W kolejną rocznicę napaści nazistów… o agenturze wpływu w ramach przymusowej „szkoły publicznej”, oraz o patriotyzmie w ramach edukacji domowej.


Bassam Alemam

Bassam Alemam – Komunizm

„…Zacznijmy od historii. Cała laicka przebudowa szkolnictwa w Polsce rozpoczęła się jeszcze przed I wojną światową, jej motorem były kariery kobiet na zagranicznych uniwersytetach i możliwość zobaczenia szerokiego świata. Za własne pieniądze rzecz jasna. Drugim ważnym elementem było krzewienie oświaty wśród ludu. Na to złapali się wszyscy, a szczególnie nieposażne dziewczyny. Jak nie można znaleźć męża, to trzeba uczyć dzieci wiejskie po kryjomu i wtedy człowiek będzie miał trochę satysfakcji. Pomiędzy rokiem 1907 a 1920 stworzono w kraju sieć nauczycielek i nauczycieli, którzy gotowi byli wypruwać z siebie żyły dla nowych idei. Nie mieli oni pojęcie, że są częścią republikańskiego planu laicyzacji szkolnictwa, który w Polsce powiódł się tylko częściowo, bo jednak księża i zakonnice zbyt mocno byli wpisani w lokalny krajobraz. Oferta tych świeckich bakałarzy, póki nie została poparta przez państwo, nie była specjalnie atrakcyjna, a i z dostępnością nie było najlepiej, bo programy te dotyczyły szkół prywatnych, dostępnych za pieniądze bynajmniej nie małe. No, ale ludzie, którzy po dworach, wsiach, szkołach, często z narażeniem życia, a na pewno wśród niewygód nieśli kaganek oświaty, byli prawdziwymi agentami wpływu. Byli warstwą, która – raz stworzona – mogła się tylko rozrastać i domagać coraz więcej. W naszych okolicznościach nie jest jeszcze najgorzej, bo póki co nauczyciele nie oszaleli całkiem, godzą się na wszystko co im się zaproponuje, pracują prawie za darmo, i uczą te dzieci jak potrafią. Szkolnictwo zaś katolickie zostało rozwalone na całym świecie, albo pozwolono mu egzystować, po to, by – jak w Polsce za komuny – mogły się tam uczyć dzieci aparatczyków. Ludzie, o których piszę byli prawdziwymi, zdecydowanymi na wszystko agentami wpływu, a ich wpływ był przemożny. Dotyczył bowiem jednostek, którym głęboko w serca zapadały prawdy głoszone przez „profesorów” i „profesorki”. Kiedy ich wychowankowie dorośli, kiedy stali się starzy tak jak mój świętej pamięci ojciec, mówili o swoich preceptorach – wspaniali ludzie. Wiejskim dzieciom bowiem bardzo niewiele trzeba, by je oczarować i zachęcić do lektury określonych treści. Tamto – jestem o tym głęboko przekonany – było sprawą poważną i wiarygodną. Każdy z nich poświęcał własne życie dla sprawy i był w nią zaangażowany całym sercem. No, a dziś, czy dziś ludzie określani mianem agentów wpływu mają na coś wpływ? Tak, z pewnością, tym większy im większą chwalą się oglądalnością na YT – to jest wyobrażenie powszechne. Tyle, że to brednia. Ludzie, których określa się słowem – agent wpływu – nie mają wpływu na nic. Klikalność zaś na tubie czy gdzieś możecie sobie wsadzić sami wiecie gdzie. Klikalność uzyskuje każdy bałwan, który robi przed kamerą coś dziwnego. Nie ma ona przełożenia absolutnie na nic, nie można z nią iść do wyborów, nie można urządzić spędu na stadionie, bo do tego potrzebny jest co najmniej ojciec Boshobora, jeśli nie papież. Do tego dochodzi weryfikacja takiego agenta. Co innego w nagraniu na tubie, a co innego w rzeczywistości. W większości przypadków demaskacja następuje natychmiast, a ilość zwolenników spada w sposób niezwykle widowiskowy. To jest niby jasne, ale jednak nie jest jasne. Powód tych niejasności jest prosty – ludzie, którzy nie występują publicznie i nie czarują widzów, a bardzo by chcieli, mają o tym procederze wyobrażenia całkiem fałszywe. No, ale się ich nie pozbędą, bo przecież sami chcieliby mieć swój program, a tęsknota w ich duszy zagłusza wszystko. Kiedy więc widzą Brauna, Kolonkę, czy nawet tego głupiego Jabłonowskiego, wołają od razu – agent wpływu, agent wpływu….Na co ma wpływ ten agent? Takie jest moje pytanie na dziś. Moim zdaniem na nic. Jeśli komuś się zdaje, że mocarstwo takie jak Rosja buduje sieć agentów wpływu, którzy dokonują tego swojego wpływu oddzieleni od publiczności monitorem, serwisem społecznościowym i swoją uprzywilejowaną pozycją, to musi chyba ochłonąć. Nie ma żadnego wpływu jeśli pomiędzy wpływającym a wpływakiem (copyright by Stanisław Ulam) są jacyś pośrednicy. No, a jeśli spróbujecie zlikwidować tych pośredników, okaże się, że wymienieni agenci – z wyjątkiem może Brauna, padną bez czucia po jednym tournée, nie za długim w dodatku, a wyplatać będą już takie bzdury, że wokół nich zostanie wyłącznie gimbaza i wrogowie.

Ktoś powie – no, ale oni emitują jednak jakieś treści. Oczywiście, a publiczność domaga się ich natychmiastowej weryfikacji. Jeśli ta nie następuje, traci zainteresowanie. Oczywiście, przychodzi nowa publiczność, której się zdaje, że kogo jak kogo, ale jej nabrać się na nic nie da. Po jakimś czasie odchodzi znudzona lub zdegustowana. Tak to wygląda od kuchni. Oczywiście, nie oznacza to, że w Polsce nie ma żadnych agentów wpływu i oni nie mają rzeczywistych możliwości kształtowania opinii. Są i mają, jestem tego pewien, no, ale my ich nie widzimy, bo jesteśmy zajęci demaskowaniem Brauna, Kolonki i Jabłonowskiego…” (coryllus – Na co mają wpływ agenci wpływu?)

podobne: Wojna Informacyjna: Kto komu narzuci narrację? Rosyjska propaganda specjalnie dla Polaków, Sputnik wylądował. Rząd chce blokować wrogie inwestycje. Słowo o agenturze wpływu. oraz:  Czego (nie)uczy „tradycyjna” szkoła czyli… nie wszystko musisz wiedzieć. Definicje, pojęcia, słowa i stereotypy według cybernetyki. Niech mi ktoś powie co mam myśleć.

PitońTV – Patriotyzm

„…dlaczego właściwie 1 września dzieci pójdą do szkoły?

Składa się na to szereg zagadkowych przyczyn. Po pierwsze ta, że panuje tak zwany obowiązek szkolny. Rodzice muszą posyłać dzieci do szkoły, bo w przeciwnym razie „król srogie głosi kary”. Warto na chwilę zatrzymać się nad tym przymusem edukacyjnym – dlaczego właściwie został wszędzie wprowadzony, chociaż edukacja – podobnie jak ubezpieczenia społeczne – powszechnie i bez zastrzeżeń uważana jest za wielkie dobro i zdobycz ludu pracującego miast i wsi? Najwyraźniej musi tkwić w tym jakiś podstęp. I rzeczywiście. Państwowy monopol edukacyjny ma na celu nie tyle może edukowanie kolejnych pokoleń, co ich tak zwane „duraczenie”, elegancko zwane indoktrynacją. Trick polega na tym, że duraczenie zostało z edukacją organicznie powiązane i na przykład obok wiadomości z nauk przyrodniczych, w szkołach faszeruje się Bogu ducha winne dzieci rozmaitymi wynalazkami w rodzaju genderactwa, które z żadną nauką nie ma oczywiście nic wspólnego. Wprawdzie są ludzie, którzy z genderactwa doktoryzują się i habilitują, ale cóż z tego, skoro za moich czasów studenckich, kiedy to – jak zauważył prof. Władysław Tatarkiewicz – za sprawą Lenina i Stalina „marksizm (…) został przyjęty powszechnie i bez zastrzeżeń”, wielu ambicjonerów doktoryzowało się i habilitowało z „centralizmu demokratycznego”, a więc czegoś, czego nigdy nie było, nie ma i nie będzie?

Jestem przekonany, że Umiłowani Przywódcy chętnie całkowicie zrezygnowaliby z edukacji na rzecz duraczenia, ale powstrzymuje ich przed tym instynkt samozachowawczy. Jego potężne działanie przedstawił w „Dzienniku 1954” Leopold Tyrmand opisując, jak to z lotniska na Okęciu wystartował pasażerski samolot. Gdy już osiągnął wysokość przelotową, z kabiny pilotów wyszedł młody człowiek w ZMP-owskim mundurze i przemówił: „obywatele, gratuluję wam! Ten samolot konserwatywni inżynierowie przeznaczyli do kasacji, ale nasza ZMP-owska brygada wyremontowała go i oto lecimy! W samolocie zapanował nieopisany lament, kobiety zaczęły mdleć, a lecący akurat wysoki partyjny dygnitarz wstał i wrzasnął: dość tych błazeństw! Natychmiast lądować!” No cóż; socjalistyczne współzawodnictwo inaczej wygląda na bezpiecznej ziemi, a inaczej – na wysokości 10 kilometrów. Dlatego właśnie z programów szkolnych nie zostały całkowicie wyeliminowane przedmioty ścisłe i nauki przyrodnicze, bo domy i mosty nie mogą się walić, samoloty nie mogą spadać, a chorych ktoś jednak musi leczyć.

Ten dozwolony margines ludzie dobrej woli, których na szczęście też nigdzie nie brakuje, próbują wykorzystać a nawet rozszerzyć dla dobra młodych pokoleń. Przykładem takich udanych starań są próby przywrócenia edukacji klasycznej, to znaczy – nawiązującej do wzorów, metod, a przede wszystkim – celu edukacji, wypracowanego w starożytnej Grecji i Rzymie. Przedmiotem edukacji były tzw. „sztuki wyzwolone” w postaci „trivium”, czyli gramatyki, dialektyki i retoryki oraz „quadrivium” w postaci arytmetyki, geometrii, astronomii i muzyki. Sztuki wyzwolone odróżniały się od sztuk pospolitych, że te pierwsze, w odróżnieniu od tych drugich, nie wymagały wysiłku fizycznego, a jedynie – intelektualnego. Z tego rozwinęły się pozostałe dyscypliny, m.in. sztuki mechaniczne: ars victuaria (sztuka żywienia), ars lanificaria (sztuka odziewania), ars architectura (sztuka schronienia), ars suffragatoria (sztuka transportowania), ars medicinaria (sztuka leczenia), ars negotiatoria (sztuka negocjowania) i ars militaria (sztuka wojenna). Celem edukacji klasycznej było nie tylko wyposażenie ucznia w zasób wiadomości, ale też, a może nawet przede wszystkim, wyrobienia w nim umiejętności wykorzystania posiadanych wiadomości, prawidłowego wnioskowania, słowem – samodzielnego myślenia. Do tego modelu edukacyjnego próbują nawiązywać szkoły katolickie, wśród nich – na przykład Gimnazjum i Liceum im. świętego Tomasza z Akwinu w Józefowie koło Warszawy, prowadzone przez Bractwo Kapłańskie św. Piusa X.

Ten cel edukacyjny niekoniecznie musi być dobrze widziany we współczesnym świecie, w którym coraz wyraźniej widać, iż państwowy monopol edukacyjny nastawiony jest raczej na coś innego – mianowicie na wyrobienie w uczniach umiejętności rozwiązywania testów, to znaczy – wytypowania jednej spośród kilku podsuniętych tam możliwości. To jest całkiem inny cel, bo – po pierwsze – chodzi o trafienie w odpowiedź oczekiwaną przez autora testu – a niekoniecznie o odpowiedź prawdziwą. Nie jest to nastawione na wyrobienie umiejętności myślenia samodzielnego, tylko przeciwnie – myślenia kontrolowanego, myślenia ukierunkowanego. Po drugie – ta umiejętność ma charakter losowy i pewne sukcesy edukacyjne można osiągnąć również z szympansami. Jak zauważył w powieści „Ostatni brzeg” australijski admirał, jeśli nieskończenie wiele małp będzie bawiło się maszynami do pisania, to w końcu któraś napisze „Króla Leara”. Szczerze mówiąc, wydaje się to niemożliwe, ale zanim się to ponad wszelką wątpliwość okaże, to ileż eksperymentów nas jeszcze czeka?

I wreszcie powszechny charakter edukacji. Powszechność wyraża się nie tylko w tym, że obowiązkiem szkolnym objęci są wszyscy, ale również w tym – co niestety wychodzi naprzeciw rozpowszechnionemu w naszej epoce zabobonowi, że wszyscy są tacy sami – że program edukacyjny dla chłopców i dla dziewcząt jest taki sam, w związku z czym obowiązującą normą jest koedukacja, to znaczy – wspólne kształcenie chłopców i dziewcząt. I tak dobrze, że władze oświatowe jeszcze dostrzegają różnice między płciami, bo pod naciskiem propagatorów genderackiego zabobonu są one systematycznie zacierane – ale podobnie jak w przypadku klasycznego modelu edukacji, ludzie dobrej woli próbują ocalić co się tylko da. Dlatego we wspomnianym wyżej Gimnazjum i Liceum im. świętego Tomasza z Akwinu w Józefowie wprawdzie nie ma separacji uczniów według płci, ale w realizowaniu programu nauczania uwzględniane są naturalne różnice i predyspozycje chłopców i dziewcząt, żeby – jak to ujął pan dr Artur Górecki – przygotować ich „do podjęcia przez nich w sposób odpowiedzialny, ról w życiu rodzinnym, społecznym i politycznym.”

Nie bez powodu wspomniałem wyżej o ubezpieczeniach społecznych, bo to właśnie one przyczyniły się, o ile nie sprawiły, że ponieważ posiadanie dzieci przestało się opłacać, to ludzie przestali przywiązywać wagę nie tylko do posiadania, ale również – do wychowania dzieci i chętnie spychają to na kogoś innego. Na szczęście nie wszyscy, na szczęście coraz więcej docenia wagę osobistego wkładu w wychowanie, no bo – powiedzmy sobie szczerze – czy jest coś ważniejszego od prawidłowego ukształtowania własnych dzieci? Dlatego, skoro mimo „groźnych telegramów” dzieci 1 września jednak do szkoły pójdą, warto pomyśleć, dokąd je posłać i w jakim celu. (Stanisław Michalkiewicz – Chociaż „groźne telegramy”)

„…Państwo Adam i Joanna Komaszyło postawili na edukację domową dwa lata temu, gdy ich starsza córka Kinga rozpoczynała naukę w klasie pierwszej. Jak podkreślają, nie bez znaczenia było tu przyjęte w sakramencie małżeństwa zobowiązanie do „wychowania po katolicku potomstwa, którym nas Bóg obdarzy”.

…Nauczanie domowe jest nie tylko najlepszą metodą uchronienia dziecka od powszechnie obowiązującego zdeprawowanego systemu edukacji, który prawie nic już nie ma wspólnego z edukacją klasyczną i nauczaniem w duchu chrześcijańskim, ale i najdoskonalszym sposobem wykształcenia człowieka szlachetnego, godnego naśladowania Polaka, a przede wszystkimi dobrego katolika, czemu sprzyja obecność dzieci na łonie ogniska domowego – wskazują.

Jak dodają, nauczanie dzieci w systemie edukacji domowej wiąże się z przekształceniem funkcjonowania rodziny na sposób tradycyjny, obecny od wieków w cywilizacji chrześcijańskiej, w którym matka zgodnie ze swoim wzniosłym i niezastąpionym powołaniem opiekuje się dziećmi. – Przede wszystkim to ona dba o ich edukację i wyrobienie moralne i jest odpowiedzialna za wytworzenie religijnej atmosfery w domu, koniecznej do rozkwitu życia Bożego w duszach – wskazują.

Państwo Komaszyło nie kryją, że ich dotychczasowe doświadczenie potwierdzają, że dokonali właściwego wyboru. – Plusem systemu jest niewątpliwie efektywność nauki i oszczędność czasu, gdyż jest to nauka indywidualna, nakierowana na konkretnego ucznia i dostosowana do jego indywidualnych cech. Zaoszczędzony czas z powodzeniem można poświęcić na zajęcia dodatkowe, np. szkołę muzyczną. Nauczanie jest także wolne od narzuconych przez państwowy system ideologii niezgodnych z wiarą katolicką, gdyż to sam rodzic decyduje o tym czego będzie nauczane jego własne dziecko. Nauczanie daje także możliwość przekazania dziecku wiedzy, której system państwowy nie przewiduje w swoim programie – dodają.

Także obecność dziecka w domu nie pozostaje bez znaczenia. – Naturalna dla dziecka atmosfera domowa pozytywnie wpływa na przyswajanie nauki i podsyca chęć zdobywania wiedzy. Uczeń nie myśli o tym, aby jak najszybciej skończyły się zajęcia z powodu tęsknoty za domem i rodziną. Nie boi się zadawać pytań. Nasza córka wielokrotnie chciała uczyć się dłużej w momencie, gdy mieliśmy już kończyć zaplanowaną na dany dzień naukę – wspominają.

Co ważne, wszystkie dzieci uczone w systemie edukacji domowej, żyjące na co dzień w zgodzie z rodzeństwem oraz pozostałymi członkami rodziny, także starszym pokoleniem, z babcią czy dziadkiem, bardzo łatwo nawiązują kontakt z innymi dziećmi, są bardziej śmiałe, jednocześnie pełne szacunku do innych osób, bardzo dobrze ukształtowane społecznie.

– Nasze dzieci mają szeroki kontakt z innymi dziećmi naszych przyjaciół, znajomych oraz rodzin uczących swoje dzieci w domu. Efektywna nauka sprawia, że mają więcej czasu na zabawy z innymi dziećmi na podwórku. Wraz z innymi rodzicami nauczającymi w domu organizujemy raz w tygodniu dodatkowy dzień wspólnych zajęć. Zapewnia nam go nasza Szkoła św. Kazimierza Królewicza, działająca przy Duszpasterstwie Tradycji Katolickiej w Białymstoku, która jest platformą umożliwiającą nam nauczania w systemie edukacji domowej – mówią.

Oczywiście edukacja domowa wiąże się z pewnymi wyrzeczeniami. Konieczna jest tu duża systematyczność i wytrwałość, trzeba umieć utrzymać dyscyplinę nie tylko wobec dziecka, ale i wobec siebie. To jednak owocuje w wychowaniu dzieci. – Dużo uwagi trzeba poświęcić dobrej organizacji życia rodzinnego i efektywnego wykorzystania czasu, aby podołać wszystkim obowiązkom rodzinnym. Początki na pewno są trudne, ale z czasem wypracowuje się co raz lepszy porządek w funkcjonowaniu rodziny. Bardzo pomocna i owocna okazuje się również współpraca z innymi rodzinami uczącymi w domu – wskazują.

…Z danych resortu edukacji wynika, że wśród rodziców powoli rośnie zainteresowanie edukacją domową. Jeszcze u progu roku szkolonego 2015/16 taką formą edukacji objętych było6 974 uczniów. W marcu tego roku liczba uczniów, których rodzice wzięli na swe barki odpowiedzialność za kształcenie swoich dzieci wzrosła do 7064.” (Marcin Austyn – Systemowa obróbka edukacyjna? Niekoniecznie)

podobne: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” oraz: Izabela Brodacka: Jesteśmy idiotami??” – Przez uprzejmość nie zaprzeczę czyli i to: Edukacja domowa – prawdziwie szkolna tradycja. Literatura pomocnicza. a także: Wczesna edukacja szkolna nie jest dobra dla dziecii jeszcze: Edukacja domowa lekiem na „szkołę” czyli… sam sobie pościel a się wyśpisz. polecam również: Wielkie żarcie się kończy! Zmierzamy ku edukacyjnej katastrofie. oraz: Tradycja Szkoły Rycerskiej w Liceum Akademickiego Korpusu Kadetów w Łysej Górze.

Antoine de Saint-Exupery (szkoła, wiedza, nauka, dzieci, edukacja, istota rzeczy)

Advertisements

One comment on “W kolejną rocznicę napaści nazistów… o agenturze wpływu w ramach przymusowej „szkoły publicznej”, oraz o patriotyzmie w ramach edukacji domowej.

  1. Pingback: Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjach | Łódź Odysa

Dodaj komentarz (byle bez epitetów i wulgaryzmów)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s