„Ona nie jest burzą” a „Miłość nie zna słowa duma”.


„…Wytłumaczyć każde słowo i o tysiącu zapomnieć. Spotkać się z nią i przegadać noc całą. Nie wstydzić się uczuć, słabości czy ogólnie siebie. Zaufać raz jeszcze, do końca, w potrzebie. W przestrzeni szumu wody, pozwolić by tylko ona i rozmowa przy niej płynęły. By strach i wątpliwości nawzajem się pochłonęły.

Otuleni w koce poczuć chłód przed wschodem słońca. Pozwolić porankowi powiedzieć „dość”. A później ciekawym tematem przekupić go, by pozwolił dłużej zostać. A może tak gdy razem odchodząc, różnymi drogami, dogoniłby ją jeszcze swoimi słowami? Zatrzymał na moment, za dłoń znów ją chwycił i wprost zapytał czy „razem ich widzi”. Chwilę jeszcze pobyć, chwilę przed rozstaniem, chwilę, która będzie krzykiem, pragnień ich wołaniem. I wchodząc do domu, przekroczyć próg jego w spełnieniu słów „Spróbowałem, naprawdę się starałem, sprawę bez domysłów rozstrzygnąć umiałem”.

Na drugi dzień chorować z tęsknoty za nią. Uronić łzę od lat w sercu zbieraną. Martwić się o nią i modlić o siły. Na zawsze zamilknąć, lecz nie z powodu „straciłem”. „Ja pozyskałem i uwolniłem. Przeniosłem na siebie ten ciężar dni dawnych, by pomóc jej złapać znów oddech. Emocjonalnie ciągle w przeszłości… widziałem jak to ją rozbiera, nie mogłem patrzeć spokojnie, jak radość się w smutku topi, a jej uśmiech umiera…” (Szelmutka vel Starlight)

…………………………………………………………

Tomasz Alen Kopera - Ból

Tomasz Alen Kopera – Ból

Tak łatwo naginasz mnie ku sobie
gwałtownością porywów serca.
Gorące słowa w zetknięciu z zimną wolą
strumieniem łez padają.

Nabrzmiewam zbierając razy i krzyki.
Pieszczoty Twojego wyładowania
łamią z trzaskiem każdy mój opór.

Otwarty chcę nałapać Cię jak najwięcej
w konary dziurawe wątpliwościami
zanim skończy się Twoja obfitość
i pójdziesz dalej przed siebie.

Więc taplam się w kałuży
zakorzeniony w resztkach Wiary w Ciebie
schowanej głęboko wśród najpierwszych potrzeb.

Resztkami dumnego niegdyś dębu
błagalnie w niebo sterczącymi
bezwstydnie wypatruję cienia Nadziei
– ulgi od spiekoty tęsknoty.

Przeszłaś po mnie niczym burza.
Kamień na kamieniu – w pył.
I tylko Miłości karłowatą wegetacją wciąż żyję.

„Miłość nie zna słowa duma” – Odys, maj 2015

(pod wpływem Phildel – Storm Song)

podobne: łatwopalni oraz: W oku cyklonu wyobraźni i to: „Korepetycje” a także: Czemu jest… nie moja  polecam również: Posiąść kobietę. i jeszcze: Atramentowa Pani: „nie(do)powiedziane”… Ona (ogień) na koniec: Jesteś powietrzem.

John Pitre - Tożsamość

John Pitre – Tożsamość

“How silly to compare herto hurricanes
to thunderstorms
to temporary
cliche swirls of emotion.
She is concrete. She is permanent.

She is brave with her words
and slick with her heart.
There is concentration dripping from her pores
and love sticking to her bones.

She is a lifetime of goodmornings.
She is the warmth of lilac sheets.
She is firmly planted.
She sticks in your mouth
and slams against your jaw.

She is everything
imaginable,

and you’re telling me
the best you can come up with
is a fucking 30 minute storm?”

Michelle K., „She is Not a Hurricane.” podobne: Michelle K. „Za każdym razem”
Advertisements

21 comments on “„Ona nie jest burzą” a „Miłość nie zna słowa duma”.

  1. jako że nie znam angielskiego, łaciny zresztą a „cudzy prolog”
    jak dla mnie zwykle bardziej gmatwa niż uwypukla clou intencji
    poety autochtona, to odniosę się tylko do tego
    co zdaje mi się chrobotać niemiłosiernie w zamyśle twojego wiersza.
    mnie się zdaje, że to właśnie obraz kopery poważnie zawładną pomysłem na metafory i osnowę…
    ale nie rozumiem dlaczego skoro
    podmiot-> kobieta-> burza
    podmiot -> mężczyzna-> dąb(właściwie jego resztki)
    to po co jeszcze ten kamień na kamieniu
    z czym podmiot się w końcu utożsamia z dębem
    czy kamieniem? bo dęby nie rosną na kamieniach.
    o co tu kaman? 🙂

    Lubię to

  2. Dobrze, że istnieje… bez niej byłoby bardzo źle, smutno…
    Ona jest „motorem” wszystkiego co dobre/pozytywne…
    Nawet, gdy niekiedy jest burzą z deszczem…
    Po burzy na niebie pojawia się tęcza…
    Zapowiedź pięknego dnia! 🙂

    PS. Dobranoc Żeglarzu Odysie… 🙂
    Niech omijają Ciebie sztormy i burze… 🙂
    … chyba, że te które zwiastują… 🙂
    Miłych snów – sowa odlatuje! 🙂

    Lubię to

  3. Pingback: Pocałunki, dreszcze… i coś jeszcze (Miłość zabija powoli VII: „Meet Joe Black”) | Łódź Odysa

Dodaj komentarz (byle bez epitetów i wulgaryzmów)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s