Joint w rocznicę Powstania Warszawskiego czyli o wojnie przedmurza z zadupiem w kolejnym pokoleniu, o młodzieży na prowokacji chowaniu i złotym intetesie sojuszników z okupantami (patrioty(zm) z Izraela)


rys. Piotr Arendzikowski

„Baliśmy się budując pod ostrzałem
barykadę

Knajpiarz, kochanka jubilera, fryzjer,
wszystko tchórze.
Upadła na ziemię służąca
dźwigając kamień z bruku, baliśmy się bardzo,
wszystko tchórze –
dozorca, straganiarka, emeryt.

Upadł na ziemię aptekarz
wlokąc drzwi od ubikacji,
baliśmy się jeszcze bardziej, szmuglerka,
krawcowa, tramwajarz,
wszystko tchórze.

Upadł chłopak z poprawczaka
wlokąc worek z piaskiem,
więc baliśmy się
naprawdę.

Choć nikt nas nie zmuszał,
zbudowaliśmy barykadę
pod ostrzałem.”

Budując barykadę – Anna Świrszczyńska

„…1 czerwca Umiłowani Przywódcy stwarzają dzieciom możliwość zabawienia się w polityków. (…) Sejmowa sesja parlamentu dziecięcego potwierdziła w całej rozciągłości nie tylko nasilające się w naszym nieszczęśliwym kraju zjawisko dziedziczenia pozycji społecznej (dzieci aktorów zostają aktorami, dzieci piosenkarzy – piosenkarzami, nawet, jak mają tylko pierwszy stopień muzykalności, to znaczy – rozróżniają, kiedy grają, a kiedy nie – dzieci konfidentów zostają konfidentami, a podobno dzieci sędziów też zostają sędziami i to od razu – niezawisłymi, bo niezawisłość – wiadomo: też się dziedziczy), ale również najgorsze podejrzenia, że nie ma już jednolitego narodu polskiego, że historyczny naród polski od 1944 roku musi dzielić terytorium państwowe z polskojęzyczną wspólnotą rozbójniczą, która też się rozmnaża i reprodukuje w kolejnych pokoleniach ubeckich i partyjniackich dynastii. Toteż podczas sesji parlamentu dziecięcego wszystkie te sprawy jaskrawo się ujawniły i ton oraz polityczne zabarwienie przemówień zależało od tego, czyje dziecko przemawiało. Jeśli na przykład przemawiało dziecko z porządnej, ubeckiej familii, której protoplasta położył fundamenty pod starą rodzinę („jo strzylołem, a un piniundze broł”), no to mogliśmy usłyszeć nie tylko pryncypialną krytykę rządu i uprawianych przezeń praktyk nepotystycznych – a jeśli przemawiał potomek rodziny pochodzącej z historycznego narodu polskiego, to pomstował na Unię Europejską, która próbuje wymusić na Polsce tak zwaną „relokację”, czyli rozparcelowanie po wszystkich unijnych bantustanach muzułmańskich uchodźców, których Nasza Złota Pani, ulegając własnej propagandzie – zamiast zatrzymać jeszcze na Bliskim, czy Środkowym Wschodzie czy Północnej Afryce – lekkomyślnie ściągnęła do Europy – i tak dalej. Wygląda na to, że przepaść między historycznym narodem polskim, a polskojęzyczną wspólnotą rozbójniczą będzie się z roku na rok jeszcze bardziej pogłębiała i kto wie, czy w końcu nie dojdzie do masowego podpisywania przez przedstawicieli wspomnianej wspólnoty jakiejś europejskiej Volkslisty…” (Stanisław Michalkiewicz – W dżungli praworządności)

„…Przedmurze czy zadupie? To jest podstawowy dylemat, z którym borykają się polscy politycy od bardzo dawna. Dylemat fikcyjny, oparty na głęboko w świadomość wbitych fałszach i dla nas wręcz zabójczy. Dylemat, który odbiera wszystkie szanse i skazuje na peryferyjność. Dylemat, w którym bonusem jest piękna śmierć, a przegrana to życie w kajdanach pod knutem. O czym przekonaliśmy się kilkakrotnie między innymi w czasie Powstania Warszawskiego. I ja tu nie chcę powiedzieć, że to jest jedyna alternatywa jaką tak zwany Zachód ma dla Polski. Na pewno tak nie jest. Zachód bowiem prowadzi politykę finezyjną, w którą w Polsce mało kto wierzy, ale nie ma tyle siły by 40 milionowemu narodowi wmawiać rzeczy nieistniejące lub całkowicie paraliżować działania grup w tym narodzie zorganizowanych oraz aktywnych w tej społeczności jednostek. Tego Zachód nie potrafi. Oni mogą co najwyżej stworzyć warunki dla rozwoju pewnego specyficznego rodzaju lokalnej polityki i pewnego specyficznego rodzaju lokalnych polityków, którzy zaopatrzeni w budżet wypiszą sobie na sztandarach hasło: „Przedmurze czy Zadupie” i ruszą z tym do wyborów lub na barykady. Zależnie od tego jakie będą okoliczności.
Zaangażowanie Polaków w dylemat: Przedmurze czy zadupie, stymulowane jest więc przez polityków polskich, polityków, którzy wierzą w swój szczery patriotyzm i posługują się stosownym zestawem pojęć gwarantujących im, że wyborca lub uczestnik wiecu także weń uwierzy. Bez nich tego dylematu w ogóle by nie było i nie byłoby kłopotu. Ludzie bowiem pozostawieni sami sobie kombinują zwykle tak, by coś ugrać i wyjść na swoich działaniach jak najlepiej. W stronę katastrofy zmierzają dopiero wtedy kiedy na ich czele postawi się jakiegoś światłego przywódcę, który podrzuci im coś ciekawego do przemyślenia, jakiś granat z zapalnikiem samookreślającym. Przedmurze czy zadupie proszę Państwa? Co wybieramy? Czy będziemy bronić Europy i jej kultury przed hordami barbarzyńców ze wschodu? Czy może pozostaniemy zaściankiem, biedą i nędzą w jednym, która dobrowolnie zrezygnuje z udziału w wielkich europejskich projektach? O nie! Tego drugiego zrobić nie możemy, mamy wszak tradycję! Nie tylko wojskową, mamy także tradycję kulturalne, ot choćby taki renesans, kaplicę Zygmuntowską i dzwon! Tego nie wolno zmarnować! Bo wtedy koniec!
Wrócę teraz do Powstania Warszawskiego, wszyscy którzy piszą o postawie Zachodu wobec Powstania zdają sobie sprawę, że w czasie kiedy Warszawa walczyła Roosvelt i Churchill dogadywali się ze Stalinem. I wszyscy uważają, że w ogóle nie ma po co tego roztrząsać. Wojna szła ku końcowi, oni się dogadywali a Polska złożyła daninę krwi, w dodatku – jak twierdzi Romuald Szeremietiew – oddała ją za swoją własną wolność i swoją własną niepodległość. Co prawda po Powstaniu nie było ani wolności, ani niepodległości, przeciwnie była śmierć i prześladowania, ale to nie ma znaczenia. Po raz kolejny obroniliśmy Europę. Bo gdybyśmy jej nie obronili byłoby jeszcze gorzej? Jeszcze gorzej? Nie sądzę. Gdyby Rosjanie rozlokowali się w Europie po Ren dopiero mieliby kłopot z utrzymaniem tego wszystkiego. I doprawdy nie chce mi się wierzyć, by ktokolwiek, poza polskimi politykami opcji prawicowej wierzył w to, że cokolwiek po takiej okupacji stałoby się „europejskiej kulturze”. Deal poszedł górą, a myśmy go nie zauważyli. Polscy politycy zostali oszukani, polscy dowódcy wykorzystani – mając tego świadomość lub nie – to już osobna sprawa, Polska potraktowana jak ogórek na zakąskę próbowała zaś bezskutecznie wydostać się ze słoika, do którego ją wepchnięto.
Powtórzę więc jeszcze raz to co pisałem przy okazji Smoleńska – jeśli ktoś przygotowuje jakieś wydarzenie jest jednym, absolutnym właścicielem wszystkich płynących z tego wydarzenia korzyści. Wszystkich. Wynika to ze skali w jakiej się planuje. Jeśli Zachód podzielił Europę to my i nasze Powstanie staliśmy się – bez względu na naszą wolę i nasze deklaracje jedynie jednym z tych benefitów. Jeśli tego nie zrozumiemy skazujemy się na powtórną obronę europejskiej kultury. Tego zaś możemy nie przetrwać.
Wróćmy do uwag wcześniejszych. Do nonszalancji z jaką ludzie opisujący tamte czasy traktują relacje pomiędzy AK a Londynem, pomiędzy Londynem, Waszyngtonem a Moskwą. Z tego opisywactwa za każdym prawie razem wynika wniosek następujący: oni musieli skończyć wojnę, bo za długo trwała, a my musieliśmy wysłać na śmierć tysiące ludzi, by pokazać im, że także chcemy zakończenia tej wojny i rzeczywiście nam na tym zależy bo należymy do tej samej kultury co oni. I to właśnie jest czysty obłęd, w którym tkwimy od dawna po uszy.
W czasie kiedy my walczymy, europejska kultura i jej emanacje dogadują się z azjatycką dziczą, przed którą my usiłujemy ich bronić. Takiej tezy bronią wszyscy polscy politycy za aspiracjami. Ja to jeszcze raz powtórzę – jeśli taka jest cena przynależności do cywilizacji europejskiej to ja bardzo przepraszam, ale wybieram zadupie. Po prostu. Można zrobić z siebie durnia raz, jak ktoś jest bardzo lekkomyślny może ten błąd powtórzyć, ale notoryczne powtarzanie błędów przy jednoczesnym wyszydzaniu tych wcześniejszych, które uważane być powinny za głęboką naukę, to już jest zbrodnia. Za zbrodnie zaś w cywilizowanych krajach skazuje się zbrodniarzy na długoletnie więzienie.
Zrekapitulujmy teraz to wszystko raz jeszcze; Powstanie Warszawskie to nasza obrona przed prowokatorami politycznymi, którzy szerzą zło. Kolejnych Powstań w takich okolicznościach nie będzie i trzeba to wyraźnie powiedzieć. Powstanie możemy wywołać wtedy kiedy wasze czołgi – wasze, nie ruskie – stać będą nad Wisłą. Nie wcześniej. Jeśli zaś będziecie nas dalej oszukiwać przepuścimy ruskich na wasze podwórko. Po prostu…” (coryllus – Przedmurze czy zadupie)

podobne: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego oraz: O tym, jak Winston Churchill realizował politykę sowiecką, zanim wybuchła II wojna światowa i to: „Orzeł niezłomny” o marginalizowaniu przez Zachód tragicznych doświadczeń Polaków w czasie wojny polecam również: Kolejny dowód na kłamstwo katyńskie. Alianci ukrywali prawdę żeby zadowolić Stalina.

a teraz coś o mało znanej (bo finezyjnej) polityce naszych sojuszników na okupowanych przez Niemców terenach…

„…Rada Główna Opiekuńcza była organizacją powołaną z inicjatywy amerykańskiej, konkretnie zaś czegoś co nosiło nazwę Joint. Tak pisze Ronikier. Miała ona opiekować się ofiarami wojny i terroru, choć nie można było przecież mówić o terrorze, ze względu na terror właśnie. Początkowo pomoc amerykańska miała przychodzić na jeden adres dla wszystkich – to znaczy dla Polaków, Żydów i Ukraińców. Potem jednak rozdzielono poszczególne nacje, a Ukraińcy domagali się, by dawano im więcej wszystkiego, zawyżając statystyki ludnościowe. Żydzi też się tego domagali i Ronikier musiał się z nimi targować w przytomności sprzyjających im Amerykanów. Mówimy cały czas o początku okupacji niemieckiej w Polsce, o latach 1939-1940. Szaleję okupacyjny terror, rozstrzeliwują za byle co, wywożą profesorów UJ do Dachau, a do Polski przyjeżdżają przedstawiciele amerykańskiej organizacji o nazwie Joint i domagają się fotografii obdarowanych ubraniami ludzi, a także laurek od obdarowanych dzieci, żeby Amerykanie wiedzieli, że pomoc nie idzie na marne. I Ronikier, a także Andrzej Jałowiecki, syn Mieczysława, im tego wszystkiego dostarczają. I teraz uwaga, na początku prezesem RGO był książę Janusz Radziwiłł. Nie mógł on znieść użerania się ze skorumpowaną i rozwydrzoną administracją niemiecką i jak go któryś wkurzył, to napisał po prostu list do Göringa ze skargą. Dlaczego do niego akurat? Bo to właśnie Göring opiekował się na najwyższym szczeblu delegacjami amerykańskimi, a także przychylnie patrzył, na te wszystkie rady opiekuńcze, które instalowano na terenach zabranych…

…Ciekawe, co nie? Jakiś nic nie znaczący w okupacyjnej rzeczywistości prezes nic nie znaczącej rady, która zajmuje się dystrybucją amerykańskich szmat z second handu coś tam powiedział do jakiegoś chłopa spod Włocławka w ciemnej sali pełnej pokasłujących ludzi. I słowa te zostały w try miga zanotowane, opatrzone urzędowymi pieczęciami i wysłane do Berlina, gdzie opinię na ich temat wygłosić miał marszałek, wielki łowczy Rzeszy, dowódca Luftwaffe. No i wygłosił. A jak już wygłosił to i Hans Frank i pan Kruger z krakowskiego gestapo musieli uszy po sobie położyć.

Idźmy dalej. Pisze Ronikier o swojej korespondencji z generałem Sikorskim. Dobry nasz generał w listach do Ronikiera umieszczał informacje o dużych sumach pieniędzy, które wysyłano z Londynu dla potrzeb RGO. Kłopot w tym, że Ronikier nigdy ich nie otrzymywał. Możliwości są dwie – albo Sikorski kłamał, ale dlaczego miałby pozostawiać ślady swoich kłamstw na piśmie, albo pieniądze były wysyłane, ale przejmował je kto inny. Z wściekłości jaka cechowała dr. Krugera oraz innych urzędników niższego, okupacyjnego szczebla, w kontaktach z Ronikierem, wściekłości i bezradności wobec tego ciężko przerażonego przecież człowieka, wnosić możemy, że to nie oni kradli. Jeśli nie oni to znaczy, że forsa trafiała do kogoś postawionego wyżej, komu taki Kruger, a nawet Frank mógł skoczyć na puklerz obiema nogami.

W jednym z listów do Ronikiera Sikorski napisał, że jedzie do USA i tam dostanie od prezydenta Roosevelta 17 milionów dolarów, z czego 6 milionów przeznaczy na RGO. Ronikier odpowiedział, że chciałby, aby część tych pieniędzy została zdeponowana w nowojorskich bankach, a część w szwajcarskich. Rozumiem, że banki te miały przedstawicielstwa w GG i Adam Ronikier mógł stamtąd podejmować gotówkę. Niestety pieniędzy tych nigdy nie otrzymał. Teraz musimy się poważnie zastanowić na tym, czy prezydent Franklin Delano Roosevelt był skłonny lekką ręką dać 17 milionów dolarów jakiemuś Sikorskiemu. Ja sądzę, że tak, problem polegał na tym jedynie, że trzeba by było potem sprawdzić jakie numery mają te banknoty i czy nie pokrywają się one czasem z numerami banknotów zdeponowanymi w bankach amerykańskich lub po prostu krążącymi po kraju. Musiał także mieć pewność, że pieniądze te w części zostaną przekazane do GG. 17 milionów dolarów w roku 1941 to jest suma poważna i tylko poważni ludzie mogą się zajmować jej dystrybucją. Już tu kiedyś rozmawialiśmy o dolarach trafiających do okupowanej Europy i myślę, że wszyscy doskonale rozumieją o co chodzi. Tych dolarów i funtów była masa, ale one prawie wcale nie trafiały tam gdzie powinny, to znaczy do potrzebujących. Gdzieś jednak trafiały. Moim zdaniem do Hermanna i jego ludzi. Trzeba by prześledzić jakie były relacje ojca Hermanna, starego Heinricha, z Amerykanami, trzeba by zbadać jakie relacje z wolnym światem miał jego brat Albert, bo myślę, że tam kryje się tajemnica…

…Nie wiem ile było w Europie takich rad opiekuńczych, ale wnoszę, że wszystkie one podlegały Hermannowi. Jeśli zaś tak było nie można myśleć o tych instytucjach inaczej jak o przykrywce do transferu dużych ilości gotówki na terenu okupowane, co było na rękę zarówno Amerykanom, jak i tym Niemcom, w których znaleźli oni upodobanie…” (coryllus, polecam lekturę całości tu: szkolanawigatorow.pl – Kiedy naprawdę zmarł Hermann Göring)

podobne: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa oraz: Adam Wielomski: Błędy polityki generała Sikorskiego. Dlaczego Polska nie dogadała się z ZSRR?  i to: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? a także: Magnetyzm socjalizmu od przedszkola do Opola czyli śladami hrabiego Ronikiera – towarzysza „Istotek” po „wesołym miasteczku” (Kaczmarskiego)

„…Powstanie powinno być stałym przedmiotem publicznej dyskusji, ale powinno być z dala od wszelkiej propagandy. Tymczasem ono właśnie jest najczęściej wykorzystywane w rozgrywkach propagandowych i w idiotycznych dyskusjach toczonych wokół alternatywy: bić się czy nie bić. Kretyn, który to wymyślił powinien stanąć pod murem bez wcześniejszej rozprawy sądowej. Zarówno promocja postaw patriotycznych jak i toczone wokół poważnych problemów dyskusje są w Polsce naznaczone fałszem i krótkoterminowym interesem politycznym. Usprawiedliwia się tę ich nędzę zawsze tym samym – wychowaniem młodzieży. Propagatorom tego rodzaju zabaw wydaje się, że pokazanie szarży na bagnety sprawi, że młodzież zapała gorącą miłością do ojczyzny i kiedy przyjdzie pora pozwoli się wymordować w wyniku prowokacji państw obcych, bo tak będzie komuś wygodniej. Musimy przestać uprawiać tę agitację i zacząć myśleć politycznie o naszej historii. Nie możemy pokazywać dzieciom morowych panien, bo prawdziwe morowe panny są w grobach, a zanim tam trafiły zostały spalone żywcem, zgwałcone, powieszone lub rozjechane czołgami. I od tego właśnie powinniśmy naszą młodzież uchronić

To czy dowództwo AK jest odpowiedzialne czy nie nie ma dla nas dziś znaczenia. Znaczenie ma to, że za tragedię Warszawy odpowiedzialni są w wymienionej kolejności: Niemcy, Rosjanie, Brytyjczycy i Amerykanie. I nie ma od tego ucieczki. Trzeba mówić wprost o tym, że śmierć miasta i jego najlepszych oraz najpiękniejszych mieszkańców była wynikiem po pierwsze prowokacji, po drugie zaniechania. I nie wolno nam nikogo zwalniać z tej odpowiedzialności, bo nie jesteśmy do cholery Panem Bogiem i nie mamy takiej mocy.

To zaś co się dziś dzieje wokół tak zwanych narracji patriotycznych nie jest niczym innym tylko przygotowywaniem grup docelowych pod sprzedaż różnych produktów, takich jak ta cholerna gra dla dzieci o łącznikach. Czy wyobrażacie sobie, że w Izraelu ktoś zaczyna sprzedawać grę o tym jak dzielnie bronili się bojowcy z ŻOB przed Niemcami w kwietniu 1943 roku? Takie rzeczy są w ogóle nie do pomyślenia, bo tamto powstanie zostało dawno przesunięte do sfery bytów sakralnych. My zaś ze swojego robimy biznes, w dodatku tani i jeszcze wydaje nam się, że wszystko jest w porządku, bo wychowujemy młodzież. To jest hańba…” (coryllus – Młodzieży chowanie)

podobne: Przyzwoitość, moralna wina i moralni sprawcy czyli… kto i dlaczego w czasie wojny „bał się bardziej Polaków niż Niemców”. Reinefarth, Dirlewanger, Kamiński. „Workhouse” jako brytyjski wkład w niewol… znaczy się w „państwo opiekuńcze” oraz: Wielu pamięta o powstaniu, niewielu o upadku Warszawy. Meldunek „Montera”, rzeź na Woli i 12 ton prochów. O patologii martyrologicznej propagandy i to: Rocznica powstania warszawskiego. Dramatyczny zryw narodowy w którym zabrakło rozwagi. Z tego płynie nauka, jak nie uprawiać polityki

a propos Izraela (czy też może należałoby powiedzieć w tym wypadku  USraela) i jego historycznego/legendarnego wyczucia do interesów… Z jednej strony mamy bowiem nieustanną nagonkę w ramach tzw. „pedagogiki wstydu” a z drugiej…

„…okazało się, że po tryumfalnym ogłoszeniu bliskiej finalizacji kontraktu na zakup amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej ostatecznie Wojsko Polskie ma zaopatrywać się w antyrakiety izraelskie. Szczegół ten (ładny szczegół, raty liczone w miliardach dolarów!) został tradycyjnie przemilczany przez wszystkie media polskojęzyczne, które wcześniej tak chętnie i wydajnie zaangażowały się w festiwal dezinformacji, gdzie jako główny wabik na naiwnych patriotów posłużyły właśnie legendarne Patrioty. Kiedy Air Force One z prezydentem Trumpem na pokładzie lądował na Okęciu, puszczona została w obieg tryumfalna wieść o tym, że „jeszcze tej nocy” podpisana zostanie „umowa na zakup” sprzętu, którego posiadanie będzie skuteczną „gwarancją bezpieczeństwa Polski”.

Szybko okazało się, że nie umowa, lecz raczej wstępna promesa, że Amerykanie w istocie do niczego się jeszcze nie zobowiązali, że terminy pierwszych dostaw przewidziane są na rok 2022/23, a w ogóle o pełnej zdolności operacyjnej można będzie mówić za 10 lat (jak przyznał kilka dni później wiceminister obrony narodowej Kownacki) (…) wszystko wskazuje na to, że pierwszą ratę, około miliard dolarów, zainkasują najprędzej nie Amerykanie, lecz Izraelczycy… 

„Warszawa nalega [sic!] na zakup pocisków systemu przechwytującego Proca Dawida ze względu na ich znacząco niższą cenę i lepsze osiągi. Izraelski koncern Rafael, który opracował ten system wspólnie z amerykańskim koncernem Raytheon, może się spodziewać zarobku w wysokości miliarda dolarów od tego kontraktu”.

A może to istotnie najlepsze rozwiązanie? Może rzeczywiście nasze bezpieczeństwo ma się radykalnie zwiększyć, a budżet tyle zaoszczędzić na zakupie tańszego sprzętu z państwa położonego w Palestynie? Cóż za niespotykanie korzystny interes: za cenę jednego pocisku typu Patriot można podobno kupić aż dziesięć Dawidów (po 450 tys. dolarów sztuka). Ale jeśli to wszystko tak pięknie się układa, to czemu MON nie reklamuje tak wielkiego sukcesu – nie chwali się swą przezornością i gospodarnością?

I czemu milczą o tym media polskojęzyczne – całkiem zgodnie i solidarnie, zarówno te pro-, jak i antyrządowe?… 

…Czy rzeczywiście system obrony antyrakietowej z importu uczyni Polskę bezpieczną od zagrożenia atakiem rakietowym ze Wschodu – to jedna kwestia w najwyższym stopniu problematyczna. Nie tylko ze względu na bliskość położenia ewentualnych nieprzyjacielskich wyrzutni, ale także i z tego względu, że żaden z tych kosztownych sprzętów nie przeszedł jeszcze takiej akurat próby ogniowej na realnym polu walki. Więc co do możliwości strącania rakiet rosyjskich przez amerykańskie czy żydowskie antyrakiety – to pozostaje ona czysto teoretyczna. Żadnego Iskandera nie trafił jeszcze żaden Patriot ani tym bardziej żaden Dawid – bo po prostu nie było jeszcze, chwała Bogu, takiej wojennej potrzeby. Ale nawet jeśli w tej sprawie uwierzymy naszym kontrahentom na słowo, to poważna różnica jest taka, że amerykańskie Patrioty są w obiegu już ponad cztery dekady (projektowane w latach 60., testowane w latach 70., zdolność bojową uzyskały w połowie lat 80.) – więc przynajmniej wiadomo, że w ogóle istnieją i działają. Tymczasem izraelski system obrony przeciwpowietrznej Proca Dawida wciąż jeszcze nie osiągnął fazy operacyjnej – jest nadal testowany. Czyżby Izraelczycy wpadli na doskonały biznesowy pomysł dokończenia tego projektu w sposób „samofinansujący się” – na nasz koszt?…

…Warto w tym kontekście przypomnieć, jak przykrą niespodziankę sprawili izraelscy kontrahenci Gruzinom w połowie poprzedniej dekady, sprzedając im najpierw sprzęt bojowy, czym skutecznie przyczynili się do eskalacji wojennej – a następnie, jak wieść niesie, przekazując klucze elektroniczne Rosjanom. W rezultacie skuteczność izraelskich cudów techniki w konfrontacji z Moskalami okazała się zerowa. Być może to właśnie ten mały psikus kosztował Gruzinów przegraną wojnę w 2008 r. zakończoną zaborem części terytorium…” (Grzegorz Braun • polskaniepodlegla.pl – GRZEGORZ BRAUN: PATRIOCI, PATRIOTY i PROCA DAWIDA)

podobne: Izrael protestuje przeciwko polityce Rosji, testuje „Procę Dawida” i krytykuje umowę z Iranem oraz: Izrael – Pomyślna próba antyrakiety Strzała 3 i to: Nabici w F-16. Eugeniusz Januła o problemie nie tylko samolotów. Za co Polska musi płacić? a także: Kiedy koniec II wojny? czyli… amerykańscy żołnierze w Polsce i Europie Środkowo Wschodniej. Wasalizacja, pożyteczni idioci i slalom między folkslistami. Sens dyslokacji wojsk z daleka od wschodnich rubieży. Zaniedbany kierunek – Białoruś.

Artur Grottger – Szkoła szlachcica polskiego. Admonicja

„…Polityka Polaków musi być polityką polegającą na wysyłaniu na śmierć całych pokoleń, wyjąwszy oczywiście tych, którzy wcześniej zarezerwowali sobie miejsca w lożach. Nikt się ani przez moment nie zastanowi jak to przerwać. I dobrze wszyscy wiecie dlaczego – bo to urągałoby pamięci zmarłych

…Nie wiem i nigdy się nie dowiem jak wygląda spłacanie zobowiązań agenturalnych. Jedno jest pewne w tych układach nasi najwięksi wrogowie – Niemcy, są wobec swoich agentów stokroć bardziej lojalni niż nasi najwięksi sojusznicy – Brytyjczycy. Bycie sojusznikiem Wielkiej Brytanii nie gwarantuje niczego, nawet pięknej śmierci na barykadzie, bycie sojusznikiem Niemiec gwarantuje emeryturę i dostanie życie na starość, no chyba, że całe Niemcy zostaną zdewastowane tak, jak to się stało po II wojnie światowej…

…Ta konkluzja wypływa wprost z analizy losów różnych patriotycznych działaczy, których kariery rozpoczynały się przed I wojną światową. Ot choćby taki Jędrzej Moraczewski. Dlaczego te Hitlery wstrętne nie wyrzuciły go na bruk z willi w Sulejówku? Przenieśli go tylko do oficyny, a on sobie tam spokojnie mieszkał przez całą okupację, jego żona zaś, która nie niepokojona przez nikogo dożyła lat pięćdziesiątych, zasiadała w czasie okupacji w zarządzie spółdzielni Społem. Ponoć ich dzieci poginęły w różnych akcjach, ale samym Moraczewskim nic złego się nie stało. Tylko ta śmierć pana Jędrzeja, premiera rządu ludowego, taka trochę dziwna się wydaje.

Moraczewski to pikuś, wspominaliśmy tu Krahelską i Owczarkówną, obydwie spokojnie dożyły lat sześćdziesiątych. Do tego jeszcze towarzysz Wincenty Jastrzębski i towarzysz Roman Jabłonowski, a także pewnie setki innych, których nazwisk nie znamy i nigdy nie poznamy. Dlaczego świnio, powie zaraz ktoś, rozliczasz tych ludzi z tego, że przeżyli? Otóż czynię tak ponieważ są ludzie, którzy z różnych wyborów rozliczają na przykład prof. Kieżuna i powieka im przy tych rozliczeniach nie zadrga. Tymczasem Kieżun był, w przeciwieństwie do Moraczewskiego, Krahelskiej, Owczarkównej, Jastrzębskiego, Jabłonowskiego i innych, wprost skazany na śmierć. To on był tym kamieniem, który rzucono na szaniec, bo nie należał do pokolenia wybrańców. Był rocznikiem późniejszym, na którego barki włożono ciężar nie do udźwignięcia, samemu go unikając. No, ale przeżył i żyje do dziś. Ma chłop cholernego pecha. I z tego właśnie faktu, że przeżył i żyje czyni mu się zarzuty. Jednocześnie taki Zychowicz wyciera sobie gębę dziesiątkami tysięcy tych, którzy umarli w Powstaniu. Mieliśmy tu wczoraj gawędę o strajku szkolnym zorganizowanym na niespotykaną skalę, przy zaangażowaniu różnych metod terroru, przez prowokatorów i histeryczki. Myślę, że powinniśmy wprost potraktować to wydarzenie, jako część zbiorowej hipnozy, której jesteśmy co jakiś czas poddawani. Dziś także. Jako próbę generalną przed Powstaniem Warszawskim, w czasie którego także nie dano tym dzieciom żadnego wyboru. Bo wymagała tego racja stanu. Otóż racja stanu niczego nie wymagała, a to z tego względu, że wobec faktycznej likwidacji państwa, wobec uzależnienia rządu emigracyjnego od polityki mocarstw, nie istniała żadna formuła, w której ta racja stanu by się realizowała. Jedyną racją stanu w czasie kryzysów globalnych jest ocalenie jak największej ilości istnień. I teraz ważna rzecz, o której niby wszyscy wiedzą i którą rozumieją. Po co wywołano Powstanie? Żeby powitać bolszewika na swojej ziemi. Czym go powitać? Nie strzałami bynajmniej, ale chlebem i solą, jako sojusznika. Byli bowiem bolszewicy naszymi sojusznikami. No, ale jak wiemy zdradzili nas i wymordowali elitę. Tylko Kieżunowi zaproponowali współpracę…” (coryllus – Potępianie zmarłych i opłakiwanie żywych)

„…Zwykle jest tak, a warunki wojenne wiele tu nie zmieniają, że przed młodym człowiekiem otwiera się kilka możliwości, kilka życiowych dróg. I tak ludzie związani z niepodległościowym podziemiem mieli do wyboru dwie drogi – dół, albo kolaborację, a potem także dół, bo dla uczestników narodowego ruchu oporu nie było miejsca w nowym świecie. No chyba, że ktoś się nazywał Grabski. Jeśli zaś idzie o tych drugich, to im podsuwano trochę więcej opcji – służba w jednostkach liniowych, służba w KBW, albo w UB. Wszystko było płatne i jeszcze do tego gwarantowało emerytury. Tak więc jakiekolwiek oceny stawiające znak równości pomiędzy jedynymi a drugimi nie są uprawnione ani poważne. Przejdźmy jednak do zdemaskowania tych politycznych tradycji. Dlaczego opcja narodowa była tak straszliwie niszczona? Ponieważ ludzie ci uwierzyli, że ich ideologia jest traktowana serio i na równi z ideologią socjalistyczną. A to nie była nigdy prawda. Podkreślam – nigdy. I doskonale zdawał sobie z tego sprawę jeden i drugi Grabski, a także ich progenitura. Ruch narodowy został wymyślony i ukonstytuował się jako konieczne uzupełnienie socjalizmu, który sam z siebie jako ideologia walki klas i walki z Kościołem, nie przyjąłby się w Polsce nigdy. Piłsudski próbował wyjaśnić narodowcom gdzie jest ich miejsce trzy albo cztery razy, ale oni uporczywie nie chcieli tego zrozumieć. Korfanty dopiero w latach trzydziestych założył tę całą Partię Pracy czy jak to się tam nazywało, uznając widocznie, że dalsza walka nie ma już sensu. Po wojnie komuniści, którzy mieli jasno określony program dokończyli to na co sanacja się nie odważyła – powybijali narodową partyzantkę. Przy okazji wytłukli też partyzantkę akowską, która w sporej większości była lewicowa w sensie najbardziej idiotycznym. To znaczy takim, że wydawało się tym ludziom, iż można okraść dziedzica, ale chłopa już nie, bo to zaprzeczy ideom sprawiedliwości społecznej. Wszyscy oni poszli do piachu, bo nie o to chodziło w projekcie socjalizm na ziemiach polskich, żeby ktoś się tu przywiązywał do rzeczy nieważnych i zanieczyszczał doktrynę jakimiś swoimi interpretacjami. Dziś zaś dzieci i wnuki tych, którzy ich wymordowali mówią – słuchajcie, to nie tak, jedni strzelali i drudzy strzelali. To jest bardzo oszukańczy sposób interpretacji zdarzeń, trzeba bowiem jasno wyrazić o co chodziło. Ja to już pisałem wielokrotnie, ale jeszcze powtórzę – chodziło o stosunek do własności oraz o podmiotowość człowieka. To może jest trochę zbyt górnolotne, ale tak właśnie było. Jeśli więc jedni próbują bronić własności i Kościoła i za to są mordowani przez innych, którzy bronią swoich spółdzielczych, resortowych mieszkań oraz nędznych etatów ledwo starczających na przeżycie, to nie ma tu miejsca na rozmyte oceny. I albo staniemy w prawdzie, albo czeka nas kolejna strzelanina…” (coryllus – Brudne serca, czyste ręce)

podobne: O różnicy między „lewicą” i „prawicą” czyli… kto w demokracji ma większe prawo prowadzić lud na barykady by realizować scenariusz grabieżczo-rozbiorowy zwany czasem solidarnością oraz: Jak Grabski zrujnował II RP czyli… o praktycznym znaczeniu złudzeń i to: W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców.

„…rewolucja socjalistyczna została wywołana m. in. po to, by ostatecznie dobić produkcję przemysłową w zakładach Królestwa Kongresowego, takich jak huta w Starachowicach, a także po to, by przygotować teren dla jakieś planowanej akcji militarnej, prowadzonej przeciw carskiemu imperium kosztem Polaków. Skutki były opłakane, co świetnie widać w wymiarze lokalnym. Koszty rewolucji ponieśli Bogu ducha winni mieszkańcy, płacący znacznym obniżeniem poziomu życia, a niekiedy wprost nędzą za wprowadzanie w życie PPS-owskich koncepcji walki i „czynu”.

W 1926 roku władzę objęli partyjni koledzy tow. Wiktora wprowadzając w kraju nowe porządki. Inwestowano w Starachowickie Zakłady Górnicze, budowano fabrykę zbrojeniową, ale wszystko znów działo się kosztem ogromnych wyrzeczeń ludności, od 1936 roku finansującej ze swoich podatków budowę COPu. Kiedy państwowa propaganda szerzyła hasła wyścigu pracy, część ludności żyła w warunkach urągających ludzkiej godności i niespotykanych tu przez I wojną światową. W 1932 roku burmistrz Wierzbnika W. Sokół odnotował, że na zboczu Góry Trzech Krzyży mieszkańcy żyją w ziemiankach oszalowanych drewnianymi deskami. Jednocześnie spora część produkcji wybudowanych z wielkim poświęceniem zakładów zbrojeniowych szła na eksport do Wielkiej Brytanii. Tak działo się m. in. ze słynnymi armatami przeciwlotniczymi Bofors, produkowanymi na szwedzkiej licencji. Jeszcze we wrześniu 1939 niektóre transporty broni przeznaczano dla Anglii.

Tragicznym skutkiem rewolucji 1905 roku było przyjęcie PPS-owskich metod walki przez dowództwo AK w czasie okupacji niemieckiej. Ofiarą takich działań stał się młody, 21-letni żołnierz AK, Bolesław Papi, ps. „Czerw”. Papi zginął wykonując zamach na gestapowca Ericha Schűtze, posiadającym bardzo silną obstawę inspektorze Sipo i SD z Radomia (22.05.1944). Co zadziwiające, o tym gestapowcu  i jego życiorysie właściwie do dziś nic pewnego nie wiadomo. Mimo, że Schűtze został ciężko ranny i zmarł kilka dni później, silna obstawa zastrzeliła „Czerwia” i jego kolegę. Bolesław Papi był świetnie zapowiadającym się biologiem ornitologiem, nauczycielem szkoły zawodowej w Starachowicach. Jego matką była Bronisława Boeckmann, pochodząca z kurlandzkiego ziemiaństwa. Kolejny zdolny i świetnie zapowiadający się młody człowiek został poświęcony przez konspiracyjne dowództwo, by spełnić churchillowski plan „podpalenia Europy”. Siostra Bolesława, Jadwiga zginęła od odłamka granatu na początku Powstania Warszawskiego. Trudno nie dostrzec tu pokłosia działań rewolucjonistów, którzy już jako podstarzali oficerowie wysyłali ludzi takich jak Papi na niemal pewną śmierć. Tym razem akcje kończyły się dla patriotycznie nastawionej młodzieży tragicznie.” (Stalagmit, całość tu: szkolanawigatorow.pl – Rewolucja nad Kamienną – glosa do Baśni socjalistycznej)

podobne: „Szkoła” Jacka Kaczmarskiego czyli zapowiedź najnowszej książki Gabriela Maciejewskiego („Socjalizm i śmierć”)… Bo wszystko już było (na kole historii)  oraz: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? i to: Prof. Kieżun i SB. Dokumenty IPN. Czy autorytet to już świętość?

„…No i się stało, co się stało, co się miało stać,

I syn mój zginął – ciężko rzec – pierwszego dnia.
Nie trzeba było mi chłopaka do Powstania brać,
No, ale nie był już w AL – już był w AK.

Ktoś powie – nie on jeden! Tak, lecz dla mnie właśnie on!
Nieszczęścia jakoś sprawiedliwiej, Boże – dziel!
Byleby żył! Za wcześnie Panie Twój ogląda tron!
Byleby żył!
Niechby już sobie był w AL!”

fragment: Jacek Kaczmarski: „Dylemat”

podobne: Jacek Kaczmarski: „Barykada” (Śmierć Baczyńskiego)

Artur Grottger – W Saskim Ogrodzie (metafora traumy społeczeństwa polskiego okaleczonego fizycznie i psychicznie w odnawiających się co pokolenie zrywach niepodległościowych)

 

Reklamy

Zamiast reprywatyzacji i własności, „nacjonalizacja” i więzienia z pustaków na kredyt (zwane „MieszkaniePlus”) czyli… O tradycji wywłaszczania Polaków przez „elity” naiwne i mściwe (II). Dwór który wciąż jest.


Artur Grottger – Polonia VI. Obrona dworu

„…Z opowieści o czombrowskim domu, który próbował przetrwać bolszewików z ich metodycznym, zaplanowanym paleniem polskich dworów najbardziej chcę pamiętać jedną, podzieloną na dwie części. Nie jest to opowieść o przyrządzaniu tortu makowego, czy o ubieraniu choinki, ani o pięknych paniach w wytwornych sukniach popijających herbatę w trzcinowych fotelach. To opowieść o Majowym, której pierwsza część jest taka:

„Przed I wojna, w przedpokoju koło drzwi do jadalni stał ołtarzyk z figurką Matki Boskiej, przystrojony kwiatami. Wieczorami zbierali się przy nim domownicy i część służby. Przy zapalonych świecach Maria intonowała kolejne wezwania, a pozostali odpowiadali „Módl się za nami”. Po powrocie [po I wojnie] do pustego czombrowskiego dworu zwyczaj ten powrócił, z tym, ze teraz wszyscy klękali w ogołoconym z mebli salonie. I znów jak dawniej płynęły przy świetle świecy słowa Litanii Loretańskiej. Maj 1942 roku jeszcze udało się jakoś przeżyć w miarę spokojnie.”

Druga część opowieści czeka tuż tuż:

„Bardzo szybko zaczął sie nowy koszmar, gdy w okolicy pojawiła się sowiecka partyzantka. W dzień zagrażali Niemcy, w nocy czerwoni partyzanci (…) Od września 1942 roku czerwone bandy rozpoczęły palenie stodół ze zbiorami i stogów zboża, aby w ten sposób zniszczyć zaplecze aprowizacyjne dla Niemców. (…) Czombrowska stodoła z całym użątkiem spłonęła w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1942 roku.
A potem przyszedł czas na dwory i ich mieszkańców. Dowódcy oddziałów partyzanckich dostali dyrektywy wraz z dołączonymi formularzami sprawozdawczymi. W punkcie 29. mieli wpisywać spalone dwory.(…)
16 maja 1943 roku, kiedy w Czombrowie szalały bzy i śpiewały słowiki czerwoni partyzanci przyjechali po południu. Podpalali od czterech narożników.
I tu Joanna Puchalska, autorka książki Dziedziczki Soplicowa, która mnie przez Czombrów prowadziła cytuje Zosię z filmowego planu, wnuczkę ostatniej właścicielki:
Wynosiliśmy w pospiechu tłumoczki naprędce zgarniane, a partyzanci wnosili i rozsypywali na podłodze słomę. Zebraliśmy się na trawniku przed domem. Babunia uklękła i rozpoczęła ostatnie w Czombrowie majowe. Królowo Męczenników, Królowo Wyznawców, Królowo Polski – módl się za nami. A dom płonął jak wielka ofiarna świeca.”

Kto zobaczy w tej scenie tylko pławienie się w roli dyżurnego męczennika Europy – niczego z Polski nie zrozumiał. Bo dworu dziś nie ma. Są rodzinne groby kolejnych właścicieli majątku i szczątki kaplicy cmentarnej. Nie ma dworu, a jest. Wciąż jest.” (Anna Mieszczanek, szkolanawigatorow.pl – Powracanie ziemian (1) – Czombrów)

„…wciąż widywałam w portalach turystycznych sformułowane bez potrzeby jakiegokolwiek wytłumaczenia frazy: „Dwór oddany na skarb państwa”. A na mosiężnych tabliczkach – informacje: „W posiadaniu muzeum od 1946 roku”. No, dobrze, , czasem muzeum podawało trop nieco dokładniejszy choć wciąż pełen niespotykanej dyskrecji, jak na przykład: „Z kolekcji Potockich w Krzeszowicach”, które to Krzeszowice można było sobie obejrzeć w stanie lekko zrujnowanym w sieci i dośpiewać resztę.
Czytałam, oglądałam, już widziałam w tym i ludzi i rolę jaką obywatele ziemscy pełnili przez stulecia. A jednak dopiero rok temu zadałam sobie pytanie, od którego wszystko powinno się zaczynać.

Ile? 

Ile majątków zabrał obywatelom ziemskim w 1944 roku dekret PKWN, podpisany przez Bieruta, Osóbkę Morawskiego, Wasilewską, Berlinga? Do tej pory wiedziałam, że dużo, widziałam szczegóły tej nienazwanej w historiografii oficjalnej opowieści. Ale nie zapytałam siebie o skalę. A skala stała się oczywista, kiedy tylko wyciągnęłam po nią rękę. Ciotka Wiki, od czci i wiary często odsądzana, podała mi ją tacy. Prawie dziesięć tysięcy majątków ziemskich zabrano ludziom tu, w tych granicach, które narysowała dla nas Jałta. Kolejne piętnaście tysięcy pozostało za grubą kreską mapy, zaproponowaną przez Curzona jeszcze w negocjacjach ryskich…” (Anna-Mieszczanek, szkolanawigatorow.pl – Powracanie ziemian (2) – Ile?)

podobne: Ustawa reprywatyzacyjna gorsza od dekretu Bieruta oraz: Kobus: Czy własność może szkodzić? i to: Traktat ryski czyli rozwód Jadwigi z Jagiełłą. Jak wolna Polska obeszła się z Kresami oczami Szubarczyka, Mackiewicza, Woyniłłowicza i Korwin Milewskiego

„…Rok 1989 rozbudził nadzieje środowisk poszkodowanych tzw. nacjonalizacją, że zagrabiona Polakom własność nareszcie zostanie zwrócona, a oni sami w końcu przestaną być obywatelami drugiej kategorii i zaczną podlegać cywilizowanemu prawu. Wydawało się to i naturalne, i oczywiste, zwłaszcza, iż lansowano wówczas modne pojęcie „państwa prawa”. I rzeczywiście, pewne własności zostały zwrócone, w tym część kamienic i własność związków wyznaniowych, w tym własność kościelna i potem, w 1997 r. – własność gmin żydowskich…

…Nadzieją dla środowisk poszkodowanych nacjonalizacją były rządy PiSu. Środowiska te wyrażały wielką radość po wyborczych zwycięstwach Kaczyńskich. Nareszcie! Teraz tylko jeszcze reprywatyzacja i Polska popłynie, będzie znowu Polską! Takie były powszechne nastroje. Z czasem jednak okazało się, że PiS do reprywatyzacji miał stosunek mętny i niejasny, a po uważniejszym sprawdzeniu – w istocie niechętny. Sam Jarosław Kaczyński wypowiadał się PRZECIWKO zwrotowi Polakom zagrabionej własności. Ze względu na nacisk społeczny /ogromne poparcie przez nasze środowisko Kaczyńskich w wyborach/, PiS na siłę rozpoczął niemrawe procedowanie nad SLDowskim projektem reprywatyzacyjnym – zwrotu 15% wartości mienia, BEZ PRAWA ZWROTU MAJĄTKU W NATURZE /a więc z szansą szczucia na dawnych właścicieli, że obciążają budżet państwa i ograbiają egoistycznie podatników/. Iście szatański projekt!

Spójrzmy na to matematycznie, bo matematyka nie kłamie. Jeżeli bolszewia zabrała 100% majątku, a komuniści i za nimi PiS chcieli oddać 15% /naturalnie ze wspólnej kasy!/, to proste działanie: 100% – 15% = 85% oznacza, że PiS również występował w roli bolszewii, że był nią w 85% i na dodatek chciał ponownie rąbnąć wspólną kasę Polaków na 15% wartości zwracanego mienia… 

… reprywatyzacja jest – poza dochowaniem elementarnej sprawiedliwości i poza zadośćuczynieniem za wyrządzone krzywdy i nieprawości – rzeczywistą dekomunizacją na polu gospodarczym. I to nawet w znaczeniu symbolicznym, gdyż najsmaczniejsze kąski z zagrabionego majątku przejęli komuniści i ich ZSLowscy komiltoni.

Poza własnością miejską /kamienice, domy, parcele/ i kościelną, w swej zasadniczej masie reprywatyzacja dotyczy środowisk przemysłowych /w niewielkiej części/, środowisk ziemiańskich /ziemianie domagają się zwrotu w naturze zaledwie 5% gruntów rolnych w kraju, co stanowi zaledwie 20% areału gospodarstw popegeerowskich/, rolników i drobnego przemysłu wiejskiego, rolno – spożywczego.

Szacuje się, że rodzin ziemiańskich , zainteresowanych reprywatyzacją jest około 14 tysięcy /szacunki nawet od 9 tysięcy/, a rodzin chłopskich od 340 tysięcy do 400 tysięcy. Przyjmując tradycyjną liczebność, zwłaszcza rodzin chłopskich, daje to szacunkową liczbę ok. 3 milionów osób, oczekujących na zwrot własności. A są to środowiska tradycyjnie prawicowe, związane z Kościołem, przenoszące przez pokolenia polskie tradycje społeczne, polityczne, gospodarcze i kulturalne.

Zanim opiszę sytuację ziemian, która jest mi najbardziej znana, chcę podkreślić że bardzo tragiczne w skutkach było „rozkułaczanie” rolników, czyli grabież większych i sensowniej prowadzonych gospodarstw chłopskich i ziemi drobnej szlachty zagrodowej, która od warstwy chłopskiej różniła się tylko pieczołowicie przechowywanym rodowym klejnotem. Dla chłopów i „szaraczków” zabór ziemi i domów był niewyobrażalną tragedią – bez wykształcenia i środków materialnych pauperyzowali się i ginęli w wielkich miastach. Niczego bowiem, poza uprawą ziemi, nie potrafili…(KOSSOBOR – Dlaczego w Polsce nie ma reprywatyzacji? UKRYTA PRAWDA. Część I)

podobne: „Najpierw państwo” czyli… gdy monopol na przemoc nie służy sprawiedliwości i własności. Ekonomia grzechu przeciw wolności „elit” naiwnych i mściwych (I)  oraz: Czerwonym szatanom bez żadnej klasy o polskiej prywatnej własności i ziemi czyli… jak Karp międzynarodowym rynkiem zbożowym zatrząsł, oraz wspomnienia księdza Blizińskiego i to: POPIS w natarciu! czyli…”Krynica mądrości” Tusk i „karny podatek” Kaczyński a także: Papierowe rozliczanie komuny jako ekwiwalent sprawiedliwości czyli… zamiast osądzenia zbrodni prawo do rabunku UBeków na podreperowanie ZUSu

„…Przeglądając z konieczności archiwalia, natknęłam się na teczkę z korespondencją znakomitego rolnika, właściciela sporego kawałka ziemi na Pomorzu, z Juliuszem Poniatowskim. Poniatowski był ministrem Rolnictwa i Reformy Rolnej. Tak się to ministerstwo nazywało. Był tym ministrem wielokrotnie, poczynając od Tymczasowego Rządu Republiki Polskiej w Lublinie Ignacego Daszyńskiego, w listopadzie 1918 roku. Rząd ten miał ubiec Radę Regencyjną. Jednym z postulatów tego rządu, szokująco lewicowego, była likwidacja wielkiej i średniej własności ziemskiej. W sumie Poniatowski był ministrem rolnictwa wielokrotnie, w różnych rządach, a w przerwach działał w oświacie. Wincenty Witos usunął go ze stanowiska, nie zgadzając się z Poniatowskim w kwestiach rolnych. Witos był chłopem, podkreślmy to.

Sprawa o której piszę rozgrywała się w końcówce lat trzydziestych ubiegłego wieku. Przedmiotem owej korespondencji była rozpaczliwa obrona wysokorolnego, hodowlanego i nasiennego /doskonałe odmiany ziemniaków – sadzeniaków/, zmechanizowanego gospodarstwa przed parcelacją. Maszyny, jak lokomobila i pługi parowe obsługiwały dodatkowo przyległe gospodarstwa chłopskie. Ilość koni hodowanych dla Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu, ilość merynosów na wełnę zakontraktowaną na mundury wojskowe, ilość ziemniaków dla pracującej w majątku gorzelni – a dodatkowo jeszcze kontraktowanych u sąsiadujących rolników, mających tym samym stały i pewny zbyt na swoje plony – wszystko to od dziesiątków lat było rozplanowane na taki właśnie, spory areał gruntów uprawnych. Dodajmy jeszcze, że ziemia w tym majątku była jedynie IV kategorii i osiągane plony były zasługą wiedzy rolniczej /był po rolnictwie w Berlinie i praktykach w majątkach ziemiańskich/ i talentu gospodarskiego właściciela. Parcelacja oznaczała ruinę całego zamysłu. Ruinę gospodarki, po prostu.

Nie miało to jednak najmniejszego znaczenia dla ministra Poniatowskiego.

…jak wiemy, realizacja Manifestu Lipcowego, czyli totalny rabunek i tym samym anihilacja „warstw posiadających” – była priorytetem. Wraz z KBW przyjechał tzw. „historyk sztuki”, o wybitnie lewantyńskich rysach, naturalnie, i pokazując palcem rzeczy w domu – kazał je wynosić do samochodów. Ale najważniejszą kwestią było natychmiastwe wywłaszczenie z ziemi. Właścicielowi nie wolno było nawet pojawiać się w powiecie, w którym leżał jego majątek. Wejście do swojego lasu – a taki, nasadzony, był w majątku, zresztą pod stałą kontrolą państwa! – mogło spowodować ZASTRZELENIE na miejscu byłego już właściciela.

Zarówno Poniatowski, jak i komuniści używali pojęcia „obszarnicy”. Owszem, wówczas Poniatowski, należący do skrajnie lewicowego skrzydła piłsudczyków, był na emigracji. Ale w koncu wrócił i jak na wysokiego funkcjonariusza II RP i sanacji – nie spotkały go żadne represje i doskonale w PRL funkcjonował. I to jest ZDUMIEWAJĄCA informacja…

PS. Za miarę „celowości” parcelacj tegoż majątku przez Poniatowskiego niech posłuży to: po wojnie tylko małe skrawki ziemi „wzięli” /musieli zapłacić państwu/ okoliczni chłopi. W majątku utworzono PGR, całkowicie deficytowy przez cały okres PRLu. W drugiej połowie lat 80tych nastał kolejny dyrektor i wówczas skomasował te rozparcelowane kawałeczki – rolnicy chętnie ich się pozbyli.” (KOSSOBOR – 13.10.2012)

„…Grabski z Daszyńskim uważali za pełnoprawnych obywateli nowej Polski tych jedynie, którzy mogli stać się klientami nowej klasy urzędniczej, bez względu na narodowość, wyznanie i zasługi. W czasie kiedy odbierano herby i parcelowano majątki pod osadnictwo wojskowe nie zapewniając osadnikom nic prócz nędznego kredytu, Maria Rodziewiczówa z własnych, wyszarpywanych ziemi ciężką pracą pieniędzy budowała świetlice wiejskie, odbudowywała żydowski heder i pomagała prawosławnym chłopom. Ci sami chłopi spluwali potem za nią, kiedy odwróciła się plecami, bo była wszak dziedziczką i panią. Tak samo zachowywali się polscy urzędnicy, którym zdawało się, że polityka i historia stanęły w miejscu i teraz będzie już sprawiedliwie i pięknie, jeśli tylko uda się im rozprawić z tymi anachronicznymi i niedzisiejszymi ziemianami. Przez połowę życia II Rzeczpospolitej państwo zajmowało się systematycznym ograbianiem swoich najwierniejszych i najlepszych obywateli, kokietując jednocześnie tych wszystkich, którzy z tego państwa czerpali niezasłużone zyski lub wręcz je zwalczali dążąc do oderwania kresów od Polski.

Maria Rodziewiczówna pisała o tym książki, pisała także książki o pracy i ziemi. Czyli dwóch najważniejszych dla niej sprawach. My jednak nie czytamy dziś jej książek, bo ktoś nam kiedyś powiedział, że są anachroniczne, napisane słabo i bez polotu. Tak jakby Żeromski – czołowy społecznik – w rzeczywistości oszust i hochsztapler literacki – pisał z polotem. Myślę, że komuna tak łatwo poradziła sobie z Polską i Polakami po II wojnie światowej, bo połowę roboty odwaliły za nią przedwojenne rządy, które zajmowały się wydawaniem setek kilogramów ustaw przez zamachem majowym. Ustaw wymierzonych w klasę posiadającą, która w każdym innym kraju i systemie byłaby chroniona i wspomagana…

…Rodziewiczówna budzi niechęć także z innego powodu. Ona uprawia jeden właściwie wielki temat – opowiada o relacjach człowieka z jego własnością. I to własnością nie byle jaką, własnością która została odziedziczona, która ma wszystkie atrybuty świętości i jest bardzo wymagająca. A co może obchodzić wymagająca własność jakąś gromadę gołodupców i złodziei? Nic proszę Państwa. Nic, zupełnie. Opowieści takie mogą jedynie przeszkadzać i mącić kładziony do głów obraz dziejów jako triumfującego postępu, który walczy z reakcją i wstecznictwem. Czyni to zaś za pomocą skrytobójców, o których się milczy i awangardowych artystów, o których mówi się bardzo wiele…” (coryllus – Czego nas uczy Maria Rodziewiczówna)

podobne: Jakub Wozinski: Jak Grabski zrujnował II RP oraz: W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców i to: Lewicowa wrażliwość czyli… Afera reprywatyzacyjna spuścizną układów w Magdalence i belką w oku PIS polecam również: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach

„…ziemiaństwo nie musiało zginąć z powodu swojej mniejszej lub większej atrakcyjności intelektualnej, ale dlatego, że tak postanowili towarzysze radzieccy, a milczącą zgodę na to wyrazili polscy socjaliści, którym zdawało się, że sami zbudują nową Polskę i jeszcze ją obronią. Ziemiaństwo – choć według pana nie było atrakcyjne intelektualnie – posiadało inne walory – miało ziemię i pieniądze. I tą ziemią i pieniędzmi towarzysze zbrodniarze i towarzysze fałszywi reformatorzy usiłowali ratować swoje nędzne plany oraz przeznaczone na ich realizację budżety. To wszystko. I nie było na całej planecie Ziemia nikogo, kto mógłby polskich ziemian uratować. W dodatku wpędzono ich w wielką i bardzo sprytną pułapkę – w odzyskiwanie niepodległości razem z łapczywymi socjalistami i całą resztą tej parlamentarnej swołoczy. Odzyskano niepodległość. Kosztem ziemian właśnie, kosztem ich krwi, majątku i poświęcenia. Po to tylko, by ją zmarnować idiotyczną polityką…” (coryllus – O rodzajach obłędu)

podobne: Magnetyzm socjalizmu od przedszkola do Opola czyli śladami hrabiego Ronikiera – towarzysza „Istotek” po „wesołym miasteczku” (Kaczmarskiego) oraz: Sławomir Suchodolski o etatyzmie i socjalizmie w gospodarce II RP. Echa „socjalizmu z ludzką twarzą” w Polsce PISu. i to: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości”

„…Jak wiadomo, przedwojenna sanacja dążyła do rozciągnięcia kontroli ze strony „państwa”, czyli ze strony państwowej biurokracji, nad wszystkimi segmentami życia nie tylko gospodarczego, czy politycznego, ale w ogóle – życia publicznego. (…) Ukoronowaniem tych wszystkich zabiegów był art. 4 konstytucji z 1935 roku, tak zwanej „kwietniowej”, który w ustępie 1 stwierdzał, że w ramach Państwa i w oparciu o nie kształtuje się życie społeczeństwa”. >W ramach „Państwa” – to znaczy, że życie społeczne zostaje ujęte w „ramy” wyznaczone przez „państwo”, czyli – urzędników, którzy też stanowią dla niego „oparcie”, to znaczy – określają również treść tego „życia”. W skutkach jest to bardzo podobne do formuły Mussoliniego: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Jest oczywiste, że przy takiej historycznej rekonstrukcji „państwa”, to znaczy – urzędników, będących wszak reprezentantami „państwa”, musi być coraz więcej. No i będzie, a jak będzie, to przecież żaden z nich nie będzie kąsał ręki, która daje mu chleb, dzięki czemu demokracja stanie się jeszcze bardziej przewidywalna...

…ludzie będą wspominali błogosławione czasy prezesa Kaczyńskiego, podobnie jak dzisiaj wspominają błogosławione czasy Edwarda Gierka, który za pożyczone pieniądze też stworzył iluzję dobrobytu na kilka lat…

…w dniach ostatnich rząd za 100 mln złotych odkupił Stocznię Szczecińską – w charakterze nabywcy podstawiając fundusz inwestycyjny „Mars”, będący częścią Polskiej Grupy Zbrojeniowej, skupiającej ponad 60 spółek, przeważnie państwowych. Przy tej okazji pan minister Kowalczyk, przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów ujawnił, że celem rządu jest „odejście od prywatyzacji, aby budować majątek narodowy”. I słusznie, bo na takim „majątku narodowym”, to niejeden się pożywi, a melasy nigdy nie zabraknie, niczym we flaszce-niedopitce, bo nawet jakby zabrakło, to przecież zawsze można zasilić się z zasobów obywateli, który w dodatku będą myśleli, że to wszystko dla ich dobra. Pan minister Kowalczyk odgraża się, że „do marca” wypracowany zostanie „nowy model zarządzania” tymi spółkami, a na początek ma być powołana Rada Spółek, znaczy się – taki ogólnopolski gospodarczy Sowiet. Słowem – zgodnie z koncepcją spiralnego rozwoju procesu dziejowego wkraczamy w etap renacjonalizacji gospodarki, czyli budowania socjalizmu. Wprawdzie z sowietami – ale bez złego Putina – czyli dążymy do socjalizmu własną, polską drogą, jak to w słynnej „Rozmowie w kartoflarni” deklarował ukraińskiemu poecie Tarasowi towarzysz Wiesław: „Do socjalizmu mam polską drogę i naśladować was wprost nie mogę (…) nie chcę budować w stepie baraków, będę więzienia wznosił z pustaków!”…(Stanisław Michalkiewicz – Rozwijamy się spiralnie)

podobne: Polska Grupa Zbrojeniowa ma zgodę UOKiK na przejęcie 8 spółek sektora obronnego. Przed szczytem NATO. oraz: Ponad 226 mld zł zysku spółek PGZ, modernizacja armii szansą na eksport. Speckomisja bada nieprawidłowości przy przetargach. i to: Modernizacja polskiej armii. Zakup pocisków JASSM (Eksperci podzieleni), PGZ będzie budować polską(?) wersję tarczy (anty)rakietowej „Narew”. Za tydzień umowa na dywizjon rakietowy dla marynarzy. a także: Forsal: 10 najgorszych polskich inwestycji ostatnich 10 lat i jeszcze: Stanisław Michalkiewicz: Pogrobowcy Hilarego Minca czyli… Wilczek kontra „prawdziwa prawica”

Gavin Reece

…przejdźmy więc z marszu do wspomnianych więzień z pustaków, czyli programu socjalnego zwanego szumnie „mieszkanieplus”, który ma zrekompensować Polakom zatrzymaną przez obecną władzę reprywatyzację, tj. zwrot zagrabionego przez komunistów mienia… (Odys)

„…Pod pretekstem wsparcia polskich rodzin w kraju o niżu demograficznym, rysuje się utopijną wizję dobrobytu mieszkaniowego i łatwego dostępu do mieszkań socjalnych dla każdego. Gdy jednak zanalizujemy twarde czynniki i sprowadzimy wszystko do liczb, a następnie do arkusza kalkulacyjnego – sprawy zaczynają wyglądać zupełnie inaczej…

…powołana zostanie Krajowa Rada Mieszkaniowa. Rząd tym razem rezygnuje ze swojego słowa-klucza „narodowa”, aby ta nowa instytucja nie kojarzyła się nadto z „Państwową Radą Mieszkaniową” od czego już o krok od skojarzeń z PRL (…)  Podstawowym zadaniem nowego organu ma być ocena rocznej informacji o stanie realizacji działań w ramach programu, jak również przedstawianie analiz i opinii związanych z polityką mieszkaniową państwa. Innymi słowy będzie do zapewne grupa prominentnych działaczy partii lub jej sponsorów, którzy przepychać będą do rządu nowe projektu ustaw dotyczących rynku budownictwa bocznymi drzwiami…

…Jeszcze straszniej wygląda sprawa finansowania całego przedsięwzięcia, bo to jest klucz do całej zagadki. Rząd zakłada bowiem, że działania programu finansowane będą ze środków pozyskiwanych przez Narodowy Fundusz Mieszkaniowy (kolejny „państwowy”…). W źródłach finansowania wpisane są takie elementy jak pieniądze budżetowe (skąd? podwyższenie podatków?), Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (jak? podatki?), oraz uwaga : ZE ŚRODKÓW PRYWATNYCH. Ten ostatni element oznacza przede wszystkim utworzenie nowej linii produktów w kasach oszczędnościowych pod kątem wieloletniego wpłacania pod pretekstem rozmytej wizji otrzymania mieszkania w przyszłości…

…Celem programu jest zwiększenie dostępu do mieszkań dla osób o dochodach zbyt niskich, aby mogły one pozwolić sobie na wynajęcie lub nabycie mieszkania po cenach komercyjnych. Po co zatem ludzie mają bogacić się, rozwijać swój portfel dochodów, skoro osoba nieudolna, wykluczona społecznie (cokolwiek to znaczy) – otrzyma mieszkanie od państwa? Przynajmniej taki miraż tworzy przed obywatelami nowa władza.

Gdy rząd zabiera się za takie projekty jak „zwiększenie podaży mieszkań”, „obniżenie kosztów budowy”, „poprawa jakości mieszkań”, „zachęcanie do systematycznego oszczędzania na mieszkanie” – to jesteśmy już tylko jeden krok przed ZAGŁADĄ. Bezpośrednia ingerencja w wolny rynek, nadmierne opodatkowanie celem zaspokojenia roszczeń socjalnych , uprzywilejowanie grup społecznych lub biznesowych – to są metody komunistyczne, które kończą się zagładą finansów państwa, a w konsekwencji przewrotem państwowym lub wojną, nie zawsze domową…

…Kolejnym ważnym elementem programu jest Narodowy Operator Mieszkaniowy. Tak, to nie żart ! Naprawdę tak nazwano kolejny powołany organ, którego zadaniem ma być wsparcie budownictwa poprzez fundusze inwestycyjne udzielające dofinansowania inwestycji mieszkaniowych gminom. Perełką jest tutaj możliwość wsparcia budownictwa społecznych mieszkań czynszowych (co?!) budowanych przez spółdzielnie mieszkaniowe, oraz również uwaga : towarzystwa budownictwa społecznego (!!!). Innymi słowy kasa będzie szerokim strumieniem płynąć do kas oszczędnościowych i różnych powołanych spółek-córek w postaci towarzystw, fundacji, stowarzyszeń i podobnych.

Po prostu partia w każdym regionie będzie budować swoje struktury w oparciu o kontrolę rynku ziemi i mieszkań. Dokładnie podobny model stosowała PZPR budując swoje lokalne struktury władzy na styku developerki i finansów. Wybory samorządowe za pasem.

Idąc dalej – dowiadujemy się, że spółki gminne oraz spółdzielnie mieszkaniowe i towarzystwa budownictwa społecznego (czytaj: partia), będą mogły ubiegać się o preferencyjne kredyty w Banku Gospodarstwa Krajowego, z dopłatą budżetową, na budowę społecznych mieszkań czynszowych lub spółdzielczych lokatorskich. Zgodnie z zasadą : finansujemy wiernych, windykujemy niewiernych.

Powoli dobiegamy do końca, czyli wisienki na torcie. Punktem kulminacyjnym programu jest Indywidualne Konto Mieszkaniowe (IKM). Jest to powrót znanego z PRL rozwiązania z książeczkami mieszkaniowymi, na które niektórzy wpłacali całe swoje życie – a mieszkania nie doczekali (…) Indywidualne Konto Mieszkaniowe to przede wszystkim konto w lokalnych kasach oszczędnościowych. Nie każdy bank na tych samych zasadach będzie miał możliwość prowadzenia takiego rachunku, natomiast zaprzyjaźnione kasy oszczędnościowe będą miały warunki uprzywilejowane. I to jest gwóźdź całego programu…” (Jarosław Narymunt Rożyński – Skok na kasę : Mieszkanie Plus)

podobne: Tomasz Cukiernik: Książeczki mieszkaniowe czyli Amber Gold z PRL oraz: cynik9: „Rodzina na swoim” czyli…”Mieszkania dla tych co jeszcze zostali” na koszt tych co jeszcze pracują i to: „New Deal” po polsku czyli „jednolity podatek” dla przedsiębiorców. „Dobra zmiana” czy wielki kryzys? Nie – dla socjalizmu z ludzką twarzą a także: PIS lepszy od POprzedników… w zadłużaniu Polaków. O jakim „zwrocie z inwestycji” mówią piewcy programu „500+”? Niesprawiedliwość redystrybucji i społeczna funkcja własności prywatnej.

„Po nocnej ustawie o ziemi, to już w zasadzie oświadczenie o wyższości państwa nad własnością mnie nie dziwi. Ta doktryna będzie obowiązywała dopóki ostatni uczestnik jumy gospodarki polskiej lat 90-tych „z ramienia szlachetnej opozycji” nie spocznie w cichej mogile a nad nim wielkie białoczerwone wieńce i wielkie medale „za zasługi”. Spełnia się testament towarzysza Grudnia, co to wynalazł „sposób na opozycję”: dać im etaty, biurka, gabinety, sekretarki i samochody służbowe i będzie święty spokój. I rzeczywiście. Chłopaki ze WSI przeżuwają wraz z dziatwą spokojnie to, co zajumali w 1944 i w 1989 a tutejsze patrioci pilnują, żeby tylko emigranci z 1982 r. nie wrócili z Australii, USA i RPA z kapitałem i paroma pytaniami:))) Teraz rządzą absolwenci europeistyki a ze starszych – historycy i filozofowie marsksizmu-leninizmu a inżynierów, techników i generalnie roboli nikt o nic nie pyta i nie zamierza pytać. Nawet nie wiedzą, jakie pytania mieliby zadać.
Stan świadomości własności jest w służbach urzędniczych taki, że panie urzędniczki „dorabiają” na sprzedaży dzieci odebranych biednym rodzinom – za granicę lub „kuleżance w dobre ręce, bo się buduje”. I tylko wisi omerta nad historią „przemian gospodarczych lat 90-tych” i będzie wisiała, aż pochowają ze wszystkimi honorami ostatniego „patriotę”, co „negocjował” wydanie z 5% wartości branży w obce ręce a potem tylko odwracał głowę , kiedy buldożery rozwalały fabrykę do fundamentów. A dziatwa już siedzi na kolejnych etatach , specjalnie dla niej stworzonych. Polska to bogaty kraj, tylko Polaczki wredne i nie chcą się dzielić własnością. Najwyższy poziom własności w nieruchomościach w Europie i jak tu deweloper ma zarobić. Przynajmniej z ziemią zrobiło się porządek:))) Stalin by lepszej ustawy nie wymyślił.
A „państwo” jest tak „silne”, że aby bronić się przed oskarżeniami o „polskie obozy śmierci” to musi prywatny Obywatel i Więzień skarżyć z prywatnego powództwa niemiecką stację telewizyjną, bo „państwo nie czuje się na siłach”. A potem jacyś entuzjaści wynajmują samochód i jeżdżą jak cyganie z banerem po Europie. Bo państwo nadal nie potrafi nawet bronić własnego dobrego imienia. Pan minister kultury uśmiecha się bezradnie kiedy w państwowym teatrze obrażane są uczucia katolików i wystawiane bluźnierstwa a etatowy profesor dowodzi „prowadzenia polityki niewolnictwa” „przez polskich panów”.
Pan Bóg ma wielkie poczucie humoru i pokazuje teoretykom wyższości państwa nad własnością, dokąd dotarła „praktyka” . Socjaliści potrzebują „mieć lud, żeby nim zarządzać”. Bo „lud sam nie umie”. Zwłaszcza tutejszy” (pink panther 5 lutego 2017)

podobne: Samorządowe „inwestycje” to wzrost zadłużenia i podwyżki opłat. Rentowność długu i rosnąca obsługa kosztów. Państwo broni się przed zwrotem zagrabionego mienia i zmianami w ordynacji podatkowej, obniżka podatków nie tak szybko (fiskus łupi rodzinę). Innowacje obce sektorowi MSP. „Polska Miedź” rabowana podatkiem od wydobycia. i to: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność.

„…Wielka polityka bowiem polega na konstruowaniu pułapek na wielkie grupy ludzi, na przykład na całe narody. Jedną z metod jest odcinanie narodu od źródeł żywności, czyli niszczenie lokalnego rolnictwa, poprzez kretyńskie reformy mające poprawić życie biedoty. Ja się nie będę teraz rozpisywał nad konsekwencjami reformy rolnej pozostanę przy określeniu jej istotnej funkcji. Państwo nie funkcjonuje ponieważ prowadzi rozdawnictwo dla jednych kosztem drugich, ale dlatego, że ma doktrynę. Oszukani socjaliści z międzywojennej Polski nie mieli o tym wszystkim pojęcia i od razu jak tylko wzięli władzę zabrali się za ulepszanie świata po swojemu, w myśl wskazówek nie lokalnych elit bynajmniej, ponieważ te na samym początku zdegradowali i unieważnili, ale w myśl wskazówek podsuwanych im przez doradców z tak zwanych krajów rozwiniętych i gospodarczo okrzepłych, czyli przez agenturę po prostu…

Właściwa diagnoza dotycząca polskich elit powinna rozpocząć się od zmierzenia stopnia nasycenia tych elit przez obcą agenturę, która z własnej woli lub uwiedziona idiotycznymi projekcjami zdecydowała się na dokonanie zbrodni na własnym narodzie. Pisząc elity mam na myśli elity urzędnicze i polityczne, a także wojskowe mające wpływ realny na bieg wypadków

przyczyną klęsk naszych nie jest idealizm i chęć noszenia nieskazitelnie białego płaszcza, jak nam próbuje wmówić Vermeer, ale powiązanie idei niepodległości i całkowicie oszukaną ideą socjalizmu. Czyli wmawianie ludziom, że gangi idące na włam to wybawiciele ludzkości

…Naszą przygodę z Polską powinniśmy zacząć od początku, czyli od określenia miejsca, w którym się znajdujemy i celu, do którego zmierzamy. Musimy także zrozumieć, że nikt nie chce dla nas dobrze, a wszystkie rady nam podsuwane są oszustwem.
Ja tu już pisałem o organizacjach, które są podstawą wszystkiego i o doktrynie też pisałem. No więc z doktryny i organizacji należy wypreparować znak i charyzmaty, bez tego nigdzie nie pojedziemy. Doktryna musi być powiązana z Kościołem i Panem Bogiem. Nie z socjalizmem, nie z uszczęśliwianiem dużych grup ludzi okradanych następnie za pomocą podatków, które gwarantują byt mafiom urzędniczym i wojskowym. Charyzmaty zaś wypływają wprost z tego czym zajmować się będą czynne w Polsce organizacje, a winny się one zajmować pomnażaniem budżetów. Ściąganiem pieniędzy zza granicy i przeciwstawianiem się w sposób czynny, ale zgodny z prawem mafiom działającym w strukturach państwa, bo one wykonują złą robotę. Są na usługach obcych, którzy nie mają dobrego planu dla nas, a przeciwnie mają plan upiorny. (…) Nie może mieć dobrego planu ktoś kto myśli tylko o tym jak się podpiąć do jakiegoś fikcyjnego budżetu, wyciągniętego nie wiadomo skąd, który ze swojej istoty jest pułapką. Dobry plan może mieć jedynie ktoś kto ma jakieś prawdziwe aktywa i chce za ich pomocą zwiększyć zakres swojej realnej władzy. Realnej, czyli takiej, kiedy to on sam decyduje i kiedy z jego decyzji korzyści płyną wyłącznie dla niego. W szczęściu wszystkiego są wszystkich cele to hasło dla idiotów i oszustów. A także dla urzędników niższego szczebla, ci z wyższego bowiem myślą, że realizują plan, który ja tutaj zakreśliłem, ale to nie jest prawda, oni uczestniczą w planie globalnym i żadne nawet najbardziej realistyczne złodziejstwo, które uprawiają ich z tej pułapki nie uwolni.
Wielka polityka bowiem jest zawsze polityką globalną, język zaś którym się posługuje jest językiem czarowników i smoków, a nie intelektualistów z uniwersytetów. Ci bowiem powołani zostali do tego jedynie by ukrywać prawdę i oszukiwać dzieci. Musimy o tym zawsze pamiętać.” (coryllus – O elitach naiwnych i mściwych)

podobne: Informacja jako broń i cel ataku oraz krótki kurs czerwonej konspiracji czyli… postsowiecka spuścizna i skażenie Dzierżyńskim w polskich służbach. Kilka słów prawdy o IPN czyli „o największych tajemnicach ludzkości”  oraz: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? i to: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos

„…Wielki posiadacz, ziemianin i pan pełną gębą, Edward Woyniłłowicz, dożywał swoich dni w Bydgoszczy, w małym mieszkanku, do którego musiał nosić po schodach węgiel. Nie skarżył się, ale też nie uważał za stosowne, by swoją sytuację maskować w jakikolwiek sposób. Nie wyciągał ręki po zasiłki i nie prosił nikogo o wsparcie. Jego myśl polityczna i gospodarcza roztrzaskała się o socjalistyczne i fiskalne rafy, a urząd podatkowy niepodległej Polski wysyłał do niego monity dotyczące zapłaty podatku od rzekomego wzbogacenia.

Pycha socjalistów pozostawała nienaruszona przez całe dwadzieścia lat. Przez całe dwadzieścia lat łudzono się, że okradanie właścicieli i rozdawanie ziemi tym, którzy ani chcą, ani mogą ją uprawiać, zapewni państwu lojalność poddanych fiskusa zwanych obywatelami dla niepoznaki jedynie. Łudzono się, że wolna Polska samym tylko swym istnieniem wyleczy wiejskie dzieci z jaglicy, zatrzyma emigrację zarobkową i da każdemu, nawet najbiedniejszemu szansę na sukces. Budowano jakiś wice-komunizm, licząc na to, że komuniści prawdziwi, gangsterzy spod znaku czerwonej gwiazdy zbledną na jego widok i sami zaczną się cywilizować. Nic takiego nie nastąpiło, a historia pokazała – nie pierwszy raz zresztą – że największym wrogiem socjalisty jest inny socjalista. Taki, który jeszcze mocniej oszukuje swój naród w imię nierozpoznanych interesów, taki, który jeszcze więcej grabi, jeszcze więcej kłamie, a kiedy przychodzi do zabijania, zabiera się za tę robotę z chęcią i satysfakcją…” (tu: Księgarnia Coryllusa – Edward Woyniłłowicz. Wspomnienia. Część II)

PS…

„…Gdy zaś pragnie się utrzymać między ludźmi opinię [rządu] hojnego, niepodobna obejść się bez pewnego rodzaju wystawności, tak że zawsze taki [rząd] wyczerpie podobnym postępowaniem wszystkie swe zasoby i będzie w końcu zmuszony, jeżeli zechce utrzymać opinię hojnego, obciążyć nadzwyczajnie swe ludy, uciekać się do konfiskat i do innych środków, jakie się tylko nadarzą, byle uzyskać pieniądze; wobec tego zacznie budzić nienawiść wśród [obywateli], a u wszystkich tracić poważanie, gdyż zubożeje; skrzywdziwszy więc przez taką swoją hojność wielu ludzi, a dogodziwszy niewielu, poczuje każdą, choćby najdrobniejszą przeciwność i padnie przy pierwszym lepszym niebezpieczeństwie; gdy zaś, widząc niebezpieczeństwo, zechce wydobyć się z niego, narazi się natychmiast na niesławę skąpstwa.

Otóż [rząd], nie mogąc bez swej szkody posługiwać się tą cnotą hojności w taki sposób, by znalazła ona uznanie, powinien, jeżeli jest rozumny, nie dbać o opinię skąpca, zawsze bowiem z czasem zacznie się uważać go za bardziej hojnego, gdy się spostrzeże, że dzięki jego oszczędności wystarczają mu jego dochody, że potrafi bronić się przeciw każdemu, który wypowiada mu wojnę, i że może podejmować wyprawy bez obciążania ludności; w ten sposób okaże się hojny względem tych wszystkich, którym nic nie zabrał, a takich jest mnóstwo, skąpym zaś względem tych, którym nic nie daje, a tacy są nieliczni. Widzieliśmy, że za naszych czasów ci tylko ludzie dokonywali wielkich rzeczy, których uważano za skąpych, przegrywali zaś wszyscy inni.” (Niccolo Machiavelli, „Książę”, Rozdział XVI – O hojności i skąpstwie)

podobne: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? oraz: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą  a także: Kultury dobre i złe, oraz reglamentacje, prowokacje i profanacje czyli… materialna i niematerialna sztuka rewolucji. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu

Sergei Ivanovich Lukin – It Has Come to Pass. Inevitable. Bolshevik Stands Guard Inside the Winter Palace (Czerwony Gwardzista w sali tronowej Pałacu Zimowego. Koniec epoki kapitalizmu)

 

Pustynia kwitnąca prawem Ewangelii czyli… pierwsi mnisi (pustelnicy) i kościół w Polsce doby piastowskiej. Do czego potrzebne są zakony?


„…Choć, zgodnie ze świadectwami patrystycznymi, pierwszym mnichem żyjącym na pustyni był św. Paweł z Teb (228–341) – późniejszy patron zakonu paulinów – to Antoniemu na równi z jego poprzednikiem Pawłem przysługuje tytuł „ojca monastycyzmu”. Decyzja Antoniego, by odejść na pustynię i poświęcić się praktykom ascetycznym i życiu z pracy rąk własnych w ubóstwie i czystości znalazła wkrótce wielu naśladowców. Tam gdzie Antoni osiadł, aby realizować swój monastyczny charyzmat, wkrótce gromadziły się duże grupy chrześcijan pragnących iść w jego ślady. Dla wielu z nich Antoni stał się mistrzem wprowadzającym na wytyczoną przez siebie ścieżkę życia. Styl życia, jaki zaproponował swym przykładem Antoni, zwany jest anachoretyzmem.

Ze względu na surowość warunków, w jakich żyli pustelnicy – tu każdy odpowiadał za siebie i musiał zatroszczyć się o wszystkie swoje podstawowe potrzeby życiowe – nie każdy, kto pragnął poświęcić się takiej drodze ascetycznej, miał do tego wystarczająco dużo sił i zdolności…

ruch monastyczny, jaki rozwinął się za przykładem Antoniego, był ruchem o charakterze typowo męskim. Było to związane z trudami i z niebezpieczeństwami życia na pustyni podejmowanego w samotności. Wraz z pojawieniem się cenobityzmu droga życia monastycznego stanęła otworem także przed kobietami pragnącymi zaangażować się w dążenie do doskonałości ewangelicznej na drodze ubóstwa i czystości. Pachomiusz założył dziewięć klasztorów męskich, ale także dwa żeńskie. Od tego czasu praktyka życia monastycznego rozwijała się z sukcesem zarówno w środowisku mężczyzn, jak i kobiet.

Powód, dla którego chrześcijanie III i IV w. odchodzili na pustynię, by prowadzić życie ascetyczne, tkwił przede wszystkim w pragnieniu realizacji ideału jak najwierniejszego wstępowania w ślady Jezusa. Początek IV w. to czas, w którym Kościół uzyskał prawo do funkcjonowania w Imperium Rzymskim. Z pozycji Kościoła prześladowanego przeszedł w sytuację Kościoła tolerowanego, a z czasem stał się instytucją dominującą w obszarze spraw religijnych Imperium. Prowadziło to nieubłaganie do coraz większego kompromisu wobec instytucji imperialnych i rzymskiego stylu życia. Coraz trudniej było w związku z tym zostać męczennikiem, skoro ustały wszelkie prześladowania za wiarę. W konsekwencji ideał męczennika przelewającego krew za wiarę w Jezusa Chrystusa, nakreślony już w Dziejach Apostolskich, musiał zostać na nowo zinterpretowany. W wielu kręgach chrześcijańskich ascetów zmaganie o wiarę zastąpione zostało zmaganiem o wewnętrzną doskonałość, o usunięcie wad i rozwijanie cnót oraz o pełną realizację wymagań ewangelicznych w praktyce życia codziennego. Odejście na pustynię było niekiedy także znakiem duchowego protestu wobec uwikłania Kościoła w sprawy tego świata. Zarówno ci, którzy żyli na pustyni w samotności, jak i gromadzący się we wspólnoty stawiali sobie za cel postawę ucieczki od świata, którego symbolem było miasto. Ten potężny ruch charyzmatyczny sprawił, że świadkowie tych czasów mówili, że pustynia zakwitła klasztorami. Doświadczenie monastyczne rozprzestrzeniło się na cały Wschód i ogarnęło sobą zarówno pustynię Egiptu i Libii, jak i tereny Palestyny, Syrii, Libanu czy nawet Azji Mniejszej – dzisiejszej Turcji…

…Augustyn pozostawił swoim mnichom polecenie, aby żyjąc w wydzielonych wspólnotach, nie wyłączali się z życia Kościoła lokalnego, ale by zawsze byli gotowi do przyjęcia zadań, jakie Kościół mógłby chcieć im zlecić. W konsekwencji takich postaw bardzo wielu biskupów Afryki Północnej od V do VII w. wywodziło się ze wspólnot augustiańskich.

Z doświadczenia i z tradycji św. Augustyna czerpać będą późniejsi założyciele wspólnot monastycznych na Zachodzie, jakimi byli niewątpliwie św. Benedykt z Nursji, św. Grzegorz Wielki i św. Patryk z Irlandii.

Rozwój tradycji monastycznej zmienił oblicze Europy. Mnisi angażowali się nie tylko w poprawę bytu powierzonych ich trosce osób i o rozwój wiedzy technicznej – zwłaszcza agrarnej, ale także w duszpasterstwo i w opisywanie doświadczenia duchowego, jakie było ich udziałem…” (Ks.Adam Łuźniak, wszystkoconajwazniejsze.pl – Pierwsi mnisi Kościoła)

podobne: ks. Adam Martyna: O cnotach kardynalnych oraz: Cyceron: „Cnota jest doskonałym rozumem”. O uczciwości, przebaczeniu i poświęceniu dla drugiego człowieka a także: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos i to: Surowość zdyscyplinowanej łagodności katolicyzmu św. Franciszka i Inkwizycji, kontra rozpasana bezwzględność anglikanizmu doby elżbietańskiej („Łowcy księży”) polecam również: O praktycznym znaczeniu objawień (Gietrzwałd), oraz uwagi Grzegorza z Nyssy o pielgrzymowaniu. Koronacja kopii obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej na Węgrzech

„Kiedy misjonarze poczęli w Polsce głosić słowa zbawienia, to sama roztropność nakazywała, aby nie od razu powstawać i wykorzeniać dawne zwyczaje, do których lud nawyknął, ale powoli usuwać takowe, lub nadawać im chrześcijańskie znaczenie; gdyż ludy słowiańskie przywiązane do swej dawnej religii, nie od razu ją porzuciły. Jeszcze w roku 1000, jak podają kroniki, mieszkańcy Śląska mieli wielki pociąg do pogaństwa. Odwiedzali lasy i gaje uważane przez nich za święte, i do bożyszczów dawnych pielgrzymki czynili. To śmierci Mieczysława Gnuśnego (Mieszka II Lamberta), roku 1034, jeszcze pogaństwo w Polsce głowę podniosło. Szczątki dawnych zwyczajów przez długie wieki przetrwały, tylko że im już nadano więcej chrześcijańskie znaczenie.

Był na przykład obrzęd u starożytnych Słowian praktykowany, iż w czasie pewnego uroczystego święta topiono Marzannę czyli wypędzano śmierć; chrześcijaństwa dało tej ceremonii inne znaczenie, to jest, że przez krzyż pański i mękę Zbawiciela, śmierć duchowna człowieka ze świata wygnaną została. Słowianie mieli zwyczaj rzucania na grób zmarłego trzech garści ziemi, w mniemaniu, iż to się przyczyni do spokoju jego duszy, a pozostałych krewnych i przyjaciół uwolni od tęsknoty. Chrześcijaństwa) wyjaśniło to podług swych zasad, że człowiek z ziemi się począł i do ziemi powróci, a później z martwych powstanie, gdyż sam kapłan kiedy rzuca trzykrotnie ziemię na trumnę, wymawia te słowa: de terra formasti me. Piotr z Kapui, legat stolicy apostolskiej, w roku 1197, polecił, aby śluby małżeńskie odbywały się w kościołach, a nie gdzie indziej. Misjonarze chrześcijańscy usunęli zwyczaj palenia ciał zmarłych lub grzebania ich na połach, puszczach, lub lasach, jak to dotąd bywało, a polecili chować takowe przy kościołach na cmentarzach. Że Polacy od samego początku umiłowali wiarę świętą, którą przyjęli, dowodem tego najstarożytniejszy zwyczaj praktykowany w kościołach przez rycerstwo polskie, które w czasie śpiewanej ewangelii dobywało do połowy z pochwy swe miecze, a po jej skończeniu, znowu je do pochwy wkładało, na znak, iż jest zawsze gotowe dla obrony świętej wiary, przelać choćby ostatnią kroplę krwi.

Za wprowadzeniem prawa kanonicznego, zwolna ustawać poczęły dawne zwyczaje okrutne, pochodzące z czasów pogańskich, jak na przykład: zabójstwa, obcinanie członków i tymi podobne. Sami papieże bardzo się ujmowali za wolnością ludu wiejskiego, powstając przeciwko samowoli i uciskowi wywieranemu nad nim przez książąt. Dosyć jest przytoczyć w tej mierze słowa Grzegorza IX, w roku 1233. „Nowy rodzaj ucisków, mówi Ojciec święty, wynaleźli książęta polscy na swoich biednych poddanych, oddając im pod straż bobry i sokoły, które gdyby swe miejsca opuściły, idąc za wrodzonym duchem wolności, lub przypadkiem jedno z młodych zaginęło, to naówczas rzeczeni książęta, nakładają na tych ludzi karę siedemdziesiąt mark. Idzie zatem, że wielu z nich, nie mogąc znieść tak niesłychanej niewoli, do Rusinów i Prusaków przechodzi, opuściwszy swój pobyt z wiernymi. Ponieważ podobne postępowanie książąt jest całkiem niesprawiedliwe, gdyż sokoły lub inne ptactwo nie mające rozumu, nie może być posłuszne woli człowieka, ani go o pozwolenie do ucieczki me prosi, polecamy, abyście tymże książętom przedstawili całą tę ich niesprawiedliwość, i napomnieli, aby tego zaprzestali, inaczej zaś karami kościelnymi zniewoleni zostaną.“

Do Wilhelma biskupa Modeny, a swego w Polsce legata, w innym liście, z roku 1236, mówi tenże papież, iż książęta polscy dawne zwyczaje do swoich czasów chcą koniecznie stosować, i gnębią ludność różnymi uciążliwościami, żadnej sprawiedliwości nie przestrzegając. Ci biedni ludzie muszą chodzić o własnym koszcie na wojenne wyprawy, stawiać zamki obronne, i tak są przeciążeni tymi powinnościami, że nawet własnym pracom wystarczyć nie mogą. Ażeby zatem na to złe jakiś środek zaradczy obmyślić, polecamy tymże książętom, pod karami duchownymi, aby nadal podobnych niesprawiedliwości nie popełniali. Synody polskie również swymi ustawami wiele dawnych barbarzyńskich zwyczajów pousuwały; jak na przykład: synod odbyty w Sieradzu przez Janusza arcybiskupa gnieźnieńskiego, w roku 1262, który pod klątwą zakazał, aby nikt nie ważył się pobierać podatku tak zwanego dziewicze i wdowicze

…Tak zwane sądy Boże przyszły do nas z zagranicy, i były praktykowane w Polsce w wieku XII i XIII. I tak: Bolesław Wstydliwy nadając Klemensowi z Ruszczy prawo dziedzictwa i udzielności, dał mu władzę wydawania wyroków według procedury przez też sądy przepisanej, czyli odbywania próby przy pomocy wody, żelaza rozpalonego, pojedynku i miecza. Władysław książę opolski, w roku 1258, w nadaniach klasztorowi randeńskiemu, pozwolił, aby sędzia w stanicy miał tarcz, kij, żelazo i wodę.

Przywilej Przemysława wielkopolskiego, z roku 1284, dany Żegocie wojewodzie krakowskiemu, dozwala używać żelaza, pojedynku i wody.

Tych sądów Bożych kościół nigdy nie zatwierdzał, i owszem, w wieku XIII widzimy już liczne synodalne uchwały, zabraniające duchownym błogosławienia tak wody, jako i żelaza, używanych na próby. I u nas w Polsce było toż samo. I tak: synod odbyty w Budzie przez Filipa Firmina, w roku 1279, zabrania wyraźnie, aby żaden kapłan nie błogosławił wody wrzącej lub zimnej, która ma służyć do próby, w celu dowiedzenia się o winie lub niewinności oskarżonego; jak również, aby nie błogosławił żelaza rozpalonego na tenże sam cel przeznaczonego. Przy pomocy tych ustaw synodalnych, duchowieństwo wielce wpływało na poprawę obyczajów ludu polskiego, oraz na ulżenie różnych uciążliwości, jakie w tych wiekach przemocy i gwałtów ponosić musiał. Klątwa i kary kościelne zdolniejsze były utrzymać na wodzy materialną siłę książąt i możnowładców, aniżeli wszelkie prawa cywilne, których nie słuchano… (Ks. Melchior Buliński, szkolanawigatorow.pl – Historia Kościoła polskiego)

podobne: Sprawiedliwość kontra chciwość czyli miłe (złego) początki prawa własności (na Synodzie Łęczyckim), oraz lichwiarskie fałszerstwa Żydów (w przywileju Bolesława Pobożnego) oraz: Plankt na śmierć Bolesława Chrobrego. Święci i sprawiedliwi: królewicz Kazimierz Jagiellończyk i Joanna d’Arc (Kaczmarskiego) i to: (NIE)odpowiedzialni za państwo. Dwa oblicza Sarmatów i Quincunx Orzechowskiego czyli Wielka Polska Katolicka a także: Prof. Mieczysław Ryba: Rola Kościoła Katolickiego w kształtowaniu elit w XIX i XX wieku polecam również: Ks. Jacek Gniadek: Kościół niczego nie narzuca. Wiara zasadza się na dobrowolności czyli… wolność religijna i ekonomiczna i jeszcze: W sercu Kościoła. Ks. prof. Waldemar Chrostowski laureat Nagrody Ratzingera 2014: „Jezus żyje w swoim Kościele, to życie jest zabezpieczone przez wierność Tradycji” oraz: „Ta, która depcze węża” i „Ten, który mówi jak orzeł” czyli… Hernan Cortes, ofiary z ludzi i cud nawrócenia Azteków

„…Często bywa tak, że przeniewierstwom biskupów przeciwstawia się ożywczy spokój i chłód klasztorów. Dochodzi nawet do tego, że korporacje wykorzystują ten powierzchowny, malarski walor zabudowań klasztornych, by urządzać w nich różne sabaty. Taki sposób myślenia jest pułapką, albowiem zgromadzenia są narażone na takie same naciski jak hierarchia, jeśli nie na silniejsze. Im więcej majątku posiadają, im świetniejszą mają tradycję, tym silniejsze usiłowania, by się do tego podpiąć. Budowanie zaś jakiejś opozycji pomiędzy zgromadzeniem a hierarchami, to jest błąd strategiczny, który musi się zemścić. Tam oczywiście jest rozdźwięk, ale trzeba zrozumieć dobrze, jaka jest historia jednej i drugiej formy obecności Kościoła na ziemi. To nie jest trudne i mówiliśmy o tym wiele razy. Klasztory były odpowiedzią Kościoła na wzrost potęgi miejskich, korporacyjnych gangów, zarządzających całymi sektorami światowej gospodarki. Były odpowiedzią na ponawiane wciąż próby podporządkowania hierarchii kościelnej władzy świeckiej. No i miały swoją misję, to oczywiste, która wyrażała się w ścisłej regule. Łączyły kilka funkcji i odnosiły sukcesy, czym zasłużyły sobie na skrajną wrogość i nienawiść władzy świeckiej i jej apologetów, także tych pozostających w strukturach hierarchii kościelnej – patrz biskup Krasicki i jego poezja – kury gdaczą, świnie kwiczą, na ołtarzu jajca liczą….

Kopanie rowu pomiędzy klasztorem a hierarchią, to od dłuższego czasu ulubione zajęcie różnych naprawiaczy i reformatorów, których celem jest zniszczenie Kościoła. To trzeba dobrze zrozumieć, pamiętając przy tym, że zarówno hierarchowie jak i mnisi są tylko ludźmi i mają swoje ograniczenia…” (coryllus – Czy Kościół jest hierarchiczny?)

„… zakony są koniecznym elementem w mechanizmie władzy w chrześcijańskich królestwach, a ich rola jest bardzo praktyczna. One uniemożliwiają korumpowanie hierarchii kościelnej przez banki, albowiem same są bankami i sprawują kontrolę nad kluczowymi obszarami gospodarki chrześcijańskiego królestwa. Póki istnieją zakony istnieje królestwo, to jest oczywista sprawa, dlatego każda rewolucja zaczyna się od ataku na życie monastyczne. Ono przeszkadza najbardziej. Najpierw próbuje się to życie wyszydzić, jako niepraktyczne, podejrzane, zdeprawowane w końcu, a potem, jeśli grunt jest dobrze przygotowany idzie już tylko juma.

Ja się długo zastanawiałem jak sprawa wygląda wewnątrz samych zgromadzeń. To znaczy, jak wygląda ich osłabienie od środka i jakimi metodami się dokonuje. Czy to trwa długo, czy następuje nagle. Nic mądrego nie przyszło mi do głowy.

Wokół klasztorów i kultów lokalnych gromadzą się ludzie, nad którymi nikt nie ma władzy, to także jest mam nadzieję jasne dla wszystkich. To, że ci ludzie są prości i niewykształceni z reguły, nie ma tu żadnego znaczenia. Chodzi o to, że tłumy wiernych przybywają w jedno miejsce i w tym konkretnym miejscu żadna inna, poza duchową, władza nie działa. Każdy kto był kiedykolwiek na pielgrzymce wie o co chodzi. Nawet jeśli naszpikuje się taką pielgrzymkę tajniakami, to nie ma ów fakt żadnego znaczenia.

Jakich argumentów używa się przeciwko życiu monastycznemu? Racjonalnych. Zaczyna się od tego, że to jest dziwne, wbrew naturze i takie tam inne. Jakoś klasztory buddyjskie nikomu nie przeszkadzają, przeciwnie są ciekawym elementem pejzażu kulturowego, że tak pojadę gazownią. Klasztory katolickie to jest kłopot od zawsze…” (coryllus, szkoła nawigatorów.pl – Do czego potrzebne są zakony?)

podobne: Komisja Edukacji Narodowej oraz Dekret Kasacyjny czyli o konieczności rozbiorów Polski w imię postępu, o „bohaterach” z polskich podręczników („oświeconych” rabusiach), oraz o „narodowym potencjale” (elitach)

Mariusz Lewandowski – Mnich niosący światło

Komisja Edukacji Narodowej oraz Dekret Kasacyjny czyli o konieczności rozbiorów Polski w imię postępu, o „bohaterach” z polskich podręczników („oświeconych” rabusiach), oraz o „narodowym potencjale” (elitach)


Alegoria I rozbioru Polski, kolorowana rycina z 1773 r. (drugi z lewej król Stanisław August Poniatowski)

„Dziesięć lat po trzecim rozbiorze Polski, 22 września 1805 r., Hugo Kołłątaj napisał bardzo ciekawy list do Tadeusza Czackiego. Jest on w zasadzie mową pochwalną na cześć Aleksandra I i jego szczodrobliwego ukazu z 1803 r. (do którego wydania walnie przyczynił się książę Adam Jerzy Czartoryski, kurator okręgu wileńskiego, prawa ręka cara w dziedzinie edukacji na Litwie), przywracającego Uniwersytetowi Wileńskiemu część jego pierwotnej nazwy1, zatwierdzającego „układ nauk dla guberni wołyńskiej”, którego polscy poddani JM Aleksandra I „rządali dla swego potomstwa”2, i nadającego Uniwersytetowi Wileńskiemu szeroką autonomię, z czym wiązać się musiały również wysokie dotacje, w tym również autonomię posługiwania się językiem polskim. Uniwersytet Wileński okazał się największym i najsilniejszym ośrodkiem edukacyjnym w całej dziewiętnastowiecznej Rosji. Zarazem „układ nauk” był tryumfem samego Kołłątaja. Czartoryscy albowiem, zarówno ojciec (Adam Kazimierz) jak i syn (Adam Jerzy), przyjęli jako swój własny oświeceniowy, racjonalistyczny program zrealizowany przez Kołłątaja w Akademii Krakowskiej. Polegał on na wyniesieniu na plan pierwszy matematyki, fizyki, medycyny, nauk politycznych, literatury i sztuk pięknych, i, co najważniejsze, zmarginalizowaniu tzw. metafizyki, czyli scholastycznej filozofii bytu („arystotelizmu chrześcijańskiego”)3, odseparowaniu jej od teologii, która odtąd miała być „nauką moralną” zmieniającą się powoli w deizm, a dokładniej w ideologię fizyczno-moralną, o której gęsto pisał Kołłątaj w swoich pismach teoretycznych. Deizm i fizjokratyzm albowiem miał być, w czasach stanisławowskich, a także u zarania wieku dziewiętnastego, najwłaściwszym spadkobiercą racjonalizmu klasycznego (arystotelesowskiego). Innymi słowy Czartoryski zapożyczył od Kołłątaja „utrwalanie tradycji naukowych i narodowych” oraz „niechęć do sposobu uprawiania nauki przez jezuitów”…

…od Massalskiego do Kołłątaja i Staszica aktywiści KEN chcą promować jeden historyczny dogmat: Jezuici byli nie tylko zarzewiem zacofania, ale, co więcej, ich szkoły ponoszą winę za upadek moralności narodu szlacheckiego i pierwszy rozbiór Polski. Jezuici doprowadzili do pierwszego rozbioru Polski.

Dzisiejszy stan historycznych badań nad edukacją Jezuicką owego czasu wskazuje,10 iż bardzo łagodnym jest osąd powyższych twierdzeń jako „przesadnych i niesprawiedliwych”.11 Są one po prostu brutalną, kłamliwą propagandą. Na okazję innego tekstu należy zostawić rozważania, czy Massalski, Kołłątaj, Staszic et consortes szczerze wierzyli w owe konfabulacje, czy i do jakiego stopnia wynikały one z ich niewiedzy, czy może raczej wynikały z ich hipokryzji i mentalności mafijnej. Teraz dość powiedzieć, że Massalski czerpał całymi garściami z mienia pojezuickiego, zarazem był jednym z zaufanych agentów ambasadora Katyrzyny II, Otto Magnusa von Stackelberga (będącego pierwszym „syndykiem” Rzeczypospolitej, scenarzystą Sejmu Rozbiorowego [1773-1776] i dozorcą króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, komunikującego mu decyzje carycy, zarazem głównym inicjatorem KEN), że Kołłątaj wiedział o nieustannej rywalizacji między Akademią Krakowską a Jezuitami, których inicjatywy krakowscy akademicy ciągle utrącali i bez wahania podpiął się pod układ krakowski.12 Zaś Staszic bezpiecznie, w zaciszu włości Andrzeja Zamoyskiego, snuł na jego zamówienie swoją łopatologię…” (szkolanawigatorow.plKomisja Edukacji Narodowej, Hugo Kołłątaj i Stanisław Staszic. Czyli fizjokracja na dwu skibach. Cz. I)

„…Jak tłumaczy Jobert, Massalski przeszedł na salonach paryskich intensywne szkolenie w duchu nowej ideologii fizjokratycznej. Fizjokratyzm, lub fizjokracja, był siostrzanym wobec encyklopedyzmu programem, na pół ekonomicznym na pół filozoficznym, wypływającym z tego samego co on źródła, mianowicie z newtonowskiego deizmu. Massalscy należeli do tego samego co Poniatowscy obozu Familii, jednocześnie, sam Ignacy Massalski, nie przepuszczał okazji do podkopywania pozycji swoich sojuszników Czartoryskich, denuncjując ich reformatorskie zapędy przed Katarzyną II, i samego Stanisława Augusta. Już jako Biskup wileński, w czasie konfederacji barskiej, Ignacy Massalski podburzał wiernych przeciw królowi. Próbował nawet zająć jego miejsce w planach Katarzyny II wobec Polski. Do tego celu używał swoich znajomości z francuskimi fizjokratami. Jeden z nich albowiem, Pierre-Paul Lemercier de La Rivière był zarazem gościem na dworze petersburskim, zaproszonym przez samą carycę, a także autorem pamfletu napisanego jakby na zamówienie Massalskiego, L’Interet commun Polonais, w czasie jego kolejnej wizyty w Paryżu. Swoją naukę fizjokracji pobierał Massalski u samego Victora de Riqueti, markiza de Mirabeau, głównego propagatora idei, ucznia i przyjaciela samego twórcy fizjokratyzmu, François Quesnay’a, przynajmniej powszechnie uznawanego za fundatora tej idei. Zainspirowany tytułem dzieła Mirabeau, Massalski kazał mianować się, za czasów swej świetności, „Przyjacielem ludzkości”. Dla potrzeb swych poufnych misji na dworze warszawskim i petersburskim Massalski sprowadził na Litwę Ks. Mikołaja Baudeau, który oficjalnie miał zajmować się nauczaniem fizjokratyzmu.1
Czym był fizjokratyzm? Jako program ekonomiczny stworzony, według oficjalnej wersji, przez Francois Quesnay’a, najpierw lekarza markizy de Pompadour, faworyty Ludwika XV, a następnie samego monarchy, zawierał on już w sobie posiew deizmu i związanej z nim „naturalnej” soteriologii. Obiecywał on budowę idealnego społeczeństwa opartego na zasadach naturalnego rozumu. Scholastyczne pojęcie prawa naturalnego zamienił w racjonalistyczne prawo natury, a w zasadzie w jej władzę. Fizjokaracja oznacza bowiem „władzę natury”, co w świetle idei Newtona i Condillaca wskazuje na przewidywalną dla nauk przyrodniczych i społecznych, acz nieubłaganą, władzę deterministycznych sił przyrody i historii…” (źródło: Komisja Edukacji Narodowej, Hugo Kołłątaj i Stanisław Staszic. Czyli fizjokracja na dwu skibach. Cz. III)

podobne: Czas odkrywa prawdę (historii) czyli… ile jest wiedzy w wykształceniu i po co nam uniwersytet? oraz: O chemii i alchemii czyli o praktyczności nauk tajemnych w prowadzeniu wojny i kontroli nad surowcami strategicznymi (z informacją włącznie). Dygresja o żelazie czyli Polska drugą Japonią. Metale ziem rzadkich.

„…polskie opracowania historyczne, od Staszica po Konecznego, opisują KEN jako jedyny pozytywny owoc owej katastrofy dziejowej, wielkie szczęście w ogromnym nieszczęściu, zbawienie narodu, które wydobyło Polskę z zapaści sarmackiej i jezuickiego obskurantyzmu. Żeby zrozumieć naturę tego przedsięwzięcia należy naszkicować sytuację, w której Komisja weszła na areną historii. Sejm rozbiorowy zwołany został na 19 kwietnia 1773 r. Zaś 10 sierpnia tego roku w Polsce została ogłoszona kasata Jezuitów, o możliwości której zapewne zaufani z różnych zakątków Europy donosili zainteresowanym, być może nawet z samej Stolicy Apostolskiej. 14 października 1773 r. powołano na wniosek Stackelberga Komisję Edukacji Narodowej, która jako pierwsza w Europie, jeśli nie w świecie, centralna, państwowa instytucja edukacyjna, miała przejąć majątek rozwiązanego zakonu. Na drodze tym intencjom stanęły zabiegi sejmowego marszałka Adama Ponińskiego, sowicie opłacanego przez kolejnych ambasadorów rosyjskich, który dążył do uchwalenia tzw. emfiteuzy, sprzedaży dóbr pojezuickich szlachcie rodowej „z obowiązkiem wnoszenia do skarbu państwa przewidzianej sumy od dochodu”.1 „Wobec niepowodzenia tej koncepcji (…) Poniński usiłował nie dopuścić do powstania organu, który stałby się spadkobiercą substancji pojezuickiej, tj. KEN. Gdy 14 października 1773 uchwalono jej ustawę konstytucyjną, marszałek zdołał odwlec przejęcie przez Komisję pojezuickiego majątku do czasu jego dokładnego zlustrowania.”2
Zabiegi te miały na celu stworzenia dogodnej sytuacji do rabunku pojezuickiego mienia. Co ciekawe Stackelberg nie interweniował, mimo iż Komisja Edukacji Narodowej była jego dzieckiem. Dał Ponińskiemu wolną rękę. Najwyraźniej był on spokojny o jej dalszy los. Zatem słynny ambasador podchodził do sprawy polskiej „profesjonalnie” i gotów był przyglądać się z ukontentowaniem, jak jego „dzieci” sekują się wzajemnie, zarazem grzebiąc Rzeczpospolitą w mroku intryg. Po to wydawał owe „dzieci” na świat.
Komisje administracyjne sejmu rozbiorowego (edukacyjna i lustracyjna, następnie rozdawnicza, litewska i koronna) posłużyły jako rabusie i paserzy upłynniający mienie pojezuickie. Ambroise Jobert, francuski historyk, autorytet w sprawia KEN, pisze w pierwszej kolejności o spontanicznym skoku tłumu chciwców na majątek jezuicki przez:

Marszałkowie konfederacji mieli wyznaczyć lustratorów; Adam Poniński postarał się jak najszybciej wykorzystać tę prerogatywę. (…) Jedynie inwentarz pozwoliłby poznać wielkość dóbr pozostałych po zakonie. Massalski (inny człowiek Stackelberga, Biskup wileński, gorący orędownik KEN, wkrótce jej pierwszy przewodniczący i beneficjent – W. G.), czy ludzie z jego otoczenia, mówili nawet o dziewięciu milionach złp dochodu. Lustratorowie prowadzili dalej w sposób zorganizowany rabunek (…) wierzyciele Towarzystwa, spadkobiercy jego dobroczyńców, tysiące osób, zgłaszających mniej lub bardziej uzasadnione pretensje, rzuciły się na dobra, położyły rękę na zbiorach.3…”

źródło: szkolanawigatorow.pl – Komisja Edukacji Narodowej, Hugo Kołłątaj i Stanisław Staszic. Czyli fizjokracja na dwu skibach. Cz. II

podobne: Dziedzictwo „króla Stasia” czyli… ”Wyzwoliciele z polskości”

„Jako podkanclerz koronny (od 1791 roku) i kawaler Orła Białego, Kołłątaj wzmocnił swą pozycję w sejmie i rządzie, sprawując między innymi pieczę nad miastami, w których wprowadzał przepisy prawa o miastach z 1791 roku, a także przewodniczył Deputacji do Sprawy Żydowskiej, uzgadniającej interesy chrześcijańskiej i żydowskiej ludności miast. Kierował również kodyfikacją prawa karnego i cywilnego, jednocześnie dążąc do poszerzenia zakresu „łagodnej rewolucji” i ożywiając powstanie „konstytucji ekonomicznej”, „konstytucji politycznej”, a w późniejszym czasie „konstytucji moralnej”, związanej z kodyfikacją prawa sądowego w formie tzw. Kodeksu Stanisława Augusta. Prowadząc tak ważną działalność i dysponując bardzo szerokimi kompetencjami, Hugo Kołłątaj pełnił w tym czasie de facto funkcję premiera… 

…No i tu powoli zbliżamy się do rozstrzygnięcia kwestii najważniejszych, o których nas w szkołach nie uczą…

…Otóż „nasz premier” zmartwiony wysychającym źródłem grabieży jezuickich skarbów, stwierdził, że najprostsze i przećwiczone schematy są najbardziej efektywne. Ograbi się zakony i kościoły, księży przejmie się na państwowy garnuszek i będzie ich można zwolnić, jeśli nie będą nadawać treści zgodnej z listami pasterskimi pana premiera. Czyż nie genialne?!

Wiedząc, że te pomysły wzbudzą w Rzymie wzburzenie, troszczący się o dalsze losy kraju patrioci, powtarzali często – Polsko Twa zguba w Rzymie.

Teraz spróbujmy spojrzeć na rzecz całą oczami papieża. Banda diabłów odzianych w sutanny chce zdemontować kościół w obecnej postaci i przeprowadzić rewolucję. Z jego punktu widzenia decyzja jest jasna. Nie można na to pozwolić, tym bardziej, że papież wie z raportów nuncjusza z jaką nadgorliwością przeprowadzano jezuicką kasatę w Polsce.

Genialność planu, który Kołłątaj chciał wcielić w życie jest eksploatowana do dziś, bo do dziś zarzuca się papieżowi, że pomógł w III rozbiorze Polski, a nie pomógł polskim księżom patriotom.

A my? Kogo my w tym momencie mamy potępić, a komu przyznać rację? Takie pytanie na niedzielę…

Chyba najłatwiej zdać się na Opatrzność. A Opatrzność wolała jednak zabory, niż Polskę urządzaną przez premiera Kołłątaja…” (betacool, całość tu: szkolanawigatorów.pl – Biznes plan pana premiera. Oświeceniowe Las Vegas)

podobne: Styczeń 1863 w służbie rewolucji czyli wyzwolenie z rozumu i własności… „Był sobie kraj…” oraz:  O różnicy między „lewicą” i „prawicą” czyli… kto w demokracji ma większe prawo prowadzić lud na barykady by realizować scenariusz grabieżczo-rozbiorowy zwany czasem solidarnością

Jeśli ktoś myśli że Papież błogosławił Polsce tylko wtedy kiedy własny interes w tym widział to polecam lekturę, i namysł nad tym jak się mają etatystyczne normy oświeceniowe zwane postępem do średniowiecznych „zabobonów” stojących na straży prawa własności:

„…Aleksander (III) biskup, sługa sług bożych, kochanemu synowi. Szlachetnemu mężowi, Kazimierzowi, księciu Polski pozdrowienia i apostolskie błogosławieństwo.

Ze strony twej wielkości doniesiono nam, że za radą arcybiskupa i biskupów Polski i książąt ziemi usunąłeś pewne nadużycia i zwyczajowe krzywdy od kościołów o osób kościelnych, postanawiając, by dobra zmarłych biskupów na przyszłość nie były konfiskowane. Postanowiono też, że kto by ręce wyciągnął po dobra zmarłego biskupa, ma być związany węzłem klątwy, ani też żaden z łupieżców nie ma zając miejsca po zmarłym biskupie, zanim osiągnie dobrodziejstwo rozgrzeszenia, po zwróceniu rzeczy zabranych lub dokonaniu odpowiedniego ich oszacowania.

Zwyczaj zaś, jaki był zachowywany dla książąt ziemi, mianowicie iż gdziekolwiek dostojnie podróżowali, najeżdżali ludzi biednych i wypróżniali ich stodoły, a gdy trafiła się niekiedy jaka sprawa do załatwienia między oddalonymi od siebie, wtedy niecni posłańcy, rozjeżdżając się, albo wycieńczali, albo zupełnie wyniszczali zabrane komubądź konie, naprawiłeś za rada mężów duchownych i świeckich.

Zatem ponieważ żądasz, abyśmy rozporządzenie to sprawiedliwe zarazem i chwalebne powagą naszą potwierdzili, my przychylając się do twoich słusznych żądań rozporządzenie powyższe, tak jak ono się zawiera w autentycznym piśmie na to wystawionym, zatwierdzamy apostolską powagą i ubezpieczamy gwarancją niniejszego pisma, zabraniając pod grozą klątwy, by go nikt nie śmiał z jakiego bądź powodu naruszyć. Dan w Tusculanum, 28 marca (1181)” (szkolanawigatorow.pl – Akt łęczycki z roku 1180. Bulla papieża Aleksandra III)

podobne: Sprawiedliwość kontra chciwość czyli miłe (złego) początki prawa własności (na Synodzie Łęczyckim), oraz lichwiarskie fałszerstwa Żydów (w przywileju Bolesława Pobożnego) oraz: Plankt na śmierć Bolesława Chrobrego. Święci i sprawiedliwi: królewicz Kazimierz Jagiellończyk i Joanna d’Arc (Kaczmarskiego)  i to: Styczeń 1863 w służbie Piusa IX (Ostatni Krzyżowiec) oraz proroctwo św. Malachiasza a Paruzja czyli… bój śmiertelny o wieczność kontra pogoń za sensacją

„…Koniec życia Kołłątaj przeżył w samotności i kompletnym opuszczeniu. Ta jego wyjątkowość polegała na tym, że miał w sobie tyle zła najwyższej próby, że w jego czasach nie było jeszcze takiej osoby na świecie, która ową jakość byłaby w stanie wykorzystać i docenić. Ale Hugon zrobił wszystko, by w przyszłości świat dojrzał do twórczego wykorzystywania takich ludzi jak on.

Tokarz w swej bardzo wyważonej w ocenach pracy, tak opisuje sposób działania Hugona Kołłątaja:

„Taktyka (…) polegała na tym, że udawał on z początku, wbrew silnemu przeświadczeniu o swej istotnej wartości, człowieka, oddającego się najzupełniej wpływowi swojego protektora, pozyskiwał w ten sposób jego zaufanie i stopniowo, dzięki swej pracowitości, którą zwykle przewyższał protektora, dzięki swej przewadze umysłowej, swej ruchliwości i wreszcie systematyczności działania, zdobywał sobie stanowisko takie, że nie można było już obejść się bez niego, a wtedy występował już niezależniej (…)”…

…W oparciu o tę taktykę i sztuczki ze skrywaniem i odkrywaniem tego, co w danym momencie należy, H.K. początkowo był stronnikiem króla. Dostał tytuł podkanclerzego, ale „mdlał i płakał, kiedy mu Król oddanie pieczęci spaźniał” – pisze Lisowki. Po uchwaleniu konstytucji robi się gorąco. Interwencja Moskwy grozi tym, że Kołłątaj straci tytuł i wszelkie własności ziemskie. Na co Lisowski słyszy taką kwestię:

– Ja chudy pachołek dogrzebawszy się urzędu nie mogę wypuszczać z rąk całego swojego losu.

H.K proponuje więc swoim kolegom patriotom, że przystąpi do Targowicy, żeby w razie czego bronić ich od prześladowań ze strony konfederatów i Moskwy.

Pomysł umówmy się błyskotliwy, ale chyba pojawił się zbyt późno, bo Kołłątaj traci i tytuł i swe posiadłości. Ucieka do Drezna i tu staje się ponownie patriotycznym spiskowcem, z coraz większym wpływem wywieranym na Kościuszkę. Hugon przygotowuje powstanie i akt powstania, w którym znajdą się takie słowa: „postradawszy Ojczyznę, a z nią używanie najświętszych praw wolności, bezpieczeństwa, własności, tak osób jako i majątków naszych”.

Linowski pisze, że jedyną osobą, której zabrano jakąś własność, był Kołłątaj, więc przynajmniej wiadomo, kto napisał akt powstania.

Nie przesadzajmy jednak z mocą naszych sądów. Przecież Hugon nie wywołał powstania, żeby odebrać swój majątek.

Może i nie, ale wiemy że do wybuchu powstania bardzo mu się spieszyło…” (betacool, całość tu: szkolanawigatorow.pl – Kuźnica złotych talentów)

podobne: Targowiczanin herbu „Ciołek” i jego naśladowcy herbu „euro”. Milczące psy Katarzyny II oraz: Jacek Drozd: Konfederacja Barska… przyczyny, przebieg i skutki

„…tak zwane narracje patriotyczne są w istocie narracjami sprzyjającymi polityce niemieckiej w Europie środkowej…

…Ponieważ wszyscy doskonale wiemy czym się kończy napuszczanie Polski na Niemcy, zadeklarowałem w tej rozmowie z miejsca teoretyczną chęć przyłączenia się do cesarstwa. Zaraz jednak się z tego wycofałem. Z dwóch powodów. Cesarstwo nigdy nie było w Europie siłą przemożną. Ono także dostawało gwarancje i miało swoje, poważne bardzo problemy, a doktryna państwa realizowana była o tyle, o ile. To rzecz pierwsza. Drugi zaś powód jest taki, że cesarstwu nie zależy na przyłączeniu całej Polski. To jest jasne. Wtedy bowiem zyskuje ono taki potencjał, że staje się natychmiast celem ataku sił odeń znacznie potężniejszych. Jeśli zaś urośnie w siłę po cichu i za zgodą niektórych graczy, musi się gotować na długotrwałą wojnę napastniczą. Dlatego właśnie polityka Niemiec, to polityka dążąca do wytyczania nowych granic w Europie, z zachowaniem tej jednej nienaruszalnej granicy, jaką jest wschodnia granica cesarstwa. Wszelkie więc gawędy Donalda Tuska i Lecha Wałęsy o stworzeniu wspólnego z Niemcami państwa są ściemnianiem oszustów prowadzącym do kolejnego podziału Europy środkowej. Tego podziału nie da się dokonać przy całkowitej jedności kulturowej Polski, a więc dążyć trzeba do sprowadzenia tu elementu obcego, a także do zdewastowania rodzin i Kościoła.

Ktoś powie, że w takim razie może Rosja? Jeśli nie Piłsudski to może Dmowski? Nie ma innej Rosji poza bolszewicką i nigdy już nie będzie, trzeba to sobie powiedzieć jasno, a komunikaty płynące znad Newy w oczywisty sposób obnażają płytkości i powierzchowność tamtejszej doktryny…

Katastrofa I RP nastąpiła wówczas, gdy doktryna państwa została oderwana od doktryny Kościoła. To zaś możliwe było dzięki kasacie jezuitów, a także dzięki działalności jakobinów takich jak Kołłątaj, którzy grabili pojezuicki majątek. Pomysł, by tę próbę generalną zamienić w spektakl prawdziwy, czyli okraść cały Kościół w Polsce i zamienić kraj w jakobińską republikę, narodził się szybko i został przez wielu podchwycony z entuzjazmem. Ludzi zaś, którzy program ów realizowali nazywamy dziś patriotami, choć powinniśmy nazywać ich zdrajcami. Dlaczego? Bo usunęli mieszkańcom I RP grunt spod nóg, uznali, że podstawa doktrynalna istnienia państwa jest nieważna, że najważniejsze są dodatki, czyli skarb i wojsko. Taka nowoczesność w domu i zagrodzie, którą w dzisiejszych okolicznościach ćwiczymy także. Konkrety panie, liczą się konkrety i nic poza tym. Ile papież ma dywizji i różne takie. Powtórzmy więc jeszcze raz – dopóki Polacy sami nie zakwestionowali własności na swoim terenie rozbiory były bardzo trudne do przeprowadzenia, a przede wszystkim do uzasadnienia. No, ale znaleźli się, jak zawsze zresztą, ludzie gotowi do podsunięcia wrogom takich uzasadnień. I ich dziś czcimy. Ktoś powie, że wybór był tylko pomiędzy Targowicą a Kołłątajem, to nie jest prawda. Zważywszy na fakt, że to Kołłątaj namawiał króla do przystąpienia do konfederacji.

Noch ein mal więc – wszelkie zamachy na własność kończą się katastrofą państwa. Polityka cesarstwa dąży zawsze do rozdrobnienia Europy środkowej, a Rosja jest marionetką w rękach organizacji globalnych. Na tak zarysowanym tle Polska powinna prowadzić swoją politykę. No, ale do tego potrzebni są politycy. Tych zaś nie ma…” (coryllus, całość tu: szkolanawigatorow.pl – O konieczności rozbiorów Polski)

„…Do roku 1795 elitą się bywało z zasiedzenia i tradycji, później coraz cześciej z nominacji 4 cesarzy. I tak w wiek XX, jako zbiorowość posługująca się językiem polskim, wkroczyliśmy z „przesianą” i wyselekcjonowaną przez zaborców elitą, zasiloną „produktami” cywilizacji węgla i pary. Z dużym uproszczeniem można przyjąć, że „tradycyjne” elity Rzeczypospolitej zostały podmienione na „pieczeniarzy” dworów zaborczych, przy zachowaniu jedynie ciągłości „nazwiskowej” (nie będę się dalej pastwił nad potomkami sławnych rodów). 

„Potencjał narodowy” (piszę w cudzysłowie i nie będę tuaj tłumaczył znawcom badań Coryllusa), w miejsce tych „klamkowych” na cesarskich dworach, wykreował nową „elitę”, tym razem „narodową” i „patriotyczną”, która w swoim najwyższym stadium uniesienia narodowo-patriotycznego w „duchu” I Rzeczypospolitej, z uśmiechem na twarzy i z pieśnią na ustach DOBROWOLNIE zrezygnowała z roszczeń do 2/3 terytorium i 2/3 ludności (traktat ryski). Kulminacją ich „zdolności” intelektualnych była klęska 1939 roku. A los, który ją spotkał był w dużym stopniu efektem ubocznym tych „zdolności” (wiara w sojusze egzotyczne, niewypowiedzenie wojny Sowietom, kapitulacja Lwowa).

W ich miejsce, po 1945 roku,  sowieciarze zaproponowali ludziom mówiącym po polsku krótką ścieżkę awasu do „elity”. Ten „produkt”, w szczycie swoich możliwości intelektualnych, zdolny był do wymyślenia Okrągłego Stołu, który dzisiaj kontestowany jest przez wnuków tego „produktu”, którzy głównym wrogiem uczynili partie polityczne i estabisz-ment prawniczy…” (Marek Natusiewicz, szkolanawigatorow.pl – O elitach i misjach)

podobne: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? oraz: Historia handlu wymiennego między wschodem i zachodem czyli rewolucja w zamian za zasoby naturalne. Ukraina (Ługańsk, Donieck, Baku, Batumi, ropa, Stalin, strajki u Rotszyldów) Rosja i to: „Najpierw państwo” czyli… gdy monopol na przemoc nie służy sprawiedliwości i własności. Ekonomia grzechu przeciw wolności „elit” naiwnych i mściwych (I) a także: Stanisław Michalkiewicz z okazji 20 rocznicy „majówki” o „świętości” pracy, trybunale oraz konstytucji dawnej, obecnej i przyszłej. „Teatr na Wyspie” (Gajowniczka)

Szerzej o przyczynach i skutkach kasaty klasztorów, czyli spuściźnie tzw. „oświecenia” i dokonań bohaterów sejmu 4 letniego opowiada  O. Wincenty Polek na Targach Książki w Bytomiu (2016)

Dekret kasacyjny z roku 1819 – zapowiedź książki (do kupienia na www.basnjakniedzwiedz.pl)

Tymczasem trwa tzw. „reforma edukacji” czyli oświeceniowy gniot dezinformacyjny, zafundowany nam przez wolnomularzy uchodzących w powszechnej świadomości (dzięki tzw. „szkole publicznej”) za „bohaterów” Sejmu Wielkiego – Staszica, Kołłątaja, „króla Stasia” i innych pseudo autorytetów udrapowanych w patriotyczne szaty. Nie słabnie też pomimo ideologicznych sporów retoryka „prounijna” (czyli pro niemiecka – „Szklany nocnik dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego” za „Traktat Lizboński i nadmuchiwanie Niemiec”) która ciągle usprawiedliwia projekt „wspólnoty” opartej o rzekomy dobrobyt (jaki to można poczytać tu – Tomasz Cukiernik o niekorzystnym bilansie 11 lat członkostwa Polski w UE) i bezpieczeństwo (o czym więcej tu – UE bez pomysłu na siebie pogrąża się w kryzysie. Szczyt w Chinach początkiem końca Europy jaką znamy?)

Ten taniec ignorancji nie skończy się dopóki państwo nie zrezygnuje z przymusu szkolnego i nie odda obywatelom prawa do poznawania prawdy o naszej historii. Głośna ostatnio walka o gimnazja to typowa ustawka jak onegdaj „transformacja ustrojowa”. Ludzie mają się zastanawiać czy lepiej myć nogi czy może ręce a tymczasem problem tej tzw. „edukacji” leży zupełnie gdzie indziej. Niech nikt nie myśli że wraz z likwidacją gimnazjów skończy się ogłupianie narodu i wyzysk na potrzeby utrzymania spuścizny Komisji Edukacji Narodowej. To jest tylko kolejny etap walki o podział budżetów między piłsudczykami a prusakami, i o to czyje kadry będą nam w pierwszej kolejności dalej robić wodę z mózgu, za tzw. „publiczne pieniądze”.

Na drodze do obecnie trwającego monopolu państwa (duopolu partyjnego) stały rzecz jasna klasztory i Kościół Katolicki. Celem „reformy oświaty” była więc od początku chęć ograniczenia niezależności i wpływu Kościoła na obywateli (zwłaszcza w dziedzinie uniwersalnych praw moralności). Walka o rząd dusz wciąż trwa… (Odys)

podobne: Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjach

Artur Grottger – Modlitwa konfederatów barskich przed bitwą pod Lanckoroną

Sprawiedliwość kontra chciwość czyli miłe (złego) początki prawa własności (na Synodzie Łęczyckim), oraz lichwiarskie fałszerstwa Żydów (w przywileju Bolesława Pobożnego)


Artur Grottger – Modlitwa wieczorna rolnika

„…Świadomemu dziejów krajowych, nietajno, jak przeważny wpływ duchowieństwo i ustawy kościelne, wywierały na stan kraju i prawodawstwo; nieobojętną jest zatem rzeczą, poznać okoliczności i ustawy pierwszego u nas i z największą pewnością wspominanego Synodu, a zarazem zjazdu, któremu historycy największe oddają zalety; od którego datują zarys prawodawstwa; w którym widzą jutrzenkę odrodzonej spokojności kraju; i dla którego, ówczesnemu monarsze tytuł Sprawiedliwego nadali. Takim jest zjazd i Synod Łęczycki w roku 1180 odbyty.

Prawodawstwo kraju, co z potrzeba i duchem czasu formowało się, co nie było wpływem woli pojedynczej, a takim było nasze średniowieczne, musi być śledzone we wszystkich swoich postępach i odcieniach; bo wtedy się najlepiej duch jego wykaże, pewniej jak z urojonej zasady, przyjętej od niektórych z współczesnych pisarzy w tym przedmiocie, ale przeszłość sama i fakty mówić muszą za sobą.

Z tego i takiego punktu, jak na wszystkie ustawy synodalne, tak szczególniej na Synod Łęczycki, zapatrywać się należy, w przekonaniu, że jeżeli kiedy, to wówczas, wpływ ustaw duchownych był najpewniejszym. Dziś bowiem już jest dowiedzione, że wszystkie modyfikacje prawa starożytnego rzymskiego, które stało się zasadą wszystkich innych, przez wpływ duchowieństwa nastąpiły; bo rozdział i walka między duchownym a świeckim stanem, nie była u nas tak zaciętą i nigdy nie miała takiego charakteru, jak gdzie indziej. Duchowieństwo nasze, mające w narodzie przewagę naukową, najczynniejsze w radach publicznych i prywatnych, nie może być pominięte w rozbiorze i dostarczaniu materiałów, do dziejów krajowych i Kościoła. Zjazd i Synod Łęczycki, poprzedzający ustawą swoją, wszelkie piśmienne znane u nas prawodawstwo, stał się pierwszym zarysem prawa publicznego, w stosunkach panów i podwładnych, w stosunkach sukcesyjno – familijnych i wpływie stanu na stan: wart więc bliższego i szczegółowego poznania…

…Po rozdziale, piszą oni, jedynowładnej w karbach posłuszeństwa utrzymywanej monarchii, przy rozdrobionej władzy pojedynczych książąt, przy przemocy rycerstwa i możniejszych, zwyczaje ustanowione dla bezpieczeństwa kraju i wygody żołnierza, stały się powodem najazdów, grabieży i ucisku; powinności czynione niegdyś tylko królom i to w pewnych czasach, przywłaszczone od możnych, czyniły stan mieszczan i wieśniaków opłakanym; całe ich mienie bowiem w sprzężaju, dobytku i zasobach wszelkiego rodzaju, było każdej chwili zagrożone łupem. Nieszczęśliwe to położenie klas niższych, podzielało i duchowieństwo ówczesne: majątek ich kościelny lub prywatny, wyniszczony różnego rodzaju uciskami, po śmierci posiadaczy, stawał się łupem przemocy, pod rozmaitymi pozorami. Chcących poznać bliżej stan kraju w owym czasie, odsyłamy do Kadłubka (lib. 2) i Długosza (lib. 6); tu dość nam powiedzieć, że w takim stanie rzeczy, cnotliwy i sprawiedliwy Monarcha, nie mógł zostać obojętnym; i nie został też, znalazłszy pomoc w światłych i cnotliwych obywatelach. Za najskuteczniejszy środek zaradzenia złemu, uznał zwołanie zjazdu, nie tak dla braku władzy i możności zaprowadzenia ulepszeń przez siebie samego, jak raczej z tej mądrej uwagi, że otwierając narodowi, wpływ do wspólnych obrad prawodawczych, zobowiąże sobie tym sposobem niechętnych, i ustanowić się mającym prawom, większej powagi i mocy doda. Nie spodziewał się niestety że krok ten, stanie się z czasem zarodem swawoli i uzurpacji tej świetnej prerogatywy…” (całość tu: szkolanawigatorow.plKs. Jan Mętlewicz, O Synodzie Łęczyckim 1180 r)

„…Po doprowadzeniu z powrotem do posłuszeństwa wszystkich, dzielnic Królestwa Polskiego dzięki niezwykłej zręczności i obrotności, sławny z męstwa książę uznał za swoje pierwsze zadanie przywrócenie wolności i sprawiedliwości ojczyźnie udręczonej wyszukanymi sposobami ucisku i ciężarami. Znosi więc i unieważnia wszystkie daniny, trybuty, cła i świadczenia nowo ustanowione przez jego brata Mieczysława oraz jego naczelników i urzędników, ukróca oszczerstwa, a oszczerców skazuje na banicję lub piętnuje. Usuwa wszystkie niesprawiedliwe sądy, przez które ludzie tracili majątki i przywraca rzetelny wymiar sprawiedliwości. Następnie cały swój wysiłek obraca na wytępienie większych nadużyć, których według dawnego prawa zwyczajowego nie zaliczano do przestępstw i występków, ale do ustaw i praw królestwa. Ponieważ rozpowszechniły się one wśród książąt, baronów i panów polskich, tym trudniej je było wykorzenić, bo panowie nie mogli ścierpieć pozbawienia ich przywilejów i korzyści. Był bowiem od dawna ustalony zwyczaj w Polsce, że szlachta i rycerze w czasie przejazdów i podróży po Królestwie żądali od wieśniaków nie tylko siana, słomy i plew, ale zboża i innych środków żywności. W razie odmowy najeżdżali i burzyli domy i spichlerze, samowolnie zaspokajali swoje potrzeby i nie tylko wypasali, ale także wydeptywali grunty wieśniaków. Nadto szlachta i rycerze, chcąc załatwić swoje prywatne, nierzadko mało ważne sprawy, chwytali po wsiach i polach konie wieśniaków. Dosiadali ich sami albo ich służba i szybkim, niezmordowanym pędem przebywali niekiedy wielkie połacie kraju.

Następstwem tego, że konie męczono lub osłabiano do tego stopnia, że już nie mogły odzyskać sił, a często nawet zajeżdżano na śmierć lub uprowadzano daleko, a czasem, jeśli były dobre i ładne, przywłaszczano sobie — były wielkie straty i zubożenie wieśniaków, którzy pozbawieni koni, zaniedbywali swoje prace w polu. Nadto dobra zmarłych biskupów zarówno ruchome, jak nieruchome były narażone na złupienie i grabieże lub oddawane na rzecz skarbu książęcego. Zwoławszy więc wielki zjazd do Łęczycy na ogromnym zgromadzeniu książąt, biskupów i rycerzy[książę Kazimierz] przedstawia, jakie nieszczęścia i zabójstwa powstają z trzech wymienionych nadużyć, na jakie spustoszenia i straty jest narażone Królestwo, jak takie przeniewierstwo przypominające okrucieństwo pogan i barbarzyńców obraża Boga i woła o jego pomstę.

Niech wobec tego postanowią, że należy wykorzenić tego rodzaju nadużycia, pozyskać życzliwość zagniewanego dotąd Boga i dostosować się do świętych praw królestw katolickich. [Mówił], że jego tak wychowano, iż nie ścierpi dłużej w swoim królestwie i pod swoimi rządami tak zbrodniczych i haniebnych zwyczajów, powodujących obrazę Boga, krzywdę bliźniego i zhańbienie świętości. Było na tej naradzie ośmiu biskupów: gnieźnieński Zdzisław, krakowski Gedeon, wrocławski Żyrosław, kujawski Unelf, poznański Cherubin, płocki Lupus, kamieński Konrad, lubuski Gaudenty i trzech książąt: poznański Otto, wrocławski Bolesław i mazowiecki Leszek oraz ogromny tłum panów i rycerzy. Ci przeważającą liczbą głosów orzekli, że należy wytępić niegodziwe zwyczaje, z powodu których gniew Boży — byli o tym przekonani — zesłał na Polaków różne nieszczęścia i niepowodzenia. I żeby w przyszłości ktoś przypadkiem nie przywrócił na nowo tych zwyczajów, postanowiono wszystkich sprawców tych albo tym podobnych [nadużyć] ukarać strasznym wyrokiem klątwy. Nazajutrz więc arcybiskup gnieźnieński Zdzisław i wszyscy biskupi polscy ubrani w szaty biskupie w obecności księcia i monarchy polskiego Kazimierza, wszystkich książąt, panów, rycerzy i pospólstwa, którzy, zatwierdzając to postanowienie i poddając mu wśród radosnego uniesienia zarówno siebie, jak swoje potomstwo, ogłaszają, co następuje: „Kto zabierze albo poleci zabrać zboże albo inną własność rolników i wieśniaków siłą albo w jakiś inny sposób, niech będzie przeklęty!

Kto z okazji odbywania poselstwa w publicznej lub prywatnej potrzebie, wyjąwszy doniesienie o grożącym ojczyźnie napadzie wrogów, weźmie lub poleci wziąć czyjegoś konia albo zwierzę pociągowe tytułem obowiązku podwody, niech będzie przeklęty! Kto zagrabi, zagarnie lub roztrwoni dobra zmarłych biskupów albo osób duchownych, choćby był znakomitą osobą i piastował godność króla, księcia albo jakąkolwiek inną, niech będzie przeklęty! Kto by przyjmował zagrabione mienie biskupie bez odszkodowania albo przymykał oczy na posiadanie przez łupieżców rzeczy złupionych lub zagrabionych, bez należnego prawem zadośćuczynienia, jako wspólnik świętokradztwa wyrażający na nie swą zgodę i jako taki, który dla zaspokojenia własnej zachłanności i osiągnięcia korzyści dał okazję do świętokradztwa, niech będzie przeklęty!” Książęta i cały lud odpowiedzieli zgodnym okrzykiem: „Amen!”…” (Jan Długosz, Roczniki, czyli kroniki sławnego Królestwa Polskiego, źródło: szkolanawigatorow.pl – Synod w Łęczycy 1180 r)

podobne: Plankt na śmierć Bolesława Chrobrego. Święci i sprawiedliwi: królewicz Kazimierz Jagiellończyk i Joanna d’Arc (Kaczmarskiego)  oraz: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos i to: Surowość zdyscyplinowanej łagodności katolicyzmu św. Franciszka i Inkwizycji, kontra rozpasana bezwzględność anglikanizmu doby elżbietańskiej („Łowcy księży”) polecam również: Przesądy „polskiej inteligencji”. O monarchii, demokracji, elitach i ładzie (prawie) naturalnym a także: cynik9: Dyskretny urok monarchii konstytucyjnej. W 80-tą rocznicę Ermächtigungsgesetz i jeszcze: „Najpierw państwo” czyli… gdy monopol na przemoc nie służy sprawiedliwości i własności. Ekonomia grzechu przeciw wolności „elit” naiwnych i mściwych (I) oraz: (NIE)odpowiedzialni za państwo. Dwa oblicza Sarmatów i Quincunx Orzechowskiego czyli Wielka Polska Katolicka

„…Dzięki swojej ogromnej wiedzy nie tylko prawniczej, ale także historycznej i źródłoznawczej, napisał Hube w 1878 r. krótką rozprawę pt. „Przywilej żydowski Bolesława i jego potwierdzenia”, która jest zarówno historią tego dokumentu i jego kolejnych zatwierdzeń, jak i polemiką m. in. z pracą Ludwika Gumplowicza z 1868 r. „Prawodawstwo polskie względem Żydów”.
Najciekawsze jest jednak to, że z wnioskami Hubego nikt nie podjął polemiki merytorycznej, bo trudno za taką uznać kuriozalne stwierdzenie Mojsze Schorra w pracy: „Organizacya żydów w Polsce od najdawniejszych czasów aż do r. 1772″ (Lwów 1899, s. 8) „jeżeli nawet zgodzimy się z Hubem, że przywilej ten jest falsyfikatem, sporządzonym przez żydów a podsuniętym królowi przez żydów zamiast oryginału, który się spalił w Poznaniu podczas pożaru w r. 1447, to przynajmniej może nam posłużyć jako źródło do poznania ustroju żydów w II. połowie XV. wieku”(sic!)
A tezy Hubego są następujące:
1. istnieją dwie wersje przywileju Bolesława Pobożnego: tzw. oryginalna, krótsza (zwykle 36 paragrafów: jedna z datą 1334, pochodząca ze Statutu Łaskiego, druga z tzw. rękopisu Bandkiego BIII, będącego XV-wiecznym odpisem, a także świeżo wówczas znalezione odpisy potwierdzeń: jeden z datą 1365, własność niegdyś Hubego, następnie Biblioteki Ordynacji Krasińskich, także w kopii rękopiśmiennej z końca XV w., oraz potwierdzenia z datą 1367 r., z akt grodzkich miasta Krakowa, Przemyśla i Lwowa, oraz liczne późniejsze potwierdzenia) i dłuższa, tzw. rozszerzona (do 48 paragrafów).
Wersja dłuższa, zw. przez Hubego przerobioną, też znana jest z kilku kopii: (tzw. rękopisu B Bandkiego, z akt gminy żydowskiej w Poznaniu, z potwierdzenia króla Jana III Sobieskiego, z akt grodzkich poznańskich, oraz kolejne dwie cytowane przez Gumplowicza z posiadanych przez niego potwierdzeń Augusta III z 1735 r. oraz Stanisława Augusta z r. 1765). Oba teksty znane z różnych odpisów, nie starszych niż koniec XV w.
2. tylko pierwsza (krótsza) wersja jest prawdziwa. Druga została sfałszowana.
3. fałszerstwa dopuścili się żydzi poznańscy w czasach Kazimierza Jagiellończyka (najprawdopodobniej w dniu jego koronacji w 1447 roku, nie później niż w 1453 r.)
4. dowodem fałszerstwa jest zarówno budowa dokumentu (niezgodna ze znanymi tego typu aktami), jak i jego treść, sprzeczna z innymi prawami dotyczącymi Żydów, w tym ze Statutem Warckim z 1423 roku.
5. różni polscy królowie w różnych okresach zatwierdzali obie wersje Przywileju Bolesława Pobożnego.
6. inicjatorami zatwierdzeń zawsze byli Żydzi, a ich orędownikami niektórzy możnowładcy polscy.
W czym więc tkwi problem?
Przede wszystkim w paragrafach, dotyczących kredytowej (mówiąc oględnie) działalności Żydów, a ściślej przedmiotu zastawu.
W wersji krótszej, oryginalnej, w paragrafie 25. znajduje się wyraźny zakaz pożyczania pieniędzy pod zastaw nieruchomości. Tymczasem w wersji rozszerzonej nie dość, że tego zakazu nie ma, to jeszcze kilka paragrafów określa, jak Żydzi, przy pomocy władzy państwowej (wojewodów i starostów) mogą przejąć zastawioną nieruchomość, nawet w przypadku śmierci dłużnika i pozostawieniu w majątku nieletnich dzieci!
Przedstawmy teraz krótko wywód Hubego.
Okazuje się, że wszystkie znane teksty Statutu Kaliskiego pochodzą z potwierdzeń tego przywileju w czasach Kazimierza Wielkiego, zachowanych w znacznie młodszych odpisach. W wersji oryginalnej tekst przywileju zacytowany jest w treści właściwego dokumentu królewskiego, zawierającego datę i miejsce wystawienia, oraz nazwiska możnowładców, będących świadkami tego wydarzenia. W kolejnych latach: 1334, 1365 i 1367 Kazimierz Wielki rozszerza tylko obowiązywanie przywileju na poszczególne ziemie swojego królestwa (Małopolskę, Wielkopolskę, wreszcie Ruś).
Treść jest taka sama.
Co ciekawe, tekst Przywileju Bolesława Pobożnego (wersja krótsza wg Hubego) został zamieszczony w Statucie Łaskiego z 1506 r. na polecenie króla Aleksandra z adnotacją, że ma być wykorzystywany PRZECIW samym żydom i ich nieuzasadnionym roszczeniom („aby tylko przeciw żydom, nie zaś za nimi przemawiać mógł”).
Inaczej przedstawia się sytuacja z wersją rozszerzoną. Najstarsza jej kopia pochodzi z końca XV w. (po 1493). Z treści dokumentu (bez daty i miejsca wydania, oraz nazwisk świadków!) wynika, że przed królem Kazimierzem Jagiellończykiem stawili się Żydzi poznańscy, którzy prosili o zatwierdzenie kopii wydanego im rzekomo przez Kazimierza Wielkiego przywileju, którego oryginał miał spłonąć w pożarze miasta w 1447 (był taki rzeczywiście):
„(…) przed Majestat nasz osobiście stanąwszy żydzi nasi z ziemi wielkopolskiej, a mianowicie z województwa poznańskiego, kaliskiego, sieradzkiego, brześciańskiego, władysławowskiego i ziemi do tychże należących, wykazali jako prawa te, które od świętej pamięci poprzednika naszego Kazimierza króla polskiego mieli i których pod innymi królami poprzednikami naszymi aż do naszych czasów używali, wtedy kiedy miasto Poznań podczas naszej obecności stało się łupem pożaru się spaliły, prosili i błagali Nas pokornie, abyśmy podług kopii, którą Nam przedłożyli owe prawa uznać, potwierdzić i wznowić raczyli” (tłum za: L. Gumplowicz w: Prawodawstwo polskie względem żydów, Kraków 1867, s. 33).
Wersja ta zawiera już możliwość pożyczania pieniędzy na skrypt dłużny, zabezpieczony nieruchomością!
Kazimierz Jagiellończyk ów „dokument” potwierdza dla Żydów wielkopolskich (między 1447 a 1453). Jest on jednak sprzeczny z innymi aktami, m. in. ze Statutem Warckim z 1423 r,. który nie tylko zabrania zaciągania długów pod zastaw nieruchomości, ale wszelkie zawarte w ten sposób umowy uznaje za nieważne.
Król szykuje się właśnie do wojny z Zakonem Krzyżackim, tymczasem wybucha afera. Dochodzi do buntu szlachty, żądającej odwołania owego „przywileju”. Interweniuje sam kardynał Zbigniew Oleśnicki (w liście z maja 1454 r.), o czym informuje Jan Długosz w swojej Historii:
„ dawniej (pridem) W. K. M., z ujmą i obrazą religii, pewnych przywilejów i wolności ży­dom udzieliłeś i niektóre przywileje najfałszywsze (falsissimae), ja­koby przez króla Kazimierza im nadane, które ś. p. ojciec twój w mojej obecności, gdym sam tego był świadkiem i sam je czyta­łem, lubo ujmowany licznemi darami przez żydów (licet sollicitatus judeorum largitionibus), przez całe swe życie wzbraniał się potwier­dzić, i te W. K. M. potwierdziłeś, nie zniósłszy się ani ze mną, któ­ry wówczas w Krakowie bawiłem, ani z panami radą… I dlatego proszę i błagam, abyś W. K. M. te tam przywileje i wolności odwo­łać raczył” (cytat za Hubem)
Jeszcze w tym samym roku Kazimierz Jagiellończyk w statucie nieszawskim tak w redakcji wielkopolskiej, jak i mało­polskiej owe nieprawnie uzyskane przywileje odwołuje:
(…)wszelkie listy swobód, które żydom mieszkającym w Królestwie udzielił po dniu (post diem) swej koronacyi, przeciwne prawu boskiemu, uchyla i wszelkiej mocy obowiązującej pozbawia, co ma być przez ogólne ogłoszenie podane do powszechnej wiadomości.
Na tym jednak sprawa się nie kończy, ponieważ Żydzi odczekawszy kilkadziesiąt lat, ową anulowaną wersję (znów w jakiejś kopii) przedstawiają, do zatwierdzenia tym razem Zygmuntowi Augustowi.
Fałszerstwo jest znacznie lepsze, ponieważ zawiera treść rozszerzonego „przywileju”, wklejoną do „obudowy” statutu nieszawskiego! Tym razem jest więc nawet lista świadków i data, tylko treść niezgodna z oryginałem!
Od tej pory równolegle będą zatwierdzane w różnych okresach, dla różnych ziem, przez różnych królów, na zmianę (a czasem nawet obie wersje w różnym czasie przez tego samego króla, np. Stefana Batorego czy Jana Sobieskiego): wersja oryginalna krótsza, albo sfałszowana rozszerzona. Od XVII w. nie będzie już zatwierdzeń dla poszczególnych ziem, a w imieniu Żydów nie będą występować jacyś „uproszeni” przez nich magnaci, tylko tzw. syndyk, reprezentujący wszystkich Żydów Rzeczypospolitej…
perfidny proceder fałszerstwa nie byłby możliwy, gdyby interes Żydów nie łączył się z interesem niektórych krótkowzrocznych władców i dostojników państwowych, którym możliwość wysokiej pożyczki na skrypt dłużny pod zastaw nieruchomości odbierała rozsądek i zdolność przewidywania mniej przyjemnych skutków takiego braku wyobraźni…” (Jolanta Gancarz, całość tu: szkolanawigatorow.pl – Jak Romuald Hube żydowskie fałszerstwa wykrył)

podobne: Kaczmarski i 7 grzechów głównych… na przykładzie starożytnego Rzymu i Cyncynat – wzór do naśladowania. oraz: Tacyt: „Przy największym państwa nierządzie najliczniejsze były prawa”. Rekordy biurokracji, zmiany w prawie karnym i schizofrenia Platformy. Państwo jak rabuś czyli… komu to wszystko służy? i to: Polska gospodarka: rośnie czy się kurczy? Chciwość i głupota zakończona szczodrością dla wybranych (Hipoteki frankowe w Polsce) a także: Jak honor (w Wersalu) i etnos (w Rydze) kresów Polskę pozbawiły czyli… Piłsudski, Dmowski, Żydzi i patriotyzm na Targu (Kaczmarskiego) polecam również: Gwatemala: wyrzucono społeczność ortodoksyjnych Żydów

Miroslaw Szeib – Żyd z kluczykiem do fortuny

Stanisław Michalkiewicz z okazji 20 rocznicy „majówki” o „świętości” pracy, trybunale oraz konstytucji dawnej, obecnej i przyszłej. „Teatr na Wyspie” (Gajowniczka)


Adam Wycichowski niewolnik

1 maja jest świętem naszych okupantów, ponieważ po raz pierwszy na ziemiach Rzeczypospolitej Polskiej obchodzone było w roku 1940, zarówno w części pod okupacją niemiecką, jak i w części pod okupacją sowiecką. To, że za komuny święto to zostało utrzymane przez administrujących Polską sowieckich kolaborantów, to rzecz zrozumiała. Dlaczego jednak zostało utrzymane już po sławnej transformacji ustrojowej? Utrzymanie tego święta naszych okupantów aż do dnia dzisiejszego jest znakomitą ilustracją politycznej schizofrenii, w jakiej po „okrągłym stole” pogrążył się nasz nieszczęśliwy kraj. Jak wiadomo, przy „okrągłym stole”, a tak naprawdę – w ośrodku MSW w Magdalence, doszło do porozumienia przedstawicieli komunistycznego wywiadu wojskowego z przedstawicielami tak zwanej „lewicy laickiej”, czyli dawnych stalinowców w pierwszym, albo drugim (jak w przypadku red. Adama Michnika) pokoleniu, co do ustanowienia władzy nad narodem polskim. Polityczna wojna, jaka w tej chwili jest udziałem naszego nieszczęśliwego kraju, jest następstwem tej siuchty. Komunistyczny wywiad wojskowy walczy o utrzymanie swoich wpływów, dzięki którym, pod osłoną stworzonych przez przedstawicieli „lewicy laickiej” i tak zwanych „pożytecznych idiotów” pozorów demokracji, mógłby nadal okupować nasz nieszczęśliwy kraj. Sojusz „lewicy laickiej” z agenturą Wojskowych Służb Informacyjnych jest na tym tle całkowicie zrozumiały, podobnie jak wysługiwanie się WSI państwu niemieckiemu, które przy pomocy kombinacji operacyjnych, próbuje odzyskać wpływy częściowo utracone na skutek przejścia Polski pod kuratelę USA. Lewica laicka również basuje tym niemieckim staraniom, bo najtwardszym jej jądrem jest żydokomuna, politycznie, finansowo i emocjonalnie zaangażowana w komunistyczną rewolucję, jaka w Europie jest w pełnym natarciu, z wykorzystaniem dla jej potrzeb wszystkich instytucji Unii Europejskiej. Jak wiadomo, celem tej rewolucji jest zniszczenie łacińskiej cywilizacji, żeby z historycznych narodów europejskich uczynić tak zwany „nawóz historii” na którym, „jak grzyb trujący i pokrzywa”, mogłaby rozkwitnąć dominacja starszych i mądrzejszych.

Tedy podczas grillowania, jakiemu przy wódeczce i piwku znaczna część populacji będzie się oddawała, warto sobie o tym wszystkim nieśpiesznie podyskutować, bo skoro już taki schizofreniczny zbitek świąt mamy, to niechże i z tego wypłynie dla nas jakiś pożytek. A poza tym, ponieważ pretekstem dla 1 maja jest „święto pracy”, to warto zwrócić uwagę, że praca w Polsce jest opodatkowana co najmniej tka wysoko, jak artykuły luksusowe. Opodatkowanie pracy w naszym nieszczęśliwym kraju wynosi 41 procent, co oznacza, że jeśli pracodawca chce, żeby pracownik dostał 3000 złotych na rękę, to musi wypłacić dodatkowo 2078 złotych dla państwa. Gdyby system podatkowy był inny, na przykład – gdyby to opodatkowanie pracy zostało zmniejszone przynajmniej do 25 procent, to pracownik mógłby dostawać na rękę 3808 złotych miesięcznie. Czyż nie warto podyskutować przy wódeczce i piwku również o o tym?” (Stanisław Michalkiewicz – Przy grillu, wódeczce i piwku)

podobne: 1 Maja – święto pracy, czy raczej dzień lewicowych wybryków? oraz: Szara strefa w polskiej gospodarce. Ks. Jacek Gniadek: Czy praca na czarno jest grzechem? czyli… „nielegalna” praca w odpowiedzi na „legalny” rabunek i to: Moralne i ekonomiczne konsekwencje głupoty czyli… „Dobrobyt” płacy minimalnej, średniej krajowej, bezwarunkowego dochodu gwarantowanego i programów socjalnych. Skąd się bierze bogactwo? PIS gwarantuje bankom niezatapialność (za oszczędności Polaków) a także: Stanisław Michalkiewicz: Ściana płaczu i ściana hańby… (na tle Magdalenki)

„O czymże mówić w dniu 3 maja, jak nie o konstytucji! Jasne, że o konstytucji, tym bardziej, że zainteresowanie konstytucją osiągnęło w Polsce niebywały poziom. To zresztą bardzo pozytywny objaw, świadczący o zwycięstwie ducha nad materią. Na przykład wydawałoby się, że emeryci koncentrują się raczej na nasłuchiwaniu, jak obgryzają ich własne mikroby, że najbardziej doskwiera im brak pieniędzy na zakup lekarstw, a nawet żywności, a tymczasem – nic z tych rzeczy! Najbardziej interesuje ich konstytucja i wyroki Trybunału Konstytucyjnego, bez których już nie mogą wytrzymać, żeby ich nie przeczytać. Jakże tu nie cieszyć się z takiego triumfu ducha nad materią?…

ważnym postanowieniem, jakie powinno znaleźć się w konstytucji, jest zakaz uchwalania budżetu z deficytem. Taki pomysł został zgłoszony podczas sejmowej debaty nad przyszłą konstytucją przez posła Janusza Korwin-Mikke. Domagał się on ponadto, by każda próba ominięcia tego zakazu była traktowana jak kradzież zuchwała. Niestety większość posłów myślała, że to dowcip i taka norma nie została do konstytucji z 1997 roku wprowadzona. W rezultacie mamy dług publiczny, z którym nikt nie wie, co zrobić i w którego następstwie przyszłe pokolenia naszego narodu są wpędzane w coraz głębszą niewolę u lichwiarskiej międzynarodówki. Nie tylko zresztą naszego – bo inne rządy też kupują sobie spokój społeczny za cenę sprzedawania własnych obywateli w niewolę u lichwiarzy – i w tym właśnie tkwi przyczyna, dla której wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się w tłumie po zapachu, tak zachwalają demokrację.” (Stanisław Michalkiewicz – Wokół konstytucji dawnej, obecnej i przyszłej)

podobne: Czego uczy nas Konstytucja 3 maja i kto powinien siedzieć na miejscu „Stańczyka” (Matejki).”Kasandra” Jacka Kaczmarskiego  oraz: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność i to: Sejm Wielki i Konstytucja 3 maja. Marian Piłka: Nieodpowiedzialny patriotyzm

„…w lipcu 1992 roku TK uznał uchwałę lustracyjną za sprzeczną z konstytucją, chociaż w ogóle nie powinien się nią zajmować, bo nie była ona „aktem prawnym” w rozumieniu ustawy o TK, bowiem stanowiła polecenie wykonania określonej czynności adresowane do konkretnego człowieka, mianowicie – ministra spraw wewnętrznych. Podniósł to jedynie pan prof. Łączkowski w votum separatum, ale nikt go oczywiście nie słuchał i pan prof. Zoll ogłosił wyrok, a następnie odczytał 30 stron uzasadnienia, chociaż między zamknięciem przewodu sądowego a odczytaniem wyroku minęło zaledwie półtorej godziny. Jeszcze zabawniejsza sytuacja przytrafiła się Trybunałowi w czerwcu 2007 roku, kiedy to ogłosił uzasadnienie swego orzeczenia z 11 maja w sprawie ustawy tzw. „lustracyjnej”. Charakterystyczne dla tego, liczącego aż 138 stron uzasadnienia było aż 9 zdań odrębnych, które zajmowały dodatkowe 85 stron. Warto dodać, że pierwsze 75 stron uzasadnienia, to wyrok i rekapitulacja stanowisk stron. To orzeczenie praktycznie zablokowało lustrację przez uznanie wzoru oświadczenia lustracyjnego za sprzeczny z konstytucją. Ale już wtedy widać było, że niezawisłym sędziom Trybunału, być może ośmielonym zachętami oficerów prowadzących, najwyraźniej zaczyna przewracać się w głowach, bo zamieścili w swoim elaboracie zbawienne pouczenia, jakie prawa Sejm powinien uchwalać. Konkretnie – że w „demokratyczne państwo prawa nie może jednak i nie powinno zaspokajać żądzy zemsty, zamiast służyć sprawiedliwości”, albo, że „zakaz piastowania urzędu na podstawie lustracji powinien obowiązywać przez racjonalnie określony czas”, albo wreszcie, że „jeśli dana organizacja dopuszczała się poważnych naruszeń praw człowieka, należy uznać, że jej członek, pracownik lub współpracownik brał w nich udział, jeśli był w tej organizacji wysokim funkcjonariuszem”. Czy np. sędzia – członek PZPR, a przy okazji konfident SB – był w tej organizacji funkcjonariuszem „wysokim”, czy też tylko sprzątał? Ale to jeszcze nic, bo przyjrzyjmy się sławnemu „szlifowaniu”, o którym bredzi nadęty na podobieństwo purchawy pan Andrzej Rzepliński. Oto na 41 zakwestionowanych postanowień, aż 40 okazało się niezgodnych ze sławnym artykułem 2 konstytucji, stanowiącym, że Rzeczpospolita Polska jest „demokratycznym państwem prawnym”, w dodatku „urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”. Za wepchnięcie tylu nonsensów do jednego krótkiego zdania autorzy tej konstytucji powinni trafić do księgi Guinessa, a potem zaraz – pod opiekę jakichś weterynarzy, ale nie chodzi o to, by pastwić się nad nimi, tylko – by pokazać, że na podstawie nonsensu można udowodnić zgodność wszystkiego ze wszystkim, albo przeciwnie – niezgodność – co, nawiasem mówiąc, zgodne jest z prawem Dunsa Szkota, odkrytym jeszcze w Średniowieczu. Najzabawniejsze jednak jest to, że autorów zdań odrębnych można było podzielić na dwie grupy: jedna uważała, że wyrak TK jest dla ustawy zbyt łagodny i druga – że wyrok jest dla ustawy zbyt surowy. O przynależności do jednej, albo drugiej grupy decydowała… data nominacji. Sędziowie mianowani przed 2005 rokiem krytykowali wyrok za nadmierną łagodność, podczas gdy ci, którzy swoją nominację uzyskali później, uważali wyrok za zbyt surowy dla ustawy.

Wspominam o tych wszystkich zabawnych sytuacjach, kiedy trzeba było podkasać togi gwoli zatańczenia i zaśpiewania nie tylko dla zilustrowania sposobu, w jaki Trybunał „szlifował” nieszczęsną konstytucję, ale również ze względu na buńczuczną deklarację pani prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, która odgraża się, że tylko patrzeć, a będziemy mieli w naszym nieszczęśliwym kraju „prawdziwe państwo prawa” – tylko żeby każdy na swoim odcinku, gdzie partia go postawiła, wykonał zadanie zlecone przez starszych i mądrzejszych. Ha! Skoro „prawdziwe państwo prawa” ma dopiero nadejść, to nie ulega wątpliwości (nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania; lepiej… no, mniejsza z tym), że dotychczas mieliśmy do czynienia z fałszywym państwem prawa, piramidą krętactwa i fałszu, na której szczycie znajdował się Sąd Najwyższy. Można by przytoczyć wiele przykładów, kiedy właśnie ten Sąd wydawał osobliwe orzeczenia, jak np. w sprawie pana Jurczyka – że nie był on konfidentem, czy w sprawie ważności wyboru Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydenta, chociaż podał on fałszywą informację na temat swojego wykształcenia. Jak pamiętamy, Sąd Najwyższy uznał, że nie miało to znaczenia dla ważności wyboru. Może to i prawda, bo jeśli kandydatura Aleksandra Kwaśniewskiego została zatwierdzona przez starych kiejkutów, to rzeczywiście – wykształcenie nie ma tu nic do rzeczy. Jeśli jednak prawidłowo odtwarzam sobie tok rozumowania SN, to może mieliśmy dotychczas do czynienia z państwem prawa, ale „fałszywym”. Ciekawe, że podobne spostrzeżenie przedstawił Naczelnik Państwa, czyli pan prezes Jarosław Kaczyński, zauważając, że konstytucja z roku 1997, acz mająca pewne zalety, generalnie jest „postkomunistyczna”.

Po co konstytucja?

Skoro tak, to powinno się ją zmienić – ale właściwie jak? W tej chwili żadne ugrupowanie nie ma konstytucyjnej większości i chyba nie może na taka liczyć, więc możemy sobie najwyżej podyskutować, w jakim kierunku zmiany konstytucji powinny pójść. Skoro już się nad tym zastanawiamy, to warto wyjść od tego, po co w ogóle konstytucja jest. Na trop ważnego celu konstytucji naprowadza nas refleksja nad momentami dziejowymi, w których konstytucje się pojawiały. Z reguły były to momenty osłabienia władzy monarszej na tyle, że poddani zaczynali stawiać monarsze warunki dalszego posłuszeństwa jemu samemu i jego rodzinie, czyli dynastii. Zatem pierwszym celem konstytucji jest dostarczenie obywatelom gwarancji ochrony przed samowolą władzy. Ale to się tylko tak łatwo mówi, tymczasem już św. Paweł zauważył, że władza „nie na próżno nosi miecz”, a gdy go jeszcze, nie daj Boże, wyciągnie, to cóż tu mówić o jakichś „gwarancjach”. A jednak nawet w takich warunkach trzeba znajdować jakieś rozwiązanie i Karol Ludwik de Montesquieu je znalazł. Zauważył mianowicie, że każda władza ma niepohamowaną skłonność do rozszerzania swego imperium i paradoksalnie, na tej właśnie zaborczości władzy, zbudował gwarancję ochrony obywateli przed jej samowolą. Skoro bowiem każda władza ma taką skłonność, to dwie władze będą się nawzajem blokowały, a jeśli na te dwie napuści się jeszcze trzecią, to będą trwały w klinczu, trzymając się za klapy, a jeśli będą trzymać się za klapy, to nie będą już miały wolnych rąk, by dusić za gardło obywateli. I to jest właśnie ta gwarancja. Nie jest ona może doskonała, ale to nie pora na grymasy. Konstytucja z 1997 roku recypowała monteskiuszowski trójpodział władzy, ale oczywiście – jak wszystko u nas – niekonsekwentnie, bo dopuszcza unie personalne między władzą ustawodawczą i wykonawczą. Tymczasem takie unie zakłócają klarowność trójpodziału, więc w przyszłej konstytucji powinny zostać zakazane.

Skoro tedy mamy trzy odrębne władze, to drugim celem konstytucji jest takie ukształtowanie stosunków między nimi, by nie dopuszczać do paraliżów decyzyjnych, a więc do sytuacji, w których albo nikomu nie wolno podjąć jakiejś decyzji, albo przeciwnie – wszyscy maja taką możliwość i decyzji jest aż nadto – ale każda inna i nie wiadomo, którą wykonywać, więc nie wykonuje się żadnej.

Czy przemawia suweren, czy uzurpatorzy?

Podstawowym rozstrzygnięciem w konstytucji jest postanowienie, co do ustroju politycznego. Konstytucja z 1997 roku przesądza o ustroju republikańskim, w którym przyjmuje się, że suwerenem, a więc kimś, kto samodzielnie ustala własne kompetencje, jest „naród”. Ale „naród” nie zbiera się jednocześnie w jednym miejscu, a gdyby nawet się zebrał, to nie przemawia jednym głosem. Przeciwnie – jedni mówią to, inni tamto, jedni chcą tego, drudzy tamtego… Czyją opinię należałoby uznać za opinię suwerena? Konsekwencją rozstrzygnięcia o ustroju republikańskim jest konieczność znalezienia sposobu wyłaniania reprezentacji suwerena. Konstytucja z 1997 roku postawiła na sposób demokratyczny, to jest – przez głosowanie i nawet ustaliła, że wybory do Sejmu odbywają się według zasady proporcjonalności. Do Sejmu – bo konstytucja ta ustanowiła zarazem polityczny system państwa w postaci systemu parlamentarno-gabinetowego, w którym kto kontroluje Sejm, ten w zasadzie kontroluje całe państwo. Skoro przy wyborach do Sejmu obowiązuje zasada proporcjonalności, to znaczy, ze okręgi wyborcze muszą być wielomandatowe, a w takiej sytuacji od razu pojawia się znalezienie sposobu przeliczania głosów na mandaty. I w ordynacji wyborczej zasada proporcjonalności została zmodyfikowana przy pomocy dwóch narzędzi: klauzuli zaporowej i systemu d’Hondta. Klauzula zaporowa stanowi, że do podziału mandatów w okręgach wyborczych mogą stawać te komitety, które uzyskały co najmniej 5 proc. głosów w skali kraju. Pociąga to za sobą co najmniej dwie konsekwencje: komitet musi wystawic listy we wszystkich okręgach wyborczych, a co za tym idzie – musi prowadzić kampanię w skali kraju, co wymaga korzystania z mediów elektronicznych, co z kolei pociąga za sobą ogromne koszty i trzeba rozstrzygnąć, kto i w jaki sposób ma za to płacić. System d’ Hondta, nazwany tak od nazwiska belgijskiego matematyka Victora d’Hondta polega na tym, że liczbę głosów oddanych na poszczególne komitety wyborcze w okręgu dzielimy przez następujące po sobie kolejno liczby całkowite aż do momentu, gdy suma uzyskanych w ten sposób ilorazów będzie pokrywała się z liczbą mandatów w okręgu. Warto zapamiętać, że system d’Hondta preferuje ugrupowania silne kosztem słabszych, realizując w ten sposób ewangeliczną zasadę, że temu, kto ma, będzie dodane, a temu, kto nie ma, odbiorą i to, co ma. W rezultacie takiej modyfikacji zasady proporcjonalności, Sejm jest stosunkowo mało reprezentatywny. Wiele kierunków politycznych występujących w społeczeństwie nie ma żadnej parlamentarnej reprezentacji, co skutkuje absencją wyborczą, przekraczającą 50 procent uprawnionych do głosowania. W tych warunkach rodzi się pytanie, czy tak Sejm może być jeszcze uważany za przedstawicielstwo suwerena, czy już tylko za grono jakichś uzurpatorów tym bardziej, że dla ważności wyborów nie ma u nas ustanowionego żadnego minimum frekwencyjnego, więc gdyby do głosowania poszli tylko sami kandydaci i powybierali się nawzajem, to wybory byłyby ważne. W takiej jednak sytuacji pytanie o legitymizację takiego Sejmu byłoby jak najbardziej zasadne. Toteż podnoszą się głosy o potrzebie zmiany systemu proporcjonalnego na większościowy, oparty na jednomandatowych okręgach wyborczych. Obawiam się wszelako, że taka zmiana wcale nie gwarantuje osiągnięcia celu w postaci większej reprezentatywności Sejmu. Jeśli chcemy uzyskać możliwie maksymalna reprezentatywność Sejmu, to najlepszym środkiem jest utrzymanie zasady proporcjonalności, ale bez modyfikacji w postaci klauzuli zaporowej, czy systemu d’Hondta.

Czy myć ręce, czy myć nogi?

Musimy jednak pamiętać, że Sejm maksymalnie reprezentatywny, musiałby liczyć może nawet ponad 20 rozmaitych klubów i kół poselskich, a ponieważ w systemie parlamentarno-gabinetowym ważnym zadaniem Sejmu jest również stworzenie stabilnej podstawy politycznej dla rządu, to takie zadanie w tych warunkach mogłoby być bardzo trudne do wykonania, być może nawet niemożliwe, chyba, ze podstawową metoda rządzenia byłaby korupcja; panie pośle, nie poparłby pan rządu? – No poparłbym, ale co z tego będę miał? – A co by pan chciał mieć? To lekarstwo może być gorsze od choroby. Zatem stajemy w obliczu nieprzyjemnej alternatywy: albo myć ręce, albo myć nogi – bo jeśli chcemy mieć maksymalnie reprezentatywny Sejm, to ryzykujemy, a jest to ryzyko graniczące z pewnością, niestabilne państwo. Tymczasem stabilność państwa jest wartością wymagającą ochrony. Czy zatem możemy jakoś obejść tę alternatywę? Na szczęście taka możliwość istnieje i gdybyśmy w przyszłej konstytucji odeszli od systemu parlamentarno-gabinetowego na rzecz politycznego systemu prezydenckiego, to możemy jednocześnie i myć ręce i myć nogi, to znaczy – mieć maksymalnie reprezentatywny parlament i stabilną władzę wykonawczą. W Polsce nie byłoby zresztą jakiejś wielkiej rewolucji, bo prezydent już teraz jest wybierany w głosowaniu powszechnym. To jest zresztą ciekawa sprawa, że autorzy konstytucji z 1997 roku dali prezydentowi bardzo silna legitymację demokratyczną, ale władzą obdarowali prezesa Rady Ministrów, chociaż żaden tak silnej jak prezydent legitymacji demokratycznej nie ma. Co więcej; uważna lektura konstytucji prowadzi do wniosku, że jej autorzy musieli z jakichś zagadkowych przyczyn uważać prezydenta za wariata i to wyjątkowo niebezpiecznego, bo założyli mu aż dwa kaftany bezpieczeństwa. Oto przykład: prezydent jest wprawdzie zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, ale z własnej inicjatywy nic tu zrobić nie może; musi działać dopiero na wniosek premiera, albo przynajmniej ministra obrony. Pewne światło na to dziwactwo rzuca okoliczność, że wśród autorów konstytucji znajdował się Aleksander Kwaśniewski, który coś tam na swój temat musi przecież wiedzieć. Czy jednak musimy tak niewolniczo trzymać się jego obaw?

Zatem gdyby odejść od systemu parlamentarno-gabinetowego na rzecz systemu prezydenckiego, w którym władza wykonawcza spoczywa w osobie prezydenta, to moglibyśmy mieć maksymalnie reprezentatywny Sejm i jednocześnie stabilną władzę wykonawczą, a nawet rządy o długiej kadencji, bo przecież prezydent może być wybrany na kolejną, pięcioletnią kadencję.

Ustawa Wilczka jako przestroga

Jak pamiętamy, uchwalona w październiku 1988 roku ustawa o działalności gospodarczej, zwana potocznie „ustawą Wilczka”, nie tylko rozmontowała socjalizm realny w gospodarce, przy pomocy dwóch zdań, które przyjęły postać jej przepisów i dzisiaj brzmią jak „oczywista oczywistość”, ale wtedy miały rangę przewrotu kopernikańskiego, ale również odblokowała narodowy potencjał gospodarczy. Te zdania, to – po pierwsze – że każdy ma prawo prowadzenia działalności gospodarczej oraz – po drugie – że dozwolona jest każda forma działalności gospodarczej, która nie jest zakazana przez prawo. Ustawa ta odblokowała narodowy potencjał gospodarczy, ale jej historia, to historia jej nieustających nowelizacji. W ciągu pierwszych 10 lat była ona znowelizowana ponad 60 razy, a każda taka nowelizacja polegała na dopisywaniu kolejnych przypadków reglamentacji. W rezultacie, po 10 latach z nielicznych przypadków reglamentacji pozostawionych w ustawie w pierwotnym jej brzmieniu, rozmaite formy reglamentacji, to znaczy koncesje, licencje, zezwolenia i pozwolenia, zostały przywrócone w 202 obszarach działalności gospodarczej. Żeby wyjaśnić przyczynę takiego odwrotu, musimy najpierw odpowiedzieć na inne pytanie – dlaczego właściwie doszło do uchwalenia „ustawy Wilczka”. Otóż za pierwszej komuny nomenklatura, czyli środowisko władzy, była żywotnie zainteresowana w drobiazgowym kontrolowaniu każdej formy działalności gospodarczej, bo z tego ciągnęła zyski – legalne i nielegalne. Ale kiedy w drugiej połowie lat 80-tych nomenklatura się uwłaszczyła, to już nie chciała mieć żadnych nadzorców nad sobą, co Mieczysław Wilczek wykorzystał, by pozwolić wszystkim. Ale nomenklaturowcy szybko się zorientowali, że ze „wszystkimi”, to oni na rynku nie wygrają, a dzwonkiem alarmowym była dla nich sprawa Ireneusza Sekuły. Uchodził on nie bez powodu za rodzaj jamochłona finansowego, ale przecież musiał aż cztery razy do siebie strzelić, zanim pożegnał się z rodziną. To było ostrzeżenie; jeśli si nie opamiętacie, wszyscy podobnie zginiecie! Tedy zatrąbiono do odwrotu i to były właśnie owe nowelizacje, zaś ta ochrona ekonomicznych interesów nomenklatury, wyszła naprzeciw oczekiwaniom „nowych elit” na posady. I tak doszło do powtórnego zablokowania narodowego potencjału gospodarczego.

Żeby zatem uniknąć takiego obrotu sprawy w przypadku, gdyby jakimś cudem udało się narodowy potencjał gospodarczy odblokować, to do konstytucji trzeba wpisać normę treści następującej: nikt nie może wbrew stronom podważyć umowy, ani zmienić jej treści, chyba, że stanowi ona czyn zabroniony pod groźbą kary, wynika z takiego czynu, albo ma go na celu oraz – że ustanawianie monopoli jest zakazane. W takiej sytuacji koncesjonowanie działalności gospodarczej byłoby właściwie niemożliwe – i o to właśnie chodzi. Podobnie trzeba by wprowadzić do konstytucji normę zakazującą uchwalania budżetu z deficytem i przewidującą odpowiedzialność karną za każdą próbę ominięcia tego zakazu, jak za kradzież zuchwałą.

I jeszcze inne zmiany warto by do konstytucji wprowadzić, ale ich omawianie przekroczyłoby ramy artykułu, więc w miarę potrzeby postaram się do tej sprawy co pewien czas powracać, bo – trawestując spostrzeżenie Jerzego Clemenceau – praworządność jest sprawą zbyt poważną, żeby pozostawiać ją sędziom.” (Stanisław Michalkiewicz – W 20 rocznicę konstytucji)

podobne: IV RP kontra III RP czyli lekcja z demokracji. Sprawa Sumlińskiego, niekompetencja w MON i uchwała sejmu ważniejsza od Konstytucji. Czy Duda złożył Rzeplińskiemu propozycję nie do odrzucenia? Na czym polega postkomunizm i czy socjalista może być dobrym patriotą? oraz:  Pułapka „demokratycznego państwa prawa” i racji „sejmowej większości” czyli walka POPISu o (nie)zależność Trybunału Konstytucyjnego i czwartej władzy i to: Lustracyjny POPIS i teoria konwergencji w praktyce czyli o „naszych sukin…ach” ze „zbioru zastrzeżonego” Instytutu Pamięci Wybiórczej polecam również: Prawo Bastiata i sprawiedliwość jako warunek pojednania (na podstawie lustracji w Niemczech). Tania łaska zamiast rozliczenia, Belka w oku PIS i frazesy o „dobrej zmianie” (Oficer „bezpieki” dostał ważne stanowisko w MSZ!) a także: Grzegorz Braun: „Sierpniowa lekcja” czyli… Polak przed szkodą i po szkodzie socjalistą.

Kluczem do skuteczności każdej władzy jest fizyczna i „legalna” (prawna) kontrola nad dochodami obywateli państwa i ich faktyczna redystrybucja. Bez pieniędzy KAŻDA władza może sobie co najwyżej pomarzyć o sprawowaniu jakichkolwiek rządów, bo „administracja publiczna” i kontrola (przymus) po prostu kosztuje. I to jest drodzy państwo bardzo cenna wskazówka czego powinny się wystrzegać tzw. „demoludy” (czyli suweren) żeby nie utracić własnej wolności i niezależności, czyli realnej władzy nad swoim (i swoich bliskich) życiem… Wbrew temu co napisał Pan Michalkiewicz rzeczywistość jasno pokazuje że kiedy chodzi o cudze pieniądze to żaden „trójpodział władzy” i wzajemne szachowanie się nie obowiązuje. Wcale nie dlatego że system jest wadliwie skonstruowany, ale dlatego że ŻADNA władza nigdy nie będzie zainteresowana skutecznym blokowaniem własnych „kompetencji”, którą jest przede wszystkim żerowanie na pracy innych ludzi i układanie pod tę patologię tzw. „prawa”. Równie dobrze można mieć nadzieję na to że na „rynku” włamywaczy zapanuje kiedyś konkurencja o przychylność obrabowanych tym że jeden przez drugiego zaczną mniej kraść.

Jedyne co obowiązuje w tym „trójpodziale” to kolejność dziobania, czyli prawo do największej części tortu. Nikt nikogo w tych podstawowych „kompetencjach” nie blokuje (bo każdy z nich „czy stoi czy leży” i tak swoje zeżre), i żaden obywatel nie poczuje się mniej wyzyskiwany nawet jeśli „władza ustawodawcza” (czyli Sejm) podrze koty z „władzą sądowniczą” (czyli Trybunałem Konstytucyjnym)… Nie jest tu ważne „do kogo ma należeć pałacyk na wodzie” (jak śpiewa poeta), bo i tak za wszystko płaci „szeregowy Kowalski” g… z tego mając. Tyle jego co sobie w maju kilka dni odpocznie od pracy na rzecz umiłowanych przywódców. Tu warto zdać sobie sprawy kiedy w naszym „nieszczęśliwym kraju” przypada dzień tzw. „wolności podatkowej”, czyli ile czasu pracujemy na siebie a ile na innych. Dla mnie to żaden interes… Czy na tym polegał sukces pierwszej „demokracji” oraz siła obywateli I Rzeczypospolitej? Czy w tamtych czasach obywatele czekali łaskawie na to aż władza ustanowi dla nich święto państwowe żeby mogli sobie od pracy odpocząć? Śmiem wątpić… (Odys)

Adam Wycichowski niewolnik

Jest w Warszawie Teatr na Wyspie
z fosą, sceną i kolumnadą.
Obcym radził: A teraz wy spie…
a nie wierzył, że jednak wyjadą.

Ktoś uciekał stąd w damskim kostiumie.
Inny kartki o sobie wyrywał.
Nie jest łatwo i grać trzeba umieć,
nawet gdy się etiudę przegrywa.

Płytki staw – nie Jezioro Łabędzie.
Kaczki jednak się godzą z karpiami.
Za aleją, w państwowym Urzędzie
nowy duch się pojawia czasami.

Trzyma się stary Pałac na Wodzie.
Dla przykładu, że jednak można…
Ucz historii swe dzieci Narodzie,
zamiast grilla, majówek i rożna.

Można jeszcze komedię odgrywać,
zanim czas dawnych śladów nie zatrze,
lecz widowni po trochu ubywa.
Pustką świeci w amfiteatrze.

Błyszczą wody glazurą Łazienki.
Platan splata czas w hipotezach.
Cichną dźwięki marszowej piosenki,
za to rośnie rytm poloneza.

Marek GajowniczekTeatr na wyspie

O etosie żołnierza i ułańskiej fantazji szarej piechoty czyli… Polacy w kampanii hiszpańskiej i bitwa o Fuengirolę roku 1810


January Suchodolski – Bitwa pod Fuengirolą

„Jak wiadomo polska jazda jest najlepsza na ziemi a polska husaria w Kosmosie, więc nikt nie zwraca uwagi na piechociarzy, co jest wielką niesprawiedliwością. Wszyscy słyszeli o bitwach pod Kircholmem i Kłuszynem. Ostatnio hitem jest polska husaria pod Wiedniem w 1683 r. A bardzo rzadko i tylko mimochodem wspomina się zwycięską bitwę o Fuengirolę w Hiszpanii, stoczoną w 1810 r. przez polskich żołnierzy z 4 Pułku Piechoty Księstwa Warszawskiego z dziesięciokrotnie silniejszymi ( w ludziach) wojskami brytyjsko-niemiecko-hiszpańskimi i wspieranych przez artylerię i okręty.

A piechota „ta szara piechota” zupełnie zapomniana. No chyba, że twórcy polityki historycznej III RP chcą pokazać zdjęcia polskich piechociarzy idących do niemieckiej niewoli w 1939 r. Jest też jeszcze problem wizerunkowy i problem wydawania pieniędzy Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, który cierpi na taki brak scenariuszy filmowych, że wydaje kasę na podrasowane życiorysy Brystygierowej czy Wisłockiej Michalinki.

Dokładnie 200 lat temu cała Europa żyła wyczynem 400 żołnierzy polskiej piechoty i 57 francuskich dragonów pod dowództwem kapitana Franciszka Młokosiewicza w dniach 14-15 października 1810 r. na pięknym kawałku wybrzeża hiszpańskiego na wschód od Gibraltaru – w miejscowości Fuengirola.

Który to wyczyn zniszczył wizerunek wspaniałej armii brytyjskiego Imperium zaledwie 5 lat po bitwie pod Trafalgarem. I zapewne dlatego tyle filmów o tej bitwie pod Trafalgarem i o Horatio Nelsonie i jego tłustej kochance i chudej żonie. Chyba żeby przykryć totalny obciach, jakiego niezwyciężona brytyjska armia doznała od załogi maleńkiego starego zameczku, składającej się ze 100 polskich piechociarzy z Czwartego Pułku Piechoty Księstwa Warszawskiego i 11 francuskich dragonów. Przepraszam, poprawka: 10 dragonów francuskich i jednego O’Callagana z Cullaville, Irlandczyka w służbie francuskiej w stopniu pułkownika, który musiał uciekać z Irlandii jako członek nielegalnej organizacji patriotycznej United Irishmen (Zjednoczeni Irlandczycy), walczącej z okupacją brytyjską.

…w niedalekim Gibraltarze generał brytyjski Andrew Thomas Blayney, 11 lord Blayney, dowódca 89 regimentu piechoty postanowił powtórzyć sukces Napoleona z Tulonu i wziąć z zaskoczenia Malagę. Gibraltar leży od Malagi zaledwie 140 km drogą lądową. Ale ponieważ w tamtych czasach Hiszpania nie żyła jeszcze z turystyki, wybrzeże nie miało drogi lądowej , więc brytyjski strateg postanowił wykorzystać do akcji słynne brytyjskie okręty, których ci był u Brytyjczyków dostatek…

…w dniu 14 października 1810 r. pchnął tę swoją „brytyjską Armadę” do zatoki Cala Moral, znajdującej się w odległości 2 km na południowy zachód od Fuengiroli. Wysadził tam na plaży wojsko brytyjskie, 5 ciężkich dział , w tym jedno 32-funtowe obsługiwane przez 96 brytyjskich kanonierów. Sam również wysiadł z okrętu i ruszył na czele połączonych sił brytyjsko-hiszpańskich drogą lądową a okręty płynęły równolegle. Stanowiły one ubezpieczenie artyleryjskie , bowiem HMS Rodney posiadał na pokładzie 74 działa.

Bezpośredni atak na Fuengirolę zaczął się od tego, że hiszpańscy patrioci zaatakowali stado krów pilnowanych przez polskich piechurów na łące pod twierdzą i zabijając dwóch z nich oraz porywając bydło. Była godzina 13. W reakcji na prowokację Hiszpanów 40 polskich żołnierzy wyskoczyło z bronią z twierdzy goniąc Hiszpanów i bydło. W tym momencie kapitan Młokosiewicz zobaczył na horyzoncie brytyjskie okręty i cofnął pogoń natychmiast.

O godzinie 14:00 brytyjska wyprawa lądowa dotarła pod zamek a generał lord Blayney wysłał emisariusza do zamku z żądaniem poddania. Na co kapitan Młokosiewicz odpowiedział: „Przyjdźcie i sobie weźcie”.

W tym momencie brytyjskie okręty otworzyły ogień a polska załoga musiała błyskawicznie opanować obsługę czterech starych dział, bowiem Hiszpanie uciekli. Optymistom szczęście sprzyja i sierżant Zakrzewski piechociarz w roli artylerzysty spisał się rewelacyjnie – zatapiając na wejściu jedną kanonierkę i szarpiąc parę innych. W tych okolicznościach przyrody Brytyjczycy wycofali się poza zasięg ognia polskich dział a twierdzę ostrzeliwały dwie brytyjskie fregaty.

Czas mijał i piechota brytyjsko –hiszpańska po przegrupowaniu ruszyła w regularnym ataku na twierdzę. Polska artyleria i piechota otworzyły ogień kładąc trupem dowódcę II batalionu 89 elitarnego Pułku Piechoty brytyjskiej Connaught Rangers i paru innych Anglików a z kolei wśród obrońców – ranny został sam dowódca Młokosiewicz i 13 żołnierzy oraz zostało zabitych trzech innych.

Nadeszła noc i wojsko brytyjskie nieco się wycofało a generał Blayney zarządził sprowadzenie na ląd dodatkowych dział celem urządzenia pod twierdzą stałych stanowisk artyleryjskich i zniszczenia jednej ze ścian muru obronnego zamku Sohail. Normalnie jak w II tomie „Potopu” Henryka Sienkiewicza Szwedzi pod Jasną Górą, tylko w znacznie lepszych warunkach pogodowych i krajobrazowych.

Tej nocy działy się i inne rzeczy mrożące krew w żyłach: załoga niedalekiej placówki w Mijas pod dowództwem porucznika Chełmickiego na odgłos wielogodzinnej kanonady od strony Fuengiroli – jak pisze docent wiki :”… prześliznęła się przez brytyjskie linie wokół zamku..” i dołączyła do obrońców twierdzy Sohail. Z kolei major Bronisz w Alhaurin zawiadomiony o ataku – wymaszerował ze swoimi siłami wczesnym rankiem 15 października 1810 r. w stronę Mijas i tam natrafił na oddział hiszpańsko –niemiecki w liczbie 450 sołdata, wysłany przez lorda Blayneya dla obsadzenia placówki Mijas.

Więc piechota polska „poszła na bagnety” i starła w proch dwukrotnie silniejszy oddział, po czym ruszyła na ratunek załodze Fuengiroli.

Od wczesnego poranka 15 października trwał silny brytyjski ostrzał artyleryjski zamku, w wyniku którego zniszczona została jedna z wież. Dopłynął też na miejsce HMS Rodney i „ten drugi okręt hiszpański” i wysadziły dodatkowe 932 żołnierzy piechoty brytyjskiej z I batalionu 82 pułku.

W tej sytuacji kapitan Młokosiewicz postanowił wykonać atak wyprzedzający na pozycje artylerii brytyjskiej całą posiadaną siłą w liczbie 130 żołnierzy, zostawiając rannych do pilnowania bramy.

Atak był takim zaskoczeniem, że hiszpański regiment obsadzający wzgórze z armatami z przewagą 10:1 czyli w liczbie około 1.300 sołdatów rozproszył się i wycofał. A polscy żołnierze opanowali jedną baterię armat – odwrócili te armaty i zaczęli ostrzeliwać siły brytyjskie. Mimo tego, że Polacy uczyli się obsługiwać te armaty „w biegu”, narobili potwornego zamieszania w oddziałach wroga, utrudniając znacznie przegrupowanie. Ostrzał ten trwał około pół godziny, czyli w tych warunkach – niemal wieczności. W ciągu pół godziny generał lord Blayney ogarnął swoje wojsko i rozkazał uderzyć na „polską baterię” ale Polacy wysadzili zapasy prochu tej baterii i już mieli zamiar wycofać się do twierdzy, kiedy lewą flankę Brytyjczyków zaatakował oddział majora Ignacego Bronisza, który nadszedł z odległego o 30 km Alhaurin, po drodze rozbijając oddział niemiecko-hiszpański.

Nastąpiło w siłach brytyjskich kolejne zamieszanie i odwrócenie uwagi od oddziału kapitana Młokosiewicza, który przegrupował swoje 130 osobowe „siły” i uderzył na brytyjskie wojsko – z prawej strony. W ataku brali udział również francuscy dragoni z twierdzy z 21 regimentu – w liczbie 30. Historia zapewnie wie, czy francuscy dragoni wystąpili jako kawaleria czy jako piechota, ale ja nie znalazłam informacji na ten temat.

Działo się to wszystko w czasie, kiedy HMS Rodney wysadzał 932 sołdatów I batalionu 82 Pułku i ci żołnierze wobec panującego chaosu – również się załamali…

…Wojskowy bilans bitwy jest następujący: po stronie polskiej 20 zabitych i 100 rannych , natomiast po stronie brytyjskiej: 40 zabitych, 70 rannych, 177 wziętych do polskiej niewoli , w tym dowódcę całej ekspedycji, utrata kanonierki, 5 dział, 300 karabinów, 60 tysięcy sztuk amunicji – plus ośmieszenie totalne i utrata twarzy.

Początkowo nikt nie chciał uwierzyć w tak porażające zwycięstwo trzech małych garnizonów piechoty polskiej z siłami posiadającymi taką przewagę. Generał Sebastiani przybył ze swoimi wojskami z Malagi w dniu 16 października 1810 r. i dopiero kiedy na własne oczy zobaczył „teatr wojny” wysłał raport do marszałka Soulta a Cesarz Francuzów czyli Napoleon Bonaparte odznaczył 18 grudnia 1810 r. Kapitana Franciszka Młokosiewicza , majora Ignacego Bronisza i porucznika Eustachego Chełmickiego – Legią Honorową. Ten to umiał docenić wojsko, bo sam był fachowcem najlepszym w branży do czasu, aż nie docenił „czynnika pogodowego”.

Kapitan Młokosiewicz był na ustach całej Europy, zwłaszcza w świecie wojskowym i negatywny wizerunek Polaków jako żołnierzy nie mógł być już wykorzystywany w propagandzie brytyjskiej. Co było czynione w propagandzie brytyjskiej wcześniej. Jego fanem był na przykład młodszy brat cara rosyjskiego wielki książę Mikołaj Romanow, przyszły car Mikołaj I.

Kapitan Franciszek Młokosiewicz walczył jeszcze „pod Napoleonem” m.in. w odwrocie pod Berezyną i w Bitwie Narodów pod Lipskiem w 1813 r. Następnie służył w 1815 r. w stopniu majora w Korpusie Inwalidów Królestwa Kongresowego.

W 1817 r. złożył dymisję i ożenił się. Pierwszą żoną była Anna Sokołowska posiadająca majątek w Omięcinie koło Radomia. Drugą żoną była pani Anna Janikowska primo voto Guźniewska, z którą miał troje dzieci: Konstantego, Ludwika i córkę Helenę.

Z pierwszego małżeństwa miał jedno dziecko, podobno syna. Ale w takim wypadku powstaje problem genealogiczny, bowiem wg bazy danych Geni Franciszek Młokosiewicz miał też córkę Annę, która była drugą żoną Leona Potockiego, syna Stanisława Floriana Potockiego. Z tego małżeństwa urodziła się Leonia Potocka herbu Pilawa Złota, która wyszła za mąż za pana Henryka Dobrzańskiego h. Leliwa i mieli oni troje dzieci, w tym syna Henryka juniora. Ten zaś ożenił się z panną Marią Lubieniecką h. Rola i tak dochodzimy do ich dwojga dzieci: pani Leonii Pappèe i Henryka Dobrzańskiego III, czyli Majora „Hubala”.

Zanim urodzili się ci wszyscy potomkowie a raczej potomkinie, to major Franciszek Młokosiewicz zdążył jeszcze „przystąpić do służby czynnej” w Powstaniu Listopadowym, gdzie uzyskał stopień pułkownika. Miał wtedy 62 lata. W bitwie pod Kałuszynem brał udział w ataku na prawą flankę wojsk rosyjskich, po którym uzyskał nominację na generała. Kiedy już Paskiewicz atakował Warszawę, Generał Młokosiewicz bronił Woli.
Po upadku Warszawy, rozejrzał się po całym kraju i zapewne pomyślał sobie „po co nam to było” i – poprosił o dymisję, złożył przysięgę na wierność Mikołajowi i wrócił do Omięcina. Mikołaj nigdy mu tego nie zapomniał i nagrodził go szlachectwem Królestwa Polskiego. Herb generała Młokosiewicza nosił nazwę Fuengirola i podobno (wg Szenica) :”… w polu czerwonym kamienna baszta sześcioboczna z blankami, w bramie baszty złoty lew w prawo spięty, miecz w prawej łapie do cięcia trzymający, w szczycie hełmu pół lwa jak w tarczy, w prawo paszczą w tył obrócony…”.

Co tu dużo mówić, każdy chciałby mieć taki herb…” (Pink Panther, źródło: szkolanawigatorow.pl – Kpt. Młokosiewicz, gen. Blayney, Fuengirola i masakra wizerunkowa Brytanii)

… i tylko jedno pytanie… Dlaczego o tej historii, która miała jak czytamy swój dalszy ciąg dzięki dziedziczeniu krwi dzielnego Młokosa w kolejnych pokoleniach (aż do „szalonego majora” Hubala), nie ma ani słowa w polskich podręcznikach? (Odys)

podobne: Niemożliwe? Nie dla Polaków, czyli…od Somosierry do Monte Cassino oraz: „Ci cholerni cudzoziemcy” i „Niepotrzebni bohaterowie” czyli… Polscy lotnicy w bitwie o Anglię. i to: Styczeń 1863 w służbie Piusa IX (Ostatni Krzyżowiec) oraz proroctwo św. Malachiasza a Paruzja czyli… bój śmiertelny o wieczność kontra pogoń za sensacją a także: „Śmierc przed nimi – w nich gromy – a wicher ich goni!” Szarża pod Rokitną 1915

Mariusz Kozik – Czwartak (Road to Fuengirola. 4 Pułk Piechoty Liniowej 1807-1815)

Warto pamiętać też o tym, że choć polski żołnierz wysługiwał się w tamtym czasie francuskiemu imperializmowi (w nadziei że ten przywróci Polskę do życia), to starał się zachować ludzkie odruchy względem wrogów Cesarza, za co w rewanżu spotykała Polaków osobliwa ze strony Hiszpanów sympatia/wdzięczność… (Odys)

III

„Po ukończonej kampanii w Niemczech r. 1809, dwa szwadrony pułku gwardyi ułanów, zostały odkomenderowane z garnizonu Chantylli pod Paryżem do Hiszpanii, w którym to czasie i z innych pułków kawaleryi gwardyi, tyleż poszło na tę wyprawę żołnierzy.
Oddziały te połączyły się z korpusem francuzkim pod komendą marszałka Bessiera, który miał utrzymywać na wodzy prowincyje północne Hiszpanii, a szczególniej starą Kastyliję, gdzie największa liczba była geryllasów, a nadto zwiastowały zawsze przybycie Napoleona do Hiszpanii, co było dla powstańców nie małym postrachem; – nim jednak ta kawaleryja gwardyi poszła w czynną kampaniją, miała przeznaczone miasto Castroherix (przypuszczalnie Castrojeriz – przyp. Pitrek) na dwu-miesięczny spoczynek, tak z trudów kampanii niemieckiej, jako i po odbytym uciążliwym marszu.
Miasto to położone w żyznej i kwiecistej okolicy Kastylii, odległe od Burgos ośm mil hiszpańskich, zamożne, ludne, a szczególniej odznaczające się wielką liczbą urodziwych Hiszpanek, nader przyjemny dla ułanów polskich zwiastowało spoczynek. Jako też w krótkim czasie przy łagodnym obchodzeniu się naszych żołnierzy, zawiązały się zabawy, związki przyjazne, a szczególniej intrygi miłosne, które na długi czas po wymarszu Polaków, zostawiły smutek w sercach czułych Hiszpanek. Po kilkunastodniowym pobycie, mogliśmy spokojnie na kwaterach zasypiać, gdyż sami mieszkańcy naszego komendanta o zbliżaniu się geryllasów uwiadamiali, mimo tego, szwadron służbowy był zawsze gotowy do boju, i kiedy w chwilach łagodnego wieczora, jedni wojskowi pod oknami pięknych Hiszpanek śpiewali nadwiślańskie pieśni, albo przy muzyce gitary, tańczyli z niemi bolero, inni z nabitą bronią około miasta pilnie patrolowali.
Tak dnia jednego na imieniny szefa szwadronu Stokowskiego, oficerowie zrobiwszy składkę, zaprosili najznakomitszych mieszkańców na wesołą tertulę: wieczorem pokoje alkadego ubrane w kwiaty, zajaśniały rzęsistem światłem, trębacze pułkowi zagrali fanfarę i wkrótce ujrzeliśmy zaproszonych gości; byli między nimi poważne matrony, w niedzielnych sukniach ojcowie, i w strojnych mantylach nadobne Hiszpanki; – zabrzęczały gitary i przy śpiewie sygidyllów, tańczyły młode dziewice z kastanietami zajmujące fantango; a kiedy sorbety, pomarańcze i zawsze ulubioną Hiszpanom czekoladę roznoszą obficie, stanęliśmy polskim zwyczajem z pełnemi madery kielichy, pijąc zdrowie solenizanta, a wtenczas przy odgłosie trębaczy i krzyku Hiszpanek, dwudziestu żołnierzy z karabinków dali ognia na wiwat. – Trwała uprzejma wesołość, zapomnieli Hiszpanie o zaciętej wojnie, o nienawiści, o geryllasach, nie myśleli w tej chwili, że może niebawem będziemy mieli z ich synami krwawą przeprawę…

nakoniec gdyśmy po odebranym rozkazie opuszczali ten wesoły spoczynek, udając się do Valladolid, wszyscy mieszkańcy nas o ćwierć milę za miasto odprowadzili, gdzie przy muzyce trębaczy, przyjaznych pożegnaniach i łzach czułych Hiszpanek, spełniliśmy po kilka kielichów wina, idąc na nową przygodę z miłym wspomnieniem pobytu w Castroherix.

IV.

Kiedy po krwawym utłumieniu powstania w Madrycie w roku 1808 przez wojska francuskie pod wodzą Murata, duch zemsty ogarnął całą Hiszpaniję, a lud uchwycił za oręż, wtenczas we wszystkich prowincyjach tego kraju utworzyły się zbrojne hufce pod nazwiskiem geryllasów na wytępienie Francuzów i wojna przybrała morderczą postać; gdziekolwiek bowiem zdarzyło się tym powstańcom ująć żołnierza francuskiego kończył on w ich rękach życie w strasznych męczarniach; dlatego wojska francuskie działając równie w tym duchu, rozstrzeliwali geryllasów bez żadnego wyjątku w miejsce niewoli.
W takim stanie rzeczy smutno było częstokroć patrzyć na starców, kobiety i dzieci, które na wieść zbliżającego się oddziału Francuzów, przejęci strachem, opuszczali swoje siedziby, unosząc z sobą co mieli najdroższego, niepomni nawet gdzie znajdą schronienie lub gdzie ich noc ciemna zaskoczy.

Tak dnia jednego szwadron pułku gwardyji polskich ułanów, będąc w przedniej straży oddziału francuskiego pod komendą jenerała Rocigeta, ścigał w górach Biskai hufiec geryllasów zostający pod wodzą walecznego Miny; przeszedłszy skaliste góry i dzikie wąwozy, żołnierze polscy zoczyli zieloną dolinę, a śród tej zamożne miasteczko Ordunia, z którego w przeciwną stronę uchodzili żołnierze Miny a z niemi strwożeni mieszkańcy. Poszedł szwadron polski w pogoń, lecz geryllasy uszli w niedostępne ustronia, zostawując nieszczęśliwych mieszkańców po drodze tych żołnierze polscy nawracali do domów, zaręczając im pewność życia i majątku; na samym czele tego szwadronu pędził podoficer Markiewicz z ośmiu żołnierzami a oddaliwszy się od swej komendy, między tłumem uciekających napotkał podeszłą Hiszpankę przystojnie ubraną z dwoma przecudnej urody córkami, a przy tych trzy muły naładowane ich najdroższym majątkiem; gdy te kobiety zoczyły polskiego żołnierza, upadły na kolana i w straszliwej rozpaczy, sądząc się być bliskie utraty życia, drżącemi rękami podawały mu worki z pieniędzmi; wstrzymał konia nasz podoficer, spojrzał na nich z uczuciem litości, rzekłszy po hiszpańsku te słowa: „Jo soj Polaco” (ja jestem Polakiem), a wziąwszy przestraszone Hiszpanki pod swoją opiekę, z nietkniętym majątkiem odprowadził do ich mieszkania. Pamiętne były te słowa w Ordunie, bo kiedy we dwa lata powtórnie wkroczyliśmy do Hiszpanii i ścigając geryllasów stanęli na rynku tego miasteczka; mieszkańcy niosąc nam żywność z radosnym uczuciem witali Polaków; była między niemi i owa Hiszpanka ze swemi córkami, a ta dostrzegłszy Markiewicza już wtenczas będącego w oficerskim mundurze, witała go ze łzami wdzięczności, nazywając go swym obrońcą, swym synem. Zjak szczerą chęcią życzyliśmy w tem miejscu przyjaznym choć dzień jeden wypocząć, ale nielitościwa trąba, po dwugodzinnym spoczynku, znów dała hasło do marszu i znów poszliśmy za geryllasami w góry i wąwozy, gdzie miłe przyjęcie mieszkańców Orduni przebiegło jak sen zwodniczy…

V.

…kiedy kołnierze nasi unieśli się w inną stronę, a on cięty w rękę upuścił pałasz i koń ugodzony śmiertelnym wystrzałem z pistoletu, padł pod nim; wtenczas karabinijery leżącemu na ziemi, zadawszy w głowę kilka śmiertelnych ciosów, uszli za swoimi, a on okryty ranami, bez zmysłów obok swego konia, przez noc całą leżał, bez żadnego ratunku; ze świtem, gdy cokolwiek odzyskał przytomność, usłyszał głos ludzki; myśląc, że koledzy przychodzą mu w pomoc, zaczął się dźwigać, lecz niestety! zamiast kolegów, ujrzał kilkunastu chłopów hiszpańskich z dwoma mułami, niosących z pobojowiska różne sprzęty wojskowe; dostrzegłszy rannego i widząc, że jeszcze żyje, rzucili się z krzykiem zemsty, chcąc go zamordować, lecz jeden, poznawszy mundur, zawołał: „Dajcie pokój, to jest Polak!” te słowa złagodziły dzikich Hiszpanów; wziąwszy go na muła, przyszli z nim do rozległej włości, gdzie go oddali do klasztoru, lecz tam zamiast ratunku, został wtrącony do ciemnego lochu, a tak straciwszy ostatnią nadzieję, znękany na ciele i umyśle, oczekiwał oziemble chwili, która miała zakończyć jego niedolę.
Gdy szczęśliwym zdarzeniem w parę dni po tym wypadku, przechodził kapitan francuzki z rannemi (o którym mówiłem), i pod tą samą wioską w gorących godzinach południa, kazał wypocząć żołnierzom; na wieść przybyłych, uradowani Hiszpanie, wybiegli tłumem z wioski, chcąc się nacieszyć widokiem rannych Francuzów, lecz w tej zgrai szyderczej różnego wieku i płci, była młoda Hiszpanka, która pod pozorem widzenia z-blizka obozu, przebiegłszy obok komendanta oddziału, wyrzekła prędkim lecz cichym głosem te słowa: W klasztorze jest Polak, a przyłożywszy palec na usta, na znak milczenia znikła w tłumie ciekawych; zrozumiał ją kapitan francuzki, wziął dwunastu żołnierzy, poszedł do klasztoru i przemocą wydobył z ciemnego więzienia nieszczęśliwego…”

więcej wspomnień z kampanii hiszpańskiej tu: Stanisław Hempel, Wspomnienia wojskowe

Dla wielu z tych ludzi bycie polskim żołnierzem oznaczało jednocześnie bycie człowiekiem, zaś wszechobecny katolicyzm narodu z którym przyszło im walczyć zmuszał niejednokrotnie do refleksji nad słusznością dochodzenia własnej wolności kosztem wolności Hiszpanów.  Stanowiliśmy jednak wierny i skuteczny element znienawidzonej przez obrońców machiny wojennej Napoleona. Byliśmy najeźdźcami, i nie zawsze było tak wesoło i różowo jak wspomina Hempel. Służbę „wskrzesicielowi Polski” traktowali bowiem Polacy bardzo poważnie. Dopiero w miarę „postępów” owej krwawej służby w której nie było nic rycerskiego, zaczął kiełkować w nich bunt. Zwłaszcza gdy zauważyli że są przez Francuzów traktowani instrumentalnie, oraz wykorzystywani do brudnej roboty… (Odys)

Wizja Napoleona – Wojciech Kossak

„Za cezurę w polskich zmaganiach z Hiszpanią Robert Bielecki uznał 1809 rok, gdy

prysły już iluzje, że walcząc z powstańcami, walczą o własną ojczyznę. Ci, którzy mogą to uczynić, biorą dymisję [chodzi tylko o oficerów – A.N.], wracają do kraju bądź przenoszą się do oddziałów polskich stojących we Francji. Ci natomiast, których rozkaz cesarski zmusił do pozostania w Hiszpanii przekształcili się z wolna w żołnierzy armii okupacyjnej. Zdają sobie oni sprawę, że słuszność leży po stronie powstańców i znacznie rzadziej niż Francuzi uczestniczą w mordach, gwałtach i grabieżach popełnianych na ludności cywilnej. Wojna jednak jest tak zaciekła, że nie mogą pozostać na uboczu wydarzeń. Zmusza ich do tego obawa własne bezpieczeństwo, przeświadczenie, że chwila słabości i współczucia dla Hiszpanów może kosztować ich samych utratę życia, powstańcy bowiem często nie czynią różnicy między Francuzami i Polakami, traktując wszystkich żołnierzy Napoleona jak najeźdźców swej ojczyzny

Polskich wyższych oficerów dodatkowo męczyło rozbicie większych jednostek i poczucie, że Francuzi łatwiej szafują polskim (czy niemieckim) mięsem armatnim. Najmocniej protestował dowódca 4 pułku, Feliks Potocki, którego list utkwił w papierach marszałka Davouta, mimo że zaadresowany był (13 kwietnia 1809 roku w Manzanares) bezpośrednio do Napoleona: 

Sire,
Spełnienie Waszej Cesarskiej Mości jest świętym obowiązkiem każdego dobrego Polaka. Zasłużyć sobie – przez nasze oddanie i staranne wypełnianie obowiązków – na aprobatę naszych zwierzchników i łaskawość wyzwoliciela, któremu zawdzięczamy Oyczyznę naszą, to dla nas niezłomne życzenie; to ono kazało nam opuścić domostwa nasze. Jednak Sire! Wola nie wystarczy gdy brak środków jej spełnienia, gdy paraliżuje się w naszych rękach wszystkie zasoby; gdy zatruwa się wszystkie źródła moralnej zachęty.
Czułem się w obowiązku przedstawić – za pośrednictwem pana generała Savary gorycz, jaką sprawia nam nasza sytuacja. Od tego czasu meldowałem bezpośrednio – jako dowódcy wojsk – Jego Wysokości Wicekonetablowi [czyli Berthierowi – A.N.] o niszczących środkach użytych do dezorganizacji trzech pomocniczych pułków polskich. Jeszcze teraz trwają wysiłki, by zrzucić na nas, bośmy cudzoziemcy, całą ohydę postępowania armii francuskiej z mieszkańcami tego kraju. Posiadanie funkcji bez możliwości godnego wypełniania związanych z nią obowiązków, nie jest moim celem, Sire! I nie może pogodzić się z mym charakterem. To nie jest służba ani memu krajowi, ani Waszej Cesarskiej Mości.
Zbyt cierpię naocznie obserwując pomiatanie dowodzonym przeze mnie pułkiem, jego degradację i wyniszczenie, a nie mogę temu zaradzić. Błagam Waszą Cesarską Mość by powierzył go komuś innemu, a mnie pozwolił powrócić do domu, poświęcić skromne środki służbie mojemu krajowi i spokojności mej rodziny. 

List ten znalazł się u Davouta (nie wiemy, czy był czytany przez Napoleona) zapewne z racji starań żony pułkownika, Zofii, która jeszcze
w początku marca, korzystając z warszawskiej dawnej znajomości, zabiegała u marszałka o zgodę na dymisję pułkownika. Podkreślając, że nie wypełnia woli męża, a własną, pisała w bardzo osobistym liście: „uważam, że jest, wiem że jest nieszczęśliwy w Hiszpanii, a nie mam ani odwagi ani oddania, by walczyć z cierpieniem tych, których kocham”. Ani zabiegi Potockiego „po drodze służbowej”, ani działania żony nic nie przyniosły, dopiero rana, którą odniósł 11 sierpnia 1809 roku, przyniosła pułkownikowi zwolnienie już po miesiącu. Umarł dwa lata później jako ostrożny przeciwnik Napoleona, podejrzewany o udział (jeśli nie o kierownictwo) w antynapoleońskich knowaniach lat 1810–181132.
Hiszpania to nie tylko beznadziejna, niekończąca się kadencja walk i wyczekiwania, to także tęsknota za krajem i bliskimi. (…) W pamiętnikach weteranów (dla lat 1810–1812 poza Sułkowskim i braćmi Hemplami prawie nie mamy listów) znaleźć możemy wszystko.
Wspomnienia mówią często o poprawnym współżyciu, a nawet, jak w okupowanym przez szwoleżerów Castrogeriz, „intrygach miłosnych, które na długi czas po wymarszu Polaków zostawiły smutek w sercach uroczych Kastylianek”. Może przyciągali dziewczęta dlatego, że byli bardzo młodzi i emanowali egzotyką? A może i dlatego, że doświadczeni okupacją własnego kraju, lepiej od Francuzów czy Niemców rozumieli uczucia gospodarzy – tych akceptujących nowy reżim, jak i jego wrogów. „Hiszpanie zawojowani, lecz silni dobrą sprawą”, przyznawał po latach ułan nadwiślański Kajetan Wojciechowski. A oficer szwoleżerów Józef Załuski – trochę z przekory, trochę dla uniknięcia prowokacji miejscowych, odśpiewał im na balu hiszpańską pieśń ze słowami:

„Do broni spieszcie patrioci
walczyć, umierać lub zwyciężyć.
Wojna zawsze niegodziwemu tyranowi!
nienawiść wieczna bezbożnemu Francuzowi!”

Po incydencie (wyobraźmy sobie popłoch lokalnych władz!) ustały ponoć nagabywania Polaków i wezwania do dezercji, tym bardziej że krzyże na kokardach i piersiach oraz niedzielne marsze żołnierzy do kościoła, nieznane „heretyckim” Francuzom, podobały się konserwatywnej hiszpańskiej prowincji. Choć, jeśli wierzyć Załuskiemu, najstarsi i tak sarkali na „polityczne msze” z Polakami w czapkach i mamelukami w turbanach…
Jak to bywa przy dłuższym postoju okupantów, obie strony uczyły się siebie nawzajem i w obopólnym interesie dbały o bezpieczeństwo. We wspomnianym Castrogeriz o pojawieniu się partyzantów Alcado (wójt) zaalarmował ponoć Polaków podczas balu (grali na nim pułkowi muzykanci). „Po tej wyprawie – wspominał Chłopicki – powróciwszy do Castrohix znów śpiewaliśmy sygidylle i krakowiaki, tańczylismy bolero i upędzaliśmy się często za geryllasami”. „Woyna bardzo jest zabawna, iednego dnia tańcujemy a drugiego się bijemy”, skomentował tę naturalną dla młodości mieszankę szwoleżer Staś Hempel…

(…)

Spędziliśmy trzy lata naszej młodości na nauce wojny w Hiszpanii, 1808, 1810, 1811, wkroczyliśmy do tego kraju pełni zaufania w potęgę i szczęście naszego wskrzesiciela, opuszczaliśmy Hiszpanią dużo rozczarowani. Cóż się pozostało Francji z zamierzonego podboju Hiszpanii? Dym i popiół, te godła znikomości, chcę mówić: cygarry. Do roku 1808 nie znał kontynent Europy tej namiętności hiszpańskiej, od tej chwili dopiero ta zdobycz Francji rozeszła się po całej Europie41.”

źródło: Andrzej Nieuważny „Pozostały tylko … cygarry”. Opinie polskich weteranów o wojnie w Hiszpanii w świetle ich korespondencji

Kiedyś gdzieś czytałem że Napoleon pokłócił się o „dyscyplinę” w cesarskiej armii z marsz. Davout który był zwolennikiem porządku i surowego karania swawoli żołnierskiej na podbitych terenach. Z kolei przez niektórych biografów charakteryzowany był jako bezwzględnie (dosłownie) posłuszny Cesarzowi, i do tego stopnia w niego zapatrzony, że gdyby mu rozkazał spalić Paryż to rozkaz byłby wykonany.

No właśnie. Z kim myśmy się zadawali. To tak jakby wojsko II RP współpracowało z bolszewikami w ich podbojach… Coś nie do pomyślenia, a przecież analogia i perspektywa niemal identyczna. „Świętość” sprawy naszej niepodległości wobec tego całego okrucieństwa (na dodatek w służbie rewolucji) jest niestety słabym argumentem na usprawiedliwienie środków jakich żeśmy się imali by tę „świętość” osiągnąć.

Może to właśnie dlatego Polska nie zasłużyła sobie „u góry” na wskrzeszenie w tamtym czasie, a Księstwo Warszawskie musiało upaść. Potem zaś było już tylko gorzej. Nie wiem czy nie gorzej jak to przy czym pomagaliśmy wcześniej Francuzom w Hiszpanii (i w innych miejscach jak np Santo Domingo). Z perspektywy czasu nasze dalsze dzieje wyglądają jak dopust Boży i pokuta za złożenie „sprawy narodowej” na ołtarzu napoleońskich ambicji… (Odys)

podobne: „Pamiętna wiosno wojny, wiosno urodzaju!”. Prawdziwe oblicze kampanii rosyjskiej z 1812 roku oraz: Styczeń 1863 w służbie rewolucji czyli wyzwolenie z rozumu i własności… „Był sobie kraj…” i to: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego.

Edouard Detaille – Polski Szwoleżer-Lansjer Gwardii Cesarskiej z fajką

O różnicy między „lewicą” i „prawicą” czyli… kto w demokracji ma większe prawo prowadzić lud na barykady by realizować scenariusz grabieżczo-rozbiorowy zwany czasem solidarnością


rys. Andrzej Krauze

„…dwa obecnie najważniejsze obszary dyskusji politycznej są ze swej istoty fikcyjne. I jak każda fikcja zwalniają do obowiązku myślenia oraz zastanawiania się naprawdę nad tym co robić, jak robić i jakie są okoliczności brzegowe. Animatorzy dyskusji barykadowej i lewicowo-prawicowej czuję się w swoich rolach świetnie, bo albo ze szczętem już zgłupieli, albo ktoś ich przekonał, że tak właśnie trzeba. Myślę, że nie pieniędzmi bynajmniej, ale dobrym słowem i równie fikcyjnym co owe dyskusje wyróżnieniem, jakimś takim mianowaniem na intelektualistę…

… Każdy członek organizacji „oddolnej” marzy o tym, by stać się członkiem organizacji „odgórnej”, bo dobrze wie, że w strukturach sprofilowanych i zaprogramowanych na osiągnięcie szybkiego sukcesu nic takiego jak tenże sukces nie nastąpi. Istotną bowiem funkcją organizacji oddolnej jest jej jak najszybsze podłączenie do jakiejś innej struktury mającej budżet i kierowanej przez kogoś „z pomysłem”.
Organizacja musi mieć lidera, a ten lider musi mieć cojones czyli jaja jak się mówi u nas w Polsce i to jest warunek powodzenia organizacji oraz jej wiarygodności…

W blogosferze głównym zajęciem „jastrzębi” wzywających lud na barykady jest właśnie szukanie ludzi z cojones, wręcz ich typowanie. (…) Oni zasypiając wyobrażają sobie jak pędza z mieczem na tłumy gorzej uzbrojonych i słabszych pod każdym względem wrogów, pierzchających przed nimi w popłochu. Oni wierzą w to, że można pokonać rząd przelewając cudzą krew na ulicach, wierzą w to, że ludzie zdesperowani miast milczeć i przeżywać swoje upokorzenie w samotności wyjdą na ulicę pełną prowokatorów i ruszą z kamieniami w rękach w kierunku siedziby Donalda Tuska. To są projekcje szkodliwe i po prostu zdradzieckie.
Konflikt pomiędzy lewicą i prawicą jest także konfliktem fikcyjnym. Został on dawno temu zbudowany wokół kwestii własności. Ci co mieli byli prawicą, a ci co nie mieli – lewicą. Chcieli oni ponadto zmiany stosunków społecznych tak, by było na odwrót – niech prawica nie ma, a lewica ma. Chcieli jednym słowem takiego prawa, które usankcjonuje rabunek. I to się im udało. Nazwano ten przekręt rewolucją – to była wersja hard, albo demokracją – wersja soft. I teraz prawica nie ma, a lewica ma. Własność jednak nie jest już tym wokół czego koncentrują się różnice polityczne. To jest złudzenie pracowicie utrzymywane w blogosferze i publicystyce. To jest złudzenie wprost przeznaczone dla aspirujących członków organizacji „oddolnych”. I dla nikogo więcej

W ogólnym rozrachunku chodzi o takie pojęcia, które zapewniają ideologiczną ochronę własności dużych i wpływowych grup, oraz – jednocześnie – kwestionują prawa do własności grup innych i czynią z tej ich własności balast ściągający członków tych grup na samo dno. To jest właśnie walka polityczna w wydaniu soft. Teraz spróbujmy sobie wyobrazić co się stanie kiedy ona się zaostrzy. Ona się już zaostrza a poznajemy to po coraz większym zadłużeniu, w które ludzie popadają z dnia na dzień. Kiedy już dług przekroczy masę krytyczną zacznie się – tak myślę – wielka windykacja. W skrócie WW. I wtedy dojdzie do prawdziwego kryterium ulicznego, na które bynajmniej nie czekają ci co głoszą jego potrzebę dziś. To będzie takie kryterium, którego oni nie chcieliby widzieć w najczarniejszych snach, ale może się zdarzyć, że zobaczą. I niestety nie dojdzie wtedy do zmiany władzy przez ludzi, ale do czegoś wręcz odwrotnego – do zmiany ludzi przez władzę…” (cdn.)

Czytaj dalej

Magnetyzm socjalizmu od przedszkola do Opola czyli śladami hrabiego Ronikiera – towarzysza „Istotek” po „wesołym miasteczku” (Kaczmarskiego)


Za rękę prowadzony
Gdzie szyldy i neony
Patrzyłem z zachwytem na świat dookoła mnie.
Tu lody i cukierki,
Tam piwo i serdelki
Z głośników zaś strażacka orkiestra w trąby dmie.

Paweł Kuczyński – Journey

I ludzie tacy żywi
I wszyscy są szczęśliwi
I czuję niejasno, że też ze szczęścia drżę…
Chcę śmiać się, cieszyć, gadać
I bawić się, lecz nadal
Za rękę mnie prowadzą i jeszcze nie wiem gdzie.

Wesołe miasteczko! Tu słońca z tektury
Wciąż skrzą się światłością żarówek tysiąca.
I wtedy, gdy niebo zaciągną burz chmury,
I wtedy, gdy nie ma już słońca.
W wesołym miasteczku w powietrzu jest radość,
Tu ten dziś się śmieje kto wczoraj chciał łkać
I nigdy tym śmiechom nie stanie się zadość,
Nawet kiedy nie będzie już z czego się śmiać.

Gabinet krzywych luster –
Znikają oczy usta,
A za to rosną uszy i ogromnieje brzuch!
A obok już inaczej:
Twarz cała jakby płacze
I tułów pokręcony, wystarczy tylko ruch.

A potem karuzela
I coraz szybciej, śmielej,
I już mi nie przeszkadza, że ciągle w kółko gna!
Pod niebem z ziemi szydzę
I świat pod sobą widzę
I wiatr mi świszcze w uszach, orkiestra marsza gra!

Luis Quiles – Master of puppets

Wesołe miasteczko! Tu słońca z tektury
Wciąż skrzą się światłością żarówek tysiąca.
I wtedy, gdy niebo zaciągną burz chmury,
I wtedy gdy nie ma już słońca.
W wesołym miasteczku w powietrzu jest radość,
Tu ten dziś się śmieje kto wczoraj chciał łkać
I nigdy tym śmiechom nie stanie się zadość,
Nawet kiedy nie będzie już z czego się śmiać.

Gdy spłynę już spod nieba
Na ziemi stanąć trzeba –
Niełatwo; zamęt w głowie, kolana dziko drżą.
Strzelnica się podsuwa,
Więc staję biorę spluwę.
Pojawia się sylwetka – niweczę strzałem ją!

Ktoś obok w cieniu stoi,
Podsuwa mi naboje,
Ja mierzę, strzelam, mierzę i strzelam raz po raz!
Wyjmuje ktoś spod lady
Ordery z czekolady
I dla mnie – rozgrzanego – już przestał istnieć czas…

Wesołe miasteczko! Tu słońca z tektury
Wciąż skrzą się światłością żarówek tysiąca.
I wtedy, gdy niebo zaciągną burz chmury,
I wtedy gdy nie ma już słońca.
W wesołym miasteczku w powietrzu jest radość
Tu ten dziś się śmieje kto wczoraj chciał łkać
I nigdy tym śmiechom nie stanie się zadość,
Nawet kiedy nie będzie już z czego się śmiać.

Więc rzucam broń i pędzę!
Gdzie – nie wiem – byle prędzej,
Orkiestrą huczy głowa, a w skroniach tętni krew!
I widzę beczkę śmiechu –
Wskakuję bez oddechu,
Wiruję! Wpadam w otchłań! I nie ma mnie!

Jest śmiech.

Jacek Kaczmarski„Ballada o wesołym miasteczku”

„…wszelkie pomocowe ideologie, wszelkie współczucia okazywane biednym i potrzebującym, które nie mają kontekstu religijnego, a jedynie doczesny służą wojnie i dewastacji. Cały socjalizm w Polsce służył temu, by zdewastować lokalne inicjatywy gospodarcze i zniszczyć więzi – finansowe i religijne – spajające niewielkie społeczności, łączące się potem w naród. Nigdy dość przypominania o tym. Kiedy zaś już się udało to zrobić, wyzwoleni od złego pana parobcy i chłopi szli w kamasze, albo do fabryk, sam zaś pan szedł na żebry lub do piachu. Tym zaś wyzwolonym już i szczęśliwym, socjalizm natychmiast proponował wpłacanie składek na kasę chorych i ubezpieczenia powszechne i przymusowe. – Alternatywą – mówili socjaliści – jest żebranie pod kościołem. Może nie zawsze? Może gdyby nie było socjalistów i ich oszukanej gawędy dałoby się zorganizować wszystko inaczej? Może jakaś opcja została usunięta sprzed naszych oczu, a na jej miejsce wstawiono Żeromskiego i jego fałszywe współczucie? Będziemy się nad tym zastanawiać. Jedno jest w tym wszystkim najistotniejsze – ubezpieczenia właśnie. O ile mnie pamięć nie myli, znany działacz komunistyczny Adolf Warski także pracował w towarzystwie ubezpieczeniowym. Niestety informacja ta już zniknęła z wikipedii. Pisałem o tym kiedyś w tekście o Newerlym.

Zniszczenie społeczności lokalnych, niezadłużonych i połączonych tysiącznymi, drobnymi zależnościami otworzyło drogę do serc i umysłów oszustom na masową skalę. I to jest istotny sens działania socjalizmu. Ludzie zajmujący się ubezpieczeniami są moim zdaniem kluczowym elementem gangów socjalistycznych, ale my ich nie widzimy, bo podchodzimy do kwestii socjalizmu bardzo emocjonalnie. Tak jest on zresztą skonstruowany, ma stymulować emocje. Do tego są socjalizmowi potrzebni pisarze i poeci, bez nich ten kosmiczny przekręt się nie obejdzie i dlatego mamy do dziś te wszystkie świeckie kulty, które objawiały się nam co roku, we wrześniu, w postaci nowej listy lektur szkolnych…” (coryllus – O treściach istotnych i tych drugich)

podobne: Szewczak: Do OFE przypisano nas bez pytania. To jedno z największych oszustw III RP… Jeśli tak to jak nazwać ZUS? Michalkiewicz podaje rozwiązanie oraz: Studiować każdy może… ale nie każdy widzi w tym sens. Inteligencki etos żeromszczyzny i to: Na chłopski rozum o „transmisji myśli w kosmos”, talencie wybrańców losu, transgresji i ektoplazmie „poezji” czyli… „o mafii bardzo kulturalnej” („arystokracji rozumu”) oraz magii Nobla Władysława Reymonta (alias Rejmenta-Balcerka)

„…Po co ludowi oświata? To jest fetysz największy i najbardziej czczony do dziś. No, ale po co ona jest? Po co chłop ma czytać? No po to, powiedzą zwolennicy oświaty ludowej, żeby go stary Szczerbic nie oszukiwał, żeby mu nie potrącał z dniówki i żeby chłop mógł się zapoznać z najnowszymi trendami światowej polityki. A po co Szczerbic miałby oszukiwać chłopa? On go wynajął do pracy, dał mu mieszkanie w czworakach, zakazał chlać na umór, wypłacał dniówkę, a także serwituty, żeby chłop miał co jeść i gdzie spać, a także czym się ogrzać. No tak, powie zwolennik oświaty ludowej, ale w ten sposób Szczerbic odgradzał lud od cywilizacji i jej zdobyczy, nie pozwalał chłopom robić karier w korporacjach i wyjeżdżać do miast, gdzie mogliby zaciągać korzystne kredyty na zakup mieszkań własnościowych. To prawda, stary był z całą pewnością przeciwny takim imprezom. Obstawiamy tę opcję w ciemno, choć przecież za dużo o nim nie wiemy.

Jakie argumenty mają jeszcze za pazuchą zwolennicy oświaty ludowej? No, takie, że jak ktoś umie czytać to przeczyta i nie da się w ten sposób oszukać nikomu, bo będzie wiedział co jest napisane. Wszyscy umiemy czytać i pisać, niektórzy nawet w obcych językach i co? Nie dajemy się oszukiwać? Nie chcę ciągnąć tych rozważań w powyższym tonie, bo wszyscy wiemy o co chodzi i po raz nie wiem który powracamy do tych samych konkluzji. Nie ważne kto i co pisze, ważne kto i gdzie tę pisaninę dystrybuuję. Ważne jest także jak ona jest promowana. Autorów można wystrugać z czegokolwiek, przykład Twardocha jest tu najwyraźniejszy. A do tego jeszcze znajdą się zawsze frajerzy gotowi, na podstawie li tylko poruszanych przez takiego wystruganego tematów, ogłosić go jednostką wybitną. Bo przecież jasne, że jak ktoś pisze o Panu Bogu, dylematach księży, rozważa różne poważne kwestie religijne, to nie może mieć złych zamiarów, o nie. Kiedy się już ma autorów, deprawuje się ich pieniędzmi i za pomocą usłużnej i opłaconej prasy czyni wielkimi. Później zaś można już wszystko. Rzecz najważniejsza to wykreowanie odbiorcy, który nie rozumie po co i dlaczego czyta – o to postarają się już dziewczyny niosące kaganek oświaty pod strzechy, różne siłaczki i ABC dobre panie. Odbiorca nie posiadający własności jest niewolnikiem dystrybutora. W naszych okolicznościach chłop oświecony za pomocą groszowych broszurek stał się niewolnikiem Bolesława Hirszfelda i Bronisława Natansona, albowiem to oni kontrolowali kanały dystrybucji literatury dla ludu…” (coryllus – Oświata ludowa, czyli mądrości Stefana Ż)

podobne: Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjach oraz: Nobel Dylana i promocja obłędu za publiczne pieniądze w „fabryce bestselerów” czyli… Paranienormalny(ch) „klub literata i literatki” i to: Czas odkrywa prawdę (historii) czyli… ile jest wiedzy w wykształceniu i po co nam uniwersytet?

„…Moja córka, na przykład, czyta sobie książki Holly Webb o zwierzętach. To znaczy o małych dziewczynkach, które ratują zwierzęta. To są same emocje i ja nie mogę zupełnie tych książek znieść, bo nawet najprostsze manipulowanie emocjami rozwala mi zupełnie dzień. A tam są same nieszczęścia, szantaże podprogowe i wielkie, kocie oczy, patrzące na człowieka tak, że ma ochotę uciekać na biegun północny. Wszystko kończy się dobrze, ale jakie to ma znaczenie…każdy kto kiedykolwiek się wzruszał poważnie wie, że żadnego. Z dziecięcego serca nie da się usunąć takich śladów.

No więc ona czyta sobie Holly Webb, a razem czytamy Pana Samochodzika. Ja już dostaję drgawek od tego Samochodzika, ale czytam twardo, bo ona go uwielbia. Najbardziej niestety lubi te książki, które mnie wprawiają w osłupienie ze względu na charakter zawartych tam treści. „Pan Samochodzik i Winnetou” czytamy już chyba czwarty raz i znoszę to niestety coraz gorzej. O wiele rzadziej czytaliśmy moją ulubioną „Tajemnicę tajemnic”. Na szczęście oboje zgadzamy się, że „Niesamowity dwór” jest bardzo dobry i wracamy do niego równie często jak do „Winnetou”. No i jeszcze „Księga strachów”, którą ona uwielbia ze względu na demoniczną ciotkę Zenobię, funkcjonariuszkę kontrwywiadu wojskowego PRL. No ale to wszystko są książki, które były już napisane kiedy ja przyszedłem na świat. Podobnie jak książki o przygodach Tomka Wilmowskiego, które także wielu z nas tutaj obecnych czytało w dzieciństwie. Wciągamy w te treści nasze małe dzieci z jednego powodu – nie ma nic lepszego. I to jest naprawdę straszne. A nie dość, że nie ma nic lepszego, to jeszcze nie ma sprecyzowanej misji jaką miałby spełniać książki dla dzieci. Ta cała Holly Webb ma po prostu wzruszać i od wzruszeń uzależniać małe dziewczynki. Samochodzik miał nakłaniać chłopców do tego, by zostawali ormowcami i współpracowali z tajną, komunistyczną, policją. Tomek Wilmowski i jego przyjaciele, byli jak mniemam, agentami wywiadu cesarskich Niemiec i Wielkiej Brytanii. Jeśli zaś idzie o bardziej współczesne produkcje dla dzieci, to w zasadzie zostają tylko książki okultystyczne, importowane z krajów anglosaskich i nic więcej. Nie będę o tym pisał, bo wszyscy wiemy o co chodzi i wielokrotnie kwestie te tutaj omawialiśmy. Chodzi mi to, jaki charakter powinny mieć polskie książki dla dzieci. O czym powinny traktować i jakie postawy miałby kształtować w małych obywatelach Rzeczpospolitej. Celowo używam takich podniosłych słów, albowiem co roku mamy to narodowe czytanie z udziałem prezydenta i ono, jak mniemam służy właśnie temu, by kształtować postawy i dawać przykład młodym ludziom. No, ale co czyta prezydent? Tak zwaną klasykę. Ta zaś już niebawem zostanie podzielona na książki potrzebne i ważne – Gombrowicz, Żeromski – i książki nieważne i przestarzałe – Prus, Sienkiewicz. Te ostatnie jako wrogie nowemu społeczeństwu zostaną usunięte z kanonu. Być może prezydent czyta także jakieś książki dla dzieci, ale ja nic o tym nie wiem. Bo i niby jakie miałby czytać? Przecież nie Samochodzika, który był poza oficjalnym, szkolnym obiegiem, choć wszyscy się w nim zaczytywali. Za dużo tam milicji…” (coryllus, całość tu: szkolanawigatorow.pl – O książkach dla dzieci)

podobne: Quo vadis „polska” edukacjo? czyli… Mickiewicz i Sienkiewicz w odstawkę oraz: „Szkoła” Jacka Kaczmarskiego czyli zapowiedź najnowszej książki Gabriela Maciejewskiego („Socjalizm i śmierć”)… Bo wszystko już było (na kole historii) i to: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu a także: O dzieciach krzywdzonych w imię POstępu i tolerancji

„Sukces socjalizmu polega między innymi na tym, że składa on programowe obietnice kobietom. One są całkowicie bez pokrycia, ale wywołują niezwykle silne emocje. Kobieta zaś w stanie emocjonalnego wzburzenia zdolna jest w zasadzie do wszystkiego. Poproszone o pomoc dziewczyny z dworków i pałaców, gotowe są poświęcać swój czas i życie dla, przepraszam najmocniej panie, piździelców takich jak Stefan Żeromski. I to jest jeszcze pół biedy, bo wtedy przynajmniej widzimy, że są one świadome czynów, których się podejmują. Tak było z nieszczęśliwą Faustyną Morzycką, która zapisała się na kurs rzucania bombami. Gorzej znacznie jest w przypadku dziewcząt młodych, które działają nie w ramach jakichś emocjonalnych poświęceń, ale dlatego, że ekscytuje je sam udział w akcji. Weźmy taką Wandę Krahelską, największą bohaterkę ruchu socjalistycznego. Dlaczego największą? Bo nie trafiła bombą w Skałłona. Potem zaś, w czasie procesu sam Skałon robił wszystko, żeby ludziom, którzy chcieli go zabić nic się nie stało. Niestety nie wiemy ile za to wziął. Wracajmy jednak do Krahelskiej. We wszystkich podręcznikach piszą, że Krahelska postanowiła wziąć udział w zamachu na gubernatora, bo jej narzeczony został doprowadzony do samobójstwa nieludzkimi metodami śledczych. To z całą pewnością nie jest prawda. Śledczy czy żandarm mógł pobić kolbą albo wyciorem jakiegoś biednego Szmula z Nalewek, mógł zaprawić piąchą jakąś Ryfkę, ale przed uderzeniem narzeczonego Krahelskiej to on się trzy razy zastanawiał nad tym, czy mu się to opłaca. Nie wiemy dlaczego ten narzeczony targnął się na życie. Być może Krahelska kopnęła go w plecy, bo ją znudził, bo nie rozumiał emocji, które grają w jej sercu. On zaś nie mógł tego zrozumieć i targnął się na życie. Krzywicki Ludwik pisze nam wprost, że Krahelska na pytanie – dlaczego rzuciła bombą w Skałona odpowiadała zawsze jednakowo – bo dostałam taki rozkaz. Ani razu nie wspomniała o narzeczonym. Dorobiono tę legendę później.

Krahelska jest tutaj przykładem najbardziej wyrazistym. Oto rewolucja rekrutuje zdecydowane, żądne emocjonalnych przygód, dziewczyny, które się po prostu śmiertelnie nudzą. I tylko socjalizm podnosi temperaturę ich emocji do właściwego poziomu

…celem cząstkowym socjalizmu, było zagospodarowanie emocji kobiet. Te zaś od razu zostały dobrze rozpoznane, co widać na przykładzie Krahelskiej, oraz Paszkowskiej. Ta pierwsza przeżyła wszystkie reżimy i zmarła w czasach całkiem nam nieodległych, otoczona nimbem bohaterstwa, choć przecież nie trafiła bombą w Skałona. Tej drugiej nikt nie proponował małżeństwa, rozumiejąc przecież, że nie takich emocji pani Maria poszukuje. Socjalizm oferował dziewczynom akceptację totalną. Pytanie istotne jednak brzmi – czy inni nie oferowali takiej samej akceptacji? Faustyna Morzycka, wychowanica dyrektora i założyciela nałęczowskiego sanatorium, mogła robić co chciała i nikt się, w tej epoce gorsetów i falbanek, nie wtrącał w jej życie. Była kobietą dojrzałą i świadomą. Z innymi było podobnie. Jedyne co miał do zaoferowania socjalizm naprawdę, to cyrograf” (coryllus – Co zrobić z kobietami?)

podobne: Czy feministka i wiewiórka to „istota czująca”? O roli kobiety według lumpenproletariatu i o podejrzanym zapachu z ekologicznej i patriotycznej d…ziupli oraz: O godności kobiety w Islamie, walce z „własnością prywatną”, i trosce socjalistów o szczęście wszystkich obywateli i to: Paweł Drewniak: „Kobiety, dajcie spokój kobietom!” czyli… walka o przywileje nie jest walką o równość

Petrisan – Mózg

„…w sprawie Ronikiera, niczym w soczewce skupiają się wszystkie problemy epoki. Jest tam morderstwo ze szczególnym okrucieństwem, próba rabunku i wyłudzenia, okup zapłacony w złocie, obłęd, feminizm, Tworki, wątki parareligijne, Feliks Dzierżyński i angielscy tłumacze literatury podłej i pokrętnej. Jest także podpis prezydenta ułaskawiający mordercę Ronikiera i czyniący zeń człowieka niewinnego. Aha, byłbym zapomniał – jeszcze dom gry i spółdzielnia spożywców. Same, jak powiadam, najważniejsze rzeczy, soczewka epoki…

…Mnie najbardziej urzekł w tej historii wątek filmowy. Oto uniewinniony przez Mościckiego Ronikier, morderca młodego chłopca, spekulant żywnością w czasie wojny, oszust matrymonialny, właściciel nielegalnego kasyna, zostaje doproszony jako konsultant do kolaudacji filmowych…

…Bogdan hrabia Ronikier oceniał polską produkcję filmową międzywojnia źle. Uważał, że filmy są słabe, nieautentyczne emocjonalnie i płaskiej. No, ale one takie były. On zaś na temat emocji i wzruszeń wiedział wszystko. Doprowadzał do histerii odziane od stóp do głów niewiasty, które przychodziły na salę sądową i opisywał Dzierżyńskiego, który kocha szczerze i prawdziwie. Ktoś powie – sam przed chwilą napisałeś, że był tandeciarzem. No tak, ale w całkiem innym znaczeniu niż te filmy. On z tej tandety uczynił sposób na życie i mnóstwo ludzi mu wierzyło. Nie wiadomo dokładnie, w którym momencie zorientował się, że w zasadzie chodzi tylko o to, by dość wcześnie przekroczyć pewną granicę, za którą już wszystko jest możliwe i wszystko się udaje. Grunt zaś to się nie przejmować. Jego sposób na przetrwanie i zdobycie pieniędzy brał się wprost z dobrej znajomości skorumpowanego, carskiego systemu policyjno-sądowego, a także z dobrej znajomości deficytów emocjonalnych kobiet i mężczyzn. Ronikier dobrze wiedział, że nie ma takiego szaleństwa, które by zostało zlekceważone na sali sądowej przez prokuratora i adwokatów, jeśliby za nim stał choć cień nadziej na godziwą łapówkę. Dlatego robił co chciał i mówił co chciał, a ludziom się to szalenie podobało…

….I sami zobaczcie, tylko wokół tematów związanych z przełomem stuleci XIX i XX można by zrobić osobny rynek książek, filmów, gier, komiksów i czego tam jeszcze chcecie. My zaś dostajemy jakieś seriale w typie „Belle epoque”, które są znacznie gorsze od filmu „Gehenna”, a z „Jego ekscelencją subiektem” nie mają po prostu startu. Mamy te idiotyczne naśladownictwa nie wiadomo czego właściwie, które mają w nas wzbudzić co? Nostalgię? Jakieś emocje? Żarty. Jak Bogdan hrabia Ronikier wkraczał na salę sądową, dziewczyny piszczały niczym później na koncertach Beatlesów. Dziś zaś nikt nie umie nawet zrobić o tym filmu. Bo nikt nie wie o czym miałby być ten film. Tyle jest w tej sprawie tajemnic. I teraz dochodzimy do konkluzji najważniejszej – ci wszyscy twórcy, filmowcy i artyści, którzy usiłują nas bawić to oszuści. Tylko, że oni nie przekroczyli nigdy tej niewidzialnej granicy, za którą znalazł się Ronikier we wczesnych bardzo latach życia. Oni marzą o tym, by ich oszustwa, jakże przecież nędzne, były kupowane w pakietach gwarantowanych przez państwo. Tak się nie da. Wiedzą o tym wszyscy, którzy choć raz w życiu próbowali wygrać coś naprawdę.” (coryllus – Pan hrabia wkracza na kolaudację)

podobne: Gazeta Wyborcza i kult tolerancji dla pedofilii czyli… kogo ochrania i kto zarabia na Lex Trynkiewicz. O grzebaniu w psyche oraz:  (bez)wstyd Jakóbiak i Ellen za dychę czyli… uważaj na świat stojący otworem. „Pochwała łotrostwa” i „Traktacik o wyobraźni” (Kaczmarskiego) i to: Informacja jako broń i cel ataku oraz krótki kurs czerwonej konspiracji czyli… postsowiecka spuścizna i skażenie Dzierżyńskim w polskich służbach. Kilka słów prawdy o IPN czyli „o największych tajemnicach ludzkości” a także: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości”

„…Przypomniano wczoraj stary wywiad artystki Szczot, która w latach osiemdziesiątych pojechała do Zielonej Góry. Artystka Szczot mówi w tym wywiadzie wprost, że jedzie do Zielonej Góry, żeby załatwić sobie trasę koncertową po ZSRR. Pan dziennikarz zaś mówi do niej, że skoro stawia sprawę tak otwarcie, musi wiedzieć, że na festiwalu w Jarocinie zostałaby wygwizdana. Ona zaś rzecze na to, że Jarocin jej nie interesuje, bo to nędza i wiocha. I teraz zobaczcie jak budowane jest napięcie w tym wywiadzie i jaką alternatywę miała ta cała Szczot – albo Zielona Góra organizowana przez towarzyszy z betonu, albo Jarocin organizowany przez dzieci towarzyszy z betonu, takich jak Chełstowski i Owsiak. I nic więcej. Pokazywane to zaś jest jak wybór między biedą a jakością i między niewolą a wolnością.

Dziś jest podobnie. Oto zmarł wybitny Artysta – Zbigniew Wodecki. Na twitterze Magda Ogórek napisała coś w stylu – odszedł cicho i spokojnie, a inni w tym czasie z hałasem uprawiają politykę. W sensie, że Magda jest nasza i odnosi się dyskretnie oraz krytycznie do postawy artystki Szczot i innych. Nie wiem co się działo na twitterze, ponoć wylała się fala hejtu na Magdę, ale widziałem co napisał portal WP. To mianowicie, że Magda zachowała się obrzydliwie komentując w ten sposób śmierć Wodeckiego. Pan dziennikarz, o przepraszam, mediaworker, użył nawet sformułowania „słuszna krytyka internautów”. Wreszcie internauci mają swoje pięć minut i mogą uprawiać słuszną krytykę, która tym różni się od niesłusznej, że tamta dotyczy artystki Rodowicz i tego szajbusa Jakubika. Słuszna krytyka internautów jest prawie tak samo mocna, jak słuszna linia naszej partii, o której pisano w gazetach w czasach kiedy artystka Szczot wybierała się do Zielonej Góry. My zaś czytając to wszystko, sami nie wiedząc kiedy, podeszliśmy do kasy na dziwnej małej stacyjce i kręcąc głową z niedowierzaniem powiedzieliśmy do kasjerki w okienku – normalny do krainy wiecznych łosi poproszę. Przed nami bowiem zarysowała się alternatywa taka – albo Magda, albo artystka Szczot. I nic więcej.

To wbrew wszystkim pozorom nie jest wcale śmieszne, jest groźne, albowiem prowadzi do rzeczy dla nas tutaj szalenie niebezpiecznej. Do uzależnienia publiczności , nie tylko estradowej, ale każdej właściwie, od comiesięcznych wypraw do krainy wiecznych łosi, gdzie już na pierwszej stacji można spotkać Waltera Chełstowskiego, który w towarzystwie niedźwiedzia Wojtka struga sobie relaksacyjnie patyki pod wielkim zbiornikiem na deszczówkę.

Chodzi o to, by każda decyzja publiczności, decyzja dotycząca wyboru wykonawcy, książki, filmu, każda podkreślam, była kontrolowana. Stąd pomysł, by powołać w związku z tym Opolem jakąś specjalną komisję weryfikacyjną, która będzie za budżetowe pieniądze orzekać, kto jest, a kto nie jest dobrym artystą… 

…Tym mniej zorientowanym podpowiadam raz jeszcze – to jest konwencja, której celem jest zamach na pieniądze nastolatków. Jedyny pomysł bowiem jaki mają koncerny na promocję tak zwanej kultury, to rozklepanie jej na małe, prawie przezroczyste placki, łatwo strawne dla każdego. To się oczywiście wiąże z degradacją publiczności

Tymczasem państwo oddaje wszystko walkowerem. I mówi wprost – mamy w nosie publiczność i zróżnicowanie oferty. Liczy się kasa, która ma trafić do Roberta Glińskiego. Wobec tak postawionej kwestii w zasadzie nie wiadomo co robić. Państwo bowiem, które oddaje walkowerem mecz propagandowy jest po prostu na zejściu, obojętnie jak dobrze by nie wyglądało. Ja sobie zdaję sprawę, że różni macherzy od kultury, zaraz mnie wyszydzą, bo ja nigdy nawet na oczy nie widziałem takich pieniędzy jakie oni pobierają w miesiąc za sprzedaż biletów do krainy wiecznych łosi. No, ale to nie może tak być proszę Państwa, że my się jako grupa musimy określać wobec zgrai oszustów i naciągaczy, którzy podsuwają nam fałszywe alternatywy…” (coryllus – Kraina wiecznych łosi)

podobne: O naturze zła czyli… „Wehikułem czasu” po „krainie grzybów”. O towarzyskich uwikłaniach, hodowli człowieków, sutenerach, detektywach, „piwnicy” w Ministerstwie Kultury i „Eurowizji” oraz: „Najpierw państwo” czyli… gdy monopol na przemoc nie służy sprawiedliwości i własności. Ekonomia grzechu przeciw wolności „elit” naiwnych i mściwych (I) i to: Kultury dobre i złe, oraz reglamentacje, prowokacje i profanacje czyli… materialna i niematerialna sztuka rewolucji. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu a także: Dom Zły czyli Jarocin, gacie Chajzera, siekiera z Wołynia i pusty łeb mordercy jako symbole dobroczynności.

„…Co takiego uwodzicielskiego jest w wyprodukowanym przez demokratyczne gangi socjalizmie, że ludzie słysząc o nim głupieją. Oto – mawiają zwolennicy demokracji i socjalizmu, a także wolnych wyborów, gdzie wyborcami koniecznie muszą być pozbawieni wszystkiego i zadłużeni nędzarze – kiedy jest dziki kapitalizm to przepaść pomiędzy bogactwem a biedą ogromnieje i jest nie do zasypania. Człowiek zaś wolny i uczciwy, a także wrażliwy nie może na to spokojnie patrzeć. Musi działać i odbierać bogatym, by dawać biednym ( a dziś musi ratować uchodźców). Teraz rzecz najważniejsza. Taka przepaść pomiędzy bogatymi, a biednymi rzeczywiście rośnie, ale tylko w jednym ustroju – w demokracji. Nie wierzycie chyba w to, że w wilhelmińskich Niemczech robotnikowi żyło się źle…

…Monarchie łagodzą kryzysy uruchamiając rynki wewnętrzne – taka hipoteza mi się nasunęła. Być może nie jest ona prawdziwa, ale coś w tym musi być. My oczywiście nic o tym nie wiemy, ale w Polsce, nad Wisłą, było sporo przykładów działania małych rynków lokalnych, które dawały ludziom chleb i zatrudnienie. Kłopot z nimi był taki, że one koncentrowały się wokół dworu i kościoła, a do tego – przy dobrej organizacji wszystko co produkował folwark przetwarzane było na miejscu. Potem zaś sprzedawane w sieci sklepów należących do dworu. Ho, ho, tak, tak…bywały takie rzeczy, ale ja na razie nie zdradzę gdzie, bo to będzie w II tomie Baśni. No więc jeśli tak było i chłop z takiego folwarku nie miał ochoty wyjeżdżać, bo nie dość, że dostawał wypłatę w srebrze, to jeszcze miał darmowy opał, nie mógł być przydatny wielkim fabrykom rozwijającym się w państwach demokratycznych. Nie był też dobrym klientem. No bo jak mu sprzedać papierosy jak on sam pracuje na plantacji tytoniu, a po zbiorach może sobie za psi grosz kupić tego tytoniu na całą zimę od właściciela. Jak takiemu sprzedać piwo, jak właściciel zbudował browar i sprzedaje swoje piwo po okolicy, a pracownicy browaru mają rabat 10 proc. na butelce. Taki człowiek się do niczego nie nadaje, trzeba go wyrwać ze środowiska, w którym żyje, wykorzenić, ograbić i złożyć kilka propozycji nie do odrzucenia. Nie było to takie trudne. Każdy bowiem chce mieć więcej, a socjaliści chcą mieć najwięcej. Można było więc jednemu z drugim wyklarować, że jak się plantacje tytoniu podpali, browar okradnie, dziedzica powiesi, to wtedy wszystkim będzie się żyło lepiej, a do tego będzie można pojechać niemieckim statkiem do Nowego Jorku po dolary. Żyć nie umierać. Złudzenie to trwało do I wojny. Potem była euforia niepodległości, a potem korekta socjalistycznego planu naprawy świata, a której końcówkę załapaliśmy się prawie wszyscy, z wyjątkiem najmłodszych.

Powtórzmy więc jeszcze raz na koniec – w monarchii, gdzie rządzi pomazaniec i działają organizacje kościelne nie ma kryzysów. Jedyny kryzys jaki może nastąpić to wojna czyli atak z zewnątrz. No i rewolucja, czyli atak od wewnątrz, poprzedzony propagandowym przygotowaniem artyleryjskim, dzięki któremu robotnik otrzymujący od kapitalisty mieszkanie i opał dowiaduje się, że jest nędzarzem i musi koniecznie pozbawić kapitalistę życia i majątku, by trochę mu się poprawiło. Zwróćmy teraz uwagę na coś jeszcze istotniejszego – nie istnieje żadna korekta planów socjalistycznych. To znaczy zmiany są nieodwracalne, a jak ktoś zaczyna przypominać młodzieży, jak drzewiej bywało, jest karcony przez średnie pokolenie albo wprost przez policję polityczną. Bo gasi ducha i chce powrotu „złych czasów”. Tak to niestety działa. Możemy jedynie wybierać przyszłość, która jest coraz bardziej upiorna. Z krótkimi przerwami na eksploatację taniego, cudzoziemskiego robotnika, które nazywane są okresami prosperity. Taki okres mamy właśnie teraz. Nie wiem ile on potrwa, ale wiem czym się zakończy – wojną i rewolucją. Tym razem islamską. I tak w koło Macieju.”  (coryllus – O nowej Baśni raz jeszcze)

podobne: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos oraz: Kościół katolicki a wolny rynek. Wysokie podatki to grzech i to: Prof. Mieczysław Ryba: Rola Kościoła Katolickiego w kształtowaniu elit w XIX i XX wieku a także: Europa muzułmańska, „Państwo Islamskie” i prawdziwa twarz Islamu: broń w rękach imperialistów, terroryzm, idea rewolucji, czy też religia jak inne?

W skromnej skorupce z błotka
Żyła sobie istotka
Miała rączki i nóżki
I małe zręczne paluszki
Ojojoj małe zręczne paluszki.

Michał Dziekan – Mniej znaczy więcej

I w owej skorupce wiotkiej
Wiodła żywocik swój słodki.
Aż raz mruknęła – cholera!
To błotko mnie uwiera!

Rozbiła błotko młotkiem
I świat ujrzała słodki
I łąkę pełną stokrotek
A na niej mnóstwo innych istotek.

Istotki piszczały, prychały,
Po pyszczkach się drapały.
Potem zaklęły krewko
I zbudowały państewko
Ojojoj zbudowały państewko.

Nauczyły się owe istotki
Nosić kapturki i botki,
Wycięły wszystkie stokrotki
I poustawiały płotki.

Podzieliły się na klasy:
Pierwsza klasa – grubasy
Druga klasa – bimbasy
Trzecia klasa – chudziasy.
Ojojoj strasznie chude chudziasy.

Tyrają biedne chudziasy,
Gdy w totka grają grubasy
Bimbają sobie bimbasy
Szczęśliwe po wieczne czasy!
Ojojoj szczęśliwe po wieczne czasy!

Aż krzyknął chudzias: Jezus Maria!
Stworzymy proletariat!
I on to nas uchroni
Od wyzyskiwaczy srogich!
Ojojoj bardzo srogich.

Świat się zmienił od tego czasu:
Schudł grubas, tyrają bimbasy,
A proletariat utył
W polityce obkuty!

I morał stąd wynika
Nie licz na wyrobnika!

Jacek Kaczmarski„Ballada o istotkach”

PS…

„…Bodzio puszczał się nieraz w kawały ryzykowne. Tak na przykład było na premierze jakiejś sztuki futurystycznej w Reducie, w okresie gdy mieściła się ona w gmachu Teatru Wielkiego. Na scenie snuły się jakieś niesamowite zjawy i rozlegały się nieartykułowane wycia. W pierwszym rzędzie siedział Bodzio w towarzystwie Rudego, Tadeusza, Janka Bochwica, Tosia Januszkowskiego, Wiktora Piotrowskiego o jeszcze paru innych darmozjadów litewskich obijających wtedy bruki warszawskie. Zanim futurystyczną szmirę dociągnięto do połowy pierwszego aktu, Bodzio wstał i oznajmił głosem tubalnym:
Dość tego skandalu! Chodźmy na kolację! Nigdy by za czasów Skałona nie ośmielono się wystawić takiej bzdury na scenie cesarskiej. No, ale cóż – wszystko jest dziś możliwe w tych nowych republikach – litewskiej, łotewskiej…cygańskiej…” (coryllus – Żydzi i polski patriotyzm)

Franciszek Kostrzewski – Pożar wsi

Przyzwoitość, moralna wina i moralni sprawcy czyli… kto i dlaczego w czasie wojny „bał się bardziej Polaków niż Niemców”. Reinefarth, Dirlewanger, Kamiński. „Workhouse” jako brytyjski wkład w niewol… znaczy się w „państwo opiekuńcze”


Adam Wycichowski niewolnik – doktryna dla każdego

„W popularnej i cenionej przez polskich czytelników książce doktor Ewy Kurek zatytułowanej Poza granicą solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939-1945 znajdujemy ciekawą typologię win. Podczas badania reakcji poszczególnych grup narodowościowych na zagładę Żydów w czasie II wojny światowej, Karl Jaspers wyłożył nam, jakie i ile rodzajów winy możemy wyodrębnić, kiedy człowiek postawiony jest wobec sytuacji niedającej się objąć ani rozumem, ani sercem…

żyjemy w czasach permanentnego kwestionowania praw naturalnych, w czasach, w których prawa narodów są jedynie parawanem dla realizacji celów globalnych. Okazuje się bowiem, że to ujęcie winy politycznej dane nam przez Jaspersa czyni zbrodniarzami jedynie kacyków lokalnych, zmanipulowanych lub wręcz podpuszczonych ku czynom niegodnym. Całkowicie zaś pozostawia poza winą przywódców organizacji globalnych, którzy nie przewodzą narodom, ale scentralizowanym i hierarchicznym strukturom, które – w większości – zajmują się dystrybucją. Nikt przecież nie obarcza polityczną winą producentów i handlarzy broni, ani firm farmaceutycznych produkujących środki wczesnoporonne. Nikt nie stawia ich przed sądem i nie skazuje. To jest w ogóle wykluczone z zakresu odpowiedzialności, jaki wyznaczony został przez Jaspersa w obszarze winy politycznej…

Czynnikiem dyscyplinującym człowieka w zakresie winy moralnej jest sumienie. Nie usprawiedliwia go zaś od niej w zasadzie nic. Jeśli czyni źle i popełnia zbrodnie, nie może być wytłumaczony w żaden sposób, a kiedy próbuje się tłumaczyć, jego sumienie zapuszcza jadowite zęby w krtań nieszczęśnika i przypomina mu o jego podłych postawach. Przyjaciele zaś lub wspólnota, do której należy, pilnują, by sumienie wgryzło się dostatecznie głęboko i mocno. Książka Ewy Kurek poświęcona jest relacjom pomiędzy Polakami i Żydami i wynika z niej jasno, że tylko Polacy jednoznacznie stawiali kwestię winy moralnej za zbrodnie popełnione na Żydach. Ci zaś relatywizowali swoją moralną winę jak mogli. Mieli potrzebne do tego narzędzia i pojęcia, których skuteczność jest po prostu miażdżąca. Żyd wydający innego Żyda Niemcom na śmierć, nie ponosi winy moralnej. Być może ponosi winę kryminalną, z której jednak opowiadał się będzie przed sądem, a nie przed społecznością złożoną z jakichś przybłędów nierozumiejących ani głębi, ani celowości rozważań dotyczących winy. Być może ponosi winę polityczną, ale wtedy można ukazać jego postawę na tle innych postaw, nierzadko gorszych, nierzadko bardziej jednoznacznych i podłych i w ten sposób zrelatywizować jego winę polityczną. Winy moralnej jednak nie ponosi z całą pewnością i Ewa Kurek wyjaśnia nam tę kwestię już na samym wstępie. Otóż historia Żydów sięga tak daleko w przeszłość, mechanizmy rządzące tą społecznością są tak trwałe, dojrzałe, precyzyjne i pewne, że żadne, a już z pewnością moralne ich kwestionowanie nie wchodzi w grę. Moralność i wypływająca z niej wina przynależą do rzesz aspirujących dopiero ku posiadanym przez Żydów od dawna urządzeniom narodów. To jest rzecz przypisana Niemcom, którzy muszą się z nią mozolić, bo wpadli w pułapkę pychy i fascynacji siłą. To jest rzecz przypisana Polakom, którzy są jak dzieci i lubią, kiedy się ich nagradza, a czasem strofuje za wyimaginowane przewinienia. Nie jest to jednak w żaden sposób rzecz, która stosuje się do Żydów, narodu posiadającego najstarszą, najgłębszą i najmocniejszą na ziemi tradycję.

Wymieńmy jeszcze jeden rodzaj winy wyszczególniony przez Jaspersa i powróćmy do rozważań na temat winy moralnej.

Jaspers wyszczególnia jeszcze winę metafizyczną, która wynika z prostej solidarności między ludźmi, a jedynym jej sędzią jest Bóg. Jak to się ma do winy moralnej, ocenianej przez plemię za pomocą narzędzia zwanego sumieniem? O jakiej solidarności między ludźmi pisze niemiecki filozof? Jest tylko jeden system religijny, który wprost mówi o tej solidarności, a deklaracja ta zwarta jest między innymi w słowach pieśni – przykazanie nowe daję wam, byście się wzajemnie miłowaliTylko chrześcijaństwo nie stawia żadnych barier i warunków wstępnych, które trzeba spełnić, by zasłużyć na szacunek i miłość bliźniego. Ta bowiem wypływa wprost z miłości Boga do każdej istoty ludzkiej…

…Mamy oto tę typologię win. Czemu ona służy poza dyscyplinowaniem Niemców? Zapewne temu, by lekceważyć winę metafizyczną, umieszczoną na samym końcu, a podnosić znaczenie winy moralnej, obecnej w życiu ziemskim na każdym kroku. Czy przed Jaspersem pojęcie winy moralnej nie było znane? Oczywiście, że było, a prasa, szczególnie ta brukowa, szermowała nim nie gorzej niż ulicznicy kamieniami rzucanymi w powozy nielubianych polityków. Skoro jest moralna wina, to musi być i moralny sprawca. A jeśli jest wyszczególniony sprawca moralny, to jest pewne, że nie jest on tożsamy ze sprawcą faktycznym, czyli kryminalnym. Tak więc na długo przed Karlem Jaspersem brukowa prasa zdemaskowała istotny sens pojęcia winy moralnej, który nie jest bynajmniej piękny i głęboki, ale praktyczny i dwoisty

…Napiszę wprost – zwolennicy winy metafizycznej, czyli solidarności międzyludzkiej, są w tym przypadku od razu na pozycji straconej. Jeśli obarczy się ich winą moralną, to po to właśnie, by wybielić i ochronić sprawcę faktycznego, będącego najczęściej elementem jakiejś gry prowokacyjnej. Zwolennicy zaś hierarchii win nakreślonej przez Jaspersa – kiedy się ich obarcza winą moralną – z miejsca zostają uniewinnieni. Jeśli ciekawią Was szczegóły tych rozgraniczeń, musicie niestety zmierzyć się z objętością trzech tomów tej książki. Nic nie poradzę. Mam nadzieję, że uda mi się zamknąć jej treść tymi dwoma klamrami – uniewinnieniem moralnego sprawcy i jego potępieniem. Do dzieła więc. Zaczynamy od głośnej w początkach XX wieku sprawy hrabiego Bogdana Ronikiera.” (coryllus – Moralna wina, moralni sprawcy)

podobne: Żydzi (nie)są perfekcjonistami w robieniu rachunku sumienia innym. Janusz Korwin Mikke vs Szewach Weiss czyli… Jak rozmawiać z żydem bez postawy służebnej. Niemcy wypłacą renty i emerytury z tytułu pracy w getcie. oraz: Holokaust jako przedsiębiorstwo zakłamywania historii, pedagogiki wstydu i wyłudzania pieniędzy od Polaków i to: Robert Cisek: Pokłosie czyli… inkryminacja Polaków o antysemityzm vs. historyczne fakty a także: (GN)Ida antypolonizmu czyli reżyserska wizja Heleny Wolińskiej-Brus (pierwotnie Felicja Fajga Mindla Danielak, ps. Lena) i jeszcze: Michalkiewicz wyprorokował: Emerytury dla ocalałych z Holocaustu czyli… Przełom i wyłom w polskiej kasie „Zespołu HEART” polecam również: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom?

Andrzej Krauze

„…Polską rządzą i doją ją cwaniacy, którzy najsprawniej zdołali się skomunikować z pańszczyźnianą mentalnością tak zwanych „mas”. Skuteczność tych rządów opiera się na odwołaniu do najniższych emocji polactwa: pazerności (na unijna kasę – naiwnie postrzeganą jako bezinteresowny dar), pogardzie (dla tej drugiej, gorszej Polski – moherów, patriotów i innych „zakompleksionych”), pysze (że się przynależy do „lepszych”, bardziej „europejskich”) i strachu (że się ta stabilizacja na kredyt skończy, i że przyjdą straszni inkwizytorzy i zaczną za popełnione świństwa karać)…

…Co nie znaczy, że przyzwoitość jest w polityce tak zupełnie nic nie warta. Przeciwnie, jest towarem bardzo pokupnym. Zgodnie bowiem z powszechnie znaną maksymą markiza de la Rochefoucauld, występek zmuszony jest składać cnocie hołd, zwany hipokryzją. Ludzie chętniej kierują się niskimi pobudkami niż się do nich przyznają – dlatego zawsze dobrze jest cwaniactwo, judzenie i inne podłe sprawy ubrać w szaty cnoty. A nic lepiej temu nie służy niż mieć w swojej szajce kogoś niekwestionowanej prawości, kogoś o wielkich zasługach, kogoś nader szacownego. Warto takiemu zapłacić każdą żądaną przez niego walutą, aby zechciał nas podżyrować i stanowić alibi dla wszystkich naszych świństw, gdyby przypadkiem miały one komuś przeszkadzać.
Jeśli kogoś to, co tu piszę, razi cynizmem i bezceremonialnością – to proszę, niech sam sobie zada pytanie: kiedy właściwie dowiedział się, że Władysław Bartoszewski jest tak wielki i czcigodny, jak jest? Czy wtedy, kiedy był on współpracownikiem i członkiem komitetu honorowego Lecha Kaczyńskiego? Czy wtedy, gdy był ministrem u Krzaklewskiego? Podejrzewam jednak, że później. Dopiero wtedy, gdy przeszedł na ciemną (czy, inaczej patrząc, „jedynie słuszną”) stronę mocy, gdy jednoznacznie opowiedział się po stronie PO i obsypał jej przeciwników inwektywami, z nieszczęsnym „bydłem” na czele…

Dopóki Bartoszewski starał się być autorytetem ponadpartyjnym, nikt jego ogromnych zasług nie kwestionował, ale też nikt ich nie promował ani nie podkreślał. Dopiero gdy zaangażował się wyraźnie, zabrała się do tej promocji ogromna maszyna propagandowa, dopiero wtedy zaczęły się wywiady, okładki kolorowych pism, nagrody rozmaitych Gali i Viv, zachwyty… Zasłużone, nie przeczę – ale jednak samo w sobie świadczy to, że przyzwoitość na tym łez padole wartości nabiera dopiero wtedy, gdy zostanie umiejętnie zmonetyzowana.

…Bartoszewski znał swoją cenę i uważał, że świat powinien też ją znać i zapłacić, a jak już pisałem – dopóki kojarzono go z obozem Kaczyńskich, był w debacie publicznej wyciszany. (…) Myślałem wtedy i myślę do dziś – jakiż skarb mieli Kaczyńscy w jego osobie! Wystarczyłaby tylko odrobina celebry, odrobina docenienia i okazania szacunku, powierzenie mu spraw polsko-niemieckich i polsko-żydowskich, na czym się przecież znakomicie znał i na czym mu zależało. Ale nie – nie tylko, idioci, nie umieli takiego człowieka politycznie wykorzystać, ale jeszcze głupio go do siebie zrazili. Bartoszewski bardzo przeżył wypowiedź Antoniego Macierewicza, że wszyscy ministrowie spraw zagranicznych przed Anną Fotygą służyli interesom obcych mocarstw, a nie Polski – a nie była to jedyna zniewaga, jakiej z tej strony doznał. Tu jest przyczyna, dla której tak mocno, jak nigdy wcześniej, zaangażował się w partyjną nawalankę, i zyskaną medialną oprawę dla swego autorytetu wykorzystał do dość niskich połajanek czy wręcz bluzgów.
Akcja powoduje reakcję. Nikt nie lubi, gdy się go nazywa bydłem, więc Bartoszewski po stronie, którą atakował, zaczął budzić silną niechęć. (…) No, ale właśnie te nieżyczliwe mu głosy i zachowania były prawdziwym zyskiem dla środowiska, które zrażonego do prawicy Bartoszewskiego pozyskało i używało. I które nadal go używa(Rafał Ziemkiewicz całość tu: Bartoszewski, czyli przyzwoitość zmonetyzowana)

podobne: „Tadeusz Mazowiecki sadził drzewo III RP”… które wydało zgniłe owoce. oraz: Geremek idzie na wojnę z Pospieszalskim czyli…Święte krowy na cenzurowanym i to: Prof. Kieżun i SB. Dokumenty IPN. Czy autorytet to już świętość? a także: Buchalter z Auschwitz skazany, UBek uniknie więzienia czyli… dysonans POznawczy ugruntowany na fałszywej legendzie (Jerzy Buzek, TW „Karol”). polecam również: Urzędowe „autorytety”, czyli o agentach kłamstwa dzięki którym „łatwiej umrzec niż myślec”.

„…Władysław Bartoszewski został zatrzymany na Żoliborzu 19 września 1940 roku w masowej obławie zorganizowanej przez Niemców. Przypadkowo dostał się do Oświęcimia w tym samym transporcie co Witold Pilecki. 21/22 września 1940 roku obaj stali się więźniami niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau (Konzentrazionlager Auschwitz I, numer obozowy 4427, natomiast Witold Pilecki, który do obozy poszedł z własnej woli miał nr 4859).

Ewenementem jest to, że Bartoszewski został zwolniony z obozu został 8 kwietnia 1941 roku, ponoć przez zły stan zdrowia. Jego wersja wydarzeń jest taka, że stało się to możliwe dzięki działaniom Polskiego Czerwonego Krzyża.

Jednak więźniowie Auschwitz wspominali, że z tego piekła na ziemi wychodziło sporo osób, które zdecydowało się na kolaborację z Niemcami i na donoszenie na Polaków. To, że Bartoszewski donosił potwierdzają liczne relacje osób, które miały z nim styczność. Mimo to elitom III RP nie przeszkadzała niejasna przeszłość rzekomego „profesora”, który został wylansowany jako jeden z „autorytetów moralnych”.

To właśnie ten „autorytet”, wraz z Geremkiem i Mazowieckim, był przeciwny odznaczeniu jednego z najbardziej odważnych Polaków, Witolda Pileckiego, Orderem Orła Białego…” (źródło: 8 kwietnia 1941 r. Bartoszewski został wypuszczony z Auschwitz ze względu na „zły stan zdrowia”)

Ś.p. Bartoszewski (cytując Słonimskiego) powiedział kiedyś że: „warto być przyzwoitym”. Nie wiem co sam przez to rozumiał, ale szkoda że akurat jemu przyzwoitość nigdy nie podpowiedziała żeby zakazać innym nazywania go „profesorem”, i żeby nie wykorzystywać tego że był w Auschwitz jako swoistego immunitetu nietykalności, tudzież licencji na bezkarność w bezczelności odmawiania honoru ludziom takim jak Pilecki. To musiało być prawdziwe nieszczęście dla tego ulubieńca fortuny. Podobnie jak wynoszenie rzekomego zagrożenia ze strony Polaków ponad dokonania niemieckiego okupanta, i nazywanie Polaków „ochrzczonym motłochem”, z których to opinii nigdy się nie wytłumaczył ani nie przeprosił. Więcej na jego temat można wyczytać guglując „epitafium dla profesora bydłoszewskiego”, a stanie się jasność że słowa o przyzwoitości w ustach tego człowieka to czysta kpina (oczywiście z niego samego), co można skwitować cytatem: „Zestarzałeś się w przewrotności i teraz wychodzą na jaw dawne twe grzechy” (księga Daniela 13, 52).

Z racji tego że Pan Bartoszewski jest dziś już po drugiej stronie, to od ludzi nic mu w zasadzie nie grozi poza opiniami rzecz jasna. Z całą pewnością Bóg zważy go sprawiedliwie w swej mądrości. Wracając jednak do historii to tu nie ma świętych krów. Prawda o dokonaniach tego człowieka powinna być odkrywana i podawana do powszechnej wiadomości, zwłaszcza tam gdzie jest zafałszowana, więc tak czy siak wisi na pamięci o nim jak młyńskie kamienie, o co sam zadbał nie poczuwając się do jakichkolwiek wyjaśnień.

Niezmiernie ważne jest bowiem na jakiej podstawie, i jakie argumenty Pan „profesor” zważył w swej „przyzwoitości”, aby wysunąć ową tezę o większym strachu przed Polakami jak Niemcami… Jakby w ogóle nie był w Auschwitz, nie słyszał o gettcie, powstaniach i pacyfikacji, holokauście Żydów i Polaków, ani o ludziach takich jak Reinefarth, czy Dirlewanger… Nawet jeśli nie słyszał to przyzwoitość byłego więźnia i „profesura” nakazywała dowiedzieć się czegoś na ten temat, by nie opowiadać głupstw i nie szargać dobrego imienia Polaków „en masse”… (Odys)

polecam wysłuchać: Powstanie Warszawskie: Reinefarth, Dirlewanger, Kamiński (czyta G. Braun)

i jeszcze: Niezdrowe podniety nad szafami z trupami (z wykorzystaniem ofiary „Żołnierzy Wyklętych”) nie naprawią spuścizny Magdalenki i OS. PIS cierpi na KOD Bolka. Optymizm nie zastąpi nam Polski a także: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości” i to: Informacja jako broń i cel ataku oraz krótki kurs czerwonej konspiracji czyli… postsowiecka spuścizna i skażenie Dzierżyńskim w polskich służbach. Kilka słów prawdy o IPN czyli „o największych tajemnicach ludzkości” polecam również: Szwagrzyk i „Wyklęci”, romantycy czy realiści? Czy postokrągłostołowe rozbójnicze elity to jest to o co walczyli? Legenda NSZ i próba jej oczernienia przez PRL. Brygada Świętokrzyska.

rys. Arkadiusz Gacparski

Ciekawe czy słyszał też cokolwiek o dokonaniach jednego z naszych sojuszników na polu pracy przymusowej… (Odys)

„…Rozmawiamy więc dziś o czymś, co jest znane powszechnie pod nazwą workhouse, która oczywiście w języku polskim nie występuje, a którą by można chyba najbardziej sensownie przetłumaczyć, jako dom, czy obóz pracy. Otóż początki owych workhouses sięgają jeszcze roku 1388 , kiedy to na Wyspach wprowadzono ustawę pod nazwą Statute of Cambridge, a której oryginalnym celem było zapewnienie Koronie rąk do pracy, tak bardzo potrzebnych od czasu, gdy wielka zaraza znana powszechnie jako „Czarna Śmierć” wybiła niemal połowę mieszkańców kraju. Myśl była taka, by tych którzy wyrwali się z rąk śmierci i z różnych przyczyn, zamiast siedzieć na miejscu, porzucali swój dom, swoją wieś, czy w ogóle swoją okolicę, i snuli się po świecie, zatrzymać na miejscu i zmusić do pracy. Niektórzy Brytyjczycy dziś nawet jeszcze uważają, że to właśnie tamta ustawa pomogła zdefiniować coś, co mimo że w owych latach mogło jeszcze takiego akurat wrażenia nie robi, setki lat później przybrało kształt państwa opiekuńczego, a więc państwa, któremu los człowieka nie jest obojętny.

Pierwsze jednak workhouses pojawiły się dopiero za czasów Elżbiety I. W średniowieczu brytyjska biedota otrzymywała naturalną pomoc ze strony Kościoła, który ową pomoc traktował jako część swojego naturalnego chrześcijańskiego obowiązku. Jednak po tym, jak w latach 30-tych XIV wieku Henryk VIII kazał zburzyć i spalić wszystkie klasztory, a mnichów wymordować, biedni i bezradni zostali wydani na łaskę losu…

…w roku 1834 wprowadzono nową ustawę, a raczej poprawkę do ustawy wcześniejszej, która zafunkcjonowała pod nazwą New Poor Law, a której podstawowy pomysł sprowadzał się do tego, by każdego, kto nie zgodzi się zamieszkać w workhousie, pozbawić wszelkiej publicznej pomocy.  Pojawił się też pomysł, by owe, jak je tu nazwaliśmy, „domy pracy”, a więc z praktycznego punktu widzenia, jak najbardziej klasyczne obozy koncentracyjne, były prowadzone z bardziej biznesową perspektywą, co oczywiście musiało się sprowadzać do tego, by – użyjmy tego słowa – osadzeni świadczyli pracę jedynie za jedną miskę chudego mleka z minimalną ilością płatków owsianych. (Gdyby ktoś miał pewne skojarzenia, to owszem, tę właśnie dzienną porcję płatków miał na myśli Oliver Twist Dickensa, gdy wygłosił swoje słynne zdanie: „Please, Sir, I want some more”). Większość z osadzonych zresztą była zatrudniona przy pracach nie wymagających żadnych zdolności poza odpornością na śmierć z wyczerpania, a więc takich jak rozbijanie kamieni, ekstrakcja pakułów, czy wreszcie kruszenie kości do produkcji nawozu. Ta ostatnia praca została zresztą ostatecznie mieszkańcom workhousów odebrana, kiedy władze dowiedziały się, że podczas kruszenia gnijących kości dochodzi między robotnikami do ciężkich walk o zdobycie choćby szczypty szpiku…

…Wciąż pojawia się tu i ówdzie opinia, że faktycznie na klasyczny workhouse należy patrzeć jak na swego rodzaju przytułek, gdzie wszyscy ci, którzy inaczej by niechybnie zmarli z głodu, mogli znaleźć schronienie, a zatem wypada nam je też traktować, jako jednak bardziej wybawienie, niż przekleństwo. Są jednak co najmniej dwa powody, by tę opinie odrzucić, jak najgorszą zarazę. Przede wszystkim, jeśli przyjrzymy się całej historii Brytyjczyków, ostatnią rzeczą, jakiej się po nich można spodziewać, będzie współczucie dla ludzi biednych i bezradnych. Wręcz przeciwnie, oni akurat dali wielokrotnie dowody na to, że dla nich człowiek biedny i bezradny nadaje się wyłącznie do tego, by go wykorzystać do końca, a następnie pozwolić mu zdechnąć gdziekolwiek…

…W relacjach historyków powtarza się wielokrotnie uwaga, że życie jakie oferował workhouse było tak ciężkie, po to, by ono dla tych co żyli jeszcze na ulicy stanowiło demonstrację tego, co ich czeka, jeśli się za siebie nie wezmą. Z drugiej jednak strony istnieją wciąż spisane wspomnienia ludzi, żyjących w tamtych czasach, i z tego co oni opowiadają, wynika, że było wielu, którzy woleli umrzeć, niż trafić w to straszne miejsce, a jednak trafiali, wyciągani z domów, zbierani z ulic, często w ramach klasycznych łapanek.

I wcale nie trzeba było być biednym, by się tam znaleźć…

…o tym, co się tam działo można opowiadać bardzo długo, jednak dziś dla nas najważniejsze są dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że w tych czystych i zadbanych celach, czy to z głodu czy z przepracowania, czy wreszcie od ran zadanych przez „opiekunów”, umierało się niemal równie często, jak w kupie ludzkich odchodów na ulicy. Po drugie, każdy workhouse zaprojektowany był w taki sposób, by od samego początku zwożone tam rodziny były rozdzielane i to rozdzielane tak, że mężczyźni, kobiety i dzieci, choćby i niemowlęta, mieszkali w osobnych częściach kompleksu, i nierzadko owo rozdzielnie było tak skuteczne, że wiele z tych rodzin już do śmierci nie miało okazji się spotkać ponownie: wspomniana wcześniej Jennifer Worth opowiada historię młodej prostytutki zabranej z ulicy z zaawansowaną ciążą, której tuż po rozwiązaniu dziecko odebrano, jako własność Korony, a ja samą wypuszczono w świat, gdzie ostatecznie z rozpaczy straciła rozum. No i może przede wszystkim – i to jest również fakt potwierdzony wielokrotnie – należy pamiętać, że wiele z dzieci tam umieszczanych, było następnie wysyłanych za granicę do kolonii, by tam już na służbie Imperium budować jego potęgę…” (Krzysztof Osiejuk, więcej tu: szkolanawigatorow.pl – Workhouse, czyli jak Imperium budowało Auschwitz)

Warto tu wspomnieć o tym że ten pomysł znajdował później wielu naśladowców…

„Prawny zakaz „włóczęgostwa” odegrał ogromną rolę w kształtowaniu się amerykańskiego społeczeństwa. Na Południu pozwolił on de facto zachować de iure zniesione niewolnictwo – Afroamerykanie zyskali wolność, ale gdy próbowali opuścić plantację swojego pana, natychmiast popełniali przestępstwo „włóczęgostwa”, za które w majestacie prawa można ich było ukarać np. niewolniczą pracą.
Sąd Najwyższy uznał w 1972 roku zakaz włóczęgostwa za mętny i jako taki gwałcący prawo obywateli do uczciwego procesu. Zamiast tego zaczęto więc używać innego, tym razem już bardzo precyzyjnego pojęcia, którego znowu nie da się chyba przełożyć na polski. To „loitering”, czyli „remaining in place for no apparent purpose”. źródło: http://wo.blox.pl/2008/08/Land-of-the-imprisoned.html

(autor wspomina, że pojęcie włóczęgi w powyższym kontekście wywodzi się z Anglii)

Polska też podjęła próbę karania włóczęgów – pojawia się w polskim (II RP) ustawodawstwie pojęcie domu pracy (czyż to nie workhouse?) – z rozróżnieniem na domy pracy przymusowej i dobrowolnej.

Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 14 października 1927 r. o zwalczaniu żebractwa i włóczęgostwa.

Stara, dobra Anglia, ileż ona dała Światu…” (Wolfram)

…gdy się zestawi wyżej wymienioną historię z tym że ktokolwiek mógł w ogóle opuścić Auschwitz (nie wnikając już z jakiego powodu gdyż jest to wystarczająco podejrzane), to ciężko nie zrewidować poglądów na temat lepszych i gorszych „nacji”, bez uwzględnienia w tej historii swoistego „kamienia węgielnego” w postaci „domów pracy” rodem z Imperium Brytyjskiego. Trzeba też być dalece „niedoinformowanym” próbując ustawiać Polskę wyżej w tym konglomeracie oprawców i wyzyskiwaczy o dość „zasłużonej” w tej kwestii „tradycji”. Wobec zaistniałych faktów byłoby to wręcz skrajnym cynizmem i podłością… A przecież „warto być przyzwoitym” a przynajmniej starać się zachować obiektywizm i właściwe proporcje… (Odys)

oraz: Od wielkości do śmieszności czyli… różnica między powagą Wielkiej Brytanii a Polski w UE. Czym jest londyńskie „City”, Europa dwóch prędkości i „Exchange Stabilization Fund”. Gdy światem rządzą banksterzy i gangsterzy i to: Zapis agonii czyli… Cywilizacja Łacińska i Świat zadowolonych głupców. Przepowiednia z „Konopielki” (gdzie tkwi diabeł)  a także: Reisman: Dlaczego nazizm był socjalizmem oraz dlaczego socjalizm jest totalitaryzmem polecam również: Utrata suwerenności czyli… Polska krajem neokolonialnym. Samoobrona rodzinna (Panel dyskusyjny XII Kongresu Konserwatywnego). Poszukiwany autorytet do walki z totalitaryzmem socjaldemokracji

i jeszcze: W rocznicę obchodów wyzwolenia Auschwitz (bez Pileckiego). Mosze Kan­tor: „Putin jest wiel­kim przy­ja­cie­lem śro­do­wisk ży­dow­skich”. Czy żydom grozi exodus? Brytyjski historyk ostro o bierności Zachodu wobec zagłady

Kajko i Kokosz

„Szkoła” Jacka Kaczmarskiego czyli zapowiedź najnowszej książki Gabriela Maciejewskiego („Socjalizm i śmierć”)… Bo wszystko już było (na kole historii)


„…Każda lektura grozi infekcją. Wiadomo obecnie, że brzemienne w skutki jest nie tyle samo nosicielstwo, co nieodwracalne zwyrodnienie, jakie następuje w momencie, w którym rozwinięte robaki dostaną się do mózgu. Wtedy to pasożyt podporządkowuje nosiciela własnym potrzebom, czyniąc go kompletnie od siebie zależnym. Przejawia się to w natężeniu zachowań właściwych niektórym nerwicom. W badanych przypadkach często obserwuje się obsesyjne wertowanie ksiąg, nawet do późna w nocy, zapewne – jak przypuszcza profesor V. R. Maulire – w podświadomym poszukiwaniu przetrwalników pasożyta. To tłumaczyłoby, dlaczego zdarza się niekiedy, iż zdesperowany nosiciel powraca do książki już przeczytanej; pragnie najwyraźniej upewnić się, że nie przeoczył jakichś jajek.

Powszechnie twierdzi się, że choroba ta pozostawiła w historii wyraźne ślady w postaci licznych świadectw cierpiących nosicieli. Do osób całe życie zmagających się z tą przypadłością należeć mieli m.in. Petrarka, Montaigne, Goethe czy Flaubert. Lekarz Charlesa Nodiera nazywa ją monomanią safianu albo tyfusem bibliomanów. W późniejszych stadiach zakażenia, chory wykazuje dużą skłonność do mizantropii; ogarnia go spleen i apatia, połączona z wyrodną ciągotą do egzotyzmu i do staroci. Poczucie alienacji oraz nieprzystawalności do społeczeństwa, tęsknota za odległą epoką, prowadzą do zachowań aspołecznych, związanych często z uporczywym łamaniem powszechnie przyjętych norm. Objawom tym towarzyszy nadczynność śledziony, odpowiedzialnej za nadmierną produkcję czarnego płynu, powodującego melancholię. Bezpośrednim skutkiem tej ostatniej są trudności z odróżnieniem rzeczywistości od poetyckiego zmyślenia, gloryfikacja urojeń, dewaluacja prawdy na rzecz fantazmatów, utożsamianie własnej osoby z postaciami fikcyjnymi. Człowiek pogrąża się wówczas w marzeniach, miewa halucynacje, popada w skrajny eskapizm, trwale odcina się od świata i umiera samotnie wśród książek, czasem tylko pozostawiwszy po sobie jakieś skażone arcydzieło…” (Karol Krzyżosiak, źródłomagazynzapisz – „Monomania safianu”)

Nasza szkoła od miesięcy jest w remoncie,
Zawieszono nam normalnych zajęć tok
Jasny jest sukcesów brak na robót froncie,
Będzie trwać ten remont więc za rokiem rok.

z internetu (Księgarnia w zniszczonej Warszawie, 1945)

Dyskutują więc – dyrektor, pedagodzy
I Komitet Rodzicielski wtrąca się,
Jak tu nas utrzymać przez ten czas na wodzy,
Gdy wychować na Polaków nie ma gdzie.

Rozpoczęto od zabrania nam patrona.
Już Bolesław Bierut nie jest tym, kim był.
O następcę kłócą się szacowne grona:
Ktoś z Sanacji, czy też ktoś z akowskich sił?

Gdy portrety zdjęli – wylazł brud ze ściany,
Gdy tablicę odbijali – trzasnął mur.
Cały gmach być musi teraz odnawiany,
A tu – puszka farby i cementu wór.

Na tablicach starych pisać już się nie da,
Nie wiadomo zresztą jeszcze – co i czym?
Nie ma światła, bo żarówki woźny sprzedał,
Po tym, jak dyrektor się pokłócił z nim.

A mikroskop – dar Pionierów, stary rupieć
Jakoś nic powiększyć nie chce jak na złość.
W biologicznej znów zaczęło cuchnąć trupem,
Bo spirytus z preparatów wypił ktoś.

Na dodatek skandal – pan od ręcznych robót
Z braku zajęć i narzędzi, stary drań,
W szkolnej ciemni dzień po dniu, prócz wolnych sobót,
Wywoływał zdjęcia rozebranych pań.

Wszystko teraz jednocześnie wyszło na jaw,
Więc inspekcje przyjeżdżają raz po raz,
A nam – całkiem są na rękę takie jaja,
Bo nareszcie mamy spokój, mamy czas.

Jednych ciągnie po naukę na ulicę,
Inni wino z jabłek ciągną w pierwszej z bram,
Są i tacy, co wyjadą za granicę,
Żeby stamtąd móc przysyłać paczki nam.

Jeszcze inni do kościoła chodzą z rana,
Bo rodziny z dusz ratują, co się da,
Za to w nocy na cmentarzu – czczą Szatana,
Rytualnie krojąc brzuch czarnego psa.

Więc – bawimy się, o nudzie nie ma mowy!
Bawiąc – uczysz się i odtąd tak ma być!
Zamiast martwe prawdy wbijać w młode głowy –
Nauczymy wreszcie się jak w Polsce żyć!

Jacek Kaczmarski – Szkoła

poprzednio: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości”

Pieter Claesz – Martwa natura z czaszką i piórem

„…znowu będzie o jumie i rewolucji. Powracają one jak bumerang. Zgryzoty prowincjonalnej egzystencji nie pozwalają o ich związku zapomnieć. Czemuż zatem ośmielam się obarczać winą za historyczny rabunek męczenników niepodległości ludowo-socjalnej, takich jak Stanisław Mendelson, Ludwik Waryński, Marcin Kasprzak, Ignacy Daszyński, Ludwik Krzywicki, Stefan Żeromski, Władysław Grabski wraz z Janem Ludwikiem Popławskim (prekursorzy Narodowej Demokracji), opisanych przez Coryllusa zwięźle a podstępnie, samych bojowników o wolność uciemiężonych, którzy byli zwali oną jumę sprawiedliwością dziejową? Przecież nie o całą obwiniam, bo całość, jak wiemy, rozłożono nam na dwieście z okładem lat. Tylko o kolejny jej etap. Lubo (chociaż) był to etap kluczowy, sine qua non (bez którego nic), otwierający kanał wprost do bankrutacji ziemian przez parcelację, do zubożenia części włościan gospodarujących na gorszych ziemiach, zależnych od wielkich gospodarstw ziemiańskich (wg Woyniłłowicza zależność ta i korzyść jest wzajemna), nacjonalizacji przemysłu, ekspediowania zubożonych chłopów, przed 1918 i po, do przemysłu i dalej do powojennego ludobójstwa ziemian i kułaków (głównie włościan i drobnych zaścianków) w imię kołchoźniczego zbawienia ludzkości. Dalej już mamy darmowe dostawy węgla, stali i technologii do Sowietów, a dalej balacerowiczowskie schładzanie gospodarki przez m.in. bankrutację rolników w 1990 r. („nocna” monetarna rewaloryzacja kredytów rolniczych), a w końcu kumulację przywłaszczonego kapitału pod zarządem szczerych liberałów i bankrutację polskich firm budowlanych i transportowych w ramach Euro’2012.

Dlaczego ośmielam się wiązać lewicę patriotyczną w jednym łańcuchu z tymi wydarzeniami naszej historii gospodarczej? Przecież oni, ktoś powie, pozostali za drutem kolczastym drugiej wojny światowej. Dlatego, że jak pokazuje to skrzętnie a podstępnie pan Gabriel, jest ona, ta lewica, tak patriotyczna i pro-polska jak sam wódz rewolucji kulturalnej Mao, czyli bardzo mało. Ot taki szczegół. Przypomina pan Maciejewski – w rozdziale „Średnia długość życia wrogów socjalizmu” – ten utopijny entuzjazm, wygenerowany przez aktywistów niby-polskich rewolucyjnych kółek spiskowych, pierwszych socjalistycznych pism i pisemek, partii i partyjek pseudo-polskich rewolucjonistów, organizacji w zasadzie przestępczych, terrorystycznych, finansowanych z Paryża i Londynu, entuzjazm wkradający się w patriotyczne sentymenty zarówno ziemian, włościan jak i robotników, wykorzystujący i odnawiający pierwotną moc propagandy zwanej oświeceniową – wygenerowaną przez Józefa Wybickiego, Hugona Kołłątaja, Stanisława Staszica et consortes – moc haseł niby patriotycznych mających odwrócić uwagę poczciwego acz niezbyt spostrzegawczego narodu rycerskiego od zbankrutowania polskich finansów (bank Fregusona-Teppera, bank Protazego Potockiego i pozostałe) w 1794 roku, rok przed trzecim rozbiorem Rzeczypospolitej, czyli odwrócić uwagę od faktycznego, lubo nie całkowitego, atoli kluczowego i strategicznego ograbienia naszych właścicieli ziemskich z płynności finansowej, i to nawet tych z tzw. Familii (Czarotyskich, Zamojskich, Poniatowskich), tych, którzy spodziewali się nominacji na faktycznych władców Polski, innymi słowy na klawiszy, po przeczuwanym przez nich nowym rozdaniu politycznych wpływów i synekur. Jest to eksplozja łatwych i bezmyślnych idei, które co rusz wzbudzają naiwną wiarę, jak pisze Maciejewski, „że Polska mogłaby się odrodzić bez Kościoła i żyć, karmiąc się tylko ideami rewolucyjnymi, wśród których (i te słowa, ja, Magazynier, wytłuszczam tu jako kluczowe) hasło ubrane przez Lenina w bezpretensjonalne słowa – grab zagrabione – stanęło na pierwszym miejscu.”

A wcześniej w tym samym rozdziale nasz autor dopełnia oglądu rewolucji pseudo-patriotycznej pisząc o obsesyjnych, odrażających opisach ziemian polskich w prozie, znanemu wszystkim, Stefana, rzecz jasna Żeromskiego, nie zdolnego choćby do naszkicowania drugo- lub trzecio-planowej pozytywnej postaci pana na włościach, choćby i dalekiej analogii Edwarda Woyniłłowicza. osoby znanej wówczas wszem i wobec w Polszcze, znanego filantropa i adwokata sprawy włościańskiej, niczym jednak nie ujmującego interesom obszarniczym, co niestety musiało być ujmą w oczach postępowego ćwierćinteligenta, i co gorsza duszą zaprzedanego Kościołowi…

„Patrzyłeś w inną stronę, chłopczyku – mówi stojąca obok pani – i nie widziałeś jak ten pan oszukiwał.” Aha, więc o to się rozchodzi! Żeby patrzeć nie tam, gdzie spoglądają pełne zadumy, mądrości i tajemnicy oczy miszcza sira. I tę sztukę pan Gabriel wypracował sobie, zapracował na nią i opanowała niemal do perfekcji. Czytamy pierwszy tom Socjalizmu i śmierci i uczymy się patrzeć, nie tam gdzie spogląda autorytet z nadania, ale tam gdzie spogląda ta starsza pani, przez nikogo nie zauważona, stojąca w cieniu, jak stary jakoby nikomu nie potrzebny rekwizyt, odstawiony na tzw. boczny tor. Kim ona jest? No jak to? Nie domyślacie się?..

…Kiedy język i pisarstwo stają się nieposłuszne wobec kierunku spojrzenia miszcza sira, zadumanego i pełnego mądrości, wtedy wiążą w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy byty i znaczenia, które wcale nie są ukryte. Wręcz przeciwnie, metafora to zestawienie znaczeń odległych, lecz zestawienie nie ukrywające niczego. Wszystko podaje jak na dłoni. Tak owszem, często, żeby te znaczenia odczytać, trzeba sięgnąć poza poezję, do historii, do bytu faktycznego, albo poświęcić kilka chwil na własną dedukcję. Ale dlatego właśnie, tak jak owa spostrzegawcza, starsza pani, poezja widzi to czego oczarowany i naiwny oglądacz nie dostrzega, oszukaną sztuczkę albo rzecz prawdziwą, jak na przykład faktyczną historią Faustyny Mokrzyckiej. Nie chodzi mi o to, że mamy tu poezję u Coryllusa. Chodzi mi o to charakterystyczne zestawiania faktów i tworzenie znaczeń adekwatnych do rzeczywistości, analogicznie w pisarstwie Maciejewskiego i w grafikach Bereźnickiego…” (Magazynier, źródło: szkolanawigatorow.pl – Coś baaardzo dobrego i ciepłego jeszcze: Gabriel Coryllus Maciejewski ‚Socjalizm i śmierć’. Tom 1.)

podobne: O stawianiu wozu przed wołem czyli o treściach ukrytych naprawdę. „Pokot”, „Wielka Lechia”, „słowiańszczyzna” i folklor jako propaganda specjalnej (o Polaków) troski oraz: AKUPA Michowicza i „Wołyńska” manipulacja czyli o zarządzaniu stadem za pomocą nacjonalizmu (na ruskim sznurku), ksenofobii i antysemityzmu, oraz o „dobrodziejstwie” komunizmu w celu „pojednania” i to: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? a także: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu.

by Juan Medina

Historia w wielu książkach spisana została
i choć koniec jej horyzont zdaje się przesłaniać
to jest jak owa linia właśnie
(w swej zmienności stała)
i dla tych co pod nogi patrzą
jedną ma tylko kartę

Tę to właśnie wystarczy przeczytać uważnie
na reszty karuzelę nie zważając wcale
ponad barwne teatrum wzbić się
(w nagość rzeczy spojrzeć)
prawdy poezją dramat skończyć
stać się życia kowalem

Bo wszystko już było (na kole historii) – Odys, 17 maj 2017

 

Kiedy koniec II wojny? czyli… amerykańscy żołnierze w Polsce i Europie Środkowo Wschodniej. Wasalizacja, pożyteczni idioci i slalom między folkslistami. Sens dyslokacji wojsk z daleka od wschodnich rubieży. Zaniedbany kierunek – Białoruś.


rys. Jerzy Wasiukiewicz

5.11.2016, Warszawa

Na szczycie NATO w Warszawie w lipcu 2016 r. ustalono, że Sojusz wyśle do Polski i państw bałtyckich cztery wielonarodowe batalionowe grupy bojowe. Większość żołnierzy batalionu, który przyjedzie do Polski, ma pochodzić z USA. Dodatkowo Stany Zjednoczone zapowiedziały, że wyślą do Europy Środkowo-Wschodniej – w ramach współpracy dwustronnej – brygadę pancerną i pododdział śmigłowców. Brygada przez większość czasu mają znajdować się w Polsce, ale będą też ćwiczyć w innych państwach wschodniej flanki NATO.

Do tej pory oficjalnie poinformowano, że batalion będzie stacjonował w Orzyszu i sąsiednim Bemowie Piskim (Warmińsko-Mazurskie) oraz że przybędzie do Polski w kwietniu 2017 r. Brygadowa Grupa Bojowa (ang. Armored Brigade Combat Team, ABCT) miała natomiast trafić do zachodniej Polski, nie podawano jednak konkretnych garnizonów. Jak mówił szef MON Antoni Macierewicz, amerykańska brygada przybędzie do Polski w styczniu 2017 r. Z kolei szef Pentagonu Ash Carter mówił o lutym 2017 r.

„W styczniu 2017 r. do Polski zostaną przerzucone pododdziały i sprzęt ABCT. W początkowym okresie zostanie ona rozlokowana na obszarze zachodniej Polski, pomiędzy Drawskiem Pomorskim, a Żaganiem. Następnie część z jej elementów zostanie rozmieszczona w innych miejscach rejonu wschodniej flanki NATO. Sukcesywnie pewne elementy ABCT zostaną rozlokowane także w kilku innych lokalizacjach. W ramach pierwszej rotacji dowództwo brygady oraz bataliony inżynieryjny i wsparcia, 3 Batalion 29 Pułku Artylerii i 4 Batalion 10 Pułku Kawalerii będą stacjonowały w obiektach wojskowych w Żaganiu, Świętoszowie, Skwierzynie i Bolesławcu” – poinformowało w sobotę MON w komunikacie.

Resort potwierdził, że batalionowa grupa bojowa zostanie rozmieszczona w Orzyszu w kwietniu. Z kolei w marcu do Polski mają przybyć „wydzielone siły” wyposażonej w śmigłowce brygady lotnictwa bojowego sił lądowych USA.

Jak podano w komunikacie MON, batalion NATO będzie współdziałał m.in. z 15 Brygadą Zmechanizowaną w Giżycku (jeden z jej batalionów stacjonuje w Orzyszu). W październiku Carter powiedział, że amerykański batalion będzie „pod taktyczną kontrolą” polskiej brygady.

„Szczegóły przerzutu i pobytu sił Stanów Zjednoczonych w Polsce są uzgadniane od dłuższego czasu. Wszystko jest na dobrej drodze ku realizacji. Trwa proces koordynacji i przygotowań przerzutu wojsk amerykańskich do Polski. Jednocześnie trwają konsultacje odnośnie możliwości lokalizacji dodatkowych miejsc składowania sprzętu (APS)” – podało MON w komunikacie.

Żołnierze batalionowych grup bojowych będą co kilka miesięcy podlegali rotacji. Oddziały te będą wielonarodowe, ale w każdym będzie tzw. państwo ramowe, czyli odpowiedzialne za wystawienie większości sił i dowodzenie całością. W Polsce państwem ramowym będą Stany Zjednoczone, na Litwie – Niemcy, na Łotwie – Kanada, a w Estonii – Wielka Brytania.

Prócz Amerykanów w skład batalionu w Polsce będą wchodzili żołnierze z Rumunii i Wielkiej Brytanii. Polska z kolei wyśle żołnierzy do batalionu na Łotwie oraz pododdział do Rumunii (NATO wzmacnia swoją obecność wojskową nie tylko w Polsce i krajach bałtyckich, lecz także na flance południowo-wschodniej).

Trzon batalionu w Polsce będą stanowili żołnierze 2 Pułku Kawalerii USA, który na co dzień stacjonuje w Niemczech. Jak mówił w październiku Carter, do Polski przyjedzie ok. 900 żołnierzy, w tym elementy dowództwa, trzy kompanie manewrowe wyposażone w kołowe transportery opancerzone Stryker, bateria artylerii oraz pododdziały przeciwczołgowe, saperskie i inżynieryjne. Z kolei sobotni komunikat MON mówi o ponad 800 amerykańskich żołnierzach.

Koordynacją działań batalionów będzie się zajmować wielonarodowe dowództwo dywizji w Elblągu. Obecnie znajduje się tam dowództwo 16 Dywizji Zmechanizowanej.

Według komunikatu MON amerykańska Pancerna Brygadowa Grupa Bojowa (ABCT) będzie liczyła ok. 4 tys. żołnierzy. Oddziały z USA będą miały rotacje co dziewięć miesięcy. Jako pierwsza przyjedzie do Polski 3 Pancerna Brygadowa Grupa Bojowa z 4 Dywizji Piechoty. Oddział stacjonuje na co dzień w Fort Carson w stanie Kolorado.

Pod koniec października Carter poinformował, że pierwsze ćwiczenia brygada będzie miała w Polsce. Następnie jej pododdziały wielkości kompanii zostaną wysłane do Bułgarii, Rumunii i państw bałtyckich. Kompanie pozostaną w państwach bałtyckich dopóki nie przyjadą do nich wielonarodowe bataliony NATO, o których rozmieszczeniu Sojusz zdecydował na szczycie w Warszawie w lipcu.

Według Cartera w czerwcu brygada przeprowadzi ćwiczenia pod kryptonimem Saber Strike w Polsce i państwach bałtyckich. W lipcu przemieści się znów do Bułgarii i Rumunii na ćwiczenia Swift Response i Saber Guardian, podczas których kompania czołgów zostanie wysłana na drugą stronę Morza Czarnego – na ćwiczenia Nobel Partner w Gruzji. Rafał Lesiecki (PAP)

5.01.2017, Londyn (PAP/Media)

– Na Litwie, Łotwie i w Estonii zostało rozmieszczonych kilkudziesięciu żołnierzy sił specjalnych USA – podały w czwartek brytyjskie media. „Independent” pisze, że ich zadaniem ma być szkolenie miejscowych wojsk a także udział w działalności wywiadowczej CIA.
Zdaniem „Independenta”, siły specjalne USA zostały rozmieszczone w ostatnich miesiącach przy granicy z Rosją w ramach „trwałej” obecności amerykańskich wojsk w krajach bałtyckich.

Rozmieszczenie potwierdził cytowany wcześniej przez dziennik „New York Times” szef amerykańskiego dowództwa operacji specjalnych generał Raymond Thomas, który powiedział, że kraje bałtyckie desperacko poszukują pomocy USA w powstrzymaniu potencjalnej rosyjskiej agresji. „Są na śmierć przerażeni Rosją i wcale tego nie kryją” – dodał.

…”Independent” podkreśla, że rozmieszczenie żołnierzy pozwala stronie amerykańskiej monitorować działania Rosji w obawie przed dalszą destabilizacją po aneksji przez nią ukraińskiego Krymu w 2014 roku. Jest to także wyraźny sygnał pod adresem Rosji. „Czy Rosjanie wiedzą, że tam jesteśmy? – powiedział w +NYT+ generał Thomas. – Tak”…. (PAP) kot/ ap/

14.01.2017, Żagań (PAP)

Amerykańskie siły w regionie wzmocni też 10 Brygada Lotnictwa Bojowego, która w lutym rozpocznie przebazowanie z Fort Drum w stanie Nowy Jork. Przywiezie ok. 10 ciężkich śmigłowców transportowych Chinook, 50 Black Hawków i ok. 1,8 tys. żołnierzy. Do brygady dołączy batalion z Fort Bliss z południowego zachodu USA, z ok. 400 ludźmi i 24 śmigłowcami bojowymi Apache.

Dowództwo brygady lotniczej będzie się mieścić w bawarskim Illesheim, a wysunięte bazy śmigłowców znajdą się na Łotwie, w Rumunii i Polsce, w Powidzu (Wielkopolskie).

Po pierwszych ćwiczeniach w Polsce i rozlokowaniu pododdziałów w Bułgarii, Rumunii i krajach bałtyckich, amerykańskie kompanie pozostaną tam dopóty, dopóki na miejsce nie przybędą wielonarodowe bataliony NATO.

Sojusznicze wzmocnienie regionu, potwierdzone na warszawskim szczycie NATO, zakłada, że od kwietnia w Polsce i regionie ma być obecna także wielonarodowa batalionowa grupa bojowa, podlegająca dowództwu NATO. Jej siły mają być umieszczone głównie w Orzyszu i pobliskim Bemowie Piskim. Trzonem wielonarodowej jednostki będzie ok. 800 żołnierzy z ok. 70 wozami Stryker z amerykańskiego batalionu kawalerii pancernej, stacjonującego na co dzień w bawarskim Vilseck (PAP) mmd/ jbp/

podobne: USA wzmocnią siły lądowe i morskie w krajach na wschodzie NATO oraz: Po szczycie NATO: „Bazy” rotacyjne („szpica”?) w Polsce. Korpus NATO w Szczecinie podnosi gotowość bojową. USA organizuje zrzutkę na Irak, Afganistan i Ukrainę (manewry na zach. Ukrainy). Merkel: umowa NATO z Rosją wciąż obowiązuje. Rosja: reakcja na szczyt, manewry wojsk rakietowych, baza wojskowa w Arktyce.

13.01.2017, Wilno (PAP) – Rozlokowanie czołgów USA w Europie Środkowej i Wschodniej to proporcjonalna odpowiedź na agresywne działania Rosji wobec państw bałtyckich i całego NATO – powiedziała przebywająca na Litwie zastępczyni sekretarza generalnego Sojuszu Rose Gottemoeller.
„Działania Rosji w ciągu ostatnich lat jak zajęcie Krymu, wzmacnianie potencjału wojskowego na zachodzie wzbudzają nasze zaniepokojenie” – powiedziała w piątek Gottemoeller w wywiadzie dla agencji prasowej BNS.

Zaznaczyła zarazem, że „NATO nie widzi bezpośredniej groźby rosyjskiej inwazji na terytorium Sojuszu Północnoatlantyckiego”. „W ostatnich latach NATO wiele zrobiło wzmacniając obronę przed wszystkim, co mogłoby zagrażać Sojuszowi” – powiedziała Gottemoeller.

Wskazała również, że „w naszym interesie jest też utrzymanie dialogu z Rosją w celu pozyskiwania informacji”. „Utrzymaniem dialogu są zainteresowane obie strony – powiedziała Gottemoeller. – Rosjanie mówią, że ich niepokój wzbudza to, co robi NATO. Dlatego też powinniśmy mieć możliwość informowania się nawzajem”.

„Nikt nie jest zainteresowany, by kryzys przerósł w konflikt” – podkreśliła.

Minister spraw zagranicznych Litwy Linas Linkeviczius podczas piątkowej konferencji prasowej, która zakończyła dwudniowe nieformalne spotkanie ekspertów ds. bezpieczeństwa, mówiąc o dialogu z Rosja wskazał, że „nie powinien on być jedynie +zasłoną dymną+ dla bezczynności”. „Czasami takie ceremonialne spotkania stwarzają wrażenie, że odbywa się jakiś dialog, nawet współpraca, a w rzeczywistości nic się nie dzieje – powiedział Linkeviczius. Podkreślał, że „taka sytuacja jest nie do przyjęcia i byłaby złą praktyką”.

Szef litewskiego MSZ oczekuje, że w rozmowie z Rosją „zostaną zachowane zasadnicze wartości” i że „nie będzie podziału na jakieś strefy interesów”.

W piątek w Trokach koło Wilna zakończyło się dwudniowe nieformalne spotkanie ekspertów ds. polityki bezpieczeństwa „Snow Meeting”. W tegorocznym, dziesiątym już spotkaniu, wzięło udział ponad 100 polityków i ekspertów z krajów UE i NATO, m.in. sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP Krzysztof Szczerski. Z Wilna Aleksandra Akińczo (PAP)

podobne: Szwedzi i polski karabinek. Poparcie dla powszechnej służby wojskowej, tylko 1/3 gotowa jest bronić kraju. Palikot: zwiększanie wydatków na wojsko nic nie da. Obecność amerykańskich żołnierzy w Polsce. Litwa przywraca zasadniczą służbę wojskową. Zachód zaczyna szkolić ukraińskich żołnierzy. Rosja odwołuje alarm bojowy. oraz: Ukraina dąży do NATO, armia nie skorzysta z korytarzy humanitarnych. „Siły pokojowe” OUBZ kontra „siły szybkiego reagowania” NATO. Finowie i Szwedzi w gotowości bojowej, Norwegia i magazyny broni USA

No i powstał problem… Taki że natychmiast przybrały na sile pełzające do tej pory gdzieś w odmętach szaleństwa internetu głosy oburzenia piętnujące „podległość” i „wasalizację” Polski (jakbyśmy do tej pory byli niepodlegli i samorządni) nawiązujące bez umiaru do czasów kiedy to stacjonowała u nas Armia Czerwona. Największa krytyka płynie oczywiście ze strony ludzi zatroskanych o nasze złe stosunki z Rosją, tj. z państwem którego przywódca otwarcie nawiązuje (Rosyjska „durnoj sintez”) do upadłego imperium radzieckiego zwiększając od lat militarny potencjał („Chcesz miec pokój? Gotuj się do wojny!”, czyli – Na co gotuje się Rosja?), które swojego czasu gnębiło i okupowało „bratnie narody” od Bałtyku po Morze Czarne – w tym własnie Polskę. Nie wspominając o tym jak „pokojowo i przyjaźnie” zaprezentowało się w ostatnich latach na bratniej (podobno) Ukrainie (Krymie i w Donbasie), a wcześniej w Gruzji. Jeśli tak ma wyglądać ta cała „słowiańszczyzna” to ja dziękuję.

Rozumiem że krytyków amerykańskiej obecności w Polsce interesuje nasza niezależność (bez żadnych obcych wojsk), bo mnie też to interesuje. Nie zamierzam jednak latać z banerami czy miotłą za amerykańskimi żołnierzami stacjonującymi w Polsce. Chciałbym też dać pod rozwagę następujący problem – Polska nie istnieje w próżni, i to nie my kazaliśmy Putinowi się zbroić i napadać sąsiednie kraje. Nie rozumiem w związku z tym po co tylu Polaków rezonuje pro rosyjską propagandą, która stara się nas przekonać że obecność jakiejś brygady na naszym terenie (a nie Rosji) to prowokacja, i  że to uniemożliwia jakiekolwiek porozumienie. W jaki niby sposób „okupacja” Polski przez jakąś brygadę psuje/kasuje nam taką możliwość? Jeśli Rosja chce z nami pokojowych układów to nic nie stoi na przeszkodzie żeby się w ten sposób zachowywać, bo to w końcu nie Rosja jest „okupowana”. Tymczasem od dość dawna trwa straszenie Polski, że jak zaczniemy się zbroić to Moskwa „odpowie stosownie do zagrożenia”. Jeśli chcesz mieć Putinie wpływ na politykę obronną sąsiedniego kraju pod groźbą użycia rakiet i wojska, to się nie dziw że sąsiad ów ze strachu szuka wsparcia i reakcji u sojuszników. Ocieplenie relacji zależy więc przede wszystkim od Rosji, bo jest to kraj od Polski silniejszy i tę siłę demonstrujący. Putin doskonale wie co konkretnie mogłoby Polaków do Rosji przekonać i uspokoić. Pytanie czemu tego nie robi, i jakim prawem uważa że Polska nie może prowadzić samodzielnej polityki obronnej (NATO: szpica rośnie, więcej wojsk na wschodzie Europy, litewsko-polsko-ukraińska brygada w Lublinie, Moskwa zdziwiona. „Świdnik” centrum produkcji śmigłowca AW149 na cały świat)… (Odys)

„…należy uznać, że o wiele lepsza jest sytuacja, gdy w Polsce stacjonują wojska amerykańskie, niż gdyby były to wojska rosyjskie (choć najlepsza byłaby sytuacja, gdyby nie stacjonowały żadne wojska).

…ktoś „sprytny” zauważył, że amerykańskie wojsko zostanie dyslokowane głównie w zachodnich obszarach Polski. Nie omieszkał nawet stwierdzić, że Amerykanie przybyli „bronić Niemiec” zamiast Polski.

Problem polega na tym, że Amerykanie nie przybyli tu nikogo aktywnie „bronić”. Ich obecność jest zaledwie pokazową manifestacją obecności USA w tym regionie świata i formą sygnału dla Władymira Putina i jego kliki móiącego: „Biały Dom nie zamierza rezygnować ze strefy wpływów w Europie”. Tylko tyle i aż tyle.

Po drugie zaś, każdy, kto choć odrobinę zna się na wojskowości, zrozumie, że terytorium Polski to niesłychanie płytki obszar operacyjny. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie próbował bronić go przy samej granicy, ryzykując natychmiastowe zniszczenie w pierwszym ataku, lub okrążenie i odcięcie związków taktycznych od zaplecza logistycznego.

Ewentualna obrona tak płytkiego terytorium musi polegać na rozpoznaniu kierunków natarcia przeciwnika na przedpole i skierowaniu tam związków taktycznych znajdujących się na bezpiecznej głębokości „frontu”. Więc nawet, gdyby Amerykanie zgromadzili nie jedną, ale 10 ABCT w Polsce, nie dyslokowaliby ich do Suwałk i Lublina.

Jednak niektórzy Polacy zdają się wciąż, mimo nauczki z roku 1939 sądzić, że wojna obronna polega na obwarowaniu każdego metra granicy” (źródło: Wasalizacja?)

…jeśli więc chcemy się w ten sposób bronić, to sami powinniśmy o to zadbać uzbrajając i szkoląc swoich obywateli – w pierwszej kolejności zamieszkujących tereny przygraniczne. Czemu przez te ponad ćwierćwiecze „wolnej” Polski tego nie zrobiono? Czemu kraj mający tak przykre doświadczenia z sąsiadującymi państwami do tej pory jest rozbrojony? Przez ten czas wyrosły już niemal dwa pokolenia młodych ludzi a my nie dorobiliśmy się własnej armii zdolnej nie tyle do rozbicia, co choćby do zniechęcenia agresora ze względu na potencjalne straty jakie mógłby ponieść próbując okupować przeszkolonych i uzbrojonych po zęby kilkadziesiąt milionów ludzi.

Kuriozalna zatem jest sytuacja kiedy w świetle tych zaniedbań i braków, niektórzy odmawiają Polsce prawa nawet do tego niewielkiego kontyngentu (bądź co bądź sojuszniczych wojsk), który daje taką szansę (z racji potencjału jaki za nim stoi). Pomijam z niesmakiem brednie o tym że tych kilka tysięcy żołnierzy przyjechało rzekomo okupować Polskę. Zwłaszcza że ich obecność jest tymczasowa, a miejsce dyslokacji powszechnie znane… Sugerowanie zatem że jest to korpus ekspedycyjny który ma zaatakować Rosję jest naprawdę godne politowania… Podobnie jak teza że Putin ma prawo czuć się sprowokowany, i „żebyśmy się nie zdziwili” kiedy „prewencyjnie” uderzy. I to mówią zadeklarowani patrioci tłumacząc ewentualną AGRESJĘ na własny kraj. Tymczasem jak widać Putin nie uderzył, ale sam z prowokacji nie zrezygnował, co i rusz naruszając przestrzeń powietrzną państw sąsiadujących, i co jakiś czas ogłaszając dla armii jak nie stan podwyższonej gotowości bojowej to manewry – gdzie ćwiczy się warianty zaczepne, nie wspominając o wycelowaniu w Polskę rakiet Iskander i zapowiedzi dozbrojenia tego potencjału… (Odys)

podobne: Putin: Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród (tymczasem Ukraina ponownie prosi o siły pokojowe). Norweski wywiad o rosyjskiej aktywności. Rosyjska armia na poligonach od Kaliningradu po Sachalin. Polska zaniepokojona Iskanderami, potrzebna twarda infrastruktura NATO i zmiana koncepcji obrony (w odpowiedzi na doktrynę rosyjską). O roli Niemiec w polityce wschodniej (dodatkowe miliardy na armię) oraz: Ukraina: Poważne naruszenie rozejmu i ustawa o specjalnym statusie Donbasu. Manewry NATO na Ukrainie, Moskwa dozbroi Krym. Rosyjskie służby w parlamencie Tatarów krymskich. Naddniestrze: zaniepokojenie w Mołdawii, Białorusi i Kazachstanie

Kluczowe znaczenie przy ocenie prawdopodobieństwa wybuchu wojny mają: wysoka gotowość bojowa armii rosyjskiej, która regularnie od dwóch lat bierze udział w kolejnych manewrach oraz skłonność kierownictwa na Kremlu (różniąca skądinąd obecne władze Rosji od władz sowieckich) do działań o wysokim stopniu ryzyka. Wysoki stopień gotowości bojowej armii rosyjskiej oznacza, że Moskwa może zaskoczyć NATO nagłą operacją zaczepną… 

…Gros sił tak naszych, jak i naszych sojuszników stacjonować będzie na zachodnim brzegu Wisły. Powyższe ma – wbrew pozorom – sens, gdyż celem takiego, a nie innego rozmieszczenia sprzętu jest uniknięcie sytuacji, gdy najcenniejsze siły znalazłyby się w kotle, który Rosjanie stworzyliby uderzając z dwóch kierunków, tj. z Białorusi i Obwodu Kaliningradzkiego (OK)…. 

W scenariuszu ew. wojny z naszym udziałem rosyjski system A2/AD oznaczałby, iż Kreml – na początku konfliktu zbrojnego – mógłby za pomocą systemów S-300, S-400 i innych uniemożliwić lub zasadniczo utrudnić działania NATO’wskiego lotnictwa, którego rolą byłoby zwalczanie sił rosyjskich oraz wzmacnianie i przerzut dod. sił dla ew. znajdujących się w kotle sił NATO. Rozmieszczenie większości sił na wschód od linii Wisły bez możliwości – na początku konfliktu – wsparcia ich z powietrza oznaczałoby zatem tyle, co skazanie ich na klęskę. Dyslokacja sił z dala od ew. linii frontu to tym samym logiczne założenie operacyjne, w ramach którego pozwala się Rosjanom rozwinąć operacyjnie z dala od ich zaplecza i poza zasięgiem A2/AD. Unieszkodliwienie potencjału A2/AD jest skądinąd – przy pomocy broni precyzyjnej – możliwe, ale zajmie min. kilka dni. Kluczowe jest, by w tym czasie nie wykrwawić własnych sił. Do kontruderzenia sił NATO na Rosjan doszłoby zatem, ale dopiero po zneutralizowaniu najcenniejszych rosyjskich systemów ofensywnych…

logiczne jest tworzenie jednostek OT, z tym zastrzeżeniem, że muszą być to profesjonalnie wyszkolone siły, a nie kiepsko wyszkolone pospolite ruszenie. Nielogiczne byłoby natomiast przerzucanie znacznych sił na wschód. W tym kontekście krytykuje się np. decyzję o zmianie dyslokacji czołgów Leopard będących na wyposażeniu naszych Sił Lądowych do Wesołej pod Warszawą. Zapomina się jednak, że mowa jest o zaledwie jednym batalionie czołgów i że ew. rosyjska ofensywa nie może nie napotkać żadnego oporu aż do linii Wisły…

Nie da się ukryć, że Polska nie jest tak bezpieczna jak była jeszcze kilka lat temu, gdy taki tekst jak powyższy budziłby jedynie wzruszenie ramion. Zagrożenia są poważne, ale z drugiej strony prawdopodobieństwo wojny nie jest wysokie…” (Witold Jurasz całość tu: Wojska USA w Polsce. Dyslokacja z dala od wschodnich rubieży ma sens)

podobne: Większe wpływy Rosji na Ukrainie dzięki Niemcom i Francji. Sikorski: UE odeszła od wspólnej polityki zagranicznej. Duda o bezpieczeństwie a Niemcy o niebezpieczeństwie polskiej racji stanu (Polska strefą buforową). OAS i NATO dwóch prędkości oraz: Polska: ćwiczenia z udziałem „Patriotów”, manewry w rejonie Bałtyku, program Wisła (przeciwrakietowy parasol za kilka lat). Rosja: odpowiedź na zbrojenia Polski (Czy Polsce grozi agresja?) Wypowiedzenie traktatu o siłach konwencjonalnych. Broń nuklearna na Krymie? Ćwiczenia pod Stawropolem. Miller o armii europejskiej. Ukraina: Poroszenko o stratach i nowej granicy, pomoc wojskowa z USA. Irak: armia odbija Tikrit

„…po 12 września 1990 roku, kiedy w Moskwie został podpisany traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec, potocznie zwany „traktatem 2 plus 4”, Niemcy stały się wyznawcami politycznej doktryny, która można nazwać „europeizacją Europy”. Polega ona na delikatnym – bo tu na żadne gwałtowne ruchu nie ma na razie miejsca – ale cierpliwym i metodycznym wypychaniu Stanów Zjednoczonych z europejskiej polityki, zwłaszcza z kierowniczej roli. Niemcy bowiem, jako państwo poważne (bo państwa, jak wiadomo, dzielą się na poważne i pozostałe), nie zapominają, że na skutek dwukrotnego wtrącenia się Stanów Zjednoczonych do europejskiej polityki, przegrały dwie wojny, które przecież mogły wygrać. Nawróciły się też na linię polityczną kanclerza Bismarcka, która polega na tym, że Niemcy kierują Europą w porozumieniu z Rosją. Zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia jest strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, wyznaczające ramy europejskiej polityki. Oczywiście USA wcale nie zamierzają poddawać się doktrynie „europeizacji Europy”. Prezydent Obama, który najpierw, „przekonany” przez izraelskiego prezydenta Szymona Peresa, wycofał Stany Zjednoczone z aktywnej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej, co doprowadziło do proklamowania 20 listopada 2010 roku w Lizbonie strategicznego partnerstwa NATO-Rosja, czyli ustanowienia politycznego porządku lizbońskiego, w 2013 roku przywrócił aktywną politykę amerykańską w tej części Europy i zapalając zielone światło dla politycznego przewrotu na Ukrainie, wysadził porządek lizboński w powietrze. W takiej sytuacji również Rosja skorzystała z okazji, by załatwić niektóre swoje sprawy, co zirytowanego prezydenta Obamę skłoniło do prób montowania antyrosyjskiej krucjaty w Europie. Taka krucjata bez udziału Niemiec byłaby własną karykaturą – więc w Niemczech pojawiły się wątpliwości, czy przeczekać prezydenta Obamę i trzymać się strategicznego partnerstwa z Rosją, czy też machnąć na nie ręką i przyłączyć się do krucjaty. Myślę, że argumentem, który mógłby być dla Niemców decydujący, mogłaby być obietnica amerykańskiej zgody na rewizję postanowień konferencji w Poczdamie odnośnie tzw. „ziem utraconych”. Konferencja ta nadała tym obszarom status tymczasowy – odsyłając do traktatu pokojowego, którego Niemcy z Polską nie zawarły, chociaż w traktacie „2 plus 4” zrzekły się roszczeń terytorialnych wobec innych krajów i w wykonaniu jego postanowień 14 listopada 1990 roku podpisały z Polską traktat graniczny. Można by zatem uznać, że przynajmniej w tym zakresie II wojna światowa zakończyła się w listopadzie 1990 roku – ale czy to można być do końca tego pewnym? W stosunkach międzynarodowych bardzo popularna, o ile nie obowiązująca jest klauzula rebus sic stantibus. Zasadę tę opisuje art. 62 konwencji wiedeńskiej w prawie traktatów z 1969 roku, która weszła w życie w roku 1980. W tej klauzuli chodzi o to, że zawarty traktat można wypowiedzieć, jeśli sprawy przybrały inny obrót, niż w w momencie zawierania traktatu. Znakomitym przykładem zastosowania tej klauzuli są traktaty zawierane przez rząd USA z Indianami. Wprawdzie wspomina się tam, że uzgodnione ustalenia będą obowiązywały, „dopóki trawa będzie rosła, a rzeki płynęły” – ale kiedy sprawy przybierały inny obrót, to wszystko wyglądało całkiem inaczej, chociaż co do trawy i rzek nic się nie zmieniło. Ale bo też te sprawy, podobnie jak pory roku, nie zależą od rządów, podczas gdy wszystkie inne – niestety tak. W rezultacie trudno ustalić datę zakończenia II wojny, zwłaszcza, że porządek lizboński też został wysadzony w powietrze.” (Stanisław Michalkiewicz – Prawdziwy koniec II wojny)

podobne: Rola Polski w strategii USA (miejsce w szeregu). Jak z przedmiotu stać się podmiotem polityki międzynarodowej. (Nie)aktualność idei jagiellońskiej i to: Michalkiewicz i Braun: Quo vadis Polsko? Sny o potędze RP kontra przekleństwo georealizmu. „Stary Nowy Porządek” czyli Zdrada w Monachium  polecam również: Niech w końcu Niemcy wystękają dlaczego nie chcą twardej infrastruktury NATO w Polsce. Czy Obama i Putin uzgodnią nowy reset?

„…żeby być w polityce międzynarodowej partnerem, rząd musi panować przynajmniej nad własnym państwem. W przypadku Polski tak nie jest, a ponieważ każdy to widzi, Polska jest rozgrywana na zasadzie divide et impera. Ale nie na tym polega specyfika Volkslisty rosyjskiej. Ta specyfika polega na rosyjskich oczekiwaniach wobec Polski – że mianowicie zaakceptuje ona bez zastrzeżeń status „bliskiej zagranicy”. To bywa rozmaicie nazywane w zależności od sezonu; raz to jest „słowiańszczyzna”, innym razem – „bratnia wspólnota socjalistyczna”, a teraz nawet jako „obrona cywilizacji” – ale za każdym razem, od XVIII wieku, chodzi o to samo. Różnica jest taka, że Rosja raz przyciska nas do swego serduszka mocniej, a innym razem – słabiej. Jak przyciska nas mocno, to nie możemy nawet złapać oddechu, a jak słabiej, to niektórym nawet wydaje się, że są wolni. Ryzyko polega na tym, że nigdy nie wiemy, jak to będzie, bo też nie od nas to będzie zależało, tylko od tego, kto akurat stanie na czele Rosji. Tłumaczyłem to w roku 1996 delegacji Dumy rosyjskiej, która akurat bawiła w Warszawie. Jeden z deputowanych był ciekaw, dlaczego Polska chce przyłączyć się do NATO. Powiedziałem, że – po pierwsze – tylko NATO przewiduje obecność amerykańskiego wojska na terenie Niemiec. Dopóki to wojsko tam jest, to mamy coś w rodzaju gwarancji, że Niemcy nie zrobią niczego okropnego. Jeśli pewnego dnia amerykańskie wojsko z Niemiec zniknie, to być może Niemcy i wtedy nie zrobią niczego okropnego, ale już żadnej gwarancji nie będziemy mieli. Po drugie – chcielibyśmy zachować niepodległość i albo nam się to uda, albo nie. Może bowiem nam się to nie udać, bo coś okropnego zrobi Rosja. To nie musi być zaraz tragedia, chociaż oczywiście wolelibyśmy utrzymać niepodległość. Gdyby – powiedziałem – w Rosji panowała rynkowa gospodarka i liberalne prawo, gdyby Rosja nie próbowała przerabiać nas ani na „ludzi sowieckich”, ani na jakichś „Słowian”, gdyby na czele Rosji stał ktoś taki, jak Sergiusz Witte, albo Piotr Stołypin, to jakoś byśmy to wytrzymali. Gdyby jednak na czele Rosji znowu stanął ktoś taki, jak Józef Stalin, to – powiedziałem – wy sami najlepiej wiecie, że trzeba uciekać od was jak najdalej. Więc na wszelki wypadek chcemy przyłączyć się do NATO, żeby w razie czego mieć gdzie uciekać.

Jak z tego wynika, za przynależnością do NATO , czyli za Volkslistą amerykańską, przemawiają pewne argumenty, które byłyby jeszcze mocniejsze, gdyby Polska mogła uzyskiwać korzyści z przynależności do Paktu, do którego wnosi ważny aport. Przyczyny niemożności uzyskiwania tych korzyści leżą po stronie polskiej, a nie po stronie NATO i te przyczyny Polska powinna wyeliminować. W przeciwnym razie państwo nasze będzie wodzone za nos już nawet nie przez Niemcy, ale nawet przez Ukrainę, która znakomicie opanowała sztukę obcinania kuponów od prezentowania się w charakterze państwa specjalnej troski, no a przede wszystkim woli namawiać się z Niemcami, niż z rządem w Warszawie który nie wiadomo, czy panuje nawet nad swoimi sekretarkami. Jest to szczególnie ważne teraz, kiedy Niemcy wykorzystują pretekst Brexitu, by przywracać w Unii pruską dyscyplinę, a zapowiedzi tworzenia unijnych sił szybkiego reagowania i marynarki wojennej z rozbudowanymi dowództwami oraz „międzynarodowej” straży granicznej budzą podejrzenia, że USA próbując skaptować Niemcy do antyrosyjskiej krucjaty, mogą pozwolić na budowę europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, czyli na uwolnienie Bundeswehry spod amerykańskiej kurateli. L’appetit vient en mangeant, co się wykłada, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc nie jest wykluczone, że Niemcy spróbują załatwić jeszcze jedną sprawę, a mianowicie – amerykańską zgodę na rewizję postanowień konferencji w Poczdamie odnośnie „ziem utraconych”…” (Stanisław Michalkiewicz, całość tu: Slalom między Volkslistami)

podobne: Stanisław Michalkiewicz: „Kurde balans, miękną rury” czyli „mocni siłą naszych sojuszników”, „za wolność waszą” idziemy na wojnę i to: Międzymoże, czyli o wpuszczaniu Polski w kanał casus belli przez gigantomaniaków którzy nie panują nad własnym państwem

rys. Jerzy Wasiukiewicz

„…w stosunkach międzynarodowych występują dwie sprzeczne tendencje. Z jednej strony mamy dążenie państw do utrzymania własnej suwerenności, co skutkuje stanem anarchii w stosunkach międzynarodowych, a z drugiej – tendencję do przezwyciężania stanu anarchii poprzez porządkowanie tych stosunków, czy to poprzez tworzenie imperiów, czy to przez tworzenie międzynarodowych instytucji. I kiedy wydawało się, że w stosunkach międzynarodowych zaczyna dominować tendencja porządkująca, 21 kwietnia 2000 roku Prezydent Rosji W. Putin ogłosił doktrynę wojenną, w której zwracał uwagę na „marginalizację” ONZ i OBWE oraz podejmowanie operacji wojskowych bez upoważnienia Rady Bezpieczeństwa (chodziło o b. Jugosławię). Wkrótce nastąpił tak zwany „atak terrorystyczny” na Stany Zjednoczone, dzięki czemu ekipa tzw. „neokonserwatystów”, czyli Żydów, którzy z trockistów stali się konserwatywnymi marranami, podsunęła prezydentowi Bushowi doktrynę obronną, według której USA przyznały sobie prawo prewencyjnych uderzeń na państwa uznane przez nie za „zbójeckie”. Ta doktryna przekreśliła zarówno 3 jak i 8 zasadę Karty Atlantyckiej. Zasada 3 głosiła swobodę każdego państwa do wyboru własnej formy rządu, a zasada 8 wyrażała „wiarę”, że wszystkie państwa „będą musiały zgodzić się na wyrzeczenie się przemocy”. W rezultacie stosunki międzynarodowe ponownie zostały zdominowane przez stan anarchii, co zauważył nowy prezydent USA Donald Trump oświadczając, że będzie kierował się przede wszystkim interesem Ameryki.

Na deklarację Donalda Trumpa zareagował niezwłocznie Wiktor Orban oświadczając, że skoro Stany Zjednoczone zamierzają kierować się przede wszystkim własnym interesem, to Węgry będą robiły to samo w przekonaniu, że skoro takie postępowanie jest dobre dla USA, to musi być tak samo dobre dla Węgier. Nie jest wykluczone, że ma rację, chociaż warto zwrócić uwagę, że z uwagi na to, że – po pierwsze – USA mają rozmaite interesy w Europie Środkowo-Wschodniej i że – po drugie – będą próbowały je realizować bez względu na to, czy Węgrom będzie się to podobało, czy nie, więc – po trzecie – Węgry będą mogły skutecznie realizować własne interesy państwowe o tyle, o ile potrafią zharmonizować je z interesami amerykańskimi w tej części Europy. To nie jest niemożliwe, chociaż oczywiście będzie wymagało od Węgier pewnej elastyczności. Wszystko, co dotyczy Węgier, dotyczy również Polski, chociaż nie da się ukryć, że w odróżnieniu od Węgier, Polska nie wykazuje dostatecznej elastyczności. W jakim stopniu jest to skutkiem konieczności rywalizowania rządu o względy Naszego Najważniejszego Sojusznika ze starymi kiejkutami, które za napiwek podejmą się każdego łajdactwa, a w jakim – niechęci Jarosława Kaczyńskiego do Rosji, to sprawa osobna. Gdyby jednak udało się przekonać ekipę Donalda Trumpa, który najwyraźniej nie jest entuzjastą niemieckiej hegemonii w Europie, do koncepcji „heksagonale” – ale uzupełnionej i poprawionej, to znaczy – ze Stanami Zjednoczonymi jako protektorem – to wcale nie musielibyśmy aż tak bardzo martwić się powrotem do stanu anarchii w stosunkach międzynarodowych.” (Stanisław Michalkiewicz – O pożytkach z anarchii)

podobne: USA nakładają sankcje na Węgry za wspieranie Rosji! oraz: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom?

Pamiętajmy o tym że Poważne państwa nie mają w polityce zagranicznej ani stałych sojuszników, ani też stałych wrogów, tylko niezmienne interesy. Można się na nie gniewać, ale taka jest brutalna rzeczywistość. Jeśli chcemy być bezpieczni i wolni od bycia przedmiotem/pionkiem obcej/wrogiej polityki zagranicznej to sami musimy o to zadbać. Póki co sprawa naszej samodzielności nie przedstawia się najlepiej, o czym więcej tu: „SZ”: Niemcy kochają Rosjan, pogardzają Amerykanami. Szeremietiew: Niemcy, Rosja, czy… Polska?  oraz tu: Romuald Szeremietiew: Wiarygodność obrony i tu: Przemysław Karda: Rozbrojenie, czyli… Quo vadis Polska armio? a sam Optymizm nie zastąpi nam Polski.

Nie ma się więc co obrażać na obecność w Polsce wojsk amerykańskich, a już zupełnie bezcelowe jest dorabianie do tego faktu teorii spiskowej, tudzież pokrętnej „logiki” jakoby ta obecność była dla nas zagrożeniem, albo że psuje w sposób szczególny nasze interesy z Rosją czy (według nowego zarzutu) z Chinami. Trzeba bowiem spojrzeć realnie na te interesy, i na to co się z nimi wiąże, co można na dziś określić jako uzależnienie od rosyjskiego gazu, i póki co wielkie plany bycia rynkiem zbytu/przeładownią dla chińskich towarów. Obecność wojsk amerykańskich ani jednemu ani drugiemu nie zagraża. Teorie o tym że Chińczycy i Rosjanie ze względu na jakąś brygadę zrezygnują z robienia interesów w Polsce (albo że z tego powodu pójdą na wojnę z USA) jest równie naiwne jak to, że ich obecność w Polsce ma charakter czysto biznesowy. To że my chcemy mieć z tych kontaktów jakieś korzyści, nie ma też nic wspólnego z intencjami i celami obu państw (Jakóbik: Nowy Jedwabny Szlak z grą służb w tle). Niezrozumienie tej sytuacji można tłumaczyć tym, że albo ktoś nie zna realiów geopolityki, albo patrzy na nie przez romantyczno-idealistyczną wizję własną (a często podsuniętą propagandę), przez co ma zaburzone postrzeganie miejsca i siły Polski na arenie międzynarodowej (nie widzi tła – koncertu mocarstw) jest więc niepoprawnym marzycielem. Tych zaś którzy są zainteresowani podniecaniem obywateli „wasalizacją” czy „okupacją”, próbując stawiać relacje geopolityczne na ostrzu noża za pomocą przeinaczeń i chaosu informacyjnego należy się miano pożytecznego idioty, albo agenta wpływu jeśli pracuje na korzyść wrogiej Polsce propagandzie. Zwłaszcza jeśli taki ktoś stara się przekonać jak największą liczbę ludzi do tego, że nasze rozbrojenie jest najlepszą gwarancją pomyślności w dialogu, bo w ten sposób nikt obcy nie czuje się zagrożony (stara śpiewka jurgieltników jeszcze z czasów przedrozbiorowych I RP).

Tu pytanie do Putinolubów… Jeśli wierzycie w dobre intencje Prezydenta Rosji to czego się boicie? A jeśli się boicie gwałtownej reakcji ze strony Rosji to po co stręczycie Polakom ten kraj jako partnera, a jego przywódcę stawiacie za wzór męża stanu? Jeśli podobają się wam porządki w Rosji to w sumie powinniście się cieszyć z potencjalnego ataku, bo wreszcie będziecie mogli żyć w swoim wymarzonym świecie – pod prawdziwą okupacją i dyktaturą. Po co to udawanie że chodzi wam o dobro Polski i jej niezależność, skoro utożsamiacie się z Putinem i „słowiańszczyzną” to przyjmijcie na klatę konsekwencje takiego poddaństwa… Powinniście się cieszyć na okoliczność tego co zapowiedział pewien Sienkiewicz: “Nie będzie żadnego państwa polskiego. (…) Przyjdzie ktoś z zewnątrz i zarządzi tym burdelem”. Często powtarzacie że polskie władze pełne są ludzi którzy „bardziej nienawidzą Rosję niż kochają Polskę”, tymczasem sami zachowujecie się (pomimo doświadczeń komuny – a może właśnie dlatego) jak ludzie którzy bardziej niż kochają Polskę nienawidzą USA… (Odys)

„…sympatie prokomunistyczne wśród wysokich urzędników II RP – jest jej największą tajemnicą. Do dziś nie można wyjaśnić ilu było czerwonych kretów w urzędach i armii, a to z tego względu, żeby nie zniszczyć mitu odrodzonej po 120 latach niewoli Polski. Skąd oni się tam brali? No stąd, że ZSRR był, jest i jeszcze długo będzie dla wielu ludzi szalenie atrakcyjny intelektualnie, w przeciwieństwie do organizacji takich jak Kościół Katolicki. Dlaczego tak? Bo ZSRR dawał ludziom szansę na spełnienie ich marzeń. Oni tak to widzieli. Program komunistów był programem wielkiej budowy, która miała ulepszyć świat. A jak się komuś zawróci w głowie wizją, to on już się z tej hipnotycznej fazy nie wydobędzie nigdy. Będzie myślał już tylko o budowie wielkich miast na stepie, o piecach Magnitogorska i o tamach przegradzających rzeki Azji. Nie zrozumie, że komunizm to nie żadna budowa, ale piekło metodycznego zniszczenia wszystkiego dookoła. Nie zrozumie, bo komunizm jest atrakcyjny intelektualnie i stwarza złudzenia jakich nie może dać nikt, nawet Hollywood. Ono bowiem lansuje postawy indywidualne, komuniści zaś wprowadzają do mózgu złudzenie współdziałania w grupie, w której to uwiedziony intelektualnie urzędnik II RP widzi dla siebie miejsce przywódcze, albowiem wie, że dopiero tam docenią jego niezwykłe zdolności. Oczywiście, że docenią, a jak już je wykorzystają strzelą mu w łeb z bliskiej odległości, ale tej klauzuli akurat nie będzie w kontrakcie…” (coryllus – O atrakcyjności intelektualnej Polski i innych organizacji)

podobne: Informacja jako broń i cel ataku oraz krótki kurs czerwonej konspiracji czyli… postsowiecka spuścizna i skażenie Dzierżyńskim w polskich służbach. Kilka słów prawdy o IPN czyli „o największych tajemnicach ludzkości”

Wracając do realiów i właściwych proporcji – to nie Polska dyktuje warunki i kierunek działań Rosji, ale zmuszona jest reagować na jej politykę. Z racji tej PRZYCZYNY i naszej słabości jesteśmy niestety skazani na asystę takiego sojusznika który może skutecznie odstraszyć potencjalnego agresora. Nie chodzi tu o pewność obrony (tej nigdy mieć nie będziemy dopóki nie będziemy dysponować własnymi siłami) ale o niepewność wrogów, którzy z racji na fizyczną obecność USA w Polsce nie mają tego komfortu jaki mieli Hitler i Stalin kiedy napadali na nas w 39 r.

Nie chodzi też o to żeby spocząć na cudzych laurach i odtrąbić sukces, tak jak nie chodzi o to by wymachiwać cudzą szabelką i grozić Rosji wojną, bo Polska nie szuka wojny z nikim. To że próbujemy zadbać o własne bezpieczeństwo jest prostą i oczywistą reakcją na to że Rosja już od dawna wdrożyła i wydaje kupę forsy na modernizację i zwiększenie własnego potencjału wojennego. Na dodatek w przeciwieństwie do Polski wykazuje agresją wobec sąsiadów, oraz prowokacjami grożąc użyciem „wszelkich sił i środków” dla rzekomej „obrony” własnych interesów… jakby Polska stanowiła część Rosji (nie daje wam do myślenia takie stawianie sprawy Putinoluby?). Nie chodzi o to by kogoś napadać, ale żeby odstraszać potencjalnych agresorów, których na przestrzeni dziejów Polsce nigdy nie brakowało. Polecam wszystkim miłośnikom Putina żeby pojechali do Rosji i namówili tego człowieka żeby sam się rozbroił i nie straszył nikogo Iskanderami. Chce nas przekonać o swojej dobrej woli? Niech odda wrak TUtki i otworzy sowieckie archiwa. Tymczasem zalecam wszystkim podnieconym amerykańską obecnością w Polsce kilka głębokich wdechów i odwyk od bajek o dobrym i bezbronnym misiu z Rosji.

Tym którzy potraktują ten wpis jako pochwałę amerykańskiej w Polsce działalności, albo moją naiwną wiarę w szczerość i bezinteresowność ich intencji polecam lekturę: NATO-Rosja: manewry wojskowe i „renesans wrogości” (na pokaz?) i ciekawy kawałek z historii zamierzchłej… (Odys)

„…w roku 1790 zawarto sojusz z Prusami, który miał wyzwolić Polskę z moskiewskiej opresji, prócz tego wprowadzono podatek dziesiątego grosza i zastosowano ten sam podatek wobec dóbr kościelnych, tyle, że w wymiarze podwójnym. Do tego przyjęto ustawę o niepodzielności ziem Rzeczpospolitej. Ustawę tę wyszydził nawet człowiek tak naiwny jak Paweł Jasienica, nie ma więc potrzeby byśmy się nią tutaj zajmowali. Sojusz z Prusami nazywa BenjaminVaughan wyzwoleniem Polski! I porównuje go w dodatku do rewolucji we Francji! A jakby tego było mało Polska jest w jego memorandum wymieniona na miejscu pierwszym. Ciekawe czemu?

…Prusy przed pierwszym rozbiorem to spłachetek piachu nad morzem, nawet po przyłączeniu Śląska to jest europejskie byle co, z czym liczyć się nie trzeba. Być może owa teoretyczna słabość Prus plus osoba Benjamina skłoniły Koronę do zakończenia wojny. No, a wtedy pozostało już tylko wzmocnić Prusy czyimś kosztem i sprawa załatwiona. USA ma nowego partnera w Europie. Taka jest moja wersja, ale pozostaje jeszcze wyjaśnić dlaczego Korona zgodziła się na pokój. Tę kwestię naświetlił wczoraj Jacek. Otóż twierdzi on, że Korona za nic nie mogła zgodzić się, by Moskwa podporządkowała sobie cały obszar Rzeczpospolitej, bo kolidowało to z interesami Korony na Bałtyku. Prusy zaś, teoretycznie słabe i małe, stanowiły ważny czynnik brytyjskiej polityki w regionie, były ogranicznikiem wpływów Moskwy, pod jednym wszakże warunkiem – Rzeczpospolita musiała zostać zgładzona. Zmierzamy więc wprost do konkluzji, że Stany Zjednoczone powstały kosztem i na trupie Rzeczpospolitej Obojga Narodów, a do tego przejęły jej tradycję republikańską. Organizacją zaś, która wytransferowała te idee za ocean było Towarzystwo Rewolucji, założone w Londynie na rok przed wybuchem rewolucji we Francji…” (coryllus całość tu: Prawicowi intelektualiści i wielka rewolucja)

Do tego „ciekawostka”:

„Udo Ulfkotte był dziennikarzem, który ujawnił fakt, że tak on jak i jego koledzy pracowali na żołdzie wywiadu amerykańskiego. W swej książce zatytułowanej „Gekaufte Journalisten“ – „Skorumpowani dziennikarze”, wydanej w roku 2014 opisał metody, przy pomocy których CIA sugeruje treści artykułów, oraz instruuje i opłaca dziennikarzy niemieckich (również i włoskich) by popierali w mass-mediach politykę amerykańską…” (dakowski.pl – Udo Ulfkotte pro memoria, podobne: Wiodący niemiecki dziennikarz: CIA naciska na media by promowały III wojnę światową)

…a teraz wybierajcie którzy z nich są lepsi… a raczej należałoby powiedzieć gorsi i co wam da okopanie się na tych pozycjach. Ja tymczasem pozwolę sobie zacytować coś daleko bardziej ważniejszego… (Odys)

„…W połowie XVII wieku próbowano Polskę rozwalić za pomocą szeroko zakrojonej operacji znanej w historii jako „potop szwedzki” plus towarzyszące mu inne wojny przed i po potopie. Nie udało się, mimo że zaangażowanie militarne naszych przeciwników i środki w to zainwestowane naprawdę było duże.
Ponad sto lat później pokroili Rzeczpospolitą bez jednego wystrzału. Pomijamy miłosiernym milczeniem insurekcję Kościuszki, bo to sabotaż, wstyd i żenada. Błagam tylko, aby nie mówić o braku wojska, przynajmniej nie na tym blogu. O armiach imperialnych i rewolucyjnych, żeśmy już tu podyskutowali.
Według mnie przez ponad sto lat pozwoliliśmy sobie zwątpić we własną doktrynę. Pozwoliliśmy, aby potem ją nam odebrali i zastąpili „oświeceniem”. Niech piekło pokłonie oświecenie! Od XVIII wieku, od czasu instalacji oświecenia z narodu pewnego własnej tożsamości staliśmy się narodem aspirującym. Dziś jesteśmy już tylko biednymi aspirantami stojącymi w kolejce… Te aspiracje Coryllus bez przerwy nam demaskuje.
Wystarczy czytać Jasienicę wspomnianego wyżej przez Gospodarza, który jest dla wielu obowiązkowym stylem myślenia. I nie chodzi o to, co pisze, tylko o to, co każe robić. Aspirować, aby być jak inne kraje! To z tą trucizną trzeba walczyć!
Trzeba nam odzyskać własną narrację naszej historii zwłaszcza tej z czasów przedrozbiorowych. Nasza obecne błędy wynikają z zaszczepionej nam mentalności, że musimy się zapisać do klubu „starszych i mądrzejszych”, że musimy przezwyciężyć skazę i klątwę jaką był ustrój I Rzeczpospolitej. Nie był to ustrój doskonały, ale żadne wewnętrzne fatum nad nim nie ciążyło. Zaciążyło nad nami to, że daliśmy sobie w oświeceniu przetrącić duchowy i moralny kręgosłup. Potem dalej był socjalizm itd...” (mniszysko 13 stycznia 2017 o 11:36)

…i lekturę tego: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego.

Jesteśmy między młotem a kowadłem i póki co nie możemy nic z tym zrobić, możemy się co najwyżej spierać która ze stron chce nas bardziej zniewolić, ale ja nie widzę sensu w takiej dyskusji. Uważam tylko że większym zagrożeniem dla Polski jest mimo wszystko Putinowska (podkreślam ten „przymiotnik”) Rosja bo według jej doktryny jesteśmy „bliską zagranicą” bez prawa do samodzielnej polityki zbrojeniowej i energetycznej (w czym Moskwa współpracują ściśle z Berlinem).

Z racji tego że nie mam najmniejszego wpływu na globalną ani lokalną politykę, mogę tylko marzyć o własnej drodze i dawać na nią przykłady z naszej własnej zamierzchłej historii, co staram się robić zachowując zdrowy dystans do wieszania nas przez nasze „elity” u obcych klamek. Tego typu fakty dokonane traktuję wyłącznie jako przykrą konieczność. Nie raz wspominałem co musiałoby się stać żebyśmy mogli w miarę bezpiecznie podążyć własną drogą… W skrócie chodzi o korzystny zbieg geopolitycznych okoliczności (co już się kiedyś zdarzyło). Potrzebujemy jednoczesnego kryzysu w Niemczech i w Rosji, przy równoległym uwolnieniu potencjału Polaków i nie wpadnięciu pod koła jakiegoś innego walca (o czym więcej tu: Jacek Bartosiak i geopolityka: Rosja uwiązana na Ukrainie czeka na propozycję USA w sprawie „rozbioru” Polski by w zamian pomóc poskromić Chiny. Potencjał Polski w konflikcie z interesem Niemiec (o „jedwabny szlak”). Rola prezydenta RP). Chcieć nie zawsze znaczy móc, ale co powinniśmy zrobić trzeba już dziś gdzieś sobie zapisywać i na podstawie tego dobierać sobie przywódców i kształcić przyszłe pokolenia. I tu chciałbym z całą mocą podkreślić, że pokojowe odblokowanie polskiego potencjału gospodarczego nie zależy aż tak od naszych sojuszników, jak od tego kogo sami stawiamy za sterami naszego państwa. Jest to więc zadanie leżące w każdej chwili w naszym zasięgu. Kompletnie niezależne od przynależności do międzynarodowych dętych instytucji, w których złudne nadzieje pokładają nasze „elity”, a które służą wyłącznie formatowaniu podwójnej moralności za pomocą „światowej opinii publicznej” …(Odys)

10.01.2017, Warszawa (PAP) 

Polska ma znaczące poparcie i duże szanse na niestałe członkostwo w Radzie Bezpieczeństwa ONZ – powiedział we wtorek minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski.

Szef MSZ, który przebywa w Nowym Jorku, po spotkaniu z ambasadorami państw należących do RB ONZ powiedział TVP Info, że większość ambasadorów przychylnie odnosi się do polskiej kandydatury.

„Nastawienie jest bardzo pozytywne, w zasadzie można powiedzieć, że wielu z nich już gratuluje Polsce” – powiedział minister. Zastrzegł, że „jeszcze wiele miesięcy, wiele pracy i przekonywania”.

„Jesteśmy krajem, który jest producentem bezpieczeństwa, a nie konsumentem, w związku z tym szanse na wybór nas są bardzo duże” – dodał szef MSZ, który uczestniczył w specjalnym posiedzeniu zainicjowanym przez Szwecję, a poświęconym debacie nad sposobami rozwiązania konfliktów. Przypomniał, że od lat 50. ub. wieku w operacjach pokojowych na całym świecie wzięło udział ponad 70 tys. polskich żołnierzy.

Minister poinformował, że ma w planie spotkanie z Henrym Kissingerem i rozmowę telefoniczną z gen. Michaelem Flynnem, wymienianymi jako przyszli doradcy prezydenta Donalda Trumpa ds. bezpieczeństwa. Dodał, że zamierza im „przedstawić nasze spojrzenie na sytuację bezpieczeństwa w całej Europie”.

Waszczykowski był też pytany o sytuację w polskim Sejmie. Wyraził przekonanie, że sprawy wewnętrzne powinny takie pozostać. „To, co się dzieje w Polsce, powinno zostać w Polsce i nie powinno być przenoszone. Dopóki te sprawy toczą się w naszym kraju, i toczy się normalna – chociaż być może w niektórych sytuacjach nienormalna – rywalizacja polityczna, zamknięta w naszych domowych, wewnętrznych kwestiach, to jest oczywiste, że tak wygląda często rywalizacja polityczna” – podkreślił. (PAP) brw/ par/ jbr/

11.01.2017, Nowy Jork (PAP)

…Minister zwrócił uwagę, że chodzi głównie o to, by status bezpieczeństwa Polski, Europy Środkowej były równe statusowi bezpieczeństwa Europy Zachodniej. Nie chodzi jednak o odtwarzanie układu zimnowojennego kiedy na granicach stały niemal milionowe armie, lecz o symboliczne zabezpieczenie i dowód obrony na wypadek zagrożenia. Szef MSZ uznał, że Polska to otrzymuje.

Waszczykowski zapewniał też, że Polska jako sąsiad Rosji jest zainteresowana ułożeniem z nią poprawnych, a może kiedyś przyjacielskich relacji. Klucze do tego leżą w Moskwie – dodał. To Rosja bowiem nie chce rozwiązać zagadki katastrofy smoleńskiej, nie chce współpracować i oddać wraku samolotu.

Jak dodał z jego rozmów z doradcami Trumpa wynika, że chcieliby, aby Rosja powstrzymała się od łamania prawa i anektowania terytoriów.

„Słyszałem dzisiaj z ust jednego z moich rozmówców, że jest nie do zaakceptowania, aby Rosja prowadziła taką działalność wojskową na terenie Bliskiego Wschodu. Kiedy Henry Kissinger był decydentem w latach siedemdziesiątych byłoby to nie do zaakceptowania. Myślę, że czyny jednak będą inne niż wypowiedzi retoryczne, a Twitter nie jest dla mnie źródłem wiedzy” – wskazał Waszczykowski.

W nawiązaniu do debaty w Radzie Bezpieczeństwa na temat rozwiązywania konfliktów międzynarodowych pytany przez PAP ocenił, że najciekawsze było wystąpienie amerykańskiej ambasador przy ONZ Samanthy Power.

„Twierdząc, że żegna się już najprawdopodobniej z tym stanowiskiem pozwoliła sobie na pewną szczerość. Uznała, że przez lata dyplomaci, ambasadorowie, przedstawiciele Rady Bezpieczeństwa opowiadają eufemizmy. Mówią językiem żargonowym. Nie wskazują palcem. Jeśli mówi się o tym, aby powstrzymać się od użycia broni, powinno się wskazać do kogo się to adresuje itp.” – tłumaczył.

Waszczykowski zauważył też, że rosyjski ambasador przy ONZ Witalij Czurkin odrzucił w swym wystąpieniu zarzuty o zmianę przez jego kraj architektury bezpieczeństwa i agresję wobec Ukrainy.

Polski minister wyraził przy tym obawę, że świat może zaakceptować zajęcie Krymu w zamian za spokój we wschodniej części Ukrainy.

„To może nie być porozumienie domówione, ale na zasadzie fait accompli, faktów dokonanych, a wiele państw uzna, że nie ma atmosfery dla odzyskania Krymu dla Ukrainy” – przestrzegał.

Porównując sytuację do podziału Niemiec uzupełnił, że dzisiejsi władcy Kremla nie są wieczni. W Rosji też może dojść do transformacji, demokratyzacji w sposób pokojowy i powstania rządu, który odwróci tendencję łamania prawa międzynarodowegoZ Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski (PAP)

ad/ lm/ pro/

„Białoruś ma fundamentalne znaczenie dla bezpieczeństwa Zachodu. Ewentualne jej zajęcie przez Rosję – np. przy okazji manewrów Zapad 2017 – zmieniłoby zasadniczo sytuację strategiczną w regionie. Ewentualny przerzut sił rosyjskich w planowanej przez Kreml ilości (zamówiono do przerzutu sił aż 4200 platform kolejowych, co wystarcza do transportu 3 ciężkich dywizji) oznaczałby, że państwa bałtyckie byłyby realnie zagrożone w stopniu do tej pory nieznanym. Z punktu widzenia znacznie silniejszej od państw bałtyckich Polski sytuacja również uległa by dramatycznej zmianie, bowiem po raz pierwszy od chwili wstąpienia do NATO na granicy RP znalazłoby się rosyjskie zgrupowanie o realnym potencjale ofensywnym…

…Wydaje się, że połączenie świadomości zagrożenia na najwyższym poziomie politycznym w kraju wraz z wyraźnym wsparciem dla pomysłu nawiązania dialogu Warszawy z Mińskiem ze strony sojuszników przeważyło szalę. Powyższe nie zmienia faktu, że musi niepokoić fakt, iż przez lata prowadzono na kierunku białoruskim politykę całkowicie bezrefleksyjną i co gorsza nieskuteczną. Nie sposób nie zadać sobie pytania, skąd brało się wieloletnie ignorowanie faktu, iż gra nie toczy się o demokrację w sąsiednim kraju, a o bezpieczeństwo własnego. Konsekwentnie ignorowano zagrożenie, którego zapowiedzią były ogłaszane publicznie plany dyslokacji lotnictwa rosyjskiego na Białorusi. Nie przejmowano się faktem, iż w pobliżu granicy może dojść do potężnych, potencjalnie nam zagrażających, manewrów. Niestety odpowiedzi na pytania, czemu tak się działo nie napawają optymizmem. Więcej w nich bowiem ludzkiej małości, braku umiejętności refleksji i grupowych interesów niż wielkiej polityki. Nie brak wśród środowisk przeciwnych dialogowi z Mińskiem ludzi świadomych rosyjskiego zagrożenia, choć właśnie to zagrożenie powinno być punktem wyjścia dla konstatacji o konieczności dialogu z Mińskiem…

…W dniach 23 – 26 stycznia doszło w Warszawie do gry wojennej, którą kierował Naczelny Dowódca Sił Operacyjnych NATO (SACEUR) w latach 2013 – 2016 generał Philip M. Breedlove. Gra odbywała się w reżimie zachowania poufności, ale jak poinformowały media do udziału w grze, w charakterze obserwatora, zaproszony został ekspert z Białorusi. Fakt ten w połączeniu ze scenariuszem gry świadczyły o chęci wysłania sygnału do Mińska (a niewykluczone, że zarazem i do Moskwy) o tym, że Zachód nie planuje obalania reżimu w Mińska, chce dialogu z władzami Białorusi, nie planuje działań ofensywnych na kierunku białoruskim, ale też, zdając sobie sprawę z ofensywnych scenariuszy rozważanych w Moskwie, planuje działania na wypadek negatywnego rozwoju zdarzeń. NATO musi bowiem zakładać, że ew. rosyjski atak czy to na państwa bałtyckie czy tym bardziej Polskę, zostałby wyprowadzony właśnie z terytorium RB. Historycznie tzw. brama smoleńska i dalej równiny na Białorusi to tradycyjne miejsce do ew. działań zbrojnych.  Tym samym o bezpieczeństwie państw bałtyckich i Polski decyduje – z racji zarówno politycznych, militarnych, jak i geograficznych – to, co stanie się z Białorusią…” (całość tu: Polska – Białoruś, czyli o polityce w cieniu gry mocarstw)

podobne: Ośrodek Analiz Strategicznych: Potencjał militarny Białorusi oraz: Rosja: „Dzień zwycięstwa” demonstracją siły. Merkel oddaje hołd żołnierzom radzieckim („Tagesspiegel” krytycznie o pomijaniu w Niemczech zbrodni Stalina). Putin usprawiedliwia pakt Ribbentrop-Mołotow a Niemców uznaje za „ofiary nazizmu”(!). Łukaszenka: „w świecie zwycięża nie siła prawa, a prawo siły” i to: UE – spory zwolenników i przeciwników sankcji wobec Rosji. Wojna handlowa Rosji i Kazachstanu. Łukaszenka: Białoruś nigdy nie będzie częścią Rosji. Białoruscy i rosyjscy żołnierze ćwiczą blisko polskiej granicy. Rosja sprzedała rakiety S-400 Chinom i znosi embargo dla Iranu. Izrael protestuje przeciwko polityce Rosji, testuje „Procę Dawida” i krytykuje umowę z Iranem.

rys. Andrzej Krauze

Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości”


Ivan Vladimirov - Searching for food in the trash bin. 1919. Starving people in Petrograd, 1918

Ivan Vladimirov – Searching for food in the trash bin. 1919. Starving people in Petrograd, 1918

„…W filmiku na youtubie o krótkim życiu towarzysza Yakowa Swierdłowa, który wydał rozkaz zabójstwa Cara Mikołaja II i jego Rodziny w 39 min. podany zostaje spis zawartości sejfu Yakowa Swierdłowa, zmarłego nieoczekiwanie „od grypy hiszpanki”. Spis jest podpisany przez samego Genrika Jagodę. Otóż klasyczny idealista komunistyczny , zresztą nr 2 zaraz po Leninie, zostawił w tajnym sejfie (który musiał otworzyć wyciągnięty na tę okazję z celi „fachowiec”) m.in złotych monet carskich na kwotę 108.525 rubli, jubilerskich detali 705, kredytowe bilety carskie na kwotę 750.000 rubli, pewna liczba paszportów na różne nazwiska, jeden na nazwisko niemieckie. Łącznie złota było prawie 100 kg. A tymczasem włamu dokonano w poszukiwaniu „głowy cara”, którą miał sobie zażyczyć „na pamiątkę”.” (pink panther – 10 stycznia 2017)

Film o dzielnym tow. Swierdłowie (Jakow Swierdłow Krwawy mechanik władzy radzieckiej) unaocznia czym dla władzy lódowej był ploretariat, i do czego tak naprawdę była komunistom potrzebna mantra o „sprawiedliwości społecznej”, „równości” i innych tym podobnych nośnych dla prostych umysłów klasy robotniczej hasłach. Jakiż wstyd musiał trawić tych wszystkich idealistów, kiedy zamiast „romantycznej” pamiątki z bojowych rewolucyjnych dokonań Swierdłowa (zakonserwowanej w słoiku z formaliną), odkryto w jego sejfie dowody na pospolitą bandyterkę i złodziejstwo. Taki to był idealista, na dodatek hobbysta, numizmatyk i podróżnik (biorąc pod uwagę paszporty).

A oto historia Heńka G… czyli dokonania „idealisty” w skali mikro… (Odys)

„…24 maja. Dziś cała krew we mnie zawrzała, kiedy egzekutorzy rozłożyli się u nas w mieszkaniu. Przyszło dwóch nażartych chamów i kazali sobie od razu zapłacić 57 zł i 54 grosze. Nie było ani grosza w domu. To oni nie czekali długo i zaczęli wyrzucać wszystko z szafy na podłogę i zabrali zegar. Matka zeszła z łóżka i zaczęła ich prosić, i płakać, żeby nie zrobili śmieci, i wszystkiego, żeby poczekali, to się przyniesie pieniądze, ale oni odepchnęli matkę i powiedzieli, że jeszcze protokół spiszą, że przeszkadza.. Pożyczono 30 złotych i dano mu, ale on krzyknął „nie wezmę” i odrzucił pieniądze. […]

25 maja. Zwróciłem się do J.K., który jest sekretarzem w Związku Młodzieży Komunistycznej i powiedziałem, że chce przystąpić do „pracy”. […] Chcę walczyć z kapitalizmem, który wydał takich darmozjadów, jak tamci egzekutorzy! […]

23 lutego 1931. Znowu wyciągnąłem pamiętnik, żeby zapisać ważny fakt. Wczoraj byłem w Łazienkach z Lonią i ona sama mi zaproponowała, że jeśli chcę, mogę z nią spółkować. Położyliśmy się na trawie, tam ją wychędożyłem. Ale wśród tego, złapał mnie policjant za kark i podniósł mnie […]. Policjant powiedział, że płacę złotówkę „za obrazę moralności”. Lonia nie przestraszyła się, dała mi 50 groszy i powiedziała, żebym ja też dał 50 gr. I tak zrobiłem. Lonia była potem zadowolona i powiedziała mi, że postąpiliśmy, jak prawdziwi komuniści.[…]

2 kwietnia 1931. Ładna historja z tą Dorką! Przychodze do niej i proszę, żeby mi dała małą pożyczkę, a ona daje mi chętnie 15 złotych i prosi, żebym z nią poszedł na spacer, bo ma mi powiedzieć coś bardzo ważnego. Schodzimy i ona mi mówi, że spodziewa się wkrótce mieć dziecko! W pierwszej chwili patrzałem na nią jak na obłąkaną, a ona powiada mi, że już była w tej sprawie u doktora i on jej powiedział, że jest w drugim miesiącu. Potem Dorka powiedziała: „Przecież nie zaprzeczysz, że to dziecko jest z ciebie?”. Powiedziałem, że nie jestem wcale pewny, to ona się rozpłakała i powiedziała, że tylko mnie się oddała. […]

7 maja 1931. Dorka popełniła samobójstwo! Ja wiedziałem, że ona nie przetrzyma. Czytam w gazecie o tem i czytam nekrolog – i wcale nie przejmuje się, jakbym ja jej nie znał.[…] Czytam tę wzmiankę i nie czuję żadnego wyrzutu sumienia, ani politowania – jakby była zupełnie obca! Ostatni raz widziałem się z Dorką w ogrodzie[…]

14 marca 1932. Byłem dziś na cmentarzu („szłojszem” po ojcu) i spotkałem matkę Dorki i rozmawiałem z nią. Powiedziała, że nie może zapomnieć o jej śmierci; i ze znaleziono list Dorki zaadresowany do mnie, gdzie pisze, że ona mnie jeszcze kocha i żebym o niej nie zapomniał nawet po jej śmierci. Byłem szczęśliwy, jak się już ta stara odczepiła ode mnie! […]

 Oto mamy bezpośrednią relację z czasów, gdy owo pokolenie, które tak bardzo nam zalazło za skórę, się, że się tak wyrażę, dopiero hartowało. Mogę się oczywiście mylić, natomiast wydaje mi się, że tu właśnie możemy znaleźć nie jedną, nie dwie, ale wiele naprawdę odpowiedzi na dręczące nas pytania.

No i refleksja druga. Po ciężką cholerę organizacja tak z całą pewnością cwana, jak nowojorski Institute for Jewish Reasearch publikuje tekst tak w gruncie rzeczy antysemicki? Otóż mamy i na to pytanie odpowiedź, w dodatku udzieloną przez samych zainteresowanych we wstępie do wspomnień owego Heńka G. Otóż wedle relacji autorów tego opracowania, Heniek to absolutny wyjątek. Heniek to „człowiek pozbawiony idealistycznych złudzeń, który staczał się w stronę społecznego marginesu. [Heniek, choć trudno mu odmówić inteligencji] był zarazem prymitywny, niedojrzały emocjonalnie, brutalny, ogarnięty obsesją seksualną. […] Być może, że działalność w grupie komunistów (do której trafił w sposób raczej przypadkowy) uchroniła go przed całkowitym stoczeniem się do świata przestępczego, ale z drugiej strony nadała jego brutalnym zachowaniom ideologiczne uzasadnienie”.

A zatem (niesamowite, prawda?) i tu dostajemy odpowiedź na każde nasze pytanie, na każdą naszą wątpliwość. Heniek to wyjątek. Można by wręcz powiedzieć, że klasyczny. Autentyczny klasyk. I to wszystko. Dziękuję.” (toyah)

więcej przygód Heńka G. do przeczytania tu: toyah1.blogspot.com –  Z pamiętnika najmłodszego syna Bencjona Segala

podobne: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa.

…A zatem plan doprowadzenia powszechnej szczęśliwości do każdego jednego egzemplarza ludu pracującego miast i wsi był generalnie dobry, tylko Heniek i Swierdłow wszystko zepsuli swoją nadgorliwością. Szczerość w ujawnianiu tego typu przypadków ma zaś za zadanie pozbawić nas czujności niczym powiedzonko o piekle co to jest dobrymi chęciami wybrukowane. Cały problem polega jednak na tym że komunizm (tak jak piekło) z zasady był i pozostaje generatorem prymitywizmu i zbrodniczych skłonności. Nic tu nie pomoże idealizowanie i załamywanie rąk nad wyjątkami, bo fakty historyczne krzyczą same za siebie. Milionami pomordowanych w katowniach oraz z głodu. Wrogiem komuny jest bowiem jak na czyste zło przystało sama komuna… (Odys)

„…rosyjskie gangi okazały się po wielkiej wojnie na tyle mocne, a ich członkowie na tyle zdecydowani, że ludzie pokroju Baumana nie mieli z nimi szans. Trzeba by było bowiem dokonać konfrontacji bezpośredniej, a na to nikt nie mógł sobie pozwolić. To co Memches kwituje zdaniem

W komunizmie dostrzega przypuszczalnie ambitne zadanie budowy nowego, lepszego świata, w którym zostaną przezwyciężone wszelkie podziały między narodami i między klasami społecznymi.

Jest w rzeczywistości konfrontacją pomiędzy funkcjonariuszem tajnej policji i propagandy, a oficerem frontowym. Ten ostatni w rzeczywistości przewalających się frontów, masowych egzekucji, nieliczenia się z życiem i mieniem ludzi, powszechnym rabunkiem i brakiem jakikolwiek zasad, poza tą jedną, która stanowi, że rządzi siła, ma po prostu przewagę. I dlatego pan Zygmunt przeżywa swoje rozczarowania, którymi ekscytuje się Filip Memches. Gdyby oficer frontowy był choć trochę mniej brutalny i mniej zdecydowany pan Zygmunt wysłałby go do piachu i dalej opowiadałby o swojej chęci zbudowania lepszego świata

prześledźmy jak realnie wyglądało wychowanie żydowskiej młodzieży, oraz do jakich zadań ją przeznaczano. To jest wielka nauka, którą powinniśmy sobie wszyscy przyswoić. Ja w celu wyjaśnienia tego, celowo ukrywanego fenomenu, nie będę sięgał do żadnych pism laickich uniwersalistów, ale do pięknych i uwodzicielskich powieści. Moimi ulubionymi zaś są te napisane przez kapitana UB Izabelę Czajkę Stachowicz, która nie zrobiła co prawda tak wielkiej kariery, jak jej kolega Zygmunt, ale swoje zasługi miała.” (coryllus – Zygmunt Bauman – żydowski idealista)

podobne: Próbna matura z…. Baumana (sic!), czyli jak „polska edukacja” pomaga kreować „ałtorytety” oraz: Urzędowe „autorytety”, czyli o agentach kłamstwa dzięki którym „łatwiej umrzec niż myślec”.

Ivan Vladimirov - В подвалах ЧК

Ivan Vladimirov – В подвалах ЧК

Zestawiając te wszystkie wyznania i fakty w nich zawarte otrzymujemy „prawidłowość” nie do podważenia. Znika idealizm a naszym oczom ukazuje się cała naga prawda o każdym jednym socjaliście i legendzie komunizmu. Który jeśli nie brał bezpośrednio udziału w gwałtach, rabunku i mordach, to tuszował te sprawy albo zajmował się ideową propagandą by wybielać tych „walczących o lepsze jutro” na pierwszej linii frontu. Normalnym ludziom pozostaje czerpać z tych opowieści wiedzę i cytować wszystkim zakłamanym „ałtorytetom”, które również dziś stręczą nam tę „ideologię” z „romantycznym” zadęciem i w nieutulonym żalu, jak to zabrakło zrozumienia i że gdyby nie głupi opór oraz „wyjątki” to już dziś mielibyśmy raj na ziemi.

Jak to napisał toyah – nie trzeba nam produkować żadnych własnych „przemyśleń” o żydach i komunistach (chyba tylko po to żeby zostać zniszczonym jako antysemita) bo sami się ci wszyscy degeneraci przyznają do tego co robili i w imieniu czego. Trzeba natomiast każdemu któremu łazi po głowie bratanie się czy cywilizowanie patologii, która ciągle imponuje jednemu z drugim „oczytaniem” i „kulturą osobistą” z racji zaczadzenia opium „humanizmu”, tudzież z uwagi na „ambicję” „podyskutowania” sobie z Sierakowskim czy innym nawiedzonym, otóż trzeba takim ludziom rzucać w twarz ww fakty i żądać zajęcia jednoznacznego stanowiska, żeby nie udawali durniów co to niby chcą dobrze tyle że kolejny raz „nie wiedzą co czynią”. Albo się wyciąga wnioski z owoców komunizmu/socjalizmu, albo kończy się na ich ołtarzu jako nawóz, zhańbionym do końca świata (a może i na wieczność) za służbę wcielonemu złu. Nie da się bowiem bezkarnie zwalić wszystkiego na Stalina, po czym zaprosić sieroty po nim jak gdyby nigdy nic do wspólnego stołu, by urządzać świat według kolejnego kompromisu, który oznacza ni mniej ni więcej jak ustępstwo wobec zła. Dopóki „lewa” strona nie zrozumie komu/czemu służy i się nie nawróci (nie wyrzeknie) to nie ma o czym rozmawiać… Ich tożsamość jest toksyczna i wroga z samego założenia nie tylko dla polskości, ale całej ludzkości. Traktowanie ich jako równych z uwagi na „demokratyczne państwo prawa” jest nie tylko błędem, ale w swojej konsekwencji zbrodnią, która prędzej czy później zamieni się w przykrą niespodziankę… (Odys)

podobne: „Lewacki bałagan w wartościach” czyli pułapki tolerancji w wykonaniu lewicowym oraz: Informacja jako broń i cel ataku oraz krótki kurs czerwonej konspiracji czyli… postsowiecka spuścizna i skażenie Dzierżyńskim w polskich służbach. Kilka słów prawdy o IPN czyli „o największych tajemnicach ludzkości”

„…Najpierw zrobią z kościoła pomnik narodowy, miejsce zbeszczeszczone i pozbawione duszy, preparat martwy, taki, jakim jest dziś św. Marcin w Neapolu, albo Certosa w Pawji, albo Sainte Chapelle w Paryżu. Mszy nikt tam nie odprawia, modlić się nikt nie będzie; głupi strażnik będzie oprowadzał trzody głupszych jeszcze turystów, którzy kapelusza nie zdejmą, gapiąc się na gro­bowce, albo oglądając relikwie św. Piotra, przeniesione do zakrystii i tam w szklanej umieszczone skrzyni. I to będzie pierwsza faza. Potem pomyślą sobie, że szkoda tak ogromnego gmachu na muzealne jakieś zbiory, i urządzą tu miejsce ludowej zabawy; po kaplicach będą różne sklepy, kupczyki będą pić piwo przed mar­murową Madonną Michała Anioła; wszędzie będą bufety, wido­wiska w kościele, w kopule, a na konfesji apostoła ulicznica śpie­wać będzie nierządne piosenki. W dnie świąteczne orkiestra za­gra kankana monstre na osobnym rusztowaniu za ołtarzem, a jakiś clown przebrany za papieża, otoczony orszakiem histrionów, bę­dzie udawał, że błogosławi naród. To będzie druga faza. Potem potem pokaże się szpara w kopule, więc starą kamienną kopułę zniosą i zastąpią imitacją z żelaza; niedługo jednak spostrzegą się, że nie warto starego gmachu konserwować, więc zrównają z ziemią, założą fabrykę pudrety, a w Chicago zbudują z blachy pomalowanej ogromny model tej bazyliki, aż się sprzykrzy i będzie rozprzedany na bruch.

To będzie koniec

…Za rzecz najgroźniejszą w rewolucji rosyjskiej uważam wypowiedzenie wojny Bogu. Niszcząc ideę Boga, tym samem niszczy się ideę człowieka, jako istoty, noszącej w sobie obraz i podobieństwo Boże. Myślą i duszą człowiek sięga ponad materię; bolszewizm, wypleniając z duszy jego wyższe idealne pierwiastki, deptał ją, plugawił, bestializował. Czy można wyobrazić sobie podlejszy cel? Starałem się to nieraz wykazać, w słowa moje wkładałem całą moc uczucia, naiwnie sądziłem, że niejednemu otworzą się oczy. Były grochem, rzuconym o ścianę, bo kto, powtórzę słowa znakomitego Niemca, ma dziś czas mieć duszę, kogo wzrusza walka o Boga, o duszę?

I słusznie w kołach emigracji rosyjskiej w Paryżu postawiono przed kilku laty kwestię bolszewizmu na nowej płaszczyźnie. „Za­gadnieniem epoki naszej” – mówił prof. Piotr Struwe – „dzielącym ludzkość na dwa przeciwległe i wzajemnie wykluczające się światy, jest wolność, jest uczucie wolności. Jedni ją czują, inni nie. Komu uczucia tego brak, ten jest urodzonym niewolnikiem, i miejsce jego jest w państwie sowietów”. Tę myśl z właściwą sobie siłą i plastycznością rozwinął Miereżkowski: „Brak czucia wolności” – powiedział – „odbija się na obliczu tego, kto go nie zna. On jest czymś zupełnie innym, niż ja jestem, nie tylko du­chowo, ale fizjologicznie, on innymi oddycha płucami. To, czym ja żyję, czym płonę, co kocham, to jego zabija, w atmosferze wol­ności on się dusi. Jesteśmy świadkami powstawania nowego ga­tunku istot; fizycznie są to niby ludzie, moralnie – nie; to antropoidy, stoimy przed straszliwą grozą inwazji antropoidów”.

Zdawałoby się, że elementarne, z naturą człowieka zrośnięte uczucie godności ludzkiej nie zamarło jeszcze, że żyje w tych nawet, co się wyrzekli Boga i duszy. Więc zapłoną oburzeniem, gdy im ktoś pieczęć podłości przyłoży do twarzy i nazwie ich, ponieważ duszą się w atmosferze wolności, istotami tylko fizycznie podobnymi do człowieka, lecz pozbawionymi tego, co człowieka człowiekiem czyni. Gdzie tam! „Zrąb nowej twórczej siły” – czytamy w polskim pisemku komunistycznym – to maszyna przetwarzająca człowieka na obraz i podobieństwo swoje”. Więc zamiast Boga – maszyna, człowiek-maszyna, czy automat, więc „człowiek wyzuty z indywidualności, z sumienia, człowiek z men­talnością szpiega, z duszą kata, a poddany dyscyplinie katorgi”, słowem człowiek spodlony – oto ideał człowieka nowego. Roz­mowę z nim możnaby streścić w następujący sposób: „Czyżbyście chcieli być idiotami moralnymi i nie wstydzicie się tego?” – Cze­go się mamy wstydzić? Co wy zidioceniem moralnym nazywa­cie, jest najwyższym celem historii. Właśnie chodzi nam o czło­wieka bezforemnego, plastycznego, jak glina udeptana, pozba­wionego więzi narodowej, tradycyjnej, pozbawionego wewnętrz­nej autonomicznej więzi moralnej, odpowiedzialnego tylko przed zwierzchnikiem”. Innymi słowy, spodlone, zdziczałe stado ludzi i kij dyktatora, czyniący porządek w tym zdziczałym i spodlonym stadzie

Gdy się imperium Rzymskie rozpadało, zawładnęli nim bar­barzyńcy, ale przyjęli religię i cywilizację ginącego świata. Cywi­lizacja nasza rozpadnie się – przepowiedział to już Ernest Renan – od wewnętrznego barbarzyństwa, i to – dodam – w po­staci najohydniejszej, jaka da się pomyśleć; źle mówię, dotychczas nic podobnego nie dawało się pomyśleć. Przyznawano się do gwał­tów, do okrucieństw, upatrując w tym dowód energii w dąże­niu do celu. Ale kto stawiał świadomie spodlenie powszechne jako cel, kto do własnej podłości triumfalnie się przyznawał?

Przed tym zjawiskiem niechybnego rozkładu i końca stoimy bezsilni i bezradni. Ale trwajmy w oporze naszym. Może jakiś nowy przypadek, zamiast gubić, tym razem uratuje nas.” (magazynzapisz.wordpress.com, Marian Zdziechowski, „W obliczu końca”, Wilno 1938)

podobne: Michalkiewicz o porządkach rewolucyjnych wg. strategii bolszewickiej (na podstawie 6-cio latków i konwencji „CAHVIO”), oraz Szczureida (do Szczurospolitej) czyli… „wolność” w postkomunizmie i to: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos a także: „Muza nie żyje”: Kiedy sztuka jest wyrazem wysokiej kultury? „Jezus wyszydzony”: Zmaganie się o duszę tego świata polecam również: „Vae victis!”. Przyczyny upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego analogią czasów współczesnej „cywilizacji zachodu” i jeszcze: Stanisław Michalkiewicz: Czy uda się nam ocalić cywilizację łacińską, czy na jej gruzach zatriumfuje komunizm

Walka o Kościół to walka o godność osoby ludzkiej (stworzonej na obraz i podobieństwo Boga). Walka z Kościołem prowadzi więc w prostej drodze do usunięcia owej godności spośród poszukiwanych charyzmatów oraz powszechnego użycia, oraz do „zincitatuizowania” sumień (od konia którego Kaligula obrał senatorem) obyczajów i relacji międzyludzkich. Uzależnienia wolnych ludzi od kaprysu „elit”.
Bo władza może być albo święta – w służbie/ochronie owej godności, albo świecka ze wszystkimi tej „świeckości” (oświecenia) konsekwencjami – równaniem w dół aż do zrównania „nieba” z piekłem na ziemi, zgodnie z wolą człowieka który siłą „większości głosów” ogłosi się demokratycznie bogiem… Innej możliwości, jak sama historia pokazuje nie było, nie ma i nie będzie. Kult władzy/siły oparty o „uświęconą” tzw. „prawem” „rację większości” kończy się zawsze tak samo… (Odys)

rys. Andrzej Krauze

„…nie budujmy świeckich panteonów, bo nawet się nie zorientujemy kiedy podmienią nam bóstwa w nich ustawione. Widać to było doskonale po wojnie, kiedy to bohaterów prawdziwych zastąpili Nowotko i Finder.

Dlaczego polska państwowość nie istnieje bez Kościoła lub jest wtedy jedynie namiastką państwowości, jakimś protektoratem? Ponieważ kościół to dziś jedyna jawna organizacja o charakterze uniwersalnym, która głosi dobrą nowinę.

Państwo zaczyna się od doktryny. W czasach, które opisuję w II tomie Baśni, wszystkie prawie kraje w Europie próbowały uciec od doktryny Kościoła lub zawłaszczyć ją i zbudować własną doktrynę o takim charakterze. Państwo bez doktryny nie istnieje. Pamiętajmy o tym. Jeśli nie ma doktryny staje się łupem innych. W XVI wiecznej Europie trzy potęgi, prócz Kościoła miały doktrynę uniwersalną, imperialną, doktrynę nie tyle podboju, co objęcia opieką całego świata. Były to: Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, Turcja i Moskwa, która rozpoczęła swoją karierę od zbierania ziem ruskich, ale wkrótce ją udoskonaliła i została III Rzymem. To są gracze najmocniejsi, nawet jeśli wydają się chwilowo słabi. Tak ich oceniamy po latach. Siłę czerpały owe organizacje właśnie z doktryny. Żeby dokonywać ekspansji wszystkie trzy musiały walczyć z Kościołem. Moskwa miała swój Kościół, więc początkowo jej wojna z doktryną Kościoła Katolickiego prowadzona była na poziomie najprostszym i najbardziej czytelnym. Była to wojna z Litwą po prostu. Turcy walczyli z papieżem, ponieważ, o czym mało kto pamięta, ich doktryna była doktryną cezariańską. Turcy już od czasów seldżuckich mówili od sobie – Rumi czyli Rzymianie. Sułtan zaś był cesarzem Rumu czyli Rzymu. Rzymem zaś był Konstantynopol. Turcy mówili o sobie w ten sposób jeszcze przed podbiciem Bizancjum, a więc ich doktryna i organizacja były celowo i dobrze zaplanowane. Turcja nie atakowała Europy z pozycji barbarzyńskich, ale z pozycji wyższej cywilizacji, która narzuca swoje prawa i obyczaje, słabszym i gorzej działającym organizacjom. Warto o tym pamiętać, bo oznacza to, że nie mogło być zgody pomiędzy papieżem a sułtanem. Nigdy i na żadnej płaszczyźnie. Papież dysponował bowiem konkurencyjnym w stosunku do sułtańskiego Rzymem, którego mógł nie utrzymać bez pomocy wojsk obcych. Tych zaś dostarczali Niemcy, ale robili to nieszczerze i mieli w tym zbożnym dziele konkurencję. Papieże, przynajmniej ci przytomniejsi zadawali sobie sprawę z tego, że walka pomiędzy cesarstwem niemieckim, a Rzymem nie skończyła się nigdy i każdy niemiecki cesarz, chce podporządkować sobie stolicę apostolską, a potem uzbrojony w dwie doktryny; świecką i religijną, obydwie obejmujące cały znany świat, przystąpić do rozmaitych korekt granic i rabunku mienia na niespotykaną dotąd skalę. Byli więc Niemcy ukrytymi, operującymi na bardzo głębokim poziomie sojusznikami Imperium Otomańskiego w walce z Rzymem. W I połowie XVI wieku, którą opisuję w II tomie Baśni polegało to na systematycznym niszczeniu dwóch królestw, które stanowiły dla papieża oparcie na wschodzie, królestw, które nie połączyły się w jedno, choć była taka szansa i przez to obydwa musiały ponieść klęskę. Węgry padły pierwsze, bo znajdowały się na pierwszej linii walki pomiędzy papieżem a sułtanem. Węgry były krajem papieskim, krajem, który swoją doktrynę opierał na łączności z Kościołem. Niemcy zaś chcieli Kościół podporządkować sobie. To się nie mogło udać bez zniszczenia i podziału Węgier. Cesarze gotowi byli dla tej idei podpisać pakty z diabłami siedzącymi w najgłębszych kręgach piekła, nie tylko z sułtanem. I to właśnie się dokonało. Na oczach zdumionej Europy.

Polska, przez obecność na tronie dynastii litewskiej, której relacje ze stolicą apostolską są głęboko nieuczciwe, usiłuje wydobyć się spod wpływu Rzymu nie rozumiejąc, że oznacza to wprost podział kraju i jego rabunek. Niemcy bowiem nie są zainteresowani utrzymywaniem monarchii polsko- litewskiej w całości. Oni ją wręcz ignorują, tak jakby jej w ogóle nie widzieli. Wydobycie się spod wpływów Rzymu oznacza wprost dostanie się pod bezpośredni wpływ Niemców. Oraz Moskwy, która cały czas porozumiewa się z cesarzami. Podział Polski nie dokonał się z kilku powodów, z których każdy znajdował się daleko poza jej granicami. Był także jeden powód krajowy, który jest cały czas lekceważony w opracowaniach historycznych. Nie może tego zrozumieć nawet ktoś taki jak Jasienica. Oto polska szlachta doskonale zdaje sobie sprawę co się wyrabia na świecie i za nic nie chce by władza królów z dynastii jagiellońskiej sięgała tam gdzie nie powinna. Potem zaś, za nic nie chce by na tronie zasiadł Niemiec.

W Europie są też inne kraje i inne doktryny. Jest Francja, najstarsza córka Kościoła, którą niemiecka propaganda tamtych czasów opisuje w barwach najczarniejszych i straszliwych. Francuzi i ich królowie doskonale jednak rozumieją sytuację i doskonale wiedzą, że kraje, które nie posiadają doktryny uniwersalnej są skazane na zagładę. Oni zaś nie mają takiej doktryny, mają Kościół i dynastię. Kościół ten został nie tak dawno podporządkowany dynastii i teraz, w I połowie XVI wieku zanosi się na to, że zginie wraz z nią. Francja więc wkracza do Włoch, by tam stanąć po stronie słabego papieża przeciwko cesarzowi. Akcja ta jest opisywana jako przejaw nieodpowiedzialności i głupoty królów z Paryża. Ci którzy tak piszą są po prostu durniami. Nie można ich inaczej nazwać. Francja toczy we Włoszech uporczywą wojnę o przeżycie, o wszystko. Przegrywa kampanię za kampanią i dalej ładuje pieniądze w te wojny, bo od tego zależy czy kraj przetrwa. Podobnie czynił później król Stefan w Inflantach, tam również wojna toczyła się o wszystko, choć na pozór rzecz wcale tak nie wyglądała. Francji zarzuca się nacjonalizm, tak jakby nie istniało na świecie Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego. Francja nie może sobie pozwolić w tamtych czasach na doktrynę narodową, bo zginie. Jest jednak ktoś kto może sobie pozwolić na taką doktrynę, ktoś kto konstruuje ją w dodatku tak, że zapewnia sobie i swoim poddanym sukces i bezwzględną przewagę. Tym krajem jest Anglia, która szybko zamienia się w Wielką Brytanię. Brytyjska doktryna podboju nie opiera na na cezariańskich mrzonkach. Anglicy nie chcą sobie nikogo podporządkowywać i brać zań odpowiedzialności przed historią, Panem Bogiem czy kimś jeszcze. Anglicy chcą panować w oparciu o własne wybraństwo, chcą eksploatować inne kraje i zwozić ich bogactwa do siebie. I to właśnie czynią od początku stulecia XVI do roku 1945. Swoją doktrynę zaś opierają na Starym Testamencie i na wybraństwie Żydów. I to oni wygrywają bezapelacyjnie, choć oczywiście mają kilka słabszych momentów. Chcę podkreślić, że w tamtych czasach nie istnieje, jak to się czasem pisze w polskich książkach, żadna polska doktryna narodowa. Gdyby taka istniała zginęlibyśmy, chyba że byłaby ona oparta na wybraństwie analogicznym do tego które pożyczyli sobie od Żydów Anglicy. Szlachta uważa się co prawda za grupę elitarną i wybraną, ale zawsze podkreśla swoją przynależność do Kościoła. Jest więc częścią organizacji uniwersalnej, częścią średniowiecznego jeszcze, zjednoczonego Kościoła. Szlachta, która przystępuje do obozu reformacyjnego zaś, czyni to wiedziona koniunkturalizmem. Liczy na upadek i podział monarchii polsko-litewskiej.

Po co ja to wszystko piszę w dodatku pod tak mało zachęcającym tytułem? Czynię to ponieważ uważam, że to jest właśnie właściwy sposób omawiania spraw dotyczących Polski, historii i patriotyzmu. Sposób, którego nie ukradnie nam żaden tajniak, ani żaden sprzedawca, bo oni są na to zwyczajnie za głupi. Jeśli zaś pozostaniemy przy wywieszaniu flag i machaniu nimi od czasu do czasu, na komendę w dodatku, to będzie z nami naprawdę źle. Uważajmy więc i nie unikajmy trudnych wyzwań. To nas uratuje.” (coryllus – Zdejmijcie flagi, bo)

podobne: O stawianiu wozu przed wołem czyli o treściach ukrytych naprawdę. „Pokot”, „Wielka Lechia”, „słowiańszczyzna” i folklor jako propaganda specjalnej (o Polaków) troski oraz: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego i to: Od wielkości do śmieszności czyli… różnica między powagą Wielkiej Brytanii a Polski w UE. Czym jest londyńskie „City”, Europa dwóch prędkości i „Exchange Stabilization Fund”. Gdy światem rządzą banksterzy i gangsterzy a także: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom?

„…Wielu ludziom w Polsce i nie tylko wydaje się, że owym źródłem władzy jest jakaś poważna struktura urzędnicza, albo mafijna, albo mundurowa. Co w sumie na jedno wychodzi. To są złudzenia, w dodatku niebezpieczne, bo każda taka struktura może być zlikwidowana w dwa dni, bez specjalnego kłopotu. Potrzebna jest do tego jedynie determinacja i wroga wobec struktury, ale skrajnie wroga i niszcząca, doktryna…

…istniejące do dziś stowarzyszenie „Czaszka i piszczele”, z którego wywodzą się tacy politycy jak George Bush, zainicjowało swoją działalność okradając grób innego charyzmatycznego Indianina – Geronimo. Im także potrzebny był charyzmat. Dobrze bowiem wiedzą ci nowocześni, bogaci i lekko zblazowani ludzie, że bez charyzmatu wszelkie aspiracje do władzy można potłuc o kant sami wiecie czego. Warto w tym miejscu zapytać, dlaczego oni po prostu nie poszli po błogosławieństwo do tego swojego kościoła tylko rozkopywali groby biednych Indian, którym wcześniej ukradli ziemię. To chyba jasne? Bo ich charyzmat nie ma nic wspólnego z kościołem, ani z tamecznym, ani z Kościołem Katolickim

Co na to Polacy?…

…chcą być nowocześni i uważają, że będą tacy poprzez realizację swoich, całkowicie nie przystających do realiów aspiracji. Polacy utrzymują, że ich polityczna tradycja, tradycja Unii polsko litewskiej, koresponduje z politycznym projektem nazywanym Unią Europejską. To jest absolutna brednia i fałsz, a widać to choćby po tym, że w Unii polsko-litewskiej chodziło o to, by obywatele posiadali coraz więcej i bogacili się wskutek tego posiadania, w tej zaś nowej unii chodzi o coś przeciwnego. O to, by posiadanie było dla obywatela ciężarem oraz o to, by miast bogacić się obywatel zadłużał się coraz bardziej w banku

…Piewcy fałszywego, aspiracyjnego charyzmatu, wierzą także, że istniało coś co nosi dziś roboczą nazwę „polityki jagiellońskiej”. Chodzi o to, by pod jednym berłem zgromadzić jak najwięcej krajów Europy środkowo wschodniej. Pisząc „berłem” szydzę, bo wiadomo, że nie ma mowy o berle, za to jest mowa o parlamencie, procedurach, strukturach, koafiurach i całej reszcie. Otóż nie było żadnej polityki jagiellońskiej. Ową nicość maskuje się w podręcznikach historii fałszywym i oślizłym potworkiem językowym, czyli sławną „polityką dynastyczną Jagiellonów”. Cóż to jest polityka dynastyczna? To jest budowanie złudzenia, że będąc półpogańskim, dzikim Litwinem, zdeprawowanym przez włoskich pederastów i zadłużonym po uszy, można przeciwstawić się niemieckim bankom, cesarzowi, który swoje charyzmaty bierze wprost z Rzymu, Turkom uważającym się za nowych Rzymian od czasu zdobycia Konstantynopola, oraz miastom takim jak Gdańsk, Lubeka, czy Nowogród Wielki, które dyktują ceny zboża na świecie. To są niemożliwe rzeczy proszę Państwa. Polityka dynastyczna Jagiellonów jeśli nawet przyjmiemy, że istniała, polegała na mniej lub bardziej chętnym podporządkowywaniu się decyzjom silniejszych. Po upadku zaś Węgier w roku 1526 Jagiellonom pozostało już tylko słuchanie co mówi do nich cesarz, albo Turcy, albo Gdańsk, a najczęściej na słuchaniu tego co mówi do nich Albrecht Hohenzollern. To co dziś w Polsce nazywa się „polityką jagiellońską” jest w istocie polityką Stefana Batorego i Zygmunta III Wazy, a raczej Jana Zamojskiego, bo Zygmunt III był organicznie niezdolny do prowadzenia działań politycznych. Polityka ta oparta była o charyzmat Kościoła, w dodatku o ten najważniejszy, czyli misyjny, którego realizacją zajmowały się najważniejsze w Kościele struktury – zakony. W naszym przypadku chodziło o Jezuitów. I to był szalenie ważny moment, bo od razu widać było, że wszystkim w kraju się polepszyło, a ci co mieli słabsze albo oszukane charyzmaty dostali ataku wściekłości. Początkowo ruchy zmierzające do likwidacji charyzmatycznej Rzeczypospolitej były rachityczne, ale w końcu stały się nieco bardziej zdecydowane, a prawdziwych rumieńców nabrały one w roku 1648, kiedy to – jak piszą współcześni mędrcy – zbuntowali się Kozacy i chłopstwo, bo szlachta ich gnębiła i nie chciała utrzymywać kozackiego rejestru, w liczbie 30 tysięcy wojska. Ciekawe co by powiedzieli ci wyrozumiali pseudobadacze, gdyby dziś ktoś im kazał utrzymywać bandę najemników, ot tak na wszelki wypadek, bez żadnej gwarancji, że najemnicy ci nie zdenerwują się bezczynnością i nie napadną na kraj, który im płaci. Albo, że ktoś nie przebije stawki, albo, że oni sami nie zażądają więcej, bo się będą nudzić. Albo, że nie sprowokują wojny z sułtanem jak to już nie raz bywało, bo ile można siedzieć i czekać aż coś się zacznie.
Jeśli już mówimy o buncie biednych, oszukanych Kozaków, porównajmy wpierw pewne liczby. Sicz zaporoska była osadą liczącą stale mniej więcej 3 tysiące mieszkańców, samych mężczyzn. Chmielnicki zaś wyprowadził w roku 1648 w pole aż 17 wielkich pułków, czyli około 50 tysięcy ludzi. Skąd on ich wziął mili Państwo na tych dzikich polach i jakimi drogami oni tam doszli? Toż pielgrzymka ta widoczna być musiała z kosmosu. Ważniejsze zaś pytanie brzmi: kto za ich obecność w szeregach armii Chmielnickiego płacił. Skąd wzięły się pieniądze na te zaciągi. Bo oczywiste jest, że były to zaciągi, a nie żaden spontaniczny bunt oszukanych szeregowców.
Dziś jak widzimy nie jest tak łatwo, albowiem sytuacja różni się znacznie od tej z XVII wieku. Oto wtedy na unię polsko-litewską napadli w kolejności wymienionej: Kozacy, Moskwa, Szwedzi, Węgrzy. A kiedy już się wszystko uspokoiło i szło na lepsze, przyszli jeszcze Turcy. No, a teraz my wraz ze Szwedami, Węgrami, Niemcami oraz całą resztą próbujemy przekonać Kozaków, że powinni się do nas przyłączyć. Nie wysyłamy do nich jednak już jezuitów z sakramentami, których oni zabijali, ale posła Kowala. Jemu proponuje się grzecznie udział w programie kulinarnym, ale to wszystko na razie. O przystąpieniu do unii mowy nie ma bo jak powiedziałem sytuacja jest inna i Chmielnicki z Krzywonosem dziś są na nic. A do stracenia jest znacznie więcej niż wtedy. Dobrze o tym wiemy. No i charyzmaty już nie te.” (coryllus – O fałszywych doktrynach i fałszywej historii)

podobne: Skąd się wzięła Ukraina czyli Rusi Czerwonej rys historyczny, i co to są „granice etniczne”. Nie karmić niedźwiedzia! i to: Większe wpływy Rosji na Ukrainie dzięki Niemcom i Francji. Sikorski: UE odeszła od wspólnej polityki zagranicznej. Duda o bezpieczeństwie a Niemcy o niebezpieczeństwie polskiej racji stanu (Polska strefą buforową). OAS i NATO dwóch prędkości. oraz: Jacek Drozd: „Sarmacki Katyń” – bitwa pod Batohem (czerwiec 1652) a także: cynik9: Kulminacja cyklu wojny w 2014. Czego szuka stary podżegacz na Ukrainie  polecam również: Ukraina na skraju bankructwa (z długiem u Rosji). UE wycofuje się z polityki wschodniej. Partnerstwo strategiczne Litwy i Polski podupadło. Polscy i ukraińscy żołnierze w mołdawsko-rumuńskim batalionie sił pokojowych. „Der Spiegel”: Rosja nie planuje nowej ofensywy we wschodniej Ukrainie i jeszcze: Rok po wyborze Poroszenki Ukraina pogrążona w chaosie. PostMajdanowa (DE) oligarchizacja i Samobójcze prawo serii  oraz: Rola Polski w strategii USA (miejsce w szeregu). Jak z przedmiotu stać się podmiotem polityki międzynarodowej. (Nie)aktualność idei jagiellońskiej i to: Traktat ryski czyli rozwód Jadwigi z Jagiełłą. Jak wolna Polska obeszła się z Kresami oczami Szubarczyka, Mackiewicza, Woyniłłowicza i Korwin Milewskiego

Polityka mi wisi dorodnym kalafiorem.
Błogosławieni cisi i ci, co pyszczą w porę.
Historia mnie nie bierze, literatura nudzi.
Ja tam już w nic nie wierzę, a już na bank – nie w ludzi.

Adam Wycichowski niewolnik

Nawet drzewa twardnieją, by przeżyć,
Co tu mówić o ludziach, frajerzy!

A jak się urządzili ci z władz i z opozycji?
Ten bił, a tego bili – obydwaj dziś w policji.
Więc żaden mnie nie skusi na byle ćmoje-boje.
Błogosławieni głusi i ci, co słyszą swoje.

Nawet drzewa, by przeżyć, korzenie
Zapuszczają głęboko pod ziemię.

Katabas kirchę wznosi nie dla nas, a dla Pana.
Więc jakby sam się prosił by z glana kapelana.
Mnie tego nikt nie wrzepi, ja chcę mieć święty spokój.
Błogosławieni ślepi i ci, co widzą w mroku.

Nawet drzewa rosną w ciemnościach
W dupie mają – na czyich kościach.

Dla mnie się liczy kasa, kwatera i gablota.
Jak trafię skórę – klasa – pierogi wyłomotam.
Wykaże test, żem HIV-nik, to w żyłę – i odjadę.
Błogosławieni sztywni i ci, co żyją z czadem.

Nawet drzewa próchnieją przedwcześnie
A przecież istnieją – bezgrzesznie.

Jacek Kaczmarski – „Odpowiedź na ankietę Twój system wartości”
4.2.1995

podobne: Kaczmarski i 7 grzechów głównych… na przykładzie starożytnego Rzymu i Cyncynat – wzór do naśladowania oraz: Jacek Kaczmarski i poetycka pamięć o stanie wojennym. „Stan wojenny trwa dla każdego przez całe życie, od narodzin do śmierci” czyli… „Obława II” i korpoustRÓJ i to: dwa cytaty z coryllusa i jeden z Kaczmarskiego. „A Ty siej…”

Informacja jako broń i cel ataku oraz krótki kurs czerwonej konspiracji czyli… postsowiecka spuścizna i skażenie Dzierżyńskim w polskich służbach. Kilka słów prawdy o IPN czyli „o największych tajemnicach ludzkości”


rys. Andrzej Krauze

„…Polska odzyskała niepodległość 11 listopada 1918 r. Tego samego dnia w rewolucyjnej, bolszewickiej Moskwie doszło do wydarzenia, które wówczas wydawało się nieistotne, ale zaważyło fatalnie na naszej przyszłości. „Polscy” bolszewicy skupieni w Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy (SDKPiL) zebrali się, aby debatować nad… przyszłością Polski. Nie mogli pogodzić się z faktem, że powstaje polskie państwo jako organizm niepodległy, niepodlegający kontroli czy wręcz zwierzchności sowieckich komunistów. Usiłowali więc temu zaradzić przez stworzenie partii komunistycznej, która byłaby narzędziem propagandowym i ideologicznym „ojczyzny proletariatu”. Doszło do tego już 16 grudnia 1918 r. przez proklamowanie Komunistycznej Partii Robotniczej Polski jako zjednoczenia SDKPiL oraz PPS-Lewicy (w 1925 r. skrócono jej nazwę do KPP)…

Już w połowie 1919 r. KPRP została zdelegalizowana jako organizacja terrorystyczna, która jawnie występowała przeciwko strukturom państwa, prowadząc działalność szpiegowską, propagandową i sabotażową na rzecz bolszewików. Jawne wystąpienie przeciwko strukturom państwa polskiego podczas wojny z bolszewikami w 1920 r. spowodowało, że powszechnie postrzegano komunistów jako sowieckich agentów, a z racji bardzo silnego nasycenia ich instancji kierowniczych przez działaczy pochodzenia żydowskiego powstało pojęcie „żydokomuny”, co miało dodatkowo podkreślać niepolskie pochodzenie tej organizacji. Pewni swego zwycięstwa bolszewicy w lipcu 1920 r. utworzyli Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski (Polrewkom), który miał być tymczasowym rządem dla podbitych terenów. W jego skład weszli m.in. Julian Marchlewski (przewodniczący), Feliks Dzierżyński, Feliks Kon i Józef Unszlicht. Polrewkom ogłosił formowanie tzw. Polskiej Armii Czerwonej, ale zgłosiło się do niej zaledwie 176 osób, co świadczyło o braku jakiegokolwiek faktycznego poparcia dla najeźdźców.

Liczebność partii nie była wówczas znaczna, a podstawowa kadra działaczy centralnych i terenowych składała się głównie z przedstawicieli mniejszości narodowych (Żydów, Ukraińców i Białorusinów). W 1923 r. utworzono dwie autonomiczne struktury: Komunistyczną Partię Zachodniej Ukrainy (KPZU) i Komunistyczną Partię Zachodniej Białorusi (KPZB). Oprócz tego od 1920r. istniała Komunistyczna Partia Górnego Śląska (KPGŚ), a na Pomorzu i w Wielkopolsce komórki Komunistycznej Partii Niemiec (KPD).

Partia była bardzo mocno zhierarchizowana. Jej trzon składał się z funkcjonariuszy (zwanych po sowiecku „funkami”), którzy pozostawali na jej wyłącznym utrzymaniu. Trzeba przyznać, że za całkowitą dyspozycyjność i bezwzględne posłuszeństwo komuniści płacili więcej niż polskie państwo swym urzędnikom czy nauczycielom… Partia była też wewnętrznie bardzo rozbudowana, jej komórki organizacyjne miały za zadanie obserwować wszelkie dziedziny życia społecznego i politycznego. Najważniejsze były Wydziały Wojskowe (na szczeblu centralnym i okręgowym), których działalność skierowana była na szpiegostwo, sabotaż i ewentualną demoralizację szeregów armii, wyszukiwanie słabszych ideowo jednostek i werbowanie ich do zadań na rzecz Związku Sowieckiego, choć nie zawsze było to – ze zrozumiałych względów – ujawniane…

Jedną z pierwszych czynności było dostosowanie nazwisk do specyfiki kraju przeznaczenia. I tak, towarzysze żydowscy z Polski przybierali masowo nazwiska „słowiańskie”. Z tego samego kursu, w którym uczestniczyła wspomniana wyżej tow. Estera, „Lea Kantorowicz przeobraziła się w Jelenę Kamińską; jej mąż Icchak Gordon – w Aleksandra Leonowicza; Nechama i Józef Feigenbaum stali się Natalią i Osipem Krawczyńskimi; Chana Milsztajn jest tu Hanną Turską; Motke Hajman to teraz Mikołaj Wojnarowicz; z jednego Rapaporta zrodził się Krawiecki, z drugiego, częstochowskiego – Józef Karpiński”.

Po solidnych przeszkoleniach towarzysze rozsyłani byli dosłownie po całym świecie, aby propagować rewolucję jako lekarstwo na wszelkie zło i wspomagać miejscowe, na ogół rachityczne struktury konspiracji komunistycznej…” (Leszek Żebrowski, naszdziennik.pl za: wzzw.wordpress.com)

podobne: Leszek Żebrowski: 1945 rok – wyzwolenie czy początek nowej okupacji? oraz: (GN)Ida antypolonizmu czyli reżyserska wizja Heleny Wolińskiej-Brus (pierwotnie Felicja Fajga Mindla Danielak, ps. Lena)

„…W samym Lublinie istniały trzy punkty filtracyjne NKWD plus obóz  NKWD na Majdanku. Czyli „polski PKWN” mógł odetchnąć pełną piersią i spać spokojnie. Bowiem 13 października 1944 r. słynny „polski rząd” w osobie niejakiego Berii wydał rozkaz nr 001266 o sformowaniu 64 Zbiorczej Dywizji NKWD, która tworzona była w owym Lublinie. Do 20 października 1944 r jak pisze pan Pietrzak :”… liczyła ona już 9574 żołnierzy, a w grudniu 1944 r. jej stan osobowy przekroczył 14 tys. W tym samy czasie cały aparat bezpieczeństwa PKWN liczył zaledwie 2,5 tys. funkcjonariuszy….”. W maju 1945 r. oddziały NKWD liczyły na terenie Polski już 35 tysięcy a w lecie 1945 r. odpowiednio 45 tysięcy funkcjonariuszy NKWD. W styczniu 1945 r. na rozkaz Berii sformowane zostały 2 dodatkowe dywizje NKWD.  
Zadania polegające na wyłapaniu oddziałów polskich i „zneutralizowaniu” polskich elementów patriotycznych ale też nadzór nad demontażem infrastruktury przemysłowej m.in. na Śląsku i zarządzanie obozami filtracyjnymi NKWD, obozami pracy i obozami rolnymi.  W maju 1945 było ich 16 a w pod koniec 1945 r. – 28.
 A przecież nie byli to jedyni Rosjanie uprawiający terror na terenach „wyzwolonej Polski” i „wyzwalanego Śląska”. Armia Czerwona kiedy ruszyła w styczniu 1945 r. znad Wisły, liczyła ok. 3,8 mln sołdatów. Oni byli doskonale poinformowani, kiedy mijają granicę niemiecko-polską z 1939 r. i co im wolno. W wolnej chwili oczywiście. Oni już obejrzeli filmy propagandowe o wyzwoleniu niemieckiego obozu na Majdanku w Lublinie a doskonale pamiętali „dokonania niemieckie” na terenach Białorusi i ogólnie ZSRR.  
Tak więc do tych 45 tysięcy funkcjonariuszy NKWD należy dodać codziennie jakieś 200 tysięcy sołdatów wałęsających się w „wolnych chwilach” kiedy nie było walk i poszukujących różnych fajnych przedmiotów, które chcieli wysłać jako podarki dla mamy i narzeczonej. Zazwyczaj „kolekcjonerstwo” obejmowało: zegarki, biżuterię, sukienki, pantofle ale też rowery a nawet piły. „W pakiecie” był samogon i gwałty…

…Mnie zainteresowało, ilu Polaków realnie kierowało Wojewódzkimi Urzędami Bezpieczeństwa , zwłaszcza na Śląsku w momencie „zero” i na samym początku.  No i okazuje się, że nawet docent wiki daje ciekawe dane o narodowości szefów tych WUBP, podlegających MBP.  Wybierając nazwiska tych, którzy kierowali takimi urzędami na początku czyli w latach 1945-1947 dochodzimy do ciekawych ustaleń.
Oto parę fiszek osobowych pokazujących, jak to „Polacy przejęli władzę na Śląsku” w 1945 r. Mamy już tego Pinka Mąkę w randzie kapitana i z tym „przebitkowym papierem z nadaniem”. Wiadomo, że on organizował pierwszą ekipę Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Katowicach i zatrudnił tam m.in. swoich 2 braci, jakieś żydowskie koleżanki z Będzina etc.
A teraz ciekawsze postacie:

1)      Bronisław Trochimowicz, Rosjanin, ur. 1904 r. w rejonie Krasnodarska. W latach 1918-1926 żołnierz Armii Czerwonej zwalczający oddziały „Białych”, w latach 1928-1941 r. kierownik elektrowni i szef budownictwa w Krasnodarze i Leningradzie. W 1943 r. odkomenderowany do Armii Polskiej z ZSRR. Od 22.11.1944 r. z-ca Komendanra Komendantury RBP w Lublinie, w latach 1945-1947 – Z-ca Kierownika UB na Okręg Dolny Śląsk!!! Od 1947 r. szef  WUBP w Gdańsku,

2)     Faustyn Grzybowski, Rosjanin, ur. 1913 w Mikołajewie k. Dnipra, od. 1933 aktywista KPZR i pracownik kołchozu, od 1935 Armia Czerwona, 1938 r. ukończenie szkoły podoficerskiej 64 Pułku NKWD, od 1943 oddelegowany do Armii Polskiej w ZSRR, 13.08.1944- 16.01.1945 – szef WUBP w Białymstoku, 16.01.1945- 30.11. 1945 r. szef WUBP w Lublinie, 06.12.1945- 15.04.1948 r. – szef WUBP we Wrocławiu. Pełne 3 lata.

3)      Józef Kratko  Żyd, ur. 1914 Pińsk, od 09. 1941 ochotnik w Armii Czerwonej, od 15.08. 1944 r. Komendant MO Miasta Stołecznego Warszawy, 1945 – Szef Inspektoratu KG MO w Warszawie, 1946-1947 szef WUBP w Katowicach, 1947-1953 Szef IV Departamentu MBP

4)     Józef Jungman (Jurkowski) Żyd,  ur. 1913 w Lublinie, w latach 30-tych w KZMP, od 1941 r. w Armii Czerwonej, od 1943 r. w Wojsku Polskim w ZSRR, od 1944 r. oficer do zadań specjalnych Resortu Bezpieczeństwa Publicznego PKWN, od 23.01.1945 r. Szef Grupy Operacyjnej na Górny Śląsk, 23.12. 1945 r. szef. WUBP  w Bydgoszczy, 15.03.1948 r. szef WUBP – w Gdańsku, 15.08.1950-30.11.1951 r. w MBP Warszawa, w okresie 1.12.1951- 31.05.1955 r. szef WUBP w Katowicach,  najbliższy szef Pinka Mąki.

5)      Jan Wołkow, Żyd, ur. 1916 Ozdziutynach na Wołyniu, w latach 30-tych w KPZU, od 1939 3 lata w „aparacie partyjnym komunistycznym na Wołyniu”, w 1943 szkolenie w tzw. Polskim Batalionie Szturmowym, w 1944 zrzucony do Polski  w AL. U Grzegorza Korczyńskiego, w okresie 28.09.1945 -2.08.1947 – w WUBP w Gdańsku, śledczy , „prowadził” sprawę „Inki” oraz 5 Brygady Łupaszki na terenie Pomorza,

6)      Nachum Chmielnicki ur. 1914 Żyd, w Kamionce Rosja, w 1945 w WUBP w Katowicach, 1946-1947  z-ca szefa PUBP w Nysie, 1948 – szef PUBP w Bytomiu, 1949 szef PUBP w Lublincu, 1951-1954 – z-ca szefa WUBP w Katowicach,

7)      Beniamin Kanarek ur. 1917 w Tarnowie, Żyd, 1945 oficer śledczy WUBP w Katowicach, 01.01.1946 – kierownik MUBP w Chorzowie, 1946 – szef UBP w Gliwicach, 1948 – inpektor WUBP w Katowicach

8)      Leon Weintraub, ur. 1914 w Sosnowcu, Żyd, 05.03.1945- 31.01.1946 r. w I Wydziale WUBP w Katowicach, 01.02.1946 – 06,.1946 – zca szefa wydziału VII WUBP w Katowicach, 1948-1949 szef wydziału V w WUBP w Katowicach…

…oczywiście można starać się udowadniać, że Polacy samodzielnie i bez pomocy innych mścili się na Niemcach, ale widać, że to było dzieło komunistów, których ojczyzną był Związek Sowiecki a nie Polska…” (Pink Panther – John Sack, Mąka, Łuszczyna i NKWD czyli kto męczył Niemców po wojnie)

podobne: „Nie rzucim żłobu, skąd nasz ród!”… Marek Jan Chodakiewicz – „O prawicy i lewicy” oraz: Najnowsza historia Polski wciąż czeka na odkrycie, źródła leżą w Moskwie (wywiad z prof. Wieczorkiewiczem)

„…Logika panów „byłych oficerów” nie jest skomplikowana i sprowadza się do klasycznej manipulacji, w której pracę w organach okupanta sowieckiego nazywa się „pracą dla Polski”, zaś między „obroną socjalizmu”, a służbą na rzecz suwerennego państwa, stawia znak równości. Przez cały okres III RP, to ordynarne kłamstwo pozwalało ludziom bezpieki kreować się na polskich patriotów oraz znawców problematyki bezpieczeństwa narodowego…

…„Wiadomość” o braku lojalności państwa wobec byłych esbeków, nie musi nas interesować. Intryguje jednak, że tę samą „wiadomość” mają również odbierać „młodsi oficerowie, pozostający w służbie”

Naruszanie fundamentalnej w całym świecie zasady bezwzględnej lojalności oficera wobec Państwa i Państwa wobec oficera wiedzie do relatywizacji tej więzi. (…) Skoro Państwo może bywać lojalne lub nie według zasady „widzimisię”, to oficer wywiadu (lub inny funkcjonariusz Państwa) może zachować się co najmniej symetrycznie albo gorzej – spodziewając się „wystawienia do wiatru”, taki oficer może uprzedzająco się „do wiatru” ustawić. A znając inteligencję obecnie służących oficerów kontrwywiadu (tych w ABW i tych w AW), którzy także są bystrymi czytelnikami ustaw, przewidujemy, że ich gorliwość w tropieniu obcych szpiegów będzie umiarkowana.”

Jakby mało takich nieszczęść, b. funkcjonariusz Departamentu I SB MSW ostrzega rządzących, że „w tej ustawie widzimy ukryty komunikat rządu do służb specjalnych innych państw. Te mniej nam przyjazne uzyskały potężną dźwignię werbunkową wobec polskich funkcjonariuszy. Argument o państwie nielojalnym wobec własnego urzędnika, użyty w odpowiednim kontekście, może przekonać osoby nawet bardzo uparte i nieprzejednane. Wiemy co mówimy. Akurat w tym jesteśmy fachowcami.”

Można byłoby przejść do porządku na tym ahistorycznym i niedorzecznym wywodem i uznać go za wyraz frustracji środowiska byłych esbeków, gdyby nie fakt, że wielu z tych ludzi nadal posiada wpływ na służby III RP i jest aktywnymi uczestnikami życia publicznego. Lekceważenie takiego sygnału, byłoby tym bardziej pochopne, że sugestia o możliwej nielojalności „młodszych oficerów, pozostających w służbie” wpisuje się w szereg innych gróźb, próśb i deklaracji, które w normalnym państwie byłyby potraktowane z uwagą przez służby i prokuraturę…” (Aleksander Ścios – MY NIE WIEMY – RZECZ O GRANICACH)

podobne: Stanisław Michalkiewicz: o umizgach do Ameryki (na „tajnej” konferencji MOSTY), i o braku instynktu samozachowawczego UBęcwalencji (czy nadejdzie opamiętanie?)

„…Rosja ma za to wyśmienitą dyplomację, biegłą w sztuce dzielenia i skłócania, co rozbija w porę wszelkie przeciwrosyjskie sojusze; ma chytrych i elokwentnych agitatorów, gotowych we wszystkich stolicach Europy z nieskończoną bezczelnością głosić jej trjumfy i wyższość jej racyj w chwilach największego Rosji poniżenia i klęski. I dzięki tej prowadzonej od pokoleń polityce zdołała zaszczepić kulturę nierozumnego moskalofilstwa nie tylko na salonach Paryża, Berlina, Wiednia, ale także wśród narodów własną jej ręką rzuconych w błoto i pod jej butem upodlonych: Czechów, Litwinów, Polaków. Oto jest zwycięstwo nad zwycięstwami: nie dość, że pobić, to zmusić pobitych – nie, nie zmusić – sprawić, że z własnej woli przyjdą całować knut gnębiciela.”[1]

Jako jedno z głównych wewnętrznych niebezpieczeństw wojennych Doktryna wskazuje na „działalność w zakresie oddziaływania informacyjnego na społeczeństwo, w pierwszym rzędzie na młodych obywateli, mająca na celu przerwanie historycznych, duchowych i patriotycznych tradycji w zakresie obrony Ojczyzny.” Z kolei wśród podstawowych zagrożeń wojennych Doktryna wymienia „zakłócanie pracy systemów państwowego i wojskowego zarządzania Federacją Rosyjską, naruszanie jej strategicznych sił jądrowych, systemów powiadamiania o ataku rakietowym, kontroli przestrzeni kosmicznej, obiektów magazynowania ładunków jądrowych, energetyki atomowej, przemysłu atomowego, chemicznego, farmaceutycznego oraz medycznego, jak również innych potencjalnie niebezpiecznych obiektów.”

Twórcy Doktryny polityki wojennej Federacji Rosyjskiej przywiązują szczególną wagę do walki w przestrzeni informacyjnej, stawiając ją na pierwszym miejscu przed innymi.

Charakteryzując współczesne konflikty wojenne Doktryna wyraźnie odwołuje się do koncepcji wojen hybrydowych oraz wojen „buntowniczych” …

…należy podkreślić fakt, iż przestrzeń informacyjna nie tylko została oficjalnie za piąte środowisko walki (po lądzie, morzu, przestrzeni powietrznej i kosmicznej), ale wręcz wymieniona na pierwszym miejscu, co dodatkowo podkreśla znaczenie, jakie twórcy Doktryny przywiązują do wojny informacyjnej. Konsekwencją takiego ujęcia jest kształt określonej w Doktrynie polityki wojennej Federacji Rosyjskiej. 

Wśród podstawowych zadań Federacji Rosyjskiej w zakresie odstraszania i zapobiegania konfliktom wojennym w omawianym dokumencie wymienia się m.in.:

• ocenę i prognozowanie rozwoju sytuacji wojskowo – politycznej na szczeblu globalnym i regionalnym, jak również stanu stosunków międzypaństwowych w obszarze wojskowo – politycznym z wykorzystaniem współczesnych środków technicznych i technologii informacyjnych;

• neutralizację potencjalnych niebezpieczeństw wojennych i zagrożeń wojennych przy pomocy środków politycznych, dyplomatycznych i innych środków pozamilitarnych;

stworzenie warunków zapewniających obniżenie ryzyka wykorzystania technologii informacyjnych i komunikacyjnych do celów wojskowo – politycznych w ramach realizacji działań sprzecznych z prawem międzynarodowym i skierowanym przeciwko suwerenności, niezawisłości politycznej, integracji terytorialnej państw oraz stanowiących zagrożenie dla pokoju międzynarodowego, bezpieczeństwa, stabilności globalnej i regionalnej.

Realizacji tych zadań służyć ma rozwój systemu wojennego, budowa i rozwój sił zbrojnych oraz innych wojsk i służb oraz zabezpieczenie wojskowo – gospodarcze obrony. W tym kontekście doktryna wymienia następujące zadania: doskonalenie systemu bezpieczeństwa informacyjnego sił zbrojnych oraz innych wojsk i służb; efektywne zapewnienie bezpieczeństwa informacyjnego sił zbrojnych oraz innych wojsk i służb; rozwój sił i środków walki informacyjnej; jakościowe doskonalenie środków wymiany informacyjnej na bazie wykorzystania współczesnej technologii i standardów międzynarodowych, jak również jednolitej przestrzeni informacyjnej sił zbrojnych oraz innych wojsk i służb jako części przestrzeni informacyjnej Federacji Rosyjskiej.

W „Długim Telegramie” z 22 lutego 1946 r. do Georga Marshalla Kennan stwierdzał: „u podłoża neurotycznego spojrzenia Kremla na sytuację światową leży instynktowne, rosyjskie poczucie braku bezpieczeństwa. (…) gdy Rosja zetknęła się z gospodarczo rozwiniętym Zachodem doszedł do tego strach przed bardziej kompetentnymi, potężniejszymi i lepiej zorganizowanymi społeczeństwami. (…) Przywódcy mieli bowiem nieustanne poczucie, że ich władza w swoim kształcie jest archaiczna, że opiera się na sztucznie wymyślonych podstawach psychologicznych, że jest krucha i nie wytrzyma porównania i kontaktów z systemami politycznymi Zachodu. Z tych powodów zawsze obawiali się penetracji obcokrajowców, obawiali się bezpośrednich kontaktów pomiędzy światem zachodnim a ich światem, obawiali się tego, co mogłoby nastąpić, gdyby Rosjanie poznali prawdę o świecie zewnętrznym, a obcokrajowcy prawdę o rosyjskim świecie zewnętrznym. I nauczyli się poszukiwać bezpieczeństwa jedynie w cierpliwej, ale zażartej walce, której celem jest zniszczenie przeciwnika, a nigdy ugoda czy kompromis”.[4] (Tomasz Aleksandrowicz – Informacja jako broń i cel ataku)

podobne: MON o korpusie szeregowych zawodowych. Wzrosną wydatki na zbrojenia. Ministrowie Obrony UE o wojnie informacyjnej i hybrydowej. oraz: W USA: czy prezydenta wybrał Putin i kto odpowie za porażkę w cyberwojnie, rośnie przepaść między bogatymi i biednymi, Kongres chce zlikwidować Obamacare (w pakiecie reformy gospodarcze) a także: Edward Snowden znowu nadaje czyli „cyberarmia” i broń klasy „D” w „internetach” i to: Nowe oblicze armii Putina. Udany test międzykontynentalnego pocisku balistycznego. USA-Rosja ponad podziałami (milcząca zgoda na interwencję w Syrii). Amerykański sprzęt wojskowy w Polsce polecam również: Mobilizacja do globalnej wojny informacyjnej – dr Rafał Brzeski

„…Dziś wiemy, że cały proces „transformacji ustrojowej” był kierowany i nadzorowany przez bezpiekę. Nim rozpoczęły się rozmowy okrągłego stołu, instrukcje SB wskazywały na potrzebę „wspierania zwolenników konstruktywnego nurtu opozycji w naszym kraju, kosztem wyhamowania najbardziej agresywnych inicjatyw podejmowanych przez ekstremistów”.
W ramach dyspozycji wydanych przez szefa bezpieki, inspirowano więc powstawanie nowych partii i środowisk politycznych. Udział w tym procederze brali ludzie powiązani z policją polityczną PRL, którzy po roku 1990 przemienili się w biznesmenów, bankierów i polityków. Jedną z partii, w której znalazły się takie postacie, był Kongres Liberalno Demokratyczny, z którego, w roku 2001 powstała Platforma Obywatelska…

…Zdaniem niektórych mediów, powołanie PO poprzedziło intrygujące wydarzenie. W styczniu 2001 roku, w warszawskim gmachu Intraco doszło do spotkania zorganizowanego przez byłego funkcjonariusza Departamentu I SB MSW Gromosława Czempińskiego. W latach 70. Czempiński był oficerem prowadzącym Andrzeja Olechowskiego (KO ps.”Must”, „Tener”). Zebranych wówczas „przyjaciół jednej służby”, pułkowników: Krzysztofa Smolińskiego, Romana Deryłę, Marka Szewczyka, Zygmunta Cebulę i Wojciecha Czerniaka, Czempiński miał namawiać do wsparcia Platformy i zachęcać do budowania wokół tej partii grupy doradców i specjalistów od służb specjalnych…

„Logika obecnej wojny hybrydowej nie jest zależna od tego, co zrobi lub czego nie zrobi PiS w ramach pokracznej „demokracji parlamentarnej”, bo żadne z dotychczasowych działań w niczym nie zagroziły decydentom III RP. Jest natomiast zależna od pragmatyki pracy służb specjalnych i metod operacyjnych, bo z takim mechanizmem i środowiskiem decydenckim mamy dziś do czynienia. Tzw. politycy „opozycji” oraz poszczególne indywidua wystawiane na widok publiczny, spełniają tylko rolę „słupów ogłoszeniowych” i nie posiadają żadnych właściwości sprawczych.”
Jest zadziwiające, że ludzie, którzy publicznie stawiają (słuszny) zarzut środowisku „opozycji”, iż broni ono i wspiera byłych esbeków i działa na rzecz interesów sukcesorów komuny, nie chcą jednocześnie przyjąć, że działaniami owej „opozycji” rządzą mechanizmy zaczerpnięte z arsenału policji politycznej PRL, a ona sama stanowi tylko „użyteczne, w dużym stopniu kontrolowane narzędzie realizacji ekonomicznych interesów”. Przyjęcie takiej tezy zrujnowałoby jednak mitologię demokracji III RP i zmusiło rządzących do zastosowania środków adekwatnych do skali zagrożenia. Łatwiej zatem posługiwać się efekciarską demagogią i stawiać publicystyczne zarzuty o puczu i próbie zamachu stanu, nie podejmując przy tym żadnych działań, niż powiedzieć Polakom, że mają do czynienia z elementami wojny hybrydowej, prowadzonej przez polityczną agenturę wpływu, pod dyktando wrogich ośrodków i „realnej grupy kierowniczej”…

…W tekście „NIEDYSKRETNY UROK REŻIMU PREZYDENCKIEGO” z października 2014 mogłem już napisać, że „Odsunięcie nadto skompromitowanego Donalda Tuska i kilku innych osób, szczególnie zaangażowanych w sprawę kłamstwa smoleńskiego, jest zabiegiem od dawna planowanym i korzystnym dla triumwiratu III RP. W tle obecnej kombinacji znajdziemy bez wątpienia interesy środowiska belwederskiego, ale ma ona również szerszy wymiar dotyczący interesów rosyjskich i niemieckich. (…) Mocnym preludium, zapowiadającym te roszady była tzw. afera podsłuchowa, w której ludzie bliscy kręgom belwederskim wystawili figurantów mających uwiarygodnić pochodzenie komprmateriałów…

kombinację zmierzającą do zdyscyplinowania grupy Tuska i wymiany ówczesnej ekipy, mógł podjąć tylko taki ośrodek władzy, który dysponował realnymi narzędziami wpływu i potrafił zapewnić mechanizmy bezpiecznego przeprowadzenia „nowego rozdania”. Bezpiecznego, a zatem takiego, które nie doprowadzi do niekontrolowanego upadku triumwiratu (politycy-oligarchowie-służby) i nie zagrozi fundamentom magdalenkowego tworu…” (Aleksander Ścios – MY NIE WIEMY – RZECZ O GRANICACH)

podobne: Tusk będzie zabiegał o (niemiecki?) kompromis ws. Ukrainy. Niemcy i Rosja zadowolone z wyboru. „Le Monde” o niemieckich sympatiach Tuska. Krajowe konsekwencje „ucieczki do raju” i to: Duchowni w służbie KGB, SB i poprawności politycznej (na tle medalu papieskiego dla Rzeplińskiego i anszlusu Polski do UE). Istotą Kościoła jest wiara w Boga i pokora wobec mądrości zasad.  i jeszcze: Leszek Szymowski: Komisją śledczą w Macierewicza. Jak to było z WSI? polecam również: Sumliński i patologie III RP. Sprawa ks. Popiełuszki sprawdzianem chęci rozliczenia PIS z PRL. Klątwa FOZZ i kompromisu z komuną a także: Nihil novi Winiarskiego o Komorowskim (na procesie Sumlińskiego) przemilczane przez „media”. Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta.

„W książce „GRU. Radziecki wywiad wojskowy”, Wiktor Suworow opisywał poszczególne kategorie sowieckich agentów. Wymienił przy tym „kategorię najbardziej ze wszystkich obrzydliwą” i określił ją mianem „gawnojedów”…

…Przez szereg lat, ta najniższa kategoria rosyjskich paputczików obejmowała głownie osoby z kręgów lewackich i lewicowych – rozmaitych ekologów, liberałów i „postępowych demokratów”, piewców światowego „odprężenia” i ogłupiałych rzeczników „resetów”, traktujących państwo Putina niczym solidnego partnera w rozwiązywaniu globalnych problemów.
Ta ostatnia patologia – bodaj najpowszechniejsza we współczesnej polityce, jest pochodną sowieckiej idei zbieżności – zwanej teorią konwergencji. Uknuta w podziemiach Łubianki „doktryna” kazała wierzyć, że dwa rywalizujące za sobą i początkowo krańcowo odmienne systemy polityczne, w miarę rozwoju wzajemnych kontaktów, będą stopniowo upodabniały się do siebie i mogły nawiązywać bliższe kontakty. „Konwergencja” usprawiedliwiała więc wszelkie związki ze światowym komunizmem i rozgrzeszała zgraję łajdaków z paktowania z kremlowskimi bandytami. Dzięki uprawianiu tej hiper bredni, zalegalizowaniu partii i środowisk komunistycznych, sowieckie zniewolenie bez przeszkód torowało sobie drogę do zachodnich szkół i uniwersytetów, co wkrótce doprowadziło do sytuacji, w której znaczna część wpływowych środowisk opiniotwórczych znalazła się pod inspiracją „idei marksistowskich”. Tym samym – „konwergencja”, w wydaniu sowieckim, doprowadziła do „oswojenia” Zachodu z komunizmem i zainfekowania całej myśli politycznej błędnymi teoriami i wyobrażeniami…

Putin będzie więc socjalistą dla zaczadzonych socjalizmem i narodowcem, dla wyznawców idei narodowych. Stanie się gorliwym chrześcijaninem, gdy przyjdzie mu oszukać chrześcijan i pierwszy sięgnie po symbole wolnomularstwa, gdy sprzymierzy się z masonami. Dla Żydów założy jarmułkę, a muzułmanom zbuduje meczet. Nie ma takich idei, doktryn i religii, których „prawdziwy czekista” nie byłby w stanie wyznawać.
Odradzanie komunizmu pod różnymi nazwami i w różnych mutacjach dowodzi, że jest on istotnie „nieśmiertelny” – w tym sensie, że wykorzystując rozmaite idee i pasożytując na zdobyczach myśli ludzkiej, dąży do zaspokojenia najbardziej zbrodniczych skłonności i pragnień…

…Przedstawiciele rosyjskiej Dumy, w wydanej wczoraj uchwale na temat polsko-ukraińskiej „Deklarację pamięci i solidarności”, zarzucili Polsce i Ukrainie „podważanie nienaruszalność własnych granic” i stwierdzili wprost – „Rosja, jako spadkobierczyni ZSRR, zwycięzcy w czasie drugiej wojny światowej, nie pozwoli na dokonanie rewizji jej historii”.
W ramach naszej, polskiej racji stanu, leży zatem ocena potencjalnych partnerów w kontekście ich relacji z Rosją. Nikogo nie zmusimy do zaniechania „normalizacji” stosunków z Putinem i izolowania kremlowskiego watażki, ale interes Polski wymaga, by dostrzegać i równoważyć to zagrożenie… 

2017 rok, przyniesie kolejną ofensywę „rosyjskiej siły”, wspartą na pomocy „konserwatywnej” agentury i życzliwości tysięcy „prawicowych” gawnojedów. Putin, kreując się na decydenta w sprawach terroryzmu i Bliskiego Wschodu oraz posługując się retoryką narodowo-konserwatywną, już zapewnił sobie nienależną pozycję „rabina – wybawcy”. To dziś najpoważniejsza broń Kremla…(Aleksander Ścios – KONSERWATYŚCI WSZYSTKICH KRAJÓW, ŁĄCZCIE SIĘ!)

podobne: Wojna Informacyjna: Kto komu narzuci narrację? Rosyjska propaganda specjalnie dla Polaków, Sputnik wylądował. Rząd chce blokować wrogie inwestycje. Słowo o agenturze wpływu. oraz: Służby specjalne i dane Polaków. Pieniądze na walkę z rosyjską propagandą. Czy „taśmy Wprost” wypłyną raz jeszcze? Wyciek stenogramów (smoleńskich) pokazuje słabość państwa. Niemcki wywiad ma informacje o zamachu w Smoleńsku? i to: Uwaga Putin jest Rosjaninem! Czy Lachy naprawdę mają mu pomagać (a jeśli tak to w czym)? Polityka rosyjska wobec Polaków czyli „Bracia Moskale” nigdy nie istnieli

Tymczasem zachwyconych Putinem i jego metodami sprawowania władzy przybywa. Rośnie też grupa wyznawców panslawizmu i pogańskiej „słowiańszczyzny”, które stanowią ideologiczne (i religijne) zaplecze dla pro putinowskiej propagandy.
Równolegle neguje się i wyśmiewa tę części historii Polski (o której można przeczytać na samym początku wpisu), która nas tragicznie „łączy” z Rosją. Chętnie uznaje za prawdę że naziści byli Niemcami (tu paradoks, bo wbrew oficjalnemu stanowisku pupila – Putin usprawiedliwia pakt Ribbentrop-Mołotow a Niemców uznaje za „ofiary nazizmu”), ale tej że komuniści byli Rosjanami już nie uznają. Dla nich winę za zbrodnie komunizmu ponoszą wyłącznie Żydzi, ale już samą okupację naszego państwa (i nie tylko naszego) przez ZSRR, do tej pory (na wszelki wypadek) uznają za wyzwolenie. Tak samo do dnia dzisiejszego powtarzają za komunistyczną propagandą że rządy „króla Stasia” i jego obiady czwartkowe (pod protektoratem Katarzyny II) to najbardziej światłe w historii naszego narodu dzieje, a rozbiory były potrzebne dla zachowania przy życiu (przez zaborców rzecz jasna) naszej „tożsamości narodowej”, którą według tych ludzi zaprzepaściła szlachta… a nie zaborcy.
Dla wykreowania odpowiedniego kontrastu i dystansu wobec komunizmu i polityki ZSRR, próbuje się nas epatować banderyzmem, tylko dlatego że był on bardziej brutalny i prymitywny od swoich braci (nazizmu i komunizmu). Logiczną konsekwencją takiego stawiania problemu, jest oczywiście próba wyrobienia w Polakach przekonania że to nie od Rosji a nawet nie od Niemców, ale od Ukraińców doznaliśmy największego w historii upokorzenia i krzywdy. Ma to przesłaniać wszystkie inne tragedie oczywiście bez zbytniego ich negowania, bo w tak tendencyjnym zestawieniu nie ma takiej potrzeby. Wielu się na tę nachalną i prostacką propagandę nabrało i ciągle nabiera, wystarczy rzucić na stół zdjęcie (obraz) wbitego na sztachetę/widły niemowlaka a doły Katynia i oświęcimska rampa mogą się schować. W tym m.in. celu nakręcono film „Wołyń”, którego nieprzypadkowym właścicielem jest Gazeta Wyborcza. Za kamerą zaś postawiono człowieka, który we wcześniejszych swoich filmach nie stroni od groteskowego eksponowania „naszych wad narodowych”.

W ten prymitywny sposób, podatne na emocje romantyczne polskie głowy, zostały zainfekowane jedynie słusznym kryterium rozliczania krzywd i tragedii narodowych, a jako obiektywne remedium na owe bolączki widzą zemstę. Nic dziwnego że wielu z nich upaja się wojną na Ukrainie, kibicując „separatystom” albo wprost Putinowi. Potakując narracji o „spontanicznym buncie ludności Donbasu” przeciw „rezunowym rządom”, i jakoby kawałkowanie Ukrainy odbywało się w naszym interesie (niektórzy piszą wprost o potrzebie przyłączenia się do rozbioru).

Zadziwiająca jest wiara tych ludzi w opozycję Putina wobec międzynarodowego żydostwa, kiedy on sam nawiązuje do chwały ZSRR i Armii Czerwonej, a wszystkich tych tzw. „Polskich Żydów” którzy przez niemal pół wieku „budowali” w Polsce komunizm, chowa sobie po archiwach (a nam figą przed nosem kiwa). Tymczasem kolejne pokolenia tamtej swołoczy do dziś kreują naszą rzeczywistość, i dalej jesteśmy traktowani jako „bliska zagranica”, bez prawa do prowadzenia własnej polityki – zgodnie z doktryną ZSRR, którego krytykowanie jest w Rosji zakazane prawem. To zadziwiające jaką sympatią ze strony Polaków cieszy się człowiek nawiązujący wprost do wrogiej Polsce imperialnej tradycji Moskali.

To jednak co po łebkach poruszyłem jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Fakty owe należą bowiem do tej sfery wiedzy do której każdy może dotrzeć sam bo ją widać najlepiej, i leży że tak powiem w zainteresowaniu. Największy jednak problem z Moskalem to jego całkowicie niekompatybilna do naszej duchowość… „W tym kształcie, który znamy, z tymi ich cerkwiami, popami, świeczkami i tym ich papieżem, który większość swego czasu spędza między Kremlem a centralą GRU, Rosja to wróg. I nie dajmy sobie wmówić, że tam się dzieje coś jeszcze, co daje nam szansę na choćby minimalną zmianę” (fragment artykułu z najnowszego numeru (14) „Szkoły Nawigatorów” pod roboczym tytułem „rosyjska”, którego lekturę gorąco polecam. Od recenzji u Magazyniera do zakupu tu: Księgarnia Coryllusa)

Wracając do wojny hybrydowej czyli rozgrywki propagandowej, chcę też zwrócić uwagę na inny problem. Kochani ludkowie „dobrej zmiany”! Nie można bez żadnego namysłu i umiaru nazywać ruskim agentem każdego, kto krytykuje polskie władze (zwłaszcza jeśli jest za co). Nic też nie da obarczanie Putina i jego służb odpowiedzialnością za każdą podejrzaną akcję. Urabianie tej postaci do rozmiarów wszechmocnej i wszechwładnej służy tylko i wyłącznie Moskwie. To nie rozwiąże problemu. Nie da się też w ten sposób zaszczepić obywatelom umiejętności krytycznego patrzenia i wyczulenia na obcą/wrogą propagandę. Politycy czy inni „eksperci” zatroskani o bezpieczeństwo narodowe, którzy w ten sposób „edukują” (mobilizują?) społeczeństwo, wywołują raczej efekt odwrotny od zamierzonego. Ile można słuchać o „agentach Putina”, gdzie to oni nie siedzą oraz do czego są zdolni, jeśli nie idą za tym zatrzymania i inne konkrety potwierdzające skalę zagrożenia, pokazujące w jaki sposób zamierzamy z tym walczyć. „Dobra zmiana” musi zmienić taktykę, i zacząć ludziom solidnie tłumaczyć „agenturalne” niuanse, albo skończy z jednej strony ze stadem paranoików węszących wszędzie agenturę, a z drugiej ze świadomymi lub nieświadomymi „gawnojedami”, którzy przez głupie gadanie jakichś ambicjonerów/paranoików poczują się obco we własnym kraju, zatracą poczucie wspólnoty, a w skrajnych przypadkach zaczną szukać jej gdzie indziej… Nazywanie ruskimi agentami ludzi po prostu ogłupionych (bo nieuświadomionych) nie jest mądre… za to może okazać się szkodliwe… Jest też odwracaniem uwagi od rzeczy/informacji dużo ważniejszych, będących jak najbardziej w zasięgu mocy decyzyjnych (potwierdzonych konkretną zgromadzoną wiedzą) obecnej władzy (Odys)

„…Państwo powinno docenić obywateli i im zaufać. U nas niestety panuje choroba, którą nazywam „ściśle tajnością”. Wszystko, o cokolwiek by zapytać, także w trybie dostępu do informacji publicznej, jest tajne. Za tym można ukryć każdą niekompetencję – i tak się u nas dzieje. A co w dzisiejszym świecie jest tajne? No, może konkretne obiekty, ale poza tym już nic. Niedawno na stronach FBI przeczytałem ostrzeżenie przed firmami rosyjskimi, które mogą być powiązane z wywiadem. Tak to działa w normalnym świecie: uczula się obywateli na zagrożenia, zachęca do współpracy, nie po to, żeby mieć całą masę agentów, tylko po to, by zapewnić ludziom bezpieczeństwo…

służby należałoby sformować od nowa, mając na uwadze wiążące się z tym zagrożenia. Bo malowanie ruin jest zawsze malowaniem ruin. Ile się farby nie nałoży, zawsze będą pod tym zgliszcza…

w naszych służbach nie zmieniła się mentalność. Jako że gros funkcjonariuszy przeszła z jednej epoki do drugiej, to oni swoim myśleniem zainfekowali następnych. I to jest zabawne, jak szybko nowi przejmowali starą mentalność. Pamiętam takiego jednego, nieważne jego nazwisko, on rzeczywiście był represjonowany w latach 80. Kiedyś wchodzę do jego gabinetu i widzę portrety Lenina, Dzierżyńskiego, figurki, kupa tych rzeczy. Zbieranina pamiątek po PRL-u i po SB. Pytam: po co ci to? A on, że to jest fajne…

razem z tymi artefaktami mamy do czynienia z przejmowaniem pewnego rodzaju mentalności. Świat się zmienił, ale nie ludzie. Uważam, że wywiad, który jest bardzo drogą zabawką, powinien być o wiele mniejszy, zadaniowany. A główną polską służbą powinien być kontrwywiad, działający na wszystkie strony z odpowiednim rozłożeniem sił i środków. Ale na to i tak nikt nie zwróci uwagi, ponieważ każdy chce mieć służby specjalne, którymi będzie mógł się zabawiać…

…Praca w służbach uczy wrażliwości na drugiego człowieka, na jego zachowania, wyłapywanie momentów, kiedy ten panikuje. Pamięta pani moment, w którym premier Tusk zaczął mówić o tym, że scenariusz afery podsłuchowej pisany był cyrylicą? Szybko to ucichło, premier ewakuował się z kraju, podczas wielkiego kryzysu. Ja już wiedziałem, że to koniec tego rządu. Zwłaszcza że pojawiło się na tych nagraniach nazwisko pewnego biznesmena ukraińskiego, z rosyjskimi korzeniami, którego sprawę prowadziłem w latach 90. I mi ją zabrano, kiedy napisałem raport, że tego człowieka jak najszybciej powinniśmy się pozbyć z Polski. A potem ten człowiek pojawia się jako współwłaściciel kilku restauracji, w których przy ośmiorniczkach prowadzone są rozmowy – moim zdaniem – operacyjne, w których biorą udział najwyżsi funkcjonariusze państwa.

To poproszę konkretnie: kto za tym stał? Komu to przyniosło korzyść? Rosjanom, co wydaje się pan sugerować?

Nie wiem, czy za tym stali Rosjanie. A może Rosjanie z kimś, np. z Niemcami. Mogli stać nawet i Chińczycy. Niektórzy mówili, że to jakaś wojna między CBŚ a CBA, ale to bzdura totalna. Przypuszczam, że to była robota zewnętrzna. Poza tym za coś temu Falencie zapłacono. Bo ten wyrok jest zapłatą, jemu nic nie grozi. Bo my się użalamy nad nim, ale ile on dostał? Dwa i pół roku więzienia. A ile odsiedział? Za ile wyjdzie? Gdzie zniknie razem z pieniędzmi? Kolejna sprawa to Amber Gold. To przecież jest idealnie to samo – i ta sejmowa komisja śledcza niczego nie znajdzie, bo to trzeba rozpracować operacyjnie. Prokurator szpiega w życiu nie złapie…

choć rozumiem wolność prasy, to media powinny być monitorowane. Co nie ma nic wspólnego z cenzurą i zakładaniem knebla. Z amerykańskiej rozgłośni Radio Wolna Europa za komuny nie poszedł żaden przekaz, który nie zostałby wcześniej uzgodniony z centralą. Ale odejdźmy od czasów zimnej wojny, dziś także w krajach zachodnich, w Niemczech, USA czy Wielkiej Brytanii wszystkie media powiązane z obcym kapitałem są na celowniku. Na przykład w Niemczech media mogą mieć tylko 20 proc. obcego kapitału, bo więcej stanowiłoby zagrożenie dla państwa. A co zrobili Amerykanie? Wywalili ludzi związanych z pewnym think tankiem, czyli wywiadownią rosyjską. Bo Rosja to jest wróg. Z Rosją nie można być przyjacielem. Oni nie mają przyjaciół, oni mają niewolników. Z nimi można rozmawiać jedynie z pozycji siły. Albo wspólnych interesów: my wam tyle i tyle ton jabłek, wy nam tyle i tyle kasy. Bez tych pierdół pansłowiańskich, które niestety zyskują coraz większą akceptację w społeczeństwie…

…I to Rosjanie wykorzystują, uderzając w idealistów, którzy nie mają pojęcia, że według tej ideologii Słowianin to człowiek, który pisze cyrylicą. Słabe jest to, że ludzie nie myślą, łapią każdą głupotę, którą wyczytają w sieci. A jeszcze gorsze, że nie mają oparcia w państwowych służbach, które by im rozjaśniły w głowach. Więc zachwycają się sieciowymi trollami, jak np. Aleksander Jabłonowski, który lobbuje na rzecz naszych wschodnich sąsiadów. U nas nikt tego nie kontroluje, więc pewna gazeta, której nazwy nie wymienię, a której kapitał pochodzi właśnie ze Wschodu, z niewielkiego pisemka rozprowadzanego z ręki rozwinęła się w poważne wydawnictwo, które można kupić w każdym kiosku. To bardzo prawicowe pismo. Mogę powiedzieć, że środowiska związane z Macierewiczem i prawicą nie mogą na to patrzeć. Oni wręcz uważają, że to jest ruska impreza. Ale z Ruskimi tak jest, że oni uwielbiają antyrosyjskie organizacje, łatwo się za nimi schować.

To się nazywa dezinformacja.

Bezpieczeństwo cyberprzestrzeni, te ataki hakerskie, jest o wiele łatwiej wykryć niż dezinformację. Ostatnio czytałem kawałki Aleksandra Dugina, guru Putina. Jestem pod wrażeniem. Facet jest świetny. Nam brakuje specjalistów w tej dziedzinie. FSB założyło specjalny wydział hejterów do monitorowania sieci, odnoszą sukcesy, a my ekscytujemy się ochroną informatyczną, hasłami, bajerami. Nie rozumiemy, jak to działa. A wystarczy nieco psychologii…” (Mira Suchodolska, Kinga Król (wsp.) • gazetaprawna.pl – Służby skażone Dzierżyńskim)

podobne: Witold Gadowski: Mocne zmiany w służbach konieczne! Szpiegomania, dezinformacja (na przykładzie „teologii wyzwolenia” Chruszczowa) i „kontrwywiad obywatelski”. i to: Amber Gold czy OLT Expres? Taśmy Prawdy, Zastrzeżony IPN, Komorowski i Aneks do Raportu o WSI, TeWu i Teczki , Traktat Lizboński, katastrofa smoleńska i inne newerendingstory z których NIKT nie wyciąga wniosków (ani odpowiedzialności). Kryzys przywództwa i ruch oporu przeciwko niemu. oraz: Falenta oskarża służby specjalne, raport NIKu wskazuje na brak nadzoru. ABW w Kompanii Węglowej. Zmiana prawa pod Nowaka? a także: Taśmociąg Platformy „wprost” POd cenzurą i czas rozliczeń za „katastrofę smoleńską” czyli… „WSI wraca tylnymi drzwiami” dzięki (anty)Tuskowej reformie służb specjalnych. polecam również: W krajach NATO brak jednolitego systemu nadzoru nad służbami. Sejm zajmie się projektami ustaw o ABW i AW.

„…Ludzie zwykle piją alkohol, cudzołożą, kradną i oszukują, a czasem jeden drugiego zabije. I to w zasadzie wszystko. Z czynów tych spowiadają się chętnie i w przeważającej liczbie przypadków uważają, że mogą być z nich dumni. Jeśli zaś ktoś brał udział w zabójstwie lub jakimś innym grubszym przestępstwie czuje się wręcz zobligowany do tego, by opowiadać w towarzystwie o wypadkach jakie były jego udziałem.

Wszystko przez to, że człowiek zatracił całkowicie poczucie wstydu i wie doskonale, że im więcej dynamicznych historii z własnego życia, a niechby i nieprawdziwych, opowie tym większe wzbudzi zainteresowanie innych. Jeśli dodatkowo ci inni, będą – przypadkiem zupełnie – redaktorami z telewizji lub jakiejś gazety może uda mu się nawet zarobić parę złotych, a potem je przepić…

…Jest jednak jeden rodzaj czynów, które każdy człowiek chowa tylko dla siebie, jest coś do czego nie przyzna się nigdy, coś co wyjawić może dopiero śledczym po najcięższych przesłuchaniach. Chodzi o współpracę z tajną policją czy jak kto woli o donoszenie na bliźnich, wpędzanie ich w kłopoty i czynienie z ich życia piekła. Tego żaden przestępca ani człowiek zwany przez siebie samego uczciwym, nie wyjawi nigdy i nikomu.

Wśród sprokurowanych w dzisiejszych czasach usprawiedliwień dla różnych brudnych czynów brakuje póki co tego najważniejszego, brakuje usprawiedliwienia za donoszenie i zdradę bliźniego swego wobec sił przemocy i zła. Usprawiedliwienia takie od lat funkcjonują w Rosji i widnieje na nich nadruk: dla dobra państwa. U nas jeszcze ich nie ma, dopiero się piszą. Przygotowywane są starannie przez teoretyków prawa i moralności, a wszystko po to, by ci, którzy na bliźnich swych donosili mogli utrzymać się u władzy

Stąd ten antylustracyjny szał. Oni doskonale wiedzą, że na to co czynili nigdy nie będzie usprawiedliwienia, bo system – ich system – nigdy go nie wyda. Zanegowałby sam siebie. To nie Rosja, gdzie pamięć wyciera się gumką umieszczoną na końcu ołówka oficera śledczego. Tutaj się pamięta długo i każdy kto ma władzę o tym wie. Stąd właśnie owa potrzeba dużego marginesu dyskrecji. Stąd również wściekłość i bezsilność różnych kapusiów, co teraz prowadzą tok szoły.

Usprawiedliwienia nie będzie nigdy. Potępienie zaś może przyjść w każdej chwili. Ono już jest, ale nie jest potwierdzone urzędowo. Będzie jednak, jeśli opresyjne państwo uzna, że leży to w jego interesie.

Jest oczywiście wyjście z tej skomplikowanej sytuacji – ekspiacja. I powiem wam, że osobiście sądzę iż wielu byłych i obecnych donosicieli ma na to wielką ochotę. Na zaworze bezpieczeństwa, którym zakręcona jest nasza kultura napisane jest bowiem słowo – przebaczenie, nie zaś – święta wojna – jak to ma miejsce na innych zaworach. Jest jednak coś, co ich powstrzymuje. Przede wszystkim strach przed siłą państwa opresyjnego. Ono bowiem nigdy nie darowałoby donosicielowi przejścia na drugą stronę, podobnie jak nie darowaliby mu tego inni donosiciele

Państwo opresyjne dopieszcza więc swoich kapusiów, by im do głowy nie przyszło kogoś tam przepraszać. Z drugiej jednak strony grozi palcem. Wielu jednak nie trzeba grozić, bo dobrze wiedzą, że utraciwszy pozycję, którą otrzymali za swoje usługi będą warci mnie niż roznoszone przez jesienny wiatr liście. Stąd właśnie bierze się wierność donosicieli wobec państwa oraz uparta wrogość wobec obywateli. Państwo opresyjne uczyniło z donosicieli wybrańców, którzy poprzez swoje ześwinienie doznali przeobrażenia w istoty nieziemskie...

…Czy uważacie, że grupa ludzi doświadczająca tak złożonych i kolorowych emocji, na każdym właściwie kroku, w dodatku w większości dobrze opłacanych, może tak po prostu zgodzić się na otwarcie archiwów IPN? Nigdy. I nie chodzi nawet o to, że stracą tę pozycję. Chodzi o to, że przestaną być wybrańcami we własnych oczach. Tego na pewno by nie znieśli.” (coryllus – O największych tajemnicach ludzkości)

podobne: Papierowe rozliczanie komuny jako ekwiwalent sprawiedliwości czyli… zamiast osądzenia zbrodni prawo do rabunku UBeków na podreperowanie ZUSu oraz: Były eSBek chce odtajnić swoje akta. Ma dość wybiórczej „sprawiedliwości społecznej” gdzie za PRL karane są płotki. i to: Prawo Bastiata i sprawiedliwość jako warunek pojednania (na podstawie lustracji w Niemczech). Tania łaska zamiast rozliczenia, Belka w oku PIS i frazesy o „dobrej zmianie” (Oficer „bezpieki” dostał ważne stanowisko w MSZ!)

„…Historyk zapytany o to, czyim jest żołnierzem, odpowiedział, że jest „żołnierzem prawdy historycznej”. Jego zdaniem prezes IPN powinien być „elastyczny, bo pełni funkcję w istocie polityczną”. Dodał, że nigdy nie był zwolennikiem swojej kandydatury na to stanowisko.

Cenckiewicz przyznał, że ma poczucie pewnej klęski, bo „uprawianie zawodu historyka i pisanie nie przekładają się na mądrość polityków i rodaków. Ileż ja napisałem tekstów o absurdzie lustracji sądowej, tym potworku ustawy lustracyjnej. Nieraz rozmawiałem na ten temat z Jarosławem Kaczyńskim. Jestem państwowcem i chciałbym, by państwo posiadało narzędzia eliminacji ludzi służących dawnemu reżimowi i tajnej policji. Mam poczucie, że wiem, jak powinno być, i że ktoś tego nie chce zrealizować. To jak walenie głową w mur”…” („Dziennik Gazeta Prawna”, tvp.info, fronda.pl – Sławomir Cenckiewicz wyjawia, dlaczego nie został prezesem IPN)

podobne:  Geneza „polskiej” bezpieki i „Archiwum Mitrochina”. Paranoja zbioru zastrzeżonego IPN i fikcja lustracji. Pamięć wybiórcza czyli „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Czemu PIS broni demokracji? oraz: Lech, czarownica i stara szafa. Afera z „Bolkiem” jest dla głupich, ważni są INNI. Festiwal hipokryzji, teorie spiskowe i brak konkretów 

W świetle tego do czego przyznał się Pan Cenckiewicz, uważam że nazwa firmy w której pracuje jest adekwatna do pewnego powiedzonka o „dobrej pamięci”… ale nie tego o prawdzie. Gdyby było inaczej takiecoś jak IPN nie byłoby w ogóle potrzebne. Zatem z samego faktu jej istnienia powinniśmy wyciągać wnioski niestety przykre, a wobec wszelkich sensacji w postaci „raportów” i „list” z nazwiskami (firmowanych nazwiskami innych znanych i szanowanych), tj. wobec wszelkiego rodzaju POŚREDNICTWA między tym co „tajne” a publiczne powinniśmy zachować podwójną czujność. Z tego co nam oficjalnie podają do wierzenia, powinniśmy czytać nie tylko to co widać, ale również to czego ciągle brakuje. To samo dotyczy wiedzy „objawionej przypadkiem” jak ją nazywam, czyli wszelkich przecieków i wycieków informacji oficjalnie zastrzeżonych. Po owocach tego typu akcji widać że większość z nich została zaplanowana i wykonana na szczególne polityczne zamówienie.

Co innego wiedza znajdująca się w „szafach” prywatnych (o których kto chce ten wie), przy której nazwisko Wałęsa (którego po samych czynach już dawno można było odhaczyć) jest cienkie jak przysłowiowy Bolek. Zamiast tego próbuje się wyborców utrzymać w podnieceniu nad dywagacjami o tym, czy i na ile tzw. „zbiór zastrzeżony” IPNu powinien być dalej zastrzeżony. Dla dobra Polski rzecz jasna, żeby nikomu nie przyszło do głowy zamknąć otwartą z sensacji na oścież buzię i rozejść się do innych „obowiązków wobec ojczyzny”, albo nie daj Boże zapytać o jakieś ważne rzeczy zamiast wysłuchiwać kolejnego tysiącpięćsetpierwszego odcinka o tym „jak to było naprawdę”, z ust komiwojażerów po „tajnych dokumentach” którzy sobie tylko znanym sposobem „dotarli” (bez niczyjej wiedzy i zgody 🙂 ) do źródła.

Kiedy ktoś zakłada takie towarzystwo jak IPN, zamiast po prostu uczynić dokumenty dostępnymi powszechnie, a strażników postawić co najwyżej po to żeby papierów nikt nie wynosił/nie niszczył, otóż dla mnie osobiście urządzenie tego rodzaju (nie)dostępu do źródeł jest jednoznaczne… Nie będę też nazywał ludzi tam pracujących, z całym szacunkiem dla Pan Cenckiewicza i innych, którzy tym czymś zawiadują w zasadzie nie wiem po co, poza kreowaniem w oczach opinii publicznej własnego wizerunku, i poza służbą dla grupy z której się wywodzą i której zawdzięczają etat w instytucji… Taniej i ciekawiej wychodzi poczytać pamiętniki starych UBeków i aparatczyków (jeśli je wydają za własne pieniądze), niż czekać łaski „jaśnie oświeconego” pana i władcy na urzędzie.

Rzeczywistość jest taka, że wielu rzeczy się już nie dowiemy, bo choć „likwidacja zbioru zastrzeżonego IPN” niemrawo ruszyła z miejsca, to dla mnie jest to sygnał że w owym zbiorze nie pozostało już nic ważnego, co mogłoby wstrząsnąć polską sceną polityczną i tzw. „administracją publiczną”. Tak jak do tej pory będą się pojawiać co jakiś czas przecieki tudzież dziennikarskie „dotarcia do prawdy”, ale tylko i wyłącznie w celu podrażniania/mobilizacji opinii publicznej dla celów stricte politycznych. Tak jak do tej pory będzie się to odbywać bez żadnych poważnych konsekwencji dla osób „umoczonych”, choć będzie się to oficjalnie nazywać „rozliczaniem przeszłości”… (Odys)

polecam również: Sławomir Cenckiewicz: Wielu rzeczy się już nie dowiemy (referat w Doylestown, PA)

Andrzej Krauze

Czerwonym szatanom bez żadnej klasy o polskiej prywatnej własności i ziemi czyli… jak Karp międzynarodowym rynkiem zbożowym zatrząsł, oraz wspomnienia księdza Blizińskiego


Thomas Moran – Feudal Castle

„Karpiowie herbu własnego byli w Litwie rodem znacznym i zamożnym. Przypuszczalnie nie byli pochodzenia litewskiego, gdyż ich herb jest wyraźnie nie horodelski: w błękitnym polu trzy gwiazdy sześcioramienne złote, dwie powyżej jednej, w klejnocie – cztery pióra strusie. Jeszcze w początkach XX wieku dobra karpiowskie liczyły powyżej 60 tysięcy hektarów, a przecież pomniejszone już o Birże, liczące 20 tysięcy hektarów, które wyszły od Karpi jako posag pani Tyszkiewiczowej. Dobra Karpi leżały na Żmudzi i w Ziemi Trockiej.

Jeden z Karpi – poseł na Sejm Czteroletni lub jego syn – zniósł pańszczyznę w swoich ogromnych dobrach, „A Moskal ich /tych uwolnionych chłopów/ potrójnym podatkiem ogłodził”, jak pisał Mickiewicz.

Inny zwołał w swoich dobrach pospolite ruszenie i w sto koni przyłączył się do Dębińskiego w wojnie 1830 roku. Po klęsce powstania zamknął się w swoich kurlandzkich dobrach, stając się odludkiem. Jego brat, władający połową karpiowskiej fortuny, był marszałkiem szlachty kowieńskiej. Był wielkim oryginałem, ale sam o sobie mówił: „Jestem oryginał – ale gdybym był biedny, to byłbym wariat”. Biedny, naturalnie, nie był, ale miast mieszkać w pięknym barokowym dworze w Johaniszkielach, żył w małej Jasnogórce. Leżał w kożuchu na piecu, palił niezliczone fajki o długich cybuchach, a ogień do fajek przynosił mu posługacz w łapciach. Był przeciwnikiem powstania 1863 roku, lecz dzięki wielkim pieniądzom posiadał w Petersburgu wpływy, pozwalające mu ratować powstańców. Z Jasnogórki wyjeżdżał na chłopskiej furmance, w chłopskim kożuchu, mając pod nim wstęgę wysokiego, rosyjskiego orderu. Za furmanką szła jednak poszóstna kareta z herbami i liberyjną służbą – „dla oszołomienia Moskaluszków” – jak mawiał – gdyby zaszła taka potrzeba.

Na giełdzie zbożowej w Rydze pojawił się w kożuchu, bez orderów, z biczem w ręku i zawarł kontrakt na dostawę zboża do portu po określonej cenie, na określoną datę i „w określonej ilości”. Kupcy, sądząc, iż mają do czynienia z drobnym szlachcicem, zgodzili się na taką umowę. Karp w jednym dniu zwalił do portu ryskiego zbiory z wielu tysięcy hektarów i cieszył się, że „zachwiał międzynarodowym rynkiem zbożowym”. Pyszną tę anegdotę przytacza x. Walerian Meysztowicz, spowinowacony z Karpiami.

Pola birżańskie nawoził beczkami śledzi. Karmił zimą sieje w swoim jeziorze Rykijowskim, każąc sypać w przeręble wory grochu.

Z Rosjanami życzył sobie rozmawiać tylko po francusku. Gdy „Moskaluszkowie” nie chcieli mówić w tym języku – przechodził na mowę białoruską w jej najdosadniejszych i „kwiecistych” formach tak bogatych, iż ponoć wywoływały rumieniec nawet na obliczach żandarmów. Tenże Karp był w XIX wieku legendą rodzinną dla późniejszych pokoleń.

W XX wieku, gdy bolszewia szła na Polskę, mordując polskich właścicieli i polskie elity, grabiąc i paląc polską własność, dwaj synowie Józefa Karpia – słabo już związani z polskością i słabo po polsku mówiący, wykształceni w Rydze, z matki Niemki /baronówny Drachenfels/ – Teodor i Maurycy Karpiowie ruszyli do pospolitego ruszenia Księstwa Litewskiego, którym dowodził legendarny Jerzy Dąmbrowski, zwany Łupaszką. Nie zdołali już dotrzeć do oddziałów Dąbrowskiego – wpadli w bolszewicką zasadzkę i zostali zamordowani.

==========================================================================

Wspominając swoje życie w Litwie, Helena z Zanów Stankiewiczowa mówi o wspaniałej pszenicy, uprawianej w rozległych dobrach w Poniemuniu i eksportowanej do krajów skandynawskich, z której to pszenicy wypiekano tam luksusowy, biały chleb. Mówi też o okresowych przepędach wołów bukatów do miejskich rzeźni. Była świadkiem takich przepędów, liczących sobie zazwyczaj ponad sto sztuk.

Przywołać też należy wszelką inną produkcję polskiego, wielkoobszarowego rolnictwa: sadownictwo, drobiarstwo, hodowla trzody, przetwórstwo mleczne, hodowla ryb etc..

Takie informacje należy zwielokrotnić poprzez liczbę polskich majątków ziemskich.

A skądinąd, gdy Stankiewiczowa opisuje składy broni w dworach, używanej /skutecznie!/ gdy na przykład na polskie siedziby napadali litewscy szaulisi czy pospolici bandyci – czytającemu zapiera dech w piersiach.

===========================================================================

Bez zniszczenia polskiej własności bolszewicy, czerwoni, socjaliści czy inni słudzy Szatana nie mogliby przyprawić nas o głód, bezbronność i kupowanie nędznego żarcia w biedronkach.

Więc jeszcze raz: w 2016 roku słudzy Szatana uwalniają polską ziemię rolną do sprzedaży na „wolnym rynku”. I przed nikim i niczym tak się nie bronią, jak przed dawnymi właścicielami i ich spadkobiercami, i przed zwrotem Polakom zagrabionej własności, z ZIEMIĄ na czele. Mądremu dość.” (KOSSOBOR – Jak Karp międzynarodowym rynkiem zbożowym zatrząsł)

podobne: Na Węgrzech i w Polsce trwa „uwłaszczenie ziemii” w postaci ustawki o „ustroju rolnym”. Czy państwo działa na ślepo?  oraz:  Lewicowa wrażliwość czyli… Afera reprywatyzacyjna spuścizną układów w Magdalence i belką w oku PIS i to: Styczeń 1863 w służbie rewolucji czyli wyzwolenie z rozumu i własności… „Był sobie kraj…” a także: Papierowe rozliczanie komuny jako ekwiwalent sprawiedliwości czyli… zamiast osądzenia zbrodni prawo do rabunku UBeków na podreperowanie ZUSu. polecam również: PIS lepszy od POprzedników… w zadłużaniu Polaków. O jakim „zwrocie z inwestycji” mówią piewcy programu „500+”? Niesprawiedliwość redystrybucji i społeczna funkcja własności prywatnej i jeszcze: NIK o patologii w „sadowniczych uprawach ekologicznych”: Sadzili sady – zbierali dopłaty. Michalkiewicz i Umiłowani Przywódcy w „trosce” o (nie)swoją ziemię oraz: PAN: przepisy i system dopłat nie sprzyjają rolnictwu ekologicznemu i to: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność.

Thomas Kegler – Still with Pinot. Proverbs 17:1 (kś. Przysłów: „Lepszy jest suchy kęs chleba w spokoju niż dom pełen biesiad kłótliwych”)

*

Cierp a pracuj i bądź dzielny

Bo twój naród nieśmiertelny

My umarłych tylko znamy,

A dla ducha trumn nie mamy

Juliusz Słowacki

**

„Życie człowieka to walka o byt, w której do zwycięstwa różne prowadzą drogi, przez doświadczenie innych nam wskazane. Do nas należy wybrać najpewniejszą, najkrótszą, a więc skorzystać z przykładu tych kulturalnych społeczeństw, które ją odnalazły i z powodzeniem przekształciły – wąską na razie ścieżkę na szeroki gościniec, równie dogodny dla ubogich, jak możnych. Całe masy ludzi są dzisiaj niezadowolone ze swego losu; rośnie wyzysk i przewaga kapitału, tego pana możnego, z którym walka jest trudna, stąd mnożą się nienawiści, walki klasowe. Otóż lekarstwem, a przynajmniej jednym ze środków gojenia tych ran społecznych, polepszenia wzajemnych stosunków, jest spółdzielczość.

Kiedy przed latu dwudziestu paru zostałem naznaczony na probostwo, a pragnąłem parafianom moim nie tylko nieba, ale i chleba przychylić, wówczas począłem się rozglądać w środkach które by do tego chleba jak najkrótszą prowadziły drogą. Wpadły mi wtedy do rąk książki o spółdzielczości, o kooperatywach…

…Toteż pozwólcie, że będę mówić o pracy spółdzielczej w Liskowie. Przytaczam tę wioskę, jak pewien przykład, niekoniecznie do naśladowania, ale jako przykład, że nie ma bodaj wsi, któraby się znajdowała w gorszych warunkach, a choćby w tak złych warunkach, w jakich ta wioska była. Przede wszystkim zła komunikacja. Przez kilka lat mieliśmy do najbliższej stacji około 100 kilometrów, do szosy przeszło 20 – i to drogi okropnej, jak najgorszej, zarówno w czasie suszy, jak i niepogody. Następnie – ciemnota w parafii wielka, bo przy bardzo nawet pobłażliwej statystyce, stwierdzam podczas kolędy, jaką odbywałem przez parę pierwszych lat, że było 87% analfabetów, a liczbie tych 13% nie analfabetów było takich, o umieli tylko czytać – nieraz tylko na książce do nabożeństwa i to własnej. Jak widać warunki oświaty były, jeśli nie gorsze, to w każdym razie nie lepsze niż gdzie indziej. Dalej bliskość Prus, dokąd prawie połowa parafian, przeważnie młodzież, wychodziła na zarobki. Z tych Prus na zimę przynosiła wprawdzie trochę marek, ale więcej jeszcze zgorszenia i zepsucia tak, że wychodźstwo raczej do ujemnych zjawisk kulturalnych należy zapisać…

…Podkreślam te ciężkie warunki pracy, żeby chwiejnych zachęcić, żeby stwierdzić, że nie ma właściwie takiej złej placówki, na którejby roboty nie można rozpocząć i nawet nieraz z dość dobrymi wynikami prowadzić.

Naturalnie, do tych ciężkich warunków dochodziła jeszcze jedna wielka trudność jeśli szło o prowadzenie jakiejkolwiek pracy obywatelskiej; mianowicie rząd zaborczy rosyjski, który prześladował każdą pracę kulturalną, a zwłaszcza pracę wśród ludu. Najbardziej zaś zwalczał ją wówczas, kiedy się chciało przez gromadę działać, zdając sobie sprawę, że gdzie gromada tam siła… 

…Po pewnych potajemnych nawoływaniach, zebrało się 32 mądrzejszych gospodarzy i przy ich pomocy w 1902 roku, czyli 25 lat temu założyliśmy ten pierwszy sklepik spółdzielczy, który zarazem był, jakby gospodą chłopską czy klubem. Do sklepu każdemu przecież wolno było przyjść. Policja nie mogła, nie miała tytułu, rozpędzać zgromadzonych w sklepie chłopów. Podjęte zresztą były konieczne środki ostrożności i gdy jakiś żandarm zjawił się w sklepie widział zawsze, że każdy coś kupował. A tymczasem my mieliśmy możność wspólnego porozumienia się nad dalszym współdziałaniem, prawda, na razie w tym celu, aby walczyć z miejscowymi… [kramarzami] … aby mieć dobry i możliwie tani towar. Jednak przy tj okazji mieliśmy możność poruszania najrozmaitszych spraw innych, ułatwiających nam życie na wsi. Dlatego też pierwszą spółdzielnię, ten sklepik spółkowy nazywamy matką wszystkich innych instytucji, które się następnie zrodziły.

Sklep nasz przechodził rozmaite koleje. Po latach trzech od chwili założenia, wskutek nieuczciwości subiekta, dawania towaru na kredyt, jak i dlatego, że tego kapitału, jaki włożyliśmy do niego, a był to kapitał 500 rublowy, który przez pierwsze 2 lata doskonale się powiększał, nie zostało w trzecim roku, lecz zmalał on do 220 rubli, które przechowywały się w towarach. Groziła nam tedy katastrofa, bo poczęły się głosy już to niechętnych i nieżyczliwych, już to napompowanych przez wrogów…

…przełamanie tego jednego kryzysu ocaliło nam spółdzielnię, a nie tylko ocaliło, a nawet zachęciło do tworzenia innych. Ten sklepik w jednym, drugim, trzecim roku istnienia targował rocznie mniej więcej 15 tysięcy złotych (jeśli przerachujemy ruble na złote). Dzisiaj ten wiejski sklep daje przeciętnie 1000 złotych dziennie obrotu…

…Jak powiedziałem, sklep był pierwszą spółdzielnią i zarazem gospodą, na jej więc zebraniach poruszaliśmy cały szereg najrozmaitszych potrzeb. I tak powstała myśl, ażeby założyć piekarnię spółdzielczą. U nas w owym czasie przeważnie kobiety piekły chleb u siebie. Może to było i dobre, kiedy opał nic nie kosztował, lecz gdy stał się drogim, a zrozumiano, że i czas to pieniądz, wtedy naturalnie, myśl wspólnej piekarni podjęto bardzo chętnie… 

…W roku 1916 nabyliśmy młyn parowy. Jest bowiem bolączką gospodarzy wożenie mąki gdzieś daleko po wiatrakach, gdzie i czekać trzeba długo na zmielenie i uczciwość czasem szwankuje. Daleko lepiej przerabiać zboże we własnym młynie… 

…Kolejną dalszą jest spółdzielnia budowlana. Każdy z ludzi zwłaszcza, który więcej bywał za granicą lub choćby w Poznańskiem i oglądał pięknie zabudowane miasta i wioski, z ubolewaniem patrzył i patrzy na te nieszczęsne, brudne, obdarte chaty, na te domy, które często gorzej wyglądają, niż chlewy, kurniki czy inne zabudowania gospodarskie za granicą. Otóż chodziło o to, żeby zewnętrzny wygląd wsi polskiej poprawić, zachęcić ludzi do normalnej budowy. Należy jednak wyjaśnić, że w ogóle wydatek na budowę domu mieszkalnego, to jest wydatek, z którym każdy gospodarz musi się bardzo liczyć. Bo gdy włoży pieniądze, czy to w krowy, konia czy w ziemię, w nawozy, to ma od razu korzyści i wydatek doskonale się opłaca. Natomiast wybudowanie ładnej chaty daje właściwą tylko przyjemność i wygodę, a korzyści, przynajmniej materialnej nie przynosi. Otóż trzeba wspólnymi siłami dążyć do tego, aby tego rodzaju budowy możliwie ułatwić, a dojść do tego można przez zakładanie spółdzielni budowlanych…

…Przez 6 lat istnienia spółdzielni postawiliśmy 180 budynków. Obrót w roku zeszłym był 53 tysiące złotych. Przy cegielni istnieje też betoniarnia, która wyrabia 60 tysięcy dachówek rocznie…

…od czterech lat wprowadziliśmy to uproszczenie, że te cztery spółdzielnie połączyły się razem w jedną spółdzielnię rolniczo-handlową i mają jeden zarząd, jedną radę, tych samych urzędników i jedne książki buchalteryjne. Jednakże dla ścisłej kontroli w książkach tych każda spółdzielnia ma oddzielną rubrykę, czyli samorząd do pewnego stopnia został zachowany i o każdej z tych spółdzielni mamy zawsze szczegółowe oddzielne sprawozdania. Te cztery spółdzielnie dają nam od kilku lat 12-20 tysięcy złotych czystej nadwyżki.

Żadnych zasiłków wtedy nie było, przeciwnie trzeba było kryć się z tą robotą przed rządem rosyjskim. Urządzaliśmy rozmaite loterie, przedstawienia, jasełka, wypuszczaliśmy akcje, zaciągaliśmy pożyczki, otrzymywaliśmy też niekiedy drobne ofiary. Parafianom moim nawet nie proponowałem żadnych składek, bo prawdopodobnie nie dostałbym. Ale za to na propozycje, żeby dawali pomoc ręczną, niemal wszyscy parafianie się zgodzili tak, że na 800 gospodarzy przy budowie Domu Ludowego, zaledwie dwóch znalazło się takich, którzy nie okazali zupełnej pomocy ani ręcznej, ani konnej. Dało to oczywiście ogromną oszczędność w kosztach przy budowie. Od szeregu lat instytucje te nie tylko nie potrzebują już żadnej pomocy, ale one pomagają jeszcze innym związkom kulturalnym, mając kilkanaście tysięcy rocznie czystych nadwyżek do dyspozycji, tem bardziej, że członkowie się do tego przyzwyczaili, aby nadwyżek nie zabierać, lecz przeznaczyć w pewnej części na cele filantropijne, na oświatę, czytelnie, biblioteki, na sierociniec, a znaczną większość pozostawić na powiększenie kapitału obrotowego.

To też nasze spółdzielnie z każdym rokiem powiększają się, a wciąż coś nowego przybywa. Dalej mamy spółdzielnię, która również powinna mieć jak największe zastosowanie po naszych wioskach, zwłaszcza tam, gdzie jest ciężko ze zbytem mleka. Jest to spółdzielnia mleczarska…

…U nas dzisiaj od krowy gospodarz ma rocznie 250-300 złotych, a ma dlatego tak mało, że krowa przeciętnie daje 1-1,2 tysięcy litrów mleka rocznie. Ponieważ w naszym państwie jest ich 600 tysięcy, jakże wzbogacilibyśmy kraj nasz cały przy pewnych staraniach, gdybyśmy podnieśli tę ilość mleka od krowy – już niekoniecznie tak, jak w Belgii czy Danii, gdzie krowa daje 4-5 tysięcy litrów przeciętnie, ale choć do 2 tysięcy litrów rocznie, co jest zupełnie możliwe do przeprowadzenia w ciągu paru lat. Proszę zważyć, jaka to by była wielka różnica. Licząc tylko 10 groszy na litrze czystego zysku, na 1 tysiąc stanowi to 100 złotych, a przy 600 tysiącach aż 600 milionów złotych byłoby więcej rocznie dochodu od krów niż jest dzisiaj, czyli przeszło 60 tysięcy dolarów. Tyle było kłopotów, tyle starań, ażeby uzyskać pożyczkę amerykańską, a przecież przez podniesienie tej jednej gałęzi hodowli rokrocznie otrzymamy sumę 60 tysięcy dolarów, czyli co rok jakby bezzwrotną pożyczkę, oczywiście bez żadnych obserwerów, kontrolerów, dadzą nam nasze poczciwe krówki…

…Mamy wreszcie jeszcze jedną spółdzielnię, która również często spotyka się po naszych większych wioskach i miasteczkach. S to tzw. dzisiaj Kasy Stefczyka. Założyliśmy ją w roku 1910. Prosperowała ona doskonale, choć miała na początku tę wadę, co i inne. Zawsze jak się kasa otworzy, jest moc zgłaszających się o pożyczkę, a mało takich, którzy chcą wkładać…

Te instytucje, o których wspomniałem, są instytucjami o charakterze ekonomicznym, które dają nam przed wszystkim korzyści materialne. Ale nie tylko korzyści materialne. Te właśnie instytucje dały nam podstawę do całego szeregu rozmaitych urządzeń w parafii o charakterze oświatowo-kulturalnym. Ale o tym w następnej części rozważań poświęconych instytucjom działającym w Liskowie.”

całość tekstu tu – Wspomnienia księdza Blizińskiego. Ciąg dalszy

podobne: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos oraz: Kobus: Czy własność może szkodzić? i to: Co to jest „majątek państwa” i na co idzie siła polskich rodzin? O podatkach, składkach i reformach kosztem zdrowia i emerytury (nie tylko ubeckiej) w ramach inżynierii społecznej. Dygresja o żelazie czyli Polska drugą Japonią a także: Ks. Jacek Gniadek: Kościół niczego nie narzuca. Wiara zasadza się na dobrowolności czyli… wolność religijna i ekonomiczna polecam również: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa i jeszcze: Prof. Mieczysław Ryba: Rola Kościoła Katolickiego w kształtowaniu elit w XIX i XX wieku oraz: „Księża a społeczeństwo”… Jawny i tajny socjalizm… Zasady chrześcijańskiego współżycia kontra kolektywizm (w gospodarce) i to: „Szatanem nie jest kapitał. Szatanem jest Goldman i rząd.” czyli krytyka „Evangelii Gaudium”

Władysław Malecki – Pejzaż z kościółkiem