Pustynia kwitnąca prawem Ewangelii czyli… pierwsi mnisi (pustelnicy) i kościół w Polsce doby piastowskiej. Do czego potrzebne są zakony?


„…Choć, zgodnie ze świadectwami patrystycznymi, pierwszym mnichem żyjącym na pustyni był św. Paweł z Teb (228–341) – późniejszy patron zakonu paulinów – to Antoniemu na równi z jego poprzednikiem Pawłem przysługuje tytuł „ojca monastycyzmu”. Decyzja Antoniego, by odejść na pustynię i poświęcić się praktykom ascetycznym i życiu z pracy rąk własnych w ubóstwie i czystości znalazła wkrótce wielu naśladowców. Tam gdzie Antoni osiadł, aby realizować swój monastyczny charyzmat, wkrótce gromadziły się duże grupy chrześcijan pragnących iść w jego ślady. Dla wielu z nich Antoni stał się mistrzem wprowadzającym na wytyczoną przez siebie ścieżkę życia. Styl życia, jaki zaproponował swym przykładem Antoni, zwany jest anachoretyzmem.

Ze względu na surowość warunków, w jakich żyli pustelnicy – tu każdy odpowiadał za siebie i musiał zatroszczyć się o wszystkie swoje podstawowe potrzeby życiowe – nie każdy, kto pragnął poświęcić się takiej drodze ascetycznej, miał do tego wystarczająco dużo sił i zdolności…

ruch monastyczny, jaki rozwinął się za przykładem Antoniego, był ruchem o charakterze typowo męskim. Było to związane z trudami i z niebezpieczeństwami życia na pustyni podejmowanego w samotności. Wraz z pojawieniem się cenobityzmu droga życia monastycznego stanęła otworem także przed kobietami pragnącymi zaangażować się w dążenie do doskonałości ewangelicznej na drodze ubóstwa i czystości. Pachomiusz założył dziewięć klasztorów męskich, ale także dwa żeńskie. Od tego czasu praktyka życia monastycznego rozwijała się z sukcesem zarówno w środowisku mężczyzn, jak i kobiet.

Powód, dla którego chrześcijanie III i IV w. odchodzili na pustynię, by prowadzić życie ascetyczne, tkwił przede wszystkim w pragnieniu realizacji ideału jak najwierniejszego wstępowania w ślady Jezusa. Początek IV w. to czas, w którym Kościół uzyskał prawo do funkcjonowania w Imperium Rzymskim. Z pozycji Kościoła prześladowanego przeszedł w sytuację Kościoła tolerowanego, a z czasem stał się instytucją dominującą w obszarze spraw religijnych Imperium. Prowadziło to nieubłaganie do coraz większego kompromisu wobec instytucji imperialnych i rzymskiego stylu życia. Coraz trudniej było w związku z tym zostać męczennikiem, skoro ustały wszelkie prześladowania za wiarę. W konsekwencji ideał męczennika przelewającego krew za wiarę w Jezusa Chrystusa, nakreślony już w Dziejach Apostolskich, musiał zostać na nowo zinterpretowany. W wielu kręgach chrześcijańskich ascetów zmaganie o wiarę zastąpione zostało zmaganiem o wewnętrzną doskonałość, o usunięcie wad i rozwijanie cnót oraz o pełną realizację wymagań ewangelicznych w praktyce życia codziennego. Odejście na pustynię było niekiedy także znakiem duchowego protestu wobec uwikłania Kościoła w sprawy tego świata. Zarówno ci, którzy żyli na pustyni w samotności, jak i gromadzący się we wspólnoty stawiali sobie za cel postawę ucieczki od świata, którego symbolem było miasto. Ten potężny ruch charyzmatyczny sprawił, że świadkowie tych czasów mówili, że pustynia zakwitła klasztorami. Doświadczenie monastyczne rozprzestrzeniło się na cały Wschód i ogarnęło sobą zarówno pustynię Egiptu i Libii, jak i tereny Palestyny, Syrii, Libanu czy nawet Azji Mniejszej – dzisiejszej Turcji…

…Augustyn pozostawił swoim mnichom polecenie, aby żyjąc w wydzielonych wspólnotach, nie wyłączali się z życia Kościoła lokalnego, ale by zawsze byli gotowi do przyjęcia zadań, jakie Kościół mógłby chcieć im zlecić. W konsekwencji takich postaw bardzo wielu biskupów Afryki Północnej od V do VII w. wywodziło się ze wspólnot augustiańskich.

Z doświadczenia i z tradycji św. Augustyna czerpać będą późniejsi założyciele wspólnot monastycznych na Zachodzie, jakimi byli niewątpliwie św. Benedykt z Nursji, św. Grzegorz Wielki i św. Patryk z Irlandii.

Rozwój tradycji monastycznej zmienił oblicze Europy. Mnisi angażowali się nie tylko w poprawę bytu powierzonych ich trosce osób i o rozwój wiedzy technicznej – zwłaszcza agrarnej, ale także w duszpasterstwo i w opisywanie doświadczenia duchowego, jakie było ich udziałem…” (Ks.Adam Łuźniak, wszystkoconajwazniejsze.pl – Pierwsi mnisi Kościoła)

podobne: ks. Adam Martyna: O cnotach kardynalnych oraz: Cyceron: „Cnota jest doskonałym rozumem”. O uczciwości, przebaczeniu i poświęceniu dla drugiego człowieka a także: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos i to: Surowość zdyscyplinowanej łagodności katolicyzmu św. Franciszka i Inkwizycji, kontra rozpasana bezwzględność anglikanizmu doby elżbietańskiej („Łowcy księży”) polecam również: O praktycznym znaczeniu objawień (Gietrzwałd), oraz uwagi Grzegorza z Nyssy o pielgrzymowaniu. Koronacja kopii obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej na Węgrzech

„Kiedy misjonarze poczęli w Polsce głosić słowa zbawienia, to sama roztropność nakazywała, aby nie od razu powstawać i wykorzeniać dawne zwyczaje, do których lud nawyknął, ale powoli usuwać takowe, lub nadawać im chrześcijańskie znaczenie; gdyż ludy słowiańskie przywiązane do swej dawnej religii, nie od razu ją porzuciły. Jeszcze w roku 1000, jak podają kroniki, mieszkańcy Śląska mieli wielki pociąg do pogaństwa. Odwiedzali lasy i gaje uważane przez nich za święte, i do bożyszczów dawnych pielgrzymki czynili. To śmierci Mieczysława Gnuśnego (Mieszka II Lamberta), roku 1034, jeszcze pogaństwo w Polsce głowę podniosło. Szczątki dawnych zwyczajów przez długie wieki przetrwały, tylko że im już nadano więcej chrześcijańskie znaczenie.

Był na przykład obrzęd u starożytnych Słowian praktykowany, iż w czasie pewnego uroczystego święta topiono Marzannę czyli wypędzano śmierć; chrześcijaństwa dało tej ceremonii inne znaczenie, to jest, że przez krzyż pański i mękę Zbawiciela, śmierć duchowna człowieka ze świata wygnaną została. Słowianie mieli zwyczaj rzucania na grób zmarłego trzech garści ziemi, w mniemaniu, iż to się przyczyni do spokoju jego duszy, a pozostałych krewnych i przyjaciół uwolni od tęsknoty. Chrześcijaństwa) wyjaśniło to podług swych zasad, że człowiek z ziemi się począł i do ziemi powróci, a później z martwych powstanie, gdyż sam kapłan kiedy rzuca trzykrotnie ziemię na trumnę, wymawia te słowa: de terra formasti me. Piotr z Kapui, legat stolicy apostolskiej, w roku 1197, polecił, aby śluby małżeńskie odbywały się w kościołach, a nie gdzie indziej. Misjonarze chrześcijańscy usunęli zwyczaj palenia ciał zmarłych lub grzebania ich na połach, puszczach, lub lasach, jak to dotąd bywało, a polecili chować takowe przy kościołach na cmentarzach. Że Polacy od samego początku umiłowali wiarę świętą, którą przyjęli, dowodem tego najstarożytniejszy zwyczaj praktykowany w kościołach przez rycerstwo polskie, które w czasie śpiewanej ewangelii dobywało do połowy z pochwy swe miecze, a po jej skończeniu, znowu je do pochwy wkładało, na znak, iż jest zawsze gotowe dla obrony świętej wiary, przelać choćby ostatnią kroplę krwi.

Za wprowadzeniem prawa kanonicznego, zwolna ustawać poczęły dawne zwyczaje okrutne, pochodzące z czasów pogańskich, jak na przykład: zabójstwa, obcinanie członków i tymi podobne. Sami papieże bardzo się ujmowali za wolnością ludu wiejskiego, powstając przeciwko samowoli i uciskowi wywieranemu nad nim przez książąt. Dosyć jest przytoczyć w tej mierze słowa Grzegorza IX, w roku 1233. „Nowy rodzaj ucisków, mówi Ojciec święty, wynaleźli książęta polscy na swoich biednych poddanych, oddając im pod straż bobry i sokoły, które gdyby swe miejsca opuściły, idąc za wrodzonym duchem wolności, lub przypadkiem jedno z młodych zaginęło, to naówczas rzeczeni książęta, nakładają na tych ludzi karę siedemdziesiąt mark. Idzie zatem, że wielu z nich, nie mogąc znieść tak niesłychanej niewoli, do Rusinów i Prusaków przechodzi, opuściwszy swój pobyt z wiernymi. Ponieważ podobne postępowanie książąt jest całkiem niesprawiedliwe, gdyż sokoły lub inne ptactwo nie mające rozumu, nie może być posłuszne woli człowieka, ani go o pozwolenie do ucieczki me prosi, polecamy, abyście tymże książętom przedstawili całą tę ich niesprawiedliwość, i napomnieli, aby tego zaprzestali, inaczej zaś karami kościelnymi zniewoleni zostaną.“

Do Wilhelma biskupa Modeny, a swego w Polsce legata, w innym liście, z roku 1236, mówi tenże papież, iż książęta polscy dawne zwyczaje do swoich czasów chcą koniecznie stosować, i gnębią ludność różnymi uciążliwościami, żadnej sprawiedliwości nie przestrzegając. Ci biedni ludzie muszą chodzić o własnym koszcie na wojenne wyprawy, stawiać zamki obronne, i tak są przeciążeni tymi powinnościami, że nawet własnym pracom wystarczyć nie mogą. Ażeby zatem na to złe jakiś środek zaradczy obmyślić, polecamy tymże książętom, pod karami duchownymi, aby nadal podobnych niesprawiedliwości nie popełniali. Synody polskie również swymi ustawami wiele dawnych barbarzyńskich zwyczajów pousuwały; jak na przykład: synod odbyty w Sieradzu przez Janusza arcybiskupa gnieźnieńskiego, w roku 1262, który pod klątwą zakazał, aby nikt nie ważył się pobierać podatku tak zwanego dziewicze i wdowicze

…Tak zwane sądy Boże przyszły do nas z zagranicy, i były praktykowane w Polsce w wieku XII i XIII. I tak: Bolesław Wstydliwy nadając Klemensowi z Ruszczy prawo dziedzictwa i udzielności, dał mu władzę wydawania wyroków według procedury przez też sądy przepisanej, czyli odbywania próby przy pomocy wody, żelaza rozpalonego, pojedynku i miecza. Władysław książę opolski, w roku 1258, w nadaniach klasztorowi randeńskiemu, pozwolił, aby sędzia w stanicy miał tarcz, kij, żelazo i wodę.

Przywilej Przemysława wielkopolskiego, z roku 1284, dany Żegocie wojewodzie krakowskiemu, dozwala używać żelaza, pojedynku i wody.

Tych sądów Bożych kościół nigdy nie zatwierdzał, i owszem, w wieku XIII widzimy już liczne synodalne uchwały, zabraniające duchownym błogosławienia tak wody, jako i żelaza, używanych na próby. I u nas w Polsce było toż samo. I tak: synod odbyty w Budzie przez Filipa Firmina, w roku 1279, zabrania wyraźnie, aby żaden kapłan nie błogosławił wody wrzącej lub zimnej, która ma służyć do próby, w celu dowiedzenia się o winie lub niewinności oskarżonego; jak również, aby nie błogosławił żelaza rozpalonego na tenże sam cel przeznaczonego. Przy pomocy tych ustaw synodalnych, duchowieństwo wielce wpływało na poprawę obyczajów ludu polskiego, oraz na ulżenie różnych uciążliwości, jakie w tych wiekach przemocy i gwałtów ponosić musiał. Klątwa i kary kościelne zdolniejsze były utrzymać na wodzy materialną siłę książąt i możnowładców, aniżeli wszelkie prawa cywilne, których nie słuchano… (Ks. Melchior Buliński, szkolanawigatorow.pl – Historia Kościoła polskiego)

podobne: Sprawiedliwość kontra chciwość czyli miłe (złego) początki prawa własności (na Synodzie Łęczyckim), oraz lichwiarskie fałszerstwa Żydów (w przywileju Bolesława Pobożnego) oraz: Plankt na śmierć Bolesława Chrobrego. Święci i sprawiedliwi: królewicz Kazimierz Jagiellończyk i Joanna d’Arc (Kaczmarskiego) i to: (NIE)odpowiedzialni za państwo. Dwa oblicza Sarmatów i Quincunx Orzechowskiego czyli Wielka Polska Katolicka a także: Prof. Mieczysław Ryba: Rola Kościoła Katolickiego w kształtowaniu elit w XIX i XX wieku polecam również: Ks. Jacek Gniadek: Kościół niczego nie narzuca. Wiara zasadza się na dobrowolności czyli… wolność religijna i ekonomiczna i jeszcze: W sercu Kościoła. Ks. prof. Waldemar Chrostowski laureat Nagrody Ratzingera 2014: „Jezus żyje w swoim Kościele, to życie jest zabezpieczone przez wierność Tradycji” oraz: „Ta, która depcze węża” i „Ten, który mówi jak orzeł” czyli… Hernan Cortes, ofiary z ludzi i cud nawrócenia Azteków

„…Często bywa tak, że przeniewierstwom biskupów przeciwstawia się ożywczy spokój i chłód klasztorów. Dochodzi nawet do tego, że korporacje wykorzystują ten powierzchowny, malarski walor zabudowań klasztornych, by urządzać w nich różne sabaty. Taki sposób myślenia jest pułapką, albowiem zgromadzenia są narażone na takie same naciski jak hierarchia, jeśli nie na silniejsze. Im więcej majątku posiadają, im świetniejszą mają tradycję, tym silniejsze usiłowania, by się do tego podpiąć. Budowanie zaś jakiejś opozycji pomiędzy zgromadzeniem a hierarchami, to jest błąd strategiczny, który musi się zemścić. Tam oczywiście jest rozdźwięk, ale trzeba zrozumieć dobrze, jaka jest historia jednej i drugiej formy obecności Kościoła na ziemi. To nie jest trudne i mówiliśmy o tym wiele razy. Klasztory były odpowiedzią Kościoła na wzrost potęgi miejskich, korporacyjnych gangów, zarządzających całymi sektorami światowej gospodarki. Były odpowiedzią na ponawiane wciąż próby podporządkowania hierarchii kościelnej władzy świeckiej. No i miały swoją misję, to oczywiste, która wyrażała się w ścisłej regule. Łączyły kilka funkcji i odnosiły sukcesy, czym zasłużyły sobie na skrajną wrogość i nienawiść władzy świeckiej i jej apologetów, także tych pozostających w strukturach hierarchii kościelnej – patrz biskup Krasicki i jego poezja – kury gdaczą, świnie kwiczą, na ołtarzu jajca liczą….

Kopanie rowu pomiędzy klasztorem a hierarchią, to od dłuższego czasu ulubione zajęcie różnych naprawiaczy i reformatorów, których celem jest zniszczenie Kościoła. To trzeba dobrze zrozumieć, pamiętając przy tym, że zarówno hierarchowie jak i mnisi są tylko ludźmi i mają swoje ograniczenia…” (coryllus – Czy Kościół jest hierarchiczny?)

„… zakony są koniecznym elementem w mechanizmie władzy w chrześcijańskich królestwach, a ich rola jest bardzo praktyczna. One uniemożliwiają korumpowanie hierarchii kościelnej przez banki, albowiem same są bankami i sprawują kontrolę nad kluczowymi obszarami gospodarki chrześcijańskiego królestwa. Póki istnieją zakony istnieje królestwo, to jest oczywista sprawa, dlatego każda rewolucja zaczyna się od ataku na życie monastyczne. Ono przeszkadza najbardziej. Najpierw próbuje się to życie wyszydzić, jako niepraktyczne, podejrzane, zdeprawowane w końcu, a potem, jeśli grunt jest dobrze przygotowany idzie już tylko juma.

Ja się długo zastanawiałem jak sprawa wygląda wewnątrz samych zgromadzeń. To znaczy, jak wygląda ich osłabienie od środka i jakimi metodami się dokonuje. Czy to trwa długo, czy następuje nagle. Nic mądrego nie przyszło mi do głowy.

Wokół klasztorów i kultów lokalnych gromadzą się ludzie, nad którymi nikt nie ma władzy, to także jest mam nadzieję jasne dla wszystkich. To, że ci ludzie są prości i niewykształceni z reguły, nie ma tu żadnego znaczenia. Chodzi o to, że tłumy wiernych przybywają w jedno miejsce i w tym konkretnym miejscu żadna inna, poza duchową, władza nie działa. Każdy kto był kiedykolwiek na pielgrzymce wie o co chodzi. Nawet jeśli naszpikuje się taką pielgrzymkę tajniakami, to nie ma ów fakt żadnego znaczenia.

Jakich argumentów używa się przeciwko życiu monastycznemu? Racjonalnych. Zaczyna się od tego, że to jest dziwne, wbrew naturze i takie tam inne. Jakoś klasztory buddyjskie nikomu nie przeszkadzają, przeciwnie są ciekawym elementem pejzażu kulturowego, że tak pojadę gazownią. Klasztory katolickie to jest kłopot od zawsze…” (coryllus, szkoła nawigatorów.pl – Do czego potrzebne są zakony?)

podobne: Komisja Edukacji Narodowej oraz Dekret Kasacyjny czyli o konieczności rozbiorów Polski w imię postępu, o „bohaterach” z polskich podręczników („oświeconych” rabusiach), oraz o „narodowym potencjale” (elitach)

Mariusz Lewandowski – Mnich niosący światło

Reklamy

O chemii i alchemii czyli o praktyczności nauk tajemnych w prowadzeniu wojny i kontroli nad surowcami strategicznymi (z informacją włącznie). Dygresja o żelazie czyli Polska drugą Japonią. Metale ziem rzadkich.


Michiel Versteegh – Scholars in their study, przełom XVIII i XIX w

„…ciemnota, powtarzamy, jest wielką biedą, ale owa bieda na epokę zniszczeń moralnych jaką jest dzisiejsza, to malum necessarium, to tarcza zasłaniająca społeczność od innej ciemnoty która jest największym nieszczęściem, sromotą i bólem tych na których padnie, a która jest następstwem oświaty bezbożnej kończącej się łunami i pożarami podsycanemi naftą w imię postępu i w imię wolności…” (ks. Zygmunt Golian)

„…W Akademii Krakowskiej nowe myśli nachodzą wielu zwolenników wśród jej profesorów. Obok teologii i scholastyki zaczynają się tu wspaniale rozwijać i nauki przyrodnicze, kwitnie astronomia. Poziom naukowy Akademii z czasem dochodzi do takich wysokości, szczególnie w ostatnim dwudziestoleciu XV w., że epokę tę można uważać za najświetniejszą w dziejach Krakowskiej Akademii. Do jej wrót po światło wiedzy spieszą już nie tylko swoi ale i obcy uczeni nawet. (Celtes, Kallimach – Niemcy, Ślązacy). Mimo reakcji bowiem od r. 1500 przemógł tu humanizm. Równocześnie jednak kwitną i tu nauki tajemne. W pierwszej mierze i jawnie, jak widzimy ze spisów wykładów profesorów Krakowskiej Akademii, kwitnie tu astrologia; przy niej także alchemia, chiromancja i magia. Te ostatnie jednak są oficjalnie zabronione a w aktach rektorskich zwie się je często „ars prohibita”.

Jak bardzo „nauki tajemne” były w Polsce rozpowszechnione świadczy o tym dobitnie „Pogrom czarnoksięskie błędy, Latawców zdrady, y Alchimickie fałsz, iako rozprasza za pozwoleniem zwierzchności spisany od Stanisława z Gór Poklateckiego na ochrone zbawienia ludzkiego wydany”. (Trzecie księgi Moyżeszowe położenia 19: Nie chodźcie do czarnoksiężników ani się o czym pytaycie od wieszczków, abyście się przez nie nie splugawili. Ja Pan Bóg wasz). W Krakowie z Drukarni Jakuba Siebeneychera 1595. Autor gromi tu błędy czarnoksięskie, występuje przeciwko wszelkiego rodzaju czarnoksięskim praktykom, tak w Polsce rozpowszechnionym, wołając ze zgrozą: „A co więtsza, iż fałsze czarnoksięskie y szaleństwo Alchemickie po wielkiej części, tak z pospolitego człeka iako y z przednie wysokich stanow, znaczney liczby poczet owichtało y siatkami czartowskimi okupieło” .A w przedmowie wierszowanej do Rzeczypospolitej mówi tak:

„Królowie ziemscy, y wysokie stany,
Jęli się błędów: poimał y Pany
Alchimist zdradą: Czarnoksiężnik baie.
Maskare sprośną, za Diannę daie”.

…Astrologia zakwitła w Akademii Krakowskiej przede wszystkim za czasów profesora astrologii Henryka Czecha (Bohemius) w r. 1424. Przepowiada on podówczas ludziom bardzo szczęśliwie przyszłe losy. Podług świadectwa M. Radymińskiego w r. 1427 np. przepowiedział on nawet królowej Zofii, żonie Władysława Jagiełły losy przyszłe jej trzech synów, a wróżba ta spełniła się co do istotnych okoliczności. Astrologię znał zresztą dobrze już Kopernik, jak to zaznaczył słusznie M. Curtze. (Inedita Copernicana)…

…O wpływie dzieł hiszpańskich uczonych z Toledo, Sewilli i Kordowy na profesorów Akademii Krakowskiej, który był bardzo znaczny, świadczy dobitnie „Instrukcya dla profesora astrologii tudzież zatwierdzenie powiększenia funduszu tej posady przez Macieja z Miechowa uczynionego. Maciej z Miechowa wyznaczając dzieła, z których miał wykładać przyszły profesor astrologii wymienia oprócz „Quadripartitum i Centiloquium” Ptolomeusza, traktujących o wpływie gwiazd i konstelacyj na los ludzi, także dzieła uczonych w Sewilli i Toledo a więc dzieła: Joannesa Hispalensis w Sewilli (który żył w XII w.)”Epitome totius astrologiae”, Alcabitiusa rodem z Toledo (astronoma arabskiego w XII w.), który napisał dzieło tłumaczone na język łaciński pt. „Libellus ysagogicus Abdilazi i. e. servigloriosi dei: qui dicitur alchabitius ad magisterium iudiciorumastrorum interpretatus a ioanne hispalensi”. Venetiis 1482. Almagestum Ptolemaei per Commentum Ceber, który znów pochodził z Sewilli itd. Wszystko to świadczy o duchowym pokrewieństwie uczelni – dość wielkim…

…Za czasów Zygmunta Augusta żyli tacy sławni astrologowie jak Szymon z Gincburga, wybitny znawca gwiaździarskiej sztuki, Profesor Akademii Krakowskiej Piotr Proboszczowicz Wiszniewski (Sołtykowicz Józef o. c. str. 246 mówi o nim: Zygmunt August słuchał prognostyków naszego matematyka i profesora Proboszczowicza tak dalece, że za jego radą i podróż swoją kilka razy odmieniał i wesele z Katarzyną odkładał, jako twierdzi Tadeusz Czacki w Tomie II o L. Pol. Prawach) autor Iudicium comoetis visi in horisonte Cracoviensi i Akademik krakowski Marcin Foxius, którzy mieli bardzo wielki wpływ na króla, ślepo ich we wszystkim słuchającego

…Nie darmo Podwórzecki broniąc iudiciów, zwalczał wszelakiego innego rodzaju przepowiednie astrologów i ludzi postronnych, w pierwszym rzędzie bab. O astrologu mówi, że gdy się go kto z ludzi zapyta o zgubę, szkodę, zysk, powód rzeczy albo o co takiego – nic nie powie, jeśli ma Boga, bo te rzeczy bardziej się do supersticiy pogańskich chylą niż do krześcijańskich. Baby ośmiesza „co w niebo patrząc, w rzeczy na planety, których nie znaiąc, ani wiedzą co to jest wróżą: woski y ołowynleią, co omywaią, kadzą y sprośne gusła wymyślają…” „co patrzą w kryształ w zwierciadło, albo śkło iakie” – „bo to są gusła szatańskie, bo także nie zawisły na żadnej nauce uczciwej”. A to wróżbiarstwo, rozpowszechniało się w Polsce polwiej części pod wpływem Akademji Krakowskiej. Fakty wspomniane stawały się źródłe­m plotek, przesądów i dziwnych opowieści, których nimb powoli okalać zaczął Akademię Krakowską. Wpływało na to i stanowisko kościoła, który zabraniał duchownym zajmowania się matematyką i astrologią jako pomocniczymi naukami czarnoksięskimi, będącymi w ścisłym związku z magią…

…Obok wróżb z gwiazd znana była i ulubiona w owych czasach także chiromancja, zgadywanie z ręki charakteru człowieka i wróżenie przyszłych jego losów. Że zaś w uniwersytecie trudniono się nią, tego dowód mamy z r. 1505, w którym dwóch scholarów Melchiora bakałarza i Marka z Gdańska ukarano przed sądem rektorskim „ob exercicium ciromancie”. Ten jednak sposób wróżenia polegający, jak mówi Podwórzecki Jan w swych „Wróżkach” z r. 1589 „po części na nauce a po części na natchnieniu dziwnym i tajemnym czasów teraźniejszych bardzo w lekkim jest poważaniu…” „iż go ludzie lekcy i Cygani sprośni używaią”.
Że chiromancja była na uniwersytecie zabroniona, świadczą o tym „Acta rectoralia”, w których czytamy pod rokiem 1505 zapisek 2052 „chiromantia, ars prohihita…”…

…Równie popularną jak astrologia była w XV i XVI w. Polsce także alchemia. Wedle wierzeń adeptów tej sztuki można przy jej pomocy:
1. ciała nie zawierające w sobie złota na prawdziwe, doskonałe i trwałe złoto zamienić. Istota, która tę zmianę sprawia, jest dziełem sztuki zwanym „kamieniem mędrców, lub filozoficznym”, „wielkim elixyrem” albo „czerwoną tynkturą”. Srebro, merkuriusz i nieszlachetne metale, przesiąknięte tynkturą zamieniają się na złoto a lotne stają się zarazem ogniotrwałemi (transmutacja albo uszlachetnienie).
2. ciała nie mające w sobie srebra można zamienić na srebro czyste i ogniotrwałe.
3. Tenże sam preparat sztuki na złoto zamieniający, przed zupełnym wykończeniem swym jest najużyteczniejszym a według wielu uniwersalnym lekarstwem, panaceum życia, (aurum potabile) odmładza, wzmacnia ducha, ożywia siły. Adepci tej nauki strzegą jej tajemnic pilnie, co jest zarazem powodem ciemności pism z dziedziny alchemii. Grzechem było wiadomości te rozprzestrzeniać a Arnold de Villanova grozi apopleksją temu, który by to zdradził i mówi w swym Rosarium „Qui revelatsecretum artis maledicetur apoplexia”. Rajmund Lullus zaś straszy za to piekłem. Dlatego też jest to „nauka tajemna”. Alchemia jest nauką bardzo starą.

Kwitła najpierw w Hiszpanii, gdzie jej reprezentantami byli Geber, Dzszafarem zwany z Sewilli, jego syn Abu Mussa Giabr Ben Hajiam al Sofi, uczeń, Gebera Rhases i wielu innych. Stąd przez Włochy .i Francję dostaje się ona w XIII w. do Niemiec a potem i do Polski. Wybitnymi alchemikami są Albertus Magnus, Michał Scotus, Tomasz Aquinus. Raymond Lulli, Roger Bacon. Gwiazdą na polu alchemii w Niemczech w XV w. jest Basilius Valentinus, Johannes Ticinensis. Johannes Trithemius, w XVI zaś Henryk Korneliusz Agrippavon Nettesheim (1486 -1535) i Philippus Aureolus Paracelsus Teophrastus Bombastus von Hohenheim (1493-1541), Jerzy Agricola (1494-1555) a w Anglii Dr. Dee i Kelley….

….zamożność Polaków w tych wiekach tudzież polska gościnność zwabiały do Polski różnego rodzaju i uczonych i szarlatanów, którzy te wiadomości i „nauki” na grunt polski przeszczepiali…” (Jan Kuchta – Nauki tajemne w Polsce w XV i XVI wieku, całość tu: szkolanawigatorow.pl)

podobne: Czas odkrywa prawdę (historii) czyli… ile jest wiedzy w wykształceniu i po co nam uniwersytet? oraz: „Szkoła” Jacka Kaczmarskiego czyli zapowiedź najnowszej książki Gabriela Maciejewskiego („Socjalizm i śmierć”)… Bo wszystko już było (na kole historii) i to: Zniknęły zeznania dotyczące szajki pedofilów w brytyjskich władzach a na Uniwersytecie w Cambridge konferuje się o pedofilii jako „męskiej normie” a także: proroctwo św. Malachiasza a Paruzja czyli… bój śmiertelny o wieczność kontra pogoń za sensacją i jeszcze: Na chłopski rozum o „transmisji myśli w kosmos”, talencie wybrańców losu, transgresji i ektoplazmie „poezji” czyli… „o mafii bardzo kulturalnej” („arystokracji rozumu”) oraz magii Nobla Władysława Reymonta (alias Rejmenta-Balcerka)

Jak ktoś ciekawy historii nekromancji tudzież czarnoksięstwa i innego rodzaju praktyk z piekła rodem ten sobie może doczytać pod załączonym linkiem. Tymczasem kontynuujmy wątek alchemii, gdyż stanowi on istotę dzisiejszego wpisu…

„…Najbardziej znana w Polsce anegdota dotycząca alchemików, to ta opowiadające o tym, że Michał Sędziwój, królewski alchemik o mało nie wysadził wierzy zamkowej na Wawelu, zwanej kurzą stopką. Szczegóły tej anegdoty nie są dla słuchaczy istotne, interesuje ich tylko, to że miało być złoto, a było wielkie bum. Sam zaś Michał Sędziwój doczekał się zasłużonej sławy i został przedstawiony cesarzowi Rudolfowi, wykonywał dla niego różne tajemnicze misje, których natura do dziś nie jest rozpoznana. Nie jest? Jest. Trzeba tylko spojrzeć na nią pod właściwym kątem.

Michał Sędziwój już w początkach XVII wieku rozpoczął wraz z Mikołajem Wolskim, kanclerzem królewskim, wielkim magnatem, budowę dużego okręgu przemysłowego pod Częstochową, tuż nad granicą, cesarskiego wówczas Śląska. Dlaczego tam właśnie produkować miano blachę, elementy stalowe potrzebne przy konstrukcji broni, drut stalowy i inne wyroby hutnicze? Ponieważ cesarstwo przygotowywało się do wojny. Wojna ta musiała wybuchnąć, albowiem zawarty w roku 1555 pokój pomiędzy katolikami a protestantami, zwany pokojem augsburskim nikogo nie satysfakcjonował…

…Ówczesna wojna, ba, każda wojna do połowy XIX wieku nie mogła się toczyć bez prochu. Ten zaś składa się, jak pamiętamy z trzech podstawowych komponentów: saletry potasowej, siarki i prochu strzelniczego. Od tego jakiej jakości saletra została użyta do produkcji prochu zależało jak daleko poleci kula wystrzelona z armaty. Skąd pozyskiwano saletrę? Zewsząd. Brytyjczycy wprowadzili specjalne prawo, które zmuszało obywatela do oddawania państwu zawartości wychodków oraz tego co zalegało pod nogami zwierząt w oborze. Z tych właśnie frakcji pozyskiwano saletrę. Na Ukrainie znajdowały się duże złoża saletry, stąd właśnie kozacy, byli w zasadzie samowystarczalni jeśli idzie o produkcję broni. Większość jednak państw Europy skazana była na import. Ciekawe skąd? Dociekliwi już zgadli. Tak, tak, z północnej Afryki. Tam, na wielkich przestrzeniach Sahary kryształy saletry, czystej jak łza, rosły po prostu jak grzyby. Czekały miliony lat na to, by człowiek wymyślił proch strzelniczy i użył ich do jego produkcji.

Dobre stosunki z Afryką północną były więc gwarantem dostaw saletry. Czy już wiecie teraz po co Henryk Twaroch przybył do Pragi? Miał załatwić kontrakt na dostawę tego surowca. Cesarz miał w zamian za to skłonić swojego kuzyna, króla Hiszpanii do wypuszczenia Berberów na Atlantyk. Habsburgowie podbili stawkę i wynegocjowali dodatkowo, że Berberowie będą atakować protestanckie konwoje płynące na Islandię. Ciekawe czy już zgadliście po co one tam pływały? Każdy kto był na Islandii wie, że są tam gorące, siarkowe źródła. Siarka zaś była drugim ważnym komponentem do produkcji prochu strzelniczego. Świat protestancki, wspomagany przez katolicką Francję szykował się do rozprawy z cesarstwem Niemiec, w całej Europie i na wybrzeżach Afryki trwał od roku 1555 wielki wyścig zbrojeń. Ludźmi zaś, którzy odgrywali w nim rolę kluczową byli alchemicy. Nie poszukiwacze kamienia filozoficznego bynajmniej, ale technologowie i menedżerowie zarządzający zasobami, ludźmi i fabrykami. Tacy jak Michał Sędziwój, zwany Polonusem i Mikołaj Wolski, powszechnie uważany za czarownika.

Ktoś podejrzliwie spojrzy na te rewelacje i zapyta – dlaczego w takim razie w relacji Daniela Vettera nie ma słowa o siarce? Dodam jeszcze jedną zagadkę – dlaczego jego tekst napisany w początku XVII wieku opublikowano dopiero pod koniec stulecia? Otóż dlatego, że tajnych materiałów szpiegowskich nie udostępnia się wszystkim naokoło. Czytelnicy ówczesnej literatury i prasy mieli wierzyć, że alchemicy to ludzie produkujący złoto z rtęci, a jedynym pragnieniem ich mocodawców jest powiększająca się stale góra złotych dukatów. Ten świat naprawdę niewiele się zmienia… iluzje zaś dzisiejsze nie obiegają wiele jakością od ówczesnych” (coryllus, źródło: papug.pl – O rozwiązywaniu zagadek historycznych : część 2 na 2)

podobne: Historia handlu wymiennego między wschodem i zachodem czyli rewolucja w zamian za zasoby naturalne. Ukraina (Ługańsk, Donieck, Baku, Batumi, ropa, Stalin, strajki u Rotszyldów) Rosja oraz: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego  i to: O stawianiu wozu przed wołem czyli o treściach ukrytych naprawdę. „Pokot”, „Wielka Lechia”, „słowiańszczyzna” i folklor jako propaganda specjalnej (o Polaków) troski a także: Polska podbija kosmos. Kosmiczne złoża metali pod Myszkowem

„Alchemicy praktycznie od zawsze byli specjalistami od wytwarzania strategicznie ważnych produktów. Przykładem może być jeden z pierwszych alchemików, Zosimos z Panopolis, który opisał w III w. po Chr. sposób wytwarzania wysokogatunkowej stali w Indiach i odnotował, że była ona używana w Persji Sasanidów do wyrobu mieczy, które eksportowano m.in. do Imperium Rzymskiego. Nota bene handlem tym poszukiwanym i dorgim surowcem, zwanym w Talmudzie Babilońskim Hindnan (a w żródłach rzymskich ferrum Indicum), zajmowali się kupcy żydowscy, którzy stworzyli sieć szlaków handlowych pomiędzy Syrią i Mezopotamią a południowymi Indiami. Zosimos zajmował się poza tym produkcją kwasów, alkoholi i szeroko pojętą metalurgią. Jego umiejętności do dziś budzą podziw, dysponował już bardzo zaawansowanymi instrumentami laboratoryjnymi (kolby, destylatory itd.). Już w starożytności wiedza chemiczna była mocno rozwinięta, a opowieści o wytwarzaniu złota z innych metali to od początku była zasłona dymna. Alchemia to tak naprawdę zakonspirowana chemia służąco konkretnym celom strategicznym.na prawdziwą rolę alchemii wskazują prace starożytnych greckich alchemików żyjących w czasach hellenistycznych i w Cesarstwie Rzymskim. Zawsze mamy w tych dziełach pomieszanie mistycznego kamuflażu (fragmenty dotyczące świata duchowego, magii itp.) i bardzo konkretnych tekstów zawierających receptury wytwarzania substancji użytecznych w wytwarzaniu stopów metali, szkła, leków, kosmetyków i barwników. A samo słowo alchemia pochodzi od greckiego wyrazu chymeia (prawdopodobnie chodzi tu stop metalu, łączenie różnych metali, nie jest to do końca jasne), który później Arabowie zniekształcili i wyszło z tego słowo alchimia.” (Stalagmit 8 czerwca 2017)

W gnozie (bo alchemia to w pewnym sensie gnoza) chodzi o niedostępność/utajenie wiedzy/informacji (prawdy) i jej zmonopolizowanie w rękach „wybrańców”. Temu zabiegowi towarzyszą zazwyczaj „zagadkowe” i „oryginalne” rytuały, dzięki którym „wierzącemu” wydaje się że ma do czynienia z czymś wyjątkowym bo niepojętym (niedostępnym) dla zwykłego śmiertelnika. To mu imponuje, a przez to że został dopuszczony do „elitarnego” kultu „wtajemniczonych” postrzega samego siebie jako wyjątkową osobę… i to mu w zasadzie wystarcza za całą „wiedzę”. Do dziś wykorzystuje się ten mechanizm by manipulować ludźmi. Trochę magii tajemniczości i wszyscy są zadowoleni… a zyski wybrańców (kosztem „oczarowanych”) rosną. Bo czasem bardziej opłaca się zrobić wokół ważnej rzeczy wielopiętrowy i kosztowny (pełen strojów, rekwizytów i aktorów) cyrk. Zamiast oficjalnie zaprzeczać i wymazywać fakty (ostra polemika sprzyja zapamiętywaniu i promowaniu informacji) lepiej je zawczasu ośmieszyć, skompromitować. Ludzie początkowo ciekawi machną po jakimś czasie ręką na taką „sensację”, albo popukają się w głowę z niesmakiem i wrócą do swoich zajęć… Nikt przecież nie lubi żeby go nazywać oszołomem albo idiotą. Abrakadabra! Dotyczy to nie tylko surowców strategicznych i informacji. Dziś największą zasłoną dymną (działającą na tej samej zasadzie) jest tzw. demokracja…(Odys)

„Wszyscy wiemy jak wyglądają negocjacje przy podziale łupów pokazywane w filmach o piratach. To jest zawsze jeden z najlepszych momentów w takim filmie. Jeden drugiego próbuje oszukać, wszyscy mają noże w rękach, zaczyna się zwykle spokojnie, potem uczestnicy spotkania przechodzą do gróźb, zdarza się, że chwytają za kordelasy albo siebie nawzajem za tak zwany „wsiarz”. Jest przy tym kupa śmiechu, bo na koniec zawsze jakoś dochodzi do porozumienia i wszyscy rozchodzą się do swoich kajut zadowoleni. Warunek zadowolenia jest jeden i nie chodzi wcale o dobrą atmosferę przy stole, chodzi o to, że przedmiotem negocjacji są zwykle rzeczy wartościowe bezwzględnie: pieniądze, kobiety, mapa skarbu, albo dobra broń. Nie ma żadnych wątpliwości, że kłótnia wybuchająca przy podziale łupów jest autentyczna i świadczy o powadze oraz autentycznym zaangażowaniu negocjujących. My, oglądając taki film, śmiejemy się z tych scen, ale źle robimy, bo sceny te wmontowane są w produkcję rozrywkową celowo. Po to, by przekonać nas, że takie zachowania są niestosowne w dzisiejszym świecie. Otóż jest dokładnie na odwrót. Niestety powrotu do starych dobrych czasów, kiedy to rozdzielano dublony na pokładach zdobytych galeonów nie będzie…

…Profesjonalizm jest już nieważny, a liczy się tylko chemia spotkania…

…cała tak zwana kultura biznesu służy temu by zamaskować rzeczywistą wartość przedmiotu negocjacji, ukryć ją, a na jej miejscu zorganizować jakiś teatr kabuki. To jest jednak niemożliwe, bo wszyscy rozumieją sens tego oszustwa. Co więc jest u samego spodu? Myślę, że fakt iż prawdziwi kapitanowie okrętów pirackich nie mogą się ujawnić. Mapa, dublony, broń, wszystko nadal leży na tym samym stole, ale oni siedzą w innej kajucie i palą opium. Negocjacje zaś prowadzą trzeci oficer, bosman i cook. Dzieje się tak, ponieważ ich życie jest dziś o wiele cenniejsze niż w czasach Francisa Drake, cenniejsze niż mapa i dublony, i to o nie właśnie toczą się negocjacje. My zaś nie poznamy nigdy ani jego rzeczywistej wartości, ani ich nazwisk. Pozostanie nam jedynie wiara w to, że najważniejsza jest chemia spotkania.” (coryllus – Głęboki profesjonalizm zawodowy korsarzy morskich)

podobne: O różnicy między „lewicą” i „prawicą” czyli… kto w demokracji ma większe prawo prowadzić lud na barykady by realizować scenariusz grabieżczo-rozbiorowy zwany czasem solidarnością

„…Dzięki etatyzmowi, w okolicznościach braku rozwoju, dzięki należymisiom otoczeni rudami żelaza Japończycy nie mieli ich jak kruszyć. W spiżarni umierali z głodu. Z powodu tego zapóźnienia w produkcji żelaza miało ono niezwykle wysoką cenę i w czasie, gdy podpisywali z jankesami umowę o szybkim handlu, za cztery stalowe gwoździe (kolejowe – używane przy budowie torów) Japończycy płacili jedną złotą monetę (o wadze około 4-4.15 grama). To tak na nasze dzisiejsze jest jakieś 150 pln od gwoździa. Jankesi ich wyssali z kruszcu, ze wszystkiego co mieli (nefryt, srebro, miedź) za kilka maszyn parowych. To jest właśnie rezultat tego, co robi Morawiecki – będą “gwoździe” po 150 pln, jak rozkręci program swojego odlotu kosmicznego. Ciekawe czy zostanie chociaż lokajem w BIS.

W Japonii było tak wesoło w ekonomii, że córkom powszechnie “szukano sponsora”, a nierząd, pijaństwo i hazard stały się podstawową działalnością w miastach. Chłopi podnosili bunty, a były wsie, gdzie zbiorowo popełniali samobójstwa po wykonaniu obowiązku podatkowego (dlatego nie należy płacić podatków – grożą śmiercią). Powstawały gangi polityczne, ale kupcy zorganizowali sobie grupę, która pomimo regulacji należymisiów kontrolujących handel z resztą świata sprowadzała już od początku XIX wieku do górskich, niedostępnych prowincji południa (od strony Chin) maszyny parowe, narzędzia, technologię. Samurajowie rezygnowali ze swojego ślacheckiego statusu i wstępowali do tej grupy. Dziś ta organizacja kupców bez barier znana jest pod tą samą nazwą co w XIX wieku – yakuza. I znana jest z tej samej działalności – przemytu, przemysłu i handlu nieruchomościami – cała reszta to widowiskowe dodatki. Grupy przestępcze powstają wokół fabryki Krupp’a i mają mundury od Hugo Bossa, a nie z tak zwanych pi… karmionych chłopców z miasta prowadzących ku… dołki. Co ciekawe, aby zachować pozory ścigania jakiejś przestępczości, to pokazuje się te płotki zajmujące się hazardem, nierządem i koksem, natomiast poważnych ludzi, zajmujących się korporacyjnym przemysłem i dysponujących agenturą wpływu i aparatem przemocy, nigdy się nie rusza – bo tam chodzi o poważne pieniądze i użycie prywatnej armii, aby uspokoić urzędasów, jest naturalnym odruchem. Zwróćcie uwagę, co się działo w Polsce, gdy niewolnicy w Wujku i na Wybrzeżu się pobuntowali i nie chcieli dla gangsterów robić tak tanio – od razu wjechały czołgi, od razu były ofiary – tak działa prawdziwa przestępczość…”  (zarobmy.se – Dygresja o żelazie)

podobne: Polska drugą Japonią, ale nie tą z „propagandy sukcesu”  oraz: O realnych ośrodkach władzy czyli… sKisłe łupki i inne polskie zasoby energetyczne w kleszczach niemieckiej polityki klimatycznej i rosyjskiej strefy wpływów. Światełko w tunelu dla węgla. Saudyjska i Irańska alternatywa dla ropy i to: Walka naszych służb z przestępczością gospodarczą i zorganizowaną to jedna wielka ściema.

„…W skład metali strategicznych wchodzą m.in.: ren, german, cyrkon, molibden, ind, gal, hafn, bizmut, tantal, tellur, kobalt czy wolfram.

Z kolei do grupy metali ziem rzadkich należą: skand, itr, lantan, cer, neodym, promet, samar, europ, gadolin, terb, dysproz, holm, erb, tul, iterb czy lutet…

….Urządzenia stosowane w branży energetycznej, elektronicznej, medycznej, wojskowej czy motoryzacyjnej nie mogą obejść się bez metali strategicznych oraz metali ziem rzadkich. Przykłady? Europ (technologia jądrowa), iterb (płyty ogniw słonecznych), hafn (chipy komputerowe), tantal (smartfony, komputery, sprzęt medyczny), molibden (inżyniera lotnicza i kosmiczna) czy lantan (pojazdy o napędzie hybrydowym). To oczywiście tylko początek długiej listy, póki co nie ma dla nich substytutów…

…W 1990 roku globalna konsumpcja metali strategicznych i metali ziem rzadkich wynosiła 45 tys. ton. Rozwój nowoczesnych technologii doprowadził jednak do wzrostu popytu, który w 2013 roku wynosił już 124 tys. ton, natomiast w zeszłym roku – 155 tys. ton. Z kolei prognozy dla rynku zakładają 40% wzrostu popytu pomiędzy 2017 a 2020 rokiem…

…Dominacja Chin doprowadziła do sytuacji, w której ceny metali strategicznych są silnie uzależnione od polityki chińskich władz, jak również sytuacji geopolitycznej. Głównymi rywalami Państwa Środka na arenie międzynarodowej są dwaj najwięksi importerzy, czyli Stany Zjednoczone i Japonia. To jedna z głównych przyczyn, dla których Chiny chcą ograniczyć eksport metali do obu krajów. Ponadto, Państwo Środka stara się zachęcić największe przedsiębiorstwa, aby przeniosły swoją produkcję do Chin. Pozwoliłoby to przede wszystkim pozyskać nowoczesną technologię.

W przypadku USA sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Sześć miesięcy temu na prezydenta Stanów Zjednoczonych zaprzysiężony został Donald Trump. Polityk już podczas kampanii wyborczej zapowiadał, że zamierza ściągnąć dobrze płatne miejsca pracy z powrotem do USA. Ponadto, Trump chce nakładać wysokie cła na produkty importowane z innych państw, w tym Chin. Jeżeli polityka amerykańskiego prezydenta zostanie wdrożona może to oznaczać wojnę handlową pomiędzy dwoma mocarstwami.

Państwo Środka może zdecydować się na podobną reakcję jak w 2010 roku podczas sporu z Japonią. Wówczas Chiny wstrzymały eksport dwóch metali: neodymu oraz dysprozu. Efekt? Ceny wspomnianych pierwiastków w ciągu 10 miesięcy wzrosły o 600-800%.

Warto zwrócić uwagę, że wówczas spór dotyczył kilku wysp skalistych na Morzu Wschodniochińskim. Dzisiejsza dominacja Chin w tej branży jest silniejsza niż miało to miejsce 7 lat temu. Potencjalna wojna handlowa pomiędzy USA i Chinami mogłaby doprowadzić do eksplozji cen metali ziem rzadkich oraz metali strategicznych.

Jeśli nie dojdzie do wojny handlowej, należy spodziewać się spokojniejszego wzrostu cen, do którego w ostatecznym rozrachunku musi dojść. Przecena metali strategicznych i metali ziem rzadkich była gigantyczna. Chiny osiągnęły swój cel i zdominowały produkcję. Teraz utrzymanie niskich cen metali nie jest już priorytetem chińskich władz.

Należy jeszcze wspomnieć o konflikcie na linii USA – Korea Północna, który ma drugie dno. Wartość złóż metali ziem rzadkich należących do komunistycznego kraju wynosi 6 bln dolarów. Ze względu na brak funduszy oraz technologii, Korea Północna nie jest w stanie wykorzystać swojego potencjału. Obalenie Kim Dzong Una pozwoliłoby Stanom Zjednoczonym uzyskać dostęp do cennych minerałów, dzięki czemu mogliby uniezależnić import metali strategicznych z Chin… (Zespół Independent Trader – Metale ziem rzadkich – marginalizowane aktywo)

podobne: Japoński rząd zatwierdza nową strategię obronną w obliczu napięć z ChRL oraz: Azja: zagrożenie terroryzmem i groźba konfliktu (Korea Płn. gotowa do próby nuklearnej? Chiny i Morze Południowochińskie ). USA odpowiedzialne za sytuację w Iraku (Wlk. Bryt. niezdecydowanie) i to: Trzecia rewolucja technologiczna i ryzyko rosnącego bezrobocia w związku z rozwojem robotyki. Receptą na potencjalny kryzys uwłaszczenie (a nie „pomoc państwa”). Michalkiewicza debata o nierównościach a także: Korea Północna grozi i prosi ONZ. Rywalizacja militarna Chin i USA polecam również: Mesko liderem w realizowaniu programów rakietowych dla wojska. I ty może zostać komandosem

Michael Cheval – Evolution

Historia handlu wymiennego między wschodem i zachodem czyli rewolucja w zamian za zasoby naturalne. Ukraina (Ługańsk, Donieck, Baku, Batumi, ropa, Stalin, strajki u Rotszyldów) Rosja


rys. Andrzej Krauze

„…kiedy pani Dżugaszwili oczekiwała narodzin dziecięcia trwała w najlepsze wojna rosyjsko-turecka 1877-1878, której wynikiem był pokój zawarty 3 marca 1878 r. na przedmieściach Konstantynopola w San Stefano pomiędzy przedstawicielami Rosją a Imperium Osmańskim. Na mocy tego traktatu powstało państwo Bułgaria (po 500 latach tureckiego panowania) oraz w zamian za reparacje wojenne Imperium Osmańskie odstępowało Rosji szereg miast na południowo wschodnim Kaukazie (Ardahan, Artvin, Kars, Olti, Beyazit, Alashkert) oraz miasto-twierdzę Batum na wybrzeżu Morza Czarnego. Ponadto Rosja otrzymała północną Dobrudżę, którą przekazała Rumunii w zamian za Besarabię.

Pan premier Disraeli był skrajnie zdegustowany, podobnie jak Austro-Węgry, nie mówiąc o Serbii, w efekcie doszło do słynnego Kongresu Berlińskiego (3 czerwca – 4 lipca 1878), na którym dobre imperia podzieliły sobie cały świat a przy okazji skorygowały porozumienie rosyjsko-tureckie.
Minister Spraw Zagranicznych Królowej Wiktorii markiz Salisbury ubłagał , sorry, wymusił, aby port Batum stał się „wolnym miastem” na jakieś 10 lat a Rosjanie mieli zabronione budowanie fortyfikacji wojskowych i uzbrajanie miasta.
W efekcie w dniu 25 sierpnia 1878 r. generał Dymitr Iwanowicz Światopełk-Mirski wjechał na czele rosyjskiej armii a Derwisz Pasza oddał mu klucze do miasta.

I się zaczęło. W niedalekim Baku dyszącym ropą naftową pan inżynier Iwan Ilimow wyjął kwity z rozrysowanym planem budowy rurociągu Baku-Batumi , uzyskał poparcie samego Dymitra Mendelejewa i już w 1884 inżynier Władimir Szukow wyrysował projekt techniczny rurociągu…

książę Golicyn zasugerował carowi, iż miejscowego kapitału jest trochę za mało, aby rozwinąć wydobycie stosownie do zasobów i aby wykorzystać rurociąg.

Pierwszym dużym graczem okazała się firma Branobel, stworzona przez synów imigranta ze Szwecji poddanego carów pana Immanuela Nobla, wynalazcy min podwodnych i dostawcy broni dla cara Mikołaja I, który osobiście interesował się wynalazkami pana Nobla starszego. Była to spółka zarejestrowana w St Petersburgu przez braci Ludwika (główny udziałowiec), Alfreda i Roberta Noblów oraz generałów rosyjskich (i baronów kurlandzkich, speców od kawalerii): Petera i Aleksandra von Bilderling. Zaczęli od produkcji broni Berdanka i jakichś armat w Iżewsku ale kiedy na horyzoncie pojawił się inżynier Władimir Szukow, w maju 1879 r. powstała spółka akcyjna „Tovarishchestvo Nephtanavo Proisvodtsva Bratiev Nobel” z kapitałem 3 mln rubli: 600 akcji po 5000 rubli akcja. Największymi udziałowcami byli Ludwik Nobel -1,61 mln rubli i gen. Peter von Bilderling- 0,93 mln rubli.

Krótkie rurociągi były budowane z pól roponośnych już od lat 70-tych. Sytuacja się zmieniła w związku z budową kolei południowo kaukaskiej w 1883 r. W listopadzie 1886 r. grupa przemysłowców z Baku zwróciła się do rządu o zgodę na budowę rurociągu trans-kaukaskiego. Sprawy szły błyskawicznie. Nie bez związku z faktem, że w ślad za firmą Branobel w 1883 r. pojawiła się firma The Caspian Black Sea Oil Industrial and Trading Society panów Rothschild, których na miejscu reprezentował pan Alfonse R. Ci rzucili na stół jakieś 6 mln dobrych złotych carskich rubli i zaczęli przejmować miejscowe mniejsze firmy już wydobywające ropę

…Dzięki dynamicznym przemysłowcom i wynalazcom wydobycie ropy w Baku 1898 r. przekroczyło poziom wydobycia ropy naftowej w USA i osiągnęło poziom ok. 8 mln ton. W roku 1901 było to już 11 mln ton i 51% światowej produkcji i 95% produkcji ropy w Rosji. Wzrost liczby szybów wiertniczych przedstawiał się następująco: 1873- 9, 1879 – 251, 1900 – 1710.
No a tam, gdzie przemysłowcy-burżuje oraz robotnicy tam i rewolucjoniści. Przynajmniej w carskiej Rosji.
Więc już w listopadzie 1901 r. komitet R.S.D.L.P. w Tyflisie wysłał Józefa Stalina do Batumi celem zorganizowania pierwszego „kółka rewolucyjnego”. W styczniu 1902 r. ukrywający się Józef Stalin organizuje w Batumi (16 tysięcy mieszkańców, 1 tysiąc robotników w przemyśle petrochemicznym) – podziemną drukarnię.
W styczniu –lutym 1902 towarzysz Stalin, który ma robotę w rafinerii u Rotshchildów od 1901 r. organizuje pierwsze strajki w zakładach Mantyszewa

Generalnie należy zauważyć pewną prawidłowość w podróżach przemysłowców z branży rafineryjnej i rewolucjonistów rosyjskich między Rosją a Londynem. Spośród pierwszych pięciu Kongresów Partii Socjaldemokratycznej Rosji – trzy odbyły się w Londynie. Jeden w Sztokholmie, jeden w Brukseli-Londynie.

Natomiast właściciele firm rafineryjnych z Baku i Batumi, zapewne niezbyt pewni spokoju w regionie wobec oszałamiających sukcesów takich rewolucjonistów jak niedoszły pop Józef Dżugaszwili, którego policja tajna i jawna nie mogła całymi latami złapać w dwóch –trzech małych miasteczkach przemysłowych – podjęli decyzję o utworzeniu w 1912 r. holdingu o nazwie Russian General Oil Corporation – z siedzibą – w Londynie.

W skład którego weszły m.in. takie firmy jak: A.I. Mantashev & Co., G.M. Lianozov Sons, Moscow-Caucasus-Trade Company, Caspian Partnerschip, Russian Petroleum Society, Absheron Petroleum Society i 15 innych podmiotów, w tym banków. Jak łatwo zauważyć, nie ma tu ani Branobel, ani firm panów Rotschild.

W 1914 r. holding miał kapitał wielkości 120 mln rubli. Podjął próbę zakupu znacznej ilości akcji Branobel w 1916 r., ale kontroli nie przejął. Za to Branobel dokonał przejęcia holdingu Russian General Oil Corporation ale też firmy pana Mantasheva , G.M. Liazonov Sons i paru innych.

Co ciekawe, w maju 1920 r. zanim bolszewicy weszli do Baku , rodzina Nobel zdołała sprzedać 50% swoich udziałów w Branobel – do Standard Oil z New Jersey pana Rockefellera. I podobno zdołała zachować piękne zbiory jajek Faberge, chociaż rodzina carska nie uratowała nawet życia.

A po rewolucji Szwecja stała się korytarzem tranzytowym dla wywozu z Rosji Sowieckiej tego, co dało się wywieźć, głównie złota i jubilerki…

…W dniu 3 marca 1918 r. rząd bolszewicki podpisał w Brześciu Litewskim traktat z właśnie przegrywającymi wojnę: Niemcami, Austro-Węgrami, Bułgarią i Imperium Osmańskim. W traktacie tym bolszewicy wyrazili zgodę na następujące żądania państw centralnych: scedowali Państwa Bałtyckie na rzecz Niemiec jako państwa wasalskie, uznali „istnienie niepodległej Ukrainy” oraz scedowali okręg Kars na południowym Kaukazie na rzecz Imperium Osmańskiego, który to okręg zamieszkały głównie przez Ormian został zdobyty przez Rosję w wojnie 1878-1879. Ponieważ w listopadzie 1918 r. państwa centralne się poddały, ustalenia traktatu w Brześciu Litewskim – nie weszły w życie. Na zachodnim froncie. Albowiem w sprawach kaukaskich bolszewicy przeszli sami siebie…

kiedy po II WW ZSRR chciało jako zwycięzca odebrać lekkomyślnie sprezentowane Turcji terytoria, ale nagle się okazało, że to się nie podoba USA i Wielkiej Brytanii a Turcja wskoczyła do NATO i Ormianie mogą sobie popatrzeć na Ararat przez granicę. W dodatku prezent terytorialny stworzył granicę bezpośrednią między Turcją a Iranem na terytoriach kurdyjskich ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Oczywiście rurociąg Baku Batumi w wyniku wojny i rewolucji został zniszczony, podobnie jak większość wież wiertniczych i rafinerii.

Co ma do tego śp. Inżynier Witold Zglenicki, który stworzył podwaliny wydobycia ropy z dna morskiego? Inżynier Zglenicki ur. w 1950 r. k Kutna ukończył ze znakomitym wynikiem Instytut Górniczy w Petersburgu i otrzymał 1891 r. posadę w Urzędzie Probierczym w Rydze a następnie na własną prośbę przeniósł się na identyczne stanowisko rządowe w Baku. W ciągu zaledwie 10 lat czyli do przedwczesnej śmierci na cukrzycę zdołał oznaczyć 31 obszarów roponośnych na lądzie i bliżej nieznaną ilość takich obszarów podmorskich. Ustalił złoża rud: żelaza, pirytu, barytu, kobaltu, molibdenu, węgla, manganu, miedzi, soli kamiennej, złota, srebra i arsenu.
W wolnej chwili zaprojektował urządzenie do podmorskich wierceń i wydobycia ropy naftowej oraz opracował technikę wydobycia, na podstawie której do dzisiaj pracują wszystkie platformy wydobywcze na świecie. Przyrząd do pomiarów prostopadłości wiercenia otworów górniczych – wynalazł i podarował tym wszystkim Noblom i Rothschildom – za frico.

Za te wszystkie niesamowite osiągnięcia car awansował go do stopnia pułkownika ale co ważniejsze dzisiaj – obdarował go prawami do działek naftowych na lądzie i na Morzu Kaspijskim. Sam zresztą kupił sobie też troszkę. Spisał przed śmiercią testament, w którym podstawowy zapis stanowi, że majątek przechodzi na ustanowioną fundację a dochody z fundacji mają być przekazywane do Kasy im. Mianowskiego, która ma realizować zadania społeczne jakie sobie postawił do realizacji: wybudowanie w każdej guberni Królestwa Polskiego – kościoła katolickiego oraz szkoły technicznej dla niezamożnej młodzieży jak również finansowanie laboratoriów badawczych.

Po śmierci Człowieka, który jako jedyny pomyślał, że miasto Baku zasługuje na wodociąg i go wybudował, wszystko poszło nie tak... (Pink Panther, całość tu: szkolanawigatorow.pl – Baku, Batumi, ropa, Stalin, strajki u Rotszyldów i inżynier Zglenicki)

podobne: Leonid Savin: Lobbing, jako najwyższa forma korupcji czyli… Rewolucję raz poproszę! oraz: Geopolityka, mocarstwa i wojny. Koncepcja imperium. Czym (jeszcze) żyje Ameryka? a także: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego i to: O realnych ośrodkach władzy czyli… sKisłe łupki i inne polskie zasoby energetyczne w kleszczach niemieckiej polityki klimatycznej i rosyjskiej strefy wpływów. Światełko w tunelu dla węgla. Saudyjska i Irańska alternatywa dla ropy polecam również: Jak nie kijem go to marchewką. Ropa w zamian za zniesienie sankcji czyli… Iran po stronie zachodu. Syria: w Kobani znowu walki, Amerykanie dozbrajają Kurdów (wbrew stanowisku Turcji) i jeszcze: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom?

„…W 1869 r. przedstawiciel wybitnego rosyjskiego rodu Koczubejów, Siergiej Wiktorowicz Koczubej m.in. odpowiedzialny w imieniu imperium za przygotowanie programu budowy kolei żelaznych a konkretnie dostarczenia szyn – za kwotę 24 tysiące funtów odsprzedał parę tysięcy hektarów gruntów na południu Rosji na północ od Morza Azowskiego – pod budowę odlewni żeliwa skromnemu panu Hudgesowi. Który w wolnej chwili w 1870 r. coś tam poumacniał w twierdzy Kronsztadt.
Pod gruntami był węgiel i rudy żelaza a same grunta były nad wyraz żyzne. I płynęła rzeczka. Na tym terenie pan Hudges pojawił się wraz z rodziną (6 synów, 2 córki i małżonka), angielskimi specjalistami w liczbie około 200, pastorem anglikańskim, nauczycielami i lekarzami. Przypłynął w 6 statków, które wiozły również urządzenia do wyposażenia odlewni, kopalń i czego tam jeszcze. W 1872 r. wyprodukował pierwszą surówkę hutniczą (pig iron). W wolnej chwili wybudował: szpital, szkołę, kościół anglikański św. George’a i św. Davida. Miejscowość nazywała się początkowo Hugdesówka (Youzówka). Pan Hugdes zasadniczo był półanalfabetą i podpisywał się drukowanymi literami. Zmarł w 1879 r. ale interes przejęło 4 spośród jego 6 synów i pod koniec 1913 r. kompleks produkował 74% całej rosyjskiej produkcji żeliwa.
Kiedy tak myślimy o tym roku 1869 i przybyciu Johna Hudgesa na Sicz Zaporoską, warto sobie uświadomić, że właśnie wtedy w wyniku klęski Powstania Styczniowego – władze rosyjskie skonfiskowały ok. 1600 polskich majątków ziemskich, które „poszły w dobre ręce”, skasowane zostały wszystkie klasztory w Królestwie a na zesłanie poszło w żelaznych łańcuchach na nogach i rękach 40.000 dobrych Polaków. No a Kronenberg dostał carski medal czy co tam.
No i zostało zlikwidowane Królestwo Kongresowe a na to miejsce pojawił się Priwislanskij Kraj z językiem rosyjskim jako urzędowym i wiele miast utraciło prawa.
Ciekawe, ilu polskich szlacheckich synów już szczęśliwie wyzutych z majątków załapało się do zakładów Hudgesa na robotników w Doniecku.
Kiedy nadeszła rewolucja październikowa, rodzina Hudgesów uciekła do Wielkiej Brytanii. Najprawdopodobniej została w pełni spłacona przez bolszewików. W 1924 r. Hudgesówka została nazwana Stalino a w 1961 – Donieck.

Okazuje się, że nie tylko Donieck jest związany z brytyjskimi przemysłowcami. Również Ługańsk ma zagranicznego założyciela: brytyjskiego przemysłowca z pochodzenia Francuza Charlesa Gascoigne’a , ur. 1739 r. W 1760 r. przystąpił do firmy pod nazwą Carron Company w Edynburgu a w 1765 był już jej dyrektorem i wspólnikiem. Firma dostarczała m.in. jakieś straszne armaty dla marynarki królewskiej a Gascoigne miał takie szczęście, że brytyjski admirał Samuel Greig, który doradzał carycy Katarzynie II w zakresie modernizacji floty  w Krondsztadcie, którego gubernatorem był od roku 1775. Greig przekonał ją o konieczności posiadania własnej produkcji dział na wyposażenie okrętów wojennych i zaprotegował  Gascoigne’a.  Gascoigne przyjechał w 1786 i początkowo modernizował zakłady metalurgiczne w Karelii oraz rozwinął produkcję armat.  W latach 1788-1789 dostarczył carycy 386 armat, za co został nagrodzony orderem św. Włodzimierza 4 stopnia plus wynagrodzenie w walucie lokalnej  w przeliczeniu na funty ok. 2.500.  W 1790 r. został wysłany na południe w celu zbadania kopalin w rodzaju rud żelaza i węgla.

W tej sprawie też się wykazał i do 1795 r. zdołał skompletować urządzenia dla zakładów metalurgicznych i kopalń a w czasie wojny z Napoleonem Ługańsk był jednym z najważniejszym z dostawców broni dla armii rosyjskiej.  Gascoigne zmarł w 1806 r. W XIX i XX w. Ługańsk stał się centrum przemysłu ciężkiego, ze szczególnym uwzględnieniem szyn kolejowych i lokomotyw.

Obaj założyciele Doniecka i Ługańska zostali stosownie uhonorowani pomnikami w marmurze  i złocie.  Oba miasta są pod pewnymi względami całkowicie samowystarczalne i w jakiś tajemniczy sposób nie widać determinacji Kijowa aby odzyskać te ważne dla gospodarki ośrodki.  Powstały tam „republiki”, które niby nie są uznawane, ale jednak jakoś SĄ uznawane.

Nie muszę chyba wspominać, że pomniki obu Anglików pozostają w poszanowaniu, w przeciwieństwie do grobów naszych Rodaków na zachodniej Ukrainie, gdzie napis „SS Hałyczyna” pozostaje nietknięty na pomniku Pomordowanych.  Naszemu burmistrzowi byle policaj ukrainski może jednostronnie cofnąć wizę wjazdową a pamiątki po wielkich Bohaterach jak Hetman Stanisław Żółkiewski są z premedytacją niszczone.

A tyle razy powtarzano mi, że powinniśmy brać przykład z pragmatycznych Czechów i że sojusz z W Węgrami jest wręcz koniecznością.

Narody mają wybór. Jedni się bogacą i inwestują w bogactwo a inni zaczadzają się rewolucyjnymi ideami. Ciekawe, że zarówno kapitał jak i rewolucyjne idee pochodzą z tego samego kraju tylko kierowane są na inne adresy…” (Pink Panther – Donieck i Ługańsk: europejskie prezenty dla Rosji i Wyszegrad)

podobne: Ukraina: Rewolucja a umowa stowarzyszeniowa (płatne podziałem społeczeństwa, krwią i… złotem) i jeszcze: Kosmici wylądowali na Ukrainie! Kukła Poroszenko nadał obywatelstwo trzem innym kukłom żeby mogły zostać ministrami w nowym rządzie oraz: Większe wpływy Rosji na Ukrainie dzięki Niemcom i Francji. Sikorski: UE odeszła od wspólnej polityki zagranicznej i to: Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły. „Sueddeutsche Zeitung”: kapitulacja Kijowa. Obserwator OBWE: W Donbasie nie ma już państwa ukraińskiego a także: Rosja ostrzega ale ustala z USA federalizację Ukrainy. NATO i „Trójkąt Weimarski” o wsparciu dla Ukrainy i Europy Wschodniej polecam również: Styczeń 1863 w służbie rewolucji czyli wyzwolenie z rozumu i własności… „Był sobie kraj…” i jeszcze: Skąd się wzięła Ukraina czyli Rusi Czerwonej rys historyczny, i co to są „granice etniczne”. Nie karmić niedźwiedzia! oraz: Przyzwoitość, moralna wina i moralni sprawcy czyli… kto i dlaczego w czasie wojny „bał się bardziej Polaków niż Niemców”. Reinefarth, Dirlewanger, Kamiński. „Workhouse” jako brytyjski wkład w „państwo opiekuńcze”

„…W 2014, jak donosi Oakland Institute, 1,6 miliona hektarów ziemi  na Ukrainie znajdowało się pod kontrolą obcych/zagranicznych korporacji. Rok później ta liczba wzrosła do ok 2,2 miliona hektarów. O takiej ilości wiadomo na pewno, jednak istnieje też duża szara strefa – nie wiadomo kto jest właścicielem ziemi  i nie jest łatwo to ustalić.

Korporacje i akcjonariusze tych korporacji, które kontrolują  ziemię na Ukrainie pochodzą z wielu różnych krajów, np.

  • duńska firma “Trigon Agri” posiada 52 000 ha. Jak powstało “Trigon Agri”? Fundusz założycielski stanowił kapitał pochodzący od “high net  worth individuals” (osób najbardziej zamożnych) obywateli Finlandii. Firma jest notowana na giełdzie w Sztokholmie, a jej największymi akcjonariuszami są JPM Chase (UK 9,5%), Swedbank (Szwecja, 9,4 %); UB Securities (Finlandia, 7,9 %); Euroclear Bank (Belgia, 6,6 %); and JP Morgan Clearing Corp (USA, 6,2 %).
  • The United Farmers Holding Company, której właścicielami są inwestorzy z Arabii Saudyjskiej, kontroluje 33 000 ha za pośrednictwem Continental Farmers Group PLC.
  • Agro Generation posiada 120 000 ha, jest zarejestrowana jako korporacja we Francji, natomiast jej największym akcjonariuszem jest SigmaBleyzer – firma inwestycyjna z Teksasu.
  • NCH Capital – amerykański fundusz emerytalny jest w posiadaniu 450 000 ha ziemi na Ukrainie. Firma powstała w 1993 roku i jest jednym z najwcześniejszych inwestorów na Ukrainie – zaraz po rozpadzie ZSRR. W ciągu ostatnich 10 lat systematycznie bierze w dzierżawę małe działki (wielkości 2-6 ha) i łączy je w wielkie farmy, które rozpoczynają produkcję przemysłową. Dokumenty dzierżawy dają firmie prawo pierwokupu ziemi, gdy zostanie uchylone moratorium na sprzedaż ziemi na Ukrainie.

Jest też duża część korporacji, w których zarząd składa się zarówno z ukraińskich jak i zagranicznych inwestorów. Często firmy te są zarejestrowane w rajach podatkowych takich jak Luksemburg, Cypr lub Austria. Na czele tych firm można również spotkać ukraińskich oligarchów, jak np. w UrkLandFarming, kontrolującej 650 000 ha ziemi, gdzie 95% udziałów należy do Olega Bahmatyuka (pozostałe 5% do amerykańskiej firmy Cargill). Są to dane z 2015 roku. Niestety rok później passa trochę opuściła pana Olega gdyż bank,  Fiansowa Inicjatywa, którego jest właścicielem nie oddał pożyczki w wysokości $160 milionów zaciągniętej w banku centralnym. Sąd nakazał zamrozić ziemię należącą do Bahmatiuka. Inny oligarcha, piąty na liście najbogatszych, Yuriy Kosiuk, jest prezesem jednego z największych ukraińskich przedsiębiorstw rolnych MHP. W ich posiadaniu jest ponad 360 000 ha.

 Kryzys polityczny na Ukrainie sprawił, że firmy z dużymi udziałami ukraińskimi mają poważne problemy. Na przykład zarejestrowana na Cyprze firma Mriya Agro Holding (300 000ha), której właścicielami w 80% jest ukraińska rodzina Guta (pozostałe 20% dostępne dla inwestorów na giełdzie we Frankfurcie) przestała spłacać raty dwóch euroobligacji. Oczywiście znaleźli się chętni do pomocy. Najpierw amerykańska firma Blackstone Group i ukraińska Dragon Capital. Jednak wycofali się już po miesiącu. W końcu założono międzynarodową komisję składającą się głównie z amerykańskich i brytyjskich inwestorów (m.in. CarVal – oddział inwestycyjny firmy Cargill), która przejęła 50% długu firmy Mriya.

Podobnie ma się sprawa z inną ukraińską firmą Sintal Agriculture Public Ltd, zarejestrowaną na Cyprze, notowaną na giełdzie we Frankfurcie (150 000 ha). Firma zaprzestała obrotu akcjami w 2014 roku “do odwołania”.

 Daje się zauważyć pewien trend. Firmy z dużym wkładem ukraińskim mają kłopoty, ale w pomoc przychodzą im korporacje i finansiści zachodni. Jeśli sytuacja rozwinie się podobnie jak w Rumunii jest duża szansa, że dojdzie do przejęcia kontroli nad tą ziemią przez firmy zachodnie. W Rumunii, podobnie jak na Ukrainie, istniał zakaz sprzedaży ziemi rolnej cudzoziemcom jednak luki w ustawodawstwie umożliwiły uzyskanie kontroli nad ziemią firmom zagranicznym w wyniku postępowania upadłościowego…” (DrzewoPitagorasa, szkolanawigatorow.pl – Kto jest właścicielem ziemi na Ukrainie?)

Tu warto przypomnieć że jeszcze we wrześniu 2013 roku serwisy informacyjne donosiły o docelowo 3 mln hektarów gruntów rolnych, które miały trafić w ręce Chin, a dzięki wartemu miliardy juanów projektowi Chińczycy mieli się stać „największym farmerem” na Ukrainie:

„…Projekt związany jest z dążeniem Państwa Środka do zachęcenia krajowych spółek do gospodarowania na zagranicznych polach uprawnych, z uwagi na fakt, że popyt na żywność za Wielkim Murem rośnie w równym tempie z postępującą urbanizacją kraju.

Zgodnie z 50-letnim projektem, początkowo Ukraina udostępni w dzierżawę, co najmniej 100 tys. hektarów – wielkość porównywalną do powierzchni Hongkongu – terenów rolnych o glebach wysokiej jakości we wschodnim regionie Dniepropietrowskim. Spożytkowane mają one być głównie pod uprawę zbóż i hodowlę świń.

Produkcja ma być sprzedawana dwóm chińskim państwowym koncernom zbożowym po preferencyjnych cenach.

W przypadku powodzenia projektu, może on być rozszerzony potencjalnie do 3 mln hektarów. Stanowi to 5 proc. całej ziemi na Ukrainie i 9 proc. użytków rolnych. Jest to więcej od powierzchni 50 państw na świecie i porównywalne m.in. z powierzchnią Belgii, Armenii czy stanu Massachusetts

…W kwietniu 2009 r. Chiny posiadały nieco ponad 2 mln hektarów ziemi rolnej za granicą. Tym samym 3 mln hektarów obecnie kupionych oznaczałoby ogromny projekt” – ocenia Ding Li, starszy pracownik naukowy w Anbound Consulting z Pekinu.

Umowa została podpisana ponoć już w czerwcu pomiędzy Xinjiang Production and Construction Corps. a KSG Agro, wiodącą spółką rolniczą na Ukrainie. Wartości transakcji nie ujawniono, ale dziennik Kiev Post pisał w zeszłym miesiącu, że będzie to „więcej niż 2,6 mld USD”, nazywając inwestycję bezprecedensową w sektorze rolnym na Ukrainie…” (PulsBiznesu – Chiny „kupiły” 5 proc. Ukrainy)

…a potem wybuchł Majdan… (Odys)

podobne: cynik9: Kulminacja cyklu wojny w 2014. Czego szuka stary podżegacz na Ukrainie i to: Resentyment postkolonialny kontra postawy szowinistyczne na Ukrainie czyli… Dlaczego Rosja straciła Ukrainę i dlaczego Ukraina nie jest jednolitym państwem a także: Podczas gdy Ukrainę czeka ciężka droga „vulture funds” robią interes życia polecam również: Independent Trader: Ukraina – globalny aspekt finansowy oraz: Gospodarka Rosji stacza się, ale katastrofy już raczej nie będzie. Czy nacjonalizacja Banku Centralnego Rosji to element planu Rothschildów? Ukraina: Strach przed wojną paraliżuje biznes, kredyt z MFW to pomoc czy drenaż? Kijów walczy o reformy energetyczne (bez Kołomojskiego) i jeszcze: Ukraina: USA dadzą kolejne dolary, kredyty z Niemiec, pomoc finansowa MFW, obywatele o korupcji.

Andrzej Krauze

Przyzwoitość, moralna wina i moralni sprawcy czyli… kto i dlaczego w czasie wojny „bał się bardziej Polaków niż Niemców”. Reinefarth, Dirlewanger, Kamiński. „Workhouse” jako brytyjski wkład w niewol… znaczy się w „państwo opiekuńcze”


Adam Wycichowski niewolnik – doktryna dla każdego

„W popularnej i cenionej przez polskich czytelników książce doktor Ewy Kurek zatytułowanej Poza granicą solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939-1945 znajdujemy ciekawą typologię win. Podczas badania reakcji poszczególnych grup narodowościowych na zagładę Żydów w czasie II wojny światowej, Karl Jaspers wyłożył nam, jakie i ile rodzajów winy możemy wyodrębnić, kiedy człowiek postawiony jest wobec sytuacji niedającej się objąć ani rozumem, ani sercem…

żyjemy w czasach permanentnego kwestionowania praw naturalnych, w czasach, w których prawa narodów są jedynie parawanem dla realizacji celów globalnych. Okazuje się bowiem, że to ujęcie winy politycznej dane nam przez Jaspersa czyni zbrodniarzami jedynie kacyków lokalnych, zmanipulowanych lub wręcz podpuszczonych ku czynom niegodnym. Całkowicie zaś pozostawia poza winą przywódców organizacji globalnych, którzy nie przewodzą narodom, ale scentralizowanym i hierarchicznym strukturom, które – w większości – zajmują się dystrybucją. Nikt przecież nie obarcza polityczną winą producentów i handlarzy broni, ani firm farmaceutycznych produkujących środki wczesnoporonne. Nikt nie stawia ich przed sądem i nie skazuje. To jest w ogóle wykluczone z zakresu odpowiedzialności, jaki wyznaczony został przez Jaspersa w obszarze winy politycznej…

Czynnikiem dyscyplinującym człowieka w zakresie winy moralnej jest sumienie. Nie usprawiedliwia go zaś od niej w zasadzie nic. Jeśli czyni źle i popełnia zbrodnie, nie może być wytłumaczony w żaden sposób, a kiedy próbuje się tłumaczyć, jego sumienie zapuszcza jadowite zęby w krtań nieszczęśnika i przypomina mu o jego podłych postawach. Przyjaciele zaś lub wspólnota, do której należy, pilnują, by sumienie wgryzło się dostatecznie głęboko i mocno. Książka Ewy Kurek poświęcona jest relacjom pomiędzy Polakami i Żydami i wynika z niej jasno, że tylko Polacy jednoznacznie stawiali kwestię winy moralnej za zbrodnie popełnione na Żydach. Ci zaś relatywizowali swoją moralną winę jak mogli. Mieli potrzebne do tego narzędzia i pojęcia, których skuteczność jest po prostu miażdżąca. Żyd wydający innego Żyda Niemcom na śmierć, nie ponosi winy moralnej. Być może ponosi winę kryminalną, z której jednak opowiadał się będzie przed sądem, a nie przed społecznością złożoną z jakichś przybłędów nierozumiejących ani głębi, ani celowości rozważań dotyczących winy. Być może ponosi winę polityczną, ale wtedy można ukazać jego postawę na tle innych postaw, nierzadko gorszych, nierzadko bardziej jednoznacznych i podłych i w ten sposób zrelatywizować jego winę polityczną. Winy moralnej jednak nie ponosi z całą pewnością i Ewa Kurek wyjaśnia nam tę kwestię już na samym wstępie. Otóż historia Żydów sięga tak daleko w przeszłość, mechanizmy rządzące tą społecznością są tak trwałe, dojrzałe, precyzyjne i pewne, że żadne, a już z pewnością moralne ich kwestionowanie nie wchodzi w grę. Moralność i wypływająca z niej wina przynależą do rzesz aspirujących dopiero ku posiadanym przez Żydów od dawna urządzeniom narodów. To jest rzecz przypisana Niemcom, którzy muszą się z nią mozolić, bo wpadli w pułapkę pychy i fascynacji siłą. To jest rzecz przypisana Polakom, którzy są jak dzieci i lubią, kiedy się ich nagradza, a czasem strofuje za wyimaginowane przewinienia. Nie jest to jednak w żaden sposób rzecz, która stosuje się do Żydów, narodu posiadającego najstarszą, najgłębszą i najmocniejszą na ziemi tradycję.

Wymieńmy jeszcze jeden rodzaj winy wyszczególniony przez Jaspersa i powróćmy do rozważań na temat winy moralnej.

Jaspers wyszczególnia jeszcze winę metafizyczną, która wynika z prostej solidarności między ludźmi, a jedynym jej sędzią jest Bóg. Jak to się ma do winy moralnej, ocenianej przez plemię za pomocą narzędzia zwanego sumieniem? O jakiej solidarności między ludźmi pisze niemiecki filozof? Jest tylko jeden system religijny, który wprost mówi o tej solidarności, a deklaracja ta zwarta jest między innymi w słowach pieśni – przykazanie nowe daję wam, byście się wzajemnie miłowaliTylko chrześcijaństwo nie stawia żadnych barier i warunków wstępnych, które trzeba spełnić, by zasłużyć na szacunek i miłość bliźniego. Ta bowiem wypływa wprost z miłości Boga do każdej istoty ludzkiej…

…Mamy oto tę typologię win. Czemu ona służy poza dyscyplinowaniem Niemców? Zapewne temu, by lekceważyć winę metafizyczną, umieszczoną na samym końcu, a podnosić znaczenie winy moralnej, obecnej w życiu ziemskim na każdym kroku. Czy przed Jaspersem pojęcie winy moralnej nie było znane? Oczywiście, że było, a prasa, szczególnie ta brukowa, szermowała nim nie gorzej niż ulicznicy kamieniami rzucanymi w powozy nielubianych polityków. Skoro jest moralna wina, to musi być i moralny sprawca. A jeśli jest wyszczególniony sprawca moralny, to jest pewne, że nie jest on tożsamy ze sprawcą faktycznym, czyli kryminalnym. Tak więc na długo przed Karlem Jaspersem brukowa prasa zdemaskowała istotny sens pojęcia winy moralnej, który nie jest bynajmniej piękny i głęboki, ale praktyczny i dwoisty

…Napiszę wprost – zwolennicy winy metafizycznej, czyli solidarności międzyludzkiej, są w tym przypadku od razu na pozycji straconej. Jeśli obarczy się ich winą moralną, to po to właśnie, by wybielić i ochronić sprawcę faktycznego, będącego najczęściej elementem jakiejś gry prowokacyjnej. Zwolennicy zaś hierarchii win nakreślonej przez Jaspersa – kiedy się ich obarcza winą moralną – z miejsca zostają uniewinnieni. Jeśli ciekawią Was szczegóły tych rozgraniczeń, musicie niestety zmierzyć się z objętością trzech tomów tej książki. Nic nie poradzę. Mam nadzieję, że uda mi się zamknąć jej treść tymi dwoma klamrami – uniewinnieniem moralnego sprawcy i jego potępieniem. Do dzieła więc. Zaczynamy od głośnej w początkach XX wieku sprawy hrabiego Bogdana Ronikiera.” (coryllus – Moralna wina, moralni sprawcy)

podobne: Żydzi (nie)są perfekcjonistami w robieniu rachunku sumienia innym. Janusz Korwin Mikke vs Szewach Weiss czyli… Jak rozmawiać z żydem bez postawy służebnej. Niemcy wypłacą renty i emerytury z tytułu pracy w getcie. oraz: Holokaust jako przedsiębiorstwo zakłamywania historii, pedagogiki wstydu i wyłudzania pieniędzy od Polaków i to: Robert Cisek: Pokłosie czyli… inkryminacja Polaków o antysemityzm vs. historyczne fakty a także: (GN)Ida antypolonizmu czyli reżyserska wizja Heleny Wolińskiej-Brus (pierwotnie Felicja Fajga Mindla Danielak, ps. Lena) i jeszcze: Michalkiewicz wyprorokował: Emerytury dla ocalałych z Holocaustu czyli… Przełom i wyłom w polskiej kasie „Zespołu HEART” polecam również: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom?

Andrzej Krauze

„…Polską rządzą i doją ją cwaniacy, którzy najsprawniej zdołali się skomunikować z pańszczyźnianą mentalnością tak zwanych „mas”. Skuteczność tych rządów opiera się na odwołaniu do najniższych emocji polactwa: pazerności (na unijna kasę – naiwnie postrzeganą jako bezinteresowny dar), pogardzie (dla tej drugiej, gorszej Polski – moherów, patriotów i innych „zakompleksionych”), pysze (że się przynależy do „lepszych”, bardziej „europejskich”) i strachu (że się ta stabilizacja na kredyt skończy, i że przyjdą straszni inkwizytorzy i zaczną za popełnione świństwa karać)…

…Co nie znaczy, że przyzwoitość jest w polityce tak zupełnie nic nie warta. Przeciwnie, jest towarem bardzo pokupnym. Zgodnie bowiem z powszechnie znaną maksymą markiza de la Rochefoucauld, występek zmuszony jest składać cnocie hołd, zwany hipokryzją. Ludzie chętniej kierują się niskimi pobudkami niż się do nich przyznają – dlatego zawsze dobrze jest cwaniactwo, judzenie i inne podłe sprawy ubrać w szaty cnoty. A nic lepiej temu nie służy niż mieć w swojej szajce kogoś niekwestionowanej prawości, kogoś o wielkich zasługach, kogoś nader szacownego. Warto takiemu zapłacić każdą żądaną przez niego walutą, aby zechciał nas podżyrować i stanowić alibi dla wszystkich naszych świństw, gdyby przypadkiem miały one komuś przeszkadzać.
Jeśli kogoś to, co tu piszę, razi cynizmem i bezceremonialnością – to proszę, niech sam sobie zada pytanie: kiedy właściwie dowiedział się, że Władysław Bartoszewski jest tak wielki i czcigodny, jak jest? Czy wtedy, kiedy był on współpracownikiem i członkiem komitetu honorowego Lecha Kaczyńskiego? Czy wtedy, gdy był ministrem u Krzaklewskiego? Podejrzewam jednak, że później. Dopiero wtedy, gdy przeszedł na ciemną (czy, inaczej patrząc, „jedynie słuszną”) stronę mocy, gdy jednoznacznie opowiedział się po stronie PO i obsypał jej przeciwników inwektywami, z nieszczęsnym „bydłem” na czele…

Dopóki Bartoszewski starał się być autorytetem ponadpartyjnym, nikt jego ogromnych zasług nie kwestionował, ale też nikt ich nie promował ani nie podkreślał. Dopiero gdy zaangażował się wyraźnie, zabrała się do tej promocji ogromna maszyna propagandowa, dopiero wtedy zaczęły się wywiady, okładki kolorowych pism, nagrody rozmaitych Gali i Viv, zachwyty… Zasłużone, nie przeczę – ale jednak samo w sobie świadczy to, że przyzwoitość na tym łez padole wartości nabiera dopiero wtedy, gdy zostanie umiejętnie zmonetyzowana.

…Bartoszewski znał swoją cenę i uważał, że świat powinien też ją znać i zapłacić, a jak już pisałem – dopóki kojarzono go z obozem Kaczyńskich, był w debacie publicznej wyciszany. (…) Myślałem wtedy i myślę do dziś – jakiż skarb mieli Kaczyńscy w jego osobie! Wystarczyłaby tylko odrobina celebry, odrobina docenienia i okazania szacunku, powierzenie mu spraw polsko-niemieckich i polsko-żydowskich, na czym się przecież znakomicie znał i na czym mu zależało. Ale nie – nie tylko, idioci, nie umieli takiego człowieka politycznie wykorzystać, ale jeszcze głupio go do siebie zrazili. Bartoszewski bardzo przeżył wypowiedź Antoniego Macierewicza, że wszyscy ministrowie spraw zagranicznych przed Anną Fotygą służyli interesom obcych mocarstw, a nie Polski – a nie była to jedyna zniewaga, jakiej z tej strony doznał. Tu jest przyczyna, dla której tak mocno, jak nigdy wcześniej, zaangażował się w partyjną nawalankę, i zyskaną medialną oprawę dla swego autorytetu wykorzystał do dość niskich połajanek czy wręcz bluzgów.
Akcja powoduje reakcję. Nikt nie lubi, gdy się go nazywa bydłem, więc Bartoszewski po stronie, którą atakował, zaczął budzić silną niechęć. (…) No, ale właśnie te nieżyczliwe mu głosy i zachowania były prawdziwym zyskiem dla środowiska, które zrażonego do prawicy Bartoszewskiego pozyskało i używało. I które nadal go używa(Rafał Ziemkiewicz całość tu: Bartoszewski, czyli przyzwoitość zmonetyzowana)

podobne: „Tadeusz Mazowiecki sadził drzewo III RP”… które wydało zgniłe owoce. oraz: Geremek idzie na wojnę z Pospieszalskim czyli…Święte krowy na cenzurowanym i to: Prof. Kieżun i SB. Dokumenty IPN. Czy autorytet to już świętość? a także: Buchalter z Auschwitz skazany, UBek uniknie więzienia czyli… dysonans POznawczy ugruntowany na fałszywej legendzie (Jerzy Buzek, TW „Karol”). polecam również: Urzędowe „autorytety”, czyli o agentach kłamstwa dzięki którym „łatwiej umrzec niż myślec”.

„…Władysław Bartoszewski został zatrzymany na Żoliborzu 19 września 1940 roku w masowej obławie zorganizowanej przez Niemców. Przypadkowo dostał się do Oświęcimia w tym samym transporcie co Witold Pilecki. 21/22 września 1940 roku obaj stali się więźniami niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau (Konzentrazionlager Auschwitz I, numer obozowy 4427, natomiast Witold Pilecki, który do obozy poszedł z własnej woli miał nr 4859).

Ewenementem jest to, że Bartoszewski został zwolniony z obozu został 8 kwietnia 1941 roku, ponoć przez zły stan zdrowia. Jego wersja wydarzeń jest taka, że stało się to możliwe dzięki działaniom Polskiego Czerwonego Krzyża.

Jednak więźniowie Auschwitz wspominali, że z tego piekła na ziemi wychodziło sporo osób, które zdecydowało się na kolaborację z Niemcami i na donoszenie na Polaków. To, że Bartoszewski donosił potwierdzają liczne relacje osób, które miały z nim styczność. Mimo to elitom III RP nie przeszkadzała niejasna przeszłość rzekomego „profesora”, który został wylansowany jako jeden z „autorytetów moralnych”.

To właśnie ten „autorytet”, wraz z Geremkiem i Mazowieckim, był przeciwny odznaczeniu jednego z najbardziej odważnych Polaków, Witolda Pileckiego, Orderem Orła Białego…” (źródło: 8 kwietnia 1941 r. Bartoszewski został wypuszczony z Auschwitz ze względu na „zły stan zdrowia”)

Ś.p. Bartoszewski (cytując Słonimskiego) powiedział kiedyś że: „warto być przyzwoitym”. Nie wiem co sam przez to rozumiał, ale szkoda że akurat jemu przyzwoitość nigdy nie podpowiedziała żeby zakazać innym nazywania go „profesorem”, i żeby nie wykorzystywać tego że był w Auschwitz jako swoistego immunitetu nietykalności, tudzież licencji na bezkarność w bezczelności odmawiania honoru ludziom takim jak Pilecki. To musiało być prawdziwe nieszczęście dla tego ulubieńca fortuny. Podobnie jak wynoszenie rzekomego zagrożenia ze strony Polaków ponad dokonania niemieckiego okupanta, i nazywanie Polaków „ochrzczonym motłochem”, z których to opinii nigdy się nie wytłumaczył ani nie przeprosił. Więcej na jego temat można wyczytać guglując „epitafium dla profesora bydłoszewskiego”, a stanie się jasność że słowa o przyzwoitości w ustach tego człowieka to czysta kpina (oczywiście z niego samego), co można skwitować cytatem: „Zestarzałeś się w przewrotności i teraz wychodzą na jaw dawne twe grzechy” (księga Daniela 13, 52).

Z racji tego że Pan Bartoszewski jest dziś już po drugiej stronie, to od ludzi nic mu w zasadzie nie grozi poza opiniami rzecz jasna. Z całą pewnością Bóg zważy go sprawiedliwie w swej mądrości. Wracając jednak do historii to tu nie ma świętych krów. Prawda o dokonaniach tego człowieka powinna być odkrywana i podawana do powszechnej wiadomości, zwłaszcza tam gdzie jest zafałszowana, więc tak czy siak wisi na pamięci o nim jak młyńskie kamienie, o co sam zadbał nie poczuwając się do jakichkolwiek wyjaśnień.

Niezmiernie ważne jest bowiem na jakiej podstawie, i jakie argumenty Pan „profesor” zważył w swej „przyzwoitości”, aby wysunąć ową tezę o większym strachu przed Polakami jak Niemcami… Jakby w ogóle nie był w Auschwitz, nie słyszał o gettcie, powstaniach i pacyfikacji, holokauście Żydów i Polaków, ani o ludziach takich jak Reinefarth, czy Dirlewanger… Nawet jeśli nie słyszał to przyzwoitość byłego więźnia i „profesura” nakazywała dowiedzieć się czegoś na ten temat, by nie opowiadać głupstw i nie szargać dobrego imienia Polaków „en masse”… (Odys)

polecam wysłuchać: Powstanie Warszawskie: Reinefarth, Dirlewanger, Kamiński (czyta G. Braun)

i jeszcze: Niezdrowe podniety nad szafami z trupami (z wykorzystaniem ofiary „Żołnierzy Wyklętych”) nie naprawią spuścizny Magdalenki i OS. PIS cierpi na KOD Bolka. Optymizm nie zastąpi nam Polski a także: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości” i to: Informacja jako broń i cel ataku oraz krótki kurs czerwonej konspiracji czyli… postsowiecka spuścizna i skażenie Dzierżyńskim w polskich służbach. Kilka słów prawdy o IPN czyli „o największych tajemnicach ludzkości” polecam również: Szwagrzyk i „Wyklęci”, romantycy czy realiści? Czy postokrągłostołowe rozbójnicze elity to jest to o co walczyli? Legenda NSZ i próba jej oczernienia przez PRL. Brygada Świętokrzyska.

rys. Arkadiusz Gacparski

Ciekawe czy słyszał też cokolwiek o dokonaniach jednego z naszych sojuszników na polu pracy przymusowej… (Odys)

„…Rozmawiamy więc dziś o czymś, co jest znane powszechnie pod nazwą workhouse, która oczywiście w języku polskim nie występuje, a którą by można chyba najbardziej sensownie przetłumaczyć, jako dom, czy obóz pracy. Otóż początki owych workhouses sięgają jeszcze roku 1388 , kiedy to na Wyspach wprowadzono ustawę pod nazwą Statute of Cambridge, a której oryginalnym celem było zapewnienie Koronie rąk do pracy, tak bardzo potrzebnych od czasu, gdy wielka zaraza znana powszechnie jako „Czarna Śmierć” wybiła niemal połowę mieszkańców kraju. Myśl była taka, by tych którzy wyrwali się z rąk śmierci i z różnych przyczyn, zamiast siedzieć na miejscu, porzucali swój dom, swoją wieś, czy w ogóle swoją okolicę, i snuli się po świecie, zatrzymać na miejscu i zmusić do pracy. Niektórzy Brytyjczycy dziś nawet jeszcze uważają, że to właśnie tamta ustawa pomogła zdefiniować coś, co mimo że w owych latach mogło jeszcze takiego akurat wrażenia nie robi, setki lat później przybrało kształt państwa opiekuńczego, a więc państwa, któremu los człowieka nie jest obojętny.

Pierwsze jednak workhouses pojawiły się dopiero za czasów Elżbiety I. W średniowieczu brytyjska biedota otrzymywała naturalną pomoc ze strony Kościoła, który ową pomoc traktował jako część swojego naturalnego chrześcijańskiego obowiązku. Jednak po tym, jak w latach 30-tych XIV wieku Henryk VIII kazał zburzyć i spalić wszystkie klasztory, a mnichów wymordować, biedni i bezradni zostali wydani na łaskę losu…

…w roku 1834 wprowadzono nową ustawę, a raczej poprawkę do ustawy wcześniejszej, która zafunkcjonowała pod nazwą New Poor Law, a której podstawowy pomysł sprowadzał się do tego, by każdego, kto nie zgodzi się zamieszkać w workhousie, pozbawić wszelkiej publicznej pomocy.  Pojawił się też pomysł, by owe, jak je tu nazwaliśmy, „domy pracy”, a więc z praktycznego punktu widzenia, jak najbardziej klasyczne obozy koncentracyjne, były prowadzone z bardziej biznesową perspektywą, co oczywiście musiało się sprowadzać do tego, by – użyjmy tego słowa – osadzeni świadczyli pracę jedynie za jedną miskę chudego mleka z minimalną ilością płatków owsianych. (Gdyby ktoś miał pewne skojarzenia, to owszem, tę właśnie dzienną porcję płatków miał na myśli Oliver Twist Dickensa, gdy wygłosił swoje słynne zdanie: „Please, Sir, I want some more”). Większość z osadzonych zresztą była zatrudniona przy pracach nie wymagających żadnych zdolności poza odpornością na śmierć z wyczerpania, a więc takich jak rozbijanie kamieni, ekstrakcja pakułów, czy wreszcie kruszenie kości do produkcji nawozu. Ta ostatnia praca została zresztą ostatecznie mieszkańcom workhousów odebrana, kiedy władze dowiedziały się, że podczas kruszenia gnijących kości dochodzi między robotnikami do ciężkich walk o zdobycie choćby szczypty szpiku…

…Wciąż pojawia się tu i ówdzie opinia, że faktycznie na klasyczny workhouse należy patrzeć jak na swego rodzaju przytułek, gdzie wszyscy ci, którzy inaczej by niechybnie zmarli z głodu, mogli znaleźć schronienie, a zatem wypada nam je też traktować, jako jednak bardziej wybawienie, niż przekleństwo. Są jednak co najmniej dwa powody, by tę opinie odrzucić, jak najgorszą zarazę. Przede wszystkim, jeśli przyjrzymy się całej historii Brytyjczyków, ostatnią rzeczą, jakiej się po nich można spodziewać, będzie współczucie dla ludzi biednych i bezradnych. Wręcz przeciwnie, oni akurat dali wielokrotnie dowody na to, że dla nich człowiek biedny i bezradny nadaje się wyłącznie do tego, by go wykorzystać do końca, a następnie pozwolić mu zdechnąć gdziekolwiek…

…W relacjach historyków powtarza się wielokrotnie uwaga, że życie jakie oferował workhouse było tak ciężkie, po to, by ono dla tych co żyli jeszcze na ulicy stanowiło demonstrację tego, co ich czeka, jeśli się za siebie nie wezmą. Z drugiej jednak strony istnieją wciąż spisane wspomnienia ludzi, żyjących w tamtych czasach, i z tego co oni opowiadają, wynika, że było wielu, którzy woleli umrzeć, niż trafić w to straszne miejsce, a jednak trafiali, wyciągani z domów, zbierani z ulic, często w ramach klasycznych łapanek.

I wcale nie trzeba było być biednym, by się tam znaleźć…

…o tym, co się tam działo można opowiadać bardzo długo, jednak dziś dla nas najważniejsze są dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że w tych czystych i zadbanych celach, czy to z głodu czy z przepracowania, czy wreszcie od ran zadanych przez „opiekunów”, umierało się niemal równie często, jak w kupie ludzkich odchodów na ulicy. Po drugie, każdy workhouse zaprojektowany był w taki sposób, by od samego początku zwożone tam rodziny były rozdzielane i to rozdzielane tak, że mężczyźni, kobiety i dzieci, choćby i niemowlęta, mieszkali w osobnych częściach kompleksu, i nierzadko owo rozdzielnie było tak skuteczne, że wiele z tych rodzin już do śmierci nie miało okazji się spotkać ponownie: wspomniana wcześniej Jennifer Worth opowiada historię młodej prostytutki zabranej z ulicy z zaawansowaną ciążą, której tuż po rozwiązaniu dziecko odebrano, jako własność Korony, a ja samą wypuszczono w świat, gdzie ostatecznie z rozpaczy straciła rozum. No i może przede wszystkim – i to jest również fakt potwierdzony wielokrotnie – należy pamiętać, że wiele z dzieci tam umieszczanych, było następnie wysyłanych za granicę do kolonii, by tam już na służbie Imperium budować jego potęgę…” (Krzysztof Osiejuk, więcej tu: szkolanawigatorow.pl – Workhouse, czyli jak Imperium budowało Auschwitz)

Warto tu wspomnieć o tym że ten pomysł znajdował później wielu naśladowców…

„Prawny zakaz „włóczęgostwa” odegrał ogromną rolę w kształtowaniu się amerykańskiego społeczeństwa. Na Południu pozwolił on de facto zachować de iure zniesione niewolnictwo – Afroamerykanie zyskali wolność, ale gdy próbowali opuścić plantację swojego pana, natychmiast popełniali przestępstwo „włóczęgostwa”, za które w majestacie prawa można ich było ukarać np. niewolniczą pracą.
Sąd Najwyższy uznał w 1972 roku zakaz włóczęgostwa za mętny i jako taki gwałcący prawo obywateli do uczciwego procesu. Zamiast tego zaczęto więc używać innego, tym razem już bardzo precyzyjnego pojęcia, którego znowu nie da się chyba przełożyć na polski. To „loitering”, czyli „remaining in place for no apparent purpose”. źródło: http://wo.blox.pl/2008/08/Land-of-the-imprisoned.html

(autor wspomina, że pojęcie włóczęgi w powyższym kontekście wywodzi się z Anglii)

Polska też podjęła próbę karania włóczęgów – pojawia się w polskim (II RP) ustawodawstwie pojęcie domu pracy (czyż to nie workhouse?) – z rozróżnieniem na domy pracy przymusowej i dobrowolnej.

Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 14 października 1927 r. o zwalczaniu żebractwa i włóczęgostwa.

Stara, dobra Anglia, ileż ona dała Światu…” (Wolfram)

…gdy się zestawi wyżej wymienioną historię z tym że ktokolwiek mógł w ogóle opuścić Auschwitz (nie wnikając już z jakiego powodu gdyż jest to wystarczająco podejrzane), to ciężko nie zrewidować poglądów na temat lepszych i gorszych „nacji”, bez uwzględnienia w tej historii swoistego „kamienia węgielnego” w postaci „domów pracy” rodem z Imperium Brytyjskiego. Trzeba też być dalece „niedoinformowanym” próbując ustawiać Polskę wyżej w tym konglomeracie oprawców i wyzyskiwaczy o dość „zasłużonej” w tej kwestii „tradycji”. Wobec zaistniałych faktów byłoby to wręcz skrajnym cynizmem i podłością… A przecież „warto być przyzwoitym” a przynajmniej starać się zachować obiektywizm i właściwe proporcje… (Odys)

oraz: Od wielkości do śmieszności czyli… różnica między powagą Wielkiej Brytanii a Polski w UE. Czym jest londyńskie „City”, Europa dwóch prędkości i „Exchange Stabilization Fund”. Gdy światem rządzą banksterzy i gangsterzy i to: Zapis agonii czyli… Cywilizacja Łacińska i Świat zadowolonych głupców. Przepowiednia z „Konopielki” (gdzie tkwi diabeł)  a także: Reisman: Dlaczego nazizm był socjalizmem oraz dlaczego socjalizm jest totalitaryzmem polecam również: Utrata suwerenności czyli… Polska krajem neokolonialnym. Samoobrona rodzinna (Panel dyskusyjny XII Kongresu Konserwatywnego). Poszukiwany autorytet do walki z totalitaryzmem socjaldemokracji

i jeszcze: W rocznicę obchodów wyzwolenia Auschwitz (bez Pileckiego). Mosze Kan­tor: „Putin jest wiel­kim przy­ja­cie­lem śro­do­wisk ży­dow­skich”. Czy żydom grozi exodus? Brytyjski historyk ostro o bierności Zachodu wobec zagłady

Kajko i Kokosz

Styczeń 1863 w służbie Piusa IX (Ostatni Krzyżowiec) oraz proroctwo św. Malachiasza a Paruzja czyli… bój śmiertelny o wieczność kontra pogoń za sensacją


„Kto stracił pieniądze, ten nic nie stracił. Kto przegrał bitwę i stracił wojsko, ten mało stracił. Kto stracił wiarę, ten wszystko stracił.”

Artur Grottger – Warszawa II. Lud w Kościele

„…jedność dobra i cenna wtenczas gdy prawdziwa, to jest, kiedy ją osiągnąć można bez poświęcenia prawdy i sprawiedliwości, inaczej jedność jest tylko pozorna i czasowa. Chrystus Pan, który przede wszystkim przyniósł pokój na ziemię, powiedział także, że nie przyniósł pokój, jedno miecz, to jest, iż pokój jak jedność prawdziwą wywalczyć zwykle potrzeba. I wobec rządu jedność wtenczas coś znaczy, kiedy prawdziwa, sztuczna nic nie pomoże. A co do Europy, nie może ona w stanie gwałtownym będącym wymawiać niejedności, gdy we własnym jej łonie, wre wszędzie walka między stronnictwem przewrotu społecznego a częścią zachowawczą, czyli ostatecznie pomiędzy bezbożnością uorganizowaną w tajne towarzystwa, a widzialną hierarchią Kościoła katolickiego…

…Od podziału kraju naszego, rozżaleni grzechem rewolucyjnych monarchów, rzuciliśmy się w objęcia bezbożnej rewolucyi ludowej francuzkiej, która ze swej strony dobrodusznemu królowi ścięła była głowę. Odtąd wszelka oppozycya u nas popłatna, wszelka rewolucya (zachowująca dawne u Polaków znaczenie, zmiany w stosunkach państw) pełna dla nas uroku. Polak umiarkowany, zachowawczy w domu, rewolucyjny za granicą i w polityce. Dla siebie marzy majorat angielski, za granicą brata się z Prudhonem. Arystokratki nasze z rodu nawyknień i przekonań, popisywały się czerwoną bluzą, szczęśliwe i pyszne, gdy dostały wizerunek Garibaldiego. Czy podobna, aby kłamstwo takie trwało długo bez szkody? Czy podobna, by zasady podziwiane u obcych nie przyjęły się w domu? Nic nie podobna. Jest logika nieubłagana, jest Nemezis społeczna. Wyobrażenia zachodnio rewolucyjne, przewiane bezbożnością, musiały wpaść całą siłą do Polski, w której nie znajdowały oporu, albo słaby i pokątny tylko…

…W Piemoncie nastąpiło obłudne małżeństwo (eonnubio) odwiecznej ambicyi militarnej monarchii piemonckiej, rozszerzania się we Włoszech z karbonarsko-wolnomularską ideą Mazziniego jedności absolutnej Włoch, nigdy przedtem nie zcentralizowanych, historycznie, jeograficznie i duchowo, tylko federacyjnie. Polacy w te pędy znaleźli wzór pogodzenia wszystkich stronnictw i wywalczenia całości kraju, porównali jedność swoją historycznie stopniowo wykształconą, a gwałtownie rozdartą z podbojem piemonckim, przekupstwem i sztyletem podpieranym. Sympatie wszystkie co niekatolickie dla Piemontu, sympatie Rossyi i Prus, nie ostrzegły was, że tu sprawa rewolucyi gwałtu i jedności plemiennej, jaką by była u nas cała słowiańska a nie narodowa. Że stronnictwo gwałtowne tak utrzymywało, że dziennikarstwo niekatolickie, (mniej więcej u nas jak gdzie indziej zależne od towarzystw tajnych) tak głosiło, że rzesza niecierpliwa ciężkiego jarzma temu wierzyła, to rzecz prosta, ale że wy bracia hołdownicy praw historycznych, zwolennicy walki moralnej i legalnej na toście przystali, to i błąd i grzech ciężki. Bóg sam w miłosierdziu swojem wielkiem, wam zachowawcom a nie mogącym się oprzeć na rządzie obcym, podawał jedyny najszczęśliwszy środek stanięcia  przy najwyższym, najczystszym, jedynym dziś wyobrazicielu prawdziwego konserwatyzmu praw historycznych, przy papieżu, od chwili szczególniej, gdy rozbój piemoncki doszedł do granic jego bezbronnego państewka: a wyście tej chwili opatrznej nie pojęli i nie pochwycili. Kiedyście pisali on piękny adres, a raczej skargę i protestacyą do cesarza, należało spółcześnie napisać drugą do Ojca św. który ma od Boga w składzie źródło wszelkiej władzy, którego przodkowie jedyni protestowali przeciwko rozszarpaniu waszej Ojczyzny, który choć od was widocznie opuszczony, dwa razy on jeden odezwał się do was, ze słowem otuchy i pociechy. O ileżby więcej uczynił, gdyby widział naród cały szczerze katolicki do niego w nieszczęściu jego i słabości przemocniej z ufnością garnący się miłośnie. O! Bracia chcieliście bronić podań prawa zgwałconego, walczyć bronią moralną, bronią ducha, więc odwieczną bronią kościoła, a poświęciliście naturalnego waszego naczelnika i opiekuna dla zdobywcy, który w ciemięzcach waszych szukał i znalazł sprzymierzeńców.

Gdybyście to byli w czas uczynili, oddzielilibyście się byli stanowczo i zaszczytnie od stronnictwa skrajnego jeszcze słabego. Bylibyście stanęli silnie wobec rządów zaborczych, przyciągnęlibyście najskuteczniej lud do siebie, który tysiącami na jednego szlachcica walczył w szeregach papieskich, i dziś bieży o żebranym chlebie wypłakać się u stóp Ojca św., podczas gdy z waszych ledwo kilka osób (i to zwykle kobiety) trwają przy krzyżu papieskim. Gdybyście byli to wczas uczynili, massa chwiejąca się po miastach, przy was by została. Z wami by trzymała hierarchia kościelna, niebaczni młodzi xięża nie byliby się poddali komitetowi centralnemu, i ten komitet nie wzywałby was dzisiaj do współki tj. do poddania się.

Ostrzegano was o tem na czas, błagano, (wprawdzie byli to xięża i rzadki świecki), nie posłuchaliście, dziś musicie znosić bolesne następstwa. W domu musieliście i musicie do reszty oddzielić się od stronnictwa gwałtownego, jakkolwiek późno i niekorzystnie, albo zostaniecie pochłoniętemi, jak we Włoszech sekciarski Mazzinizm pochłonie organizacyą wojskowo administracyjną podbójczego Piemontu. Jesteście osłabieni, bo nie macie podstawy, bo nie macie zasady. Trudno długo utrzymać się na pochyłości stromej, na której stoicie, skacząc w prawo i w lewo z góry i na dół. Na zewnątrz, jak skoro przyklaskiwaliście rozbojom piemonckim we Włoszech, musicie cierpieć podobne u siebie, ubarwione także frazeologią liberalną i postępową, bo u Boga dwóch wag i dwóch miar nie ma, i nie czyń drugiemu co tobie niemiło. Przyklaskiwaliście jedności włoskiej siłą  przeprowadzanej, żartowaliście z małych narodowości podpieranych przez szlachtę i Xięży, wytrzymajcież parcie wielkiej jedności Rossyjsko-Słowiańskiej i pod formą państwa i pod formą rzeczypospolitej, w którejbyście koniecznie rozpłynęli się…” (x. Hieronim Kajsiewicz – List otwarty do braci xięży grzesznie spiskujących)

podobne: Styczeń 1863 w służbie rewolucji czyli wyzwolenie z rozumu i własności… „Był sobie kraj…”

Artur Grottger – Wojna X. Świętokradztwo

Służmy Chrystusowi i Jego Namiestnikowi; jeżeli będzie potrzeba, umrzyjmy za niego bez trwogi, a okażemy się godnymi naszej ojczyzny i naszego imienia” (Motto żuawów papieskich i Białych Krzyżowców Sahary)

Wiosną 1934 r. prasa francuska doniosła, że w wieku 102 lat zmarł w Nancy ostatni żuaw papieski, hr. Ludwik de Courten. Natychmiast zareagował krakowski „Światowid”, który w numerze 16 (662) z 17. 04. 1937 r. przyniósł sensacyjną wiadomość, że informacja prasy zagranicznej jest nieścisła i że ostatni żuaw papieski żyje nadal w Polsce.

Chodziło o 95- letniego Adama Dąbrowa- Morawskiego, urodzonego w Warszawie 1 stycznia 1842 r., pochodzącego ze starego litewskiego rodu i mieszkającego w Marcinkowicach k. Nowego Sącza. Był on także weteranem powstania styczniowego i autorem poczytnych wspomnień z czasów swojej walecznej młodości w służbie Piusa IX  w latach 1865 – 1870, Rycerze Krzyża w XIX i XX wieku… (Lwów 1903).

Zanim trafił w szeregi papieskich żuawów, walczył w Powstaniu Styczniowym, pełniąc kilkakrotnie rolę łącznika między oddziałami, do których należał, a przywódcami w Warszawie.

Brał też udział w bitwie pod Żyrzynem, po której gen. „Kruk” Heydenreich miał mu za dzielność ofiarować odpięty z własnej piersi krzyż Virtuti Militari, złożony w 1871 r. przez Morawskiego jako votum dziękczynne dla Matki Bożej z fary w Przeworsku. Niestety, obecnie nie wiadomo, co się z tym votum stało.

Po klęsce powstania znalazł się na emigracji w Paryżu, skąd na wieść o werbowaniu ochotników do wojska papieskiego, pieszo, przez Alpy, Padwę, Loreto (także pobojowisko pod Castelfidardo), w początkach roku 1865 dotarł do Rzymu.

Przyszły żuaw został przyjęty na audiencji przez Piusa IX, któremu dał do poświęcenia swój ryngraf z Matką Boską Częstochowską i otrzymał osobiste błogosławieństwo.

Następnie udał się do Frascati, gdzie w jednym z pałaców stacjonował batalion żuawów, do którego został przydzielony. Tak opisuje salę w koszarach, gdzie spędził pierwsze miesiące służby:

„Wzdłuż ścian ciągnęły się rzędem łóżka żelazne. Na każdym z nich zwinięty rodzaj materaca, twardo i gęsto pikowany – na wierzchu dwa białe prześcieradła, mała poduszeczka, na której leżała kołdra sukienna. Nad każdym łóżkiem osobna półeczka żelazna, na której artykuły wojskowe żuawa jakoto: tornister, część płótna namiotowego z pałeczkami, płaszczyk, trzewiki i kamasze, a obok na hakach wkręconych w podpory półki, zwieszał się sztuciec [staropolska nazwa sztucera] i pałaszo- bagnet długi i wężykowaty. Porządek, czystość, harmonijny układ przedmiotów miły sprawiały widok.” (Adam Morawski, op. cit., s.110)

Mimo, że Morawski był już oficerem, musiał przejść pełny cykl szkolenia, jaki obowiązywał żuawów bez względu na wcześniejsze doświadczenie bojowe. Chodziło o  wykształcenie umiejętności radzenia sobie w każdej sytuacji na polu bitwy, z obsługą artylerii włącznie.

W jednostce obowiązywał regulamin i język francuski. Po apelu porannym o godz. 5. odbywały się zajęcia teoretyczne i praktyczne dla rekrutów. Starsi żołnierze uczestniczyli w forsownych manewrach.  Był też czas na rekreację, lekturę (w jednostce znajdowała się bogata biblioteka), rozmowy. Wieczorny apel i wspólna modlitwa (różaniec) o godz. 22, kończyły pracowity dzień.

Mundur żuawa, w kolorze szaro- niebieskim, składał się z krótkiego, haftowanego czerwienią lub czernią (oficerowie) kaftana bez kołnierza, luźnych szarawarów, kończących się powyżej kostki, czerwonego, szerokiego pasa, kamaszy z żółtymi getrami lub czarnych oficerek oraz kepi (czasem fezu) na głowę. Wzorowany był na mundurze francuskich żuawów, walczących w Algierii. Dystynkcje były wyhaftowane na rękawach. Na lewej piersi naszyty był odwrócony krzyż, symbol męczeństwa św. Piotra. Na guzikach wygrawerowano papieską tiarę i klucze św. Piotra.

Ochotnicy pochodzili z całego niemal świata, choć większość przybyła z Holandii (tak odwdzięczali się katolicy Piusowi IX za odtworzenie kilka lat wcześniej zniszczonej przez Reformację organizacji kościelnej), Francji, Belgii, Szwajcarii oraz Irlandii (batalion im. św. Patryka). Byli też Włosi, Anglicy, Szkoci,  a nawet Amerykanie i Rosjanie. W chwili przybycia Adama Morawskiego do Rzymu w oddziale żuawów służył także hr. Wilhelm Romer z Galicji. Potem przybyło jeszcze kilkunastu Polaków. W całym, liczącym niespełna 20 tysięcy ludzi wojsku papieskim, w różnych jednostkach, było kilkuset Polaków.

Niestety, po stronie rewolucji walczyło ich prawdopodobnie znacznie więcej, ponieważ pod wpływem dziwacznego rozumowania większości krajowych pism (wyjątkiem był konserwatywny krakowski „Czas”) zaczęto utożsamiać zaborczą politykę Piemontu w stosunku do wszystkich starych państw włoskich , zwłaszcza Państwa Kościelnego, z polską walką o wyzwolenie spod obcego panowania i odzyskanie utraconej w wyniku zaborów niepodległości. Jakoś nie zwracano uwagi na fakt, że Włochy (Italia) były jedynie pojęciem geograficznym (nawet nie językowym!), a od upadku starożytnego Rzymu (wbrew egzaltowanej, operowej niemal propagandzie) nigdy nie było jednego państwa włoskiego, zaś te które powstawały i przekształcały się w ciągu wieków, z państwem Cezara, Owidiusza czy Petroniusza nie miały wiele wspólnego. Jedynym, które jakąś ciągłość zachowywało (nie tylko w języku) było właśnie Państwo Kościelne.  Ale ono najbardziej wszystkim przeszkadzało…Podobnie jak kiedyś Rzeczpospolita.

Źle to świadczy, niestety,  o zdolności rozumowania i oceny sytuacji politycznej u naszych przodków. Dlatego doceńmy tych, którzy w owych czasach obłudy, fałszu i zamętu, nie mniejszych niż w wieku XX, stanęli po właściwej stronie barykady i spróbujmy przynajmniej częściowo, na ile to możliwe wobec ubóstwa źródeł (o co zadbała druga strona), oddać im sprawiedliwość i spróbować odtworzyć ich losy, w czasach obrony niezależności Państwa Kościelnego.

Historia papieskich żuawów zaczyna się wiosną 1860 roku, kiedy po sukcesach przewrotnej polityki premiera Piemontu, Kamila Cavoura,  pod koniec lat 50 – tych XIX wieku niemal wszyscy ówcześni rewolucjoniści oraz europejskie rządy, z brytyjskim na czele (ach, ten genialny lord Palmerston), zgodnie uznają, że „Odrodzenie” (Risorgimento) Włoch może się odbyć tylko przez zjednoczenie wszystkich istniejących w Italii państw pod berłem króla Sardynii (Piemontu), Wiktora Emanuela II.

Pokonana niedawno Austria musi się pogodzić z utratą Lotaryngii, „wspaniałomyślnie” przekazanej Piemontowi przez zwycięskich Francuzów, „śpieszących na pomoc tak haniebnie zaatakowanym przez Habsburgów niewinnym Włochom”. Prowokacji Cavoura, zbrojącego kraj do przyszłych podbojów (nazywanych odtąd „zjednoczeniem”) świat jakoś nie zauważył…

Miłośnik włoskiej jedności, tradycji i wolności, król Wiktor Emanuel, oddaje Francji bez mrugnięcia okiem rodzinną Sabaudię wraz z Niceą, byle by zapewnić sobie na przyszłość bardzo elastycznie rozumianą „politykę nieinterwencji” ze strony Napoleona III.

Scenariusz działań jest wszędzie jednakowy: w kolejnych państwach włoskich, poczynając od położonych najbliżej Piemontu: Parmy, Modeny oraz Toskanii wybuchają zamieszki, takie ówczesne „Majdany”, finansowane, oczywiście w tajemnicy, przez Cavoura (środki płyną obficie, nie wiedzieć czemu, z Londynu, a w ślad za nimi tysiące egzemplarzy protestanckich Biblii i gorliwi misjonarze), a organizowane przez bojówki z udziałem spiskowców Garibaldiego, Mazziniego i wypuszczanych z więzień przez „zrewoltowany lud” zwykłych kryminalistów,. Władcy giną w zamachach lub są zmuszani do ucieczki, nikt ich nie żałuje, bo to „krwiopijcy i kaci ludu włoskiego są”…

Następnie w wyniku plebiscytów w stylu „wschodnie ziemie II Rzeczypospolitej po 17 września1939” zwycięża demokracja, a europejskim mocarstwom nie pozostaje nic innego, jak ten wspaniały proces zaakceptować. Wszak Vox populi, vox Dei…

Interwencja nie wchodzi w grę, bo żadnej agresji nie było. To sami mieszkańcy kolejnych krajów włoskich proszą, aby miłościwie zapanował nad nimi  prawdziwy Ojciec Ojczyzny, Wiktor Emanuel II, zamiast tych wstrętnych Habsburgów. Oczywiście 99, 9 % mieszkańców.

Tak przećwiczony scenariusz sprawdza się nawet w dużym kraju, jakim jest  Królestwo Neapolu i Obojga Sycylii. Wystarczy jeden Garibaldi i tysiąc „czerwonych koszul”, nie licząc osłony angielskich okrętów, a już  Sycylia prosi o przyłączenie do Piemontu…

Po kilku miesiącach dołącza do tej prośby Neapol i reszta byłych poddanych króla Franciszka II, który wraz z rodziną musi szukać azylu w Rzymie, choć jego szwagierka jest cesarzową Austrii.

Wiktor Emanuel z miłością przytula do serca kolejnych poddanych…

A serce ma wielkie i czułe, więc z troską wsłuchuje się w płacz gnębionych papieskich poddanych w północno – wschodnich prowincjach Państwa Kościelnego.

Gorzkie łzy leje Bolonia wraz z całą Romanią? No to się im garybaldczyków podeśle, Majdan urządzi, plebiscycik przeprowadzi, z wynikiem może trochę słabszym: 98, 7 % na przykład.

A w kolejce czeka już Ankona z całą Marche. Droga do Rzymu wkrótce stanie otworem.

Papież protestuje, klątwę rzuca? A ile papież ma dywizji?

W takich właśnie okolicznościach wkraczają na scenę dwaj panowie M.

Młodszy, pan de Merode, obecnie prałat i szambelan papieski oraz protominister wojny rządu Piusa IX, , był kiedyś podwładnym starszego, pana de La Moriciere, generała wojsk francuskich, żuawa, weterana z Algierii, zawsze zwycięskiego, wspaniałego dowódcy, obecnie pana na rodzinnym zamku Prouzel …

Połączy ich znów wspólna sprawa: tworzenie wojska straceńców, którzy wobec wrogości lub obojętności świata podejmą się obrony z góry przegranej sprawy: sprawy niezależności przeszło tysiąc sto lat liczącego Państwa Kościelnego. Centrum całej społeczności katolickiej, gdzie swoją siedzibę ma następca św. Piotra, któremu sam Chrystus powierzył klucze do Królestwa Niebieskiego…

I oto teraz jakiś sabaudzki królik, mieniący się w dodatku katolikiem, zamierza ten odwieczny porządek zniszczyć, nie bojąc się nawet ognia piekielnego!

Kiedy więc swojemu dawnemu dowódcy składa ks. de Merode w imieniu Piusa IX propozycję stanięcia na czele wojska, które ma dopiero powstać (a brak nawet pieniędzy na jego werbunek, nie mówiąc o utrzymaniu i uzbrojeniu), gen. La Moriciere odpowiada:

„Jest to sprawa, za którą umrzeć uważałbym za szczęście” . I dodaje: „Skoro Ojciec przyzywa syna na swoją obronę, jedno tylko pozostaje do zrobienia- iść.” (cytat za: Józef Sebastian Pelczar, Pius IX i jego pontyfikat na tle dziejów Kościoła w XIX wieku, Lwów 1908, t. 2, s. 254)

Miesiąc później, 2 kwietnia1860 r. jest już w Rzymie, po drodze wstępując do Ankony, aby przygotować plany umocnienia fortyfikacji twierdzy.

8 kwietnia ogłasza odezwę do przyszłych żołnierzy:

                   Żołnierze!

Jego Świątobliwość papież Pius IX raczył mię wezwać do objęcia zaszczytnego dowództwa nad wami, abym bronił praw Jego zapoznanych i zagrożonych. Nie wahałem się ująć na nowo oręża w rękę. Na wezwanie głosu wielkiego, który (…)zawiadomił świat o niebezpieczeństwach grożących dziedzictwu Piotra św. doznali katolicy wielkiego wzruszenia (…) bo chrześcijaństwo nie tylko jest religią cywilizowanego świata, ale podstawą i życiem samem cywilizacji; (…)papiestwo jest ostatecznym kamieniem, zamykającym sklepienie chrześcijaństwa (…) 

Rewolucya to, jak niegdyś islamizm, zagraża dziś Europie, a dziś, jak ongi, sprawa Papieża jest sprawą cywilizacji i wolności na świecie.

Żołnierze! Ufajcie i wierzcie, że Bóg wesprze męstwo wasze dla wzniosłości sprawy, której obronę naszemu orężowi powierza.

                                             Wódz naczelny

                                             jen. de La Moriciere (Pelczar, op. cit., t. 2, s.255)

Na taki apel oraz wezwanie samego Ojca św. ze wszystkich zakątków ziemi przybywają do Rzymu młodzi mężczyźni, często ze starych, arystokratycznych rodów, niekiedy jedyni synowie i dziedzice majątku, gotowi nawet sami sfinansować swoje uzbrojenie i utrzymanie!

Mobilizacja katolików jest ogromna: z całego świata płyną strumienie pieniędzy, bogatych darów, ale też modlitw i komunii świętych, ofiarowywanych w intencji Piusa IX i jego wojska.

Bogaci, jak Chateaubriand czy księżna Parmy, kupują armaty, biedni, jak Irlandczycy, śpieszą w szeregi legionu św. Patryka, a ich matki i siostry modlą się i oddają przysłowiowy „wdowi grosz”.

W ciągu kilku tygodni udaje się zebrać prawie 20 tysięcy żołnierzy, głównie piechoty, ale jest też  kawaleria, artyleria, a nawet oddziały medyczne, gotowe do pomocy rannym.

Z Austrii przybywa prawie 5 tysięcy prostych żołnierzy, wśród nich kilkuset polskich chłopów, prosząc o wskazanie wodzów, żeby nimi pokierowali.

Doborową jednostką wśród tej zbieraniny, z której trzeba szybko zrobić wyszkolone wojsko (obowiązuje organizacja, regulamin i język francuski), creme de la creme papieskiej armii, staje się stosunkowo nieliczny (nigdy nie przekroczy 3,5 tys. żołnierzy) oddział żuawów (wtedy jeszcze określanych jako Franko – Belgowie). Na ich czele staje najpierw szwajcarski pułkownik Allet, a od 1867 r. płk. Atanazy de Charette (w 1860 roku był kapitanem 1. kompanii francusko – belgijskiej), potomek bohatera z Wandei.

Wkrótce przyjdzie im odbyć krwawy chrzest bojowy…(Jolanta Gancarz, całość tu: szkolanawigatorow.pl – Ostatni krzyżowcy)

podobne: Templariusze. Słudzy Kościoła walczącego. Wyprawy krzyżowe i islamski dżihad i to: Surowość zdyscyplinowanej łagodności katolicyzmu św. Franciszka i Inkwizycji, kontra rozpasana bezwzględność anglikanizmu doby elżbietańskiej („Łowcy księży”) a także: Salve, Regina, Mater misericordiae, vita, dulcedo, et spes nostra, salve! Królowa Polski, królobójcy i Salazar czyli 100 rocznica Objawień Fatimskich na tle Portugalii z przełomu XIX i XX w… a świat się (nie)zmienia polecam również: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w wojsku oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego i jeszcze: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos

Hubert Robert – The Fire of Rome (Wielki pożar Rzymu)

„…Przepowiadanie przyszłości w Biblii nigdy nie jest celem samym w sobie. Z jednej strony potęguje wezwanie do nawrócenia. Z drugiej zaś spełnienie się przepowiedni jest sprawdzianem prawdziwości prorockiego posłannictwa (Pwt 18,21n). Nigdy nie służy zaspokajaniu ludzkiej ciekawości. A od przepowiedni, nawet spełnionych, ważniejsza jest wiara:

„Jeśli powstanie u ciebie prorok, lub wyjaśniacz snów, i zapowie znak lub cud, i spełni się znak albo cud, jak ci zapowiedział, a potem ci powie: „Chodźmy do bogów obcych – których nie znałeś – i służmy im”, nie usłuchasz słów tego proroka, albo wyjaśniacza snów. Gdyż Pan, Bóg twój, doświadcza cię, chcąc poznać, czy miłujesz Pana, Boga swego” (Pwt 13,2-4).

Różne przepowiednie pojawiają się także poza Pismem Świętym. Przez wielu ludzi były i są traktowane bardzo poważnie. Od wieków cieszą się niesłabnącym powodzeniem, zwłaszcza, że sformułowania, których użyli jasnowidzowie, spisując swe przepowiednie, są tak zawiłe i wieloznaczne, że można je interpretować na kilkadziesiąt sposobów, dopasowując do różnych wydarzeń, a więc można znaleźć rzekome dowody spełniania się przepowiedni…

…Jeśli jednak chodzi o „Proroctwo św. Malachiasza” prawdopodobnie mamy w tym przypadku do czynienia z fałszerstwem powstałym nie wcześniej niż w 1590 roku. Oczywiście wiele pobożnych osób wierzyło, iż tekst ten jest autentycznym proroctwem irlandzkiego mnicha. Na przykład ks. Cucherat (żyjący w XIX w. we Francji) utrzymywał, że Malachiasz w 1140 roku w Rzymie doświadczył wizji dotyczących historii papiestwa, które legły u podstaw jego proroctwa. Spisał je ponoć następnie na pergaminie, który przekazał papieżowi Innocentemu II. Papież polecił zaś złożyć otrzymany od Malachiasza pergamin w Bibliotece Watykańskiej, gdzie przez wszystkich zapomniany spoczywał przez następne 400 lat.
Utwór przypisywany św. Malachiaszowi jest bardzo krótki. Autor wylicza listę 112 papieży, zwięźle ukazując charakter pontyfikatu każdego z nich i rozpoczynając prawdopodobnie od papieża Celestyna II. Listę zamyka „Piotr Rzymianin”. Teksty przepowiedni są bardzo lakoniczne, zawiłe i niejednoznaczne. Niektóre z nich składają się zaledwie z dwóch czy trzech słów. Na przykład fragment odnoszony do Celestyna II brzmi: „Ex Castro Tiberis” (Z zamku nad Tybrem). W słowach tych doszukuje się aluzji do jego nazwiska – Guido de Castello.
Wizje są oczywiście problematyczne, niektóre interpretacje mocno naciągane, a krótkie charakterystyki kolejnych papieży z lat między rzekomą wizją Malachaisza w roku 1139, a dniem „odnalezienia” samej wizji w XVI wieku są dużo trafniejsze, niż te z lat późniejszych (bo łatwiej było oczywiście charakteryzować papieży, którzy już byli). Podobnie jak czterowiersze Nostradamusa, można przyporządkowywać najzupełniej dowolne znaczenia do słów charakteryzujących papieży…

Ogólnikowe określenia mogą być w dowolny sposób zinterpretowane post factum w celu wytłumaczenia, dlaczego na tron Piotrowy została wybrana właśnie ta osoba. Gdyby została wybrana inna również udałoby się znaleźć jakiś sposób na powiazanie z proroctwem. Nie ukrywam, że bardzo sceptycznie podchodze do tego wszystkiego.
Odnośnie ostaniego papieża przepowiednia nie ogranicza się tylko do łacińskiego pseudonimu, ale podaje dłuższą informację: „In persecutione extrema S.R.E. sedebit Petrus Romanus, qui pascet oves in multis tribulationibus: quibus transactis civitas septicollis diruetur, et Iudex tremendus iudicabit populum suum. Finis”. Co możemy przetłumaczyć następująco: „W czasie najgorszego prześladowania Świętego Kościoła Rzymskiego zasiądzie Petrus Romanus [Piotr Rzymianin], który będzie paść owce podczas wielu utrapień, po czym miasto siedmiu wzgórz zostanie zniszczone i straszny Sędzia osądzi swój lud. Koniec.” A zatem zgodnie z „Proroctwem św. Malachiasza” już niebawem czeka nas Paruzja. No cóż… Będziemy mogli się przekonać, czy to prawda. W najdawniejszych dokumentach chrześcijańskich (1 Tes 4, 15; 1 Kor 15, 23) przez wyraz „paruzja” rozumiano powrót Chrystusa w chwale pod koniec dziejów, żeby osądzić świat (Mt 24, 29-31; 25, 31-46). Będzie to „dzień Pana” (1 Kor 1, 8), kiedy to Chrystus „drugi raz się ukaże” (Hbr 9, 28). Chrześcijanie są zaś zobowiązani do czekania na powrót Chrystusa.
Synoptycy łączą oczekiwanie na koniec świata z zachętą do czuwania (Mt 24, 36-25, 13; Mk 13, 1-37; Łk 21, 5- 36). A zatem chrześcjanie wszystkich pokoleń zawsze żyją własciwie w okresie Adwentu – oczekiwania na przyjście Pana. Co wiecej, modlitwa pierwszych chrześcijan („Maran atha”) była prośbą o to, aby Pan przyszedł jak najszybciej. Tymi słowami kończy się właśnie Apokalipsa: „Przyjdź Panie Jezu!”. Każde pokolenie chrześcijan powinno żyć tak, jakby było pokoleniem paruzji. Jan Paweł II powtarzał tak często „Nie lękajcie się!” Teksty biblijne przesycone są atmosferą końca czasów i sądu ostatecznego, ale przede wszystkim są przesłaniem nadziei. Autorzy natchnieni piszą o czasach trudnych, o okresie ucisku i prześladowań, o wojnach, kataklizmach, o niezwykłych zjawiskach. Wszystko jednak skończy się dobrze! Historia zmierza do swego celu, ale Chrystus nie pozostawił nam żadnych wskazówek czasowych. Złudne zatem i mylące są wszelkie próby przewidzenia końca świata. Chrystus zapewnił nas jedynie, że koniec nie nastąpi, zanim Jego zbawcze dzieło nie ogarnie całego świata za pośrednictwem głoszenia Ewangelii: „A ta Ewangelia o królestwie będzie głoszona po całej ziemi, na świadectwo wszystkim narodom. I wtedy nadejdzie koniec” (Mt 24, 14). Jezus przestrzegł równocześnie przed dociekaniem, kiedy to nastąpi:

„Nie wasza to rzecz znać czasy i chwile, które Ojciec ustalił swoją władzą” ((Dz 1, 7). „O dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec” (Mk 13,32).

Wielu ludzi oczywiście chciałoby poznać przyszłość i datę końca świata. Chcieliby wiedzieć, co będzie jutro, za rok; co się stanie po śmierci. Są tacy, którzy rozczytują się w horoskopach, wsłuchują się w przeróżne wróżby, przepowiednie; szukają jasnowidzów i różnego rodzaju szarlatanów. Katechizm Kościoła Katolickiego przestrzega przed tego rodzaju praktykami, nazywając je po prostu bezbożnością i grzechem: „Bóg może objawić przyszłość swoim prorokom lub świętym. Jednak właściwa postawa chrześcijańska polega na ufnym powierzeniu się Opatrzności w tym, co dotyczy przyszłości, i na odrzuceniu wszelkiej niezdrowej ciekawości w tym względzie” (KKK 2115 nn.). Niezależnie od wiarygodności „Przepowiedni św. Malachiasza” powinniśmy żyć tak jakby czas paruzji był bliski, bo już od dwóch tysięcy lat żyjemy w czasach ostatecznych.” (Roman Zając biblista i demonolog – Proroctwo św. Malachiasza)

podobne: Johnny Cash: „Wszystko zgodnie z księgą”… W słowach proroka słychać krzyk Boga o sprawiedliwość oraz: Dobra Nowina: Mikołaj Kapusta o Chrześcijaństwie w 12 minut (Kerygmat) i to: Dzień sądu do Deus Vult i Empatii a także: „U wrót doliny” (Dzień gniewu… zanim nadejdzie) polecam również: Istotą Kościoła jest wiara w Boga i pokora wobec mądrości zasad

Opóżniona paruzja? | Ojciec Charles Arminjon (Fragment książki „Koniec świata doczesnego i tajemnica życia doczesnego”)

„Szkoła” Jacka Kaczmarskiego czyli zapowiedź najnowszej książki Gabriela Maciejewskiego („Socjalizm i śmierć”)… Bo wszystko już było (na kole historii)


„…Każda lektura grozi infekcją. Wiadomo obecnie, że brzemienne w skutki jest nie tyle samo nosicielstwo, co nieodwracalne zwyrodnienie, jakie następuje w momencie, w którym rozwinięte robaki dostaną się do mózgu. Wtedy to pasożyt podporządkowuje nosiciela własnym potrzebom, czyniąc go kompletnie od siebie zależnym. Przejawia się to w natężeniu zachowań właściwych niektórym nerwicom. W badanych przypadkach często obserwuje się obsesyjne wertowanie ksiąg, nawet do późna w nocy, zapewne – jak przypuszcza profesor V. R. Maulire – w podświadomym poszukiwaniu przetrwalników pasożyta. To tłumaczyłoby, dlaczego zdarza się niekiedy, iż zdesperowany nosiciel powraca do książki już przeczytanej; pragnie najwyraźniej upewnić się, że nie przeoczył jakichś jajek.

Powszechnie twierdzi się, że choroba ta pozostawiła w historii wyraźne ślady w postaci licznych świadectw cierpiących nosicieli. Do osób całe życie zmagających się z tą przypadłością należeć mieli m.in. Petrarka, Montaigne, Goethe czy Flaubert. Lekarz Charlesa Nodiera nazywa ją monomanią safianu albo tyfusem bibliomanów. W późniejszych stadiach zakażenia, chory wykazuje dużą skłonność do mizantropii; ogarnia go spleen i apatia, połączona z wyrodną ciągotą do egzotyzmu i do staroci. Poczucie alienacji oraz nieprzystawalności do społeczeństwa, tęsknota za odległą epoką, prowadzą do zachowań aspołecznych, związanych często z uporczywym łamaniem powszechnie przyjętych norm. Objawom tym towarzyszy nadczynność śledziony, odpowiedzialnej za nadmierną produkcję czarnego płynu, powodującego melancholię. Bezpośrednim skutkiem tej ostatniej są trudności z odróżnieniem rzeczywistości od poetyckiego zmyślenia, gloryfikacja urojeń, dewaluacja prawdy na rzecz fantazmatów, utożsamianie własnej osoby z postaciami fikcyjnymi. Człowiek pogrąża się wówczas w marzeniach, miewa halucynacje, popada w skrajny eskapizm, trwale odcina się od świata i umiera samotnie wśród książek, czasem tylko pozostawiwszy po sobie jakieś skażone arcydzieło…” (Karol Krzyżosiak, źródłomagazynzapisz – „Monomania safianu”)

Nasza szkoła od miesięcy jest w remoncie,
Zawieszono nam normalnych zajęć tok
Jasny jest sukcesów brak na robót froncie,
Będzie trwać ten remont więc za rokiem rok.

z internetu (Księgarnia w zniszczonej Warszawie, 1945)

Dyskutują więc – dyrektor, pedagodzy
I Komitet Rodzicielski wtrąca się,
Jak tu nas utrzymać przez ten czas na wodzy,
Gdy wychować na Polaków nie ma gdzie.

Rozpoczęto od zabrania nam patrona.
Już Bolesław Bierut nie jest tym, kim był.
O następcę kłócą się szacowne grona:
Ktoś z Sanacji, czy też ktoś z akowskich sił?

Gdy portrety zdjęli – wylazł brud ze ściany,
Gdy tablicę odbijali – trzasnął mur.
Cały gmach być musi teraz odnawiany,
A tu – puszka farby i cementu wór.

Na tablicach starych pisać już się nie da,
Nie wiadomo zresztą jeszcze – co i czym?
Nie ma światła, bo żarówki woźny sprzedał,
Po tym, jak dyrektor się pokłócił z nim.

A mikroskop – dar Pionierów, stary rupieć
Jakoś nic powiększyć nie chce jak na złość.
W biologicznej znów zaczęło cuchnąć trupem,
Bo spirytus z preparatów wypił ktoś.

Na dodatek skandal – pan od ręcznych robót
Z braku zajęć i narzędzi, stary drań,
W szkolnej ciemni dzień po dniu, prócz wolnych sobót,
Wywoływał zdjęcia rozebranych pań.

Wszystko teraz jednocześnie wyszło na jaw,
Więc inspekcje przyjeżdżają raz po raz,
A nam – całkiem są na rękę takie jaja,
Bo nareszcie mamy spokój, mamy czas.

Jednych ciągnie po naukę na ulicę,
Inni wino z jabłek ciągną w pierwszej z bram,
Są i tacy, co wyjadą za granicę,
Żeby stamtąd móc przysyłać paczki nam.

Jeszcze inni do kościoła chodzą z rana,
Bo rodziny z dusz ratują, co się da,
Za to w nocy na cmentarzu – czczą Szatana,
Rytualnie krojąc brzuch czarnego psa.

Więc – bawimy się, o nudzie nie ma mowy!
Bawiąc – uczysz się i odtąd tak ma być!
Zamiast martwe prawdy wbijać w młode głowy –
Nauczymy wreszcie się jak w Polsce żyć!

Jacek Kaczmarski – Szkoła

poprzednio: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości”

Pieter Claesz – Martwa natura z czaszką i piórem

„…znowu będzie o jumie i rewolucji. Powracają one jak bumerang. Zgryzoty prowincjonalnej egzystencji nie pozwalają o ich związku zapomnieć. Czemuż zatem ośmielam się obarczać winą za historyczny rabunek męczenników niepodległości ludowo-socjalnej, takich jak Stanisław Mendelson, Ludwik Waryński, Marcin Kasprzak, Ignacy Daszyński, Ludwik Krzywicki, Stefan Żeromski, Władysław Grabski wraz z Janem Ludwikiem Popławskim (prekursorzy Narodowej Demokracji), opisanych przez Coryllusa zwięźle a podstępnie, samych bojowników o wolność uciemiężonych, którzy byli zwali oną jumę sprawiedliwością dziejową? Przecież nie o całą obwiniam, bo całość, jak wiemy, rozłożono nam na dwieście z okładem lat. Tylko o kolejny jej etap. Lubo (chociaż) był to etap kluczowy, sine qua non (bez którego nic), otwierający kanał wprost do bankrutacji ziemian przez parcelację, do zubożenia części włościan gospodarujących na gorszych ziemiach, zależnych od wielkich gospodarstw ziemiańskich (wg Woyniłłowicza zależność ta i korzyść jest wzajemna), nacjonalizacji przemysłu, ekspediowania zubożonych chłopów, przed 1918 i po, do przemysłu i dalej do powojennego ludobójstwa ziemian i kułaków (głównie włościan i drobnych zaścianków) w imię kołchoźniczego zbawienia ludzkości. Dalej już mamy darmowe dostawy węgla, stali i technologii do Sowietów, a dalej balacerowiczowskie schładzanie gospodarki przez m.in. bankrutację rolników w 1990 r. („nocna” monetarna rewaloryzacja kredytów rolniczych), a w końcu kumulację przywłaszczonego kapitału pod zarządem szczerych liberałów i bankrutację polskich firm budowlanych i transportowych w ramach Euro’2012.

Dlaczego ośmielam się wiązać lewicę patriotyczną w jednym łańcuchu z tymi wydarzeniami naszej historii gospodarczej? Przecież oni, ktoś powie, pozostali za drutem kolczastym drugiej wojny światowej. Dlatego, że jak pokazuje to skrzętnie a podstępnie pan Gabriel, jest ona, ta lewica, tak patriotyczna i pro-polska jak sam wódz rewolucji kulturalnej Mao, czyli bardzo mało. Ot taki szczegół. Przypomina pan Maciejewski – w rozdziale „Średnia długość życia wrogów socjalizmu” – ten utopijny entuzjazm, wygenerowany przez aktywistów niby-polskich rewolucyjnych kółek spiskowych, pierwszych socjalistycznych pism i pisemek, partii i partyjek pseudo-polskich rewolucjonistów, organizacji w zasadzie przestępczych, terrorystycznych, finansowanych z Paryża i Londynu, entuzjazm wkradający się w patriotyczne sentymenty zarówno ziemian, włościan jak i robotników, wykorzystujący i odnawiający pierwotną moc propagandy zwanej oświeceniową – wygenerowaną przez Józefa Wybickiego, Hugona Kołłątaja, Stanisława Staszica et consortes – moc haseł niby patriotycznych mających odwrócić uwagę poczciwego acz niezbyt spostrzegawczego narodu rycerskiego od zbankrutowania polskich finansów (bank Fregusona-Teppera, bank Protazego Potockiego i pozostałe) w 1794 roku, rok przed trzecim rozbiorem Rzeczypospolitej, czyli odwrócić uwagę od faktycznego, lubo nie całkowitego, atoli kluczowego i strategicznego ograbienia naszych właścicieli ziemskich z płynności finansowej, i to nawet tych z tzw. Familii (Czarotyskich, Zamojskich, Poniatowskich), tych, którzy spodziewali się nominacji na faktycznych władców Polski, innymi słowy na klawiszy, po przeczuwanym przez nich nowym rozdaniu politycznych wpływów i synekur. Jest to eksplozja łatwych i bezmyślnych idei, które co rusz wzbudzają naiwną wiarę, jak pisze Maciejewski, „że Polska mogłaby się odrodzić bez Kościoła i żyć, karmiąc się tylko ideami rewolucyjnymi, wśród których (i te słowa, ja, Magazynier, wytłuszczam tu jako kluczowe) hasło ubrane przez Lenina w bezpretensjonalne słowa – grab zagrabione – stanęło na pierwszym miejscu.”

A wcześniej w tym samym rozdziale nasz autor dopełnia oglądu rewolucji pseudo-patriotycznej pisząc o obsesyjnych, odrażających opisach ziemian polskich w prozie, znanemu wszystkim, Stefana, rzecz jasna Żeromskiego, nie zdolnego choćby do naszkicowania drugo- lub trzecio-planowej pozytywnej postaci pana na włościach, choćby i dalekiej analogii Edwarda Woyniłłowicza. osoby znanej wówczas wszem i wobec w Polszcze, znanego filantropa i adwokata sprawy włościańskiej, niczym jednak nie ujmującego interesom obszarniczym, co niestety musiało być ujmą w oczach postępowego ćwierćinteligenta, i co gorsza duszą zaprzedanego Kościołowi…

„Patrzyłeś w inną stronę, chłopczyku – mówi stojąca obok pani – i nie widziałeś jak ten pan oszukiwał.” Aha, więc o to się rozchodzi! Żeby patrzeć nie tam, gdzie spoglądają pełne zadumy, mądrości i tajemnicy oczy miszcza sira. I tę sztukę pan Gabriel wypracował sobie, zapracował na nią i opanowała niemal do perfekcji. Czytamy pierwszy tom Socjalizmu i śmierci i uczymy się patrzeć, nie tam gdzie spogląda autorytet z nadania, ale tam gdzie spogląda ta starsza pani, przez nikogo nie zauważona, stojąca w cieniu, jak stary jakoby nikomu nie potrzebny rekwizyt, odstawiony na tzw. boczny tor. Kim ona jest? No jak to? Nie domyślacie się?..

…Kiedy język i pisarstwo stają się nieposłuszne wobec kierunku spojrzenia miszcza sira, zadumanego i pełnego mądrości, wtedy wiążą w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy byty i znaczenia, które wcale nie są ukryte. Wręcz przeciwnie, metafora to zestawienie znaczeń odległych, lecz zestawienie nie ukrywające niczego. Wszystko podaje jak na dłoni. Tak owszem, często, żeby te znaczenia odczytać, trzeba sięgnąć poza poezję, do historii, do bytu faktycznego, albo poświęcić kilka chwil na własną dedukcję. Ale dlatego właśnie, tak jak owa spostrzegawcza, starsza pani, poezja widzi to czego oczarowany i naiwny oglądacz nie dostrzega, oszukaną sztuczkę albo rzecz prawdziwą, jak na przykład faktyczną historią Faustyny Mokrzyckiej. Nie chodzi mi o to, że mamy tu poezję u Coryllusa. Chodzi mi o to charakterystyczne zestawiania faktów i tworzenie znaczeń adekwatnych do rzeczywistości, analogicznie w pisarstwie Maciejewskiego i w grafikach Bereźnickiego…” (Magazynier, źródło: szkolanawigatorow.pl – Coś baaardzo dobrego i ciepłego jeszcze: Gabriel Coryllus Maciejewski ‚Socjalizm i śmierć’. Tom 1.)

podobne: O stawianiu wozu przed wołem czyli o treściach ukrytych naprawdę. „Pokot”, „Wielka Lechia”, „słowiańszczyzna” i folklor jako propaganda specjalnej (o Polaków) troski oraz: AKUPA Michowicza i „Wołyńska” manipulacja czyli o zarządzaniu stadem za pomocą nacjonalizmu (na ruskim sznurku), ksenofobii i antysemityzmu, oraz o „dobrodziejstwie” komunizmu w celu „pojednania” i to: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? a także: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu.

by Juan Medina

Historia w wielu książkach spisana została
i choć koniec jej horyzont zdaje się przesłaniać
to jest jak owa linia właśnie
(w swej zmienności stała)
i dla tych co pod nogi patrzą
jedną ma tylko kartę

Tę to właśnie wystarczy przeczytać uważnie
na reszty karuzelę nie zważając wcale
ponad barwne teatrum wzbić się
(w nagość rzeczy spojrzeć)
prawdy poezją dramat skończyć
stać się życia kowalem

Bo wszystko już było (na kole historii) – Odys, 17 maj 2017

 

Salve, Regina, Mater misericordiae, vita, dulcedo, et spes nostra, salve! Królowa Polski, królobójcy i Salazar czyli 100 rocznica Objawień Fatimskich na tle Portugalii z przełomu XIX i XX w… a świat się (nie)zmienia.


„Wielka Boga Człowieka Matko, Najświętsza Dziewico. Ja, Jan Kazimierz, za zmiłowaniem Syna Twojego, Króla królów, a Pana mojego i Twoim miłosierdziem król, do Najświętszych stóp Twoich przypadłszy, Ciebie dziś za Patronkę moją i za Królową państw moich obieram. Tak samego siebie, jak i moje Królestwo polskie, księstwo litewskie, ruskie, pruskie, mazowieckie, żmudzkie, inflanckie, smoleńskie, czernichowskie oraz wojsko obu narodów i wszystkie moje ludy Twojej osobliwej opiece i obronie polecam, Twej pomocy i zlitowania w tym klęsk pełnym i opłakanym Królestwa mojego stanie przeciw nieprzyjaciołom Rzymskiego Kościoła pokornie przyzywam.
A ponieważ nadzwyczajnymi dobrodziejstwami Twymi zniewolony pałam wraz z narodem moim nowym a żarliwym pragnieniem poświęcenia się Twej służbie, przyrzekam przeto, tak moim, jak senatorów i ludów moich imieniem, Tobie i Twojemu Synowi, Panu naszemu Jezusowi Chrystusowi, że po wszystkich ziemiach Królestwa mojego cześć i nabożeństwo ku Tobie rozszerzać będę.
Obiecuję wreszcie i ślubuję, że kiedy za przepotężnym pośrednictwem Twoim i Syna Twego wielkim zmiłowaniem, nad wrogami, a szczególnie nad Szwedem odniosę zwycięstwo, będę się starał u Stolicy Apostolskiej, aby na podziękowanie Tobie i Twemu Synowi dzień ten corocznie uroczyście, i to po wieczne czasy, był święcony oraz dołożę trudu wraz z biskupami Królestwa, aby to, co przyrzekam, przez ludy moje wypełnione zostało.
Skoro zaś z wielką serca mego żałością wyraźnie widzę, że za jęki i ucisk kmieci spadły w tym siedmioleciu na Królestwo moje z rąk Syna Twojego, sprawiedliwego Sędziego, plagi: powietrza, wojny i innych nieszczęść, przyrzekam ponadto i ślubuję, że po nastaniu pokoju wraz ze wszystkimi stanami wszelkich będę używał środków, aby lud Królestwa mego od niesprawiedliwych ciężarów i ucisków wyzwolić.
Ty zaś, o najlitościwsza Królowo i Pani, jakoś mnie, senatorów i stany Królestwa mego myślą tych ślubów natchnęła, tak i spraw, abym u Syna Twego łaskę wypełnienia ich uzyskał.” (Śluby króla Jana Kazimierza, złożone dnia 1 kwietnia 1656 roku, źródło: Liturgia Godzin, t. II, Pallottinum 1984)

Francisco Romero Zafra – Nstra. Sra. de La Merced

Salve Regina” w wykonaniu Chóru Klasztornego Abbey of Notre-Dame Fontgombault

„…na prośbę polskich biskupów w 1920 roku papież Benedykt XV ustanowił święto Matki Boskiej Królowej Polski. Nawiasem mówiąc, to święto przypomina o lwowskich ślubach króla Jana Kazimierza, który 1 kwietnia 1656 roku ustanowił Matkę Bożą Królową Korony Polskiej i Wielką Księżną Litewską. Towarzyszyła temu aktowi, który jeszcze można by uznać za na poły religijny, a na poły państwowy, deklaracja obioru, wygłoszona przez podkanclerzego koronnego, biskupa Andrzeja Trzebickiego „w imieniu rządców, dostojników i wszystkich ludów królestwa tego” to znaczy – wszystkich stanów Rzeczypospolitej – która była już aktem ściśle państwowym, zarejestrowanym w grodzie – o czym wspomina również Henryk Sienkiewicz w „Potopie” – co miało znaczenie takie, jak dzisiaj publikacja w „Dzienniku Ustaw”. Na podstawie tej deklaracji podkanclerzego, wszystkie stany Rzeczypospolitej uznały Matkę Boską za Królową Korony Polskiej, podobnie jak uznawały wszystkich innych królów elekcyjnych. Zatem od 1 kwietnia 1656 roku Matka Boska stała się de iure Królową Polski i Wielką Księżną Litewską, bo obydwa państwa tworzyły wówczas unię, obejmującą między innymi wspólnego króla. Ten akt nigdy nie został uchylony ani przez żadną władzę polską, ani nawet przez żadną władzę zaborczą – abstrahując już od kompetencji władz zaborczych w tej sprawie. Co więcej, w związku z ogłoszeniem przez papieża Piusa XII w roku 1950 dogmatu o Wniebowzięciu Najświętszej Marii Panny, akt z 1 kwietnia 1656 roku nie dotyczył osoby zmarłej, ale żyjącej – bo według tego dogmatu, Matka Boska została wzięta do nieba „z duszą i ciałem”, a więc bez uprzedniego odłączenia duszy od ciała, co, jak wiadomo, oznacza śmierć. Wynika stąd, że Rzeczpospolita Polska przez cały czas, od 1 kwietnia 1656 roku, ma głowę państwa w osobie Królowej, a więc jest państwem o ustroju monarchicznym, bo Królowa raz obrana już nie podlega żadnym głosowaniom. Zatem ci wszyscy prezydenci są w gruncie rzeczy regentami. W takiej sytuacji warto zatrzymać się chwilę nad ratyfikacją przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego traktatu lizbońskiego, który amputował Polsce ogromny kawał państwowej suwerenności. Wydaje się, że przed ratyfikacją takiego traktatu prezydent Kaczyński powinien skonsultować się z Królową, czy na taką amputację suwerenności swego królestwa wyraża zgodę. Techniczne trudności z nawiązaniem kontaktu w celu uzyskania takiej opinii mają znaczenie drugorzędne i nie można się na nie powoływać w celu usprawiedliwienia takiej samowoli. Tymczasem, o ile mi wiadomo, pan prezydent Kaczyński nawet nie podjął próby uzyskania od Królowej opinii na temat ratyfikacji traktatu lizbońskiego, podobnie jak Polacy nie zastanowili się nad tym w czerwcu 2003 roku, kiedy to w referendum zagłosowali za Anschlussem Polski do Unii Europejskiej. Ciekawe, czy Królowa przypadkiem nie odebrała takiego ostentacyjnego lekceważenia swoich monarszych uprawnień jako wielkiej zniewagi ze strony swoich poddanych, więc jeśli święto Matki Boskiej Królowej Polski mamy traktować serio, a nie jako imprezę przemysłu rozrywkowego, to odpowiednie czynniki powinny wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski…” (Stanisław Michalkiewicz – Przy grillu, wódeczce i piwku)

podobne: „Szklany nocnik dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego” za „Traktat Lizboński i nadmuchiwanie Niemiec” oraz: Sprzedawczyki spod Lizbony zawłaszczają Kościół czyli… PiS udaje, że reprezentuje elektorat katolicki.

Jutro 13 maja minie 100 lat od ukazania się Matki Boskiej trojgu portugalskim pastuszkom owiec gdzieś na wzgórzach koło wioski Fatima czyli największego wydarzenia w świecie katolickim (i nie tylko) w XX w. a tymczasem w serwisach informacyjnych telewizji, radia i w Internecie – zero info. 

Okazuje się, że „ze spraw katolickich” najważniejsza jest kwestia „korytarza humanitarnego”, co to jest na gwałt, sorry, pilnie potrzebny „przez Polskę”. „Korytarze przez Polskę” kojarzą mi się jak najgorzej, no ale. Podróże lotnicze też nie są tanie a szpitale w Kuwejcie czy Arabii Saudyjskiej podobno są wręcz luksusowe i znakomicie bliżej. Powtórzę: no ale.

Oczywiście Kościół Katolicki w Polsce i na świecie uroczyście obchodzi setną rocznicę objawień w najróżniejszej formie i religijny aspekt tych objawień jest katolikom polskim powszechnie znany, choćby z uwagi na osobiste zaangażowanie św. Jana Pawła II w beatyfikację Hiacynty i Franciszka Marto, dwojga Małych Świadków…

…Zapewne wiele osób zadaje sobie pytanie, dlaczego Matka Boska wybrała Portugalię i troje maluchów w wieku lat 10, 8 i 7 na przekazanie całemu światu strasznych ostrzeżeń i zdecydowanych nakazów dla katolików w imieniu Jej Syna. I właśnie wtedy. Tego się zapewne nie dowiemy, ale wątek aresztowania nieletnich wiejskich dzieci w dniu 13 sierpnia 1917 r. przez miejscowego wójta i uwiezienia ich w niedalekim miasteczku Ouerem daje jakieś pojęcie o „scenerii historycznej”. Na podstawie jakich paragrafów nieletnie dzieci aresztuje jakiś wójt a nie np. policja. Co tam się w tej Portugalii działo???

Działo się naprawdę wiele i aż dziw, że te informacje są skrzętnie pomijane w nauczaniu historii Portugalii nawet bez nawiązywania do religijnych objawień katolickim dzieciom w 1917 r.
Okazuje się, że w 1908 r. Portugalia przeżyła największy wstrząs polityczny od 1000 lat. W dniu 1 lutego 1908 r. dwóch zamachowców: Alfredo Luisa da Costa (dziennikarza, publicysty, członka masońskiej Lizbońskiej Loży Górskiej) i Manuel Buíça (byłego sierżanta kawalerii i nauczyciela) członków 20-osobowej grupy nielegalnej organizacji tzw. karbonariuszy i– dokonało zastrzeliło na ulicy Lizbony króla Portugalii Karola I i jego starszego syna i następcy tronu księcia Luisa Filipa de Braganza oraz raniło młodszego syna Manuela. Zamach ten był poprzedzony spiskiem i próbą zamachu w dniu 28 stycznia 1908 r. (tzw. zamachowcy zostali aresztowani w słynnej windzie do Biblioteki Miejskiej w Lizbonie) , popieranego po cichu przez bardzo agresywną w tym czasie Partię Republikańską – główną partię opozycyjną oraz jej bojówki tzw. Formadas Brancas (Białe Mrówki).

Celem zamachu była cała rodzina królewska i premier, jadący w odkrytym lando do pałacu, w tym król, jego żona Amelia (z domu księżniczka Orleańska, córka Hrabiego Paryża) oraz dwaj jedyni synowie. Król został zastrzelony z Winchestera z 8 metrów przez Manuela Buíça a Alfredo Costa wskoczył na stopień landa i oddał strzały z rewolweru do króla (już martwego), jego starszego syna (zginął na miejscu) i syna młodszego. Tego prawdopodobnie uratowała matka, która rzuciła się z jakimś bukietem na zamachowca, czym go wytrąciła „z rytmu”. Zamachowcy zostali zabici na miejscu przez policjantów, kiedy już ci ochłonęli z szoku. Oficer ochrony królewskiej dobił Alfredo Costa.
W ten sposób zakończyła się prawie 1000-letnia Monarchia Portugalska, albowiem co prawda młodszy syn Manuel ur. 1989 r. został wyświęcony na króla Manuela II ale nie był on zupełnie przygotowany do sprawowania władzy w obliczu totalnej i agresywnej opozycji. Portugalia była w zupełnym szoku ale warto w tym miejscu zauważyć, że ten gwałtowny zamach na CAŁĄ rodzinę królewską katolickiej monarchii – był jednym z serii zamachów przeciwko katolickim monarchiom europejskim na przełomie XIX i XX w…

…w 1918 r. było pozamiatane w Europie po monarchiach katolickich i prawosławnych a w 1934 r. po wszystkich katolickich i prawosławnych głowach państw w Europie. Została Belgia, ale ona się pojawiła dopiero po Kongresie Wiedeńskim i nie prowadziła samodzielnej polityki.
Sorry, została jeden katolik na czele państwa europejskiego, był nim premier Portugalii w latach 1928-1968 (a przelotnie w 1951 r. nawet prezydent) pan Antonio Oliveira Salazar, zwany przez niechętnych „dyktatorem”. Na niego oczywiście też był przeprowadzony zamach. Niejaki Emidio Santana „anarchosyndykalista” i założyciel związku metalowców podłożył bombę 4 lipca 1937 r. w okolicy samochodu premiera, kiedy Antonio Salazar uczestniczył w Mszy św. w prywatnej kaplicy swojego przyjaciela w Lizbonie. Bomba wybuchła w metalowej kasecie kiedy premier Portugalii był ok. 3 metrów od niej, ale nie wyrządziła mu żadnych szkód, ranny został jego kierowca. Santana dostał 16 lat więzienia a Salazar pancerny samochód.

Tak więc mamy „komplet” jeśli chodzi o zamachy na szefów katolickich i prawosławnych państw. Tymczasem nie można się doszukać żadnych info o próbach zamachów w tym okresie na monarchów protestanckich. Jakoś rewolucjoniści, anarchosyndykaliści, terroryści i karbonariusze nie uznawali monarchów i premierów protestanckich za swoich wrogów. Przypadek taki

…Kierunek rewolucji był zdecydowanie antyklerykalny. W pierwszych dniach rewolucji zostało kompletnie zdemolowanych 20 kościołów, ok. 100 obrabowano, pobito ok. 100 księży a do grudnia 1910 r. zamordowano 15.
Rząd Tymczasowy w tym względzie miał się na kim oprzeć: był to pan Alfonso Costa,minister sprawiedliwości, który niemal natychmiast za zgodą rządu wprowadził następujące postanowienia:
1) Wszystkie zakony (31) z Towarzystwem Jezusowym na czele – wydalono z granic Portugalii- łącznie 164 domy,
2) zamknięto domy modlitwy, szkoły i ośrodki dobroczynne , które zostały skonfiskowane na rzecz państwa,
3) Majątek kościelny został w całości znacjonalizowany, świątynie i kaplice mogły być „bezpłatnie wypożyczane do odprawiania nabożeństw”,
4) Księżom zabroniono noszenia szat duchownych poza kościołowi, zabroniono wiernym urządzania procesji,
5) Edukacja szkolna została całkowicie „upaństwowiona” czyli zlikwidowane zostały wszystkie szkoły katolickie (czyli prawie cała edukacja portugalska na poziomie podstawowym i średnim.
6) Zaatakowane zostały i zniszczone redakcje czasopism katolickich,
7) Wszystkie symbole katolickie w miejscach publicznych zostały usunięte.
8) Listy pasterskie Episkopaty Portugalii – zostały objęte ZAKAZEM ODCZYTANIA; wielu księży nie zastosowało się do tego zakazu, w efekcie usunięty został z urzędu biskup Porto, jak „winny podburzania do nielojalności”.
9) Banicją nowe władze objęły w dalszej kolejności: patriarchę Lizbony, arcybiskupa Guardy, biskupów Algarve, Bragi, Porto, Alegre, Lamego, Branagca, administratora Coimbry. Do roku 1912 żaden z biskupów nie miał prawa urzędowania w swojej diecezji a co najmniej czterech zostało wypędzonych z kraju. Zerwano też stosunki dyplomatyczne ze Stolicą Apostolską
10) Dni świąt kościelnych zostały skasowane i stały się dniami pracy, zostawiono wolne od pracy – niedziele,
11) Wprowadzono rozwody, małżeństwa cywilne.
Niezależnie od wdrażanego błyskawicznie nowego prawa, ujawniły się bojówki antyklerykalne tzw. „białe mrówki”, o których pisze pan dr Kucharczyk w miesięczniku „Miłujmy się” z roku 2007 , które za wiedzą rządu urządziły w 1914 r. ataki na obchody Świąt Wielkanocnych w kościołach. Aktywiści tej organizacji napadali nie tylko na księży ale i na cywilnych wiernych, w efekcie w latach 1915-1917 łączna liczba zamordowanych księży i wiernych świeckich dwukrotnie przewyższyła liczbę żołnierzy portugalskiego korpusu ekspedycyjnego, który walczył na frontach I WW od roku 1916. Żołnierzy zginęło 1935.

Osobną historią była sprawa prześladowań Małych Pastuszków przez władze reprezentowane na poziomie gminnym przez wójta Fatimy Arturo Santosa, aktywnego członka loży masońskiej w miejscowości Leira i organizatora loży masońskiej w niedalekim Ourem, z zawodu rzeźnika zresztą.
Aresztował troje małych Dzieci bez wiedzy rodziców, przesłuchiwał Je i zastraszał. Inni aktywiści nie byli gorsi. Po cudzie słońca 13 października 1917 r. dostali takiego amoku, że specjalna masońska przyjechała aż prowincji Santarem aby ściąć drzewo, w którego konarach objawiła się Dzieciom Matka Boska. Owszem, ścięli, ale sąsiednie. Za to ukradli ołtarzyk prowizoryczny sporządzony przez pielgrzymów na miejscu objawień i urządzili coś na kształt „parady równości” …

Antonio Salazar był ministrem finansów Portugalii do roku 1944. Od 1936 r. do 1939 był ministrem marynarki, jednocześnie w latach 1932-1944 był ministrem wojny a tak na początek, kiedy wojskowi zobaczyli, jakie cuda chłopak robi z finansami „i ze wszystkim” – w 1932 r. dali mu posadę premiera i na tej posadzie pozostał do roku 1968.

Swoje działania jako premier zaczął od tego, że opracował projekt nowej konstytucji Portugalii wg swojej koncepcji opierającej się w dużej mierze na dwóch encyklikach papieskich: Rerum Novarum (Leon XIII) i Quadrogesimo Anno (Pius XI). Jak rasowy dyktator ogłosił tekst projektu konstytucji do publicznej wiadomości i dał wszystkim Portugalczykom cały rok na przysyłanie swoich uwag i poprawek – PRZED ZAPOWIEDZIANYM REFERENDUM w sprawie autorskiego projektu.

No i referendum zostało przeprowadzone 19 marca 1933 r. a Konstytucja przeszła ilością 99,5% głosów. Jak to mówią, pełna dyktatura.

Przeciwnicy Antonio Salazara wygłaszają wiele komunałów na temat jego rządów, zaczynając od nazywania go dyktatorem i faszystą. Tymczasem był to po prostu wybitny administrator państwowy, uczciwy człowiek i patriota portugalski. Nie kombinował a władza nie była jego narkotykiem.
Kiedy marynarze komuniści podnieśli bunt na kilku okrętach bo chcieli porwać je „na pomoc walczącej Hiszpanii” – kazał je ostrzelać skutecznie a następnego DNIA zarządził aby wszyscy urzędnicy państwowi złożyli PRZYSIĘGĘ ANTYKOMUNISTYCZNĄ.

W czasie II WW przyjął w Portugalii około jednego miliona uchodźców , w tym Żydów, z których wielu marzyło o emigracji do USA. Ale pozostali w biednej Portugalii bo bogate USA miało akurat małe kwoty wizowe dla Żydów.
Kiedy odszedł z urzędu w roku 1968 z powodu choroby okazało się, że za cały majątek zebrany „w służbie państwowej” miał dwa rozpadające się domki wiejskie oraz oszczędności w wysokości ok. 3000 USD.

Prymas Tysiąclecia Kardynał Stefan Wyszyński stawiał Antonio Oliveirę Salazara za wzór – naszym bohaterom i autorytetom moralnym w 1981 r. Żeby naśladowali…(Pink Panther, polecam lekturę całości tu: Fatima : Portugalia – królobójcy i Salazar „dyktator z łapanki”)

podobne: Europa muzułmańska, „Państwo Islamskie” i prawdziwa twarz Islamu: broń w rękach imperialistów, terroryzm, idea rewolucji, czy też religia jak inne? i to: Surowość zdyscyplinowanej łagodności katolicyzmu św. Franciszka i Inkwizycji, kontra rozpasana bezwzględność anglikanizmu doby elżbietańskiej („Łowcy księży”) a także: Tuba Cordis: Czy Pan Jezus i Matka Boska byli Żydami? czyli… Hebrajczycy, Żydzi, Chazarowie. Judaizm a Chrześcijaństwo. Kościół Katolicki „nowym Izraelem”  oraz: Dwie kule zmieniły bieg historii. 100 rocznica zamachu w Sarajewie na arcyksięcia Franciszka Habsburga i wybuchu I Wojny Światowej. Serbskie memento STANISŁAWa MICHALKIEWICZa a także: MFW: deficyty i długi krajów rozwiniętych. Portugalskie rodziny coraz bardziej zadłużone a w Grecji strajk generalny i jeszcze: ZnZ: Pod rządami socjalistów aż 84 miliony obywateli UE żyje poniżej progu ubóstwa

„Demony boją się Najświętszej Maryi Panny. Właśnie dlatego jest Ona tak często wzywana w egzorcyzmach. Bóg dał Ją nam jako Matkę – opiekunkę i 12-gwiazdkowego generała w naszej wojnie duchowej. Dzięki Jej wstawiennictwu nasze modlitwy zawsze zostaną wysłuchane a szatan pokonany.” (VortexMaryja jest Matką i Generałem)

podobne: „Ta, która depcze węża” i „Ten, który mówi jak orzeł” czyli… Hernan Cortes, ofiary z ludzi i cud nawrócenia Azteków

Francisco Romero Zafra – Ntra. Sra de Gracia

„My – Francisca wnuki, wnuczki Hiacyntowe
do Słonecznej Pani unosimy głowę.
Do złotej korony, opatrzności kuli,
jak do naszej Matki, która nas przytuli.

W historię objawień z lękiem zasłuchani
zanosimy prośby do Niebieskiej Pani
o łaskę pokoju, o ten palec boży
dla tych, którzy cudu potrafili dożyć.

I chociaż nie od nich los świata zależy.
Nie przestają prosić. Nie przestają wierzyć,
że Mateczko nasza, ochronisz swe dzieci
i opiece Syna je wszystkie polecisz.”

Marek GajowniczekFranciscowi… Hiacyntowe…

podobne: Kaczmarski, Gajowniczek… Modlitwa w potrzebie (Salve Regina) oraz: Na dnie… modlitwa. O ufności w Maryi (św. Bernarda) i to: Pieta Marka Gajowniczka, Gorzkie Żale Antoniny Krzysztoń i Droga Krzyżowa z ks. Janem Kaczkowskim… Na rozdrożu

Prelekcja Arkadiusza Stelmacha (Instytut Ks. Piotra Skargi) „Tajemnice objawień fatimskich” wygłoszona 24 kwietnia 2017 r w sali bł. Jakuba Strzemię przy klasztorze Franciszkanów w Krakowie. (Polonia Christiana)

podobne: Synod o Rodzinie. Stanowisko kard. Raymonda Burke (czy Łódź Piotrowa dryfuje?) List arcybiskupa Lengi. Polski Episkopat przeciw komunii dla rozwodników oraz: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki?

Francisco Romero Zafra – Rocio y Lagrimas

 

 

Na chłopski rozum o „transmisji myśli w kosmos”, talencie wybrańców losu, transgresji i ektoplazmie „poezji” czyli… „o mafii bardzo kulturalnej” („arystokracji rozumu”) oraz magii Nobla Władysława Reymonta (alias Rejmenta-Balcerka)


Aykut Aydoğdu – Człowiek i Owad

„Kiedy słyszę słowo kultura, odbezpieczam rewolwer” (Hanns Johst)

„Żeby coś, co sztuką nie jest, przeobraziło się w nią, wystarczy poprosić kuratora – niech namaści egzegezą. Kupa błocka, poddana krytycznej analizie, okaże się pełna wysublimowanych znaczeń” (Monika Małkowska)

Oprawę tekstu stanowić będzie obraz który jak sam jego autor (Kordian Lewandowski) słusznie zauważa czasem wart jest więcej niż przysłowiowe tysiąc słów. Chodzi o top 9 wystąpień polskich artystów współczesnychOglądanie filmiku nie jest konieczne dla zrozumienia o czym będzie pisane, a tylko nadmienię że jednym z bohaterów jest Pan Edward Dwurnik (eksportowy i „ulubiony artysta” ministra Glińskiego, odznaczony przez niego Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”), który stanowi niejako ideologiczną oprawę dla zaprezentowanej w materiale czeredy. Żeby wiedzieć bez oglądania z czym mamy do czynienia pozwolę sobie zacytować jego śmiałą tezę:

„…Prawdziwy malarz, prawdziwy artysta tworzy w rozpędzie po prostu. I jeśli ma coś do powiedzenia to jest ok. Prawdziwi malarze, jest ich bardzo mało… jest ich po prostu tylu [tu unosi dłoń i pokazuje pięć palców] po wojnie, może sześciu… dotykają… bardzo ważnych strun życia…. Ale dlaczego dotykają, i dlaczego tak się dzieje ja nie wiem. Ja nie mogę na to odpowiedzieć, bo tak jest, tak się stało no… I… albo istniejemy, albo k..wa, idziemy w zapomnienie i ch…, i ch… po nas” [brawa]… koniec cytatu

Na początek o tym jak to z tą sztuką i kulturą w Polsce było pisze (po nazwiskach) cytowana już wyżej Pani Monika Małkowska… (Odys)

„…Pole leżało odłogiem, niczyje. Dziki teren z żyłami złota, których istnienia nikt nie podejrzewał. A nawet jeśli, to brakowało urządzeń, żeby do nich dobrać. Mówię o zasobach w postaci sztuki. O wydobyciu ich i wprowadzeniu w rynkowy obieg.

Transformacja 1989 wymagała nowych ludzi na dyrektorskich stołkach. Nowych, znaczyło „nie umoczonych” i lepiej zorientowanych w realiach art worldu, niż poprzedni szefowie. Również kryty­ka wymagała odświeżenia, na podobnych zasadach.

Pierwsze wydarzenia wprawiały wszystkich w euforię. Rok 1990, Ministerstwo Kultury i Sztuki, pani minister Izabella Cywińska namaszcza dwoje takich nowych – Wojciech Krukowski obejmuje ster CSW-Zamku Ujazdowskiego; Barbara Majewska dostaje Zachętę. Wkrótce potem Anda Rotten­berg zostaje kuratorką Galerii Domu Artysty Plastyka, będąc jednocześnie dyrektorką Departamen­tu Sztuki w MKiS. W 1993 roku Rottenberg zakończyła pracę w DAP, by przez kolejnych osiem lat szefować najważniejszej polskiej instytucji artystycznej – Zachęcie. Dalsze zmiany w co ważniej­szych polskich galeriach wynikały z powyżej wymienionych i/lub były efektem postsolidarnościo­wych wyborów.

Do połowy lat 90. w polskiej sztuce hulało. Artyści chcieli wykrzyczeć wolność. Romantycy! Nie bali się żadnej formy ani tematyki. Ryzykowali i brali społeczne odium na klatę. Nie byli nastawieni merkantylnie, nie planowali karier. Ba, plasowali się w opozycji do aukcyjnych tuzów (bo zaczęły się pierwsze licytacje i wyłonili zwycięzcy). Twórcy z ochotą przekazywali prace na liczne aukcje charytatywne, gdzie młotek szedł w ruch przy sumie wywoławczej 100 zł. Nawet właściciele prywatnych galerii wciąż zachowywali się bardziej jak entuzjaści-amatorzy niż twardzi marszandzi nastawieni na zysk.

W drugiej połowie lat 90. klimat się zmienił. Zaczęły zarysowywać się frakcje, trakcje, akcje. I poja­wili się pierwsi poszukiwacze złota. Aroganccy, bezwzględni, młodzi. Chcieli zgarnąć co najlepsze, nade wszystko zaś objąć rząd dusz.

To oni utworzyli zaczyn instytucjonalno-komercyjnej sieci, przez którą nikt niepożądany (czytaj: nie­zależny i samodzielny) się nie przeciśnie.

Etap drugi: skręcanie sieci

Liderzy tego układu weszli w polskie ciało kulturalne jak w masło. Nie groziła im ani konkurencja, ani mechanizmy kontrolne. Ruszyli pokoleniową ławą – „młodzi wilcy”. Zastosowali nieznaną w PRL-u technikę: przykopywanie, skopywanie, dokopywanie. Poza agresją, ich głównym atutem był wiek.

Najszybciej sytuację rozpoznały dwie formacje: Fundacja Galerii Foksal i Raster. Ci pierwsi (Joan­na Mytkowska, Andrzej Przywara, Adam Szymczyk) wykorzystali znaną w świecie nazwę Galeria Foksal (pierwsza awangardowa galeria warszawska, istniejąca od 1966 roku, niezależna od polity­ki kulturalnej PRL-u, gdzie wystawiały międzynarodowe sławy) oraz jej kontakty. Manewr, który za­pewnił im łatwy start oraz ksywkę Foxy lub po prostu Lisy).

W przeciwieństwie do milkliwych Foxów, duet Łukasz Gorczyca i Michał Kaczyński czyli Raster ro­bił dużo hałasu. Zaczęli od wydawania magazynu literacko-artystycznego, który w 2000 roku prze­obraził się w „Internetowy tygodnik szybkiego reagowania”, byli obecni w kilku innych periodykach, przez pewien czas prowadzili telewizyjnego „Pegaza” (był taki program w Jedynce), tworzyli gale­rię, wydawali płyty. No i lansowali młodych zdolnych.

Trzeba przyznać – mieli nosa. I byli zabawni. Szybko stali się pupilami warszawki, skupiając środo­wisko dwudziestokilkulatków (temu służyła kultowa świetlica). Skonsolidowali grupę fanów, gotowych dać się za nich posiekać. W przyszłości miało się to okazać bezcenne.

Dowcipnie parafrazowali oficjalne nazewnictwo, wyrażając jednocześnie swój stosunek do zna­nych instytucji, typów, zjawisk. I tak Zachętę przechrzcili na Zniechętę, Zamek Ujazdowski na ZUJ, Dom Artysty Plastyka na DUPĘ; beztalent – to polski artysta…

…szum medialny wokół artystycznych wydarzeń miał nieocenioną wartość marketingową i nie tylko nie zaszkodził, lecz promował ich bohaterów.

Efekty? Skończyły się publiczne dyskusje wokół sztuk wizualnych. Wymiotło malkontentów, niedo­wiarków, pyskaczy z prasy, z mediów w ogóle. Coraz mniej osób ośmiela się zabierać głos w sprawie twórczości plastycznej, obawiając się obciachu.

Jednocześnie, sztukę odpuściła sobie niedoszła klasa średnia, wraz z postępującą pauperyzacją coraz bardziej indyferentna wobec wszystkiego, co nie dawało chleba i nie udawało igrzysk. Właśnie owa obojętność ze strony większości społeczeństwa po­zwoliła nowej grupie artystycznych decydentów na coraz większą brawurę…

(…)

Nikt nie chce czytać/słuchać o czymś, czego nie rozumie, a wstydzi się do tego przyznać. To wiąże się z manipulacjami, o których już była mowa.

Są też inne powody: krytyków zastąpili szeregowi dziennikarze, którzy po prostu kopiują/wklejają notki z PR-owskich zapowiedzi. I tak odbiorca dostaje niestrawną promocyjną papkę. Z blurbami nie da się pokłócić czy nie zgodzić – przecież to nie są niczyje opinie, tylko chwyt marketingowy. Daje to rezultat kuli śniegowej: niezrozumiałe „opisy” zrażają potencjalnych widzów. Niechęć do sztuki rośnie, zainteresowanie nią maleje…

w wielu redakcjach (zwłaszcza kultural­nych, bo to dziedzina, gdzie najtrudniej o obiektywną ocenę wiedzy i umiejętności) uformowały się grupy wzajemnego wsparcia, wykluczające kogokolwiek z zewnątrz. Nawet jeśli dochody są nie­wielkie, to nieustanne autopromowanie siebie i zespołu kolegów procentuje innym zyskami.

„Rodziny” wyeliminowały pośredników-ekspertów. Szybko zorientowali się, gdzie jest głowa układu scalonego. Krytycy sztuki są im niepotrzebni, ba! Niebezpieczni – mogą chlapnąć coś nie w smak decydentom. Kulturalni redaktorzy zwracają się bezpośrednio do kuratora czy artysty. Taki chętnie chętnie się wypowie, przez telefon czy na żywo; o każdej porze dnia czy nocy; całkiem gratis. Przecież to jego interes.

W takim układzie wszyscy są zadowoleni – redaktorzy nawiązują kontakty, przeprowadzają wywia­dy, wyjeżdżają na zagraniczne imprezy plastyczne. Z czasem – czasem bardzo krótkim – zaczyna­ją uważać się za fachowców. I tak utrwala się monopol medialno-kulturalny.

A krytycy? Im już dziękujemy, sami się obsłużymy. I wszystko zostanie w rodzinie.” [mm]

polecam lekturę całości tu: Mafia bardzo kulturalna (pierwotny tytuł: „Czego nie widać”)

Współczesna krytyka ma w zasadzie tylko jeden problem i streszcza się on w zdaniu – jak odróżnić wariata od oszusta? To jest problem poważny, bo jak pamiętamy szaleńcy są podstępni i zdecydowani na wszystko, a szaleńcy dążący do zdobycia sławy na rynku sztuki są najgorsi. Krytyk nie szuka więc wariata, którego będzie promował i który uzasadni istnienia krytyka, najważniejszej osoby na rynku sztuki. Krytyk, żeby przeżyć musi koniecznie znaleźć oszusta i zainwestować weń tyle ile zdoła. Oszust bowiem, dobrze sprofilowany i przynoszący dochody zapewni krytykowi spokojne życie do emerytury. Czasem oczywiście zdarzają się pomyłki i krytyk przekonany, że promuje uczciwego oszusta, z którym wespół kradł będzie pieniądze, myli się i wszystkie siły oraz emocje inwestuje w szaleńca. I wtedy robi się kłopot. System jednak już zdołał wytworzyć różne zabezpieczenia i po kilku wpadkach, które omówiliśmy sobie wczoraj, wszystko jest zabezpieczone. Żaden prawdziwy wariat nie zostanie już poetą, ani malarzem, ani nawet piosenkarzem rozrywkowym. Najważniejszym zabezpieczeniem przed inwazją wariatów na rynek sztuki jest gawęda o trasngresji. Co to takiego? W największym skrócie przekraczanie granic. Kajetan P., przekroczył granice, dziunia z Białej także je przekroczyła, a pewnie też kilku innych. Nie zrozumieli oni jednak, że nie o to chodzi krytykom. Nie o takie przekraczanie granic. Chodzi o to, by za pomocą gawędy o transgresji wycisnąć z frajerów parę złotych, dokładnie tak, jak się to odbywa na bazarach całego świata przy grze w trzy karty

…rzecz cała jest wpleciona w bardzo czytelne i sztywne konteksty o charakterze międzynarodowym. My je tutaj nazywamy krainą grzybów, a jeśli konteksty są nieco inne, bardziej łagodne, może dla nich użyć nazwy holocaust industry. I w zasadzie nic więcej prócz tych dwóch kierunków się w sztuce nie liczy…

nas to ominęło, ponieważ poezja i literatura nie miały u nas przez ostatnie 150 lat funkcji jawnie deprawacyjnych. Miały ten mechanizm w środku, ale dobrze ukryty. Poezja i literatura służyły po prostu temu, by integrować społeczność polską wokół idei wolności oddzielonej od Kościoła. W porównaniu z tym co się działo na rynku literatury francuskiej w tym samym czasie, to jest kaszka z mleczkiem. Przez ów dziwny skręt literatura polska była przez wiele lat określana jako lokalna, zapóźniona, generalnie gorsza niż to co powstawało w innych krajach. Dziś widzimy, że miała po prostu inną funkcję. Nie ma się co tym jej przeznaczeniem ekscytować, ale trzeba stwierdzić fakt. Dziś kiedy zintegrowane społeczeństwo polskie nie jest nikomu do niczego potrzebne rozwala się je komunikatami mającymi rangę sztuki, które służą wyłącznie temu by nie można było w jednym miejscu zgromadzić jednakowo myślącej i jednakowo przeżywającej emocje publiczności. Żadnych innych funkcji to nie ma. No, może jeszcze jedną. Jeśli weźmiemy pod uwagę ambicje tego całego Solczaka* i jego poetyckie wykwity przyjdzie nam przyznać, że ta destrukcja służy temu także, by naganiacze mogli sobie podnieść samoocenę i mieli poczucie wyższości w stosunku do prostych bandziorków chadzających z łomem na robotę, ale to już naprawdę wszystko...” (coryllus – O największych problemach współczesnej krytyki)

Solczak (Maciej) typ którego Marcus wysłał po Magdę do Egiptu pisze wiersze. A oto próbka jego twórczości:

Palę dziewice na stosie, jedna za drugą, do ognia dokładam.
Wciągam ten miód w płuca, puszczam z dymem ich ciała, co nad punktem ogniska fale zatacza.
Morduję je wcześniej, w pożądania szczycie, rozczłonkowuję delikatne ich ciała.
Zazwyczaj ostrymi nożyczkami odcinam im głowy, ciacham, szatkuję dziewczęce członki w pełnym skupienia zachwycie.
Nic na to poradzić nie mogę, w przyjemności szale, przecinam jej właśnie system nerwowy.
Pękają pod naciskiem ostrzy nożyczek, z chrzęstem, na pół kruche trichomy.
Zagarniam na stos te zielone ciała, co los ich przypieczętowany, co straciły życie.
Przejdą materii ognia przemianę, w wyższym celu je poświęciłem.
Szaleństwo lecz znowu przykładam pochodnię, słyszę ciche ciał skwierczenie, gdy dym w nozdża wdycham.
Wchłaniam dziewczęce ich dusze jak Kronos, boskie przymierze.
Gdy tylko jeden stos palić zakończę, drugi zawijam w bletę.
Mówią, że jestem morderca, co litości nie zna, nie cofnie się przed niczym.
Nie słucham, z Salamandrą znów ogień podkładam, zaciągam się dymem, twarz uśmiechniętą Jej widzę.
Płonie stos żarem wyraźnym, dym tłoczę w swe płuca, z powietrza tlenu dodaję, oczy zamykam.
Jestem zieleni killerem, bezwzględnym gangsterem, co morduje najlepsze topy.
Z fajki dym, gdy zawrzesz ze mną przymierze, na osobności, tak między nami: morduję tylko świadomości wierszami.

koniec cytatu…

więcej na temat tej sprawy u Toyah’a: O biednej Magdzie i jej trzech fantastycznych kolegach, czyli Szatan Jest Nudny

 podobne: Gazeta Wyborcza i kult tolerancji dla pedofilii czyli… kogo ochrania i kto zarabia na Lex Trynkiewicz. O grzebaniu w psyche i „świat na opak”

Jacek Malczewski – Błędne koło

Na osobności (tak między nami) powiedzmy więc sobie szczerze że to nie jest „tylko taka konwencja” i „styl”. Za tym, „z rozpędu” jak to uzasadnia Pan Dwurnik (jeden z sześciu „prawdziwych artystów” licząc na palcach jednej ręki) idą potężne emocje… i oswajanie/zatruwanie własnej (i cudzej) wyobraźni „czystym” złem, którego nie da się usprawiedliwić żadnym „talentem”, ani potrzebą manifestacji, czy zaistnienia, poczucia wspólnoty/współodczuwania. Bardzo łatwo jest „współodczuwać” z autorem jeśli jest się podatnym i otwartym na jego słowa (zwłaszcza jeśli imponuje nam jego wyobraźnia/erudycja), ale ja bym tego nie nazywał współodczuwaniem ani „pokrewieństwem dusz”. To jest nic innego jak uleganie/podatność na… (i tu w zależności od intencji odbiorcy/autora) potrzebę akceptacji/przynależności, albo manipulację/posiadanie.

To jest prosta droga do tego (tu pozwolę sobie jeszcze raz Pana Dwurnika zacytować) żeby było „ch… po nas”. I nie mam na myśli tak prymitywnych zakusów jak cytowany wyżej wytwór, który jest oczywisty jak aktor (ob)sceniczny co to zdjął spodnie przed publiką i pokazał to i owo, ale chodzi mi przede wszystkim o te bardziej subtelnie i inteligentnie zamaskowane autoprezentacje/manifestacje, które na pierwszy rzut oka brzmią i wyglądają jak niewinne „poezje”, ale po których przeczytaniu pozostaje w głowie mętlik i bliżej nieokreślony niepokój. Co i mnie się jeszcze do niedawna zdarzało po wpadnięciu tu i ówdzie (z rozpędu)… (Odys)

„…Nie mam tu zamiaru zajmować się psychiką zbrodniarzy klecących wiersze, bo gdyby to ode mnie zależało poszliby oni wprost z sali sądowej na krzesło elektryczne. Jak dobrze wiecie nie pójdą. Ani ta wrażliwa dziewczynka, która była tak daleko poza dobrem i złem, że zamordowała rodziców swojego chłopaka, ani Kajetan P. Oboje będą dalej egzystować na nasz koszt, nie czując skruchy i żadnych wyrzutów. Żeby nie zaniżyć poziomu dyskusji, zostawmy rozważania prawno-psychologiczne na boku i przejdźmy do sprawa ważnych czyli dotyczących rynku.

Rynek poezji jest wyjątkowo wprost ubogi, nie tylko jeśli idzie o talenty, ale także jeśli idzie o pieniądze. Stanowi on jedno z kilku pięter narracji propagandowych, które w teorii obstawione winno być przez osoby najwrażliwsze i czujące najwięcej. To jest nieprawda i nie trzeba tego udowadniać. Wystarczy posłuchać jak beznadziejnie piszą i bredzą poeci współcześni. Rynek poezji nie służy utrzymywaniu poetów, służy utrzymywaniu krytyków, a ci z kolei są elementem starych, czerwonych hierarchii, którymi poprzerastana jest nasza ojczyzna.

Nie jest łatwo wypromować nawet nędznego poetę w sytuacji kiedy edukacja w Polsce w zasadzie nie działa, a Polacy jako odbiorcy treści, jako społeczność, podlegają ciśnieniom nie spotykanym wcześniej. Trudno znaleźć treści, które przyciągnęłyby uwagę jakiejś, nawet małej, grupki czytelników. Tym trudniej, że rynek poezji pełni także funkcje propagandowo-deprawacyjne. Trzeba więc trzeba, i to jest rola krytyków, promować treści zrozumiałe dla jak największej grupy osób, które od biedy mogą uchodzić za poezję. Nie rymowaną rzecz jasna, ale wolną i głęboką, a do tego jeszcze dewastują wrażliwość i odwracają naturalne hierarchie dobra, prawdy i piękna. To w takich właśnie bajorkach lęgną organizmy podobne do Kajetana P i tej całej dzidzi z Białej Podlaskiej. I niech się nikomu nie zdaje, że bajorka te powstają same, po większych deszczach. One są pracowicie tworzone i pielęgnowane przez architektów tych zatrutych ogrodów, którzy muszą mieć pewność, że nie zostaną wysadzeni z rynku dającego im utrzymanie i pozycję. Cechą zaś charakterystyczną tych ludzi jest brak poczucia winy za to co wyhodowali. Z wielką chęcią za to osoby te obarczają rozmaitymi winami bliźnich, nierzadko będących bohaterami promowanej przez nich poezji…” (coryllus – Poeci)

podobne: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki? oraz: Prawo do literatury… W połowie „dobry” i to: „Muza nie żyje”: Kiedy sztuka jest wyrazem wysokiej kultury? „Jezus wyszydzony”: Zmaganie się o duszę tego świata  a także: Leszczyna czyli… coryllus o Młynarskim. Po co nam talent?

„…Toyah umieścił wczoraj na swoim blogu (Czy w Ministerstwie Kultury powstaje Departament Grzybów?) link do nowego filmu z serii Kraina Grzybów, który, wraz z jakimiś wykładami, będzie prezentowany w placówkach muzealnych dotowanych przez państwo. To jest oczywiście oburzające. Nie jest jednak najważniejsze. Do niedawna bowiem było tak, że artyści-oszuści, żyjący z pieniędzy budżetowych narzekali na publiczność, która nie prowadzi z nimi dialogu, bo ich nie rozumie. Potem okazało się, że tylko niektórzy rozumieją głębię sztuki nowej i to z nimi ma prowadzić dialog publiczność, a oni będą jej objaśniać o co chodzi. Dziś dzięki krainie grzybów doszliśmy do momentu, kiedy artysta mówi wprost – mam w du…ie dialog z publicznością, dawać forsę. To jednak nie wszystko. Mówi jeszcze wprost skąd wyrastają mu nogi, a raczej rogi. Skończyły się żarty, nie rozumieliście czego dotyczy sztuka nieprzedstawiająca i szydziliście z niej, teraz macie to powiedziane wprost – dotyczy ona diabła i jego spraw. Musicie za oglądanie tego diabła i jego spraw zapłacić, a jeśli tego nie zrobicie pan minister od dobrej zmiany będzie się gniewał. Okaże się bowiem, że jesteście przeciwko kulturze i chcecie żyć jak świnie, tylko dniem dzisiejszym, taplając się w błocie. Chodzi zaś o to, by kultura była różnorodna, to znaczy, żeby było w niej miejsce dla wszystkich, także dla czcicieli złego, takich jak Szczepan Twardoch. W tym momencie Szczepan uśmiechnie się szeroko i pomyśli, no nareszcie, teraz to będzie promocja….Zrobią ze mnie satanistę. Otóż nie będzie żadnej promocji, bo nie będzie tła. Nie do tego przecież zmierzają ludzie mówiący o różnorodność i rozkwitaniu tysiąca kwiatów, żeby tę różnorodność zagwarantować. Chodzi o to, żeby nie było niczego poza bardzo poważną dyskusją o niczym. I to właśnie jest istotnym celem projektu ‘Kraina grzybów”. Znajduje to natychmiastowe przełożenie na reakcję publiczności, którą jest stupor i milczenie. Mamy patrzeć i milczeć. Gwarancją bowiem sukcesu tego wydarzenia są dotacje ministerialne i krysza, jaką daje instytucja państwowa…” (coryllus – O praktycznym znaczeniu złudzeń)

„Jestem Bogiem! Uświadom to sobie…” śpiewał jeden popularny do dziś w niektórych kręgach artysta (niektórzy nazywają go poetą) zestawiając ów atrybut z posiadaniem „pier…..ej schozofrenii”, a wszystko w nadziei że „jeszcze oszaleją wszystkie pi..y” gdy poznają jego „urok osobisty – Duszę artysty” bo taki jest „skromny i bystry”… po czym nastąpił „ch… z nim” (cytując klasyka) bo z tego „rozpędu” (za klasykiem) oraz żeby „nie pójść w zapomnienie” (cytując klasyka) sam odebrał sobie życie… Dobry Panie Boże świeć nad jego duszą i zmiłuj się nad nim nawet jeśli w chwili popełniania tego „dzieła” był „w pełni poczytalny” a „za czyny swe odpowiedzialny”, jak „tenktórynieprzepuszczażadnejokazji” który pierwszy wpadł na pomysł żeby powiedzieć Panu Bogu że sam jest bogiem, i od tamtej pory podsuwa niektórym ludziom tego rodzaju pomysły zawierając z nimi swoistą „pakto… fonikę”.

Nie wiem czy miał ów biedny człowiek jakichś naśladowców, ale na pewno znane są czytelnikom przypadki kiedy po śmierci „wielkich artystów” miały miejsce samobójstwa ich fanów, co z kolei napędzało „spuściźnie” kolejnych wyznawców i naśladowców… Teraz będzie kilka słów o owej spuściźnie, bo tak jak za duszę tych nieszczęśników powinno się modlić, tak to przez co (a nie „za co” jak wolą udawać „krytycy”) zgineli powinno się potraktować całkiem inaczej… (Odys)

„…Był to prosty chłopak, gdzieś z przedmieścia, postawny i przystojny. Tak się jednak złożyło, że odkrył w sobie różne niezwykłe zdolności, a potem postanowił na nich zarabiać. No, ale z cudami jak jest, sami wiecie. Raz się cud uda, a drugi raz nie. Jeść zaś, pić i gdzieś spać trzeba. Pomagał więc sobie Guzik sprytnie w cudotwórstwie, a jego popisowym numerem było wyciągania z zaświatów ektoplazmy. Była to cienka, przejrzysta materia, która sama z siebie układała się w ludzkie kształty na oczach zdumionych widzów, którzy wykupili bilety. Wszystko odbywało się po ciemku. Tak się niestety złożyło, że jakiś żartowniś za nic mając niemałą przecież kwotę, jaką wpłacił za uczestnictwo w seansie, zapalił znienacka światło. I wtedy okazało się skąd rzeczywiście bierze się ektopalzma. Ona się mianowicie, przepraszam Panie raz jeszcze, bierze z du…y. Guzik zawijał na ścisk długie kawałki przejrzystej gazy, a następnie pakował sobie te zwitki w tyłek. W czasie seansu zaś wyciągał i rozwieszał na krzesłach i lampach. Jak się pewnie wszyscy już zorientowali upodobania Guzika musiały być inne niż Ochorowicza, albowiem zmuszony był on do zachowywania nieznanej temu pierwszemu higieny. Ektoplazma bowiem tak jak bryndza w stołówce Domu Literata w Moskwie, musi być biała. Nie może być żółta, brązowa, a już w żadnym wypadku nie zielona. I Guzikowi przez długi czas udawało się zachować biel ektoplazmy, ale wreszcie wpadł…

…W tym wszystkim najbardziej zdumiewająca jest ta ektoplazma, myślę, że można nazwę tę stosować wymiennie z nazwą kultura środowiska. Choć pewnie wiele osób zechce się w tym miejscu obrazić, a nawet unieść…” (coryllus – Skąd się bierze ektoplazma)

podobne: „Kupa gówna” (w puszce) kontra czar polskiego pejzażu czyli traktat o sztuce a także: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa polecam również: (bez)wstyd Jakóbiak i Ellen za dychę czyli… uważaj na świat stojący otworem. „Pochwała łotrostwa” i „Traktacik o wyobraźni” (Kaczmarskiego)

„…Powiedzieli mu, że został „wybrany do głoszenia i zwyciężenia głosem materii”. On na to – że jest dekadentem i nie ma środków do spełniania duchowej misji. Obecni, „porozumiawszy się ze sobą, zapewnili całodzienne utrzymanie, pomoc naukową itd. Franku – kończył list do brata – nie jestem pod wpływem halucynacji (…), gdy sobie pomyślę o tym, co mnie spotkało, o kierunku, w jakim życie moje popłynie, boję się o siebie, boję się wprost zwariować”.

Odtąd, już jako członek Warszawskiego Towarzystwa Psychologicznego, do którego celów należało „przeciwdziałanie kierunkowi materialistycznemu za pomocą rozkrzewiania idei spirytystycznych”, Reymont wybrał się – jako medium – do Wrocławia, Berlina i do Wiednia. W grupie ezoteryków znalazł się wybitny krytyk, redaktor „Tygodnika Ilustrowanego”, Ignacy Matuszewski.

Reymont został wybrany. Od tej pory wszystko potoczyło się szybko – pracowitość utalentowanego pisarza przekonała szlachetnych, że właściwemu człowiekowi wytyczają drogę kariery. Jego przyszłość rysowała się świetnie: entuzjastyczne głosy krytyki i czytelników po ukazaniu się niezwykłej „Pielgrzymki do Jasnej Góry”, nad wyraz osobistego reportażu z pielgrzymki w roku 1894, w setną rocznicę Insurekcji Kościuszkowskiej: tego jeszcze nie było: ostrość obserwacji i jakiż sugestywny koloryt opisów! Niebawem kolejny sukces: przejmująca powieść z życia aktorów „Komediantka” (realia z autopsji: autor za młodu uciekał z domu, jako aktor pędził żywot w trupach wędrujących po kraju). I w niej, i w następnej powieści „Fermenty” pokazał, że ludzie sztuki w grupie niewiele się różnią od zwykłych śmiertelników: tak samo są tam wykorzystywani – i wyzyskiwacze.

Książki Reymonta stawiano w rzędzie tuzów: Orzeszkowej, Zapolskiej, Karola Huberta Rostworowskiego. Rozpoczęła się rywalizacja między nim a młodszym odeń o rok Żeromskim.Do pozazdroszczenia: przebierał w ofertach wydawców. Imponujące zaliczki; nic, tylko siadać i pisać. Tak, ale te wyjazdy: zapoczątkowane w 1894 r. podróżą do Londynu na zjazd The Theosophical Society. On, z przeraźliwymi lukami w wykształceniu, przez przypadek czeladnik krawiecki, niedoszły organista etc, etc… I taki świat!” (jestnadzieja 1 maja 2017)

John Anster Fitzgerald – Sen Artysty

„…Lorentowicz nazywa go samorodnym talentem, a my zaczynamy się zastanawiać jak to jest możliwe, że człowiek który skończył zaledwie podstawową, wiejską szkołę, został nagle literatem, a potem noblistą…

…W Paryżu pan Władysław opowiadał Lorentowiczowi, że jego nazwisko pochodzi wprost ze Skandynawii on sam zaś jest potomkiem wikingów. W tych samych latach mniej więcej, podobne bzdury, tyle, że nie w Paryżu, ale w Rouen opowiadał Flaubert, a możemy o tym przeczytać w dzienniku Goncourtów. Był to więc wśród literatów nowej epoki pewien stały zaśpiew.

W rzeczywistości człowiek, którego burzliwy życiorys tu omawiamy nie nazywał się ani Reymont, ani Rejment, tylko Balcerek. Jego ojciec zaczął się podpisywać Balcerek-Rejment, potem tylko Rejment, a on zmienił sobie, sam z siebie, czy też pod wpływem wydawców, nazwisko na Reymont. I tak już zostało. Reymont był absolutnie głuchy na to co nazywamy kulturą. Nie miał żadnego wykształcenia, a swoje pierwsze duże pieniądze zarobił oszukując komisję kolejową wypłacającą odszkodowania. Miał wypadek w Lipcach, kiedy pracował jako dróżnik. Trafił do szpitala z połamanymi dwoma żebrami. Tam jednak jeden z lekarzy, w wiki piszą, że był to doktor Jan Roch Raum, sfałszował zaświadczenie i napisał w nim, że Reymont ma 12 złamanych żeber oraz obrażenia głowy i nie wiadomo czy kiedykolwiek będzie zdolny do pracy umysłowej. Pan pisarz dostał w wyniku tej operacji 38 500 rubli. Była to suma astronomiczna. My zaś dzięki opisowi tej przygody dowiadujemy się, ze za cara, w czasach dzikiego kapitalizmu, opisywanego przez tegoż Balcerka-Rejmenta-Reymonta w powieści „Ziemia obiecana” prosty kanciarz, który obiecał działkę medykowi, mógł stać się bogaczem. O tym co ile kosztowało z rzeczy potrzebnych do życia przeczytacie sobie w nowej Baśni. Kwota wyłudzona przez Reymonta pozwoliłby mu na wyjazd do Ameryki i urządzenie się tam w dowolnym mieście. Spróbujcie wy dziś wyłudzić coś z ZUS-u, albo choć zagarnąć jedną emeryturę w wysokości 1000 złotych po zmarłej babce. Marny wasz los. Socjalizm pokonał kapitalizm i postaci tak świetlane i wielkie jak Karol Borowiecki, Max Baum i Moryc Welt odeszły w przeszłość. Triumfuje Władysław Stanisław Balcerek vel Rejment alias Reymont. On już doskonale wiedział jak i gdzie trzeba uszczelnić system, żeby żaden prawdziwie poszkodowany robotnik nie dostał od ludowego państwa ani grosza. Drugim biznesowym posunięciem pana Władysława był ożenek. Wybrał on na małżonkę Aurelię Szabłowską z domu Schatzschnejder – podaję za wiki. Rozumiem, że była to wdowa z pieniędzmi. Kolegów proszę o odnalezienie różnych szczegółów na jej temat. Po takich operacjach Rejment mógł jeździć gdzie chciał, nocować gdzie chciał i kupować co mu przyszło do głowy.

Wróćmy teraz do tego stowarzyszenia umarłych poetów założonego przez Wiktora Margueritte. Była to hucpa co się zowie, głównie ze względu na Balcerka-Rejmenta, który nie miał po prostu pojęcia o niczym. Swoją edukację w zakresie szkoły średniej i wyższej uzupełniał słuchając w kawiarniach bredzenia Zenona Przesmyckiego Miriama, z którym pił i jadał. Miriam wygłaszał długie monologi na temat książek i postaci historycznych, a Reymont to łykał i popisywał się tym potem przed innymi ludźmi. Kiedyś chciał pokazać jakiemuś Polakowi jeden z cudów Paryża – Saint Chapelle, ponieważ jednak był absolutnie niewrażliwy na sztukę w ogóle nie wiedział o co chodzi z tymi zachwytami nad pięknem, zaprowadził gościa do piwnicy kaplicy i tam opowiadał mu z emfazą oszusta to, co kiedyś usłyszał w kawiarni od Miriama czy Lorentowicza. Gość zorientował się, że ma do czynienia z osobnikiem w najlepszym razie zaburzonym, ale potraktował go łagodnie i po prostu wyprowadził z piwnicy na główny poziom Saint Chapelle by Rejment zobaczył jak wygląda architektura gotycka…

…Najlepsze są jednak okoliczności w jakich Reymont dostał Nobla. Ta nagroda była szykowana dla Żeromskiego. Przygotowywano ją przez ładnych parę lat przekupując i goszcząc na koszt ambasady różnych szwedzkich akademików. Okazało się jednak, że jeden z głównych rozgrywających przeczytał „Wiatr od morza” i oskarżył Żeromskiego o antygermańskość, co w Szwecji nie było nigdy dobrze widziane. Wydrukowano też po szwedzku „Chłopów”, ale tylko pierwszy tom, bo rzecz w ogóle nie szła. Reymont nie miał żadnych szans. Okazało się jednak, że nagrodę dostał, a to za sprawą interwencji rządu Witosa i polskich konserwatystów, a konkretnie Grabskiego, który uważał Balcerka Rejmenta Reymonta za endeka, Żeromskiego zaś za socjalistę piłsudczyka…

…na koniec przypomnę jeszcze tylko, że serce Balcerka wmurowano w filar kościoła św. Krzyża w Warszawie, a Sejm III RP ogłosił rok 2000 rokiem Reymontowskim.

I jeszcze jedno. Na tym przykładzie, podobnie jak na przykładzie Wiktora Margueritte dobrze widać do czego służą pisarze realiści. Do zakłamywania obrazu rzeczywistości. Do łgania w żywe oczy na temat prowadzenia się wiejskich i miejskich dziewczyn oraz tego jak wyglądała praca w fabryce i dziki kapitalizm. No, ale jak ktoś wyłudził prawie 40 tysięcy rubli to co mu można było zrobić? Bogatemu, jak to mawiają, nikt nie zabroni. Dziękuję Państwu za uwagę. Niech się święci Pierwszy Maja.” (coryllus – O ludziach, którzy nie są tym kim się wydają)

podobne: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości” oraz: Studiować każdy może… ale nie każdy widzi w tym sens. Inteligencki etos żeromszczyzny

„…powieść „Chłopi” podobnie jak powieść „Ludzie bezdomni” Żeromskiego została napisana na zlecenie Bronisława Natansona, człowieka naprawdę niezwykłego i wielkiego, który zasługuje na swojego biografa. Kłopot w tym, że nie ma takich ludzi, nie istnieje nikt, kto w słowach prostych i jasnych opisałby dzieje tego pana i jego przedwczesną i niezrozumiałą śmierć. Natanson wiele ryzykował podejmując działalność wydawniczą, a ludzie tacy jak Reymont i Żeromski nie ryzykowali absolutnie nic. Byli jak te cielęta na łące, nie kumali nawet po co i dlaczego Natanson płaci im za te książki tak horrendalne honoraria. Byli przekonani, że jedynym powodem jest wielkość ich talentu. W takiej właśnie wierze utrzymują ludzi różne „arystokracje rozumu”, do tego są powołane, żeby stwarzać rzeczywistość alternatywną i fikcyjne hierarchie, które są potem przedmiotem zajadłych sporów akademickich. Prawda zaś jest ukryta i taka musi pozostać, a powód tego jest dziś jeden tylko właściwie – utrzymanie w jako takim porządku systemu edukacji w języku polskim, systemu nie nadającego się do niczego i nie dającego nikomu żadnej szansy.

Jeśli zaś idzie o Reymonta i Żeromskiego, to prócz wspomnianych tu wczoraj przygód mieli oni także inne. Oto umieścił ktoś tutaj cytat będący relacją ze ślubu pana Władysława, który odbył się w Krakowie. Ślub ten brał Reymont z babą straszliwą, łasą na pieniądze, przystojną i bezwzględną przy tym, panią Aurelią. To ona najprawdopodobniej go wykończyła, kiedy już dostał tę całą nagrodę Nobla z poparciem Witosa i Grabskiego. W czasie zaś jazdy na uroczystość zaślubin towarzyszący młodej parze Wyspiański, też nieźle ożeniony, z wiejską tym razem wariatką, zapalił papierosa. Wyrzekł przy tym słowa znamienne – skoro to rosyjski papieros, to trzeba go spalić. Towarzystwo bowiem było nastawione bardzo buntowniczo w stosunku do największego zaborcy. Jak niełatwe były relacje pomiędzy pisarzami, wydawcami i czytelnikami niech zaświadczy kilka faktów. Oto Władysław Stanisław Balcerek-Rejment-Reymont podpisał się, w niewiele lat po spaleniu przez Wyspiańskiego rosyjskiego papierosa, pod dziękczynnym telegramem do księcia Mikołaja Mikołajewicza Romanowa, autora słynnej deklaracji skierowanej do Polaków w pierwszych dniach wojny. Reymont napisał tam następujące słowa

krew synów Polski, przelana łącznie z krwią synów Rosyi w walce ze wspólnym wrogiem, stanie się największą rękojmią nowego życia w pokoju i przyjaźni dwóch narodów słowiańskich

Jak na człowieka, który brał ślub w Krakowie, miał kłopoty z władzami i był przez te władze wydalany za granicę, to wcale nieźle.

Cofnijmy się nieco w czasie. Wydawca obydwu polskich geniuszy – Żeromskiego i Reymonta, Bronisław Natanson, żeby w ogóle rozpocząć działalność edytorską, jakże przecież buntowniczą i onieśmielającą niektórych, jakże rewolucyjną, musiał wpierw przekupić generała Onoprijenko, wpływowego żandarma, szefa policji tajnych, jawnych i dwupłciowych.

Żeromski zaś, człowiek zamieszany w wiele podejrzanych przedsięwzięć, socjalista, bojownik o prawa ludu i godność najbiedniejszych, człowiek zatrzymany przez żandarmerię i trzymany w cyrkule przez całą noc z gorączką, gdzie żandarmi nie okazywali żadnego szacunku dla jego talentu, doczekał się jeszcze przed pierwszą wojną światową ośmiotomowego wydania swoich dzieł w mieście Petersburg. Naprawdę…” (coryllus – Arystokracja rozumu)

podobne: Kultury dobre i złe, oraz reglamentacje, prowokacje i profanacje czyli… materialna i niematerialna sztuka rewolucji. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu oraz: Historia i sztuka przez pryzmat fiuta, czyli… i to: Władysław Panasiuk: Artyści nie z tej ziemi czyli… w pogoni za sławą (i pieniędzmi) oraz o braku “złotego środka” czyli dwa cytaty z coryllusa i jeden z Kaczmarskiego. „A Ty siej…”

„Rodziną Stefana Talikowskiego była żona Reymonta, Aurelia. Była ona super damą na skalę europejską, na wiele zachowań Reymonta reagowała pobłażliwie, ale wielokrotnie widać było jej interwencje. Jeśli ktoś pogubił się w chronologii wydarzeń, uprzytamniam, że pierwsze kontakty zakończone zaręczynami miały miejsce dość długo, a nawet bardzo długo przed zdobyciem przez Reymonta pieniędzy za odszkodowanie za katastrofę kolejową, nie mówiąc o nagrodzie Nobla, którą otrzymał pod koniec swojego życia. Rola Lolka Schatzschneidra [2] w nękaniu kolei i wydobywania kolejnych zaliczek przesądziła o powodzeniu procesu.
Aurelia wprowadziła go w wielki świat, który wtedy nazywał się „odpowiednim towarzystwem”. Nawet majątek Jakimowicza, pochodzący z wygranej na loterii nie był w stanie konkurować z koligacjami żony. To dwa światy, których zetknięcie nazywano mezaliansem. Ocena z pozycji chwili obecnej nie ma nic do rzeczy. Bez dostania się do „wyższych sfer” Reymont nie mógł mieć takiego życiorysu, jaki znamy, nie było by wygranego procesu z koleją i zgłoszenia do Nagrody Nobla. Dlatego wyfraczonego laureata Nagrody Nobla tak chętnie w pewnych kręgach chciano by widzieć jako samouka w chłopskiej sukmanie, bez znajomości obcych języków, bez wykształcenia, bezkrytycznie praktykującego katolika. Ale Aurelia dbała o godność swego męża, nawet wtedy, gdy nie patrząc na dekalog ją zdradzał. Szkoda, że na grobie Reymonta jest tylko wzmianka, że pochowano tam również żonę, ale bez jej nazwiska panieńskiego.
Rozdział ten nie ma charakteru monografii o życiu Reymonta. Jest wyłącznie próbą zwrócenia uwagi na niebywałą ilość zakłamań, przeinaczeń, przerysowań, świadomych przemilczeń zmieniających znaczenie podanych faktów, pominięć mających zasadnicze znaczenie dla kariery, naciąganie interpretacji postępowania Reymonta by uczynić go „jednym z naszych”. Sam Reymont za życia nie prostował tych zakłamań, a nawet tworzył nowe kłamstwa, do niektórych przyznając się przyjaciołom. Kłamstwa te miały w jego świadomości charakter gry aktorskiej, fikcyjne zdarzenia i jego w nich rola miały być ciekawym spektaklem teatralnym, który nie tylko miał się podobać, ale i wywoływać zamierzone przez niego reakcje widowni i słuchaczy. Uważał, że jako człowiek sztuki ma prawo do pewnych przerysowań, ubarwień, tworzenia wizji pewnych zdarzeń i nie ma to nic wspólnego z faktami natury historycznej. To, że się tym artystycznym spojrzeniem na świat nie rozstawał w prozie życia, wywoływało żarty i prześmiewki, jak na przykład jego raport służbowy o śmiertelnym wypadku na torach w jego odcinku drogowym…” (jestnadzieja 2 maja 2017)

podobne: Mesjanizm i człowiek sowiecki w polskiej duszy a także: Czas odkrywa prawdę (historii) czyli… ile jest wiedzy w wykształceniu i po co nam uniwersytet? polecam również: Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjach i jeszcze: O godności kobiety w Islamie, walce z „własnością prywatną”, i trosce socjalistów o szczęście wszystkich obywateli

Antonio Balestra – Time Discovers Truth

Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości”


Ivan Vladimirov - Searching for food in the trash bin. 1919. Starving people in Petrograd, 1918

Ivan Vladimirov – Searching for food in the trash bin. 1919. Starving people in Petrograd, 1918

„…W filmiku na youtubie o krótkim życiu towarzysza Yakowa Swierdłowa, który wydał rozkaz zabójstwa Cara Mikołaja II i jego Rodziny w 39 min. podany zostaje spis zawartości sejfu Yakowa Swierdłowa, zmarłego nieoczekiwanie „od grypy hiszpanki”. Spis jest podpisany przez samego Genrika Jagodę. Otóż klasyczny idealista komunistyczny , zresztą nr 2 zaraz po Leninie, zostawił w tajnym sejfie (który musiał otworzyć wyciągnięty na tę okazję z celi „fachowiec”) m.in złotych monet carskich na kwotę 108.525 rubli, jubilerskich detali 705, kredytowe bilety carskie na kwotę 750.000 rubli, pewna liczba paszportów na różne nazwiska, jeden na nazwisko niemieckie. Łącznie złota było prawie 100 kg. A tymczasem włamu dokonano w poszukiwaniu „głowy cara”, którą miał sobie zażyczyć „na pamiątkę”.” (pink panther – 10 stycznia 2017)

Film o dzielnym tow. Swierdłowie (Jakow Swierdłow Krwawy mechanik władzy radzieckiej) unaocznia czym dla władzy lódowej był ploretariat, i do czego tak naprawdę była komunistom potrzebna mantra o „sprawiedliwości społecznej”, „równości” i innych tym podobnych nośnych dla prostych umysłów klasy robotniczej hasłach. Jakiż wstyd musiał trawić tych wszystkich idealistów, kiedy zamiast „romantycznej” pamiątki z bojowych rewolucyjnych dokonań Swierdłowa (zakonserwowanej w słoiku z formaliną), odkryto w jego sejfie dowody na pospolitą bandyterkę i złodziejstwo. Taki to był idealista, na dodatek hobbysta, numizmatyk i podróżnik (biorąc pod uwagę paszporty).

A oto historia Heńka G… czyli dokonania „idealisty” w skali mikro… (Odys)

„…24 maja. Dziś cała krew we mnie zawrzała, kiedy egzekutorzy rozłożyli się u nas w mieszkaniu. Przyszło dwóch nażartych chamów i kazali sobie od razu zapłacić 57 zł i 54 grosze. Nie było ani grosza w domu. To oni nie czekali długo i zaczęli wyrzucać wszystko z szafy na podłogę i zabrali zegar. Matka zeszła z łóżka i zaczęła ich prosić, i płakać, żeby nie zrobili śmieci, i wszystkiego, żeby poczekali, to się przyniesie pieniądze, ale oni odepchnęli matkę i powiedzieli, że jeszcze protokół spiszą, że przeszkadza.. Pożyczono 30 złotych i dano mu, ale on krzyknął „nie wezmę” i odrzucił pieniądze. […]

25 maja. Zwróciłem się do J.K., który jest sekretarzem w Związku Młodzieży Komunistycznej i powiedziałem, że chce przystąpić do „pracy”. […] Chcę walczyć z kapitalizmem, który wydał takich darmozjadów, jak tamci egzekutorzy! […]

23 lutego 1931. Znowu wyciągnąłem pamiętnik, żeby zapisać ważny fakt. Wczoraj byłem w Łazienkach z Lonią i ona sama mi zaproponowała, że jeśli chcę, mogę z nią spółkować. Położyliśmy się na trawie, tam ją wychędożyłem. Ale wśród tego, złapał mnie policjant za kark i podniósł mnie […]. Policjant powiedział, że płacę złotówkę „za obrazę moralności”. Lonia nie przestraszyła się, dała mi 50 groszy i powiedziała, żebym ja też dał 50 gr. I tak zrobiłem. Lonia była potem zadowolona i powiedziała mi, że postąpiliśmy, jak prawdziwi komuniści.[…]

2 kwietnia 1931. Ładna historja z tą Dorką! Przychodze do niej i proszę, żeby mi dała małą pożyczkę, a ona daje mi chętnie 15 złotych i prosi, żebym z nią poszedł na spacer, bo ma mi powiedzieć coś bardzo ważnego. Schodzimy i ona mi mówi, że spodziewa się wkrótce mieć dziecko! W pierwszej chwili patrzałem na nią jak na obłąkaną, a ona powiada mi, że już była w tej sprawie u doktora i on jej powiedział, że jest w drugim miesiącu. Potem Dorka powiedziała: „Przecież nie zaprzeczysz, że to dziecko jest z ciebie?”. Powiedziałem, że nie jestem wcale pewny, to ona się rozpłakała i powiedziała, że tylko mnie się oddała. […]

7 maja 1931. Dorka popełniła samobójstwo! Ja wiedziałem, że ona nie przetrzyma. Czytam w gazecie o tem i czytam nekrolog – i wcale nie przejmuje się, jakbym ja jej nie znał.[…] Czytam tę wzmiankę i nie czuję żadnego wyrzutu sumienia, ani politowania – jakby była zupełnie obca! Ostatni raz widziałem się z Dorką w ogrodzie[…]

14 marca 1932. Byłem dziś na cmentarzu („szłojszem” po ojcu) i spotkałem matkę Dorki i rozmawiałem z nią. Powiedziała, że nie może zapomnieć o jej śmierci; i ze znaleziono list Dorki zaadresowany do mnie, gdzie pisze, że ona mnie jeszcze kocha i żebym o niej nie zapomniał nawet po jej śmierci. Byłem szczęśliwy, jak się już ta stara odczepiła ode mnie! […]

 Oto mamy bezpośrednią relację z czasów, gdy owo pokolenie, które tak bardzo nam zalazło za skórę, się, że się tak wyrażę, dopiero hartowało. Mogę się oczywiście mylić, natomiast wydaje mi się, że tu właśnie możemy znaleźć nie jedną, nie dwie, ale wiele naprawdę odpowiedzi na dręczące nas pytania.

No i refleksja druga. Po ciężką cholerę organizacja tak z całą pewnością cwana, jak nowojorski Institute for Jewish Reasearch publikuje tekst tak w gruncie rzeczy antysemicki? Otóż mamy i na to pytanie odpowiedź, w dodatku udzieloną przez samych zainteresowanych we wstępie do wspomnień owego Heńka G. Otóż wedle relacji autorów tego opracowania, Heniek to absolutny wyjątek. Heniek to „człowiek pozbawiony idealistycznych złudzeń, który staczał się w stronę społecznego marginesu. [Heniek, choć trudno mu odmówić inteligencji] był zarazem prymitywny, niedojrzały emocjonalnie, brutalny, ogarnięty obsesją seksualną. […] Być może, że działalność w grupie komunistów (do której trafił w sposób raczej przypadkowy) uchroniła go przed całkowitym stoczeniem się do świata przestępczego, ale z drugiej strony nadała jego brutalnym zachowaniom ideologiczne uzasadnienie”.

A zatem (niesamowite, prawda?) i tu dostajemy odpowiedź na każde nasze pytanie, na każdą naszą wątpliwość. Heniek to wyjątek. Można by wręcz powiedzieć, że klasyczny. Autentyczny klasyk. I to wszystko. Dziękuję.” (toyah)

więcej przygód Heńka G. do przeczytania tu: toyah1.blogspot.com –  Z pamiętnika najmłodszego syna Bencjona Segala

podobne: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa.

…A zatem plan doprowadzenia powszechnej szczęśliwości do każdego jednego egzemplarza ludu pracującego miast i wsi był generalnie dobry, tylko Heniek i Swierdłow wszystko zepsuli swoją nadgorliwością. Szczerość w ujawnianiu tego typu przypadków ma zaś za zadanie pozbawić nas czujności niczym powiedzonko o piekle co to jest dobrymi chęciami wybrukowane. Cały problem polega jednak na tym że komunizm (tak jak piekło) z zasady był i pozostaje generatorem prymitywizmu i zbrodniczych skłonności. Nic tu nie pomoże idealizowanie i załamywanie rąk nad wyjątkami, bo fakty historyczne krzyczą same za siebie. Milionami pomordowanych w katowniach oraz z głodu. Wrogiem komuny jest bowiem jak na czyste zło przystało sama komuna… (Odys)

„…rosyjskie gangi okazały się po wielkiej wojnie na tyle mocne, a ich członkowie na tyle zdecydowani, że ludzie pokroju Baumana nie mieli z nimi szans. Trzeba by było bowiem dokonać konfrontacji bezpośredniej, a na to nikt nie mógł sobie pozwolić. To co Memches kwituje zdaniem

W komunizmie dostrzega przypuszczalnie ambitne zadanie budowy nowego, lepszego świata, w którym zostaną przezwyciężone wszelkie podziały między narodami i między klasami społecznymi.

Jest w rzeczywistości konfrontacją pomiędzy funkcjonariuszem tajnej policji i propagandy, a oficerem frontowym. Ten ostatni w rzeczywistości przewalających się frontów, masowych egzekucji, nieliczenia się z życiem i mieniem ludzi, powszechnym rabunkiem i brakiem jakikolwiek zasad, poza tą jedną, która stanowi, że rządzi siła, ma po prostu przewagę. I dlatego pan Zygmunt przeżywa swoje rozczarowania, którymi ekscytuje się Filip Memches. Gdyby oficer frontowy był choć trochę mniej brutalny i mniej zdecydowany pan Zygmunt wysłałby go do piachu i dalej opowiadałby o swojej chęci zbudowania lepszego świata

prześledźmy jak realnie wyglądało wychowanie żydowskiej młodzieży, oraz do jakich zadań ją przeznaczano. To jest wielka nauka, którą powinniśmy sobie wszyscy przyswoić. Ja w celu wyjaśnienia tego, celowo ukrywanego fenomenu, nie będę sięgał do żadnych pism laickich uniwersalistów, ale do pięknych i uwodzicielskich powieści. Moimi ulubionymi zaś są te napisane przez kapitana UB Izabelę Czajkę Stachowicz, która nie zrobiła co prawda tak wielkiej kariery, jak jej kolega Zygmunt, ale swoje zasługi miała.” (coryllus – Zygmunt Bauman – żydowski idealista)

podobne: Próbna matura z…. Baumana (sic!), czyli jak „polska edukacja” pomaga kreować „ałtorytety” oraz: Urzędowe „autorytety”, czyli o agentach kłamstwa dzięki którym „łatwiej umrzec niż myślec”.

Ivan Vladimirov - В подвалах ЧК

Ivan Vladimirov – В подвалах ЧК

Zestawiając te wszystkie wyznania i fakty w nich zawarte otrzymujemy „prawidłowość” nie do podważenia. Znika idealizm a naszym oczom ukazuje się cała naga prawda o każdym jednym socjaliście i legendzie komunizmu. Który jeśli nie brał bezpośrednio udziału w gwałtach, rabunku i mordach, to tuszował te sprawy albo zajmował się ideową propagandą by wybielać tych „walczących o lepsze jutro” na pierwszej linii frontu. Normalnym ludziom pozostaje czerpać z tych opowieści wiedzę i cytować wszystkim zakłamanym „ałtorytetom”, które również dziś stręczą nam tę „ideologię” z „romantycznym” zadęciem i w nieutulonym żalu, jak to zabrakło zrozumienia i że gdyby nie głupi opór oraz „wyjątki” to już dziś mielibyśmy raj na ziemi.

Jak to napisał toyah – nie trzeba nam produkować żadnych własnych „przemyśleń” o żydach i komunistach (chyba tylko po to żeby zostać zniszczonym jako antysemita) bo sami się ci wszyscy degeneraci przyznają do tego co robili i w imieniu czego. Trzeba natomiast każdemu któremu łazi po głowie bratanie się czy cywilizowanie patologii, która ciągle imponuje jednemu z drugim „oczytaniem” i „kulturą osobistą” z racji zaczadzenia opium „humanizmu”, tudzież z uwagi na „ambicję” „podyskutowania” sobie z Sierakowskim czy innym nawiedzonym, otóż trzeba takim ludziom rzucać w twarz ww fakty i żądać zajęcia jednoznacznego stanowiska, żeby nie udawali durniów co to niby chcą dobrze tyle że kolejny raz „nie wiedzą co czynią”. Albo się wyciąga wnioski z owoców komunizmu/socjalizmu, albo kończy się na ich ołtarzu jako nawóz, zhańbionym do końca świata (a może i na wieczność) za służbę wcielonemu złu. Nie da się bowiem bezkarnie zwalić wszystkiego na Stalina, po czym zaprosić sieroty po nim jak gdyby nigdy nic do wspólnego stołu, by urządzać świat według kolejnego kompromisu, który oznacza ni mniej ni więcej jak ustępstwo wobec zła. Dopóki „lewa” strona nie zrozumie komu/czemu służy i się nie nawróci (nie wyrzeknie) to nie ma o czym rozmawiać… Ich tożsamość jest toksyczna i wroga z samego założenia nie tylko dla polskości, ale całej ludzkości. Traktowanie ich jako równych z uwagi na „demokratyczne państwo prawa” jest nie tylko błędem, ale w swojej konsekwencji zbrodnią, która prędzej czy później zamieni się w przykrą niespodziankę… (Odys)

podobne: „Lewacki bałagan w wartościach” czyli pułapki tolerancji w wykonaniu lewicowym oraz: Informacja jako broń i cel ataku oraz krótki kurs czerwonej konspiracji czyli… postsowiecka spuścizna i skażenie Dzierżyńskim w polskich służbach. Kilka słów prawdy o IPN czyli „o największych tajemnicach ludzkości”

„…Najpierw zrobią z kościoła pomnik narodowy, miejsce zbeszczeszczone i pozbawione duszy, preparat martwy, taki, jakim jest dziś św. Marcin w Neapolu, albo Certosa w Pawji, albo Sainte Chapelle w Paryżu. Mszy nikt tam nie odprawia, modlić się nikt nie będzie; głupi strażnik będzie oprowadzał trzody głupszych jeszcze turystów, którzy kapelusza nie zdejmą, gapiąc się na gro­bowce, albo oglądając relikwie św. Piotra, przeniesione do zakrystii i tam w szklanej umieszczone skrzyni. I to będzie pierwsza faza. Potem pomyślą sobie, że szkoda tak ogromnego gmachu na muzealne jakieś zbiory, i urządzą tu miejsce ludowej zabawy; po kaplicach będą różne sklepy, kupczyki będą pić piwo przed mar­murową Madonną Michała Anioła; wszędzie będą bufety, wido­wiska w kościele, w kopule, a na konfesji apostoła ulicznica śpie­wać będzie nierządne piosenki. W dnie świąteczne orkiestra za­gra kankana monstre na osobnym rusztowaniu za ołtarzem, a jakiś clown przebrany za papieża, otoczony orszakiem histrionów, bę­dzie udawał, że błogosławi naród. To będzie druga faza. Potem potem pokaże się szpara w kopule, więc starą kamienną kopułę zniosą i zastąpią imitacją z żelaza; niedługo jednak spostrzegą się, że nie warto starego gmachu konserwować, więc zrównają z ziemią, założą fabrykę pudrety, a w Chicago zbudują z blachy pomalowanej ogromny model tej bazyliki, aż się sprzykrzy i będzie rozprzedany na bruch.

To będzie koniec

…Za rzecz najgroźniejszą w rewolucji rosyjskiej uważam wypowiedzenie wojny Bogu. Niszcząc ideę Boga, tym samem niszczy się ideę człowieka, jako istoty, noszącej w sobie obraz i podobieństwo Boże. Myślą i duszą człowiek sięga ponad materię; bolszewizm, wypleniając z duszy jego wyższe idealne pierwiastki, deptał ją, plugawił, bestializował. Czy można wyobrazić sobie podlejszy cel? Starałem się to nieraz wykazać, w słowa moje wkładałem całą moc uczucia, naiwnie sądziłem, że niejednemu otworzą się oczy. Były grochem, rzuconym o ścianę, bo kto, powtórzę słowa znakomitego Niemca, ma dziś czas mieć duszę, kogo wzrusza walka o Boga, o duszę?

I słusznie w kołach emigracji rosyjskiej w Paryżu postawiono przed kilku laty kwestię bolszewizmu na nowej płaszczyźnie. „Za­gadnieniem epoki naszej” – mówił prof. Piotr Struwe – „dzielącym ludzkość na dwa przeciwległe i wzajemnie wykluczające się światy, jest wolność, jest uczucie wolności. Jedni ją czują, inni nie. Komu uczucia tego brak, ten jest urodzonym niewolnikiem, i miejsce jego jest w państwie sowietów”. Tę myśl z właściwą sobie siłą i plastycznością rozwinął Miereżkowski: „Brak czucia wolności” – powiedział – „odbija się na obliczu tego, kto go nie zna. On jest czymś zupełnie innym, niż ja jestem, nie tylko du­chowo, ale fizjologicznie, on innymi oddycha płucami. To, czym ja żyję, czym płonę, co kocham, to jego zabija, w atmosferze wol­ności on się dusi. Jesteśmy świadkami powstawania nowego ga­tunku istot; fizycznie są to niby ludzie, moralnie – nie; to antropoidy, stoimy przed straszliwą grozą inwazji antropoidów”.

Zdawałoby się, że elementarne, z naturą człowieka zrośnięte uczucie godności ludzkiej nie zamarło jeszcze, że żyje w tych nawet, co się wyrzekli Boga i duszy. Więc zapłoną oburzeniem, gdy im ktoś pieczęć podłości przyłoży do twarzy i nazwie ich, ponieważ duszą się w atmosferze wolności, istotami tylko fizycznie podobnymi do człowieka, lecz pozbawionymi tego, co człowieka człowiekiem czyni. Gdzie tam! „Zrąb nowej twórczej siły” – czytamy w polskim pisemku komunistycznym – to maszyna przetwarzająca człowieka na obraz i podobieństwo swoje”. Więc zamiast Boga – maszyna, człowiek-maszyna, czy automat, więc „człowiek wyzuty z indywidualności, z sumienia, człowiek z men­talnością szpiega, z duszą kata, a poddany dyscyplinie katorgi”, słowem człowiek spodlony – oto ideał człowieka nowego. Roz­mowę z nim możnaby streścić w następujący sposób: „Czyżbyście chcieli być idiotami moralnymi i nie wstydzicie się tego?” – Cze­go się mamy wstydzić? Co wy zidioceniem moralnym nazywa­cie, jest najwyższym celem historii. Właśnie chodzi nam o czło­wieka bezforemnego, plastycznego, jak glina udeptana, pozba­wionego więzi narodowej, tradycyjnej, pozbawionego wewnętrz­nej autonomicznej więzi moralnej, odpowiedzialnego tylko przed zwierzchnikiem”. Innymi słowy, spodlone, zdziczałe stado ludzi i kij dyktatora, czyniący porządek w tym zdziczałym i spodlonym stadzie

Gdy się imperium Rzymskie rozpadało, zawładnęli nim bar­barzyńcy, ale przyjęli religię i cywilizację ginącego świata. Cywi­lizacja nasza rozpadnie się – przepowiedział to już Ernest Renan – od wewnętrznego barbarzyństwa, i to – dodam – w po­staci najohydniejszej, jaka da się pomyśleć; źle mówię, dotychczas nic podobnego nie dawało się pomyśleć. Przyznawano się do gwał­tów, do okrucieństw, upatrując w tym dowód energii w dąże­niu do celu. Ale kto stawiał świadomie spodlenie powszechne jako cel, kto do własnej podłości triumfalnie się przyznawał?

Przed tym zjawiskiem niechybnego rozkładu i końca stoimy bezsilni i bezradni. Ale trwajmy w oporze naszym. Może jakiś nowy przypadek, zamiast gubić, tym razem uratuje nas.” (magazynzapisz.wordpress.com, Marian Zdziechowski, „W obliczu końca”, Wilno 1938)

podobne: Michalkiewicz o porządkach rewolucyjnych wg. strategii bolszewickiej (na podstawie 6-cio latków i konwencji „CAHVIO”), oraz Szczureida (do Szczurospolitej) czyli… „wolność” w postkomunizmie i to: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos a także: „Muza nie żyje”: Kiedy sztuka jest wyrazem wysokiej kultury? „Jezus wyszydzony”: Zmaganie się o duszę tego świata polecam również: „Vae victis!”. Przyczyny upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego analogią czasów współczesnej „cywilizacji zachodu” i jeszcze: Stanisław Michalkiewicz: Czy uda się nam ocalić cywilizację łacińską, czy na jej gruzach zatriumfuje komunizm

Walka o Kościół to walka o godność osoby ludzkiej (stworzonej na obraz i podobieństwo Boga). Walka z Kościołem prowadzi więc w prostej drodze do usunięcia owej godności spośród poszukiwanych charyzmatów oraz powszechnego użycia, oraz do „zincitatuizowania” sumień (od konia którego Kaligula obrał senatorem) obyczajów i relacji międzyludzkich. Uzależnienia wolnych ludzi od kaprysu „elit”.
Bo władza może być albo święta – w służbie/ochronie owej godności, albo świecka ze wszystkimi tej „świeckości” (oświecenia) konsekwencjami – równaniem w dół aż do zrównania „nieba” z piekłem na ziemi, zgodnie z wolą człowieka który siłą „większości głosów” ogłosi się demokratycznie bogiem… Innej możliwości, jak sama historia pokazuje nie było, nie ma i nie będzie. Kult władzy/siły oparty o „uświęconą” tzw. „prawem” „rację większości” kończy się zawsze tak samo… (Odys)

rys. Andrzej Krauze

„…nie budujmy świeckich panteonów, bo nawet się nie zorientujemy kiedy podmienią nam bóstwa w nich ustawione. Widać to było doskonale po wojnie, kiedy to bohaterów prawdziwych zastąpili Nowotko i Finder.

Dlaczego polska państwowość nie istnieje bez Kościoła lub jest wtedy jedynie namiastką państwowości, jakimś protektoratem? Ponieważ kościół to dziś jedyna jawna organizacja o charakterze uniwersalnym, która głosi dobrą nowinę.

Państwo zaczyna się od doktryny. W czasach, które opisuję w II tomie Baśni, wszystkie prawie kraje w Europie próbowały uciec od doktryny Kościoła lub zawłaszczyć ją i zbudować własną doktrynę o takim charakterze. Państwo bez doktryny nie istnieje. Pamiętajmy o tym. Jeśli nie ma doktryny staje się łupem innych. W XVI wiecznej Europie trzy potęgi, prócz Kościoła miały doktrynę uniwersalną, imperialną, doktrynę nie tyle podboju, co objęcia opieką całego świata. Były to: Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, Turcja i Moskwa, która rozpoczęła swoją karierę od zbierania ziem ruskich, ale wkrótce ją udoskonaliła i została III Rzymem. To są gracze najmocniejsi, nawet jeśli wydają się chwilowo słabi. Tak ich oceniamy po latach. Siłę czerpały owe organizacje właśnie z doktryny. Żeby dokonywać ekspansji wszystkie trzy musiały walczyć z Kościołem. Moskwa miała swój Kościół, więc początkowo jej wojna z doktryną Kościoła Katolickiego prowadzona była na poziomie najprostszym i najbardziej czytelnym. Była to wojna z Litwą po prostu. Turcy walczyli z papieżem, ponieważ, o czym mało kto pamięta, ich doktryna była doktryną cezariańską. Turcy już od czasów seldżuckich mówili od sobie – Rumi czyli Rzymianie. Sułtan zaś był cesarzem Rumu czyli Rzymu. Rzymem zaś był Konstantynopol. Turcy mówili o sobie w ten sposób jeszcze przed podbiciem Bizancjum, a więc ich doktryna i organizacja były celowo i dobrze zaplanowane. Turcja nie atakowała Europy z pozycji barbarzyńskich, ale z pozycji wyższej cywilizacji, która narzuca swoje prawa i obyczaje, słabszym i gorzej działającym organizacjom. Warto o tym pamiętać, bo oznacza to, że nie mogło być zgody pomiędzy papieżem a sułtanem. Nigdy i na żadnej płaszczyźnie. Papież dysponował bowiem konkurencyjnym w stosunku do sułtańskiego Rzymem, którego mógł nie utrzymać bez pomocy wojsk obcych. Tych zaś dostarczali Niemcy, ale robili to nieszczerze i mieli w tym zbożnym dziele konkurencję. Papieże, przynajmniej ci przytomniejsi zadawali sobie sprawę z tego, że walka pomiędzy cesarstwem niemieckim, a Rzymem nie skończyła się nigdy i każdy niemiecki cesarz, chce podporządkować sobie stolicę apostolską, a potem uzbrojony w dwie doktryny; świecką i religijną, obydwie obejmujące cały znany świat, przystąpić do rozmaitych korekt granic i rabunku mienia na niespotykaną dotąd skalę. Byli więc Niemcy ukrytymi, operującymi na bardzo głębokim poziomie sojusznikami Imperium Otomańskiego w walce z Rzymem. W I połowie XVI wieku, którą opisuję w II tomie Baśni polegało to na systematycznym niszczeniu dwóch królestw, które stanowiły dla papieża oparcie na wschodzie, królestw, które nie połączyły się w jedno, choć była taka szansa i przez to obydwa musiały ponieść klęskę. Węgry padły pierwsze, bo znajdowały się na pierwszej linii walki pomiędzy papieżem a sułtanem. Węgry były krajem papieskim, krajem, który swoją doktrynę opierał na łączności z Kościołem. Niemcy zaś chcieli Kościół podporządkować sobie. To się nie mogło udać bez zniszczenia i podziału Węgier. Cesarze gotowi byli dla tej idei podpisać pakty z diabłami siedzącymi w najgłębszych kręgach piekła, nie tylko z sułtanem. I to właśnie się dokonało. Na oczach zdumionej Europy.

Polska, przez obecność na tronie dynastii litewskiej, której relacje ze stolicą apostolską są głęboko nieuczciwe, usiłuje wydobyć się spod wpływu Rzymu nie rozumiejąc, że oznacza to wprost podział kraju i jego rabunek. Niemcy bowiem nie są zainteresowani utrzymywaniem monarchii polsko- litewskiej w całości. Oni ją wręcz ignorują, tak jakby jej w ogóle nie widzieli. Wydobycie się spod wpływów Rzymu oznacza wprost dostanie się pod bezpośredni wpływ Niemców. Oraz Moskwy, która cały czas porozumiewa się z cesarzami. Podział Polski nie dokonał się z kilku powodów, z których każdy znajdował się daleko poza jej granicami. Był także jeden powód krajowy, który jest cały czas lekceważony w opracowaniach historycznych. Nie może tego zrozumieć nawet ktoś taki jak Jasienica. Oto polska szlachta doskonale zdaje sobie sprawę co się wyrabia na świecie i za nic nie chce by władza królów z dynastii jagiellońskiej sięgała tam gdzie nie powinna. Potem zaś, za nic nie chce by na tronie zasiadł Niemiec.

W Europie są też inne kraje i inne doktryny. Jest Francja, najstarsza córka Kościoła, którą niemiecka propaganda tamtych czasów opisuje w barwach najczarniejszych i straszliwych. Francuzi i ich królowie doskonale jednak rozumieją sytuację i doskonale wiedzą, że kraje, które nie posiadają doktryny uniwersalnej są skazane na zagładę. Oni zaś nie mają takiej doktryny, mają Kościół i dynastię. Kościół ten został nie tak dawno podporządkowany dynastii i teraz, w I połowie XVI wieku zanosi się na to, że zginie wraz z nią. Francja więc wkracza do Włoch, by tam stanąć po stronie słabego papieża przeciwko cesarzowi. Akcja ta jest opisywana jako przejaw nieodpowiedzialności i głupoty królów z Paryża. Ci którzy tak piszą są po prostu durniami. Nie można ich inaczej nazwać. Francja toczy we Włoszech uporczywą wojnę o przeżycie, o wszystko. Przegrywa kampanię za kampanią i dalej ładuje pieniądze w te wojny, bo od tego zależy czy kraj przetrwa. Podobnie czynił później król Stefan w Inflantach, tam również wojna toczyła się o wszystko, choć na pozór rzecz wcale tak nie wyglądała. Francji zarzuca się nacjonalizm, tak jakby nie istniało na świecie Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego. Francja nie może sobie pozwolić w tamtych czasach na doktrynę narodową, bo zginie. Jest jednak ktoś kto może sobie pozwolić na taką doktrynę, ktoś kto konstruuje ją w dodatku tak, że zapewnia sobie i swoim poddanym sukces i bezwzględną przewagę. Tym krajem jest Anglia, która szybko zamienia się w Wielką Brytanię. Brytyjska doktryna podboju nie opiera na na cezariańskich mrzonkach. Anglicy nie chcą sobie nikogo podporządkowywać i brać zań odpowiedzialności przed historią, Panem Bogiem czy kimś jeszcze. Anglicy chcą panować w oparciu o własne wybraństwo, chcą eksploatować inne kraje i zwozić ich bogactwa do siebie. I to właśnie czynią od początku stulecia XVI do roku 1945. Swoją doktrynę zaś opierają na Starym Testamencie i na wybraństwie Żydów. I to oni wygrywają bezapelacyjnie, choć oczywiście mają kilka słabszych momentów. Chcę podkreślić, że w tamtych czasach nie istnieje, jak to się czasem pisze w polskich książkach, żadna polska doktryna narodowa. Gdyby taka istniała zginęlibyśmy, chyba że byłaby ona oparta na wybraństwie analogicznym do tego które pożyczyli sobie od Żydów Anglicy. Szlachta uważa się co prawda za grupę elitarną i wybraną, ale zawsze podkreśla swoją przynależność do Kościoła. Jest więc częścią organizacji uniwersalnej, częścią średniowiecznego jeszcze, zjednoczonego Kościoła. Szlachta, która przystępuje do obozu reformacyjnego zaś, czyni to wiedziona koniunkturalizmem. Liczy na upadek i podział monarchii polsko-litewskiej.

Po co ja to wszystko piszę w dodatku pod tak mało zachęcającym tytułem? Czynię to ponieważ uważam, że to jest właśnie właściwy sposób omawiania spraw dotyczących Polski, historii i patriotyzmu. Sposób, którego nie ukradnie nam żaden tajniak, ani żaden sprzedawca, bo oni są na to zwyczajnie za głupi. Jeśli zaś pozostaniemy przy wywieszaniu flag i machaniu nimi od czasu do czasu, na komendę w dodatku, to będzie z nami naprawdę źle. Uważajmy więc i nie unikajmy trudnych wyzwań. To nas uratuje.” (coryllus – Zdejmijcie flagi, bo)

podobne: O stawianiu wozu przed wołem czyli o treściach ukrytych naprawdę. „Pokot”, „Wielka Lechia”, „słowiańszczyzna” i folklor jako propaganda specjalnej (o Polaków) troski oraz: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego i to: Od wielkości do śmieszności czyli… różnica między powagą Wielkiej Brytanii a Polski w UE. Czym jest londyńskie „City”, Europa dwóch prędkości i „Exchange Stabilization Fund”. Gdy światem rządzą banksterzy i gangsterzy a także: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom?

„…Wielu ludziom w Polsce i nie tylko wydaje się, że owym źródłem władzy jest jakaś poważna struktura urzędnicza, albo mafijna, albo mundurowa. Co w sumie na jedno wychodzi. To są złudzenia, w dodatku niebezpieczne, bo każda taka struktura może być zlikwidowana w dwa dni, bez specjalnego kłopotu. Potrzebna jest do tego jedynie determinacja i wroga wobec struktury, ale skrajnie wroga i niszcząca, doktryna…

…istniejące do dziś stowarzyszenie „Czaszka i piszczele”, z którego wywodzą się tacy politycy jak George Bush, zainicjowało swoją działalność okradając grób innego charyzmatycznego Indianina – Geronimo. Im także potrzebny był charyzmat. Dobrze bowiem wiedzą ci nowocześni, bogaci i lekko zblazowani ludzie, że bez charyzmatu wszelkie aspiracje do władzy można potłuc o kant sami wiecie czego. Warto w tym miejscu zapytać, dlaczego oni po prostu nie poszli po błogosławieństwo do tego swojego kościoła tylko rozkopywali groby biednych Indian, którym wcześniej ukradli ziemię. To chyba jasne? Bo ich charyzmat nie ma nic wspólnego z kościołem, ani z tamecznym, ani z Kościołem Katolickim

Co na to Polacy?…

…chcą być nowocześni i uważają, że będą tacy poprzez realizację swoich, całkowicie nie przystających do realiów aspiracji. Polacy utrzymują, że ich polityczna tradycja, tradycja Unii polsko litewskiej, koresponduje z politycznym projektem nazywanym Unią Europejską. To jest absolutna brednia i fałsz, a widać to choćby po tym, że w Unii polsko-litewskiej chodziło o to, by obywatele posiadali coraz więcej i bogacili się wskutek tego posiadania, w tej zaś nowej unii chodzi o coś przeciwnego. O to, by posiadanie było dla obywatela ciężarem oraz o to, by miast bogacić się obywatel zadłużał się coraz bardziej w banku

…Piewcy fałszywego, aspiracyjnego charyzmatu, wierzą także, że istniało coś co nosi dziś roboczą nazwę „polityki jagiellońskiej”. Chodzi o to, by pod jednym berłem zgromadzić jak najwięcej krajów Europy środkowo wschodniej. Pisząc „berłem” szydzę, bo wiadomo, że nie ma mowy o berle, za to jest mowa o parlamencie, procedurach, strukturach, koafiurach i całej reszcie. Otóż nie było żadnej polityki jagiellońskiej. Ową nicość maskuje się w podręcznikach historii fałszywym i oślizłym potworkiem językowym, czyli sławną „polityką dynastyczną Jagiellonów”. Cóż to jest polityka dynastyczna? To jest budowanie złudzenia, że będąc półpogańskim, dzikim Litwinem, zdeprawowanym przez włoskich pederastów i zadłużonym po uszy, można przeciwstawić się niemieckim bankom, cesarzowi, który swoje charyzmaty bierze wprost z Rzymu, Turkom uważającym się za nowych Rzymian od czasu zdobycia Konstantynopola, oraz miastom takim jak Gdańsk, Lubeka, czy Nowogród Wielki, które dyktują ceny zboża na świecie. To są niemożliwe rzeczy proszę Państwa. Polityka dynastyczna Jagiellonów jeśli nawet przyjmiemy, że istniała, polegała na mniej lub bardziej chętnym podporządkowywaniu się decyzjom silniejszych. Po upadku zaś Węgier w roku 1526 Jagiellonom pozostało już tylko słuchanie co mówi do nich cesarz, albo Turcy, albo Gdańsk, a najczęściej na słuchaniu tego co mówi do nich Albrecht Hohenzollern. To co dziś w Polsce nazywa się „polityką jagiellońską” jest w istocie polityką Stefana Batorego i Zygmunta III Wazy, a raczej Jana Zamojskiego, bo Zygmunt III był organicznie niezdolny do prowadzenia działań politycznych. Polityka ta oparta była o charyzmat Kościoła, w dodatku o ten najważniejszy, czyli misyjny, którego realizacją zajmowały się najważniejsze w Kościele struktury – zakony. W naszym przypadku chodziło o Jezuitów. I to był szalenie ważny moment, bo od razu widać było, że wszystkim w kraju się polepszyło, a ci co mieli słabsze albo oszukane charyzmaty dostali ataku wściekłości. Początkowo ruchy zmierzające do likwidacji charyzmatycznej Rzeczypospolitej były rachityczne, ale w końcu stały się nieco bardziej zdecydowane, a prawdziwych rumieńców nabrały one w roku 1648, kiedy to – jak piszą współcześni mędrcy – zbuntowali się Kozacy i chłopstwo, bo szlachta ich gnębiła i nie chciała utrzymywać kozackiego rejestru, w liczbie 30 tysięcy wojska. Ciekawe co by powiedzieli ci wyrozumiali pseudobadacze, gdyby dziś ktoś im kazał utrzymywać bandę najemników, ot tak na wszelki wypadek, bez żadnej gwarancji, że najemnicy ci nie zdenerwują się bezczynnością i nie napadną na kraj, który im płaci. Albo, że ktoś nie przebije stawki, albo, że oni sami nie zażądają więcej, bo się będą nudzić. Albo, że nie sprowokują wojny z sułtanem jak to już nie raz bywało, bo ile można siedzieć i czekać aż coś się zacznie.
Jeśli już mówimy o buncie biednych, oszukanych Kozaków, porównajmy wpierw pewne liczby. Sicz zaporoska była osadą liczącą stale mniej więcej 3 tysiące mieszkańców, samych mężczyzn. Chmielnicki zaś wyprowadził w roku 1648 w pole aż 17 wielkich pułków, czyli około 50 tysięcy ludzi. Skąd on ich wziął mili Państwo na tych dzikich polach i jakimi drogami oni tam doszli? Toż pielgrzymka ta widoczna być musiała z kosmosu. Ważniejsze zaś pytanie brzmi: kto za ich obecność w szeregach armii Chmielnickiego płacił. Skąd wzięły się pieniądze na te zaciągi. Bo oczywiste jest, że były to zaciągi, a nie żaden spontaniczny bunt oszukanych szeregowców.
Dziś jak widzimy nie jest tak łatwo, albowiem sytuacja różni się znacznie od tej z XVII wieku. Oto wtedy na unię polsko-litewską napadli w kolejności wymienionej: Kozacy, Moskwa, Szwedzi, Węgrzy. A kiedy już się wszystko uspokoiło i szło na lepsze, przyszli jeszcze Turcy. No, a teraz my wraz ze Szwedami, Węgrami, Niemcami oraz całą resztą próbujemy przekonać Kozaków, że powinni się do nas przyłączyć. Nie wysyłamy do nich jednak już jezuitów z sakramentami, których oni zabijali, ale posła Kowala. Jemu proponuje się grzecznie udział w programie kulinarnym, ale to wszystko na razie. O przystąpieniu do unii mowy nie ma bo jak powiedziałem sytuacja jest inna i Chmielnicki z Krzywonosem dziś są na nic. A do stracenia jest znacznie więcej niż wtedy. Dobrze o tym wiemy. No i charyzmaty już nie te.” (coryllus – O fałszywych doktrynach i fałszywej historii)

podobne: Skąd się wzięła Ukraina czyli Rusi Czerwonej rys historyczny, i co to są „granice etniczne”. Nie karmić niedźwiedzia! i to: Większe wpływy Rosji na Ukrainie dzięki Niemcom i Francji. Sikorski: UE odeszła od wspólnej polityki zagranicznej. Duda o bezpieczeństwie a Niemcy o niebezpieczeństwie polskiej racji stanu (Polska strefą buforową). OAS i NATO dwóch prędkości. oraz: Jacek Drozd: „Sarmacki Katyń” – bitwa pod Batohem (czerwiec 1652) a także: cynik9: Kulminacja cyklu wojny w 2014. Czego szuka stary podżegacz na Ukrainie  polecam również: Ukraina na skraju bankructwa (z długiem u Rosji). UE wycofuje się z polityki wschodniej. Partnerstwo strategiczne Litwy i Polski podupadło. Polscy i ukraińscy żołnierze w mołdawsko-rumuńskim batalionie sił pokojowych. „Der Spiegel”: Rosja nie planuje nowej ofensywy we wschodniej Ukrainie i jeszcze: Rok po wyborze Poroszenki Ukraina pogrążona w chaosie. PostMajdanowa (DE) oligarchizacja i Samobójcze prawo serii  oraz: Rola Polski w strategii USA (miejsce w szeregu). Jak z przedmiotu stać się podmiotem polityki międzynarodowej. (Nie)aktualność idei jagiellońskiej i to: Traktat ryski czyli rozwód Jadwigi z Jagiełłą. Jak wolna Polska obeszła się z Kresami oczami Szubarczyka, Mackiewicza, Woyniłłowicza i Korwin Milewskiego

Polityka mi wisi dorodnym kalafiorem.
Błogosławieni cisi i ci, co pyszczą w porę.
Historia mnie nie bierze, literatura nudzi.
Ja tam już w nic nie wierzę, a już na bank – nie w ludzi.

Adam Wycichowski niewolnik

Nawet drzewa twardnieją, by przeżyć,
Co tu mówić o ludziach, frajerzy!

A jak się urządzili ci z władz i z opozycji?
Ten bił, a tego bili – obydwaj dziś w policji.
Więc żaden mnie nie skusi na byle ćmoje-boje.
Błogosławieni głusi i ci, co słyszą swoje.

Nawet drzewa, by przeżyć, korzenie
Zapuszczają głęboko pod ziemię.

Katabas kirchę wznosi nie dla nas, a dla Pana.
Więc jakby sam się prosił by z glana kapelana.
Mnie tego nikt nie wrzepi, ja chcę mieć święty spokój.
Błogosławieni ślepi i ci, co widzą w mroku.

Nawet drzewa rosną w ciemnościach
W dupie mają – na czyich kościach.

Dla mnie się liczy kasa, kwatera i gablota.
Jak trafię skórę – klasa – pierogi wyłomotam.
Wykaże test, żem HIV-nik, to w żyłę – i odjadę.
Błogosławieni sztywni i ci, co żyją z czadem.

Nawet drzewa próchnieją przedwcześnie
A przecież istnieją – bezgrzesznie.

Jacek Kaczmarski – „Odpowiedź na ankietę Twój system wartości”
4.2.1995

podobne: Kaczmarski i 7 grzechów głównych… na przykładzie starożytnego Rzymu i Cyncynat – wzór do naśladowania oraz: Jacek Kaczmarski i poetycka pamięć o stanie wojennym. „Stan wojenny trwa dla każdego przez całe życie, od narodzin do śmierci” czyli… „Obława II” i korpoustRÓJ i to: dwa cytaty z coryllusa i jeden z Kaczmarskiego. „A Ty siej…”

Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjach


Adam Wycichowski niewolnik – errare humanum est

„…Pracowaliśmy, siedząc na ławce i pochyleni nad pulpitami pod nieustannym dozorem albo “maitre d’etude” czyli klasowego dozorcy na pensji, albo w liceum pod okiem p. profesora – zimą jedenaście, a latem jedenaście i pół godzin dziennie. Mianowicie: zimą o pół do szóstej, a latem o piątej trąba archanioła w postaci ogromnego dzwonu wypędzała nas z łóżka, 1/2 godziny na toaletę, potem przygotowanie lekcji i repetycja, o siódmej i pół śniadanie – do wyboru biała kawa lub czekolada z bułką i masłem, i marsz do liceum. Tam dla 1800 uczniów dwie tylko, wprawdzie ogromne bramy, jedna (nasza) od rue du Havre, druga od ulicy Caumartin, otwierały się nie na głos dzwonu, lecz bębna, 5 minut przed 8. Punkt o ósmej przed drugim bębnem 1 800 malców już siedziało w trzydziestu audytoriach, albowiem klasy były rozdzielone każda na trzy tzw. dywizje – i profesor w todze i sędziowskiej czapce rozpoczynał lekcje. Pięć minut po 8 trzecie bębnienie i zamknięcie bramy. Kto w ciągu szkolnego roku więcej niż dwa razy w porę nie przybył bez uprzedniego zawiadomienia ze strony rodziców lub dyrektora pensjonatu, był nielitościwie wykluczany z liceum. W ciągu moich 7 lat w liceum Bonaparte zdarzył się tylko jeden taki wypadek. Dla tego, który taką szkole przebył, już na całe życie “rendez-vous” o 4.30 nie oznacza tak, jak dla 29 milionów moich kochanych rodaków, coś między obiadem a kolacją: to oznacza czwartą 29 minut i 60 sekund.
Takich jedenastogodzinowych dni roboczych mieliśmy, po odliczeniu niedziel, letnich wakacji – i bardzo krótkich, na wszystkie święta, Boże Narodzenie, Nowy Rok, Zapusty, Wielkanoc, Wniebowstąpienie, urlopów, razem 255 dni, czyli 2 805 godzin pracy umysłowej rocznie. Jak się przekonałem potem, jeden z moich siostrzeńców, bardzo gorliwy uczeń, miał w gimnazjum rosyjskim w Wilnie 165 dni roboczych po 7 godzin z przygotowaniem – razem 1155 godzin, czyli daleko mniej niż połowę. Jak jeszcze później rachowałem z młodym p. Platerem z Dąbrownicy, uważanym w petersburskiem liceum za lepszego ucznia, tam się miało dzięki wszystkim dniom galowym tylko 105 dni roboczych po 7 godzin, a więc 735 godzin pracy rocznej. To, daleko więcej niż różnica programu lub zdolności nauczycieli, daje pojęcie o poziomie wykształcenia młodych ludzi we Francji w mojej młodości i w byłym zaborze rosyjskim. A wszakże p. Clemenceau, Thiers, Guizot, Lamartine, Chateaubriand itd., którzy wszyscy to “przepracowanie umysłowe” przeżyli, w osiemdziesiątym roku życia wcale jeszcze “ramolciami” nie byli. Zalecam ten rachuneczek naszym łatwowiernym mateczkom, które się tak łatwo dają rozczulać mniemanym wyczerpaniem umysłowym swoich małych figlarzy.
Podstawowymi zasadami naszego wychowania i wykształcenia były: co do nauk, rywalizacja; mieliśmy w liceum tygodniowe konkursy w rozmaitych przedmiotach, w których klasowano uczniów podług piśmiennych wypracowań, a w końcu roku wszystkie paryskie licea wysyłały do Sorbony po 5 przedstawicieli każdej klasy na tzw. konkursy generalne – których rezultaty ogłaszano we wszystkich gazetach; a rozdawanie nagród pod przewodnictwem Ministra Oświaty, poprzedzane jedną łacińską mową, wypowiedzianą przez któregoś z młodych profesorów i jedną francuską, wypowiedzianą przez jakąś znakomitość naukową lub literacką, stanowiło dla całej wykształconej publiczności paryskiej uroczystość, która ją interesowała w większym stopniu niż dziś popisy sportowe.
Obok niezawodnych korzyści, jakie przynosił ten system konkursowy, może jemu to trzeba przypisać jedyną, moim zdaniem, ujemną stronę nauczania w ówczesnych liceach paryskich. Liceum Bonaparte, położone w pięknej dzielnicy, cieszyło się specjalną protekcją władz cesarskich i komplet profesorów był pierwszorzędny. Z moich nauczycieli pp. Wiktor Duruy (historyk), Manuel (poeta), Greard (pedagog), Perrens – krytyk i historyk, zostali członkami Akademii francuskiej. Błąd był w tym: w każdej klasie było nas około sześćdziesięciu uczniów, których można było rozdzielić na trzy mniej więcej grupy. Dwudziestu czołowymi (do których brat i ja należeliśmy) profesorowie zajmowali się bardzo starannie, następną grupą już znacznie mniej, a ostatnią wcale nic. Nie czuli, że ich krzywdzili, ponieważ przejściowych egzaminów z klasy do klasy nie było…” (fragment Hipolit Korwin Milewski. Wspomnienia. Tom I)

„…Istnieje związek nauczycielstwa szkół powszechnych w Polsce, znany już dawno ze swych wystąpień antykatolickich i nawet antychrześcijańskich. Radykalny i antynarodowy Zarząd tego Związku wydaje pisemko dla dzieci pod tytułem „Płomyk” i pisemko to znowu muszą prenumerować wszystkie szkoły, wszyscy nauczyciele i nawet zamożniejsi rodzice dzieci uczęszczających do szkół powszechnych. Otóż przed paru miesiącami został wydany numer tego „Płomyka”, cały poświęcony bolszewii, w którym „raj bolszewicki”, został przedstawiony w tak pięknych, tęczowych, wprost cudownych barwach, że władze zmuszone były numer ten skonfiskować.
„Ilustrowany Kurier Codzienny” z dn. 4 b. m. zamieszcza list otwarty nauczyciela, p. Antoniego Madeja, b. redaktora „Płomyczka” i b. sekretarza redakcji „Głosu Nauczycielskiego”, organu Związku Naucz. Polskiego. P. Madej występuje bardzo ostro przeciwko kierownictwu i ideologii Związku Nauczycielstwa, która nazywa „machowszczyzną”, która ta nazwa wzięła swój początek od p. Stanisława Machowskiego, redaktora i wydawcy sowieckiego numeru „Płomyka”. Jak wiadomo, p. Machowski jest sympatykiem P.P.S. , jemu też i p. Kolance Z.N.P. może zawdzięczać pójście po linii socjalistycznej w kierunku t.zw. „Frontu ludowego”.
P. Madej w swym liście otwartym porusza sprawę ogromnych dochodów i lukratywnych posad p. Machowskiego, następnie oświadcza, że Wincenty Rzymowski „ za artykuł w obronie „Płomyka” otrzymał 500 zł. (pięćset)”, bo jest spec od demokracji i konserwy. A specjalny numer „Kurjera Porannego”, zawierający obronę „Płomyka” (16 marca 1936) i specjalnie rozesłany do wszystkich związkowców, też zrobił dobry interes, bo i reklama była i koszty tej reklamy pokrył Z.N.P. (około 5000 zł.).
Ten sam Związek Nauczycielstwa Polskiego, a właściwie zgromadzenia oddziałów warszawskiego, krakowskiego, włocławskiego i chojnickiego uchwaliły przystąpienie do socjalistycznych związków klasowych pod nazwą Centralna Komisja Klasowych Związków Zawodowych. Zjazd „Zarzewiaków” których, nie można posądzać o przekonania narodowe, odbywał się kilka dni temu w Krakowie i wpisał do protokołu zjazdu następująca opinię o obecnym położeniu: „Najtragiczniejsze jest to, że szkoła polska nie daje młodzieży narodowego wychowania, zdrowych i wielkich wskazań narodowych, a co więcej na terenie polskiego szkolnictwa zanotować możemy fakty wsączania prawd i haseł będących zaprzeczeniem wszystkiego, o co się lała krew polska”.
Istnieją organizacje młodzieżowe takie jak „Legion Młodych”¹ i „Straż przednia”, które zaraz na wstępie przybrały jawnie wrogi charakter do religii katolickiej i moralności chrześcijańskiej i nigdy nie wspomniały wyrazu „naród” w swoich organach. Organizacje te były powołane do życia jako teren wychowania państwowego przez p. Janusza Jędrzejewicza, b. ministra oświaty i b. premiera i popieranie przez drugiego p. Jędrzejewicza, również b. ministra oświaty. Ostrzeżeń episkopatu polskiego nie wzięto w rachubę. Aż nastąpiła katastrofa, bo przedstawiciele państwa i rządu zerwali i wyparli się „państwowców” z Legionu Młodych. Jednak „Legion Młodych” i „Straż przednia” istnieją nadal i ta ostatnia rozszerzyła nawet swój zasięg i na szkoły powszechne. Organ jej „Kuźnia Młodych” wychodzi nadal. Ileż one przyniosły demoralizacji, znieprawienia ducha i wypaczenia charakteru, zaszczepiły służalczości i innych podobnych „cnót” obywatelskich, obowiązkowych dla „państwowca” według rozumowania pp. Jędrzejewiczów tak wśród młodzieży szkolnej jak i pozaszkolnej. Czy te wszystkie organizacje przez swoją działalność nie przygotowują jawnie i celowo gruntu dla bolszewizmu?

nie można czekać na jawne ataki agentów bolszewickich, ale budować, wzmacniać, rozszerzać twierdze i nie tylko twierdze, ale budować całe linie obronne, przez które nie mogli by się przedostać owi agenci, przez które jad bolszewicki nie mógłby się przesączać do duszy narodu polskiego. I nie tylko sypać wały ochronne, ale także, co jest nie mniej ważne, odrabiać, co ci wrogowie narodu polskiego już zrobili, naprawiać szkody i rysy w duszy Polaków, powstałe z ich działalności dotychczasowej. I nie będzie to praca ani łatwa, ani lekka, ani nie pójdzie prędko…

Solidarność narodowa sprawia, że każdy obywatel więcej się czuje związanym z przedstawicielstwem niższej warstwy społecznej własnego narodu, aniżeli z przedstawicielami tej samej warstwy innego narodu. Pomimo wiekowego, prawie nieustannego, szczucia włościan przez władze zaborcze przy wybitnej pomocy żydów przeciw obszarnikom, robotników przeciw pracodawcom itd., tej, leżącej na dnie każdego Polaka, solidarności narodowej wysiłki wrogów nie zniszczyły, przeciwnie – solidarność ta budzi się i rośnie. Wszystko to razem wzięte pozwoliło, że wszystkie warstwy dawnej Polski zorganizowały się w jednolity „naród”, tę najwyższą postać świadomości zbiorowej, najwyższa formę życia społecznego…

…Twierdzą naszą jest również chrześcijaństwo (…) nakazuje miłość do całego narodu, do wszystkich jego warstw bez względu na urodzenie, wychowanie, zamożność itd. Jest to więc jedyna religia, która wiąże jednostki w społeczność, w naród. Kościół Katolicki stworzył zasady moralności osobistej i społecznej, które zostały przyjęte przez cały świat chrześcijański i nawet narody, które odpadły od Kościoła, w dalszym ciągu kierują się niemi. Nawet Hindusi, zwłaszcza oświeceni i kulturalni, choć nie przystępują do Kościoła Katolickiego, ale coraz bardziej zasady moralności katolickiej zaczynają stosować w życiu.

Trzecią naszą ostoją jest rodzina, która jest podstawą życia jako instynkt, jako dbałość o przedłużenie rodu, jako dbałość o opiekę i wychowanie potomstwa i zapewnienie istnienia i ciągłości rodu ludzkiego. Rodzina stała się podstawą rozwoju, cywilizacji i kultury, zaczynając od dziesiątków i setek tysięcy lat. Rodzina, uświęcona przez Chrystusa Pana i uznana przez Kościół Katolicki za jeden z sakramentów, jest jedna z najważniejszych podstaw społeczności, a tem samym narodu. Tylko w rodzinie możliwe jest wychowanie przyszłych obywateli w duchu katolickim i narodowym na dzielnych, prawych członków społeczeństwa, na których Polska będzie mogła liczyć, będzie mogła się oprzeć, będzie mogła budować swoją lepszą przyszłość tak w dobrej, jak i złej doli.

Czwartą twierdza musi dla nas być bezwzględnie poszanowanie prywatnej własności, opartej na słusznych i sprawiedliwych prawach; na poszanowaniu warsztatów pracy i narzędzi pracy, na poszanowaniu wyników pracy i dorobku. Nie do pomyślenia jest bowiem, aby można było z ludzi zrobić bydło robocze, bydło, które się tylko będzie zadawalniało pełnym brzuchem; nie można zrobić z ludzi kółek w olbrzymiej maszynie nakręcanej ręka jakiegoś mechanika – komunisty…

próbowano zerwać więzy, które łączą naród z przeszłością, zohydzono przeszłość narodu, po prostu pluto na naszą historię, aby zrobić naród bez przeszłości: próbowano zmienić nawet ortografię języka polskiego, tj. sposób pisania i drukowania książek, aby uniemożliwić, zwłaszcza młodszemu pokoleniu, możność czytania dzieł i arcydzieł naszej literatury i nawet dzieł naukowych, ale jednocześnie zasypać rynek księgarski i naród międzynarodowymi śmieciami demoralizującymi nie tylko starych, ale i młodych; próbują zerwać solidarność narodową, agitując za solidarnością proletariatu wszystkich krajów, ale nie wspominają o tem, że socjaliści niemieccy jak jeden mąż stawili się w czasie wojny europejskiej do wojska, aby z okrucieństwem swych dzikich przodków uciemiężyć wolną, idąca na czele światowej rzymskiej i chrześcijańskiej kultury, Francję, zmiażdżywszy uprzednio nieszczęsną Belgię, naszym więc najświętszym obowiązkiem będzie bronić swej narodowości i nie pozwolić zmienić jej w kupę oderwanych od pnia macierzystego liści, które wiatr masoński będzie roznosił, gdzie mu się podoba…

…będą zarzucali Polskę, co zresztą i teraz już robią, książkami i pismami nic nie wartymi, nic niepodnoszącymi ducha, nie uszlachetniającymi, nie starającymi się robić czytelników lepszymi, w których jednak, poza przejrzystymi osłonkami, będą się kryły obrazki i sceny znieprawiające, budzące niezdrową ciekawość i pozwalające domyślać się i wprost narzucać czytelnikowi rzeczy ohydnych. Znowu powiem, że będzie najświętszym obowiązkiem całego społeczeństwa tępić taką literaturę, niszczyć takie pisma i bronić przed niemi naszą młodzież…

…P. Minister Poniatowski kilka dni temu powiedział, że w Polsce o 8 milionów ludzi za dużo uprawia ziemię i wskazał, że jednym z najważniejszych zadań rządu, będzie zorganizowanie dla tych milionów emigracji zamorskiej. Ale dlaczego to my Polacy, dziedzice tej polskiej ziemi, mamy emigrować za morza, a nie kto inny? My jeszcze w polskich miastach możemy i powinniśmy znaleźć dla siebie kawałek chleba. Jest tego chleba po miastach jeszcze dość, trzeba tylko po niego sięgnąć. Pomagajmy tym pionierom dla odbicia polskich miast, tym sięgającym po kawałek chleba na początek może suchego,- ale ci sięgający przy pracy dorobią się, dzieci ich będą miały się już zupełnie dobrze, a wnuki dojdą do zamożności i dobiją się tego, co każdemu jest najmilsze, do niezależnego bytuOprócz tego każdy stragan polski, każdy polski sklepik, każdy handel roznośny jest zdobytą placówką tego materialnego gruntu, który jest konieczny do brony Polski…

…Brakuje nam kilku ogniw w łańcuchu wiążącym, wszystkich Polaków w jeden naród, musimy je wykuć własną siłą i praca i połączyć części łańcucha w całość.” (dr Józef Psarski, Ostrołęka, 21 czerwca 1936 r. – Przemówienie na kongresie kupiectwa i rzemiosła)

podobne: Mesjanizm i człowiek sowiecki w polskiej duszy. oraz: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona i to: Do przyjaciół narodowców. Naród a państwo czyli… Ile jest z narodowca w socjaliście? a także: „Na sumieniu Polski ciąży wiele grzechów przeciwko sobie, ale ani jeden przeciwko innym narodom.” Aleksijewicz: człowiek postsowiecki jest agresywny i bezwzględny polecam również: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos

„…w Cesarstwie Rosyjskim były dwa rodzaje gimnazjów; realne i klasyczne. Te pierwsze z grubsza rzecz biorąc były dla mniej ambitnych a te drugie dla innych. Dla tych, którym chciało się uczyć łaciny i greki oraz zgłębiać historię starożytną. Tak jak w wielu przypadkach nazwy obydwu instytucji były mylące i powinno się je zamienić. To gimnazjum klasyczne winno być nazwane realnym. A realne? Bo ja wiem? Może syfiastym? Ale wtedy zabrakłoby nam skali dla określenia naszych dzisiejszych szkół oraz ich poziomu…

…Socjalizm jak wiadomo był ustrojem realistów zrobionym dla realistów. Wszyscy w socjalizmie byliśmy realistami czyli myśleliśmy i żyliśmy kategoriami narzuconej nam hierarchii. Przedszkole, szkoła, wojsko, praca. Potem dzieci, wódka, rozwód, czasem więzienie lub dom wariatów potem cmentarz. Niektórzy jeszcze potrafili w tym wszystkim upchnąć jakieś studia. Na tym mniej więcej polegała codzienność w socjalizmie realnym, który nic doprawdy nie miał wspólnego z gimnazjami realnymi za cara.

Zrozumiałe jest, że w takim systemie żadne klasyczne wykształcenie nikomu nie było potrzebne. Bo i po co. Wykształcenie klasyczne stało się domeną filologów klasycznych, na którym to wydziale poziom był prawie tak samo wysoki, jak w gimnazjach klasycznych za Mikołaja II, ale jednak trochę niższy. I prawilno.

Dlaczego? Dlatego, że historia klasyczna i znajomość języków klasycznych to nie żaden brak realizmu tylko szkoła polityki. Ludzie, który mieli w programie historię Rzymu zajmowali się po prostu analizowaniem przypadków politycznych i uczyli się na nich zachowań w konkretnych współczesnych sytuacjach i to pomagało im w życiu i w karierze politycznej o wiele bardziej niż wszelkie „realizmy”. Gimnazja klasyczne uczyły realizmu właśnie, realizmu politycznego. Ten zaś nie był głoszącym wolność, równość, braterstwo bandytom do niczego potrzebny. Usłużna zgraja profesorów wymyśliła dla nich nowe programy nauczania, w których historia z politycznej zamieniła się w baśniową lub męczeńską, przestała uczyć, a zaczęła fascynować, czyli inaczej mówiąc hipnotyzować. Mamy dziś rzesze ludzi „zafascynowanych” różnymi okresami w dziejach, którzy nie potrafią wyciągnąć ze swojej wiedzy ani jednego związanego ze współczesnością wniosku, bo to im się po prostu nie zgrywa w głowie. Tamto idzie „swojo szoso”, a życie „realne” „swojo”. Ta sama zgraja profesorów zamieniła nauczanie o literaturze czyli o tworzeniu narracji na idiotyczne i bezsensowne omawianie coraz głupszych lektur. Tak było, bo nikomu nie byli potrzebni ludzie myślący samodzielnie. Żeby myśleć samodzielnie trzeba było mieć certyfikat partii i wydać w ręce jakichś zbirów kilku kolegów. Na myślenie samodzielne zasługiwali też wszelkiej maści serwiliści i dupowłazy, gotowi uczyć się na pamięć regulaminów i „Kapitału” Marksa. Ich kierowano w nagrodę do szkół, gdzie uczono „myślenia politycznego”. Tak było, ale to już przeszłość. Okazało się bowiem, że nawet z tej źle nauczanej historii można wyciągać jakieś wnioski, okazało się, że nawet ze źle omawianych lektur człowiek może czerpać jakąś frajdę. Dziś więc jesteśmy w przededniu likwidacji szkolnictwa jako takiego, nie tylko w sensie klasycznym czy realnym, ale każdym…” (coryllus – O socjalizmie i gimnazjach klasycznych)

podobne: W kolejną rocznicę napaści nazistów… o agenturze wpływu w ramach przymusowej „szkoły publicznej”, oraz o patriotyzmie w ramach edukacji domowej oraz: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki? a także: Tradycja Szkoły Rycerskiej w Liceum Akademickiego Korpusu Kadetów w Łysej Górze

„…doszedłem do wniosku, że to bardzo dobrze iż szlag trafił ten system. To bardzo dobrze, że mamy tę okrutną pustynię zarośniętą truizmamy opartą na podstawowym kursi filozofii, który każdy student ma w nosie, żeby nie powiedzieć gorzej.

Prawdziwa wielkość nie bierze się bowiem z poznania najdoskonalszych tworów ducha i kultury materialnej stworzonych w zachodniej cywilizacji. Prawdziwa wielkość bierze się z doskonalenia praktycznych umiejętności. Bierze się także z wymiany doświadczeń i ze stałej właściwie komunikacji pomiędzy ludźmi. Wrócę do moich ulubionych przykładów, czyli do szkolnictwa jezuickiego. Nie pamiętacie tego, bo i skąd, a znalezienie tych informacji jest trudne, ale w XVI wieku ojcowie Jezuici uczyli ludzi głuchych mówić w różnych językach. Była to nauka bardzo skuteczna, tak skuteczna, że zwalczano ją z wielką zajadłością

…Póki istniała taka organizacja, rozsiana po całym świecie, ponadnarodowa i silna, organizacja która kształciła w sposób niebezpiecznie bliski doskonałości różnych, nie dających się potem ogłupić, a bardzo potrzebnych władcom, ludzi, na świecie nie mogły powstać nowoczesne imperia. Nie mogły bo zawsze na drodze do opanowania serc i umysłów odnajdowały facetów w czarnych sutannach, z różańcami owiniętymi na pięści i z książkami pod pachą. I tego się nijak proszę Państwa przewalczyć nie dało. Bo państwo ówczesne nie dysponowało taką organizacją. Postanowiło ją jednak ukraść zmodyfikować i zastosować do swoich potrzeb. Tyle, że państwa nie obejmują swoją strukturą całego świata, musiały więc stworzyć inną strukturę – piramidalną – na mniejszym obszarze. Jeśli zaś piramidalną, to obieg informacji w takiej strukturze musiał być inny zgoła niż w czasie pierwszych lat istnienia Towarzystwa Jezusowego. Informajca nie mogła swobodnie krążyć pomiędzy wszystkimi członkami organizacji, bo była tajna po prostu, a piramidalna struktura oznacza piramidalną hierarchię. Ta zaś czyni z dostępu do informacji pewien rodzaj sacrum. Jest to jednak sacrum a rebours, czyli anty-sacrum, czyli już wiadomo co. Informacja bowiem jest, ale nie można jej wykorzystać, bo jest w istocie tajna, szkolnictwo istnieje, ale nie może spełniać swojej funckji, bo informacje istotne są w istocie tajne. Tworzymy więc szkolnictwo, które opisuje świat nie będący światem rzeczywistym, ale pewnym modelem, do którego poznania dążymy. Człowiek opuszczający mury nowoczesnego uniwersytetu, nie może nic i niczego nikogo nie nauczy. Może tylko powtarzać bezmyślnie wyklepane tam formułki i ekscytować się produkowanymi przez tenże system i uznawanymi za ważne treściami. Tak to wykląda z grubsza.

Jeśli obieg informacji „z góry na dół” odebrał informacji jej najistotniejszą funckję, to od razu pojawiła się potrzeba kontroli. Człowiek jest bowiem ułomny i każdy chciałby zarobić na sprzedaży różnych sekretów. Stąd wzięły się zapisy cenzorskie prawdziwe, czyli takie, których skuteczność mierzona jest latami spędzonymi w więzieniu. Kościelne zapisy cenzorskie uważam za nieprawdziwe, albowiem trudno nie spostrzec, że ilość ludzi sprzeciwiających się Kościołowi i ignorujących te zapisy była przeogromna i nic złego im się nie działo. Kościół, nawet mając Jezuitów nie był w stanie tej cenzury upilnować. Co innego aparat państwowy z armią urzędników pilnujących jeden drugiego.

Prócz zapisów cenzorskich pojawiły się różne kamery tajne i jawne, które doskonaliły kontrolę na informacją…” (coryllusO obecności diabła na Ziemi)

podobne: W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców oraz: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu a także: Historia i sztuka przez pryzmat fiuta i jeszcze: O dobrą, katolicką szkołę!

W gnozie (bo reglamentacja wiedzy na poziomie „systemu edukacji” to jest pewnego rodzaju gnoza) chodzi o niedostępność/utajenie przed większością ludzi prawdy, oraz o jej zmonopolizowanie przez „szczęśliwych wybrańców” zwanych czasem „elitą”. Temu zabiegowi towarzyszą zazwyczaj „zagadkowe” i „oryginalne” rytuały (dyplomy, sztucznie wytworzona hierarchia, dziwne stroje i „branżowy” język), dzięki którym „wierzącemu” z nizin wydaje się, że uczestniczy w czymś wyjątkowym bo niedostępnym i niepojętym dla zwykłego śmiertelnika (choć sam uczestnik również nie zna prawdy), i to mu imponuje. Przez to natomiast że został dopuszczony do kultu, który polega na rytualnym spożywaniu resztek ze stołu, i oklaskiwaniu „elitarnego” gremium, postrzega samego siebie jako wyjątkową osobę… i to mu w zasadzie kompensuje wiedzę która jest przed nim ukrywana. Do dziś wykorzystuje się ten mechanizm ambicjonalnych aspiracji by manipulować ludźmi… Wystarczy to statystowanie i wyjadanie resztek ubrać w trochę magii i wszyscy są zadowoleni… Abrakadabra i mamy „ekskluzywnego menela” w postaci najpierw „Komisji Edukacji Narodowej” a potem Ministerstwa Edukacji, ZNP i jego socjalistycznych popłuczyn. Instytucje te zamiast kształcić obywateli zajmują się systemowo propagandą postępu, czyli ogłupianiem zwykłych zjadaczy chleba, dzięki czemu skutecznie strzegą przed ewentualną konkurencją zdobytą na klasykach pozycję społeczną, czerpiąc z tego tytułu nieuzasadnione profity i honory…(Odys)

Istotny sens reformy edukacji przeprowadzonej przez Stanisława Konarskiego zasadza się na oddzieleniu elit od pospólstwa i zasadniczo innym kształceniu jednych i drugich. Tak by należycie wypełniali swoje funkcje społeczne. Dlatego właśnie ksiądz Konarski jest tak lubiany i hołubiony przez wszystkich dzisiejszych elitariuszy i reformatorów edukacji. Oni także chcieliby oddzielić elitę od plebsu, a po dokonaniu takiego podziału stać się wszyscy z osobna i jako klan przewodnikiem tego plebsu. Do czego będzie się to sprowadzać w praktyce? Tak jak w przypadku księdza Konarskiego i jego reformy, tak jak w przypadku systemu brytyjskiego, do którego wszyscy reformatorzy się odwołują prowadzi to do wykopania przepaści pomiędzy ludźmi mówiącymi tym samym językiem. Prowadzi także do namnożenia konfliktów o własność, a w konsekwencji do rewolucji, prowadzi do interwencji obcych, którzy przy minimalnych nakładach mają otwartą sytuację do zastosowania zasady divide et impera…

…W Wielkiej Brytanii kariery młodych ludzi są planowane i kontrolowane przez system – bogaci idą do swoich szkół, biedni do swoich. Wszystko to działa w warunkach hermetycznego prawie zamknięcia na świat zewnętrzny. Działa bo Wielka Brytania zdominowała glob i eksportuje swoje produkty, idee, i wartości na zewnątrz. Robi to nie dlatego, że ma rewelacyjny system edukacji, ale dlatego, że jako druga na świecie polityczna siła dysponowała giełdą, a jako pierwsza nowoczesną flotą. Robi to ponieważ jako pierwszy kraj przeszła przez rewolucję burżuazyjną i wyciągnęła z tego maksimum korzyści dla siebie. System edukacji jest wobec tych kwestii sprawą wtórną…

…Reformę trzeba zacząć od sukcesu. Celowo mówię od sukcesu, a nie od rewolucji, bo tu chodzi o sukces właśnie. Rewolucja bowiem zawsze oznacza zło i krzywdę, a zaczyna się od rabunku. Rewolucja angielska zaczęła się od rabunku i eksploatacji Irlandii, to dało jej siłę i paliwo dla długą jazdę. Reformy Piotra I, które również były rewolucją, zaczęły się od rabunku i niszczenia Ukrainy, reformy Fryderyka od okradania Polski na cle i zagarnięcia Śląska, rewolucja Francuska od obrabowania właścicieli ziemskich, rewolucja polska od obrabowania ojców Jezuitów. Polsce nie jest potrzebna rewolucja, ale sukces. Poważny i natychmiastowy. W dodatku taki, który zjednoczy nas, a nie podzieli.

Wróćmy do edukacji. Co jest właściwym wzorem dla systemu szkolnictwa, który da narodowi siłę? Jest nim szkolnictwo jezuickie pierwszych lat istnienia zgromadzenia. To Jezuici wprowadzili podział na klasy, to oni kazali jako pierwsi pisać dzieciom wypracowania, to oni byli opiekunami swoich uczniów i interesowali się ich rozwojem duchowym, to oni kształcili elitę i nie blokowali dostępu do edukacji najwyższej jakości biednym, nie czynili z nich pariasów, lokalsów, nadających się do prostych prac lub administrowania majątkami jedynie. Szkoły jezuickie kończyli wszyscy „wielcy reformatorzy” oświecenia, którzy widząc siłę tego systemu dostrzegli także zagrożenia jakie niesie on dla państwa, dla systemu opresji i nadzoru nad społeczeństwem. Byli to panowie Talleyrand, Fouche, a nawet markiz Pombal. Jezuici kształcili bowiem ludzi świadomych, wolnych i silnych. Trzeba było to zepsuć, zniszczyć i zamienić jak edukację z przydomkiem „praktyczna”. I tak to nam zostało do dziś…” (coryllus – O fałszywej edukacji i fałszywej elicie)

podobne: Studiować każdy może… ale nie każdy widzi w tym sens. Inteligencki etos żeromszczyzny oraz: Po studiach bez pracy… Popyt na inżynierów i to: Skuteczniejsza walka z bezrobociem młodych potrzebna od zaraz. Tymczasem nowych miejsc pracy nie przybędzie a także: Ile jest wiedzy w wykształceniu?

„…Nie wnikam w oczywistości. W to, że gimnazja w ogóle nie powinny były powstać, w to, że wielkomiejskie gimnazja będą się musiały przepoczwarzyć w podstawówki 8-klasowe albo zniknąć, ani w to, że nauczyciele będą musieli wykazać się samodzielnością w poszukaniu pracy w 7 i 8 klasie innej szkoły, zamiast mieć jak mieli w swoim gimnazjum.

Nie wnikam w dobrodziejstwa Karty Nauczyciela i innych ustaw, które pozwalają nauczycielowi przeczekać w tzw. „stanie nieczynnym”, przejść na „pomostówkę” i inne formy przejściowe. Nie wnikam, bo już wszyscy w to wnikali i zależnie od tego czy byli z miasta – uważali, że to skandal, a jeśli ze wsi, cieszyli się jak ja. Przeważnie.

W przeciwieństwie do wieli wójtów-burmistrzów, nie uważam, że nauczyciele to obiboki i mają więcej wolnego niż pracy. Nie zazdroszczę przywilejów, bo zamienić za nic na świecie nie chciałabym z żadną nauczycielką. Uważam tylko, że lament, że akurat część nauczycieli musi poszukać sobie innej pracy, jest przesadzony. Nikt nie lamentował nad robotnikami zamykanych fabryk i likwidowanych PGR-ów. Mieli brać „sprawy w swoje ręce” i liczyć na siebie. A przecież ich umysły były mniej wykształcone niż nauczycielskie, a co za tym idzie – teoretycznie mniej zaradne.

Mój wójtowo-prowincjonalny rachunek jest prosty. Teren gminy mam rozległy i źle skomunikowany. Duża szkoła jest w Wińsku (przedszkole, podstawówka, gimnazjum), a małe szkoły (przedszkole i podstawówka) w Krzelowie i Orzeszkowie. Do tego jest jeszcze jedna maluśka całkiem szkółka w Głębowicach. Przed likwidacją placówki przez mojego poprzednika, uratowała ją Fundacja Elementarz, która przejęła ją do prowadzenia. Daje radę (razem z maleńkim przedszkolem), bo nie obowiązuje w niej Karta Nauczyciela. Ustawowy relikt, wciąż udoskonalany w kierunku ochrony i nobilitacji tego zawodu tak, jakby był rzadki, wymierający i wymagający nieustającego wsparcia. Jakby Państwo Polskie się bało, że mu nauczycieli zabraknie. Jakby dzieci rodziło się coraz więcej, a emigracja nie występowała…” (Jolanta Krysowata – Nie będzie gimnazjów? Cudownie!)

podobne: O patologiach na polskich uczelniach. Podręcznikowa korupcja w szkołach. Potrzebujemy nowej koncepcji nauczania matematyki. oraz: Ordo Iuris: MEN chce ręcznie sterować szkołami i ingerować w prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami. Lekcje na trzy zmiany. Rodzice trzeci raz zbierają podpisy. a także: Wczesna edukacja szkolna nie jest dobra dla dzieci.

„…Pomysł, by skrócić podstawówkę z ośmiu do sześciu lat, miał zdecydowanie ręce i nogi. Nie trzeba przecież wybitnego umysłu, by rozumieć, że 7 i 8 klasa, a więc 14 i 15-latki, to dzieci zdecydowanie za duże, żeby chodzić do tej samej szkoły co 7-latki. (…) sens tego rozwiązania mógłby być odpowiednio rozpoznany pod jednym warunkiem, że po skończeniu szkoły podstawowej, małe dzieci staną się dziećmi dużymi, a więc gdyby po szóstej klasie 13 latki przechodziły w doroślejszy system nauczania

Pamiętam 15 latków przychodzących do liceum 10 lat temu, i pamiętam te podstawówkowe dzieci, jak stawały się niemal dorosłą młodzieżą po dwóch czy trzech miesiącach pobytu w liceum; tyle im było potrzeba żeby się przestawić na doroślejszy system w szkole. Na samodzielne robienie notatek, na elementarną odpowiedzialność za własne zaniedbania, lenistwo czy nieobecności, na porzucenie nawyku uciekania się do oczywistych kłamstw jako wymówek itd. Teraz do liceum przychodzą dzieci 16 letnie, i kiedy można by się było spodziewać, że ów dodatkowy rok, jaki uzyskały dzięki trzem latom w gimnazjum, pozwoli im wejść w ten nowy świat z większą powagą i przygotowaniem, okazuje się, że wszystko poszło w dokładnie przeciwnym kierunku. Ich podstawówkowe nawyki zostały tylko lepiej utrwalone, a przez to, że wiek 15-16 lat to czas naprawdę szczególny, stały się też znacznie trudniejsze do wyprostowania, i teraz często nawet semestr, nawet rok, do tego nie wystarcza. I tę zmianę widzi każdy w miarę doświadczony nauczyciel…

w momencie, gdy te biedne dzieci nabiorą podstawowej ogłady, by wziąć się wreszcie do prawdziwej nauki, okaże się, że czas już minął. I w efekcie, pojawi się cała armia 19 latków, którzy ani nie będą umiały liczyć, ani pisać, ani mówić, którzy będą się snuły po ulicach, bez pracy, bez jakiegokolwiek sensu w życiu i bez jakichkolwiek perspektyw

…ci właśnie młodzi ludzie, pragnący w przyszłości zostać dziennikarzami, systematycznie nie są w stanie rozpoznać nawet najbardziej pospolitych polskich frazeologizmów, takich jak „posypać głowę popiołem”, czy „gdzie dwóch się bije” i takie tam. I to są studenci dziennikarstwa. I proszę mi teraz powiedzieć, na jakiej zasadzie mamy wierzyć, że studenci budownictwa, medycyny, psychologii, matematyki, czy elektroniki są lepiej przygotowani?…(Toyah – Nie pozwólmy zadusić polskiej szkoły)

podobne: Na II „Kongresie Polskiej Edukacji” o kondycji gimnazjów, czyli edukacyjny „miś na miarę naszych możliwości”  oraz: Gimnazjaliści nie radzą sobie z trudniejszymi zadaniami, ale szkołę lubią. Prawo do odręcznego pisania. Polscy historycy zbulwersowani niemiecko-rosyjskim podręcznikiem i to: Wielkie żarcie się kończy! Zmierzamy ku edukacyjnej katastrofie

Francisco Goya – Si sabra mas el discipulo

„Ta, która depcze węża” i „Ten, który mówi jak orzeł” czyli… Hernan Cortes, ofiary z ludzi i cud nawrócenia Azteków


Mariusz Lewandowski - Nina, Pinta, Santa Maria

Mariusz Lewandowski – Nina, Pinta, Santa Maria

„…Ofiary z ludzi były w rozumieniu Azteków niezbędne dla prawidłowego funkcjonowanie ich „kosmosu”, zaś wymogi tak pojmowanej mechaniki jego działania powodowały konieczność codziennego składania ofiar. Ten krwawy rytuał nazywali Aztekowie składaniem „kwiatów dla bogów”. Aby zapewnić ciągłość rytuału musieli stale podejmować wyprawy wojenne, ale nie w celu złupienia bogactw, tylko dla zdobycia jeńców z przeznaczeniem ich na ofiary. Celem takich wypraw było złapanie jeńców żywcem, zatem technika ich ujęcia polegała na ogłuszaniu (pałkami) lub obezwładnianiu (chwytanie w sieci). Przy specjalnych okazjach organizowano masowe zabójstwa. Taką okazją było na przykład oddanie do użytku w 1487 roku, wybudowanej w Tenochtitlan – stolicy imperium azteckiego, Wielkiej Piramidy na szczycie której umieszczono dwie świątynie, każdą dla jednego z wymienionych wcześniej głównych bóstw. W czterodniowej, szaleńczej orgii ludobójstwa, zamordowano wówczas kilka, a może nawet kilkanaście tysięcy ludzi[7]. Dla wspomnianych już bóstw składano ofiary z mężczyzn. Natomiast ofiary z kobiet składano dla bogini Tonantzin, której ośrodek kultu znajdował się na wzgórzu zwanym Tepeyac, położonym na peryferiach Tenochtitlanu. Nazwa tego bożka w języku nahuatl, ówczesnym lingua franca Mezoameryki, oznaczała „matkę bogów”. Zwano ją również Cihuacoatl (Coatlicue), czyli małżonką węża. Nie zapomniano w tej kwestii także o dzieciach, które składano na ofiarę bożkowi deszczu, nazywanemu Tlaloc, który „preferował” zwłaszcza niemowlęta. Ofiary przed uśmierceniem odurzano, wprowadzano lub transportowano na szczyt piramidy, gdzie kapłani obsydianowymi nożami otwierali im klatkę piersiową i wyrywali serce, które natychmiast wrzucali, jako własciwą ofiarę, do specjalnej kamiennej misy przy ołtarzu bożka. Następnie ciała ofiar były zrzucane po stromych schodkach piramidy, których kąt nachylenia oraz rozmiar był tak dobrany, że ciała musiały spadać na sam dół siłą bezwładu, grawitacji i momentu pędu. Po odcięciu głów, z których budowano gustowne piramidy, resztę zciał przeznaczano na rytualny posiłek.
Po okrzepnięciu Azteków w roli hegemona ludów Doliny Meksyku, czyli od drugiej połowy XV stulecia, przeznaczano na codzienną ofiarę krwiożerczym bożkom średnio od kilkunastu do kilkudziesięciu istnień ludzkich.
W zarysowanym wyżej kontekście staje się zrozumiałe, że usiłowania Hiszpanów, aby pobitych i upokorzonych Indian Meksyku skłonić do wiary w Boga, który przed swoją śmiercią został skatowany i tak skrwawionego przybito do krzyża, czyli że to Bóg był ofiarą, a nie kimś, komu składano ofiary, nie mogły przynieść żadnego skutku. Z punktu widzenia Indian religia Hiszpanów była po prostu absurdalna. Co więcej, zwłaszcza przedstawiciele arystokracji azteckiej odnosili się do niej z nieukrywaną pogardą. I nie pomagało to, że franciszkanie nauczyli się narzecza tubylców, aby łatwiej krzewić pośród nich wiarę chrześcijańską. Niektórzy z zakonników zdobyli się nawet na wyrwanie sobie siekaczy, aby poprawnie wypowiadać syczące wyrazy języka nahuatl. Wszystko to zdało się na nic. Mur pogardy, nieufności, niezrozumienia i odmowy wydawał się nie do pokonania. Ale niezadługo po upadku władzy Azteków pojawiła się rysa w tym murze, w następstwie której on runął.

Niezbyt daleko od Wielkiej Piramidy znajdującej się w mieście Tenochtitlan, mniej więcej w odległości 10 kilometrów od jej stromych schodów, w wiosce Cuauhtitlan mieszkał chłopiec wywodzący się z plemienia Chichimeków o imieniu Cuauhtlatohuac (Cuauhtlatoatzin), co w narzeczu nahuatl oznaczało: „Ten, Który Mówi Językiem Orłów” (Ten, który mówi jak orzeł) W roku oddania „do użytku” Wielkiej Piramidy miał 13 lat. W roku 1523 został on ochrzczony w kościele wzniesionym na ruinach Wielkiej Piramidy i przyjął imię Juan Diego (Jan Jakub). Razem z nim także jego żona przyjęła chrzest oraz imię Maria Lucia. Juan Diego miał wówczas lat 48. W niedzielę 9 grudnia 1531 roku udawał się do parafii w miejscowości Tlatelolco[8], aby uczestniczyć w liturgii mszy świętej. Droga wiodła starą groblą dochodzącą do wzgórza Tepeyac[9]. Na tym wzgórzu, w dniach od 9 do 12 grudnia 1531 roku, czterokrotnie, dzień po dniu, objawiła się przed Juanem Diego Dziewica Maryja, Matka Boga, jak według jego relacji sama się przedstawiła. Matka Boża prosiła, aby przekazał kapłanom i wiernym, iż jej życzeniem jest, aby w tym miejscu, na tym wzgórzu wybudować kościół. Na dowód, iż objawienie nie było skutkiem przywidzenia lub samookłamywania się Juana Diego, któremu biskup diecezji nie chciał dać wiary w treść orędzia, Maryja Panna pozostawiła znak na należącej do Indianina wierzchniej części ubrania, zwanej tilma [10]. W trakcie czwartego, ostatniego objawienia, Matka Boża nakazała Juanowi Diego narwać świeżo zakwitłych róż, które nigdy nie rosły na tym wzgórzu, będącym królestwem kamieni, kaktusów, cierni i ostów, zawinąć je w tilmę i rozwinąć ją w obecności biskupa. Siedziba biskupa znajdowała się w mieście Meksyku (dawnyTenochtitlan). Obowiązki biskupa pełnił franciszkanin, ojciec Juan de Zumarraga pochodzący, podobnie jak Cortés,z hiszpańskiej Estramadury. Po rozwinięciu tilmy przed biskupem i w obecności kilku innych świadków, obecni ujrzeli spod kwiatów róży wizerunek przedstawiający postać młodej kobiety o brązowo-oliwkowym obliczu, ze złożonymi do modlitwy rękami, która okryta była od głowy do stóp niebieskim (lub morskiej zieleni) płaszczem o orientalnym wzorze, na którym widoczne były gwiazdy, stojącą na ramionach indiańskiego chłopca z orlimi skrzydłami. Wokół postaci widoczne były otaczające ją złote promienie słoneczne [11]…

…Wizerunek na tilmie należącej do Juana Diego jest wystawiony dzisiaj w barokowej bazylice[13] w mieście Meksyk, której budowa została ukończona w 1976 r., i został do niej przeniesiony ze znajdującej się obok, starej, grożącej zawaleniem się świątyni. Wszystkie dotychczas przeprowadzone badania wizerunku nie dały odpowiedzi, jaką techniką został naniesiony na płótno z agawy, przy czym wykluczono, iż jest on naniesiony technikami malarskimi. Nie stwierdzono bowiem by do jego wytworzenia użyto farb organicznych lub mineralnych. Z kolei farby syntetyczne zaczęto produkować ok. 300 lat po powstaniu wizerunku. Płotno z agawy w meksykańskim klimacie wytrzymuje co najwyżej kilkanaście lat, a potem ulega samoistnej biodegradacji. W przypadku wizerunku zachowuje ono swoją strukturę bez żadnych widocznych uszkodzeń od kilkuset lat. I to pomimo nieustannego okadzania dymem niezliczonych świec. Ale nie mniej ważny wydaje się inny znak, będący skutkiem objawień Maryi Panny na wzgórzu Tepeyac. Znakiem tym jest jedyne w dziejach świata nawrócenie się, poprzez przyjęcie chrztu w obrządku katolickim, , przez osiem do dziewięciu milionów Indian, które nastąpiło w okresie kilku zaledwie lat po opisanych objawieniach. Indian, którzy jeszcze kilka lat wcześniej nie marzyli o niczym innym, jak o tym, by ugotować w kakao i pożreć Hiszpanów. I to wszystko stało się w czasie, gdy na Starym Kontynencie Reformacja oderwała osiem milionów chrześcijan od Rzymu i Matki Bożej, a islamscy Turcy odebrali chrześcijaństwu Bałkany. To jest ten największy znak i cud związany z objawieniem Dziewicy Maryi na ziemi skrwawionej ludobójstwem, pohańbionej ludożerstwem i eksterminacją…” (unukalhai – Morenita)

podobne: Całun Turyński – fakty i mity oraz: Europa muzułmańska, „Państwo Islamskie” i prawdziwa twarz Islamu: broń w rękach imperialistów, terroryzm, idea rewolucji, czy też religia jak inne? i to: Surowość zdyscyplinowanej łagodności katolicyzmu św. Franciszka i Inkwizycji, kontra rozpasana bezwzględność anglikanizmu doby elżbietańskiej („Łowcy księży”) a także: Tuba Cordis: Czy Pan Jezus i Matka Boska byli Żydami? czyli… Hebrajczycy, Żydzi, Chazarowie. Judaizm a Chrześcijaństwo. Kościół Katolicki „nowym Izraelem” polecam również: Templariusze. Słudzy Kościoła walczącego. Wyprawy krzyżowe i islamski dżihad

Giovanni Gasparro – The Woman clothed with the Sun (from The Vision of St. John on Patmos)

Giovanni Gasparro – The Woman clothed with the Sun (from The Vision of St. John on Patmos)

O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego.


Wojciech Kossak - Fantazja Jazdy polskiej

Wojciech Kossak – Fantazja Jazdy polskiej

„…skąd biorą się tradycje wojskowe w ogóle i jak je podzielić. Ja oczywiście mam teraz jedną tylko propozycję – one się dzielą na rewolucyjne i imperialne. Co to jest, jak wygląda i funkcjonuje armia imperialna wie każdy, kto choć raz oglądał film o wojnie z Zulusami. Poza brytyjską i niemiecką, która ma charakter hybrydalny, wszystkie inne armie wywodzą się z tradycji rewolucyjnej. I to jest moim zdaniem prawdziwa groza i prawdziwa przyczyna naszych nieszczęść, z którą nie potrafimy sobie poradzić. Rewolucja bowiem pożera własne dzieci i stawia pomniki pożercom. Czy możliwa jest w ogóle zmiana ducha armii, zmiana głęboka, jakiś nowy etos…? Ja tego nie wiem. Podejrzewam, że nie, bo okoliczności rewolucyjne dają z miejsca armii ogromną przewagę nad wszystkimi innymi organizacjami i tej przewagi dowódcy lokalni nie wyrzekną się nigdy. Żeby opanować armię trzeba zbudować inną strukturę. I rewolucja ją zbudowała – to tajna policja, zamieniona potem na tajne służby. Organizacja, której przygodami ekscytują się ludzie nie rozumiejący w czym przyszło im żyć. Organizacja ta zyskuje przewagę w tych momentach, kiedy triumfuje rewolucyjny liberalizm i wszyscy biorą kredyty na mieszkania. Wrogość jaką obydwie organizacje okazują sobie nawzajem miewa różne natężenie i widoczna jest w sporym spektrum. Od zwierzęcej zajadłości począwszy na delikatnych kpinkach kończąc. My jednak nie możemy zapominać, że to wszystko jest rewolucja, występująca pod innymi imionami. Rewolucja, którą nie zawaha się strzelać do kontrrewolucji. Co leży u samego spodu rewolucyjnej tradycji armii? Jak to co? Skóra ściągnięta z trupa Jana Żiżki z Trocnowa. To jest właśnie ojciec armii rewolucyjnej i Czesi są pionierami w zakresie jej organizacji i eksploatowania zdobyczy. Cała reszta jest wobec tego wtórna. A jeśli tak, armia rewolucyjna jest zawsze związana z herezją. I tam też trzeba szukać źródeł jej inspiracji i poczynań. Nie inaczej było z LWP i nie inaczej jest z organizacjami, które LWP po sobie pozostawiła. To są organizacje rewolucyjne, choćby nie wiem jakie łachy na niepoznaki wciągali na siebie ich szefowie, próbując udać kogoś innego. Musimy zawsze o tym pamiętać.” (coryllus)

źródło: Wywlekanie z grobu dobrą praktyką polityczną

podobne: Od kłamstwa do przemocy czyli skutki nierozliczenia rewolucji – rehabilitacja komunistów

Wolnośc bolszewicka„…Czym różni się tradycja imperialna od rewolucyjnej? Tym moim zdaniem, że armia imperialna nie pełni funkcji wychowawczych. Nie indoktrynuje rekrutów, nie zajmuje się tym czym zajmowała się armia w ZSRR i PRL na przykład czyli kulturą. Armia imperialna kradnie. Są tam oczywiście orkiestry wojskowe i różne inne urządzenia potrzebne do tego, żeby żołnierz nie zwariował, ale generalnie to nie jest to samo co w armii rewolucyjnej, która ma misję do spełnienia przede wszystkim wśród własnych obywateli. Cechą armii rewolucyjnej jest także pozorna dynamika – jak rewolucja, to rewolucja. Może jednak przypomnimy sobie jakież to zdobycze rewolucji i gdzie zaniosła którakolwiek z armii rewolucyjnych? One się poruszają na odcinkach „odtąd dotąd”, mają bardzo ograniczony zakres działań. Nie to co armie imperialne, przerzucane z jednego miejsca w drugie, w krótkim czasie, armie niewielkie, dobrze wyszkolone i wyspecjalizowane. Armia kolonialna rzadko kiedy dewastuje obszar, który podbija, ona go eksploatuje, ale także przygotowuje do tego, by władzę nad nim objęli urzędnicy kolonialni. Nie może więc zostawiać za sobą spalonej ziemi. Armia rewolucyjna działa całkiem inaczej, ona się zajmuje głównie dewastacją, a po jej zakończeniu proponuje ludności miejscowej cykl koncertów i występy zespołów folklorystycznych. Armia rewolucyjna jest liczna, albowiem musi utrzymywać na dużym obszarze stan permanentnej fikcji, to znaczy stan zagrożenia kontrrewolucją. Kto miałby być źródłem kontrrewolucji? Amie imperialne, to jasne…

…żeby pozwolić sobie na armię imperialną, a taką będziemy mieli, musimy zająć się budowaniem urządzeń imperialnych – banków, szkół, uczelni, kształcących urzędników, policji imperialnej. Czy to robimy? Nie. Bo nie rozumiemy, podobnie jak w XVIII wieku mechanizmu. Naśladujemy coś, bez zrozumienia funkcji urządzenia.

To co – powie zaraz ktoś – może mamy budować armię rewolucyjną? Nie, mamy na razie tylko zrozumieć do czego służy armia i jakie są jej funkcje. Najważniejsza zaś jest taka – armię w czasie dużego zagrożenia zawsze się ewakuuje. Jest za droga, żeby ją tak po prostu stracić. Cywile zostają i to oni ponoszą koszty wojny, żeby te koszty zwiększyć zostawia się wśród nich coś na kształt armii. Wtedy wkraczająca inna armia – rewolucyjna lub imperialna – ma dość powodów, by teren zdewastować do cna. A później można zacząć wszystko od nowa.

W powyższym tekście pojawiło się słowo duch, ważne niezmiernie, duch armii, esprit de corps. Czy nasza armia go ma? Nie, i może nie mieć czasu by się go dorobić. Ona nie ma się nawet za bardzo do czego odwołać, bo niby kogo ma naśladować, LWP? Żarty. Naśladuje więc obcych, bez zrozumienia. I to jest tragiczne moim zdaniem” (coryllus)

całość tu: O armiach rewolucyjnych, imperialnych i innych

„…Jeśli ktoś, pobieżnie nawet zapozna się z historią myśli niepodległościowej oraz z dziejami dwudziestolecia i oceni to na chłodno, nie będzie się określał jako kontynuator żadnej z ówczesnych tradycji. No chyba, że jest słabym autorem i powierzchownym sprzedawcą książek jak Ziemkiewicz. Wtedy tak, wtedy będzie mówił, że jest endekiem, a tamten jego kolega to piłsudczyk, a jeszcze inny to mason, czy ktoś podobny. To są zabawki dla dzieci, podsuwane tym dzieciom po to, by się nie zanudziły na śmierć. Od chwili kiedy skończyła się w Polsce wielka własność ziemska, która samym tylko bezwładem mogła oprzeć się terroryzmowi bojówek lewicowych, albo je po prostu zlekceważyć, w najgorszym razie powiesić w ogrodzie na drzewach najbardziej agresywnych, nie ma w Polsce żadnej prawicy. Są tylko różne odcienie rewolucji reprezentowane przez różnych propagandystów. Ci najgłupsi szukają oparcia dla swojego obłędu w gestach i rytuałach wziętych wprost z organizacji socjalistycznych czynnych w krajach obcych i Polsce wrogich. Bo im się zdaje, że to ich uwiarygadnia. Niektórzy powołują się na Dmowskiego i jego myśl polityczną, której charakterystyczną cechą jest to, że łatwo można ją zaadaptować dla lokalnych form komunizmu, co też i zostało zrobione po wojnie. Przypominam polityków narodowych, którzy uznali, że granica na Odrze i Nysie jest realizacją postulatów endecji. Jakim trzeba być idiotą, żeby myśleć w ten sposób? Papuas, który zbudował lotnisko z patyków, żeby sprowadzić do swojej wioski boeinga pełnego czekolady, mleka w proszku i innych frykasów, odnalazł na tym swoim obiekcie zgubioną przypadkowo prze żołnierza amerykańskiego paczkę chipsów i uznał, że mu się udało. To jest ten poziom ekscytacji. Prawica jest bez przerwy rozgrywana od roku 1918 i nigdy się nie zdarzyło, by była rozgrywającym. Wynika to z faktu, że traktuje ona poważnie prawo międzynarodowe i demokrację parlamentarną, a także różne umowy. Jest całkowicie poza większością działań politycznych, które mają charakter tajny, a jej liderom wystarczy, by mogli pokazywać się publicznie, w gazetach, potem w telewizji i pisać, albo mówić o konserwatyzmie i tradycyjnym wychowaniu w duchu wartości katolickich. Z istoty prawica jest listkiem figowym, którym politycy rewolucyjni i imperialni maskują przed biednymi, słabymi ludzikami swoje czarne myśli i jeszcze czarniejsze plany…” (coryllus)

całość tu: Dlaczego nie ratujemy prawicy? 

„Prawicę dopadała w różnych czasach wroga ręka. „Z różnych stron nadciągały niszczycielskie hordy. Bywał to zachodni, zimny i chciwy, zorganizowany, staranny, zapobiegliwy Kulturtreger – najeźdźca, który, nim zamordował ludzi i ludzkie siedziby, ocenił dokładnie wartość grabionych przedmiotów, pakował je pieczołowicie, a potem wyprawił w drogę nach Heimat, nach West. Bywał tu też upojony gorzałką i żądzą gwałcenia, wygłodniały, zziębnięty , udręczony nędzą, zdeprawowany niewolą i zbiorowym nieszczęściem wierny i poddany październikowej rewolucji 1917 roku. Niewyobrażalnie groźny lecz godny współczucia niszczyciel ze Wschodu…
Polskie miasta, wsie, domy, dwory oberwały w swój sposób od każdej kohorty Od tej ze wschodu i od tej z zachodu. Od tej pazernej praktycznej, świadomej urody i wartości rabowanego przedmiotu i od tej naplewatielnej, lecz skłonnej do złośliwej dziecięcej radości, jaką daje chrzęst cienkiej porcelany, skrzypiącej pod ciężkim butem (s. 27 Anna Pawelczyńska „Koniec kresowego świata”)

…konsekwencją najazdu armii o tradycjach rewolucyjnych była „reforma” wielkiej własności ziemskiej…

„(z listu Eweliny Ruszczyć napisanego latem 1917 roku, doświadczenia z ziem leżących w dorzeczu rzeki Boh): „Co u was mówią o kwestiach agrarnych? Bo tutaj Żydzi strasznie agitują a conto ziemi. Oni własności ziemskiej nie posiadaj , więc ich nic nie kosztuje , ani też niczem nie grozi aby ziemię obywatelską rozdać chłopom. Byłam w Deraźni w dzień jarmarczny; na samym środku jarmarku czterech Żydków … i trzy Żydówki sprzedawali kniżki po 5 kop. a jeżeli ktoś nie chciał, to wtykali po 2 kop. , byle jak najwięcej sprzedać. Domyślając się treści, kazałam furmanowi, żeby i dla mnie jedną kupił. Mowa tam była o ziemi, że jedyne co potrzebne chłopowi; że chłopi byli dotąd wyzyskiwani przez panów darmozjadów, że panowie krwią i potem się ich karmili, ale nastał czas, kiedy to wszystko będzie wynagrodzone, ziemia pańska po równej części rozdzieli się pomiędzy chłopów i ten tylko będzie miał prawo nią władać, kto sam uprawiać będzie. Nie będzie już najętej usługi, każdy właściciel ziemski sam własnoręcznie rolę uprawiać będzie, słowem rozdali naszą ziemię z całą hojnością zapomnieli tylko o swoich kapitałach , które z tych samych panów i chłopów złożyli, bez fatygi i pracy. Wujaszek Żenio pisuje do mnie o podobnych prowokacjach w Odessie, tam zawsze Żyd miał mowę do ludu tej mniej więcej treści, za co go na rękach noszą, a nikomu nie przyjdzie do głowy zapytać, czy i kapitały żydowskie będą rozdzielone między chłopów(s. 256 A.Pawełczyńska ” Koniec kresowego świata”)

…a to z kolei sprzyja kolonizacji narodu przez armię o tradycji imperialnej która…

„…zwycięża zawsze dwa razy: gdy okradnie obcych i wycofa się kiedy koszty okupacji wzrastają; a kolejne zwycięstwo, to przejęcie tego terytorium przez lokalnych rewolucjonistów – wtedy imperium zaczyna produkować zaawansowane produkty z wysoką wartością dodaną i sprzedaje je krajowi, gdzie właśnie kwitnie sprawiedliwość społeczna, rewolucjoniści płacą tym, co mają, czyli surowcami (zawsze tanie i z niską marżą a nawet poniżej kosztów – lud się dorzuci) i tanią pracą.

Socjalizm to współczesna kompania handlowa, tylko lepsza, bo kosztów się nie ponosi, tylko na propagandę produkującą złudzenia, a jak się murzyni połapią w czym rzecz, to się na nich innych murzynów wyśle z maczetami, bo nigdy tak nie jest, że się wszyscy niewolnicy budzą jednocześnie.

ZSRR by trwał do dziś jakby miał jeszcze coś na sprzedaż.

Imperium: gospodarka realna, ludność wytresowana do gardzenia innymi

ludowa republika: gospodarka komplementarna, ludność wstydzi się własnego cienia” (Vejito 27 października 2016)

podobne: Rola Polski w strategii USA (miejsce w szeregu). Jak z przedmiotu stać się podmiotem polityki międzynarodowej. (Nie)aktualność idei jagiellońskiej. oraz: Uwaga Putin jest Rosjaninem! Czy Lachy naprawdę mają mu pomagać (a jeśli tak to w czym)? Polityka rosyjska wobec Polaków czyli „Bracia Moskale” nigdy nie istnieli. i to: Unia w Horodle jako dziedzictwo polskości, oraz Feliks Koneczny o Polsce między Wschodem a Zachodem. Czy można być cywilizowanym na dwa sposoby? a także: Optymizm nie zastąpi nam Polski. i jeszcze: Quo vadis Polsko? Sny o potędze RP kontra przekleństwo georealizmu. „Stary Nowy Porządek” czyli Zdrada w Monachium

„New Deal” po polsku czyli „jednolity podatek” dla przedsiębiorców. „Dobra zmiana” czy wielki kryzys? Nie – dla socjalizmu z ludzką twarzą.


Banksterzy

„…W niniejszym eseju będącym fragmentem książki zatytułowanej Wielkie mity na temat Wielkiego Kryzysu, Lawrence W. Reed, obala mit zbawiennej roli polityki New Dealu jako remedium na kryzys. Patrząc na dzisiejsze zakusy rządzących, którzy chcą doprowadzić do ogólnoświatowego programu wyjścia z kryzysu, tekst może być wielce pouczający.

W 1932 roku Franklin Delano Roosevelt wygrał wybory prezydenckie, uzyskawszy 472 głosy elektorskie w porównaniu do zaledwie 59 głosów, jakie zebrał urzędujący Herbert Hoover. Program wyborczy Partii Demokratycznej, na której czele stał Roosevelt, głosił: „Uważamy, że program wyborczy partii to umowa z ludem, i jej warunków partia, której powierzono władzę, ma wiernie przestrzegać”. Partia domagała się 25-procentowej redukcji wydatków federalnych, zrównoważonego budżetu, racjonalnego obrotu złotem, „aby zapobiec wszelkiemu ryzyku”, wycofania się rządu z obszarów, które przynależą raczej przedsiębiorstwom prywatnym, a także położenia kresu „ekstrawagancjom” programów Hoovera w zakresie polityki rolnej. Oto co obiecał kandydat na prezydenta, Roosevelt. Ale nie ma to wiele wspólnego z tym, czego późniejszy prezydent Roosevelt rzeczywiście dokonał

…Niefortunnie rozpoczął prezydenturę, potępiając w przemówieniu inauguracyjnym wielki kryzys za „niegodziwych handlarzy walutami”. Nie powiedział nic na temat niegospodarności FED i niewiele o szaleństwach Kongresu, które przyczyniły się do pogłębienia problemów. W rezultacie zaś jego działań gospodarka pogrążyła się w kryzysie na resztę dekady

W maju 1935 roku na Uniwersytecie Harvarda Douglas powiedział jasno, że Ameryka staje w obliczu doniosłego wyboru:

Czy wybierzemy podporządkowanie się nas samych – tego wielkiego kraju – despotyzmowi biurokracji, kontrolowaniu każdego naszego działania, zniszczeniu równości, którą osiągnęliśmy, wreszcie zredukowaniu nas do położenia zubożałych niewolników państwa? Czy też będziemy uparcie trwać przy wolnościach, o które człowiek walczył przez ponad tysiąc lat? Ważne jest, by zrozumieć wielkość problemu, jawiącego się przed nami. (…) Jeżeli nie wybierzemy bezwzględnej, despotycznej biurokracji, kontrolującej nasze życie, niweczącej rozwój, obniżającej standard życia (…) wówczas stanie się jasne, że funkcja rządu federalnego w warunkach demokracji ma polegać na ograniczeniu swojej aktywności do tych obszarów, których demokracja dotyczy, na przykład obrony narodowej, utrzymywania prawa i porządku, ochrony prawa i własności, zapobiegania nieuczciwości i (…) ochrony społeczeństwa przed (…) partykularnymi interesami poszczególnych środowisk.

Taryfy celne nałożone przez ustawę Smoota-Hawleya oraz niegodziwość opartej na wyzysku polityki monetarnej, prowadzonej przez FED, to główni winowajcy odpowiedzialni za powstanie warunków, które dały Rooseveltowi pretekst do tymczasowego pozbawienia deponentów ich pieniędzy, zaś urlop dla banków nie wpłynął na zmianę tych podstawowych zasad. „Ponad 5 tysięcy banków, które działały w momencie ogłoszenia „urlopu”, nie otworzyło ponownie swoich podwojów po jego zakończeniu, a ponad 2 tysiące z nich nie zrobiły tego już nigdy” – donoszą Friedman i Schwartz.

…”Prawie wszystkie upadłe banki stanowe przestrzegały praw systemu bankowego”, czyli praw, które zakazywały bankom otwierania nowych filii i tym samym różnicowania swoich ofert oraz zmniejszania ryzyka. Powell pisze: „Chociaż Stany Zjednoczone ze swymi prawami systemu bankowego zanotowały upadłość tysięcy banków, to w Kanadzie, gdzie pozwolono bankom na rozszerzanie ich działalności, nie upadł ani jeden bank…” Co ciekawe, krytycy kapitalizmu, którzy uwielbiają winą za wielki kryzys obarczać rynek, nigdy nie wspominają o tym fakcie.

Kongres najpierw udzielił prezydentowi władzy do przejęcia prywatnych zasobów złota należących do amerykańskich obywateli, a następnie do odgórnego ustalenia ceny złota. Pewnego ranka Roosevelt, jedząc śniadanie w łóżku, zdecydował wraz z sekretarzem skarbu państwa o zmianie stosunku złota do banknotów dolarowych. Po oszacowaniu swoich możliwości Roosevelt ustanowił 21-procentową podwyżkę cen, ponieważ „to szczęśliwa liczba”. Morgenthau w swoim pamiętniku napisał: „Gdyby ktoś wiedział, w jaki sposób w rzeczywistości ustalamy cenę złota poprzez kombinację szczęśliwych liczb, sądzę, że byłby przerażony”. W 1933 roku Roosevelt własnoręcznie storpedował konferencję ekonomiczną w Londynie, zwołaną na wniosek innych znaczących krajów w celu obniżenia wysokości taryf celnych i przywrócenia parytetu złota.

Do wczesnych lat trzydziestych XX wieku Waszyngton wraz ze swoim beztroskim bankiem centralnym starli na miazgę standard złota. Odrzucenie parytetu złota przez Roosevelta usunęło większość pozostałych czynników hamujących nieograniczoną ekspansję pieniądza i kredytów, co kraj w późniejszych latach przypłacił deprecjacją waluty. Senator Carter Glass ujął to dobrze, kiedy na początku 1933 roku ostrzegał Roosevelta: „To hańba, sir. Ten potężny rząd, mocny dzięki zasobom złota, łamie swoje obietnice dotyczące wypłacania owego złota wdowom i sierotom, którym sprzedał obligacje rządowe z zobowiązaniem zapłaty złotą monetą po aktualnym kursie wartości. Łamie obietnicę wykupienia rządowych banknotów przy pomocy złotych monet po aktualnym kursie ich wartości. To hańba, sir”…

…W pierwszym roku Nowego Ładu Roosevelt zaproponował, by przeznaczyć na wydatki 10 miliardów dolarów, podczas gdy dochody wynosiły zaledwie 3 miliardy dolarów. Pomiędzy rokiem 1933 a 1936 wydatki rządowe zwiększyły się o ponad 83 procent. Federalny dług gwałtownie wzrósł o 73 procent.

Franklin Delano Roosevelt namówił Kongres do powołania w 1935 roku rządowej agencji ubezpieczenia społecznego, Social Security Administration, oraz do ustanowienia w 1938 roku po raz pierwszy w kraju prawa do pełnej pensji minimalnej. Podczas gdy do dzisiaj ogół społeczeństwa wyraża pełne uznanie za te dwa posunięcia, wielu ekonomistów ma inny punkt widzenia. Prawo do pensji minimalnej wypiera z rynku pracy wiele osób niedoświadczonych, młodych, niewykwalifikowanych i społecznie upośledzonych. (Na przykład uchwalone w 1933 roku, jako część innej ustawy, klauzule płacy minimalnej spowodowały wyrzucenie z pracy około pół miliona czarnoskórych). Natomiast współczesne badania i oceny ujawniają, że agencja Social Security stała się tak strasznym i długotrwałym ubezpieczeniowym koszmarem, że albo będzie musiała zostać sprywatyzowana, albo i tak już wysokie podatki, potrzebne do utrzymywania jej na powierzchni, będą musiały wzrosnąć do kosmicznych rozmiarów.

Roosevelt przeprowadził uchwalenie Ustawy o pomocy rolnikom (Agricultural Adjustment Act, AAA), która ściągała z przetwórców rolnych nowy podatek, a następnie używała tego dochodu do nadzorowania masowego niszczenia wartościowych upraw i uboju bydła. Federalni przedstawiciele nadzorowali ponury spektakl niszczenia poprzez przyoranie zupełnie dobrych pól z uprawą bawełny, pszenicy i kukurydzy (trzeba było nakłaniać muły do tratowania plonów; przyuczono je przecież, by szły pomiędzy zagonami). Zdrowe bydło, owce i świnie były wybijane i grzebane w masowych dołach. Minister rolnictwa Henry Wallach osobiście wydał rozkaz uboju sześciu milionów prosiąt, zanim urosną do rozmiaru dorosłych świń. Po raz pierwszy administracja płaciła też rolnikom za to, aby nie podejmowali pracy. Nawet gdyby AAA pomogła rolnikom, zmniejszając dostawy i podnosząc ceny, mogłaby to zrobić jedynie kosztem milionów innych ludzi, którzy musieli płacić te ceny albo zadowalać się mniejszą ilością jedzenia.” (Lawrence W. Reed)

źródło: Wielkie mity na temat Wielkiego Kryzysu

podobne: Premier: pełne oskładkowanie wszystkich umów byłoby ze stratą dla ludzi. oraz: Od standardu złota do pieniądza fiducjarnego. Realny stan gospodarki USA, Teksas żąda od FEDu zwrotu złota, o cynicznych Grekach i ekspansji Chin. Czy świat finansów (a za nim cywilizacji zachodu) chyli się ku upadkowi? Polska na jedwabnym szlaku. i to: Gaszenie pożaru benzyną czyli… Fed rozhuśtał gospodarkę, ale jej nie naprawił a także: „Ostatnia chudoba”, czyli przyczyna, przebieg i skutki kryzysu dla realnej gospodarki i obywateli.

…analogia do dzisiejszych działań „dobrej zmiany” jest niemal 100% o czym więcej tu: Przerośnięte państwo gwarancją problemów jego obywateli. O demokracji, państwie „opiekuńczym” i długu „publicznym” czyli przejadaniu przyszłości na własne życzenie. i tu: Znowu Ukradli Składki. Plan Morawieckiego podstawą III rozbioru OFE, czyli o tym jak PIS dokończy „reformę emerytalną” zaPOczątkowaną przez Rostowskiego (dla ratowania piramidy finansowej i POdreperowania budżetu). oraz tu: „W przedszkolu naszym nie jest źle” czyli… o jedynie słusznej misji publicznej PISu w „narodowych” mediach i w gospodarce (by znowu było jak za Gierka) i jeszcze tu: Moralne i ekonomiczne konsekwencje głupoty czyli… „Dobrobyt” płacy minimalnej, średniej krajowej, bezwarunkowego dochodu gwarantowanego i programów socjalnych. Skąd się bierze bogactwo? PIS gwarantuje bankom niezatapialność (za oszczędności Polaków)

…a to jeszcze nie koniec ponieważ…

Szykuje się kolejna „dobra zmiana” w Polsce, tym razem w podatkach. Dobro zmiany polega na dobrym przysoleniu podatkowym samo zatrudnionym, tak aby wyzwolić ich spod  nieznośnej perspektywy płacenia mniej niż etatowcy. Socjalistyczne drony w rządzie chcą tym skorygować kapitalistyczną  anomalię  wprowadzoną  jeszcze przez komunistów Millera w 2004 – umożliwienie samozatrudnionym płacenia stawki liniowej 19% PIT-u. Od lat była to furtka do obejścia podatkowego piekła normalnego PIT-u i ZUS-u razem,  jednego z najwyższych takich obciążeń w Europie.

Teraz wszystko to ma być połączone w jeden wysoki podatek „jednolity”.  Jak to dokręcanie podatkowej śruby pomóc ma nadpremierowi Morawieckiemu w realizacji jego dalekosiężnych planów „odpowiedzialnego rozwoju” i mobilizacji kapitału polskiego jasne nie jest.  Wolnego kapitału polskiego od tego nie przybędzie ani go to do niczego nie zmobilizuje.  Wręcz przeciwnie, będzie go mniej.  Bredząc o „finansowym uprzywilejowaniu najbogatszych” socjaliści PiS-u nie rozumieją że wypłaszają tym kapitał na dużą skalę, zubażając kraj w istocie a nie wzbogacając. Odpowiedzialnego rozwoju nie finansuje się nieodpowiedzialnymi posunięciami typu bolszewickiego. Ten kto zagranicą złożył jakiś kapitał i rozważał wykorzystanie go w kraju ma jeszcze jeden argument aby dać sobie spokój z myślą o powrocie

Rząd PiS-u najwyraźniej myśli że zwiększone obciążenia pozostaną bez wpływu na aktywność gospodarczą, że przedsiębiorca głębiej jedynie wciśnie czapkę i że zwiększone stawki będzie potulnie płacił. Nie rozumie że prowadzenie działalności gospodarczej jest delikatnym aktem równowagi między podejmowanym ryzykiem  a potencjalną nagrodą za to. Zmniejsz tę nagrodę a wielu podziękuje za ryzyko,  szukając bardziej zielonych połonin gdzie indziej albo przechodząc do podziemia…  

Za 20 lat namnożone jej rządowym programem 500+ zygoty przypomną to pakując manatki i udając się same na emigrację, byle dalej od jednolitego, socjalistycznego piekła… Dawno będzie wtedy po kaczyńskim rządzie i znowu w modzie będzie załamywanie rąk nad niedostatkiem „polskiego kapitału” i nad niepatriotyczną emigracją. Być może niedobitki PiS-u przypomną wtedy złotą myśl prezesa że “Polsce potrzeba nowych Gatesów“, najprawdopodobniej jako jednolitego wsadu do przekręcenia przez podatkową wyżymaczkę…” (cynik9)

źródło: Jednolity atak na przedsiębiorców

podobne: Poradnik kryzysowy: co zrobić w trudnych czasach?

„Przeczytałem wczoraj wywiad z ministrem Sasinem w Rzeczpospolitej. W zasadzie brak mi słów. Pan minister mówi bowiem o sprawiedliwości społecznej. O tym, że nowy system podatkowy powinien realizować elementarne zasady tej całej sprawiedliwości. Mam w związku z tym pytanie – kiedy, zdaniem ministra Sasina takie zasady były realizowane? Kiedy to było, ta cała sprawiedliwość społeczna, za której było wszystkim tak dobrze, że teraz musimy do tego wracać? Za Gomółki czy za Gierka? W swojej nieopisanej naiwności myślałem, że o sprawiedliwości społecznej nie usłyszę już nigdy w życiu, że teraz to będziemy już traktowani serio i nikt nam kitu wciskał nie będzie. Myliłem się. Jeden minister gada o sprawiedliwości, drugi buduje montownie niemieckich samochodów, w których zostaną zatrudnieni ukraińscy pracownicy, częściowo wykształceni w polskich technikach, tyrający za pół stawki, wypłacanej via niemiecka kasa przez polskiego podatnika. Pracownicy ci znajdą tę robotę poprzez pośrednika, który zedrze z nich wcześniej haracz i żegnani ze łzami w oczach przez swoje rodziny na Ukrainie, przyjadą na Dolny Śląsk. Pośrednikiem tym będą zapewne różne działające w Polsce fundacje, które deklarują, że jedyną ich misją jest przychylanie nieba biednym i potrzebującym. Trzeci zaś minister dostał nagrodę „Patriota roku”. Były kiedyś nagrody – człowiek roku. Nie wiem czy pamiętacie. Chyba Albin Siwak taką dostał. Ja, nie ukrywam, jestem poważnie zszokowany rozwojem wypadków. Aha, dodałbym jeszcze ojca jednego z ministrów, który wychodzi i świadom przecież zasobności własnej rodziny, mówi, że trzeba wprowadzić eutanazję, bo on nie chce być ciężarem dla dzieci.

Nie ma czegoś takiego jak sprawiedliwość społeczna. To o czym mówi Sasin nosi inną zgoła nazwę i od sprawiedliwości jest niesłychanie odległe. To się nazywa „przerzucanie kosztów utrzymania”. Oni chcą przerzucić koszta utrzymania przemysłu na barki podatnika, a co za tym idzie zrównać wszystkich ludzi do poziomu brudnych proli, którzy piją dżin zwycięstwa i palą papierosy zwycięstwa. To jest numer ćwiczony od początku świata, albowiem od początku świata ludzkość boryka się dwoma tylko problemami – jak utrzymać tanią produkcję i kontrolę nad wszystkimi wartościowymi rzeczami na świecie. Wszystko inne to są didaskalia, którymi my się ekscytujemy zupełnie niepotrzebnie. Tym dwóm aspektom poświęcone są wszystkie publikacje ekonomiczne, historyczne, a niekiedy także religijne. I teraz kiedy słyszymy z ust ministra Sasina słowa „sprawiedliwość społeczna” to wiemy, że chodzi o to, by jedynym pracodawcą w Polsce było państwo i niemieckie koncerny wpuszczone tu przez Morawieckiego. Żeby ten horror najpierw stworzyć, a potem utrzymać wystarczy wręczać co roku nagrodę „patrioty roku” i kręcić filmu o patriotyzmie, a także o naszej skomplikowanej historii, oraz wydawać patriotyczne tygodniki, w których patriotyczni dziennikarze pisać będą o perspektywach rozwoju przemysłu tekstylnego produkującego patriotyczną odzież. Nie wygrzebiemy się z tego nigdy.

Sprawiedliwość społeczna nie jest kokieterią wobec ludu pracującego jak się wydaje osobom naiwnym i dotkniętym psychicznymi dysfunkcjami. Sprawiedliwość społeczna to kokieteria wobec wielkich inwestorów, którzy muszą gdzieś znaleźć miejsce dla ulokowania swojej produkcji. Ta zaś musi być tania. Tylko obszary i grupy upośledzone, zdewastowane i ubogie, a także permanentnie oszukiwane przez swoich zarządców nadają się do takiej operacji. Kłopot w tym jedynie, by to co jest katastrofą, przedstawić im jako szansę. I my taki właśnie spektakl oglądamy przed naszymi oczami. Socjalizm, czyli inaczej bandytyzm zapośredniczony, przechodzi kolejne przeobrażenie i nie jest to ostatnia faza jego istnienia. Nie ma się co łudzić…” (coryllus)

całość tu: Nie – dla socjalizmu z ludzką twarzą 

Warto tu wspomnieć kulisach sukcesu „dobrej zmiany” w ramach otwarcia Fabryki Mercedesa w Jaworze, która powstała dzięki „publicznemu wsparciu” czyli za NASZE pieniądze zrabowane w podatkach. PodziemnaTV: Robią nas w konia: PiS DA… NIEMCOM #158. I warto zestawić tę wiedzę z faktem, że ta sama władza od jakiegoś czasu ostro krytykuje działalność kapitału zagranicznego z Niemiec w Polsce… a wyjdzie Szydło z Morka (Odys)

i jeden uzupełniający komentarz. Pisze JK24 października 2016 o 10:20

Przy okazji Sasin powiedział, że dążą do zatrudnienia na umowę o pracę, by pracownicy nie zakładali własnej działalności gospodarczej. Wydaje mi się, że jak pracownicy zakładają własną działalność gospodarczą to widzą jak na dłoni jakie są obciążenia fiskalne (PIT, CIT, ZUS we wszelkich odmianach). Po co mają to wiedzieć. Jak mają umowę o pracę to nie będą sobie tym głowy zaprzątać i będą się interesować ile dostają „na rękę”. Że ich „na rękę” jest obłożone chorendalnym podatkiem to będzie problem pracodawców. A jak ci zaczną narzekać to się stwierdzi, że kapitalistyczni, zagraniczni, magnaccy, ziemiańscy czy jacy tam kolwiek krwiopijcy chcą przerzucić koszty na pracowników i po zawodach.

podobne: Co „prawdziwa prawica” Kaczyńskiego szykuje dla przedsiębiorców i reszty Polaków oraz: Obrońcy etatyzmu i sentymentaliści rodem z PRL kamienują „złodziejski kapitalizm” czyli… dlaczego niewolnicy nie zasługują na wczasy? i to: Budżet państwa na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną… ale czy PIS będzie nas kosztował mniej? Oczywiście że nie – zamach na umowy cywilnoprawne. a także: Czy rząd Donalda Tuska wraz z całą administracją podatkową postawili sobie za cel, by wszyscy przedsiębiorcy albo zbankrutowali, albo wyprowadzili się za granicę? i jeszcze: Marcin Nowacki o dokręcaniu śruby polskim przedsiębiorcom. polecam również: Piotr Świder: Oda do wolności. Z dedykacją dla poszukiwaczy skarbów wolnego rynku oraz: Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”

rys. Adam Wycichowski (niewolnik)

rys. Adam Wycichowski (niewolnik)

Kaczmarski i 7 grzechów głównych… na przykładzie starożytnego Rzymu i Cyncynat – wzór do naśladowania.


Albrecht Durer - Knight, Death, and the Devil

Albrecht Durer – Knight, Death, and the Devil

„Wielkich upadków więcej widzieliśmy niż wzlotów,
Byliśmy oczywiście na uczcie Baltazara,
Uczyliśmy się mowy zwycięskich Wizygotów
Na służbie ostatniego przepiwszy żołd Cezara.
Przeżyliśmy Rolanda, by świadczyć śmierć Karola,
Pozostałościom mocarstw nie oczekiwać łaski.
Razem z Ludwikiem Świętym widząc się w aureolach
Wyrzygiwaliśmy krew w jerozolimskie piaski.
Co było wszechpotężne – zdaje się niedorzeczne.
Gdzie słodka woń Arabii? Gdzie tajemniczy Syjam?
Religie tysiącletnie też nie są dla nas wieczne
I demokracja kwitnie, dojrzewa i przemija…

A nas wiedzie siedem demonów, co nami się karmią:
Na przedzie pycha podąża z tańczącą latarnią,
Chciwość wczepiła się w siodło i grzebie po sakwach,
Broi pod zbroją lubieżność, pokusa niełatwa.
Bandzioch domaga się płynów i straw do przesytu,
Wabi rozkoszne lenistwo do łóż z aksamitu,
Gniew zrywa ze snu i groźbą na oślep wywija,
A zazdrość nie wie, co sen i po cichu zabija.

Maximilian Pirner - Frenzy, Hatred And Death

Maximilian Pirner – Frenzy, Hatred And Death

Tak zbrojni w moce, na które nie ma lekarstwa
Stawiamy nadal i obalamy mocarstwa.

Każdemu więc z imperiów bezsprzecznie zasłużeni
My – ludzie pióra, miecza lub zajęczego lęku
Jesteśmy grabarzami swych własnych dzieł stworzenia,
Zajęczym lękiem niszcząc je, mieczem lub piosenką.
Samotnie wędrujemy po dawnych bitew szlakach,
Którymi dzisiaj rządzi chwast, kamień lub jaszczurka.
Wierzchowiec się potyka, bo ciąży mu kulbaka
I jeździec w pełnej zbroi błądzący po pagórkach.
Jesteśmy jak zwierzęta – z rytmami śmierci zżyte,
Choć człowiek w nas – do Nowej wciąż prze Jerozolimy;
Więc nastawiamy ucha na echa nowych bitew,
Bo wiemy, że na pewno je w końcu usłyszymy…

I wiedzie nas siedem demonów, co nami się karmią:
Na przedzie pycha podąża z tańczącą latarnią,
Chciwość wczepiła się w siodło i grzebie po sakwach,
Broi pod zbroją lubieżność, pokusa niełatwa.
Bandzioch domaga się płynów i straw do przesytu,
Wabi rozkoszne lenistwo do łóż z aksamitu,
Gniew zrywa ze snu i groźbą na oślep wywija,
A zazdrość nie wie, co sen i po cichu zabija.

Tak zbrojni w moce, na które nie ma lekarstwa
Będziemy nadal stawiać i zwalać mocarstwa.”

Siedem grzechów głównych muzyka: Jacek Kaczmarski (oraz Przemysław Gintrowski i Zbigniew Łapiński)

poprzednio: Kaczmarski, Gajowniczek… Modlitwa w potrzebie (Salve Regina) podobne: „Źródło wszelkiego zła”

Jean Leon Gerome - The Death of Caesar

Jean Leon Gerome – The Death of Caesar

Kryzys republiki rzymskiej w I wieku p.n.e. w zdecydowanej mierze wynikał ze zwyrodnienia życia politycznego Rzymu. Celem poszczególnych polityków było nie uzdrawianie res publici i reformowanie państwa, a prywatne interesy i pięcie się po stopniach cursus honorum, by potem móc zdobyć bogactwo.

Każdy polityk marzył, by osiągnąć preturę, konsulat, a potem stanowiska prokonsula i propretora. Reguły życia politycznego były nad wyraz proste. Osoba chcąca zajść wysoko w hierarchii życia politycznego, wpierw musiała się starać o wsparcie ze strony biedoty miejskiej lub wyższych sfer. Osiągnąć to można było trojako:

  • pełniąc edylat, polityk mógł zjednać sobie biedne masy, wydając wielkie igrzyska, które uwielbiali Rzymianie. Wraz z ostrzejszą walką polityczną zwiększał się splendor takich wydarzeń. Cyceron podaje np., że Gnejusz Pompejusz w roku 55 p.n.e. rywalizując z Cezarem wydał „najwspanialsze i najdroższe [igrzyska], jakie kiedykolwiek były”. Z kolei Milon w roku 54 p.n.e. chcąc pokonać swojego rywala, zdecydował się na sprzedaż swoich trzech posiadłości, aby móc wydać wielkie widowisko. Najbiedniejsi zapewniali wsparcie na komicjach wyborczych.
  • oferując swoim klientom i biedocie podarunki (tzw. congiaria).
  • przekupując wyborców. Co ciekawe, przekupstwo było czymś normalnym w rzymskiej republice. Naturalnie dostrzegano, że korupcja jest czymś szkodliwym dla dobra życia politycznego i społecznego Rzymu. W tym celu starano się zaostrzać ustawy o nadużycia wyborcze (de ambitu). Jednak nie miało to większego wpływu na poprawę sfery moralnej.

Przekupstwo odbywało się głównie za sprawą pośredników (divisores), czyli urzędników odpowiedzialnych za rozdział zboża. Dla pewności otrzymania głosów, wpierw odpowiednia kwota trafiała do pośrednika (sequestres), który dopiero po ogłoszeniu wyników głosowania wydawał należność. Proceder ten był często jawny i odbywał się publicznie w Cyrku Flaminiusza, a niekiedy w domu urzędującego konsula.

Pieniądze, jakie oferowano za poparcie kandydatury były często olbrzymie. Cyceron w swoim liście wspomina, że Memmiusz i Domicjusz chcąc wyeliminować trzeciego kandydata, zawarli koalicję (cotio) i obiecali pierwszej głosującej centurii 10 mln sesterców. Z kolei Milon, w trakcie wyborów na konsula, na przekupstwa przekazał każdemu członkowi tribus tysiąc asów. Warto dodać, że przekupstwo często było tłumaczone przez polityków interesem państwowym, co sugeruje, iż uważane było za coś zupełnie normalnego. Do słownika łacińskiego tamtych czasów weszło nawet słowo accipere, oznaczające „przyjmować”, które w sposób profesjonalny oznaczało przekupstwo. Przekupywana była zarówno biedota, jak i często zadłużeni nobilowie i ekwici.

Nie da się ukryć, że duże znaczenie w wyborach miały relacje towarzyskie polityków. Brat Cycerona, Kwintus w swoim pisemku „O ubieganiu się o konsulat” (De petitione consulatus)  radzi Cyceronowi, by ten w trakcie ubiegania się o konsulat szukał przyjaciół wśród senatorów i ekwitów, klientów-wyzwoleńców czy nawet niewolników, którzy często mają wpływ na swoich panów. Ponadto Cyceron nie powinien ograniczać się do Rzymu, ale kampanię wyborczą powinien prowadzić nawet w koloniach czy prefekturach. Ważnym jest, aby jako osoba kandydująca przyrzekał on wszystkim pomoc (nawet jak wiadomo, że jej nie udzieli) oraz, żeby był uprzejmy i wesoły. Warto posiadać nawet specjalnego niewolnika (nomenclator), który podążając za swoim panem będzie mu przypominał imiona napotkanych ludzi na ulicy; w ten sposób Cyceron będzie mógł pozdrawiać każdego z imienia. Warto także wyrażać pochwalne mowy na cześć Senatu, żyć z nim w zgodzie oraz podkreślać jego znaczenie.

Jak widać więc przyjaciele polityczni (officia amicorum) byli bardzo ważni w świecie politycznym republikańskiego Rzymu. Co warte zaznaczenia, przyjaźnie te często były jednak fałszywe i nakierowane na czysty zysk osobisty. Przykładowo Cyceron początkowo nienawidzący zwolennika Cezara, Watiniusa, którego publicznie ośmieszał i oskarżał, po kilku latach bardzo go polubił – jak się okazało dla celów politycznych. Rzymska scena polityczna była niezwykle fałszywa i pełna nieszczerych relacji. Ważny był chwilowy zysk i pomoc innego polityka.

Podobnie jak to jest dzisiaj, Rzym nie był także pozbawiony publicznych oskarżeń i prób ośmieszenia oraz zdyskredytowania przeciwnika politycznego. Powszechnym było nazwanie rywala złodziejem lub oskarżenie go o przestępstwa seksualne. Jak widać, więc wiele współczesnych krajów zaczerpnęło zasady ustrojowe republikańskiego Rzymu, jednak niestety przejęło także wiele negatywnych aspektów życia politycznego.”

źródło: Scena polityczna republikańskiego Rzymu była zdeprawowana

Jean Leon Gerome - Slave Auction

Jean Leon Gerome – Slave Auction

„Namiestnicy prowincji rzymskich mieli taką władzę, że mogli podporządkowane sobie terytorium wykorzystywać w sposób absolutny. Taka sytuacja miała miejsce praktycznie przez cały okres istnienia państwa rzymskiego, jednak szeroką wiedzę mamy zwłaszcza o I wieku p.n.e. Rzadko wówczas zdarzał się sprawiedliwy i rozsądny administrator, przykładu Cycerona.

Cyceron tak scharakteryzował stosunki panujące na prowincjach:

Wszystkie prowincje płaczą, wszystkie ludy niezawisłe żalą się, wszystkie królestwa uskarżają się na nasza chciwość i gwałt; nie ma tak oddalonego miejsca na ziemi, gdzie by nie sięgnęła samowola i niesprawiedliwość naszych urzędników. Nie oręża i nie wojny musi Rzym obawiać się ze strony obcych ludów, lecz skarg, łez i żalów.

W skutek zdzierstw w prowincjach znacznie wzrastały majątki arystokracji. Ludność zamieszkująca na prowincjach była nierzadko zobligowana przez namiestnika do płacenia wysokich podatków na rzecz państwa i zapełniania prywatnego skarbca.

Samowola administratorów nie pozostawała jednak bez odzewu ze strony bardziej moralnych elit. W republikańskim Rzymie ukształtowały się procesy o zdzierstwa (de repetundis). Przed trybunał trafiało wielu rzymskich polityków: w 69 roku p.n.e. propretor Galii Narboneńskiej Marek Fontejusz, w 66 historyk i mówca Gajusz Licyniusz Macer oraz Dundanius czy trybun ludowy Maniliusz. W 65 roku p.n.e. przed trybunałem stawia się Katylina za malwersacje i zdzierstwa w Afryce; w 63 roku Gajusz Kalpurniusz Pizon oskarżony został o nadużywanie władzy w Galii Narboneńskiej; a w 59 roku Lucjusz Waleriusz Flakkus za działania w Azji.

Nie zawsze jednak  stawali winni przed sądem. Zdarzało się, że były namiestnik uniknął procesu za sprawą wpływowego przyjaciela – np. Salustiusz przy pomocy Cezara.”

źródło: Wyzysk prowincji w państwie rzymskim

„Źli i chciwi finansiści, wykorzystujący szarego człowieka dla własnego wzbogacania się, nie są jedynie „produktem” naszych czasów. Już w republikańskim Rzymie pojawili się ludzie działający w sferze finansowej i bankowej, działający w oparciu o lichwę. 

Świat rzymskich bankierów poznajemy za sprawą listów Cycerona. Słynny rzymski mówca i prawnik wspomina, że każdy zamożny Rzymianin posiadał własne konto bankowe. Cyceron przedstawia nawet działanie takiego konta. Gdy chciał on na przykład przesłać swojemu synowi, studiującemu w Atenach, pieniądze udawał się do bankiera, któremu wpłacał żądaną sumę. Następnie syn wypłacał należność w banku ateńskim.

Lichwą zajmowali się głównie ekwici, średnio zamożna klasa społeczna, która swoje działania prowadziła także poza granicami państwa. Znamy przypadek niejakiego Gajusza Rabiriusa Postumusa, który miał naprawdę barwne życie jak na bankiera. W 59 p.n.e. pożyczył dużą sumę pieniędzy władcy Egiptu Ptolemeuszowi XII Auletesowi, który przyrzekł Cezarowi zawrotną kwotę 6000 talentów za uznanie go za króla Egiptu oraz sprzymierzeńca i przyjaciela ludu rzymskiego. W 55 p.n.e. Ptolemeusz mianował Rabiriusza diojketesem, czyli ministrem finansów, co umożliwiło mu bezwzględne ściąganie z poddanych zaległych długów królewskich. Rabiriusz mógł więc odzyskać swoje wierzytelności oraz zebrać 10 000 talentów na łapówkę dla namiestnika Syrii Aulusa Gabiniusza za jego pomoc w odzyskaniu tronu przez Ptolemeusza. Po roku zdzierstw Rabiriusza, w obliczu groźby rebelii, Ptolemeusz usunął rzymskiego bankiera ze stanowiska i uwięził go. Wobec zagrożenia życia Rabiriusz uciekł do Rzymu, gdzie został oskarżony w senacie przez Gajusza Memmiusza o zdzierstwa, przekupstwo i służbę u obcego władcy. Mimo obrony Cycerona z 54 p.n.e. został skazany na wygnanie. Wrócił dopiero za dyktatury Cezara.

Poza ekwitami lichwą trudnili się także senatorowie. Robili to wbrew prawu, więc wykorzystywali do swoich procederów pośredników. Działał tak na przykład Lucjusz Lukcejusz, który udzielał lichwiarskich pożyczek gminie Byllis i którego interesy polecał Cyceron namiestnikowi Illyrii. Słynny jest także przypadek mordercy Cezara, Marka Juniusza Brutusa, który pożyczył na wysoki procent (48%) wielką sumę miastu Salamina na Cyprze. Jako wierzyciel figurował podstawiony przez niego Scaptius, który przy pomocy teścia Brutusa – Appiusza Klaudiusza – otrzymał prefekturę Cypru. W obliczu nie możności spłacenia długu, Scaptius wraz z oddziałem konnicy oblegał Salaminę i głodem starał się wymóc zwrot odsetków i sumy. Tym sposobem z głodu zmarło 5 cypryjskich radnych.

Opisana historia dowodzi, jak niemoralne metody wykorzystywali rzymscy stoicy. Dłużnikiem Rzymian był także król Kapadocji – Ariobarzanes. Agenci finansowi Pompejusza i Brutusa rywalizowali między sobą o zwrot długów władcy. Cyceron w listach wspomina: „Nie ma on żadnego skarbu ani żadnych dochodów”. Co więcej mówił: „[…] nie ma nic nędzniejszego nad to królestwo i nic biedniejszego od tego króla”. Król Ariobarzanes płacił Pompejuszowi podobno co miesiąc 33 talenty, a Brutusowi raz zapłacił 100 talentów.

źródło: Chciwi finansiści rzymscy

Jean Leon Gerome - The Age Of Augustus The Birth Of Christ

Jean Leon Gerome – The Age Of Augustus The Birth Of Christ

Cesarz Kaligula został przez potomnych zapamiętany jako jeden z najgorszych i perwersyjnych władców Cesarstwa Rzymskiego. Jeśli wierzyć przekazom historyków starożytności poza terrorem władca wyróżniał się niezwykle dziwnym poczuciem humoru i kontrowersyjnymi „romansami”.

Oktawian August, jego pradziadek, z pewnością byłby w szoku, gdyby zobaczył co też Kaligula wyprawia. W czasie swoich rządów żył w oficjalnym konkubinacie z własnymi rodzonymi siostrami. Ponadto bardzo często pozwalał sobie na obcowanie z kobietami zamężnymi i to przy wiedzy ich mężów. Znamy przekaz mówiący, że cesarz zaszczycił swoją obecnością Gajusza Pizona i Liwię Orestyllię podczas zaślubin. Po całej ceremonii Kaligula udał się ze świeżą małżonką Pizona do swoich komnat, by potem powrócić i oznajmić, że zawarł związek małżeński na wzór Romulusa, który według legendy miał zlecić porwanie Sabinek do Rzymu.

Zaledwie po kilku dniach cesarz rozwiódł się z Liwią, gdyż jego uwagę przykuła piękna Lolia Paulina. Był tak oczarowany jej urodą, że wezwał ją i męża do Rzymu i kazał się im rozwieść. Małżeństwo Kaliguli i Pauliny trwało jedynie kilka tygodni; cesarz jak wcześniej rozwiódł się i pod karą śmierci zakazał jej uprawiania miłości z innymi mężczyznami. Ostatecznie Kaligula poślubił Cezonię, córkę piekarza, która była według zwyczaju była zbyt niskiego urodzenia, by zostać cesarzową.

Poza „oficjalnymi” relacjami Kaligula pozwalał sobie na folgowanie z zamężnymi kobietami na ucztach. W czasie bankietów uprowadzał na bok żony, by po jakimś czasie wracać jakby nigdy nic do stołu, przy którym czekali ich mężowie…

…Po zwycięstwie nad Pompejuszem w 48 roku p.n.e. pod Farsalos i jego śmierci Cezar stał się jedynym panem świata rzymskiego. Kleopatra VII, wygnana przez swojego brata Ptolemeusza XIII z Aleksandrii szukała wszelkich sposobów na odzyskanie władzy i odbudowanie potęgi Egiptu pod swoimi rządami. Królowa zobaczyła w Cezarze jedyną szansę na odzyskanie władzy. W tym celu wysnuła genialny pomysł uwiedzenia Cezara.

Jak się okazało Cezar był na tyle zachwycony młodą, piękną i egzotyczną królową, że zaczął dzielić z nią łoże. Cezar w konflikcie pomiędzy parą królewską poparł Kleopatrę, która już podczas swego pobytu w Aleksandrii została jego kochanką.  Cezar ostatecznie doprowadził Kleopatrę na tron, by ta urodziła mu syna – Cezariona, który miał według jej zamierzeń rządzić Imperium. Cezar uznał młodego Ptolemeusza za syna, dając mu w przyszłości prawo do ubiegania się o spadek po ojcu.

Co ciekawe, w tym czasie Cezar był ożeniony z Kalpurnią, córką konsula Pizona. Cezar zdecydował się nawet na niebezpieczny ruch – zaprosił Kleopatrę do Rzymu z dzieckiem. Cezar panujący samodzielnie w Rzymie pokazał Rzymianom (w tym swojej żonie) swojego „królewskiego” syna Cezariona. Wydarzenie to spotkało się z oburzeniem społeczeństwa a zwłaszcza senatorów, którzy dostrzegali w Cezarze zwolennika monarchii…”

całość tu: 10 największych skandali seksualnych w antycznym Rzymie

Wilhelm Kotarbiński - A Roman Bacchanal

Wilhelm Kotarbiński – A Roman Bacchanal

  • 12 października 166 n.e. – współcesarze rzymscy Marek Aureliusz i Lucjusz Werus odbyli w Rzymie triumf po zwycięskiej wojnie z Partami. Armia jednak przywiodła też stamtąd zarazę, która odtąd przez wiele lat pustoszyła Imperium. Potocznie nazwano ją Plagą Antoninów lub Plagą Galena, a rozprzestrzeniła się ona po całym Cesarstwie w latach 165-180 n.e. Uważa się, że była to albo ospa prawdziwa, albo odra. Zaraza odebrała życie zarówno Werusowi (169 n.e.) jak i Aureliuszowi (180 n.e.). Naukowcy określili, że przypuszczalnie w wyniku plagi zginęło 5 milionów ludzi… 
  • 13 października 54 n.e. – w nocy z 12 na 13 października,na skutek rozkazu otrucia potrawą z grzybami przez Agrypinę, zmarł cesarz Klaudiusz. Do władzy doszedł jej syn z pierwszego małżeństwa, który został adoptowany przez Klaudiusza – Neron. Nowy władca zapowiedział ograniczenie swojej władzy tylko do spraw wojskowych i przywrócenie pełnych kompetencji senatowi i konsulom… (więcej wydarzeń tu: Tego dnia w Rzymie)

Konkluzja: „Nie wolno pozwolić żadnej jednostce ani grupie jednostek, żeby skupiła w swoich rękach zbyt dużą władzę; polityka jest profesją, a nie zajęciem dla dyletantów” – Cyceron (106 – 43 p.n.e.) – mówca, polityk i filozof. Chodzi oczywiście o zbyt dużą władzę nad innymi (Prawdziwy sens konfliktów zbrojnych czyli… kto kontroluje dług ten kontroluje wszystko)

podobne: „Vae victis!”. Przyczyny upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego analogią czasów współczesnej „cywilizacji zachodu”.  oraz: Czy grecka tragedia przyniesie opamiętanie reszcie eurosocjalizmu? Polska idzie śladami bankruta czyli Michalkiewicza o „frumentacjach” słów kilka. i to: „Dekadencki Rzym” kontra „ZARADNI MĘŻCZYŹNI I PIĘKNE KOBIETY” a także: Virtus, pietas, fides… Samotność rzymianina (według Waldemara Łysiaka) polecam również: Zapis agonii czyli… Cywilizacja Łacińska i Świat zadowolonych głupców. Przepowiednia z „Konopielki” (gdzie tkwi diabeł).

PS…

Zdarzały się jednak na przestrzeni dziejów Romy również wybitne i prawe jednostki, które stanowiły wzór cnót godnych naśladowania.

„…niejaki Lucjusz Kwinkcjusz Cincinnatus („Kędzierzawy”), znany także jako Cyncynat. Był on patrycjuszem i konsulem rzymskim w roku 460 p.n.e. W 458 p.n.e. został obwołany przez senat rzymski dyktatorem Rzymu podczas wojny z ludem Ekwów. Według legendy senat dokonał wyboru, gdy Cincinnatus orał pole.

Posłowie, wysłani przez senat, najpierw nakazali mu założyć togę i dopiero gdy Cincinnatus pojawił się w stosownym stroju, przekazali mu wieść o wyborze. Po odniesionym zwycięstwie i odbytym triumfie natychmiast zrzekł się urzędu i związanej z nim nieograniczonej władzy, by powrócić do pracy na roli. Stał się przez to symbolem cnót obywatela rzymskiego…” (Cyncynat – wzór do naśladowania)

Franciszek Żmurko - Przeszłość grzesznika. Siedem grzechów głównych

Franciszek Żmurko – Przeszłość grzesznika. Siedem grzechów głównych

Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu.


rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

„Każdy zdrowy człowiek pamięta swoją przeszłość i ciekaw jest przeszłości osób, z którymi się bliżej styka. Ponieważ wszyscy ludzie to robią, jest to właściwość uniwersalna wszystkich cywilizacji. Można stąd wyciągnąć wniosek, że musi to być żywotny czynnik w życiu i rozwoju społeczeństw, skoro żadne się nie ostało, które by wiedzy o swojej przeszłości nie wytwarzało i nie gromadziło, aby ją przekazywać…

Jeśli wiedza o przeszłości jest jednym z niezbywalnych nurtów kultury, wobec tego pytanie o pożytek z historii znaczy tyle samo, co pytanie o potrzebę kultury i jest tak samo zbyteczne, jeśli go nie uściślimy, aby wyjść poza oczywistości…

…jak wielkie znaczenie miała znajomość polskiej historii w sporach i procesach polsko-krzyżackich i różnych akcjach dyplomatycznych. Przytoczę dla przykładu akapit z rozdziału napisanego przez Mariana Zwiercana, najlepszego wciąż znawcę Janowego Komentarza (s. 15-16):

Uzdolnienia prawnicze i wiedzę historyczną Dąbrówki wykorzystał król Kazimierz Jagiellończyk w ważnych misjach dyplomatycznych. W 1462 r. uczony uczestniczył jako rzeczoznawca w zjeździe piotrkowskim, na którym rozstrzygano spór między królem a Piastami mazowieckimi i śląskimi o spadek po książętach płockich. Swymi ekspertyzami przysądził na rzecz króla ziemie rawską i gostyńską. W sprawie tej posłużył się przygotowanymi uprzednio materiałami historycznymi oraz genealogicznymi. Następnie w 1463 r. w Brześciu Kujawskim zbijał prokrzyżackie stanowisko legata papieskiego Hieronima, arcybiskupa Krety, występującego z pośrednictwem pokojowym między Polską a Zakonem Krzyżackim… 

…Rozpoznajemy w powyższym szkicu działalności pierwszego polskiego profesora historii przynajmniej dwa pola historyczności. Najpierw genealogię książąt polskich jako klucz do sprawiedliwego podziału spadku po Piastach. Następnie kalendarium władztwa polskich książąt na ziemiach zagarniętych bądź zagrożonych przez Zakon Krzyżacki. O tym wymiarze pracy krakowskiej szkoły historycznej pisze w monografii Komentarza Piotr Węcowski (s. 68):

W skład tej grupy wchodziło kilka osób związanych z krakowskim środowiskiem uniwersyteckim: Jan z Dąbrówki, Jan Długosz, Jakub z Szadka, Mikołaj z Kalisza i Sędziwój z Czechla. Łączyły ich wspólne cele, ale i podobne poglądy oraz zainteresowania intelektualne. Jak zauważył Jacek Wiesiołowski, „program Polski etnicznej, piastowskiej, wydaje się wspólny dla całej grupy ekspertów królewskich Kazimierza Jagiellończyka”. Dążyli oni do powrotu Polski do granic „pierwszych Bolesławów”, eksponując zasięg terytorialny Korony Królestwa Polskiego (…).

Nauka historii, rozpoczęta tak chwalebnie na Uniwersytecie Krakowskim w XV wieku, i w całej Europie, nie zastąpiła oczywiście indywidualnych ścieżek pozyskiwania, gromadzenia i przekazywania wiedzy o swojej przeszłości. Zdarzało się, że ta warstwa podstawowa rozmijała się z oficjalną wykładnią historii czyli polityką, „rozumem narodowym”, którym zawiadują elity. Bywa, że część elit zostaje skorumpowana i przez wiele lat uczestniczy w zagładzie państwa (np.[LINK]) Bolesne przykłady fatalnych skutków takiej niszczącej samozagłady, skutkującej oddawaniem stopniowo państwa we władanie wrogich potęg, można by mnożyć…” (Andrzej Dąbrówka)

całość tu: „Po co nam historia?”

podobne: „1920 – zapomniany appeasement”. Murzyńskość zachłyśniętych zachodem i rachunek z sowieckich krzywd. O polską politykę i świadomość historyczną. i to: Kowalski: obecne władze w Kijowie są wrogie wobec Polaków. Poroszenko podpisał ustawę uznającą prawny status bojowników o wolność, w tym członków UPA (nazizm i komunizm na cenzurowanym). IPN-y Polski i Ukrainy powołają platformę dialogu historycznego. a także: Gimnazjaliści nie radzą sobie z trudniejszymi zadaniami, ale szkołę lubią. Prawo do odręcznego pisania. Polscy historycy zbulwersowani niemiecko-rosyjskim podręcznikiem. oraz: Najnowsza historia Polski wciąż czeka na odkrycie, źródła leżą w Moskwie (wywiad z prof. Wieczorkiewiczem) i jeszcze: Jeszcze o alternatywnej wersji historii pichconej przez lewicę

„Jarosław M. Rymkiewicz w bardzo ważnej rozmowie z Joanną Lichocką:

…Jest bowiem tak, że z literaturą, z wielkimi pisarzami w żaden sposób nie można wygrać – wielkie dzieła ducha i umysłu mają siłę – tajemniczą, niewidzialną – która ujawnia się wtedy, kiedy chce. Tak jak nasza miłość do Polski, tak i nasza literatura narodowa była przez tych, którzy w ostatnich latach rządzili Polską, lekceważona, wyśmiewana, marginalizowana, wyrzucana ze szkół – wydawałoby się, skazana już na nieistnienie. Tym złym ludziom chodziło oczywiście o to, żeby dzieci nie uczyły się miłości do Polski, żeby pokochały coś nowoczesnego i milszego niż Polska – jakieś popkulturowe głupoty. Ale na nic zdały się ich wysiłki, bo nie można wygrać z wielkimi pisarzami – oni są nieśmiertelni i na zawsze pozostaną tutaj z nami. Warto tu jednak zauważyć, że jeśli chodzi o literaturę polską, to jest też i tak, że ona w swojej całości, wszystkimi swoimi dziełami, nawet tymi podrzędnymi, oddziaływała i nadal oddziałuje na losy Polaków. To wydaje mi się bardzo tajemnicze – i nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Może w tym jest jakaś szczególność naszej literatury narodowej, może to odsłania jej szczególne przeznaczenie – że również pisarze niewielkiego talentu przykładają się do wielkiego wysiłku uczenia Polaków, jak należy służyć swojej ojczyźnie. Na przykład Władysław Bełza, zmarły przed ponad stu laty lwowianin, który dzięki jednemu małemu wierszykowi wszedł do panteonu wielkich Polaków – bo dobrze się Polsce przysłużył.

…Ciekawe, że różne nonsensowne powody, dla których Polska powinna zostać zlikwidowana i wymazana z mapy Europy– niekiedy nawet trochę podobne do tych wymienionych – pojawiały się już kilka wieków temu – w wieku osiemnastym i dziewiętnastym i dwudziestym. Różnica jest tylko taka, że wówczas te powody, które miały usprawiedliwić rozbiór Polski, wymyślano w Petersburgu, Berlinie i Wiedniu, a teraz wymyślają je z upodobaniem Polacy, którzy już nie chcą być Polakami…”

całość tu: Czego uczy nas literatura Polska?

podobne: Historia naturalna i porwanie Europy, oraz wybrane propozycje nie do odrzucenia z dziejów międzynarodowego „dialogu” z Polakami. UE w dołku Healey’a.  oraz: Zaplanowane migracje przymusowe, oraz prawomyślność, hipokryzja i głupota bez granic czyli… zmacane na własne życzenie Niemcy „martwią się” o „Państwo Islamskie” nad Wisłą.

Ma rację Pan Rymkiewicz że literatura ma tajemniczy wpływ na umysły Polaków, ale nie powinno być obojętne co z tej literatury zostaje w głowach, i jakiego rodzaju „tajemniczość” jest udziałem naszych „namiętności”. Jako naród i państwo wyszliśmy zwłaszcza na „romantycznych” uniesieniach jak przysłowiowy Zabłocki. Każdy kto choć trochę orientuje się w historii Polski wie jak, i na czym wyrosła potęga I RP. Na pewno nie na Reju, ani na Kochanowskim, ani na żadnej innej literaturze czy sztuce. Kierunek był odwrotny – sztuka i literatura były tylko pięknym dodatkiem a raczej emanacją potęgi, która swoje źródło miała po pierwsze w wolności (zanim stała się samowolą), po drugie w praworządności (zanim stała się nierządem), a po trzecie w harcie ducha (zanim strawiła go zgnilizna moralna w postaci prywaty i zaprzedaniu się obcym wpływom). Po upadku tego wszystkiego co stanowiło siłę/kręgosłup Rzeczypospolitej, pozostał tylko sentymentalny jęk za dawną świetnością (który trwa do dziś), a w zasadzie za pewnym jej symbolem, trafnie opisanym przez Mickiewicza w „Panu Tadeuszu”: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele, i? –jakoś to będzie!”. Sentyment za wzorem opływającego w złoto paniska idioty kompletnie nie liczącego się z brutalną rzeczywistością (jak np. druzgocąca przewaga militarna okupanta), niecierpliwie czekającego okazji żeby „porwać się na tysiące” (jak Sienkiewiczowski Kmicic) i bohatersko skrwawić w przekonaniu że „tak trzeba” i że Bóg dopomoże szaleństwu, bo kiedyś przecież przodkowie gromili przeważające siły wroga. Przekonanych o tym że czekanie cierpliwie na okazję (słabość okupantów) to strata czasu a wręcz zdrada. Po macoszemu traktujących pozytywistyczną strategię, by odbudować Polskę silną nie tylko sentymentem literackim, ale przede wszystkim zorganizowaną w terenie pod względem administracyjnym i ekonomicznym, nie dającą się sprowokować do krwawych powstań kończących się zawsze pacyfikacją i wywłaszczeniem zasobów ludzkich, gdzie ciągle panował podział na szlachtę i chłopstwo. Kto ośmielił się kalkulować na zimno i nazywać gorące porywy szaleństwem ten był zdrajcą świętej sprawy (do dziś używa się tej kalki).

Ślepy i głupi bunt ubierany w barwy „romantyzmu”, który tak naprawdę z każdym swoim wybuchem kończył się zwijaniem resztek państwowości polskiej i eksterminacją jego elit, doprowadził do tego że po dziś dzień jesteśmy tylko nędznym kadłupkiem (pisownia celowo nawiązująca do nie tak dawnego mitu Polski jako potęgi gazowej) dawnej Rzeczypospolitej i jej pierwotnych ideałów, które nie miały nic wspólnego z „rewolucyjnym romantyzmem”, który doprowadził do tego, że spora część Polaków mieniąca się dziś „konserwatystami” (republikanami?) czuje sentyment do jakobińskiej rewolucji (sic!). Jednocześnie (paradoksalnie) tęskni za szlachecką RP, nie potrafiąc skojarzyć oczywistej prawdy że skoro w tamtym systemie większość Polaków była zwykłymi chłopami (bez przywileju wolności osobistej czy własności), to i oni znaleźliby się podobnie jak tamtejsze chłopstwo poza nawiasem tak polityki jak i pańskiej dumy, którą dziś się karmią snując narkotyczne wizje o przynależeniu do elity. I ta nosząca znamiona wady wrodzonej fascynacja, ciągle jest karmiona i podsycana przez ludzi takich jak Pan Rymkiewicz. Zapominają „prawdziwi patrioci” że w tamtym systemie tylko co dziesiąty z nich mógłby się nazywać „narodem” (z racji pochodzenia szlacheckiego). Analogicznie nawiązując do mitu II RP musieliby się wywodzić/należeć do sanacyjnej szlachty towarzysza Ziuka, żeby móc odnosić wymierne korzyści ze swojego poświęcenia dla ojczyzny.

„Trochę jestem konserwatystą, trochę republikaninem, trochę jakobinem. Konserwatywna jakobińska rewolucja – to mi się podoba.” pisze Pan Rymkiewicz, nie zdając sobie (chyba) sprawy z anty cywilizacyjnego i antychrześcijańskiego (a więc ANTYpolskiego) charakteru tego rodzaju mieszanki. Bo nie można dwóm Panom służyć, i jak pisał swojego czasu Koneczny – nie można być cywilizowanym na dwa sposoby (Unia w Horodle jako dziedzictwo polskości, oraz Feliks Koneczny o Polsce między Wschodem a Zachodem. Czy można być cywilizowanym na dwa sposoby?). Jeśli podoba Ci się jakobinizm to znaczy że niewiele w tobie z konserwatysty, bo nie można być tylko trochę w ciąży. Polsce jest dziś zatem potrzebna kontrrewolucja wobec tego co zrobili Jakobini, a ich ideowi spadkobiercy tj. szeroko pojęta lewica (od bolszewików po socjalistów z „ludzką twarzą”) radośnie kontynuują. Tymczasem ma miejsce kolejna (r)ewolucja socjalistycznych mrzonek opartych o masowe (pod płaszczykiem „interesu publicznego”) złodziejstwo dusz i portfeli jako konieczną ofiarę ku chwale ojczyzny… (Odys).

„…nie ma w Polsce innej tradycji patriotycznej niż socjalistyczna. Wiąże się to oczywiście z procesem odzyskiwania przez Polskę niepodległości, którą wywalczono w wyniku szeregu rewolucji lansujących idee lewicowe. Polska niepodległość jest na stałe przyspawana do socjalizmu, a jak ktoś twierdzi inaczej to już mu socjaliści wyjaśnią, że jest zdrajcą. W warunkach niebytu państwowego, opresji i szykan, inna niż socjalistyczna postawa, jawiła się bowiem ludziom jako forma zdrady, mniej lub bardziej jawnej. Dla socjalisty zdrajcą był ziemianin co inwestował w maszyny rolnicze, zdrajcą był robotnik, co nie zapisywał się do partii i zdrajcą był sklepikarz, który odmawiał płacenia rewolucyjnych haraczy. Można oczywiście twierdzić, że socjaliści to ludzie czynu, rzucają bomby, strzelają z browningów i dzięki temu powstaje Polska. To jest niby prawda, niby powiadam, bo koszta powstania takiej Polski są dla samych Polaków nie do udźwignięcia, a przykład 20 lecia pokazuje, że najważniejszym celem socjalistów po odzyskaniu niepodległości, była przemiana w establishment z mniej lub bardziej oszukanymi tradycjami, który próbuje coś tam robić na arenie międzynarodowej. Bez skutku, rzecz jasna, bo ludzie lansujący socjalizm w krajach takich jak Polska byli, są i będą z istoty socjalizmowi wrodzy. I tylko idiota może myśleć, że zdobywszy władzę jako socjalista będzie mógł zamienić się w konserwatystę i gadać z tamtymi jak równy z równymi. To głupstwa. I to widać na licznych przykładach, tak rewolucyjnych, jak i parlamentarnych…” (coryllus)

podobne: Na czym polega postkomunizm i czy socjalista może być dobrym patriotą? oraz: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona. O patriotyzmie słów kilka.

Potrzebne jest zatem stworzenie (na początek) nienaruszalnego, (tj. niepodlegającego demokratycznym fantazjom) porządku prawnego, opartego o sprawiedliwość. Ale nie o tę zwaną „społeczną” (rodem z komuny) gdzie redystrybuuje się zagrabione ludziom dobra by było „po równo”, a najlepiej na kredyt który będą spłacać obywatele i ich dzieci okradzione w ten sposób z przyszłości już na starcie. Chodzi o sprawiedliwość opartą o prostą zasadę – NIE KRADNIJ, a przymus stosuj tylko po to by zapobiegać niesprawiedliwości, w tym podstępowi w umowach zawieranych między wolnymi ludźmi. Prawo powinno być „defensywne”, tj. stać na straży wolności i własności prywatnej WSZYSTKICH (to jedyna równość która winna być pożądaną, jedyna „prawicowa” równość), a nie „ofensywne” tj. służące zabezpieczeniu niedookreślonego interesu „publicznego”, który okazuje się być ekonomicznym interesem jakiejś grupy „umiłowanych przywódców” (oraz najbardziej zasłużonych spośród „wyborców”), kosztem całej reszty wolnych ludzi – słowem zabezpieczeniem pasożytowania władzy na obywatelach… (Odys)

„…Do tego bowiem sprowadzają się w dzisiejszym świecie kwestie polityki wewnętrznej socjalistów, zwanych dziś dla niepoznaki demokratami. Najpierw socjaliści krzyczą – nie ma odwrotu, a potem zaczynają dzielić pieniądze tych, których oszukali. Największe zaś wydatki idą na propagandę i po tym między innymi także się socjalistów rozpoznaje. Po wydatkach na promocję…” (coryllus)

Żeby temu zapobiec potrzebna jest pisemna gwarancja wolności i własności obywateli tego kraju (i pozbawienie władzy możliwości kierowania gospodarką), zamiast doraźnego pisania „prawa” pod samowolę władzy, i dociskanego go później kolanem w Sejmie. Władza która uważa że może zmieniać jednostronnie umowę kiedy jej się podoba, na dodatek wstecz lub w trakcie gry (bo jakiś „budżet” tego wymaga), po to głównie by rozbudowywać swój (i dla „swoich”) aparat w oparciu o zagrabione Polakom pieniądze, otóż taka władza nie jest żadną elitą a bandą pospolitych zbójców i powinna natychmiast stracić swój mandat do rządzenia państwem. Wszystko to co zostało stworzone w ramach tzw. „administracji”, a nie mieści się w kategoriach zapewnienia porządku publicznego i bezpieczeństwa obywateli, nie jest tak naprawdę obywatelom potrzebne. Ani do życia, ani do prowadzenia jakiejkolwiek działalności bo tylko żre i przeszkadza. To jest kolumna stojąca ZAWSZE po stronie kosztów i wydatków, choć niektórzy starają się ją ubrać w tzw. „inwestycję” albo „dobro wspólne”. Dobrem publicznym jest wyłącznie to, by każdy mógł uczciwie na siebie i swoje rodziny pracować (bez strachu że go ktoś okradnie), a potem ewentualnie DOBROWOLNIE dzielił się tym na czym mu zbywa z innymi. „Państwo opiekuńcze” jest zaprzeczeniem idei opieki, dobroczynności i w co tam jeszcze próbują je ubrać wszyscy ci, którzy w pierwszej kolejności z tego typu „administracji” korzystają.

Zacząć natomiast trzeba od naprostowania pokrętnej semantyki, i zdemaskowania głosów które mieszają ludziom w głowach, tj. uprawiają „masowe duraczenie” (jak to nazywa Pan Michalkiewicz), czyniąc nieczytelnymi pojęcia i idee jakimi się rzekomo kierują, ubrani w nie jak przysłowiowy diabeł w ornat. Przez ten „nieporządek”, grupę socjalistów, etatystów i „trochę konserwatystów” nazywa się „prawdziwą prawicą”, a interes partyjny (bądź innej kliki) myli się z interesem narodowym. Ten mechanizm o którym ględzę nieustannie, można spokojnie podciągnąć pod każdy jeden element „układu”, który rządzi Polską (z przerwami) od wieków – począwszy od tzw. „demokracji szlacheckiej” po obecną „demokrację”, za którą każda jedna z dotychczas rządzących klik dałaby się pokroić, bo bez niej nie byłoby „budżetu” i monopolu władzy. Rozciągniętego do granic absurdu na słodkie bułki w szkolnych sklepikach, a z drugiej strony na to że zamiast cieszyć się z owoców swojej pracy, trzeba żebrać u państwa o zasiłki płacone z pieniędzy wcześniej zagrabionych (w podatkach i „składkach”) uczciwie pracującym ludziom. A potem się dziwimy kiedy po tak przygotowaną gołotę wyciągają ręce obce wpływy, i że obcy (jak niegdyś pruskie, ruskie i austriackie ambasadory w przeddzień rozbiorów) znowu czują się w „wolnej Polsce” jak u siebie, przekupując Polaków za grosze by szkodzili własnemu państwu.

Trudno czuć się Polakiem, tudzież może bardziej pasować będzie stwierdzenie że trudno identyfikować się z państwem które upadla własnego obywatela. Czyni go dłużnikiem już od narodzenia, potem przez lata dojną krową a na końcu bankrutem. Nędzarzem bez przyszłości i ciężarem dla przyszłych pokoleń. Wiecznie na dorobku jeśli się nie wpasuje w zastany układ (lub nie ucieknie za granicę), wyrzuconym poza nurt rozwoju którym steruje ktoś inny, wykluczonym. Więc epatowanie tak upodlonego człowieka koniecznością miłowania ojczyzny i państwa, które jest głównym sprawcą jego poniżenia, zakrawa na bezczelność. Ciężko jest założyć rodzinę i karmić ją wyłącznie Mickiewiczem, Sienkiewiczem czy Rymkiewiczem. Jeśli jakiemuś patriocie nie mieści się to w głowie, to polecam pielgrzymkę po tzw. Polsce B i rozmowę z zapomnianymi przez „warszafke” (jak niegdyś przez szlachtę) chamami i zapytanie ich czy znają Mickiewicza albo Słowackiego i czy żyje im się dzięki tym literatom dobrze. Zresztą z tego co pamiętam nowej władzy wcale nie trzeba udowadniać jak wygląda Polska, bo dobrze miała to policzone w kampanii wyborczej, prowadzonej w oparciu o hasło „Polska w ruinie” (o czym więcej tu – dlaczego niewolnicy nie zasługują na wczasy). Dobrze też wiedzą że tego problemu nie załatwi podwyższanie deficytu i rozdawnictwo w postaci „500 zł na (nie)każde dziecko”. Jeśli jednak w to wierzą to są żywym przykładem tragicznych efektów karmienia umysłu „rewolucyjnym romantyzmem” i niczym się nie różnią w swoich „naprawczych” zamysłach od poprzedniej władzy („Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach)… (Odys)

„…Pisał bowiem Piętak o tym, że trzeba koniecznie przypominać pułkownika Kuklińskiego i innych wielkich to wtedy wzrośnie nam poziom patriotyzmu. Oczywiście, a jak ustawimy w każdym mieście głośnik na rynku i zaczniemy przez ten głośnik puszczać muzykę Szopena to przybędzie nam melomanów, szczególnie wśród nieuświadomionej muzycznie ludności najuboższej. Porzucą oni swoje dotychczasowe zainteresowania i miast ryczeć po pijanemu ile sił w płucach – głęboka studzienkaaaaaaaa, głębokooooo kopanaaaaaaaa – popadną w zamyślenie i zaczną chłonąć wszystkimi porami skóry piękno mazurków i polonezów. To jest znany i praktykowany od dawna sposób na propagowanie treści polskich i patriotycznych. On się za każdym razem kończy kacem i katastrofą, uwolnić się odeń jednak nie można. I dziś właśnie wyjaśnimy sobie dlaczego. Otóż kultura narodowa jest dobrem całkowicie przez Polaków nieznanym

…Igor Janke będzie sobie publicystykował wraz z ministrem w telewizorze na tematy gospodarcze, a dla nas tutaj, z przeznaczeniem do prywatnej dewocji, ustawi się ikony bohaterów przed którymi palić będziemy kadzidła. Jak ktoś będzie to czynił opieszale to może na razie nie nazwie się go zdrajcą, ale zwinie mu się na przykład bloga, albo wymyśli coś innego.
No więc jak powiem to co Cambronne w chwili kiedy czworoboki gwardii stojące na łące pod Waterloo, były już mocno przerzedzone – a gówno. Nie będzie tak. I teraz właśnie przechodzimy do naszego, zapomnianego już nieco postulatu. Nie będziemy palić żadnych kadzideł przed monidłami, a już na pewno nie będziemy tego czynić za namową czy z polecenie ministra-bankiera o prawdziwie polskiej duszy. Niech on to sobie wybije z głowy. Nie możemy sakralizować własnej przeszłości, to jest pierwsza część mojego postulatu, bo to pogaństwo, masonerka i szamanizm. O przeszłości zaś musimy pisać zawsze w sposób bezwzględnie atrakcyjny….

…Póki co jednak nie zanosi się, by ktoś napisał coś podobnego. Czymu – jak pytają czasem mieszkańcy Katowic. Tymu mianowicie, że świeżo pochowani bohaterowie to fetysze, służące towarzyskiej nobilitacji i za opisywanie ich mogą brać się jedynie osoby najdostojniejsze, umocowane towarzysko lub na wielkich pisarzy mianowane, ot takie choćby jak Maria Nurowska, stara grafomanka, która napisała o Kuklińskim książkę pod tytułem „Mój przyjaciel szpieg”. Dopóki tendencja ta nie zostanie odwrócona nie ma szansy na to, by cokolwiek w tej tak ukochanej przez wszystkich publicystów promocji Polski ruszyło do przodu. No, a właśnie na zmiany się nie zanosi, zanosi się na całkowite zabetonowanie. Zanosi się na chóralne śpiewy pieśni okołopowstaniowych i przemarsze zespołu Mazowsze przez deski sceny w sali Kongresowej w tę i nazad. Zanosi się na późnego Gierka mówiąc w skrócie. Zanosi się na podział głęboki na tych co omawiają poważne sprawy i na mentalne przedszkole, w którym wychowawcą jest Piętak roniący łzę nad grobem Kuklińskiego. Powtórzę więc jeszcze raz – a gówno. Nie będzie tak, bo nikt w Polsce tego nie chce . Ludzie chcą triumfu prawdziwego, sukcesu, który ich umocni i uniesie…” (coryllus)

całość tu: Palenie zabija czyli hurrapatriotyzm

„Czas znika, mija przeszłość, wiek niezwrotnie bieży,
A występków szkaradność lub cnoty przykłady,
Te obrzydłe, te święte zostawują ślady.” (Ignacy Krasicki, Do ks. Adama Naruszewicza, o pisaniu historii)

„Jeśli chodzi o słuchaczy, to dzieło moje, pozbawione baśni, wyda im się może mniej interesujące, lecz wystarczy mi, jeśli uznają je za pożyteczne ci, którzy będą chcieli poznać dokładnie przeszłość i wyrobić sobie sąd o takich samych lub podobnych wydarzeniach, jakie zgodnie ze zwykłą koleją spraw ludzkich mogą zajść w przyszłości”. (Tukidydes)

I po to właśnie potrzebna jest nam historia i takoż literatura – żebyśmy znali prawdę, oraz powielali i kultywowali dobre/pożyteczne zachowania/postawy, oraz pamiętali i uczyli się na błędach jakie popełniali nasi przodkowie, by następnie wyciągnąć z nich stosowne wnioski unikając podobnych zdarzeń na przyszłość. Jednak żeby tego rodzaju wnioski stały się naszym udziałem w życiu politycznym (państwa, narodu i indywidualnym) historia musi stać się nauką opartą o fakty, a nie infantylną historyjką rodem z „harlekinowej” literatury życzeniowej, podsycającej niezdrowe sentymenty na użytek partykularnych interesów jakiejś grupy podrzędnych karierowiczów żywo zainteresowanej ekscytowaniem mas (dopóki im płacą). Prawda i dobro też potrafią „rozerwać” i być atrakcyjne, to tylko kwestia/miara talentu… (Odys)

„Wiedza o historii, szacunek i sentyment dla niej zaliczają się do naczelnych czynników spajających narody. Rolę tę spełniają jednak tylko wtedy, gdy nikt nie próbuje amputować wiedzy, tłumić jednych umiłowań, by sztucznie hodować inne. Jeśli się nie spełnia tych warunków, sprawa fałszowanej historii dzieli ludzi, wytwarza między nimi przepaście” (Paweł Jasienica właśc. Lech Beynar – polski historyk)

Prawda jako obiektywna wiedza na dany temat powinna być celem i środkiem wszelkich badań historycznych (czy namysłów nad literaturą) – na pohybel powiedzeniu jakoby historia była pisana przez zwycięzców. Bo pisana w ten sposób często nie jest żadną historią a zwykłym kłamstwem, lub jak kto woli propagandą. Na tego rodzaju fałszywej wiedzy można wyhodować wyłącznie niepewność, kompleksy i niesprawiedliwość, które prędzej czy później odbijają się na całym narodzie, z jednej strony podsycając w nim nastroje szowinistyczne, a z drugiej strony czyniąc go zgrają zepsutych, niemoralnych ludzi. Wtedy zamiast dążyć do pokojowego rozwoju ludzkości we wzajemnym poszanowaniu, państwa ciągle wysuwają wobec siebie „zadawnione” pretensje. Kwestią czasu jest przejście od pretensji do roszczeń, a następnie do „casus belli”. Uznanie i odkupienie win z przeszłości może prowadzić do uzyskanie przebaczenia i zamknąć stare ropiejące od wieków rany krzywd. Tylko tego rodzaju podejście do historii daje szansę skłóconym narodom na koegzystencjalną (nie koniecznie wspólną) pokojową przyszłość. Kłamcy i propagandyści nie powinni zatem nigdy pełnić funkcji „nadwornych” historyków (zwłaszcza publicznie). Tego typu ludzie powinni być w tej branży zwalczani bezwzględnie, gdyż są tak samo niebezpieczni dla państw i narodów jak nieodpowiedzialni politycy… (Odys)

„Historia jest świadkiem czasów, światłem prawdy, życiem pamięci, nauczycielką życia”. (Cyceron)

tymczasem…

„Historia uczy, że ludzkość niczego się z niej nie nauczyła”. (Wilhelm Friedrich Hegel)

więc póki co „Naród, który nie zna swej przeszłości nie ma szans na napisanie nowej historii”. (autor nieznany) Będzie powtarzał stare błędy aż wyginie doszczętnie. Na koniec fragment artykułu pod tytułem: „Z Rymkiewiczem nie zbudujemy Polski Jana Pawła II” (Fronda.pl).

„…Logos a nie chaos

Niebezpieczna jest także rymkiewiczowska koncepcja wolności, którą sprowadzić można (jeśli pominąć cały niezwykle estetycznie dojmujący sztafaż eseistyki) do pochwały samowoli. To właśnie tak rozumiana wolność – co bardzo mocno podkreślał błogosławiony Jan Paweł II – doprowadziła Polskę do upadku. „Myśmy kiedyś, nasi praojcowie, zawinili, zawinili wobec wolności. Nazywaliśmy to „złotą wolnością”, a okazała się zmurszałą!” – mówił Ojciec święty podczas pielgrzymki do Polski w 1987 roku, i przypominał, że tylko wolność osadzona na Bogu (a to znaczy na Logosie) może rzeczywiście budować.

Inaczej niż Rymkiewicz błogosławiony Jan Paweł II kładł zatem nacisk na rozsądek (poeta przeciwstawia Polaków rozsądnych, którzy zostają zdrajcami) Polakom szalonym) i mądrość obywatelską, która doprowadziła do powstania konstytucji 3 maja. To właśnie ukryta w niej rozumność, racjonalność, zdolność do nawrócenia, a nie pogrążenia się w odmętach szaleństwa, stały się – wedle błogosławionego Jana Pawła II – fundamentem odrodzenia Polski. „Ona sprawiła, że nie można było odebrać Polsce jej rzeczywistego bytu na kontynencie europejskim, bo ten byt został zapisany w słowach Konstytucji 3 maja. A słowa te, mając moc prawdy, okazały się potężniejsze od potrójnej przemocy, która spadła na Rzeczypospolitą” – zauważał Papież podczas pierwszej pielgrzymki do wolnej Polski. Odrodzenie Polski, jej moc i siła przychodzą zatem dzięki Prawdzie, Mądrości i Odpowiedzialności, a nie dzięki szaleństwu czy samowoli, która doprowadzić nas może do apologii ślepej przemocy.

…Polska potrzebuje bowiem rozsądku, tak samo jak męstwa, które jednak, gdy przekształca się w szaleństwo staje się brawurą, która niewiele ma wspólnego z rzeczywistą odwagą…” (całość tu: Wolnośc a samowola czyli – Goń libertyna!)

podobne: Powstanie warszawskie: „strumień wody może być obrócony na koło młyńskie i przynosić pożytek, albo obrócony na dom i zalać go i zniszczyć” i to: Powstanie Wielkopolskie – „kolebka” niepodległej Polski. Czemu o nim tak cicho? “Bliżej” – J. Pospieszalskiego oraz: Powstanie Styczniowe. Cześć i chwała bohaterom! Hańba na nieodpowiedzialnych prowodyrów. Socjalistyczne korzenie zrywu z podpuszczenia i analogia do Ukrainy.

PS…

„…Poetom bowiem przede wszystkim zależy na publikacji, a przez to są całkowicie bezradni wobec policji, dziennikarzy i różnych oszustów, którzy się koło nich kręcą. Poeci nie mają innego wyjścia jak wierzyć w szczere intencje kłamców, bo sami mają nieszczere intencje. Wydaje im się, że jak napiszą wiersz korespondujący z polityką, to on zostanie zauważony. Mickiewicz musiał napisać cały poemat, a do tego dwa lata pełnił funkcje urzędnicze w carskim aparacie przemocy, dopiero potem przyszła sława, ale i tak nie była ona słodka, a na pewno nie tak słodka, jak to sobie poeta wymarzył. Dziś zaś poeci po napisaniu jednego czy kilku wierszy domagają się uwagi, bo te wiersze są o Smoleńsku. Czy panowie zadbali o to, by mieć po swojej stronie jakichś krytyków i dziennikarzy? Nie. Przeciwnie, wystawiliście się na osąd publiczności i podłożyliście się takiemu cynglowi jak Staszewski, a pan Nessun Dorma pointuje to nieszczęście bajaniem o etyce. W walce propagandowej nie ma miejsca na etykę. Wiersze o Smoleńsku nie są potrzebne PiS i nie mogą być potrzebne. Gdyby PiS zaczął je skupować, w kraju pojawiłoby się dwustu co najmniej poetów, lepszych od Rymkiewicza.

Teraz kolej na niego. Jarosław Marek Rymkiewicz istnieje nie po to, by dawać przykład i torować szlaki młodym, ale po to, by ci młodzi nie mieli wstępu na obszary, które on zajmuje. Tak jest zawsze ze sławnymi poetami. Partia, policja, jakaś polityczna siła powinna mieć po swojej stronie poetę, bo to ma wymiar nobilitujący. To jedna ze zdobyczy rewolucji socjalistycznej, czego nikt właściwie nie rozumie, jedynie my tutaj. I dzięki temu sporo na tym korzystamy. Otóż jest tak, jeśli likwiduje się fizycznie i fiskalnie klasę nobilów musi powstać na jej miejscu coś, co będzie ją imitowało. Nie może być inaczej, bo tak jest już zorganizowane ludzkie stado. Nawet jeśli mamy do czynienia ze skrajnym przykładem rewolucji socjalistycznej, takiej jak w Kambodży. Tam też były elity i tam też marzono o nobilitacji. Normalnie jest tak, że elity dzielą się na jawne i tajne. Tajne to te, które własnymi rękami mordowały klasę posiadaczy, a teraz dzierżą władzę. Jawne zaś to te, które przy tej likwidacji ubrudziły się najmniej, czyli propagandyści opiewający rewolucję, zwani czasem poetami.

Zawoła ktoś – daj pan spokój, przecież Rymkiewicz nikogo nie zamordował! Oczywiście, że nie, ale podobnie jak wszystkie dziś partie polityczne jest on jednym ze spadkobierców socjalistycznego przewrotu, który na przełomie wieków XIX i XX całkiem zmienił świat. Poeci, pisarze, twórcy generalnie to dziś klasa nobilów. Kłopot w tym, że polityka chciałby mieć w ręku sito, na którym odsiewać będzie tych jej potrzebnych, od tych co się nie nadają. Istnieje jednak coś takiego jak pozory, które socjalizm wypracował, żeby usprawiedliwić przed innymi socjalistami swoje zbrodnie i lepiej wypaść na tel Czerwonych Khmerów. I one muszą być zachowane. A skoro tak, każdy teoretycznie może pisać wiersze i liczyć na sukces. I tu jest właśnie ta pułapka. Każdy może, ale o sukcesie musi zapomnieć jeśli nie zna redaktora Staszewskiego z gazowni, albo jakichś prawicowych redaktorów. Z tymi ostatnimi jest znacznie gorzej niż ze Staszewskim, ponieważ on chce być tylko dziennikarzem, oni zaś chcieliby być dziennikarzami, poetami, pisarzami, noblistami, a Terlikowski chciałby jeszcze mieć swój harem do tego. Dlatego właśnie pisanie wierszy o Smoleńsku nie ma sensu i zawsze spotka się jedynie z milczeniem – periodyki prawicowe, albo szyderstwem – gazownia. Rymkiewicz zaś będzie stał tam gdzie stoi i patrzył spod swoich krzaczastych brwi. Kiedy zaś go zabraknie, postawią na jego miejscu inną figurę, albo wręcz manekin, żeby było taniej…” (coryllus)

całość tu: Kłótnie poetów patriotów

Witold Pruszkowski - Wizja

Witold Pruszkowski – Wizja