Czego (nie)uczy „tradycyjna” szkoła czyli… nie wszystko musisz wiedzieć. Definicje, pojęcia, słowa i stereotypy według cybernetyki. Niech mi ktoś powie co mam myśleć.


w y g ł o d n i a ł e

łaknące pociechy serce

nadal będzie tylko wystawą

słowa

nie zapewnią mi nieśmiertelności

mówią że mogę w s z y s t k o !

zdobywać szczyty

mierzyć wysoko

dlaczego wciąż podążam za nieznanym

(człowiekiem)

już nawet nie próbuję zrozumieć

źródło: Atropa Belladonna Von Coup –  (impulsywne)

Człowiek ma dość ograniczone możliwości, więc warto zdawać sobie sprawę z tego że choćbyśmy mimo wszystko dali z siebie wszystko, to nie wolno nam (i nie będziemy mieli) wszystkiego… Chodzi tylko o to żeby nam nie było wszystko jedno (zwłaszcza jeśli chodzi o ludzi za którymi idziemy)… (Odys)

„…Naszą bronią są WIEDZA i INFORMACJA – to jest nasz oręż – Musimy wciąż pogłębiać naszą wiedzę po to, aby móc rozróżnić prawdę od fałszu. To PRAWDA nas wyzwoli. Naszą organizacją jest ORGANIZACJA BEZ ORGANIZACJI – STRUKTURA PŁASKA – to nowy rodzaj organizacji, której nikt i nic nie jest w stanie zniszczyć. „To działalność małych grup i pojedynczych osób powiązanych jedną MYŚLĄ oraz WSPÓLNYM KATALOGIEM WARTOŚCI, a nie strukturą, regulaminami i procedurami.” Po więcej informacji odsyłam do książki Rafała Brzeskiego pt.”WOJNA INFORMACYJNA – wojna nowej generacji”.

Pan Brzeski wykłada również w Narodowej Akademi Informacyjnej. Jego wykłady można znaleźć na youtubie. Naszym ogniwem spajającym jest DUCH NARODOWY. Pamiętajmy że MYŚL jest bronią. W jednym z ostatnio dodanych na youtuba wykładów Docenta Józefa Kosseckiego z serii Polska Szkoła Cybernetyki, odcinek 19, dostajemy wskazówki jak mamy działać aby wygrać: PSC 19. Polski system sterowania społecznego po tzw. transformacji…” (Polski Informator Narodowy – Biuletyn inspiracyjny dla przyszłych elit rządowych)

„…Naczelny zarzut, jaki należy szkole postawić, to ten, że jest absolutnie wyprana z procesów decyzyjnych. Kształci przedmiot, istotę odbiorczą, półczłowieka, na którego inni będą wpływali, wydawali mu nakazy i zakazy, egzekwowali wiadomości, które ma ze szkoły, a nawet takie, których nie ma znikąd, chwalili za dobre spełnienie obowiązków a ganili za złe. Nie kształci go jako podmiotu, nawet przyszłego, a cóż dopiero teraźniejszego.
Z czasem, już po wyjściu ze szkoły, zacznie powoli rozeznawać siebie również jako podmiot (gdyby to nastąpiło wcześniej, szkoła użyłaby wszelkich możliwych środków, aby mu to wybić z głowy, najłagodniejszym z nich byłoby obniżenie oceny ze sprawowania za „krnąbrność”) mogący krytykować, stawiać żądania, nie zgadzać się, wyrażać niezadowolenie. Wówczas stwierdzi, że nie ma pojęcia, jak to robić, popełni mnóstwo błędów przez nieodróżnianie słuszności od taktyki, ucząc się umiejętności decydowania od zera, zdany wyłącznie na siebie. Pod tym względem uczeń kończący szkołę znajduje się w sytuacji gorszej niż jego rówieśnik sprzed paru tysięcy lat, któremu ojciec dawał łuk i zabierał ze sobą na polowanie.
Okoliczność, że umiejętności decydowania nabywa się samorodnie oraz że rozpoczyna się jej nabywanie tak późno, sprawia, że przewleka się ono przeważnie do starości, a u ogromnej większości ludzi umiejętności decydowania nigdy nie wznosi się poza poziom prymitywny. To stąd właśnie, z doznawania dotkliwych skutków popełniania błędów w decyzjach, nawet u ludzi mających już dorosłe dzieci, wzięło się powiedzenie, że „człowiek uczy się rozumu do samej śmierci”, a nie – jak niektórzy sądzą – z faktu, że wiedza się szybko rozwija, trzeba się więc ciągle dokształcać. I pomyśleć, że nie na jakimś prymitywnym poziomie, lecz jeszcze w najzupełniej zerowym stanie umiejętności decydowania, człowiek podejmuje dwie najdonioślejsze decyzje życia, jakimi jest wybór zawodu i małżeństwo!

BEZDECYZYJNY charakter kształcenia młodzieży nie wynika z „istoty szkoły”, lecz z braku rozeznania celów, dla których wykształcenie ma służyć. Pod tym względem pozostajemy właściwie na poziomie dawnych guwernerów, od których młodzi panicze „pobierali nauki”, tzn. uczyli się sztuki czytania, pisania i rachowania, a ponadto encyklopedycznych elementów historii, geografii, literatury, jakiegoś języka obcego, aby umieć „obracać się w świecie”. Różnica polega jedynie na tym, że obecnie zakres wiedzy encyklopedycznej jest znacznie szerszy, co nie przeszkadza, że maturzysta, jeżeli idzie na studia wyższe – co, jest w znacznym stopniu kontynuacją szkoły średniej – także umie tylko „obracać się w świecie”, co znaczy może pracować w biurze, gdzie będzie wpisywał, przepisywał i wypisywał to, co mu tam, odpowiednio do rodzaju biura, każą.
Jak natomiast być powinno, widoczne jest w nauczaniu na rozmaitych kursach, organizowanych w celach wyraźnie określonych. Na przykład na kursie samochodowym chodzi o wykształcenie kierowców. W tym też celu, oprócz dostarczania kursantowi informacji o budowie samochodu, znakach drogowych i przepisach ruchu, kształci się go w podejmowaniu decyzji w sytuacjach od najprostszych, jak uruchomienie i zatrzymanie silnika w samochodzie stojącym, aż do najtrudniejszych, w normalnym ruchu miejskim. Kursant stopniowo przemienia się w kierowcę i staje się nim jeszcze przed końcem kursu. W ostatnich jazdach ćwiczebnych obecność instruktora jest tylko formalnością. Tu nie chodzi tylko o to, że nowo wykształcony kierowca umie jeździć, tzn. wie kiedy co nacisnąć lub obrócić. Potrafi także decydować, to jest pokonywać wahania i rozstrzygać wątpliwości, jakie przeżywa się w konkretnych sytuacjach ruchu drogowego, kiedy obawia się podjąć błędną decyzję nie dlatego, że zdradziłby się tym wobec instruktora niedostatkiem informacji o kierowaniu samochodem, lecz dlatego, że naraziłby siebie i innych na niebezpieczeństwo. Jest to przejęcie się decydowaniem, bo sytuacje są rzeczywiste i nie nadają się do żartów. Podobnie na kursie pływackim kursant staje się pływakiem i jeszcze w czasie trwania kursu bywa w sytuacjach grożących mu rzeczywistym niebezpieczeństwem, z którego prawdopodobnie instruktor by go wybawił, ale jak wiadomo diabeł nie śpi.
Kim zaś staje się uczeń kończący szkołę? Powinien stać się dorosłym (nawet świadectwo, jakie otrzyma, nazywa się świadectwem dojrzałości), to znaczy jeszcze w ostatnim roku szkolnym powinien umieć postępować jak dorosły.

Przed laty zdarzyło mi się usłyszeć, jak stary wieśniak powiedział o jakimś wymądrzającym się studencie: „Co on tam, głupi, wie, jak na siebie nie zarabia, a żony i dzieci nie ma”. W tych słowach był głęboki sens. Praca, utrzymanie rodziny to rzeczywistość, bez zetknięcia się z nią nie wie się, co to znaczy decydować, jest się „głupim”.
I rzeczywiście, w szkole uczniowie do końca pozostają „głupi”. Ideałem wychowawczym nauczycieli jest przekształcenie zwykłego ucznia w ucznia wzorowego. W ucznia, a nie w dorosłego. Nauczyciele czują się zwierzchnikami uczniów, i takimi chcą pozostać do końca, tj. do chwili, gdy ich przekażą następnym zwierzchnikom. Jest to masowe produkowanie ludzi nieodpowiedzialnych.
W szkole, owszem mówi się wiele o poczuciu odpowiedzialności, ale chodzi o odpowiedzialność wykonawców, a nie decydentów.
Tak zwane samorządy w szkole to nie żadne samorządy, lecz ich parodia. Nic dziwnego, że później podobnie działają samorządy dorosłych. Nauczyciel-wychowawca wyznacza, który uczeń ma być w danym roku przewodniczącym, który sekretarzem itd. i całe to grono traktuje jako pomocników w rozmaitych akcjach szkolnych, utrzymywaniu porządku, zbieraniu składek itp.
A przecież, choćby w tym minimalnym zakresie, należałoby uwalniać uczniów od natarczywej obecności nauczyciela, stawiać ich wobec konieczności podjęcia decyzji, dać im odczuć smak bezradności, gdy nie wiadomo co postanowić, a zarazem świadomość, że to, co się postanowi nie wymaga niczyjego potwierdzenia i będzie musiało być jakoś zrealizowane. Gdy w razie błędnej decyzji zamierzona akcja się nie uda albo uda się niezupełnie, jej przebieg powinien być przedyskutowany (tym razem, w obecności nauczyciela jako doradcy), a błędy decyzji wykryte. Uczniowie powinni się przy tym nauczyć przewodniczenia zebraniom, protokołowania, referowania, dyskutowania, stawiania wniosków oraz rozróżniania ich rodzajów (ileż to osób dorosłych nie wie, jaka jest różnica np. między wnioskiem formalnym a wnioskiem nagłym i jaka jest procedura ich uchwalania).
To jednak nie wszystko. Problematyka decydowania powinna być w szkole szeroko traktowana; podstawy teorii decyzji, ze szczególnym uwzględnieniem optymalizacji zasady projektowania w związku z fizyką i realizacja prostych projektów, zasady organizacji pracy zespołowej i rodzaje podejmowanych w związku z tym decyzji, dyskutowanie kapitalnych problemów decyzyjnych, znanych z historii powszechnej, rozwiązywanie ćwiczebnych problemów decyzyjnych o nie znanej z góry liczbie możliwych decyzji.
Przede wszystkim jednak należałoby położyć nacisk na podejmowanie przez uczniów decyzji w sytuacjach rzeczywistych, z rzeczywistymi ich skutkami. Najbardziej nadają się do tego sytuacje, w których uczniowie muszą decydować o swoim życiu, o przyszłości.

Czas skończyć ze szkołą pojmowaną jak rura: gdy uczniowie wejdą do niej jednym końcem, będą w niej przepychani, aż wyjdą drugim. Tak, przepychani, co ma ten skutek, że uczniom wszystkich czasów – bo system ten pokutuje od dawna – wydaje się, iż robią łaskę, że chodzą do szkoły, i wobec tego za największe szczęście uważają sytuację gdy nie zostało nic zadane albo jest wolna lekcja, bo nauczyciel zachorował, a jeżeli zaczną się zaniedbywać, jest to zmartwienie dla rodziców, z którymi wychowawca porozmawia na wywiadówce.
W szkole średniej atmosfera taka powinna zostać zlikwidowana przez zdjęcie z uczniów nacisku nauczycieli – kto chce, niech się uczy, kto nie chce, niech się nie uczy – tak jak jest w szkołach wyższych. Nie należy się obawiać, że nastolatki to głuptasy i przestaną w ogóle chodzić do szkoły. Nie przejmują się szkołą, bo wiedzą, że robi to za nich ktoś inny – nauczyciele, rodzice. Przejmują się jednak sobą, tyle że w niewłaściwy sposób. Zmiana jest potrzebna, żeby kształcenie się było przedmiotem decyzji ucznia, a nie nakazu, któremu trzeba się poddać, bo dorośli są silniejsi.
Oczywiście, nie w tym rzecz, żeby uczeń „podjął decyzję” zapisania się do szkoły i przyjścia na egzamin wstępny, lecz w tym, żeby musiał w szkole decydować o sobie. Na przykład, obecnie nauczanie odbywa się w sposób uśredniony, program musi być przerobiony ze wszystkimi uczniami, wszyscy muszą opanować w dostatecznym stopniu wszystkie przedmioty. W rezultacie uczeń niewiele zajmuje się przedmiotami, do których jest bardzo uzdolniony, a najwięcej wysiłku wkłada w przedmioty sprawiające mu trudności, tym większego, że przedmiotów tych nie lubi. Musi tak postępować, bo grozi mu nieotrzymanie promocji, jeżeli ich nie opanuje.
Czy to jest racjonalne ?

Czy społeczeństwo potrzebuje ludzi znających wszystko pobieżnie, czy też ludzi o różnych talentach dobrze rozwiniętych ? Odpowiedź nie nasuwa chyba wątpliwości. Nie można jednak indywidualizować uczniów decyzją nauczyciela. Tylko sam uczeń może powiedzieć, czego chce, co sprawia mu satysfakcję i przyjemność, a co go nudzi, to zaś oznacza oddanie decyzji w jego ręce, ucznia. Wtedy będzie się uczył z własnej inicjatywy, ze skutecznością przekraczającą wyobrażenia nauczycieli dzisiejszego typu.
Że to nie przesada, można się przekonać obserwując uczniów-hobbystów, znane są przypadki chłopców interesujących się elektroniką, którzy wiedzą niewiele ustępowali inżynierom tej specjalności, a z całą pewnością przewyższali ich liczbą samodzielnie skonstruowanych generatorów i znajomością czasopism fachowych, sprowadzanych nieraz z zagranicy w drodze wymiany, a następnie wertowanych ze słownikiem w ręku, aby żadnego słowa ze zdobytego skarbu nie uronić.
Tym ogromnym potencjałem intelektualnym nauczyciele zupełnie nie interesują się, czemu zresztą trudno się dziwić. Nie tego oczekuje od nich ministerstwo, a poza tym, szczerze mówiąc, nie mogliby być partnerami w dyskusji z takimi uczniami, gdyż niewiele by z niej zrozumieli, nawet jeżeli są nauczycielami fizyki.
Na ewentualny argument, że pewni uczniowie zrobiliby ze swobody decyzji zły użytek, porzucając szkołę przez lekkomyślność, czego dopiero po niewczasie zaczęliby żałować, odpowiem, że istotnie mogłoby się to zdarzać, ale miejsc w szkole średniej mamy mniej niż zgłaszających się. Czy nie słuszniej byłoby więc udostępnić je przede wszystkim tym, którzy będą chcieli się uczyć z własnego impulsu, bez popychania? Jeżeli zdolny a tylko jeszcze lekkomyślny uczeń wypadnie z normalnego nurtu szkolnego, to jeszcze nie tragedia – będzie mógł skorzystać z nauczania zaocznego lub wieczorowego. Prawda, będzie to od niego wymagało zwiększonego trudu i wyrzeczeń, ale taka jest cena, tutaj stosunkowo niska, błędnych decyzji. Mogę tylko powtórzyć, że umiejętności decydowania nabywa się w sytuacjach rzeczywistych.

Inny zarzut pod adresem szkoły to fakt, że nawet w zakresie procesów informacyjnych działalność jej jest wadliwa. Zajmuje się wyłącznie wpajaniem wiadomości, a nie uczy wyrabiania poglądów. Co więcej, żeby chociaż te wiadomości były właściwie dobrane, ale i to nie. Podaje się wiadomości które można znaleźć w atlasach, encyklopediach, tablicach itp., a nie podaje się metod ich zdobywania.

źródło: Polski Informator Narodowy:  A co o szkolnictwie pisał Marian Mazur?

Marian Mazur (1909-1982), najwybitniejszy polski cybernetyk, był jednym z nielicznych naukowców łączących wiedzę wysoce specjalistyczną z ogólną, wzorem człowieka „renesansowego” XX wieku.

jako uzupełnienie wykład: PSC 14. Stereotypy a pojęcia i ich rola w procesach sterowania – Józef Kossecki

Krótki komentarz (delikatnie polemiczny) do materiału filmowego…

Pojęcia i idee mają swój sens a przede wszystkim konsekwencje (nie tylko rozumowe). Jeżeli zaczniemy udawać że nic nie znaczą, albo że znaczą coś innego (jak to co znaczą w rzeczywistości) tylko dlatego że ktoś ich używa w wypaczonym sensie, to się za Chiny ludowe jako ludzie nie dogadamy. Odmawianie sensu/znaczenia jakimkolwiek pojęciom (i wykluczanie ich z tego powodu z powszechnego obiegu), tylko dlatego że ludzie je źle rozumieją to strzał w stopę. Istotą problemu jest to że ludzie nie wiedzą co się kryje za niektórymi ideami i pojęciami. Używają słów wbrew ich pierwotnym znaczeniom i to właśnie trzeba naprawić a nie mówić ludziom że np. kapitalizm i socjalizm to jedno i to samo. Różnią się tak jak prawo i lewo, jak biel i czerń. Możemy więc albo zacząć wreszcie używać tych słów zgodnie z ich znaczeniem, albo próbować ludzi oduczyć ich używania. Trzeciej drogi nie widzę. Stereotyp to mylne/negatywne postrzeganie/rozumienie rzeczywistości spowodowane przez negatywną sugestię/intencję nadawania słowom i pojęciom innych znaczeń niż mają w rzeczywistości. Słowa same z siebie nie są ani złe ani dobre (chyba że są to wulgaryzmy i wyzwiska).

Niektóre pojęcia (jak wyżej wspomniane) są mało „diagnostyczne” bo został zatracony ich pierwotny sens. Mało kto dziś wie co tak naprawdę oznacza socjalizm a co kapitalizm, oraz kiedy mamy z nimi do czynienia. Więc albo przywrócimy to znaczenie do obiegu, odkłamując semantykę (będziemy tłumaczyć ludziom co się kryje za tymi pojęciami), albo wyrugujmy z obiegu te słowa i zastąpmy innymi. Tylko jak je wyrugować skoro używają tych pojęć/słów miliardy ludzi na całym świecie? Ustawą? Zamykaniem do więzienia za używanie? Spalić wszystkie książki, skasować z internet, wyprać wszystkim mózgi? 🙂 Uważam że to jest niemożliwe.

Każda jedna idea/pojęcie które kiedykolwiek zostało wpuszczone w obieg (zwłaszcza o takim polu rażenia powszechnego użycia, jak system polityczny, prawny, czy ekonomiczny) jest nie do usunięcia ze świadomości wszystkich ludzi. Jedyne co pozostało to odkłamywanie tych terminów, by ludzie zaczęli ich używać zgodnie z  prawdziwym znaczeniem. Pozostaje powrót  do PRAWDY. Nie widzę sensu w tworzeniu kolejnych „najprawdziwszych” pojęć, zwłaszcza jeżeli będą one używane wyłącznie przez jakiś promil fascynatów i to między sobą, bo nikt inny ich nie zrozumie. Ale życzę powodzenia w ich wdrażaniu wszak to wolny kraj. Dla mnie jest to jednak strata czasu i energii. Inflacja słów których nikt (poza wąskim gronem) nie będzie rozumiał, a przecież tu chodzi o otworzenie oczu masom (przynajmniej dopóki mamy demokrację 🙂 ).

Jeśli chodzi o emocje to nowe słowa też ludzi z emocjonowania się na zadane słowo/ideę nie wyleczą. Trzeba wytworzyć w człowieku potrzebę autodyscypliny, a to można moim zdaniem uzyskać wytwarzając silniejsze pragnienie, tj. chęć poszukiwania prawdy i umiłowania prawdy. Wtedy emocje zostaną poskromione a przynajmniej zepchnięte na dalszy plan żeby nie psuły wymiany poglądów. Tu czasem wystarczy że jedna ze stron utrzyma emocje na wodzy a może się to udzielić drugiej stronie. Uważam też że najbardziej rozemocjonowanym i wulgarnym dyskutantom nie należy dawać „satysfakcji” (w slangu młodzieżowym to się tłumaczy jako „nie karmienie trolli”). Takim ludziom należy się ostracyzm jako kara dyscyplinująca, inaczej nigdy się nie nauczą kontrolować w dyskusji własnych emocji.

Wykład Pana Koseckiego jak zwykle ciekawy i godny namysłu co do niektórych pojęć/słów/definicji, które rzeczywiście należałoby dookreślić żeby ich sens był dla wszystkich jasny i jednoznaczny… (Odys)

podobne: Edukacja: Ile jest wiedzy w wykształceniu? oraz: Urzędowe „autorytety”, czyli o agentach kłamstwa dzięki którym „łatwiej umrzec niż myślec”. i to: Kłamstwo „postępu”: „Ludzie! Jesteście zajebiści!” a także: Rektor KUL wzywa do poszukiwania prawdy  polecam również: Przewodnia rola „mediów” i tzw. „edukacji” w zdziczeniu obyczajów  i jeszcze: W poszukiwaniu stwórcy, czyli… Naturalne i nadprzyrodzone poznawanie świata. oraz: Edukacja domowa lekiem na „szkołę” czyli… sam sobie pościel a się wyśpisz.

Antoine de Saint-Exupery (szkoła, wiedza, nauka, dzieci, edukacja, istota rzeczy)

PS…

„Największym marzeniem każdego pojedynczego człowieka jest dostać coś za darmo, iść z tym do domu, a tam to coś rozpakować z pudełka i włączyć do prądu. To nie jest nawet tylko marzenie, to jest siła, która pozwala zarządzać masami, bo działa w kierunku odśrodkowym, to znaczy od tego spragnionego niespodzianki w pudełku do zarządzającego, który pozostaje dlań nieznany. Kolejny marzeniem, nieco słabszym, ale też ważnym jest chęć poznawania ludzi sławnych. To się manifestuje w różny sposób, ale kiedyś jak pamiętacie był nawet taki pomysł, żeby ludzie idący na bal dziennikarza płacili za to, że będą siedzieć przy jednym stole z Warzechą i Ziemkiewiczem. Po 400 stówki od łba. Sprawa się o ile pamiętam nie zakończyła sukcesem, bo chyba nie o taki rodzaj sławy chodziło. Trzecim największym pragnieniem człowieka jest chęć, by ktoś mądry i jednocześnie bezkompromisowy w swoich sądach wytłumaczył mu jak jest...

Autorytet moralny - Arkadiusz Gacparski

rys. Arkadiusz Gacparski

…Zwróćcie uwagę, że pomiędzy ludźmi, którzy mają te marzenia, a tymi, którzy je mogą spełnić, rzadko tylko dochodzi do przenikania, a i to tylko w jedną stronę – można awansować, ale już nie można być zdegradowanym. Z tamtej drugiej grupy po prostu się znika. Mimo to wielu spryciarzy marzy wprost o tym, by znaleźć się w grupie drugiej, bo kojarzy im się ona z władzą. Nie ma tam dla nich władzy, a jeśli to minimalna, zostają oni po krótkim szkoleniu zesłani z powrotem na dół jako strażnicy braci swoich, którzy marzą o tym, że ktoś da im coś za darmo i oni pójdą z tym do domu, rozpakują z pudełka i podłączą do prądu.

…mnie zawsze interesuje jak to jest, że ludziom do tego, by wiedzieli jak jest, potrzebny jest jakiś Cejrowski. Jakby Cejrowski był motorniczym ich mózgu, którego sami nie potrafią obsługiwać. Mechanizm jest moim zdaniem prosty- pierwsze marzenie, o pudełku i prądzie, jest tak przemożne, że odbiera siły i nie starcza ich już potem na nic. Potrzebne jest więc jakieś intelektualno-emocjonalne wspomaganie, żeby po zaspokojeniu najważniejszej potrzeby, można było zamarkować zaspokojenie drugiej. Zamarkować, bo przecież nie chodzi o rzeczywiste jej zaspokojenie, ale o erzatz. Potem przychodzi spełnienie, które ma postać dwojaką, marzyciel spotyka swojego idola, na przykład na konwencji jakiejś prawicowej partii, albo ma okazję wygłosić lansowane przez niego poglądy publicznie i zebrać oklaski. Wygłaszanie poglądów ludzi sławnych i kontrowersyjnych jest jedną z możliwości realizacji marzenia trzeciego.

Jak widzicie opisałem tu z grubsza, ale też w dość wyraźnych detalach, jak funkcjonuje doktryna kolonialna i jak się nią posługują kolonizatorzy. Ludzie w to nie wierzą, bo mają telewizor i domy na kredyt i jeżdżą na wakacje, a więc mają poczucie wolności…” (coryllus)

całość tu: O największych marzeniach ludzkości

Reklamy

15 comments on “Czego (nie)uczy „tradycyjna” szkoła czyli… nie wszystko musisz wiedzieć. Definicje, pojęcia, słowa i stereotypy według cybernetyki. Niech mi ktoś powie co mam myśleć.

  1. Pingback: Czego (nie)uczy „tradycyjna” szkoła czyli… nie wszystko musisz wiedzieć. Definicje, pojęcia, słowa i stereotypy według cybernetyki. « Dziennik gajowego Maruchy

      • To prawda Odysie…
        Może dziwnie to zabrzmi, ale odsłuchując tego wykładu nie raz sama do siebie się uśmiechałam, mówił ciekawie/interesująco/pouczająco… – mądrze. Szkoda/żal, że odszedł.

        Polubienie

  2. Pingback: W kolejną rocznicę napaści nazistów… o agenturze wpływu w ramach przymusowej „szkoły publicznej”, oraz o patriotyzmie w ramach edukacji domowej. | Łódź Odysa

  3. Pingback: Smołyń… czyli o sojuszach politycznych budowanych na „autorytecie” tzw. „ludzi kultury”. Jaką propagandą będą żyć Polacy po Wajdzie? | Łódź Odysa

Dodaj komentarz (byle bez epitetów i wulgaryzmów)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s