Coryllus o drugoplanowych bohaterach trylogii Sienkiewicza i o poziomie jego naśladowców. Kaczmarski: „Pan Wołodyjowski” i „Pan Kmicic”.


Waldemar Kuźbiński - Pan Kmicic

Waldemar Kuźbiński – Pan Kmicic

„Wilcze zęby, oczy siwe,
Groźnie garść obuszkiem furczy,
Gniew w zawody z wichru zrywem,
Dzika radość – lot jaskółczy,
Czyn – to czyn: zapadła klamka
Puścić kura po zaściankach:
Hej, kto szlachta – za Kmicicem!
Hajda na Wołmontowicze

Przodkom – kule między oczy!
Krótką rozkosz dać sikorkom!
Po łbie – kto się napatoczy,
Kijów sto – chudopachołkom!
Potem picie do obłędu,
Studnia, śnieg, my z tobą, Jędruś!
Hej, kto szlachta – za Kmicicem!
Hajda na Wołmontowicze

Zdrada, krzyż, na krzyż przysięga
(Tak krucyfiks – cyrografem)
I oddala się Oleńka,
Żądze się wychłoszcze batem.
Za to swoich siec, czy obcych –
Jedna praca. Za mną, chłopcy!
Hej, kto szlachta – za Kmicicem!
Hajda na Wołmontowicze

Wreszcie lek na duszy blizny:
Polska – suknem Radziwiłła.
Wróg prywatny – wróg ojczyzny,
Niespodzianka, jakże miła.
Los, sumienie, panny stratę
Wynagrodzi spór z magnatem,
Hej, kto szlachta – za Kmicicem!
Hajda na Wołmontowicze

Waldemar Kuźbiński - Oleńka

Waldemar Kuźbiński – Oleńka

Jasna Góra, czas pokuty.
– Trup, trup! – Kmicic strzela z łuku.
Klasztor płaszczem nieb zasnuty
W szwedzkich armat strasznym huku.
Jędrek się granatem bawi,
Ksiądz Kordecki – błogosławi.
Hej, kto szlachta – za Kmicicem!
Hajda na Wołmontowicze

Jest nagroda za cierpienie
Kto się śmieli, ten korzysta:
Dawnych grzechów odpuszczenie,
Król Jędrkowi skronie ściska.
Masz Tatarów, w drogę ruszaj,
Raduj Boga rzezią w Prusach:
Hej, kto szlachta – za Kmicicem!
Hajda na Wołmontowicze

Krzyż, Ojczyzna, Bóg, prywata,
Warchoł w oczach zmienia skórę.
Wierny jest, jak topór kata
I podobną ma naturę.
Więc za słuszną sprawność ręki
Będzie ręka i Oleńki,
Łaska króla, dworek, dzieci,
Szlachcic, co przykładem świeci.
Hej, kto szlachta – za Kmicicem!
Hajda na Wołmontowicze!”

Jacek Kaczmarski – „Pan Kmicic”

„…Najczęściej stawianym Sienkiewiczowi zarzutem jest to, że postaci przez niego kreowane są schematyczne i papierowe. Nie wiem czym ludzie wydający takie opinie czytają książki Henryka Sienkiewicza, ale na pewno nie oczami i głową. Żeby bowiem zrozumieć na czym polega wielkość tej prozy trzeba przyjrzeć się z bliska postaciom właśnie i to w dodatku nie postaciom pierwszoplanowym, ale tym które stoją za nimi i tym ustawionym przez pisarza w półcieniu lub w mroku prawie. O głównych bohaterach trylogii napisano już wiele, spróbujmy więc zerknąć na tych co stoją z tyłu. Jest ich bardzo wielu i tworzą prawdziwy tłum, można by rzec, że to bohaterowie drugiego planu „robią” Trylogię, to dzięki nim powieści te są plastyczne, dynamiczne i przemawiające do wyobraźni. Z grubsza możemy ich podzielić na pozytywnych i negatywnych. Zacznijmy od końca czyli od powieści „Pan Wołodyjowski” i ulubionego bohatera autora niniejszego tekstu, od Adama Nowowiejskiego. Jest z początku pan Adam wesołym młodzieńcem wykazującym nadzwyczajnej zdolności wojskowe i ciut mniejsze zdolności w zakresie zabawiania dam. To pogodny chłopak z dobrego domu, który o życiu nie wie nic lub prawie nic. Ma ochotę się ożenić, ale chyba niezbyt silną, bo każde wezwanie do służby wita z radością i chętnie rusza na wojnę. Poznajemy go w dworku Ketlinga na samym początku książki, kiedy to niezręcznie próbuje się oświadczyć Basi Jeziorkowskiej, późniejszej żonie pułkownika Wołodyjowskiego. Z początku nic nie wskazuje na to, że będzie Adam Nowowiejski jedną z najbardziej tragicznych postaci w całym cyklu. – Gil przyleciał – oznajmia panna Basia towarzystwu zgromadzonemu w ketlingowym dworku kiedy po raz pierwszy zobaczyła pana Adama, jak stoi w progu przystrojony w czerwony żupan. Ów gil wyleciał wkrótce na Dzikie Pola i tam wsławił się w walkach i podchodach.

Waldemar Kuźbiński - Jurko Bohun

Waldemar Kuźbiński – Jurko Bohun

Był także Adam Nowowiejski człowiekiem obdarzonym wielką siłą, z której korzystał nader oszczędnie i jakoś tak poczciwie. Był młodym buntownikiem, bo uciekł przecież ojcu i preceptorom, kiedy posłano go do szkół. Był człowiekiem przyjaznym ludziom i, jak na kresowego żołnierza, stanowczo zbyt ufnym. Jego znajomość z Azją nie nosi cech wrogości, Adam Nowowiejski ma pewnie nawet nadzieję, że Tatar ożeni się z jego siostrą. Zgodą i opiniami starego Nowowiejskiego jego syn przejmuje się mało, wszak już raz je zlekceważył i nic się nie stało. Upokorzenie Azji traktuje lekko, sam doznał z ojcowskiej ręki tylu upokorzeń, że chyba nawet nie rozumie jak można się o to boczyć. A już na pewno nie rozumie młody pan Nowowiejski aspiracji Tuhajbejowicza. To wszystko usypia w nim czujność i sprawia, że w wiek męski przejdzie w sposób najboleśniejszy z możliwych. Nie można bowiem wymyślić nic bardziej potwornego dla człowieka o takiej konstrukcji, jak młody pan Adam. W jednej właściwie chwili zamienia się Nowowiejski w postać rodem z „gothic stories”. Pogodny i wesoły chłopak poszukujący kontaktu z ludźmi i garnący się do każdego towarzystwa staje się potworem karmionym myślami o zemście. Nie o jakiejś tam zemście, ale o takiej która sprawi, że jego imię będzie kojarzone z nią na zawsze, a potworność tej zemsty i jej widok nie opuszczą go do końca życia.
Ludzie, którymi otoczył się nasz bohater w czasie pościgu za Azją to ponure i bezwzględne typy, a Luśnia gotów jest do popełniania najbardziej wyrafinowanych okrucieństw. Nikt mu przecież nie każe wydłubywać oka wbitemu na pal człowiekowi, nikt mu nie każe podpalać mu rąk związanych wiechciem, ale Luśnia robi to z własnej, nieprzymuszonej woli i jeszcze się z tego cieszy. Kiedy jest już po wszystkim odmieniony całkowicie Adam Nowowiejski odjeżdża w noc, zemsta nie dała mu ani spokoju, ani satysfakcji. Dokonał jej w Multanach, za turecką granicą i rusza w step w nadziei, że ktoś go po drodze rozpozna i zabije. Śmierć przychodzi jednak do Adama Nowowiejskiego znacznie później, bo dopiero w bitwie pod Chocimiem. Zostaje on zastrzelony przez janczarów, na których ruszył samotnie z szablą jedynie.

W porównaniu z aspiracjami, które miał książę Bogusław Radziwiłł plany Azji Tuhajbejowicza to małe piwo z orzeszkami. Bogusław patrzy na otaczający go świat zaciekawiony, mrugając od czasu do czasu oczami. Otaczająca rzeczywistość jest dlań czymś tak nieprawdopodobnym, że on po prostu nie wierzy w jej istnienie. Światowy sznyt, jakiego nabrał w młodości sprawia, że Litwa i Rzeczpospolita to dla niego nie tyle prowincja i zacofanie, co inna planeta, świat po drugiej stronie lustra. Scena kiedy klaruje, że nie ma pojęcia czy szlachcie nie przyjedzie kiedyś do głowy obrać królem jakiegoś pana Piekłasiewicza z Psiej Wólki, a on – Radziwiłł – nie będzie musiał całować jego królewskiej, piekłasiewiczowskiej ręki, należy do najpiękniejszych w całej Trylogii. Ambicje Bogusława są oczywiście silne, ale nie tak silne, jak jego seksualne obsesje. To, szczerze mówiąc, budzi w wielu czytelnikach sympatię dla księcia. No bo jest to niby zdrajca i łasa na pieniądze oraz zaszczyty świnia, ale ma też jakieś ludzkie słabości i w dodatku zupełnie nad nimi nie panuje. Dodaje to jaśnie oświeconemu człowieczeństwa i czyni go postacią ciekawą. Inaczej niż jego stryjeczny brat, starzejący się frustrat z astmą, jest Bogusław człowiekiem dowcipnym i wesołym. Potrafi zabawić towarzystwo i zaimponować ludziom nie tylko majątkiem i pozycją, ale także inteligencją i poczuciem humoru. Gdyby książę żył dzisiaj mógłby prowadzić programy rozrywkowe zamiast Wojewódzkiego, bo w przeciwieństwie do niego wiedział co to znaczy kulturalna rozrywka. Oczywiście, jest Bogusław okrutnikiem, kazał obedrzeć ze skóry oficera, no ale w końcu chodziło o kobietę, więc możemy mu to wybaczyć. Mimo politycznej głowy nie jest za to książę przekonujący, jako statysta. Jego wybory są chybione i tylko swojej wyjątkowej pozycji i wyjątkowym stosunkom pozostaje w łasce królewskiej. Naród szlachecki nienawidzi go z wzajemnością, bo Bogusław już na samym początku naszej z nim znajomości oznajmia, że „plwa na szlacheckie testamenta”, robi to jednak w taki sposób, że wielu chciałoby go naśladować. Jako przeciwnik Andrzeja Kmicica jest książę najwspanialszym czarnym charakterem w całym cyklu i doprawdy trudno czasem zrozumieć dlaczego Oleńka nie uległa tak fascynującemu mężczyźnie. No ale cóż, to Sienkiewicz pisał „Trylogię” i to była jego decyzja. Otoczenie, księcia Bogusława godne jest jego samego, cudzoziemscy oficerowie, wsławieni grabieżami i bestialstwem w wojnach toczonych, jak Europa długa i szeroka oraz niejaki Sakowicz osobnik, któremu daleko do poczciwego, wsiowego bestialstwa Luśni. Sakowicz uwielbia zbrodnie perfidne o czym świadczyć może chęć utopienia w przerębli ciotki Kulwiec-hippocentaurówny.
Zanim przejedziemy do ‘Ogniem i mieczem” zwróćmy uwagę na postaci z dalszych planów występujące w „Potopie”, bo w ich konstrukcji widać całe mistrzostwo i znakomity warsztat Sienkiewicza. Ulubieńcem czytelników pozostanie na zawsze chyba stary Kiemlicz, ubogi szlachetka, kombinator, oszust i krętacz, który gotów jest rozpruwać brzuchy dla paru miedziaków i sprzedać własną matkę najgorszemu wrogowi, jeśliby tylko zgodził się ją kupić. Tylko przed jednym czuje człowiek ów respekt i tylko jedno szanuje – twarde ramię swojego byłego pułkownika. Dobrze bowiem wie Kiemlicz, że prawo i zemsta możnych chadzają różnymi drogami, ale zemsta jego dawnego dowódcy zawsze bieży po prostych szlakach i, jak to widział nie raz na własne oczy, nie błądzi ona nigdy. Stąd nabożny, podszyty strachem szacunek dla Kmicica i brak wahań jeśli chodzi o wybór pomiędzy nim a Kuklinowskim. Kiemlicz woli zresztą narazić się wszystkim, od Matki Bożej, którą opuszcza w godzinie próby po szwedzkiego generała Mullera i jego knechtów, niż zadrzeć z Kmicicem. Jest stary postacią jakby wprost wyjętą z XX wiecznych powieści sensacyjnych, mocno zarysowaną, wielowymiarową, trudną i intrygującą. Scena w wąwozie, kiedy mówi do swych synów ostatnie przed śmiercią słowa jest przejmująca i bolesna. Kiemlicz jest jedną z najlepiej zrobionych postaci w polskiej literaturze.

Waldemar Kuźbiński - Bohdan Chmielnicki

Waldemar Kuźbiński – Bohdan Chmielnicki

Wiem, że w „Ogniem i mieczem” najbardziej rzucającą się w oczy figurą z tylnych planów jest Rzędzian, nie o nim jednak chciałem napisać. Rzędzian to postać z commedia del arte, ulubieniec publiczności i ulubieniec autora. Spójrzmy na kogoś kogo autor zdecydowanie nie lubi i komu mimo tej niechęci potrafi oddać sprawiedliwość, na Bohdana Chmielnickiego. Sienkiewicz szczerze nienawidzi bohatera narodowego Ukrainy i nie tai tego. Jest dla autora bowiem jasne, że to Chmielnicki osobiście odpowiedzialny jest za zainicjowanie klęsk, jakie spadły na umiłowane przez Henryka Sienkiewicza państwo. Nazywa go więc pijakiem, zdrajcą, nie szczędzi opisów potworności, w których centralną postacią jest właśnie Bohdan Chmielnicki. Robi z niego Sienkiewicz miłośnika ponurej vendetty gotowego poświęcić życie dwóch tępawych, a Bogu ducha winnych, atamanów, po to by podgrzać atmosferę zbrodni i mordu, która nie dość silnie oddziałuje na zgromadzonych w Siczy Kozaków. Mamy więc mord założycielski, który rozpoczyna całą kozacką awanturę. Przymierze z Tatarami przeciwko chrześcijańskiemu krajowi jest dla autora ostatnim stopniem zdrady i nic gorszego już chyba nie może spaść na głowę hetmana zaporoskiego. Jest przy tym Chmielnicki przebiegły i karmi się nienawiścią za osobiste urazy. To także Sienkiewicz podkreśla z lubością. Przy tych wszystkich okropnych cechach obraz Bohdana, nakreślony ręką największego polskiego pisarza ma wszystkie cechy wielkości. Sienkiewicz opisuje bowiem Chmielnickiego tak, jakby był wobec niego chwilami bezsilny. Jakby Chmiel wyrastał ponad Trylogię, mimo, że Tatarzy wlekli go na arkanie, mimo że widzimy go wielokrotnie pijanego do nieprzytomności. Jest stworzony przez Sienkiewicza Chmielnicki prawdziwym mężem stanu, jest siłą i statyką w przeciwieństwie do większości jego przeciwników, wyjąwszy oczywiście księcia Jeremiego. Chmielnicki jawi się Sienkiewiczowie, jako wcielona groza i takim go nam przedstawia, zwodząc czasem obrazami upodlenia kozackiego wodza, po to tylko byśmy sami nie potracili głów patrząc w oczy temu, który na zimno i bez złudzeń gubił nasz i swój kraj. Piękną i groźną postacią jest Bohdan Chmielnicki w wydaniu sienkiewiczowskim.

Dlaczego ciągle wracam do Sienkiewicza? Być może był on ostatnią tak wyrazistą i piękną emanacją wielkiej i głębokiej kultury Rzeczpospolitej Obojga Narodów, kultury o której nie wiemy dziś prawie nic i której nie potrafimy nawet naśladować ani właściwie i dobrze zrozumieć. Dlatego.”(coryllus) 

źródło: O wielkości Sienkiewicza raz jeszcze 

podobne: Wacława Sobieskiego „Pańska buta” do „Rokoszu” Jacka Kaczmarskiego. Szlachta (nie) pracuje! oraz: (NIE)odpowiedzialni za państwo. Dwa oblicza Sarmatów i Quincunx Orzechowskiego czyli Wielka Polska Katolicka.

„…Ojciec przez długie wieczory specjalnie dla mnie czytał głośno „Try­logię”, od początku do końca. Miałem wtedy chyba lat dziewięć. Czekałem z niecierpliwością, aż nadejdzie pora wieczorna, i słu­chałem w skupieniu, dzień w dzień, ojcowskiej lektury. Gdy zda­rzało się, że ktoś nas odwiedził i przepadał sienkiewiczowski sympozjon, ogarniała mnie rozpacz.
Kiedy – niestety – skończyła się „Trylogia”, ojciec zaczął czytać głośno Dumasa, Balzaka. Umiałem już dość po francusku, by tekst rozumieć, prysł jednak urok. Po Sienkiewiczu zosta­wała jakaś łuna w pamięci i została na zawsze.
Książki Sienkiewicza, dość drogie, dostępne były tylko dla za­możniejszych. Znalazł się w Moskwie jakiś sprytny wydawca, skorzystał z braku ustawy o prawie autorskim i puścił na rynek przekład rosyjski „Trylogii”, o wiele tańszy od oryginału. Tysiące Polaków na kresach rozchwytywały ten przekład i znały teksty Sienkiewiczowskie jedynie z drugiej ręki. Urok tych książek fa­scynował tak bardzo, że nawet tłumaczenie, nie zawsze szczęśliwe, podbijało umysły i serca. Przepadała w nim jędrność staropolszczyzny i styl, ale czar fabuły wystarczał, by wywoływać entuzjazm. Czytano Sienkiewicza po zagrodach szlacheckich,
w domach rzemieślniczych – nieraz i organista kupował, gdy proboszcz zbyt długo delektował się oryginałem polskim i nie pożyczał ksią­żek od razu. Znajomość tekstów Sienkiewiczowskich stawała się obowiązkiem Polaka. Zbierano się po chałupach – słabopiśmienni, ci, którzy czytywali po polsku tylko książkę do nabożeństwa i led­wie dawali sobie radę z tym kunsztem, prosili, by im na głos czytano. Jednym z takich lektorów był stary nasz kucharz Fe­liks – jeden z nielicznych, posiadający na własność wydanie polskie, otrzymane na święta od ojca. Pośród jego słuchaczy byli i tacy, którzy już znali przekład rosyjski, ale chłonęli tekst polski, jakby był dla nich zupełną nowością. Zachęcony powodzeniem wydawca z Moskwy wydrukował rów­nież „Quo vadis” pod cerkiewno-słowiańskim tytułem „Kamo griadioszi?”, deformującym od razu styl arcydzieła i jego aurę łacińską.
Babka Ligocka, Franciszka Julia z Nagórnych, osoba o usposo­bieniu dość suchym, nie opuściła żadnego wieczoru, gdy ojciec czytał „Trylogię”, nie chciała jednak słuchać Dumasa i Balzaka, uważała tych pisarzy za rozwlekłych i nudnych.
– Owszem, Sienkiewicz – mówiła do mojej matki – ale te inne pomysły Edwarda; po co ta „Boska komedia”, po co ten Ugolino, ta Beatrycze? Gotów jeszcze jakiego literata zrobić z małego. Gdybyś ty, wnuczka Woroniczówny, robiła coś podob­nego, dziwiłabym się mniej, masz ostatecznie prawo do senty­mentów rodzinnych wobec tego Jana Pawła, którego czytać nie sposób. Ale żeby mój syn nie pomyślał ani razu, że w małym zmysł praktyczny trzeba rozwijać… Zmusza go do bujania w obło­kach, sam delektuje się w bzdurach. Zobaczysz, z tego nic dobrego nie wyjdzie…” (fragment z książki Edwarda Ligockiego – „Dialog z przyszłością”)

„…Patrząc na to wszystko wiem już na pewno, ze czas Henryka się skończył. Kolejne pokolenia nie wrócą do niego choćby nie wiem jak ważni urzędnicy czytali głośno Quo vadis i inne powieści. To już nie chwyci, głównie dlatego, że wymarł target, który rozumiał tradycję, w jakiej tworzył Sienkiewicz. To co zostało jest tylko smutną atrapą i jakąś biedną bardzo redakcją najważniejszych wątków prozy Henryka, które próbuje się przystrzyc tak, by współczesny, młody czytelnik je zrozumiał.

…Podstawowym atutem Henryka była doskonała znajomość targetu, do jakiego się zwracał, czyli do mieszkańców dworów, ludzi z dworów wygnanych i ludzi, którzy do dworów aspirowali. To wszystko minęło, minęli ci ludzie i ich naśladowcy, a my dziś jesteśmy zupełnie kimś innym. I innych inspiracji poszukujemy. Smutne jest to, że żaden autor nie podjął się wyzwania tak wielkiego i poważnego jak swego czasu Pan Henryk. Bo to było wyzwanie i duża odwaga, z czego niewielu zdaje sobie sprawę. Pomysł teoretycznie prosty, ale w rzeczywistości w jakiej uwięziony był Henryk Sienkiewicz, wcale nie łatwy do realizacji. Napisanie powieści o rycerzach w dobie pozytywizmy i całej tę drętwej mowy, w wieku nie najmłodszym już przecież, to było spore ryzyko. Dziś, jak powiadam, nie ma nikogo takiego, są jedynie mniej lub bardziej udani naśladowcy, którym się wydaje, że wystarczy zrobić tak samo jak on tylko gorzej, dodać trochę scen rozbieranych, żeby przyciągnąć młodzież i gotowe. To się niestety udać nie może, choćby nie wiem jak naśladowcy Sienkiewicza zaklinali rzeczywistość. To się udać nie może, albowiem mechanizmy, jakimi porusza się duszę czytelnika, znajdują się o sześć poziomów niżej, a strzegą ich gnomy, czarnoksiężnicy, złe wróżki i inżynierowie wieku pary i elektryczności o mocno zaburzonej psychice. Pisarze naśladujący Sienkiewicza nigdy do tych piwnic nie trafią…(coryllus – Czy Henryk Sienkiewicz jest jeszcze potrzebny?)

podobne: Quo vadis „polska” edukacjo? czyli… Mickiewicz i Sienkiewicz w odstawkę.

Waldemar Kuźbiński - Pan Wołodyjowski

Waldemar Kuźbiński – Pan Wołodyjowski

*

„Do nieba leci Mały Rycerz
Wybuchem rozerwany w strzępy,
W Rzeczypospolitej granice
Tureckie kładą się zastępy.
Pęka imperium pełne swobód,
Rozerwą je sąsiedzi rychło –
Jak Basi rzekł, tak powie Bogu
Pan Michał swoje credo: Nic to!

Trzęsie się z płaczu pan Zagłoba
Nad symboliczną Polski trumną
I krwi nie woła – sam nad grobem,
Bo umrzeć łatwo; żyć jest trudno.
Więc szloch w rycerskie ciśnie piersi
Kaja bohater się i nicpoń
Wobec tak niepojętej śmieci
O której Michał rzekł, że – Nic to!

 

Waldemar Kuźbiński - Pan Zagłoba

Waldemar Kuźbiński – Pan Zagłoba

Lecz „nic to” – śmierć, czy „nic to” – życie?
Potyczki, zwady i miłostki?
Do nieba leci Mały Rycerz,
Do nieba jest najbliżej – z Polski.
Swoje odsłuchał i odsłużył
Wiatraczkiem, sztychem, fintą płytką
I oto dzieło jego – w gruzy…
Więc chyba rację miał, że – Nic to!

Nie znał mądrości swej żołnierzyk
Zajęty Baśką i szabelką:
Nie wątpić, w sen ofiary wierzyć
Jest rzeczą łatwą – bywa wielką.
Lecz potem wbrew serc pokrzepieniu
Łzę cenić tylko na policzku
I na niebieskim, na sklepieniu
Wypisać krwią dewizę – Nic to!”

Jacek Kaczmarski – Pan Wołodyjowski 

poprzednio: Jacek Kaczmarski: „Epitafium dla księdza Jerzego”… nienasyconym (w rocznicę morderstwa)

Advertisements

2 comments on “Coryllus o drugoplanowych bohaterach trylogii Sienkiewicza i o poziomie jego naśladowców. Kaczmarski: „Pan Wołodyjowski” i „Pan Kmicic”.

  1. Pingback: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w wojsku oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego. | Łódź Odysa

Dodaj komentarz (byle bez epitetów i wulgaryzmów)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s