Tomasz Kempis o najczęściej popełnianych błędach w relacjach z innymi ludźmi. Gdy szukamy tego co przemija (o złodziejach czasu)


„Wolna wola.

Tak, każdy człowiek ją posiada.

Popatrzmy, jak w dzisiejszym świecie, w bardzo nowoczesny sposób jest ona wystawiana na próbę.

Niejednokrotnie tracimy czas bezmyślnie i bezpowrotnie, zajmując się głupstwami. No, cóż bywa i tak.

Daliśmy się dobrowonie pozamykać w samochodach, pociągach, autobusach, tramwajach, samolotach, gdyż trzeba się spieszyć, by zaoszczędzić czas. Daliśmy się pozamykać w domach w blokach mieszkalnych, a nawet w pracy, za coś trzeba żyć.

W okolicach, gdzie jest mnóstwo domów  w tygodniu a i w niedzielę nie widać swobodnie, beztrosko spacerujących ludzi. W kościołach na mszach św. niedzielnych też nie widać aż takich tlumów. Ludzie nie mają na to czasu.

Nagle w pewnych momentach, dziwią się… jakże te drzewa i krzewy wokoło porosły… Kiedy?…” (Cierpliwa2)

całość tu:  Podstępna kradzież czasu

podobne: (bez)wstyd Jakóbiak i Ellen za dychę czyli… uważaj na świat stojący otworem. „Pochwała łotrostwa” i „Traktacik o wyobraźni” (Kaczmarskiego)

oraz: O naturze zła czyli… „Wehikułem czasu” po „krainie grzybów”. O towarzyskich uwikłaniach, hodowli człowieków, sutenerach, detektywach, „piwnicy” w Ministerstwie Kultury i „Eurowizji”

i to: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”

a także: Przewodnia rola „mediów” i tzw. „edukacji” w zdziczeniu obyczajów

polecam również: Zenon Dziedzic: Esej o indoktrynacji. Istotą pełni życia człowieka myślącego jest jego wolność… ku dobru

i jeszcze: Myślenie pod klucz, czyli – Paradygmaty systemowe które zaburzają prawo naturalne.

Cyril Rolando – Szukając właściwych słów

Tomasz a Kempis…

 O czytaniu Pisma Świętego (poszukiwaniu i umiłowaniu prawdy zamiast stylu, w każdej lekturze, o wadze tego co a nie jak jest napisane);
O unikaniu złudnych nadziei i wyniosłości (poleganiu na samym sobie, wiedzy, sprycie, bogactwie, urodzie, i tym samym u innych ludzi, o czerpaniu chwały z rzeczy ulotnych, o przechwalaniu się, wywyższaniu);
O unikaniu poufałości (schlebianiu ludziom i poszukiwaniu znajomości, pochwał, akceptacji, oraz „zrozumienia” u innych dla tego samego);
O posłuszeństwie i uległości (relacja z przełożonym i poddanym, o złudzeniu że wszędzie dobrze gdzie nas nie ma, o rezygnacji z własnego zdania dla zgody, unikaniu jałowych sporów, odpuszczaniu konfliktów);
O tym że należy strzec się nadmiaru słów (pustka gadulstwa i spraw błahych, szukaniu ucieczki w zgiełku, marnowaniu czasu, wulgaryzacji języka, sztuce milczenia)… W wybranych fragmentach:

…Cały audiobook (w moim ulubionym tłumaczeniu i z ulubionym lektorem) tu:

podobne: Z listów starego diabła do młodego… Rzeczywistość stworzenia

oraz: Ekonomia Bożej miłości, dorosnąć do zmartwychwstania i „beznadzieja” pracy nad sobą, czyli „O naśladowaniu Chrystusa”

 

 

Reklamy

Boże Ciało w niekwaszonym chlebie. Dawniej i teraz.


Daniel Gerhartz – Processional

„Ze wszystkich obrzędów kościoła rzymsko-katolickiego, jakie za obrębem świątyń Pańskich zwykły się były odbywać, żaden tyle wzniosłej powagi i tryumfu religii chrześciańskiej nie okazuje, co pochód majestatyczny Bożego Ciała. Uroczystość Bożego Ciała obchodzono po raz pierwszy w r. 1246 w Leodium w Belgii; następnie w r. 1264 papież Urban IV rozciągnął ją do całego chrześcianstwa. Jego bulla jednak z powodu ciągłych wojen nie weszła w wykonanie, dopiero jeden z następców jego, Klemens V, na soborze w Wiennie we Francyi r. 1311 kazał ją przywieść do skutku i odtąd zaczęto obchodzić w całem chrześcianstwie. Następca tegoż Jan XXII (zm. 1334) przydał do tej uroczystości oktawę i processye.

Obrządki religijne tej wielkiej uroczystości, nam w puściznie od pradziadów przekazane, nie uległy żadnej do dzisiejszych czasów zmianie: forma tylko zewnętrzna im towarzysząca, jako będąca objawem ducha czasu, stosownie do okoliczności musiała uledz zmianom rozmaitym. Wykazanie więc tych odmian, jakie w Warszawie w wieku XVII i XVIII nas poprzedzały, przedsiębierzemy czytelnikom przedstawić.

Bogobojnością zdawna odznaczająca się siedziba królów polskich, krociowemi uczynkami i ogromem ducha miłosiernego, tę staropolską cnotę w wieloraki sposób przez swych mieszkańców okazywała. Najczystsza miłość bliźniego, obok najwyższej czci Boga, piętnowała wszelakie uczynki obywateli starego grodu Warszawy. Jak pierwsza była rozciągła, pozostawiamy sobie dalszemu czasowi do skreślenia; o ile druga była okazywaną, obecnie przedstawiamy.

Magistrat jako zbiór obywateli i grono najznakomitszych mieszkańców Warszawy, którzy posługi swe dla dobra ogółu darmo i chętnie poświęcali, o ile najdawniejsze ślady piśmienne przekonywają, szczególną pieczołowitością o chwałę najwyższą Stwórcy zawsze odznaczał się. Nie było żadnej z większych uroczystości religijnych, bądź co do erekcyi kościołów, bądź też co do kanonizacyi świętych, lub przy zakładaniu ołtarzy w różnych świątyniach, a nawet przy odbywaniu znaczniejszych primicyj kościelnych; gdzieby władza ta, już w zupełnem zebraniu, lub przez pojedynczych członków, nie wpływała swoją powagą na ich uwiecznienie. Liczne podarunki, zapisy, testamenta, legata, biesiady, jakie w aktach miejskich po mnogich kartach widzieć się dają, stanowią wieczne piętna szczególnej troskliwości magistratu o chwałę Pana Zastępów. Kiedy zaś w pojedynczych zdarzeniach to miało miejsce, cóż mówić o uroczystościach największych chrystyanizmu? Nie było Bożego Narodzenia, nie przebyto Wielkiejnocy, nie obchodzono Zielonych Świątek, jak przy wszelakich oznakach zewnętrznej radości.jakie tylko w mocy człowieka na chwałę Boga mogą być najwyżej okazane. Obręb jednak murów świątyń Pańskich, z przyrody swej tamując wśród tych wielkich uroczystości obszar ducha i ilość spieszących mieszkańców z oddaniem najwyższej czci, nie dozwalał i władzy miasta, wszystkich-środków rozwijać, do największych uwielbień Boga przez zewnętrzne oznaki. Jedyna uroczystość gdzie magistrat mógł był wielkość swych chęci, na uwielbienie Stwórcy zewnętrznie objawić; był tylko obchód Bożego Ciała.

Panowanie żarliwego króla Zygmunta III-go, głównie za wpływem Jezuitów odznaczające się, co do pomnożonych nadzwyczaj form zewnętrznych, nauki Chrystusa; bezpośrednio także wpłynęło na zwiększanie tychże w całym kraju, we wszelkich uroczystościach kościelnych i religijnych. Między środkami jakich Jezuici sprowadzeni do Polski r. 1565 wynajdowali, aby ogarnąć w całym kraju oświatę, dla władania podług swej woli giętkimi umysłami, zwłaszcza młodych latorośli, dzieje oprócz wielu innych podają nam wymyślony przez nich sposób obchodu Bożego Ciała w Wilnie, nowością odznaczający się. Przytaczamy go dosłownie z wysokiej wartości dzieła J. I. Kraszewskiego „Opisu dziejowego Wilna”, skreślonego w tym ustępie w tych słowach: (t. I str. 304):

„W tym roku (1586) pierwsza przez Jezuitów odprawiona processya Bożego Ciała, godna jest wspomnienia, dla obrzędów dotąd niewidzianych i tak teatralnych, że ją chyba do dawnych hiszpańskich a missyonarskich w Ameryce porównać można. Zebrana była młodzież ze szkół jezuickich wytwornie i różnobarwnie poubierana; każdy niósł w ręku gorejącą pochodnię; dzielili się na 4 orszaki. Jeden z nich śpiewał pieśni nową muzyką i słowy nowemi, pisze historyk zakonu, a w Wilnie dotąd niesłychanemu. Dalej parami szli uczniowie skromnie, równo, spokojnie, ze spuszczonemi oczyma. Po obu stronach drogi tłum widzów i pobożnych się cisnął. W środku wysoki krzyż niesiono ozdobiony złotem i błyskotkami, za nim inne znaki męki Pańskiej. Każdy orszak miał swoje znaczenie w processyi. Jedni poubierani byli za świętych proroków, przed tymi niesiono włosiennice i włócznie. Inni biało poubierani w długich sukniach, wystawiali pokutujących, inni jeszcze aniołów ze skrzydłami sadzonemi złotem i kamieniami. Ci, mówi ciągle kronikarz zakonu, szli tak spokojnie i łagodnie, iżbyś rzekł, że to były ruszające się obrazy. Mnóstwo ludu zbiegło się patrzeć na tę osobliwszą processyą. Katolicy przez nabożeństwo, różnowiercy zaś: Tatarzy, Żydzi z żonami i dziećmi dla zobaczenia nadzwyczajnej nowości.” Pamiętniki spółczesne dostarczają nam także podobnych szczegółów co do obchodu Bożego Ciała w samej stolicy miasta Krakowa, gdzie Jezuici wysilali się wynajdywać podobne nowości dla zbawienia młodziezy pod swe sztandary.

Warszawa pierwsze piśmienne zabytki co do obchodu Bożego Ciała przedstawia od r. 1604 do 1617 w sposobie następującym: za zbliżeniem się czasu tej uroczystości, magistrat starego grodu wcześniej przed tygodniem zajmował się zaprowadzeniem czystości i porządku miasta; liczne kanały i ścieki, mniej brukowane ulice, wymagały tem większej troskliwości i kosztów. (…)

W r. 1656, kiedy Warszawa zdobyta poprzednio orężem Szwedów, w nieszczęsnem ich posiadaniu zostawała, a Jan Kazimierz po zebaniu wszelkich wojsk z pospolitem ruszeniem około 100 000 wynoszących, podstąpił pod nią, aby wydrzeć z przemocy nieprzyjacielskiej; król w tak ważnych dla siebie chwilach dla pozyskania błogosławieństwa Pana Zastępów, wybrał sam dzień Bożego Ciała, po skończeniu zwykłego nabożeństwa, na uskutecznienie zdobywczego szturmu. Jemiołowski w pamiętniku spółczesnym takie nam szczegóły tego obchodu podaje (str. 99): „Kiedy mury warszawskie od piechoty i armaty Kazimierzowej rozłożone (nadwerężone) były i piechota porządkiem dobrym uszykowana, z trzydziestką dział do miasta szturmowała, król wziąwszy najpierwej błogosławieństwo od Boga, niżeli te expugnacyą zaczął, w dzień Bożego Ciała wszystkiemu wojsku w szerokiem polu we dwa szeregi stanąć kazał, a w solennej processyi, którą Tulibowski biskup poznański, nosząc Przenajświętszy Sakrament w ręku odprawował, sam piechotą zu wszystkiemi biskupami i senatorami, ze wszystkiem duchowieństwem środkiem wojsk szedł, które chorągwie swe na ziemię schylały i sami wszyscy żebrząc łaski Bożej na ziemię na twarz upadali. Takowe tedy Bogu Najwyższemu oddawszy supplikacye, dopiero do szturmu rzucili się, a przez cały miesiąc czerwiec bez przestanku z dział do miasta bijąc, granaty, kule ogniste rzucając, gdy wielkie w Szwedach wycieczkami wypadających czynią szkody, żadnego skutku jednak swej intencyi nie otrzymują, aż naostatek w wilią Najświętszej Panny Nawiedzenia (d. 2 lipca); z dział osobliwie burzących, z jednego wielkiego smokiem nazwanego, węgieł pałacu Badziejowskiego niemały wybiło i dziurę wielką uczyniono, w którą ochotnik rozmaity z ciurów, woźnic i innej drobniejszej czeladzi skupionej, za otrąbieniem ochotą do pałacu wpadli, Szwedów tam będących nasiekli, drugich do klasztoru bernardyńskiego napędzili.”

Rok 1668 tyle pamiętny w dziejach polskich, smutnym, dotąd niewidzialnym obrzędem, złożenia korony przez Jana Kazimierza, ostatniego potomka krwi Jagiellońskiej po kądzieli, przedstawia nam także ostatnie chwile tego nieszczęśliwego monarchy w Warszawie, w uroczystości Bożego Ciała. Spółczesny i naoczny wiarogodny świadek, Jan Antoni Chrapowicki wojewoda witebski, takie nam o tern szczegóły pozostawił w swoim dyaryuszu: „Dnia 31 majaa, w Boże Ciało, Król Jegomość był publice u Św. Jana, a potem pieszo u P. Maryi, nazad go niesiono (w lektyce). Pogoda najpiękniejsza i ciepło, sprzyjały w dniu tymże spomnionej uroczystości. D. 3 czerwca w niedzielę, Król Jegomość obchodził personaliter ołtarzów cztery od św. Krzyża do zamku, gdzie był ostatni ołtarz w kaplicy. Co do stanu powietrza, z rana było chłodno, potem parno; gdy zaś processya z zamku powracała, wicher i deszcz z gradem powstał i piorun w dom mieszkania J. P. Sapiehy stolnika litewskiego uderzył, zkąd kominem wyleciawszy, p. Niesykę osmalił i ząb jeden wytrącił, ale nie zabił, łecz niedługo to było. W oktawę Bożego Ciała zrana, sądziliśmy, pisze Chrapowicki, jednę tylko sprawę, dla processyi na której byliśmy: ta jeno była po kościele w przytomności Jego Królewskiej Mości i nowoprzybyłego papiezkiego legata; po południu też, jednę sprawę odsądziliśmy, dla processyi takie po kościele w przytomności Jego Królewskiej Mości.”

Ze wszystkich lat następnych w wieku XVII-ym i XVIII-ym, rok 1669 szczególną okazałością odznaczył się w Warszawie, przez majestatyczny obchód uroczystości Bożego Ciała. Był to bowiem następny dzień (20 czerwca) po nadzwykłym i od wszystkich niespodziewanym obiorze króla polskiego Michała Wiśniowieckiego, kiedy cały naród pod Wolą na polu elekcyjnem zebrany, gd y wszyscy dygnitarze państwa, cały senat i stan rycerski, wszyscy posłowie zagraniczni, przebywali na błoniach lub w samej siedzibie królów polskich. Zdumieni mieszkańcy tego grodu, i nadspodziewanym obiorem monarchy rodaka i świetnością obrzędów samej elekcyi, które do późnej nocy dnia poprzedzającego przeciągnęły się, z jutrzenką Bożego Ciała powitani zostali gromem dział, zwiastujących jeszcze świetniejszą uroczystość religijną. Spółczesny i wiarogodny świadek wyżej spomniony, takie nam szczegóły podaje: „Gdy po elekcyi dnia 19 czerwca król jechał, bito z dział 12 po trzykroć i przez całą noc strzelali; nazajutrz rano 20 tylko razy wystrzelono, potem na 4 częściach miasta po 3 razy z dział bito. W Boże Ciało, dnia 20 czerwca, król szedł pieszo dołem do św. Jana, gdzie siedział pod baldachimem; szli oraz ks. legat papiezki, poseł francuzki i cesarski, wizytował i szwedzki; zkąd szedł król na processyą aż do kościoła na Nowem Mieście (N. P. Maryi), ztamtąd powróciwszy jadł w zamku; po południu po 3 godzinie jechał w pole konno z wielką assystencyą, gdzie wszystkie województwa pospolite stały, jak również osobno ludzie różnych panów. Objeżdżał król wprzód województwa, potem inszych ludzi aż do późna, a ognia mocno dawano z cekauzu i zewsząd. Z królem w polu znajdował się i cesarski poseł; poczem Michał Wiśniowiecki był na bankiecie u księdza arcybiskupa. D. 27 czerwca zwyczajem w oktawę Bożego Ciała odprawowała się processyą wkoło rynku, za którą i Król Jegomość postępował.”

(…)

W r. 1707, wskutek obrotów wojennych, Warszawa posiadając w murach swoich wojska rossyjskie pod wodzą generała Rhena, już od od dnia 20 czerwca t.r. oczekiwała cesarza wszech Rossyi Piotra Wielkiego, a z nim księcia Mężykowa z jego małżonką. Władza miasta postanowiła dostojnych gości należycie witać przy moście warszawskim; te zaś zbliżała się uroczystość Bożego Ciała, postanowiono na sessyi magistratu z dnia spomnionego, że „Publiczna processya na rzeczone święto odprawi się sine armis, cechy sine vexillis pójdą, tylko circa venerabile, z ludzi kupieckich z strzelbą osób czterdzieści assistent, połowa Polaków, polowa cudzoziemców.”

W r. 1708 podobnie odbywała się processya, z tą tylko różnicą, że tylko z strzelbą mieli assystować kupcy w połowie niemieccy, w połowie polscy.

Kilkakrotnie wznawiające się w Warszawie morowe powietrze w latach następnych, było słusznym powodem, iż processye Bożego Ciała nie były po mieście odbywane. Dopiero za ustaniem pewniejszym tej plagi w r. 1712, postanowiono na publice z dnia 23 maja, aby zwyczajem dawnym w uzbrojeniach stosownych processyą tę odbywano; zaleciwszy cechom, iżby trzeźwo, skromnie zachowali się, oraz żeby nie strzelali podczas processyi pod karą wieży i 14 grzywien. W roku 1722 dodano jeszcze dwa napomnienia ludowi: jedno względem zachowania ostrożności z ogniem, drugie względem nieprzechowywania w domach luźnych żydów w czasie tej processyi.

W r. 1729 więcej szczegółowe rozporządzenia władza miasta wydała do ludu zgromadzonego na ratuszu w d. 11 czerwca: „ażeby się na przyszłą processyą w dzień święta Bożego Ciała mieszczanie, gospodarze i ich czeladź przystojnie przybrani z strzelbą do szabel polscy, a cudzoziemscy do szpad przypasaną stawili, według dawnych zwyczajów, każdy pod swoję chorągiew na miejsce naznaczone zawczasu schodzili się, porządkiem cech po cechu według starszeństwa idąc, nic podczas processyi nie strzelając i trzeźwo się zachowując; oraz aby wszelkie błotniste miejsca oczyścili. Cechowi zaś stelmachskiemu i kołodziejskiemu, tudzież bednarskiemu, którzy się z sobą złączyli i chorągiew nową sobie podnieśli, w processyach i we wszystkich publicznych uroczystościach miejsce naznaczono po cechu kowalskim.”

W r. 1735 na skutek wyraźnego rozkazu króla Augusta III objawionego magistratowi Starej Warszawy przez marszałka wielkiego koronnego, przykazała władza miasta zgromadzonemu ludowi, „aby na święto Bożego Ciała na processyą, wszyscy panowie cechowi majstrowie, już nie z chorągwiami rozwinionemi, ani bębnami i z strzelbą, jako zwykli byli przedtem tejże processyi assystować, ale tylko ze świecami porządkiem swym zwyczajnym, szli i stawili się bez żadnej czeladzi, tylko presse sami; a niemniej surowo zalecono, aby w domach i kamienicach swoich własnych żadnych ludzi luźnych nie przechowywali i żeby się gdzie znajdować mieli, wcześnie znać o nich dawali; tudzież aby dla obchodzenia solennej processyi i tak zawsze potem, zawczasu wszelkie drwa przed domami, kamienicami leżące, i przejeżdżającym lub przechodzącym zawadzające, zbierać i sprzątać; także błota, śmiecie wywozić, jako najpilniej starali się i od ognia wszelką ostrożność zachowywali, pod karą na to zwyczajnie extendowaną.”

W roku 1737 do powyższych zmian w czasie processyi Bożego Ciała zalecono pod dniem 14 czerwca zgromadzonemu ludowi: „jeżeliby gwardya koronna processyi Bożego Ciała nie miała assystować, więc tylko jedyni pp. kupcy z chorągwiami stawią się i takowej processyi assystować będą; jeżeliby zaś gwardya obecną być miała, aby ciż Ichmość pp. kupcy od assystencyi swojej z chorągwiami supersedowali dla jakich ztąd inkonweniencyj, które przedtem obserwowane były.”

W latach następnych uchwał publicznych ginie ślad, aby władza miasta co do processyi tylokrotnie rzeczonej, jakowe rozporządzenia w tychże zamieszczała.” (Alexander Wejnert„Obchód uroczystości Bożego Ciała w Warszawie w XVII i XVIII wieku” [1853])

podobne: Anna Jurek: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj…”. Różewicz: „Chleb który żywi i zachwyca który się w krew narodu zmienia”. oraz: „Byłem głodny, a wyście mnie nakarmili. Kiedy, Panie? Nie wiedzieli. Nie trzeba tego wiedzieć” i to: Duchowy analfabetyzm i wewnętrzna samotność naszych czasów czyli „Na tropie ukrytego Boga”… Niby, możesz… wszystko? polecam również: Dobra Nowina: Mikołaj Kapusta o Chrześcijaństwie w 12 minut (Kerygmat)

Mikołaj Kapusta – Teraz

Wyznania chłopców w krótkich spodenkach kontra „Wyznania” św. Augustyna czyli…O niezdrowej fascynacji fikcją nie tylko literacką


„… Proszę Państwa, pisanie książek o fascynacjach płciowych na linii uczeń nauczycielka, w realiach systemu edukacji, który wszyscy znamy, to jest temat gorzej niż śliski. Gorzej – podkreślam, albowiem im głębiej sięgam pamięcią wstecz, w czasy szkoły podstawowej tym cieplej myślę o tym, że dobrze się stało iż moja szkoła średnia nie była szkołą koedukacyjną, a wśród nauczycieli mieliśmy ledwie trzy panie. W tym jedną młodą. Były też dwie wychowawczynie w internacie, ale to już wystarczyło, żeby nawarstwiały się kłopoty. Takie w dodatku, o których do dziś, po 30 prawie latach nikt nie będzie opowiadał, ani na trzeźwo, ani po pijanemu. Kiedy więc widzę książkę Libery, a potem samego Liberę, wiem, że on po prostu kłamie i usiłuje, po latach, do czegoś dorosnąć, do spraw, do których żaden piętnasto, szestasto i siedemnastolatek nie mógł dorosnąć. Nie było takiej możliwości. Libera jest po prostu teoretykiem i to widać od pierwszej do ostatniej strony jego książki. Ja też jestem teoretykiem w tych kwestiach, dzięki Bogu najwyższemu, dlatego nie będę tu wchodził w szczegóły. Swoją zaś krytykę prozy Antoniego Libery opieram na zeznaniach kilku moich, bardzo przystojnych kolegów, którzy w dodatku nie mieli nigdy skłonności do konfabulacji, ani żadnych – w przeciwieństwie do Libery – kłopotów z nawiązywaniem znajomości z płcią przeciwną. To są sprawy smutne, dewastujące emocje i nie nadające się do żadnych opisów, a najmniej literackich. Sprawy demaskujące cały ten system edukacji, który potem, po latach ludzie tacy jak Libera opisują niczym podróżnicy dziewiczą dżunglę pełną niebezpieczeństw. Libera, jeśli idzie o sferę emocji i różnych fascynacji, jest tak samo autentyczny jak Kapuściński opisujący dwór cesarza Hajle Selasje. Podsumujmy więc – jeśli z metra cięty kurdupel pisze o swojej młodzieńczej miłości do dystyngowanej nauczycielki, okraszając to różnymi intelektualnymi fascynacjami i koszarowym dowcipem, to ja w to nie wierzę. Sprawy bowiem mają się zwykle inaczej. O wiele gorzej.

Prócz tych bredni dotyczących „fascynacji” jest w książce Libery cały zestaw motywów standardowych demaskujących jego środowisko. Motywów płaskich i przewidywalnych, wykluczających jakiekolwiek indywidualne doświadczenie. To wszystko są grupowe przygody, w dodatku zmyślane dużo później niż to sugeruje autor. To nie są rzeczy przeżyte, to jest autentyczna fikcja, zapożyczona z innych, równie nieautentycznych książek…” (Coryllus – Mistrzowie pływania pod prąd)

podobne: O chłopcach w krótkich spodenkach oraz: O naturze zła czyli… „Wehikułem czasu” po „krainie grzybów”. O towarzyskich uwikłaniach, hodowli człowieków, sutenerach, detektywach, „piwnicy” w Ministerstwie Kultury i „Eurowizji” i to: Na chłopski rozum o „transmisji myśli w kosmos”, talencie wybrańców losu, transgresji i ektoplazmie „poezji” czyli… „o mafii bardzo kulturalnej” („arystokracji rozumu”) oraz magii Nobla Władysława Reymonta (alias Rejmenta-Balcerka) a także: Władysław Panasiuk: Artyści nie z tej ziemi czyli… w pogoni za sławą (i pieniędzmi) oraz o braku “złotego środka” czyli dwa cytaty z coryllusa i jeden z Kaczmarskiego. „A Ty siej…” polecam również: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa

Publiczne wyznania na temat uwodzicielskich sukcesów z czasów dzieciństwa są zawsze żałosne. Do tego tak głupie, że aż żal się takich „odważnych” (dorosłych) robi. To oczywiście dotyczy nie tylko mężczyzn, nie tylko z okresu dzieciństwa, i w zasadzie każdej tego rodzaju „zdobyczy”, pomijając już samą prawdziwość takich wspomnień z nauczyciel(k)ami (gdyż mogą być po prostu zmyślone)… Żal, bo jedyne co bije z takich opowieści po oczach to kompleksy, których opowiadacze dorobili się jako dzieci w zetknięciu z opowieściami swoich rówieśników, którzy im zaimponowali podobnymi historiami budząc jednocześnie niezdrową zazdrość. No a że się odstawało (nie tylko  wzrostem) od takich „doświadczonych” a chciało się dostawać ( należeć do „zdobywców”), więc każde niezaspokojenie takich ambicji, jawiło się dla młodego człowieka jako dramat, zwłaszcza jeśli nie posiadał on silnej osobowości, lub chociażby wiejskiego uporu. W konsekwencji takie dziecko potrafiło zrobić niemal wszystko, żeby się w takie towarzystwo wkupić… No i tak to niektórym zostało na resztę życia. Pomimo dorosłości i zdobytych pozycji ciągle siedzi w nich ten mały zakompleksiony dzieciak, który musi bez przerwy coś udowadniać, nie zważając na to że robi z siebie jeden z drugim durnia… I krzywdę, budując z tego rodzaju wspomnień ołtarz, na którym życzy sobie by choć na starość, dawni koledzy (i szersza publika) oddały/przyznały tamtemu dziecku cześć, nadając mu tytuł satyra roku. Czy to nie jest godne politowania, że człowiek wydawałoby się dojrzały, wykształcony i doświadczony, właśnie w tego rodzaju historiach upatruje sens życia, i że nie potrafi z godnością się zestarzeć dopóki nie dopisze do swojej listy „sukcesów” tego że kogoś uwiódł, i nie podzieli się tym publicznie?

A przecież można tego rodzaju doświadczenia wykorzystać inaczej. W tym miejscu zostawiam fragment (kolejny z serii) „Wyznań” św. Augustyna:

„…Wyznaję teraz przed Tobą, Boże mój, jakimi sposobami skarbiłem sobie pochwałę ludzi, których uznanie wydawało mi się wówczas sensem życia. Nie rozpoznałem tego wiru upodlenia, w jaki byłem rzucony z dala od oczu Twoich. Dla nich cóż mogło być wówczas wstrętniejszego ode mnie… Nie podobałem się nawet owym ludziom, gdyż ich nieraz okłamywałem — pedagoga, nauczycieli, rodziców — aby uzyskać wolny czas na zabawy i gry, którym oddawałem się z pasją, na oglądanie głupich widowisk, a wreszcie na naśladowanie tego, co widziałem na scenie. Nieraz to i owo kradłem ze spiżarni albo ze stołu, bądź przez łakomstwo, bądź też żeby dać chłopcom; chodziło mi o to, by chcieli się ze mną bawić. Wprawdzie i oni korzystali z radości zabawy, ale pomimo to kazali sobie za nią płacić. Często też pod wpływem zaciekłej ambicji górowania zapewniałem sobie oszukiwaniem zwycięstwo w grze. Nic jednak nie budziło we mnie tak wielkiego oburzenia i nigdy nie kłóciłem się tak wściekle jak wtedy, gdy na próbie oszustwa przyłapałem innych. Kiedy zaś mnie przyłapano i wymyślano mi, wolałem najgorszą nawet awanturę, byle tylko nikomu nie ustąpić.

Czy to jest owa dziecięca niewinność? Nie, Panie! Zmiłuj się, Panie! To nie jest niewinność. Zamiast pedagogów i nauczycieli będą królowie i prefekci, zamiast orzechów, piłek i wróbli — złoto, majątki, służba, a istota rzeczy pozostaje, przenika do lat dojrzałych. Tylko że rózgi nauczycieli zastąpione są gorszymi karami…

…W pierwszym okresie młodości zapragnąłem rozkoszy niegodziwych. Pozwoliłem na to, by serce, jak dziczejące pole, zarosło chwastami miłostek rozmaitych i nie przynoszących chluby. Przed oczyma Twymi wszystko, co było we mnie piękne, zgniło aż do rdzenia, gdy podobałem się samemu sobie i bardzo pragnąłem ludziom się podobać.

Jedyną moją troską było to, żeby kochać i być kochanym Ale nie poprzestawałem wówczas na takim przywiązaniu duszy do duszy, jakim jest wyznaczony słoneczny krąg przyjaźni. Opary wyłaniające się z mętnych namiętności okresu dojrzewania osnuwały i zaciemniały moje serce tak bardzo, że już nie umiało odróżnić pogody umiłowania od mroku żądzy. Jedno i drugie kipiało razem w pomieszaniu, gnając niedojrzałą jeszcze duszę przez urwiska pożądań i pogrążając ją w topielach grzechów. Gniew Twój rozżarzył się przeciw mnie, a ja nic o tym nie wiedziałem. Ogłuchłem od szczęku łańcucha doli śmiertelnej, co było karą za moją pychę, i odchodziłem coraz dalej od Ciebie, a Ty pozwalałeś na to. Miotałem się jak szalony, trwoniłem siebie, rozlewałem się jak bagno, kipiałem niegodziwymi czynami, a Ty milczałeś. O, późno poznany przeze mnie! Milczałeś ciągle, a ja coraz dalej odchodziłem od Ciebie, szedłem ku rzeczom wielu, ku coraz liczniejszym ziarnom, których jedynym plonem miał być ból — brnąłem tak w pysznej rozpaczy i w niespokojnym znużeniu…

…Oderwałem się od Ciebie i pozwalałem, aby niósł mnie prąd. Łamałem wszystkie Twoje prawa. I nie uniknąłem Twojej chłosty. Któż ze śmiertelnych może jej uniknąć? Ty zawsze byłeś przy mnie, srożąc się miłosiernie i skrapiając bezmierną goryczą wszystkie moje niedozwolone rozkosze po to, bym szukał takich, w których nie ma cierpienia. A takich nie miałem znaleźć nigdzie indziej, jak tylko w Tobie, Panie, w Tobie który przez cierpienie uczysz, uderzasz po to, by uleczyć zabijasz nas, abyśmy nie umarli daleko od Ciebie

…Szedłem prosto w przepaść, tak zaślepiony, że wśród rówieśników wstydziłem się będąc mniej splamiony, ilekroć słyszałem, jak się przechwalali swymi występkami. Tym bardziej się pysznili, im gorzej byli zbrukani. Oddawałem się więc występkom nie tylko pod wpływem pokusy samego czynu, lecz i dla chluby. Cóż jest bardziej godne wzgardy niż niegodziwe namiętności? A ja, by mną nie gardzono, brnąłem w coraz gorsze czyny. Gdy brakowało mi czegoś, abym mógł dorównać tym łajdakom, zmyślałem rzeczy, jakich nie popełniłem nie chciałem wydawać się marniejszy przez to, że byłem mniej splamiony, i nędzniejszy przez to, że byłem czystszy. Oto z jakimi kompanami kroczyłem przez ulice Babilonu, tarzając się w ich błocie niby w wonnościach i olejkach bezcennych. Abym zaś mocniej przywarł do zła, nieprzyjaciel przydeptywał mnie stopą. Kusił mnie, a ja dla jego pokus byłem łatwym łupem…” (Wyznania cz.3)

podobne: (bez)wstyd Jakóbiak i Ellen za dychę czyli… uważaj na świat stojący otworem. „Pochwała łotrostwa” i „Traktacik o wyobraźni” (Kaczmarskiego) oraz: „Nie ma ludzi” i Kisiel wbrew Kotarbińskiemu czyli… bardzo konkretne skutki społeczne religii, moralności, cnoty i nacjonalizmu. i to:ks. Adam Martyna: O cnotach kardynalnych a także: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości” polecam również: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos

Franciszek Żmurko – Przeszłość grzesznika. Siedem grzechów głównych

Tabula rasa czyli „Granice poznania” (wykład prof. Krzysztofa Meissnera)


Granice poznania 1 – wykład (prof. Krzysztof Meissner)

„… Widzę wszystko! – zawołał. – Wszystko co istnieje! Dlaczego na tej ziemi każda rzecz toczy wojnę z innymi? Dlaczego na tym świecie każda najdrobniejsza nawet rzecz musi walczyć z całym światem? Dlaczego mucha musi przeciwstawiać się światu? Dlaczego mlecz w trawie musi wojować przeciw całemu światu? Dla tej samej przyczyny, dla której ja byłem samotny w tej straszliwej Radzie Siedmiu Dni Tygodnia. Dlatego, by każdy, kto słucha prawa, mógł zyskać w swym osamotnieniu chwałę anarchisty. By każdy człowiek walczący w imię ładu mógł okazać się równie mężny i dzielny jak dynamitardzi. By to największe kłamstwo szatana można było odrzucić w twarz bluźniercy; byśmy łzami i męką okupili prawo do oświadczenia temu człowiekowi: „Kłamiesz!” Nie ma cierpień zbyt wielkich, jeśli za ich cenę zdobyliśmy prawo do tej odpowiedzi na zarzut oskarżyciela: „Myśmy także cierpieli”. Nieprawda że nigdy nie byliśmy złamani. Łamano nas na kole tortur. Nieprawda, że nigdy nie zeszliśmy ze swych tronów. Zstąpiliśmy do piekieł. Żaliliśmy się na pamiętne na zawsze udręki, w chwili, gdy ten człowiek zjawił się i zuchwale oskarżył nas o to, że jesteśmy szczęśliwi. Odpieram to oszczerstwo! Nie byliśmy szczęśliwi. Mogę to oświadczyć w imieniu każdego z wielkich strażników Prawa, których on tu oskarżył. Chyba że…

Syme odwrócił wzrok tak, że nagle ujrzał przed sobą ogromną twarz Niedzieli, naznaczoną dziwnym uśmiechem.

– A ty! – krzyknął Syme straszliwym głosem. – A ty, czyś cierpiał kiedy w swym życiu?

W oczach jego ogromna twarz Niedzieli urastała do potwornych rozmiarów, stawała się większa niż twarz Memnona, która Syme’a tak przerażała w dzieciństwie. Rosnąc z każdą sekundą, wypełniała sobą niebiosa, aż noc ogarnęła świat cały. Nim jednak ciemności zamroczyły do szczętu świadomość Syme’a, dobiegł go z oddali głos, wymawiający proste słowa, gdzieś już przedtem zasłyszane: 

Zali możecie pić z kielicha, z którego ja piję?…”

(Z książki G.K. Chestertona „Człowiek który był czwartkiem”)

podobne: Piłat i Jezus czyli Bóg który cierpi i umiera dla solidarności z każdym człowiekiem. Symbolika w „Pasji” i sens męczeństwa św. Andrzeja Bobol

„… wkładając całą gorliwość, dodajcie do wiary waszej cnotę, do cnoty poznanie, 6 do poznania powściągliwość, do powściągliwości cierpliwość, do cierpliwości pobożność, 7 do pobożności przyjaźń braterską, do przyjaźni braterskiej zaś miłość. 8 Gdy bowiem będziecie je mieli i to w obfitości, nie uczynią was one bezczynnymi ani bezowocnymi przy poznawaniu Pana naszego Jezusa Chrystusa. 9 Komu bowiem ich brak, jest ślepym – krótkowidzem i zapomniał o oczyszczeniu z dawnych swoich grzechów. 10Dlatego bardziej jeszcze, bracia, starajcie się umocnić wasze powołanie i wybór! To bowiem czyniąc nie upadniecie nigdy…” (z drugiego listu Św. Piotra Apostoła)

*

Cel wyznacza przydatność

przydatność wyznacza potrzeba

potrzebę wyznacza chęć

chęć wyznacza…

Moje Jestem

Ale co mnie definiuje

jeśli tylko r e a g u j ę?

Rozum, wola, myśl, pragnienia

Ciało, instynkt, zmysły, pamięć

Proste ich zaspokajanie?

Czy też może odmawianie?

 

R o z e z n a n i e

 

Bym proporcje wciąż dostrzegał

między belką z mego drzewa

a innymi/Syna męką

Na ten kielich

obdarz w M ę s t w o

 

Wiedza czyli Tabula rasa – Odys, 26 kwiecień 2018

*

„…Chodzić po wodzie nie umiem, choć próbuję (w przenośni oczywiście), jeszcze mi rozum za bardzo przeszkadza, wie swoje i ciężko go przekonać, że to miłość Chrystusa przewyższa wszelką wiedzę. A poznanie przełamuje wiedzę. I kiedy więcej będę znać Jezusa, niż o Nim wiedzieć to może niemożliwe stanie się możliwe…” (ROZWAŻANIA NIEDZIELNE 

Św. Augustyn o nauce, pysze i rozumie („Wyznania”) i Kilka słów o Księdze Rodzaju. Z tychże, fragment:

„Baczcie, aby was kto nie zwiódł i nie wziął do niewoli przez filozofię, oraz przez czcze urojenia oparte na podaniach ludzkich i na żywiołach tego świata, a nie na Chrystusie. Bo w Nim cała pełność bóstwa zamieszkuje cieleśnie”.

Jeszcze nie znałem wówczas — Ty dobrze wiesz o tym, Światłości serca mego — tych słów apostoła, ale już cieszyło mnie w owej książce przynajmniej to, że zachęcała nie do takiej czy innej sekty, lecz do umiłowania samej, mądrości, jakabykolwiek ona była, do szukania jej, kroczenia jej tropami, uchwycenia się jej, przywarcia do niej z całej mocy. Zapalało mnie to, płonąłem. A żarliwość ta stygła we mnie tylko przez to, że nie było tam imienia Chrystusa. Dzięki Twemu miłosierdziu bowiem to imię Syna Twego, mego Zbawcy, już z mlekiem matki moje serce w dzieciństwie wchłonęło w siebie pobożnie i bardzo głęboko przechowywało. I jeśli gdzieś brakło owego imienia, to choćby dzieło miało najwytworniejszą formę literacką i głosiło rzeczy prawdziwe, nie mogło porwać mnie całego.

 Postanowiłem więc zbadać księgi Pisma Świętego, sam się przekonać, co w nich się kryje. I oto widzę coś, co przekracza umysł pysznych, ale dzieciom też nie jest dostępne. Wchodzimy tam nad niskim progiem, a potem wznosi się nad nami wyniosłe sklepienie, spowite w tajemnice. Wówczas jeszcze nie dorosłem do tego, bym potrafił tam wejść i tak ugiąć karku, by móc wędrować przez tę dziedzinę…”

podobne: Odrębność (lub sens) oraz: „U wrót doliny” (Dzień gniewu… zanim nadejdzie) i to: „Bóg poddał wszystkich nieposłuszeństwu, aby wszystkim okazać miłosierdzie” czyli… Poezja Bożej miłości a także: Fizyka kwantowa a wiara. Kisiel: Umysł, rzeczywistość i piękno i jeszcze: „Mówią o mnie że żyję” jak „Pył na wietrze”. polecam również: Bogacz potężniejszy od władców czyli… sztuka dzielenia się pięknem podobne: W poszukiwaniu stwórcy, czyli… Naturalne i nadprzyrodzone poznawanie świata.

Sasha Berg

 

 

Naród wybrany czyli… o Nowym Przymierzu, „herezji” nawracania Żydów i walce z uzależnieniem od (anty)semityzmu


Krąg Brandstettera | Na początku było Słowo

 Zbaw nas od głupoty, Panie!

Jesteśmy solą zwietrzałą i bezużyteczną.

Nie umiemy żyć,
Nie umiemy myśleć,
Nie umiemy patrzeć,
Nie umiemy słyszeć,
Nie umiemy niczego przewidzieć,
Nie umiemy z nieszczęść
Wyciągnąć zbawiennych nauk,
I tak wspinamy się
– Zgraja ludzi
Opętanych żądzą zdobywania –
Po stromej drabinie złudzeń,
A jej szczeble pękają i łamią się
Pod ciężarem naszych nierozważnych kroków.

Czyniąc wszystko na przekór zdrowemu rozsądkowi
I przyrodzonej skłonności do trwania,
Idziemy urojoną drogą
Do urojonego celu,
W klęskach naszych upatrujemy zwycięstwa,
W zwycięstwach nie widzimy zarodków klęski,
W nonsensie upatrujemy sens,
A mowę,
Ten przywilej i chlubę naszego wybraństwa
Uczyniliśmy narzędziem pustej paplaniny
I brzydoty,
I jadowitego kłamstwa,
Na którym usiłujemy zbudować
Wielkość człowieka.

Boże nieskończonej mądrości,
Stworzycielu doskonałego kosmosu
I najpiękniejszej ziemi,
Nieśmiertelnej duszy
I mózgu,
I szarych komórek,
I pięciu zmysłów,
I wolnej woli,
Wyzwól nas z drapieżnych szponów głupoty
Tej czarnookiej kusicielki,
Wabiącej nas na wszystkich rogach historii
Jak na rogach ulic,
Od tej sprawczyni
Naszych błazeńskich zamiarów i czynów,
I upadków,
I jałowego życia,
I daj nam mądrość oczyszczenia,
Nam,
Synom ziemi,
Soli zwietrzałej i bezużytecznej.

Roman Brandstaetter – Litania o zbawienie od głupoty

podobne: Sztuka dla Sz.tuki (Z Dedykacją)

„…Autor czwartej Ewangelii oznajmia, że „Słowo było” na początku i nazywa je „Bogiem”. Daje nam do zrozumienia, że nie zostało stworzone. Ewangelista nawiązuje tutaj do pierwszych słów Księgi Rodzaju: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1,1). W ten sposób św. Jan podkreśla, że zanim cokolwiek zaistniało, „Słowo” było od zawsze w Bogu i wszystko stało się z Jego mocą.

Święty Jan mówi dalej, że w nim było życie, ale ciemność moralna i duchowa, która rodzi się z grzechu, doprowadziła człowieka do totalnej destrukcji. Możemy być jednak spokojni, gdyż ów świat ciemności zbuntowany przeciw Bogu nie jest w stanie Go pokonać. Chrystus, który jest światłością, wydobędzie nas z ciemności i niewoli grzechu.

Naród wybrany szczególną własnością Boga

Ale tu pojawia się problem. „Słowo” było obecne w świecie od początku przed wcieleniem, ale nie zostało rozpoznane. Święty Paweł w liście do Rzymian mówi, że Boga można poznać ze stworzenia za pomocą naturalnego rozumu i wewnętrznego światła (por. Rz 1,20). Odwieczne Słowo było obecne w narodzie wybranym, z którym Bóg zawarł przymierze i uczynił go swoją własnością, ale nawet wtedy zostało odrzucone i dlatego św. Jan napisał: „Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1,11). Święty Jan ma na myśli przede wszystkim Izraela. Ale ma na myśli również każdego z nas, jeżeli nie przyjmujemy „Słowa”, które Bóg do nas kieruje, a jest Nim Jezus Chrystus.

Bóg Stwórca pragnie odnowić relację ze stworzeniem. Nie po raz pierwszy do opisania tajemnicy Boga Biblia sięga po pojęcie „własności”… 

…U psalmisty znajdujemy następujący tekst: „Wiedzcie, że Pan jest Bogiem: On sam nas stworzył, my Jego własnością, jesteśmy Jego ludem, owcami Jego pastwiska” (Ps 100,3). Każdy z nas jest jedyny i niepowtarzalny

…św. Jan chce pokazać, że Bóg stał się człowiekiem, przyjął ciało i zamieszkał wśród nas. Ewangelista broni wcielenia przed rozpowszechnioną w pierwszym wieku herezją doketyzmu (gr. dokein – wydawać się), według której Jezus Chrystus był tylko człowiekiem „pozornym”, to znaczy miał wygląd człowieka, ale w rzeczywistości był wyłącznie Bogiem. Ciało, o którym mówi św. Jan oznacza tu naturę człowieka z jej słabością, podatnością na cierpienie i śmiertelnością. „Słowo” stało się prawdziwym człowiekiem, a nie jakąś duchową emanacją „na podobieństwo” człowieka. Stało się człowiekiem realnym i konkretnym, któremu na imię Jezus, i które przyszło na świat ponad dwa tysiące lat temu w betlejemskiej grocie.

Z drugiej strony mamy podkreślenie różnicy między Stwórcą a stworzeniem. Widzimy, że całe stworzenie stało się za pośrednictwem „Słowa” w określonym czasie i zaczęło istnieć wskutek stwórczego działania Boga. Ewangelista neguje w ten sposób fałszywy pogląd wywodzący się z myśli greckiej, jakoby materia istniała odwiecznie. Bóg przyszedł do swojej własności, to znaczy do człowieka, który nie jest tylko istotą duchową, ale również składa się z materii i dlatego „Słowo stało się ciałem”…

…Dzięki temu, że Bóg stał się człowiekiem, stajemy się dziećmi Boga jako Ojca. Dzisiaj spełnia się odwieczne pragnienie człowieka, by być jak Bóg, uczestniczyć w jego wielkości i mocy. Kiedyś człowiek chciał to osiągnąć poprzez nieposłuszeństwo wypowiedziane Bogu i ściągnął na siebie grzech i śmierć. Teraz, poprzez wiarę w „Słowo” może to otrzymać jako dar. Bóg pragnie „zawłaszczyć” na nowo człowieka, ale nie przy pomocy siły, ale z pozycji betlejemskiej groty: niewinności, słabości, pokory i miłości. To nowe „zawłaszczenie” w języku biblijnym jest określane jako nowe przymierze…” (ks. Jacek Gniadek – Wcielenie nową formą zawłaszczenia w miłości)

podobne: Naj z obecności… Potęga miłości. Dobra Nowina oraz: Ks. Jacek Gniadek: Kościół niczego nie narzuca. Wiara zasadza się na dobrowolności czyli… wolność religijna i ekonomiczna i to: Myśleć na sposób Boży czyli… Ks. Jacek Gniadek o paradoksach w religii i ekonomii a także: Dobry Pasterz, czyli własność doskonała z perspektywy miłości i jeszcze: dziedzictwo (nie) posłuszeństwa czyli pełnia człowieczeństwa

„…Pojęcie wybraństwa najściślej łączy się z pojęciem Mesjasza. To połączenie jest w myśli Bożej, a więc jest prawdziwe, jest prawdą ontologiczną, czyli od mniemania naszego niezależną. Jeśli więc chcemy zrozumieć samo pojęcie „narodu wybranego”, musimy uprzytomnić sobie związek zachodzący między Mesjaszem, a wybraństwem narodu.

Pan Bóg po upadku Adama i Ewy zapowiada Zbawiciela. Zapowiedź nie jest dana Żydom, których jeszcze nie było, ale prarodzicom ludzkości. Człowiek zgrzeszył, a więc ludzkość potrzebuje Zbawiciela.

Bóg-Zbawca, który z woli Bożej będzie zarazem człowiekiem, przyjdzie jak drugi Adam nie z grzesznych ludzi zrodzony, ale z Niepokalanie Poczętej, to jest ze źródła czystego człowieczeństwa, takiego jakim było przed grzechem pierworodnym, tylko bogatszego w Łaskę.

Mesjasz zatem i jako Bóg i jako człowiek będzie należał do całej ludzkości.

Ale z postanowienia Bożego ma się narodzić Małą Dzieciną, musi więc zrodzić się w pewnym określonym czasie, w pewnym określonym miejscu. Dziesiątki setek lat upłyną zanim przyjdzie. Ludzkość się rozmnoży i rozłączy; powstaną plemiona, rody, narody i państwa; a więc i Mesjasz musi przyjść w jakimś określonym państwie, mieć za kolebkę jakiś określony naród, a że miał mieć Matkę więc musi mieć jakiś ród poza sobą.

I oto Bóg postanowił, że tym narodem będzie jeden ze wschodnich narodów, którego przyszłymi losami pokieruje już z oddali wieków, aby się nim posłużyć w zbawieniu świata.

Być sługą Bożym, gościć w swym narodzie Boga-Zbawiciela, współpracować z Nim w dziele zbawienia ludzkości – to istotnie wielka łaska Boża. Po raz pierwszy zapowiada Bóg Abrahamowi, że to jego potomstwo właśnie rozrodzi się w ten naród, w którym przyjdzie na świat Zbawiciel.

Ale w tej zapowiedzi, według wyjaśnień św. Pawła, Pan Bóg zaznacza, że w Jednym, a nie we wszystkich potomkach Abrahama, będą błogosławione narody. Nie naród wybrany zatem będzie błogosławieństwem świata, ale Jedyny, w tym narodzie zrodzony – Chrystus.

Zapowiedź tę daje Bóg Abrahamowi przed „obrzezaniem, dla jego wiary, która go uczyniła sprawiedliwym, co wywołuje następujące uwagi Bossuefa: „Wszyscy razem, o ile jesteśmy wierzącymi, jesteśmy błogosławieni w Abrahamie nieobrzezanym. Dlaczego? – właśnie po to, aby wskazać, że Abraham, usprawiedliwiony przed obrzezaniem jest ojcem w tym stanie wszystkich, jak mówi św. Paweł, co szukają w nim śladów tej wiary, która go usprawiedliwiła przedtem jeszcze nim był obrzezany”. Również zapowiedź dziedzictwa Ziemi Obiecanej uczyniona była Abrahamowi przed obrzezaniem, „a więc – powiada Bossuet – nie chodziło tu o ziemię, którą Żydzi cieleśni zajmowali, ale o inną (niebieską), która była przeznaczona dla wszystkich narodów świata.

Obietnice swoje dane Abrahamowi Bóg ponawia Izaakowi i Jakubowi. „Dlatego później, – przytaczamy znowu Bossuefa — Bóg chciał być mianowany „Ojcem Abrahama, Izaaka i Jakuba, co oznaczać miało „Boga obietnic”, Boga uświęcającego wszystkie narody świata, nie tylko Żydów, którzy są rasą cielesną swych patriarchów, lecz wszystkich wiernych, którzy są rasą duchową, prawdziwe dzieci Abrahamowe, którzy dążą po śladach wiary Abrahama, jak mówi św. Paweł”… „Bóg nas (wierzących) obiecał temu patriarsze – woła Bossuet – …My jesteśmy rasą, którą uczynił w sposób szczególny – dziećmi obietnicy, dziećmi laski, dziećmi błogosławieństwa, naród nowy i szczególny, który Bóg stworzył, aby Mu służył”(Bossuet, Elevation a Dieu, str. 206).

Zauważmy, że Łaska Boża, tak w życiu poszczególnego człowieka, jak w życiu ludzkości jest łaską, czyli czymś danym nam bez żadnej z naszej strony zasługi : „Nie wyście Mnie wybrali, ale Jam was wybrał”, mówi Jezus do apostołów, a to samo odnosi się do każdego wiernego. „Kochajmy Boga, bo On pierwszy nas umiłował” mówi św. Jan. Tak więc wybór Izraela nie mógł być spowodowany żadnymi zaletami narodu, którego przecież jeszcze nie było, który był dopiero zawarty wraz z pokoleniami wszystkich wiernych w łonie prarodzica swego – Abrahama.

Izraelici nie byli więc elitą narodów, jak to mniemali sami o sobie, ale skoro mieli stać się kolebką Syna Bożego i Jego najbliższymi współpracownikami na niwie ludzkości, musieli stać się „depozytorami — jak powiada Ojciec Lacordaire – prawdziwej historii świata, to jest przechować pojęcie prawdziwego Boga, stworzenia świata przez Boga, upadku człowieka i danej mu nadziei odkupienia”.

Dla mającego przyjść Chrystusa, a nie dla nich samych, otoczył Bóg specjalną swą Opatrznością Izraela.

Ile było trudności z tym narodem „twardego karku”, jak o nim mówi Jezus, ile niewdzięczności, buntu i krnąbrności wobec Boga – wiemy z historii. Jak tysiąclecia opieki i pobłażliwości Bożej zakończyły się bogobójstwem zamiast służbą mesjańską, zamiast współpracownictwa w zbawieniu świata – wiemy z kart Ewangelii.

Nic dziwnego więc, że ludziom nasuwały się pytania, dlaczego Bóg, znając skrytości serc ludzkich, nie przeznaczył był innego narodu, zamiast hebrajskiego, na miejsce przyjścia swego Syna?

Oczywiście wyroki Boże są niezbadane, ale jak słusznie powiada, zdaje się Godard, drogi Boże nie są drogami ludzkimi: Bóg idzie zazwyczaj po linii największego oporu, w przeciwieństwie do nas, którzy szukamy najłatwiejszej drogi. I właśnie dlatego, że dusza żydowska tak oporna była na działanie łaski, tak mało miała zrozumienia dla spraw nie z tego świata, tak była przeciwna cichości Baranka – dlatego właśnie tu, w tej niesprzyjającej atmosferze Bóg chciał dopełnić Cudu Cudów, aby jasnym było rozgraniczenie między Starym i Nowym Zakonem.

„Stary Testament – czytamy u słynnego teologa Bensona – jest mieszaniną błędów, oderwanych fragmentów, obietnic chybionych, umów zerwanych, a punktem kulminacyjnym jest straszna omyłka na Kalwarii, kiedy ludzie nie wiedzieli, co czynią…”. „Każda niemal karta historii ma na sobie te plamy. Bóg musiał tolerować nie mając wyboru, takie marne okazy ludzkie! Jakub, którego kochałem! … Dawid, mąż według serca mego! Jeden biedny, nędzny człowiek wyrachowany, który miał jednak ten odblask nadprzyrodzoności, jakiej Ezaw przy całej swej radosnej tężyźnie nie posiadał; drugi zabójca, cudzołożnik, który jednak otrzymał Łaskę dostateczną dla rzeczywistej skruchy. Dotychczas Bóg zadowalał się tak małym. Przyjmował ocet w braku wina. Bóg musiał tolerować, a nawet sankcjonować kult tak Go niegodny: wszystką krew przelewaną w świątyni, wnętrzności rozdzierane i okropności bez miana”(R. H. Benson, „Paradoksy katolicyzmu”, str. 156).

Wybór więc narodu izraelskiego nie był uznaniem dla jego wartości, ani rozmiłowaniem się Bożym w narodzie, którego Mojżesz znosić nie mógł dla jego wad i niestałości. Był wybrany jako teren bezpośredniego działania Mesjasza ludzkości, Mesjasz był celem, tylko dla Niego było wszystko.

Tymczasem Żydzi rozumieli swe wybraństwo wręcz przeciwnie: uważali siebie w myśli Bożej za cel, wszystko miało być im poddane, Izrael miał panować, a Mesjasz miał im zapewnić to panowanie. Najlepsi z Izraela wierzyli, że Bóg ich pokarał za ich grzechy niewolą, a Mesjasz przyjdzie, by ich z niewoli wybawić, co będzie dowodem przebaczenia grzechów.

Tym samym Mesjasz w nadziei Żydów jest środkiem a celem jest potęga Izraela, w której najlepsi, religijni Żydzi widzieli zarazem chwałę „ich” Boga.

Zdumiewające, że tak myśleli jeszcze po Zmartwychwstaniu Chrystusa Jego najbliżsi spośród uczniów, którzy pytali, czy teraz odbuduje królestwo Izraela; zrozumieli dopiero, gdy zstąpił na nich Duch Prawdy.

Możemy więc powiedzieć, że to opaczne rozumienie wybraństwa było powszechne u Izraelitów. Jedna tylko Matka Najświętsza, ale Ta była „Łaski pełna” w swym porywającym Hymnie daje wyraz szerokiemu ujęciu zbawienia i „łączy – jak mówi Bossuet – swoje szczęście ze wszystkimi ludami odkupionymi”.

Jeśli dawni Izraelici tak opacznie rozumieli swe wybraństwo, to dziś oczywiście pojęcie „narodu wybranego” uległo wśród Żydów większemu jeszcze zniekształceniu. Nad tym nie mamy się co dłużej zatrzymywać. Faktem jest, że i wierzący i niewierzący Żydzi uważają siebie za elitę ludzkości i to właśnie ze względów przyrodzonych, a w pierwszej linii ze względu na starożytność swej rasy. I tu mamy ciekawy objaw: Żydzi zwalczający rasizm, sami przede wszystkim są jego wyznawcami. Ich wartości rasowe mają jakoby wskazywać, że są predestynowani na rządców świata. Jako przymioty swoje wysuwają bezsprzeczny spryt, który błędnie identyfikują z mądrością, i niezniszczalność narodu, co przypisują jego niezwykłej odporności.

Dla nas ta zdumiewająca rzeczywiście odporność Żydów ma swe źródło gdzie indziej, nie w wytrzymałości rasy, ale w słowach Chrystusa : „I zapędzą ich w niewolę między wszystkie narody, a Jerozolimę deptać będą stopy ludów, aż się wypełnią czasy ludzkości… Zaprawdę powiadam wam nie przejdzie to plemię aż wszystko się stanie” (Łuk. XXI, 24, 32).

I dlatego plemię to nie przechodzi.

Dla katolików zatem jasne być powinno, że celem wybraństwa jednego narodu było „zachowanie przezeń w depozycie prawdziwej historii” aż do przyjścia Mesjasza…” (całość tu: szkolanawigatorow.pl – Ludwika Jeleńska, „Naród wybrany a katolicy”. Szkoła Chrystusowa – czasopismo poświęcone zagadnieniom życia wewnętrznego, tom 16, 1938 rok)

podobne: Dobra Nowina: Mikołaj Kapusta o Chrześcijaństwie w 12 minut (Kerygmat) i to: Gwatemala: wyrzucono społeczność ortodoksyjnych Żydów

„…Lisicki pisze, że w myśl nowego dokumnetu katolicy nie mogą już nawracać Żydów, ale powinni wraz z nimi walczyć z antysemityzmem. Czy to znaczy, że naród żydowski ma zająć miejsce Chrystusa w sercach katolików? Czy to znaczy, że katolik ma podzielić bliźnich, którym niesie dobrą nowinę na tych gorszych, którzy powinni go słuchać i lepszych, którzy słuchać go nie muszą? To są pytania, które przychodzą mi do głowy kiedy czytam tekst Lisickiego. Jeszcze raz więc powtórzę, jeśli on ma rację, księża, polscy księża, powinni się do tego jakoś odnieść. Jeśli to jest rzeczywiście tak sformułowane to trzeba zapytać kto szerzy ten antysemityzm, który należy zwalczać? Czy aby nie ci, do których, katolicy powinni nieść dobrą nowinę? Jeśli tak, ciekaw jestem ocen, jakie duszpasterze wystawiać będą swoim owieczkom niebawem.

Wracajmy do herezji. W mojej ocenie ma ona dwojaki charakter jest albo podstępem albo wymuszeniem. Taka jest jej relacja z Kościołem. Wymuszenia bywają rozmaite i zwykle jest tak, że przedmiot wymuszenia ukryty jest przed oczami maluczkich. Jeśli przyjmiemy za dobrą monetę słowa Lisickiego wypadnie nam stwierdzić, że to nowe wymuszenie dotyczy zwiększenia władzy kardynałów niemieckich w Kościele, zminimalizowania roli papieża i wprzęgnięcia Kościoła w różne globalistyczne imprezy. Narzędziem zaś dyscyplinowania wiernych będzie antysemityzm, z którym mają oni od dziś walczyć ramię w ramię z Żydami. Ci ostatni zaś nie muszą się już przejmować boskością Chrystusa, bo mają zadekretowaną zniżkę na zbawienie. Przepraszam, że szydzę, ale trudno mi się powstrzymać. Patrzę na te rzesze wiernych, które do końca nie są w stanie wyobrazić sobie jak powinna wyglądać i jak wyglądała kiedyś misja, rzesze, które wskutek działalności mediów i uporczywej antykościelnej propagandy myślą ponuro i źle o swoich kapłanach, patrzę i nie mogę sobie wyobrazić co będzie jak im ksiądz ogłosi, że mają teraz walczyć z antysemityzmem. Do kościoła w mojej parafii chodzi Ludwik Dorn, nawrócony Żyd. Ciekaw jestem czy ten nowy dokument coś zmieni w jego życiu i czy pan Ludwik nie stwierdzi, że już nie musi się męczyć, wszak i tak będzie zbawiony. Co prawda religii mojżeszowej nie praktykował chyba nigdy, ale ten dokument, zdaje się, mówi o Żydach w bardzo szerokim znaczeniu.

Zostawmy Dorna i skupmy się na podstępie, który – jeśli Lisicki ma rację – ktoś próbuje zastosować wobec Kościoła. Celem herezji w wymiarze doktrynalnym było zawsze przejęcie na własność boskości Chrystusa, albo jej zanegowanie. Tutaj, jak się zdaje, mamy te dwie rzeczy w jednym: Żydów boskość ta nie dotyczy, a dla katolików nabiera nowego wymiaru. O tym czy są dobrymi katolikami decydować będzie ktoś z zewnątrz, kto oceni ich stosunek do antysemityzmu i zbada jego temperaturę. Im będzie ona niższa tym większe okaże się umiłowanie Jezusa w sercu katolika…” (coryllus – Heretycki Watykan?)

…Czy z tym można walczyć? Oczywiście, że można, ale nie narzędziami proponowanymi przez przeciwnika. A sytuacja jest taka, że w zasadzie wszystkie narzędzia są proponowane przez przeciwnika. Tak zwani zaś polscy patrioci chwytają je ochoczo i wymachują tym bez obaw, że mogą rozbić łeb niewinnemu przechodniowi. Tak było z Chazarami, wymyślonymi na uniwersytecie w Tel Avivie i puszczonymi w obieg w Polsce. Nie było kretyna, który by się nie chciał polansować mówiąc do kamery o Chazarach. Tak jest również z innymi memami. Ważne jest to, że one są czynne i ważne w naszym tylko akwarium i one nas kształtują i budują nasz wizerunek. A nic poza budowaniem wizerunku nie jest tutaj ważne. Najmniej zaś ważne jest to czym wszyscy się najbardziej ekscytują – zmiana świadomości publiczności masowej. To są rzeczy, po pierwsze poza zasięgiem naszej czeredki medialno-publicystycznej, po drugie są to rzeczy w przeważającej części niezrozumiałe. Jak je wyjaśnić? Prosto. Najpierw musimy przyjąć za pewnik, że nie żyjemy w zamkniętym akwarium. To złudzenie, podtrzymywane przez różnych macherów tłumaczących prostym ludziom jak wygląda prawdziwy świat. Potem, że lans na żydach, antysemityzmie, ziemiańskim pochodzeniu, sygnetach, przodkach, styropianie, opozycji, zasługach w krzewieniu wolności jest gówno wart, lub – jeśli wolicie – jest merde. To są gadżety podsunięte przez wrogów, paciorki i koce zainfekowane gruźlicą. Na koniec zaś zostanie Wam krzepiąca świadomość, że należy samemu zająć się wytwarzaniem narzędzi polemiki z przeciwnikiem i inna, równie ważna, że narzędzia te służą w istocie do pozyskiwania publiczności, wiernej i nie dającej się zwieść pozorom. Jeśli zaś idzie o przeciwnika ich działanie polega na tym, że on – wytrawny propagandysta – nie ma na nie sposobu, albowiem ich nie rozumie. Nie pochodzą one bowiem z kreowanego przezeń świata. To jest skrócony opis działań długofalowych i bezwzględnie skutecznych. Żeby zwyciężyć trzeba porozumiewać się własnym językiem, zrozumiałym w trzy sekundy przez podobnie myślących i całkowicie niezrozumiałym przez tamtych. Jeśli więc zaczynacie gawędę o Chazarach, antysemityzmie i jeszcze łykacie wszystkie fejki jakie Wam podsuwają opisywane tu przez Toyaha sołszal midia, to jesteście w przysłowiowej dupie u przysłowiowego Murzyna. Niestety. Obojętnie jak mocno by Wam przy tym nie biły serca i obojętnie jak dobrze byście się nie bawili wykrzykując w grupie wyraz „Chazarowie, Chazarowie….”. 

Mechanika konfliktu polsko żydowskiego jest następująca – dobrzy Polacy kochają Żydów, a źli Polacy ich nienawidzą. Wszyscy zaś są od nich uzależnieni. Ci pierwsi emocjonalnie, ci drudzy finansowo. Nie można bowiem zarządzać skutecznie dużą zbiorowością, bez kreowania i kontroli własnych wrogów. Teraz istota sprawy – zawsze jest ktoś trzeci. Ten ktoś przedstawia ofertę, raz Polakom, raz Żydom. Oferta ta jest za każdym razem oszukana, ale jest też za każdym razem przyjmowana z dużym zainteresowaniem. Bo może teraz jednak to już będzie naprawdę…” (coryllus, całość tu: O kategoriach malarskich w polityce i świecie celebrytów)

Muszę się trochę na początek uśmiechnąć, bo pamiętam jak sam jeszcze jakiś czas temu byłem klinicznym (anty) przykładem tego o czym dziś pisze coryllus. Tym jest wszak w sporej części „moja” stara publicystyka (lub na tym błędzie bazowała). Gdy słyszałem słowo Żyd, musiałem od razu sięgnąć albo po zbrodnie komunistyczne (i związaną z tym naszą jako narodu martyrologię, w ujęciu rzecz jasna romantycznego mitu „Polska Chrystusem narodów”), albo po Chazarstwo i niepokonaną banksterkę. Idee te miały rzecz jasna służyć jako pałka do rozprawy ze „światowym żydostwem”, lub jak mówią inni z „synagogą szatana”. Pismo Święte i zapisana w nim przepowiednia związana z Żydami, jako narzędziem na drodze zbawienia całej ludzkości (łącznie z Żydami) było mi (wstyd przyznać) nieznane… No ale już nie jest, a przynajmniej nie w takim wymiarze w którym tkwi ów błąd komunikowania rozmówcom i czytelnikom tematyki/problemu Żydów. Bo wiedzieć z czym/kim mamy do czynienia, aby temu dobrze zaradzić, musimy.

Jednak z całą pewnością nie byłem i nie jestem rasistą w kwestii pochodzenia zła. Zawsze zwracałem uwagę na jego internacjonalny charakter i źródło. A teraz pragnę zwrócić uwagę na to że z Żydami nie można polemizować używając tych wszystkich memów o których pisze coryllus. Nie można nie tylko dlatego że jest to przeciwskuteczne, a agresja (również słowna) i rzucane na nich przekleństwa wręcz szkodliwe, bo służy jako dowód na istnienie tzw. „antysemityzmu” (co staram się tłumaczyć różnym gorącym głowom), ale przede wszystkim dlatego że jest przeciwne Bożej woli zbawienia WSZYSTKICH ludzi. Konsekwencje więc tego rodzaju retoryki mogę być straszne nie dla Żydów i nie na tym świecie tylko, ale przede wszystkim w wieczności dla tych z Katolików (i nie tylko), którzy ten Boży zamysł świadomie lekceważą. Nie uchowa się i nie będzie usprawiedliwiona żadna krucjata, która nie ma w zamyśle nawrócenia tych ludzi (i każdego innego człowieka) na wiarę  w Jezusa Chrystusa, który jest miłością, i który umarł na krzyżu by wszyscy (a więc również i Żydzi) byli zbawieni. Przed piekłem i jego władcą, ojcem zła, Szatanem, który nad wyraz skutecznie wykorzystuje i podsyca szowinizm i rasizm po obu stronach barykady.

Zostawiam więc jako podsumowanie fragment tego co pisze niezrównany (bo pod głębokim natchnieniem Ducha Świętego) Apostoł Narodów Święty Paweł – nawrócony Żyd, a wcześniej faryzeusz i zajadły „obrońca” judaizmu, zbrodniarz, oszczerca i rasista – który był ślepy aż odzyskał wzrok. Z listu do Galatów:

„…O , nierozumni Galaci! Któż was urzekł, was, przed których oczami nakreślono obraz Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego? Tego jednego chciałbym się od was dowiedzieć, czy Ducha otrzymaliście na skutek wypełnienia Prawa za pomocą uczynków, czy też stąd, że daliście posłuch wierze?1 Czyż jesteście aż tak nierozumni, że zacząwszy duchem, chcecie teraz kończyć ciałem?2 Czyż tak wielkich rzeczy doznaliście3 na próżno? A byłoby to rzeczywiście na próżno. Czy Ten, który udziela wam Ducha i działa cuda wśród was, [czyni to] dlatego, że wypełniacie Prawo za pomocą uczynków, czy też dlatego, że dajecie posłuch wierze? 

Wzorem Abrahama4

W taki sam sposób Abraham uwierzył Bogu i to mu poczytano za sprawiedliwość. Zrozumiejcie zatem, że ci, którzy polegają na wierze, ci są synami Abrahama. I stąd Pismo widząc, że w przyszłości Bóg na podstawie wiary będzie dawał poganom usprawiedliwienie, już Abrahamowi oznajmiło tę radosną nowinę: W tobie będą błogosławione wszystkie narody5I dlatego tylko ci, którzy polegają na wierze, mają uczestnictwo w błogosławieństwie wraz z Abrahamem, który dał posłuch wierze6

USPRAWIEDLIWIENIE A PRAWO I OBIETNICA
Prawo źródłem przekleństwa7

10 Natomiast na tych wszystkich, którzy polegają na uczynkach Prawa, ciąży przekleństwo. Napisane jest bowiem: Przeklęty każdy, kto nie wypełnia wytrwale wszystkiego, co nakazuje wykonać Księga Prawa. 11 A że w Prawie nikt nie osiąga usprawiedliwienia przed Bogiem, wynika stąd, że sprawiedliwy z wiary żyć będzie. 12 Prawo nie opiera się na wierze, lecz [mówi]: Kto wypełnia przepisy, dzięki nim żyć będzie. 
13 Z tego przekleństwa Prawa Chrystus nas wykupił – stawszy się za nas przekleństwem8, bo napisane jest: Przeklęty każdy, którego powieszono na drzewie – 14 aby błogosławieństwo Abrahama stało się w Chrystusie Jezusie udziałem pogan i abyśmy przez wiarę otrzymali obiecanego Ducha 

Wyższość obietnicy

15 9 Bracia, użyję przykładu ze stosunków między ludźmi. Nikt nie obala ani zmienia testamentu prawnie sporządzonego, choć jest on jedynie dziełem ludzkim. 16 Otóż to właśnie Abrahamowi i jego potomstwu dano obietnice. I nie mówi [Pismo]: „i potomkom”, co wskazywałoby na wielu, ale [wskazano] na jednego: i potomkowi twojemu, którym jest Chrystus1017 A chcę przez to powiedzieć: testamentu, uprzednio przez Boga prawnie ustanowionego, Prawo, które powstało czterysta trzydzieści lat później, nie może obalić tak, by unieważnić obietnicę. 18 Bo gdyby dziedzictwo pochodziło z Prawa, tym samym nie mogłoby pochodzić z obietnicy. A tymczasem przez obietnicę Bóg okazał łaskę Abrahamowi. 
19 Na cóż więc Prawo? Zostało ono dodane ze względu na wykroczenia11 aż do przyjścia Potomka, któremu udzielono obietnicy; przekazane zostało przez aniołów11; podane przez pośrednika. 20 Pośrednika jednak nie potrzeba, gdy chodzi o jedną osobę, a Bóg właśnie jest sam jeden12
21 A czy może Prawo to sprzeciwia się obietnicom Bożym? Żadną miarą! Gdyby mianowicie dane było Prawo, mające moc udzielania życia, wówczas rzeczywiście usprawiedliwienie płynęłoby z Prawa. 22 Lecz Pismo poddało13 wszystko pod [władzę] grzechu, aby obietnica dostała się na drodze wiary w Jezusa Chrystusa tym, którzy wierzą. 

Ograniczone zadanie Prawa

23 Do czasu przyjścia wiary byliśmy poddani pod straż Prawa i trzymani w zamknięciu aż do objawienia się wiary. 24 Tym sposobem Prawo stało się dla nas wychowawcą14, [który miał prowadzić] ku Chrystusowi, abyśmy z wiary uzyskali usprawiedliwienie. 25 Gdy jednak wiara nadeszła, już nie jesteśmy poddani wychowawcy 26 Wszyscy bowiem dzięki tej wierze jesteście synami Bożymi – w Chrystusie Jezusie. 27 Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. 28 Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie. 29 Jeżeli zaś należycie do Chrystusa, to jesteście też potomstwem Abrahama i zgodnie z obietnicą – dziedzicami…”

„Będziesz Biblię nieustannie czytał. Będziesz ją kochał więcej niż rodziców… Więcej niż mnie. Nigdy się z nią nie rozstaniesz. A gdy się zestarzejesz, dojdziesz do przekonania, że wszystkie książki, jakie przeczytałeś w życiu, są tylko nieudolnym komentarzem do tej jedynej Księgi”… Amen… (Odys)

podobne: Tuba Cordis: Czy Pan Jezus i Matka Boska byli Żydami? czyli… Hebrajczycy, Żydzi, Chazarowie. Judaizm a Chrześcijaństwo. Kościół Katolicki „nowym Izraelem” oraz: Żydzi (nie)są perfekcjonistami w robieniu rachunku sumienia innym. Janusz Korwin Mikke vs Szewach Weiss czyli… Jak rozmawiać z żydem bez postawy służebnej. Niemcy wypłacą renty i emerytury z tytułu pracy w getcie. i jeszcze: Izrael krytykuje Watykan za uznanie państwowości Palestyny. Zapis agonii czyli… Cywilizacja Łacińska i Świat zadowolonych głupców. Przepowiednia z „Konopielki” (gdzie tkwi diabeł). polecam również: Palestyńczycy do Trybunału Karnego. W odpowiedzi Izrael zamraża palestyńskie pieniądze i chce wstrzymania pomocy dla Palestyńczyków. oraz: Najwyższy Czas!: „W ostatnim „Do Rzeczy” całkiem od rzeczy pisze Szewach Weiss…”. Robert Cisek o antysemityzmie. i to: Styczeń 1863 w służbie Piusa IX (Ostatni Krzyżowiec) oraz proroctwo św. Malachiasza a Paruzja czyli… bój śmiertelny o wieczność kontra pogoń za sensacją a także: O drugiej kategorii ludzi czyli… Dłoń która (w imię eksperymentów socjalnych) przeszłości ślad zmiata.”Ballada o bieli” (Kaczmarskiego)

 

Dobry Pasterz, czyli własność doskonała z perspektywy miłości


Kiedyś byłem świadkiem interesującego wydarzenia. Przechodziłem uniwersyteckim korytarzem podczas przerwy między zajęciami. Przed jedną z sal wykładowych stała grupa studentów. Czekając na kolejny wykład, studenci opowiadali sobie głośno dowcipy i wygłupiali się. W pewnym momencie jeden z nich został popchnięty i upadł na torbę z notebookiem,która leżała na ławce. Upadek ten wywołał salwę śmiechu u kolegów. Student szybko się podniósł. Uniósł niewinnie do góry ręce i powiedział: „Przepraszam, ale to nie moja wina”. Prawdopodobnie myślał, że upadł na komputer któregoś ze swoich kolegów. Szybko jednak zorientował się, że to był jego własny laptop. Upadł na kolana przed ławką. Wyciągnął pośpiesznie notebooka z torby. Włączył go nerwowo i jak wmurowany wpatrywał się przez dłuższą chwilę w monitor. Po chwili odetchnął głęboko, z ulgą: „Chwała Panu! Działa”.

Szczególna więź

To wydarzenie z codziennego życia pokazuje, że w zupełnie inny sposób podchodzimy do rzeczy, które są naszą własnością. Jezus zręcznie zauważa ten związek i wykorzystuje go do opisu istoty Dobrego Pasterza…

„Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; najemnik ucieka dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach” (J 10,12-13)

…Kiedy przedsiębiorca przystępuje do realizacji określonego przedsięwzięcia, ryzykuje swoim majątkiem i pozycją społeczną. Niekiedy łączy się to z utratą całego majątku. Inaczej sytuacja przedstawia się w gospodarce centralnie planowanej. Menadżer, któremu centralny planista powierza zarządzanie społecznym majątkiem, nie ryzykuje własnym bogactwem. Jego spekulacje wiążą się z ryzykowaniem cudzych pieniędzy.

Św. Tomasz z Akwinu kilka wieków wcześniej doszedł do podobnych spostrzeżeń. Akwinata twierdził, że posiadanie na własność rzeczy jest dla człowieka konieczne z trzech powodów: człowiek bardziej troszczy się o rzeczy prywatne niż wspólnotowe, sprawy materialne traktuje w sposób bardziej uporządkowany i wpływa na zachowanie pokojowych stosunków międzyludzkich…

…Z a stosowną metaforę do opisu właściwej więzi między pasterzem i owcami Jezus wybrał pojęcie własności. Najemnik nigdy nie będzie dobrym pasterzem, gdyż – jak mówi św. Paweł – „szuka własnego pożytku, a nie Chrystusa Jezusa” (Flp 2,21). Z szerszej perspektyw Ewangelii widzimy, że taka więź może narodzić się tylko wtedy, gdy środkiem i celem naszego działania będzie sam Bóg, który jest miłością (1 J 4,16). Tylko miłość, która jest gotowa na ofiarę, pozwala spojrzeć na świat z właściwej perspektywy. To dlatego, powołując Piotra do pasterskiej służby, Jezus zapytał go trzy razy: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie? (J 21,16). „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham” – padła odpowiedź z ust zaskoczonego Piotra. Dopiero po tym wyznaniu Jezus rzekł: „Paś owce moje!”. (ks Jacek Gniadek)

via Najemnik pozostanie zawsze najemnikiem – Niedziela Dobrego Pasterza — Jacek Gniadek

podobne: Ekonomia Bożej miłości, dorosnąć do zmartwychwstania i „beznadzieja” pracy nad sobą, czyli „O naśladowaniu Chrystusa”

oraz: O szukaniu prawdy w oczekiwaniu na Paruzję czyli jak zrobić miejsce dla Chrystusa Króla we współczesnym świecie kultu państwa opiekuńczego.

10 Na świecie było [Słowo], 
a świat stał się przez Nie, 
lecz świat Go nie poznał. 
11 Przyszło do swojej własności, 
a swoi Go nie przyjęli. 
12 Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, 
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, 
tym, którzy wierzą w imię Jego – 
13 którzy ani z krwi, 
ani z żądzy ciała, 
ani z woli męża, 
ale z Boga się narodzili

Nie jest jednak dobrze, i kończy się źle, kiedy człowiek przedkłada własność nad miłość… Bo wtedy, nawet gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie… Nic bym nie zyskał. Wie o tym każdy zamożny, który nie małe kwoty wpłacał na ratowanie cudzego życia, więc miał prawo czuć się potrzebny i nawet kochany przez ludzi, ale był w opozycji do owej całkowicie bezinteresownej Bożej miłości (której kupić się nie da), i niczego z niej do siebie nie dopuścił. Bo świat i ludzie czasem nie wystarczają, zawodzą, a doznania z nich płynące słabną, bądź przemijają… Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe… (Odys)

Zmęczony burz szaleństwem, jak statek pijany,
Już niczego nie pragnę, jeno wielkiej ciszy
I kogoś, kto zrozumie mój żal nienazwany,
Kogoś, kto mą bezsłowną tęsknotę usłyszy;

Kogoś, kto jasną duszą życie mi przepoi,
Iżbym w spokoju bożym wypoczął po męce,
Kogoś, kto rozszalałe serce uspokoi,
Kładąc na moje oczy miłosierne ręce.

Idę po szczęście swoje. Po ciszę. Do kogo?
Którędy? Ach, jak ślepiec! Zwyczajnie – przed siebie.
I wiem, że zawsze trafię, którą pójdę drogą,
Bo wszystkie moje drogi prowadzą do Ciebie.

Julian Tuwim

Eivor – Morning Song

Mariusz Lewandowski - Ja jestem światłem (Jezus, głowa, kosmos, świat, łódź, podróż)

Mariusz Lewandowski – Ja jestem światłem

dziedzictwo (nie) posłuszeństwa czyli pełnia człowieczeństwa


Ettore Ximenes – Law

„…Jak długo dziedzic jest nieletni, niczym się nie różni od niewolnika, chociaż jest właścicielem wszystkiego. (…) gdy jednak  nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo.  Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze! A  zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej.
Wprawdzie ongiś, nie znając Boga, służyliście bogom, którzy w rzeczywistości nie istnieją. Teraz jednak, gdyście Boga poznali i, co więcej, Bóg was poznał, jakże możecie powracać do tych bezsilnych i nędznych żywiołów, pod których niewolę znowu chcecie się poddać?…” (Z listu św Pawła apostoła do Galatów)

Dlaczego wciąż wątpisz w miłości mej wagę
przez co ci się zdaje jak młyńskie kamienie
ciążące na życiu w gorzkich łzach skąpanym
nad którym przejść lekko ciągle masz marzenie

A przecież nie byłeś na początku taki
kiedym cię misternie na swój obraz tworzył
Wolnym od trosk wszelkich
wiecznie młodym zdrowym
A ciało twe i dusza nie znały pragnienia

W zamian za dar życia bez bólu i śmierci
wzajemności chciałem w prostym posłuszeństwie
które płynąć miało z serca i rozumu
chroniąc od zatraty wolności w szaleństwie

Ty zaś posłuch dałeś temu żeś mi równym
I że świecić możesz tylko ciemność znając
Że „by stać się czystym
wpierw trzeba być brudnym”
Jak ten co światłem wzgardził brzuch w prochu nużając

„… Czy nie wiecie, że jeśli oddajecie samych siebie jako niewolników pod posłuszeństwo, jesteście niewolnikami tego, komu dajecie posłuch: bądź [niewolnikami] grzechu, [co wiedzie] do śmierci, bądź posłuszeństwa, [co wiedzie] do sprawiedliwości? (…)  Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, a łaska przez Boga dana to życie wieczne…” (Z listu św Pawła apostoła do Rzymian)

Tak wybrałeś nieszczęsny wolność… w zniewoleniu
Stając się kowalem praw – twych nowych bogów
Więc powiedz dlaczego, władco tego świata
obarczasz mnie winą swych wolnych wyborów

Czemu mnie przyzywasz, wołasz wspomożenia
a gdy je dostajesz jesteś jak namiestnik
Który mocen skazać
lub uwolnić… Boga
umywając ręce we własnych cierpieniach

Kiedy ty dorośniesz synku, córko moja
Kiedyż ci się znudzi tej huśtawki błędnik
Czekam twej decyzji, w wierze uległości
Ja twój Bóg i Stwórca, nadzieji powiernik

Bo choć zapomniałeś ile znaczysz dla mnie
Nawet wiedząc swoje gdy zamkniesz powieki
Cokolwiek wybierzesz
nigdy się nie skończy
Moja cząstka w tobie co kocha na wieki

Odys, kwiecień 2018

„…Dlatego zginam kolana moje przed Ojcem, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i na ziemi, aby według bogactwa swej chwały sprawił w was przez Ducha swego wzmocnienie siły wewnętrznego człowieka.Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych sercach; abyście w miłości ukorzenieni i ugruntowani  wraz ze wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość,i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali napełnieni całą Pełnią Bożą…” (z listu św Pawła apostoła do Efezjan)

…O Prawdo, Prawdo, jakże boleśnie już wtedy z głębi duszy wzdychałem do Ciebie, gdy tamci ciągle wokół mnie wrzeszczeli, wykrzykując Twe miano w najprzeróżniejszych teoriach, wymachując niezliczonymi, wielkimi księgami! To były talerze, na których mnie, łaknącemu tylko Ciebie, zamiast Ciebie podawali słońce i księżyc, piękne dzieła Twe, na pewno piękne, ale jednak tylko dzieła. Twoje — one nie są Tobą ani nie są nawet najważniejszą częścią stworzenia.

Pierwszeństwo mają przed nimi Twoje dzieła duchowe, choćby tamte wielkie twory materialne ogromną jasnością gorzały na niebie. A ja nawet nie dzieł największych, lecz Ciebie samej, Prawdo, Ciebie, w której nie ma odmiany ani cienia zmienności, pragnąłem i łaknąłem. A na owych talerzach przynoszono mi wizje pełne blasku. Już lepiej byłoby kochać samo słońce, przynajmniej dla oczu realne, niż takie urojenia, jakimi oczy łudzą umysł. Spożywałem ten pokarm biorąc go za Ciebie — bez chęci jednak, gdyż smak, jaki czuło moje podniebienie, nie był Twoim smakiem. Przecież nie były Tobą owe zmyślenia jałowe. I nie pożywiałem się nimi, lecz raczej coraz bardziej głodniałem. Pokarm, który się śni, jest zupełnie podobny do pokarmu spożywanego na jawie, ale nie odżywia śniących, bo oni tylko śnią, że jedzą. To zaś, co mi podawano, nie było nawet w żadnym stopniu podobne do Ciebie, Prawdo, takiej, jaka przemówiłaś do mnie potem. Były to widma rzeczy, pozorne przedmioty, od których znacznie pewniejsze są te rzeczywiste przedmioty materialne, jakie oczyma cielesnymi dostrzegamy czy to na ziemi, czy na niebie. Widzimy je nie tylko my, widzą je również zwierzęta i ptaki; przedmioty te są pewniejsze od naszych wyobrażeń o nich. Nasze zaś wyobrażenia są z kolei pewniejsze od owych większych, nieskończonych rzeczy, jakich istnienia mielibyśmy się domyślać na podstawie znajomości rzeczy widzialnych; tamte w ogóle nie istnieją. A właśnie nimi mnie karmiono — i pozostawałem głodny.

Miłości moja, do której się garnę, abym nabył mocy! Ty przecież nie jesteś ani tymi przedmiotami widzialnymi, choćby jaśniejącymi na niebie, ani nie jesteś jakimiś rzeczami, których tam nie widzimy. Ty, Panie, je stworzyłeś, a nie zaliczasz ich nawet do największych Twoich dzieł. Jakże więc daleko jesteś od owych widm, w które wierzyłem, widm rzeczy, które w ogóle nie istnieją...” (św. Augustyn „Wyznania”)

podobne: „Bóg poddał wszystkich nieposłuszeństwu, aby wszystkim okazać miłosierdzie” czyli… Poezja Bożej miłości.

„Nella Fantasia”

Ekonomia Bożej miłości, dorosnąć do zmartwychwstania i „beznadzieja” pracy nad sobą, czyli „O naśladowaniu Chrystusa”


Kamień grzechu skruszony

Pieczęć śmierci złamana

Strażnik piekła strwożony

Mocą Chrystusa Pana

 

Więc porzućmy grób pusty

<To co złe nas spotyka>

Z sercem pełnym wdzięczności

Pójdźmy do Wieczernika

 

Gdzie nas czeka Zbawiciel

Źródło Wielkiej Miłości

Ofiarując nam życie

W chwale Boga wieczności

 

Pascha – Odys, Wielkanoc 2018

Z okazji nadchodzących Świąt Wielkanocnych czyli zwycięstwa życia nad śmiercią, i miłości nad nienawiścią składam wszystkim serdeczne życzenia. Opatrzności Bożej, rozeznania aby wszystkie plany były zgodne z Jego wolą, zaś w chwilach upadku szczerego żalu oraz Łaski wiary w Jego nieskończone miłosierdzie… Niech nam żyje Chrystus Król… (Odys)

 

„…Pusty grób jest źródłem chrześcijańskiej nadziej i radości. Życie jest tylko przejściowym etapem. Śmierć nie jest końcem wszystkiego. Chrystus zmartwychwstał. Apostoł Piotr ma teraz powód do radości, ale jeszcze kilka dni wcześniej niczego nie rozumiał. Wielu uczniów Jezusa nie wytrzymało próby i uciekło od Niego. Dzisiaj uczestniczą w zwycięstwie swojego Mistrza nad śmiercią. Ta wielka radość, wypływająca z ich wiary, dała im siłę do głoszenia Dobrej Nowiny i przyjęcia własnej śmierci dla Chrystusa, gdyż wszyscy – z wyjątkiem Jego umiłowanego ucznia – ponieśli śmierć męczeńską.

Czasowy horyzont
Ta radość może stać się również naszym udziałem, ale wszystko zależy od postawy, jaką przyjmiemy wobec pustego grobu. Śmierć jest zawsze punktem odniesienia, obok którego nie można przejść obojętnie. Może być końcem wszystkiego, czyli stratą, ale może być też początkiem czegoś nowego, a więc zyskiem. Wszystko ma swoje źródło w akcie wiary, która jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, a których jeszcze nie widzimy (por. Hbr 11,1).
Pusty grób jest historycznym wydarzeniem. Wszystko, co dzieje się w świecie i w życiu doczesnym człowieka, także jego relacja z Bogiem, ma miejsce w czasie. Człowiek nie możemy wyobrazić sobie bezczasowej egzystencji. Bez czasu nie mógłby się pojawić człowiek i świat. Ludzie nie mogliby pielgrzymować ku pełni jedności ze swoim Stwórcą, a sam Bóg nie mógłby dokonać swego dzieła Odkupienia poprzez wejście w dzieje ludzkości w Jezusie Chrystusie – Wcielonym Słowie Boga. Boża ekonomia zbawienia realizuje się w czasoprzestrzeni…

…Hans-Hermann Hoppe, współczesny niemiecki filozof i ekonomista, zwolennik austriackiej szkoły ekonomii, twierdzi, że w pewnym sensie biologiczne fakty mają bezpośredni wpływ na preferencję czasową. Dziecko zdecydowanie woli dobra teraźniejsze od dóbr przyszłych, gdyż żyje tylko obecną chwilą. W miarę jak dziecko dojrzewa i staje się osobą dorosłą, stopa preferencji czasowej maleje, gdyż osoba dorosła ma już poczucie czasu i wzrasta u niej końcowa użyteczność dóbr przyszłych. Pojawia się motywacja do oszczędzania i inwestowania. W końcu człowiek zbliża się do kresu swojego życia. Stopa preferencji czasowej znowu wzrasta, gdyż przyszłości jest już niewiele. Człowiek w tym wieku nie przykłada już wagi do oszczędzania i inwestowania.
Niemiecki ekonomista trafnie zauważa, że sytuacja zmienia się, gdy człowiek posiada rodzinę. Jest wtedy zainteresowany zapewnieniem swoim dzieciom środków do życia. Z tego powodu stopa preferencji czasowej u takiego człowieka, nawet w podeszłym wieku, pozostaje na poziome typowym dla osoby w sile wieku. Człowiek znowu widzi sens w oszczędzaniu i inwestowaniu…

Życie pokazuje, że można przeciwdziałać efektowi starości i zawiesić jej wpływ na poziom preferencji czasowej. Ale możemy pójść znacznie dalej. Możemy cel naszego życia umieścić poza granicami śmierci. Czy nieśmiertelność nie jest odwiecznym marzeniem człowieka?
Wiara w pusty grób poszerza naszą życiową perspektywę. Chrystus zmartwychwstał, a to nadaje naszemu życiu nowy wymiar. Inwestowanie we własne życie nabiera znowu nowego znaczenia. Używając języka zaczerpniętego z ekonomii, możemy powiedzieć w kazaniu wolnorynkowym, że jesteśmy gotowi do powstrzymania się od konsumpcji bieżących dóbr na rzecz wyższej konsumpcji nie tylko w ziemskiej przyszłości, ale ze względu na dar życia wiecznego. Z perspektywy pustego grobu w inny sposób patrzymy również na cierpienie. Rozumiemy lepiej św. Pawła, kiedy mówi, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, który ma się w nas objawić (por. Rm 8,18). Jesteśmy gotowi – podobnie jak Apostoł Narodów – wszystko uznać za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa (por. Flp 3,8).

…Księga Mądrości podpowiada nam, że wobec kruchości ludzkiego życia człowiek może przyjąć dwie postawy. Pierwsza to postawa sprawiedliwych, którzy w zaufaniu Bogu widzą przyszłość poza ziemskim horyzontem: „Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka – uczynił go obrazem swej własnej wieczności”(Mdr 2,23). Druga postawa to postawa bezbożnych, którzy odrzucają przyszłą zapłatę, mówiąc: „Korzystajmy z tego, co dobre, skwapliwie używajmy świata w młodości!” (Mdr 2,6). Krótkowzroczną i lekkomyślną postawę bezbożnych Księga Mądrości ocenia jednoznacznie: „Tak pomyśleli – i pobłądzili, bo własna złość ich zaślepiła. Nie pojęli tajemnic Bożych, nie spodziewali się nagrody za prawość i nie docenili odpłaty dusz czystych” (Mdr 2,21-22).

Napięcie pomiędzy doczesnością i wiecznością ciągle trwa. Jest to odwieczny konflikt, które istnieje w sercu człowieka. Ale chrześcijanin to człowiek, który wzrok ma nie tylko nieustannie utkwiony w niebo, ale równocześnie bardzo twardo stąpa po ziemi. Horyzont czasowy ucznia Chrystusa przekracza jego obecne życie, ale nie wyrzeka się on całkowicie tego świata. Świat jest dla niego miejscem i zarazem środkiem do osiągnięcia zbawienia. Taka jest Boża ekonomia miłości. Wiara w niebo podwyższa preferencję czasową, ale biblijne wezwanie do tego, aby uczynić sobie ziemię poddaną (por. Rdz 1,28), nie pozwala do przesunięcia jej granic do nieskończoności, która mogłaby sparaliżować całkowicie doczesne życie.

…Wiara potrzebuje rozumu, ale i rozum potrzebuje wiary. Święty Jan Paweł II (†2005) na samym początku encykliki o relacjach między wiarą a rozumem Fides et ratio (1998) napisał, że wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy. Aby odkryć prawdę o zmartwychwstaniu Jezusa musimy najpierw stanąć przed pustym grobem. Musimy uwierzyć, że Chrystus zmartwychwstał i pokonał śmierć. Wtedy zrozumiemy, czym zmartwychwstanie jest dla nas. Przestaniemy się bać śmierci, cierpienia, własnej słabości i upływającego czasu. Wówczas za św. Pawłem będziemy w stanie powtórzyć: „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk” (Flp 1,21).” (Ks. Jacek Gniadek)

całość tu: Pusty grób. Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego

podobne: Pieta Marka Gajowniczka, Gorzkie Żale Antoniny Krzysztoń i Droga Krzyżowa z ks. Janem Kaczkowskim… Na rozdrożu  oraz: Całun Turyński – fakty i mity i to: Myśleć na sposób Boży czyli… Ks. Jacek Gniadek o paradoksach w religii i ekonomii a także: Śmierc i zmartwychwstanie Jezusa to hymn o miłości polecam również: Środa Popielcowa, Wielki Post i dobry rachunek sumienia

SENS LUDZKIEGO ISTNIENIA…

  • Jest słowo Jezusa, które sprawia, iż zagłębiam się w otchłani. Mówiłem, że w moim doznaniu, tam w kaplicy, tylko Bóg był oczywistością, do Chrystusa musiałem dochodzić przez analogię, przez dedukcję. A więc, jest jedno jego słowo, które przekonało mnie na zawsze o jego boskości. Jest to owo straszne: „Boże mój, Boże mój, dlaczegoś mnie opuścił?” Czyż teologia nie twierdzi, że w osobie Jezusa współistniały dwie natury: boska i ludzka? A więc, na krzyżu — to on sam woła — że Bóg go opuścił. Przeto zrezygnował także ze swojej części boskości, ze swojego kontaktu z Ojcem. Tylko Bóg może posunąć się aż do tego stopnia rezygnacji, może uczynić z siebie dar tak całkowity. My zawsze zatrzymujemy coś dla siebie. On nie zachował niczego. (Andre Frossard – jeden z najsłynniejszych publicystów Francji publikujący na pierwszej stronie „Le Figaro”; syn założyciela Francuskiej Partii Komunistycznej; nawrócony w wyniku doświadczenia mistycznego w Kościele)
  • Napisane jest: „Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga twego”. To prawda, ale Pan, Bóg twój, może wystawić na próbę samego siebie; wydaje się, że to właśnie wydarzyło się w Getsemani. W ogrodzie szatan wodził na pokuszenie człowieka; w ogrodzie Bóg wodził na pokuszenie Boga. W nadludzki sposób Bóg przeszedł przez doświadczenie ludzkiego przerażenia i pesymizmu. Gdy ziemia zadrżała i Słońce zgasło na niebie, nie stało się to z powodu ukrzyżowania, ale z powodu wołania z krzyża: wołania, które oznajmiło, że Bóg opuścił Boga. A teraz, pozwólmy rewolucjonistom wybierać wiarę spośród wszystkich wierzeń i boga spośród wszystkich bogów na świecie. Niech dokładnie zważą w myśli wszystkich bogów nieuchronnej powtarzalności i niezmiennej władzy. Nigdzie indziej nie znajdą boga, który sam byłby buntownikiem. Powiem więcej (choć tu rzecz przekracza możliwości ludzkiej mowy): pozwólmy ateistom wybrać sobie boga. Znajdą tylko jedno Bóstwo, które kiedykolwiek dało wyraz ich osamotnieniu, i tylko jedną religię, której Bóg przez chwilę wydawał się ateistą. (Fragment książki „Ortodoksja” G.K. Chestertona)
  • Na krzyżu nasz Pan przemówił do ateistów, do komunistów, do agnostyków, do niewierzących, do odszczepieńców, do tych wszystkich, którzy przeżywają wewnętrzne piekło – w szczególności do tych, którzy mieli Wiarę i ją utracili. Piekło nie zaczyna się w przyszłym świecie. Zaczyna się ono tutaj. W jaki sposób ateista, agnostyk lub niewierny mógłby zostać zbawiony, jeśli Pan na krzyżu nie podjąłby środków, aby odkupić ich wszystkich? Nasz Zbawiciel podjął się zatem cierpieć ową samotność, izolację i oddzielenie od Boga, które są udziałem wszystkich ateistów. Zgodził się zatem trwać bez jakiegokolwiek Boskiego pocieszenia i znaleźć się na skraju piekła, aby poczuć, jak to jest być potępionym. W owym momencie, kiedy słońce się zaćmiło, jakby samo wstydziło się rzucać promienie na zbrodnię bogobójstwa, nasz Pan w ciemnościach tego dnia przyoblekł swą duszę w ciemność i w zadośćuczynieniu za wszystkich ateistów zawołał: „Boże Mój, Boże Mój, czemuś Mnie opuścił?” Ten czyn pozwolił Breżniewowi zbawić swoją duszę, o ile tylko Breżniew usłyszał to wołanie. Nasz Pan doświadczył piekła Voltaire’a, Camusa, Sartre’a, Juliana Apostaty i tych wszystkich, którzy wyparli się swego Boga. Od tego czasu wystarczy tylko, że zawołają do Niego, aby zostali zbawieni. Ale muszą zawołać. (ABP FULTON SHEEN)
  • Człowiek, będąc jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego, nie może odnaleźć się w pełni inaczej, jak tylko przez bezinteresowny dar z siebie samego. (Gaudium et spes – Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym odwołująca się do słów Chrystusa: Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je (Mt 16, 25-26).

źródło: znanichrzescijanie.wordpress.com 

oraz: Doroteusz z Gazy „O miłości bliźniego” i „CREDO AD INFINITUM” i to: „Miłość to pragnienie dobra dla drugiej osoby, tak silne że oddaje się dla niej własne życie”. Golgota a także: Ks. Jacek Gniadek: Nieustanna walka z pierwotną rzadkością i pokusami szatana… czyli „Nie samym chlebem…”

DobraNowina: „skupić się na przyjęciu prawdy o śmierci starego człowieka i życiu Zmartwychwstałym Chrystusem”

podobne: Bóg to trzy filary: miłość Boga do człowieka, miłość człowieka do Boga, i strach człowieka przed Bogiem i jeszcze: „Bóg poddał wszystkich nieposłuszeństwu, aby wszystkim okazać miłosierdzie” czyli… Poezja Bożej miłości

„… pisany dla zakonników, składający się z czterech części (Zachęty pomocne do życia duchowego, Zachęty do życia wewnętrznego, O wewnętrznym ukojeniu, Gorąca zachęta do Komunii Świętej) poradnik, nadaje się albo do wyrywkowej przypadkowej lektury, albo do codziennego, systematycznego odkrywania kolejnych fragmentów. Każde słowo, każde zdanie jest nasycone niezwykłą treścią. Tomasz był kopistą Biblii – znał więc ją wyśmienicie. Stąd też we współczesnych wydaniach można na marginesie odnaleźć wskazania do konkretnych rozdziałów i wersów, do których odnoszą się poszczególne momenty.

Co takiego jest siłą tej książki (…) Może to nadzieja? Może fakt, iż płynie z tej książeczki nauka, że dobre życie i szczęście można osiągnąć poprzez rezygnację z samego siebie? Może chodzi o tę piękną prawdę, że śmierci tak naprawdę nie ma, została pokonana przez Zbawiciela? A może o to – że warto zachowywać niezłomną postawę nawet wtedy, gdy to się patrząc „po ludzku”, nie opłaca? A może chodzi o Miłość w najczystszej postaci. Miłość w której na pierwszym miejscu jest Bóg, potem jest drugi człowiek, a na końcu dopiero ja sam? Może wreszcie o porządne, moralne życie, o nazywanie rzeczy złych po imieniu, a wskazywanie głośno dobrych?

Tyle przecież płynie słów nienawiści, obelg, kłamstw, fałszywych zarzutów, manipulacji. Niektórym zaczyna brakować siły. Ile jeszcze można znieść kłamstwa? Ile można trwać, będąc opluwanym i niszczonym?… „ (Tomasz Łysiak w przedmowie do książki – O naśladowaniu Chrystusa)

Spośród wszystkiego co ma swój koniec.
Ona jedna jest nieśmiertelna.
I to jest dowód na jej istnienie.

To ona powołuje do życia.
Bo sama jest wieczna.
Umiera tylko to, co nią nie jest.

By to co skażone przyoblec w nieskażoność.
W niezasłużonej życzliwości,
Raz ofiarowana jest dana na zawsze.

Miłość nie umiera.
Nigdy.

Ayo, 15.04.2017

podobne: „Wykonało się…” (do obrazu Mariusza Lewandowskiego)

 

 

Piłat i Jezus czyli Bóg który cierpi i umiera dla solidarności z każdym człowiekiem. Symbolika w „Pasji” i sens męczeństwa św. Andrzeja Boboli


Ludu mój ludu! Beata Bednarz

„W szesnastym roku panowania cesarza Tyberiusza Poncjusz Piłat, namiestnik w randze prefekta, rzymskiej prowincji Judea, z okazji święta Pesach, jednego z trzech najważniejszych świąt religii żydowskiej wyruszył ze swojej rezydencji, położonej w pobliżu stolicy prowincji – miasta Cezarea Nadmorska (Cesarea Maritima) w Samarii – do Jerozolimy, jak zwykł czynić to corocznie, aby być obecnym podczas obchodów, których początek przypadał wg kalendarza żydowskiego zawsze na 15 dzień miesiąca nisan. A czynił tak od momentu, gdy pięć lat wcześniej rozpoczął urzędowanie, obejmując funkcję zarządcy tej prowincji. Gdy przybył na miejsce okazało się, iż w wyniku zaistniałych okoliczności został zmuszony do rozstrzygania w drodze postępowania sądowego pewnej drażliwej kwestii. Otóż w przeddzień owego święta straż Świątyni Jerozolimskiej, na której istnienie zezwolił Rzym i która otrzymała ograniczone uprawnienia policyjne w zakresie utrzymywania porządku w Jerozolimie, w tym także pilnowania skarbów tego sanktuarium, aresztowała, na polecenie Trybunału Sanhedrynu, pewnego mężczyznę, którego już zdążono przesłuchać w obecności Arcykapłana Świątyni. Mężczyzna ów, nazywany Jezusem Nazarejczykiem, został oskarżony o podburzanie tłumu.

Ten rodzaj przestępstwa podpadał pod kryterium obrazy majestatu. A już od ponad stu lat w prawie rzymskim każde działanie, ocenione jako przynoszące szkodę państwu i porządkowi społecznemu, od spisków przeciwko władzy po zakłócanie porządku publicznego, mogło zostać podciągnięte pod definicję obrazy majestatu. Zakres interpretacyjny przewinień natury politycznej został wydatnie poszerzony za cesarza Augusta Oktawiana, zaś jego następca cesarz Tyberiusz, który paranoicznie lękał się spisków, dołączył do zarzutów obrazy majestatu np. aluzje i żarty z cesarza, które znalazły się np. w dziełach literackich. Penalizowanie obrazy mogło dotyczyć nawet sformułowań używanych w prywatnej korespondencji. Dlatego właśnie Swetoniusz utrzymywał, iż w czasach Tyberiusza „nikt nie był bezpieczny”.

W każdym przypadku, zanim oskarżony został doprowadzony przed sąd, który sprawował namiestnik rzymski, lokalne organa policyjne było zobowiązane przedstawić pisemny raport (elogium), w którym zawarty był opis czynów które popełnił oskarżony, a które podlegały kodeksowi karnemu. Namiestnik, po zapoznaniu się z raportem oraz przeanalizowaniu kontekstu sytuacyjnego, przesłuchiwał oskarżonego, aby następnie zdecydować, czy treść raportu odpowiada prawdzie, a nie jest np. wynikiem prywatnej zemsty naczelnika lokalnej policji…

…namiestnik musiał dopilnować wszelkich kwestii formalnych (dzisiaj powiedzielibyśmy, że y musiał zapewnić sobie „podkładki”), aby zabezpieczyć się przed możliwymi problemami, które mogłyby wyniknąć z ewentualnych skarg strony żydowskiej. A miał ku tego rodzaju obawom bardzo ważkie powody…

…w okresie wydarzeń związanych ze świętem Paschy roku 30, pozycja Piłata, jako namiestnika Judei, była niepewna, zatem musiał on bardzo wystrzegać się kolejnych zatargów z żydowskimi dostojnikami religijnymi i politycznymi. Znajdował się w punkcie, gdzie kolejny konflikt podobnego rodzaju, mógł okazać się z tych „o jeden za daleko”…

…W 30 roku nowej ery szabat zaczynał się po zachodzie Słońca 14 dnia nisan, (gdy zabłysła trzecia gwiazda), a więc o tej porze roku na szerokości geograficznej Jerozolimy było to – wg obecnej rachuby czasu – około godziny dziewiętnastej trzydzieści. Arcykapłani spieszyli się, aby zakończyć judaistyczno-żydowską część postępowania przed sesją sądową u Piłata, która rozpoczynała się o wschodzie słońca… 

…Wysunięte przez arcykapłanów oskarżenie wobec Jezusa Nazarejczyka brzmiało:

„Stwierdziliśmy, że ten człowiek podburza nasz naród, że odwodzi od płacenia podatków Cezarowi i że siebie podaje za Mesjasza – Króla”

co wyczerpywało definicję przestępstwa zarówno według religii żydowskiej (bluźnierstwo i świętokradztwo polegające na roszczeniach mesjańskich), jak i prawa rzymskiego (uznania się za króla Żydów). W prawie rzymskim, dotyczącym terenów skolonizowanych, roszczenia tego rodzaju kwalifikowane były jako zbrodnia. Dla urzędnika imperium, którym był Piłat, deklaracja Jezusa, iż jest Mesjaszem oznaczała ni mniej ni więcej, że pretendował on do tytułu króla, co automatycznie wchodziło w konflikt z prawem rzymskim jako naruszenie majestatu Rzymu, a także stanowiła świętokradztwo wymierzone w cesarza, który, jako jedyny żyjący człowiek w Imperium, był wyposażony w boskie atrybuty. Wszystko to razem wyczerpywało przesłanki do oskarżenia Jezusa o próbę rebelii. Jeśli namiestnik oceniłby, iż działalność Jezusa stanowiła rzeczywiste zagrożenie rozruchami, wówczas orzeczoną karą musiało być ukrzyżowanie. Jak z tego wynika Piłat, pomijając jego domniemane zamiary względem Jezusa, wcale nie miał dużej swobody manewru. W tym kryła się pułapka zastawiona przez arcykapłanów na Piłata, a mianowicie sformułowanie przez nich zarzutu o podburzaniu narodu, pod którym to ogólnym określeniem arcykapłani ukryli nieprzestrzeganie przez Jezusa norm szabatu (uzdrawiał w szabat),. Rzecz jasna Piłata nic to by nie obeszło, gdyż nie miało odpowiednika w prawie rzymskim, dlatego właśnie postawili tak ogólny zarzut, aby mógł sobie swojemu „dointerpretować”. Z kolei oskarżenie o nawoływanie do zburzenia Świątyni wchodziło w jurysdykcję namiestnika Judei, gdyż Rzym był zobowiązany do opieki nad dobrami i obiektami kultury (tu kultu religijnego). To istotnie wzmacniało wagę oskarżenia. A dodatkowo łatwo mógł zostać dorozumiany skutek, że ten kto wysuwa roszczenie do godności królewskiej, automatycznie rości sobie prawo do danin podatkowych należnych królowi. A to juz musiało przemówić do wyobraźni każdego urzędnika Imperium…

…dzisiejszy czytelnik tekstów ewangelicznych widzi przed Piłatem Syna Bożego i przez taki właśnie pryzmat ocenia motywy i działania zarówno władz teokracji jerozolimskiej (Sanhedrynu), jak i rzymskiego namiestnika Judei. Gdy jednak weźmiemy w nawias wydarzenia, które dopiero mają zaistnieć (Zmartwychwstanie i Dzieje Apostolskie), to kogóż to widział przed sobą Piłat? Widział mieszkańca skolonizowanej przez Rzymian prowincji, sprawiającej ciągłe kłopoty z powodu swoich dziwnych religijnych zasad, terenu na którym rozmaici reformatorzy religijni i polityczni dysydenci regularnie wchodzili w zatarg z władzami żydowskimi lub administracja rzymską. A w tym konkretnym przypadku, poza stanowczym żądaniem arcykapłanów, dochodził jeszcze tłum pątników w tle, czyli ludzi, którzy kierowali się słabo (lub w ogóle) zrozumiałymi dla Piłata ideami i motywacjami. Zwłaszcza w Judei kwestie odstępstw religijnych stanowiły materię najbardziej zapalną, potrafiącą wprowadzić tłumy w fanatyczny amok.

Piłat już zdołał się o tym kilkakrotnie przekonać. Dlatego skazanie jednego więcej „wichrzyciela” nie stanowiło dla niego dylematu natury moralnej. Najbardziej chyba istotną różnicę w mentalności rzymskiego dowódcy wojskowego (prefekt był wojskowym gubernatorem prowincji) w stosunku do misji Jezusa Nazarejczyka można dostrzec w owym słynnym piłatowym „Cóż to jest prawda?”. Piłata nie interesowała prawda jako taka. Dla niego było oczywistością, że kto dysponuje władzą i może stanowić na jej bazie prawo, ten posiada jedyną użyteczną w praktyce prawdę. W ogóle nie rozumiał kwestii wypowiadanej przez Jezusa, że Jego królestwo „nie jest stąd”, czyli nie pochodzi ze świata doczesnego.

Jeśli założymy (a powinniśmy, gdyż taka była procedura przesłuchań w przypadku „tubylców”), że w rozmowie z Piłatem pośredniczył tłumacz z aramejskiego na grekę, wówczas umykały w takim pospiesznym tłumaczeniu wszelkie niuanse. Nie było ani czasu, ani możliwości na wykłady z religioznawstwa porównawczego, gdy za oknami pretorium narastała wrzawa gromadzących się ludzi. Mało zresztą prawdopodobne czy Piłat by coś z tego zrozumiał, albo bodaj wykazał chęć zrozumienia. Pozostawało zatem odniesienie w znaczeniu wyłącznie przestrzennym (geograficznym). To zaś przesądzało sprawę, gdyż upraszczało problem do odpowiedzi na pytanie „A więc jesteś królem?”. Zaprzeczenie nie padło, zaś wyjaśnienie niuansów czego i jakim, pozostawało poza percepcją Piłata. Dlatego nie miał żadnych wahań przed skazaniem Nazarejczyka na śmierć. Było mu zupełnie obojętne, czy ten Galilejczyk jest winien czynów o które oskarżyli go najwyżsi dostojnicy jerozolimscy. Dla niego to był jakiś Żyd z gminu, który stwarzał problemy niezrozumiałe z punktu widzenia rzymskiego administratora. Nie chodziło mu o los oskarżonego, ale postanowił, że skoro arcykapłanom tak bardzo na skazaniu Jezusa zależy, to nadarza się świetna okazja, aby od nich uzyskać w zamian jakiegoś rodzaju koneksje...” (stanislaw-orda, gorąco polecam lekturę całości tu: szkolanawigatorow.pl – Piłat i Jezus)

podobne: „Miłość to pragnienie dobra dla drugiej osoby, tak silne że oddaje się dla niej własne życie”. Golgota oraz: Całun Turyński – fakty i mity i to: Poniewieranie Chrystusa i Jego Kościoła a także: Jacek Kaczmarski: „Kara Barabasza” do obrazu Gustave Dore

Tyle tak zwanej faktografii. Lecz my jako chrześcijanie wiemy, bo wiara nasza to „uznanie za prawdę co Bóg objawił a Kościół naucza”, że historia męki i śmierci Jezusa z Nazaretu to coś więcej jak sprawa kryminalno polityczna…

„…w Nowym Testamencie zasadnicza nowość osoby i misji Jezusa polega na tym, że Bóg jest nie tylko solidarny z cierpiącymi, ale w osobie Jezusa Chrystusa Bóg cierpi. Bóg przeszedł przez ludzki los, sam Bóg doświadczył męki śmierci krzyżowej w osobie Jezusa Chrystusa. Dlatego oglądamy ten film jako ilustrację tego, jak to wyglądało, tego, jak bardzo było to dosłowne.

Ale nie tylko tego rodzaju elementy. Czy zauważyli państwo inne, na pozór drobiazgi, które mają ogromną wartość, ogromną nośność? Otóż pojawia się taki moment, kiedy Jezus ma być biczowany i Piłat rozmawia ze swoją żoną. Jej imię znamy z apokryfów czyli z tych pism, które nie weszły w skład Nowego testamentu. Klaudia, żona Piłata, przychodzi do niego i prosi, żeby nie wyrządzał Jezusowi krzywdy. Tyle mówi Ewangelia. Ale przychodzi ona również do Matki Najświętszej, do Maryi, i przynosi jej taką białą tkaninę. Maryja bierze tę tkaninę od niej, bierze w sposób pełny szacunku tak, jak się bierze korporał który rozkłada się na ołtarzu, na którym potem będzie sprawowana Eucharystia. Jak państwo wiedzą ołtarz jest przykryty białym obrusem. Ale kiedy ma być wystawienie Najświętszego Sakramentu albo kiedy ma być przeistoczenie podczas mszy świętej, to jeszcze jest dodatkowa biała tkanina nazywana właśnie korporałem od łacińskiego słowa „corpus” czyli „ciało”. Czyli na tej tkaninie ma spocząć sakramentalnie obecne Ciało Jezusa. I naszym obowiązkiem jest obchodzić się z korporałem w sposób niezwykle pełny szacunku. I Maryja bierze tę białą tkaninę tak, jak się bierze korporał. Czy wiedziała na co się Jej przyda? W Ewangeliach tego elementu nie ma, ale w pismach apokryficznych, w literaturze apokryficznej jest. Jezus został ubiczowany i został wywleczony, wyprowadzony z pretorium i tam dalej żołnierze naigrawają się z Niego. Natomiast Maryja przychodzi – i to jest ta niezwykle poruszająca scena, kiedy Maryja wyciera posadzkę, na której jest krew Jej Syna.
Czy zwrócili państwo uwagę na taki szczegół — że wyciera tę krew białą tkaniną ale ta tkanina nie barwi się na czerwono. Normalnie gdy mamy tyle krwi, to cała tkanina staje się krwawa. A tutaj nie! Otóż te trochę tkaniny wystarczyło, by wytrzeć całą posadzkę czy całą podłogę. Dlaczego tak? otóż reżyser nawiązuje w ten sposób do motywu, który obecny jest w Księdze Apokalipsy. „Wybielili swoje szaty w krwi Baranka” — tak mówi się o świętych. „Wybielili swoje szaty w krwi Baranka” — krew przecież nie bieli! Krew jest krwista, czerwona! Ale inaczej jest z krwią Zbawiciela, dzięki której człowiek odzyskuje niewinność. Dzięki której człowiek dostępuje zbawienia. Więc Maryja sprząta tę krew tak, jak się dba o każdą cząstkę Krwi w kielichu podczas mszy świętej. Ale zarazem wybiela te szaty. Ona jest pierwszą, można by powiedzieć w ten symboliczny sposób, która doświadczyła owoców cierpienia Zbawiciela. Ojciec Święty powiedział, że w Niej dokonało się przejście od nadziei żydowskiej do nadziei chrześcijańskiej. I w tym geście zmywania tej krwi jest to wyraźnie widoczne. Państwo wiedzą, ze istnieje nabożeństwo do Krwi Jezusa, litania do Krwi Jezusa, zgromadzenie które czci Krew Jezusa. Zatem cały ten epizod to nie jest sprawa o jakimś błachym znaczeniu. To jest rzecz, sprawa, epizod który ma bardzo głęboką nośność teologiczną, religijną. On nam ukazuje Pierwszą Zbawioną, doświadczającą owoców tego, co się dokonało, owoców zbawienia.
Oczywiście takim nośnikiem pokazującym znaczenie męki i śmierci Jezusa są też nawiazania do jego wcześniejszego życia. O niektórych wspominałem miesiąc temu, więc nie będę wracał. Ale mamy np. nawiązanie do Kazania na Górze. Jezus jest prześladowany, Jezus cierpi, i w pewnym momencie przywołuje przykazanie miłości nieprzyjaciół. Pokazywany jest na górze, kiedy naucza swoich uczniów i mówi: „Nie ma nic dziwnego w tym, gdy człowiek dobrem odpłaca za dobro. Natomiast powołani jesteście do tego, aby dobrem odpłacać za zło — miłujcie nieprzyjacioły wasze”. Nawiązanie na krzyżu, także decydujące, to nawiązanie do Ostatniej Wieczerzy. Ci z państwa, którzy oglądali, pamiętają: Jezus umiera i w pewnym momencie kamera przenosi nas do Wieczernika — „Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało Moje”. I za chwilę Jezus znów cierpi, umiera: „Bierzcie i pijcie, to jest Krew Moja”. Bardzo mocno zostało podkreślone, że msza św. to jest bezkrwawa ofiara Jezusa Chrystusa. To, co na Kalwarii dokonało się w sposób krwawy, to we mszy św. dokonuje się już bez krwi i bez męki. Ale ten eucharystyczny wymiar śmierci Zbawiciela — to właśnie na Kalwarii Eucharystia ma swój początek, zrodziło się również kapłaństwo.
Tych aluzji jest znacznie więcej. Niektóre nawiązują do Starego Testamentu, jak choćby scena w Ogrójcu, kiedy Jezus w pewnym momencie depce głowę węża — nawiązanie do Księgi Rodzaju, do rozdziału trzeciego, ten słynny tekst znany jako protoewangelia czyli zapowiedź zbawienia: Tak jak mężczyzna i kobieta wprowadzili na świat grzech, nieposłuszeństwo Adama i Ewy, tak posłuszeństwo nowego Adama – Jezusa – i posłuszeństwo nowej Ewy – Maryi – sprowadzi na świat odkupienie. I ten motyw mamy obecny na filmie. Szatan, jego pokusy, są obecna tam bodaj pięć razy, cztery razy, sześć razy — w zależności od tego, jak dokładnie śledzić sposób myślenia czy jak rozdzielać poszczególne epizody. Ale w jednym momencie jest to niesłychanie dosadne. I co do tego było najwięcej pytań. Przypominają sobie państwo, że oto Jezus jest biczowany. Kończy się biczowanie. Biczowanie zaczęło się jako zabawa. Tutaj taka ciekawostka. Wtedy, kiedy rzymscy żołnierze na filmie przygotowywali się do biczowania, mówią cały czas po łacinie. Można to było przetłumaczyć na polski, ale reżyser się nie zgodził. Na inne języki też się nie zgodził. Powiedział, że chodzi mu o to, żeby pokazać atmosferę tego biczowania, i że każdy, kto się uważnie wsłuchuje, będzie wiedział o co chodzi. I ci żołnierze zaczynają, i traktują biczowanie jako zabawę. Mówią do siebie nawzajem: „Zagrajmy”, „zabawmy się”. Potem biczowanie staje się coraz bardziej okrutne. W końcu ci, którzy mieli się bawić, kończą jako sadyści. Pokazane jest, jak oto w człowieku rodzi się okrucieństwo. I pod koniec tej sekwencji słychać tylko świst pejczów. Jezus ma bielmo na oczach i praktycznie traci przytomność. I wtedy pojawia Mu się pokusa. Ta niezwykła pokusa, którą można interpretować na wiele sposobów. Mianowicie ukazuje Mu się szatan, ale już nie tak powabny jak na samym początku, z dzieckiem na ręku. I przypominają sobie państwo to, że to dziecko w ciągu kilku sekund – ono początkowo jest pokazywane z tyłu, wygląda tak, jak każde ludzkie niemowlę, a potem ten dzieciak odwraca się i jego twarz staje się z miejsca stara i bardzo brzydka. I wszyscy pytają: co to znaczy ta okrutna scena, bo tak bardzo porusza wyobraźnię wielu ludzi? Myślę, że można iść dwoma tropami. Pierwszy — przypomina nam to ikonę, wyobrażenie, obraz Najświętszej Maryi Panny z Dzieciątkiem na ręku. Ale jest to odwrócenie i pokazanie tak jak gdyby szatana z dzieciątkiem na ręku. A więc sugestia — Bóg ma swoje Dzieci ale i szatan ma swoje dzieci. Bóg ma swoich wyznawców, ale i szatan ma tych, którzy idą jego tropem. Może to jest jedna ścieżka do wytłumaczenia tego fragmentu. Ale jest możliwa i druga, moim zdaniem chyba bliższa prawdy. A mianowicie, że Jezus cierpiąc ponad ludzką miarę przeżywa jeszcze jedną pokusę. A ta pokusa -można by ja stwierdzić tak: ukazuje Mu się szatan w tym momencie, kiedy Jezus traci przytomność, i ukazuje Mu się szatan z ludzkim dzieckiem. To dziecko rodzi się, jest, żyje jako dobre. Ale w tym kilkunastosekundowym skrócie ukazany jest jak gdyby cały skrót ludzkiego życia. Mianowicie to dobre dziecko staje się złe. To przecież z dobrych niemowląt, pieszczonych przez matki, karmionych piersią matek, hołubionych na kolanach, wyrastają złoczyńcy, zabójcy i różni źli ludzie. Ci, którzy Jezusa chłoszczą, są na pewno źli. Jezus słyszy te bicze i pojawia Mu się pokusa: Czy warto cierpieć, skoro ludzie są tak źli? Czy warto cierpieć i ponosić śmierć także za tych, którzy cię chłoszczą, którzy cię biją? Bo przecież Jezus poniósł śmierć za wszystkich, nie tylko za dobrych. Tak, jak chciała w XVII/XVIII wieku sekta jansenistów — tylko za wszystkich ludzi, za złych szczególnie. Jezus cierpi również za tych, którzy tak okrutnie Go biczują. Więc pojawia się pokusa: Czy warto być dobrym w świecie, który jest tak zły?
Jest tam jeszcze jedna sekwencja, która wymaga pewnie kilku słów komentarza. To dotyczy Judasza. Mówiliśmy o Judaszu kilka tygodni temu w okresie Wielkiego Postu. Ci z państwa, którzy oglądali film, przypominają sobie, że oto Judasz przychodzi do arcykapłanów i rzuca im pieniądze. Mówi: „Zgrzeszyłem wydając krew niewinną. Bierzcie te pieniądze.” Gdyby przyjęli jego skruchę zapewne pozostałby do końca Apostołem, który przeszedł na drogę nawrócenia. Ale oni mówią: „ Co nas to obchodzi? To twoja rzecz.” I Judasz popada w rozpacz. A rozpacz spycha go w samotność. I gdzieś tam zwinięty pod murem, nagle widzi dzieci, które przychodzą. Interesują się nim i mówią: „Co ci jest?” On nie odpowiada, przyglądają mu się bliżej; „Krew, krew!” I jeden z tych dzieciaków mówi: „ Przeklęty!” I od tej pory jest nawiązanie do żydowskiej tradycji wypędzania Azazela. To była tradycja wypędzania kozła ofiarnego w Jom Kipur, w Dzień Przebłagania. polegała ona w czasach Starego Testamentu na tym, że kiedy przychodził Dzień Przebłagania, a był on przeżywany na jesieni, wtedy brano kozła, przełożeni i kapłani nad tym kozłem wyciągali ręce – był to symbol, że grzechy całego ludu przechodzą na tego kozła – i następnie ten kozioł był wypędzany na pustynię. Pustynia była postrzegana jako siedziba zła, siedziba Azazela. Ten kozioł był wypędzany dla Azazela i tam ginął, jak gdyby wynosząc grzechy ludzi. I Judasz został tu przedstawiony jako taki kozioł ofiarny. Oto grzechy tych, którzy nie chcą przyznać się do swojej zbrodni, którzy nie chcą przyznać się do swojej nieprawości, oto grzechy ich przeszły na Judasza. I te dzieciaki są jak ci, którzy w Starym Testamencie wypędzali kozła ofiarnego — Judasz zostaje wypędzony poza miasto. Można by powiedzieć: obarczony grzechami tych, którzy nie chcą, którzy nie znają skruchy. I w tym momencie widzi tę gałąź, to drzewo i tam się wiesza, pozbawiony jakiejkolwiek nadziei.
Tam był jeszcze jeden motyw, bardzo ciekawy i bardzo przejmujący. Mianowicie, kiedy już powiesił się, to pod drzewem, na którym wisiał, zauważyli państwo świeże zwłoki osła. Pokazany jest ten osioł tak, jak gdyby niedawno padł. I chyba najlepszą interpretację tego przedstawiła jedna z moich studentek, kiedy zastanawialiśmy się co to znaczy. Mówi: „A czy to przypadkiem nie jest osioł, na którym Jezus wjechał do Jerozolimy?”Gdyby takie było symboliczne znaczenie, byłoby to bardzo przejmujące. Bo rzeczywiście parę dni przedtem były te tryumfy, te okrzyki nie tylko dla Jezusa, ale i dla osła, który stąpał po tym wszystkim. Nie wiemy, co się z osłem stało. A może los Zbawiciela podzieliło i to zwierzę? Może reżyser nie przypadkowo pokazał to padłe, świeże jeszcze zwierzę, które też było owocem tego dramatu czy uczestnikiem tego dramatu? Pamiętajmy, że w ludzkich grzechach złu, którego się dopuszczamy, ma swój udział również świat zwierząt. I złych ludzi zwierzęta cierpią ponad wszelką miarę. U dobrych ludzi mają lepiej. Ale tak czy inaczej w obecnym porządku świata zwierzęta są w jakimś sensie ofiarami losów ludzi. Może tutaj było to ukazane? Dlatego św. Paweł mówiąc o ostatecznym odkupieniu mówił, że całe stworzenie oczekuje wyzwolenia dzieci Bożych i oczekuje chwały całe stworzenie. A więc nie tylko ludzie ale również zwierzęta oczekują przybrania nas za dzieci Boże po to, żeby także ich los mógł się odmienić. Gdyby tak było, to ten film jest bardzo, bardzo przejmujący.

I ostatni motyw, bo już nasz czas naprawdę się skończył. Kiedy oglądali państwo pod koniec -wiele osób tego nie zauważyło, tak było pod wrażeniem biczowania i ukrzyżowania, że takie szczegóły uchodziły ich uwagi – kiedy Jezus umarł oto z nieba spadła łza, spadła na ziemię. Kto może płakać w niebie? Ten który jest, po ludzku mówiąc, jego mieszkańcem, Pan Bóg. Ta łza to łza Boga…” (fragment konferencji biblijnej ks. prof. Waldemara Chrostowskiego – Pasja)

podobne: Liturgia Wielkiego Piątku. Misterium Męki Pańskiej

Bóg ST jest okrutny… | Bóg, który cierpi i umiera [ks. Chrostowski].

„…Cierpienie jest złem i można zgodzić się na nie tylko mocą szczególnego daru, mianowicie aktu poddania się złu tylko jako bramy do najwyższego dobra, jakim jest sam Bóg. Stąd ta wyjątkowa wolność wewnętrzna, niezawodnym znak martyrium. Bynajmniej nie dobre samopoczucie ani euforia, ale wolność wbrew upokorzeniu i cierpieniu, najpierw wewnętrznemu, które przychodzi wraz ze świadomością losu. Wyruszając w ostatnią swoją misję Św. Andrzej miał powiedzieć współbraciom: „Jadę na śmierć męczeńską” (Ks. Henryk Szuman i Ks. Jan Cyrankowski, Św. Andrzej Bobola, misjonarz i męczennik, prorok i patron Polski, Stargard, 1938, str. 9, http://www.dbc.wroc.pl/dlibra/docmetadata?id=2268&from=latest). Realizm i razem świadomość swojego powołania, powołania do świadectwa krwi. Wiedział, kim są nieprzyjaciele Rzeczypospolitej i że nie darują mu Ślubów lwowskich, które co najmniej zainspirował, jeśli nie napisał. Przyjął on bowiem za swoją misję rozgłaszania, iż, jak to zostało objawione innemu Jezuicie, O. Juliuszowi Mancinellemu, Matka Zbawiciela jest zarazem Królową Polski. Wiedział jaką nienawiść żywili do niego kozacy z racji przyczynienia się do licznych nawróceń prawosławnych, ich powrotu do Kościoła. Wiedział, czego spodziewać się po kozakach i że nie uniknie kaźni. A jednak odczytał to jako wezwanie i dar łaski z ręki Króla dziejów.

W Wieży Babel, jedynym teatralnym utworze Tomasza Mertona, amerykańskiego Trapisty, znajdujemy takie słowa: „Miasto człowieka, na ziemi, jest odwróconym odbiciem innego miasta. Co jest wiecznie i niezmienne stoi odbite w niespokojnych wodach czasu, i wiele wydarzeń naszej historii jest po prostu poruszeniami wody, które niszczą przemijający cień wieczności. My, którzy jesteśmy opętani ruchem, mierzymy znaczenie wydarzeń ich siłą burzenia naszego świata. Szukamy znaczenia tylko w kataklizmach, które zaciemniają obraz rzeczywistości. Ale wszystkie rzeczy przemijają, zaś obraz rzeczywistego miasta powraca, choćby nie było nikogo, kto mógłby go rozpoznać czy zrozumieć”. Nie całkiem możemy zgodzić się z mnichem poetą w kwestii owego „opętania ruchem”, ponieważ pojęcie ruchu w pierwszym dowodzie na istnienie Boga jest w zasadzie metaforą istnienia. Dla bytu rozumnego, zarówno absolutnego jak i stworzonego, jakim jest człowiek, ruch w sensie duchowym oznacza również akt woli. Wskazuje zatem na wolność. Akt martyrium jest zatem ruchem. Zgadzamy się, tylko jeśli ruch oznacza u Mertona chaos.

To co jest ważne dla mnie w tych kilku zdaniach, nawiązujących do augustyńskiego obrazu (De civitate Dei) konfliktu między Miastem Bożym (porządkiem łaski i prawa boskiego) a miastem człowieka (chaosem grzechu), to przeciwstawienie piękna (doskonałości) rzeczywistości wiecznej brzydocie zła, rzeczywistości przemijającej, choć jak na razie ciągle prześladującej nas. Przeciwstawienie, które ma również znaczenie polityczne. De civitate Dei św. Augustyna jaki i Wieża Babel Mertona są również traktami politycznymi. Mówią również o trosce o wspólne dobro. Analogia do świadectwa trojga portugalskich dzieci, świadectwa wzywającego do nawrócenie i pokuty, czyli powrotu do prawa wiecznego jest tu oczywista. Nadto nawrócenie i pokuta przynoszą owoce nie tylko w życiu osobistym, ale również w życiu publicznym. Podobnie misjonarstwo i męczeństwo św. Andrzeja Boboli jest przelaniem krwi nie tylko za wiarą, ale również za pokój między narodami i stabilność niepodległej. Pamiętamy również tę wypowiedź pana Maciejewskiego zatytułowaną Śledztwo w sprawie śmierci św. Andrzeja Boboli

Między wierszami mojego tekstu są również i treści ujęte w tej dedukcji historycznej. A między wierszami coryllusowej prelekcji kryje się natomiast tzw. cienka aluzja do innego augustyńskiego konceptu, gdzie mowa jest o władcach, którzy przez niewierność Bożemu prawu, stają się bandytami i tworzą bandy zbójeckie, czyli zorganizowane grupy przestępcze. Choć mówiąc dokładniej wypowiedź Coryllusa mówi o graczach politycznych i religijnych, którzy, zaprzedając duszę zakamuflowanym organizacjom polityczno-finansowym, stają się najemnikami zła.

Nie ma zatem pokoju bez oparcia życia publicznego na porządku łaski, prawie wiecznym i prawie naturalnym, w tym na prawie do własności i godziwego dostatku. I teraz wcale nie mam pewności, czy najpierw potrzeba wprowadzić łaskę i sprawiedliwość w życie własne, bo z pewnością trzeba, czy może najpierw lub jednocześnie w życiu publiczne. Tu trzeba skończyć. Jak na razie. Reszta jest … dyskusją.” (Magazynier, całość tu szkolanawigatorow.pl – Jak biec jeszcze szybciej? cz. III. Fatima i św. Andrzej Bobola SJ, Dwa poprzednie teksty z tego cyklu na http://mmmagazynier.blogspot.com/)

podobne: Salve, Regina, Mater misericordiae, vita, dulcedo, et spes nostra, salve! Królowa Polski, królobójcy i Salazar czyli 100 rocznica Objawień Fatimskich na tle Portugalii z przełomu XIX i XX w… a świat się (nie)zmienia. oraz: Styczeń 1863 w służbie Piusa IX (Ostatni Krzyżowiec) oraz proroctwo św. Malachiasza a Paruzja czyli… bój śmiertelny o wiarę kontra pogoń za sensacją i to: Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjach a także: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos polecam również:  Surowość zdyscyplinowanej łagodności katolicyzmu św. Franciszka i Inkwizycji, kontra rozpasana bezwzględność anglikanizmu doby elżbietańskiej („Łowcy księży”)

Yongsung Kim – The Lamb of God

Odrębność (lub sens)


„… podobnie jak oczy ciała potrzebują światła, aby cokolwiek dostrzec, również oczy duszy potrzebują światła. Święty Tomasz określa owo światło mianem claritas – jest to światło, które odbija się w pięknie danego przedmiotu i emanuje zeń. Tą samą iskrą istnienia promieniuje również istota Boga. Piękno istoty Boga przejawia się w formie, proporcjach i harmonii przedmiotu. Dana rzecz z tego właśnie powodu, że jest odbiciem piękna Bożego, w naturalny sposób wzbudza nasze zainteresowanie, podobnie jak wzbudza je Bóg w naszym pragnieniu zjednoczenia z Nim.

Piękno Boga w tajemniczy sposób odbija się w pięknie bytu czy to w przyrodzie, czy w sztuce. Im dane dzieło bliższe jest naturze, im bardziej jest z nią zgodne, tym ściślej upodabnia się do tego co nadprzyrodzone; mówiąc precyzyjniej: stanowi tym dokładniejsze odbicie prawdy, piękna i dobroci Boga...” (ksiądz Anthony Brankin) 

podobne: Fronda: Fizyka kwantowa a wiara. Kisiel: Umysł, rzeczywistość i piękno oraz: „Muza nie żyje”: Kiedy sztuka jest wyrazem wysokiej kultury? „Jezus wyszydzony”: Zmaganie się o duszę tego świata.

Ks. prof. Tadeusz Guz o łasce wiary (również w to co widzialne), pięknie świata i ludzkiego rozumu, oraz tęsknocie na drodze do poznania Stwórcy.  Rekolekcje wielkopostne 2015 [Tuba Cordis]

Daniel Gerhartz – To Capture

Patrzysz na mnie pod kątem

do którego sama mnie postawiłaś.

Lecz chłód jaki tam panuje

jest niczym w porównaniu z Anomalią

dzieki której zachowałaś swój krystaliczny kształt…

Suova – Kołysanka dla świerszczy

…Kiedyś zrozumiesz piękno stycznej

punktu na prostej z punktem widzenia

a kot Shrodingera w którego tak wierzysz

zamruczy.

Wtedy razem damy mu mleka.

Bo po to istnieją koty.

 

Odys, marzec 2018

podobne: Bogacz potężniejszy od władców czyli… sztuka dzielenia się pięknem

Daniel Gerhartz

 

 

 

 

Za kolejny Nowy Rok [2018]



Więc miast przyszłość ubraną w postanowień listę
Do płaskich jak horyzont ziemski naginać wymiarów
By choć chwilę zabłysnąć na tle cudzych zamiarów
Złóżmy ją z ufnością jak do modłów ręce
Przed ołtarzem spowitym w światłość wiekuistą

… Dziecięciu w podzięce

Odys, styczeń 2018

Zapisz.org

nowyrokNowy rok bracia moi!… Starym obyczajem
Zwykliśmy dłoń w braterskiej wyciągnąć miłości,
I lepszej, świętszej jakiejś czekając przyszłości,
Życzyć jej sobie nawzajem.

Dobry stary obyczaj, lecz ziemi mej ludu, –
Skąd ten anioł nadziei w piersi twoje wchodzi,
Jaki głos ci objawił wielką chwilę cudu,
W której o wszystko dobre kusić ci się godzi?

Chrystus to dziś za ciebie pierwszy okup złożył,
I Syn Człowieczy przyjął krwawy chrzest ofiary,
A duch całej ludzkości tchnieniem łaski ożył,
Na nowe życie człowiek przerodził się stary;

I ziemskiej swej niewoli strącając okowy,
Wyrzekł w obliczu nieba: Poczynam rok nowy!
Niech więc od onej chwili plemię odkupione,
Prawdziwą drogą szczęścia umie iść do celu,

Niechaj w poczciwej pracy, w serdecznym weselu –
Przeciw pokusom złego znajduje obronę,
A miłość bratnia jako posłannica Boża
Słodkim uściskiem swoim krzepi mu nadzieję;

Gdy zaś wędrowiec który wyjdzie na rozdroża,
Niech mu z błękitu niebios wiara się…

View original post 23 słowa więcej

Decyzja (na Boże Narodzenie)


Spragnionym, głodnym, nagim, uwięzionym i przybyszom…

Na cóż by nam cierpieć było
Trudy życia znosić
Za wiarę umierać
O nadzieję prosić
Gdyby nie krzyż JEDEN
Przez który – by powstać
Ona przejść musiała
A człowiek mógł sprostać

Świadom tego będąc
Jakżeż mogę wątpić
W sens życia (cierpienia)
Pragnąc jej dostąpić?

Odwagi więc proszę

By woli starczyło

Umrzeć (mi) bez żalu

By przyjść mogła miłość

 

Odys, grudzień 2017

Z inspiracji Małgosi (tu), ayo (tu) i ks Pawlukiewicza: Brak decyzji to najgorsza decyzja

Podobne: Narodziny Miłości oraz: „I poznam wszystek rzeczy sens jakem poznany. Wybiorę miłość jak ja sam jestem wybrany”. Monika i Marcin Gajdowie o pracy nad sobą i to: Doroteusz z Gazy „O miłości bliźniego” i „CREDO AD INFINITUM” a także: Między Niebiem i Piekłem – Ziemia… Umarłym (za życia)… Wstań i idź.

Na-d-tchnienie (do muzy)


 

Arnold Bocklin – The Island of Life

„…wtedy to Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą. A zasadziwszy ogród w Eden na wschodzie, Pan Bóg umieścił tam człowieka, którego ulepił. Na rozkaz Pana Boga wyrosły z gleby wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące oraz drzewo życia w środku tego ogrodu i drzewo poznania dobra i zła…” (z Księgi Rodzaju)

 

Niejeden już mnie oszukał filozof

profesor polityk (mężczyzna)

Niejedna mnie już uwiodła historia

kultura sztuka (niewiasta)

 

I chociaż nowe ciągle próbują

posiąść mą duszę pragnienia

Żadnemu (żadnej) już nie zaufam

nie skusi mnie głód ich poznania

 

I choć mnie (czasem) przeraża absolut

gdy Go doTykam rozumem

To jest jedynym w kim upatruję

konieczny przed tobą ratunek

 

On jest Tą która prawdą się zowie

jedyną wartą mych uczuć

Z nadzieją zatem w wiarę uciekam

której na imię (Jest) miłość

 

Żegnaj więc muzo któraś w tak wielu

odsłonach poznać się dała

Za to (na koniec) Ci podziękuję

żeś z niczym się nie chowała

 

Odys, listopad 2017

 

Marek Grechuta – Muza pomyślności

O różnicy między „lewicą” i „prawicą” czyli… kto w demokracji ma większe prawo prowadzić lud na barykady by realizować scenariusz grabieżczo-rozbiorowy zwany czasem solidarnością


rys. Andrzej Krauze

„…dwa obecnie najważniejsze obszary dyskusji politycznej są ze swej istoty fikcyjne. I jak każda fikcja zwalniają do obowiązku myślenia oraz zastanawiania się naprawdę nad tym co robić, jak robić i jakie są okoliczności brzegowe. Animatorzy dyskusji barykadowej i lewicowo-prawicowej czuję się w swoich rolach świetnie, bo albo ze szczętem już zgłupieli, albo ktoś ich przekonał, że tak właśnie trzeba. Myślę, że nie pieniędzmi bynajmniej, ale dobrym słowem i równie fikcyjnym co owe dyskusje wyróżnieniem, jakimś takim mianowaniem na intelektualistę…

… Każdy członek organizacji „oddolnej” marzy o tym, by stać się członkiem organizacji „odgórnej”, bo dobrze wie, że w strukturach sprofilowanych i zaprogramowanych na osiągnięcie szybkiego sukcesu nic takiego jak tenże sukces nie nastąpi. Istotną bowiem funkcją organizacji oddolnej jest jej jak najszybsze podłączenie do jakiejś innej struktury mającej budżet i kierowanej przez kogoś „z pomysłem”.
Organizacja musi mieć lidera, a ten lider musi mieć cojones czyli jaja jak się mówi u nas w Polsce i to jest warunek powodzenia organizacji oraz jej wiarygodności…

W blogosferze głównym zajęciem „jastrzębi” wzywających lud na barykady jest właśnie szukanie ludzi z cojones, wręcz ich typowanie. (…) Oni zasypiając wyobrażają sobie jak pędza z mieczem na tłumy gorzej uzbrojonych i słabszych pod każdym względem wrogów, pierzchających przed nimi w popłochu. Oni wierzą w to, że można pokonać rząd przelewając cudzą krew na ulicach, wierzą w to, że ludzie zdesperowani miast milczeć i przeżywać swoje upokorzenie w samotności wyjdą na ulicę pełną prowokatorów i ruszą z kamieniami w rękach w kierunku siedziby Donalda Tuska. To są projekcje szkodliwe i po prostu zdradzieckie.
Konflikt pomiędzy lewicą i prawicą jest także konfliktem fikcyjnym. Został on dawno temu zbudowany wokół kwestii własności. Ci co mieli byli prawicą, a ci co nie mieli – lewicą. Chcieli oni ponadto zmiany stosunków społecznych tak, by było na odwrót – niech prawica nie ma, a lewica ma. Chcieli jednym słowem takiego prawa, które usankcjonuje rabunek. I to się im udało. Nazwano ten przekręt rewolucją – to była wersja hard, albo demokracją – wersja soft. I teraz prawica nie ma, a lewica ma. Własność jednak nie jest już tym wokół czego koncentrują się różnice polityczne. To jest złudzenie pracowicie utrzymywane w blogosferze i publicystyce. To jest złudzenie wprost przeznaczone dla aspirujących członków organizacji „oddolnych”. I dla nikogo więcej

W ogólnym rozrachunku chodzi o takie pojęcia, które zapewniają ideologiczną ochronę własności dużych i wpływowych grup, oraz – jednocześnie – kwestionują prawa do własności grup innych i czynią z tej ich własności balast ściągający członków tych grup na samo dno. To jest właśnie walka polityczna w wydaniu soft. Teraz spróbujmy sobie wyobrazić co się stanie kiedy ona się zaostrzy. Ona się już zaostrza a poznajemy to po coraz większym zadłużeniu, w które ludzie popadają z dnia na dzień. Kiedy już dług przekroczy masę krytyczną zacznie się – tak myślę – wielka windykacja. W skrócie WW. I wtedy dojdzie do prawdziwego kryterium ulicznego, na które bynajmniej nie czekają ci co głoszą jego potrzebę dziś. To będzie takie kryterium, którego oni nie chcieliby widzieć w najczarniejszych snach, ale może się zdarzyć, że zobaczą. I niestety nie dojdzie wtedy do zmiany władzy przez ludzi, ale do czegoś wręcz odwrotnego – do zmiany ludzi przez władzę…” (cdn.)

Czytaj dalej

Styczeń 1863 w służbie Piusa IX (Ostatni Krzyżowiec) oraz proroctwo św. Malachiasza a Paruzja czyli… bój śmiertelny o wieczność kontra pogoń za sensacją


„Kto stracił pieniądze, ten nic nie stracił. Kto przegrał bitwę i stracił wojsko, ten mało stracił. Kto stracił wiarę, ten wszystko stracił.”

Artur Grottger – Warszawa II. Lud w Kościele

„…jedność dobra i cenna wtenczas gdy prawdziwa, to jest, kiedy ją osiągnąć można bez poświęcenia prawdy i sprawiedliwości, inaczej jedność jest tylko pozorna i czasowa. Chrystus Pan, który przede wszystkim przyniósł pokój na ziemię, powiedział także, że nie przyniósł pokój, jedno miecz, to jest, iż pokój jak jedność prawdziwą wywalczyć zwykle potrzeba. I wobec rządu jedność wtenczas coś znaczy, kiedy prawdziwa, sztuczna nic nie pomoże. A co do Europy, nie może ona w stanie gwałtownym będącym wymawiać niejedności, gdy we własnym jej łonie, wre wszędzie walka między stronnictwem przewrotu społecznego a częścią zachowawczą, czyli ostatecznie pomiędzy bezbożnością uorganizowaną w tajne towarzystwa, a widzialną hierarchią Kościoła katolickiego…

…Od podziału kraju naszego, rozżaleni grzechem rewolucyjnych monarchów, rzuciliśmy się w objęcia bezbożnej rewolucyi ludowej francuzkiej, która ze swej strony dobrodusznemu królowi ścięła była głowę. Odtąd wszelka oppozycya u nas popłatna, wszelka rewolucya (zachowująca dawne u Polaków znaczenie, zmiany w stosunkach państw) pełna dla nas uroku. Polak umiarkowany, zachowawczy w domu, rewolucyjny za granicą i w polityce. Dla siebie marzy majorat angielski, za granicą brata się z Prudhonem. Arystokratki nasze z rodu nawyknień i przekonań, popisywały się czerwoną bluzą, szczęśliwe i pyszne, gdy dostały wizerunek Garibaldiego. Czy podobna, aby kłamstwo takie trwało długo bez szkody? Czy podobna, by zasady podziwiane u obcych nie przyjęły się w domu? Nic nie podobna. Jest logika nieubłagana, jest Nemezis społeczna. Wyobrażenia zachodnio rewolucyjne, przewiane bezbożnością, musiały wpaść całą siłą do Polski, w której nie znajdowały oporu, albo słaby i pokątny tylko…

…W Piemoncie nastąpiło obłudne małżeństwo (eonnubio) odwiecznej ambicyi militarnej monarchii piemonckiej, rozszerzania się we Włoszech z karbonarsko-wolnomularską ideą Mazziniego jedności absolutnej Włoch, nigdy przedtem nie zcentralizowanych, historycznie, jeograficznie i duchowo, tylko federacyjnie. Polacy w te pędy znaleźli wzór pogodzenia wszystkich stronnictw i wywalczenia całości kraju, porównali jedność swoją historycznie stopniowo wykształconą, a gwałtownie rozdartą z podbojem piemonckim, przekupstwem i sztyletem podpieranym. Sympatie wszystkie co niekatolickie dla Piemontu, sympatie Rossyi i Prus, nie ostrzegły was, że tu sprawa rewolucyi gwałtu i jedności plemiennej, jaką by była u nas cała słowiańska a nie narodowa. Że stronnictwo gwałtowne tak utrzymywało, że dziennikarstwo niekatolickie, (mniej więcej u nas jak gdzie indziej zależne od towarzystw tajnych) tak głosiło, że rzesza niecierpliwa ciężkiego jarzma temu wierzyła, to rzecz prosta, ale że wy bracia hołdownicy praw historycznych, zwolennicy walki moralnej i legalnej na toście przystali, to i błąd i grzech ciężki. Bóg sam w miłosierdziu swojem wielkiem, wam zachowawcom a nie mogącym się oprzeć na rządzie obcym, podawał jedyny najszczęśliwszy środek stanięcia  przy najwyższym, najczystszym, jedynym dziś wyobrazicielu prawdziwego konserwatyzmu praw historycznych, przy papieżu, od chwili szczególniej, gdy rozbój piemoncki doszedł do granic jego bezbronnego państewka: a wyście tej chwili opatrznej nie pojęli i nie pochwycili. Kiedyście pisali on piękny adres, a raczej skargę i protestacyą do cesarza, należało spółcześnie napisać drugą do Ojca św. który ma od Boga w składzie źródło wszelkiej władzy, którego przodkowie jedyni protestowali przeciwko rozszarpaniu waszej Ojczyzny, który choć od was widocznie opuszczony, dwa razy on jeden odezwał się do was, ze słowem otuchy i pociechy. O ileżby więcej uczynił, gdyby widział naród cały szczerze katolicki do niego w nieszczęściu jego i słabości przemocniej z ufnością garnący się miłośnie. O! Bracia chcieliście bronić podań prawa zgwałconego, walczyć bronią moralną, bronią ducha, więc odwieczną bronią kościoła, a poświęciliście naturalnego waszego naczelnika i opiekuna dla zdobywcy, który w ciemięzcach waszych szukał i znalazł sprzymierzeńców.

Gdybyście to byli w czas uczynili, oddzielilibyście się byli stanowczo i zaszczytnie od stronnictwa skrajnego jeszcze słabego. Bylibyście stanęli silnie wobec rządów zaborczych, przyciągnęlibyście najskuteczniej lud do siebie, który tysiącami na jednego szlachcica walczył w szeregach papieskich, i dziś bieży o żebranym chlebie wypłakać się u stóp Ojca św., podczas gdy z waszych ledwo kilka osób (i to zwykle kobiety) trwają przy krzyżu papieskim. Gdybyście byli to wczas uczynili, massa chwiejąca się po miastach, przy was by została. Z wami by trzymała hierarchia kościelna, niebaczni młodzi xięża nie byliby się poddali komitetowi centralnemu, i ten komitet nie wzywałby was dzisiaj do współki tj. do poddania się.

Ostrzegano was o tem na czas, błagano, (wprawdzie byli to xięża i rzadki świecki), nie posłuchaliście, dziś musicie znosić bolesne następstwa. W domu musieliście i musicie do reszty oddzielić się od stronnictwa gwałtownego, jakkolwiek późno i niekorzystnie, albo zostaniecie pochłoniętemi, jak we Włoszech sekciarski Mazzinizm pochłonie organizacyą wojskowo administracyjną podbójczego Piemontu. Jesteście osłabieni, bo nie macie podstawy, bo nie macie zasady. Trudno długo utrzymać się na pochyłości stromej, na której stoicie, skacząc w prawo i w lewo z góry i na dół. Na zewnątrz, jak skoro przyklaskiwaliście rozbojom piemonckim we Włoszech, musicie cierpieć podobne u siebie, ubarwione także frazeologią liberalną i postępową, bo u Boga dwóch wag i dwóch miar nie ma, i nie czyń drugiemu co tobie niemiło. Przyklaskiwaliście jedności włoskiej siłą  przeprowadzanej, żartowaliście z małych narodowości podpieranych przez szlachtę i Xięży, wytrzymajcież parcie wielkiej jedności Rossyjsko-Słowiańskiej i pod formą państwa i pod formą rzeczypospolitej, w którejbyście koniecznie rozpłynęli się…” (x. Hieronim Kajsiewicz – List otwarty do braci xięży grzesznie spiskujących)

podobne: Styczeń 1863 w służbie rewolucji czyli wyzwolenie z rozumu i własności… „Był sobie kraj…”

Artur Grottger – Wojna X. Świętokradztwo

Służmy Chrystusowi i Jego Namiestnikowi; jeżeli będzie potrzeba, umrzyjmy za niego bez trwogi, a okażemy się godnymi naszej ojczyzny i naszego imienia” (Motto żuawów papieskich i Białych Krzyżowców Sahary)

Wiosną 1934 r. prasa francuska doniosła, że w wieku 102 lat zmarł w Nancy ostatni żuaw papieski, hr. Ludwik de Courten. Natychmiast zareagował krakowski „Światowid”, który w numerze 16 (662) z 17. 04. 1937 r. przyniósł sensacyjną wiadomość, że informacja prasy zagranicznej jest nieścisła i że ostatni żuaw papieski żyje nadal w Polsce.

Chodziło o 95- letniego Adama Dąbrowa- Morawskiego, urodzonego w Warszawie 1 stycznia 1842 r., pochodzącego ze starego litewskiego rodu i mieszkającego w Marcinkowicach k. Nowego Sącza. Był on także weteranem powstania styczniowego i autorem poczytnych wspomnień z czasów swojej walecznej młodości w służbie Piusa IX  w latach 1865 – 1870, Rycerze Krzyża w XIX i XX wieku… (Lwów 1903).

Zanim trafił w szeregi papieskich żuawów, walczył w Powstaniu Styczniowym, pełniąc kilkakrotnie rolę łącznika między oddziałami, do których należał, a przywódcami w Warszawie.

Brał też udział w bitwie pod Żyrzynem, po której gen. „Kruk” Heydenreich miał mu za dzielność ofiarować odpięty z własnej piersi krzyż Virtuti Militari, złożony w 1871 r. przez Morawskiego jako votum dziękczynne dla Matki Bożej z fary w Przeworsku. Niestety, obecnie nie wiadomo, co się z tym votum stało.

Po klęsce powstania znalazł się na emigracji w Paryżu, skąd na wieść o werbowaniu ochotników do wojska papieskiego, pieszo, przez Alpy, Padwę, Loreto (także pobojowisko pod Castelfidardo), w początkach roku 1865 dotarł do Rzymu.

Przyszły żuaw został przyjęty na audiencji przez Piusa IX, któremu dał do poświęcenia swój ryngraf z Matką Boską Częstochowską i otrzymał osobiste błogosławieństwo.

Następnie udał się do Frascati, gdzie w jednym z pałaców stacjonował batalion żuawów, do którego został przydzielony. Tak opisuje salę w koszarach, gdzie spędził pierwsze miesiące służby:

„Wzdłuż ścian ciągnęły się rzędem łóżka żelazne. Na każdym z nich zwinięty rodzaj materaca, twardo i gęsto pikowany – na wierzchu dwa białe prześcieradła, mała poduszeczka, na której leżała kołdra sukienna. Nad każdym łóżkiem osobna półeczka żelazna, na której artykuły wojskowe żuawa jakoto: tornister, część płótna namiotowego z pałeczkami, płaszczyk, trzewiki i kamasze, a obok na hakach wkręconych w podpory półki, zwieszał się sztuciec [staropolska nazwa sztucera] i pałaszo- bagnet długi i wężykowaty. Porządek, czystość, harmonijny układ przedmiotów miły sprawiały widok.” (Adam Morawski, op. cit., s.110)

Mimo, że Morawski był już oficerem, musiał przejść pełny cykl szkolenia, jaki obowiązywał żuawów bez względu na wcześniejsze doświadczenie bojowe. Chodziło o  wykształcenie umiejętności radzenia sobie w każdej sytuacji na polu bitwy, z obsługą artylerii włącznie.

W jednostce obowiązywał regulamin i język francuski. Po apelu porannym o godz. 5. odbywały się zajęcia teoretyczne i praktyczne dla rekrutów. Starsi żołnierze uczestniczyli w forsownych manewrach.  Był też czas na rekreację, lekturę (w jednostce znajdowała się bogata biblioteka), rozmowy. Wieczorny apel i wspólna modlitwa (różaniec) o godz. 22, kończyły pracowity dzień.

Mundur żuawa, w kolorze szaro- niebieskim, składał się z krótkiego, haftowanego czerwienią lub czernią (oficerowie) kaftana bez kołnierza, luźnych szarawarów, kończących się powyżej kostki, czerwonego, szerokiego pasa, kamaszy z żółtymi getrami lub czarnych oficerek oraz kepi (czasem fezu) na głowę. Wzorowany był na mundurze francuskich żuawów, walczących w Algierii. Dystynkcje były wyhaftowane na rękawach. Na lewej piersi naszyty był odwrócony krzyż, symbol męczeństwa św. Piotra. Na guzikach wygrawerowano papieską tiarę i klucze św. Piotra.

Ochotnicy pochodzili z całego niemal świata, choć większość przybyła z Holandii (tak odwdzięczali się katolicy Piusowi IX za odtworzenie kilka lat wcześniej zniszczonej przez Reformację organizacji kościelnej), Francji, Belgii, Szwajcarii oraz Irlandii (batalion im. św. Patryka). Byli też Włosi, Anglicy, Szkoci,  a nawet Amerykanie i Rosjanie. W chwili przybycia Adama Morawskiego do Rzymu w oddziale żuawów służył także hr. Wilhelm Romer z Galicji. Potem przybyło jeszcze kilkunastu Polaków. W całym, liczącym niespełna 20 tysięcy ludzi wojsku papieskim, w różnych jednostkach, było kilkuset Polaków.

Niestety, po stronie rewolucji walczyło ich prawdopodobnie znacznie więcej, ponieważ pod wpływem dziwacznego rozumowania większości krajowych pism (wyjątkiem był konserwatywny krakowski „Czas”) zaczęto utożsamiać zaborczą politykę Piemontu w stosunku do wszystkich starych państw włoskich , zwłaszcza Państwa Kościelnego, z polską walką o wyzwolenie spod obcego panowania i odzyskanie utraconej w wyniku zaborów niepodległości. Jakoś nie zwracano uwagi na fakt, że Włochy (Italia) były jedynie pojęciem geograficznym (nawet nie językowym!), a od upadku starożytnego Rzymu (wbrew egzaltowanej, operowej niemal propagandzie) nigdy nie było jednego państwa włoskiego, zaś te które powstawały i przekształcały się w ciągu wieków, z państwem Cezara, Owidiusza czy Petroniusza nie miały wiele wspólnego. Jedynym, które jakąś ciągłość zachowywało (nie tylko w języku) było właśnie Państwo Kościelne.  Ale ono najbardziej wszystkim przeszkadzało…Podobnie jak kiedyś Rzeczpospolita.

Źle to świadczy, niestety,  o zdolności rozumowania i oceny sytuacji politycznej u naszych przodków. Dlatego doceńmy tych, którzy w owych czasach obłudy, fałszu i zamętu, nie mniejszych niż w wieku XX, stanęli po właściwej stronie barykady i spróbujmy przynajmniej częściowo, na ile to możliwe wobec ubóstwa źródeł (o co zadbała druga strona), oddać im sprawiedliwość i spróbować odtworzyć ich losy, w czasach obrony niezależności Państwa Kościelnego.

Historia papieskich żuawów zaczyna się wiosną 1860 roku, kiedy po sukcesach przewrotnej polityki premiera Piemontu, Kamila Cavoura,  pod koniec lat 50 – tych XIX wieku niemal wszyscy ówcześni rewolucjoniści oraz europejskie rządy, z brytyjskim na czele (ach, ten genialny lord Palmerston), zgodnie uznają, że „Odrodzenie” (Risorgimento) Włoch może się odbyć tylko przez zjednoczenie wszystkich istniejących w Italii państw pod berłem króla Sardynii (Piemontu), Wiktora Emanuela II.

Pokonana niedawno Austria musi się pogodzić z utratą Lotaryngii, „wspaniałomyślnie” przekazanej Piemontowi przez zwycięskich Francuzów, „śpieszących na pomoc tak haniebnie zaatakowanym przez Habsburgów niewinnym Włochom”. Prowokacji Cavoura, zbrojącego kraj do przyszłych podbojów (nazywanych odtąd „zjednoczeniem”) świat jakoś nie zauważył…

Miłośnik włoskiej jedności, tradycji i wolności, król Wiktor Emanuel, oddaje Francji bez mrugnięcia okiem rodzinną Sabaudię wraz z Niceą, byle by zapewnić sobie na przyszłość bardzo elastycznie rozumianą „politykę nieinterwencji” ze strony Napoleona III.

Scenariusz działań jest wszędzie jednakowy: w kolejnych państwach włoskich, poczynając od położonych najbliżej Piemontu: Parmy, Modeny oraz Toskanii wybuchają zamieszki, takie ówczesne „Majdany”, finansowane, oczywiście w tajemnicy, przez Cavoura (środki płyną obficie, nie wiedzieć czemu, z Londynu, a w ślad za nimi tysiące egzemplarzy protestanckich Biblii i gorliwi misjonarze), a organizowane przez bojówki z udziałem spiskowców Garibaldiego, Mazziniego i wypuszczanych z więzień przez „zrewoltowany lud” zwykłych kryminalistów,. Władcy giną w zamachach lub są zmuszani do ucieczki, nikt ich nie żałuje, bo to „krwiopijcy i kaci ludu włoskiego są”…

Następnie w wyniku plebiscytów w stylu „wschodnie ziemie II Rzeczypospolitej po 17 września1939” zwycięża demokracja, a europejskim mocarstwom nie pozostaje nic innego, jak ten wspaniały proces zaakceptować. Wszak Vox populi, vox Dei…

Interwencja nie wchodzi w grę, bo żadnej agresji nie było. To sami mieszkańcy kolejnych krajów włoskich proszą, aby miłościwie zapanował nad nimi  prawdziwy Ojciec Ojczyzny, Wiktor Emanuel II, zamiast tych wstrętnych Habsburgów. Oczywiście 99, 9 % mieszkańców.

Tak przećwiczony scenariusz sprawdza się nawet w dużym kraju, jakim jest  Królestwo Neapolu i Obojga Sycylii. Wystarczy jeden Garibaldi i tysiąc „czerwonych koszul”, nie licząc osłony angielskich okrętów, a już  Sycylia prosi o przyłączenie do Piemontu…

Po kilku miesiącach dołącza do tej prośby Neapol i reszta byłych poddanych króla Franciszka II, który wraz z rodziną musi szukać azylu w Rzymie, choć jego szwagierka jest cesarzową Austrii.

Wiktor Emanuel z miłością przytula do serca kolejnych poddanych…

A serce ma wielkie i czułe, więc z troską wsłuchuje się w płacz gnębionych papieskich poddanych w północno – wschodnich prowincjach Państwa Kościelnego.

Gorzkie łzy leje Bolonia wraz z całą Romanią? No to się im garybaldczyków podeśle, Majdan urządzi, plebiscycik przeprowadzi, z wynikiem może trochę słabszym: 98, 7 % na przykład.

A w kolejce czeka już Ankona z całą Marche. Droga do Rzymu wkrótce stanie otworem.

Papież protestuje, klątwę rzuca? A ile papież ma dywizji?

W takich właśnie okolicznościach wkraczają na scenę dwaj panowie M.

Młodszy, pan de Merode, obecnie prałat i szambelan papieski oraz protominister wojny rządu Piusa IX, , był kiedyś podwładnym starszego, pana de La Moriciere, generała wojsk francuskich, żuawa, weterana z Algierii, zawsze zwycięskiego, wspaniałego dowódcy, obecnie pana na rodzinnym zamku Prouzel …

Połączy ich znów wspólna sprawa: tworzenie wojska straceńców, którzy wobec wrogości lub obojętności świata podejmą się obrony z góry przegranej sprawy: sprawy niezależności przeszło tysiąc sto lat liczącego Państwa Kościelnego. Centrum całej społeczności katolickiej, gdzie swoją siedzibę ma następca św. Piotra, któremu sam Chrystus powierzył klucze do Królestwa Niebieskiego…

I oto teraz jakiś sabaudzki królik, mieniący się w dodatku katolikiem, zamierza ten odwieczny porządek zniszczyć, nie bojąc się nawet ognia piekielnego!

Kiedy więc swojemu dawnemu dowódcy składa ks. de Merode w imieniu Piusa IX propozycję stanięcia na czele wojska, które ma dopiero powstać (a brak nawet pieniędzy na jego werbunek, nie mówiąc o utrzymaniu i uzbrojeniu), gen. La Moriciere odpowiada:

„Jest to sprawa, za którą umrzeć uważałbym za szczęście” . I dodaje: „Skoro Ojciec przyzywa syna na swoją obronę, jedno tylko pozostaje do zrobienia- iść.” (cytat za: Józef Sebastian Pelczar, Pius IX i jego pontyfikat na tle dziejów Kościoła w XIX wieku, Lwów 1908, t. 2, s. 254)

Miesiąc później, 2 kwietnia1860 r. jest już w Rzymie, po drodze wstępując do Ankony, aby przygotować plany umocnienia fortyfikacji twierdzy.

8 kwietnia ogłasza odezwę do przyszłych żołnierzy:

                   Żołnierze!

Jego Świątobliwość papież Pius IX raczył mię wezwać do objęcia zaszczytnego dowództwa nad wami, abym bronił praw Jego zapoznanych i zagrożonych. Nie wahałem się ująć na nowo oręża w rękę. Na wezwanie głosu wielkiego, który (…)zawiadomił świat o niebezpieczeństwach grożących dziedzictwu Piotra św. doznali katolicy wielkiego wzruszenia (…) bo chrześcijaństwo nie tylko jest religią cywilizowanego świata, ale podstawą i życiem samem cywilizacji; (…)papiestwo jest ostatecznym kamieniem, zamykającym sklepienie chrześcijaństwa (…) 

Rewolucya to, jak niegdyś islamizm, zagraża dziś Europie, a dziś, jak ongi, sprawa Papieża jest sprawą cywilizacji i wolności na świecie.

Żołnierze! Ufajcie i wierzcie, że Bóg wesprze męstwo wasze dla wzniosłości sprawy, której obronę naszemu orężowi powierza.

                                             Wódz naczelny

                                             jen. de La Moriciere (Pelczar, op. cit., t. 2, s.255)

Na taki apel oraz wezwanie samego Ojca św. ze wszystkich zakątków ziemi przybywają do Rzymu młodzi mężczyźni, często ze starych, arystokratycznych rodów, niekiedy jedyni synowie i dziedzice majątku, gotowi nawet sami sfinansować swoje uzbrojenie i utrzymanie!

Mobilizacja katolików jest ogromna: z całego świata płyną strumienie pieniędzy, bogatych darów, ale też modlitw i komunii świętych, ofiarowywanych w intencji Piusa IX i jego wojska.

Bogaci, jak Chateaubriand czy księżna Parmy, kupują armaty, biedni, jak Irlandczycy, śpieszą w szeregi legionu św. Patryka, a ich matki i siostry modlą się i oddają przysłowiowy „wdowi grosz”.

W ciągu kilku tygodni udaje się zebrać prawie 20 tysięcy żołnierzy, głównie piechoty, ale jest też  kawaleria, artyleria, a nawet oddziały medyczne, gotowe do pomocy rannym.

Z Austrii przybywa prawie 5 tysięcy prostych żołnierzy, wśród nich kilkuset polskich chłopów, prosząc o wskazanie wodzów, żeby nimi pokierowali.

Doborową jednostką wśród tej zbieraniny, z której trzeba szybko zrobić wyszkolone wojsko (obowiązuje organizacja, regulamin i język francuski), creme de la creme papieskiej armii, staje się stosunkowo nieliczny (nigdy nie przekroczy 3,5 tys. żołnierzy) oddział żuawów (wtedy jeszcze określanych jako Franko – Belgowie). Na ich czele staje najpierw szwajcarski pułkownik Allet, a od 1867 r. płk. Atanazy de Charette (w 1860 roku był kapitanem 1. kompanii francusko – belgijskiej), potomek bohatera z Wandei.

Wkrótce przyjdzie im odbyć krwawy chrzest bojowy…(Jolanta Gancarz, całość tu: szkolanawigatorow.pl – Ostatni krzyżowcy)

podobne: Templariusze. Słudzy Kościoła walczącego. Wyprawy krzyżowe i islamski dżihad i to: Surowość zdyscyplinowanej łagodności katolicyzmu św. Franciszka i Inkwizycji, kontra rozpasana bezwzględność anglikanizmu doby elżbietańskiej („Łowcy księży”) a także: Salve, Regina, Mater misericordiae, vita, dulcedo, et spes nostra, salve! Królowa Polski, królobójcy i Salazar czyli 100 rocznica Objawień Fatimskich na tle Portugalii z przełomu XIX i XX w… a świat się (nie)zmienia polecam również: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w wojsku oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego i jeszcze: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos

Hubert Robert – The Fire of Rome (Wielki pożar Rzymu)

„…Przepowiadanie przyszłości w Biblii nigdy nie jest celem samym w sobie. Z jednej strony potęguje wezwanie do nawrócenia. Z drugiej zaś spełnienie się przepowiedni jest sprawdzianem prawdziwości prorockiego posłannictwa (Pwt 18,21n). Nigdy nie służy zaspokajaniu ludzkiej ciekawości. A od przepowiedni, nawet spełnionych, ważniejsza jest wiara:

„Jeśli powstanie u ciebie prorok, lub wyjaśniacz snów, i zapowie znak lub cud, i spełni się znak albo cud, jak ci zapowiedział, a potem ci powie: „Chodźmy do bogów obcych – których nie znałeś – i służmy im”, nie usłuchasz słów tego proroka, albo wyjaśniacza snów. Gdyż Pan, Bóg twój, doświadcza cię, chcąc poznać, czy miłujesz Pana, Boga swego” (Pwt 13,2-4).

Różne przepowiednie pojawiają się także poza Pismem Świętym. Przez wielu ludzi były i są traktowane bardzo poważnie. Od wieków cieszą się niesłabnącym powodzeniem, zwłaszcza, że sformułowania, których użyli jasnowidzowie, spisując swe przepowiednie, są tak zawiłe i wieloznaczne, że można je interpretować na kilkadziesiąt sposobów, dopasowując do różnych wydarzeń, a więc można znaleźć rzekome dowody spełniania się przepowiedni…

…Jeśli jednak chodzi o „Proroctwo św. Malachiasza” prawdopodobnie mamy w tym przypadku do czynienia z fałszerstwem powstałym nie wcześniej niż w 1590 roku. Oczywiście wiele pobożnych osób wierzyło, iż tekst ten jest autentycznym proroctwem irlandzkiego mnicha. Na przykład ks. Cucherat (żyjący w XIX w. we Francji) utrzymywał, że Malachiasz w 1140 roku w Rzymie doświadczył wizji dotyczących historii papiestwa, które legły u podstaw jego proroctwa. Spisał je ponoć następnie na pergaminie, który przekazał papieżowi Innocentemu II. Papież polecił zaś złożyć otrzymany od Malachiasza pergamin w Bibliotece Watykańskiej, gdzie przez wszystkich zapomniany spoczywał przez następne 400 lat.
Utwór przypisywany św. Malachiaszowi jest bardzo krótki. Autor wylicza listę 112 papieży, zwięźle ukazując charakter pontyfikatu każdego z nich i rozpoczynając prawdopodobnie od papieża Celestyna II. Listę zamyka „Piotr Rzymianin”. Teksty przepowiedni są bardzo lakoniczne, zawiłe i niejednoznaczne. Niektóre z nich składają się zaledwie z dwóch czy trzech słów. Na przykład fragment odnoszony do Celestyna II brzmi: „Ex Castro Tiberis” (Z zamku nad Tybrem). W słowach tych doszukuje się aluzji do jego nazwiska – Guido de Castello.
Wizje są oczywiście problematyczne, niektóre interpretacje mocno naciągane, a krótkie charakterystyki kolejnych papieży z lat między rzekomą wizją Malachaisza w roku 1139, a dniem „odnalezienia” samej wizji w XVI wieku są dużo trafniejsze, niż te z lat późniejszych (bo łatwiej było oczywiście charakteryzować papieży, którzy już byli). Podobnie jak czterowiersze Nostradamusa, można przyporządkowywać najzupełniej dowolne znaczenia do słów charakteryzujących papieży…

Ogólnikowe określenia mogą być w dowolny sposób zinterpretowane post factum w celu wytłumaczenia, dlaczego na tron Piotrowy została wybrana właśnie ta osoba. Gdyby została wybrana inna również udałoby się znaleźć jakiś sposób na powiazanie z proroctwem. Nie ukrywam, że bardzo sceptycznie podchodze do tego wszystkiego.
Odnośnie ostaniego papieża przepowiednia nie ogranicza się tylko do łacińskiego pseudonimu, ale podaje dłuższą informację: „In persecutione extrema S.R.E. sedebit Petrus Romanus, qui pascet oves in multis tribulationibus: quibus transactis civitas septicollis diruetur, et Iudex tremendus iudicabit populum suum. Finis”. Co możemy przetłumaczyć następująco: „W czasie najgorszego prześladowania Świętego Kościoła Rzymskiego zasiądzie Petrus Romanus [Piotr Rzymianin], który będzie paść owce podczas wielu utrapień, po czym miasto siedmiu wzgórz zostanie zniszczone i straszny Sędzia osądzi swój lud. Koniec.” A zatem zgodnie z „Proroctwem św. Malachiasza” już niebawem czeka nas Paruzja. No cóż… Będziemy mogli się przekonać, czy to prawda. W najdawniejszych dokumentach chrześcijańskich (1 Tes 4, 15; 1 Kor 15, 23) przez wyraz „paruzja” rozumiano powrót Chrystusa w chwale pod koniec dziejów, żeby osądzić świat (Mt 24, 29-31; 25, 31-46). Będzie to „dzień Pana” (1 Kor 1, 8), kiedy to Chrystus „drugi raz się ukaże” (Hbr 9, 28). Chrześcijanie są zaś zobowiązani do czekania na powrót Chrystusa.
Synoptycy łączą oczekiwanie na koniec świata z zachętą do czuwania (Mt 24, 36-25, 13; Mk 13, 1-37; Łk 21, 5- 36). A zatem chrześcjanie wszystkich pokoleń zawsze żyją własciwie w okresie Adwentu – oczekiwania na przyjście Pana. Co wiecej, modlitwa pierwszych chrześcijan („Maran atha”) była prośbą o to, aby Pan przyszedł jak najszybciej. Tymi słowami kończy się właśnie Apokalipsa: „Przyjdź Panie Jezu!”. Każde pokolenie chrześcijan powinno żyć tak, jakby było pokoleniem paruzji. Jan Paweł II powtarzał tak często „Nie lękajcie się!” Teksty biblijne przesycone są atmosferą końca czasów i sądu ostatecznego, ale przede wszystkim są przesłaniem nadziei. Autorzy natchnieni piszą o czasach trudnych, o okresie ucisku i prześladowań, o wojnach, kataklizmach, o niezwykłych zjawiskach. Wszystko jednak skończy się dobrze! Historia zmierza do swego celu, ale Chrystus nie pozostawił nam żadnych wskazówek czasowych. Złudne zatem i mylące są wszelkie próby przewidzenia końca świata. Chrystus zapewnił nas jedynie, że koniec nie nastąpi, zanim Jego zbawcze dzieło nie ogarnie całego świata za pośrednictwem głoszenia Ewangelii: „A ta Ewangelia o królestwie będzie głoszona po całej ziemi, na świadectwo wszystkim narodom. I wtedy nadejdzie koniec” (Mt 24, 14). Jezus przestrzegł równocześnie przed dociekaniem, kiedy to nastąpi:

„Nie wasza to rzecz znać czasy i chwile, które Ojciec ustalił swoją władzą” ((Dz 1, 7). „O dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec” (Mk 13,32).

Wielu ludzi oczywiście chciałoby poznać przyszłość i datę końca świata. Chcieliby wiedzieć, co będzie jutro, za rok; co się stanie po śmierci. Są tacy, którzy rozczytują się w horoskopach, wsłuchują się w przeróżne wróżby, przepowiednie; szukają jasnowidzów i różnego rodzaju szarlatanów. Katechizm Kościoła Katolickiego przestrzega przed tego rodzaju praktykami, nazywając je po prostu bezbożnością i grzechem: „Bóg może objawić przyszłość swoim prorokom lub świętym. Jednak właściwa postawa chrześcijańska polega na ufnym powierzeniu się Opatrzności w tym, co dotyczy przyszłości, i na odrzuceniu wszelkiej niezdrowej ciekawości w tym względzie” (KKK 2115 nn.). Niezależnie od wiarygodności „Przepowiedni św. Malachiasza” powinniśmy żyć tak jakby czas paruzji był bliski, bo już od dwóch tysięcy lat żyjemy w czasach ostatecznych.” (Roman Zając biblista i demonolog – Proroctwo św. Malachiasza)

podobne: Johnny Cash: „Wszystko zgodnie z księgą”… W słowach proroka słychać krzyk Boga o sprawiedliwość oraz: Dobra Nowina: Mikołaj Kapusta o Chrześcijaństwie w 12 minut (Kerygmat) i to: Dzień sądu do Deus Vult i Empatii a także: „U wrót doliny” (Dzień gniewu… zanim nadejdzie) polecam również: Istotą Kościoła jest wiara w Boga i pokora wobec mądrości zasad

Opóżniona paruzja? | Ojciec Charles Arminjon (Fragment książki „Koniec świata doczesnego i tajemnica życia doczesnego”)