Czas odkrywa prawdę (historii) czyli… ile jest wiedzy w wykształceniu i po co nam uniwersytet?


rys. Artur Żukow

10.07.2013 (IAR) – Największy wpływ na sukces zawodowy mają wiedza i rzetelna praca, a dopiero w dalszej kolejności wykształcenie. Większość Polaków uważa jednak, że warto się uczyć, choć dyplom magistra się dewaluuje. Takie wnioski płyną z badania CBOS.

45 procent Polaków wskazało, że to umiejętności gwarantują sukces w pracy zawodowej. Co trzeci z nas uważa, że ważne są praca i wykształcenie. 28 procent respondentów jest przekonanych, że istotne są znajomości. Badani wskazywali też na przedsiębiorczość, szczęście, cwaniactwo i pochodzenie społeczne.

O tym, że warto zdobywać wykształcenie jest przekonanych 82 procent respondentów. Spada jednak procent osób, które sądzą, że zdobywanie wykształcenia ma sens. Odsetek ten jest obecnie o 11 punktów niższy niż w roku 2004 i 2007.

Zmniejszenie wiary w sens zdobywania wykształcenia przekłada się na ocenę jego wpływu na jakość życia. Mimo że większość respondentów uważa, że ludziom wykształconym łatwiej jest zrobić karierę, uniknąć biedy i zubożenia oraz bezrobocia, opinie takie wyrażane są obecnie rzadziej niż jedenaście lat temu.

Od 2002 roku przybyło natomiast osób twierdzących, że wykształcenie nie ma większego znaczenia zarówno dla sytuacji zawodowej i materialnej, jak i dla życia towarzyskiego oraz rodzinnego.

A jakiego wykształcenia Polacy pragną dla swych dzieci? Aspiracje edukacyjne zdecydowanej większości badanych zaspokoiłoby dziecko z wyższym wykształceniem. 85 procent ankietowanych pragnęłoby takiego wykształcenia dla swojej córki, a 81 procent dla syna. Od 2004 roku zmniejszyła się liczba badanych marzących o tym, aby ich dziecko uzyskało stopień naukowy przynajmniej doktora.

Co ciekawe, wyższego wykształcenia dla dziecka w podobnym stopniu pragnęliby ankietowani uważający, że dyplom wyższej uczelni jest dziś w cenie, jak i ci, w opinii których ukończenie studiów nie wpływa na polepszenie perspektyw zawodowych.

Badanie przeprowadzono między 6 a12 czerwca 2013 roku na liczącej 1010 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski. (źródło: stooq.pl)

podobne: Po studiach bez pracy… Popyt na inżynierów. oraz: Studiować każdy może… ale nie każdy widzi w tym sens. Inteligencki etos żeromszczyzny

Mimo rosnącej świadomości że wykształcenie jest mniej praktyczne od wiedzy i umiejętności, rodzice ciągle chcieliby żeby ich pociechy studiowały… Brak konsekwencji? Myślę że chodzi tu raczej o podświadome przeświadczenie (niestety trafne), że wiele zawodów oraz ich stabilność/pewność zatrudnienia, jest niejako obwarowana posiadaniem „dyplomu” (najlepiej „wyższej uczelni”). Inną z kolei przypadłością jest przeświadczenie że pewnych czynności bez posiadania dyplomu nie powinno się wykonywać. Problem dotyczy przede wszystkim etosu stanowisk publicznych/urzędniczych, i wszystkich „odpowiedzialnych funkcji” regulowanych z tego tytułu „z ustawy”.

Powiązanie rynku pracy z dyplomowaniem zawodów trudno będzie odkręcić, tudzież bagatelizować, zwłaszcza tam gdzie ta korelacja jest finansowana ze środków publicznych. Z racji na etatystyczno socjalistyczny charakter sporej części naszej gospodarki (zwłaszcza w sektorach strategicznych) jest to bardzo poważny problem, obciążający pozostałą jej część która tak naprawdę jest przez ów pierwszy sektor zwany „publicznym” wykorzystywana. Innym problemem jest przekonanie kolejnych roczników dziatwy szkolnej (wtłaczane im przez własnych rodziców na każdym etapie „absolwentki”) o tym że inaczej się po prostu się nie da, że bez dyplomu nie ma co marzyć o rozwoju zawodowym i osobowościowym, że bez „zdobycia” właściwego kwitu nie da się poprawić tzw. statusu, a „awans społeczny” będzie niemożliwy. Wielu też traktuje zdobycie dyplomu jako przepustkę do „elity społeczeństwa”, i uważa się z tego tytułu za lepszego człowieka od tych którzy dyplomu nie mają.

Całe tabuny cwaniaków dbają więc o to żeby interes wbijania do głów dzieciom i dorosłym całkowicie nieprzydatnej „wiedzy”, potwierdzonej stosownym „certyfikatem” się kręcił. My tracimy czas i środki na często bardzo szkodliwą dla naszego instynktu samozachowawczego i zdrowego rozsądku „naukę”, a ktoś czerpie z tego zysk. Nie tylko w postaci pieniądza, ale przede wszystkim z urabiania ideologicznego, nie mającego żadnego praktycznego znaczenia ani dla społeczeństwa ani dla nas samych, za to bardzo pożytecznego dla władzy wszelakiej. Wygląda więc na to, że system ten jest wprost ukierunkowany na wychowanie/zdegradowanie całych pokoleń do poziomu wiecznie niezadowolonych, aspirujących, bezmyślnych i bezwolnych konsumentów. Nie tylko dóbr materialnych, ale przede wszystkim IDEOLOGII… Ratunkiem jest całkowita prywatyzacja szkolnictwa, oraz odformalizowanie rynku pracy (deregulacja), no i oczywiście wychowywanie dzieci w duchu kreatywnego i samodzielnego myślenia… Reasumując – cieszy budząca się wśród Polaków świadomość, że wykształcenie z wiedzą ma coraz mniej wspólnego.

Wyedukowany człowiek twierdzi że wie jak coś się robi… człowiek który wie po prostu to robi…(Odys)

„Uniwersytet był jak pamiętamy instytucją kościelną. Służył dobru powszechnemu i powszechnej pobożności. I tak to trwało dosyć długo, póki uniwersytet za sprawą Lutra, Melanchtona i reszty nie przekształcił się w instytucję quasi kościelną, a w istocie państwową. Uniwersytet państwowy nie jest taki zły o ile państwo, które firmuje ma doktrynę i nie jest to doktryna zbrodnicza. Trudno doprawdy znaleźć w dziejach takie państwo, dlatego bardzo ubolewamy nad tym, że uniwersytet przestał być instytucją kościelną.

W epoce nowoczesnej były uniwersytety podporą państwa przede wszystkim i jego tubą propagandową. I wszystko byłoby w porządku gdyby nie to, że w Polsce akurat państwa nie było. Był jednak uniwersytet. Komu służył? Ponoć narodowi. Mam co do tego poważne wątpliwości. Nie wierzę w gadżet zatytułowany w ten sposób – uniwersytet narodowy. To bzdura. Uniwersytet służył po prostu obcym. Nie wprost, bo nie można zaprząc ludzi do zdrady nawet obietnicą wielkich pieniędzy, ale można ich oszukać. I polski uniwersytet został oszukany przez Wiedeń po prostu. Potem zaś już poszło gładko.
W Krakowie powstała uładzona i całkowicie fikcyjna wersja historii nowożytnej Polski, która w różnych, lekko zmodyfikowanych wersjach funkcjonuje do dziś. I do dziś z tego worka rupieci wyjmuje się różne fałszywe relikwie i fałszywe bożki, po to byśmy mogli składać im hołd.
Podobną funkcje, tyle że bardziej opresyjną pełnił uniwersytet za komuny. Także miał uwiarygadniać obcych i ich doktrynę. I robił to z wielkim powodzeniem. Nie każcie mi jednak wierzyć, że ci którzy tam wtedy pracowali nie wiedzieli co się dzieje i czemu służą. Wiedzieli doskonale.
Czy wobec tego uniwersytet może służyć prawdzie i poznaniu w jakikolwiek sposób. Wydaje mi się, że nie. Od czasów Lutra i tej tak zwanej reformy, od czasów tego całego humanizmu, uniwersytet jest tylko i wyłącznie ośrodkiem propagandy. Dziś zaś kiedy ośrodkami propagandy stały się media, uniwersytet przestał być potrzebny. Dlatego właśnie Tusk i reszta chcą go zlikwidować. Nie spełnia już swojej funkcji. Nawet nie próbuje. A gdyby chciał to co z tego? Jaki zasięg mają dysertacje uniwersyteckie w porównaniu z medialnymi wydarzeniami? Zerowy. Czego mogą nałożyć do głów studentom wykładowcy? Oni są przecież bezradni, mogą tylko rozkładać ręce nad głupotą i ciemnotą tych studentów. I nawet nie próbują im czegoś przekazać. Najgorsze w uniwersytecie jest to, że jego pracownicy mając świadomość całkowitego upadku oświaty, nie próbują mówić studentom prawdy i nie próbują ich czegokolwiek nauczyć, wychodząc z założenia – jakże fałszywego, że jest szkoła średnia. Tej już dawno nie ma. Wymaganie więc od dzieciaków by cokolwiek kojarzyły jest absurdalne. Nie wiem jak jest teraz, ale za moich czasów uniwersytet zorganizowany był tak, żeby każdy pracownik naukowy, mógł sobie zarobić parę groszy opowiadając studentom jakieś banialuki na tematy luźne. Teraz pewnie jest gorzej. Bo już nikomu nic się nie chce robić.
Uniwersytet broni dziś jedynie swojej własnej hierarchii, która ma przeważnie jakieś umocowania polityczne, nie zawsze krajowe. Często zagraniczne czyli po prostu niemieckie. Uniwersytet stoi na straży fikcji, którą sam zbudował i będzie tej fikcji bronił. Nie do ostatniej kropli krwi bynajmniej, ale do chwili, kiedy moderatorzy hierarchii uczelnianych dostaną polecenie, by tę dziwną rzecz zlikwidować. I chwila ta zbliża się wielkimi krokami…

…Oczywiste jest, że upadek uniwersytetu oznacza upadek państwa. Tak się bowiem – jak to już ustaliliśmy – porobiło w czasach najnowszych, że uczelnia to twór reprezentujący doktrynę państwową. Jeśli państwo nie ma doktryny, uniwersytet nie jest potrzebny. No chyba, że na powrót stanie się instytucją kościelną albo będzie reprezentował obcych lub jakieś koterie państwo udające…” (coryllus – Po co nam uniwersytet?)

Więcej o tzw. „wykształceniu” tu: „Wielkie żarcie się kończy” polecam również: Blizna: Dlaczego zwykły IDIOTA oraz facet z trzema FAKULTETAMI i doktoratem MÓWIĄ i MYŚLĄ dokładnie tak SAMO? oraz: Kolecja: O edukacji domowej słów kilka i to: Przewodnia rola „mediów” i tzw. „edukacji” w zdziczeniu obyczajów

„…Imperia XIX wiecznej Europy skutecznie i na długo zafałszowały historię. Brytyjczycy, Rosjanie, Niemcy z Wiednia i Berlina mają w tym największy udział. Ci ostatni mają stosunkowo najmniej na sumieniu, przynajmniej jeśli chodzi o Polskę, bo ich stosunek do nas był jawnie wrogi i nie bawili się Niemcy z Berlina w jakieś piramidalne kłamstwa podparte wielostronicowymi dysertacjami jak ich rodacy z Wiednia.
Polacy historii i nauki nie fałszowali na skalę masową, bo nie mieli własnego państwa, w imieniu którego mogliby to robić. Zaczęli to robić dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym, a rozmachu nabrali w PRL z wiadomych przyczyn. Uczestniczyli jednak wcześniej w różnych projektach, z których nie możemy się wygrzebać do dziś. Najważniejszym z nich był w mojej ocenie wiedeński projekt napisania historii Polski w oparciu o tak zwane wartości humanistyczne. Pewnego dnia do Krakowa przybył zwolniony na tę okazję z posady nauczyciela następcy tronu Henryk Zeissberg i nauczywszy się polskiego napisał, w oddzielnych kawałkach rzecz jasna, podpartych solidną kwerendą, historię Polski doby odrodzenia. Pierwsze miejsce w tej historii zajmują postaci takie jak Kallimach i Grzegorz z Sanoka, ostatnie zaś papież Klemens XVII, którego przodkowie Franza Josefa zniszczyli politycznie i finansowo. I my do dziś w tę napisaną na zalecenie „niewiadomokogo” historię wierzymy i jeszcze ją twórczo rozwijamy, budując sobie ołtarzyki z wklejonymi zdjęciami różnych humanistycznych idoli. W tym samym czasie metodycznie zniszczono legendę św. Stanisława. Próbowano też zbudować legendę Grzegorza z Sanoka, ale że zabrał się za to grafoman Kraszewski, sprawa się – jak to mówią – rypła, bowiem książka zatytułowana „Strzemieńczyk” jest po prostu nie do czytania.

Przyzwyczailiśmy się do myśli, że najbardziej śmierdzącym jajem złożonym przez XIX wieczną naukę był marksizm, ale przez cały czas właściwie napotykamy jakieś inne, mniejsze jajka, które rozmiarami marksizmowi nie dorównują, ale zalatuje od nich równie mocno. Oto jest ten upiorny mit o nowoczesnych narodach, które ukształtowały się w XIX wieku. Mit imperialny, który służy tylko i wyłącznie temu, by wbić w kompleksy narody pozbawione państwa przez działalność tych właśnie imperiów. I co to niby znaczy nowoczesny naród? Czy Żydzi nie byli nowoczesnym narodem? A Grecy? Co stanowi o ich zacofaniu? Mieli przecież swoje imperium, które istniało znacznie dłużej niż wszystkie nowożytne imperia razem wzięte. Wychodzi na to, że tylko Polacy nie byli nowoczesnym narodem, bo Czechów i Węgrów ta brednia nie dotyczy. No i co z Ormianami, albo z narodem okcytańskim? Czy są to narody nowoczesne czy zacofane i czym to mierzyć? Suwmiarką?…” (coryllus – Wpuszczeni w naukę)

podobne: Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjacha także: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna?

Francisco Goya – Truth Rescued by Time, Witnessed by History

Reklamy

16 comments on “Czas odkrywa prawdę (historii) czyli… ile jest wiedzy w wykształceniu i po co nam uniwersytet?

  1. Pingback: Studiować każdy może… ale nie każdy widzi w tym sens. | Odys Syn Laertesa

  2. Pingback: Polskie szkoły nie są przygotowane na przyjęcie sześciolatków, ale MEN uparcie broni “reformy” | Odys Syn Laertesa

  3. Pingback: Edukacja domowa lekiem na „szkołę” czyli… sam sobie pościel a się wyśpisz. | Odys Syn Laertesa

  4. Pingback: Medycyna i Nauka: Co z nowym programem zwalczania raka? Lekarze boją się wystawiać „zielone karty” pacjentom. Nowy antybiotyk nadzieją w medycynie. Elastyczny implant na pomoc sparaliżowanym. | Łódź Odysa

  5. Pingback: Tradycja Szkoły Rycerskiej w Liceum Akademickiego Korpusu Kadetów w Łysej Górze. | Łódź Odysa

  6. Pingback: Edukacja domowa – prawdziwie szkolna tradycja. Literatura pomocnicza. | Łódź Odysa

  7. Pingback: Czego (nie)uczy „tradycyjna” szkoła czyli… nie wszystko musisz wiedzieć. Definicje, pojęcia, słowa i stereotypy według cybernetyki. | Łódź Odysa

  8. Pingback: Smołyń… czyli o sojuszach politycznych budowanych na „autorytecie” tzw. „ludzi kultury”. Jaką propagandą będą żyć Polacy po Wajdzie? | Łódź Odysa

  9. Pingback: Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjach | Łódź Odysa

  10. Pingback: Na chłopski rozum o „transmisji myśli w kosmos”, talencie wybrańców losu, transgresji i ektoplazmie „poezji” czyli… „o mafii bardzo kulturalnej” („arystokracji rozumu”) oraz magii Nobla Władysław

  11. Pingback: Magnetyzm socjalizmu od przedszkola do Opola czyli śladami hrabiego Ronikiera – towarzysza „Istotek” po „wesołym miasteczku” (Kaczmarskiego) | Łódź Odysa

  12. Pingback: O chemii i alchemii czyli o praktyczności nauk tajemnych w prowadzeniu wojny i kontroli nad surowcami strategicznymi (z informacją włącznie). Dygresja o żelazie czyli Polska drugą Japonią | Łódź Odysa

  13. Pingback: Komisja Edukacji Narodowej oraz Dekret Kasacyjny czyli o konieczności rozbiorów Polski w imię postępu, o „bohaterach” z polskich podręczników („oświeconych” rabusiach), oraz o „narodowym potencjale” (elitach) |

Dodaj komentarz (byle bez epitetów i wulgaryzmów)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s