O etosie żołnierza i ułańskiej fantazji szarej piechoty czyli… Polacy w kampanii hiszpańskiej i bitwa o Fuengirolę roku 1810


January Suchodolski – Bitwa pod Fuengirolą

„Jak wiadomo polska jazda jest najlepsza na ziemi a polska husaria w Kosmosie, więc nikt nie zwraca uwagi na piechociarzy, co jest wielką niesprawiedliwością. Wszyscy słyszeli o bitwach pod Kircholmem i Kłuszynem. Ostatnio hitem jest polska husaria pod Wiedniem w 1683 r. A bardzo rzadko i tylko mimochodem wspomina się zwycięską bitwę o Fuengirolę w Hiszpanii, stoczoną w 1810 r. przez polskich żołnierzy z 4 Pułku Piechoty Księstwa Warszawskiego z dziesięciokrotnie silniejszymi ( w ludziach) wojskami brytyjsko-niemiecko-hiszpańskimi i wspieranych przez artylerię i okręty.

A piechota „ta szara piechota” zupełnie zapomniana. No chyba, że twórcy polityki historycznej III RP chcą pokazać zdjęcia polskich piechociarzy idących do niemieckiej niewoli w 1939 r. Jest też jeszcze problem wizerunkowy i problem wydawania pieniędzy Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, który cierpi na taki brak scenariuszy filmowych, że wydaje kasę na podrasowane życiorysy Brystygierowej czy Wisłockiej Michalinki.

Dokładnie 200 lat temu cała Europa żyła wyczynem 400 żołnierzy polskiej piechoty i 57 francuskich dragonów pod dowództwem kapitana Franciszka Młokosiewicza w dniach 14-15 października 1810 r. na pięknym kawałku wybrzeża hiszpańskiego na wschód od Gibraltaru – w miejscowości Fuengirola.

Który to wyczyn zniszczył wizerunek wspaniałej armii brytyjskiego Imperium zaledwie 5 lat po bitwie pod Trafalgarem. I zapewne dlatego tyle filmów o tej bitwie pod Trafalgarem i o Horatio Nelsonie i jego tłustej kochance i chudej żonie. Chyba żeby przykryć totalny obciach, jakiego niezwyciężona brytyjska armia doznała od załogi maleńkiego starego zameczku, składającej się ze 100 polskich piechociarzy z Czwartego Pułku Piechoty Księstwa Warszawskiego i 11 francuskich dragonów. Przepraszam, poprawka: 10 dragonów francuskich i jednego O’Callagana z Cullaville, Irlandczyka w służbie francuskiej w stopniu pułkownika, który musiał uciekać z Irlandii jako członek nielegalnej organizacji patriotycznej United Irishmen (Zjednoczeni Irlandczycy), walczącej z okupacją brytyjską.

…w niedalekim Gibraltarze generał brytyjski Andrew Thomas Blayney, 11 lord Blayney, dowódca 89 regimentu piechoty postanowił powtórzyć sukces Napoleona z Tulonu i wziąć z zaskoczenia Malagę. Gibraltar leży od Malagi zaledwie 140 km drogą lądową. Ale ponieważ w tamtych czasach Hiszpania nie żyła jeszcze z turystyki, wybrzeże nie miało drogi lądowej , więc brytyjski strateg postanowił wykorzystać do akcji słynne brytyjskie okręty, których ci był u Brytyjczyków dostatek…

…w dniu 14 października 1810 r. pchnął tę swoją „brytyjską Armadę” do zatoki Cala Moral, znajdującej się w odległości 2 km na południowy zachód od Fuengiroli. Wysadził tam na plaży wojsko brytyjskie, 5 ciężkich dział , w tym jedno 32-funtowe obsługiwane przez 96 brytyjskich kanonierów. Sam również wysiadł z okrętu i ruszył na czele połączonych sił brytyjsko-hiszpańskich drogą lądową a okręty płynęły równolegle. Stanowiły one ubezpieczenie artyleryjskie , bowiem HMS Rodney posiadał na pokładzie 74 działa.

Bezpośredni atak na Fuengirolę zaczął się od tego, że hiszpańscy patrioci zaatakowali stado krów pilnowanych przez polskich piechurów na łące pod twierdzą i zabijając dwóch z nich oraz porywając bydło. Była godzina 13. W reakcji na prowokację Hiszpanów 40 polskich żołnierzy wyskoczyło z bronią z twierdzy goniąc Hiszpanów i bydło. W tym momencie kapitan Młokosiewicz zobaczył na horyzoncie brytyjskie okręty i cofnął pogoń natychmiast.

O godzinie 14:00 brytyjska wyprawa lądowa dotarła pod zamek a generał lord Blayney wysłał emisariusza do zamku z żądaniem poddania. Na co kapitan Młokosiewicz odpowiedział: „Przyjdźcie i sobie weźcie”.

W tym momencie brytyjskie okręty otworzyły ogień a polska załoga musiała błyskawicznie opanować obsługę czterech starych dział, bowiem Hiszpanie uciekli. Optymistom szczęście sprzyja i sierżant Zakrzewski piechociarz w roli artylerzysty spisał się rewelacyjnie – zatapiając na wejściu jedną kanonierkę i szarpiąc parę innych. W tych okolicznościach przyrody Brytyjczycy wycofali się poza zasięg ognia polskich dział a twierdzę ostrzeliwały dwie brytyjskie fregaty.

Czas mijał i piechota brytyjsko –hiszpańska po przegrupowaniu ruszyła w regularnym ataku na twierdzę. Polska artyleria i piechota otworzyły ogień kładąc trupem dowódcę II batalionu 89 elitarnego Pułku Piechoty brytyjskiej Connaught Rangers i paru innych Anglików a z kolei wśród obrońców – ranny został sam dowódca Młokosiewicz i 13 żołnierzy oraz zostało zabitych trzech innych.

Nadeszła noc i wojsko brytyjskie nieco się wycofało a generał Blayney zarządził sprowadzenie na ląd dodatkowych dział celem urządzenia pod twierdzą stałych stanowisk artyleryjskich i zniszczenia jednej ze ścian muru obronnego zamku Sohail. Normalnie jak w II tomie „Potopu” Henryka Sienkiewicza Szwedzi pod Jasną Górą, tylko w znacznie lepszych warunkach pogodowych i krajobrazowych.

Tej nocy działy się i inne rzeczy mrożące krew w żyłach: załoga niedalekiej placówki w Mijas pod dowództwem porucznika Chełmickiego na odgłos wielogodzinnej kanonady od strony Fuengiroli – jak pisze docent wiki :”… prześliznęła się przez brytyjskie linie wokół zamku..” i dołączyła do obrońców twierdzy Sohail. Z kolei major Bronisz w Alhaurin zawiadomiony o ataku – wymaszerował ze swoimi siłami wczesnym rankiem 15 października 1810 r. w stronę Mijas i tam natrafił na oddział hiszpańsko –niemiecki w liczbie 450 sołdata, wysłany przez lorda Blayneya dla obsadzenia placówki Mijas.

Więc piechota polska „poszła na bagnety” i starła w proch dwukrotnie silniejszy oddział, po czym ruszyła na ratunek załodze Fuengiroli.

Od wczesnego poranka 15 października trwał silny brytyjski ostrzał artyleryjski zamku, w wyniku którego zniszczona została jedna z wież. Dopłynął też na miejsce HMS Rodney i „ten drugi okręt hiszpański” i wysadziły dodatkowe 932 żołnierzy piechoty brytyjskiej z I batalionu 82 pułku.

W tej sytuacji kapitan Młokosiewicz postanowił wykonać atak wyprzedzający na pozycje artylerii brytyjskiej całą posiadaną siłą w liczbie 130 żołnierzy, zostawiając rannych do pilnowania bramy.

Atak był takim zaskoczeniem, że hiszpański regiment obsadzający wzgórze z armatami z przewagą 10:1 czyli w liczbie około 1.300 sołdatów rozproszył się i wycofał. A polscy żołnierze opanowali jedną baterię armat – odwrócili te armaty i zaczęli ostrzeliwać siły brytyjskie. Mimo tego, że Polacy uczyli się obsługiwać te armaty „w biegu”, narobili potwornego zamieszania w oddziałach wroga, utrudniając znacznie przegrupowanie. Ostrzał ten trwał około pół godziny, czyli w tych warunkach – niemal wieczności. W ciągu pół godziny generał lord Blayney ogarnął swoje wojsko i rozkazał uderzyć na „polską baterię” ale Polacy wysadzili zapasy prochu tej baterii i już mieli zamiar wycofać się do twierdzy, kiedy lewą flankę Brytyjczyków zaatakował oddział majora Ignacego Bronisza, który nadszedł z odległego o 30 km Alhaurin, po drodze rozbijając oddział niemiecko-hiszpański.

Nastąpiło w siłach brytyjskich kolejne zamieszanie i odwrócenie uwagi od oddziału kapitana Młokosiewicza, który przegrupował swoje 130 osobowe „siły” i uderzył na brytyjskie wojsko – z prawej strony. W ataku brali udział również francuscy dragoni z twierdzy z 21 regimentu – w liczbie 30. Historia zapewnie wie, czy francuscy dragoni wystąpili jako kawaleria czy jako piechota, ale ja nie znalazłam informacji na ten temat.

Działo się to wszystko w czasie, kiedy HMS Rodney wysadzał 932 sołdatów I batalionu 82 Pułku i ci żołnierze wobec panującego chaosu – również się załamali…

…Wojskowy bilans bitwy jest następujący: po stronie polskiej 20 zabitych i 100 rannych , natomiast po stronie brytyjskiej: 40 zabitych, 70 rannych, 177 wziętych do polskiej niewoli , w tym dowódcę całej ekspedycji, utrata kanonierki, 5 dział, 300 karabinów, 60 tysięcy sztuk amunicji – plus ośmieszenie totalne i utrata twarzy.

Początkowo nikt nie chciał uwierzyć w tak porażające zwycięstwo trzech małych garnizonów piechoty polskiej z siłami posiadającymi taką przewagę. Generał Sebastiani przybył ze swoimi wojskami z Malagi w dniu 16 października 1810 r. i dopiero kiedy na własne oczy zobaczył „teatr wojny” wysłał raport do marszałka Soulta a Cesarz Francuzów czyli Napoleon Bonaparte odznaczył 18 grudnia 1810 r. Kapitana Franciszka Młokosiewicza , majora Ignacego Bronisza i porucznika Eustachego Chełmickiego – Legią Honorową. Ten to umiał docenić wojsko, bo sam był fachowcem najlepszym w branży do czasu, aż nie docenił „czynnika pogodowego”.

Kapitan Młokosiewicz był na ustach całej Europy, zwłaszcza w świecie wojskowym i negatywny wizerunek Polaków jako żołnierzy nie mógł być już wykorzystywany w propagandzie brytyjskiej. Co było czynione w propagandzie brytyjskiej wcześniej. Jego fanem był na przykład młodszy brat cara rosyjskiego wielki książę Mikołaj Romanow, przyszły car Mikołaj I.

Kapitan Franciszek Młokosiewicz walczył jeszcze „pod Napoleonem” m.in. w odwrocie pod Berezyną i w Bitwie Narodów pod Lipskiem w 1813 r. Następnie służył w 1815 r. w stopniu majora w Korpusie Inwalidów Królestwa Kongresowego.

W 1817 r. złożył dymisję i ożenił się. Pierwszą żoną była Anna Sokołowska posiadająca majątek w Omięcinie koło Radomia. Drugą żoną była pani Anna Janikowska primo voto Guźniewska, z którą miał troje dzieci: Konstantego, Ludwika i córkę Helenę.

Z pierwszego małżeństwa miał jedno dziecko, podobno syna. Ale w takim wypadku powstaje problem genealogiczny, bowiem wg bazy danych Geni Franciszek Młokosiewicz miał też córkę Annę, która była drugą żoną Leona Potockiego, syna Stanisława Floriana Potockiego. Z tego małżeństwa urodziła się Leonia Potocka herbu Pilawa Złota, która wyszła za mąż za pana Henryka Dobrzańskiego h. Leliwa i mieli oni troje dzieci, w tym syna Henryka juniora. Ten zaś ożenił się z panną Marią Lubieniecką h. Rola i tak dochodzimy do ich dwojga dzieci: pani Leonii Pappèe i Henryka Dobrzańskiego III, czyli Majora „Hubala”.

Zanim urodzili się ci wszyscy potomkowie a raczej potomkinie, to major Franciszek Młokosiewicz zdążył jeszcze „przystąpić do służby czynnej” w Powstaniu Listopadowym, gdzie uzyskał stopień pułkownika. Miał wtedy 62 lata. W bitwie pod Kałuszynem brał udział w ataku na prawą flankę wojsk rosyjskich, po którym uzyskał nominację na generała. Kiedy już Paskiewicz atakował Warszawę, Generał Młokosiewicz bronił Woli.
Po upadku Warszawy, rozejrzał się po całym kraju i zapewne pomyślał sobie „po co nam to było” i – poprosił o dymisję, złożył przysięgę na wierność Mikołajowi i wrócił do Omięcina. Mikołaj nigdy mu tego nie zapomniał i nagrodził go szlachectwem Królestwa Polskiego. Herb generała Młokosiewicza nosił nazwę Fuengirola i podobno (wg Szenica) :”… w polu czerwonym kamienna baszta sześcioboczna z blankami, w bramie baszty złoty lew w prawo spięty, miecz w prawej łapie do cięcia trzymający, w szczycie hełmu pół lwa jak w tarczy, w prawo paszczą w tył obrócony…”.

Co tu dużo mówić, każdy chciałby mieć taki herb…” (Pink Panther, źródło: szkolanawigatorow.pl – Kpt. Młokosiewicz, gen. Blayney, Fuengirola i masakra wizerunkowa Brytanii)

… i tylko jedno pytanie… Dlaczego o tej historii, która miała jak czytamy swój dalszy ciąg dzięki dziedziczeniu krwi dzielnego Młokosa w kolejnych pokoleniach (aż do „szalonego majora” Hubala), nie ma ani słowa w polskich podręcznikach? (Odys)

podobne: Niemożliwe? Nie dla Polaków, czyli…od Somosierry do Monte Cassino oraz: „Ci cholerni cudzoziemcy” i „Niepotrzebni bohaterowie” czyli… Polscy lotnicy w bitwie o Anglię. i to: Styczeń 1863 w służbie Piusa IX (Ostatni Krzyżowiec) oraz proroctwo św. Malachiasza a Paruzja czyli… bój śmiertelny o wieczność kontra pogoń za sensacją a także: „Śmierc przed nimi – w nich gromy – a wicher ich goni!” Szarża pod Rokitną 1915

Mariusz Kozik – Czwartak (Road to Fuengirola. 4 Pułk Piechoty Liniowej 1807-1815)

Warto pamiętać też o tym, że choć polski żołnierz wysługiwał się w tamtym czasie francuskiemu imperializmowi (w nadziei że ten przywróci Polskę do życia), to starał się zachować ludzkie odruchy względem wrogów Cesarza, za co w rewanżu spotykała Polaków osobliwa ze strony Hiszpanów sympatia/wdzięczność… (Odys)

III

„Po ukończonej kampanii w Niemczech r. 1809, dwa szwadrony pułku gwardyi ułanów, zostały odkomenderowane z garnizonu Chantylli pod Paryżem do Hiszpanii, w którym to czasie i z innych pułków kawaleryi gwardyi, tyleż poszło na tę wyprawę żołnierzy.
Oddziały te połączyły się z korpusem francuzkim pod komendą marszałka Bessiera, który miał utrzymywać na wodzy prowincyje północne Hiszpanii, a szczególniej starą Kastyliję, gdzie największa liczba była geryllasów, a nadto zwiastowały zawsze przybycie Napoleona do Hiszpanii, co było dla powstańców nie małym postrachem; – nim jednak ta kawaleryja gwardyi poszła w czynną kampaniją, miała przeznaczone miasto Castroherix (przypuszczalnie Castrojeriz – przyp. Pitrek) na dwu-miesięczny spoczynek, tak z trudów kampanii niemieckiej, jako i po odbytym uciążliwym marszu.
Miasto to położone w żyznej i kwiecistej okolicy Kastylii, odległe od Burgos ośm mil hiszpańskich, zamożne, ludne, a szczególniej odznaczające się wielką liczbą urodziwych Hiszpanek, nader przyjemny dla ułanów polskich zwiastowało spoczynek. Jako też w krótkim czasie przy łagodnym obchodzeniu się naszych żołnierzy, zawiązały się zabawy, związki przyjazne, a szczególniej intrygi miłosne, które na długi czas po wymarszu Polaków, zostawiły smutek w sercach czułych Hiszpanek. Po kilkunastodniowym pobycie, mogliśmy spokojnie na kwaterach zasypiać, gdyż sami mieszkańcy naszego komendanta o zbliżaniu się geryllasów uwiadamiali, mimo tego, szwadron służbowy był zawsze gotowy do boju, i kiedy w chwilach łagodnego wieczora, jedni wojskowi pod oknami pięknych Hiszpanek śpiewali nadwiślańskie pieśni, albo przy muzyce gitary, tańczyli z niemi bolero, inni z nabitą bronią około miasta pilnie patrolowali.
Tak dnia jednego na imieniny szefa szwadronu Stokowskiego, oficerowie zrobiwszy składkę, zaprosili najznakomitszych mieszkańców na wesołą tertulę: wieczorem pokoje alkadego ubrane w kwiaty, zajaśniały rzęsistem światłem, trębacze pułkowi zagrali fanfarę i wkrótce ujrzeliśmy zaproszonych gości; byli między nimi poważne matrony, w niedzielnych sukniach ojcowie, i w strojnych mantylach nadobne Hiszpanki; – zabrzęczały gitary i przy śpiewie sygidyllów, tańczyły młode dziewice z kastanietami zajmujące fantango; a kiedy sorbety, pomarańcze i zawsze ulubioną Hiszpanom czekoladę roznoszą obficie, stanęliśmy polskim zwyczajem z pełnemi madery kielichy, pijąc zdrowie solenizanta, a wtenczas przy odgłosie trębaczy i krzyku Hiszpanek, dwudziestu żołnierzy z karabinków dali ognia na wiwat. – Trwała uprzejma wesołość, zapomnieli Hiszpanie o zaciętej wojnie, o nienawiści, o geryllasach, nie myśleli w tej chwili, że może niebawem będziemy mieli z ich synami krwawą przeprawę…

nakoniec gdyśmy po odebranym rozkazie opuszczali ten wesoły spoczynek, udając się do Valladolid, wszyscy mieszkańcy nas o ćwierć milę za miasto odprowadzili, gdzie przy muzyce trębaczy, przyjaznych pożegnaniach i łzach czułych Hiszpanek, spełniliśmy po kilka kielichów wina, idąc na nową przygodę z miłym wspomnieniem pobytu w Castroherix.

IV.

Kiedy po krwawym utłumieniu powstania w Madrycie w roku 1808 przez wojska francuskie pod wodzą Murata, duch zemsty ogarnął całą Hiszpaniję, a lud uchwycił za oręż, wtenczas we wszystkich prowincyjach tego kraju utworzyły się zbrojne hufce pod nazwiskiem geryllasów na wytępienie Francuzów i wojna przybrała morderczą postać; gdziekolwiek bowiem zdarzyło się tym powstańcom ująć żołnierza francuskiego kończył on w ich rękach życie w strasznych męczarniach; dlatego wojska francuskie działając równie w tym duchu, rozstrzeliwali geryllasów bez żadnego wyjątku w miejsce niewoli.
W takim stanie rzeczy smutno było częstokroć patrzyć na starców, kobiety i dzieci, które na wieść zbliżającego się oddziału Francuzów, przejęci strachem, opuszczali swoje siedziby, unosząc z sobą co mieli najdroższego, niepomni nawet gdzie znajdą schronienie lub gdzie ich noc ciemna zaskoczy.

Tak dnia jednego szwadron pułku gwardyji polskich ułanów, będąc w przedniej straży oddziału francuskiego pod komendą jenerała Rocigeta, ścigał w górach Biskai hufiec geryllasów zostający pod wodzą walecznego Miny; przeszedłszy skaliste góry i dzikie wąwozy, żołnierze polscy zoczyli zieloną dolinę, a śród tej zamożne miasteczko Ordunia, z którego w przeciwną stronę uchodzili żołnierze Miny a z niemi strwożeni mieszkańcy. Poszedł szwadron polski w pogoń, lecz geryllasy uszli w niedostępne ustronia, zostawując nieszczęśliwych mieszkańców po drodze tych żołnierze polscy nawracali do domów, zaręczając im pewność życia i majątku; na samym czele tego szwadronu pędził podoficer Markiewicz z ośmiu żołnierzami a oddaliwszy się od swej komendy, między tłumem uciekających napotkał podeszłą Hiszpankę przystojnie ubraną z dwoma przecudnej urody córkami, a przy tych trzy muły naładowane ich najdroższym majątkiem; gdy te kobiety zoczyły polskiego żołnierza, upadły na kolana i w straszliwej rozpaczy, sądząc się być bliskie utraty życia, drżącemi rękami podawały mu worki z pieniędzmi; wstrzymał konia nasz podoficer, spojrzał na nich z uczuciem litości, rzekłszy po hiszpańsku te słowa: „Jo soj Polaco” (ja jestem Polakiem), a wziąwszy przestraszone Hiszpanki pod swoją opiekę, z nietkniętym majątkiem odprowadził do ich mieszkania. Pamiętne były te słowa w Ordunie, bo kiedy we dwa lata powtórnie wkroczyliśmy do Hiszpanii i ścigając geryllasów stanęli na rynku tego miasteczka; mieszkańcy niosąc nam żywność z radosnym uczuciem witali Polaków; była między niemi i owa Hiszpanka ze swemi córkami, a ta dostrzegłszy Markiewicza już wtenczas będącego w oficerskim mundurze, witała go ze łzami wdzięczności, nazywając go swym obrońcą, swym synem. Zjak szczerą chęcią życzyliśmy w tem miejscu przyjaznym choć dzień jeden wypocząć, ale nielitościwa trąba, po dwugodzinnym spoczynku, znów dała hasło do marszu i znów poszliśmy za geryllasami w góry i wąwozy, gdzie miłe przyjęcie mieszkańców Orduni przebiegło jak sen zwodniczy…

V.

…kiedy kołnierze nasi unieśli się w inną stronę, a on cięty w rękę upuścił pałasz i koń ugodzony śmiertelnym wystrzałem z pistoletu, padł pod nim; wtenczas karabinijery leżącemu na ziemi, zadawszy w głowę kilka śmiertelnych ciosów, uszli za swoimi, a on okryty ranami, bez zmysłów obok swego konia, przez noc całą leżał, bez żadnego ratunku; ze świtem, gdy cokolwiek odzyskał przytomność, usłyszał głos ludzki; myśląc, że koledzy przychodzą mu w pomoc, zaczął się dźwigać, lecz niestety! zamiast kolegów, ujrzał kilkunastu chłopów hiszpańskich z dwoma mułami, niosących z pobojowiska różne sprzęty wojskowe; dostrzegłszy rannego i widząc, że jeszcze żyje, rzucili się z krzykiem zemsty, chcąc go zamordować, lecz jeden, poznawszy mundur, zawołał: „Dajcie pokój, to jest Polak!” te słowa złagodziły dzikich Hiszpanów; wziąwszy go na muła, przyszli z nim do rozległej włości, gdzie go oddali do klasztoru, lecz tam zamiast ratunku, został wtrącony do ciemnego lochu, a tak straciwszy ostatnią nadzieję, znękany na ciele i umyśle, oczekiwał oziemble chwili, która miała zakończyć jego niedolę.
Gdy szczęśliwym zdarzeniem w parę dni po tym wypadku, przechodził kapitan francuzki z rannemi (o którym mówiłem), i pod tą samą wioską w gorących godzinach południa, kazał wypocząć żołnierzom; na wieść przybyłych, uradowani Hiszpanie, wybiegli tłumem z wioski, chcąc się nacieszyć widokiem rannych Francuzów, lecz w tej zgrai szyderczej różnego wieku i płci, była młoda Hiszpanka, która pod pozorem widzenia z-blizka obozu, przebiegłszy obok komendanta oddziału, wyrzekła prędkim lecz cichym głosem te słowa: W klasztorze jest Polak, a przyłożywszy palec na usta, na znak milczenia znikła w tłumie ciekawych; zrozumiał ją kapitan francuzki, wziął dwunastu żołnierzy, poszedł do klasztoru i przemocą wydobył z ciemnego więzienia nieszczęśliwego…”

więcej wspomnień z kampanii hiszpańskiej tu: Stanisław Hempel, Wspomnienia wojskowe

Dla wielu z tych ludzi bycie polskim żołnierzem oznaczało jednocześnie bycie człowiekiem, zaś wszechobecny katolicyzm narodu z którym przyszło im walczyć zmuszał niejednokrotnie do refleksji nad słusznością dochodzenia własnej wolności kosztem wolności Hiszpanów.  Stanowiliśmy jednak wierny i skuteczny element znienawidzonej przez obrońców machiny wojennej Napoleona. Byliśmy najeźdźcami, i nie zawsze było tak wesoło i różowo jak wspomina Hempel. Służbę „wskrzesicielowi Polski” traktowali bowiem Polacy bardzo poważnie. Dopiero w miarę „postępów” owej krwawej służby w której nie było nic rycerskiego, zaczął kiełkować w nich bunt. Zwłaszcza gdy zauważyli że są przez Francuzów traktowani instrumentalnie, oraz wykorzystywani do brudnej roboty… (Odys)

Wizja Napoleona – Wojciech Kossak

„Za cezurę w polskich zmaganiach z Hiszpanią Robert Bielecki uznał 1809 rok, gdy

prysły już iluzje, że walcząc z powstańcami, walczą o własną ojczyznę. Ci, którzy mogą to uczynić, biorą dymisję [chodzi tylko o oficerów – A.N.], wracają do kraju bądź przenoszą się do oddziałów polskich stojących we Francji. Ci natomiast, których rozkaz cesarski zmusił do pozostania w Hiszpanii przekształcili się z wolna w żołnierzy armii okupacyjnej. Zdają sobie oni sprawę, że słuszność leży po stronie powstańców i znacznie rzadziej niż Francuzi uczestniczą w mordach, gwałtach i grabieżach popełnianych na ludności cywilnej. Wojna jednak jest tak zaciekła, że nie mogą pozostać na uboczu wydarzeń. Zmusza ich do tego obawa własne bezpieczeństwo, przeświadczenie, że chwila słabości i współczucia dla Hiszpanów może kosztować ich samych utratę życia, powstańcy bowiem często nie czynią różnicy między Francuzami i Polakami, traktując wszystkich żołnierzy Napoleona jak najeźdźców swej ojczyzny

Polskich wyższych oficerów dodatkowo męczyło rozbicie większych jednostek i poczucie, że Francuzi łatwiej szafują polskim (czy niemieckim) mięsem armatnim. Najmocniej protestował dowódca 4 pułku, Feliks Potocki, którego list utkwił w papierach marszałka Davouta, mimo że zaadresowany był (13 kwietnia 1809 roku w Manzanares) bezpośrednio do Napoleona: 

Sire,
Spełnienie Waszej Cesarskiej Mości jest świętym obowiązkiem każdego dobrego Polaka. Zasłużyć sobie – przez nasze oddanie i staranne wypełnianie obowiązków – na aprobatę naszych zwierzchników i łaskawość wyzwoliciela, któremu zawdzięczamy Oyczyznę naszą, to dla nas niezłomne życzenie; to ono kazało nam opuścić domostwa nasze. Jednak Sire! Wola nie wystarczy gdy brak środków jej spełnienia, gdy paraliżuje się w naszych rękach wszystkie zasoby; gdy zatruwa się wszystkie źródła moralnej zachęty.
Czułem się w obowiązku przedstawić – za pośrednictwem pana generała Savary gorycz, jaką sprawia nam nasza sytuacja. Od tego czasu meldowałem bezpośrednio – jako dowódcy wojsk – Jego Wysokości Wicekonetablowi [czyli Berthierowi – A.N.] o niszczących środkach użytych do dezorganizacji trzech pomocniczych pułków polskich. Jeszcze teraz trwają wysiłki, by zrzucić na nas, bośmy cudzoziemcy, całą ohydę postępowania armii francuskiej z mieszkańcami tego kraju. Posiadanie funkcji bez możliwości godnego wypełniania związanych z nią obowiązków, nie jest moim celem, Sire! I nie może pogodzić się z mym charakterem. To nie jest służba ani memu krajowi, ani Waszej Cesarskiej Mości.
Zbyt cierpię naocznie obserwując pomiatanie dowodzonym przeze mnie pułkiem, jego degradację i wyniszczenie, a nie mogę temu zaradzić. Błagam Waszą Cesarską Mość by powierzył go komuś innemu, a mnie pozwolił powrócić do domu, poświęcić skromne środki służbie mojemu krajowi i spokojności mej rodziny. 

List ten znalazł się u Davouta (nie wiemy, czy był czytany przez Napoleona) zapewne z racji starań żony pułkownika, Zofii, która jeszcze
w początku marca, korzystając z warszawskiej dawnej znajomości, zabiegała u marszałka o zgodę na dymisję pułkownika. Podkreślając, że nie wypełnia woli męża, a własną, pisała w bardzo osobistym liście: „uważam, że jest, wiem że jest nieszczęśliwy w Hiszpanii, a nie mam ani odwagi ani oddania, by walczyć z cierpieniem tych, których kocham”. Ani zabiegi Potockiego „po drodze służbowej”, ani działania żony nic nie przyniosły, dopiero rana, którą odniósł 11 sierpnia 1809 roku, przyniosła pułkownikowi zwolnienie już po miesiącu. Umarł dwa lata później jako ostrożny przeciwnik Napoleona, podejrzewany o udział (jeśli nie o kierownictwo) w antynapoleońskich knowaniach lat 1810–181132.
Hiszpania to nie tylko beznadziejna, niekończąca się kadencja walk i wyczekiwania, to także tęsknota za krajem i bliskimi. (…) W pamiętnikach weteranów (dla lat 1810–1812 poza Sułkowskim i braćmi Hemplami prawie nie mamy listów) znaleźć możemy wszystko.
Wspomnienia mówią często o poprawnym współżyciu, a nawet, jak w okupowanym przez szwoleżerów Castrogeriz, „intrygach miłosnych, które na długi czas po wymarszu Polaków zostawiły smutek w sercach uroczych Kastylianek”. Może przyciągali dziewczęta dlatego, że byli bardzo młodzi i emanowali egzotyką? A może i dlatego, że doświadczeni okupacją własnego kraju, lepiej od Francuzów czy Niemców rozumieli uczucia gospodarzy – tych akceptujących nowy reżim, jak i jego wrogów. „Hiszpanie zawojowani, lecz silni dobrą sprawą”, przyznawał po latach ułan nadwiślański Kajetan Wojciechowski. A oficer szwoleżerów Józef Załuski – trochę z przekory, trochę dla uniknięcia prowokacji miejscowych, odśpiewał im na balu hiszpańską pieśń ze słowami:

„Do broni spieszcie patrioci
walczyć, umierać lub zwyciężyć.
Wojna zawsze niegodziwemu tyranowi!
nienawiść wieczna bezbożnemu Francuzowi!”

Po incydencie (wyobraźmy sobie popłoch lokalnych władz!) ustały ponoć nagabywania Polaków i wezwania do dezercji, tym bardziej że krzyże na kokardach i piersiach oraz niedzielne marsze żołnierzy do kościoła, nieznane „heretyckim” Francuzom, podobały się konserwatywnej hiszpańskiej prowincji. Choć, jeśli wierzyć Załuskiemu, najstarsi i tak sarkali na „polityczne msze” z Polakami w czapkach i mamelukami w turbanach…
Jak to bywa przy dłuższym postoju okupantów, obie strony uczyły się siebie nawzajem i w obopólnym interesie dbały o bezpieczeństwo. We wspomnianym Castrogeriz o pojawieniu się partyzantów Alcado (wójt) zaalarmował ponoć Polaków podczas balu (grali na nim pułkowi muzykanci). „Po tej wyprawie – wspominał Chłopicki – powróciwszy do Castrohix znów śpiewaliśmy sygidylle i krakowiaki, tańczylismy bolero i upędzaliśmy się często za geryllasami”. „Woyna bardzo jest zabawna, iednego dnia tańcujemy a drugiego się bijemy”, skomentował tę naturalną dla młodości mieszankę szwoleżer Staś Hempel…

(…)

Spędziliśmy trzy lata naszej młodości na nauce wojny w Hiszpanii, 1808, 1810, 1811, wkroczyliśmy do tego kraju pełni zaufania w potęgę i szczęście naszego wskrzesiciela, opuszczaliśmy Hiszpanią dużo rozczarowani. Cóż się pozostało Francji z zamierzonego podboju Hiszpanii? Dym i popiół, te godła znikomości, chcę mówić: cygarry. Do roku 1808 nie znał kontynent Europy tej namiętności hiszpańskiej, od tej chwili dopiero ta zdobycz Francji rozeszła się po całej Europie41.”

źródło: Andrzej Nieuważny „Pozostały tylko … cygarry”. Opinie polskich weteranów o wojnie w Hiszpanii w świetle ich korespondencji

Kiedyś gdzieś czytałem że Napoleon pokłócił się o „dyscyplinę” w cesarskiej armii z marsz. Davout który był zwolennikiem porządku i surowego karania swawoli żołnierskiej na podbitych terenach. Z kolei przez niektórych biografów charakteryzowany był jako bezwzględnie (dosłownie) posłuszny Cesarzowi, i do tego stopnia w niego zapatrzony, że gdyby mu rozkazał spalić Paryż to rozkaz byłby wykonany.

No właśnie. Z kim myśmy się zadawali. To tak jakby wojsko II RP współpracowało z bolszewikami w ich podbojach… Coś nie do pomyślenia, a przecież analogia i perspektywa niemal identyczna. „Świętość” sprawy naszej niepodległości wobec tego całego okrucieństwa (na dodatek w służbie rewolucji) jest niestety słabym argumentem na usprawiedliwienie środków jakich żeśmy się imali by tę „świętość” osiągnąć.

Może to właśnie dlatego Polska nie zasłużyła sobie „u góry” na wskrzeszenie w tamtym czasie, a Księstwo Warszawskie musiało upaść. Potem zaś było już tylko gorzej. Nie wiem czy nie gorzej jak to przy czym pomagaliśmy wcześniej Francuzom w Hiszpanii (i w innych miejscach jak np Santo Domingo). Z perspektywy czasu nasze dalsze dzieje wyglądają jak dopust Boży i pokuta za złożenie „sprawy narodowej” na ołtarzu napoleońskich ambicji… (Odys)

podobne: „Pamiętna wiosno wojny, wiosno urodzaju!”. Prawdziwe oblicze kampanii rosyjskiej z 1812 roku oraz: Styczeń 1863 w służbie rewolucji czyli wyzwolenie z rozumu i własności… „Był sobie kraj…” i to: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego.

Edouard Detaille – Polski Szwoleżer-Lansjer Gwardii Cesarskiej z fajką

Reklamy

Dodaj komentarz (byle bez epitetów i wulgaryzmów)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s