To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna?


Kazimierz Sichulski - Karykatura Józefa Piłsudskiego odwołująca sie do powszechnie znanych mitów narodowych

Kazimierz Sichulski – Karykatura Józefa Piłsudskiego odwołująca sie do powszechnie znanych mitów narodowych

„Jako tłocząco-ssącą pompę widzą ten system jego oczy, która jak gigantyczne serce pompuje z dołu, z góry tłoczy. Z dołu ssie pompa ludzką pracę, bardzo zachłannie, metodycznie, by ja przerobić w swych komorach na płace oraz inwestycje. Płace spływają wąską rurką, a inwestycje – wielka rurą, co jak najściślej jest związane z systemu celem i naturą. Nie temu bowiem system służy, by prolet gnuśniał w dobrobycie, lecz aby wizje gigantyczne tytanów myśli wcielać w życie.” (Janusz Szpotański: „Towarzysz Szmaciak”)

*

„…Rok 1920 był niezawodnie przełomowym w życiu duchowym Piłsudskiego. Zwycięski Wódz całą pełnią pyszałkowatej, chorobliwej duszy wchłaniał w siebie pochlebstwa.

Do jego osoby zaczęli się garnąć „ludzie żłobu”, bez czci i wiary, w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Zgraja nicponiów spod ciemnej gwiazdy, wyrafinowanych oszustów, karczemnych moszuresów, złodziei wzięła w pacht duszę Piłsudskiego i otoczyła ją taką siecią intryg, że dostanie się do niej uczciwemu człowiekowi było prawie niemożliwe.

Po tygodniowym pobycie spostrzegłem, że albo nic, albo bardzo mało będę mógł zrobić dla sprawy bożej wśród tej hołoty. Złożyłem o tym raport biskupowi polowemu prosząc o naznaczenie kogo innego na moje miejsce. Biskup Gall ugodowiec czystej wody, bojąc się narazić, podanie moje zignorował. Trzeba było zostać i dalej robić to co się uda.

8 listopada 1920 roku w jadalni belwederskiej zebrało się 22 oficerów. Adjutantura i oficerowie oddziału przybocznego. Wchodzi Naczelny Wódz. Ubrany w kurtkę swoją strzelecką , starą, niemal zniszczoną. Przedstawia mnie pułk. Wieniawa. Słyszę odpowiedź: „proszę usiąść z lewej strony. Wieniawa będzie moją prawą ręką, ksiądz lewą”.

Na stole duży bukiet wyłącznie z kwiatów koloru czerwonego. Piłsudski obiad je prędko. Wszyscy spieszą. Po zupie zaczyna palić papierosy jeden za drugim i gada bez końca. Wszyscy mu potakują. Niektórzy, jak błazen dworski, chociaż bardzo zdolny człowiek, kapitan Korzeniowski, opowiada jakieś płaskie dowcipy. Wieniawa zaczyna ploteczki z miasta. To są pierwsze wrażenia z pierwszego spotkania.

O Piłsudskim tylu już pisało, że właściwie nie jeden pomyśli: „po co jeszcze kapelan pisze o Nim”. Niestety, chociaż dużo przeczytałem o nim i w codziennych pismach i pracach poważniejszych, zawsze to jednak były, albo hymny pochwalne najmitów, albo żółcią przepojone wymysły politycznych przeciwników. Prawdziwego oblicza tego, bądź co bądź, niezwykłego człowieka nigdzie nie znalazłem.

Ponieważ nigdy do żadnej partii politycznej nie należałem, ani nienawiścią ani też służalczości w duszy mojej dla nikogo nigdy nie było, a tym bardziej do osoby Piłsudskiego, sądzę więc, że w imię prawdy historycznej, jako naoczny świadek i bezstronny w niczym nie zainteresowany widz nie tylko mogę, ale powinienem napisać co myślę o Nim i Jego otoczeniu. Co prawda kardynał Kakowski zabronił mi wydawać te moje wspomnienia. Prałat Lasocki z Płocka, który był bardzo mnie polubił, kiedyś w przystępie dobrego humoru ostrzegał: „nie pisz, „Magiku Boży” drugiego tomu pamiętników, jeśli nie chcesz poznać głębokości glinianek warszawskich”. Kto wie może był bym usłuchał tych rad, gdyby nie tryumf zgrai łotrzyków wyrafinowanych, którzy zatruwali stale duszę Piłsudskiego i zdobywszy sobie bezgraniczne zaufanie tego chorego człowieka prowadzą go do nieobliczalnych czynów i doprowadzą do zguby ojczyznę.

Niechaj kiedyś historyk znajdzie nie tylko pisane za pieniądze lub na rozkaz wspomnienia i pamiętniki najmitów, ale niech przeczyta i te słowa ,które wychodzą z serca szczerze kochającego wielkiego człowieka, który w Nim widział i sprawdził dużo zalet, ale też i strasznych wad, ciążących na kondycji naszej Ojczyzny.

Jeśli to prawda co mówi przysłowie narodowe, że kto z kim przystaje takim się staje. Jeśli prawdziwe jest inne, które mówi: „ powiedz mi z kim obcujesz a powiem ci kim jesteś”, to czytelnik od razu zrozumie kim był Piłsudski. Wyliczę bez żadnej złości i nienawiści w duszy mojej kilku stanowiących najbliższe otoczenie- przyjaciół naczelnego wodza z którymi najczęściej obcował, radził się i bezgranicznie im wierzył.

1 Podpułkownik Wieniawa Długoszewski, ateusz, apostata, ożeniony z żydówką,

2 Kazimierz Świtalski, referent prasowy, apostata, ożenił się z cudzą żoną, ateusz zdeklarowany,

3 Referenta prasowa Hubicka, ateuszka i apostatka,

4 Pułkownik Piskor, apostata ożenił się z cudzą żoną,

5 Osobisty przyjaciel Prystor, ateusz,

6 Car, szef kancelarii cywilnej, ateusz i rozpustnik,

7 Pułkownik Rydz, ateusz, socjał,

8 Maciesza, mason, ateusz,

9 Pułkownik Skotnicki, ożenił się z żoną Wieniawy,

Piłsudski uwielbiał księdza Ciepichała, dziś apostatę. Oto byli najbliżsi przyjaciele, doradcy i zausznicy Naczelnego Wodza.

Co tacy ludzi mogli dobrego zrobić? Czy mogli Go informować należycie?

Wśród tej zgrai prym trzymał Wieniawa. Człowiek szczerze bez zastrzeżeń oddany Piłsudskiemu, ale też jednocześnie robiący karierę. Zdeprawowany do szpiku kości pijak, chorobliwy rozpustnik, który przechwalał się w obecności mojej, że mając lat 10 po raz pierwszy odbył stosunek z kobietą. Zawodowy intrygant i łgarz klasyczny, cieszył się jednak bezgranicznym zaufaniem Wodza. Na próżno szukał by kto w nim odrobiny zasad jakichkolwiek. Oddany całą duszą Piłsudskiemu przy którym robił karierę, był dosłownie na każde kiwniecie palcem wodza. Używany był stale do takich funkcji, jakie spełniają wśród mętów stołecznych alfonsi i sutenerzy. Poważnej roboty nie dawał mu Piłsudski.

Świtalski i Hubicka referenci prasowi, urabiali duszę Piłsudskiego. Dając mu do czytania, tylko to co sami chcieli, przez siebie zebrane wycinki z gazet,rozbudzając w duszy tendencyjnie nienawiść do Polaków, a zwłaszcza endecji, do Kościoła i przedstawicieli jego.

Car-kukła, z którą nikt się nie liczył, o ile nie trzeba było sfałszować jakiegoś dokumentu ku chwale legionistów lub wspólników zbrodni. Piłsudski nie lubił Cara. Nie ufał mu i zwykle rozmawiał z nim przez Wieniawę. Nawet sprawy należące wyłącznie do kancelarii cywilnej załatwiał przez Wieniawę.

Przechodzi ludzkie pojęcie co ta banda wyprawiała.

Fałszowano dokumenty, podpisy Naczelnego Wodza, wydawano bez jego wiedzy i zgody najrozmaitsze rozporządzenia, w jego imieniu z czym się w nie kryto wcale. Biedny Piłsudski nie wiedział nawet o wielu sprawach wykonanych w jego imieniu.

Nikt nie śmiał zaprotestować, bo robiono wszystko gładko, sprytnie i dowody łotrostwa tak umiejętnie zawsze maskowano że kto chciałby udowodnić, sam zginąłby, a oni wyszliby tryumfująco…” (źródło: Ksiądz Marian Tokarzewski. Wspomnienia z Belwederu) o czym więcej tu: Ekipa Piłsudskiego – Coryllus mówi jak było (1/2)

Zdzisław Czermański (Karykatura przedstawiająca Piłsudskiego jako Żyda popijającego z Niemcami i Sowietami)

Zdzisław Czermański (Karykatura przedstawiająca Piłsudskiego jako Żyda popijającego z Niemcami i Sowietami)

„…oto Edward Woyniłłowicz opisuje całkiem skandaliczną sytuację z roku 1922, bolszewicy, których ambasadę umieszczono w tym samym budynku, w którym rozlokowany był inspektorat kawalerii, wyrzucili ten inspektorat na zbitą mordę, na ulicę po prostu. Pozabijali drzwi i okna deskami i przejęli całą kamienicę. Było to w trakcie ustalania granicy ryskiej, w trakcie wytężonej agitacji bolszewickiej na tej granicy, wymierzonej w żołnierza polskiego, po zwycięskiej wojnie i upokorzeniu przeciwnika. Co wtedy robił pierwszy ułan II RP pan Wieniawa? Dlaczego pozwolił na taki bezprecedensowy akt, jak wyrzucenie inspektoratu kawalerii z przeznaczonego temu inspektoratowi budynku? Dokonali tego bolszewiccy gangsterzy przebrani za dyplomatów, którzy właśnie przegrali wojnę i szykowali się do przyjęcia upokarzającego dla nich pokoju. Przypominam – nie chodzi o wyrzucenie centralnego zarządu PZW – ale o inspektorat, czyli dowództwo kawalerii. To się nie mieści w głowie. Na ów akt wrogości wobec zwycięskiej armii zwrócił uwagę jedynie Edward Woyniłłowicz, którego nazwano tu już kolaborantem. Bohaterscy socjaliści nie zdobyli się nawet na zwrócenie bolszewikom uwagi, nie mówiąc już o tym, by skuć im mordy po ciemku w bramie. Co innego straszyć księży utopieniem ich w gliniankach, to łatwiejsze…” (coryllus – O masonach, Żydach i szczerych patriotach)

„…Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, proszę Państwa, musimy się zwrócić ku prawdzie. Oto rozpoczął się proces beatyfikacyjny Edwarda Woyniłłowicza, a żaden z uniwersytetów nie sięgnął po rękopis jego wspomnień z lat 1921- 1928, udając, że tych wspomnień nie ma lub że są zbyt krytyczne wobec narodowych i państwowych świętości, a przez to nie można ich publikować. Być może zaniechanie to nie jest wynikiem premedytacji, a jedynie lenistwa, no, ale cóż wtedy rzec o dociekliwości naszych badaczy? Oto człowiek będący świadkiem historii, Polak, ziemianin, przedsiębiorca, a wkrótce błogosławiony Kościoła Powszechnego, jest skazywany na zapomnienie z powodu lenistwa. Jeśli zaś komuś oskarżenie o lenistwo wydaje się zbyt drastyczne, może w to miejsce wstawić zwrot – z powodu braku grantów na badania.

Uznałem, że nie możemy czekać i oto przed Państwem te jakże kontrowersyjne treści. Wszyscy czytelnicy łatwo zrozumieją, dlaczego nie można ich było wydać przed wojną. To jest jeden wielki, ciągnący się strona po stronie zarzut wobec upiornej, skazanej na klęskę i deprawatorskiej polityki II Rzeczpospolitej.

Demaskacja, której na naszych oczach dokonuje Edward Woyniłłowicz, jest tym boleśniejsza, że dotyczy spraw gospodarczych i finansowych i wprost wskazuje na to, że socjalistyczne pomysły na niepodległość to po prostu wysługiwanie się obcym i działanie na szkodę narodu, jego własności, zdrowia i przyszłości.

Wielki posiadacz, ziemianin i pan pełną gębą, Edward Woyniłłowicz, dożywał swoich dni w Bydgoszczy, w małym mieszkanku, do którego musiał nosić po schodach węgiel. Nie skarżył się, ale też nie uważał za stosowne, by swoją sytuację maskować w jakikolwiek sposób. Nie wyciągał ręki po zasiłki i nie prosił nikogo o wsparcie. Jego myśl polityczna i gospodarcza roztrzaskała się o socjalistyczne i fiskalne rafy, a urząd podatkowy niepodległej Polski wysyłał do niego monity dotyczące zapłaty podatku od rzekomego wzbogacenia.

Pycha socjalistów pozostawała nienaruszona przez całe dwadzieścia lat. Przez całe dwadzieścia lat łudzono się, że okradanie właścicieli i rozdawanie ziemi tym, którzy ani chcą, ani mogą ją uprawiać, zapewni państwu lojalność poddanych fiskusa zwanych obywatelami dla niepoznaki jedynie. Łudzono się, że wolna Polska samym tylko swym istnieniem wyleczy wiejskie dzieci z jaglicy, zatrzyma emigrację zarobkową i da każdemu, nawet najbiedniejszemu szansę na sukces. Budowano jakiś wice-komunizm, licząc na to, że komuniści prawdziwi, gangsterzy spod znaku czerwonej gwiazdy zbledną na jego widok i sami zaczną się cywilizować. Nic takiego nie nastąpiło, a historia pokazała – nie pierwszy raz zresztą – że największym wrogiem socjalisty jest inny socjalista. Taki, który jeszcze mocniej oszukuje swój naród w imię nierozpoznanych interesów, taki, który jeszcze więcej grabi, jeszcze więcej kłamie, a kiedy przychodzi do zabijania, zabiera się za tę robotę z chęcią i satysfakcją.

Edward Woyniłłowicz, na szczęście dla siebie, nie dożył tych strasznych czasów, które nas – dzieci wychowane poprzez postępową propagandę – niczego nie nauczyły. Z historii dowiedzieliśmy się tyle jedynie, że nasze państwo upadło w roku 1939, zaatakowane z dwóch stron przez odwiecznych wrogów. Może warto przypomnieć, że niektórzy z tych wrogów byli przez długi czas towarzyszami walki ojców naszej niepodległości, niewiele różniącymi się od nich w poglądach.

Cóż zostało po Edwardzie Woyniłłowiczu? Puste krzesło z safianowym obiciem, z rokokowym oparciem i stara armata. Zdjęcie na okładce jest autentyczne, wnosić więc można, że ta dziwna i zaskakująca aranżacja jest dziełem samego Woyniłłowicza. Oto krzesło, na którym go już nie ma, lufa armatnia z brązu, która nigdy nie wystrzeli – symbol przeszłości, do której nie ma powrotu i tło, czyli ściana pałacu w Sawiczach z odpadającym tynkiem i małym okienkiem. Tyle zostało z tradycji politycznej i formacji duchowej reprezentowanej przez ludzi wolnych, którzy kiedyś zamieszkiwali Polskę i Litwę. No i te wspomnienia….nigdy niepublikowane.” (coryllus)

…niepublikowane do niedawna a od niedawna do kupienia tu: Księgarnia Coryllusa – Edward Woyniłłowicz. Wspomnienia. Część II

podobne: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa. oraz: W rocznicę śmierci: Sejm przyjął uchwałę upamiętniającą marszałka Piłsudskiego. Jan Emil Skiwski „Piłsudski a Polska wieczna” (cywilizacja a tolerancja). i to: Piotr Zychowicz: „Pakt Piłsudski–Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium” a także: O tym, jak Orzeł stracił krzyż z korony w 1927 r., a „Mazurek Dąbrowskiego” został hymnem dzięki fortelowi.  i jeszcze: Sławomir Suchodolski o etatyzmie i socjalizmie w gospodarce II RP. Echa „socjalizmu z ludzką twarzą” w Polsce PISu.

„…po co nam jest potrzebna edukacja historyczna? Do czego nam są potrzebne te wszystkie gawędy, które między innymi i ja umieściłem w pierwszym tomie „Baśni jak niedźwiedź”? Jak wiecie w ciągu sześciu lat prowadzenia tego bloga wiele się w naszym wspólnym życiu zmieniło i wiele spraw wygląda dziś inaczej, niż w roku 2009 kiedy ta przygoda się zaczęła. Nie jest jednka tak, że ja czy ktokolwiek inny jesteśmy odosobnieni w naszych wątpliwościach dotyczących narracji historycznych. Pamiętam moje pierwsze targi w Białymstoku, kiedy jeszcze miałem różne złudzenia. Podszedł do mnie pewien pan, który był również na moim spotkaniu autorskim, pan ubrany w jakiś paramlitarny strój, zdradzający, że jest mocno związany z grupami rekonstuującymi historię i powiedział mi, całkiem kwaskowato, że z tym Raginisem nie było tak, jak ja napisałem. Powiedział mi, że możliwa jest inna wersja, oto w latach siedemdziesiątych przywieźli do Wizny jakiegoś kacyka z centrali na tyle zasłużonego, że trzeba mu było pomóc urządzić się na miejscu i wynaleźć jakiegoś bohatera, który by tę Wiznę rozsławił. No i znaleźli tego Raginisa, którego historia została całkowicie wymyślona. Ja nie pamiętam w tej chwili szczegółów, ale mój rozmówca dość przekonująco mi te sprawy tłumaczył. Nie powiem – speszyłem się i nie pierwszy co prawda raz, ale pierwszy raz serio pomyślałem, że nie można brnąć w takie histrorie.

U podstaw bowiem wszystkich tych narracji leży albo katastrofa albo oszustwo. Jeśli zaś mamy kształtować przyszłe pokolenia ku kolejnej katastrofie albo nawijać dzieciom makaron na uszy, żeby czekały je potem różne rozczarowania to niech to czynią inni, zachowując selekcję, proporcję i ton. Gdyby efektem tych zabiegów propagandowych, bo to są tylko i wyłącznie zabiegi propagadnowe mające przygotować młode umysły do konsumpcji pewnych treści, były rzewne piosenki nie byłoby sprawy, pośpiewalibyśmy sobie, ktoś by się popłakał i potem wszyscy poszliby do swoich zajęć. No, ale tu chodzi o formowanie postaw. Do czego, pytam? Do wojny? Do reformy Morawieckiego? Jeśli nowa władza chce wychowywać stado pożytecznych baranów, to musi sobie niestety zdać sprawę, że struktura narodu jest mocno zróżnicowana i są tutaj całe, nie małe bynajmniej grupy ludzi, którzy się na to nie zgodzą…” (coryllus – Do czego nam edukacja historyczna?)

podobne: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu oraz: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona. O patriotyzmie słów kilka.

I po to właśnie potrzebna jest nam historia i takoż literatura – żebyśmy znali prawdę. Żebyśmy powielali i kultywowali dobre/pożyteczne zachowania/postawy, oraz pamiętali i uczyli się na błędach jakie popełniali nasi przodkowie, by następnie wyciągnąć z nich stosowne wnioski unikając podobnych zdarzeń na przyszłość. Jednak żeby tego rodzaju wnioski stały się naszym udziałem w życiu politycznym (państwa, narodu i indywidualnym) historia musi stać się nauką opartą o fakty, a nie infantylną historyjką rodem z „harlekinowej” literatury życzeniowej, podsycającej niezdrowe sentymenty na użytek partykularnych interesów jakiejś grupy podrzędnych karierowiczów żywo zainteresowanej ekscytowaniem mas (dopóki im płacą). Prawda i dobro też potrafią „rozerwać” i być atrakcyjne, to tylko kwestia/miara talentu ubrania owej prawdy w słowa i uczciwej prezentacji… (Odys)

…o czym więcej tu: Czy historię Polski należy napisać na nowo? – Grzegorz Braun i Gabriel Maciejewski

Reklamy

16 comments on “To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna?

  1. Pingback: Joint w rocznicę Powstania Warszawskiego czyli o wojnie przedmurza z zadupiem w kolejnym pokoleniu, o młodzieży na prowokacji chowaniu i złotym intetesie sojuszników z okupantami (patrioty(zm) z Izraela) | Łódź Odysa

Dodaj komentarz (byle bez epitetów i wulgaryzmów)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s