„Kupa gówna” (w puszce) kontra czar polskiego pejzażu czyli traktat o sztuce


Władysław Aleksander Malecki – Sejm bociani

Na początek fragment felietonu Gabriela Maciejewskiego:

„…Uprawiany od dziesięcioleci kult awangard wszczepił ludziom w serca głupią wiarę w to, że jak coś jest ładne i budzi ich żywe zainteresowanie oraz szczere emocje to znaczy, że jest to przedmiot artystycznie nędzny. Ciekawe bowiem są tylko te obrazy i rzeźby na widok których człowiekowi chce się wymiotować lub w najlepszym razie skrzywić się z niechęcią. Tylko za to warto płacić i tylko to warto wieszać w domu na ścianie.

Ten sposób prezentacji artystów nie udałby się nigdy i nigdy nie odniósłby takiego sukcesu gdyby publiczność nie mogła tych promowanych dzieł porównać z innymi dziełami, które na miano prawdziwej sztuki nie zasługują. Kiedy jeszcze istnieli na świecie krytycy zajmowali się oni właściwie bezkarnym wyszydzaniem Kossaków i Brandta dając jedynie szanse takim nazwiskom jak Michałowski.

I tak to trwało. W Polsce mamy jeszcze dodatkowy smaczek dodany do tej piramidy głupstwa. Ten mianowicie, że obrazy na których widać cokolwiek polskiego, jakiś motyw charakterystyczny, dwór, bociana nad łąką były klasyfikowane z miejsca jako kicz i nędza. Wyjątkiem był tu Chełmoński, który sławnym będąc za życia, nie nadawał się do tego by w oparci o jego malarstwo snuć idiotyczne rozważania o formie.

Tak to bowiem wygląda z bliska, że wszystkie te przemądre rozważania o aspektach formalnych dobrych i złych dzieł sztuki sprowadzają się w ostateczności do tego by zdeprecjonować sztukę mającą jakiś walor lokalny i podkreślić znacznie tej, która jest rzekomo uniwersalna. Jest to prosta droga do punktu, który już dawno minęliśmy czyli do uznania, że kocie odchody rozsmarowane na desce do prasowania to wyraz triumfu ducha i intelektu twórców mieniących się nowoczesnymi. Punkt ten jak powiadam mamy dawno za sobą, a artyści żyć z czegoś muszą, dziś więc robią nadruki na koszulkach, sikają na obrazy religijne i zajmują się destrukcją, która tłumaczą w różny sposób, ale przeważnie własnym nieszczęściem, albo niezgodą na jakąś opresję. Opresję zwykle religijną, której to dopuszcza się na ich nędznych umysłach Kościół Katolicki.

Nie wiem jak to dokładnie wygląda, ale warto by kiedyś zbadać procent artystów awangardowych zatrudnionych w strukturach tajnych policji oraz policji jawnych. Myślę, że wynik takich badań byłby wielce interesujący.

Wracajmy jednak do Polski i naszych malarzy. Prócz tych, których stawiano za wzór kiczu, złego smaku oraz – w najlepszym razie – zarzucano im anachroniczność i kult treści, byli również tacy, których zapomniano całkowicie. Zatrzymajmy się dziś na chwilę przy nich.

Bronisława Rychter-Janowska zmarła w Krakowie w roku 1953 w całkowitym zapomnieniu. Nikt nie interesował się jej obrazami ani nią samą. Nikt nie zorganizował pośmiertnej wystawy. I nie ma się co dziwić, w 1953 roku nie można było spokojnie pokazać jej obrazów i drzeworytów, bo ludzi płakaliby na takiej wystawie ze wzruszenia. Cóż bowiem jest na tych obrazach? Sama artystka skreśliła swój artystyczny program jednym zdaniem, co najważniejsze jest to zdanie malarki prawdziwej, wrażliwej na formę i technikę, malarki która ma za sobą dobrą szkołę pejzażu. Zdanie to starcza za całe wielostronicowe manifesty różnych awangardowych durniów i brzmi: Ulubionym moim tematem jest czar dworu polskiego oraz problem oświetlenia słońcem i lampami.

To wszystko; temat i sposób opracowania. W jednym zdaniu. Temat ten, co zrozumiałe, nie mógł podobać się ani awangardowym krytykom, nie mógł się także podobać krytykom lansującym socrealizm, którzy byli wprost spadkobiercami tych pierwszych lub wręcz były to te same osoby. Złudzeniem bowiem jest dualizm budowany wokół obrazów realistycznych – złych, lansowanych w komunizmie oraz obrazów awangardowych-niezrozumiałych, które były rzekomo wyrazem triumfu wolnego ducha. To kłamstwo. To tylko dwie strony tego samego medalu…” (coryllus – O malarzach trzeciorzędnych)

…Teraz dwa cytaty z Waldemara Łysiaka. Na początek fragment książki której lekturę gorąco polecam bo czyta się ją jednym tchem, gdyż nie jest to sformalizowany przewodnik po sztuce a pasjonująca opowieść o niej, czyli „Francuska Ścieżka”… „Quo vadis ars?”:

rys. Andrzej Mleczko

„…jeśli sztuka będzie próbowała osiągnąć cel w taki sposób, w jaki próbuje aktualnie — za pomocą wulgarnej kontestacji — bez wątpienia to się jej nie uda. Tę „sztukę kontestacyjną”, owrzodziałe dziecko współczesnej kultury malarsko–rzeźbiarskiej, wymieniają obie popularne wśród krytyków klasyfikacje dzisiejszych tendencji artystycznych (Gaudiberta i Weschera), zwąc ją:
• Antysztuką, tworzoną dziełami i zjawiskami będącymi zaprzeczeniem konsumpcyjnego obiektu–towaru i przeznaczonymi do zniszczenia; są to bardziej agresywne widowiska niż trwałe przedmioty (Gaudibert ).
• Sztuką anarchistyczną, wywodzącą się z Dadaizmu i z „l’art brut” (Wescher).
Ta kontestacja w sztuce obecnych lat stała się rodzajem „wolnej amerykanki”, której linami ringowymi są plastyczno–wizualna prowokacja i publiczna perwersja pornograficzna. Szwajcarska recenzentka Ingeborg Berthel wyraziła się o tym: „Infantylne gryzmoły, kicz, pornografia, rozprute płótna, stosy żelastwa, sklejone ze sobą butelki, sterty śmieci, masło rozmazane w kącie pokoju lub rozgniecione muchy — otrzymują dziś etykietę: sztuka. Sztuka upodobniła się do wrzaskliwego jarmarku, gdzie wszystko, ale to wszystko jest akceptowane!”.
Oto kilka z tysięcy świeżych (i głośnych) przykładów ilustrujących co jest akceptowane, wystawiane, chwalone:
Amerykanin Claes Oldenburg zawija bliżej nie określoną masę w kolorowe płótno i nazywa dzieło „Miękka maszyna do pisania”.
™Profesor sztuk plastycznych z Düsseldorfu, Józef Beuys, wystawia posmarowane tłuszczem krzesła. Jego credo artystyczne: „Nie siądą na nich ludzie, gdyż siedzi na nich tłuszcz. Mieszczuch czuje się zaatakowany tłustymi plamami!”. (…)
™ Sławne staje się roku 1971 „Pastwisko wieprzów” Newtona Harrisona, ustawione wewnątrz muzeum, podświetlone reflektorami i składające się z kawałka obsianej trawą ziemi w pojemniku dżdżownicy oraz knura.
™ W galerii Spektrum w Bochum młodzi artyści gołymi pośladkami siadają na farbie, a później na papierze, zwąc ten nowy kierunek sztuki „językiem dupy”. Wielkim festiwalem takiej twórczości stała się sławna wystawa „Documenta” (Kassel rok 1972), pełna eksponatów w postaci nagusek przywiązanych do ściany łańcuchem okręconym wokół szyi, siusiających po kątach „mistrzów” etc.

Jaki cel ma taka twórczość? Nader wzniosły, jak każda twórczość. W Brunszwiku, przy blasku fleszów, rozebrany do golasa czterdziestoczteroletni wiedeńczyk Otton Muehl, kładąc bebechy z patroszonej świni na leżącą w łóżku dziewczynę i ozdabiając to wszystko własnymi ekskrementami, tytułuje dzieło: „Przeciwstawieniem się społeczeństwu”. Tu właśnie tkwi sedno, albowiem rozmazane ekskrementy nie wyświęcają się same na sztukę, do tego służą słowa–hasła. Idealnym jest „protest”, a najlepszym protestem jest „bunt przeciw sparszywiałemu społeczeństwu”. Rzecz stara niczym świat, lecz zawsze skutecznie wznawiana jako arcynowość i usprawiedliwiająca największe idiotyzmy oraz sztuczki pseudoartystyczne. Ekshibicjoniści, którzy dawniej pokazywali w bramie genitalia przechodzącym kobietom, dzisiaj rozebrani do kalesonów w kącie galerii sztuki ostrzeliwują tłum banalnymi morałami bądź moralnymi banałami, zawsze „kontestacyjnymi”, „natchnionymi”, „najszczerszymi”. (…) Ładnie to brzmi, te pokerowe odzywki, dopóki się nie sprawdzi… Znany niemiecki plastyk, Eberhardt Fiebig, sprawdził, traktując serio twór kontestatora Höke podpisany „Do wyrzucenia” — w czasie wernisażu faktycznie wyrzucił dzieło won. Wówczas rozwścieczony Höke… zażądał odszkodowania i zdemaskował się tym jako „pozorny rewolucjonista” (takim mianem ochrzcił go „Kurbiskern”). Nie bez kozery Holger Diezemann pisał w „Sternie”: „Wydaje się, że hasło politycznego rozszerzenia świadomości służy wielu artystom za pretekst do wyuzdania”. (…)

(…) gdy etykietą „sztuka rewolucyjna” ozdabia się produkowaną dzisiaj masowo sztuczkę i sztukę pustego wygłupu — wówczas jedyną uczciwą reakcją człowieka myślącego może być „kontrrewolucjonizm”. Problem stanowi wszakże fakt, że ów współczesny myślący i autentycznie wrażliwy człowiek (zwierzę nie tak znowu rzadkie, jakby się mogło wydawać) czuje się zagubiony na jarmarku, gdzie sztuka miesza się ze „sztuką” wewnątrz tych samych sal wystawowych — co właśnie widzimy w Muzeum Sztuki Współczesnej miasta–arbitra elegancji. Obserwując zalew produkcji pseudoartystycznych, nawet bardzo rozsądny człowiek musi sobie rzucić pytanie: czy to oni zwariowali, czy też ja jestem zacofańcem i debilem, który nie potrafi zrozumieć nowego? (…) 

rys. Tomasz Grzech

(…)Strach ten nie jest również obcy krytykom, bo ci nie zapomnieli jeszcze kompromitacji, jaką było potępienie Impresjonizmu. Nie trzeba wiele odwagi, by się wygłupiać na oczach tłumu w masce „rewolucyjnego artysty” (starczy do tego bezczelność połączona ze sprytem i bezwstydem); trzeba być odważnym, by zerwać tę maskę. Lecz odwaga stała się materiałem deficytowym, a po bolesnej nauczce sprzed stulecia większość krytyków woli dmuchać na zimne i bierze wodę do ust. Po paryskim Biennale tylko bardzo
nieliczni krytycy publicznie akceptowali drukowany przez „L’Express” werdykt Otto Hahna, który wystawianie marynat z ludzkich genitaliów nazwał „swoistym onanizmem, w żadnych kategoriach nie będącym Sztuką, która jest środkiem komunikowania się między ludźmi”.
Historia zresztą dała nauczkę nie tylko krytykom. Kolekcjonerom i marszandom również. Pięćdziesiąt lat temu Surrealistów traktowano jako zgraję artystycznych banitów — dzisiaj wynosi się ich pod niebiosa i sprzedaje za ciężkie pieniądze. Jeszcze przed kilku laty „op–art” można było kupić za bezcen, dzisiaj muzea płacą „op–artowcom” horrendalne sumy. Bogacz epoki w której dolar dewaluuje się, a sztuka jest lokatą kapitału, nie tylko nie będzie okładał kijem towaru mijającego się ze smakiem estetycznym, lecz kupi go, kupi wszystko, co się wystawia, a jak już wspomniałem wystawia się wszystko („Wszystko się dziś zżera, co tylko jest wystawione” — Florian „Flop” Schuller), wiedząc dobrze, że 99 procent tego, za co zapłaci, historia zweryfikuje jako śmiecie, ale pozostały jeden procent zwróci mu koszty z nawiązką.
Monet o mało nie umarł wskutek głodu. Cézanne zagrzebał się przed nędzą w Prowansji, a Gauguin w tropikach. Van Gogh sprzedał za życia jeden jedyny obraz. Dzisiaj młody człowiek, który stworzy trzydniowe „spontaniczne” dzieło lutownicą i okrasi je kontestacyjnym wykrzyknikiem, może być pewien, że znajdzie nabywcę i będzie smakował sukces (cóż z tego, że chwilowy).
Odpowiedzialni za ten stan rzeczy są nie tylko marszandzi, kolekcjonerzy i dyrektorzy galerii. Winne są również masy odbiorców. Społeczeństwo — niby ciekawe, ale całkowicie bierne — można uwieść wyłącznie na pozornie szerokim, w rzeczywistości jednak bardzo wąskim polu rozrywki i sensacji, co zmusza artystów do permanentnej ofensywy. Ofensywa ta, przejawiająca się prowokacją estetyczną, staje się wreszcie celem samym w sobie i przybiera oblicze wulgarnej maskarady.
Prowokacja estetyczna, nawet mająca formę drastyczną, nie jest niczym nowym. (…)A jednak odgrzewa się ten dowcip stale nad płomieniem ołtarza sztuki. I bezczelnie tytułuje się to nowością. Większość „nowatorów” nie umie prawidłowo narysować konia, lecz większość potrafi w błyskotliwy, lapidarny sposób uzasadniać i reklamować swą twórczość.
Tłum, któremu rozdziawia gęby widok „obrazoburczych dziel sztuki”, nie ma pojęcia, że szokowany jest popłuczynami, że daje się nabierać na pseudoawangardowy, prowokacyjny „nonkonformizm” i „rewolucyjną kontestację”, które nie są żadną nowością i nie są sztuką. Daje się nabierać m.in. dlatego, że coraz mniej jest krytyków takich jak Hahn czy Godfryd Sello, który stwierdził wizytując kolońską wystawę „Teraz”: „W sali walają się przedmioty, które określa się mianem sztuki jedynie dlatego, że znajdują się one właśnie tutaj, a nie gdzie indziej!”. (…)

(…) Rola człowieka, który chce być arbitrem sztuki, jest ważna jak sama sztuka, więc jeśli nie można podołać, należy zmienić zawód i etykietę. Cóż tedy można radzić krytykom, zakładając, że chcą, by im coś radzono? Fundamentalną metodą krytyczną jest nadal, jak to powiedział T. S. Eliot: „być bardzo inteligentnym”. Do tego niewygodnego obowiązku samodzielnego myślenia i odczuwania trzeba jeszcze dodać obowiązek absolutnej uczciwości. Krytyków z prawdziwego zdarzenia potrzebujemy dzisiaj w jednym celu — winni dostarczyć kryteriów, które zezwolą ludziom odróżniać ziarna od plew, prawdziwą sztukę od szarlatanerii, która jest patologią sztuki. Żaden krytyk nie będzie nieomylny, lecz to nie ma znaczenia. Ostatecznym arbitrem jest i tak Czas. Szkoda tylko, że na jego werdykty trzeba długo czekać, przez co w epoce wybujałego republikanizmu po ulicach sztuki szwendają się królowie zupełnie nadzy. 

…i drugi cytat z Łysiaka. Coś o człowieczeństwie:

Niektórzy ludzie mówią, że można robić wszystko, bo żyje się tylko raz i dlatego trzeba łapać każdą okazję. Natomiast ja uważam, że właśnie dlatego, iż żyje się tylko raz, nie można robić wielu rzeczy, na przykład zawstydzających lub niegodnych, bo już nie będzie się miało drugiego życia, aby to naprawić.

Polecam również lekturę pod linkiem: PAN daje przykład jak edukować nie należy… która jest pewnym rozwinięciem problemu „mecenatu państwa” nad tandetą i głupotą. Żeby jednak tak do końca sztywno nie było – wierszyk autorstwa Pana Leszek Sokół pt. „ARTYSTA AWANGARDOWY”

rys. Arkadiusz Gacparski

Raz awangardowy artysta Laki Wiki
wystawił w Art Muzeum drewniane trzy patyki.

A przybył na wernisaż tłum co kulturą żyje
i w sporym zamieszaniu rozrzucił mistrza kije.

Nazajutrz wielki zachwyt wśród gości i krytyki,
że taki świeży, twórczy jest ten nasz wielki Wiki.

– Niech żyje nam Mistrz Laki, co tym się cudnie wsławił,
że mając swój wernisaż nic na nim nie wystawił.

A w Art Muzeum baba co sprząta tam i tyle,
do kubła wywaliła drewniane trzy badyle.

Tak oto docieramy do czasów nam współczesnych i naszego podwórka, gdzie różnej maści „artyści” realizują się w tej „awangardzie postępu” coraz bardziej bezczelnie. Die dość bowiem profanum odbywa się za przyzwoleniem tak zwanej „opinii publicznej” i „krytyków” sztuki, to na dodatek za pieniądze zabrane wcześniej również tym, którzy tę całą „sztukę” mają dokładnie tam co sobą reprezentuje – w głębokiej pogardzie i obrzydzeniu… (Odys)

„…drzewo poznaje się po owocach, a jakość szkoły wyższej po jej – jak powiadają Rosjanie – „wypustnikach” to znaczy – absolwentach; czego się tam nauczyli, co w rezultacie potrafią i tak dalej. A właśnie katolicka opinia publiczna została wstrząśnięta filmem, jaki wyświetlany jest w ramach wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej na Zamku Ujazdowskim w Warszawie. Film przedstawia gołego mężczyznę emablującego rzeźbę Chrystusa Ukrzyżowanego. Okazało się, że jest to praca dyplomowa pana Jacka Markiewicza, zatytułowana „Adoracja” i – jak wyjaśnia Ministerstwo Kultury – „obroniona” na Wydziale Rzeźby warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Wynika z tego, że pan Jacek Markiewicz jest absolwentem Wydziału Rzeźby tej uczelni. To oczywiście bardzo ładnie, bo podnosi statystyki tak zwanej „skolaryzacji” w naszym nieszczęśliwym kraju – ale czy pan Markiewicz aby na pewno potrafi rzeźbić? Z tego co mi wiadomo, dotychczasowe sukcesy pana Markiewicza mają zupełnie innych charakter; już się wybranzlował przed kamerą, już nasrał w Centrum Rzeźby w Orońsku, już rozebrał się do naga, położył obok rzeźby Chrystusa Ukrzyżowanego i sfilmował, jak Go dotyka tu i ówdzie – ale jakoś nie słychać, żeby coś wyrzeźbił. Nie o to chodzi, żeby zaraz na miarę Fidiasza, bo niby od kogo miałby się tego nauczyć – ale chociaż na poziomie rzemieślniczym, kamieniarskim. Z tego co słyszę, pan Markiewicz utrzymuje się z produkcji i sprzedaży jednorazowych opakowań, co z jakakolwiek rzeźbą nie ma chyba nic wspólnego. Mam nadzieję, że tych opakowań nie robi z ekskrementów, chociaż oczywiście pewności żadnej nie ma.

Ale mniejsza już o pana Markiewicza, który zapewne ma talent, ale mały, więc próbuje zwracać na siebie uwagę jak tam potrafi; tu nasra, tam się wybranzluje i tak dalej. Znacznie ciekawsze jest to, co za cymbał z Wydziału Rzeźby warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych uznał ten film za „pracę dyplomową”, którą pan Markiewicz w dodatku „obronił” – a zatem nie tylko za pracę dyplomową, ale w dodatku – za pracę dyplomową na poziomie – oczywiście na poziomie Wydziału Rzeźby warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Gusta nie podlegają dyskusji, ale jeśli nawet opiekun artystyczny i naukowy pana Markiewicza został oczarowany jego nagim ciałem, to przecież nie mógł nie zauważyć, że pan Markiewicz sam sobie tego ciała nie wyrzeźbił, więc jeśli nawet – powiadam – kształt tego ciała mu się spodobał, to przecież powinien delikatnie zwrócić panu Markiewiczowi uwagę, że jego praca dyplomowa nie jest samodzielna. Niestety najwyraźniej tego nie zrobił, co stwarza pole dla rozmaitych podejrzeń – również niestety i takich, że pan Markiewicz mógł ad captandam benevolentiam swego naukowego opiekuna dać się seksualnie wykorzystać.

Do takich podejrzeń skłaniają mnie późniejsze publiczne masturbacje pana Markiewicza. Skoro raz się udało, to dlaczego nie spróbować drugi raz? On revient toujours a son premier amour – powiadają wymowni Francuzi – co sami, co to w epoce Ludwika XVI powiadali, że „każdy zna nuty, ale tylko pan Lully potrafi napisać operę”. Obawiam się, że pan Markiewicz opery napisać nie potrafi, a kto wie, czy zna też jakieś nuty. Zatem status „artysty” czerpie wyłącznie z dyplomu, jaki uzyskał w rezultacie uznania wspomnianego filmidła za „pracę dyplomową”. Inaczej mówiąc, jest „artystą” wyłącznie z tytułu administracyjnego uznania. To jest jedna z patologii, nękających nasz nieszczęśliwy kraj, w postaci chmar pozbawionych talentu chałturników, którzy w takich czy innych okolicznościach uzyskali dyplomy artystycznych uczelni, czy artystycznych wydziałów na uniwersytetach, gdzie – jak to mówią – uczy Marcin Marcina – w dodatku głównie pokrywania beztalencia bełkotem. Te uczelnie i te wydziały nauczają roboty na drutach rozmaite panienki płci obojga, a potem to towarzystwo próbuje podpinać się pod jakieś kurki państwowe lub samorządowe i w ten sposób, dojąc Rzeczpospolitą, czyli wyłudzając pieniądze od Bogu ducha winnych podatników, zanieczyszczają przestrzeń publiczną, albo dosłownie własnymi gównami – jak pan Jacek Markiewicz, albo kiczowatym Scheissem. W takim razie w stwierdzeniu, że warszawska ASP, a zwłaszcza – tamtejszy Wydział Rzeźby, to kupa gówna nie ma ani przesady, ani krzywdy- bo jak drzewo poznaje się po owocach, to szkołę – po absolwentach.

Osobną sprawą jest Centrum Sztuki Współczesnej na Zamku Ujazdowskim w Warszawie. Czyżby nie mieli tam lepszych eksponatów, że zilustrowali ewolucję życia artystycznego w naszym nieszczęśliwym kraju produktem pana Markiewicza, czy też przyświecała im intencja zilustrowania w ten sposób upadku sztuki i degrengolady środowiska artystycznego w Polsce? Obawiam się, że ta pierwsza możliwość jest bardziej prawdopodobna, a co gorsze – że urzędnicy zawiadujący tym całym Centrum mogą naprawdę uważać ten film za artystyczne osiągnięcie – bo podejrzenie, że wstawili to do wystawy za jakieś korzyści uzyskane od pana Markiewicza, byłoby jeszcze smutniejsze. Ale smutniejsze czy nie – wykluczyć tego nie można. Ale jeśli takie instytucje będą utrzymywane z pieniędzy publicznych, to prędzej czy później i raczej prędzej niż później, musi dojść do ich całkowitej degeneracji. Świadczy o tym nie tylko Scheiss tam przedstawiany, ale również zdumiewająco duża liczba posad. Nic dziwnego; jaki pan, taki kram, bo przecież Ministerstwo Kultury też niczemu innemu nie służy, tylko obsadzaniu posad i rozdzielaniu forsy zrabowanej podatnikom między krewnych i znajomych króliczka. To wynika z natury rzeczy, a poza tym – jakże ma być inaczej, skoro pan Zdrojewski pierwotnie szykowany był na ministra obrony, a jakichś tajemniczych powodów razwiedka w ostatniej chwili przesunęła go na kulturę?”

źródło: michalkiewicz.pl

Na koniec jako mój osobisty komentarz zdjęcie, pasujące jako żywo do tytułu felietonu Pana Michalkiewicza, będące dowodem na to że nie każdy „twórca” zasługuje na miano artysty a ludzie po prostu zwariowali, ale wystarczy tę całą twórczość potraktować jak „gówno artysty” żeby mieć spokój od tego smrodu… Zamknąć ich wszystkich do puszki! (Odys)

Gówno artysty (wł. Merda d’artista) – znane dzieło włoskiego artysty Piera Manzoniego, którego inspiracją były prace Marcela Duchampa. W maju 1961 roku Manzoni zapakował swoje odchody do 90 ponumerowanych puszek.

Gówno artysty (wł. Merda d’artista) – znane dzieło włoskiego artysty Piera Manzoniego, którego inspiracją były prace Marcela Duchampa.
W maju 1961 roku Manzoni zapakował swoje odchody do 90 ponumerowanych puszek.

Advertisements

8 comments on “„Kupa gówna” (w puszce) kontra czar polskiego pejzażu czyli traktat o sztuce

  1. Pingback: Witold Gadowski: Piczka i kiełbasa. Czy „my słowianie” musimy się sami poniżać? | Odys Syn Laertesa

  2. Pingback: „Muza nie żyje”. Ks. dr Mariusz Sztaba: Kiedy sztuka jest wyrazem wysokiej kultury? | Łódź Odysa

  3. Pingback: Nie trzeba wiele odwagi, by się wygłupiać na oczach tłumu w masce „rewolucyjnego artysty” (starczy do tego bezczelność połączona ze sprytem i bezwstydem) | Biały, bardzo biały

  4. Pingback: Michalkiewicz o chałturze snobów w imię „pedagogiki wstydu”, Kisiel o poszukiwaniu sensu czyli… Jak opisać drzewo? | Łódź Odysa

  5. Pingback: Władysław Panasiuk: Artyści nie z tej ziemi czyli… W pogoni za sławą. | Łódź Odysa

  6. Pingback: „Śmierć i dziewczyna” czyli… Socjal Demokracja jako sztuka dymania (która sama się nie broni). | Łódź Odysa

  7. Pingback: Nobel Dylana i promocja obłędu za publiczne pieniądze w „fabryce bestselerów” czyli… Paranienormalny(ch) „klub literata i literatki”. | Łódź Odysa

  8. Pingback: Kultury dobre i złe, oraz prowokacje i profanacje czyli… obrzydzanie sztuki przez socjalistów. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu | Łódź Odysa

Dodaj komentarz (byle bez epitetów i wulgaryzmów)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s