Na chłopski rozum o „transmisji myśli w kosmos”, talencie wybrańców losu, transgresji i ektoplazmie „poezji” czyli… „o mafii bardzo kulturalnej” („arystokracji rozumu”) oraz magii Nobla Władysława Reymonta (alias Rejmenta-Balcerka)


Aykut Aydoğdu – Człowiek i Owad

„Kiedy słyszę słowo kultura, odbezpieczam rewolwer” (Hanns Johst)

„Żeby coś, co sztuką nie jest, przeobraziło się w nią, wystarczy poprosić kuratora – niech namaści egzegezą. Kupa błocka, poddana krytycznej analizie, okaże się pełna wysublimowanych znaczeń” (Monika Małkowska)

Oprawę tekstu stanowić będzie obraz który jak sam jego autor (Kordian Lewandowski) słusznie zauważa czasem wart jest więcej niż przysłowiowe tysiąc słów. Chodzi o top 9 wystąpień polskich artystów współczesnychOglądanie filmiku nie jest konieczne dla zrozumienia o czym będzie pisane, a tylko nadmienię że jednym z bohaterów jest Pan Edward Dwurnik (eksportowy i „ulubiony artysta” ministra Glińskiego, odznaczony przez niego Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”), który stanowi niejako ideologiczną oprawę dla zaprezentowanej w materiale czeredy. Żeby wiedzieć bez oglądania z czym mamy do czynienia pozwolę sobie zacytować jego śmiałą tezę:

„…Prawdziwy malarz, prawdziwy artysta tworzy w rozpędzie po prostu. I jeśli ma coś do powiedzenia to jest ok. Prawdziwi malarze, jest ich bardzo mało… jest ich po prostu tylu [tu unosi dłoń i pokazuje pięć palców] po wojnie, może sześciu… dotykają… bardzo ważnych strun życia…. Ale dlaczego dotykają, i dlaczego tak się dzieje ja nie wiem. Ja nie mogę na to odpowiedzieć, bo tak jest, tak się stało no… I… albo istniejemy, albo k..wa, idziemy w zapomnienie i ch…, i ch… po nas” [brawa]… koniec cytatu

Na początek o tym jak to z tą sztuką i kulturą w Polsce było pisze (po nazwiskach) cytowana już wyżej Pani Monika Małkowska… (Odys)

„…Pole leżało odłogiem, niczyje. Dziki teren z żyłami złota, których istnienia nikt nie podejrzewał. A nawet jeśli, to brakowało urządzeń, żeby do nich dobrać. Mówię o zasobach w postaci sztuki. O wydobyciu ich i wprowadzeniu w rynkowy obieg.

Transformacja 1989 wymagała nowych ludzi na dyrektorskich stołkach. Nowych, znaczyło „nie umoczonych” i lepiej zorientowanych w realiach art worldu, niż poprzedni szefowie. Również kryty­ka wymagała odświeżenia, na podobnych zasadach.

Pierwsze wydarzenia wprawiały wszystkich w euforię. Rok 1990, Ministerstwo Kultury i Sztuki, pani minister Izabella Cywińska namaszcza dwoje takich nowych – Wojciech Krukowski obejmuje ster CSW-Zamku Ujazdowskiego; Barbara Majewska dostaje Zachętę. Wkrótce potem Anda Rotten­berg zostaje kuratorką Galerii Domu Artysty Plastyka, będąc jednocześnie dyrektorką Departamen­tu Sztuki w MKiS. W 1993 roku Rottenberg zakończyła pracę w DAP, by przez kolejnych osiem lat szefować najważniejszej polskiej instytucji artystycznej – Zachęcie. Dalsze zmiany w co ważniej­szych polskich galeriach wynikały z powyżej wymienionych i/lub były efektem postsolidarnościo­wych wyborów.

Do połowy lat 90. w polskiej sztuce hulało. Artyści chcieli wykrzyczeć wolność. Romantycy! Nie bali się żadnej formy ani tematyki. Ryzykowali i brali społeczne odium na klatę. Nie byli nastawieni merkantylnie, nie planowali karier. Ba, plasowali się w opozycji do aukcyjnych tuzów (bo zaczęły się pierwsze licytacje i wyłonili zwycięzcy). Twórcy z ochotą przekazywali prace na liczne aukcje charytatywne, gdzie młotek szedł w ruch przy sumie wywoławczej 100 zł. Nawet właściciele prywatnych galerii wciąż zachowywali się bardziej jak entuzjaści-amatorzy niż twardzi marszandzi nastawieni na zysk.

W drugiej połowie lat 90. klimat się zmienił. Zaczęły zarysowywać się frakcje, trakcje, akcje. I poja­wili się pierwsi poszukiwacze złota. Aroganccy, bezwzględni, młodzi. Chcieli zgarnąć co najlepsze, nade wszystko zaś objąć rząd dusz.

To oni utworzyli zaczyn instytucjonalno-komercyjnej sieci, przez którą nikt niepożądany (czytaj: nie­zależny i samodzielny) się nie przeciśnie.

Etap drugi: skręcanie sieci

Liderzy tego układu weszli w polskie ciało kulturalne jak w masło. Nie groziła im ani konkurencja, ani mechanizmy kontrolne. Ruszyli pokoleniową ławą – „młodzi wilcy”. Zastosowali nieznaną w PRL-u technikę: przykopywanie, skopywanie, dokopywanie. Poza agresją, ich głównym atutem był wiek.

Najszybciej sytuację rozpoznały dwie formacje: Fundacja Galerii Foksal i Raster. Ci pierwsi (Joan­na Mytkowska, Andrzej Przywara, Adam Szymczyk) wykorzystali znaną w świecie nazwę Galeria Foksal (pierwsza awangardowa galeria warszawska, istniejąca od 1966 roku, niezależna od polity­ki kulturalnej PRL-u, gdzie wystawiały międzynarodowe sławy) oraz jej kontakty. Manewr, który za­pewnił im łatwy start oraz ksywkę Foxy lub po prostu Lisy).

W przeciwieństwie do milkliwych Foxów, duet Łukasz Gorczyca i Michał Kaczyński czyli Raster ro­bił dużo hałasu. Zaczęli od wydawania magazynu literacko-artystycznego, który w 2000 roku prze­obraził się w „Internetowy tygodnik szybkiego reagowania”, byli obecni w kilku innych periodykach, przez pewien czas prowadzili telewizyjnego „Pegaza” (był taki program w Jedynce), tworzyli gale­rię, wydawali płyty. No i lansowali młodych zdolnych.

Trzeba przyznać – mieli nosa. I byli zabawni. Szybko stali się pupilami warszawki, skupiając środo­wisko dwudziestokilkulatków (temu służyła kultowa świetlica). Skonsolidowali grupę fanów, gotowych dać się za nich posiekać. W przyszłości miało się to okazać bezcenne.

Dowcipnie parafrazowali oficjalne nazewnictwo, wyrażając jednocześnie swój stosunek do zna­nych instytucji, typów, zjawisk. I tak Zachętę przechrzcili na Zniechętę, Zamek Ujazdowski na ZUJ, Dom Artysty Plastyka na DUPĘ; beztalent – to polski artysta…

…szum medialny wokół artystycznych wydarzeń miał nieocenioną wartość marketingową i nie tylko nie zaszkodził, lecz promował ich bohaterów.

Efekty? Skończyły się publiczne dyskusje wokół sztuk wizualnych. Wymiotło malkontentów, niedo­wiarków, pyskaczy z prasy, z mediów w ogóle. Coraz mniej osób ośmiela się zabierać głos w sprawie twórczości plastycznej, obawiając się obciachu.

Jednocześnie, sztukę odpuściła sobie niedoszła klasa średnia, wraz z postępującą pauperyzacją coraz bardziej indyferentna wobec wszystkiego, co nie dawało chleba i nie udawało igrzysk. Właśnie owa obojętność ze strony większości społeczeństwa po­zwoliła nowej grupie artystycznych decydentów na coraz większą brawurę…

(…)

Nikt nie chce czytać/słuchać o czymś, czego nie rozumie, a wstydzi się do tego przyznać. To wiąże się z manipulacjami, o których już była mowa.

Są też inne powody: krytyków zastąpili szeregowi dziennikarze, którzy po prostu kopiują/wklejają notki z PR-owskich zapowiedzi. I tak odbiorca dostaje niestrawną promocyjną papkę. Z blurbami nie da się pokłócić czy nie zgodzić – przecież to nie są niczyje opinie, tylko chwyt marketingowy. Daje to rezultat kuli śniegowej: niezrozumiałe „opisy” zrażają potencjalnych widzów. Niechęć do sztuki rośnie, zainteresowanie nią maleje…

w wielu redakcjach (zwłaszcza kultural­nych, bo to dziedzina, gdzie najtrudniej o obiektywną ocenę wiedzy i umiejętności) uformowały się grupy wzajemnego wsparcia, wykluczające kogokolwiek z zewnątrz. Nawet jeśli dochody są nie­wielkie, to nieustanne autopromowanie siebie i zespołu kolegów procentuje innym zyskami.

„Rodziny” wyeliminowały pośredników-ekspertów. Szybko zorientowali się, gdzie jest głowa układu scalonego. Krytycy sztuki są im niepotrzebni, ba! Niebezpieczni – mogą chlapnąć coś nie w smak decydentom. Kulturalni redaktorzy zwracają się bezpośrednio do kuratora czy artysty. Taki chętnie chętnie się wypowie, przez telefon czy na żywo; o każdej porze dnia czy nocy; całkiem gratis. Przecież to jego interes.

W takim układzie wszyscy są zadowoleni – redaktorzy nawiązują kontakty, przeprowadzają wywia­dy, wyjeżdżają na zagraniczne imprezy plastyczne. Z czasem – czasem bardzo krótkim – zaczyna­ją uważać się za fachowców. I tak utrwala się monopol medialno-kulturalny.

A krytycy? Im już dziękujemy, sami się obsłużymy. I wszystko zostanie w rodzinie.” [mm]

polecam lekturę całości tu: Mafia bardzo kulturalna (pierwotny tytuł: „Czego nie widać”)

Współczesna krytyka ma w zasadzie tylko jeden problem i streszcza się on w zdaniu – jak odróżnić wariata od oszusta? To jest problem poważny, bo jak pamiętamy szaleńcy są podstępni i zdecydowani na wszystko, a szaleńcy dążący do zdobycia sławy na rynku sztuki są najgorsi. Krytyk nie szuka więc wariata, którego będzie promował i który uzasadni istnienia krytyka, najważniejszej osoby na rynku sztuki. Krytyk, żeby przeżyć musi koniecznie znaleźć oszusta i zainwestować weń tyle ile zdoła. Oszust bowiem, dobrze sprofilowany i przynoszący dochody zapewni krytykowi spokojne życie do emerytury. Czasem oczywiście zdarzają się pomyłki i krytyk przekonany, że promuje uczciwego oszusta, z którym wespół kradł będzie pieniądze, myli się i wszystkie siły oraz emocje inwestuje w szaleńca. I wtedy robi się kłopot. System jednak już zdołał wytworzyć różne zabezpieczenia i po kilku wpadkach, które omówiliśmy sobie wczoraj, wszystko jest zabezpieczone. Żaden prawdziwy wariat nie zostanie już poetą, ani malarzem, ani nawet piosenkarzem rozrywkowym. Najważniejszym zabezpieczeniem przed inwazją wariatów na rynek sztuki jest gawęda o trasngresji. Co to takiego? W największym skrócie przekraczanie granic. Kajetan P., przekroczył granice, dziunia z Białej także je przekroczyła, a pewnie też kilku innych. Nie zrozumieli oni jednak, że nie o to chodzi krytykom. Nie o takie przekraczanie granic. Chodzi o to, by za pomocą gawędy o transgresji wycisnąć z frajerów parę złotych, dokładnie tak, jak się to odbywa na bazarach całego świata przy grze w trzy karty

…rzecz cała jest wpleciona w bardzo czytelne i sztywne konteksty o charakterze międzynarodowym. My je tutaj nazywamy krainą grzybów, a jeśli konteksty są nieco inne, bardziej łagodne, może dla nich użyć nazwy holocaust industry. I w zasadzie nic więcej prócz tych dwóch kierunków się w sztuce nie liczy…

nas to ominęło, ponieważ poezja i literatura nie miały u nas przez ostatnie 150 lat funkcji jawnie deprawacyjnych. Miały ten mechanizm w środku, ale dobrze ukryty. Poezja i literatura służyły po prostu temu, by integrować społeczność polską wokół idei wolności oddzielonej od Kościoła. W porównaniu z tym co się działo na rynku literatury francuskiej w tym samym czasie, to jest kaszka z mleczkiem. Przez ów dziwny skręt literatura polska była przez wiele lat określana jako lokalna, zapóźniona, generalnie gorsza niż to co powstawało w innych krajach. Dziś widzimy, że miała po prostu inną funkcję. Nie ma się co tym jej przeznaczeniem ekscytować, ale trzeba stwierdzić fakt. Dziś kiedy zintegrowane społeczeństwo polskie nie jest nikomu do niczego potrzebne rozwala się je komunikatami mającymi rangę sztuki, które służą wyłącznie temu by nie można było w jednym miejscu zgromadzić jednakowo myślącej i jednakowo przeżywającej emocje publiczności. Żadnych innych funkcji to nie ma. No, może jeszcze jedną. Jeśli weźmiemy pod uwagę ambicje tego całego Solczaka* i jego poetyckie wykwity przyjdzie nam przyznać, że ta destrukcja służy temu także, by naganiacze mogli sobie podnieść samoocenę i mieli poczucie wyższości w stosunku do prostych bandziorków chadzających z łomem na robotę, ale to już naprawdę wszystko...” (coryllus – O największych problemach współczesnej krytyki)

Solczak (Maciej) typ którego Marcus wysłał po Magdę do Egiptu pisze wiersze. A oto próbka jego twórczości:

Palę dziewice na stosie, jedna za drugą, do ognia dokładam.
Wciągam ten miód w płuca, puszczam z dymem ich ciała, co nad punktem ogniska fale zatacza.
Morduję je wcześniej, w pożądania szczycie, rozczłonkowuję delikatne ich ciała.
Zazwyczaj ostrymi nożyczkami odcinam im głowy, ciacham, szatkuję dziewczęce członki w pełnym skupienia zachwycie.
Nic na to poradzić nie mogę, w przyjemności szale, przecinam jej właśnie system nerwowy.
Pękają pod naciskiem ostrzy nożyczek, z chrzęstem, na pół kruche trichomy.
Zagarniam na stos te zielone ciała, co los ich przypieczętowany, co straciły życie.
Przejdą materii ognia przemianę, w wyższym celu je poświęciłem.
Szaleństwo lecz znowu przykładam pochodnię, słyszę ciche ciał skwierczenie, gdy dym w nozdża wdycham.
Wchłaniam dziewczęce ich dusze jak Kronos, boskie przymierze.
Gdy tylko jeden stos palić zakończę, drugi zawijam w bletę.
Mówią, że jestem morderca, co litości nie zna, nie cofnie się przed niczym.
Nie słucham, z Salamandrą znów ogień podkładam, zaciągam się dymem, twarz uśmiechniętą Jej widzę.
Płonie stos żarem wyraźnym, dym tłoczę w swe płuca, z powietrza tlenu dodaję, oczy zamykam.
Jestem zieleni killerem, bezwzględnym gangsterem, co morduje najlepsze topy.
Z fajki dym, gdy zawrzesz ze mną przymierze, na osobności, tak między nami: morduję tylko świadomości wierszami.

koniec cytatu…

więcej na temat tej sprawy u Toyah’a: O biednej Magdzie i jej trzech fantastycznych kolegach, czyli Szatan Jest Nudny

 podobne: Gazeta Wyborcza i kult tolerancji dla pedofilii czyli… kogo ochrania i kto zarabia na Lex Trynkiewicz. O grzebaniu w psyche i „świat na opak”

Jacek Malczewski – Błędne koło

Na osobności (tak między nami) powiedzmy więc sobie szczerze że to nie jest „tylko taka konwencja” i „styl”. Za tym, „z rozpędu” jak to uzasadnia Pan Dwurnik (jeden z sześciu „prawdziwych artystów” licząc na palcach jednej ręki) idą potężne emocje… i oswajanie/zatruwanie własnej (i cudzej) wyobraźni „czystym” złem, którego nie da się usprawiedliwić żadnym „talentem”, ani potrzebą manifestacji, czy zaistnienia, poczucia wspólnoty/współodczuwania. Bardzo łatwo jest „współodczuwać” z autorem jeśli jest się podatnym i otwartym na jego słowa (zwłaszcza jeśli imponuje nam jego wyobraźnia/erudycja), ale ja bym tego nie nazywał współodczuwaniem ani „pokrewieństwem dusz”. To jest nic innego jak uleganie/podatność na… (i tu w zależności od intencji odbiorcy/autora) potrzebę akceptacji/przynależności, albo manipulację/posiadanie.

To jest prosta droga do tego (tu pozwolę sobie jeszcze raz Pana Dwurnika zacytować) żeby było „ch… po nas”. I nie mam na myśli tak prymitywnych zakusów jak cytowany wyżej wytwór, który jest oczywisty jak aktor (ob)sceniczny co to zdjął spodnie przed publiką i pokazał to i owo, ale chodzi mi przede wszystkim o te bardziej subtelnie i inteligentnie zamaskowane autoprezentacje/manifestacje, które na pierwszy rzut oka brzmią i wyglądają jak niewinne „poezje”, ale po których przeczytaniu pozostaje w głowie mętlik i bliżej nieokreślony niepokój. Co i mnie się jeszcze do niedawna zdarzało po wpadnięciu tu i ówdzie (z rozpędu)… (Odys)

„…Nie mam tu zamiaru zajmować się psychiką zbrodniarzy klecących wiersze, bo gdyby to ode mnie zależało poszliby oni wprost z sali sądowej na krzesło elektryczne. Jak dobrze wiecie nie pójdą. Ani ta wrażliwa dziewczynka, która była tak daleko poza dobrem i złem, że zamordowała rodziców swojego chłopaka, ani Kajetan P. Oboje będą dalej egzystować na nasz koszt, nie czując skruchy i żadnych wyrzutów. Żeby nie zaniżyć poziomu dyskusji, zostawmy rozważania prawno-psychologiczne na boku i przejdźmy do sprawa ważnych czyli dotyczących rynku.

Rynek poezji jest wyjątkowo wprost ubogi, nie tylko jeśli idzie o talenty, ale także jeśli idzie o pieniądze. Stanowi on jedno z kilku pięter narracji propagandowych, które w teorii obstawione winno być przez osoby najwrażliwsze i czujące najwięcej. To jest nieprawda i nie trzeba tego udowadniać. Wystarczy posłuchać jak beznadziejnie piszą i bredzą poeci współcześni. Rynek poezji nie służy utrzymywaniu poetów, służy utrzymywaniu krytyków, a ci z kolei są elementem starych, czerwonych hierarchii, którymi poprzerastana jest nasza ojczyzna.

Nie jest łatwo wypromować nawet nędznego poetę w sytuacji kiedy edukacja w Polsce w zasadzie nie działa, a Polacy jako odbiorcy treści, jako społeczność, podlegają ciśnieniom nie spotykanym wcześniej. Trudno znaleźć treści, które przyciągnęłyby uwagę jakiejś, nawet małej, grupki czytelników. Tym trudniej, że rynek poezji pełni także funkcje propagandowo-deprawacyjne. Trzeba więc trzeba, i to jest rola krytyków, promować treści zrozumiałe dla jak największej grupy osób, które od biedy mogą uchodzić za poezję. Nie rymowaną rzecz jasna, ale wolną i głęboką, a do tego jeszcze dewastują wrażliwość i odwracają naturalne hierarchie dobra, prawdy i piękna. To w takich właśnie bajorkach lęgną organizmy podobne do Kajetana P i tej całej dzidzi z Białej Podlaskiej. I niech się nikomu nie zdaje, że bajorka te powstają same, po większych deszczach. One są pracowicie tworzone i pielęgnowane przez architektów tych zatrutych ogrodów, którzy muszą mieć pewność, że nie zostaną wysadzeni z rynku dającego im utrzymanie i pozycję. Cechą zaś charakterystyczną tych ludzi jest brak poczucia winy za to co wyhodowali. Z wielką chęcią za to osoby te obarczają rozmaitymi winami bliźnich, nierzadko będących bohaterami promowanej przez nich poezji…” (coryllus – Poeci)

podobne: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki? oraz: Prawo do literatury… W połowie „dobry” i to: „Muza nie żyje”: Kiedy sztuka jest wyrazem wysokiej kultury? „Jezus wyszydzony”: Zmaganie się o duszę tego świata  a także: Leszczyna czyli… coryllus o Młynarskim. Po co nam talent?

„…Toyah umieścił wczoraj na swoim blogu (Czy w Ministerstwie Kultury powstaje Departament Grzybów?) link do nowego filmu z serii Kraina Grzybów, który, wraz z jakimiś wykładami, będzie prezentowany w placówkach muzealnych dotowanych przez państwo. To jest oczywiście oburzające. Nie jest jednak najważniejsze. Do niedawna bowiem było tak, że artyści-oszuści, żyjący z pieniędzy budżetowych narzekali na publiczność, która nie prowadzi z nimi dialogu, bo ich nie rozumie. Potem okazało się, że tylko niektórzy rozumieją głębię sztuki nowej i to z nimi ma prowadzić dialog publiczność, a oni będą jej objaśniać o co chodzi. Dziś dzięki krainie grzybów doszliśmy do momentu, kiedy artysta mówi wprost – mam w du…ie dialog z publicznością, dawać forsę. To jednak nie wszystko. Mówi jeszcze wprost skąd wyrastają mu nogi, a raczej rogi. Skończyły się żarty, nie rozumieliście czego dotyczy sztuka nieprzedstawiająca i szydziliście z niej, teraz macie to powiedziane wprost – dotyczy ona diabła i jego spraw. Musicie za oglądanie tego diabła i jego spraw zapłacić, a jeśli tego nie zrobicie pan minister od dobrej zmiany będzie się gniewał. Okaże się bowiem, że jesteście przeciwko kulturze i chcecie żyć jak świnie, tylko dniem dzisiejszym, taplając się w błocie. Chodzi zaś o to, by kultura była różnorodna, to znaczy, żeby było w niej miejsce dla wszystkich, także dla czcicieli złego, takich jak Szczepan Twardoch. W tym momencie Szczepan uśmiechnie się szeroko i pomyśli, no nareszcie, teraz to będzie promocja….Zrobią ze mnie satanistę. Otóż nie będzie żadnej promocji, bo nie będzie tła. Nie do tego przecież zmierzają ludzie mówiący o różnorodność i rozkwitaniu tysiąca kwiatów, żeby tę różnorodność zagwarantować. Chodzi o to, żeby nie było niczego poza bardzo poważną dyskusją o niczym. I to właśnie jest istotnym celem projektu ‘Kraina grzybów”. Znajduje to natychmiastowe przełożenie na reakcję publiczności, którą jest stupor i milczenie. Mamy patrzeć i milczeć. Gwarancją bowiem sukcesu tego wydarzenia są dotacje ministerialne i krysza, jaką daje instytucja państwowa…” (coryllus – O praktycznym znaczeniu złudzeń)

„Jestem Bogiem! Uświadom to sobie…” śpiewał jeden popularny do dziś w niektórych kręgach artysta (niektórzy nazywają go poetą) zestawiając ów atrybut z posiadaniem „pier…..ej schozofrenii”, a wszystko w nadziei że „jeszcze oszaleją wszystkie pi..y” gdy poznają jego „urok osobisty – Duszę artysty” bo taki jest „skromny i bystry”… po czym nastąpił „ch… z nim” (cytując klasyka) bo z tego „rozpędu” (za klasykiem) oraz żeby „nie pójść w zapomnienie” (cytując klasyka) sam odebrał sobie życie… Dobry Panie Boże świeć nad jego duszą i zmiłuj się nad nim nawet jeśli w chwili popełniania tego „dzieła” był „w pełni poczytalny” a „za czyny swe odpowiedzialny”, jak „tenktórynieprzepuszczażadnejokazji” który pierwszy wpadł na pomysł żeby powiedzieć Panu Bogu że sam jest bogiem, i od tamtej pory podsuwa niektórym ludziom tego rodzaju pomysły zawierając z nimi swoistą „pakto… fonikę”.

Nie wiem czy miał ów biedny człowiek jakichś naśladowców, ale na pewno znane są czytelnikom przypadki kiedy po śmierci „wielkich artystów” miały miejsce samobójstwa ich fanów, co z kolei napędzało „spuściźnie” kolejnych wyznawców i naśladowców… Teraz będzie kilka słów o owej spuściźnie, bo tak jak za duszę tych nieszczęśników powinno się modlić, tak to przez co (a nie „za co” jak wolą udawać „krytycy”) zgineli powinno się potraktować całkiem inaczej… (Odys)

„…Był to prosty chłopak, gdzieś z przedmieścia, postawny i przystojny. Tak się jednak złożyło, że odkrył w sobie różne niezwykłe zdolności, a potem postanowił na nich zarabiać. No, ale z cudami jak jest, sami wiecie. Raz się cud uda, a drugi raz nie. Jeść zaś, pić i gdzieś spać trzeba. Pomagał więc sobie Guzik sprytnie w cudotwórstwie, a jego popisowym numerem było wyciągania z zaświatów ektoplazmy. Była to cienka, przejrzysta materia, która sama z siebie układała się w ludzkie kształty na oczach zdumionych widzów, którzy wykupili bilety. Wszystko odbywało się po ciemku. Tak się niestety złożyło, że jakiś żartowniś za nic mając niemałą przecież kwotę, jaką wpłacił za uczestnictwo w seansie, zapalił znienacka światło. I wtedy okazało się skąd rzeczywiście bierze się ektopalzma. Ona się mianowicie, przepraszam Panie raz jeszcze, bierze z du…y. Guzik zawijał na ścisk długie kawałki przejrzystej gazy, a następnie pakował sobie te zwitki w tyłek. W czasie seansu zaś wyciągał i rozwieszał na krzesłach i lampach. Jak się pewnie wszyscy już zorientowali upodobania Guzika musiały być inne niż Ochorowicza, albowiem zmuszony był on do zachowywania nieznanej temu pierwszemu higieny. Ektoplazma bowiem tak jak bryndza w stołówce Domu Literata w Moskwie, musi być biała. Nie może być żółta, brązowa, a już w żadnym wypadku nie zielona. I Guzikowi przez długi czas udawało się zachować biel ektoplazmy, ale wreszcie wpadł…

…W tym wszystkim najbardziej zdumiewająca jest ta ektoplazma, myślę, że można nazwę tę stosować wymiennie z nazwą kultura środowiska. Choć pewnie wiele osób zechce się w tym miejscu obrazić, a nawet unieść…” (coryllus – Skąd się bierze ektoplazma)

podobne: „Kupa gówna” (w puszce) kontra czar polskiego pejzażu czyli traktat o sztuce a także: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa polecam również: (bez)wstyd Jakóbiak i Ellen za dychę czyli… uważaj na świat stojący otworem. „Pochwała łotrostwa” i „Traktacik o wyobraźni” (Kaczmarskiego)

„…Powiedzieli mu, że został „wybrany do głoszenia i zwyciężenia głosem materii”. On na to – że jest dekadentem i nie ma środków do spełniania duchowej misji. Obecni, „porozumiawszy się ze sobą, zapewnili całodzienne utrzymanie, pomoc naukową itd. Franku – kończył list do brata – nie jestem pod wpływem halucynacji (…), gdy sobie pomyślę o tym, co mnie spotkało, o kierunku, w jakim życie moje popłynie, boję się o siebie, boję się wprost zwariować”.

Odtąd, już jako członek Warszawskiego Towarzystwa Psychologicznego, do którego celów należało „przeciwdziałanie kierunkowi materialistycznemu za pomocą rozkrzewiania idei spirytystycznych”, Reymont wybrał się – jako medium – do Wrocławia, Berlina i do Wiednia. W grupie ezoteryków znalazł się wybitny krytyk, redaktor „Tygodnika Ilustrowanego”, Ignacy Matuszewski.

Reymont został wybrany. Od tej pory wszystko potoczyło się szybko – pracowitość utalentowanego pisarza przekonała szlachetnych, że właściwemu człowiekowi wytyczają drogę kariery. Jego przyszłość rysowała się świetnie: entuzjastyczne głosy krytyki i czytelników po ukazaniu się niezwykłej „Pielgrzymki do Jasnej Góry”, nad wyraz osobistego reportażu z pielgrzymki w roku 1894, w setną rocznicę Insurekcji Kościuszkowskiej: tego jeszcze nie było: ostrość obserwacji i jakiż sugestywny koloryt opisów! Niebawem kolejny sukces: przejmująca powieść z życia aktorów „Komediantka” (realia z autopsji: autor za młodu uciekał z domu, jako aktor pędził żywot w trupach wędrujących po kraju). I w niej, i w następnej powieści „Fermenty” pokazał, że ludzie sztuki w grupie niewiele się różnią od zwykłych śmiertelników: tak samo są tam wykorzystywani – i wyzyskiwacze.

Książki Reymonta stawiano w rzędzie tuzów: Orzeszkowej, Zapolskiej, Karola Huberta Rostworowskiego. Rozpoczęła się rywalizacja między nim a młodszym odeń o rok Żeromskim.Do pozazdroszczenia: przebierał w ofertach wydawców. Imponujące zaliczki; nic, tylko siadać i pisać. Tak, ale te wyjazdy: zapoczątkowane w 1894 r. podróżą do Londynu na zjazd The Theosophical Society. On, z przeraźliwymi lukami w wykształceniu, przez przypadek czeladnik krawiecki, niedoszły organista etc, etc… I taki świat!” (jestnadzieja 1 maja 2017)

John Anster Fitzgerald – Sen Artysty

„…Lorentowicz nazywa go samorodnym talentem, a my zaczynamy się zastanawiać jak to jest możliwe, że człowiek który skończył zaledwie podstawową, wiejską szkołę, został nagle literatem, a potem noblistą…

…W Paryżu pan Władysław opowiadał Lorentowiczowi, że jego nazwisko pochodzi wprost ze Skandynawii on sam zaś jest potomkiem wikingów. W tych samych latach mniej więcej, podobne bzdury, tyle, że nie w Paryżu, ale w Rouen opowiadał Flaubert, a możemy o tym przeczytać w dzienniku Goncourtów. Był to więc wśród literatów nowej epoki pewien stały zaśpiew.

W rzeczywistości człowiek, którego burzliwy życiorys tu omawiamy nie nazywał się ani Reymont, ani Rejment, tylko Balcerek. Jego ojciec zaczął się podpisywać Balcerek-Rejment, potem tylko Rejment, a on zmienił sobie, sam z siebie, czy też pod wpływem wydawców, nazwisko na Reymont. I tak już zostało. Reymont był absolutnie głuchy na to co nazywamy kulturą. Nie miał żadnego wykształcenia, a swoje pierwsze duże pieniądze zarobił oszukując komisję kolejową wypłacającą odszkodowania. Miał wypadek w Lipcach, kiedy pracował jako dróżnik. Trafił do szpitala z połamanymi dwoma żebrami. Tam jednak jeden z lekarzy, w wiki piszą, że był to doktor Jan Roch Raum, sfałszował zaświadczenie i napisał w nim, że Reymont ma 12 złamanych żeber oraz obrażenia głowy i nie wiadomo czy kiedykolwiek będzie zdolny do pracy umysłowej. Pan pisarz dostał w wyniku tej operacji 38 500 rubli. Była to suma astronomiczna. My zaś dzięki opisowi tej przygody dowiadujemy się, ze za cara, w czasach dzikiego kapitalizmu, opisywanego przez tegoż Balcerka-Rejmenta-Reymonta w powieści „Ziemia obiecana” prosty kanciarz, który obiecał działkę medykowi, mógł stać się bogaczem. O tym co ile kosztowało z rzeczy potrzebnych do życia przeczytacie sobie w nowej Baśni. Kwota wyłudzona przez Reymonta pozwoliłby mu na wyjazd do Ameryki i urządzenie się tam w dowolnym mieście. Spróbujcie wy dziś wyłudzić coś z ZUS-u, albo choć zagarnąć jedną emeryturę w wysokości 1000 złotych po zmarłej babce. Marny wasz los. Socjalizm pokonał kapitalizm i postaci tak świetlane i wielkie jak Karol Borowiecki, Max Baum i Moryc Welt odeszły w przeszłość. Triumfuje Władysław Stanisław Balcerek vel Rejment alias Reymont. On już doskonale wiedział jak i gdzie trzeba uszczelnić system, żeby żaden prawdziwie poszkodowany robotnik nie dostał od ludowego państwa ani grosza. Drugim biznesowym posunięciem pana Władysława był ożenek. Wybrał on na małżonkę Aurelię Szabłowską z domu Schatzschnejder – podaję za wiki. Rozumiem, że była to wdowa z pieniędzmi. Kolegów proszę o odnalezienie różnych szczegółów na jej temat. Po takich operacjach Rejment mógł jeździć gdzie chciał, nocować gdzie chciał i kupować co mu przyszło do głowy.

Wróćmy teraz do tego stowarzyszenia umarłych poetów założonego przez Wiktora Margueritte. Była to hucpa co się zowie, głównie ze względu na Balcerka-Rejmenta, który nie miał po prostu pojęcia o niczym. Swoją edukację w zakresie szkoły średniej i wyższej uzupełniał słuchając w kawiarniach bredzenia Zenona Przesmyckiego Miriama, z którym pił i jadał. Miriam wygłaszał długie monologi na temat książek i postaci historycznych, a Reymont to łykał i popisywał się tym potem przed innymi ludźmi. Kiedyś chciał pokazać jakiemuś Polakowi jeden z cudów Paryża – Saint Chapelle, ponieważ jednak był absolutnie niewrażliwy na sztukę w ogóle nie wiedział o co chodzi z tymi zachwytami nad pięknem, zaprowadził gościa do piwnicy kaplicy i tam opowiadał mu z emfazą oszusta to, co kiedyś usłyszał w kawiarni od Miriama czy Lorentowicza. Gość zorientował się, że ma do czynienia z osobnikiem w najlepszym razie zaburzonym, ale potraktował go łagodnie i po prostu wyprowadził z piwnicy na główny poziom Saint Chapelle by Rejment zobaczył jak wygląda architektura gotycka…

…Najlepsze są jednak okoliczności w jakich Reymont dostał Nobla. Ta nagroda była szykowana dla Żeromskiego. Przygotowywano ją przez ładnych parę lat przekupując i goszcząc na koszt ambasady różnych szwedzkich akademików. Okazało się jednak, że jeden z głównych rozgrywających przeczytał „Wiatr od morza” i oskarżył Żeromskiego o antygermańskość, co w Szwecji nie było nigdy dobrze widziane. Wydrukowano też po szwedzku „Chłopów”, ale tylko pierwszy tom, bo rzecz w ogóle nie szła. Reymont nie miał żadnych szans. Okazało się jednak, że nagrodę dostał, a to za sprawą interwencji rządu Witosa i polskich konserwatystów, a konkretnie Grabskiego, który uważał Balcerka Rejmenta Reymonta za endeka, Żeromskiego zaś za socjalistę piłsudczyka…

…na koniec przypomnę jeszcze tylko, że serce Balcerka wmurowano w filar kościoła św. Krzyża w Warszawie, a Sejm III RP ogłosił rok 2000 rokiem Reymontowskim.

I jeszcze jedno. Na tym przykładzie, podobnie jak na przykładzie Wiktora Margueritte dobrze widać do czego służą pisarze realiści. Do zakłamywania obrazu rzeczywistości. Do łgania w żywe oczy na temat prowadzenia się wiejskich i miejskich dziewczyn oraz tego jak wyglądała praca w fabryce i dziki kapitalizm. No, ale jak ktoś wyłudził prawie 40 tysięcy rubli to co mu można było zrobić? Bogatemu, jak to mawiają, nikt nie zabroni. Dziękuję Państwu za uwagę. Niech się święci Pierwszy Maja.” (coryllus – O ludziach, którzy nie są tym kim się wydają)

podobne: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości” oraz: Studiować każdy może… ale nie każdy widzi w tym sens. Inteligencki etos żeromszczyzny

„…powieść „Chłopi” podobnie jak powieść „Ludzie bezdomni” Żeromskiego została napisana na zlecenie Bronisława Natansona, człowieka naprawdę niezwykłego i wielkiego, który zasługuje na swojego biografa. Kłopot w tym, że nie ma takich ludzi, nie istnieje nikt, kto w słowach prostych i jasnych opisałby dzieje tego pana i jego przedwczesną i niezrozumiałą śmierć. Natanson wiele ryzykował podejmując działalność wydawniczą, a ludzie tacy jak Reymont i Żeromski nie ryzykowali absolutnie nic. Byli jak te cielęta na łące, nie kumali nawet po co i dlaczego Natanson płaci im za te książki tak horrendalne honoraria. Byli przekonani, że jedynym powodem jest wielkość ich talentu. W takiej właśnie wierze utrzymują ludzi różne „arystokracje rozumu”, do tego są powołane, żeby stwarzać rzeczywistość alternatywną i fikcyjne hierarchie, które są potem przedmiotem zajadłych sporów akademickich. Prawda zaś jest ukryta i taka musi pozostać, a powód tego jest dziś jeden tylko właściwie – utrzymanie w jako takim porządku systemu edukacji w języku polskim, systemu nie nadającego się do niczego i nie dającego nikomu żadnej szansy.

Jeśli zaś idzie o Reymonta i Żeromskiego, to prócz wspomnianych tu wczoraj przygód mieli oni także inne. Oto umieścił ktoś tutaj cytat będący relacją ze ślubu pana Władysława, który odbył się w Krakowie. Ślub ten brał Reymont z babą straszliwą, łasą na pieniądze, przystojną i bezwzględną przy tym, panią Aurelią. To ona najprawdopodobniej go wykończyła, kiedy już dostał tę całą nagrodę Nobla z poparciem Witosa i Grabskiego. W czasie zaś jazdy na uroczystość zaślubin towarzyszący młodej parze Wyspiański, też nieźle ożeniony, z wiejską tym razem wariatką, zapalił papierosa. Wyrzekł przy tym słowa znamienne – skoro to rosyjski papieros, to trzeba go spalić. Towarzystwo bowiem było nastawione bardzo buntowniczo w stosunku do największego zaborcy. Jak niełatwe były relacje pomiędzy pisarzami, wydawcami i czytelnikami niech zaświadczy kilka faktów. Oto Władysław Stanisław Balcerek-Rejment-Reymont podpisał się, w niewiele lat po spaleniu przez Wyspiańskiego rosyjskiego papierosa, pod dziękczynnym telegramem do księcia Mikołaja Mikołajewicza Romanowa, autora słynnej deklaracji skierowanej do Polaków w pierwszych dniach wojny. Reymont napisał tam następujące słowa

krew synów Polski, przelana łącznie z krwią synów Rosyi w walce ze wspólnym wrogiem, stanie się największą rękojmią nowego życia w pokoju i przyjaźni dwóch narodów słowiańskich

Jak na człowieka, który brał ślub w Krakowie, miał kłopoty z władzami i był przez te władze wydalany za granicę, to wcale nieźle.

Cofnijmy się nieco w czasie. Wydawca obydwu polskich geniuszy – Żeromskiego i Reymonta, Bronisław Natanson, żeby w ogóle rozpocząć działalność edytorską, jakże przecież buntowniczą i onieśmielającą niektórych, jakże rewolucyjną, musiał wpierw przekupić generała Onoprijenko, wpływowego żandarma, szefa policji tajnych, jawnych i dwupłciowych.

Żeromski zaś, człowiek zamieszany w wiele podejrzanych przedsięwzięć, socjalista, bojownik o prawa ludu i godność najbiedniejszych, człowiek zatrzymany przez żandarmerię i trzymany w cyrkule przez całą noc z gorączką, gdzie żandarmi nie okazywali żadnego szacunku dla jego talentu, doczekał się jeszcze przed pierwszą wojną światową ośmiotomowego wydania swoich dzieł w mieście Petersburg. Naprawdę…” (coryllus – Arystokracja rozumu)

podobne: Kultury dobre i złe, oraz reglamentacje, prowokacje i profanacje czyli… materialna i niematerialna sztuka rewolucji. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu oraz: Historia i sztuka przez pryzmat fiuta, czyli… i to: Władysław Panasiuk: Artyści nie z tej ziemi czyli… w pogoni za sławą (i pieniędzmi) oraz o braku “złotego środka” czyli dwa cytaty z coryllusa i jeden z Kaczmarskiego. „A Ty siej…”

„Rodziną Stefana Talikowskiego była żona Reymonta, Aurelia. Była ona super damą na skalę europejską, na wiele zachowań Reymonta reagowała pobłażliwie, ale wielokrotnie widać było jej interwencje. Jeśli ktoś pogubił się w chronologii wydarzeń, uprzytamniam, że pierwsze kontakty zakończone zaręczynami miały miejsce dość długo, a nawet bardzo długo przed zdobyciem przez Reymonta pieniędzy za odszkodowanie za katastrofę kolejową, nie mówiąc o nagrodzie Nobla, którą otrzymał pod koniec swojego życia. Rola Lolka Schatzschneidra [2] w nękaniu kolei i wydobywania kolejnych zaliczek przesądziła o powodzeniu procesu.
Aurelia wprowadziła go w wielki świat, który wtedy nazywał się „odpowiednim towarzystwem”. Nawet majątek Jakimowicza, pochodzący z wygranej na loterii nie był w stanie konkurować z koligacjami żony. To dwa światy, których zetknięcie nazywano mezaliansem. Ocena z pozycji chwili obecnej nie ma nic do rzeczy. Bez dostania się do „wyższych sfer” Reymont nie mógł mieć takiego życiorysu, jaki znamy, nie było by wygranego procesu z koleją i zgłoszenia do Nagrody Nobla. Dlatego wyfraczonego laureata Nagrody Nobla tak chętnie w pewnych kręgach chciano by widzieć jako samouka w chłopskiej sukmanie, bez znajomości obcych języków, bez wykształcenia, bezkrytycznie praktykującego katolika. Ale Aurelia dbała o godność swego męża, nawet wtedy, gdy nie patrząc na dekalog ją zdradzał. Szkoda, że na grobie Reymonta jest tylko wzmianka, że pochowano tam również żonę, ale bez jej nazwiska panieńskiego.
Rozdział ten nie ma charakteru monografii o życiu Reymonta. Jest wyłącznie próbą zwrócenia uwagi na niebywałą ilość zakłamań, przeinaczeń, przerysowań, świadomych przemilczeń zmieniających znaczenie podanych faktów, pominięć mających zasadnicze znaczenie dla kariery, naciąganie interpretacji postępowania Reymonta by uczynić go „jednym z naszych”. Sam Reymont za życia nie prostował tych zakłamań, a nawet tworzył nowe kłamstwa, do niektórych przyznając się przyjaciołom. Kłamstwa te miały w jego świadomości charakter gry aktorskiej, fikcyjne zdarzenia i jego w nich rola miały być ciekawym spektaklem teatralnym, który nie tylko miał się podobać, ale i wywoływać zamierzone przez niego reakcje widowni i słuchaczy. Uważał, że jako człowiek sztuki ma prawo do pewnych przerysowań, ubarwień, tworzenia wizji pewnych zdarzeń i nie ma to nic wspólnego z faktami natury historycznej. To, że się tym artystycznym spojrzeniem na świat nie rozstawał w prozie życia, wywoływało żarty i prześmiewki, jak na przykład jego raport służbowy o śmiertelnym wypadku na torach w jego odcinku drogowym…” (jestnadzieja 2 maja 2017)

podobne: Mesjanizm i człowiek sowiecki w polskiej duszy a także: Czas odkrywa prawdę (historii) czyli… ile jest wiedzy w wykształceniu i po co nam uniwersytet? polecam również: Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjach i jeszcze: O godności kobiety w Islamie, walce z „własnością prywatną”, i trosce socjalistów o szczęście wszystkich obywateli

Antonio Balestra – Time Discovers Truth

Advertisements

One comment on “Na chłopski rozum o „transmisji myśli w kosmos”, talencie wybrańców losu, transgresji i ektoplazmie „poezji” czyli… „o mafii bardzo kulturalnej” („arystokracji rozumu”) oraz magii Nobla Władysława Reymonta (alias Rejmenta-Balcerka)

  1. Pingback: O naturze zła czyli… „Wehikułem czasu” po „krainie grzybów”. O towarzyskich uwikłaniach, hodowli człowieków, sutenerach, detektywach, „piwnicy” w Ministerstwie Kultury i „Eurowizji” | Łódź Ody

Dodaj komentarz (byle bez epitetów i wulgaryzmów)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s