„Najpierw państwo” czyli… gdy monopol na przemoc nie służy sprawiedliwości i własności. Ekonomia grzechu przeciw wolności „elit” naiwnych i mściwych (I)


Zaczyna się niewinnie… Od wyszydzenia i odrzucenia „starego porządku” przez niedojrzałe intelektualnie ale „ambitne” siły postępu. Błędy przeszłości wynikające z niedostosowania się do nowoczesności – taka jest oficjalna wersja „potrzeby zmian”. Romantyczna walka „młodych gniewnych” ze skostniałym ciemnogrodem jest tym co tłumaczy każde „nowoczesne” łajdactwo… No ale nie byłoby tego wszystkiego gdyby nie naiwna wiara w dobre chęci rewolucjonistów, kult młodości jako samoistnej wartości, i w przekonanie że „każdemu się należy” (z cudzego)… (Odys)

„Wreszcie dowiedzieliśmy się, na czyich ideach opiera swoje pomysły wicepremier, minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki. Na Kongresie Innowatorów Europy Środkowo-Wschodniej „Central Eastern Europe Innovators Summit” Morawiecki spotkał się z prof. Marianą Mazzucato, która jest autorką książki „Przedsiębiorcze państwo”, w której stara się udowodnić, że wszelkie wynalazki i innowacje technologiczne nie wynikają z istnienia wolnego rynku, ale z działalności państwa i jego urzędników.

Podczas dyskusji panelowej o gospodarce, będącej częścią Kongresu Innowatorów Europy Środkowo-Wschodniej „Central Eastern Europe Innovators Summit” wraz z profesor Marianą Mazzucato z University College w Londynie wicepremier przekonywał, że dla innowacji państwo jest niezwykle ważne.

 Zobacz także: 88 procent przedsiębiorców pesymistycznie patrzy na Polską gospodarkę. Zobacz, dlaczego biznesmeni nie uwierzyli w slajdy Morawieckiego [KOMENTARZ]

Morawiecki chce innowacyjności, dzięki urzędnikom

Morawiecki podkreślił, że państwo z jednej strony chce wspierać innowacyjność, ale drugiej należy myśleć o różnych systemach opodatkowania tych wynalazków.

No bo jeśli myślimy, że te wynalazki, które widzimy dzisiaj (…), są wynalazkami jednej osoby czy też zespołu, to nie jest prawda…” (Radek Piwowarczykwolnosc24.pl)

podobne: Polska gospodarka: innowacyjność z importu, wysokie bezrobocie, chiński biznes zainteresowany polską żywnością. oraz: Lubowski: musimy się nauczyć zarabiać na wynalazkach. Cezary Kaźmierczak: Szwindel „Innowacyjność” i to: Samorządowe „inwestycje” to wzrost zadłużenia i podwyżki opłat. Rentowność długu i rosnąca obsługa kosztów. Państwo broni się przed zwrotem zagrabionego mienia i zmianami w ordynacji podatkowej, obniżka podatków nie tak szybko (fiskus łupi rodzinę). Innowacje obce sektorowi MSP. „Polska Miedź” rabowana podatkiem od wydobycia.

Ivan Vladimirov – Развлечения подростков в императорском саду Петрограда (samowola podrostków w parku)

„…Do poznawania rzeczywistości, o czym mimo licznych w kraju uniwersytetów nie każdy wie, potrzebne są narzędzia. Nie chodzi mi oczywiście o takie narzędzia jak piła motorowa czy kielnia. Chodzi mi o metodę. Narzędzia bywają dobre i złe. Można je wykorzystywać właściwie lub na opak, można nawet – chcąc wprowadzić ludzi w błąd – sprzedawać im narzędzia, które do niczego się nie nadają, ale wyglądają bardzo dobrze i ludzie wierzyć będą, że one posłużą im właściwie.

Jeśli na przykład chcemy dowiedzieć się czegoś o socjalizmie i komunizmie, jego celach i metodach poszukujemy pism socjalistów i komunistów, czytamy je i zdobywamy potrzebną wiedzę. Dowiadujemy się z tych pism, że socjaliści chcieli dobrze, a komuniści jeszcze lepiej albowiem bolał ich niesprawiedliwy podział dóbr i chcieli je podzielić od nowa. Tak to z grubsza wyglądało. Jest to oczywiście kłamstwo, które zostało wielokrotnie skompromitowane, ale wraca ponieważ od ostatniej kompromitacji minęło dużo czasu i ludzie wszystko zapomnieli, a do tego dorosły nowe roczniki, którym można sprzedawać dawne komunistyczne utopie w nowym europejskim opakowaniu i oni to kupiąSą młodzi, ideowo lub konsumpcyjnie nastawieni do życia i leniwi jak jasna cholera, a podprogowy przekaz komunistów – być może ich najważniejszy przekaz – jest taki: nie będziesz się musiał chłopie narobić, a wszystko ci samo łatwo przyjdzie. O trudzie i walce komuniści mówią tylko na początku, potem jest już tylko konsumpcja owoców zwycięstwa, czyli vodka and ogórcy…” (coryllusVodka and ogórcy albo czytajcie literaturę postępową!)

a oto wielokrotnie już przez socjalistów i komunistów odgrzewana oferta (nie do odrzucenia) dla obywateli/niewolników. Tym razem udrapowana w „narodowe” barwy, więc pozytywny do niej stosunek jest jednocześnie deklaracją patriotyzmu… a kto nie z nami ten wiadomo… albo zdrajca, albo jeszcze gorzej bo „ruski agent”… (Odys)

4.02.2017, Toruń (PAP) – Najpierw państwo, później własność i rynek – mówił w sobotę w Toruniu prezes PiS Jarosław Kaczyński. Zaznaczył, że zadaniem rządu PiS jest stworzenie szerokiej sfery swobód. Według niego w Polsce problemem jest niska skłonność przedsiębiorców do inwestowania i innowacji.

Prezes PiS wziął udział w konferencji „Odpowiedzialność przedsiębiorców za Polskę” w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej. W konferencji uczestniczył też m.in. wicepremier, minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki i przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów minister Henryk Kowalczyk. Obecni byli też prezesi PKN Orlen – Wojciech Jasiński i PKO Banku Polskiego – Zbigniew Jagiełło oraz wiceprezesi BOŚ Banku – Anna Milewska i PZU – Andrzej Jaworski.

Jarosław Kaczyński mówił o wolności gospodarczej i czynnikach ją ograniczających. Odniósł się też do tematu głównego konferencji, czyli odpowiedzialności przedsiębiorców. Jak zaznaczył, ma ona dwa poziomy. „Po pierwsze to zdanie sobie sprawy z tego, że istnieje państwo, że istnieją inni, że to wszystko trzeba brać pod w uwagę. Jeżeli ktoś nie jest w stanie prowadzić działalności gospodarczej w takich warunkach, to znaczy, że się po prostu do tego nie nadaje” – powiedział.

Jak dodał, czasem podczas spotkań z przedsiębiorcami słyszał postulaty, które sprowadzały się do tego, by odrzucić te ograniczenia, w tym dotyczące relacji z pracownikami. „Jeżeli ktoś we współczesnej Europie, współczesnej Polsce nie jest w stanie działać efektywnie, jeżeli te ograniczenia nie będą odrzucone, to po prostu powinien zająć się czymś innym – mówił prezes PiS.

Po drugie, mówił Kaczyński, odpowiedzialność przedsiębiorców wiąże się też ze „zobowiązaniami wobec wspólnoty”. „Do państwa należy to, żeby ten rozwój był możliwie sprawiedliwy, by nie prowadził do zbyt wielkich różnic społecznych, by korzyści z niego odczuwały wszystkie większe grupy społeczne, wszyscy, którzy pracują. Natomiast do przedsiębiorców – i to jest ich ogromna odpowiedzialność – należy to wszystko, co jest potrzebne, by ten rozwój następował. A tu mamy dwa problemy” – powiedział Kaczyński.

Pierwszy z nich „to problem skłonności do inwestowania i związanego z tym ryzyka”. „To jest kwestia, która w Polsce stoi, bo skłonność do inwestowania jest niewielka” – powiedział. Druga kwestia to skłonność przedsiębiorców do wprowadzania innowacji, „z którą też jest w tej chwili nie najlepiej”.

Kaczyński powiedział, że po odejściu od systemu komunistycznego Polska „weszła w fazę wolności anarchicznej”, a potem przeszła do „fazy bardzo daleko idącego ograniczenia wolności”.

„Zadanie, które stoi dzisiaj przed nami, stoi także przed tym rządem, przed premierem, ministrem rozwoju Mateuszem Morawieckim, to jest doprowadzenie tego stanu do sytuacji, którą można by określić jako racjonalną. To znaczy mamy ideę szybkiego rozwoju, także ideę sprawiedliwości – tę ideę realizujemy – mamy pewien kontekst kulturowy w Polsce, mamy także kontekst zewnętrzny związany przede wszystkim z Unią Europejską i musimy w tym szukać możliwie szerokiej sfery swobód, wolności” – powiedział Kaczyński.

Według niego to jest szansa na powtórzenie „wielkiej aktywności założycielskiej trwającej od połowy lat 80-tych, a bardzo intensywnie od końca lat 80-tych i w pierwszych latach 90-tych” i na to, że „ten proces, który wtedy przyniósł Polsce około sześciu milionów miejsc pracy i przyniósł ruszenie z miejsca po latach spadków PKB, mógłby być powtórzony”.

„To jest szansa, przed którą stoimy nie mając jednocześnie złudzeń, że możemy w Polsce stworzyć system libertariański, że polskiej kulturze można narzucić taki zupełnie skrajny indywidualizm” – dodał prezes PiS.

Według prezesa PiS „jeśli spojrzeć na ostatnie 27 lat, to można powiedzieć, że najpierw mieliśmy do czynienia z taką swobodą, w wielkiej mierze anarchiczną”. „Taką, która po części była w ogóle nieregulowana i nieobjęta działalnością państwa. Znaczna część tej wybuchającej w końcu lat 80. i 90. działalności gospodarczej początkowo nie była objęta, albo w minimalnym stopniu objęta, ograniczeniami związanymi z podatkami” – powiedział Kaczyński.

Jego zdaniem ten stan „w niemałej mierze” trwa po dziś dzień. „W szczególności, jeśli chodzi o działalność podmiotów zagranicznych. Mamy tutaj do czynienia z takimi elementami kolonialnymi, jeżeli chodzi o nasz kraj. Mamy do czynienia z sytuacją, w której te przedsiębiorstwa nie przestrzegają pewnych reguł prawnych, ale także moralnych. Krótko mówiąc, funkcjonują w sposób, który w ich własnych krajach byłby absolutnie niemożliwy do przyjęcia” – podkreślił prezes PiS.

Kaczyński zaznaczył, że relacja między państwem, rynkiem i własnością definiuje wolność gospodarczą. Według niego „na pierwszym miejscu trzeba wymienić państwo, bo bez państwa nie mógłby istnieć rynek, ale przede wszystkim nie mogłaby istnieć własność”.

„Dam państwu bardzo prosty przykład i to – może zaskoczę – ze świata zwierząt. Nie tak dawno opisywano, były zdjęcia takiego wydarzenia. Otóż dwa wilki upolowały sarnę. Przybył niedźwiedź przepędził wilki, pożarł sarnę. Czyli prawo własności wobec tej sarny zostało siłą zakwestionowane. Załóżmy, że to jest Mandżuria, tam żyją takie wielkie tygrysy, mógłby przybyć tygrys i próbować zakwestionować prawo niedźwiedzia. Nie wiadomo, kto by wygrał, w każdym razie mógłby próbować. Takie relacje istniałyby wtedy, gdyby nie było państwa, gdyby państwo nie mogło gwarantować własności” – mówił prezes PiS.

„Najpierw państwo, później własność, bez której nie może być wolności jednostki, no i rynek. Czy rynek może istnieć bez państwa? Nie może istnieć bez państwa, państwo musi zagwarantować bezpieczeństwo ogólne, osobiste tych, którzy funkcjonują na rynku, bezpieczeństwo obrotu. Musi powołać także różnego rodzaju instytucje, które funkcjonują na rynku, w związku z rynkiem, no i przede wszystkim pieniądz” – mówił prezes PiS.

Kaczyński podkreślił, że musi też istnieć pewien poziom bezpieczeństwa socjalnego, który jest zapewniany przez państwo, a także pewien poziom bezpieczeństwa osobistego oraz zdolność do działań antykryzysowych ze względu na zmiany koniunktury.

„Państwo musi dysponować zasobami, czyli musi ściągać podatki, składki, daniny publiczne. Czyli wolność doznaje tutaj pewnego ograniczenia, bo część owoców działalności gospodarczej musi być przejęta przez państwo i to jest konieczność obiektywna, dyskutowalna tylko w tym zakresie, w jakim stawiamy pytanie o to, jak wielkie te podatki mają być i jaką metodą mają być ściągane” – mówił prezes PiS.

Kaczyński ocenił, że nie jest to jedyne ograniczenie wolności gospodarczej. „Takie ograniczenia muszą istnieć także ze względu na to wszystko, co można odnieść do innych jednostek (…) ich prawo do życia, prowadzenia działalności gospodarczej. Inni stanowią też pewne ograniczenia, które muszą znaleźć wyraz w przepisach prawa, muszą być egzekwowane przez państwo” – powiedział.

Kaczyński zaznaczył, że jednostki żyją we wspólnotach, a te „tworzą sytuacje, które można określić, jako wymogi a te wymogi – jeżeli tylko są egzekwowane przez państwo – to są ograniczeniami wolności”.

W jego ocenie poszczególne gospodarki narodowe „podlegają pewnej idei ogólnej, idei regulatywnej”. „Te idee to szybki rozwój, sprawiedliwość społeczna. To nie jest tylko idea czysto komunistyczna, to jest także idea, która jeśli ją traktować, jako dążenie do zmniejszenia różnic społecznych, funkcjonowała i funkcjonuje w różnych innych niekomunistycznych ustrojach” – tłumaczył prezes PiS. Jako przykład podał Skandynawię.

„Jest idea równowagi społecznej. Można odwołać się tutaj przede wszystkim do amerykańskiego +New Deal’u+. To nie była koncepcja jakoś mocno związana z ideą sprawiedliwości, natomiast mocno związana z koncepcją odzyskania po kryzysie społecznej i ekonomicznej równowagi” – powiedział. Jak dodał, są też różnego rodzaju idee związane z religią, w szczególności w państwach muzułmańskich, które też wpływają na działalność gospodarczą.

„Są w końcu idee związane z koncepcją państwa, które przede wszystkim szuka siły militarnej, i to może być zarówno w wersji ofensywnej, jak w wypadku państw komunistycznych, a w szczególności Związku Sowieckiego czy dzisiaj w dalszym ciągu Korei Północnej, ale może to też być idea defensywna, jak w wypadku Izraela” – powiedział.

Jak mówił prezes PiS, te idee związane są także z określeniem zakresu gospodarczych swobód. Podkreślił, że swoboda gospodarcza zawsze podlega daleko idącym ograniczeniom. „Te ograniczenia są różne w różnych momentach. Dzisiaj na przykład ograniczeniem, które nas wszystkich bardzo dotyka, nie będę tutaj dyskutował, na ile jest słuszne, na ile jest niesłuszne, jest ograniczenie związane z ekologią” – mówił Kaczyński.

Prezes PiS mówił też o zjawisku „inżynierii prawnej szczególnie wokół prawa handlowego”. „Tutaj jest to bardzo ważne pytanie, w jakiej mierze trzeba to ograniczyć, w jakiej można to ograniczyć, w jakiej mierze cały ten system finansowy, który został skonstruowany po wojnie a później poddany różnego rodzaju daleko idącym przemianom, nie powinien być jeszcze raz zakwestionowany; na ile trzeba zadać pytanie o to, czy nie należałoby go zmienić” – mówił prezes Prawa i Sprawiedliwości.

Przed rozpoczęciem konferencji odbyła się manifestacja kilkudziesięcioosobowej grupy KOD, z transparentami ruchu i biało-czerwonymi flagami. Grupa rozeszła się, gdy zaczęła się debata. (Kaczyński: najpierw państwo, potem własność i rynek. PAP – Biznes 4 Lut 2017)

„…własność, rozumiana jako władza nad rzeczą, a także rynek, jako wymiana dóbr, zaistniały wcześniej, niż państwo. Jakiś człowiek oswoił dzikiego konia i przez to zyskał nad nim władzę. To był jego koń i to wcale nie dlatego, że jakieś „państwo” o tym zadecydowało, tylko dlatego, że to on schwytał i ujeździł tego konia, nabywając władzę nad nim dzięki włożonej w to pracy. Podobnie rolnik, który wyhodował zboże, posiadł nad nim władzę w postaci możliwości zrobienia zeń użytku według własnej woli nie dlatego, że jakieś „państwo” mu tę władzę nadało, tylko dlatego, że to on je wyhodował, to znaczy – włożył w jego wyhodowanie swoją pracę. To jest legitymacja własności, a nie – jak to z rozbrajającą szczerością powiedziała w rozmowie z Robertem Mazurkiem ówczesna faworyta prezesa Kaczyńskiego, pani Elżbieta Jakubiak – „zaświadczenie” wydane przez urząd. Dlatego właśnie właściciel ma władzę nad rzeczą, to znaczy – możliwość zrobienia z niej użytku, jaki sam uważa za stosowny. Skoro tak, to może swoją rzecz również wymienić na cudzą, jeśli właściciel innej rzeczy też wyrazi objawi taką intencję. Spotkanie takich dwóch właścicieli i osiągnięte przez nich porozumienie w sprawie wymiany należących do nich rzeczy tworzy rynek. Jak widzimy, wbrew temu, co mówił pan prezes Kaczyński, „państwo” wcale nie było, ani nie jest potrzebne ani do powstania własności, ani do zaistnienia wymiany rzeczy, czyli rynku. Przykład z sarną, wilkami, niedźwiedziem i tygrysem wcale nie dowodzi ani konieczności istnienia państwa, ani – tym bardziej – jego pierwotnego charakteru względem własności i rynku. Jeśli ma czegokolwiek dowodzić, to najwyżej tylko tego, że pan prezes Kaczyński nie rozumie, o czym mówi.

Ale chociaż nie rozumie, to w tej ignorancji jest metoda. Nadawanie „państwu” charakteru pierwotnego zarówno względem własności, jak i rynku, jest prezesowi Kaczyńskiemu potrzebne do uzasadnienia konieczności pierwszeństwa „państwa” nad gospodarką, to znaczy – wytwarzaniem i wymianą dóbr...

…Państwo monopolizuje przemoc, podobnie jak właściciel monopolizuje władzę nad rzeczą i z tym „towarem” wchodzi na rynek, ale nie po to, by cokolwiek wymieniać, tylko po to, by zawłaszczać. Ponieważ rozsądek, a także hipokryzja nakazuje udrapowanie przemocy w jakiś kamuflujący kostium, „państwo” chętnie drapuje się w kostium sprawiedliwości…

…Jedyną gwarancją autentyczności weryfikacji wzajemnych oczekiwań jest dobrowolny charakter umowy, a to oznacza, że przy tym sposobie rozumienia sprawiedliwości, może być ona praktykowana jedynie w warunkach wolności

…Tymczasem pan prezes Kaczyński, eksponując „państwo” jako źródło własności i organizatora rynku, forsuje zupełnie inny model państwa i inny model ustawodawstwa. O ile wcześniej można było tylko podejrzewać, że jego ideałem jest przedwojenna sanacja, to po toruńskim wykładzie mamy w tym względzie całkowitą pewność. Model państwa według prezesa Kaczyńskiego doskonale wpisuje się w artykuł 4 ust. 1 konstytucji kwietniowej z 1935 roku, gdzie czytamy, że „w ramach państwa i w oparciu o nie kształtuje się życie społeczeństwa”. To znaczy, że to „państwo” a więc – urzędniczy aparat państwa wyznacza owe „ramy” i metodami władczymi „kształtuje” w ich obrębie nie tylko stosunki gospodarcze, ale całe „życie społeczeństwa”. Według ust. 2, to „państwo” zapewnia mu (tj. społeczeństwu” – SM) „swobodny rozwój”, a gdy dobro powszechne wymaga, nadaje mu kierunek lub normuje jego warunki. Nie ulega wątpliwości, że ocena, czy „dobro powszechne” czegoś wymaga, czy nie, należy do wyłącznych kompetencji „państwa”, które wtedy „nadaje kierunek” całemu społeczeństwu. Czy w sytuacji, gdy „państwo” działając w sposób sobie właściwy, to znaczy – rozkazując i wymuszając spełnienie swoich rozkazów siłą – „nadaje kierunek”, można jeszcze mówić o „swobodnym rozwoju”?

W tym kontekście przedstawiony przez ministrów rządu pani premier Beaty Szydło program „repolonizacji”, będący w istocie programem renacjonalizacji gospodarki, nie pozostawia wątpliwości, że długofalowym celem Prawa i Sprawiedliwości jest przywrócenie w Polsce ustroju socjalistycznego tyle, że bez Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Bardzo możliwe, że prezes Kaczyński wyczuł tęsknotę znacznej części polskiego społeczeństwa za państwem socjalistycznym w którym, „czy się stoi, czy się leży”, każdy jakoś tam spadnie na cztery łapy. Warto zwrócić uwagę, że ci, którzy nie bali się wolności, w większości z Polski wyjechali, a tym, którzy zostali, socjalizm specjalnie nie przeszkadza, przeciwnie – nawet napawa nadzieją na życie beztroskie. Bardzo możliwe, że ten Manifest Socjalistyczny, w powiązaniu z inicjatywami skierowanymi na opanowanie samorządów terytorialnych i programami rozdawnictwa, przyniesie PiS-owi wyborcze zwycięstwo – ale przywrócenie socjalizmu w naszym nieszczęśliwym kraju nie doprowadzi do odblokowania narodowego potencjału gospodarczego, skutecznie zablokowanego zarówno przez ustanowiony w 1989 roku model kapitalizmu kompradorskiego, przez postępującą biurokratyzację państwa i przez niemiecki projekt Mitteleuropa z roku 1915. Powiem więcej – widoczna coraz bardziej tendencja do renacjonalizacji i przywrócenia wiodącej roli „państwa” w gospodarce stanie się kolejnym czynnikiem blokującym narodowy potencjał, skutecznie zniechęcając ludzi przedsiębiorczych do inwestowania – bo po cóż i w co właściwie inwestować w sytuacji, kiedy właśnie nadchodzą bolszewicy?” (Stanisław Michalkiewicz – Manifest Socjalistyczny)

Przed wojną centralny Bank Polski był niezależny i prywatny! – Stanisław Michalkiewicz

podobne: Stanisław Michalkiewicz: Pogrobowcy Hilarego Minca czyli… Wilczek kontra „prawdziwa prawica” oraz: Co „prawdziwa prawica” Kaczyńskiego szykuje dla przedsiębiorców i reszty Polaków i to: Kacza „sprawiedliwośc” – zabrac bogatym, czyli… ukarać biednych a także: Budżet państwa na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną… ale czy PIS będzie nas kosztował mniej? Oczywiście że nie – zamach na umowy cywilnoprawne polecam również: W służbie zdrowiu czyli prosto do nieba. O walce rządu z „toksyczną konkurencją” w szpitalach i aptekach kosztem pacjentów i konsumentów

Dobrze to sobie zapamiętajmy, żeby wiedzieć komu i za co podziękować kiedy już manifest komunistyczny zacznie zbierać swoje żniwo:

 „Najpierw państwo, później własność”
to państwo powinno być szafarzem, a nawet kreatorem wolności”
Jeżeli ktoś nie jest w stanie prowadzić działalności gospodarczej w takich warunkach, to znaczy, że się po prostu do tego nie nadaje”
Jeżeli ktoś we współczesnej Europie, współczesnej Polsce nie jest w stanie działać efektywnie(…) to po prostu powinien zająć się czymś innym”

…zanim jednak posłucha „dobrej rady” by zająć się „czymś innym”, niech najpierw sprawdzi czy ma stosowne zezwolenie, oraz zastanowi się czy jest gotowy podporządkować się regułom gry ustalonym przez starszych i mądrzejszych… Takim np. o jakich piszą tu: Ministerstwo Sprawiedliwości: 3 lata za ubój świni bez zgłoszeniagdzie możemy wyczytać: „Ministerstwo Zbigniewa Ziobry proponuje także, aby sądy karały bezwzględnie finansowo takich rolników na cele związane z ochroną zwierząt. Propozycja kar ma wahać się od 1000 do nawet 100 tys. zł!…” Genialne nieprawdaż? I wcale nie chodzi mi o wysokość kary. Niech tam niektóre (niejadalne) zwierzęta też coś mają z tytułu „nielegalnego” mordowania współbraci… Taka tam przenośnia…Bo to nie jest tak że można zająć się czymś innym i mieć ich wszystkich z głowy. Nawet jak się nie chce grać w jednej drużynie ze zwycięzcami, to i tak trzeba się stosować do ich reguł bo inaczej… wiadomo… (Odys)

podobne: Pod przykrywką wygłupu Sikorskiego fala rabunku przetoczyła się przez sejm: uwolnienie kominówek, rząd kładzie łapę na depozytach, centralna baza „haków” skarbówki, zamiast śmieciowych umów o pracę będzie śmieciowa emerytura. Do diabła z taką opozycją! Dratewka potrzebny od zaraz

„…Nie chodzi bowiem nawet o to, że Prawo i Sprawiedliwość, dzięki poparciu amerykańskiemu oraz uruchomieniu programów rozdawniczych może wygrać następne wybory przynajmniej w stopniu umożliwiającym samodzielne ustanowienie rządu, tylko przede wszystkim o to, że uruchamiając wspomniane programy rozdawnicze, PiS wprowadził nasz naród i nasze państwo na jednokierunkową ulicę, którą można zmierzać już tylko ku swemu przeznaczeniu. Rzecz w tym, że w rozumieniu prawa, program rozdawniczy w rodzaju „rodzina 500 plus”, wyposaża swoich beneficjentów w tak zwane „prawa nabyte”. Wprawdzie ustawa dezubekizacyjna pokazuje, że kiedy trzeba, a ściślej – kiedy można takie posunięcie zaprezentować jako realizację sprawiedliwości dziejowej, to prawodawcy specjalnie się nie krępują prawami nabytymi, ale w przypadku wspomnianego programu rozdawniczego sytuacja jest inna. Po pierwsze – krąg osób uprawnionych jest na tyle szeroki, że mało kto ośmieliłby się zamachnąć na ten przywilej, a po drugie – gdyby nawet taki desperat się znalazł, to niezawisłe sądy natychmiast podważyłyby legalność takiego zamachu i musiałby wycofać się z podwiniętym ogonem. Oznacza to, że nawet taki desperado musiałby realizować program, który nie tylko uważa za sprzeczny z ideą wolności, ale w dodatku – za zabójczy dla państwa, zwłaszcza na dłuższą metę.

Program ten jest sprzeczny z ideą wolności, bo w sposób trwały uzależnia obywateli od państwa, w dodatku zmuszając ich do popierania programu zwiększania dochodów budżetowych – ponieważ realizacja tego programu wymaga utrzymania wysokiego, a nawet – rosnącego budżetu, gdyż w kolejce czekają następne programy w rodzaju „mieszkanie plus”, a przecież i to nie jest ostatnie słowo. Według zasady Murphy’ego, jeśli może stać się coś złego, to na pewno się stanie, a cóż dopiero w sytuacji, kiedy właśnie od tego, czy się stanie, zależy zwycięstwo wyborcze? Program ten jest sprzeczny i ideą wolności również z tego powodu, że realizowany jest za pieniądze pożyczone. Jak wiadomo, koszty programu „rodzina 500 plus” wynoszą ok. 24 mld złotych rocznie, a zaplanowany w ustawie budżetowej na rok 2017 deficyt wynosi prawie 60 mld złotych. Jasne jest więc, że zarówno pierwszy, jak i wszystkie następne programy rozdawnicze będą realizowane za pieniądze pożyczone, to znaczy – kosztem wydatnego powiększenia długu publicznego. Dług publiczny naszego nieszczęśliwego kraju powiększa się o prawie 500 mln zł na dobę, a to znaczy, że go nie spłacamy, tylko „obsługujemy”. Według oficjalnych informacji, koszty obsługi długu publicznego wyniosą w roku bieżącym ponad 30 miliardów złotych. Mamy wszelako do czynienia z fenomenem, że dług wprawdzie rośnie, ale koszty jego obsługi spadają, nawet do „rekordowo niskiego poziomu”. Ale nie takie fenomeny zdarzały się u nas w przeszłości, kiedy Edward Gierek zafundował społeczeństwu iluzję dobrobytu na kredyt – oczywiście dopóki wszystko się nie skawaliło. Zatem – jak tam z tymi kosztami obsługi jest naprawdę – to zostanie nam objawione w stosownym czasie. Tak czy owak, koszty te rozkładają się na obywateli i jeśli nawet przyjąć za dobrą monetę oficjalną informację, to oznacza to, iż na jednego obywatela rzeczywiście mieszkającego w Polsce przypada ok 800 zł rocznie. Zatem 5-osobowa rodzina tylko na obsługę długu publicznego musi zapłacić 4000 zł, rocznie – a przecież są jeszcze inne koszty. Oznacza to, że rządy kupują poparcie polityczne za cenę wpychania obywateli w coraz głębszą niewolniczą zależność od lichwiarskiej międzynarodówki. Niewolniczą – bo istota niewolnictwa polega na tym, że niewolnik musi pracować na swojego pana. Pracować, czyli oddawać mu coraz większą część bogactwa, które swoją pracą wytwarza. Właśnie w taką zależność obywatele są wpychani przez własne, „wrażliwe społecznie” rządy…” (Stanisław Michalkiewicz – Ucieczka od wolności)

podobne: Co to jest „majątek państwa” i na co idzie siła polskich rodzin? O podatkach, składkach i reformach kosztem zdrowia i emerytury (nie tylko ubeckiej) w ramach inżynierii społecznej oraz: Obrońcy etatyzmu i sentymentaliści rodem z PRL kamienują „złodziejski kapitalizm” czyli… dlaczego niewolnicy nie zasługują na wczasy? a także: PIS lepszy od POprzedników… w zadłużaniu Polaków. O jakim „zwrocie z inwestycji” mówią piewcy programu „500+”? Niesprawiedliwość redystrybucji i społeczna funkcja własności prywatnej.

W ten sposób dochodzi do werbunku na masową skalę… Jest budżet, to jest i siła – idea trwalsza od spiżu więc któż przeciw nam? (Odys)

Ilya Repin – Demonstration on October 17, 1905

„…Myślą, myślą i wymyślają niesprawiedliwość społeczną. Stąd już tylko krok do uzbrojonych band próbujących ową niesprawiedliwość zlikwidować, band zwanych trybunałami rewolucyjnymi lub jakoś podobnie. Bandy owe wprowadzają najpierw ubezpieczenia społeczne, a potem śrubują podatki. Kiedy okazuje się, że i to za mało, żeby utrzymać wszystkich, którzy postanowili w myśl zilustrowanej na początku drugim zdaniem doktryny, żyć z kradzieży i rabunku, bandy usiłują przywrócić system feudalny. Żeby było co jeść po prostu. To się udaje, ale trzeba do tego zlikwidować to, co doprowadziło do powstania najpierw teorii o niesprawiedliwość społecznej, a potem samych band, żyjących w komforcie i lenistwie, czyli technologię. Po likwidacji niepotrzebnych nowemu społeczeństwu feudalnemu i szkodliwych nowinek takich jak ciepła woda w kranie, kibelek dla każdej rodziny i wolna prasa, okazuje się jednak, że system oparty na rabunku dalej nie działa. Czołowi teoretycy niesprawiedliwości społecznej siadają więc kołem i zaczynają myśleć co jest nie tak. No i wymyślają, że skoro feudalizm nie działa jak trzeba to należy powrócić do tego co było przed nim, czyli – jak powiedział jeden mądry – do niewolnictwa…

…Niewolnicy mają jednak zwyczaj buntować się co jakiś czas, a socjaliści chcieliby ciągle więcej i więcej, systemy więc zaczynają erodować. Dochodzi w końcu do przełamania kordonów i wszystko się miesza. Raby uwiązane dotąd do ziemi, kawalerki i tokarki ruszają obejrzeć socjalizm, a wychuchani w biurach i korporacjach durnie jadą obejrzeć wyjałowiony step, czyli tak zwane pozostałości po imperium. Wszyscy są zadowoleni, ale do czasu. Przychodzi bowiem moment, kiedy znów trzeba się zastanawiać nad tym co robić z tą masą ludzi, która pałęta się z kąta w kąt i samą siłą rozpędu tylko zaczyna obrastać w jakieś dobra, jakaś gotówka im się z kieszeni wysypuje i coś tam usiłują kupować sobie w sklepach. Zaczyna się więc wymyślanie nowych programów gospodarczych dla państw będących w kryzysie.

I tu dochodzimy do sedna. Wymyślanie owo nie jest niczym innym jak próbą kolejnego rabunku ludzi, którym nie dało się wcześniej – ze względu na poprzednią rabunkową doktrynę – nic zarobić. Programy gospodarcze – przy udziale wspomnianej już propagandy – zaczynają pełnić funkcję taką, jaką w systemie feudalnym pełniły prawdy objawione czyli są gwarancją istnienia tegoż systemu. Każdy chcący się dorwać do władzy idiota zaczyna swoją perorę od programu gospodarczego, który podaje w punktach. W punktach napisanych mu przez jakiegoś oszusta przecież, bo nie przez niego samego. Punkty te są boleśnie przewidywalne, wręcz tożsame z innymi punktami, innych programów, często zatytułowanych dla niepoznaki biegunowo różnymi od tego obecnego przymiotnikami. To bowiem co się tam wpisze w tym programie jest dalece bez znaczenia. Ważne jest jedno; pracujemy i zarabiamy, albo nie pracujemy i kradniemy. Tyle…(coryllus – Program gospodarczy jako figura retoryczna)

„…chrześcijanin powinien przestrzegać Dekalogu, a tam jest 10 przykazanie, zakazujące nawet pożądania cudzej rzeczy. Niektórzy uważają, że właśnie to przykazanie jest dowodem na wszechwiedzę Pana Boga, który jeszcze w głębokiej Starożytności przewidział pojawienie się socjalistów i specjalnie przeciwko nim sformułował to przykazanie. Zauważmy bowiem, że ekscytowanie w ludziach pożądania cudzego mienia należy do istoty ideologii socjalistycznej, co w najkrótszy sposób przedstawił Włodzimierz Eljaszewicz Ulianow, znany jako „Lenin”, wołając: „grab nagrabliennoje!” – bo według socjalistów, własność jest kradzieżą. Tymczasem Pan Bóg, zakazując pielęgnowania w sobie takiej pożądliwości, wiedział, co robi. Człowiek, który nie potrafi opanować pożądania cudzego mienia, prędzej, czy później złamie przykazanie siódme, zabraniające kradzieży, a być może – również piąte, zakazujące mordowania – jeśli właściciel zechce swojej własności bronić. Rewolucja bolszewicka, rzucając hasło gwałtownej zmiany stosunków własnościowych, doprowadziła do ludobójstwa na skalę niespotykaną, ani przedtem, ani potem. Aleksander Sołżenicyn wspomina, że komunistyczny eksperyment doprowadził do zagłady co najmniej 100 milionów ludzi, a wobec tego ogromu liczba ofiar holokaustu, to znaczy – liczba Żydów zamordowanych podczas II wojny światowej, wydaje się stosunkowo niewielka. W jaki zatem sposób chrześcijanin może jednocześnie być socjalistą – tajemnica to wielka, którą można wyjaśnić tylko w ten sposób, że nie ma w takim postępowaniu żadnej logiki.” (Stanisław Michalkiewicz – Czarny sztandar anarchii czerwieni się ze wstydu)

podobne: Reisman: Dlaczego nazizm był socjalizmem oraz dlaczego socjalizm jest totalitaryzmem oraz: Przerośnięte państwo gwarancją problemów jego obywateli. O demokracji, państwie „opiekuńczym” i długu „publicznym” czyli przejadaniu przyszłości na własne życzenie i to: Moralne i ekonomiczne konsekwencje głupoty czyli… „Dobrobyt” płacy minimalnej, średniej krajowej, bezwarunkowego dochodu gwarantowanego i programów socjalnych. Skąd się bierze bogactwo? PIS gwarantuje bankom niezatapialność (za oszczędności Polaków)

Z uwagi na dwie siły działające w świecie – tj. dobro i zło (które jest BRAKIEM dobrego działania), lub (jeśli ktoś jest „niewierzący” i nie przemawia do jego wyobraźni tego rodzaju „wartościowanie”) w oparciu o prosty mechanizm pracy/budowania albo kradzieży/niszczenia, nasze działanie można sprowadzić do dokonywania prostego w zasadzie wyboru. Albo sami, w oparciu o własne siły budujemy strukturę opartą o dobro i pracę, albo „ktoś” inny zbuduje dla nas (i za nas) strukturę opartą na tej drugiej „alternatywie”… Oczywiście naszym kosztem bo nikt obcy mający na względzie swój interes nie będzie sobie odbierał od pyska żeby nam dogadzać. Nie było bowiem w historii takiego państwa które z własnej woli oddałoby się w wyzysk innemu, wmawiając przy tym bezczelnie własnemu narodowi że to dobry interes… Nie było do czasu powstania tzw. Unii Europejskiej, która jest doktryną wrogą pracy i budowaniu czegokolwiek poza uzależnieniem od kredytu.

Można tu oczywiście dywagować nad tym czy aby w dobie powszechnie obserwowanego skoku cywilizacyjnego i dobrobytu (w porównaniu ze stanem posiadania/konsumpcji przed przystąpieniem Polski do UE) jest na co narzekać, ale zamiast wyliczać szczegółowo kolejny raz te same wielokrotnie już przypominane zarzuty (można przeczytać tu: Majtki w dół czyli… 6 mitów na temat dotacji z Unii. Cukiernik: Prawda i fałsz o dotacjach z UE), posłużę się pytaniem i cytatem. Pytanie brzmi – co czeka rodzinę której ojciec alkoholik wziął na swoje „potrzeby” pożyczkę (i to u gangsterów) pod zastaw rodzinnego domu? Cytat zaś brzmi tak:

„Gdyby wszystkie konsekwencje jakiegoś działania dotykały jego sprawcy, uczylibyśmy się znacznie szybciej. Zdarza się, że nasze działanie nam przynosi dobre, widoczne skutki, a komuś innemu złe, niewidoczne – a to sprawia, że jeszcze trudniej nam je dostrzec. Musimy wówczas czekać, aż zareagują ci, którzy ponoszą owe złe konsekwencje naszego czynu. Czasem czekać trzeba bardzo długo, przez co panowanie błędu trwa dłużej. Człowiek dokonuje czynu, który przynosi mu dobre konsekwencje równe 10 i złe konsekwencje równe 15, które rozdzielane są na trzydziestu innych ludzi, w taki sposób, że na każdego z nich przypada tylko ½. W sumie mamy stratę, więc koniecznie musi pojawić się reakcja. Jednak na reakcję będziemy czekać tym dłużej, im na większą ilość społeczeństwa rozłoży się zło, podczas gdy dobro, będzie skoncentrowane w jednym punkcie.” (Frédéric Bastiat)

Efektem istnienia „demokratycznego państwa prawa” i fruktów z tego tytułu płynących w gardła poszczególnych grup interesów przyssanych do koryta, jest również społeczne potępienie dla unikania opodatkowania. W myśl zasady którą wielu praworządnych obywateli z dumą wyznaje że „to, co jest legalne, musi być dobre” (inaczej: „Biało-czerwoni biorą paragony!”). Dzięki tego rodzaju wartościowaniu (propagandzie) skarb państwa istnieje w świadomości Polaków jako obiektywne dobro, a rabunek mienia dokonywany przez państwo na tychże obywatelach na konto owego „skarbu” cieszy się powszechną estymą.

W świetle już podjętych a także zaplanowanych konkretnych administracyjnych decyzji na kierunku zwanym „uszczelnianie” (Zamiast „jednolitego podatku” centralna baza (PO)rachunków oraz „obywatelska emerytura” czyli… szukanie pokrycia dla rekordowego deficytu kosztem obywateli. Ostrowice jako przykład (nie)”zrównoważonego rozwoju” w skali mikro), każdego kto traktuje cytowaną deklarację i sugestie w niej zawarte jako troskę o obywatela (który „bez państwa sobie nie poradzi”) należy traktować jako sprzymierzeńca systemu kradzieży zuchwałej.

Polecam z tej okazji wykład: ANATOMIA KRADZIEŻY – POJĘCIA PODSTAWOWE CZ. 7a Odcinek jest rozwinięciem części siódmej pojęć podstawowych wiedzy społecznej i mówi o systemie zalegalizowanej i społecznie akceptowanej formy kradzieży, jaką jest kreacja pustego pieniądza umożliwiającego anonimowe okradanie anonimowych producentów przez anonimowe elity pasożytnicze. (Krzysztof Karoń). Pamiętajmy jednak o tym że system stworzony przez banki (podobnie jak dilerzy narkotyków) nie zmuszają ludzi do uzależniania się od łatwej gotówki. Wielu ludzi nie musi się zapożyczać, tak jak nie musi wybierać do władzy tych którzy „stymulują” gospodarkę w ten sposób, zapożyczając całe narody i to na kilka pokoleń… Wystarczy że robią to agenci i pożyteczni idioci, naprawdę nie musimy im w tym pomagać własnoręcznie… (Odys)

„…W prawdziwym świecie było bowiem i jest nadal tak: grupa posiadających legitymacje obcych wywiadów gangsterów zdobywa władzę nad dużym terytorium, na przykład nad Polską. Ponieważ nie są oni elementem obcym, ale lokalnym trudno im cokolwiek zarzucić. Rządy jednak jakie wprowadzają, nie są emanacją stosunków lokalnych, które ukształtowały się na przestrzeni stuleci. One te stosunki i ich konsekwencje całkowicie ignorują, wprowadzając swoje porządki, co polega głównie na zabieraniu jednym i dawaniu drugim, tym, którzy dotąd nic nie mieli lub mieli za mało by aspirować do czegokolwiek. Przez swój udział w pracach socjalistycznych gangów zasłużyli się jednak i uważają, że należy im się udział, w budowie nowego, lepszego społeczeństwa.
Ludzie ci, nawet nie mogą dostrzec jak są oszukiwani i o co toczy się gra. Wielka polityka bowiem polega na konstruowaniu pułapek na wielkie grupy ludzi, na przykład na całe narody…

…Nie tak dawno usłyszałem, że w roku 1938 czy 39 bolszewicy przygotowywali plan utworzenia marionetkowego państwa polskiego, po odcięciu kresów rzecz jasna. Państwo to miało powstać w oparciu o istniejące struktury urzędnicze i wojskowe czyli w oparciu o agenturę i pożytecznych idiotów. Premierem zaś rządu w tym państwie miał być Stefan Starzyński, znany socjalista i członek kilku wpływowych mafii. Ministrem wojny miał być oczywiście wspomniany już Juliusz Rómmel. Jeśli dotrze do nas cała groza tych informacji, nie będziemy już mogli mówić o kodzie kulturowym i nie będziemy traktować wspomnień oszukanych idealistów jako recepty na naprawę państwa.
Dlaczego elity urzędniczo wojskowe tak się zachowywały? Bo nic poza etatem nie posiadały. To jest odpowiedź najprostsza. Chęć zaś utrzymania etatu jest siłą przemożną, dla której człowiek zrobi wszystko. Myślę, że są tacy, którzy sprzedaliby własne dzieci, byle tylko móc każdego ranka jeździć tramwajem do pracy w ministerstwie.
Pisząc „elity urzędniczo wojskowe nic nie posiadały” mam na myśli nie tylko dobra ruchome i nieruchome, ale także plan, czyli to co czasem nazywamy tu doktryną. Elity istotne, a nie te które opisuje Vermeer, nie miały żadnego planu. Ich plan polegał na tym, by stać po stronie silniejszego, bo ten gwarantuje posadę. Okazało się jednak, że tragizm polskich losów jest głębszy niż mogli to sobie wyobrazić panowie Starzyński i Rómmel. Polega on na tym, że póki w Polsce produkować będzie się cokolwiek, od kalafiorów poczynając, na turbinach lotniczych kończąc, kraj nasz zawsze będzie spychany w pułapkę. Przynętą zaś w tej pułapce będzie kod kulturowy powiązany ściśle z kodem kulturowym (to jest dla wszystkich intelektualistów oczywiste) demokracji zachodnich. No więc Polska aspiruje i musi dorastać, a kiedy już dorośnie to ją okradają i piorą po łbie, bo nie o to chodziło. I na to przychodzi pan o nicku Vermeer i pisze: czy aby nie jesteśmy zbyt idealistyczni? Czy nie powinniśmy czasem trzymać się realizmu? Czyli co? Mamy iść na włam? Mamy się sprzedać i udawać, że nic się nie dzieje? Mamy się zastanawiać czy z Niemcami czy z Rosją? Czy może mamy wszyscy emigrować?…

…Ja tu już pisałem o organizacjach, które są podstawą wszystkiego i o doktrynie też pisałem. No więc z doktryny i organizacji należy wypreparować znak i charyzmaty, bez tego nigdzie nie pojedziemy. Doktryna musi być powiązana z Kościołem i Panem Bogiem. Nie z socjalizmem, nie z uszczęśliwianiem dużych grup ludzi okradanych następnie za pomocą podatków, które gwarantują byt mafiom urzędniczym i wojskowym. Charyzmaty zaś wypływają wprost z tego czym zajmować się będą czynne w Polsce organizacje, a winny się one zajmować pomnażaniem budżetów. Ściąganiem pieniędzy zza granicy i przeciwstawianiem się w sposób czynny, ale zgodny z prawem mafiom działającym w strukturach państwa, bo one wykonują złą robotę. Są na usługach obcych, którzy nie mają dobrego planu dla nas, a przeciwnie mają plan upiorny…” (coryllus – O elitach naiwnych i mściwych)

podobne: Kultury dobre i złe, oraz reglamentacje, prowokacje i profanacje czyli… materialna i niematerialna sztuka rewolucji. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu oraz: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości” i to: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego. a także: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? i jeszcze: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą polecam również: Czerwonym szatanom bez żadnej klasy o polskiej prywatnej własności i ziemi czyli… jak Karp międzynarodowym rynkiem zbożowym zatrząsł, oraz wspomnienia księdza Blizińskiego

Zadziwiająca jest ta „potrzeba” przekonania się kolejny raz na własnej skórze co znaczy obranie wspomnianej wyżej metody „gospodarowania” (rządzenia), i jeszcze dorabianie jej twarzy rzekomej sprawiedliwości. Zadziwiająca jest też pretensja jaka później towarzyszy romantycznemu uniesieniu, kiedy po raz kolejny rwąc koszulę na piersi i z pianą na ustach udajemy się na barykady, żeby (jak się nam wmawia) szlachetnie zginąć w walce z reżimem, „dając przykład” kolejnym pokoleniom („za wolność naszą i waszą”) jak NIE należy postępować żeby nie znaleźć się w sytuacji najpierw niewolnika, a potem kata tych których samemu się wybierało… Choć nikt nas nie zmuszał, a wszyscy wiedzą że kradzież to grzech… Kończy się na prawnie usankcjonowanej przemocy, choć nie tak żeśmy się z władzą umawiali.

Dzięki tej patologicznej zależności Pan Kaczyński mógł pozwolić sobie na bezkarne udzielenie urzędnikom „dobrej zmiany” instrukcji, czym powinni się kierować w wypadku wystąpienia konfliktu interesów na linii państwo – obywatel. Najpierw K… My!…(Odys)

polecam również: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach.

Ivan Vladimirov – Погром винного магазина (rabunek sklepu z alkoholem)

 

Reklamy

Od wielkości do śmieszności czyli… różnica między powagą Wielkiej Brytanii a Polski w UE. Czym jest londyńskie „City”, Europa dwóch prędkości i „Exchange Stabilization Fund”. Gdy światem rządzą banksterzy i gangsterzy


Michał Dziekan – Źle dla ciebie dobrze dla nas

„…Exchange Stabilization Fund to dowód, że w rozwiniętym kraju zwykli obywatele mogą być bardzo daleko od pełnej wiedzy na temat systemu. ESF jest podmiotem anonimowym, który nie jest poddawany żadnej kontroli, co umożliwia mu prowadzenie działalności, która w normalnych warunkach spotkałaby się z oporem Kongresu USA. Całkowita niezależność ESF pokazuje, że obywatele USA mają niewielki wpływ na to, co dzieje się w ich kraju. Mogą oczywiście wybrać prezydenta, podczas gdy banki dyktują, kto ma zostać sekretarzem skarbu…

…Najwięcej informacji dotyczących wysiłków propagandowych ESF/CIA pochodzi z lat 70-tych. W 1973 roku The Washington Star opisał relacje łączące CIA z dziennikarzami. Szczegółowe informacje na ten temat pochodziły od dyrektora agencji – Williama Colby’ego.

Kongres zareagował powołaniem dwóch komisji w tej sprawie. Jak stwierdzono w raporcie jednej z nich, relacje łączące media z CIA były tak zróżnicowane, że oddzielenie ich od siebie było niemożliwe.

Przechodząc do konkretów, komisja poinformowała, że CIA korzystało w tamtym okresie z usług ponad 700 nauczycieli akademickich oraz absolwentów, którzy okazjonalnie pisali książki bądź tworzyli inne materiały używane następnie do siania propagandy.

Należy pamiętać, że były to kompletnie inne czasy, książki miały znacznie większą siłę rażenia. Szef CIA ds. tajnych operacji stwierdził w notatce, że „książki różnią się od innych sposobów propagandy. Pojedyncza książka jest w stanie znacząco zmienić spojrzenie czytelnika na określone kwestie. Nie da się tego porównać z innym medium”.

Powiązania agencji z mediami i środowiskiem akademickim wywołały oczywiście oburzenie opinii publicznej. W połowie lat 70-tych dyrektor CIA oświadczył, że jakiekolwiek kontakty z dziennikarzami zostały natychmiast zakończone. Dziwnym trafem w tym samym czasie lista płac nie będącego pod niczyją kontrolą ESF wzrosła z 300 do 500 osób. Dziennikarze oraz wykładowcy przeskoczyli zatem z jednej listy płac na drugą, znajdując się od tej pory poza zasięgiem Kongresu.

Propaganda w praktyce

Burza wokół propagandowej sieci CIA rozpętała się w latach 70-tych, jednak wówczas było już za późno. Wszystko, co najważniejsze, miało miejsce dekadę wcześniej.  

W latach 60-tych podstawy ekonomii został wywrócone do góry nogami. Klasyczna szkoła została zastąpiona keynesizmem. Zgodnie z ekonomią klasyczną deficyt budżetowy musi prowadzić do szkodliwej inflacji. Do początku lat 60-tych była to oczywistość. Zdziwienie wywoływały osoby domagające się od państwa wyższych wydatków. Dlaczego? Ponieważ deficyt musiał prowadzić do inflacji, a ta z kolei do zubożenia zwykłych obywateli.

Jednocześnie taki sposób myślenia stanowił zagrożenie dla ESF. Postanowiono zatem skorzystać z sieci propagandy, aby ustalić nowe zasady ekonomii. Od tej pory deficyt nie oznaczał już inflacji, lecz permanentny rozwój gospodarczy – o recesji nie mogło być mowy.

To w tamtym okresie stworzono mit niebezpiecznej deflacji. W wydaniu New York Times z 11 września 1962 roku pojawiła się wypowiedź Pera Jacobssona, dyrektora MFW, który przekonywał, że należy mniej martwić się odpływem złota z USA, a bardziej groźbą globalnej deflacji.

Propaganda uderzyła z ogromną siłą. MFW przekonywał, że od teraz należy podchodzić do deflacji z tak wielką ostrożnością, z jaką wcześniej traktowano inflację. Z perspektywy czasu widać, jak istotny był to moment. Nie da się zaprzeczyć, że plan przyniósł efekt. Ostatecznie dziś większość osób uważa, że deflacja jest bardziej niebezpieczna od inflacji.

Zmiana myślenia umożliwiła dalsze ratowanie dolara. Pod koniec lat 60-tych do pomocy zaangażowano Japonię, która zaczęła skupować ogromne ilości amerykańskich obligacji. Inni „sojusznicy” nabywali amerykańską broń. USA za jednym razem wzmacniały rangę waluty oraz zdobywały coraz większą przewagę w branży militarnej.

Na początku lat 80-tych propaganda stała się jeszcze bardziej agresywna. Zaczęto wmawiać społeczeństwu, że nie ma żadnego powiązania między deficytem a inflacją. Stany Zjednoczone poszły w kierunku gigantycznych deficytów, natomiast inflacja była niższa niż w latach 70-tych. W ten sposób „udowodniono” brak powiązania miedzy deficytem a inflacją. Dolar zaczął się umacniać, a zyski ESF rosły.

Jak to możliwe, że dolar był drukowany w tak dużych ilościach, a inflacja nie występowała? Oczywiście taka była specyfika systemu petrodolara, dzięki któremu Amerykanie nabywali dobra niemal za darmo

…Stosunkowo często wspominamy o ESF w odniesieniu do interwencji na rynkach finansowych. W naszej opinii informacje zawarte w artykule jednoznacznie pokazują, że zasięg oddziaływania funduszu jest ogromny. Trudno przypuszczać, aby ESF omijał rynki finansowe, których kondycja jest niezwykle istotna dla systemu.

Przez wszystkie lata istnienia ESF dolar był niszczony. Obecnie amerykańska gospodarka jest w dramatycznej kondycji, rośnie odsetek osób które potrzebują wsparcia socjalnego, natomiast rola dolara z roku na rok jest coraz mniejsza. Cudów nie będzie – dolar utraci ostatecznie status waluty rezerwowej. Pytanie brzmi: ile informacji na temat działań ESF wyjdzie na jaw?

Naszym zdaniem niewiele. Niezależnie od pogarszającej się sytuacji zwykłych mieszkańców USA, kraj ten będzie obecny przy tworzeniu fundamentów pod nowy system. Może się zatem okazać, że osoby, które do tej pory umożliwiały istnienie i działalność ESF, już wkrótce będą współodpowiedzialne za kreowanie nowego systemu opartego na SDR-ach.” (Zespół Independent Trader – Czym naprawdę jest Exchange Stabilization Fund?)

podobne: Od standardu złota do pieniądza fiducjarnego. Realny stan gospodarki USA, Teksas żąda od FEDu zwrotu złota, o cynicznych Grekach i ekspansji Chin. Czy świat finansów (a za nim cywilizacji zachodu) chyli się ku upadkowi? Polska na jedwabnym szlaku  oraz:  Independent Trader: Malutka Belgia ratuje obligacje USA czyli… jak zjeść ciastko i mieć ciastko a także: Prawdziwy sens konfliktów zbrojnych czyli… kto kontroluje dług ten kontroluje wszystko polecam również:  Przerośnięte państwo gwarancją problemów jego obywateli. O demokracji, państwie „opiekuńczym” i długu „publicznym” czyli przejadaniu przyszłości na własne życzenie i jeszcze:  Długi krajów rozwiniętych na historycznym poziomie a G20 wzywa USA do pilnego podniesienia limitu zadłużenia.

„Jeżeli to prawda… że świat dzieli się na banksterów i gangsterów to nasza sytuacja wygląda tak: nie istnieją realnie państwa demokratyczne. Istnieją tylko dekoracje zarządzane przez banki, które to dekoracje – parlamenty, rządy, narody, związki wyznaniowe, służą temu by banki mogły generować zyski. Pytanie więc czy kapitał ma narodowość jest z założenia głupie. Nie ma jej, a jeśli już się przy tym upieracie, to z pewnością nie jest to narodowość polska. Nie istnieją polskie banki, obojętnie jakimi byśmy się złudzeniami nie karmili. System tego nie zaplanował i już, jeśli zaś istnieją to niebawem istnieć przestaną, ich aktywa zaś zostaną przejęte. Prawdopodobnie bezszelestnie. I nikt tego nawet nie zauważy. Stwarzanie złudzeń dotyczących siły finansowej rodzimych banków, jeśli istnieje, musi się więc wiązać z jakimiś planami na przyszłość. Jakimi? Zapewne dotyczącymi konfliktu pomiędzy lokalnymi „niezależnymi” potencjami, który to konflikt stanie się kolejnym sposobem na powiększenie zysku banków.

 Jeśli nie istnieją państwa demokratyczne to znaczy, że nie istnieje polityka zagraniczna rządów. Jest ona fikcją. Ministrowie spraw zagranicznych zaś są powoływani po to, by przekazywać do lokalnych oddziałów Banku Rezerw Federalnych polecenia i sugestie…

Rządy jednak istnieją. Po co? Po to by prowadzić politykę wewnętrzną, czyli tresować poddanych, lub jak wolicie obywateli. Innej funkcji nie mają i mieć nie mogą. Służą także do prowokowania sytuacji generujących zyski i obsługi lokalnych instytucji finansowych. Jaki jest plan? Tego nie wiem. Mówią jednak, że zbliża się wojna z Iranem. Iran zaś to jedno z państw gangsterów, czyli takich państw, w których nie rządzą mafie międzynarodowe, ale lokalne. Inne tego typu państwa to Rosja, Chiny i Izrael. I fakt, że jedne z nich są zorganizowane w sposób demokratyczny a inne w sposób zamordystyczny nie ma żadnego znaczenia. Państwa gangsterskie mogą walczyć lub współpracować z banksterami. Jak rozwija się sytuacja zależy zawsze od bangsterów i od tego co rozumieją oni akurat pod pojęciem zysku. Tak więc wojna z Iranem może być wojną o ropę, ale nie musi…

Putin pozwoli na wojnę z Iranem, wytarguje Kaukaz i pacyfikację Polski oraz zaprowadzenie tu rządów swojej mafii. Pieniądze zmienią właściciela i wszyscy będą szczęśliwi. Na jakiś dość długi czas oczywiście. Do następnej katastrofy i następnego przetasowania. Europa popatrzy na nas ze smutkiem, ale też z radością, że tak małym kosztem udało jej się zażegnać kryzys. Będzie dobrze. W Iranie zatriumfuje demokracja, tak jak już zatriumfowała w Afryce północnej. Napisali ostatnio – naprawdę – że cała ta rewolucja zaczęła się od jakiegoś tunezyjskiego sklepikarza. Tak po prostu. Granice wstydu zostały więc przekroczone po raz kolejny.

Warto się zastanowić czy wobec dominującej roli banków przyjedzie taki moment, że państwa narodowe zostaną zlikwidowane. Moim zdaniem nie. Bo przynoszą one zbyt duże zyski. Nie zostaną zlikwidowane także państwa gangsterskie. Są bardzo potrzebne. Jeśli jakiegoś zabraknie, bo zawali się wskutek łapczywości lokalnych kacyków, stworzy się nowe. Banksterzy są poza tym jak wampiry – nie mogą wyjść na światło dzienne, bo zginą. Muszą żyć w ukryciu. Ujawnienie się zaprzeczy istocie ich obecności na Ziemi. Muszą mieć więc jakieś przekonujące dekoracje…” (coryllus – Jeżeli to prawda)

podobne: Rosja – Chiny – USA (Izrael) – Unia Europejska. Thierry Meyssan: „Początek wielkiej zamiany ról” oraz: Gospodarka Rosji stacza się, ale katastrofy już raczej nie będzie. Czy nacjonalizacja Banku Centralnego Rosji to element planu Rothschildów? Ukraina: Strach przed wojną paraliżuje biznes, kredyt z MFW to pomoc czy drenaż? Kijów walczy o reformy energetyczne (bez Kołomojskiego) i to: Independent Trader: „Hipotetyczne plany bankierów” czyli… wszystko przebiega zgodnie z planem a także: BRICS i VII szczyt w Ufie: Nowy bank ma pomóc zreformować światowe rynki finansowe. Czy BRICS stanie się formą organizacyjną dla cywilizacji przyszłości? Wojciech Jakóbik o hołdzie chińskim polecam również: Bankierzy mówią co myślą… Ile to jeszcze potrwa?

Jakiś czas temu doszło jednak do ujawnienia (się) tego co powinno być ukryte, a więc do potwierdzenia fasadowości instytucji zwanej „demokratycznym państwem”… Jak śpiewa poeta „poczuli siłę i czas”, więc nie muszą się dłużej ukrywać. Zwłaszcza że niewielu dostrzegło i zrozumiało wyjątkowość tej informacji…(Odys)

Zdaniem Barniera porozumienie w sprawie dostępu londyńskiego City do wspólnego rynku może być niezbędne, aby uniknąć utraty stabilności finansowej w Europie.

Brytyjskie dziennik „Guardian” napisał, że Barnier miał powiedzieć na zamkniętym spotkaniu z europosłami, że „musimy wykonać bardzo konkretną pracę w tym obszarze”. „Aby uniknąć niestabilności finansowej, (…) będzie musiała zostać nawiązana specyficzna, szczególna relacja” – miał powiedzieć były unijny komisarz ds. rynku wewnętrznego. Dzienniki powołuje się na wewnętrzną notatkę z tego spotkania i pisze, że to zapowiedź specjalnej umowy regulującej pozycje Londynu jako jednego z centrów finansowych dla Europy i rozliczeń we wspólnej walucie, euro. Zdaniem „Guardiana” to także zapowiedź odejścia Brukseli od „twardego Brexitu”...” (źródło rp.pl: Unia musi dogadać się z londyńskim City)

„…W związku z tym potrzebne są dwa traktaty negocjacyjne dotyczące Brexitu, jeden dla Korony, a drugi dla City. To jest z mojego punktu widzenia informacja wręcz fantastyczna. Podał ją wczoraj Puls Biznesu, ale póki co nikt z tak zwanych publicystów się nawet na ten temat nie zająknął. To co wymsknęło się panu Michelowi Barnierowi, zostało natychmiast zdementowane, jako błąd w tłumaczeniu czy inna jakaś bzdura. Nie pamiętam już kto powiedział, że nie wierzy w wiadomości nie zdementowane, ale nie jest to w tym momencie istotne – zdementowali znaczy prawda. Drugi raz nie zdementują, bo się ośmieszą już całkiem…

City nie jest Anglią, a królowa nie ma tam nic do powiedzenia, kiedy przekracza granicę tego dziwnego obszaru staje się po prostu Elżbietą Windsor i ma słuchać co jej bankierzy mówią. I jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie posłuchała. Cóż więc teraz? Jasne jest, że Brexit będzie przebiegał dwoma torami – jawnym i tajnym, od czasu do czasu słyszeć będziemy tylko jakieś dziwne dźwięki dochodzące z zaplecza. Może się także okazać, że City nigdy nie wyjdzie z UE i będzie po prostu finansowym łącznikiem pomiędzy wyautowaną Koroną, a interiorem finansowym Unii do niedawna zwanym kontynentem. Co z nami wobec tego? To zależy co postanowią ci ludzie których teraz City straszy i jakimi metodami zaczną obniżać koszty. Mam nadzieję, że nie będą potrafili ich obniżyć i strach przed Arabami zwycięży w ich sercach strach przed City. Wtedy jest szansa, że nic nam się nie stanie, a tamci przyślą tu parę drobnych, żebyśmy popatrzyli jak wzrasta potęga gospodarcza naszego kraju i żeby każdy miał już nie 500+ ale wręcz 1000+ na dziecko. Jeśli UE przestraszy się bardziej City, może się okazać, że najpierw rozprawi się z Arabami, a potem za pośrednictwem pana Putina z nami, bo za bardzo fikamy i domagamy się zbyt wiele, zamiast iść do roboty na szwalnię i czekać na deputat szarego mydła, jak to bywało dawnymi laty.

Jakby tego było mało wicekról Ameryki Donald Trump zapowiedział, że nie przyjedzie do Davos, a więc cały ten lewacki burdel zaczyna mieć się z pyszna i szuka tak zwanych nowych dróg rozwoju. Skoro nie będzie Trumpa, na miejscu ma się pojawić prezydent Chin. Ciekawe co na to powiedzą zwolennicy jedwabnego szlaku i „zbliżenia” z Chinami. Wybuchną entuzjazmem czy nie? Chiny miałby dać nowe gwarancje temu, co przed chwilą nazwałem lewackim burdelem i wyasygnować świeżą kasę na zasiłki dla Arabów, żeby ci podpuszczeni przez City nie poucinali głów unijnym urzędnikom i nie latali z tymi czerepami po ulicach miast. Ciekawe czy coś od tych Chińczyków wydębią, czy przyjedzie ten prezydent i wyjedzie wzruszywszy ramionami, bo okaże się, jak już nie raz bywało, że izolacja jest dla Chin lepszym wyjściem niż angażowanie się w niepewne interesy z obyczajowymi i finansowymi aferzystami…” (coryllus – Czy City wyjdzie z Unii?)

Opisana przez coryllusa wizja wpisuje się dość „dobrze” w ambicje londyńskiego City, które streszczają się w następującej kwestii: „…Brexit wzmocni pozycję City jako jedynej stolicy finansów konkurencyjnej wobec Nowego Jorku” (całość: Część przedstawicieli City za Brexitem)

podobne: Rosja uwiązana na Ukrainie czeka na propozycję USA w sprawie „rozbioru” Polski by w zamian pomóc poskromić Chiny. Potencjał Polski w konflikcie z interesem Niemiec (o „jedwabny szlak”). Rola prezydenta RP (a propos debaty). oraz: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? i to: Chiny Rosja i i Iran uderzają w dolara. Złote ambicje Chin polecam również:  Bankierzy mówią co myślą… Ile to jeszcze potrwa?

Adam Wycichowski niewolnik – pierwsza gwiazdka

„Przewodniczący Komisji Europejskiej Jan Klaudiusz Juncker, ten sam, który w trybie ekspresowym wyznaczył na 21 grudnia ubiegłego roku posiedzenie Komisji Europejskiej poświęcone ostatecznemu rozwiązaniu kwestii polskiej – tym razem, podczas kolejnej Konferencji Monachijskiej, wygłosił opinię, że wypracowanie nowego modelu stosunków między Unią Europejską a Wielką Brytanią zajmie „więcej niż 24 miesiące”. Skąd przewodniczący Juncker może wiedzieć takie rzeczy, skoro negocjacje UE z Wielką Brytanią jeszcze się nie zaczęły – tajemnica to wielka. Jesteśmy skazani na domysły, ale skoro już jesteśmy skazani, to nie żałujmy sobie i domyślajmy się…

…mamy dwie możliwości: albo obydwie instytucje wynegocjowane porozumienie zatwierdzą, albo nie. Powiedzmy jednak, że zatwierdziły. Wtedy zainteresowane państwo opuszcza szczęśliwą rodzinę unijną na warunkach wynegocjowanych i zatwierdzonych. No dobrze – ale co dzieje się w przypadku, gdy albo negocjacje nie doprowadzą do porozumienia, albo nawet doprowadzą, ale nie zostanie ono zatwierdzone? Wtedy zainteresowane państwo też może opuścić Unię Europejską, ale dopiero po 2 latach. 2 latach – czyli 24 miesiącach, o których z obfitości serca wspomniały usta Jana Klaudiusza Junckera! Po cóż Unii Europejskiej te 24 miesiące? Wyjaśnić to można odwołując się do innej instytucji traktatu lizbońskiego, mianowicie tzw. „klauzuli solidarności”. Stanowi ona, że w razie pojawienia się zagrożenia demokracji w jakimś kraju członkowskim, Unia Europejska, na prośbę państwa zagrożonego, może udzielić mu „bratniej pomocy” w celu usunięcia zagrożeń dla demokracji. A skąd wiadomo, że zagrożenia dla demokracji się pojawiły? No cóż; czyż potrzeba lepszego dowodu na zaistnienie tych zagrożeń, jak ów wniosek o wystąpienie z Unii? Nie potrzeba – a 24 miesiące chyba wystarczą, by te zagrożenia usunąć. A skąd będziemy mieli pewność, że zostały one usunięte? Stąd, że rząd ustanowiony w następstwie „bratniej pomocy” natychmiast wniosek o wystąpienie z Unii wycofa. Ciekawe, czy Jan Klaudiusz Juncker, wspominając o czasie nawet dłuższym niż 24 miesiące, miał na myśli właśnie tę mitręgę, czy też ta freudowska pomyłka przytrafiła mu się bez żadnej konkretnej intencji?” (Stanisław Michalkiewicz – Domyślajmy się!)

„…z ulgą i nadzieją witamy plany Angeli Merkel Europy dwóch prędkości. Mogą być śmiało nawet trzy, albo i więcej. Naturalnie pod warunkiem że J. Kaczyński nie zwariuje w międzyczasie i nie będzie starał się kraju zakwalifikować na pasmo najszybszego ruchu…

…Umiarkowana prędkość w dobrym kierunku jest lepsza niż ekspresowe pogłębianie euro integracji w złym, na co nalega Frau Merkel.

Jej celem, jak się zdaje, jest ekspresowe sprowadzenie reszty Afryki i Bliskiego Wschodu do serca Europy, zanim śpiące społeczeństwo niemieckie ocknie się aby bronić swojej tożsamości. Na czas tej turbo integracji Niemiec z islamem ich sąsiedzi zrobią dobrze jeśli zwolnią i odgrodzą się nawet od powstającego kalifatu płotem, jak Orban. Zbyt szybka integracja nie wyjdzie nikomu na zdrowie. Wręcz przeciwnie, rozsadzić może kohezję społeczną i doprowadzić do przyspieszonego rozkładu Niemiec z ich własnej i nieprzymuszonej woli. Ten rodzaj odwróconego Drang nach Osten, jak kto woli, leży w interesie ich sąsiadów. Nie bardzo więc wiemy czemu J. Kaczyński się tym martwi choć jednocześnie słusznie wskazuje palcem na Merkel jako na sprawczynię katastrofy i na role w tym jej piona w Brukseli Tuska, bezkrytycznie wentylującego niemieckie groźby pod adresem innych o astronomicznych karach za każdego nie przyjętego „uchodźcę”.

Interesujący jest timing tego pędu Angeli ku większej integracji. Wygląda to na reakcję euro establishmentu na Brexit, decyzję mających dość integracji Brytyjczyków i ich pragnienie aby się właśnie od kontynentu odintegrować. Czemu służyć ma przeciwstawienie się temu narzuconą przez Niemcy przyspieszoną integracją? Temu oczywiście aby stworzyć fakty dokonane przez co gotowość innych do próbowania kolejnego exitu z euro raju odpowiednio osłabnie. Wątpimy jednak czy strategia ta odniesie sukces.” (cynik9Europa dwóch prędkości)

„…Zaczęliście od powiedzenia nam, że musimy zapłacić rachunek, całe 52 miliardy funtów – kwota wyraźnie wzięta z powietrza, faktycznie forma żądania okupu. Moglibyście zauważyć, że włożyliśmy netto ponad 200 miliardów funtów w ten projekt, jesteśmy w istocie udziałowcami tego budynku i całej reszty majątku, i naprawdę to wy powinniście złożyć nam ofertę nie do odrzucenia, byśmy wyszli. A jak zawsze uroczy pan Verhofstadt, główny negocjator Parlamentu, w swojej rezolucji, nad którą mamy głosować później, mówi nam, że nie wolno nam omawiać potencjalnych umów handlowych z nikim innym na świecie, dopóki nie opuścimy Unii Europejskiej. Nie ma to żadnych zupełnie podstaw w prawie traktatowym i jest to tak, jakby powiedzieć, że nie możesz zaaranżować sobie mieszkania, na czas gdy wyjdziesz z więzienia…

…I oczywiście pan Tusk, którego nie ma dziś z nami – podejrzewam, że nadal płacze, wyglądał na dosyć załzawionego, nieprawdaż, po tym jak ambasador brytyjski doręczył list w zeszłym tygodniu – mówi nam w swoim memorandum, że wszelkie przyszłe umowy handlowe muszą zapewnić, że UK nie może mieć przewagi konkurencyjnej. To wszystko jest niemożliwe, a dokładacie do tego hipokryzję, że z jednej strony mówicie, że UE będzie negocjować jako jedność, a klauzula 22 dokumentu Tuska mówi, że w istocie Gibraltar, że Hiszpanie mogą mieć całkowite weto wobec całej umowy, jeśli nie będą usatysfakcjonowani suwerennością Gibraltaru. My wierzymy w narodowe samostanowienie – waszym celem i ambicją jest zniszczenie demokracji państwa narodowego. Gibraltar jest zdecydowanie rzeczą nie do przyjęcia na obecnych warunkach.

Okazaliście tymi żądaniami, że jesteście mściwi, paskudni. Mogę jedynie powiedzieć: dzięki Bogu, że wychodzimy. Zachowujecie się jak mafia. Myślicie, że jesteśmy zakładnikiem. Nie jesteśmy, wolno nam odejść…

…daje się nam żądanie okupu. Ale co musi być bardzo trudne dla was wszystkich do pojęcia, to że istnieje większy świat, tam na zewnątrz, niż Unia Europejska. 85 procent światowej gospodarki jest poza Unią Europejską. I jeśli chcecie nie mieć żadnej umowy, jeśli chcecie zmusić nas do odejścia od stołu, to nie my na tym ucierpimy. Wiecie, my nie musimy kupować niemieckich samochodów, nie musimy pić francuskiego wina, nie musimy jeść belgijskiej czekolady. Jest wielu innych ludzi, którzy nam to dostarczą. Powrót do taryf narazi miejsca pracy setek tysięcy ludzi żyjących w Unii Europejskiej, a jednak co mówicie, to że chcecie przedłożyć interesy Unii Europejskiej ponad interesy waszych obywateli i waszych firm. I jeśli będziecie dalej iść tą drogą, to nie tylko Zjednoczone Królestwo uruchomi artykuł 50, będzie jeszcze wiele kolejnych.” (karasekUS, Nigel Farage: UE jak mafia… niech będzie gangsterzy)

podobne: Unia doigrała się Brexitu. Eurosceptycy tryumfują, skowyt histerii wśród euroentuzjastów (od lewa do PISu). Wielka Brytania przed historyczną szansą, a co z Polską? Czekam na Polexit oraz: „Kiedy rząd boi się ludzi mamy wolność.” (Thomas Jefferson). Eurosceptycyzm w Europie. Biznes ma dość handlowej wojny z Rosją. Włosi przeciwko tyranii EBC. Szwecja na skraju kryzysu rządowego

W przeciwieństwie do państw takich jak Polska (a w zasadzie ich elit politycznych) wiecznie do czegoś aspirujących, zatroskanych o swój wizerunek „zagranico”, państwa poważne (a do takich należy Wielka Brytania) mają to do siebie że potrafią uzasadnić swoje racje, nawet jeśli argumenty na owe racje wydają się nieco „przestarzałe”. Demonstrując tym samym wyższość i przywiązanie do własnego porządku i dorobku prawno cywilizacyjnego… (Odys)

„…w portalu Obserwator finansowy ukazał się tekst Jacka Ramotowskiego zatytułowany Wielkie banki przygotowują się do brexitu. I w tym tekście znajduje się taki oto fragment:

Na wniosek Giny Miller brytyjski Sąd Najwyższy orzekł w listopadzie, że rząd nie może złożyć notyfikacji zamiaru opuszczenia Unii bez zgody parlamentu. Rząd odpowiednią ustawę przedstawił, ale nie zawiera ona szczegółów. Domaga się upoważnienia go do uruchomienia art. 50 Traktatu Lizbońskiego i podjęcia negocjacji zgodnie z tzw. klauzulą Henryka VIII z 1539 roku. Klauzula ta pozwala na zmianę, a nawet uchylenie ustawy bez zgody parlamentu.

Można uchylić ustawę bez zgody parlamentu, bo są odpowiednie narzędzia prawne w tradycji legislacyjnej na Wyspie. Tylko kto o tym decyduje? Wczoraj myśleliśmy, że król. A jeśli tak, to sądziłem, że będą z tym brexitem czekać, aż pani Ela odłoży łyżkę i na tronie zasiędzie Harry czy może te drugi, bardziej piegowaty. Dziś z rana okazało się, że w takich sprawach decyduje tajna rada, a skład tajnej rady możecie sobie znaleźć w sieci, bo nie jest on znowu aż tak tajny. No, ale jak napisałem na początku nie będzie trzeba sięgać po klauzule z roku 1539, bo już jest po sprawie, brexit rozpocznie się przed końcem marca.

Widzimy na tym przykładzie jak poważna jest tradycja polityczna Wielkiej Brytanii i jak serio traktuje się tam decyzje. Oczywiście, ktoś powie, że od dawna wiadomo było, że wyjdą potrzebowali tylko uzasadnienia. No, ale potrafią to uzasadnienie znaleźć i za jego pomocą przymusić Izbę Lordów to uległości. To jest właśnie poważna polityka.

Popatrzmy teraz jak poważna polityka wygląda u nas. Poważną polityką są w Polsce kwestie dotyczące 500+ i strajku nauczycieli o 10 procentową podwyżkę, poważną polityką jest nieudany skok na stanowisko szefa PE, a także powracające stale gawędy o tym czy uzbroić Polaków czy też może pozostawić ich bez broni, a za to zorganizować obronę terytorialną. Za poważną wewnętrzną politykę w Polsce uchodzi medialna propaganda najgorszego gatunku, taka jaką zaprezentował w najnowszej, jeszcze nie wydrukowanej Gazecie Polskiej Tomasz Sakiewicz. Na okładce widzimy tramwaj z czasów okupacji, z którego wychyla się Angela Merkel, a na pierwszym planie stoi Donald Tusk w mundurze esesmana. Proszę bardzo https://twitter.com/GPtygodnik/status/841348170584076289

W środku jak widzicie mamy tradycyjną, znaną nam z tygodników wydawanych za Gierka, mapkę przedstawiającą potencjał wojenny krajów Europy, z tym, że odwrotnie niż wtedy zagrożeniem nie jest zachód a Rosja. Mamy więc tu połączenie dwóch poetyk. Nachalnej propagandy i pseudonaukowej strategii. Każdy oczywiście, kto to skrytykuje zostanie z miejsca nazwany ruskim agentem. Bo ten manewr także jest wpisany w mechanizm działań poważnej polityki wewnętrznej w Polsce. Jeśli do tego dodamy to, co powiedziała pani Fotyga niedawno, w związku ze sprawą uzbrojenia Polaków, to mamy komplet. Powiedziała – przypomnę tylko – że w Polsce, odwrotnie niż w USA nie ma tradycji noszenia broni. Gadałem o tym wczoraj z Jackiem i on powiedział w pewnym momencie, że w Polsce jest za to tradycja noszenia ołowianych kul w potylicy. Ja zaś pomyślałem, że to dobry bon mot, bo on opisuje czynną nad Wisłą i wiecznie żywą tradycję potyliczną. Mamy nawet taki prawicowy portal – Wpotylicę. Prowadzą go bracia Karnowscy…” (coryllus – O tradycji politycznej i tradycji potylicznej)

podobne: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego oraz: Międzymoże, czyli o wpuszczaniu Polski w kanał casus belli przez gigantomaniaków którzy nie panują nad własnym państwem.

„…ma się w Rzymie odbyć uroczysty „szczyt” Unii Europejskiej, na którym delegacja polska ma znowu pokazać europejsom” nie tylko, jakie z nich palanty, ale stanąć na nieubłaganym gruncie europejskiej jedności, a także – jedności euroatlantyckiej. W związku ze szczytem pani premier Szydło żałośliwym tonem wygłosiła specjalne orędzie do narodu, informując, co i jak. Ten żałośliwy ton wynika, jak przypuszczam, z trudności położenia w jakim znalazła się nie tylko ona, ale całe PiS wobec swoich wyznawców. Z jednej strony pan prezes Kaczyński chciałbym im zaimponować przedstawieniem, jak to pod jego przywództwem Polska „wstaje z kolan” i tak dalej, ale z drugiej strony targa nim jaskółczy niepokój, że jak tylko spróbuje wstać, to nie dostanie forsy, od której nasi Umiłowani Przywódcy uzależnili nie tylko Polskę, ale i samych siebie. Przed taką możliwością ostrzegł panią premier Szydło francuski prezydent Hollande, zauważając, że „wy macie zasady, a my – subwencje”. Wprawdzie pani premier skwitowała to lekceważącą uwagą, że prezydent Hollande ma zaledwie 4 procent poparcia, ale procenty to jedna rzecz, a forsa, to rzecz druga. Ale cóż; wobec wyznawców trzeba trzymać fason („on tu jeden trzyma fason ponad Żydów podłą zgrają i on jeden nie jest mason, chociaż – czego nie gadają?” – powiada poeta), więc pani premier zapowiedziała, że jeśli polskie żądania nie zostaną w Rzymie spełnione, to Polska nie podpisze końcowej deklaracji. Nie wiem czemu, ale przypomina mi to scenę spotkania meksykańskiej cesarzowej Charlotty z cesarzem Napoleonem III. Charlotta chciała namówić Napoleona na interwencję w Meksyku, gdzie powstańcy oprymowali jej męża, cesarza Maksymiliana. Napoleon wykręcał się jak tylko mógł, więc Charlotta użyła ostatecznego w jej mniemaniu argumentu, oświadczając, że jeśli nie będzie interwencji, to oboje z mężem abdykują. – Ależ abdykujcie jak najprędzej! – wyrwało się wtedy Napoleonowi, na co Charlotta najpierw dostała spazmów, potem zaczęła wyrzucać francuskiemu cesarzowi jego niskie pochodzenia, aż wreszcie zwariowała. Takie rzeczy pokazują, że w polityce światowej sprawy tragiczne sąsiadują z komicznymi…” (Stanisław Michalkiewicz – Czyżby znowu moralne zwycięstwo?)

podobne: Dwie prawdy zamiast polityki oraz: „Szklany nocnik dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego” za „Traktat Lizboński i nadmuchiwanie Niemiec” i to: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą a także: Michalkiewicz i Braun: Quo vadis Polsko? Sny o potędze RP kontra przekleństwo georealizmu. „Stary Nowy Porządek” czyli Zdrada w Monachium

rys. Jerzy Wasiukiewicz

O stawianiu wozu przed wołem czyli o treściach ukrytych naprawdę. „Pokot”, „Wielka Lechia”, „słowiańszczyzna” i folklor jako propaganda specjalnej (o Polaków) troski


Witold Pruszkowski - Ofiarowanie korony Piastowi

Witold Pruszkowski – Ofiarowanie korony Piastowi

„…Winnicki i narodowcy, spotkali się właśnie z przedstawicielami Serbołużyczan, a Winnicki wręcz pisze o tym, że to są Słowianie, co wytrwali przez setki lat pod niemieckim butem. Nazwanie Winnickiego idiotą, to jest w tym wypadku gruby komplement. Jedną z gorszych pomyłek jakie może popełnić człowiek aspirujący do polityki jest pomylenie tejże z folklorem. Serbołużyczanie zaś to tacy sami Niemcy jak ci z Berlina, na okoliczność wizyt turystów zaczynają czasem gadać po swojemu, a w Bad Muskau i Weiswasser są te tabliczki z napisami słowiańskimi, ale to niczego nie zmienia. Za komuny żyło im się jak u Pana Boga za piecem, a teraz jest pewnie jeszcze lepiej. Jaka jest ich misja polityczna? Pewnie jakaś transmisja złudzeń i może jakichś groszaków dla polskich narodowców szukających słowiańskich korzeni.

W tej formule, w której mieszczą się mniejszości takie jak Serbołużyczanie czy RAŚ, a już wkrótce mniejszość ukraińska na Dolnym Śląsku, najciekawsze jest to, że lewica, jaka by nie była, chce mieć do dyspozycji społeczeństwo multi kulti, a jednocześnie wyznaczać pewnym grupom granice etniczne. Liderzy tych grup, działający jak psy Pawłowa, czynią to samo – wyznaczają swojej grupie granice etniczne, a następnie zaczynają popierać multi kulti. O co chodzi? O to co zwykle jest istotą polityki imperialnej wobec słabszych – o likwidację wszystkiego co ma choć pozór autentyzmu i zastąpienie tego pięknie wyglądającym folklorem…” (coryllus – Kto jest największym bohaterem Solidarności)

„…Folklor zastępujący sprawy istotne, to cecha polityki imperiów wobec narodów słabszych. Po ilości więc organizacji folklorystycznych czynnych na danym terenie poznajemy, że wielcy o nas nie zapomnieli. Dlaczego jak tak źle odnoszę się do ONR? Bo wiem, z dobrego źródła, że na sto tysięcy ludzi liczącym marszu niepodległości organizacja ta nie zebrała nigdy więcej jak 15 tysięcy złotych. Mniej pewności mam co do spenetrowania ONR przez policję i inne różne organizacje gwarantujące bezpieczeństwo, ale taką hipotezę także postawię. O co więc chodzi mieszkańcom Hajnówki? Oni też chcą być folklorem. Trudno w to uwierzyć, ale to prawda. O niczym ludzie ci nie myślą z takim ciepłem w oczach, jak o tym, że zostaną wreszcie oficjalnie przez wszystkie ważne czynniki uznani za etnos wrośnięty korzeniami w Puszczę Białowieską. Etnos zaś to jest co prawda folklor, ale o wiele bardziej poważny niż maszerujący ulicami chłopcy z zielonymi flagami. Etnos bowiem służy do kwestionowania praw własności. To jest jego funkcja podstawowa, z której on sam, ani piszący w jego imieniu petycje idioci nie zdają sobie sprawy. Nie zdają sobie bo są folklorem przeznaczonym do zmiany stosunków własności na jakimś terenie, a te zmienia się nie po to przecież, by sobie jakiś etnos zwiększył stan posiadania….Tak się może wydawać jakimś frajerom, oni jednak za swoje frajerstwo płacą zwykle pierwsi. Tego się niestety żadnemu przedstawicielowi etnosu wyjaśnić nie da, on to może zrozumie, a może nie, dopiero wtedy kiedy przyjdzie do noży. No, ale to już będzie grubo za późno…” (coryllus – Granice etniczne w świecie multi kulti)

podobne: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona. O patriotyzmie słów kilka. oraz: Jak honor (w Wersalu) i etnos (w Rydze) kresów Polskę pozbawiły czyli… Piłsudski, Dmowski, Żydzi i patriotyzm na Targu (Kaczmarskiego) i to: Wojna Informacyjna: Kto komu narzuci narrację? Rosyjska propaganda specjalnie dla Polaków, Sputnik wylądował. Rząd chce blokować wrogie inwestycje. Słowo o agenturze wpływu a także: Jacek Kaczmarski: „Według Gombrowicza narodu obrażanie” do grafiki „Polak Hobbitem Europy” i jeszcze: Marsz „Polski dla Polaków” i antypolska histeria w „zagranicznych” mediach dla których nacjonalizm to rasizm. polecam również: Do przyjaciół narodowców. Naród a państwo czyli… Ile jest z narodowca w socjaliście?

„We wspomnieniach Alberta Speera, które bardzo lubię, jest taki wątek. Oto Mussolini, od samego początku inwestuje w badania archeologiczne w Rzymie i okolicach, wyciąga z ziemi różne ciekawe rzeczy z marmuru, a to rzeźby, a to jakiś detal architektoniczny, a to coś ze złota. Himmler już po dojściu NSDAP do władzy chce mieć podobne sukcesy i trochę wbrew Hitlerowi, który woli nowoczesną architekturę, zaczyna grzebać w ziemi niemieckiej. Jego celem jest udowodnienie, że wielkość Germanii i jej historia w niczym nie ustępują wielkości i historii Italii. Himmlera interesują głównie starożytności, ale efektem jego prac jest odsłonięcie kilku kamienno-drewnianych grodzisk i jakieś złomki z brązu. Himmler jest szczęśliwy, bo uważa, że znalazł skarby kultury, a Hitler jest wkurzony, bo uważa, że Himmler skompromitował go w oczach Mussoliniego. Nijak bowiem nie idzie porównać tego co ma w muzeum Mussolini z tym co wykopano z ziemi niemieckiej…

Narracja historyczna zawsze pozostaje służebna wobec doktryny państwa, tej zaś, jak wiemy nie ma. Jeśli więc pojawiają się narracje konkurencyjne, możemy w ciemno zakładać, że są one wrogie państwu i jego obywatelom. Tym bardziej, że nie opierają się na żadnej realnej podstawie. Ktoś gdzieś coś przeczytał, a ktoś inny coś zobaczył i stwierdził, że to na pewno pojazd kosmiczny.

Jeden z komentatorów przywołał tu na blogu znalezisko archeologiczne zwane wazą z Bronocic. Tam wyobrażono rzekomo wóz na kołach, a waza pochodzi sprzed 3 tysięcy lat. No i ten wóz na wazie oznacza, że tu była wielka cywilizacja. I cóż tu rzec? Archeologowie Mussoliniego nawet by nie zauważyli, że pęta im się pod nogami jakaś waza z Bronocic. Może, jakby mieli dobry humor, wysłaliby ją Himmlerowi w prezencie. Co tam widać na tej wazie? Sami zobaczcie https://pl.wikipedia.org/wiki/Waza_z_Bronocic To co według mnie wygląda jak bróg na siano, postawiony na łące, według archeologów jest wozem na kołach, widzianym oczywiście z góry przez przelatujący nad Bronocicami pojazd kosmiczny z wielkiej Lechii, która stworzyła niezwykłą cywilizację. Ta waza ma świadczyć właśnie o tym, jak wielką była niegdyś nasza rodzima cywilizacja. Dlaczego ludzie podejmują dyskusję na tematy, które ich nie dotyczą, dlaczego nie mając ani krzty istotnych informacji i nie szukając potwierdzenia w źródłach, usiłują polemizować z tym co nazywają „oficjalną nauką”, a czego nawet nie dotknęli?…

…I tak właśnie doszliśmy do początków wielkiej Lechii i początków starożytnej wielkości naszej….aha, ile osób znajdujących się na sali widziało w rzeczywistości ten dukat Łokietka, proszę podnieść ręce do góry. Pewnie tyle samo ile widziało geny Lechitów i Braminów i miało okazję porównać jedne z drugimi…

…wszystkie te gawędy o wielkości minionej pojawiają się w momentach jawnej opresji. To znaczy, albo pod zaborami, albo za komuny jak jest rocznica 1000 lecia państwa. Żaden szlachcic mieszkający w I RP nie przejmował się ani Mieszkiem I, ani tym bardziej wielką Lechią. Dlaczego? Bo był u siebie i nie było mu to do niczego potrzebne. Dziś, cały ten obszar ekscytacji służy tylko temu, by co słabsze umysły zepchnąć wprost w szaleństwo. Źródło tego szaleństwa bije dokładnie w tym samym miejscu, w którym poi swoje koniki Agnieszka Holland opowiadając nam później o złych białych, heteroseksualnych mężczyznach, którzy zabijają dobre zwierzątka, a wszystko to błogosławi podły ksiądz. Różnice są pozorne, ale większość ludzi tego nie chce dostrzec. To żarcie bowiem jest tak smakowite, że nie mogą przestać przeżuwać.” (coryllus – Jak towarzysz Gomułka stworzył Wielką Lechię)

„…Jakieś 120 lat temu po lasach Dolnego Śląska z zapałem wędrowała szlachetna młodzież niemiecka w poszukiwaniu przedchrześcijańskich korzeni : różnych „runów”, „Eddy” (starożytny język germański?) aby oczyścić się z tego chrześcijańskiego „zaśmiecenia duszy”. Działo się to w ramach ruchu pod nazwą DieVölkische Bewegung. Założycielom chodziło m.in do powrotu do „mitologii germańskiej” i „pogańskiego niemieckiego światopoglądu”. Kto za tym stał, można się domyślać. Wymienia się Thule Gesllschaft i różnych okultystów w rodzaju Dietricha Eckarta, który podobno zdołał przed śmiercią w 1923 r. zrobić z Hitlera okultystę.

Dziwnie mi to przypomina te różne „słowiańskie pogańskie przedchrześcijańskie obrzędy” stręczone młodzieży za kasę z budżetu i z ‚zagranicznych fundacji”. No i te różne „runy” dziwnie mi przypominają tę „wazę z Bronocic” (pink panther 18 lutego 2017)

„…Archeologia to niestety z samej natury rzeczy wiedza fragmentaryczna. Tak naprawdę mimo 150 lat regularnych badań archeologicznych na świecie wiemy o pradziejach zaskakująco mało. Dowodem może być nierozstrzygnięta sprawa pochodzenia języków indoeuropejskich: mnogość nieudowodnionych hipotez raczej zaciemnia sprawę, niż ją rozjaśnia. Są oczywiście prowadzone badania genetyczne szczątków ludzkich z wykopalisk, ale trzeba zawsze pamiętać, że pochodzenie jakiejś populacji jest czym innym niż pochodzenie ludu, języka, czy kultury. Tymczasem ta cała prasłowiańska mitologia w ogóle się tym wszystkim nie przejmuje. To, co jej zwolennicy piszą o religii Słowian pochodzi wprost z bałamutnych prac XIX-wiecznych romantyków. A trzeba pamiętać, że posuwali się oni nawet do oszustw, takich jak sfabrykowanie tzw. kamieni mikorzyńskich, czy posążków z Prillwitz. Nawet słynny Światowit ze Zbrucza jest bardzo dyskusyjny i nie wiadomo kiedy powstał, może być również nowożytnym fałszerstwem. Więcej to ma wspólnego z jakąś ezoteryką i antychrześcijańską ideologią, niż z czym innym.” (Stalagmit 18 lutego 2017)

„…Narracja pogańska wciskana nam – to jest ta sama narracja, co wciskana ruskim. Też są wianki, giezła z wzorkami i wielka Ruś, Lechia czy inne, dedykowane lokalnemu rynkowi produkty. Jakieś popłuczyny Kraft durch Freude, wole mocy itd.

Logika wydarzeń i narracji jest prosta, jak konstrukcja cepa. Skoro dla naszych wrogów Średniowiecze to okres nędzy, katolickiej opresji i zacofania – a okres poprzedzający Chrzest Polski – okresem prosperity i rozwoju – to nie może w tej pogańskiej narracji być inaczej, niż tak, iż to Kościół „załatwił ” Polskę, zwana Lechią. Czyli – budowanie pozytywnego obrazu „Lechii” i legendy o tym, iż genetycznie, językowo, geograficzne i gospodarczo byliśmy panami świata – służyć może jedynie deprecjonowaniu roli Kościoła w I RP oraz obecnie – i temu służyNie byłoby tak, gdyby nie obowiązujący mem o Średniowieczu i Kościele, czyli okresie po pogaństwie. Ale nie po to ten mem konstruowano, by go nie eksploatować.
Oczywiście oczekiwany rezultat ostateczny jest znany – utrata własności, niewolnicza praca, socjalizm – a dla obeznanych z bronią – postępowanie uproszczone – anonimowy dół i kula w łeb…” (Wolfram 19 lutego 2017)

podobne: „Na sumieniu Polski ciąży wiele grzechów przeciwko sobie, ale ani jeden przeciwko innym narodom.” Aleksijewicz: człowiek postsowiecki jest agresywny i bezwzględny oraz: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom?  i to: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego polecam również: Mesjanizm i człowiek sowiecki w polskiej duszy i jeszcze: Tropem Wikingów. PAN zbada DNA polskich władców. Badania nad rewelacjami Paula Russella. Definicja IIIRP wg. Marka Stefana Szmidta

„…zarzucono mi, że mieszam rzeczy ciekawe i ważne, to znaczy Wielką Lechię, jakże dla niektórych uwodzicielską, z bełkotem Agnieszki Holland. To jest coś niesamowitego, że ktoś w ogóle pomyślał w ten sposób i z faktu istnienia kilku władców przedchrześcijańskich zrobił sobie taką trampolinę, która ma go wyrzucić hen ku jakimś sukcesom. Nasze osobiste sukcesy nie zależą bowiem od odkryć archeologicznych czy badań archiwalnych, szczególnie, że te są problematyczne. Wielka Lechia ma jedynie wymiar terapeutyczny, a lepiej będzie rzec narkotyczny i służy obciążaniu umysłów słabszych treścią nie dającą się zweryfikować. Treścią, która w dodatku w żaden sposób nie może zmienić ani niczyjego życia, ani zweryfikować żadnego potocznego mniemania na istotne kwestie. Mieszanie więc jej z bełkotem Holland nie jest jakimś wielkim przewinieniem jak mniemam. Tym jest ono mniejsze, że na weryfikację czeka mnóstwo treści świeższych niż Wielka Lechia. Treści, które są naprawdę istotne dla zrozumienia historii i naszej obecnej sytuacji…

…Jak wiecie, a może nie pamiętacie tego już, cała potęga gospodarcza I RP stała na kilku filarach. Były to – handel zbożem, solą, wyrobami stalowymi, czerwcem polskim i wołami. Zaczynamy od wołów, bo taka akurat książka została napisana dawno temu, a autor zawarł w niej wszystkie nasze najskrytsze przemyślenia dotyczące szantaży politycznych jakim Rzeczpospolita poddawała Niemcy, w związku z handlem wołowiną właśnie. (…) Stanęliśmy u początku drogi, która poprowadzi nas od okrywania treści ukrytych przed naszymi oczami naprawdę.” (coryllus – O treściach ukrytych i jawnych)

„…stada pędzone przez południowe obszary Rzeczpospolitej, liczyły dziesiątki tysięcy sztuk. Woły pędzono z Mołdawii, Wołoszczyzny, Ukrainy, a sprzedawano w Rzeszy, we Francji, a nawet w Londynie. Do dalekich miast płynęła już, rzecz jasna wołowina, zasolona w beczkach. Woły bowiem szlachtowano nad Wisłą, skąd mięso spławiane było do Gdańska i nad Odrą w Brzegu, skąd transportowano je do Szczecina. Wołowina była dla Rzeczpospolitej skutecznym narzędziem politycznego szantażu. Kiedy cesarz Karol V, próbował ingerować w relacje pomiędzy królem Zygmuntem a Albrechtem Hohenzollernem, Kraków zagroził Niemcom wstrzymaniem dostaw wołowiny. Przepędy wołów były pretekstem do dokonywania miliardowych nadużyć i oszustw. Jan Baszanowski opisuje ciągnący się latami proces przeciwko Jakubowi Fuggerowi, który był największym importerem wołowiny w Rzeszy, początku XVI wieku, na sprawę wezwano ponad 1000 świadków. Autor, nie łamiąc konwencji dzieła naukowego przedstawia nam świat fascynujący i niedostępny dziś zmysłom, ze względu na to, że handel wołami, na którym opierała się potęga Rzeczpospolitej nie znalazł swojego miejsca w popkulturze. Spróbujmy więc dziś tu przywołać choć częściowo ten niezwykły klimat wielkich interesów, wielkiej polityki i ogromnych zysków.” (Handel wołami w Polsce do kupienia w księgarni coryllusa)

…tak oto zamiast Kościołowi mamy wierzyć okultystom i „słowianom”… Zamiast promować udokumentowany sukces I Rzeczypospolitej mamy się grzebać w garnkach niewiadomego pochodzenia… A zamiast pędzenia i odcinania kuponów od handlu wołami, mamy być jak te woły pędzeni i obdzierani ze skóry przez obcych… tam gdzie oni chcą… (Odys)

podobne: (NIE)odpowiedzialni za państwo. Dwa oblicza Sarmatów i Quincunx Orzechowskiego czyli Wielka Polska Katolicka  oraz: Wacława Sobieskiego „Pańska buta” do „Rokoszu” Jacka Kaczmarskiego. Szlachta (nie) pracuje! i to: Unia w Horodle jako dziedzictwo polskości, oraz Feliks Koneczny o Polsce między Wschodem a Zachodem. Czy można być cywilizowanym na dwa sposoby?

rys. Tomasz Bereźnicki

W USA: czy prezydenta wybrał Putin i kto odpowie za porażkę w cyberwojnie, rośnie przepaść między bogatymi i biednymi, Kongres chce zlikwidować Obamacare (w pakiecie reformy gospodarcze)


rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

USA: FBI opublikowała nowy raport oskarżający Rosję o ingerencję w amerykańskie wybory

PAP – Świat, 30 Gru 2016, 6:41,  Waszyngton (PAP/Reuters/AP) – Federalne Biuro Śledcze (FBI) i Departament Bezpieczeństwa Krajowego opublikowały w czwartek pierwszy dokładny raport bezpośrednio oskarżający hakerów z rosyjskich cywilnych i wojskowych służb wywiadowczych FSB i GRU o ingerowanie w proces ostatnich wyborów w USA.

Raport, liczący 13 stron, zawiera dokładne informacje o charakterze technicznym wskazujące na powiązania rosyjskich hakerów z włamaniami do serwerów Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej.

Według raportu rosyjska FSB zaczęła w połowie 2015 r. m. in. wysyłać złośliwe kody komputerowe i linki do ponad 1000 odbiorców w USA, w tym do Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej, instytucji i agend federalnych. W raporcie podano przykłady takich kodów i linków.

Krajowy Komitet Partii Demokratycznej miał być ponownie infiltrowany na początku br. przez rosyjski wywiad wojskowy GRU.

Administracja prezydenta Baracka Obamy już 7 października oskarżyła Rosję o ataki hakerskie mające na celu wpływ na proces wyborów prezydenckich w USA, ale raport FBI jest pierwszym oficjalnym dokumentem zawierającym szczegółową analizę techniczną i konkretne dane. Jest to też pierwsze oficjalne potwierdzenie FBI tych zarzutów.

Raport opublikowano tego samego dnia, w którym prezydent Obama ogłosił sankcje wobec Rosji, w tym wydalenie z USA 35 rosyjskich dyplomatów.

Strona rosyjska, która zdecydowanie odrzucała te oskarżenia, potępiła sankcje i zapowiedziała „udzielenie adekwatnej odpowiedzi”. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa napisała na swoim profilu na Facebooku, że reakcji Moskwy należy spodziewać się w piątek.

Według amerykańskich agencji wywiadowczych, rosyjscy hakerzy wykradli tysiące maili z serwera Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej a następnie dostarczyli je demaskatorskiemu portalowi WikiLeaks, by skompromitować demokratyczną kandydatkę do prezydentury Hillary Clinton i pomóc w ten sposób Donaldowi Trumpowi wygrać wybory prezydenckie. (PAP) jm/ 

źródło: stooq.pl

„FT”: według Trumpa „zero dowodów” na wpływ Rosji na wybory w USA

PAP – Świat, 2 Sty 2017, 20:57, Waszyngton (PAP/Media) – Prezydent elekt Donald Trump uważa, że istnieje „zero dowodów” na to, iż Moskwa ingerowała w wybory w USA i wpłynęła na ich wynik – oświadczył w poniedziałek rzecznik Trumpa Sean Spicer, cytowany przez „Financial Times”.

Prezydent elekt nie chce „wyciągać pochopnych wniosków” z raportu FBI na temat rosyjskich hakerów, którzy ingerowali w proces wyborczy – powiedział Spicer, odnosząc się do opublikowanego w zeszłym tygodniu dokładnego raportu Federalnego Biura Śledczego (FBI) i Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego.

Spicer podważył ustalenia tego raportu, nazywając go „13-stronicowym podręcznikiem na temat poprawy podstawowego bezpieczeństwa Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej”, której serwery zostały zaatakowane.

Raport bezpośrednio oskarża hakerów z rosyjskich cywilnych i wojskowych służb wywiadowczych FSB i GRU o ingerowanie w wybory. Liczący 13 stron dokument zawiera dokładne informacje o charakterze technicznym wskazujące na powiązania hakerów z włamaniami do serwerów Demokratów.

„FT” przypomina, że informacje o działaniach Rosji wzburzyły Kongresmenów niezależnie od afiliacji politycznej, co „wróży trudne początki dla administracji Trumpa, gdy będzie starała się wykorzystać fakt, iż Republikanie przejęli (po wyborach) kontrolę zarówno nad Senatem jak i Izbą Reprezentantów”.

Wcześniej w poniedziałek kongresmen Adam Schiff, członek Komisji Wywiadu Izby Reprezentantów zarzucił Trumpowi, że jako jedyny wydaje się kwestionować informacje zawarte w dokumencie FBI.

Wpływowi Republikanie, jak senatorzy John McCain i Lindsey Graham, którzy od tygodni apelują o powołanie międzypartyjnej komisji Kongresu, która zbada tę sprawę, zapowiedzieli, że będą – jak powiedział McCain – „mocno naciskać na naszych kolegów (w Kongresie USA – PAP), by przyjęli bardziej znaczące i ostrzejsze sankcje przeciwko Rosji z powodu jej ataków na Stany Zjednoczone”.

Trump w ubiegłym tygodniu ogłosił, że nadszedł czas, by zająć się czymś innym, niż kwestie związane z cybernetyczną interwencją Rosjan, lecz w poniedziałek zmienił stanowisko, a jego zespół zasugerował, że prezydent elekt podejmie w tej sprawie decyzję, gdy zapozna się z większą ilością materiałów dowodowych.

„FT” przypomina, że przed opublikowaniem raportu FBI 17 amerykańskich agencji wywiadowczych uznało, że za atakami hakerów stała Rosja.

W czwartek Stany Zjednoczone ogłosiły nałożenie sankcji na Rosję w reakcji na hakerskie ataki, które służyły ingerencji w amerykańskie wybory prezydenckie; 35 rosyjskich dyplomatów zostało wydalonych z USA. (PAP) fit/ mal/

źródło: stooq.pl

„…kiedy okazało się, że zwycięstwo Trumpa wywołało w Stanach Zjednoczonych podobne objawy, co wejście do austriackiego rządu Jorga Haidera, doprowadzając do wybuchu niespotykanego wcześniej w Ameryce politycznego zacietrzewienia, niemieckie kierownictwo najwyraźniej się zreflektowało i z początkowego zaskoczenia ochłonęło. Być może odegrała tu decydującą role okoliczność, że zarówno w Europie, jak i w Ameryce, siłą napędową tych protestów i tego zacietrzewienia jest złość i złoto starego żydowskiego grandziarza finansowego Jerzego Sorosa, który to wszystko finansuje. Będąc w Nowym Jorku słyszałem z wielu stron uporczywą plotkę, jakoby grandziarz obiecał każdemu elektorowi, który 19 grudnia nie odda głosu na Trumpa, 5 milionów dolarów. Nie ma dymu bez ognia; 20 elektorów zapowiedziało, ze nie zagłosuje na Trumpa dopóki CIA nie wyjaśni, czy wybory prezydenckie nie były aby zmanipulowane przez Rosję. Zatrzymajmy się chwilę nad tym dziwacznym żądaniem. Mamy dwie mozliwości: albo Rosja dysponuje w USA agenturą rozbudowana do tego stopnia, że na skinienie Kremla moskiewski faworyt może zostać prezydentem – ale w takim razie CIA, to kupa gówna, skoro dopuściła do takiej sytuacji, więc jej wyjaśnienia nie mają specjalnej wartości, albo – możliwość druga – Rosja żadnej do tego stopnia rozbudowanej agentury w USA nie ma, ale za to amerykańskie społeczeństwo stało się tak podatne na rosyjską propagandę, że Kreml może sobie przebierać w tamtejszych prezydentach, jak w ulęgałkach. I tak źle i tak niedobrze – ale jest jeszcze jedna istotna sprawa – że po raz pierwszy ostatnie słowo w wyborach prezydenckich miałaby amerykańska bezpieka. Pewnie i wcześniej tak bywało, ale nigdy jeszcze nie było takiej ostentacji. W wreszcie ostatnia sprawa – a skąd możemy mieć pewność, że Kreml, albo i finansowy grandziarz nie przekupił funkcjonariuszy CIA, którzy mieliby osądzić autentyczność amerykańskich wyborów prezydenckich? Nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem – mawiali starożytni Rzymianie, a skądinąd wiadomo, że w ostatnich latach (czyżby nadchodziły zapowiadane „dni ostatnie”?), podatnośc funkcjonariuszy publicznych na korupcję raczej wzrosła i to gwałtownie, więc dlaczego niby akurat CIA miałaby być na tę przypadłość szczególnie immunizowana? Warto postawić takie pytanie tym bardziej, że sam widziałem oferty w postaci stawek godzinowych za udział w antytrumpowych demonstracjach. Jeśli nie stał za nimi w charakterze sponsora stary finansowy grandziarz, to ja jestem chińskim mandarynem. ” (Stanisław Michalkiewicz – Ciamajdan, majdanek i majdan)

podobne: Niemcy: kontrwywiad ostrzega przed rosyjskimi szpiegami. Służby zacieśniają współpracę z USA. oraz: Wiodący niemiecki dziennikarz: CIA naciska na media by promowały III wojnę światową

Niezależnie od tego czy ataki hakerskie rzeczywiście miały miejsce, jakich konkretnie strat dokonały, i pomijając zarzuty o bezpośrednim wpływie na niedawne wybory (bo wyciek czyichkolwiek mailów nie jest niczym takim a co najwyżej posłużył politycznemu przeciwnikowi – o co trudno Trumpa winić, niech się wstydzi Clintonowa), można się zastanowić nad sensem „chwalenia się” publicznie i na cały świat przez służby i  administrację państwa o mocarstwowej pozycji jakim jest USA tym, że jakieś inne państwo (w dodatku dużo słabsze) ma realny bezpośredni wpływ na obsadzanie stanowiska najważniej osoby w państwie. Jest to nie tylko głupota co jasny sygnał dla innych potencjalnych wrogów USA o głębokim kryzysie tego państwa, jeśli nie w samej administracji to z całą pewnością w służbach bezpieczeństwa, a jeśliby przyjąć za prawdę że zmanipulowane zostało społeczeństwo to mamy tu do czynienia z inwigilacją na masową skalę i powszechną zdradą… Jednym słowem czy USA to jeszcze USA, czy też może marionetkowe państwo sterowane zdalnie przez Putina? Bo taki właśnie sygnał wysyłają ci zadowoleni z własnej przenikliwości durnie.

Pozostaje pytanie co zamierzają w związku z tym odkryciem zrobić? Co się stanie z wyborcami Trumpa których Putin zahipnotyzował, i co będzie z demokracją jako metodą wyłaniania władz państwa? Idąc tropem oskarżenia o bezpośredni wpływ Rosji na wybory w USA powstaje pytanie – dlaczego wybory nie zostały do tej pory po prostu anulowane? Niedoszły POTUS powinien zostać natychmiast odizolowany i poddany bardzo szczegółowemu przesłuchaniu na okoliczność owych wniosków jakie wysuwają szefowie służb i dotychczasowa administracja… Mało tego! To właśnie ową administrację i jej służby należałoby w pierwszej kolejności zwolnić, zamknąć i ostro przesłuchać jako nieudolnych, tudzież zaprzedanych Putinowi muppetów, bo ta niesłychana zdrada miała miejsce na ich warcie!… Bądź tu mądry… Jak mawiał klasyk „do czego to doszło żeby przez (pastowaną) świnię człowiek (demokrata) protekcji dochodził!” 🙂

Ja jednak uważam że najwyższa już pora aby przegrani pogodzili się z porażką, i nie wystawiali własnego państwa i siebie na taką kompromitację. Paradoksalnie „olewczy” (oficjalnie) stosunek Trumpa do tych zarzutów jest jedynym głosem rozsądku mogącym złagodzić skutki raportu o NIEUDOLNOŚCI amerykańskiej administracji (i służb bezpieczeństwa), o której szczegółach na miejscu władz USA wstydziłbym się w ogóle rozmawiać a co dopiero ujawniać jakieś szczegóły. Zamiast robić z Trumpa ruską matrioszkę zająłbym się poważnie samym faktem cybernetycznych ataków jeśli rzeczywiście do nich doszło… i zrobił coś równie spektakularnego w odwecie (oczywiście po cichu ale tak żeby to dotarło do agresorów)… Tymczasem histeryczna reakcja administracji Obamy i zwolenników Clintonowej na przegraną w prezydenckich wyborach, zaczyna przybierać formę taktyki spalonej ziemi – szKODzenie własnemu krajowi…

Z drugiej strony trudno mi uwierzyć że ogłaszanie tego rodzaju rewelacji świadczące o niekompetencji/słabości amerykańskiej administracji nie ma jakiegoś innego powodu. Jakiegoś drugiego dna które zaprzeczyłoby tej głupocie, ale  póki co nie jestem w stanie zauważyć niczego takiego… oprócz wewnętrznych rozgrywek miedzy nową a starą administracją. Być może kiedy postawione zostaną konkretne zarzuty to Trump będzie miał pretekst żeby przeprowadzić czystki w nieudolnych służbach… (Odys)

podobne: Rokosz i Elekcja, Hitchcock i histeria, Trump(y) i trąf(y) czyli rozgrywanie tłumu w służbie demokracji.

spy vs spy

spy vs spy

…czy w związku z powyższym USA przegrywają wojnę cybernetyczną?

Szefowie wywiadu: Rosja poważnym cybernetycznym zagrożeniem dla USA

PAP – Świat, 5 Sty 2017, 20:04, Waszyngton (PAP/Media/Reuters/AFP) – Podczas przesłuchania w Senacie USA szefowie służb wywiadowczych, w tym dyrektor wywiadu James Clapper, powiedzieli w czwartek, że Rosja jest poważnym zagrożeniem cybernetycznym dla USA, a jej ingerencja w wybory w USA była agresywna i „wielowymiarowa”.

Komisja sił zbrojnych Senatu rozpoczęła dochodzenie w sprawie ingerencji Rosji w wybory w USA oraz takich zagrożeń cybernetycznych, jakimi były hakerskie ataki Rosji na serwery Partii Demokratycznej i sztabowców kandydatki Demokratów w wyborach Hillary Clinton.

Szef komisji sił zbrojnych, senator John McCain przewodniczył jej czwartkowej sesji. Jak informuje dziennik amerykańskiego Kongresu „The Hill”, przesłuchanie wzbudziło bardzo duże zainteresowanie i senatorzy prowadzili je przy wypełnionej sali.

Przed komisją oprócz Clappera zeznawali admirał Mike Rogers, dyrektor Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego (NSA) i zarazem szef Cyber Command (cyberdowództwa) sił zbrojnych USA oraz wiceminister obrony do spraw wywiadu Marcel Lettre.

Szefowie wywiadu uznali, że Rosja stanowi duże zagrożenie dla „amerykańskiego rządu, armii, dyplomacji, krytycznej infrastruktury oraz handlu” – podaje Reuters.

Moskwa jest szczególnie groźna ze względu na „wysoce zaawansowany ofensywny program cybernetyczny i (…) wyrafinowane możliwości (technologiczne)” – powiedział jeden z wysokiej rangi przedstawicieli amerykańskiego wywiadu.

Jak podaje „The Hill”, szefowie wywiadu poinformowali, że również w czwartek pogłębiony raport na temat ingerencji Rosjan w wybory otrzymał prezydent Barack Obama. Dokument jest ściśle tajny, ale w przyszłym tygodniu pewne jego części zostaną opublikowane.

Clapper wyjaśnił, że w tej sytuacji nie może podać więcej szczegółów na ten temat, ale podkreślił, że będzie zabiegał, aby jak najwięcej informacji zawartych w raporcie zostało udostępnionych opinii publicznej.

Raport ten został przygotowany przede wszystkim przez trzy agencje: CIA, FBI oraz NSA – powiedział Clapper.

Zastrzegł też, że amerykański wywiad nie jest w stanie dociec, czy cybernetyczne ataki Rosjan miały wpływ na wynik wyborów. Dodał też, że z ustaleń wywiadu wynika, iż działania te „miały więcej niż jeden motyw”.

Admirał Rogers i Clapper powiedzieli również, że „tylko najwyższe władze Rosji mogły je zatwierdzić”, a ingerencja nie ograniczała się do ataku na Demokratów.

Tego rodzaju postępowanie „nie zatrzymuje się na Stanach Zjednoczonych” i dochodzi do prób „wpływania na opinię publiczną w Europie i Eurazji”; działania Rosjan mają na celu „podważenie publicznego zaufania do instytucji oraz informacji (w sferze publicznej)” – dodał Clapper.

Dyrektor wywiadu powiedział też, że skala ingerencji Moskwy w ostatnie wybory w USA jest bez precedensu.

„Rosjanie mają długą historię ingerowania w wybory. Swoje własne i innych narodów (…). Sięga ona lat 60., zaczęło się w latach zimnej wojny” – wyjaśnił i podkreślił, że kampania prowadzona przez Rosjan w 2016 roku w USA była szczególnie agresywna.

Republikański senator Lindsey Graham spytał Clappera, czy służby specjalne gotowe są na to, że Trump „rzuci im wyzwanie” podczas piątkowego briefingu wywiadu dla prezydenta elekta. „Sądzę, że tak” – odparł Clapper.

Graham przy sposobności skrytykował administrację Obamy za niewystarczające sankcje nałożone na Moskwę w związku z jej ingerencją w wybory. W ramach retorsji Amerykanie wydalili z kraju 35 rosyjskich dyplomatów.

Clapper wyjaśnił też senatorom, że kampania Rosjan była „wielowymiarowa”, nie ograniczała się do cyberataków i polegała też między innymi na dezinformacji.

Pytany przez senatorów o to, czy można uznać za wiarygodne wypowiedzi Juliana Assange’a, którego portal WikiLeaks ujawnił treść maili wykradzionych przez hakerów, Clapper odpowiedział „Nie w mojej opinii”, a admirał Rogers dodał, że „popiera tę opinię”.

We wtorek wieczorem w rozmowie z Fox News Assange powiedział, że Rosjanie nie są źródłem przekazanych WikiLeaks maili zdobytych po włamaniu przez hakerów do systemu komputerowego Demokratów.

Te i inne wypowiedzi Assange’a Trump zacytował w środę na Twitterze, w kolejnych wpisach podważających ustalenia wywiadu w sprawie cyberataków na serwery Demokratów i ingerowania Rosji w wybory.

W czwartek Trump napisał na Twitterze: „Nieuczciwe media chętnie mówią, że zgadzam się z Julianem Assange’em. Błąd. Po prostu stwierdzam to, co on stwierdza (…) i to ludzie mają wyrobić sobie zdanie, co jest prawdą”.

Dodał też: „Media kłamią, by mnie ukazać jako kogoś, kto jest przeciw +wywiadowi+, podczas gdy ja naprawdę jestem ich fanem!”.

Odnosząc się do tych wpisów Trumpa i komentarza jego rzecznika Seana Spicera, który nazwał stanowisko swego szefa „zdrowym sceptycyzmem”, Clapper powiedział: „Istnieje różnica między sceptycyzmem a dezawuowaniem (wywiadu)”.

W środę wieczorem „Wall Street Journal” podał, że prezydent elekt przymierza się do uszczuplenia Urzędu Dyrektora Bezpieczeństwa Narodowego oraz personelu CIA w Waszyngtonie.

Spicer zdementował te informacje; „nie ma cienia prawdy w (informacji) o planach restrukturyzacji społeczności wywiadu” – powiedział dziennikarzom. (PAP) fit/ ro/

źródło: stooq.pl

„…Gazeta Kommiersant podaje, że nie tylko Rosja oskarżana przez USA o cyberataki posiada jednostki wojskowe działające w cyberprzestrzeni. Znajduje się jednak w pierwszej piątce krajów, które stworzyły cyberwojska.

Specjalistyczne jednostki zajmujące się cyberbezpieczeństwem w celach militarnych albo wywiadowczych istnieją według gazety w Rosji, USA, Chinach, Wielkiej Brytanii i Korei Północnej. Jednostki te w coraz większym stopniu wykorzystują narzędzia do walki informacyjnej, czego przykładem mogły być rosyjskie działania w okresie kampanii wyborczej w USA stwierdzone przez amerykańskie służby.

Z ustaleń Zecurion Analytics wynika, że formalnie jednostki cyberwojska posiada kilkadziesiąt państw, a nieformalnie ponad sto z nich. Najwięcej na tego typu podmioty wydają Stany Zjednoczone (7 mld dolarów rocznie), którzy zatrudniają w tym celu około 9 tysięcy ludzi. Rosja posiada około tysiąca specjalistów pracujących w cyberwojsku, którzy kosztują rocznie około 300 mln dolarów.

Wnioski Zecuriona kwestionują niektórzy analitycy, którzy twierdzą, że trudno potwierdzić liczby przedstawione przez ośrodek. Mimo to publikuje on zestawienie wydatków i ilości etatów w największych jednostkach cyberwojska na świecie…” (Wojciech Jakóbik – Cyberwojska krajów świata ruszają na front)

podobne: Edward Snowden znowu nadaje czyli „cyberarmia” i broń klasy „D” w „internetach”. oraz: Epatowanie terroryzmem nie służy w jego zwalczaniu.”Cyberterroryzm” i (nie)bezpieczeństwo „ustawy inwigilacyjnej”? i to: Witold Gadowski: Mocne zmiany w służbach konieczne! Szpiegomania, dezinformacja (na przykładzie „teologii wyzwolenia” Chruszczowa) i „kontrwywiad obywatelski”.

…a teraz coś z zupełnie innej teczki

Nowy Kongres USA chce obalić Obamacare

PAP – Świat, 3 Sty 2017, 19:55, Nowy Jork (PAP) – Nowo wybrany Kongres USA zdominowany przez Republikanów zapowiada obalenie systemu ubezpieczeń zdrowotnych Obamacare oraz innych inicjatyw podjętych przez odchodzącego prezydenta. Demokraci podejmują kampanię, żeby temu zapobiec.

We wtorek na waszyngtońskim Kapitolu nastąpi zaprzysiężenie członków 115. Kongresu. Kiedy 20 stycznia Donald Trump obejmie swój urząd, po raz pierwszy od dekady Republikanie kontrolować będą obie izby Kongresu, jak i Biały Dom. Ułatwi im to forsowanie własnej polityki.

Podstawowym obiektem ataku Partii Republikańskiej (GOP) jest reforma opieki zdrowotnej wprowadzona przez Baracka Obamę. Od początku uznawali ją za jedną z przyczyn słabego tempa uzdrawiania gospodarki po kryzysie.

Trump wzywał we wtorek na Twitterze do gruntownej reorganizacji systemu. „Obamacare po prostu nie działa, jest zbyt droga, jest to marna opieka zdrowotna” – argumentował prezydent elekt.

Amerykańskie media podkreślają, że rezygnacja z Obamacare nie będzie prosta. Według szacunków dzięki nowym przepisom, a także rozszerzeniu systemu Medicaid (dla ubogich) 20 milionów ludzi zyskało dostęp do ubezpieczeń zdrowotnych. Ponadto uznaniem cieszy się fakt, że firmy ubezpieczeniowe nie mogą podobnie jak dawniej odmawiać usług osobom, które już wcześniej nabawiły się poważnych schorzeń.

W środę Obama ma się udać z wizytą na Kapitol, co rzadko się zdarza. Pragnie tam omówić z Demokratami plany, w jaki sposób zachować reformę służby zdrowia. Wiceprezydent elekt Mike Pence spotka się w tym samym dniu z Republikanami.

„Mamy wiele rzeczy do zrobienia i wiele do wycofania” – pisał lider większość republikańskiej w Izbie Reprezentantów Kevin McCarthy w liście do kongresmanów GOP.

Celem Republikanów jest m.in. okrojenie budżetu federalnego i biurokracji w Waszyngtonie. Przymierzają się m.in. do rewizji popularnych systemów świadczeń społecznych, jak zasiłki emerytalne Social Security oraz ubezpieczenia zdrowotne Medicare, z których korzystają seniorzy.

Według przewidywań agenda GOP obejmować będzie też reformę systemu podatkowego, przepisów dotyczących środowiska naturalnego oraz zaniechanie regulacji finansowych podjętych w odpowiedzi na kryzys z 2008 roku. Republikanie uważają je za zbyt uciążliwe dla przedsiębiorstw.

Oczekuje się także zmiany podejścia do ONZ po rezolucji Rady Bezpieczeństwa potępiającej budowę osiedli izraelskich na Zachodnim Brzegu Jordanu i we Wschodniej Jerozolimie. USA umożliwiły przeforsowanie jej w Radzie Bezpieczeństwa, wstrzymując się od głosu. Pojawiają się apele, by „odwrócić szkody wyrządzone przez administrację Obamy i odbudować sojusz z Izraelem”.

Przeobrażeniom może ulec polityka wobec Rosji. Obama zaostrzył ostatnio sankcje pod zarzutem ataków hakerskich. Ekipa Trumpa twierdzi, że na udział Rosji brak rozstrzygających dowodów.

Krytykując Obamacare, Republikanie nie mają alternatywnego planu. Dlatego według Demokratów przywódcy GOP rozważają zwłokę, by zyskać na czasie i zastanowić się, co będzie dalej.

„Rzucając gromy nie pokazali nic, co wskazywałoby, że wiedzą, co z tym zrobić” – twierdziła przewodnicząca mniejszości demokratycznej w Izbie Reprezentantów Nancy Pelosi. Strategię rywali polegającą na obaleniu Obamacare i zwłoce w jej zastąpieniu nazwała „aktem tchórzostwa”.

Także zdaniem Lanhee Chena, byłego czołowego doradcy republikańskiego kandydata na prezydenta Mitta Romneya, uchylenie Obamacare, jeśli się nie ma planu, aby ją szybko zastąpić, byłoby błędem GOP.

Według amerykańskich mediów Demokraci podejmą kroki, by zablokować plany Republikanów, odwołując się do opinii publicznej. Jak zapewniał we wtorek przywódca mniejszości demokratycznej w Senacie Charles Schumer, jego partia będzie patrzeć na ręce prezydenta i Republikanów w Kongresie.

„Będziemy w grupie, która postara się upewnić, czy prezydent elekt wywiązuje się ze swoich zobowiązań, żeby Amerykę uczynić naprawdę wspaniałą w najlepszym tego słowa znaczeniu” – mówił Schumer.

Aby bronić swej polityki, demokratyczna mniejszość może się w Senacie uciec do obstrukcji parlamentarnej. Ma to jednak swoje ograniczenia. Nie brak ostrzeżeń, że spośród 23 senatorów, którzy będą się ubiegać o reelekcję w 2018 roku, dziesięciu pochodzi ze stanów, w których elektorat głosował na Trumpa. Mogą oni wyłamać się z szeregów swej partii i poprzeć politykę GOP.

Z Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski (PAP) ad/ kot/ mc/

źródło: stooq.pl

podobne: USA. Limit długu wraca jak bumerang i przyprowadza kolegę „Obamacare”. oraz: Od standardu złota do pieniądza fiducjarnego. Realny stan gospodarki USA, Teksas żąda od FEDu zwrotu złota, o cynicznych Grekach i ekspansji Chin. Czy świat finansów (a za nim cywilizacji zachodu) chyli się ku upadkowi? Polska na jedwabnym szlaku. i to: Izrael planuje zawłaszczenie palestyńskiej ziemi

…najlepszy przykład na to jak (nie)działa Obamacare jest poniższa informacja…

USA – Rośnie przepaść między bogatymi i biednymi

PAP – Biznes, 1 Sty 2017, 8:41, Nowy Jork (PAP) – W USA pogłębia się przepaść między nieliczną grupą bogatych a połową ludności sytuującą się na przeciwnym biegunie. Obecnie 1 proc. Amerykanów zarabia średnio 1,3 mln dolarów rocznie.

Omawiając badania ekonomistów Thomasa Piketty’ego, Emmanuela Saeza i Gabriela Zucmana, telewizja CNN w programie Money nazywa najbardziej zamożnych maszynkami do robienia pieniędzy. Zarabiają oni teraz trzy razy więcej niż w latach 80., gdy ich dochody wynosiły średnio 428 tys. dolarów.

Jednocześnie 50 proc. populacji USA w latach 80. miała średnie dochody brutto wynoszące ok. 16 tys. dolarów rocznie; trzy dekady później, uwzględniając inflację, niewiele się zmieniło.

Jak wynika z raportu Equality of Opportunity Project, dla ogromnej większości American Dream (amerykańskie marzenie) staje się nieosiągalnym mitem. 92 proc. osób urodzonych w latach 40. zarabiało więcej niż ich rodzice, ale od tego czasu sytuacja pogarsza się systematycznie. Wśród urodzonych w latach 50. takich osób było jeszcze 79 proc., a wśród millenialsów, urodzonych w latach 80., stanowią tylko połowę.

Coraz większą część dochodów zgarniają zamożni. O ile w latach 70. na 1 proc. najbogatszych przypadało nieco ponad 10 proc. wszystkich dochodów, obecnie jest to ponad 20 proc. Jednocześnie o ile przez większą część lat 70. do połowy mniej zasobnych Amerykanów trafiło ponad 20 proc. dochodu narodowego, teraz jest to tylko 12 proc.

Punkt zwrotny nastąpił ok. 1980 roku. W połowie lat 90. plasujący się na szczycie 1 proc. Amerykanów wyraźnie się bogacił. Dochody połowy populacji na dolnych szczeblach amerykańskiej drabiny gwałtownie spadały.

Piketty, Saez i Zucman zaobserwowali, że z powodu wywołanej kryzysem finansowym recesji w latach 2009-2010 nierówność zmniejszyła się, ponieważ także bogaci doznali strat. Ale od tamtego czasu różnice majątkowe znowu są coraz większe.

Zamożni przezwyciężyli skutki kryzysu znacznie szybciej m.in. dzięki wzrostowi na giełdzie. Także wartość nieruchomości osiągnęła poziom sprzed recesji. Tymczasem płace dolnej części społeczeństwa nie drgnęły.

W 1980 roku 1 proc. najbardziej majętnych Amerykanów zarabiał średnio 27 razy więcej niż 50 proc. na dole, a obecnie jest to 81 razy więcej.

Z Nowego Jorki Andrzej Dobrowolski (PAP) ad/ kot/ kar/

źródło: stooq.pl

podobne: Rekordowy poziom nierówności między najbogatszymi a najbiedniejszymi. i to: Energia: Mało używamy drogo zapłacimy. Polska w pułapce „średniego dochodu” ale „The Economist” nas chwali. Michalkiewicz o tym co nas oblazło. oraz: Prof. Witold Kwaśnicki: Ci wstrętni (neo)liberałowie. A przecież „kapitalizm oznacza własność” a także: Adam Gwiazda: Wolność, równość i… nierówności ekonomiczno-społeczne

…a to ci niespodzianka. Tyle lat pompowania pieniędzy w biedotę a biedoty przybywa. Zdaje się że nie taki był cel tego rozdawnictwa żeby zlikwidować klasę średnią i pogłębiać różnice między najbiedniejszymi a najbogatszymi… Tylko pozornie nie taki, bo trudno oczekiwać innych efektów od sprawdzonej metody uszczęśliwiania ludzi poprzez rabunek i redystrybucję tego co się zabiera najbardziej aktywnym i zdolnym pracownikom. Ta metoda od ZAWSZE uderza w najuboższych i odbywa się kosztem klasy średniej w taki sposób że jest ona pozbawiana siły nabywczej przez co nie może konkurować z bogatymi, co z kolei odbija się na biedocie która z swojego poziomu wyrwać się wyżej nie może i jest skazana na korporacyjne monopole i zmowy. Może nasi „fachofcy” z „dobrej zmiany” tak zapatrzeni w USA też powinni przemyśleć swoje rozdawnicze pomysły zamiast wpychać Polaków w odmęty „sanacji” i gierkowszczyny? (Odys)

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

DAO i roboty czyli… IV rewolucja przemysłowa i przyszłość na rynku pracy. Era korporacji, freelancerów, wirtualnych firm i koniec umów o pracę.


Antoine de Saint-Exupery (doskonałość, ideał)

„To nie imigrantów zarobkowych powinniśmy się bać, ale robotów! Od czasu rewolucji przemysłowej, maszyny w coraz większym stopniu zastępują pracę ludzi. W ostatnich latach ten trend przyspieszył. Maszyny już nie tylko wykonują powtarzalne prace manualne, ale zaczynają same podejmować decyzje. Większość ludzi nawet nie przypuszcza, że ich praca jest zagrożona. Jak się okazuje, nawet połowa stanowisk pracy może zostać zastąpiona przez roboty.

80% pracowników nie czuje się zagrożona – mylą się

Badania przeprowadzone w USA na pracownikach różnych szczebli dały ciekawy rezultat. Średnio 80% badanych uważa, że w ich zawodzie przez najbliższe 50 lat niewiele się zmieni. Dalej będą potrzebni fachowcy w ich specjalnościach. Co ciekawe, odsetek osób pewnych stabilności swojej sytuacji jest najwyższy wśród robotników niskiego szczebla (82%), a najniższy wśród pracowników administracji, czy obsługi klienta (73%).

Tymczasem właśnie ci pierwsi są najbardziej narażeni na utratę pracy. Wskazuje na to historia uprzemysławiania świata, gigantyczny postęp technologiczny oraz liczne badania i analizy.

…najbardziej zagrożone robotyzacją są nisko płatne prace. Według danych Waszyngtonu, już teraz popyt na roboty wzrasta co roku o kilkanaście procent, w szczególności w branżach samochodowej, półprzewodników i elektroniki użytkowej.

Do robotów pracujących przy taśmach montażowych już się przyzwyczailiśmy. W samych Stanach Zjednoczonych pracuje w tej chwili ok. 260 tysięcy takich urządzeń. Teraz pora na bardziej skomplikowane prace. Roboty powoli osiągają zdolności manualne porównywalne z ludzkimi. Dobrze to widać na przykładzie robotów z Boston Dynamics, które poruszają się i wykonują czynności niemal jak żywe istoty…

Zastąpienie większości robotników fizycznych jest więc kwestią czasu

Myślisz, że jak pracujesz umysłowo jesteś bezpieczny? – mylisz się!

…Maszyny, co prawda jeszcze nie myślą, ale już teraz komputery i roboty potrafią rozwiązywać znacznie bardziej skomplikowane problemy, niż nam się wydaje. Istnieją algorytmy, które mogą z powodzeniem zastępować lekarzy w diagnozowaniu chorób na podstawie zdjęć i wyników badań. Programy oceniające jakość i styl pisania potrafią zastąpić nauczycieli w ocenianiu wypracowań. Algorytmy rozpoznające mowę i pismo odręcznie z sukcesem zastępują urzędników w wielu zadaniach. Maszyny na podstawie tysięcy podobnych przykładów potrafią same rozwiązać nawet skomplikowane problemy i podjąć właściwe decyzje. Żaden specjalista nie może z nimi konkurować, gdyż doświadczenie jakie zdobywa przez całe życie, maszyna potrafi zdobyć w kilka sekund.

Komputery i roboty nie potrafią jednak jednej rzeczy. Nie potrafią rozwiązywać problemów, które są nowe lub rzadkie. Jeśli nie mają próbki tysięcy przykładów, to same sobie nie poradzą.

Większość pracowników umysłowych myśli, że maszyny ich nie zastąpią. W końcu są oni właśnie od rozwiązywania problemów nietypowych. Każdy prawnik, urzędnik, czy księgowy powie, że wiele spraw klientów jest na tyle nietypowych, że nie można ich zamknąć w jednym szablonie. Zgoda, lecz warto pamiętać o tym, jaki procent codziennej pracy jest w takim zawodzie naprawdę unikatowy i niepowtarzalny.

Załóżmy, że 60% problemów z pracy księgowego czy urzędnika potrafiłby rozwiązać odpowiedni „myślący” algorytm. Jeśli tak, to czy duża firma musi zatrudniać od razu 10 księgowych, czy może wystarczy 4 i jeden „myślący” komputer?

Prognozy przewidują, że nawet w zawodach wymagających studiów wyższych spadnie ilość potrzebnych stanowisk. Zostaną tylko najlepsi fachowcy, którzy dobrze radzą sobie z nietypowymi problemami.

Świat się nie zawali, a nawet będzie lepszy

Gdy wprowadzano pierwsze maszyny do fabryk, robotnicy protestowali. Teraz nikt nie robi akcji dywersyjnych niszczących wszechobecne komputery, czy roboty. Ludzie zostają przesunięci na bardziej odpowiedzialne stanowiska lub tworzone są nowe, nieznane zawody. Zmniejsza się też średnia ilość godzin pracy, jaką wykonuje pojedynczy pracownik.

Robotyzacja zwiększy poziom życia wszystkich ludzi i efektywność ich pracy, tak jak automatyczne krosno dało wszystkim tanie ubrania, a wynalazek taśmy produkcyjnej tanie samochody. Zwiększy się też ilość czasu wolnego. Dzięki robotom jeden człowiek będzie znacznie bardziej produktywny.

…Podsumowując, warto się zastanowić w jakim stopniu nasza praca jest możliwa do zautomatyzowania i już teraz podjąć pewne kroki zaradcze. Natomiast jeśli jesteśmy inwestorami, to zastanówmy się, które branże zyskają na podniesieniu jakości życia i zwykłej ludzkiej niechęci do pracy…” (Piotr Kwestarz – Roboty idą zabrać naszą pracę, a większość z nas nawet o tym nie wie)

„…DAO to zdecentralizowana autonomiczna organizacja, które jest zaprogramowanym, niezmiennym kontraktem pomiędzy tysiącami udziałowców, skonstruowanym w ten sposób, by każdy z udziałowców realizował własny interes, przy okazji działając jednocześnie w interesie tejże organizacji. Kontrakt, który leży u podstaw DAO determinuje jego charakter, który zasadniczo czyni z niego crowd fundowy fundusz kapitału wysokiego ryzyka, którym zarządzają tysiące udziałowców, z których każdy ma w nim równe prawa – pisze quartz.com.

Jest to pierwsza tego typu firma na świecie. Nie posiada dyrektora generalnego, pracowników ani zarządu. DAO jest po prostu oprogramowaniem, które obsługuje tzw. technologię „blockchain”, (łańcuch znaków), która jest współdzielonym zapisem historii transakcji kryptowalutą, zabezpieczający przed dwukrotnym jej wydawaniem.

W ciągu trzech tygodni firma uzyskała ponad 130 mln dol. od dziesiątek tysięcy inwestorów. Niezależnie jednak od konkretnych pieniężnych wartości jakie towarzyszą startupowi już samo jego istnienie zwiastuje nastanie nowej ery w biznesie, polityce oraz gospodarce przyszłości. 

Analitycy mają wątpliwości, czy DAO jest legalną i opłacalną inwestycją. Jak każdy startup może upaść. Poza tym inwestorzy mogą nie rozumieć zagrożenia towarzyszącego projektowi. Może on także przyciągać przestępców lub terrorystów, którzy udają przedsiębiorców.

Debiut DAO może się okazać przełomowym momentem w historii usług finansowych. Pokazuje, że niezależny podmiot może zebrać od inwestorów bez żadnych pośredników gigantyczne sumy pieniędzy. Jak banki inwestycyjne i fundusze kapitału wysokiego ryzyka odpowiedzą na wyzwanie rzucone przez DAO?

Oprogramowanie może wyeliminować niektóre z najbardziej irytujących problemów z zakresu zarządzania i masowej komunikacji w firmach. Łatwo można sobie wyobrazić oprogramowanie, które automatyzuje najważniejsze aspekty zarządzania i podejmowania decyzji w przedsiębiorstwie. Wszystkie zadania do wykonania w firmie byłyby kodowane. Eliminowałoby to ryzyko wystąpienia wykroczeń albo niekompetencji wśród kadry zarządzającej oraz pracowników…”

całość tu: Wirtualna firma bez pracowników i menedżerów? Ten startup zmieni oblicze biznesu

„…Czwarta Rewolucja Przemysłowa staje się faktem. Polska, która z powodów politycznych o trzy poprzednie zaledwie się otarła, w tej ma szansę w pełni uczestniczyć, a nawet ją kształtować. Pierwsza rewolucja – silników parowych – nas ominęła, bo byliśmy pod zaborami. Druga rewolucja – elektryczności – też nas ominęła, bo walczyliśmy akurat o niepodległość. Trzecia rewolucja – informatyczna – też przeszła nieco bokiem, bo panowała siermiężna komuna i planiści centralnie sterowanej gospodarki nie nadążali za zmianami. W tej czwartej możemy być nie tylko biernym uczestnikiem, ale też jej współtwórcą…

…Wielkie tempo i siła zmian, prawdopodobnie przekształci społeczeństwa bardziej niż rewolucja parowa, powstanie fabryk i nowożytnego kapitalizmu. Miliardy ludzi połączonych siecią poprzez urządzenia mobilne z bezprecedensową siłą przetwarzania, przechowywania i dostępu do baz danych stwarza nowe, wielkie możliwości. Możliwości, które zwiększą się dzięki innowacjom technologicznym jak sztuczna inteligencja, robotyka, Internet wszechrzeczy, urządzenia ubieralne, drony, inteligentne samochody, druk 3D, nanotechnologia, biotechnologia, cybernetyka, przechowywanie energii i komputery kwantowe. Wszystko to zamazuje granice pomiędzy sferami fizyczności i cyfryzacji. 

Czwarta rewolucja przemysłowa może wzmocnić zarówno jednostki, jak i całe społeczności, ale może też doprowadzić do marginalizacji części grup społecznych, powiększyć podziały i przyczynić się do powstania nowych zagrożeń. Gdy robotyzacja będzie zastępować pracę ludzi w gospodarce, wówczas liczba wykluczonych pracowników może pogłębić przepaść między dochodowością kapitału i dochodowością pracy. Już teraz wzrósł popyt na pracowników z wysokimi kwalifikacjami, a spadł na tych z niższym wykształceniem i słabymi kwalifikacjami. W przemyśle nowej generacji będzie potrzebne nowe spektrum umiejętności. Automatyzacja i robotyzacja sprawi, że zmniejszy się zapotrzebowanie na proste prace nadzorcze. Z drugiej strony zwiększy się zapotrzebowanie na stanowiska pracy związane z dopasowaniem produktów do indywidualnych potrzeb danego klienta. To przede wszystkim wyzwanie dla sektora edukacji.

Do jakiego stopnia ta transformacja będzie pozytywna, zależeć będzie od tego, jak będziemy sobie radzić z niebezpieczeństwami i możliwościami, które podczas tej przemiany napotkamy. Pewne jest jedno – nie da się jej zignorować i uważać, że można wobec niej pozostać obojętnym, a ona sama wpłynie na nasze życie minimalnie. Sztuczna inteligencja już nas otacza w formie translatorów czy sugerowanych na podstawie naszych internetowych wyszukiwań, stron i usług. Algorytmy analizujące nasze zachowania w celu dostarczenia nam najbardziej pożądanych usług są coraz doskonalsze. Inżynierowie łączą modele matematyczne, addytywną produkcję (stereolitografia, SLS, druk przestrzenny), inżynierię materiałową i biologię syntetyczną, żeby udoskonalać urządzenia codziennego użytku, a nawet budynki, w których mieszkamy i pracujemy. IV rewolucja przemysłowa to także gigantyczne wyzwania. Przykładem niech będzie wpływ, jaki już wywarła na nasze życie telefonia komórkowa. W latach 90. przenośne telefony trafiały do nielicznych. Dziś posiada je praktycznie każdy. Nowinki technologiczne przyjmują się i stają się technologią powszechnie wykorzystywaną. Fascynacje pojedynczych osób zamieniają się dla wielu w konieczność. Pytanie, czy cyfryzacja nie pozbawi nas szansy na chwilę refleksji i jak zmienią się nasze relacje z otaczającymi nas ludźmi? To zagadnienia, które w najbliższym czasie staną się  przedmiotem intensywnej debaty…

…Oczywiście gigantyczne zmiany czekają przede wszystkim sektor wytwórczy. Koncepcja – na razie głównie teoretyczna – Fabryki 4.0, zakłada, że przed powstaniem fizycznego produktu, możliwe będzie wytworzenie jego modelu wirtualnego. Produkt taki będzie konfigurowany pod wymagania albo wręcz przez samego klienta, odbiorcę produktu. Klient będzie mógł go obejrzeć, sprawdzić i wirtualnie „dotknąć”. Pozwoli to oczywiście zoptymalizować proces produkcji i znacznie ograniczyć koszty. Plany zakładają też utworzenie platform informacyjnych i komunikacyjnych na podstawie  technologii chmur. Wpłynie to na poprawę relacji pomiędzy producentami a dostawcami. Obecne narzędzia CAx (technologie wspomagane komputerowo) pozwalają na wirtualne projektowanie, analizowanie i testowanie modeli 3D produktów. Do tych możliwości zostają też dodane funkcje wirtualnego wytwarzania produktów w trybie fabryki 3D. Niebawem można będzie nie tylko łączyć maszyny i inne zasoby produkcyjne, włącznie z pracownikami, ale też budować całe linie montażowe i obróbcze, także z elementami logistyki. Informacje cyfrowej fabryki można będzie wiązać też z informacjami przestrzennymi, czy współrzędnymi geograficznymi. Docelowo możemy sobie wyobrazić fabrykę produkującą spersonalizowane produkty, właściwie na życzenie klienta…” (Jakub Mikołajczuk – IV rewolucja przemysłowa)

podobne: Trzecia rewolucja technologiczna i ryzyko rosnącego bezrobocia w związku z rozwojem robotyki. Receptą na potencjalny kryzys uwłaszczenie (a nie „pomoc państwa”). Michalkiewicza debata o nierównościach. polecam również: Skuteczniejsza walka z bezrobociem młodych potrzebna od zaraz. Tymczasem nowych miejsc pracy nie przybędzie.

„…Według PwC, metody monitorowania pracy pracowników przez koncerny za kilka lat wejdą na zupełnie nowy poziom. Specjalne czujniki będą mierzyć aktywność, lokalizację i stan zdrowia w czasie rzeczywistym – wszystko po to, by zmaksymalizować ich wydajność, ograniczyć absencję i jak najbardziej odsunąć w czasie moment odejścia pracownika na emeryturę. Wszystkie procesy w firmie będą opierać się na analizie niezliczonej ilości danych – podpisując umowę z pracodawcą, w zamian za stabilność zatrudnienia kandydaci będą musieli więc godzić się na dostęp swojego pracodawcy do wszystkich informacji o sobie – być może nawet tych prywatnych. Co ciekawe, ponad 30 proc. ankietowanych pracowników w globalnym badaniu PwC zapewnia, że nie miałoby nic przeciwko takiemu monitoringowi, przy czym otwartość na tego typu korporacyjną inwigilację deklarują szczególnie młodzi.

Olbrzymią rolę w zarządzaniu talentami będzie mieć sztuczna inteligencja. Branża HR będzie pracować w ramach modelu hybrydowego – będą na bieżąco odpowiadać na komputerowe wyniki analiz danych dotyczących ich pracowników. System wynagradzania w organizacjach będzie zaś przede wszystkim oparty na wynikach i osiągnięciach pracowników.

Nieco inne reguły będą przyświecać organizacjom tzw. „pomarańczowego świata”. Biznes będzie podążał w stronę fragmentacji. Wielkie koncerny zaczną dzielić się na mniejsze, wyspecjalizowane i niezależne jednostki, które będą tworzyć sieci wzajemnej współpracy. Firmy będą chciały maksymalizować elastyczność przy jednoczesnej redukcji kosztów stałych. Dzięki wykorzystaniu nowoczesnych technologii i mediów społecznościowych, taka współpraca będzie bardzo sprawna i szybka. Luźne, mniej związane prawnymi regulacjami klastry mniejszych firm będą pracować znacznie bardziej efektywnie niż wielkie koncerny. Menedżerowie stanowiący rdzeń firmy, będą dbać o filozofię i najważniejsze wartości przedsiębiorstwa. Skład reszty zespołu będzie zmienny i elastyczny, w zależności od realizowanego projektu. Dzięki rozwojowy technologii możliwe będzie tworzenie zespołów i sieci specjalistów z różnych stron świata, a najważniejszą rolą specjalistów HR będzie ich odpowiedni dobór i integracja w ramach konkretnych projektów…

Na rynku pracy dominować będą freelancerzy i mali przedsiębiorcy. Taki trend będzie wynikał z potrzeby większej niezależności i elastyczności, którą już teraz deklarują pracownicy na całym świecie. Jeden specjalista będzie mógł współpracować z kilkoma różnymi firmami. Potrzeba ta jest szczególnie widoczna na chińskim rynku – według badań PwC, ponad połowa ankietowanych Chińczyków uważa, że tradycyjne formy zatrudnienia odejdą w niepamięć. Ludzie będą rozwijać własne marki, a produktem, który będą sprzedawać, będą ich umiejętności, potwierdzone listą zrealizowanych projektów. Przeważać będą krótkoterminowe kontrakty zawierane przez firmę z pracownikami. Ludzie będą postrzegać się bardziej jako element sieci profesjonalistów czy też reprezentanta konkretnych umiejętności niż jako pracownika konkretnej firmy. Pomocnym narzędziem freelancerów będzie ich baza referencji, w której gromadzić będą oceny swojej pracy przez biznesowych partnerów. Będzie to system podobny do tego, który dziś działa na platformach aukcji internetowych. Taka konstrukcja rynku pracy będzie wymagać mocno rozwiniętych zdolności negocjacyjnych.

„Młodzi ludzie oczekują przede wszystkim elastyczności. Są nastawieni na zadaniowość, dlatego miejsce i czas wykonywania pracy nie ma dla nich znaczenia. Te oczekiwania w dużej mierze wiążą się ze znacznym zatarciem granic pomiędzy pracą, a życiem prywatnym. Wynika to jednak z tego, że młodzi ludzie traktują pracę zawodową i swoje zainteresowania jako spójną całość. Chcą mieć poczucie spełnienia, samorozwoju oraz realizowania własnych pasji. To powoduje, że rynek pracy się zmienia i za kilka lat forma zatrudnienia oraz przynależność pracowników do firmy przestaną mieć znaczenie. Będzie coraz więcej kontraktorów i freelancerów. Wzrośnie rola takich sektorów jak IT, badania i rozwój, life science czy e-commerce” – uważa Tomasz Hanczarek, prezes zarządu Work Service S.A…

…Równolegle do powyższych scenariuszy, rozwijać się będzie tzw. świat zielony, którego najważniejszym elementem będzie społeczna odpowiedzialność biznesu. Firmy będą podejmować świadome decyzje, troszczyć się o zmiany klimatu i demografię. Zrównoważony rozwój będzie kluczem do funkcjonowania przedsiębiorstwa. Główne role będą tu odgrywać kolektywizm i integracja biznesu.

Odpowiedzialne prowadzenie biznesu nie będzie już tylko altruistycznym wyborem, ale koniecznością wymaganą przez świat biznesu i całe państwo – władze będą mogły bowiem nakładać kary na firmy, które nie stosują się do tych zasad.

W „zielonym świecie”, potrzeby firm i społeczeństwa będą szły ze sobą w parze. Swoje produkty i usługi firmy będą tworzyć we współpracy ze swoimi klientami, pracownikami i partnerami. Zysk nie będzie najważniejszym motorem decyzji podejmowanych w przedsiębiorstwie. Przedsiębiorstwa same będą budować w swoich klientach potrzebę świadomej konsumpcji, konsumenci zaś wymagać od firm prowadzenia etycznego biznesu i odpowiedzialności za środowisko. Zielone firmy będą otwarte, godne zaufania i chętne do współpracy. Wszystko to sprawi, że będą w stanie zbudować zupełnie nową wartość dla pracowników, która nie opiera się tylko na systemie wynagradzania. Pracodawcy będą zwracać dużą uwagę na równowagę między życiem prywatnym i zawodowym swoich pracowników. Będzie to niezbędny warunek, by zyskać lojalność pracowników. Przedsiębiorstwa będą starały się ograniczać do minimum konieczność wysyłania pracowników w podróże służbowe. Zaawansowane rozwiązania technologiczne umożliwią organizowanie konferencji online…”

Czytaj więcej na Korporacyjny Wielki Brat, era freelancerów i koniec umów o pracę. Witamy w 2022 roku

podobne: Dobrobyt pracownika jest ściśle związany z sukcesem przedsiębiorcy pracodawcy. oraz: Paweł Rybacki: Moralna i praktyczna wyższość gospodarki wolnorynkowej nad centralnie planowaną lub interwencjonistyczną i to: Biznes odpowiedzialny, biznes nieodpowiedzialny a także: Etat idzie w odstawkę czyli… poszukiwani wszechstronnie uzdolnieni, mobilni i kreatywni. i jeszcze: Oda do wolności. Z dedykacją dla poszukiwaczy skarbów wolnego rynku polecam również: Po studiach bez pracy… Popyt na inżynierów.

Ali Meamar - Zmyślność

Ali Meamar – Zmyślność

„W przedszkolu naszym nie jest źle” czyli… o jedynie słusznej misji publicznej PISu w „narodowych” mediach i w gospodarce (by znowu było jak za Gierka)


rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

„…Dla każdego jasne jest, że telewizja polska, obojętnie czy będzie w niej panował system producencki czy jakiś inny służy temu jedynie, by środowiska znajdujące się przy władzy mogły przewalać budżety. PiS ponieważ jest partią patriotyczną, jako pierwsze ugrupowanie zdecydował się umasowić telewizyjną jumę i chce zmusić ludzi, nawet tych, co jak ja, telewizora nie mają, by płacili abonament. Nikt, nawet Toyah nie przekona mnie, że jest to słuszne. Nie jest, bo ci ludzie, którzy mają telewizję robić, obojętnie – na zewnątrz czy na Woronicza, nie myślą o telewizji i programach. Oni myślą wyłącznie o lokowaniu kasy wydrenowanej z tej instytucji, co odbywać się może na różne sposoby. Z faktu, że Targalski zarzuca Karnowskim chęć okradzenia budżetu telewizji możemy się tylko pośmiać, podobnie jak z zarzutów, że Kurski zatrudnił w TVP niejakiego Sufina z TVN i kilku jeszcze kolegów, co się nie podobają Targalskiemu. On sam jest synem autora biografii Ludwika Waryńskiego i to w mojej ocenie wyczerpuje jego możliwości dyskusyjne. No, a zarzut, że Kurski nie dał szansy młodym jest już całkiem kuriozalny. Jeśli bowiem tak Targalskiemu zależy na obecności tych młodych, co ich Rachoń wyselekcjonował na antenie, niech ich weźmie Sakiewicz i da im szansę w TV Republika. Nie? Dlaczego nie….odświeży się krew, będzie nowa jakość, a z nią przyjdzie sukces…

Słowa zaś „zgniły światek telewizyjny” brzmią w ustach Tragalskiego naprawdę ciekawie. Zgniły światek…

Nie mam zamiaru bronić Karnowskich, którzy ponoć próbowali zantagonizować prezesa Kaczyńskiego ze środowiskiem Gazety Polskiej. Uważam po prostu, że kłótnie tych ludzi demaskują ich ostatecznie. Niczego się po nich nie spodziewałem i niczego się nadal nie spodziewam. Nie chcę tylko, by mi chyłkiem wyciągali pieniądze z kieszeni, ponieważ ja nie zamierzam korzystać z ich usług. Nie mam na to ochoty i już. To są handlarze najgorszego gatunku, sprzedawcy aparatów słuchowych w kolorze fioletowym i rozlutowanych garnków po 10 tysięcy za komplet. Kiedy czytałem, przygotowywany dla najnowszego nawigatora tekst o żydowskich handlarzach niewolników w XVII wieku cały czas miałem przed oczami Sakiewicza i jego kolegów z redakcji. Nie wiem zupełnie dlaczego, chyba przez to, że opisy przysposabiania niewolników do sprzedaży bardzo żywo przypominały to, co Targalski mówi o jakości programów telewizyjnych. Otóż taki handlarz sobie tylko znanym sposobem mógł ze starego, głuchego kozaka zrobić muskularnego młodzieńca, w zasadzie bez zarostu. Targalski z pewnością zna podobne metody. Puści nam raz jeszcze „Stawkę większą niż życie” ze zmienioną listą dialogową. Kloss będzie opowiadał o legionach i Piłsudskim, a Burnner o tym samym tylko z drugiej strony, może wspomni też jak próbował zdawać do wiedeńskiej Kriegschule, ale się nie dostał i po aneksji poszedł do gestapo, bo dobrze płacili. Nie wierzycie, że oni są do tego zdolni? Poczekajcie. Kurski już przerabia zramolałych dziadów w podskakujących wesoło młodzieńców, widać to dokładnie w studio Yayo. A Wolski wręcz stręczy sam siebie i usiłuje pokazać jaki z niego kozak…” (coryllus całość tu: Prawica zjednoczona)

Kurski i Raczyńska są z nadania a teraz będzie konkurs. Kurski też w nim wystartuje. Dzisiaj sobie trochę pogadałam. Dowiedziałam się, że Kurski miał tylko zadanie oczyścić telewizje z komuchów. Zadanie podobno wypełnił znakomicie. Na moje pytanie czemu ten program jest gorzej niż słaby usłyszałam, że on ma trafić do tej większej ilosci odbiorców tzn. głupców. Jak by im się pokazało coś lepszego niż np. „z tyłuwizji” to by nie zrozumieli. A więc trzeba schlebiać tym gustom. Delikatnie próbowałam podpowiedzieć, że może warto byłoby te gusta podciągnąć trochę wyżej. Usłyszałam, że się na tym kompletnie nie znam – to tak nie działa. Ja nie mam przyjemności tego oglądać a te nienażarte świnie dalej sciągają z mojej lichej emerytury niepłacony od 18 lat abonament. Na podstawie umowy z 1972 r. Tak to działa!

„…Teraz my wszyscy będziemy poddani takiej obróbce. Bo państwo wychowawcy muszą nam opowiedzieć, a sobie udowodnić, że mają wrodzone predyspozycje do wychowawstwa. W tym celu należy zrobić pierwszy krok, którym jest odpowiednie spozycjonowanie wychowanków. Zrobienie z nich durniów po prostu. Reszta idzie już łatwo i bez kłopotu. Kiedy wszem i wobec ogłosi się, że podopieczni to kretyni, metody jakie zostaną wobec nich zastosowane będą przypominały pruską szkołę, we wczesnym okresie fryderycjańskim, jeszcze przed wojną siedmioletnią. Punkt pierwszy regulaminu brzmi – nigdy nie należy kwestionować kompetencji wychowawcy. I my to widzimy gołym okiem. Nie można tego czynić, a ten kto podejmuje takie wyzwanie nie rozumie po prostu nowych czasów. Ktoś rzeknie, że to prawie tak jak za komuny? A dlaczego prawie? To jest dokładnie tak jak za komuny, tyle, że komuna miała dla ciemnego ludu jakieś propozycje. Jak ktoś był bardzo zdolny i podpisywał różne kwity mógł zostać nawet kaowcem w domu kultury. Dziś o żadnych karierach mowy być nie może. Bo układ – wychowawcy i wychowankowie – będzie zabetonowany i ma mieć cechy trwałe. Oczywiście są to mrzonki. Nie można nadać temu układowi takich cech, wie to każdy kto był na koloniach. Po tygodniu okazuje się, która wychowawczyni chodzi do pokoju ratownika po nocy, która płacze w kącie, bo jej koleżanka od serca nie ma dla niej czasu, kto podkrada różne rzeczy ze stołówki, a kto z wychowawców uwielbia towarzystwo małych dziewczynek i bawi się z nimi w różne gry. I tu będzie podobnie, a właściwie już jest. To co wczoraj wyciągnięto z czeluści internetu na temat pani Raczyńskiej zwala po prostu z nóg, szczególnie ten opis ślubu, który nie był ślubem, ale czymś w rodzaju pogańsko-judaistycznej uroczystości przypominającej nieco dionizja, zakończonej tłuczeniem kieliszka w szmatce. Jestem więc spokojny o to, że Raczyńska nie zostanie żadnym prezesem, a jej wytypowanie to po prostu jakaś zagrywka, która ma ustawić od nowa hierarchię w grupie wychowawców…” (coryllus, całość tu: W przedszkolu naszym nie jest źle)

Niedaleko pada jabłko od jabłoni chciałoby się powiedzieć. I nie ma tu żadnej różnicy czy to jabłko jest całkiem czerwone czy tylko trochę. Liczy się fakt że z tego samego drzewa spadły. Chciałem w związku z powyższym przypomnieć wyborcom „dobrej zmiany” że kiedy niejaki Lis powiedział publicznie o (tele)widzach następujące słowa:

„…Jestem wystarczająco inteligentny żeby pracować w telewizji, ale nie żeby ją oglądać […]. Nie możemy mówić poważnie, bo poważnie to znaczy nudno. A nudno, to te barany wezmą pilota i przełączą […]. Widz w Polsce wybaczy wiele, bardzo wiele. Ale jednego nigdy, przenigdy nie wybaczy- tego, że go potraktujemy poważnie […]. Ludzie nie są tacy głupi jak nam się wydaje, są dużo głupsi…”. (więcej tu: Tomasz Lis o widzach telewji)

…wielu „prawomyślnych” było oburzonych, i używało potem tego „wyznania” jako dowodu na bezprzykładną butę, bezczelność i chamstwo tak redaktora jak i środowiska któremu się wysługiwał. Mało kto zastanawiał się nad prawdziwością/zasadnością tego wyznania, lub choćby nad tym co w takim razie reprezentują sobą ludzie którzy bez skrupułów zlecają i nadzorują tego rodzaju „rozrywkę” w ramach jakby nie patrzeć państwa. Nikt też nie podnosił postulatu by w związku z powyższym odebrać władzy możliwość uprawiania tego rodzaju praktyki za publiczne pieniądze.

To że Pan redaktor Lis nie udawał kogoś kim nie jest i nazwał rzecz po imieniu stawia niestety jego następców w dużo gorszym świetle, ponieważ robiąc dokładnie to samo co Pan Lis udają oni przed Polakami że robią coś innego (lepszego od poprzedników). Nie wiem jak się z tym czują wyborcy/wyznawcy „dobrej zmiany” (i czy zamierzają wyciągnąć z tego wnioski), ale uważam że być lżonym przez „swoich” jest dużo bardziej upokarzające jak być lżonym przez wrogów. Mogę się jednak mylić z braku właściwej perspektywy, którą za moje pieniądze próbują mi przedstawiać godni następcy Kraśków w postaci Rachoniów i innych „niepokornych” postaci „narodowych mediów”. Nie należąc bowiem do oglądaczy propagandy „dobrej zmiany”, mogę mieć wypaczony pogląd na jej „wizję dla Polski”, która właśnie z tego powodu (nie tylko od tyłu) zalatuje mi po prostu zgniłym YaYo… I całe szczęście bo dzięki temu nie muszę się wstydzić za swoje polityczne wybory… (Odys)

podobne: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach. oraz: O „Lisie łańcuchowym” i innych „hienach”…

„…najcięższa w naszym nieszczęśliwym kraju jest dola przedsiębiorców. Nie tylko są bezlitośnie wyzyskiwani przez Umiłowanych Przywódców, którzy właśnie z pasożytowania na przedsiębiorcach czerpią główne dochody z okupacji biednej ojczyzny, ale w dodatku nieustannie stawiani w stan podejrzenia przez rozmaite moralne autorytety, a nawet oskarżani o wszystkie możliwe przywary…

…W sytuacji, gdy nawet pan wicepremier Morawiecki przyznaje, iż ponad 70 procent obowiązujących u nas praw pochodzi z dyktatu Brukseli, ludzie mający poczucie odpowiedzialności za swoje rodziny, za swoje przedsiębiorstwa i za gospodarkę narodową, nie mają innego wyjścia jak zejść do konspiracji czyli tak zwanej „szarej strefy” Jeśli wierzyć danym statystycznym, to około 30 procent Produktu Krajowego Brutto, a więc tego, co w Polsce zostało wytworzone i sprzedane, powstaje w „szarej strefie”, czyli w konspiracji przed Umiłowanymi Przywódcami, którzy, – gdyby im tylko pozwolić – roznieśliby na ryjach całą Polskę w mgnieniu oka. Dzięki odwadze i poświęceniu przedsiębiorców, gospodarka polska, wbrew wszystkim idiotyzmom forsowanym pod pozorami legalności, właśnie dzięki tej konspiracji jako-tako funkcjonuje, dostarczając naszemu narodowi ekonomicznych podstaw egzystencji. Obecny rząd odgraża się, że zlikwiduje szarą strefę między innymi przez „uszczelnianie systemu podatkowego”. Miejmy nadzieję, że to mu się nie uda, bo trzeba pamiętać, iż „szara strefa” nie polega wcale na okradaniu bliźniego swego, tylko na omijaniu idiotycznych przepisów, nazywanych nie wiedzieć czemu „prawem”. Gdyby bowiem mu się udało, to trzeba by pożegnać się z ostatnią nadzieją. Tylko ostatni cymbał bowiem może uwierzyć, że najlepszymi organizatorami gospodarki narodowej będą urzędnicy, to znaczy ludzie, których jedyną, a w każdym razie – najważniejszą umiejętnością, jest wyszukiwanie sobie synekur, a więc lukratywnych stanowisk nie związanych z żadną odpowiedzialnością. W swojej wojnie z przedsiębiorcami Umiłowani Przywódcy, wspierani przez stada autorytetów moralnych, nie cofają się przed żadną podłością, wśród których na czołowe miejsce wybijają się oskarżenia przedsiębiorców o „egoizm”. Te oskarżenia często kolportują ludzie, którzy nigdy w życiu nie zarobili nawet złotówki uczciwą pracą. Praca uczciwa, czyli potrzebna to taka, za którą inny człowiek gotów jest dobrowolnie zapłacić. Tymczasem – jak zauważył amerykański ekonomista Maurycy Rothbard – tylko funkcjonariusze publiczni swoje dochody wymuszają siłą, podczas gdy wszyscy inni, jeśli chcą uzyskać dochód, muszą wyświadczyć innym ludziom jakieś dobro; sprzedać im coś, czego tamci potrzebują, ugotować im obiad, wyleczyć z choroby, przewieźć z miejsca na miejsce, popilnować dzieci itd…” (Stanisław Michalkiewicz)

podobne: Konspiracja w odpowiedzi na przemoc – Stanisław Michalkiewicz oraz: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność. polecam również: Stanisław Michalkiewicz: Państwo jako nowotwór złośliwy i to: Solidarni z mafią, czyli zaległym VATem w przedsiebiorcę

Jakiś czas temu lotem medialnej błyskawicy obiegła Polskę informacja o tym, jak to nasi dzielni „umiłowani przywódcy” rencami swoich najdzielniejszych z dzielnych tj. służb w postaci funkcjonariuszy katowickiego CBŚP + Generalny Inspektor Informacji Finansowej + UKS z Katowic i Bydgoszczy (a wszystko to pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Gliwicach) rozbili szajkę „podatkowych oszustów” którzy za pomocą tzw. „złotej karuzeli” mieli czelność nie tylko nie podzielić się swoim zyskiem z tzw. „państwem”, ale jeszcze je okradli wyłudzając VAT i narażając tym samym Skarb Państwa na „stratę” około 140 milionów złotych. Sprawa jest rozwojowa bo podobno gang handlował nieistniejącym towarem przez 60 „fikcyjnych” firm, w których dodatkowo prano zarobione w ten sposób brudne pieniądze (nie wiadomo dlaczego brudne skoro państwo się do nich przyznaje jak do straty 🙂 ).

Pomijając sam fakt że brak wpłaty jakiegokolwiek podatku do „kasy państwowej” nie jest żadną stratą (tego rodzaju logiką rządziła się kiedyś tylko mafia) a co najwyżej brakiem przychodu (bo nie można stracić czegoś czego się nie posiada), to chciałbym (po raz kolejny) przypomnieć że wszelkiego rodzaju wyłudzenia i „biznesy” o którym mowa, których zwalczaniem zajmują się prokuratura, policja i służby specjalne są możliwe wyłącznie dlatego, że państwo tworząc bzdurne przepisy (których potem prawidłowe wykonanie ktoś inny musi nadzorować a jeszcze inny egzekwować kiedy zostaną naruszone albo wykorzystane do „nielegalnego” zysku) samo niejako daje podwaliny i prowokuje „przedsiębiorczych” obywateli do „łamania prawa”. O ile można to tak nazwać, bo póki co to wygląda i działa jak lewo. A przecież wystarczyłoby zlikwidować wszystkie podatkowe odpisy i nikt nie mógłby nawet pomyśleć o wyłudzaniu czegokolwiek. Skoro państwo tak bardzo chce ulżyć podatnikom to czemu w miejsce odpisów/zwrotów nie wprowadzi po prostu niższych podatków. Czemu zamiast rozwiązania problemu kreuje dogodne warunki do popełniania przestępstw. Komu to tak naprawdę służy? Odpowiedź jest prosta – aparatowi państwa, które dzięki tej kryminalizacji ma pretekst do poszerzania swoich „kompetencji” w ramach kontroli, nadzoru i ścigania każdej działalności w której zobaczy zysk dla „skarbu państwa”… (Odys)

„…epoka Gierka, jeśli odcedzić z niej marksistowsko-leninowskie pomyje, w największym chyba stopniu nawiązywała do przedwojennej sanacji, której celem było podporządkowanie państwu nie tylko gospodarki, ale całego życia publicznego. Wyrażał to art. 4 konstytucji kwietniowej z roku 1935, który stanowił, że „W ramach państwa i w oparciu o nie kształtuje się życie społeczeństwa”. Skoro „życie społeczeństwa” zostało w całości podporządkowane „państwu”, to nieuchronną konsekwencją takiej sytuacji było przejęcie przez „państwo” obowiązku opieki nad „społeczeństwem” – od kołyski po grób. Wprawdzie finansowanie kosztów tej opieki zostało dyskretnie złożone na barki podopiecznych, ale cała sztuka polega na tym, by jak najdłużej utrzymać ich w nieświadomości tego stanu rzeczy – również poprzez wbijanie mu do głowy idei solidaryzmu społecznego, którą najkrócej można ująć słowami poety: „Na tym się świata ład opiera, że jeden sieje, drugi zbiera.” I dopóki nie zorientują się, co i jak, dopóty „można z nimi wszystko zrobić i w każdą formę ulepić” – pod jednym wszelako warunkiem – że ktoś dostarczy kiełbasy. Doskonale rozumiał to Towarzysz Szmaciak, kiedy mówił: „więc albo dajta im to mięso, albo też im połamta kości!” Potrzeba bezpieczeństwa jest bowiem u ludzi znacznie silniejsza, niż potrzeba wolności. Wolność bowiem związana jest z ryzykiem, podczas gdy bezpieczeństwo wymaga tylko posłuszeństwa, albo przynajmniej stwarzania jego pozorów. Naprzeciw potrzebie bezpieczeństwa wychodzą tedy nie tylko politycy, ale również środowiska pretendujące do sprawowania przywództwa moralnego, pryncypialnie potępiając „liberalizm” – niestety jak zwykle „bez swojej wiedzy i zgody”, bo nie o liberalizm tu chodzi, tylko o permisywizm, a więc ideologię, która promuje swawolę bez odpowiedzialności, bo ta przerzucana jest na „społeczeństwo”, a więc – na nikogo.

Z tego właśnie powodu, gospodarczy program rządu Prawa i Sprawiedliwości nakierowany jest na renacjonalizację gospodarki, a w każdym razie – jej kluczowych segmentów. Nie ma nawet najmniejszych oznak działań zmierzających do odblokowania narodowego potencjału gospodarczego, zablokowanego nie tylko przez model kapitalizmu kompradorskiego, skutkujący wyrzuceniem większości obywateli na margines głównego nurtu gospodarki, nie tylko przez postępującą biurokratyzacje państwa, ale i przez forsowany od 2004 roku za pośrednictwem Unii Europejskiej niemiecki projekt „Mitteleuropa”, wyznaczający polskiej gospodarce rolę peryferyjnej i uzupełniającej gospodarkę niemiecką. W tej sytuacji jedynym sposobem pozyskania sympatii większości stęsknionej za Gierkiem, jest polityka rozdawnictwa. Zapoczątkował ją sztandarowy program PiS w postaci „Rodziny 500 plus”, który – jak to wypsnęło się wicepremierowi Morawieckiemu – finansowany jest z zadłużenia państwa na 20 mld złotych – a przecież nie jest to ostatnie słowo, bo w kolejce czeka program „Mieszkanie plus”, przyjęty właśnie przez rząd prezydencki projekt przywrócenia wieku emerytalnego sprzed jego podwyższenia przez rząd Donalda Tuska kosztem 7 – 8 miliardów rocznie – i tak dalej i tak dalej – bo apetyt wzrasta w miarę jedzenia…

…Jeśli tedy rządy PiS mają przetrwać aż do roku 2027, który sam prezes Kaczyński uznał za cezurę, to trzeba koncentrować się na objęciu programem rozdawnictwa możliwie wszystkich środowisk społecznych, unikając jednak nie tylko faworyzowania, ale nawet uwzględniania zaplecza politycznego. Państwo, to znaczy obywatele korumpowani własnymi pieniędzmi, będą potem płakać krwawymi łzami w babilońskiej niewoli u lichwiarzy, ale z tym większym sentymentem będą wspominali błogosławione rządy prezesa Kaczyńskiego, tak samo, jak teraz rozczulają się na wspomnienie epoki Edwarda Gierka. Skoro tak można przejść do Historii, skoro tak można utrwalić we wdzięcznej pamięci narodu nie tylko brata-bliźniaka, ale również własną osobę, to czegóż chcieć więcej?” (Stanisław Michalkiewicz – Exegi monumentum aere perennius)

podobne: Moralne i ekonomiczne konsekwencje głupoty czyli… „Dobrobyt” płacy minimalnej, średniej krajowej, bezwarunkowego dochodu gwarantowanego i programów socjalnych. Skąd się bierze bogactwo? PIS gwarantuje bankom niezatapialność (za oszczędności Polaków). oraz: Stan Tymiński: Nowy program PIS – populismus über alles i to: Od koniczka do śmietniczka czyli… „męczeństwo” klaczy ważniejsze od interesu obywateli. „Dobra zmiana” u koryta. a także: Nihil novi Winiarskiego o Komorowskim (na procesie Sumlińskiego) przemilczane przez „media”. Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta.

„…Okazuje się, że nie miał racji Józef Stalin mówiąc, że komunizm pasuje do Polaków, jak siodło dla krowy. Może tak było kiedyś, ale z czasem komunizm tak się do Polaków dopasował, że stał się jednym z elementów tożsamości narodowej. Na czym polega komunizm? Na likwidacji własności prywatnej, a w wersji złagodzonej, „socjaldemokratycznej” – na jej pozostawieniu, ale pozbawieniu wszelkiej treści, a przede wszystkim – władzy właściciela nad przedmiotem własności. Tę władzę przechwytują urzędnicy pod pretekstem dbałości o „dobro wspólne”. Oni właśnie, a więc ludzie, którzy posiedli umiejętność wyszukiwania sobie synekur, to znaczy – lukratywnych posad bez żadnej odpowiedzialności za cokolwiek, wmówili wszystkim pozostałym, że ponieważ posiedli tajemnicę „dobra wspólnego”, to właśnie im powinno zostać podporządkowane całe życie publiczne. Ten sposób myślenia, z całkowitą szczerością (idioci są szczerzy) zaprezentowała pani Elżbieta Jakubiak, w swoim czasie prawa ręka prezesa Kaczyńskiego, w rozmowie z red. Mazurkiem. Powiedziała zupełnie serio, że jej praca, polegająca na wystawianiu zaświadczeń, jest nie tylko niezbędna, ale stanowi warunek sine qua non wszelkiej działalności publicznej z gospodarczą na czele. Ten sposób myślenia podziela bardzo wielu, może nawet zdecydowana większość Polaków, a w każdym razie takie sprawia wrażenie, jakby podzielała. W rezultacie własność nie tylko w naszym nieszczęśliwym kraju, ale w całej Unii Europejskiej, gdzie rewolucja komunistyczna jest w pełnym natarciu, została nie tyle formalnie zlikwidowana, co pozbawiona treści, zwłaszcza – władzy właściciela nad rzeczą. W rezultacie mamy do czynienia z atrapą własności, podobną do orła wypchanego. Taki orzekł niby ma wszystko to samo, co orzeł żywy; skrzydła, dziób, szpony i tak dalej – ale nie lata. Likwidacja własności i podporządkowanie wszystkiego fantomowi „dobra wspólnego”, to jest komunizm. I u nas właśnie przeżywa on drugą młodość, zarówno pod rządami obozu zdrady i zaprzaństwa, jak i pod rządami płomiennych szermierzy patriotyzmu, którzy lansują komunizm w jego wersji pobożnej.

Tymczasem doświadczenie uczy, że rządy nie tylko nie rozwiązują żadnego problemy, tylko czynią je nierozwiązywalnymi…” (Stanisław Michalkiewicz – Gołąb ostatni do pana prezydenta)

podobne: Walka naszych służb z przestępczością gospodarczą i zorganizowaną to jedna wielka ściema.  oraz: Rzeczpospolita niskich płac, zawyżonych średnich i odwróconego VATu. Projekt dot. podniesienia kwoty wolnej od podatku odrzucony, ale 95 mln zł na nagrody w urzędach jest  a także: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy podatki dają pracę? (czy może odbierają)  i jeszcze: Apetyt żyjących z podatków oraz misja na Pluton kontra „informatyzacja” ZUS czyli… skala marnotrawstwa „publicznych” pieniędzy.

Nam Zależy: „Plan Morawieckiego to morderstwo wolnego rynku!” – wywiad z Tomaszem Sommerem

Na Węgrzech i w Polsce trwa „uwłaszczenie ziemii” w postaci ustawki o „ustroju rolnym”. Czy państwo działa na ślepo?


„(…) aby dwie wymieniane usługi miały tę samą wartość, aby wymiana była sprawiedliwa, musi być spełniony jeden warunek: wymiana musi dokonywać się w sposób wolny. (…) równowartość wynika z wolności. (…) rola państwa polega raczej na tym, by zapobiegać, a zwłaszcza przeciwstawiać się podstępom i oszustwom, to znaczy zagwarantować wolność, a nie tę wolność gwałcić.” (F. Bastiat)

Ostatnio na Węgrzech oprócz dobrych i korzystnych w wymierny sposób dla obywateli posunięć (o czym więcej tu: Węgry zmniejszają deficyt, zadłużenie publiczne i podatki), mają miejsce praktyki znane u nas pod historyczną i owianą czarną legendą nazwą „uwłaszczania się nomenklatury”.

Jakiś czas temu pisałem (tu: Polska potrzebuje liderów-patriotów – rozmowa ze Stanisławem Tymińskim), że należy sobie zdawać sprawę z tego, iż Orban prawdopodobnie nie jest samodzielnym „władcą” Węgier, a został na takiego namaszczony (według teorii Pana Michalkiewicza do której się przychylam) przez rodzimą „razwiedkę”, która wyciśnięta z rynku lokalnego przez kapitał zagraniczny zaczęła wspierać „rewolucję węgierską” , a zwłaszcza jej myśl przewodnią która zakładała „nacjonalizację” kapitału gospodarczego na Węgrzech. Wsparcie jakiego udzielono Orbanowi by przekonać do niego opinię publiczną, zasadzało się (oficjalnie) na szczytnym celu – „zwrócić Węgrom Węgry”, ale nieoficjalnie chodziło rzecz jasna o to, by tamtejsze elity pozbawione możliwości żerowania na własnym narodzie odzyskały taką możliwość, poprzez uwłaszczenie się na znacjonalizowanym majątku.

Zwracałem uwagę na to, że Orban może mieć za jakiś czas z wynikającym z tego tytułu długiem wdzięczności kłopot. Jeżeli bowiem węgierska „razwiedka” okaże się takimi samymi pijawkami na państwowych posadach (jak swojego czasu w ramach „transformacji ustrojowej” nasze „bezpieczniackie watahy”), a do tego nie wykaże się ekonomicznym zmysłem by stworzyć mechanizmy gwarantujące węgierskiej gospodarce stabilny rozwój, z wymiernym dla zwykłych obywateli zyskiem, to Orban tak szybko jak został wywyższony może równie szybko z piedestału zlecieć. Bez odczuwalnej i trwałej dla zwykłych Węgrów poprawy warunków bytowych, patriotyczne uniesienie i radość z nadchodzących zmian, łącznie z poparciem dla „nacjonalizacji” gospodarki szybko się skończy, i zamiast spodziewanej odwilży na Węgrów zwali się hałda błota pośniegowego, w postaci ekonomicznie negatywnych konsekwencji nowego podziału majątku, który pozbawiony zagranicznego kapitału trzeba teraz będzie utrzymać WŁASNYM wysiłkiem. Oczywistą konsekwencją takiego obrotu sprawy może być gwałtowny wzrost ucisku fiskalnego i groźba pojawienia się kosztownych dla podatników monopoli w postaci powiększającego się sektora „usług” państwowych. Tymi wszystkimi kosztami zostanie obciążony nie kto inny jak węgierski podatnik, który zamiast swobody rozwoju i udziału w nim, dostanie najgorszy rodzaj ucisku i konkurencji bo od „swoich” i na rzecz „swoich” władz. Problemem było do czego Orban użyje swojej władzy, i co z tego w rzeczywistości narodowi przypadnie w udziale w ramach „dobrej zmiany”. No i stało się… (Odys)

„…Węgierska prasa gorączkowo szuka rzeczywistego celu wyprzedaży gruntów ornych przez rząd. Poszukiwania te są tym zasadniejsze, że zaledwie parę lat temu zostały one wydzierżawione aż na 50 lat. Poprawa relacji budżetowych nie wchodzi w rachubę, bo rząd nie ma prawa przeznaczyć wpływów ze sprzedaży ziemi na nic innego niż… na zakup (innej?) ziemi lub na zagospodarowanie gruntów już będących w posiadaniu państwa. Aby móc przeznaczyć te środki na jakiś inny cel, trzeba byłoby zmienić ustawę, co – z woli Fideszu – wymaga większości 2/3 głosów. Takiej większości parlamentarnej premier Orbán już jednak od paru miesięcy nie ma, bo jeden z posłów Fideszu zmarł, a w wyborach uzupełniających kandydat tej partii przepadł.

Krąży też nad Dunajem teoria z rodzaju spiskowych, że rzeczywistym celem całej operacji jest rozdanie ziemi ludziom stojących blisko władzy. Podejrzenie to wzmacnia fakt, że wedle ustawy o ziemi aby stać się właścicielem byłego państwowego gruntu, nie wystarczy wygrać przetarg. Potrzebna jest jeszcze zgoda miejscowych rad właścicieli gruntów rolnych, którzy mogą wyznaczyć inną osobę rekrutującą się z kręgu miejscowych chłopów. Szkopuł w tym, że rady takie nie zostały sformowane, a ich uprawnienia przeszły w związku z tym na prezesa krajowej izby rolniczej. Izba ta została zorganizowana i założona przez rząd Fideszu. Działa pod nazwą Narodowej Izby Gospodarstw Agrarnych, a członkostwo w niej jest obowiązkowe dla wszystkich rolników. Przyznanie prawa zakupu ziemi zależy zatem od decyzji prezesa izby, którego wyznacza Fidesz.

Inna teoria głosi, że drugim celem wyprzedaży jest pozbawienie wydzierżawionych gruntów byłego przyjaciela Viktora Orbána Lajosa Simicski, którego liczne spółki oraz przyjaciele dzierżawią łącznie od państwa kilkadziesiąt tysięcy hektarów. Simicska – przez ponad 25 lat najbliższy przyjaciel Orbána, jeszcze z czasów uniwersyteckich – w wywiadzie radiowym potraktował premiera wulgaryzmami. Przy pomocy Orbána Simicska zdobywał miliardowe zamówienia państwowe, stając się w krótkim czasie jednym z najbogatszych i najbardziej wpływowych przedsiębiorców Węgier. Przez jakiś czas był prezesem urzędu skarbowego, a jeszcze wcześniej długo zarządzał kasą Fideszu.

Simicska i jego z kolei przyjaciele obstawili dzięki Orbánowi wszystkie urzędy i instytucje, które dzieliły środki państwowe i jeszcze większe – unijne. Kiedy Fidesz był w opozycji, to w znacznej mierze właśnie Simicska napełniał partyjną kasę z własnych środków. Orbán zaczął jednak w 2014 roku odsuwać najpierw jego ludzi, a w końcu jego samego od wszelkich źródeł państwowych pieniędzy, znajdując sobie jednocześnie nowego przyjaciela w osobie wspomnianego burmistrza Felcsútu. Teraz to Lőrincz Mészáros, z wykształcenia hydraulik, wygrywa najwięcej miliardowych przetargów państwowych. W ciągu dwóch lat stał się jednym z najbogatszym przedsiębiorców na Węgrzech.

W świetle dokonanej przez rząd wolty i leżącego od niedawna w parlamencie projektu ustawy, trudno nie dawać wiary takim pogłoskom. Dzierżawcy żyli przecież dotychczas w przekonaniu, że mają przed sobą jeszcze niemal pół wieku, bo państwo nie mogło ani rozwiązać umowy, ani podnieść rzeczywiście niskiego czynszu, a w dodatku dzierżawca miał prawo pierwokupu. Wszystko to razem sprawiło, że na przetargach na grunty w dyspozycji pana Simicski i jego kolegów nie stawił się nikt (nie powinno chyba dziwić, że zostały one wystawione do sprzedaży jako pierwsze). Nowelizacja ustawy może całkowicie zmienić stan dzisiejszy, korzystny dla dzierżawcy. Przewiduje ona bowiem (i to z mocą wsteczną, co od chwili objęcia rządów przez premiera Orbána nie jest wielkim zaskoczeniem), że cenę dzierżawy będzie można aktualizować co pięć lat, a jeżeli nowa stawka się nie spodoba, to państwo ma prawo umowę wymówić.

Powód wyprzedaży ziemi chyba najtrafniej ujął minister János Lázár, szef kancelarii premiera. Podczas konferencji prasowej stwierdził on, że jest lepiej, kiedy państwowe grunty orne są w rękach osób prywatnych, ponieważ nie ma już PGR-ów i państwo już i tak na nich nie gospodaruje. Gdyby działały jeszcze państwowe gospodarstwa rolne – tłumaczył – to niezależnie od tego, czy pod rządami Fideszu, czy socjalistów, menedżerowie tak czy inaczej wykradliby z nich wszystko, co się da…

…Pod młotek idzie około 380 tys. ha gruntów ornych – niemal połowa ziemi będącej dotychczas własnością państwa. Całe Węgry spekulują, jaki jest cel tej akcji: rozdanie ziemi „swoim” czy po prostu rozliczenie rachunków premiera z byłym przyjacielem. Na pewno nie jest im oficjalnie głoszona chęć pomocy małym gospodarstwom….” (Zsolt Zsebesi – Na Węgrzech trwa wielka wyprzedaż gruntów ornych)

podobne: Studium węgierskiego przypadku nad Wisłą czyli… ile z Orbana w PISie. Czego powinien chcieć od władzy zwykły Polak?  oraz: Polityka energetyczna Węgier solą w oku „Wielkiemu Bratu” z zachodu.

Dlaczego zwracam na to uwagę? Otóż okazało się że za podobny numer wzięła się nasza lokalna „dobra zmiana”… Na początek materiał filmowy – Z Wiplerem o gospodarce – część 4: ustawa o kształtowaniu ustroju rolnego

„…Pod pretekstem ochrony ziemi PiS chce w ogóle zlikwidować wolny nią obrót. Ziemia zastrzeżona ma być tylko dla uprzywilejowanej kasty związanej z reżimem i chronionej zasiekami prawa pierwokupu. Prawo pierwokupu przysługiwać ma przede wszystkim dotychczasowemu dzierżawcy, a jeśli takiego nie ma to chłopu którego pole sąsiaduje ze zbywaną ziemią. Jak by i tego było mało to następnie prawo pierwokupu przypaść ma Agencji Nieruchomości Rolnych, jednej z najbardziej skorumpowanych agentur państwa. Jej władza rozciągać by się miała na każdy kawałek roli większy od 1 ha.

Negatywnego wpływu jaki odejście od wolnego rynku może mieć na ceny nieruchomości rolnych wyjaśniać nie trzeba. Jest to jedynie w interesie PiS-u i budowanego przezeń właśnie lokalnego zaplecza. Ze stalinowskim zacięciem próbuje się więc odgonić od ziemi nie tylko inwestorów, drobnych „obszarników” i innych nie-rolników ale także wrażych „kułaków” za to że mają jej zbyt dużo. Do grona tych ostatnich awansowali wszyscy poważni użytkownicy większego areału. Każdy farmer, plantator czy spółka uprawiająca ponad 300 ha ma więc przechlapane tak samo jak inwestor.

Na „rolnika” uprawnionego do kupna ziemi PiS chce namaścić tylko chłopa mieszkającego od lat w gminie gdzie grunt się znajduje i uprawiającego, albo i nie, parę hektarów za stodołą. W rezultacie szeroko zakrojonej krucjaty, obejmującej także restrykcje w dziedziczeniu majątku ziemskiego, polska własność ziemska przejść ma praktycznie w ręce kasty lojalnych gauleiterów partii od której przywileje te otrzymali. W warunkach zlikwidowanego wolnego rynku ziemi jej ceny spadną a utrzymane, a jakże, dopłaty unijne sprawią że posiadanie gruntu stanie się wyjątkowo atrakcyjną propozycją – ale tylko dla lokalnych klik… 

I pomyśleć że nikt z tzw. przedstawicieli narodu, w tym z tak zwanej opozycji, nie pomyślał nawet o prostym rozbrojeniu tego kroczącego PiS-owego zamachu stanu na wsi, w autentycznym interesie niemej większości. Wystarczyłoby włożyć w nową ustawę ten prosty paragraf:

Transakcje ziemią rolną w areale do 20 ha pomiędzy osobami fizycznymi legitymującymi się obywatelstwem polskim wyłącza się spod jakichkolwiek ograniczeń.

Dajcie się Polakom rządzić a wykończą się sami – miał zauważyć zgryźliwie żelazny kanclerz Otto von Bismarck. Wygląda na to że w sto parędziesiąt lat później, i w ponad ćwierć wieku po sławetnej „transformacji systemowej”, Polacy pod wodzą PiS-u zaczęli właśnie to robić.”  (cynik9)

całość tu: Antyreforma rolna PiS

podobne: NIK o patologii w „sadowniczych uprawach ekologicznych”: Sadzili sady – zbierali dopłaty. Michalkiewicz i Umiłowani Przywódcy w „trosce” o (nie)swoją ziemię. oraz: Raport NIK. Efekt dopłat to wyłudzenia i bezprawne korzystanie z gruntów skarbu państwa. i to: NIK: luki w prawie pozwalają cudzoziemcom przejmować ziemię w Polsce.

Mając powyższe na uwadze pozostało zacytować to, na co zwraca uwagę Pan Michalkiewicz:

„…Dotychczasowe działania PiS polegają na wymianie kadr w aparacie biurokratycznym, natomiast nie widać żadnych oznak przynajmniej częściowego jego demontażu. Trudno się temu dziwić, bo i prezes Kaczyński, który obecnie jest kimś w rodzaju dyktatora Polski, wzorem ewangelicznego setnika, ma wprawdzie pod sobą żołnierzy, ale sam też jest „pod władzą postawiony”, jako zakładnik swego zaplecza politycznego. Niech no tylko przestanie je karmić, to natychmiast zostanie generałem bez armii. Wiadomo to od czasów starożytnych, kiedy Gajusz Grakchus wprowadził w Republice Rzymskiej tzw. „frumentacje” które początkowo polegały na rozdawnictwie zboża. Przetrwały one aż do dnia dzisiejszego, rozwijając coraz to nowe, niekiedy bardzo wyrafinowane formy – oczywiście dla dobra Rzeczypospolitej – no bo jakże by inaczej?…”

podobne: Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta. oraz: Pogrobowcy Hilarego Minca czyli… Wilczek kontra „prawdziwa prawica”.

…Nie ma zatem ŻADNEGO przypadku ani pomyłki w tym że „reforma” rolna została tak na Węgrzech jak i w Polsce przeprowadzona w sposób korzystny dla państwa i jego popleczników, a ze szkodą dla zwykłych obywateli. Inaczej wyglądałaby tak:

„… Nowa wersja ustawy powinna gwarantować wszystkim Polakom swobodę transakcji ziemią do 10 ha, kropka. Stanowi to akurat średni areał pod uprawą w gospodarstwie rolnym obecnie w Polsce. Warunek jest jeden: obie strony transakcji muszą mieć obywatelstwo polskie. A może dodać do tego również że kupiec musi legalnie posiadać broń palną aby swojego nowego nabytku bronić? Bo przecież albo na poważnie bronimy czegoś albo nie. Najlepszą obroną ziemi polskiej jest uzbrojony Polak na niej urzędujący i mający w niej swój ekonomiczny interes.

Owszem, pewne ograniczenia w ustawie, takie jak wymagana zgoda lokalnej administracji kiedy jedna ze stron transakcji w nieruchomościach nie jest polska (rzecz znana w wielu krajach, m.in. w Szwajcarii), przeciwdziałanie zbytniej koncentracji gruntów, czy też kontrola państwa nad mega transakcjami powyżej 1000 ha są zrozumiałe i nie budzą większych kontrowersji. Kontrowersje wzbudza natomiast sama idea że nie każdy Polak w swoim własnym kraju może kupić sobie kawałek łąki, choćby poza rodzinnymi piknikami nic na niej nie robił. Jest to anty polski gniot sygnowany niefortunnie przez pro-polską podobno partię przy władzy.

#2 Mniej socjalizmu, nie więcej. Innym bezdennie głupim posunięciem PiS-u jest wylanie dziecka z kąpielą, czym jest praktyczne zlikwidowanie, a nie tylko rozumne ograniczenie, wolnego obrotu ziemią. Czym innym jest kontrola nad wykupem państwowej ziemi w tysiącach hektarów (ile takich kawałków zostało to inna sprawa) przez niezupełnie przejrzyste obce interesy. Zupełnie czym innym jest natomiast hurtowe ograniczenie potencjalnych kupców kawałków gruntu do namaszczonych przez PiS, wąsko rozumianych „rolników”, oraz narzucenie prawa pierwokupu przez państwo nawet na mikroskopijne kawałki gruntu już od 1 hektara. Jak się też ma do „obrony ziemi polskiej” praktyczny zakaz jej dziedziczenia przez polskie dzieci polskich rodziców, zastąpiony dowolnością decyzji lokalnego kacyka którym stać się musi namaszczony przez PiS gauleiter regionalnego oddziału ANR?

Nie ma to wszystko nic wspólnego z bronieniem ziemi polskiej przed „Niemcem” czy przed innymi zagrożeniami. Ma wszystko wspólne z obłędną wiarą rządzącej partii w to że niższe ceny gruntu rolnego są w czyimkolwiek interesie. Nie są, poza może czasowym wyjątkiem lokalnych sitw małorolnych liczących na tańsze dotarcie do dopłat w czasie jaki pozostał im do zmiany rządu. Ten socjalistyczny obłęd „korzystnych” niższych cen dzięki eliminacji wolnego rynku obróci się przede wszystkim przeciwko samym rolnikom, zwłaszcza poważnym gospodarzom zainteresowanym w ekspansji swoich gospodarstw na których powinno państwu specjalnie zależeć. Można spodziewać się że banki zakwestionują dużo tańszy i objęty ograniczeniami obrotu grunt jako zabezpieczenie kredytu przy dalszych transakcjach ziemią.

Że nie wspomnimy tutaj nawet o odnoszących sukces gospodarstwach rodzinnych ponad 300 ha, które w ramach rządzącej ortodoksji podpadną od razu pod paragraf o „kułactwie” i wrogiej spekulacji…” (cynik9)

całość tu: Pomysły na wieś

podobne: Trzecia rewolucja technologiczna i ryzyko rosnącego bezrobocia w związku z rozwojem robotyki. Receptą na potencjalny kryzys uwłaszczenie (a nie „pomoc państwa”). Michalkiewicza debata o nierównościach.

„…Dziwnym zbiegiem okoliczności ustawa, mająca chronić polską ziemię przed drapieżnym zagranicznym kapitałem, równie skutecznie ograniczyła go nam Polakom. A cóż to spowoduje? Ano ceny ziemi rolnej zapikują, niczym kamień rzucony w przepaść. Czyli będzie tanio…… Czujecie? A kto lubi tanio kupić? …. „Kompinujcie” jak mawia mój kolega. Tak dobrze „kompinujecie”. Dziwnym trafem dodana została poprawka o możliwości obrotu ziemi związkom wyznaniowym. Bingo! I zważcie, że jakoś, Lewactwo, wiedzione mediami, na pole aborcyjne nie wrzeszczy, że Kościół Katolicki wykupi polską ziemię!! Taka okazja, żeby Sukienkowym dokopać, a tu cisza? Tak Braciszkowie i cisza ma być, bo jeszcze Lud prosty by się dowiedział, że to nie dla KK ustawa uczyniona została, a dla tych co ich tu prawie nie ma, bo Synagogi puste, a jednak są! A choć Synagogi puste, to konta spuchnięte, a na południu gorąc coraz większy…… Dlatego Braciszkowie, pilnujmy dobrze, bo się okaże za chwilę, że i piędzi polskiej ziemi nie będzie, choć zakaz jest jak się patrzy….. A zakaz, to zakaz! Po to on, by maluczkim wpierw zabronić, a później majątku pozbawić!…” (piotruchg – Aborcja, czyli Panamskie Pampersy)

PS…

„…Państwo nie jest ślepym, przypadkowym, omylnym gigantem nie rozumiejącym, co czyni depcząc maleńkich obywateli na swojej drodze. Ono jest gigantem świadomym, działającym jak najbardziej celowo – świadomość ta jest wprawdzie utkana z najróżniejszych podszeptów wielu odmiennych grup interesu, różnych lobbystów i środowisk, a przez to dość chaotyczna, mnoga. Tak więc, gdy ustawa utrudnia życie małego przedsiębiorcy, można przewidzieć, że dzieje się to z korzyścią – i często za sprawą podpowiedzi udzielonej w stosownej komisji sejmowej – dużego przedsiębiorcy, który małego konkurenta nie chce i chętnie mu rządową nogę podłoży…

…Nie ma niczego szalonego w zapewnianiu sobie przewagi za pomocą państwowej przemocy – jest to działanie racjonalne w sytuacji, gdy każdy może po taką metodę sięgnąć. Szaleństwem jest zatem nie to jak państwo reguluje sprawy, ale już samo to, że ono cokolwiek jakkolwiek reguluje i się wtrąca.”  (źródło: Czy państwo działa na ślepo?)

podobne: PrzElewarr czyli… jak obejść ustawę kominową i jak z państwowej spółki zrobić prywatny folwark (raport NIK). oraz: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność. i to: Rafał Ziemkiewicz: „Państwowe, czyli nie nasze”, ale „patrioci” mówią NIE dla wolnego rynku w Polsce. To mamy ten wolny rynek czy nie? i jeszcze: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach.

rys. Arkadiusz Gacparski

rys. Arkadiusz Gacparski

Obrońcy etatyzmu i sentymentaliści rodem z PRL kamienują „złodziejski kapitalizm” czyli… dlaczego niewolnicy nie zasługują na wczasy?


rys. Arkadiusz Gacparski

rys. Arkadiusz Gacparski

„Jeśli nasze wolności należą nam się z racji urodzenia, jako moralny fakt natury, nie jesteśmy winni państwu wdzięczność za respektowanie ich, tak samo, jak nie jesteśmy nic winni innemu człowiekowi za powstrzymanie się od obrabowania lub zabicia nas.” (Kevin Carson)

Pisze „rozżalony” Dariusz Karłowicz:

„Pomysł był taki, że najpierw pojawią się wyspy zamożności, a potem cała reszta wynurzy się z biedy. Nie wyszło. Polski dobrobyt ma charakter wyspowy i nic nie wskazuje na to by coś miało się tu samo zmienić…”

Nie wiem na jakiej podstawie autor wnosi że coś w jakiejkolwiek kwestii może się „samo” zmienić, ale sugerowanie jakoby dobrobyt brał się „samoistnie” z niczego, tudzież z jakiejś „wyspy” (obietnicy politycznej) zakrawa na kpinę i wymaga odesłania każdego kto tak twierdzi do szkoły gdzie uczą podstaw ekonomii (albo przynajmniej logiki) gdzie ktoś mógłby mu wytłumaczyć jak się buduje dobrobyt i skąd się bierze kapitał (na początek polecam uwadze „humanisty” kilka prostych zasad  – Niewidzialna ręka rynku wg. Adama Smitha) i cytat: „…to ludzie są od rozwiązywania problemów, które sami naważyli. To tak jakby rzec iż woda rozwiąże wszystkie problemy związane z pożarami. Woda to tylko środek do ich gaszenia – a pożary były, są i będą. Ale socjaluch (w analogii do cytatu) by rzekł ,iż winę za pożary ponosi… woda 🙂 Bo przecież samo istnienie wody powinno ogień zniechęcic do pożarów a skoro „SIĘ tak nie dzieje” to winna jest woda –  ”logika” socjaluchów. Kumacie?… Ale gdyby tej wody zabrakło to bylibyśmy całkiem bezbronni w walce z ogniem. Tak jak bez kapitalizmu jesteśmy bezbronni w walce z życiem. Jesteśmy więc pozbawieni dobrych narzędzi. Każde narzędzie można używac właściwie lub dyletancko, ale można się też nauczyc używać go właściwie. W obecnym systemie , który niby chce naprawiac socjalizm, można się tylko nauczyć cwaniactwa… Wolny rynek nie jest antidotum – jest sposobnością, szansą , narzędziem. Mam pytanie retoryczne do socjaluchów zwalczających uwolnienie rynku (czyli nas wszystkich – bo rynek to my) – czy obecny ustrój rozwiązuje jakieś problemy , czy tylko je piętrzy?…” (Prof. Witold Kwaśnicki: Ci wstrętni (neo)liberałowie. A przecież „kapitalizm oznacza własność”)… (Odys)

Dalej Pan Karłowicz pisze:

„Ciekawe, że mieszkańcy wysp – a więc ci, którym wiedzie się choćby względnie dobrze – nie bardzo wierzą w istnienie innego świata. Nie! Oczywiście wiedzą, że nie wszyscy zmieścili na lądzie i że podobno czasem ktoś tonie. Tak, to wiedzą. Tym, w co nie wierzą jest bieda niezawiniona. Przecież on też wyszli kiedyś na suchy ląd. „Jeśli ciężko pracujesz, to w końcu ci się uda – może nie będą to luksusy – ale na latte, i szalik Burberry wystarczy”.

Nie wiem skąd to uprzedzenie i zawiść(?) że komuś wiedzie się dobrze. Bo choćby w sposób najbardziej ekstrawagancki i rozrzutny bogacze korzystali ze swego bogactwa, to przecież tego rodzaju konsumpcja równa się zapotrzebowaniu na pracę przy produkcji dóbr które „pazernie” konsumują. Daj nam Panie Boże żeby bogaczy było jak najwięcej a ludzie pracowali przy coraz bardziej wysublimowanych produktach, i żeby bogacze potrzebowali coraz więcej i coraz bardziej wymyślnych dóbr bo wtedy wszyscy na tym zarobimy, a pracy przy tym dogadzaniu nie zabraknie. I nawet jeśli „obsługujących” nie będzie stać na podobną bogaczom stopę życiową, to już na zwykły dom i inne produkty ze „średniej półki” jak najbardziej, a wydając na te rzeczy pieniądze dadzą pracę stojącym niżej od nich w hierarchii pracowniczej „dogadzaczom”, itd. itp… aż do samego „dna”. Tymczasem „dziwnym trafem” tak się nie dzieje. Okazuje się bowiem że choć Polacy ciężko pracują to z roku na rok stać ich na coraz mniej. Brakuje popytu na dobra nie tyle wyżej co nawet „średnio” przetworzone, przez co ciężko jest je produkować z nastawieniem na rynek wewnętrzny. Tym samym „dobre bo polskie” coraz liczniej wyjeżdża do klienta za granicę. Tu chciałbym uprzejmie zauważyć, że rosnący eksport którym lubią się chwalić różnej masy politycy wskazuje m.in. również na mniejszy popyt na rynku krajowym – a to nie jest zbyt dobra informacja jeżeli krajowi producenci muszą szukać rynków zbytu poza własnym państwem… I tutaj śmiem wątpić jakoby była to wina chciwości (niedopatrzenia) bogatych, bo jako przedsiębiorcy z całą pewnością są zainteresowani by na ich towary i usługi był popyt w kraju w którym mają swoje firmy, a tak to muszą szukać zbytu za granicą. Czemu Polaków nie stać na wiele towarów? A bo ktoś ich po drodze do ich pieniędzy bez przerwy i coraz bardziej pazernie ograbia  – Polak biedny bo musi się dzielić… z państwem… (Odys)

„Jesienią 2014 roku ktoś przysłał mi zrobiony przez redaktorów Kultury Liberalnej wywiad z ówczesnym szefem MSW Bartłomiejem Sienkiewiczem. Młodzi redaktorzy zamartwiali się, że Polacy nie chcą zrozumieć jak wielki sukces odniosła III RP. Minister ze swadą dowodził, że wybór między emigracją, a praca w kraju jest wyborem między dobrymi pieniędzmi, jakie można zarobić za granicą, a pozycją i prestiżem, który daje mniej płatna robota w Polsce. Tak się złożyło, że byłem wtedy w Londynie. Nazajutrz rozmawiałem z grupą młodych emigrantów. Panie zajmowały się sprzątaniem, panowie pracowali fizycznie (rzeźnia, magazyny, budowa). Prestiżem, który utracili było bezrobocie, a w najlepszym razie praca nie dająca najmniejszych szans na zaspokojenie zupełnie podstawowych potrzeb. Pieniądze, które zarabiali w Londynie pozwalały na skromniutkie, ale dumnie samodzielne życie. Twarde dowody polskiego cudu gospodarczego nie zrobiły na nich wrażenia wcale nie dlatego, że nie zostali dość dobrze poinformowani.”

Nie inaczej Panie Karłowicz! Tyle że to nie wina „cudu” ale tego że… Socjalistyczni sabotażyści polskiej gospodarki „wypychają” Polaków do Niemiec na roboty. Poza tym problem biedy i rozwarstwienia nie dotyczy tylko Polski – Pod rządami socjalistów aż 84 miliony obywateli UE żyje poniżej progu ubóstwa… (Odys)

„Jak do tego doszło? W latach 90’ wszyscy delektowali się konceptem, że oto mamy kapitalizm bez kapitału. Należało to rozumieć w taki sposób, że skoro chcemy odejść od komunizmu, to nie wypada patrzeć ani skąd wzięły się pieniądze, ani do kogo należą. Uwłaszczająca się nomenklatura? Proszę bardzo. Dziwne prywatyzacje? Trudno! Lewe kredyty? Przykre, lecz nie do uniknięcia! Media, energetyka, banki w obce ręce – cudnie! Przecież kapitał nie ma narodowości, zachodnie standardy nas rozwiną, miejsca pracy są potrzebne, a transfer zysków, to daleka przyszłość. W wypadku przejmujących majątek służb dodawano jeszcze (tonem ludzi dobrze znających nie tylko mechanizmy rynku, ale i tajniki ludzkiej natury), że jeśli dość dużo ukradną, to przestaną być groźni – więc w naszym najlepiej pojętym interesie jest by kradli ile wlezie. „W trzecim pokoleniu zostaną filantropami” – uspokajano.”

O to toto… Bo sam kapitał nie ma narodowości, wszak płynął (i ciągle płynie) do nas i w różne miejsca na całym świecie bez wędrówki ludów. Dość popatrzeć ile zachodnich firm inwestuje w Chinach i w tzw. „rajach podatkowych”, nie koniecznie przemieszczając w te miejsca swoich właścicieli nieprawdaż? Narodowość posiadają sami kapitaliści, ale to zupełnie inna bajka dlaczego nie koniecznie chcą oni mieszkać w Polsce czy w miejscach gdzie inwestują lub „chowają” swoje zyski. Oni tylko korzystają z przywilejów jakie dla zagranicznego kapitału tworzy dane państwo, bo o to tu chodzi a nie o to że coś jest „na lewo” inwestowane. Wszystko jest legalne bo zgodne z prawem państwa na którym kapitał jest inwestowany. I w Polsce dzieje się nie inaczej, to polskie prawo umożliwia inwestorom zagranicznym funkcjonowanie na polskim rynku w sposób UPRZYWILEJOWANY w stosunku do polskich kapitalistów, których z kolei „polskie” państwo gnębi na różne sposoby… Więc czyja to wina że jest jak jest, i do kogo ten żal Panie Karłowicz? Może by tak stworzyć równe szanse dla wszystkich, zrównując „w dół” tj. w ulgach polskich przedsiębiorców z kapitałem zagranicznym, zamiast zrównywać kapitał zagraniczny „w górę” do obciążeń jakie ponoszą polscy przedsiębiorcy? Kierunek wyrównywania szans powinien być odwrotny od tego w jakim podąża „nowa” władza, bo wtedy dopiero ludzie się bogacą i mają co wydawać na własny rozwój kiedy im się MNIEJ zabiera. Tymczasem bogacić się chce państwo a obywatel ma się cieszyć jak pies ogrodnika że nie tylko on jest rabowany równie pazernie.

Dziwne prywatyzacje i uwłaszczenia nomenklatury to też zasługa państwa i jego prawa. Ci „nowi kapitaliści” rodem z wierchuszki poprzedniego systemu nie wytrzymaliby konkurencji jaką gwarantowała również zwykłym obywatelom słynna „Ustawa Wilczka”, więc państwo (z obsadzonym przez kolesi aparatem władzy) wydatnie im pomogło, a wolność gospodarcza (kapitalizm i wolny rynek) zaczęła być szybko dławiona. W ciągu pierwszych 10 lat obowiązywania Ustawy Wilczka była ona nowelizowana ponad 60 razy (czyli kilka razy w ciągu roku!), w taki sposób że państwo zaczęło „ręcznie” regulować rynek poprzez reglamentowanie pozwoleń, nakładanie wymogów, i koncesjonowanie działalności gospodarczej. Jednocześnie by czerpać zyski z uwolnionego potencjału gospodarczego zwykłych Polaków, nakładano na nich nowe i coraz wyższe podatki (m.in. słynny VAT). W ten sposób skutecznie ograniczano konkurencyjność „prywaciarzy”, pomagając jednocześnie w monopolizowaniu/utrzymaniu przewagi na rynku „biznesom” z uwłaszczonej wcześniej nomenklatury, która nie wytrzymałaby konkurencji z zaprawionymi w bojach z komuną „prywaciarzami”, którzy bardzo szybko zaczęli się dorabiać kiedy nadarzyła się wolnościowa okazja (o czym więcej tu: Piotr Świder: Oda do wolności. Z dedykacją dla poszukiwaczy skarbów wolnego rynku). Więc zwalanie winy na kapitalizm za to że go bardzo szybko zdławiono, albo że uprawiano „gospodarkę” rabunkową (a nie żadne uwłaszczenie) nomenklatury komunistycznej jest po prostu nieuprawnione (Czeka nas kolejna fala emigracji. Przyczyną nie są tylko rządy PO a kapitalizm kompradorski)… Na dzikim zachodzie pionierzy (biali) potrafili się przebierać za indian (czerwonych) po czym napadali na jakichś farmerów i już był pretekst do tego żeby z czerwonych robić czarnego luda. U nas było trochę inaczej, bo to czerwoni (komuniści) udawali białych (kapitalistów) i do dziś kapitalizm jawi się prostaczkom (takim jak autor tekstu), jako ten czarny lód właśnie. Z przezorności i kurtuazji nazywam autora prostaczkiem, bo chcę wierzyć że popełnił ten tekst z głupoty a nie z racji tego że wysługuje się czerwonym 😉 Bo jak inaczej nazwać sytuację w której ktoś zrównuje konia ze stołem tylko dlatego że mają po cztery nogi, a potem się dziwi że stół nie jeździ (Czy kapitalizm nie działa?)… (Odys)

„Nikt nie miał wątpliwości, że trzeba być twardym. Transformacja – powtarzano – wymaga determinacji, wszak wyjście z komunizmu nie może się obyć bez ofiar. Skoro u końca będzie lepiej, więc nie można wahać się ani zwlekać. Rynek dostarcza kryterium. Rentowność! Może się zdarzyć, że coś wartego miliony nie jest warte złotówki – powtarzano wtajemniczając nas w arkana rynkowej mądrości. Pamiętacie ileż uciechy było z tych, którzy ciągle nic nie rozumieli. Biedny homo sovieticus, ignorant przekonany, że warto inwestować w stare pegieery, dołożyć do upadających fabryk, zmodernizować bankrutujące zakłady. Oczywiście nie wszyscy byli poczciwi. Mówiło się o groźnych demagogach: podejrzany profesor przekonujący do trzeciej drogi, niebezpieczny związkowiec czy polityczny populista. Żądali niemożliwego, mącili ludziom w głowach. A przecież wiadomo było – dla przyjętego modelu transformacji nie ma alternatyw.

A tak… Spróbuj Pan prowadzić firmę nie zważając na jej rentowność i wyżyć z deficytu to zobaczysz Pan dlaczego biznes musi przynosić zysk i ile jest warta firma która zysku nie przynosi (oczywiście po uprzedniej rzetelnej wycenie masy upadłościowej i o ile nie ciążą na niej długi). Nie wiem w jakiej firmie jesteś Pan zatrudniony, ale gwarantuję że w chwili kiedy przestanie ona na siebie zarabiać (tj. straci tę „bezczelną” rentowność) to Pan stracisz robotę. Ja wiem że najlepiej było za starej dobrej komuny gdzie „czy się stoi czy się leży…”. W końcu od czego było państwo które zawsze dysponowało niewyczerpanymi zapasami „publicznych” pieniędzy, po to by ratować „dofinansowaniem” każdy taki „biznes” który nie mógł sobie (przecież!) pozwolić na „ofiarę” w postaci bankructwa, bo jakby to wyglądało żeby państwowe nie umiało na siebie zarobić – łup! podatek i już mamy finansowanie zapewnione. Z pewnością dla komunistów było to najuczciwsze z możliwych podejście do obywatela – dymać go nieustannie, żeby łożył na „państwowe” (kiedyś stocznie, huty i wiele innych a dziś ciągle „niedofinansowane” górnictwo – Sektorowi państwowemu grozi efekt domina interwencjonizmu w górnictwie. Przez „flapsy” JSW straciło największego odbiorcę węgla. Michalkiewicz o najkrótszym programie gospodarczym) w coraz wyższych podatkach, jednocześnie coraz więcej odejmując sobie i swojej rodzinie od ust. Najważniejsza była bowiem socjalistyczna idea jedynie słusznego „państwowego przedsiębiorstwa” (żerowiska/spółki jaśnie Panów Związkowców/polityków i partyjnej kliki) aby mogło sobie funkcjonować  kosztem podatników jak typowy pasożyt. To już było Panie Karłowicz i zgadnij Pan co się z tym stało? TAK! Zbankrutowało a wiesz Pan dlaczego? Bo zabrakło w tym wszystkim „bezczelnej” rentowności (Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność). To że przy okazji ktoś ukręcił sobie wałek na dobrze funkcjonujących firmach, było przede wszystkim pokłosiem patologicznego prawa o procedurze przetargowej, w której zrezygnowano z transparentnej licytacji. Ale za tym nie stał żaden „kapitalizm” a co najwyżej kapitał cwaniaków (Jak zainstalowano w Polsce „kapitalizm kompradorski” i kto (lub co) za tym stoi)… (Odys)

„No i operacja się udała. Wskaźniki się poprawiły. Zagraniczni specjaliści od statystyki poklepują nas po plecach. Średnia liczona dla Guliwerów i liliputów wypada nieźle. Owszem są i koszty, ale przecież ogólnie mamy sukces. Mówienie o niepowodzeniach, głodnych dzieciach, skrajnym ubóstwie, obszarach nędzy to brzydki populistyczny trik. Nie przesadzajmy. Jeśli są naprawdę głodne, to niech jedzą szczaw. A liczby? Zmanipulowane!”

Nieee… operacja się nie udała i za tę drugą komunę, kredyty i długi które tylko przedłużyły nieuchronny termin bankructwa, już niedługo trzeba będzie zapłacić. Ciekaw jestem czy ludzie w końcu powiedzą dość i wyślą do diabła podobnych Panu demagogów, zakamuflowanych obrońców „państwowego”, „sprawiedliwości społecznej”, i towarzyszącego im etatystycznego garba który tylko żre a winą za swoje niepowodzenie (kolejny już raz) zwala na kapitalizm i wolny rynek, których zasad funkcjonowania nie rozpoznałby nawet jakby kopnęły go w ten czerwony zad. A będzie jeszcze „lepiej” – Budżet państwa na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną… ale czy PIS będzie nas kosztował mniej? Oczywiście że nie – zamach na umowy cywilnoprawne.… (Odys)

„2,8 miliona ludzi w skrajnej biedzie, czyli poniżej minimum egzystencji? 4,6 miliona Polaków poniżej granicy ubóstwa, a więc progu, od którego zaczyna się interwencja socjalna? Około 700 tysięcy dzieci w domach, które mają problem z zaspokojeniem podstawowych potrzeb? Aż 30% dzieci i młodzieży w ogólnej liczbie skrajnie ubogich? Czy to złośliwa propaganda? Dane przeciwników III RP? Dane z GUS? Wolne żarty! Niestety to nie są żarty. Również tak wygląda III RP. Dwa razy smutniejsza na wsi niż w miastach. Kraj, w którym wielodzietność i nędza ciągle idą w parze. Gdzie w biedzie żyje 11% rodzin z trójką dzieci, a już 27% spośród tych, które mają czwórkę i więcej. Czy państwo nie pomaga rodzinom? Owszem. Dzięki zamrożeniu progu dochodowego, który uprawnia do zasiłku rodzinnego kwota wypłaconych zasiłków spadła z 5,5 mln zł miesięcznie w 2004 roku do 2,3 w 2013 r. Zręczne. Prawda?”

„Zręczne” to jest widzieć skutki ale nie umieć nazwać po imieniu przyczyn takiego stanu rzeczy. Kto zubożył i upokorzył Polaków do tego stopnia? Tax Care: polska rodzina w szponach fiskusa. Struktura daniny oddawanej państwu. I to nie są żarty! Takie są skutki funkcjonowania gospodarki „społeczno-rynkowej” w etatystycznym modelu jej zarządzania. Niech już Państwo nie pomaga rodzinom ani nikomu! Utrata suwerenności czyli… Polska krajem neokolonialnym. Samoobrona rodzinna (Panel dyskusyjny XII Kongresu Konserwatywnego). Poszukiwany autorytet do walki z totalitaryzmem socjaldemokracji... (Odys)

„Istnieją dwie Polski – Polska beneficjentów transformacji i Polska jej ofiar. To właśnie nazywam dobrobytem wyspowym. A beneficjenci? Z małymi wyjątkami żadni z nich Krezusi. Nawet trzy procent Polaków nie zarabia tyle, co najniżej płatny etatowy pracownik Lidla w Niemczech (czyli ok. 7,5 tys. zł). Choć bogactwo naszych wyspiarzy nie imponuje, to – o dziwo – duchowa przepaść jest często ogromna. Szczególna podłość transformacyjnej operacji polegała na tym, że uczono pogardy dla tych, którym odbierano szanse. Pedagogika wstydu za solidarność przyniosła owoce. Wielu, zbyt wielu uwierzyło, że serduszko od Owsiaka i 1% załatwia problem.”

I dalej będą istnieć dwie Polski, a osób które będą potrzebować 1% i dobroczynności ala Owsiak będzie niestety przybywać. Na państwo które nie potrafi z zagrabionych pieniędzy zapewnić ani opieki medycznej ani emerytury nie ma bowiem co liczyć, więc póki co z premedytacją wspiera Owsiaka (WOŚP czyli szantaż moralny na służbie „państwa opiekuńczego”). Chyba że wszelkiego rodzaju prywatne inicjatywy filantropijne zaczną być traktowane po macoszemu w ramach walki z nowego rodzaju „pedagogiką wstydu”, tj. wyrzutem sumienia obnażającym nieudolność rządzących (poprzez np. opodatkowanie czy likwidację ulg z tytułu darowizny na dobroczynność, albo w inny sposób – O tym jak Państwo Opiekuńcze przeszkadza w opiece niepaństwowym instytucjom charytatywnym czyli… poproszę zaświadczenie że jest Pan/Pani biednym). Przykład do jakiego absurdu potrafią dojść niektórzy z etatystów zakochanych w redystrybucji zagrabionego można znaleźć tu: Intelektualiści: Ukrzyżować bogatych! gdzie jeden z tych (nie boję się użyć tego słowa) idiotów, oskarża wręcz prywatną filantropię o to że „wypiera państwo”. Nie chcą ci ludzie zauważyć oczywistej zależności, że to właśnie „dzięki” pazernemu państwu ludzie raz że biedują, to dwa nie stać ich na hojność wobec innych potrzebujących w skali, jaka mogłaby funkcjonować gdyby wcześniej nie zostali „legalnie” obrabowani (dla swojego „dobra”) w podatkach i „składkach” (Do czego potrzebne mi państwo i czemu do wydawania moich pieniędzy?)… (Odys)

„Dowodem niesłychanej izolacji w jakiej żyją mieszkańcy wysp były ostatnie kampanie wyborcze. Przekonanie, że dane makroekonomiczne plus kpiny z hasła o „Polsce w ruinie” przekonają, że jest naprawdę fajnie, kosztowała Platformę władzę. Przegrana nie pomogła. Wyspiarze dochowali się nawet całkowicie lokalnej odmiany lewicy, która gotowa jest protestować przeciw projektowi 500 złotych na dziecko. Swojemu oburzeniu dadzą wyraz w barwnych pochodach. Poznacie ich po szalikach Burrbery i niezachwianej dumie z osiągnięć ostatniego ćwierćwiecza.”

źródło „mądrości”: Dobrobyt wyspowy

Wydatki rządowePrawdziwe zagrożenie rozpoznać można z łatwością, pamiętając o bezczelnie oklepanych mechanizmach rabunku i zawłaszczenia w „majestacie prawa” owoców ludzkiej pracy. Maskowane są one zawsze w ten sam sposób, pojęciami takimi jak „opieka państwa” tudzież „sprawiedliwy podział dóbr”, której to „dobroci” w naszym imieniu muszą dokonywać wszelkiej maści dobro(zło)dzieje typu Tusk, Kaczyński, Piechociński i reszta. O renegatach wywodzących się wprost z komuny i nie chowających się za pojęciem „centrum” czy „prawicy” (SIC!) nie wspominając. Więcej o tych mechanizmach tu: Minuta POPISu. Czy system znowu się obroni dzięki propagandzie spod znaku Virtual Insanity? Wybory są „grą o legitymizację” władzy. i tu: Co „prawdziwa prawica” Kaczyńskiego szykuje dla przedsiębiorców i reszty Polaków. Chodzi mniej więcej o to że:

„…tegoroczny budżet zamyka się deficytem sięgającym prawie 55 miliardów złotych, co oznacza, że dług publiczny będzie powiększał się w dotychczasowym, a może nawet jeszcze szybszym niż dotąd tempie, zwłaszcza, że nie widać żadnych działań zmierzających do odblokowania narodowego potencjału gospodarczego. Został on skutecznie zablokowany z jednej strony przez fatalny ekonomiczny model państwa, ustanowiony w roku 1989 przez generała Kiszczaka i grono osób zaufanych, który nazywam kapitalizmem kompradorskim, a z drugiej – przez narastającą biurokratyzację państwa…

…Program „Rodzina 500 plus” jest rodzajem frumentacji potencjalnie wyjątkowo w skutkach dotkliwej. Rzecz w tym, że przy rosnącym długu publicznym rosną też koszty jego obsługi i w bieżącym roku wyniosą co najmniej 56 miliardów złotych. Jeśli kwotę tę podzielimy przez liczbę obywateli rzeczywiście mieszkających w Polsce (ok.35 mln), to na jednego obywatela przypada z tego tytułu 1600 złotych rocznie. Typowa, pięcioosobowa rodzina, będzie zatem musiała z tytułu obsługi długu publicznego oddać lichwiarskiej międzynarodówce co najmniej 8 tysięcy złotych rocznie. Tyle rząd będzie musiał odebrać rodzicom obdarowanych dzieci, a więc jedno dziecko tak naprawdę nie dostanie nic, a drugie pewnie też nic – bo przecież oprócz kosztów obsługi długu publicznego są w naszym nieszczęśliwym kraju jeszcze inne podatki, np. VAT, który na artykuły dla dzieci przewiduje stawkę w wysokości 23 procent.

Jeśli od tej frumentacji coś wzrośnie, to pewnie tylko liczba urzędników, bo rychło okaże się, że jest ich za mało, by zapewnić sprawiedliwy rozdział pieniędzy. Za darmo tego, ma się rozumieć, nie zrobią, co to, to nie – więc w rezultacie przez budżet państwa będzie przepływał coraz większy strumień pieniędzy odebranych uprzednio obywatelom – oczywiście dla ich dobra, bo przecież wiadomo, że pieniądze psują charakter…” (Stanisław Michalkiewicz – Prezenty z worka judaszowego)

podobne: Polska idzie śladami bankruta czyli Michalkiewicza o „frumentacjach” słów kilka.

Z tego powodu wszystkim „krytykom” wolnego rynku, kapitalizmu,  prywatnej własności i w ogóle wolności, pozostało życzyć kolejnych 50 lat wczasów na pustyni Synaj (Stanisław Michalkiewicz kontra sentymentalista PRL-u), aż odejdą w mentalny niebyt, bo z takimi „mędrcami” u sterów rządu czy ruchów społecznych, w dyskursie publicznym i propagandzie (mediach), czy wśród „większości” tzw. wyborców, Polska nigdy nie wejdzie do ziemi obiecanej. Zrozumcie raz i na zawsze, że wolność to tyle ile każdy z nas z osobna ma „w kieszeni” jako SWOJĄ PRYWATNĄ WŁASNOŚĆ, a nie to co „rząd” zgromadził w „budżecie” kosztem obywateli.

To właśnie etatyzm, centralizm, socjalizm i redystrybucja w wydaniu „państwowym” doprowadziły do tego co mamy obecnie, tj. pogłębiającej się BIEDY i ROZWARSTWIENIA w dochodach z pracy, a co za tym idzie do WYWŁASZCZENIA ludzi z ich własności i PRAW OSOBISTYCH, których będąc pozbawionymi narzędzi nie są w stanie dochodzić przed sądami, przez co trafiają na margines życia społecznego. Im więcej cedujemy na państwo tym mniej mamy do gadania jako jego obywatele i po prostu ludzie – „Państwowe, czyli nie nasze”, ale „patrioci” mówią NIE dla wolnego rynku w Polsce. To mamy ten wolny rynek czy nie?… I nie ma co potem narzekać że obywatele nie głosują „tak jak trzeba”, albo że stają się oportunistami niezdolnymi do samodzielnego myślenia czy organizowania się w „państwo obywatelskie”. Nie mają takiej potrzeby skoro państwo ma im wszystko zapewniać, i to ono dysponuje oraz decyduje o tym ile i kto tej „pomocy” (z ich własnej kieszeni!) dostanie. Przedstawianie kapitalizmu i prawa do własności prywatnej jako źródła zła i patologii, a w konsekwencji rugowanie z ludzkiej woli tej od wieków NATURALNEJ metody dorabiania się i ostoi rzeczywistej wolności jest diabelskim mechanizmem hodowli bezwolnych kołchozowych rabów („Czego my nie wiemy, choć powinniśmy wiedzieć”… I choć podświadomie wiemy to wniosków nie wyciągamy, bo nie wiemy czego chcemy. O niewolnikach systemu i jeszcze: Wewnętrzna sprzeczność czyli… państwo i wolność)… (Odys)

podobne: Grzegorz Braun: „Sierpniowa lekcja” czyli… Polak przed szkodą i po szkodzie socjalistą. i to: Czy liberalizm nas zabije? Nawet gdyby chciał to nie zdąży, bo wcześniej wykończy nas socjalizm czyli… „Polityka społeczna” (dla głupców). oraz: Paweł Rybacki: Moralna i praktyczna wyższość gospodarki wolnorynkowej nad centralnie planowaną lub interwencjonistyczną. i jeszcze: Adam Gwiazda: Wolność, równość i… nierówności ekonomiczno-społeczne polecam również: Trzecia rewolucja technologiczna i ryzyko rosnącego bezrobocia w związku z rozwojem robotyki. Receptą na potencjalny kryzys uwłaszczenie (a nie „pomoc państwa”). Michalkiewicza debata o nierównościach.

Jan Paweł II, cytat, socjalizm

Studium węgierskiego przypadku nad Wisłą czyli… ile z Orbana w PISie. Czego powinien chcieć od władzy zwykły Polak?


„…Orbán wytyka zachodnim elitom hipokryzję – także tą skrywaną za parawanem politycznej poprawności. Wzywa do przywrócenia tradycyjnych – jeśli kto woli chrześcijańskich – wartości, które stoją w sprzeczności z brutalną Realpolitik, chciwością prowadzącą do kolejnych kryzysów, przeciwstawiają się popkulturze promującej przemoc i obyczajowość pozbawioną hamulców moralnych. Padają retoryczne pytania: dlaczego mielibyśmy słuchać pouczeń na temat konieczności prowadzenia rozsądnej polityki budżetowej w czasie gdy połowa państw zachodnich jest bardziej zadłużona? Albo pouczeń o równym dostępie do rynku od Jean Claude’a Junckera, który sam kilka lat wcześniej szedł na rękę wielkim międzynarodowym koncernom uciekającym do Luksemburga w poszukiwaniu cichej przystani dającej ochronę przed podatkami w innych państwach Unii Europejskiej.

…Krytykowany za sławetną politykę „otwarcia na Wschód“, w ramach której Węgry poszukują kontaktów nie tylko z Rosją, ale także z niekoniecznie demokratycznymi państwami leżącymi w pasie od Turcji, przez Iran po Chiny sam Viktor Orbán (albo jego minister spraw zagranicznych Péter Szíjjártó) odpowiadał: przecież wy robicie to samo. Czy Angela Merkel albo Francois Hollande podczas zeszłorocznych wizyt w Chinach użyli terminu „prawa człowieka“? My kupujemy od Rosjan elektrownię atomową ale zachodnie koncerny budują bez wahania gazociągi przez Morze Bałtyckie (podpisując kolejne umowy w czasie obowiązywania nałożonych na Rosję sankcji!), a Francuzi chcieli sprzedać Putinowi najnowocześniejsze okręty desantowe. Dlaczego większym i silniejszym wolno więcej? A jeśli już chodzi o czysty biznes to zostawmy na boku moralizatorskie wykłady…

…Główny problem w relacjach Węgier z Zachodem polega jednak na w tym, że krytykując cynizm i naciąganie zasad przez zachodnie elity Orbán w swojej własnej praktyce politycznej naruszył kilka tabu. Chodzi o fundamentalne zasady zachodniej demokracji – jak trójpodział władzy czy niezawisłość wymiaru sprawiedliwości – których w okresie powojennym nie kwestionowały żadne siły polityczne, od lewicy po konserwatywną prawicę. Mimo wręcz rewolucyjnej retoryki za próbę zmiany porządku konstytucyjnego nie zabrały się ugrupowania nawet tak radykalne jak grecka Syriza.

Tymczasem podczas trwającej od 2010 r. „konserwatywnej rewolucji“ rząd Fideszu całkowicie zmodyfikował podstawy prawne funkcjonowania państwa, zmieniając w tym celu ponad 600 ustaw i kodeksów prawnych, łącznie z konstytucją. Węgierski premier przemawiając na letnim uniwersytecie w rumuńskim Baile Tusnad (węg. Tusnádfürdő) otwarcie zakwestionował konieczność trzymania się zasad liberalnej demokracji. Powiedział przy tym, że sukcesy mogą odnosić systemy inne niż zachodnie demokracje i wskazał jako pozytywne, a przynajmniej warte uważnej analizy przykłady owych „skutecznych systemów“ Rosję, Turcję czy Chiny.

Takie postawienie sprawy zirytowało już nie tylko zachodnich Europejczyków ale i Amerykanów, którzy od dawna wypominają rządowi Fideszu odchodzenie od kanonu demokracji, osłabianie trójpodziału władzy i utrudnianie życia niechętnym rządowi mediom. Po wciągnięciu na listę osób niepożądanych w USA kilku oskarżonych o korupcję wysokich rangą urzędników węgierskich i po niezwykle krytycznym przemówieniu ambasador USA w Budapeszcie Colleen Bell w relacjach Budapesztu z Waszyngtonem powiało dawno nieodczuwanym chłodem. Na listę krytycznych uwag pod adresem Budapesztu Amerykanie dopisują też wyjątkowo słabe zaangażowanie Węgier w zachodnią wspólnotę obronną (mimo oficjalnych zapewnień o udziale we wspólnych akcjach NATO państwo wydające na obronność poniżej 1 proc. PKB pozostaje słabym sojusznikiem).

Orbán – niezależnie od politycznych kontrowersji, które wzbudza – okazał się prekursorem rozlewającego się coraz szerzej fermentu. Co ciekawe drogą buntu przeciwko dyktatowi tradycyjnych elit polityczno-biznesowych Europy podążają dziś siły polityczne spod najróżniejszych sztandarów ideologicznych. W podobne tony uderzają działacze zarówno polskiego Prawa i Sprawiedliwości, jak i francuskiego Frontu Narodowego czy radykalnie lewicującej hiszpańskiej partii Podemos albo greckiej Syrizy

na przełomie roku 2014 i 2015 przez kraj przetoczyła się fala protestów w związku z kilkoma błędnymi i skrajnie niepopularnymi decyzjami rządu szukającego na gwałt dochodów. Najbardziej irytujący, zwłaszcza ludzi młodych okazała się pomysł opodatkowania ruchu w internecie. Były też i inne – jak wprowadzenie różnorakich opłat i quasi-podatków albo wyjątkowo niepopularna decyzja o zakazie handlu w niedziele. Wreszcie protesty związkowców wywołały problemy bytowe dużej części pracowników najemnych – niskie i wolno rosnące dochody a także zagrożenie ubóstwem dotykające prawie ćwierci Węgrów

Większość Węgrów akceptowała zmiany. Podobały się zwłaszcza działania rządu podkreślające podmiotowość państwa. Po fatalnych skutkach zadłużenia olbrzymiej rzeszy ludzi w obcych walutach z zadowoleniem powitano twardą politykę wobec banków (głównie zagranicznych), na które nałożono najwyższy w Europie podatek bankowy sięgający w przypadku największych instytucji finansowych 0,53 proc. sumy bilansowej. Nie tylko spodobało się to jego wyborcom ale co gorsza okazało się zaraźliwym przykładem także dla kilku innych państw. Innym znienawidzonym przez banki posunięciem stało się obligatoryjne przewalutowanie kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich (i to na krótko przed gwałtownym skokiem kursu szwajcarskiej waluty).

Równie zdecydowane posunięcia Orbán zastosował wobec wielkich sieci handlowych (choć z powodu sprzeciwu Unii Europejskiej będą one musiały zostać złagodzone), firm telekomunikacyjnych i przedsiębiorstw oferujących usługi komunalne. Zostały one obłożone „solidarnościowym“ podatkiem sektorowym. Do tego doszło wymuszona administracyjnie redukcja cen energii dla gospodarstw domowych. Propaganda rządowa na każdym kroku eksponowała „rozliczenie“ (obcego kapitału) i „obniżenie“ (kosztów życia). Hasłem przewodnim stał się eksponowany na reklamowych bilbordach slogan „Węgry działają lepiej“.

Nie oznacza to bynajmniej, że Orbán automatycznie stał się przeciwnikiem obcego kapitału jako takiego. Od dawna twierdził, że „gospodarce spekulacji“ przeciwstawia „gospodarkę opartą na pracy“, której istotą jest tworzenie realnej wartości a nie obracanie kapitałem. Dlatego rząd bez żalu przyjmował do wiadomości zapowiedzi wycofania się kilku zagranicznych banków (Citi, Erste, Sberbank, Raiffeisen), zaś z otwartymi ramionami witał inwestycje przemysłowe. Ich symbolem stała się najnowocześniejsza w Europie fabryka Mercedesa zbudowana w Kecskemét. Węgry stały się wielkim środkowo-europejskim zagłębiem przemysłu motoryzacyjnego (ma on 23 proc. udział w produkcji przemysłowej kraju i 13 proc. udział w eksporcie)…

…Zmianami odebranymi pozytywnie było wprowadzenie prorodzinnej polityki podatkowej (posiadające troje dzieci rodziny o przeciętnych dochodach praktycznie nie płacą podatków dochodowych) i obniżenie stawek CIT. Wprowadzono też 16 proc. podatek liniowy…

…Wyborcy z rosnącym krytycyzmem obserwowali bezwzględne egzekwowanie większości konstytucyjnej Fideszu, absolutną dominację w systemie sądowniczym, podporządkowanie mediów publicznych i systematycznie podkładanie nogi krytykującym posunięcia władz mediom prywatnym…

Równie krytycznie oceniane były także zbyt bliskie związki władzy z wpływowymi, majętnymi przedsiębiorcami budującymi swoją pozycję dzięki zamówieniom publicznym…

Ostatnim ogniwem serii błędów politycznych Fideszu okazała się polityka informacyjna. Zbyt uproszczona i jednostajna propaganda sukcesu prowadzona monotonnie w kontrolowanych przez rząd mediach publicznych zaczęła podważać ich wiarygodność. Do tego dochodzi niezrozumiała, chaotyczna polityka personalna (w grudniu po raz kolejny zwolniono dużą grupę dziennikarzy, w tym nawet autorów najpopularniejszych programów). Mimo finansowania przez państwo na poziomie 80 mld forintów (270 mln euro) łączna oglądalność wszystkich kanałów telewizji publicznej nie przekracza 15 proc. (dwie główne telewizje prywatne RTL Klub i M2 przyciągają prawie 30 proc. widzów).

Nic dziwnego, że rząd zaczął poszukiwać atrakcyjnej tematyki ilustrującej kontynuację swoich sukcesów… 

…W pierwszym kwartale 2015 r. w Budapeszcie z entuzjazmem odnotowano, że gospodarka węgierska odnotowała prawie najwyższe tempo wzrostu w Europie (chwilowo zbliżające się nawet do 4 proc.). Wyraźnie zmniejszyło się też bezrobocie (obecnie 6,5 proc.). Rosną płace, eksport i konsumpcja wewnętrzna. Poprawił się też stan finansów publicznych…

…Krytycy zaznaczają jednak, że obraz sytuacji nie jest aż tak różowy jak pokazują to oficjalne dane. PKB w rzeczywistości wciąż nie odzyskał jeszcze poziomu z 2008 r., a poziom zadłużenia państwa wciąż pozostaje wysoki (nieco poniżej 77 proc. PKB). Ponad 200 tys. miejsc stworzonych w ostatnich latach pracy to tylko słabo opłacane roboty publiczne. Także utrzymanie wysokiego tempa wzrostu będzie raczej niemożliwe – wzrost PKB na koniec roku zwolnił do 2,8 proc., a w przyszłym roku może zejść w okolice 2 proc. Nadal wysokie są obciążenia podatkowe (udział podatków w dochodach państwa to ponad 39 proc., a podstawowa stopa VAT na poziomie 27 proc. pozostaje najwyższa w Europie). Mimo skutecznego przyciągania zagranicznych inwestycji bezpośrednich ogólny poziom inwestycji w gospodarce jest zbyt niski. Prawdopodobnie nieco zmniejszy się też efekt transferów z funduszy europejskich, które w ubiegłych latach wykorzystywano szczególnie intensywnie.

To jednak na razie tylko dywagacje ekonomistów. Realnie pojawiające się pozytywne trendy w gospodarce zaczęły pomagać Fideszowi, którego notowania w pierwszych miesiącach roku ustabilizowały się. Zaś wszelkie rozważania o ekonomii i polityczne spory wewnętrzne zeszły na plan dalszy gdy wiosną na Węgry dotarł pochód uchodźców, czy też jak konsekwentnie nazywały ich rządowe media „osób nielegalnie przekraczających granicę“. Strach przed masową migracją okazał się tak silny, że w ciągu zaledwie kilku tygodni wszelkie inne problemy przestały się liczyć...

Naruszane standardy demokracji, skandale korupcyjne, zachłanni karierowicze w otoczeniu premiera, nadmierne sympatie prorosyjskie i szkodliwy konflikt z Amerykanami – wszystko to dla większości Węgrów przestało się liczyć. Przynajmniej do czasu gdy machina informacyjna władzy jest w stanie utrzymać ich w przekonaniu, że wobec zagrożenia najważniejsza jest narodowa jedność…” (Jarosław Giziński)

polecam lekturę całości tu: Budapeszt – studium przypadku

podobne: Widziałem męża stanu. Orban krytykuje politykę imigracyjną UE i broni prawa do debaty nad karą śmierci. Węgry zmniejszają deficyt, zadłużenie publiczne i podatki. oraz: Polityka energetyczna Węgier solą w oku „Wielkiemu Bratu” z zachodu. i jeszcze tu: Polska potrzebuje liderów-patriotów – rozmowa ze Stanisławem Tymińskim

„…Gdy w 2010 roku Orbán wygrał pierwsze wybory i przejął władzę na Węgrzech, dostał do zarządzania naprawdę zrujnowany kraj. W 2009 roku PKB spadł aż o 6,8 proc., a zadłużenie państwa przekraczało 80 proc. PKB i rosło. W tej sytuacji Orbán zrobił wszystko, aby ograniczyć wzrost zadłużenia, co mu się udało. Ale nie zrównoważył wydatków i Węgry wciąż mają deficyt budżetowy. W drugim roku jego rządów gospodarka zaliczyła regres w wysokości 1,7 proc. PKB. Pełzający wzrost gospodarczy w porównaniu do powolnego wzrostu to jednak ogromna różnica. Orbán zapewnił Węgrom stabilność, a także przekonanie, że rząd wie, dokąd zmierza.
Węgierski model zarządzania państwem oparty jest dziś na dużych transferach socjalnych (ulgi podatkowe na każde dziecko), wysokim VAT (stawka podstawowa to aż 27 proc.) i niskich podatkach dla ludzi (PIT 15 proc.) oraz małych i średnich firm (10 proc.). Selektywnie VAT jest obniżany na popularne produkty (np. wieprzowinę – 5 proc.). W ten sposób węgierski rząd chce zachęcać do oszczędzania, a nie do konsumpcji.

W 2016 roku właśnie w wielkiej obniżce podatków (PIT z 16 proc. do 15 proc., VAT na wybrane produkty) Orbán upatruje szansy na przejście do szybkiego wzrostu gospodarczego. Obniżono nawet podatek bankowy od aktywów z 0,53 proc. do 0,31 procent. W 2017 roku ma on spaść do 0,21 procent.

Węgrom nie udał się specjalnie plan skutecznego opodatkowania banków. Zagraniczne instytucje zaczęły wycofywać się z Węgier. Banki odkupywał rząd, który nie bardzo wiedział, co z nimi zrobić – i dziś z powrotem chce je prywatyzować. Posiadanie konta na Węgrzech, zwykłego rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowego, zaczęło kosztować około 600 zł. Aby zapewnić darmowe wypłaty z bankomatów, trzeba było wprowadzić je ustawowo.

Także drugi sztandarowy pomysł PiS, wzorowany na węgierskim podatek od hipermarketów, nad Dunajem zakończył się fiaskiem. W listopadzie ubiegłego roku parlament zlikwidował ustawę wprowadzającą 6-procentowy podatek dla dużych sieci handlowych. Powodem były szybkie decyzje Unii Europejskiej, która uznała ów podatek za niezgodny z unijnym prawem i godzący w uczciwą konkurencję. Zresztą w warunkach węgierskich podatek ten miały zapłacić zaledwie dwie sieci: brytyjskie Tesco (około 350 mln zł rocznie) i holenderski Spar (połowę tej kwoty). W skali państwa, nawet węgierskiego, są to kwoty nie zmieniające sytuacji gospodarczej. Skończyło się na powszechnym podatku handlowym wynoszącym 0,01 proc. sprzedaży netto.

Polska – problem małej stabilizacji

Zupełnie inną sytuację gospodarczą dostał do zarządzania PiS. W 2015 roku polska gospodarka wzrosła o około 3,4 procent. Oficjalny poziom zadłużenia względem PKB to około 51 procent. Problemem naszej gospodarki jest to, że wzrost jest niewielki i w dużej części oparty na rosnącym zadłużeniu. W 2013 roku rząd Donalda Tuska znacjonalizował część zadłużenia (około 150 mld zł) względem OFE i na papierze poprawił wyniki. Polski rząd stoi jednak w obliczu zbankrutowanego systemu ubezpieczeń społecznych. Zakład Ubezpieczeń Społecznych jest po prostu niewypłacalny. „Reforma” Platformy Obywatelskiej i PSL polegała na złamaniu umowy ubezpieczenia i podniesieniu wieku, od którego można pobierać emerytury. Było to rozwiązanie nie tylko niezgodne z prawem i przyzwoitością, ale również nie rozwiązujące problemu. Jak bowiem przyznał sam twórca reformy emerytalnej z 1999 roku, prof. Marek Góra, system zacznie się „spinać” tylko wtedy, gdy podniesiemy wiek pobierania emerytur do… 75 lat.

PiS wzięło na siebie obowiązek przywrócenia poprzedniego wieku emerytalnego, a to oznacza, że kłopot, który rząd PO-PSL wypchnął w przyszłość, wróci bardzo szybko. Na dłuższą metę nie da się go rozwiązać inaczej niż zmieniając system ubezpieczeń społecznych i otwarcie deklarując bankructwo bismarckowskiego systemu emerytur.

Kolejnym polskim problemem jest prymitywna gospodarka. Naszym głównym towarem eksportowym są owoce (jabłka, truskawki) i meble. Pozostałe przetworzone produkty to dzieło zagranicznych firm mających w Polsce tylko siedziby i montownie, a płacących prawdziwe podatki w macierzystym kraju. Polski wzrost gospodarczy to zasługa dużego rynku wewnętrznego, którego nie wykorzystujemy we właściwy sposób. Na skutek idiotycznej polityki dopłacania do zagranicznych inwestycji wyhodowaliśmy rodzimym przedsiębiorcom taką konkurencję, że nie mogą oni nawet zacząć działalności. Nie dość, że rynek okupuje duży, rozwinięty gracz, to jeszcze ma za sobą dotacje i pomoc państwa.

Władza ponad wszystko

Jeżeli PiS nie przystąpi do radykalnej zmiany systemowej w gospodarce, to będziemy mieli wzrost gospodarczy zbliżony do tego, który był w czasie rządów PO. Plan rozdania 500 zł na każde drugie i następne dziecko na pewno przyniesie wzrost poparcia dla PiS. Ale jego głównym celem nie jest bynajmniej gospodarczy wzrost, lecz stworzenie stabilnej bazy wyborczej dla partii Jarosława Kaczyńskiego. Rodziny, które nagle otrzymają dopływ gotówki, zasilą w dużej części elektorat PiS. Redystrybucja i zmniejszenie różnic da rządowi chwilę wytchnienia, ale nie rozwiąże systemowych problemów gospodarki. To może pozwolić Prawu i Sprawiedliwości rządzić osiem lat, ale wskaźniki ekonomiczne w końcu dadzą o sobie znać.

Kaczyński jest bliski wizji Polski jako folwarku, a sam jest dziedzicem, który to nadzoruje – komentował w wywiadzie dla „Polska The Times” publicysta Rafał Ziemkiewicz. – To na pewno największa słabość PiS – jest Komendant, który jako jedyny wszystko wie i ogarnia, a hierarchia zależy od wierności Komendantowi – mówił Ziemkiewicz. Dosyć dobrze zobrazował obecną sytuację, w której PiS stara się rozwiązać problemy strukturalne doborem odpowiednich osób. Faktycznie jednak należałoby się skoncentrować nad takimi rozwiązaniami, wg których pomyślność gospodarcza i bezpieczeństwo państwa nie opierałoby się na jednostce, ale na procedurze…” (Jan Piński)

polecam lekturę całości tu: Kaczyński. PRAWIE jak Orbán

podobne: POPIS w natarciu! czyli…”Krynica mądrości” Tusk i „karny podatek” Kaczyński oraz: Czy grecka tragedia przyniesie opamiętanie reszcie eurosocjalizmu? Polska idzie śladami bankruta czyli Michalkiewicza o „frumentacjach” słów kilka. i to: Spadek po platformie. PO zawiodła przedsiębiorców. Czy obietnice wyborcze zbankrutują Polskę? W oczekiwaniu na „przełom”. Brytyjczycy nie chcą mieć nić wspólnego z długiem i uchwalają jeden z postulatów KORWiNa.

…władza (niemal) absolutna posiada ten przywilej że przy jej zaprowadzaniu można (jeśli się jest dostatecznie zapobiegliwym i przewidującym) w dość łatwy sposób kupić sobie przychylność „podwładnych” dopuszczając ich, tudzież cedując na nich udziały w przejmowanych dobrach publicznych. Problem polega na tym, że aparat państwa nie jest w stanie wchłonąć na stałe dostatecznej liczby obywateli, żeby zaspokoić i zadowolić z urządzania państwa na nowo wszystkich (lub chociażby większość). Orbanowi się to udało bo nie szermował hasłami narodowymi wyłącznie w celu propagandowym by mieć społeczne poparcie na czas wyborów. Nie odcinał od koryta swoich poprzedników tylko po to by powtórzyć ich błędy. Nie zadowolił się przejmowaniem stanowisk w ramach „łupu wojennego” dla swoich, co jest rzecz jasna naturalną konsekwencją „wymiany elit” (i co jak czytamy zrobił). Orban i jego ekipa wsparli bowiem jednocześnie ową przemianę kilkoma autentycznie owocnymi GOSPODARCZO reformami/zmianami, które miały bezpośrednie przełożenie na korzyść samych obywateli i ich portfeli, znacznie i raczej trwale poszerzając w ten sposób grono zadowolonych.

Dziś już wiemy że władze Węgier idą dalej tą sprawdzoną drogą, cedując coraz więcej prywatności i własności na obywateli poprzez obniżanie kolejnych podatków (ostatnio VATu) i bilansując budżet by nie stanowił obciążenia dla zwykłych Węgrów. Dzięki temu obywatele czują się coraz bardziej właścicielami swojego kraju i mogą się zająć sobą. Nie przejmując się zbytnio „dyktatorskimi” zapędami Orbana i jego partii. Węgrzy w większości autentycznej (a nie jak to jest w wypadku PISu ograniczonej do elektoratu) chętnie identyfikują się ze swoim państwem, i jednoczą kiedy trzeba by solidarnie wspierać pomysły swojego „duce” kiedy tylko dobro Węgier tego wymaga lub jest ono zagrożone (nawet jeśli te decyzje są niepopularne na zachodzie).

Zwracam na te aspekty uwagę z oczywistego względu. W Polsce możemy bowiem obserwować jak nowe władze się „orbanizują”. PIS małpuje „antydemokratyczną” ścieżkę jaką poszedł Orban, i jest za to tak samo przez zachód krytykowany. Niestety podobieństwo kończy się (moim zdaniem) na kwestii zabezpieczania interesu politycznego i partyjnego w ramach przejmowania aparatu władzy (głównie konfitur z niej wynikających). Brakuje natomiast analogii w posunięciach na polu gospodarki, które byłyby tak perspektywiczne jak to obecnie wygląda na Węgrzech, tj. idące w kierunku bogacenia się obywateli a nie „elit” politycznych kosztem właśnie obywateli. U nas zamiast zbilansowania deficytu jest jego powiększenie, zamiast obniżenia podatków mamy ich podwyższanie a w kolejce do nałożenia już czekają nowe. „Składki” na ZUS i „zdrowotne” poszły do góry. To drugie zostało nawet zamienione wprost na podatek i tylko czekać kiedy to samo stanie się z ZUSem, na którego obsługę za jakiś czas również będziemy zmuszeni płacić specjalny „narodowy” podatek, bo inaczej system tzw. „ubezpieczeń społecznych” zbankrutuje). Podwyżki mają też dotknąć podatek od przedsiębiorców. I tak oto władza mieniąca się „narodową” zamiast pozostawić pieniądze w kieszeni owego narodu by było go stać na rodzinę, obiecuje mu jakieś zasiłki w postaci „500 zł na dziecko”, które najpierw każdy (który się zakwalifikuje) będzie musiał od państwa wyżebrać, a przy którego rozdzielaniu obłowią się w pierwszej kolejności urzędasy, zaś efekt tej „pomocy” ad hoc będzie taki że żeby ktoś dostał te pieniądze to najpierw „ktoś” musi „komuś” zabrać odpowiednią kwotę w podatkach…(Odys)…

i zabierze PodziemnaTV: Robią nas w konia: Expose Premier Szydło i rządu PiS – koniec złudzeń #136

…Teraz nadszedł pierwszy moment, pierwszy papierek lakmusowy, który pokaże na ile silny i spójny wewnętrznie jest nowy rząd. To jednak tylko wprawki przed generalnymi porządkami.

Już powinna być przygotowana pierwsza wielka operacja antykorupcyjna!
Przez cały okres rządów PO i PSL czuliśmy jak pieniądze hulają bokiem, jak wielkie sumy z budżetu i z funduszy publicznych przelewają się do prywatnych kieszeni. To trzeba pokazać, nazwać. Wiem, ze czasem to nieestetyczne, czasem publiczność ogląda płaczące kobiety – niestety śmiertelną chorobę korupcji trzeba zacząć zwalczać, a nie pudrować. To naturalnie przyniesie sporo emocji, złodziejskiego jazgotu, ale przy okazji uzdrowi wiele publicznych relacji.

Potem przyjdą już najtrudniejsze, gospodarcze batalie: podatek obrotowy od sklepów wielkopowierzchniowych, podatek bankowy i odbudowa polskiego rynku finansowego. To wszystko musi być wykonywane w biegu, przy utrzymaniu płynności finansów publicznych. Operacja niezwykle trudna i bolesna. Będzie przebiegać przy wtórze rozmaitych protestów organizowanych za ogromne pieniądze korporacji.

Krok dalej to już pełne bagno – próba uporządkowania i odbudowania mechanizmów funkcjonowania powszechnej służby zdrowia – piszę powszechnej, bo mówienie o jej „bezpłatności” jest już tylko nużącą i irytującą hipokryzją.

No i wreszcie trzeba przygotować realny, dający się zastosować, projekt odbudowy systemu ubezpieczeń społecznych. 
To wszystko musi przebiegać przy nienawistnym warczeniu nieprzychylnych, polskich jedynie z nazwy, mediów.

A przecież musimy odbudować polską armię, polskie media, odzyskać energię do rodzenia dzieci, odbudować polska gospodarkę i stworzyć warunki do kreowania w Polsce marek rynkowych, które mogą być znane w Europie i na świecie.

Zwykły Polak na co dzień nie zajmuje sobie tym wszystkim głowy, jednak to właśnie od wymienionych przeze mnie działań zależy fakt, czy ten zwykły Polak lepiej się poczuje, odzyska wigor i chęć do życia…” (Witold Gadowski)

całość tu: Zwykły Polak spogląda na rząd PiS

podobne: Wolność a niepodległość. Czy Polska jest niepodległa a Polacy wolni? oraz: Piotr Świder: Oda do wolności. Z dedykacją dla poszukiwaczy skarbów wolnego rynku

…tymczasem jedyne czym PIS się zajmuje na poważnie (tzn. osiąga dokładnie takie efekty jak zakładał) to zagarnianie dla siebie coraz więcej realnej władzy, przez co „pierwsza wielka akcja antykorupcyjna” wygląda tak – „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Nie po to bowiem partia o etatystycznym poglądzie na państwo, mająca w planie stworzenie „silnego centrum zarządzania” sięga po władzę, żeby się nią dzielić ze zwykłymi obywatelami, a wiedza o agentach, układach i przekrętach to największa władza. Tym większa w im większej tajemnicy pozostaje, bo tylko tak można ludzi szantażować i nimi sterować.

Oczywistą zależnością jest, że im więcej tworzy się uprawnień i monopoli dla administracji (w tym nowe ministerstwa i urzędy) tym bardziej się ludzi uzależnia od urzędników, i tym mniej swobód oraz wolności pozostaje dla tych, których kompetencje zostaną przez ową administrację przejęte. Jeśli ktoś nie rozumie tej oczywistej zależności, albo myśli że to dla naszego dobra to współczuję – w pierwszym wypadku braku logicznego myślenia a w drugim naiwności. Z samej litery nowo uchwalonego w ostatnich tygodniach prawa można wszak wyczytać, że nowej władzy wcale nie chodzi o to żeby budować państwo obywatelskie, albo żeby je oczyszczać czy robić transparentnym. Państwa obywatelskiego nie buduje się bowiem w oparciu o zwiększanie uprawnień inwigilacyjnych dla organów bezpieczeństwa, ani na tym że zagarnia ono dla siebie coraz więcej naszych pieniędzy i coraz więcej kosztuje.

PIS buduje zatem coś w rodzaju międzywojennej „sanacji” (tu odsyłam do historii czym była sanacja dla szarych obywateli – podatników) tj. państwo stanowiące realną własność kliki partyjnej, na wskroś etatystyczne z kłopotami gospodarczymi na WŁASNE życzenie, i z coraz bardziej zubożałym (a przez to niezadowolonym) społeczeństwem. Za wyjątkiem rzecz jasna szeregu swojaków/cwaniaków, odcinających teraz kupony od tego że wcześniej stali wiernie po „właściwej stronie mocy”, klepiąc „biedę” bycia poza tzw. mainstreamem. Inni natomiast niczym „stary grandziarz” Leon Kunicki (vel Kunik) bohater książki Dołęgi-Mostowicza podczepią się jak zwykle pod kurki budżetowe, by wreszcie móc prowadzić swoje biznesy bez strachu o konkurencję ze strony tych, którzy nie mają znajomych wśród nowo wybranych „umiłowanych przywódców”… (Odys)

„…Oto II RP, państwo socjalistów utopistów, którego działalność wymierzona była wprost we własnych obywateli różnych narodowości. Także w Polaków, a może przede wszystkim w Polaków, szczególnie tych którzy coś mieli. Państwo wszechwładzy urzędów podatkowych i urzędników władz lokalnych, którzy bez mrugnięcia okiem potrafili doprowadzić do bankructwa zamożnych obywateli, przez co ci popełniali potem samobójstwa. II RP w nadziejach Polaków miała być kontynuacją Rzeczpospolitej Obojga Narodów, Korony i Litwy, a w rzeczywistości stała się niespełnioną utopią oszalałych socjalistów-syndykalistów, którym zdawało się, że przyszłość świata należy do urzędników redystrybuujących podstawowe dobra w myśl zaleceń Marksa – żeby było sprawiedliwie. Ponieważ jednak większość urzędników, ze szczególnym wskazaniem na tych bardzo ideowych, to złodzieje, tak więc utopia pozostała do ostatniego dnia budowlą niedokończoną.
O tym, że II RP nie będzie żadną kontynuacją prawdziwej Polski wiadomo było już wtedy kiedy oddano sowietom Mińszczyznę. Potem zaś było jeszcze gorzej. Zniesiono herby, które i tak nie miały już znaczenia, żeby pokazać najgorszym chamom którędy wiedzie droga do sukcesu. I pokazano z wiadomym skutkiem. Litwa nie zniosła herbów uznając, że Litwini, naród mały, zależny od Niemców, zostanie jednak depozytariuszem tradycji królewskiej, magnackiej i prawdziwie demokratycznej na wschodzie Europy.
Do jakiej tradycji w takim razie odwołała się II RP budując niedoszły raj na ziemi. Do socjalistycznej, czyli do takiej co ją wymyślono dawno temu w Londynie, żeby za jej pomocą dewastować kontynentalne gospodarki i przebudowywać strukturę społeczną tak, by w koloniach i na Wyspie nigdy nie zabrakło taniej siły roboczej praz świrów gotowych do rzucania bomb. Polscy politycy z Józefem Piłsudskim na czele, ale także z endekami, żeby mi nie zarzucono jakichś uprzedzeń, traktowali to wszystko serio. Uważali ponadto, że preferowanie pewnych grup społecznych może im zapewnić sukces. Od dawien dawna wiadomo, że kokieteria, szczególnie finansowa nikomu nigdy nie zapewniła sukcesu. No, ale żeby to wiedzieć potrzebna jest znajomość prawdziwej historii, a nie historii, w której zapisano, że motorem dziejów jest postęp…” (coryllus –  O tradycji państwowej dostrzegalnej w propagandzie)

podobne: Sławomir Suchodolski o etatyzmie i socjalizmie w gospodarce II RP i to: Jakub Wozinski: Jak Grabski zrujnował II RP

…i PIS postanowił dokończyć budowę tej utopii/satrapii. Rachunek w postaci coraz wyższych kosztów jej funkcjonowania, i niebezpiecznych na przyszłość precedensów w postaci rozsadzania pewnych obiektywnie dobrych zasad prawa (jak trójpodział władzy by żadna z nich nie zdominowała pozostałych), zapłacimy rzecz jasna my obywatele. Nie mówię tu o samej Konstytucji, bo też uważam że nadaje się ona w obecnym brzmieniu w sporej części na śmietnik, ale o powadze i kompetencji organów które mają stać na straży przestrzegania zapisanych w niej praw i wolności (NASZYCH obywatelskich) przed zakusami JAKIEJKOLWIEK władzy i chciwości polityków (a ni na odwrót!). Taka jest jednak kolej rzeczy i konsekwencja oddania władzy „dobrodziejom” zainfekowanym etatyzmem, uprawiającym zakamuflowany socjalizm pod płaszczykiem „misji narodowej” i „demokracji”… (Odys)

„Strzeżcie się przywódców, którzy bębnią w bębny w celu wprawienia obywateli w patriotyczny ferwor, bo patriotyzm jest w rzeczy samej mieczem obosiecznym. Zarówno zagrzewa krew jak i zawęża umysł. A kiedy bębny wojenne osiągają gorączkowe tempo i krew gotuje się od nienawiści, a umysł się zamyka, przywódca nie będzie miał potrzeby w przejmowaniu praw obywateli. To raczej obywatele, zaparzeni strachem i oślepieni przez patriotyzm, ofiarują wszystkie swoje prawa na rzecz przywódcy i uczynią to chętnie. Skąd to wiem? Bo ja to zrobiłem. I jestem Cezarem” (Juliusz Cezar)

Snucie pięknych i idealistycznych wizji rodem z Budapesztu nie ma póki co niczego wspólnego z polską rzeczywistością, poza analogią do bezwzględnego wobec oponentów politycznych przejmowania władzy, i radości z kwiku odrywania poprzedników od koryta. Jaki jednak z tej operacji ma być zysk dla „zwykłego Polaka” (poza specyficzną grupą wyborców PIS i ich potrzebą zaspokojenia prymitywnej chęci odwetu na rywalach), skoro na miejsce starych zasiądą nowe „świnie”? Które będą przecież funkcjonować w tym samym systemie, na tych samych zasadach i za te same pieniądze co poprzednicy, a więc będą tak samo uciążliwe i pazerne (bo jeszcze nienachapane). Te kilka żałosnych gestów „rozliczania” poprzedników, w postaci wyrzucenia z roboty w telewizji (zwanej publiczną), czy z szefostwa organów centralnych (służb i co ważniejszych urzędów), tudzież ze spółek Skarbu Państwa kilku płotek (czyt. głupich bo bezkrytycznie a wręcz nachalnie wysługujących się poprzedniej władzy aparatczyków), nie przywróci Polakom poczucia własnej wartości. Nie zapewni im pracy, perspektyw rozwoju, czy bezpiecznej emerytury, o prawidłowej opiece lekarskiej na którą płacą „składki” nie wspominając. Wspominając za to o tym że ludzie dalej będą tkwić w kolejkach jak za komuny, dopóki nie umrą uwalniając państwo od kosztów utrzymania tego, za co same bez pytania kogokolwiek o zgodę wzięło na siebie odpowiedzialność (i konkretne pieniądze)… (Odys)

„…Chodzi o przywrócenie ludziom władzy nad bogactwem, jakie swoją pracą wytwarzają, a z jakiej zostali podstępnie wyzuci przez Umiłowanych Przywódców pod pretekstem opieki. Jak zauważył nieżyjący już amerykański noblista Milton Friedman, mamy cztery sposoby wydawania pieniędzy. Pierwszy – kiedy wydajemy własne pieniądze na siebie samych. Wydajemy oszczędnie, a przede wszystkim – celowo, bo doskonale własne potrzeby znamy. Sposób drugi – kiedy wydajemy własne pieniądze na kogoś innego. Nadal wydajemy oszczędnie, ale już nie tak celowo, bo potrzeb tego innego człowieka nie znamy tak dobrze, jak własnych. Sposób trzeci – gdy wydajemy cudze pieniądze na nas samych. Nie liczymy się wtedy z kosztami, ale przynajmniej wydajemy celowo. I wreszcie sposób czwarty – gdy wydajemy cudze pieniądze na kogoś innego; ani oszczędnie, ani celowo, zwłaszcza gdy tych „innych” jest 38 milionów. Państwo wydaje pieniądze w sposób trzeci i czwarty – bo nigdy nie ma własnych, tylko zawsze „cudze” tzn. – podatkowe…” (Stanisław Michalkiewicz)

Więc dopóki kolejne pokolenia tzw. „elit” politycznych będą w dalszym ciągu sięgać obywatelom coraz głębiej do kieszeni, by marnować dobro z którego podstępem (pod pozorem tzw. „opieki”) ich uwalniają, to Polacy nigdy nie wybiją się na prawdziwą niepodległość i wolność. Będą do końca swoich dni niewolnikami przywiązanymi kredytami do mieszkań których nie mogą kupić za uczciwie zarobione pieniądze, ponieważ muszą się nimi dzielić z tzw. „państwem”, głównie na poczet obiecanej emerytury która będzie śmieciowa bardziej niż zmiażdżone kłamliwą propagandą socjalistyczną umowy cywilnoprawne. Wystarczy policzyć ile płacimy na ZUS (i zdrowotne) łącznie z tą częścią składki jaką płacą za nas pracodawcy, dodać do tego wszędobylski VAT, nie wspominając o akcyzie i innych opłatach czy para podatkach, i ile z tego dostajemy z powrotem w postaci „darmowych usług” by sobie uzmysłowić skalę rabunku.

W tym złodziejskim systemie który PIS przejął i kontynuuje po swoich poprzednikach (dokładając od siebie jak już wspomniałem ciężarów) zyskują wyłącznie „elity” polityczne, bo to one w pierwszej kolejności żrą to na co Polacy tak ciężko pracują, uzurpując sobie przedstawicielstwo narodu na mocy „demokratycznej woli” (tj. zaślepienia ideologicznego) jakiej grupy politycznych sympatyków w ramach „większości”, która nawet nie jest REALNĄ większością. „Zwykły Polak” powinien chcieć a przede wszystkim móc utrzymywać się za swoje pieniądze bez kosztownych pośredników w postaci „umiłowanych przywódców”, którzy dbają o nasze dobro w taki sposób że coraz bezczelniej nas go pozbawiają… (Odys)

podobne: Kacza „sprawiedliwośc” – zabrac bogatym, czyli… ukarać biednych. a także:„Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii. i to: Wewnętrzna sprzeczność czyli… państwo i wolność. oraz: Spadek po platformie. PO zawiodła przedsiębiorców. Czy obietnice wyborcze zbankrutują Polskę? W oczekiwaniu na „przełom”. Brytyjczycy nie chcą mieć nić wspólnego z długiem i uchwalają jeden z postulatów KORWiNa. polecam również: Czy liberalizm nas zabije? Nawet gdyby chciał to nie zdąży, bo wcześniej wykończy nas socjalizm czyli… „Polityka społeczna” (dla głupców).

Jerzy Wasiukiewicz

Jerzy Wasiukiewicz

Trzecia rewolucja technologiczna i ryzyko rosnącego bezrobocia w związku z rozwojem robotyki. Receptą na potencjalny kryzys uwłaszczenie (a nie „pomoc państwa”). Michalkiewicza debata o nierównościach.


„…Nowoczesne społeczeństwo postindustrialne oparte w większości na świadczeniu usług cechuje się – i nie da się temu zaprzeczyć – narastającą akumulacją kapitału w rękach wąskiej elity najbogatszych właścicieli. W przeciwieństwie do marksistów nie zamierzam krytykować tego zjawiska o tyle, o ile jest ono wynikiem uczciwej działalności gospodarczej, świadczenia usług i produkcji dóbr, które konsumenci dobrowolnie nabywali doprowadzając do wzbogacenia się ich wytwórców. Tam, gdzie akumulacja kapitału jest jednak skutkiem sojuszu kapitalisty z państwem, zabiegania o przywileje, dotacje, ochronne cła i przepisy prawne, stan taki jest moim zdaniem karygodny. Niezależnie od sposoby w jaki się wzbogaciła,  ta wąska elita z pewnością jest potencjalnie pierwszą grupą, która najłatwiej i najszybciej pozyska do swego użytku nowoczesne maszyny, mogąc dzięki nim zastąpić pracę ludzi w należących do nich zakładach i firmach. Zastąpią oni pracę ludzi pracą robotów wszędzie, począwszy od zakładów produkcyjnych, gdzie ten proces automatyzacji już się rozpoczął, poprzez prostsze, zrutynizowane procesy transportu i logistyki, aż do sektorów usług i handlu, które ulegną automatyzacji na samym końcu. Jasne jest, że osoby pozbawione kapitału nie wezmą udziału w kolejnej „rewolucji gospodarczej”. Postuluję więc znalezienie sposoby, aby zwykłych ludzi kapitałem obdarzyć. Rzecz jasna, jako libertarianin nie zamierzam wzywać kapitalistów do „podzielenia się” bogactwem z robotnikami, choć, gdyby coś takiego robili dobrowolnie, nie widziałbym w tym niczego złego. Odchodząc jednak od utopijnych koncepcji, musimy poszukać gdzieś indziej sposobu wzbogacenia rzesz dzisiejszych pracowników najemnych. Istnieje takie źródło – państwo, a ściślej mówiąc: własność państwowa. Państwa na całym świecie dysponują ogromnym majątkiem w postaci infrastruktury publicznej oraz, przede wszystkim, ziemi.

Ziemia jako pierwotny czynnik produkcji stanowi cenne dobro rzadkie, które może stać się doskonałą bazą ekonomiczna dla pozbawionej jakiegokolwiek znacznego kapitału większości społeczeństwa. W powszechnym uwłaszczeniu ludności na gruntach i innej własności „publicznej” dostrzegam jedyną szansę zażegnania widma katastrofy ekonomicznej. Przeciętny obywatel nabywając grunt ma wiele różnych możliwości jego wykorzystania. Może ziemię sprzedać, aby pozyskać pieniądze, może ją też wydzierżawić, lub samemu z niej korzystać. Niezależnie od wyboru, daje mu ona pewną niezależność od koniunktury gospodarczej i możliwość uniknięcia konsekwencji przemodelowania gospodarki w skutek jej zautomatyzowania. Zapotrzebowanie na ziemię kapitaliści zawsze będą zgłaszali. Nawet w wysoce zrobotyzowanej gospodarce maszyny te muszą zajmować jakąś przestrzeń w której będą pracowały, co oznacza konieczność posiadania ziemi. Uwłaszczenie obywateli na gruntach państwowych da im możliwość dzierżawienia ziemi lub jej odsprzedaży/wymiany na udziały w zyskach generowanych przez roboty. Mogą też wykorzystać tę ziemię jako przestrzeń do organizacji własnej produkcji – najpewniej skupując od siebie nawzajem działki lub łącząc się w dobrowolne kooperatywy/spółdzielnie produkcyjne, aby uzyskać większy potencjał produkcyjny. Wreszcie osoby nie chcące wcale uczestniczyć w nowoczesnej erze gospodarki zrobotyzowanej, mogą przeznaczyć swój grunt pod uprawę na własny użytek bądź handel z innymi kontestatorami nowej rzeczywistości. Najważniejsze jest to, że uwłaszczeni otrzymają środki do utrzymania siebie bez konieczności liczenia na łaskę rządzących lub korporacji.

Oczywiście rozwiązanie takie na dziś dzień wydaje się trudne, jeśli nie niemożliwe do wprowadzenia. Państwa dalekie są od rozdawania swojej własności obywatelom – pomimo, że oficjalnie jest to mienie „publiczne”. Znacznie chętniej dokonują prywatyzacji infrastruktury i przedsiębiorstw państwowych, która – jak wiemy na przykładzie polskich przemian ustrojowych – jest często okazją do korupcji i matactw oraz szybkiego wzbogacania się krewnych i znajomych polityków i ich samych. Jednakże uwłaszczenie obywateli jest też jedyną, rozsądną opcją, jaka pozostanie współczesnym państwom, aby rozwiązać problem niewydolnych systemów emerytalnych, które na skutek odwrócenia się piramidy pokoleniowej nie mają szansy przetrwania w dłuższym okresie. Likwidacja państwowych systemów emerytalnych nie może wiązać się z pozostawieniem samym sobie milionów emerytów i osób pracujących zbliżających się do emerytury, dlatego obdarowanie ich ziemią państwową wydaje się dobrym rozwiązaniem. Ci, którzy nie zechcą ziemi zachować i na przykład uprawiać, sprzedadzą ją czy przekażą swoim potomkom licząc, że oni lepiej ją wykorzystają i utrzymają ich na starość. W ten sposób uwłaszczenie obywateli na mieniu państwowym rozwiązuje dwa problemy jednocześnie.

Oczywiście pozostaje do rozwiązania wiele drobniejszych kwestii: jak podzielić mienie państwowe między obywateli? Wedle jakiego kryterium przydzielać działki/mienie? Czy należy dokonać jakichś wycen umożliwiających „sprawiedliwy” bądź „równy” przydział mienia poszczególnym obywatelom? Jak je wycenić w tym celu? Czy ziemię powinni dostać wszyscy obywatele, jako że płacili podatki, czy tylko ci, którzy nie posiadają znaczącego kapitału? Jak rozwiązać parcelację gruntów terytorialnie? Czy urzędnicy państwowi i politycy powinni otrzymać swoje przydziały, czy też, jako uczestnicy państwowej grabieży, powinni zostać pominięci w tym procesie? Co zrobić z drogami publicznymi? Czy zbiorniki wodne też należy rozparcelować pomiędzy obywateli? Czy od tak rozdysponowanej własności publicznej obywatele powinni uiścić jakiekolwiek podatki, a jeżeli tak, to w jakiej wysokości? Te i zapewne jeszcze inne pytania, jakie pominąłem, z pewnością muszą znaleźć odpowiedzi, zanim będzie można myśleć poważnie o wprowadzeniu proponowanego przeze mnie rozwiązania.

Szczęśliwie, póki co, nie musimy przygotowywać się na taki scenariusz. Znacznie poważniejszymi problemami jest rozrost państwa i jego szkodliwe ingerencje w gospodarkę, które spowalniają rozwój i wzrost bogactwa społeczeństwa w dwójnasób: niszcząc przedsiębiorczość oraz obciążając społeczeństwo kosztami utrzymania aparatu biurokratyczno-politycznego. Tak więc znacznie poważniejszymi problemami od wzrostu liczby robotów w gospodarce jest wzrost liczby urzędników, a także:

  • wzrost opodatkowania pomniejszający dochody robotników i przedsiębiorców i tym samym zmniejszający konsumpcję, oszczędności i inwestycje
  • wzrost liczby regulacji, co prowadzi do zamętu prawnego, zwiększa niepewność przedsiębiorców i generuje koszty obsługi doradczo-prawnej, jest też polem dla lobbingu i korupcji
  • większy wpływ rządu na gospodarkę zmienia strukturę motywacji przedsiębiorców i skłania ich do uciekania się do lobbingu i korupcji, które w silnie uregulowanym przez rząd systemie mogą przynieść szybszy i większy sukces od uczciwej konkurencji
  • inflacyjna polityka monetarna praktycznie wszystkich państw na świecie zmniejsza zaufanie do pieniądza i instytucji finansowych oraz wywołuje cykle wzrostów i kryzysów gospodarczych destabilizując światową gospodarkę
  • ingerencje w dobrowolne wymiany na rynku utrudniają bądź uniemożliwiają konsumentom i producentom dokonywanie najkorzystniejszych z ich punktu widzenia transakcji i tym samym zmniejszają ogólny dobrobyt społeczeństwa
  • rozrost aparatu biurokratycznego oznacza że coraz większa grupa ludzi pozostaje na utrzymaniu reszty społeczeństwa jednocześnie nie uczestnicząc w produkcji wartościowych dóbr i usług, które polepszają ogólny dobrobyt – zatem rozrost klasy urzędniczej zmniejsza ogólny dobrobyt
  • dotacje rządowe i programy tanich rządowych kredytów dla wybranych firm i sektorów gospodarki zaburzają procesy rynkowe i promują przedsiębiorców nieudolnych kosztem reszty społeczeństwa
  • państwa wywołują i eskalują konflikty zbrojne, które prowadza do destrukcji mienia i śmierci niewinnych ludzi i w dłuższym okresie spowalniają rozwój gospodarczy oraz niszczą zakumulowany przez społeczeństwo kapitał
  • wzrastające opodatkowanie w największym stopniu uderza w dochody najbiedniejszych warstw społecznych uniemożliwiając im wydźwignięcie się z biedy i awans społeczny oraz skazując je na egzystencje w stagnacji i frustracji co przyczynia się do wzrostu przestępczości i kosztów jej zwalczania i prewencję

Te i wiele innych sposobów w jakie rozrastające się rządy szkodzą gospodarce stanowią obecnie o wiele większy problem, jaki musimy rozwiązać. Musimy zatem promować wolność i zachęcać ludzi do popierania tylko dobrowolnych, obustronnie korzystnych relacji społecznych, zamiast tych opartych na przymusie i przemocy, na jakich opiera się państwo…”

polecam lekturę całości tu: Nowy kapitalizm uspołeczniony?

podobne: Prof. Witold Kwaśnicki: Ci wstrętni (neo)liberałowie. A przecież „kapitalizm oznacza własność” i to: “Szatanem nie jest kapitał. Szatanem jest Goldman i rząd.” polecam również: Najwyższy Czas! Libertariański kodeks Rothbarda oraz: Kobus: Czy własność może szkodzić? – Najwyższy Czas! a także: Paweł Rybacki: Moralna i praktyczna wyższość gospodarki wolnorynkowej nad centralnie planowaną lub interwencjonistyczną. i jeszcze: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Demobilizacja czyli zatrudnienie publiczne (zysk czy strata?)

cytat:

„…Teoretycznie biorąc mógłby się znaleźć silny rząd, który zgarnie władzę polityczną i zahamuje wyzysk skoncentrowanego kapitału, nie zmieniając struktury ustroju, lecz starając się łagodzić najjaskrawsze nadużycia. Można by w ten sposób stworzyć stan pewnej równowagi gospodarczej, system godziwego podziału dochodów w społeczeństwie. Ale byłby to stan niemożliwy do utrzymania na dłuższą metę. Żaden kraj nie może liczyć na to że będzie miał stale rząd silny i światły, a wszelkie osłabienie władzy wyzwoliłoby ponownie zorganizowane siły wyzysku, trzymane przejściowo na uwięzi. Polityka gospodarcza nie może się więc ograniczyć do bieżącego unieszkodliwiania zapędów szkodliwych dla ogółu, lecz musi dążyć do stworzenia takiego ustroju, w którym naturalna gra sił i przyzwyczajeń gospodarczych przeciwdziałałaby ponownemu zwyrodnieniu struktury społecznej.

I tego celu nie da się inaczej osiągnąć jak przez uwłaszczenie mas. Pozwoli ono rozłożyć na ogół ludzi dobre strony posiadania, a zneutralizuje w dużej mierze pokusy związane z własnością, odbierając im obecne możliwości rozwoju. W kraju który będzie przestrzegał zasad chrześcijańskiego współżycia, dodatnie oddziaływanie własności będzie konsolidować strukturę moralną i gospodarczą ludności. Powoli wytwarzać się będzie psychika przywiązania człowieka do jego warsztatu, odpowiedzialności za własność rodzinną i dobro zbiorowe. W takiej atmosferze dojrzewa społeczeństwo, odporne na wybujałość indywidualnych egoizmów…” (Adam Doboszyński „Gospodarka Narodowa”) całość tu: Jawny i tajny socjalizm… Zasady chrześcijańskiego współżycia kontra kolektywizm (w gospodarce).

Szanowni Państwo!

Podczas gdy cała Polska, pani Beaty Szydło nie wyłączając, zastyga w oczekiwaniu na poznanie składu przyszłego rządu, w Warszawie odbyło się seminarium zorganizowane przez Polsko-Amerykańską Fundację Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego i Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, a poświęcone nierównościom społecznym i wykluczeniu. Temat wydaje się wyjątkowo aktualny, bo oczekiwana zmiana rządu rozbudziła ogromne i przede wszystkim – bardzo różnorodne oczekiwania – między innymi – na urzeczywistnienie tak zwanej sprawiedliwości społecznej, cokolwiek by to miało znaczyć. Zabierając głos w dyskusji zwróciłem uwagę na kilka spraw. Po pierwsze – że wzrost gospodarczy obejmuje nie tylko bogatych, ale i osoby zaliczane do wykluczonych. Jeszcze za pierwszej komuny po raz pierwszy byłem w Paryżu i spacerując po Polach Elizejskich zauważyłem żebraka. Żebrak – wiadomo: człowiek wykluczony – ale był to żebrak francuski, więc oczekiwanie na jałmużnę skracał sobie słuchając ze stereofonicznego radia transmisji jakiegoś meczu. W porównaniu z żebrakiem z takiego, dajmy na to, Bangladeszu, który nie ma nawet portek, ów francuski żebrak był bogaczem – bo chociaż „wykluczony” – miał jednak swój udział w zamożności francuskiego społeczeństwa. Zatem nie tyle chodzi o to, by eliminować „nierówności”, czy „wykluczenia”, tylko o to, by wzrastał ogólny poziom bogactwa.

Po drugie – radykalne programy równościowe można streścić następująco: małych naciągać, dużych obcinać, grubych uciskać, a chudych nadymać. Problem jednakże polega na tym, że duzi nie pozwalają nikomu się obcinać, podobnie jak grubi nie pozwalają się uciskać. Na nadymanie chudych grubym szkoda pieniędzy, więc jedynym praktycznym rezultatem wdrażania programów równościowych jest naciąganie małych. Praktyczne konsekwencje realizacji takiego programu zilustrowałem wspomnieniem z dzieciństwa, kiedy to w Markuszowie koło Lublina, wraz z moim ówczesnym przyjacielem, pięcioletnim Heniem Zielskim, zetknęliśmy się z zasadniczym dla ekonomii zjawiskiem rzadkości. Chodzi o to, że dóbr jest na świecie znacznie mniej, niż zapotrzebowania na nie i właśnie dlatego istnieje gospodarka, obejmująca ich produkcję i dystrybucję. W moim i Henia Zielskiego przypadku była to skrzynka ze starymi gwoździami, która służyła nam do zabawy. Skrzynka była jedna, podczas gdy nas było dwóch i w tym właśnie manifestowała się wspomniana rzadkość. Ponieważ dochodziło między nami do sporów, kto ma się skrzynką bawić, Henio sformułował zasadę, o której wtedy nie wiedziałem, że była i nadal zresztą jest wykładana biednym studentom na uniwersytetach. „Jak to może być – powiedział Henio – żeby jeden miał całą fabrykę gwoździ, a drugi żeby nic nie miał? Jak jeden ma całą fabrykę gwoździ, to i drugi niech ma całą fabrykę gwoździ, a jak jeden nie ma nic, to i drugi niech nie ma nic!”

Zasada bardzo efektowna, ale z uwagi na wspomnianą rzadkość, sprokurowanie na poczekaniu fabryki gwoździ dla każdego jest mało prawdopodobne, prawdę mówiąc – niemożliwe. W tej sytuacji można jedynie zrealizować postulat drugi: jak jeden nie ma nic, to i drugi niech nie ma nic. Oczywiście ten rezultat jest przez cwaniaków starannie ukrywany pod równościowymi frazesami i na tym właśnie polega naciąganie małych. Jak na podstawie tego przykładu można się zorientować, nierówności społecznych nie da się wyeliminować bez powszechnej katastrofy, więc na wszelki wypadek lepiej nie próbować tym bardziej, że społeczne nierówności mają bardzo silny walor mobilizujący. Zatem – po trzecie – nie chodzi o to, by nie było nierówności, tylko o to, jaka reakcja na nierówności społeczne w społeczeństwie dominuje. Mamy dwie możliwości: albo dominuje reakcja, którą Chińczycy nazywają „chorobą czerwonych oczu” – żeby każdemu było tak źle, jak mnie – albo – będę naśladował to, co robią bogatsi; może nie uda mi się tak, jak im, ale zawsze przynajmniej trochę się podciągnę. Dominacja tej drugiej reakcji na społeczne nierówności sprawia, że takie społeczeństwo nie zagryza się nawzajem, tylko pnie się w górę i rośnie w siłę. Niestety w naszym nieszczęśliwym kraju bezpieczniacy i Umiłowani Przywódcy przyznali sobie tyle przywilejów i obwarowali je takimi zasiekami i polami minowymi, że naśladować ich niepodobna. I to jest nasz największy problem.

Mówił Stanisław Michalkiewicz (Felieton • Radio Maryja • 5 listopada 2015)

podobne: Adam Gwiazda: Wolność, równość i… nierówności ekonomiczno-społeczne i to: Równość czy hierarchia? Które jest bliższe ideału? a także: Czy liberalizm nas zabije? Nawet gdyby chciał to nie zdąży, bo wcześniej wykończy nas socjalizm czyli… „Polityka społeczna” (dla głupców). i jeszcze: Piotr Świder: Oda do wolności. Z dedykacją dla poszukiwaczy skarbów wolnego rynku oraz: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy państwo powinno dotować sztukę? (o interwencjonizmie).

cytat - Leopold Tyrmand - komunizm

Polska gospodarka: rośnie czy się kurczy? Chciwość i głupota zakończona szczodrością dla wybranych (Hipoteki frankowe w Polsce).


„…Jak to jest możliwe, że wzrost gospodarczy rośnie nam o 64%, podczas gdy siła nabywcza przeciętego wynagrodzenia wzrasta o 15 – 25% w zależności od struktury wydatków? 

Otóż wzrost gospodarczy jest w rzeczywistości dużo niższy, niż nam się to przedstawia…

…System monetarny jest skonstruowany w taki sposób, że z każdym rokiem wzrasta ilość pieniądza w obiegu, w efekcie czego mamy inflację, czyli rosnące ceny. Wzrost PKB powinniśmy zatem skorygować o wartość inflacji. Gdybyśmy mieli 3,8% inflację lub wyższą okazałoby się, że o żadnym wzroście gospodarczym nie ma mowy. Wystarczy jednak aby zastosować odpowiednią metodologię liczenia inflacji (CPI), pozwalającą na zaniżanie inflacji, w efekcie czego wzrost gospodarczy nam się sam wygeneruje, przynajmniej na papierze…

…Dużym problemem jest fakt, że do PKB wliczamy wydatki rządowe. Rząd polski, jak i każdy na świecie, bardzo chętnie się zadłuża. Politycy, aby zdobyć władzę lub się przy niej utrzymać obiecują najróżniejsze świadczenia czy programy. Absolutna większość z nich to czyste marnotrawstwo naszych pieniędzy, ale kogo to obchodzi. Ostatecznie chodzi o popularność i głosy wyborców.

Aby pozyskać środki na spełnienie obietnic rząd ma 3 możliwości. Obciąć wydatki w różnych miejscach (niepopularne), podnieść podatki (także niepopularne) lub po prostu się zadłużyć. Trzecia możliwość jest najczęściej wykorzystywana, gdyż w mojej ocenie, dla co najmniej 95% społeczeństwa wzrost zadłużenia kraju nie jest problemem. Niestety, ale mało kto zdaje sobie sprawę z konsekwencji rosnącego długu…

…Szacuje się, że optymalny udział rządu w gospodarce nie powinien przekraczać 10% max 15%. Rząd powinien zapewnić infrastrukturę energetyczną, drogową, bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne oraz sprawne sądownictwo.

Ingerując w kolejne aspekty życia, rząd robi to, co umie najlepiej. Trwoni nasze pieniądze. Większy udział rządu wymaga większej ilości urzędników, których efektywność sami możecie ocenić. Większa ilość urzędników = większa biurokracja = większe potrzeby fiskalne.

Obecnie w Polsce mamy 11 razy więcej regulacji, niż w odbiurokratyzowanej Estonii i trzy razy więcej urzędników niż mieliśmy w 1989 roku.

Co więcej, udział wydatków rządowych w relacji do PKB wynosi prawie 45%. To się nazywa dopiero kapitalistyczna gospodarka wolnorynkowa!

…Oficjalnie słyszymy, że podatki w Polsce nie są wysokie, zwłaszcza na tle Europy. Jest to kompletna bzdura. Europa jest regionem o ekstremalnie wysokich podatkach. Jaki jest sens porównywać się do najgorszych?

Aby zdać sobie sprawę z rzeczywistej wysokości podatków, powinniśmy odnieść się do dnia wolności podatkowej, który określa jak długo pracujemy na podatki, a jak długo dla siebie. W Polsce w 2014 roku dzień ten przypadał na 14-go czerwca. Oznacza to, że rząd pod przykrywką podatków i opłat zabiera nam wszystko, na co pracujemy przez prawie pół roku (165 dni)…

…Ogólnie jakość życia Polaków na przestrzeni ostatnich 14 lat uległa nieznacznej poprawie pod względem siły nabywczej. Niestety część tego wzrostu została wygenerowana znacznym wzrostem zadłużenia na poziomie konsumenckim, co negatywnie wpłynie na wzrost w kolejnych latach.

Ogromnym problemem są horrendalnie wysokie podatki oraz udział rządu w gospodarce, przez co tłumi się inicjatywę oraz możliwości rozwoju w prywatnym sektorze, który tworzy produktywne miejsca pracy.

Kolejnym wielkim problemem jest także dysfunkcyjny aparat sądowy oraz UOKiK, który zamiast pilnować konkurencji, zezwala na tworzenie się monopoli i oligopoli w różnych sektorach gospodarki, co z pewnością przełoży się na spadek pozycji konsumenta w najbliższych latach.

Wskaźnikiem, którym rząd się nieustannie chwali jest niskie bezrobocie, ale gdyby nie fala ponad 2 mln emigracji bezrobocie byłoby na nieporównywalnie wyższym poziomie. Wyjazd tak dużej liczby osób w wieku produkcyjnych jest sporym problemem, bowiem przyśpiesza proces starzenia się polskiego społeczeństwa i wzrost osób korzystających ze świadczeń względem osób pracujących.” (Trader21)

polecam lekturę całości i komentarzy pod artykułem tu: Czy gospodarka w Polsce rośnie czy się kurczy?

podobne: Wskaźnik ZEW dla polskiej gospodarki w dół. Niższy od oczekiwanego odczyt PP wskazuje na spadek PKB. Polska może pozostać zagłębiem taniej siły roboczej. oraz: Państwo sobie gospodarka sobie i pomimo państwa. polecam również: Polska gospodarka: Embargo nie zatrzymuje polskich owoców i warzyw (Rosja wylicza nam straty). Polski system podatkowy nieprzyjazny, państwo przegrywa z oszustami, tragiczna polityka surowcowa. Banki chcą by rząd dopłacał do ich zysków (KNF: to odsuwanie problemów w czasie), pieniądze ze SKOKów poza Kasą (będzie komisja śledcza?). a także: Polska gospodarka: Produkcja przemysłowa w sierpniu dużo gorsza od oczekiwań, eksport będzie rósł (pomaga ruch przygraniczny). Zlikwidujmy opłaty targowe apelują kupcy. i to: Polska gospodarka – co się opłaca a co nie.

„…Każdy poseł, im koryto bardziej zagrożone tym bardziej, chce nagle rozdawać nie swoje biednym w potrzebie. A przoduje w tym odchodząca do historycznego lamusa marginalna frakcja starych kiejkutów, której na niczym już pewnie zależeć nie może. Nie chcemy przy tym twierdzić iż nie robienie nic w tej akurat sprawie byłoby gorsze od robienia czegokolwiek. Wręcz przeciwnie, byłoby na pewno lepsze niż to co gremialnie uradzono w Sejmie w tym tygodniu.

A co uradzono? Generalnie uradzono bailout frankowiczów na koszt banków. Ci którzy nigdy nie powinni byli otrzymać kredytu w pierwszym rzędzie zostaną  za swoją bezmyślność i niefrasobliwość wynagrodzeni możliwością  przewalutowania kredytu i doprowadzenia go do poziomu porównywalnego z kredytem jaki zaciągnięty byłby w złotych polskich od początku. Innymi słowy, selektywna możliwość cofnięcia taśmy życia od popełnionego błędu wstecz, finansowana przez banki które nakazem Sejmu połknąć mają 90% związanych z tym strat. Szkoda tylko że szczodrość jest nie dla wszystkich. Frankowicze wyjdą przy tym na bohaterów, ci którzy przewidywali problemy i wybrali mądrze hipoteki złotowe wyjdą na durni, a banki zostaną z workiem. Demokracja w działaniu. Nie dziw że banki na giełdzie wpadły z tego powodu w spadek swobodny. Kto wie czy kolejne demokratyczne ratowanie za jakiś czas nie będzie dotyczyło właśnie podupadłych banków. W końcu gospodarka to system naczyń połączonych.

Ironią w tym wszystkim jest to że owszem, hipoteki frankowe stanowiły problem i że należało z tym coś zrobić. Więcej, koszty z tym związane powinny w większości spaść na banki, które jako instytucje zaufania publicznego dopuściły się kryminalnych zaniedbań. Bank wciskający klientowi hipotekę frankową w sytuacji gdy wiedział iż klient nie kwalifikuje się na złotową, powinien ponieść tego rozsądnie wycenione konsekwencje. Było to złamaniem reguł dobrego biznesu, kryminalnym naruszeniem zaufania na linii bank – klient co powinno bank dyskwalifikować. Pewne konsekwencje własnej głupoty powinien także ponieść frankowicz który w żadnym wypadku nie powinien być za nią wynagradzany. I tym powinien zająć się Sejm, jeśli bankom nie starczało biznesowego sensu i fasonu aby samemu zawczasu wyjść z taką inicjatywą…” (cynik9)

całość tu: Hipoteki frankowe w Polsce czyli gejzery socjalistycznego rozdawnictwa

i coś dla „nieświadomych” czym jest tzw. „kredyt we frankach” – Podziemna TV: Robią nas w konia: Kredyty we frankach – jak oszukuje się ludzi „na kredyt walutowy” #126

podobne: Frankowicze pozywają banki i chcą się na nich odegrać. Banki pracują nad pomocą. oraz: Cisza przed burzą. Toksyczne aktywa w systemach bankowych Polski i Hiszpanii. Przestajemy płacić kredyty mieszkaniowe. „Troika” wróciła do Hiszpanii. a także: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Kredyt. i to: Bankowy Tytuł Egzekucyjny niezgodny z konstytucją (ZBP ostrzega przed skutkami jego likwidacji). Banki pracują nad innym zabezpieczeniem kredytów. Znienawidzony ECB: ujemne stopy procentowe i „atak” na szefa. polecam również: Banki chcą by rząd dopłacał do ich zysków (KNF: to odsuwanie problemów w czasie)

Banksterzy

Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Roboty publiczne (interwencjonizm).


„…Naturalne jest, kiedy narόd zapewniony, że jakieś wielkie przedsięwzięcie przyniesie korzyść wspόlnocie, daje publiczne fundusze na jego wykonanie. Przyznaję jednak, że moja cierpliwość się wyczerpuje, gdy słyszę, jak na poparcie zamierzonych prac wywołuje się taki oto błędny argument: “W każdym razie jest to środek stworzenia miejsc pracy.”

Państwo buduje drogę lub pałac, naprawia ulicę, kopie kanał. Przez to daje pracę pewnej liczbie ochotnikόw – t o w i d a ć . Jednocześnie pozbawia pracy innych – t e g o n i e w i d a ć .

Oto droga w budowie. Tysiąc pracownikόw przyjeżdża co rano, wraca do domu wieczorem, pobiera wynagrodzenie. Jeżeli budowa nie byłaby postanowiona i fundusze przegłosowane, ci dzielni ludzie nie spotkaliby się, nie mieliby pracy ani pensji. To pewne. Ale czy to wszystko? Czy cała sprawa nie obejmuje jeszcze czegoś? Czy w momencie, gdy p. Dupin wypowiada sakramentalne “Zgromadzenie przyjęło”, miliony frankόw cudownie spływają do państwowej kasy? Czy nie potrzeba, aby państwo zapewniło (Prawdopodobnie chodzi o Andrzeja Marię Jana Dupin (1753-1846) – prawnika i polityka, przewodniczącego Izby Deputowanych i członka Akademii Francuskiej) sobie fundusze tak, jak postanowiło o wydatkach? Czyż nie musi wysłać w bόj poborcόw, be zebrali pieniądze podatnikόw? Rozważajcie zatem problem w tych jego dwόch aspektach. Widząc użytek, jaki państwo robi z przegłosowanych milionόw, nie zapominajcie o użytku, jaki zrobiliby podatnicy – a nie mogą. W ten sposόb zrozumiecie, że państwowe przedsięwzięcia to medal o dwόch stronach. Z jednej robotnik zatrudniony z podpisem: T o w i d a ć , z drugiej pozbawiony pracy: T e g o n i e w i d a ć .

Sofizmat, ktόry tutaj zwalczam jest jeszcze bardziej niebezpieczny w przypadku robόt publicznych. Służy on wtedy do usprawiedliwienia pomysłόw najgłupszych i największego marnotrawstwa. Jeżeli linia kolejowa lub most mają rzeczywistą użyteczność wystarczy ją przywołać. Jednak gdy nie można, co się robi? Ucieka do oszustwa: “Trzeba zapewnić pracę robotnikom.” To powiedziawszy, każe się usypywać i niwelować tarasy na Polach Marsowych. Napoleon, jak wiadomo, wierzył, że spełnia dobry uczynek każąc kopać i zasypywać rowy. “Nie patrzcie na wynik pracy, patrzcie jak bogactwo rozprzestrzenia się wśrόd klas pracujących.”

Przejdźmy do sedna i nie dajmy się zwodzić pieniądzom. Domaganie się od wszystkich pieniężnego wsparcia dla wspόlnego działania, jest w rzeczywistości domaganiem się od nich pracy, bowiem każdy poprzez pracę stara się o sumę należnego podatku. A więc, jeżeli zbieramy obywateli dla wykonania rzeczy ogόlnie użytecznej, to może być zrozumiałe. Rekompensatą dla nich będzie sam jej rezultat. Ale jeżeli zwoławszy, zmusimy ich do budowy drogi, ktόrą nikt nie będzie jeździł lub pałacu, gdzie nikt nie zamieszka, i to pod pretekstem dostarczenia im zajęcia, będzie to niedorzecznością. Z pewnością odmόwią: “Z tej pracy mamy tylko zmęczenie, wolelibyśmy pracować na własny rachunek.” Procedura, ktόra wymusza od obywateli składkę pieniężną, a nie pracę, nie zmienia ogόlnego rezultatu. Jedynie, w przypadku tej drugiej, strata rozkłada się na wszystkich, podczas gdy w pierwszej ci, ktόrych państwo zatrudnia uciekają od swojej części dokładając ją do ponoszonej przez resztę rodakόw.

Jest w Konstytucji artykuł stanowiący: “S p o ł e c z e ń s t w o  u ł a t w i a  i  p o p i e r a  w z r o s t  i l o ś c i  m i e j s c  p r a c y … p o p r z e z  o r g a n i z o w a n i e  p r z e z  P a ń s t w o , d e p a r t a m e n t y  i  g m i n y  r o b ό t  p u b l i c z n y c h  d l a  z a t r u d n i e n i a  b e z r o b o t n y c h ”. Jako środek przejściowy, w okresie kryzysu lub ciężkiej zimy, ta interwencja ogόłu podatnikόw może przynieść dobre skutki. Działa ona podobnie do ubezpieczenia. Nie przynosi wzrostu globalnego zatrudnienia i wynagrodzenia, lecz zabiera je czasom zwyczajnym, by dodać, ze stratą oczywiście, czasom trudnym. Jako środek stosowany permanentnie, nie jest niczym innym jak ekonomiczną sprzecznością, rujnującym oszustwem, ktόre pokazuje niewiele uzyskanych miejsc pracy, k t ό r e  w i d a ć , a ukrywa wiele straconych, k t ό r y c h  n i e  w i d a ć .”

źródło: „Co widać i czego nie widać”

Stymulowanie gospodarki przez państwo (fragment z filmu Martina Durkina: „Bilionowy brytyjski horror”)

i to: Z Wiplerem o gospodarce – część 1: protekcjonizm oraz: Interwencjonizm państwowy: przyczyny i skutki – Janusz Korwin-Mikke jako ekspert (5)

poprzednio: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy państwo powinno dotować sztukę? (o interwencjonizmie).

podobne: Przypomnienie: POlska (wiecznie) w budowie czyli… i to: Marnowanie publicznych pieniędzy czyli NIK i „kontrakty socjalne”. oraz: Apetyt żyjących z podatków oraz misja na Pluton kontra „informatyzacja” ZUS czyli… skala marnotrawstwa „publicznych” pieniędzy. a także: „Efekt Euro2012″: NIK skieruje sprawę przebudowy Stadionu Śląskiego do prokuratury. i jeszcze: Paweł Rybacki: Moralna i praktyczna wyższość gospodarki wolnorynkowej nad centralnie planowaną lub interwencjonistyczną. polecam również: Do czego potrzebne mi państwo i czemu do wydawania moich pieniędzy?

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Adam Gwiazda: Wolność, równość i… nierówności ekonomiczno-społeczne


Nam ZalezyZ Wiplerem o gospodarce – część 3: bieda i rozwarstwienie społeczne

„Różne są przyczyny niepowodzeń polityki niwelacji pogłębiających się nierówności społecznych. Niektórzy autorzy tłumaczą to „powszechnym uznaniem ideału wolności co prowadzi do łatwiejszej akceptacji konkretnych nierówności” (Brand, 1995, s. 91). A właśnie równość obok wolności należy do podstawowych zasad demokracji. Jednak w praktyce politycznej społeczeństwa demokratycznego równość obywateli w sensie nie tylko: jeden człowiek – jeden głos, lecz w sensie równego dostępu do udziału w życiu politycznym i do stanowisk publicznych nie jest respektowana. Różnie też pojmowane jest i interpretowane pojęcie „równości wobec prawa”.

W praktyce życia politycznego wszyscy obywatele powinni być adresatami tych samych norm, ponieważ równość nie jest tożsama z identycznością podmiotów, a dotyczy jedynie jakiejś wspólnej istotnej cechy (Sandurski, 1988, s. 89). Tak więc ustawodawca, który przyznaje prawo wyborcze wszystkim dorosłym obywatelom, uznaje w ten sposób, że płeć, kolor skóry, religia itp. są cechami nieistotnymi z punktu widzenia dystrybucji tych właśnie uprawnień, podczas gdy wiek jest cechą istotną. Ze względu na charakter cech istotnych wyróżnia się trzy znaczenia równości: opisowe, ocenne i rozdzielcze. Równość w znaczeniu opisowym oznacza przynależność danych przedmiotowych do tej samej klasy wyróżnionej ze względu na cechę uznaną za istotną. Równość w znaczeniu ocennym oznacza przyznanie pewnym przedmiotom tej samej pozycji na skali określonej daną hierarchią wartości. Równość w znaczeniu rozdzielczym oznacza potraktowanie danych adresatów decyzji w ten sam sposób przy rozdziale uprawnień i obowiązków, kar i nagród, dóbr i obciążeń. Wymienione trzy znaczenia równości są ze sobą ściśle związane. Równość rozdzielcza opiera się na równości opisowej lub ocennej. Z nią też mamy do czynienia w kontekście filozofii politycznej i filozofii prawa, zarówno bowiem system prawny jak i polityczny reguluje dystrybucję uprawnień i obowiązków w państwie…”

„…W zależności od funkcjonującego w danym państwie systemu politycznego wykorzystuje się w praktyce życia społeczno-politycznego różne formuły dystrybucji owoców wzrostu gospodarczego. Mogą to być albo formuły egalitarystyczne albo formuły merytarne. Formułami egalitarystycznymi określa się takie formuły sprawiedliwości, które za punkt wyjścia przyjmują równość wszystkich osób objętych podziałem i w związku z tym nakazują po prostu dzielić po równo dostępne zasoby dóbr (formuła prostego egalitaryzmu) czy też odpowiednio po równo w stosunku do potrzeb danych jednostek (formuła racjonalnego skorygowanego egalitaryzmu). Natomiast formułami merytarnymi są takie, które za punkt wyjścia przy określeniu podstaw podziału przyjmują jakiś czynnik leżący po stronie podmiotu przyczyniającego się swym działaniem do dobra innych, czy dobra całego społeczeństwa. Jak trafnie podkreślają to niektórzy autorzy, formuła „każdemu po równo” ma pewne walory, ale także ma kilka negatywnych konsekwencji społecznych, z których na czoło wysuwa się jej działanie zniechęcające do twórczej inicjatywy w społecznych przedsięwzięciach oraz marnotrawstwo rozdzielanych dóbr, które nie w jednakowym stopniu są potrzebne poszczególnym członkom społeczeństwa (Ziembiński, 1992, s.101–103). Tak więc formuła „każdemu według jego wysiłku” jest w najprostszym ujęciu formułą merytarną, ponieważ premiuje wysiłki ponoszone dla dobra innych jednostek. Nie bierze jednak pod uwagę tego, czy wysiłki zostały uwieńczone odpowiednim efektem.

Z kolei formuła „każdemu według osiąganych wyników” ma co prawda walor stymulujący, ale pomija etyczny wymiar środków, które jednostkę doprowadziły do pożądanych wyników oraz warunki, w których przyszło jej pracować. Dramatyczność socjalistycznej formuły „od każdego według jego możliwości, każdemu według wyników jego pracy” polega na tym, że system socjalistyczny stwarzał takie stosunki produkcji, w których wyniki pracy okazywały się mierne, a możliwość rozwinięcia indywidualnych zdolności ograniczona. Tak więc walor stymulujący formuły „każdemu według jego pracy” może ujawnić się dopiero w warunkach odpowiednio efektywnego systemu gospodarczego. A takim dominującym na świecie systemem jest, krytykowany nie tylko przez lewicowych intelektualistów, kapitalizm (Luttwak, 2000, s. 20). Poszczególne państwa ingerują jednak – w mniejszym lub większym stopniu – w gospodarkę oraz starają się niwelować powstające i niestety coraz bardziej pogłębiające się w wielu krajach nierówności ekonomiczne i społeczne. Brak jest powszechnej zgody poglądów odnośnie tego czy w ramach demokracji liberalnej państwo powinno lub nie powinno pozostawić kwestii nierówności ekonomiczno-społecznych mechanizmom wolnego rynku (Jessop, 2002, s. 18; Karagiannis, Madjd-Sadjadi, 2007, s. 31). Przedstawiciele monetarystycznej szkoły chicagowskiej twierdzą, że państwo powinno w gospodarce pełnić głównie funkcję „nocnego stróża”, zapewnić ład i pokój, znośny wymiar sprawiedliwości, niskie podatki i takie reguły gry, które umożliwiałyby swobodną działalność sektora prywatnego (Friedman, 1984, s. 16).

Natomiast dyskusje politologów i ekonomistów toczą się często wokół pozornego – jak się wydaje – dylematu: wrogie państwo opiekuńcze czy przyjazne państwo wspierające przedsiębiorców prywatnych i oddolne inicjatywy społeczności lokalnych. Czy państwo opiekuńcze (welfare state) może jednak w nieskończoność rozszerzać zakres świadczeń społecznych i gwarantować każdemu obywatelowi minimum egzystencji? Okazuje się, że nie i zwykle nie jest to „silne” państwo, które potrafi stworzyć odpowiednie warunki dla przyspieszonego rozwoju gospodarczego. Takimi warunkami sine qua non jest sprawnie działająca administracja państwowa i wymiar sprawiedliwości, skuteczny system stanowienia i egzekwowania prawa, nie dającego się „obejść” poprzez korupcję czy polityczną presję grup interesu, szczególnie w odniesieniu do przestępstw gospodarczych. Kwestią wywołującą nadal spory jest pytanie czy państwo powinno być „małe” czyli nie ingerować w wiele sfer życia nie tylko gospodarczego, lecz także społecznego (np. edukację, system opieki zdrowotnej) czy „duże” czyli zaangażowane w gospodarkę i sferę społeczną? Niestety nie ma na to, jak również i innego tego typu pytania, jednoznacznych odpowiedzi, które można by wykorzystać w procesie udoskonalenia współczesnych państw demokratycznych (Powell (red.), 2008, s. 19–23; Gwiazda, 2007, s. 61–62).

W praktyce neoliberałowie dążą zwykle do ograniczenia roli państwa, a socjaldemokraci do rozbudowania jego funkcji. Realizacja obu tych koncepcji w praktyce wywołuje różne skutki. Nie sprawdza się także propagowana przez Anthony Giddensa koncepcja „trzeciej drogi”, która okazała się mało atrakcyjną i przede wszystkim nierealistyczną propozycją ulepszenia istniejącego systemu demokratycznego (Giddens, 1999, s. 62-65). Natomiast realizacja programu neoliberałów doprowadziła w szeregu krajach m.in. do tego, że demokracja w sferze politycznej ma ograniczone możliwości oddziaływania na sprawy gospodarcze (Mac Ewan, 2009, s. 20).

Skuteczna realizacja idei neoliberalizmu wymaga więc silnego państwa. Takie państwo potrzebne jest przede wszystkim po to, aby zagwarantować dominację własności prywatnej i mechanizmu rynkowego. Neoliberałowie zalecają więc dalsze usprawnienie państwa, które ich zdaniem, powinno polegać na wprowadzeniu mechanizmów rynkowych lub quasi rynkowych wszędzie tam, gdzie można to zrobić (Svenson, 2002, s. 43). Wiadomo jednak, że zarówno rynki jak i rząd są systemami niedoskonałymi: oba są też „tworami”, których nie można usunąć z rzeczywistości jaka nas otacza. (…) 

(…)Elity polityczne są w mniejszym lub większym stopniu zainteresowane łagodzeniem nierówności społecznych. We własnym interesie starają się nie dopuścić do protestów społecznych i osłabienia lub utraty swojej władzy. Często więc to właśnie nierówności społeczne są tym decydującym czynnikiem prowadzącym do przejścia w danym państwie z systemu autorytarnego do mniej lub bardziej demokratycznego. Takie przejście po prostu „opłaca się rządzącym elitom pod warunkiem, że utrzymają one swoją władzę, jeśli nie polityczną to ekonomiczną” (Acemogu, Robinson, 2005, s. 43). Brak gwarancji, że utrzymają one swoja dominację w sferze gospodarczej czyli w praktyce posiadany majątek i wysoko płatne stanowiska w korporacjach i spółkach skarbu państwa może hamować reformy polityczne i przejście do bardziej „zdemokratyzowanego” systemu sprawowania władzy. Widać to np. w Ameryce Łacińskiej, gdzie demokratyzacja napotykała i nadal napotyka na opór elit, chociaż w regionie tym występują największe nierówności społeczne i silne dążenia społeczeństw do wprowadzenia systemu demokratycznego. Dotychczasowe elity mogą nie chcieć scedować władzy w ręce demokratycznie wybranego rządu. Ich opór przeciwko wprowadzeniu nowego, demokratycznego systemu zwykle trwa dopóty, dopóki różne grupy społeczne i często skłócone ze sobą partie polityczne nie zjednoczą się i nie podejmą skutecznych działań w kierunku zmiany istniejącego status quo. Nie zawsze jednak „nowy” rząd, jak potwierdza to przykład Wenezueli, potrafi racjonalnie wykorzystywać znacjonalizowany przemysł i inne zasoby, aby jednocześnie nie doprowadzić do zniszczenia bazy dla przyszłego tworzenia dochodu narodowego (Grzegorowska-Gwiazda, 2010, s. 68) (…)

(…)doświadczenia wielu państw z lat 1990’ pokazują, że najlepszym lekarstwem na biedę okazał się wolny rynek – ograniczenie funkcji państwa na rzecz tworzenia nowych miejsc pracy. Biednym nie pomaga się przez skracanie czasu pracy, bo powoduje to podrożenie jej kosztów, co zmusza przedsiębiorców do ograniczania zatrudnienia. Nie pomaga się ubogim, ustalając sztywny – i niski – próg przechodzenia na emeryturę, gdyż ze wspólnej kasy płaci się ludziom, którzy mogliby się utrzymać sami. Nie pomaga się biednym, wydłużając urlopy macierzyńskie, przez co kobiety staja się mało konkurencyjne na rynku pracy. Nie pomaga się biednym na wsi, nie pozwalając na sprzedaż ziemi cudzoziemcom, gdyż powoduje to bezruch na rynku ziemi rolniczej, a zatem stagnację cen na niskim poziomie (Gwiazda, 2006, s. 69).

Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć na podstawie analizy wybranych aspektów funkcjonowania współczesnych państw demokratycznych czy demokracja może lub czy nie może doprowadzić do niwelacji nierówności ekonomiczno-społecznych. Dotychczasowe osiągnięcia „państw dobrobytu” nie potwierdzają wyraźnego związku przyczynowego między nasilającym się interwencjonizmem państwowym a wzrostem dobrobytu przy jednoczesnej niwelacji nierówności społecznych (Saxer, 2009, s. 81-83)…”

całość tu: geopolityka.org

podobne: Prof. Witold Kwaśnicki: Ci wstrętni (neo)liberałowie. A przecież „kapitalizm oznacza własność” oraz:  Liberalizm – to działa! Czyli „Europa kładzie się do trumny” i to: Równość czy hierarchia? Które jest bliższe ideału? polecam również: „Księża a społeczeństwo”… Jawny i tajny socjalizm… Zasady chrześcijańskiego współżycia kontra kolektywizm (w gospodarce). i jeszcze: Piotr Świder: Oda do wolności. Z dedykacją dla poszukiwaczy skarbów wolnego rynku oraz: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy państwo powinno dotować sztukę? (o interwencjonizmie).

socjalizm-vs-kapitalizm

Polska gospodarka: Zgubne skutki skupu wieprzowiny. Polskie jabłka omijają embargo. Pozytywny dla gospodarki raport NBP. Emigranci przesyłają do Polski coraz mniej pieniędzy. Nowe propozycje w sprawie CO2 niekorzystne dla Polski.


1. Rolnicy: brak korzyści z dopłat do przechowalnictwaPolskie jabłka omijają embargo.

08.03.2015 (IAR) – Rosyjskie embargo na świeże jabłka z Polski udało się ominąć koncentratowi, którego eksport wzrósł … stukrotnie – pisze „Puls Biznesu”.

Jak czytamy w gazecie, według danych Eurostatu tylko w październiku i listopadzie eksport koncentratu wzrósł ze stu ton w 2013 roku do 10 tysięcy ton rok później. Z kolei dane Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej pokazują, że od czasu ogłoszenia embarga, czyli od sierpnia, do grudnia 2014 roku sprzedaliśmy Rosjanom blisko 12 tysięcy ton za 45 milionów złotych. Polski koncentrat robi karierę dzięki niskiej cenie, która jest efektem właśnie rosyjskiego embarga i nadpodaży surowca.

Więcej szczegółów na ten temat – w „Pulsie Biznesu”.

Informacyjna Agencja Radiowa (IAR)/”Puls Biznesu”/kry/ab

podobne: Rosja nie przepuściła ponad 200 ton owoców, w tym z Polski. Polityka przeciwko gospodarce. Sankcje – bardziej cierpi Europa niż Rosja, która dzięki amerykanom skupuje akcje i złoto za grosze! oraz: Rosyjskie embargo wciąż szkodzi polskiej żywności. Nowe otwarcie w polsko-białoruskich stosunkach gospodarczych. We Włoszech marnotrawienie kapitału ludzkiego i kryzys moralny.

09.03.2015 (IAR) – Dziś weszły w życie przepisy umożliwiające dopłaty do prywatnego przechowalnictwa wieprzowiny. Ma to być jeden z elementów wsparcia dla producentów, którzy od roku borykają się ze spadkiem cen mięsa.

Sami producenci trzody chlewnej są jednak sceptyczni. Jak mówi Informacyjnej Agencji Radiowej prezes Podlaskiego Zrzeszenia Producentów Trzody Chlewnej Janusz Lech rolnicy w praktyce nie odczują tego wsparcia. „Nie posiadamy chłodni, nie jesteśmy właścicielami czy współwłaścicielami takowych przechowalni więc na pewno nie skorzystamy z tych środków” – podkreśla podsiedlecki producent.

Wprowadzenie dopłat do przechowalnictwa miało spowodować zmniejszenie ilości wieprzowiny na rynku i podnieść cenę żywca. „W rzeczywistości jest odwrotnie” – ocenia Janusz Lech. Zdaniem prezesa Podlaskiego Zrzeszenia Producentów Trzody Chlewnej od dwóch tygodni ceny znów spadają zbliżając się do minimalnego poziomu z końca stycznia czy początku lutego.

Dopłaty do przechowalnictwa prywatnego zatwierdziła Komisja Europejska. Mają one wynosić od 210 do 305 euro za tonę.

IAR/Tomasz Marciniuk/sk

…Pora zrozumieć drodzy rolnicy że podnoszenie kosztów (a tym jest właśnie wszelkiego rodzaju interwencjonizm) wytwarzania czy sprzedaży czegokolwiek, na koniec ZAWSZE uderza rykoszetem w samych wytwórców. Jedynym rozwiązaniem niskiej ceny skupu jest obniżenie podaży mięsa w sposób naturalny czyli zmniejszenie produkcji. Gdyby nikt tego rynku nie regulował odbywałoby się to w sposób naturalny poprzez bankructwo najmniej wydajnych producentów, ale reszta producentów byłaby na rynku bezpieczna, tymczasem zagrożona jest cała rodzima branża. Nie wspominając rzecz jasna o „paradoksalnie” wysokiej cenie mięsa tuż po zakupieniu go od rolnika. To jest właśnie efekt (jakichkolwiek) „dopłat” (nie tylko z okazji magazynowania mięsa). Do tego dochodzi rzecz jasna brak konkurencji na rynku pośredników i przetwórców, którzy dyktują rolnikom ceny skupu – MOGĄ, bo nie mają KONKURENCJI. Rolnicy mogliby sami się zrzeszać i zakładać takie grupy, ale niestety tego nie robią. Jedyne co mogą teraz zrobić to likwidować hodowlę.

Inny efekt „dopłat” to rzecz jasna ograbianie pod ich pretekstem podatników (konsumentów). W konsekwencji prowadzi to do osłabienia ich siły nabywczej (zmniejszenie popytu – również na mięso) i w ten sposób dochodzi do kumulacji negatywnych dla opłacalności jakiegokolwiek biznesu (poza rzecz jasna systemem „usług” zajmujących się redystrybucją zagrabionego 🙂 ) zjawisk.

Jest jeszcze kwestia co zrobić ze zmagazynowanym mięsem za które podatnicy ZAPŁACILI. Spalić? Wyrzucić? Zjeść? Kwestia moralności tego typu przedsięwzięć jak „interwencjonizm” jest tym samym jasna (a raczej ciemna) jak… (nie powiem co). Jakim prawem ktokolwiek opiera swój biznes o to że państwo (za pieniądze zrabowane podatnikom) gwarantuje komuś odbiór towaru niezależnie od tego czy ktoś go potrzebuje czy nie. Każdy by tak chciał! Tymczasem swoje dostają tylko jakieś uprzywilejowane grupy, ba! nawet nie dostają bo obrywają po d…. Efekt? Zmarnowane pieniądze i zmarnowana żywność… (Odys)

podobne: PAN: przepisy i system dopłat nie sprzyjają rolnictwu ekologicznemu. oraz: Polskie rolnictwo w poważnych kłopotach, domaga się rządowego wsparcia. UE nie radzi sobie z sankcjami i nie pomaga. Ceny żywności spadają. Rosja kolejny raz uderza w polski eksport, korzysta Białoruś. i to: Majtki w dół czyli… 6 mitów na temat dotacji z Unii. Cukiernik: Prawda i fałsz o dotacjach z UE* a także: KE ogłosiła wsparcie dla rolników (będzie płacić za marnotrawstwo)

2. Pozytywny dla gospodarki raport NBPEmigranci przesyłają do Polski coraz mniej pieniędzy.

09.03.2015 (IAR) – Gospodarka rozwija się stabilnie, a deflacja nie jest zagrożeniem – wynika z najnowszego raportu Narodowego Banku Polskiego. Eksperci banku centralnego prognozują, że deflację, czyli spadek ogólnego poziomu cen, będziemy jeszcze obserwowali w trzecim kwartale tego roku.

Główny ekonomista banku Pekao SA Marcin Mrowiec zgadza się, że deflacja utrzyma się przynajmniej do sierpnia. To dlatego, że rok temu właśnie w tym miesiącu ceny zaczęły spadać w związku z rosyjskim embargiem na polską żywność. Ekspert podkreśla jednak, że obserwowana deflacja nie zagraża polskiej gospodarce, bo Polacy nie wstrzymują się z zakupami w oczekiwaniu na niższe ceny.

Z raportu NBP wynika, że w ciągu najbliższych trzech lat polska gospodarka powinna się rozwijać w tempie ponad 3 procent rocznie. Marcin Mrowiec uważa, że jest szansa na szybszy rozwój między innymi za sprawą poprawy sytuacji na rynku pracy. Według eksperta w nadchodzących latach będzie rosło zatrudnienie oraz wynagrodzenia, które są w Polsce niższe niż w gospodarkach zachodnich.

Projekcja inflacji i PKB jest przygotowywana przez ekspertów NBP co cztery miesiące i jest jednym z najważniejszych opracowań branych pod uwagę podczas podejmowania decyzji o wysokości stóp procentowych.

Informacyjna Agencja Radiowa (IAR)/Arkadiusz Augustyniak/magos

podobne: Polska gospodarka: Produkcja przemysłowa w sierpniu dużo gorsza od oczekiwań, eksport będzie rósł (pomaga ruch przygraniczny). Zlikwidujmy opłaty targowe apelują kupcy. oraz: Polska gospodarka – Optymistyczne prognozy NBP. i to: Polska gospodarka – co się opłaca a co nie. a także: Rzeczpospolita niskich płac, zawyżonych średnich i odwróconego VATu. Projekt dot. podniesienia kwoty wolnej od podatku odrzucony, ale 95 mln zł na nagrody w urzędach jest.

06.03.2015 (IAR) – Rokrocznie wysyłają do Polski równowartość ponad 20 miliardów złotych. Ale znaczenie tych pieniędzy dla gospodarki wciąż maleje. Napływający kapitał nie rekompensuje strat demograficznych.

Przepływy pieniężne emigrantów do Polski zbadała organizacja Pracodawców RP. Ekspert organizacji, Damian Olko, podkreśla, że znaczenie transferów pieniężnych do Polski z roku na rok spada. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej transfery z zagranicy stanowiły nawet około 2,5 procent polskiego PKB czyli około 29 miliardów złotych rocznie. Pieniądze te pobudziły w kraju konsumpcję oraz zakupy nieruchomości.

Rozmówca IAR podkreśla, że Polacy, którzy w ostatnich latach wyjechali za granicę są coraz mniej związani ze swoim rodzinnym domem. Czasem sprowadzają oni całe rodziny. Ekspert twierdzi, że zmniejszenie napływu pieniędzy od emigrantów w relacji do PKB nie jest najważniejszym problemem dla polskiej gospodarki. Jest nim pogarszająca się demografia. Bez odwrócenia tej tendencji, zdaniem Damiana Olko, zwiększa się ryzyko tego, że Polska przestanie doganiać kraje rozwinięte pod względem zamożności.

W ciągu 10 ostatnich lat emigranci przesłali do Polski około 234 miliardy złotych. W pierwszych latach po wejściu do wspólnoty, zdaniem eksperta, pieniądze te „nakręciły” polską gospodarkę.

Informacyjna Agencja Radiowa (IAR)/Polskie Radio/dyd

podobne: Mazowsze ponad stan, komornicy, odprawy w PKP i kosztowne pendolino, drogie drogi i afera więzienna, JSW strajkuje inwestorzy tracą, kryzys demograficzny i emigracja zarobkowa, przedsiębiorczość stabilna ale mniej firm na rynku, ranking wolności gospodarczej, meblarstwo kwitnie czyli…Państwo sobie gospodarka sobie i pomimo państwa. oraz: Niemcy: obcokrajowcy to czysty zysk dla budżetu. Czeka nas kolejna fala emigracji. Przyczyną nie są tylko rządy PO a kapitalizm kompradorski.

3. UE – nowa propozycja w sprawie CO2, Polska niezadowolona.

06.03.2015 (IAR) – Jest nowa, unijna propozycja w sprawie uprawnień do emisji dwutlenku węgla, ale nie zadowoliła ona Polski. Chodzi o zmniejszenie liczby darmowych pozwoleń i tym samym podniesienie ich ceny, czyli o utworzenie tak zwanej rezerwy stabilizacyjnej.

Polska od początku była przeciwna tym pomysłom. Argumentowała, że obciążą one przemysł dodatkowymi kosztami. Warszawie nie udało się jednak zablokować utworzenia rezerwy i teraz walczy o to, by weszła ona w życie jak najpóźniej. Komisja Europejska zaproponowała, by nastąpiło to w 2021 roku, część europosłów chce, by rezerwa powstała 3 lata wcześniej. Teraz Łotwa, kierująca pracami Unii, zaproponowała 2019 rok. Minister środowiska Maciej Grabowski odrzucił w Brukseli tę propozycję. Dla Polski oznacza ona bowiem jedynie kosmetyczne zmiany.

Według doniesień unijnych dyplomatów, pomysł nie spodobał się też siedmiu krajom, które wraz z Polską zaprotestowały przeciwko szybkiemu zmniejszeniu darmowych uprawnień do emisji CO2. To Bułgaria, Chorwacja, Cypr, Czechy, Litwa, Rumunia i Węgry. Ministrowie środowiska tych państw potwierdzili, że spójność koalicji jest niezagrożona.

Po drugiej stronie są Niemcy, Wielka Brytanii, Szwecja, Dania i Holandia, które chcą, by rezerwa weszła w życie z przyspieszeniem. Ostateczny kształt przepisów będzie zależał od wyniku negocjacji przedstawicieli państw członkowskich z Parlamentem Europejskim.

IAR/B.Płomecka/Bruksela/mcm/

podobne: Polityka klimatyczna UE znowu kosztem Polski. i to: KE proponuje redukcję CO2 o 40% do 2030 r. i zwiększenie udziału OZE do min. 27%. Ekspert: brońmy się przed projektami klimatycznymi Brukseli. a także: Pakiet klimatyczny – sukces Ewy Kopacz? Być może, ale to Polacy słono za jej sukces zapłacą. Cameron nie ma wątpliwości: UE chce ukraść pieniądze ludzi, których reprezentuje. Czy w GB przeleje się czara goryczy?

źródło: stooq.pl

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy państwo powinno dotować sztukę? (o interwencjonizmie).


CZY PAŃSTWO POWINNO DOTOWAĆ SZTUKĘ

„Wiele można powiedzieć za i przeciw. Dla poparcie systemu dotacji wypada stwierdzić, że sztuka uwzniośla duszę narodu, odrywa ją od trosk materialnych, daje zmysł piękna i w ten sposόb wpływa korzystnie na jego zwyczaje, moralność, a nawet przemysł. Możemy się zastanawiać, jaka byłaby muzyka francuska bez Konserwatorium, malarstwo i rzeźba bez naszych galerii, sztuka dramatyczna bez Teatru Francuskiego. Idźmy dalej i zapytajmy, czy bez dotacji i centralizacji sztuk pięknych rozwinąłby się ten wyrafinowany smak, ktόry pomaga francuskim towarom na całym świecie. Czy w tej sytuacji nie byłoby wielce nieostrożnym rezygnować ze skromnej składki naszych obywateli, ktόra ostatecznie jest przyczyną przewagi i chwały Francji w Europie? Tym racjom i wielu innym, ktόrym nie odmawiam siły, można przeciwstawić nie mniej ważkie.

Na początek istnieje problem sprawiedliwości rozdzielczej. Czy prawo ustawodawcy idzie tak daleko, że może on zmniejszać płace rzemieślnika na korzyść aktora? Pan Lamartine powiedział: “J e ż e l i  z n i e s i e c i e  d o t a r c i e  d o  t e a t r ό w , g d z i e  z a t r z y m a c i e  s i ę  n a  t e j  d r o d z e ? C z y  n i e b ę d z i e l o g i c z n e  z n i e ś ć  j e d l a  u c z e l n i, m u z e ό w  i  b i b l i o t e k?” Można Mu odpowiedzieć: “Jeżeli chcecie dotować wszystko, co dobre i pożyteczne, gdzie zatrzymacie się na tej drodze? Czy logicznie nie doprowadzi to do upaństwowienia rolnictwa, przemysłu, handlu i dobroczynności.” Dalej, czy jest pewne, że dotacje sprzyjają rozwojowi sztuki? To pytanie dalekie jest od odpowiedzi i widzimy, że najlepiej działają teatry, ktόre utrzymują się z własnych środkόw. Wreszcie, stawiając rzecz na wyższym poziomie, trzeba zauważyć, że ludzkie potrzeby i wymagania rosną i stają sie coraz bardziej wyrafinowane, w miarę jak wzrastająca zamożność społeczeństwa jest w stanie je zaspokajać. Rząd nie powinnien się w to mieszać, ponieważ przy danej ilości środkόw, nie może, przez podatki, pobudzać dziedzin przemysłu służących luksusowi bez blokowania rozwoju najbardziej podstawowych. Odwracanie naturalnego porządku ludzkich potrzeb, sztuczne przemieszczanie środkόw i ludzkiej pracy, tworzy sytuację niebepieczną, ktόra nie ma solidnej podstawy. Takie argumenty, dotyczące wyboru kolejności, w jakiej obywatele chcą zaspokajać swoje potrzeby i – w konsekwencji – dziedzin ich aktywności, przywołują przeciwnicy interwencji państwa w finansowanie sztuki. Co do mnie, to uważam, że wybόr powinien być dokonywany na dole, a nie na gόrze, przez obywatela, a nie przez ustawodawcę. Doktryna przeciwna prowadzi do zniszczenia wolności i godności ludzkiej. Jednak o co oskarża się ekonomistόw, fałszywie i niesprawiedliwie? O to, że odrzucając dotację, odrzucają samą rzecz dotowaną i są wrogami całych obszarόw ludzkiej działalności. My zaś chcmy jedynie, aby dziedziny te, pozostając wolnymi, same szukały dla siebie środkόw.

Domagamy się, by państwo nie mieszało się, przez podatki, do religii – jesteśmy ateistami. Domagamy się tego samego w szkolnictwie – nienawidzimy nauki. Mόwimy, że państwo nie powinno, przez podatki, sztucznie zawyżać wartości ziemi w stosunku do przemysłu – jesteśmy wrogami własności i pracy. Sądzimy, że państwo nie powinno dotować sztuki – jesteśmy barbarzyńcami używającymi sztukę za niepotrzebną. Protestuję z całej siły przeciw tym oskarżeniom. Dalecy jesteśmy od absurdalnych pomysłόw o zniszczeniu religii, szkoły, własności i sztuki, kiedy domagamy się, by państwo chroniło swobodny rozwόj ich wszystkich, bez kupowania jednych za pieniądze zabrane innym. Przeciwnie, wierzymy, iż w wolnym społeczeństwie one same będą rozwijać się harmonijnie i żadna nie stanie się, jak to ma miejsce dzisiaj, źrόdłem kłopotόw, nadużyć, zniewolenia i nieładu.

Nasi przeciwnicy sądzą, że dziedzina nie wspomagana i nie reglamentowana przez rząd jest skazana na zniszczenie, my – przeciwnie. Oni wierzą w ustawodawcę, nie w ludzi, my raczej w ludzi niż w ustawodawcę. Pan Lamartine: “W  i m i ę  t e j  d o k t r y n y  t r z e b a  b ę d z i e  z l i k w i d o w a ć  w s z y s t k i e  p u b l i c z n e  e k s p o z y c j e , k t ό r e s ą  d u m ą  i  s t a n o w i ą  o  w i e l k o ś c i  t e g o  k r a j u . ” Moja odpowiedź brzmi: “Z waszego punktu widzenia, nie dotować, to zniszczyć, ponieważ wszystko, co istnieje, istnieje z woli państwa i dzięki podatkom. Ale zwracam przeciwko wam wasz przykład, gdyż musicie przyznać, że największa, niedoskonalsza, najbardziej uniwersalna i, użycia tego słowa nie uważam tutaj za przesadę, ogόlnoludzka jest wystawa przygotowana w Londynie, do ktόrej nie mieszał się i ktόrej nie dotował żaden rząd.

Wracając do sztuk pięknych można, powtarzam, przytaczać rόżne argumenty i nie jest najważniejszym tematem tej pracy przesądzanie, ktόrym z nich przyznać bezwzględne pierwszeństwo. Ale p. Lamartine użył jeszcze argumentu, ktόrego nie mogę pominąć milczeniem, gdyż dotyczy ściśle spraw przeze mnie omawianych. Powiedział on, cytuję: Ekonomiczna strona sprawy teatrόw streszcza się w jednym słowie: praca. Natura tej pracy nie jest istotna, to praca rόwnie płodna i pożyteczna jak każda inna. Teatry, wiecie o tym dobrze, żywią i utrzymują we Francji nie mniej, niż osiemdziesiąt tysięcy robotnikόw rόżnych zawodόw: malarzy, dekoratorόw, murarzy, architektόw i innych, ktόrzy zamieszkują całe dzielnice naszej stolicy i, z tego powodu, powinni cieszyć się waszą sympatią! Waszą sympatią! – przekłada się; waszymi pieniędzmi. I dalej: Uroki Paryża dają pracę i konsumpcję prowincji, a zbytek bogatych daje utrzymanie i chleb blisko dwustu tysiącom robotnikόw wszystkich specjalności, żyjących z tylu teatrόw na obszarze Republiki. Korzystają oni z tych szlachetnych rozrywek, ktόre są ozdobą Francji i żywią ich, ich rodziny i dzieci. To im właśnie dacie te 60 000 frankόw. [brawo! bardzo słusznie! liczne oznaki aprobaty] Co do mnie, to mόwię: źle i niesłusznie!; organiczając, oczywiście, swόj sąd do aspektόw ekonomicznych, o ktόre teraz chodzi. Owszem, owe 60 000 trafi, przynajmniej w części, do pracownikόw teatrόw. Jakaś część może zawieruszy się po drodze, a jeżeli policzymy dokładnie zapewne odkryjemy, że ciastko powędrowało zupełnie gdzie indziej i szczęśliwi robotnicy, gdy dotrą do nich choć okruchy! Ale niech będzie, że cała dotacja dotrze do malarzy, dekoratorόw, fryzjerόw, itd. T o w i d a ć . Lecz skąd idą pieniądze? Oto odwrotna strona problemu, niemniej ważna. Gdzie jest źrόdło tych 60 000, gdzie poszłyby one, gdyby głosowanie nie skierowało ich najpierw do Ministerstwa Finansόw, a stamtąd do Zarządu Teatrόw? T o j e s t  t o , c z e g o  n i e  w i d a ć .

Z pewnością nikt nie ośmieli się twierdzić, że pieniądze narodziły się w urnie w wyniku głosowania, że są czystym dodatkiem do narodowego bogactwa i że bez tego cudownego głosowania pozostałyby na zawsze niewidoczne i nieuchwytne. Trzeba zgodzić się, że wszystko, co mogła zrobić większość, to zdecydować o zabraniu ich z jednego miejsca i przesłaniu w inne. Jeżeli rzecz ma się w ten sposόb, jasne jest, iż podatnik zmuszony do zapłacenia jednego franka, nie może już nim dysponować. Jasne jest, iż będzie on pozbawiony możliwości wydania go na cokolwiek, a robotnik pozbawiony zapłaty za wykonaną rzecz lub usługę. Nie łudźmy się zatem, że głosowanie dodało cokolwiek. Przesunęło jedynie zadowolenie i wynagrodzenie. Ot i wszystko.

Powiecie, że idzie ono w kierunku potrzeb bardziej pilnych, uzasadnionych i moralnych? Mogę walczyć i na tym terenie. Zabierając podatnikom owe 60 000, zmniejszacie dochody cieśli, rolnikόw, powoźnikόw i o tyleż zwiększacie dochody śpiewakόw, fryzjerόw, dekoratorόw. Nic nie dowodzi, że te ostatnie grupy są godniejsze zainteresowania, niż inne. P. Lamartine tego nie twierdził. Mόwił, że praca teatrόw jest r ό w n i e produktywna (nie bardziej) jak każda inna, co może być samo w sobie kontestowane, gdyż najlepszym dowodem stanu przeciwnego jest, że one właśnie zwracają się o wsparcie. Ale rozważanie związku między ceną a wewnętrzną wartością rόżnych rodzajόw pracy nie jest moim zamiarem. Wszystko co chcę osiągnąć, to wskazywać, że kiedy p. Lamartine i ci, ktόrzy bili mu brawo, widzieli lewym okiem dochody zyskane przez aktorόw, winni byli ujrzeć prawym stratę pozostałych podatnikόw, inaczej bowiem wystawiają się one na śmieszność b i o r ą c  p r z e z s u n i ę c i e  d o c h o d u  z a  d o c h ό d . Jeżeli byliby konsekwentni w swoim rozumowaniu, domagaliby się dużo większych subwencji. To, co jest prawdą dla 60 000, jest prawdą, w tych samych warunkach, dla miliarda.

Kiedy idzie o podatki, panowie, wykażcie ich potrzebę przez solidne argumenty, a nie przez błędne założenia, że “W y d a t k i  p u b l i c z n e  d a j ą  u t r z y m a n i e  r o b o t n i k o m .” Ukrywa ono fakt podstawowy: wydatki publiczne dokonywane są zawsze zamiast wydatkόw prywatnych i, w konsekwencji, mogą one dać utrzymanie jednemu robotnikowi zamiast drugiemu, ale nie wspomagają w niczym losu klasy pracującej jako całości. Wasze rozumowanie jest teraz w modzie, lecz jest zbyt absurdalne, by ukryć prawdę.”…

źródło: „Co widać i czego nie widać”

poprzednio: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Kredyt.

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

podobne: Sektorowi państwowemu grozi efekt domina interwencjonizmu w górnictwie. Przez „flapsy” JSW straciło największego odbiorcę węgla. Michalkiewicz o najkrótszym programie gospodarczym. oraz: Raport NIK. Efekt dopłat to wyłudzenia i bezprawne korzystanie z gruntów skarbu państwa. i to: Polskie rolnictwo w poważnych kłopotach, domaga się rządowego wsparcia. UE nie radzi sobie z sankcjami i nie pomaga. Ceny żywności spadają. Rosja kolejny raz uderza w polski eksport, korzysta Białoruś. a także: Mit „unijnej pomocy” oficjalnie obalony. Nie idźmy tą drogą!  polecam również: Niewidzialna ręka rynku wg. Adama Smitha. Kisiel: Nie ufać fachowcom. 

Michalkiewicz – Interwencjonizm państwowy w Księdze Rodzaju – Józef Egipski