Jacek Kaczmarski: „Epitafium dla księdza Jerzego”… nienasyconym (w rocznicę morderstwa)


„W duchu miłości, a nie prze­mocy, człowiek gotów jest przyjąć na­wet naj­trud­niej­szą, naj­bar­dziej wy­magająca prawdę.”…a prawda was wyzwoli”

 

Mariusz Lewandowski - Paruzja

Mariusz Lewandowski – Paruzja

księdzu Jerzemu (błogosławionemu)

 

prawda do dziś nie poznana

bo każdy może mieć własną

choć skatowano człowieka

 

wolność gdy źle rozumiana

tam tylko poważa się własną

więc uwięziono człowieka

 

miłość wciąż przekłamywana

gdy nie ma nic ponad własną

dlatego zabito człowieka

 

lecz sprawiedliwość czeka

…nienasyconych

 

nienasyceni – Odys, 19 października 2016

podobne: 30 rocznica zabójstwa człowieka zagrażającego komunie. „Prawdę o śmierci księdza Jerzego Popiełuszki poznają dopiero ci, którzy jeszcze się nie urodzili”. Wojciech Sumliński „Lobotomia 3.0”. oraz: Sumliński i patologie III RP. Sprawa ks. Popiełuszki sprawdzianem chęci rozliczenia PIS z PRL. Klątwa FOZZ i kompromisu z komuną. i to: Dzień sądu do Deus Vult i Empatii a także: „U wrót doliny” (Dzień gniewu… zanim nadejdzie)

Jacek Kaczmarski – „Epitafium dla księdza Jerzego” poprzednio: Joanna d’Arc (Kaczmarskiego)

Reklamy

Salve Regina. Kaczmarski, Gajowniczek… Modlitwa w potrzebie. Psalm 4 do Imienia Maryi (św. Bonawentury)


„Jeśli nas Matka Boska nie obroni,
To co się stanie z tym narodem?
Codziennie modły więc zanoszę do Niej,
By ocaliła nas przed głodem.

Przed głodem ust, którym zabrakło chleba,
Przed głodem serc, w których nie mieszka miłość,
Przed głodem zemsty, której nam nie trzeba,
Przed głodem władzy, co jest tylko siłą.

Wit Cardus - ryngraf patriotyczny z XVIII-wiecznym medalionem Matki Boskiej

Wit Cardus – ryngraf patriotyczny z XVIII-wiecznym medalionem Matki Boskiej

Jeśli nas Matka Boska nie obroni,
To co się stanie z Polakami?
Codziennie modły więc zanoszę do Niej,
By ocaliła nas – przed nami.

Nami, co toną, tonąc innych topią,
Co marzą – innym odmawiając marzeń,
Co z głową w pętli – jeszcze nogą kopią,
By ślad zostawić na kopniętej twarzy.

Jeśli nas Matka Boska nie obroni,
To co się stanie z Polakami?
Codziennie modły więc zanoszę do Niej,
By ocaliła nas – przed nami.”

Jacek Kaczmarski – Pięć głosów z kraju. Modlitwa
20.10.1989

poprzednio: „Statki”

„…4. Imienia Twego słodycz, kochana Pani, napełnia mnie ufnością. Opanowały mnie błędy i grzechy, ale Tyś nie wzgardziła wołaniem mojem. Napadły mnie nędza i utrapienia, a jako Matka niosłaś mi pomoc. W Twoje ręce oddaję Ciało i duszę, całe życie moje i koniec mego żywota. Z ziemi jestem i błąkam się w ciemnych nocach, oświeć mnie światłością łaskawości Twojej. Panno nad pannami, otrzymaj dla mnie zbawienie, gdyż porodziłaś zbawienie ludzi
i Aniołów. Każda prośba Twoja wysłuchaną jest, bo znalazłaś łaskę w oczach Boskich. Zawsze błagać Ciebie, o Matko nasza, będziemy, bo chętnie pomagasz wszystkim skruszonego serca ludziom…” (Pięć Psalmów do Imienia Maryi. Sw. Bonawentury. Z modlitewnika Józefy Kamockiej)

Salve Regina: Hail Holy Queen

Giovanni Gasparro – The Woman clothed with the Sun (from The Vision of St. John on Patmos)

Giovanni Gasparro – The Woman clothed with the Sun (from The Vision of St. John on Patmos)

„Będą widoczne znaki
upadku i podniesienia
i dozna człowiek wszelaki
współczucia swego cierpienia.
I pozna, że miłosierdzie
niezwykle łatwo jest wzbudzić,
gdy potrzebował go będzie
on jeden wśród tłumu ludzi.

Może to słowa z Fatimy.
Może zachwianie człowieka.
My jednak w dobro wierzymy.
Z nadzieją w to, co nas czeka.
I przychodzimy do Pana
prosić przez Naszą Królową,
by wiara w nas niezachwiana
miłością zdobiła Słowo.

Byliśmy kiedyś przedmurzem.
Teraz jesteśmy redutą.
Choć czasem w pielgrzymów chórze
zadrżymy obawy nutą,
pieśń nasza jest milionowa.
Wysoko w niebo się wznosi.
Maryja – Nasza Królowa
opiekę boską uprosi.”

Marek Gajowniczek – W potrzebie

podobne: Na dnie… modlitwa

Ja(k)człowiek


Igor Morski - Anioł

Igor Morski – Anioł

*

Choćbym wszystkie świata zmysły

posiadł w swej mądrości

nawet kropli nie zrozumiem

z głębi Twej miłości.

**

Więc choć skrzydeł mi dodajesz

bym nie trwał w marności

wciąż przyziemnych pragnień więzień

czekam Twej litości.

nieludzkiej wolności

***

Odys, wrzesień 2016

Peter Lippert (miłość, cierpienie, przebaczenie)

do muzyki: Dobrze że – Grupa Bohema

 

Duchowy analfabetyzm i wewnętrzna samotność naszych czasów czyli „Na tropie ukrytego Boga”… Niby, możesz… wszystko?


„Niby jesteś
a jednak nie
Niby chcesz
ale wiesz że to źle

(…)

Jesteś blisko
Niby tak
Niby żyjesz
Tylko jak”

źródło: A.Rozzett „Niby” 

15.05.2016, Watykan (PAP) – Rozpowszechniony duchowy analfabetyzm i wewnętrzna samotność, która staje się egzystencjalnym smutkiem – to zdaniem papieża Franciszka – znaki naszych czasów. Ojciec Święty mówił o tym podczas niedzielnej mszy w Watykanie w uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

Punktem wyjścia papieskich rozważań były słowa z Ewangelii świętego Jana: „Nie zostawię was sierotami”.

Franciszek podkreślił, że celem misji Jezusa było to, aby ludzie nie byli już sierotami, a stali się na nowo dziećmi Bożymi.

„Także w naszych czasach można spotkać różne znaki naszej sytuacji sierot: wewnętrzną samotność, którą odczuwamy również pośród tłumu i która niekiedy może stać się wewnętrznym smutkiem; rzekomą autonomię od Boga, jakiej towarzyszy pewna nostalgia za jego bliskością; rozpowszechniony analfabetyzm duchowy sprawiający, że jesteśmy niezdolni do modlitwy” – powiedział Franciszek.

Papież zauważył, że wierni mają trudność z odczuwaniem tego, iż życie wieczne jest prawdziwe i realne oraz z rozpoznaniem w innym człowieku brata, jako syna tego samego Boga.

Wszystko to zdaniem papieża stoi w sprzeczności z pierwotnym powołaniem „synów Boga”, które określił jako „nasze najgłębsze DNA”.

„Możemy postrzegać siebie jako bracia, a nasze różnice pomnażają tylko radość i zdumienie z przynależności do tego jedynego ojcostwa i braterstwa” – przypomniał papież podczas mszy w bazylice Świętego Piotra. (PAP, stooq.pl)

źródło: Papież: duchowy analfabetyzm i wewnętrzna samotność naszych czasów

Wszystko możesz z życia brać
na co tylko chcesz cię stać
lecz uważaj bracie siostro
żeby cię T O N I E  przerosło.

Łatwo życie zalać „kasą”
przyjemności „pierwszą klasą”
lecz cóż zyskasz siostro bracie
godność topiąc w tym brokacie.

Nauka Pływania – Odys,  15 maj 2016

polecam: Godność (2ryby.pl)  i  Ks Piotr Pawlukiewicz Przemiana serca poprzez kryzys 

„…Obojętność religijna, która zatacza coraz szersze kręgi jest symptomem jakiejś powolnej atrofii „potrzeb” ducha wyjaławiającej nasze społeczeństwa. Myślę tu o postępującym niepojawianiu się głębokich pragnień duchowych, spadku wrażliwości na kulturę wyższą i obniżonej zdolności do samorefleksji.

Przez wieki obecność Boga w kulturze zachodniej jawiła się jako coś samozrozumiałego. Dla setek pokoleń Bóg stanowił nie tylko „przyczynę” wyjaśniającą świat, lecz zajmował najwyższe miejsce w hierarchii wartości. Ten paradygmat uległ jednak w dzisiejszych umysłach znacznemu przeobrażeniu. Żyjemy bowiem w społeczeństwach, które naznaczone są procesami technicyzacji oraz gwałtownym rozwojem nauki i komunikacji. Świat zdaje się być dzięki temu mniejszy i łatwiej pojmowalny. Dzięki zdobyczom przemysłu i ludzkiej twórczości mamy do dyspozycji coraz więcej dóbr, które produkujemy jak na zawołanie. Życie również zaczyna stawać się jednym z „produktów”, który można dowolnie wytwarzać i nim rozporządzać Instrumentalizacja życia, biorąca początek już we współczesnych laboratoriach genetycznych, przyczynia się do odzierania go z tajemnicy i zagadkowości…

Media ogarniające już niemal wszystkie dziedziny życia zalewają nas na bieżąco niezliczoną liczbą informacji i opinii. Ów nadmiar prowadzi nieraz do bezwiednego przyjmowania gotowych rozwiązań i wzorców postępowania bez podjęcia jakiejkolwiek refleksji. Te same media czynią nas codziennie świadkami zatrważających okropności i nieszczęść. W ten sposób konfrontowani jesteśmy ze światem, który nie odpowiada obrazowi dobrego Boga. Ubóstwo, niesprawiedliwość i liczne cierpienia niewinnych są wymownym znakiem naszych czasów. Człowiek przestaje być dla drugiego człowieka kimś wyjątkowym. Ludzka godność deptana jest na każdym kroku. Łatwiej  wyprawić dzisiaj sondę badawczą na Marsa, niż żyć w pokoju z ludźmi innej rasy czy religii.

Nie dziwi więc chyba fakt, dlaczego Bóg wydaje się dla wielu odległy. W sercach dotkniętych obojętnością pragnienie Boga w ogóle się nie pojawia. Czy to znaczy, że znikło ono na zawsze? Bynajmniej. Raczej zostało głęboko stłumione. Z kolei ludzie szukający  tęsknią pomimo przeciwności za bliskością Boga. Szukają Go właśnie w tym świecie, w którym wynaturzenia systemów politycznych, rozwój techniczny i brak poszanowania podstawowych praw ludzkich starają się wyprzeć Boga poza ramy życia społecznego. Szukają głębszych korzeni swojej egzystencji i zasadności życia w obliczu cierpienia, choroby i śmierci…

…Być może jednym z wyzwań przed jakim staje dzisiaj Kościól polega na tym, aby szukać Boga tam, gdzie wydaje się, że Go nie ma. Myślę, że właśnie takie doświadczenia mogą okazać się zaczynem nowego odkrywania Boga, zarówno w skali całego społeczeństwa jak i w życiu osobistym, Boga jako Kogoś zupełnie Innego, a zarazem Bliskiego. Problemem nie jest zatem ogłoszona przez niektórych „śmierć” Boga w naszej kulturze, lecz zauważanie Jego ukrytej bliskości we wszystkim, co dzieje się na naszych oczach

…Liczne świadectwa biblijne i mistyczne potwierdzają, że ciemności okalające duszę nie są czymś odosobnionym w relacji pomiędzy Bogiem i człowiekiem. Większość psalmów to wołanie do Boga z głębi bezsilności i strapienia. W księdze Jeremiasza natrafiamy ponadto na irytujące pytanie skierowane do Izraela: Czy jestem Bogiem tylko z bliska – wyrocznia Pana – a z daleka już Nim nie jestem? (Jr 23, 23) Byłoby zatem niewiarą liczyć się z Bogiem jedynie wtedy, kiedy Jego bliskość jawi się jako niezaprzeczalny fakt. Bóg może się oddalać od poszczególnego człowieka, czy znikać ze świadomości całych społeczeństw, ponieważ ma po temu swoje powody. Jednym z nich może być próba uwolnienia nas złudnych oczekiwań i iluzji prowadząca do przemiany rozumienia rzeczywistości, naszego stosunku do Boga, do nas samych, czy do drugiego człowieka. Czasem Bóg pragnie nam uzmysłowić, że pomimo Jego niezawodnej bliskości pozostaje On wolny i suwerenny.  Nie przybędzie na każde nasze zawołanie, aby rozwikłać wszystkie możliwe sprzeczności tego świata, a tym bardziej wówczas, kiedy próbujemy nim manipulować. On sam decyduje kiedy i jak może się nam objawić…” (Dariusz Piórkowski SJ, artykuł ukazał się w portalu mateusz.pl)

całość tu: Na tropie ukrytego Boga

„możesz zaprzeczać, możesz
ignorować wciąż i wciąż, możesz
udawać, że to wszystko to ściema
że zła i dobra, tak naprawdę nie ma
***
że ludzie ze strachu wymyślili religię
możesz negować każdą prawdę
możesz zaprzeczać istnieniu duszy
nikt nie zmusi Ciebie, nic Cię nie ruszy
***
możesz żyć dla samego życia
miłość, chemią i biologią tłumaczyć
popędy i błędy ludzką głupotą przyklepywać
możesz swoje serce tak zbywać
***
całe życie możesz w minutach określić
duchowy świat jedynie w filmach
możesz tak naprawdę umieścić
możesz to wszystko, bo takie masz prawo
***
możesz ż y c i e nazwać zabawą…”

źródło: Zczarny ”możesz”

podobne: „Bóg poddał wszystkich nieposłuszeństwu, aby wszystkim okazać miłosierdzie” czyli… Poezja Bożej miłości. oraz: Posłuszeństwo w Kościele czyli… Katolicyzm zobowiązuje (a jeszcze bardziej Bóg). i to: Bóg to trzy filary: miłość Boga do człowieka, miłość człowieka do Boga, i strach człowieka przed Bogiem. a także: Ks. Jacek Gniadek: Nieustanna walka z pierwotną rzadkością i pokusami szatana… czyli „Nie samym chlebem…” (Jak zbudować własną skalę wartości?) polecam również: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki?

Brian Jekel - Uzdrowienie Ślepca (Jezus)

Brian Jekel – Uzdrowienie Ślepca

Czego (nie)uczy „tradycyjna” szkoła czyli… nie wszystko musisz wiedzieć. Definicje, pojęcia, słowa i stereotypy według cybernetyki. Niech mi ktoś powie co mam myśleć.


w y g ł o d n i a ł e

łaknące pociechy serce

nadal będzie tylko wystawą

słowa

nie zapewnią mi nieśmiertelności

mówią że mogę w s z y s t k o !

zdobywać szczyty

mierzyć wysoko

dlaczego wciąż podążam za nieznanym

(człowiekiem)

już nawet nie próbuję zrozumieć

źródło: Atropa Belladonna Von Coup –  (impulsywne)

Człowiek ma dość ograniczone możliwości, więc warto zdawać sobie sprawę z tego że choćbyśmy mimo wszystko dali z siebie wszystko, to nie wolno nam (i nie będziemy mieli) wszystkiego… Chodzi tylko o to żeby nam nie było wszystko jedno (zwłaszcza jeśli chodzi o ludzi za którymi idziemy)… (Odys)

„…Naszą bronią są WIEDZA i INFORMACJA – to jest nasz oręż – Musimy wciąż pogłębiać naszą wiedzę po to, aby móc rozróżnić prawdę od fałszu. To PRAWDA nas wyzwoli. Naszą organizacją jest ORGANIZACJA BEZ ORGANIZACJI – STRUKTURA PŁASKA – to nowy rodzaj organizacji, której nikt i nic nie jest w stanie zniszczyć. „To działalność małych grup i pojedynczych osób powiązanych jedną MYŚLĄ oraz WSPÓLNYM KATALOGIEM WARTOŚCI, a nie strukturą, regulaminami i procedurami.” Po więcej informacji odsyłam do książki Rafała Brzeskiego pt.”WOJNA INFORMACYJNA – wojna nowej generacji”.

Pan Brzeski wykłada również w Narodowej Akademi Informacyjnej. Jego wykłady można znaleźć na youtubie. Naszym ogniwem spajającym jest DUCH NARODOWY. Pamiętajmy że MYŚL jest bronią. W jednym z ostatnio dodanych na youtuba wykładów Docenta Józefa Kosseckiego z serii Polska Szkoła Cybernetyki, odcinek 19, dostajemy wskazówki jak mamy działać aby wygrać: PSC 19. Polski system sterowania społecznego po tzw. transformacji…” (Polski Informator Narodowy – Biuletyn inspiracyjny dla przyszłych elit rządowych)

„…Naczelny zarzut, jaki należy szkole postawić, to ten, że jest absolutnie wyprana z procesów decyzyjnych. Kształci przedmiot, istotę odbiorczą, półczłowieka, na którego inni będą wpływali, wydawali mu nakazy i zakazy, egzekwowali wiadomości, które ma ze szkoły, a nawet takie, których nie ma znikąd, chwalili za dobre spełnienie obowiązków a ganili za złe. Nie kształci go jako podmiotu, nawet przyszłego, a cóż dopiero teraźniejszego.
Z czasem, już po wyjściu ze szkoły, zacznie powoli rozeznawać siebie również jako podmiot (gdyby to nastąpiło wcześniej, szkoła użyłaby wszelkich możliwych środków, aby mu to wybić z głowy, najłagodniejszym z nich byłoby obniżenie oceny ze sprawowania za „krnąbrność”) mogący krytykować, stawiać żądania, nie zgadzać się, wyrażać niezadowolenie. Wówczas stwierdzi, że nie ma pojęcia, jak to robić, popełni mnóstwo błędów przez nieodróżnianie słuszności od taktyki, ucząc się umiejętności decydowania od zera, zdany wyłącznie na siebie. Pod tym względem uczeń kończący szkołę znajduje się w sytuacji gorszej niż jego rówieśnik sprzed paru tysięcy lat, któremu ojciec dawał łuk i zabierał ze sobą na polowanie.
Okoliczność, że umiejętności decydowania nabywa się samorodnie oraz że rozpoczyna się jej nabywanie tak późno, sprawia, że przewleka się ono przeważnie do starości, a u ogromnej większości ludzi umiejętności decydowania nigdy nie wznosi się poza poziom prymitywny. To stąd właśnie, z doznawania dotkliwych skutków popełniania błędów w decyzjach, nawet u ludzi mających już dorosłe dzieci, wzięło się powiedzenie, że „człowiek uczy się rozumu do samej śmierci”, a nie – jak niektórzy sądzą – z faktu, że wiedza się szybko rozwija, trzeba się więc ciągle dokształcać. I pomyśleć, że nie na jakimś prymitywnym poziomie, lecz jeszcze w najzupełniej zerowym stanie umiejętności decydowania, człowiek podejmuje dwie najdonioślejsze decyzje życia, jakimi jest wybór zawodu i małżeństwo!

BEZDECYZYJNY charakter kształcenia młodzieży nie wynika z „istoty szkoły”, lecz z braku rozeznania celów, dla których wykształcenie ma służyć. Pod tym względem pozostajemy właściwie na poziomie dawnych guwernerów, od których młodzi panicze „pobierali nauki”, tzn. uczyli się sztuki czytania, pisania i rachowania, a ponadto encyklopedycznych elementów historii, geografii, literatury, jakiegoś języka obcego, aby umieć „obracać się w świecie”. Różnica polega jedynie na tym, że obecnie zakres wiedzy encyklopedycznej jest znacznie szerszy, co nie przeszkadza, że maturzysta, jeżeli idzie na studia wyższe – co, jest w znacznym stopniu kontynuacją szkoły średniej – także umie tylko „obracać się w świecie”, co znaczy może pracować w biurze, gdzie będzie wpisywał, przepisywał i wypisywał to, co mu tam, odpowiednio do rodzaju biura, każą.
Jak natomiast być powinno, widoczne jest w nauczaniu na rozmaitych kursach, organizowanych w celach wyraźnie określonych. Na przykład na kursie samochodowym chodzi o wykształcenie kierowców. W tym też celu, oprócz dostarczania kursantowi informacji o budowie samochodu, znakach drogowych i przepisach ruchu, kształci się go w podejmowaniu decyzji w sytuacjach od najprostszych, jak uruchomienie i zatrzymanie silnika w samochodzie stojącym, aż do najtrudniejszych, w normalnym ruchu miejskim. Kursant stopniowo przemienia się w kierowcę i staje się nim jeszcze przed końcem kursu. W ostatnich jazdach ćwiczebnych obecność instruktora jest tylko formalnością. Tu nie chodzi tylko o to, że nowo wykształcony kierowca umie jeździć, tzn. wie kiedy co nacisnąć lub obrócić. Potrafi także decydować, to jest pokonywać wahania i rozstrzygać wątpliwości, jakie przeżywa się w konkretnych sytuacjach ruchu drogowego, kiedy obawia się podjąć błędną decyzję nie dlatego, że zdradziłby się tym wobec instruktora niedostatkiem informacji o kierowaniu samochodem, lecz dlatego, że naraziłby siebie i innych na niebezpieczeństwo. Jest to przejęcie się decydowaniem, bo sytuacje są rzeczywiste i nie nadają się do żartów. Podobnie na kursie pływackim kursant staje się pływakiem i jeszcze w czasie trwania kursu bywa w sytuacjach grożących mu rzeczywistym niebezpieczeństwem, z którego prawdopodobnie instruktor by go wybawił, ale jak wiadomo diabeł nie śpi.
Kim zaś staje się uczeń kończący szkołę? Powinien stać się dorosłym (nawet świadectwo, jakie otrzyma, nazywa się świadectwem dojrzałości), to znaczy jeszcze w ostatnim roku szkolnym powinien umieć postępować jak dorosły.

Przed laty zdarzyło mi się usłyszeć, jak stary wieśniak powiedział o jakimś wymądrzającym się studencie: „Co on tam, głupi, wie, jak na siebie nie zarabia, a żony i dzieci nie ma”. W tych słowach był głęboki sens. Praca, utrzymanie rodziny to rzeczywistość, bez zetknięcia się z nią nie wie się, co to znaczy decydować, jest się „głupim”.
I rzeczywiście, w szkole uczniowie do końca pozostają „głupi”. Ideałem wychowawczym nauczycieli jest przekształcenie zwykłego ucznia w ucznia wzorowego. W ucznia, a nie w dorosłego. Nauczyciele czują się zwierzchnikami uczniów, i takimi chcą pozostać do końca, tj. do chwili, gdy ich przekażą następnym zwierzchnikom. Jest to masowe produkowanie ludzi nieodpowiedzialnych.
W szkole, owszem mówi się wiele o poczuciu odpowiedzialności, ale chodzi o odpowiedzialność wykonawców, a nie decydentów.
Tak zwane samorządy w szkole to nie żadne samorządy, lecz ich parodia. Nic dziwnego, że później podobnie działają samorządy dorosłych. Nauczyciel-wychowawca wyznacza, który uczeń ma być w danym roku przewodniczącym, który sekretarzem itd. i całe to grono traktuje jako pomocników w rozmaitych akcjach szkolnych, utrzymywaniu porządku, zbieraniu składek itp.
A przecież, choćby w tym minimalnym zakresie, należałoby uwalniać uczniów od natarczywej obecności nauczyciela, stawiać ich wobec konieczności podjęcia decyzji, dać im odczuć smak bezradności, gdy nie wiadomo co postanowić, a zarazem świadomość, że to, co się postanowi nie wymaga niczyjego potwierdzenia i będzie musiało być jakoś zrealizowane. Gdy w razie błędnej decyzji zamierzona akcja się nie uda albo uda się niezupełnie, jej przebieg powinien być przedyskutowany (tym razem, w obecności nauczyciela jako doradcy), a błędy decyzji wykryte. Uczniowie powinni się przy tym nauczyć przewodniczenia zebraniom, protokołowania, referowania, dyskutowania, stawiania wniosków oraz rozróżniania ich rodzajów (ileż to osób dorosłych nie wie, jaka jest różnica np. między wnioskiem formalnym a wnioskiem nagłym i jaka jest procedura ich uchwalania).
To jednak nie wszystko. Problematyka decydowania powinna być w szkole szeroko traktowana; podstawy teorii decyzji, ze szczególnym uwzględnieniem optymalizacji zasady projektowania w związku z fizyką i realizacja prostych projektów, zasady organizacji pracy zespołowej i rodzaje podejmowanych w związku z tym decyzji, dyskutowanie kapitalnych problemów decyzyjnych, znanych z historii powszechnej, rozwiązywanie ćwiczebnych problemów decyzyjnych o nie znanej z góry liczbie możliwych decyzji.
Przede wszystkim jednak należałoby położyć nacisk na podejmowanie przez uczniów decyzji w sytuacjach rzeczywistych, z rzeczywistymi ich skutkami. Najbardziej nadają się do tego sytuacje, w których uczniowie muszą decydować o swoim życiu, o przyszłości.

Czas skończyć ze szkołą pojmowaną jak rura: gdy uczniowie wejdą do niej jednym końcem, będą w niej przepychani, aż wyjdą drugim. Tak, przepychani, co ma ten skutek, że uczniom wszystkich czasów – bo system ten pokutuje od dawna – wydaje się, iż robią łaskę, że chodzą do szkoły, i wobec tego za największe szczęście uważają sytuację gdy nie zostało nic zadane albo jest wolna lekcja, bo nauczyciel zachorował, a jeżeli zaczną się zaniedbywać, jest to zmartwienie dla rodziców, z którymi wychowawca porozmawia na wywiadówce.
W szkole średniej atmosfera taka powinna zostać zlikwidowana przez zdjęcie z uczniów nacisku nauczycieli – kto chce, niech się uczy, kto nie chce, niech się nie uczy – tak jak jest w szkołach wyższych. Nie należy się obawiać, że nastolatki to głuptasy i przestaną w ogóle chodzić do szkoły. Nie przejmują się szkołą, bo wiedzą, że robi to za nich ktoś inny – nauczyciele, rodzice. Przejmują się jednak sobą, tyle że w niewłaściwy sposób. Zmiana jest potrzebna, żeby kształcenie się było przedmiotem decyzji ucznia, a nie nakazu, któremu trzeba się poddać, bo dorośli są silniejsi.
Oczywiście, nie w tym rzecz, żeby uczeń „podjął decyzję” zapisania się do szkoły i przyjścia na egzamin wstępny, lecz w tym, żeby musiał w szkole decydować o sobie. Na przykład, obecnie nauczanie odbywa się w sposób uśredniony, program musi być przerobiony ze wszystkimi uczniami, wszyscy muszą opanować w dostatecznym stopniu wszystkie przedmioty. W rezultacie uczeń niewiele zajmuje się przedmiotami, do których jest bardzo uzdolniony, a najwięcej wysiłku wkłada w przedmioty sprawiające mu trudności, tym większego, że przedmiotów tych nie lubi. Musi tak postępować, bo grozi mu nieotrzymanie promocji, jeżeli ich nie opanuje.
Czy to jest racjonalne ?

Czy społeczeństwo potrzebuje ludzi znających wszystko pobieżnie, czy też ludzi o różnych talentach dobrze rozwiniętych ? Odpowiedź nie nasuwa chyba wątpliwości. Nie można jednak indywidualizować uczniów decyzją nauczyciela. Tylko sam uczeń może powiedzieć, czego chce, co sprawia mu satysfakcję i przyjemność, a co go nudzi, to zaś oznacza oddanie decyzji w jego ręce, ucznia. Wtedy będzie się uczył z własnej inicjatywy, ze skutecznością przekraczającą wyobrażenia nauczycieli dzisiejszego typu.
Że to nie przesada, można się przekonać obserwując uczniów-hobbystów, znane są przypadki chłopców interesujących się elektroniką, którzy wiedzą niewiele ustępowali inżynierom tej specjalności, a z całą pewnością przewyższali ich liczbą samodzielnie skonstruowanych generatorów i znajomością czasopism fachowych, sprowadzanych nieraz z zagranicy w drodze wymiany, a następnie wertowanych ze słownikiem w ręku, aby żadnego słowa ze zdobytego skarbu nie uronić.
Tym ogromnym potencjałem intelektualnym nauczyciele zupełnie nie interesują się, czemu zresztą trudno się dziwić. Nie tego oczekuje od nich ministerstwo, a poza tym, szczerze mówiąc, nie mogliby być partnerami w dyskusji z takimi uczniami, gdyż niewiele by z niej zrozumieli, nawet jeżeli są nauczycielami fizyki.
Na ewentualny argument, że pewni uczniowie zrobiliby ze swobody decyzji zły użytek, porzucając szkołę przez lekkomyślność, czego dopiero po niewczasie zaczęliby żałować, odpowiem, że istotnie mogłoby się to zdarzać, ale miejsc w szkole średniej mamy mniej niż zgłaszających się. Czy nie słuszniej byłoby więc udostępnić je przede wszystkim tym, którzy będą chcieli się uczyć z własnego impulsu, bez popychania? Jeżeli zdolny a tylko jeszcze lekkomyślny uczeń wypadnie z normalnego nurtu szkolnego, to jeszcze nie tragedia – będzie mógł skorzystać z nauczania zaocznego lub wieczorowego. Prawda, będzie to od niego wymagało zwiększonego trudu i wyrzeczeń, ale taka jest cena, tutaj stosunkowo niska, błędnych decyzji. Mogę tylko powtórzyć, że umiejętności decydowania nabywa się w sytuacjach rzeczywistych.

Inny zarzut pod adresem szkoły to fakt, że nawet w zakresie procesów informacyjnych działalność jej jest wadliwa. Zajmuje się wyłącznie wpajaniem wiadomości, a nie uczy wyrabiania poglądów. Co więcej, żeby chociaż te wiadomości były właściwie dobrane, ale i to nie. Podaje się wiadomości które można znaleźć w atlasach, encyklopediach, tablicach itp., a nie podaje się metod ich zdobywania.

źródło: Polski Informator Narodowy:  A co o szkolnictwie pisał Marian Mazur?

Marian Mazur (1909-1982), najwybitniejszy polski cybernetyk, był jednym z nielicznych naukowców łączących wiedzę wysoce specjalistyczną z ogólną, wzorem człowieka „renesansowego” XX wieku.

jako uzupełnienie wykład: PSC 14. Stereotypy a pojęcia i ich rola w procesach sterowania – Józef Kossecki

Krótki komentarz (delikatnie polemiczny) do materiału filmowego…

Pojęcia i idee mają swój sens a przede wszystkim konsekwencje (nie tylko rozumowe). Jeżeli zaczniemy udawać że nic nie znaczą, albo że znaczą coś innego (jak to co znaczą w rzeczywistości) tylko dlatego że ktoś ich używa w wypaczonym sensie, to się za Chiny ludowe jako ludzie nie dogadamy. Odmawianie sensu/znaczenia jakimkolwiek pojęciom (i wykluczanie ich z tego powodu z powszechnego obiegu), tylko dlatego że ludzie je źle rozumieją to strzał w stopę. Istotą problemu jest to że ludzie nie wiedzą co się kryje za niektórymi ideami i pojęciami. Używają słów wbrew ich pierwotnym znaczeniom i to właśnie trzeba naprawić a nie mówić ludziom że np. kapitalizm i socjalizm to jedno i to samo. Różnią się tak jak prawo i lewo, jak biel i czerń. Możemy więc albo zacząć wreszcie używać tych słów zgodnie z ich znaczeniem, albo próbować ludzi oduczyć ich używania. Trzeciej drogi nie widzę. Stereotyp to mylne/negatywne postrzeganie/rozumienie rzeczywistości spowodowane przez negatywną sugestię/intencję nadawania słowom i pojęciom innych znaczeń niż mają w rzeczywistości. Słowa same z siebie nie są ani złe ani dobre (chyba że są to wulgaryzmy i wyzwiska).

Niektóre pojęcia (jak wyżej wspomniane) są mało „diagnostyczne” bo został zatracony ich pierwotny sens. Mało kto dziś wie co tak naprawdę oznacza socjalizm a co kapitalizm, oraz kiedy mamy z nimi do czynienia. Więc albo przywrócimy to znaczenie do obiegu, odkłamując semantykę (będziemy tłumaczyć ludziom co się kryje za tymi pojęciami), albo wyrugujmy z obiegu te słowa i zastąpmy innymi. Tylko jak je wyrugować skoro używają tych pojęć/słów miliardy ludzi na całym świecie? Ustawą? Zamykaniem do więzienia za używanie? Spalić wszystkie książki, skasować z internet, wyprać wszystkim mózgi? 🙂 Uważam że to jest niemożliwe.

Każda jedna idea/pojęcie które kiedykolwiek zostało wpuszczone w obieg (zwłaszcza o takim polu rażenia powszechnego użycia, jak system polityczny, prawny, czy ekonomiczny) jest nie do usunięcia ze świadomości wszystkich ludzi. Jedyne co pozostało to odkłamywanie tych terminów, by ludzie zaczęli ich używać zgodnie z  prawdziwym znaczeniem. Pozostaje powrót  do PRAWDY. Nie widzę sensu w tworzeniu kolejnych „najprawdziwszych” pojęć, zwłaszcza jeżeli będą one używane wyłącznie przez jakiś promil fascynatów i to między sobą, bo nikt inny ich nie zrozumie. Ale życzę powodzenia w ich wdrażaniu wszak to wolny kraj. Dla mnie jest to jednak strata czasu i energii. Inflacja słów których nikt (poza wąskim gronem) nie będzie rozumiał, a przecież tu chodzi o otworzenie oczu masom (przynajmniej dopóki mamy demokrację 🙂 ).

Jeśli chodzi o emocje to nowe słowa też ludzi z emocjonowania się na zadane słowo/ideę nie wyleczą. Trzeba wytworzyć w człowieku potrzebę autodyscypliny, a to można moim zdaniem uzyskać wytwarzając silniejsze pragnienie, tj. chęć poszukiwania prawdy i umiłowania prawdy. Wtedy emocje zostaną poskromione a przynajmniej zepchnięte na dalszy plan żeby nie psuły wymiany poglądów. Tu czasem wystarczy że jedna ze stron utrzyma emocje na wodzy a może się to udzielić drugiej stronie. Uważam też że najbardziej rozemocjonowanym i wulgarnym dyskutantom nie należy dawać „satysfakcji” (w slangu młodzieżowym to się tłumaczy jako „nie karmienie trolli”). Takim ludziom należy się ostracyzm jako kara dyscyplinująca, inaczej nigdy się nie nauczą kontrolować w dyskusji własnych emocji.

Wykład Pana Koseckiego jak zwykle ciekawy i godny namysłu co do niektórych pojęć/słów/definicji, które rzeczywiście należałoby dookreślić żeby ich sens był dla wszystkich jasny i jednoznaczny… (Odys)

podobne: Edukacja: Ile jest wiedzy w wykształceniu? oraz: Urzędowe „autorytety”, czyli o agentach kłamstwa dzięki którym „łatwiej umrzec niż myślec”. i to: Kłamstwo „postępu”: „Ludzie! Jesteście zajebiści!” a także: Rektor KUL wzywa do poszukiwania prawdy  polecam również: Przewodnia rola „mediów” i tzw. „edukacji” w zdziczeniu obyczajów  i jeszcze: W poszukiwaniu stwórcy, czyli… Naturalne i nadprzyrodzone poznawanie świata. oraz: Edukacja domowa lekiem na „szkołę” czyli… sam sobie pościel a się wyśpisz.

Antoine de Saint-Exupery (szkoła, wiedza, nauka, dzieci, edukacja, istota rzeczy)

PS…

„Największym marzeniem każdego pojedynczego człowieka jest dostać coś za darmo, iść z tym do domu, a tam to coś rozpakować z pudełka i włączyć do prądu. To nie jest nawet tylko marzenie, to jest siła, która pozwala zarządzać masami, bo działa w kierunku odśrodkowym, to znaczy od tego spragnionego niespodzianki w pudełku do zarządzającego, który pozostaje dlań nieznany. Kolejny marzeniem, nieco słabszym, ale też ważnym jest chęć poznawania ludzi sławnych. To się manifestuje w różny sposób, ale kiedyś jak pamiętacie był nawet taki pomysł, żeby ludzie idący na bal dziennikarza płacili za to, że będą siedzieć przy jednym stole z Warzechą i Ziemkiewiczem. Po 400 stówki od łba. Sprawa się o ile pamiętam nie zakończyła sukcesem, bo chyba nie o taki rodzaj sławy chodziło. Trzecim największym pragnieniem człowieka jest chęć, by ktoś mądry i jednocześnie bezkompromisowy w swoich sądach wytłumaczył mu jak jest...

Autorytet moralny - Arkadiusz Gacparski

rys. Arkadiusz Gacparski

…Zwróćcie uwagę, że pomiędzy ludźmi, którzy mają te marzenia, a tymi, którzy je mogą spełnić, rzadko tylko dochodzi do przenikania, a i to tylko w jedną stronę – można awansować, ale już nie można być zdegradowanym. Z tamtej drugiej grupy po prostu się znika. Mimo to wielu spryciarzy marzy wprost o tym, by znaleźć się w grupie drugiej, bo kojarzy im się ona z władzą. Nie ma tam dla nich władzy, a jeśli to minimalna, zostają oni po krótkim szkoleniu zesłani z powrotem na dół jako strażnicy braci swoich, którzy marzą o tym, że ktoś da im coś za darmo i oni pójdą z tym do domu, rozpakują z pudełka i podłączą do prądu.

…mnie zawsze interesuje jak to jest, że ludziom do tego, by wiedzieli jak jest, potrzebny jest jakiś Cejrowski. Jakby Cejrowski był motorniczym ich mózgu, którego sami nie potrafią obsługiwać. Mechanizm jest moim zdaniem prosty- pierwsze marzenie, o pudełku i prądzie, jest tak przemożne, że odbiera siły i nie starcza ich już potem na nic. Potrzebne jest więc jakieś intelektualno-emocjonalne wspomaganie, żeby po zaspokojeniu najważniejszej potrzeby, można było zamarkować zaspokojenie drugiej. Zamarkować, bo przecież nie chodzi o rzeczywiste jej zaspokojenie, ale o erzatz. Potem przychodzi spełnienie, które ma postać dwojaką, marzyciel spotyka swojego idola, na przykład na konwencji jakiejś prawicowej partii, albo ma okazję wygłosić lansowane przez niego poglądy publicznie i zebrać oklaski. Wygłaszanie poglądów ludzi sławnych i kontrowersyjnych jest jedną z możliwości realizacji marzenia trzeciego.

Jak widzicie opisałem tu z grubsza, ale też w dość wyraźnych detalach, jak funkcjonuje doktryna kolonialna i jak się nią posługują kolonizatorzy. Ludzie w to nie wierzą, bo mają telewizor i domy na kredyt i jeżdżą na wakacje, a więc mają poczucie wolności…” (coryllus)

całość tu: O największych marzeniach ludzkości

„agonia słabego człowieka”


…w szklanej klatce gdzie moje lęki są ścianami
w i e r z ę 
żyję by wierzyć…

Źródło: (agonia słabego człowieka)

Alphonse Mucha - Le Pater

Alphonse Mucha – Le Pater

 

Uwierzyć w kres nicości
wtedy ucieczka od niej staje się drogą
ku materii
…natchnienia (słowa)

Choćby po to by rozbić o nią
szklaną klatkę
i rozlać się po zbyt dużej powierzchni
…jak atrament (krwi)

Bo nie trzeba być kimś
a celem nie jest przeżycie
ale choć jedno
…wspomnienie (w raju)

U Tego co rozdaje talenty

Odwagi!

Odys, 6 kwiecień 2016

podobne: Wszystko na swoim miejscu  oraz: Którą drogę wybrać i „Jak żyć?”  i to: „Upadek Featona” czyli… właściwy kierunek  a także: Miłość jak piórko, kamień… krzyż  polecam również: sens życia  i jeszcze: „Ostatni sen” o marności świata

Miserere Mei, Deus – Psalm 51 (50) (łacina/polski)

Marek Aureliusz (szczęście, los, dobro, dusza, czyny, życie)

Zaplanowane migracje przymusowe, oraz prawomyślność, hipokryzja i głupota bez granic czyli… zmacane na własne życzenie Niemcy „martwią się” o „Państwo Islamskie” nad Wisłą.


„Inwazje barbarzyńców” to wyrażenie, po które chętnie sięgają włoscy i francuscy historycy, by opisać powszechne zjawisko lawinowego przemieszczania się heterogenicznej ludności kontynentu euroazjatyckiego w IV i V w. n.e., które zakończyło się jej osiedleniem na terytoriach w większości przypadków należących do Cesarstwa Rzymskiego, różniących się od obszarów, z których pochodziły owe ludy. Warto nadmienić, że w kulturze niemieckiej dla opisania tego zjawiska migracyjnego stosuje się natomiast bardziej neutralne i łagodne określenie: „wędrówka ludów” (Völkerwanderungen).

Biorąc pod uwagę wolę jednostek migrujących, należy rozróżnić tzw. migrację dobrowolną (gdy jednostka dobrowolnie podejmuje decyzję o przemieszczeniu, dążąc do poprawy własnych warunków ekonomicznych), a także przymusową (jako skutek ograniczeń politycznych lub prześladowań czy też działań wojennych lub katastrof naturalnych).

Czynniki wypychające tzn. skłaniające do emigracji, mogą być zatem różnorodne. Jednym z najważniejszych jest czynnik ekonomiczny, o którym mowa, gdy w miejscu pochodzenia możliwości zatrudnienia są nikłe, a standard życia jest niższy niż w miejscu przeznaczenia. Istnieją również tzw. polityczne czynniki wypychające: wojny, konflikty etniczne, prześladowania itp.

Wśród czynników sprzyjających ruchom migracyjnym należy wymienić czynniki społeczne, bazujące na istnieniu swego rodzaju sieci, która zapewnia wsparcie migrantom niedawno przybyłym do kraju przeznaczenia. Taką siecią stosunków społecznych może być społeczność rodaków, która już wcześniej osiedliła się w danym kraju…

…K. Greenhill wyróżnia trzy odrębne kategorie strategicznie zaplanowanych migracji: wywłaszczające, eksportowe i zmilitaryzowane. „Zaplanowanymi migracjami wywłaszczającymi są te, których głównym celem jest zawłaszczenie terytorium lub własności innej grupy/grup czy też eliminacja grupy/grup stanowiących zagrożenie dla etnopolitycznej i gospodarczej przewagi strony, która zorganizowała migrację (lub migracje); przypadek ten obejmuje zjawiska powszechnie znane jako czystki etniczne. Zaplanowanymi migracjami eksportowymi są migracje organizowane, by umocnić wewnętrzną pozycję polityczną (poprzez wydalenie politycznych dysydentów i innych wewnętrznych przeciwników) czy też usunąć lub zdestabilizować jeden lub więcej rządów zagranicznych. Wreszcie, zaplanowane migracje zmilitaryzowane to takie, które zwykle zostają zastosowane podczas konfliktu zbrojnego, by zyskać przewagę militarną nad przeciwnikiem – poprzez zdezorganizowanie lub zniszczenie jego centrum dowodzenia, infrastruktury logistycznej i zdolności operacyjnych – lub też celem umocnienia własnych struktur bojowych poprzez zdobycie dodatkowego personelu lub zasobów” [6].

Mówiąc o fali nielegalnej imigracji, która wstrząsnęła Europą w 2015 roku, prezydent Czech Milos Zeman posłużył się schematem stworzonym przez byłą asystentkę J. Kerry’ego. „Tak zwany kryzys migracyjny – powiedział M. Zeman podczas swojej oficjalnej wizyty w Pardubicach – jest zorganizowaną inwazją, która ma na celu niszczenie europejskich struktur społecznych, kulturowych, gospodarczych i politycznych. To jest dobrze zorganizowana inwazja, nie spontaniczny ruch. Dojdzie do tego, że czeskie wojsko będzie musiało interweniować, by bronić granic Republiki Czeskiej”.

Jak stwierdziła amerykańska profesor w komentarzu z dnia 11 grudnia 2000 r. dotyczącym wojny w Kosowie: „Zmieniła się sama natura wojny; teraz uchodźcy są narzędziem wojny” (“The nature of war itself has changed; now the refugees are the war”).

„Zaplanowane migracje przymusowe” (coercive engineered migrations) wykorzystują zatem niekonwencjonalną broń, która, podobnie jak inne niekonwencjonalne metody walki (terroryzm, manipulacja medialna, hakerstwo, zakłócenia na rynkach akcyjnych), jest stosowana w prowadzeniu wojny, zwanej przez dwóch znanych chińskich polemologów „wojną bez ograniczeń”. Niezwykle ciekawy i nie bez znaczenia jest fakt, że dwaj polemolodzy porównują George’a Sorosa do Osamy Bin Ladena [7]: o cieszącym się złą sławą „filantropie” wspomniał premier Węgier Viktor Orban w jednym z wywiadów w węgierskim radiu Kossuth Rádió, mówiąc o napływie tzw. uchodźców pochodzących z Afryki i Bliskiego Wschodu do Europy: „Jego nazwisko – stwierdził V. Orban – jest prawdopodobnie najmocniejszym przykładem spośród osób, które popierają wszystko, co zaprzecza tradycyjnemu europejskiemu stylowi życia”, natomiast aktywiści jego organizacji, oferując praktyczną pomoc i wsparcie prawne nielegalnym imigrantom, „niezamierzenie stają się częścią międzynarodowej siatki zajmującej się przemytem ludzi”…” (Claudio Mutti)

całość tu: Migracje

podobne: „Islamizacja Europy” kontra „tchórzliwa brutalność” czyli „Problem, Reaction, Solution!” i jeszcze: Destabilizacja Afryki przyczyną masowego uchodźstwa. UE nie ma polityki imigracyjnej ale chce zmusić do „solidarności” wszystkie kraje. Pomysły w sprawie imigracji problematyczne dla Polski.

„…No i wreszcie zejdźmy na jeszcze niższy poziom tych piekielnych kręgów. Wędrówka ludów, której ofiarą padają najzamożniejsze państwa starej Europy, jest następstwem wypadku przy pracy, to znaczy – przy operacjach pokojowych, misjach stabilizacyjnych i wojnie o pokój i demokrację, jaką Stany Zjednoczone prowadzą tu i tam – przede wszystkim zaś w krajach, które w przeszłości, słusznie, czy niesłusznie, uważane były za zagrożenie dla bezcennego Izraela. Wskutek pogrążenia tych krajów w stanie krwawego chaosu, potencjalne zagrożenie dla Izraela z ich strony zmalało do zera, zaś ubocznym skutkiem tego chaosu jest właśnie wędrówka ludów ze Środkowego i Bliskiego Wschodu oraz Afryki Północnej do Europy. Co najmniej 70 procent „uchodźców” stanowią młodzi mężczyźni przed ukończeniem 30 lat – a więc najbardziej zdolni do walki. Ewakuacja setek tysięcy, a może nawet i miliona takich mężczyzn ze Środkowego i Bliskiego Wschodu oraz Afryki Północnej do Europy jeszcze bardziej zmniejsza potencjalne zagrożenie dla bezcennego Izraela, ale zwiększa zagrożenie dla Europy. Czy to nie jest przypadkiem amerykańsko-żydowska odpowiedź zarówno na doktrynę „europeizacji Europy”, której wyznawcami po roku 1990 stały się Niemcy i Francja, jak i pogróżki Jakuba Delorsa z roku 1989, kiedy jako ówczesny przewodniczący Komisji Europejskiej odgrażał się, że celem UE jest wypowiedzenie Stanom Zjednoczonym „wojny ekonomicznej?” Czyżby Europa próbowała rozpocząć strategiczne przeciwnatarcie od sprowokowania mężczyzn „o wyglądzie…” – i tak dalej, do wsadzenia niemieckim panienkom rąk pod spódnice? I tego też wykluczyć nie można tym bardziej, że już starożytni Rzymianie, co to każde spostrzeżenie zaraz ubierali w postać pełnej mądrości sentencji, zauważyli, że na świecie dzieją się rzeczy, które nie śniły się filozofom.” (Stanisław Michalkiewicz: Inter pedes puellarum)

podobne: Europa muzułmańska, „Państwo Islamskie” i prawdziwa twarz Islamu: broń w rękach imperialistów, terroryzm, idea rewolucji, czy też religia jak inne?

Kordoniarze - Rafał Zawistowski

Kordoniarze – Rafał Zawistowski

„…Ogromna armada rusza do ziemi obiecanej, do Europy, po swoją ostatnią szansę. Bramy raju – bramy Zachodu zostały dla nich otwarte… Droga wiedzie znad Gangesu w kierunku Sokotry i Suezu i dalej przez Morze Śródziemne do portów Zachodu… Ale Egipt zamyka Kanał Sueski, a salwa z torpedowca zawraca statki z uciekinierami na południe. To długa droga dookoła Afryki. Może pordzewiałe parowce armady zechcą zatrzymać się gdzieś w połowie drogi? Rząd RPA zapowiada, że żaden ciemnoskóry znad Gangesu nie postawi żywy nogi na afrykańskiej ziemi… Mimo to Afrykanerzy w poczuciu przyzwoitości dostarczają statkom paki z żywnością. Te jednak są wyrzucane do morza… Uciekinierzy nie chcą ich, płyną dalej. Nie Afryka jest przecież celem. A Europa? Europa dyskutuje. Media bezrefleksyjnie reagują bezwarunkowym odruchem humanitaryzmu. Pytania, co stanie się z nami, kiedy ten milion wyjdzie na brzeg, zagłuszane są dźwiękami koncertów i krzykiem celebrytów…

W latach siedemdziesiątych francuski pisarz Jean Raspail roztoczył wizję, co mogłoby się stać za trzydzieści lat (Obóz świętych)… Można rzec – wizję nie tyle futurystyczną, co profetyczną – i jakże niepokojącą.

Wtedy – w latach siedemdziesiątych książki nie przyjęto z aplauzem; i nic dziwnego, bo i dzisiaj głosy sprzeciwiające się przyjmowaniu uchodźców są oceniane jako nieprawomyślne, wręcz antyhumanitarne… W książce Raspaila – kiedy armada stała się faktem – to znaczy kiedy dzioby jej pordzewiałych statków zaryły w skały i piaski Lazurowego Wybrzeża, we francuskich nadmorskich kurortach nie pozostał już nikt, nie licząc pewnego profesora, garstki długowłosych dzieci-kwiatów, ortodoksyjnych lewicowców i kilku benedyktyńskich mnichów na granicy demencji… Francuzi po prostu uciekli na północ… Ci sami Francuzi, którzy codziennie przysłuchiwali się wywodom na temat konieczności i obowiązku przyjęcia uciekinierów znad Gangesu. Ci sami, którzy wywieszali transparenty: Wszyscy jesteśmy ludźmi znad Gangesu. I ci sami którzy, potępiali przejawy niechęci wobec każdego, kto mówił inaczej niż głos z telewizyjnych ekranów i codziennych gazet… Zapakowali swoje żony i dzieci do samochodów i w pośpiechu opuścili swoje jasne domy, tłumacząc, że tak trzeba i nie pamiętając, że gdy armada była jeszcze daleko ich dzieci pisały szkolne wtpracowania w rodzaju: Rodzina uciekinierów znad Gangesu prosi o gościnę w moim domu…

Wizja Raspaila sięga dalej – pisarz ujawnia prawdopodobny mechanizm społeczny – ilustruje zjawisko i… straszy.

Może rzeczywiście doczekamy czasów, że będziemy się bać we własnych domach, że przeinterpretujemy pojęcia: odpowiedzialności, miłosierdzia, braterstwa, słabości i siły; nasze rządy staną się bezsilne, a nasze armie nie będą w stanie reagować?

W końcu prognozy demograficzne przywołane przez Raspaila budzą nie tylko niepokój. Siedem miliardów ludzi, w tym tylko siedemset milionów białych, których trzecia cześć – przeważnie ludzi starych będzie zamieszkiwać Europę. I oni mają przeciwstawić się czterystu milionom przybyszów z Bliskiego Wschodu czekających po drugiej stronie Morza Śródziemnego?…” (Roland Maszka)

całość tu: „Prawomyślność i hipokryzja. Czytając Jeana Raspaila”

„…Kontrolowane media zachodnie stawały początkowo na głowie aby tylko nie ujawnić szczegółów. Najpierw chodzić miało tylko o „chuliganów” obmacujących parę dziewczynek tylko w Kolonii. Ani słowa o tym że nie byli to żadni „chuligani” ale Merkel Jugend najnowszej generacji. Podkreślano też że wśród zatrzymanych było aż dwóch Niemców a nawet jeden Amerykanin. Koloru skóry dla pewności nie ujawniono.

Ale potem mleko się rozlało. Zorganizowanych grup Merkel Jugend napastujących kobiety w szeregu miastach nie dało się zamieść pod dywan. Zaczęła w końcu mówić o tym miejscowa telewizja, choć rozdarcie lewackiego serca dalej trudno ukryć. I tak praktyczni Niemcy  chcą zwiększać zatrudnienie w policji na przykład. Bardziej humanitarni od nich Belgowie, których policja dalej nie może złapać sprawców masakry w Paryżu, stawiają przede wszystkim na lekcje wychowania seksualnego w obozach dla uchodzców. No kidding. Oto czego „uchodźcom” głównie potrzeba! Jako podręcznik proponujemy w takim razie Życie seksualne dzikich Malinowskiego, uzupełniony może zajęciami praktycznymi na dworcu w Kölln…

…Media i kosmopolityczna elita dobrze zna olbrzymie ryzyko związane z masową imigracją ale woli tego nie zauważać. Gdy tragedia się wydarzy, jak ostatnio w Paryżu, winny jest zawsze „represyjny klimat” we Francji.

Lewicowe elity sprowadziły na nas wszystkich olbrzymie niebezpieczeństwo wpuszczając zbyt wiele ludzi którzy nie mogą zostać zintegrowani. W odróżnieniu od popularnej opinii, ludzie nie zmieniają się emigrując, zabierają swój kulturalno-religijny bagaż ze sobą.

Współczesne elity utraciły łączność ze swoimi krajami i zostawiły swoje populacje z konsekwencjami narzuconego [przez siebie] multi-kulti i globalizmu…” (cynik9)

całość tu: Merkel Jugend świętuje Nowy Rok na dworcu w Kölln

„…głupek polski, który przyrównał rząd PIS-u do Państwa Islamskiego nawet nie zauważył, że strzelił swojej partii w kolano i przy okazji walnął w pysk całe polskie lewactwo i bojowniczki feminizmu na dodatek! Bo te właśnie środowiska najbardziej zabiegają o przyjęcie do Polski emigrantów islamskich, którzy ponoć uciekają przez Państwem Islamskim. Skoro Państwo Islamskie już mamy nad Wisłą, to jaki uciekinier zechce się tu osiedlić ?

Zapewne z tej przyczyny słowa głupka polskiego o Państwie Islamskim nad Wisłą nie są rozpowszechniane przez media niemieckie, którym zależy na tym, by jak najwięcej islamskich imigrantów upchać w Polsce. Szczególnie teraz – po upojnej nocy sylwestrowej, która dała Niemcom przedsmak kalifatu, który będzie ostatnim akordem polityki multi-kulti Angeli Merkel. Angela oraz inne kobiety ( w tym feministki) mogą jednak liczyć na wiele praw, które im kalifat przyniesie (link).

Na przykładzie Kolonii sami Niemcy zorientowali się, że poruszonej przez Angelę Merkel lawiny nie da się powstrzymać, jak i utworzenia Wielkiego Kalifatu Niemieckiego w samym centrum Europy. Oto w Kolonii hordy arabskich przybyszy dały pokaz „kultury”, która wkrótce zaleje Niemcy mimo prób cenzurowania wiadomości o gwałtach i rabunkach na kobietach, które znalazły się w pobliżu katedry Świętego Piotra i Najświętszej Marii Panny oraz dworca kolejowego. Watahy podpitej hołoty z Południa osaczały niemieckie kobiety molestując je, zdzierając odzienie i rabując. Na 120 zgłoszeń (do tej pory), dwa to gwałty. Inni wyznawcy Proroka bezcześcili w tym czasie średniowieczne sanktuarium, jedne z największych na świecie, załatwiając w jego pobliżu oraz na jego murach swoje potrzeby fizjologiczne. Policja oczywiście nie interweniowała, a niemiecka prasa milczała co dowodzi, że postępowa głupota dotarła do nas z Niemiec.

Mimo to, Niemcy nadal chcieliby nas pouczać o demokracji i o tym, jak walczyć z faszyzmem, ksenofobią oraz brakiem empatii dla zaproszonych przez Angelę Merkel gości. Nie byłem więc zaskoczony, gdy kolejny głupek rodzaju żeńskiego na łamach niemieckiego Newsweeka (ale wydawanego w języku polskim), zaczął nawoływać do cenzurowania informacji o wydarzeniach w Niemczech, gdyż nie tylko w Kolonii doszło do zderzenia postępowej kultury lewackiej z kulturą z Południa. Takie informacje, to byłaby woda na młyn dla całej prawicy, która tylko czeka na takie wiadomości – wyjaśnił głupek polski – zawodowa feministka, wspierająca multi-kulti na łamach polsko-języcznego Newsweeka. Wniosek z tego przekazu jest jeden: Trzeba bez rozgłosu pozwolić wyhasać się zdrowym i młodym wyznawcom Proroka, których przecież zaprosiła do Niemiec sama Angela Merkel ! Natomiast kobietom, które nie zamierzają brać udziału we „współżyciu kultur” (jak to okresliła Merkel) zaleca się chodzić w grupach i na odległość wyciągniętego ramienia od wyznawcy Proroka.

Za to już bez żadnej cenzury opublikowano w pro-niemieckich mediach wiadomość o ucieczce z Polski boksera Salety. Salecie bowiem tak obili mózg, że wybrał wolność w Tajlandii. A więc w kraju, gdzie władzę w 2014 roku przejęła junta wojskowa. Wiadomość o ucieczce Salety paradoksalnie najbardziej zaszkodzi planowi Angeli Merkel umieszczenia w Polsce 7 tysięcy imigrantów z Południa. Kto się bowiem zdecyduje na osiedlenie w kraju, gdzie panuje większy reżim niż w Tajlandii ? Tylko głupek kompletny…” (Kapitan Nemoniepoprawni.pl)

całość tu: Głupek polski po zderzeniu z PIS-em

„…I druga rzecz. Część Niemców nie akceptując medialnej propagandy zaczęła spontanicznie budować – wzorem polskiej prawicy – niezależny od głównego nurtu mediów drugi obieg. Dziś w niemieckim internecie nietrudno znaleźć memy z przekreślonym logiem ARD i ZDF. To wyraz sprzeciwu społeczeństwa. Media grały swoje, a ludzie wokół siebie widzieli co innego.

Niewygodnie dla władzy informacje i opinie zaczęły krążyć zwłaszcza po mediach społecznościowych. Być może nie jest to jeszcze poruszenie na miarę polskiego Trybunału Konstytucyjnego, ale ciosy zaczęły padać. W odpowiedzi rząd Merkel pod pozorem walki z „mową nienawiści” wymusił na Facebooku, Twitterze i Google podpisanie kontrowersyjnego porozumienia. Podejrzane posty mają być usuwane w ciągu 24 godzin, a sama procedura ma ruszyć lada dzień. Łatwo się domyślić, co przede wszystkim będzie usuwane.

Na koniec nie sposób nie postawić pod adresem niemieckich mediów kilku pytań. Jak nazwać solidarne milczenie mainstreamu, kiedy na policję zgłaszały się setki kobiet molestowanych i zgwałconych przez mężczyzn „o wyglądzie wskazującym na pochodzenie z krajów arabskich lub Afryki Północnej”? Co takiego się stało, że te media milczały? Dlaczego milczały tak długo? Dlaczego dopiero masowe pojawienie się pokrzywdzonych kobiet na policji doprowadziło do ujawnienia tych informacji w mediach? Czy spóźniona reakcja mediów wynikała z nacisków władz państwowych, dla których gwałty w Kolonii są ostatnią rzeczą, na którą czekały? Pytania te są istotne, bo w gruncie rzeczy dotyczą powrotu cenzury, a tym samym stanu niemieckiej demokracji…” (Krzysztof Kunertwpolityce.pl)

całość tu: Nokaut dziennikarstwa w Niemczech

„…Ktoś nie poświęcający wiele uwagi otaczającemu go światu, zadowalający się potocznym wyobrażeniem postępu, demokracji i ogólnie pojmowanej „europejskości”, może się zdziwić – no, jak to możliwe? To tysiąc bandziorów szaleje po niemieckich miastach, rozpędzając bez wysiłku zniewieściałą policję, i bezkarnie gwałci oraz rabuje niczym Armia Czerwona po 1945 – i nic o tym nie mówią w telewizji, nie piszą w gazetach? No, przecież to Zachód, przecież wolność słowa, przecież nie ma tam cenzury?!
„Oj, naiwny, naiwny, naiwny, jak dziecko we mgle…” – chciałoby się zaśpiewać piosenkę ze starego kabaretu. Nie, media niemieckie wcale nie są wolne, rzetelne ani uczciwe, i co więcej, nie odbiegają pod tym względem od średniej europejskiej. Dla człowieka, który choć trochę interesował się w ostatnich latach sprawami publicznymi, to żadne odkrycie.
Ukrycie głęboko pod suknem takiego niusa, jak sylwestrowe napaści, nie jest żadnym precedensem. A czy zanim załamała się gospodarka Grecji, mógł się przeciętny Europejczyk dowiedzieć z gazet lub telewizji o nadchodzącej katastrofie, choć fachowcy widzieli ją już kilka lat wcześniej? Czy dotarły do niego jakiekolwiek wątpliwości co do wspólnej waluty? Czy jest uczciwie informowany o rzeczywistym wpływie ludzkiej działalności na klimat i o tym, kto i jakie biliony dolarów zarabia na rzekomej walce z ociepleniem? Czy mógł sobie kiedykolwiek na ten temat wyrobić własne zdanie?
Nie, w tych sprawach i w dziesiątku innych obywatel Zachodu poddany był i jest propagandowemu praniu mózgu dokładnie tak samo, jak obywatel PRL – karmiony dzień po dniu obrazami spuszczanej surówki, terkoczących na polach traktorów, kwitnącego dobrobytu i zadowolonych włókniarek (w latach siedemdziesiątych) albo, odwrotnie, wizjami szalejącego na ulicach bandytyzmu, chaosu i nędzy wywołanej ciągłymi strajkami rozwydrzonej „ekstremy Solidarności”, gdy ta sama telewizja urabiała grunt pod stan wojenny.
Rozciągnięcie tej samej medialnej osłony na cios imigracyjnym młotem, którym europejska oligarchia chciała skruszyć państwa narodowe, zwłaszcza w środkowej Europie, było może tym jednym krokiem za daleko. Euro czy klimat nie mogą prostemu obywatelowi dać po mordzie, a „uchodźcy” jak najbardziej, co sprawiło, że teraz nawet najgłupszy przeżuwacz medialnej papki odczuć musiał jakimś dyskomfort. Inna sprawa, czy na długo. Media w Europie pozostają wciąż w pewnych rękach i na pewno włożą wiele wysiłku w odbudowanie instynktów baraniego stada, dyrygowanego sprawnie z gabinetów polityków i szefów ponadnarodowych korporacji…” (Rafał Ziemkiewicz)

całość tu: Wymacane Niemcy, wymacana wolność słowa.

podobne: Śmierć ojczyzny czyli… Francuzi już nie są u siebie. Terroryści “ubogacili kulturowo” Paryż. Rzeź dopiero nastąpi? i to: miarka: „Lewacki bałagan w wartościach” czyli pułapki tolerancji w wykonaniu lewicowym. polecam również: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki?

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Kryzys demograficzny w Polsce. Czy „500 zł na dziecko” to polityka prorodzinna czy też marnowanie pieniędzy rodziny?


„…Problemów demograficznych nie rozwiąże samo prowadzenie kosztownej, chociaż często nieudolnie realizowanej polityki prorodzinnej. Charakteryzuje się ona bowiem brakiem spójności i koordynacji działań oraz stosowaniem nieodpowiednich „narzędzi”. Często więc pomoc ze strony państwa nie trafia do wielodzietnych rodzin, które najbardziej potrzebują tej pomocy. Przykładem mogą być ulgi na dziecko, z których korzystało w 2013 roku w pełni 76% rodzin z jednym dzieckiem, 68% z dwojgiem dzieci i już tylko 31% tych wychowujących troje lub więcej dzieci [13]. Innym przykładem jest becikowe oraz świadczenia na wspomaganie matek samotnie wychowujących dzieci, których samotność jest często fikcyjna. Ponadto niż demograficzny powoduje, że inwestycje w żłobki i przedszkola okazują się często nietrafione. Młodzi ludzie, którzy nie mają stabilnej pracy i godziwego wynagrodzenia, po prostu nie chcą mieć dzieci. Aby rozwiązać obecne problemy demograficzne należy więc jak najszybciej doprowadzić do radykalnego zmniejszenia bardzo wysokich w naszym kraju kosztów pracy. Są one bowiem głównym czynnikiem powodującym spadek dzietności w Polsce. Gdyby bowiem pracownik otrzymywał na rękę tyle, ile ze wszystkimi obciążeniami jego pensja kosztuje pracodawcę, to z powodzeniem mógłby utrzymać żonę i dwójkę dzieci, bez konieczności wysyłania żony do pracy i bez korzystania z różnych zasiłków z tytułu posiadania dwójki i więcej dzieci.

…Do młodych, w sporej części bezrobotnych, nie bardzo przemawiają argumenty o szybko starzejącym się społeczeństwie i groźbie deficytu za 20–25 lat rąk do pracy i załamania się systemu emerytalnego. Odnoszą się oni także dosyć obojętnie do niepokojących prognoz dotyczących spadku o 7 mln liczby Polaków w 2060 roku i raczej nie przejmują się jeszcze dramatycznie pogarszającą się strukturą demograficzną ludności naszego kraju. O ile bowiem w 1960 roku żyło w naszym kraju 7 mln dzieci w wieku do 10 roku i tylko 200 tys. osób powyżej 80 roku życia, to w 2060 roku dzieci będzie zaledwie 2 mln, a osób powyżej 80 roku życia aż 4 mln. Postępującego starzenia się polskiego społeczeństwa nie da się powstrzymać nawet poprzez prowadzenie bardzo szczodrej polityki prorodzinnej. Nie ma obecnie „cudownych recept na dzieci” [14]. Obok czynników materialnych, związanych z brakiem pracy oraz przede wszystkim brakiem perspektyw na uzyskanie dobrze płatnej pracy umożliwiającej zakup na kredyt mieszkania i zapewnienia godziwych warunków bytu swojej rodzinie, dzietność hamują także czynniki socjologiczne.

Coraz większa liczba kobiet korzysta z wolności wyboru między posiadaniem i nieposiadaniem dzieci. Coraz więcej też kobiet w wieku rozrodczym podejmuje pracę i odkłada na późniejsze lata założenie rodziny. Wreszcie spora część kobiet nie chce rodzić dzieci, bo stanowi to dla nich duże obciążenie psychiczne. W takich krajach jak Polska, a także w „prorodzinnej” Francji, większość obowiązków związanych z posiadaniem dzieci nadal spoczywa na kobietach. Nie można więc mieć pretensji do wielu kobiet, że nie chcą pomagać w zwiększaniu przyrostu naturalnego kosztem swoich karier zawodowych i życia osobistego. Wielu potencjalnych rodziców przestaje się także łudzić tym, że dzieci zmienią ich życie na lepsze. Dzieci dają szczęście, ale tylko do 6. roku życia. Pomimo faktu, że dzieci są przez Polaków wymieniane na drugim miejscu jako warunek udanego i szczęśliwego życia, to w praktyce te oczekiwania nie sprawdzają się, co szczególnie jest widoczne, kiedy dziecko rośnie. Wyniki badań socjologów z Instytutu Maxa Plancka potwierdzają fakt, że krzywa szczęścia rodziców radykalnie spada po ukończeniu przez dziecko kilku lat [15].

Minęły już czasy, kiedy w rodzinie liczyła się każda para rąk do pracy. Nie mają więc obecnie większego wpływu na liczbę posiadanych dzieci tzw. względy ekonomiczno-praktyczne. Coraz mniejsze znaczenie odgrywają też w wielu rodzinach względy emocjonalne, chęć przedłużenia życia poprzez przekazywanie swoich genów, wzrost statusu społecznego poprzez posiadanie większej liczby dzieci itp. Potencjalni rodzice, z wyjątkiem rodziców w niektórych krajach azjatyckich, nie decydują się na posiadanie dzieci głównie dla zabezpieczenia swoich potrzeb na starość. Model ten od wielu już lat nie sprawdza się w krajach europejskich, gdzie to nie dzieci pomagają starszym rodzicom, lecz najczęściej to rodzice pomagają dorosłym dzieciom. Z roku na rok w Polsce, przybywa dorosłych dzieci, często grubo po trzydziestce, którzy nadal mieszkają ze swoimi rodzicami i pozostają na ich utrzymaniu. Według danych GUS od 2005 roku liczba takich „wiecznych dzieci” zwiększyła się o 700 tys. W 2012 roku ze swoimi rodzicami mieszkało 44,5% młodych ludzi w wieku 25–34 lat (2,8 mln). Było to 8% więcej niż w 2005 roku [16]. Przyczynami tego stanu rzeczy jest słaba koniunktura gospodarcza w naszym kraju i brak pracy. Młodzi ludzie nie mogą się usamodzielnić, gdyż zdobycie pracy na etacie jest obecnie w Polsce zjawiskiem graniczącym z cudem. Na jedną ofertę zatrudnienia przypada bowiem średnio w kraju ponad 60 bezrobotnych, a w niektórych województwach nawet ponad 100. Jest to oczywiście wielkość „uśredniona”. Coraz częściej bowiem o jedno wolne miejsce pracy ubiega się nawet kilkuset bezrobotnych. Dotyczy to szczególnie tzw. stabilnych miejsc pracy w sferze budżetowej (na pełnym etacie) lub w spółkach skarbu państwa. Należy zaznaczyć, że bardzo wielu młodych ludzi pracuje znacznie poniżej swoich kwalifikacji za minimalne wynagrodzenie i to często na podstawie umowy na czas określony. Szacuje się, że na takich umowach pracuje już w naszym kraju prawie jedna trzecia młodych ludzi. Nic więc dziwnego, że mają oni ogromne trudności z uzyskaniem kredytu na zakup własnego mieszkania i siłą rzeczy zmuszeni są do mieszkania u rodziców. Taka sytuacja działa odstraszająco na potencjalnych rodziców, którzy coraz częściej odkładają decyzję o posiadaniu dzieci lub w niezbyt na szczęście jeszcze licznych przypadkach całkowicie rezygnują z ich posiadania.

Dzieci zapewniają swoim rodzicom różnorakie przeżycia i emocje, często z przewagą tych negatywnych, co niezbyt dobrze wpływa na samopoczucie szczególnie starszych rodziców, którzy chcieliby spędzić jesień swojego życia w spokojniejszym otoczeniu. Tego rodzaju doświadczenia zniechęcają także potencjalnych rodziców do posiadania większej liczby dzieci. Coraz częstszym więc wyborem jest posiadanie tylko jednego dziecka. Trzeba więc liczyć się ze stopniowym zmniejszaniem się populacji, co już ma miejsce w wielu krajach gospodarczo wysoko rozwiniętych. Łatwiej wtedy będzie można zapewnić mniejszej liczbie ludności edukację i opiekę zdrowotną na najwyższym poziomie oraz stymulować rozwój nowoczesnej gospodarki zapewniającej wysoko produktywne i dobrze płatne miejsca pracy. Samo więc skłanianie potencjalnych rodziców do posiadania możliwie jak największej liczby dzieci nie zawsze i nie w każdym kraju prowadzi tylko do pozytywnych następstw i wzrostu dobrobytu zarówno rodziców jak i dzieci. Czasami więc ograniczenie tempa przyrostu naturalnego, szczególnie w krajach biednych, mających problemy z wyżywieniem swojej ludności, odziedziczą więcej po swoich rodzicach i będą żyć w mniej „zatłoczonym” świecie.” (Adam Gwiazda: Kryzys demograficzny w Polsce)

„…Pomysły sypią się jak z rękawa; ulgi podatkowe, karty rodzin wielodzietnych, dłuższe urlopy macierzyńskie, na każde dziecko tysiąc złotych wypłacane co miesiąc aż do pełnoletniości, a teraz program 500+

…słyszymy nieustannie, że dzieci są potrzebne, bo nie będzie miał kto na nas pracować. Nic, ani słowa o tym, że dziecko jest wartością samą w sobie. Dzieci to, owszem, obowiązki, kłopoty, trudności, ale dzieci to przede wszystkim radość, miłość, realizacja samego siebie. I tu chyba jest klucz do całego problemu.

Naturalną rzeczą było do niedawna, że kobieta i mężczyzna nie czuli się spełnieni bez swojego potomka. Każdym z nich kierowały inne powody, inne przesłanki, ale posiadanie dziecka dopełniało ich samych i ich jestestwo. W tej chwili ta paleta możliwości jest znacznie większa, ale też i akceptowalna. Nikogo już nie oburza związek dwóch osób, które nie posiadają dzieci. Nacechowane negatywnie pojęcia, takie jak „stara panna” czy „stary kawaler” praktycznie wyszły z użycia. By zaspokoić swoje „ja” albo jak kto woli, ID, można się realizować w pracy, działalności społecznej i na wielu innych płaszczyznach. Potomek nie determinuje już tego, czy „coś po sobie pozostawimy”, co zdaniem kulturoznawców stanowi podstawę wszelkiej działalności człowieka. Jako człowieczeństwo, jako ludzie zatracamy naturalną potrzebę posiadania dzieci, które są naturalnym przedłużeniem naszego życia. Ważniejsze stają się kwestie, które można sprowadzić do pojęć mówiących o samorozwoju, osiągnięciu określonego statusu społecznego i materialnego, zaspokojeniu potrzeb emocjonalnych, egzystencjalnych i wszelkich innych. Dzieci w tych pojęciach nijak się nie mieszczą. Pochłaniają czas, naszą uwagę, każą rezygnować z tak pojmowanego siebie…

…Jesteśmy właśnie świadkami zmiany kulturowego wymiaru naszej rzeczywistości. Takiego, który nakreśla nową epokę oraz nowe postrzeganie dzietności, związków i rodziny.

Bronisław Malinowski, opisując obowiązujący jeszcze nie tak dawno model życia społecznego, zauważał, że „dzieci muszą zawsze zwrócić w późniejszym życiu to, co otrzymały wcześniej. Sędziwi rodzice są zawsze na utrzymaniu swych dzieci, zwykle żonatych chłopców. Dziewczęta, wychodząc za mąż, często wnoszą swym rodzicom jakiś rodzaj wynagrodzenia, a potem nadal im pomagają i opiekują się nimi”. Prawda, że takie podejście wydaje się dziś archaiczne? A obowiązywało jeszcze nie tak dawno. Tyle że w wielu kwestiach, głównie tych materialnych, odpowiedzialność przerzuciliśmy na państwo. System emerytalny to, owszem, wielka zdobycz cywilizacyjna. Nikt jednak chyba nie myślał, że tak bardzo wpłynie to na status rodziny, konieczność posiadania dzieci jako polisy na życie, funduszu emerytalnego i zabezpieczenia trwałości nazwiska. Gdy pracujemy, pieniądze regularnie odkładamy na konto, prowadzimy bogate i rozległe życie towarzyskie i osiągamy sukcesy, to wizja starości bez wnuków nie jest wizją katastrofalną.

Dlatego bez zmiany myślenia, mentalności i podejścia do samych siebie żadna inicjatywa polityczna nie zmieni tego, że Polacy (zresztą nie tylko) coraz rzadziej decydują się na dziecko. Jeśli brać pod uwagę tylko względy ekonomiczne, logistyczne i techniczne, to nigdy nie ma dobrego czasu na to, by zdecydować się na dziecko. Ono w takich uwarunkowaniach zawsze jest nie w porę…” (Marek Kacprzak)

całość tu: „Dzieci rodzą się z miłości, nie z pieniędzy. I tym bardziej nie dla pieniędzy”

„Po wprowadzeniu rządowego programu Rodzina 500+ trudno znaleźć na ten temat krytyczny artykuł w katolickiej prasie. Ku mojemu zaskoczeniu tylko dwóch polityków znajdujących się po przeciwnej stronie sceny politycznej, Janusz Korwin-Mikke i Ryszard Bugaj (były przewodniczący Unii Pracy), ma odwagę mówić otwarcie o ubocznych skutkach moralnych tego projektu. Obaj obawiają się, że część wielodzietnych rodzin może przeznaczyć te pieniądze na alkohol.

Jest to bardzo realne zagrożenie, ale na myśli mam zupełnie coś innego. Program Rodzina 500+ stawia w niebezpieczeństwie ludzką wolność, a życie rodziny i dziecka zostaje uprzedmiotowione. Rządowy program jest brutalnym wejściem w najbardziej intymną sferę ludzkiego życia. Interwencjonizm państwowy w kontekście kryzysu imigracyjnego w Europie nie tylko dzisiaj nakazuje nam, kogo mamy u siebie przyjąć w własnym domu, ale za pieniądze podatników chce wpływać również na kształt naszych rodzin.

Ku mojemu zaskoczeniu w prasie katolickiej widzę zupełny brak teologiczno-moralnej oceny rządowego programu. Czy każdy człowiek nie ma prawa do tego, aby urodzić się w sposób godny, w wolnym „akcie miłości rodziców”, a nie dlatego że w dalszej perspektywie pojawia się rodzinny zasiłek?… 

Człowiek jest potraktowany jako niezdolny do wzięcia własnego życia we własne ręce i już w punkcie wyjścia pozbawiony jest ludzkiej godności. Ile jeszcze upłynie czasu, aby teologowie zrozumieli, że taki warunek spełnia tylko płaca wolnorynkowa, gdyż tylko ona ma w pełni charakter osobowy, ponieważ każdemu przysługuje prawo do rozporządzania własnymi zdolnościami i siłami.

„Świat bez wolności w żadnym przypadku nie jest światem dobrym”. To jest cytat i bynajmniej nie pochodzi on z książek Ayn Rand. Tak o wolności w swojej encyklice o nadziei Spe salvi pisał papież emeryt Benedykt XVI.” (Ks. Jacek Gniadek)

całość tu: Dziecko – najmniejsza mniejszość

więcej na ten temat w krótkim wykładzie Pana Konrada z Podziemna TV: Robią nas w konia: Pierwsze oszustwo nowego rządu PiS – 500zł na dziecko #138 i tu: Robią nas w konia: Minister rządu PiS o „Rodzina 500 plus” – uczciwy vs cyniczny rząd #143

Polecam również rzeczowa krytykę programu „500+” popartą analizą skutków podobnych programów „prorodzinnych” wprowadzanych przez POprzedników obecnej „dobrej zmiany”: Rafał Wójcikowski (Kukiz’15) zmasakrowanie programu 500 plus i to: Rafał Wójcikowski (Kukiz’15) zamiast 500 plus – przestać odbierać ludziom pieniądze!

…krótko – 500 zł na dziecko nie spadnie z nieba ale zostanie odebrane właśnie najbardziej „kreatywnym” rodzicom, bo pracującym na to żeby m.in. wychować i wykształcić swoje dzieci. To nie jest żadna polityka prorodzinna a zwykła redystrybucja zabranych wcześniej (właśnie rodzinom!) pieniędzy po to by opłacić w pierwszej kolejności urzędników którzy będą się zajmować „rozdawnictwem”, a to co zostanie przekazać tym wśród których nie zabraknie roszczeniowych dzieciorobów bez pomysłu na życie, by mogli dorzucić do rachunku podatników kolejny zasiłek i żyć na koszt m.in. tych, którzy przez kolejne obciążenie „socjalne” (będące oczywistym marnotrawstwem), być może nigdy nie założą własnej rodziny. Z tych pieniędzy nie urodzą się „nowe” dzieci. Zostaną one skonsumowane na bieżące potrzeby rodzin które sięgną po ten zasiłek wyłącznie po to, by ulżyć bieżącej trudnej dla nich finansowo sytuacji. Podstawowy cel – wzrost dzietności by zwalczyć kryzys demograficzny, z całą pewnością nie zostanie zrealizowany… (Odys)

podobne: Polityka prorodzinna okiem libertarianina, czyli „Bez retuszu” 5.07.2015. NIK „w Polsce polityka prorodzinna praktycznie nie istnieje”. oraz: O tym jak państwo „opiekuńcze” zamiast pomagać jednostkom zubaża całe społeczeństwo. i to: Ministerstwo daje i zabiera… biednym. Wzrost wydatków budżetowych na KRRiT oraz inne urzędy i kancelarie. Na wcześniaków pieniędzy nie ma (przestępcza działalność NFZ?) a także: „Czy się stoi czy się leży” (nowy program dla młodzieży) czyli… „Pierwsza (i ostatnia) praca” za pieniądze zabrane… pracującym. Adam Wielomski: Bezsens polskiej polityki demograficznej polecam również: Polska krajem neokolonialnym. Samoobrona rodzinna (Panel dyskusyjny XII Kongresu Konserwatywnego). i jeszcze: Prawdziwy mężczyzna – gatunek na wymarciu. oraz: Czy liberalizm nas zabije? Nawet gdyby chciał to nie zdąży, bo wcześniej wykończy nas socjalizm czyli… „Polityka społeczna” (dla głupców).

I kolejny materiał godny wysłuchania: Samoobrona rodzinna. Panel dyskusyjny XII Kongresu Konserwatywnego

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki?


„[…] najwyższą niemoralnością dla człowieka kulturalnego jest przystosowanie się do przeciętnego poziomu swej epoki.” (Oscar Wilde)

„…Często i poetyzowanie i retoryka łączą się z pewnym doktrynerstwem, podporządkowaniem sztuki z góry powziętej tendencji przedstawienia czegoś poetycko i artystycznie gwoli pewnemu parti pris, np. gloryfikowaniu maszyny, bo symbolizuje nowoczesność. Te formy nieszczerości wewnętrznej i upadku prawdziwej twórczości w sztuce sygnalizują nam utajone rozdwojenia wewnętrzne, ale na ich tle czy jako dalsza tego konsekwencja pojawia się perwersyjne „odwracanie wartości” gwoli pewnemu parti pris – doktrynom prądów rozkładowych. Gdy, jak tak często ostatnimi czasy się zdarzało, poezja gloryfikuje homoseksualizm – każdy normalny człowiek wyczuje w tym perwersję, ale tam, gdzie w grę wchodzi wartościowanie subtelniejsze – poezja anarchizuje i wywraca na opak nasz świat wartości całkiem niepostrzeżenie.

dostojeństwo nadaje człowieczeństwu wartość wewnętrzna, uznana za jego istotę – nie odwrotnie i człowieczeństwo byle jakie nie jest jeszcze wartością. A istniał i rozpowszechniony jest do dziś ten „łatwy humanitaryzm” czyniący z wszystkiego wartość tylko dlatego, że jest ona ludzką. Ten niwelujący humanitaryzm jest już bliski gloryfikowania wszystkiego, nawet tego, co „ludzkie, arcyludzkie”, i nieznacznie przechodzi do podporządkowywania wyższych nawet wartości tym ludzkim i arcyludzkim dlatego… że są ludzkie. Ten humanitaryzm przejawił się i w tym określonym rodzaju pacyfizmu, którego treścią moralną była teza nihilistyczna: nie ma takiej rzeczy, dla której warto umierać…

…Rzekomo przezwyciężyło się sztukę tendencyjną dopiero w dzisiejszych czasach triumfu czystego artyzmu. Jest właśnie akurat odwrotnie: tendencyjność, doktrynerstwo przeżera dzisiejszą sztukę – jak nigdy chyba…

Po to teoretycznie głosiło się, że artyzm jest wszechmocny, żeby można było poetyzować byle co. Po to głosiło się, że temat nic nie znaczy, żeby wierząc lub nie wierząc w to, świadomie lub nieświadomie gloryfikować pustkę, płytkość, lub wartości ujemne… 

…Poetyzujący dekadent poczucie wszechwładzy swej nad światem zasadza na tym, żeby kimkolwiek będąc, wszystko móc artystycznie przedstawić. I im obojętniejszy lub dalszy od wartości temat, tym większą zdawała się być ta wszechwładza. Stąd ten paradoks: tym większy poeta im dalszy od wszelkich wartości świat może opromienić poezją, tym większy – im dalszy od natchnienia i z większą dowolnością to robi!

To było tło, to były „koniunktury”, można było pod władzą rozpowszechnionych doktryn „brązować”, odwracać wartości a rebours, potęgować rozszczepienie i rozkład, dając mu wyraz i sankcję piękna. Taki jest sens hasła: czysty artyzm „może wszystko”. Tak, wszystko, nawet to, o czym nie wie! Dlatego właśnie czysty artyzm został ubóstwiony, że to było niezbędną formą ujścia sił… które poza nim stały.

A skoro czysty artyzm „może wszystka” – to nie gorsza jest „czysta” metodyczność naukowa i nie gorsza „czysta” polityka. Usiłowały też nieraz dowieść, że… wszystko jest na odwrót i wbrew rozsądkowi. Więc niektórzy freudyści „dowodzili”, że moralność i podporządkowanie się wartościom wiedzie do zakłamania i choroby i na tej zasadzie już w każdym akcie moralnym wietrzyli perwersję i wmówienie. Dość było uznać pewną metodę zdobywania prawdy za jedynie naukową, by odmówić miana prawdy – prawdom zdobytym na innej drodze, a potem już „dowieść”, że sztuka nie może zawierać prawd. Sofistyka kwitnie…

…Najpospolitsze doktryny, przesądy i dogmaty przybierają szaty naukowych pewników, a fakty, dowody i rozważania naukowe zwalcza się wzgardą, szyderskim epitetem i wszelkimi względami ubocznymi jako „nienaukowe”…

…Destrukcyjne te dążenia działają szczególnie silnie dzięki niezwykłej podatności na sugestię psychiki dzisiejszego człowieka z jednej – agresywności sugerujących z drugiej strony. Pierwszy z tych czynników tłumaczy się stosunkowo bardzo łatwo. Niesłychanie szybkie i gwałtowne przemiany form życia rozszerzyły możliwości niemal i w nieskończoność. Tyle rzeczy niemożliwych stało się faktem, że ludzie gotowi są wierzyć w rzeczy mało prawdopodobne. Niwelacja osobowości pod presją ciężkich warunków gospodarczych, mechanizacji pracy, biurokratyzmu, przymusu państwowego, zubożenie życia duchowego i umysłowego stanowi grunt podatny dla wszelkiej presji z zewnątrz. A chaos i rozbieżność dążeń, upadek form i tradycji zrobił z ludzi plastyczną masę. Ci którzy przyjmują istnienie specjalnych instynktów stadnych, mogliby zapewne mówić o dzisiejszym ich rozbudzeniu, o tendencjach do życia w tłumie i podleganiu sugestii tłumu.

Podatność na sugestie przejawia się między innymi w fetyszyźmie słów, ciekawym zjawisku psychologii tłumu, dzięki czemu słowa-straszaki, jak np. totalizm, faszyzm, zastępują argumenty

Moda w najszerszym tego słowa znaczeniu nabrała siły demonicznej dzięki temu, że stała się bożyszczem parweniuszów. A stała się bożyszczem i tabu, bowiem trzymanie się jej kurczowe to sui generis legitymowanie się parweniuszów przynależnością do elity umysłowej. Skoro być „postępowym” i „nowoczesnym” to tyleż co należeć do elity umysłowej, więc wszystko, co niosą prądy, trzeba natychmiast przyswoić sobie, obwarować się tym i walić po łbie resztę – odpychać ich od zajętych stanowisk jako barbarzyńców lub zacofańców. Stąd też ta bezwzględność i fanatyzm neofitów, świeżo ochrzczonych na wiarę idei rozkładającej się burżuazji.Utwierdza ich w przekonaniu, że to, w co uwierzyli, jest nowe – fakt, że dla nich, to co przyjęli, było nowością i odkryciem! Wątpliwości nie mają, bo te nowe prądy, którymi nasiąkli, są jedyną ich wiedzą (wszak panował antyhistoryzm!).

Wierzący w coś z własnego przekonania pragnie i innemu do przekonania trafić – ale wierzący w mus jakiś idący z zewnątrz chce, żeby inny człowiek ugiął się przed musem: stąd ta terrorystyczna agresywność w propagandzie. Jest to nienawiść ślepych niewolników do tych, co nie chcą uznać musu, do tych, co sami z siebie chcą wierzyć. Terror narzucania – to właśnie jedyny wyraz ich credo.

Potworna karuzela: skaczą ludziska na „awangardowo” pomalowane koniki i z wściekłością ćwiczą… swoich sąsiadów: oni to winni, że koniki postępu kręcą się w kółko nie mogąc niczego wyprzedzić. Winni ci, co nie chcą uznać musu! A przy tym wciąż i wciąż działa jeszcze wiara w automatycznie działający postęp. Słuszność sądu Brzozowskiego, że najgorszym rodzajem klerykalizmu jest tzw. polska myśl postępowa, jest aż nadto oczywista. Bierna masa tzw. inteligencji i pseudointeligencji oszołomiona kalejdoskopem gwałtownych przemian demonizuje i automatyzuje wszelkie silniejsze prądy…(Stefan Kołaczkowski)

całość tu: „O niewidzialnym terrorze i idei przełomu” [1938]

podobne: „Muza nie żyje”: Kiedy sztuka jest wyrazem wysokiej kultury? „Jezus wyszydzony”: Zmaganie się o duszę tego świata. oraz: Śmierć i dziewczyna” czyli… Socjal Demokracja jako sztuka dymania podatnika. Czas skończyć z „coolturą” za publiczne pieniądze. i to: „Nie ma ludzi” i Kisiel wbrew Kotarbińskiemu czyli… bardzo konkretne skutki społeczne religii, moralności, cnoty i nacjonalizmu.

„Jednym z kluczowych aspektów kulturowego marksizmu jest postmodernizm:

Postmodernizm stoi w opozycji do cywilizacji, w szczególności cywilizacji Zachodu, i w opozycji do prawdy, że społeczeństwo posiada zaakceptowaną prawdę absolutną. Mogą to być prawdy religijne bądź moralne, z którymi większość postmodernistów się nie zgadza i które usiłuje zdyskredytować długoterminowo (długi marsz przez instytucje) w celu ponownego ukształtowania myśli i „ludzkiej świadomości” w przeciw-Narodowe, przeciw-religijne, przeciw-rodzinne, przeciw-płciowe i przeciw-tożsamościowe poglądy…

Widzi Zachodnią cywilizację jak tą w wojnie i cierpieniu i nigdy nie postrzegają jej jako cywilizacji, która dała tak wiele światu w nauce, technologii, medycynie, odkryciach, eksploracji przestrzeni kosmicznej, sztuce, muzyce, etc… 

Poczucie lojalności i obowiązku wobec swego Narodu, kultury, naszej religii jest widziane jako bycie przez ludzi prezentujących te przymioty ofiarami okoliczności, tzn. postmodernizm wierzy, że jest to system, do którego ludzie się rodzą i nie mają wyboru w decydowaniu za samych siebie. Więc ktokolwiek, kto jest religijny lub patriotą podpiera to „represyjne” społeczeństwo w oczach postmodernistów. Dla postmodernisty wszystko jest społeczną konstrukcją, tzn. nie jest prawdziwe.

Ludzie mają wolność wierzenia w Boga jeśli tak sobie życzą, ale postmoderniści nie uznają tego indywidualnego wyboru, lecz raczej używają go do realizowania swoich rewolucyjnych zamiarów. To samo tyczy się do ich buntowniczej postawy wobec Narodów, kultury, tradycji, rodziny i wszystkich podstaw zrodzonych z przed- i współczesnego świata. Widzą je jako przestarzałe i represyjne a siebie widzą jako mających indywidualne prawo, przez racjonalność i ludzki rozsądek, odrzucić te kulturowe normy na korzyść postmodernistycznych idei, które są rewolucyjne i w opozycji do wszystkich form religii (Chrześcijaństwa w szczególności), patriotyzmu, wartości rodzinnych i koncepcji dobra i zła.

Postmodernizm widzi świat z egalitarnego punktu widzenie. Wszystko powinno być równe i przez dekonstruowanie „starego” z „nowym”, w co jak wierzą ma nadejść. Ta fałszywa idea objawia się na wiele sposobów. Naród i jego kulturowa i etniczna tożsamość zostaną wykorzenione na rzecz świata bez granic, gdzie każdy jest taki sam i „równy”.

…Naturalne role płciowe mężczyzny i kobiety w powstającej się rodzinie są wyśmiewane i opisywane jako staromodne Chrześcijańskie zniewolenie kobiety i dzieci, uznawane że dzieci są lepiej wychowywane i edukowane poza środowiskiem rodzinnym. To miejsce, gdzie radykalny feminizm wkracza do gry i homoseksualnego porządku…

…Argumentują, że homoseksualność jest naturalna jak heteroseksualność i tak samo naturalna jak tradycyjna, bo tradycyjna rodzina jest konstrukcją społeczną i nie jest „prawdziwa”…

postmodernizm i kulturowy marksizm są dwiema stronami tej samej monety…

całość tu: Postmodernizm i kulturowy marksizm polecam również: Czym jest kulturowy marksizm؟ Imigracja, gender, język, polityczna poprawność

podobne: Stanisław Michalkiewicz: Czy uda się nam ocalić cywilizację łacińską, czy na jej gruzach zatriumfuje komunizm. i to: „Konwencja CAHVIO” i „Monaliza” czyli zamiast mniej to więcej przemocy w i na rodzinie. a także: O dzieciach krzywdzonych w imię POstępu i tolerancji polecam również: Michalkiewicz o porządkach rewolucyjnych wg. strategii bolszewickiej (na podstawie 6-cio latków i konwencji „CAHVIO”), oraz Szczureida (do Szczurospolitej) czyli… „wolność” w postkomunizmie. i jeszcze: Pedofilia w Kościele. Ideologiczny raport Komitetu ONZ. Bezpardonowy atak marksizmu. oraz: „Egzamin z orgazmu” kontra „Wychowanie Seksualne w Rodzinie”. a także: miarka: „Lewacki bałagan w wartościach” czyli pułapki tolerancji w wykonaniu lewicowym.

Jak wychować społeczeństwo…

„…kołtun, w retoryce liberalnej lewicy, oznacza zwyczajnego człowieka. A zwyczajnego człowieka postępowcy nienawidzą, bo jest zadziwiająco odporny na księżycową ideologię. Blisko 30 lat intensywnej pracy nad stworzeniem posłusznego głupca, który dowolną zasuflowaną mu brednię uzna za własne intelektualne odkrycie, ciągle nie przyniosło lewicy spodziewanych owoców.

…Zachód, w odróżnieniu od Polski, okazał się znacznie bardziej podatny na inżynierię społeczną. Kto wie, może gdybyśmy nie trafili po wojnie pod sowiecki but, przypominalibyśmy dziś Hiszpanię, do niedawna katolicką i porządną, która próbuje dziś z gorliwością neofity udowodnić Europie, jak bardzo jest nowoczesna.

Choć i tam po legalizacji adopcji przez pary homoseksualne i usunięciu z języka urzędowego pojęcia ojca i matki (no bo jak stwierdzić, który z dwóch gejów jest mamusią?) wyborcy przegnali oszalałego premiera Zapatero, gdy ten postanowił nadać prawa człowieka szympansom.

Gdy życie doczesne staje się priorytetem i jedynym celem, wszystko to, co wcześniej kierowało człowiekiem – religia, moralność i tradycja – zostaje zastąpione przez mamonę. Na marginesie warto tu dodać, że niejeden polski leming, który w poszukiwaniu sukcesu wyjechał za pracą do wielkiej korporacji, stał się równie bezrefleksyjną ofiarą tego samego procesu.

W Europie awans społeczny też zrobił swoje, schlebianie różnym idolom hołoty: gwiazdom filmowym czy muzycznym, które oferowały publiczności zdjęcie własnego tyłka lub siarczysty bluzg do mikrofonu. Wszystko to było pożądane, bo „przełamywało konwencje”. Konwencje dobrego smaku, kultury, rozumu. A więc niszczyło te wartości, oddając je w ręce barbarzyńców.

Odcięciu Polski od pogoni za kasą sprzyjała wówczas nie tylko wszechobecna komunistyczna bieda, ale także silna pozycja Kościoła. W odróżnieniu od tak chwalonej od czasów Webera etyki protestanckiej katolicyzm zachował zdrowy dystans do bogactwa i przestrzegał w swoim nauczaniu przed dyktaturą mamony.

Tymczasem protestancka etyka pracy traciła stopniowo swój religijny charakter, stając się po prostu etyką chciwości. Ostatni gwóźdź do trumny wbili sobie sami zachodnioeuropejscy protestanci, pragnąc dopasować swój Kościół do nowych czasów i nadążać za postępowymi hasłami, a to wyświęcając kobiety, a to dopuszczając gejów do posługi duszpasterskiej, a to udzielając ślubów parom homoseksualnym.

Pragnienie podążania za kolejnymi fascynacjami wiernych doprowadziło ostatecznie Kościół protestancki do upadku. Bo po co komu Kościół, który nie stawia żadnych wysokich wymagań swoim członkom? Nic dziwnego, że zbory w niemal całej protestanckiej części Europy zamienione są dzisiaj w sklepy z pamiątkami. Wierni poszli zarabiać kasę i nie mają czasu na zabobony….

„Nowoczesność” to tyrania mniejszości, która narzuca większości swoją wolę. Instrumentem tyranów jest polityczna poprawność, która usuwa z przestrzeni publicznej wszystko to, co mogłoby podważyć władzę mniejszości.

Są tu grupy uprzywilejowane: osoby homoseksualne, feministki, antyklerykałowie wszelkiej maści, wyznawcy Kriszny, Brahmy, czarnej magii i kolorowych wielorybów, panie mające się za panów i odwrotnie, poprawiacze historii i literatury oraz przedstawiciele wszelkich ras i kultur, pod warunkiem że nie są biali i nie mają nic wspólnego z kulturą europejską. Słowem, konglomerat osób, które mogą mieć kłopoty z odnalezieniem się wśród zwykłych ludzi, otoczony troskliwą opieką lewicowych kapłanów.

Zwykli ludzie są w tym systemie akceptowani pod warunkiem, że narzucony im dyktat mniejszości uznają za własny, dobrowolny wybór. Nie wystarczy bowiem przyjąć „nowoczesności” jako historycznej konieczności, trzeba jeszcze się z nią utożsamiać i w nią wierzyć…

…Ściągani masowo do niskopłatnej pracy muzułmanie mieli być sojusznikami postępowców w walce z rodzimą reakcją. Ideologia multikulturalizmu, do której wciągnięto także Afrykanów, Azjatów i innych przybyszów z dawnych kolonii, mała rozmiękczyć chrześcijańską tożsamość Europy, sprawić, że pod zasłoną bogactwa różnych kultur uda się pozbawić zarówno Europejczyków, jak i imigrantów ich kręgosłupów.

Ten zamysł udał się w przypadku Europejczyków, co pokazuje tylko, w jak fatalnej kondycji znajduje się dziś cywilizacja zachodnia. Kompletnie za to zawiódł w przypadku imigrantów, zwłaszcza muzułmańskich. Jedyna nauka, jaką muzułmanie wyciągnęli z przymilnych uśmiechów lewicowych dandysów, była taka, że Zachód to pękające w szwach siedlisko zepsucia. I że niewiele potrzeba, aby się z nim rozprawić, zagarniając przy okazji całe jego bogactwo.

Dżihad islamistów to odpowiedź na próby modernizacji podejmowane przez postępowców na Bliskim Wschodzie i w Afryce. To również reakcja na słabość Zachodu. Islamiści są fanatykami, ale nie są na tyle głupi, aby rozpoczynać wojnę bez przekonania, że można ją wygrać. Wielu z nich, zwłaszcza Afrykanom, dodatkowo pomaga fakt, że Europejczycy biją się ciągle w piersi z powodu bezeceństw, których się dopuścili w czasach kolonialnych.

Oczywiście to prawda, ale największym bezeceństwem była paniczna ucieczka z kolonii i oddanie ich pod władzę satrapów, którzy doprowadzili swoje państwa do katastrofy. Wszystko to oczywiście pod postępowym hasłem walki z kolonializmem.

W rezultacie zamiast postępu Zachód boryka się z nieustającą imigracją. Imigracją, która nabija kabzę przemytnikom ludzi, bo przecież postępowa Europa nie może się uchylać od przyjmowania uchodźców, nawet jeśli ci gardzą Europą i szukają w niej tylko niezłej pracy.

Najazd uchodźców wyżłobił jednak rysę na postępowym obrazie Europy. Oto jak grzyby po deszczu zaczęły się w ostatnich latach pojawiać na Zachodzie partie protestu. Niemal wszystkie – od najdłużej działających, takich jak Front Narodowy we Francji, Partia Wolnościowa w Holandii czy Wolnościowa Partia Austrii, po te świeższej daty, jak Pegida w Niemczech – sprowadzają swoje hasła do jednego: zaostrzenia prawa azylowego i ograniczenia napływu imigrantów. Celem jest ochrona miejsc pracy, przywrócenie poczucia bezpieczeństwa oraz obrona przed islamizacją.

…Mimo że zachodnioeuropejski mainstream wrzuca te ugrupowania do jednego worka z nazistami i faszystami, próbując je w ten sposób wykluczyć z debaty publicznej, żadna z nich – może poza Frontem Narodowym – nie jest tak naprawdę partią prawicową.

Większość z nich to partie liberalne, które – jak Holendrzy z ugrupowania nieżyjącego już Pima Fortuyna – nie chcą, aby jacyś zasmarkani muzułmanie, Polacy czy inni Murzyni psuli ich otwarte i tolerancyjne państwa.

Brzmi absurdalnie? Owszem, ale taka jest ideologia tych partii. Chcą otwartości i tolerancji, ale tylko we własnym, ekskluzywnym, zachodnioeuropejskim sosie.

Sam Fortuyn został zamordowany w 2002 roku przez niejakiego Volkera van der Graafa. Morderca, działający jako aktywista na rzecz praw zwierząt, uzasadnił zamach stwierdzeniem, że Fortuyn „traktował muzułmanów jak kozły ofiarne”, co – jak można wnioskować – mogło w jego mniemaniu urągać również kozłom.

Tak czy owak Fortuyn był niedoszłym komunistą i zdeklarowanym gejem. Z prawicą, podobnie jak wielu innych liderów tego typu partii, nie miał nigdy nic wspólnego.

Jorg Haider, również nieżyjący już lider Austriackiej Partii Wolnościowej, był synem nazisty, zwolennikiem idei pangermańskiej i zaciekłym antyklerykałem.

Lutz Bachmann, szef Pegidy, to urodzony w NRD syn rzeźnika. Był dilerem narkotykowym oraz właścicielem klubu nocnego.

Biografie i poglądy liderów zachodnich partii protestu wskazują, że Europa, pomimo narastającego sprzeciwu wobec establishmentu, nie wraca do korzeni. Przeciwnie, postępowa ideologia rodzi nowe dzieci. Pełne ksenofobii, rasizmu, ale za to wolne od religijnych czy obyczajowych przesądów. Można się zastanawiać, czy nowa antyimigrancka rewolta obali dotychczasowy reżim, ale nie należy się raczej po niej spodziewać chrześcijańskiego miłosierdzia.

…jedynie przekonanie o sile wyznawanych wartości może stanowić skuteczną tarczę przed obcymi kulturami. Dopiero wtedy, gdy zapewnione jest wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa, staje się możliwe miłosierdzie wobec naprawdę potrzebujących pomocy.

Takiego bezpieczeństwa nie zapewnią nam z pewnością kapłani fałszywej religii z ich ciągle powtarzaną mantrą o otwartości i tolerancji. Zwłaszcza że za ich plecami kryje się już zgraja liberalnych mini-Hitlerków czekających na okazję, aby tę otwartość i tolerancję ograniczyć wyłącznie do narodów wybranych.” (Konrad Kołodziejski)

źródło: rp.pl polecam również: Współczesna Edókacja i Poprawność Polityczna – napisy PL

„…Ci ludzie nie wierzą w żadnego Boga. Tych ludzi wcale nie interesuje zbawienie, nie chcą nikogo nawracać. Oni wierzą tylko w nieograniczoną totalną władzę, którą dla siebie i sobie podobnym chcą zdobyć. Ich świątynie to punkty i platformy wymiany i pomnażania pieniądza, banki i giełdy zarządzające rozmnażającą się biurokracją, która ma kontrolować podległą populację. Oni imitują raka, dlatego normalnym ludziom tak trudno w porę rozpoznać ich cele i intencje.

Oni realizują swój program stwarzając kryzysowe sytuacje, aby następnie ofiarować nam pomoc, której przyjęcie stopniowo pozbawi nas zdobytych zasobów, wolności i wreszcie naszej tożsamości. Gołym okiem widać też, że właśnie te siły destabilizują świat islamu używając go w pierwszym rzędzie do zniszczenia chrześcijaństwa na Bliskim Wschodzie.

Ci spiskowcy uchodzą zwykle za mecenasów uciśnionych mniejszości i do perfekcji opanowali sztukę zawłaszczania zasobów większości, oraz konfliktowania jednych grup przeciwko drugim, bez znaczenia czy są to grupy gender, mniejszości narodowe, religijne, rasowe, a nawet wiekowe. Oni w sposób widoczny może nie niszczą fizycznie pomników historii jak ISIS, oni są znacznie groźniejsi. Niszczą stopniowo wyznawane przez nas wartości, na których opiera się przez wieki wypracowana nasza kultura i nasza tożsamość.

Jednocześnie dominując w głównym nurcie mediów i systemie edukacji wmawiają nam, że czynią nas doskonalszym, nowoczesnym człowiekiem wyzwalając nas z ograniczeń tradycji, zabobonu i religii. Usilnie i wielotorowo pracują nad rozluźnieniem wypracowanych przez tysiąc lecia więzi, które łączą nas w rodzinę, religię, naród i państwo. Tak więc nie rozbijając przepięknych pomników i zabytków kultury, zabijają ją samą, próbując ośmieszyć i zniszczyć wartości, będące fundamentami całej naszej cywilizacji.

Wrogiem tych sił jest tradycyjna rodzina, wrogiem jest patriotyzm i państwo narodowe, a śmiertelnym ich wrogiem jest religia. Dopiero mozolna praca począwszy od szkoły, poprzez media i masową kulturę na ośmieszyć stary porządek, tak aby ludzi zatomizować i pozbawić rodzinnej, środowiskowej i narodowej więzi. Produkt takiej operacji staje się ludzkim pustakiem i wydmuszką, którą mogą kierować ze swojej świątyni kontrolującej pieniądz i stworzone nowe potrzeby i społeczne interakcje.

To oni używają kryzysów, prowokacji i buntów wszczynając niepokoje, aby rękoma naiwnych rozbijać sprawdzone przez wieki instytucje i struktury, od rodziny do państwa narodowego. Stwarzając chaos, używając jednych przeciwko drugim chcą doprowadzić istniejący porządek do ruiny i zaprojektować podwaliny pod nowy porządek społeczny, którym kierować będą już tylko oni.

Ciągle mamy jednak szansę, aby nie ulec siłom, które chcą nas oderwać od polskości i sobie podporządkować. Potrzebna jest patriotyczna edukacja i wykazanie kim są ci ludzie, którzy gardzą polską tożsamością i z których nihilizmem przychodzi nam się zmierzyć.

Akurat my Polacy mamy piękną tradycję w sytuacjach zagrożeń jednoczenia się w obronie patriotycznych idei i wartości. Wierzę, że przy poświęceniu, sumiennej pracy i odrobinie szczęścia i Bożego błogosławieństwa tę walkę wygramy. W tym jakże wyjątkowym okresie Świąt Bożego Narodzenia ofiarujmy również swoją refleksję w trosce o Polskę.

Tak nam dopomóż Bóg!” (Jacek K. Matysiak)

całość tu: Jakie siły zagrażają dzisiaj Polsce i Europie?

podobne: Marsz „Polski dla Polaków” i antypolska histeria w „zagranicznych” mediach dla których nacjonalizm to rasizm. oraz: Kłamstwo „POstępu” i neobolszewizm czyli… „Ustawa o uzgodnieniu płci”. Niemiecka AfD ma już dość gender. Marek Chodakiewicz: Trwa czwarta faza rewolucji – atak na rodzinę i to: Zapis agonii czyli… Cywilizacja Łacińska i Świat zadowolonych głupców. Przepowiednia z „Konopielki” (gdzie tkwi diabeł). a także: O polityce miłości (inaczej). Francja: Feministki przeciwko seksizmowi w zabawkach. Niemcy: Zatrzymać seksualizację dzieci. Polska: MEN chce ograniczyć uprawnienia rodziców. Lepkowski o pedofilii wśród Rabinów. polecam również: „Vae victis!”. Przyczyny upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego analogią czasów współczesnej „cywilizacji zachodu”.

Henri Bergson, według którego główną rolę w procesie życiowym odgrywa nie rozum, ale pęd życiowy powiedział:

„Na szczęście, niektórzy rodzą się z duchowymi systemami odpornościowymi, które wcześniej czy później odrzucają iluzoryczny światopogląd zaszczepiany im od urodzenia przez społeczne warunkowanie. Zaczynają odczuwać, że coś jest nie w porządku i zaczynają szukać odpowiedzi. Wewnętrzna wiedza i nietypowe doświadczenia zewnętrzne pokazują im stronę rzeczywistości, na którą inni są niepomni, i tak zaczyna się ich podróż przebudzenia. Każdy krok tej podróży wynika z podążania za sercem zamiast podążania za tłumem i poprzez wybieranie wiedzy ponad woale ignorancji.”

Parafrazując, można zgodnie z literą tej mądrości powiedzieć że…

Na szczęście niektórzy rodzą się (na pohybel gender propagandy i mitycznemu „terrorowi” któremu są poddawane kobiety) z duchowymi systemami odpornościowymi zwanymi zdrowym rozsądkiem, logiką i wyczuciem prawdy o tym że te tzw. „nietypowe doświadczenia zewnętrzne” to tylko wybryki natury i wyjątki od naturalnej reguły. Dzięki temu nawet jeśli w młodości dają się uwieść ideologii marksistowskiego postmodernizmu, to prędzej czy później odrzucają iluzoryczny światopogląd postmodernistów/marksistów, nachalnie wciskający ludziom kit (z pogwałceniem ich prawa do wolności) o tym, że idee takie jak etyka, moralność, tradycja, indywidualizm, wolna wola i prawda (obiektywna) nie istnieją albo że są fałszywe tudzież „opresyjne”. Bo to właśnie owe uwarunkowania trzymają jeszcze jakoś ten świat w ryzach, które próbują poluźnić różnego rodzaju libertyni i psychopaci żeby móc bez przeszkód realizować swoje chore fantazje. Ludzie zaczynają odczuwać (czują) że coś jest nie w porządku w próbie pogwałcenia ich prawa do indywidualności (w imię niedookreślonego egalitaryzmu), tudzież w twierdzeniu że homoseksualizm jest „naturalnym” przejawem seksualności ludzkiej (na równi z hetero), albo że mężczyzna może być kobietą (i na odwrót), marchewka to owoc, kwiat to życie ale człowiek poczęty już nie.

Zaprzeczanie wiedzy ugruntowanej na wielowiekowych osiągnięciach nauk przyrodniczych, fizyki, filozofii, prawa, matematyki, logiki i etyki, oraz doświadczeniu wynikającemu z obiektywnej empirycznie i racjonalnie obserwacji życia – przejawiającej się w nieustannym rozwoju ludzkości, pokazują prawdziwą stronę rzeczywistości z której wynika że koń to nie słoń, i że lepiej karać zbrodniarzy za zło które popełniają, niż pozwalać im chodzić wolno w myśl prawa do „swojej prawdy”, otóż zaprzeczanie tej rzeczywistości jest czystym szaleństwem i prowadzi prostą drogą do degradacji człowieczeństwa i sensu jego istnienia.

Niepomnych na tę „brutalną” rzeczywistość w swoim „poczuciu wolności” że jest (albo że powinno być) „na odwrót”, jeśliby kiedykolwiek próbowali wyjść poza swoje święte prawo do wierzenia w „potwora spagetti”, w kierunku ugruntowania go przymusem państwowym na polu prawa, tak by zmusić innych ludzi do „postępowego” patrzenia na świat, otóż takie towarzystwo należałoby po prostu wyłapać i odizolować od reszty społeczeństwa jako niebezpiecznych dla otoczenia wariatów. Dopóki sobie wierzą i uprawiają te swoje teorie we własnym środowisku (na swój koszt i odpowiedzialność), to niech sobie żyją jak chcą. Tak jak się zaczęła ich „podróż przebudzenia”, tak każdy kolejny krok tej podróży wynikającej z podążania (w ich mniemaniu) „za sercem” niech pozostanie na zewnątrz tego tłumu (którym przecież gardzą za jego małostkowość), albowiem to tzw. serce okazuje się w ich wykonaniu zwykłą chucią, zachcianką, tudzież inną chwilową i subiektywną zwierzęcą potrzebą (rodem ze śmietnika ideologii) wynikającą z prymitywnego pożądania, której nikt inny poza samymi zainfekowanymi nie potrzebuje żeby żyć jak człowiek, albo się nią w jakiś sposób dowartościowywać.

Tymczasem (na szczęście) lód woli najwyraźniej pozostawać w „woalach ignorancji” i ma do tego prawo. Wszak szanujący się postępowiec wierzy po pierwsze w to że każdy człowiek jest wolny (abstrahując od tego co jeden z drugim rozumie pod pojęciem wolności), a nawet jeśli nie ma takiego prawa to przecież prawem demokracji (również uwielbianej przez postępowców) gdzie większość ma zawsze „rację” jednak posiada prawo do jakiejś racji, nieprawdaż? Więc wszelkiego rodzaju mniejszości nie mają innego wyjścia jak przekonać do siebie tę większość, lub się jej podporządkować. Czyż uprawiając relatywizm i dowolność, oraz wywracając obiektywne prawdy i porządek do góry nogami, ci tzw. „oświeceni” i „postępowi” nie ukręcili sami na siebie bat? Czyż to nie paradoks że sami wytrącają ludzkości z ręki jedyny oręż zdolny przemówić masom do rozumu? Bo albo rządzi prawda i dobro obiektywne (niezależne od kaprysu tłumu, czy jednostek), albo subiektywna wola mniejszości czyli prawo do mania racji przez każdego. Skoro wszyscy mogą mieć rację (bo prawdy obiektywnej nie ma) to o co tak naprawdę walczą postępowcy? Czyżby o to żeby nikt jej jednak nie miał? Czy w związku z tym nie powinni jej mieć na pierwszym miejscu głosiciele tego bezsensu?… (Odys)

rys. Wojciech Romerowicz

rys. Wojciech Romerowicz

sens życia


Z bólem serca

przyznaję Ci rację

wszystkich krzywd

których (nie) od Ciebie doznałem.

 

(Nie) dlatego że tak chcę

(ale) dlatego że (tak) ufam

w Twoją

do mnie

miłość

 

„…Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył…

Odys, 20 grudnia 2015 (na podstawie kazania Ks. Pawlukiewicza)

podobne: „Słuchaj kowalu niebios”… Akt pokory. oraz: List od Ojca i to: (nie)Wierny a także: Boski Zew.  i jeszcze: Moja Słabość polecam również: „Ostatni sen” o marności świata i to: Między Niebiem i Piekłem – Ziemia oraz: „U wrót doliny” (Dzień gniewu… zanim nadejdzie)

Delawer Omar - O Boże

Delawer Omar – O Boże

Cyceron: „Cnota jest doskonałym rozumem”. O uczciwości, przebaczeniu i poświęceniu dla drugiego człowieka.


„…Uczciwość to solidarność z innym człowiekiem, z innymi ludźmi, tylko dawno zapomnieliśmy, czym była, czym jest i czym może być solidarność w czasie przeszłym, dzisiejszym i przyszłym…

…Otóż, uczciwość jawi mi się jako jedna z najważniejszych cech wszystkich narodów i społeczeństw, jako cecha nie tyle narodowa, ile zwyczajnie ludzka. Cóż to bowiem znaczy być uczciwym? Znaczy tyle, że szanujesz siebie i innych, że relacje wobec między wami są szczere i otwarte, że chcesz dać innym to, czego sam od nich oczekujesz. Imperatyw kategoryczny Kanta wyraził to chyba najlepiej i dlatego się do niego odwołuję. Nie tylko w kategorii filozofii, etyki czy wszelkich rodzajów Krytyk. Także w wymiarze czysto ludzkim i codziennym. Uczciwość oznacza nie tylko szacunek, oznacza także zaufanie, chociaż tu możemy się pomylić, ale nawet jeśli tak się stanie, to mamy przynajmniej tę pewność, że wobec samego siebie pozostaliśmy uczciwi. Jest to wartość najważniejsza. Errare humanum est.” (Piotr Orawski)

całość tu: Piękno muzyki (50) O uczciwości)

„…Przebaczanie jest poczuciem więzi i świadomości, że zło, które między bliskimi ludźmi się stało, nie jest w stanie pokonać dobra, które między nimi jest. Chodzi też o przewartościowanie wszystkich wartości, o odpowiedź, co jest dla mnie ważne i kto jest dla mnie ważny.

Miałem taką historię w swoim życiu: zdradzałem i byłem zdradzany, ale siła wzajemnego przebaczenia i wzajemnej szczerości uczyniła swoje, stąd znam wartość tej mocy. Mam przyjaciół, którzy właśnie się rozchodzą. To piękna, zgrana ze sobą para, ale oni chyba nie dojrzeli jeszcze do tego, by sobie przebaczyć, albo tego aktu łaski wobec siebie rozumieją, za co nie mogę ich potępiać, bo nikt z nas nie ma monopolu na życie innych ludzi i ich własne wybory.

Przebaczanie ma jednak wartość wysoce terapeutyczną dla każdego z nas: przywraca miłość, przywraca radość, przywraca poczucie bezpieczeństwa. Potrafi przywrócić właściwą hierarchię uczuć, jest dziedziną emocji najgłębszych, bo tylko wtedy odkrywamy nasze własne człowieczeństwo. To prawda, że jest to trudne, bo natura ludzka jest jaka jest, ale tym bardziej trzeba zabiegać o sztukę przebaczania, o umiejętność wybaczania, o łzy miłości…” (Piotr Orawski)

całość tu: Piękno muzyki (52) O przebaczaniu

podobne: ks. Adam Martyna: O cnotach kardynalnych oraz: Władysław Panasiuk: Artyści nie z tej ziemi czyli… w pogoni za sławą…. „A Ty siej…” i to: „Bądź odważny. W ostatecznym rachunku jedynie to się liczy”… „Bądź wierny, idź”. Piotr Szubarczyk: Przesłanie Herberta

„…Ja i o. Maksymilian staliśmy w siódmym szeregu. On stał po mojej lewej ręce, dzieliło nas może dwóch albo trzech kolegów. Gdy szeregów przed nami ubywało, zaczął nas ogarniać coraz większy lęk. Muszę powiedzieć, że jakkolwiek człowiek byłby zdeterminowany i przestraszony, żadna filozofia nie jest mu wtedy potrzebna. Szczęśliwy jest ten, kto ma wiarę, kto ma możliwość do kogo się uciekać, kogoś prosić o łaskę. Modliłem się do Matki Bożej. Nigdy przedtem ani potem, muszę to uczciwie przyznać, już tak żarliwie się nie modliłem. Mimo, że dalej było słychać „du!”, to jednak modlitwa wewnętrznie zmieniła mnie na tyle, że byłem spokojniejszy. Ludzie mający wiarę, nie byli już tak przerażeni. Byli gotowi przyjąć przeznaczenie ze spokojem, prawie jak bohaterzy. Jest to wielka sprawa.

(…)

Wyjście z szeregu oznaczało śmierć. Nowi więźniowie, którzy przyjechali do obozu, nie wiedząc o tym zakazie, za wyjście z szeregu byli bici, co powodowało niezdolność do pracy. A to z kolei równało się pójściu do komory gazowej. Byliśmy pewni, że o. Maksymiliana zabiją, zanim zdąży się przecisnąć. Ale stało się coś nadzwyczajnego, czego nie zanotowała historia 700 obozów koncentracyjnych, jakie zbudowała III Rzesza. Nigdy nie zdarzyło się, aby więzień obozu mógł bez poniesienia kary wyjść z szeregu. Było to dla Niemców coś tak niewyobrażalnego, że stali jak skamieniali. Patrzyli po sobie i nie wiedzieli, co się dzieje.

– Co wydarzyło się dalej?

O. Maksymilian szedł w więziennym pasiaku, z miską u boku, w drewniakach. Nie szedł jak żebrak, ani też jak bohater. Szedł jak człowiek świadomy wielkiej misji. Stanął spokojnie przed oficerami. Wreszcie opamiętał się kierownik obozu. Wściekły, zapytał swojego zastępcę: „Was will dieses polnische Schwein?” – „Co chce ta polska świnia?” Zaczęli szukać tłumacza, ale okazało się, że tłumacz jest zbędny. O. Maksymilianodpowiedział spokojnie: „Ich will sterben für ihn” – wskazując ręką na stojącego obok Gajowniczka – „Ja chcę umrzeć za niego”.

Jeżeli wcześniej Niemcy stali jak oniemiali, to teraz pootwierali ze zdumienia usta. Dla nich, reprezentujących bezbożność laicką, było to coś niepojętego, że ktoś może chcieć umrzeć za innego człowieka. Patrzyli na o. Maksymiliana z pytaniem w oczach: czy on oszalał, czy może oni nie zrozumieli odpowiedzi. Wreszcie padło drugie pytanie: „Wer bist du?” – „Kto ty jesteś?” O. Maksymilian odpowiedział: „Ich bin ein polnischer katolischer Priester” – „Jestem polskim księdzem katolickim”. Oto więzień wyznał, że jest Polakiem, pochodzi z narodu, który Niemcy nienawidzili, do tego przyznaje, że jest duchownym. Dla esesmanów ksiądz był wyrzutem sumienia.

Ciekawe, że w tym dialogu o. Maksymilian ani raz nie używa słowa „proszę”. Jest tylko jego żądanie, którym złamał Niemca. Złamał sędziego, który uzurpował sobie prawo decydowania o życiu i śmierci, zmusił go do zmiany wyroku. Zachowuje się jak wytrawny dyplomata, choć za frak, wstęgę i ordery, służy mu pasiak, miska i drewniaki. Panowała wtedy cmentarna cisza, każda sekunda wydawała się trwać wieki. Wreszcie stało się coś, czego do dzisiaj nie mogą zrozumieć ani Niemcy, ani więźniowie. Kapitan SS zwrócił się do o. Maksymiliana per „pan”: „Warum wollen Sie für ihn sterben?” – „Dlaczego pan chce umrzeć za niego?”

Upadły wszystkie kanony, które esesman wyznawał wcześniej. Przed chwilą nazwał go „polską świnią”, a teraz zwraca się do niego per „pan”. Stojący obok esesmani i podoficerowie nie byli pewni, czy dobrze słyszą. Tylko jeden raz w historii obozów koncentracyjnych zdarzyło się, aby wysoki oficer, który zamordował tysiące niewinnych ludzi, zwrócił się do więźnia w ten sposób.

O. Maksymilian odpowiedział: „Er hat eine Frau und Kinder” – „On ma żonę i dzieci”. Oto cały katechizm w pigułce. On uczył wszystkich, co to znaczy ojcostwo, rodzina. On – człowiek mający dwa doktoraty obronione w Rzymie z najwyższą notą summa cum laude, redaktor, misjonarz, wykładowca dwóch wyższych uczelni w Krakowie i Nagasaki. On uważał, że jego życie jest mniej warte, niż życie ojca rodziny! Jakże to był wspaniały wykład katechizmu.

– Jak zareagował niemiecki oficer na słowa o. Maksymiliana?

Wszyscy czekali, co się dalej stanie. Esesman był przekonany, że to on jest panem życia i śmierci. Mógł kazać ciężko pobić go za złamanie najbardziej rygorystycznie przestrzeganego zakazu występowania z szeregu. A cóż dopiero, jeśli więzień pozwala sobie na wygłaszanie nauk?! Mógł ich dwóch skazać na śmierć przez zagłodzenie. Po upływie kilku sekund esesman powiedział: „Gut” – „Dobrze”. Zgodził się z o. Maksymilianem, przyznał mu rację.

Oznaczało to, że dobro zwyciężyło zło, maksymalne zło. Nie ma większego zła, jak skazać z nienawiści człowieka na śmierć godową. Ale nie ma też większego dobra, jak oddać własne życie, po to, by drugi człowiek mógł żyć. Maksymalne dobro zwyciężyło…”

całość tu: wywiad ze świadkiem śmierci Św. Maksymiliana

podobne: „Miłość to pragnienie dobra dla drugiej osoby, tak silne że oddaje się dla niej własne życie”. Golgota. oraz: „Nie ma ludzi” i Kisiel wbrew Kotarbińskiemu czyli… bardzo konkretne skutki społeczne religii, moralności, cnoty i nacjonalizmu. i to: „I poznam wszystek rzeczy sens jakem poznany. Wybiorę miłość jak ja sam jestem wybrany”. Monika i Marcin Gajdowie o pracy nad sobą. a także: Mówienie o „polskich obozach” w rocznicę pierwszego transportu Polaków do Auschwitz jest niedopuszczalne! polecam również: Szyderczy śmiech historii czyli… „Przyjeżdżają tu rowerami, pływają i wracają do domu naszymi samochodami”. i jeszcze: 30 rocznica zabójstwa człowieka zagrażającego komunie. „Prawdę o śmierci księdza Jerzego Popiełuszki poznają dopiero ci, którzy jeszcze się nie urodzili”. Wojciech Sumliński „Lobotomia 3.0”. oraz: Doroteusz z Gazy „O miłości bliźniego” i „CREDO AD INFINITUM”

 

Oto…czony


Adam Martinakis

Adam Martinakis

Z chirurgiczną precyzją
wciąż duszę kaleczy
przez szkiełko patrząc
(miast oko)

Gdziekolwiek zajdzie
tam bomby zrzuca
choć latać potrafi
(wysoko)

Zamiast gwiazd sięgać
zwiastunem być życia
w śmierci się pławi
(głęboko)

Lecz nie ma innego
stworzenia na ziemi
co w miłość obleka
(jak w kokon)

„oto człowiek”

Odys, grudzień 2014

podobne: „Człowiek spotyka człowieka” i „Miłośnie słów kilka…” oraz: „Ostatni sen” o marności świata i to: List od Ojca i jeszcze: „Duch czasu”

Porter – Surround Me With Your Love

Izrael krytykuje Watykan za uznanie państwowości Palestyny. Zapis agonii czyli… Cywilizacja Łacińska i Świat zadowolonych głupców. Przepowiednia z „Konopielki” (gdzie tkwi diabeł).


1.”Ubolewanie” Izraela z powodu porozumienia Watykan-Palestyna.

26.06.2015, Tel Awiw (PAP/AFP/Reuters) – Izraelski MSZ wyraził „ubolewanie” z powodu decyzji Watykanu w sprawie uznania Palestyny jako państwa w podpisanym w piątek porozumieniu między Stolicą Apostolską a Państwem Palestyńskim. „Ten przedwczesny krok szkodzi perspektywie osiągnięcia układu pokojowego i będzie miał zły wpływ na międzynarodowe wysiłki zmierzające do przekonania strony palestyńskiej, aby powróciła do bezpośrednich negocjacji z Izraelem” – oświadczył w ogłoszonym w piątek komunikacie rzecznik MSZ Izraela Emmanuel Nahszon.

Izrael – czytamy w nim – ubolewa z powodu „jednostronnego charakteru tekstu porozumienia, który ignoruje fakty historyczne dotyczące narodu izraelskiego i ziemi Izraela oraz miejsc świętych judaizmu w Jerozolimie”.

„Izrael nie może zaakceptować zawartych w porozumieniu jednostronnych stwierdzeń, które nie biorą pod uwagę jego żywotnych interesów i specjalnego historycznego statusu ludu żydowskiego w Jerozolimie” – oświadczył Nahszn. Rzecznik ostrzega, że jego kraj „szczegółowo przestudiuje porozumienie i jego implikacje dla przyszłej współpracy między Izraelem a Watykanem”.

Stolica Apostolska utrzymuje pełne stosunki dyplomatyczne z Izraelem od 1999 roku.

Podpisane w piątek porozumienie watykańsko-palestyńskie dotyczy m.in. zasadniczych aspektów działalności i funkcjonowania Kościoła katolickiego na terytorium palestyńskim. Jego zawarcie stanowi też poparcie Stolicy Apostolskiej dla rozwiązania opartego na istnieniu dwóch państw – Państwa Palestyńskiego i niepodległego Państwa Izrael.

Palestyński minister spraw zagranicznych Rijd al-Malki podkreślił „historyczny” charakter porozumienia, które „po raz pierwszy zawiera oficjalne uznanie przez Stolicę Apostolską Palestyny jako państwa”.

Jest to – powiedział – „uznanie prawa narodu Palestyny do samookreślenia, wolności i godności jako niepodległego bytu państwowego, wolnego od okupacji”. (PAP)

ik/ ro/

podobne: Palestyńczycy do Trybunału Karnego. W odpowiedzi Izrael zamraża palestyńskie pieniądze i chce wstrzymania pomocy dla Palestyńczyków. oraz: Izrael – Palestyna. USA naciskają i zapowiadają rewizję swojej roli w procesie pokojowym.

2. Zapis agonii.

„… Nawiasem mówiąc, chrześcijański uniwersalizm od samego początku uznany został przez Żydów za zagrożenie, bowiem nawet się na tym nie skupiając, sam przez się podważał żydowskie uroszczenia do wyjątkowości we Wszechświecie… 

(…)

Głosząc chrześcijański uniwersalizm, św. Paweł, nawet nie mając takiej intencji, pozbawiał tamto „przymierze” wszelkiego znaczenia, amputując tym samym narodowi żydowskiemu cel, wokół którego dotychczas się on jednoczył i budował swą tożsamość w opozycji do reszty świata. Stąd też przez stulecia towarzyszy chrześcijaństwu nieprzejednana wrogość ze strony Żydów – w wieku XIX otrzymując potężne narzędzie walki w postaci kontrreligii socjalistycznej. W tym Bożym spisku ważną rolę odegrał również Rzym, który rozciągając polityczną kontrolę nad ówczesnym światem, umożliwił zakorzenienie chrześcijaństwa na obszarach zachodniej Europy, co dało początek fenomenowi zwanemu cywilizacją łacińską, która, dzięki splotowi okoliczności, wśród których nie możemy oczywiście wykluczyć dalszego ciągu Boskiego spisku, zdołała narzucić wytworzony przez siebie system wartości całemu światu.

Fundamenty cywilizacji łacińskiej

Cywilizacja ta jako „ustrój życia zbiorowego”, wspiera się na trzech filarach: greckim stosunku do prawdy, zasadach prawa rzymskiego i etyce chrześcijańskiej, jako podstawie systemu prawnego. Grecki stosunek do prawdy sprowadza się do przeświadczenia, iż prawda istnieje obiektywnie, to znaczy – niezależnie od tego, co ludzie, albo ich większość na jej temat mniema, że nie leży „pośrodku” – jak chcieliby ireniści, tylko tam, gdzie leży. Taki stosunek do prawdy sprzyjał poznawaniu świata niezależnie od wierzeń religijnych i właśnie dlatego w obrębie tej cywilizacji pojawił się fenomen zwany nauką, to znaczy – systematyczne dociekanie prawdy o świecie, połączone z nieustannym kwestionowaniem uzyskanych dotychczas rezultatów.

Bardzo ważnym filarem tej cywilizacji są zasady prawa rzymskiego, z niezwykle doniosłym wynalazkiem w postaci rozdzielenia prawa publicznego i prywatnego na czele. Wynalazek ten umożliwił nie tylko wyodrębnienie własności prywatnej, ale również, a może nawet przede wszystkim – wykształcenie się poczucia autonomii jednostki względem państwa. Dlatego też właśnie w prawie rzymskim własność została uznana za „pełne władztwo nad rzeczą”, które przysługuje właścicielowi z wyłączeniem wszystkich innych osób – z „państwem” włącznie. Prawnicy rzymscy sformułowali też zasady, iż prawo nie działa wstecz, że nikt nie powinien być sędzią we własnej sprawie, a chcącemu nie dzieje się krzywda. Całość umożliwiła nie tylko precyzyjne zdefiniowanie sprawiedliwości jako „niezłomnej i stałej woli oddawania każdemu, co mu się należy” („Ulpian Domicjusz: iustitia est firma et perpetua voluntas suum cuique tribuendi”) oraz sformułowanie kryteriów prawego postępowania: „honeste vivere, alterum non laedere, suum cuique tribuere” (uczciwie żyć, drugiego nie krzywdzić, każdemu należne oddawać).

I wreszcie – etyka chrześcijańska, która stanowi cenne uzupełnienie poprzednich filarów. Wniosła ona do tej cywilizacji rewolucyjną zasadę, iż każdemu człowiekowi, niezależnie od aktualnej pozycji społecznej, przysługuje nienaruszalne i przyrodzone minimum godności, jako dziecku Boga. Zaszczepienie tej zasady na greckim i rzymskim korzeniu przyniosło już w Średniowieczu znakomity rezultat w postaci etosu rycerskiego. Rycerz był uosobieniem dzielności i siły – w czym kochała się Grecja i Rzym – ale w cywilizacji łacińskiej ta siła została obciążona obowiązkami na rzecz słabości. Podstawowym bowiem obowiązkiem rycerza była „obrona wdów i sierot” – a więc osób w ówczesnym społeczeństwie najsłabszych.

Socjalistyczna kontrkultura

Niepodobna nie zauważyć podobieństwa między socjalizmem, a religią żydowską. Nie chodzi o to, że wśród twórców socjalizmu spotykamy nadreperezentację żydowskich mełamedów, ale – podobieństwa merytoryczne. Przede wszystkim – kolektywizm. W religii żydowskiej jednostka właściwie nie istnieje; podmiotem historii jest naród, którego interesom – a podstawowy, to zdobycie panowania nad światem – jednostka ma się bezwzględnie podporządkować. Jeśli zastąpilibyśmy słowo: „Izrael” słowem: „państwo”, czy „partia”, to bardzo wiele urywków Starego Testamentu można by wziąć za fragmenty jakiegoś „Manifestu komunistycznego”. Bo socjalizm też charakteryzuje się podejściem kolektywistycznym. Nie dostrzega jednostek, tylko antagonistyczne „klasy”. Każdy nie tylko należy do określonej „klasy”, ale jest tą przynależnością zdeterminowany na poziomie instynktów, również, a nawet przede wszystkim w swoim sposobie myślenia.

Skoro tak, to nie istnieje żadna „prawda”, bo co jest prawdą dla przedstawicieli jednej klasy, jest fałszem dla przedstawicieli klasy antagonistycznej. Nie istnieje też uniwersalna etyka, bo to, co jest dobre, dla klas oprymujących, jest złe dla klas oprymowanych, a ponieważ to klasy oprymowane są przez socjalistów uznawane za awangardę, to dobre jest to, co jest dobre dla nich. Podobnie nie istnieje uniwersalne piękno, bo wszystko zależy od tego, co harmonia wyraża; czy odzwierciedla ład „burżuazyjny”, czy też socjalistyczny, słowem – komu służy. W ten oto sposób kolektywizm, będący wspólnym rdzeniem cywilizacji żydowskiej i socjalizmu, podważa wszystkie elementy quincunxa łacińskiej cywilizacji: prawdę, dobro, piękno, zdrowie (zarówno Żydzi, jak i sodomici jako „mniejszości” oprymowane przez większości -„gojowską” i heteroseksualną – powinni być uprzywilejowani) i dobrobyt (kolektywistyczne podejście do własności w socjalizmie jest odpowiednikiem trybalistycznego podejścia do własności w cywilizacji żydowskiej).

(…)

Taktyka bolszewicka polegała na dążeniu do uchwycenia władzy politycznej drogą rewolucji, co umożliwiało korzystanie z narzędzi współczesnego państwa, przede wszystkim – terroru i zmasowanej propagandy – do przerabiania normalnych ludzi na ludzi sowieckich. Różnica między człowiekiem normalnym i sowieckim polega na tym, że człowiek sowiecki wyrzeka się wolnej woli – a więc autonomii względem państwa, tworząc kolektywistyczny „nawóz Historii”. Ale dzięki polskiemu zwycięstwu w wojnie bolszewickiej w roku 1920, Zachód uchronił się przed zaaplikowaniem mu tej taktyki. Wobec niego zastosowana została taktyka alternatywna, zaproponowana przez Antoniego Gramsciego w postaci tak zwanego marksizmu kulturowego.

Gramsci stwierdziwszy, że bardziej niż zewnętrzna przemoc, człowieka trzyma w niewoli kultura „burżuazyjna”, zaproponował wprowadzenie do niej „ducha rozłamu” to znaczy – podsunięcie tradycyjnym kategoriom kulturowym wywrotowej, czyli rewolucyjnej treści – a wtedy władza polityczna nad tak zoperowanym społeczeństwem sama wpadnie „awangardzie” w ręce…

(…)

Kierując „instytucjami” o zasięgu światowym bądź europejskim, korzystając ze wsparcia autorytetów uniwersyteckich, mediów i przemysłu rozrywkowego, ludzie ci nadali marksizmowi kulturowemu charakter już nie intelektualnej propozycji, ale ideologii zarówno w USA, jaki i Unii Europejskiej obowiązującej. Przybiera ona na naszych oczach postać norm prawnych, za którymi stoi przemoc państwa.

„Duch Soboru”

Inwazja marksizmu kulturowego na uniwersytety doprowadziła również do kryzysu tożsamości w Kościele katolickim, w którym pojawiły się coraz wyraźniejsze nurty kontestacyjne, wysuwające postulaty „demokratyzacji”, ekumenizmu i „prawdziwego” pokoju. W październiku 1962 roku papież Jan XXIII zwołał sobór, który proklamował „aggiornamento”, ekumenizm uczynił wiodącym nakazem, co zapoczątkowało „dialog” – między innymi – z „judaizmem”…

(…)

Tymczasem ludzie robią to, co sufluje im piekielna triada w postaci zdominowanego przez marksistów państwowego monopolu edukacyjnego, podobnie zinfiltrowanych mediów i przemysłu rozrywkowego, dostarczającego gotowych wzorców postępowania dla „młodych, wykształconych”. W rezultacie „aggiornamento” Kościół rozpaczliwie starał się dostroić do tempa dyktowanego przez wrogów cywilizacji łacińskiej, podlizując się a to „młodym”, a to „poszukującym” – na co nakładają się dodatkowo wymagania „dialogu”.

Rzecz w tym, iż podstawowym, że tak powiem, kurtuazyjnym, warunkiem „dialogu” jest uznanie poglądów partnera za równoprawne, a nawet – za słuszne i prawdziwe. Spełnienie tego warunku ma jednak znamiona bezwarunkowej kapitulacji – bo nawet podyktowane kurtuazją uznanie fałszu za równoprawny z prawdą, stanowi zdradę łacińskiej cywilizacji. Okazało się, że wszystkie drogi prowadzą na szczyt, a jeden szczyt uwiarygodnia każdą drogę. Ale to ma swoje konsekwencje – bo skoro wszystkie drogi są jednakowo prawomocne, to tylko dureń wybierałby trudniejszą, a zwłaszcza – karkołomną, skoro obok po wyasfaltowanej autostradzie klimatyzowane autokary z wychodkiem i telewizją, komfortowo dowożą na sam szczyt. Krótko mówiąc – zatruty „duchem Soboru” Kościół, zamiast pewności, zaczął dostarczać wiernym coraz więcej rozterek…

(…)

Tradycyjny stosunek do prawdy ulega erozji pod wpływem demokracji totalnej, w ramach której metoda demokratyczna, polegająca na apriorycznym przyznawaniu racji większości, znajduje coraz szersze zastosowanie w nauce. Przykładem jest głosowanie w WHO, w następstwie którego sodomia i gomoria została uznana za rodzaj normy. Skoro normą staje się cokolwiek, to znaczy, że normy już nie ma, podobnie jak prawdy. Jest to pogląd co się zowie wywrotowy, czyli rewolucyjny, sprzeczny z logiką dwuwartościową, według której jest prawda – i fałsz, jest norma – i dewiacje.

Zasady prawa rzymskiego są unieważniane przez zwycięski pochód socjalizmu. Zdobycze łacińskiej cywilizacji, uzyskane w następstwie epokowego wynalazku rozdzielenia prawa publicznego i prywatnego, są bezpowrotnie tracone na skutek stopniowego zacierania granicy między publicznym i prywatnym – co upodabnia współczesne państwa do trybalistycznych wspólnot rozbójniczych. O zasadzie volenti non fit iniuria (chcącemu nie dzieje się krzywda), która stanowi podstawę wolnościowej legislacji, nie ma już dzisiaj mowy, skoro nawet moraliści twierdzą, iż „nieważne, co się podpisuje”, nawet „bez swojej wiedzy i zgody”.

Państwa przechwytują władzę nad bogactwem wytwarzanym przez ludzi, a wraz z tą władzą zagarniają kolejne przestrzenie wolności. Autonomia jednostki względem państwa zanika, czego przykładem jest wprowadzanie urzędnika państwowego w charakterze arbitra stosunków rodzinnych nie tylko między małżonkami, ale również – między rodzicami, a dziećmi. W ten oto sposób porządki spontaniczne, charakterystyczne dla ustrojów wolnościowych, wypierane są przez porządki zadekretowane. No i wreszcie postulat „państwa neutralnego światopoglądowo” którego rzeczywistym celem jest wyrugowanie etyki chrześcijańskiej, jako podstawy systemu prawnego państwa i zastąpienie jej etyką sytuacyjną, uzależnioną od „mądrości etapu”…

(…)

Jeśli więc cywilizacja łacińska przez ostatnie dwa tysiące lat była solą ziemi, to dzisiaj wykazuje objawy zwietrzenia. A jaki los czeka sól zwietrzałą? W Ewangelii czytamy: „a jeśli sól zwietrzeje, czymże ja nasolą? Na nic się więcej nie zda, jak tylko by ją wyrzucić na zewnątrz, gdzie zostanie podeptana przez ludzi.”

Stanisław Michalkiewicz

całość tu: Zapis agonii (Artykuł    miesięcznik „Opcja na prawo”    20 maja 2013)

podobne: „Virtus est perfecta ratio” Cyceron… a „Gdy rozum śpi budzą się demony” Goya oraz: Stanisław Michalkiewicz: Czy uda się nam ocalić cywilizację łacińską, czy na jej gruzach zatriumfuje komunizm. i to: Michalkiewicz o porządkach rewolucyjnych wg. strategii bolszewickiej (na podstawie 6-cio latków i konwencji „CAHVIO”), oraz Szczureida (do Szczurospolitej) czyli… „wolność” w postkomunizmie. a także: miarka: „Lewacki bałagan w wartościach” czyli pułapki tolerancji w wykonaniu lewicowym.

Wypis z elementów współtworzących ideę Cywilizacji Łacińskiej.
  1. Moralność zgodna z nauką Kościoła katolickiego.
  2. Chrześcijański uniwersalizm. Moralność dotyczy wszystkich tak samo, a zatem wszyscy ludzie są równi wobec moralności. Nie istnieją żadne grupy ludzi jakoś wyróżnione przez moralność. Z tego wynika równość wobec prawa publicznego.
  3. Nawet polityka i wojna nie są wolne od ograniczeń etycznych.
  4. Wyższość moralności nad prawem – źródłem prawa jest moralność – nie znaczy to, że prawo to kodyfikacja moralności, ale że prawo musi być zgodne z moralnością, czyli mogą istnieć nieskodyfikowane prawa moralne, ale wszelkie ustawy muszą być zgodne z moralnością.
  5. Indywidualizm. Za swoje czyny i grzechy każdy człowiek odpowiada osobno, samodzielnie, indywidualnie. Ludzie będą zbawieni pojedynczo, a nie grupowo. Chrześcijaństwo całkowicie odrzuca odpowiedzialność zbiorową i przechodzenie grzechów z pokolenia na pokolenie.
  6. Każdy człowiek, bez wyjątków, nawet chory, młody, nierozwinięty, niedorozwinięty, ułomny czy nienormalny, posiada wolną wolę, a zatem zdolność do twórczości, do tworzenia nowych bytów, do samodzielnego inicjowania związków przyczynowo skutkowych. Chrześcijaństwo odrzuca determinizm.
  7. Człowiek jest podmiotem, a nie przedmiotem.
  8. Stale rosnące wymogi etyczne i doskonalenie prawa w oparciu o nie.
  9. Władzę i poddanych obowiązują te same prawa moralne.
  10. Władza hierarchiczna z silnym samorządem.
  11. Zdolność społeczności do samoorganizacji, do samonaprawiania się, do oddolnego działania, czyli do pracy organicznej.
  12. Różnorodność i dążenie do równania wzwyż, ku najbogatszemu, ku najmądrzejszemu, ku najlepszemu.
  13. Dualizm prawa, które dzieli się na prywatne i publiczne. I tak samo władztwo nad terenem podzielone jest między właściciela i suwerena.
  14. Relacja między prawem a wolnością polega na tym, że wolność każdego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się prawo drugiego…

itd… całość tu: Grzegorz GPS Świderski: Cywilizacja Łacińska w punktach

2. Świat zadowolonych głupców

W świecie pozbawionym wymiaru duchowego pozostaną nam jedynie wybory, które niczym nie różnią się od tych, jakich dokonują zwierzęta – mówi Zbigniew Stawrowski, filozof…

„…Prawdziwa humanistyka otwiera horyzonty, odrywa od przyziemności, uczy godności, poczucia wartości – tego, że każdy z nas jest nie byle kim. A to bardzo przeszkadza w pogodzeniu się ze statusem jedynie siły roboczej, bo daje mocne punkty odniesienia, uczy też krytycyzmu, zwłaszcza w stosunku do tych, którzy twierdzą, że nasze życie zamyka się jedynie w ramach zaspokajania potrzeb.

Podobno lepiej być dobrym spawaczem niż kolejnym politologiem bez pracy…

Można by na to odpowiedzieć dość brutalnie słowami Johna Stuarta Milla: „Lepiej być niezadowolonym człowiekiem niż zadowoloną świnią; lepiej być niezadowolonym Sokratesem niż zadowolonym głupcem”. Wielu demokratycznych polityków w swoim oglądzie społeczeństwa oczywiście się z tym nie zgodzi, bo wiedzą oni dobrze, że im więcej głupców i ignorantów, tym łatwiej nimi można manipulować. Wystarczy tylko zapewnić ciepłą wodę w kranie, chleb i igrzyska, a wszyscy będą szczęśliwi i zadowoleni. Mill dodaje jeszcze: „Jeżeli głupiec i świnia są innego zdania, to dlatego, że umieją patrzeć na sprawę wyłącznie ze swego punktu widzenia. Drugiej stronie oba punkty widzenia są znane”. I te słowa szczególnie chciałbym zadedykować tym, którzy dewastują polską humanistykę.

(…)

To właśnie dominująca dziś ideologia utylitarystyczna łudzi, że można wszystko tak rozplanować, by każdy żył w miarę bezpiecznie, przyjemnie i szczęśliwie. Możemy sobie wyobrazić taki świat, w różnych zresztą wersjach. Wszystko krążyłoby wokół podstawowych potrzeby: zjeść, napić się, pokopulować, wyspać się, no i nieco zabawy i rozrywki.(…) Chodzi o to, bym był ciągle zadowolony, by nieustannie było mi dobrze. Niestety, możemy zredukować nasze człowieczeństwo wyłącznie do takich aspiracji; możemy się z tym pogodzić, co więcej, możemy wychowywać kolejne pokolenia w przekonaniu, że to właśnie jest najistotniejsze w życiu.

I co będzie się liczyło w takim świecie?

Osiągnięcie najwyższej możliwej dla nas pozycji społecznej, zarabianie odpowiedniej ilości pieniędzy, wysłanie dzieci na studia za granicę – oczywiście po to, by też osiągnęły jeszcze wyższą pozycję i jeszcze więcej zarabiały, czyli były bardziej szczęśliwe. I tu pojawia się pytanie: czy przypadkiem nasze dzisiejsze polskie elity nie należą już do świata, o którym tu rozmawiamy? Przecież „elity” polityczne, ale też artystyczne, nie mówiąc już o medialnych celebrytach, sprowadzają całe swoje życie do tego typu motywacji: mieć odpowiednie dochody, willę, atrakcyjne wakacje i tym podobne gadżety. To właśnie te ich aspiracje najwyraźniej widać i słychać na różnych taśmach, które ostatnio wyciekają do opinii publicznej. Nie mówiąc oczywiście o ich specyficznym języku, który nie powinien w tym kontekście dziwić. Jednak wciąż jeszcze istnieje u nas elita w tradycyjnym znaczeniu tego słowa: ona wyprzedza i podnosi społeczeństwo, może być dla nas wzorcem osobowościowym, kulturowym. To autentyczne elity intelektualne przebywające na co dzień w świecie wartości duchowych, a więc przede wszystkim spora część ludzi nauki i sztuki. To oni otwierają horyzonty, które zwykłym zjadaczom chleba wydają się niedostępne. Gdybyśmy wyobrazili sobie świat pozbawiony wymiaru duchowego, także ich zajęcie okazałoby się w najlepszym razie zwykłym rzemiosłem.

(…)

prawdziwe dzieła kultury są zawsze próbą nazwania – za pomocą języka sztuki, muzyki, literatury, poezji, filozofii – czegoś, co jest bezpośrednio nienazywalne, co nas przekracza i wymyka się naszemu poznaniu. (…) Często wielkie dzieła ludzkiego ducha rodziły się z cierpienia, jako odpowiedź na nie. Ból, cierpienie, nieszczęście jest tym, co przychodzi nagle i nas zaskakuje. Jest czymś, czego źródło jest w pewnym sensie transcendentne, co przychodzi, jest nam dane i z czym musimy się zmierzyć. To wszystko wykracza poza świat, który sobie sami zaprojektujemy tak, by było nam dobrze.

W tym świecie nie byłoby elit – jak pan je nazwał – duchowych. Ale może w świecie, w którym obowiązuje równość w szczęściu, nie potrzebowalibyśmy elit w ogóle?

Zawsze istnieją jakieś elity. W każdym społeczeństwie są ludzie uznawani przez innych za najlepszych. Nie tylko w ustrojach arystokratycznych, gdzie najlepsi – aristoi – sprawują władzę, ale także w najbardziej egalitarnej demokracji. Ostatecznie sam podział na sprawujących aktualnie władzę i tych, którzy są jej poddani, nawet jeśli mają oni równe szanse, by ją pełnić w następnym rozdaniu, wprowadza określoną hierarchię. Ważniejsze jest pytanie, kim są te elity i pod jakim względem są to ludzie najlepsi. Mogą to być elity, o których pisali Platon i Arystoteles, wyróżniające się intelektem czy cnotą. Nasze słowo „szlachta” to przecież oznacza: to ludzie, którzy mieli być szlachetni. Ale elity mogą też wyróżniać się siłą, bezwzględnością czy umiejętnością manipulowania innymi, co doskonale widzimy w społeczeństwie demokratycznym. Wszelkie elity z założenia są wzorcotwórcze i kształtują na swój obraz społeczeństwo. Ktoś zawsze narzuca w społeczeństwie jakieś wzorce i pociąga za sobą innych. Dziś te grupy, które uchodzą w demokratycznym społeczeństwie za elitę, proponują wzorce, które oznaczają rezygnację z istotnego wymiaru człowieczeństwa…

(…)

Jeżeli odhumanizuje się naukę o polityce, także odhumanizuje się politykę. I to dziś już się dzieje.

(…)

Człowiek ma być wyłącznie zwierzęciem posługującym się rozumem, a raczej rozumkiem, który działa jak kalkulator, pomagając mu policzyć, jak najefektywniej zaspokoić swoje zwierzęce potrzeby. Mamy skupiać się wyłącznie na tym, co podsuwają nam zmysły. Ale jak człowiek ma dostrzec to, co jest prawdą, a co nie jest? Zmysłami tego przecież nie widzimy. Tak samo co jest dobre, a co złe, co jest piękne, a co jest szpetne. Tu odsłania się już zupełnie inna funkcja naszego umysłu, nie ta kalkulująca, lecz oglądająca rzeczy dla zmysłów niedostępne.

(…)

Wyższe wartości mają to do siebie, że łączą. Możemy się nimi wspólnie cieszyć. Idziemy razem na koncert i słuchamy tej samej muzyki. Mnie nie przeszkadza, że pan słucha tego samego co ja – wręcz przeciwnie. Ale jakbyśmy byli bardzo spragnieni i mieli przed sobą tylko jedno piwo: też dobro – i dla pana, i dla mnie – doszłoby między nami do zwarcia. Jeśli pozostajemy na poziomie elementarnych dóbr, sytuacja jest bardzo konfliktogenna.

(…)

Bez humanistyki i obcowania z tym wszystkim, czym zajmuje się humanistyka, ludzie zatracą wrażliwości na sprawy naprawdę istotne. Wszyscy będą mieć już wszystko poukładane w głowie, a wokół będzie się kręcił świat. Świat zadowolonych głupców trwających w dobrobycie. Możemy ten stan nawet sobie nazwać szczęściem, a co… Wszyscy będą tacy uśmiechnięci i nikogo nie będzie interesowało, jak to się dzieje, za pomocą jakich środków i jakich dopalaczy…

(…)

Czy wolność zawsze stoi w kontrze do utylitaryzmu?

To pytanie klasycznego liberalizmu. Rzecz polega na tym, że państwo wolności jest państwem minimalnym. To znaczy, że pozostawia ludziom przestrzeń poszukiwania dobrego życia, nie narzuca nikomu żadnej wizji szczęścia. Projekty utylitarystyczne zaś zakładają, że państwo nie tylko może, ale i powinno ludzi uszczęśliwiać. Mamy różne wersje takich projektów: socjalistyczne, komunistyczne, a także liberalne we współczesnym rozumieniu tego słowa. Bo dzisiejszy liberalizm to jest liberalizm utylitarystyczny, który daleko odszedł od swoich wolnościowych korzeni. Klasyczny liberalizm zakładał, że państwo jest po to, by wyznaczać granice wolności i tworzyć ramy bezpieczeństwa, a reszta jest pozostawiona człowiekowi. Ale my jesteśmy chyba ostatnimi humanistami, którzy tak myślą. Inni już dziś wolą dostawać swoją dawkę somy. Państwo dostarcza ją poprzez telewizję, propagandę, igrzyska… Chleb i igrzyska: cały czas władza działa tak samo, by ludzie byli zadowoleni i się nie buntowali.

(…)

prawdziwa humanistyka oparta jest na wolności. Ona jest liberalna w klasycznym sensie tego słowa. Człowiek jest istotą wolną, ale trzeba rozumieć, czym jest ta wolność. Nie chodzi tu bynajmniej o samą wolności wyboru… 

Czyli?

Prawdziwa wolność jest tam, gdzie pojawiają się wartości moralne; gdy czujemy, że powinniśmy coś zrobić, coś powiedzieć, wobec czegoś zaprotestować. Kiedy na przykład mówimy prawdę, choć może nas to sporo kosztować, albo sami przyznajemy się do czegoś złego, choć wiąże się to z upokorzeniem. Nie mówiąc już o takich sytuacjach, kiedy w imię tego, co podpowiada nam sumienie, gotowi jesteśmy poświęcić życie. To wtedy wiemy, że naprawdę jesteśmy wolni. Jeżeli postąpimy tak, jak trzeba, rośniemy w swym człowieczeństwie. Jeżeli się tak nie zachowamy, np. zabraknie nam odwagi i skłamiemy – czujemy, że lecimy w dół. W naszym człowieczeństwie najważniejszy jest ten wektor: w górę i w dół. I o tym mówi prawdziwa humanistyka. Ona opisuje doświadczenie ludzi, którzy upadają albo wznoszą się do góry. W świecie pozbawionym wymiaru duchowego pozostaną nam jedynie wybory, które niczym nie różnią się od tych, jakich dokonują zwierzęta: wybrać taki lub inny kawałek mięsa… Oczywiście możemy to ubrać w różne wysublimowane cywilizacyjne przebrania, ale to wciąż będzie ten poziom „wolności”.

O co będzie dbać jednostka w świecie pozbawionym wyższych wartości?

Jak wszystkie zwierzęta mamy instynkt samozachowawczy. Dlaczego mamy ryzykować? W takiej perspektywie to nie ma wtedy żadnego sensu. Sprowadzając cel życia do doskonalenia techniki zaspokajania naszych potrzeb, niezależnie od tego, czy jest to motywowane i organizowane indywidualistycznie czy kolektywistycznie, odczłowieczamy sami siebie, pozbawiamy się najważniejszego elementu naszego człowieczeństwa. Tym, którzy nie dostrzegają, że jest coś ponad zwykłym zaspokajaniem potrzeb, można tylko współczuć. Gdy zmagamy się z tym czymś wyższym, co nas przekracza, dopiero wtedy stajemy się w pełni człowiekiem…” 

całość tu: rp.pl

podobne: „Obraża zamiast znieważa” czyli… antyreligijny charakter zmian w Kodeksie Karnym. Czy ci którzy za tym stoją to ludzie czy króliki? oraz: Przewodnia rola „mediów” i tzw. „edukacji” w zdziczeniu obyczajów … i to: „Muza nie żyje”: Kiedy sztuka jest wyrazem wysokiej kultury? „Jezus wyszydzony”: Zmaganie się o duszę tego świata. a także: „Nie ma ludzi” i Kisiel wbrew Kotarbińskiemu czyli… bardzo konkretne skutki społeczne religii, moralności, cnoty i nacjonalizmu. polecam również: Wolnośc a samowola czyli – Goń libertyna!

3. PRZESTROGA…

„Konopielka” dzieło Edwarda Redlińskiego mogłoby zdawać się prześmiewcze w swej wymowie. Obrazowo ukazujące zaściankowość i zacofanie w tzw. Polsce B, gdzie ciemny, zabobonny chłop stroni od nowoczesności. Nic bardziej mylnego.

pragnę zwrócić uwagę na słowa, w sposób perfekcyjny odtworzone przez Franciszka Pieczkę, które zreflektowały mnie do napisania powyższego artykułu. Są one swoistą przepowiednią nadchodzących czasów, czyli naszej teraźniejszości:

Dziad: Ech, widzę, że już nigdzie pokoju nie ma…, nawet u was diabeł panietruje…

Tatko: Diabeł?

Dziad: Od porządku ludkowie moi jest Pan Bóg – On pilnuje żeby wszystko szło jak trzeba i było jak na początku, teraz, zawsze i na wieki wieków amen. A diabeł chce zmieniać, ulepszać. Słyszycie? Ulepszać. Już jemu mało, że krowa cieli się, gdzie tam, on chce żeby się źrebiła. Ooo, do czego idzie… Krowy będo się źrebili, kobyły cielili, owieczki prosili, chłop z chłopem spać będzie, baba z babą, wilki latać będą, bociany pływać, słońce wzejdzie na zachodzie, a zajdzie na wschodzie!

Tatko: A Pan Bóg? Co na to Pan Bóg?

Dziad: W tym bieda…, że pan Bóg coraz starejszy…, co raz częściej odpoczywa. A diabeł nachalnieje z roku na rok. Wojny jedna za drugą, jak nie tu to tam. Strasznie dziś ludzie zaczepne, biją się i biją.

Kuśtyk: A mniej więcej o co?

Dziad: Tego za bardzo nie wiadomo. Krew sie w ludziach gotuje. Jeżdżą, wyjeżdżają, przyjeżdżają. Oszukaństwo, złodziejstwo, kurestwo, Sodoma, Gomora.

Dostrzeżenie pewnych „proroctw” i zbieżności nie jest dzisiaj trudne. Są one z pewnością rezultatem wnikliwej analizy i spostrzegawczości autora tekstu. Widzimy w jak szybkim tempie (w przeciągu zaledwie 40 lat) nastąpiły zmiany w mentalności i obyczajowości Polaków. Niemały wkład w te negatywne przecież zmiany zwyczajów i obyczajów mają ruchy lewicowe, feministyczne i LGBT itp. Próbują one wprowadzić nowy porządek, czy raczej zniszczyć odwieczny, uważając go za przestarzały i oderwany od realiów dnia dzisiejszego oraz podważyć wpływ chrześcijaństwa na historię, będącego źródłem wszelkiego zła, zacofania i groteski.

Ruchy te promują swoje programy manipulując opinią publiczną, przekazując jej niepełny, a często zafałszowany obraz, np. spraw dotyczących homoseksualizmu, czy in vitro.

Jeśli spojrzeć na sprawę homoseksualizmu z perspektywy praw natury należy zadać pytanie .. Czemu ewolucja nie poszła w tym kierunku ? Jak ustalił Karol Darwin celem ewolucji i samej natury jest przetrwanie gatunków. Jest to nie możliwe w związkach homoseksualnych obu płci nie przekraczając praw natury…”

Ewa Romanow • blogpublika.com  całość tuwzzw.wordpress.com

podobne: Kłamstwo „postępu”: „Ludzie! Jesteście zajebiści!” oraz: Z listów starego diabła do młodego czyli…W święta z trwogą o promocję na karpia, czy z Bogiem bez trwogi.

na koniec Chesterton: „nasze ideały nie zostały nigdy zrealizowane i odrzucone jako złe lub niepraktyczne. odrzucono je bez weryfikacji, uznając a priori, że są niemożliwe do zrealizowania. na tym gruncie wyrasta dzisiejsza bierność wobec świata, poddaństwo wobec demagogów, brak męstwa.”

Dominika Daszewska - Biesy

Dominika Daszewska – Biesy

„I poznam wszystek rzeczy sens jakem poznany. Wybiorę miłość jak ja sam jestem wybrany”. Monika i Marcin Gajdowie o pracy nad sobą.


„…niektórzy z nas są gotowi oddać życie z miłości do nieprzyjaciół, a to zaprzecza instynktowi przetrwania. Ten absurdalny krok nie daje się wytłumaczyć teorią Darwina. Należymy więc także do porządku nadprzyrodzonego, ponadnaturalnego, do świata ducha, a wyraża się to przede wszystkim poprzez naszą zdolność do miłości i wrażliwość na piękno. Tylko człowiek potrafi wzruszyć się do łez, czytając wiersz. Tylko człowiek, bez żadnego wyraźnego celu, wchodzi na wierzchołek jakiejś góry. Tylko człowiek może całkowicie bezinteresownie obdarowywać drugiego.(…)

Celem rozwoju człowieka jest miłość.

(…) Można sobie postawić pytanie: dlaczego właśnie miłość została postawiona jako cel rozwoju człowieka? Odpowiedź podają mistycy: ponieważ Bóg jest miłością, a człowiek ma się zjednoczyć z Bogiem. Celem życia człowieka jest Bóg. Tę niesamowitą perspektywę rysuje przed nami duchowość! Pełny rozwój człowieka wyraża się tym, że człowiek miłuje jak Bóg, mając udział w Jego wewnętrznym życiu. A więc wszystko, co służy naszemu ostatecznemu celowi (być jedno z Bogiem w miłości), popycha nas we „właściwą stronę”. Św. Jan od Krzyża powiedział, że pod koniec życia będziemy sądzeni z miłości. Sąd ostateczny nie musi być rozumiany jak coś zewnętrznego. Odrzucając rozwój ku miłości, sami narażamy się na cierpienie. Całkowite odrzucenie miłości umieszcza człowieka w piekle. Również z punktu widzenia psychologii przykazanie miłości jest dla człowieka najzdrowsze. Kto zmierza ku dojrzałej miłości, automatycznie staje się człowiekiem bardziej zintegrowanym i coraz zdrowszym emocjonalnie.

Nieuwzględnianie w terapii miłości, jako celu rozwoju człowieka, spowalnia zdrowienie lub wręcz szkodzi procesowi terapeutycznemu, ponieważ bardzo często pacjent znalazł się w potrzebie terapii właśnie dlatego, że od miłości się oddalił. Każde zaburzenie emocjonalne, a niejednokrotnie i psychiczne (za wyjątkiem tych, których podłożem są zaburzenia biochemiczne), można rozpatrywać w perspektywie zakłócenia porządku miłowania. (…) Uważamy, że objawy służą temu, by chorego na ten właściwy kierunek rozwoju (ku dojrzałej miłości) naprowadzić, a więc mają funkcję jak najbardziej pozytywną. Emocjonalność nie została nam dana po to, by nas męczyć lub upokarzać, lecz po to, by nas prowadzić we właściwą stronę.

Ostatecznym celem rozwoju jest miłość. Wobec tego każdy cząstkowy rozwój: fizyczny, emocjonalny, materialny, intelektualny, artystyczny czy religijny ma sens o tyle, o ile przybliża nas do celu najważniejszego (…)

Miłość jest aktem skierowanym ku dobru człowieka.

(…)Miłość jest aktem, czyli konkretnym działaniem, które może być podjęte lub też nie. Miłość nie jest uczuciem, z którym bardzo często jest mylona. Miłość może być podtrzymywana przez różne uczucia i to nie tylko te przyjemne (np. uczucie przyjaźni, zakochania, serdeczności), ale także przez te powszechnie uznawane za „negatywne” (np. gniew, zazdrość). O tym, czy uczucie poruszy człowieka ku miłości, decyduje wola i rozum, gdy tych zabraknie, bardzo często mamy katastrofę…

Miłość może się jednak wyrażać poprzez uczucie. Oczyszczona i właściwie przeżywana emocjonalność idzie w parze z miłością. W miarę jak postępujemy w rozwoju, coraz rzadziej musimy działać wbrew uczuciom. Coraz częściej zdarza nam się w jednym akcie miłować i czuć miłość. Zastanówmy się teraz: czym posługuje się miłość? Jakie akty należą do porządku miłości? Na czym polega jej działanie? Można powiedzieć, że miłość, podobnie jak ptak, ma dwa skrzydła. Potrzebuje ich obydwu, żeby lecieć do celu – pierwszym skrzydłem jest afirmacja, a drugim wymaganie.

Afirmacja płynie z najgłębszych poziomów duszy. Tylko ten, kto ma serce prawdziwie kochające i zanurzone w Bogu, potrafi autentycznie afirmować. Miłość pozwala drugiemu doświadczyć subiektywnie, że jest miłowany. Gdy afirmacja jest rzeczywista, dokonuje się na wszystkich poziomach ludzkiej natury: fizycznym, emocjonalnym i duchowym. Serca nie da się oszukać – prawdziwa afirmacja to coś więcej niż wypowiadane mechanicznie słowo lub gest czyniony na polecenie rozumu. Afirmacji nie można wyćwiczyć. Jest darem, zarówno dla tego, kto afirmuje, jak i dla tego, kto jest afirmowany. Wyraża się w czułym spojrzeniu, geście, słowie, czasem w milczeniu. Prawdziwa afirmacja jest doświadczeniem mistycznym: zaskakuje, zarówno tego, kto kocha, jak i tego, kto jest kochany. Tak naprawdę, tym, który afirmuje jest Bóg, my jedynie stwarzamy przestrzeń dla Jego miłości. Afirmacja jest czymś pięknym i przyjemnym, wzruszającym i poruszającym do głębi.(…)

polecam również: Ks. Piotr Pawlukiewicz – Miłość Bezwarunkowa

JA fałszywe

(…) Każdy z nas musiał sobie jakoś radzić w niekorzystnych warunkach, w jakich się znalazł. Stworzeni z miłości i dla miłości napotkaliśmy wszyscy rzeczywistość odbiegającą od świata idealnego. Aby przetrwać, dziecko musi wytworzyć specyficzny mechanizm obronny, polegający na „niewidzeniu” tego, co się dzieje. Dziecko zaczyna zachowywać się w charakterystyczny sposób, przybiera określone strategie i zaczyna funkcjonować na odruchu emocjonalnym, pozwalającym mu przeżyć. W skrajnej sytuacji dziecko mogłoby przestać się rozwijać lub nawet umrzeć, gdyby nie wytworzyło mechanizmu obronnego. Na początku jest więc on czymś niezbędnym, ratującym życie, jednak w wieku dorosłym zaczyna przeszkadzać i prowadzi do negatywnych konsekwencji. To, co kiedyś pozwalało się ukryć, staje się więzieniem, z którego bardzo trudno się wydostać. Mechanizmy obronne nabyte w dzieciństwie i wynikające z nich, specyficzne obronne funkcjonowanie emocjonalne, intelektualne i społeczne człowieka, będziemy nazywać JA FAŁSZYWYM (…) 

polecam również: Ks. Piotr Pawlukiewicz – Nie bój się usłyszeć prawdy o sobie

Poczucie wartości

(…) Poczucie wartości to coś „zero – jedynkowego”: albo mam kontakt z własną wartością (JA PRAWDZIWE), albo go nie mam wcale (JA FAŁSZYWE). Za nieprawidłowe uważamy również określenia typu: „budowanie własnej wartości”. Owszem, jeśli ktoś funkcjonuje w obszarze JA FAŁSZYWEGO, to nie stykając się z własną wartością, musi ją niejako „budować”, ale ta „konstrukcja” jest tak krucha, jak kruchy jest dom budowany na piasku. Na niestabilnym podłożu można postawić nawet pałac lub bunkier (i tak niektórzy rzeczywiście funkcjonują), jednak nigdy nie będzie on miał trwałości ze względu na słabość fundamentu (JA FAŁSZYWE).

Na poziomie JA PRAWDZIWEGO nie potrzeba niczego budować – człowiek po prostu styka się z własną wartością. Z tego poziomu doświadczamy, że nasza wartość jest nieskończona, ponieważ wynika z samego aktu stwórczego Boga, który chciał nas dla nas samych. Człowiek żyjący w świadomości tej prawdy nie potrzebuje nikomu udowadniać swojej wartości, bo jest nieustannie afirmowany od wewnątrz przez Miłość, która go stwarza. Wartości człowieka nie można ani pomniejszyć ani powiększyć, nie potrzeba też nad nią pracować. Można mieć kontakt z własną wartością lub go nie mieć. Podobnie jak złoto jest złotem bez względu na to, czy znajduje się na palcu czy w błocie, tak człowiek może żyć, mając doświadczenie swego piękna i zgodnie z tym, do czego jest powołany.

Może też zupełnie nie znać swej wartości, co często prowadzi do życia poniżej własnej godności. Nie zdołamy wyprodukować złota, potrzebujemy je odszukać. Każdy z nas ma w sobie bezcenny kruszec, ale nie każdy ma do niego dostęp. (…) 

polecam również: ks. Piotr Pawlukiewicz – o poczuciu własnej wartości

Poznać siebie.

(…)„Trzeba poznać siebie, wydobywać wszystko z podświadomości, żeby wszystko było proste i jasne” – być może niektórzy przypisaliby autorstwo tych słów jakiemuś słynnemu psychoanalitykowi, a jednak wypowiedział je ktoś zupełnie inny. Zalecenia te podał młody ksiądz, Karol Wojtyła. Rzeczywiście, rozwój wewnętrzny wymaga poznania samego siebie i przyjęcia prawdy o sobie. Teologia nazywa to „poznanie” pokorą, w psychologii określamy je „wglądem”.

Jeśli chcemy się rozwijać, mamy pewną walkę do stoczenia. Przeciwnik ukrywa się przed nami; chce nas zaskoczyć i jak partyzant atakuje, sam pozostając w ukryciu. Tym przeciwnikiem jest JA FAŁSZYWE i aby go zwyciężyć, trzeba poznać jego strategię. Potrzebujemy poznać strukturę pęknięcia, które w sobie nosimy, by dobrać jak najskuteczniejsze środki zaradcze. Docieranie do prawdy o sobie wymaga determinacji, odwagi oraz dyspozycyjności intelektualnej, która wyraża się w gotowości usłyszenia czegoś trudnego, przyjęcia innego myślenia, odmiennego od tego, co przez tyle lat uznawaliśmy za prawdziwe.(…) 

Już samo poznanie siebie jest niezwykle uwalniające! Kiedy ten sam Karol Wojtyła, już jako papież, został zapytany o to, które zdanie z Biblii jest dla niego najważniejsze, odpowiedział cytując Ewangelię św. Jana: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”.(…)

Wgląd jest z reguły nieprzyjemny, a na początku bardzo nieprzyjemny. Jest także niemal regułą odruchowe zaprzeczanie (czasem bardzo gwałtowne) temu, co zaczynamy widzieć. Oko jest tak zbudowane, że całą siatkówkę pokrywają światłoczułe komórki: czopki i pręciki. Jest jednak miejsce na siatkówce, które nazywamy plamką ślepą (można udowodnić jej istnienie poprzez proste doświadczenie optyczne). Choć plamka ślepa znajduje się niemal na środku siatkówki, nie mamy świadomości jej istnienia, ponieważ drugie oko kompensuje braki w obrazie. Mózg nie widzi, że nie widzi. W podobny sposób jesteśmy ślepi na własne mechanizmy obronne (…)

polecam również: ks.Piotr Pawlukiewicz – Twoje serce ożyje

Uczucia.

Wiedza na temat zjawisk emocjonalnych jest coraz większa, jednak ciągle zdarzają się ludzie, którzy dzielą uczucia na negatywne i pozytywne, co często wiąże się z nadawaniem im znaczenia moralnego (uczucia grzeszne – niedopuszczalne oraz uczucia moralne – dopuszczalne). Niekiedy za pozytywne uważa się te uczucia, które są dla nas w odbiorze przyjemne (np. radość, spokój, miłość), a za negatywne te, które w odbiorze są nieprzyjemne (np. gniew, zazdrość czy lęk). Czasem spotykamy się z poglądem, że niektóre z uczuć są szkodliwe dla ich „właściciela”. NIE MA UCZUĆ POZYTYWNYCH LUB NEGATYWNYCH. UCZUCIA NIE MAJĄ WARTOŚCI MORALNEJ. ZNACZENIE MORALNE MAJĄ CZYNY PODEJMOWANE POD WPŁYWEM UCZUĆ.

Jeśli się zdarzy, że ktoś z naszych rozmówców obstaje przy tym podziale, prosimy go, aby podał jakieś uczucie, które uważa za „pozytywne”. Weźmy na przykład radość. Narkoman uzależniony od heroiny poczuje radość, gdy będzie mieć już zapewnioną codzienną dawkę narkotyku. „Miłość” z kolei będzie czuł kochanek jadący do swej kochanki. I może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że ona ma męża i troje dzieci, a on jest księdzem. I w ten oto sposób „uczucia pozytywne” jakoś przestają być pozytywne…

(…) Gniew na przykład jest motorem rozwoju i bywa niezbędny dla utrzymywania relacji (wbrew powszechnie panującym opiniom, jeśli w relacji nie pojawia się gniew, bardzo często nie jest to objaw jedności, lecz śmierci związku). Gniew daje siłę życiową i pozwala stawiać granice oraz bronić wartości. Zazdrość, z kolei, również może pobudzać nas do rozwoju, a także do tego, aby afirmować osiągnięcia innych. Opinia wypowiedziana pod wpływem dobrze przeżywanej zazdrości: „Zazdroszczę twego osiągnięcia! Musiałeś się wiele napracować! Też chciałbym kiedyś w przyszłości osiągnąć coś takiego!” brzmi bardzo pięknie i jest wyrazem podziwu i szacunku dla czyjejś pracy. (…)

Ból neurotyczny i ból rozwojowy. 

(…) Cierpienie neurotyczne związane jest ze zranieniem i pojawia się niezależnie od naszej woli. Czasem trwa w nas na sposób ciągły i nie potrafimy wyraźnie odnaleźć jego przyczyny. Z pewnością jednak ta przyczyna istnieje i najprawdopodobniej ma umiejscowienie w dzieciństwie. Może być ono subiektywnie odczuwane jako niezadowolenie z życia, smutek, osamotnienie, brak pokoju, lęk, trudność z wchodzeniem w relacje, wycofanie, brak pewności siebie, wstyd, odrzucenie, poczucie izolacji i tym podobne. Właśnie ten rodzaj cierpienia przyprowadza ludzi do gabinetu terapeuty. Pod wpływem takiego cierpienia zaczynamy szukać pomocy u Boga.

Zupełnie inaczej mają się sprawy z cierpieniem rozwojowym (zbawczym). Tego cierpienia można uniknąć: wystarczy nie wchodzić w pewne sytuacje, omijać pewnych ludzi i nie podejmować pewnych działań. O ile cierpienie neurotyczne pojawia się w nas czy chcemy, czy nie, podobnie jak ból zęba, o tyle ten drugi rodzaj cierpienia przypomina wizytę u stomatologa – można jej unikać tak długo, jak się tylko da. Jest oczywiste, że biorąc środki przeciwbólowe i unikając wizyty u dentysty, nie rozwiązujemy problemu. Jeśli chcemy zmniejszyć ból zęba, powinniśmy wybrać ból związany z wizytą u stomatologa, w przeciwnym razie cierpienie będzie narastać. Ból leczymy bólem! Jeśli ktoś chce zmniejszyć swoje cierpienie neurotyczne, będzie musiał podjąć cierpienie rozwojowe – innej drogi nie ma. Kto porusza się w granicach wyznaczonych przez komfort emocjonalny („skoro już jest mi źle, dlaczego mam sobie dokładać?”), czyli nie wchodzi świadomie w ból rozwojowy, jego cierpienie pochodzenia neurotycznego będzie rosło. Kto zrozumie logikę przekraczania siebie, ten stopniowo zacznie doświadczać uwolnienia od cierpienia.(…)

Rozbijanie JA falszywego i praca z myślami.

(…) Choć z pozoru może się to wydawać łatwe, uczciwe wejrzenie w siebie wystarczy, by zdać sobie sprawę, w jak wielu sytuacjach przeżywamy bunt i niezgodę. Zdradza nas nasza myśl i mowa, które bywają pełne goryczy, narzekania, a czasem nawet złorzeczenia. A jeśli one są już nam poddane, zdradzają nas nasze uczucia, które pokazują, jak wygląda nasza współpraca z osobistą historią. Nie chodzi oczywiście o to, aby nie widzieć zła i niesprawiedliwości na świecie lub by stać się jakimś niewzruszonym stoikiem. Chodzi o nasze wewnętrzne nastawienie do trudnych wydarzeń.

Bierne rozbijanie JA FAŁSZYWEGO zaczynamy od tego, że wydarzenia, niesione nam przez życie, przestajemy dzielić na „dobre” i „złe”. Oczywiście mamy prawo uznawać je za łatwe lub trudne, przyjemne lub nieprzyjemne. Jednak nawet najtragiczniejsze sytuacje możemy przeżywać w taki sposób, że będą nas wewnętrznie rozwijać i ostatecznie służyć naszemu wzrostowi. Bez świadomej decyzji na współpracę z tym, co trudne, bóle, które niesie ze sobą życie, będą nas dezintegrować i wprowadzać w gorycz, żal, pogardę lub nieprzebaczenie. Odtąd już nie chcę przerzucać odpowiedzialności za to, co się ze mną dzieje, na okoliczności zewnętrzne. Wszystko, co przychodzi, może być łaską. Wszystko może mnie uszlachetniać – nawet (a może zwłaszcza!) sytuacje po ludzku najtrudniejsze. Rzeczy są dla nas takimi, jakimi je przeżywamy. To od nas zależy, czy trudne wydarzenia przeżyjemy ku wzrostowi i oczyszczeniu, czy też zaczniemy rozpaczać i użalać się nad sobą. W tych samych, ciężkich warunkach jeden człowiek będzie stawał się świętym, drugi będzie oddalał się od Boga.(…)

 (…) Przekonania na temat swojej małej wartości lub, przeciwnie, zawyżanie wewnętrznych opinii na swój temat, przekonania na temat innych ludzi, świata i Boga – wszystko to może być produktem JA FAŁSZYWEGO. Po czym to poznajemy? Weryfikacji dokonujemy sprawdzając zgodność własnych myśli z prawdami uniwersalnymi i prawem naturalnym. Dla chrześcijan będzie to Słowo Boże: czy to, co myślę, jest zgodne z tym, co powiedziałby o mnie, o innych i o świecie Bóg? Jeśli myśli nie zgadzają się z Objawieniem, uznamy je za pochodzące z JA FAŁSZYWEGO. Jeśli są z nim zgodne, określimy je mianem „myślenia prawdziwego”. W ujęciu psychologicznym „prawdziwe myślenie” prowadzi nas do miłości (rozwoju), w przeciwieństwie do myśli dyktowanych przez JA FAŁSZYWE, które zahamowują nasz rozwój i uniemożliwiają mi- łość. W teologii duchowości myśli z JA FAŁSZYWEGO często są określane jako kuszenie.

(…) W naszej koncepcji, którą nazwaliśmy chrześcijańską terapią integralną (ChTI), uznajemy istnienie prawdy obiektywnej: świat ma „górę i dół”, istnieje dobro i zło; pewien sposób myślenia jest zdrowy i prawidłowy, a inny nie; pewne postawy życiowe prowadzą nas ku większej miłości i wolności wewnętrznej (rozwój), a pewne zatrzymują nas w miejscu, a nawet nam szkodzą. Według ChTI terapeuta nie powinien się wahać w wykazaniu błędnego myślenia (np. teologicznego czy z dziedziny psychologii). Z naszego doświadczenia wynika, że proces neurotyczny bardzo często oparty jest o błędne rozumienie miłości (…)

polecam również: ks.Piotr Pawlukiewicz – jak zlikwidować fałszywe „JA”

Zmiany. 

(…) niezależnie czy tego chcemy czy nie, wszyscy należymy do struktury, którą możemy nazwać systemem. Każdy z nas należy do wielu systemów. System tworzą wszyscy obywatele jednego państwa, pracownicy jakiejś firmy, grupa rekolekcyjna, członkowie wspólnoty itp. Jednym z najważniejszych systemów, do jakich należymy, jest system rodzinny. Każdy z nas ma w swojej głowie specyficzny system intelektualny i ten także wywiera na nas przemożny wpływ. Nasz wewnętrzny system to przekonania wynikające z naszych doświadczeń, spotkań, środowiska, w jakim żyjemy, kraju i kultury, która nas otacza. (…)

Zmiana zachodząca w jednym elemencie systemu, wywołuje mniejszą lub większą zmianę u wszystkich pozostałych elementów, wchodzących w jego skład.(…) 

Opisane przed chwilą prawo wzajemnej zależności nie byłoby może dla nas tak istotne, gdyby nie kolejne, które mówi, że zarówno system jako całość, jak i poszczególne jego elementy bronią się przed zmianą. Mówiąc krótko: system nie lubi zmian i robi wszystko, aby zostało „po staremu”. Niechęć do zmiany nie jest świadomym wyborem. Członkowie systemu najczęściej nie zdają sobie sprawy z tego, że robią wszystko, by nic się nie zmieniło.(…)

Typologia osobowości.

(…) Chcemy podkreślić, że nie ma lepszej lub gorszej osobowości. Żadna z nich nie jest bardziej ani mniej uprzywilejowana. Każda niesie typowe dla siebie zagrożenia, ale też każda, gdy podda się łasce, wnosi niezastąpiony koloryt i dar w rodzinę ludzką. Dla poszczególnych typów podaliśmy przykłady świętych, którzy mogą być uznani za reprezentantów danej osobowości. W drugiej kolumnie przedstawiamy zdolności, dary i pozytywne cechy dominujące w danej osobowości. Mogą się one stać charyzmatem tej osoby, ale mogą się także rozwinąć w karykaturę cnoty. Jeśli na przykład ktoś kocha porządek i reguły, może wspaniale organizować życie wspólnoty. Może się jednak także stać skrupulantem nie do zniesienia dla otoczenia w przypadku, gdy zwyciężą w nim mechanizmy obronne JA FAŁSZYWEGO.

(…) większość ludzi walczy z grzechem dość powierzchownie, nie mając pojęcia, w które miejsce JA FAŁSZYWEGO powinno się „przyłożyć siekierę” pracy nad sobą.(…)

Rozwój prowadzi do pełni w Chrystusie – każdy święty, niezależnie z jakiego typu osobowości by nie wychodził, staje się podobny do Jezusa, a przez to także i do innych świętych. Osobowość Jezusa zawiera w pełni rozwinięte i zintegrowane w doskonałej harmonii wszystkie typy osobowości. Typologia, jak każdy schemat, porządkuje coś i wyjaśnia, ale może także stać się pokusą! Przestrzegamy czytelników przed zbytnim schematyzowaniem siebie, a tym bardziej innych! (…) Szukajmy światła na własne życie, choć dzięki typologii możemy także lepiej zrozumieć ludzi wokół nas.(…)

Miłość samego siebie, miłość bliźniego i miłość Boga są nierozdzielne.

(…) Jezus wielokrotnie odkłamywał tych, którzy myśleli, że można kochać Ojca w niebie, jednocześnie nienawidząc bliźniego. Jeśli nie możesz komuś czegoś wybaczyć, to znaczy, że i sobie czegoś wybaczyć nie możesz. Oznacza to także, że nosisz w sobie pretensję do Boga. Kto się boi ludzi, czuje także strach przed Bogiem i nie ufa sobie samemu.

Rzeczywistą miłość do Boga mierzy się miłością do ludzi. Ale czy zdajemy sobie sprawę z tego, że podobnie mierzy się ją miłością do siebie samego? Jeśli nie kochasz siebie, odrzucasz także Stwórcę, który dał ci życie i ukształtował cię. Wielu ludzi nieświadomie złorzeczy Bogu, wołając: „Nie udałem Ci się, pomyliłeś się, stwarzając mnie takiego!”. Nie można kochać Boga i bliźnich, nie kochając samego siebie.

Ludzie mają kłopot ze zrozumieniem tego, na czym polega dobrze pojęta miłość samego siebie. Niektórzy widzą w niej pułapkę egoizmu. Często używa się określenia „miłość własna” w pejoratywnym znaczeniu egocentryzmu. A jednak, jeśli nie pokochamy siebie, nie będziemy mogli kochać Boga i bliźnich. Odrzucając siebie, odrzucamy Stwórcę i braci. (…)

Miłość bliźniego (troska o rozwój innych).

Czynienie dobra jest o wiele bardziej istotne niż walka o swoją doskonałość, w znaczeniu perfekcji. Być może od lat zmagamy się z jakąś słabością, która nas nieustannie „sprowadza do parteru”. Nie zachęcamy do tego, by zaprzestać walki (zwłaszcza, jeśli słabość jest jednocześnie grzechem), ale warto się zastanowić, czy nie powinniśmy przenieść środka ciężkości naszych wysiłków w stronę dobra świadczonego bliźnim.

(…) Oczywiście i to drugie zadanie jest ważne (bo umożliwia jeszcze większą miłość!), ale byłoby błędem myśleć, że skoro ciągle upokarzają nas słabości, to nie możemy miłować. (…) To pierwszy i być może najważniejszy krok: rozejrzeć się i podjąć konkretne działania, by ludzie wokół mnie poczuli miłość. Jeśli uważam, że ich kocham, to po czym konkretnie można to poznać? Nie chodzi o to, co ja uważam, ale o to, co czują najbliżsi. Co oni by powiedzieli, gdyby ktoś ich zapytał, czy czują się przeze mnie kochani? (…)

Miłość do Boga (MODLITWA)

(…) z całą pewnością jest to najważniejsze działanie, jakie może podjąć człowiek, aby wyzwolić się z JA FAŁSZYWEGO. Poprzez modlitwę docieramy do Źródła Życia, które się nie wyczerpuje i, co najważniejsze, tryska w nas samych, a więc jest niezależne od okoliczności zewnętrznych. Modlitwa jest przyjmowaniem życia. Jest oddechem, który czerpiemy od wewnątrz; to ona sprawia, że odzyskujemy suwerenność i nie musimy już nikogo błagać o odrobinę uwagi lub afektu. Modlitwa przywraca nam wewnętrzną wolność, bo przestajemy się bać, doświadczając życia w samych sobie. Dzięki niej miłość zaczyna być możliwa.

(…) Nauka modlitwy to często przełomowy moment procesu terapeutycznego. „Skąd się biorą wojny i skąd kłótnie między wami? Nie skądinąd, tylko z waszych żądz, które walczą w członkach waszych. Pożądacie, a nie macie, żywicie morderczą zazdrość, a nie możecie osiągnąć. Prowadzicie walki i kłótnie, a nic nie posiadacie, gdyż się nie modlicie. Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz”. Te znamienne słowa z Listu św. Jakuba powinny dać nam do myślenia. Warto sobie zadać pytanie, czy modlimy się dobrze, a nawet więcej: czy tę czynność, którą od czasu do czasu podejmujemy z pobudek religijnych, w ogóle można nazwać modlitwą.(…)

polecam również: ks. Piotr Pawlukiewicz – o modlitwie

Postanowienia

1. Motywacja do podjęcia pracy nad sobą oraz jej cel.

Jedynym słusznym motywem do podjęcia pracy nad sobą jest miłość (bliźniego, Boga i siebie samego). Jej celem nie może być zadowolenie z siebie. Wręcz przeciwnie, praca nad sobą sprowadza nas do punktu zerowego, w którym realnie doświadczamy, że jesteśmy bezradni. Dopiero to doświadczenie (pokora) czyni nas pojemnymi na łaskę. W pracy nad sobą nie chodzi o naszą perfekcję, lecz o miłość. (…) W pracy nad sobą nie powinniśmy stać się celem dla samych siebie.

2. Jak znaleźć właściwe postanowienia?

(…) działamy przede wszystkim w tym obszarze, który jest możliwy do podjęcia, a nie w tym, który jest polem niekończących się upadków. Nie oznacza to bynajmniej naszej zgody na grzech, temu zawsze powinniśmy się przeciwstawiać. Jednak podejmując postanowienia, wybierajmy je w obszarze, w którym możemy uczynić coś dobrego. Często okazuje się, że kto na serio zajął się miłością drugiego człowieka, dostępuje niespodziewanie integracji w sferach, które były dla niego dotąd pasmem klęsk. Każdy z nas może bezinteresownie dawać coś drugiemu, nawet jeśli sam doświadcza ogromnych deficytów. Miłość wyzwala.

Aby podjąć właściwe postanowienia, potrzebujemy trochę czasu. Dobrym momentem może być ta chwila: tuż po przeczytaniu tej książki. Inne dobre momenty to np. odbycie rekolekcji, dzień lub dwa w milczeniu, dłuższy pobyt na łonie natury, jeśli jesteś wrażliwy na jej piękno. Ważne, abyś miał przynajmniej parę godzin i nie spieszył się. Na samym początku poproś o łaskę dobrych pomysłów, natchnień i rozwiązań. „Którzy we łzach sieją, żąć będą w radości…”(…) 

Patrzę do tyłu i uśmiecham się, choć bolało.
Dziś widzę: wszystko miało sens – coś odebrało,
By wreszcie stanąć u Twych bram tak przezroczysty,
By serce wolne w sobie mieć i wolne zmysły.

Gdy tak bezpieczny znajdę się pod życia tchnieniem,
Mogąc ogarnąć wszystkich już czułym spojrzeniem.
Z trzaskiem otworzą wtedy się prastare bramy
I ufam, wierzę, wszyscy się kiedyś spotkamy.

Kiedy z radością stanę tam z dłońmi pustymi,
Zasłona spadnie, wolny już w Twojej świątyni.
I poznam wszystek rzeczy sens jakem poznany,
Wybiorę miłość, jak ja sam jestem wybrany.  

(Tekst piosenki „Patrzę do tyłu, uśmiecham się”)

Były to fragmenty książki Moniki i Marcina Gajdów „ROZWÓJ JAK WSPÓŁPRACOWAĆ Z ŁASKĄ?” Jako uzupełnienie całości: Ks Piotr Pawlukiewicz – Chrystus nie jest chirurgiem plastycznym. i to: ks Piotr Pawlukiewicz – życie duchowe

podobne: „Miłość to pragnienie dobra dla drugiej osoby, tak silne że oddaje się dla niej własne życie”. Golgota. oraz: Bóg to trzy filary: miłość Boga do człowieka, miłość człowieka do Boga, i strach człowieka przed Bogiem. i to: Śmierć i zmartwychwstanie Jezusa to hymn o miłości a także: Doroteusz z Gazy „O miłości bliźniego” i „CREDO AD INFINITUM” polecam również: List od Ojca i jeszcze: Fronda.pl – Czy można kochać bliźniego i go zabić? oraz: Ks. Jacek Gniadek: Nieustanna walka z pierwotną rzadkością i pokusami szatana… czyli „Nie samym chlebem…” (Jak zbudować własną skalę wartości?) na koniec: ks. Adam Martyna: O cnotach kardynalnych

Pompeo Batoni - Powrót Syna Marnotrawnego

Pompeo Batoni – Powrót Syna Marnotrawnego

List od Ojca


Jezus, przebaczenie, ukrzyżowanie, grzech człowiekaPrzypomnij dlaczego jesteś

i ile mi z Ciebie zostało

po tym jak dziecko krzyczałeś

…wciąż krzyczysz jak ciągle Ci mało.

 

Dałem Ci przecież życie

wiarę co góry przenosi

nadzieję na łaskę wieczności

…więc czemu o miłość wciąż prosisz.

 

Odys, kwiecień 2015

podobne: Na dnie… modlitwa. oraz: Boski Zew. i to: „Słuchaj kowalu niebios” a także: „Ostatni sen” o marności świata

 

%d blogerów lubi to: