„I poznam wszystek rzeczy sens jakem poznany. Wybiorę miłość jak ja sam jestem wybrany”. Monika i Marcin Gajdowie o pracy nad sobą.


„…niektórzy z nas są gotowi oddać życie z miłości do nieprzyjaciół, a to zaprzecza instynktowi przetrwania. Ten absurdalny krok nie daje się wytłumaczyć teorią Darwina. Należymy więc także do porządku nadprzyrodzonego, ponadnaturalnego, do świata ducha, a wyraża się to przede wszystkim poprzez naszą zdolność do miłości i wrażliwość na piękno. Tylko człowiek potrafi wzruszyć się do łez, czytając wiersz. Tylko człowiek, bez żadnego wyraźnego celu, wchodzi na wierzchołek jakiejś góry. Tylko człowiek może całkowicie bezinteresownie obdarowywać drugiego.(…)

Celem rozwoju człowieka jest miłość.

(…) Można sobie postawić pytanie: dlaczego właśnie miłość została postawiona jako cel rozwoju człowieka? Odpowiedź podają mistycy: ponieważ Bóg jest miłością, a człowiek ma się zjednoczyć z Bogiem. Celem życia człowieka jest Bóg. Tę niesamowitą perspektywę rysuje przed nami duchowość! Pełny rozwój człowieka wyraża się tym, że człowiek miłuje jak Bóg, mając udział w Jego wewnętrznym życiu. A więc wszystko, co służy naszemu ostatecznemu celowi (być jedno z Bogiem w miłości), popycha nas we „właściwą stronę”. Św. Jan od Krzyża powiedział, że pod koniec życia będziemy sądzeni z miłości. Sąd ostateczny nie musi być rozumiany jak coś zewnętrznego. Odrzucając rozwój ku miłości, sami narażamy się na cierpienie. Całkowite odrzucenie miłości umieszcza człowieka w piekle. Również z punktu widzenia psychologii przykazanie miłości jest dla człowieka najzdrowsze. Kto zmierza ku dojrzałej miłości, automatycznie staje się człowiekiem bardziej zintegrowanym i coraz zdrowszym emocjonalnie.

Nieuwzględnianie w terapii miłości, jako celu rozwoju człowieka, spowalnia zdrowienie lub wręcz szkodzi procesowi terapeutycznemu, ponieważ bardzo często pacjent znalazł się w potrzebie terapii właśnie dlatego, że od miłości się oddalił. Każde zaburzenie emocjonalne, a niejednokrotnie i psychiczne (za wyjątkiem tych, których podłożem są zaburzenia biochemiczne), można rozpatrywać w perspektywie zakłócenia porządku miłowania. (…) Uważamy, że objawy służą temu, by chorego na ten właściwy kierunek rozwoju (ku dojrzałej miłości) naprowadzić, a więc mają funkcję jak najbardziej pozytywną. Emocjonalność nie została nam dana po to, by nas męczyć lub upokarzać, lecz po to, by nas prowadzić we właściwą stronę.

Ostatecznym celem rozwoju jest miłość. Wobec tego każdy cząstkowy rozwój: fizyczny, emocjonalny, materialny, intelektualny, artystyczny czy religijny ma sens o tyle, o ile przybliża nas do celu najważniejszego (…)

Miłość jest aktem skierowanym ku dobru człowieka.

(…)Miłość jest aktem, czyli konkretnym działaniem, które może być podjęte lub też nie. Miłość nie jest uczuciem, z którym bardzo często jest mylona. Miłość może być podtrzymywana przez różne uczucia i to nie tylko te przyjemne (np. uczucie przyjaźni, zakochania, serdeczności), ale także przez te powszechnie uznawane za „negatywne” (np. gniew, zazdrość). O tym, czy uczucie poruszy człowieka ku miłości, decyduje wola i rozum, gdy tych zabraknie, bardzo często mamy katastrofę…

Miłość może się jednak wyrażać poprzez uczucie. Oczyszczona i właściwie przeżywana emocjonalność idzie w parze z miłością. W miarę jak postępujemy w rozwoju, coraz rzadziej musimy działać wbrew uczuciom. Coraz częściej zdarza nam się w jednym akcie miłować i czuć miłość. Zastanówmy się teraz: czym posługuje się miłość? Jakie akty należą do porządku miłości? Na czym polega jej działanie? Można powiedzieć, że miłość, podobnie jak ptak, ma dwa skrzydła. Potrzebuje ich obydwu, żeby lecieć do celu – pierwszym skrzydłem jest afirmacja, a drugim wymaganie.

Afirmacja płynie z najgłębszych poziomów duszy. Tylko ten, kto ma serce prawdziwie kochające i zanurzone w Bogu, potrafi autentycznie afirmować. Miłość pozwala drugiemu doświadczyć subiektywnie, że jest miłowany. Gdy afirmacja jest rzeczywista, dokonuje się na wszystkich poziomach ludzkiej natury: fizycznym, emocjonalnym i duchowym. Serca nie da się oszukać – prawdziwa afirmacja to coś więcej niż wypowiadane mechanicznie słowo lub gest czyniony na polecenie rozumu. Afirmacji nie można wyćwiczyć. Jest darem, zarówno dla tego, kto afirmuje, jak i dla tego, kto jest afirmowany. Wyraża się w czułym spojrzeniu, geście, słowie, czasem w milczeniu. Prawdziwa afirmacja jest doświadczeniem mistycznym: zaskakuje, zarówno tego, kto kocha, jak i tego, kto jest kochany. Tak naprawdę, tym, który afirmuje jest Bóg, my jedynie stwarzamy przestrzeń dla Jego miłości. Afirmacja jest czymś pięknym i przyjemnym, wzruszającym i poruszającym do głębi.(…)

polecam również: Ks. Piotr Pawlukiewicz – Miłość Bezwarunkowa

JA fałszywe

(…) Każdy z nas musiał sobie jakoś radzić w niekorzystnych warunkach, w jakich się znalazł. Stworzeni z miłości i dla miłości napotkaliśmy wszyscy rzeczywistość odbiegającą od świata idealnego. Aby przetrwać, dziecko musi wytworzyć specyficzny mechanizm obronny, polegający na „niewidzeniu” tego, co się dzieje. Dziecko zaczyna zachowywać się w charakterystyczny sposób, przybiera określone strategie i zaczyna funkcjonować na odruchu emocjonalnym, pozwalającym mu przeżyć. W skrajnej sytuacji dziecko mogłoby przestać się rozwijać lub nawet umrzeć, gdyby nie wytworzyło mechanizmu obronnego. Na początku jest więc on czymś niezbędnym, ratującym życie, jednak w wieku dorosłym zaczyna przeszkadzać i prowadzi do negatywnych konsekwencji. To, co kiedyś pozwalało się ukryć, staje się więzieniem, z którego bardzo trudno się wydostać. Mechanizmy obronne nabyte w dzieciństwie i wynikające z nich, specyficzne obronne funkcjonowanie emocjonalne, intelektualne i społeczne człowieka, będziemy nazywać JA FAŁSZYWYM (…) 

polecam również: Ks. Piotr Pawlukiewicz – Nie bój się usłyszeć prawdy o sobie

Poczucie wartości

(…) Poczucie wartości to coś „zero – jedynkowego”: albo mam kontakt z własną wartością (JA PRAWDZIWE), albo go nie mam wcale (JA FAŁSZYWE). Za nieprawidłowe uważamy również określenia typu: „budowanie własnej wartości”. Owszem, jeśli ktoś funkcjonuje w obszarze JA FAŁSZYWEGO, to nie stykając się z własną wartością, musi ją niejako „budować”, ale ta „konstrukcja” jest tak krucha, jak kruchy jest dom budowany na piasku. Na niestabilnym podłożu można postawić nawet pałac lub bunkier (i tak niektórzy rzeczywiście funkcjonują), jednak nigdy nie będzie on miał trwałości ze względu na słabość fundamentu (JA FAŁSZYWE).

Na poziomie JA PRAWDZIWEGO nie potrzeba niczego budować – człowiek po prostu styka się z własną wartością. Z tego poziomu doświadczamy, że nasza wartość jest nieskończona, ponieważ wynika z samego aktu stwórczego Boga, który chciał nas dla nas samych. Człowiek żyjący w świadomości tej prawdy nie potrzebuje nikomu udowadniać swojej wartości, bo jest nieustannie afirmowany od wewnątrz przez Miłość, która go stwarza. Wartości człowieka nie można ani pomniejszyć ani powiększyć, nie potrzeba też nad nią pracować. Można mieć kontakt z własną wartością lub go nie mieć. Podobnie jak złoto jest złotem bez względu na to, czy znajduje się na palcu czy w błocie, tak człowiek może żyć, mając doświadczenie swego piękna i zgodnie z tym, do czego jest powołany.

Może też zupełnie nie znać swej wartości, co często prowadzi do życia poniżej własnej godności. Nie zdołamy wyprodukować złota, potrzebujemy je odszukać. Każdy z nas ma w sobie bezcenny kruszec, ale nie każdy ma do niego dostęp. (…) 

polecam również: ks. Piotr Pawlukiewicz – o poczuciu własnej wartości

Poznać siebie.

(…)„Trzeba poznać siebie, wydobywać wszystko z podświadomości, żeby wszystko było proste i jasne” – być może niektórzy przypisaliby autorstwo tych słów jakiemuś słynnemu psychoanalitykowi, a jednak wypowiedział je ktoś zupełnie inny. Zalecenia te podał młody ksiądz, Karol Wojtyła. Rzeczywiście, rozwój wewnętrzny wymaga poznania samego siebie i przyjęcia prawdy o sobie. Teologia nazywa to „poznanie” pokorą, w psychologii określamy je „wglądem”.

Jeśli chcemy się rozwijać, mamy pewną walkę do stoczenia. Przeciwnik ukrywa się przed nami; chce nas zaskoczyć i jak partyzant atakuje, sam pozostając w ukryciu. Tym przeciwnikiem jest JA FAŁSZYWE i aby go zwyciężyć, trzeba poznać jego strategię. Potrzebujemy poznać strukturę pęknięcia, które w sobie nosimy, by dobrać jak najskuteczniejsze środki zaradcze. Docieranie do prawdy o sobie wymaga determinacji, odwagi oraz dyspozycyjności intelektualnej, która wyraża się w gotowości usłyszenia czegoś trudnego, przyjęcia innego myślenia, odmiennego od tego, co przez tyle lat uznawaliśmy za prawdziwe.(…) 

Już samo poznanie siebie jest niezwykle uwalniające! Kiedy ten sam Karol Wojtyła, już jako papież, został zapytany o to, które zdanie z Biblii jest dla niego najważniejsze, odpowiedział cytując Ewangelię św. Jana: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”.(…)

Wgląd jest z reguły nieprzyjemny, a na początku bardzo nieprzyjemny. Jest także niemal regułą odruchowe zaprzeczanie (czasem bardzo gwałtowne) temu, co zaczynamy widzieć. Oko jest tak zbudowane, że całą siatkówkę pokrywają światłoczułe komórki: czopki i pręciki. Jest jednak miejsce na siatkówce, które nazywamy plamką ślepą (można udowodnić jej istnienie poprzez proste doświadczenie optyczne). Choć plamka ślepa znajduje się niemal na środku siatkówki, nie mamy świadomości jej istnienia, ponieważ drugie oko kompensuje braki w obrazie. Mózg nie widzi, że nie widzi. W podobny sposób jesteśmy ślepi na własne mechanizmy obronne (…)

polecam również: ks.Piotr Pawlukiewicz – Twoje serce ożyje

Uczucia.

Wiedza na temat zjawisk emocjonalnych jest coraz większa, jednak ciągle zdarzają się ludzie, którzy dzielą uczucia na negatywne i pozytywne, co często wiąże się z nadawaniem im znaczenia moralnego (uczucia grzeszne – niedopuszczalne oraz uczucia moralne – dopuszczalne). Niekiedy za pozytywne uważa się te uczucia, które są dla nas w odbiorze przyjemne (np. radość, spokój, miłość), a za negatywne te, które w odbiorze są nieprzyjemne (np. gniew, zazdrość czy lęk). Czasem spotykamy się z poglądem, że niektóre z uczuć są szkodliwe dla ich „właściciela”. NIE MA UCZUĆ POZYTYWNYCH LUB NEGATYWNYCH. UCZUCIA NIE MAJĄ WARTOŚCI MORALNEJ. ZNACZENIE MORALNE MAJĄ CZYNY PODEJMOWANE POD WPŁYWEM UCZUĆ.

Jeśli się zdarzy, że ktoś z naszych rozmówców obstaje przy tym podziale, prosimy go, aby podał jakieś uczucie, które uważa za „pozytywne”. Weźmy na przykład radość. Narkoman uzależniony od heroiny poczuje radość, gdy będzie mieć już zapewnioną codzienną dawkę narkotyku. „Miłość” z kolei będzie czuł kochanek jadący do swej kochanki. I może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że ona ma męża i troje dzieci, a on jest księdzem. I w ten oto sposób „uczucia pozytywne” jakoś przestają być pozytywne…

(…) Gniew na przykład jest motorem rozwoju i bywa niezbędny dla utrzymywania relacji (wbrew powszechnie panującym opiniom, jeśli w relacji nie pojawia się gniew, bardzo często nie jest to objaw jedności, lecz śmierci związku). Gniew daje siłę życiową i pozwala stawiać granice oraz bronić wartości. Zazdrość, z kolei, również może pobudzać nas do rozwoju, a także do tego, aby afirmować osiągnięcia innych. Opinia wypowiedziana pod wpływem dobrze przeżywanej zazdrości: „Zazdroszczę twego osiągnięcia! Musiałeś się wiele napracować! Też chciałbym kiedyś w przyszłości osiągnąć coś takiego!” brzmi bardzo pięknie i jest wyrazem podziwu i szacunku dla czyjejś pracy. (…)

Ból neurotyczny i ból rozwojowy. 

(…) Cierpienie neurotyczne związane jest ze zranieniem i pojawia się niezależnie od naszej woli. Czasem trwa w nas na sposób ciągły i nie potrafimy wyraźnie odnaleźć jego przyczyny. Z pewnością jednak ta przyczyna istnieje i najprawdopodobniej ma umiejscowienie w dzieciństwie. Może być ono subiektywnie odczuwane jako niezadowolenie z życia, smutek, osamotnienie, brak pokoju, lęk, trudność z wchodzeniem w relacje, wycofanie, brak pewności siebie, wstyd, odrzucenie, poczucie izolacji i tym podobne. Właśnie ten rodzaj cierpienia przyprowadza ludzi do gabinetu terapeuty. Pod wpływem takiego cierpienia zaczynamy szukać pomocy u Boga.

Zupełnie inaczej mają się sprawy z cierpieniem rozwojowym (zbawczym). Tego cierpienia można uniknąć: wystarczy nie wchodzić w pewne sytuacje, omijać pewnych ludzi i nie podejmować pewnych działań. O ile cierpienie neurotyczne pojawia się w nas czy chcemy, czy nie, podobnie jak ból zęba, o tyle ten drugi rodzaj cierpienia przypomina wizytę u stomatologa – można jej unikać tak długo, jak się tylko da. Jest oczywiste, że biorąc środki przeciwbólowe i unikając wizyty u dentysty, nie rozwiązujemy problemu. Jeśli chcemy zmniejszyć ból zęba, powinniśmy wybrać ból związany z wizytą u stomatologa, w przeciwnym razie cierpienie będzie narastać. Ból leczymy bólem! Jeśli ktoś chce zmniejszyć swoje cierpienie neurotyczne, będzie musiał podjąć cierpienie rozwojowe – innej drogi nie ma. Kto porusza się w granicach wyznaczonych przez komfort emocjonalny („skoro już jest mi źle, dlaczego mam sobie dokładać?”), czyli nie wchodzi świadomie w ból rozwojowy, jego cierpienie pochodzenia neurotycznego będzie rosło. Kto zrozumie logikę przekraczania siebie, ten stopniowo zacznie doświadczać uwolnienia od cierpienia.(…)

Rozbijanie JA falszywego i praca z myślami.

(…) Choć z pozoru może się to wydawać łatwe, uczciwe wejrzenie w siebie wystarczy, by zdać sobie sprawę, w jak wielu sytuacjach przeżywamy bunt i niezgodę. Zdradza nas nasza myśl i mowa, które bywają pełne goryczy, narzekania, a czasem nawet złorzeczenia. A jeśli one są już nam poddane, zdradzają nas nasze uczucia, które pokazują, jak wygląda nasza współpraca z osobistą historią. Nie chodzi oczywiście o to, aby nie widzieć zła i niesprawiedliwości na świecie lub by stać się jakimś niewzruszonym stoikiem. Chodzi o nasze wewnętrzne nastawienie do trudnych wydarzeń.

Bierne rozbijanie JA FAŁSZYWEGO zaczynamy od tego, że wydarzenia, niesione nam przez życie, przestajemy dzielić na „dobre” i „złe”. Oczywiście mamy prawo uznawać je za łatwe lub trudne, przyjemne lub nieprzyjemne. Jednak nawet najtragiczniejsze sytuacje możemy przeżywać w taki sposób, że będą nas wewnętrznie rozwijać i ostatecznie służyć naszemu wzrostowi. Bez świadomej decyzji na współpracę z tym, co trudne, bóle, które niesie ze sobą życie, będą nas dezintegrować i wprowadzać w gorycz, żal, pogardę lub nieprzebaczenie. Odtąd już nie chcę przerzucać odpowiedzialności za to, co się ze mną dzieje, na okoliczności zewnętrzne. Wszystko, co przychodzi, może być łaską. Wszystko może mnie uszlachetniać – nawet (a może zwłaszcza!) sytuacje po ludzku najtrudniejsze. Rzeczy są dla nas takimi, jakimi je przeżywamy. To od nas zależy, czy trudne wydarzenia przeżyjemy ku wzrostowi i oczyszczeniu, czy też zaczniemy rozpaczać i użalać się nad sobą. W tych samych, ciężkich warunkach jeden człowiek będzie stawał się świętym, drugi będzie oddalał się od Boga.(…)

 (…) Przekonania na temat swojej małej wartości lub, przeciwnie, zawyżanie wewnętrznych opinii na swój temat, przekonania na temat innych ludzi, świata i Boga – wszystko to może być produktem JA FAŁSZYWEGO. Po czym to poznajemy? Weryfikacji dokonujemy sprawdzając zgodność własnych myśli z prawdami uniwersalnymi i prawem naturalnym. Dla chrześcijan będzie to Słowo Boże: czy to, co myślę, jest zgodne z tym, co powiedziałby o mnie, o innych i o świecie Bóg? Jeśli myśli nie zgadzają się z Objawieniem, uznamy je za pochodzące z JA FAŁSZYWEGO. Jeśli są z nim zgodne, określimy je mianem „myślenia prawdziwego”. W ujęciu psychologicznym „prawdziwe myślenie” prowadzi nas do miłości (rozwoju), w przeciwieństwie do myśli dyktowanych przez JA FAŁSZYWE, które zahamowują nasz rozwój i uniemożliwiają mi- łość. W teologii duchowości myśli z JA FAŁSZYWEGO często są określane jako kuszenie.

(…) W naszej koncepcji, którą nazwaliśmy chrześcijańską terapią integralną (ChTI), uznajemy istnienie prawdy obiektywnej: świat ma „górę i dół”, istnieje dobro i zło; pewien sposób myślenia jest zdrowy i prawidłowy, a inny nie; pewne postawy życiowe prowadzą nas ku większej miłości i wolności wewnętrznej (rozwój), a pewne zatrzymują nas w miejscu, a nawet nam szkodzą. Według ChTI terapeuta nie powinien się wahać w wykazaniu błędnego myślenia (np. teologicznego czy z dziedziny psychologii). Z naszego doświadczenia wynika, że proces neurotyczny bardzo często oparty jest o błędne rozumienie miłości (…)

polecam również: ks.Piotr Pawlukiewicz – jak zlikwidować fałszywe „JA”

Zmiany. 

(…) niezależnie czy tego chcemy czy nie, wszyscy należymy do struktury, którą możemy nazwać systemem. Każdy z nas należy do wielu systemów. System tworzą wszyscy obywatele jednego państwa, pracownicy jakiejś firmy, grupa rekolekcyjna, członkowie wspólnoty itp. Jednym z najważniejszych systemów, do jakich należymy, jest system rodzinny. Każdy z nas ma w swojej głowie specyficzny system intelektualny i ten także wywiera na nas przemożny wpływ. Nasz wewnętrzny system to przekonania wynikające z naszych doświadczeń, spotkań, środowiska, w jakim żyjemy, kraju i kultury, która nas otacza. (…)

Zmiana zachodząca w jednym elemencie systemu, wywołuje mniejszą lub większą zmianę u wszystkich pozostałych elementów, wchodzących w jego skład.(…) 

Opisane przed chwilą prawo wzajemnej zależności nie byłoby może dla nas tak istotne, gdyby nie kolejne, które mówi, że zarówno system jako całość, jak i poszczególne jego elementy bronią się przed zmianą. Mówiąc krótko: system nie lubi zmian i robi wszystko, aby zostało „po staremu”. Niechęć do zmiany nie jest świadomym wyborem. Członkowie systemu najczęściej nie zdają sobie sprawy z tego, że robią wszystko, by nic się nie zmieniło.(…)

Typologia osobowości.

(…) Chcemy podkreślić, że nie ma lepszej lub gorszej osobowości. Żadna z nich nie jest bardziej ani mniej uprzywilejowana. Każda niesie typowe dla siebie zagrożenia, ale też każda, gdy podda się łasce, wnosi niezastąpiony koloryt i dar w rodzinę ludzką. Dla poszczególnych typów podaliśmy przykłady świętych, którzy mogą być uznani za reprezentantów danej osobowości. W drugiej kolumnie przedstawiamy zdolności, dary i pozytywne cechy dominujące w danej osobowości. Mogą się one stać charyzmatem tej osoby, ale mogą się także rozwinąć w karykaturę cnoty. Jeśli na przykład ktoś kocha porządek i reguły, może wspaniale organizować życie wspólnoty. Może się jednak także stać skrupulantem nie do zniesienia dla otoczenia w przypadku, gdy zwyciężą w nim mechanizmy obronne JA FAŁSZYWEGO.

(…) większość ludzi walczy z grzechem dość powierzchownie, nie mając pojęcia, w które miejsce JA FAŁSZYWEGO powinno się „przyłożyć siekierę” pracy nad sobą.(…)

Rozwój prowadzi do pełni w Chrystusie – każdy święty, niezależnie z jakiego typu osobowości by nie wychodził, staje się podobny do Jezusa, a przez to także i do innych świętych. Osobowość Jezusa zawiera w pełni rozwinięte i zintegrowane w doskonałej harmonii wszystkie typy osobowości. Typologia, jak każdy schemat, porządkuje coś i wyjaśnia, ale może także stać się pokusą! Przestrzegamy czytelników przed zbytnim schematyzowaniem siebie, a tym bardziej innych! (…) Szukajmy światła na własne życie, choć dzięki typologii możemy także lepiej zrozumieć ludzi wokół nas.(…)

Miłość samego siebie, miłość bliźniego i miłość Boga są nierozdzielne.

(…) Jezus wielokrotnie odkłamywał tych, którzy myśleli, że można kochać Ojca w niebie, jednocześnie nienawidząc bliźniego. Jeśli nie możesz komuś czegoś wybaczyć, to znaczy, że i sobie czegoś wybaczyć nie możesz. Oznacza to także, że nosisz w sobie pretensję do Boga. Kto się boi ludzi, czuje także strach przed Bogiem i nie ufa sobie samemu.

Rzeczywistą miłość do Boga mierzy się miłością do ludzi. Ale czy zdajemy sobie sprawę z tego, że podobnie mierzy się ją miłością do siebie samego? Jeśli nie kochasz siebie, odrzucasz także Stwórcę, który dał ci życie i ukształtował cię. Wielu ludzi nieświadomie złorzeczy Bogu, wołając: „Nie udałem Ci się, pomyliłeś się, stwarzając mnie takiego!”. Nie można kochać Boga i bliźnich, nie kochając samego siebie.

Ludzie mają kłopot ze zrozumieniem tego, na czym polega dobrze pojęta miłość samego siebie. Niektórzy widzą w niej pułapkę egoizmu. Często używa się określenia „miłość własna” w pejoratywnym znaczeniu egocentryzmu. A jednak, jeśli nie pokochamy siebie, nie będziemy mogli kochać Boga i bliźnich. Odrzucając siebie, odrzucamy Stwórcę i braci. (…)

Miłość bliźniego (troska o rozwój innych).

Czynienie dobra jest o wiele bardziej istotne niż walka o swoją doskonałość, w znaczeniu perfekcji. Być może od lat zmagamy się z jakąś słabością, która nas nieustannie „sprowadza do parteru”. Nie zachęcamy do tego, by zaprzestać walki (zwłaszcza, jeśli słabość jest jednocześnie grzechem), ale warto się zastanowić, czy nie powinniśmy przenieść środka ciężkości naszych wysiłków w stronę dobra świadczonego bliźnim.

(…) Oczywiście i to drugie zadanie jest ważne (bo umożliwia jeszcze większą miłość!), ale byłoby błędem myśleć, że skoro ciągle upokarzają nas słabości, to nie możemy miłować. (…) To pierwszy i być może najważniejszy krok: rozejrzeć się i podjąć konkretne działania, by ludzie wokół mnie poczuli miłość. Jeśli uważam, że ich kocham, to po czym konkretnie można to poznać? Nie chodzi o to, co ja uważam, ale o to, co czują najbliżsi. Co oni by powiedzieli, gdyby ktoś ich zapytał, czy czują się przeze mnie kochani? (…)

Miłość do Boga (MODLITWA)

(…) z całą pewnością jest to najważniejsze działanie, jakie może podjąć człowiek, aby wyzwolić się z JA FAŁSZYWEGO. Poprzez modlitwę docieramy do Źródła Życia, które się nie wyczerpuje i, co najważniejsze, tryska w nas samych, a więc jest niezależne od okoliczności zewnętrznych. Modlitwa jest przyjmowaniem życia. Jest oddechem, który czerpiemy od wewnątrz; to ona sprawia, że odzyskujemy suwerenność i nie musimy już nikogo błagać o odrobinę uwagi lub afektu. Modlitwa przywraca nam wewnętrzną wolność, bo przestajemy się bać, doświadczając życia w samych sobie. Dzięki niej miłość zaczyna być możliwa.

(…) Nauka modlitwy to często przełomowy moment procesu terapeutycznego. „Skąd się biorą wojny i skąd kłótnie między wami? Nie skądinąd, tylko z waszych żądz, które walczą w członkach waszych. Pożądacie, a nie macie, żywicie morderczą zazdrość, a nie możecie osiągnąć. Prowadzicie walki i kłótnie, a nic nie posiadacie, gdyż się nie modlicie. Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz”. Te znamienne słowa z Listu św. Jakuba powinny dać nam do myślenia. Warto sobie zadać pytanie, czy modlimy się dobrze, a nawet więcej: czy tę czynność, którą od czasu do czasu podejmujemy z pobudek religijnych, w ogóle można nazwać modlitwą.(…)

polecam również: ks. Piotr Pawlukiewicz – o modlitwie

Postanowienia

1. Motywacja do podjęcia pracy nad sobą oraz jej cel.

Jedynym słusznym motywem do podjęcia pracy nad sobą jest miłość (bliźniego, Boga i siebie samego). Jej celem nie może być zadowolenie z siebie. Wręcz przeciwnie, praca nad sobą sprowadza nas do punktu zerowego, w którym realnie doświadczamy, że jesteśmy bezradni. Dopiero to doświadczenie (pokora) czyni nas pojemnymi na łaskę. W pracy nad sobą nie chodzi o naszą perfekcję, lecz o miłość. (…) W pracy nad sobą nie powinniśmy stać się celem dla samych siebie.

2. Jak znaleźć właściwe postanowienia?

(…) działamy przede wszystkim w tym obszarze, który jest możliwy do podjęcia, a nie w tym, który jest polem niekończących się upadków. Nie oznacza to bynajmniej naszej zgody na grzech, temu zawsze powinniśmy się przeciwstawiać. Jednak podejmując postanowienia, wybierajmy je w obszarze, w którym możemy uczynić coś dobrego. Często okazuje się, że kto na serio zajął się miłością drugiego człowieka, dostępuje niespodziewanie integracji w sferach, które były dla niego dotąd pasmem klęsk. Każdy z nas może bezinteresownie dawać coś drugiemu, nawet jeśli sam doświadcza ogromnych deficytów. Miłość wyzwala.

Aby podjąć właściwe postanowienia, potrzebujemy trochę czasu. Dobrym momentem może być ta chwila: tuż po przeczytaniu tej książki. Inne dobre momenty to np. odbycie rekolekcji, dzień lub dwa w milczeniu, dłuższy pobyt na łonie natury, jeśli jesteś wrażliwy na jej piękno. Ważne, abyś miał przynajmniej parę godzin i nie spieszył się. Na samym początku poproś o łaskę dobrych pomysłów, natchnień i rozwiązań. „Którzy we łzach sieją, żąć będą w radości…”(…) 

Patrzę do tyłu i uśmiecham się, choć bolało.
Dziś widzę: wszystko miało sens – coś odebrało,
By wreszcie stanąć u Twych bram tak przezroczysty,
By serce wolne w sobie mieć i wolne zmysły.

Gdy tak bezpieczny znajdę się pod życia tchnieniem,
Mogąc ogarnąć wszystkich już czułym spojrzeniem.
Z trzaskiem otworzą wtedy się prastare bramy
I ufam, wierzę, wszyscy się kiedyś spotkamy.

Kiedy z radością stanę tam z dłońmi pustymi,
Zasłona spadnie, wolny już w Twojej świątyni.
I poznam wszystek rzeczy sens jakem poznany,
Wybiorę miłość, jak ja sam jestem wybrany.  

(Tekst piosenki „Patrzę do tyłu, uśmiecham się”)

Były to fragmenty książki Moniki i Marcina Gajdów „ROZWÓJ JAK WSPÓŁPRACOWAĆ Z ŁASKĄ?” Jako uzupełnienie całości: Ks Piotr Pawlukiewicz – Chrystus nie jest chirurgiem plastycznym. i to: ks Piotr Pawlukiewicz – życie duchowe

podobne: „Miłość to pragnienie dobra dla drugiej osoby, tak silne że oddaje się dla niej własne życie”. Golgota. oraz: Bóg to trzy filary: miłość Boga do człowieka, miłość człowieka do Boga, i strach człowieka przed Bogiem. i to: Śmierć i zmartwychwstanie Jezusa to hymn o miłości a także: Doroteusz z Gazy „O miłości bliźniego” i „CREDO AD INFINITUM” polecam również: List od Ojca i jeszcze: Fronda.pl – Czy można kochać bliźniego i go zabić? oraz: Ks. Jacek Gniadek: Nieustanna walka z pierwotną rzadkością i pokusami szatana… czyli „Nie samym chlebem…” (Jak zbudować własną skalę wartości?) na koniec: ks. Adam Martyna: O cnotach kardynalnych

Pompeo Batoni - Powrót Syna Marnotrawnego

Pompeo Batoni – Powrót Syna Marnotrawnego

Advertisements

37 comments on “„I poznam wszystek rzeczy sens jakem poznany. Wybiorę miłość jak ja sam jestem wybrany”. Monika i Marcin Gajdowie o pracy nad sobą.

  1. Co do początku… Nie jesteśmy aż tak niezwykli. Są zwierzęta, które potrafią bezinteresownie pomóc innym. Choćby historia małpki, która odkręciła kran, by niepełnosprawny człowiek mógł się z niego napić. Czy pies, który rzuca się pomiędzy dziecko a jadowitego węża albo spycha je z toru pędzącego pojazdu… Nie jesteśmy jedyni zdolni do kochania innych i bezinteresownej pomocy.

    A miłość…
    …to temat jak rzeka. Dla każdego ma inną twarz, znaczenie i miejsce w jego życiu.

    Dla mnie miłość jest niczym istotnym w świecie materii – zaledwie spoiwem pomiędzy elementami, codziennym ich wybieraniem. Daje mi coś bezcennego, bo wolność. Ja wybieram swoją rolę, swoje miejsce i swoje życie takim, jakim pragnę, by było. A to oznacza bycie z bliskimi, pracę, naukę oraz bycie tu i teraz dla drugiego. Nie śmiałabym oczekiwać od kogoś więcej ponad bycie po prostu człowiekiem. 😉 Dlatego staram się być po prostu człowiekiem dla innych; nawet tych istot, które nimi nie są.

    Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą… pisał x. Twardowski, a ja mówię:
    Uczmy się szybko i pilnie, jak miłować świat – dzisiaj zbyt szybko przemija.

    Pozdrawiam,
    Ri 🙂

    Lubię to

    • Tyle że tu chodzi o to że zwierzęta robią to instynktownie a nie z miłości, ani nawet z zamysłu że „tak trzeba” (poza tym pełna zgoda – zwierzęta też potrafią) – one nie wybierają (nie mogą nie zareagować jeśli tak mają zapisane)… Dla mnie też w świecie materii miłość nie jest niczym istotnym, zwłaszcza że każdy rozumie ją subiektywnie. Natomiast chodzi o wymiar duchowy, który może (ale nie musi) mieć ogromny wpływ na materię. To tyle teorii a „paradoks” polega na tym że czy chcemy czy nie to taki wpływ ZAWSZE ma – nawet swoją nieobecnością, kiedy to ludzie nie potrafią być ludźmi (z jej braku)… Powiedziałbym zdążajmy do doskonałości a cała reszta (miłość do świata) będzie będzie po prostu „zwykłą” konsekwencją owego dążenia 🙂
      Pozdrawiam

      Lubię to

      • I w tym zwierzęta są od nas lepsze: Nie ranią dla własnej przyjemności, chwilowego widzi mi się, tylko z reakcji instynktownej. Instynktownie też pomagają, bo czują, że trzeba pomóc. Chociaż mają możliwość reakcji innej w sytuacjach niezapisanych (czyli sytuacjach niewytrenowanych, niewytresowanych i zakodowanych w genach). Małpka nie musiała pomagać człowiekowi. Uznała, że pomoże, to pomogła. Więc o tę miłość to bym się kłóciła. 😉

        Naśladownictwo jest tym, co stworzyło w ludziach cywilizację, kulturę i wiarę, skupiło ich w narody, ale jest także tym, co zamyka i zniewala ludzi w ustalonym rytmie życia. Ile zła się dzieje, bo „tak trzeba”…? Odbiera się wolność ludziom w imię tego „bo tak trzeba”, odbiera się im szczęście, a także często jakikolwiek sens życia i spokój ducha. Równie często odmawia im się człowieczeństwa. „Tak trzeba” nie jest żadnym prawem naturalnym. – To sztuczna konstrukcja stworzona przez jakiegoś władcę marionetek, który narzuca swoją wolę innym.
        Tyle w tym temacie…

        Miłość ma wpływ na wszystko. Musi mieć wpływ skoro jest spoiwem, nieprawdaż? 😉

        I to nie jest do końca tak, że ona wpływa swoją nieobecnością. Nieobecność jej raczej jest niemożliwa z mojego punktu widzenia. Nawet jeśli jedni są niezdolni do odczuwania miłości, to otaczają ich inni, którzy ją odczuwają i promieniują nią na całe swoje otoczenie. Owo promieniowanie drażni i rozgrzewa, stymulując do wzrostu ten wewnętrzny narząd „odczuwania miłości”. 🙂

        Ludzie są nieludzcy tylko wtedy, gdy tego chcą. Ludzie nieludzkości się uczą. W naturze działa tylko instynkt, który ma chronić. Miłość też jest „instynktem” (partnerzy chronią siebie, potomstwo, członków swojej społeczności, gatunku oraz innych, bo instynkt im to podpowiada). Miłość jest naturalna; dążenie do bycia lepszym i nieustanny rozwój są naturalne. Sami dążymy do tego wszystkiego, gdy mamy taką możliwość. Wystarczy sobie to uświadomić, przeganiając zasłony dymne wykształcenia i wychowania, które każą nam zwalczać innych, bać się ich, odsuwać oraz trzymać na dystans.
        Życie nie nauczyło mnie jak kochać, ale bardzo dobrze – jak można ranić. Miłość odkrywałam w sobie sama, w samotności, jak coś bliskiego i zawsze obecnego. Stąd wiem, że ona jest. Nie trzeba się zmieniać, by była. Trzeba się tylko nauczyć ją dostrzegać i czuć w sposób świadomy, by czuć się w niej dobrze. 🙂

        To jest, jak ja to wszystko widzę.

        A ja bym powiedziała na odwrót: Kochając świat osiąga się jedyną doskonałość. W końcu świat jest jeden, kochać cały można tylko w jeden sposób (po prostu kochając), a dążenie do doskonałości ma tyle definicji, ile osób. Konsekwencje więc będą także całkiem różne.

        Lubię to

      • Oj. zwierzęta też czasem czerpią „przyjemność” z zabijania i potrafią zabijać zupełnie „bez sensu” (samotne samce wielu gatunków lubują się w dzieciobójstwie). Zwierzęta nie dokonują wyboru bo nie dysponują rozumem ani zdolnościami analitycznymi. Kierują się tylko i wyłącznie instynktem opartym o głód, przyjemność lub zagrożenie, wykształconym w ramach „tresury” w stadzie przez starsze osobniki. Są zaprogramowane (wcale przez to nie lepsze, po prostu takie są). W sensie etycznym taki organizm nie podlega ocenie. Nie porównywałbym w związku z tym zwierząt do ludzi bo to zupełnie niekompatybilne światy i „umysły”. To jak mierzyć czyjś wzrost w stopach i centymetrach a potem się spierać która miara właściwa 😀 (obie właściwe ale tylko w swojej skali). Oceniać po ludzku zwierzęcego zachowania uprawniałoby do wzajemności i niejako do oceniania po zwierzęcemu niektórych ludzkich zachowań. Mogłoby się wtedy okazać że trzeba by było usprawiedliwić dzieciobójczynię bo nie jest w stanie wykarmić dziecka (chyba że o to Ci chodzi).

        Na początku była kreatywność, myśl, idea (wynalazek), chociaż „słowo” jakieś 😉 Naśladownictwo to proces wtórny bo najpierw musi powstać coś co można później naśladować. Kultura, wiara, cywilizacja nie są w stanie determinować do końca ludzkiego postępowania inaczej wszyscy bylibyśmy pozamykani na inność w swoich enklawach 🙂 a jest inaczej. Idee i cywilizacje nawzajem się przenikają a ludzie migrują w poszukiwaniu tego co dla nich najlepsze. Zdobywają wiedzę, podpatrują i podejmują decyzję jak chcą żyć. To nie kultura cywilizacja (i skąd wiara?) zniewala ludzi (skoro sami je dobrowolnie tworzą i kultywują) bo co to znaczy zniewala. Jak ktoś się czuje wolny w takiej czy innej religii, kulturze czy nacji to po co mu wciskać kit że jest zniewolony? Zniewolony może być wtedy kiedy mu się krzywda dzieje. Jedyne co zniewala to wyzysk i zło jakie jeden człowiek zadaje drugiemu. Zło nie ma swojego źródła w suchym „tak trzeba” (samym nakazie) ale w implikacjach wynikających z danego nakazu jeśli jest to nakaz zły. Nawet jeśli ktoś mówi że „tak trzeba”, to tego rodzaju „mus” nie jest przyczyną zła a dopiero czyn (o ile jest nakierowany na zło). Problem dotyczy zasadności i celowości a nie istnienia samego przymusu że „tak trzeba” (zwłaszcza jeśli przymus jest zasadny). Może jakiś przykład żebym wiedział o co konkretnie chodzi z tym „tak trzeba” (bo że trzeba np zbirów trzymać w więzieniu to chyba dobrze że „tak trzeba” czyż może też nie? 🙂 )

        Owszem miłość ma wpływ na wszystko. I właśnie o tym traktuje cały tekst 🙂

        Nieobecność miłości jest jak najbardziej możliwa (nie jest tylko stanem permanentnym – i całe szczęście). Mordercy i psychopaci są przecież pozbawieni miłości (i świadczą o tym czynem) w momencie popełniania zbrodni, więc takie stany „niemiłości” istnieją i to dość często (niezależnie od stanu umysłu, szerokości geograficznej, pochodzenia, wyznania, profesji). To jest obiektywny fakt że nieobecność miłości się zdarza. Stąd nawet u człowieka który kieruje się miłością każdy jej brak (a już szczególnie nagła i brutalna jej utrata) może skutkować jakimś patologicznym zachowaniem. I tu się zgadzam że odpowiednio „naładowane” miłością otoczenie ma tu dużą rolę do odegrania, żeby „spacyfikować” takiego nieszczęśnika swoją miłością, ale nie zadecyduje za samego człowieka o jego odczuciach. Nie można kochać za kogoś, ale można mu dawać przykład i pokazywać jakie to piękne uczucie, żeby sam chciał kochać (albo wrócił do tego stanu).

        „Ludzie są nieludzcy tylko wtedy, gdy tego chcą. Ludzie nieludzkości się uczą.”
        Zgadzam się w 100%. Tak jak uczą się od innych bycia ludzkim. Przykładów poświęcania się z miłości dla bliźnich (nawet własnym życiem!) nie brakuje 🙂

        ” W naturze działa tylko instynkt, który ma chronić.”
        Nie tylko taki instynkt działa. Działa też taki który nakazuje polować – głównie na jednostki młode albo chore (w świecie ludzkim pod szczególną ochroną – więc nie jest z nami aż tak źle 😉 ), albo zabijać młode jeśli to zagraża przetrwaniu stada, ale zgadzam się że zwierzęta reagują wyłącznie instynktownie (właśnie o tym cały czas mówię) więc żadna w tym „chwała”. Gdyby człowieka można było tak zaprogramować to wtedy moglibyśmy się do zwierząt porównywać. Ale nie można, więc takie porównanie mija z celem. O moralności (etyce) danego postępowania decyduje stan świadomości. Człowiek nieświadomy nawet jak popełni przestępstwo w świetle prawa nie odpowiada za nie 🙂 Całe szczęście że odróżniamy świat ludzi od zwierzęcego, inaczej mogło by dojść do paradoksu „karania” (na podstawie ludzkiego prawa) samców jakichś drapieżników samotników za zabijanie młodych (albo „kanibalizm”) 🙂

        Miłość ludzka nie jest instynktem, bo są ludzie którzy z „premedytacją” a zatem w sposób świadomy wyrzekają się jej wybierając nienawiść (posuwając się nawet do zbrodni) to się nazywa wybór a nie instynkt. Miłość jest też umiejętnością (możliwą do „nabycia”) w świecie ludzkim wybieraną świadomie, albo odrzucaną. Dlatego też są ludzie którzy potrafią zabić siebie, innych, potomstwo i członków swojej społeczności, gatunku oraz innych, bo tak wybrali (a nie dlatego że instynkt im podpowiada – ludzie to nie zwierzęta).
        Zgadzam się że miłość wynika z natury, ale tylko ludzkiej (a więc jest odczuciem rozumnym – celowym). Gdyby dążenie do bycia lepszym wynikało z natury to wszyscy bylibyśmy zaprogramowani w miłości i nie byłoby w niej wtedy miejsca na jakikolwiek wybór. Znalibyśmy wyłącznie co to dobro, bo natura by nas tylko do tego determinowała. Widzisz nawet sama napisałaś że: „Sami dążymy do tego wszystkiego, gdy mamy taką możliwość. Wystarczy sobie to uświadomić”, czyli zakładasz że to kwestia świadomości i wyboru a więc właśnie wykształcenia i wychowania, które każą nam zwalczać (wcale nie innych – co to znaczy innych, to chyba w głębokiej barbarii tak było, kiedy człowiek nie wykształcił jeszcze etyki) a po prostu zło. To że ktoś nam każe to jeszcze nie oznacza że tak postąpimy nieprawdaż? Tam gdzie nie obowiązywały wysoko ukształtowane zasady moralne tam dochodziło do kanibalizmu, rzezi na arenach i innych występków (dziś wielu chciałoby wrócić do tamtych czasów by móc się spełniać w „róbta co chceta”, ale na szczęście pewne idee związane z moralnością i etyką stoją na straży porządku w tej kwestii).

        Nie wiem co masz na myśli że „że życie nie nauczyło Cię jak kochać” i że „sama się nauczyłaś”. Możesz to przełożyć na jakąś logiczną genezę? Przecież jakbyś była sama na tym świecie to nawet nie wiedziałabyś kim jesteś i co to znaczy kochać. Czułabyś tylko głód i inne potrzeby fizyczne. Przykłady dzieci które wychowała przyroda doskonale pokazują na co stać człowieka samego, bez wzorców i wpływu środowiska – ci ludzie zachowywali się jak zwierzęta. Człowiek zawsze skądś czerpie wzorzec na wszystko co robi. Robi oczywiście, odczuwa i kocha sam, bo nikt za niego nie żyje i nie kocha, ale jak działać i kochać uczy się od innych ludzi (którzy dali przykład własnym postępowaniem, nauczyli, opowiedzieli, wychowali), lub pod ich wpływem. Tak samo sprawa się ma z przeciwieństwem miłości. Owszem ludzie również uczą jak ranić, ale nie warto się tego uczyć 😉 (nie można zrzucać odpowiedzialności za własne postępki na innych – zwłaszcza jeśli było się świadomym że się czyni źle). Z życia „tak trzeba” brać to co dobre, a co złe piętnować i tępić.

        „Kochając świat osiąga się jedyną doskonałość”…
        No i proszę. A jednak można kochać ten niedoskonały świat pełen ludzkiej przemocy i braku instynktu i w ogóle i jeszcze na podstawie całej tej ułomności osiągnąć „jedyną doskonałość”. (ciekawe skąd wzór na tę doskonałość w tym niedoskonałym świecie ludzi gorszych od zwierząt 😉 ). Tak w ogóle to chciałbym jakieś rozwinięcie dla tej „jedynej doskonałości”, bo nie widzę związku między doskonałością a miłością do czegoś co nie jest doskonałe. 🙂

        Uważam że kochać można obok a nawet wbrew światu, żyjąc co prawda w nim (tego się nie przeskoczy 🙂 ) ale w jak najmniejszej styczności (zwłaszcza z jego niedoskonałościami) – wtedy jest najłatwiej, ale z drugiej strony ile by wtedy była warta taka „łatwa miłość” – więc tak! Kochajmy świat i czyńmy go przez to (i siebie) lepszym.
        Tak po prostu kochać nie każdy jednak potrafi (ludzie często muszą kochać „za coś”), ale jest to niewątpliwie pewien wzorzec na drodze do doskonałości (miłości bezwarunkowej) w którym można się nieustannie poprawiać, zwłaszcza że jest to uczucie nie nieistotne dla samego świata materii (a tylko z możliwością oddziaływania nań) a czasem wręcz będące w konflikcie z materią przez niedoskonałość owego świata. Przez swój niefizyczny wymiar miłość może istnieć w pełnej niezależności od patologii świata kierując się wbrew niemu uniwersalną definicją „kochaj bliźniego swego jak siebie samego” (gdzie istnieją również inne definicje, ale to już dla wierzących 🙂 choć z racji swej transcendentalności miłość Boga jest równie uniwersalną definicją – dla tych co chcą).

        „Konsekwencje więc będą także całkiem różne.”… Konsekwencje braku miłości są zawsze takie same (dla każdego). Używając Twojej terminologii – zamiast po prostu kochać mamy po prostu brak miłości i wszelkie związane z tym implikacje (mało przyjemne).

        Lubię to

      • Samotne samce zabijają dzieci z tego samego powodu, z którego zabijają dzieci innych samic samice-matki czy samce-ojcowie: zmniejszając szanse na przekazanie genów innych dalej, zwiększając szansę na przekazanie swoich genów po potencjalnym przyłączeniu do innego stada lub zdobyciu samicy.
        Natura jest brutalna i nigdy nie była (ani nie będzie) inna. (Pytanie na marginesie: Jak to świadczy o Bogu, który stworzył to wszystko? W końcu to człowiek się zbuntował, a nie zwierzęta, więc czemu stworzył układ, w którym one cierpią?)

        Może i mamy większy mózg, może i potrafimy się czegoś nauczyć lepiej od zwierząt, może i mamy duszę – ale czy cokolwiek z tego (poza słowami z Biblii) świadczy, że mamy prawo czuć się lepszymi? Wszystko czym jesteśmy wynika tylko z naszej zwierzęcej natury oraz ewolucji społecznej.
        Powiedz mi, jak ocenisz kobietę, która w obronie własnej zabiła swojego napastnika, próbującego ją zgwałcić i zabić? Odezwał się w niej instynkt, zwierzęcy i pierwotny. Czy powinna dać się zgwałcić i zabić, bo przecież to nieludzkie zabić kogoś? Jak to oceniać? Według prawa „ludzkiego”, które za morderstwo funduje lata więzienia? Czy może według prawa naturalnego do ochrony życia i zdrowia?
        Proszę, wytłumacz mi to, jeśli potrafisz, w zgodzie ze swoją teorią. W końcu przecież ona zabiła.

        Dzieciobójczyni to kobieta, która z premedytacją zabiła dziecko. Nie taka, która nie miała czym go wykarmić (bo nie miała ani pokarmu, ani komu go oddać na wychowanie), ani nie kobieta chora psychicznie (taka nie powinna mieć dzieci, jako niezdolna do świadomego i racjonalnego podejmowania się obowiązkom).
        Ja osobiście nie przepadam za dziećmi, sama najchętniej nie chciałabym mieć z nimi nigdy do czynienia, ale w jakiejkolwiek sytuacji trudnej nie zabiłabym dziecka. Jak nie stać kogoś na podjęcie tego obowiązku, to niech odpuści sobie seks prokreacyjny. A jak fakt niezdolności objawi mu się po fakcie poczęcia, to niech znajdzie alternatywę: Tylu ludzi czeka na dziecko, że naprawdę nie trzeba go zabijać, by wszystko ułożyło się dobrze.

        Powiedz to, że wiara nie zniewala, chłopcom i mężczyznom wcielanym na siłę do „Armii Boga”. Powiedz to kobietom, które zmuszono do współżycia za pieniądze, bo urodziły się w „złej kaście”. Powiedz to dzieciom, które są chrzczone i przyuczane do wyznawania wiary oraz posłuszeństwa systemowi zwierzchnictwa nad wyznawcami, zanim są w stanie pojąć ideę Boga, religii, grzechu czy zbawienia. – To wszystko jest gwałtem na ich wolnej woli. Komu mają się upomnieć, skoro głos im odebrano dwoma stwierdzeniami: „wszyscy tak robią” i „bo tak trzeba”? Hm?

        Dziwne wydaje się, że czujesz się zniewolony przez system podatków państwowych, a nie dostrzegasz analogii zachowań w postępowaniu zwierzchników religijnych i tej presji nie czujesz… Ale zgoda, jeśli ktoś czuje się w tym wolny, to nie zaprzeczam. Niech sobie siedzi we własnym świecie, który tworzą mu podobni. Z pewnością nie będę chciała go wyzwalać od niczego. 😉 Nie moja to sprawa.

        Faktem jest, że są pomiędzy nimi jednostki, które pomimo indoktrynacji (niezależnie od wyznania) nie czują się wolne, a ich rodzina zamiast pozwolić im odejść i żyć według własnej woli, przymusza wraz z całym otoczeniem do poddania się ich woli, szantażując je „bo my nie będziemy cię już kochać”, „bo więcej nas nie zobaczysz”, „będziesz dla nas martwym”, „jesteś hańbą”, „niszczysz dobre imię rodziny”, „jak możesz”, „nie tak cię wychowaliśmy”… piętnując i kwestionując jego człowieczeństwo, wolność, prawo do istnienia, kochania czy bycia kochanym. Tak zniewala wiara, jeśli mówimy o dowolnym konkretnym wyznaniu z tradycjami. Bo wiara w znaczeniu wewnętrznej potrzeby, wypływająca z człowieka rzeczywiście jest mało zdolna do zniewalania. Chociaż… Wiara związana z lękami (np. wysokości) potrafi zniewolić człowieka. Nie będzie on zdolny do wejścia na dach i spojrzenia poza krawędź, choćby chroniła go najmocniejsza barierka. On wciąż wierzy, że spadnie.

        Zbirów najlepiej nie trzymać w więzieniach, a w zakładach resocjalizacyjnych i uczyć ich uczciwej pracy oraz satysfakcji z prawidłowego życia. Zaś psychopatów i socjopatów (tudzież inne osoby z głębokimi upośledzeniami umysłowymi i społecznymi) powinno się trzymać w leczniczych zakładach zamkniętych, tam organizując im czas oraz warunki pracy. Więzienia są potrzebne tylko w ostateczności, dla jednostek niebezpiecznych z punktu widzenia państwa (czyli szpiegów, terrorystów, więźniów politycznych, …).

        Zasadność i celowość jest względna. Zwykle cele tych, którzy nakazy formułują, są zupełnie inne (choć pozornie zgodne) z celami wykonujących owe nakazy. Idealnie widać to na przykładzie naszego ustroju politycznego. A ludzie nie myślą, nie czytają umów ze wszystkimi gwiazdkami, zanim je podpisują. Ludzie nie protestują, bo nie wiedzą, że ktoś ich okrada od początku. Wrastają w to społeczeństwo i uważają, że tak powinno być, tak trzeba – dopóki ktoś im tego nie powie, oczu nie otworzy.

        Więc twierdzisz, że można być „w chwilowym stanie nie-miłości”? A to jest bardzo ciekawe… Bo wiesz, na Saharze też czasami pada, ale nie oznacza to, że przestaje ona być pustynią. Tak samo jest z miłością – ona jest cały czas. Nie znika się, ani nie pojawia momentami, bo to oznaczałoby, że jest naszym „widzi mi się”, a nie splecionym ciągiem wyborów i decyzji. Ktoś, kto kocha, potrafi zabić, na przykład z zazdrości o tę osobę. Ktoś, kto kocha, nie potrafi być obojętny, ale czasem nie potrafi też opanować swoich chwilowych odczuć. Stąd owe agresywne czyny. Powstają w namiętnościach, chwilowych przypływach emocji i hormonów. Miłość nie znika. Znika tylko jej nadrzędna pozycja względem innych bodźców. Człowiek chwilowo zapomina o jej odczuwaniu.

        Psychopaci mają upośledzone funkcje odczuwania miłości. Podobnie jest z socjopatami. Za to mordercą może zostać każdy i jak wcześniej mówiłam, nie z „braku miłości”, ale ustawiania jej na podrzędnym miejscu w danym momencie życia. (Stąd owa mądrość w stwierdzeniu: Ustaw Boga (który jest miłością) na pierwszym miejscu, a wszystko będzie na swoim miejscu.)

        Psychopatom najbliżej jest do zwierząt lub do superinteligentnych zwierząt jeśli chodzi o zachowania. W ich przypadku tradycyjne wrastanie w społeczeństwo się nie sprawdza. Potrzebują znacznie więcej wysiłku, by pojąć i przyjąć normy społeczne (a w skrajnych przypadkach nie jest to możliwe), ale z drugiej strony potrafią na nie spojrzeć krytycznie z boku i je oceniać. I to nie tylko pod względem „przydatności” dla nich, ale także dla społeczności, wyznania, świata… A umysł socjopaty, który pojął ideę miłości całkowitej i ją przyjął jako nadrzędną potrafi ją realizować na równi z innymi. A skoro ślepi potrafią malować obrazy, to czy nauczenie się kierowania ideą miłości nie jest możliwe?

        Przykład to najlepsza forma nauki (poza uczniami psychopatami – oni muszą doświadczyć miłości bezpośrednio i trzeba im ją pokazać palcem oraz wytłumaczyć jej wartość, ale da się, zwłaszcza na samym początku życia, w dzieciństwie).

        Instynkt polowania służy głownie przetrwaniu gatunku, czyli jego ochronie. Poluje się dla pożywienia, a w przytaczanym przez Ciebie przykładzie dla zminimalizowania skażenia genów kolejnych pokoleń niekorzystną mutacją oraz zwiększenia szans na przeżycie potomstwu zdrowemu. Jest to przełożenie dobra ogółu ponad dobro jednostki. U ludzi nie bywa inaczej (kraje nisko rozwinięte – tam kaleki się zabija, podobnie jak dziewczynki w krajach uznających je za „koszt”, np. Chiny). W krajach rozwiniętych nie zabija się takich osób tylko dlatego, że pozwala na to stan finansowy oraz poziom technologiczny. W tych krajach o niższym poziomie „dóbr”, natura sama selekcjonuje „zbyt słabych, by żyć” i „wystarczająco silnych”, więc coraz rzadziej spotyka się mordowaniem takich dzieci niedorozwiniętych. Chociaż wciąż zdarzają się akty „łaski” wobec nich w mniemaniu otoczenia.

        Em… Samotników drapieżników, których nie wykorzystują jako nośników informacji o życiu i zwyczajach zwierząt jakieś organizacje, odstrzeliwuje się jako potencjalne zagrożenie dla stad oraz ludzi, ewentualnie umieszcza w zamkniętych obszarach typu zoo, gdy osobnik jest z gatunku pod szczególną ochroną. Przynajmniej tak było, jak ostatnio oglądałam na ten temat reportaż przyrodniczy. (Chyba że odstrzał lub więzienie w zoo nie uważasz za karę.)

        Miłość nie jest umiejętnością. Umiejętnością jest jej odczuwanie i okazywanie. Istnienie nie jest umiejętnością. Umiejętnością jest zdolność do tworzenia czy niszczenia.
        Byty są (w przypadku Boga i miłości) wieczne, umiejętności są chwilowe. To jak klimat i pogoda. Pogoda jest wyrazem klimatu, ale nie na odwrót. Klimat jest nadrzędny. Pogoda to tylko objaw. Tak samo jak objawem miłości są kwiatki, czuły gest czy słowo. Jednocześnie przyniesienie kwiatków nie jest automatycznie przyrzeczeniem automatycznym miłości. Kwiaty można przynieść każdemu, z jakiegokolwiek powodu – nawet „bo tak” albo dla żartu.

        Miałam na myśli, że życie nie uczyło mnie tego, co było we mnie. Nie mogło mnie uczyć czegoś tak dogłębnie wpisanego jak miłość. Ten sam przykład, co wyżej: Nawet jeśli jesteś jedyną istotą na świecie, to wiesz, że jesteś. Nikt ci nie musi mówić, że istniejesz, prawda? Sam to wiesz. Aczkolwiek uświadomienie sobie wszystkiego, co z tym związane, zdecydowanie jest łatwiejsze w otoczeniu innych. Tak jest z pojęciem wolności: Łatwiej nam określić, czym jest wolność, w jakich granicach się mieści, gdy mamy „drugą wolność” do doświadczenia. Łatwiej nam się nauczyć gestów do okazywania miłości, gdy mamy kogoś za przykład i komu ją okazywać. Nie znaczy to, że ludzie samotni nie są zdolni do odczuwania miłości i do okazywania miłości reszcie świata – nawet gdy ten ich odrzuca.

        A to, że doskonale uczyło mnie, jak można ranić, to właśnie był ów przykład innych. Nim jeszcze się urodziłam, zostałam uznana za skazę na honorze rodziny. Osądzono mnie i moją matkę, zanim cokolwiek na temat mojego pochodzenia było jasne. Otoczenie uznało się za mądrzejsze od natury, która pozwoliła moim rodzicom mieć jeszcze jedno dziecko pomimo wszelkich fizjologicznych przeciwwskazań. Zarówno lekarze, jak i rodziny rodziców chcieli mnie zabić jeszcze przed narodzeniem, bo przecież kobiecie po 40. nie wypadło mieć dziecka (i to zdrowego), a już na pewno nie mogła go mieć z własnym mężem, który miał lekki niedowład kończyn…
        Później zaledwie byłam workiem treningowym dla dzieciaków w szkole, bo ja się nie umiałam bić, nie byłam agresywna, zdolna do zemsty, „oddania sobie”, gnojenia innych zgodnie z „widzimisię” aktualnego lidera w klasie. Ledwo przetrwałam do czasów liceum. Nie obyło się jednak bez nauczenia negatywnych emocji (tych w domu nie uświadczyłam od bliskich). W LO uczyłam się mówić „nie” lub nic nie mówić, żeby nie kłamać, jak tego oczekiwali ode mnie. Na studiach dowiedziałam się, że nie potrafię tego robić w stopniu wystarczającym do przetrwania na nich i zgnojenia innych (bo odsiew przecież „musi” być). Moje przyjaźnie i relacje spoza najbliższej rodziny były (i wciąż często są) nawiązywane ze mną tylko ze względu na korzyści, a po ich zniknięciu – znikali też ludzie, którzy tak chętnie do mnie lgnęli wcześniej.
        Nauczyłam się to znosić, bo inaczej zwariowałabym. Mimo to jeszcze nikogo nie zabiłam, nie skrzywdziłam z rozmysłem, wręcz przeciwnie – wciąż mam nadzieję, że któregoś dnia znajdę osoby, które będą wybierały raz za razem mnie a nie potencjalne korzyści. I wciąż potrafię być dla drugiego człowieka, choć już tak ewidentnie nie chodzę z sercem na dłoni.
        A za moje czyny odpowiadam tylko ja. Mam tego pełną świadomość. Nawet jeśli pojawiły się okoliczności łagodzące w postaci rzeczy niezależnych ode mnie, to nawet świadome manipulacje mną przez innych nie usprawiedliwiają wszystkiego. Chyba że zrobiliby mi pranie mózgu i nie wiedziałabym nic poza tym, w co kazaliby mi wierzyć. Ale nie jestem maszyną – zawsze mogę przemyśleć wszystko na nowo i powiedzieć „nie”.

        Edukacja nie uczy bycia lepszym człowiekiem dla innych, a bycia lepszym wśród innych. Kultura nie uczy bycia lepszym członkiem społeczeństwa, lecz bycia lepiej przystosowanym do danego społeczeństwa. Cywilizacja na lepszym poziomie nie gwarantuje wzrostu moralnego czy etycznego, a jedynie postęp – często dążąc do pierwszeństwa zachowań agresywnych, drastycznych lub po prostu głupich. Wciąż wygrywają ci rozwijający się najprężniej i najsilniejsi (najbogatsi, najmądrzejsi). Każde państwo, które próbuje być „dobre” dla innych państw, ostatecznie kończy jako borykające się z kryzysem. Tylko państwa wyrachowane, dokładnie liczące i kalkulujące opłacalność idą dalej. Reszta odpada w przedbiegach.
        „(ciekawe skąd wzór na tę doskonałość w tym niedoskonałym świecie ludzi gorszych od zwierząt 😉 ) ”
        Z natury. Świat sam z siebie troszczy się o siebie. To idealna machina. Wszystko jest precyzyjne, dopracowane do jednej milionowej sekundy. Każda najmniejsza cząstka jest na swoim miejscu. Jestem naukowcem poza tą częścią artystyczną, w dodatku analitykiem – im bardziej poznaję świat od strony cyferek, tym większą jego doskonałość dostrzegam. Stąd też mój ogromny szacunek dla mocy, która ów świat powołała do życia i tak wszystko zdeterminowała. Doskonałość rodzi doskonałość, pełnia pozostaje pełnią dopóki nie traci czegoś. Ludzie są na tym świecie niepełni, ponieważ potrzebują drugiego człowieka i całego otoczenia, by się w pełni realizować. Stąd ma początek niedoskonałość. Jednak świat ma tak dopracowany mechanizm, że na doskonałość własną każdy ma szansę. 😉

        Kochać można bezinteresownie tylko w ujęciu niepersonalnym. Konkretne osoby kocha się za coś. Zawsze. Nie da się inaczej. Nawet za samo, że się jest, to też jest za coś. 😉 To nie jest wzorzec, to reguła miłości. Mi pomaga poczucie bliskości Boga. Niby Go nie widzę, ale czuję, jak codziennie budzę się w Nim, przez Niego. Nie umiem tego wyrazić słowami, a gdybym spróbowała, to zajęłoby to mi więcej miejsca, niż potrzebuje książka. Nie wiem, czy ktoś inny też tak odczuwa obecność Boga, ale dla mnie jest to niesamowite uczucie. To jak życie dwa razy: raz tu i teraz, a drugi raz z Nim na tej drugiej płaszczyźnie. To „tutaj” kiedyś się skończy, ale to „tam” jest wieczne. To jest mój balsam dla duszy, jeśli mogę tak to ująć. 🙂 Takie przenikanie i współistnienie, ta bliskość, ta doskonałość… Po prostu brakuje słów, by opisać to wszystko. Bo nawet tylko uczuciem ciężko ten stan nazwać, a stanem – właściwie najbliżej do określenia całości.

        Konsekwencje będą różne dla różnych dróg dążących do odpowiednio przez nich definiowanych doskonałości. O to mi chodziło. Nie o konsekwencję po prostu braku miłości. Ona będzie, ale nie wyczuwana w pełni, nie w pełni okazywana. Czasami te zakresy będą się pokrywały i powstaną serdeczne relacje pomiędzy jednostkami, a czasami nie będą i wtedy owe relacje nie powstaną. Świat nie jest czarno-biały, ma półcienie i kolory. Żeby dotrzeć na szczyt skali, rtęć w termometrze przechodzi przez wszystkie kolejne stopnie, niezależnie jak szybko się to dzieje i ile razy po drodze zwalnia lub opada. 😉

        Pozdrawiam,
        Ri

        Lubię to

      • „Natura jest brutalna i nigdy nie była (ani nie będzie) inna. (Pytanie na marginesie: Jak to świadczy o Bogu, który stworzył to wszystko? W końcu to człowiek się zbuntował, a nie zwierzęta, więc czemu stworzył układ, w którym one cierpią?)”…

        Zapytaj Boga a z pewnością Ci odpowie o czym to świadczy 😉 Rozliczać stwórcę? Nie dziękuję. Zresztą sam powiedział po co stworzył zwierzęta i nie po to żeby cierpiały. Człowieka zaś stworzył istotą moralną i rozumną żeby o tym „wiedziała” i nawet dał mu swoje prawo zakazujące okrucieństwa tak wobec siebie jak i zwierząt (przecież wiesz o tym). A zatem nic tylko stosować się do jego wskazówek (albo „głosu wewnętrznego” jak kto woli – problem w tym że u każdego ten wewnętrzny głos szepcze co innego, przez co zbyt wielu cierpi na „syndrom Boga”). Wystarczy więc „naprawić” myślenie całej reszty która Boskie prawo ma za nic i walczyć z „brutalną naturą” – chyba że zasady to dla kogoś problem aaa to przepraszam 😉 Żeby jednak było sprawiedliwie to takie same zasady należałoby wyegzekwować na zwierzętach (jak równo to równo! 😀 ). W tym celu proponuję udać się z misją „ewangelizacyjną” przez sawannę niosąc na ustach „nie zabijaj” pośród drapieżników 😉 A może skoro już wiemy gdzie problem pogrzebany, to może się raz na zawsze eksterminujmy po całości żeby zwierzęta mogły żyć w godności hę? Z drugiej zaś strony skoro natura jest brutalna i jest to w niej całkowicie naturalne, to dlaczego brutalność ludzka ma nie stać ponad zwierzęcą? Przecież to jej „naturalne” miejsce w hierarchii. Sugerujesz że mamy się z drapieżników zamienić w ofiary i zamienić na miejsca ze zwierzętami? Przecież to nienaturalne by było 🙂 Byłoby to rzecz jasna samoistne rozwiązanie (na Twoich zasadach) problemu, jednak z drugiej strony jest to zaprzeczenie Twojej logice o prawie natury do brutalności. Właśnie dla tej niekonsekwencji uważam że jako ludzie mamy prawo czuć się istotami wyższymi od zwierząt. A całkiem po mojemu (i na poważnie) to inaczej wygląda – jesteśmy lepsi od zwierząt bo nie kierujemy się wyłącznie brutalną naturą. Dzięki rozumowi i etyce możemy nad tą ciemną stroną swojej natury panować. Że nie wszyscy tak potrafią? No trudno, ale nie jest to powód by zrównywać zwierzęta z ludźmi. To czysta abstrakcja i że tak powiem mieszanie dwóch różnych systemów walutowych (ale o tym już było)…

        „Powiedz mi, jak ocenisz kobietę, która w obronie własnej zabiła swojego napastnika, próbującego ją zgwałcić i zabić? Odezwał się w niej instynkt, zwierzęcy i pierwotny. Czy powinna dać się zgwałcić i zabić, bo przecież to nieludzkie zabić kogoś? Jak to oceniać? Według prawa „ludzkiego”, które za morderstwo funduje lata więzienia? Czy może według prawa naturalnego do ochrony życia i zdrowia?”

        Moja analogia była dość precyzyjnie nacelowana na absurd mieszania „praw natury” z prawem/etyką ludzką. Prawa ludzkie są takie jakie sami sobie fundujemy a zwierzęta nie wybierają. Zapytaj się siebie dlaczego tak jest że człowiek się „myli” (uważasz w końcu że każdy ma prawo sam sobą dowolnie zarządzać a zasady/nakazy/zakazy są „be” – więc mierz się również ze skutkami „syndromu Boga” w takim człowieku). Mylisz się jeśli oczekujesz ode mnie że „popełnię” wybór przed jakim mnie postawiłaś (nie wiadomo zupełnie dlaczego) stawiając problem na głowie 🙂 (i tak w ogóle to myślę że znając moje preferencje polityczne dobrze wiesz jak bym wybrał i nie jest to dla mnie żaden problem a chodzi tylko o sposób w jaki próbujesz ustawić odpowiedź na tak postawiony dylemat)….

        „Jak nie stać kogoś na podjęcie tego obowiązku, to niech odpuści sobie seks prokreacyjny. A jak fakt niezdolności objawi mu się po fakcie poczęcia, to niech znajdzie alternatywę: Tylu ludzi czeka na dziecko, że naprawdę nie trzeba go zabijać, by wszystko ułożyło się dobrze.”

        Jestem tego samego zdania

        „Powiedz to, że wiara nie zniewala, chłopcom i mężczyznom wcielanym na siłę do „Armii Boga”. Powiedz to kobietom, które zmuszono do współżycia za pieniądze, bo urodziły się w „złej kaście”. Powiedz to dzieciom, które są chrzczone i przyuczane do wyznawania wiary oraz posłuszeństwa systemowi zwierzchnictwa nad wyznawcami, zanim są w stanie pojąć ideę Boga, religii, grzechu czy zbawienia. – To wszystko jest gwałtem na ich wolnej woli. Komu mają się upomnieć, skoro głos im odebrano dwoma stwierdzeniami: „wszyscy tak robią” i „bo tak trzeba”? Hm?

        Znajdź mi w religii Katolickiej jeden punkt prawa Boskiego czy kanonicznego który zezwala na to o czym napisałaś 🙂 bo religia religii nie równa (co to w ogóle za jakaś maniera odpowiedzialności zbiorowej – tak jakby zanim „wymyślono” religię ludzie się nie mordowali i jakby niewierzący nie byli złymi ludźmi jak tylko chcą). Chyba że któregoś „przepisu”/zakazu nie rozumiesz a chętnie wytłumaczę jak bardzo się mylisz. A w ogóle to dziwię się że z jednej strony masz taki problem z tym że coś trzeba (unikać złych postępków – bo o to chodzi np. w religii Katolickiej/Chrześcijańskiej – za inne nie mam zamiaru się tłumaczyć), a z drugiej uważasz że zakazy to gwałt na jednostce i do tego mieszasz sens zakazu z „wszyscy tak robią”.

        „Dziwne wydaje się, że czujesz się zniewolony przez system podatków państwowych, a nie dostrzegasz analogii zachowań w postępowaniu zwierzchników religijnych i tej presji nie czujesz… Ale zgoda, jeśli ktoś czuje się w tym wolny, to nie zaprzeczam. Niech sobie siedzi we własnym świecie, który tworzą mu podobni. Z pewnością nie będę chciała go wyzwalać od niczego. 😉 Nie moja to sprawa.”

        Źle Ci się wydaje. Czuję się zniewolony skalą rabunku podatkowego a nie tym że istnieją podatki (to naturalna konsekwencja próby zapewnienia pewnej sprawności organizacyjnej wspólnocie – na wspólnym dla wszystkich poziomie potrzeb). I co ma wspólnego przymusowy system podatkowy z dobrowolnością organizowania się w kościół? 😮 Otóż informuję Cię (bo zachowujesz się tak jakbyś o tym nie wiedziała) że zwierzchność religijna nie jest obowiązkowa 🙂 a kwestie finansowe to czysta dobrowolność. Ty nie musisz dawać ani złotówki na Kościół i nie musisz klękać przed krzyżem. Przykro mi jeśli się zmuszasz ale to nie mój problem 🙂 Więc wyzwalaj się sama

        „…„bo my nie będziemy cię już kochać”, „bo więcej nas nie zobaczysz”, „będziesz dla nas martwym”, „jesteś hańbą”, „niszczysz dobre imię rodziny”, „jak możesz”, „nie tak cię wychowaliśmy”… piętnując i kwestionując jego człowieczeństwo, wolność, prawo do istnienia, kochania czy bycia kochanym. Tak zniewala wiara…”

        wiara nie ma z tymi słowami nic wspólnego bo nie na tym wiara polega 🙂 No i Ciebie ona nie obowiązuje więc czuj się wolna i rób co chcesz (nikt Cię dziś do niczego nie może zmusić – co najwyżej aparat władzy może Cię zamknąć za popełnienie przestępstwa 🙂 ). Osobiście nie widzę problemu w puszczaniu mimo uszu uwag na swój temat nawet od rodziny czy rodziców (serio 🙂 ) Ale! tylko wtedy jeśli namawiają do czegoś złego. W innych okolicznościach – kiedy mają rację piętnując np. moje złe postępowanie, mam prawo poczuwać się do wstydu i „zniewolenia” przez wiarę. Tak już mam i nie jest to dla mnie problem za „wyjątkiem” kiedy trzeba poskromić „brutalną naturę” która chciała odrobinę poszaleć dla jakiejś przyjemności (jest to często trudne i bolesne – ale kiedy trzeba to trzeba i wiara jest tu bardzo pomocna – bo chroni przed tym co złe a nie tak jak sugerujesz że w prymitywny sposób ogranicza)

        „Zasadność i celowość jest względna. Zwykle cele tych, którzy nakazy formułują, są zupełnie inne (choć pozornie zgodne) z celami wykonujących owe nakazy. Idealnie widać to na przykładzie naszego ustroju politycznego. A ludzie nie myślą, nie czytają umów ze wszystkimi gwiazdkami, zanim je podpisują. Ludzie nie protestują, bo nie wiedzą, że ktoś ich okrada od początku. Wrastają w to społeczeństwo i uważają, że tak powinno być, tak trzeba – dopóki ktoś im tego nie powie, oczu nie otworzy.”

        Bardzo często tak właśnie jest! Zgadzam się. Dlatego tak ważne jest czytanie ze zrozumieniem i szukanie prawdy obiektywnej, dobrych intencji ale i rozliczanie za czyny (to nie są od siebie oderwane kryteria, zawsze jest jakaś logiczna zależność, chyba że mamy do czynienia z mniej lub bardziej zakamuflowanym oszustwem). Wypaczanie pewnych dobrych idei przez konkretnych nikczemników nie czyni samych idei bezużytecznymi czy względnymi albo bezcelowymi. Podstawę rozliczania powinien stanowić zawsze czyn i jego skutek a wtedy od rzemyczka do koniczka możemy dociec na ile pierwsze i sprawcze było słowo.

        „…Tak samo jest z miłością – ona jest cały czas…”

        Morderca potrafi na chwilę nie kochać swojej ofiary – to niezaprzeczalny fakt że miłość nie jest stanem permanentnym na który „cierpi” każdy ad hoc i w każdej sytuacji 🙂 Inaczej nie byłoby tylu krzywd na świecie. Jeden wyjątek to miłość Boska (tyle że ona też ma swoje „warunki” i rzecz jasna nie podlega ludzkim miarom, sensom, ani logice).

        „Miłość nie jest umiejętnością. Umiejętnością jest jej odczuwanie i okazywanie. Istnienie nie jest umiejętnością. Umiejętnością jest zdolność do tworzenia czy niszczenia.
        Byty są (w przypadku Boga i miłości) wieczne, umiejętności są chwilowe…”

        „dowody” miłości (wszak można kochać bez „pokazywania”) to pewna rzecz jasna umiejętność. Ale sens posługiwania się miłością (lub nie) stawia ją jako byt chwilowy (za wyjątkiem Boga rzecz jasna) którym albo się posługujemy albo nie (i wtedy łatwo się krzywdzimy – potocznie zamiast kochać nienawidzimy ergo przewagę zdobywa inna „umiejętność”).

        „Nawet jeśli jesteś jedyną istotą na świecie, to wiesz, że jesteś. Nikt ci nie musi mówić, że istniejesz, prawda? Sam to wiesz…”

        hmmm… ciekawe „doświadczenie”, ale niestety nieweryfikowalne… Cała zaś reszta życia jest weryfikowalna (bo tu zawsze potrzeba punktu odniesienia – jedyny punkt który odniesienia nie potrzebuje to Bóg). PS. a skąd w ogóle takie założenie że wiesz skoro nie wiesz jak to jest? Jak śpisz to jesteś czy cię nie ma? 😉

        Przykro mi że doświadczyłaś tyle niezrozumienia i zła, bo jesteś mimo wszystko cudem i dobrym człowiekiem (z tego co mi piszesz i jak przedstawiasz niektóre „sporne” kwestie) pomimo tego że różnimy się poglądami na genezę źródeł tego dobra (tak w Tobie jak i w innych ludziach) którego ja upatruję gdzie indziej, ale jak mogłaś (zdążyłaś) już mnie „poznać” nie zmuszam Cię ani nie staram się nakłonić byś postrzegała świat tak jak ja (po prostu z Tobą polemizuję) 🙂

        Co do całej reszty swoje zdanie już wyraziłem więc nie będę się powtarzać. Która argumentacja prawdziwsza kiedyś się przekonamy 😉 (jeśli w ogóle dopuszczasz taką możliwość).

        Pozdrawiam!

        Lubię to

      • Jestem dociekliwa i lubię polemizować. 🙂 Uważam, że w dyskusji dochodzi się najszybciej do kolejnych poziomów wiedzy oraz świadomości.

        Jak śpię, to jestem. Nigdy we śnie nie mam poczucia niebytu. Może mam bardzo czuły zegar wewnętrzny, ale czuję podświadomie, że czas upływa. Nawet jeśli nie śnię, rano budzę się z pełną świadomością zmiany. „Być” określa stany. Zawsze. 😉

        Co do zniewalania przez religie: Pokazałam spektrum. Gdybym miała się skupić tylko na „naszym” chrześcijańskim odgałęzieniu, to poza wczesnym przymusowym wpajaniu zasad (bardziej kulturowych niż) religijnych (np. przykazania kościelne to tylko normy narzucone przez zwierzchników, a wyznanie wiary jest „wyklepaniem regułki” dla wielu, mechanicznym obowiązkiem typu „niedzielny obiadek u babci”).
        Poza tym pamiętaj, że prawo do swobodnego życia mniejszości (jakiejkolwiek) to wynalazek ostatnich czasów, kompletnie nie respektowany przez babcie, ojców i mamy, którzy są w stanie posunąć się do dręczenia psychicznego i fizycznego, o ile nie będziesz przykładnym chrześcijaninem… Nie mówiąc o oczekiwaniach, które nakładają na Ciebie w czasie niesamodzielności bytowej, grożąc wyrzuceniem z domu. I tyle Twojej „dobrowolności zwierzchnictwa”… W praktyce do 18 roku życia nie masz żadnej władzy nad sobą w ujęciu religijnym, jeśli posiadasz rodziców lub osobistych opiekunów.
        Małe miasteczka i wsie wciąż żyją głównie żywotami cudzymi, więc nawet jako dorosła mam marne szanse „nie stawić się” na coniedzielnym kazaniu. Jesteś traktowany jak trędowaty, kiedy się „nie stosujesz”. A w ogłoszeniach parafialnych wyczytane są listy tych, co dali, tych co jeszcze nie dali i ile mają dać… o.O Pomijając standardową składkę na tacę, funkcjonuje również taca na pogrzebach, po kilka zbiórek „inwestycyjnych” lub „remontowych” w miesiącu, nie mówiąc już nawet, że „co łaska” to bez minimum 50 lepiej się nie pokazywać, a jak trzeba sakrament, to tak z 12 razy więcej…
        Jeśli nie zarabiasz okrągłej sumki, to ksiądz nie ma dla Ciebie nawet 5 sekund na rozmowę. 😐 Niestety, doświadczone w praktyce na dość dużej grupie przedstawicieli zwierzchników Kościoła. Można też się czasami dowiedzieć, że urodzenie się w rodzinie biednej jest karą, tak samo jak urodzenie się kobietą… 0.0 …za grzechy, których się jeszcze nie popełniło. (?!) Oraz że to Twoja wina jest, jak jesteś uczciwy, ale biedny, więc nie radzisz sobie w życiu. (Czasami zastanawiam się, czy oni rzeczywiście przeczytali choćby PŚ, czy tylko kapłaństwo traktują jak zawód, który daje możliwość wygodnego życia, jeżdżenia limuzyną i posiadania kobiety oraz dzieci [a niektórzy nawet kilku takich zestawów] na boku… Wśród księży mi znanych praktycznie co drugi tak właśnie postępuje.)
        Stąd wzięły się moje osobiste zastrzeżenia do katolicyzmu. Wyszło mi, że ta „jedyna słuszna droga” kończy się zawsze tylko na słowach, zwłaszcza, gdy przeanalizowałam założenia od podstaw oraz zasady prawa kanonicznego (polecam – bardzo gorąco). Wyniki są uderzające i otrzeźwiające. Typowe chrześcijaństwo to „każdemu według potrzeb” i „wspólna własność” (z czym się to kojarzy? ^^). Dziwnym trafem obecnie działa bardziej na zasadzie „bogaty może więcej”…
        Takie mam doświadczenia z „religią miłości i miłosierdzia”, więc dziwisz się, że podchodzę krytycznie i bardzo ostrożnie do jakiejkolwiek zhierarchizowanej religii? Bo ja nie. dziwię się tylko, że przez wiele lat dawałam się tak traktować dla obietnic bez pokrycia. Jezus prosił jedynie o wiarę i miłość bliźniego, a nie tworzenie machiny czy państwa katolickiego. Jeśli przedstawicielom Kościoła nie można wierzyć w rzeczach mały, to jak można im ufać w rzeczach tak wielkich jak życie wieczne?

        W życiu bez wiary w Boga człowiek sam sobie jest „bogiem” – w jego opinii jest to prawda, w pewnym sensie wszystko może być prawdą. Prawda to rzecz bardzo względna… Subiektywna. Prawda „obiektywna” nie istnieje na tym świecie. Zawsze znajdzie się w owej prawdzie trochę subiektywizmu osoby wypowiadającej się. Stąd dla Ciebie jest to syndrom, a dla kogoś – rzeczywistość życia. Wybory jednak pozostają wyborami.

        „(…) – problem w tym że u każdego ten wewnętrzny głos szepcze co innego, przez co zbyt wielu cierpi na „syndrom Boga”). Wystarczy więc „naprawić” myślenie całej reszty która Boskie prawo ma za nic (…)”.

        ? Chyba nie zrozumiałam. Prawo naturalne objawia się sumieniem i jest prawem boskim. Tak? Ale skąd pewność, że czyje szepty sumienia są właściwe, a kogo trzeba naprawiać…?

        Rozliczać Boga? Z czego? Przecież jeszcze nie było okazji do wypełnienia przez Niego wobec mnie Jego obietnic…
        Oceniać rozwiązania, które zaoferował; analizować je…? – Jak najbardziej TAK! Skąd, jak nie z obserwacji, analizy i oceny bierze się wiedza oraz rozwój? o.O

        Również pozdrawiam! 🙂

        Lubię to

      • „Wśród księży mi znanych praktycznie co drugi tak właśnie postępuje.)”… Księża to tylko „profesja” (chodzi o samo chrześcijaństwo – „pochodna” Chrystusa – jego słowa, zasady jakimi się kierował no i czyny). Problemem nie jest idea a człowiek, który nie potrafi się do niej dostosować w każdej okoliczności (kodek drogowy też obowiązuje chociaż jest nagminnie łamany – bo jest potrzebny) tudzież nie chcą nad sobą zapanować (bo uważają że im wszystko wolno). Tym sposobem w narodzie nie brakuje nie tyle nieuczciwych księży ale i nieuczciwych nieksięży (również wśród niewierzących) – więc nie o profesję tu idzie (wśród policjantów też są bandyci – czy przez to mamy zlikwidować tę instytucję? 🙂 ). Jeżeli na podstawie tej „średniej” jaką sugerujesz mamy teraz oceniać samą ideę jako złą to wpadamy w pułapkę demagogii, wspólnych worów i karanie słońca za to że ktoś w nie spojrzał wiedząc na dodatek czym to grozi dla oczu (nielogiczne i nieuczciwe a wręcz głupie). Wielu ludzi deklaruje przywiązanie do różnych zasad i etyki łamiąc je po drodze wiele razy. Jeżeli to ma być podstawa do tego że takie zasady jak „nie kradnij”, „nie mów fałszywego świadectwa”, albo „nie pożądaj” są winne temu że ktoś ich nie respektuje to… nie ma o czym dyskutować – niech żyje chaos! Poddajmy się wszyscy zwierzęcej naturze i „róbta co chceta”.

        Ja prawo naturalne rozumiem właśnie jako głos Boga w sobie (pragnienie porządku pewnych rzeczy – sprawiedliwości, moralności). Ty zaś powołujesz się na prawo natury (zwierzęce) gdzie nie decyduje moralność a wola silniejszego. To dwie różne „natury”: pierwsza jest ludzka – jako możliwość wyboru dobra lub zła, druga to „czysty” bezrozumny instynkt gdzie cokolwiek się nie dzieje (łącznie z przemocą, brutalnością – widziałaś może taki filmik jak hieny rozszarpują na żywca ciężarną antylopę?) jest zawsze usprawiedliwona. Sama narzuciłaś „zwierzęcy” pryzmat jako podstawę do krytyki ludzkiego prawa a ja Ci tylko tłumaczyłem że to błąd 🙂

        Owszem istnieje prawda obiektywna na tym świecie – jako wzorzec do którego albo próbujemy nawiązać/dążyć albo nie. Jej namiastką jest m.in. sprawiedliwość – raz udanie stosowana a innym razem nie, ale sama prawda obiektywna istnieje. Inaczej nikt nawet słowem nie wspominałby o „prawie” (takim czy innym) i zasadach jakich ludzie powinni się trzymać we wzajemnych relacjach. W Twoim świecie bez prawdy obiektywnej (gdzie każdy ma rację – bo to jego racja) każdy mógłby robić co chce bez konsekwencji dla siebie a przecież tak nie jest – przynajmniej nie jest to tak powszechne jak by chcieli niektórzy 😉 Tak w ogóle to jeśli ona według Ciebie nie istnieje to bez sensu jest cała ta rozmowa i ja jestem „bez sensu” (a Ty tym bardziej bo upierasz się nie uznawać jej istnienia 🙂 ). Jeśli prawda obiektywna nie istnieje to Twoje zdanie (że nie istnieje) jest kłamstwem 😀 „ad hoc”

        „…Skąd, jak nie z obserwacji, analizy i oceny bierze się wiedza oraz rozwój?…”
        A nie mówiłem! 😀 Cieszę się że się zgadzasz bo jeszcze przed chwilą twierdziłaś że człowiek może w pojedynkę się rozwijać tylko na podstawie własnej jaźni 😉 (jakkolwiek „świadomie” by nie spał) ufff

        „Rozliczać Boga? Z czego? Przecież jeszcze nie było okazji do wypełnienia przez Niego wobec mnie Jego obietnic…”
        No i tego się trzymaj! (na dobry początek 😉 ).

        Tak samo nie rozliczaj już babci, rodziców, księży i kto tam Ci jeszcze zawinił. Jesteś już dorosła i sama odpowiadasz za swoje życie. A oni jeżeli Cię skrzywdzili kiedyś za to odpowiedzą. I naprawdę przynależność do kościoła i jego zasad czy „cenników” jest dobrowolna. Tu nie ma żadnego przymusu serio 🙂 kto się uprze ten nie musi żadnego sakramentu ani przyjmować ani opłacać (za wyjątkiem kosztów administracyjnych w wypadku pochówku na cmentarzu komunalnym i w tym podobnych kwestiach) nie dotyczy to zwłaszcza osób niewierzących (tudzież nie należących do wspólnoty bo jest to wspólnota dobrowolna) którym żadne sakramenty się nie należą. Chyba że sami sobie życzą być pochowanym na cmentarzu zgodnie z ceremoniałem, albo chcą mieć ślub kościelny czy ochrzcić dziecko 🙂 Dla Ciebie dzieciństwo było „opresyjne” a mnie się podobało właśnie takie. I wedle Twojej teorii o „prawdzie subiektywnej” moja racja jest co najmniej równa Twojej 😉

        Lubię to

      • Problemem nie jest idea w czystej postaci, lecz ludzie, którzy tę ideę przerabiają dla własnych celów (zwierzchnicy religijni).

        Moralność to sztuczna fora, wytworzona tylko przez człowieka (tak jak prawo), by panować nad drugim i jego zachowaniem, wyborami. Może w założeniu miała być dobrą, ale zapewne wiesz, że piekło dobrymi chęciami jest wybrukowane…? No właśnie. Tak się kończy zakładanie i narzucanie komuś swojej wizji świata.
        To co dla jednych jest dobre, innym stać będzie kością w gardle przez całe życie. Najgorsze jest, że jeśli coś nie wadzi większości, to owa większość karze mniejszość, której to rujnuje życie. Dlatego zdarzają się przestępstwa, bo istnieje przyzwolenie społeczne i prawo chroniące przestępców. Ofiara (jeśli przeżyje) jest sama „sobie winna”, że źle wybrała i na przykład dała się oszukać…
        Tym sposobem „moralne” jest chodzenie do kościoła co niedzielę, a na tygodniu oszukiwanie, obmawianie i okradanie sąsiadów w miejscowości. Za to dwie kobiety żyjące wiernie ze sobą w nieformalnym związku i nie gorszące nikogo niczym (publicznie nawet za ręce się nie trzymają) to moralna obraza i najlepiej ich spalić na stosie… Tak samo jak tych, co nie dają się grzecznie i uprzejmie okraść ze swojej własności. Hipokryzja i prawo Kalego… 😐

        Z „prawdą obiektywną” wykładasz się na całości Twojego rozumowania. Zakładasz, że prawdą obiektywną jest prawda, że jej nie ma. Nie, to moja subiektywna opinia: Prawdy obiektywnej nie ma. To nie przeszkadza mi w stopniowaniu prawd: Są prawdy niższego i wyższego rzędu, i jeszcze wyższego… Im więcej osób uznaje jakąś prawdę za prawdziwą dla nich, tym wyższy poziom w społeczeństwie ta prawda zajmuje. I nie jest ważne, czy ktoś to mówi na głos, czy tylko tak myśli. Oficjalną prawdą nadrzędną jest, że kłamstwo szkodzi relacjom społecznym, więc nie należy kłamać. Jednak nieoficjalną prawdą wyższego rzędu jest, że umiejący kłamać dobrze zawsze wychodzi lepiej od mówiącego prawdę. Co z tego, że jedna osoba wśród dziesięciu tę nadrzędną prawdę nie uzna za swoją, skoro pozostałe dziewięć tak i tym samym da jej moc sprawczą? Ona powie prawdę, a oni wygrają, bo skłamią umiejętnie.
        Tak działa wymiar sprawiedliwości i dlatego jest niedoskonały.

        Kodeks drogowy działa w miarę dobrze, bo jest jednak duża część osób, które uznają potrzebę jego przestrzegania. Uznają według własnego prywatnego systemu wartości. Łamiący kodeks uznaje go za głupi, nielogiczny, nieodpowiedni, nieadekwatny do sytuacji i dlatego go nie przestrzega, a nie bo tak…

        Wracając do prawdy obiektywnej…
        Za prawdę obiektywną zdajesz się uznawać Boga, jego istnienie oraz implikacje wynikające z tego. Ale wciąż – to Twoja prawda subiektywna. Dla ateisty nie jest ona prawdą. Proste i logiczne, nieprawdaż? 🙂

        Jesteś idealistą. Wierzysz, że jesteśmy czymś więcej niż po prostu sobą. To bardzo urocze, a jednocześnie bardzo niepraktyczne w świecie nie składającym się z osób o różnorodnych przekonaniach lub bez większości podobnych Tobie.

        „A nie mówiłem! 😀 Cieszę się że się zgadzasz bo jeszcze przed chwilą twierdziłaś że człowiek może w pojedynkę się rozwijać tylko na podstawie własnej jaźni…”
        I wcale sobie nie zaprzeczyłam z tą obserwacją, analizą i wnioskowaniem. Można rozwijać się w pojedynkę, obserwując, analizując i oceniając samego siebie. No, chyba że zaprzeczasz istnieniu samooceny w rodzaju ludzkim…? Wtedy ta dyskusja naprawdę nie ma sensu. ;P

        Oczywiście, a długi pieniężne mam darować na wieczne nieoddanie? Ciekawe dlaczego US tak nie robi…? Hm, tak chyba działa sprawiedliwość, że dąży się do naprawienia krzywd ofiary przez sprawcę, a gdy ten nie chce dobrowolnie – sądzi i egzekwuje. A może się mylę? O.o

        A dziękuję, tak, jestem dorosła, chociaż nie wiem, czy wystarczająco „dojrzała” do niedochodzenia przyczyn moich zachowań (te babcie, rodzice i tak dalej…). Ci, co mnie skrzywdzili, mają marne szanse na odpowiedzenie za moją krzywdę: Jeden odszedł w opinii świętości, modlą się o wstawiennictwo u Boga za jego przyczyną i (o dziwo) łaski spływają na modlących się. W takim razie ja muszę się mylić i urządzanie komuś prywatnego piekła z dzieciństwa, to nic takiego… No i co z tego, że to odbija się potężną czkawką nawet teraz i prawdopodobnie pozostanie tak przez jeszcze długi, długi czas… Zdecydowanie miałam opresyjne dzieciństwo. Znów trafiłeś, chociaż nie w tym sensie, o którym pomyślałeś. 😐 Akurat w dzieciństwie (przynajmniej przez pierwsze 6 lat mojego życia) religia była mi przyjazną (czytać nauczyłam się na „Piśmie Świętym dla dzieci” i chciałam zostać misjonarką). Później notorycznie jej przedstawiciele z zarządcami na czele uświadamiali mi, że jestem niegodną grzesznicą, chociaż byłam tylko naiwną ofiarą – w końcu przestałam dochodzić prawdy, widząc, że nic nie wskóram przeciw wzajemnie umywającym swoje ręce oprawcom. Stąd moja obecna postawa. Nauczyłam się dzięki nim zaprzestawania próbowania i dążenia do doskonałości.

        A zdajesz sobie sprawę, że automatycznie tracisz rodziców, którzy są członkami tej „wspólnoty”? Zdajesz sobie sprawę, że oni Cię odrzucają, bo nie jesteś jej członkiem? Że pomimo hipokryzji innych ludzi wciąż można ich kochać i być zależnym emocjonalnie?
        Chyba nie…
        Religia to nie tylko kwestia wyznania wiary czy zachowań. To także kwestia przywiązania do rodziny. Religia dla zachowania swej trwałości uczy, że inność należy odrzucać i piętnować. „Jeśli twa ręka grzeszy – odrąb ją (…)” i tak dalej… Uczy, by odrzucić dziecko, jeśli do nie wpasowuje się w normy przyjęte przez „wspólnotę” (no bo co z tego, że za progiem świątyni wyciągane są siekiery i widły, i hajda!… – to wciąż wspólnota!).
        Nie chodziło mi o pieniądze, a o pokazanie wadliwości systemu (opłaty za sakrament – sprzeczne z prawem kanonicznym – tylko to obnażają, bo cóż to za instytucja, która własnych regulacji nie przestrzega?).
        Religia =/= wiara człowieka. Można wierzyć i nie wyznawać religii. Jakoś ta wersja wydaje mi się najbardziej właściwa. 🙂

        Oczywiście, Twoja racja jest dokładnie (nie „co najmniej”!) równa mojej. 🙂 Jest Twoją racją, dla Ciebie nadrzędną i najważniejszą – mi to nie przeszkadza, dopóki nie spróbujesz mi jej narzucić; własna mi wystarcza w zupełności. Jak widać na moim przykładzie z prawdą subiektywną można żyć całkiem zgodnie. 😉

        Ri

        Lubię to

      • Nie narzucam (Ci) swojej woli… ale Ty mogłabyś przestać w końcu nazywać mnie zniewolonym (bo o tym ja decyduję)… Żyj „niemoralnie” wolna (również do wideł poza kościołem – chyba że takich nie ma 😮 ) a ja będę brukował piekło (specjalnie dla Ciebie 😉 )… Czyż to nie jest prawda obiektywna? Taka wolność! Żeby nie używać diabelskiego słowa „konsensus”?
        Reszta już była a poza tym nie ma znaczenia bo skoro prawdy obiektywnej nie ma to subiektywnej tym bardziej… Oszukujmy się więc szanując swoje poglądy (tylko pamiętaj że ja Ci nie kłamię 😉 to tylko Twoja iluzja)

        Lubię to

      • Po prostu masz swoją prawdę. 😉 W takim ujęciu mi to nie przeszkadza w najmniejszym stopniu. 🙂
        (W przeciwieństwie do wideł i siekier wyciąganych za progiem kościoła – niestety, to nie była przenośnia; lokalne waśnie są straszne. Od tych raczej na razie się nie uwolnię, bo nie potrafię zostawić rodziców w potrzebie.

        Dobrego wieczoru!
        Ri

        Lubię to

      • Ależ to nie jest „moja” prawda. Wielu ją podziela więc może pomyślmy nad jakąś normą subiektywności? 😉 (od ilu się zaczyna). Daj spokój z tymi widłami i siekierami – przecież żyjesz! (i nie każdy z siekierą i widłami to pewna śmierć) Niemoralna dba o rodziców…ehhhh. Jesteś zwykła przekora wiesz! Bardziej moralna niż nie jeden deklarujący się moralnym 🙂 I jest to (o ile to prawda) OBIEKTYWNA prawda właśnie 😀 a moje subiektywne zdanie 😉 (jeśli tak wolisz, bo nie chcę się z Tobą kłócić o tak zacne postępowanie)
        Wzajemnie dobrego 🙂

        Lubię to

      • „Wielu” nie znaczy „wszyscy”. 😉 Potencjalną obiektywną prawdę (absolutną) musieliby uznać wszyscy. I jeśli jesteś jednym z tych „wielu”, to ona jest także Twoja. 😉

        Jestem tchórzem, paranoikiem i całkiem inteligentną osobą (tzn. trzymam się możliwie najdalej od zagrożenia, za węgłami, potencjalnymi tarczami, jak najszybciej opuszczając pole rażenia), dlatego wciąż żyję. Za to jedna osoba z mojej rodziny nie ma płuca (wyjęte po pobiciu, bo powstał krwiak), a druga przez trzy miesiące nie mogła się ruszać, bo miała zruszone kręgi szyjne. Byłam jedyną nieposzkodowaną w domu. 😐

        Wiem, że mam mocny zestaw zasad. Mogę się pochwalić, że sama je sobie ustaliłam 😀 , ale nie przesadzajmy – nie jestem jakaś specjalnie dobra. Po prostu staram się być wierna sobie, uniknąć bycia hipokrytką i tyle. Parę szczerych odpowiedzi przed samym sobą potrafi całkowicie odmienić myślenie i postępowanie człowieka. Polecam każdemu! 🙂

        Moje imię zapisane po hebrajsku składa się z dwóch znaków, które samodzielnie oznaczają doskonałość i jedność oraz mnogość i „zło”, chaos, więc coś w tym jest z tą przekorą. 😉 (Taka tam ciekawostka wyniesiona z wykładów o językach starożytnych… :D)

        Lubię to

      • Oczywiście że nie jesteś zawsze dobra. Skądś jednak zasady nakierowane na dobro wzięłaś, bo ich nie wymyśliłaś sama. Co najwyżej sama je sobie narzucasz (jako (nie)wolna osoba). A więc jesteś wierna zasadom które stały się naturalną częścią Ciebie (godne polecenia)… No i proszę! Wyszła doskonałość z worka choć w nim tchórzostwo i inne takie tam 😉 No przekora pełną buzią! Wielu obiektywnie ma podobnie (w tym ja) więc okazuje się że jesteśmy wszyscy szczęśliwymi posiadaczami prawdy obiektywnej 🙂 (oczywiście to tylko teoria 😉 – starsza od nas żeby nie powiedzieć starożytna)

        Polubione przez 1 osoba

      • Jak coś mnie zabolało (na przykład dotknięcie gorącej blachy starego piecyka, zacięcie się nożem), to szybko uczyłam się tego nie robić więcej. Chociaż przyznam, że wyrastanie na naukach chrześcijańskiej miłości przyśpieszyło mój proces poznania definicji dobra. Jednak większość przyszła jednak z doświadczeniem. W pewnym okresie życia nauczono mnie ostrożności w ufaniu autorytetom (bardzo boleśnie), więc od tej pory marnie u mnie z przyjmowaniem rzeczy „na wiarę”. Ale jak się już czegoś doświadczy do głębi, przeżyje całym sobą, to bardzo ciężko robić coś na słowo, które ktoś tylko powiedział – zwłaszcza, gdy doświadczenie zapisane w środku wrzeszczy sprzeciw.
        Zaczęłam od chrześcijaństwa, później (po doświadczeniach) zgłębiłam większość innych dużych religii czy systemów myślowych. Wszystkie tylko w pierwotnych założeniach były równie piękne, ale im głębiej sięgałam w rzeczywistość, tym więcej niedoskonałości odkrywałam. W ten sposób zapewniłam sobie wiedzę, na podstawie której złożyłam mój kodeks.

        Część rzeczy też po prostu była we mnie. Byłam dzieckiem, które nie znosiło zabijania zwierząt (a jeszcze bardziej ich torturowania), a przekonanie mnie do zjedzenia mięsa czy rosołu to był istny koszmar (i wciąż jest xD ). Nie umiałam nikogo uderzyć, ani „sobie oddać”. Nie czułam agresji do niczego. Strach u mnie objawiał się powolnym wycofaniem w bezpieczne miejsce.
        Myślę, że to był jakiś wewnętrzny szacunek do każdego istnienia, nawet tego, które mi zagrażało. Do dziś mam taką wewnętrzną niechęć do niszczenia czegokolwiek – żywej istoty czy rzeczy. Skoro powstała, to w jakimś celu, by się do czegoś przysłużyć…

        Ten proces samostanowienia swojego kodeksu jest nieustannym rozwojem. Nie ma, że ktoś powie, co trzeba robić i nie ma później na kogo zrzucić odpowiedzialności za błędy. To także uczy: ostrożności, rozwagi, przemyślenia po tysiąc razy jednej prostej rzeczy… Wymaga także ciągłego zaangażowania, codziennego budowania na nowo siebie – dzisiaj.
        Ale ma to także niesamowite zalety. Nie muszę podciągać się do czyjegoś standardu, wymiarów, nakazów i praw. Sama ustalam poprzeczki każdego dnia, przemierzam labirynt życia i dokonuję wyborów – wszystko zależy tylko ode mnie. Popełniając czyny (dobre czy błędy), popełniam je na własne konto. To trochę jak w przypowieści o talentach: dostałam sumienie i zdolność do rozwoju, czucia, pamiętania oraz życie – to moje talenty, które staram się rozwijać, ćwiczyć i dzięki temu realizować swój cel istnienia. Inwestując w nie, nie mogę stracić i nie mogę nie zyskać. 😉 (No bo cóż tak naprawdę w życiu się liczy, jak nie wielka lekcja, którą ono jest?)

        Lubię to

      • nikt nie posiadł recepty na życie w każdej sekundzie… to jest ciągła walka ze sobą ku czemuś czym sami nigdy nie będziemy… równanie w górę do źródła absolutnego dobra którym człowiek nigdy nie będzie gdyż popełnia błędy i zło (dlatego warto wierzyć w coś więcej)

        Lubię to

      • W takim razie gdzie jest w tym logika? Bieganie za iluzją kawałka sera? To brzmi okrutnie i okropnie, jakbyśmy byli czyimiś szczurami doświadczalnymi w materii duchowej. 😐

        Bo brak recepty na każdą chwilę jest rzeczą oczywistą. 😉 A właściwie nawet bardzo pozytywną. Inaczej świat byłby nieskończenie nudny…

        Lubię to

      • A czemu dla kawałka serca? W sercu same namiętności. Miłość to ani rozum ani serce. Kto nazwie i wskaże miłość żeby każdy miał fizyczny jego kawałek ten wygra świat 😉 Tymczasem wystarczy (trzeba!) wierzyć w ideał… Dlatego zgadzam się z oczywistą oczywistością braku recepty (tyle że nie dla zabicia nudy 🙂 )

        Lubię to

      • Dążenie do doskonałości, której i tak nigdy się nie osiągnie jest bezsensowne. Uważanie, że mimo wszystko da się takową osiągnąć musi być iluzją.
        Miłość jest najbardziej logiczną rzeczą na świecie. To, że jeszcze nie potrafimy objąć umysłem chaosu, nie znaczy, że nie ma on swojej logiki.
        Wróć…! Potrafimy już nawet obliczać miarę nieuporządkowania, by wyliczyć parametry reakcji chemicznych. Poznaliśmy fraktale i inne, trudne do ogarnięcia umysłem formy przestrzenne. Stoimy na krok od zrozumienia chaosu. Jesteśmy tak blisko pojęcia Boga, którego przecież najdoskonalszym odbiciem jest jego dzieło (świat).

        Prosta rzecz: światło. Niby nie jest namacalne i fizyczne, nie możemy sobie ukroić jego kawałka, a jednak każdy w domu ma możliwość wytworzenia sobie dowolnego światła dzięki odpowiedniej żarówce. W ostateczności to ta sama energia, tylko w innej formie. Z miłością jest tak samo. Może mieć różne formy, twarze i wcale nie musi mieścić się w niczym doskonałym. Przecież żarówki nie są doskonałe – niektóre mogą, ale światło dają wszystkie niezniszczone.

        Skąd więc potrzeba do dążenia (wbrew sobie) do nieosiągalnego doskonałego? Czy żarówka powinna czuć się gorsza i zawstydzona, bo inną stworzono lepszą, więc światło przez nią dawane jest jaśniejsze lub bardziej równomierne? W ostatecznym rozrachunku obie je dają, spełniając swoją rolę…

        Lubię to

      • Tak też i jedzenie (skoro za parę godzin będziemy głodni) jest jeszcze bardziej bezsensowne. Uważanie że kiedykolwiek się najemy jest na dodatek potwierdzoną utopią 🙂 a mimo to nie ustajemy w codziennych próbach 😀

        Wzór (prawidłowość) na chaos (coś ad hoc nie podlegające prawidłowości)? Hmmm niezła „logika” (taka Heglowska 😀 że aż się uśmiechnąłem).

        No i proszę… Jednak poszukiwania Boga trwają i na dodatek „blisko jesteśmy”? Serio? 🙂 A już szczytem sensu jest szukanie Boga pomimo tego że doskonałość (według Ciebie) jest nieosiągalna 😉

        Ze światłem jest taki „problem” że my go nie tworzymy a tylko odtwarzamy mechanizmy już istniejące w przyrodzie (nie za naszą sprawą). Jesteśmy tylko użytkownikami światła (tak jak zresztą wszystkiego, bo niczego nie jesteśmy w stanie wytworzyć poza „wystruganiem” z tego co już istnieje i zostało stworzone przez kogoś innego 🙂 )…
        Miłości też nie jesteśmy stworzycielami, ale (ewentualnie) poszukiwaczami i użytkownikami. Uczymy się miłości i naśladujemy (bardziej lub mniej udanie). Rzecz jasna dlatego że nie jesteśmy w stanie jej stworzyć od początku do końca to potrafi być ona w swojej idei idealna (nie możemy jej „zepsuć”, za to ciągle do niej wracać) – przez co prawdziwą ma tylko JEDNĄ twarz (reszta to mniej lub bardziej udane namiastki)… Potrzeba dążenia do doskonałego wypływa z naturalnej potrzeby życia (prawdziwiego) a niektórym jest potrzebna do „odkrycia Boga” (i podobno „oni” są już blisko 😉 ). Po to między innymi jemy i pijemy (żeby żyć i móc kontynuować „badania naukowe”). Stąd też sama widzisz że nie samym chlebem człowiek żyje (prawda że nie każdy)

        Żarówka niech się czuje jak uważa, ale lepiej (dla niej) żeby pogodziła się z tą oczywistą prawdą że nie jest światłem a tylko przekaźnikiem. I jako przekaźnik mniej lub bardziej „doskonały” sprawdza się zgodnie z własną (nie)doskonałą konstrukcją (świeci światłem bardziej lub mniej udanie, albo w ogóle nie świeci – bo takie też są „produkowane” 😉 )

        Lubię to

      • Jedzenie czy picie nie służy „najedzeniu się na zapas”, a sen „naspaniu na zapas”. (Przyrównujesz stany do czynności chwilowych i chcesz, żeby się zgadzało? – Nie ma szans. )
        Za to dążenie do doskonałości zakłada jej osiągnięcie w bliżej nieokreślonym, ale jednak konkretnym czasie. Jest to dążenie do stanu. Jeżeli osiągniecie stanu jest niemożliwe, jest bezsensownym dążyć do niego. Kiedy jesz, stajesz się coraz bardziej syty, a gdy nie jesz – głodnym, ponieważ takie są ograniczenia organizmu. Ma to swoją mechanikę i logikę. Potrzebujesz jeść i pić, by żyć.
        Zdążać do nieosiągalnego celu nie musisz, by żyć.

        Da się okiełznać prawdopodobieństwem przypadek, więc czemu nie chaos…? Jeśli chaos istnieje w czterech wymiarach, to oznacza, że za ich pomocą da się go zarejestrować. Dodajmy jeden, a da się go opisać zgrabnym wzorem.

        „Prawdziwe życie”? A istnieje jakieś „podrobione”? 😉
        Każde życie jest prawdziwe (póki co nie żyjemy w Matrixie, a nawet jeśli – to nasze jedyne życie, innego nie dostaniemy, więc dla nas jest jak najbardziej prawdziwe).

        Idea jak najbardziej jest „idealna” (a masło jest maślane). Zgadzam się. Ale nie o to pytałam.
        Pytałam, czy dążenie do tej idei jest sensowne. Żarówka wytwarza światło – w inny sposób niż słońce, ale nie znaczy gorzej (dla nas to nawet lepiej, bo takiego mikro-słońca raczej nikt by nie przeżył). My (jak twierdzisz) naśladujemy miłość i próbujemy dążyć do Boga-Miłości, Jego doskonałości, lecz nigdy tego nie osiągniemy (niestety) – ale to dążenie jest wpisane w naszą naturę, tak?
        Cóż, ewolucja się z Tobą na pewno zgodzi, człowiek już niekoniecznie. Niektórym wystarcza wegetacja, a część wręcz odwraca się w drugą stronę.
        Ale (znów nawiązując do światła) w końcu stojąc w ciemnościach widzi się najlepiej, które światło świeci najjaśniej. 😉

        Lubię to

      • „Kiedy jesz, stajesz się coraz bardziej syty, a gdy nie jesz – głodnym, ponieważ takie są ograniczenia organizmu. Ma to swoją mechanikę i logikę. Potrzebujesz jeść i pić, by żyć.”…
        Bingo! Więc nie wiem o co Ci chodzi 🙂

        „Zdążać do nieosiągalnego celu nie musisz”… Nie muszę ale chcę 🙂 (i co mi zrobisz?) Taka sama logika jak z jedzeniem, zwłaszcza że niektórzy potrafią się zagłodzić na śmierć, albo w drugą stronę – umrzeć z przejedzenia, i zarówno w jednym jak i drugim przypadku widzą dla siebie „sens”. Patologia powiesz, ale nie o to chodzi a „tylko” o możliwość podążania taką drogą (ku patologii lub ku doskonałości, więc chyba lepiej jak zdążamy ku temu drugiemu 🙂 ). W czym problem jeśli droga pozwala udoskonalić człowieka? Czemuż to sens dążenia do doskonałości duchowej i wyznaczanie sobie w związku z tym nieosiagalnej poprzeczki ma być bez sensu a naukowe dążenie do „odkrycia Boga” (ideału) już sens posiada? 🙂

        „Za to dążenie do doskonałości zakłada jej osiągnięcie w bliżej nieokreślonym, ale jednak konkretnym czasie.”….
        A od kiedy to dążenie jest równoznaczne z osiągnięciem celu? To nie jest jednoznaczne, tak jak płynięcie nie jest jednoznaczne z dopłynięciem 🙂

        „Jest to dążenie do stanu. Jeżeli osiągniecie stanu jest niemożliwe, jest bezsensownym dążyć do niego.”…
        W takim wypadku każde ulepszanie i postęp naukowy jest bez sensu. Bo w końcu jako istoty określone czasem istnienia nigdy nie osiągniemy ideału w żadnej z dziedzin. Ci biedni naukowcy co to Boga szukają robią rzecz kompletnie bezsensowną. Może trzeba ich natychmiast o tym poinformować 🙂 No i przestać w końcu jeść bo wszystko w ogóle jest bez sensu więc po co się męczyć bezsensownym życiem? Dążenie do stanu ideału nie jest uwarunkowane musem jego osiągnięcia.

        „Kiedy jesz, stajesz się coraz bardziej syty, a gdy nie jesz – głodnym, ponieważ takie są ograniczenia organizmu. Ma to swoją mechanikę i logikę. Potrzebujesz jeść i pić, by żyć.”…
        To samo dotyczy dążenia do absolutu Boga (dobra). Potrzebuję ciągle się poprawiać w postępowaniu żeby być lepszym a nie gorszym. Ba! Całemu światu by się to przydało! To jeszcze większa kwestia życia i śmierci jak samo jedzenie. Popatrz ile wokół najedzonych ale złych ludzi (czy nie lepiej żeby pomarli z głodu?)

        Prawdopodobieństwem da się również „okiełznać” prawidłowość (więc co ma piernik do wiatraka 🙂 )

        „Jeśli chaos istnieje w czterech wymiarach”…
        jeśli i dalej nie ciągnę 🙂 wolę porządek (JEŚLI mogę 😉 ). Chaos to chaos i jako przypadkowość żadnym wzorem nie da się go określić.

        „Każde życie jest prawdziwe (póki co nie żyjemy w Matrixie, a nawet jeśli – to nasze jedyne życie, innego nie dostaniemy,”…
        Mów za siebie 🙂 I myślę że wiesz o co mi chodzi z prawdziwym życiem bo to To w końcu Ty zarzucasz temu „jedynemu” że jest „źle urządzone”.

        „Pytałam, czy dążenie do tej idei jest sensowne.”…
        Już tłumaczyłem. Tak samo jak jedzenie jest sensowne, tak dążenie do ideału również. Tak w jednym, jak i w drugim nigdy się nie najemy na tyle żeby więcej nie łaknąć, (dopóki więzią nas fizyczne ograniczenia).

        „Żarówka wytwarza światło – w inny sposób niż słońce, ale nie znaczy gorzej”…
        Żarówka nie wytwarza światła. Jest tylko nośnikiem 🙂 I oczywiście że jest gorsza od słońca („ideału”) bo świeci słabiej i krócej trwa (uważasz że jest inaczej?)

        „My (jak twierdzisz) naśladujemy miłość i próbujemy dążyć do Boga-Miłości, Jego doskonałości, lecz nigdy tego nie osiągniemy (niestety)”…
        Sami nie, ale w nim już tak 🙂 Nie dość że jest to wpisane (przynajmniej niektórzy tak mają) to i obiecane 🙂 I co tu człowiek może skoro rządzi ewolucja.

        „Niektórym wystarcza wegetacja, a część wręcz odwraca się w drugą stronę.”… Ich wybór. Na to nic nie poradzę, ale mogę zachęcać do życia (prawdziwego).

        „Ale (znów nawiązując do światła) w końcu stojąc w ciemnościach widzi się najlepiej,”…
        Stojąc w ciemności nie widzi się nic. Jak zasłonisz wszystkie źródła światła to sama się przekonasz ile widać w ciemności 🙂

        Najjaśniej świeci słońce, ale żeby to wiedzieć to trzeba mieć co najmniej jeszcze jedno źródło światła dla porównania. Źródło światła a nie ciemność, bo w samej ciemności nawet paląca się zapałka uchodzi za „ideał”. Jak się ma takie udawanie (przed sobą) że światło żarówki „nie jest gorsze” do faktu że istnieją lepsze? Jest to oczywiste oszukiwanie (i to wyłącznie samego siebie). Co to w ogóle znaczy że „nie jest gorsze” – od czego i dlaczego? Przecież o to chodzi w tym całym stwierdzeniu – o stopniowanie „wartości”, a żeby cokolwiek stopniować by nazwać lepszym lub gorszym to musimy mieć do dyspozycji dwa obiekty o tym samym przeznaczeniu i używać tego samego kryterium. Oczywiście subiektywnie każdy może siedzieć przy zapalonej świecy odgrodzony od słońca i udawać że posiadł idealne źródło światła. Na złość innym można nawet w zimę bez czapki chodzić i odmrozić sobie uszy – a wszystko w ramach przekonania samego siebie do „mania racji” (bo przecież nie innych). Rzecz jasna takich oświeconych może być więcej jak jeden – każde szaleństwo znajdzie swoich amatorów, ale to co starają się udowodnić swoim uporem nigdy nie będzie normą czy prawdą. Chyba że odwrócimy porządek i wszyscy zaczniemy w zimę chodzić na krótko 🙂 bez zwracania uwagi na to że tego rodzaju „prawda subiektywna” przynosi szkodę a nie pożytek bo jest oczywistym kłamstwem a nie prawdą. Pal licho jeśli komuś od tego zrobi się cieplej, ale fakty są akurat takie że jest dokładnie na odwrót, więc w imię czego ja się pytam tego rodzaju demonstracje? Chyba tylko w imię tego że jak już się reszta zorientuje że był to poroniony pomysł to obwieszą takich „oświeconych” na najbliższej gałęzi. Oczywiście ja nikomu nie zabraniam udowadniać że czarne jest białe (czy na odwrót), bo każdy ma prawo komplikować sobie życie jak mu się podoba. Be my guest! 😉

        Więc tak jak niezaprzeczalnym jest proces ciągłego zaspokajania w sposób jak najlepszy własnych potrzeb (począwszy od jedzenia a na oświetleniu skończywszy), tak niezaprzeczalnym sensem jest dążenie do ideału. DĄŻENIE a nie jego osiągnięcie. Bo nigdy nie zaspokoimy (raz na zawsze) głodu i nigdy nie wymyślimy (raz na zawsze) idealnej żarówki (o „stworzeniu” źródła światła nie wspominając – bo ono już istnieje jako „tajemnica stworzenia” a my możemy co najwyżej w sposób coraz bardziej udoskonalony z niego korzystać i kiełznać ale nowego „prawa” które je stwarza od początku z niczego nie jesteśmy w stanie wymyślić).

        Lubię to

      • To, co mówisz (piszesz), jest jedną stroną monety, a to co ja – drugą. Raczej mamy marne szanse na wspólną perspektywę i wzajemne zrozumienie. Dlatego idę błądzić w moich „całkowitych ciemnościach” (o ile takowe istnieją). 😉

        Dzięki za dyskusję. 🙂
        Miłego dnia!

        Ri

        Lubię to

      • Dla mnie to raczej wygląda jak dwie rożne monety, bo wbrew „modzie” nie uznaję słuszności wielu różnych dróg do rzekomo tego samego celu. Gdybym tak uważał to już dawno poszedłbym na łatwiznę i folgował sobie ile wlezie (skoro „każda droga dobra”)…
        Słusznie prawisz że do żadnej wspólnej perspektywy tutaj nie dojdziemy (za pewnymi wyjątkami, które z pewnością i Ty dostrzegasz). Co nie znaczy że nie rozmawia mi się z Tobą dobrze, albo że nie darzę Cię pewną dozą sympatii, albo że nie szanuję Twojego prawa do własnego zdania, i mam nadzieję że nie czujesz się zmuszana do dyskusji ze mną…
        Również dziękuję. Za każde słowo, bo to jakby nie patrzeć ciekawe doświadczenie i pewnego rodzaju szkoła… Miłego dnia 🙂

        Lubię to

      • Ja też nie uznaję śledzenia mody: Dla mnie hołdowanie niej jest oznaką braku własnego zdania, rozumu i gustu. Oczywiście jeśli aktualna moda się przypadkiem zgadza z moim podejściem do świata, to owego podejścia przecież nie będę zmieniać, żeby „odciąć się” od mody… 😉

        To nie jest tak, że wszystkie drogi prowadzą do jednego i tego samego wyniku. Może się jednak zdarzyć kilka dróg (dłuższych, krótszych, dochodzących z innej strony…), które doprowadzą do tego samego miejsca. I nie mówię tu tylko o drogach fizycznych. 😉 Chociaż te wszystkie prowadzą do Rzymu… Są różne, a przecież to wciąż ta sama Ziemia.

        Cieszę się, że dyskusja ze mną nie była drogą przez mękę. Ja także odniosłam pozytywne wrażenie na Twój temat. 🙂 Kultura dyskusji to towar zdecydowanie deficytowy.

        Dzięki i nawzajem. 🙂

        Lubię to

  2. Pingback: Cyceron: „Cnota jest doskonałym rozumem”. O uczciwości, przebaczeniu i poświęceniu dla drugiego człowieka. | Łódź Odysa

  3. Pingback: Przeznaczenie czyli… o Kobiecie i jej sercu. | Łódź Odysa

  4. Pingback: „Jest taki dzień…” | Łódź Odysa

  5. Pingback: „Bóg poddał wszystkich nieposłuszeństwu, aby wszystkim okazać miłosierdzie” czyli… Poezja Bożej miłości. | Łódź Odysa

  6. Pingback: O materii wynikającej z ducha (Stefan Oleszczuk i dr Jan Przybył) | Łódź Odysa

  7. Pingback: not only human (nie)posłuszeństwo) | Łódź Odysa

Dodaj komentarz (byle bez epitetów i wulgaryzmów)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s