Wolność, równość, szyderstwo (od PRLu do fejsbuka) czyli walka z cenzurą kiedyś i dziś. O skutkach ubocznych pracy najemnej i deklasacji kultury.


Luis Quiles - Cenzura

Luis Quiles – Cenzura

„…Odruch (auto)cenzorski wywołuje każda uświadomiona sobie zależność. Ta zależność jest z natury rzeczy nieodłączną cechą każdej relacji społecznej. Instynkt samozachowawczy każe nam w związku z tym komunikować się w taki sposób z otoczeniem, aby nie prowokować reakcji, mogących zagrozić naszemu bezpieczeństwu lub narazić nas na utratę osiągniętego – dzięki właśnie tym relacjom – statusu społecznego czy materialnego dostatku.

Jedną z takich relacji jest PRACA NAJEMNA. Wspomniany instynkt powstrzymuje ludzi przed mówieniem czegokolwiek złego o swym pracodawcy, nawet gdyby to było najszczerszą prawdą. W kontaktach z najbliższym otoczeniem (w miejscu pracy i często poza nim) przeprowadzamy zatem selekcję informacji po to, aby niczym się swemu pracodawcy nie narazić. Do cenzury sensu stricto dochodzi jednak dopiero w warunkach o wiele bardziej specyficznych. Warunki takie spełnia praca w mediach, czyli w tzw. środkach masowego przekazu. Jeśli bowiem odruchową selekcję informacji rodzi każda uświadomiona sobie zależność od pracodawcy, to o ile silniejszy musi być ów odruch w warunkach pracy, której PRODUKT składa się wyłącznie z INFORMACJI. A przecież to właśnie w celu wytworzenia tego rodzaju produktu peerelowscy dziennikarze i redaktorzy wynajmowali się do pracy w reżimowych i w wasalskich mediach…

…Podstawowym– choć niepisanym, bo dla każdego oczywistym– kryterium cenzorskimw peerelowskich mediach była ochrona interesu pracodawcy (ew. koncesjodawcy),którym w peerelowskich warunkach był komunistyczny reżim. Powodem stosowania przez dziennikarzy i redaktorów tego kryterium nie było wyłącznie istnienie tego urzędu, lecz banalny fakt, że ludzie ci, idąc do pracy w reżimowych lub w koncesjonowanych przez ów reżim mediach pragnęli pracę tę po prostu zachować, aby następnie móc w tych mediach robić kariery i korzystać z przywilejów, jakie ta praca gwarantowała. Usilnie zatem dbać musieli o to, aby się niczym temu pracodawcy nie narazić. Nie mogli – idąc do tej pracy – nie być tego świadomi. Jeśli zatem z własnej i nieprzymuszonej woli na tę właśnie pracę się decydowali, oznaczało to ni mniej ni więcej, że obowiązującą w niej cenzurę akceptowali oraz że jej kryteria przyjmowali za własne. Potwierdzali to zresztą, składając następnie podpisy pod tymi wstępnie już przez siebie i przez redakcje ocenzurowanymi tekstami i wreszcie poprawionymi przez radców z GUKPPiW. Afirmowali w ten sposób system peerelowskiej cenzury, dostarczając przy okazji formalnego alibi radcom z GUKPPiW

Postpeerelowscy dziennikarze narzucają opinii publicznej wygodną dla siebie interpretację omawianego zjawiska, wedle której ofiarą „zewnętrznego cenzora” byli w PRL dziennikarze, publicyści czy artyści. Pragną bowiem, aby wyglądało na to, że to nie masowy odbiorca (społeczeństwo) wytwarzanego przez nich produktu – przekazu medialnego – pada ofiarą cenzury. Aby to osiągnąć spłycają perspektywę oglądu poznawczego, co pozwala na podmianę obiektu oddziaływania cenzury po to, by odwrócić uwagę od ostatecznego, końcowego celu jej manipulacyjnego oddziaływania. W rzeczywistości dziennikarze nie byli obiektem manipulacji cenzorskiej lecz tylko jednym z jej współpodmiotów. Prawdziwym obiektem cenzorskiej manipulacji (jej ofiarą) był natomiast masowy odbiorca. Biorąc udział w tym haniebnym procederze, dziennikarze nie byli przecież pozbawiani dostępu do pełnej (dostępnej im już) informacji. To oni sami przecież – wspólnie z redaktorami i radcami GUKPPiW – dostępu do tejże samej informacji pozbawiali swych czytelników, widzówi słuchaczy – całe zatem polskie społeczeństwo. Hipokryzja służąca uciszaniu głosu sumienia, każe im nie dopuszczać do świadomości możliwości istnienia innej – prawidłowej – definicji cenzury. A brzmi ona tak:

CENZURA JEST SELEKCJĄ INFORMACJI PRZEZNACZONYCH DO MASOWEGO ROZPOWSZECHNIANIA…

(salon24.pl T. Strzyżewski – AUTOCENZURA jako fundament każdej cenzury)

Tomasz Strzyżewski w 1977 uciekł do Szwecji, gdzie wydał „Czarną księgę cenzury w PRL” demaskującą mechanizmy instytucjonalnej cenzury w Polsce ludowej (był pracownikiem w Głównym Urzędzie Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk). (…) „Errata do biografii: Tomasz Strzyżewski” Grzegorza Brauna odkrywa niejasną atmosferę wśród „opozycyjnych” środowisk szwedzkiej Polonii, gdzie silną pozycję mieli bracia Smolarowie i odpowiada na pytanie, czy Eugeniusz Smolar był kontaktem operacyjnym służb bezpieczeństwa o pseudonimie „Korzec”.

podobne: „Zawieszenie i dziewczyna”, fobia, absurdy oraz niusy ważne i mniej ważne (wizyta Dudy w Chinach na cenzurowanym). „Dziennikarz służalczy to najbardziej żałosna kreatura” czyli… Ile jest dziennikarstwa w „polskich”(?) mediach. oraz: „Łajna w jedwabnych pończochach” odklejają się od „Cysorza”.

„…kultura możliwa jest jedynie w społeczeństwie klasowym. Kiedy dewastuje się społeczeństwo klasowe kultura zamienia się w aspirację. To jest mniej więcej to samo, o czym pisałem tu przedwczoraj, ale ujęte od innej strony. Powiedział też ten mój kolega, że w czasach dawniejszych nikt nie miał pomysłu na totalną dewastację kultury, czyli klas, a dokonywano tego jedynie na pewnych obszarach, nieraz dość sporych, które nosiły nazwę herezji. Pomysł na likwidację społeczeństwa klasowego jest pomysłem stosunkowo nowym, a ja mogę dodać od siebie, że jego totalny charakter, jest niestety złudzeniem. Zwiększył się jedynie obszar, na którym montuje się tę pułapkę, a zwiększył się, że można było złapać w nią nawet najbardziej cwane i przebiegłe szczury.

Likwidacja społeczeństwa klasowego załatwia sprawę najważniejszą – ukrywa istotne hierarchie i nazywa to równością. Nie jest to żadna równość, po prostu nie widzimy struktury, która rządzi i przez to nie możemy w niej awansować. W zamian za to podsuwa ludziom hierarchie fałszywe – bądźmy, jak syte społeczeństwa zachodu, na przykład, albo – aspirujmy do tej czy innej lokalnej kultury. Aspirować można w nieskończoność i to zawsze będzie śmieszne – patrz Pacewicz z biało czerwoną opaską. Jeśli bowiem nie ma realnej możliwości poprawienia swojego życia, każda aspiracja jest kabaretem dla idiotów. Można się oczywiście bronić przed tym i wmawiać sobie, że jest inaczej, ale jedna konfrontacja z przedmiotem aspiracji załatwia sprawę…

…Oto facebook będzie negocjował z przedstawicielami środowisk narodowych. Nie mam słów. Ci durnie pójdą negocjować z pracownikami fejsbuka, a wcześniej dali się wkręcić w zabawę pod tytułem „cenzura stron faszystowskich”. To jest manifestacja słabości i podległości wprost. Jak można negocjować z fejsbukiem? Poprzez adwokatów jedynie i na sali sądowej. Inaczej człowiek przyznaje się do wyssanych z palca zarzutów i obelg jakimi obrzucił go fejsbuk. Nikt tego jednak nie zrozumie, ponieważ nie znajdujemy się w sferze zdrowej, ludzkiej kultury, znajdujemy się w obszarze chorych, socjalistycznych aspiracji, kiedy oferta od hierarchii takiej jak FB traktowana jest niczym dar niebios i nie można jej po prostu odrzucić. Jeden z komentatorów umieścił pod tą informacją znamienny bardzo wpis, zapytał czy spotkanie będzie z kimś na poziomie czy z lewakami-cenzorami…Cóż tu dodawać…” (coryllus – Wolność, równość, szyderstwo)

podobne: O „wolności słowa” w internecie… a także: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki? polecam również: Smołyń… czyli o sojuszach politycznych budowanych na „autorytecie” tzw. „ludzi kultury”. Jaką propagandą będą żyć Polacy po Wajdzie? i jeszcze: Marek Gajowniczek: „Piana na rzece” do grafiki Andrzeja Krauze: „Wolnośc słowa”

Czym w zasadzie jest ten cały fejsbuk że tylu wydawałoby się poważnych ludzi aspiruje do tego żeby być jego częścią? Ano tym:

„1. Kasowanie stron i banowanie użytkowników, którzy zostaną uznani za nie spełniający standardów. (…)

2. Segregowanie treści w dowolny sposób. (…)

3. Możliwość ustawienia algorytmów co ma się wyświetlać userom, obcinanie zasięgów w sztuczny sposób. (…)

4. Wpisy sponsorowane. (…)

5. Odlajkowywanie. (…)

6. Nie działające powiadomienia (…)

7. Sugerowanie postów (…)

8. Filtrowanie wpisów (…)

9. Ukrywanie w wynikach wyszukiwania 

(…)

1. Facebook jest dziś największym portalem internetowym. Stał się przestrzenią, w której obok selfie i kotów ścierają się również poglądy użytkowników, a większość ludzi czerpie stąd informacje. Jakakolwiek cenzura, machinacje przy zasięgach – prowadzą do dominacji w dyskursie określonych postaw

2. To dzięki social media nagłośnione zostały sprawy takie jak słynny Sylwester w Kolonii. To social media weryfikują często nieprawdziwe informacje podawane w dużych mediach i przyłapują je na manipulacji. To social media przywróciło równowagę we wpływie na postrzeganie rzeczywistości pomiędzy ludźmi, a mediami masowymi.

3. Facebook operując w Polsce musi respektować polskie prawo

4. Facebooka nie obowiązuje prawo prasowe i można rozpowszechniać w jego przestrzeni dowolne historie (prawdziwe, o przeinaczonym sensie czy nawet całkowicie zmyślone) na dowolny temat. Czy to jeszcze jest wolność słowa?

Nie trudno jest wyobrazić sobie celowe rozprzestrzenianie fejków, kupowanie im zasięgów i podbijanie przez fejkowe konta. A mając świadomość że administracja może pewne treści użytkownikom pokazywać, a inne przed nimi ukrywać czy wręcz likwidować – to wszystko razem prowadzi do niebezpiecznych wniosków.

Facebook (pod wpływem pieniędzy ale też chęci cenzury lub propagowania treści przez administratorów) ma możliwość realnego wpływania na rzeczywistość i jednocześnie przy doborze informacji kieruje się własnymi standardami, będąc praktycznie wyjętym spod jurysdykcji prawnej.

Innymi słowy, jest to narzędzie które w rękach nieodpowiednich ludzi, może być gigantyczną maszynką propagandową, właściwie niemożliwą do zweryfikowania. Chyba nie o to chodziło…” (ŻelaznaLogika – 9 możliwości Facebooka w dobieraniu treści dla użytkownika wbrew jego woli)

DOKŁADNIE O TO CHODZIŁO… Cytuję: „…Pan Zuckerberg uważa, że jego gówno ma połączyć wszystkich „entreprenełrów” (cokolwiek to znaczy) na świecie. Ja uważam, że to gówno ma przede wszystkim za zadanie odmóżdżać całe masy ludzkie i m.in. tych co mają prawicowe poglądy dosłownie obrócić w tępych reakcjonistów, którzy zamiast czytać książki, codziennie przewijają kilometry taniego gówna na FB i Twitter, czegoś co nie wymaga refleksji tylko podobnie jak wiele filmików na YT wyprowadza ludzi z równowagi o tym jaka to niesprawiedliwość na świecie się dzieje.
Korzystanie z tych mediów jest wydaje mnie się jeszcze bardziej zabójcze dla świadomości niż reżimowa telewizja, bo stwarza pozory czynnego udziału, a to jest jedna wielka melasa komentarzy…”

Chodzi o skanalizowanie w jednym miejscu wszystkich możliwych aktywności jak największej liczby ludzi, łącznie z patologicznymi by mogły znaleźć bezpieczne ujście w inny sposób jak na ulicy. Chodzi też o to by podsuwać ludziom jako atrakcyjne (dzięki złudzeniu masowości) i urabiać ich w „jedynie słusznych poglądach” a jednocześnie cenzurować i zwalczać poglądy niesłuszne i zagrażające tym pierwszym. Fejsbuk jest również po to by topić i „znikać” wszystko co ważne w masie bełkotu i oderwanych od rzeczywistości „informacji” zwanych szumem, tudzież będącymi zwykłym kiczem i tandetą w ramach tzw.”rozrywki”.

W świetle tego czym rzeczywiście jest ten cały fejsbuk, jedyne co można zrobić to potraktować poważnie siebie zostawiając całe to środowisko daleko w tyle. Najlepiej po cichu i bez egzaltacji. Inaczej można skończyć jak „narodowcy” i MaxK. który informuje kogo tylko może że jest na jakiejś wojnie (UWAGA) o „lajki” i „wolność słowa” z portalem którym sam (rzekomo) gardzi za manipulację, oraz anty wolnościową i lewacką politykę. Jakby te lajki i ich liczba świadczyły o jakiejś racji, sile głosu, albo miały wpływ na rzeczywistość inną od wirtualnej. Jakby rzeczywiście wierzył w to że Pana Zuckerberga to obejdzie i że zmieni zdanie tj. politykę jaką na SWOIM produkcie z premedytacją uprawia.

Jestem ciekaw jak czują się ci wszyscy biedni ludzie którzy sponsorują oba projekty (fejsia i maksia) dodając im swoją powagą wiarygodności w przekonaniu że wspierają coś ważnego. Lepiej by było dla nich wpłacać na program Pani Jaworowicz bo nie wiedzą co czynią. No ale to jest efekt tego o czym wspomina coryllus – socjalistycznej rewolucji „równościowej”, dzięki której każdy świr ulegając tej iluzji może poczuć się tak samo ważny jak sam Lis czy Rachoń, przekonany o tym że dzięki komentarzowi zamieszczonemu na takim czy innym portalu ma szansę zająć ich miejsce.

Jeśli „aspirujący” do elity „poważni” ludzie którzy mają jakiś wpływ na opinię publiczną nie przestaną się w ten sposób wygłupiać to „…To co zostanie nam w ręku i co będzie pociechą na długie lata pustki i coraz bardziej dojmującej tępoty, to aspiracja, czyli picie kawy z obłupanej filiżanki z odgiętym finezyjnie paluszkiem”… coś ala Gadowski i pisanie na cyfrowy Berdyczów w nadziei że wynegocjujemy od gwałciciela żeby nas trochę mniej używał. Powodzenia… (Odys)

podobne: Zenon Dziedzic: Esej o indoktrynacji. Istotą pełni życia człowieka myślącego jest jego wolność. oraz: „Czego my nie wiemy, choć powinniśmy wiedzieć”… I choć podświadomie wiemy to wniosków nie wyciągamy, bo nie wiemy czego chcemy. O niewolnikach systemu

…poza tym warto pamiętać o tym że… „…nie jesteśmy właścicielami tej przestrzeni, nie jesteśmy nawet gośćmi, co najwyżej użytkownikami.

Ale też to, że jesteśmy użytkownikami serwisów społecznościowych, nie znaczy, że mamy w związku z tym do nich prawa. Po zamieszczeniu tam słów czy nagrań przestajemy w zgodzie z regulaminem być ich właścicielami. Nie możemy nimi dowolnie dysponować. Przekazujemy prawa do nich właścicielom Facebooka, Instagramu, Twittera, Google Plus, LinkedIn, Pinterestu i czego tam jeszcze używamy…

Administrator serwisu w każdej chwili może nas bez najmniejszego problemu z niego wyrzucić. Może usunąć to, co wyprodukowaliśmy i co często z wielką pieczołowitością przez lata sobie gromadziliśmy: urywki zdań, zdjęcia, nagrania, rysunki… — jeśli nie zostały zapisane w innym miejscu, tracimy je w ciągu kilku sekund. Bez jakiejkolwiek szansy nie tylko na rekompensatę, ale nawet na wyjaśnienie. Nie — bo nie. Nie mamy pani, pana (cyfrowego) płaszcza, i co nam pani, pan zrobisz?

Możemy pisać — na cyfrowy Berdyczów. Standardowe — przygotowane przez najlepsze kancelarie prawne — odpowiedzi już na nas czekają.

Administrator może nawet, w poszukiwaniu modelu ekonomicznego, zaprzepaścić całe zaufanie, jakie do niego mieliśmy, i całą zawartość naszej „szuflady pamięci” po prostu sprzedać. Łącznie z komunikacją, którą — jak nam się wydawało — ukryliśmy przed publicznym dostępem

…To, co robimy w sieci, jest naszą zabawą, podejmowaną przez nas w naszym czasie wolnym (albo w czasie, który podkradamy naszemu pracodawcy, naszym rodzinom, naszym dzieciom) z zyskiem dla tych, którzy nam tę zabawę umożliwiają. Produkujemy wartościowy dla nich „content”, treść. Ale też oddajemy im wiedzę o nas samych.

Tak, to przecież oczywiste, bezpłatna poczta mailowa również nie należy do nas. Nie do nas należą przesyłane słowa, zdjęcia, emocje. Nie są naszą własnością. A tak naprawdę upewnijmy się, czy jeszcze są tam, gdzie do niedawna były. I czy na pewno dobrze je zabezpieczyliśmy, aby należały do nas i abyśmy tylko my mieli do nich dostęp, aby nie mogły być analizowane, przetwarzane, dotykane. Nie, naprawdę nie chodzi o bardziej skomplikowane hasło dostępu, ale o to, do kogo te dane należą, kto jest ich absolutnym, stuprocentowym dysponentem…

…Możemy wymagać szacunku wyłącznie, jeśli za coś płacimy. Jeśli mamy nasze zasoby na bezpłatnych serwerach do nas nienależących, niczego nie mamy i niczego wymagać nie możemy. Co więcej, jesteśmy niewolnikami tych, którzy na naszych danych robią swoje biznesy. Łączą nasz adres e-mail, miejsca, w których się logujemy, tematykę poruszaną w mailach, inne serwisy, do których mamy dostęp, zdjęcia, strony dla dorosłych, dane karty bankowej i ostatnie operacje na koncie, umawiane wizyty lekarskie, wyniki badań analitycznych krwi, zamawiane książki, siatkę relacji ze znajomymi, nasze mniejsze i większe słabostki, polityczne afilacje, plany wakacyjne — z naszym adresem, numerem PESEL i, co od dawna już w tym procesie jest oczywiste, dawno bowiem nastąpiło z uwagi na inercję państwa, naszym imieniem i nazwiskiem” (wszystkoconajwazniejsze.pl Eryk Mistewicz  Korporacje nowych mediów pokazują inną twarz)

podobne: Dzień ochrony danych osobowych. Krok po kroku będą wiedzieć o nas co raz więcej.

Pretensje o to że nas ktoś obcy i wrogo nastawiony nie chce u siebie gościć a co najwyżej wykorzystać i zostawić z dzieckiem są co najmniej niepoważne. Zwłaszcza kiedy się SAMI takiemu komuś w łapy ładujemy. I taka jest różnica między dawną a dzisiejszą cenzurą… (Odys)

Adam Wycichowski niewolnik - wolna debata

Adam Wycichowski niewolnik – wolna debata

Advertisements

7 comments on “Wolność, równość, szyderstwo (od PRLu do fejsbuka) czyli walka z cenzurą kiedyś i dziś. O skutkach ubocznych pracy najemnej i deklasacji kultury.

  1. Pingback: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? | Łódź Odysa

  2. Pingback: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą. | Łódź Odysa

  3. Pingback: Kultury dobre i złe, oraz prowokacje i profanacje czyli… obrzydzanie sztuki przez socjalistów. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu | Łódź Odysa

Dodaj komentarz (byle bez epitetów i wulgaryzmów)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s