Poważne państwa nie mają w polityce zagranicznej ani stałych sojuszników, ani też stałych wrogów, tylko niezmienne interesy. Odzyskać MSZ.


„…Polska inteligencja nie miała doświadczenia w budowaniu państwa i troszczeniu się o nie w skrajnie trudnych warunkach geopolitycznych. Powstała głównie ze zbiedniałej porozbiorowej szlachty, swoje idee brała zaś ze specyficznie odczytanego mitu romantycznego i arystokratycznych aspiracji. Chłopami się brzydziła, a mieszczańskiej klasy średniej, która zbudowała nowoczesne państwa na Zachodzie, nie rozumiała. Oczywiście, najwybitniejsi przedstawiciele polskiej inteligencji potrafili stać się jednostkami niezaprzeczalnie wielkimi, zwłaszcza w nauce, wystarczy wspomnieć polską szkołę logiczno-matematyczną, filozoficzną i socjologiczną. Inteligencja prawie zawsze operowała jednak raczej na poziomie abstrakcji niż konkretów, a w swej masie ciążyła ku dość dyletanckiej i wtórnej salonowej humanistyce…

To dlatego polscy inteligenci w dziewiętnastym wieku tak naiwnie angażowali się we wszystkie możliwe rewolucje lub też w imię „realizmu” stawali się bezwolnymi narzędziami obcej polityki. To stąd brała się kompensacyjna, mistyczna megalomania lóż emigracyjnych połączona z bolesnym zakompleksieniem wobec europejskich intelektualistów.

(…)

Częściowo w oparciu o tezy J. F. Staniłki można byłoby wręcz skonstruować katalog siedmiu, grzechów głównych inteligenckiego myślenia w polityce zagranicznej. Byłyby to 1) manichejskie (czarno-białe) postrzeganie polityki zagranicznej; 2) moralizowanie i estetyzowanie; 3) ciążenie ku obcym elitom wbrew interesom narodowym; 4) przecenianie znaczenia polityki historycznej i symbolicznej; 5) brak wiedzy o najnowszych globalnych trendach; 6) kompleks niższości; 7) dziecinny realizm historyczny.

(…)
poważne państwa nie mają w polityce zagranicznej ani stałych sojuszników, ani też stałych wrogów, tylko niezmienne interesy.

Polska tymczasem zamiast trwałymi interesami kieruję się raczej dość zmiennymi i etycznie zabarwionymi sympatiami. Z pozoru wydaje się, na przykład, że w naszym interesie jest zachowanie integralności europejskich granic i trzymanie Rosji na bezpieczną odległość, a najlepiej oddzielenie się od niej łańcuchem sprzymierzonych krajów. Z jednej jednak strony, wbrew naszemu dążeniu do stabilności granic na kontynencie, opowiedzieliśmy się za niepodległością Kosowa. Z drugiej zaś, wbrew naszej zasadzie budowania regionalnych sojuszy pryncypialnie obrażamy się na Węgry i Białoruś, co tylko jeszcze bardziej zbliża je do optyki Kremla. Nie chcemy zrozumieć, że kraje te w obliczu rosnącej agresywności Rosji i dość obojętnej postawy Niemiec i USA starają się uprawiać niebezpieczną politykę balansowania między mocarstwami. Możemy im w tym pomóc. Możemy np., kiedy trzeba, wzmacniać nieco ich pozycję w kontaktach z Niemcami, a w zamian za to wymagać, by one wzmacniały naszą politykę w kontaktach z Rosją. Wymagałoby to jednak kunsztu politycznego jakiego dziś brak polskim politycznym elitom.

W samej Rosji natomiast polski inteligent musi przede wszystkim przestać rozmawiać z tamtejszą inteligencją opozycyjną. O ile bowiem w Polsce mamy do czynienia z pewnym rozdźwiękiem pomiędzy inteligencją a społeczeństwem, o tyle inteligent rosyjski (zwłaszcza opozycjonista) jest po prostu obcokrajowcem w swoim własnym kraju i, co do zasady, znacznie lepiej dogaduje się ze zwykłym Francuzem czy Niemcem niż ze zwykłym Rosjaninem. Prawidłowość tę zauważył już Dostojewski i nic nie wskazuje na to, aby miała ona ulec zmianie. Należy więc sobie powiedzieć wprost, że szlachetni „bracia Moskale” w przewidywalnej przeszłości nie będą zdolni do wywierania jakiekolwiek wpływu na władzę, nie mówiąc już o jej przejęciu. Ludzie którzy okupują zaś kremlowski „wertykał wlasti” to, z grubsza rzec biorąc, przedstawiciele służb i oligarchii. Z ich szeregów będzie się też rekrutował następca Władimira Putina i to z nimi będziemy musieli twardo i rzeczowo rozmawiać jeszcze długo po tym, jak zapomnimy o konflikcie na Ukrainie.

Co powie Europa, co powie Waszyngton?

Tyle, że inteligencka polityka zagraniczna nie zna właściwie pojęcia „twardej rozmowy”. To przecież trąci jakimś dorobkiewiczowskim targowaniem się. Tymczasem inteligencka strategia negocjacyjna opiera się zwykle na okazywaniu niepohamowanej pogardy adwersarzom i równie niepohamowanej spolegliwości sojusznikom. Administracja amerykańska może, na przykład, kupić sobie zgodę polskiego rządu na niebywale niebezpieczne i raczej wątpliwe moralnie działania na naszym terenie za śmieszną sumę 15 mln dolarów. Tutaj akurat jakoś się moralnie nie wzmogliśmy.

Podobnie ze stoickim spokojem przyjęliśmy uderzający w naszą energetykę pakiet klimatyczny. Brak nam wyraźnie tupetu Wielkiej Brytanii, która raz uzyskanego od UE w latach osiemdziesiątych rabatu nie oddała nigdy, a wobec wizji Brexitu może w Brukseli uzyskać nawet dalej idące ustępstwa. W stosunkach z USA brak nam śmiałości Turcji, która postawiła sprawę jasno: udostępnimy bazy wojskowe do działań przeciwko Państwu Islamskiemu tylko jeśli otrzymamy gwarancję, że nie powstanie państwo kurdyjskie a Waszyngton da Ankarze zielone światło do działań przeciwko bazom Partii Pracujących Kurdystanu. Targu jak się zdaje dobito, potem Turcy udostępnili swoje bazy.

Polska stosuje tymczasem inną strategię: najpierw wyświadcza Waszyngtonowi przysługę, np. rusza z nim do Iraku czy Afganistanu wbrew polityce zachodniej Europy, a potem wiernie czeka na nagrodę, którą wzruszony jej szlachetnym uczynkiem Waszyngton powinien Polsce przyznać. 

(…)

W polityce i publicznym dyskursie o polityce zagranicznej realizm dobrze zinternalizowany to tymczasem realizm niemal niewidoczny. Realizm bardzo znaczący w czynach i bardzo oszczędny w słowach. Proszę sobie na przykład wyobrazić, że niemieckie wysokonakładowe gazety piszą coś w stylu: „Ach, gdybyśmy tylko z inwazją na ZSRR poczekali do wiosny 1942, albo w ogóle rozpoczęli całą wojnę dwa lata później, w 1941. Przecież bylibyśmy dziś największym mocarstwem na świecie, a Hitler byłby uważany za największego człowieka w historii ludzkości”. Albo zwizualizujmy sobie następujący passus w prasie amerykańskiej: „Ach, gdybyśmy tylko posłuchali McArthura i w 1950 zrzucili bomby atomowe na chińskie miasta, nie mielibyśmy dziś żadnej konkurencji na Pacyfiku”. Tymczasem w polskiej prasie i świetnie się sprzedających polskich książkach możemy z łatwością znaleźć wizje przymierza z Hitlerem i wspólnej wyprawy Moskwę. W tym kontekście nie powinno dziwić, że tak wielu Rosjan i Amerykanów uważa nas za kryptofaszystów, a wielu Niemców ma nas zapewne za pożytecznych idiotów, którzy z nich to odium zdejmują.

(…)

…wydaje się, że nadchodzi globalne przesilenie, które stawia przed naszym krajem nowe wyzwania, ale otwiera też przed nim nowe możliwości. By z nich skorzystać, musimy jednak mieć państwo w którym politykę zagraniczną prowadzi się w oparciu o zimną kalkulację, a nie mrzonki czy też dyletancki pseudorealizm.” (Michał Kuź)

całość tej całkiem trafnej analizy naszej polityki zagranicznej tu: „Wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić” czyli o aktualności myśli J. Piłsudskiego.

podobne: Adam Śmiech: System Dmowskiego czyli… „zagraniczną politykę musicie robić naszą”. oraz: „Na sumieniu Polski ciąży wiele grzechów przeciwko sobie, ale ani jeden przeciwko innym narodom.” Aleksijewicz: człowiek postsowiecki jest agresywny i bezwzględny. polecam również: W rocznicę śmierci: Jan Emil Skiwski – „Piłsudski a Polska wieczna”. Cywilizacja a tolerancja.

Pan Grzegorz Braun – Aternatywne Sojusze z Białorusią, Turcją i Skandynawią

„… Polska zrezygnowała z jakichkolwiek prób budowy sojuszu państw środkowoeuropejskich jako przeciwwagi dla mocarstw kontynentalnych. Zamiast tego postawiono na zbliżenie z Berlinem i Moskwą, licząc, że przywódcy tych dwóch mocarstw kontynentalnych potraktują Warszawę jak partnera – co prawda młodszego, ale zawsze.

Prezydent Komorowski ze spokojem przyglądał się więc obumieraniu naszej polityki regionalnej. Dialog polityczny z Litwą, tak intensywny za czasów Lecha Kaczyńskiego, zamarł, a relacje pomiędzy obydwoma krajami stały się tak złe, jak nigdy w historii po 1989 r.

Stosunki z Białorusią zostały de facto zawieszone. Polska przestała tolerować politykę balansowania Łukaszenki pomiędzy Moskwą a Brukselą. Co więcej świadomie postawiono na siły polityczne wewnątrz białoruskiej opozycji, które dążyły (lub udawały, iż dążą) do przewrotu politycznego w Mińsku, a nie do dialogu i ewolucji. Odrzucając „okrągłostołową” filozofię polityczną, Warszawa, w warunkach silnej władzy w Mińsku z jednej strony oraz słabej i zinfiltrowanej przez KGB opozycji z drugiej de facto wspierała scenariusz, którego jedynym możliwym końcem był scenariusz siłowy, a tym samym izolacja reżimu i jego wpadnięcie w ramiona Moskwy.

W miarę dobrze się kontakty z prezydentem Ukrainy Wiktorem Janukowyczem, co jest skądinąd paradoksem zważywszy na to, iż ani z demokracją, ani z kursem politycznym Kijowa nie działo się – z polskiego punktu widzenie – dobrze.

Priorytetem stały się stosunki z Rosją i Niemcami, a właściwie tworzenie „dobrej atmosfery”. Przestaliśmy się przy tym spierać o interesy, a twardą grę zastąpiliśmy PR na wewnątrz i swoistym leseferyzmem na zewnątrz. Bronisław Komorowski jeszcze w roku 2011 przekonywał Polaków, że prezydent Rosji Miedwiediew jest partnerem „godnym zaufania”, a „ostatnie miesiące wykazały, że wypełnia obietnice i wszystko świadczy o tym, że zależy mu na dobrych relacjach z Polską i na głębokiej modernizacji Rosji”. Podobnie zachowywał się w stosunku do naszego zachodniego partnera. W roku 2014 przemawiając przed Bundestagiem mówił tylko o „pojednaniu” i „wspólnocie odpowiedzialności”, a ani słowa nie poświęcił różnicom interesów i nierozwiązywanym od dekad tzw. problemom trudnym w stosunkach dwustronnych.

(…)

Głównym powodem reorientacji polskiej strategii winna być jej zupełna nieskuteczność. Berlin w zamian za nasza zgodę na swoje przywództwo nie zaoferował niczego. Nie próbował nawet łagodzić sprzeczności interesów w stosunkach dwustronnych. Nadal forsował strategiczne partnerstwo energetyczne z Moskwą oraz niezgodną z naszymi elementarnymi interesami politykę klimatyczną. Rosjanie natomiast nawet nie starali się udawać, że traktują nas jak partnera, o czym premier Tusk boleśnie przekonał się w momencie, gdy Moskwa w styczniu 2011 roku zaskoczyła go publikacją raportu nt. katastrofy w Smoleńsku. Pełne fiasko zbliżenia z dwoma mocarstwami kontynentalnymi wyszło na jaw, gdy w 2014 roku okazało się, że dla Polski zabrakło miejsca przy dyplomatycznym stole, decydującym o przyszłości Ukrainy.

(…)

Niestety, prezydent Komorowski nie wykorzystał szansy, jaką sprezentował mu los. Co prawda w końcu roku 2014 przedstawił nową strategię bezpieczeństwa narodowego, ale nie wiadomo, dlaczego w ogóle nie brała ona pod uwagę powstałych zagrożeń. W szczególności bagatelizowała ona te ze strony Rosji…

…Doktryna bezpieczeństwa winna wyjaśniać naturę zagrożeń ze strony Rosji. Po pierwsze, tych natury geopolitycznej. Wskazać na to, że pierwszoplanowym celem Moskwy jest zniszczenie politycznej wspólnoty Zachodu. Najpierw poprzez wbicie klina w więzi transatlantyckie, co będzie skutkowało wycofaniem się Stanów Zjednoczonych z Europy i likwidacją NATO lub jego przekształceniem z sojuszu obronnego w organizację współpracy politycznej. W miejsce wspólnoty transatlantyckiej Moskwa chciałaby stworzyć sojusz eurazjatycki wraz z kontynentalnymi mocarstwami zachodnioeuropejskimi (Niemcami, Francją i Włochami) i w efekcie zastąpić istniejący system bezpieczeństwa swoistym „koncertem mocarstw”. Sukces tych zamierzeń oznaczałby dla Polski marginalizację polityczną i geopolityczne osamotnienie. Przede wszystkim jednak oznaczałby brak realnych gwarancji bezpieczeństwa.

(…)

…Polska po agresji Rosji na Ukrainę po raz pierwszy po zakończeniu zimnej wojny znalazła się w sytuacji realnego zagrożenia militarnego. Prezydent jako konstytucyjny strażnik „suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium” powinien zapomnieć o sugestii b. prezydenta Francji J. Chiraca, który sugerował, że Polska winna „siedzieć cicho” i przejść do dyplomatycznej ofensywy, której adresatem byłby Waszyngton, Berlin i Paryż. Niestety, nie zdecydował się na podjęcie asertywnej polityki i podczas szczytu Sojuszu w Newport bez słowa protestu przyjął decyzje mocarstw zachodnich o niewzmacnianiu flanki wschodniej… (Krzysztof Rak)

całość tu: Letniość nie jest polityczną cnotą

podobne: Jacek Bartosiak i geopolityka: Rosja uwiązana na Ukrainie czeka na propozycję USA w sprawie „rozbioru” Polski by w zamian pomóc poskromić Chiny. Potencjał Polski w konflikcie z interesem Niemiec (o „jedwabny szlak”). Rola prezydenta RP (a propos debaty) oraz: „SZ”: Niemcy kochają Rosjan, pogardzają Amerykanami. Szeremietiew: Niemcy, Rosja, czy… Polska? a także: Geopolityka, mocarstwa i wojny. Koncepcja imperium. Czym (jeszcze) żyje Ameryka? i jeszcze: Partnerstwo strategiczne Litwy i Polski podupadło. oraz: UE nie ma oferty dla wschodnich sąsiadów.

PS… „…Przypominamy, że ambasadorem Polski w Stanach Zjednoczonych jest Ryszard Sznepf, jednocześnie członek żydowskiej loży „Synów Przymierza” (B’nai B’rith Polin).

W ostatnich dniach dowiedzieliśmy się też, że stanowisko ambasadora w Kijowie ma objąć obecny rzecznik prasowy MSZ, a wcześniej publicysta „Gazety Wyborczej”, Marcin Wojciechowski, ten sam, według którego „Bandera bywa demonizowany przez środowiska kresowe”. To tak jakbym ja napisał, że środowiska żydowskie demonizują postaci Adolfa Hitlera i Adolfa Eichmanna.

Przypominam, że poprzednim rzecznikiem prasowym MSZ był inny publicysta „Gazety Wyborczej”, Marcin Bosacki, który dzisiaj pełni funkcję ambasadora Polski w Kanadzie. Jak widzimy, aby pracować w polskiej dyplomacji trzeba pochodzić z zaciągu Geremka, albo być wcześniej publicystą „Gazety Wyborczej”. Niebagatelne znaczenie ma również pochodzenie etniczne. W 2012 roku polska opinia publiczna dowiedziała się, że w MSZ zatrudnionych jest 131 byłych tajnych współpracowników komunistycznych służb specjalnych, z czego 7 kieruje naszymi placówkami za granicą…” (całość tu: Musimy odzyskać MSZ)

 Polska dyplomacja

Advertisements

10 comments on “Poważne państwa nie mają w polityce zagranicznej ani stałych sojuszników, ani też stałych wrogów, tylko niezmienne interesy. Odzyskać MSZ.

  1. Pingback: Ośrodek Analiz Strategicznych: Potencjał militarny Białorusi. | Łódź Odysa

  2. Pingback: Większe wpływy Rosji na Ukrainie dzięki Niemcom i Francji. Sikorski: UE odeszła od wspólnej polityki zagranicznej. Duda o bezpieczeństwie a Niemcy o niebezpieczeństwie polskiej racji stanu (Polska strefą buforową). OAS i NATO dwóch prędkości.

  3. Pingback: Niech w końcu Niemcy wystękają dlaczego nie chcą twardej infrastruktury NATO w Polsce. Czy Obama i Putin uzgodnią nowy reset? | Łódź Odysa

  4. Pingback: Niezdrowe podniety nad szafami z trupami (z wykorzystaniem ofiary „Żołnierzy Wyklętych”) nie naprawią spuścizny Magdalenki i OS. PIS cierpi na KOD Bolka. Optymizm nie zastąpi nam Polski. | Łódź Odysa

  5. Pingback: Michalkiewicz i Braun: Quo vadis Polsko? Sny o potędze RP kontra przekleństwo georealizmu. „Stary Nowy Porządek” czyli Zdrada w Monachium. | Łódź Odysa

  6. Pingback: Kiedy koniec II wojny? czyli… amerykańscy żołnierze w Polsce i Europie Środkowo Wschodniej. Wasalizacja, pożyteczni idioci i slalom między folkslistami. Sens dyslokacji wojsk z daleka od wschodnich rubieży. Zaniedbany kierunek – Białor

Dodaj komentarz (byle bez epitetów i wulgaryzmów)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s