Światy równoległe czyli Wielka Polska której mam się wstydzić kontra „Wielki Projekt” z którego mam być dumny. O Krainie „upartych niepogód”


Potęga Rzeczypospolitej u zenitu. Złota wolność. Elekcja. R.P. 1573 – Jan Matejko

Najpierw fragment tekstu autorstwa Stalagmit czyli:

Gospodarka dawnej Polski u szczytu potęgi (XVI-XVII w.)

„… Rzeczpospolita Obojga Narodów, czyli państwo polsko-litewskie, należało do największych krajów wczesnonowożytnej Europy. W 1582 roku Polska była krajem rozległym, liczącym sobie 867 tys. kilometrów kwadratowych powierzchni. Obejmowała rozległe, zróżnicowane pod względem przyrodniczym i geograficznym terytoria…

… Podstawowym działem polskiej gospodarki w opisywanych dwóch stuleciach było rolnictwo. Kojarzymy je zwykle z dominacją gospodarstw folwarcznych, ale tak naprawdę w Rzeczpospolitej współistniały bardzo różne formy gospodarowania. Oprócz folwarków pańszczyźnianych istniały duże gospodarstwa chłopskie, także produkujące na rynek, zwłaszcza w Wielkopolsce i na Pomorzu. Ani wielka, ani mniejsza własność ziemska nie była jednolita. Istniały wielkie latyfundia należące do magnaterii i Kościoła, a jednocześnie obok nich kwitły średnie i małego gospodarstwa szlacheckie. W całej Rzeczpospolitej pewną część ziemi rolnej posiadały także miasta. Osadzały na niej chłopów-dzierżawców, którzy zobowiązani byli do płacenia czynszu. W ogromnych majątkach Wielkiego Księstwa Litewskiego chłopi często byli zobowiązania do oddawania właścicielowi daniny w naturze: w zbożu, sianie, świniach, drobiu, miodzie, wosku i futrach. W południowo-wschodniej części państwa, na żyznych i rozległych ziemiach ukrainnych, dominowała hodowla bydła i ekstensywna uprawa zbóż. W skład typowego gospodarstwa, czy włości wchodziły zwykle nie tylko pola uprawne, ale także pastwiska, lasy, stawy i nieużytki. Przeciętny folwark szlachecki liczył 60-80 ha i przynosił swojemu właścicielowi 175-385 złotych polskich rocznego, czystego dochodu. Produkcja żywności na rynek była bardzo dochodowa, nie tylko dlatego, że wyżywienie i opał szlachty pochodziły z jej własnego majątku. Szlachta starała się rozwijać w swoich majątkach różnorodną działalność: zakładała stawy rybne, browary, młyny, folusze, tartaki, eksploatowała lasy i rozwijała hodowlę rozmaitych zwierząt.

Uprawiano przede wszystkim żyto, pszenicę i jęczmień. Nieco mniejsze znaczenie miał owies, służący głównie do karmienia koni. Powszechnie stosowano system trójpolówki i kilkukrotnej orki przed siewem zboża. Wysiewano także groch, proso i kukurydzę, która do Europy została przywieziona w 1493 roku, a do Polski trafiła okrężną drogą, przez Imperium Osmańskie i Bałkany. Spore znaczenie miały uprawy ogrodowe, obecne zarówno w szlacheckich i kościelnych, jak i w chłopskich gospodarstwach. To z nich pochodziła powszechnie spożywana w Polsce kapusta, a także marchew, ogórki, cebula, sałata, kalafiory, mak, itd. Część ziemi przeznaczano na uprawy roślin przemysłowych, takich jak rzepak, chmiel, len i konopie. Bardzo dochodowym działem gospodarki była także hodowla zwierząt. Głównym towarem eksportowym Polski zaraz po zbożu były woły. Hodowane na Wołyniu, Podolu i Ukrainie wielkie bydło stepowe było wytrzymałe i dostarczało ogromnych ilości mięsa, przy stosunkowo niskim nakładzie pracy hodowców. Bydło rasy czerwonej polskiej było mniejsze, ale rozpowszechnione na terenie ziem koronnych. Z Kresów i centralnej Polski pędzono na zachód ogromne stada wołów, przeznaczonych dla konsumentów w miastach niemieckich i położonych dalej na zachód. Woły docierały też do Gdańska, skąd mogły być transportowane jeszcze dalej na zachód. Rocznie eksportowano z Polski niekiedy nawet 45-60 tys. wołów. Hodowane w kraju bydło dostarczało też mleka i było używane jako siła robocza i pociągowa. Duże znaczenie miała hodowla owiec, dostarczających mięsa, mleka i wełny potrzebnej do wyrobu sukna. Z wielkich stad owiec słynęła Wielkopolska i tereny Podkarpacia. W lasach i ich sąsiedztwie hodowano świnie, dostarczające sporych ilości mięsa i tłuszczu. Spożywano jednak dużo mniej wieprzowiny, niż w bliższych nam czasach. Przy wszystkich gospodarstwach trzymano sporo drobiu (kur, gęsi, kaczek), który dostarczał mięsa i jajek. Jednym z głównych towarów eksportowych Polski był pierz i puch gęsi, eksportowany przez Gdańsk w ilości 100 ton rocznie. Polska słynęła w całym ówczesnym świecie z doskonałej hodowli koni. Szlachta bardzo dbała o swoje wierzchowce, interesowała się hodowlą i uszlachetnianiem różnych ras. Największym osiągnięciem tej hodowli były konie polskie, doskonałe rumaki, szczególnie użyteczne na wojnie. Oprócz nich hodowano konie neapolitańskie, hiszpańskie, perskie i tureckie. Polska eksportowała nie tylko konie wierzchowe, ale także robocze konie chłopskie…

…Mimo trudności związanych ze zmianami klimatu i wzrostem cen, wyżywienie ludności naszego kraju było lepsze, zdrowsze i bardziej obfite, niż na zachodzie. Pisze o tym zresztą ks. Starowolski:

„Pożywienie narodu naszego obfitsze jest niż prawie u wszystkich innych europejskich nacji, a na stołach możniejszych tak wyszukane, że magnaci największą część swoich dochodów na wonne korzenie i wina obracają. W dawnych czasach spożywanie żytniego chleba i piwa z jęczmienia albo pszenicy uczynionego wspólne było dla wszystkich i całkiem zwyczajne; teraz już nie tylko przedniejsi, lecz i samo pospólstwo chlebem pszennym i winem przy stole się raczy, zwłaszcza w większych miastach i tych, co bliżej Węgier leżą. I plebs nawet wiejski ma zwyczaj stół zastawiać połciami słoniny, baraniną, wołowiną, cielęciną, mlekiem, rybami, a najwięcej jarzynami, które to rzeczy na targach, także po wsiach, przy kościołach i widocznych miejscach, w świąteczne dnie są wystawiane. Atoli mieszczan i szlachty pożywienie o wiele wybredniejsze bywa, a stoły ich tuczonym drobiem wszystkich rodzajów, dalej dziką zwierzyną i ptactwem, i rybami wybornymi aż do zbytku niekiedy są zastawiane; także różnych wonnych korzeni, cukrów, win, potraw i innych zagranicznych przypraw albo łakoci bardzo dużo każdego dnia używają. Rusini i Litwini natomiast, u których jest mnóstwo ryb i miodu, obficie używają wina zmieszanego z miodem, podobnie jak piwa z pitną wodą gotowanego, nazywanego miodem. (…)”

Porównując zaś zasobność Polski z innymi krajami, zauważył:

„(…) Co do żywności zaś, to pewne jest, i owszem, iż w czasie wojen król Polski mógłby wyżywić bardzo wielu, co dla każdego jest oczywiste, boć Królestwo Polskie może inne dwa podobne królestwa, takie, jakim samo jest, nie tylko zbożem, lecz także mięsem i innymi produktami podtrzymywać. (…)”

Polska słynęła także produkcją rzemieślniczą i przemysłową, oraz obróbka różnych surowców, w które obfitował kraj. Do połowy XVII nieprzerwanie wzrastała liczba ludności, rósł poziom produkcji rolnej i zamożność społeczeństwa. Konsekwencją tej sytuacji był wzrost popytu na różnego rodzaju wyroby. W produkcji coraz powszechniej wykorzystywano wynalazki: koło wodne, tkacki kołowrotek nożny, nowe techniki w metalurgii, garbarstwie, młynarstwie, górnictwie, papiernictwie. Jakość wyrobów rzemieślniczych i przemysłowych była bardzo wysoka, a czasem nawet perfekcyjna, także pod względem artystycznym. Podstawą działalności produkcyjnej była eksploatacja lasów i górnictwo. Związki górnicze zbliżone do cechów, czyli gwarectwa, zajmowały się dobywaniem rozmaitych kruszców i kamieni na zlecenie spółek górniczych, prywatnych właścicieli dóbr i państwa.  W rudy metali i złoża kamieni budowlanych obfitowała szczególnie Małopolska oraz Podkarpacie, o czym pisał ks. Starowolski:

„(…) Nie sposób też pominąć, że przed wszystkimi województwami Królestwa Polskiego, jedno sandomierskie wyjąwszy, tylko temu przypadło w udziale mieć wszystkie metale i minerały: ołów i srebro w okolicach Olkusza, Sławkowa oraz Nowej Góry, miedź i złoto pod Nowym Targiem i w górach koło Sącza, sól kopalną pod postacią ogromnych skał w okolicach Bochni i Wieliczki, marmury różnych kolorów pod Sielcem, klasztorem karmelitów bosych, saletrę pod Wiślicą, witriol pod Bieczem, miedź i węgiel do podsycania ognia w okolicy Tenczyna, stal w okolicy Podolińca, pod Olsztynem zaś huty żelaza zwykłego i naczyń szklanych dalej także innych wiele w różnych miejscowościach. (…)” 

…Rzeczpospolita była ośrodkiem produkcji tekstylnej. W Wielkopolsce silnie rozwijało się sukiennictwo, bazujące na miejscowych stadach owiec, dostarczających dobrej wełny. Warsztaty sukiennicze znajdowały się też w Gdańsku, Małopolsce i na Mazowszu. Ubrania, sukno i płótno produkowano też w wielu gospodarstwach chłopskich i szlacheckich. W 1643 roku hetman Stanisław Koniecpolski założył w Brodach pierwszą manufakturę jedwabniczą. Produkcja włókiennicza była niezmiennie opłacalna, bo praktycznie ciągle istniał ogromny popyt na ubrania i tkaniny, w kraju i za granicą. Ubiór w Polsce był zazwyczaj bogaty, bo jak twierdzi ks. Starowolski:

„(…) I nie tylko znakomitsi urodzeniem używają zagranicznych okryć i futer, lecz także niżsi i plebejusze w jedwabie i purpurę się odziewają, (…)”

Chłopi na wsiach zajmowali się także wytwórczością różnych towarów. W czasie wolnym od zajęć rolniczych produkowali płótno, przedmioty drewniane i ceramikę. Wiele z tych wyrobów trafiało później do Gdańska. Kontrolę nad produkcją w miastach sprawowały cechy, wyznaczające ceny i mające niekiedy charakter monopoli. Szlachta starała się przełamać monopol cechowy zakładając własne miasta i tworząc jurydyki, gdzie rzemieślnicy mogli produkować bez uciążliwej kontroli gildii miejskich…

…Polskę XVI i XVII wieku można postrzegać jako kraj wielkiego handlu, leżący na przecięciu najważniejszych szlaków biegnących we wszystkich kierunkach i łączących zachodnią i północna Europę ze Wschodem i Południem. Nasz kraj był wielkim rynkiem wymiany różnych produktów, o czym możemy przeczytać w „Opisaniu Królestwa Polskiego”:

„(…) Wywozi się zatem z Polski: żyto, pszenicę, jęczmień, owies, proso, mak, różne krupy i rośliny strączkowe, wełnę, len, konopie, chmiel, skóry, łój, skóry miękko wyprawione, miód, wosk, bursztyn, smolę, popiół, belki, deski i inne materiały do budowy okrętów i wyposażania domów używane. Dalej sól, piwo, koperwas, saletrę, lazur, purpurę, miedź, ołów, żelazo, mosiądz, węgiel ziemny, kryształy, konie, woły, barany, wieprze, słoninę i inne niezliczone towary, których tak pobliscy sąsiedzi, jak i zamorskie ludy od nas potrzebują. A od nich dla odmiany do nas sprowadza się tkaniny jedwabne, złote, wełniane i lniane delikatniejsze, dywany, obicia i inne ścienne zasłony, dla koni i ludzi ozdoby, których wyrób jest u nas mniej wytworny, chociaż nie brak nam surowców, w jakie zaopatrujemy inne kraje. Sprowadzane są także perły, szlachetne kamienie, futra wspaniałe, śledzie, czyli ryby morskie, wizna i inne przetwory rybne oraz na wietrze albo słońcu suszone ryby morskie. Nadto srebro, złoto, cyna i stal, tak gotowa, jak i nie obrobiona, wina w końcu, wonne korzenie, rozmaite przyprawy do potraw i przysmaki, (…)”

Silne więzi gospodarcze łączyły Polskę zarówno z zachodnią Europą, jak i z szeroko pojętym wschodem. Pierwszą pozycję w eksporcie Rzeczpospolitej niewątpliwie zajmowało zboże (pszenica i żyto). W związku ze wzrostem liczby ludności, rozwojem miast i wytwórczości pozarolniczej w Europie pojawiła się idealna koniunktura na żywność. Głody i nieurodzaje związane z małą epoką lodową jeszcze bardziej zwiększały zapotrzebowanie na zboże i inne rodzaje pożywienia. Rolnictwo zachodnie nie mogło tego zapotrzebowania zaspokoić, więc ceny żywności rosły. Z gospodarstw ziarno trafiało na jarmarki i do portów rzecznych. Tam ładowano je na statki rzeczne: przede wszystkim wielkie, wyposażone w maszt z żaglem szkuty, o ładowności 120 ton, a także na mniejsze dubasy, komięgi i galary. Ważnym portem rzecznym i ośrodkiem składowania zboża na handel był Kazimierz Dolny nad Wisłą. Statki rzeczne budowano w miejscowości Ulanów nad Sanem. Targi zimowe, na których Gdańszczanie skupowali zboże odbywały się w Toruniu i w Lublinie. Polskie zboże trafiało najpierw do Gdańska, potem do portów niderlandzkich, a potem rozchodziło się po najdalszych zakątkach Europy, trafiało do Anglii, a nawet do Hiszpanii. Z Półwyspu Iberyjskiego napływały w zamian kruszce w postaci pieniądza złotego i srebrnego…”

…itd itp… Polecam lekturę całości tego bogatego w informacje materiału a także uzupełniające i równie ciekawe komentarze pod nim. Jak chociażby ten poniżej, dotyczący siły nabywczej polskich dukatów, i wydajności/wartości pracy na polskim rynku:

Pioter @Gospodarka dawnej Polski u szczytu potęgi (XVI-XVII w.) (18 maja 2018 18:16)

Młyn wodny, dom w mieście, konia wierzchowego, 5 krów, statek rzeczny bądź 2 łany roli wolnej od pańszczyzny; albo inaczej – podskarbi koronny musiał na to pracować 2 tygodnie, a pisarz miejski pół roku, parobek zaś 2 lata.

Dane za: Szwagrzyk JA. Pieniądz na ziemiach polskich X-XX w

Można sobie to porównać z dowolnym okresem naszej historii i samemu wyciągnąć wnioski… Oszałamiające. I my mamy się wstydzić tamtej Polski i ludzi?

Pozostaje zatem pytanie, komu to przeszkadzało? I jak to się stało że w szkole uczy się Polaków o tym że sami jesteśmy sobie winni upadku i rozbiorów tego państwa, do czego trzej (podobno) zaborcy tylko rękę przyłożyli, a i to tylko po to by nas ratować przed „chaosem wewnętrznym”, wynikającym rzekomo z warcholstwa pewnej warstwy społecznej, która najpierw przez wieki budowała  potęgę gospodarczą i militarną tego państwa, z której (jak można wyczytać) korzystały również bardzo aktywnie niższe warstwy społeczne, a która potem najwyraźniej albo się sukcesem znudziła, albo po prostu zwariowała (bo inaczej niepodobna uwierzyć w taką przemianę). Pamiętam do dziś lekcje z historii na których wbijano mi do głowy wyższość „absolutyzmu oświeconego”, nad naszą niedojrzałą złotą wolnością, z której podobno wynikły dla nas same nieszczęścia… To jest kłamstwo, bo fakty są takie, że żeby nas pokonać trzeba było dziesiątek lat wielkich wojen i najazdów niemal od wszystkich bezpośrednich sąsiadów, oraz złota  potężnych wrogów trochę dalej od naszych granic położonych. Które miały po prostu chrapkę na nasze udziały w handlu międzynarodowym, oraz bogactwo którego dorobiliśmy się sami, właśnie dzięki unikalnemu ustrojowi „złotej wolności”, która pozwała dorabiać się każdemu.

Żeby nie być gołosłownym, że komuś konkretnemu to przeszkadzało, polecam tekst Pani Ewy Rembikowskiej o potopie szwedzkim, ale nie tylko: Między nimi nic nie było, czyli kto finansował Jana Amosa Komenskiego? Natomiast co do skali najazdów z którymi musieli się zmagać nasi przodkowie (bo nie był to tylko „potop szwedzki”), oraz zniszczeń i ich skutków „ubocznych”, polecam lekturę książki Andrzeja Gliwy, zatytułowanej znacząco – „Kraina upartych niepogód” (do kupienia w wydawnictwie Klinika Języka a interesująca dyskusja w tym temacie tu: Gabriel Maciejewski i dr Andrzej Gliwa o książce)

„…W książce przedstawiono szczegółowo wszystkie większe operacje militarne wojsk nieprzyjacielskich, które dotknęły zachodniej części województwa ruskiego, łącznie z niezwykle niszczącymi inkursjami tatarskimi z lat 20. XVII wieku, wyprawą tatarsko-kozacką z 1648 roku, najazdem rosyjsko-kozackim z 1655 roku, inwazją szwedzką z 1656 roku, najazdem transylwańsko-kozackim z 1657 roku oraz grabieżczymi operacjami ord tatarskich z 1672 roku i ostatnim w dziejach najazdem ordyńców z Budżaku z 1699 roku, który miał miejsce już po zawarciu traktatu pokojowego w Karłowicach. Przeprowadzone badania w oparciu o niezwykle bogaty i różnorodny materiał empiryczny, w tym tzw. źródła masowe (abiuraty, rejestry poborowe, lustracje królewszczyzn) stawiają duży znak zapytania nad ogólnym i przyjmowanym dotąd powszechnie przez historyków paradygmatycznym modelem przebiegu zjawiska zniszczeń wojennych na terytorium Rzeczypospolitej w XVII wieku…”

Nic więc nie stało na przeszkodzie, by w 123 lata po rozwiązaniu i całkowitym niemal zaoraniu tego co stanowiło o sile I Rzeczypospolitej, wszystkie zainteresowane strony zgodziły się na kontrolowany powrót Polski na polityczną mapę. Tak powstała II RP. Niby Polska, ale już w zupełnie innym kształcie, o innym ustroju (politycznym i gospodarczym), oraz z zupełnie inną od „przeklętej Pańskiej” wizją społeczeństwa obywatelskiego. Nazwano to szyderczo „odzyskaniem niepodległości” która jak się skończyła wszyscy wiemy, ale nie wszyscy kojarzymy jak, do czego, i przez kogo została wykorzystana… Której „stulecie” (o tempora o mores!) szumnie będziemy obchodzić już za rok. A którą nie tylko moim zdaniem utraciliśmy bezpowrotnie po upadku tej pierwszej Wielkiej Rzeczypospolitej… (Odys)

Zapraszam więc z tej okazji do kolejnej lektury:

„…Nasza historia, rozgrywa się w roku 1933, w Galicji, która ma dobrze ugruntowane tradycje gangsterskie. Mamy od kilkunastu lat wolne państwo, stojące na straży sprawiedliwości. W państwie tym, komisarz policji planuje w sposób niezwykle profesjonalny zamordowanie oficera wojska polskiego. Przypadkiem ginie także kolega tego oficera – Jan Chudzik, dziadek naszej koleżanki Joli. Za podżeganie do zabójstwa komisarz policji dostaje pięć lat więzienia, a dwaj sprawcy mordu po dwa lata. Wychodzą jeszcze przed wojną. Sam zaś główny planista zostaje dyskretnie usunięty z tego świata, co oznacza tyle jedynie, że nie on był głównym graczem. A kto? Na to pytanie mógłby może odpowiedzieć premier Buzek, tylko kto go zapyta?

Kolejna okoliczność – w czasie trwania procesu, poważnego procesu, demaskującego wprost nieistnienie państwa, za które młodzi Polacy już wkrótce będą masowo oddawać życie, prowadzeni na rzeź przez równie jak oni sami niezorientowanych przywódców, w czasie tego procesu rozkręca się inny proces. Jest to proces osłonowy, proces wodewilowy, a jego bohaterką jest kobieta – Rita Gorgoń. O tym drugim procesie pisze się do dzisiaj, jako o tak zwanej ciekawostce sądowej. I to jest wyraz poważnego zidiocenia moim zdaniem, a także demaskacja roli, jaką wśród nas odgrywają tak zwani popularyzatorzy historii.

Mamy przed oczami dowód wprost wskazujący na to, że w państwie rządzą organizacje niejawne. Nie może być bowiem tak, iż komisarz policji zleca zamordowanie oficera wojska. To są rzeczy nie do pomyślenia w strukturze zwanej państwem, albowiem natychmiast włączają się systemy alarmowe i zaczyna działać mechanizm oczyszczania szeregów. To znaczy komisarz zostaje skazany, potępiony, zdegradowany, a jego imię i nazwisko znika z kartotek, annałów, broszur i w ogóle ze wszystkiego. Potomkowie zaś komisarza mają nielichy kłopot, bo muszą coś zrobić ze swoim życiem. Tymczasem u nas jest odwrotnie. To potomkowie ofiary mają kłopot, a potomek komisarza „jest odwiedzony” przez premiera. Oznacza to, ta sytuacja, że równoległe światy istnieją. Struktura zaś, którą my uznajemy za rzeczywistość prawno-polityczną jest fikcją. A skoro tak, to jej bohaterowie, wszyscy jak jeden, z rotmistrzem Pileckim na czele są po prostu skończonymi durniami i frajerami. O co innego bowiem chodzi, nie o oddawanie bezmyślnie życia za tę fikcję…

… Słuchajmy więc uważnie co mówi minister Gliński, jakie deklaracje składane są w czasie konferencji Polska Wielki Projekt, bo to są rzeczy istotne dla naszego życia. I oni tam, chcąc nie chcąc, muszą się wysypać ze swoimi wobec nas planami. Zwróćcie uwagę na jedną jeszcze bardzo charakterystyczną okoliczność. Jak traktowani są działacze narodowi, endeccy przez socjalistów? Tak jak ci, którzy targnęli się na życie amerykańskiego oficera, co mogliśmy nie raz oglądać w westernach. To są ludzie nie zasługujący na nic, ani na współczucie, ani na dobre słowo, po prostu na nic. Na śmierć jedynie i na różne szyderstwa.” (CoryllusOczywiście że równoległe światy istnieją!)

Jedna rzecz wiedzieć, druga co z tą wiedzą zrobić i jak jej używać, nie dając jednocześnie głowy pod tzw. topór. Poza tym jak to ktoś dobrze określił w jednym z komentarzy pod tym tekstem – my nie mamy czołgów, ani nawet prokuratorów, a oni mają. To oczywiście nie oznacza że należy takie informacje kisić i modlić się aż ktoś inny nada im odpowiednią rangę, ale w obecnych okolicznościach tzw. przyrody, jest to w zasadzie wszystko co leży w zasięgu mocy zwykłego człowieka. Woli politycznej informowania społeczeństwa na te tematy nie ma, i być nie może. Z prostego powodu, który  każdy kto śledzi uważnie wydarzenia bieżące z pewnością zauważył (chodzi o sentyment obecnej „dobrej zmiany” nie tylko do wąsów Piłsudskiego).Ten sam problem dotyczy również informowania Buzka czy innego Glińskiego w temacie protegowanych przez nich osób. Doskonale wiadomo jaka będzie ich reakcja, nawet zakłając że dowiedzą się w ten sposób prawdy. Być może to co robi coryllus i ludzie skupieni wokół jego dzieła, zaczęło lub zacznie jakąś przemianę w ludziach, którzy kiedyś coś będą mogli, ale to wszystko co jestem sobie w stanie na dzień dzisiejszy wyobrazić, i życzyć… Każdy człowiek który czyta tego rodzaju informacje, sam wie co może, a na co go nie stać, by w tej i innych sprawach coś zrobić, o czym trochę pisałem tu: O szukaniu prawdy w oczekiwaniu na Paruzję czyli jak zrobić miejsce dla Chrystusa Króla we współczesnym świecie kultu państwa opiekuńczego.

Kolejna kwestia to ofiara nieszczęsnego Pileckiego i innych pomordowanych miedzywojniaków, którzy z jednej strony walczyli z bolszewią, ale z drugiej  reprezentowali sanacyjną czyli socjalistyczną tradycję władzy w Polsce. Osobiście już jakiś czas temu doznałem podobnego (co dziś dosadnie coryllus nazwał) przebudzenia, właśnie z racji tego co do mnie docierało na temat tamtej Polski/władzy, i nawet próbowałem nieśmiało w ten sposób rysować rzeczywistość, ale reakcja na te próby była tylko jedna. Zrozumiałem wtedy całą perfidię oficjalnej narracji na temat międzywojnia, i jaką rolę odgrywają w tej perfidii „wyklęci”. Oni zabezpieczają oficjalną propagandę  „kultu bałwanów” z II RP, w niemożliwy póki co do przeskoczenia sposób.

Staram się więc, rozmawiając na temat tych żołnierzy, pomijać milczeniem polityczny program/cel podziemia antykomunistycznego (bo mi często przypomina słynne bliższe naszym czasom „solidarnościowe” postulaty), i w zasadzie wszystko to, co stoi ponad koniecznością walki tych ludzi po prostu o przeżycie. Do czego mieli absolutne prawo, gdyż komuna na nich po prostu polowała. Do rozprawy z II RP (czyli obozem sanacji), a także z tzw. „ruchem narodowo wyzwoleńczym” pozostały takie argumenty jak: herezja wspomnianego świeckiego kultu, rabunek dokonany na ziemianach (którego sztandarowym przykładem była niesławna reforma/wywłaszcenie), oraz tropy potwierdzające opłacanie i wywoływanie różnych awantur na naszym terenie przez obce państwa. W które to awantury wkręciło się niestety  na przestrzeni wieków sporo uczciwych i szczerych Polaków, płacąc za to często najwyższą cenę (W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców)

PS… Pewnie takich spraw jak Chudzika było w II RP więcej, ale i ta jedna wystarczy by raczej unikać, jak przykładać rękę do współpracy z władzą i jej propagandystami, którzy takie historie, a przede wszystkim całą tą fikcję „niepodległości” osłaniają swoją „powagą”. Czasem kłócąc się między sobą, o pierwszeństwo w czerpaniu korzyści z nadzoru nad „tą ziemią” (to na poziomie lokalnych gangów)… W jakim celu obcy wspierają taką władzę też wiemy. Tak wygląda wymiar materialny. Jest jeszcze ten drugi wymiar, nadrzędny, w którym gra idzie o stworzenie takich warunków bytowania na ziemi, żeby jak najwięcej ludzi uległo zbydlęceniu i trafiło do piekła. Dlatego Wielka Polska musiała zostać zniszczona, i zastąpiona innym Wielkim Projektem… (Odys)

„…Kolega mój uświadomił mi wczoraj, że niestety nie możemy się pozbyć państwa, bo na jego miejscy natychmiast zjawi się inne państwo, które narzuci nam swoją wolę. Nie możemy też ustąpić UE i stać się jej częścią, bo prawdopodobnie czeka nas eksterminacja. Powolna albo szybka, to już zależy od rozwoju wypadków. Ja zaś dodam, że nie możemy też wzorem Kondeusza zrobić frondy, bo nazwa została już dawno ukradziona przez lewicę, która generalnie ma skłonności do jumy i obsikiwania nieswoich terenów. Żeby w ogóle być traktowanym podmiotowo musimy mieć przede wszystkim swoje znaki i nie występować pod znakami państwa. Jeśli już oczywiście nie mamy własności, a niestety nie mamy. No i musimy głosić swoją prawdę jasno i wyraźnie, choćby nie wiem jakie armaty przeciwko nam zataczano. Tylko w takim wypadku jest szansa, że państwo zacznie się z nami liczyć. Jest to jednak szansa mała jak nas uczy przykład Jana Chudzika. Szanse duże były w czasach Kondeusza, no ale on miał majątek i talenty wojskowe. Pierwszego nie mamy, a drugie nie ma dziś znaczenia. Zostaje nam tylko sfera propagandy. Niestety nikt z nas nie potrafi malować scen batalistycznych w duchu Ferrero-Dalmau, a szkoda. Czekamy więc na rozwój wypadków, jak ci żołnierze pod Rocroi. Ponoć wielu przeżyło, wycofali się ze sztandarami, w zwartym szyku…” (Coryllus O kryteriach oceny obrazów i polityki albo czy Polskę stać na politykę państwową)

podobne: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? oraz: Joint w rocznicę Powstania Warszawskiego czyli o wojnie przedmurza z zadupiem w kolejnym pokoleniu, o młodzieży na prowokacji chowaniu i złotym intetesie sojuszników z okupantami (patrioty(zm) z Izraela) i to: Socjalizm w służbie niepodległości czyli jak powstała „wolna Polska” i dlaczego wybito ziemiaństwo (krótka lekcja z historii) a także: O drugiej kategorii ludzi czyli… Dłoń która (w imię eksperymentów socjalnych) przeszłości ślad zmiata.”Ballada o bieli” (Kaczmarskiego) polecam również: Wacława Sobieskiego „Pańska buta” do „Rokoszu” Jacka Kaczmarskiego. Szlachta (nie) pracuje! i jeszcze:  (NIE)odpowiedzialni za państwo. Dwa oblicza Sarmatów i Quincunx Orzechowskiego czyli Wielka Polska Katolicka.

Artur Grottger – Ostatnia przestroga (Szkoła szlachcica polskiego)

Reklamy

21 comments on “Światy równoległe czyli Wielka Polska której mam się wstydzić kontra „Wielki Projekt” z którego mam być dumny. O Krainie „upartych niepogód”

      • No właśnie!
        Należy jeszcze dodać że nasz kraj patrząc na lata… nie miał, nie ma szczęścia co do sąsiadów, przyjaciół, sojuszników/sojuszy… Takie życie.

        „A żyć trzeba” 🙂

        Polubienie

      • Jest takie powiedzenie: umiesz liczyć licz na siebie. Inne: chcesz mieć pokój gotuj się do wojny. Twór polityczny jakim jest państwo zasadza się na trochę innych relacjach jak międzyludzkie. To jest inna skala rywalizacji. Tu naprawdę trudno polegać na cudzej sile ktora ma swoje plany do realizacji, i dziesiątki innych sojuszy na oku. Tu nie ma miejsca na bezkarność pomyłek, naiwność i sentymenty. W grę wchodzi bowiem czasem życie milionów ludzi.
        Dlatego aparat władzy, który opiera swoje bezpieczeństwo na obcych, zamiast pozytywnie stymulować rozwój wlasnego kraju który ma ku temu potencjał, jest godny politowania (delikatnie mówiąc).
        Żyć trzeba. Nie patrząc (nie licząc) na innych

        Polubione przez 1 osoba

      • Zgadzam się z tym co napisałeś w odniesieniu do państwa jak i jednostki:)

        PS. Stosuję się do tej zasady.
        Chociaż miło jest wiedzieć/ mieć świadomość, że są osoby/ludzie na których można polegać w bogactwie i biedzie – na dobre i na złe.
        🙂

        Polubienie

      • To prawda. I nic tak człowieka nie buduje jak możliwość oparcia na drugim. Z drugiej strony nic tak nie niszczy jak rozczarowanie. Dlatego warto zadbać o stosowny dystans i wymagać przede wszystkim od siebie. A od innych jak Bóg da.

        Polubione przez 1 osoba

      • W związku z Twoim wpisem przypomniało mi się takie powiedzenie, które często mówiła/powtarzała moja śp. babcia:
        „Z BOGIEM, Z BOGIEM każda sprawa – Tak mawiali starzy – Kiedy wezwiesz tej pomocy, wszystko ci się zdarzy”.

        Pozdrawiam 🙂

        Polubienie

      • Jeszcze w uzupełnieniu:
        Odysie,
        Pan Bóg daje, pomaga, działa również poprzez innych ludzi a więc trzeba dać im szansę – JEMU SZANSĘ – przyjąć pomocną „dłoń”, zaryzykować, uwierzyć, że to dar od Najwyższego. 🙂

        Polubienie

      • Też tak uważam. Powiem więcej – jestem przekonany że Pan Bóg działa właśnie w ten sposób. Chcąc natchnąć człowieka. Utwierdzić lub zakłócić osobiste przekonanie/postępowanie. Jak również czasem nagrodzić lub ukarać za wybory jakie człowiek dokonuje. Pisze o tym bardzo obrazowo św. Augustyn, którego ostatnio słucham i czytam bardzo uważnie. On jest zawsze obok, gotowy na interwencję jeśli się mu na to pozwoli i podda Jego woli, zamiast własnym zachciewajkom. A nawet kiedy robi Mu się na złość potrafi w akcie miłosierdzia przerwać szaleństwo, byle za daleko człowiek nie odbiegł i nie trafił do piekła. Duch Boży „tchnie kędy chce” 🙂

        Polubione przez 1 osoba

      • no właśnie… myślisz, że Polacy nie mają świadomości? wolą tylko „mieć”?, to by znaczyło, że patrioci umierali na darmo… Tak długo trwa ten stan… czyżby nie rodzili się odważni Polacy… Wszak my naród bohaterski jesteśmy. Tak trudno w to uwierzyć, patrząc na współczesną Ojczyznę.

        Polubienie

      • A Ty urodziłaś się odważna? Czy po prostu się urodziłaś? 🙂

        Myślę że spora część nie ma tej świadomości. Nie czuje takiej potrzeby. Chce tylko bezpieczeństwa (a raczej opieki) i konsumpcji/rozrywki. I rząda tego od ludzi którzy im to obiecują w ramach „święta demokracji”. Nie mówię że to źle, tylko pokazuję jak długą drogę przeszliśmy od bycia podmiotem (Panami własnego kraju/życia) do przedmiotu który inni używają wedle swoich potrzeb. Rozmawiamy o polityce, ale to nie dotyczy tylko polityki.
        I tak, moim zdaniem wielu Polaków umierało na darmo (mam tu na myśli cały okres od rozbiorów do dnia dzisiejszego).
        Nie ma niczego bohaterskiego w śmierci za ojczyznę/państwo. Jest wiele w poświęceniu (nie koniecznie śmierci) za drugiego człowieka, nawet obcego zupełnie. Bo umrzeć jest łatwiej niż zmagać się z życiem, zwłaszcza w bitwie, albo samemu je sobie odbierając. Przyjąć natomiast klęskę, niepowodzenie, upokorzenie i próbować żyć pomimo/na przekór to wymaga czegoś więcej jak chwilowego „porywu serca” (który w takich wypadkach często jest tylko emocjonalnym połechtaniem własnego ego). To nie jest kwestia wiary a dostrzegania owoców pewnych decyzji. Nie tylko dla samych bohaterów co to „polegli w chwale” (jak książka pisze), ale przede wszystkim dla tych co zostali żywi.
        Notka na podstawie której wyciągam ten wniosek zawiera punkt odniesienia którego nie da się w żaden sposób podważyć. I RP istniała. To byli ludzie bardziej świadomi i mądrzy, niż większość dziś tzw. inteligentnych i wykształconych.

        Polubione przez 2 ludzi

      • Pogmatwam trochę. Urodzilam się odważna …bo dzieci są odważne… 🙂 dopiera czas i doswiadczenie uczynilo mnie tchorzem… 😦 śmierć … Zycie weryfikuje…

        Polubienie

      • Odważnym tak jak tchórzem się bywa… To nie jest cecha charakteru dana raz na zawsze. Z tym się człowiek nie rodzi. Zresztą ważniejsze jest męstwo, a strach to nic złego jeśli nikt przez to nie cierpi… Przez to też odwaga może być czymś złym właśnie. Opacznie rozumiana może być przyczyną tragedii. Nie ma w niej wtedy nic godnego pochwały.

        Polubione przez 1 osoba

  1. Pingback: Kościół i Słowianie między wschodem i zachodem czyli… Bizancjum i Frankowie, Niemcy i Turcja, Wikingowie i Rusowie. Misje hurońskie | Łódź Odysa

Dodaj komentarz (byle bez epitetów i wulgaryzmów)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s