„Normalny wariat” i „Żarty na bok” czyli… Gdyby światem rządziły błazny, durnie nie mieliby w nim czego szukać.


Francisco de Goya - Dom obłąkanych w Saragossie

Francisco de Goya – Dom obłąkanych w Saragossie

„Powiedział ktoś kiedyś
że jestem ” normalny wariat”
Nie zaprzeczyłem no bo przecież
we współczesnym, porąbanym świecie
normalnego spotkać możecie
w domu „bez klamek”
Oddanego tam na przechowanie
przez „psychicznego medyka”
który boi się przygłupów i,
raczej ich nie tyka
Zaś ten normalny w zamkniętym domu
leczy się z normalności
patrząc przez okno na pokręcony świat
zza narzuconych krat

Kiedy też tam trafię na leczenie z normalności
spotkam podobnych sobie gości
i któryś z nich patrząc w dal z „oczami w słup”
szepnie mi cicho:
Never ever give up”

Argo

„Wszys­cy jes­teśmy świad­ka­mi głupo­ty. Niektórzy na­wet koronnymi.” (Otulona) Dlatego nie będzie ani o wariatach ani o durniach (choć pośrednio także i o nich) a o błaznach którzy najbardziej zasługują na miano koronnych (koronowanych?) świadków głupoty (nawet dosłownie królewskiej) 🙂

Fragment książki Waldemara Łysiaka: „Francuska Ścieżka” (rozdział „Śmierć błazna”)

Adrian Borda - Ruch Błazna

Adrian Borda – Ruch Błazna

„…Instytucja zawodowego błazna narodziła się w Starożytności (w Persji lub Egipcie). Ze Wschodu zwyczaj utrzymywania błaznów na dworach możnych i panujących przeniknął do Grecji, stąd zaś do Rzymu. W Europie początek ich świetności przypada na Średniowiecze, zaś apogeum na Renesans. Wówczas to zajął błazen pozycję wybitną w elicie władzy, chociaż bowiem formalnie władzy nie dzierżył, lecz jako jedyny obywatel królestwa miał wolność mówienia panującemu prawdy, byle dowcipnie. 

Pięciu najwybitniejszych błaznów w dziejach, królowie renesansowej i barokowej prawdy: Triboulet, Brusquet, Thony, Chicot i L’Angely — posiadali więcej rozumu niż sawanci, byli mózgami tak olśniewającymi, że przez całe stulecia fascynowali głośnych twórców kultury francuskiej. Rabelais sławił Tribouleta, zwąc go „morohem”, to jest błaznem–mędrcem, a uwiecznili go Verdi w „Rigoletcie” i Hugo w „Król się bawi”; o Brusquerie pisali Brantôme, Rouchet i Noël du Fail; Thony’ego opiewał prozą Brantôme, a wierszem Ronsard; Chicota unieśmiertelnił Dumas; L’Angely’ego odnajdziemy w „Marion de Lorme”. 

Trudno przecenić rangę tych błaznów, zważywszy, że nawet płomienni kaznodzieje cedzili swe słowa bojąc się gniewu ziemskich półbogów, a błaznowie nie — tylko dzięki nim naga prawda docierała do tronu, by smagać pomazańca. Król sam nie zawsze mógł sobie pozwolić na luksus mówienia prawdy, a błazen mógł, stając się w ten sposób jedynym człowiekiem bez maski. Gdy błazen płacił głową za swą odwagę, świadczyło to, że monarcha nie jest godny tronu, usunął bowiem godniejszego od siebie, tak jak usuwa się rywala do korony.

Prawdziwi władcy pozwalali wielkim błaznom w specyficzny sposób dominować nad sobą, chociaż akceptacja ta była zawsze liną bardzo napiętą i groziła pęknięciem. Lecz wielkim błaznem był tylko ten, który nieustannie naciągał linę, aż trzeszczały włókna, zaś mądrym monarchą taki, który nie tolerował innego rodzaju błazna. Konstruowany inteligencją obu stron mechanizm przewagi błazna nad królem — dziś już nie do zbadania — prowadzący ku dwóm frazom wieńczącym obopólne zwycięstwo partnerstwa:
BŁAZEN: Pokaż mi, jakiego masz błazna, a powiem ci, jakim jesteś królem.
KRÓL: Mój błazen świadczy o mnie.
O wielkości Henryka VIII (którego, jak wiadomo, do furii doprowadzał cień sprzeciwu) stanowi nie tyle fakt, że ściął pewną liczbę swych żon, ile to, że nie ściął swego błazna, Willa Summersa. Karol V, nie oszczędzany przez Thevenina de Saint–Léger, uczcił go po śmierci pięknym nagrobkiem w kościele Świętego Maurycego w Senlis. Zygmunt Stary kochał jak brata najmądrzejszego wśród polskich trefnisiów, Stańczyka, chociaż nieraz mu się od niego dostało. Z wizerunkiem Tribouleta, trzymającego błazeńskie berło, bito monety w tych samych mennicach, w których tłoczono monety z wizerunkami władcy. Geniusz Tribouleta rozciągał linę aż do naderwania, a że i wówczas błazen wychodził bez szwanku — dowodziło to, iż nie tylko król wart błazna, lecz i błazen króla. Zapomniawszy o różnicy między drwiną z władcy a ośmieszaniem pani jego łoża, Triboulet dopiekł faworycie i został skazany na śmierć. Monarcha w swej łaskawości pozwolił mu wybrać sobie rodzaj śmierci. Błazen zastanowił się i rzekł:
— Wybieram śmierć ze starości.

rys.Andrzej Krauze

rys.Andrzej Krauze

Ocalił tym życie, a król, nim jeszcze przestał się śmiać, pojął, że niełatwo jest zabić błazna pełnej krwi. Tylko ćwierćkrwi królowie zabijali błaznów. Takim był Fryderyk Wilhelm I, który na śmierć zadręczył swego błazna, Jakoba Gundlinga: mianował go baronem i prezydentem Pruskiej Akademii Nauk, odział w cyrkowy strój i perukę z koziej sierści, po czym rozkazał mu całować identycznie ubraną małpę, którą zwał synem Gundlinga i przypalał błaznowi pośladki rozżarzonymi patelniami. Kiedy skatowany Gundling umarł, król kazał wepchnąć zwłoki do beczki z winem i tak pochować. Nie bez przyczyny zwano go „królem–sierżantem”.

Czas wreszcie powiedzieć coś o Chicocie, który między wszystkimi błaznami jest kolosalną figurą. Cóż go tak wyróżnia? Nie mózg przecież, chociaż inteligencja Chicota miała ostrość skalpela. Gdybym próbował klasyfikować błaznów według mądrości, byłbym równie śmieszny jak owa grupa chilijskich naukowców pracujących pod kierunkiem amerykańskiego profesora Morrisa, którzy A.D. 1969 ustalili listę najinteligentniejszych ludzi w dziejach: wygrał Herr Goethe (210 punktów), bijąc drugiego Szkopa. Leibniza (205), żabojada Pascala (195) oraz makaroniarza da Vinciego ex aequo z madame de Staël (po 180); pani Jerzy Sand wyprzedziła Napoleona, a Kepler, Pitagoras, Galileusz, Newton, Szekspir, Darwin, Heraklit i wielu innych w ogóle się nie znaleźli na liście wskutek braku odpowiednich atrybutów umysłowych.

Chicot wyróżniał się czymś innym — był błaznem od okazji do okazji, będąc jednocześnie prawą ręką dwóch kolejnych królów Francji, dyplomatą, szpiegiem, „komandosem” (wykonawcą specjalnych misji), wreszcie żołnierzem, którego brawura nie ustępowała celności dowcipu. Szukał ryzyka tak jak inni pieniędzy (co nie znaczy, że tych ostatnich unikał, wprost przeciwnie), a wziąwszy etat błazna wynegocjował dla siebie prawo udziału we wszystkich ważnych operacjach militarnych. Walczył m. in. pod Arques i pod Ivry. Nie miał równego sobie w zabijaniu językiem, szpadą i intrygą. Pamiętacie to rzucone mimochodem do króla pytanie: „— Czytałeś, Henryczku, Makiawela?… Nie? Żałuj”.

Pierwszym jego „Henryczkiem” był Henryk III, wielce osobliwy, zdegenerowany ostatni Walezjusz, który zapisał się dla historii współautorstwem Nocy Świętego Bartłomieja, a później wyjechał do Lechistanu, skąd umknął po kilku miesiącach pajacowania na sarmackim tronie. Pajacował tam w otoczeniu białogłów przedkładających strój Ewy nad każdy inny („oddawał się polowaniu, grom karcianym, tańcom i rozpustnym ucztom, na które, jak powiadano, gołe dziewczęta były wprowadzane” — świadczy Reinhold Heidenstein). Unikalnym tego Walezjusza tytułem do chwały i politycznej mądrości jest cudowny błazen–zausznik–żołnierz– desperado, który nim sterował, a któremu on poddawał się, wiedziony nie spłukanymi w perwersyjnych rozrywkach („włoski ohydny nałóg”) ze swymi „mignonnes” (drugi czy trzeci pederasta na sarmackim tronie?) resztkami zdrowego instynktu. „Aby przywoływać się do rozumu królowie mieli błaznów” (André Willemetz).

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Nie było dla Chicota świętości, więc każdy, kto wchodził na dwór, musiał być świadom, że stanie się celem złośliwych żartów. Nawet damy. Brantôme w swoich „Żywotach pań swawolnych” opisuje scenę, której był świadkiem: „Znalem na dworze iedną wielgą damę, która miała reputacyą, iż daie sobie wygadzać swemu lektorowi a bakalarzowi; tak iż Szykot, trefniś królewski, wycylowal w nią iednego dnia uszczypek przed J. K. Mością y mnogiemi innemi osobami ze dworu, powiadaiąc iey, zali nie wstydu się dawać sobie wygadzac (tu rzekł całe słowo) tak brzydkiemu i szpetnemu samcowi, y nie ma tyle rozumu, aby sobie wybrać pięknieyszego. Kompania zaczęła się sielnie śmiać, a zaś dama płakać, podeźrzewaiąc, iż to król kazał iey wyrządzić tę posługę: bowiem zwyczayny był takich igrów”*.

Winą Brantôme’a jest, że to pospolicie (prawdę rzekłszy: wulgarnie) wygląda, bo opisał scenę i streścił „uszczypek”, miast cytować słowa Chicota, który ubierał swe złośliwości we frazy skrzące się pięciogwiazdkowym humorem, mądrością, subtelną refleksją, goryczą, zależnie od tego, czy był z królem sam na sam, czy też w obecności dworu. To duża różnica, gdyż — o czym nie wolno zapominać — błazen był ekspozycją władcy wobec dworu i dworu wobec władcy, lecz kiedy byli sami, wytwarzał się inny układ, którego możemy się tylko domyślać. Może czułość? Brantôme nie jest tu odpowiednim źródłem, chyba że ktoś przedkłada butelkę nad zawartość; koneserom trunku polecam Dumasa, który ze starych kronik wyłowił kilka pereł Chicota. Napijmy się.

Pałac królewski, Luwr. Nieoczekiwanie Chicot wraca z jakiejś sekretnej eskapady, wchodzi do komnaty króla rozmawiającego ze swym faworytem, Quelusem, i milcząco zaczyna pożerać słodycze będące dekoracją półmiska.
— Otóż i ten hultaj Chicot — krzyknął gniewnie król — próżniak i włóczęga!
— Co mówisz, synku? — spytał Chicot, kładąc ubłocone buty na królewskim krześle. — Pewnie już zapomniałeś ów powrót z Polski, kiedyśmy uciekali jak jelenie, a szlachta goniła nas jak sfora psów, hau!… hau!… hau!… A cóżeś zdziałał podczas mej nieobecności? Powiesiłeś przynajmniej jednego ze swych ufryzowanych lizusków?… Ouu!, przepraszam, panie Quelus, nie zauważyłem cię doprawdy… I znowu zainteresował się ciastem, ledwo słysząc pytanie króla: 

Jan Matejko - Stańczyk

Jan Matejko – Stańczyk

— Coś robił w tym czasie?!
— Co robiłem, synku? Wystaw sobie, skomponowałem procesję o trzech aktach. Akt pierwszy — pokutnicy drą swe włosy idąc ku Montmartre. Akt drugi — pokutnicy obnażeni do pasa biczują się między Montmartre a Świętą
Genowefą. Akt trzeci — pokutnicy, nie przestając wymierzać sobie kańczugami sprawiedliwości, wracają do Luwru… Tymczasem, moi panowie, bawmy się! 
— Najpierw wyjaw, gdzie byłeś — rzekł król, śmiejąc się — bo ja kazałem cię szukać po wszystkich spelunkach Paryża!
— Mniemam, Henryczku, że zacząłeś od Luwru?”.
Czyż nie był Chicot filozofem?

Był także szlachcicem (Henryk III nobilitował go w 1584) — stąd rozszerzone oczy zawdzięczającego Chicotowi życie Bussy’ego i wykrzyknik:
„— Na Boga! Jesteś dzielnym szlachcicem, panie Chicot!”. A z drugiej strony wyszczerzone uśmiechem zęby:„— Do diabła, wiem o tym!”.

Wiedział co czyni przywdziewając skórę błazna. Jedynie takim sposobem mógł górować nad wszystkimi i bawić się niby król. Nie tylko zresztą alegorycznie, lecz i dosłownie, zdarzało mu się bowiem przebierać za króla (gdy monarcha wchodził do sali z jednej strony. Chicot wchodził z drugiej, wywołując chwilową dezorientację), a konkretnie za dwóch monarchów, gdyż po nagłej śmierci Henryka III wstąpił na służbę u Henryka IV.

Kilka danych biograficznych. Świat zobaczył w Gaskonii około roku 1540. Prawdziwe nazwisko: Antoni Anglerays vel Anglarez. Służył politycznie marszałkowi de Villars–Brancas. Później przeszedł na żołd królewski. W aktach figurował jako „Nosiciel płaszcza królewskiego”. Pod La Rochelle odznaczył się brawurą i bezwzględnością. Nie nienawidził hugonotów — nienawidził wrogów króla. Błaznem został około roku 1580, przybierając pseudo: Chicot, co można tłumaczyć jako: Drzazga, a co mówi samo za siebie. Pisano o nim: „wielki, mężny błazen”, podkreślając jego rzadką inteligencję, niezrównaną złośliwość i niepohamowaną bezczelność (świadectwo Aubignégo).
W 1592, walcząc blisko Rouen, Chicot wziął do niewoli hrabiego de Chaligny i cisnął jeńca pod stopy króla,  mówiąc: „— Trzymaj, daję ci go!”. Obecni wybuchnęli szyderczym śmiechem — darowanie jeńca było zniewagą jeńcowi wyrządzoną. Chwilę później hrabia, purpurowy ze wstydu, gdyż na domiar upokorzenia teraz dopiero pojął, że dał się wziąć błaznowi — znienacka rąbnął Chicota rękojeścią szpady przez łeb.

Gyuri Lohmuller - Światem rządzą Błazny

Gyuri Lohmuller – Światem rządzą Błazny

Wielki błazen umierał w wielkim stylu. Długie piętnaście dni. Jego śmiertelne wyrko stało obok łóżka konającego żołnierza, do którego wezwano spowiednika, miejscowego proboszcza. Ten odmówił żołnierzowi rozgrzeszenia wskutek różnic wyznaniowych. Wówczas Chicot zwlókł się z łoża śmierci, skopał fanatyka i wyrzucił go za drzwi przeklinając. Tak powiedział ostatnią prawdę w swoim życiu. Henryk IV płakał po nim, choć mówiono, że o łzy u tego króla niełatwo. Czyż można się wszakże dziwić rozpaczy pomazańca, który wiedział, że trudno będzie znaleźć godnego następcę Chicota? Następcą został Angoulevent, lecz do klasy, stylu, charakteru i odwagi Chicota było mu tak daleko, jak kucykowi do araba.
Testamentem z roku 1585 Chicot życzył sobie, by pochowano go w zamku Loches, którym — decyzją króla — władał od roku 1574. Nie spełniono tego życzenia. W kościele przy zamku Loches umieszczono tylko portret błazna; zwłoki złożono w Pont–de–1’Arche. Dzieci Chicota i Renaty Barré żyły jeszcze jakiś czas blisko zamku. Loches leży 60 kilometrów na wschód od Montsoreau. Jest to wielki kompleks, składający się z ruin potężnej fortecy (XI–XII wiek), Rezydencji Królewskiej i łączącej je kolegiaty. Forteca, której ozdobę stanowi kolosalny donżon, od XV wieku służyła za więzienie stanu — tutaj Ludwik XI trzymał w drewnianej klatce kardynała Balue, a Ludwik XII księcia Mediolanu Ludwika Sforzę. Rezydencja Królewska Stara pochodzi z XIV wieku i mieszczą się tam zwłoki kochanki Karola VII, Agnieszki Sorel; Nowa, z XV wieku, olśniewa wspaniałą fasadą „flamboyant” (Gotyk Płomienisty). Wszystko to się tutaj pamięta i reklamuje, i rozświetla mocą spektaklu „son et lumière” za jedne dwa i pół franka. Wszystko, prócz Chicota. Ani słowa o wielkim błaźnie. Identyczna historia jak w Chambord z Saint–Germainem. Do licha! Czemu zawsze pomija się to, co najciekawsze?!
Sam fakt, że był Chicot ostatnim genialnym błaznem nie tylko Francji, ale i całej Europy — daje mu wszelkie prawa do wieczne go panowania w Loches. Co prawda ostatnim urzędowym błaznem Francji został L’Angely, lecz jego milczenie można już było kupić (uciułał sobie tą metodą 25 tysięcy talarów), a w końcu, chociaż piętnował jedynie występki, oszczędzając występnych (to tak jakby potępiać karty, wybaczając szulerom) — Ludwik XVI przegnał go ze dworu. W tym samym czasie Fryderyk Wilhelm I zamordował Gundlinga i skończyło się mówienie prawdy panującym.

Gdybym był belfrem historii, a uczeń na pytanie o istotę Absolutyzmu odpowiedziałby: „— Pozbyto się błaznów” — dałbym celującą notę. Absolutyzm bowiem nie kochał nagiej prawdy — absolutystyczna obyczajność wymagała, by prawda nie paradowała goło. Ubrali ją pochlebcy i klakierzy, wychowały szeregi przyzwoitek, aż osiągnęła cenzuralną doskonałość w skromności, która jest zaprzeczeniem bezczelności błazna.

Epoka, kiedy na okrzyk: „— Umarł błazen!” król odpowiadał: „— Niech żyje błazen!”, przeszła do sfery nocnych widziadeł. Gdybyś dzisiaj krzyknął: „— Vive le bouffon!”, mury zamkowe Loches odpowiedzą: „— Le bouffon est mort!”. Oto czemu i dzisiaj niełatwo jest zabić błazna pełnej krwi. Bo go nie ma. Są tylko smutne arlekiny na obrazach Picassa i w życiu.”

…………………….

Matthew Almy - Dom wesołości

Matthew Almy – Dom wesołości

Żył sobie błazen mądry nad wyraz
co trzeźwy bywał niezwykle rzadko.
Tak się upajał głupotą innych
aż się nią zapił i umarł….gładko.

Głupota bowiem ma to do siebie
że im kto głębiej się w nią zanurza.
Tego już żadna mądrość nie zbawi
chyba że będzie to „mądrość” kurza.

Łatwiej jest bowiem żyć na tym świecie
kiedy ni myśleć ni robić nie trzeba
Mądry zapyta – Cóż to za życie?
Głupi zakrzyknie – Trafiłem do nieba!

Śmierć Błazna – Odys, styczeń 2015

Szekspir napisał: „Odkąd uciszono mądrość błaznów, błazeństwo mędrków wzrosło niepomiernie”. Dlatego też z dwoj­ga: by­cia błaz­nem lub mędrcem, wy­bieram byt błaz­na. Błazen bowiem tyl­ko uda­je głup­ca (i tylko po to by z głupoty się natrząsać), zaś mędrzec często swej głupo­ty nie uda­je. I wielu takich mędrków z dyplomami „poważnych” uczelni dyktuje dziś błaznom na ile mogą sobie żartować i z czego, z drugiej strony pozwalając głupszym od siebie żartować ze wszystkiego o ile jest to mędrkom na rękę i nie jest nakierowane na krytykę mędrków.

W demokratycznym świecie – gdzie nie liczy się wartość, a o racji decyduje „większość” – szlachetne błazny nie są mile widziane. Tym to sposobem mądrość dosłownie rozpuściła się w morzu głupoty. Nie mają już błazny żadnych mocy sprawczych, ani nawet szansy na to żeby szepnąć królowi odpowiednie słówko w celu powstrzymania szaleństwa durniów. Nastały czasy w których o racji decyduje nieracjonalny, kierujący się emocjami (najczęściej egoistycznymi i prymitywnymi), pozbawiony wiedzy o świecie motłoch. Czasy w których już nie trzeba się kierować prawdą obiektywną i przekonywać do niej ludzi. Dziś rządzi ten komu uda się przekupić masy iluzją „sukcesu” lub wizją „darmowego” chleba i igrzysk. Nastał czas durniów a wręcz psychopatów z którymi na dodatek żartów nie ma, bo to oni dziś decydują o tym kto ma sprawować władzę, i to z nich w „większości” ta władza się wywodzi. Którzy nie dość że mordują nas pomału pod znieczuleniem wspomnianych wcześniej iluzji (tak jak można ugotować żywe żaby) przy użyciu pisanego przez siebie (i pod siebie) „prawa”, czasem tylko stosując wprost fizyczną przemoc wobec najbardziej niepokornych, to jeszcze po drodze dają się nam we znaki swoją nieskończoną głupotą i zarażając nią mniej odporne i ambitne jednostki jako powszechnie obowiązującą „normą”.

Pamiętajmy więc w tych niebezpiecznych dla mądrości i prawdy czasach o własnym bezpieczeństwie. Żeby podczas stawiania tamy i piętnowania głupoty nie dać się „zabić”, czy zniszczyć tego co w nas najlepsze. Nie ma bowiem większej krzywdy dla świata jak utrata jednego mądrego człowieka (choćby był błaznem)… Nigdy wszak nie wiadomo kiedy nadejdzie taki czas, że ludziom spadną z oczu klapki a durnie zostaną zdemaskowani. Wtedy błazny znowu wrócą do łask, a kto wie, może jeden z nich okaże się Klaudiuszem… (Odys)

Wśród osłów, osłem bądź i ukryj swe serce.
Zapytaj głupca – odpowie, że mądrym jest wielce.
Ten zaś, co oślich uszów wcale nie posiada,
We wszystkim heretykiem jest dla osłów stada” (Avicenna)

podobne: Demokracja… czyli Dyktatura Durni. Australijczycy tracą do niej zaufanie. oraz: Czy liberalizm nas zabije? Nawet gdyby chciał to nie zdąży, bo wcześniej wykończy nas socjalizm czyli… „Polityka społeczna” (dla głupców). i to: William Szekspir Sonet 66 (do grafiki Gustave Dore) polecam również: Kisiel: „Felieton optymistyczny”… jak „Perfidia” Łysiaka i to: O chłopcach w krótkich spodenkach

Ivan Slavinsky - Żarty na bok

Ivan Slavinsky – Żarty na bok

Advertisements

5 comments on “„Normalny wariat” i „Żarty na bok” czyli… Gdyby światem rządziły błazny, durnie nie mieliby w nim czego szukać.

  1. Pingback: Kisiel: Wbrew Kotarbińskiemu czyli… bardzo konkretne skutki społeczne religii. | Łódź Odysa

  2. Pingback: Władysław Panasiuk: Artyści nie z tej ziemi czyli… W pogoni za sławą. | Łódź Odysa

  3. Pingback: Król chłopiec do „Z chłopa król” (Jacka Kaczmarskiego) | Łódź Odysa

  4. Pingback: „Śmierć i dziewczyna” czyli… Socjal Demokracja jako sztuka dymania (która sama się nie broni). | Łódź Odysa

  5. Pingback: Czego uczy nas Konstytucja 3 maja i kto powinien siedzieć na miejscu „Stańczyka” (Matejki).”Kasandra” Jacka Kaczmarskiego. | Łódź Odysa

Dodaj komentarz (byle bez epitetów i wulgaryzmów)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s