Kiedy koniec II wojny? czyli… amerykańscy żołnierze w Polsce i Europie Środkowo Wschodniej. Wasalizacja, pożyteczni idioci i slalom między folkslistami. Sens dyslokacji wojsk z daleka od wschodnich rubieży. Zaniedbany kierunek – Białoruś.


rys. Jerzy Wasiukiewicz

5.11.2016, Warszawa

Na szczycie NATO w Warszawie w lipcu 2016 r. ustalono, że Sojusz wyśle do Polski i państw bałtyckich cztery wielonarodowe batalionowe grupy bojowe. Większość żołnierzy batalionu, który przyjedzie do Polski, ma pochodzić z USA. Dodatkowo Stany Zjednoczone zapowiedziały, że wyślą do Europy Środkowo-Wschodniej – w ramach współpracy dwustronnej – brygadę pancerną i pododdział śmigłowców. Brygada przez większość czasu mają znajdować się w Polsce, ale będą też ćwiczyć w innych państwach wschodniej flanki NATO.

Do tej pory oficjalnie poinformowano, że batalion będzie stacjonował w Orzyszu i sąsiednim Bemowie Piskim (Warmińsko-Mazurskie) oraz że przybędzie do Polski w kwietniu 2017 r. Brygadowa Grupa Bojowa (ang. Armored Brigade Combat Team, ABCT) miała natomiast trafić do zachodniej Polski, nie podawano jednak konkretnych garnizonów. Jak mówił szef MON Antoni Macierewicz, amerykańska brygada przybędzie do Polski w styczniu 2017 r. Z kolei szef Pentagonu Ash Carter mówił o lutym 2017 r.

„W styczniu 2017 r. do Polski zostaną przerzucone pododdziały i sprzęt ABCT. W początkowym okresie zostanie ona rozlokowana na obszarze zachodniej Polski, pomiędzy Drawskiem Pomorskim, a Żaganiem. Następnie część z jej elementów zostanie rozmieszczona w innych miejscach rejonu wschodniej flanki NATO. Sukcesywnie pewne elementy ABCT zostaną rozlokowane także w kilku innych lokalizacjach. W ramach pierwszej rotacji dowództwo brygady oraz bataliony inżynieryjny i wsparcia, 3 Batalion 29 Pułku Artylerii i 4 Batalion 10 Pułku Kawalerii będą stacjonowały w obiektach wojskowych w Żaganiu, Świętoszowie, Skwierzynie i Bolesławcu” – poinformowało w sobotę MON w komunikacie.

Resort potwierdził, że batalionowa grupa bojowa zostanie rozmieszczona w Orzyszu w kwietniu. Z kolei w marcu do Polski mają przybyć „wydzielone siły” wyposażonej w śmigłowce brygady lotnictwa bojowego sił lądowych USA.

Jak podano w komunikacie MON, batalion NATO będzie współdziałał m.in. z 15 Brygadą Zmechanizowaną w Giżycku (jeden z jej batalionów stacjonuje w Orzyszu). W październiku Carter powiedział, że amerykański batalion będzie „pod taktyczną kontrolą” polskiej brygady.

„Szczegóły przerzutu i pobytu sił Stanów Zjednoczonych w Polsce są uzgadniane od dłuższego czasu. Wszystko jest na dobrej drodze ku realizacji. Trwa proces koordynacji i przygotowań przerzutu wojsk amerykańskich do Polski. Jednocześnie trwają konsultacje odnośnie możliwości lokalizacji dodatkowych miejsc składowania sprzętu (APS)” – podało MON w komunikacie.

Żołnierze batalionowych grup bojowych będą co kilka miesięcy podlegali rotacji. Oddziały te będą wielonarodowe, ale w każdym będzie tzw. państwo ramowe, czyli odpowiedzialne za wystawienie większości sił i dowodzenie całością. W Polsce państwem ramowym będą Stany Zjednoczone, na Litwie – Niemcy, na Łotwie – Kanada, a w Estonii – Wielka Brytania.

Prócz Amerykanów w skład batalionu w Polsce będą wchodzili żołnierze z Rumunii i Wielkiej Brytanii. Polska z kolei wyśle żołnierzy do batalionu na Łotwie oraz pododdział do Rumunii (NATO wzmacnia swoją obecność wojskową nie tylko w Polsce i krajach bałtyckich, lecz także na flance południowo-wschodniej).

Trzon batalionu w Polsce będą stanowili żołnierze 2 Pułku Kawalerii USA, który na co dzień stacjonuje w Niemczech. Jak mówił w październiku Carter, do Polski przyjedzie ok. 900 żołnierzy, w tym elementy dowództwa, trzy kompanie manewrowe wyposażone w kołowe transportery opancerzone Stryker, bateria artylerii oraz pododdziały przeciwczołgowe, saperskie i inżynieryjne. Z kolei sobotni komunikat MON mówi o ponad 800 amerykańskich żołnierzach.

Koordynacją działań batalionów będzie się zajmować wielonarodowe dowództwo dywizji w Elblągu. Obecnie znajduje się tam dowództwo 16 Dywizji Zmechanizowanej.

Według komunikatu MON amerykańska Pancerna Brygadowa Grupa Bojowa (ABCT) będzie liczyła ok. 4 tys. żołnierzy. Oddziały z USA będą miały rotacje co dziewięć miesięcy. Jako pierwsza przyjedzie do Polski 3 Pancerna Brygadowa Grupa Bojowa z 4 Dywizji Piechoty. Oddział stacjonuje na co dzień w Fort Carson w stanie Kolorado.

Pod koniec października Carter poinformował, że pierwsze ćwiczenia brygada będzie miała w Polsce. Następnie jej pododdziały wielkości kompanii zostaną wysłane do Bułgarii, Rumunii i państw bałtyckich. Kompanie pozostaną w państwach bałtyckich dopóki nie przyjadą do nich wielonarodowe bataliony NATO, o których rozmieszczeniu Sojusz zdecydował na szczycie w Warszawie w lipcu.

Według Cartera w czerwcu brygada przeprowadzi ćwiczenia pod kryptonimem Saber Strike w Polsce i państwach bałtyckich. W lipcu przemieści się znów do Bułgarii i Rumunii na ćwiczenia Swift Response i Saber Guardian, podczas których kompania czołgów zostanie wysłana na drugą stronę Morza Czarnego – na ćwiczenia Nobel Partner w Gruzji. Rafał Lesiecki (PAP)

5.01.2017, Londyn (PAP/Media)

– Na Litwie, Łotwie i w Estonii zostało rozmieszczonych kilkudziesięciu żołnierzy sił specjalnych USA – podały w czwartek brytyjskie media. „Independent” pisze, że ich zadaniem ma być szkolenie miejscowych wojsk a także udział w działalności wywiadowczej CIA.
Zdaniem „Independenta”, siły specjalne USA zostały rozmieszczone w ostatnich miesiącach przy granicy z Rosją w ramach „trwałej” obecności amerykańskich wojsk w krajach bałtyckich.

Rozmieszczenie potwierdził cytowany wcześniej przez dziennik „New York Times” szef amerykańskiego dowództwa operacji specjalnych generał Raymond Thomas, który powiedział, że kraje bałtyckie desperacko poszukują pomocy USA w powstrzymaniu potencjalnej rosyjskiej agresji. „Są na śmierć przerażeni Rosją i wcale tego nie kryją” – dodał.

…”Independent” podkreśla, że rozmieszczenie żołnierzy pozwala stronie amerykańskiej monitorować działania Rosji w obawie przed dalszą destabilizacją po aneksji przez nią ukraińskiego Krymu w 2014 roku. Jest to także wyraźny sygnał pod adresem Rosji. „Czy Rosjanie wiedzą, że tam jesteśmy? – powiedział w +NYT+ generał Thomas. – Tak”…. (PAP) kot/ ap/

14.01.2017, Żagań (PAP)

Amerykańskie siły w regionie wzmocni też 10 Brygada Lotnictwa Bojowego, która w lutym rozpocznie przebazowanie z Fort Drum w stanie Nowy Jork. Przywiezie ok. 10 ciężkich śmigłowców transportowych Chinook, 50 Black Hawków i ok. 1,8 tys. żołnierzy. Do brygady dołączy batalion z Fort Bliss z południowego zachodu USA, z ok. 400 ludźmi i 24 śmigłowcami bojowymi Apache.

Dowództwo brygady lotniczej będzie się mieścić w bawarskim Illesheim, a wysunięte bazy śmigłowców znajdą się na Łotwie, w Rumunii i Polsce, w Powidzu (Wielkopolskie).

Po pierwszych ćwiczeniach w Polsce i rozlokowaniu pododdziałów w Bułgarii, Rumunii i krajach bałtyckich, amerykańskie kompanie pozostaną tam dopóty, dopóki na miejsce nie przybędą wielonarodowe bataliony NATO.

Sojusznicze wzmocnienie regionu, potwierdzone na warszawskim szczycie NATO, zakłada, że od kwietnia w Polsce i regionie ma być obecna także wielonarodowa batalionowa grupa bojowa, podlegająca dowództwu NATO. Jej siły mają być umieszczone głównie w Orzyszu i pobliskim Bemowie Piskim. Trzonem wielonarodowej jednostki będzie ok. 800 żołnierzy z ok. 70 wozami Stryker z amerykańskiego batalionu kawalerii pancernej, stacjonującego na co dzień w bawarskim Vilseck (PAP) mmd/ jbp/

podobne: USA wzmocnią siły lądowe i morskie w krajach na wschodzie NATO oraz: Po szczycie NATO: „Bazy” rotacyjne („szpica”?) w Polsce. Korpus NATO w Szczecinie podnosi gotowość bojową. USA organizuje zrzutkę na Irak, Afganistan i Ukrainę (manewry na zach. Ukrainy). Merkel: umowa NATO z Rosją wciąż obowiązuje. Rosja: reakcja na szczyt, manewry wojsk rakietowych, baza wojskowa w Arktyce.

13.01.2017, Wilno (PAP) – Rozlokowanie czołgów USA w Europie Środkowej i Wschodniej to proporcjonalna odpowiedź na agresywne działania Rosji wobec państw bałtyckich i całego NATO – powiedziała przebywająca na Litwie zastępczyni sekretarza generalnego Sojuszu Rose Gottemoeller.
„Działania Rosji w ciągu ostatnich lat jak zajęcie Krymu, wzmacnianie potencjału wojskowego na zachodzie wzbudzają nasze zaniepokojenie” – powiedziała w piątek Gottemoeller w wywiadzie dla agencji prasowej BNS.

Zaznaczyła zarazem, że „NATO nie widzi bezpośredniej groźby rosyjskiej inwazji na terytorium Sojuszu Północnoatlantyckiego”. „W ostatnich latach NATO wiele zrobiło wzmacniając obronę przed wszystkim, co mogłoby zagrażać Sojuszowi” – powiedziała Gottemoeller.

Wskazała również, że „w naszym interesie jest też utrzymanie dialogu z Rosją w celu pozyskiwania informacji”. „Utrzymaniem dialogu są zainteresowane obie strony – powiedziała Gottemoeller. – Rosjanie mówią, że ich niepokój wzbudza to, co robi NATO. Dlatego też powinniśmy mieć możliwość informowania się nawzajem”.

„Nikt nie jest zainteresowany, by kryzys przerósł w konflikt” – podkreśliła.

Minister spraw zagranicznych Litwy Linas Linkeviczius podczas piątkowej konferencji prasowej, która zakończyła dwudniowe nieformalne spotkanie ekspertów ds. bezpieczeństwa, mówiąc o dialogu z Rosja wskazał, że „nie powinien on być jedynie +zasłoną dymną+ dla bezczynności”. „Czasami takie ceremonialne spotkania stwarzają wrażenie, że odbywa się jakiś dialog, nawet współpraca, a w rzeczywistości nic się nie dzieje – powiedział Linkeviczius. Podkreślał, że „taka sytuacja jest nie do przyjęcia i byłaby złą praktyką”.

Szef litewskiego MSZ oczekuje, że w rozmowie z Rosją „zostaną zachowane zasadnicze wartości” i że „nie będzie podziału na jakieś strefy interesów”.

W piątek w Trokach koło Wilna zakończyło się dwudniowe nieformalne spotkanie ekspertów ds. polityki bezpieczeństwa „Snow Meeting”. W tegorocznym, dziesiątym już spotkaniu, wzięło udział ponad 100 polityków i ekspertów z krajów UE i NATO, m.in. sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP Krzysztof Szczerski. Z Wilna Aleksandra Akińczo (PAP)

podobne: Szwedzi i polski karabinek. Poparcie dla powszechnej służby wojskowej, tylko 1/3 gotowa jest bronić kraju. Palikot: zwiększanie wydatków na wojsko nic nie da. Obecność amerykańskich żołnierzy w Polsce. Litwa przywraca zasadniczą służbę wojskową. Zachód zaczyna szkolić ukraińskich żołnierzy. Rosja odwołuje alarm bojowy. oraz: Ukraina dąży do NATO, armia nie skorzysta z korytarzy humanitarnych. „Siły pokojowe” OUBZ kontra „siły szybkiego reagowania” NATO. Finowie i Szwedzi w gotowości bojowej, Norwegia i magazyny broni USA

No i powstał problem… Taki że natychmiast przybrały na sile pełzające do tej pory gdzieś w odmętach szaleństwa internetu głosy oburzenia piętnujące „podległość” i „wasalizację” Polski (jakbyśmy do tej pory byli niepodlegli i samorządni) nawiązujące bez umiaru do czasów kiedy to stacjonowała u nas Armia Czerwona. Największa krytyka płynie oczywiście ze strony ludzi zatroskanych o nasze złe stosunki z Rosją, tj. z państwem którego przywódca otwarcie nawiązuje (Rosyjska „durnoj sintez”) do upadłego imperium radzieckiego zwiększając od lat militarny potencjał („Chcesz miec pokój? Gotuj się do wojny!”, czyli – Na co gotuje się Rosja?), które swojego czasu gnębiło i okupowało „bratnie narody” od Bałtyku po Morze Czarne – w tym własnie Polskę. Nie wspominając o tym jak „pokojowo i przyjaźnie” zaprezentowało się w ostatnich latach na bratniej (podobno) Ukrainie (Krymie i w Donbasie), a wcześniej w Gruzji. Jeśli tak ma wyglądać ta cała „słowiańszczyzna” to ja dziękuję.

Rozumiem że krytyków amerykańskiej obecności w Polsce interesuje nasza niezależność (bez żadnych obcych wojsk), bo mnie też to interesuje. Nie zamierzam jednak latać z banerami czy miotłą za amerykańskimi żołnierzami stacjonującymi w Polsce. Chciałbym też dać pod rozwagę następujący problem – Polska nie istnieje w próżni, i to nie my kazaliśmy Putinowi się zbroić i napadać sąsiednie kraje. Nie rozumiem w związku z tym po co tylu Polaków rezonuje pro rosyjską propagandą, która stara się nas przekonać że obecność jakiejś brygady na naszym terenie (a nie Rosji) to prowokacja, i  że to uniemożliwia jakiekolwiek porozumienie. W jaki niby sposób „okupacja” Polski przez jakąś brygadę psuje/kasuje nam taką możliwość? Jeśli Rosja chce z nami pokojowych układów to nic nie stoi na przeszkodzie żeby się w ten sposób zachowywać, bo to w końcu nie Rosja jest „okupowana”. Tymczasem od dość dawna trwa straszenie Polski, że jak zaczniemy się zbroić to Moskwa „odpowie stosownie do zagrożenia”. Jeśli chcesz mieć Putinie wpływ na politykę obronną sąsiedniego kraju pod groźbą użycia rakiet i wojska, to się nie dziw że sąsiad ów ze strachu szuka wsparcia i reakcji u sojuszników. Ocieplenie relacji zależy więc przede wszystkim od Rosji, bo jest to kraj od Polski silniejszy i tę siłę demonstrujący. Putin doskonale wie co konkretnie mogłoby Polaków do Rosji przekonać i uspokoić. Pytanie czemu tego nie robi, i jakim prawem uważa że Polska nie może prowadzić samodzielnej polityki obronnej (NATO: szpica rośnie, więcej wojsk na wschodzie Europy, litewsko-polsko-ukraińska brygada w Lublinie, Moskwa zdziwiona. „Świdnik” centrum produkcji śmigłowca AW149 na cały świat)… (Odys)

„…należy uznać, że o wiele lepsza jest sytuacja, gdy w Polsce stacjonują wojska amerykańskie, niż gdyby były to wojska rosyjskie (choć najlepsza byłaby sytuacja, gdyby nie stacjonowały żadne wojska).

…ktoś „sprytny” zauważył, że amerykańskie wojsko zostanie dyslokowane głównie w zachodnich obszarach Polski. Nie omieszkał nawet stwierdzić, że Amerykanie przybyli „bronić Niemiec” zamiast Polski.

Problem polega na tym, że Amerykanie nie przybyli tu nikogo aktywnie „bronić”. Ich obecność jest zaledwie pokazową manifestacją obecności USA w tym regionie świata i formą sygnału dla Władymira Putina i jego kliki móiącego: „Biały Dom nie zamierza rezygnować ze strefy wpływów w Europie”. Tylko tyle i aż tyle.

Po drugie zaś, każdy, kto choć odrobinę zna się na wojskowości, zrozumie, że terytorium Polski to niesłychanie płytki obszar operacyjny. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie próbował bronić go przy samej granicy, ryzykując natychmiastowe zniszczenie w pierwszym ataku, lub okrążenie i odcięcie związków taktycznych od zaplecza logistycznego.

Ewentualna obrona tak płytkiego terytorium musi polegać na rozpoznaniu kierunków natarcia przeciwnika na przedpole i skierowaniu tam związków taktycznych znajdujących się na bezpiecznej głębokości „frontu”. Więc nawet, gdyby Amerykanie zgromadzili nie jedną, ale 10 ABCT w Polsce, nie dyslokowaliby ich do Suwałk i Lublina.

Jednak niektórzy Polacy zdają się wciąż, mimo nauczki z roku 1939 sądzić, że wojna obronna polega na obwarowaniu każdego metra granicy” (źródło: Wasalizacja?)

…jeśli więc chcemy się w ten sposób bronić, to sami powinniśmy o to zadbać uzbrajając i szkoląc swoich obywateli – w pierwszej kolejności zamieszkujących tereny przygraniczne. Czemu przez te ponad ćwierćwiecze „wolnej” Polski tego nie zrobiono? Czemu kraj mający tak przykre doświadczenia z sąsiadującymi państwami do tej pory jest rozbrojony? Przez ten czas wyrosły już niemal dwa pokolenia młodych ludzi a my nie dorobiliśmy się własnej armii zdolnej nie tyle do rozbicia, co choćby do zniechęcenia agresora ze względu na potencjalne straty jakie mógłby ponieść próbując okupować przeszkolonych i uzbrojonych po zęby kilkadziesiąt milionów ludzi.

Kuriozalna zatem jest sytuacja kiedy w świetle tych zaniedbań i braków, niektórzy odmawiają Polsce prawa nawet do tego niewielkiego kontyngentu (bądź co bądź sojuszniczych wojsk), który daje taką szansę (z racji potencjału jaki za nim stoi). Pomijam z niesmakiem brednie o tym że tych kilka tysięcy żołnierzy przyjechało rzekomo okupować Polskę. Zwłaszcza że ich obecność jest tymczasowa, a miejsce dyslokacji powszechnie znane… Sugerowanie zatem że jest to korpus ekspedycyjny który ma zaatakować Rosję jest naprawdę godne politowania… Podobnie jak teza że Putin ma prawo czuć się sprowokowany, i „żebyśmy się nie zdziwili” kiedy „prewencyjnie” uderzy. I to mówią zadeklarowani patrioci tłumacząc ewentualną AGRESJĘ na własny kraj. Tymczasem jak widać Putin nie uderzył, ale sam z prowokacji nie zrezygnował, co i rusz naruszając przestrzeń powietrzną państw sąsiadujących, i co jakiś czas ogłaszając dla armii jak nie stan podwyższonej gotowości bojowej to manewry – gdzie ćwiczy się warianty zaczepne, nie wspominając o wycelowaniu w Polskę rakiet Iskander i zapowiedzi dozbrojenia tego potencjału… (Odys)

podobne: Putin: Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród (tymczasem Ukraina ponownie prosi o siły pokojowe). Norweski wywiad o rosyjskiej aktywności. Rosyjska armia na poligonach od Kaliningradu po Sachalin. Polska zaniepokojona Iskanderami, potrzebna twarda infrastruktura NATO i zmiana koncepcji obrony (w odpowiedzi na doktrynę rosyjską). O roli Niemiec w polityce wschodniej (dodatkowe miliardy na armię) oraz: Ukraina: Poważne naruszenie rozejmu i ustawa o specjalnym statusie Donbasu. Manewry NATO na Ukrainie, Moskwa dozbroi Krym. Rosyjskie służby w parlamencie Tatarów krymskich. Naddniestrze: zaniepokojenie w Mołdawii, Białorusi i Kazachstanie

Kluczowe znaczenie przy ocenie prawdopodobieństwa wybuchu wojny mają: wysoka gotowość bojowa armii rosyjskiej, która regularnie od dwóch lat bierze udział w kolejnych manewrach oraz skłonność kierownictwa na Kremlu (różniąca skądinąd obecne władze Rosji od władz sowieckich) do działań o wysokim stopniu ryzyka. Wysoki stopień gotowości bojowej armii rosyjskiej oznacza, że Moskwa może zaskoczyć NATO nagłą operacją zaczepną… 

…Gros sił tak naszych, jak i naszych sojuszników stacjonować będzie na zachodnim brzegu Wisły. Powyższe ma – wbrew pozorom – sens, gdyż celem takiego, a nie innego rozmieszczenia sprzętu jest uniknięcie sytuacji, gdy najcenniejsze siły znalazłyby się w kotle, który Rosjanie stworzyliby uderzając z dwóch kierunków, tj. z Białorusi i Obwodu Kaliningradzkiego (OK)…. 

W scenariuszu ew. wojny z naszym udziałem rosyjski system A2/AD oznaczałby, iż Kreml – na początku konfliktu zbrojnego – mógłby za pomocą systemów S-300, S-400 i innych uniemożliwić lub zasadniczo utrudnić działania NATO’wskiego lotnictwa, którego rolą byłoby zwalczanie sił rosyjskich oraz wzmacnianie i przerzut dod. sił dla ew. znajdujących się w kotle sił NATO. Rozmieszczenie większości sił na wschód od linii Wisły bez możliwości – na początku konfliktu – wsparcia ich z powietrza oznaczałoby zatem tyle, co skazanie ich na klęskę. Dyslokacja sił z dala od ew. linii frontu to tym samym logiczne założenie operacyjne, w ramach którego pozwala się Rosjanom rozwinąć operacyjnie z dala od ich zaplecza i poza zasięgiem A2/AD. Unieszkodliwienie potencjału A2/AD jest skądinąd – przy pomocy broni precyzyjnej – możliwe, ale zajmie min. kilka dni. Kluczowe jest, by w tym czasie nie wykrwawić własnych sił. Do kontruderzenia sił NATO na Rosjan doszłoby zatem, ale dopiero po zneutralizowaniu najcenniejszych rosyjskich systemów ofensywnych…

logiczne jest tworzenie jednostek OT, z tym zastrzeżeniem, że muszą być to profesjonalnie wyszkolone siły, a nie kiepsko wyszkolone pospolite ruszenie. Nielogiczne byłoby natomiast przerzucanie znacznych sił na wschód. W tym kontekście krytykuje się np. decyzję o zmianie dyslokacji czołgów Leopard będących na wyposażeniu naszych Sił Lądowych do Wesołej pod Warszawą. Zapomina się jednak, że mowa jest o zaledwie jednym batalionie czołgów i że ew. rosyjska ofensywa nie może nie napotkać żadnego oporu aż do linii Wisły…

Nie da się ukryć, że Polska nie jest tak bezpieczna jak była jeszcze kilka lat temu, gdy taki tekst jak powyższy budziłby jedynie wzruszenie ramion. Zagrożenia są poważne, ale z drugiej strony prawdopodobieństwo wojny nie jest wysokie…” (Witold Jurasz całość tu: Wojska USA w Polsce. Dyslokacja z dala od wschodnich rubieży ma sens)

podobne: Większe wpływy Rosji na Ukrainie dzięki Niemcom i Francji. Sikorski: UE odeszła od wspólnej polityki zagranicznej. Duda o bezpieczeństwie a Niemcy o niebezpieczeństwie polskiej racji stanu (Polska strefą buforową). OAS i NATO dwóch prędkości oraz: Polska: ćwiczenia z udziałem „Patriotów”, manewry w rejonie Bałtyku, program Wisła (przeciwrakietowy parasol za kilka lat). Rosja: odpowiedź na zbrojenia Polski (Czy Polsce grozi agresja?) Wypowiedzenie traktatu o siłach konwencjonalnych. Broń nuklearna na Krymie? Ćwiczenia pod Stawropolem. Miller o armii europejskiej. Ukraina: Poroszenko o stratach i nowej granicy, pomoc wojskowa z USA. Irak: armia odbija Tikrit

„…po 12 września 1990 roku, kiedy w Moskwie został podpisany traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec, potocznie zwany „traktatem 2 plus 4”, Niemcy stały się wyznawcami politycznej doktryny, która można nazwać „europeizacją Europy”. Polega ona na delikatnym – bo tu na żadne gwałtowne ruchu nie ma na razie miejsca – ale cierpliwym i metodycznym wypychaniu Stanów Zjednoczonych z europejskiej polityki, zwłaszcza z kierowniczej roli. Niemcy bowiem, jako państwo poważne (bo państwa, jak wiadomo, dzielą się na poważne i pozostałe), nie zapominają, że na skutek dwukrotnego wtrącenia się Stanów Zjednoczonych do europejskiej polityki, przegrały dwie wojny, które przecież mogły wygrać. Nawróciły się też na linię polityczną kanclerza Bismarcka, która polega na tym, że Niemcy kierują Europą w porozumieniu z Rosją. Zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia jest strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, wyznaczające ramy europejskiej polityki. Oczywiście USA wcale nie zamierzają poddawać się doktrynie „europeizacji Europy”. Prezydent Obama, który najpierw, „przekonany” przez izraelskiego prezydenta Szymona Peresa, wycofał Stany Zjednoczone z aktywnej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej, co doprowadziło do proklamowania 20 listopada 2010 roku w Lizbonie strategicznego partnerstwa NATO-Rosja, czyli ustanowienia politycznego porządku lizbońskiego, w 2013 roku przywrócił aktywną politykę amerykańską w tej części Europy i zapalając zielone światło dla politycznego przewrotu na Ukrainie, wysadził porządek lizboński w powietrze. W takiej sytuacji również Rosja skorzystała z okazji, by załatwić niektóre swoje sprawy, co zirytowanego prezydenta Obamę skłoniło do prób montowania antyrosyjskiej krucjaty w Europie. Taka krucjata bez udziału Niemiec byłaby własną karykaturą – więc w Niemczech pojawiły się wątpliwości, czy przeczekać prezydenta Obamę i trzymać się strategicznego partnerstwa z Rosją, czy też machnąć na nie ręką i przyłączyć się do krucjaty. Myślę, że argumentem, który mógłby być dla Niemców decydujący, mogłaby być obietnica amerykańskiej zgody na rewizję postanowień konferencji w Poczdamie odnośnie tzw. „ziem utraconych”. Konferencja ta nadała tym obszarom status tymczasowy – odsyłając do traktatu pokojowego, którego Niemcy z Polską nie zawarły, chociaż w traktacie „2 plus 4” zrzekły się roszczeń terytorialnych wobec innych krajów i w wykonaniu jego postanowień 14 listopada 1990 roku podpisały z Polską traktat graniczny. Można by zatem uznać, że przynajmniej w tym zakresie II wojna światowa zakończyła się w listopadzie 1990 roku – ale czy to można być do końca tego pewnym? W stosunkach międzynarodowych bardzo popularna, o ile nie obowiązująca jest klauzula rebus sic stantibus. Zasadę tę opisuje art. 62 konwencji wiedeńskiej w prawie traktatów z 1969 roku, która weszła w życie w roku 1980. W tej klauzuli chodzi o to, że zawarty traktat można wypowiedzieć, jeśli sprawy przybrały inny obrót, niż w w momencie zawierania traktatu. Znakomitym przykładem zastosowania tej klauzuli są traktaty zawierane przez rząd USA z Indianami. Wprawdzie wspomina się tam, że uzgodnione ustalenia będą obowiązywały, „dopóki trawa będzie rosła, a rzeki płynęły” – ale kiedy sprawy przybierały inny obrót, to wszystko wyglądało całkiem inaczej, chociaż co do trawy i rzek nic się nie zmieniło. Ale bo też te sprawy, podobnie jak pory roku, nie zależą od rządów, podczas gdy wszystkie inne – niestety tak. W rezultacie trudno ustalić datę zakończenia II wojny, zwłaszcza, że porządek lizboński też został wysadzony w powietrze.” (Stanisław Michalkiewicz – Prawdziwy koniec II wojny)

podobne: Rola Polski w strategii USA (miejsce w szeregu). Jak z przedmiotu stać się podmiotem polityki międzynarodowej. (Nie)aktualność idei jagiellońskiej i to: Michalkiewicz i Braun: Quo vadis Polsko? Sny o potędze RP kontra przekleństwo georealizmu. „Stary Nowy Porządek” czyli Zdrada w Monachium  polecam również: Niech w końcu Niemcy wystękają dlaczego nie chcą twardej infrastruktury NATO w Polsce. Czy Obama i Putin uzgodnią nowy reset?

„…żeby być w polityce międzynarodowej partnerem, rząd musi panować przynajmniej nad własnym państwem. W przypadku Polski tak nie jest, a ponieważ każdy to widzi, Polska jest rozgrywana na zasadzie divide et impera. Ale nie na tym polega specyfika Volkslisty rosyjskiej. Ta specyfika polega na rosyjskich oczekiwaniach wobec Polski – że mianowicie zaakceptuje ona bez zastrzeżeń status „bliskiej zagranicy”. To bywa rozmaicie nazywane w zależności od sezonu; raz to jest „słowiańszczyzna”, innym razem – „bratnia wspólnota socjalistyczna”, a teraz nawet jako „obrona cywilizacji” – ale za każdym razem, od XVIII wieku, chodzi o to samo. Różnica jest taka, że Rosja raz przyciska nas do swego serduszka mocniej, a innym razem – słabiej. Jak przyciska nas mocno, to nie możemy nawet złapać oddechu, a jak słabiej, to niektórym nawet wydaje się, że są wolni. Ryzyko polega na tym, że nigdy nie wiemy, jak to będzie, bo też nie od nas to będzie zależało, tylko od tego, kto akurat stanie na czele Rosji. Tłumaczyłem to w roku 1996 delegacji Dumy rosyjskiej, która akurat bawiła w Warszawie. Jeden z deputowanych był ciekaw, dlaczego Polska chce przyłączyć się do NATO. Powiedziałem, że – po pierwsze – tylko NATO przewiduje obecność amerykańskiego wojska na terenie Niemiec. Dopóki to wojsko tam jest, to mamy coś w rodzaju gwarancji, że Niemcy nie zrobią niczego okropnego. Jeśli pewnego dnia amerykańskie wojsko z Niemiec zniknie, to być może Niemcy i wtedy nie zrobią niczego okropnego, ale już żadnej gwarancji nie będziemy mieli. Po drugie – chcielibyśmy zachować niepodległość i albo nam się to uda, albo nie. Może bowiem nam się to nie udać, bo coś okropnego zrobi Rosja. To nie musi być zaraz tragedia, chociaż oczywiście wolelibyśmy utrzymać niepodległość. Gdyby – powiedziałem – w Rosji panowała rynkowa gospodarka i liberalne prawo, gdyby Rosja nie próbowała przerabiać nas ani na „ludzi sowieckich”, ani na jakichś „Słowian”, gdyby na czele Rosji stał ktoś taki, jak Sergiusz Witte, albo Piotr Stołypin, to jakoś byśmy to wytrzymali. Gdyby jednak na czele Rosji znowu stanął ktoś taki, jak Józef Stalin, to – powiedziałem – wy sami najlepiej wiecie, że trzeba uciekać od was jak najdalej. Więc na wszelki wypadek chcemy przyłączyć się do NATO, żeby w razie czego mieć gdzie uciekać.

Jak z tego wynika, za przynależnością do NATO , czyli za Volkslistą amerykańską, przemawiają pewne argumenty, które byłyby jeszcze mocniejsze, gdyby Polska mogła uzyskiwać korzyści z przynależności do Paktu, do którego wnosi ważny aport. Przyczyny niemożności uzyskiwania tych korzyści leżą po stronie polskiej, a nie po stronie NATO i te przyczyny Polska powinna wyeliminować. W przeciwnym razie państwo nasze będzie wodzone za nos już nawet nie przez Niemcy, ale nawet przez Ukrainę, która znakomicie opanowała sztukę obcinania kuponów od prezentowania się w charakterze państwa specjalnej troski, no a przede wszystkim woli namawiać się z Niemcami, niż z rządem w Warszawie który nie wiadomo, czy panuje nawet nad swoimi sekretarkami. Jest to szczególnie ważne teraz, kiedy Niemcy wykorzystują pretekst Brexitu, by przywracać w Unii pruską dyscyplinę, a zapowiedzi tworzenia unijnych sił szybkiego reagowania i marynarki wojennej z rozbudowanymi dowództwami oraz „międzynarodowej” straży granicznej budzą podejrzenia, że USA próbując skaptować Niemcy do antyrosyjskiej krucjaty, mogą pozwolić na budowę europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, czyli na uwolnienie Bundeswehry spod amerykańskiej kurateli. L’appetit vient en mangeant, co się wykłada, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc nie jest wykluczone, że Niemcy spróbują załatwić jeszcze jedną sprawę, a mianowicie – amerykańską zgodę na rewizję postanowień konferencji w Poczdamie odnośnie „ziem utraconych”…” (Stanisław Michalkiewicz, całość tu: Slalom między Volkslistami)

podobne: Stanisław Michalkiewicz: „Kurde balans, miękną rury” czyli „mocni siłą naszych sojuszników”, „za wolność waszą” idziemy na wojnę i to: Międzymoże, czyli o wpuszczaniu Polski w kanał casus belli przez gigantomaniaków którzy nie panują nad własnym państwem

rys. Jerzy Wasiukiewicz

„…w stosunkach międzynarodowych występują dwie sprzeczne tendencje. Z jednej strony mamy dążenie państw do utrzymania własnej suwerenności, co skutkuje stanem anarchii w stosunkach międzynarodowych, a z drugiej – tendencję do przezwyciężania stanu anarchii poprzez porządkowanie tych stosunków, czy to poprzez tworzenie imperiów, czy to przez tworzenie międzynarodowych instytucji. I kiedy wydawało się, że w stosunkach międzynarodowych zaczyna dominować tendencja porządkująca, 21 kwietnia 2000 roku Prezydent Rosji W. Putin ogłosił doktrynę wojenną, w której zwracał uwagę na „marginalizację” ONZ i OBWE oraz podejmowanie operacji wojskowych bez upoważnienia Rady Bezpieczeństwa (chodziło o b. Jugosławię). Wkrótce nastąpił tak zwany „atak terrorystyczny” na Stany Zjednoczone, dzięki czemu ekipa tzw. „neokonserwatystów”, czyli Żydów, którzy z trockistów stali się konserwatywnymi marranami, podsunęła prezydentowi Bushowi doktrynę obronną, według której USA przyznały sobie prawo prewencyjnych uderzeń na państwa uznane przez nie za „zbójeckie”. Ta doktryna przekreśliła zarówno 3 jak i 8 zasadę Karty Atlantyckiej. Zasada 3 głosiła swobodę każdego państwa do wyboru własnej formy rządu, a zasada 8 wyrażała „wiarę”, że wszystkie państwa „będą musiały zgodzić się na wyrzeczenie się przemocy”. W rezultacie stosunki międzynarodowe ponownie zostały zdominowane przez stan anarchii, co zauważył nowy prezydent USA Donald Trump oświadczając, że będzie kierował się przede wszystkim interesem Ameryki.

Na deklarację Donalda Trumpa zareagował niezwłocznie Wiktor Orban oświadczając, że skoro Stany Zjednoczone zamierzają kierować się przede wszystkim własnym interesem, to Węgry będą robiły to samo w przekonaniu, że skoro takie postępowanie jest dobre dla USA, to musi być tak samo dobre dla Węgier. Nie jest wykluczone, że ma rację, chociaż warto zwrócić uwagę, że z uwagi na to, że – po pierwsze – USA mają rozmaite interesy w Europie Środkowo-Wschodniej i że – po drugie – będą próbowały je realizować bez względu na to, czy Węgrom będzie się to podobało, czy nie, więc – po trzecie – Węgry będą mogły skutecznie realizować własne interesy państwowe o tyle, o ile potrafią zharmonizować je z interesami amerykańskimi w tej części Europy. To nie jest niemożliwe, chociaż oczywiście będzie wymagało od Węgier pewnej elastyczności. Wszystko, co dotyczy Węgier, dotyczy również Polski, chociaż nie da się ukryć, że w odróżnieniu od Węgier, Polska nie wykazuje dostatecznej elastyczności. W jakim stopniu jest to skutkiem konieczności rywalizowania rządu o względy Naszego Najważniejszego Sojusznika ze starymi kiejkutami, które za napiwek podejmą się każdego łajdactwa, a w jakim – niechęci Jarosława Kaczyńskiego do Rosji, to sprawa osobna. Gdyby jednak udało się przekonać ekipę Donalda Trumpa, który najwyraźniej nie jest entuzjastą niemieckiej hegemonii w Europie, do koncepcji „heksagonale” – ale uzupełnionej i poprawionej, to znaczy – ze Stanami Zjednoczonymi jako protektorem – to wcale nie musielibyśmy aż tak bardzo martwić się powrotem do stanu anarchii w stosunkach międzynarodowych.” (Stanisław Michalkiewicz – O pożytkach z anarchii)

podobne: USA nakładają sankcje na Węgry za wspieranie Rosji! oraz: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom?

Pamiętajmy o tym że Poważne państwa nie mają w polityce zagranicznej ani stałych sojuszników, ani też stałych wrogów, tylko niezmienne interesy. Można się na nie gniewać, ale taka jest brutalna rzeczywistość. Jeśli chcemy być bezpieczni i wolni od bycia przedmiotem/pionkiem obcej/wrogiej polityki zagranicznej to sami musimy o to zadbać. Póki co sprawa naszej samodzielności nie przedstawia się najlepiej, o czym więcej tu: „SZ”: Niemcy kochają Rosjan, pogardzają Amerykanami. Szeremietiew: Niemcy, Rosja, czy… Polska?  oraz tu: Romuald Szeremietiew: Wiarygodność obrony i tu: Przemysław Karda: Rozbrojenie, czyli… Quo vadis Polska armio? a sam Optymizm nie zastąpi nam Polski.

Nie ma się więc co obrażać na obecność w Polsce wojsk amerykańskich, a już zupełnie bezcelowe jest dorabianie do tego faktu teorii spiskowej, tudzież pokrętnej „logiki” jakoby ta obecność była dla nas zagrożeniem, albo że psuje w sposób szczególny nasze interesy z Rosją czy (według nowego zarzutu) z Chinami. Trzeba bowiem spojrzeć realnie na te interesy, i na to co się z nimi wiąże, co można na dziś określić jako uzależnienie od rosyjskiego gazu, i póki co wielkie plany bycia rynkiem zbytu/przeładownią dla chińskich towarów. Obecność wojsk amerykańskich ani jednemu ani drugiemu nie zagraża. Teorie o tym że Chińczycy i Rosjanie ze względu na jakąś brygadę zrezygnują z robienia interesów w Polsce (albo że z tego powodu pójdą na wojnę z USA) jest równie naiwne jak to, że ich obecność w Polsce ma charakter czysto biznesowy. To że my chcemy mieć z tych kontaktów jakieś korzyści, nie ma też nic wspólnego z intencjami i celami obu państw (Jakóbik: Nowy Jedwabny Szlak z grą służb w tle). Niezrozumienie tej sytuacji można tłumaczyć tym, że albo ktoś nie zna realiów geopolityki, albo patrzy na nie przez romantyczno-idealistyczną wizję własną (a często podsuniętą propagandę), przez co ma zaburzone postrzeganie miejsca i siły Polski na arenie międzynarodowej (nie widzi tła – koncertu mocarstw) jest więc niepoprawnym marzycielem. Tych zaś którzy są zainteresowani podniecaniem obywateli „wasalizacją” czy „okupacją”, próbując stawiać relacje geopolityczne na ostrzu noża za pomocą przeinaczeń i chaosu informacyjnego należy się miano pożytecznego idioty, albo agenta wpływu jeśli pracuje na korzyść wrogiej Polsce propagandzie. Zwłaszcza jeśli taki ktoś stara się przekonać jak największą liczbę ludzi do tego, że nasze rozbrojenie jest najlepszą gwarancją pomyślności w dialogu, bo w ten sposób nikt obcy nie czuje się zagrożony (stara śpiewka jurgieltników jeszcze z czasów przedrozbiorowych I RP).

Tu pytanie do Putinolubów… Jeśli wierzycie w dobre intencje Prezydenta Rosji to czego się boicie? A jeśli się boicie gwałtownej reakcji ze strony Rosji to po co stręczycie Polakom ten kraj jako partnera, a jego przywódcę stawiacie za wzór męża stanu? Jeśli podobają się wam porządki w Rosji to w sumie powinniście się cieszyć z potencjalnego ataku, bo wreszcie będziecie mogli żyć w swoim wymarzonym świecie – pod prawdziwą okupacją i dyktaturą. Po co to udawanie że chodzi wam o dobro Polski i jej niezależność, skoro utożsamiacie się z Putinem i „słowiańszczyzną” to przyjmijcie na klatę konsekwencje takiego poddaństwa… Powinniście się cieszyć na okoliczność tego co zapowiedział pewien Sienkiewicz: “Nie będzie żadnego państwa polskiego. (…) Przyjdzie ktoś z zewnątrz i zarządzi tym burdelem”. Często powtarzacie że polskie władze pełne są ludzi którzy „bardziej nienawidzą Rosję niż kochają Polskę”, tymczasem sami zachowujecie się (pomimo doświadczeń komuny – a może właśnie dlatego) jak ludzie którzy bardziej niż kochają Polskę nienawidzą USA… (Odys)

„…sympatie prokomunistyczne wśród wysokich urzędników II RP – jest jej największą tajemnicą. Do dziś nie można wyjaśnić ilu było czerwonych kretów w urzędach i armii, a to z tego względu, żeby nie zniszczyć mitu odrodzonej po 120 latach niewoli Polski. Skąd oni się tam brali? No stąd, że ZSRR był, jest i jeszcze długo będzie dla wielu ludzi szalenie atrakcyjny intelektualnie, w przeciwieństwie do organizacji takich jak Kościół Katolicki. Dlaczego tak? Bo ZSRR dawał ludziom szansę na spełnienie ich marzeń. Oni tak to widzieli. Program komunistów był programem wielkiej budowy, która miała ulepszyć świat. A jak się komuś zawróci w głowie wizją, to on już się z tej hipnotycznej fazy nie wydobędzie nigdy. Będzie myślał już tylko o budowie wielkich miast na stepie, o piecach Magnitogorska i o tamach przegradzających rzeki Azji. Nie zrozumie, że komunizm to nie żadna budowa, ale piekło metodycznego zniszczenia wszystkiego dookoła. Nie zrozumie, bo komunizm jest atrakcyjny intelektualnie i stwarza złudzenia jakich nie może dać nikt, nawet Hollywood. Ono bowiem lansuje postawy indywidualne, komuniści zaś wprowadzają do mózgu złudzenie współdziałania w grupie, w której to uwiedziony intelektualnie urzędnik II RP widzi dla siebie miejsce przywódcze, albowiem wie, że dopiero tam docenią jego niezwykłe zdolności. Oczywiście, że docenią, a jak już je wykorzystają strzelą mu w łeb z bliskiej odległości, ale tej klauzuli akurat nie będzie w kontrakcie…” (coryllus – O atrakcyjności intelektualnej Polski i innych organizacji)

podobne: Informacja jako broń i cel ataku oraz krótki kurs czerwonej konspiracji czyli… postsowiecka spuścizna i skażenie Dzierżyńskim w polskich służbach. Kilka słów prawdy o IPN czyli „o największych tajemnicach ludzkości”

Wracając do realiów i właściwych proporcji – to nie Polska dyktuje warunki i kierunek działań Rosji, ale zmuszona jest reagować na jej politykę. Z racji tej PRZYCZYNY i naszej słabości jesteśmy niestety skazani na asystę takiego sojusznika który może skutecznie odstraszyć potencjalnego agresora. Nie chodzi tu o pewność obrony (tej nigdy mieć nie będziemy dopóki nie będziemy dysponować własnymi siłami) ale o niepewność wrogów, którzy z racji na fizyczną obecność USA w Polsce nie mają tego komfortu jaki mieli Hitler i Stalin kiedy napadali na nas w 39 r.

Nie chodzi też o to żeby spocząć na cudzych laurach i odtrąbić sukces, tak jak nie chodzi o to by wymachiwać cudzą szabelką i grozić Rosji wojną, bo Polska nie szuka wojny z nikim. To że próbujemy zadbać o własne bezpieczeństwo jest prostą i oczywistą reakcją na to że Rosja już od dawna wdrożyła i wydaje kupę forsy na modernizację i zwiększenie własnego potencjału wojennego. Na dodatek w przeciwieństwie do Polski wykazuje agresją wobec sąsiadów, oraz prowokacjami grożąc użyciem „wszelkich sił i środków” dla rzekomej „obrony” własnych interesów… jakby Polska stanowiła część Rosji (nie daje wam do myślenia takie stawianie sprawy Putinoluby?). Nie chodzi o to by kogoś napadać, ale żeby odstraszać potencjalnych agresorów, których na przestrzeni dziejów Polsce nigdy nie brakowało. Polecam wszystkim miłośnikom Putina żeby pojechali do Rosji i namówili tego człowieka żeby sam się rozbroił i nie straszył nikogo Iskanderami. Chce nas przekonać o swojej dobrej woli? Niech odda wrak TUtki i otworzy sowieckie archiwa. Tymczasem zalecam wszystkim podnieconym amerykańską obecnością w Polsce kilka głębokich wdechów i odwyk od bajek o dobrym i bezbronnym misiu z Rosji.

Tym którzy potraktują ten wpis jako pochwałę amerykańskiej w Polsce działalności, albo moją naiwną wiarę w szczerość i bezinteresowność ich intencji polecam lekturę: NATO-Rosja: manewry wojskowe i „renesans wrogości” (na pokaz?) i ciekawy kawałek z historii zamierzchłej… (Odys)

„…w roku 1790 zawarto sojusz z Prusami, który miał wyzwolić Polskę z moskiewskiej opresji, prócz tego wprowadzono podatek dziesiątego grosza i zastosowano ten sam podatek wobec dóbr kościelnych, tyle, że w wymiarze podwójnym. Do tego przyjęto ustawę o niepodzielności ziem Rzeczpospolitej. Ustawę tę wyszydził nawet człowiek tak naiwny jak Paweł Jasienica, nie ma więc potrzeby byśmy się nią tutaj zajmowali. Sojusz z Prusami nazywa BenjaminVaughan wyzwoleniem Polski! I porównuje go w dodatku do rewolucji we Francji! A jakby tego było mało Polska jest w jego memorandum wymieniona na miejscu pierwszym. Ciekawe czemu?

…Prusy przed pierwszym rozbiorem to spłachetek piachu nad morzem, nawet po przyłączeniu Śląska to jest europejskie byle co, z czym liczyć się nie trzeba. Być może owa teoretyczna słabość Prus plus osoba Benjamina skłoniły Koronę do zakończenia wojny. No, a wtedy pozostało już tylko wzmocnić Prusy czyimś kosztem i sprawa załatwiona. USA ma nowego partnera w Europie. Taka jest moja wersja, ale pozostaje jeszcze wyjaśnić dlaczego Korona zgodziła się na pokój. Tę kwestię naświetlił wczoraj Jacek. Otóż twierdzi on, że Korona za nic nie mogła zgodzić się, by Moskwa podporządkowała sobie cały obszar Rzeczpospolitej, bo kolidowało to z interesami Korony na Bałtyku. Prusy zaś, teoretycznie słabe i małe, stanowiły ważny czynnik brytyjskiej polityki w regionie, były ogranicznikiem wpływów Moskwy, pod jednym wszakże warunkiem – Rzeczpospolita musiała zostać zgładzona. Zmierzamy więc wprost do konkluzji, że Stany Zjednoczone powstały kosztem i na trupie Rzeczpospolitej Obojga Narodów, a do tego przejęły jej tradycję republikańską. Organizacją zaś, która wytransferowała te idee za ocean było Towarzystwo Rewolucji, założone w Londynie na rok przed wybuchem rewolucji we Francji…” (coryllus całość tu: Prawicowi intelektualiści i wielka rewolucja)

Do tego „ciekawostka”:

„Udo Ulfkotte był dziennikarzem, który ujawnił fakt, że tak on jak i jego koledzy pracowali na żołdzie wywiadu amerykańskiego. W swej książce zatytułowanej „Gekaufte Journalisten“ – „Skorumpowani dziennikarze”, wydanej w roku 2014 opisał metody, przy pomocy których CIA sugeruje treści artykułów, oraz instruuje i opłaca dziennikarzy niemieckich (również i włoskich) by popierali w mass-mediach politykę amerykańską…” (dakowski.pl – Udo Ulfkotte pro memoria, podobne: Wiodący niemiecki dziennikarz: CIA naciska na media by promowały III wojnę światową)

…a teraz wybierajcie którzy z nich są lepsi… a raczej należałoby powiedzieć gorsi i co wam da okopanie się na tych pozycjach. Ja tymczasem pozwolę sobie zacytować coś daleko bardziej ważniejszego… (Odys)

„…W połowie XVII wieku próbowano Polskę rozwalić za pomocą szeroko zakrojonej operacji znanej w historii jako „potop szwedzki” plus towarzyszące mu inne wojny przed i po potopie. Nie udało się, mimo że zaangażowanie militarne naszych przeciwników i środki w to zainwestowane naprawdę było duże.
Ponad sto lat później pokroili Rzeczpospolitą bez jednego wystrzału. Pomijamy miłosiernym milczeniem insurekcję Kościuszki, bo to sabotaż, wstyd i żenada. Błagam tylko, aby nie mówić o braku wojska, przynajmniej nie na tym blogu. O armiach imperialnych i rewolucyjnych, żeśmy już tu podyskutowali.
Według mnie przez ponad sto lat pozwoliliśmy sobie zwątpić we własną doktrynę. Pozwoliliśmy, aby potem ją nam odebrali i zastąpili „oświeceniem”. Niech piekło pokłonie oświecenie! Od XVIII wieku, od czasu instalacji oświecenia z narodu pewnego własnej tożsamości staliśmy się narodem aspirującym. Dziś jesteśmy już tylko biednymi aspirantami stojącymi w kolejce… Te aspiracje Coryllus bez przerwy nam demaskuje.
Wystarczy czytać Jasienicę wspomnianego wyżej przez Gospodarza, który jest dla wielu obowiązkowym stylem myślenia. I nie chodzi o to, co pisze, tylko o to, co każe robić. Aspirować, aby być jak inne kraje! To z tą trucizną trzeba walczyć!
Trzeba nam odzyskać własną narrację naszej historii zwłaszcza tej z czasów przedrozbiorowych. Nasza obecne błędy wynikają z zaszczepionej nam mentalności, że musimy się zapisać do klubu „starszych i mądrzejszych”, że musimy przezwyciężyć skazę i klątwę jaką był ustrój I Rzeczpospolitej. Nie był to ustrój doskonały, ale żadne wewnętrzne fatum nad nim nie ciążyło. Zaciążyło nad nami to, że daliśmy sobie w oświeceniu przetrącić duchowy i moralny kręgosłup. Potem dalej był socjalizm itd...” (mniszysko 13 stycznia 2017 o 11:36)

…i lekturę tego: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego.

Jesteśmy między młotem a kowadłem i póki co nie możemy nic z tym zrobić, możemy się co najwyżej spierać która ze stron chce nas bardziej zniewolić, ale ja nie widzę sensu w takiej dyskusji. Uważam tylko że większym zagrożeniem dla Polski jest mimo wszystko Putinowska (podkreślam ten „przymiotnik”) Rosja bo według jej doktryny jesteśmy „bliską zagranicą” bez prawa do samodzielnej polityki zbrojeniowej i energetycznej (w czym Moskwa współpracują ściśle z Berlinem).

Z racji tego że nie mam najmniejszego wpływu na globalną ani lokalną politykę, mogę tylko marzyć o własnej drodze i dawać na nią przykłady z naszej własnej zamierzchłej historii, co staram się robić zachowując zdrowy dystans do wieszania nas przez nasze „elity” u obcych klamek. Tego typu fakty dokonane traktuję wyłącznie jako przykrą konieczność. Nie raz wspominałem co musiałoby się stać żebyśmy mogli w miarę bezpiecznie podążyć własną drogą… W skrócie chodzi o korzystny zbieg geopolitycznych okoliczności (co już się kiedyś zdarzyło). Potrzebujemy jednoczesnego kryzysu w Niemczech i w Rosji, przy równoległym uwolnieniu potencjału Polaków i nie wpadnięciu pod koła jakiegoś innego walca (o czym więcej tu: Jacek Bartosiak i geopolityka: Rosja uwiązana na Ukrainie czeka na propozycję USA w sprawie „rozbioru” Polski by w zamian pomóc poskromić Chiny. Potencjał Polski w konflikcie z interesem Niemiec (o „jedwabny szlak”). Rola prezydenta RP). Chcieć nie zawsze znaczy móc, ale co powinniśmy zrobić trzeba już dziś gdzieś sobie zapisywać i na podstawie tego dobierać sobie przywódców i kształcić przyszłe pokolenia. I tu chciałbym z całą mocą podkreślić, że pokojowe odblokowanie polskiego potencjału gospodarczego nie zależy aż tak od naszych sojuszników, jak od tego kogo sami stawiamy za sterami naszego państwa. Jest to więc zadanie leżące w każdej chwili w naszym zasięgu. Kompletnie niezależne od przynależności do międzynarodowych dętych instytucji, w których złudne nadzieje pokładają nasze „elity”, a które służą wyłącznie formatowaniu podwójnej moralności za pomocą „światowej opinii publicznej” …(Odys)

10.01.2017, Warszawa (PAP) 

Polska ma znaczące poparcie i duże szanse na niestałe członkostwo w Radzie Bezpieczeństwa ONZ – powiedział we wtorek minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski.

Szef MSZ, który przebywa w Nowym Jorku, po spotkaniu z ambasadorami państw należących do RB ONZ powiedział TVP Info, że większość ambasadorów przychylnie odnosi się do polskiej kandydatury.

„Nastawienie jest bardzo pozytywne, w zasadzie można powiedzieć, że wielu z nich już gratuluje Polsce” – powiedział minister. Zastrzegł, że „jeszcze wiele miesięcy, wiele pracy i przekonywania”.

„Jesteśmy krajem, który jest producentem bezpieczeństwa, a nie konsumentem, w związku z tym szanse na wybór nas są bardzo duże” – dodał szef MSZ, który uczestniczył w specjalnym posiedzeniu zainicjowanym przez Szwecję, a poświęconym debacie nad sposobami rozwiązania konfliktów. Przypomniał, że od lat 50. ub. wieku w operacjach pokojowych na całym świecie wzięło udział ponad 70 tys. polskich żołnierzy.

Minister poinformował, że ma w planie spotkanie z Henrym Kissingerem i rozmowę telefoniczną z gen. Michaelem Flynnem, wymienianymi jako przyszli doradcy prezydenta Donalda Trumpa ds. bezpieczeństwa. Dodał, że zamierza im „przedstawić nasze spojrzenie na sytuację bezpieczeństwa w całej Europie”.

Waszczykowski był też pytany o sytuację w polskim Sejmie. Wyraził przekonanie, że sprawy wewnętrzne powinny takie pozostać. „To, co się dzieje w Polsce, powinno zostać w Polsce i nie powinno być przenoszone. Dopóki te sprawy toczą się w naszym kraju, i toczy się normalna – chociaż być może w niektórych sytuacjach nienormalna – rywalizacja polityczna, zamknięta w naszych domowych, wewnętrznych kwestiach, to jest oczywiste, że tak wygląda często rywalizacja polityczna” – podkreślił. (PAP) brw/ par/ jbr/

11.01.2017, Nowy Jork (PAP)

…Minister zwrócił uwagę, że chodzi głównie o to, by status bezpieczeństwa Polski, Europy Środkowej były równe statusowi bezpieczeństwa Europy Zachodniej. Nie chodzi jednak o odtwarzanie układu zimnowojennego kiedy na granicach stały niemal milionowe armie, lecz o symboliczne zabezpieczenie i dowód obrony na wypadek zagrożenia. Szef MSZ uznał, że Polska to otrzymuje.

Waszczykowski zapewniał też, że Polska jako sąsiad Rosji jest zainteresowana ułożeniem z nią poprawnych, a może kiedyś przyjacielskich relacji. Klucze do tego leżą w Moskwie – dodał. To Rosja bowiem nie chce rozwiązać zagadki katastrofy smoleńskiej, nie chce współpracować i oddać wraku samolotu.

Jak dodał z jego rozmów z doradcami Trumpa wynika, że chcieliby, aby Rosja powstrzymała się od łamania prawa i anektowania terytoriów.

„Słyszałem dzisiaj z ust jednego z moich rozmówców, że jest nie do zaakceptowania, aby Rosja prowadziła taką działalność wojskową na terenie Bliskiego Wschodu. Kiedy Henry Kissinger był decydentem w latach siedemdziesiątych byłoby to nie do zaakceptowania. Myślę, że czyny jednak będą inne niż wypowiedzi retoryczne, a Twitter nie jest dla mnie źródłem wiedzy” – wskazał Waszczykowski.

W nawiązaniu do debaty w Radzie Bezpieczeństwa na temat rozwiązywania konfliktów międzynarodowych pytany przez PAP ocenił, że najciekawsze było wystąpienie amerykańskiej ambasador przy ONZ Samanthy Power.

„Twierdząc, że żegna się już najprawdopodobniej z tym stanowiskiem pozwoliła sobie na pewną szczerość. Uznała, że przez lata dyplomaci, ambasadorowie, przedstawiciele Rady Bezpieczeństwa opowiadają eufemizmy. Mówią językiem żargonowym. Nie wskazują palcem. Jeśli mówi się o tym, aby powstrzymać się od użycia broni, powinno się wskazać do kogo się to adresuje itp.” – tłumaczył.

Waszczykowski zauważył też, że rosyjski ambasador przy ONZ Witalij Czurkin odrzucił w swym wystąpieniu zarzuty o zmianę przez jego kraj architektury bezpieczeństwa i agresję wobec Ukrainy.

Polski minister wyraził przy tym obawę, że świat może zaakceptować zajęcie Krymu w zamian za spokój we wschodniej części Ukrainy.

„To może nie być porozumienie domówione, ale na zasadzie fait accompli, faktów dokonanych, a wiele państw uzna, że nie ma atmosfery dla odzyskania Krymu dla Ukrainy” – przestrzegał.

Porównując sytuację do podziału Niemiec uzupełnił, że dzisiejsi władcy Kremla nie są wieczni. W Rosji też może dojść do transformacji, demokratyzacji w sposób pokojowy i powstania rządu, który odwróci tendencję łamania prawa międzynarodowegoZ Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski (PAP)

ad/ lm/ pro/

„Białoruś ma fundamentalne znaczenie dla bezpieczeństwa Zachodu. Ewentualne jej zajęcie przez Rosję – np. przy okazji manewrów Zapad 2017 – zmieniłoby zasadniczo sytuację strategiczną w regionie. Ewentualny przerzut sił rosyjskich w planowanej przez Kreml ilości (zamówiono do przerzutu sił aż 4200 platform kolejowych, co wystarcza do transportu 3 ciężkich dywizji) oznaczałby, że państwa bałtyckie byłyby realnie zagrożone w stopniu do tej pory nieznanym. Z punktu widzenia znacznie silniejszej od państw bałtyckich Polski sytuacja również uległa by dramatycznej zmianie, bowiem po raz pierwszy od chwili wstąpienia do NATO na granicy RP znalazłoby się rosyjskie zgrupowanie o realnym potencjale ofensywnym…

…Wydaje się, że połączenie świadomości zagrożenia na najwyższym poziomie politycznym w kraju wraz z wyraźnym wsparciem dla pomysłu nawiązania dialogu Warszawy z Mińskiem ze strony sojuszników przeważyło szalę. Powyższe nie zmienia faktu, że musi niepokoić fakt, iż przez lata prowadzono na kierunku białoruskim politykę całkowicie bezrefleksyjną i co gorsza nieskuteczną. Nie sposób nie zadać sobie pytania, skąd brało się wieloletnie ignorowanie faktu, iż gra nie toczy się o demokrację w sąsiednim kraju, a o bezpieczeństwo własnego. Konsekwentnie ignorowano zagrożenie, którego zapowiedzią były ogłaszane publicznie plany dyslokacji lotnictwa rosyjskiego na Białorusi. Nie przejmowano się faktem, iż w pobliżu granicy może dojść do potężnych, potencjalnie nam zagrażających, manewrów. Niestety odpowiedzi na pytania, czemu tak się działo nie napawają optymizmem. Więcej w nich bowiem ludzkiej małości, braku umiejętności refleksji i grupowych interesów niż wielkiej polityki. Nie brak wśród środowisk przeciwnych dialogowi z Mińskiem ludzi świadomych rosyjskiego zagrożenia, choć właśnie to zagrożenie powinno być punktem wyjścia dla konstatacji o konieczności dialogu z Mińskiem…

…W dniach 23 – 26 stycznia doszło w Warszawie do gry wojennej, którą kierował Naczelny Dowódca Sił Operacyjnych NATO (SACEUR) w latach 2013 – 2016 generał Philip M. Breedlove. Gra odbywała się w reżimie zachowania poufności, ale jak poinformowały media do udziału w grze, w charakterze obserwatora, zaproszony został ekspert z Białorusi. Fakt ten w połączeniu ze scenariuszem gry świadczyły o chęci wysłania sygnału do Mińska (a niewykluczone, że zarazem i do Moskwy) o tym, że Zachód nie planuje obalania reżimu w Mińska, chce dialogu z władzami Białorusi, nie planuje działań ofensywnych na kierunku białoruskim, ale też, zdając sobie sprawę z ofensywnych scenariuszy rozważanych w Moskwie, planuje działania na wypadek negatywnego rozwoju zdarzeń. NATO musi bowiem zakładać, że ew. rosyjski atak czy to na państwa bałtyckie czy tym bardziej Polskę, zostałby wyprowadzony właśnie z terytorium RB. Historycznie tzw. brama smoleńska i dalej równiny na Białorusi to tradycyjne miejsce do ew. działań zbrojnych.  Tym samym o bezpieczeństwie państw bałtyckich i Polski decyduje – z racji zarówno politycznych, militarnych, jak i geograficznych – to, co stanie się z Białorusią…” (całość tu: Polska – Białoruś, czyli o polityce w cieniu gry mocarstw)

podobne: Ośrodek Analiz Strategicznych: Potencjał militarny Białorusi oraz: Rosja: „Dzień zwycięstwa” demonstracją siły. Merkel oddaje hołd żołnierzom radzieckim („Tagesspiegel” krytycznie o pomijaniu w Niemczech zbrodni Stalina). Putin usprawiedliwia pakt Ribbentrop-Mołotow a Niemców uznaje za „ofiary nazizmu”(!). Łukaszenka: „w świecie zwycięża nie siła prawa, a prawo siły” i to: UE – spory zwolenników i przeciwników sankcji wobec Rosji. Wojna handlowa Rosji i Kazachstanu. Łukaszenka: Białoruś nigdy nie będzie częścią Rosji. Białoruscy i rosyjscy żołnierze ćwiczą blisko polskiej granicy. Rosja sprzedała rakiety S-400 Chinom i znosi embargo dla Iranu. Izrael protestuje przeciwko polityce Rosji, testuje „Procę Dawida” i krytykuje umowę z Iranem.

rys. Andrzej Krauze

Reklamy

W służbie zdrowiu czyli prosto do nieba. O walce rządu z „toksyczną konkurencją” w szpitalach i aptekach kosztem pacjentów i konsumentów


Jakub Kulesza (Kukiz ’15) za odrzuceniem ustawy Prawo farmaceutyczne!

„…Wedle jakiej metodologii ustalono, że 2 apteki w promieniu 1 km to za dużo i że takie zagęszczenie szkodzi klientom? Dalej, skoro apteki i tak zatrudniają farmaceutów – jakie sens ma przymus aby farmaceuta był właścicielem lub współwłaścicielem apteki?

Pytania te oczywiście nie znajdują racjonalnej odpowiedzi, gdyż prawo w Polsce stanowią nie ludzie racjonalni i poważni, tylko ogłupiali politycy podatni na podszepty grup interesu.

W tym przypadku łatwo odgadnąć, kto jest beneficjentem tej ustawy: farmaceuci, ze szczególnym naciskiem na tych, którzy są właścicielami już istniejących aptek lub dysponują znacznym kapitałem i gotowi są zainwestować w uruchomienie takiego biznesu, lecz najpierw chcą pozbyć się istniejącej lub potencjalnej konkurencji.

Obawiam się, że w ślad za aptekarzami mogą pójść inne grupy interesu, przedstawiciele innych branż, którzy w awersji PiSu do wolnego rynku dostrzegą szansę dla siebie na polityczne zmonopolizowanie rynku i zacementowanie swoich zysków kosztem reszty społeczeństa.” (antistate – Apteki dla aptekarzy, sejm dla debili)

podobne: Leonid Savin: Lobbing, jako najwyższa forma korupcji czyli… Rewolucję raz poproszę! oraz: W Hiszpanii nie ma rządu a gospodarka rośnie. Opłacalność „ekonomi trynitarnej” kontra interwencjonizm państwowy i to: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii a także: Cukiernik o tym, że moglibyśmy być dwa razy bogatsi od Niemców i dlaczego nie jesteśmy polecam również: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Demobilizacja czyli zatrudnienie publiczne (zysk czy strata?) i jeszcze: Piotr Świder: Oda do wolności. Z dedykacją dla poszukiwaczy skarbów wolnego rynku

„W dniach ostatnich Sejm nieznaczną większością głosów przyjął ustawę o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Ustawa wprowadzą tak zwana „sieć szpitali”. Dzięki tej nowelizacji – jak zapewnia pan dr Zbigniew Kuźmiuk – „zostanie wreszcie przerwany proces wysysania z NFZ ogromnych środków finansowych przez szpitalny sektor prywatny w sytuacji, kiedy odpowiedzialność za zdrowie większości Polaków spoczywa jednak na placówkach sektora publicznego”…

…No to teraz kombinatorzy z prywatnych szpitali nawet nie powąchają tych pieniędzy, bo trafią one w jedynie słuszne ręce szpitali państwowych, których sieć pan minister Konstanty Radziwiłł ogłosi już wkrótce, to znaczy – do czerwca. Teraz, jeśli nawet między szpitalami państwowymi rozgorzeje walka o te pieniądze, to będzie to walka sportowa, na uczciwych zasadach, o których jeszcze w czasach stalinowskich pisał w samych superlatywach Jan Brzechwa w nieśmiertelnym poemacie dla dzieci pod tytułem „Opowiedział dzięcioł sowie” w którym mowa o spółdzielni, jaką leśne zwierzęta, za radą niedźwiedzia Błażeja, założyły gwoli przeciwstawienia się nieuczciwej konkurencji ze strony Wilka Barnaby („w lesie, który widać na bezkresie, mieszkał bury Wilk Barnaba, zamożniejszy od nababa”) – że mianowicie „nikt nikogo nie oszwabia, nikt na nikim nie zarabia” – a czuwał nad tym – no, drogie dzieci – któż by inny, jak nie Lis Mikita, który został kierownikiem sklepu?!

Zgodnie tedy z zasadami sprawiedliwości społecznej zostanie utworzona sieć szpitali – powiatowych, ponadpowiatowych i wojewódzkich, a także – specjalistycznych, które dostaną 91 procent forsy przeznaczonej na szpitale, a pozostała reszta będzie rozdzielana na zasadzie przetargu – żeby nie było, że nie ma u nas wolnego rynku usług medycznych. Jakże nie ma – kiedy przecież jest! Szpitale włączone do sieci będą miały gwarantowaną umowę z Narodowym Funduszem Zdrowia, żeby tam nie wiem co. Mimo tego rygoryzmu finansowego, reforma ma też charakter kompromisowy. W odróżnieniu od poprzednich reform, kiedy to likwidowane, abo „reorganizowane” były biurokratyczne struktury, teraz Narodowy Fundusz Zdrowia nie zostanie postawiony w stan likwidacji, a tylko straci uprawnienia decyzyjne. Oczywiście do czasu, to znaczy – do następnego etapu reformy, bo pan minister Konstanty Radziwiłł już dawno zapowiadał likwidację Narodowego Funduszu Zdrowia i powołanie na jego miejsce Państwowego Funduszu Celowego, który będzie dysponował pieniędzmi „przede wszystkim z podatków”, ale nie o to przecież chodzi, tylko o to, by tymi pieniędzmi dysponowali w strukturach Państwowego Funduszu Celowego odpowiedni ludzie. Jak powiadają zblazowani Amerykanie, chodzi o to, by dysponowały nimi tzw. „nasze sukinsyny”, a sukinsyny jakieś takie nie nasze, żeby zostały od tych pieniędzy odsunięte jak najdalej. Taki właśnie cel miały również wszystkie poprzednie reformy ochrony zdrowia – zarówno wiekopomna reforma charyzmatycznego premiera Buzka, która wprowadziła kasy chorych, jak i reforma premiera Leszka Millera, która kasy chorych likwidowała i wprowadzała Narodowy Fundusz Zdrowia, no i reforma nadchodząca – która Narodowy Fundusz Zdrowia zastąpi Państwowym Funduszem Celowym, w którym „nasze sukinsyny” już tam jakoś te pieniądze pochodzące „przede wszystkim z podatków” podzielą tak, żeby było dobrze, to znaczy – żeby wszyscy byli zadowoleni. Ale ponieważ jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził, to wszyscy zadowoleni być nie mogą, W takiej sytuacji dobrze będzie, jeśli zadowoleni będą przynajmniej niektórzy. A którzy „niektórzy”? Ano, najlepiej, żeby zadowoleni byli ci, co to dniami i nocami troszczą się, jakby tu obywatelom, a zwłaszcza – obywatelom chorym – przychylić nieba. Cóż bowiem wynagradzać w tych zepsutych czasach, jeśli nie troskliwość i oddanie?

Nie rozumieją tego tak zwani „wolnościowcy”, którzy uważają, że najlepiej byłoby, gdyby nikogo nie leczyło „państwo”, tylko doktorzy, a pacjenci, żeby płacili im za leczenie tymi pieniędzmi, które „państwo” im teraz odbiera pod pretekstem, że przychyla im nieba. Powołują się przy tym na niejakiego Miltona Friedmana, który powiadał, jakoby były tylko cztery sposoby wydawania pieniędzy: pierwszy – gdy obywatele wydają swoje pieniądze na siebie. Friedman twierdził, że wtedy wydają oszczędnie i celowo. Drugi sposób – kiedy obywatele wydają swoje pieniądze na kogoś innego. Wtedy nadal wydają oszczędnie, ale już nie tak celowo, jak w przypadku pierwszym, bo potrzeb tego innego już nie znają tak dobrze, jak własnych. Sposób trzeci – gdy obywatele wydają cudze pieniądze na siebie samych. Wtedy nie wydaja oszczędnie – bo któż by wtedy oszczędzał – ale przynajmniej celowo. No i sposób czwarty – gdy obywatele wydają cudze pieniądze na kogoś innego – ot na przykład – „nasze sukinsyny” z Państwowego Funduszu Zdrowia na pacjentów. Wtedy ani nie wydają tych pieniędzy oszczędnie, ani też celowo. Toteż tak zwani „wolnościowcy” powiadają, że trzeba w związku z tym zlikwidować czwarty sposób wydawania pieniędzy, a te, wydawane dotychczas w tym sposobie, przesunąć do sposobu pierwszego, kiedy każdy wydaje swoje na siebie. Takie przesunięcie byłoby możliwe gdyby „państwo” tych pieniędzy obywatelom zwyczajnie nie odbierało. Tak bałamucą naród ci tak zwani „wolnościowcy”, co nieubłaganym palcem wytknął im sam pan prezes Kaczyński, całkiem niedawno przypominając zbawienną prawdę, że tylko państwo może obywatelom przychylić nieba, bo sami sobie tego załatwić nie potrafią. „Państwo”, to znaczy – nasi dobrodzieje i opiekunowie w osobach urzędników państwowych, co to o sobie nie myslą, a tylko – jakby tu nam przychylić nieba…” (Stanisław Michalkiewicz – Rząd dał odpór „toksycznej konkurencji”)

podobne: Chora „służba zdrowia”. Radomskie szpitale toną w długach ale główny problem władzuchny to prof. Chazan. Komentarz Michalkiewicza i Ziemkiewicza. Prawdziwe oblicze „in vitro” oraz: Chora „służba zdrowia” leży, tymczasem prywatne lecznice są masowo kontrolowane  i to: Chora Służba Zdrowia. NIK negatywnie o kontraktowaniu usług przez NFZ. a także: Co to jest „majątek państwa” i na co idzie siła polskich rodzin? O podatkach, składkach i reformach kosztem zdrowia i emerytury (nie tylko ubeckiej) w ramach inżynierii społecznej. Dygresja o żelazie czyli Polska drugą Japonią  polecam również: Obrońcy etatyzmu i sentymentaliści rodem z PRL kamienują „złodziejski kapitalizm” czyli… dlaczego niewolnicy nie zasługują na wczasy?

„…Ludwig von Mises (+1973) nazywał wolny rynek demokracją konsumentów, gdyż codziennie ma tu miejsce głosowanie za pomocą ich pieniędzy na preferowane towary i usługi. Kupując lub wstrzymując się od zakupu, konsumenci decydują o sukcesie lub porażce producentów. Wybierają w ten sposób tych przedsiębiorców, którzy najlepiej zaspokoili ich potrzeby, a odbierają środki produkcji tym, którzy nie wiedzą, jak im najlepiej służyć. Człowiek na wolnym rynku jest wolny i może dokonywać wyborów nie kierując się tylko czynnikiem ekonomicznym. Może kierować się na przykład względami moralnymi. Homo oeconomicus to fikcyjny człowiek wymyślony na potrzeby mainstreamowej ekonomii i nie istnieje w rzeczywistości.

Ale nie istnieje również coś takiego jak pełna „suwerenność konsumenta”. Murray Rothbard (+1995), uczeń Misesa, twierdził, że w całkowicie wolnym społeczeństwie każda jednostka jest suwerenem wobec swojej własnej osoby oraz mienia i korzysta z suwerenności osobistej. Konsumenci nie mają władzy, aby zmusić producentów do wykonywania konkretnych prac i zawodów. Człowiek jest w pełni wolny, aby przeciwstawić się upodobaniom konsumentów, na przykład nie sprzedając dóbr lub usług tym, wobec których ma zastrzeżenia natury moralnej, ale musi być gotowy, aby zrezygnować z zysku, jaki mógłby uzyskać z takiego przedsięwzięcia.

Warto poczytać ekonomistów ze szkoły austriackiej. Młody poseł z ugrupowania Kukiz’15, Jakub Kulesza, przy okazji debaty nad ustawą o aptekach zachęcał posłów do czytania Misesa. Przypomniał im z mównicy sejmowej, że na wolnym runku konsumenci mogą poradzić sobie z naturalnym monopolem, otwierając w pobliżu konkurencyjną aptekę, ale nie poradzą sobie ze sztucznym monopolem stworzonym przez państwo. Teraz będą mogli zbudować aptekę, ale w odległości jednego kilometra i jeżeli będą sami farmaceutami.

Ten sam tok rozumowania można zastosować do zakazu handlu w niedzielę. Jeżeli konsumenci rzeczywiście nie chcieliby niczego kupować w niedzielę, to po prostu nie chodziliby na zakupy i sklepy byłyby pozamykane. Kościół nie musi popierać ustawy o częściowym zakazie handlu w niedzielę. Wystarczy, że w niedzielę będzie od czasu do czasu przypominał swoim wiernym z ambony, że dzień święty należy świętować. Gdyby ludzie kierowali się nie tylko czynnikiem ekonomicznym, ale również przesłankami moralnymi, to świat wyglądałby inaczej. Katolicy chodziliby w niedzielę po Mszy św. na kawę, a w supermarketach pracowaliby co najwyżej niepraktykujący… (Ks. Jacek GniadekDemokracja konsumentów)

podobne: Ks. Jacek Gniadek: Kościół niczego nie narzuca. Wiara zasadza się na dobrowolności czyli… wolność religijna i ekonomiczna  oraz: Myśleć na sposób Boży czyli… Ks. Jacek Gniadek o paradoksach w religii i ekonomii  i to: Paweł Rybacki: Moralna i praktyczna wyższość gospodarki wolnorynkowej nad centralnie planowaną lub interwencjonistyczną

Jerzy Wasiukiewicz

Kultury dobre i złe, oraz reglamentacje, prowokacje i profanacje czyli… materialna i niematerialna sztuka rewolucji. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu


Carolina Rodriguez – interpretation of Leonardo Da Vinci Lady With an Ermine

„…Kiedyś uważałem, że sztuka absolutnie rządzi się swoimi prawami, trzeba ją sądzić zupełnie w oderwaniu od kontekstu społecznego. Z czasem zmądrzałem, wcale tak nie jest, nie ma w życiu sfer, które w całości są wydzielone, to jednak nie kłoci się z opinią, że sztuka ma własny język, jest domeną specyficznego doświadczenia. Nie sposób z niego zrezygnować bez wyrzeczenia się istotnego elementu wrażliwości ludzkiej i znaczącej sfery kultury, powtórzę jednak: nie daje nam to prawa, aby widzieć sztukę bez kontekstu, w jakim ona istnieje.

Widzę w tym podejściu zagrożenia z dwóch stron. Po pierwsze: ludziom, którzy nie znają się na sztuce, daje się argument, aby tę sztukę oceniali, niekiedy wyrządzając jej krzywdę. Z drugiej strony dostrzegam wśród artystów pokusę, aby ich dzieła – oceniane spoza artystycznego poziomu – znaczyły więcej, niż naprawdę znaczą.

Każde sformułowanie daje się hiperbolizować i prowadzić do absurdu i samozaprzeczenia. Nie chodzi mi o to, aby sztukę, ocenianą przez laika, redukować do poziomu laika, bo jest to degradacja. A jednak, nie jest to sytuacja bezdyskusyjna. Kończy się, dajmy na to, wojna, komunistyczna propaganda usiłuje zohydzić pamięć o Armii Krajowej. Tymczasem, dajmy na to, artysta pisze powieść, albo kręci film, albo wystawia sztukę, skupiając się w dziele na idącej razem z wojną degeneracji człowieka i akurat do ilustracji tego wykorzystuje oddział partyzantów. Nie przeczę, artysta jest w stanie pokazać to prawdziwie, artystycznie bez zarzutu, trzeba jednak zaznaczyć, że dzieło to wpisuje się w kompromitację najwspanialszego zrywu, jakim jest Polska Walcząca. Co ma począć człowiek, który nie ma pojęcia o sztuce, lecz odnosi się z czcią do tego, co się poddaje krytyce – nie ma on prawa czuć oburzenia?

Ten, kto tworzy sztukę, wychodzi od potrzeby tworzenia, od przymusu wewnętrznego, lecz w tym przymusie, wydaje się, zawsze pomieszkuje nadzieja, choćby na zmianę jednego człowieka…” (Bronisław Wildstein dla „Teologii Politycznej Co Tydzień” Nr 37 pt. Wildstein. Pisarz świata nieprzedstawionego„)

O tym do czego prowadzi kontestowanie sztuki w oderwaniu od rzeczywistości tu: „Kupa gówna” (w puszce) czyli traktat o „sztuce”. oraz tu: „Muza nie żyje”: Kiedy sztuka jest wyrazem wysokiej kultury? „Jezus wyszydzony”: Zmaganie się o duszę tego świata. A o tym dlaczego kultura nie zawsze jest dobra tu: Krzysztof Karoń KULTURY DOBRE I ZŁE – WARTOŚCI – POJĘCIA PODSTAWOWE CZ. 4

Pomijając kontekst „najwspanialszego zrywu”, chodzi więc o mechanizm instrumentalnego wykorzystywania sztuki dla szemranych celów. Zacznę od najłagodniejszego z przykładów wspomnianej hiperbolizacji, absurdu i samozaprzeczenia z udziałem sztuki, którego spiritus movens stał się dokonany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego (tj. za „publiczne pieniądze”) zakup kolekcji obrazów (ze słynną „Damą z gronostajem” Leonarda da Vinci) od księcia Adama Karola Czartoryskiego (za pośrednictwem fundacji)… (Odys)

„…Aby transakcja była możliwa, specjalnie zmieniono statut fundacji i urządzono czystke w zarządzie. Stojący za tym książę Adam Czartoryski zapewne zgarnie na swoje prywatne konto sporą sumę.

Jednak tragedią będzie obarczenie podatników – z których większość nie jest zainteresowana łożeniem swoich ciężko zarobionych pieniędzy na utrzymywanie kosztownych dzieł sztuki – tymi właśnie kosztami, mimo, że jak pokazuje działalność Fundacji Książąt Czartoryskich, pobierane pod przymusem haracze wcale nie są niezbędne dla finansowania kultury wyższej.

Tymczasem mamy znów patetyczne gadanie o „zachowywaniu kolekcji dla przyszłych pokoleń” i tym podobne „patriotyczne” gadki. Tymczasem prawdziwi patrioci, troszcząc sie o dobro przyszłych pokoleń, woleliby pozostawić tym pokoleniom decyzję, czy chcą kupić bądź dokładać sie finansowo do utrzymywania tej, czy innej kolekcji dzieł sztuki, czy też nie chcą – zamiast „patriotycznie” obarczać ich w przyszłości kosztami w postaci przymusu utrzymania muzeum, mogącego przecież funkcjonować całkowicie prywatnie, za środki pozyskane od dobrowolnych darczyńców.” (antistate – Czy potrzebujemy nacjonalizacji damy z gronostajem?)

podobne: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy państwo powinno dotować sztukę? (o interwencjonizmie). i to: „Śmierć i dziewczyna” czyli… Socjal Demokracja jako sztuka dymania podatnika. Czas skończyć z „coolturą” za publiczne pieniądze.

W tym samym mniej więcej czasie wszczęto śledztwo w sprawie budowy (przez poprzednią władzuchnę) Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Żeby było śmieszniej „inwestycję” skrytykowała ta sama instytucja (ministerstwo), która teraz lekką ręką wydała 100 mln EUR zamieniając własność prywatną na państwową, gdyż ta pierwsza nie była dość „narodowa”.

„Gazeta Polska” napisała” że sprawa budowy tego muzeum „mówi wiele o tym, jak gospodarowano naszymi pieniędzmi za rządów koalicji PO-PSLi że jest to „największy przekręt od II wojny światowej w Gdańsku„. Nie to co wspomniana wyżej „inwestycja”, która była równie potrzebna jak psu piąta noga, albo budowa innego muzeum (Historii Żydów Polskich) w Warszawie, które nie dość że również powstało dzięki przymusowej hojności podatnika, to jest na dodatek ośrodkiem wrogiej Polsce propagandy (o czym więcej tu: Stanisław Michalkiewicz – W Muzeum Żydów będą tresować). W skrócie – punkt widzenia na to co dobre a co złe dla obywatela, zależy od tego kto aktualnie zarządza budżetami.

Tak to sze kręczy… POprzednicy sztukę wyprowadzali (afera związana z „Gęsiarką” i „Bydłem..” które znikły z pałacu prezydenckiego za prezydenta Komorowskiego), więc „dobra zmiana” zrobi na opak i będzie ją na powrót pod strzechy zaganiać, a że większość obywateli nic na tym nie skorzysta (pewnie nawet nie wie że została ubogacona kulturowo) to już nieważne. Jak to klasyk powiedział „jeden huk” (czytaj kasa poszła).

Niestety socjalistyczna poligramota ma to do siebie że bywa mieczem obosiecznym. I tak jak jedni upatrują w sztuce okazję do „błyśnięcia” przed ciemnym lódem „pańskim” snobizmem, tak inni postanowili ów snobizm napiętnować nawiązując do całkiem innej (antypańskiej) tradycji, licząc na innego rodzaju kompleksy. I tu przechodzimy do kolejnej wersji wspomnianej hiperbolizacji, absurdu i samo zaprzeczenia z udziałem Bogu ducha winnych dzieł sztuki… (Odys)

„…partia Razem oskarża PiS o to, że wydaje pieniądze podatników na obrazy, kupione za pieniądze pochodzące z wyzysku chłopa

Najlepsze moim zdaniem jest zdanie: potomkowie chłopów nigdy nie otrzymali odszkodowania za lata pańszczyzny. Jeśli o mnie idzie to taka retoryka powinna być ścigana z urzędu. A także piętnowana jako przykład nieuctwa i głupoty. Ludzie zaś posiadający wyższe wykształcenie i firmujący takie postulaty swoim nazwiskiem winni być publicznie napiętnowani jak złodzieje i pijacy pokazani w filmie Barei, ci wiecie, którzy awanturowali się w sklepie.

Jest jeszcze jedna istotna kwestia. Oto Zandberg i jego koledzy chcą nas przekonać, że ich przodkowie byli chłopami wyzyskiwanymi przez Czartoryskich. To jest doprawdy rzadkiego gatunku bezczelność, na którą nie nabierze się mam nadzieję nikt z potomków polskich chłopów, a jeśli się nabierze, to dobrze mu tak, durniowi jednemu.

Zrekapitulujmy więc jeszcze raz to wszystko. Każdy kto zgłasza postulat zmiany stosunków własności lub zadośćuczynienia za tak zwane krzywdy doznane w przeszłości, bez powoływania się na konkretne osoby i sytuacje, o których mogliby zaświadczyć ludzie, jest oszustem…

Stąd właśnie bierze się populizm lewicy, którego nikt oczywiście populizmem nie nazwie, to są za każdym razem słuszne postulaty. Tak będą pisać wszystkie media, nawet te zwane prawicowymi, bo prędzej ci ludzie się udławią, niż powiedzą, że złodziejstwo zwane reformą rolną było wstępem do katastrofy państwa. Oni wszyscy razem, do dziś uważają to za wstęp do sukcesu politycznego i gospodarczego, a także do powszechnej szczęśliwości wszystkich jak leci. Całę zaś zło które mamy za sobą, dokonało się za sprawą egoizmu posiadaczy, którzy nie rozumieli czym jest dobro wspólne. Tym obłędem próbują nas karmić do dziś. Mam jednak nadzieję, że nikt tego przysmaku nie ruszy nawet kijem, a co dopiero widelcem. Póki co płaczą nad odszkodowaniami dla chłopów zamienionymi na obrazy…”(coryllus – Odszkodowania dla chłopów i Ukraińców)

podobne: Nobel Dylana i promocja obłędu za publiczne pieniądze w „fabryce bestselerów” czyli… Paranienormalny(ch) „klub literata i literatki”. oraz: Smołyń… czyli o sojuszach politycznych budowanych na „autorytecie” tzw. „ludzi kultury”. Jaką propagandą będą żyć Polacy po Wajdzie?

Dziś wiemy na podstawie źródeł historycznych że w XVI w. chłop pańszczyźniany pracował (dla pana) około 50 dni w roku, a z czasem obowiązek ten wzrósł do około 100 dni. I to według lewicy był feudalny wyzysk. Tymczasem my ludzie XXI wieku, czasu maszyn, komputeryzacji i innych usprawnień (prawa pracy, człowieka i „sprawiedliwości społecznej”), pracujemy (dla państwa) 164 dni. I to jest (według tejże lewicy) „sprawiedliwość społeczna”. W niczym też zatroskanych losem „wyzyskiwanego chłopa” dobrodziejom nie przeszkadza fakt, że jako partia mają w tym wyzysku swój udział, a to z racji wypłacanej im z budżetu wielomilionowej dotacji i jawnego wspierania przez nich wyzysku fiskalnego (wcale nie kosztem „najbogatszych”). Przejdźmy zatem do demaskowania tego o co tak naprawdę walczy Zandberg i sp.ka. Na początek przypomnijmy sobie jak to było z tymi wyzyskiwanymi (i przez kogo) chłopami… (Odys)

Thomas Couture – The Enrollment of the Volunteers of 1792

„W najpiękniejszej okolicy Francji – według Rousseau (tego na którym wzoruje się II i III RP oraz Konstytucja 3 Maja) – wieśniak kryje swój chleb i wino przed poborcami, gdyż byłby zgubiony, gdyby się dowiedziano, że on nie umiera z głodu. W niektórych prowincjach zabijano na drogach kobiety niosące chleb. Biskup szartryjski, zapytany przez króla, jak u niego żyje lud, odrzekł, że ludzie jedzą trawę jak owce i giną jak muchy. Biskup Massillon pisał do Fleury’ego: Ludność naszych wsi żyje w okropnej nędzy… Większość przez pół roku nie ma chleba jęczmiennego i owsianego, który stanowi jedyne ich pożywienie i który muszą odejmować od ust swoich i dzieci, ażeby zapłacić podatki… Murzyni naszych wysp są nieskończenie szczęśliwsi, gdyż za pracę otrzymują żywność i odzież dla siebie i swoich dzieci. Wieśniacy przestali zawierać małżeństwa, gdyż — jak mówili — nie chcą płodzić nieszczęśliwych. Nie można ich było nawet używać do pracy, gdyż przy każdej mdleli z osłabienia głodowego. W niektórych okolicach wieśniacy ścinali zielone zboże i suszyli w piecu, gdyż głód nie pozwalał im czekać dojrzałego plonu; gdzie indziej leżeli ciągle w łóżku, ażeby go znieść łatwiej. Anglik, Artur Young, podróżujący po Francji, widział ludność wychudzoną, skarlałą i tak zestarzałą w głodzie, że pewna kobieta, którą on uważał za staruszkę siedemdziesięcioletnią — tak była pomarszczona i zgarbiona — wyznała, że ma dopiero 24 lata. Prawie wszystkie dzieci umierały z powodu braku mleka w piersiach matek, a te, które ocalały, skutkiem złego pożywienia wyglądały jak kobiety brzemienne.

Zdziercą może jeszcze okrutniejszym od pana był fiskus (skarb państwa), który opodatkowywał nie tylko posiadaczów czegoś, ale również nie posiadających nic oprócz pary rąk do pracy. Jeżeli w jakiejś wsi poborcy dostrzegli chłopów otyłych lub pióra z zabitego drobiu, natychmiast podnoszono jej podatki. Pewien pan postanowił pokryć dachówką domy swoich poddanych; przestraszeni błagali go, ażeby pozostawił na dachach słomę, gdyż inaczej fiskus niewątpliwie podwyższy im podatki.” (30 grudnia 2016 andrzej)

Rewolucja Francuska i jej pseudo-religia | Prof. Adam Zamoyski

Tak właśnie prezentowały się zdobycze rewolucji proletariatu we Francji. Jak można przeczytać nie miały one nic wspólnego z idealistycznymi hasłami „wolność, równość, braterstwo…” o których do dziś uczy się dzieci na lekcjach historii. Na dodatek po łebkach bo z pominięciem fragmentu który brzmiał: „albo śmierć”, gdzie owa rewolucja odnosiła największe sukcesy. I to na masową skalę, przy pomocy głodu i nędzy w wyniku przymusowych i gwałtownych „przekształceń własnościowych”. Tu warto wspomnieć o najsłynniejszym jej wynalazku/środku do celu czyli pani gilotynie, dla której tracił głowę każdy kto nieopatrznie protestował przeciwko „uwalnianiu” (od dobytku) i „zrównywaniu” (w nędzy i głodzie).

Teraz przejdźmy do bliższej ciału Zandberga i sp-ki koszuli, czyli bolszewików. Godnych spadkobierców rewolucji francuskiej, gdzie również w imieniu i dla dobra „ludu pracującego miast i wsi” dokonywano „sprawiedliwości społecznej”, o której tak pięknie potrafią opowiadać socjaliści (nie tylko z tzw. lewicy)… (Odys)

„…Największe powstanie chłopskie przeciwko bolszewikom – Powstanie Tambowskie – z chłopską partyzantką w liczbie ok. 40.000 osób- oddolne i spontaniczne – miało miejsce w okresie 1918-1921 i zostało stłumione przez Lenina i jego kamandę a konkretnie wysłana została ekspedycja wojskowa pod dowództwem Tuchaczewskiego – 100.000 sołdata, samoloty, artyleria i nawet gazy bojowe. Ostatecznie o zwycięstwie bolszewików rozstrzygnęło założenie 7 obozów koncentracyjnych – dla rodzin podejrzanych o sprzyjanie partyzance i deportowanie całych wsi w ramach guberni. A Stalin został sekretarzem generalnym KPZR – w kwietniu 1922 r. kiedy było – pozamiatane. Armia Tuchaczewskiego wymordowała ok. 70 tysięcy chłopów a „odpryskowo” zmarło z głodu dodatkowo ok. 170.000 chłopów. Zbrodnie Stalina nie są mniejsze ale są głośniejsze, bowiem wykończył tyle samo bolszewików co tzw. zwykłych ludzi. I to za tych „bolszewików” mają do niego pretensje „partie Zachodu”. Zwłaszcza za Trockiego…”  (31.12.2016 Pink panther)

…trzeba przyznać że tępy i uparty był ten cały lud, bo nie chciał się poznać na tym co dla niego dobre. U niektórych ideologów ta oporna reakcja wywoływała prawdziwy szok i ciężkie zgryzoty. Oto fragment wspominków jednego z nich…(Odys):

„…tym większe było moje rozczarowanie i zgryzota, gdy ta proletariuszka okazała się nad wyraz krytyczna wobec władzy radzieckiej i bynajmniej z tym się przede mną nie kryła. Nie wdając się w jakieś zawiłe kwestie polityczne po prostu twierdziła, że robotnikowi za cara żyło się lepiej. Krew mnie zalewała i żółć się we mnie przelewała, więc pytałem ją, czy za cara również jeździła do domów wczasowych? Ale ona najspokojniej w świecie oświadczała mi, że urlop spędzała na wsi u krewnych i było jej tam lepiej, niż w domu wczasowym. Więc wskazywałem na potężną kostkę masła, którą dostawaliśmy do śniadania, ale jej to nie imponowało, bo za cara tego było w bród, a teraz to tylko jeszcze w domu wczasowym można tyle masła dostać, a normalnie trzeba po nie postać w kolejce. Użerałem się z nią i chudłem ze zgryzoty, bo realia ona znała jednak lepiej odemnie…

…Przeciwników kołchozów – bądź to spośród średniorolnych gospodarzy, bądź z małorolnych – władze kwalifikowały jako kułaków lub „podkułaczników”. Podczas likwidacji kułactwa jako klasy, w jednym z nimi worku znaleźli się m.in. w poważnej ilości uczestnicy rewolucji i wojny domowej, którzy otrzymali ziemię z nadziału i nie chcieli jej oddać…

Obserwacja samowoli i dowolności, z jaką wyznaczano wysokość obowiązkowych dostaw, straszliwe sceny, towarzyszące rewizjom za zbożem w zagrodach chłopskich oraz konfiskacie tzw. nadwyżek, okrucieństwo i brutalność wobec wypędzanych ze wsi kułaków i ich rodzin – wszystko to mogło napawać grozą.
Albin był rewolucjonistą i gotów był całym sercem witać tę od góry przeprowadzaną rewolucję na wsi, która tak radykalnie i skutecznie miała doprowadzić do jej socjalistycznej przebudowy. Nie mógł się jednak wyzbyć zastrzeżeń. Nie chciał ich ujawniać w otwartej dyskusji nawet wśród towarzyszy z pokoju, którzy też przecież jeździli na wieś i widzieli te same co on obrazy, ale skłonni widać byli akceptować je w imię zasadniczej słuszności generalnej linii partii. Ale mnie z tych zastrzeżeń zwierzał się. Mierził go w szczególności system bodźców materialnych dla biedoty chłopskiej za udział w ujawnianiu nadwyżek zbożowych u kułaków i zamożnych chłopów, za wstępowanie do kołchozów i aktywną postawę przy wypędzaniu kułaków z ich gospodarstw i ze wsi, co w sumie uważał za niemoralne i demoralizujące samą biedotę. Niepokoiło go też częste pakowanie do jednego worka kułaków, średniorolnych, a nawet małorolnych niechętnych kołchozom i przezwanych w związku z tym „podkułacznikami”.
Naszą codzienną lekturą była „Prawda”. Przez jakiś czas z niczym nie zmąconą radością przyjmowaliśmy optymistyczne meldunki z frontu socjalistycznej przebudowy. Ale tym większym wstrząsem okazała się dla Albina konfrontacja tej codziennej lektury „Prawdy” z brutalną rzeczywistością, którą obserwował własnymi oczami. Wszyscy zresztą, po słynnych artykułach Stalina: „Zawrót głowy od sukcesów” oraz „W odpowiedzi towarzyszom Kołchoźnikom” – uczyliśmy się w „Prawdzie” czytać między wierszami

Ivan Vladimirov – Продразверстка (rekwizycja)

…a teraz najlepsze, bo będzie o tym za jakie rzeczywiście „ideały” umierali ci wszyscy biedni ludzie, a raczej dla jakiego „dobra” ich mordowano… (Odys)

O tym, że moje prace o 1920 i 1923 roku zamierzano w 1933 r. wydać w zbiorze: „KPP w dokumentach”, dowiedziałem się dopiero z lektury książki F. Kalickiej: „Z zagadnień jednolitego frontu”x. Z resztą od czasu, gdy oddałem je do wydawnictwa w 1931 r., nigdy ich nie poszukiwałem i nie widziałem. Nie doszło do skutku również przyjęcie mnie do aspirantury. Z tego byłem zadowolony, zapadła bowiem decyzja, że wracam do kraju.
Miałem teraz dużo czasu i dużo pieniędzy (zaliczka!), które trzeba było szybko wydać. Mogłem więc częściej spotykać się z towarzyszami. Mogłem uzupełniać swoją znajomość literatury rosyjskiej i to zarówno klasyki – Turgieniewa, Gogola, Tołstoja, Czechowa i – klasyka za życia – Gorkiego (przyznam się, że najbardziej ceniłem sobie jego nowelistykę), jak i najwybitniejszych dzieł literatury radzieckiej – „Cichego Donu” Szołochowa, „Żelaznego Potoku” Serafimowicza, „Klęski” Fadiejewa, „Armii Konnej” Babla oraz tzw. „poputczikow” – Pilniaka, Sejfuliny. Jedynie mało dostępni byli w ówczesnych warunkach radzieckich – Dostojewski i Erenburg, ale o zdobycie ich dzieł nietrudno za to było w Polsce. Chodziliśmy też z Hanią jeszcze częściej niż zwykle do teatrów. Nie było sztuki w Mchacie, u Mejerholda, u Wachtangowa, Tarrowa czy w Teatrze Rewolucji, której byśmy nie obejrzeli... (Wspomnienia Romana Zambrowskiego z Międzynarodowej Szkoły Leninowskiej w Moskwie (1929–1931)

podobne: Od kłamstwa do przemocy czyli skutki nierozliczenia rewolucji – rehabilitacja komunistów oraz: „Nie rzucim żłobu, skąd nasz ród!”… Marek Jan Chodakiewicz – „O prawicy i lewicy” i to: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości”

Tak oto gdy jedni chudli ze zgryzoty z powodu szerzącego się wśród proletariatu niezrozumienia dla jedynie słusznego planu zaprowadzenia powszechnej szczęśliwości, sam proletariat chudł i umierał naprawdę. Wszystko po to by jej awangarda mogła się realizować w typowo burżuazyjnych ambicjach jak chociażby kulturalna rozrywka, z tą tylko różnicą że środki na nią pochodziły z masowego oszustwa i rabunku.

Retoryka o krzywdzie chłopa z rąk Panów, jaką posługuje się partia Razem i inni z czerwonej rodziny (łącznie z PISem, który z równą determinacją uprawia „państwo opiekuńcze” kosztem „posiadaczy”) nie dość że nie ma żadnego związku z tym czym w rzeczywistości był dwór i ziemiaństwo, to jest zwyczajną hipokryzją. Owszem zdarzało się że szlachta nadużywała swojej władzy i przywilejów wobec chłopstwa, ale skala patologii (która nie była zadekretowana żadnym manifestem) nie dorównuje temu co w imię zasadniczej słuszności generalnej linii partii robili komuniści. To że część Polaków na tę retorykę się nabrała i ciągle nabiera jest naszą narodową tragedią, a nie żadną chlubną „narodowo wyzwoleńczą” tradycją jak ją niektórzy nazywają. Jest klasycznym wypłukiwaniem narodu z poczucia realizmu i tożsamości, czyli tego co kreuje i umacnia wspólnotę interesu jakim jest własne państwo… (Odys)

„…Poczucie tożsamości, warunek skutecznego działania obywatelskiego, zaburzone jest w Polsce od ponad 200 lat przez znane zaszłości historyczne

…trzeba zacząć od budowania poczucia własnej wartości i wyrazistego poczucia granic każdego Polaka. Czy rozdzierając dziś szaty nad mentalnością polskiego rolnika, pazurami broniącego ziemi przed Europą, „bo wykupi”, pamiętamy np., że circa dwie trzecie Polaków w ostatnich pokoleniach to wypędzeni lub przesiedleni, którzy stracili domy, mieszkania, majątki, a przynajmniej poczucie zakorzenienia? To nie było 200 lat temu, w czasach „polskiej anarchii” (jeden z liczmanów służących do niszczenia pozytywnego poczucia polskości), o tym opowiadał ojciec i dziadek, o tym wie każdy młody Polak, który dziś nie ma za co kupić mieszkania. Dzieła dopełnił komunizm…

…W 1989 roku śmiertelnie zmęczeni oczekiwaniem na niepodległość Polacy byli gotowi do normalności. Wiedzieli, że normalność to nie jest utopijny brak przestępstw, ale sprawiedliwe prawa i dobrze działająca policja i sądy. To nie jest zabieranie bogatym, by dać biednym, ale przywrócenie cywilizowanych stosunków własnościowych i oddanie prawowitym właścicielom, co im się należy. To nie polowanie na czarownice, ale nazwanie zbrodni zbrodnią, a kata katem. To nie gwarancja stuprocentowego zatrudnienia, ale zakaz wyzysku. To nie nakaz kupowania w małych sklepikach, ale brak przywilejów dla supermarketów. To nie jest nierealne „zwalczenie” korupcji, tylko jawność państwa i urzędów. Społeczeństwa, które tak sobie zorganizowały życie, mają zdrową mentalność. I takiego zorganizowania państwa oczekiwali od swych elit Polacy, można to sprawdzić we wszystkich badaniach z tamtego czasu.

I właśnie wtedy, w nowo odzyskanym wolnym państwie, kandydaci na nowe elity zaczęli gwałtownie Polaków przekonywać, że są źli, bo czują się… Polakami właśnie…

Rolą prawidłowo ukształtowanych elit powinno być w pierwszym rzędzie umacnianie poczucia tożsamości obywateli. Jest to warunek podstawowy powodzenia dalszych działań: publicznego stawiania pozytywnych dla obywateli celów, a potem pobudzania i podtrzymywania energii społecznej do ich realizacji… 

Idea, że można twórczo zaangażować obywateli, odbierając im zarazem siły przez kwestionowanie podstawowych dla ich poczucia tożsamości symboli i pojęć, nie przynosi zaszczytu swoim twórcom, operacja bowiem się udała, tylko pacjentowi odechciało się żyć. Świadczy o kompletnej bezmyślności paraelit i graniczącej z pychą ich wierze we własną omnipotencję, oraz o chęci manipulowania współobywatelami. Stratedzy wojskowi wiedzą, że nawet okupacja wojenna może być względnie skuteczna, można zachować spokój w najbardziej nawet buntowniczym podbitym narodzie, gdy najeźdźca znajdzie minimum poparcia, realizując istotne wartości lub interesy podbijanego społeczeństwa (pisał o tym Clausewitz)… (Teresa Bochwic • naszeblogi.pl – To nie dzieje się od dziś)

Ivan Vladimirov – Hunger

Czy poczucie narodowej dumy i tożsamości można zbudować w oparciu o takie akcje jak wspomniana na samym początku „inwestycja”, o całej reszcie nie wspominając? Jeśli tak to czemu część rodaków słysząc o tego rodzaju „sukcesach” i ekscesach czuje się coraz bardziej wyobcowana i okradziona? I nie mam tu na myśli tej części która nie dość że nie czuje potrzeby polskości, to jeszcze w sposób ostentacyjny manifestuje wobec niej swoją wrogość aktywnie ją zwalczając. Ich bowiem nie przekona żadna wartość łącznie z odniesioną osobiście korzyścią. Mówię o tych rodakach którzy odczuwają więź z tym co im się z Polską kojarzy, ale pielęgnują to wszystko z przyzwyczajenia i od święta bo nie czują do Polski nic ponad okazjonalnym (odpustowym) sentymentem, a państwo (aparat) robi co może żeby tę tendencję utrzymać. Jednoczymy się więc co jakiś czas przy stole z okazji święta religijnego a czasem nawet państwowego, ale potem wracamy do brutalnej rzeczywistości – walki o byt… często między sobą i z owym państwem, tj. z ludźmi którzy dla niego pracują zasłaniając się przed resztą flagą (a raczej chorągiewką), rozgrywając tłuszczę dziełami sztuki albo tzw. „kulturą” za „pożyczone” albo darowane (z budżetu – ergo wyrwane tłuszczy) pieniądze.

A że chętnych na pełnienie zaszczytnej (i dobrze płatnej) misji „dziel i rządź” jest cała masa, i to zarówno z lewej jak i „prawej” strony polskiej sceny publicznej, to oczywistym jest że dla każdego starczyć grosza nie może. Stąd też każdej zmianie u żłoba towarzyszy oczywisty konflikt interesów poprzedników z następcami, bo każda ze stron ma swój cyrk i swoje małpy do nakarmienia. Konflikt ten sprzedawany jest narodowi (zarówno przez lewą jak i „prawą” stronę), jako walka o demokrację, wolność, praworządność (i inne) czyli w taki sposób, żeby biedny naród myślał że to wszystko dzieje się naprawdę w jego interesie, ale żeby się nie zorientował że przez obie strony jest tak samo bezczelnie golony. Scena tego przedstawienia na poziomie kultury i sztuki prezentuje się następująco… Od lewej występują:

„…pani Janda Krystyna, właścicielka teatrzyku piątej klepki, w którym jakoby realizuje „misję”, taką samą, jaką we wrocławskim teatrze realizował obecny poseł Nowoczesnej sprytnego pana Rysia Krzysztof Mieszkowski, a w telewizorze – pani Paulina Młynarska, co to ostatnio zasłynęła z korespondencji z Pierwszą Damą Stanów Zjednoczonych, co prawda jednostronnej, niemniej jednak. Podobnie w „Cyruliku Warszawskim” śpiewano o pewnej damie pisującej o Józefie Piłsudskim: „Zgoda z Dziadkiem znakomita! Ja codziennie o nim piszę, on – nie czyta.” Wracając do pani Jandy Krystyny i do „misji” jaką realizuje w swoim teatrzyku piątej klepki, niepodobna nie wspomnieć o słynnym spektaklu z udziałem „Rafalali”. Rafalala, trzeba nam wiedzieć, tak naprawdę nazywa się Rafał, podobnie jak opisywany przez Antoniego Słonimskiego i Juliana Tuwima w skeczu o procesie cyrkowców fakir Ben Buja Nago Bramaputra, co to stawiał horoskopy i zdrowoskopy na dworze króla Wigwama Starego, naprawdę nazywał się Myrdzik Antoni i mieszkał w Warszawie na Solcu. Otóż „Rafalala”, która prezentuje się jako kobieta, ale za to „z penisem”, w ramach „misji” wystąpiła w teatrzyku Krystyny Jandy w monodramie „I Bóg stworzył tranwestytę”, wyreżyserowanym przez panią Monikę Powalisz, autorkę „Rapsodu dla krowy”. Hmm. Pamiętam, że w epoce „propagandy sukcesu” Edward Gierek podczas swoich gospodarskich wizyt podobno rozmawiał również z krowami, ale żeby zaraz pisać dla nich „rapsody”? Podobnie oceniał pisanie o wojnie Janusz Głowacki. W jednym ze swoich opowiadań przedstawił taki oto dialog: „ – O czym pisze ten Maks F.? – O wojnie. – O wojnie? Mnie też raz Niemcy postawili pod ścianą; zesrałem się oczywiście, ale żeby to zaraz opisywać?” Inna rzecz, że dzisiejsi pisarze nie mają łatwo, zwłaszcza, jeśli chcą dostawać rządowe subwencje. Kiedyś taki jeden z drugim pisarz pisał co tylko chciał i jak chciał, a tymczasem dzisiaj postępie geometrycznym z roku na rok przybywa tematów tabu, których albo w ogóle nie wolno poruszać, a jeśli już – to tylko w sposób dozwolony przez panią wychowawczynię. W takiej sytuacji nawet sam penis, bez kobiety może dla „ludzi kultury” stanowić łakomy kąsek, a cóż dopiero „kobieta z penisem”? To jasne – natomiast już nie jest jasne, dlaczego na taki Scheiss ministrowie kultury dawali pani Jandzie ponad milion złotych rocznie...” (Stanisław Michalkiewicz – Gówna w jedwabnych pończochach)

„…jest pan Paweł Łysak, który przez jakieś nieporozumienie, albo złośliwy zbieg okoliczności został dyrektorem Teatru Powszechnego, w którym wystawiono sztukę Stanisława Wyspiańskiego „Klątwa” w reżyserii jakiegoś bośniackiego (czy może chorwackiego – bo ona sam nie jest do końca pewny, kim właściwie jest) filuta, o reputacji „skandalisty”, a nawet „prowokatora”. Najwyraźniej jest do tego stopnia zadowolony ze swego rozumu, że nie jest w stanie pojąć, iż przedstawienie spotkało się z krytyką. Najwyraźniej uważa, że skoro „derekcja” – jak mawiał woźny Turecki – spektakl na scenę dopuściła, to publiczność może tylko podziwiać, radować się, klaskać no i oczywiście – płacić za bilety…

…Ciekawe, czy ta mania grandioza kończy się na teatrach, czy też schodzi dalej w dół, do poziomu cyrków, albo jeszcze dalej – do połykaczy ognia, czy striptiserek, zwłaszcza takich, co to „samego jeszcze znały Stalina”.

Pan Paweł Łysak bystro zauważa, że „nikt nikogo nie zmusza do oglądania „Klątwy””. To prawda, ale tylko dlatego, że jest jeszcze gorzej. Wprawdzie nikt nikogo nie zmusza do oglądania przedstawień w Teatrze Powszechnym, ani w żadnym innym – ale co z tego, skoro WSZYSCY podatnicy są ZMUSZANI i to w dodatku SIŁĄ, do składania się na nie. Teatr Powszechny w 2016 roku uzyskał 8 milionów złotych subwencji z funduszy publicznych, a to znaczy, ze każdy podatnik został obrabowany na przypadającą na niego część tej sumy…” (Stanisław Michalkiewicz – Dyrektor Paweł Łysak jako podżegacz)

„Pani reżyserowa Agnieszka Holland, znana na całym świecie…

…Na przykład – „Europa, Europa” – gdzie możemy śledzić perypetie żydowskiego młodzieńca ze swoim napletkiem na tle II wojny światowej, albo „W ciemności”, gdzie możemy obserwować dobroczynny wpływ, jaki na prymitywnego przedstawiciela mniej wartościowego narodu tubylczego wywiera towarzystwo Żydów, których ten prymityw ukrywa przed złymi „nazistami”. Wszystko to są oczywiście arcydzieła, co jakże by inaczej – ale wszystkie one bledną przed arcydziełem najnowszym w postaci „Pokotu”, w którym pani reżyserowa chwyciła byka za rogi i pokazała bożą podszewkę wszystkich epizodów, które wcześniej posłużyły za temat arcydzieł. Chodzi o obnażenie prawdziwego charakteru mniej wartościowego narodu tubylczego, który uzasadnienie dla swoich wrodzonych zbrodniczych skłonności czerpie z religii katolickiej, którą faszerują go w sobie tylko wiadomym celu przedstawiciele reakcyjnego kleru. Tak ukształtowany mniej wartościowy naród tubylczy jest zdolny do wszystkiego – również do holokaustowania dzikich zwierząt, co oczywiście stanowi tylko wprawkę i przygotowanie do zbrodni przeciwko ludzkości, na widok których cały miłujący pokój świat wstrzyma oddech ze zgrozy. Nic więc dziwnego, że arcydzieło pani reżyserowej zostało dostrzeżone w Berlinie i wynagrodzone Srebrnym Niedźwiedziem. Już tam Niemcy, którzy w ramach swojej polityki historycznej, delikatnie zdejmują z siebie odpowiedzialność za II wojnę światową i jednym susem przeskakują z grona sprawców do pierwszego szeregu ofiar złych „nazistów”, wiedzą, kogo wynagradzać i za co(Stanisław Michalkiewicz – Cmokam nad arcydziełem)

„…pani Olga Sipowiczowa, dawniej słynna „Kora”, czyli Olga Jackowska. W wypowiedzi dla tygodnika kierowanego przez znanego z żarliwego obiektywizmu redaktora Tomasza Lisa oświadczyła, że nie może pozwolić, żeby władza kazała jej czuć się we własnej ojczyźnie „jak intruz” i że PiS „niszczy jej szczęście na finiszu życia”. Ciekawe, co konkretnie ma na myśli, mówiąc o tym „szczęściu” – bo z wcześniejszych deklaracji wynikało, że „Kora” jest „socjalistką”, no a Prawo i Sprawiedliwość, ustami samego prezesa Kaczyńskiego i wicepremiera Morawieckiego właśnie ogłosiło coś w rodzaju Manifestu Socjalistycznego, a w każdym razie – Etatystycznego. Najpierw „państwo”, potem „własność”, a na końcu – „rynek”. Takie rzeczy powinny podobać się każdemu socjaliście, podobnie, jak każdej socjalistce. A jednak PiS „Korze” się nie podoba, a to znaczy, że nie chodzi tu o socjalizm, tylko o coś całkiem innego…” (Stanisław Michalkiewicz – Początek końca rządów PiS)

…albowiem jak już wyżej wspominałem, socjalizm czyli tzw. „powszechna równość” i „sprawiedliwość społeczna” jest tylko pretekstem do tego, by tacy czy inni „nasi” dorwali się do narzędzi umożliwiających podzielenie się rewolucyjnymi łupami ze „swoimi” na dole, którzy robią klakę, propagandę, a czasem demonstrując na ulicy w obronie ich „praw nabytych” – przywilejów, posad i budżetów. I to jest szanowni Państwo kryterium za pomocą którego można jednego i drugiego społecznika/artystę łatwo zdemaskować.

Ivan Vladimirov – Agitator

Taką ofertę ma dla nas lewa strona. A co z tzw. prawą? Tu też nie jest najlepiej, a patrząc z perspektywy że każdą jedną patologię firmuje się ideą „prawicy” można powiedzieć że skutki będą jeszcze gorsze… (Odys)

…Oto od jakiegoś czasu środowiska określające się jako „kresowe”, usiłują postawić w kolejnym mieście pomnik ofiar UPA na Wołyniu. Tym razem padło na Jelenią Górę, bo Przemyśl i Rzeszów pomysł odrzuciły. Pomnik ten przedstawia wielkiego orła z rozłożonymi skrzydłami, który ma na piersi wycięty krzyż…

w miejscu gdzie normalnie jest wyobrażony umęczony Chrystus mamy dziecko nabite na widły. Ponieważ my tutaj nie uprawiamy pogaństwa, a jednocześnie jesteśmy zwolennikami solidnej edukacji artystycznej, nie możemy się zgodzić, na to, by ten pomnik stanął gdziekolwiek. Ktoś powie, że to od nas nie zależy. To nie szkodzi, uważam, że trzeba wyrazić swoją opinię na ten temat. Jestem ponadto przekonany, że za tym pomnikiem nie stoi żadna szczera intencja. I nawet nie próbujcie mi tłumaczyć, że jest inaczej. Jeśli ktoś próbuje dewastować dziś nasze emocje męką dzieci, to znaczy, że ma coś do sprzedania i to coś jest nam w dodatku całkowicie niepotrzebne. Tak jest, tak było i tak będzie. Ludzie też są zawsze tacy sami i zawsze znajdzie się gromada wariatów, którzy uznają, że to jest dopiero okazja do tego, żeby zabłysnąć. Tak się ustawić na tle tego pomnika z chorągiewkami, w rocznicę rzezi wołyńskiej i jeszcze coś zaśpiewać. O, ileż to okazji do pokazania się w telewizji przed inicjatorami tej budowy, ileż to powodów do wyartykułowania różnych swoich pretensji.

Wiecie na czym polega główny i najważniejszy sukces pomysłodawców takiego badziewia? Na tym, że poprzez takie inicjatywy oni zagarniają całą pulę emocji i czują się w prawie, by demaskować zdrajców ojczyzny. Otóż zdrajcą jest każdy kto sprzeciwia się takiej szlachetnej inicjatywie. Jak można zarzucać coś ludziom, którzy chcą upamiętnić pomordowanych? Normalnie, tak samo, jak się przepędza z podwórka cyganów sprzedających te swoje fantastyczne patelnie. To jest ta sama jakość…” (coryllus – Dziecko nabite na widły profanuje krzyż)

„…Mamy więc taki schemat. Pod wysokim ciśnieniem podgrzewa się narodowe traumy, patrząc jak skraplają się emocje, potem niespodziewanie się te emocje uwalnia i one eksplodują najszczerszym idiotyzmem i bełkotem, następnie zaś kiedy porwą już wystarczającą ilość ludzi, która ogłupiała całkiem poprzebiera się w te koszulki, zakupi stosy gadżetów produkowane nie wiadomo gdzie i przez kogo, wysyła się Zychowicza, który rozpoczyna tak zwaną poważną dyskusję. No i wtedy wszyscy zaangażowani w promocję wyklętych przedstawianych tak, jak ich sobie wyobrażają reżyser Zalewski z Sakiewiczem, dostają piany z wściekłości, a ich przeciwnicy wystrojeni w szaty Katonów wioskowych, perorują o tym, że należy stanąć w prawdzie. I jest, jak mawia detektyw Rutkowski, pozamiatane. Teraz też będzie pozamiatane. Jeśli ktoś buduje pomnik Pileckiego, gdzie Pilecki wygląda jak młody Kiszczak, czymś bardzo zmartwiony, to znaczy, że ma pomieszane w głowie, albo ze szwagrem z ASP przewalił budżet. Może zresztą chodzi o to, by Pilecki był z twarzy całkiem podobny do nikogo, wtedy, w razie jakichś zawirowań, zmieni się napis na tej tablicy i przekonamy się czyj to jest naprawdę pomnik…

Mamy udawane Hollywood, udawane pomniki, stymulowany entuzjazm i reżyserowane bunty. Wszystko to w najpodlejszej jakości, żeby ktoś czasem nie pomyślał, że należy traktować je serio…” (coryllus – Pan Samochodzik, tajemniczy Ogórek i Atlanci)

„…rynek treści w Polsce związany z tym dziwnym i mało precyzyjnym słowem prawica, to w większości bieda z nędzą adresowana do nikogo. I to się nie zmieni, a przyczyna nie jest błaha bynajmniej. Ktoś zdecydował, że tak ma być i już, bo miałkość tego przekazu ma ponoć gwarantować jego zasięg. Im głupsze i bardziej beznadziejne będą te historie o wyklętych, tym więcej osób ma się na to złapać i kupić GP oraz dodatki do niej. To jest kłamstwo wyrażone wprost, albowiem będąc u władzy, tak to otwarcie nazwijmy, ludzie z GP nie potrzebują ani klientów, ani zasięgu, ani w ogóle niczego. Potrzebują pretekstu jedynie do tego, by eksploatować państwowe budżety, jak to wcześniej czyniła gazownia. Tak więc nędza którą promują, nędza przedstawiana jako jakość, wystawia świadectwo im przede wszystkim. Wczoraj w nocy pojawiła się tutaj informacja, że w nowej Gazecie Polskiej będą mieli swoje felietony Wildstein junior, Rachoń, Targalski i Matka kurka

…wszyscy ludzie z pretensjami do ilorazu powinni się od tej historii trzymać z daleka. Jak się bowiem to raz zacznie, kompromitacjom nie będzie końca. Oni bowiem są gotowi przebrać się w mundury tych żołnierzy wyklętych i fotografować się w różnych pozach…” (coryllus – Targi w systemie bytomskim to jakość sama w sobie)

„…Zastanówmy się teraz nad wartością rynkową zbiorów muzealnych. W chwili, kiedy wszystkie wartościowe rzeczy są pod kontrolą, kiedy zgromadzono je w specjalnych pomieszczeniach, gdzie ich utrzymanie jest drogie i coraz trudniej wytłumaczyć ludziom – po co je się tam trzyma, ich wartość jest umowna i zależy już tylko od propagandy lub jeśli wolicie od promocji. Czy ktoś promuje dziś sztukę chrześcijańską? Nie zauważyłem. Nawet Kościół jej nie promuje, bo uważa, że nie ma to sensu. Jest drogie, kłopotliwe i wymaga wielu konsultacji z ludźmi spoza Kościoła. Jesteśmy więc o krok od oficjalnego zanegowania wartości tej sztuki, a stanie się to poprzez zanegowanie rytuałów chrześcijańskich. Po cóż republice te zbiory, skoro nie wyróżnia się niczym chrześcijaństwa? Bo są osadzone w historii państwa? Ale teraz rozpoczyna się nowy rozdział tej historii, znacznie poważniejszy niż poprzednie i on zmieni to państwo na zawsze, tak jak zmieniła je rewolucja 1789 roku. W zasadzie wystarczy, by pojawił się teraz jakiś sprytny lewicowy demagog i wszystko idzie z dymem. Ktoś powie, że póki co mamy prawicowych demagogów. Oczywiście, Jauresa przez I wojną także zabił prawicowy ekstremista. Prawica pełni bowiem w przemianach ustrojowych i religijnych rolę zapalnika z kwasu pikrynowego. Musi być mały huczek, żeby wywołać potężną eksplozję słusznego gniewu upokorzonej ludności, która zdewastuje pół Europy w walce o swoje słuszne prawa…” (coryllus – Co się stanie ze zbiorami sztuki chrześcijańskiej?)

„…Franciszek Fiszer powiedział kiedyś, że nie będzie w Polsce dobrze, dopóki nie rozstrzela się siedmiuset tysięcy łajdaków. Na uwagę, że może nie być aż tylu łajdaków Fiszer odpowiedział, że to nic nie szkodzi, że w razie czego dobierzemy z uczciwych. Teraz nie byłoby problemu ze zgromadzeniem siedmiuset tysięcy łajdaków; wystarczyłoby zgromadzić uczestników ruchów społecznych w obronie demokracji i beneficjentów repolonizacji gospodarki – ale nie o to chodzi. Chodzi o to, aby de lege ferenda – żeby jakaś praworządna Schwein nie postawiła mi zarzutu nawoływania do wstecznego stosowania prawa – wyposażyć podatników w prawo żądania zwrotu publicznych subwencji – właśnie na zasadzie bezpodstawnego wzbogacenia. Wprawdzie obdarzeniu kogoś publiczną subwencją z reguły towarzyszy powołanie się na jakąś podstawę prawną, ale wszystkie one mają charakter pozorów legalności, bo tak naprawdę spełniają wszystkie znamiona kradzieży zuchwałej, tyle, że dokonanej z udziałem pośredników w osobach funkcjonariuszy publicznych. Ale skoro mamy zasadę równości obywateli wobec prawa, to pośrednictwo funkcjonariusza publicznego, podobnie jak sprokurowanie pozorów legalności gwoli utrudnienia, a nawet zablokowania pociągnięcia sprawców kradzieży do odpowiedzialności, wcale nie usuwa przestępczego charakteru samego czynu. Bez wyposażenia podatników w możliwość żądania zwrotu takich subwencji przynajmniej do budżetu państwa, albo budżetu samorządowego, niechby nawet na zasadzie odpowiedzialności solidarnej z urzędnikiem, który w takiej kradzieży publicznych pieniędzy uczestniczył nie będzie żadnej „dobrej zmiany”, tylko jedne hieny będą zastępowane przez inne.” (Stanisław Michalkiewicz – Gówna w jedwabnych pończochach)

Ivan Vladimirov – Burning royal eagles and portraits

„…Pora zatem podjąć stanowczą decyzję o likwidacji WSZYSTKICH publicznych subwencji dla WSZYSTKICH teatrów i innych przedsiębiorstw przemysłu rozrywkowego. Państwo nie ma moralnego prawa zmuszać podatników, na przykład – dróżnika spod Mławy – do składania się na rozrywki warszawskich snobów (snob to skrót dwóch łacińskich słów: sine nobilitate, czyli – bez szlachetności). Wymuszanie takiego składania się nosi wszelkie znamiona kradzieży zuchwałej, to znaczy – dokonywanej przy pomocy specjalnie w tym celu spreparowanych pozorów legalności – bez względu na to, jakimi pretekstami bywa osłaniane: „misją”, „wysoką kulturą”, czy „sztuką”. Pomijając już to, że zdjęcie majtek nawet na scenie, to żadna sztuka, państwo ma obowiązek chronić obywateli przed wszelkimi formami kradzieży, a zwłaszcza – formami zuchwałymi, więc jeśli państwowi dygnitarze, podlizując się chałturnikom w nadziei zyskania popularności i uzbierania głosów wyborczych od tego obowiązku tchórzliwie się uchylają, to stają się w ten sposób wspólnikami kradzieży i to w dodatku takimi, których beneficjenci złodziejstwa sobie wynajmują za ekspektatywę przedłużenia dygnitarstwa. To nawet jeszcze większe łajdactwo, niż sama kradzież, z czego najwyraźniej nie wszyscy zdają sobie sprawę, więc dedykuję ten felieton panu wicepremierowi i ministrowi kultury oraz dziedzictwa narodowego Piotrowi Glińskiemu, żeby się opamiętał, póki jeszcze czas.” (Stanisław Michalkiewicz – Ani grosza więcej!)

„…To co dzieje się na tak zwanym rynku kultury, ma jedynie charakter zaspokajania ambicji poszczególnych środowisk. Oni wydają tego Platona po to, żeby potem wydawać przyczynki do Platona i masturbować się tym przez lata całe na specjalnie w celu ich prezentacji organizowanych konferencjach. Polityka ministerstwa i to widać po tych dotowanych tytułach, to wprost realizacja hasła – TKM. Bez żadnej jaśniejszej myśli, bez wizji i planów. Dajo…znaczy trza brać….Podkreślmy jeszcze raz – są to pieniądze wyrzucone w błoto. Zasłonić zaś to wszystko ma Magda Ogórek i jej rzekome wyczyny na niwie odzyskiwania dóbr kultury. Tym zaś, którzy cieszą się, że będziemy mieli wreszcie tak, jak w PRL, przypominam, że to co oni nazywają PRL-em to jedynie cześć ostatniej dekady tego dziwnego państwa, cześć dekady Gierka. Wcześniej zaś była dekada Gomułki, był człowiek nazwiskiem Cyrankiewicz i był pan Bierut. No i jak to – zapyta ktoś dociekliwy – tutaj w sferze propagandy, nostalgii i sukcesów gospodarczych lansujemy późny PRL, a na koszulkach mamy wyklętych, co ten PRL zwalczali? Czy to nie jest czasem, ta no….schizofrenia? Ja na to pytanie nie odpowiem. I nikt dziś na nie nie odpowie. Wszelkie wątpliwości w tej kwestii wyjaśnić może jedynie czas…” (coryllus – Wojna o kulturę?)

…Moim zdaniem to nie jest schizofrenia, zbyt dużo tu „znaków” spowodowanych KONKRETNYM działaniem. To podążanie drogą „zgody narodowej” metodą Kingsaj dla każdego – „musimy znać wszystkie strony prawdy” (ich prawdy) i przyjąć ją za własny styl życia…

„…niewiele osób zdaje sobie sprawę, że tak zwana swoboda myśli i przekonań właściwa jest tradycji chrześcijańskiej. Pozostałe zaś, wymienione tu wyznania, to są po prostu rządy tajnych sądów kapturowych, opartych o bardzo surową regułę religijną. W zapisach tej reguły nie ma na przykład miejsca na wyobrażania w jakikolwiek sposób postaci Boga i ludzi. Ktoś powie, że istnieje kultura świecka. Nie istnieje. To jest jasne i tylko największym durniom wydaje się, że jest inaczej. Nie istnieje żadna kultura świecka, bo jej utrzymanie jest w wymiarze prostej praktyki codziennej za drogie. Kultura świecka, żeby funkcjonować musi podpierać się terrorem. Nie ma wyjścia i to było ćwiczone wielokrotnie. Bez terroru ludzie rozejdą się w różne strony i skończy się kultura świecka…” (coryllus)

…dlatego szczurołap to wcale nie jest „Zaginiony zawód„… (Odys)

oraz: AKUPA Michowicza i „Wołyńska” manipulacja czyli o zarządzaniu stadem za pomocą nacjonalizmu (na ruskim sznurku), ksenofobii i antysemityzmu, oraz o „dobrodziejstwie” komunizmu w celu „pojednania” i to: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą. a także: Dom Zły czyli Jarocin, gacie Chajzera, siekiera z Wołynia i pusty łeb mordercy jako symbole dobroczynności polecam również: Wolność, równość, szyderstwo (od PRLu do fejsbuka) czyli walka z cenzurą kiedyś i dziś. O skutkach ubocznych pracy najemnej i deklasacji kultury i jeszcze: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach.

Dotacje dla przedsiębiorstw przemysłu rozrywkowego powinny zostać skasowane! – S. Michalkiewicz

Co to jest „majątek państwa” i na co idzie siła polskich rodzin? O podatkach, składkach i reformach kosztem zdrowia i emerytury (nie tylko ubeckiej) w ramach inżynierii społecznej zwanej „opieką państwa”.


W październiku ub.r. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepis ustawy o PIT wskazujący wysokość kwoty wolnej od podatku, „w zakresie, w jakim nie przewiduje mechanizmu korygowania kwoty zmniejszającej podatek, gwarantującego co najmniej minimum egzystencji, jest niezgodny z art. 2 i art. 84 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej”. TK w sentencji wskazał ponadto, że przepis w zakresie wskazanym w orzeczeniu traci moc obowiązującą z dniem 30 listopada 2016 r…

…ostatnia waloryzacja kwoty wolnej miała miejsce w 2006 r. Tymczasem w prawie podatkowym i innych ustawach przyjmuje się, że jeżeli wskaźnik inflacji rośnie, to wdrażany jest mechanizm waloryzacji.

„Praktycznie rzecz biorąc w ciągu tych 10 lat ceny wzrosły o prawie 18 proc. Mamy więc do czynienia z istniejącą od wielu lat tzw. zimną progresją w PIT. Ponieważ zarówno kwota wolna od opodatkowania, jak i koszty uzyskania przychodów dla pracowników uzyskujących dochody z pracy najemnej w tym czasie nie uległy zmianie, stąd jakakolwiek podwyżka wynagrodzenia, albo podjęcie dodatkowego zatrudnienia może powodować wzrost opodatkowania” – wyjaśniła.

Podkreśliła, że podatnicy liczyli, iż ustawodawca przychyli się zarówno do wyroku TK, jak i obietnic przedwyborczych PiS i zwiększy kwotę wolną…” (całość tu: Eksperci: kwotę wolną od podatku trzeba zwiększyć)

podobne: Moralne i ekonomiczne konsekwencje głupoty czyli… „Dobrobyt” płacy minimalnej, średniej krajowej, bezwarunkowego dochodu gwarantowanego i programów socjalnych. Skąd się bierze bogactwo? PIS gwarantuje bankom niezatapialność (za oszczędności Polaków).

…jeśli podatnicy naprawdę liczyli na spełnienie owej obietnicy to się przeliczyli. Dla mnie osobiście było wiadome od początku z uwagi na kosztowny program socjalny tej partii który został potwierdzony rekordowo wysokim deficytem finansów publicznych (gwarantowany kredytem zaciągniętym u międzynarodowej lichwy), że nie da się jednocześnie mieć ciastka i zjeść ciastka. Rozczarowani powinni wiedzieć że z pustego i Salomon nie naleje. Skończyło się na tym, że posłowie PIS latają jak ze sraczką żeby wybrnąć z tego przed czym postawił ich wyrok TK… (Odys)

„…posłowie Prawa i Sprawiedliwości wnieśli do laski marszałkowskiej projekt zmian w ustawach o podatku dochodowym od osób prywatnych, a także w ustawie o podatku dochodowym od osób prawnych. Projekt ten przewiduje, że kwota wolna od podatku, pozostanie na niezmienionym poziomie czyli 3 091 zł.
W uzasadnieniu projektu czytamy: „W celu zapewnienia podatnikom konstytucyjnej zasady pewności prawa, a w szczególności zagwarantowania prawa do uwzględnienia kwoty wolnej od podatku zachodzi pilna potrzeba podjęcia inicjatywy ustawodawczej określającej zasady jego obliczania w roku 2016”.
Jak twierdzą posłowie, propozycja zachowania obecnej wysokości kwoty wolnej od podatku, jest związana z tym, że w przyszłym roku nie ma szans by podnieść jej wysokość. Według posłów kwota wolna od podatku zostanie podniesiona w przyszłym roku, gdy zostanie wprowadzona reforma podatkowa.
Przypomnijmy, że w czasie ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej i kampanii do Parlamentu, przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości obiecywali, że kwota wolna od podatku zostanie zwiększona do 8 000 zł.” (Onet)

…wicie rozumicie chodzi o to żebyście nie żyli w niepewności (śmierć i podatki 😉 ) i wiedzieli że jednak coś tam kiedyś dostaniecie… może już w przyszłym roku jak się uda. A uda się jeśli do końca tego roku budżetowego państwo zgarnie z podatków akurat tyle, żeby w przyszłym mieć odpowiednie rezerwy. Chyba że się nie uda, ale do tego czasu wyczyści się TK żeby na drugi raz nie stresował polityków „dobrej zmiany” która od roku pełni funkcję jedynie słusznej wyroczni. Dlatego też wie najlepiej komu w pierwszej kolejności należy się przywilej korzystania z owoców ludzkiej pracy. O czym świadczą słowa Pana Morawieckiego, który stwierdził, że dla osób „lepiej zarabiających” w ogóle nie powinno być kwoty wolnej od podatku. To jest dopiero „odwaga” powiedzieć ludziom że nie dostaną swoich pieniędzy bo za dużo zarabiają (czy ktoś im każe?). To z pewnością zmotywuje cały naród do tego żeby ciężej i dłużej pracować na „diety” i ciężki kawałek chleba jakim jest posłowanie, senatorowanie, i ministrowanie naszym „nieszczęśliwym krajem”. Nie dziwmy się więc że tym nieszczęśnikom przysługuje dziesięciokrotnie wyższa kwota wolna od podatku, bo jak powiedział Pan Morawiecki: „Posłowie wykonują bardzo ciężką pracę i od 20 lat nie mieli regulacji wolnej od podatku. Doceńmy ciężką pracę polityków”… (Odys)

Miało być 8 tys. zwolnienia dla wszystkich. Jest 6,6 tys. zł zwolnienia dla najbiedniejszych (słusznie) i figa z makiem dla całej reszty plus grabież najbogatszych. Przy czym „bogaty” to taki co zarabia jakieś 1300 Euro na rękę. Ciekawe co emigranci sądzą o takim poziomie „bogactwa” w Polsce.

Jakby tego było mało, poseł zarabiający 9,9 tys. zł + 2,5 tys. diety + 12 tys. na prowadzenie biura – ma kwotę wolną ustaloną na poziomie 27 tys. złotych

PiS nie wyciągnął żadnych wniosków z arogancji swoich poprzedników. I jak tak dalej pójdzie to nawet słabość opozycji im nie pomoże. Bo oprócz tej opozycji forsowanej przez media, są jeszcze ugrupowania wolnorynkowe, nie sięgające bez przerwy do kieszeni obywateli i rozumiejący, że ludziom przede wszystkim trzeba jak najwięcej pieniędzy zostawić. Bo to są, do cholery, ich pieniądze!” (zelaznalogika – Kwota wolna przelała czarę – Żółta kartka dla PiS)

Ostatecznie skończyło się kompromisowo i dotychczasową kwotę wolną od podatku podwojono… ale w taki sposób żeby nie stracić wianuszka i jeszcze dogodzić komu trzeba 🙂 (Odys)

„…kwota wolna od podatku zostanie podniesiona. Dla wszystkich. Oczywiście jeśli zarabiają mniej niż 11 tys. złotych rocznie. Dla ludzi zarabiających pomiędzy 11 tys., a 85 tys. – czyli dla ok. 95% narodu – pozostałaby bez zmian, a dla tych którzy zarabiają więcej byłaby mniejsza, aż do całkowitego zniknięcia. Myślę, że Zandberg po tej zmianie powinien Morawieckiemu wręczyć honorową legitymację swojej partyjki. A ja w imieniu uciskanej większości napiszę: Mati, idź być banksterem-socjalistą gdzie indziej!

Żeby było jeszcze śmieszniej 30 tys. mieszkańców Warszawy zapłaci podatek od tego, że Hanka umorzyła im mandat za brak biletu lub cześć opłat za czynsz. Ministerstwo Finansów uznało, że „Dłużnik zaoszczędził na wydatku, który musiałby zostać przez niego poniesiony, gdyby nie został mu umorzony dług”, więc otrzymają z ratusza PIT-8C. Kaczafi, ogarnij trochę Matiego, bo skończycie jak AWS…” (DWS24.pl 28 listopada 2016 roku)

podobne: Rząd poprawia sobie finanse i zwiększa fiskalizm bez mówienia o wzroście podatków

…tymczasem czekają nas innego rodzaju podwyżki…

„…I to kilkanaście procent od razu. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców przy współpracy z mniej znanymi posłami PiS przygotował podatkową rewolucję. Zamiast PIT, ZUS, składki zdrowotnej i innych miałby być jeden podatek w wysokości 25% pensji. Money.pl wylicza, że pracownik zarabiający netto 3 tys. złotych zarobiłby 3750 zł., a koszt dla pracodawcy nie zmieniłby się. Miałby tez zniknąć CIT, a VAT miałby jedna stawkę w wysokości 16,25%. Pysznie. Tylko, zastanawiam się czy gdybyśmy wszyscy dostali podwyżki nie poszłyby za tym podwyżki towarów i usług.

Aczkolwiek znając Morawieckiego może tę reformę zastosować wyłącznie dla bezrobotnych.

Od 1 stycznia w życie wchodzi nowe prawo wodne. Przy okazji powołano spółkę Wody Polskie, która będzie pilnowała żeby nikt nie ukradł jezior i rzek. Oczywiście nie będą tego robić za darmo. Aby więc sfinansować istnienie tej niezbędnej dla losów wszechświata instytucji wymyślono „podatek podwodny”. W skrócie chodzi o to, że właściciel będzie musiał zapłacić za każdy metr „działki”, który znajduje się pod wodą… Jaśniej? Proszę! Podatek będą płacić np. właściciele mazurskich portów. Co oczywiście spowoduje podniesienie opłat portowych. I w końcu na Mazury przestaną przyjeżdżać biedne-biedaki, których nie stać na wyjazdy na all exclusive i bez sensu pływają zakłócając spokój rybom.

Telewizja Republika z dumą doniosła, że „kwota wolna od podatku będzie podwyższona”. Nie pamiętam gdzie czytałem, że wszystkie media kłamią, a my wybieramy jedynie w które kłamstwo wierzymy.

Oczywiście prezydent podpisał przyjętą ustawę. Wygląda więc na to, że śmiechy z Komorowskiego, który zawetował kilka ustaw były przedwczesne.

Przy okazji Ministerstwo Finansów bierze się za blogerów. Koszty prowadzenia bloga nie są już kosztami prowadzenia działalności gospodarczej. Szałamacha wydał opinię, że są, ale Szałamachy już nie, a wraz z nim przepadła interpretacja. Prawie się cieszę, że zrobiłem sobie z tego tutaj źródła dochodu.

I zastanawiam się co jeszcze da się opodatkować.

Bo, że można zabronić zarabiać pokazuje pomysł Ministerstwa Pracy, Rodziny i Polityki Społecznej, które ma znakomity pomysł. Otóż emeryci mają mieć ograniczone możliwości zarabiania. Do 70% średniej krajowej, potem obcinamy lub zawieszamy emeryturę. Cóż… Obywatelko Rafalski, emerytura tych ludzi to nie jest jałmużna, tylko ułamek tego co przez lata pracy ludzie sobie na nią zapracowali. I należy się tak samo jak stryczek UBkom, flaszka Kwachowi czy honorowe członkowstwo w Partii Razem Morawieckiemu. A to co będą w stanie zarobić ponad to na co odkładali przez kilkadziesiąt lat pracy gówno was interesuje. Bo i tak większość „składek” gdzieś wyparuje…” (DWS24.pl 29 listopada 2016 roku)

podobne: „New Deal” po polsku czyli „jednolity podatek” dla przedsiębiorców. „Dobra zmiana” czy wielki kryzys? Nie – dla socjalizmu z ludzką twarzą. oraz: Zamiast emerytury czeka nas los Boxera z „Folwarku zwierzęcego”

Jakiś czas temu Pan Wicepremier Morawiecki stwierdził w TVP Info: „Panuje taki mit, że mamy bardzo wysokie podatki. To nieprawda. Nie mamy bardzo wysokich podatków. Podatki i daniny są niskie. Nie powielajmy takich nieprawdziwych schematów, że podatki są wysokie. Wtedy utrwalamy w ludziach takie przekonanie, że państwo jest złe i tylko ściąga haracz”. Wystarczy zatem nie mówić o tym że coś się pali a nic nie spłonie. Prawda że logiczne? Wszak nie mówi się w domu wisielca o sznurze. 

To pewnie w ramach tych niskich podatków kolejnym pomysłem rządu po bankowym, od supermarketów, utrzymaniu wysokiego VATu, podwyżce na ZUS i zdrowotne, będzie nowa akcyza za sprowadzane z zagranicy samochody (będą 32 stawki zamiast obecnych 2). Zaś dla wszystkich dumnych posiadaczy tego dobra luksusowego przygotowano wyższe ubezpieczenie OC (niektóre nawet o 100%). Dziwnie teraz brzmią te wszystkie przechwałki polityków, wtórujących im dziennikarzy oraz „niezależnych” publicystów, którzy usprawiedliwiali program „500+” m.in. tym, że wielu biednych będzie w końcu stać na pierwszy w życiu samochód. Nie wspominając o tym jak się ma kupowanie używanych samochodów do nowych dzieci które miały się z tego programu urodzić. Jeśli rzeczywiście taki był obieg tego pieniądza, to ci którzy „zainwestowali” w mobilność nieźle się przejechali, bo nie dość że zwrócą wszystko swoim „dobrodziejom”, to zostaną z kosztami utrzymania „złomu” na kolejne lata. No ale może rząd i na to wymyśli jakiś program wsparcia, np. dopłata do fiata.

Teraz przynajmniej wiadomo dlaczego volkswagen dał się namówić na postawienie w Polsce swojej fabryki (za co jeszcze dostał pomoc publiczną od „naszego” państwa). Chyba że chodzi o to jak wynika z przecieków że na wspomniany program pińcetplus już w grudniu może zabraknąć pół miliarda złotych. W takim wypadku zgadzam się z oberpremierem Morawieckim że mamy w Polsce za niskie podatki, i że głupio to wygląda na tle Europy (gdzie podobno podatki są wyższe). Powinniśmy zatem dogonić choćby w tym wymiarze tę tzw. Europę. Może wtedy młodzi Polacy przestaną takim strumieniem wyciekać za granicę by dorabiać obce gospodarki (i fiskusa) skoro u nas będą mieli zachód, czyli jak twierdzą niektórzy „odpowiedzialną politykę fiskalną” oraz bogaty socjal – bo podobno za tym właśnie a nie za żadną pracą młodzi Polacy wyjeżdżają za granicę. Chociaż ja myślę że jest dokładnie na odwrót, i dlatego też rośnie liczba polskich przedsiębiorców którzy uciekają z rejestracją firm by płacić niższe podatki za granicą (na złość Kaczyńskiemu i rządowi)… Kto wierzy w propagandę że uciekają po to żeby płacić wyższe zasługuje co najwyżej na uśmiech politowania. (Odys)

„…W większości społeczeństw Zachodu zawdzięcza ona swój status i zamożność własnej pracy. Właśnie dlatego zalicza się do niej indywidualnych przedsiębiorców czy osoby pracujące umysłowo. Ze słów Morawieckiego wynika jednak, że nowa klasa średnia będzie czerpać swój status i zamożność z… woli państwa. Inaczej nie można zrozumieć jego deklaracji, że mają tworzyć ją rodziny korzystające z programów 500+ lub Mieszkanie+ (głównie zatem wielodzietne, bo to one przede wszystkim kwalifikują się do programu mieszkaniowego i to one najbardziej korzystają z 500 zł na dziecko).
By realizować tak kosztowne transfery socjalne, trzeba mieć pieniądze. Przedstawiciele rządu zapewniają, że kształt reformy podatkowej dopiero się uciera, ale przecieki wskazują, że budowę nowej klasy średniej sfinansować mieliby ci, którzy do niej należą dziś. PiS zamierza więc sięgnąć głębiej do kieszeni dobrze zarabiających przedsiębiorców, menedżerów i ludzi wolnych zawodów, którzy prowadzą działalność gospodarczą. Mówiący o konieczności budowy polskiego kapitału rząd sygnalizuje zatem plan reformy podatkowej, na której najwięcej stracą właśnie ci, którzy dotychczas budowali polski kapitalizm – mali i średni przedsiębiorcy. Trudno w tej sprawie nie dopatrzeć się celów politycznych. Możliwe, że liderzy PiS uznali, że dotychczasowa klasa średnia nie nadaje się na polityczne zaplecze partii rządzącej. Pracując na swoim, jest niezależna. Nie to, co nowa klasa średnia, której dobrobyt uzależniony będzie od pieniędzy państwa…” (Michał Szułdrzyński, http://www.rp.pl Reforma systemu podatkowego: Klasa średnia z łaski PiS) 

podobne: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach.

„…PiS pozostaje przy rządzie już ponad rok. W tym czasie zainicjowało program rozdawnictwa, który – być może – pozwoli mu na wykorzystanie procedur demokratycznych dla utrzymania uchwyconych pozycji. Utrzymująca się w znacznej części opinii publicznej nostalgia za Gierkiem i darmochami sprawia, że te rachuby wcale nie muszą być iluzoryczne. Sprzyjać temu będzie również ujawnianie udziału polityków Platformy Obywatelskiej w rozmaitych aferach. Wydaje się jednak, że nasi sojusznicy, z Naszym Najważniejszym Sojusznikiem na czele, nie są zainteresowani w zlikwidowaniu kohabitacji szlachetności z łajdactwem i dlatego rząd w dalszym ciągu będzie musiał rywalizować o względy Naszego Najważniejszego Sojusznika ze starymi kiejkutami. W rezultacie, przy utrzymaniu procedur demokratycznych, odblokowanie narodowego potencjału gospodarczego, zablokowanego przez trzy czynniki: kapitalizm kompradorski, postępującą biurokratyzację państwa i niemiecki projekt „Mitteleuropa” z 1915 roku, wydaje się absolutnie niemożliwe. Dlatego rząd, nawet gdyby nie realizował ideału prezesa Kaczyńskiego w postaci przedwojennej sanacji, będzie skazany na utrzymywanie się przy uchwyconych przyczółkach za cenę coraz głębszego zadłużania państwa – co wydaje mi się nawet wykalkulowane przez prezesa Kaczyńskiego, który – jak przypuszczam – też pragnie, by naród tęsknił za nim co najmniej tak samo, jak za Gierkiem. Oczywiście możliwe jest też i to, że wszystko i to już niedługo, rozstrzygnie się w całkiem innych kategoriach, bo przecież zagrożona jest demokracja, a tej – jak wiadomo – trzeba bronić do upadłego tym bardziej, że skoro nawet my, biedni felietoniści, przejrzeliśmy – jak się wydaje – życiową intrygę prezesa, to i stare kiejkuty też. Z pewnością zyskają błogosławieństwo Naszych Sojuszników, a być może również Naszego Najważniejszego Sojusznika dla ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej, przy której swoją pieczeń zamierzają przecież upiec Żydzi…(Stanisław Michalkiewicz – Nie wiem, nie pamiętam, czyli dobra zmiana)

podobne: „W przedszkolu naszym nie jest źle” czyli… o jedynie słusznej misji publicznej PISu w „narodowych” mediach i w gospodarce (by znowu było jak za Gierka)

Do Izraela też udał się ostatnio polski rząd na tzw. „konsultacje”, czego owocem jest porozumienie w sprawie respektowania praw emerytalnych naszych „starszych braci w wierze”, którzy wyemigrowali swojego czasu z naszego „nieszczęśliwego kraju”. Ciekaw jednak jestem czy najnowsze dziecko populizmu „sprawiedliwości społecznej” czyli tzw. ustawa zwana „dezubekizacyjną” zawiera nazwiska również tych spośród emigrantów, którzy swojego czasu przysłużyli się reżimowi komunistycznemu w okradaniu i mordowaniu Polaków, i czy ich emerytura również zostanie stosownie do zajmowanych w byłym aparacie bezpieki stanowisk obniżona… (Odys)

„…oficjalnie nic nie wiemy o treści i przebiegu rozmowy pana prezydenta Andrzeja Dudy z przedstawicielami żydowskich organizacji przemysłu holokaustu w konsulacie RP w Nowym Jorku. Jeśli chodzi o tę rozmowę, to wiadomości o niej pochodzą z wypowiedzi szefa żydowskiej Ligi Antydefamacyjnej Abrahama Foxmana dla jednej z nowojorskich gazet, że pan prezydent obiecał wzmóc walkę z antysemityzmem w Polsce i nawet zapowiedział jakąś „legislację”, a poza tym – że rozmawiano też o roszczeniach majątkowych, jakie żydowskie organizacje wiadomego przemysłu wysuwają pod adresem Polski. Toteż bez zaskoczenia przyjęliśmy meldunek złożony przez panią premier Beatę Szydło izraelskiemu premieru Beniaminu Netanjahu o wzmożeniu walki z antysemityzmem. Warto zwrócić uwagę, że o tym, co jest, a co nie jest antysemityzmem, nie decyduje rząd polski, tylko izraelski, w porozumieniu z żydowskimi organizacjami wiadomego przemysłu, co oznacza, że pani premier zobowiązała się prześladować obywateli polskich wskazanych albo przez rząd izraelski, albo przez organizacje wiadomego przemysłu, albo wreszcie – przez pozostających na ich usługach przedstawicieli piątej kolumny w kraju, zgrupowanych w tak zwanych „organizacjach pozarządowych”. To też wygląda mi na symptom końca świata, dla niepoznaki zakamuflowanego określeniem „dobra zmiana”.” (Stanisław Michalkiewicz – Zwiastuny końca świata)

podobne: Michalkiewicz wyprorokował: Emerytury dla ocalałych z Holocaustu czyli… Przełom i wyłom w polskiej kasie „Zespołu HEART”. oraz:  Stanisław Michalkiewicz o POPISowej „służbie Polsce” za 54 „partyjne” miliony (i zegarek) a wszystko na poczet 60 mld dolarów jakie „sprawiedliwi wśród narodów świata” według Schetyny są winni Żydom. oraz: Grzegorz Braun o obradach Knesetu w Polsce, oraz o „patriotycznej prawicy” i „niezależnych dziennikarzach”

Odnośnie samego pomysłu dobrania się do tzw. „emerytur ubeckich” (ciekawe nazewnictwo ale przyznaje że adekwatne do tzw. „sprawiedliwości społecznej”), to tak to już jest że łatwiej jednemu złodziejowi okraść drugiego jak wytoczyć właściwym osobom uczciwy proces i skazać za konkretne czyny nakładając w konsekwencji sprawiedliwe kary na pachołków Kremla. Jaki problem skoro „wiadomo” że nimi byli i na poczet tego dokonywali przestępstw, na co jak mniemam znalazły się przez ten rok „dobrej zmiany” w przepastnych archiwach IPNu (i w innych szafach Kiszczaka) stosowne dowody. Wszak inaczej nikt by się na taką akcję nie odważył, bo co by powiedziała międzynarodowa demokratyczna opinia publiczna. Karą zaś powinno być wysokie odszkodowanie, które potrącano by od owych „ubeckich” emerytur. Na tyle wysokie żeby pozostało im w portfelach tzw. minimum egzystencjalne. Kwoty w ten sposób uzyskane powinny zaś trafiać bezpośrednio do poszkodowanych przez tych funkcjonariuszy osób.

Tymczasem zrobiono inaczej i teraz niech nas ręka Boga broni przed tymi umysłami, bo kiedy zabraknie na „zwykłe” emerytury dla nie ubeków to z całą pewnością ci „patrioci” wymyślą inny równie ważny „społecznie” powód i ukują w swoich miedzianych czołach równie przejrzystą kategorię prawną. Chyba że z nami postąpią „uczciwie” i kiedy już nie da się pożyczyć ani wydrukować i nie będzie więcej ubeków do wycyckania, po prostu obciążą każdego obywatela legalnym podatkiem („narodowym” rzecz jasna). Dobrze jeśli się to skończy masowym wytrzeźwieniem, żeby każdy zobaczył że socjalizm nie jest jednak za darmo i że jego „ludzka twarz” w niczym tak naprawdę ludzkiej nie przypomina. Obawiam się jednak że wyhodowani na „publicznym” groszu wyznawcy „dobrej zmiany” pójdą za innymi głosami (tak jak kiedyś za nieboszczką partią chodzili jej wyznawcy), i po raz kolejny uwierzą tym którzy potrafią gadać o tym jak to było dobrze za komuny. W ten sposób nastąpi rehabilitacja tych którym dziś z ludzką twarzą „dobra zmiana” dobiera się do d. od tej właśnie strony.

Jest jeszcze jedna pułapka w takim sposobie „załatwienia sprawy” jaki proponuje PIS… (Odys)

„…o sprawie przynależności do PZPR bardzo mądrze wypowiedział się pan Leszek Żebrowski, który zwrócił w czasie jednego ze swoich wykładów na to, że czym innym było „zapisanie się do partii” przez zwykłego inżyniera, który otrzymał propozycję awansu np. na kierownika zakładu lub wydziału i zależało mu na tym z przyczyn zawodowych a do partii należał jako „bierny”: chodził na zebrania i podpisywał listę obecności i nic poza tym. Ale kim innym byli etatowi pracownicy PZPR oraz wszyscy, którzy pracowali w systemie propagandy i kształcenia: funkcjonariusze partii i np. naukowcy w naukach humanistycznych. Ci byli odpowiedzialni za organizowanie systemu eksploatacji Polski i ucisku obywateli – w imieniu obcego państwa.
To jest ciekawa sprawa o tyle, że wielu prawdziwych „czerwonych książąt” PRL NIE MUSIAŁO należeć do PZPR, bo się załapywało na wszystkie przywileje z uwagi na pozycję swoich rodziców. Jak np. Adam Michnik czy śp. reżyser Żuławski, syn ambasadora PRL w Paryżu po roku 1945. I teraz wychodzi na to, że jakiś szeregowy członek partii – to „straszna świnia” a te wszystkie stalinięta – z komunizmem „nie miały nic wspólnego”.
To jest mentalna pułapka. Zwłaszcza w roku 1948 ludzie z PPS mieli problem, bo ich zwyczajnie „połączyli” z PPR i tysiące porządnych ludzi bez swojej zgody – zostało „członkami PZPR” i teraz ciąży na nich tak jakby hańba.” (PINK PANTHER)

…Może więc dojść do sytuacji że „sprawiedliwość” (będąca w tym wypadku prawdziwie ślepą i prymitywną chęcią odwetu) dopadnie Bogu ducha winnego człowieka który tylko należał do PZPR w sposób jaki opisuje to Pink Panter, a ominie prawdziwie zbrodniczy komunistyczny aktyw – tak jak to się dzieje do tej pory w aspekcie odpowiedzialności karnej za „pracę” na rzecz komunistów.

Mamy więc do czynienia z czysto polityczną zagrywką, której rachunek przedstawia się następująco. Inwestujemy w rozhuśtywanie emocji nadając całej sprawie wymiar ekonomicznej niesprawiedliwości, i odsuwając na dalszy plan prawdziwe przewinienia za które UBecy powinni zostać już dawno rozliczeni i skazani. Przy okazji antagonizujemy kułaków/badylarzy, tj. ludzi którzy chcą spokojnie pracować dla „wyzyskiwaczy” i dla siebie (czyli tzw. klasę średnią) z PanDami/roszczeniowcami. Śmietankę spija rząd – dosypując trochę kasy do zbankrutowanego ZUSu, oraz korporacje które na coraz bardziej uwiązanym publicznymi daninami potencjale ekonomicznym Polaków dzieli i rządzi bezkonkurencyjnie. Divide et impera w „dobrym” bolszewickim wydaniu.

Problem polega również na tym, że choć ludzie widzą po części że coś jest nie tak (w końcu ceny i opłaty nie rosną bez przyczyny) to nie potrafią prawidłowo wskazać źródła problemu. Winnych szukają przede wszystkim za kulisami „wielkiej polityki”, i nie chcą widzieć/uwierzyć w to co mają przecież przed oczami i co leży w zasięgu ich wzroku (dość spojrzeć na paragon ze sklepu, lub kwitek z wypłaty gdzie jak wół sterczy „co kto z czego ma, i co tracone jest”).

Władza uruchamia więc swoją propagandę i robi wszystko żeby utrzymać swoich wiernych poddanych w mniemaniu, że jakby co to winna naszej gospodarczej sytuacji jest Rosja, Unia Europejska, Niemcy… albo lokalna „opozycja” (która już o niczym nie decyduje). Nie neguję tego że wspomniane państwa i twory polityczne mają ambicję wpływać i wykorzystywać to co się w Polsce dzieje na własną korzyść, ale nie należy zapominać o tym że korporacje korporacjami, sąsiedzi sąsiadami, opozycja opozycją, ale łapę za takim czy innym prawem podnosi w POLSKIM Sejmie, Senacie i rządzie ten kto akurat sprawuje władzę, a egzekwuje je armia urzędników pełniąca swoją „służbę” z nadania owej władzy. Są to przecież znani z imienia i nazwiska wyborcom konkretni ludzie (często ich znajomi lub rodzina). To przecież nie korporacje tworzą prawo w Polsce i nie one posadziły tych wszystkich ludzi na te stanowiska nadając stosowne upoważnienia i pieczątki. To nie korporacje pobierają podatki i składki, które łącznie stanowią około 80% dochodu przeciętnego Polaka. To nie one przychodzą w imieniu urzędów skarbowych i kontroli państwowych by nałożyć domiar i zlikwidować taką czy inną działalność. Nawet jeśli obcy mają ambicje wpływać na polskie władze, to jednak nikt inny jak polska administracja ostatecznie podejmuje bądź nie stosowne decyzje, i to ona podpisuje się pod lewym prawem i jego egzekucją… (Odys)

„Z dużym zaciekawieniem śledziłem rozmowę pomiędzy absolwentką politologii, zadeklarowaną socjaldemokratką oraz sympatykiem Kongresu Nowej Prawicy. Oczywiście, na FaceBook`u. A o co poszło? O państwo opiekuńcze.

Absolwentka ta zasugerowała, że w Polsce nadszedł czas na to, żeby do władzy doszła partia, która będzie prowadziła politykę opiekuńczą, na wzór państw skandynawskich. Niestety, bidulka nie mogła uwierzyć w to, że w Polsce już mamy do czynienia z taką działalnością państwa, wiec postanowiła stwierdzić, że jej dyskutant nie ma racji, bo to ona skończyła politologię, co potwierdziła jej koleżanka, (która dołączyła się do rozmowy tylko w tym celu), a nie on, ergo, ona musi mówić prawdę, po czy zakończyła rozmowę.

Bidulka nie mogła być w większym błędzie. W Polsce faktycznie, jak sugerował sympatyk KNP, mamy do czynienia z państwem opiekuńczym. Ponieważ istota państwa opiekuńczego nie polega wcale na tym, że państwo pomaga biedniejszym, mniej radzącym sobie obywatelom. O nie! Polega ona raczej na tym, że państwo STARA się pomagać tym ludziom. Jak? A zabiera pieniądze bogatszym, żeby dać tym biedniejszym, przy okazji zabierając część na utrzymanie urzędników, którzy mają „rozdawać” ten łup. A więc podstawą państwa opiekuńczego jest rzesza urzędników, którzy próbują zajmować się wszystkimi aspektami życia; od pomocy biednym, przez edukację, aż do służby zdrowia. Od wszystkiego ma być urzędnik, żeby przypadkiem Kowalski nie mógł czegoś sam załatwić np. państwo polskie tak opiekuję się Polakami, że Ci, aby sprzedawać alkohol lub wyrąbać drzewo w ogródku potrzebują do tego urzędnika z jego świstkiem. Nawet rodzice nie są tak opiekuńczy!

Czekajcie! Coś tu nie gra.

Skoro w Polsce jest państwo opiekuńcze, to dlaczego nie jest tak fajnie, jak w Szwecji i nie mamy pieniędzy np. żeby utrzymywać tysiące muzułmanów, którzy w wolnym czasie gwałciliby Polki?

Czy ja coś nie ściemniam?

Różnica między Polską, a Szwecją polega na tym, że ta druga wprowadziła standardy opiekuńcze, gdy jej obywatele się trochę dorobili. Dzięki temu mogli utrzymywać urzędników i jeszcze zostało, żeby rozdać tym mniej zamożnym.

W Polsce standardy opiekuńcze tj. armia urzędników, zostały wprowadzone ( i dalej są wprowadzane (sic!)), gdy nie było z czego okradać Polaków. W wyniku tego pieniądze szły głównie na utrzymanie urzędników, którzy uważali, że zasługują na więcej i dodatkowo kradli jak i kradną dalej. W efekcie nie ma co rozdawać biednym.

No ale cóż, chcieliście państwa opiekuńczego, to się opiekujcie urzędasami i nie płaczcie, bo to dopiero początek – jeszcze państwo nie opiekuje się wszystkimi, o czym Kowalski może pomyśleć!” (Adrian Stencel • parezja.pl – Chciałeś państwa opiekuńczego, … to się teraz opiekuj urzędasami!)

…tak się robi politykę. Jak to powiedział towarzysz Winnicki?

  • „…Obserwowane trudności na rynku pasz i energii, postuluje się rozwiązywać w najbliższej przyszłości przez działania nieinwestycyjne i niskonakładowe. Tak więc pierwszą decyzją będzie wstrzymanie produkcji mięsa na okres trzech lat, co spowoduje oszczędności na paszach, zwłaszcza tych importowanych. Z drugiej zaś strony spowoduje wyraźny, bo o siedem koma trzy procenta wzrost płac realnych. Dziękuję bardzo…
  • …Panie, jak to jest możliwe, że pan tu mówi jedno, a tam drugie? [pyta towarzysza jeden z lokatorów, na co Winnicki odpowiada]
  • To jest bardzo proste. Ja to panu zaraz wytłumaczę proszę pana. Ja to państwu zaraz wytłumaczę. Więc po pierwsze, państwo są ludźmi inteligentnymi i dlatego ja z państwem mogę mówić wprost. Mogę pewne rzeczy nazywać po imieniu. Tak proszę państwa, po imieniu. Czy pan sobie na przykład zdaje sprawę, kto ogląda telewizję? Proszę pana myśmy robili badania. Wie pan co się okazało? Okazało się, że sześćdziesiąt procent ludzi nie rozumie dziennika. W związku z tym do tych ludzi trzeba mówić inaczej, trzeba mówić w ten sposób, żeby oni to zrozumieli. Trzeba pewne rzeczy nie ukrywam tego, nawet zawoalować. A poza tym ludzie nie myślą. Ludzie nie myślą. Im się wydaje, że tylko oni oglądają telewizję. Proszę pana, przecież my jesteśmy doskonale obserwowani. Nie tylko przez przyjaciół, przez wrogów też. Na przykład tacy Amerykanie jak się dowiedzą, że my mamy trudności z produkcją mięsa to wie pan co się dzieje? Proszę pana, na całym świecie ceny mięsa idą tak w górę. I my za to mięso potem też musimy płacić takie ceny. A jeżeli my te trudności przedstawimy jako przemyślane działanie, to wtedy to w nikim nie wzbudza podejrzenia.
  • Ryszard Dąb-Rozwadowski: No, może poza naszymi obywatelami.
  • Jan Winnicki: Panie profesorze, nasi obywatele i tak w to nie uwierzą.”

…i niektórzy rzeczywiście nie wierzą. Nawet jak się im rzuca na stół analogie do tych samych inżynierii społeczno gospodarczych które się za komuny działy, i których konsekwencje co roku „świętują” 13 grudnia (o innych krwawych dniach nie wspominając), to jakby głową o ścianę tłukł. Zero refleksji. Nie trafia do wyobraźni nawet tak prosta zasada jak „nie kradnij”. Nie widzą nic złego w zabieraniu jednym ludziom ich dochodu i dawaniu go tym którzy go nie wypracowali. Poprzednią ekipę która robiła do dziś nazywają złodziejami, ale w tym że dziś ich pupile na których sami głosowali robią to samo nie widzą nic złego. Bo „nasi” to „patrioci” – koniec kropka…  (Odys)

„…osoby czyniące magiczne rozróżnienie pomiędzy rabunkiem a „podatkami” albo pomiędzy rabunkiem a „wywłaszczeniem państwowym” (…) uznają, że o ile pojedyncza osoba (obywatel) nie ma prawa ukraść czy odebrać siłą własności innej osoby, o tyle państwo takie prawo posiada, o ile nazwie je właśnie „podatkiem”, „nacjonalizacją” etc. Odrzucam jednak taki rodzaj rozumowania, który pomija substancjalną i logiczna tożsamość rabunku publicznego i rabunku indywidualnego, oraz opiera się na twierdzeniu, że grupa lub kolektyw może nabyć pewne prawa, których nie może samodzielnie posiadać żadna jednostka należąca do tej grupy. Pozostaje mi poczekać na logiczne uzasadnienie dla takich rozróżnień.

Na gruncie rozważań praktycznych zaprezentowane przeze mnie powyżej rozumowanie rodzi pewne ważkie i problematyczne konsekwencje dla rozważań nad odszkodowaniami dla ofiar państwa, które utraciły na jego rzecz swoje majątki, oraz podatników, którzy przez lata lub dekady byli pozbawiani części swych dochodów. Jeśli bowiem należy im się nie tylko zwrot utraconej własności lub jej pieniężnej równowartości, ale także wszystkich dochodów, jakie tak zrabowana przez państwo własność przyniosła, to wielkość roszczeń poszkodowanych – i tak niemałą – rośnie do gargantuicznych rozmiarów. Prawdopodobnie z przyczyn praktycznej niemożliwości spłaty takich długów, ofiary państwa i tak nigdy nie odzyskałyby 100% należnych im na tej podstawie odszkodowań.
Jednakże celem tych krótkich rozważań nie była próba opracowania programu demontażu państwa i sposobu rozdysponowania jego majątku oraz zadośćuczynienia jego ofiarom, lecz jedynie wykazanie, że coś takiego, jak „dochody własne” państwa, są w istocie fikcją i także pochodzą z podatków, czy innego rodzaju rabunku…”

całość tu: Rozważania o podatkach i pewnej kosiarce do trawy

podobne: Najwyższy Czas!: „Słońce Peru przypala wszystkich prócz kasty urzędników”… Nie daj sobie wmówić że „ONI” są potrzebni. oraz: „Dziel i rządź!” – nagrody urzędników. i to: cynik9: Przybliżanie socjalizmu. Teoria skubanych i skubiących w demokracji a także: Przerośnięte państwo gwarancją problemów jego obywateli. O demokracji, państwie „opiekuńczym” i długu „publicznym” czyli przejadaniu przyszłości na własne życzenie

W ten sposób przy „poparciu społeczeństwa” które sobie tę administrację wybiera (Demokracja… czyli Dyktatura Durni), powstają kolejne etatystyczne rozwiązania i inżynierie społeczne rodzimych „dobrodziejów”, które wymagają coraz wyższych podatków, składek i opłat. A kiedy po jakimś czasie wyborcy nabierają podejrzeń że się ich oszukuje i wyzyskuje, to władza wymyśla i serwuje z wielkim medialnym szumem reformy i plany, które wyciszają raz na jakiś czas pomruki „niezadowolenia społecznego” nabrzmiałe w wyniku poprzednich równie gównianych etatystycznych rozwiązań, głównie w kwestiach tzw. „ubezpieczeń społecznych” (zdrowia i emerytur) które są „zwykłymi” podatkami… (Odys)

„…właśnie pani premier Beata Szydło ogłosiła zamiar przeprowadzenia kolejnej reformy ochrony zdrowia. Kolejnej – bo akurat ten sektor jest nieustannie reformowany. Kiedyś, za barbarzyńskich czasów, jak ktoś był chory, to szedł do doktora, a ten – kasował honorarium i albo pacjenta wyleczył, albo nie, co jeszcze w starożytności pozwoliło na sformułowanie opinii, że lekarze są najszczęśliwszą grupą zawodową na świecie, bo ich sukcesy opromienia słońce, a ich porażki skrywa ziemia. Przez co najmniej 30 stuleci jakoś to funkcjonowało, aż wreszcie nadszedł czas reformowania. Zaczęło się od tego, że pacjentów zaczęło leczyć „państwo”, rabując pod tym pretekstem obywatelom pieniądze. Tak było za pierwszej komuny, ale okresie naszej sławnej transformacji ustrojowej nadszedł czas reformowania. Pierwsza reforma została przeprowadzona w roku 1997, za rządów charyzmatycznego premiera Buzka. Polegała ona na tym, że państwo postanowiło leczyć pacjentów za pośrednictwem 16 terytorialnych Kas Chorych i 17-tej – mundurowej. One dysponowały pieniędzmi uprzednio zrabowanymi podatnikom pod pretekstem, że państwo będzie ich leczyć, no i oczywiście same też się z tych pieniędzy utrzymywały. Rząd charyzmatycznego premiera Buzka zadbał o to, by wynagrodzeni posadami w Kasach Chorych członkowie zaplecza politycznego AW”S” i Unii Wolności, nie mogli być z tych posad usunięci nawet po zmianie rządu. Tej reformie przyświecało hasło, by „pieniądze szły za pacjentem” – no i szły, tylko niestety w takiej odległości, że nie tylko wzrokowy, ale wszelki kontakt między tymi pieniędzmi i pacjentami został zerwany. Ale bo też reforma nie była przeprowadzona w interesie pacjentów, tylko po to, by zaplecze partii politycznych mogło doić Rzeczpospolitą. Identyczna intencja przyświecała kolejnemu rządowi utworzonemu w roku 2001 przez Leszka Millera. Nie mogąc powyrzucać z posad w Kasach Chorych członków zaplecza politycznego wrogich partii, nie miał innego wyjścia, jak dokonać kolejnej reformy. Zlikwidował tedy Kasy Chorych, a na ich miejsce powołał Narodowy Fundusz Zdrowia z 16 oddziałami terenowymi, w których posady dostali odpowiedni ludzie. I tak było aż do dzisiaj, ale dzisiaj służyć pacjentom na dobrych, państwowych posadach najwyraźniej zapragnęli nowi ludzie, toteż tylko patrzeć, jak sektorem ochrony zdrowia wstrząśnie kolejna reforma. Narodowy Fundusz Zdrowia zostanie zlikwidowany, a pieniądze – te same, co to miały „iść za pacjentem” – zostaną „poprzez budżet” przekazane „do określonych placówek zdrowotnych” w województwach, gdzie odpowiednie posady zajmą odpowiedni ludzie, to znaczy tacy, którym dobro pacjenta leży na sercu. Wszystko to ma się dokonać już w przyszłym roku…” (Stanisław Michalkiewicz – W perspektywie kosmicznej)

podobne: Efekt „państwa opiekuńczego” – rządowe dofinansowanie do grzechu. NFZ należy leczyć wolnym rynkiem a bezpłodność naprotechnologią. „Kult Świętego Spokoju” i „Kara śmierci za niezaradność” (o aborcji). oraz: Chora „służba zdrowia”. Radomskie szpitale toną w długach ale główny problem władzuchny to prof. Chazan. Komentarz Michalkiewicza i Ziemkiewicza. Prawdziwe oblicze „in vitro”

„…Cóż to jest takiego – te „ubezpieczenia społeczne”? Jest to rodzaj hazardu. Obywatele zakładają się z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych, że będą żyli długo, podczas gdy Zakład Ubezpieczeń Społecznych zakłada się z nimi, że będą żyli krótko. Jeśli obywatele żyją długo, no to wygrali – a ściślej – wydaje im się, że wygrali. Jeśli żyją krótko – to wygrał Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Warto zwrócić uwagę, że ZUS jest agendą państwową, więc tak naprawdę, to państwo jest zainteresowane tym, żeby obywatele żyli jak najkrócej. A nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że państwo, posługujące się zbrojnymi bandami, nazywanymi „tajnymi służbami”, których członkowie, w poczuciu całkowitej bezkarności, jako że wcześniej zapewnili sobie posłuszeństwo swoich konfidentów, pieczołowicie poumieszczanych w organach władzy i administracji, w organach ścigania i niezawisłych sądach, którzy w dodatku doskonale wiedzą, że swoją pozycję zawodową, społeczną i materialną zawdzięczają przetrwaniu bezpieczniackiego fundamentu, na którym cała ta konstrukcja się opiera, gotowi są na wszystko – że to państwo ma bardzo wiele instrumentów, by ten efekt osiągnąć, oczywiście bez informowania o tym samych zainteresowanych – bo i po co? „Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy!” – śpiewał Wojciech Młynarski. Skandaliczne w tym wszystkim nie jest to, że przedmiotem hazardu jest życie, ale to, że ludzie do takiego hazardu są zmuszani. A są zmuszani, bo w przeciwnym razie żaden przytomny człowiek takiej umowy by nie zawarł. Bo taka umowa zawierałaby po stronie obywatela zobowiązanie, że będzie przez co najmniej 35 lat przekazywał ubezpieczalni około 50 procent swojego dochodu, w zamian za co ubezpieczalnia obieca mu, że „ kiedyś coś ci damy”. „Kiedyś” – bo Sejm może zawsze zmienić wiek uprawniający do nabycia uprawnień emerytalnych i właśnie to zrobił oraz „coś” – bo podobnie może zmienić sposób naliczania świadczenia. Któż może wiedzieć, co będzie za 35, czy 40 lat? Krzysztof Dzierżawski opowiadał kiedyś historię swego dziadka, który – jak poddany austriacki – zaczął wpłacać składki emerytalne w Galicji, w zamian za co C-K Monarchia obiecywała mu kiedyś tam emeryturę. Ale w 1918 roku C-K Monarchia się rozpadła i dziadek zaczął płacić składki emerytalne Rzeczypospolitej Polskiej, która… – i tak dalej. Niestety w 1939 roku Adolf Hitler „napadł” na Polskę, podczas gdy Józef Stalin tylko do niej „wkroczył”, w następstwie czego dziadek stał się mieszkańcem Generalnego Gubernatorstwa, które pobierało od niego składkę emerytalną, w zamian za co… – i tak dalej – o ile oczywiście by dożył wymaganego wieku. Ale Hitler wojnę przegrał, w następstwie czego dziadek, nie ruszając się z miejsca, został obywatelem kolejnego państwa w postaci Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej – i dopiero ona, pobrawszy uprzednio wiele składek, wreszcie wypłaciła mu emeryturę – oczywiście całkiem inną niż ta, obiecywana przez C-K Monarchię. Obecnie Polska Rzeczpospolita Ludowa została zastąpiona przez III Rzeczpospolitą, która też sprawia wrażenie organizacji przestępczej o charakterze zbrojnym, więc w zmuszaniu przez nią swoich obywateli do hazardowania się w sprawie swego własnego życia nie ma niczego osobliwego.

I wydaje się, że właśnie ta okoliczność legła u podstaw przywiązania do „kompromisu” – jakie dało o sobie znać 6 października. Rzecz w tym, że ten „kompromis” jest jednym z elementów podstawy kalkulacji finansowej, na jakiej cały system ubezpieczeń społecznych się opiera. Dramatyzmu całej sytuacji dodaje okoliczność, że poprzedni rząd ukradł 130 miliardów złotych z Otwartych Funduszy Emerytalnych, żeby sztucznie rozciągając w czasie bankructwo systemu ubezpieczeniowego, ukryć ten fakt przed obywatelami, no a teraz szykuje się „przejęcie” reszty, jaka jeszcze została, więc nic dziwnego, że w tej sytuacji każda zmiana pociągająca za sobą ubezpieczeniowe konsekwencje, może okazać się katastrofalna w następstwach. Zwrócił na to uwagę jeszcze w latach 90-tych francuski profesor chorób płucnych Lucjan Israel, wyjaśniając, że wydatki ubezpieczalni na opiekę nad człowiekiem w ostatnich 6 miesiącach jego życia, są wyższe, niż wydatki na tego samego człowieka przez cały wcześniejszy okres jego życia. Nic zatem dziwnego, że w ciągu tych ostatnich 6 miesięcy ubezpieczalnię tak boli, że już nie może tego wytrzymać – wskutek czego we wszystkich krajach, w których system ubezpieczeniowy zbliża się do bankructwa, nasila się aprobowana przez rządy propaganda eutanazji…” (Stanisław Michalkiewicz – Zakład Ubezpieczeń Społecznych)

ZUS jest agendą państwową i jest zainteresowany, byśmy żyli krótko! – Stanisław Michalkiewicz, fragment spotkania „Jakich reform Polska potrzebuje?” w Chrzanowie, 01.10.2016 r.

podobne: Znowu Ukradli Składki. Plan Morawieckiego podstawą III rozbioru OFE, czyli o tym jak PIS dokończy „reformę emerytalną” zaPOczątkowaną przez Rostowskiego (dla ratowania piramidy finansowej i POdreperowania budżetu)

„…polska rodzina jest albo słaba, albo nie ma jej w ogóle. Polską rodzinę i jej majątek, a także możliwość kooperacji z innymi rodzinami zniszczyli socjaliści, wprowadzając na miejsce zdrowej społecznej tkanki porozumienia rodzin o charakterze wybiórczym. To znaczy oni swoje porozumienia i kontakty zostawili, a całą, trwającą od setek lat strukturę unieważnili.

…wiele rodzin zaadaptowało dla swoich potrzeb hierarchie państwowe i nieźle się tam urządziło. To prawda, ale podstawą owej potęgi nie był już majątek, wiara i mariaże, ale udział w grupowych rozstrzeliwaniach, denuncjacjach i śledztwach połączonych z torturami. To spoiwo scementowało wiele rodzin mieszkających w Polsce tak mocno, że do dziś, po śmierci ich ojców założycieli, więzi te są nie do rozerwania. Dowodem na to jest choćby film o Brystygierowej, który ma za zadanie stworzyć jej legendę i zbudować jakąś tam podstawę do bezpiecznej egzystencji, potomków nie tylko jej, ale także wszystkich innych z jej pokolenia i resortu.

Ta czarna siła ma swoje emanacje na niższych piętrach hierarchii i my dobrze wiemy o co chodzi. Po wojnie, to nie państwo było silne rodzinami, która rozpoznawały się i potrafiły zorganizować, ale odwrotnie, rodzina stawała się silna, bo jej członkowie robili kariery w strukturach państwa. Dlaczego sąsiedzi są ważni? Bo wujek Bolek jest milicjantem w Warszawie. No, a inni sąsiedzi też są ważni, bo ciocia Jadzia jest skarbnikiem w gminie, a jej syn poszedł na księdza. Ktoś zaś ma księdza w rodzie, tego bida nie ubodzie, jak się mawiało w naszych okolicach. Kariery w hierarchii Kościoła były równie ważne, choć inaczej niż kariery państwowe. Ktoś powie, że nie było innego wyjścia. To prawda, ale nie jest to żadne usprawiedliwienie. Państwo bowiem powojenne było jedynie protektoratem, a także powstało dzięki temu, że udało się mu zniszczyć naturalną strukturę społeczną kraju. I jeszcze raz powtórzmy – winą za to obarczyć należy socjalistów. Dlaczego ich? Ponieważ oglądając świat przez pożyczone, różowe okulary, realizowali nie swój program dewastując wszystko wokoło i przyczyniając się w ten sposób do uzależnienia dużych grup ludzi od sił obcych. Robotnik nie wyzwoli się z przymusu pracy dzięki socjalistom, on może co najwyżej stać się targetem sprzedażowym dla konsorcjów, które muszą zapewnić sobie płynność na rynku akcji dystrybuując różne produkty wśród mas. Pieniądze, które się robotnikowi powierza w ramach polepszania jego losu, nie są jego własnością, ale są mu jedynie powierzane na bardzo konkretny cel. W czasach dzikiego kapitalizmu rodziny robotnicze wynagradzane były w naszych okolicach srebrem. Dziś dostają papier, którego starcza w sam raz na zakupy w Biedronce. Na wszystkie inne dobra, przyziemne w istocie, które nazywane są przez socjalistów luksusowymi, musi pożyczać w banku stając się tym samym własnością tego banku. Tak to wygląda. Socjaliści uwielbiali posługiwać się takimi metaforami – robotnik jest niewolnikiem kapitalisty, chłop zaś pana feudalnego. No tak, ale nawet jeśli w to uwierzymy, okaże się, że wtedy przynajmniej ludzie ci znali swojego pana i wiedzieli na co go stać. Dziś nie mają pojęcia kto nim jest. I nie dowiedzą się tego nigdy…” (coryllus – Siła polskich rodzin)

podobne: Polityka prorodzinna okiem libertarianina, czyli „Bez retuszu” 5.07.2015. NIK „w Polsce polityka prorodzinna praktycznie nie istnieje” a także: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? oraz: Utrata suwerenności czyli… Polska krajem neokolonialnym. Samoobrona rodzinna (Panel dyskusyjny XII Kongresu Konserwatywnego). Poszukiwany autorytet do walki z totalitaryzmem socjaldemokracji i to: W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców.

„…W 1992 roku Janusz Korwin-Mikke zaproponował z mównicy sejmowej, aby wprowadzić do konstytucji zakaz uchwalania budżetu z deficytem. Niestety, pomysł polityka został przez pozostałych posłów wyśmiany, a dzisiaj przychodzi nam zmagać się z konsekwencjami ich decyzji. Dzięki deficytowi (czyli wydawaniu większej ilości pieniędzy, niż udało się zebrać w podatkach), rząd może finansować dodatkowe programy socjalne, zatrudniać kolejnych urzędników czy zwiększyć skalę inwestycji strukturalnych. Wszystko ma jednak swoją cenę. Oprócz oczywistych następstw, czyli zwracania pożyczkodawcom kwoty większej niż wartość pożyczki – w postaci odsetek od obligacji, uzależnienie państwa od zewnętrznego finansowania ma szereg konsekwencji politycznych...” (o czym więcej tu: Trader21: Obligacje rządowe gwarantem straty. Inflacja i dewaluacja jako narzędzie walki z długiem. W czyich rękach spoczywa polski dług, i czy krach finansów publicznych zakończy się eutanazją?)

„…„Będziesz pożyczał innym narodom, a sam od nikogo nie będziesz pożyczał. Będziesz panował nad innymi narodami, a one nad tobą nie zapanują”. Szkoda, że nie pamięta o tym Balcerowicz prezesa Jarosława Kaczyńskiego w osobie pana wicepremiera Mateusza Morawieckiego („nasz Balcerowicz jest lepszy!”), który cały swój zbawienny plan renacjonalizacji gospodarki zgodny z programem przedwojennej sanacji, zamierza oprzeć na pieniądzach pożyczonych, podobnie jak w swoim czasie uczynił to Edward Gierek, za którym do dzisiaj wzdychają nieutulone w żalu szerokie masy. Jak powiedziała czarownica wbijana na pal – miłe złego początki – ale co z tego, kiedy koniec zawsze żałosny, o czym Edward Gierek mógł osobiście przekonać się już po kilku latach to znaczy – w roku 1976, kiedy przyszło do spłacania długów i zbuntowanemu ludowi trzeba było aplikować „ścieżki zdrowia”. Mniejsza zresztą z tymi wspominkami, bo chodzi przecież o populismus, od którego wszystko się zaczęło…” (Stanisław Michalkiewicz – Dodatnie plusy populismusa)

„…po raz kolejny okazuje się, że jak to w swoim czasie ujmowali klasycy poprzedniego reżimu: „są takie granice, których przekraczać nie wolno” i generalnie „nie ma odwrotu od socjalizmu”. W tym duchu wypowiadają się niestety autorzy wiodących projektów, mających składać się na całokształt „dobrej zmiany”, pan minister od rolnictwa zatroskany perspektywą „powrotu obszarników”, pani minister edukacji zaniepokojona „wyciekaniem dzieci z systemu” (poprzez szkolnictwo domowe), czy pan wicepremier-minister-od-już-prawie-wszystkiego, Morawiecki-junior, który opowiada o elektrycznych samochodach niczym Baryka-senior o szklanych domach.

Wiara, rodzina i własność Polaków pod rządami PiS pozostają więc bezpieczne, ale przecież tylko w „rozsądnych” granicach. Granice rozsądku przekraczałoby bowiem traktowanie tych wartości jako pryncypialnych i nienaruszalnych, bo wszak pryncypialne znaczenia mają nadal zasady „centralizmu demokratycznego”, „demokratyzmu socjalistycznego” (w nowym opakowaniu retorycznym) i jeszcze na dokładkę „zrównoważonego”, pardon, „odpowiedzialnego rozwoju”. To są niestety frazesy wywodzące się bynajmniej nie z XX-wiecznych tradycji sowieckiego i post-sowieckiego zniewolenia, ale znacznie głębiej zakorzenione w tym, co na Żoliborzu do dziś traktuje się z szacunkiem i z powaga wymawia, a mianowicie w „postępowych tradycjach inteligencji polskiej”. A do tradycji tych należało wszak periodyczne składanie sprawy polskiej na ołtarzu światowej rewolucji, co się do dziś przykrywa lelewelowskim frazesem: „Za wolność waszą i naszą”, nieodłącznie sprzężone z liczeniem na interwencję „aliantów zachodnich”.

Realny sens i skutek takich rachub najlepiej chyba podsumował Bolesław Prus, który wprowadzając na karty „Lalki” starego subiekta Rzeckiego kazał mu niezłomnie wierzyć, że „przecież Napoleon nas nie opuści”. Ironia Prusa nie została najwyraźniej doceniona przez kolejne pokolenia, skoro dziś cała formacja geostrategów o horyzontach starego Rzeckiego wytycza po raz kolejny kierunki naszej polityki zagranicznej. Zadedykujmy im konkluzję tego wątku w „Lalce”: „I cóż się stało?… Świat nie poprawił się, Napoleonidzi wyginęli, a właścicielem sklepu został Szlangbaum”…” (Grzegorz Braun: Patriotyczne samozaoranie)

Wszak czy to Niemiec czy to Żyd
czy “Unia” czy też “finansjera”
nie znać tej prawdy dziś to wstyd
więc tylko głupi się zapiera
– Państwo swój procent zawsze ma
od konsumenta… tfu!… frajera!

…Zapamiętajmy więc dobrze tę gorzką prawdę Pana Morawieckiego że „Posłowie wykonują bardzo ciężką pracę i od 20 lat nie mieli regulacji wolnej od podatku. Doceńmy ciężką pracę polityków”… a że ta praca związana jest z rabunkiem rodaków na niewyobrażalną skalę, w imię lokalnych polityczno-partyjnych interesów wysługujących się na dodatek obcym kolonizatorom (i lichwiarskiej międzynarodówce), to już całkiem inna historia… (Odys)

Adam Wycichowski niewolnik - obieg zamknięty

Adam Wycichowski niewolnik – obieg zamknięty

Moralne i ekonomiczne konsekwencje głupoty czyli… „Dobrobyt” płacy minimalnej, średniej krajowej, bezwarunkowego dochodu gwarantowanego i programów socjalnych. Skąd się bierze bogactwo? PIS gwarantuje bankom niezatapialność (za oszczędności Polaków).


Z teologicznego punktu widzenia każda praca wymaga przestrzeni wolności, gdyż jest ona ludzkim czynem podjętym w sposób wolny i świadomy. W podobny sposób na pracę patrzył austriacki ekonomista i filozof, Ludwig von Mises (†1973) . Praca według niego ma wszelkie znamiona działania jako dobrowolnej wymiany, w której człowiek próbuje zastąpić mniej satysfakcjonujący stan rzeczy stanem bardziej zadowalającym. W celu usunięcia odczuwalnego dyskomfortu działający człowiek porządkuje i stopniuje dostępne w świecie środki według nadanej im użyteczności.” (ks. Jacek Gniadek)

Tyle na temat uczciwych warunków pracy i płacy, a teraz o patologicznych (ale zgodnych z prawem) pomysłach tzw. władzy by żyć na koszt innych.

1.Tak Zwana „Średnia Krajowa”.

„Powiedzenie „istnieje kłamstwo, bezczelne kłamstwo i statystyka”, z powodzeniem można by zastąpić dziś „jest kłamstwo, wierutne kłamstwo i średnia krajowa”

GUS liczy średnią krajową zbierając dane od przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 osób. Jest to ok. 40% wszystkich zatrudnionych w Polsce na umowę o pracę.

40% z 11,6 milionów to 4.64 mln ludzi.

Powróćmy do liczby wszystkich zatrudnionych – 15,5 mln.

4,64 mln branych pod uwagę przy wyliczaniu średniej krajowej spośród 15,5 mln wszystkich zatrudnionych. To nawet mniej niż 30%! Przyjmijmy błąd w szacunkach, niech sięgnie nawet 10% i weźmy ponad 5 mln z 15,5, otrzymamy idealne 33% czyli jedną trzecią społeczeństwa.

Zatem do obliczenia średniej krajowej w Polsce bierze się pod uwagę wynagrodzenia 1/3 pracujących tylko w największych firmach (oczywiście z budżetówką na czele).

To wiecie już skąd się wzięło 3,9 tys. złotych brutto.

„Średnia”

„Gdy idę z psem na spacer, to statystycznie średnio mamy trzy nogi” – to zdanie idealnie pasuje do świeżych rewelacji w sprawie wynagrodzeń w spółkach państwowych. Jak się dowiedzieliśmy, Prezes jednej z takich spółek zarabiał ok. 500 tys. złotych miesięcznie. Zatem gdy weźmiemy jego oraz owego człowieka pracującej za minimalne wynagrodzenie 1850 złotych – obaj średnio zarabiają 251 tys. złotych.

Zaś żeby z tym jednym tylko prezesem osiągnąć owe 3,9 tys. złotych „średnio” potrzeba dla równowagi, 236 osób z minimalnym wynagrodzeniem.

Tyle mniej więcej warte jest liczenie „średnich wynagrodzeń”.

No dobrze, to jak sprawdzić realne zarobki?

Istnieją jeszcze dwa pojęcia podawane przy sprawdzaniu zarobków. Mediana i dominanta.

Mediana to wskaźnik, który dzieli wszystkich pracujących na dwie połowy. 50% zarabia więcej niż dana kwota i 50% zarabia mniej. Dla Polski w roku 2014, mediana wynosiła 3,1 tys. zł brutto.

Dominanta zaś to wskaźnik który podaje najczęściej spotykane wynagrodzenie wśród zatrudnionych. Wg GUS w 2014 roku było to nieco poniżej 2,5 tys. złotych brutto

Podsumowanie

Mamy zatem średnią krajową liczoną z 33% zatrudnionych na poziome 3,9 tys. zł brutto

Medianę dzielącą nas na pół – 3,1 tys. zł brutto

Dominantę, najczęstsze wynagrodzenie – 2,5 tys. zł brutto.

Który z nich najlepiej odzwierciedla faktyczny stan zamożności społeczeństwa? Tego nie podejmujemy się ocenić. Jednakże warto znać zarówno wszystkie wskaźniki, jak i przede wszystkim dane wyjściowe i metodologię liczenia, która w sposób oczywisty odbiega od rzetelnego badania opartego na twardych danych dla całej populacji.

PS. Aha. To wszystko są kwoty brutto, zatem realnie zarabiamy ok. 70% z podanych kwot.”

źródło: Kłamstwo, wierutne kłamstwo i średnia krajowa

Pytanie. Co komu po średniej krajowej skoro możliwe jest obliczenie dominanty? Jak dla mnie chodzi o sianie propagandy i wywołanie w głowach obywateli iluzji bycia bardziej zamożnym niż się jest w rzeczywistości. Uśrednianie dochodów to jeden z  celów socjalistycznej utopii, który próbuje się osiągnąć przez tzw. redystrybucję („sprawiedliwy” podział), będącą w rzeczywistości kradzieżą własności jednych ludzi by dać ją innym… (Odys)

podobne: Rzeczpospolita niskich płac, zawyżonych średnich i odwróconego VATu. Projekt dot. podniesienia kwoty wolnej od podatku odrzucony, ale 95 mln zł na nagrody w urzędach jest. oraz: Jaka jest naprawdę „średnia” płaca w Polsce i to: Energia: Mało używamy drogo zapłacimy. Polska w pułapce „średniego dochodu” ale „The Economist” nas chwali. Michalkiewicz o tym co nas oblazło.

2.Tak Zwana „Płaca Minimalna”.

„…Sieć Wendy’s zmuszona nagle do wypłacania kasjerowi stawki $15 za godzinę, zamiast $8, zostaje niejako zmuszona do szukania tańszej alternatywy – w tym przypadku będzie to robot kasowy. Jednak pamiętać należy, że choć robot będzie pracował taniej od kasjera – powiedzmy że koszt jego funkcjonowania wyniesie $10 za godzinę – to nadal wydatki poniesione przez przedsiębiorce będą wyższe, od dotychczasowych $8 wypłacanych kasjerowi.
Jedyna sytuacja, w której zatrudnienie robotów w miejsce kasjerów byłoby korzystne z ekonomicznego punktu widzenia, to sytuacja w której dzięki rozwoju technologii i/lub spadku ceny i/lub kosztów eksploatacji robotów, godzina pracy maszyny okazałaby się tańsza od dotychczasowej ceny godziny pracy kasjera – czyli spadła poniżej $8. Wówczas mielibyśmy do czynienia z efektywniejszym wykorzystaniem czynników produkcji przez przedsiębiorcę, a ponadto uwolniono by pracę ludzką, którą można by skierować do innych przeznaczeń.
Aby podwyżka płacy minimalnej do $15 nie spowodowała redukcji zatrudnienia, kasjerzy musieliby być na tyle wydajni, aby przychód przedsiębiorcy wynikający z 1 godziny ich pracy przewyższał kwotę $15. W przeciwnym razie jest po prostu niemożliwością, aby pracownicy zachowali swoje stanowiska pracy. Identycznie sprawa ma się z zatrudnianiem maszyn – ich praca zostanie zatrudniona, gdy będą wytwarzały dobra/usługi warte dla konsumentów tyle, że zapłacą oni przedsiębiorcy więcej, niż wynosi koszt utrzymania maszyn.
W każdym przypadku więc, gdy rząd dekretuje sztuczny wzrost ceny jakiegoś dobra, np. pracy, generuje to nieodwracalne straty dla całej gospodarki. Wysokość tych strat wynikających z nieoptymalnego wykorzystania czynników produkcji, wynosi tyle, ile różnica w cenie nowych czynników zatrudnionych po zmianie, a starych, zatrudnianych przed nią...” (Rafał Trabski – Czy płaca minimalna sprzyja postępowi?)

O co chodzi z płacą minimalną? Im więcej pracodawca musi zapłacić pracownikowi tym wyższa składka/podatek trafia z tytułu tej „podwyżki” do Skarbu Państwa. Co się dzieje z miejscami pracy które nie są warte podwyższonych kosztów? Jeśli przestają się opłacać przedsiębiorcy są rzecz jasna likwidowane, albo przechodzą do tzw. „szarej strefy”. Ten naturalny mechanizm (wynikający z prawa tzw. „krzywej Laffera”) nie dotyczy oczywiście tych „miejsc pracy” które utrzymują się z owych podatków i składek (tu prym wiodą wszelkie urzędnicze etaty)… (Odys)

podobne: cynik9: Szwajcarzy odrzucają płacę minimalną. Lewactwo odprawione z kwitkiem. oraz: Efekt płacy minimalnej w Hiszpanii? Stada bezrobotnych kretynów i to: Dobrobyt pracownika jest ściśle związany z sukcesem przedsiębiorcy pracodawcy

polecam również: Tomasz Jaskóła (Kukiz’15) „TO PAŃSTWO ŻYJE NA KOSZT WSZYSTKICH!” i to: Posłowie Kukiz’15 MASAKRUJĄ pomysł ZWIĘKSZENIA PŁACY MINIMALNEJ!

3. Rząd PISu pozwoli bankom ukraść Twoje oszczędności.

„Mija 3-cia rocznica rabunku deponentów na Cyprze, w akcji unijnej zwanej od tamtego czasu „cypryzacją”. Pamięć o tym wydarzeniu jest w narodzie dobra, ale niestety krótka. Świadczy o tym niedawna dyskusja na tym blogu w której dały się słyszeć głosy że może cypryzacja nie była aż takim skandalem jakim była, albo inne które dowodziły że skandal przycięcia depozytu bankowego ” średnio o 7-9%” jest znacznie mniejszy niż przycięcie go o 40%. To oczywiście jest wariantem syndromu sztokholmskiego wg którego należy dziękować rabusiowi za to że ci przestrzelił tylko kolano bo mógł przecież czaszkę. W pokrewnym rozumowaniu w innym wątku dotyczącym Brexitu drogi czytelnik nie widzi związku tego wydarzenia z Polską i domaga się aby zamiast tego pisać o osiągnięciach gospodarczych PiS.

Docenią ją dopiero wtedy gdy osiągnięcia gospodarcze PiS doprowadzą do cypryzacji banku na rogu. Względnie, w przypadku Brexitu, dopiero po niewczasie zrozumieją jaką szansę kraj stracił nie reagując na tektoniczne zmiany w strukturze EU jakie wydarzenie to może spowodować…

…Istotne w tym jest co innego. Nie ma żadnej gwarancji że w kolejnej cypryzacji, być może w wyniku sukcesów gospodarczych PiS-u, unijne gwarancje depozytów będą honorowane gdziekolwiek. Spodziewanie się tego przez niektórych jest skrajną naiwnością. To co wygląda dobrze na papierze w przypadku odizolowanego upadku jednego banku na skutek tzw. gromu z jasnego nieba nie ma zastosowania w wypadku systemowego kryzysu bankowego i seryjnego padu całego szeregu banków, jeden pociągający za sobą drugi. Nie bez powodu przecież EU wcisnęła w gardło opornym rządom dyrektywę „cypryzacyjną”, ustalającą kolejność strzyżenia w cypryzacjach, pardon me, „przymusowych restrukturyzacjach”. Po długim ociąganiu się polski rząd również przepchał mozolnie przez sejm swoje ustawy dostosowujące polskie ustawodawstwo do tego…” (cynik9 – Memento unijnego strzyżenia)

podobne: Informacja warta 3,7 mld Euro, czyli „cypryzacja depozytów bankowych” – DwaGrosze oraz: Inwestycje bezpieczne zdaniem mas oraz zdaniem analityków – DwaGrosze a także: „W krainie deszczowców”: Irlandzkie wychodzenie z recesji. Akcja kredytowa w toku. Cynik9: „bail-in” 

„…20 maja br. Sejm 221 głosami Prawa i Sprawiedliwości uchwalił ustawę o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, w której znajduje się między innymi art. 201 ust. 1, zgodnie z którym Bankowy Fundusz Gwarancyjny może „bez zgody właścicieli oraz wierzycieli podmiotu w restrukturyzacji dokonać 1) umorzenia lub konwersji zobowiązań w celu dokapitalizowania podmiotu w restrukturyzacji; 2) umorzenia lub konwersji zobowiązań przenoszonych do instytucji pomostowej w celu wyposażenia jej w fundusze własne; 3) umorzenia lub konwersji zobowiązań przenoszonych w ramach instrumentu wydzielania praw majątkowych; 4) umorzenia zobowiązań w ramach instrumentu przejęcia przedsiębiorstwa.” Ustęp 2 tego artykułu stanowi, że „umorzenie lub konwersja zobowiązań w celu dokapitalizowania podmiotu w restrukturyzacji jest dopuszczalna w przypadku, gdy w jej wyniku podmiot w restrukturyzacji spełni określone odrębnymi przepisami warunki prowadzenia działalności oraz istnieją uzasadnione przesłanki, że w wyniku restrukturyzacji o której mowa w art. 214, osiągnie długoterminowa stabilność finansową.”

Co z tego wynika? Ano to, że Sejm przeszedł do porządku nad art. 64 ust. 3 konstytucji, stanowiącym, że „własność może być ograniczona tylko w drodze ustawy I TYLKO W ZAKRESIE, W JAKIM NIE NARUSZA ISTOTY PRAWA WŁASNOŚCI.” (podkr. SM). Umorzenie lub konwersja wierzytelności bez zgody wierzyciela jest naruszeniem istoty prawa własności, do której należy plena in re potestas czyli pełne władztwo nad rzeczą, przysługujące WŁAŚCICIELOWI, z wyłączeniem innych osób. Regulacja te sprzeczna jest również z art. 508 kodeksu cywilnego, który stanowi, że zobowiązanie wygasa, gdy WIERZYCIEL zwalnia dłużnika z długu, a dłużnik zwolnienie przyjmuje. W tej czynności nikt nie może wierzyciela zastąpić i umorzyć wierzytelności w jego imieniu, nawet gdyby bankowi, co to znalazł się w finansowych tarapatach, było to bardzo na rękę. Tymczasem wspomniana ustawa idzie jeszcze dalej, stanowiąc w art. 105 ust. 3, że „prawomocny wyrok sadu administracyjnego stwierdzający wydanie przez Fundusz decyzji z naruszeniem prawa, nie wpływa na ważność czynności prawnych dokonanych na jej podstawie i nie stanowi przeszkody do prowadzenia przez Fundusz działań na jej podstawie, w przypadku gdyby wstrzymanie tych działań stwarzało zagrożenie dla wartości przedsiębiorstwa podmiotu, ciągłości wykonywania zobowiązań, których ochrona jest celem przymusowej restrukturyzacji, stabilności finansowej lub nabytych w dobrej wierze praw osób trzecich, w szczególności osób, które nabyły prawa majątkowe lub przejęły zobowiązania w wyniku decyzji Funduszu o zastosowaniu instrumentów przymusowej restrukturyzacji.”

Skąd ta skwapliwość Sejmu do ochrony interesów bankowych nawet kosztem ochrony własności i prawa obywateli do sądu? Okazuje się, że wynika to z konieczności dostosowania polskiego prawa do dyrektyw Unii Europejskiej, a konkretnie – do dyrektywy z 15 maja 2014 roku, bo za opóźnienia w jej implementacji Unia Europejska „surowe głosi kary”. Mamy więc osobliwą sytuację, że za zasłoną spektakularnego sporu o Trybunał Konstytucyjny, gdzie zarówno rząd, jak i prezes Jarosław Kaczyński ma możliwość pokazania całej Polsce, jak to stawia czoło unijnym mandarynom w rodzaju Fransa Timmermansa i broni suwerenności – otóż za zasłoną tego spektaklu rząd pani Beaty Szydło w podskokach realizuje banksterskie dyrektywy. W takiej sytuacji lepiej rozumiemy przyczyny, dla których, mimo gromkich pohukiwań o obronie suwerenności, jakoś nie słychać o uchyleniu podpisanej 24 stycznia 2014 roku przez prezydenta Komorowskiego ustawy nr 1066 o bratniej pomocy. Może ona przydać się jak znalazł, kiedy trzeba będzie konfiskować depozyty i otoczyć banki kordonem żandarmów, chroniących je przed naporem zdesperowanych wierzycieli.

Jakby tego było mało, to na deser warto przytoczyć relację ze spotkania pana wicepremiera Mateusza Morawieckiego z przedsiębiorcami w Gorzowie Wielkopolskim 30 maja br., którą otrzymałem od pana Rafała Z. Pan Rafał podczas tego spotkania zapytał wicepremiera Morawieckiego o szanse przywrócenia ustawy o działalności gospodarczej, autorstwa Mieczysława Wilczka z brzmieniu z 1 stycznia 1989 roku i oto co usłyszał w odpowiedzi. „Pan premier był do bólu szczery. Zwrócił się do zebranych, aby pokazali mu kraj, gdzie wprowadzono podobne, wolnościowe prawo. Dodał, że takie rozwiązanie, jak to, które obowiązywało w Polsce od 1 stycznia 1989 roku, może działać tylko wtedy, gdy zachodzą rewolucyjne zmiany w warunkach „głębokiej transformacji”. Państwo, które musi zaaplikować sobie 70 procent legislacji z zewnątrz, czyli z Brukseli, nie może pozwolić sobie na ustawę o wolności gospodarczej. Poza tym, po 27 latach od ustawy Wilczka, po 12 latach w UE, w Polsce – kontynuował – jest dużo poukładane. Jest gąszcz sprzecznych interesów różnych grup, co wytwarza konflikt, jak w przysłowiu „złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”. Ponadto – podkreślił premier – Polska nie może wprowadzić ustawy o działalności gospodarczej, wzorowanej na Wilczku, bo wejdzie w głęboki konflikt z UE. Kończąc odpowiedź na moje pytanie, rzucił optymizmem i zadeklarował: „ale będziemy upraszczać”. Zapewne miał na myśli ulżenie przedsiębiorcom, czy coś w tym guście. Wcześniej mówił o tym, skąd Polska weźmie pieniądze na rozwój gospodarczy. No więc weźmie z nowych kredytów, które zaciągnie w zachodnich bankach. To jest tani pieniądz – zaznaczył – bo w zasadzie nieoprocentowany.”

Skoro tak, to lepiej rozumiemy skwapliwość rządu w spełnianiu najskrytszych marzeń banksterów, kosztem ochrony własności, podobnie jak gromkie pokrzykiwania pana prezesa Kaczyńskiego w obronie suwerenności. Tyle naszego, to znaczy – tyle tej całej „suwerenności”, co sobie pokrzyczymy. I na koniec nie mogę oprzeć się przypomnieniu, dlaczego w 2003 roku byłem przeciwko Anschlussowi. Otóż w 1990 roku na zaproszenie UPR przyjechał do Polski prof. Milton Friedman, który spotkał się z parlamentarzystami Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Podczas tego spotkania udzielił rady, która i dzisiaj jest aktualna. Polska – mówił – nie powinna naśladować bogatych krajów zachodnich, bo nie jest bogatym krajem zachodnim. Polska powinna naśladować rozwiązania, jakie bogate kraje zachodnie stosowały u siebie, gdy były tak biedne, jak Polska. Święte słowa – ale w następstwie umowy stowarzyszeniowej ze wspólnotami europejskimi, Polska zaczęła dokonywać recepcji tzw. standardów, to znaczy – zachowywać się, jakby była bogatym krajem zachodnim. Warto porównać postępy w recepcji owych „standardów” ze zwiększaniem się corocznych deficytów budżetowych. Zależność bije w oczy.

Toteż w 2003 roku próbowałem przekonywać, że poza Unią też jest życie i jako przykład podawałem m.in. Szwajcarię. Moi oponenci powiadali wówczas, że Szwajcaria to zły przykład, bo to kraj bogaty. – Owszem, bogaty – odpowiadałem – ale przecież nie dlatego, że zapisał się do Unii, tylko z jakichś innych przyczyn, na przykład – że się mądrze rządzi. No to my też spróbujmy mądrze się rządzić, zamiast robić sobie iluzje, ze Unia sypnie złotem i znowu będzie, jak za Gierka. Warto to przypomnieć zwłaszcza dziś, kiedy to w ostatnim referendum Szwajcarzy większością prawie 79 procent głosów odrzucili komunistyczny pomysł wprowadzenia „dochodu gwarantowanego”, czyli 2500 franków miesięcznie „od państwa” dla każdego. U nas – odwrotnie; iluzja zwyciężyła i zwycięża, a deklaracja pana wicepremiera Morawieckiego w Gorzowie pokazuje, że rzeczywiście znowu może być, jak za Gierka – zwłaszcza pod koniec „przerwanej dekady”.” (Stanisław Michalkiewicz – Będzie jak za Gierka?)

podobne: Independent Trader: Bail in – uporządkowana likwidacja banków. Czy Twoje pieniądze są bezpieczne w bankach w Polsce? Jak zabezpieczyć kapitał przed oczekiwanym krachem na rynkach finansowych  i to: „Eurokołchoz” – Złodzieje tracą wiarygodnośc ale ciągle im mało! oraz: Bezpiecznie „jak w banku”? Już nie! a także: UE – Za kłopoty banków zapłacą ich udziałowcy i wierzyciele (oraz podatnicy i depozytariusze) polecam również: Stanisław Michalkiewicz: Pogrobowcy Hilarego Minca czyli… Wilczek kontra „prawdziwa prawica”. i jeszcze: Co sie stało sie na Cyprze?… i co dalej?

4. Tak Zwany „Bezwarunkowy dochód gwarantowany”.

„…Szwajcarzy jako jeden z nielicznych narodów doskonale zdają sobie sprawę, że prawdziwy wolny rynek (nie mylić z monopolami) oraz ograniczony udział rządu przekłada się na dobrobyt społeczny, dzięki czemu kilka miesięcy temu opowiedzieli się przeciwko wprowadzeniu płacy minimalnej. W zeszły weekend zagłosowali także przeciwko wprowadzeniu bezwarunkowego dochodu gwarantowanego, do czego w dużym stopniu przyczyniła się świadomość, że jeżeli rząd ma Ci coś dać, to w pierwszej kolejności musi zabrać z podatków przynajmniej półtora raza tyle

…Wysokość zasiłków, szczególnie w przypadku licznej rodziny sprawia, że nikt z nich nie myśli o pracy, rozwoju czy o edukacji dzieci. Model rodziny żyjącej z socjału przechodzi z pokolenia na pokolenie. Podobnych przykładów zresztą nie trzeba szukać daleko. W ostatnim czasie w polskich mediach aż huczy nt. rodziców przepijających zasiłki otrzymywane w ramach programu 500 +.

Zupełnie inaczej podchodzi się do pieniędzy zarobionych, a inaczej do tych otrzymanych od państwa. Jeżeli przez miesiąc ciężko pracujemy na nasze wynagrodzenie to szanujemy pieniądze. Zasiłki natomiast wielu traktuje na zasadzie „łatwo przyszło, łatwo poszło”.

…Nigdy, ale to przenigdy nie możemy zapominać, że na każde świadczenie, które otrzymujemy od rządu musimy się w pierwszej kolejności sami złożyć...

Największą patologią dzisiejszego świata jest wszechobecny socjalizm połączony z dyktaturą korporacji, z czego zdaje sobie sprawę mniej niż 5% społeczeństwa. W większości „zachodnich” krajów udział państwa w gospodarce kształtuje się między 40 – 45%. W zbankrutowanej UE jest to astronomiczne 48%. Za połowę gospodarki odpowiada niewydolne i skorumpowane państwo. W Polsce odsetek ten jest trochę niższy, ale i tak wynosi 41,5%. Rozrośnięty rząd, zbędne regulacje oraz świadczenia socjalne sprawiają, że utrzymanie państwa jest niezwykle drogie. Efekt jest taki, że obywatele muszą oddawać państwu prawie połowę swoich dochodów. W Polsce dzień wolności podatkowej przypada na 11 czerwca. Oznacza to, że w ujęciu rocznym na państwo pracujemy przez prawie pół roku! Dla porównania na początku XX wieku w USA dzień wolności podatkowej przypadał na koniec stycznia. Państwo mogło funkcjonować i funkcjonowało doskonale, utrzymując się z podatków 7-krotnie niższych niż obecnie.

Uzależnienie społeczeństwa od rządowej jałmużny jest jednocześnie tym, na czym politykom zależy. Otrzymując coś od państwa skazujemy się na łaskę i niełaskę rządzących, stając się nowoczesnymi niewolnikami. Władza korumpowała od zawsze. Nie zmienimy ludzkiej natury. Celem nadrzędnym polityków jak i prawdziwych architektów systemu jest kontrola, a tą zapewnia system dystrybucji kapitału…” (Trader21 – Bezwarunkowy dochód gwarantowany)

podobne: O tym jak państwo „opiekuńcze” zamiast pomagać jednostkom zubaża całe społeczeństwo oraz: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii i to: ZnZ: Pod rządami socjalistów aż 84 miliony obywateli UE żyje poniżej progu ubóstwa a także: Do czego potrzebne mi państwo i czemu do wydawania moich pieniędzy?

„Czegoś głupi? Boś biedny. Czegoś biedny? Boś głupi. – głosi popularne porzekadło. Ukazuje ono stosunek wynikania między biedą a głupotą. No dobrze – ale co to właściwie jest głupota? Sięgnijmy do katechizmu, który wprawdzie o głupocie expressis verbis nie mówi, natomiast wspominając o siedmiu grzechach głównych, a więc – najbardziej rozpowszechnionych – na pierwszym miejscu wymienia pychę…

co to właściwie jest, ta pycha? Najłatwiej określić ją przez jej przeciwieństwo, czyli pokorę. Pokora, jak wiadomo, polega na postrzeganiu własnej osoby bez złudzeń, tylko w prawdzie. Jest zatem spełnieniem ideału starożytnych mędrców, którzy zachęcali, by poznać samego siebie. Człowiek pokorny, to innymi słowy człowiek mądry. No a człowiek pyszny? Skoro pycha jest odwrotnością pokory, to człowiek pyszny jest po prostu głupi…

…Czy głupota może być źródłem bogactwa? Wydaje się, że nie – ex nihilo nihil fit, co się wykłada, że z niczego nic nie powstanie. Skoro zatem głupota nie może być źródłem bogactwa, to czy może być źródłem biedy? To już prędzej, chociaż nie zawsze można to natychmiast zauważyć…

Szwajcarzy pokazali, że w większości są mądrzy, bo rozumieją, że „państwo” niczego nikomu dać nie może, a jeśli daje, to tylko to, co wcześniej odbierze. Odbieranie jednemu, żeby dać drugiemu, jest kradzieżą, a jeśli – jak w przypadku państwa – dokonuje się pod przymusem, to nawet kradzieżą zuchwałą. Siódme przykazanie Dekalogu zabrania kradzieży, więc Szwajcarzy udowodnili, że opierają swój system prawny na zasadach etyki chrześcijańskiej, w odróżnieniu od wielu innych narodów, które wprawdzie chełpią się swoim przywiązaniem do chrześcijaństwa, ale jak tylko mogą coś komuś ukraść, zwłaszcza w tak zwanym „majestacie prawa”, to nie przepuszczą takiej okazji. Bo między chrześcijaństwem, a komunizmem jest zasadnicza i nieusuwalna różnica. Chrześcijaństwo mówi: „daj!”, podczas gdy socjalizm i komunizm – „bierz!”…” (Stanisław Michalkiewicz – Czegoś biedny? Boś głupi!)

Wraz ze wzrostem wolności wzrasta poczucie odpowiedzialności – Stanisław Michalkiewicz

polecam również: Poradnik kryzysowy: co zrobić w trudnych czasach?

„…Trzecim filarem cywilizacji łacińskiej jest etyka chrześcijańska, jako podstawa systemu prawnego państwa. Podstawą tej etyki jest uznanie, że każdemu człowiekowi, niezależnie od pozycji społecznej i sytuacji materialnej, przysługują naturalne prawa i pewne minimum godności, jako dziecku Bożemu – a prawo stanowione powinno to respektować. Jak łatwo przekonać się już na podstawie tego pobieżnego przedstawienia, cywilizacja łacińska opiera się na stabilnych podstawach, w przeciwieństwie do społecznych inżynierii. Dlatego też ideologie skoncentrowane na społecznych inżynieriach dążą do unicestwienia cywilizacji łacińskiej. W ulubionej kultowej piosence komunistów śpiewa się między innymi, że „przeszłości ślad dłoń nasza zmiata”. O jaki „ślad przeszłości” tu chodzi? A o jakiż by, jeśli nie o znienawidzoną przez komunistów łacińską cywilizację? Komunizm pozostaje w głębokiej i nieusuwalnej sprzeczności z łacińską cywilizacją. Nie uznaje bowiem obiektywnego charakteru prawdy, ponieważ kieruje się „mądrością etapu”. Nie uznaje zasad prawa rzymskiego, bo jest wrogiem własności. Wreszcie, nie uznaje etyki chrześcijańskiej, ponieważ forsuje walkę klas. Niektórzy durnie, również utytułowani, dopatrują się podobieństw między chrześcijaństwem i komunizmem. Ale żadnych podobieństw między chrześcijaństwem a komunizmem nie ma. Najlepiej widać to właśnie na przykładzie podejścia do nierówności społecznych. Chrześcijaństwo mówi: „daj!”, podczas gdy komunizm judzi: „bierz!” Warto o tym pamiętać zwłaszcza dzisiaj, kiedy to bardzo wielu poczciwców duraczonych jest przez grandziarzy, uwijających się wokół ugruntowania w opinii publicznej przekonania o bezalternatywnym charakterze nieubłaganego postępu…

chociaż strategia się zmieniła, to cel rewolucji komunistycznej się nie zmienił; jej celem jest wyhodowanie człowieka sowieckiego, który tym się różni od normalnego człowieka, że wyrzekł się wolnej woli. Z tego powodu człowiek sowiecki nie może żyć w normalnym świecie, bo w normalnym świecie codziennie trzeba dokonywać samodzielnych wyborów, a tej umiejętności on się nie tylko wyrzekł, ale nawet ją znienawidził. Dlatego drugim celem rewolucji komunistycznej jest stworzenie człowiekom sowieckim sztucznego środowiska, w którym mogliby żyć, w postaci państwa totalitarnego. Charakteryzuje się ono m.in. tym, ze nie toleruje żadnej władzy poza własną, a więc np. władzy rodzicielskiej, władzy religijnej, czy wreszcie – władzy właściciela nad rzeczą…” (Stanisław Michalkiewicz – Zielony i czerwony daje brunatny)

5. Moralność rządowych „programów socjalnych” (na przykładzie „500+”).

Moralność… „gr. ethos − obyczaj, zwyczaj; łac. moralitas – obyczajność – ogólny obowiązek, który narzuca się człowiekowi w jego relacjach z drugimi, z sobą samym i z przyrodą; wymaganie, które – w przeciwieństwie do prawa – jest wyzwaniem, a w odróżnieniu od obiegowego zwyczaju i społecznego obyczaju, nie obowiązuje jedynie ze względu na sankcje społeczne, ale z tej racji, że skierowuje się do człowieka jako bytu rozumnego i wolnego. Człowiek, stosujący się do tych wymagań, działa dobrze; gdy zaś wykracza przeciw nim, czyni zło. Jest on poddany uwarunkowaniom biologicznym, psychologicznym i socjokulturalnym; nie są one jednak jego determinacjami. W miarę jak je uobiektywnia, poznaje albo na nowo poznaje, osądza lub za nie odpowiada, odrzuca albo próbuje zmienić, realizuje się jako byt moralny.”

„…Nam dziś wszędzie wmawiają „nie oceniaj” . A jak w takim razie się uczyć w tej szkole życia skoro nie mamy sobie ustalać kryteriów jakichś zdarzeń czy postępków? Myślę, że niuans tkwi w „nie potępiaj” – a to już całkiem co innego. Mam prawo ocenić wszystko- czy to swoje działania czy to czyjeś inne. Całkiem osobną sprawą jest w jaki sposób podchodzę … głównie do ludzi, których postępowanie oceniam ( bo tego dotyczył wymazany komentarz). Wiele razy już w necie pisałem, że jest subtelna różnica w powiedzeniu „jesteś głupi” a „głupio postąpiłeś”. To pierwsze daje piętno na człowieka – dołuje i nie daje możliwości rozwoju (choć tak naprawdę bez obłudy to też może być- dziś jesteś głupi ale jutro masz szansę zmądrzeć).  No w każdym razie powiedzenie „głupio postąpiłeś” daje nam konkretny materiał do pracy bo wskazuje na konkretną czynność- daje szansę wyciągnięcia wniosków. A jeśli jasne jest, że traktuję wszystkich wraz ze sobą jako uczniów w szkole życia to oczywiste jest, że traktuję to jako jedną z lekcji- postępuję adekwatnie do sytuacji itp.

Natomiast takie ogólne „nie oceniaj”- zakaz absolutny plącze ręce czy też nogi (albo język- rodzaj knebla), nie daje żadnej możliwosci ruchu. Koniec- nie oceniaj!- no żesz kurka wodna ! „taki już jestem i mnie nie oceniaj”-  to się do cholery zmień!! Te kneble „nie oceniaj” stosują lenie duchowe. Ja kiedyś pobłażałem temu a dziś gnam tego typu osoby.

…osoby żądające od nas „nie oceniaj”chcą uporczywie kontynuować z nami relacje NA SWOICH WARUNKACH. Ja się nie „wcinam” w jego/jej życie – chcesz to sobie tak żyj ale beze mnie, chcesz usłyszeć co ja na ten temat myślę to proszę , nie chcesz też twój wybór. Ważne dla mnie, że ja kontynuować takich układów nie zamierzam. I tu pojawia się:”JAK TO???” ( w domysle: taka wspaniała propozycja, ja jestem taki wspaniały/a – jak można odrzucić takie „dobro”?) Wyłazi skrywany egoizm, dziecinada, niemowlęctwo duchowe w dorosłym życiu sprytnie pokryte rozmaitymi sztuczkami i manipulacją,

A dlaczego to niby nie wolno na forum wpisać swojej oceny jakichś postaw i wzorców życiowych? Tym bardziej, że nie są skierowane do nikogo personalnie…” (michalxl600 – Nie oceniaj)

Jakiś czas temu toczyłem spór o ocenę moralną kradzieży (jakim jest program 500+ obecnej partii rządzącej) z ludźmi którzy uważają się za prawicowców poważających etykę chrześcijańską, ale nie widzą niczego złego w tym że ktoś (władza) pod pozorem „prawa” i pod przymusem grabi dobro jednych obywateli by dać je innym pod pewnymi warunkami, które według owej władzy uprawniają ją do tego rodzaju „interwencji”.

Dłuuuugo próbowałem „zmusić” dyskutantów do jednoznacznej odpowiedzi na pytanie czy tego rodzaju kradzież (maskowaną pod różnymi szczytnymi hasłami jak „redystrybucja” albo „wyrównywanie szans”) jest złem czy też nie, i czy godzi się w jakimkolwiek wypadku ją usprawiedliwiać. Nikogo przy tym personalnie nie nazwałem złodziejem. Wobec jednej z osób użyłem natomiast określenia manipulant, kiedy zamiast odpowiedzieć mi na wyżej wspomniane pytanie wprost, osoba ta uwarunkowała prawo do oceny  moralnej programu „500+” od posiadania przeze mnie dzieci. Jakbym bez spełnienia tego „warunku” nie miał prawa nazywania patologii po imieniu. Najbardziej poraża fakt że ta osoba (i nie tylko ona) uważała jednocześnie konieczność istnienia zasad moralnych (takich jak nie kradnij, nie pożądaj cudzej rzeczy) jako obiektywnego dobra służącego prawidłowemu rozwojowi społecznemu. Pozostaje pytanie na co komu jakiekolwiek zasady (tudzież publiczne identyfikowanie się z nimi) skoro jednocześnie publicznie i z premedytacją relatywizuje się ich sens i cel. Nie rozumiem też dlaczego osoby uprawiające tego rodzaju „ekwilibrystykę ideologiczną” (zaprzeczające przy tym samemu sobie) obrażają się i czują się personalnie atakowane kiedy zwróci się im na to uwagę.
Uważam że pobłażanie i puszczanie oka do takich postaw (a nie samych ludzi bo człowiek zawsze może się zmienić – byle na dobre) w imię „dobrosąsiedzkich stosunków”, lub tzw.”pragmatyzmu” według którego „jeśli dają to trzeba brać” (co było m.in. jednym z „argumentów” mających usprawiedliwić wspomnianą inżynierię społeczną) to współudział w szerzeniu zła. Wyłapywanie i nazywanie po imieniu  tego rodzaju manipulacji to po prostu obowiązek każdego kto uważa się za osobę „moralną” i deklaruje konieczność istnienia w relacjach międzyludzkich pewnych elementarnych i obiektywnie dobrych zasad. Nie potępiam ludzi! Bo po pierwsze nie jestem w stanie nikogo skazać na takie potępienie, a po drugie nie wykazuję nawet takich aspiracji. Logiczne zestawienie słów/czynów z zasadami na które w końcu pewne osoby SAME się powołują to nie jest potępianie ani wywyższanie się… (Odys)

„Każdy, kto podporządkowuje się niesprawiedliwemu prawu, ponosi odpowiedzialność za to wszystko, co jest tego konsekwencją”  (Mahatma Gandhi)

PodziemnaTV – Robią nas w konia: Prezydent Duda o 500+ państwo coś wreszcie daje a nie zabiera #149 oraz: Niższe zarobki Polaków w Polsce niż za granicą #152 (czyli skąd się bierze bogactwo)

podobne: PIS lepszy od POprzedników… w zadłużaniu Polaków. O jakim „zwrocie z inwestycji” mówią piewcy programu „500+”? Niesprawiedliwość redystrybucji i społeczna funkcja własności prywatnej. oraz: Czy „500 zł na dziecko” to polityka prorodzinna czy też marnowanie pieniędzy rodziny? Dzieci rodzą się z miłości a nie z pieniędzy!

Frederic Bastiat (ekonomia, przewidywalność, skutki, zysk, strata)

Unia doigrała się Brexitu. Eurosceptycy tryumfują, skowyt histerii wśród euroentuzjastów (od lewa do PISu). Wielka Brytania przed historyczną szansą, a co z Polską? Czekam na Polexit.


rys. Gatis Sluka

rys. Gatis Sluka

„Gdy lud rzekł – chcę być wolny – zawsze wolnym został

Dedykujemy tę myśl Jakuba Jasińskiego uczestnikom referendum brytyjskiego…    Bo nie chodzi tu o gospodarkę, o zyski tu  czy straty tam,  co podkreśla establishment.  Zwłaszcza jeśli  ubolewa nad tym także wielki filantrop  Soros,  strasząc armageddonem i wszelkimi możliwymi plagami.

Chodzi o wolność i suwerenność,  plain and simple. Cała reszta jest tego pochodną.  Chodzi o to aby o własnych sprawach, takich jak kontyngenty „uchodzców” do przyjęcia, decydował naród a nie obce interesy.  Nie chodzi o separację, chodzi o opcję udziału lub nie, decydowaną przez suwerenny kraj a nie biuro polityczne w Brukseli.   Błędny głos w wyborach można skorygować co cztery lata.   Błędnego  głosu  w tym referendum skorygować się nie da.

Alternatywą nie jest żaden armageddon  ani żadna odizolowana wyspa pośrodku Altantyku.  Alternatywą – najgorszą z  kilku możliwych – jest status Szwajcarii. Nie jest to może pełen ideał ale z całą pewnością dużo lepiej niż pozłacana nawet kajuta na tonącym euro Titanicu…” (cynik9)

całość tu: Wolnym zostać

„…Jak Brytyjczycy dogadają się z Unią? Czy wybiorą model norweski czy całkowite wyjście ze struktur „wspólnoty”? Wielu chce straszyć i rozpaczać nad utraconymi przez Wielką Brytanię korzyściami handlowymi, jednak zapominają jednocześnie, że wiążą się z tym też potencjalne korzyści z otwarcia na resztę świata. Stany Zjednoczone, Chiny, Brazylia i wiele innych krajów, z którymi Brytyjczycy mogą handlować. A i kraje Unii nie będą wcale chętne na wojnę celną i regulacyjną z Wyspiarzami. Juncker et consortes mogli straszyć potwornymi konsekwencjami przed referendum, w nadziei na to, że Anglicy sie przelękną i wybiorą opcję „remain”. Ale w konfrontacji z faktem dokonanym, przyjmą moim zdaniem o wiele łągodniejszą retoryke i zrobią wiele, jeśli nie wszystko, byle tylko załagodzić perturbacje gospodarcze i ułatwić handel europejskim importerom i eksporterom z Londynem. Wszak obie strony liczą tutaj straty w razie nieudanych negocjacji, a nie tylko jedna.

Ci zaś, którzy boją się „tłumów Polaków wracających z Wysp” wyrzuconych przez brytyjskich nacjonalistów, również przesadzają, gdyż po pierwsze Anglicy potrzebują siły roboczej, a po drugie, już dziś wielu imigrantów spoza Unii żyje i pracuje na Wyspach i nie grozi im deportacja.

Zakończyć więc wypada optymistycznie: nie warto siać paniki i załamywać rąk, bowiem nic szczególnego się nie stało. Unię czeka reforma, albo dalszy rozpad i to jest najważniejsze, a trwające w tle negocjacje z Brytyjczykami powinny być przestrogą dla eurokratów, że państwa członkowskie nie muszą bezwolnie godzić się na wszystko, co podyktuje im Bruksela. Tylko ze świadomością, że „nie istnieje scenariusz zbyt straszny aby nie mógł sie wydarzyć” można pchnąć Europę we właściwym kierunku. Unia potrzebuje teraz stanowczych, silnych eurosceptyków, którzy powściągną na każdym kroku federacyjne i antywolnorynkowe zapędy brukselskich elit wskazując palcem na case Londynu. Jeśli ta nauczka nie zostanie wykorzystana, Unię czeka stopniowa agonia albo nawet szybki upadek na podobieństwo reakcji łańcuchowej.” (Rafał Trabski)

całość tu: Brexit!

podobne: Cameron nie ma wątpliwości: UE chce ukraść pieniądze ludzi, których reprezentuje. Czy w GB przeleje się czara goryczy? oraz: „To be or not to be”. Cameron pod coraz większą presją w kwestii obecności GB w UE i to: Eurosceptycyzm rośnie w siłę. W. Brytania (UKIP), Francja (FN; UMP), Dania i Szwecja (nie chcą EURo), Nowa Prawica w Polsce a także: Grexit i Brexit. Przyszłość Wielkiej Brytanii w UE, Grecji w strefie euro. EBC i luzowanie ilościowe. Fatalne prognozy dla Francji która tonie w długach. Islandia: negocjacje czy pożegnanie z Unią. i jeszcze: Historia naturalna i porwanie Europy, oraz wybrane propozycje nie do odrzucenia z dziejów międzynarodowego „dialogu” z Polakami. UE w dołku Healey’a polecam również: Emocje wokół obsady unijnych stanowisk. Wielka Brytania nie chce federalisty na stanowisku przewodniczącego Komisji Europejskiej.

Od rana skocznie i radośnie pogrywa sobie w mojej głowie „Marsz angielskich grenadierów” 🙂

„…Brexit: The Movie naświetla niebezpieczeństwa członkostwa w UE. Zadaje pytanie, czy bezpiecznym jest pozwalać sterować sobą przez odległych biurokratów pozostających poza kontrolą? Czy jest bezpiecznym wiązanie się z krajami dryfującymi w stronę ruiny finansowej? Ukazuje samolubną biurokrację, cynizm polityczny, brak odpowiedzialności, przywileje, kumoterstwo, korupcje.

Brexit: The Movie patrzy w przyszłość twierdząc, zdecydowanie i przekonująco, że jest bezpieczniej i mądrzej żyć w kraju, który jest wolny, niezależny, samorządny…” („Brexit” DLACZEGO BRYTYJCZYCY CHCĄ WYJŚĆ Z UE? pełna wersja z tłumaczeniem na polski)

A teraz słowo do wolnościowców (eurosceptyków)… ale do tych prawdziwych a nie „trochę socjalistów”, którzy będą się spuszczać nad proroctwami jakie to wielkie zmiany dla Polski nadejdą bo UE „będzie musiała się naprawić”, i że czeka ją jakaś ożywcza reforma. Otóż nie nadejdą żadne zmiany dopóki pozwalamy u siebie rządzić ludziom którzy jedzą UE (i innym zagranicznym dworom) z ręki, nie zwracając uwagi na realne koszta tego paktu z diabłem. Nie zważają bo dla nich liczą się granty i nic nie znaczące „salonowe” zaszczyty. Nie liczą się realne koszta, liczby i fakty dobijania „unijnymi normami” oraz tzw. „prawem” polskiego potencjału ludzkiego i gospodarczego (Tomasz Cukiernik o niekorzystnym bilansie 11 lat członkostwa Polski w UE), ani zadłużenie jakie zostało wygenerowane przy okazji wydawania „funduszy unijnych”, którymi zostały obciążone nasze lokalne społeczności (Samorządowe „inwestycje” to wzrost zadłużenia i podwyżki opłat. Rentowność długu i rosnąca obsługa kosztów…). Bo gdyby liczyły się fakty zamiast kłamliwej propagandy, to już dawno mielibyśmy w Polsce rzetelnie poinformowaną opinię publiczną, a w konsekwencji presję na podobne do brytyjskiego referendum… (Odys)

podobne: 10 lat Polski w UE: nowa polska emigracja. „Święto Szklanych Paciorków” (Ziemkiewicza) oraz „Unijna dekada” (cynik9) oraz: Eurokołchoz i nierealny „program pomocowy” dla Grecji (prywatyzacja majątku), oraz ostrzeżenia, których nikt nie słucha czyli… politycy sobie a ekonomia sobie. Kryzys (nie)do przewidzenia?

„There’s no such thing as a free lunch” Wielka Brytania była zawsze dla UE płatnikiem netto .To znaczy, że wpłacała więcej niż otrzymywała.  To ułatwiło obywatelom GB ich rozsądną decyzję.W Polsce rzadko kto zastanawia się jak naprawdę wygląda nasz bilans korzyści z członkostwa w UE. Polska jest podobno płatnikiem brutto, to znaczy wpłaca do kasy unijnej mniej niż otrzymuje. Jeżeli nawet to prawda pieniądze otrzymujemy wyłącznie na projekty zgodne z ideologią  i praktyką biurokratycznej machiny UE.  Dotacje na infrastrukturę oznaczają między innymi najdroższe stadiony świata, baseny w małych miejscowościach, których utrzymanie przekracza możliwości samorządów, zupełnie zbędne orliki ze śmierdzącą brudnymi skarpetami sztuczną trawą, powstające obok zwykłych, od lat używanych, tradycyjnych  boisk.  Podnosi się zwykle argument znaczenia unijnych dotacji dla rolników. Tymczasem powinniśmy rozumieć, że dotacje niszczą rolnictwo zamiast je rozwijać. Przede wszystkim likwidowana jest konkurencja produktów i usług prowadząca do poprawy ich jakości.  Pomijając takie idiotyzmy jak wymagana przepisami unii krzywizna banana czy zaliczanie ślimaków do ryb dotacje unijne są nieracjonalne,  wymuszane najczęściej przez grupy nacisku.
Dam przykład z dziedziny, na której się znam, z hodowli koni. Dotacje na hodowlę hucułów spowodowały rozpowszechnienie się tej sympatycznej lecz mało użytecznej i prymitywnej rasy na nizinach. Miejscem hucułów są bieszczadzkie połoniny. To koniki silne, wytrzymałe, mało wymagające, nie mają jednak żadnego znaczenia sportowego ani tym bardziej wyścigowego. Poważny jeździec nie wybierze sobie hucuła do konkursu skoków. Nadają się wyłącznie dla dzieci i turystów. Populacja hucułów była  dotąd regulowana w naturalny sposób przez użyteczność tej rasy. Hodowane w nadmiernych ilościach, po zniesieniu dotacji powędrują do rzeźni.
Nasze prawdziwe „korzyści” z przynależności do UE to haracz płacony za emisję CO2, likwidacja naszych stoczni,  bezprawne  interwencje w sprawy wewnętrzne naszego kraju, narzucanie nam uchodźców. Ukoronowaniem tego bezprawia jest bezczelna propozycja płacenia przez nas 250 tysięcy euro za każdego uchodźcę nieprzyjętego.
Jak dotąd propozycje zreformowania tego upiornego eurokołchozu jakim jest UE przypominały rewizjonistyczne projekty reformowania socjalizmu. Unia tak  – wypaczenia  nie, a wypaczenia to unijna biurokracja, oraz jej interwencje w sprawy państw narodowych.
Jednak jak się okazuje Niemcy i Francja chcą zarządzać kryzysem wywołanym przez Brexit przyspieszając i pogłębiając integrację czyli praktycznie likwidując państwa narodowe. Ku memu zdumieniu politycy polscy jednym głosem wyrażają troskę o przyszłość unii zamiast korzystając z okazji  iść za przykładem Anglików. Szczytem hipokryzji jest zachwalanie korzyści z utworzenia unijnej straży granicznej, która skutecznie będzie bronić państw Unii przed imigrantami, a jednocześnie zapominanie, że to przecież Niemcy wywołały ten kryzys zapraszając ich do Europy.
Wartości, którym hołduje UE to wartości czysto lewackie. W dodatku wprowadzane  są w życie (jak to zawsze w przypadku lewackich wartości bywało) zdecydowanie wybiórczo. Niemcy futrując na przykład stocznię w Rostoku jednocześnie nakazywały  likwidację stoczni polskich. Hołdowanie tym utopijnym wartościom sprowadziło na unię potworny kryzys imigracyjny. Spowodowało rakowaty rozrost unijnej biurokracji.  Pewien brytyjski polityk powiedział: „Unia to szlachetna idea, ale nie nadaje się do zastosowania w życiu”. Komunizm też był podobno szlachetną ideą, ale jak wiemy sprowadził na świat same nieszczęścia. Nie wątpię, że komunizm był bardzo korzystny dla partyjnych notabli. Dla zwykłego człowieka oznaczał jednak zniewolenie, rabunek i ucisk. Jak mawiali Rosjanie : „всē для народа,  но ты не получишь”. (Izabela Brodacka Falzmann – Czekam na Polexit)

Nie po to swojego czasu wszystkie znaczące siły polityczne stręczyły Polakom UE (dla osobistych korzyści tzw. „elit politycznych”) żeby teraz się z tego wycofywać, na co słusznie zwraca uwagę Pan Michalkiewicz:

„…Skoro tedy role zostały rozdane, a emploi ustalone, to nawet jeśli jakaś pamiętliwa Schwein przypomni sobie, że w 2003 roku Anschluss do Unii Europejskiej stręczyła nie tylko Platforma Obywatelska, ale również Prawo i Sprawiedliwość, albo, że 1 kwietnia 2008 roku za ustawą upoważniającą prezydenta do ratyfikowania traktatu lizbońskiego głosowali nie tylko posłowie Platformy Obywatelskiej, ale również wielu posłów Prawa i Sprawiedliwości z prezesem Jarosławem Kaczyńskim na czele – to nawet wtedy nic strasznego jeszcze się nie stanie, bo zawsze można powiedzieć: no tak, i my i oni robiliśmy to samo, ale jeśli dwóch robi to samo, to wcale nie jest to samo. Platforma Obywatelska, jeśli już cokolwiek robi, to robi to z wrodzonej predylekcji do zdrady i zaprzaństwa, podczas gdy Prawo i Sprawiedliwość, jeśli już cokolwiek robi, to robi to z gorącej miłości do ojczyzny i płomiennego patriotyzmu. Słowem – jak mawiano w Hitlerjugend – „czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty” i nie zaszkodzi mu nic, nawet Rassenschande…” (całość tu: Będzie jak za Gierka?)

Więcej na ten temat Brexit – komentarz Grzegorza Brauna. podobne: Duchowni w służbie KGB, SB i poprawności politycznej (na tle medalu papieskiego dla Rzeplińskiego i anszlusu Polski do UE).

„Wielu ekspertów i polityków cierpi ostatnio na ostrą odmianę kaca. Brexit przeszedł. Wszystko w co wierzyli i o czym przekonywali odnośnie nieprawdopodobnego przypadku Brytyjczyków wybierających suwerenność ponad stabilizację legło w gruzach. Gorzej nawet, fora internetowe bezlitośnie kronikują każdy wypowiedziany nonsens i każdą sknoconą prognozę które pozostaną tam na lata. Trudno będzie później wyłgać się i wybielić życiorys dowodząc że było się za a nawet przeciw.

Złożony z samych ekspertów portal wsieci.pl na przykład poważnie rozważa podobno zmianę swojej nazwy na „wkacu.pl”. Całość po-brexitowych opinii produkujących brexitsię tam ekspertów składa się na rodzaj interesującego potpourri w poczekalni u psychiatry. Jedni chcą unię reformować metodą, jak się zdaje, stania na głowie i wachlowania uszami. Do tego sprowadzają się postulaty oddolnej reformy zabetonowanej na dobre w Brukseli mafii. Drudzy, jak ex (na szczęście) prezydent Komorowski, dowodzą bez ładu i składu konieczności dalszego „zacieśniania integracji” unijnej. Przypomina to nieco zacieśnienianie przyjaźni polsko-radzieckiej której nie można było nigdy zacieśnić wystarczająco. Może zresztą nie bez swoistej logiki bo w końcu każdy wisielec nie marzy o niczym bardziej niż o dalszym zacieśnianiu. Męczy się wówczas krócej…

pod „naprawianiem” min. Waszczykowski ma na myśli coś innego. Chce mianowicie „nowego zdefiniowania suwerenności państw członkowskich”. Ale znowu nie zdradza jak. Uznanie że prezydent Kaczyński podpisując traktat lizboński nie popełnił aktu zdrady zrzekając się na rzecz obcego państwa suwerenności narodowej do chronienia której był konstytucyjnie zobowiązany? Zaprzeczyć że cały sejm go w tym poparł? Czyżby chciał odkręcić teraz ten akt i zacząć przywracać krajowi utraconą suwerenność? Nigdy na to wprawdzie nie za późno ale to dopiero pachnie nam fanaberią, a może nawet wizją bratniej pomocy na którą sejm też się przecież zgodził…

Przede wszystkim jednak min. Waszczykowski chce „zbadać jakie argumenty dotarły do społeczeństwa brytyjskiego i przekonały je do głosowania za wyjściem z Unii”. Nie wiemy jednak czy jest tutaj cokolwiek do badania. Suwerenność, panie Waszczykowski, suwerenność. Albo się ją ma, i naród decyduje, i to nawet bez braterskiej pomocy. Albo się jej nie ma i nawija się wtedy bez sensu o jej „nowym zdefiniowaniu” a decyduje Schultz z Junckerem i biuro polityczne w Brukseli…” (cynik9 – Gigantyczny kac pobrexitowy)

Pamiętajmy więc o WSZYSTKICH stręczycielach tego niewolniczego i kosztownego projektu. Nie dajmy się nabrać na lep słodkich słówek o jakiejś „misji uzdrowieńczej” jaką rzekomo Polska ma do wykonania wobec tworu, który z SAMEGO ZAŁOŻENIA był i pozostaje utopią. W której to „unii” NIC ważnego nie zależy od takich narodów jak Polska a wszystko od takich jak Niemcy i Francja, które przy wykorzystaniu „wspólnotowych” mechanizmów doglądają WŁASNEGO interesu (i trudno im się dziwić), narzucając swoją wolę polityce i gospodarkom innym „mniej poważnym” państwom. Nie dajmy sobie wmówić że tkwienie w patologii nowego związku socjalistycznego (republik europejskich) leży w naszym narodowym interesie, tylko dlatego że propaganda rządu i opozycji zapewnia nas o powszechnym „dobrobycie i bezpieczeństwie” z tej przynależności.

Bagno można oczyścić tylko w jeden sposób – przez jego wysuszenie (czytaj – odcięcie UE i eurokratów od pieniędzy podatników suwerennych narodów). Mądrzy ludzie piją wodę z własnego i własnoręcznie oczyszczonego zbiornika. Nie udają z fałszywej grzeczności wobec samozwańczej „zachodniej elity” (a raczej z powodu kompleksów i braku pomysłu na własne państwo), że to co im się podaje do picia jest gwarancją zdrowia niczym najczystszej próby woda, skoro w rzeczywistości śmierdzi bagnem i wywołuje biegunkę…(Odys)

„…Ponieważ od ćwierćwiecza rządzą nami politycy owładnięci mitologią „integracji europejskiej” i utrzymywania „dobrosąsiedzkich relacji” z Niemcami i Rosją, zewsząd dobiega lament nad rzekomo fatalnymi skutkami Brexitu i „osłabienia spoistości” Unii Europejskiej

...Łatwo dostrzec, że w obliczu takich wydarzeń, cała tzw. klasa polityczna III RP mówi jednym, całkowicie zgodnym głosem. Nie ma różnicy, między biadoleniem Andrzeja Dudy, lamentami Kwaśniewskiego i wywodami poprzedniego lokatora Belwederu…

…W III RP nie wolno głosić prawdy, że nie mamy interesu w popieraniu prorosyjskiej i proniemieckiej polityki przywódców UE. Nie wolno również przypominać, że akces unijny nie jest formą nierozwiązywalnego sakramentu i winien być oceniany wyłącznie według polskich, narodowych racji.

Od czasu narzucenia Europie „ładu jałtańskiego”, polityka „georealistów” stanowi największą barierę dla naszych dążeń niepodległościowych i wszędzie tam, gdzie uwzględnia priorytety Berlina i Moskwy – ignoruje lub podważa nasze.

Istota polityki prowadzonej dziś pod auspicjami UE nie polega bowiem na zapewnieniu bezpieczeństwa i równego rozwoju państwom Europy Wschodniej, lecz na zabezpieczeniu interesów najbogatszych graczy Unii (ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec) oraz zagwarantowaniu Rosji „miejsca wśród narodów świata”. W oczach Zachodu, koegzystencja z Rosją jest możliwa, jeśli państwo to otrzyma „należną” strefę wpływów i zaspokoi swoje mocarstwowe ambicje. Dlatego „ceną spokoju” brukselskich eurołajdaków jest dziś Ukraina, a jutro być może Polska.

Łatwo zapomnieliśmy, że w ostatnich ośmiu latach III RP spełniała rolę rosyjskiego konia trojańskiego. Analiza tego okresu pozwala zrozumieć, że swoje europejskie interesy Rosja realizuje poprzez Unię Europejska i sojusz z Niemcami. Podstawowym elementem tej polityki była ekspansja Gazpromu na rynki europejskie. W ślad za nią podążały zastępy rosyjskich agentów i przedsiębiorców, powiązanych ze służbami specjalnymi. Dlatego w ostatnich latach, Moskwa nie tylko nie dostrzegała zagrożenia w procesie „integracji”, ale reżim Putina był żywotnie zainteresowany jak najściślejszym współdziałaniem Warszawy i Brukseli

…Wrzawa związana z Brexitem powinna też uświadomić, że głównym problem Europy są Niemcy i ich agresywna, ekspansywna polityka, obliczona na ustanowienie „internacjonalistycznej wspólnoty” pod protektoratem niemieckim. To państwo nie tylko przejęło główne nici decyzyjne w strukturach Unii Europejskiej, ale od wielu lat próbuje narzucać dyktat krajom byłego Bloku Wschodniego i wspólnie z Rosją dąży do odbudowy sowieckiego imperium.

Każda akceptacja tej polityki, wyrażana przez czynniki polskie, jest aktem głupoty, ocierającym się o zdradę i tak powinna być traktowana przez ludzi świadomych zagrożeń.

Tylko lewackiemu szaleństwu i historycznej ignorancji przywódców Zachodu zawdzięczamy, że Niemcy znów mogą dyktować warunki współistnienia państw europejskich i narzucać swoją wolę krajom doświadczonym hitlerowską butą. To, co niemieccy politycy zaproponowali Europie nazajutrz po Brexicie – rząd europejski, przyjmowanie uchodźców i koniec państw narodowych, jest wyrazem niebywałej pogardy i przeświadczenia o wyższości racji niemieckich nad innymi. Jeszcze większym absurdem jest przyzwolenie, by Berlin decydował o gwarancjach udzielanych nam przez NATO i mógł blokować rozwiązana korzystne dla Polski.

Dyktat niemiecki zawsze prowadził Europę do katastrofy. Szczęśliwie, gdy będzie to kataklizm polityczny, polegający na rozpadzie współczesnej konstrukcji unijnej. Tragicznie, gdy zgoda na nadzór niemiecki nad UE i pakt Moskwa – Berlina doprowadzi do kolejnej konfrontacji militarnej i zniewolenia państw byłego Bloku Wschodniego.

Od wielu lat Unia Europejska staje się narzędziem służącym realizacji interesów niemieckich…” (Aleksander Ścios)

całość tu: BREXIT A SPRAWA POLSKA

podobne: „Szklany nocnik dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego” za „Traktat Lizboński i nadmuchiwanie Niemiec”  oraz: Tusk będzie zabiegał o (niemiecki?) kompromis ws. Ukrainy. Niemcy i Rosja zadowolone z wyboru. „Le Monde” o niemieckich sympatiach Tuska. Krajowe konsekwencje „ucieczki do raju”. i to: Dlaczego umiarkowane wobec Moskwy Niemcy popierają na stanowisko „prezydenta UE” polityka z Polski (nastawionej do Rosji negatywnie). PIS popiera Tuska. a także: Michalkiewicz i Braun: Quo vadis Polsko? Sny o potędze RP kontra przekleństwo georealizmu. „Stary Nowy Porządek” czyli Zdrada w Monachium. i jeszcze: UE wycofuje się z polityki wschodniej.

W kontekście tego co pisze Pan Ścios odnośnie sojuszu niemiecko-rosyjskiego bardzo (nie)ciekawy scenariusz odnośnie Polski po „Brexicie” snuje dr. Brzeski –  NAI: Co może się zdarzyć po Brexicie?

Nie dajmy się też wciągać w jałowe dyskusje i wróżenie z fusów co też dobrego lub złego wyniknie z Brexitu dla samego projektu UE i jej szkodliwych inżynierii politycznych, społecznych, czy finansowych jakie pod pretekstem „norm” i „standardów” narzucono Polsce. Co obecnie jest dalej kontynuowane pod płaszczykiem „dobrej zmiany”, której propagandowa reżimówka w postaci TVP (zwanej dla niepoznaki „narodową tiwi”) ostatnie dni przed referendum poświęciła na kreowanie dobrego wizerunku tej patologii, powołując się nawet o zgrozo na opinię/przestrogę Pana Sorosa (tego samego którego krytykowano za mieszanie się w wewnętrzne sprawy Polski i ratowanie GW), przekłamując jednocześnie intencje oraz motywacje eurosceptyków. Tu odsyłam raz jeszcze do wspomnianego wcześniej filmu „Brexit” DLACZEGO BRYTYJCZYCY CHCĄ WYJŚĆ Z UE? (pełna wersja z tłumaczeniem na polski) każdego kto chce poznać PRAWDZIWE powody gniewu ŚWIADOMEJ części społeczeństwa brytyjskiego.
Ludziom prawym i przyzwoitym powinno być kompletnie obojętne jak na tę „zuchwałość” Brytyjczyków zareaguje patologiczna instytucja jaką jest UE, i jej propagandowe ekspozytury w postaci „elit” politycznych zniewolonych w eurokołchozie narodów. Mnie osobiście interesuje jak Brytyjczycy zagospodarują to co odzyskali.
Bazujmy na faktach a są one następujące – Oto jeden z narodów doszedł do wniosku że ma dość politycznej dominacji zgrai samozwańczych „elit europejskich” i wyraził wolę SAMOSTANOWIENIA o swojej polityce, prawie i gospodarce. To jest wartość nie do przecenienia i zupełnie nie do zagadania przez jakikolwiek argument zwolenników UE.

Na koniec słowo do dzielnego narodu. Sons of Britain… I salut You 🙂 God save Great Britain!… (Odys)
Braveheart (1995) – Best scene – William Wallace’s speech (HD)

W Hiszpanii nie ma rządu a gospodarka rośnie. Opłacalność „ekonomi trynitarnej” kontra interwencjonizm państwowy.


socjalizm-vs-kapitalizm

„Impas rządowy w Hiszpanii trwa. Ugrupowanie o największym społecznym poparciu, czyli prawicowa Partia Ludowa nie była w stanie utworzyć większościowego rządu. Mutatis mutandis upadł wcześniej niedoszły gabinet Partii Socjalistycznej. W związku z tym po czterech miesiącach negocjacji, nie doszło do utworzenia nowego rządu. Kolejne wybory odbędą się w czerwcu. Informację o tym, iż nie ma możliwości powołania nowego rządu podjął król Filip VI. Co ciekawe jednak, podkreśla się, iż brak rządu nie wpływa obecnie w zły sposób na stan gospodarki. Jest wręcz przeciwnie – wzrosła ilość kredytów hipotecznych oraz kredytów dla biznesu, o czym informuje Antonio Garcia Cantera z banku Santander. To jednak nie koniec dobrych wieści, gdyż statystyki wskazują na jednoczesny wzrost sprzedaży detalicznej o 4.4%. Okazuje się więc, że brak rządu przez te kilka miesięcy nie zaszkodził gospodarce, a wręcz przeciwnie. Weryfikacja nastąpi w momencie wybrania nowego rządu.” (http://namzalezy.pl/)

źródło: W Hiszpanii od kilku miesięcy nie ma rządu, a gospodarka rośnie

podobne: Liberalizm – to działa! Czyli „Europa kładzie się do trumny” oraz: Eurokołchoz: Grecja prosi o pożyczkę, ale stawia warunki, KE z nadzieją na kompromis, Niemcy mówią NIE. Trader21 o greckiej tragedii. W Hiszpanii Banki Żywności dla biednych. Finansowe kłopoty Włochów. i to: Efekt płacy minimalnej w Hiszpanii? Stada bezrobotnych kretynów. a także: Eurokołchoz: w budżecie brakuje a hiszpańskie wioski na sprzedaż polecam również: Wewnętrzna sprzeczność czyli… państwo i wolność.

„…Nawet małe dziewczynki wiedzą, że kupowanie czegoś opłaca się tylko do pewnego momentu – a gdy cena przekroczy pewien pułap, zakup jest błędem. Dokładnie to samo się dzieje, gdy przedsiębiorca chce zakupić czyjąś pracę. Do pewnego momentu jest gotów zapłacić, ale gdy jej cena wzrośnie powyżej pewnego poziomu, jej wynajmowanie traci sens. Tym poziomem jest oczywiście koszt zatrudnienia alternatywnego wobec pracy rozwiązania – w tym przypadku maszyny. Nie rozumieją tego jednak (albo raczej udają, że nie rozumieją) związki zawodowe i różni „intelektualiści” pracujący dla rządów, oraz sami politycy, którym wydaje się, że można dowolnie żonglować cenami na rynku i nie stanowią one żadnej użytecznej informacji dla przedsiębiorców, pracowników i konsumentów. Upierają się więc, że wystarczy zatem podnieść jedną z tych cen, aby jeden z uczestników wymian rynkowych – w tym przypadku pracownicy – skorzystał. Ignorowanie procesów rynkowych jest jednak niemożliwe, co pokazują niezliczone przykłady podobne do postępowania sieci restauracji fast-food Wendy’s…” (Rafał Trabski – Wendy’s kontra idioci)

podobne: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy podatki dają pracę? (czy może odbierają)  oraz: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii.

„…Ludwig von Mises (†1973) pokazał, że system rynkowy ujęty w ramy prawne i kontrolowany przez ograniczony rząd szanujący własność prywatną, jest zdolny postawić zupełnie różne i wolne podmioty na rynku w pozycji twórczej współpracy i wymiany. Jego subiektywistyczna teoria wartości tłumaczy istotę tej wymiany, która stanowi podstawowy element ludzkiego działania. Wymiana jest to otrzymywanie przez obie strony dóbr bardziej przez nie cenionych i pozbywanie się dóbr mniej wartościowych z ich punktu widzenia w danym momencie czasu. To przeciwieństwo stanowiska znanego od czasów Arystotelesa (†322 p.n.e.), że dobra są wymieniane tylko za towary o takiej samej wartości. Austriacki ekonomista wykazał wyraźnie, że wartość nie zawiera się w rzeczach, ale zależy od obopólnej zgody kupującego i sprzedającego na wolnym rynku i jest nierozerwalnie związana z aktualnym wyborem. Wartość rzeczy zależy więc od celu, jaki człowiek przypisuje swojemu działaniu, i który znany jest tylko jemu. Międzyosobowa wymiana dóbr i usług zawiązuje więzy, które jednoczą ludzi w społeczeństwo.

Murray Newton Rothbard (†1995), amerykański ekonomista i uczeń Misesa, rozpoczął jeden ze swoich wykładów od postawienia pytania: „Co jest przeciwieństwem komunizmu?”. Z sali wykładowej padła od razu odpowiedź, że jest nim kapitalizm. To pierwsza odpowiedź, która ciśnie się każdemu z nas na usta. Rothabrd poprawiał zaskoczonych studentów i wyjaśnił, że przeciwieństwem kolektywizmu jest tylko indywidualizm. Wolna ekonomia – tak o właściwe pojętym kapitalizmie pisał w encyklice społecznej Centesimus annus (1991) bł. Jan Paweł II – to wspólnota potrzebujących siebie nawzajem ludzi, bez której nie byłoby wolnorynkowej wymiany. Mises był zdecydowanym obrońcą jednostki przed uciskiem ze strony państwa, ale w żadnym wypadku nie oznacza to, że afirmuje on bezwzględny indywidualizm. Austriacki ekonomista ma świadomość tego, że najbezpieczniejszym miejscem dla człowieka jest społeczność. Każda jednostka na wolnym rynku wie, że jej własny interes jest najlepiej zabezpieczony wtedy, gdy swoje działanie dostosuje do wymagań społecznej współpracy w ramach pokojowego podziału pracy. Każda transakcja w systemie niezakłóconej gospodarki rynkowej jest zawsze korzystna zarówno dla kupującego, jak i sprzedającego, gdyż w przeciwnym wypadku nigdy by do niej nie doszło. Ekonomia nie jest więc grą o sumie zerowej. Warunkiem wymiany jest zawsze przestrzeń wolności wyznaczona granicami własności prywatnej. Poprzez wolność rynek staje się społecznym urządzeniem do realizacji dobra wspólnego, gdzie człowiek – jako osoba rozumna i wolna – sam może o sobie stanowić i stawać się darem dla innych

…Tylko Bóg nie kieruje się własnym interesem i poczuciem dyskomfortu, ponieważ bezinteresowny i samospełniający się czyn stanowi integralną część Jego samego i Jego relacji do człowieka i świata. Człowiek zawsze działa w poczuciu odczuwalnego niezadowolenia i pragnienia zmiany tego stanu na lepszy. Bezinteresowne działanie nie jest więc do końca możliwe, ale rynkowa współpraca, w której każdy uczestnik widzi sukces, a nie porażkę swojego partnera jako środek do osiągnięcia swojego własnego celu, jest krokiem w nieustannym budowaniu pokojowego społeczeństwa i wspólnoty miłości, której wzorem jest Trójjedyny Bóg…” (Ks. Jacek Gniadek – Ekonomia trynitarna)

podobne: Rzadkość zasobów w polemice z antyekonomią granic, dyskryminacji i importu. Nie samym chlebem żyje człowiek czyli o bogactwie i moralności. oraz: Ks. Jacek Gniadek: Nieustanna walka z pierwotną rzadkością i pokusami szatana… czyli „Nie samym chlebem…” (Jak zbudować własną skalę wartości?) i to: Piotr Świder: Oda do wolności. Z dedykacją dla poszukiwaczy skarbów wolnego rynku

Jan Paweł II (mieć, być, bogactwo)

Amber Gold czy OLT Expres? Taśmy Prawdy, Zastrzeżony IPN, Komorowski i Aneks do Raportu o WSI, TeWu i Teczki , Traktat Lizboński, katastrofa smoleńska i inne newerendingstory z których NIKT nie wyciąga wniosków (ani odpowiedzialności). Kryzys przywództwa i ruch oporu przeciwko niemu.


„Sprawa Amber Gold śmierdzi na kilometr. Jak bowiem przez bite trzy lata na rynku Polskim mogła sobie bez skrępowania działać piramida finansowa bez licencji KNF, która oszukała zwykłych ludzi na 850 mln zł? (…) Czy możliwe jest, że to służby specjalne sprokurowały moment wybuchu afery?…

…Z opinii Marcina P. wynika, że młody Tusk mógł szpiegować dla ówczesnego rządu w sprawie sytuacji w OLT. Kontekstem dla całej sprawy miała być prywatyzacja LOT-u. Warto zauważyć, że po wejściu na rynek OLT – który wymusił drastyczne obniżenie cen krajowych połączeń lotniczych – rząd Tuska w sprawie prywatyzacji LOT-u poniósł spektakularną porażkę. Wycofał się bowiem jedyny chętny na zakup narodowego przewoźnika lotniczego – Turkish Airlines. Według „Rzeczpospolitej” – wartość LOTu mogła wynosić nawet około 2 mld zł. Do Skarbu Państwa należało 93,07% akcji tej spółki. Zakładając, że wejście na rynek OLT mogło spowodować, iż do znajdującej się w opłakanym stanie kasy państwowej nie wpłynęło blisko 2 mld zł (Turcy wystraszyli się bowiem tego, że LOT nie wytrzyma konkurencji z OLT), całkowicie nie przekreślałbym zeznań Marcina P., według których wywołanie przez rząd i podległe mu służby „afery Amber Gold” dopiero po 3 latach spokojnego funkcjonowania i łupienia klientów, jest zwykłą karą za inwestycje w OLT, która uniemożliwiła rządowi prywatyzację LOT-u.

Przypomnijmy, że wcześniej Marcin P. ujawnił dokument, rzekomo sporządzony przez ABW, z którego wynikało, że akcja wywołania afery Amber Gold była starannie przygotowana przez służby specjalne. Celem tej akcji było doprowadzenie do wypowiedzenia przez banki komercyjne rachunków bankowych prowadzonych przez Amber Gold, co przyczyniło się do powstania problemów firmy Marcina P. z terminowym spłacaniem lokat swoich klientów oraz wypłatą pensji pracownikom – zarówno Amber Goldu jak i OLT.”

źródło: Amber Gold: zmowa KNF i ABW?

Jako żywo przypomina mi się fragment jednego z nagrań „u Sowy”, na którym Belka wypowiada takie oto słowa: „Zadzwoniłem do Donalda i powiedziałem mu, że sprawa Amber Gold jest dość poważna, że jest to piramida finansowa, ale poważniejsza ze względu na to, że oni są właścicielami tego szybko rozwijającego się OLT Express”Myślę więc że jak najbardziej można przychylić się do tezy iż mniej palącą potrzebą „państwa” w tej sprawie było ukaranie „nielegalnych” mechanizmów w ramach których Amber Gold stwarzał zagrożenie dla prywatnych inwestorów (jak to do tej pory próbuje się wmawiać opinii publicznej), a kluczowym argumentem do chwycenia za pysk akurat tej firmy był fakt, że konkurencja na rynku przewozów lotniczych psuła „interes państwa” (czyt. ludziom establiszmentu), tj. opchnięcie LOTu w ramach prywatyzacji. Jest to standardowy przykład na to jak niebezpiecznym tworem jest państwo (w zasadzie jego chciwy aparat) jeśli dysponuje prawem do dysponowania „publiczną własnością”, i zarządzania nią bez konieczności liczenia się z interesem zwykłych obywateli. Nie mam tu na myśli dobra Pana Plichty, ale nieświadomych depozytariuszy i udziałowców jego biznesu, którzy dzieki „sprawnej interwencji” państwa stracili bezpowrotnie szanse na odzyskanie swoich oszczedności po tym jak zdelegalizowano całe przedsiewziecie. Nie wspominając już o tym jak sie kończy dla podmiotu prywatnego konkurowanie tam gdzie państwo widzi SWÓJ interes, choć to właśnie konkurencja leży jak najbardziej w interesie KAŻDEGO obywatela.

Dokładnie o tego rodzaju zagrożeniu (i że można w ten sposób zniszczyć nawet legalnie działającą firme) wspominałem na samym początku tej „afery” tu: Tusk ściga „Superwizjer” za „Amber Gold”. Polska rajem dla oszustów, kiedy niemal wszyscy byli zapatrzeni wyłącznie na proceder „oszukania inwestorów”, którzy przecież sami (dobrowolnie) zanieśli swoje pieniądze do AG licząc na złote góry (co dla niektórych rzeczywiście tak sie skończyło). Przy okazji należy pamiętać o tym, że ta „piramida finansowa” to tylko licha kupka piachu w porównaniu do PRZYMUSOWEGO wałku (na dużo większe kwoty i skalę rażenia) jakim jest ZUS (o czym więcej tu: Szewczak: Do OFE przypisano nas bez pytania. To jedno z największych oszustw III RP… Jeśli tak to jak nazwać ZUS? Michalkiewicz podaje rozwiązanie). Natomiast co do innej studni bez dna (na pieniądze podatników) czyli wspomnianym wyżej LOT, polecam lekture: „Narodowa dojarka lotnicza”… (Odys)

„…W Polsce znakomita większość tajnych współpracowników służb PRL-u, zajmująca obecnie stanowiska w biznesie, mediach czy polityce, pozostała niezdemaskowana. Szacuje się, że w 1989 r. tylko ze Służbą Bezpieczeństwa współpracowało około 90 tys. tajnych współpracowników. Podobną liczbę współpracowników miały wojskowe służby PRL, które w znacznym stopniu zdążyły zniszczyć swoje archiwa. Dziś już wiadomo, że kopie niszczonych akt trafiały do ZSRR. Wiele wskazuje na to, że Rosjanie mają także kopie kompletu akt SB. W nadzorującym SB MSW rezydentura KGB miała łączników dla każdego pionu – tylko dla wywiadu (departamentu I SB) było ich przynajmniej trzech. Gdy SB zaczęła niszczyć w 1989 r. swoje archiwa (przede wszystkim zaczynając od tych dotyczących najbardziej wpływowych osób), kopie trafiały do ZSRR. Oczywiste jest, że tajne rosyjskie służby używały i używają zawartości tych akt do działań werbunkowych w Polsce. Dziś, aby dokonać pełnej lustracji, nie można robić organizacyjnych manipulacji i wyłączać części zbiorów archiwalnych z poszukiwań archiwalnych. Prawda o „autorytetach” III RP może być szokująca, ale powinna być Polakom znana. Bez tego przebywać będziemy w zakłamanej rzeczywistości. W której „pilota” do znanych i wpływowych osób mają zagraniczne służby.

całość tu: Prawda o „autorytetach” III RP może być szokująca

Prawo i Sprawiedliwość wycofuje się z ekspresowego ujawnienia zbioru zastrzeżonego zgromadzonego w Instytucie Pamięci Narodowej. „Zetka”, w której zgromadzone są do tej pory nieujawniane akta służb specjalnych PRL, będą sprawdzane przez maksymalnie rok, a nie ujawnione w ciągu trzech miesięcy. Z kolei minister Antoni Macierewicz (PiS) chciałby, aby „zetkę” zlikwidować jak najszybciej. Według szefa MON utrzymywanie tajności „zetki” „tworzy fikcyjną elitę ludzi” w życiu publicznym i biznesie.

W obozie PiS nie ma jednomyślności ws. „zetki”. – Czasami ktoś mógł z żyłki przygody współpracować ze służbami PRL, a potem już III RP go przejęła. Dlaczego mamy go pochopnie wywalać za burtę? Czymś innym jest oczywiście sytuacja, w której ktoś współpracował w złej wierze – mówi ważny polityk z kręgu PiS.”

źródło: PiS opóźnia ujawnienie „zetki” – najtajniejszych akt PRL

„…Zdaniem Jeglińskiego nowe przepisy znowu umożliwią, by to politycy i służby decydowały o tym, co zostanie ujawnione, a co nie. – To jest bardzo niepokojące. Każda służba stara się jak najwięcej materiałów zachować dla siebie. Z doświadczenia ostatnich dwudziestu pięciu lat wynika, wiadomo co się działo z tymi materiałami, ludzie dawnych komunistycznych służb mieli dostęp do tych akt, bo mieli ich kopie. Oni są beneficjentami zbioru zastrzeżonego i są najbardziej zainteresowani, aby były tajne – dodał.

Zdaniem opozycjonisty utrzymaniem dokumentów w zbiorze zastrzeżonym jest też po myśli Rosjan, którzy także posiadają tę dokumentację – zapewne nawet w szerszej wersji. Jak zauważył, tylko „całkowite odtajnienie tych zbiorów mogłoby pozwolić na porównanie, jakich materiałów brakuje”. Ponadto przyjęcie rozwiązania, że to komisja złożona ze służb i IPN będzie decydować, które materiały zostaną odtajnione, spowoduje że cały proces przeciągnie się na lata.

W opinii Jeglińskiego, takie przepisy powodują, że likwidacja zbioru będzie uznaniowa, a to w połączeniu z nowym, jeszcze niezniżanym prezesem IPN, stawia cały proces likwidacyjny pod znakiem zapytania. – Krążą różne kandydatury, decyzja o odtajnieniu zbioru będzie zależała od charakteru, woli i zdecydowania nowego prezesa. Jeżeli będzie to człowiek w rodzaju pierwszego szefa IPN, to będzie katastrofa – zauważył.

Jedynym dobrym rozwiązaniem – w ocenie opozycjonisty – będzie odtajnienie wszystkich akt z „zetki”. – To przetnie pępowinę z PRL. Myślę, że najbardziej tajne i delikatne materiały nigdy nie trafiły do zbioru zastrzeżonego. Znana jest praktyka wymyślona przez Kiszczaka, kiedy archiwum MSWiA przeniesiono do IPN, służby pisały w tym samym dniu protokół, że wypożyczają dany materiał. W ten sposób znaczna część materiałów nigdy nie trafiła do „zetki”, tylko dalej posiadały ją służby – wskazał. Stąd też odtajnienie powinno objąć nie tylko zbiór zastrzeżony, ale i te wypożyczone materiały…” (wpolityce.pl, pch24.pl)

źródło: Zbiór zastrzeżony IPN nadal tajny?

podobne: Geneza „polskiej” bezpieki i „Archiwum Mitrochina”. Paranoja zbioru zastrzeżonego IPN i fikcja lustracji. Pamięć wybiórcza czyli „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Czemu PIS broni demokracji? oraz: Instytut Pamięci… Nietykalnej: „Zbiór zastrzeżony”, POzorowanie śledztwa na „Łączce” i niepotrzebna wiedza o zbrodniach stalinowskich. „Wyzwolenie” PO sowiecku.

„…Za poprzednich rządów PiS poprzestała na ujawnieniu 9 dziennikarzy pracujących dla WSI. Dlaczego? Okazuje się, że pokusa, aby korzystać z takiej współpracy, jest za silna dla każdej obecnej władzy. Dodatkowe pytanie jest takie, czy współpraca z polskimi służbami dziennikarza zawsze jest naganna. Przykładem niech będzie tu „A”, dziennikarz, który był korespondentem w obcym kraju i podjął współpracę z pobudek patriotycznych z WSI (wynagrodzenie jednak pobierał…), jeszcze inny dziennikarz za pomaganie WSI zapłacił życiem na wojnie.

Dylemat pracy dziennikarzy dla służb jest trudny do rozstrzygnięcia. Przypomnijmy, że przed wojną duża część dziennikarzy (i polityków) pracowała dla słynnej „dwójki” (II zarząd sztabu generalnego, czyli wywiad wojskowy). Problemem jest raczej to, do czego agentura w polskich mediach jest używana. Problemem są także sposoby jej werbunku, które są takie same jak w PRL-u. Czytałem kiedyś notatkę WSI z 2006 r., na której napisane było o dziennikarzu, że ma żonę i dwójkę dzieci, a sypia ze studentką, więc jest na niego „wejście”. Krótko mówiąc: można go szantażować. Czyli mamy sytuację taką, jaką znamy z teczek SB. Oficerowie polskich służb kupują sobie dziennikarzy, płacąc za wystawne kolacje (wybierają celowo drogie lokale, tak aby rachunki wynosiły nie mniej niż 1000 zł), ułatwiając karierę itp. Tacy dziennikarze nie tyle pracują dla służb, co dla swoich prowadzących, a pokusie wykorzystania takiej siły trudno się oprzeć.

Zdarza się również, że mamy do czynienia z etatowymi funkcjonariuszami służb, zatrudnionymi w redakcjach lub stacjach telewizyjnych na stanowiskach dziennikarzy. Tak jest i tak było od lat w wypadku Agencji Wywiadu, która lubuje się w lokowaniu swoich ludzi w opiniotwórczych tytułach. AW ma pod swoją kontrolą jedną z większych gazet w Polsce. Z agencją współpracuje zarówno właściciel, jak i prezes, redaktor naczelny (od lat 80.), na szefie działu informatyki, śledzącemu, co piszą dziennikarze, kończąc.

Czasami mają w związku z tym miejsce zabawne historie. Tak było m.in. w redakcji pewnego tabloidowego dziennika, gdy doszło do poważnej sprzeczki między dwoma jej dziennikarzami, w czasie której obaj licytowali się, który jest wyższego stopnia oficerem i więcej może! Wyglądało to naprawdę komicznie! Warto jedynie zaznaczyć, że obaj wcale nie byli pod wpływem alkoholu podczas opisywanej sprzeczki. Współpraca dziennikarzy ze służbami skutecznie psuje jakość polskich mediów. Ale jest też przejawem brutalnego łamania ich niezależności.” (Jan Piński • warszawskagazeta.pl)

całość tu: Szpiedzy w naszych mediach

podobne: Polską manipuluje (z telewizora) i rządzi postsowiecka żulia oraz: Nie będzie śledztwa w sprawie tzw. spisku generałów. Umorzenie śledztwa ws. nieprawidłowości raportu z WSI. i to: Dziennikarz służalczy to najbardziej żałosna kreatura” czyli… Ile jest dziennikarstwa w „polskich”(?) mediach. polecam również: Niezdrowe podniety nad szafami z trupami (z wykorzystaniem ofiary „Żołnierzy Wyklętych”) nie naprawią spuścizny Magdalenki i OS. PIS cierpi na KOD Bolka. Optymizm nie zastąpi nam Polski.

„…Swego czasu naczelny tygodnika „Wprost” Sylwester Latkowski, który wpuszczał w obieg stenogramy nagrań z „Sowa&Przyjaciele”, wiedziony obywatelskim obowiązkiem zdeponował w Prokuraturze całą kolekcję nagrań. Mówiło się też o taśmach z Pałacyku Sobańskich, a nawet z willi premiera, wtedy Tuska, na ulicy Parkowej. Podano nawet, że z „Sowa&Przyajaciele” jest ok. 900 godzin zarejestrowanych pogawędek przy ośmiorniczkach, a z pozostałych miejsc ok. 700 godzin.

W tamtym czasie, gdy te taśmy trafiły w ręce organów ścigania, można było przypuszczać, że celem tego zabiegu jest ukręcenie sprawie łba i zakamuflowanie zawartej tam wiedzy pod pozorem prowadzenia śledztwa. Ot, nagrywali kelnerzy, bo dostawali za małe napiwki, a napuścił ich PiS. Taką niewybredną wersję sporządzono dla ciemnego ludu, zahartowanego zresztą wiarą w „pancerną brzozę”. Z tym, że to była „niezależna” Prokuratura, zależna tylko od widzimisie premiera Tuska. I wiadomo, że działała usługowo, spełniając wszelkie kaprysy władzy.

Natomiast obecnie mamy już Prokuraturę podlegającą „dobrej zmianie”, czemu więc stykamy się z sytuacją jak za tej złej Prokuratury, czyli przeciekami, wrzutkami, odpaleniami. Co stoi na przeszkodzie by ujwanić te taśmy obanżające szemrany establishment III RP? A podobno były tam ciekawe sceny obyczajowe. Można zresztą przypuszczać, że istnieją także materiały filmowe, bo co to w tych czasach za problem umieścić kamerę, a nawet ze dwie.

Podobna sytuacja jest z publikacją aneksu do raportu o WSI. Znowu mnożą się niebywałe trudności, by ten raport ujrzał światło dzienne i widać taktykę „a może zapomną”. Zbiór Zastrzeżony w IPN, miał być udostępniony opinii publicznej, przynajmniej część podlegająca pod MON w lutym, a tu mija kwiecień i nic. Odtajniono teczkę Jerzego Zelnika, tak jakby ostrzegawczo i zapadła znana z III RP, lustracyjna cisza na przeczekanie. Zafundowano nam dziwaczny cyrk wokół teczki TW Bolka. Odgrzano sprawę znaną i wielokrotnie maglowaną. To plus parę nic nieznaczących listów, to niby całe archiwum Kiszczaka?

Nie po to głosowaliśmy na zmianę, by było po staremu. A na razie działania, jeśli chodzi o docieranie do prawdy o III RP są pozorowane. Co z tego, że dowiadujemy się o kolejnych bulwersujących faktach, jeśli odpowiedzialni za nie pozostają bezkarni, a co więcej opływają w luksusy na świetnych posadach…” (Ryszard Makowski źródło: Czas skończyć tasiemiec z taśmami)

podobne: Czy „taśmy Wprost” wypłyną raz jeszcze? oraz: Taśmociąg Platformy „wprost” POd cenzurą i czas rozliczeń za „katastrofę smoleńską” czyli… „WSI wraca tylnymi drzwiami” dzięki (anty)Tuskowej reformie służb specjalnych. i to: Lech, czarownica i stara szafa. Afera z „Bolkiem” jest dla głupich, ważni są INNI. Festiwal hipokryzji, teorie spiskowe i brak konkretów.

Aneks do Raportu z Weryfikacji WSI, sprawa zabójstwa księdza Jerzego, strategia bezpieczeństwa narodowego, sądowe zeznania świadka Winiarskiego, publicystyka Wojciecha Sumlińskiego.

Co łączy te różne tematy i sprawia, że można dopatrywać się w nich wspólnego mianownika? Znajduję jedną, podstawową cechę – wszystkie są związane z osobą Bronisława Komorowskiego i z środowiskiem, któremu patronował były lokator Belwederu. Wszystkie też należą do spraw skrupulatnie przemilczanych i ignorowanych przez Andrzeja Dudę i układ rządzący…

…Publikacja Aneksu nie jest nam potrzebna dla rozbudzenia emocji lub zaspokojenia ciekawości pospólstwa, ale po to, by obnażyć i przeciąć patologiczne więzi łączące polityków, biznesmenów i ludzi megasłużb sowieckich. Ten przestępczy triumwirat jest fundamentem tzw. układu III RP. Ujawnienie tych relacji to najżywotniejsza kwestia bezpieczeństwa, która winna być priorytetem władzy deklarującej troskę o sprawy obywateli. Każdy dzień zwłoki oznacza kontynuację mafijnych związków i pozbawia Polaków prawa do wiedzy kształtującej wybory polityczne i świadomość społeczną. Dlatego ten, kto nadal ukrywa Aneks wyrządza Polakom ogromną krzywdę i podtrzymuje patologiczne układy. Przypomnę, że decyzja Andrzeja Dudy o odmowie udostępnienia kopii Aneksu na potrzeby prokuratury, spowodowała już umorzenie śledztwa w sprawie wycieku tajnych dokumentów. Oznacza to, że nie poznamy inspiratorów publikacji tygodnika „Wprost” i nie dowiemy się, kto „grał aneksem” przeciwko politykom ówczesnej opozycji.  

Prawda o męczeństwie świętego Jerzego nie jest nam potrzebna, by szukać sensacji. Nawet nie po to, by stawiać sprawców przed sądem, wznawiać procesy, oskarżać i ferować wyroki. Potrzebujemy jej dlatego, by z tej śmierci wyrosło dobro – takie, jakiego ksiądz Jerzy chciał dla Polski i Polaków.

Tym dobrem nie jest III RP – twór komunistycznej sukcesji, powstały na zaprzaństwie i depozycie zbrodniczej wiedzy. Wagę ujawnienia rzeczywistych okoliczności śmierci księdza Jerzego, można zrozumieć wyłącznie w perspektywie tzw. transformacji ustrojowej, u której źródeł leży mord założycielski. Logika tego procesu zakładała bowiem, że zabójstwo księdza, a następnie włączenie wyselekcjonowanej opozycji w proces fałszowania zdarzeń, otworzy drogę do układu „okrągłego stołu” i zbuduje fundament „nowego porządku”. Udział w tym zabójstwie ludzi służb wojskowych PRL oraz włączenie agentury w proces fałszowania prawdy,  do dziś stanowią najmocniejszą gwarancję obcych wpływów i wytyczają relacje życia publicznego i politycznego…” (Aleksander Ścios całość tu: CYROGRAF)

polecam: Sumliński i patologie III RP. Sprawa ks. Popiełuszki sprawdzianem chęci rozliczenia PIS z PRL. Klątwa FOZZ i kompromisu z komuną. oraz: Prawo i sprawiedliwość? „Ułaskawienie” Kamińskiego. Parasol ochronny nad Komorowskim? Zamiast aneksu do raportu WSI, „raport” z niegospodarności. Koniec „złotych spadochronów”. Komentarz Michalkiewicza.

„…po sześciu miesiącach sprawowania władzy przez układ Prawa i Sprawiedliwości, nie tylko nie mamy informacji o kulisach rządów reżimu PO-PSL, ale nie doczekaliśmy się próby wyjaśnienia jakichkolwiek przestępstw, afer i matactw poprzedniej ekipy. Przez ostatnie pół roku rząd PiS nie przedstawił ani jednego audytu ministerialnego i nie sformułował żadnego zarzutu pod adresem przedstawicieli reżimu. Polacy nadal nie wiedzą o korupcji, nepotyzmie czy ustawionych przetargach. „Odzyskana” przez PiS prokuratura nie prowadzi postępowań w sprawie afery marszałkowej, stoczniowej, gazowej czy hazardowej, ani w żadnej z setek innych afer, o jakich słyszeliśmy w ciągu ostatnich lat. Nic nie słychać o odpowiedzialności karnej i politycznej za paktowanie z Putinem, o zarzutach zdrady dyplomatycznej, o szukaniu winnych represji i przestępstw sądowych, o rozliczeniu samowoli służb specjalnych, o ściganiu służalczych sędziów, prokuratorów i policjantów. Zadziwia też nonszalancja, z jaką prezydent Andrzej Duda traktuje sprawę Aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI – dokumentu, który jest źródłem bezcennej wiedzy o funkcjonowaniu przestępczego układu III RP. „Ta sprawa nie jest w tej chwili najważniejsza” – orzekł następca B. Komorowskiego. „Mam znacznie poważniejsze sprawy, co do których zobowiązałem się względem wyborców” – uznał prezydent i do tej chwili odmawia nawet ujawnienia, czy jest w posiadaniu tajnego dokumentu.
Tylko dwie przyczyny mogą tłumaczyć taką sytuację – albo przez osiem lat popełnialiśmy kardynalny błąd, dopatrując się zła w rządach reżimu PO-PSL, albo obecna ekipa chce ukryć przed Polakami wiedzę o funkcjonowaniu „demokracji” III RP i zamierza uciec od obowiązku rozliczenia poprzedników…

…padła obietnica, że w najbliższą środę rząd dokona prezentacji audytów poszczególnych ministerstw. Przypuszczam, że jeśli w ogóle dojdzie do takiej prezentacji, zostanie ograniczona do rzeczy doskonale znanych, do ogólników i spraw podrzędnych.
Przedstawiciele PiS mogą czuć się bezpiecznie składając puste deklaracje i mamiąc wyborców wizją rozliczenia poprzedniej ekipy. Żadne „wolne” medium nie pozwoli sobie na krytyczną ocenę tej władzy i nie ośmieli domagać spełnienia obietnic (…) Oczekiwania wyborców na rzetelne podsumowanie rządów PO-PSL są częściowo zaspokajane przy pomocy kontrolowanych „przecieków”. Poszczególni żurnaliści „wolnych mediów” otrzymują dostęp do sprawozdań, by epatować odbiorców banałami lub „rewelacjami” o zakupach prezentów. Najbliższa (środowa) inscenizacja może również posłużyć do zwekslowania tematu rozliczeń i zastąpienia go jałowymi zarzutami. Wyborcy PiS cierpią zaś na zbyt głęboki deficyt odwagi i samodzielnego myślenia, by zdobyli się na krytyczną ocenę lub formułowanie żądań…

…W tekście „JAK PRZEGRAĆ W OBRONIE III RP – hipotezy i teorie”, z 22 lutego br. przedstawiłem kilka hipotez związanych z kombinacją operacyjną pt. teczki Kiszczaka. Omawiając jedną z nich napisałem – „Może się zatem zdarzyć, że celem obecnej kombinacji jest wprowadzenie do „obiegu publicznego” dokumentów/informacji niekorzystnych lub dyskredytujących układ rządzący. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy w odzyskanych przez IPN „zbiorach Kiszczaka” (bądź w prywatnym archiwum innego, prominentnego esbeka) zostaną znalezione dokumenty świadczące o współpracy agenturalnej któregoś z czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości bądź informacje obciążające (kompromitujące) najważniejsze postaci „środowiska patriotycznego”. Jeśli wcześniej, z tego samego źródła uzyskano szereg wiarygodnych dokumentów, na jakiej podstawie można wykluczyć prawdziwość tego, konkretnego przekazu? Kto uwierzyłby, że esbek przechowujący oryginały dotyczące TW „Bolka” lub teczki niezwykle cennych agentów, kolekcjonuje w swoich zbiorach pospolite „fałszywki” i zbiera informacje pozbawione znaczenia? Takie „znalezisko” byłoby cennym elementem rozgrywki prowadzącej do rozpisania wcześniejszych wyborów lub przez długie lata pozwoliło eksploatować temat niewygodny dla PiS-u.”
Nietrudno zauważyć, że rozgrywka z tzw. teczkami Kiszczaka stanowiła swoistą cezurę i miała wpływ na decyzję o odstąpieniu od publikacji wyników audytów. I nie tylko, bo niemal w tym samym czasie wyciszono temat ujawnienia „zbioru zastrzeżonego” oraz zrezygnowano z nagłaśniania projektu ustawy ograniczającej emerytury esbeckie. Choć przeszkoda, w postaci obawy o „spowodowanie totalnego chaosu informacyjnego” wkrótce ustąpiła, PiS nie powrócił już do pomysłu ogłoszenia audytów i poprzestał na epatowaniu jałowymi obietnicami.
Ukrywanie wiedzy o stanie III RP i zaniechanie rozliczeń poprzedniego reżimu, jest oczywistym dowodem słabości grupy rządzącej. Świadczy o tym również kondycja sztucznie wykreowanych przeciwników i zakres spraw, jakie zostały narzucone PiS-owi w czasie ostatniego półrocza. Jeśli do miana „najgroźniejszych wrogów” partii pana Kaczyńskiego pretendują – średnio inteligentny sędzia i gromada jazgotliwych zamordystów, trudno się spodziewać, by taka formacja polityczna mogła przeprowadzić autentyczne zmiany lub potrafiła zerwać ze spuścizną III RP.
Skoro bez najmniejszego problemu narzucono PiS-owi nonsensownych „spór o Trybunał” i wepchnięto w zdradliwą „pułapkę demokracji”, nie wolno wierzyć, że partia pana Kaczyńskiego zechce osądzić bandytów i aferzystów lub podejmie jakąkolwiek „kontrowersyjną” sprawę…

…Nie wykluczam, że obecna ucieczka od „tematów trudnych” i brak woli rozliczenia układu III RP , może świadczyć o istnieniu zakulisowych ustaleń i koneksji, w których oportunizm, kunktatorstwo lub groźba użycia komprmateriałów stanowią ważną platformę porozumienia… (Aleksander Ścios całość tu: SPEKTAKL „DEMOKRACJI III RP” – CZY OSTATNIA MISJA AGENTA ?)

podobne: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach  oraz: Tania łaska zamiast rozliczenia, Belka w oku PIS i frazesy o „dobrej zmianie” (Oficer „bezpieki” dostał ważne stanowisko w MSZ!) 

…jednak to nie jest takie proste ponieważ…

„…ważniejszy jest program polityczny, jaki wyłonił się z przemówienia prezesa PiS. Można w nim wskazać trzy zasadnicze punkty: po pierwsze – wytarzanie Donalda Tuska w smole i pierzu, przy czym nie jest do końca jasne, czy ten zabieg ma poprzedzać egzekucję, czy być karą samoistną. Po drugie – wybudowanie na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie pomnika prezydenta Lecha Kaczyńskiego i wreszcie – po trzecie – przedstawienie w książkach i podręcznikach szkolnych pełnej prawdy o wspaniałych dokonaniach prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Oprócz tych trzech zasadniczych punktów jest również i czwarty, polegający na „dążeniu do prawdy” odnośnie smoleńskiej katastrofy. W tej ostatniej sprawie prezes Kaczyński pochwalił ministra Macierewicza za to, że wraz ze swą parlamentarną komisją „dokonał cudów”. To akurat prawda i sam mógłbym wskazać co najmniej dwa cuda. Otóż – po pierwsze – prezes Kaczyński cieszy się reputacją wirtuoza intrygi, a tymczasem minister Macierewicz, przejmując inicjatywę w sprawie „dążenia do prawdy”, owinął sobie prezesa Kaczyńskiego dookoła palca, zmuszając do podążania ku prawdzie szlakiem przez siebie wytyczonym. W rezultacie prezes Kaczyński nie może już z tego szlaku zboczyć bez narażenia się na ośmieszenie do końca życia… 

Mamy zatem program, który można by uznać za prywatny program prezesa Kaczyńskiego, gdyby nie to, że prezes pełni de facto funkcję Naczelnika Państwa, któremu podporządkowane są inne konstytucyjne organy w postaci prezydenta i rządu. W takiej sytuacji wspomniany program można uznać za program rządu, a nawet – całego państwa…

Skoro tak, to możemy porównać ten program z programem realizowanym na Węgrzech przez premiera Wiktora Orbana. Premier Orban zauważył, że aby zapewnić państwu węgierskiemu swobodę ruchów, trzeba wydobyć je z pułapki zadłużenia. Wymaga to przykręcenia finansowej śruby nie tylko zagranicznym korporacjom, ale również Węgrom – i premier Orban tę śrubę Węgrom przykręca. Mimo to jednak już dwukrotnie wygrał wybory z większością konstytucyjną, co jak dotąd żadnemu Umiłowanemu Przywódcy w naszym nieszczęśliwym kraju się nie udało. Czym wytłumaczyć to społeczne poparcie? Pewne światło rzuca na to sformułowanie zawarte w preambule nowej węgierskiej konstytucji: „korona Świętego Stefana”. Jest to inna nazwa terytorium węgierskiego sprzed traktatu w Trianon, narzuconego Węgrom 4 czerwca 1920 roku jako kary za uczestnictwo Węgier w I wojnie światowej po niewłaściwej stronie. Traktat w Trianon był dla Węgier traktatem rozbiorowym w następstwie czego utraciły one dwie trzecie terytorium państwowego. W tym kontekście program polityczny premiera Orbana jest bardzo czytelny: musimy wydobyć Węgry z pułapki zadłużenia, by państwo odzyskało swobodę ruchów. Wymaga to wprawdzie przykręcania śruby, ale popatrzcie tylko, jaki cel nam przyświeca! I Węgrzy to rozumieją i premiera Orbana popierają. Ale bo też program ten nie jest wyrazem jakichś dynastycznych urojeń, tylko skierowany ku potrzebom państwa, ku potrzebom narodu i ku przyszłości. I dopiero na tym tle możemy ocenić głębokość kryzysu przywództwa, w jakim pogrąża się nasz i tak już przecież nieszczęśliwy kraj.” (Stanisław Michalkiewicz całość tu: Cudowny kryzys przywództwa)

podobne: Studium węgierskiego przypadku nad Wisłą czyli… ile z Orbana w PISie. Czego powinien chcieć od władzy zwykły Polak?

„…tak samo jak nie powinny Polską rządzić trumny Piłsudskiego i Dmowskiego – tak też nie należy wysuwać do tej roli trumny (respective: sarkofagu) Lecha Kaczyńskiego. Na naszych oczach w tych miesiącach właśnie ujawnia się całkowite bankructwo jego polityki, której aksjomatem były trzy egzotyczne sojusze: wobec Waszyngtonu, wobec państwa i diaspory żydowskiej i wobec masonerii. Były to sojusze kompletnie egzotyczne – bo całkowicie jednostronne, pozbawione cech realizmu, czyli jakkolwiek pojmowanej wzajemności, która jest przecież podstawą każdej realnej dyplomacji.

Poza wspomnianym już aktem lizbońskiej abdykacji z suwerenności parę jeszcze jego decyzji i zaniechań pozostanie na zawsze czarnym memento dla każdego polskiego państwowca – ot, choćby: wstrzymanie ekshumacji w Jedwabnem; rozmontowanie (wspólne z bratem) większości parlamentarnej za życiem; zatrzymanie lustracji (poprzez autosabotaż ustawy o IPN i odłożenie ad acta aneksu do raportu o likwidacji WSI); socjalistyczna awersja do tzw. prywatyzacji, czyli zwrotu mienia zagrabionego polskim właścicielom; gołosłowna retoryka polityki jagiellońskiej połączona z fatalną praktyką izolowania Białorusi; deklarowanie na kredyt wiecznej lojalności sojuszniczej wobec Izraela i jednoczesne koncesjonowanie działalności jawnie antypolskich organizacji w rodzaju B’nai B’rith Polin etc., etc. Na czymże więc miałaby polegać owa tylekroć już deklarowana wola realizacji „politycznego testamentu” Lecha Kaczyńskiego? W naszej historii przypadnie mu miejsce bynajmniej nie monumentalne – między tragedią a groteską – między Sikorskim a Mikołajczykiem.

…Polska racja stanu wymaga dokładnego i szczegółowego wyjaśnienia sprawy Lizbony (2007–2009) – aby mechanizm międzynarodowego szantażu nie został znów bezkarnie zastosowany wobec tych, którzy dziś stoją na narodu czele i dzierżą stery nawy państwowej. To im właśnie, ludziom tak chętnie powołującym się na ów „testament Lecha Kaczyńskiego”, paradoksalnie najbardziej powinno zależeć na wyświetleniu sprawy lizbońskiej – nie mniej niż smoleńskiej…” (Grzegorz Braun • polskaniepodlegla.pl)

źródło: Grzegorz Braun: Pytajcie o naciski – zawczasu nie po fakcie!

podobne: „Szklany nocnik dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego” za „Traktat Lizboński i nadmuchiwanie Niemiec”. oraz: Sprzedawczyki spod Lizbony zawłaszczają Kościół czyli… PiS udaje, że reprezentuje elektorat katolicki.

Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta… bo stanowi nieodłączny element tego burdelu od tzw. „transformacji ustrojowej” którą firmował swoją osobą ś.p. Lech Kaczyński najpierw w Magdalence a później wspierając Wałęsę.

Wmawia nam się że PIS i „oPOzycja” walczą o jakieś zasady (demokratyczne), które mają na celu „dobro Polski”. Nikt jednak nie poczuwa się do obowiązku wytłumaczenia zwykłym ludziom na czym to rzekome dobro miałoby polegać. Nie przeszkadza też żadnej ze stron „sporu” fakt naginania owych zasad (i tzw. „prawa”) do swoich potrzeb. Jakimś „cudem” to co do tej pory (od 25 lat „wolnej polski”) było jednoznaczne i proste w interpretacji (dla wszystkich udziałowców polskiej sceny politycznej) przestało takie być.

Optykę zmieniła walka o polityczną dominację, z czym łączy się osiąganie konkretnych korzyści majątkowych, wynikających z „redystrybucji” środków zwanych „publicznymi”. Gra nie toczy się bowiem o żadne „dobro Polaków”, ale o miejscówki za stołem na którym owo dobro jest rozdzielane. Chodzi o to kto i ile będzie czerpał z tego „dobra nas wszystkich”… DLA SIEBIE i swoich politycznych kolegów.
„Dobra zmiana” która postanowiła zagarnąć wszystkie insygnia władzy dla siebie wywołała klasyczny konflikt interesów z POprzednią władzą (będącą obecnie w opozycji – czyt. z dala od głównego koryta) i o to właśnie toczą się te wszystkie boje zwane „obroną demokracji”. Rewizja dotychczasowego przepływu publicznych pieniędzy „w gospodarce” (czyt. do wyznaczonych przez władzę dworów/przyjaciół królika), przestraszyła POprzedników utratą pozycji i zysków jaką sobie przez lata wybudowali. To dlatego każda ze stron postrzega „interes państwa/obywateli” zupełnie inaczej, i ma na swoje (Sejmu lub Trybunału Konstytucyjnego) działanie zawsze jakieś prawno/proceduralne usprawiedliwienie, naginające przepisy w sposób dla siebie korzystny i przedstawiając to opinii publicznej jako jedynie słuszną wersję „prawa powszechnie obowiązującego” – bezprawną tylko w mniemaniu politycznego przeciwnika.

Tymczasem ani żadne „ale” (uzasadnienie), ani owe „zasady” (prawo) nie usprawiedliwiają tego co się w rzeczywistości dzieje. Tu nie chodzi o to kto był pierwszy (jajko czy kura) i kto bardziej naruszył „prawo” (czytaj interes partyjny sitwy która obecnie rządzi, bądź tej która zajęła jej miejsce w opozycji). Chodzi o to że tak ustawodawstwo jak i sądownictwo to DWA ODDZIELNE byty (o egzekutywie, i o tzw. 4 władzy nie wspominając). Nie po to bowiem ktoś wymyślił trójpodział władzy, żeby potem jedna z nich wykorzystywała przewagę w którymś ze swoich organów (Sejmie, tudzież w Trybunale) by narzucać swoją wolę pozostałym, sięgając tym samym po władzę absolutną. Na tym się bowiem zasadza ISTOTA BEZPIECZEŃSTWA NAS – OBYWATELI przed NIMI czyli władzą, że one się gdzieś jednak wzajemnie ograniczają i kontrolują. Jeśli zaś nie potrafią powstrzymać własnych ambicji, i nie potrafią obronić interesu obywateli przed zakusami swoich ustawowych rywali, to na co komu taki sejm czy sąd, tudzież prezydent? W takim momencie nie może być mowy o ŻADNYM „interesie obywateli”.
Pora zdać sobie sprawę z tego, że pomimo „walki” miedzy Sejmem a TK (czyli między jednym a drugim obozem władzy), tak naprawdę WSZYSTKIE kluczowe (w sposób zgubny dla narodu) ustawy już dawno obowiązują i działają, a kolejne ciągle są wprowadzane w życie. Więc nie dajmy sobie wmówić że ta „wojna na górze” toczy się o jakiś „narodowy interes” bo to jest nieprawda.
Osobiście od dłuższego czasu kibicuję temu, żeby Sejmowe gnioty sięgające coraz głębiej do kieszeni podatników nie mogły zostać opublikowane z racji swojej niekonstytucyjności. Nie interesuje mnie szanowny Sejmie twoje „prawo” do ustaw, jeśli sięgasz dzięki niemu coraz głębiej do kieszeni, zadłużając mnie i resztę obywateli tego „nieszczęśliwego kraju” na kolejne pokolenia. Tak samo nie interesują mnie twoje wyroki szanowny Trybunale Konstytucyjny jeśli dotyczą „spraw własnych”, podczas gdy bez sprzeciwu puszczane są w obieg sejmowe gnioty sankcjonujące złodziejstwo. Więc dopóki oba twory pracują wspólnie i w porozumieniu we WŁASNYM interesie kosztem Polaków, to ja się nie dam nabrać na propagandę jakoby któraś ze stron walczyła w moim interesie. Mam gdzieś „dwa porządki prawne” jakie z tego tytułu powstają (bo nie powstają), jeśli żaden z nich nie poprawia faktycznie sytuacji w której na dzień dzisiejszy czeka mnie przyszłość bez emerytury pomimo LEGALNEGO nabycia do niej praw. Co mnie obchodzi stołek jakiegoś urzędnika/figuranta z TK, „uciemiężonego” z tego powodu że nie może publicznie demonstrować swoich poglądów politycznych (obecnie na „zwolnieniu lekarskim” łazi po telewizjach jak jakiś męczennik i bohater), kiedy w tym samym czasie Polakom (którzy go utrzymują z podatków i „składek”) ciężko jest znaleźć godnie płatną pracę i muszą w jej poszukiwaniu tysiącami emigrować za granicę.

Jak dla mnie do tego kompletu „sparaliżowanych organów” (walczących tak naprawdę wyłącznie o SWÓJ interes) brakuje jeszcze władzy wykonawczej i tzw. czwartej którą PIS bezczelnie nazywa „narodową TV” – po to by biedni ludzie myśleli że coś się zmieniło w dotychczas serwowanej jakości informacji. Tylko ktoś totalnie zanurzony w propagandzie „nowej” władzy może uznać że „Bodo”, tureckie seriale, odgrzebana PRLowska poligramota w postaci „sondy”, „pegaza”, czy „teleranka”, tudzież małpowanie konceptu TVNowskiego „szkła kontaktowego”, a już szczególnie uchwalenie za te „ofertę” PRZYMUSOWEGO haraczu (czy ktoś „to” ogląda czy nie), jest tym co wyczerpuje wymogi tzw. „misji publicznej” (tj. wychowaniu społeczeństwa obywatelskiego). Jeśli tak ktoś myśli i uważa poparcie dla tego czegoś za przejaw patriotyzmu to współczuje.
Zamiast „sprawnego działania” tych szkodników życzę wiec sobie, by w końcu ONI wszyscy razem (i każdy z osobna) nie mogli nawet palcem ruszyć dla „dobra kraju”. Niech nareszcie Polacy staną się wolni od tej „opieki”… Może wtedy zacznie się ludziom chcieć żyć po swojemu a nie tak jak im Pan Kaczyński, Schetyna, Petru, Kosiniak Kamysz, czy inny Rzepliński (jedna wielka socjalbanda) każą, biorąc ze swoje „nieocenione usługi” niemałe pieniądze.

Propagandyści obu obozów oraz inni ściemniacze/uciekacze od istoty problemu polskiej biedy, epatujący nas codziennie tym żerowiskiem szczurów jako „racją stanu”, będą mieli dzięki tej orgii chaosu nieskończone źródło tematów dla swoich coraz bardziej pudelkowych felietonów, ale im dłużej trwa ten cały „impas” tym szybciej się znudzi NORMALNYM ludziom, którzy być może w końcu przejrzą na oczy i zaczną zadawać pytania nie o „wojnę na górze” (za którą płacą ciężkie pieniądze odbierane im POD PRZYMUSEM), ale o to gdzie jest do cholery ta cała „dobra zmiana” i „interes narodu”, i czemu bez względu na to kto pełni te rolę to i tak nic się dla przeciętnego obywatela nie zmienia. Dzięki temu cyrkowi (i im dłużej on trwa) jest szansa na to że chociaż część obecnych wyborców zniesmaczona tą małpiarnią, w kolejnych już wyborach odda swój głos na kogoś NORMALNEGO spoza tego układu POPIS/nowoczesna/PSL (czy ich ideowe przybudówki)… (Odys)

podobne: IV RP kontra III RP czyli lekcja z demokracji. Sprawa Sumlińskiego, niekompetencja w MON i uchwała sejmu ważniejsza od Konstytucji. Czy Duda złożył Rzeplińskiemu propozycję nie do odrzucenia? Na czym polega postkomunizm i czy socjalista może być dobrym patriotą?

W jednej ze swoich książek („Milczące psy”) Waldemar Łysiak we fragmencie dotyczącym fikcyjnej instrukcji Katarzyny Wielkiej dla jej ambasadora w Polsce, trafnie odmalował to co sie dzieje obecnie zwracając uwage na istote problemu bezkarności władzy i wynikającej stąd szkody dla zwykłego obywatela, oraz w czym tkwi siła naszego narodu. Niezależnie od tego kto do tej pory rządził wygląda to tak:

„…Polacy. Nie można zaanektować ich państwa, bo trzeba byłoby dzielić się z Prusami, Austrią, Turcją i Bóg wie z kim jeszcze; narzuca to europejska równowaga sił.

…Należy raczej zdemoralizować ich do szpiku, zostawić im formalną swobodę, z całym teatrum nazw i symboli, które tak kochają, z całą honorową frazeologią, która jest ich narkotykiem, z konstytucyjnymi prawami o fałszywej wartości, i przytroczyć do siodła niewidzialną liną, której jeden koniec trzymasz mocno w dłoni, a drugi zakotwiczyłeś w sercach ,,milczących psów”, co sprawują tam władzę. Szarpniesz i kukiełki robią żądany ruch…

Stworzymy tam nową oligarchię, która będzie okradać własny naród nie tylko z godności i siły, lecz po prostu ze wszystkiego, głosząc przy tym, że wszystko, co czyni, czyni dla dobra ojczyzny i obywateli. Niższe szczeble tych krwiopijców będą uzależnione od wyższych w nierozerwalnej strukturze piramidy. Trzeba będzie starać się, by w piramidę wpasowany był każdy zdolny i inteligentny człowiek, by zechciwiał w niej i spodlał. Niedopasowywalnych szaleńców, nieuleczalnych fanatyków, nałogowych wichrzycieli i każdą inną wartościową jednostkę wyeliminujemy operacyjnie…”

„…Nie wiem czy wszyscy już to dostrzegli, ale ja właśnie zadałem pytanie o sens niepodległości bez własności. Oto kosztem niewyobrażalnych ofiar odzyskujemy niepodległość, czyli nasze państwowe dekoracje, po to, by w tym rzekomym państwie żyć jak niewolnicy, traktowani w dodatku wrogo przez urzędników tego państwa. To jest poważny paradoks wynikający z niezrozumienia tego czym jest państwo i jaka jest hierarchia organizacji. Już o tym pisałem, ale jeszcze powtórzę: większość tak zwanych niepodległych państw to dekoracja i fikcja mająca maskować interesy wielkich instytucji finansowych, które posługując się retoryką niepodległościową, załatwiają różne sprawy na rynkach światowych. Jeśli ktoś daję się w tę grę wciągnąć sam jest sobie winien. Czasem jednak nie ma wyboru. I my to doskonale wiemy. Nie wszyscy jednak, bo sięgające pod niebo piony formacji urzędniczych sądzą, że jest dokładnie odwrotnie, że to oni i ich dobrostan, jak sobie lubił czasem zażartować Migalski, są przedmiotem troski organizacji globalnych. Otóż spieszę z życzliwym wyjaśnieniem – nie jest to prawda…

Warto przy tym też zapytać kto chce zarobić dziś na tym, że ziemia w Polsce wolnej i niepodległej, w Polsce która oddaje hołd tym rzekomo niepodległościowym tradycjom, wyłączona jest w obrotu rynkowego

…Teraz pora wyjaśnić co jest istotą tak zwanych dojrzałych demokracji. Czy jest to prawo obowiązujące wszystkich poddanych, to jest, chciałem rzec obywateli? Nie, istotą dojrzałych demokracji są ukryte hierarchie, dla których prawo jest pretekstem do wyduszania pieniędzy z niewolników zwanych obywatelami oraz do ciągłej ich degradacji. Nie tylko finansowej, ale także moralnej

…Ktoś może powiedzieć, że doszedłem do ściany, bo kwestionuję sens odzyskiwania niepodległości. Nieprawda, ja tylko kwestionuję sens jej tracenia. Oto Polska w XVIII wieku, omamiona ideą postępu położyła głowę na pieniek. Potem zaś przez 122 lata próbowała sobie tę głowę nieudolnie przykleić do korpusu z powrotem w myśl zaleceń płynących z demokratycznych stolic. Kiedy się to w końcu udało okazało się, że głowa gada w jakimś niezrozumiałym języku o sprawach, które nie rokują za dobrze. Całość zaś przypomina trochę stwora, co go wyprodukował doktor Frankenstein w demokratycznej Szwajcarii, przytułku wszelkiej maści rewolucjonistów. I tak jest do dzisiaj.

Historia uczy nas, że państwo może upaść, ale naród zostaje. Jeśli jednak nasi ciemiężyciele, potomkowie carów i Wilhelmów porzucą swoją tradycję i zaczną małpować zasady dojrzałych demokracji, przy usilnym wsparciu ideologicznym ze stolic tychże demokracji płynącym, to może się okazać, że i naród nie przetrwa. Nic bowiem nie stoi w miejscu i nie ma już powrotu do pogodnych czasów Hakaty. Ludzie się uczą, a do tego pokładają jeszcze wiarę w tej nauce. I zgodnie z postępem zmieniają metody działania – patrz Hitler i Stalin.” (coryllus całość tu: Polacy i ich londyńskie banki)

podobne: Wolność a niepodległość. Czy Polska jest niepodległa a Polacy wolni? oraz: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu i to: Wewnętrzna sprzeczność czyli… państwo i wolność. a także: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii.

„…Niestety nie wszyscy ludzie są zdolni zrozumieć długookresowe skutki życia bez praw własności i opierania stosunków społecznych na rabunku.

Dlatego też mądre społeczeństwa obwarowały fundament swojego sukcesu – własność prywatną – bastionem prawa chroniącego ją i gwarantującego, że każdy, kto wyciągnie rękę po cudze mienie, ponosi ryzyko spotkania się z brutalną przemocą odwetową. Jeśli bowiem ktoś nie jest zdolny pojąć że rabunek w długim okresie czasu doprowadzi go do zguby, musi być uświadomiony, że zguba czeka go także w bliskiej przyszłości, a nawet, że nadejść może jeszcze w chwili, gdy podejmie próbę kradzieży. Tylko wtedy możemy zniechęcić niektórych przed sięganiem po owoce cudzej pracy i konsumowanie ich, mimo, że nie przyłożyli do ich wytworzenia ani odrobiny wysiłku i nie należą im się. Jeśli jakieś społeczeństwo decyduje się znieść groźbę przemocy odwetowej w przypadku rabunku, społeczeństwo takie podmywa fundament swojego własnego dobrobytu i stabilności społeczno-gospodarczej.

Gdy sąd ogłasza, że wolno kraść i złodziej nie poniesie konsekwencji, dla wielu ludzi znika motywacja do uczciwej pracy i handlu, gdyż rabunek jest prostszy i wymaga mniej wysiłku w stosunku do uzyskanej korzyści. Ludzie pozbawieni wewnętrznej moralności, niezdolni do odróżnienia dobra od zła, będą kierowali się właśnie takim prostym rachunkiem zysków i strat. Gdy tylko zauważą, że współczynnik profit/loss jest wyższy dla kradzieży, niż dla pracy i handlu, nic nie powstrzyma ich przed rozgrabieniem wszystkiego, co wypracowali uczciwi i moralni członkowie społeczeństwa.

Na marginesie warto też dodać, że z punktu widzenia etyki, nie ma zasadniczo żadnej różnicy, czy rabunku dokonuje głodny biedak osobiście wynosząc bułkę ze sklepu, czy też robi to w jego imieniu urzędnik skarbowy opodatkowując sklepikarza a następnie przekazując część tak zdobytych funduszy głodnemu biedakowi. Z punktu widzenia ekonomii druga sytuacja jest jeszcze gorsza, gdyż urzędnik musi zrabować nieco więcej sklepikarzowi, aby utrzymać, poza biedakiem, także siebie i swoją rodzinę. Tak czy inaczej, w obu przypadkach mamy do czynienia z legalizacją rabunku a więc z regresem społeczeństwa do stanu sprzed powstania cywilizacji i prawa. Jeśli ktoś ma wątpliwości, musi uświadomić sobie, że „prawo” dopuszczające kradzież to w istocie anty-prawo, to zaprzeczenie ludzkiej wolności i własności, a więc dwóch podstawowych zasad, w oparciu o które opiera się zaawansowana cywilizacja.” (Rafał Trabski)

całość tu: Koniec ludzkiej cywilizacji

podobne: PIS lepszy od POprzedników… w zadłużaniu Polaków. O jakim „zwrocie z inwestycji” mówią piewcy programu „500+”? Niesprawiedliwość redystrybucji i społeczna funkcja własności prywatnej. oraz: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność. i to: Rafał Ziemkiewicz: „Państwowe, czyli nie nasze”, ale „patrioci” mówią NIE dla wolnego rynku w Polsce. To mamy ten wolny rynek czy nie?

PS…

„Skoro każdy człowiek ma prawo bronić swojej osoby, swojej wolności i swojej własności – nawet używając siły – grupa ludzi ma prawo zorganizować i utrzymywać wspólną siłę, aby bronić tych praw stale.” (Frederick Bastiat – „Prawo” Paryż 1850)

Koncepcja oporu bez przywódcy została wysunięta przez pułkownika Uliusa Louisa Amossa, założyciela International Service of Information Incorporated z siedzibą w Baltimore w stanie Maryland. Amoss zmarł ponad piętnaście lat temu, ale w trakcie swojego życia był niezmordowanym przeciwnikiem komunizmu, a także wykwalifikowanym oficerem wywiadu…

Z upływem czasu nawet dla bardziej ograniczonych spośród nas będzie stawało się jasne, że głównym zagrożeniem dla życia i wolności ludzi jest rząd. Niewątpliwie ucisk, z jakim mamy dziś do czynienia ze strony rządu, wyda się dziecinadą w porównaniu z tym, co zaplanował on [rząd] na przyszłość.

Tymczasem istnieją ludzie, którzy wciąż mają nadzieję, że niewielu zdoła jakimś sposobem zrobić to, czego nie udało się dokonać wielu. Jesteśmy świadomi, że zanim rzeczy będą się miały lepiej, z pewnością będą się miały gorzej, jako że rząd demonstruje chęć użycia przeciw dysydentom coraz ostrzejszych środków państwa policyjnego…

…Z pewnością ta walka staje się w szybkim tempie i w znacznym stopniu kwestią indywidualnych działań; każdy z jej uczestników podejmuje w ciszy swojego serca decyzję, żeby się przeciwstawiać: przeciwstawiać się z użyciem wszelkich koniecznych środków. Trudno przewidzieć, co zrobią inni, bo żaden człowiek nie zna w pełni serca drugiego człowieka. Wystarczy wiedzieć, co zrobi się samemu. Wielki nauczyciel powiedział kiedyś: „Poznaj sam siebie”. Udaje się to niewielu osobom, ale niech każdy z nas obieca sobie, że nie przystanie potulnie na los, jaki zaplanowali nasi niedoszli władcy.

Wykorzystując koncepcję oporu bez przywódcy wszystkie poszczególne osoby oraz grupy działają niezależnie od siebie i nigdy nie zgłaszają się do żadnej kwatery głównej ani do żadnego przywódcy po rozkazy albo instrukcje, jak robiliby to ludzie należący do typowej organizacji o modelu piramidy.

…Nie jest to bynajmniej tak niepraktyczne, jak się wydaje, bo jest bezsprzecznie prawdą, że w każdym ruchu wszystkie zaangażowane w niego osoby mają takie samo podejście do najważniejszych spraw, znają tę samą filozofię, i generalnie reagują na dane sytuacje w podobny sposób. Historia komitetów korespondencyjnych podczas Rewolucji Amerykańskiej pokazuje, że tak właśnie jest.

Jako że ostateczny cel oporu bez przywódcy to zniesienie tyranii państwa (tym przynajmniej zajmujemy się w niniejszym opracowaniu), wszyscy członkowie ukrytych komórek albo poszczególne osoby będą mieli tendencję do reagowania na obiektywne wydarzenia w ten sam sposób – poprzez zwyczajną taktykę oporu. Powszechnie dostępne narzędzia dystrybucji informacji, takie jak gazety, ulotki, komputery itd., dają każdemu człowiekowi wiedzę o bieżących wydarzeniach, pozwalając na zaplanowaną reakcję, która przyjmie różne formy.

…Z punktu widzenia tyranów oraz niedoszłych potentatów federalnej biurokracji i agencji policyjnych nic nie jest bardziej pożądane niż to, aby ci, którzy się im sprzeciwiają, mieli ZJEDNOCZONĄ strukturę dowodzenia i aby każdy sprzeciwiający się im człowiek należał do grupy opartej na modelu piramidy. Takie grupy i organizacje łatwo zniszczyć…

ostatnią rzeczą, jakiej chcieliby rządowi szpicle, gdyby mieli w tej sprawie coś do powiedzenia, byłoby istnienie tysiąca rozmaitych małych ukrytych komórek sprzeciwiających się im [szpiclom]. Taka sytuacja to wywiadowczy koszmar dla rządu zdeterminowanego, aby dowiedzieć się wszystkiego, co możliwe, o tych, którzy mu się sprzeciwiają. Funkcjonariusze federalni, zdolni zgromadzić w dowolnej chwili olbrzymią ilość cyfr, ludzi, danych wywiadowczych oraz sił i środków, potrzebują jedynie centralnego punktu, w który skierują swój gniew. Pojedynczy przypadek infiltracji w organizacji typu piramidowego może doprowadzić do zniszczenia całości.

Tymczasem opór bez przywódcy nie daje funkcjonariuszom federalnym pojedynczej sposobności do zniszczenia znacznej części Ruchu Oporu.

…Jest zatem jasne, że czas już przemyśleć na nowo tradycyjną strategię i taktykę oporu wobec współczesnego państwa policyjnego. Ameryka w szybkim tempie stacza się w ciemną noc tyranii państwa policyjnego, w którym prawa uznawane teraz przez większość za niezbywalne znikną. Niech nadchodząca noc zostanie rozświetlona tysiącem punktów oporu. Opór wobec tyranii musi być jak mgła, która tworzy się w wymagających tego warunkach i znika, gdy ich nie ma.

całość tu: Opór bez przywódcy  wiecej tu: Dr Brzeski: Ruch oporu bez przywódców

podobne: Epatowanie terroryzmem nie służy w jego zwalczaniu.”Cyberterroryzm” i (nie)bezpieczeństwo „ustawy inwigilacyjnej”?  oraz: Totalna kontrola populacji. Amerykański Wielki Brat implementuje Orwella i to: Witold Gadowski: Mocne zmiany w służbach konieczne! Szpiegomania, dezinformacja (na przykładzie „teologii wyzwolenia” Chruszczowa) i „kontrwywiad obywatelski” a także: W krajach NATO brak jednolitego systemu nadzoru nad służbami. Sejm zajmie się projektami ustaw o ABW i AW. polecam również: 10 chwytów ciemnych typów… i jeszcze: „Je suis idiot” czyli… marsz EUnuchów i haracz dla Turcji. Czy zamachy w Belgii to wystarczający powód do zaostrzenia przepisów „antyterrorystycznych” w Polsce?

Kryzys przywództwa - rys. MAGIC

Kryzys przywództwa – rys. MAGIC

Rzadkość zasobów w polemice z antyekonomią granic, dyskryminacji i importu (Frederic Bastiat o równowadze handlowej). Nie samym chlebem żyje człowiek czyli o bogactwie i moralności.


Frederic Bastiat (ekonomia, przewidywalność, skutki, zysk, strata)

„…Głos ulicy uważa, że ekonomia to tylko dziedzina wiedzy ludzkiej, a nie zbiór zewnętrznych, niezależnych od ludzi praw wynikających z natury rzeczywistości. Sami zresztą piszą:

„Prawa ekonomii nie są niezależnymi od nas prawami logiki czy matematyki ani prawami przyrodniczymi.”

Ach, no tak, zatem rzadkość zasobów (scarity of resources) [Starve the state! #24 – Lekcja ekonomii dla lewaków, czyli o rzadkości dóbr – 31.01.2016] to czysty wymysł człowieka? W rzeczywistości dysponujemy nieskończonymi zasobami węgla, ropy naftowej, złota, diamentów i wszystkiego innego, ale ktoś się pomylił, napisał w książce ekonomicznej, że zasoby są rzadkie i dlatego świat męczy się z fikcyjnymi problemami ekonomicznymi? A co z ceną rynkową? Z czego, Panowie-reformatorzy, wynikają ceny? Też są sztucznie ustalane? Nie maja nic wspólnego z  podażą, popytem, wartościowaniem? Katalaktyka to także, jak rozumiem, arbitralna dziedzina wiedzy nie mająca nic wspólnego z realna rzeczywistością?

No dobrze, dyskusja z nimi na poziomie teorii nie ma sensu, uparli się, że można wygrać z prawami natury i tyle – natura boleśnie ich za to ukarze, gdy mając w szafce 100 gramów mąki spróbują upiec kiedyś 20 kg chleba 😉 Lepiej zająć się faktycznymi postulatami, jakie napotykamy w kolejnym wpisie naszych reformatorów z ulicy zatytułowanym „Chleb rodzi się na polu, nie w banku”.

„Zamyka się dwie szkoły, żeby utrzymać trzecią.”

A o nauce jaka jest demografia i aktualnej piramidzie demograficznej słyszeliście? Kto ma chodzić do tej trzeciej szkoły? Duchy? Kogo maja uczyć nauczyciele tam pracujący?

„Likwiduje się dwa szpitale, żeby utrzymać trzeci.”

Rozumiem, że lepiej będzie, jeśli zbankrutują wszystkie trzy naraz, bo dwa rentowne będą dopłacały do tego trzeciego, nierentownego?

„Zwalnia się ludzi z pracy, żeby kupić maszyny.”

Panowie, wyobraźcie sobie hipotetyczna sytuację: prowadzicie prywatne przedsiębiorstwo, zatrudnijcie 20 robotników i płacicie im po 1500 zł na miesiąc, czyli 30.000 zł miesięcznie. Robotnicy produkują co miesiąc dobra które sprzedacie za 35.000 zł. Inne koszty działania fabryki, sprzedaż i reklama to 4 tysiące zł. Zostaje Wam 1 tysiąc zysku. Możecie zastąpić 10 pracowników dwiema maszynami, których koszt pracy wynosi 3 tysiące złotych miesięcznie. Bilans: (10×1500)+(2×3000)+4000= 25.000 zł. 35.000-25.0000=10.000 zł. Pytanie do Was: zatrudniacie dalej 20 robotników, czy kupujecie maszyny? Zapewne powiecie, że dla „dobra ogólnego” byście zatrudniali. To teraz troszkę urealnię ten przykład – wszyscy konkurenci kupią maszyny, będą mogli obniżyć o 20% cenę swoich dóbr i wasz towar przestanie się sprzedawać. Bankrutujecie. Proste?

„Mówią nam, że w Polsce nic się nie opłaca. Nie opłaca się tanio budować, nie opłacają się szkoły, szpitale, koleje, kultura.”

Opłaca się, ale minimalnie. Opłacałoby się bardziej, ale rząd nakłada gigantyczne podatki, multum regulacji, zakazów, nakazów, utrudnień, licencji, koncesji i jeszcze ustala płacę minimalną, kontrole skarbowe, sanitarne, środowiskowe i cholera wie co jeszcze.

„Rolnictwo najlepiej zredukować, zamknąć kopalnie, huty, fabryki.”

Jeśli mam do wyboru, aby z moich podatków dofinansowano nierentownego chłopka ze wschodniej Polski, który nawet nie uprawia swojego pola, bo Unia mu za to płaci, aby nie uprawiał, to wolę, aby rolnictwo zlikwidowano, pieniądze pozostały w mojej kieszeni i żebym mógł kupić zboże z Brazylii, Chin albo skądkolwiek, gdzie ludzie jeszcze nie stracili rozumu.

„Tak jest, ale czy tak musi być?”

Oczywiście że nie musi – są dwa wyjścia. Możemy uciąć chciwe łapska rządowych złodziei i unijnych biurokratów oraz sypiających z nimi w jednym łóżku bankierów i korporacje i wprowadzić prawdziwy wolny rynek albo – zgodnie z Waszymi postulatami – wprowadzić jakieś wariacje na temat socjalizmu, gdzie „kredyt jest publiczny” a prawa ekonomii nie są brane pod uwagę. Kambodża, Związek Sowiecki, Chiny Mao – oni wszyscy tez myśleli, że ekonomia to burżuazyjne wymysły….”

całość tu: Chleb nie rodzi sie na polu, tylko w piekarni…. czyli krótki komentarz na majaki Głosu ulicy.

„…Narzędziem do przeciwdziałania importowi są cła. (…) to nie JA dysponuję wpływami z ceł, a państwo. I nie jest to dla mnie dobre, bo płacąc cło, mam mniej pieniędzy. Ale posiada je państwo, a ono — jak mówił inny profesor — działa dla wspólnego dobra, w tym również i mojego. No więc sprawdźmy, czy to państwo działa na rzecz naszego dobra. Ono za te pieniądze na przykład buduje drogi, lotniska, czy stadiony. Może to i dobrze, bo dzięki tym drogom, mogę sprawniej zaimportować mój nowszy samochód. Ale nie należy nie dostrzegać, w jaki sposób ono to robi. Drogę, której nie było, a teraz jest, trzeba odśnieżać i remontować. Droga, której nie było, to nowy koszt, którego nie było, a teraz jest. Jeżeli budowa drogi została jeszcze nawet tylko częściowo sfinansowana długiem, to obsługa długu jest też kosztem, którego nie było, a teraz jest. W taki oto sposób koszty, których nie było, a się pojawiły generują potrzebę wprowadzenia nowych ceł. Ponieważ państwa są zmuszone ponieść ciężar nowych kosztów, to są zmuszone poszukać kogoś, komu by tu jeszcze ochronić jego „miejsce pracy”. Na siłę. Takie: nie „chcem”, ale „muszem”.

Nie należy nie dostrzegać jeszcze innego aspektu spraw, związanych z cłami. Importować można, gdy się chce albo się musi. Muszę importować, gdy nie jestem w stanie czegoś wyprodukować u siebie nie dlatego, że nie chcę, a dlatego, że nie umiem. Ostatnio czytałem na przykład, że nie jesteśmy w stanie w Polsce wyprodukować podwozia do jakiejś haubicy i zrobią to dla nas Koreańczycy. Tak samo jak pojedynczy ludzie nie umieją robić wszystkiego, tak całe społeczeństwa nie umieją produkować wszystkiego. Nikt nie jest samowystarczalny, samowystarczalne nie są gminy, powiaty, województwa, czy państwa i takie jest prawo przyrody, że z tego powodu musimy wejść w relację z drugim człowiekiem, czy grupą ludzi. To się nawet opłaca i to nie tylko dlatego, że dzięki takiej współpracy mogę mieć coś, czego nie jestem w stanie wytworzyć sobie sam. Wiemy to choćby od takiego Ricardo, który jeszcze do tego udowodnił, że oprócz tego, że na takiej współpracy korzystam zarówno ja, jak i ten drugi, to bardziej na tej relacji korzysta biedniejszy z nas. Natura wspomaga biedniejszego. Bogacimy się obydwaj, ale biedniejszy z nas bogaci się w szybszym tempie. Z samego tylko podjęcia współpracy są więc korzyści, a do tego dochodzi jeszcze zjawisko synergii, które w świecie przyrody jest czymś powszechnym… Straszliwie to wszystko skomplikowane…

…Mój samochód zaimportowałem, bo uważałem i uważam, że leży to w moim interesie. Przypuszczam, że poprzedni właściciel wyeksportował go, bo uważał, że taki jest jego interes. Korzyści z importu i eksportu mają importer i eksporter. Jeżeli moim celem jest import, a eksport tylko środkiem do tego celu, to nakładając cła na import — nakładam je sam na siebie i nie działam we własnym interesie. I jeżeli cła, spływające do budżetów państw są używane do tworzenia nowego kapitału tych państw, który nie daje zwrotu (niektóre stadiony, drogi, lotniska), a który z kolei trzeba odtwarzać, co generuje dług i nowe koszty, to państwa muszą wymyślać nowe cła i chronić jakieś inne „miejsca pracy”, bez zastanawiania się już nad tym, czy ta ochrona ma sens. Bez względu na wszystko, potrzebne są wtedy nowe cła, aby obsłużyć nowe koszty. Te państwa przypominają człowieka, który siedzi na wózku, znajdującym się na równi pochyłej, na dole której czeka katastrofa. Jeżeli przy tym przez wprowadzanie nowych ceł zniewalają one ludzi, to po pierwsze muszę być Matce Naturze wdzięczny za tę katastrofę, bo ona przywróci mi wolność…

ostatnio usłyszałem od jednego profesora, że inflacja jest „dobra”, a deflacja „groźna” i że trzeba koniecznie ją zwalczać. (…) mam dysonans, bo to przecież w warunkach deflacji mogę sobie coraz więcej kupić za tę samą kwotę. To dzięki deflacji mam coraz więcej, nawet tylko leżąc na kanapie i dłubiąc w nosie. Staram się jednak nie poddawać chorobie, walczę z nią ile mam sił i próbuję dalej sobie wmawiać, że jeśli od lat zarabiam ciągle tyle samo, to inflacja jest dla mnie mimo wszystko dobra, choć dzięki niej mogę sobie coraz mniej za mój stały zarobek kupić…” (Leszek Rydzak – O granicach, dyskryminacji i imporcie)

Frederic Bastiat – Równowaga handlowa (genialny esej) 🙂

Frederic Bastiat (prawo naturalne, Bóg, państwo opiekuńcze, dotacje, subwencje, cło, podatki, opieka społeczna, socjalizm, wolność, etatyzm, biurokracja, urzędnicy)

„…Zdaniem Smitha o ile wyraźnie przeceniamy znaczenie nagromadzonego bogactwa dla naszego szczęścia, o tyle należy pamiętać, że właśnie dzięki ambicji powołano do życia rolnictwo, zbudowano miasta, odkryto wielkie prawdy naukowe i stworzono dzieła sztuki, które „upiękniają życie ludzkie”. Według filozofa właściciel dużego gospodarstwa, który nadzoruje pracę na swoich polach, wyobraża sobie, że jest w stanie to wszystko skonsumować, co Smith ujmuje następująco: „Popie oczy, wilcze gardło, co zobaczy, to by żarło”. Gdy więc właściciel ten nabywa więcej ziemi, aby ją uprawiać, wówczas uważa, że robi to, aby zaspokoić swój ogromny apetyt. Tymczasem pragnienia tego człowieka okazują się tak naprawdę dość ograniczone. Ostatecznie i tak musi się podzielić nadwyżkami produkcji, zatrudniając ludzi do pracy na roli, do prowadzenia domu, do dbania o ogród i do pielęgnacji wozów. Wszystko to zapewnia godne życie dziesiątkom innych ludzi.

Oto podsumowanie tego, co zdaniem Smitha osiągają w rzeczywistości ludzie o wygórowanych ambicjach: Niewidzialna ręka prowadzi ich do dokonania nieomal takiego samego podziału artykułów pierwszej potrzeby, który by następował, gdyby podzielić ziemię na jednakowe części między wszystkich jej mieszkańców, i w ten sposób samorzutnie i bezwiednie przyczynia się do zwiększenia korzyści społeczeństwa i dostarcza środków do rozmnażania gatunków. Dzieląc ziemię między kilku właścicieli, Opatrzność nie zapomniała ani nie pominęła tych wszystkich, których jakoby pozostawiła bez przydziału…

…Filozof powiada, że nosimy w sobie silny impuls i wielkie ambicje, które nam jako jednostkom służą kiepsko, ale ostatecznie wyprowadziły nas z jaskiń do słońca cywilizacji. Myślę, że to komplement, choć dość nieoczywisty.

…Zanim Albert Einstein stworzył teorię względności, zanim Auguste Rodin wyrzeźbił Mieszczan z Calais, zanim powstały wieża Eiffla i budynek Chryslera, zanim Brutus założył Londyn, zanim pierwszy człowiek zdał sobie sprawę, że można zasiać ziarno i poczekać, aż urośnie, zanim zakorzeniona głęboko w nas ambicja wywołała te wszystkie zmiany w warunkach bytowania człowieka, byliśmy podobno myśliwymi i zbieraczami żyjącymi w małych bandach albo klanach. Przetrwanie stanowiło szczyt marzeń tak trudnych do spełnienia. Życie było bardzo kruche, śmierć przychodziła wcześnie i często.

W takim świecie sposób, w jaki wchodziliśmy w interakcje ze sobą, był dosłownie sprawą życia i śmierci. Nie istniały firmy ubezpieczeniowe, które chroniłyby naszą dzidę. Nie było rządów, które wypłacałyby zasiłki chorobowe, gdybyś złamał nogę w pogoni za obiadem. Ludzie musieli polegać na sobie w bardzo dużym stopniu. Podstawą było zaufanie. Niezdolność do dołożenia się, do udzielenia pomocy, do wykonania swojej części obowiązków musiała być karana cały czas i dość tanio, początkowo za pomocą wstydu i złości, a z czasem poprzez wykluczenie i wygnanie, jeżeli sytuacja nie uległa zmianie. Każda rodzina, każda większa rodzina, a może i każda grupa czy każdy klan, dzielili się ze sobą tym, co mieli, z konieczności.

…Współczesna postać aktywności gospodarczej bardzo się różni od tej, którą znali nasi przodkowie. Obecnie konieczne są bowiem zupełnie inne normy społeczne i rozwiązania prawne, które umożliwiają nam wymianę handlową. Jak wskazał Leonard Read, nawet bardzo prosty produkt, taki jak ołówek, wymaga nieskoordynowanej współpracy milionów ludzi. Ten niezwykły rodzaj współpracy, która się wyłania bez udziału żadnego menedżera, tylko dzięki ludzkiej skłonności do „umowy, wymiany i kupna”, często określa się mianem rynku — choć jego podręcznikowa wersja pozostaje oczywiście mechanistyczna. Smith rozumiał, że proces ten ma charakter organiczny i jest bardzo złożony.

Kiedy dzwonimy do dostawcy albo nawet do kogoś z naszej firmy, lecz na drugim końcu kraju, mamy styczność z obcą osobą, której nasz dobrostan prawie na pewno jest obojętny. Oczywiście istnieją normy kulturowe, które tonują egoizm w tego rodzaju sytuacjach. Równie istotne są zasady łagodzące konkurencję — moje pragnienie wykorzystania klienta, który jest mi obcy, zostaje powściągnięte przez niebezpieczeństwo, że osoba ta pójdzie do konkurencji. Wkrótce odkrywamy, że jeżeli będziemy się zachowywali tak, jakbyśmy dbali o swoich klientów — choć tak naprawdę nie obchodzą nas ich losy — zyskamy większe szanse na sukces. Miejsce pracy jednak nigdy nie będzie przypominało naszego domu.

W tym samym okresie, kiedy wchodzimy w dorosłe życie — i zaczynamy mieć styczność z właścicielami, pracodawcami, konkurentami w biznesie — często zakładamy rodzinę. Wtedy znów widzimy ostry kontrast między pełnym miłości światem małżeństwa i rodzicielstwa, gdzie wszystko jest wspólne i współpraca wyrasta z miłości, a mniej przyjaznym światem pracy, gdzie współpraca jest sprzężona z potencjalnym zyskiem i obawą przed poniesieniem strat.

Światy te są zupełnie różne. (…) Według von Hayeka chcemy próbować choć trochę upodobnić makroekonomię do mikrokosmosu naszej rodziny, biorąc obowiązujące w niej normy równości i przenosząc je, za pomocą ustroju politycznego, na całe społeczeństwo.

Von Hayek uważał, że wskutek rozciągnięcia norm obowiązujących w rodzinie na całe społeczeństwo znaleźlibyśmy się na drodze do tyranii. Nie wiem, czy Smith zgodziłby się z tym stwierdzeniem; socjalizm, marksizm, komunizm w 1759 roku jeszcze nie istniały. Filozof jednak przeczuwał, że nie możemy przenosić miłości i zainteresowania innymi ludźmi (zarówno bezinteresownego, jak i egoistycznego) poza krąg najbliższych nam osób. Możemy tylko udawać, że to robimy…

Na szczęście nie muszę kochać dyrektorów generalnych fabryk, gdzie produkuje się zastawki, samochody, które spalają sześć litrów benzyny na 100 kilometrów, albo iPhone’y. Jednocześnie owi dyrektorzy nie muszą kochać mnie. Czynią moje życie łatwiejszym i bardziej interesującym, mimo że nigdy mnie nie zobaczą ani tym bardziej nie poczują do mnie tego, co czuje moja rodzina. I dobrze. Szukasz miłości? Rozejrzyj się wokół siebie. W życiu i tak mamy bardzo mało tego cennego uczucia, więc zarezerwujmy je dla tych, z którymi się widujemy na co dzień. Kochaj lokalnie, handluj globalnie.” (Russ Roberts)

Fragment książki „Jak Adam Smith może odmienić Twoje życie. Zaskakujące rozważania o ludzkiej naturze i szczęściu”

polecam lekturę całości tu: „Czytając Adama Smitha (2). O bogactwie i moralności”

„…Człowiek dąży do zaspokojenia potrzeb wyższych, ale nie jest to możliwe bez uprzedniego zaspokojenia fizycznego głodu. Jest to uczucie, które człowiek doznaje każdego dnia. Tylko na pierwszy rzut oka jedzenie należy do prozaicznych czynności. Ludwig von Mises, dwudziestowieczny austriacki filozof i ekonomista twierdzi, że celem działającego człowieka jest zawsze usunięcie dyskomfortu w przyszłości i nie dotyczy to przyszłości w ogóle, ale konkretnego odcinka czasu w najbliższej przyszłości. Ludzkie życie uwarunkowane jest przez czynniki naturalne. Najważniejszym zadaniem człowieka jest więc ciągłe zmaganie się z ograniczeniami, które nakłada na niego natura. Tym działaniem, to znaczy świadomym dążeniem do możliwie jak najskuteczniejszego wyeliminowania dyskomfortu, zajmuje się ekonomia. Dzisiaj ekonomia głównego nurtu została jednak postawiona do góry nogami…

sposób rozumowania, który zakłada, że dobrobyt człowieka nie jest ograniczony rzadkością, jest jedną z największych iluzji ekonomicznych naszych czasów. Rzadkość dostępnych zasobów niezbędnych do przetrwania nie jest sztucznym wytworem ustanowionym przez człowieka. To taki, a nie inny świat jest miejscem stworzonym i danym człowiekowi przez Boga, gdzie ma on dążyć do swojej doskonałości i swojego zbawienia. Nie ma innego świata. Każda próba wyobrażenia sobie innego świata i próba wprowadzenia go w życie jest szatańską pokusą…

…W świecie na co dzień zmagamy się z rzadkością zasobów w stosunku do nieograniczonych potrzeb. Miejsce pustynne jest miejscem szczególnym, gdzie doświadczamy tej rzadkości. Jezus zabiera nas dzisiaj na pustynię, gdyż doskonale wie, że jest to idealne miejsce, gdzie możemy nauczyć się tego, co to znaczy być wewnętrznie wolnym. To doświadczenie jest niezbędne do tego, by móc później w życiu podejmować odpowiednie decyzje wolne od instynktownych czynników.

Dobra materialne są moralnie obojętne. Pisał o tym w II wieku Klemens Aleksandryjski w traktacie o stosunku do dóbr materialnych zatytułowanym „Który człowiek bogaty może być zbawiony”. To tylko od człowieka zależy, czy będzie ich używał dobrze albo źle. Rzeczy materialne powinny być tylko środkami do osiągnięcia innych, wyższych pragnień

…Cele ostateczne człowieka w ekonomii nie podlegają ocenie z punktu widzenia absolutnych standardów, gdyż nikt nie ma prawa decydować o szczęściu drugiego człowieka. Ekonomiści nie mają tutaj nic do powiedzenia. Cele te są subiektywne i dlatego każdy sam musi je sobie wyznaczyć. Nie ma to jednak nic wspólnego z relatywizmem moralnym, gdyż każdy człowiek sam musi odkryć Boga jako cel swojego życia. Nie jest to łatwe, gdyż nasze życie w ziemskim pielgrzymowaniu nie istnieje bez pokus. A pokusy istnieją dlatego, gdyż występuje rzadkość danych nam przez Boga zasobów do przeżycia…” (ks. Jacek Gniadek)

całość tu: Nieustanna walka z pierwotną rzadkością i pokusami szatana… czyli „Nie samym chlebem…” (Jak zbudować własną skalę wartości?)

…świadomość ograniczonych zasobów (posiadają ją zwłaszcza ci którzy zaznali głodu i niedostatku) uczy nas jeszcze czegoś – poszanowania dla ludzkiej pracy i przedsiębiorczości. Tak przynajmniej było kiedyś, ale dziś z tą świadomością jest coraz gorzej. Sytość i przesyt zostały uznane za „naturalne” prawo każdego „cywilizowanego” człowieka, i stały się celem samym w sobie. Być może ludzkość potrzebuje totalnej katastrofy która wywoła ogólnoświatowy głód i kryzys dostępu do zasobów, żeby wrócić na drogę przedsiębiorczości i powrotu do poszanowania prawdziwego prawa naturalnego, gdzie zaspokojenie potrzeb to uczciwa zapłata adekwatna do włożonej pracy… (Odys)

podobne: Niewidzialna ręka rynku wg. Adama Smitha. Kisiel: Nie ufać fachowcom. a także: Paweł Rybacki: Moralna i praktyczna wyższość gospodarki wolnorynkowej nad centralnie planowaną lub interwencjonistyczną. oraz: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii. i to” Trzecia rewolucja technologiczna i ryzyko rosnącego bezrobocia w związku z rozwojem robotyki. Receptą na potencjalny kryzys uwłaszczenie (a nie „pomoc państwa”). Michalkiewicza debata o nierównościach. polecam również: Dobrobyt pracownika jest ściśle związany z sukcesem przedsiębiorcy pracodawcy.

Jan Paweł II (mieć, być, bogactwo)

Na Węgrzech i w Polsce trwa „uwłaszczenie ziemii” w postaci ustawki o „ustroju rolnym”. Czy państwo działa na ślepo?


„(…) aby dwie wymieniane usługi miały tę samą wartość, aby wymiana była sprawiedliwa, musi być spełniony jeden warunek: wymiana musi dokonywać się w sposób wolny. (…) równowartość wynika z wolności. (…) rola państwa polega raczej na tym, by zapobiegać, a zwłaszcza przeciwstawiać się podstępom i oszustwom, to znaczy zagwarantować wolność, a nie tę wolność gwałcić.” (F. Bastiat)

Ostatnio na Węgrzech oprócz dobrych i korzystnych w wymierny sposób dla obywateli posunięć (o czym więcej tu: Węgry zmniejszają deficyt, zadłużenie publiczne i podatki), mają miejsce praktyki znane u nas pod historyczną i owianą czarną legendą nazwą „uwłaszczania się nomenklatury”.

Jakiś czas temu pisałem (tu: Polska potrzebuje liderów-patriotów – rozmowa ze Stanisławem Tymińskim), że należy sobie zdawać sprawę z tego, iż Orban prawdopodobnie nie jest samodzielnym „władcą” Węgier, a został na takiego namaszczony (według teorii Pana Michalkiewicza do której się przychylam) przez rodzimą „razwiedkę”, która wyciśnięta z rynku lokalnego przez kapitał zagraniczny zaczęła wspierać „rewolucję węgierską” , a zwłaszcza jej myśl przewodnią która zakładała „nacjonalizację” kapitału gospodarczego na Węgrzech. Wsparcie jakiego udzielono Orbanowi by przekonać do niego opinię publiczną, zasadzało się (oficjalnie) na szczytnym celu – „zwrócić Węgrom Węgry”, ale nieoficjalnie chodziło rzecz jasna o to, by tamtejsze elity pozbawione możliwości żerowania na własnym narodzie odzyskały taką możliwość, poprzez uwłaszczenie się na znacjonalizowanym majątku.

Zwracałem uwagę na to, że Orban może mieć za jakiś czas z wynikającym z tego tytułu długiem wdzięczności kłopot. Jeżeli bowiem węgierska „razwiedka” okaże się takimi samymi pijawkami na państwowych posadach (jak swojego czasu w ramach „transformacji ustrojowej” nasze „bezpieczniackie watahy”), a do tego nie wykaże się ekonomicznym zmysłem by stworzyć mechanizmy gwarantujące węgierskiej gospodarce stabilny rozwój, z wymiernym dla zwykłych obywateli zyskiem, to Orban tak szybko jak został wywyższony może równie szybko z piedestału zlecieć. Bez odczuwalnej i trwałej dla zwykłych Węgrów poprawy warunków bytowych, patriotyczne uniesienie i radość z nadchodzących zmian, łącznie z poparciem dla „nacjonalizacji” gospodarki szybko się skończy, i zamiast spodziewanej odwilży na Węgrów zwali się hałda błota pośniegowego, w postaci ekonomicznie negatywnych konsekwencji nowego podziału majątku, który pozbawiony zagranicznego kapitału trzeba teraz będzie utrzymać WŁASNYM wysiłkiem. Oczywistą konsekwencją takiego obrotu sprawy może być gwałtowny wzrost ucisku fiskalnego i groźba pojawienia się kosztownych dla podatników monopoli w postaci powiększającego się sektora „usług” państwowych. Tymi wszystkimi kosztami zostanie obciążony nie kto inny jak węgierski podatnik, który zamiast swobody rozwoju i udziału w nim, dostanie najgorszy rodzaj ucisku i konkurencji bo od „swoich” i na rzecz „swoich” władz. Problemem było do czego Orban użyje swojej władzy, i co z tego w rzeczywistości narodowi przypadnie w udziale w ramach „dobrej zmiany”. No i stało się… (Odys)

„…Węgierska prasa gorączkowo szuka rzeczywistego celu wyprzedaży gruntów ornych przez rząd. Poszukiwania te są tym zasadniejsze, że zaledwie parę lat temu zostały one wydzierżawione aż na 50 lat. Poprawa relacji budżetowych nie wchodzi w rachubę, bo rząd nie ma prawa przeznaczyć wpływów ze sprzedaży ziemi na nic innego niż… na zakup (innej?) ziemi lub na zagospodarowanie gruntów już będących w posiadaniu państwa. Aby móc przeznaczyć te środki na jakiś inny cel, trzeba byłoby zmienić ustawę, co – z woli Fideszu – wymaga większości 2/3 głosów. Takiej większości parlamentarnej premier Orbán już jednak od paru miesięcy nie ma, bo jeden z posłów Fideszu zmarł, a w wyborach uzupełniających kandydat tej partii przepadł.

Krąży też nad Dunajem teoria z rodzaju spiskowych, że rzeczywistym celem całej operacji jest rozdanie ziemi ludziom stojących blisko władzy. Podejrzenie to wzmacnia fakt, że wedle ustawy o ziemi aby stać się właścicielem byłego państwowego gruntu, nie wystarczy wygrać przetarg. Potrzebna jest jeszcze zgoda miejscowych rad właścicieli gruntów rolnych, którzy mogą wyznaczyć inną osobę rekrutującą się z kręgu miejscowych chłopów. Szkopuł w tym, że rady takie nie zostały sformowane, a ich uprawnienia przeszły w związku z tym na prezesa krajowej izby rolniczej. Izba ta została zorganizowana i założona przez rząd Fideszu. Działa pod nazwą Narodowej Izby Gospodarstw Agrarnych, a członkostwo w niej jest obowiązkowe dla wszystkich rolników. Przyznanie prawa zakupu ziemi zależy zatem od decyzji prezesa izby, którego wyznacza Fidesz.

Inna teoria głosi, że drugim celem wyprzedaży jest pozbawienie wydzierżawionych gruntów byłego przyjaciela Viktora Orbána Lajosa Simicski, którego liczne spółki oraz przyjaciele dzierżawią łącznie od państwa kilkadziesiąt tysięcy hektarów. Simicska – przez ponad 25 lat najbliższy przyjaciel Orbána, jeszcze z czasów uniwersyteckich – w wywiadzie radiowym potraktował premiera wulgaryzmami. Przy pomocy Orbána Simicska zdobywał miliardowe zamówienia państwowe, stając się w krótkim czasie jednym z najbogatszych i najbardziej wpływowych przedsiębiorców Węgier. Przez jakiś czas był prezesem urzędu skarbowego, a jeszcze wcześniej długo zarządzał kasą Fideszu.

Simicska i jego z kolei przyjaciele obstawili dzięki Orbánowi wszystkie urzędy i instytucje, które dzieliły środki państwowe i jeszcze większe – unijne. Kiedy Fidesz był w opozycji, to w znacznej mierze właśnie Simicska napełniał partyjną kasę z własnych środków. Orbán zaczął jednak w 2014 roku odsuwać najpierw jego ludzi, a w końcu jego samego od wszelkich źródeł państwowych pieniędzy, znajdując sobie jednocześnie nowego przyjaciela w osobie wspomnianego burmistrza Felcsútu. Teraz to Lőrincz Mészáros, z wykształcenia hydraulik, wygrywa najwięcej miliardowych przetargów państwowych. W ciągu dwóch lat stał się jednym z najbogatszym przedsiębiorców na Węgrzech.

W świetle dokonanej przez rząd wolty i leżącego od niedawna w parlamencie projektu ustawy, trudno nie dawać wiary takim pogłoskom. Dzierżawcy żyli przecież dotychczas w przekonaniu, że mają przed sobą jeszcze niemal pół wieku, bo państwo nie mogło ani rozwiązać umowy, ani podnieść rzeczywiście niskiego czynszu, a w dodatku dzierżawca miał prawo pierwokupu. Wszystko to razem sprawiło, że na przetargach na grunty w dyspozycji pana Simicski i jego kolegów nie stawił się nikt (nie powinno chyba dziwić, że zostały one wystawione do sprzedaży jako pierwsze). Nowelizacja ustawy może całkowicie zmienić stan dzisiejszy, korzystny dla dzierżawcy. Przewiduje ona bowiem (i to z mocą wsteczną, co od chwili objęcia rządów przez premiera Orbána nie jest wielkim zaskoczeniem), że cenę dzierżawy będzie można aktualizować co pięć lat, a jeżeli nowa stawka się nie spodoba, to państwo ma prawo umowę wymówić.

Powód wyprzedaży ziemi chyba najtrafniej ujął minister János Lázár, szef kancelarii premiera. Podczas konferencji prasowej stwierdził on, że jest lepiej, kiedy państwowe grunty orne są w rękach osób prywatnych, ponieważ nie ma już PGR-ów i państwo już i tak na nich nie gospodaruje. Gdyby działały jeszcze państwowe gospodarstwa rolne – tłumaczył – to niezależnie od tego, czy pod rządami Fideszu, czy socjalistów, menedżerowie tak czy inaczej wykradliby z nich wszystko, co się da…

…Pod młotek idzie około 380 tys. ha gruntów ornych – niemal połowa ziemi będącej dotychczas własnością państwa. Całe Węgry spekulują, jaki jest cel tej akcji: rozdanie ziemi „swoim” czy po prostu rozliczenie rachunków premiera z byłym przyjacielem. Na pewno nie jest im oficjalnie głoszona chęć pomocy małym gospodarstwom….” (Zsolt Zsebesi – Na Węgrzech trwa wielka wyprzedaż gruntów ornych)

podobne: Studium węgierskiego przypadku nad Wisłą czyli… ile z Orbana w PISie. Czego powinien chcieć od władzy zwykły Polak?  oraz: Polityka energetyczna Węgier solą w oku „Wielkiemu Bratu” z zachodu.

Dlaczego zwracam na to uwagę? Otóż okazało się że za podobny numer wzięła się nasza lokalna „dobra zmiana”… Na początek materiał filmowy – Z Wiplerem o gospodarce – część 4: ustawa o kształtowaniu ustroju rolnego

„…Pod pretekstem ochrony ziemi PiS chce w ogóle zlikwidować wolny nią obrót. Ziemia zastrzeżona ma być tylko dla uprzywilejowanej kasty związanej z reżimem i chronionej zasiekami prawa pierwokupu. Prawo pierwokupu przysługiwać ma przede wszystkim dotychczasowemu dzierżawcy, a jeśli takiego nie ma to chłopu którego pole sąsiaduje ze zbywaną ziemią. Jak by i tego było mało to następnie prawo pierwokupu przypaść ma Agencji Nieruchomości Rolnych, jednej z najbardziej skorumpowanych agentur państwa. Jej władza rozciągać by się miała na każdy kawałek roli większy od 1 ha.

Negatywnego wpływu jaki odejście od wolnego rynku może mieć na ceny nieruchomości rolnych wyjaśniać nie trzeba. Jest to jedynie w interesie PiS-u i budowanego przezeń właśnie lokalnego zaplecza. Ze stalinowskim zacięciem próbuje się więc odgonić od ziemi nie tylko inwestorów, drobnych „obszarników” i innych nie-rolników ale także wrażych „kułaków” za to że mają jej zbyt dużo. Do grona tych ostatnich awansowali wszyscy poważni użytkownicy większego areału. Każdy farmer, plantator czy spółka uprawiająca ponad 300 ha ma więc przechlapane tak samo jak inwestor.

Na „rolnika” uprawnionego do kupna ziemi PiS chce namaścić tylko chłopa mieszkającego od lat w gminie gdzie grunt się znajduje i uprawiającego, albo i nie, parę hektarów za stodołą. W rezultacie szeroko zakrojonej krucjaty, obejmującej także restrykcje w dziedziczeniu majątku ziemskiego, polska własność ziemska przejść ma praktycznie w ręce kasty lojalnych gauleiterów partii od której przywileje te otrzymali. W warunkach zlikwidowanego wolnego rynku ziemi jej ceny spadną a utrzymane, a jakże, dopłaty unijne sprawią że posiadanie gruntu stanie się wyjątkowo atrakcyjną propozycją – ale tylko dla lokalnych klik… 

I pomyśleć że nikt z tzw. przedstawicieli narodu, w tym z tak zwanej opozycji, nie pomyślał nawet o prostym rozbrojeniu tego kroczącego PiS-owego zamachu stanu na wsi, w autentycznym interesie niemej większości. Wystarczyłoby włożyć w nową ustawę ten prosty paragraf:

Transakcje ziemią rolną w areale do 20 ha pomiędzy osobami fizycznymi legitymującymi się obywatelstwem polskim wyłącza się spod jakichkolwiek ograniczeń.

Dajcie się Polakom rządzić a wykończą się sami – miał zauważyć zgryźliwie żelazny kanclerz Otto von Bismarck. Wygląda na to że w sto parędziesiąt lat później, i w ponad ćwierć wieku po sławetnej „transformacji systemowej”, Polacy pod wodzą PiS-u zaczęli właśnie to robić.”  (cynik9)

całość tu: Antyreforma rolna PiS

podobne: NIK o patologii w „sadowniczych uprawach ekologicznych”: Sadzili sady – zbierali dopłaty. Michalkiewicz i Umiłowani Przywódcy w „trosce” o (nie)swoją ziemię. oraz: Raport NIK. Efekt dopłat to wyłudzenia i bezprawne korzystanie z gruntów skarbu państwa. i to: NIK: luki w prawie pozwalają cudzoziemcom przejmować ziemię w Polsce.

Mając powyższe na uwadze pozostało zacytować to, na co zwraca uwagę Pan Michalkiewicz:

„…Dotychczasowe działania PiS polegają na wymianie kadr w aparacie biurokratycznym, natomiast nie widać żadnych oznak przynajmniej częściowego jego demontażu. Trudno się temu dziwić, bo i prezes Kaczyński, który obecnie jest kimś w rodzaju dyktatora Polski, wzorem ewangelicznego setnika, ma wprawdzie pod sobą żołnierzy, ale sam też jest „pod władzą postawiony”, jako zakładnik swego zaplecza politycznego. Niech no tylko przestanie je karmić, to natychmiast zostanie generałem bez armii. Wiadomo to od czasów starożytnych, kiedy Gajusz Grakchus wprowadził w Republice Rzymskiej tzw. „frumentacje” które początkowo polegały na rozdawnictwie zboża. Przetrwały one aż do dnia dzisiejszego, rozwijając coraz to nowe, niekiedy bardzo wyrafinowane formy – oczywiście dla dobra Rzeczypospolitej – no bo jakże by inaczej?…”

podobne: Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta. oraz: Pogrobowcy Hilarego Minca czyli… Wilczek kontra „prawdziwa prawica”.

…Nie ma zatem ŻADNEGO przypadku ani pomyłki w tym że „reforma” rolna została tak na Węgrzech jak i w Polsce przeprowadzona w sposób korzystny dla państwa i jego popleczników, a ze szkodą dla zwykłych obywateli. Inaczej wyglądałaby tak:

„… Nowa wersja ustawy powinna gwarantować wszystkim Polakom swobodę transakcji ziemią do 10 ha, kropka. Stanowi to akurat średni areał pod uprawą w gospodarstwie rolnym obecnie w Polsce. Warunek jest jeden: obie strony transakcji muszą mieć obywatelstwo polskie. A może dodać do tego również że kupiec musi legalnie posiadać broń palną aby swojego nowego nabytku bronić? Bo przecież albo na poważnie bronimy czegoś albo nie. Najlepszą obroną ziemi polskiej jest uzbrojony Polak na niej urzędujący i mający w niej swój ekonomiczny interes.

Owszem, pewne ograniczenia w ustawie, takie jak wymagana zgoda lokalnej administracji kiedy jedna ze stron transakcji w nieruchomościach nie jest polska (rzecz znana w wielu krajach, m.in. w Szwajcarii), przeciwdziałanie zbytniej koncentracji gruntów, czy też kontrola państwa nad mega transakcjami powyżej 1000 ha są zrozumiałe i nie budzą większych kontrowersji. Kontrowersje wzbudza natomiast sama idea że nie każdy Polak w swoim własnym kraju może kupić sobie kawałek łąki, choćby poza rodzinnymi piknikami nic na niej nie robił. Jest to anty polski gniot sygnowany niefortunnie przez pro-polską podobno partię przy władzy.

#2 Mniej socjalizmu, nie więcej. Innym bezdennie głupim posunięciem PiS-u jest wylanie dziecka z kąpielą, czym jest praktyczne zlikwidowanie, a nie tylko rozumne ograniczenie, wolnego obrotu ziemią. Czym innym jest kontrola nad wykupem państwowej ziemi w tysiącach hektarów (ile takich kawałków zostało to inna sprawa) przez niezupełnie przejrzyste obce interesy. Zupełnie czym innym jest natomiast hurtowe ograniczenie potencjalnych kupców kawałków gruntu do namaszczonych przez PiS, wąsko rozumianych „rolników”, oraz narzucenie prawa pierwokupu przez państwo nawet na mikroskopijne kawałki gruntu już od 1 hektara. Jak się też ma do „obrony ziemi polskiej” praktyczny zakaz jej dziedziczenia przez polskie dzieci polskich rodziców, zastąpiony dowolnością decyzji lokalnego kacyka którym stać się musi namaszczony przez PiS gauleiter regionalnego oddziału ANR?

Nie ma to wszystko nic wspólnego z bronieniem ziemi polskiej przed „Niemcem” czy przed innymi zagrożeniami. Ma wszystko wspólne z obłędną wiarą rządzącej partii w to że niższe ceny gruntu rolnego są w czyimkolwiek interesie. Nie są, poza może czasowym wyjątkiem lokalnych sitw małorolnych liczących na tańsze dotarcie do dopłat w czasie jaki pozostał im do zmiany rządu. Ten socjalistyczny obłęd „korzystnych” niższych cen dzięki eliminacji wolnego rynku obróci się przede wszystkim przeciwko samym rolnikom, zwłaszcza poważnym gospodarzom zainteresowanym w ekspansji swoich gospodarstw na których powinno państwu specjalnie zależeć. Można spodziewać się że banki zakwestionują dużo tańszy i objęty ograniczeniami obrotu grunt jako zabezpieczenie kredytu przy dalszych transakcjach ziemią.

Że nie wspomnimy tutaj nawet o odnoszących sukces gospodarstwach rodzinnych ponad 300 ha, które w ramach rządzącej ortodoksji podpadną od razu pod paragraf o „kułactwie” i wrogiej spekulacji…” (cynik9)

całość tu: Pomysły na wieś

podobne: Trzecia rewolucja technologiczna i ryzyko rosnącego bezrobocia w związku z rozwojem robotyki. Receptą na potencjalny kryzys uwłaszczenie (a nie „pomoc państwa”). Michalkiewicza debata o nierównościach.

„…Dziwnym zbiegiem okoliczności ustawa, mająca chronić polską ziemię przed drapieżnym zagranicznym kapitałem, równie skutecznie ograniczyła go nam Polakom. A cóż to spowoduje? Ano ceny ziemi rolnej zapikują, niczym kamień rzucony w przepaść. Czyli będzie tanio…… Czujecie? A kto lubi tanio kupić? …. „Kompinujcie” jak mawia mój kolega. Tak dobrze „kompinujecie”. Dziwnym trafem dodana została poprawka o możliwości obrotu ziemi związkom wyznaniowym. Bingo! I zważcie, że jakoś, Lewactwo, wiedzione mediami, na pole aborcyjne nie wrzeszczy, że Kościół Katolicki wykupi polską ziemię!! Taka okazja, żeby Sukienkowym dokopać, a tu cisza? Tak Braciszkowie i cisza ma być, bo jeszcze Lud prosty by się dowiedział, że to nie dla KK ustawa uczyniona została, a dla tych co ich tu prawie nie ma, bo Synagogi puste, a jednak są! A choć Synagogi puste, to konta spuchnięte, a na południu gorąc coraz większy…… Dlatego Braciszkowie, pilnujmy dobrze, bo się okaże za chwilę, że i piędzi polskiej ziemi nie będzie, choć zakaz jest jak się patrzy….. A zakaz, to zakaz! Po to on, by maluczkim wpierw zabronić, a później majątku pozbawić!…” (piotruchg – Aborcja, czyli Panamskie Pampersy)

PS…

„…Państwo nie jest ślepym, przypadkowym, omylnym gigantem nie rozumiejącym, co czyni depcząc maleńkich obywateli na swojej drodze. Ono jest gigantem świadomym, działającym jak najbardziej celowo – świadomość ta jest wprawdzie utkana z najróżniejszych podszeptów wielu odmiennych grup interesu, różnych lobbystów i środowisk, a przez to dość chaotyczna, mnoga. Tak więc, gdy ustawa utrudnia życie małego przedsiębiorcy, można przewidzieć, że dzieje się to z korzyścią – i często za sprawą podpowiedzi udzielonej w stosownej komisji sejmowej – dużego przedsiębiorcy, który małego konkurenta nie chce i chętnie mu rządową nogę podłoży…

…Nie ma niczego szalonego w zapewnianiu sobie przewagi za pomocą państwowej przemocy – jest to działanie racjonalne w sytuacji, gdy każdy może po taką metodę sięgnąć. Szaleństwem jest zatem nie to jak państwo reguluje sprawy, ale już samo to, że ono cokolwiek jakkolwiek reguluje i się wtrąca.”  (źródło: Czy państwo działa na ślepo?)

podobne: PrzElewarr czyli… jak obejść ustawę kominową i jak z państwowej spółki zrobić prywatny folwark (raport NIK). oraz: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność. i to: Rafał Ziemkiewicz: „Państwowe, czyli nie nasze”, ale „patrioci” mówią NIE dla wolnego rynku w Polsce. To mamy ten wolny rynek czy nie? i jeszcze: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach.

rys. Arkadiusz Gacparski

rys. Arkadiusz Gacparski

„Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach.


Francois de La Rochefoucauld (Sława, ludzie, środki)

„…porozmawiajmy przez chwilę o tym właśnie lustrzanym odbiciu w polskim życiu publicznym. Narzekaniu, że taki zły styl ma władza, aby potem, po władzy przejęciu, niezbyt różnić się od poprzedników. Jest jakaś szansa, aby w życiu publicznym skończyć z kopiowaniem – wciąż i wciąż – złych wzorców? Aby było mądrzej?

– To będzie bardzo trudne. Nie mamy bowiem wciąż w Polsce zakorzenionej świadomości, jak ważne są instytucje i standardy. I mówię o braku tej świadomości po wszystkich stronach sceny politycznej. Co więcej, jest głębokie przekonanie, znów po wszystkich stronach, że instytucje zawsze da się przekręcić po swojemu, czasem nawet wbrew ich misji… że tak powiem sprostytuować. A więc można zapisać w ustawach wszystko, a następnie i tak zrobić co się chce. Skoro wygrało się wybory….

– Coś, co wydaje się patologią stało się nagle ogólnie aprobowaną normą.

– Największym problemem jest to, że słowa przestały mieć znaczenie. Nie zwracamy już uwagi na to co sami mówimy, ani co inni do nas mówią. Dla wielu ludzi to jest zresztą problem, z którym nie potrafią sobie poradzić. Przecież słowo niosło dla nich dotąd sens, jako że jest narzędziem komunikacji, to dalej przekładało się na sprawy, na działania. Słowa były ważne, uważnie się w nie wsłuchiwali. A teraz słowa sobie, a działania sobie. Zero związku słów z czynami, ale też zero odpowiedzialności za to, co się mówi i komu. I najgorsze jest to, że jest to niemal powszechnie, jeśli nie aprobowane, to tolerowane.

Dewaluacja zasad, słów, instytucji.

– I przekonanie, że to jest już norma, że tak odtąd będzie, że nie ma szans, aby było inaczej, choć niektórzy się jeszcze łudzą. Przytłaczająca jest liczba tych ludzi, którzy są przekonani, że „oczywiście, musimy mówić, że będzie inaczej niż było, ale to tylko takie gadanie, bo będzie tak jak było, ale zważywszy, że to my będziemy górą, to będzie akurat słuszne. No bo my stoimy po stronie dobra i słuszności”….

– Kolejne ekipy tak się zachowywały. Tylko ostatnio to byli głównie „oni”. To były „ich reguły”. Nie sposób zmienić tych standardów? Czy nie można odrzucić tej logiki, którą „tamci” stworzyli: są gotowe zabawki, gotowe instytucje, rozwiązania, to je bierzmy, przejmujmy i używajmy zgodnie z tym jak „oni” używali i do czego „im” służyły?

– Ma pan racje. Ten polityczny puzzel jest rozpisany na części.

– Nieważne w jakiej koalicji, zawsze wiadomo było że mniejszy koalicjant dostawał technikę w dużej telewizji i trochę ośrodków regionalnych specyficznych dla potrzeb jego elektoratu, co z czasem rozpychając się i szantażując współkoalicjanta łączył, tworząc sobie TV Regionalną. Od 25 lat wiadomo było, że narodowe fundusze ochrony środowiska były dla zielonych, fundusze niepełnosprawnych i ZUS dla partii rządzącej, a Trójka radiowa dostawała się do obsady „różowym”. Gdy czerwonych albo różowych zabrakło nic się nie zmienia, po prostu więcej jest do podziału.

– Jak nie Samoobrona, to może być jakiś partner w układance wewnątrzrządowej, jak teraz partia Jarosława Gowina, każdy musi coś dostać. I w zasadzie, to w polityce faktycznie jest normalne, bo na tym polegają rozmaite koalicyjne, polityczne układanki, tylko u nas to zaszło nieco zbyt daleko. Objęło też dziedziny, które z podziałów partyjno – koalicyjnych powinny być wyłączone. Został stworzony sposób myślenia i działania w polityce, który – mimo deklaracji, że się chce sporo zmienić w elementach struktur państwowych – jest stały. U źródeł tej stałości leży przekonanie, że jakakolwiek większa zmiana mechanizmów nie ma sensu, a jest bardzo kłopotliwa. Są przecież gotowe elementy puzzli władzy, z których można a nawet należy korzystać… tylko efektywnie i tym razem w imię dobrej sprawy

– Bo się wygrało wybory…

– …bo się wygrało wybory. Niestety istnieje obawa, ze maska przyrasta do twarzy i ostatecznie okazujesz się szalenie podobny do twoich poprzedników. Przyszedłeś reformować, zmieniać, chciałeś to robić uczciwie i nie patrząc na opory materii, tylko trzeba się było nieco dostosować do rzeczywistości. No i nagle patrzysz na siebie w lustrze i siebie nie poznajesz, czy to nadal ten sam walczący idealista? Następuje racjonalizacja: to jest praktyczne, bierze się klocki pozostawione przez poprzedników i je sobie układa. Nie będziemy przecież wyrzucali do śmieci rozwiązań, które dadzą nam dużo możliwości, a teraz będą nasze. Zaś zmienianie tego byłoby bardzo kłopotliwe i mogłoby dać niepewne efekty…” (Agnieszka Romaszewska-Guzy, Eryk Mistewicz)

całość tu: „Ratunek w partyzantce” 

podobne: Minuta POPISu. Czy system znowu się obroni dzięki propagandzie spod znaku Virtual Insanity? Wybory są „grą o legitymizację” władzy. polecam również: IV RP kontra III RP czyli lekcja z demokracji. Sprawa Sumlińskiego, niekompetencja w MON i uchwała sejmu ważniejsza od Konstytucji. Czy Duda złożył Rzeplińskiemu propozycję nie do odrzucenia? Na czym polega postkomunizm i czy socjalista może być dobrym patriotą?

…tak oto funduje się nam kolejny raz tzw. „dobrą zmianę”. Według propagandystów „nowej” władzy przechodzimy właśnie z systemu „zgniłego liberalizmu” który rzekomo reprezentowała PO, do rządów „prawicy” i „konserwatystów” (jak twierdzi Pan Max Kolonko – który już się podobno kręci wokół „nowej” władzy by mieć w tej „dobrej zmianie” swój udział). Niektórzy nawet twierdzą że teraz będziemy mieli rządy „narodu” (sic!). Na jakiej podstawie głosi się tego typu hasła nie wiem, ale wiem że między narodem a państwem istnieje dość istotna różnica, zwłaszcza jeśli to pierwsze jest rabowane w dowolny i zuchwały sposób przez to drugie, przez co traci nad „demokratycznie wybranymi…” faktyczną władzę… (Odys)

„…Zgodnie ze spostrzeżeniem laureata Nagrody Nobla z ekonomii, nieżyjącego już Miltona Friedmana, są cztery sposoby wydawania pieniędzy: pierwszy – gdy wydajemy własne pieniądze na nas samych. Wtedy wydajemy oszczędnie, a także celowo, bo doskonale znamy własne potrzeby. Sposób drugi – gdy wydajemy własne pieniądze na kogoś innego. Nadal wydajemy oszczędnie, ale już nie tak celowo, jak w sposobie pierwszym, bo potrzeb tego innego nie znamy tak dobrze, jak własnych. Sposób trzeci – kiedy wydajemy cudze pieniądze na nas samych. Wydajemy rozrzutnie, ale przynajmniej celowo, bo to są nasze, znane nam potrzeby. I wreszcie sposób czwarty – gdy wydajemy cudze pieniądze na kogoś innego. Rozrzutnie i nieracjonalnie, zwłaszcza, gdy tych „innych” jest 38 milionów.

Władza publiczna wydaje pieniądze w sposób trzeci i czwarty, gdyż zawsze dysponuje „cudzymi”, czyli publicznymi. W sposób trzeci – gdy finansuje tzw. własne potrzeby państwa, których wspólnym mianownikiem jest przemoc: siły zbrojne, policje jawne i tajne, wymiar sprawiedliwości, politykę zagraniczną, no i administrację niezbędną do zarządzania tymi sektorami. W warunkach polskich wydatki te oscylują wokół 20 proc wydatków państwowych, podczas gdy reszta pieniędzy publicznych wydawana jest w sposób czwarty. Nie ma sensu reformowania go, bo marnotrawstwo wynika z samej natury tego sposobu. Reforma powinna zatem polegać na likwidacji czwartego sposobu i przesunięcia tych ogromnych pieniędzy do sposobu pierwszego – kiedy każdy wydaje swoje na siebie. Jest to technicznie możliwe, bo wymaga tylko zlikwidowania całej sfery socjalnej w postaci państwowej edukacji, państwowej służby zdrowia, przymusowych ubezpieczeń, rozmaitych zasiłków i administrującej całym tym bajzlem biurokracji, no i oczywiście – radykalnego obniżenia podatków, bo przecież odpadnie pretekst, że „państwo” uczy, leczy, żywi, odziewa i podciera tyłek. W ten sposób stworzone zostałyby minimalne warunki sprzyjające pohamowaniu rozrzutności naszych Umiłowanych Przywódców. Ale można by je jeszcze udoskonalić, modyfikując model finansów publicznych.

Jak wiadomo, obecnie głównym poborcą i odbiorcą podatków jest rząd, który z samorządami terytorialnymi dzieli się w ten sposób, że wyznacza im „zadania” po czym skąpo strzyka pieniądze. Modyfikacja modelu polegałaby na odwróceniu tego o 180 stopni. Głównym poborcą podatków powinien być samorząd gminny – bo samorządy powiatowe i wojewódzkie powinno się niezwłocznie zlikwidować z powodu kompletnej ich zbędności – jako że służą one wyłącznie tworzeniu synekur dla zaplecza partii politycznych. Zatem podatki trafiałyby do gmin, które musiałyby płacić ustalaną każdorazowo z góry przez Sejm „składkę” na państwo – a co poza tym – zostawałoby do dyspozycji gminy. Takie rozwiązanie sprzyjałoby racjonalizowaniu wydatków rządowych, bo oczywiście uchwalanie deficytu budżetowego zostałoby zakazane normą konstytucyjną – a z drugiej strony zachęcałoby gminiaków do popierania miejscowej przedsiębiorczości. Przy okazji od razu wydałoby się, które gminy zdolne są do samodzielnego istnienia, a które nie – no i uruchomiłoby konkurencję między samorządami. Gwarantem autonomii samorządu gminnego byłby Senat, który powinno się w tym celu wybierać trochę inaczej, niż dzisiaj, ograniczając czynne prawo wyborcze do Senatu do tzw. obywateli kwalifikowanych, to znaczy takich, którzy sami piastują funkcję publiczną z wyboru. Trzonem wyborców Senatu byliby więc samorządowcy i nie trzeba chyba tłumaczyć, że tak wybierany Senat byłby skuteczną zaporą przed każdą próbą zamachu na autonomię samorządu terytorialnego. Warto zwrócić uwagę, że rozwiązanie to wychodzi naprzeciw zasadzie pomocniczości, a przy tym – przesuwając wydatki do sposobu pierwszego – przywraca ludziom władzę nad bogactwem, jakie wytworzyli własną pracą i zwiększa zakres ich wolności…” (Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: Przywrócić ludziom bogactwo.

podobne: Mapa wydatków i przychodów państwa wg. programu KNP. Wróćmy do monarchii. oraz: Konspiracja w odpowiedzi na przemoc. i to: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii.

Jakich reform Polska potrzebuje? – wykład Stanisława Michalkiewicza i dyskusja po nim z publicznością, Kalisz 16.01.2016

…Oczywiste oczywistości chciałoby się powiedzieć, więc zadajmy sobie proste pytanie które każdy myślący samodzielnie powinien sobie zadać (chyba że nie jest samodzielnie myślącym, to wtedy nie musi). Pytanie brzmi: który z tych OCZYWISTYCH (właśnie pro narodowych) postulatów, ma w swoim programie i zamierza zrealizować „nowa” władza, szermująca słowami takimi jak „naród” i „dobra zmiana”? Fakty wyglądają bowiem (po raz kolejny) w taki oto sposób, że ta „zmiana” to nic innego jak (kolejna już) wymiana ryjków u korytka. „Naród” zaś będzie miał z tego (jak zwykle) tyle, ile uszczknie „dla siebie” ustami swoich nowych „umiłowanych przywódców”, którzy w takim systemie są jedynym pełnoprawnym narodem, uprzywilejowanym na wzór układu znanego nam z historii pod nazwą „demokracji szlacheckiej”… (Odys)

„…właśnie rząd zatwierdził projekt budżetu na bieżący rok. Przewiduje on dochody na poziomie 313 788 526 tys. zł, a wydatki na poziomie 368 528 526 tys. zł, co oznacza, że tegoroczny budżet zamyka się deficytem na poziomie 54 740 mln zł. A skoro jest deficyt, to znaczy, że i wzrośnie również dług publiczny, bo dług publiczny jest następstwem kumulujących się corocznych deficytów budżetowych. Obecnie wynosi on ponad 1,4 bln złotych, powiększając się w tempie około 5 tys. złotych na sekundę, ale ukryty dług publiczny jest ponad dwukrotnie większy. Roczny koszt obsługi długu publicznego wyniesie ponad 56 miliardów złotych (dla porównania – koszt 10-letniego programu modernizacji sił zbrojnych wynosi 140 mld złotych). Jeśli podzielimy te 56 miliardów przez liczbę Polaków rzeczywiście mieszkających w Polsce (ok. 35 mln), to na obywatela przypada 1700 zł. Oznacza to, że typowa, 5-osobowa rodzina, tylko z tytułu obsługi długu publicznego musi oddać lichwiarskiej międzynarodówce co najmniej 8 500 zł – a przecież są jeszcze podatki, składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne, różne opłaty i tak dalej.

Dopiero na tym tle nie tylko można zrozumieć przyczyny, dla których tylu ludzi w Polsce nie jest w stanie odczuć dobroczynnych skutków wzrostu gospodarczego, ale również i ocenić charakter sztandarowego rządowego projektu w postaci 500 złotych na drugie i kolejne dziecko – bo jeśli dochód nie przekracza 800 zł na osobę – to już na pierwsze. Właśnie Komitet Stały Rady Ministrów przyjął projekt stosownej ustawy, co zostało ogłoszone na specjalnej konferencji prasowej, zwołanej, jak się wydaje, również po to, by zatrzeć wrażenie rozbieżności wywołanej wcześniejszą wypowiedzią ministra finansów Pawła Szałamachy, który zwrócił uwagę, że w projekcie budżetu przeznaczono na ten cel o 200 mln złotych za mało. Podczas konferencji okazało się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i brakujące 200 mln „się znajdzie”. Stosowna ustawa ma wejść w życie już w kwietniu, no a potem rozpocznie się wypłacanie pieniędzy w miarę spływu wniosków. Te wnioski będzie musiała ocenić armia urzędników, która posprawdza zarówno poziom dochodu na rodzinę, jak i policzy dzieci – żeby wszystko było jak się należy. W rezultacie koszty całej operacji okażą się wyższe, a i tak nie da się wszystkich udelektować.

Właśnie 9-letnia Julia, przy pomocy tatusia napisała do pani premier Beaty Szydło list zwracający uwagę na niesprawiedliwość, jaka w związku z rządowym programem „Rodzina 500 plus” ją dotknie – bo jej siostra, będąca drugim dzieckiem w rodzinie dostanie 500 złotych, podczas gdy ona – nie. Widać, że o sprawiedliwości społecznej ładnie się tylko mówi, a jak przychodzi co do czego, to sprawdza się stare przysłowie, że „jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził”. Warto dodać, że żeby siostra Julii dostała swoje 500 złotych, to rząd najpierw będzie musiał je odebrać jej tatusiowi – bo wprawdzie wydatki te mają być sfinansowane z podatków płaconych przez supermarkety i banki, ale ponieważ wszystkie podatki są przerzucalne na konsumentów, więc ostatecznie, tak czy owak, koszty tych wszystkich dobrodziejstw poniesie tatuś i mamusia, którzy oprócz tego będą musieli wyżywić rozrastającą się armię naszych zadowolonych z siebie dobroczyńców, którzy byle czego nie zjedzą, bo – jak to w podsłuchanej rozmowie z szefem CBA, panem Wojtunikiem ujawniła pani Elżbieta Bieńkowska – „tylko idiota pracuje za mniej, niż 6 tysięcy miesięcznie”. Od razu widać, że w naszym nieszczęśliwym kraju idioci stanowią przytłaczającą większość, co w warunkach demokracji politycznej musi wywołać opłakane skutki. Ale skoro większość wierzy w sprawiedliwość społeczną, to nie ma rady; taki los wypadł nam…” (Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: Dodatnie i ujemne plusy dobrej zmiany

Warto tu przypomnieć jak jeszcze nie tak dawno temu, pewien pro PISowski dziennikarz krytykował poprzednią ekipę za podobny styl „zarządzania” budżetem państwa – Janecki: Donald Tusk odwraca bieg rzeki i z deficytu robi nadwyżkę. Tymczasem wskaźniki gospodarcze w dół a zadłużenie bije kolejne rekordy. Jaką lekcję z tej jak najbardziej zasłużonej krytyki POprzedników wyciągnęła „nowa” ekipa? Odpowiedź – ŻADNEJ. Jest to bowiem ten sam rodzaj typowo zamordystycznego (z racji „uszczelniania” systemu fiskalnego), lewicowego etatyzmu z jakim mieliśmy do tej pory (od ponad 25 lat tzw. „wolności”) w Polsce do czynienia. Skala rozrzutności, bezczelnego sobiepaństwa, z jego paśnikami i przyspawaną do nich „bandą próżniaczą”, nie mającego kompletnie nic wspólnego ze sprawiedliwością (nawet z tą tzw. „społeczną”) bije po prostu kolejne rekordy. Charakteryzuje się on bowiem niezmiennie tym samym sposobem na „rządzenie”, tj. rabowaniem i zadłużaniem obywateli przez owe „elity”, a wszystko dla naszego „dobra”, którego owe elity tak bardzo pragną (dla siebie!), że są nam w stanie obiecać wszystko – bo na końcu i tak płaci podatnik (o czym więcej tu: Budżet państwa na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną… ale czy PIS będzie nas kosztował mniej? Oczywiście że nie – zamach na umowy cywilnoprawne).

Pozostało więc (znowu) zacytować klasyka: „Wiele musi się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu”… (Odys)

Polecam materiał trafnie określający z perspektywy wolnościowej politykę PISu: Starve the state! #23 – Kukle, czyli pomyliłem się co do PiSu – 29.01.2016

podobne: Czego powinien chcieć od władzy zwykły Polak? oraz: Czy POPiS zapewni sobie władzę na kolejne kilkadziesiąt lat? W co gra Kukiz i co powinien zrobić KORWiN. a także: POPIS na posiedzeniu „Parlamentarnego Zespołu ds. obrony wolności słowa” czyli… wiódł ślepy kulawego (Nagroda Darwina dla obu). Stanisław Michalkiewicz o „cyngielmanach” prezesa Kaczyńskiego. i jeszcze: POPIS w natarciu! czyli…”Krynica mądrości” Tusk i „karny podatek” Kaczyński

„…Michał Rachoń, szef TVP Info proponował wczoraj, by widzowie mówili mu, kogo chcieliby oglądać w programach publicystycznych. Ludziom się to szalenie podobało, pojawiały się wpisy, że to właśnie tak ma być i że nadeszła prawdziwa wolność oraz inne, podobne. Ja od razu napisałem, że chciałbym widzieć w programach publicystycznych Brauna, zrobiłem to specjalnie, ponieważ Rachoń jest autorem wyjątkowo podłej manipulacji wymierzonej właśnie w niego [Braun kontra Rachon w Telewizja Republika – Odys] i ciekaw byłem reakcji nowego naczelnego TVP Info. Nie doczekałem się żadnej, jak się domyślacie. Były jednak głosy o wiele bardziej niż mój konstruktywne. Wszystkie utrzymane w jednym tonie, wszyscy chcieli, by w TVP Info pojawiali się ci, co do tej pory byli w niezależnej, u Karnowskich, albo u Lisickiego. Rachoń zapewne spodziewał się takich odpowiedzi, bo niby kogo on miałby tam pokazywać, przecież jasne jest, że teraz w ramach pluralizmu będą tam wyłącznie dziennikarze z wymienionych mediów, plus gazownia, do której oni właśnie aspirują. Starałem się to udowodnić wiele razy i oto na moich oczach dowód przeprowadza się sam. Brauna nie będzie w TVP Info, bo to ruski szpieg, zdrajca i człek niepewny, za to będzie tam Dominika Wielowieyska, osoba szanowana, znana, popularna i rzetelna w swoim fachu. Będzie tam też Bartosz Wieliński, bo niby dlaczego nie. Trochę kłamie ten Bartosz i lata do Niemców na skargę, ale przecież w gruncie rzeczy chce dobrze. No, a jakby tam zamiast Wielowieyskiej i Bartosza wpuścić Brauna, wszyscy od razu powiedzieliby, że to faszyzm, a nie żaden pluralizm.

Domagał się też redaktor Rachoń, by ludzie mówili jakich treści chcą w tym kanale. I tu nie było niespodzianek. Wszyscy chcą, żeby wyjaśniać afery III RP, żeby pokazywać jak Wałęsa sprzedał Polskę, żeby tłumaczyć ludziom nowe ustawy. Jednym słowem wszyscy chcą, żeby im podnieść samoocenę i poprawić samopoczucie, poprzez pognębienie złodziei i aferzystów. Postulat ten jest moim zdaniem dziecinny i całkowicie demaskujący wyborców PiS. Ludzie ci nie mogą wyjść poza narzucone im okoliczności, nie potrafią myśleć w perspektywie dłuższej niż rok… 

Myślę, drodzy, że powinniście wreszcie oprzytomnieć. Sukces ekipy która weszła teraz do mediów nie polega na tym, że oni się z czymś czy z kimś generalnie rozprawią i uzyskają w ten sposób jakąś prawdę, czy tylko jej część. Oni wreszcie mogą na legalu udawać dziennikarzy z gazowni i dyskutować o Polsce w tej samej co tamci konwencji, tyle, że bez głupich i nieestetycznych uwag. I to jest wszystko. Budżety zaś na publicystykę, filmy dokumentalne i widowiska telewizyjne, zostaną podzielone tak, żeby nikt nie poczuł się pokrzywdzony. Ktoś powie, że nie ma w tym żadnej strategii. Oczywiście, że nie ma i być nie może. Wszyscy bowiem są święcie przekonani, że demaskacje Bolka, Krzywonosowej oraz całej reszty starczą im na całą kadencję wyborczą. Potem zaś PiS przegra, bo przegrać musi i oni znów wrócą do opozycji, gdzie byli do tej pory. Jeśli będą dziś grzeczni dla dziennikarzy gazowni, to za cztery lata tamci im odpłacą tym samym…” (coryllus)

całość tu: Dziadku, opowiedz jak Wałęsa Polskę sprzedał 

podobne: „Dziennikarz służalczy to najbardziej żałosna kreatura” czyli… Ile jest dziennikarstwa w „polskich”(?) mediach. oraz: Nihil novi Winiarskiego o Komorowskim (na procesie Sumlińskiego) przemilczane przez „media”. Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta.

Jacek Kaczmarski - (rozczarowanie, wolność, zdrada, głupota, niewolnik)

Wewnętrzna sprzeczność czyli… państwo i wolność.


„Cóż robią państwowcy? Zaprzeczają nieustannie sami sobie. Najpierw bowiem stwierdzają, że nikt z nas – ludzi rozumnych – nie jest wcale na tyle rozumny, aby sam móc decydowac o sobie i swoim życiu, Zaprzęgają nas zatem w kieraty obracające wielką maszynerią państwa i jego instytucji redystrybuujących, kontrolujących i ścigających. Twierdza przy tym uparcie, że sami, bez tej całej maszynerii na plecach, bez biurokratycznej kuli uwiązanej łańcuchem regulacji u nogi, nie poradzilibyśmy sobie w życiu…”

całość tu: Wewnętrzna sprzeczność

Zgadzam że tego rodzaju sprzeczność w relacji władza – obywatel, a raczej bezczelność na którą autor zwraca uwagę,  występuje (tu można się pokusić o stwierdzenie: prędzej czy później) w mniejszym lub w większym stopniu w każdym państwie. Ale posługiwanie się przez ludzi sprawujących władzę (kiedy jest IM to potrzebne i „zasadne”) „argumentem” jakoby obywatele byli nieodpowiedzialni, przez co trzeba się nimi „zaopiekować” (oczywiście na ich koszt 🙂 ), jest oczywistą (praktykowaną dość nagminnie) – demagogią. Tak samo kiedy jest to władzy na rękę posługuje się ona argumentem wręcz odwrotnym, zwłaszcza jeśli demolód „z własnej woli” wybiera „jedynie słuszne” rozwiązania podsuwane mu przez władzę (gruntujące jej trwanie i poszerzanie). Wtedy to (według władzy) lód jest mądry i odpowiedzialny, choć w rzeczywistości WCALE nie wybrał dobrze dla siebie, tylko właśnie dla władzy. Tu mała dygresja, bo mam uzasadnione wątpliwości czy można tych ludzi nazywać państwowcami, skoro ewidentnie zatracili wiedzę na temat genezy i istoty istnienia takiego tworu jak państwo. Uważam że bardziej trafne określenie dla tego rodzaju postawy to etatyzm, który polega na tworzeniu mitów mających uzasadniać ciągłe rozbudowywanie w ramach państwa ZBĘDNEGO aparatu biurokratycznego. Który rzekomo ma być potrzebny obywatelom, a tak naprawdę potrzebny jest tylko tej części, która w owym aparacie funkcjonuje („pracuje”) czerpiąc z tego tytułu nieuzasadniony zysk, oraz korzystając z pewnego rodzaju przywilejów kosztem innych. W związku z powyższym czy to rzeczywiście państwo (albo państwowcy) są tu problemem?

Żyjemy w realnym świecie gdzie państwa/narody/plemiona i inne mniej lub bardziej sformalizowane (oficjalnie lub nie) skupiska ludzi po prostu istnieją. Pytanie dlaczego istnieją, i czemu w każdej takiej społeczności są „przywódcy stada” czy inna „rada starszych”. Czemu człowiek sam wykazuje skłonność/wolę do organizowania się w mniejsze lub większe grupy pod jakimś zinstytucjonalizowanym przywództwem cedując na nie pewne kompetencje czyli władzę? Odpowiedź jest bardzo prosta – dla gwarancji rozwoju, wspólnoty interesu i stabilizacji materialnej, ale przede wszystkim dla bezpieczeństwa (ochrony), którego każdy instynktownie prędzej czy później szuka (zwłaszcza kiedy się czegoś dorobił albo posiada coś wartościowego), a szuka bo ma oczy i widzi do czego są zdolni inni ludzie którzy nie potrafią (nie chcą) panować nad swoimi popędami i coraz bardziej chciwie spoglądają na to co posiadają inni, aż w końcu przestają tylko patrzeć.

Na tym głównie polega cały dramat „konieczności” istnienia mniej lub bardziej zinstytucjonalizowanej „państwowości”. Tego się nie da zawrócić czy odwrócić, bo to by wymagało zniszczenia w człowieku zazdrości, egoizmu, pożądliwości i innych złych cech którymi często się kierujemy (nawet najlepsi z nas!) będąc po prostu ludźmi (choć to podobno nieludzkie jeśli przyjmiemy że człowiek to istota rozumna a więc znająca pojęcie etyki i moralności). Zwalczmy więc najpierw zło które w nas potencjalnie drzemie a potem zlikwidujmy państwo – wracając tym samym do Edenu. Możliwe? Ja uważam że nie, więc dajmy spokój utopiom o powszechnej szczęśliwości i równości w jakichś enklawach (chyba że na innej planecie 🙂 z dala od starego świata i jego grzesznych implementacji – tylko na jak długo?), a skupmy się na dążeniu do w miarę normalnego porządku, który powinien być jak najbliższy powszechnemu (obiektywnemu) poczuciu sprawiedliwości.

Nawet jeśli znalazłaby się taka grupa ludzi, która żyłaby sobie w idealnej harmonii, nieuzbrojona w siłowe mechanizmy porządkowe czy obronne (bo po co skoro ani sobie ani innym nie zagraża), bogacąc się bez czynienia komukolwiek krzywdy, to choćby była wzorem do naśladowania dla reszty świata, to jednak ten świat zewnętrzny istnieje i może wcale nie być pokojowo nastawiony! Taka grupa nie będzie miała nigdy gwarancji że „inni” się do niej nie przypier… papier, by zagarnąć to na co w pocie czoła uczciwie pracowała. Ten oczywisty (dla ludzkiej natury) stan że nie wszyscy są „na równi” obdarzeni sprytem, kreatywnością, pracowitością i co NAJWAŻNIEJSZE – cnotami (by panować nad żądzami), wymusza w sposób naturalny stworzenie sobie przez taką grupę, mniej lub bardziej rozbudowanych mechanizmów bezpieczeństwa i obrony przed potencjalną przemocą. I teraz miej człowieku pretensje o to że jakaś grupa skupia się w mniej lub bardziej zinstytucjonalizowany twór zwany państwem. Swoją drogą to też jest niejako pewnego rodzaju łamigłówka, kiedy można w ogóle mówić że oto w tym czy w tamtym przypadku mamy do czynienia z „państwem”? Owszem istnieją definicje które to ściśle określają, ale jak należałoby nazwać taką grupę oderwaną od państwa i żyjącą „samopas”? Jak nazwać twór w ramach którego taka zorganizowana bądź co bądź grupa sobie istnieje?

Dlaczego zakładać ad hoc, że coś takiego jak państwo to zło wcielone? Ono owszem bywa w pewnych zakresach swojej działalności (nie kogo innego jak samych mieszkańców) złe, ale nie jest złe jako potrzeba organizowania się w „zgrany kolektyw”. Uważam zatem, że sam pomysł, (wynikający prędzej czy później z naturalnej potrzeby) organizowania się w państwo nie jest zły. Zło pojawia się wtedy kiedy dochodzi w takim państwie do etatyzacji działalności ludzkiej poza konieczną potrzebę obrony i bezpieczeństwa, a „administracja” powołana w tej dobrej wierze stania na straży bezpieczeństwa i porządku (czyli powszechnego DOBRA), zaczyna czerpać z tego tytułu niewymierne korzyści, z tendencją do nieuprawnionego zabezpieczania i poszerzania interesu samej instytucji (ponad dobro pierwotne) – i to jest moim zdaniem zadanie dla wolnościowców/libertarian(?) żeby pokazywać co i gdzie jest normą w państwie a co już jest patologią i dlaczego. Do największego wroga państwa zaliczyć należy zatem nie samą władzę, ale jej nadużycie oraz bezprawie, tudzież prawo niesprawiedliwe… (Odys)

„…Wróćmy tedy do spostrzeżenia kanclerza Jana Zamoyskiego, który powiada, że państwo, wszystko jedno – demokratyczne, czy nie – jest po to, „byśmy wolności naszych zażywali”. Z tego spostrzeżenia wynika, że państwo, jako monopol na przemoc, nie jest, a w każdym razie – nie musi być wrogiem wolności. Przeciwnie – Wolności musi towarzyszyć Moc, która by jej strzegła i ją gwarantowała. To właśnie dlatego anarchiści nie mają racji; państwo, jako monopol na przemoc jest potrzebne, a dodatkowym moralnym uzasadnieniem tego monopolu jest okoliczność, iż przemoc może być – i bywa – używana w służbie sprawiedliwości. Zatem celem państwa jest służenie wolności i sprawiedliwości. Czy jednak jest to możliwe, czy wolność jest do pogodzenia ze sprawiedliwością?

Wolność jest naturalnym stanem człowieka, polegającym na możliwości świadomego wybierania. Ta zdolność ma charakter naturalny, to znaczy, że nie wynika z nadania jakiejkolwiek władzy. W takiej sytuacji żadna władza nie powinna ograniczać wolności, chyba, że jakiś jej przejaw zagraża bezpieczeństwu powszechnemu, albo wolności innych ludzi. Na przykład – propagowanie sodomii. Jak wiadomo, syfilitycy nie są dopuszczani do prac związanych z przygotowywaniem żywności i nikt nie uważa tego za dyskryminację. Dlaczego? Bo dopuszczenie syfilityków do takich prac niosłoby za sobą ryzyko syfilitycznej pandemii, która mogłaby zagrozić gatunkowi ludzkiemu… 

…Zwrócił na to uwagę również Mikołaj Machiavelli definiując ucisk; ucisk ma miejsce wtedy, gdy ograniczenie wolności nie służy powszechnemu bezpieczeństwu.

Z kolei sprawiedliwość można rozumieć dwojako: po pierwsze – jako idealny stan stosunków społecznych – jak chcieliby marksiści, którzy zilustrowali ten ideał formułą „od każdego według jego możliwości, każdemu – według potrzeb”. Od razu widać, ze aby praktykować tak pojmowaną sprawiedliwość, musi być ktoś, czyje decyzje odnoszące się zarówno do możliwości i potrzeb, musiałyby być przyjmowane „powszechnie i bez zastrzeżeń”. Oznacza to, że jeśli nawet można by praktykować w ten sposób sprawiedliwość, to za cenę zamordowania wolności. Słowem – albo myć ręce, albo myć nogi. Na szczęście istnieje inny sposób rozumienia sprawiedliwości. Według rzymskiego prawnika Ulpiana Domicjusza, „iustitia est firma et perpetua voluntas suum cuique tribuendi” (sprawiedliwość jest to niezłomna i stała wola oddawania każdemu co mu się należy). Nie jakiś wymuszony, idealny stan stosunków społecznych, tylko sposób życia, dla którego Ulpian dostarczał dodatkowych wskazówek: honeste vivere, alterum non laedere, suum cuique tribuere (uczciwie żyć, drugiego nie krzywdzić, każdemu należne oddawać). Tutaj też musimy odpowiedzieć na pytanie, kto ustala, co się komu należy? Na to pytanie może odpowiedzieć każdy człowiek, ale z ludźmi wiadomo; trzeba ufać i kontrolować. Toteż wszystko zależy od tego, czy istnieje jakiś sposób weryfikowania takich deklaracji, możliwy do zastosowania w skali masowej. Owszem, istnieje; takim sposobem weryfikowania deklaracji odnoszących się do oczekiwań są umowy. W nich właśnie ludzie komunikują sobie wzajemne oczekiwania i jeśli sami uznają je za uzasadnione, dochodzi do transakcji. Weryfikacja jest autentyczna, kiedy umowa jest dobrowolna, to znaczy – gdy nie towarzyszy jej żadna zewnętrzna przemoc. Zatem przy takim pojmowaniu sprawiedliwości nie zachodzi żadna sprzeczność między wolnością i sprawiedliwością. Przeciwnie – wolność jest warunkiem sine qua non praktykowania sprawiedliwości.

Skoro gwarantowanie wolności jest podstawowym celem państwa, to musi to znajdować odzwierciedlenie w konstytucji, która pełni role sui generis statutu państwa. W szczególności dotyczy to wolności gospodarczej, której niepodobna wyobrazić sobie bez poszanowania własności, która gwarantuje obywatelom autonomię również względem władzy publicznej…” (Stanisław Michalkiewicz – Po co nam państwo?)

i cytat z mojego ulubionego ekonomisty:

„(…) aby dwie wymieniane usługi miały tę samą wartość, aby wymiana była sprawiedliwa, musi być spełniony jeden warunek: wymiana musi dokonywać się w sposób wolny. (…) równowartość wynika z wolności. (…) rola państwa polega raczej na tym, by zapobiegać, a zwłaszcza przeciwstawiać się podstępom i oszustwom, to znaczy zagwarantować wolność, a nie tę wolność gwałcić. (Frederic Bastiat)

podobne: Wolnośc a samowola czyli – Goń libertyna! oraz: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii. i to: Utrata suwerenności czyli… Polska krajem neokolonialnym. Samoobrona rodzinna (Panel dyskusyjny XII Kongresu Konserwatywnego). Poszukiwany autorytet do walki z totalitaryzmem socjaldemokracji. a także: Trzecia rewolucja technologiczna i ryzyko rosnącego bezrobocia w związku z rozwojem robotyki. Receptą na potencjalny kryzys uwłaszczenie (a nie „pomoc państwa”). Michalkiewicza debata o nierównościach. polecam również: Tacyt: „Przy największym państwa nierządzie najliczniejsze były prawa”. Rekordy biurokracji, zmiany w prawie karnym i schizofrenia Platformy. Państwo jak rabuś czyli… komu to wszystko służy? i jeszcze: Do czego potrzebne mi państwo i czemu do wydawania moich pieniędzy? na koniec: Równość czy hierarchia? Które jest bliższe ideału?

Jan Paweł II (naród, wolność, ucisk)

„Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii.


„Gdyby ktoś co miesiąc kradł ci dwie trzecie twojego dochodu, nie wahałbyś się nazwać go bandytą. A przecież robi to państwo. Różnica między państwem a bandytą polega jedynie na tym, że państwo jest mniej uczciwe – złodziej przynajmniej nie mówi, że cię okrada dla twojego dobra.” (Chris Tame)

Samoobrona rodzinna. Panel dyskusyjny XII Kongresu Konserwatywnego

„…Gdy w XVII wieku przeciętny człowiek prawie nie miał kontaktu z „władzą” – król mieszkał gdzieś daleko w stolicy, urzędnika widziało się bardzo rzadko, a większość spraw załatwiano prywatnie, nie było powodu aby ktokolwiek chciał mieć jakikolwiek wpływ na postępowanie władzy. Rząd, król, państwo, były czymś odległym, salonową zabawą arystokratów. Zabawa ta w niewielkim stopniu dotyczyła zwykłych ludzi, więc zwykli ludzie spokojnie mogli ją zignorować. Gdy jednak współczesne państwo obejmuje swoim zasięgiem wszystkich i wszystko, gdy nawet najbiedniejszy człowiek bezustannie styka się z biurokracją a jego życie staje się sprawą zainteresowania polityków, kwestią państwową – to i on przejawia zrozumiałą skłonność do zainteresowania się władzą…

…Tak więc przeciwnicy demokracji powinni sprzeciwiać się nie samemu głosowaniu w pierwszej kolejności, lecz przede wszystkim interwencji państwa w życie ludzi. Śmiem twierdzić nawet, że wycofanie wpływu państwa z życia wielu doprowadzi do tego, że sami chętnie wyrzekną się potrzeby głosowania i prawa do niego, niczym dawny chłop z prowincji, którego nie obchodziły spory arystokratów i ministrów królewskich dotyczące spraw stolicy i dworu królewskiego.” (rafaltrabski)

całość tu: Czy Korwin ma racje co do demokracji?

„Im bardziej chore jest państwo, tym więcej w nim ustaw i rozporządzeń” (Tacyt)

…dokładnie na tym zasadza się idea państwa minimum, gdzie ustrojem „panującym” powinna być monarchia (o której więcej tu: Wróćmy do monarchii), jako najtańsza forma rządów i jednocześnie najbardziej transparentna. Najlepiej dziedziczna (wyklucza to walkę o sukcesję) i konstytucyjna – z gwarantowaną obywatelom kartą praw podstawowych, których „król” naruszyć nie może bez zgody narodu w powszechnym i obowiązkowym referendum, inaczej naród może założyć konfederację obalając despotę.

Co do samej demokracji, to organizowanie sobie w ten sposób życia przez daną wspólnotę obywateli, jest jak najbardziej naturalnym i dopuszczalnym przejawem brania czynnego udziału w życiu publicznym przez zainteresowane strony, ale tylko na szczeblu lokalnym czyli „we własnej sprawie” – np. w gminie, gdzie obywatel jest najbardziej zorientowany w potrzebach społeczności ją zamieszkującej. Chodzi tu jednak głównie nie o sam system administrowania i organizowania sobie lokalnego życia (tu też może decydować jednoosobowy organ wybrany w wyborach zamiast rad i sejmików), ale o zachowanie prawa do własności i decyzyjności za nią w rękach bezpośrednich właścicieli – chodzi więc w zasadzie o samorządność. (Odys)

podobne: Demokracja… czyli Dyktatura Durni. Australijczycy tracą do niej zaufanie. i to” Michalkiewicz o paroksyzmach demokracji. oraz: Utrata suwerenności czyli… Polska krajem neokolonialnym. Samoobrona rodzinna (Panel dyskusyjny XII Kongresu Konserwatywnego). Poszukiwany autorytet do walki z totalitaryzmem socjaldemokracji. a także: cynik9: Przybliżanie socjalizmu. Teoria skubanych i skubiących w demokracji polecam również: Trzecia rewolucja technologiczna i ryzyko rosnącego bezrobocia w związku z rozwojem robotyki. Receptą na potencjalny kryzys uwłaszczenie (a nie „pomoc państwa”). Michalkiewicza debata o nierównościach.

„W ostatnich dniach w Szwajcarii wpłynął wniosek o referendum. Pod wnioskiem, który ma dotyczyć kwestii kreacji pieniądza, zebrano 100 000 podpisów. Konkretnie mowa jest o odebraniu możliwości zwiększania podaży pieniądza przez banki komercyjne i pozostawieniu tej możliwości jedynie w rękach banku centralnego. W tym przypadku byłby to Narodowy Bank Szwajcarii (SNB). Problem jest faktycznie fundamentalny, a rezultat głosowania może mieć wpływ na cały świat.

Kreacja pieniądza bezgotówkowego.

Zacznę może jednak od przypomnienia, w jaki sposób banki komercyjne tworzą walutę. Wszystko odbywa się na zasadzie systemu rezerwy cząstkowej. Rezerwa cząstkowa mówi nam jaki procent depozytu musi zostać zachowany. W Polsce jest to 3.5%. Resztę bank może przeznaczyć na kredyty dla klientów. Czyli z depozytu o wysokości 100 PLN można przyznać na kredyt 96.5 PLN. W tym samym czasie cały depozyt 100 PLN jest ciągle w pełni dostępny dla klienta. Za stworzone z powietrza 96.5 PLN bank pobiera prowizję i odsetki. Operacja ta jest powtarzana wielokrotnie…

To właśnie system rezerwy cząstkowej daje bankom niebotyczne zyski. Dzięki niemu gospodarka przyspiesza w piorunującym tempie, a rajdy te kończą się jeszcze bardziej spektakularnymi krachami. Taki system jest odpowiedzialny za transfer kapitału z klasy średniej do najbogatszego 1%. Dzięki pieniądzom zdobytym na klasie średniej banki mają środki na lobby w strukturach władzy, pieczętując status quo…

…Zdecydowanie jest to krok w dobrą stronę. Banki nie potrzebują systemu rezerw cząstkowych do funkcjonowania. Równie dobrze będą działać, mając nakaz utrzymania 100% rezerw pod depozyty, czyli zakaz wykorzystywania dźwigni finansowej. W niczym nie wpłynie to na bankowość elektroniczną i rozliczanie transakcji. Działalność inwestycyjna również będzie mogła być utrzymana, tylko z osobnych środków. Trzymanie pieniędzy w banku znów wiązać się będzie z kosztami. Będą one wynikać z zabezpieczenia i ubezpieczenia środków, ale to właśnie taki system bankowy jest sprawiedliwy i odporny na finansowe zawieruchy. Konsekwencją będzie stabilny rozwój gospodarczy pozbawiony baniek spekulacyjnych. Taki wzrost nie zakończy się krachem, czyli kolejnym czarnym poniedziałkiem czy wielką depresją.

Inicjatywa tego typu, jak dobra by nie była, najprawdopodobniej nie znajdzie dostatecznego poparcia. Media w razie potrzeby będą głosić proroctwa finansowego armagedonu, by tylko przemówić do „rozsądku” narodowi. Samym Szwajcarom w większości niestety brakuje wiedzy ekonomicznej, by móc zrozumieć konsekwencje tego typu zagadnień. Merytoryczne rozmowy zostaną zakrzyczane, a głosy opozycyjne zmarginalizowane. (…) Moim zdaniem demokratycznymi metodami nie będzie można przeprowadzić tak fundamentalnych zmian. Do tego potrzeba ludzi, którzy wyjaśnią problem i odpowiedniej skali kryzysu. Bez tego polegnie nawet najlepiej działająca demokracja na świecie.

Independent Trader Team

żródło: Czy Szwajcarzy odbiorą kreację pieniądza bankom komercyjnym?

podobne: Szwajcarzy podejmą decyzję, czy zwiększyć do 20 procent minimalne rezerwy złota. Trader21 i inwestowanie w spółki wydobywcze. i to: Independent Trader: Koniec London Silver Fix. Kiedy skończy się manipulacja cenami metali szlachetnych?  a także: Od standardu złota do pieniądza fiducjarnego. Realny stan gospodarki USA, Teksas żąda od FEDu zwrotu złota, o cynicznych Grekach i ekspansji Chin. Czy świat finansów (a za nim cywilizacji zachodu) chyli się ku upadkowi? Polska na jedwabnym szlaku. i to: Chiny Rosja i i Iran uderzają w dolara. Złote ambicje Chin.

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Trzecia rewolucja technologiczna i ryzyko rosnącego bezrobocia w związku z rozwojem robotyki. Receptą na potencjalny kryzys uwłaszczenie (a nie „pomoc państwa”). Michalkiewicza debata o nierównościach.


„…Nowoczesne społeczeństwo postindustrialne oparte w większości na świadczeniu usług cechuje się – i nie da się temu zaprzeczyć – narastającą akumulacją kapitału w rękach wąskiej elity najbogatszych właścicieli. W przeciwieństwie do marksistów nie zamierzam krytykować tego zjawiska o tyle, o ile jest ono wynikiem uczciwej działalności gospodarczej, świadczenia usług i produkcji dóbr, które konsumenci dobrowolnie nabywali doprowadzając do wzbogacenia się ich wytwórców. Tam, gdzie akumulacja kapitału jest jednak skutkiem sojuszu kapitalisty z państwem, zabiegania o przywileje, dotacje, ochronne cła i przepisy prawne, stan taki jest moim zdaniem karygodny. Niezależnie od sposoby w jaki się wzbogaciła,  ta wąska elita z pewnością jest potencjalnie pierwszą grupą, która najłatwiej i najszybciej pozyska do swego użytku nowoczesne maszyny, mogąc dzięki nim zastąpić pracę ludzi w należących do nich zakładach i firmach. Zastąpią oni pracę ludzi pracą robotów wszędzie, począwszy od zakładów produkcyjnych, gdzie ten proces automatyzacji już się rozpoczął, poprzez prostsze, zrutynizowane procesy transportu i logistyki, aż do sektorów usług i handlu, które ulegną automatyzacji na samym końcu. Jasne jest, że osoby pozbawione kapitału nie wezmą udziału w kolejnej „rewolucji gospodarczej”. Postuluję więc znalezienie sposoby, aby zwykłych ludzi kapitałem obdarzyć. Rzecz jasna, jako libertarianin nie zamierzam wzywać kapitalistów do „podzielenia się” bogactwem z robotnikami, choć, gdyby coś takiego robili dobrowolnie, nie widziałbym w tym niczego złego. Odchodząc jednak od utopijnych koncepcji, musimy poszukać gdzieś indziej sposobu wzbogacenia rzesz dzisiejszych pracowników najemnych. Istnieje takie źródło – państwo, a ściślej mówiąc: własność państwowa. Państwa na całym świecie dysponują ogromnym majątkiem w postaci infrastruktury publicznej oraz, przede wszystkim, ziemi.

Ziemia jako pierwotny czynnik produkcji stanowi cenne dobro rzadkie, które może stać się doskonałą bazą ekonomiczna dla pozbawionej jakiegokolwiek znacznego kapitału większości społeczeństwa. W powszechnym uwłaszczeniu ludności na gruntach i innej własności „publicznej” dostrzegam jedyną szansę zażegnania widma katastrofy ekonomicznej. Przeciętny obywatel nabywając grunt ma wiele różnych możliwości jego wykorzystania. Może ziemię sprzedać, aby pozyskać pieniądze, może ją też wydzierżawić, lub samemu z niej korzystać. Niezależnie od wyboru, daje mu ona pewną niezależność od koniunktury gospodarczej i możliwość uniknięcia konsekwencji przemodelowania gospodarki w skutek jej zautomatyzowania. Zapotrzebowanie na ziemię kapitaliści zawsze będą zgłaszali. Nawet w wysoce zrobotyzowanej gospodarce maszyny te muszą zajmować jakąś przestrzeń w której będą pracowały, co oznacza konieczność posiadania ziemi. Uwłaszczenie obywateli na gruntach państwowych da im możliwość dzierżawienia ziemi lub jej odsprzedaży/wymiany na udziały w zyskach generowanych przez roboty. Mogą też wykorzystać tę ziemię jako przestrzeń do organizacji własnej produkcji – najpewniej skupując od siebie nawzajem działki lub łącząc się w dobrowolne kooperatywy/spółdzielnie produkcyjne, aby uzyskać większy potencjał produkcyjny. Wreszcie osoby nie chcące wcale uczestniczyć w nowoczesnej erze gospodarki zrobotyzowanej, mogą przeznaczyć swój grunt pod uprawę na własny użytek bądź handel z innymi kontestatorami nowej rzeczywistości. Najważniejsze jest to, że uwłaszczeni otrzymają środki do utrzymania siebie bez konieczności liczenia na łaskę rządzących lub korporacji.

Oczywiście rozwiązanie takie na dziś dzień wydaje się trudne, jeśli nie niemożliwe do wprowadzenia. Państwa dalekie są od rozdawania swojej własności obywatelom – pomimo, że oficjalnie jest to mienie „publiczne”. Znacznie chętniej dokonują prywatyzacji infrastruktury i przedsiębiorstw państwowych, która – jak wiemy na przykładzie polskich przemian ustrojowych – jest często okazją do korupcji i matactw oraz szybkiego wzbogacania się krewnych i znajomych polityków i ich samych. Jednakże uwłaszczenie obywateli jest też jedyną, rozsądną opcją, jaka pozostanie współczesnym państwom, aby rozwiązać problem niewydolnych systemów emerytalnych, które na skutek odwrócenia się piramidy pokoleniowej nie mają szansy przetrwania w dłuższym okresie. Likwidacja państwowych systemów emerytalnych nie może wiązać się z pozostawieniem samym sobie milionów emerytów i osób pracujących zbliżających się do emerytury, dlatego obdarowanie ich ziemią państwową wydaje się dobrym rozwiązaniem. Ci, którzy nie zechcą ziemi zachować i na przykład uprawiać, sprzedadzą ją czy przekażą swoim potomkom licząc, że oni lepiej ją wykorzystają i utrzymają ich na starość. W ten sposób uwłaszczenie obywateli na mieniu państwowym rozwiązuje dwa problemy jednocześnie.

Oczywiście pozostaje do rozwiązania wiele drobniejszych kwestii: jak podzielić mienie państwowe między obywateli? Wedle jakiego kryterium przydzielać działki/mienie? Czy należy dokonać jakichś wycen umożliwiających „sprawiedliwy” bądź „równy” przydział mienia poszczególnym obywatelom? Jak je wycenić w tym celu? Czy ziemię powinni dostać wszyscy obywatele, jako że płacili podatki, czy tylko ci, którzy nie posiadają znaczącego kapitału? Jak rozwiązać parcelację gruntów terytorialnie? Czy urzędnicy państwowi i politycy powinni otrzymać swoje przydziały, czy też, jako uczestnicy państwowej grabieży, powinni zostać pominięci w tym procesie? Co zrobić z drogami publicznymi? Czy zbiorniki wodne też należy rozparcelować pomiędzy obywateli? Czy od tak rozdysponowanej własności publicznej obywatele powinni uiścić jakiekolwiek podatki, a jeżeli tak, to w jakiej wysokości? Te i zapewne jeszcze inne pytania, jakie pominąłem, z pewnością muszą znaleźć odpowiedzi, zanim będzie można myśleć poważnie o wprowadzeniu proponowanego przeze mnie rozwiązania.

Szczęśliwie, póki co, nie musimy przygotowywać się na taki scenariusz. Znacznie poważniejszymi problemami jest rozrost państwa i jego szkodliwe ingerencje w gospodarkę, które spowalniają rozwój i wzrost bogactwa społeczeństwa w dwójnasób: niszcząc przedsiębiorczość oraz obciążając społeczeństwo kosztami utrzymania aparatu biurokratyczno-politycznego. Tak więc znacznie poważniejszymi problemami od wzrostu liczby robotów w gospodarce jest wzrost liczby urzędników, a także:

  • wzrost opodatkowania pomniejszający dochody robotników i przedsiębiorców i tym samym zmniejszający konsumpcję, oszczędności i inwestycje
  • wzrost liczby regulacji, co prowadzi do zamętu prawnego, zwiększa niepewność przedsiębiorców i generuje koszty obsługi doradczo-prawnej, jest też polem dla lobbingu i korupcji
  • większy wpływ rządu na gospodarkę zmienia strukturę motywacji przedsiębiorców i skłania ich do uciekania się do lobbingu i korupcji, które w silnie uregulowanym przez rząd systemie mogą przynieść szybszy i większy sukces od uczciwej konkurencji
  • inflacyjna polityka monetarna praktycznie wszystkich państw na świecie zmniejsza zaufanie do pieniądza i instytucji finansowych oraz wywołuje cykle wzrostów i kryzysów gospodarczych destabilizując światową gospodarkę
  • ingerencje w dobrowolne wymiany na rynku utrudniają bądź uniemożliwiają konsumentom i producentom dokonywanie najkorzystniejszych z ich punktu widzenia transakcji i tym samym zmniejszają ogólny dobrobyt społeczeństwa
  • rozrost aparatu biurokratycznego oznacza że coraz większa grupa ludzi pozostaje na utrzymaniu reszty społeczeństwa jednocześnie nie uczestnicząc w produkcji wartościowych dóbr i usług, które polepszają ogólny dobrobyt – zatem rozrost klasy urzędniczej zmniejsza ogólny dobrobyt
  • dotacje rządowe i programy tanich rządowych kredytów dla wybranych firm i sektorów gospodarki zaburzają procesy rynkowe i promują przedsiębiorców nieudolnych kosztem reszty społeczeństwa
  • państwa wywołują i eskalują konflikty zbrojne, które prowadza do destrukcji mienia i śmierci niewinnych ludzi i w dłuższym okresie spowalniają rozwój gospodarczy oraz niszczą zakumulowany przez społeczeństwo kapitał
  • wzrastające opodatkowanie w największym stopniu uderza w dochody najbiedniejszych warstw społecznych uniemożliwiając im wydźwignięcie się z biedy i awans społeczny oraz skazując je na egzystencje w stagnacji i frustracji co przyczynia się do wzrostu przestępczości i kosztów jej zwalczania i prewencję

Te i wiele innych sposobów w jakie rozrastające się rządy szkodzą gospodarce stanowią obecnie o wiele większy problem, jaki musimy rozwiązać. Musimy zatem promować wolność i zachęcać ludzi do popierania tylko dobrowolnych, obustronnie korzystnych relacji społecznych, zamiast tych opartych na przymusie i przemocy, na jakich opiera się państwo…”

polecam lekturę całości tu: Nowy kapitalizm uspołeczniony?

podobne: Prof. Witold Kwaśnicki: Ci wstrętni (neo)liberałowie. A przecież „kapitalizm oznacza własność” i to: “Szatanem nie jest kapitał. Szatanem jest Goldman i rząd.” polecam również: Najwyższy Czas! Libertariański kodeks Rothbarda oraz: Kobus: Czy własność może szkodzić? – Najwyższy Czas! a także: Paweł Rybacki: Moralna i praktyczna wyższość gospodarki wolnorynkowej nad centralnie planowaną lub interwencjonistyczną. i jeszcze: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Demobilizacja czyli zatrudnienie publiczne (zysk czy strata?)

cytat:

„…Teoretycznie biorąc mógłby się znaleźć silny rząd, który zgarnie władzę polityczną i zahamuje wyzysk skoncentrowanego kapitału, nie zmieniając struktury ustroju, lecz starając się łagodzić najjaskrawsze nadużycia. Można by w ten sposób stworzyć stan pewnej równowagi gospodarczej, system godziwego podziału dochodów w społeczeństwie. Ale byłby to stan niemożliwy do utrzymania na dłuższą metę. Żaden kraj nie może liczyć na to że będzie miał stale rząd silny i światły, a wszelkie osłabienie władzy wyzwoliłoby ponownie zorganizowane siły wyzysku, trzymane przejściowo na uwięzi. Polityka gospodarcza nie może się więc ograniczyć do bieżącego unieszkodliwiania zapędów szkodliwych dla ogółu, lecz musi dążyć do stworzenia takiego ustroju, w którym naturalna gra sił i przyzwyczajeń gospodarczych przeciwdziałałaby ponownemu zwyrodnieniu struktury społecznej.

I tego celu nie da się inaczej osiągnąć jak przez uwłaszczenie mas. Pozwoli ono rozłożyć na ogół ludzi dobre strony posiadania, a zneutralizuje w dużej mierze pokusy związane z własnością, odbierając im obecne możliwości rozwoju. W kraju który będzie przestrzegał zasad chrześcijańskiego współżycia, dodatnie oddziaływanie własności będzie konsolidować strukturę moralną i gospodarczą ludności. Powoli wytwarzać się będzie psychika przywiązania człowieka do jego warsztatu, odpowiedzialności za własność rodzinną i dobro zbiorowe. W takiej atmosferze dojrzewa społeczeństwo, odporne na wybujałość indywidualnych egoizmów…” (Adam Doboszyński „Gospodarka Narodowa”) całość tu: Jawny i tajny socjalizm… Zasady chrześcijańskiego współżycia kontra kolektywizm (w gospodarce).

Szanowni Państwo!

Podczas gdy cała Polska, pani Beaty Szydło nie wyłączając, zastyga w oczekiwaniu na poznanie składu przyszłego rządu, w Warszawie odbyło się seminarium zorganizowane przez Polsko-Amerykańską Fundację Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego i Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, a poświęcone nierównościom społecznym i wykluczeniu. Temat wydaje się wyjątkowo aktualny, bo oczekiwana zmiana rządu rozbudziła ogromne i przede wszystkim – bardzo różnorodne oczekiwania – między innymi – na urzeczywistnienie tak zwanej sprawiedliwości społecznej, cokolwiek by to miało znaczyć. Zabierając głos w dyskusji zwróciłem uwagę na kilka spraw. Po pierwsze – że wzrost gospodarczy obejmuje nie tylko bogatych, ale i osoby zaliczane do wykluczonych. Jeszcze za pierwszej komuny po raz pierwszy byłem w Paryżu i spacerując po Polach Elizejskich zauważyłem żebraka. Żebrak – wiadomo: człowiek wykluczony – ale był to żebrak francuski, więc oczekiwanie na jałmużnę skracał sobie słuchając ze stereofonicznego radia transmisji jakiegoś meczu. W porównaniu z żebrakiem z takiego, dajmy na to, Bangladeszu, który nie ma nawet portek, ów francuski żebrak był bogaczem – bo chociaż „wykluczony” – miał jednak swój udział w zamożności francuskiego społeczeństwa. Zatem nie tyle chodzi o to, by eliminować „nierówności”, czy „wykluczenia”, tylko o to, by wzrastał ogólny poziom bogactwa.

Po drugie – radykalne programy równościowe można streścić następująco: małych naciągać, dużych obcinać, grubych uciskać, a chudych nadymać. Problem jednakże polega na tym, że duzi nie pozwalają nikomu się obcinać, podobnie jak grubi nie pozwalają się uciskać. Na nadymanie chudych grubym szkoda pieniędzy, więc jedynym praktycznym rezultatem wdrażania programów równościowych jest naciąganie małych. Praktyczne konsekwencje realizacji takiego programu zilustrowałem wspomnieniem z dzieciństwa, kiedy to w Markuszowie koło Lublina, wraz z moim ówczesnym przyjacielem, pięcioletnim Heniem Zielskim, zetknęliśmy się z zasadniczym dla ekonomii zjawiskiem rzadkości. Chodzi o to, że dóbr jest na świecie znacznie mniej, niż zapotrzebowania na nie i właśnie dlatego istnieje gospodarka, obejmująca ich produkcję i dystrybucję. W moim i Henia Zielskiego przypadku była to skrzynka ze starymi gwoździami, która służyła nam do zabawy. Skrzynka była jedna, podczas gdy nas było dwóch i w tym właśnie manifestowała się wspomniana rzadkość. Ponieważ dochodziło między nami do sporów, kto ma się skrzynką bawić, Henio sformułował zasadę, o której wtedy nie wiedziałem, że była i nadal zresztą jest wykładana biednym studentom na uniwersytetach. „Jak to może być – powiedział Henio – żeby jeden miał całą fabrykę gwoździ, a drugi żeby nic nie miał? Jak jeden ma całą fabrykę gwoździ, to i drugi niech ma całą fabrykę gwoździ, a jak jeden nie ma nic, to i drugi niech nie ma nic!”

Zasada bardzo efektowna, ale z uwagi na wspomnianą rzadkość, sprokurowanie na poczekaniu fabryki gwoździ dla każdego jest mało prawdopodobne, prawdę mówiąc – niemożliwe. W tej sytuacji można jedynie zrealizować postulat drugi: jak jeden nie ma nic, to i drugi niech nie ma nic. Oczywiście ten rezultat jest przez cwaniaków starannie ukrywany pod równościowymi frazesami i na tym właśnie polega naciąganie małych. Jak na podstawie tego przykładu można się zorientować, nierówności społecznych nie da się wyeliminować bez powszechnej katastrofy, więc na wszelki wypadek lepiej nie próbować tym bardziej, że społeczne nierówności mają bardzo silny walor mobilizujący. Zatem – po trzecie – nie chodzi o to, by nie było nierówności, tylko o to, jaka reakcja na nierówności społeczne w społeczeństwie dominuje. Mamy dwie możliwości: albo dominuje reakcja, którą Chińczycy nazywają „chorobą czerwonych oczu” – żeby każdemu było tak źle, jak mnie – albo – będę naśladował to, co robią bogatsi; może nie uda mi się tak, jak im, ale zawsze przynajmniej trochę się podciągnę. Dominacja tej drugiej reakcji na społeczne nierówności sprawia, że takie społeczeństwo nie zagryza się nawzajem, tylko pnie się w górę i rośnie w siłę. Niestety w naszym nieszczęśliwym kraju bezpieczniacy i Umiłowani Przywódcy przyznali sobie tyle przywilejów i obwarowali je takimi zasiekami i polami minowymi, że naśladować ich niepodobna. I to jest nasz największy problem.

Mówił Stanisław Michalkiewicz (Felieton • Radio Maryja • 5 listopada 2015)

podobne: Adam Gwiazda: Wolność, równość i… nierówności ekonomiczno-społeczne i to: Równość czy hierarchia? Które jest bliższe ideału? a także: Czy liberalizm nas zabije? Nawet gdyby chciał to nie zdąży, bo wcześniej wykończy nas socjalizm czyli… „Polityka społeczna” (dla głupców). i jeszcze: Piotr Świder: Oda do wolności. Z dedykacją dla poszukiwaczy skarbów wolnego rynku oraz: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy państwo powinno dotować sztukę? (o interwencjonizmie).

cytat - Leopold Tyrmand - komunizm

Rabusie publicznego grosza z wirtualnej rzeczywistości. Dotacje zgubnym mechanizmem. Czy kapitalizm nie działa?


…Dopłacanie słabym wytwórcom do ich działalności, aby mogli „konkurować” z zagranicznymi producentami jest szkodliwe podwójnie. Po pierwsze, nie stymuluje kreatywności i przedsiębiorczości rodzimych twórców, a jedynie chwilowo rekompensuje ich uzasadnione straty księgowe będące realnym skutkiem prawdziwej słabości ich produktów, braku dokapitalizowania i doświadczenia w konkurowaniu na rynku. Producenci, którzy uzyskają takie wsparcie zdołają zakończyć być może swoje projekty, gdyż dzięki dofinansowaniu nie będą zagrożeni porażką finansową, jednak nie będzie to wynikać z rzeczywistej jakości i preferencji konsumentów, lecz z zastrzyku niezasłużonych subsydiów. Szkodzi to także etyce biznesu w całej branży i innych sektorach, gdyż jest jasnym sygnałem: nie musisz być konkurencyjny, nie musisz oferować dobrego produktu na rynku, wystarczy poprosić rząd, aby zniwelował ponoszone przez Ciebie koszty.

Jeżeli polscy producenci gier nie są zdolni do konkurowania z zachodnimi bez pomocy rządu, to oznacza, że powinni zaprzestać swojej działalności i zająć sie inną. Jeśli zaś są zdolni do konkurowania bez państwowych subsydiów – co pokazał choćby wspomniany sukces Wiedźmina 3 – to nie potrzebują żadnych państwowych pieniędzy, a wyciąganie rękę po środki z budżetu jest niczym innym, jak próbą zwiększenia swoich zysków kosztem podatnika. Nie różni się to niczym od pasożytnictwa i nie zmienia tu niczego fakt, że twórcy gier dostarczają jakiekolwiek produkty konsumentom. Co więcej, polscy gracze mogą tylko stracić na takiej sytuacji – i nie tylko w podatkach – lecz z tego względu, że sztucznie subsydiowani polscy producenci gier będą mogli zaniżać ceny swoich produktów, a w efekcie lepsi, zachodni producenci albo zmuszeni będą sprzedawać swoje produkty w naszym kraju w okrojonych wersjach aby ciąć koszty – ucierpieć może jakość tłumaczeń, zniknąć mogą na naszym rynku wersje kolekcjonerskie i rozszerzone – albo nawet zupełnie mogą zrezygnować z wypuszczania u nas swoich niektórych tytułów.
W istocie będziemy mieć do czynienia ze zjawiskiem nieuczciwej konkurencji, która na rodzimym rynku niczym nie różni sie od nałożenia cła importowego na obce produkty czyniąc je mniej atrakcyjnymi.
Najważniejszym jednak argumentem przeciwko dążeniom Stowarzyszenia Polskie Gry jest etyczny sprzeciw wobec finansowania jego działalności ze środków odebranych pod przymusem osobom nieraz zupełnie niezainteresowanym branżą lub nawet mającym niechętny stosunek wobec gier komputerowych…”

całość tu: Gardzę polskimi twórcami gier

…bez komentarza, może poza jednym zdaniem – nigdy nie kupię (i zachęcam do podobnego bojkotu innych graczy) żadnej gry od jakiejkolwiek firmy której produkt będzie śmierdział zrabowanym podatnikom pieniądzem. Jak mniemam wystarczy zajrzeć na listę tego „stowarzyszenia piratów” by wiedzieć czyich produktów nie dotykać… (Odys)

Marlot - kapitalizm

Marlot – kapitalizm

Więcej na temat zgubnych skutków dotacji w bardzo przystępny i prosty sposób opowiada Pan Paweł Budrewicz (PAFERE)

Nam Zalezy Nam Zalezy i Dotacje zgubnym mechanizmem

podobne: Sadowski: Dotacje tworzą dług, a nie dobrobyt oraz: Za unijne fundusze płacimy dwa razy. i to: Mit “unijnej pomocy” oficjalnie obalony. Nie idźmy tą drogą! a także: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy państwo powinno dotować sztukę? (o interwencjonizmie). polecam również: 

„…Ignorancja, jak i dezaprobata wobec naturalnych ograniczeń, które kapitalizm i zdrowe rynki nakładają na wynaturzenia rynku, powodują że nasi przywódcy odrzucają kapitalizm i winią go za wszystkie problemy przed którymi stoimy. Jeśli przesąd ten będzie podtrzymywany, i zdrowy kapitalizm zostanie jeszcze bardziej osłabiony, zniszczymy cały dobrobyt który generuje wolny rynek.

Korupcja i oszustwa w praktykach księgowych wielu firm są na porządku dziennym. Są tacy, którzy chcieliby wierzyć, że jest to integralna część wolnorynkowego kapitalizmu. Gdybyśmy mieli wolnorynkowy kapitalizm, to wcale nie byłoby gwarancji, że niektóre oszustwa nie wystąpią. Ale wówczas, problemy takie byłyby rozpatrywane przez lokalne organy ścigania, a nie przez polityków w Kongresie, którzy mieli już okazję zapobiegnięcia takim problemom, ale wybrali zamiast tego upolitycznienie ich, korzystając z okazji do wypromowanie większe liczby keynesowskich, niepotrzebnych przepisów.
Kapitalizm nie powinien być potępiany, ponieważ my nie mieliśmy kapitalizmu. W systemie kapitalistycznym powinien być zdrowy pieniądz, a nie „fiat money” (pieniądze kreowane, fałszywe, puste), manipulowane przez bank centralny. Kapitalizm pielęgnuje dobrowolne umowy oraz stopy procentowe, które są określane przez oszczędności, a nie przez kreowane kredyty przez bank centralny. Nie jest kapitalizmem system męczony przez masę niezrozumiałych przepisów dotyczących fuzji, przejęć i sprzedaży akcji, kontroli płac, kontroli cen, protekcjonizmu, subsydiów dla korporacji, ograniczeń międzynarodowego handlu, karania podatków korporacyjnych, uprzywilejowania zamówień rządowych dla wojskowego kompleksu przemysłowego; system zdominowany przez zagraniczną politykę, kontrolowaną przez korporacyjne interesy i zagraniczne inwestycje. Dodajmy do tego scentralizowane, federalne i nieefektywne rolnictwo, edukację, medycynę, ubezpieczenia, bankowość i opiekę społeczną. To nie jest kapitalizm!

Potępianie wolnorynkowego kapitalizmu z powodu tego co się dzisiaj dzieje, nie ma żadnego sensu. Nie ma żadnych dowodów na to, że kapitalizm dziś istnieje. Jesteśmy głęboko zaangażowani w interwencjonizm gospodarki planowanej, który pozwala czerpać korzyści głównie osobom powiązanym z politycznym spektrum. Można potępiać oszustów i obecny system, ale musi być to nazwane po imieniu – keynesowski inflacjonizm, interwencjonizm i korporacjonizm…” (Ron Paul)

całość tu: Czy kapitalizm nie działa?

podobne: Prof. Witold Kwaśnicki: Ci wstrętni (neo)liberałowie. A przecież „kapitalizm oznacza własność” oraz: Godfrey Bloom: Nie mamy prawdziwego kapitalizmu, to jest kapitalizm kumoterski i to: Paweł Rybacki: Moralna i praktyczna wyższość gospodarki wolnorynkowej nad centralnie planowaną lub interwencjonistyczną.

Marlot - kapitalizm

Marlot – kapitalizm