Komisja Edukacji Narodowej oraz Dekret Kasacyjny czyli o konieczności rozbiorów Polski w imię postępu, o „bohaterach” z polskich podręczników („oświeconych” rabusiach), oraz o „narodowym potencjale” (elitach)


Alegoria I rozbioru Polski, kolorowana rycina z 1773 r. (drugi z lewej król Stanisław August Poniatowski)

„Dziesięć lat po trzecim rozbiorze Polski, 22 września 1805 r., Hugo Kołłątaj napisał bardzo ciekawy list do Tadeusza Czackiego. Jest on w zasadzie mową pochwalną na cześć Aleksandra I i jego szczodrobliwego ukazu z 1803 r. (do którego wydania walnie przyczynił się książę Adam Jerzy Czartoryski, kurator okręgu wileńskiego, prawa ręka cara w dziedzinie edukacji na Litwie), przywracającego Uniwersytetowi Wileńskiemu część jego pierwotnej nazwy1, zatwierdzającego „układ nauk dla guberni wołyńskiej”, którego polscy poddani JM Aleksandra I „rządali dla swego potomstwa”2, i nadającego Uniwersytetowi Wileńskiemu szeroką autonomię, z czym wiązać się musiały również wysokie dotacje, w tym również autonomię posługiwania się językiem polskim. Uniwersytet Wileński okazał się największym i najsilniejszym ośrodkiem edukacyjnym w całej dziewiętnastowiecznej Rosji. Zarazem „układ nauk” był tryumfem samego Kołłątaja. Czartoryscy albowiem, zarówno ojciec (Adam Kazimierz) jak i syn (Adam Jerzy), przyjęli jako swój własny oświeceniowy, racjonalistyczny program zrealizowany przez Kołłątaja w Akademii Krakowskiej. Polegał on na wyniesieniu na plan pierwszy matematyki, fizyki, medycyny, nauk politycznych, literatury i sztuk pięknych, i, co najważniejsze, zmarginalizowaniu tzw. metafizyki, czyli scholastycznej filozofii bytu („arystotelizmu chrześcijańskiego”)3, odseparowaniu jej od teologii, która odtąd miała być „nauką moralną” zmieniającą się powoli w deizm, a dokładniej w ideologię fizyczno-moralną, o której gęsto pisał Kołłątaj w swoich pismach teoretycznych. Deizm i fizjokratyzm albowiem miał być, w czasach stanisławowskich, a także u zarania wieku dziewiętnastego, najwłaściwszym spadkobiercą racjonalizmu klasycznego (arystotelesowskiego). Innymi słowy Czartoryski zapożyczył od Kołłątaja „utrwalanie tradycji naukowych i narodowych” oraz „niechęć do sposobu uprawiania nauki przez jezuitów”…

…od Massalskiego do Kołłątaja i Staszica aktywiści KEN chcą promować jeden historyczny dogmat: Jezuici byli nie tylko zarzewiem zacofania, ale, co więcej, ich szkoły ponoszą winę za upadek moralności narodu szlacheckiego i pierwszy rozbiór Polski. Jezuici doprowadzili do pierwszego rozbioru Polski.

Dzisiejszy stan historycznych badań nad edukacją Jezuicką owego czasu wskazuje,10 iż bardzo łagodnym jest osąd powyższych twierdzeń jako „przesadnych i niesprawiedliwych”.11 Są one po prostu brutalną, kłamliwą propagandą. Na okazję innego tekstu należy zostawić rozważania, czy Massalski, Kołłątaj, Staszic et consortes szczerze wierzyli w owe konfabulacje, czy i do jakiego stopnia wynikały one z ich niewiedzy, czy może raczej wynikały z ich hipokryzji i mentalności mafijnej. Teraz dość powiedzieć, że Massalski czerpał całymi garściami z mienia pojezuickiego, zarazem był jednym z zaufanych agentów ambasadora Katyrzyny II, Otto Magnusa von Stackelberga (będącego pierwszym „syndykiem” Rzeczypospolitej, scenarzystą Sejmu Rozbiorowego [1773-1776] i dozorcą króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, komunikującego mu decyzje carycy, zarazem głównym inicjatorem KEN), że Kołłątaj wiedział o nieustannej rywalizacji między Akademią Krakowską a Jezuitami, których inicjatywy krakowscy akademicy ciągle utrącali i bez wahania podpiął się pod układ krakowski.12 Zaś Staszic bezpiecznie, w zaciszu włości Andrzeja Zamoyskiego, snuł na jego zamówienie swoją łopatologię…” (szkolanawigatorow.plKomisja Edukacji Narodowej, Hugo Kołłątaj i Stanisław Staszic. Czyli fizjokracja na dwu skibach. Cz. I)

„…Jak tłumaczy Jobert, Massalski przeszedł na salonach paryskich intensywne szkolenie w duchu nowej ideologii fizjokratycznej. Fizjokratyzm, lub fizjokracja, był siostrzanym wobec encyklopedyzmu programem, na pół ekonomicznym na pół filozoficznym, wypływającym z tego samego co on źródła, mianowicie z newtonowskiego deizmu. Massalscy należeli do tego samego co Poniatowscy obozu Familii, jednocześnie, sam Ignacy Massalski, nie przepuszczał okazji do podkopywania pozycji swoich sojuszników Czartoryskich, denuncjując ich reformatorskie zapędy przed Katarzyną II, i samego Stanisława Augusta. Już jako Biskup wileński, w czasie konfederacji barskiej, Ignacy Massalski podburzał wiernych przeciw królowi. Próbował nawet zająć jego miejsce w planach Katarzyny II wobec Polski. Do tego celu używał swoich znajomości z francuskimi fizjokratami. Jeden z nich albowiem, Pierre-Paul Lemercier de La Rivière był zarazem gościem na dworze petersburskim, zaproszonym przez samą carycę, a także autorem pamfletu napisanego jakby na zamówienie Massalskiego, L’Interet commun Polonais, w czasie jego kolejnej wizyty w Paryżu. Swoją naukę fizjokracji pobierał Massalski u samego Victora de Riqueti, markiza de Mirabeau, głównego propagatora idei, ucznia i przyjaciela samego twórcy fizjokratyzmu, François Quesnay’a, przynajmniej powszechnie uznawanego za fundatora tej idei. Zainspirowany tytułem dzieła Mirabeau, Massalski kazał mianować się, za czasów swej świetności, „Przyjacielem ludzkości”. Dla potrzeb swych poufnych misji na dworze warszawskim i petersburskim Massalski sprowadził na Litwę Ks. Mikołaja Baudeau, który oficjalnie miał zajmować się nauczaniem fizjokratyzmu.1
Czym był fizjokratyzm? Jako program ekonomiczny stworzony, według oficjalnej wersji, przez Francois Quesnay’a, najpierw lekarza markizy de Pompadour, faworyty Ludwika XV, a następnie samego monarchy, zawierał on już w sobie posiew deizmu i związanej z nim „naturalnej” soteriologii. Obiecywał on budowę idealnego społeczeństwa opartego na zasadach naturalnego rozumu. Scholastyczne pojęcie prawa naturalnego zamienił w racjonalistyczne prawo natury, a w zasadzie w jej władzę. Fizjokaracja oznacza bowiem „władzę natury”, co w świetle idei Newtona i Condillaca wskazuje na przewidywalną dla nauk przyrodniczych i społecznych, acz nieubłaganą, władzę deterministycznych sił przyrody i historii…” (źródło: Komisja Edukacji Narodowej, Hugo Kołłątaj i Stanisław Staszic. Czyli fizjokracja na dwu skibach. Cz. III)

podobne: Czas odkrywa prawdę (historii) czyli… ile jest wiedzy w wykształceniu i po co nam uniwersytet? oraz: O chemii i alchemii czyli o praktyczności nauk tajemnych w prowadzeniu wojny i kontroli nad surowcami strategicznymi (z informacją włącznie). Dygresja o żelazie czyli Polska drugą Japonią. Metale ziem rzadkich.

„…polskie opracowania historyczne, od Staszica po Konecznego, opisują KEN jako jedyny pozytywny owoc owej katastrofy dziejowej, wielkie szczęście w ogromnym nieszczęściu, zbawienie narodu, które wydobyło Polskę z zapaści sarmackiej i jezuickiego obskurantyzmu. Żeby zrozumieć naturę tego przedsięwzięcia należy naszkicować sytuację, w której Komisja weszła na areną historii. Sejm rozbiorowy zwołany został na 19 kwietnia 1773 r. Zaś 10 sierpnia tego roku w Polsce została ogłoszona kasata Jezuitów, o możliwości której zapewne zaufani z różnych zakątków Europy donosili zainteresowanym, być może nawet z samej Stolicy Apostolskiej. 14 października 1773 r. powołano na wniosek Stackelberga Komisję Edukacji Narodowej, która jako pierwsza w Europie, jeśli nie w świecie, centralna, państwowa instytucja edukacyjna, miała przejąć majątek rozwiązanego zakonu. Na drodze tym intencjom stanęły zabiegi sejmowego marszałka Adama Ponińskiego, sowicie opłacanego przez kolejnych ambasadorów rosyjskich, który dążył do uchwalenia tzw. emfiteuzy, sprzedaży dóbr pojezuickich szlachcie rodowej „z obowiązkiem wnoszenia do skarbu państwa przewidzianej sumy od dochodu”.1 „Wobec niepowodzenia tej koncepcji (…) Poniński usiłował nie dopuścić do powstania organu, który stałby się spadkobiercą substancji pojezuickiej, tj. KEN. Gdy 14 października 1773 uchwalono jej ustawę konstytucyjną, marszałek zdołał odwlec przejęcie przez Komisję pojezuickiego majątku do czasu jego dokładnego zlustrowania.”2
Zabiegi te miały na celu stworzenia dogodnej sytuacji do rabunku pojezuickiego mienia. Co ciekawe Stackelberg nie interweniował, mimo iż Komisja Edukacji Narodowej była jego dzieckiem. Dał Ponińskiemu wolną rękę. Najwyraźniej był on spokojny o jej dalszy los. Zatem słynny ambasador podchodził do sprawy polskiej „profesjonalnie” i gotów był przyglądać się z ukontentowaniem, jak jego „dzieci” sekują się wzajemnie, zarazem grzebiąc Rzeczpospolitą w mroku intryg. Po to wydawał owe „dzieci” na świat.
Komisje administracyjne sejmu rozbiorowego (edukacyjna i lustracyjna, następnie rozdawnicza, litewska i koronna) posłużyły jako rabusie i paserzy upłynniający mienie pojezuickie. Ambroise Jobert, francuski historyk, autorytet w sprawia KEN, pisze w pierwszej kolejności o spontanicznym skoku tłumu chciwców na majątek jezuicki przez:

Marszałkowie konfederacji mieli wyznaczyć lustratorów; Adam Poniński postarał się jak najszybciej wykorzystać tę prerogatywę. (…) Jedynie inwentarz pozwoliłby poznać wielkość dóbr pozostałych po zakonie. Massalski (inny człowiek Stackelberga, Biskup wileński, gorący orędownik KEN, wkrótce jej pierwszy przewodniczący i beneficjent – W. G.), czy ludzie z jego otoczenia, mówili nawet o dziewięciu milionach złp dochodu. Lustratorowie prowadzili dalej w sposób zorganizowany rabunek (…) wierzyciele Towarzystwa, spadkobiercy jego dobroczyńców, tysiące osób, zgłaszających mniej lub bardziej uzasadnione pretensje, rzuciły się na dobra, położyły rękę na zbiorach.3…”

źródło: szkolanawigatorow.pl – Komisja Edukacji Narodowej, Hugo Kołłątaj i Stanisław Staszic. Czyli fizjokracja na dwu skibach. Cz. II

podobne: Dziedzictwo „króla Stasia” czyli… ”Wyzwoliciele z polskości”

„Jako podkanclerz koronny (od 1791 roku) i kawaler Orła Białego, Kołłątaj wzmocnił swą pozycję w sejmie i rządzie, sprawując między innymi pieczę nad miastami, w których wprowadzał przepisy prawa o miastach z 1791 roku, a także przewodniczył Deputacji do Sprawy Żydowskiej, uzgadniającej interesy chrześcijańskiej i żydowskiej ludności miast. Kierował również kodyfikacją prawa karnego i cywilnego, jednocześnie dążąc do poszerzenia zakresu „łagodnej rewolucji” i ożywiając powstanie „konstytucji ekonomicznej”, „konstytucji politycznej”, a w późniejszym czasie „konstytucji moralnej”, związanej z kodyfikacją prawa sądowego w formie tzw. Kodeksu Stanisława Augusta. Prowadząc tak ważną działalność i dysponując bardzo szerokimi kompetencjami, Hugo Kołłątaj pełnił w tym czasie de facto funkcję premiera… 

…No i tu powoli zbliżamy się do rozstrzygnięcia kwestii najważniejszych, o których nas w szkołach nie uczą…

…Otóż „nasz premier” zmartwiony wysychającym źródłem grabieży jezuickich skarbów, stwierdził, że najprostsze i przećwiczone schematy są najbardziej efektywne. Ograbi się zakony i kościoły, księży przejmie się na państwowy garnuszek i będzie ich można zwolnić, jeśli nie będą nadawać treści zgodnej z listami pasterskimi pana premiera. Czyż nie genialne?!

Wiedząc, że te pomysły wzbudzą w Rzymie wzburzenie, troszczący się o dalsze losy kraju patrioci, powtarzali często – Polsko Twa zguba w Rzymie.

Teraz spróbujmy spojrzeć na rzecz całą oczami papieża. Banda diabłów odzianych w sutanny chce zdemontować kościół w obecnej postaci i przeprowadzić rewolucję. Z jego punktu widzenia decyzja jest jasna. Nie można na to pozwolić, tym bardziej, że papież wie z raportów nuncjusza z jaką nadgorliwością przeprowadzano jezuicką kasatę w Polsce.

Genialność planu, który Kołłątaj chciał wcielić w życie jest eksploatowana do dziś, bo do dziś zarzuca się papieżowi, że pomógł w III rozbiorze Polski, a nie pomógł polskim księżom patriotom.

A my? Kogo my w tym momencie mamy potępić, a komu przyznać rację? Takie pytanie na niedzielę…

Chyba najłatwiej zdać się na Opatrzność. A Opatrzność wolała jednak zabory, niż Polskę urządzaną przez premiera Kołłątaja…” (betacool, całość tu: szkolanawigatorów.pl – Biznes plan pana premiera. Oświeceniowe Las Vegas)

podobne: Styczeń 1863 w służbie rewolucji czyli wyzwolenie z rozumu i własności… „Był sobie kraj…” oraz:  O różnicy między „lewicą” i „prawicą” czyli… kto w demokracji ma większe prawo prowadzić lud na barykady by realizować scenariusz grabieżczo-rozbiorowy zwany czasem solidarnością

Jeśli ktoś myśli że Papież błogosławił Polsce tylko wtedy kiedy własny interes w tym widział to polecam lekturę, i namysł nad tym jak się mają etatystyczne normy oświeceniowe zwane postępem do średniowiecznych „zabobonów” stojących na straży prawa własności:

„…Aleksander (III) biskup, sługa sług bożych, kochanemu synowi. Szlachetnemu mężowi, Kazimierzowi, księciu Polski pozdrowienia i apostolskie błogosławieństwo.

Ze strony twej wielkości doniesiono nam, że za radą arcybiskupa i biskupów Polski i książąt ziemi usunąłeś pewne nadużycia i zwyczajowe krzywdy od kościołów o osób kościelnych, postanawiając, by dobra zmarłych biskupów na przyszłość nie były konfiskowane. Postanowiono też, że kto by ręce wyciągnął po dobra zmarłego biskupa, ma być związany węzłem klątwy, ani też żaden z łupieżców nie ma zając miejsca po zmarłym biskupie, zanim osiągnie dobrodziejstwo rozgrzeszenia, po zwróceniu rzeczy zabranych lub dokonaniu odpowiedniego ich oszacowania.

Zwyczaj zaś, jaki był zachowywany dla książąt ziemi, mianowicie iż gdziekolwiek dostojnie podróżowali, najeżdżali ludzi biednych i wypróżniali ich stodoły, a gdy trafiła się niekiedy jaka sprawa do załatwienia między oddalonymi od siebie, wtedy niecni posłańcy, rozjeżdżając się, albo wycieńczali, albo zupełnie wyniszczali zabrane komubądź konie, naprawiłeś za rada mężów duchownych i świeckich.

Zatem ponieważ żądasz, abyśmy rozporządzenie to sprawiedliwe zarazem i chwalebne powagą naszą potwierdzili, my przychylając się do twoich słusznych żądań rozporządzenie powyższe, tak jak ono się zawiera w autentycznym piśmie na to wystawionym, zatwierdzamy apostolską powagą i ubezpieczamy gwarancją niniejszego pisma, zabraniając pod grozą klątwy, by go nikt nie śmiał z jakiego bądź powodu naruszyć. Dan w Tusculanum, 28 marca (1181)” (szkolanawigatorow.pl – Akt łęczycki z roku 1180. Bulla papieża Aleksandra III)

podobne: Sprawiedliwość kontra chciwość czyli miłe (złego) początki prawa własności (na Synodzie Łęczyckim), oraz lichwiarskie fałszerstwa Żydów (w przywileju Bolesława Pobożnego) oraz: Plankt na śmierć Bolesława Chrobrego. Święci i sprawiedliwi: królewicz Kazimierz Jagiellończyk i Joanna d’Arc (Kaczmarskiego)  i to: Styczeń 1863 w służbie Piusa IX (Ostatni Krzyżowiec) oraz proroctwo św. Malachiasza a Paruzja czyli… bój śmiertelny o wieczność kontra pogoń za sensacją

„…Koniec życia Kołłątaj przeżył w samotności i kompletnym opuszczeniu. Ta jego wyjątkowość polegała na tym, że miał w sobie tyle zła najwyższej próby, że w jego czasach nie było jeszcze takiej osoby na świecie, która ową jakość byłaby w stanie wykorzystać i docenić. Ale Hugon zrobił wszystko, by w przyszłości świat dojrzał do twórczego wykorzystywania takich ludzi jak on.

Tokarz w swej bardzo wyważonej w ocenach pracy, tak opisuje sposób działania Hugona Kołłątaja:

„Taktyka (…) polegała na tym, że udawał on z początku, wbrew silnemu przeświadczeniu o swej istotnej wartości, człowieka, oddającego się najzupełniej wpływowi swojego protektora, pozyskiwał w ten sposób jego zaufanie i stopniowo, dzięki swej pracowitości, którą zwykle przewyższał protektora, dzięki swej przewadze umysłowej, swej ruchliwości i wreszcie systematyczności działania, zdobywał sobie stanowisko takie, że nie można było już obejść się bez niego, a wtedy występował już niezależniej (…)”…

…W oparciu o tę taktykę i sztuczki ze skrywaniem i odkrywaniem tego, co w danym momencie należy, H.K. początkowo był stronnikiem króla. Dostał tytuł podkanclerzego, ale „mdlał i płakał, kiedy mu Król oddanie pieczęci spaźniał” – pisze Lisowki. Po uchwaleniu konstytucji robi się gorąco. Interwencja Moskwy grozi tym, że Kołłątaj straci tytuł i wszelkie własności ziemskie. Na co Lisowski słyszy taką kwestię:

– Ja chudy pachołek dogrzebawszy się urzędu nie mogę wypuszczać z rąk całego swojego losu.

H.K proponuje więc swoim kolegom patriotom, że przystąpi do Targowicy, żeby w razie czego bronić ich od prześladowań ze strony konfederatów i Moskwy.

Pomysł umówmy się błyskotliwy, ale chyba pojawił się zbyt późno, bo Kołłątaj traci i tytuł i swe posiadłości. Ucieka do Drezna i tu staje się ponownie patriotycznym spiskowcem, z coraz większym wpływem wywieranym na Kościuszkę. Hugon przygotowuje powstanie i akt powstania, w którym znajdą się takie słowa: „postradawszy Ojczyznę, a z nią używanie najświętszych praw wolności, bezpieczeństwa, własności, tak osób jako i majątków naszych”.

Linowski pisze, że jedyną osobą, której zabrano jakąś własność, był Kołłątaj, więc przynajmniej wiadomo, kto napisał akt powstania.

Nie przesadzajmy jednak z mocą naszych sądów. Przecież Hugon nie wywołał powstania, żeby odebrać swój majątek.

Może i nie, ale wiemy że do wybuchu powstania bardzo mu się spieszyło…” (betacool, całość tu: szkolanawigatorow.pl – Kuźnica złotych talentów)

podobne: Targowiczanin herbu „Ciołek” i jego naśladowcy herbu „euro”. Milczące psy Katarzyny II oraz: Jacek Drozd: Konfederacja Barska… przyczyny, przebieg i skutki

„…tak zwane narracje patriotyczne są w istocie narracjami sprzyjającymi polityce niemieckiej w Europie środkowej…

…Ponieważ wszyscy doskonale wiemy czym się kończy napuszczanie Polski na Niemcy, zadeklarowałem w tej rozmowie z miejsca teoretyczną chęć przyłączenia się do cesarstwa. Zaraz jednak się z tego wycofałem. Z dwóch powodów. Cesarstwo nigdy nie było w Europie siłą przemożną. Ono także dostawało gwarancje i miało swoje, poważne bardzo problemy, a doktryna państwa realizowana była o tyle, o ile. To rzecz pierwsza. Drugi zaś powód jest taki, że cesarstwu nie zależy na przyłączeniu całej Polski. To jest jasne. Wtedy bowiem zyskuje ono taki potencjał, że staje się natychmiast celem ataku sił odeń znacznie potężniejszych. Jeśli zaś urośnie w siłę po cichu i za zgodą niektórych graczy, musi się gotować na długotrwałą wojnę napastniczą. Dlatego właśnie polityka Niemiec, to polityka dążąca do wytyczania nowych granic w Europie, z zachowaniem tej jednej nienaruszalnej granicy, jaką jest wschodnia granica cesarstwa. Wszelkie więc gawędy Donalda Tuska i Lecha Wałęsy o stworzeniu wspólnego z Niemcami państwa są ściemnianiem oszustów prowadzącym do kolejnego podziału Europy środkowej. Tego podziału nie da się dokonać przy całkowitej jedności kulturowej Polski, a więc dążyć trzeba do sprowadzenia tu elementu obcego, a także do zdewastowania rodzin i Kościoła.

Ktoś powie, że w takim razie może Rosja? Jeśli nie Piłsudski to może Dmowski? Nie ma innej Rosji poza bolszewicką i nigdy już nie będzie, trzeba to sobie powiedzieć jasno, a komunikaty płynące znad Newy w oczywisty sposób obnażają płytkości i powierzchowność tamtejszej doktryny…

Katastrofa I RP nastąpiła wówczas, gdy doktryna państwa została oderwana od doktryny Kościoła. To zaś możliwe było dzięki kasacie jezuitów, a także dzięki działalności jakobinów takich jak Kołłątaj, którzy grabili pojezuicki majątek. Pomysł, by tę próbę generalną zamienić w spektakl prawdziwy, czyli okraść cały Kościół w Polsce i zamienić kraj w jakobińską republikę, narodził się szybko i został przez wielu podchwycony z entuzjazmem. Ludzi zaś, którzy program ów realizowali nazywamy dziś patriotami, choć powinniśmy nazywać ich zdrajcami. Dlaczego? Bo usunęli mieszkańcom I RP grunt spod nóg, uznali, że podstawa doktrynalna istnienia państwa jest nieważna, że najważniejsze są dodatki, czyli skarb i wojsko. Taka nowoczesność w domu i zagrodzie, którą w dzisiejszych okolicznościach ćwiczymy także. Konkrety panie, liczą się konkrety i nic poza tym. Ile papież ma dywizji i różne takie. Powtórzmy więc jeszcze raz – dopóki Polacy sami nie zakwestionowali własności na swoim terenie rozbiory były bardzo trudne do przeprowadzenia, a przede wszystkim do uzasadnienia. No, ale znaleźli się, jak zawsze zresztą, ludzie gotowi do podsunięcia wrogom takich uzasadnień. I ich dziś czcimy. Ktoś powie, że wybór był tylko pomiędzy Targowicą a Kołłątajem, to nie jest prawda. Zważywszy na fakt, że to Kołłątaj namawiał króla do przystąpienia do konfederacji.

Noch ein mal więc – wszelkie zamachy na własność kończą się katastrofą państwa. Polityka cesarstwa dąży zawsze do rozdrobnienia Europy środkowej, a Rosja jest marionetką w rękach organizacji globalnych. Na tak zarysowanym tle Polska powinna prowadzić swoją politykę. No, ale do tego potrzebni są politycy. Tych zaś nie ma…” (coryllus, całość tu: szkolanawigatorow.pl – O konieczności rozbiorów Polski)

„…Do roku 1795 elitą się bywało z zasiedzenia i tradycji, później coraz cześciej z nominacji 4 cesarzy. I tak w wiek XX, jako zbiorowość posługująca się językiem polskim, wkroczyliśmy z „przesianą” i wyselekcjonowaną przez zaborców elitą, zasiloną „produktami” cywilizacji węgla i pary. Z dużym uproszczeniem można przyjąć, że „tradycyjne” elity Rzeczypospolitej zostały podmienione na „pieczeniarzy” dworów zaborczych, przy zachowaniu jedynie ciągłości „nazwiskowej” (nie będę się dalej pastwił nad potomkami sławnych rodów). 

„Potencjał narodowy” (piszę w cudzysłowie i nie będę tuaj tłumaczył znawcom badań Coryllusa), w miejsce tych „klamkowych” na cesarskich dworach, wykreował nową „elitę”, tym razem „narodową” i „patriotyczną”, która w swoim najwyższym stadium uniesienia narodowo-patriotycznego w „duchu” I Rzeczypospolitej, z uśmiechem na twarzy i z pieśnią na ustach DOBROWOLNIE zrezygnowała z roszczeń do 2/3 terytorium i 2/3 ludności (traktat ryski). Kulminacją ich „zdolności” intelektualnych była klęska 1939 roku. A los, który ją spotkał był w dużym stopniu efektem ubocznym tych „zdolności” (wiara w sojusze egzotyczne, niewypowiedzenie wojny Sowietom, kapitulacja Lwowa).

W ich miejsce, po 1945 roku,  sowieciarze zaproponowali ludziom mówiącym po polsku krótką ścieżkę awasu do „elity”. Ten „produkt”, w szczycie swoich możliwości intelektualnych, zdolny był do wymyślenia Okrągłego Stołu, który dzisiaj kontestowany jest przez wnuków tego „produktu”, którzy głównym wrogiem uczynili partie polityczne i estabisz-ment prawniczy…” (Marek Natusiewicz, szkolanawigatorow.pl – O elitach i misjach)

podobne: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? oraz: Historia handlu wymiennego między wschodem i zachodem czyli rewolucja w zamian za zasoby naturalne. Ukraina (Ługańsk, Donieck, Baku, Batumi, ropa, Stalin, strajki u Rotszyldów) Rosja i to: „Najpierw państwo” czyli… gdy monopol na przemoc nie służy sprawiedliwości i własności. Ekonomia grzechu przeciw wolności „elit” naiwnych i mściwych (I) a także: Stanisław Michalkiewicz z okazji 20 rocznicy „majówki” o „świętości” pracy, trybunale oraz konstytucji dawnej, obecnej i przyszłej. „Teatr na Wyspie” (Gajowniczka)

Szerzej o przyczynach i skutkach kasaty klasztorów, czyli spuściźnie tzw. „oświecenia” i dokonań bohaterów sejmu 4 letniego opowiada  O. Wincenty Polek na Targach Książki w Bytomiu (2016)

Dekret kasacyjny z roku 1819 – zapowiedź książki (do kupienia na www.basnjakniedzwiedz.pl)

Tymczasem trwa tzw. „reforma edukacji” czyli oświeceniowy gniot dezinformacyjny, zafundowany nam przez wolnomularzy uchodzących w powszechnej świadomości (dzięki tzw. „szkole publicznej”) za „bohaterów” Sejmu Wielkiego – Staszica, Kołłątaja, „króla Stasia” i innych pseudo autorytetów udrapowanych w patriotyczne szaty. Nie słabnie też pomimo ideologicznych sporów retoryka „prounijna” (czyli pro niemiecka – „Szklany nocnik dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego” za „Traktat Lizboński i nadmuchiwanie Niemiec”) która ciągle usprawiedliwia projekt „wspólnoty” opartej o rzekomy dobrobyt (jaki to można poczytać tu – Tomasz Cukiernik o niekorzystnym bilansie 11 lat członkostwa Polski w UE) i bezpieczeństwo (o czym więcej tu – UE bez pomysłu na siebie pogrąża się w kryzysie. Szczyt w Chinach początkiem końca Europy jaką znamy?)

Ten taniec ignorancji nie skończy się dopóki państwo nie zrezygnuje z przymusu szkolnego i nie odda obywatelom prawa do poznawania prawdy o naszej historii. Głośna ostatnio walka o gimnazja to typowa ustawka jak onegdaj „transformacja ustrojowa”. Ludzie mają się zastanawiać czy lepiej myć nogi czy może ręce a tymczasem problem tej tzw. „edukacji” leży zupełnie gdzie indziej. Niech nikt nie myśli że wraz z likwidacją gimnazjów skończy się ogłupianie narodu i wyzysk na potrzeby utrzymania spuścizny Komisji Edukacji Narodowej. To jest tylko kolejny etap walki o podział budżetów między piłsudczykami a prusakami, i o to czyje kadry będą nam w pierwszej kolejności dalej robić wodę z mózgu, za tzw. „publiczne pieniądze”.

Na drodze do obecnie trwającego monopolu państwa (duopolu partyjnego) stały rzecz jasna klasztory i Kościół Katolicki. Celem „reformy oświaty” była więc od początku chęć ograniczenia niezależności i wpływu Kościoła na obywateli (zwłaszcza w dziedzinie uniwersalnych praw moralności). Walka o rząd dusz wciąż trwa… (Odys)

podobne: Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjach

Artur Grottger – Modlitwa konfederatów barskich przed bitwą pod Lanckoroną

Reklamy

Magnetyzm socjalizmu od przedszkola do Opola czyli śladami hrabiego Ronikiera – towarzysza „Istotek” po „wesołym miasteczku” (Kaczmarskiego)


Za rękę prowadzony
Gdzie szyldy i neony
Patrzyłem z zachwytem na świat dookoła mnie.
Tu lody i cukierki,
Tam piwo i serdelki
Z głośników zaś strażacka orkiestra w trąby dmie.

Paweł Kuczyński – Journey

I ludzie tacy żywi
I wszyscy są szczęśliwi
I czuję niejasno, że też ze szczęścia drżę…
Chcę śmiać się, cieszyć, gadać
I bawić się, lecz nadal
Za rękę mnie prowadzą i jeszcze nie wiem gdzie.

Wesołe miasteczko! Tu słońca z tektury
Wciąż skrzą się światłością żarówek tysiąca.
I wtedy, gdy niebo zaciągną burz chmury,
I wtedy, gdy nie ma już słońca.
W wesołym miasteczku w powietrzu jest radość,
Tu ten dziś się śmieje kto wczoraj chciał łkać
I nigdy tym śmiechom nie stanie się zadość,
Nawet kiedy nie będzie już z czego się śmiać.

Gabinet krzywych luster –
Znikają oczy usta,
A za to rosną uszy i ogromnieje brzuch!
A obok już inaczej:
Twarz cała jakby płacze
I tułów pokręcony, wystarczy tylko ruch.

A potem karuzela
I coraz szybciej, śmielej,
I już mi nie przeszkadza, że ciągle w kółko gna!
Pod niebem z ziemi szydzę
I świat pod sobą widzę
I wiatr mi świszcze w uszach, orkiestra marsza gra!

Luis Quiles – Master of puppets

Wesołe miasteczko! Tu słońca z tektury
Wciąż skrzą się światłością żarówek tysiąca.
I wtedy, gdy niebo zaciągną burz chmury,
I wtedy gdy nie ma już słońca.
W wesołym miasteczku w powietrzu jest radość,
Tu ten dziś się śmieje kto wczoraj chciał łkać
I nigdy tym śmiechom nie stanie się zadość,
Nawet kiedy nie będzie już z czego się śmiać.

Gdy spłynę już spod nieba
Na ziemi stanąć trzeba –
Niełatwo; zamęt w głowie, kolana dziko drżą.
Strzelnica się podsuwa,
Więc staję biorę spluwę.
Pojawia się sylwetka – niweczę strzałem ją!

Ktoś obok w cieniu stoi,
Podsuwa mi naboje,
Ja mierzę, strzelam, mierzę i strzelam raz po raz!
Wyjmuje ktoś spod lady
Ordery z czekolady
I dla mnie – rozgrzanego – już przestał istnieć czas…

Wesołe miasteczko! Tu słońca z tektury
Wciąż skrzą się światłością żarówek tysiąca.
I wtedy, gdy niebo zaciągną burz chmury,
I wtedy gdy nie ma już słońca.
W wesołym miasteczku w powietrzu jest radość
Tu ten dziś się śmieje kto wczoraj chciał łkać
I nigdy tym śmiechom nie stanie się zadość,
Nawet kiedy nie będzie już z czego się śmiać.

Więc rzucam broń i pędzę!
Gdzie – nie wiem – byle prędzej,
Orkiestrą huczy głowa, a w skroniach tętni krew!
I widzę beczkę śmiechu –
Wskakuję bez oddechu,
Wiruję! Wpadam w otchłań! I nie ma mnie!

Jest śmiech.

Jacek Kaczmarski„Ballada o wesołym miasteczku”

„…wszelkie pomocowe ideologie, wszelkie współczucia okazywane biednym i potrzebującym, które nie mają kontekstu religijnego, a jedynie doczesny służą wojnie i dewastacji. Cały socjalizm w Polsce służył temu, by zdewastować lokalne inicjatywy gospodarcze i zniszczyć więzi – finansowe i religijne – spajające niewielkie społeczności, łączące się potem w naród. Nigdy dość przypominania o tym. Kiedy zaś już się udało to zrobić, wyzwoleni od złego pana parobcy i chłopi szli w kamasze, albo do fabryk, sam zaś pan szedł na żebry lub do piachu. Tym zaś wyzwolonym już i szczęśliwym, socjalizm natychmiast proponował wpłacanie składek na kasę chorych i ubezpieczenia powszechne i przymusowe. – Alternatywą – mówili socjaliści – jest żebranie pod kościołem. Może nie zawsze? Może gdyby nie było socjalistów i ich oszukanej gawędy dałoby się zorganizować wszystko inaczej? Może jakaś opcja została usunięta sprzed naszych oczu, a na jej miejsce wstawiono Żeromskiego i jego fałszywe współczucie? Będziemy się nad tym zastanawiać. Jedno jest w tym wszystkim najistotniejsze – ubezpieczenia właśnie. O ile mnie pamięć nie myli, znany działacz komunistyczny Adolf Warski także pracował w towarzystwie ubezpieczeniowym. Niestety informacja ta już zniknęła z wikipedii. Pisałem o tym kiedyś w tekście o Newerlym.

Zniszczenie społeczności lokalnych, niezadłużonych i połączonych tysiącznymi, drobnymi zależnościami otworzyło drogę do serc i umysłów oszustom na masową skalę. I to jest istotny sens działania socjalizmu. Ludzie zajmujący się ubezpieczeniami są moim zdaniem kluczowym elementem gangów socjalistycznych, ale my ich nie widzimy, bo podchodzimy do kwestii socjalizmu bardzo emocjonalnie. Tak jest on zresztą skonstruowany, ma stymulować emocje. Do tego są socjalizmowi potrzebni pisarze i poeci, bez nich ten kosmiczny przekręt się nie obejdzie i dlatego mamy do dziś te wszystkie świeckie kulty, które objawiały się nam co roku, we wrześniu, w postaci nowej listy lektur szkolnych…” (coryllus – O treściach istotnych i tych drugich)

podobne: Szewczak: Do OFE przypisano nas bez pytania. To jedno z największych oszustw III RP… Jeśli tak to jak nazwać ZUS? Michalkiewicz podaje rozwiązanie oraz: Studiować każdy może… ale nie każdy widzi w tym sens. Inteligencki etos żeromszczyzny i to: Na chłopski rozum o „transmisji myśli w kosmos”, talencie wybrańców losu, transgresji i ektoplazmie „poezji” czyli… „o mafii bardzo kulturalnej” („arystokracji rozumu”) oraz magii Nobla Władysława Reymonta (alias Rejmenta-Balcerka)

„…Po co ludowi oświata? To jest fetysz największy i najbardziej czczony do dziś. No, ale po co ona jest? Po co chłop ma czytać? No po to, powiedzą zwolennicy oświaty ludowej, żeby go stary Szczerbic nie oszukiwał, żeby mu nie potrącał z dniówki i żeby chłop mógł się zapoznać z najnowszymi trendami światowej polityki. A po co Szczerbic miałby oszukiwać chłopa? On go wynajął do pracy, dał mu mieszkanie w czworakach, zakazał chlać na umór, wypłacał dniówkę, a także serwituty, żeby chłop miał co jeść i gdzie spać, a także czym się ogrzać. No tak, powie zwolennik oświaty ludowej, ale w ten sposób Szczerbic odgradzał lud od cywilizacji i jej zdobyczy, nie pozwalał chłopom robić karier w korporacjach i wyjeżdżać do miast, gdzie mogliby zaciągać korzystne kredyty na zakup mieszkań własnościowych. To prawda, stary był z całą pewnością przeciwny takim imprezom. Obstawiamy tę opcję w ciemno, choć przecież za dużo o nim nie wiemy.

Jakie argumenty mają jeszcze za pazuchą zwolennicy oświaty ludowej? No, takie, że jak ktoś umie czytać to przeczyta i nie da się w ten sposób oszukać nikomu, bo będzie wiedział co jest napisane. Wszyscy umiemy czytać i pisać, niektórzy nawet w obcych językach i co? Nie dajemy się oszukiwać? Nie chcę ciągnąć tych rozważań w powyższym tonie, bo wszyscy wiemy o co chodzi i po raz nie wiem który powracamy do tych samych konkluzji. Nie ważne kto i co pisze, ważne kto i gdzie tę pisaninę dystrybuuję. Ważne jest także jak ona jest promowana. Autorów można wystrugać z czegokolwiek, przykład Twardocha jest tu najwyraźniejszy. A do tego jeszcze znajdą się zawsze frajerzy gotowi, na podstawie li tylko poruszanych przez takiego wystruganego tematów, ogłosić go jednostką wybitną. Bo przecież jasne, że jak ktoś pisze o Panu Bogu, dylematach księży, rozważa różne poważne kwestie religijne, to nie może mieć złych zamiarów, o nie. Kiedy się już ma autorów, deprawuje się ich pieniędzmi i za pomocą usłużnej i opłaconej prasy czyni wielkimi. Później zaś można już wszystko. Rzecz najważniejsza to wykreowanie odbiorcy, który nie rozumie po co i dlaczego czyta – o to postarają się już dziewczyny niosące kaganek oświaty pod strzechy, różne siłaczki i ABC dobre panie. Odbiorca nie posiadający własności jest niewolnikiem dystrybutora. W naszych okolicznościach chłop oświecony za pomocą groszowych broszurek stał się niewolnikiem Bolesława Hirszfelda i Bronisława Natansona, albowiem to oni kontrolowali kanały dystrybucji literatury dla ludu…” (coryllus – Oświata ludowa, czyli mądrości Stefana Ż)

podobne: Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjach oraz: Nobel Dylana i promocja obłędu za publiczne pieniądze w „fabryce bestselerów” czyli… Paranienormalny(ch) „klub literata i literatki” i to: Czas odkrywa prawdę (historii) czyli… ile jest wiedzy w wykształceniu i po co nam uniwersytet?

„…Moja córka, na przykład, czyta sobie książki Holly Webb o zwierzętach. To znaczy o małych dziewczynkach, które ratują zwierzęta. To są same emocje i ja nie mogę zupełnie tych książek znieść, bo nawet najprostsze manipulowanie emocjami rozwala mi zupełnie dzień. A tam są same nieszczęścia, szantaże podprogowe i wielkie, kocie oczy, patrzące na człowieka tak, że ma ochotę uciekać na biegun północny. Wszystko kończy się dobrze, ale jakie to ma znaczenie…każdy kto kiedykolwiek się wzruszał poważnie wie, że żadnego. Z dziecięcego serca nie da się usunąć takich śladów.

No więc ona czyta sobie Holly Webb, a razem czytamy Pana Samochodzika. Ja już dostaję drgawek od tego Samochodzika, ale czytam twardo, bo ona go uwielbia. Najbardziej niestety lubi te książki, które mnie wprawiają w osłupienie ze względu na charakter zawartych tam treści. „Pan Samochodzik i Winnetou” czytamy już chyba czwarty raz i znoszę to niestety coraz gorzej. O wiele rzadziej czytaliśmy moją ulubioną „Tajemnicę tajemnic”. Na szczęście oboje zgadzamy się, że „Niesamowity dwór” jest bardzo dobry i wracamy do niego równie często jak do „Winnetou”. No i jeszcze „Księga strachów”, którą ona uwielbia ze względu na demoniczną ciotkę Zenobię, funkcjonariuszkę kontrwywiadu wojskowego PRL. No ale to wszystko są książki, które były już napisane kiedy ja przyszedłem na świat. Podobnie jak książki o przygodach Tomka Wilmowskiego, które także wielu z nas tutaj obecnych czytało w dzieciństwie. Wciągamy w te treści nasze małe dzieci z jednego powodu – nie ma nic lepszego. I to jest naprawdę straszne. A nie dość, że nie ma nic lepszego, to jeszcze nie ma sprecyzowanej misji jaką miałby spełniać książki dla dzieci. Ta cała Holly Webb ma po prostu wzruszać i od wzruszeń uzależniać małe dziewczynki. Samochodzik miał nakłaniać chłopców do tego, by zostawali ormowcami i współpracowali z tajną, komunistyczną, policją. Tomek Wilmowski i jego przyjaciele, byli jak mniemam, agentami wywiadu cesarskich Niemiec i Wielkiej Brytanii. Jeśli zaś idzie o bardziej współczesne produkcje dla dzieci, to w zasadzie zostają tylko książki okultystyczne, importowane z krajów anglosaskich i nic więcej. Nie będę o tym pisał, bo wszyscy wiemy o co chodzi i wielokrotnie kwestie te tutaj omawialiśmy. Chodzi mi to, jaki charakter powinny mieć polskie książki dla dzieci. O czym powinny traktować i jakie postawy miałby kształtować w małych obywatelach Rzeczpospolitej. Celowo używam takich podniosłych słów, albowiem co roku mamy to narodowe czytanie z udziałem prezydenta i ono, jak mniemam służy właśnie temu, by kształtować postawy i dawać przykład młodym ludziom. No, ale co czyta prezydent? Tak zwaną klasykę. Ta zaś już niebawem zostanie podzielona na książki potrzebne i ważne – Gombrowicz, Żeromski – i książki nieważne i przestarzałe – Prus, Sienkiewicz. Te ostatnie jako wrogie nowemu społeczeństwu zostaną usunięte z kanonu. Być może prezydent czyta także jakieś książki dla dzieci, ale ja nic o tym nie wiem. Bo i niby jakie miałby czytać? Przecież nie Samochodzika, który był poza oficjalnym, szkolnym obiegiem, choć wszyscy się w nim zaczytywali. Za dużo tam milicji…” (coryllus, całość tu: szkolanawigatorow.pl – O książkach dla dzieci)

podobne: Quo vadis „polska” edukacjo? czyli… Mickiewicz i Sienkiewicz w odstawkę oraz: „Szkoła” Jacka Kaczmarskiego czyli zapowiedź najnowszej książki Gabriela Maciejewskiego („Socjalizm i śmierć”)… Bo wszystko już było (na kole historii) i to: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu a także: O dzieciach krzywdzonych w imię POstępu i tolerancji

„Sukces socjalizmu polega między innymi na tym, że składa on programowe obietnice kobietom. One są całkowicie bez pokrycia, ale wywołują niezwykle silne emocje. Kobieta zaś w stanie emocjonalnego wzburzenia zdolna jest w zasadzie do wszystkiego. Poproszone o pomoc dziewczyny z dworków i pałaców, gotowe są poświęcać swój czas i życie dla, przepraszam najmocniej panie, piździelców takich jak Stefan Żeromski. I to jest jeszcze pół biedy, bo wtedy przynajmniej widzimy, że są one świadome czynów, których się podejmują. Tak było z nieszczęśliwą Faustyną Morzycką, która zapisała się na kurs rzucania bombami. Gorzej znacznie jest w przypadku dziewcząt młodych, które działają nie w ramach jakichś emocjonalnych poświęceń, ale dlatego, że ekscytuje je sam udział w akcji. Weźmy taką Wandę Krahelską, największą bohaterkę ruchu socjalistycznego. Dlaczego największą? Bo nie trafiła bombą w Skałłona. Potem zaś, w czasie procesu sam Skałon robił wszystko, żeby ludziom, którzy chcieli go zabić nic się nie stało. Niestety nie wiemy ile za to wziął. Wracajmy jednak do Krahelskiej. We wszystkich podręcznikach piszą, że Krahelska postanowiła wziąć udział w zamachu na gubernatora, bo jej narzeczony został doprowadzony do samobójstwa nieludzkimi metodami śledczych. To z całą pewnością nie jest prawda. Śledczy czy żandarm mógł pobić kolbą albo wyciorem jakiegoś biednego Szmula z Nalewek, mógł zaprawić piąchą jakąś Ryfkę, ale przed uderzeniem narzeczonego Krahelskiej to on się trzy razy zastanawiał nad tym, czy mu się to opłaca. Nie wiemy dlaczego ten narzeczony targnął się na życie. Być może Krahelska kopnęła go w plecy, bo ją znudził, bo nie rozumiał emocji, które grają w jej sercu. On zaś nie mógł tego zrozumieć i targnął się na życie. Krzywicki Ludwik pisze nam wprost, że Krahelska na pytanie – dlaczego rzuciła bombą w Skałona odpowiadała zawsze jednakowo – bo dostałam taki rozkaz. Ani razu nie wspomniała o narzeczonym. Dorobiono tę legendę później.

Krahelska jest tutaj przykładem najbardziej wyrazistym. Oto rewolucja rekrutuje zdecydowane, żądne emocjonalnych przygód, dziewczyny, które się po prostu śmiertelnie nudzą. I tylko socjalizm podnosi temperaturę ich emocji do właściwego poziomu

…celem cząstkowym socjalizmu, było zagospodarowanie emocji kobiet. Te zaś od razu zostały dobrze rozpoznane, co widać na przykładzie Krahelskiej, oraz Paszkowskiej. Ta pierwsza przeżyła wszystkie reżimy i zmarła w czasach całkiem nam nieodległych, otoczona nimbem bohaterstwa, choć przecież nie trafiła bombą w Skałona. Tej drugiej nikt nie proponował małżeństwa, rozumiejąc przecież, że nie takich emocji pani Maria poszukuje. Socjalizm oferował dziewczynom akceptację totalną. Pytanie istotne jednak brzmi – czy inni nie oferowali takiej samej akceptacji? Faustyna Morzycka, wychowanica dyrektora i założyciela nałęczowskiego sanatorium, mogła robić co chciała i nikt się, w tej epoce gorsetów i falbanek, nie wtrącał w jej życie. Była kobietą dojrzałą i świadomą. Z innymi było podobnie. Jedyne co miał do zaoferowania socjalizm naprawdę, to cyrograf” (coryllus – Co zrobić z kobietami?)

podobne: Czy feministka i wiewiórka to „istota czująca”? O roli kobiety według lumpenproletariatu i o podejrzanym zapachu z ekologicznej i patriotycznej d…ziupli oraz: O godności kobiety w Islamie, walce z „własnością prywatną”, i trosce socjalistów o szczęście wszystkich obywateli i to: Paweł Drewniak: „Kobiety, dajcie spokój kobietom!” czyli… walka o przywileje nie jest walką o równość

Petrisan – Mózg

„…w sprawie Ronikiera, niczym w soczewce skupiają się wszystkie problemy epoki. Jest tam morderstwo ze szczególnym okrucieństwem, próba rabunku i wyłudzenia, okup zapłacony w złocie, obłęd, feminizm, Tworki, wątki parareligijne, Feliks Dzierżyński i angielscy tłumacze literatury podłej i pokrętnej. Jest także podpis prezydenta ułaskawiający mordercę Ronikiera i czyniący zeń człowieka niewinnego. Aha, byłbym zapomniał – jeszcze dom gry i spółdzielnia spożywców. Same, jak powiadam, najważniejsze rzeczy, soczewka epoki…

…Mnie najbardziej urzekł w tej historii wątek filmowy. Oto uniewinniony przez Mościckiego Ronikier, morderca młodego chłopca, spekulant żywnością w czasie wojny, oszust matrymonialny, właściciel nielegalnego kasyna, zostaje doproszony jako konsultant do kolaudacji filmowych…

…Bogdan hrabia Ronikier oceniał polską produkcję filmową międzywojnia źle. Uważał, że filmy są słabe, nieautentyczne emocjonalnie i płaskiej. No, ale one takie były. On zaś na temat emocji i wzruszeń wiedział wszystko. Doprowadzał do histerii odziane od stóp do głów niewiasty, które przychodziły na salę sądową i opisywał Dzierżyńskiego, który kocha szczerze i prawdziwie. Ktoś powie – sam przed chwilą napisałeś, że był tandeciarzem. No tak, ale w całkiem innym znaczeniu niż te filmy. On z tej tandety uczynił sposób na życie i mnóstwo ludzi mu wierzyło. Nie wiadomo dokładnie, w którym momencie zorientował się, że w zasadzie chodzi tylko o to, by dość wcześnie przekroczyć pewną granicę, za którą już wszystko jest możliwe i wszystko się udaje. Grunt zaś to się nie przejmować. Jego sposób na przetrwanie i zdobycie pieniędzy brał się wprost z dobrej znajomości skorumpowanego, carskiego systemu policyjno-sądowego, a także z dobrej znajomości deficytów emocjonalnych kobiet i mężczyzn. Ronikier dobrze wiedział, że nie ma takiego szaleństwa, które by zostało zlekceważone na sali sądowej przez prokuratora i adwokatów, jeśliby za nim stał choć cień nadziej na godziwą łapówkę. Dlatego robił co chciał i mówił co chciał, a ludziom się to szalenie podobało…

….I sami zobaczcie, tylko wokół tematów związanych z przełomem stuleci XIX i XX można by zrobić osobny rynek książek, filmów, gier, komiksów i czego tam jeszcze chcecie. My zaś dostajemy jakieś seriale w typie „Belle epoque”, które są znacznie gorsze od filmu „Gehenna”, a z „Jego ekscelencją subiektem” nie mają po prostu startu. Mamy te idiotyczne naśladownictwa nie wiadomo czego właściwie, które mają w nas wzbudzić co? Nostalgię? Jakieś emocje? Żarty. Jak Bogdan hrabia Ronikier wkraczał na salę sądową, dziewczyny piszczały niczym później na koncertach Beatlesów. Dziś zaś nikt nie umie nawet zrobić o tym filmu. Bo nikt nie wie o czym miałby być ten film. Tyle jest w tej sprawie tajemnic. I teraz dochodzimy do konkluzji najważniejszej – ci wszyscy twórcy, filmowcy i artyści, którzy usiłują nas bawić to oszuści. Tylko, że oni nie przekroczyli nigdy tej niewidzialnej granicy, za którą znalazł się Ronikier we wczesnych bardzo latach życia. Oni marzą o tym, by ich oszustwa, jakże przecież nędzne, były kupowane w pakietach gwarantowanych przez państwo. Tak się nie da. Wiedzą o tym wszyscy, którzy choć raz w życiu próbowali wygrać coś naprawdę.” (coryllus – Pan hrabia wkracza na kolaudację)

podobne: Gazeta Wyborcza i kult tolerancji dla pedofilii czyli… kogo ochrania i kto zarabia na Lex Trynkiewicz. O grzebaniu w psyche oraz:  (bez)wstyd Jakóbiak i Ellen za dychę czyli… uważaj na świat stojący otworem. „Pochwała łotrostwa” i „Traktacik o wyobraźni” (Kaczmarskiego) i to: Informacja jako broń i cel ataku oraz krótki kurs czerwonej konspiracji czyli… postsowiecka spuścizna i skażenie Dzierżyńskim w polskich służbach. Kilka słów prawdy o IPN czyli „o największych tajemnicach ludzkości” a także: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości”

„…Przypomniano wczoraj stary wywiad artystki Szczot, która w latach osiemdziesiątych pojechała do Zielonej Góry. Artystka Szczot mówi w tym wywiadzie wprost, że jedzie do Zielonej Góry, żeby załatwić sobie trasę koncertową po ZSRR. Pan dziennikarz zaś mówi do niej, że skoro stawia sprawę tak otwarcie, musi wiedzieć, że na festiwalu w Jarocinie zostałaby wygwizdana. Ona zaś rzecze na to, że Jarocin jej nie interesuje, bo to nędza i wiocha. I teraz zobaczcie jak budowane jest napięcie w tym wywiadzie i jaką alternatywę miała ta cała Szczot – albo Zielona Góra organizowana przez towarzyszy z betonu, albo Jarocin organizowany przez dzieci towarzyszy z betonu, takich jak Chełstowski i Owsiak. I nic więcej. Pokazywane to zaś jest jak wybór między biedą a jakością i między niewolą a wolnością.

Dziś jest podobnie. Oto zmarł wybitny Artysta – Zbigniew Wodecki. Na twitterze Magda Ogórek napisała coś w stylu – odszedł cicho i spokojnie, a inni w tym czasie z hałasem uprawiają politykę. W sensie, że Magda jest nasza i odnosi się dyskretnie oraz krytycznie do postawy artystki Szczot i innych. Nie wiem co się działo na twitterze, ponoć wylała się fala hejtu na Magdę, ale widziałem co napisał portal WP. To mianowicie, że Magda zachowała się obrzydliwie komentując w ten sposób śmierć Wodeckiego. Pan dziennikarz, o przepraszam, mediaworker, użył nawet sformułowania „słuszna krytyka internautów”. Wreszcie internauci mają swoje pięć minut i mogą uprawiać słuszną krytykę, która tym różni się od niesłusznej, że tamta dotyczy artystki Rodowicz i tego szajbusa Jakubika. Słuszna krytyka internautów jest prawie tak samo mocna, jak słuszna linia naszej partii, o której pisano w gazetach w czasach kiedy artystka Szczot wybierała się do Zielonej Góry. My zaś czytając to wszystko, sami nie wiedząc kiedy, podeszliśmy do kasy na dziwnej małej stacyjce i kręcąc głową z niedowierzaniem powiedzieliśmy do kasjerki w okienku – normalny do krainy wiecznych łosi poproszę. Przed nami bowiem zarysowała się alternatywa taka – albo Magda, albo artystka Szczot. I nic więcej.

To wbrew wszystkim pozorom nie jest wcale śmieszne, jest groźne, albowiem prowadzi do rzeczy dla nas tutaj szalenie niebezpiecznej. Do uzależnienia publiczności , nie tylko estradowej, ale każdej właściwie, od comiesięcznych wypraw do krainy wiecznych łosi, gdzie już na pierwszej stacji można spotkać Waltera Chełstowskiego, który w towarzystwie niedźwiedzia Wojtka struga sobie relaksacyjnie patyki pod wielkim zbiornikiem na deszczówkę.

Chodzi o to, by każda decyzja publiczności, decyzja dotycząca wyboru wykonawcy, książki, filmu, każda podkreślam, była kontrolowana. Stąd pomysł, by powołać w związku z tym Opolem jakąś specjalną komisję weryfikacyjną, która będzie za budżetowe pieniądze orzekać, kto jest, a kto nie jest dobrym artystą… 

…Tym mniej zorientowanym podpowiadam raz jeszcze – to jest konwencja, której celem jest zamach na pieniądze nastolatków. Jedyny pomysł bowiem jaki mają koncerny na promocję tak zwanej kultury, to rozklepanie jej na małe, prawie przezroczyste placki, łatwo strawne dla każdego. To się oczywiście wiąże z degradacją publiczności

Tymczasem państwo oddaje wszystko walkowerem. I mówi wprost – mamy w nosie publiczność i zróżnicowanie oferty. Liczy się kasa, która ma trafić do Roberta Glińskiego. Wobec tak postawionej kwestii w zasadzie nie wiadomo co robić. Państwo bowiem, które oddaje walkowerem mecz propagandowy jest po prostu na zejściu, obojętnie jak dobrze by nie wyglądało. Ja sobie zdaję sprawę, że różni macherzy od kultury, zaraz mnie wyszydzą, bo ja nigdy nawet na oczy nie widziałem takich pieniędzy jakie oni pobierają w miesiąc za sprzedaż biletów do krainy wiecznych łosi. No, ale to nie może tak być proszę Państwa, że my się jako grupa musimy określać wobec zgrai oszustów i naciągaczy, którzy podsuwają nam fałszywe alternatywy…” (coryllus – Kraina wiecznych łosi)

podobne: O naturze zła czyli… „Wehikułem czasu” po „krainie grzybów”. O towarzyskich uwikłaniach, hodowli człowieków, sutenerach, detektywach, „piwnicy” w Ministerstwie Kultury i „Eurowizji” oraz: „Najpierw państwo” czyli… gdy monopol na przemoc nie służy sprawiedliwości i własności. Ekonomia grzechu przeciw wolności „elit” naiwnych i mściwych (I) i to: Kultury dobre i złe, oraz reglamentacje, prowokacje i profanacje czyli… materialna i niematerialna sztuka rewolucji. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu a także: Dom Zły czyli Jarocin, gacie Chajzera, siekiera z Wołynia i pusty łeb mordercy jako symbole dobroczynności.

„…Co takiego uwodzicielskiego jest w wyprodukowanym przez demokratyczne gangi socjalizmie, że ludzie słysząc o nim głupieją. Oto – mawiają zwolennicy demokracji i socjalizmu, a także wolnych wyborów, gdzie wyborcami koniecznie muszą być pozbawieni wszystkiego i zadłużeni nędzarze – kiedy jest dziki kapitalizm to przepaść pomiędzy bogactwem a biedą ogromnieje i jest nie do zasypania. Człowiek zaś wolny i uczciwy, a także wrażliwy nie może na to spokojnie patrzeć. Musi działać i odbierać bogatym, by dawać biednym ( a dziś musi ratować uchodźców). Teraz rzecz najważniejsza. Taka przepaść pomiędzy bogatymi, a biednymi rzeczywiście rośnie, ale tylko w jednym ustroju – w demokracji. Nie wierzycie chyba w to, że w wilhelmińskich Niemczech robotnikowi żyło się źle…

…Monarchie łagodzą kryzysy uruchamiając rynki wewnętrzne – taka hipoteza mi się nasunęła. Być może nie jest ona prawdziwa, ale coś w tym musi być. My oczywiście nic o tym nie wiemy, ale w Polsce, nad Wisłą, było sporo przykładów działania małych rynków lokalnych, które dawały ludziom chleb i zatrudnienie. Kłopot z nimi był taki, że one koncentrowały się wokół dworu i kościoła, a do tego – przy dobrej organizacji wszystko co produkował folwark przetwarzane było na miejscu. Potem zaś sprzedawane w sieci sklepów należących do dworu. Ho, ho, tak, tak…bywały takie rzeczy, ale ja na razie nie zdradzę gdzie, bo to będzie w II tomie Baśni. No więc jeśli tak było i chłop z takiego folwarku nie miał ochoty wyjeżdżać, bo nie dość, że dostawał wypłatę w srebrze, to jeszcze miał darmowy opał, nie mógł być przydatny wielkim fabrykom rozwijającym się w państwach demokratycznych. Nie był też dobrym klientem. No bo jak mu sprzedać papierosy jak on sam pracuje na plantacji tytoniu, a po zbiorach może sobie za psi grosz kupić tego tytoniu na całą zimę od właściciela. Jak takiemu sprzedać piwo, jak właściciel zbudował browar i sprzedaje swoje piwo po okolicy, a pracownicy browaru mają rabat 10 proc. na butelce. Taki człowiek się do niczego nie nadaje, trzeba go wyrwać ze środowiska, w którym żyje, wykorzenić, ograbić i złożyć kilka propozycji nie do odrzucenia. Nie było to takie trudne. Każdy bowiem chce mieć więcej, a socjaliści chcą mieć najwięcej. Można było więc jednemu z drugim wyklarować, że jak się plantacje tytoniu podpali, browar okradnie, dziedzica powiesi, to wtedy wszystkim będzie się żyło lepiej, a do tego będzie można pojechać niemieckim statkiem do Nowego Jorku po dolary. Żyć nie umierać. Złudzenie to trwało do I wojny. Potem była euforia niepodległości, a potem korekta socjalistycznego planu naprawy świata, a której końcówkę załapaliśmy się prawie wszyscy, z wyjątkiem najmłodszych.

Powtórzmy więc jeszcze raz na koniec – w monarchii, gdzie rządzi pomazaniec i działają organizacje kościelne nie ma kryzysów. Jedyny kryzys jaki może nastąpić to wojna czyli atak z zewnątrz. No i rewolucja, czyli atak od wewnątrz, poprzedzony propagandowym przygotowaniem artyleryjskim, dzięki któremu robotnik otrzymujący od kapitalisty mieszkanie i opał dowiaduje się, że jest nędzarzem i musi koniecznie pozbawić kapitalistę życia i majątku, by trochę mu się poprawiło. Zwróćmy teraz uwagę na coś jeszcze istotniejszego – nie istnieje żadna korekta planów socjalistycznych. To znaczy zmiany są nieodwracalne, a jak ktoś zaczyna przypominać młodzieży, jak drzewiej bywało, jest karcony przez średnie pokolenie albo wprost przez policję polityczną. Bo gasi ducha i chce powrotu „złych czasów”. Tak to niestety działa. Możemy jedynie wybierać przyszłość, która jest coraz bardziej upiorna. Z krótkimi przerwami na eksploatację taniego, cudzoziemskiego robotnika, które nazywane są okresami prosperity. Taki okres mamy właśnie teraz. Nie wiem ile on potrwa, ale wiem czym się zakończy – wojną i rewolucją. Tym razem islamską. I tak w koło Macieju.”  (coryllus – O nowej Baśni raz jeszcze)

podobne: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos oraz: Kościół katolicki a wolny rynek. Wysokie podatki to grzech i to: Prof. Mieczysław Ryba: Rola Kościoła Katolickiego w kształtowaniu elit w XIX i XX wieku a także: Europa muzułmańska, „Państwo Islamskie” i prawdziwa twarz Islamu: broń w rękach imperialistów, terroryzm, idea rewolucji, czy też religia jak inne?

W skromnej skorupce z błotka
Żyła sobie istotka
Miała rączki i nóżki
I małe zręczne paluszki
Ojojoj małe zręczne paluszki.

Michał Dziekan – Mniej znaczy więcej

I w owej skorupce wiotkiej
Wiodła żywocik swój słodki.
Aż raz mruknęła – cholera!
To błotko mnie uwiera!

Rozbiła błotko młotkiem
I świat ujrzała słodki
I łąkę pełną stokrotek
A na niej mnóstwo innych istotek.

Istotki piszczały, prychały,
Po pyszczkach się drapały.
Potem zaklęły krewko
I zbudowały państewko
Ojojoj zbudowały państewko.

Nauczyły się owe istotki
Nosić kapturki i botki,
Wycięły wszystkie stokrotki
I poustawiały płotki.

Podzieliły się na klasy:
Pierwsza klasa – grubasy
Druga klasa – bimbasy
Trzecia klasa – chudziasy.
Ojojoj strasznie chude chudziasy.

Tyrają biedne chudziasy,
Gdy w totka grają grubasy
Bimbają sobie bimbasy
Szczęśliwe po wieczne czasy!
Ojojoj szczęśliwe po wieczne czasy!

Aż krzyknął chudzias: Jezus Maria!
Stworzymy proletariat!
I on to nas uchroni
Od wyzyskiwaczy srogich!
Ojojoj bardzo srogich.

Świat się zmienił od tego czasu:
Schudł grubas, tyrają bimbasy,
A proletariat utył
W polityce obkuty!

I morał stąd wynika
Nie licz na wyrobnika!

Jacek Kaczmarski„Ballada o istotkach”

PS…

„…Bodzio puszczał się nieraz w kawały ryzykowne. Tak na przykład było na premierze jakiejś sztuki futurystycznej w Reducie, w okresie gdy mieściła się ona w gmachu Teatru Wielkiego. Na scenie snuły się jakieś niesamowite zjawy i rozlegały się nieartykułowane wycia. W pierwszym rzędzie siedział Bodzio w towarzystwie Rudego, Tadeusza, Janka Bochwica, Tosia Januszkowskiego, Wiktora Piotrowskiego o jeszcze paru innych darmozjadów litewskich obijających wtedy bruki warszawskie. Zanim futurystyczną szmirę dociągnięto do połowy pierwszego aktu, Bodzio wstał i oznajmił głosem tubalnym:
Dość tego skandalu! Chodźmy na kolację! Nigdy by za czasów Skałona nie ośmielono się wystawić takiej bzdury na scenie cesarskiej. No, ale cóż – wszystko jest dziś możliwe w tych nowych republikach – litewskiej, łotewskiej…cygańskiej…” (coryllus – Żydzi i polski patriotyzm)

Franciszek Kostrzewski – Pożar wsi

Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjach


Adam Wycichowski niewolnik – errare humanum est

„…Pracowaliśmy, siedząc na ławce i pochyleni nad pulpitami pod nieustannym dozorem albo “maitre d’etude” czyli klasowego dozorcy na pensji, albo w liceum pod okiem p. profesora – zimą jedenaście, a latem jedenaście i pół godzin dziennie. Mianowicie: zimą o pół do szóstej, a latem o piątej trąba archanioła w postaci ogromnego dzwonu wypędzała nas z łóżka, 1/2 godziny na toaletę, potem przygotowanie lekcji i repetycja, o siódmej i pół śniadanie – do wyboru biała kawa lub czekolada z bułką i masłem, i marsz do liceum. Tam dla 1800 uczniów dwie tylko, wprawdzie ogromne bramy, jedna (nasza) od rue du Havre, druga od ulicy Caumartin, otwierały się nie na głos dzwonu, lecz bębna, 5 minut przed 8. Punkt o ósmej przed drugim bębnem 1 800 malców już siedziało w trzydziestu audytoriach, albowiem klasy były rozdzielone każda na trzy tzw. dywizje – i profesor w todze i sędziowskiej czapce rozpoczynał lekcje. Pięć minut po 8 trzecie bębnienie i zamknięcie bramy. Kto w ciągu szkolnego roku więcej niż dwa razy w porę nie przybył bez uprzedniego zawiadomienia ze strony rodziców lub dyrektora pensjonatu, był nielitościwie wykluczany z liceum. W ciągu moich 7 lat w liceum Bonaparte zdarzył się tylko jeden taki wypadek. Dla tego, który taką szkole przebył, już na całe życie “rendez-vous” o 4.30 nie oznacza tak, jak dla 29 milionów moich kochanych rodaków, coś między obiadem a kolacją: to oznacza czwartą 29 minut i 60 sekund.
Takich jedenastogodzinowych dni roboczych mieliśmy, po odliczeniu niedziel, letnich wakacji – i bardzo krótkich, na wszystkie święta, Boże Narodzenie, Nowy Rok, Zapusty, Wielkanoc, Wniebowstąpienie, urlopów, razem 255 dni, czyli 2 805 godzin pracy umysłowej rocznie. Jak się przekonałem potem, jeden z moich siostrzeńców, bardzo gorliwy uczeń, miał w gimnazjum rosyjskim w Wilnie 165 dni roboczych po 7 godzin z przygotowaniem – razem 1155 godzin, czyli daleko mniej niż połowę. Jak jeszcze później rachowałem z młodym p. Platerem z Dąbrownicy, uważanym w petersburskiem liceum za lepszego ucznia, tam się miało dzięki wszystkim dniom galowym tylko 105 dni roboczych po 7 godzin, a więc 735 godzin pracy rocznej. To, daleko więcej niż różnica programu lub zdolności nauczycieli, daje pojęcie o poziomie wykształcenia młodych ludzi we Francji w mojej młodości i w byłym zaborze rosyjskim. A wszakże p. Clemenceau, Thiers, Guizot, Lamartine, Chateaubriand itd., którzy wszyscy to “przepracowanie umysłowe” przeżyli, w osiemdziesiątym roku życia wcale jeszcze “ramolciami” nie byli. Zalecam ten rachuneczek naszym łatwowiernym mateczkom, które się tak łatwo dają rozczulać mniemanym wyczerpaniem umysłowym swoich małych figlarzy.
Podstawowymi zasadami naszego wychowania i wykształcenia były: co do nauk, rywalizacja; mieliśmy w liceum tygodniowe konkursy w rozmaitych przedmiotach, w których klasowano uczniów podług piśmiennych wypracowań, a w końcu roku wszystkie paryskie licea wysyłały do Sorbony po 5 przedstawicieli każdej klasy na tzw. konkursy generalne – których rezultaty ogłaszano we wszystkich gazetach; a rozdawanie nagród pod przewodnictwem Ministra Oświaty, poprzedzane jedną łacińską mową, wypowiedzianą przez któregoś z młodych profesorów i jedną francuską, wypowiedzianą przez jakąś znakomitość naukową lub literacką, stanowiło dla całej wykształconej publiczności paryskiej uroczystość, która ją interesowała w większym stopniu niż dziś popisy sportowe.
Obok niezawodnych korzyści, jakie przynosił ten system konkursowy, może jemu to trzeba przypisać jedyną, moim zdaniem, ujemną stronę nauczania w ówczesnych liceach paryskich. Liceum Bonaparte, położone w pięknej dzielnicy, cieszyło się specjalną protekcją władz cesarskich i komplet profesorów był pierwszorzędny. Z moich nauczycieli pp. Wiktor Duruy (historyk), Manuel (poeta), Greard (pedagog), Perrens – krytyk i historyk, zostali członkami Akademii francuskiej. Błąd był w tym: w każdej klasie było nas około sześćdziesięciu uczniów, których można było rozdzielić na trzy mniej więcej grupy. Dwudziestu czołowymi (do których brat i ja należeliśmy) profesorowie zajmowali się bardzo starannie, następną grupą już znacznie mniej, a ostatnią wcale nic. Nie czuli, że ich krzywdzili, ponieważ przejściowych egzaminów z klasy do klasy nie było…” (fragment Hipolit Korwin Milewski. Wspomnienia. Tom I)

„…Istnieje związek nauczycielstwa szkół powszechnych w Polsce, znany już dawno ze swych wystąpień antykatolickich i nawet antychrześcijańskich. Radykalny i antynarodowy Zarząd tego Związku wydaje pisemko dla dzieci pod tytułem „Płomyk” i pisemko to znowu muszą prenumerować wszystkie szkoły, wszyscy nauczyciele i nawet zamożniejsi rodzice dzieci uczęszczających do szkół powszechnych. Otóż przed paru miesiącami został wydany numer tego „Płomyka”, cały poświęcony bolszewii, w którym „raj bolszewicki”, został przedstawiony w tak pięknych, tęczowych, wprost cudownych barwach, że władze zmuszone były numer ten skonfiskować.
„Ilustrowany Kurier Codzienny” z dn. 4 b. m. zamieszcza list otwarty nauczyciela, p. Antoniego Madeja, b. redaktora „Płomyczka” i b. sekretarza redakcji „Głosu Nauczycielskiego”, organu Związku Naucz. Polskiego. P. Madej występuje bardzo ostro przeciwko kierownictwu i ideologii Związku Nauczycielstwa, która nazywa „machowszczyzną”, która ta nazwa wzięła swój początek od p. Stanisława Machowskiego, redaktora i wydawcy sowieckiego numeru „Płomyka”. Jak wiadomo, p. Machowski jest sympatykiem P.P.S. , jemu też i p. Kolance Z.N.P. może zawdzięczać pójście po linii socjalistycznej w kierunku t.zw. „Frontu ludowego”.
P. Madej w swym liście otwartym porusza sprawę ogromnych dochodów i lukratywnych posad p. Machowskiego, następnie oświadcza, że Wincenty Rzymowski „ za artykuł w obronie „Płomyka” otrzymał 500 zł. (pięćset)”, bo jest spec od demokracji i konserwy. A specjalny numer „Kurjera Porannego”, zawierający obronę „Płomyka” (16 marca 1936) i specjalnie rozesłany do wszystkich związkowców, też zrobił dobry interes, bo i reklama była i koszty tej reklamy pokrył Z.N.P. (około 5000 zł.).
Ten sam Związek Nauczycielstwa Polskiego, a właściwie zgromadzenia oddziałów warszawskiego, krakowskiego, włocławskiego i chojnickiego uchwaliły przystąpienie do socjalistycznych związków klasowych pod nazwą Centralna Komisja Klasowych Związków Zawodowych. Zjazd „Zarzewiaków” których, nie można posądzać o przekonania narodowe, odbywał się kilka dni temu w Krakowie i wpisał do protokołu zjazdu następująca opinię o obecnym położeniu: „Najtragiczniejsze jest to, że szkoła polska nie daje młodzieży narodowego wychowania, zdrowych i wielkich wskazań narodowych, a co więcej na terenie polskiego szkolnictwa zanotować możemy fakty wsączania prawd i haseł będących zaprzeczeniem wszystkiego, o co się lała krew polska”.
Istnieją organizacje młodzieżowe takie jak „Legion Młodych”¹ i „Straż przednia”, które zaraz na wstępie przybrały jawnie wrogi charakter do religii katolickiej i moralności chrześcijańskiej i nigdy nie wspomniały wyrazu „naród” w swoich organach. Organizacje te były powołane do życia jako teren wychowania państwowego przez p. Janusza Jędrzejewicza, b. ministra oświaty i b. premiera i popieranie przez drugiego p. Jędrzejewicza, również b. ministra oświaty. Ostrzeżeń episkopatu polskiego nie wzięto w rachubę. Aż nastąpiła katastrofa, bo przedstawiciele państwa i rządu zerwali i wyparli się „państwowców” z Legionu Młodych. Jednak „Legion Młodych” i „Straż przednia” istnieją nadal i ta ostatnia rozszerzyła nawet swój zasięg i na szkoły powszechne. Organ jej „Kuźnia Młodych” wychodzi nadal. Ileż one przyniosły demoralizacji, znieprawienia ducha i wypaczenia charakteru, zaszczepiły służalczości i innych podobnych „cnót” obywatelskich, obowiązkowych dla „państwowca” według rozumowania pp. Jędrzejewiczów tak wśród młodzieży szkolnej jak i pozaszkolnej. Czy te wszystkie organizacje przez swoją działalność nie przygotowują jawnie i celowo gruntu dla bolszewizmu?

nie można czekać na jawne ataki agentów bolszewickich, ale budować, wzmacniać, rozszerzać twierdze i nie tylko twierdze, ale budować całe linie obronne, przez które nie mogli by się przedostać owi agenci, przez które jad bolszewicki nie mógłby się przesączać do duszy narodu polskiego. I nie tylko sypać wały ochronne, ale także, co jest nie mniej ważne, odrabiać, co ci wrogowie narodu polskiego już zrobili, naprawiać szkody i rysy w duszy Polaków, powstałe z ich działalności dotychczasowej. I nie będzie to praca ani łatwa, ani lekka, ani nie pójdzie prędko…

Solidarność narodowa sprawia, że każdy obywatel więcej się czuje związanym z przedstawicielstwem niższej warstwy społecznej własnego narodu, aniżeli z przedstawicielami tej samej warstwy innego narodu. Pomimo wiekowego, prawie nieustannego, szczucia włościan przez władze zaborcze przy wybitnej pomocy żydów przeciw obszarnikom, robotników przeciw pracodawcom itd., tej, leżącej na dnie każdego Polaka, solidarności narodowej wysiłki wrogów nie zniszczyły, przeciwnie – solidarność ta budzi się i rośnie. Wszystko to razem wzięte pozwoliło, że wszystkie warstwy dawnej Polski zorganizowały się w jednolity „naród”, tę najwyższą postać świadomości zbiorowej, najwyższa formę życia społecznego…

…Twierdzą naszą jest również chrześcijaństwo (…) nakazuje miłość do całego narodu, do wszystkich jego warstw bez względu na urodzenie, wychowanie, zamożność itd. Jest to więc jedyna religia, która wiąże jednostki w społeczność, w naród. Kościół Katolicki stworzył zasady moralności osobistej i społecznej, które zostały przyjęte przez cały świat chrześcijański i nawet narody, które odpadły od Kościoła, w dalszym ciągu kierują się niemi. Nawet Hindusi, zwłaszcza oświeceni i kulturalni, choć nie przystępują do Kościoła Katolickiego, ale coraz bardziej zasady moralności katolickiej zaczynają stosować w życiu.

Trzecią naszą ostoją jest rodzina, która jest podstawą życia jako instynkt, jako dbałość o przedłużenie rodu, jako dbałość o opiekę i wychowanie potomstwa i zapewnienie istnienia i ciągłości rodu ludzkiego. Rodzina stała się podstawą rozwoju, cywilizacji i kultury, zaczynając od dziesiątków i setek tysięcy lat. Rodzina, uświęcona przez Chrystusa Pana i uznana przez Kościół Katolicki za jeden z sakramentów, jest jedna z najważniejszych podstaw społeczności, a tem samym narodu. Tylko w rodzinie możliwe jest wychowanie przyszłych obywateli w duchu katolickim i narodowym na dzielnych, prawych członków społeczeństwa, na których Polska będzie mogła liczyć, będzie mogła się oprzeć, będzie mogła budować swoją lepszą przyszłość tak w dobrej, jak i złej doli.

Czwartą twierdza musi dla nas być bezwzględnie poszanowanie prywatnej własności, opartej na słusznych i sprawiedliwych prawach; na poszanowaniu warsztatów pracy i narzędzi pracy, na poszanowaniu wyników pracy i dorobku. Nie do pomyślenia jest bowiem, aby można było z ludzi zrobić bydło robocze, bydło, które się tylko będzie zadawalniało pełnym brzuchem; nie można zrobić z ludzi kółek w olbrzymiej maszynie nakręcanej ręka jakiegoś mechanika – komunisty…

próbowano zerwać więzy, które łączą naród z przeszłością, zohydzono przeszłość narodu, po prostu pluto na naszą historię, aby zrobić naród bez przeszłości: próbowano zmienić nawet ortografię języka polskiego, tj. sposób pisania i drukowania książek, aby uniemożliwić, zwłaszcza młodszemu pokoleniu, możność czytania dzieł i arcydzieł naszej literatury i nawet dzieł naukowych, ale jednocześnie zasypać rynek księgarski i naród międzynarodowymi śmieciami demoralizującymi nie tylko starych, ale i młodych; próbują zerwać solidarność narodową, agitując za solidarnością proletariatu wszystkich krajów, ale nie wspominają o tem, że socjaliści niemieccy jak jeden mąż stawili się w czasie wojny europejskiej do wojska, aby z okrucieństwem swych dzikich przodków uciemiężyć wolną, idąca na czele światowej rzymskiej i chrześcijańskiej kultury, Francję, zmiażdżywszy uprzednio nieszczęsną Belgię, naszym więc najświętszym obowiązkiem będzie bronić swej narodowości i nie pozwolić zmienić jej w kupę oderwanych od pnia macierzystego liści, które wiatr masoński będzie roznosił, gdzie mu się podoba…

…będą zarzucali Polskę, co zresztą i teraz już robią, książkami i pismami nic nie wartymi, nic niepodnoszącymi ducha, nie uszlachetniającymi, nie starającymi się robić czytelników lepszymi, w których jednak, poza przejrzystymi osłonkami, będą się kryły obrazki i sceny znieprawiające, budzące niezdrową ciekawość i pozwalające domyślać się i wprost narzucać czytelnikowi rzeczy ohydnych. Znowu powiem, że będzie najświętszym obowiązkiem całego społeczeństwa tępić taką literaturę, niszczyć takie pisma i bronić przed niemi naszą młodzież…

…P. Minister Poniatowski kilka dni temu powiedział, że w Polsce o 8 milionów ludzi za dużo uprawia ziemię i wskazał, że jednym z najważniejszych zadań rządu, będzie zorganizowanie dla tych milionów emigracji zamorskiej. Ale dlaczego to my Polacy, dziedzice tej polskiej ziemi, mamy emigrować za morza, a nie kto inny? My jeszcze w polskich miastach możemy i powinniśmy znaleźć dla siebie kawałek chleba. Jest tego chleba po miastach jeszcze dość, trzeba tylko po niego sięgnąć. Pomagajmy tym pionierom dla odbicia polskich miast, tym sięgającym po kawałek chleba na początek może suchego,- ale ci sięgający przy pracy dorobią się, dzieci ich będą miały się już zupełnie dobrze, a wnuki dojdą do zamożności i dobiją się tego, co każdemu jest najmilsze, do niezależnego bytuOprócz tego każdy stragan polski, każdy polski sklepik, każdy handel roznośny jest zdobytą placówką tego materialnego gruntu, który jest konieczny do brony Polski…

…Brakuje nam kilku ogniw w łańcuchu wiążącym, wszystkich Polaków w jeden naród, musimy je wykuć własną siłą i praca i połączyć części łańcucha w całość.” (dr Józef Psarski, Ostrołęka, 21 czerwca 1936 r. – Przemówienie na kongresie kupiectwa i rzemiosła)

podobne: Mesjanizm i człowiek sowiecki w polskiej duszy. oraz: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona i to: Do przyjaciół narodowców. Naród a państwo czyli… Ile jest z narodowca w socjaliście? a także: „Na sumieniu Polski ciąży wiele grzechów przeciwko sobie, ale ani jeden przeciwko innym narodom.” Aleksijewicz: człowiek postsowiecki jest agresywny i bezwzględny polecam również: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos

„…w Cesarstwie Rosyjskim były dwa rodzaje gimnazjów; realne i klasyczne. Te pierwsze z grubsza rzecz biorąc były dla mniej ambitnych a te drugie dla innych. Dla tych, którym chciało się uczyć łaciny i greki oraz zgłębiać historię starożytną. Tak jak w wielu przypadkach nazwy obydwu instytucji były mylące i powinno się je zamienić. To gimnazjum klasyczne winno być nazwane realnym. A realne? Bo ja wiem? Może syfiastym? Ale wtedy zabrakłoby nam skali dla określenia naszych dzisiejszych szkół oraz ich poziomu…

…Socjalizm jak wiadomo był ustrojem realistów zrobionym dla realistów. Wszyscy w socjalizmie byliśmy realistami czyli myśleliśmy i żyliśmy kategoriami narzuconej nam hierarchii. Przedszkole, szkoła, wojsko, praca. Potem dzieci, wódka, rozwód, czasem więzienie lub dom wariatów potem cmentarz. Niektórzy jeszcze potrafili w tym wszystkim upchnąć jakieś studia. Na tym mniej więcej polegała codzienność w socjalizmie realnym, który nic doprawdy nie miał wspólnego z gimnazjami realnymi za cara.

Zrozumiałe jest, że w takim systemie żadne klasyczne wykształcenie nikomu nie było potrzebne. Bo i po co. Wykształcenie klasyczne stało się domeną filologów klasycznych, na którym to wydziale poziom był prawie tak samo wysoki, jak w gimnazjach klasycznych za Mikołaja II, ale jednak trochę niższy. I prawilno.

Dlaczego? Dlatego, że historia klasyczna i znajomość języków klasycznych to nie żaden brak realizmu tylko szkoła polityki. Ludzie, który mieli w programie historię Rzymu zajmowali się po prostu analizowaniem przypadków politycznych i uczyli się na nich zachowań w konkretnych współczesnych sytuacjach i to pomagało im w życiu i w karierze politycznej o wiele bardziej niż wszelkie „realizmy”. Gimnazja klasyczne uczyły realizmu właśnie, realizmu politycznego. Ten zaś nie był głoszącym wolność, równość, braterstwo bandytom do niczego potrzebny. Usłużna zgraja profesorów wymyśliła dla nich nowe programy nauczania, w których historia z politycznej zamieniła się w baśniową lub męczeńską, przestała uczyć, a zaczęła fascynować, czyli inaczej mówiąc hipnotyzować. Mamy dziś rzesze ludzi „zafascynowanych” różnymi okresami w dziejach, którzy nie potrafią wyciągnąć ze swojej wiedzy ani jednego związanego ze współczesnością wniosku, bo to im się po prostu nie zgrywa w głowie. Tamto idzie „swojo szoso”, a życie „realne” „swojo”. Ta sama zgraja profesorów zamieniła nauczanie o literaturze czyli o tworzeniu narracji na idiotyczne i bezsensowne omawianie coraz głupszych lektur. Tak było, bo nikomu nie byli potrzebni ludzie myślący samodzielnie. Żeby myśleć samodzielnie trzeba było mieć certyfikat partii i wydać w ręce jakichś zbirów kilku kolegów. Na myślenie samodzielne zasługiwali też wszelkiej maści serwiliści i dupowłazy, gotowi uczyć się na pamięć regulaminów i „Kapitału” Marksa. Ich kierowano w nagrodę do szkół, gdzie uczono „myślenia politycznego”. Tak było, ale to już przeszłość. Okazało się bowiem, że nawet z tej źle nauczanej historii można wyciągać jakieś wnioski, okazało się, że nawet ze źle omawianych lektur człowiek może czerpać jakąś frajdę. Dziś więc jesteśmy w przededniu likwidacji szkolnictwa jako takiego, nie tylko w sensie klasycznym czy realnym, ale każdym…” (coryllus – O socjalizmie i gimnazjach klasycznych)

podobne: W kolejną rocznicę napaści nazistów… o agenturze wpływu w ramach przymusowej „szkoły publicznej”, oraz o patriotyzmie w ramach edukacji domowej oraz: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki? a także: Tradycja Szkoły Rycerskiej w Liceum Akademickiego Korpusu Kadetów w Łysej Górze

„…doszedłem do wniosku, że to bardzo dobrze iż szlag trafił ten system. To bardzo dobrze, że mamy tę okrutną pustynię zarośniętą truizmamy opartą na podstawowym kursi filozofii, który każdy student ma w nosie, żeby nie powiedzieć gorzej.

Prawdziwa wielkość nie bierze się bowiem z poznania najdoskonalszych tworów ducha i kultury materialnej stworzonych w zachodniej cywilizacji. Prawdziwa wielkość bierze się z doskonalenia praktycznych umiejętności. Bierze się także z wymiany doświadczeń i ze stałej właściwie komunikacji pomiędzy ludźmi. Wrócę do moich ulubionych przykładów, czyli do szkolnictwa jezuickiego. Nie pamiętacie tego, bo i skąd, a znalezienie tych informacji jest trudne, ale w XVI wieku ojcowie Jezuici uczyli ludzi głuchych mówić w różnych językach. Była to nauka bardzo skuteczna, tak skuteczna, że zwalczano ją z wielką zajadłością

…Póki istniała taka organizacja, rozsiana po całym świecie, ponadnarodowa i silna, organizacja która kształciła w sposób niebezpiecznie bliski doskonałości różnych, nie dających się potem ogłupić, a bardzo potrzebnych władcom, ludzi, na świecie nie mogły powstać nowoczesne imperia. Nie mogły bo zawsze na drodze do opanowania serc i umysłów odnajdowały facetów w czarnych sutannach, z różańcami owiniętymi na pięści i z książkami pod pachą. I tego się nijak proszę Państwa przewalczyć nie dało. Bo państwo ówczesne nie dysponowało taką organizacją. Postanowiło ją jednak ukraść zmodyfikować i zastosować do swoich potrzeb. Tyle, że państwa nie obejmują swoją strukturą całego świata, musiały więc stworzyć inną strukturę – piramidalną – na mniejszym obszarze. Jeśli zaś piramidalną, to obieg informacji w takiej strukturze musiał być inny zgoła niż w czasie pierwszych lat istnienia Towarzystwa Jezusowego. Informajca nie mogła swobodnie krążyć pomiędzy wszystkimi członkami organizacji, bo była tajna po prostu, a piramidalna struktura oznacza piramidalną hierarchię. Ta zaś czyni z dostępu do informacji pewien rodzaj sacrum. Jest to jednak sacrum a rebours, czyli anty-sacrum, czyli już wiadomo co. Informacja bowiem jest, ale nie można jej wykorzystać, bo jest w istocie tajna, szkolnictwo istnieje, ale nie może spełniać swojej funckji, bo informacje istotne są w istocie tajne. Tworzymy więc szkolnictwo, które opisuje świat nie będący światem rzeczywistym, ale pewnym modelem, do którego poznania dążymy. Człowiek opuszczający mury nowoczesnego uniwersytetu, nie może nic i niczego nikogo nie nauczy. Może tylko powtarzać bezmyślnie wyklepane tam formułki i ekscytować się produkowanymi przez tenże system i uznawanymi za ważne treściami. Tak to wykląda z grubsza.

Jeśli obieg informacji „z góry na dół” odebrał informacji jej najistotniejszą funckję, to od razu pojawiła się potrzeba kontroli. Człowiek jest bowiem ułomny i każdy chciałby zarobić na sprzedaży różnych sekretów. Stąd wzięły się zapisy cenzorskie prawdziwe, czyli takie, których skuteczność mierzona jest latami spędzonymi w więzieniu. Kościelne zapisy cenzorskie uważam za nieprawdziwe, albowiem trudno nie spostrzec, że ilość ludzi sprzeciwiających się Kościołowi i ignorujących te zapisy była przeogromna i nic złego im się nie działo. Kościół, nawet mając Jezuitów nie był w stanie tej cenzury upilnować. Co innego aparat państwowy z armią urzędników pilnujących jeden drugiego.

Prócz zapisów cenzorskich pojawiły się różne kamery tajne i jawne, które doskonaliły kontrolę na informacją…” (coryllusO obecności diabła na Ziemi)

podobne: W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców oraz: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu a także: Historia i sztuka przez pryzmat fiuta i jeszcze: O dobrą, katolicką szkołę!

W gnozie (bo reglamentacja wiedzy na poziomie „systemu edukacji” to jest pewnego rodzaju gnoza) chodzi o niedostępność/utajenie przed większością ludzi prawdy, oraz o jej zmonopolizowanie przez „szczęśliwych wybrańców” zwanych czasem „elitą”. Temu zabiegowi towarzyszą zazwyczaj „zagadkowe” i „oryginalne” rytuały (dyplomy, sztucznie wytworzona hierarchia, dziwne stroje i „branżowy” język), dzięki którym „wierzącemu” z nizin wydaje się, że uczestniczy w czymś wyjątkowym bo niedostępnym i niepojętym dla zwykłego śmiertelnika (choć sam uczestnik również nie zna prawdy), i to mu imponuje. Przez to natomiast że został dopuszczony do kultu, który polega na rytualnym spożywaniu resztek ze stołu, i oklaskiwaniu „elitarnego” gremium, postrzega samego siebie jako wyjątkową osobę… i to mu w zasadzie kompensuje wiedzę która jest przed nim ukrywana. Do dziś wykorzystuje się ten mechanizm ambicjonalnych aspiracji by manipulować ludźmi… Wystarczy to statystowanie i wyjadanie resztek ubrać w trochę magii i wszyscy są zadowoleni… Abrakadabra i mamy „ekskluzywnego menela” w postaci najpierw „Komisji Edukacji Narodowej” a potem Ministerstwa Edukacji, ZNP i jego socjalistycznych popłuczyn. Instytucje te zamiast kształcić obywateli zajmują się systemowo propagandą postępu, czyli ogłupianiem zwykłych zjadaczy chleba, dzięki czemu skutecznie strzegą przed ewentualną konkurencją zdobytą na klasykach pozycję społeczną, czerpiąc z tego tytułu nieuzasadnione profity i honory…(Odys)

Istotny sens reformy edukacji przeprowadzonej przez Stanisława Konarskiego zasadza się na oddzieleniu elit od pospólstwa i zasadniczo innym kształceniu jednych i drugich. Tak by należycie wypełniali swoje funkcje społeczne. Dlatego właśnie ksiądz Konarski jest tak lubiany i hołubiony przez wszystkich dzisiejszych elitariuszy i reformatorów edukacji. Oni także chcieliby oddzielić elitę od plebsu, a po dokonaniu takiego podziału stać się wszyscy z osobna i jako klan przewodnikiem tego plebsu. Do czego będzie się to sprowadzać w praktyce? Tak jak w przypadku księdza Konarskiego i jego reformy, tak jak w przypadku systemu brytyjskiego, do którego wszyscy reformatorzy się odwołują prowadzi to do wykopania przepaści pomiędzy ludźmi mówiącymi tym samym językiem. Prowadzi także do namnożenia konfliktów o własność, a w konsekwencji do rewolucji, prowadzi do interwencji obcych, którzy przy minimalnych nakładach mają otwartą sytuację do zastosowania zasady divide et impera…

…W Wielkiej Brytanii kariery młodych ludzi są planowane i kontrolowane przez system – bogaci idą do swoich szkół, biedni do swoich. Wszystko to działa w warunkach hermetycznego prawie zamknięcia na świat zewnętrzny. Działa bo Wielka Brytania zdominowała glob i eksportuje swoje produkty, idee, i wartości na zewnątrz. Robi to nie dlatego, że ma rewelacyjny system edukacji, ale dlatego, że jako druga na świecie polityczna siła dysponowała giełdą, a jako pierwsza nowoczesną flotą. Robi to ponieważ jako pierwszy kraj przeszła przez rewolucję burżuazyjną i wyciągnęła z tego maksimum korzyści dla siebie. System edukacji jest wobec tych kwestii sprawą wtórną…

…Reformę trzeba zacząć od sukcesu. Celowo mówię od sukcesu, a nie od rewolucji, bo tu chodzi o sukces właśnie. Rewolucja bowiem zawsze oznacza zło i krzywdę, a zaczyna się od rabunku. Rewolucja angielska zaczęła się od rabunku i eksploatacji Irlandii, to dało jej siłę i paliwo dla długą jazdę. Reformy Piotra I, które również były rewolucją, zaczęły się od rabunku i niszczenia Ukrainy, reformy Fryderyka od okradania Polski na cle i zagarnięcia Śląska, rewolucja Francuska od obrabowania właścicieli ziemskich, rewolucja polska od obrabowania ojców Jezuitów. Polsce nie jest potrzebna rewolucja, ale sukces. Poważny i natychmiastowy. W dodatku taki, który zjednoczy nas, a nie podzieli.

Wróćmy do edukacji. Co jest właściwym wzorem dla systemu szkolnictwa, który da narodowi siłę? Jest nim szkolnictwo jezuickie pierwszych lat istnienia zgromadzenia. To Jezuici wprowadzili podział na klasy, to oni kazali jako pierwsi pisać dzieciom wypracowania, to oni byli opiekunami swoich uczniów i interesowali się ich rozwojem duchowym, to oni kształcili elitę i nie blokowali dostępu do edukacji najwyższej jakości biednym, nie czynili z nich pariasów, lokalsów, nadających się do prostych prac lub administrowania majątkami jedynie. Szkoły jezuickie kończyli wszyscy „wielcy reformatorzy” oświecenia, którzy widząc siłę tego systemu dostrzegli także zagrożenia jakie niesie on dla państwa, dla systemu opresji i nadzoru nad społeczeństwem. Byli to panowie Talleyrand, Fouche, a nawet markiz Pombal. Jezuici kształcili bowiem ludzi świadomych, wolnych i silnych. Trzeba było to zepsuć, zniszczyć i zamienić jak edukację z przydomkiem „praktyczna”. I tak to nam zostało do dziś…” (coryllus – O fałszywej edukacji i fałszywej elicie)

podobne: Studiować każdy może… ale nie każdy widzi w tym sens. Inteligencki etos żeromszczyzny oraz: Po studiach bez pracy… Popyt na inżynierów i to: Skuteczniejsza walka z bezrobociem młodych potrzebna od zaraz. Tymczasem nowych miejsc pracy nie przybędzie a także: Ile jest wiedzy w wykształceniu?

„…Nie wnikam w oczywistości. W to, że gimnazja w ogóle nie powinny były powstać, w to, że wielkomiejskie gimnazja będą się musiały przepoczwarzyć w podstawówki 8-klasowe albo zniknąć, ani w to, że nauczyciele będą musieli wykazać się samodzielnością w poszukaniu pracy w 7 i 8 klasie innej szkoły, zamiast mieć jak mieli w swoim gimnazjum.

Nie wnikam w dobrodziejstwa Karty Nauczyciela i innych ustaw, które pozwalają nauczycielowi przeczekać w tzw. „stanie nieczynnym”, przejść na „pomostówkę” i inne formy przejściowe. Nie wnikam, bo już wszyscy w to wnikali i zależnie od tego czy byli z miasta – uważali, że to skandal, a jeśli ze wsi, cieszyli się jak ja. Przeważnie.

W przeciwieństwie do wieli wójtów-burmistrzów, nie uważam, że nauczyciele to obiboki i mają więcej wolnego niż pracy. Nie zazdroszczę przywilejów, bo zamienić za nic na świecie nie chciałabym z żadną nauczycielką. Uważam tylko, że lament, że akurat część nauczycieli musi poszukać sobie innej pracy, jest przesadzony. Nikt nie lamentował nad robotnikami zamykanych fabryk i likwidowanych PGR-ów. Mieli brać „sprawy w swoje ręce” i liczyć na siebie. A przecież ich umysły były mniej wykształcone niż nauczycielskie, a co za tym idzie – teoretycznie mniej zaradne.

Mój wójtowo-prowincjonalny rachunek jest prosty. Teren gminy mam rozległy i źle skomunikowany. Duża szkoła jest w Wińsku (przedszkole, podstawówka, gimnazjum), a małe szkoły (przedszkole i podstawówka) w Krzelowie i Orzeszkowie. Do tego jest jeszcze jedna maluśka całkiem szkółka w Głębowicach. Przed likwidacją placówki przez mojego poprzednika, uratowała ją Fundacja Elementarz, która przejęła ją do prowadzenia. Daje radę (razem z maleńkim przedszkolem), bo nie obowiązuje w niej Karta Nauczyciela. Ustawowy relikt, wciąż udoskonalany w kierunku ochrony i nobilitacji tego zawodu tak, jakby był rzadki, wymierający i wymagający nieustającego wsparcia. Jakby Państwo Polskie się bało, że mu nauczycieli zabraknie. Jakby dzieci rodziło się coraz więcej, a emigracja nie występowała…” (Jolanta Krysowata – Nie będzie gimnazjów? Cudownie!)

podobne: O patologiach na polskich uczelniach. Podręcznikowa korupcja w szkołach. Potrzebujemy nowej koncepcji nauczania matematyki. oraz: Ordo Iuris: MEN chce ręcznie sterować szkołami i ingerować w prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami. Lekcje na trzy zmiany. Rodzice trzeci raz zbierają podpisy. a także: Wczesna edukacja szkolna nie jest dobra dla dzieci.

„…Pomysł, by skrócić podstawówkę z ośmiu do sześciu lat, miał zdecydowanie ręce i nogi. Nie trzeba przecież wybitnego umysłu, by rozumieć, że 7 i 8 klasa, a więc 14 i 15-latki, to dzieci zdecydowanie za duże, żeby chodzić do tej samej szkoły co 7-latki. (…) sens tego rozwiązania mógłby być odpowiednio rozpoznany pod jednym warunkiem, że po skończeniu szkoły podstawowej, małe dzieci staną się dziećmi dużymi, a więc gdyby po szóstej klasie 13 latki przechodziły w doroślejszy system nauczania

Pamiętam 15 latków przychodzących do liceum 10 lat temu, i pamiętam te podstawówkowe dzieci, jak stawały się niemal dorosłą młodzieżą po dwóch czy trzech miesiącach pobytu w liceum; tyle im było potrzeba żeby się przestawić na doroślejszy system w szkole. Na samodzielne robienie notatek, na elementarną odpowiedzialność za własne zaniedbania, lenistwo czy nieobecności, na porzucenie nawyku uciekania się do oczywistych kłamstw jako wymówek itd. Teraz do liceum przychodzą dzieci 16 letnie, i kiedy można by się było spodziewać, że ów dodatkowy rok, jaki uzyskały dzięki trzem latom w gimnazjum, pozwoli im wejść w ten nowy świat z większą powagą i przygotowaniem, okazuje się, że wszystko poszło w dokładnie przeciwnym kierunku. Ich podstawówkowe nawyki zostały tylko lepiej utrwalone, a przez to, że wiek 15-16 lat to czas naprawdę szczególny, stały się też znacznie trudniejsze do wyprostowania, i teraz często nawet semestr, nawet rok, do tego nie wystarcza. I tę zmianę widzi każdy w miarę doświadczony nauczyciel…

w momencie, gdy te biedne dzieci nabiorą podstawowej ogłady, by wziąć się wreszcie do prawdziwej nauki, okaże się, że czas już minął. I w efekcie, pojawi się cała armia 19 latków, którzy ani nie będą umiały liczyć, ani pisać, ani mówić, którzy będą się snuły po ulicach, bez pracy, bez jakiegokolwiek sensu w życiu i bez jakichkolwiek perspektyw

…ci właśnie młodzi ludzie, pragnący w przyszłości zostać dziennikarzami, systematycznie nie są w stanie rozpoznać nawet najbardziej pospolitych polskich frazeologizmów, takich jak „posypać głowę popiołem”, czy „gdzie dwóch się bije” i takie tam. I to są studenci dziennikarstwa. I proszę mi teraz powiedzieć, na jakiej zasadzie mamy wierzyć, że studenci budownictwa, medycyny, psychologii, matematyki, czy elektroniki są lepiej przygotowani?…(Toyah – Nie pozwólmy zadusić polskiej szkoły)

podobne: Na II „Kongresie Polskiej Edukacji” o kondycji gimnazjów, czyli edukacyjny „miś na miarę naszych możliwości”  oraz: Gimnazjaliści nie radzą sobie z trudniejszymi zadaniami, ale szkołę lubią. Prawo do odręcznego pisania. Polscy historycy zbulwersowani niemiecko-rosyjskim podręcznikiem i to: Wielkie żarcie się kończy! Zmierzamy ku edukacyjnej katastrofie

Francisco Goya – Si sabra mas el discipulo

„Dowód na istnienie Boga” czyli… (nie)znane lekarstwo i super jedzenie prosto z ula (polskiego rzecz jasna)


 

fotografia Jagody L. „Obietnice wiosny

„Mówią, że w pszczole Boskiego jest ducha iskierka” (Ks. Jan Dzierżoń)

„…Urodzony 16 stycznia 1811 r. w polskiej rodzinie w Łowkowicach koło Kluczborka, ukończył studia teologiczne na Uniwersytecie Wrocławskim i przyjął święcenia kapłańskie. Pracował w parafii Karłowice, w powiecie brzeskim. Wrócił do Łowkowic, gdzie do końca życia mieszkał i uprawiał pszczelarstwo.
W Łowkowicach zastał hodowlę pszczół opartą na tradycyjnych metodach, w starych ulach słomianych i pniowych. Wprowadził do uli drewniane listewki (snozy), co ożywiło produkcję miodu. Pszczoły ciągnęły od nich pojedyncze plastry, które po odcięciu od bocznych ścianek można było wyjąć, jak w dzisiejszych ulach ramkowych. Wybudował nowoczesny ul skrzynkowy.
Światowy rozgłos przyniosła mu ogłoszona w 1845 r. teoria dzieworództwa pszczół. Odkrycie spotkało się z niedowierzaniem. Zostało potwierdzone na kongresie przyrodników dopiero pół wieku później! Upowszechniał racjonalną gospodarkę pszczelą i hodowlę pszczół, przynoszącą człowiekowi wiele korzyści. Na pszczelarstwie opiera się apiterapia, dla której miód jest lekiem samym w sobie…” 

„…Podczas liturgii światła Triduum Paschalnego ksiądz modli się:

„W tę noc pełną łaski, przyjmij, Ojcze święty, wieczorną ofiarę uwielbienia, którą Ci składa Kościół święty, uroczyście ofiarując przez ręce swoich sług tę świecę, owoc pracy pszczelego roju. Znamy już wymowę tej woskowej kolumny, którą na chwałę Boga zapalił jasny płomień. Chociaż dzieli się on użyczając światła, nie doznaje jednak uszczerbku, żywi się bowiem strugami wosku, który dla utworzenia tej cennej pochodni wydała pracowita pszczoła. O, zaiste błogosławiona noc, w której się łączy niebo z ziemią, sprawy boskie ze sprawami ludzkimi. Prosimy Cię, przeto, Panie, niech ta świeca poświęcona na chwałę Twojego imienia nieustannie płonie, aby rozproszyć mrok tej nocy. Przyjęta przez Ciebie, jako woń przyjemna, niechaj się złączy ze światłami nieba. Niech ta świeca płonie, gdy wzejdzie słońce nie znające zachodu: Jezus Chrystus, Twój Syn Zmartwychwstały, który oświeca ludzkość swoim światłem i z Tobą żyje i króluje na wieki wieków.”

Jaime Sanjuan – Nieodparty

A przecież każdy produkt pszczoły jest na wagę złota. Leczenie przy ich pomocy nazwane jest apiterapią.
miód – znajduje zastosowanie w leczeniu chorób układu krążenia, układu oddechowego, układu pokarmowego, układu moczowego, skóry i błon śluzowych, hemoroidów oraz schorzeń ginekologicznych;
propolis – znajduje zastosowanie w leczeniu czyraków i odleżyn, chorób alergicznych i reumatycznych, uszu, oczu oraz układu krążenia;
pyłek kwiatowy i pierzga – znajdują zastosowanie w leczeniu chorób żołądka, jelit, wątroby, prostaty, układu krwiotwórczego oraz schorzeń psychicznych;
mleczko pszczele – znajduje zastosowanie w leczeniu chorób układu krążenia, układu pokarmowego, skóry, błon śluzowych, oczu, zaburzeń przemiany materii, chorób narządu ruchu i wieku starczego;
jad pszczeli (tzw. apitoksynoterapia) – znajduje zastosowanie w leczeniu chorób reumatycznych, alergicznych i blizn pooperacyjnych

…Tymczasem sytuacja na polach i w sadach staje się dramatyczna – wyginęła jedna trzecia owadów zapylających na świecie
Kto ma pszczoły, ten ma miód. Ale gdy pszczół ubywa, brak miodu staje się jednym z najmniejszych problemów. Sęk w tym, że od zapylania zależy los trzech czwartych roślin jadalnych na świecie. A pszczoły są ich głównymi zapylaczami.
Zaczęło się od Ameryki Północnej, gdzie w latach 2006 – 2007 wyginęła jedna trzecia pszczół. Potem padło na Chiny, gdzie straty sięgnęły gdzieniegdzie 100 proc. populacji. Od tej chwili w Chinach hoduje się pszczoły w olbrzymich, sztucznie oświetlonych hangarach; przetwarzają one wyłącznie silnie słodzone soki owocowe z olbrzymich koryt. Preparat tak uzyskany Chińczycy sprzedają jako miód.
W 2008 roku kryzys dotarł do Europy. Na wiosnę tego roku alarm wszczęli Brytyjczycy, którym w ulach w ciągu dwóch lat ubyło 15 proc. owadów.
Apokalipsa pszczół dotarła i do nas. Winne są rośliny GMO i pestycydy…

…Pierwsza afera z chińskim miodem wzbogaconym o szkodliwy dla człowieka chloramfenikol ( jest jednym z najbardziej toksycznych antybiotyków, powodujących uszkodzenia szpiku kostnego, anemię, zanik białych ciałek krwi i granulocytów) wybuchła w 2004 roku. Od tamtej pory co pewien czas pojawiały się informacje o zaaresztowaniu kolejnej partii trefnego chińskiego miodu. Zdarzały się też akcje zatrzymania skażonego pestycydami miodu z Ukrainy, ale zdaniem pszczelarzy w rzeczywistości pochodził on z Chin, a Ukraina była tylko przystankiem na drodze do Polski i innych krajów Unii. Te doniesienia nie przełożyły się jednak na spadek importu. Przeciwnie, w ostatnim roku wartość importowanego do Polski miodu z Państwa Środka wzrosła o prawie 200 %, do 6,4 mln euro.
Ponieważ wpadka z chloramfenikolem była głośna, klienci nie znajdą w sklepie miodu z napisem „made in China”. Miody z importu sprzedawane są jako mieszanki miodów z różnych krajów. Najczęściej można przeczytać informację „mieszanka miodów wyprodukowanych w UE i krajach spoza UE”
Natomiast Unia Europejska zakazała sprowadzania miodu indyjskiego do Europy, w związku z wykryciem obecności ołowiu w jednym z transportów.
Kraje Unii Europejskiej były drugim po Stanach Zjednoczonych odbiorcą indyjskiego miodu.
Unijny zakaz dotknął boleśnie producentów z Indii, którzy sprzedawali do Europy miód o wartości sięgającej 8 milionów dolarów rocznie. Była to jedna czwarta indyjskiej produkcji miodu.
Według indyjskich ekspertów, ślady ołowiu mogły znaleźć się w produkowanym w Indiach miodzie, w wyniku stosowania preparatów zapobiegających rozwojowi bakterii w ulach.
Część ekspertów twierdzi jednak, że sytuacja powstała w wyniku sprowadzania do Indii taniego miodu z Chin, który mógł zawierać ślady ołowiu. Miód taki po przetworzeniu w Indiach był eksportowany do Europy

…Obyśmy nie byli ostatnim pokoleniem, które widziało pasiekę brzęczącą pszczelimi rojami pracowicie znoszącymi do uli pyłek zbierany z łąk i pól.” (niepoprawni.pl – pracowite pszczoły biorą miód, który potym szlachci pańskie stoły)

podobne: Jeśli wyginą pszczoły, człowiekowi zostaną cztery lata istnienia

Zwróćcie zatem uwagę na to jaki i od kogo miód kupujecie, zwłaszcza na te oznaczone jako wyprodukowane „poza UE„, bo cóż to dla nas za informacja, skoro podaje się ją w tak bezczelnie zakamuflowany sposób. Nawet jeśli nie macie bezpośredniego dostępu do „swojskiego” źródła, to taką okazję do zakupu wartościowych (i po konkurencyjnych cenach) produktów pszczelich (wszelkiego rodzaju) daje dziś internet… Choćby tu: Gospodarstwo Pasieczne Socha.

„…oglądałem film w tv o pszczołach i pszczelarstwie w Polsce i na świecie. Była relacja z zawodów pszczelarskich, w których udział brali pszczelarze z Europy , również z Anglii. I dziennikarka robiła z Anglikami wywiad. Opowiadali, że celem ich wizyty jest badanie jakie metody i sposoby chowu pszczół są w Polsce i ile w Polsce i krajach sąsiednich jest uli pszczelich i barci. Bo w Polsce pszczoły są hodowane bez pestycydów i herbicydów a w Anglii nie. Anglicy liczą ile jest u nas barci i uli…” (Geolog 25 października 2016)

Niestety tendencja polityczna jest taka żeby wchodzić w różnego rodzaju umowy międzynarodowe ułatwiające i rzekomo uwalniające handel, ale tylnym wejściem cierpliwie i systematycznie sprowadzane są realne zagrożenia dla tego co jest najcenniejsze w polskiej ziemi i rolnictwie, a więc także w pszczelarstwie. Jeśli bowiem wejdą do powszechnego użytku uprawy genetycznie modyfikowane, a chemia stanie się niezbędnym elementem rolnictwa, to polskie pszczoły a co za tym idzie pszczelarzy i konsumentów spotka ten sam los co wspomnianych wyżej społeczności, o czym więcej tu: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? oraz tu: Co przyniesie TTIP? Umowa handlowa UE z USA to nowe ACTA? Trwają masowe protesty. KE: zielone światło dla 19 GMO. i tu: PO cichu (1 „Ruch”em) wprowadzono przepisy o stosowaniu GMO w Polsce (UE zostawiła państwom wolną rękę). Nowy Program Rozwoju Obszarów Wiejskich okiem eksperta

Jaime Sanjuan – Cierpliwość

Temu właśnie jeśli nie bezpośrednio to pośrednio „służą” (choć się o tym oficjalnie nie mówi, bo i po co) scentralizowane ośrodki decyzyjne o statusie „prawa międzynarodowego” takie jak CETA i TTIP. Wiele wskazuje na to że nie chodzi wcale o „wolny rynek”, ale o rynek wspólny czyli REGULOWANY. Skutkiem bowiem tego rodzaju umów jest budowanie i powiększanie przewagi konkurencyjnej wielkich koncernów rolnych, przemysłowych i farmaceutycznych nad indywidualną działalnością ludzi niezrzeszonych lub zrzeszonych w małych lokalnych grupach producenckich (UE w poszukiwaniu budżetu na 2015 rabuje polską wieś. Na celowniku grupy producenckie, branża mleczarska i małe gospodarstwa), co w konsekwencji doprowadzi do wyciśnięcia takich podmiotów z rynku jako niekonkurencyjnych cenowo wobec masowej, prowadzonej na skalę światową produkcji. Po co i dla kogo uprawiać czy hodować cokolwiek wartościowego, skoro każdy woli pójść do sklepu wielkopowierzchniowego po „dobry bo tani” produkt? W ten sposób dochodzi z jednej strony do postępującej monopolizacji, a z drugiej do nieopłacalności produkcji opartej o pracochłonne i czasochłonne naturalne metody. Nikt się nie zastanawia nad tym jakie przełożenie na jakość produktu (zwłaszcza żywności) ma jego promocyjna cena, bo po pierwsze nie ma na to czasu po ciężkiej pracy, a po drugie nie każdemu po opłaceniu rachunków, składek i podatków zostaje w portfelu wystarczająco żeby kupić wartościowy produkt. W ten sposób po wielkim i pożytecznym dziele pozostaną za jakiś czas jakieś hobbystyczno/folklorystyczne resztki, czekające już tylko na ustawową likwidację, albo zakaz hodowli/uprawy w wyniku np. naruszenia czyjegoś prawa patentowego, albo w wyniku wytrucia wszystkich pszczół które zastąpi się sztucznymi (Więcej niż miód. Trwają prace nad sztuczną pszczołą) od których będzie się płacić stosowny podatek… a jak nie to zapylajta se sami (Chiny: Sadownicy ręcznie zapylają drzewa)

Na koniec przekaz prof. Ryszarda Czarneckiego – eksperta od pszczół, ale przede wszystkim praktyka apiterapii: Skarbnica Zdrowia – Pyłek kwiatowy (Sądecki Bartnik). Zachęcam do zapoznania się z tą wiedzą… (Odys)

…wywiad Tadeusza Rolnika – propagatora i przetwórcy zdrowej żywności dla „Polska Akademia Zdrowia”: Wszystko o pszczołach i produktach z pasieki

…oraz krótki przegląd rodzajów miodu i mieszanin miodowo ziołowych, z wyjaśnieniem dlaczego polskie oznacza dobre: Miód, pyłek pszczeli, ZiołowaApteka odc.3 Złote lekarstwo prosto z ula

 

Smołyń… czyli o sojuszach politycznych budowanych na „autorytecie” tzw. „ludzi kultury”. Jaką propagandą będą żyć Polacy po Wajdzie?


rys. Arkadiusz Gacparski

rys. Arkadiusz Gacparski

„Oddajmy cześć artyście!
Niech o nic, nikt nie pyta.
Wy także czerpaliście,
a gęby nikt nie wytarł.

Nie! Nie umarła sztuka.
Być może Dolce Vita…
Nie warto przyczyn szukać,
dla których brama zgrzyta.

Gdzie kończy się iluzja
tam pozostaje banał.
Dlatego wielu wśród nas
tak chciało, żeby kłamał.”

Marek Gajowniczek – Oddajmy cześć iluzjom

„…Ci, którzy stali przed pałacem Stalina, ś.p Wajda i jego środowisko, nie tworzyło żadnej kultury, ale propagandę. Nie oni pierwsi i nie ostatni powie ktoś. Rzeczywiście. Ja chcę tylko podkreślić, że to co bierzemy za kulturę i o czym zwykle rozmawiamy jest produkcją służącą uwiarygodnieniu ośrodków władzy oraz poszczególnych jej poziomów. Stąd właśnie – z różnicy w opisie tych poziomów – bierze się różnorodność kultury. Inaczej pokazuje się w filmach brytyjskich życie sielskiej prowincji w serialu o weterynarzach, a inaczej życie arystokracji i bankierów w serialu o Palisserach. Ten sposób rozumienia kultury dotyczy wszystkich obszarów zarządzanych przez zdecydowaną trwać i zmieniać okoliczności władzę. My tutaj, od roku 1907 mamy ciągle tę samą władzę. Jest to władza socjalistów, która najpierw przejęła rząd dusz, w narodzie mającym za sobą niełatwe doświadczenia, a potem wzięła całą resztę…

odbiorca rozumie kulturę poprzez pewne symbole i poprzez tak zwanych „ludzi kultury”. Oddaje tym bałwanom cześć i tłucze czołem o posadzkę jak ich widzi. Kiedy próbuje mu się wytłumaczyć cokolwiek, dostaje zwykle szału i wrzeszczy, że tłumaczący jest niekulturalny. Ja to wielokrotnie słyszałem, więc wiem. Na koniec jeszcze dodaje, że nie wolno niszczyć symboli, bo one tworzą kulturę. No właśnie, symboli nie wolno niszczyć, a mienie ruchome, nieruchome, gotówkę, biblioteki, archiwa i całą resztę wolno….Tak działa kultura na obszarach okupowanych, gdzie okupacja dotyczy umysłów i serc. Nie wolno niszczyć symboli….Całą resztę niech trafi szlag, byle tylko symbole przetrwały. Wajda, niech mu ziemia lekką będzie, zdążył za życia zmumifikować Wałęsę. Na naszych oczach uwiarygadnia się zbrodnicze dewastacje miast i dużych kwitnących obszarów w imię utrwalania symboli. Różnica zaś pomiędzy tworami kultury, które opisują te wypadki, a tymi, które opisują co dzieje się na

Adam Wycichowski (niewolnik) - kolejna premiera

Adam Wycichowski (niewolnik) – kolejna premiera

zdewastowanych obszarach później, wynika wprost z różnic pomiędzy poziomami władzy uwiarygadniającej się przez kulturę. W naszych okolicznościach dochodzi do tego jeszcze wewnętrzny konflikt w ośrodkach władzy socjalistycznej, czyli konflikt pomiędzy socjalistami lokalsami i socjalistami internacjonalistami. Ci pierwsi w naiwnej wierze zdecydowali się zburzyć Warszawę, licząc na to, że ci drudzy się tego wystraszą. Tamci zaś najpierw wymordowali tych pierwszych, a potem dokończyli dzieła dewastacji i teraz – po latach – nakręcają koniunkturę swoich przedsiębiorstw eksploatując temat zniszczenia Warszawy. To jest stary numer, ćwiczony w Hollywood od lat, mam tu na myśli te wszystkie produkcje o szlachetnych Indianach walczących z białą podłotą, podczas gdy prawdziwi Indianie siedzą w rezerwatach i chleją na umór. Identycznie ma się sprawa z Kresami. Mamy film Wołyń, w którym nie ma słowa o sprawach naprawdę istotnych, jest za to bredzenie o polskich winach i detaliczna sprzedaż zbrodni, podzielonej na małe kawałeczki. Cel jest ten sam – utrzymanie prosperity przedsiębiorstw dzierżonych twardą ręką socjalistów-internacjonalistów…” (coryllus)

całość tu: Precz z kulturą!

I tu wielkie zasługi dla internacjonalistycznej braci oddaje „dojna zmiana”. Nowelą ustawy o ustroju rolnym – utrudniającą obrót ziemią Polakom, oraz o bankowym funduszu gwarancyjnym – dającą bankom prawo sięgania po depozyty w razie zagrożenia niewypłacalności. Kredytowaniem programu „500+” a za chwilę „mieszkania+” który też będą kredytować banki na odpowiedni procent. Dalej mamy rekordowy deficyt – też nie za darmo, bo żeby to wszystko sfinansować podnoszone są stare i wprowadzane nowe podatki jak „bankowy” i „od marketów” (obniżające konkurencyjność/podnoszące koszty rodzimej gospodarki). Najnowszy hit to skutecznie zablokowana reprywatyzacja mienia zagrabionego przez komunistów prawowitym właścicielom. O takich kwiatkach jak ustawa „inwigilacyjna”, tudzież TTIP/CETA tj. sprowadzenie do Polski żarcia z MONSANTO (obecnie właścicielem jest niemiecki Bayer) nie wspominając. Koncern specjalizujący się w biotechnologii oraz wielkiej chemii organicznej nastawionej na produkcję w zakresie rolnictwa.

Jeśli komuś za mało przykładów na potwierdzenie międzynarodowego charakteru PISowskiego socjalizmu to ja już nie wiem jakich jeszcze dowodów potrzebuje. To nie są przypadkowe działania, oberpremier Morawiecki Szydło i spółka (czyli sam PPK który nie jest durny) szykują nam taki raj na ziemi, że z czasem masowo zaczniemy trafiać do nieba „zgodnie z prawem”. Jeśli nie przez trujące żarcie, to długi i podatki nas wyduszą i skończymy na „własnej” (w sumie już nie własnej) ziemi jak swojego czasu Indianie… (Odys)

podobne: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? oraz: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu. a także: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki? i jeszcze: „Muza nie żyje”: Kiedy sztuka jest wyrazem wysokiej kultury? „Jezus wyszydzony”: Zmaganie się o duszę tego świata. polecam rownież: Śmierć i dziewczyna” czyli… Socjal Demokracja jako sztuka dymania podatnika. Czas skończyć z „coolturą” za publiczne pieniądze. i to: „Nie ma ludzi” i Kisiel wbrew Kotarbińskiemu czyli… bardzo konkretne skutki społeczne religii, moralności, cnoty i nacjonalizmu.

„…Dyskusja o filmach, która przez samych reżyserów, a także przez recenzentów przenoszona jest na obszar polityki, przybiera na naszych oczach formy upiorne. Oto okazuje się, że filmy historyczne, albo za takowe uchodzące, mają nas zmuszać do rozmaitych frakcyjnych wyborów. I to już nie tylko pomiędzy różnymi grupami socjalistów, ale wprost mają kształtować sojusze. Jak rozumiem, ze wszystkimi konsekwencjami? Ci którzy mówią o usralelskiej twarzy PiS i namawiają do sojuszu z Putinem uważają, że twarz rusraelska jest lepsza od tej poprzedniej? Jak to zawoła ktoś! No tak, pamiętamy przecież umowę pomiędzy Putinem a premierem Izraela, w której jak byk stało, że nie można kwestionować historii II wojny światowej. A skoro nie można to za Katyń odpowiadają Niemcy, prawda? Na tym poziomie dywagacji, w który usiłują nas wepchnąć niektórzy możemy sobie wybrać kształt naszego własnego podręcznika historii. Możemy wybrać między Wołyniem, a Katyniem…a potem iść do kina i obejrzeć jeden i drugi film. Jak ktoś zaśnie na sali, a potem wyjdzie z przekonaniem, że widział Wotyń i Kałyń, nic się nie stanie, ważne, by miał właściwy format w głowie i potrafił się spierać ze szwagrem, o to czy lepsi są ci co przeżynają piłą, czy może ci co strzelają w tył głowy…” (coryllus)

całość tu: Smołyń czyli trzy w jednym

podobne: Wielu pamięta o powstaniu, niewielu o upadku Warszawy. Meldunek „Montera”, rzeź na Woli i 12 ton prochów. O patologii martyrologicznej propagandy. oraz: „Chodzi o to aby język giętki powiedział wszystko co pomyśli głowa”, czyli… Terror propagandy i to: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach a także: (GN)Ida antypolonizmu czyli reżyserska wizja Heleny Wolińskiej-Brus (pierwotnie Felicja Fajga Mindla Danielak, ps. Lena) i jeszcze: Próbna matura z…. Baumana (sic!), czyli jak „polska edukacja” pomaga kreować „ałtorytety”

PS… czyli Anegdota autorstwa Shork 10 października 2016:

„Rano zadzwonił telefon.

rys. Arkadiusz Gacparski

rys. Arkadiusz Gacparski

– Mamy ją. – Głos w słuchawce był przytłumiony chusteczką.
Spojrzałem na ekran. Numer nieznany.
– Ale co?
– Mamy ją i nie oddamy.
Rozejrzałem się dookoła, czy aby nie znajduję się jeszcze we śnie. Moją kawalerkę oświetlały poranne promienie słońca. Kot podniósł wzrok zaciekawiony tak wczesnym ruchem.
– To chyba pomyłka.
– Nie odkładaj słuchawki!
– W sumie to jest komórka, proszę pani. Sama słuchawka….
– Jak śmiesz przypisywać mi rolę społeczną? – zasyczało z komórki.
– …
– Jesteś tam? Słyszysz? Mamy ją i jej nie oddamy.
– Ale co macie?
– Kulturę , kur*a. Debilu! Mamy twoją pier*oloną kulturę. I nie oddamy. Ni ch*ja, nie oddamy!
– Aha.- Zaczynało mnie to bawić.- Porwaliście moją kulturę i nie chcecie oddać. A jakie są żądania?
– No, w końcu zaczynasz kapować. Oddamy ją…
– Ale mówiła… to jest mówił…to jest była mowa o tym, że jej nie oddacie – przerwałem.
– Nie przerywaj, bo jej na pewno nie oddamy! – zakwiczało z telefonu.
– No słucham.
– Oddamy ją, jak będzie jak dawniej. Żądamy dotacji na kulturę, utrzymania teatrów, powołania tych dyrektorów co pozwalnialiście, żebyśmy mogli krzewić kulturę wśród prostego ludu miast i wsi.
Pomyślałem o rozmazanych fekaliach udających obrazy, wydarzeniach artystycznych polegających na wiszeniu na linach, smarowaniu się płynem do naczyń, wyprowadzaniu na spacer wypchanego królika, czy zakopywaniu się w ziemnym dole z wrzaskiem. Pomyślałem o sztukach teatralnych nie tyle pozbawionych dobrego smaku, ale składających się z samych prymitywnych skandali, gdzie aktorzy odgrywają swoje role genitaliami. Pomyślałem o polskich nieśmiesznych komediach bitych z tej samej matrycy. Pomyślałem o tym kogo wysyłamy na Eurowizję i kogo lansują muzyczne programy radiowe. O tych częstochowski rymach w piosenkach i pozbawionych nie tylko rymów, ale i artyzmu wypocinach laureatów nagród literackich. Pomyślałem o zdominowanych latami przez lewactwo instytucjach finansujących kulturę. Pomyślałem o reżyserach, którzy zdobyli sławę naśmiewając się z polskości i budując w nas poczucie winy. I powiedziałem.
– Nie chcę jej.
– Co?
Nie chcę. Zabierzcie ją. To nie jest moja kultura. To przebieraniec.
– Co?
Popatrzyłem na reprodukcję XIX wiecznego obrazu, na regał zarzucony książkami, kupowanymi jeszcze za dziesiątki tysięcy złotych od sztuki.
– Bierzcie ją na stałe i już razem nie wracajcie.”

polecam wykład Chrześcijanin w trosce o kulturę – Ks. prof. Andrzej Zwoliński

Kiedyś usiadłem w ciszy żeby się zastanowić skąd się u mnie wzięły (swojego czasu za tzw. młodu) ciągoty socjalistyczne – te o których czasem wspomina JKM że „kto za młodu nie był socjalistą…”. Po długim namyśle (bo strasznie mnie to nurtowało) doszedłem do wniosku że to była socjalistyczna kultura właśnie, uprawiana na poczet rządowej propagandy.

Wszędobylskie „dobro wspólne” (z tzw. budżetu), „potrzeba dziejowa”, „racja stanu”, ale przede wszystkim tzw. „legalizm” („Ludzie skłonni są myśleć, że to, co jest legalne, musi być dobre” czyli… Stanisław Michalkiewicz o konsekwencjach bezprawia) będący patologią sprawiedliwości, w rzeczywistości ukierunkowany na ślepe posłuszeństwo władcom/rządom. Wciskany z każdej niemal strony w szkole/na studiach, typowo etatystyczny o lewicowym „wrażliwym” i rewolucyjnym zabarwieniu bełkot dla niewolników. A i że na kino człowiek lubi czasem w ramach rozrywki popatrzeć, to i z ekranu chłonie jedynie „słuszne postawy” zgodne z tym co ukształtowało go za młodu przez szkołę i tzw. środowisko. Człowiek myśli że doznaje „objawienia” i potakuje na to co ogląda słyszy w przekonaniu że oto właśnie telewizja potwierdza to co oglądający uznaje za własne poglądy, będące w rzeczywistości trucizną/pasożytem/ciałem obcym które „ktoś” dawno temu przy innej okazji w nas posadził. Człowiek oduczony samodzielnego myślenia, zaprogramowany na fałszywe wzorce i oduczony wiary w istnienie obiektywnej prawdy staje się jak ta masa, z której można ulepić wszystko na hasło/symbol utrwalony jako „dobro” – Wajda.
I dlatego też nigdy więcej nikomu nie polecę żadnego filmu Wajdy (i nie tylko jego) choćby nie wiem jak „fajne” emocje wzbudzał i ładował „energią” próżność, ego itp. To samo dotyczy polityki, historii i innych ważnych sfer życia które kształtują/opisują światopogląd.
Nie można przechodzić obojętnie obok tego co się ludziom serwuje w telewizji i kinie. To dezercja i droga do zatracenia młodych pokoleń na całe dekady, bo młodzi ludzie nie są się w stanie obronić się ani doświadczeniem ani wiedzą przed umiejętnie podaną propagandą (Przewodnia rola „mediów” i tzw. „edukacji” w zdziczeniu obyczajów… Odys)

podobne: Edukacja: Ile jest wiedzy w wykształceniu? oraz: Urzędowe „autorytety”, czyli o agentach kłamstwa dzięki którym „łatwiej umrzec niż myślec”. i to: Kłamstwo „postępu”: „Ludzie! Jesteście zajebiści!” a także: Rektor KUL wzywa do poszukiwania prawdy  polecam również: Czego (nie)uczy „tradycyjna” szkoła czyli… nie wszystko musisz wiedzieć. Definicje, pojęcia, słowa i stereotypy według cybernetyki. Niech mi ktoś powie co mam myśleć.

rys. Wojciech Romerowicz

rys. Wojciech Romerowicz

O materii wynikającej z ducha (Stefan Oleszczuk i dr Jan Przybył) i sensie istnienia samorządów (coryllus)


Delawer Omar - Ratuj ich

Delawer Omar – Ratuj ich

„Dr Jan Przybył rozmawia ze Stefanem Oleszczukiem – byłym burmistrzem, który kierując gminą osiągnął gospodarczy sukces i przeszedł do historii polskiej samorządności.

Gdy w 1990 roku Stefan Oleszczuk (były działacz opozycji antykomunistycznej i więzień stanu wojennego) został burmistrzem Kamienia Pomorskiego, zadłużenie miasta wynosiło 40% planowanego budżetu i brakowało pieniędzy nawet na oświetlenie ulic i wypłaty dla pracowników. W wyniku reform podjętych przez Stefana Oleszczuka ograniczono biurokrację (z 57 do 27 urzędników w Urzędzie Gminy), spłacono lokalne długi, sprzedano lokale komunalne ich dotychczasowym użytkownikom za 5% wartości, obniżono wszystkie podatki i opłaty lokalne do najniższych dopuszczalnych prawem wysokości, pieniądze z gminnego budżetu inwestowano w rozbudowę lokalnej infrastruktury.

Rezultatem polityki realizowanej przez burmistrza Oleszczuka była nadwyżka w wysokości 70% planowanego budżetu.

Zmiany dokonywane przez Stefana Oleszczuka były podawane jako wzór lokalnej gospodarności a o sukcesie Kamienia Pomorskiego pisano w Polsce oraz w Europie Zachodniej, USA, Kanadzie a nawet w Australii oraz Indiach.

Sukcesowi Kamienia Pomorskiego poświęcono kilka prac magisterskich i jedną doktorancką.”

na argumentyCzłowiek człowiekowi Chrystusem (Stefan Oleszczuk, dr Jan Przybył)

podobne: Ks. Jacek Gniadek: Nieustanna walka z pierwotną rzadkością i pokusami szatana… czyli „Nie samym chlebem…” (Jak zbudować własną skalę wartości?) oraz: ks. Adam Martyna: O cnotach kardynalnych i to: „I poznam wszystek rzeczy sens jakem poznany. Wybiorę miłość jak ja sam jestem wybrany”. Monika i Marcin Gajdowie o pracy nad sobą. a także: Zenon Dziedzic: Esej o indoktrynacji. Istotą pełni życia człowieka myślącego jest jego wolność. polecam również: Ks. Mariusz Sztaba: Jan Paweł II o wolności jako darze i zadaniu w życiu społecznym i jeszcze: Rzadkość zasobów w polemice z antyekonomią granic, dyskryminacji i importu. Nie samym chlebem żyje człowiek czyli o bogactwie i moralności oraz: Paweł Rybacki: Moralna i praktyczna wyższość gospodarki wolnorynkowej nad centralnie planowaną lub interwencjonistyczną

„…samorządy są po to, by organizować rynki konkurencyjne dla sieci sklepów wielkopowierzchniowych. Samorządy dysponują powierzchnią handlową, którą mogą wynajmować lub udostępniać za darmo. Mogą organizować targi trwające dwa dni, albo dwa tygodnie jak się komu podoba, mogą specjalizować się w branżach, które nie dość, że dadzą coś zarobić to jeszcze nakręcą koniunkturę handlową i turystyczną. Ktoś powie, że to wszystko już jest. Oczywiście, jest ale nie na taką skalę o jakiej myślę. Mamy jakieś jarmarki, jakieś dożynki i okolicznościowe imprezy, ale tu chodzi o coś innego…

…Przyjeżdżamy, wystawiamy towar, płacimy placowe i handlujemy. To są targi…

…Żeby targi miały sens i każdy był z nich zadowolony muszą być dostępne dla wielu wystawców czyli muszą być tanie, dobrze promowane i powinny trwać długo. Tak jak Jarmark Dominikański, który co prawda nie spełnia tej funkcji, o której myślę, a jedynie próbuje ją naśladować. Na dobrych targach nie można handlować atrapami…

…Targi to dystrybucja, czyli obok produkcji żywności najważniejsza rzecz na świecie, nad którą wszyscy chcą sprawować kontrolę. To się odbywa za pomocą różnych narzędzi zwanych dawniej przywilejami, a dziś wolnym rynkiem, na którym rządzą sieci i producenci z tymi sieciami związani. Zestaw ten: producenci + sklepy wielkopowierzchniowe podpięty jest pod banki za pomocą agrafki kredytowej. Cały zaś system zasilamy my kupując i płacąc swoimi ciężko pożyczonymi z tego samego banku pieniędzmi, od których bank ów nalicza nam odsetki. I to mamy problem poważny, o wiele poważniejszy niż intencja organizatora targów. Może się bowiem okazać, że każdy najmniejszy ruch skierowany przeciwko temu systemowi zostanie zauważony i unieszkodliwiony już na samym początku. Tutaj jednak upatrywałbym tę szczególną rolę samorządów, które teoretycznie mają władzę w mieście lub województwie. Nie są bytami gospodarczymi, a w wyłaniane są – w teorii oczywiście – w wolnych wyborach. Tak naprawdę władza samorządowa wzmacnia się poprzez kooptację, tak jak w średniowieczu. I teraz uwaga, to co mówię jest tym do czego tęsknią i wzdychają wszyscy naiwni dziejopisowie od lat najdawniejszych, to jest owo sławetne wzmocnienie roli miast. Co się w praktyce sprowadza do wzmocnienia mafii miastami rządzących i niech mi się tu żaden urzędnik nie obraża, bo wszyscy wiemy jak jest. I teraz najważniejsza rzecz: czy nasze rodzime, lokalne mafie miejskie i wiejskie stać na to by zadbać o własne interesy? Czy stać ich na zorganizowanie czegoś na kształt ryskiego Bractwa Czarnogłowych, czy stać ich na samodzielne ściągnięcie z daleka kapitału, kredytu, na zorganizowanie targów trwających długo, targów tanich, na których zarobić mogliby ludzie spoza miasta, płacąc przy tym coś miastu? Jeśli nie to trzeba się zastanowić dlaczego tak jest. Dlaczego miasta polskie i polskie samorządy, zajmują się jedynie dystrybucją pieniędzy na mniej lub bardziej idiotyczne festyny, gdzie co prawda odbywa się jakiś handelek, ale to jest przeważnie sprzedaż waty cukrowej. Miasta polskie zajmują się – jeśli się temu dobrze przyjrzymy – organizowaniem rozrywek za nie swoje pieniądze. Rozrywek drogich i nie rokujących na przyszłość. Wszystko zaś to odbywa się pod szyldem „promocja”. To jest oczywiście potrzebne, ale trzeba się zastanowić do kogo promocja jest skierowana i co jest w ofercie…

…Handel zaś to konkurencja z sieciami, te zaś są emanacją banków. Pytanie brzmi: czy jest siła i odwaga, by się za to zabrać? Nie wiem. Wiem, że w każdym samorządzie znajduje się kilka etatów dla różnych osób, których istotne funkcje nie są do końca rozpoznane. Ja nie wiem czym się ci ludzie zajmują, ale sugestię mam taką: kiedy ktoś wpada na dobry pomysł, na przykład na pomysł ściągnięcia wszystkich drobnych, polskich producentów odzieży, na miesiąc do takiego miasta jak Brzeg, albo Żyrardów, od razu podnoszą się w górę ręce ludzi, którym ten pomysł się nie podoba. Nie podoba się, bo są ważniejsze sprawy. Jakie? Wydawanie pieniędzy na festiwale i książki o chlubnej przeszłości grodów?
Moje pytania brzmią: na ile polskie miasta są samorządne? Na ile są podporządkowane Warszawie, a na ile jakimś innym ośrodkom władzy, których nie rozpoznajemy do końca…” (salon24, coryllus – O sensie istnienia samorządów)

podobne: Samorządowe „inwestycje” to wzrost zadłużenia i podwyżki opłat. Rentowność długu i rosnąca obsługa kosztów. Państwo broni się przed zwrotem zagrabionego mienia i zmianami w ordynacji podatkowej, obniżka podatków nie tak szybko (fiskus łupi rodzinę). Innowacje obce sektorowi MSP. „Polska Miedź” rabowana podatkiem od wydobycia. i to: Czerwonym szatanom bez żadnej klasy o polskiej prywatnej własności i ziemi czyli… jak Karp międzynarodowym rynkiem zbożowym zatrząsł, oraz wspomnienia księdza Blizińskiego oraz: gigantomania chorobą samorządów a także: Wewnętrzna sprzeczność czyli… państwo i wolność polecam również: Trzecia rewolucja technologiczna i ryzyko rosnącego bezrobocia w związku z rozwojem robotyki. Receptą na potencjalny kryzys uwłaszczenie (a nie „pomoc państwa”). Michalkiewicza debata o nierównościach i  jeszcze: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii oraz: Przerośnięte państwo gwarancją problemów jego obywateli. O demokracji, państwie „opiekuńczym” i długu „publicznym” czyli przejadaniu przyszłości na własne życzenie polecam również: Tacyt: „Przy największym państwa nierządzie najliczniejsze były prawa”. Rekordy biurokracji, zmiany w prawie karnym i schizofrenia Platformy. Państwo jak rabuś czyli… komu to wszystko służy? a także: Piotr Świder: Oda do wolności. Z dedykacją dla poszukiwaczy skarbów wolnego rynku

Rafał Zawistowski – Dwie Polski

W kolejną rocznicę napaści nazistów… o agenturze wpływu w ramach przymusowej „szkoły publicznej”, oraz o patriotyzmie w ramach edukacji domowej.


Bassam Alemam

Bassam Alemam – Komunizm

„…Zacznijmy od historii. Cała laicka przebudowa szkolnictwa w Polsce rozpoczęła się jeszcze przed I wojną światową, jej motorem były kariery kobiet na zagranicznych uniwersytetach i możliwość zobaczenia szerokiego świata. Za własne pieniądze rzecz jasna. Drugim ważnym elementem było krzewienie oświaty wśród ludu. Na to złapali się wszyscy, a szczególnie nieposażne dziewczyny. Jak nie można znaleźć męża, to trzeba uczyć dzieci wiejskie po kryjomu i wtedy człowiek będzie miał trochę satysfakcji. Pomiędzy rokiem 1907 a 1920 stworzono w kraju sieć nauczycielek i nauczycieli, którzy gotowi byli wypruwać z siebie żyły dla nowych idei. Nie mieli oni pojęcie, że są częścią republikańskiego planu laicyzacji szkolnictwa, który w Polsce powiódł się tylko częściowo, bo jednak księża i zakonnice zbyt mocno byli wpisani w lokalny krajobraz. Oferta tych świeckich bakałarzy, póki nie została poparta przez państwo, nie była specjalnie atrakcyjna, a i z dostępnością nie było najlepiej, bo programy te dotyczyły szkół prywatnych, dostępnych za pieniądze bynajmniej nie małe. No, ale ludzie, którzy po dworach, wsiach, szkołach, często z narażeniem życia, a na pewno wśród niewygód nieśli kaganek oświaty, byli prawdziwymi agentami wpływu. Byli warstwą, która – raz stworzona – mogła się tylko rozrastać i domagać coraz więcej. W naszych okolicznościach nie jest jeszcze najgorzej, bo póki co nauczyciele nie oszaleli całkiem, godzą się na wszystko co im się zaproponuje, pracują prawie za darmo, i uczą te dzieci jak potrafią. Szkolnictwo zaś katolickie zostało rozwalone na całym świecie, albo pozwolono mu egzystować, po to, by – jak w Polsce za komuny – mogły się tam uczyć dzieci aparatczyków. Ludzie, o których piszę byli prawdziwymi, zdecydowanymi na wszystko agentami wpływu, a ich wpływ był przemożny. Dotyczył bowiem jednostek, którym głęboko w serca zapadały prawdy głoszone przez „profesorów” i „profesorki”. Kiedy ich wychowankowie dorośli, kiedy stali się starzy tak jak mój świętej pamięci ojciec, mówili o swoich preceptorach – wspaniali ludzie. Wiejskim dzieciom bowiem bardzo niewiele trzeba, by je oczarować i zachęcić do lektury określonych treści. Tamto – jestem o tym głęboko przekonany – było sprawą poważną i wiarygodną. Każdy z nich poświęcał własne życie dla sprawy i był w nią zaangażowany całym sercem. No, a dziś, czy dziś ludzie określani mianem agentów wpływu mają na coś wpływ? Tak, z pewnością, tym większy im większą chwalą się oglądalnością na YT – to jest wyobrażenie powszechne. Tyle, że to brednia. Ludzie, których określa się słowem – agent wpływu – nie mają wpływu na nic. Klikalność zaś na tubie czy gdzieś możecie sobie wsadzić sami wiecie gdzie. Klikalność uzyskuje każdy bałwan, który robi przed kamerą coś dziwnego. Nie ma ona przełożenia absolutnie na nic, nie można z nią iść do wyborów, nie można urządzić spędu na stadionie, bo do tego potrzebny jest co najmniej ojciec Boshobora, jeśli nie papież. Do tego dochodzi weryfikacja takiego agenta. Co innego w nagraniu na tubie, a co innego w rzeczywistości. W większości przypadków demaskacja następuje natychmiast, a ilość zwolenników spada w sposób niezwykle widowiskowy. To jest niby jasne, ale jednak nie jest jasne. Powód tych niejasności jest prosty – ludzie, którzy nie występują publicznie i nie czarują widzów, a bardzo by chcieli, mają o tym procederze wyobrażenia całkiem fałszywe. No, ale się ich nie pozbędą, bo przecież sami chcieliby mieć swój program, a tęsknota w ich duszy zagłusza wszystko. Kiedy więc widzą Brauna, Kolonkę, czy nawet tego głupiego Jabłonowskiego, wołają od razu – agent wpływu, agent wpływu….Na co ma wpływ ten agent? Takie jest moje pytanie na dziś. Moim zdaniem na nic. Jeśli komuś się zdaje, że mocarstwo takie jak Rosja buduje sieć agentów wpływu, którzy dokonują tego swojego wpływu oddzieleni od publiczności monitorem, serwisem społecznościowym i swoją uprzywilejowaną pozycją, to musi chyba ochłonąć. Nie ma żadnego wpływu jeśli pomiędzy wpływającym a wpływakiem (copyright by Stanisław Ulam) są jacyś pośrednicy. No, a jeśli spróbujecie zlikwidować tych pośredników, okaże się, że wymienieni agenci – z wyjątkiem może Brauna, padną bez czucia po jednym tournée, nie za długim w dodatku, a wyplatać będą już takie bzdury, że wokół nich zostanie wyłącznie gimbaza i wrogowie.

Ktoś powie – no, ale oni emitują jednak jakieś treści. Oczywiście, a publiczność domaga się ich natychmiastowej weryfikacji. Jeśli ta nie następuje, traci zainteresowanie. Oczywiście, przychodzi nowa publiczność, której się zdaje, że kogo jak kogo, ale jej nabrać się na nic nie da. Po jakimś czasie odchodzi znudzona lub zdegustowana. Tak to wygląda od kuchni. Oczywiście, nie oznacza to, że w Polsce nie ma żadnych agentów wpływu i oni nie mają rzeczywistych możliwości kształtowania opinii. Są i mają, jestem tego pewien, no, ale my ich nie widzimy, bo jesteśmy zajęci demaskowaniem Brauna, Kolonki i Jabłonowskiego…” (coryllus – Na co mają wpływ agenci wpływu?)

podobne: Wojna Informacyjna: Kto komu narzuci narrację? Rosyjska propaganda specjalnie dla Polaków, Sputnik wylądował. Rząd chce blokować wrogie inwestycje. Słowo o agenturze wpływu. oraz:  Czego (nie)uczy „tradycyjna” szkoła czyli… nie wszystko musisz wiedzieć. Definicje, pojęcia, słowa i stereotypy według cybernetyki. Niech mi ktoś powie co mam myśleć.

PitońTV – Patriotyzm

„…dlaczego właściwie 1 września dzieci pójdą do szkoły?

Składa się na to szereg zagadkowych przyczyn. Po pierwsze ta, że panuje tak zwany obowiązek szkolny. Rodzice muszą posyłać dzieci do szkoły, bo w przeciwnym razie „król srogie głosi kary”. Warto na chwilę zatrzymać się nad tym przymusem edukacyjnym – dlaczego właściwie został wszędzie wprowadzony, chociaż edukacja – podobnie jak ubezpieczenia społeczne – powszechnie i bez zastrzeżeń uważana jest za wielkie dobro i zdobycz ludu pracującego miast i wsi? Najwyraźniej musi tkwić w tym jakiś podstęp. I rzeczywiście. Państwowy monopol edukacyjny ma na celu nie tyle może edukowanie kolejnych pokoleń, co ich tak zwane „duraczenie”, elegancko zwane indoktrynacją. Trick polega na tym, że duraczenie zostało z edukacją organicznie powiązane i na przykład obok wiadomości z nauk przyrodniczych, w szkołach faszeruje się Bogu ducha winne dzieci rozmaitymi wynalazkami w rodzaju genderactwa, które z żadną nauką nie ma oczywiście nic wspólnego. Wprawdzie są ludzie, którzy z genderactwa doktoryzują się i habilitują, ale cóż z tego, skoro za moich czasów studenckich, kiedy to – jak zauważył prof. Władysław Tatarkiewicz – za sprawą Lenina i Stalina „marksizm (…) został przyjęty powszechnie i bez zastrzeżeń”, wielu ambicjonerów doktoryzowało się i habilitowało z „centralizmu demokratycznego”, a więc czegoś, czego nigdy nie było, nie ma i nie będzie?

Jestem przekonany, że Umiłowani Przywódcy chętnie całkowicie zrezygnowaliby z edukacji na rzecz duraczenia, ale powstrzymuje ich przed tym instynkt samozachowawczy. Jego potężne działanie przedstawił w „Dzienniku 1954” Leopold Tyrmand opisując, jak to z lotniska na Okęciu wystartował pasażerski samolot. Gdy już osiągnął wysokość przelotową, z kabiny pilotów wyszedł młody człowiek w ZMP-owskim mundurze i przemówił: „obywatele, gratuluję wam! Ten samolot konserwatywni inżynierowie przeznaczyli do kasacji, ale nasza ZMP-owska brygada wyremontowała go i oto lecimy! W samolocie zapanował nieopisany lament, kobiety zaczęły mdleć, a lecący akurat wysoki partyjny dygnitarz wstał i wrzasnął: dość tych błazeństw! Natychmiast lądować!” No cóż; socjalistyczne współzawodnictwo inaczej wygląda na bezpiecznej ziemi, a inaczej – na wysokości 10 kilometrów. Dlatego właśnie z programów szkolnych nie zostały całkowicie wyeliminowane przedmioty ścisłe i nauki przyrodnicze, bo domy i mosty nie mogą się walić, samoloty nie mogą spadać, a chorych ktoś jednak musi leczyć.

Ten dozwolony margines ludzie dobrej woli, których na szczęście też nigdzie nie brakuje, próbują wykorzystać a nawet rozszerzyć dla dobra młodych pokoleń. Przykładem takich udanych starań są próby przywrócenia edukacji klasycznej, to znaczy – nawiązującej do wzorów, metod, a przede wszystkim – celu edukacji, wypracowanego w starożytnej Grecji i Rzymie. Przedmiotem edukacji były tzw. „sztuki wyzwolone” w postaci „trivium”, czyli gramatyki, dialektyki i retoryki oraz „quadrivium” w postaci arytmetyki, geometrii, astronomii i muzyki. Sztuki wyzwolone odróżniały się od sztuk pospolitych, że te pierwsze, w odróżnieniu od tych drugich, nie wymagały wysiłku fizycznego, a jedynie – intelektualnego. Z tego rozwinęły się pozostałe dyscypliny, m.in. sztuki mechaniczne: ars victuaria (sztuka żywienia), ars lanificaria (sztuka odziewania), ars architectura (sztuka schronienia), ars suffragatoria (sztuka transportowania), ars medicinaria (sztuka leczenia), ars negotiatoria (sztuka negocjowania) i ars militaria (sztuka wojenna). Celem edukacji klasycznej było nie tylko wyposażenie ucznia w zasób wiadomości, ale też, a może nawet przede wszystkim, wyrobienia w nim umiejętności wykorzystania posiadanych wiadomości, prawidłowego wnioskowania, słowem – samodzielnego myślenia. Do tego modelu edukacyjnego próbują nawiązywać szkoły katolickie, wśród nich – na przykład Gimnazjum i Liceum im. świętego Tomasza z Akwinu w Józefowie koło Warszawy, prowadzone przez Bractwo Kapłańskie św. Piusa X.

Ten cel edukacyjny niekoniecznie musi być dobrze widziany we współczesnym świecie, w którym coraz wyraźniej widać, iż państwowy monopol edukacyjny nastawiony jest raczej na coś innego – mianowicie na wyrobienie w uczniach umiejętności rozwiązywania testów, to znaczy – wytypowania jednej spośród kilku podsuniętych tam możliwości. To jest całkiem inny cel, bo – po pierwsze – chodzi o trafienie w odpowiedź oczekiwaną przez autora testu – a niekoniecznie o odpowiedź prawdziwą. Nie jest to nastawione na wyrobienie umiejętności myślenia samodzielnego, tylko przeciwnie – myślenia kontrolowanego, myślenia ukierunkowanego. Po drugie – ta umiejętność ma charakter losowy i pewne sukcesy edukacyjne można osiągnąć również z szympansami. Jak zauważył w powieści „Ostatni brzeg” australijski admirał, jeśli nieskończenie wiele małp będzie bawiło się maszynami do pisania, to w końcu któraś napisze „Króla Leara”. Szczerze mówiąc, wydaje się to niemożliwe, ale zanim się to ponad wszelką wątpliwość okaże, to ileż eksperymentów nas jeszcze czeka?

I wreszcie powszechny charakter edukacji. Powszechność wyraża się nie tylko w tym, że obowiązkiem szkolnym objęci są wszyscy, ale również w tym – co niestety wychodzi naprzeciw rozpowszechnionemu w naszej epoce zabobonowi, że wszyscy są tacy sami – że program edukacyjny dla chłopców i dla dziewcząt jest taki sam, w związku z czym obowiązującą normą jest koedukacja, to znaczy – wspólne kształcenie chłopców i dziewcząt. I tak dobrze, że władze oświatowe jeszcze dostrzegają różnice między płciami, bo pod naciskiem propagatorów genderackiego zabobonu są one systematycznie zacierane – ale podobnie jak w przypadku klasycznego modelu edukacji, ludzie dobrej woli próbują ocalić co się tylko da. Dlatego we wspomnianym wyżej Gimnazjum i Liceum im. świętego Tomasza z Akwinu w Józefowie wprawdzie nie ma separacji uczniów według płci, ale w realizowaniu programu nauczania uwzględniane są naturalne różnice i predyspozycje chłopców i dziewcząt, żeby – jak to ujął pan dr Artur Górecki – przygotować ich „do podjęcia przez nich w sposób odpowiedzialny, ról w życiu rodzinnym, społecznym i politycznym.”

Nie bez powodu wspomniałem wyżej o ubezpieczeniach społecznych, bo to właśnie one przyczyniły się, o ile nie sprawiły, że ponieważ posiadanie dzieci przestało się opłacać, to ludzie przestali przywiązywać wagę nie tylko do posiadania, ale również – do wychowania dzieci i chętnie spychają to na kogoś innego. Na szczęście nie wszyscy, na szczęście coraz więcej docenia wagę osobistego wkładu w wychowanie, no bo – powiedzmy sobie szczerze – czy jest coś ważniejszego od prawidłowego ukształtowania własnych dzieci? Dlatego, skoro mimo „groźnych telegramów” dzieci 1 września jednak do szkoły pójdą, warto pomyśleć, dokąd je posłać i w jakim celu. (Stanisław Michalkiewicz – Chociaż „groźne telegramy”)

„…Państwo Adam i Joanna Komaszyło postawili na edukację domową dwa lata temu, gdy ich starsza córka Kinga rozpoczynała naukę w klasie pierwszej. Jak podkreślają, nie bez znaczenia było tu przyjęte w sakramencie małżeństwa zobowiązanie do „wychowania po katolicku potomstwa, którym nas Bóg obdarzy”.

…Nauczanie domowe jest nie tylko najlepszą metodą uchronienia dziecka od powszechnie obowiązującego zdeprawowanego systemu edukacji, który prawie nic już nie ma wspólnego z edukacją klasyczną i nauczaniem w duchu chrześcijańskim, ale i najdoskonalszym sposobem wykształcenia człowieka szlachetnego, godnego naśladowania Polaka, a przede wszystkimi dobrego katolika, czemu sprzyja obecność dzieci na łonie ogniska domowego – wskazują.

Jak dodają, nauczanie dzieci w systemie edukacji domowej wiąże się z przekształceniem funkcjonowania rodziny na sposób tradycyjny, obecny od wieków w cywilizacji chrześcijańskiej, w którym matka zgodnie ze swoim wzniosłym i niezastąpionym powołaniem opiekuje się dziećmi. – Przede wszystkim to ona dba o ich edukację i wyrobienie moralne i jest odpowiedzialna za wytworzenie religijnej atmosfery w domu, koniecznej do rozkwitu życia Bożego w duszach – wskazują.

Państwo Komaszyło nie kryją, że ich dotychczasowe doświadczenie potwierdzają, że dokonali właściwego wyboru. – Plusem systemu jest niewątpliwie efektywność nauki i oszczędność czasu, gdyż jest to nauka indywidualna, nakierowana na konkretnego ucznia i dostosowana do jego indywidualnych cech. Zaoszczędzony czas z powodzeniem można poświęcić na zajęcia dodatkowe, np. szkołę muzyczną. Nauczanie jest także wolne od narzuconych przez państwowy system ideologii niezgodnych z wiarą katolicką, gdyż to sam rodzic decyduje o tym czego będzie nauczane jego własne dziecko. Nauczanie daje także możliwość przekazania dziecku wiedzy, której system państwowy nie przewiduje w swoim programie – dodają.

Także obecność dziecka w domu nie pozostaje bez znaczenia. – Naturalna dla dziecka atmosfera domowa pozytywnie wpływa na przyswajanie nauki i podsyca chęć zdobywania wiedzy. Uczeń nie myśli o tym, aby jak najszybciej skończyły się zajęcia z powodu tęsknoty za domem i rodziną. Nie boi się zadawać pytań. Nasza córka wielokrotnie chciała uczyć się dłużej w momencie, gdy mieliśmy już kończyć zaplanowaną na dany dzień naukę – wspominają.

Co ważne, wszystkie dzieci uczone w systemie edukacji domowej, żyjące na co dzień w zgodzie z rodzeństwem oraz pozostałymi członkami rodziny, także starszym pokoleniem, z babcią czy dziadkiem, bardzo łatwo nawiązują kontakt z innymi dziećmi, są bardziej śmiałe, jednocześnie pełne szacunku do innych osób, bardzo dobrze ukształtowane społecznie.

– Nasze dzieci mają szeroki kontakt z innymi dziećmi naszych przyjaciół, znajomych oraz rodzin uczących swoje dzieci w domu. Efektywna nauka sprawia, że mają więcej czasu na zabawy z innymi dziećmi na podwórku. Wraz z innymi rodzicami nauczającymi w domu organizujemy raz w tygodniu dodatkowy dzień wspólnych zajęć. Zapewnia nam go nasza Szkoła św. Kazimierza Królewicza, działająca przy Duszpasterstwie Tradycji Katolickiej w Białymstoku, która jest platformą umożliwiającą nam nauczania w systemie edukacji domowej – mówią.

Oczywiście edukacja domowa wiąże się z pewnymi wyrzeczeniami. Konieczna jest tu duża systematyczność i wytrwałość, trzeba umieć utrzymać dyscyplinę nie tylko wobec dziecka, ale i wobec siebie. To jednak owocuje w wychowaniu dzieci. – Dużo uwagi trzeba poświęcić dobrej organizacji życia rodzinnego i efektywnego wykorzystania czasu, aby podołać wszystkim obowiązkom rodzinnym. Początki na pewno są trudne, ale z czasem wypracowuje się co raz lepszy porządek w funkcjonowaniu rodziny. Bardzo pomocna i owocna okazuje się również współpraca z innymi rodzinami uczącymi w domu – wskazują.

…Z danych resortu edukacji wynika, że wśród rodziców powoli rośnie zainteresowanie edukacją domową. Jeszcze u progu roku szkolonego 2015/16 taką formą edukacji objętych było6 974 uczniów. W marcu tego roku liczba uczniów, których rodzice wzięli na swe barki odpowiedzialność za kształcenie swoich dzieci wzrosła do 7064.” (Marcin Austyn – Systemowa obróbka edukacyjna? Niekoniecznie)

podobne: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” oraz: Izabela Brodacka: Jesteśmy idiotami??” – Przez uprzejmość nie zaprzeczę czyli i to: Edukacja domowa – prawdziwie szkolna tradycja. Literatura pomocnicza. a także: Wczesna edukacja szkolna nie jest dobra dla dziecii jeszcze: Edukacja domowa lekiem na „szkołę” czyli… sam sobie pościel a się wyśpisz. polecam również: Wielkie żarcie się kończy! Zmierzamy ku edukacyjnej katastrofie. oraz: Tradycja Szkoły Rycerskiej w Liceum Akademickiego Korpusu Kadetów w Łysej Górze.

Antoine de Saint-Exupery (szkoła, wiedza, nauka, dzieci, edukacja, istota rzeczy)

To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna?


Kazimierz Sichulski - Karykatura Józefa Piłsudskiego odwołująca sie do powszechnie znanych mitów narodowych

Kazimierz Sichulski – Karykatura Józefa Piłsudskiego odwołująca sie do powszechnie znanych mitów narodowych

„Jako tłocząco-ssącą pompę widzą ten system jego oczy, która jak gigantyczne serce pompuje z dołu, z góry tłoczy. Z dołu ssie pompa ludzką pracę, bardzo zachłannie, metodycznie, by ja przerobić w swych komorach na płace oraz inwestycje. Płace spływają wąską rurką, a inwestycje – wielka rurą, co jak najściślej jest związane z systemu celem i naturą. Nie temu bowiem system służy, by prolet gnuśniał w dobrobycie, lecz aby wizje gigantyczne tytanów myśli wcielać w życie.” (Janusz Szpotański: „Towarzysz Szmaciak”)

*

„…Rok 1920 był niezawodnie przełomowym w życiu duchowym Piłsudskiego. Zwycięski Wódz całą pełnią pyszałkowatej, chorobliwej duszy wchłaniał w siebie pochlebstwa.

Do jego osoby zaczęli się garnąć „ludzie żłobu”, bez czci i wiary, w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Zgraja nicponiów spod ciemnej gwiazdy, wyrafinowanych oszustów, karczemnych moszuresów, złodziei wzięła w pacht duszę Piłsudskiego i otoczyła ją taką siecią intryg, że dostanie się do niej uczciwemu człowiekowi było prawie niemożliwe.

Po tygodniowym pobycie spostrzegłem, że albo nic, albo bardzo mało będę mógł zrobić dla sprawy bożej wśród tej hołoty. Złożyłem o tym raport biskupowi polowemu prosząc o naznaczenie kogo innego na moje miejsce. Biskup Gall ugodowiec czystej wody, bojąc się narazić, podanie moje zignorował. Trzeba było zostać i dalej robić to co się uda.

8 listopada 1920 roku w jadalni belwederskiej zebrało się 22 oficerów. Adjutantura i oficerowie oddziału przybocznego. Wchodzi Naczelny Wódz. Ubrany w kurtkę swoją strzelecką , starą, niemal zniszczoną. Przedstawia mnie pułk. Wieniawa. Słyszę odpowiedź: „proszę usiąść z lewej strony. Wieniawa będzie moją prawą ręką, ksiądz lewą”.

Na stole duży bukiet wyłącznie z kwiatów koloru czerwonego. Piłsudski obiad je prędko. Wszyscy spieszą. Po zupie zaczyna palić papierosy jeden za drugim i gada bez końca. Wszyscy mu potakują. Niektórzy, jak błazen dworski, chociaż bardzo zdolny człowiek, kapitan Korzeniowski, opowiada jakieś płaskie dowcipy. Wieniawa zaczyna ploteczki z miasta. To są pierwsze wrażenia z pierwszego spotkania.

O Piłsudskim tylu już pisało, że właściwie nie jeden pomyśli: „po co jeszcze kapelan pisze o Nim”. Niestety, chociaż dużo przeczytałem o nim i w codziennych pismach i pracach poważniejszych, zawsze to jednak były, albo hymny pochwalne najmitów, albo żółcią przepojone wymysły politycznych przeciwników. Prawdziwego oblicza tego, bądź co bądź, niezwykłego człowieka nigdzie nie znalazłem.

Ponieważ nigdy do żadnej partii politycznej nie należałem, ani nienawiścią ani też służalczości w duszy mojej dla nikogo nigdy nie było, a tym bardziej do osoby Piłsudskiego, sądzę więc, że w imię prawdy historycznej, jako naoczny świadek i bezstronny w niczym nie zainteresowany widz nie tylko mogę, ale powinienem napisać co myślę o Nim i Jego otoczeniu. Co prawda kardynał Kakowski zabronił mi wydawać te moje wspomnienia. Prałat Lasocki z Płocka, który był bardzo mnie polubił, kiedyś w przystępie dobrego humoru ostrzegał: „nie pisz, „Magiku Boży” drugiego tomu pamiętników, jeśli nie chcesz poznać głębokości glinianek warszawskich”. Kto wie może był bym usłuchał tych rad, gdyby nie tryumf zgrai łotrzyków wyrafinowanych, którzy zatruwali stale duszę Piłsudskiego i zdobywszy sobie bezgraniczne zaufanie tego chorego człowieka prowadzą go do nieobliczalnych czynów i doprowadzą do zguby ojczyznę.

Niechaj kiedyś historyk znajdzie nie tylko pisane za pieniądze lub na rozkaz wspomnienia i pamiętniki najmitów, ale niech przeczyta i te słowa ,które wychodzą z serca szczerze kochającego wielkiego człowieka, który w Nim widział i sprawdził dużo zalet, ale też i strasznych wad, ciążących na kondycji naszej Ojczyzny.

Jeśli to prawda co mówi przysłowie narodowe, że kto z kim przystaje takim się staje. Jeśli prawdziwe jest inne, które mówi: „ powiedz mi z kim obcujesz a powiem ci kim jesteś”, to czytelnik od razu zrozumie kim był Piłsudski. Wyliczę bez żadnej złości i nienawiści w duszy mojej kilku stanowiących najbliższe otoczenie- przyjaciół naczelnego wodza z którymi najczęściej obcował, radził się i bezgranicznie im wierzył.

1 Podpułkownik Wieniawa Długoszewski, ateusz, apostata, ożeniony z żydówką,

2 Kazimierz Świtalski, referent prasowy, apostata, ożenił się z cudzą żoną, ateusz zdeklarowany,

3 Referenta prasowa Hubicka, ateuszka i apostatka,

4 Pułkownik Piskor, apostata ożenił się z cudzą żoną,

5 Osobisty przyjaciel Prystor, ateusz,

6 Car, szef kancelarii cywilnej, ateusz i rozpustnik,

7 Pułkownik Rydz, ateusz, socjał,

8 Maciesza, mason, ateusz,

9 Pułkownik Skotnicki, ożenił się z żoną Wieniawy,

Piłsudski uwielbiał księdza Ciepichała, dziś apostatę. Oto byli najbliżsi przyjaciele, doradcy i zausznicy Naczelnego Wodza.

Co tacy ludzi mogli dobrego zrobić? Czy mogli Go informować należycie?

Wśród tej zgrai prym trzymał Wieniawa. Człowiek szczerze bez zastrzeżeń oddany Piłsudskiemu, ale też jednocześnie robiący karierę. Zdeprawowany do szpiku kości pijak, chorobliwy rozpustnik, który przechwalał się w obecności mojej, że mając lat 10 po raz pierwszy odbył stosunek z kobietą. Zawodowy intrygant i łgarz klasyczny, cieszył się jednak bezgranicznym zaufaniem Wodza. Na próżno szukał by kto w nim odrobiny zasad jakichkolwiek. Oddany całą duszą Piłsudskiemu przy którym robił karierę, był dosłownie na każde kiwniecie palcem wodza. Używany był stale do takich funkcji, jakie spełniają wśród mętów stołecznych alfonsi i sutenerzy. Poważnej roboty nie dawał mu Piłsudski.

Świtalski i Hubicka referenci prasowi, urabiali duszę Piłsudskiego. Dając mu do czytania, tylko to co sami chcieli, przez siebie zebrane wycinki z gazet,rozbudzając w duszy tendencyjnie nienawiść do Polaków, a zwłaszcza endecji, do Kościoła i przedstawicieli jego.

Car-kukła, z którą nikt się nie liczył, o ile nie trzeba było sfałszować jakiegoś dokumentu ku chwale legionistów lub wspólników zbrodni. Piłsudski nie lubił Cara. Nie ufał mu i zwykle rozmawiał z nim przez Wieniawę. Nawet sprawy należące wyłącznie do kancelarii cywilnej załatwiał przez Wieniawę.

Przechodzi ludzkie pojęcie co ta banda wyprawiała.

Fałszowano dokumenty, podpisy Naczelnego Wodza, wydawano bez jego wiedzy i zgody najrozmaitsze rozporządzenia, w jego imieniu z czym się w nie kryto wcale. Biedny Piłsudski nie wiedział nawet o wielu sprawach wykonanych w jego imieniu.

Nikt nie śmiał zaprotestować, bo robiono wszystko gładko, sprytnie i dowody łotrostwa tak umiejętnie zawsze maskowano że kto chciałby udowodnić, sam zginąłby, a oni wyszliby tryumfująco…” (źródło: Ksiądz Marian Tokarzewski. Wspomnienia z Belwederu) o czym więcej tu: Ekipa Piłsudskiego – Coryllus mówi jak było (1/2)

Zdzisław Czermański (Karykatura przedstawiająca Piłsudskiego jako Żyda popijającego z Niemcami i Sowietami)

Zdzisław Czermański (Karykatura przedstawiająca Piłsudskiego jako Żyda popijającego z Niemcami i Sowietami)

„…oto Edward Woyniłłowicz opisuje całkiem skandaliczną sytuację z roku 1922, bolszewicy, których ambasadę umieszczono w tym samym budynku, w którym rozlokowany był inspektorat kawalerii, wyrzucili ten inspektorat na zbitą mordę, na ulicę po prostu. Pozabijali drzwi i okna deskami i przejęli całą kamienicę. Było to w trakcie ustalania granicy ryskiej, w trakcie wytężonej agitacji bolszewickiej na tej granicy, wymierzonej w żołnierza polskiego, po zwycięskiej wojnie i upokorzeniu przeciwnika. Co wtedy robił pierwszy ułan II RP pan Wieniawa? Dlaczego pozwolił na taki bezprecedensowy akt, jak wyrzucenie inspektoratu kawalerii z przeznaczonego temu inspektoratowi budynku? Dokonali tego bolszewiccy gangsterzy przebrani za dyplomatów, którzy właśnie przegrali wojnę i szykowali się do przyjęcia upokarzającego dla nich pokoju. Przypominam – nie chodzi o wyrzucenie centralnego zarządu PZW – ale o inspektorat, czyli dowództwo kawalerii. To się nie mieści w głowie. Na ów akt wrogości wobec zwycięskiej armii zwrócił uwagę jedynie Edward Woyniłłowicz, którego nazwano tu już kolaborantem. Bohaterscy socjaliści nie zdobyli się nawet na zwrócenie bolszewikom uwagi, nie mówiąc już o tym, by skuć im mordy po ciemku w bramie. Co innego straszyć księży utopieniem ich w gliniankach, to łatwiejsze…” (coryllus – O masonach, Żydach i szczerych patriotach)

„…Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, proszę Państwa, musimy się zwrócić ku prawdzie. Oto rozpoczął się proces beatyfikacyjny Edwarda Woyniłłowicza, a żaden z uniwersytetów nie sięgnął po rękopis jego wspomnień z lat 1921- 1928, udając, że tych wspomnień nie ma lub że są zbyt krytyczne wobec narodowych i państwowych świętości, a przez to nie można ich publikować. Być może zaniechanie to nie jest wynikiem premedytacji, a jedynie lenistwa, no, ale cóż wtedy rzec o dociekliwości naszych badaczy? Oto człowiek będący świadkiem historii, Polak, ziemianin, przedsiębiorca, a wkrótce błogosławiony Kościoła Powszechnego, jest skazywany na zapomnienie z powodu lenistwa. Jeśli zaś komuś oskarżenie o lenistwo wydaje się zbyt drastyczne, może w to miejsce wstawić zwrot – z powodu braku grantów na badania.

Uznałem, że nie możemy czekać i oto przed Państwem te jakże kontrowersyjne treści. Wszyscy czytelnicy łatwo zrozumieją, dlaczego nie można ich było wydać przed wojną. To jest jeden wielki, ciągnący się strona po stronie zarzut wobec upiornej, skazanej na klęskę i deprawatorskiej polityki II Rzeczpospolitej.

Demaskacja, której na naszych oczach dokonuje Edward Woyniłłowicz, jest tym boleśniejsza, że dotyczy spraw gospodarczych i finansowych i wprost wskazuje na to, że socjalistyczne pomysły na niepodległość to po prostu wysługiwanie się obcym i działanie na szkodę narodu, jego własności, zdrowia i przyszłości.

Wielki posiadacz, ziemianin i pan pełną gębą, Edward Woyniłłowicz, dożywał swoich dni w Bydgoszczy, w małym mieszkanku, do którego musiał nosić po schodach węgiel. Nie skarżył się, ale też nie uważał za stosowne, by swoją sytuację maskować w jakikolwiek sposób. Nie wyciągał ręki po zasiłki i nie prosił nikogo o wsparcie. Jego myśl polityczna i gospodarcza roztrzaskała się o socjalistyczne i fiskalne rafy, a urząd podatkowy niepodległej Polski wysyłał do niego monity dotyczące zapłaty podatku od rzekomego wzbogacenia.

Pycha socjalistów pozostawała nienaruszona przez całe dwadzieścia lat. Przez całe dwadzieścia lat łudzono się, że okradanie właścicieli i rozdawanie ziemi tym, którzy ani chcą, ani mogą ją uprawiać, zapewni państwu lojalność poddanych fiskusa zwanych obywatelami dla niepoznaki jedynie. Łudzono się, że wolna Polska samym tylko swym istnieniem wyleczy wiejskie dzieci z jaglicy, zatrzyma emigrację zarobkową i da każdemu, nawet najbiedniejszemu szansę na sukces. Budowano jakiś wice-komunizm, licząc na to, że komuniści prawdziwi, gangsterzy spod znaku czerwonej gwiazdy zbledną na jego widok i sami zaczną się cywilizować. Nic takiego nie nastąpiło, a historia pokazała – nie pierwszy raz zresztą – że największym wrogiem socjalisty jest inny socjalista. Taki, który jeszcze mocniej oszukuje swój naród w imię nierozpoznanych interesów, taki, który jeszcze więcej grabi, jeszcze więcej kłamie, a kiedy przychodzi do zabijania, zabiera się za tę robotę z chęcią i satysfakcją.

Edward Woyniłłowicz, na szczęście dla siebie, nie dożył tych strasznych czasów, które nas – dzieci wychowane poprzez postępową propagandę – niczego nie nauczyły. Z historii dowiedzieliśmy się tyle jedynie, że nasze państwo upadło w roku 1939, zaatakowane z dwóch stron przez odwiecznych wrogów. Może warto przypomnieć, że niektórzy z tych wrogów byli przez długi czas towarzyszami walki ojców naszej niepodległości, niewiele różniącymi się od nich w poglądach.

Cóż zostało po Edwardzie Woyniłłowiczu? Puste krzesło z safianowym obiciem, z rokokowym oparciem i stara armata. Zdjęcie na okładce jest autentyczne, wnosić więc można, że ta dziwna i zaskakująca aranżacja jest dziełem samego Woyniłłowicza. Oto krzesło, na którym go już nie ma, lufa armatnia z brązu, która nigdy nie wystrzeli – symbol przeszłości, do której nie ma powrotu i tło, czyli ściana pałacu w Sawiczach z odpadającym tynkiem i małym okienkiem. Tyle zostało z tradycji politycznej i formacji duchowej reprezentowanej przez ludzi wolnych, którzy kiedyś zamieszkiwali Polskę i Litwę. No i te wspomnienia….nigdy niepublikowane.” (coryllus)

…niepublikowane do niedawna a od niedawna do kupienia tu: Księgarnia Coryllusa – Edward Woyniłłowicz. Wspomnienia. Część II

podobne: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa. oraz: W rocznicę śmierci: Sejm przyjął uchwałę upamiętniającą marszałka Piłsudskiego. Jan Emil Skiwski „Piłsudski a Polska wieczna” (cywilizacja a tolerancja). i to: Piotr Zychowicz: „Pakt Piłsudski–Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium” a także: O tym, jak Orzeł stracił krzyż z korony w 1927 r., a „Mazurek Dąbrowskiego” został hymnem dzięki fortelowi.  i jeszcze: Sławomir Suchodolski o etatyzmie i socjalizmie w gospodarce II RP. Echa „socjalizmu z ludzką twarzą” w Polsce PISu.

„…po co nam jest potrzebna edukacja historyczna? Do czego nam są potrzebne te wszystkie gawędy, które między innymi i ja umieściłem w pierwszym tomie „Baśni jak niedźwiedź”? Jak wiecie w ciągu sześciu lat prowadzenia tego bloga wiele się w naszym wspólnym życiu zmieniło i wiele spraw wygląda dziś inaczej, niż w roku 2009 kiedy ta przygoda się zaczęła. Nie jest jednka tak, że ja czy ktokolwiek inny jesteśmy odosobnieni w naszych wątpliwościach dotyczących narracji historycznych. Pamiętam moje pierwsze targi w Białymstoku, kiedy jeszcze miałem różne złudzenia. Podszedł do mnie pewien pan, który był również na moim spotkaniu autorskim, pan ubrany w jakiś paramlitarny strój, zdradzający, że jest mocno związany z grupami rekonstuującymi historię i powiedział mi, całkiem kwaskowato, że z tym Raginisem nie było tak, jak ja napisałem. Powiedział mi, że możliwa jest inna wersja, oto w latach siedemdziesiątych przywieźli do Wizny jakiegoś kacyka z centrali na tyle zasłużonego, że trzeba mu było pomóc urządzić się na miejscu i wynaleźć jakiegoś bohatera, który by tę Wiznę rozsławił. No i znaleźli tego Raginisa, którego historia została całkowicie wymyślona. Ja nie pamiętam w tej chwili szczegółów, ale mój rozmówca dość przekonująco mi te sprawy tłumaczył. Nie powiem – speszyłem się i nie pierwszy co prawda raz, ale pierwszy raz serio pomyślałem, że nie można brnąć w takie histrorie.

U podstaw bowiem wszystkich tych narracji leży albo katastrofa albo oszustwo. Jeśli zaś mamy kształtować przyszłe pokolenia ku kolejnej katastrofie albo nawijać dzieciom makaron na uszy, żeby czekały je potem różne rozczarowania to niech to czynią inni, zachowując selekcję, proporcję i ton. Gdyby efektem tych zabiegów propagandowych, bo to są tylko i wyłącznie zabiegi propagadnowe mające przygotować młode umysły do konsumpcji pewnych treści, były rzewne piosenki nie byłoby sprawy, pośpiewalibyśmy sobie, ktoś by się popłakał i potem wszyscy poszliby do swoich zajęć. No, ale tu chodzi o formowanie postaw. Do czego, pytam? Do wojny? Do reformy Morawieckiego? Jeśli nowa władza chce wychowywać stado pożytecznych baranów, to musi sobie niestety zdać sprawę, że struktura narodu jest mocno zróżnicowana i są tutaj całe, nie małe bynajmniej grupy ludzi, którzy się na to nie zgodzą…” (coryllus – Do czego nam edukacja historyczna?)

podobne: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu oraz: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona. O patriotyzmie słów kilka.

I po to właśnie potrzebna jest nam historia i takoż literatura – żebyśmy znali prawdę. Żebyśmy powielali i kultywowali dobre/pożyteczne zachowania/postawy, oraz pamiętali i uczyli się na błędach jakie popełniali nasi przodkowie, by następnie wyciągnąć z nich stosowne wnioski unikając podobnych zdarzeń na przyszłość. Jednak żeby tego rodzaju wnioski stały się naszym udziałem w życiu politycznym (państwa, narodu i indywidualnym) historia musi stać się nauką opartą o fakty, a nie infantylną historyjką rodem z „harlekinowej” literatury życzeniowej, podsycającej niezdrowe sentymenty na użytek partykularnych interesów jakiejś grupy podrzędnych karierowiczów żywo zainteresowanej ekscytowaniem mas (dopóki im płacą). Prawda i dobro też potrafią „rozerwać” i być atrakcyjne, to tylko kwestia/miara talentu ubrania owej prawdy w słowa i uczciwej prezentacji… (Odys)

…o czym więcej tu: Czy historię Polski należy napisać na nowo? – Grzegorz Braun i Gabriel Maciejewski

Czego uczy nas Konstytucja 3 maja i kto powinien siedzieć na miejscu „Stańczyka” (Matejki).”Kasandra” Jacka Kaczmarskiego.


Jan Matejko - Stańczyk

Jan Matejko – Stańczyk

„…Jest rok 1514. Polska – u szczytu swej potęgi. Jej rozległe granice zajmują znaczną część Europy, ma armię, która jeszcze wiek później będzie w stanie oprzeć się mocy Szwecji, Turcji, Moskwy i żywiołom wschodnim, a hufce Rzeczpospolitej miażdżyć będą przeciwników jedną szarżą. Wspomnienie Kircholmu, Kłuszyna czy Wiednia budzić będzie podziw, nawet wtedy gdy wszystko zacznie chwiać się w posadach… Rzeczpospolita szesnastego wieku jest krajem potężnym i bogatym. Niewielu jej zagraża… Czyż Stańczyka może martwić utrata jednego niewielkiego miasta gdzieś na wschodnich rubieżach państwa? Król wyśle przecież ekspedycję i odbije Smoleńsk! A jednak.

Czyż to nie król powinien siedzieć w tym krześle i myśleć o policzku, jaki dano Rzeczpospolitej? – zauważa jedna z uczennic. Czy nie nastąpiła tu zamiana ról? Kto powinien myśleć o losach państwa? Błazen? Kto powinien siedzieć na tym krześle?

Ktoś podnosi rękę na nasz kraj a oni się bawią! – dodaje inny uczeń. Być może jest właśnie tak, że to błazen wypowie całą prawdę… Nie tylko na obrazie Matejki, ale i w czasie lekcji. Teraz dla uczniów staje się również jasny temat lekcyjnego spotkania: Błazen i król. Jaka jest odpowiedzialność za los kraju tych, którzy nim rządzą. Nie rządem Polska stoi, ale cnotami swoich obywateli… Powraca motyw komety. Jej obecność na obrazie dawnego mistrza teraz jest uzasadniona. Zwiastun nieszczęść: wojny, ognia, zarazy i upadku – jest zapowiedzią skarlenia elit… Stary obraz przemawia do nastolatków z dwudziestego pierwszego wieku: nie powtarzajmy błędów przeszłości.

A co z Konstytucją 3 maja – nie „wystąpiła” w tej rozmowie… Nie musiała. Uczniowie usłyszeli o niej już wcześniej. Była próbą ratowania tego, czego ratować się nie dało… Zdaje się, że wpatrzony w dal nieobecny wzrok Stańczyka miał wyrażać tę właśnie prawdę; zwłaszcza że obraz błazna był obrazem otwierającym wielki cykl historycznych dzieł Matejki a Konstytucja 3 maja kończyła go. Kameralna scena, jaką utrwala w Stańczyku Matejko, jest jakby spoza faktów historycznych. Inne dzieła – zwłaszcza te znane – odnoszą się do znaczących zdarzeń: Bitwa pod Grunwaldem, Batory pod Pskowem, Hołd pruski… Wszystko jednak zaczyna się od Stańczyka – od refleksji, która nam tak bardzo jest potrzebna. Widzą to również uczniowie… Ta lekcja nie kończy się. Również dla mnie.

Wciąż pozostaje otwartym pytanie: jak uczyć historii, literatury, odpowiedzialności… Czy ma to być analiza faktów czy narracja budowana wokół zdarzeń? Matejko przecież nie ilustrował historii, jego obrazy są jej interpretacją…” (Roland Maszka)

całość tu: Błazen i król.Wokół Konstytucji 3 Maja

podobne: „Normalny wariat” i „Żarty na bok” czyli… Gdyby światem rządziły błazny, durnie nie mieliby w nim czego szukać oraz: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu. i to: „Królestwo Bez Kresu” a także: Dziedzictwo „króla Stasia” czyli… ”Wyzwoliciele z polskości” i jeszcze: Sejm Wielki i Konstytucja 3 maja. Marian Piłka: Nieodpowiedzialny patriotyzm

„…Oto kosztem niewyobrażalnych ofiar odzyskujemy niepodległość, czyli nasze państwowe dekoracje, po to, by w tym rzekomym państwie żyć jak niewolnicy, traktowani w dodatku wrogo przez urzędników tego państwa. To jest poważny paradoks wynikający z niezrozumienia tego czym jest państwo i jaka jest hierarchia organizacji. Już o tym pisałem, ale jeszcze powtórzę: większość tak zwanych niepodległych państw to dekoracja i fikcja mająca maskować interesy wielkich instytucji finansowych, które posługując się retoryką niepodległościową, załatwiają różne sprawy na rynkach światowych. Jeśli ktoś daję się w tę grę wciągnąć sam jest sobie winien. Czasem jednak nie ma wyboru. I my to doskonale wiemy. Nie wszyscy jednak, bo sięgające pod niebo piony formacji urzędniczych sądzą, że jest dokładnie odwrotnie, że to oni i ich dobrostan, jak sobie lubił czasem zażartować Migalski, są przedmiotem troski organizacji globalnych. Otóż spieszę z życzliwym wyjaśnieniem – nie jest to prawda…

…Ktoś może powiedzieć, że doszedłem do ściany, bo kwestionuję sens odzyskiwania niepodległości. Nieprawda, ja tylko kwestionuję sens jej tracenia. Oto Polska w XVIII wieku, omamiona ideą postępu położyła głowę na pieniek. Potem zaś przez 122 lata próbowała sobie tę głowę nieudolnie przykleić do korpusu z powrotem w myśl zaleceń płynących z demokratycznych stolic. Kiedy się to w końcu udało okazało się, że głowa gada w jakimś niezrozumiałym języku o sprawach, które nie rokują za dobrze. Całość zaś przypomina trochę stwora, co go wyprodukował doktor Frankenstein w demokratycznej Szwajcarii, przytułku wszelkiej maści rewolucjonistów. I tak jest do dzisiaj.

Historia uczy nas, że państwo może upaść, ale naród zostaje. Jeśli jednak nasi ciemiężyciele, potomkowie carów i Wilhelmów porzucą swoją tradycję i zaczną małpować zasady dojrzałych demokracji, przy usilnym wsparciu ideologicznym ze stolic tychże demokracji płynącym, to może się okazać, że i naród nie przetrwa…” (coryllus)

całość tu: Polacy i ich londyńskie banki

„Nic się nie kończy prostym tak lub nie
I nie na darmo giną wojownicy;
Dlatego mówię: To początek końca,
A lud pijany wspina się na mury,
Bo pustką zieją szańce barbarzyńców.

Strzeżcie się tryumfu – jest pułapką losu,
I nic nie znaczą wrogów naszych hołdy.
Jeden jest ogień, którym płoną stosy;
Miecz o dwóch ostrzach trzyma tępy żołdak…

Ja wam nie bronię radości,
Bo losu nie zmienią wam wróżby,
Ale pomyślcie o własnej słabości,
Zamiast o tryumfie nad ludźmi.

O straszne święto, co poprzedza zgon!
Szczęśliwe miasto pod rządami Priama –
Rynki, świątynie, freski, poematy
Zbezcześci zabłocony but Achaja;
Ślepota dzieci twych otwiera bramy.

Już mrówcza fala toczy się po polu,
Gdzie niewzruszenie tkwi Czerwony Koń.
Ach jakbym chciała być jak oni, być jak oni!
Ach jak mi ciąży to, co czuję, to co wiem…

Bawcie się, pijcie, dzieci,
Jak się bawić i pić potraficie –
Są ludy, co dojrzały do śmierci
Z rąk ludów niedojrzałych do życia”

Jacek Kaczmarski 1978 – Kasandra  

poprzednio: „Przejście Polaków przez Morze Czerwone”

podobne: Wacława Sobieskiego „Pańska buta” do „Rokoszu” Jacka Kaczmarskiego. Szlachta (nie) pracuje! oraz: Jacek Kaczmarski: „Elekcja” do obrazu Jana Matejki  i to: Król chłopiec do „Z chłopa król” (Jacka Kaczmarskiego)

Czego (nie)uczy „tradycyjna” szkoła czyli… nie wszystko musisz wiedzieć. Definicje, pojęcia, słowa i stereotypy według cybernetyki. Niech mi ktoś powie co mam myśleć.


w y g ł o d n i a ł e

łaknące pociechy serce

nadal będzie tylko wystawą

słowa

nie zapewnią mi nieśmiertelności

mówią że mogę w s z y s t k o !

zdobywać szczyty

mierzyć wysoko

dlaczego wciąż podążam za nieznanym

(człowiekiem)

już nawet nie próbuję zrozumieć

źródło: Atropa Belladonna Von Coup –  (impulsywne)

Człowiek ma dość ograniczone możliwości, więc warto zdawać sobie sprawę z tego że choćbyśmy mimo wszystko dali z siebie wszystko, to nie wolno nam (i nie będziemy mieli) wszystkiego… Chodzi tylko o to żeby nam nie było wszystko jedno (zwłaszcza jeśli chodzi o ludzi za którymi idziemy)… (Odys)

„…Naszą bronią są WIEDZA i INFORMACJA – to jest nasz oręż – Musimy wciąż pogłębiać naszą wiedzę po to, aby móc rozróżnić prawdę od fałszu. To PRAWDA nas wyzwoli. Naszą organizacją jest ORGANIZACJA BEZ ORGANIZACJI – STRUKTURA PŁASKA – to nowy rodzaj organizacji, której nikt i nic nie jest w stanie zniszczyć. „To działalność małych grup i pojedynczych osób powiązanych jedną MYŚLĄ oraz WSPÓLNYM KATALOGIEM WARTOŚCI, a nie strukturą, regulaminami i procedurami.” Po więcej informacji odsyłam do książki Rafała Brzeskiego pt.”WOJNA INFORMACYJNA – wojna nowej generacji”.

Pan Brzeski wykłada również w Narodowej Akademi Informacyjnej. Jego wykłady można znaleźć na youtubie. Naszym ogniwem spajającym jest DUCH NARODOWY. Pamiętajmy że MYŚL jest bronią. W jednym z ostatnio dodanych na youtuba wykładów Docenta Józefa Kosseckiego z serii Polska Szkoła Cybernetyki, odcinek 19, dostajemy wskazówki jak mamy działać aby wygrać: PSC 19. Polski system sterowania społecznego po tzw. transformacji…” (Polski Informator Narodowy – Biuletyn inspiracyjny dla przyszłych elit rządowych)

„…Naczelny zarzut, jaki należy szkole postawić, to ten, że jest absolutnie wyprana z procesów decyzyjnych. Kształci przedmiot, istotę odbiorczą, półczłowieka, na którego inni będą wpływali, wydawali mu nakazy i zakazy, egzekwowali wiadomości, które ma ze szkoły, a nawet takie, których nie ma znikąd, chwalili za dobre spełnienie obowiązków a ganili za złe. Nie kształci go jako podmiotu, nawet przyszłego, a cóż dopiero teraźniejszego.
Z czasem, już po wyjściu ze szkoły, zacznie powoli rozeznawać siebie również jako podmiot (gdyby to nastąpiło wcześniej, szkoła użyłaby wszelkich możliwych środków, aby mu to wybić z głowy, najłagodniejszym z nich byłoby obniżenie oceny ze sprawowania za „krnąbrność”) mogący krytykować, stawiać żądania, nie zgadzać się, wyrażać niezadowolenie. Wówczas stwierdzi, że nie ma pojęcia, jak to robić, popełni mnóstwo błędów przez nieodróżnianie słuszności od taktyki, ucząc się umiejętności decydowania od zera, zdany wyłącznie na siebie. Pod tym względem uczeń kończący szkołę znajduje się w sytuacji gorszej niż jego rówieśnik sprzed paru tysięcy lat, któremu ojciec dawał łuk i zabierał ze sobą na polowanie.
Okoliczność, że umiejętności decydowania nabywa się samorodnie oraz że rozpoczyna się jej nabywanie tak późno, sprawia, że przewleka się ono przeważnie do starości, a u ogromnej większości ludzi umiejętności decydowania nigdy nie wznosi się poza poziom prymitywny. To stąd właśnie, z doznawania dotkliwych skutków popełniania błędów w decyzjach, nawet u ludzi mających już dorosłe dzieci, wzięło się powiedzenie, że „człowiek uczy się rozumu do samej śmierci”, a nie – jak niektórzy sądzą – z faktu, że wiedza się szybko rozwija, trzeba się więc ciągle dokształcać. I pomyśleć, że nie na jakimś prymitywnym poziomie, lecz jeszcze w najzupełniej zerowym stanie umiejętności decydowania, człowiek podejmuje dwie najdonioślejsze decyzje życia, jakimi jest wybór zawodu i małżeństwo!

BEZDECYZYJNY charakter kształcenia młodzieży nie wynika z „istoty szkoły”, lecz z braku rozeznania celów, dla których wykształcenie ma służyć. Pod tym względem pozostajemy właściwie na poziomie dawnych guwernerów, od których młodzi panicze „pobierali nauki”, tzn. uczyli się sztuki czytania, pisania i rachowania, a ponadto encyklopedycznych elementów historii, geografii, literatury, jakiegoś języka obcego, aby umieć „obracać się w świecie”. Różnica polega jedynie na tym, że obecnie zakres wiedzy encyklopedycznej jest znacznie szerszy, co nie przeszkadza, że maturzysta, jeżeli idzie na studia wyższe – co, jest w znacznym stopniu kontynuacją szkoły średniej – także umie tylko „obracać się w świecie”, co znaczy może pracować w biurze, gdzie będzie wpisywał, przepisywał i wypisywał to, co mu tam, odpowiednio do rodzaju biura, każą.
Jak natomiast być powinno, widoczne jest w nauczaniu na rozmaitych kursach, organizowanych w celach wyraźnie określonych. Na przykład na kursie samochodowym chodzi o wykształcenie kierowców. W tym też celu, oprócz dostarczania kursantowi informacji o budowie samochodu, znakach drogowych i przepisach ruchu, kształci się go w podejmowaniu decyzji w sytuacjach od najprostszych, jak uruchomienie i zatrzymanie silnika w samochodzie stojącym, aż do najtrudniejszych, w normalnym ruchu miejskim. Kursant stopniowo przemienia się w kierowcę i staje się nim jeszcze przed końcem kursu. W ostatnich jazdach ćwiczebnych obecność instruktora jest tylko formalnością. Tu nie chodzi tylko o to, że nowo wykształcony kierowca umie jeździć, tzn. wie kiedy co nacisnąć lub obrócić. Potrafi także decydować, to jest pokonywać wahania i rozstrzygać wątpliwości, jakie przeżywa się w konkretnych sytuacjach ruchu drogowego, kiedy obawia się podjąć błędną decyzję nie dlatego, że zdradziłby się tym wobec instruktora niedostatkiem informacji o kierowaniu samochodem, lecz dlatego, że naraziłby siebie i innych na niebezpieczeństwo. Jest to przejęcie się decydowaniem, bo sytuacje są rzeczywiste i nie nadają się do żartów. Podobnie na kursie pływackim kursant staje się pływakiem i jeszcze w czasie trwania kursu bywa w sytuacjach grożących mu rzeczywistym niebezpieczeństwem, z którego prawdopodobnie instruktor by go wybawił, ale jak wiadomo diabeł nie śpi.
Kim zaś staje się uczeń kończący szkołę? Powinien stać się dorosłym (nawet świadectwo, jakie otrzyma, nazywa się świadectwem dojrzałości), to znaczy jeszcze w ostatnim roku szkolnym powinien umieć postępować jak dorosły.

Przed laty zdarzyło mi się usłyszeć, jak stary wieśniak powiedział o jakimś wymądrzającym się studencie: „Co on tam, głupi, wie, jak na siebie nie zarabia, a żony i dzieci nie ma”. W tych słowach był głęboki sens. Praca, utrzymanie rodziny to rzeczywistość, bez zetknięcia się z nią nie wie się, co to znaczy decydować, jest się „głupim”.
I rzeczywiście, w szkole uczniowie do końca pozostają „głupi”. Ideałem wychowawczym nauczycieli jest przekształcenie zwykłego ucznia w ucznia wzorowego. W ucznia, a nie w dorosłego. Nauczyciele czują się zwierzchnikami uczniów, i takimi chcą pozostać do końca, tj. do chwili, gdy ich przekażą następnym zwierzchnikom. Jest to masowe produkowanie ludzi nieodpowiedzialnych.
W szkole, owszem mówi się wiele o poczuciu odpowiedzialności, ale chodzi o odpowiedzialność wykonawców, a nie decydentów.
Tak zwane samorządy w szkole to nie żadne samorządy, lecz ich parodia. Nic dziwnego, że później podobnie działają samorządy dorosłych. Nauczyciel-wychowawca wyznacza, który uczeń ma być w danym roku przewodniczącym, który sekretarzem itd. i całe to grono traktuje jako pomocników w rozmaitych akcjach szkolnych, utrzymywaniu porządku, zbieraniu składek itp.
A przecież, choćby w tym minimalnym zakresie, należałoby uwalniać uczniów od natarczywej obecności nauczyciela, stawiać ich wobec konieczności podjęcia decyzji, dać im odczuć smak bezradności, gdy nie wiadomo co postanowić, a zarazem świadomość, że to, co się postanowi nie wymaga niczyjego potwierdzenia i będzie musiało być jakoś zrealizowane. Gdy w razie błędnej decyzji zamierzona akcja się nie uda albo uda się niezupełnie, jej przebieg powinien być przedyskutowany (tym razem, w obecności nauczyciela jako doradcy), a błędy decyzji wykryte. Uczniowie powinni się przy tym nauczyć przewodniczenia zebraniom, protokołowania, referowania, dyskutowania, stawiania wniosków oraz rozróżniania ich rodzajów (ileż to osób dorosłych nie wie, jaka jest różnica np. między wnioskiem formalnym a wnioskiem nagłym i jaka jest procedura ich uchwalania).
To jednak nie wszystko. Problematyka decydowania powinna być w szkole szeroko traktowana; podstawy teorii decyzji, ze szczególnym uwzględnieniem optymalizacji zasady projektowania w związku z fizyką i realizacja prostych projektów, zasady organizacji pracy zespołowej i rodzaje podejmowanych w związku z tym decyzji, dyskutowanie kapitalnych problemów decyzyjnych, znanych z historii powszechnej, rozwiązywanie ćwiczebnych problemów decyzyjnych o nie znanej z góry liczbie możliwych decyzji.
Przede wszystkim jednak należałoby położyć nacisk na podejmowanie przez uczniów decyzji w sytuacjach rzeczywistych, z rzeczywistymi ich skutkami. Najbardziej nadają się do tego sytuacje, w których uczniowie muszą decydować o swoim życiu, o przyszłości.

Czas skończyć ze szkołą pojmowaną jak rura: gdy uczniowie wejdą do niej jednym końcem, będą w niej przepychani, aż wyjdą drugim. Tak, przepychani, co ma ten skutek, że uczniom wszystkich czasów – bo system ten pokutuje od dawna – wydaje się, iż robią łaskę, że chodzą do szkoły, i wobec tego za największe szczęście uważają sytuację gdy nie zostało nic zadane albo jest wolna lekcja, bo nauczyciel zachorował, a jeżeli zaczną się zaniedbywać, jest to zmartwienie dla rodziców, z którymi wychowawca porozmawia na wywiadówce.
W szkole średniej atmosfera taka powinna zostać zlikwidowana przez zdjęcie z uczniów nacisku nauczycieli – kto chce, niech się uczy, kto nie chce, niech się nie uczy – tak jak jest w szkołach wyższych. Nie należy się obawiać, że nastolatki to głuptasy i przestaną w ogóle chodzić do szkoły. Nie przejmują się szkołą, bo wiedzą, że robi to za nich ktoś inny – nauczyciele, rodzice. Przejmują się jednak sobą, tyle że w niewłaściwy sposób. Zmiana jest potrzebna, żeby kształcenie się było przedmiotem decyzji ucznia, a nie nakazu, któremu trzeba się poddać, bo dorośli są silniejsi.
Oczywiście, nie w tym rzecz, żeby uczeń „podjął decyzję” zapisania się do szkoły i przyjścia na egzamin wstępny, lecz w tym, żeby musiał w szkole decydować o sobie. Na przykład, obecnie nauczanie odbywa się w sposób uśredniony, program musi być przerobiony ze wszystkimi uczniami, wszyscy muszą opanować w dostatecznym stopniu wszystkie przedmioty. W rezultacie uczeń niewiele zajmuje się przedmiotami, do których jest bardzo uzdolniony, a najwięcej wysiłku wkłada w przedmioty sprawiające mu trudności, tym większego, że przedmiotów tych nie lubi. Musi tak postępować, bo grozi mu nieotrzymanie promocji, jeżeli ich nie opanuje.
Czy to jest racjonalne ?

Czy społeczeństwo potrzebuje ludzi znających wszystko pobieżnie, czy też ludzi o różnych talentach dobrze rozwiniętych ? Odpowiedź nie nasuwa chyba wątpliwości. Nie można jednak indywidualizować uczniów decyzją nauczyciela. Tylko sam uczeń może powiedzieć, czego chce, co sprawia mu satysfakcję i przyjemność, a co go nudzi, to zaś oznacza oddanie decyzji w jego ręce, ucznia. Wtedy będzie się uczył z własnej inicjatywy, ze skutecznością przekraczającą wyobrażenia nauczycieli dzisiejszego typu.
Że to nie przesada, można się przekonać obserwując uczniów-hobbystów, znane są przypadki chłopców interesujących się elektroniką, którzy wiedzą niewiele ustępowali inżynierom tej specjalności, a z całą pewnością przewyższali ich liczbą samodzielnie skonstruowanych generatorów i znajomością czasopism fachowych, sprowadzanych nieraz z zagranicy w drodze wymiany, a następnie wertowanych ze słownikiem w ręku, aby żadnego słowa ze zdobytego skarbu nie uronić.
Tym ogromnym potencjałem intelektualnym nauczyciele zupełnie nie interesują się, czemu zresztą trudno się dziwić. Nie tego oczekuje od nich ministerstwo, a poza tym, szczerze mówiąc, nie mogliby być partnerami w dyskusji z takimi uczniami, gdyż niewiele by z niej zrozumieli, nawet jeżeli są nauczycielami fizyki.
Na ewentualny argument, że pewni uczniowie zrobiliby ze swobody decyzji zły użytek, porzucając szkołę przez lekkomyślność, czego dopiero po niewczasie zaczęliby żałować, odpowiem, że istotnie mogłoby się to zdarzać, ale miejsc w szkole średniej mamy mniej niż zgłaszających się. Czy nie słuszniej byłoby więc udostępnić je przede wszystkim tym, którzy będą chcieli się uczyć z własnego impulsu, bez popychania? Jeżeli zdolny a tylko jeszcze lekkomyślny uczeń wypadnie z normalnego nurtu szkolnego, to jeszcze nie tragedia – będzie mógł skorzystać z nauczania zaocznego lub wieczorowego. Prawda, będzie to od niego wymagało zwiększonego trudu i wyrzeczeń, ale taka jest cena, tutaj stosunkowo niska, błędnych decyzji. Mogę tylko powtórzyć, że umiejętności decydowania nabywa się w sytuacjach rzeczywistych.

Inny zarzut pod adresem szkoły to fakt, że nawet w zakresie procesów informacyjnych działalność jej jest wadliwa. Zajmuje się wyłącznie wpajaniem wiadomości, a nie uczy wyrabiania poglądów. Co więcej, żeby chociaż te wiadomości były właściwie dobrane, ale i to nie. Podaje się wiadomości które można znaleźć w atlasach, encyklopediach, tablicach itp., a nie podaje się metod ich zdobywania.

źródło: Polski Informator Narodowy:  A co o szkolnictwie pisał Marian Mazur?

Marian Mazur (1909-1982), najwybitniejszy polski cybernetyk, był jednym z nielicznych naukowców łączących wiedzę wysoce specjalistyczną z ogólną, wzorem człowieka „renesansowego” XX wieku.

jako uzupełnienie wykład: PSC 14. Stereotypy a pojęcia i ich rola w procesach sterowania – Józef Kossecki

Krótki komentarz (delikatnie polemiczny) do materiału filmowego…

Pojęcia i idee mają swój sens a przede wszystkim konsekwencje (nie tylko rozumowe). Jeżeli zaczniemy udawać że nic nie znaczą, albo że znaczą coś innego (jak to co znaczą w rzeczywistości) tylko dlatego że ktoś ich używa w wypaczonym sensie, to się za Chiny ludowe jako ludzie nie dogadamy. Odmawianie sensu/znaczenia jakimkolwiek pojęciom (i wykluczanie ich z tego powodu z powszechnego obiegu), tylko dlatego że ludzie je źle rozumieją to strzał w stopę. Istotą problemu jest to że ludzie nie wiedzą co się kryje za niektórymi ideami i pojęciami. Używają słów wbrew ich pierwotnym znaczeniom i to właśnie trzeba naprawić a nie mówić ludziom że np. kapitalizm i socjalizm to jedno i to samo. Różnią się tak jak prawo i lewo, jak biel i czerń. Możemy więc albo zacząć wreszcie używać tych słów zgodnie z ich znaczeniem, albo próbować ludzi oduczyć ich używania. Trzeciej drogi nie widzę. Stereotyp to mylne/negatywne postrzeganie/rozumienie rzeczywistości spowodowane przez negatywną sugestię/intencję nadawania słowom i pojęciom innych znaczeń niż mają w rzeczywistości. Słowa same z siebie nie są ani złe ani dobre (chyba że są to wulgaryzmy i wyzwiska).

Niektóre pojęcia (jak wyżej wspomniane) są mało „diagnostyczne” bo został zatracony ich pierwotny sens. Mało kto dziś wie co tak naprawdę oznacza socjalizm a co kapitalizm, oraz kiedy mamy z nimi do czynienia. Więc albo przywrócimy to znaczenie do obiegu, odkłamując semantykę (będziemy tłumaczyć ludziom co się kryje za tymi pojęciami), albo wyrugujmy z obiegu te słowa i zastąpmy innymi. Tylko jak je wyrugować skoro używają tych pojęć/słów miliardy ludzi na całym świecie? Ustawą? Zamykaniem do więzienia za używanie? Spalić wszystkie książki, skasować z internet, wyprać wszystkim mózgi? 🙂 Uważam że to jest niemożliwe.

Każda jedna idea/pojęcie które kiedykolwiek zostało wpuszczone w obieg (zwłaszcza o takim polu rażenia powszechnego użycia, jak system polityczny, prawny, czy ekonomiczny) jest nie do usunięcia ze świadomości wszystkich ludzi. Jedyne co pozostało to odkłamywanie tych terminów, by ludzie zaczęli ich używać zgodnie z  prawdziwym znaczeniem. Pozostaje powrót  do PRAWDY. Nie widzę sensu w tworzeniu kolejnych „najprawdziwszych” pojęć, zwłaszcza jeżeli będą one używane wyłącznie przez jakiś promil fascynatów i to między sobą, bo nikt inny ich nie zrozumie. Ale życzę powodzenia w ich wdrażaniu wszak to wolny kraj. Dla mnie jest to jednak strata czasu i energii. Inflacja słów których nikt (poza wąskim gronem) nie będzie rozumiał, a przecież tu chodzi o otworzenie oczu masom (przynajmniej dopóki mamy demokrację 🙂 ).

Jeśli chodzi o emocje to nowe słowa też ludzi z emocjonowania się na zadane słowo/ideę nie wyleczą. Trzeba wytworzyć w człowieku potrzebę autodyscypliny, a to można moim zdaniem uzyskać wytwarzając silniejsze pragnienie, tj. chęć poszukiwania prawdy i umiłowania prawdy. Wtedy emocje zostaną poskromione a przynajmniej zepchnięte na dalszy plan żeby nie psuły wymiany poglądów. Tu czasem wystarczy że jedna ze stron utrzyma emocje na wodzy a może się to udzielić drugiej stronie. Uważam też że najbardziej rozemocjonowanym i wulgarnym dyskutantom nie należy dawać „satysfakcji” (w slangu młodzieżowym to się tłumaczy jako „nie karmienie trolli”). Takim ludziom należy się ostracyzm jako kara dyscyplinująca, inaczej nigdy się nie nauczą kontrolować w dyskusji własnych emocji.

Wykład Pana Koseckiego jak zwykle ciekawy i godny namysłu co do niektórych pojęć/słów/definicji, które rzeczywiście należałoby dookreślić żeby ich sens był dla wszystkich jasny i jednoznaczny… (Odys)

podobne: Edukacja: Ile jest wiedzy w wykształceniu? oraz: Urzędowe „autorytety”, czyli o agentach kłamstwa dzięki którym „łatwiej umrzec niż myślec”. i to: Kłamstwo „postępu”: „Ludzie! Jesteście zajebiści!” a także: Rektor KUL wzywa do poszukiwania prawdy  polecam również: Przewodnia rola „mediów” i tzw. „edukacji” w zdziczeniu obyczajów  i jeszcze: W poszukiwaniu stwórcy, czyli… Naturalne i nadprzyrodzone poznawanie świata. oraz: Edukacja domowa lekiem na „szkołę” czyli… sam sobie pościel a się wyśpisz.

Antoine de Saint-Exupery (szkoła, wiedza, nauka, dzieci, edukacja, istota rzeczy)

PS…

„Największym marzeniem każdego pojedynczego człowieka jest dostać coś za darmo, iść z tym do domu, a tam to coś rozpakować z pudełka i włączyć do prądu. To nie jest nawet tylko marzenie, to jest siła, która pozwala zarządzać masami, bo działa w kierunku odśrodkowym, to znaczy od tego spragnionego niespodzianki w pudełku do zarządzającego, który pozostaje dlań nieznany. Kolejny marzeniem, nieco słabszym, ale też ważnym jest chęć poznawania ludzi sławnych. To się manifestuje w różny sposób, ale kiedyś jak pamiętacie był nawet taki pomysł, żeby ludzie idący na bal dziennikarza płacili za to, że będą siedzieć przy jednym stole z Warzechą i Ziemkiewiczem. Po 400 stówki od łba. Sprawa się o ile pamiętam nie zakończyła sukcesem, bo chyba nie o taki rodzaj sławy chodziło. Trzecim największym pragnieniem człowieka jest chęć, by ktoś mądry i jednocześnie bezkompromisowy w swoich sądach wytłumaczył mu jak jest...

Autorytet moralny - Arkadiusz Gacparski

rys. Arkadiusz Gacparski

…Zwróćcie uwagę, że pomiędzy ludźmi, którzy mają te marzenia, a tymi, którzy je mogą spełnić, rzadko tylko dochodzi do przenikania, a i to tylko w jedną stronę – można awansować, ale już nie można być zdegradowanym. Z tamtej drugiej grupy po prostu się znika. Mimo to wielu spryciarzy marzy wprost o tym, by znaleźć się w grupie drugiej, bo kojarzy im się ona z władzą. Nie ma tam dla nich władzy, a jeśli to minimalna, zostają oni po krótkim szkoleniu zesłani z powrotem na dół jako strażnicy braci swoich, którzy marzą o tym, że ktoś da im coś za darmo i oni pójdą z tym do domu, rozpakują z pudełka i podłączą do prądu.

…mnie zawsze interesuje jak to jest, że ludziom do tego, by wiedzieli jak jest, potrzebny jest jakiś Cejrowski. Jakby Cejrowski był motorniczym ich mózgu, którego sami nie potrafią obsługiwać. Mechanizm jest moim zdaniem prosty- pierwsze marzenie, o pudełku i prądzie, jest tak przemożne, że odbiera siły i nie starcza ich już potem na nic. Potrzebne jest więc jakieś intelektualno-emocjonalne wspomaganie, żeby po zaspokojeniu najważniejszej potrzeby, można było zamarkować zaspokojenie drugiej. Zamarkować, bo przecież nie chodzi o rzeczywiste jej zaspokojenie, ale o erzatz. Potem przychodzi spełnienie, które ma postać dwojaką, marzyciel spotyka swojego idola, na przykład na konwencji jakiejś prawicowej partii, albo ma okazję wygłosić lansowane przez niego poglądy publicznie i zebrać oklaski. Wygłaszanie poglądów ludzi sławnych i kontrowersyjnych jest jedną z możliwości realizacji marzenia trzeciego.

Jak widzicie opisałem tu z grubsza, ale też w dość wyraźnych detalach, jak funkcjonuje doktryna kolonialna i jak się nią posługują kolonizatorzy. Ludzie w to nie wierzą, bo mają telewizor i domy na kredyt i jeżdżą na wakacje, a więc mają poczucie wolności…” (coryllus)

całość tu: O największych marzeniach ludzkości

Edukacja domowa – prawdziwie szkolna tradycja. Literatura pomocnicza.


edukacja-domowa-w-polsce-frontcover

„…Od dawna oczekiwana na polskim rynku wydawniczym praca poświęcona homeschoolingowi/edukacji domowej. Jej autor, Wiesław Stebnicki, pedagog z USA, nie tylko przedstawia swoją przygodę ze szkołą domową, ale co ważniejsze, wyjaśnia dlaczego edukacja  w wydaniu tradycyjnym, to jest w formie edukacji państwowej, prowadzi  nasze dzieci na manowce, hamując ich talenty, zniechęcając do nauki, a co najgorsze, czyniąc z nich istoty zniewolone przez system, którego głównym celem jest uczynienie z ludzi posłusznych, spolegliwych lemurów. Autor uświadamia nam też, jak ważnym narzędziem odbierającym człowiekowi samodzielność, niezależność i wolność jest szkoła  w wydaniu państwowym…”

Nie wiem co takiego „tradycyjnego” jest w państwowym modelu edukacji, czyli w narzucaniu wolnym ludziom regulacji  w kolejnej sferze ich prywatnego życia, którą do tej pory sami sobie organizowali. Wszak tzw. szkoła jest obecnie obowiązkiem ustawowym a nie zawsze tak było. To zawłaszczenie jest tym bardziej niebezpieczne, że ingeruje w sposób bezpośredni w kwestię kształtowania światopoglądu, a więc w podstawy duchowej i intelektualnej jakości życia i przyszłości rodziców oraz samych dzieci, uszczuplając wagę specyficznych relacji jakie występują między nimi, z racji stanowienia najważniejszej komórki społecznej w państwie – rodziny. Jak dla mnie nie ma nic „tradycyjnego” ani tym bardziej konserwatywnego w tym, że etatyści (politycy) odebrali ludziom prywatnym (kiedyś tylko takie szkoły istniały) decyzyjność (wolność) w tej kwestii, zawłaszczając właśnie (a nie ustanawiając) tradycyjne i jak najbardziej naturalne prawo o decydowaniu rodziców za siebie i swoje dzieci w tak ważnej kwestii jak edukacja i wychowanie.

Nie ma nic wspólnego z „tradycją” (chyba że chodzi o pewną niepokojącą tendencję uwłaszczania się na wolnościach obywateli) to, że państwo (a dokładniej politycy) chce sobie wyhodować/wychować obywatela o „prawidłowo” ukształtowanym światopoglądzie, i to nie tylko w kwestii etatyzmu (jako jedynie słusznego modelu funkcjonowania państwa), czy keynesizmu i redystrybucji (jako jedynie słusznego modelu „gospodarczego”). Chodzi coraz częściej o wyhodowanie konsumenta zapatrzonego w świat materialny, bez którego w sporej części mógłby sobie człowiek doskonale poradzić, ale że model konsumpcyjnego stylu życia jest jednym z ważniejszych generatorów tzw. „finansów publicznych” (dzięki opodatkowaniu), jak też skuteczną metodą ukierunkowania zainteresowań, namiętności i resztek wolności obywateli w niegroźnym dla państwa i odwracającym uwagę od tego co robi kierunku, to program nauczania coraz bardziej upodabnia się do programu rozrywkowego.

Polecam 5 minutowe wystąpienie Pana Wilka o tym jak funkcjonuje tzw. „państwo opiekuńcze” –  Jacek Wilk (Kukiz’15) krótko o przyczynach zapaści demograficznej w Polsce przez pryzmat sztandarowego programu PISu „500 plus na (nie)każde dziecko”, oraz wystąpienie Pana Rafała Wójcikowskiego (Kukiz’15)który merytorycznie obnaża obłudę systemu w najdotkliwszych dla obywateli kwestiach… (Odys)

podobne: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”… oraz: Edukacja domowa lekiem na „szkołę” czyli… sam sobie pościel a się wyśpisz. i to: Edukacja: Ile jest wiedzy w wykształceniu? a także: Wewnętrzna sprzeczność czyli… państwo i wolność. i jeszcze: O patologiach na polskich uczelniach. Podręcznikowa korupcja w szkołach. Potrzebujemy nowej koncepcji nauczania matematyki. polecam również: Ordo Iuris: MEN chce ręcznie sterować szkołami i ingerować w prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami. Lekcje na trzy zmiany. Rodzice trzeci raz zbierają podpisy.

Edukacja - Vitek Skonieczny

Edukacja – Vitek Skonieczny

Myśli małe i duże

Artykuły w sieci, artykułami w sieci ale warto czasami sięgnąć po coś konkretnego.

Najpierw coś czego nie czytałam ale chętnie bym po te pozycje sięgnęła. Poleca je pastor Paweł Bartosik na swoim blogu. Opisy książek i ich okładki skopiowałam od niego – Pawle mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko.  Autor wpisu planował napisać pracę doktorską nt. edukacji domowej.

Nauczanie domowe

Wydawnictwo:
Akademia Bydgoska im. Kazimierza Wielkiego , Październik 2004
Liczba stron:
368
Wymiary:
165 x 235 mm
Redaktor:
Krzysztof Jakubiak , Adam Winiarz
Autorzy zajęli się problemem nauczania domowego polskich dzieci od XVIII do XX wieku. W polskiej historiografii jest to pierwsza książka ukazująca zagadnienie nauczania domowego w szerokim kontekście społeczno-politycznym. Autorzy poszczególnych rozpraw i artykułów rzeczowo i w ciekawy sposób przedstawili swoje rozważania na tematy związane z edukacją domową. Ich sądy są wyważone i budzą zaufanie. Sformułowane zostały bowiem na podstawie analizy bogatych źródeł i literatury przedmiotu.W celu przybliżenia…

View original post 751 słów więcej

Czy Polska zamieni gaz z Rosji na norweski? Nord Stream 2 może zablokować gazoport w Świnoujściu (ile warte jest słowo Merkel). Między Ameryką a Niemcami, oraz nasze miejsce w świecie.


rys. Jerzy Krzętowski

rys. Jerzy Krzętowski

„Norwegia – z resztą nie po raz pierwszy – wygłasza ważną deklarację. Norweski minister ds. ropy naftowej Tord Lien przekonuje, że jego kraj może stać się głównym dostawcą gazu ziemnego do Europy. Oczekuje jednak konkretnych deklaracji zapotrzebowania, które zabezpieczą inwestycje niezbędne do realizacji tego celu. To okazja, aby Polska ustawiła się w kolejce.

…Ceny dostaw od norweskiego Statoila mogą być konkurencyjne do rosyjskich, a co ważniejsze, kontrakty mogą być bardziej elastyczne, niż skostniała umowa z Gazpromem uwzględniającą niekorzystną dla Polaków klauzulę take or pay. Źródło norweskie może dać konkurencyjne dostawy LNG na rzecz zapełnienia terminala w Świnoujściu surowcem, co będzie konieczne dla utrzymania jego rentowności, jeżeli Warszawa nie zechce sięgnąć po subsydia.

W tym kontekście deklaracje przedstawicieli rządu o całkowitej rezygnacji z dostaw gazu z Rosji w długim terminie brzmią bardziej realnie. Celem nie jest rezygnacja z dostaw rosyjskich sama w sobie. Mogą się one odbywać, pod warunkiem, że przestaną być narzędziem nacisku politycznego i problemów dla polskiego sektora gazowego. Na przełomie wieku mieliśmy już szansę na skorzystanie z norweskiej alternatywy, ale ze względu na kryterium najniższej ceny, wybraliśmy wzrost dostaw od Gazpromu. To była krótkowzroczność. Krach cen ropy naftowej pokazał, że LNG może być konkurencyjne w stosunku do dostaw z Rosji. Niewykluczone, że jest tak obecnie nawet w przypadku odsądzanego od czci kontraktu katarskiego. Kryzys na Ukrainie pokazał po raz kolejny, że cena nie jest najważniejsza.

Norwedzy znów kładą ofertę na stole. Czy Polska z niej skorzysta?” (Wojciech Jakóbik)

całość tu: Czy Polska zamieni gaz z Rosji na norweski?

podobne: PGNiG renegocjuje kontrakt z Gazpromem. Przegrana Rosjan z Czechami w sądzie szansą na korzystny arbitraż dla Polaków. Rosja wzywa UE, by poparła projekt gazociągu Turecki Potok. Polska nie będzie rozbudowywać mocy energetyki węglowej. a także: Łupią nas na tym gazie niemiłosiernie! Porozumienie PGNiG i Qatargas w sprawie dostaw LNG to żaden sukces! Polski lobbing energetyczny w Brukseli. Wraca sprawa kary finansowej za niewdrożoną dyrektywę o OZE. i jeszcze: Rozmowy z USA i Kanadą ws. dostaw LNG. Terminal w Świnoujściu ukończony w 87 procentach. Odwierty poziome w łupkach w 2015 r., po zebraniu danych (czy wydobycie się opłaci?) i to: Więcej taniego gazu na rynku, rozbudowa infrastruktury LNG i śledztwo antymonopolowe mogą uniezależnić Europę od rosyjskiego gazu. polecam również: Azoty nie chcą rosyjskiego gazu… PGNiG w kłopotach i będzie negocjował z Gazpromem oraz: Energetyka w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego RP. To kosztuje 

Kraje Europy Środkowo-Wschodniej chcą zablokować rozbudowę bałtyckiej magistrali. Niemcy narażają się na krytykę, ze względu na wsparcie ich firm dla projektu Nord Stream 2. Czy Komisja zdoła zatrzymać inwestycję? – Zastanawia się Frankfurter Allgemeine Zeitung.

– Nord Stream był zawsze tematem politycznym. Przede wszystkim Polacy postrzegali go, jako próbę wzmocnienia kontroli nad dostawami gazu do Europy przez Rosję, przy jednoczesnym uderzeniu w kraje tranzytowe jak Polska czy Ukraina – pisze dziennikarz niemieckiej gazety. Przypomina, że polskie władze porównały Nord Stream do Paktu Ribbentrop-Mołotow z 1939 roku, który umożliwił podział wpływów w regionie między hitlerowskie Niemcy, a Związek Sowiecki.

– Polski rząd przechodzi do ofensywy. Wraz ze Słowakami przekazał list Komisji Europejskiej, w którym wzywa do zablokowania projektu. Oprócz nich sygnatariuszami są kraje bałtyckie, Rumunia i Węgry. Bułgarzy i Czesi nie przyjęli propozycji przyłączenia się do listu – pisze FAZ.

Autorzy listu oskarżają Berlin o przedkładanie własnych interesów ekonomicznych ponad wspólnotowe i zgodę na zwiększenie zależności od rosyjskiego gazu wbrew planom Komisji Europejskiej, która planuje coś przeciwnego. Niemcy przekonują, że projekt ma charakter czysto komercyjny. Mimo to, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej ds. Unii Energetycznej Marosz Szefczovicz przekonuje, że wątpliwe są korzyści ekonomiczne z projektu, bo istnieją już szlaki dostaw, którymi można byłoby słać więcej gazu, a istniejące dwie nitki Nord Stream nie są wykorzystywane w pełni.

– Nord Stream 2 jest poza jurysdykcją Komisji Europejskiej – przekonuje FAZ. Komisja może jednak wymagać od autorów projektu ścisłego przestrzegania prawa unijnego dotyczącego konkurencji na rynku gazu. – Przy budowie pierwszych d1)wóch nitek Nord Stream 1 o powodzeniu projektu prawdopodobnie zadecydowała zgoda Komisji na zwolnienie jego odnóg – OPAL i Gazelle – z regulacji trzeciego pakietu energetycznego (Rosjanie mają 50 procent ich mocy na wyłączność) – pisze dziennik. Południowy projekt rosyjski South Stream upadł, bo nie dostał podobnych wyłączeń.

Na szczycie Unii Europejskiej w grudniu nie dojdzie do pogrzebania Nord Stream 2. Prawdopodobnie temat nie znajdzie się na agendzie. Kryzys migracyjny, zagrożenie terrorystyczne i groźba wyjścia Brytyjczyków z Unii to dużo ważniejsze sprawy – kwituje dziennikarz niemieckiej gazety. (Frankfurter Allgemeine Zeitung/Wojciech Jakóbik)

całość tu: Kryzys migracyjny, terroryzm i Brexit przykryją temat Nord Stream 2. Dwa bloki państw spierają się przed szczytem OPEC

podobne: Koniec dyktatu Gazpromu w Europie, czy zastąpi go Rosnieft? (komentarz Szczęśniaka). W Polsce wygaszanie projektu łupkowego. oraz: Unia energetyczna: polskie postulaty okrojone do minimum i to: Wojciech Jakóbik: Gazprom wprowadzi ceny spotowe w kontraktach długoterminowych. Bułgaria: Wznowienie prac przy South Stream. Powstaje obóz rosyjski we Wspólnocie Energetycznej. polecam również: Konflikt gazowy na Ukrainie reaktywacja. KE o dostawach gazu przez Rosję, Unia Energetyczna ma złamać energetyczną potęgę Moskwy. i jeszcze: (NIE)Bezpieczeństwo energetyczne. W planach mniejsza zależność od dostaw surowca z Rosji. Steinmeier przeciwko wspólnym zakupom gazu.

„…Nord Stream to połączenie gazowe między Rosją, a Niemcami, pociągnięte po dnie Morza Bałtyckiego. Pozwala omijać tradycyjne kraje tranzytowe, jak Ukraina. Może także posłużyć do zmarginalizowania znaczenia Gazociągu Jamalskiego ciągnącego się przez Polskę. Z tego powodu Warszawa, wraz z krajami Europy Środkowo-Wschodniej domaga się od Komisji Europejskiej pełnego przestrzegania prawa unijnego w zakresie inwestycji Nord Stream 2, czyli rozbudowy istniejącej magistrali o trzecią i czwartą nitkę. Nie chce dopuścić, aby projekt uzyskał podobne przywileje jak pierwsze dwie nitki. Przedtem Polska musi stoczyć inną batalię, o której pisze Rzeczpospolita.

– Skarga dotyczy sposobu ułożenia rurociągu na dnie Bałtyku. Zarząd Morskich Portów w Szczecinie i Świnoujściu domaga się, by na skrzyżowaniu rurociągu z północnym szlakiem żeglugowym rurociąg był bardziej zagłębiony, co umożliwi poruszanie się statków o większym zanurzeniu – podaje Zbigniew Miklewicz, prezes ZMPSiŚ cytowany przez dziennik. Pierwsza rozprawa ma odbyć się 17 grudnia. Według Rzeczpospolitej Rosjanie liczą na szybkie zwycięstwo w sądzie, które umożliwi budowę trzeciej i czwartej nitki magistrali w ramach projektu Nord Stream 2.

Rzeczpospolita podaje, że ze względu na położenie dwóch pierwszych nitek Nord Stream, do Świnoujścia nie będą mogły w przyszłości wpływać jednostki o zanurzeniu większym, niż 13,5 m. Tymczasem port planuje inwestycje w terminal kontenerowy i terminal ładunków masowych, który ma pozwolić na przyjmowanie takich statków.

Źródło dziennika związane ze śledztwem przekonuje, że Polakom chodzi o działanie na zwłokę, w celu opóźnienia budowy Nord Stream 2. Cztery nitki gazociągu miałyby jeszcze bardziej utrudnić pracę.

Strategia Warszawy polega na tym, by uprzedzić wyrok hamburskiego sądu, poprzez wymuszenie na Niemcach realizacji deklaracji uzyskanej przez Donalda Tuska od Angeli Merkel. Decyzja polityczna Berlina miałaby zablokować spodziewany, niekorzystny werdykt Hamburga. Problem polega jednak na tym, że uzyskane przez Tuska ustępstwa to deklaracja polityczna, bez pokrycia w zobowiązaniach formalnych

…Od tego, czy Polacy zdołają wyegzekwować polityczną deklarację od Merkel będzie zależało, czy uda nam się opóźnić realizację projektu Nord Stream 2, oraz czy gazociąg nie będzie blokował rozwoju portów. Dostosowanie gazociągu do wymagań postawionych przez Polaków może potrwać. Wtedy Warszawa zyska czas na walkę legalistyczną o to, by Nord Stream 2 został ograniczony gorsetem prawnym Unii Europejskiej na tyle, że inwestycja stanie się nieopłacalna albo niegroźna z polskiego punktu widzenia. Polska i pozostałe kraje Grupy Wyszehradzkiej oraz Rumunia wymogły na obecnym przewodniczącym Rady Europejskiej – co ciekawe, jest nim ten sam Donald Tusk, o którym mowa wyżej – aby temat Nord Stream 2 znalazł się na agendzie posiedzenia Rady zaplanowanego na 17-18 grudnia, czyli dzień rozprawy w Hamburgu i ten następujący po nim. Temat może jednak zginąć w tłumie istotnych zagadnień jak terroryzm, walka z Państwem Islamskim, kryzys migracyjny, czy zaostrzenie sytuacji na Ukrainie. Faktem jest, że Nord Stream 2 powstanie, niezależnie od interpretacji stanu prawnego, którą wybierze Warszawa. Kluczem jest uzyskanie koncesji w zamian za zaprzestanie jego torpedowania. W tym kontekście eskalowanie żądań o argumenty z zakresu żeglugi morskiej może być pożyteczne o tyle, o ile nie zostanie zdyskredytowane zręcznymi argumentami Niemców.

Sąd w Hamburgu może nie mieć wrażliwości, którą wykazał niemiecki czynnik polityczny, decydując się na ustępstwo wobec polskiego ministerstwa infrastruktury. Tamtejszą wokandę może jednak wyprzedzić zapowiadany ukłon Berlina w stronę Warszawy. Ile warte jest słowo kanclerz Angeli Merkel? Czy deklaracja uzyskana przez premiera Donalda Tuska, będzie mogła dziś posłużyć rządowi Beaty Szydło do włożenia kija w szprychy projektu rozbudowy Gazociągu Północnego? Mogło być to jedynie ustępstwo deklaratywne i taktyczne, za którym niekoniecznie pójdą faktyczne działania. Jeśli sąd hamburski wyda wyrok niekorzystny dla Polaków, nie będzie podstaw do kwestionowania istniejących i planowanych nitek gazociągu. Ostatnia szarża na Nord Stream zakończy się wtedy przeszarżowaniem. Polacy mają jeszcze 10 dni do rozprawy w Hamburgu. Czas na odpowiedź z Niemiec.”  (Wojciech Jakóbik)

całość tu: Ostatnia szarża na Nord Stream, czyli ile warte jest słowo Merkel?

podobne: raport NIK w sprawie gazoportu ujawnia bałagan, bomba górnicza i gazowa (PGNiG traci polski rynek). i to: Luka w prawie dotycząca spółek poszukujących surowców. Niemcy sprzedadzą Rosjanom koncesje i zbiorniki gazu. a także: Litwa ma gazoport i nie jest już na łasce Gazpromu. NIK i raport o Świnoujściu. Problemy „wspólnego rynku” (czarne chmury nad przewoźnikami) i uzależnienie Polski od rosyjskiego gazu (z Niemiec). Azoty chcą elektrowni opalanej gazem z węgla. „SWIFT” sankcje i „fito” odpowiedź Rosji.

UE - USA

„…PiS stara się wmówić Polakom, że „strategiczny sojusz” z USA jest czymś materialnie i formalnie innym, niż platformowa „podległość wasalna Niemcom”. Podległość, to podległość, w sumie żadna różnica. Przede wszystkim jednak do znudzenia trzeba powtarzać, że „sojusz z Polską” nie jest żadną alternatywną – ani dla Polski, ani dla Stanów. Mówiąc prościej – Niemcy skolonizowały gospodarczo Polskę za wiedzą i zgodą, jeśli nie na polecenie Amerykanów, i realizują zadania namiestnicze w Europie właśnie z ramienia Waszyngtonu. Dlatego właśnie nie ma żadnej istotnej różnicy między polityką zagraniczną realizowaną przez PiS i przez PO.

Między innymi dlatego czystym pozoranctwem jest czynienie z kwestii polityki zagranicznej (zwłaszcza na jej odcinku niemieckim) jakiegoś zasadniczego elementu spornego, odróżniającego obecny rząd od poprzedniego. Podległość wobec Niemiec nie wynika z woli tego, czy innego rządu, tylko jest konsekwencją polityki gospodarczej ostatniego ćwierćwiecza (przy czym – co również z pewnym rozbawieniem konstatuję – stwierdzenie oczywistego faktu, że Polska jest jedynie częścią gospodarki niemieckiej – jest dla niektórych polemistów tak drażniące, że aż uznają je za afirmację tego, skądinąd niewesołego, stanu rzeczy).

Werwolfu nie ma i nie będzie

Żadne działania ani deklaracje strony niemieckiej nie mogą zostać na poważnie uznane za zakwestionowanie obowiązującej linii „partnership in leadership” dla relacji amerykańsko-niemieckich. Ani absencja Bundeswehry w Iraku, ani niemiecki udział w North Streamie nie kwestionują bowiem, ani nie osłabiają w niczym globalnej amerykańskiej hegemonii, mieszcząc się widocznie w przyznanej Berlinowi sferze autonomii, lub stanowiąc element PR-owskiej zasłony, czy też realizacji innych zadań zlecanych, czy akceptowanych przez Waszyngton. Rola „dobrego policjanta”, jaką Niemcy starają się niekiedy odgrywać zwłaszcza w stosunkach z Rosją również nie może dziwić. Skoro bowiem wciąż Zachód i Wschód nie znajdują się w stanie jawnej wojny – to jedyną formą podtrzymywania nawet napiętych stosunków jest technika balansu, zacinania i popuszczania, w której zadaniem niektórych podmiotów jest właśnie utrzymywanie pewnych niezatykanych do ostatniej chwili kanałów kontaktów i współpracy. Nie jest to jednak objaw samodzielności i niezależności – tylko zadania do wykonania, potwierdzające tylko zasadniczą zależność od czynnika wyższego.

Oczywiście, w Niemczech (podobnie jak i w innych krajach Zachodu) istnieją grupki i ośrodki zainteresowane wyzwoleniem spod amerykańskiej dominacji, są to jednak środowiska nie mające bezpośredniego przełożenia na politykę państwa (czy to o genezie lewackiej, liberalno-inteligenckiej, czy narodowej i narodowo-konserwatywnej). I co do zasady trudno uznać je za jakieś szczególnie wrogie, czy niebezpieczne dla Polski. Zagrożenia dla naszego kraju i narodu, dla ich bezpieczeństwa i przetrwania wynikają bowiem z dalszego utrzymywania się globalnej hegemonii USA, a nie próbami, czy koncepcjami jej przełamania. „Wojna z terroryzmem”, eksport ideologii demoliberalnej i światowego „wolnego rynku” korporacyjno-spekulacyjnego, wreszcie eskalacja już trwających konfliktów do pełnowymiarowej wojny światowej – wszystko to są skutki dążeń do utrwalenia światowego ładu jednobiegunowego i realne zagrożenia dla Polski i Polaków. Faktyczna zależność III RP od Niemiec pod względem kapitałowym, a zatem i politycznym – z całą swą fatalnością i uciążliwością – również jest elementem tego samego porządku międzynarodowego i nie zostanie zniesiona bez jego obalenia, a przynajmniej poważnego osłabienia.

Prawdziwa alternatywa

Mrzonkami są wizje skutecznego wyzwalania się od Niemiec bez kwestionowania podstaw, także organizacyjnych amerykańskiej hegemonii w naszej części świata, tj. przynależności Polski do NATO i Unii Europejskiej w jej obecnym kształcie. Jeszcze większą naiwnością lub bezczelnym kłamstwem jest udawanie, że III RP jest, czy mogłaby być dla USA „partnerem”, czyli wasalem o znaczeniu choćby porównywalnym z Niemcami. Przeciwnie, nie mając nad Wisłą żadnych istotnych interesów gospodarczych Amerykanie wprost widzą w nas wasala drugiej kategorii, zadaniowanego właściwie tylko czasem na odcinku wschodnim w formie nagonki. Oczywiście, „patrioci” odpowiedzą na to zapewne, że jednak spróbują, tzn. tak wzmocnią Polskę bilionem na inwestycje, że odzyska ona swoją gospodarkę, wzmocni swoją pozycję także/przede wszystkim wobec Niemiec i z takim wianem będzie już pełnoprawnym „strategicznym sojusznikiem USA”. I znowuż jednak – odzyskania gospodarki nie da się przeprowadzić żadnymi, choćby najsympatyczniejszymi ruchami fiskalnymi wobec sieci hipermarketów, tylko poprzez opuszczenie UE i nacjonalizację, zwłaszcza sektora bankowego, czyli działania, na które żadna establishmentowa siła polityczna, choćby nie wiadomo jak „patriotyczna” się nie zdobędzie – także dlatego, że Amerykanie nie mają powodów, by na takie eksperymenty pozwalać. Polska musiałaby więc najpierw/równolegle wydobyć się spod zależności od Waszyngtonu, lokując gdzieś w ramach alternatywnego ładu wielobiegunowego, z jego formami organizacji bezpieczeństwa zbiorowego i współpracy gospodarczej. Gdyby zaś to nastąpiło – to problem zostawania „równorzędnym sojusznikiem Ameryki” na wzór niemiecki – też już by przecież przestał istnieć, bo zamiana taka straciłaby sens i rację bytu…(Konrad Rękas)

całość tu: Między Ameryką a Niemcami – dylematy geopolityki polskiej

podobne: „SZ”: Niemcy kochają Rosjan, pogardzają Amerykanami. Szeremietiew: Niemcy, Rosja, czy… Polska? a także: Większe wpływy Rosji na Ukrainie dzięki Niemcom i Francji. Sikorski: UE odeszła od wspólnej polityki zagranicznej. Duda o bezpieczeństwie a Niemcy o niebezpieczeństwie polskiej racji stanu (Polska strefą buforową). OAS i NATO dwóch prędkości. i to: Rola Polski w strategii USA (miejsce w szeregu). Jak z przedmiotu stać się podmiotem polityki międzynarodowej. (Nie)aktualność idei jagiellońskiej. oraz: Niech w końcu Niemcy wystękają dlaczego nie chcą twardej infrastruktury NATO w Polsce

Miejsce Polski w świecie stale się obniża. Nie chodzi przy tym o tak oczywisty geopolityczny regres, jak ten z pozycji europejskiego mocarstwa, którą osiągnęliśmy w czasach słabości Niemiec i Rosji, do całkowitego zaniku państwa po rozbiorach. Nie chodzi też o widoczne na mapach kurczenie się kraju od czasów jagiellońskich po współczesne. Degradacja postępuje także w ostatnich dziesięcioleciach i jest nadzwyczaj stabilnym procesem.

Pozycja Polski w świecie systematycznie spada, w ostatnim czterdziestoleciu obniżyła się o przeszło siedem miejsc. Nic nie zatrzymało tego spadku, ani westernizacja Edwarda Gierka, ani sowietyzacja Wojciecha Jaruzelskiego, ani Okrągły Stół Czesława Kiszczaka czy Plan Leszka Balcerowicza, ani wejście do NATO i Unii Europejskiej, ani napływ unijnych funduszy, ani prywatyzacja, ani zamykanie czy otwieranie rynków oraz granic. Nic.

Nie jest mi znany żaden plan, który by ten problem miał rozwiązywać, zresztą nie jest mi też znany żaden planista, który by tu problem w ogóle dostrzegał.

Liczby i rzeczywistość

Co ten dryf oznacza? Arytmetycznie tylko tyle, że pod badanymi względami wyprzedza nas coraz więcej państw. A jakie to względy? Takie, jakie klasyfikuje GUS: powierzchnia, ludność, produkcja energii elektrycznej, import, eksport, PKB ogółem, PKB na mieszkańca, zbiory: pszenicy, żyta, jęczmienia, ziemniaków, buraków cukrowych; pozyskanie drewna, pogłowie: bydła, trzody chlewnej; produkcja: mięsa z uboju, mleka krowiego, jaj kurzych; połowy morskie i słodkowodne, produkcja: surowców energetycznych, węgla kamiennego, węgla brunatnego, cukru surowego, cementu, stali surowej, miedzi rafinowanej.

Może są to anachroniczne miary kondycji państwa? Możliwe. Może są niekompletne? Też możliwe. Ale właśnie taki zestaw ustala przez ostatnie kilkadziesiąt lat GUS. Rezygnacja z którejkolwiek miary lub dodanie nowej – tworzyłyby czyjś autorski zestaw, już niepodparty autorytetem polskiej statystyki publicznej. No to skoro nie da się podważyć danych, może dałoby się je zlekceważyć? Wszak jeśli przyjąć, że węgiel jest nienowoczesny, a cukier niezdrowy, to można by się spadkiem ich produkcji cieszyć zamiast martwić. Ano można, tylko… czemu ludzie uciekają od nas, a nie do nas?

Demografia jest nieubłagana. Nawet gdyby z bilansu ludności nie skreślać jeszcze tych milionów Polaków, którzy właśnie się urządzają w Niemczech, Anglii oraz innych krajach świata, nawet gdyby Polki zaczęły teraz masowo rodzić, a ich dzieci, gdy dorosną, szukałyby sobie miejsca w kraju, to i tak należy się wkrótce liczyć z kilkunastoprocentowym ubytkiem ludności. Mogłoby to jeszcze pogłębić dotychczasową tendencję, która już była wyraźnie schyłkowa…

…Zmiana pozycji Polski nie oznacza degradacji absolutnej, lecz tylko – względem innych państw, które nas stopniowo wyprzedzają. Nie musi to znaczyć, że jest nam gorzej w ogóle, ale że gorzej niż innym, którzy stają się od nas silniejsi i są w stanie coraz bardziej nas sobie podporządkowywać. Tylko tyle…

…Szkoda teraz czasu na wyliczanie zbędnych czy nawet szkodliwych instytucji państwa, absurdalnych inwestycji, które lepiej by od razu zburzyć zamiast utrzymywać, dysfunkcyjnych praw, przepisów, które dawno utraciły sens. Trzeba to będzie ogarniać i zmieniać, ale ze świadomością, że teraz, na tym fundamencie, można tylko zmniejszać ich szkodliwość, nic więcej. A niektóre doraźnie sensowne reformy mogą nawet w efekcie naszą przyszłość pogorszyć…

Musimy dobrze uczyć i wychowywać wszystkie nasze dzieci oraz całą młodzież, lecz stopniowo wyłaniać spośród nich i kształtować dla dobra ich oraz nas wszystkich – przyszłe elity, które by się czuły odpowiedzialne za państwo i za społeczeństwo, i chciały im służyć…

Niestety, już samo zaistnienie zasobu rzetelnej wiedzy, pozwalającego na ocenę różnych projektów, zmniejsza komfort sprawowania władzy przez polityków oraz urzędników, gdyż w nieunikniony sposób ogranicza ich swobodę i różne doraźne korzyści. Może za to podnosić tej władzy jakość. Prawdę mówiąc, nawet trudno sobie wyobrazić inny sposób na jej podniesienie. Tu interes partii oraz biurokracji, ich wygoda i beztroska – muszą zejść na dalszy plan…

…Odbudowa elit wydaje się dziełem trudnym, ale wykonalnym. Może to trochę przypominać rekonstrukcję wymarłego gatunku, co już nam się zresztą udawało – z żubrem czy tarpanem. Czemu by miało teraz nie wyjść z pisarzami, humanistami, inżynierami, menadżerami?…

Trzeba uczyć dbałości o substancję biologiczną – i ludzi, i przyrodę. Uczyć myśleć o gospodarce jako służebnej dla ludzi, a nie odwrotnie. I oczywiście, zawsze, uczyć o służebności prawdziwych elit. Bo inaczej są pasożytami.

Uczyć trzeba historii Polski w narracji własnej, a nie cudzej. (…) Trzeba rozwijać własną humanistykę i w ogóle kulturę, nie tylko importować czy naśladować obcą. A nade wszystko pielęgnować język i kulturę słowa. To, co robi dziś z polszczyzną (i polskością) wiele, zapewne większość mediów, instytucji kultury, uczelni – jest nie tylko nieakceptowalne, ale też niewybaczalne…

…Tak jak istnieje dzisiaj Małopolska czy Wielkopolska, może istnieć jutro Całopolska, czy nawet po staremu Polska, może zachować kompanię honorową i fotel w zgromadzeniu ONZ. I nawet prawo do tabliczek z nazwami ulic w swojej gwarze. Czemu nie? To jednak może już nie być państwo, lecz raczej jakiś tubylczy samorząd. Niewykluczone, że w tym kierunku powoli zmierza charakter naszej autonomii w ramach europejskiego bytu politycznego, autonomii, której ograniczenia przyjmujemy dziś względnie dobrowolnie, a w każdym razie bez większego sprzeciwu. Niektórzy uważają to zresztą za najlepszą możliwą dla nas przyszłość i nawet śmiało o tym mówią…

Potencjał umysłowy Polski zdaje się maleć jeszcze szybciej niż ten ludnościowy. Jednym z najdobitniejszych tego przejawów jest samozadowolenie elit, upojonych własnymi komplementami, opromienionych samouwielbieniem, poczuciem potęgi, przyznających sobie za to coraz liczniejsze ordery, nagrody, tytuły honorowe, których liczba rośnie chyba jeszcze szybciej i optymistyczniej od wskaźników skolaryzacji, europeizacji, cywilizacji, uzasadniając tym samym wiarę w opiekuńczą, niewidzialną rękę dziejów, która zawsze sprawi, że świat zadba o nas lepiej niż my sami… To raczej nie sprzyja budowaniu planów. (…)(Marek Chlebuś)

całość tu:  Rejs

podobne: Raz w górę, raz w dół. Dwa rankingi o „wolności gospodarczej”. Komu wierzyć? a także: Mazowsze ponad stan, komornicy, odprawy w PKP i kosztowne pendolino, drogie drogi i afera więzienna, JSW strajkuje inwestorzy tracą, kryzys demograficzny i emigracja zarobkowa, przedsiębiorczość stabilna ale mniej firm na rynku, ranking wolności gospodarczej, meblarstwo kwitnie czyli…Państwo sobie gospodarka sobie i pomimo państwa. oraz: Rzeczpospolita niskich płac, zawyżonych średnich i odwróconego VATu. Projekt dot. podniesienia kwoty wolnej od podatku odrzucony, ale 95 mln zł na nagrody w urzędach jest. i to: Energia: Mało używamy drogo zapłacimy. Polska w pułapce „średniego dochodu” ale „The Economist” nas chwali. Michalkiewicz o tym co nas oblazło. polecam również: Czy liberalizm nas zabije? Nawet gdyby chciał to nie zdąży, bo wcześniej wykończy nas socjalizm czyli… „Polityka społeczna” (dla głupców). i jeszcze: Utrata suwerenności czyli… Polska krajem neokolonialnym. Samoobrona rodzinna (Panel dyskusyjny XII Kongresu Konserwatywnego). Poszukiwany autorytet do walki z totalitaryzmem socjaldemokracji. oraz: Socjalistyczni sabotażyści polskiej gospodarki „wypychają” Polaków do Niemiec na roboty. i to: Cukiernik o tym, że moglibyśmy być dwa razy bogatsi od Niemców i dlaczego nie jesteśmy.

Na koniec materiał: Jacek Bartosiak szczegółowo o nowej roli Polski w kontekście chińskiej koncepcji „nowego szlaku jedwabnego”.

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

O patologiach na polskich uczelniach. Podręcznikowa korupcja w szkołach. Potrzebujemy nowej koncepcji nauczania matematyki.


1. O patologiach na polskich uczelniach

„W październiku 2013 roku wrocławska policja zatrzymała Adama J., profesora Politechniki Wrocławskiej. Profesorowi i jego współpracownikom zarzucono między innymi oszustwa przy realizacji projektów badawczych oraz plagiaty. Lokalna prasa poświęciła tej sprawie kilka tekstów, w których między innymi sugerowano istnienie „spółdzielni” — grupy wpływowych profesorów — oraz ojca chrzestnego — capo di tutti capi — polskiej nauki. W stołecznym wydaniu „Gazety Wyborczej” ukazał się też artykuł opisujący losy dwójki adiunktów z zakładu kierowanego przez Adama J., którzy zdecydowali się na ujawnienie nie całkiem legalnych praktyk swojego szefa.

(…)

Przez wiele lat uważałem, że najlepszą drogą do poprawy jakości polskiej nauki jest promowanie doskonałości, a walka z patologią ma znaczenie drugorzędne. Wydawało mi się, że patologie są marginesem, który szybko zostanie wyeliminowany, gdy pojawią się dobre wzorce, dobry system grantowy i zapotrzebowanie na dobre wykształcenie.

Przyznaję, że byłem w błędzie. Dostępne w Internecie informacje o zaszczytnych, pochodzących z wyboru, funkcjach pełnionych przez bohaterów artykułu i wiarygodne opinie „sfrustrowanych internautów” świadczą o rozwoju patologii.

Możemy dziś mówić o ofensywie patologii, o tym, że kolesiostwo opanowało ogromne obszary polskiej nauki. Przy czym nie mówię tu o pracownikach prowincjonalnych uczelni z trudem walczącymi o przetrwanie lub awans, lecz o elicie polskiej nauki, członków elitarnych towarzystw i komitetów, PAN, a także CK — instytucji powołanej po to, by dbać o wysoki poziom kadry akademickiej. To osoby mające wpływ na podział funduszy na badania naukowe.

(…)

…Nie mam dowodów, że Adam J. i jego współpracownicy byli finansowani dzięki życzliwości kolegów, ale widziałem wysoko ocenione projekty badawcze, w których osiągnięcia wnioskodawców i jakość proponowanych badań była poniżej wszelkich możliwych standardów. Ktoś te projekty oceniał, ktoś znajdował życzliwych recenzentów.

Niemożliwe, żeby jedna, dwie lub nawet trzy osoby oszukały całe środowisko naukowe.

Podobnie jest z nadawaniem stopni, tytułów naukowych, a także innych ważnych zaszczytów. Kilka miesięcy temu wiele emocji wywołała próba nadania stopnia doktora prezesowi Business Center Club. Gdyby do tego doszło, szkody dla nauki nie byłyby wielkie. Nie stałoby się nic złego poza kompromitacją instytucji oraz obniżeniem już i tak niskiego prestiżu stopnia doktora. Natomiast nadawanie habilitacji lub profesury osobom niekompetentnym pracującym na uczelniach lub w instytutach badawczych przynosi ogromne szkody.

(…) Środowisko samo nie zdejmie klapek z oczu, trzeba mu je zerwać. (…)

Nie wiem, jaki będzie dalszy rozwój wydarzeń w sprawach skandalu w środowisku informatycznym. To, co się dotychczas wydarzyło, sugeruje, że jeśli problemy ujawnione w artykule Pytlakowskiego uda się rozwiązać, będzie to wyłącznie zasługą policji i prokuratury. Z tą i z wieloma podobnymi sprawami środowisko naukowe nie umiało samo sobie dotychczas radzić i chyba wciąż nie ma woli, żeby się z tymi problemami zmierzyć. Ale nie da się uzdrowić szkolnictwa wyższego i nauki rękami prokuratorów. Instytucje odpowiedzialne za sprawy poruszone w artykule muszą do końca wyjaśnić wszystkie wątpliwości.

Nie chodzi tylko o ukaranie lub odsunięcie od władzy tych, którzy zostali przyłapani na oszustwach, ale poznanie mechanizmów i identyfikację osób, których świadome działania wspierały lub tylko umożliwiały bezproblemowe działanie oszustów. Potrzebne są bardzo odważne działania. Bez nich wciąż będzie brakowało pieniędzy na badania, ich jakość będzie dalej spadać, opinia o środowisku będzie coraz gorsza, aż w końcu podatnicy uznają, że nie ma sensu nas finansować.”  (Leszek Pacholski)

całość tu: wszystkoconajwazniejsze.pl

…prywatnie nikt by na taką „naukę” złamanego grosza nie dał. Tymczasem cały ten PAN to firma państwowa która nie musi się liczyć z konkurencją, więc nie musi się wysilać ani liczyć z kosztami. Profesjonalizm tej instytucji czy jej realna użyteczność dla społeczeństwa które za to płaci jest odwrotnie proporcjonalna do prywatnego interesu tego towarzystwa wzajemnej adoracji. Podatnik sponsoruje czy się należy czy nie, więc jedynym zmartwieniem układu jest trzymanie przez jego udziałowców gęby na kłódkę, i żeby wciągnąć do niego jak największą liczbę „naukowców”, bo tylko wtedy środowisko się wzajemnie pilnuje (każdy ma coś na sumieniu – taka wspólnota interesu i „zbrodni”) i dba by na zewnątrz wszystko było „dente” (oczywiście na papierze)… (Odys)

podobne: Profesor Jasiewicz i „kozi taniec” PANa oraz: Władysław Panasiuk: Artyści nie z tej ziemi czyli… w pogoni za sławą…. „A Ty siej…” i to: PAN daje przykład jak „edukowac” (nie)należy – są pierwsi POsłuszni

To samo dotyczy innych gałęzi i kwestii związanych z nauką (i nie tylko) gdzie państwo jest regulatorem…

2. Korupcja w szkołach: pakietyzacja, uzależnienie i prezenty od wydawców podręczników szkolnych.

„…Korupcja w szkołach to przyzwolenie na niszczenie podstawowego zaufania rodziców do nauczycieli. Zaufania, że szkoły wybierają podręczniki najlepsze, nie zaś te, za którymi stoją „wziątki”.

(…)

Praktyki mogące nosić znamiona korupcyjnych nie były zjawiskiem odosobnionym, dotyczącym wybranych szkół w jakiejś części Polski, lecz zaczęły stanowić „normalną praktykę handlową”, stosowaną przez część wydawców edukacyjnych funkcjonujących na krajowym rynku. Według naszych statystyk z tym problemem spotkało się blisko 75% szkół.

Setki przedstawicieli handlowych odwiedzają szkoły każdego dnia, oferując zawieranie długoterminowych umów, na mocy których dyrektorzy szkół — również bez weryfikacji merytorycznej treści podręczników — zobowiązują się do wprowadzenia w podległej im placówce podręcznika wskazanego przez wydawcę. Dyrektor, podpisując takie zobowiązanie, dopuszcza się nadużycia swojej władzy, zabierając ustawowe prawo wyboru podręcznika nauczycielowi, co stanowi naruszenie prawa oświatowego (stanowisko RPO, MEN oraz kuratorów oświaty) lub nawet przestępstwo przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego.

Wśród badanych przez nas spraw związanych z wyborem podręczników zidentyfikowaliśmy naganne praktyki dwojakiego rodzaju.

Pierwszą grupę stanowią praktyki niektórych wydawców polegające na oferowaniu i przekazywaniu szkołom drogiego sprzętu elektronicznego w zamian za zobowiązania do korzystania z podręczników wybranego wydawnictwa. Często zobowiązania te wynikały z zawieranych kilkuletnich umów użyczenia, darowizny sprzętu obwarowywanych sankcjami na wypadek rezygnacji przez szkołę z podręcznika (najczęściej chodzi o obowiązek zwrotu równowartości sprzętu — parę tysięcy złotych) lub przekazywania sprzętu jedynie na podstawie faktur za cenę 1 zł + VAT, co stanowiło darowiznę z konkretnym oczekiwaniem lub zachętą dotyczącą wyboru podręczników.

Druga grupa praktyk, które zdiagnozowaliśmy, to typowe przestępstwa korupcyjne.

W zamian za wybór pakietów danego wydawcy oferowane były sprzęt lub drogie wycieczki zagraniczne wybranym nauczycielom i dyrektorom.

W ramach naszej akcji Czysta Szkoła otrzymaliśmy wiele niepokojących informacji na ten temat, zarówno od byłych przedstawicieli handlowych wydawców, jak i nauczycieli zaniepokojonych tym, że do wyboru określonych podręczników są przez wydawców „przekonywani” właśnie w taki sposób…

(…) 

Działania wydawców w dużym stopniu stały się przyczyną stale rosnących cen podręczników szkolnych, gdyż za dodatkowe prezenty płacą tylko i wyłącznie rodzice. Postulowana przez rodziców konieczność obniżenia cen podręczników, bez zwalczenia tej plagi nękającej polską edukację, nie ma szans na realizację…” (Mateusz Górowski)

całość tu: wszystkoconajwazniejsze.pl

podobne: Kosztowna głupota. Nacjonalizacja rynku podręczników doprowadzi do bankructwa wielu przedsiębiorców, a dzieci stracą możliwość nauki z lepszych książek.

3. Potrzebujemy nowej koncepcji nauczania matematyki…

„Testowe sprawdzanie wiedzy, reguły, wzory, schematy zamiast nauki logicznego myślenia. Ubiegłoroczne wyniki matury z matematyki nie pozostawiają złudzeń. Matematyka jest źle uczona. Nielubiana. Traktowana jak zło konieczne. Czy musi tak być?

–  My po każdej reformie nauczania otrzymujemy na pierwszy rok studiów gorzej przygotowanych studentów. Nie pomimo reform, lecz z ich powodu – pisał ks. prof. Michał Heller w artykule „Śmierć uniwersytetów”.  I niewiele pomogło przywrócenie po latach obowiązkowej matury z matematyki. Nie zdaje jej co piąty maturzysta.  A umiejętności wielu spośród tych, którzy przystępują do matury na poziomie podstawowym, pozostawiają wiele do życzenia. Ich „pomysłowe” rozwiązania zadań z kolokwiów i egzaminów zaskakują i mogłyby trafiać do swoistego humoru zeszytów. Wydawać by się mogło, że z taką wiedzą nie tylko nie powinni studiować, ale nawet skończyć podstawówki.

Pamiętam rozmowę z osiemdziesięciokilkuletnim profesorem medycyny, który kończył przed wojną gimnazjum klasyczne we Lwowie. Zadał pytanie mojemu synowi maturzyście, który był matematycznym olimpijczykiem: „Czy umiałbyś chłopcze rozwiązać takie zadanie, miałem je na maturze” i tu przytoczył równanie z liczbami zespolonymi (dziś to program wyższej matematyki wykładanej na studiach). Nie tylko pamiętał zadanie sprzed 60 lat, ale także jego rozwiązanie. Ta wiedza była ugruntowana i przetrwała przeszło pół wieku. A dziś? Przyczyn trzeba szukać w edukacji wczesnoszkolnej.

(…)

Polscy uczniowie dokonali gigantycznego skoku w międzynarodowym badaniu PISA 2012 – od 2009 roku awansowali o 23 punkty w umiejętnościach matematycznych – słyszeliśmy nie tak dawno optymistyczne sygnały. Tymczasem, jak się okazuje, takiej pozornej zmiany nie potwierdzają prowadzone w Instytucie Badań Edukacyjnych pilotażowe analizy wyników testów gimnazjalnych, a nawet wynika z nich, że umiejętności matematyczne uczniów nieco spadły. Wyniki matur tych optymistycznych sądów nie potwierdzają. Gdzieś po drodze „gubią” się te umiejętności.

 (…)

Nie trzeba przekonywać, że dzieci niejednakowo szybko się rozwijają i mają zróżnicowane predyspozycje. Tylko, że w nauczaniu matematyki zaniedbania mogą mieć daleko idące konsekwencje, nawet na całe życie. Szkolne programy i wymagania  równa się do średniej. Od zdolnych uczniów nie wymaga się więcej, lekcje matematyki są dla nich nudne. Zraża się i tych utalentowanych, i tych, którzy radzą sobie z trudnością. Nie łowi się matematycznych talentów, tak jak to robią muzycy, czyli już w przedszkolu. I nie indywidualizuje wymagań.

A matematyka to nie przedmiot taki jak wszystkie inne, tylko wyjątkowy i wymaga wyjątkowego traktowania. Bo uczy myślenia, a pokolenie dobrze uczone matematyki osiągnie w przyszłości więcej w każdej dziedzinie wiedzy. Nie marnujmy tego potencjału. Kształcąc tak jak dziś, będziemy mieli wyuczonych na wzór wspomnianego Rafała, który wiedział jak to się robi, ale nie jak jest naprawdę.

Matematyczni analfabeci nie tylko nie będą inżynierami, ale nie będą potrafili pełnić wielu ról społecznych. Potrzebujemy nowej koncepcji nauczania matematyki.” (Małgorzata Wanke-Jakubowska)

całość tu: „Jeśli nie umiesz matematyki, nie znaczy że jesteś humanistą”

podobne: Wielkie żarcie się kończy! Zmierzamy ku edukacyjnej katastrofie. oraz: Izabela Brodacka: Jesteśmy idiotami??” – Przez uprzejmość nie zaprzeczę czyli i to: Ordo Iuris: MEN chce ręcznie sterować szkołami i ingerować w prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami. Lekcje na trzy zmiany. Rodzice trzeci raz zbierają podpisy. a także: Gimnazjaliści nie radzą sobie z trudniejszymi zadaniami, ale szkołę lubią. Prawo do odręcznego pisania. Polscy historycy zbulwersowani niemiecko-rosyjskim podręcznikiem.

„1920 – zapomniany appeasement”. Murzyńskość zachłyśniętych zachodem i rachunek z sowieckich krzywd. O polską politykę i świadomość historyczną.


1. 1920 – zapomniany appeasement i murzyńskość zachłyśniętych zachodem…

Staram się widzieć siebie samego -jako Polaka- bez sentymentów  i szczególnych względów. Krytyczny ogląd mojej narodowej tożsamości nigdy nie jest jednak powodem do samobiczowania, co jest modną perwersyjną rozrywką wielu medialnych pozerów. Obiektywizm w ocenie polskich wad różni się dla mnie zasadniczo od salonowego masochizmu na pokaz. Lizusostwo wobec tak zwanych lepszych nacji, każe wielu zakompleksionym krajowym pseudointelektualistom wyrażać się z pogardą o rodakach. Odraza budzi ciągłą konieczność obrazy. Nienawistnik czuje się wciąż obrażany utożsamianiem go z polskością, więc ciągle musi obrażać tę swoją wstydliwą przynależność. Intryguje mnie jednak nie tyle sam ten psychospołeczny fenomen, ile jego pochodzenie. Znakomitą pracą, która pozwala zrozumieć tę przypadłość współczesnych anty-Polaków, jest tom profesora Andrzeja Nowaka  „Pierwsza zdrada Zachodu. 1920 – zapomniany  appeasement”. Ograniczenie czasowe zawarte w tytule jest nieco zwodnicze. Wartość tej książki nie polega wyłącznie na wnikliwej analizie zdradzieckiej polityki państw zachodnich wobec polskich aspiracji niepodległościowych w roku wojny odrodzonej Rzeczypospolitej z bolszewicką Rosją. Autentyczny autorytet profesora z Krakowa skłonił mnie w rozmowie z nim do pytań o narzucające się analogie do czasów współczesnych. Następstwa tamtych sprzeniewierzeń, zaprzaństw i nielojalności są widoczne do dziś. Idealizm polskości przetrwał jednak wszystko, więc wypada mieć nadzieję, że nie jest śmiertelny, ożywiany przez Polaków, którzy wciąż są wierni, jednak oby już bez naiwności zdradzonych o świcie…

(…) 

Słowo „appeasement” zostało spopularyzowane właściwie dopiero w 1938 roku w związku z konferencją w Monachium, która w odróżnieniu od tej „pierwszej zdrady Zachodu” z 1920 roku, została lepiej zapamiętana. Lepiej to znaczy dokładniej i z pewnym zawstydzeniem, że jednak porozumienie z Hitlerem na Konferencji w Monachium zawarte przez premiera Wielkiej Brytanii Neville’a Chamberlaina i premiera Francji  Édouarda Daladiera okazało się nie tylko moralnie obrzydliwe, ale też głupie. Nic nie dało po prostu. Przedłużyło pokój, który z taką dumą ogłosił Neville Chamberlain wracając do Londynu z konferencji, na której sprzedał Czechosłowację Hitlerowi, na raptem kilka miesięcy. Hitler oczywiście nie ograniczył swojego apetytu jak każdy totalitarny barbarzyńca tylko do małego kawałka tortu. Chciał połknąć cały tort, czyli całą Europę. To samo dotyczyło właśnie Rosji Sowieckiej w 1920 roku, czego Lloyd George nie rozumiał. Potem mamy następny rozdział appeasementu, również bardziej znany niż ten z 1920 roku, czyli Jałtę. To jest też appeasement czyli „zaspokajanie”, bo to znaczy w istocie to słowo: zaspokajanie totalitarnego agresora kosztem słabszych jego sąsiadów przez zachodnie mocarstwa.

A w jaki sposób Polska Piłsudskiego i Dmowskiego broniła się przed wiarołomstwem liberalnych mocarstw?

Decydujące znaczenie miało to, że Polska zmobilizowała się do samoobrony, jeżeli można tak powiedzieć. To znaczy, że ten mniej więcej milion żołnierzy, który stanął pod bronią w 1920 roku nie zdezerterował, nie załamał się tym brakiem jakiegokolwiek poparcia ze strony Wielkiej Brytanii. Trzeba powiedzieć, że nie cały Zachód nas zdradził w tym momencie. My Polacy wykorzystaliśmy pomoc moralną i materialną, jaką uzyskaliśmy od Francji. Ta francuska pomoc moralna polegała na obecności 700 oficerów francuskich rozproszonych przy oddziałach polskich  broniących Warszawy i kraju przed bolszewikami w sierpniu 1920 roku, ale także na sprzęcie zakupionym do lata 1920 roku we Francji. To nie były żadne dary, to było przez Polskę kupione za ciężką gotówkę lub na kredyt, potem spłacany. Ta właśnie mobilizacja, umiejętne wykorzystanie tych szans, które dawało porozumienie z Francją przede wszystkim, spowodowało, że Polska się obroniła wbrew Lloyd George’owi. Ale to warto pamiętać, że latem 1920 roku, premier brytyjski i społeczeństwo brytyjskie, zwłaszcza jego lewicowe kręgi, związki zawodowe i Labour Party …

Sabotowały polskie dążenia …

Tak, robiły wszystko, żeby Polska upadła. Nie było możliwości wysyłania jakichkolwiek dostaw sprzętu wojskowego do Polski latem 1920 roku, bo występowali przeciwko temu dokerzy brytyjscy. A zablokowali drogę do Polski od południa Czechosłowacy. Ich rola w 1920 roku jest wyjątkowo ohydna, powiedziałbym, że jeszcze bardziej ohydna niż rola Brytyjczyków. To zasługuje na osobną książkę, ale tu mówię głównie o polityce brytyjskiej i amerykańskiej.

(…)  

Mamy tutaj w naszym regionie taki kocioł narodowościowy, polityczny. Z jakiego powodu ta prawdziwa niepodległość narodów w środku Europy to jest kwestia tak drażniąca Zachód? Dlaczego pojawiły się nawet takie określenia, które Pan cytuje: „these  cursed small  states”,  „te przeklęte, małe państwa” ?

(…) Ten okrzyk to poczucie  beznadziejności Europy Wschodniej, która przeszkadza tylko Zachodowi. Dlaczego przeszkadza? Cóż, występuje tu połączenie dwóch elementów – ignorancji i arogancji. Ignorancję najlepiej wyraża powiedzenie premiera Chamberlaina z konferencji w Monachium o Czechosłowacji:  „Przecież nie będziemy wywoływać wojny o kraj daleki, o którym nic nie wiemy”. A mówił to o kraju w samym środku Europy. I drugie powiedzenie prezydenta Roosevelta, wyjątkowo ciemnej, ohydnej, obrzydliwej postaci,  jeśli idzie o stosunek do Polski. Na równi  go stawiam z Lloydem Georgem. Roosevelt  w Jałcie mówił: „Polska przeszkadza nam od pięciuset lat”. Mówił to prezydent kraju, który istniał dopiero sto siedemdziesiąt lat  – wtedy,  w czasie konferencji jałtańskiej.

(…)

…za Niemcami są tylko barbarzyńcy, dzikie pola. Nic tam nie ma.

„Dalekie kraje, o których nic nie wiemy.”

Tak, a dalej jest Rosja. Rosja, która zamieszkują barbarzyńcy z punktu widzenia zachodnich elit, ale za to barbarzyńcy, którzy potrafili zbudować silne imperium. Trzeba się z nimi liczyć. Rosja jest traktowana inaczej niż Niemcy, ale też poważnie.  W początku XXI wieku to się zmieniło, bo Rosja zyskała ten element szacunku i podziwu, który miały Niemcy na początku XX wieku. Kultura rosyjska stała się wizytówką i swego rodzaju legitymacją w oczach elit zachodnich. Pamiętam taki szokujący dla mnie komentarz, kiedy kraje naszego regionu weszły do Unii Europejskiej w maju 2004 roku. Na łamach literackiego dodatku „Sunday Timesa” w Londynie ukazał się ogromny esej amerykańskiego historyka. Wywodził  on, że bardzo źle się stało, iż kraje takie jak Polska, Węgry, Czechy przystąpiły do Unii Europejskiej, bo to odsuwa Rosję, kraj wielkiej kultury. A te kraje nic przecież, żadnej kultury nie mają. Tak jakby ten człowiek, należący przecież do kulturalnej elity amerykańskiej, nie słyszał  nigdy o Chopinie, o Bartoku, o Dworzaku. Nie mówię już o literaturze, ale język muzyki jest bardziej uniwersalny. On słyszał tylko Czajkowskiego, Szostakowicza i Strawińskiego, nie wiedząc naturalnie, choć szkoda jako historyk, że Szostakowicz, czy Strawiński byli z pochodzenia Polakami.

Cytujemy współczesne elity intelektualne, płynnie przeszliśmy do naszych czasów. A chciałbym przypomnieć, że takie dyskredytujące Polaków epitety pojawiają się w ustach naszych polityków. No, bo jeżeli mówimy o Kafirach, to pojawiło się w wypowiedzi byłego szefa polskiej dyplomacji Radosława Sikorskiego słowo o naszej „murzyńskości”.  Eksminister postawił trafną diagnozę, czy to jest raczej świadectwo jego własnego mentalnego zniewolenia?

Myślę, że mówił po prostu o sobie. Najczęściej to, co mówimy przede wszystkim świadczy o nas, a nie o tych, o których mówimy. Ja w tej chwili też wystawiam głównie sobie świadectwo. Sądzę, że część polskich elit przyjmuje taką perspektywę uległości i podporządkowania. Perspektywę, którą niektórzy nazywają postkolonialną czy kolonialną, że „my zawsze gorsi, musimy się kłaniać, my nic nie umiemy, dopiero muszą przyjść i nas nauczyć”. Część natomiast traktuje nasze relacje z Zachodem w sposób bardziej normalny. Jest wiele rzeczy, których od Zachodu powinniśmy się uczyć i jest wiele takich rzeczy w zachodnich elitach, które powinniśmy piętnować i przypominać Zachodowi, że właśnie zdradza swoje ideały. Myślę, że taką rolę też powinniśmy pełnić w relacjach z Zachodem, a nie tylko kulić się pod razami intelektualnymi, czy pod szpicrutą, którą elity zachodnie chciałyby nas okładać. Tutaj zresztą dodam taki drobiazg. Czasem 1920 rok niektórzy pamiętają przez pryzmat znanej książki lorda D’Abernona, lidera misji między-alianckiej wysłanej w 1920 roku w lipcu do Warszawy. W tej książce bitwa z bolszewikami jest uznana za 18 decydującą bitwę świata. Możemy podbechtać swoje ego, jak to dobrze pisze o nas lord D’Abernon. Niestety, badałem jego listy wysyłane na bieżąco z Warszawy. One na początku odzwierciedlają dokładnie ten punkt widzenia, że Polacy to ludzie, którzy nic nie potrafią i trzeba postawić nad każdym Polakiem jednego nadzorcę, tak jak w Egipcie. Mówił to, bo wcześniej był gubernatorem w Egipcie. Ale stopniowo zmieniał swój pogląd, bo był na miejscu w Warszawie w tych gorących dniach i on, inaczej niż Lloyd George, zmienił swój punkt widzenia. Dobrze by było, żebyśmy nie przyjmowali  punktu widzenia na Polskę tych, którzy siedzą w Londynie, w Nowym Jorku, czy w Paryżu i nigdy w Polsce nie byli. Nie widzieli, jak różni są Polacy. Są tacy, którzy zasługują na określenie „murzyńskość”. Być może nawet część elit. Ale są też tacy, którzy z pewnością na to nie zasługują.

(…)

Pan cytuje określenie Stalina, który nazwał Polskę „przepierzeniem” do Niemiec, a ja się zastanawiam, czy wciąż nad naszym krajem nie wisi taka właśnie „stalinowska klątwa” tego określenia.

No cóż, ona się nie wiąże ze Stalinem. To jest  geopolityczne dziedzictwo rozbiorów i kiedy czytam, słucham wypowiedzi Putina, skierowanych do niemieckich odbiorców, a bardzo często prezydent Putin kontaktuje się mediami niemieckimi, to zawsze nawiązuje do takiej właśnie metafory,  a mianowicie odwołuje się do tych „złotych pięknych czasów”. Odwołuje się nie do paktu Ribbentrop – Mołotow, co byłoby politycznie niepoprawne, ale do czasów kanclerza Bismarcka i kanclerza Gorczakowa, czyli do XIX w. kiedy, jak podkreśla prezydent Putin, Europa miała się najlepiej, była w rozkwicie, wszystkie imperia kwitły i Rosja kwitła.

„Piękny koncert mocarstw”, ale nie dla nas – piękny.

Piękny koncert, bo przecież między Rosją a Niemcami, nie było nic, była tylko granica. Do tego zachęca publiczność niemiecką Władimir Putin. No cóż, pozostaje nam nie tylko mieć nadzieję, że nie zachęci, ale pozostaje nam pracować wytrwale, żeby przypominać publiczności niemieckiej, ale także brytyjskiej i francuskiej, że tego rodzaju pokusy źle się kończą dla nich samych.

Cytowałem Stalina, ale w Polskiej debacie publicznej pojawia się czasem bardziej brutalne określenie niż „przepierzenie”. Mianowicie, mówi się czasami, że po zagadkowej tragedii smoleńskiej  jesteśmy „wycieraczką we wspólnym domu Berlina i Moskwy”. Pan by się zgodził z takim radykalnym określeniem naszej dotychczasowej polityki zagranicznej?

Nie do końca rozumiem metaforę „wycieraczki”. Spotykam się z nią pierwszy raz. Rozumiem, że można tam wycierać te zabłocone buty, z krwi także, chociaż przypominam sobie także metaforę, której użył znany dzisiaj polityk, pan Donald Tusk w swoim eseju publikowanym w „Znaku” w 1987r.

„Polskość to nienormalność” .

„Polskość to nienormalność”, ale tam właśnie mówi o tym, że jesteśmy takim „korytarzem”, w którym „brudne buciory” ciągle wycierają sobie nasi sąsiedzi i że byłoby dobrze, gdybyśmy właśnie mogli uniknąć tego stanu. Oczywiście wszyscy chcielibyśmy tego stanu, realności tej metafory, uniknąć. Pytanie jak właśnie zmienić ten stan rzeczy? Myślę, że należy zmienić nasze stosunki, przede wszystkim z zachodnim naszym sąsiadem i nie zapominać o tej pracy. Jeszcze raz to powtórzę:  elitom zachodnim, społeczeństwom zachodnim, ogólnie rzecz biorąc, trzeba przypominać, że na wschód od Niemiec jest coś jeszcze więcej oprócz Rosji, że są tam jakieś kraje. Myślę, że jedenaście lat naszej obecności w Unii, ta niestety tragiczna dla Polski emigracja, masowa emigracja setek tysięcy młodych, zdolnych Polaków na Zachód, paradoksalnie odgrywa być może pod tym względem pozytywną rolę, w kontaktach ze swoimi zachodnimi rozmówcami. Jest co raz więcej polskich studentów na uczelniach brytyjskich, niemieckich, amerykańskich. To powoduje pewnego rodzaju „osmozę ideową”. Są ci Polacy gdzieś na zachodzie Europy i mówią, że jest Polska. Tam często jest inaczej niż w kraju, niż w tej części krajowych mediów opiniotwórczych. Ci młodzi ludzie stykając się  z pytaniem- „A skąd wy jesteście?”- szukają korzeni i odkrywają je. Wtedy przyznają się stopniowo z dumą:  „tak, jestem z Polski”.  I tak niejako bronią nas przed powtórką z „appeasementu”.

Neutralnoscrozmawiał Bogdan Zalewski

całość tu: Irokez Murzyna

polecam również: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona. O patriotyzmie słów kilka.

podobne: O tym, jak Winston Churchill realizował politykę sowiecką, zanim wybuchła II wojna światowa. oraz: „Orzeł niezłomny” o marginalizowaniu przez Zachód tragicznych doświadczeń Polaków w czasie wojny.

W kontekście aluzji Pana profesora do czasów współczesnych i zachowania się zachodu na tle konfliktu ukraińskiego polecam również: Porozumienia genewskie sukcesem Rosji i klęską państw zachodnich. Sueddeutsche Zeitung: „Putin maszeruje, Zachód tylko reaguje”. i to: Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły. „Sueddeutsche Zeitung”: kapitulacja Kijowa. Obserwator OBWE: W Donbasie nie ma już państwa ukraińskiego. oraz: Rosja: „Dzień zwycięstwa” demonstracją siły. Merkel oddaje hołd żołnierzom radzieckim („Tagesspiegel” krytycznie o pomijaniu w Niemczech zbrodni Stalina). Putin usprawiedliwia pakt Ribbentrop-Mołotow a Niemców uznaje za „ofiary nazizmu”(!). Łukaszenka: „w świecie zwycięża nie siła prawa, a prawo siły”.

2. Rachunek z bolszewickiej inwazji ciągle czeka na wystawienie…

„…Ostatnio z racji 75 rocznicy rozpoczęcia wywózki Polaków na Sybir i dokonania zbrodni katyńskiej nadano kolejną powtórkę programu Wołoszańskiego o zbrodniach Stalina i Berii /tak jakby to tylko oni ponosili za nie odpowiedzialność/.

(…)

…masowe deportacje Polaków w 1940 roku były poprzedzone licznymi aresztowaniami i mordowaniami w roku 1939. Objęły one nie tylko tych którzy stawiali zbrojny opór bolszewickiej inwazji we wrześniu 1939 roku, ale wielu znajdujących się na przygotowanych przez ich agentury listach proskrypcyjnych, a nawet osobach przygodnych.

(…)

Już w czasie wojny były zarówno przez armię Andersa, rząd w Londynie i władze krajowe polskiego państwa podziemnego, zbierane dane na temat liczby wywiezionych. PRL starannie unikała tego tematu stwierdzając że na „gościnnej ziemi radzieckiej Polacy znaleźli schronienie”, a po wojnie byli repatriowani.

Nie mniej istnieją dane statystyczne dotyczące tych którzy ocaleli i udało im się wydostać z tej „gościnnej” ziemi.

Jednym z licznych, a szczególnie haniebnych grzechów „III Rzeczpospolitej” jest fakt że mimo posiadania licznych i kosztownych służb nie dokonała ona starannego wyliczenia ofiar bolszewickiej agresji w stosunku do Polski począwszy od 17 września 1939 roku, a także w latach poprzedzających ją czyli od chwili objęcia władzy przez bolszewików.

(…)

Naród polski ma prawo otrzymania możliwie pełnej informacji na temat swojej historii ze szczególnym uwzględnieniem najbardziej zafałszowanej historii najnowszej.

I temu dziełu powinny być poświęcone prace licznych instytucji zajmujących się dotąd sprawami bagatelnymi i podrzędnymi, a między innymi również działalność informacyjna z TVP „Historia” włącznie.

Odrębną sprawą jest obowiązek przedstawienia przez autorytatywne władze polskie pełnego zestawienia naszych strat i krzywd poniesionych w wyniku wspólnej agresji niemiecko sowieckiej.

Takie opracowanie zawierające wszelkie niezbędne informacje powinno być opublikowane w postaci dokumentu mającego moc ustawy i stanowić podstawę dla niezbitego polskiego prawa do zadośćuczynienia.

Ponad wszelką wątpliwość napaść na Polskę we wrześniu 1939 roku była wspólnym dziełem Niemiec i Sowietów działających w zbrodniczej zmowie. Obydwa te kraje złamały obowiązujące je traktaty z Polską i prawo międzynarodowe. Pozostaje zatem w mocy polskie żądanie uznania winy i poniesienia wszelkich konsekwencji materialnych i niematerialnych związanych z tym przestępstwem przez jego sprawców, lub prawnych następców. Orzeczenie sądowe może być wydane przez powołany specjalnie trybunał lub istniejące sądy międzynarodowe.

Dla Polski istotne znaczenie ma prawne ustalenie charakteru i rozmiarów zbrodni zarejestrowane jednoznacznie w narodowej pamięci.

Polska ma prawo, a jej legalne i prawdziwe przedstawicielstwo – obowiązek przedstawienia całemu światu rachunku ofiar i strat, a także kosztów /to ostatnie stanowi jedyny bodajże język zrozumiały w tzw. „zachodnim świecie”/ naszego pierwszego i bezprecedensowego oporu w stosunku do grabieżczych sił zagrażających bytowi cywilizowanego świata.

Andrzej Owsiński • naszeblogi.pl  całość tu: wzzw.wordpress.com

podobne: Tomasz Sommer: „Operacja Polska” czyli rozstrzelać Polaków! oraz: Instytut Pamięci… Nietykalnej: „Zbiór zastrzeżony”, POzorowanie śledztwa na „Łączce” i niepotrzebna wiedza o zbrodniach stalinowskich. „Wyzwolenie” PO sowiecku. i to: Leszek Żebrowski: 1945 rok – wyzwolenie czy początek nowej okupacji?

3. Niech cała Polska tworzy politykę historyczną.

„…Budowa świadomej i odpowiedzialnej polityki historycznej, opartej na prawdzie, to zadanie niesłychanie istotne do którego powołany jest każdy obywatel. Realizacja tego zadania wymaga jednak przede wszystkim zaangażowania trzech elementów: edukacji w szkołach, nowoczesnych środków komunikacji oraz polityków. Ich współdziałanie na odpowiednich poziomach może przynieść znakomite efekty.

Jak podkreśla wielu nauczycieli i rodziców, a także sami uczniowie, edukacja historii z powodu źle zorganizowanego rozkładu zajęć w najlepszym wypadku kończy się na I wojnie światowej, a historia Polski po tej dacie, a zwłaszcza po 1945 roku jest robiona po łebkach, choć to właśnie w tym okresie Polska i Polacy przeżywali największe dramaty – okupację niemiecką i sowiecką, a potem komunistyczne zniewolenie. Opuszczając szkolne mury duża część absolwentów ma niewielkie pojęcie o historii Polski w XX wieku.

(…)

Także politycy mają ogromną rolę do odegrania, zwłaszcza jeśli chodzi o wizerunek naszego kraju na świecie. Polska musi skutecznie bronić swojej racji stanu nie tylko za oceanem, ale także tu w Europie. Fiasko polityki historycznej ma dziś swoje konsekwencje w relacjach z Litwą, Ukrainą, a także wbrew oficjalnej propagandzie także Niemczech, czego dowodem był szkalujący Polskę serial „Nasze matki, nasi ojcowie”, który skwapliwie wyemitowała TVP.

Obecna ekipa rządząca nie potrafiła też twardo wyartykułować tak oczywistych rzeczy jak ludobójczy wymiar zbrodni katyńskiej i rzezi wołyńskiej, zastępując je politpoprawnymi eufemizmami.

(…)

Przy obecnej dostępności internetu i ogromnej roli jaką odgrywa dziś kultura masowa budowanie świadomości historycznej wśród Polaków jest łatwiejsze niż kiedykolwiek. Jeszcze kilka lat temu na próżno było szukać raperów śpiewających o Żołnierzach Niezłomnych i sklepów z patriotyczną odzieżą. A właśnie w ten sposób najłatwiej i najszybciej dotrzeć zwłaszcza do młodego pokolenia.

Budowaniu właściwych postaw służą także filmy, co bardzo dobrze pokazuje przykład Stanów Zjednoczonych. Amerykanie przez ostatnie dziesięciolecia nakręcili setki filmów i seriali opowiadających o walce z państwami Osi (często wyolbrzymiając swoje zasługi), co pozwoliło im stworzyć mit państwa, który wziął na siebie cały ciężar walki z hitleryzmem…”

Marcin Strzymiński • wpolityce.pl  całość tu: wzzw.wordpress.com

…z uwagi na to że politycy albo mają we d… politykę historyczną, albo traktują historię w sposób wybiórczy – fałszując fakty lub przeinaczając je dla wygody tudzież ochrony partyjnych lub prywatnych interesów, osób i środowisk powiązanych ideowo bądź z racji rodowodu z władzą, ideą bądź ludźmi która Polskę okupowała, wyzyskiwała i grabiła (często mordując przy tym tysiące Polaków) – należy odebrać politykom monopol na kształtowanie opinii publicznej w tym zakresie, a tym bardziej na edukację. Historią powinni zajmować się przede wszystkim ludzie prywatni nie związani z żadnym politycznym środowiskiem (a to jest ściśle związane ze źródłem finansowania). Co na szczęście w dobie internetu jest coraz bardziej powszechne, pełniąc obok edukacyjnej pożyteczną funkcję kształtowania świadomości narodowej.

W tej chwili należy bardzo krytycznie podchodzić do tego co nam tzw. „publiczne” ośrodki badań nad historią (z nadania państwowego) przedstawiają do „wierzenia”, zwłaszcza jeśli ma to formę opinii.

podobne: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” oraz: „Niezbędnik Historyczny” Lewicy i to: „Die Welt” broni AKowców a także: Rosyjska Gazeta: „AK zabijała czerwonoarmistów” (publikacja dokumentów o AK). IPN odpowiada na rosyjską prowokację. Żołnierze Wyklęci i ostatnie polskie powstanie. i jeszcze: Pakt Ribbentrop-Mołotow i wybiórcza pamięć lewicy. polecam również: Polscy historycy zbulwersowani niemiecko-rosyjskim podręcznikiem.

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Izrael krytykuje Watykan za uznanie państwowości Palestyny. Zapis agonii czyli… Cywilizacja Łacińska i Świat zadowolonych głupców. Przepowiednia z „Konopielki” (gdzie tkwi diabeł).


1.”Ubolewanie” Izraela z powodu porozumienia Watykan-Palestyna.

26.06.2015, Tel Awiw (PAP/AFP/Reuters) – Izraelski MSZ wyraził „ubolewanie” z powodu decyzji Watykanu w sprawie uznania Palestyny jako państwa w podpisanym w piątek porozumieniu między Stolicą Apostolską a Państwem Palestyńskim. „Ten przedwczesny krok szkodzi perspektywie osiągnięcia układu pokojowego i będzie miał zły wpływ na międzynarodowe wysiłki zmierzające do przekonania strony palestyńskiej, aby powróciła do bezpośrednich negocjacji z Izraelem” – oświadczył w ogłoszonym w piątek komunikacie rzecznik MSZ Izraela Emmanuel Nahszon.

Izrael – czytamy w nim – ubolewa z powodu „jednostronnego charakteru tekstu porozumienia, który ignoruje fakty historyczne dotyczące narodu izraelskiego i ziemi Izraela oraz miejsc świętych judaizmu w Jerozolimie”.

„Izrael nie może zaakceptować zawartych w porozumieniu jednostronnych stwierdzeń, które nie biorą pod uwagę jego żywotnych interesów i specjalnego historycznego statusu ludu żydowskiego w Jerozolimie” – oświadczył Nahszn. Rzecznik ostrzega, że jego kraj „szczegółowo przestudiuje porozumienie i jego implikacje dla przyszłej współpracy między Izraelem a Watykanem”.

Stolica Apostolska utrzymuje pełne stosunki dyplomatyczne z Izraelem od 1999 roku.

Podpisane w piątek porozumienie watykańsko-palestyńskie dotyczy m.in. zasadniczych aspektów działalności i funkcjonowania Kościoła katolickiego na terytorium palestyńskim. Jego zawarcie stanowi też poparcie Stolicy Apostolskiej dla rozwiązania opartego na istnieniu dwóch państw – Państwa Palestyńskiego i niepodległego Państwa Izrael.

Palestyński minister spraw zagranicznych Rijd al-Malki podkreślił „historyczny” charakter porozumienia, które „po raz pierwszy zawiera oficjalne uznanie przez Stolicę Apostolską Palestyny jako państwa”.

Jest to – powiedział – „uznanie prawa narodu Palestyny do samookreślenia, wolności i godności jako niepodległego bytu państwowego, wolnego od okupacji”. (PAP)

ik/ ro/

podobne: Palestyńczycy do Trybunału Karnego. W odpowiedzi Izrael zamraża palestyńskie pieniądze i chce wstrzymania pomocy dla Palestyńczyków. oraz: Izrael – Palestyna. USA naciskają i zapowiadają rewizję swojej roli w procesie pokojowym.

2. Zapis agonii.

„… Nawiasem mówiąc, chrześcijański uniwersalizm od samego początku uznany został przez Żydów za zagrożenie, bowiem nawet się na tym nie skupiając, sam przez się podważał żydowskie uroszczenia do wyjątkowości we Wszechświecie… 

(…)

Głosząc chrześcijański uniwersalizm, św. Paweł, nawet nie mając takiej intencji, pozbawiał tamto „przymierze” wszelkiego znaczenia, amputując tym samym narodowi żydowskiemu cel, wokół którego dotychczas się on jednoczył i budował swą tożsamość w opozycji do reszty świata. Stąd też przez stulecia towarzyszy chrześcijaństwu nieprzejednana wrogość ze strony Żydów – w wieku XIX otrzymując potężne narzędzie walki w postaci kontrreligii socjalistycznej. W tym Bożym spisku ważną rolę odegrał również Rzym, który rozciągając polityczną kontrolę nad ówczesnym światem, umożliwił zakorzenienie chrześcijaństwa na obszarach zachodniej Europy, co dało początek fenomenowi zwanemu cywilizacją łacińską, która, dzięki splotowi okoliczności, wśród których nie możemy oczywiście wykluczyć dalszego ciągu Boskiego spisku, zdołała narzucić wytworzony przez siebie system wartości całemu światu.

Fundamenty cywilizacji łacińskiej

Cywilizacja ta jako „ustrój życia zbiorowego”, wspiera się na trzech filarach: greckim stosunku do prawdy, zasadach prawa rzymskiego i etyce chrześcijańskiej, jako podstawie systemu prawnego. Grecki stosunek do prawdy sprowadza się do przeświadczenia, iż prawda istnieje obiektywnie, to znaczy – niezależnie od tego, co ludzie, albo ich większość na jej temat mniema, że nie leży „pośrodku” – jak chcieliby ireniści, tylko tam, gdzie leży. Taki stosunek do prawdy sprzyjał poznawaniu świata niezależnie od wierzeń religijnych i właśnie dlatego w obrębie tej cywilizacji pojawił się fenomen zwany nauką, to znaczy – systematyczne dociekanie prawdy o świecie, połączone z nieustannym kwestionowaniem uzyskanych dotychczas rezultatów.

Bardzo ważnym filarem tej cywilizacji są zasady prawa rzymskiego, z niezwykle doniosłym wynalazkiem w postaci rozdzielenia prawa publicznego i prywatnego na czele. Wynalazek ten umożliwił nie tylko wyodrębnienie własności prywatnej, ale również, a może nawet przede wszystkim – wykształcenie się poczucia autonomii jednostki względem państwa. Dlatego też właśnie w prawie rzymskim własność została uznana za „pełne władztwo nad rzeczą”, które przysługuje właścicielowi z wyłączeniem wszystkich innych osób – z „państwem” włącznie. Prawnicy rzymscy sformułowali też zasady, iż prawo nie działa wstecz, że nikt nie powinien być sędzią we własnej sprawie, a chcącemu nie dzieje się krzywda. Całość umożliwiła nie tylko precyzyjne zdefiniowanie sprawiedliwości jako „niezłomnej i stałej woli oddawania każdemu, co mu się należy” („Ulpian Domicjusz: iustitia est firma et perpetua voluntas suum cuique tribuendi”) oraz sformułowanie kryteriów prawego postępowania: „honeste vivere, alterum non laedere, suum cuique tribuere” (uczciwie żyć, drugiego nie krzywdzić, każdemu należne oddawać).

I wreszcie – etyka chrześcijańska, która stanowi cenne uzupełnienie poprzednich filarów. Wniosła ona do tej cywilizacji rewolucyjną zasadę, iż każdemu człowiekowi, niezależnie od aktualnej pozycji społecznej, przysługuje nienaruszalne i przyrodzone minimum godności, jako dziecku Boga. Zaszczepienie tej zasady na greckim i rzymskim korzeniu przyniosło już w Średniowieczu znakomity rezultat w postaci etosu rycerskiego. Rycerz był uosobieniem dzielności i siły – w czym kochała się Grecja i Rzym – ale w cywilizacji łacińskiej ta siła została obciążona obowiązkami na rzecz słabości. Podstawowym bowiem obowiązkiem rycerza była „obrona wdów i sierot” – a więc osób w ówczesnym społeczeństwie najsłabszych.

Socjalistyczna kontrkultura

Niepodobna nie zauważyć podobieństwa między socjalizmem, a religią żydowską. Nie chodzi o to, że wśród twórców socjalizmu spotykamy nadreperezentację żydowskich mełamedów, ale – podobieństwa merytoryczne. Przede wszystkim – kolektywizm. W religii żydowskiej jednostka właściwie nie istnieje; podmiotem historii jest naród, którego interesom – a podstawowy, to zdobycie panowania nad światem – jednostka ma się bezwzględnie podporządkować. Jeśli zastąpilibyśmy słowo: „Izrael” słowem: „państwo”, czy „partia”, to bardzo wiele urywków Starego Testamentu można by wziąć za fragmenty jakiegoś „Manifestu komunistycznego”. Bo socjalizm też charakteryzuje się podejściem kolektywistycznym. Nie dostrzega jednostek, tylko antagonistyczne „klasy”. Każdy nie tylko należy do określonej „klasy”, ale jest tą przynależnością zdeterminowany na poziomie instynktów, również, a nawet przede wszystkim w swoim sposobie myślenia.

Skoro tak, to nie istnieje żadna „prawda”, bo co jest prawdą dla przedstawicieli jednej klasy, jest fałszem dla przedstawicieli klasy antagonistycznej. Nie istnieje też uniwersalna etyka, bo to, co jest dobre, dla klas oprymujących, jest złe dla klas oprymowanych, a ponieważ to klasy oprymowane są przez socjalistów uznawane za awangardę, to dobre jest to, co jest dobre dla nich. Podobnie nie istnieje uniwersalne piękno, bo wszystko zależy od tego, co harmonia wyraża; czy odzwierciedla ład „burżuazyjny”, czy też socjalistyczny, słowem – komu służy. W ten oto sposób kolektywizm, będący wspólnym rdzeniem cywilizacji żydowskiej i socjalizmu, podważa wszystkie elementy quincunxa łacińskiej cywilizacji: prawdę, dobro, piękno, zdrowie (zarówno Żydzi, jak i sodomici jako „mniejszości” oprymowane przez większości -„gojowską” i heteroseksualną – powinni być uprzywilejowani) i dobrobyt (kolektywistyczne podejście do własności w socjalizmie jest odpowiednikiem trybalistycznego podejścia do własności w cywilizacji żydowskiej).

(…)

Taktyka bolszewicka polegała na dążeniu do uchwycenia władzy politycznej drogą rewolucji, co umożliwiało korzystanie z narzędzi współczesnego państwa, przede wszystkim – terroru i zmasowanej propagandy – do przerabiania normalnych ludzi na ludzi sowieckich. Różnica między człowiekiem normalnym i sowieckim polega na tym, że człowiek sowiecki wyrzeka się wolnej woli – a więc autonomii względem państwa, tworząc kolektywistyczny „nawóz Historii”. Ale dzięki polskiemu zwycięstwu w wojnie bolszewickiej w roku 1920, Zachód uchronił się przed zaaplikowaniem mu tej taktyki. Wobec niego zastosowana została taktyka alternatywna, zaproponowana przez Antoniego Gramsciego w postaci tak zwanego marksizmu kulturowego.

Gramsci stwierdziwszy, że bardziej niż zewnętrzna przemoc, człowieka trzyma w niewoli kultura „burżuazyjna”, zaproponował wprowadzenie do niej „ducha rozłamu” to znaczy – podsunięcie tradycyjnym kategoriom kulturowym wywrotowej, czyli rewolucyjnej treści – a wtedy władza polityczna nad tak zoperowanym społeczeństwem sama wpadnie „awangardzie” w ręce…

(…)

Kierując „instytucjami” o zasięgu światowym bądź europejskim, korzystając ze wsparcia autorytetów uniwersyteckich, mediów i przemysłu rozrywkowego, ludzie ci nadali marksizmowi kulturowemu charakter już nie intelektualnej propozycji, ale ideologii zarówno w USA, jaki i Unii Europejskiej obowiązującej. Przybiera ona na naszych oczach postać norm prawnych, za którymi stoi przemoc państwa.

„Duch Soboru”

Inwazja marksizmu kulturowego na uniwersytety doprowadziła również do kryzysu tożsamości w Kościele katolickim, w którym pojawiły się coraz wyraźniejsze nurty kontestacyjne, wysuwające postulaty „demokratyzacji”, ekumenizmu i „prawdziwego” pokoju. W październiku 1962 roku papież Jan XXIII zwołał sobór, który proklamował „aggiornamento”, ekumenizm uczynił wiodącym nakazem, co zapoczątkowało „dialog” – między innymi – z „judaizmem”…

(…)

Tymczasem ludzie robią to, co sufluje im piekielna triada w postaci zdominowanego przez marksistów państwowego monopolu edukacyjnego, podobnie zinfiltrowanych mediów i przemysłu rozrywkowego, dostarczającego gotowych wzorców postępowania dla „młodych, wykształconych”. W rezultacie „aggiornamento” Kościół rozpaczliwie starał się dostroić do tempa dyktowanego przez wrogów cywilizacji łacińskiej, podlizując się a to „młodym”, a to „poszukującym” – na co nakładają się dodatkowo wymagania „dialogu”.

Rzecz w tym, iż podstawowym, że tak powiem, kurtuazyjnym, warunkiem „dialogu” jest uznanie poglądów partnera za równoprawne, a nawet – za słuszne i prawdziwe. Spełnienie tego warunku ma jednak znamiona bezwarunkowej kapitulacji – bo nawet podyktowane kurtuazją uznanie fałszu za równoprawny z prawdą, stanowi zdradę łacińskiej cywilizacji. Okazało się, że wszystkie drogi prowadzą na szczyt, a jeden szczyt uwiarygodnia każdą drogę. Ale to ma swoje konsekwencje – bo skoro wszystkie drogi są jednakowo prawomocne, to tylko dureń wybierałby trudniejszą, a zwłaszcza – karkołomną, skoro obok po wyasfaltowanej autostradzie klimatyzowane autokary z wychodkiem i telewizją, komfortowo dowożą na sam szczyt. Krótko mówiąc – zatruty „duchem Soboru” Kościół, zamiast pewności, zaczął dostarczać wiernym coraz więcej rozterek…

(…)

Tradycyjny stosunek do prawdy ulega erozji pod wpływem demokracji totalnej, w ramach której metoda demokratyczna, polegająca na apriorycznym przyznawaniu racji większości, znajduje coraz szersze zastosowanie w nauce. Przykładem jest głosowanie w WHO, w następstwie którego sodomia i gomoria została uznana za rodzaj normy. Skoro normą staje się cokolwiek, to znaczy, że normy już nie ma, podobnie jak prawdy. Jest to pogląd co się zowie wywrotowy, czyli rewolucyjny, sprzeczny z logiką dwuwartościową, według której jest prawda – i fałsz, jest norma – i dewiacje.

Zasady prawa rzymskiego są unieważniane przez zwycięski pochód socjalizmu. Zdobycze łacińskiej cywilizacji, uzyskane w następstwie epokowego wynalazku rozdzielenia prawa publicznego i prywatnego, są bezpowrotnie tracone na skutek stopniowego zacierania granicy między publicznym i prywatnym – co upodabnia współczesne państwa do trybalistycznych wspólnot rozbójniczych. O zasadzie volenti non fit iniuria (chcącemu nie dzieje się krzywda), która stanowi podstawę wolnościowej legislacji, nie ma już dzisiaj mowy, skoro nawet moraliści twierdzą, iż „nieważne, co się podpisuje”, nawet „bez swojej wiedzy i zgody”.

Państwa przechwytują władzę nad bogactwem wytwarzanym przez ludzi, a wraz z tą władzą zagarniają kolejne przestrzenie wolności. Autonomia jednostki względem państwa zanika, czego przykładem jest wprowadzanie urzędnika państwowego w charakterze arbitra stosunków rodzinnych nie tylko między małżonkami, ale również – między rodzicami, a dziećmi. W ten oto sposób porządki spontaniczne, charakterystyczne dla ustrojów wolnościowych, wypierane są przez porządki zadekretowane. No i wreszcie postulat „państwa neutralnego światopoglądowo” którego rzeczywistym celem jest wyrugowanie etyki chrześcijańskiej, jako podstawy systemu prawnego państwa i zastąpienie jej etyką sytuacyjną, uzależnioną od „mądrości etapu”…

(…)

Jeśli więc cywilizacja łacińska przez ostatnie dwa tysiące lat była solą ziemi, to dzisiaj wykazuje objawy zwietrzenia. A jaki los czeka sól zwietrzałą? W Ewangelii czytamy: „a jeśli sól zwietrzeje, czymże ja nasolą? Na nic się więcej nie zda, jak tylko by ją wyrzucić na zewnątrz, gdzie zostanie podeptana przez ludzi.”

Stanisław Michalkiewicz

całość tu: Zapis agonii (Artykuł    miesięcznik „Opcja na prawo”    20 maja 2013)

podobne: „Virtus est perfecta ratio” Cyceron… a „Gdy rozum śpi budzą się demony” Goya oraz: Stanisław Michalkiewicz: Czy uda się nam ocalić cywilizację łacińską, czy na jej gruzach zatriumfuje komunizm. i to: Michalkiewicz o porządkach rewolucyjnych wg. strategii bolszewickiej (na podstawie 6-cio latków i konwencji „CAHVIO”), oraz Szczureida (do Szczurospolitej) czyli… „wolność” w postkomunizmie. a także: miarka: „Lewacki bałagan w wartościach” czyli pułapki tolerancji w wykonaniu lewicowym.

Wypis z elementów współtworzących ideę Cywilizacji Łacińskiej.
  1. Moralność zgodna z nauką Kościoła katolickiego.
  2. Chrześcijański uniwersalizm. Moralność dotyczy wszystkich tak samo, a zatem wszyscy ludzie są równi wobec moralności. Nie istnieją żadne grupy ludzi jakoś wyróżnione przez moralność. Z tego wynika równość wobec prawa publicznego.
  3. Nawet polityka i wojna nie są wolne od ograniczeń etycznych.
  4. Wyższość moralności nad prawem – źródłem prawa jest moralność – nie znaczy to, że prawo to kodyfikacja moralności, ale że prawo musi być zgodne z moralnością, czyli mogą istnieć nieskodyfikowane prawa moralne, ale wszelkie ustawy muszą być zgodne z moralnością.
  5. Indywidualizm. Za swoje czyny i grzechy każdy człowiek odpowiada osobno, samodzielnie, indywidualnie. Ludzie będą zbawieni pojedynczo, a nie grupowo. Chrześcijaństwo całkowicie odrzuca odpowiedzialność zbiorową i przechodzenie grzechów z pokolenia na pokolenie.
  6. Każdy człowiek, bez wyjątków, nawet chory, młody, nierozwinięty, niedorozwinięty, ułomny czy nienormalny, posiada wolną wolę, a zatem zdolność do twórczości, do tworzenia nowych bytów, do samodzielnego inicjowania związków przyczynowo skutkowych. Chrześcijaństwo odrzuca determinizm.
  7. Człowiek jest podmiotem, a nie przedmiotem.
  8. Stale rosnące wymogi etyczne i doskonalenie prawa w oparciu o nie.
  9. Władzę i poddanych obowiązują te same prawa moralne.
  10. Władza hierarchiczna z silnym samorządem.
  11. Zdolność społeczności do samoorganizacji, do samonaprawiania się, do oddolnego działania, czyli do pracy organicznej.
  12. Różnorodność i dążenie do równania wzwyż, ku najbogatszemu, ku najmądrzejszemu, ku najlepszemu.
  13. Dualizm prawa, które dzieli się na prywatne i publiczne. I tak samo władztwo nad terenem podzielone jest między właściciela i suwerena.
  14. Relacja między prawem a wolnością polega na tym, że wolność każdego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się prawo drugiego…

itd… całość tu: Grzegorz GPS Świderski: Cywilizacja Łacińska w punktach

2. Świat zadowolonych głupców

W świecie pozbawionym wymiaru duchowego pozostaną nam jedynie wybory, które niczym nie różnią się od tych, jakich dokonują zwierzęta – mówi Zbigniew Stawrowski, filozof…

„…Prawdziwa humanistyka otwiera horyzonty, odrywa od przyziemności, uczy godności, poczucia wartości – tego, że każdy z nas jest nie byle kim. A to bardzo przeszkadza w pogodzeniu się ze statusem jedynie siły roboczej, bo daje mocne punkty odniesienia, uczy też krytycyzmu, zwłaszcza w stosunku do tych, którzy twierdzą, że nasze życie zamyka się jedynie w ramach zaspokajania potrzeb.

Podobno lepiej być dobrym spawaczem niż kolejnym politologiem bez pracy…

Można by na to odpowiedzieć dość brutalnie słowami Johna Stuarta Milla: „Lepiej być niezadowolonym człowiekiem niż zadowoloną świnią; lepiej być niezadowolonym Sokratesem niż zadowolonym głupcem”. Wielu demokratycznych polityków w swoim oglądzie społeczeństwa oczywiście się z tym nie zgodzi, bo wiedzą oni dobrze, że im więcej głupców i ignorantów, tym łatwiej nimi można manipulować. Wystarczy tylko zapewnić ciepłą wodę w kranie, chleb i igrzyska, a wszyscy będą szczęśliwi i zadowoleni. Mill dodaje jeszcze: „Jeżeli głupiec i świnia są innego zdania, to dlatego, że umieją patrzeć na sprawę wyłącznie ze swego punktu widzenia. Drugiej stronie oba punkty widzenia są znane”. I te słowa szczególnie chciałbym zadedykować tym, którzy dewastują polską humanistykę.

(…)

To właśnie dominująca dziś ideologia utylitarystyczna łudzi, że można wszystko tak rozplanować, by każdy żył w miarę bezpiecznie, przyjemnie i szczęśliwie. Możemy sobie wyobrazić taki świat, w różnych zresztą wersjach. Wszystko krążyłoby wokół podstawowych potrzeby: zjeść, napić się, pokopulować, wyspać się, no i nieco zabawy i rozrywki.(…) Chodzi o to, bym był ciągle zadowolony, by nieustannie było mi dobrze. Niestety, możemy zredukować nasze człowieczeństwo wyłącznie do takich aspiracji; możemy się z tym pogodzić, co więcej, możemy wychowywać kolejne pokolenia w przekonaniu, że to właśnie jest najistotniejsze w życiu.

I co będzie się liczyło w takim świecie?

Osiągnięcie najwyższej możliwej dla nas pozycji społecznej, zarabianie odpowiedniej ilości pieniędzy, wysłanie dzieci na studia za granicę – oczywiście po to, by też osiągnęły jeszcze wyższą pozycję i jeszcze więcej zarabiały, czyli były bardziej szczęśliwe. I tu pojawia się pytanie: czy przypadkiem nasze dzisiejsze polskie elity nie należą już do świata, o którym tu rozmawiamy? Przecież „elity” polityczne, ale też artystyczne, nie mówiąc już o medialnych celebrytach, sprowadzają całe swoje życie do tego typu motywacji: mieć odpowiednie dochody, willę, atrakcyjne wakacje i tym podobne gadżety. To właśnie te ich aspiracje najwyraźniej widać i słychać na różnych taśmach, które ostatnio wyciekają do opinii publicznej. Nie mówiąc oczywiście o ich specyficznym języku, który nie powinien w tym kontekście dziwić. Jednak wciąż jeszcze istnieje u nas elita w tradycyjnym znaczeniu tego słowa: ona wyprzedza i podnosi społeczeństwo, może być dla nas wzorcem osobowościowym, kulturowym. To autentyczne elity intelektualne przebywające na co dzień w świecie wartości duchowych, a więc przede wszystkim spora część ludzi nauki i sztuki. To oni otwierają horyzonty, które zwykłym zjadaczom chleba wydają się niedostępne. Gdybyśmy wyobrazili sobie świat pozbawiony wymiaru duchowego, także ich zajęcie okazałoby się w najlepszym razie zwykłym rzemiosłem.

(…)

prawdziwe dzieła kultury są zawsze próbą nazwania – za pomocą języka sztuki, muzyki, literatury, poezji, filozofii – czegoś, co jest bezpośrednio nienazywalne, co nas przekracza i wymyka się naszemu poznaniu. (…) Często wielkie dzieła ludzkiego ducha rodziły się z cierpienia, jako odpowiedź na nie. Ból, cierpienie, nieszczęście jest tym, co przychodzi nagle i nas zaskakuje. Jest czymś, czego źródło jest w pewnym sensie transcendentne, co przychodzi, jest nam dane i z czym musimy się zmierzyć. To wszystko wykracza poza świat, który sobie sami zaprojektujemy tak, by było nam dobrze.

W tym świecie nie byłoby elit – jak pan je nazwał – duchowych. Ale może w świecie, w którym obowiązuje równość w szczęściu, nie potrzebowalibyśmy elit w ogóle?

Zawsze istnieją jakieś elity. W każdym społeczeństwie są ludzie uznawani przez innych za najlepszych. Nie tylko w ustrojach arystokratycznych, gdzie najlepsi – aristoi – sprawują władzę, ale także w najbardziej egalitarnej demokracji. Ostatecznie sam podział na sprawujących aktualnie władzę i tych, którzy są jej poddani, nawet jeśli mają oni równe szanse, by ją pełnić w następnym rozdaniu, wprowadza określoną hierarchię. Ważniejsze jest pytanie, kim są te elity i pod jakim względem są to ludzie najlepsi. Mogą to być elity, o których pisali Platon i Arystoteles, wyróżniające się intelektem czy cnotą. Nasze słowo „szlachta” to przecież oznacza: to ludzie, którzy mieli być szlachetni. Ale elity mogą też wyróżniać się siłą, bezwzględnością czy umiejętnością manipulowania innymi, co doskonale widzimy w społeczeństwie demokratycznym. Wszelkie elity z założenia są wzorcotwórcze i kształtują na swój obraz społeczeństwo. Ktoś zawsze narzuca w społeczeństwie jakieś wzorce i pociąga za sobą innych. Dziś te grupy, które uchodzą w demokratycznym społeczeństwie za elitę, proponują wzorce, które oznaczają rezygnację z istotnego wymiaru człowieczeństwa…

(…)

Jeżeli odhumanizuje się naukę o polityce, także odhumanizuje się politykę. I to dziś już się dzieje.

(…)

Człowiek ma być wyłącznie zwierzęciem posługującym się rozumem, a raczej rozumkiem, który działa jak kalkulator, pomagając mu policzyć, jak najefektywniej zaspokoić swoje zwierzęce potrzeby. Mamy skupiać się wyłącznie na tym, co podsuwają nam zmysły. Ale jak człowiek ma dostrzec to, co jest prawdą, a co nie jest? Zmysłami tego przecież nie widzimy. Tak samo co jest dobre, a co złe, co jest piękne, a co jest szpetne. Tu odsłania się już zupełnie inna funkcja naszego umysłu, nie ta kalkulująca, lecz oglądająca rzeczy dla zmysłów niedostępne.

(…)

Wyższe wartości mają to do siebie, że łączą. Możemy się nimi wspólnie cieszyć. Idziemy razem na koncert i słuchamy tej samej muzyki. Mnie nie przeszkadza, że pan słucha tego samego co ja – wręcz przeciwnie. Ale jakbyśmy byli bardzo spragnieni i mieli przed sobą tylko jedno piwo: też dobro – i dla pana, i dla mnie – doszłoby między nami do zwarcia. Jeśli pozostajemy na poziomie elementarnych dóbr, sytuacja jest bardzo konfliktogenna.

(…)

Bez humanistyki i obcowania z tym wszystkim, czym zajmuje się humanistyka, ludzie zatracą wrażliwości na sprawy naprawdę istotne. Wszyscy będą mieć już wszystko poukładane w głowie, a wokół będzie się kręcił świat. Świat zadowolonych głupców trwających w dobrobycie. Możemy ten stan nawet sobie nazwać szczęściem, a co… Wszyscy będą tacy uśmiechnięci i nikogo nie będzie interesowało, jak to się dzieje, za pomocą jakich środków i jakich dopalaczy…

(…)

Czy wolność zawsze stoi w kontrze do utylitaryzmu?

To pytanie klasycznego liberalizmu. Rzecz polega na tym, że państwo wolności jest państwem minimalnym. To znaczy, że pozostawia ludziom przestrzeń poszukiwania dobrego życia, nie narzuca nikomu żadnej wizji szczęścia. Projekty utylitarystyczne zaś zakładają, że państwo nie tylko może, ale i powinno ludzi uszczęśliwiać. Mamy różne wersje takich projektów: socjalistyczne, komunistyczne, a także liberalne we współczesnym rozumieniu tego słowa. Bo dzisiejszy liberalizm to jest liberalizm utylitarystyczny, który daleko odszedł od swoich wolnościowych korzeni. Klasyczny liberalizm zakładał, że państwo jest po to, by wyznaczać granice wolności i tworzyć ramy bezpieczeństwa, a reszta jest pozostawiona człowiekowi. Ale my jesteśmy chyba ostatnimi humanistami, którzy tak myślą. Inni już dziś wolą dostawać swoją dawkę somy. Państwo dostarcza ją poprzez telewizję, propagandę, igrzyska… Chleb i igrzyska: cały czas władza działa tak samo, by ludzie byli zadowoleni i się nie buntowali.

(…)

prawdziwa humanistyka oparta jest na wolności. Ona jest liberalna w klasycznym sensie tego słowa. Człowiek jest istotą wolną, ale trzeba rozumieć, czym jest ta wolność. Nie chodzi tu bynajmniej o samą wolności wyboru… 

Czyli?

Prawdziwa wolność jest tam, gdzie pojawiają się wartości moralne; gdy czujemy, że powinniśmy coś zrobić, coś powiedzieć, wobec czegoś zaprotestować. Kiedy na przykład mówimy prawdę, choć może nas to sporo kosztować, albo sami przyznajemy się do czegoś złego, choć wiąże się to z upokorzeniem. Nie mówiąc już o takich sytuacjach, kiedy w imię tego, co podpowiada nam sumienie, gotowi jesteśmy poświęcić życie. To wtedy wiemy, że naprawdę jesteśmy wolni. Jeżeli postąpimy tak, jak trzeba, rośniemy w swym człowieczeństwie. Jeżeli się tak nie zachowamy, np. zabraknie nam odwagi i skłamiemy – czujemy, że lecimy w dół. W naszym człowieczeństwie najważniejszy jest ten wektor: w górę i w dół. I o tym mówi prawdziwa humanistyka. Ona opisuje doświadczenie ludzi, którzy upadają albo wznoszą się do góry. W świecie pozbawionym wymiaru duchowego pozostaną nam jedynie wybory, które niczym nie różnią się od tych, jakich dokonują zwierzęta: wybrać taki lub inny kawałek mięsa… Oczywiście możemy to ubrać w różne wysublimowane cywilizacyjne przebrania, ale to wciąż będzie ten poziom „wolności”.

O co będzie dbać jednostka w świecie pozbawionym wyższych wartości?

Jak wszystkie zwierzęta mamy instynkt samozachowawczy. Dlaczego mamy ryzykować? W takiej perspektywie to nie ma wtedy żadnego sensu. Sprowadzając cel życia do doskonalenia techniki zaspokajania naszych potrzeb, niezależnie od tego, czy jest to motywowane i organizowane indywidualistycznie czy kolektywistycznie, odczłowieczamy sami siebie, pozbawiamy się najważniejszego elementu naszego człowieczeństwa. Tym, którzy nie dostrzegają, że jest coś ponad zwykłym zaspokajaniem potrzeb, można tylko współczuć. Gdy zmagamy się z tym czymś wyższym, co nas przekracza, dopiero wtedy stajemy się w pełni człowiekiem…” 

całość tu: rp.pl

podobne: „Obraża zamiast znieważa” czyli… antyreligijny charakter zmian w Kodeksie Karnym. Czy ci którzy za tym stoją to ludzie czy króliki? oraz: Przewodnia rola „mediów” i tzw. „edukacji” w zdziczeniu obyczajów … i to: „Muza nie żyje”: Kiedy sztuka jest wyrazem wysokiej kultury? „Jezus wyszydzony”: Zmaganie się o duszę tego świata. a także: „Nie ma ludzi” i Kisiel wbrew Kotarbińskiemu czyli… bardzo konkretne skutki społeczne religii, moralności, cnoty i nacjonalizmu. polecam również: Wolnośc a samowola czyli – Goń libertyna!

3. PRZESTROGA…

„Konopielka” dzieło Edwarda Redlińskiego mogłoby zdawać się prześmiewcze w swej wymowie. Obrazowo ukazujące zaściankowość i zacofanie w tzw. Polsce B, gdzie ciemny, zabobonny chłop stroni od nowoczesności. Nic bardziej mylnego.

pragnę zwrócić uwagę na słowa, w sposób perfekcyjny odtworzone przez Franciszka Pieczkę, które zreflektowały mnie do napisania powyższego artykułu. Są one swoistą przepowiednią nadchodzących czasów, czyli naszej teraźniejszości:

Dziad: Ech, widzę, że już nigdzie pokoju nie ma…, nawet u was diabeł panietruje…

Tatko: Diabeł?

Dziad: Od porządku ludkowie moi jest Pan Bóg – On pilnuje żeby wszystko szło jak trzeba i było jak na początku, teraz, zawsze i na wieki wieków amen. A diabeł chce zmieniać, ulepszać. Słyszycie? Ulepszać. Już jemu mało, że krowa cieli się, gdzie tam, on chce żeby się źrebiła. Ooo, do czego idzie… Krowy będo się źrebili, kobyły cielili, owieczki prosili, chłop z chłopem spać będzie, baba z babą, wilki latać będą, bociany pływać, słońce wzejdzie na zachodzie, a zajdzie na wschodzie!

Tatko: A Pan Bóg? Co na to Pan Bóg?

Dziad: W tym bieda…, że pan Bóg coraz starejszy…, co raz częściej odpoczywa. A diabeł nachalnieje z roku na rok. Wojny jedna za drugą, jak nie tu to tam. Strasznie dziś ludzie zaczepne, biją się i biją.

Kuśtyk: A mniej więcej o co?

Dziad: Tego za bardzo nie wiadomo. Krew sie w ludziach gotuje. Jeżdżą, wyjeżdżają, przyjeżdżają. Oszukaństwo, złodziejstwo, kurestwo, Sodoma, Gomora.

Dostrzeżenie pewnych „proroctw” i zbieżności nie jest dzisiaj trudne. Są one z pewnością rezultatem wnikliwej analizy i spostrzegawczości autora tekstu. Widzimy w jak szybkim tempie (w przeciągu zaledwie 40 lat) nastąpiły zmiany w mentalności i obyczajowości Polaków. Niemały wkład w te negatywne przecież zmiany zwyczajów i obyczajów mają ruchy lewicowe, feministyczne i LGBT itp. Próbują one wprowadzić nowy porządek, czy raczej zniszczyć odwieczny, uważając go za przestarzały i oderwany od realiów dnia dzisiejszego oraz podważyć wpływ chrześcijaństwa na historię, będącego źródłem wszelkiego zła, zacofania i groteski.

Ruchy te promują swoje programy manipulując opinią publiczną, przekazując jej niepełny, a często zafałszowany obraz, np. spraw dotyczących homoseksualizmu, czy in vitro.

Jeśli spojrzeć na sprawę homoseksualizmu z perspektywy praw natury należy zadać pytanie .. Czemu ewolucja nie poszła w tym kierunku ? Jak ustalił Karol Darwin celem ewolucji i samej natury jest przetrwanie gatunków. Jest to nie możliwe w związkach homoseksualnych obu płci nie przekraczając praw natury…”

Ewa Romanow • blogpublika.com  całość tuwzzw.wordpress.com

podobne: Kłamstwo „postępu”: „Ludzie! Jesteście zajebiści!” oraz: Z listów starego diabła do młodego czyli…W święta z trwogą o promocję na karpia, czy z Bogiem bez trwogi.

na koniec Chesterton: „nasze ideały nie zostały nigdy zrealizowane i odrzucone jako złe lub niepraktyczne. odrzucono je bez weryfikacji, uznając a priori, że są niemożliwe do zrealizowania. na tym gruncie wyrasta dzisiejsza bierność wobec świata, poddaństwo wobec demagogów, brak męstwa.”

Dominika Daszewska - Biesy

Dominika Daszewska – Biesy

%d blogerów lubi to: