Konfiskata rozszerzona, donoszenie na samego siebie do fiskusa, ekologia (nie)podległości i inne „dobre zmiany” zasad życia w komunie… czyli „sekretne życie drzew” i „Młody las” (Kaczmarskiego)


Claude Monet – Relaxing in the Garden

*

„…Nawet drzewa twardnieją, by przeżyć,
Co tu mówić o ludziach, frajerzy!…”

„…Jeżeli drzewo będzie miało większy obwód, jego planowaną wycinkę trzeba będzie zgłosić w gminie. W zgłoszeniu trzeba będzie podać imię i nazwisko wnioskodawcy, oznaczyć nieruchomość, oraz dołączyć rysunek bądź mapkę gdzie na działce znajduje się planowane do wycięcia drzewo.

Po dokonaniu zgłoszenia, gmina będzie miała 21 dni, by przeprowadzić oględziny drzewa, które miałby zostać wycięte. Następnie samorząd będzie miał 14 dni na wydanie ewentualnego zakazu. Urzędnik sprawdzi np. czy drzewo bądź drzewa nie są chronione. Urząd będzie mógł nie zgodzić się na wycinkę m.in. na nieruchomości wpisanej do rejestru zabytków, na terenie przeznaczonym w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego na zieleń lub chronionym innymi zapisami miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, bądź jeśli drzewo będzie nosiło znamiona drzewa pomnikowego. W tym ostatnim przypadku kryteria, na podstawie których samorząd będzie mógł wydać taki zakaz, zostaną określone w rozporządzeniu ministra środowiska. Będzie on miał na nie jeszcze pół roku.” (niezalezna.pl – Już tak łatwo drzewa nie wytniesz)

„…oczekiwanie społeczne było takie by było więcej drzew (było ładnie i zielono itp.), a wiec państwo – władza – ma wypełnić to oczekiwanie. Jak to zrobiono?
Znacjonalizowano prywatne, zamiast przede wszystkim zachowywać i tworzyć owo wspólne, poprzez np. sadzenie drzew na gruntach, będących w zasobie skarbu państwa, utrzymywanie i zakładanie parków, zielonych skwerów, przydroży, alei, tworzenie i realizację miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, itp. W jakieś części te zadania realizowano, ale „zielony” zasób prywatny, znacjonalizowany, i tak był i jest nieproporcjonalnie większy od wspólnotowego, no i … tańszy. Być może uzasadnionym rozwiązaniem byłoby nabywanie lub dzierżawa tego co prywatne, a wartościowe np. starych drzew, drzew „siedliskowych”, ich zgrupowań itp., ale to oczywiście byłyby koszty, a więc co uczyniono?
Przerzucono oczekiwanie społeczne, wraz kosztami ochrony, na obywateli, zachowując jednocześnie pełną możliwość handlowania gruntami, należącymi do skarbu państwa, nierzadko o wysokich walorach przyrodniczych (także w miastach). Znacjonalizowano prywatne, tłumacząc to dobrem wspólnym, a ostatnio nawet dobrem Wspólnoty (powtórka z internacjonalizmu i komunizmu). Państwo przerzuciło ciężar ochrony przyrody, które jest oczekiwaniem społecznym, na obywatela. A propos „wielkich” kosztów, które państwo miałoby łożyć na zakładanie terenów zieleni lub dzierżawę wartościowych drzew. Zadajmy sobie pytanie: jak zakładali parki i aleje nasi rodzice, dziadkowie i pradziadkowie? Czy oni byli bardziej bogaci niż my i było ich stać na taki wydatek? Czy oni i ówczesne elity (np. rajcy miejscy i ludzie magistratu) mieli większą świadomość ekologiczną? Byli bardziej wrażliwi niż my? Jeśli tak, to musimy uznać, że obecne programy edukacji przyrodniczej, pochłaniające rocznie dziesiątki milionów złotych, są nie tylko marnotrawstwem, ale są niepotrzebne, bo nasi antenaci nie byli im poddani, a tereny zielone i tak zakładali.
6. Ten powyższy system nacjonalizujący suwerenność i własność obywatela, był i jest szczególnie mocno eksploatowany przez pozarządowe organizacje ekologistyczne. Państwo było i jest dla nich tylko narzędziem opresji na obywatelu, który nie poddaje się ich ideologii. Głoszą oni, że społeczeństwo jest nieświadome ekologicznie (głównym konsumentem projektów edukacji ekologicznej jest właśnie trzeci sektor) i dlatego musi być skrępowane gorsetem prawa. Zauważmy: to nie jest przypadek, że najbardziej przeciwni nowemu prawu są właśnie ekologiści. Do tej pory kontrolowali obywatela, a nawet terroryzowali go za pomocą państwa i prawa, będąc w tle – rzadko lub w ogóle nie ujawniając się. Co więcej, wielu z nich to właśnie owi eksperci, którzy za opłatą podejmowali się ocen, ekspertyz o obecności bądź braku obecności gatunków chronionych, którzy przygotowywali raporty oddziaływania na środowisko itp. opracowania – płatne. Kuriozalne było to, w tym układzie państwo-obywatel, że to właśnie oni, dzięki owej ekspertyzie, byli wybawieniem od opresyjnego państwa, a samo państwo uosobieniem zła. Co więcej, państwo, które nie wypełniało swojego obowiązku wobec oczekiwania społecznego (ma być ładnie i zielono), a w zamian nacjonalizowało drzewa, było dla ekologistów idealne, bo to oni wypełniali niszę opiekuna np. poprzez nagłaśnianie akcji „ratowania drzew” (cóż z tego, że prywatnych). Ci sami ludzie, którzy chcieli i chcą surowego prawa ochrony przyrody są jednocześnie płatnymi ekspertami, ale czy o tym wie obywatel? To co wie, to wiedza ekologii kanapowej i ekologizmu apokaliptycznego: brak drzew to brak tlenu. Sam fakt oddychania drzew, skutkujący wydaleniem dwutlenku węgla, mógłby spowodować, w podobnie uporczywej kampanii edukacyjnej i medialnej, wycinkę wszystkich drzew w miastach, bo wytwarzają CO2. Osamotniony obywatel z blokowiska nie zastanawia się, gdzie jest jego najbliższa reprezentacja (np. zarząd spółdzielni). Ostatnia rzecz jaka mu przyjdzie do głowy to indywidualna aktywność w tym zakresie: co ja zrobiłem żeby drzewa były na mojej ulicy i osiedlu? Pierwszą jest chęć decydowania i panowania nad cudzym (komuna zamiast wspólnoty), a drugą – przyłączenie się do ekologistów, bo to oni, pozornie, go reprezentują. Obywatel nie ma oparcia w państwie (władzach gminy, dzielnicy itd.) i tę potrzebę wypełniają organizacje ekologistów.
Podsumowując, można stwierdzić, że denacjonalizacja suwerenności i własności obywateli w odniesieniu do prawa usuwania drzew i krzewów na gruntach prywatnych miała wymiar nie tylko stanowienia konstytucyjnego prawa, ale była szansą na uzdrowienie państwa i jego instytucji, które wreszcie musiałoby sprostać oczekiwaniom bezpieczeństwa swych obywateli. To jest mechanizm państwowotwórczy, bo takie państwo, stwarzające bezpieczną przestrzeń, jest potrzebne każdemu obywatelowi. Obawiam się, że ostatnia poprawka do nowych przepisów, reaktywna, oparta na emocjach i bez faktycznej oceny analizy jej skutków, ogranicza sferę odpowiedzialności i wolności obywatela, rozbudowuje biurokrację, a przede wszystkim petryfikuje antypaństwowy układ pan – sługa. (Greenwatcher, szkolanawigatorow.pl – Denacjonalizacja drzew i krzewów)

podobne: Czy feministka i wiewiórka to „istota czująca”? O roli kobiety według lumpenproletariatu i o podejrzanym zapachu z ekologicznej i patriotycznej d…ziupli oraz: NIK o patologii w „sadowniczych uprawach ekologicznych”: Sadzili sady – zbierali dopłaty. Michalkiewicz i Umiłowani Przywódcy w „trosce” o (nie)swoją ziemię i to: Prezydent podpisał nowelizację ustawy. Lasy Państwowe nie zostały sprzedane a także: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność polecam również: „Najpierw państwo” czyli… gdy monopol na przemoc nie służy sprawiedliwości i własności. Ekonomia grzechu przeciw wolności „elit” naiwnych i mściwych (I)

Caspar David Friedrich – The Lone Tree

„PiS przeforsował kolejną niefortunną ustawę. Tym razem w ramach nowelizacji kodeksu karnego wprowadził do systemu prawnego potworka z postaci tzw. ustawy o konfiskacie rozszerzonej mienia

…scyzoryk sam się w kieszeni otwiera ilekroć stroną zainteresowaną w konfiskacie mienia obywatela  jest wszechwładne państwo które go w tym celu oskarża, sądzi i jednocześnie wymierza mu karę. Tym bardziej państwo socjalistyczne, z niedowładem organizacyjnym i ze skorumpowanym do cna sądownictwem które miałoby w takich sprawach „orzekać”.   Na korzyść kogo „orzeknie” na przykład sędzia M. z Trójmiasta? Zwłaszcza po telefonie z góry?  Poza tym – nemo iudex in causa sua – odkryli już starożytni Rzymianie,  co oznacza że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie.

Nie zdziwimy się więc gdy prawny potworek spłodzony przez min. Ziobro przejdzie do historii pod nazwą „Kluska bis”. To co ustawa robi jest bowiem sankcjonowaniem tego samego bezprawia którego ofiarą stał się znany przedsiebiorca IT Roman Kluska. Ustawa zasadniczo sprowadza się do uzurpacji przez państwo prawa konfiskaty wszystkiego wszystkim.   W szczególności, jako dobro szczególnie wartościowe, skonfiskowane mogą  zostać kompanie, trudne do utworzenia a nadzwyczaj łatwe w konfiskacie. Wystarczy w tym celu zamknąć pod fałszywym pretekstem szefa firmy, tak jak państwo zamknęło Kluskę,  albo zająć  rachunek bankowy spółki.   Konfiskatę dopełni automatycznie tzw. ząb czasu.

Aby ząb czasu mógł zadziałać błyskawicznie nowe przepisy przewidują możliwość natychmiastowego zabezpieczenia mienia na poczet przyszłej konfiskaty. Jako „ząb czasu” będzie wtedy robił wyznaczony przez sąd, oczywiście „niezależny”, „zarządca” który cyt. zapewnia ciągłość pracy zabezpieczonego przedsiębiorstwa oraz przekazuje sądowi lub prokuratorowi posiadane informacje mające znaczenie dla toczącego się postępowania.    Not too bad… jak na dobrą zmianę…   […]

[…]  Potencjalnym celem terroru państwowego stać się może nie tylko przedsiębiorca ale każdy posiadacz czegokolwiek wartościowego, od dzieła sztuki przez antyki po sztabki złota. To przecież nie państwo będzie miało obowiązek udowodnić  podejrzanemu że nabył swoją sztabkę  w ostatnich pięciu latach i zapytać  go grzecznie  skąd wziął na nią środki. To podejrzany przynieść będzie musiał w zębach papierowe dowody z pieczątkami. Jeśli ich nie przyniesie to sztabka, choćby w rodzinie z dziada pradziada, z definicji okaże się  z „nieujawnionego źródła”. Tudzież środki na jej zakup, c.b.d.o.”  (cynik9 – Konfiskata rozszerzona czyli “Kluska bis”)

podobne: Spadek po platformie. PO zawiodła przedsiębiorców. Czy obietnice wyborcze zbankrutują Polskę? oraz: Od koniczka do śmietniczka czyli… „męczeństwo” klaczy ważniejsze od interesu obywateli. „Dobra zmiana” u koryta i to: Rafał Ziemkiewicz: „Państwowe, czyli nie nasze”, ale „patrioci” mówią NIE dla wolnego rynku w Polsce. To mamy ten wolny rynek czy nie? a także: Czy rząd Donalda Tuska wraz z całą administracją podatkową postawili sobie za cel, by wszyscy przedsiębiorcy albo zbankrutowali, albo wyprowadzili się za granicę? polecam również: Rząd poprawia sobie finanse i zwiększa fiskalizm bez mówienia o wzroście podatków i jeszcze: “By żyło się lepiej”: skarbówka nie daruje nikomu

„Życie w Polsce wyraźnie przyspiesza, bijąc przy okazji światowe rekordy. Już nie tylko miesięcznice zastępują obchodzone dawniej rocznice, których udawało się zmieścić w roku tylko jedną. Z miesięcznicami tych problemów nie ma. Rząd, jeśli wierzyć Rzepie (24.05.17), zafundować zamierza Polakom także dnice. Mamy nadzieję że się ta nazwa przyjmie bo trudno inaczej nazwać projekt nowelizacji ordynacji podatkowej przewidujący że przedsiębiorcy przesyłać mają fiskusowi dobowe wyciągi z firmowych kont. Owszem, to nie pomylka – co 24 godz! Byłby to absolutny rekord świata w inwiligilacji.

Ministerstwo finansów nadpremiera Morawieckiego chce drogą codziennej kontroli „wyłapywać podejrzane transakcje”, i do czorta z jeszcze jedną warstwą biurokracji nakładanej firmom przez „dobrą zmianę”. Zamiast produkować artykuły rynkowe firmy będą musiały przestawić część mocy przerobowych na produkcję wymaganych przez Morawieckiego danych. Dobra zmiana chce najwyraźniej obniżyć dalej i tak już niewielkie bezrobocie w kraju bo przecież  produkcja codziennej  porcji makulatury wymagać może dodatkowych księgowych i biegłych rachmistrzów. Co prawda banki mają  spontanicznie podjać się roli kapusiów kablując do fiskusa dane rachunku nawet bez udziału firmy ale dotyczy to tylko rachunków krajowych. Banków zagranicznych do automatycznego kablowania na polskich przedsiębiorców na razie skłonić się jeszcze nie udało. W tym przypadku donoszeniem na siebie zająć się będą musiały same firmy. Po drugiej stronie skokowy wzrost wolumenu przychodzących do US danych wymagał będzie także wzmocnienia mocy kontrolnych a więc dalszego naboru nowych kadr oraz kadr kontrolerów kontrolujących te kadry.

Wprawdzie po usunięciu dawno już temu jakiejkolwiek prywatności finansowej nic i tak już nie przeszkadza fiskusowi we wglądzie do konta krajowego dowolnej firmy ale wiąże się z tym jednak pewna fatyga. Trzeba mianowicie wszcząć kontrolę czy też wysmarować pismo do banku. Podobno najnowszy wynalazek nadpremiera Morawieckiego – jednolity plik kontrolny, z jego kolejną warstwą biurokracji – już nie wystarcza. Z drugiej strony wiadomo że złowrogie karuzele VAT-u kręcą się coraz szybciej a transakcje wykonywane są w nich nawet co dzień. Tak więc dzięki dobrej zmianie, Polska wskoczy jednym susem do awangardy państw z firmami poddanymi bezbolesnemu zabiegowi totalnej, codziennej inwigilacji państwa. Kuracja Morawieckiego, oczyszczająca biznes z karuzeli VAT-u, pożyczyć może slogan z przedwojennego środka farmakologicznego: „ czyści nie przerywając snu”…” (cynik9 – Wojna z karuzelami czyli kapowanie firm trybem ciągłym)

podobne: Solidarni z mafią, czyli zaległym VATem w przedsiebiorcę polecam również: „New Deal” po polsku czyli „jednolity podatek” dla przedsiębiorców. „Dobra zmiana” czy wielki kryzys? i to: „Dziennik Gazeta Prawna”: NBP eliminuje obrót gotówką. „Puls Biznesu”: Podatkowe pole minowe oraz: „Słońce Peru przypala wszystkich prócz kasty urzędników”… Nie daj sobie wmówić że „ONI” są potrzebni a także: POPIS w natarciu! czyli…”Krynica mądrości” Tusk i „karny podatek” Kaczyński polecam również: Tacyt: „Przy największym państwa nierządzie najliczniejsze były prawa”. Rekordy biurokracji, zmiany w prawie karnym i schizofrenia Platformy. Państwo jak rabuś czyli… komu to wszystko służy? i jeszcze: O tym jak państwo „opiekuńcze” zamiast pomagać jednostkom zubaża całe społeczeństwo

„…Niekontrolowany przez nikogo urzędnik skarbówki będzie miał wg projektu nowelizacji Morawieckiego całkowitą i pełną wiedzę o wszelkich przepływach  finansowych firmy,  niezależnie od tego czy firma będzie czysta jak łza czy nie…

…A wiedza to siła.  Dane te mogą okazać się zbyt cenne aby  nie skorciły jednego czy drugiego urzędnika do ich wykorzystania,  świadomie czy nawet nieświadomie.  Taka jest po prostu natura ludzka a Morawiecki przecież całego fiskusa nie upilnuje.  Jego urzędnik będzie więc miał  nieuzasadnioną siłę bo będzie miał  dostęp do wiedzy,  niezależnie od tego czy ktoś oszukuje na VAT-cie czy nie.   Kto zagwarantuje że zachowa ją tylko dla siebie?  Kto zapewni że jej nie wykorzysta przeciwko firmie albo dla osiągnięcia osobistych korzyści materialnych?   Jaką rekojmię będzie miała firma że jej dane nie wyciekną do konkurencji czy nie zostaną  użyte do szantażu? W  kraju tak korupcyjnym jak Polska nikt o zdrowych zmysłach nie może żywić nawet wątłej nadziei że tak się stanie,   a jeszcze mniej że poniesione szkody firma kiedykolwiek wyprocesuje od państwa.

Ludzie którzy wykończyli Kluskę zamiast wisieć do dzisiaj chodzą wolno.   Stanowią żywe memento tego że mimo zmian są sektory w których  nie zmieniło się nic i  że nadal brniemy drogą  Kluski…

…Nieprzemyślany potworek Morawieckiego, w zaproponowanej wersji, sprowadzi się do permanentnej „fishing expedition” –  spójrzmy na dane dowolnej firmy  a z pewnością już do czegoś się dogrzebiemy.  Jak nie do VAT-u to przyczepimy się do tuzina innych rzeczy które wyjdą na jaw.

Szkodliwy, totalitarny gniot dobrej zmiany!” (cynik9 – Gniot nadpremiera jeszcze o fiskusie i automatycznych wyciągach dziennych z kont firmowych)

podobne: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą. oraz: W służbie zdrowiu czyli prosto do nieba. O walce rządu z „toksyczną konkurencją” w szpitalach i aptekach kosztem pacjentów i konsumentów a także: Zamiast „jednolitego podatku” centralna baza (PO)rachunków oraz „obywatelska emerytura” czyli… szukanie pokrycia dla rekordowego deficytu kosztem obywateli. Ostrowice jako przykład (nie)”zrównoważonego rozwoju” w skali mikro polecam również: Leonid Savin: Lobbing, jako najwyższa forma korupcji czyli… Rewolucję raz poproszę! i jeszcze: podobne: Pod przykrywką wygłupu Sikorskiego fala rabunku przetoczyła się przez sejm: uwolnienie kominówek, rząd kładzie łapę na depozytach, centralna baza „haków” skarbówki, zamiast śmieciowych umów o pracę będzie śmieciowa emerytura. Do diabła z taką opozycją! Dratewka potrzebny od zaraz

Jean Rousselot – Protection

„…W książce „Sekretne życie drzew” chodzi o to, że drzewa tworzą coś w rodzaju komuny, ale przychodzą źli ludzie i je wycinają. I to jest powód do wzruszeń i płaczu. Ja nawet nie próbuję wyjaśniać nikomu, że jak ktoś używa słów takich jak komuna, kolektyw, nowe społeczeństwo albo innych, o zbliżonym znaczeniu, to znaczy, że jest wysłannikiem Ala Capone, który bada możliwość ściągnięcia haraczu z frajerów przy minimalnym wysiłku. To jest nie do wytłumaczenia, albowiem ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że wiodą inne, sekretne życie, które jest o wiele ważniejsze od tego jawnego, podporządkowanego emocjom serwowanym przez domy wydawnicze. Te zaś służą tylko temu, by odwrócić naszą uwagę i zasłonić czymś degradację, jakiej poddawani jesteśmy przez całe życie. I niech się nikomu nie zdaje, że tu chodzi o jakieś użeranie się z prezesem spółdzielni mieszkaniowej, organizacji z istoty samej przestępczej i heretyckiej, skupionej na tym, by za rzecz najbardziej oczywistą, czyli dach nad głową, pobierać od ludzi horrendalne sumy wespół z finansującym ją bankiem. Tym zaś biednym ludkom wmawiać, że tworzą jakąś wspólnotę, jakąś komunę, jak te drzewa w książce o sekretnym życiu i stwarzać im złudzenie wolności i samodzielności. Chodzi o sprawy o wiele poważniejsze. Oto nie ma innej opcji dla ludzi i drzew żyjących w komunie jak niezawiniona śmierć. Jedyne zaś co mogą oni po sobie zostawić, to pułapka na kolejnych im podobnych, tak sprytnie skonstruowana, by stworzyć złudzenie, że co prawda wtedy nie wyszło, ale tym razem uda się na pewno. Nigdy się nie uda, bo członkowie komun i kolektywów są przeznaczeni do krótkotrwałej obsługi urządzeń konstruowanych przez inżynierię społeczną. Rotacja kadr jest błyskawiczna, a nadzorca nie znosi sprzeciwu i domaga się, by zostawać w robocie po godzinach. Wszystko zaś przedstawiane jest jako szczyt szczęścia i sukcesu. Kończy się zaś zawsze tak samo. Z krzaków wyłaniają się drwale z pilarkami, ludzie których istnienia komuna nawet nie podejrzewała i zaczynają swoją robotę. Nie ma mowy o potomstwie i dziedziczeniu, bo w warunkach, w których rządzi kolektyw są to przesądy. Nie ma mowy o życiu po życiu, bo to są jeszcze gorsze przesądy. Jest tylko całkiem złudna i oszukana nadzieja na trwanie i to niesamowite zaskoczenie kiedy okazuje się, że to jednak już, że dalszego ciągu nie będzie.

System ten, choć groźny i ponury, ma swoje wady i niedociągnięcia. Jest nieszczelny, o czym zaświadczyć mogę ja osobiście, ale także bardzo kosztowny. To znaczy utrzymanie ludzi w trwającym długo złudzeniu generuje koszty bardzo poważne, stąd misją każdej herezji, także tej, jest skrócenie życia, a także zanegowanie rozrodczości i dziedziczenia. Skąd się w takim razie bierze nowych frajerów do obsługi systemu? Przyciąga się ich zza morza, stwarzając na obszarach gdzie mieszkają prawdziwe piekło. Przy czym pamiętać musimy, że nie ma takich kosztów, których jeszcze nie dałoby się obniżyć. No, ale świat współczesny, to świat luksusu, o czym ty gadasz chłopie? Już ja wiem o czym.

Złudzenie luksusu na kredyt nie może przy tym trwać wiecznie, bo bańki spekulacyjne pękają. Zastępuje się wtedy luksus siermięgą i sekretnym życiem drzew, a magazyny czyści się z towaru. Potem przychodzi czas nauki i tytanicznej pracy dwóch pokoleń przybłędów. Kiedy trochę okrzepną, proponuje im się kredyty i buduje kolejne złudzenie. I tak w kółko...” (coryllus, źródło: szkolanawigatorow.pl – Sekretne życie ludzi)

„…Nawet drzewa próchnieją przedwcześnie
A przecież istnieją – bezgrzesznie.”

podobne: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości” i to: „Szkoła” Jacka Kaczmarskiego czyli zapowiedź najnowszej książki Gabriela Maciejewskiego („Socjalizm i śmierć”)… Bo wszystko już było (na kole historii) a także: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom?

PS…

„…Jeżdżąc przedwczoraj i wczoraj, opłotkami jak zwykle, zobaczyłem cztery miejsce, w których powalone drzewa położyły się wprost na linię energetyczną lub telefoniczną. Przy ul. Łagodnej, cały rząd wierzb rosnących nad stawami został wprost wywalony wraz z korzeniami i nad ulicą sterczały w górę wielkie karpy, pnie zaś pozrywały linię telefoniczną. Nikt tego nie naprawiał i pewnie jeszcze nie naprawił. W poprzek ul. Piaskowej położyły się dwa wielkie świerki, to one chyba złamały słup energetyczny, który stał przy ulicy. Na pewno zablokowały jezdnię na długie godziny. Najgorzej jednak było przy przedszkolu przy ul. Górnej. To znaczy jeśli oglądać wszystko od naszej strony, bo nie wiem jak było w mieście. Nie wjeżdżałem tam. Ktoś dopuścił, że przy parkingu na niewielkim placyku urosły wysokie osiki samosiejki. Nie wiem czy plac jest miejski czy prywatny, ale tych drzew tam nie powinno być. Większość z nich była zainfekowana jakimś owadem czy grzybem i schła od góry. Przed wczoraj huragan powalił wszystkie te drzewa wprost na samochody stojące pod przedszkolem. Widok nie był za wesoły, a ja pomyślałem o tych wszystkich osobach, które płaczą, że zły minister Szyszko wycina dobre i kochane drzewa, która tak upiększają krajobraz. Te drzewa nie upiększały niczego, pozostawione same sobie w przestrzeni miejskiej, wyrosłe na żwirowatej – wcześniej był tam skład tłucznia i materiałów budowlanych – przepuszczalnej glebie, z płytkim systemem korzeniowym, stanowiły tylko zagrożenie. Do tego były rozsadnikiem chorób. Na sam koniec zaś stały się przyczyną poważnych szkód. Ktoś powie, że to są wypadki losowe. Oczywiście, ale są też granice zidiocenia, które tak zwani miłośnicy przyrody, szczególnie tej rosnącej na cudzych nieruchomościach, przekroczyli już dawno. Wszyscy wiedzą ile potrzeba korowodów, by wyciąć na swojej własnej działce jedno czy dwa drzewa. Próbowano to zmienić, ale PiS ugiął się pod naciskiem organizacji terrorystycznych zwanych z nierozpoznanych przyczyn organizacjami ekologicznymi…” (coryllus, szkolanawigatorow.pl – Pik idiotizma)

„Gdy wycinają młody las
I cieknie sok z przeciętych pni
Nie gaśnie żadna z ważnych gwiazd
Nic nie wstrzymuje biegu dni
I słychać tylko siekier jęk
Bo nie jest skargą drzew ich trzask
W tej ciszy duma jest i lęk
Gdy wycinają las

Vladimir Kush – Redwood Cutting

A kiedy zwożą młody las
Gałęzi rośnie gęsty stos
Za którymś ze strąconych gniazd
W rozpaczy ptak gdzieś krzyczy w głos
Ale nie tonie nikt we łzach
Gdy pnie padają raz po raz
W tej ciszy godność jest i strach
Gdy zwożą młody las

A kiedy palą młody las
To słychać jęk i pisk, i huk
I dym przesłania słońca blask
A żar ogromny zwala z nóg
I piją z drwalem drwal za trzech
Zyskowny chwaląc sobie czas
I słychać rzeczy wiecznych śmiech
Gdy palą młody las

Po karczowisku błądzi wiatr
Popiół rozwiany, ogień zgasł
Odeszli drwale do swych chat
I rośnie młody las”

Jacek Kaczmarski – Młody las

poprzednio: Magnetyzm socjalizmu od przedszkola do Opola czyli śladami hrabiego Ronikiera – towarzysza „Istotek” po „wesołym miasteczku” (Kaczmarskiego) podobne: Jacek Kaczmarski i poetycka pamięć o stanie wojennym. „Stan wojenny trwa dla każdego przez całe życie, od narodzin do śmierci” czyli… „Obława II” i korpoustRÓJ

Reklamy

Atak hakerski na międzynarodową skalę i Snowden jako czubek góry lodowej czyli… o bezpieczeństwie informacji, równych i równiejszych, masie (bez)krytycznej, oraz Polsce skazanej na zagładę


Paweł Kuczyński – Confessional

27.06.2017, Moskwa, Londyn (PAP/AFP/Reuters/media) – Szybko rozprzestrzeniająca się fala ataków hakerskich dotknęła we wtorek wiele firm i instytucji na Ukrainie, w Rosji, a następnie w Europie Zachodniej, aż dotarła do USA. Systemy teleinformatyczne zainfekowane zostały wirusem żądającym okupu (ransomware). Wydaje się, że najbardziej ucierpiała Ukraina, gdzie celem zmasowanego ataku były: system bankowy i telekomunikacyjny, rządowe sieci komputerowe, najważniejsze lotniska w kraju, ciepłownie, elektrownie oraz metro w Kijowie i sieć supermarketów Auchan.

Hakerzy zaatakowali m.in. sieć komputerową nieczynnej elektrowni atomowej w Czarnobylu, gdzie trzeba było przejść na ręczny monitoring promieniowania wokół czwartego reaktora, który wybuchł w 1986 roku.

W Rosji zaatakowano m.in. serwery państwowego koncernu naftowego Rosnieft, a także kontrolowanej przez koncern spółki naftowej Basznieft, koncernu metalurgiczno-wydobywczego Evraz oraz bankowe systemy teleinformatyczne, których część udało się hakerom zainfekować, choć działalność banków nie została przerwana.

„Atak hakerski mógł mieć poważne konsekwencje, ale firma przeszła na rezerwowy system przetwarzania i produkcji; ani wydobycie, ani rafinowanie nie zostały wstrzymane” – zapewnił Rosnieft w komunikacie zamieszczonym na Twitterze.

Przedstawiciele rosyjskiej firmy Group-IB zajmującej się badaniem przestępstw komputerowych ogłosili, że w sumie kilkadziesiąt firm w Rosji i na Ukrainie zostało zaatakowanych za pomocą wirusa Petrwrap, nowej wersji wirusa Petya bądź Pety.A (czyt. Pietia), który blokuje komputery aż do przekazania pod wskazany adres równowartości 300 dolarów w bitcoinach.

„Jeśli widzisz ten tekst, to oznacza, że Twoje pliki nie są już dostępne, bo zostały zaszyfrowane. Być może jesteś teraz zajęty poszukiwaniem sposobu, by odzyskać swoje pliki, ale nie trać czasu. Nikt nie może odzyskać plików bez odszyfrowania ich przez nas” – głosił napis, jaki pojawił się na ekranach komputerów.

Następnie poinformowano, że w wyniku cyberataków ucierpiały w Europie Zachodniej m.in. duński koncern A.P. Moeller-Maersk działający głównie w branży transportu morskiego i energii, brytyjska firma WPP – gigant z branży reklamy i public-relations, terminale w największym w Europie porcie w Rotterdamie oraz francuski koncern produkujący materiały budowlane Saint-Gobain.

O awarii systemów komputerowych firma A.P. Moeller-Maersk, która zatrudnia 120 tys. pracowników w 135 krajach, poinformowała rzeczniczka koncernu, potwierdzając, że powodem jest cyberatak na liczne należące do koncernu firmy i strony internetowe.

Do A.P. Moeller-Maersk należy m.in. firma APM Terminals, która potwierdziła, że również padła ofiarą cyberataku, który zakłócił pracę 17 należących do niej terminali kontenerowych, w tym dwóch w porcie w Rotterdamie.

Norweskie służby odpowiedzialne za cyberbezpieczeństwo przekazały, że w Norwegii celem ataku stała się „międzynarodowa firma”, której nazwy nie podano. Również w tym przypadku hakerzy zażądali okupu za odblokowanie serwerów.

Niemiecka telewizja NDR podała, że „nic nie działa w siedzibie” firmy Beiersdorf, znanej z produkcji kremu Nivea.

Potem fala ataków hakerskich dotarła do USA, gdzie pierwszą ofiarą stał się odział koncernu farmaceutycznego Merck na Wschodnim Wybrzeżu. Awarię sieci teleinformatycznych zgłosił też koncern spożywczy Mondelez, producent m.in. ciastek Lu i Oreo.

Eksperci ostrożnie wypowiadają się o dokładnym sposobie wtorkowego ataku. Część wskazuje na podobieństwo do działania wirusa WannaCry, którego użyto do międzynarodowego cyberataku w maju br., kiedy to zarażone zostały setki tysięcy komputerów na świecie. Rosyjska firma ds. cyberbezpieczeństwa Kaspersky Labs podaje jednak w wątpliwość, czy rzeczywiście chodzi o wirus Petya, jak twierdzą władze niektórych krajów.

„Nasza wstępna analiza sugeruje, że nie chodzi o wersję ransomware Petya, jak dotąd wskazywano, ale o nowy rodzaj ransomware, dotąd nieznany. Z tego powodu nazwaliśmy go NotPetya” – głosi komunikat firmy, która zaleca uaktualnienie używanej wersji systemu operacyjnego Windows.

Amerykański producent oprogramowania antywirusowego Symatec wskazał, że za atakiem stoi grupa hakerska Lazarus, którą wiąże się z Koreą Północną.

Strona ukraińska obciążyła Rosję odpowiedzialnością za cyberatak. (PAP)

podobne: Azja: zagrożenie terroryzmem i groźba konfliktu (Korea Płn. gotowa do próby nuklearnej? Chiny i Morze Południowochińskie ). USA odpowiedzialne za sytuację w Iraku (Wlk. Bryt. niezdecydowanie). Ukraina: Ofensywa na pozycje separatystów. Konwój (nie)humanitarny Rosji, ćwiczenia wojskowe przy granicy UE i na Wyspach Kurylskich.

„„Folwark Zwierzęcy” to jedna z bardziej znanych powieści George’a Orwella. Jej głównymi bohaterami są zwierzęta, które postanowiły przeprowadzić „rewolucję” wewnątrz gospodarstwa i pozbyły się znienawidzonych gospodarzy, by poprawić własną sytuację. Tuż po buncie, zwierzęta ustaliły kilka głównych zasad z których kluczowa brzmiała: Wszystkie zwierzęta są równe.

Bardzo szybko okazało się, że ktoś jednak musi mieć ostateczny głos przy podejmowaniu decyzji. Władzę przejęły świnie. Czas mijał, cele które pierwotnie przyświecały rewolucji wydawały się coraz bardziej odległe, a świnie z dnia na dzień coraz bardziej upodabniały się do przegonionych gospodarzy. Wszystko to było możliwe ze względu na bierną postawę reszty zwierząt, które były zbyt wystraszone by reagować. Ostatecznie świnie zdecydowały się nieco zmodyfikować główną zasadę. Od tej pory brzmiała ona: Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze od innych.

Wspomniana powieść Orwella to lektura obowiązkowa. Jednym z głównych celów angielskiego pisarza było ośmieszenie stalinizmu. Między innymi dlatego powieść Orwella była w Polsce zakazana przez cenzurę aż do 1988 roku.

Upadek Związku Radzieckiego nie oznaczał jednak, że „Folwark Zwierzęcy” stracił na aktualności. Ostatecznie powieść stanowi ostrzeżenie przed każdym totalitaryzmem, a w ostatnich dekadach wiele rozwiniętych krajów zaczęło podążać właśnie w kierunku tego ustroju. Liczba „świń” (skorumpowanych polityków, ich współpracowników, przekupnych dziennikarzy, przekupnych sędziów, przekupnych urzędników itd.) zaczęła szybko rosnąć. A im więcej świń i im większa ich chęć do utrzymania władzy, tym większe koszty dla zwykłych obywateli i powszechniejsze ograniczanie wolności. To naturalna konsekwencja – władza opiera się na zastraszaniu w stylu „obronimy Was przed tym zagrożeniem, jeżeli pozwolicie wprowadzić takie i takie prawo”. I tak krok po kroku, obywatele rezygnują z wolności na rzecz iluzji bezpieczeństwa. A politycy stają się coraz bardziej bezczelni…” (cdn.)

podobne: Zamiast emerytury czeka nas los Boxera z „Folwarku zwierzęcego” oraz: Totalna kontrola populacji. Amerykański Wielki Brat implementuje Orwella i to: Geneza „polskiej” bezpieki i „Archiwum Mitrochina”. Paranoja zbioru zastrzeżonego IPN i fikcja lustracji. Pamięć wybiórcza czyli „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Czemu PIS broni demokracji? a także: Informacja jako broń i cel ataku oraz krótki kurs czerwonej konspiracji czyli… postsowiecka spuścizna i skażenie Dzierżyńskim w polskich służbach. Kilka słów prawdy o IPN czyli „o największych tajemnicach ludzkości”

„Afera związana z ujawnieniem przez Edwarda Josepha Snowdena, byłego współpracownika specjalnych agend rządowych USA, tj. Narodowej Agencji Bezpieczeństwa (NSA) oraz Centralnej Agencji Wywiadu (CIA zakresu inwigilacji prowadzonego w ramach wieloletnich programów szpiegowania), dała kolejną okazję do moralizowania przez zawodowych hipokrytów, pośród których prym wiedli, jak zwykle przy tego rodzaju okazjach, politycy chcący poprawić swój medialny image, udający że właśnie dopiero co dowiedzieli się o takich praktykach ze strony wyspecjalizowanych agend rządowych. Oczywiście udawane oburzenie jest odnoszone do działania agend obcych rządów, a nie do agend rządu własnego, no ale jak wiadomo, każdy aspirujący do kariery polityk jest nieuchronnie skażony moralnością Kalego. Co najwyżej może odczuwać dyskomfort z takiego oto powodu, iż agendy podległe jego rządowi nie dysponują tak dużymi możliwościami w tym zakresie, co agendy podległe innemu rządowi. I ten dyskomfort odreagowuje powtarzaniem moralitetów o tym, co wypada w relacjach międzynarodowych, a czego nie wypada w żadnym razie. Takie to są bajania dla naiwnych wyborców, którzy wszak powinni bezwzględnie kultywować wiarę w demokratyczne gusła, albo jak kto woli, standardy.
Rozwój programów inwigilacji jest w prostej proporcji pochodną rozwoju technik informatycznych i teledetekcyjnych, na które wszystkie liczące się kraje nie skąpią funduszy. Waga przechwytywanych (zwłaszcza bez wiedzy adresatów) danych jest równie istotna, co dysponowanie stosownym potencjałem odstraszania. Jeśli potencjały militarne mogą się wzajemnie szachować, wówczas przewaga uzyskana w zakresie rozpoznania faktycznych oraz potencjalnych planów, zamiarów, strategii i taktyki działań politycznych i gospodarczych podejmowanych przez przeciwników (jak też sojuszników), pozwala na uzyskiwanie zakładanych efektów bez uciekania się do użycia destrukcyjnego arsenału zbrojnego...

…Rozwinięciem programu Echelon stał się program totalnej inwigilacji internetu o ładnej nazwie PRISM (Pryzmat), będącej akronimem, którego pełny tytuł brzmi: Planning Tool for Resource Integration, Synchronization and Management. Nazwa miała określać, że jest to jakieś banalne narzędzie służące do planowania, integracji i synchronizacji zarządzania. Zielone światło dla przygotowania technik zbierania tak dużego zakresu danych dał pod koniec swojej kadencji prezydent George Walker Bush. Gotowość operacyjną PRISM osiągnął od 2008 roku i była ona stale rozwijana w trakcie obydwu kadencji prezydentury Baracka Husseina Obamy.
A oto, co, m.in., w zakresie możliwości systemu PRISM zostało ujawnione lub udało się ujawnić w necie. Otóż zarządza tym programem NSA, zaś w jego ramach posiada dostęp do serwerów gigantów rynku internetowego, jak np. Microsoft. Google, Apple, Facebook, Yahoo, You Tube, AOL, a poprzez serwery do zasobów poczty e-mail, treści wiadomości z komunikatorów, filmów i zdjęć zamieszczanych i przesyłanych w sieciach, czatów głosowych, wideokonferencji, zawartości plików przesyłanych pomiędzy serwerami wewnątrz danej sieci, profili z portali społecznościowych czy plików gromadzonych i przechowywanych w tzw. chmurach. Oczywiście wszystkie te dane są precyzyjnie oznaczone czasem ich logowania. Co chyba najważniejsze, system PRISM umożliwia dostęp do dowolnych danych w czasie rzeczywistym. Rzecz jasna, głównym celem i zadaniem PRISM jest zbieranie informacji o charakterze wywiadowczym które są następnie wykorzystywane w działaniach dyplomatycznych, gospodarczych, kulturalnych, propagandowych etc…

Ponadto operatorzy na rynku telekomunikacyjnym zostali zobowiązani do dostarczania codziennie billingów ze wszystkich rozmów odbytych poza granice USA oraz rozmów wewnątrz USA, włącznie z połączeniami lokalnymi, przez okres każdego kolejnego kwartału. A to wcale nie wszystko do czego mogą mieć dostęp służby. Np. na inwigilację i analizę połączeń w ramach telefonii komórkowej opracowano odrębne oprogramowanie systemu MAINWAY (jest to tylko jeden z wykorzystywanych systemów, ale nie sposób omawiać wszystkich istniejących, nawet tych, co do których są opublikowane jakiekolwiek dane), uruchomione w pełnym wymiarze operacyjnym w początkach bieżącego stulecia. Otóż oprogramowanie tego systemu pozwala na zgromadzenie danych dotyczących numerów telefonów, pomiędzy którymi dokonano połączeń, datę i czas rozpoczęcia rozmowy oraz czas aktywnego połączenia.
Ponadto zakup amerykańskich spółek telekomunikacyjnych lub nabycie kontrolnego pakietu ich udziałów/akcji możliwe jest pod warunkiem przekazywania przez nowych właścicieli danych żądanych przez amerykańskie agencje wywiadowcze

…W ostatnich latach NSA dokonało skutecznego przełamania zabezpieczeń używanych przez agendy rządowe oraz organizacje komercyjne obcych państw

…„Afera” z podsłuchami rozmów prowadzonych z telefonów kanclerzycy A. Merkel czy prezydenta F. Hollande w ramach systemu PRISM wskazuje, iż zabezpieczenia wprowadzone przez służby kontynentalnych państw europejskich przed inwigilacją nie stanowią wystarczającej bariery wobec możliwości oprogramowań stosowanych przez Anglosasów… (stanislaw-orda, szkolanawigatorow.pl – Snowden albo czubek góry lodowej)

podobne: Edward Snowden znowu nadaje czyli „cyberarmia” i broń klasy „D” w „internetach”  oraz: W USA: czy prezydenta wybrał Putin i kto odpowie za porażkę w cyberwojnie i to: LONDYN: Kolejne rewelacje Snowdena z ustawą o przechowywaniu danych w tle a także: „Der Spiegel” – amerykański i brytyjski wywiad mają dostęp do danych Deutsche Telekom.  polecam również: Co dwie głowy to nie jedna! czyli jak służba służbę zinwigilowała… i jeszcze: Wojna Informacyjna: Kto komu narzuci narrację? Rosyjska propaganda specjalnie dla Polaków, Sputnik wylądował. Rząd chce blokować wrogie inwestycje. Słowo o agenturze wpływu. oraz: 10 chwytów ciemnych typów

(cd.) „…Wpływy kasty rządzącej rosną, co pozwala na korumpowanie dziennikarzy, sędziów czy nawet znanych osób z życia publicznego. W efekcie powstaje ogromna machina, która zastrasza ludzi odpowiednią narracją, a następnie pozwala sobie na podejmowanie coraz bardziej bezczelnych decyzji… 

…Politycy mają coraz większy wpływ na życie obywateli, rosnące armie urzędników blokują rozwój gospodarczy, jesteśmy coraz silniej inwigilowani, a poziom bezpieczeństwa wcale się nie podnosi. Wręcz przeciwnie, na wielu do tej pory rozwiniętych obszarach, poziom bezpieczeństwa spada. Na przykładzie Europy możemy wspomnieć chociażby o sytuacji w Szwecji, zachodnich Niemczech czy wielu dzielnicach Paryża bądź Brukseli.

Należy podkreślić gigantyczną rolę, jaką w tym wszystkim odgrywają media. Każdy kraj czy grupa osób, które działają w sposób niezależny, bardzo szybko staje się obiektem drwin… 

…Jak z tym walczyć? Rozwiązanie brzmi prosto – dywersyfikować źródła informacji i CZYTAĆ. Wyrzucić telewizor przez okno i pozostać przy Internecie. Niestety, rozwiązanie dotyczy zarówno tych zapracowanych, jak i osób z większa ilością wolnego czasu. Bez wysiłku i poświęcenia czasu nie da się być w pełni świadomym człowiekiem. Dopiero czytając i rozwijając wiedzę na temat obecnej sytuacji jesteśmy w stanie podejmować odpowiednie decyzje i chronić resztki wolności. W innym wypadku zostaniemy zdominowani strachem, a to bardzo silne uczucie…” (Zespół Independent Trader – Nie daj się zastraszyć)

podobne: Permanentna inwigilacja, czyli… co Pan/Pani robią z prądem oraz: Dzień ochrony danych osobowych. Krok po kroku będą wiedzieć o nas co raz więcej i to Epatowanie terroryzmem nie służy w jego zwalczaniu.”Cyberterroryzm” i (nie)bezpieczeństwo „ustawy inwigilacyjnej”?  a także: Witold Gadowski: Mocne zmiany w służbach konieczne! Szpiegomania, dezinformacja (na przykładzie „teologii wyzwolenia” Chruszczowa) i „kontrwywiad obywatelski” polecam również: W krajach NATO brak jednolitego systemu nadzoru nad służbami. Sejm zajmie się projektami ustaw o ABW i AW. i jeszcze: Ciasteczkowy POtwór, czyli kolejne „ministerstwo” w akcji

„…Tak to już bowiem jest, że w naszym starciu z systemem ponosimy klęskę już na samym początku, na poziomie opisu podstawowego. Weźmy cztery elementy, trzy organizacje i coś, co nazwiemy masą. Przy udziale tych czterech elementów budowane są obowiązujące wszystkich gawędy, które następnie, pokolenie czy dwa po ich powstaniu są utrwalane przez różnych genialnych pisarzy i dramaturgów. Oto uniwersytet, media i rynek książki, a także odbiorcy czyli w oczach szefów wymienionych organizacji masa. Masa ma reagować wedle wskazówek wymyślonych w tajnych kamerach władzy i teoretycznie nie może z niej wyjść nic, co sprawiłoby władzy jakiś kłopot lub wywołałby sytuację ambarasującą. No, ale jest uniwersytet, którego misją jest dochodzenie do prawdy i ustalanie faktów ważnych ponad wszelką wątpliwość, a więc walka z kłamstwem. Tak więc władza musi przede wszystkim opanować i zmienić w sposób niejawny misję uniwersytetu. Do tego służy rewolucja, ale jednorazowo tej sprawy załatwić się nie da. Nawet jeśli rewolucja wymieni całą kadrę i z woźnych zrobi profesorów, a z profesorów woźnych. Prędzej czy później jakiś niezorientowany gamoń zapyta głośno na zebraniu rady wydziału, jak to było z tym Newerlym w Oświęcimiu. Żeby utrwalić zmianę potrzebne są media. One mają powielać obowiązujące narracje i bez przerwy je powtarzać

One się jednak szalenie podobają, bo pozwalają ludziom zachować coś, do czego masa i jacyś ząbkujący politycznie liderzy masy są przywiązani najbardziej. Chodzi mi rzecz jasna o poglądy. Poglądy aplikowane są masie jak pavulon umierającym w karetkach łódzkiego pogotowia ratunkowego. Nośnikami poglądów są kreacje medialne. Dla chamów są to kreacje ze świata rozrywki, na przykład Kukiz, a dla ludzi aspirujących do pewnej subtelności, są to profesorowie. Po połknięciu codziennej porcji poglądów wygłoszonych przez namaszczonych mędrców masa, jak kraj długi i szeroki zasypia…

Jakie środki podejmuje władza, żeby wyeliminować ryzyko zakwestionowania pozorów misji uniwersytetu, a tym samym ryzyko zadawania głupich pytań przez niezorientowany element? (…) Powstają całe serie książek o przygodach bohaterów, od pozycji poważnych, w których czytamy, że bohaterowie nie byli postaciami jednoznacznymi, ale przecież nie możemy się czepiać o wszystko, do serii popularnych, gdzie bohaterowie zajmują się głównie uwodzeniem dziewcząt…

…To nie wszystko jednak. Prócz rynku książki władza organizuje także grupy ekstremistów.(…) Rola grup ekstremistycznych jest szalenie ważna. Doświadczenie bowiem uczy, że jeśli ktoś nie wykonuje poleceń żadnej organizacji i nie ogląda za dużo TVN, skłonny jest do tego, by porozumieć się ze swoim bliźnim, nawet jeśli bliźni ten jest kaczystą. To są rzeczy nie do pomyślenia. One muszą być eliminowane już w zarodku, czyli w momencie, kiedy człowiek pomyśli – a po co my się tak szarpiemy, przecież możemy porozmawiać? Nie można do tego dopuścić i dlatego uruchamia się właśnie grupy ekstremistyczne. To znaczy Zandberga z tamtej strony i sami wiecie kogo z naszej. No i w zasadzie jest pozamiatane.

Na ten, niedoskonały przyznam opis, narzucić trzeba siatkę uzależnień globalnych. Ale to nie wszystko, dodać trzeba jeszcze tępotę i chciwość polityków lewicy. No i zwykłą zdradę. Ktoś powie, że politycy dobrej zmiany, celowo nie piszę prawicy, bo żadnej prawicy nie ma już od roku 1932, też nie są lepsi. No nie, tak tępi jak Zandberg i tak roszczeniowi jednak nie są. Oni oczywiście nie analizują historii i nie analizują poszczególnych politycznych casusów w dziejach w sposób właściwy tajnym kamerom Londynu, ale coś im tam w głowach pieje od czasu do czasu. U Zandberga nie ma nic, poza niedokładnie przeczytaną instrukcją. O co chodzi? O to, by będąc krajem o mocno zaznaczonych ograniczeniach lokalnych prowadzić politykę globalną. To jest misja Polski, która, jeśli jej nie będzie wypełniać, ponosząc koszty i ryzyko, zostanie zlikwidowana. (…) No, ale – powie ktoś – żeby realizować twój program bracie, potrzebne są czyjeś gwarancje. Na ile one są szczere? Odpowiadam – gwarancje są nieszczere z istoty, no chyba, że dotyczą utrzymania wspomnianych tu lokalnych ograniczeń. Co innego jest ważne. Chodzi o to, by korzystając z chwilowego, trwającego dwa, trzy pokolenia spokoju zbudować, w oparciu o fałszywe gwarancje tyle sprawnych i oddanych racji stanu organizacji, które nie pozwolą krajowi upaść. Taka jest misja państwa poważnego. No, ale…kto niby miałby stanąć na czele takich organizacji? Jak to kto? Janek Pietrzak, Marcin Wolski, Kukiz i redaktor Sakiewicz…ludzie, którzy mają słuszne poglądy i których oglądamy w mediach…to chyba oczywiste… Tylko ze świadomością, że oni stoją na straży najdroższych nam wartości, my, szara i bezmyślna masa, będziemy mogli spokojnie zasnąć. Dzień jednak wstanie….” (coryllus, szkolanawigatorow.pl – Dlaczego Polska skazana jest na zagładę?)

podobne: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą oraz: Amber Gold czy OLT Expres? Taśmy Prawdy, Zastrzeżony IPN, Komorowski i Aneks do Raportu o WSI, TeWu i Teczki , Traktat Lizboński, katastrofa smoleńska i inne newerendingstory z których NIKT nie wyciąga wniosków (ani odpowiedzialności). Kryzys przywództwa i ruch oporu przeciwko niemu  i to: Wolność, równość, szyderstwo (od PRLu do fejsbuka) czyli walka z cenzurą kiedyś i dziś. O skutkach ubocznych pracy najemnej i deklasacji kultury a także: Komisja Edukacji Narodowej oraz Dekret Kasacyjny czyli o konieczności rozbiorów Polski w imię postępu, o „bohaterach” z polskich podręczników („oświeconych” rabusiach), oraz o „narodowym potencjale” (elitach) polecam również: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego

Adam Wycichowski niewolnik – złota rybka

Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjach


Adam Wycichowski niewolnik – errare humanum est

„…Pracowaliśmy, siedząc na ławce i pochyleni nad pulpitami pod nieustannym dozorem albo “maitre d’etude” czyli klasowego dozorcy na pensji, albo w liceum pod okiem p. profesora – zimą jedenaście, a latem jedenaście i pół godzin dziennie. Mianowicie: zimą o pół do szóstej, a latem o piątej trąba archanioła w postaci ogromnego dzwonu wypędzała nas z łóżka, 1/2 godziny na toaletę, potem przygotowanie lekcji i repetycja, o siódmej i pół śniadanie – do wyboru biała kawa lub czekolada z bułką i masłem, i marsz do liceum. Tam dla 1800 uczniów dwie tylko, wprawdzie ogromne bramy, jedna (nasza) od rue du Havre, druga od ulicy Caumartin, otwierały się nie na głos dzwonu, lecz bębna, 5 minut przed 8. Punkt o ósmej przed drugim bębnem 1 800 malców już siedziało w trzydziestu audytoriach, albowiem klasy były rozdzielone każda na trzy tzw. dywizje – i profesor w todze i sędziowskiej czapce rozpoczynał lekcje. Pięć minut po 8 trzecie bębnienie i zamknięcie bramy. Kto w ciągu szkolnego roku więcej niż dwa razy w porę nie przybył bez uprzedniego zawiadomienia ze strony rodziców lub dyrektora pensjonatu, był nielitościwie wykluczany z liceum. W ciągu moich 7 lat w liceum Bonaparte zdarzył się tylko jeden taki wypadek. Dla tego, który taką szkole przebył, już na całe życie “rendez-vous” o 4.30 nie oznacza tak, jak dla 29 milionów moich kochanych rodaków, coś między obiadem a kolacją: to oznacza czwartą 29 minut i 60 sekund.
Takich jedenastogodzinowych dni roboczych mieliśmy, po odliczeniu niedziel, letnich wakacji – i bardzo krótkich, na wszystkie święta, Boże Narodzenie, Nowy Rok, Zapusty, Wielkanoc, Wniebowstąpienie, urlopów, razem 255 dni, czyli 2 805 godzin pracy umysłowej rocznie. Jak się przekonałem potem, jeden z moich siostrzeńców, bardzo gorliwy uczeń, miał w gimnazjum rosyjskim w Wilnie 165 dni roboczych po 7 godzin z przygotowaniem – razem 1155 godzin, czyli daleko mniej niż połowę. Jak jeszcze później rachowałem z młodym p. Platerem z Dąbrownicy, uważanym w petersburskiem liceum za lepszego ucznia, tam się miało dzięki wszystkim dniom galowym tylko 105 dni roboczych po 7 godzin, a więc 735 godzin pracy rocznej. To, daleko więcej niż różnica programu lub zdolności nauczycieli, daje pojęcie o poziomie wykształcenia młodych ludzi we Francji w mojej młodości i w byłym zaborze rosyjskim. A wszakże p. Clemenceau, Thiers, Guizot, Lamartine, Chateaubriand itd., którzy wszyscy to “przepracowanie umysłowe” przeżyli, w osiemdziesiątym roku życia wcale jeszcze “ramolciami” nie byli. Zalecam ten rachuneczek naszym łatwowiernym mateczkom, które się tak łatwo dają rozczulać mniemanym wyczerpaniem umysłowym swoich małych figlarzy.
Podstawowymi zasadami naszego wychowania i wykształcenia były: co do nauk, rywalizacja; mieliśmy w liceum tygodniowe konkursy w rozmaitych przedmiotach, w których klasowano uczniów podług piśmiennych wypracowań, a w końcu roku wszystkie paryskie licea wysyłały do Sorbony po 5 przedstawicieli każdej klasy na tzw. konkursy generalne – których rezultaty ogłaszano we wszystkich gazetach; a rozdawanie nagród pod przewodnictwem Ministra Oświaty, poprzedzane jedną łacińską mową, wypowiedzianą przez któregoś z młodych profesorów i jedną francuską, wypowiedzianą przez jakąś znakomitość naukową lub literacką, stanowiło dla całej wykształconej publiczności paryskiej uroczystość, która ją interesowała w większym stopniu niż dziś popisy sportowe.
Obok niezawodnych korzyści, jakie przynosił ten system konkursowy, może jemu to trzeba przypisać jedyną, moim zdaniem, ujemną stronę nauczania w ówczesnych liceach paryskich. Liceum Bonaparte, położone w pięknej dzielnicy, cieszyło się specjalną protekcją władz cesarskich i komplet profesorów był pierwszorzędny. Z moich nauczycieli pp. Wiktor Duruy (historyk), Manuel (poeta), Greard (pedagog), Perrens – krytyk i historyk, zostali członkami Akademii francuskiej. Błąd był w tym: w każdej klasie było nas około sześćdziesięciu uczniów, których można było rozdzielić na trzy mniej więcej grupy. Dwudziestu czołowymi (do których brat i ja należeliśmy) profesorowie zajmowali się bardzo starannie, następną grupą już znacznie mniej, a ostatnią wcale nic. Nie czuli, że ich krzywdzili, ponieważ przejściowych egzaminów z klasy do klasy nie było…” (fragment Hipolit Korwin Milewski. Wspomnienia. Tom I)

„…Istnieje związek nauczycielstwa szkół powszechnych w Polsce, znany już dawno ze swych wystąpień antykatolickich i nawet antychrześcijańskich. Radykalny i antynarodowy Zarząd tego Związku wydaje pisemko dla dzieci pod tytułem „Płomyk” i pisemko to znowu muszą prenumerować wszystkie szkoły, wszyscy nauczyciele i nawet zamożniejsi rodzice dzieci uczęszczających do szkół powszechnych. Otóż przed paru miesiącami został wydany numer tego „Płomyka”, cały poświęcony bolszewii, w którym „raj bolszewicki”, został przedstawiony w tak pięknych, tęczowych, wprost cudownych barwach, że władze zmuszone były numer ten skonfiskować.
„Ilustrowany Kurier Codzienny” z dn. 4 b. m. zamieszcza list otwarty nauczyciela, p. Antoniego Madeja, b. redaktora „Płomyczka” i b. sekretarza redakcji „Głosu Nauczycielskiego”, organu Związku Naucz. Polskiego. P. Madej występuje bardzo ostro przeciwko kierownictwu i ideologii Związku Nauczycielstwa, która nazywa „machowszczyzną”, która ta nazwa wzięła swój początek od p. Stanisława Machowskiego, redaktora i wydawcy sowieckiego numeru „Płomyka”. Jak wiadomo, p. Machowski jest sympatykiem P.P.S. , jemu też i p. Kolance Z.N.P. może zawdzięczać pójście po linii socjalistycznej w kierunku t.zw. „Frontu ludowego”.
P. Madej w swym liście otwartym porusza sprawę ogromnych dochodów i lukratywnych posad p. Machowskiego, następnie oświadcza, że Wincenty Rzymowski „ za artykuł w obronie „Płomyka” otrzymał 500 zł. (pięćset)”, bo jest spec od demokracji i konserwy. A specjalny numer „Kurjera Porannego”, zawierający obronę „Płomyka” (16 marca 1936) i specjalnie rozesłany do wszystkich związkowców, też zrobił dobry interes, bo i reklama była i koszty tej reklamy pokrył Z.N.P. (około 5000 zł.).
Ten sam Związek Nauczycielstwa Polskiego, a właściwie zgromadzenia oddziałów warszawskiego, krakowskiego, włocławskiego i chojnickiego uchwaliły przystąpienie do socjalistycznych związków klasowych pod nazwą Centralna Komisja Klasowych Związków Zawodowych. Zjazd „Zarzewiaków” których, nie można posądzać o przekonania narodowe, odbywał się kilka dni temu w Krakowie i wpisał do protokołu zjazdu następująca opinię o obecnym położeniu: „Najtragiczniejsze jest to, że szkoła polska nie daje młodzieży narodowego wychowania, zdrowych i wielkich wskazań narodowych, a co więcej na terenie polskiego szkolnictwa zanotować możemy fakty wsączania prawd i haseł będących zaprzeczeniem wszystkiego, o co się lała krew polska”.
Istnieją organizacje młodzieżowe takie jak „Legion Młodych”¹ i „Straż przednia”, które zaraz na wstępie przybrały jawnie wrogi charakter do religii katolickiej i moralności chrześcijańskiej i nigdy nie wspomniały wyrazu „naród” w swoich organach. Organizacje te były powołane do życia jako teren wychowania państwowego przez p. Janusza Jędrzejewicza, b. ministra oświaty i b. premiera i popieranie przez drugiego p. Jędrzejewicza, również b. ministra oświaty. Ostrzeżeń episkopatu polskiego nie wzięto w rachubę. Aż nastąpiła katastrofa, bo przedstawiciele państwa i rządu zerwali i wyparli się „państwowców” z Legionu Młodych. Jednak „Legion Młodych” i „Straż przednia” istnieją nadal i ta ostatnia rozszerzyła nawet swój zasięg i na szkoły powszechne. Organ jej „Kuźnia Młodych” wychodzi nadal. Ileż one przyniosły demoralizacji, znieprawienia ducha i wypaczenia charakteru, zaszczepiły służalczości i innych podobnych „cnót” obywatelskich, obowiązkowych dla „państwowca” według rozumowania pp. Jędrzejewiczów tak wśród młodzieży szkolnej jak i pozaszkolnej. Czy te wszystkie organizacje przez swoją działalność nie przygotowują jawnie i celowo gruntu dla bolszewizmu?

nie można czekać na jawne ataki agentów bolszewickich, ale budować, wzmacniać, rozszerzać twierdze i nie tylko twierdze, ale budować całe linie obronne, przez które nie mogli by się przedostać owi agenci, przez które jad bolszewicki nie mógłby się przesączać do duszy narodu polskiego. I nie tylko sypać wały ochronne, ale także, co jest nie mniej ważne, odrabiać, co ci wrogowie narodu polskiego już zrobili, naprawiać szkody i rysy w duszy Polaków, powstałe z ich działalności dotychczasowej. I nie będzie to praca ani łatwa, ani lekka, ani nie pójdzie prędko…

Solidarność narodowa sprawia, że każdy obywatel więcej się czuje związanym z przedstawicielstwem niższej warstwy społecznej własnego narodu, aniżeli z przedstawicielami tej samej warstwy innego narodu. Pomimo wiekowego, prawie nieustannego, szczucia włościan przez władze zaborcze przy wybitnej pomocy żydów przeciw obszarnikom, robotników przeciw pracodawcom itd., tej, leżącej na dnie każdego Polaka, solidarności narodowej wysiłki wrogów nie zniszczyły, przeciwnie – solidarność ta budzi się i rośnie. Wszystko to razem wzięte pozwoliło, że wszystkie warstwy dawnej Polski zorganizowały się w jednolity „naród”, tę najwyższą postać świadomości zbiorowej, najwyższa formę życia społecznego…

…Twierdzą naszą jest również chrześcijaństwo (…) nakazuje miłość do całego narodu, do wszystkich jego warstw bez względu na urodzenie, wychowanie, zamożność itd. Jest to więc jedyna religia, która wiąże jednostki w społeczność, w naród. Kościół Katolicki stworzył zasady moralności osobistej i społecznej, które zostały przyjęte przez cały świat chrześcijański i nawet narody, które odpadły od Kościoła, w dalszym ciągu kierują się niemi. Nawet Hindusi, zwłaszcza oświeceni i kulturalni, choć nie przystępują do Kościoła Katolickiego, ale coraz bardziej zasady moralności katolickiej zaczynają stosować w życiu.

Trzecią naszą ostoją jest rodzina, która jest podstawą życia jako instynkt, jako dbałość o przedłużenie rodu, jako dbałość o opiekę i wychowanie potomstwa i zapewnienie istnienia i ciągłości rodu ludzkiego. Rodzina stała się podstawą rozwoju, cywilizacji i kultury, zaczynając od dziesiątków i setek tysięcy lat. Rodzina, uświęcona przez Chrystusa Pana i uznana przez Kościół Katolicki za jeden z sakramentów, jest jedna z najważniejszych podstaw społeczności, a tem samym narodu. Tylko w rodzinie możliwe jest wychowanie przyszłych obywateli w duchu katolickim i narodowym na dzielnych, prawych członków społeczeństwa, na których Polska będzie mogła liczyć, będzie mogła się oprzeć, będzie mogła budować swoją lepszą przyszłość tak w dobrej, jak i złej doli.

Czwartą twierdza musi dla nas być bezwzględnie poszanowanie prywatnej własności, opartej na słusznych i sprawiedliwych prawach; na poszanowaniu warsztatów pracy i narzędzi pracy, na poszanowaniu wyników pracy i dorobku. Nie do pomyślenia jest bowiem, aby można było z ludzi zrobić bydło robocze, bydło, które się tylko będzie zadawalniało pełnym brzuchem; nie można zrobić z ludzi kółek w olbrzymiej maszynie nakręcanej ręka jakiegoś mechanika – komunisty…

próbowano zerwać więzy, które łączą naród z przeszłością, zohydzono przeszłość narodu, po prostu pluto na naszą historię, aby zrobić naród bez przeszłości: próbowano zmienić nawet ortografię języka polskiego, tj. sposób pisania i drukowania książek, aby uniemożliwić, zwłaszcza młodszemu pokoleniu, możność czytania dzieł i arcydzieł naszej literatury i nawet dzieł naukowych, ale jednocześnie zasypać rynek księgarski i naród międzynarodowymi śmieciami demoralizującymi nie tylko starych, ale i młodych; próbują zerwać solidarność narodową, agitując za solidarnością proletariatu wszystkich krajów, ale nie wspominają o tem, że socjaliści niemieccy jak jeden mąż stawili się w czasie wojny europejskiej do wojska, aby z okrucieństwem swych dzikich przodków uciemiężyć wolną, idąca na czele światowej rzymskiej i chrześcijańskiej kultury, Francję, zmiażdżywszy uprzednio nieszczęsną Belgię, naszym więc najświętszym obowiązkiem będzie bronić swej narodowości i nie pozwolić zmienić jej w kupę oderwanych od pnia macierzystego liści, które wiatr masoński będzie roznosił, gdzie mu się podoba…

…będą zarzucali Polskę, co zresztą i teraz już robią, książkami i pismami nic nie wartymi, nic niepodnoszącymi ducha, nie uszlachetniającymi, nie starającymi się robić czytelników lepszymi, w których jednak, poza przejrzystymi osłonkami, będą się kryły obrazki i sceny znieprawiające, budzące niezdrową ciekawość i pozwalające domyślać się i wprost narzucać czytelnikowi rzeczy ohydnych. Znowu powiem, że będzie najświętszym obowiązkiem całego społeczeństwa tępić taką literaturę, niszczyć takie pisma i bronić przed niemi naszą młodzież…

…P. Minister Poniatowski kilka dni temu powiedział, że w Polsce o 8 milionów ludzi za dużo uprawia ziemię i wskazał, że jednym z najważniejszych zadań rządu, będzie zorganizowanie dla tych milionów emigracji zamorskiej. Ale dlaczego to my Polacy, dziedzice tej polskiej ziemi, mamy emigrować za morza, a nie kto inny? My jeszcze w polskich miastach możemy i powinniśmy znaleźć dla siebie kawałek chleba. Jest tego chleba po miastach jeszcze dość, trzeba tylko po niego sięgnąć. Pomagajmy tym pionierom dla odbicia polskich miast, tym sięgającym po kawałek chleba na początek może suchego,- ale ci sięgający przy pracy dorobią się, dzieci ich będą miały się już zupełnie dobrze, a wnuki dojdą do zamożności i dobiją się tego, co każdemu jest najmilsze, do niezależnego bytuOprócz tego każdy stragan polski, każdy polski sklepik, każdy handel roznośny jest zdobytą placówką tego materialnego gruntu, który jest konieczny do brony Polski…

…Brakuje nam kilku ogniw w łańcuchu wiążącym, wszystkich Polaków w jeden naród, musimy je wykuć własną siłą i praca i połączyć części łańcucha w całość.” (dr Józef Psarski, Ostrołęka, 21 czerwca 1936 r. – Przemówienie na kongresie kupiectwa i rzemiosła)

podobne: Mesjanizm i człowiek sowiecki w polskiej duszy. oraz: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona i to: Do przyjaciół narodowców. Naród a państwo czyli… Ile jest z narodowca w socjaliście? a także: „Na sumieniu Polski ciąży wiele grzechów przeciwko sobie, ale ani jeden przeciwko innym narodom.” Aleksijewicz: człowiek postsowiecki jest agresywny i bezwzględny polecam również: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos

„…w Cesarstwie Rosyjskim były dwa rodzaje gimnazjów; realne i klasyczne. Te pierwsze z grubsza rzecz biorąc były dla mniej ambitnych a te drugie dla innych. Dla tych, którym chciało się uczyć łaciny i greki oraz zgłębiać historię starożytną. Tak jak w wielu przypadkach nazwy obydwu instytucji były mylące i powinno się je zamienić. To gimnazjum klasyczne winno być nazwane realnym. A realne? Bo ja wiem? Może syfiastym? Ale wtedy zabrakłoby nam skali dla określenia naszych dzisiejszych szkół oraz ich poziomu…

…Socjalizm jak wiadomo był ustrojem realistów zrobionym dla realistów. Wszyscy w socjalizmie byliśmy realistami czyli myśleliśmy i żyliśmy kategoriami narzuconej nam hierarchii. Przedszkole, szkoła, wojsko, praca. Potem dzieci, wódka, rozwód, czasem więzienie lub dom wariatów potem cmentarz. Niektórzy jeszcze potrafili w tym wszystkim upchnąć jakieś studia. Na tym mniej więcej polegała codzienność w socjalizmie realnym, który nic doprawdy nie miał wspólnego z gimnazjami realnymi za cara.

Zrozumiałe jest, że w takim systemie żadne klasyczne wykształcenie nikomu nie było potrzebne. Bo i po co. Wykształcenie klasyczne stało się domeną filologów klasycznych, na którym to wydziale poziom był prawie tak samo wysoki, jak w gimnazjach klasycznych za Mikołaja II, ale jednak trochę niższy. I prawilno.

Dlaczego? Dlatego, że historia klasyczna i znajomość języków klasycznych to nie żaden brak realizmu tylko szkoła polityki. Ludzie, który mieli w programie historię Rzymu zajmowali się po prostu analizowaniem przypadków politycznych i uczyli się na nich zachowań w konkretnych współczesnych sytuacjach i to pomagało im w życiu i w karierze politycznej o wiele bardziej niż wszelkie „realizmy”. Gimnazja klasyczne uczyły realizmu właśnie, realizmu politycznego. Ten zaś nie był głoszącym wolność, równość, braterstwo bandytom do niczego potrzebny. Usłużna zgraja profesorów wymyśliła dla nich nowe programy nauczania, w których historia z politycznej zamieniła się w baśniową lub męczeńską, przestała uczyć, a zaczęła fascynować, czyli inaczej mówiąc hipnotyzować. Mamy dziś rzesze ludzi „zafascynowanych” różnymi okresami w dziejach, którzy nie potrafią wyciągnąć ze swojej wiedzy ani jednego związanego ze współczesnością wniosku, bo to im się po prostu nie zgrywa w głowie. Tamto idzie „swojo szoso”, a życie „realne” „swojo”. Ta sama zgraja profesorów zamieniła nauczanie o literaturze czyli o tworzeniu narracji na idiotyczne i bezsensowne omawianie coraz głupszych lektur. Tak było, bo nikomu nie byli potrzebni ludzie myślący samodzielnie. Żeby myśleć samodzielnie trzeba było mieć certyfikat partii i wydać w ręce jakichś zbirów kilku kolegów. Na myślenie samodzielne zasługiwali też wszelkiej maści serwiliści i dupowłazy, gotowi uczyć się na pamięć regulaminów i „Kapitału” Marksa. Ich kierowano w nagrodę do szkół, gdzie uczono „myślenia politycznego”. Tak było, ale to już przeszłość. Okazało się bowiem, że nawet z tej źle nauczanej historii można wyciągać jakieś wnioski, okazało się, że nawet ze źle omawianych lektur człowiek może czerpać jakąś frajdę. Dziś więc jesteśmy w przededniu likwidacji szkolnictwa jako takiego, nie tylko w sensie klasycznym czy realnym, ale każdym…” (coryllus – O socjalizmie i gimnazjach klasycznych)

podobne: W kolejną rocznicę napaści nazistów… o agenturze wpływu w ramach przymusowej „szkoły publicznej”, oraz o patriotyzmie w ramach edukacji domowej oraz: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki? a także: Tradycja Szkoły Rycerskiej w Liceum Akademickiego Korpusu Kadetów w Łysej Górze

„…doszedłem do wniosku, że to bardzo dobrze iż szlag trafił ten system. To bardzo dobrze, że mamy tę okrutną pustynię zarośniętą truizmamy opartą na podstawowym kursi filozofii, który każdy student ma w nosie, żeby nie powiedzieć gorzej.

Prawdziwa wielkość nie bierze się bowiem z poznania najdoskonalszych tworów ducha i kultury materialnej stworzonych w zachodniej cywilizacji. Prawdziwa wielkość bierze się z doskonalenia praktycznych umiejętności. Bierze się także z wymiany doświadczeń i ze stałej właściwie komunikacji pomiędzy ludźmi. Wrócę do moich ulubionych przykładów, czyli do szkolnictwa jezuickiego. Nie pamiętacie tego, bo i skąd, a znalezienie tych informacji jest trudne, ale w XVI wieku ojcowie Jezuici uczyli ludzi głuchych mówić w różnych językach. Była to nauka bardzo skuteczna, tak skuteczna, że zwalczano ją z wielką zajadłością

…Póki istniała taka organizacja, rozsiana po całym świecie, ponadnarodowa i silna, organizacja która kształciła w sposób niebezpiecznie bliski doskonałości różnych, nie dających się potem ogłupić, a bardzo potrzebnych władcom, ludzi, na świecie nie mogły powstać nowoczesne imperia. Nie mogły bo zawsze na drodze do opanowania serc i umysłów odnajdowały facetów w czarnych sutannach, z różańcami owiniętymi na pięści i z książkami pod pachą. I tego się nijak proszę Państwa przewalczyć nie dało. Bo państwo ówczesne nie dysponowało taką organizacją. Postanowiło ją jednak ukraść zmodyfikować i zastosować do swoich potrzeb. Tyle, że państwa nie obejmują swoją strukturą całego świata, musiały więc stworzyć inną strukturę – piramidalną – na mniejszym obszarze. Jeśli zaś piramidalną, to obieg informacji w takiej strukturze musiał być inny zgoła niż w czasie pierwszych lat istnienia Towarzystwa Jezusowego. Informajca nie mogła swobodnie krążyć pomiędzy wszystkimi członkami organizacji, bo była tajna po prostu, a piramidalna struktura oznacza piramidalną hierarchię. Ta zaś czyni z dostępu do informacji pewien rodzaj sacrum. Jest to jednak sacrum a rebours, czyli anty-sacrum, czyli już wiadomo co. Informacja bowiem jest, ale nie można jej wykorzystać, bo jest w istocie tajna, szkolnictwo istnieje, ale nie może spełniać swojej funckji, bo informacje istotne są w istocie tajne. Tworzymy więc szkolnictwo, które opisuje świat nie będący światem rzeczywistym, ale pewnym modelem, do którego poznania dążymy. Człowiek opuszczający mury nowoczesnego uniwersytetu, nie może nic i niczego nikogo nie nauczy. Może tylko powtarzać bezmyślnie wyklepane tam formułki i ekscytować się produkowanymi przez tenże system i uznawanymi za ważne treściami. Tak to wykląda z grubsza.

Jeśli obieg informacji „z góry na dół” odebrał informacji jej najistotniejszą funckję, to od razu pojawiła się potrzeba kontroli. Człowiek jest bowiem ułomny i każdy chciałby zarobić na sprzedaży różnych sekretów. Stąd wzięły się zapisy cenzorskie prawdziwe, czyli takie, których skuteczność mierzona jest latami spędzonymi w więzieniu. Kościelne zapisy cenzorskie uważam za nieprawdziwe, albowiem trudno nie spostrzec, że ilość ludzi sprzeciwiających się Kościołowi i ignorujących te zapisy była przeogromna i nic złego im się nie działo. Kościół, nawet mając Jezuitów nie był w stanie tej cenzury upilnować. Co innego aparat państwowy z armią urzędników pilnujących jeden drugiego.

Prócz zapisów cenzorskich pojawiły się różne kamery tajne i jawne, które doskonaliły kontrolę na informacją…” (coryllusO obecności diabła na Ziemi)

podobne: W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców oraz: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu a także: Historia i sztuka przez pryzmat fiuta i jeszcze: O dobrą, katolicką szkołę!

W gnozie (bo reglamentacja wiedzy na poziomie „systemu edukacji” to jest pewnego rodzaju gnoza) chodzi o niedostępność/utajenie przed większością ludzi prawdy, oraz o jej zmonopolizowanie przez „szczęśliwych wybrańców” zwanych czasem „elitą”. Temu zabiegowi towarzyszą zazwyczaj „zagadkowe” i „oryginalne” rytuały (dyplomy, sztucznie wytworzona hierarchia, dziwne stroje i „branżowy” język), dzięki którym „wierzącemu” z nizin wydaje się, że uczestniczy w czymś wyjątkowym bo niedostępnym i niepojętym dla zwykłego śmiertelnika (choć sam uczestnik również nie zna prawdy), i to mu imponuje. Przez to natomiast że został dopuszczony do kultu, który polega na rytualnym spożywaniu resztek ze stołu, i oklaskiwaniu „elitarnego” gremium, postrzega samego siebie jako wyjątkową osobę… i to mu w zasadzie kompensuje wiedzę która jest przed nim ukrywana. Do dziś wykorzystuje się ten mechanizm ambicjonalnych aspiracji by manipulować ludźmi… Wystarczy to statystowanie i wyjadanie resztek ubrać w trochę magii i wszyscy są zadowoleni… Abrakadabra i mamy „ekskluzywnego menela” w postaci najpierw „Komisji Edukacji Narodowej” a potem Ministerstwa Edukacji, ZNP i jego socjalistycznych popłuczyn. Instytucje te zamiast kształcić obywateli zajmują się systemowo propagandą postępu, czyli ogłupianiem zwykłych zjadaczy chleba, dzięki czemu skutecznie strzegą przed ewentualną konkurencją zdobytą na klasykach pozycję społeczną, czerpiąc z tego tytułu nieuzasadnione profity i honory…(Odys)

Istotny sens reformy edukacji przeprowadzonej przez Stanisława Konarskiego zasadza się na oddzieleniu elit od pospólstwa i zasadniczo innym kształceniu jednych i drugich. Tak by należycie wypełniali swoje funkcje społeczne. Dlatego właśnie ksiądz Konarski jest tak lubiany i hołubiony przez wszystkich dzisiejszych elitariuszy i reformatorów edukacji. Oni także chcieliby oddzielić elitę od plebsu, a po dokonaniu takiego podziału stać się wszyscy z osobna i jako klan przewodnikiem tego plebsu. Do czego będzie się to sprowadzać w praktyce? Tak jak w przypadku księdza Konarskiego i jego reformy, tak jak w przypadku systemu brytyjskiego, do którego wszyscy reformatorzy się odwołują prowadzi to do wykopania przepaści pomiędzy ludźmi mówiącymi tym samym językiem. Prowadzi także do namnożenia konfliktów o własność, a w konsekwencji do rewolucji, prowadzi do interwencji obcych, którzy przy minimalnych nakładach mają otwartą sytuację do zastosowania zasady divide et impera…

…W Wielkiej Brytanii kariery młodych ludzi są planowane i kontrolowane przez system – bogaci idą do swoich szkół, biedni do swoich. Wszystko to działa w warunkach hermetycznego prawie zamknięcia na świat zewnętrzny. Działa bo Wielka Brytania zdominowała glob i eksportuje swoje produkty, idee, i wartości na zewnątrz. Robi to nie dlatego, że ma rewelacyjny system edukacji, ale dlatego, że jako druga na świecie polityczna siła dysponowała giełdą, a jako pierwsza nowoczesną flotą. Robi to ponieważ jako pierwszy kraj przeszła przez rewolucję burżuazyjną i wyciągnęła z tego maksimum korzyści dla siebie. System edukacji jest wobec tych kwestii sprawą wtórną…

…Reformę trzeba zacząć od sukcesu. Celowo mówię od sukcesu, a nie od rewolucji, bo tu chodzi o sukces właśnie. Rewolucja bowiem zawsze oznacza zło i krzywdę, a zaczyna się od rabunku. Rewolucja angielska zaczęła się od rabunku i eksploatacji Irlandii, to dało jej siłę i paliwo dla długą jazdę. Reformy Piotra I, które również były rewolucją, zaczęły się od rabunku i niszczenia Ukrainy, reformy Fryderyka od okradania Polski na cle i zagarnięcia Śląska, rewolucja Francuska od obrabowania właścicieli ziemskich, rewolucja polska od obrabowania ojców Jezuitów. Polsce nie jest potrzebna rewolucja, ale sukces. Poważny i natychmiastowy. W dodatku taki, który zjednoczy nas, a nie podzieli.

Wróćmy do edukacji. Co jest właściwym wzorem dla systemu szkolnictwa, który da narodowi siłę? Jest nim szkolnictwo jezuickie pierwszych lat istnienia zgromadzenia. To Jezuici wprowadzili podział na klasy, to oni kazali jako pierwsi pisać dzieciom wypracowania, to oni byli opiekunami swoich uczniów i interesowali się ich rozwojem duchowym, to oni kształcili elitę i nie blokowali dostępu do edukacji najwyższej jakości biednym, nie czynili z nich pariasów, lokalsów, nadających się do prostych prac lub administrowania majątkami jedynie. Szkoły jezuickie kończyli wszyscy „wielcy reformatorzy” oświecenia, którzy widząc siłę tego systemu dostrzegli także zagrożenia jakie niesie on dla państwa, dla systemu opresji i nadzoru nad społeczeństwem. Byli to panowie Talleyrand, Fouche, a nawet markiz Pombal. Jezuici kształcili bowiem ludzi świadomych, wolnych i silnych. Trzeba było to zepsuć, zniszczyć i zamienić jak edukację z przydomkiem „praktyczna”. I tak to nam zostało do dziś…” (coryllus – O fałszywej edukacji i fałszywej elicie)

podobne: Studiować każdy może… ale nie każdy widzi w tym sens. Inteligencki etos żeromszczyzny oraz: Po studiach bez pracy… Popyt na inżynierów i to: Skuteczniejsza walka z bezrobociem młodych potrzebna od zaraz. Tymczasem nowych miejsc pracy nie przybędzie a także: Ile jest wiedzy w wykształceniu?

„…Nie wnikam w oczywistości. W to, że gimnazja w ogóle nie powinny były powstać, w to, że wielkomiejskie gimnazja będą się musiały przepoczwarzyć w podstawówki 8-klasowe albo zniknąć, ani w to, że nauczyciele będą musieli wykazać się samodzielnością w poszukaniu pracy w 7 i 8 klasie innej szkoły, zamiast mieć jak mieli w swoim gimnazjum.

Nie wnikam w dobrodziejstwa Karty Nauczyciela i innych ustaw, które pozwalają nauczycielowi przeczekać w tzw. „stanie nieczynnym”, przejść na „pomostówkę” i inne formy przejściowe. Nie wnikam, bo już wszyscy w to wnikali i zależnie od tego czy byli z miasta – uważali, że to skandal, a jeśli ze wsi, cieszyli się jak ja. Przeważnie.

W przeciwieństwie do wieli wójtów-burmistrzów, nie uważam, że nauczyciele to obiboki i mają więcej wolnego niż pracy. Nie zazdroszczę przywilejów, bo zamienić za nic na świecie nie chciałabym z żadną nauczycielką. Uważam tylko, że lament, że akurat część nauczycieli musi poszukać sobie innej pracy, jest przesadzony. Nikt nie lamentował nad robotnikami zamykanych fabryk i likwidowanych PGR-ów. Mieli brać „sprawy w swoje ręce” i liczyć na siebie. A przecież ich umysły były mniej wykształcone niż nauczycielskie, a co za tym idzie – teoretycznie mniej zaradne.

Mój wójtowo-prowincjonalny rachunek jest prosty. Teren gminy mam rozległy i źle skomunikowany. Duża szkoła jest w Wińsku (przedszkole, podstawówka, gimnazjum), a małe szkoły (przedszkole i podstawówka) w Krzelowie i Orzeszkowie. Do tego jest jeszcze jedna maluśka całkiem szkółka w Głębowicach. Przed likwidacją placówki przez mojego poprzednika, uratowała ją Fundacja Elementarz, która przejęła ją do prowadzenia. Daje radę (razem z maleńkim przedszkolem), bo nie obowiązuje w niej Karta Nauczyciela. Ustawowy relikt, wciąż udoskonalany w kierunku ochrony i nobilitacji tego zawodu tak, jakby był rzadki, wymierający i wymagający nieustającego wsparcia. Jakby Państwo Polskie się bało, że mu nauczycieli zabraknie. Jakby dzieci rodziło się coraz więcej, a emigracja nie występowała…” (Jolanta Krysowata – Nie będzie gimnazjów? Cudownie!)

podobne: O patologiach na polskich uczelniach. Podręcznikowa korupcja w szkołach. Potrzebujemy nowej koncepcji nauczania matematyki. oraz: Ordo Iuris: MEN chce ręcznie sterować szkołami i ingerować w prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami. Lekcje na trzy zmiany. Rodzice trzeci raz zbierają podpisy. a także: Wczesna edukacja szkolna nie jest dobra dla dzieci.

„…Pomysł, by skrócić podstawówkę z ośmiu do sześciu lat, miał zdecydowanie ręce i nogi. Nie trzeba przecież wybitnego umysłu, by rozumieć, że 7 i 8 klasa, a więc 14 i 15-latki, to dzieci zdecydowanie za duże, żeby chodzić do tej samej szkoły co 7-latki. (…) sens tego rozwiązania mógłby być odpowiednio rozpoznany pod jednym warunkiem, że po skończeniu szkoły podstawowej, małe dzieci staną się dziećmi dużymi, a więc gdyby po szóstej klasie 13 latki przechodziły w doroślejszy system nauczania

Pamiętam 15 latków przychodzących do liceum 10 lat temu, i pamiętam te podstawówkowe dzieci, jak stawały się niemal dorosłą młodzieżą po dwóch czy trzech miesiącach pobytu w liceum; tyle im było potrzeba żeby się przestawić na doroślejszy system w szkole. Na samodzielne robienie notatek, na elementarną odpowiedzialność za własne zaniedbania, lenistwo czy nieobecności, na porzucenie nawyku uciekania się do oczywistych kłamstw jako wymówek itd. Teraz do liceum przychodzą dzieci 16 letnie, i kiedy można by się było spodziewać, że ów dodatkowy rok, jaki uzyskały dzięki trzem latom w gimnazjum, pozwoli im wejść w ten nowy świat z większą powagą i przygotowaniem, okazuje się, że wszystko poszło w dokładnie przeciwnym kierunku. Ich podstawówkowe nawyki zostały tylko lepiej utrwalone, a przez to, że wiek 15-16 lat to czas naprawdę szczególny, stały się też znacznie trudniejsze do wyprostowania, i teraz często nawet semestr, nawet rok, do tego nie wystarcza. I tę zmianę widzi każdy w miarę doświadczony nauczyciel…

w momencie, gdy te biedne dzieci nabiorą podstawowej ogłady, by wziąć się wreszcie do prawdziwej nauki, okaże się, że czas już minął. I w efekcie, pojawi się cała armia 19 latków, którzy ani nie będą umiały liczyć, ani pisać, ani mówić, którzy będą się snuły po ulicach, bez pracy, bez jakiegokolwiek sensu w życiu i bez jakichkolwiek perspektyw

…ci właśnie młodzi ludzie, pragnący w przyszłości zostać dziennikarzami, systematycznie nie są w stanie rozpoznać nawet najbardziej pospolitych polskich frazeologizmów, takich jak „posypać głowę popiołem”, czy „gdzie dwóch się bije” i takie tam. I to są studenci dziennikarstwa. I proszę mi teraz powiedzieć, na jakiej zasadzie mamy wierzyć, że studenci budownictwa, medycyny, psychologii, matematyki, czy elektroniki są lepiej przygotowani?…(Toyah – Nie pozwólmy zadusić polskiej szkoły)

podobne: Na II „Kongresie Polskiej Edukacji” o kondycji gimnazjów, czyli edukacyjny „miś na miarę naszych możliwości”  oraz: Gimnazjaliści nie radzą sobie z trudniejszymi zadaniami, ale szkołę lubią. Prawo do odręcznego pisania. Polscy historycy zbulwersowani niemiecko-rosyjskim podręcznikiem i to: Wielkie żarcie się kończy! Zmierzamy ku edukacyjnej katastrofie

Francisco Goya – Si sabra mas el discipulo

Zbiór IPNu w POłowie zastrzeżony oraz polscy prawnicy na niemieckich stypendiach czyli… kłótnia w rodzinie i Bolek jako ofiara spiralnej teorii dziejów.


Adam Wycichowski niewolnik - proszę wstać

Adam Wycichowski niewolnik – proszę wstać

„…Do 31 marca trwa przegląd materiałów z udziałem przedstawicieli IPN oraz służb. Jeżeli służby zgłoszą jakieś wnioski, co do niektórych materiałów, że mają być one tajne, to dyskutować będzie nad nimi komisja w składzie m.in. wiceprzewodniczący kolegium IPN prof. Cenckiewicz, dyrektor Archiwum IPN Marzena Kruk. I albo przychyli się ona do tych sugestii ze strony służb, albo nie. Ostateczną decyzję czy utajnić dany materiał podejmie prezes IPN. I to się stanie najpóźniej do 16 czerwca tego roku, takie są ustawowe terminy. Jest jeszcze kwestia inwentarza archiwalnego, który znajduje się na stronie internetowej, a w ciągu najbliższego miesiąca zostaną rozszerzone opisy się w nim znajdujące. Opublikowanie tego inwentarza nakłada na nas ustawa z marca 2010 roku. On po części jest już opublikowany na naszych stronach, ale teraz znajdzie się tam jeszcze więcej informacji, dzięki którym każda osoba będzie mogła w łatwiejszy sposób dokonywać kwerend. Będzie w tym inwentarzu owo zamieszczony m.in. pełny tytuł teczki. Dotychczas w przypadku akt o charakterze osobowym podawano tylko dane identyfikacyjne, nie wykazywano rodzaju materiału archiwalnego…

…Pamiętajmy, że znaczna część materiałów byłej bezpieki została zniszczona w latach 1989-1990. Skala zniszczeń jest różna w zależności od regionu, największa w Gdańsku – ponad 90 proc. materiałów operacyjnych. Natomiast jeśli by się pojawiły to z pewnością najciekawsze byłyby te, które dotyczyłyby końca lat 80. i tego w jaki sposób dokonywano tego, co nazywamy transformacją. W jaki sposób ludzie systemu komunistycznego nie stracili swoich wpływów po 1989 roku, a wręcz zwiększyli je w niektórych sferach życia publicznego w Polsce.” (Czartoryski-Sziler • wpolityce.pl – Prezes IPN o zbiorze zastrzeżonym)

„…Czy to RAZWIEDUPR, czy to WSI – wszyscy oni pożądają informacji o określonym ciężarze gatunkowym, no i nie tylko informacji, ale i działań – bo agentura, to również agentura wpływu. Z tego powodu agentury raczej nie lokuje się w środowisku gospodyń domowych, tylko tam, gdzie rozmaite pomysły przekształcają się w obowiązujące prawo, a więc – w konstytucyjnych organach państwa, następnie tam, gdzie kontroluje się kluczowe segmenty gospodarki, tam, gdzie decyduje się o śledztwach – komu zrywamy paznokcie, a komu nie, tam, gdzie wydaje się wyroki, czyli w niezawisłych sądach i wreszcie tam, gdzie kształtuje się masowe nastroje, a więc w niezależnych mediach głównego nurtu, przemyśle rozrywkowym i innych środowiskach opiniotwórczych. Dysponując tak uplasowaną agenturą można nie tylko ręcznie sterować wszystkimi segmentami państwa, ale nawet wszystkimi segmentami życia publicznego. Skoro takie rzeczy wiemy nawet my, biedni felietoniści, to cóż dopiero bitne generały, które tymi Wojskowymi Służbami Informacyjnymi kierowały? Toteż jestem pewien, że podaną przez pana doktora Cenckiewicza (ostatnio Kukuńkowi wylęgła się w głowie kolejna „koncepcja” – że mianowicie Cenckiewiczów jest Legion – bo obwieścił, że jego syn popełnił samobójstwo za przyczyną „Cenckiewiczów”) liczbę 2500 agentów bez obawy przesady można pomnożyć co najmniej przez 10, a może nawet – przez 15. Ta agentura nie podlega już żadnej lustracji, bo nawet gdyby dokumenty dotyczące jakiegoś konfidenta znalazły się w Zbiorze Zastrzeżonym, to Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która ma ostatnie słowo w sprawie ich ujawnienia pod pretekstem dbałości o „bezpieczeństwo państwa”, z całą pewnością do ujawnienia tych dokumentów nie dopuści. Oczywiście „bezpieczeństwo państwa” to tylko taki pretekst, bo tak naprawdę chodzi o utrzymanie i umocnienie wpływu bezpieczniackich watah na struktury państwa, o utrwalenie okupacji państwa przez bezpieczniackie watahy…” (Stanisław MichalkiewiczOdgrzewane kotlety)

„…W kwestii lustracji i publikacji zawartości archiwów tajnych służb byliśmy zbyt długo wodzeni za nos, aby nie stawiać pytania, czy przypadkiem i tym razem nie jest to część jakichś zakulisowych rozgrywek. Odrzucenie lustracji i dekomunizacji na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia, symbolizowane przez tzw. grubą kreskę, było integralną częścią planu George’a Sorosa wobec Polski, tak ochoczo zaakceptowanego przez komunistów. Stąd wszelkie próby dochodzenia prawdy i wymierzania choćby moralnej sprawiedliwości prześladowcom i ich kolaborantom spotykały się zarówno z bezpośrednim, jak i pośrednim bojkotem. Pamiętamy ostrzeżenia Lecha Wałęsy, że jakakolwiek próba rozliczeń doprowadzi do niepotrzebnych podziałów, a nawet do wojny domowej, oraz barwne morały Adama Michnika, że z lustracją jest jak z granatem wrzuconym do szamba, który jednych zabije, a drugich obryzga. Obaj panowie, i nie tylko oni, mieli w tym swój interes.

Pośrednio do zrażenia wielu Polaków wobec rozliczeń z komunistyczną przeszłością i jej skutkami przyczyniła się także chaotyczna publikacja tzw. listy Macierewicza, na której dane ofiar, ich katów i kolaborantów przeplatały się ze sobą bez żadnej różnicy. Ostatecznie doprowadziło to do zawiązania antylustracyjnej koalicji i obalenia rządu Jana Olszewskiego. Antoniego Macierewicza nie da się całkowicie usprawiedliwić, że działał pod presją czasu. Przykładem podobnej publikacji, także pod presją czasu i okoliczności. była tzw. lista Wildsteina. Umieszczenie choćby jednego sprawiedliwego na liście, która w odbiorze społecznym traktowana była jako lista hańby, odbierało tym, którzy ją publikowali, moralną słuszność. Dlatego i tym razem bez entuzjazmu podchodzę do publikacji spisu części odtajnionych materiałów, w których wyraźne rozróżnienie na winnych i pokrzywdzonych ma się pojawić dopiero za miesiąc. Do tej pory może powstać dużo ludzkiej krzywdy, a sama idea lustracji – ulec ostatecznej dyskredytacji…” (ks. Henryk Zieliński • idziemy.pl – Drugie dno)

„…Oczekujący na sensacje i rewelacje, porzućcie nadzieję, bo to się jeszcze może okazać, że zbiór zastrzeżony ustrzeli jakiegoś prawicowego księdza, tudzież podrzędnego działacza PiS i na tym chłamie zbuduje się „narrację”. Dlaczego w takim razie zastrzegli? Powodów może być wiele, od politycznej gry, czyli trzymania w niepewności i karności dawnych TW, po zwykłe lenistwo i brak środków, w końcu to trzeba było usystematyzować, poukładać w katalogach i tak dalej. Takie same wypieki i podniety towarzyszą aneksowi raportu o likwidacji WSI. Tutaj w ogóle bym sobie głowy nie zawracał i powiedzmy sobie szczerze, przy całej odwadze i ciężkiej pracy, jaką wykonał Antoni Macierewicz, jego inklinacje do wyolbrzymiania rzeczy podrzędnych są legendarne i nie pozbawione uzasadnienia. Ostatnią taką wielką akcją miał być żelazny dowód na zdradę Tuska, a skończyło się żałosnym filmikiem znanym od lat, na którym wyraźnie było widać, że nic nie widać, poza Tuskiem i Putinem, którzy wymieniają banały.

Wszystkie duże teczki leżą w Moskwie i jeśli kiedykolwiek wypłyną, to nie wcześniej niż za życia moich prawnucząt. Jedyny pożytek z produkowania straszaków w rodzaju zbiór zastrzeżony IPN i aneks WSI, to dostarczanie rozrywki i konsolidacja części elektoratu PiS, która to część niestety połyka każdą taką płotkę i przerabia na rekina. Szkodą natomiast jest to, że opiera się poważne projekty na bzdetach. Cały czas słyszę, że poradzimy sobie z postkomuną, bo zbiór, bo aneks. Proszę mnie nie rozśmieszać, jest o 25 lat za późno, żeby z tej amunicji ustrzelić grubego zwierza, a strzelanie do szaraczków z armaty przynosi wręcz odwrotne od pożądanych skutki. Nie, nie chcę powiedzieć, żeby w teczkach nie grzebać. Broń Boże, sam grzebałem i grzebał będę, zawsze na jakieś nowe ślady i inspiracje można natrafić. Piszę tylko i aż o tym, że nie będzie cudownego „sezamie otwórz się”, po czym całe zło po PRL padnie pokotem.

Zapomnijmy o takim prostym rozwiązaniu, czego się nie zrobiło ćwierć wieku temu, to się teraz samo nie zrobi i przede wszystkim najważniejsi do „zrobienia” albo już gryzą ziemię albo jak Bolek Wałęsa są żywymi groteskowymi trupami. Pozbyć się PRL możemy tylko w jeden sposób – budowaniem Polski. Nieustannie tematem numer jeden jest reforma sądownictwa, bez czego będziemy dreptać w miejscu…” (matka kurka • kontrowersje.net – Zbiór zastrzeżony to wydmuszka i tak samo wygląda aneks do raportu WSI)

„…Młody Zoll to członek wielu europejskich korporacji prawniczych i wschodząca gwiazda europejskiego prawa, wypromowana przez Niemców, nie pierwsza zresztą. W 2009 r. z inicjatywy von Bara uniwersytet w Osnabrücku uhonorował tytułem doktora honoris causa także prof. Irenę Lipowicz, która w 2010 r. (po śmierci Janusza Kochanowskiego, który zginął w katastrofie smoleńskiej) objęła stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich. Lipowicz w 2006 r. miała być z rekomendacji PO sędzią TK, ale jej kandydatura nie uzyskała wówczas wystarczającej większości. Gdy w 2007 r. PO doszła do władzy, Lipowicz została dyrektorem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej, oczywiście za przyzwoleniem strony niemieckiej. Ona również nie ma najmniejszych problemów z tym, aby zostać wykładowcą niemieckich uczelni czy uzyskać finansowe wsparcie ze strony którejś z potężnych niemieckich fundacji. Na pieniądze i zaszczyty od Niemców mogą liczyć także inni koledzy Rzeplińskiego z prawniczej branży. Przez lata otrzymywał je jego stary „kumpel” – prof. Witold Kulesza, z którym Rzepliński wspólnie stworzył w 1998 r. koślawą ustawę o IPN-ie, uzależniając jego funkcjonowanie od polskich służb (UOP, WSI), albowiem to one w praktyce decydowały o tym, jakie akta i komu mogą zostać udostępnione. Zanim Kulesza został szefem pionu śledczego IPN-u i zastępcą jego pierwszego prezesa – prof. Leona Kieresa, odbył w Niemczech wiele staży naukowych, będąc m.in. stypendystą Fundacji im. Alexandra von Humboldta. W 2004 r. wyszło na jaw, że w IPN-ie brakuje tysięcy dokumentów archiwalnych z prowadzonych kiedyś przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich (poprzedniczkę IPN) śledztw w sprawach dotyczących zbrodni popełnionych w Polsce przez niemiecki Wermacht. Okazało się, że zostały one przekazane Niemieckiej Centrali Ścigania Zbrodni w Ludwigsburgu. Sprawę ujawnił wówczas tygodnik „Wprost”, wskazując jasno, że odpowiedzialnym za to jest właśnie prof. Witold Kulesza. Można było wówczas zadawać pytanie, czy przypadkiem ten „archiwalny dar” dowodzący niemieckich zbrodni w naszym kraju, których IPN nie mógł zbadać, nie był przypadkiem zapłatą za stypendia i granty, jakie Kulesza otrzymywał od Niemców. Na zaproszenia z Niemiec i publikacje w niemieckich wydawnictwach może również liczyć inny kolega Rzeplińskiego, wspomniany już przez nas prof. Leon Kieres, dzisiaj urzędujący sędzia TK.

…Profesorów prawa, którzy są opłacani i nagradzani przez Niemców, jest dzisiaj w Polsce znacznie więcej. Dotyczy to w szczególności tych, których w III RP mianowano prawniczymi autorytetami. Skutek tego jest jednak taki, że nie tylko reprezentują oni niemiecką filozofię prawniczą, ale i są emanacją niemieckich interesów w naszym kraju…” (Dr Leszek Pietrzak • warszawskagazeta.pl – Polscy profesorowie na niemieckim wikcie!)

„…nie chodzi o samego Wałęsę, który kimś ważnym jest już tylko w swojej imaginacji i laudacjach fagasów. Chodzi o to, z kim tak naprawdę zawierali komuniści dil w Magdalence, który na ćwierć wieku określił sposób dystrybuowania w „tym kraju” władzy, majątku i szacunku. Z reprezentantami narodu – czy z własnymi agentami, których wcześniej ogłupionemu narodowi do odegrania tej roli podstawili?
Można też zapytać – a kto na tym dilu wyszedł lepiej: naród, czy ci, którzy go zawierali? Poczęta w Magdalence elita III RP sama musiała odpowiadać sobie na to pytanie co najmniej jednoznacznie, skoro tak rozpaczliwie broniła i broni się przed prawdą o uwikłaniu Wałęsy w początkach lat siedemdziesiątych. Bo przecież, na zdrowy rozum, ta prawda, którą potwierdzili grafolodzy, nie musiała być wcale ustrojową tajemnicą, chronioną przez wszystkie „policje jawne, tajne i dwupłciowe”. Po co było palić teczki, czyścić archiwa pracownicze w stoczni i nawet dokumentację ze szkoły, do której chodził Wałęsa w dzieciństwie, po co było prowadzić „operacje specjalne”, z których jedna skończyła się najprawdopodobniej wysadzeniem przez UOP bloku, w którym mieszkał podejrzewany o przetrzymywanie zaginionych (jak dziś już wiemy, w istocie będących u Kiszczaka) donosów Wałęsy Adam Hodysz, wskutek czego zginęli przypadkowi ludzie?
To, co Wałęsa w kontekście zacierania śladów swej przeszłości wyprawiał u zarania III RP jako jej prezydent, obciąża go znacznie bardziej, niż tych czterdzieści parę donosów i wzięte za nie pieniądze, o których kłamał, że to wygrane w „totka”. I jeśli wierzyć, że sprawa „Bolka” naprawdę się skończyła w 1974, trudno jego postępowanie zrozumieć. Przecież gdyby powiedział o sprawie, przeprosił poszkodowanych, nie byłoby tematu – naród zobaczyłby w nim nawróconego Szawła, jak to dziś usiłuje mu wcisnąć zdychający agit-prop III RP, tyle, że wobec upartego trwania przez Wałęsę w kłamstwie daje to efekt żałosny. 

Widocznie więc na wyrejestrowaniu „Bolka” w roku 1974 się nie skończyło, drogi Watsonie...

Wałęsa został wyrejestrowany, ale „w zainteresowaniu służb” pozostał. Kilka lat później zaczęły na wybrzeżu powstawać Wolne Związki Zawodowe. I gotów jestem się założyć o pieniądze, że jakiś ważny esbek posadzony „na zagadnieniu” WZZ pomyślał sobie – jak na związki to oni tam mają za mało robotników, prawie sami inteligenci, inżynierowie albo baby… Podrzućmy im tam jakiegoś rzutkiego robola, może nawet zrobią go przywódcą. Co my tu mamy… o, „pieniądze przyjmuje bardzo chętnie”, wysokie mniemanie o sobie, zdolności przywódcze… Pogadajmy sobie z tym Wałęsą…

Potem ten esbek musiał być nieraz opierdzielany przez przełożonych, że wyhodował żmiję na esbeckim łonie, bo Wałęsa okazał się cwańszy, niż myślano. Grał na obie strony, jak sam Jewno Azef, a tak naprawdę na siebie. Podrzucili go do stoczni, żeby zgasił strajk, a on się nagle wylansował i wyrósł tak, że choćby SB wyciągnęła swoje haki, nikt by w nie nie uwierzył. Z drugiej strony, cwaniak się jednak bał, nie chciał skończyć jak śp. Tadeusz Szczepański, więc zapewniał komunistów, że tylko dzięki niemu mogą kontrolować sytuację, że muszą go zostawić w spokoju, a on stopniowo pousuwa radykałów i wykończy „ekstremę” – i rzeczywiście to robił…” (Rafał ZiemkiewiczWałęsa, wielki cwaniak)

„pojęcie kapuś w tym przypadku nie oddaje istoty więzi- gość biorąc kasę za określoną pracę stal się pełnoprawnym i pelnowartosciowym ogniwem w strukturze i dla struktury;- to dzięki Bolkowi cały aparat skarbowy III RP został zbudowany na funkcjonariuszach sb [szczegolnie na tych co nie mieli szans przejśc lustracji w innych segmentach] a jakie było uzasadnienie Bolka [zarejestrowane] „Polaków trzeba trzymać za twarz bo zawsze kombinują i tylko ten aktyw to zapewnia” to nie jest problem donoszenia na kolegow to jest problem identyfikowania się z potrzebami środowiska do ktorego go dopuszczono i dzięki któremu żył [od lodowki poczynając] i żyje nadal; to nie jest tylko prosta lojalność – on został awansowany w tych ‚strukturach’ i to wysoko w celu zapewnienia ochrony środowiskowych interesów i interesików; obejrzyjcie nagrania z Wołomina jak się zachowywał podczas bytności jako gość któremu kazano…” (qwerty 1 lutego 2017)

„…nikt poważny nie będzie sobie strzępił języka i przekonywał, że to bardzo źle, kiedy człowiek sprzedaje drugiego człowieka za pieniądze, a potem jeszcze uchodzi za bohatera. Takich rzeczy się zwyczajnie nie tłumaczy, takie rzeczy się po prostu wie, czy nawet czuje instynktownie…

…Bolek Wałęsa jest bardzo potrzebny Polsce, jego obecność w sposób naturalny wyznacza granice konieczne dla prawidłowego funkcjonowania narodu. Zazwyczaj trzeba się sporo napocić, aby poznać człowieka i się nie pomylić. Zdobywanie zaufania jest równie ważne, jak trzeźwość umysłu, która nie pozwala wpaść w łapy oszusta. Ludzie się dzielą, między innymi na godnych zaufania i oszustów, a całe to gderanie o „jedności Polaków”, to z oczywistych względów marksistowski resentyment i mam na myśli odniesienie nie do słownikowej urazy, ale do pojęcia, które sformułował Nietsche. Resentyment, czyli tworzenie fałszywego katalogu wartości i ocen moralnych jako rekompensaty dla własnej małości. Wszyscy mają być równi i jednakowi, dzięki czemu najpodlejsi i najgłupsi mogą się czuć dowartościowani.

Przekładając to na Bolka i naszą narodową dyskusję wraz z narodowymi podziałami, otrzymujemy doskonałe narzędzie. Wystarczy posłuchać i popatrzeć dla kogo Bolek jest bohaterem, a dla kogo zdrajcą i wszystko staje się jasne…” (Matka Kurka • kontrowersje.net – Niech Lech Wałęsa vel „Bolek” na zawsze pozostanie bohaterem, ale ich bohaterem)

„…Jeśli pominąć zwyczajnych idiotów, bo ich istnienia nie można wszak wykluczyć, to jest wyłącznie interes własny. Nie tylko prawda, ale i sam Wałęsa nic ich nie obchodzi. Oni Wałęsą pogardzali już wtedy, kiedy większość ludzi miała go za bohatera – wystarczy przypomnieć co jeden z tych „generałów” mówił już w 1980 roku o „sierżancie w okopach”. Oni bronią siebie, a nie jego, swojej fałszywej legendy, dla której on jest im potrzebny jako spinka, bez której wszystko się rozsypuje. Zwłaszcza Michnikowe „odpieprzcie się od Wałęsy” stawia tu kropkę nad i; znaczy to po prostu: odpieprzcie się od „świętego” Kuronia, Geremka, Mazowieckiego e tutti quanti bożków okrągłostowych, których pomniki macie okadzać po wieczne czasy, a nie bezczelnie zaglądać za kulisy historii i pytać jak było naprawdę. (valser 1 lutego 2017)

„…Dlaczego wywiad wojskowy upodobał sobie w wykreowaniu konfidenta na narodowego bohatera walki z komunizmem, to wydaje się oczywiste tym bardziej, że Lech Wałęsa ani przez moment nie zawiódł nadziei, jakie EAZWIEDUPR z nim wiązał. Podobnie wydaje się oczywiste, dlaczego inne, legendarne postacie, z taką determinacją bronią legendy Lecha Wałęsy. Otóż ta legenda jest jednym z najważniejszych mitów założycielskich III Rzeczypospolitej i na niej, jak na fundamencie, wspiera się konstrukcja pozostałych legend, przypominająca domek z kart. Wiadomo, że wyjęcie chociaż jednej karty powoduje natychmiastowe zawalenie całego domku, więc legendarne postacie muszą bronić legendy Lecha Wałęsy, bo na niej wspierają się ich własne legendy.

No dobrze; im to jest potrzebne, choćby dla dogodzenia miłości własnej, która w przypadku Lecha Wałęsy już dawno przekroczyła granice megalomanii; jak wiadomo, całkiem serio uważa się on za potomka rzymskiego cesarza Walensa – ale po co potrzebne były te legendy wywiadowi wojskowemu? To znowu można wyjaśnić tylko na gruncie mojej ulubionej teorii spiskowej, według której, po spotkaniu M. Gorbaczowa z prezydentem Ronaldem Reaganem w Rejkjaviku, kiedy okazało się, że istotnym elementem nowego porządku politycznego w Europie będzie ewakuacja imperium sowieckiego z Europy Środkowej – otóż po tym spotkaniu, w ramach przygotowań do transformacji ustrojowej (bo dla bezpieki było jasne, że kiedy sowiecki się wycofają, to ten ustrój, jakiego świat nie widział, nie przetrwa ani dnia dłużej), rozpoczęła się selekcja kadrowa w strukturach podziemnych, której celem było wyłonienie takiej reprezentacji „społeczeństwa”, do której generał Kiszczak mógłby mieć zaufanie. A do kogo generał Kiszczak mógłby mieć największe zaufanie? A do kogóż, jeśli nie do osób zaufanych? Dlatego też do nowych władz „odrodzonej” Solidarności, tworzonej już prawidłowo, to znaczy – od góry do dołu, żeby wszystko, łącznie z Kukuńkiem, było pod kontrolą, nie weszli przedstawiciele „ekstremy”, tylko grono postaci „legendarnych”, a te „legendy” stanowiły bilet wstępu do elity. Dzięki temu ekonomiczne i polityczne interesy „strony rządowej”, czyli wywiadu wojskowego i jego agentury, zostały stosunkowo tanim kosztem skutecznie zagwarantowane – co, mówiąc nawiasem, w niepojętym przypływie szczerości ujawnił w latach 90-tych na lamach „Gazety Wyborczej” pan red. Stefan Bratkowski odpowiadając na list oburzonych AK-owców pod przywództwem Stanisława Jankowskiego „Agatona”…” (Stanisław Michalkiewicz – Psisko oddano do bydła)

„…Cenckiewicz który dostał w programie Pospieszalskiego olśnienia, że jak to sojusznicy amerykańscy dogadywali się z takim Czempińskim i on potem został szefem UOP. Tak jakby nie wiedział, że po spotkaniu 25 września 1985 roku – Jaruzelskiego z oddelegowana elitą państwa USA (z udziałem Brzezińskiego) – następowało przechodzenie na właściwą stronę (przy pełnej kontroli sojuszniczej i pod właściwym nadzorem i przy realizacji właściwego i jedynie słusznego programu Konsensusu Waszyngtońskiego), kto miał możliwości, to zapewne nosił do ambasad sojuszniczych, to co miał. Potem tylko trzeba było wystawić sztukę teatralną w pod tytułem – okrągły stół i magdalenka, aby motłoch uwierzył (w tym elity intelektualne), że uczestniczy w czymś ważnym i istotnym, wręcz historycznym (Michnik i tak był tępy, jak miał ciut więcej inteligencji, to 4 czerwca byśmy świętowali uroczyście – święto Polskiej Państwowości). Niektórzy wierzą w to po dzień dzisiejszy, a tam w salonach Moskwy i Waszyngtonu oraz Londynu, Paryża i Berlina – muszą solidnie zrywać boki ze śmiechu…” (andrzej 30 stycznia 2017)

„…o jakiej transformacji mówimy, skoro WSW (wcześniej Informacja Wojskowa – UB czy SB przy nich to mały pikuś) – czyli organ zajmujący się ochroną bezpieczeństwa – kontrolą organów państwa (marksizmu, w tym inwigilacją, werbunkiem itd.) w całości został przemianowany na WSI. Kluczowy organ posiadający prawo werbunku również towarzyszy z POP, czyli w każdej dziedzinie życia – gangsterów, prostytutki, prokuratorów, sędziów, sekretarzy partyjnych, rektorów, wykładowców, finansistów itd.

Natomiast SB zajmowała się kontrolą społeczną w państwie marksistowskim, a ponad 90% nich trafiła do UOP. Pozostali do innych instytucji kontrolnych, jak NIK czy Urzędy Skarbowe. Te ok. 10% to przeważnie funkcjonariusze wydziałów wewnętrznych w SB.

Kto wyjeżdżał na stypendia – sami amerykanie, Brytyjczycy, Niemcy, Francuzi w latach 80 – proponowali władzom komunistycznym przygotowanie nowych elit, pod przyszły system. Oni doskonale wiedzieli, że to się wali, także towarzysze w służbach. Po stanie wojennym władza przechodzi z partii do służb wojskowych tzw. rewolucja w ramach marksizmu. To one decydują kto pojedzie – czyli jaką pozycję będzie zajmował w nowym systemie w strukturze społecznej. To nie wiedza i umiejętności ale bogata kartoteka stała z awansem społecznym. Selekcja negatywna.

Nawet taki Macierewicz proponował tylko wykonując uchwałę Sejmu – agentów SB i UB, ale Informacji Wojskowej i WSW oraz Wojska Ochrony Pogranicza (też posiadały prawo werbunku agentury) – nikt nie chciał ujawniać wówczas agentury. Siano propagandę o SB.

Protesty 1980 roku miały doprowadzić do zmian w kierownictwie, zapisanie się do związku ok. 10 milionów ludzi i budowę od dołu związku spowodowało pewne komplikacje dla władzy. Stan wojenny spowodował, że tzw. opozycja i Solidarność mogły być budowane odgórnie – pod pełną kontrolą.
Na pierwszym zjeździe było co najmniej 71 agentów SB (z czego 36 to delegaci), a ilu było Wojkówki? IPN chce nam powiedzieć (nie ujawnia danych WSW) – Ktoś chce nam powiedzieć, że WSW się tym nie interesowała. To są bzdury, jeżeli ktoś tak uważa. To nic wspólnego z transformacją nie miało miejsca.

Wiadomo było, że na czele protestu trzeba było postawić robotnika, a nie inteligenta. Sztuka teatralna mogła by się zakończyć nie powodzeniem. W 21 słynnych postulatach, nie ma żadnego postulatu dotyczącego odejścia od marksizmu, są socjalne i w ramach kodeksu pracy.” (andrzej 1 lutego 2017)

„…Co prawda – jak to niedawno ujawnił były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju Lech Wałęsa, który najwyraźniej przypomniał sobie kolejną „koncepcję” – „Bolek”, to nazwa modelu urządzenia podsłuchowego, jakim posługiwała się SB, ale co to komu szkodzi nadać taki pseudonim konfidentowi? Szkoda, że Muzeum Szpiegów w Waszyngtonie nie ma takiego urządzenia, chociaż nasz nieszczęśliwy kraj został tam udelektowany specjalnym pomieszczeniem, w którym rezyduje Feliks Dzierżyński. Czy pan generał Czempiński, w dowód wdzięczności za wciągnięcie starych kiejkutów na listę „naszych sukinsynów” nie mógłby przekazać tam chociaż jednego egzemplarza tego modelu?Ale mniejsza z tym, bo ważniejszy jest przecież spiralny rozwój procesu dziejowego. Otóż kiedy w miarę postępów socjalizmu ponownie zacznie w naszym nieszczęśliwym kraju zaostrzać się walka klasowa, w ramach której rozbudowana w międzyczasie „klasa robotnicza” ponownie zacznie się buntować przeciwko swoim przedstawicielom, „Bolek” zostanie podwieziony motorówką Marynarki Wojennej pod płot, żeby go przeskoczył i „obalił komunizm”. Oczywiście nie od razu, bo najpierw „społeczeństwo obywatelskie”, zamiast „palić komitety”, zacznie zakładać własne, od czego wytworzą się w naszym nieszczęśliwym kraju dwa ośrodki władzy, w następstwie czego nie będzie innej rady, jak suwerenną decyzją wprowadzić stan wojenny. Pod osłoną surowych jego praw nomenklatura znowu zacznie uwłaszczać się na „majątku narodowym”, a w strukturach podziemnych zostanie przeprowadzona surowa selekcja kadrowa pod kątem eliminacji wszystkich przeciwników socjalizmu. Chodzi o to, że kiedy zostanie podana „dobra wiadomość”, iż oto znowu „upadł komunizm”, żeby od razu można było przystąpić do jego mozolnej odbudowy, zgodnie z koncepcją spiralnego rozwoju procesu dziejowego.” (Stanisław Michalkiewicz – Rozwijamy się spiralnie)

„…Ludzie, którzy dwadzieścia lat temu pluli na Wałęsę i opisywali go jako skończonego prymitwa aspirującego do władzy, która mu się nie należy, dziś bronią go i nazywają Kmicicem. Jak to zdiagnozować? Moim zdaniem bardzo prosto. Wszystko to, co od roku 1945 rozgrywa się przed naszymi oczami jest kłótnią w rodzinie. W dodatku w bardzo poważnej rodzinie, znacznie moim zdaniem poważniejszej niż rodzina Corleone ze znanego i lubianego filmu. Z tego powodu właśnie część rodziny chwyta czasami za siekiery i rąbie tych co zaczynają wykazywać odstępstwa od głównej linii. Po jakimś czasie ludzie ci się godzą między sobą, bo jest jakiś interes do ubicia i stawiają tym pomordowanym siekierami jakąś symboliczną lampkę na grobie. Tych zaś co przeżyli wciągają znów na listy płac i zabawa zaczyna się od początku…” (coryllus – Kiedy się wypełniły dni Lecha Wałęsy)

podobne: ☭ ★„Rosjanie mogą posiadać oryginalną teczkę pracy Lecha Wałęsy.” a także: Geneza „polskiej” bezpieki i „Archiwum Mitrochina”. Paranoja zbioru zastrzeżonego IPN i fikcja lustracji. Pamięć wybiórcza czyli „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Czemu PIS broni demokracji? oraz: Lech, czarownica i stara szafa. Afera z „Bolkiem” jest dla głupich, ważni są INNI. Festiwal hipokryzji, teorie spiskowe i brak konkretów. i to: Amber Gold czy OLT Expres? Taśmy Prawdy, Zastrzeżony IPN, Komorowski i Aneks do Raportu o WSI, TeWu i Teczki , Traktat Lizboński, katastrofa smoleńska i inne newerendingstory z których NIKT nie wyciąga wniosków (ani odpowiedzialności). Kryzys przywództwa i ruch oporu przeciwko niemu. polecam również: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? i jeszcze: „Jeszcze nigdy w historii tak niewielu nie otumaniło tak wielu” czyli… Zakontraktowane łgarstwo „święta wolności” oraz „lux in tenebris”

rys. Żukow

rys. Żukow

W USA: czy prezydenta wybrał Putin i kto odpowie za porażkę w cyberwojnie, rośnie przepaść między bogatymi i biednymi, Kongres chce zlikwidować Obamacare (w pakiecie reformy gospodarcze)


rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

USA: FBI opublikowała nowy raport oskarżający Rosję o ingerencję w amerykańskie wybory

PAP – Świat, 30 Gru 2016, 6:41,  Waszyngton (PAP/Reuters/AP) – Federalne Biuro Śledcze (FBI) i Departament Bezpieczeństwa Krajowego opublikowały w czwartek pierwszy dokładny raport bezpośrednio oskarżający hakerów z rosyjskich cywilnych i wojskowych służb wywiadowczych FSB i GRU o ingerowanie w proces ostatnich wyborów w USA.

Raport, liczący 13 stron, zawiera dokładne informacje o charakterze technicznym wskazujące na powiązania rosyjskich hakerów z włamaniami do serwerów Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej.

Według raportu rosyjska FSB zaczęła w połowie 2015 r. m. in. wysyłać złośliwe kody komputerowe i linki do ponad 1000 odbiorców w USA, w tym do Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej, instytucji i agend federalnych. W raporcie podano przykłady takich kodów i linków.

Krajowy Komitet Partii Demokratycznej miał być ponownie infiltrowany na początku br. przez rosyjski wywiad wojskowy GRU.

Administracja prezydenta Baracka Obamy już 7 października oskarżyła Rosję o ataki hakerskie mające na celu wpływ na proces wyborów prezydenckich w USA, ale raport FBI jest pierwszym oficjalnym dokumentem zawierającym szczegółową analizę techniczną i konkretne dane. Jest to też pierwsze oficjalne potwierdzenie FBI tych zarzutów.

Raport opublikowano tego samego dnia, w którym prezydent Obama ogłosił sankcje wobec Rosji, w tym wydalenie z USA 35 rosyjskich dyplomatów.

Strona rosyjska, która zdecydowanie odrzucała te oskarżenia, potępiła sankcje i zapowiedziała „udzielenie adekwatnej odpowiedzi”. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa napisała na swoim profilu na Facebooku, że reakcji Moskwy należy spodziewać się w piątek.

Według amerykańskich agencji wywiadowczych, rosyjscy hakerzy wykradli tysiące maili z serwera Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej a następnie dostarczyli je demaskatorskiemu portalowi WikiLeaks, by skompromitować demokratyczną kandydatkę do prezydentury Hillary Clinton i pomóc w ten sposób Donaldowi Trumpowi wygrać wybory prezydenckie. (PAP) jm/ 

źródło: stooq.pl

„FT”: według Trumpa „zero dowodów” na wpływ Rosji na wybory w USA

PAP – Świat, 2 Sty 2017, 20:57, Waszyngton (PAP/Media) – Prezydent elekt Donald Trump uważa, że istnieje „zero dowodów” na to, iż Moskwa ingerowała w wybory w USA i wpłynęła na ich wynik – oświadczył w poniedziałek rzecznik Trumpa Sean Spicer, cytowany przez „Financial Times”.

Prezydent elekt nie chce „wyciągać pochopnych wniosków” z raportu FBI na temat rosyjskich hakerów, którzy ingerowali w proces wyborczy – powiedział Spicer, odnosząc się do opublikowanego w zeszłym tygodniu dokładnego raportu Federalnego Biura Śledczego (FBI) i Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego.

Spicer podważył ustalenia tego raportu, nazywając go „13-stronicowym podręcznikiem na temat poprawy podstawowego bezpieczeństwa Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej”, której serwery zostały zaatakowane.

Raport bezpośrednio oskarża hakerów z rosyjskich cywilnych i wojskowych służb wywiadowczych FSB i GRU o ingerowanie w wybory. Liczący 13 stron dokument zawiera dokładne informacje o charakterze technicznym wskazujące na powiązania hakerów z włamaniami do serwerów Demokratów.

„FT” przypomina, że informacje o działaniach Rosji wzburzyły Kongresmenów niezależnie od afiliacji politycznej, co „wróży trudne początki dla administracji Trumpa, gdy będzie starała się wykorzystać fakt, iż Republikanie przejęli (po wyborach) kontrolę zarówno nad Senatem jak i Izbą Reprezentantów”.

Wcześniej w poniedziałek kongresmen Adam Schiff, członek Komisji Wywiadu Izby Reprezentantów zarzucił Trumpowi, że jako jedyny wydaje się kwestionować informacje zawarte w dokumencie FBI.

Wpływowi Republikanie, jak senatorzy John McCain i Lindsey Graham, którzy od tygodni apelują o powołanie międzypartyjnej komisji Kongresu, która zbada tę sprawę, zapowiedzieli, że będą – jak powiedział McCain – „mocno naciskać na naszych kolegów (w Kongresie USA – PAP), by przyjęli bardziej znaczące i ostrzejsze sankcje przeciwko Rosji z powodu jej ataków na Stany Zjednoczone”.

Trump w ubiegłym tygodniu ogłosił, że nadszedł czas, by zająć się czymś innym, niż kwestie związane z cybernetyczną interwencją Rosjan, lecz w poniedziałek zmienił stanowisko, a jego zespół zasugerował, że prezydent elekt podejmie w tej sprawie decyzję, gdy zapozna się z większą ilością materiałów dowodowych.

„FT” przypomina, że przed opublikowaniem raportu FBI 17 amerykańskich agencji wywiadowczych uznało, że za atakami hakerów stała Rosja.

W czwartek Stany Zjednoczone ogłosiły nałożenie sankcji na Rosję w reakcji na hakerskie ataki, które służyły ingerencji w amerykańskie wybory prezydenckie; 35 rosyjskich dyplomatów zostało wydalonych z USA. (PAP) fit/ mal/

źródło: stooq.pl

„…kiedy okazało się, że zwycięstwo Trumpa wywołało w Stanach Zjednoczonych podobne objawy, co wejście do austriackiego rządu Jorga Haidera, doprowadzając do wybuchu niespotykanego wcześniej w Ameryce politycznego zacietrzewienia, niemieckie kierownictwo najwyraźniej się zreflektowało i z początkowego zaskoczenia ochłonęło. Być może odegrała tu decydującą role okoliczność, że zarówno w Europie, jak i w Ameryce, siłą napędową tych protestów i tego zacietrzewienia jest złość i złoto starego żydowskiego grandziarza finansowego Jerzego Sorosa, który to wszystko finansuje. Będąc w Nowym Jorku słyszałem z wielu stron uporczywą plotkę, jakoby grandziarz obiecał każdemu elektorowi, który 19 grudnia nie odda głosu na Trumpa, 5 milionów dolarów. Nie ma dymu bez ognia; 20 elektorów zapowiedziało, ze nie zagłosuje na Trumpa dopóki CIA nie wyjaśni, czy wybory prezydenckie nie były aby zmanipulowane przez Rosję. Zatrzymajmy się chwilę nad tym dziwacznym żądaniem. Mamy dwie mozliwości: albo Rosja dysponuje w USA agenturą rozbudowana do tego stopnia, że na skinienie Kremla moskiewski faworyt może zostać prezydentem – ale w takim razie CIA, to kupa gówna, skoro dopuściła do takiej sytuacji, więc jej wyjaśnienia nie mają specjalnej wartości, albo – możliwość druga – Rosja żadnej do tego stopnia rozbudowanej agentury w USA nie ma, ale za to amerykańskie społeczeństwo stało się tak podatne na rosyjską propagandę, że Kreml może sobie przebierać w tamtejszych prezydentach, jak w ulęgałkach. I tak źle i tak niedobrze – ale jest jeszcze jedna istotna sprawa – że po raz pierwszy ostatnie słowo w wyborach prezydenckich miałaby amerykańska bezpieka. Pewnie i wcześniej tak bywało, ale nigdy jeszcze nie było takiej ostentacji. W wreszcie ostatnia sprawa – a skąd możemy mieć pewność, że Kreml, albo i finansowy grandziarz nie przekupił funkcjonariuszy CIA, którzy mieliby osądzić autentyczność amerykańskich wyborów prezydenckich? Nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem – mawiali starożytni Rzymianie, a skądinąd wiadomo, że w ostatnich latach (czyżby nadchodziły zapowiadane „dni ostatnie”?), podatnośc funkcjonariuszy publicznych na korupcję raczej wzrosła i to gwałtownie, więc dlaczego niby akurat CIA miałaby być na tę przypadłość szczególnie immunizowana? Warto postawić takie pytanie tym bardziej, że sam widziałem oferty w postaci stawek godzinowych za udział w antytrumpowych demonstracjach. Jeśli nie stał za nimi w charakterze sponsora stary finansowy grandziarz, to ja jestem chińskim mandarynem. ” (Stanisław Michalkiewicz – Ciamajdan, majdanek i majdan)

podobne: Niemcy: kontrwywiad ostrzega przed rosyjskimi szpiegami. Służby zacieśniają współpracę z USA. oraz: Wiodący niemiecki dziennikarz: CIA naciska na media by promowały III wojnę światową

Niezależnie od tego czy ataki hakerskie rzeczywiście miały miejsce, jakich konkretnie strat dokonały, i pomijając zarzuty o bezpośrednim wpływie na niedawne wybory (bo wyciek czyichkolwiek mailów nie jest niczym takim a co najwyżej posłużył politycznemu przeciwnikowi – o co trudno Trumpa winić, niech się wstydzi Clintonowa), można się zastanowić nad sensem „chwalenia się” publicznie i na cały świat przez służby i  administrację państwa o mocarstwowej pozycji jakim jest USA tym, że jakieś inne państwo (w dodatku dużo słabsze) ma realny bezpośredni wpływ na obsadzanie stanowiska najważniej osoby w państwie. Jest to nie tylko głupota co jasny sygnał dla innych potencjalnych wrogów USA o głębokim kryzysie tego państwa, jeśli nie w samej administracji to z całą pewnością w służbach bezpieczeństwa, a jeśliby przyjąć za prawdę że zmanipulowane zostało społeczeństwo to mamy tu do czynienia z inwigilacją na masową skalę i powszechną zdradą… Jednym słowem czy USA to jeszcze USA, czy też może marionetkowe państwo sterowane zdalnie przez Putina? Bo taki właśnie sygnał wysyłają ci zadowoleni z własnej przenikliwości durnie.

Pozostaje pytanie co zamierzają w związku z tym odkryciem zrobić? Co się stanie z wyborcami Trumpa których Putin zahipnotyzował, i co będzie z demokracją jako metodą wyłaniania władz państwa? Idąc tropem oskarżenia o bezpośredni wpływ Rosji na wybory w USA powstaje pytanie – dlaczego wybory nie zostały do tej pory po prostu anulowane? Niedoszły POTUS powinien zostać natychmiast odizolowany i poddany bardzo szczegółowemu przesłuchaniu na okoliczność owych wniosków jakie wysuwają szefowie służb i dotychczasowa administracja… Mało tego! To właśnie ową administrację i jej służby należałoby w pierwszej kolejności zwolnić, zamknąć i ostro przesłuchać jako nieudolnych, tudzież zaprzedanych Putinowi muppetów, bo ta niesłychana zdrada miała miejsce na ich warcie!… Bądź tu mądry… Jak mawiał klasyk „do czego to doszło żeby przez (pastowaną) świnię człowiek (demokrata) protekcji dochodził!” 🙂

Ja jednak uważam że najwyższa już pora aby przegrani pogodzili się z porażką, i nie wystawiali własnego państwa i siebie na taką kompromitację. Paradoksalnie „olewczy” (oficjalnie) stosunek Trumpa do tych zarzutów jest jedynym głosem rozsądku mogącym złagodzić skutki raportu o NIEUDOLNOŚCI amerykańskiej administracji (i służb bezpieczeństwa), o której szczegółach na miejscu władz USA wstydziłbym się w ogóle rozmawiać a co dopiero ujawniać jakieś szczegóły. Zamiast robić z Trumpa ruską matrioszkę zająłbym się poważnie samym faktem cybernetycznych ataków jeśli rzeczywiście do nich doszło… i zrobił coś równie spektakularnego w odwecie (oczywiście po cichu ale tak żeby to dotarło do agresorów)… Tymczasem histeryczna reakcja administracji Obamy i zwolenników Clintonowej na przegraną w prezydenckich wyborach, zaczyna przybierać formę taktyki spalonej ziemi – szKODzenie własnemu krajowi…

Z drugiej strony trudno mi uwierzyć że ogłaszanie tego rodzaju rewelacji świadczące o niekompetencji/słabości amerykańskiej administracji nie ma jakiegoś innego powodu. Jakiegoś drugiego dna które zaprzeczyłoby tej głupocie, ale  póki co nie jestem w stanie zauważyć niczego takiego… oprócz wewnętrznych rozgrywek miedzy nową a starą administracją. Być może kiedy postawione zostaną konkretne zarzuty to Trump będzie miał pretekst żeby przeprowadzić czystki w nieudolnych służbach… (Odys)

podobne: Rokosz i Elekcja, Hitchcock i histeria, Trump(y) i trąf(y) czyli rozgrywanie tłumu w służbie demokracji.

spy vs spy

spy vs spy

…czy w związku z powyższym USA przegrywają wojnę cybernetyczną?

Szefowie wywiadu: Rosja poważnym cybernetycznym zagrożeniem dla USA

PAP – Świat, 5 Sty 2017, 20:04, Waszyngton (PAP/Media/Reuters/AFP) – Podczas przesłuchania w Senacie USA szefowie służb wywiadowczych, w tym dyrektor wywiadu James Clapper, powiedzieli w czwartek, że Rosja jest poważnym zagrożeniem cybernetycznym dla USA, a jej ingerencja w wybory w USA była agresywna i „wielowymiarowa”.

Komisja sił zbrojnych Senatu rozpoczęła dochodzenie w sprawie ingerencji Rosji w wybory w USA oraz takich zagrożeń cybernetycznych, jakimi były hakerskie ataki Rosji na serwery Partii Demokratycznej i sztabowców kandydatki Demokratów w wyborach Hillary Clinton.

Szef komisji sił zbrojnych, senator John McCain przewodniczył jej czwartkowej sesji. Jak informuje dziennik amerykańskiego Kongresu „The Hill”, przesłuchanie wzbudziło bardzo duże zainteresowanie i senatorzy prowadzili je przy wypełnionej sali.

Przed komisją oprócz Clappera zeznawali admirał Mike Rogers, dyrektor Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego (NSA) i zarazem szef Cyber Command (cyberdowództwa) sił zbrojnych USA oraz wiceminister obrony do spraw wywiadu Marcel Lettre.

Szefowie wywiadu uznali, że Rosja stanowi duże zagrożenie dla „amerykańskiego rządu, armii, dyplomacji, krytycznej infrastruktury oraz handlu” – podaje Reuters.

Moskwa jest szczególnie groźna ze względu na „wysoce zaawansowany ofensywny program cybernetyczny i (…) wyrafinowane możliwości (technologiczne)” – powiedział jeden z wysokiej rangi przedstawicieli amerykańskiego wywiadu.

Jak podaje „The Hill”, szefowie wywiadu poinformowali, że również w czwartek pogłębiony raport na temat ingerencji Rosjan w wybory otrzymał prezydent Barack Obama. Dokument jest ściśle tajny, ale w przyszłym tygodniu pewne jego części zostaną opublikowane.

Clapper wyjaśnił, że w tej sytuacji nie może podać więcej szczegółów na ten temat, ale podkreślił, że będzie zabiegał, aby jak najwięcej informacji zawartych w raporcie zostało udostępnionych opinii publicznej.

Raport ten został przygotowany przede wszystkim przez trzy agencje: CIA, FBI oraz NSA – powiedział Clapper.

Zastrzegł też, że amerykański wywiad nie jest w stanie dociec, czy cybernetyczne ataki Rosjan miały wpływ na wynik wyborów. Dodał też, że z ustaleń wywiadu wynika, iż działania te „miały więcej niż jeden motyw”.

Admirał Rogers i Clapper powiedzieli również, że „tylko najwyższe władze Rosji mogły je zatwierdzić”, a ingerencja nie ograniczała się do ataku na Demokratów.

Tego rodzaju postępowanie „nie zatrzymuje się na Stanach Zjednoczonych” i dochodzi do prób „wpływania na opinię publiczną w Europie i Eurazji”; działania Rosjan mają na celu „podważenie publicznego zaufania do instytucji oraz informacji (w sferze publicznej)” – dodał Clapper.

Dyrektor wywiadu powiedział też, że skala ingerencji Moskwy w ostatnie wybory w USA jest bez precedensu.

„Rosjanie mają długą historię ingerowania w wybory. Swoje własne i innych narodów (…). Sięga ona lat 60., zaczęło się w latach zimnej wojny” – wyjaśnił i podkreślił, że kampania prowadzona przez Rosjan w 2016 roku w USA była szczególnie agresywna.

Republikański senator Lindsey Graham spytał Clappera, czy służby specjalne gotowe są na to, że Trump „rzuci im wyzwanie” podczas piątkowego briefingu wywiadu dla prezydenta elekta. „Sądzę, że tak” – odparł Clapper.

Graham przy sposobności skrytykował administrację Obamy za niewystarczające sankcje nałożone na Moskwę w związku z jej ingerencją w wybory. W ramach retorsji Amerykanie wydalili z kraju 35 rosyjskich dyplomatów.

Clapper wyjaśnił też senatorom, że kampania Rosjan była „wielowymiarowa”, nie ograniczała się do cyberataków i polegała też między innymi na dezinformacji.

Pytany przez senatorów o to, czy można uznać za wiarygodne wypowiedzi Juliana Assange’a, którego portal WikiLeaks ujawnił treść maili wykradzionych przez hakerów, Clapper odpowiedział „Nie w mojej opinii”, a admirał Rogers dodał, że „popiera tę opinię”.

We wtorek wieczorem w rozmowie z Fox News Assange powiedział, że Rosjanie nie są źródłem przekazanych WikiLeaks maili zdobytych po włamaniu przez hakerów do systemu komputerowego Demokratów.

Te i inne wypowiedzi Assange’a Trump zacytował w środę na Twitterze, w kolejnych wpisach podważających ustalenia wywiadu w sprawie cyberataków na serwery Demokratów i ingerowania Rosji w wybory.

W czwartek Trump napisał na Twitterze: „Nieuczciwe media chętnie mówią, że zgadzam się z Julianem Assange’em. Błąd. Po prostu stwierdzam to, co on stwierdza (…) i to ludzie mają wyrobić sobie zdanie, co jest prawdą”.

Dodał też: „Media kłamią, by mnie ukazać jako kogoś, kto jest przeciw +wywiadowi+, podczas gdy ja naprawdę jestem ich fanem!”.

Odnosząc się do tych wpisów Trumpa i komentarza jego rzecznika Seana Spicera, który nazwał stanowisko swego szefa „zdrowym sceptycyzmem”, Clapper powiedział: „Istnieje różnica między sceptycyzmem a dezawuowaniem (wywiadu)”.

W środę wieczorem „Wall Street Journal” podał, że prezydent elekt przymierza się do uszczuplenia Urzędu Dyrektora Bezpieczeństwa Narodowego oraz personelu CIA w Waszyngtonie.

Spicer zdementował te informacje; „nie ma cienia prawdy w (informacji) o planach restrukturyzacji społeczności wywiadu” – powiedział dziennikarzom. (PAP) fit/ ro/

źródło: stooq.pl

„…Gazeta Kommiersant podaje, że nie tylko Rosja oskarżana przez USA o cyberataki posiada jednostki wojskowe działające w cyberprzestrzeni. Znajduje się jednak w pierwszej piątce krajów, które stworzyły cyberwojska.

Specjalistyczne jednostki zajmujące się cyberbezpieczeństwem w celach militarnych albo wywiadowczych istnieją według gazety w Rosji, USA, Chinach, Wielkiej Brytanii i Korei Północnej. Jednostki te w coraz większym stopniu wykorzystują narzędzia do walki informacyjnej, czego przykładem mogły być rosyjskie działania w okresie kampanii wyborczej w USA stwierdzone przez amerykańskie służby.

Z ustaleń Zecurion Analytics wynika, że formalnie jednostki cyberwojska posiada kilkadziesiąt państw, a nieformalnie ponad sto z nich. Najwięcej na tego typu podmioty wydają Stany Zjednoczone (7 mld dolarów rocznie), którzy zatrudniają w tym celu około 9 tysięcy ludzi. Rosja posiada około tysiąca specjalistów pracujących w cyberwojsku, którzy kosztują rocznie około 300 mln dolarów.

Wnioski Zecuriona kwestionują niektórzy analitycy, którzy twierdzą, że trudno potwierdzić liczby przedstawione przez ośrodek. Mimo to publikuje on zestawienie wydatków i ilości etatów w największych jednostkach cyberwojska na świecie…” (Wojciech Jakóbik – Cyberwojska krajów świata ruszają na front)

podobne: Edward Snowden znowu nadaje czyli „cyberarmia” i broń klasy „D” w „internetach”. oraz: Epatowanie terroryzmem nie służy w jego zwalczaniu.”Cyberterroryzm” i (nie)bezpieczeństwo „ustawy inwigilacyjnej”? i to: Witold Gadowski: Mocne zmiany w służbach konieczne! Szpiegomania, dezinformacja (na przykładzie „teologii wyzwolenia” Chruszczowa) i „kontrwywiad obywatelski”.

…a teraz coś z zupełnie innej teczki

Nowy Kongres USA chce obalić Obamacare

PAP – Świat, 3 Sty 2017, 19:55, Nowy Jork (PAP) – Nowo wybrany Kongres USA zdominowany przez Republikanów zapowiada obalenie systemu ubezpieczeń zdrowotnych Obamacare oraz innych inicjatyw podjętych przez odchodzącego prezydenta. Demokraci podejmują kampanię, żeby temu zapobiec.

We wtorek na waszyngtońskim Kapitolu nastąpi zaprzysiężenie członków 115. Kongresu. Kiedy 20 stycznia Donald Trump obejmie swój urząd, po raz pierwszy od dekady Republikanie kontrolować będą obie izby Kongresu, jak i Biały Dom. Ułatwi im to forsowanie własnej polityki.

Podstawowym obiektem ataku Partii Republikańskiej (GOP) jest reforma opieki zdrowotnej wprowadzona przez Baracka Obamę. Od początku uznawali ją za jedną z przyczyn słabego tempa uzdrawiania gospodarki po kryzysie.

Trump wzywał we wtorek na Twitterze do gruntownej reorganizacji systemu. „Obamacare po prostu nie działa, jest zbyt droga, jest to marna opieka zdrowotna” – argumentował prezydent elekt.

Amerykańskie media podkreślają, że rezygnacja z Obamacare nie będzie prosta. Według szacunków dzięki nowym przepisom, a także rozszerzeniu systemu Medicaid (dla ubogich) 20 milionów ludzi zyskało dostęp do ubezpieczeń zdrowotnych. Ponadto uznaniem cieszy się fakt, że firmy ubezpieczeniowe nie mogą podobnie jak dawniej odmawiać usług osobom, które już wcześniej nabawiły się poważnych schorzeń.

W środę Obama ma się udać z wizytą na Kapitol, co rzadko się zdarza. Pragnie tam omówić z Demokratami plany, w jaki sposób zachować reformę służby zdrowia. Wiceprezydent elekt Mike Pence spotka się w tym samym dniu z Republikanami.

„Mamy wiele rzeczy do zrobienia i wiele do wycofania” – pisał lider większość republikańskiej w Izbie Reprezentantów Kevin McCarthy w liście do kongresmanów GOP.

Celem Republikanów jest m.in. okrojenie budżetu federalnego i biurokracji w Waszyngtonie. Przymierzają się m.in. do rewizji popularnych systemów świadczeń społecznych, jak zasiłki emerytalne Social Security oraz ubezpieczenia zdrowotne Medicare, z których korzystają seniorzy.

Według przewidywań agenda GOP obejmować będzie też reformę systemu podatkowego, przepisów dotyczących środowiska naturalnego oraz zaniechanie regulacji finansowych podjętych w odpowiedzi na kryzys z 2008 roku. Republikanie uważają je za zbyt uciążliwe dla przedsiębiorstw.

Oczekuje się także zmiany podejścia do ONZ po rezolucji Rady Bezpieczeństwa potępiającej budowę osiedli izraelskich na Zachodnim Brzegu Jordanu i we Wschodniej Jerozolimie. USA umożliwiły przeforsowanie jej w Radzie Bezpieczeństwa, wstrzymując się od głosu. Pojawiają się apele, by „odwrócić szkody wyrządzone przez administrację Obamy i odbudować sojusz z Izraelem”.

Przeobrażeniom może ulec polityka wobec Rosji. Obama zaostrzył ostatnio sankcje pod zarzutem ataków hakerskich. Ekipa Trumpa twierdzi, że na udział Rosji brak rozstrzygających dowodów.

Krytykując Obamacare, Republikanie nie mają alternatywnego planu. Dlatego według Demokratów przywódcy GOP rozważają zwłokę, by zyskać na czasie i zastanowić się, co będzie dalej.

„Rzucając gromy nie pokazali nic, co wskazywałoby, że wiedzą, co z tym zrobić” – twierdziła przewodnicząca mniejszości demokratycznej w Izbie Reprezentantów Nancy Pelosi. Strategię rywali polegającą na obaleniu Obamacare i zwłoce w jej zastąpieniu nazwała „aktem tchórzostwa”.

Także zdaniem Lanhee Chena, byłego czołowego doradcy republikańskiego kandydata na prezydenta Mitta Romneya, uchylenie Obamacare, jeśli się nie ma planu, aby ją szybko zastąpić, byłoby błędem GOP.

Według amerykańskich mediów Demokraci podejmą kroki, by zablokować plany Republikanów, odwołując się do opinii publicznej. Jak zapewniał we wtorek przywódca mniejszości demokratycznej w Senacie Charles Schumer, jego partia będzie patrzeć na ręce prezydenta i Republikanów w Kongresie.

„Będziemy w grupie, która postara się upewnić, czy prezydent elekt wywiązuje się ze swoich zobowiązań, żeby Amerykę uczynić naprawdę wspaniałą w najlepszym tego słowa znaczeniu” – mówił Schumer.

Aby bronić swej polityki, demokratyczna mniejszość może się w Senacie uciec do obstrukcji parlamentarnej. Ma to jednak swoje ograniczenia. Nie brak ostrzeżeń, że spośród 23 senatorów, którzy będą się ubiegać o reelekcję w 2018 roku, dziesięciu pochodzi ze stanów, w których elektorat głosował na Trumpa. Mogą oni wyłamać się z szeregów swej partii i poprzeć politykę GOP.

Z Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski (PAP) ad/ kot/ mc/

źródło: stooq.pl

podobne: USA. Limit długu wraca jak bumerang i przyprowadza kolegę „Obamacare”. oraz: Od standardu złota do pieniądza fiducjarnego. Realny stan gospodarki USA, Teksas żąda od FEDu zwrotu złota, o cynicznych Grekach i ekspansji Chin. Czy świat finansów (a za nim cywilizacji zachodu) chyli się ku upadkowi? Polska na jedwabnym szlaku. i to: Izrael planuje zawłaszczenie palestyńskiej ziemi

…najlepszy przykład na to jak (nie)działa Obamacare jest poniższa informacja…

USA – Rośnie przepaść między bogatymi i biednymi

PAP – Biznes, 1 Sty 2017, 8:41, Nowy Jork (PAP) – W USA pogłębia się przepaść między nieliczną grupą bogatych a połową ludności sytuującą się na przeciwnym biegunie. Obecnie 1 proc. Amerykanów zarabia średnio 1,3 mln dolarów rocznie.

Omawiając badania ekonomistów Thomasa Piketty’ego, Emmanuela Saeza i Gabriela Zucmana, telewizja CNN w programie Money nazywa najbardziej zamożnych maszynkami do robienia pieniędzy. Zarabiają oni teraz trzy razy więcej niż w latach 80., gdy ich dochody wynosiły średnio 428 tys. dolarów.

Jednocześnie 50 proc. populacji USA w latach 80. miała średnie dochody brutto wynoszące ok. 16 tys. dolarów rocznie; trzy dekady później, uwzględniając inflację, niewiele się zmieniło.

Jak wynika z raportu Equality of Opportunity Project, dla ogromnej większości American Dream (amerykańskie marzenie) staje się nieosiągalnym mitem. 92 proc. osób urodzonych w latach 40. zarabiało więcej niż ich rodzice, ale od tego czasu sytuacja pogarsza się systematycznie. Wśród urodzonych w latach 50. takich osób było jeszcze 79 proc., a wśród millenialsów, urodzonych w latach 80., stanowią tylko połowę.

Coraz większą część dochodów zgarniają zamożni. O ile w latach 70. na 1 proc. najbogatszych przypadało nieco ponad 10 proc. wszystkich dochodów, obecnie jest to ponad 20 proc. Jednocześnie o ile przez większą część lat 70. do połowy mniej zasobnych Amerykanów trafiło ponad 20 proc. dochodu narodowego, teraz jest to tylko 12 proc.

Punkt zwrotny nastąpił ok. 1980 roku. W połowie lat 90. plasujący się na szczycie 1 proc. Amerykanów wyraźnie się bogacił. Dochody połowy populacji na dolnych szczeblach amerykańskiej drabiny gwałtownie spadały.

Piketty, Saez i Zucman zaobserwowali, że z powodu wywołanej kryzysem finansowym recesji w latach 2009-2010 nierówność zmniejszyła się, ponieważ także bogaci doznali strat. Ale od tamtego czasu różnice majątkowe znowu są coraz większe.

Zamożni przezwyciężyli skutki kryzysu znacznie szybciej m.in. dzięki wzrostowi na giełdzie. Także wartość nieruchomości osiągnęła poziom sprzed recesji. Tymczasem płace dolnej części społeczeństwa nie drgnęły.

W 1980 roku 1 proc. najbardziej majętnych Amerykanów zarabiał średnio 27 razy więcej niż 50 proc. na dole, a obecnie jest to 81 razy więcej.

Z Nowego Jorki Andrzej Dobrowolski (PAP) ad/ kot/ kar/

źródło: stooq.pl

podobne: Rekordowy poziom nierówności między najbogatszymi a najbiedniejszymi. i to: Energia: Mało używamy drogo zapłacimy. Polska w pułapce „średniego dochodu” ale „The Economist” nas chwali. Michalkiewicz o tym co nas oblazło. oraz: Prof. Witold Kwaśnicki: Ci wstrętni (neo)liberałowie. A przecież „kapitalizm oznacza własność” a także: Adam Gwiazda: Wolność, równość i… nierówności ekonomiczno-społeczne

…a to ci niespodzianka. Tyle lat pompowania pieniędzy w biedotę a biedoty przybywa. Zdaje się że nie taki był cel tego rozdawnictwa żeby zlikwidować klasę średnią i pogłębiać różnice między najbiedniejszymi a najbogatszymi… Tylko pozornie nie taki, bo trudno oczekiwać innych efektów od sprawdzonej metody uszczęśliwiania ludzi poprzez rabunek i redystrybucję tego co się zabiera najbardziej aktywnym i zdolnym pracownikom. Ta metoda od ZAWSZE uderza w najuboższych i odbywa się kosztem klasy średniej w taki sposób że jest ona pozbawiana siły nabywczej przez co nie może konkurować z bogatymi, co z kolei odbija się na biedocie która z swojego poziomu wyrwać się wyżej nie może i jest skazana na korporacyjne monopole i zmowy. Może nasi „fachofcy” z „dobrej zmiany” tak zapatrzeni w USA też powinni przemyśleć swoje rozdawnicze pomysły zamiast wpychać Polaków w odmęty „sanacji” i gierkowszczyny? (Odys)

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Rokosz i Elekcja, Hitchcock i histeria, Trump(y) i trąf(y) czyli rozgrywanie tłumu w służbie demokracji.


Ramiona do nieba wzniesione wzburzeniem
Łacina spieniona na wargach,
Żył sznury na skroniach, przekrwione spojrzenie
Przekleństwo, modlitwa lub skarga.

Pod nos podtykane i palce i pięści,
Na racje oracji trwa bitwa,
Szablistą polszczyzną tnie, świszcze i chrzęści
Przekleństwo, skarga, modlitwa.

Ref. „Czas ratować państwo chore,
Szlag mnie trafia – ergo sum!
Po sąsiadach partię zbiorę,
Uczynimy szum!”

Jacek Kaczmarski „Elekcja”

„…Wyborcza wygrana Donalda Trumpa określana jest mianem „szokującej”. Wiele osób przypomina, że przedwyborcze sondaże dawały pewne zwycięstwo Hillary Clinton. Przekonanie o jej zwycięstwie było tak silne, że za dolara postawionego na byłą Sekretarz Stanu można było wygrać zaledwie 22 centy. Pytanie brzmi: co się stało?

We wtorek do głosu doszli zwyczajni obywatele. Mowa o przeciętnych Amerykanach, którzy być może jeszcze łapią się do klasy średniej, a może już z niej wypadli, po tym jak zostali ograbieni przez państwo. W dniu wyborów nie interesowały ich opinie ekspertów. Zwracali uwagę głównie na to, co działo się przez ostatnie 8 lat – spadające realne dochody, wysoką inflację, utratę nieruchomości. To wszystko sprawiło, że Amerykanie zażądali zmian.

Osobna kwestia to przedwyborcze sondaże. Wynik głosowania jednoznacznie pokazuje, że badanie opinii publicznej to tylko kolejne narzędzie do manipulowania wyborcami.

…O ile sama wygrana Trumpa jest dla wielu zaskoczeniem, to już reakcja rynków była do przewidzenia. W przypadku wygranej Hillary Clinton inwestorzy oczekiwali kontynuacji polityki prowadzonej za kadencji Baracka Obamy. Porażka byłej Sekretarz Stanu doprowadziła do wzrostu niepewności, co zazwyczaj wiąże się z odpływem kapitału do bezpieczniejszych aktywów, takich jak metale szlachetne.

Prędzej czy później recesja zawita do Stanów Zjednoczonych. Należy jednak pamiętać, że będzie to efekt polityki gospodarczej oraz monetarnej USA w ostatnich 15-20 latach, a nie samego wyboru Donalda Trumpa na prezydenta.

Ostateczny wynik wyborów w USA to efekt mobilizacji wśród klasy średniej, która w ostatnich latach mocno się uszczupliła. Widać wyraźnie, że amerykańskie społeczeństwo się buntuje. Jeszcze osiem lat temu uwierzono w potrzebę wybrania „pierwszego czarnoskórego prezydenta USA”. W kolejnych wyborach przekonano ludzi, że jest on „mniejszym złem”. Tym razem establishment promował „pierwszą kobietą w fotelu prezydenta USA”. Najwyraźniej jednak cierpliwość Amerykanów się wyczerpała.

Przy okazji wyborów miliony ludzi przekonały się, jak znaczący jest poziom zakłamania głównych mediów. Pozytywnym aspektem jest tutaj oczywiście rosnąca skala oddziaływania Internetu, który wielu osobom umożliwił dostęp do prawdziwych informacji.

Z perspektywy Polski nie było wymarzonego kandydata. Prezydencja Trumpa może przynieść zacieśnienie współpracy na linii USA-Rosja, co nie wyjdzie nam na dobre. Trzeba jednak pamiętać, że wybór Clinton zwiększyłby zagrożenie konfliktem na globalną skalę. Zwróćmy uwagę, że oficjalnie między USA a Rosją nie ma żadnej wojny, a jednak doszło do exodusu ludności cywilnej w Syrii. Co w przypadku, gdyby między mocarstwami faktycznie wybuchła wojna? Bardzo prawdopodobne, że to właśnie na terenie Polski doszłoby do eskalacji działań militarnych.

Głosowanie w USA stanowiło również niezłą okazję do zakupu metali oraz shortowania akcji w Stanach Zjednoczonych. Rynki były przekonane co do zwycięstwa Clinton, co znalazło odzwierciedlenie w notowaniach. Z tego powodu, poziom ryzyka wspomnianej inwestycji był stosunkowo niski.

Na koniec warto podkreślić, że wydarzenia z ostatnich kilku miesięcy jeszcze półtorej roku temu były nie do pomyślenia. W czerwcu elity pozwoliły na wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Teraz Donald Trump został prezydentem Stanów Zjednoczonych. Niewykluczone, że celem nadrzędnym jest dalsza destrukcja systemów monetarnych. Winą za ich upadek zostaliby wówczas obarczeni rządzący promujący protekcjonizm. Stanowiłoby to argument za powrotem do procesu globalizacji, a także ustanowieniem SDR-ów jako globalnej waluty rezerwowej.” (Zespół Independent Trader – Co oznacza wygrana Trumpa?)

Crying Statue of Liberty, by NOK Crew

Crying Statue of Liberty, by NOK Crew

Nie „wierzę” w sportową złość tłumu wynikającą z racjonalnego podejścia i zrozumienia/rozliczenia tego kim są i co robią politycy na taką skalę jak to sugeruje IT. Tego rodzaju „instynktem samozachowawczym” wykazuje się niestety niewielki margines wyborców i dotyczy to niestety każdego dyzmokratycznego kraju zwanego dla niepoznaki „cywilizowanym” z powodu panowania w nim demokracji. No może poza Szwajcarią której obywatele udowodnili wielokrotnie że nie myślą kategoriami jak „zabrać bogatym i dać biednym” i wiedzą że rolą państwa nie jest zaprowadzanie „sprawiedliwości społecznej”. W innych wypadkach wierzę natomiast w cyniczne i „wyrafinowane” manipulowanie i sterowanie anty nastrojami wyborców, żerowanie na zawiści i w celowe rozhuśtywanie negatywnych emocji którego próbkę można przeczytać tu:

„…przez świat idzie rebelia.
Rebelia wkurzonych. Wkurzonych na to, że się o nich nie pamięta. Wkurzonych, że się ich nie słucha. Wkurzonych, że nie mają szansy wykrzyczenia, bo już od dawna nie mają najmniejszej nawet szansy wypowiedzenia swojego zdania. Wkurzonych, bo niemających nic do gadania.

Rebelia zawiedzionych. Zawiedzionych po kolejnych, kolejnych i jeszcze kolejnych wyborach, po których miało być inaczej. Po wyborach, których hasłem była przecież ZMIANA. Po wyborach, w których startowali ludzie, którzy mówili, że ich rozumieją i że zrobią wszystko, aby ich nie zawieść.

Rebelia oburzonych. Oburzonych na pazerność, zwyczajną głupotę, wykorzystywanie stanowisk, oderwanie się od ludzi, zapomnienie, że to dzięki nim, dzięki ich głosowi wyborczemu są tam gdzie są. Oburzonych na pustosłowie, frazesy, grę emocjami ze strony klasy politycznej. Wciąż zresztą tej samej, niezmiennej od dziesięcioleci…

…Rebelia przegranych. Pozbawionych pracy, którą mają inni. Pracy, którą zabrali im inni. Obcy. Dlatego, że mają inny kolor skóry albo urodzili się w lepszych rodzinach, albo po prostu tylko dlatego stanowią część kasty, establishmentu. Przegranych tak bardzo, że nie mają nie tylko od pierwszego do pierwszego, ale w ogóle nie mają już niczego. I niczego już większego ani trwalszego mieć nie będą. Nigdy nie nadrobią dystansu, nie osiągną tego poziomu, który mają tamci, dla których śpiewa Beyoncé…”  (wszystkoconajwazniejsze.pl Eryk Mistewicz – Rebelia)

Rebelia pozbawionych pracy… którą mają inniktórą zabrali im inni… Niech mi ktoś wytłumaczy co autor miał na myśli bo zgłupiałem. Kto to są ci „inni” i co to znaczy że „zabrali pracę” i komu? Poza tym to nie jest racjonalny powód do tego żeby się buntować przeciwko władzy skoro winni są „obcy”? Być może autorowi chodzi o to że skoro władza nie potrafi zabronić pracy tym „innym”, to powinna z ustawy „gwarantować” pracę tym którym jest ona „zabierana”? Najlepiej na państwowym etacie i na „legalnej” umowie za nie mniej niż 6 tysi, (bo za mniejsze stawki pracują tylko kretyni) od której zadowolony lód płaciłby stosowne podatki i składki żeby mieć „godną emeryturę”… No i jeszcze żeby ta władza słuchała się lódu jak coś nie przypasi bo inaczej… bunt!

Ale czy przypadkiem ludzie sami nie wybierali do tej pory (jak słusznie zauważa autor po kolejnych, kolejnych i jeszcze kolejnych wyborach, po których miało być inaczej) właśnie takich polityków którzy im tego typu bzdury obiecywali? Czy nie jest prawdą że po każdych wyborach część elektoratu (co z tego że swojaków) jednak dostaje to co obiecano i partycypuje w obietnicach? Czy to wina władzy że tego rodzaju „opieka” nie dotyczy wbrew obietnicom „wszystkich”? Czy też może jest to wina samych wyborców, którzy tej oczywistości w sposób uporczywy nie potrafią przyswoić, więc od wyborów do wyborów wybierają ludzi z tej samej klasy politycznej… niezmiennej od dziesięcioleci, którzy obiecują im to samo, po to tylko żeby po raz kolejny rozczarować się i irytować na… siebie? Jak w takim razie traktować tego rodzaju manifest, który odwraca uwagę od właściwej przyczyny złego stanu rzeczy, skupia się natomiast na skutkach i to z nich układa argument do potrzeby zmian. Czy frustracja grupy obywateli zawiedzionych własnymi oczekiwaniami (na które ciągle się nabierają bo ktoś im powiedział to co chcieli usłyszeć) to właściwy powód do zmiany elit rządzących? Może to właśnie ci „oburzeni” powinni zacząć myśleć racjonalnie, skoro politycy „nie potrafią”? Do jakiej zmiany prowadzi tego rodzaju „logika” i motywacje? Do adekwatnych. Przy okazji… Beyonce (i pozostałych spontanicznie zaangażowanych „ałtorytetów”) słuchają równie chętnie tak „inni” jak i „wkurzeni na innych”, nie wspominając o komentatorach którzy żerują na emocjach jednych i drugich bez wskazania tym biednym ludziom remedium i alternatywy…(Odys)

Wracając do patologii na którą warto się wściekać, ale i rozliczać:

„…Do Polski nie przenika nawet 10% zalewu informacji, komentarzy i dyskusji, jaki rozpoczął się od 30 października 2016 r. kiedy dyrektor FBI James Comey zawiadomił o uzyskaniu nakazu sądowego na przeszukanie prywatnego komputera byłego kongresmana demokratycznego Anthony’ego Weinera DODATKOWO na mejle Humy Abedin ,w związku ze śledztwem dot. prywatnego serwera Hillary Clinton. Te mejle Huma Abedin wysyłała z prywatego komputera męża do Hillary Clinton Sekretarza Stanu USA. Anthony Weiner pozostaje w śledztwie w związku z jego powrotem do brzydkiego (a w obecnych okolicznościach również kryminalnego) wysyłania swoich zdjęć erotycznych (półnago i w towarzystwie 2 letniego synka jego i Humy Abedin) do 15 letniej dziewczynki. Anthony Weiner ma lat 52 i długą kartotekę bojownika o prawa LGBT i wdrożenie Obamacare. Nawiasem, chodzi o mejle, które miały być skasowane przez „kogość” (Abedin/Clinton?) PO zawiadomieniu przez FBI o wszczęciu śledztwa w sprawie „serwera w łazience” a PRZED wejściem FBI w jego posiadanie…

…Po silnym uderzeniu, jakim było ponowne wszczęcie śledztwa przez dotąd spolegliwego FBI, nastąpiło drugie wcale nie lżejsze.Członkini Narodowego Komitetu Demokratycznego, który jest zaledwie trzyosobową „egzekutywą” w Partii Demokratycznej „na cały kraj” – Donna Brazile, jednocześnie komentatorka CNN – została wylana przez CNN z zawstydzających okolicznościach. Okazało się, że znalezione zostały dowody wskazujące na to, że Donna Brazile dostarczyła do komitetu wyborczego Hillary Clinton pytania, jakie miały być zadane obojgu kandydatom w trakcie chyba trzeciej debaty publicznej – na kilka dni PRZED debatą.

Jakby nieszczęść dla Hillary było mało, to media, w tym FOX NEWS ujawniły, że Prokurator Generalna mianowana w zeszłym roku przez Prezydenta Obamę – pani Loretta Lynch usiłowała wywierać jakieś naciski na dyrektora FBI Jamesa Comey’a w sprawie „zaistniałych okoliczności”. Poszlaką w tej sprawie ma być ujawniony „okrzyk za kulisami” dyrektora Comey;a o treści „ Czy (Pani) wydaje mi POLECENIE???!!?”…” (pink panther)

całość interesującej lektury tu: HILLARY, HUMA, WEINERGATE, FBI, CNN, SOROS czyli HITCHCOCK 2016

…Jest więc wielce prawdopodobne że część funkcjonariuszy z FBI postanowiła powiedzieć dość tej hucpie i zbuntowała się przeciwko wykorzystywaniu firmy do krycia prywatnych grzechów i przestępstw Pani Clinton, w efekcie czego internet zalała fala „przecieków”… (Odys)

Po pierwsze wskazuje się na silne powiązania czołowych przedstawicieli Demokratów z organizacjami terrorystycznymi. Wiele na ten temat mówią związki Humy Mahmood Abedin – doradczyni Clinton – z terrorystycznymi organizacjami i praniem brudnych pieniędzy. Urodzona w 1976 roku w Stanach Zjednoczonych Abedin, dwa lata później przeniosła się wraz z rodziną do Arabii Saudyjskiej, by powrócić do USA w wieku 18 lat na studia w George Washington University. Jej rodzice byli mocno zaangażowani w działalność sieci Bractwa Muzułmańskiego, jak i organizacje finansujące struktury związane z Al Kaidą. Abedin miała pośredniczyć w kontaktach między handlarzami bronią a establishmentem Demokratów. Sugeruje się, że w handel ten pośrednio była zaangażowana Fundacja Clintonów, uzyskująca wielkie darowizny od Arabów.

Duża liczba agentów FBI zagroziła ujawnieniem tajnych informacji dotyczących przestępstw rodziny Clintonów w przekonaniu, że kolejna prezydencja – tym razem Hillary Clinton – wiązałaby się z okropną falą przestępczości na najwyższych szczeblach władzy. Były asystent dyrektora FBI James Kallstrom powiedział niedawno, że „rodzina Clintonów to rodzina przestępcza. Jest jak zorganizowana siatka przestępcza. Fundacja Clintonów to szambo (….). Daj Boże, że położymy kres takim ludziom jak Clinton w Białym Domu”.

Najnowsze e-maile Podesta-Clinton ujawnione przez WikiLeaks wskazują także na szereg niewymownie odrażających praktyk, jakich dopuszczali się Clintonowie i ludzie z ich najbliższego otoczenia. Chodzi m.in. o uczestnictwo w rytuałach satanistycznych organizowanych przez satanistyczną „artystkę” Marinę Abramovic. Chodzi wreszcie o powiązanie Clintonów i ich otoczenia z pedofilią. Istnieje między innymi ścisły związek Clintonów między innymi z miliarderem, szefem funduszy hedgingowych (skazanym za pedofilię) Jeffreyem Epsteinem, w którego rezydencji na Manhattanie i prywatnej nieruchomości na Karaibach odbywały się przestępcze praktyki z udziałem demokratycznych polityków, celebrytów. Bill i Hillary Clintonowie wielokrotnie odwiedzili „Sex Slave Island” pozostającą poza jurysdykcją władz. Więziono tam dzieci i nastolatki wykorzystywane seksualnie.

Śledztwo w sprawie kongresmena Anthony’ego Weinera i najnowsze rewelacje pochodzące z jego komputera wskazują, że na najwyższych szczeblach władzy w Waszyngtonie od wielu lat panuje przyzwolenie na seksualne wykorzystywanie dzieci przez polityków i ich wpływowych przyjaciół. Rzadko kiedy tego typu przestępstwa wyciekają w sposób, który kończy się ściganiem jak w przypadku republikańskiego kongresmena Dennisa Hasterta, który wykorzystywał nastoletnich chłopców. Hastert był tylko wierzchołkiem góry lodowej.

E-maile między Hillary Clinton i jej byłą doradczynią Cheryl Mills wskazują na ścisły związek ze sprawą Laury Silsby, która została aresztowana i oskarżona o uprowadzenie dzieci i handel dziećmi na Haiti po tym jak wyspa została zniszczona przez huragan w styczniu 2010 roku. Silsby i dziewięć innych osób podających się za misjonarzy nieistniejącego chrześcijańskiego sierocińca, zatrzymały władze podczas próby przemycenia 33 haitańskich dzieci poza wyspę. Były prezydent Bill Clinton pełnił funkcję specjalnego wysłannika ONZ na Haiti. Przez pewien czas udawało mu się chronić przestępczy proceder Silsby.” (bignewsnetwork.com, newsweek.com, thenewwamerican.com, cns.com, pch24.pl)

całość tu: Zbuntowani agenci FBI o grzechach Clintonów)

podobne: Czym (jeszcze) żyje Ameryka?

Powiedzmy sobie szczerze. W świetle tego co ujawniono w ostatnich dniach kampanii prezydenckiej trudno było Trumpowi przegrać. I nie mam tu na myśli wrażliwości na patologię i zło jaką według niektórych komentatorów mieli kierować się „oburzeni” wyborcy. Gdyby tak rzeczywiście było to na Clintonową zagłosowałby jakiś naprawdę niewielki margines psychopatów (reszta zwolenników zostałaby w domach). Tymczasem pomimo szokujących informacji większość Amerykanów (o zgrozo!) oddała swój głos „jak gdyby nigdy nic” właśnie na demokratkę. Tylko dzięki „niedyskrecji” pewnych ludzi przewaga Clintonowej stopniała do tego stopnia, że „system” zwany „głosem elektorskim” umożliwił Trumpowi zwycięstwo. Jaką rolę w tym wszystkim odegrały same służby (wszak „przecieki” nie spadają z nieba 🙂 ) czyli teoretycznie swoi (administracja Obamy) nie wiem, ale wygląda na to że to oni byli języczkiem u wagi. Czy zrobili to z pobudek patriotycznych czy też może mieli dość wysługiwania się kryminalistom (licząc jednocześnie na punkty u nowej władzy) nie ma w zasadzie znaczenia.

Należy jednak rozważyć inną motywację i postawić pytanie, czy cała ta akcja z wysypaniem Clintonów nie jest przypadkiem ucieczką do przodu samego systemu – amputacją zgniłej kończyny by resztę organizmu zachować przy życiu, wykazując jednocześnie przydatność i uwiarygadniając w oczach „opinii publicznej” same służby które ostatecznie „zachowały się jak trzeba”. Jeśli więc ktoś gmerał w bardziej bezpośredni sposób przy tej sensacji to musiało być to uzgodnione z obozem demokratów.  Czy w związku z tym Trump był rzeczywiście celem, czy może tylko efektem „spontanicznego buntu obywateli”, który to „bunt” dominuje w medialnych komentarzach jako główna przyczyna jego zwycięstwa. Czy to rzeczywiście naród go wybrał w sposób autonomiczny, czy też został on amerykanom podsunięty jako fałszywa alternatywa. Wybory zostały wygrane pytanie tylko przez kogo, bo póki co zwycięzcą jest wyłącznie demokracja czyli system w którym obywatele wybierają sobie nadzorcę… (Odys)

„…Zaważyła atmosfera awantury, permanentnego konfliktu w całym świecie zachodnim. Ale ten konflikt generowany przez polityków jest jednocześnie efektem frustracji społecznej i musi nieść zmianę realną. Pytanie tylko czy w dobrą stronę, bo na to społeczeństwo wpływu już może nie mieć. A więc znowu elity utraciły kontakt ze społeczeństwem, znowu przyzwyczaiły się do myśli że ład jest niezmienny, znowu społeczeństwa budzą się z letargu wywracając dotychczasowy system. Wcale nie sądzę, żeby Trump chciał ten system wywracać, ale on jest tylko efektem zmian, a nie ich powodem. Jednak to on i jego zapatrywania (wraz z grupą wpływowych ludzi którzy go popierają) nadadzą tym zmianom kierunek. To właśnie kluczowe – na kogo postawią społeczeństwa wymuszając zmianę, z wąskiego grona przedstawionego mu przez elity? To przecież elity decydują na kogo głosują tzw. demokratyczne społeczeństwa zachodnie. To efekt, który nazywam “Dekadencją demokracji”, bowiem faktycznie nie mamy wpływu na to kto będzie kandydował, wybieramy z już wybranych kandydatów

…Jeśli ktoś sądzi, że Trump rozbije te elity przeciwko którym został wybrany to jest w błędzie. Trump jest biznesmenem i jego interesem nie jest rozbijanie elit tylko dotąd lobbowanie, a dziś wymienianie ich na bliskie sobie, które zapewnią mu ważną pozycję trwale i sławę na zawsze. Niemniej część tych nowych elit będzie już pochodziła spoza dotychczasowego – stabilnego – układu. Nowy układ będzie miał zabarwienie takie jakie nada mu Trump i ludzie go wspierający. Właśnie w tym widzę największe zagrożenie.

Prezydent USA jest faktycznym liderem NATO, Wojska USA – największej potęgi militarnej świata, jednocześnie baz i dowództw rozmieszonych na każdym kontynencie, a także monopolistą w dostępie do informacji dzięki systemom takim jak Eszelon, NSA i wielu innym mechanizmom.

Te mechanizmy jako jedyne mogą skutecznie powstrzymywać Rosję, ale dziś wygrał człowiek, który nie neguje możliwości, dokonywania anschlussu w Europie gdy na danym terytorium przeważa mniejszość danej nacji. Nie ma więc nic złego w tym że Rosja dokonała anschlussu Krymu, ale idąc dalej tym tropem, dlaczego nie można by teraz przeprowadzić referendum we wschodniej Łotwie? Podobnie dlaczego Polska nie miałaby przeprowadzić referendum w południowo-wschodniej Litwie w tym w części Wilna, tam też jest wielu Polaków, którzy woleli by by ich terytorium zostało włączone do Polski (tak Trump wypowiedział się na temat woli mieszkańców Krymu), a Rosja we wschodniej części tego państwa? Niechże Niemcy dokonają referendum w niektórych powiatach na Śląsku, gdzie mieszka mniejszość niemiecka, a Węgrzy w Słowacji. Niech Albania spokojnie anektuje Kosowo itd. Wreszcie Polska niech dokona aneksji części zachodniego Londynu lub części Chicago! Chyba nie damy rady… ale to siła znów ma o tym decydować? Czy na prawdę nie widać w tym sposobie myślenia niebezpiecznego szaleństwa?

…Nic nie da oszukiwanie się, że nie słyszymy wypowiadanych przez Trumpa słów! A wiecie Państwo dlaczego? Bo słychać je świetnie na Kemlu, w Kairze, w Teheranie, w Bagdadzie, w Pekinie, w Rijadzie oraz w mieście Meksyk itd. Słowa mają znaczenie fizyczne – przekładają się na reakcje polityczne, finansowe, społeczne. Po wyborze Trumpa, Łotwa i Litwa powinny na wszelki wypadek wdrożyć plany awaryjne uniemożliwiające dokonanie referendum na ich terytorium. Przy możliwościach oddziaływania propagandowego Rosji (co Trump także otwarcie negował w przypadku wpływania na wybory w USA) w istocie jedynym sposobem jest wysiedlenie mniejszości Rosyjskiej do Rosji… ale czy to nie będzie stanowiło naruszenie jej praw? Czy taki krok nie byłby podstawą do interwencji zbrojnej?

Trump mówił że Art 5 NATO nie musi być obligatoryjny jeśli kraje członkowskie nie zmienią stosunku do swoich powinności względem NATO. Oczywiście dobrze to brzmi oceniając po “nagłówku”, aby pobudzić państwa w Europie do myślenia o obronności na poważnie. Ale z drugiej strony Trump nie powiedział czego oczekuje od tych państw. Nie określił co muszą zrobić dla NATO aby mieć gwarancję realizacji art 5. W każdej chwili można powiedzieć, że cokolwiek zrobią jednak nie wystarczy. Takie stawianie sprawy w kampanii przez Trumpa to w istocie relacje mafijne. Płaćcie za ochronę, ale jak ktoś zapłaci więcej to masz kłopot… zaraz czy to mafijne? A może to myślenie biznesowe (czy jak mawia obrońca Trumpa Max Kolonko – byznesowe), Trumpowi przecież bliskie? Każdy teraz stwierdzi, że przecież nigdy nie ma gwarancji wsparcia sojuszniczego – i to jest prawda, ale właśnie słowa mają znaczenie. Właśnie NATO jest tym co stanowi dla Rosji realną siłę powstrzymującą od ekspansji. Zmieniło się więc sporo bo z niepewności zastosowania art 5 mamy pewność, że nie zostanie zastosowany.

Nacjonaliści polscy powiedzą wreszcie, że to wszystko nieistotne bo przez ostatni rok staliśmy się potęgą z którą musi się liczyć Rosja… tu nie umiem w ogóle dyskutować, bowiem na moje pytania co sprawiło że staliśmy się potęgą odpowiedzi brak… Oczywiście proszę o sugestie, ale realnie przywiązane do faktów, a nie opowieści fantastyczne, które mogą się urealnić za 20 lat jak śmigłowiec naszej własnej produkcji (w kooperacji z Ukrainą).

Na koniec dodam, że mogę być w błędzie i Trump cały czas kłamał i oszukiwał. Oby tak było. Mam nadzieję, że w istocie nic się nie zmieni poza akcentami, bo establishment USA jest zbyt silny by pozwolić na stopniową, ale zdecydowaną zmianę kursu politycznego. Chcę w to wierzyć…” (mmilczanowski.wordpress.com)

całość tu: Nowa rzeczywistość po zwycięstwie Trumpa

podobne: Michalkiewicz i Braun: Quo vadis Polsko? Sny o potędze RP kontra przekleństwo georealizmu. „Stary Nowy Porządek” czyli Zdrada w Monachium.

Póki co wbrew histerycznemu stanowisku części tzw. „opinii publicznej” i mających ją uwiarygodnić „ekspertów” mamy po jednej i po drugiej stronie tylko słowa. Być może pewnego rodzaju podziwu, ale na ile szczerego to już inna historia (kto siedzi w głowie Trumpa niech pierwszy rzuci kamieniem 🙂 ). Nie wiemy nic dopóki to nic się nie stanie, więc nie ma co bić piany na zapas i wpadać w panikę. Poczekajmy na konkretne decyzje które nie będą polegały na pogaduszce do kamery, ale na zapisach w budżecie (zwłaszcza w kolumnie wydatki wojskowe).

Dziś można się pokusić o inną przepowiednię – nawet jeśli Trump planuje coś wbrew „polskiej racji stanu”, to nam jak zwykle pozostanie pogodzić się z polityką sojusznika i tradycyjnie trzymać się pańskiej klamki. Na własną inicjatywę w kierunku „dogadania się” z Rosją przy obecnym układzie politycznym nie mamy co liczyć (niestety). Mam tylko nadzieję że żadna ze stron nie myśli o wojnie, a Polska nie stanie się po raz kolejny teatrem jej działań.

Będę więc obserwował postawę „nacjonalistów polskich” wobec Rosji, wiedząc jaki oficjalnie stosunek reprezentuje nowy prezydent naszego największego sojusznika. Ciekaw jestem czy „nasi” zachowają spokój/powściągliwość jak na mężów stanu przystało jeśli rzeczywiście dojdzie do ocieplenia stosunków na linii USA – Rosja… (Odys)

„…trwa festiwal wróżb i rzekomych analiz dokonywanych na podstawie tego, co Trump powiedział, czy zrobił w ciągu ostatnich 30 lat. Tymczasem on sam gada z promptera do ludzi, że znów zrobi Amerykę wielką. To jest dokładnie to samo, o czym gadał Obama – Yes we Can. Tak więc gołym okiem widać, że różnica pomiędzy Trumpem a Obamą i jego awatarem – Hilarią, nie polega na stosunku do gospodarki, Rosji, kobiet, czy nawet Ameryki. Polega ona na czymś, czego do końca nie potrafimy nazwać i opisać. Jest tak, ponieważ wszystkie nasze analizy dotyczą powierzchownej warstwy zjawiska, jakim są wybory prezydenckie w USA i cała ta demokracja. Być może jest to stosunek nowego prezydenta do Sorosa, a być może chodzi o coś głębszego. O relację pomiędzy tym Sorosem a koncernami zbrojeniowymi, które sprzedają swoje produkty armii amerykańskiej. Tak sobie tylko gdybam. Ględzenie o tym, że Trump zmieni politykę wobec Rosji i przez to kozacy znów napoją konie w Odrze albo wręcz w Łabie, nie spędza mi snu z powiek, bo dobrze pamiętam, jak „siły postępu”, które dziś wyją wniebogłosy, reagowały na reset Obamy. Dość spokojnie i bez nerwów. „Siły wstecznictwa” reprezentowane u nas przez takich osobników jak Terlikowski i Wszołek zachowywały się zgoła inaczej, obaj tu płakali, że za chwilę wejdą Rosjanie i cytowali wiersz Herberta, w którym są słowa – moja rodzinna ziemia przyjmie cię najeźdźco…Śmiechom i zabawom nie było końca. Dwie kadencje Obamy skończyły się naprężeniem stosunków, wojną w Syrii i kryzysem. Stało się tak ponieważ polityka amerykańska i w ogóle polityka silnych wobec trochę mniej silnych polega na stopniowym osłabianiu przeciwnika, przy minimalizacji kosztów tego procesu. Demokraci zaś przegrali bo na osłabianie Rosji zaczęli wydawać za dużo. Grzecznie więc odsunięto ich od pulpitu i wskazano to miejsce panu Trumpowi, który z tym swoim charakterystycznym uśmiechem zaczął się bawić tkwiącymi w nim guzikami i pokrętłami…” (coryllus – Trump, Trump, misia bela czyli rządy Ku-Klux-Klanu)

W międzyczasie z nieukrywanym rozbawieniem obserwuję histeryczne reakcje „demokratycznej” części naszej jak i światowej polityki oraz jej tuby propagandowej – lewicowych mediów, którzy po raz kolejny nie mogą się pogodzić z wynikiem tak hołubionej przez siebie demokracji 🙂 Gratulacje co prawda płyną do Trumpa szerokim strumieniem (nikt nie ośmielił się na ostentacyjną wrogość wobec głowy mocarstwa – co też jest znaczące) ale takim samym strumieniem płyną wycierane cichcem krokodyle łzy, maskowane drobnymi uszczypliwościami adresowanymi głównie do „ciemnych” białych mas z przyczep kempingowych które poszły i zagłosowały „nie tak jak trzeba”… (Odys)

Demokracja nie żyje! W USA wygrał Trump, a nie opiewana w pieśniach i mainstreamowych mediach Hilary od Clintonów. Płakała Pieńkowska, płakał Kraśko, jeszcze dzisiaj w pociągu relacji Małkinia–Warszawa Wileńska płakała jakaś baba.

Amerykańscy celebryci, wzorem naszych zapowiedzieli emigrację. Barbra Streisand stwierdziła, że wyjedzie do „dowolnego kraju, który ją wpuści lub do Kanady”. A myślałem, że niewyszukane żarty o Kanadzie w „Jak poznałem waszą matkę” są przerysowane. Na ulicach już objawił się amerykański KOD, a Kijowski już zapakował się w ponton i jest w drodze. Unia planuje wstrzymać dotację i wyrzucić Stany ze swoich struktur… Przynajmniej do czasu gdy Schultz nie uświadomi sobie, że jednak mogą im naskoczyć.

Żeby było śmieszniej Clinton dostała więcej głosów niż Trump, ale to nie obywatele wybierają prezydenta, a elektorzy. I to w zasadzie od samego początku, był więc czas przywyknąć.

Także piszę dopóki pentagram Trump-Kaczafi-Orban-Łukasznko-Putin nie zamknie Internetu, a użytkownik nie rozstrzela.

A jakos niedługo wybory w Niemczech. Gdy Merkel przegra przewiduję wzmożoną ilość samobójstw wśród oświeconych elyt. Kolejnego ciosu nie wytrzymają. W końcu nie po to jest demokracja, żeby wygrywał ktoś kto nie był namaszczony przez postępowców…” (DWS24.pl 10 listopada 2016 roku)

Adam Wycichowski (niewolnik) - teatr dla gawiedzi

Adam Wycichowski (niewolnik) – teatr dla gawiedzi

Reasumując…

Dlaczego wygrał Trump? Bo nie wygrała Clinton. A dlaczego nie wygrała mając za sobą przeważającą część tzw. „opinii publicznej”, grubą forsę, a służby wyświadczały jej przysługę za przysługą ukrywając dopóki się dało skandale (o ile nie przestępstwa) związane z jej rodziną, współpracownikami i z nią osobiście jako funkcjonariuszem publicznym? Z całą pewnością jedną z głównych przyczyn/pretekstem był negatywny „vox populi”, który jako że przybierał na fali dopiero wraz z kolejnymi „przeciekami” to można przypuszczać iż został wykreowany. Uwzględniając fakt że fizycznie więcej głosów i tak oddano na Clintonową, śmiem wątpić że sprawcą zmiany była bezpośrednia „wola lódu” czyli „demokratyczna procedura” samych wyborów, z którymi (to paradne! 😀 ) problem mają jak zwykle tzw. „demokraci” kiedy wynik głosowania nie spełnia ich oczekiwań. Otóż moim zdaniem siła tego głosu była tylko narzędziem. Skutecznym przede wszystkim dzięki powszechnemu i wolnemu dostępowi do informacji w postaci wolnego (ale szybkiego 🙂 ) internetu, który jednak bez dostępu do „przecieków” nie stworzyłby skutecznej przeciwwagi wobec propagandy CNN czyli „ClintonNewsNetwork” jak i pozostałych mediów (nie tylko tej konkretnej stacji, ale również tzw. „celebrytów”).

O takim a nie innym wyborze nie zadecydował też namysł wyborców nad tym co ich kandydaci chcieli zrobić dobrego, ale rozhuśtanie po jednej ze stron większego anty elektoratu, który z kolei umożliwił tzw. „głosom elektorskim” wymianę demokraty na republikanina. Sami kandydaci swoją postawą podczas „debat” i publicznych wystąpień pokazali na którą część „instynktu” u swoich wyborców liczą najbardziej – co będzie miało (już ma) swoje konsekwencje w postaci konfrontacji euforii z ogromnym niezadowoleniem na ulicach.

Podobieństwo w przebiegu kampanii, wpływu internetu, jak i w samym zaskoczeniu wynikiem do ostatnich wyborów jakie miały miejsce w Polsce jest uderzające. Czy podobnie jak u nas tak i w USA „dobra zmiana” okaże się fałszywką? Czas pokaże jak (nie)wiele i czy cokolwiek musi się zmienić by wszystko zostało po staremu 😉 Póki co Pan Donald Trump stoi przed wielką historyczną szansą i przed bardzo trudnym zadaniem, które nie jest niemożliwe do wykonania – wystarczy powtórzyć to co już raz kiedyś zrobił dla Ameryki inny aktor. Jeśli tego nie zrobi to znaczy że po raz kolejny wygrał system i demokracja, a Trump to żadna „dobra zmiana” tylko reakcja obronna systemu na „bunt” społeczeństwa wobec patologii w dotychczasowej polityce demokratów.

Z tego co wiem Amerykanie mają możliwość dopisywania na karcie do głosowania nazwisko innego kandydata na którego chcieliby oddać głos, tymczasem woleli wybrać z spośród tego co podsunął im system. Nie wiem czy zasługują na zmianę. Zasługują na to co sobie wybrali. Czas pokaże na co – „po owocach ich poznacie”… (Odys)

„…Warto zwrócić uwagę, że jest to znakomita ilustracja trafności spiżowej tezy wybitnego klasyka demokracji Józefa Stalina, że w demokracji najważniejsze jest przygotowanie odpowiedniej alternatywy dla wyborców. A po czym poznać, że alternatywa została przygotowana prawidłowo? A po tym, że bez względu na to, kto wybory wygra, będą one wygrane…” (Stanisław Michalkiewicz)

podobne: Minuta POPISu. Czy system znowu się obroni dzięki propagandzie spod znaku Virtual Insanity? Wybory są „grą o legitymizację” władzy. oraz: Podziemna TV: „Głosujcie tak jakby sondaże nie istniały!”. O „debacie” słów kilka, Kukizie i jego JOWach. Grzegorz Braun: „Polacy muszą przejąć kontrolę nad własnym państwem”. Wybory okiem socjologa. polecam również: CBOS: Złe nastroje społeczne. Polacy krytycznie o instytucjach państwa. Sondażowy „Pic na wodę”.

-Dosyć mamy tego, co będzie!
-Panowie szlachta po buławy!
-Niech jeden z nas na tronie siędzie
I weźmie w ręce nasze sprawy!
-Uniesiem razem władzy ciężar,
W zamian ojczyzny skarbiąc miłość!
-Wiedział nasz pradziad jak zwyciężać,
Niech zatem będzie tak jak było!

Jacek Kaczmarski „Rokosz”

 

Czego (nie)uczy „tradycyjna” szkoła czyli… nie wszystko musisz wiedzieć. Definicje, pojęcia, słowa i stereotypy według cybernetyki. Niech mi ktoś powie co mam myśleć.


w y g ł o d n i a ł e

łaknące pociechy serce

nadal będzie tylko wystawą

słowa

nie zapewnią mi nieśmiertelności

mówią że mogę w s z y s t k o !

zdobywać szczyty

mierzyć wysoko

dlaczego wciąż podążam za nieznanym

(człowiekiem)

już nawet nie próbuję zrozumieć

źródło: Atropa Belladonna Von Coup –  (impulsywne)

Człowiek ma dość ograniczone możliwości, więc warto zdawać sobie sprawę z tego że choćbyśmy mimo wszystko dali z siebie wszystko, to nie wolno nam (i nie będziemy mieli) wszystkiego… Chodzi tylko o to żeby nam nie było wszystko jedno (zwłaszcza jeśli chodzi o ludzi za którymi idziemy)… (Odys)

„…Naszą bronią są WIEDZA i INFORMACJA – to jest nasz oręż – Musimy wciąż pogłębiać naszą wiedzę po to, aby móc rozróżnić prawdę od fałszu. To PRAWDA nas wyzwoli. Naszą organizacją jest ORGANIZACJA BEZ ORGANIZACJI – STRUKTURA PŁASKA – to nowy rodzaj organizacji, której nikt i nic nie jest w stanie zniszczyć. „To działalność małych grup i pojedynczych osób powiązanych jedną MYŚLĄ oraz WSPÓLNYM KATALOGIEM WARTOŚCI, a nie strukturą, regulaminami i procedurami.” Po więcej informacji odsyłam do książki Rafała Brzeskiego pt.”WOJNA INFORMACYJNA – wojna nowej generacji”.

Pan Brzeski wykłada również w Narodowej Akademi Informacyjnej. Jego wykłady można znaleźć na youtubie. Naszym ogniwem spajającym jest DUCH NARODOWY. Pamiętajmy że MYŚL jest bronią. W jednym z ostatnio dodanych na youtuba wykładów Docenta Józefa Kosseckiego z serii Polska Szkoła Cybernetyki, odcinek 19, dostajemy wskazówki jak mamy działać aby wygrać: PSC 19. Polski system sterowania społecznego po tzw. transformacji…” (Polski Informator Narodowy – Biuletyn inspiracyjny dla przyszłych elit rządowych)

„…Naczelny zarzut, jaki należy szkole postawić, to ten, że jest absolutnie wyprana z procesów decyzyjnych. Kształci przedmiot, istotę odbiorczą, półczłowieka, na którego inni będą wpływali, wydawali mu nakazy i zakazy, egzekwowali wiadomości, które ma ze szkoły, a nawet takie, których nie ma znikąd, chwalili za dobre spełnienie obowiązków a ganili za złe. Nie kształci go jako podmiotu, nawet przyszłego, a cóż dopiero teraźniejszego.
Z czasem, już po wyjściu ze szkoły, zacznie powoli rozeznawać siebie również jako podmiot (gdyby to nastąpiło wcześniej, szkoła użyłaby wszelkich możliwych środków, aby mu to wybić z głowy, najłagodniejszym z nich byłoby obniżenie oceny ze sprawowania za „krnąbrność”) mogący krytykować, stawiać żądania, nie zgadzać się, wyrażać niezadowolenie. Wówczas stwierdzi, że nie ma pojęcia, jak to robić, popełni mnóstwo błędów przez nieodróżnianie słuszności od taktyki, ucząc się umiejętności decydowania od zera, zdany wyłącznie na siebie. Pod tym względem uczeń kończący szkołę znajduje się w sytuacji gorszej niż jego rówieśnik sprzed paru tysięcy lat, któremu ojciec dawał łuk i zabierał ze sobą na polowanie.
Okoliczność, że umiejętności decydowania nabywa się samorodnie oraz że rozpoczyna się jej nabywanie tak późno, sprawia, że przewleka się ono przeważnie do starości, a u ogromnej większości ludzi umiejętności decydowania nigdy nie wznosi się poza poziom prymitywny. To stąd właśnie, z doznawania dotkliwych skutków popełniania błędów w decyzjach, nawet u ludzi mających już dorosłe dzieci, wzięło się powiedzenie, że „człowiek uczy się rozumu do samej śmierci”, a nie – jak niektórzy sądzą – z faktu, że wiedza się szybko rozwija, trzeba się więc ciągle dokształcać. I pomyśleć, że nie na jakimś prymitywnym poziomie, lecz jeszcze w najzupełniej zerowym stanie umiejętności decydowania, człowiek podejmuje dwie najdonioślejsze decyzje życia, jakimi jest wybór zawodu i małżeństwo!

BEZDECYZYJNY charakter kształcenia młodzieży nie wynika z „istoty szkoły”, lecz z braku rozeznania celów, dla których wykształcenie ma służyć. Pod tym względem pozostajemy właściwie na poziomie dawnych guwernerów, od których młodzi panicze „pobierali nauki”, tzn. uczyli się sztuki czytania, pisania i rachowania, a ponadto encyklopedycznych elementów historii, geografii, literatury, jakiegoś języka obcego, aby umieć „obracać się w świecie”. Różnica polega jedynie na tym, że obecnie zakres wiedzy encyklopedycznej jest znacznie szerszy, co nie przeszkadza, że maturzysta, jeżeli idzie na studia wyższe – co, jest w znacznym stopniu kontynuacją szkoły średniej – także umie tylko „obracać się w świecie”, co znaczy może pracować w biurze, gdzie będzie wpisywał, przepisywał i wypisywał to, co mu tam, odpowiednio do rodzaju biura, każą.
Jak natomiast być powinno, widoczne jest w nauczaniu na rozmaitych kursach, organizowanych w celach wyraźnie określonych. Na przykład na kursie samochodowym chodzi o wykształcenie kierowców. W tym też celu, oprócz dostarczania kursantowi informacji o budowie samochodu, znakach drogowych i przepisach ruchu, kształci się go w podejmowaniu decyzji w sytuacjach od najprostszych, jak uruchomienie i zatrzymanie silnika w samochodzie stojącym, aż do najtrudniejszych, w normalnym ruchu miejskim. Kursant stopniowo przemienia się w kierowcę i staje się nim jeszcze przed końcem kursu. W ostatnich jazdach ćwiczebnych obecność instruktora jest tylko formalnością. Tu nie chodzi tylko o to, że nowo wykształcony kierowca umie jeździć, tzn. wie kiedy co nacisnąć lub obrócić. Potrafi także decydować, to jest pokonywać wahania i rozstrzygać wątpliwości, jakie przeżywa się w konkretnych sytuacjach ruchu drogowego, kiedy obawia się podjąć błędną decyzję nie dlatego, że zdradziłby się tym wobec instruktora niedostatkiem informacji o kierowaniu samochodem, lecz dlatego, że naraziłby siebie i innych na niebezpieczeństwo. Jest to przejęcie się decydowaniem, bo sytuacje są rzeczywiste i nie nadają się do żartów. Podobnie na kursie pływackim kursant staje się pływakiem i jeszcze w czasie trwania kursu bywa w sytuacjach grożących mu rzeczywistym niebezpieczeństwem, z którego prawdopodobnie instruktor by go wybawił, ale jak wiadomo diabeł nie śpi.
Kim zaś staje się uczeń kończący szkołę? Powinien stać się dorosłym (nawet świadectwo, jakie otrzyma, nazywa się świadectwem dojrzałości), to znaczy jeszcze w ostatnim roku szkolnym powinien umieć postępować jak dorosły.

Przed laty zdarzyło mi się usłyszeć, jak stary wieśniak powiedział o jakimś wymądrzającym się studencie: „Co on tam, głupi, wie, jak na siebie nie zarabia, a żony i dzieci nie ma”. W tych słowach był głęboki sens. Praca, utrzymanie rodziny to rzeczywistość, bez zetknięcia się z nią nie wie się, co to znaczy decydować, jest się „głupim”.
I rzeczywiście, w szkole uczniowie do końca pozostają „głupi”. Ideałem wychowawczym nauczycieli jest przekształcenie zwykłego ucznia w ucznia wzorowego. W ucznia, a nie w dorosłego. Nauczyciele czują się zwierzchnikami uczniów, i takimi chcą pozostać do końca, tj. do chwili, gdy ich przekażą następnym zwierzchnikom. Jest to masowe produkowanie ludzi nieodpowiedzialnych.
W szkole, owszem mówi się wiele o poczuciu odpowiedzialności, ale chodzi o odpowiedzialność wykonawców, a nie decydentów.
Tak zwane samorządy w szkole to nie żadne samorządy, lecz ich parodia. Nic dziwnego, że później podobnie działają samorządy dorosłych. Nauczyciel-wychowawca wyznacza, który uczeń ma być w danym roku przewodniczącym, który sekretarzem itd. i całe to grono traktuje jako pomocników w rozmaitych akcjach szkolnych, utrzymywaniu porządku, zbieraniu składek itp.
A przecież, choćby w tym minimalnym zakresie, należałoby uwalniać uczniów od natarczywej obecności nauczyciela, stawiać ich wobec konieczności podjęcia decyzji, dać im odczuć smak bezradności, gdy nie wiadomo co postanowić, a zarazem świadomość, że to, co się postanowi nie wymaga niczyjego potwierdzenia i będzie musiało być jakoś zrealizowane. Gdy w razie błędnej decyzji zamierzona akcja się nie uda albo uda się niezupełnie, jej przebieg powinien być przedyskutowany (tym razem, w obecności nauczyciela jako doradcy), a błędy decyzji wykryte. Uczniowie powinni się przy tym nauczyć przewodniczenia zebraniom, protokołowania, referowania, dyskutowania, stawiania wniosków oraz rozróżniania ich rodzajów (ileż to osób dorosłych nie wie, jaka jest różnica np. między wnioskiem formalnym a wnioskiem nagłym i jaka jest procedura ich uchwalania).
To jednak nie wszystko. Problematyka decydowania powinna być w szkole szeroko traktowana; podstawy teorii decyzji, ze szczególnym uwzględnieniem optymalizacji zasady projektowania w związku z fizyką i realizacja prostych projektów, zasady organizacji pracy zespołowej i rodzaje podejmowanych w związku z tym decyzji, dyskutowanie kapitalnych problemów decyzyjnych, znanych z historii powszechnej, rozwiązywanie ćwiczebnych problemów decyzyjnych o nie znanej z góry liczbie możliwych decyzji.
Przede wszystkim jednak należałoby położyć nacisk na podejmowanie przez uczniów decyzji w sytuacjach rzeczywistych, z rzeczywistymi ich skutkami. Najbardziej nadają się do tego sytuacje, w których uczniowie muszą decydować o swoim życiu, o przyszłości.

Czas skończyć ze szkołą pojmowaną jak rura: gdy uczniowie wejdą do niej jednym końcem, będą w niej przepychani, aż wyjdą drugim. Tak, przepychani, co ma ten skutek, że uczniom wszystkich czasów – bo system ten pokutuje od dawna – wydaje się, iż robią łaskę, że chodzą do szkoły, i wobec tego za największe szczęście uważają sytuację gdy nie zostało nic zadane albo jest wolna lekcja, bo nauczyciel zachorował, a jeżeli zaczną się zaniedbywać, jest to zmartwienie dla rodziców, z którymi wychowawca porozmawia na wywiadówce.
W szkole średniej atmosfera taka powinna zostać zlikwidowana przez zdjęcie z uczniów nacisku nauczycieli – kto chce, niech się uczy, kto nie chce, niech się nie uczy – tak jak jest w szkołach wyższych. Nie należy się obawiać, że nastolatki to głuptasy i przestaną w ogóle chodzić do szkoły. Nie przejmują się szkołą, bo wiedzą, że robi to za nich ktoś inny – nauczyciele, rodzice. Przejmują się jednak sobą, tyle że w niewłaściwy sposób. Zmiana jest potrzebna, żeby kształcenie się było przedmiotem decyzji ucznia, a nie nakazu, któremu trzeba się poddać, bo dorośli są silniejsi.
Oczywiście, nie w tym rzecz, żeby uczeń „podjął decyzję” zapisania się do szkoły i przyjścia na egzamin wstępny, lecz w tym, żeby musiał w szkole decydować o sobie. Na przykład, obecnie nauczanie odbywa się w sposób uśredniony, program musi być przerobiony ze wszystkimi uczniami, wszyscy muszą opanować w dostatecznym stopniu wszystkie przedmioty. W rezultacie uczeń niewiele zajmuje się przedmiotami, do których jest bardzo uzdolniony, a najwięcej wysiłku wkłada w przedmioty sprawiające mu trudności, tym większego, że przedmiotów tych nie lubi. Musi tak postępować, bo grozi mu nieotrzymanie promocji, jeżeli ich nie opanuje.
Czy to jest racjonalne ?

Czy społeczeństwo potrzebuje ludzi znających wszystko pobieżnie, czy też ludzi o różnych talentach dobrze rozwiniętych ? Odpowiedź nie nasuwa chyba wątpliwości. Nie można jednak indywidualizować uczniów decyzją nauczyciela. Tylko sam uczeń może powiedzieć, czego chce, co sprawia mu satysfakcję i przyjemność, a co go nudzi, to zaś oznacza oddanie decyzji w jego ręce, ucznia. Wtedy będzie się uczył z własnej inicjatywy, ze skutecznością przekraczającą wyobrażenia nauczycieli dzisiejszego typu.
Że to nie przesada, można się przekonać obserwując uczniów-hobbystów, znane są przypadki chłopców interesujących się elektroniką, którzy wiedzą niewiele ustępowali inżynierom tej specjalności, a z całą pewnością przewyższali ich liczbą samodzielnie skonstruowanych generatorów i znajomością czasopism fachowych, sprowadzanych nieraz z zagranicy w drodze wymiany, a następnie wertowanych ze słownikiem w ręku, aby żadnego słowa ze zdobytego skarbu nie uronić.
Tym ogromnym potencjałem intelektualnym nauczyciele zupełnie nie interesują się, czemu zresztą trudno się dziwić. Nie tego oczekuje od nich ministerstwo, a poza tym, szczerze mówiąc, nie mogliby być partnerami w dyskusji z takimi uczniami, gdyż niewiele by z niej zrozumieli, nawet jeżeli są nauczycielami fizyki.
Na ewentualny argument, że pewni uczniowie zrobiliby ze swobody decyzji zły użytek, porzucając szkołę przez lekkomyślność, czego dopiero po niewczasie zaczęliby żałować, odpowiem, że istotnie mogłoby się to zdarzać, ale miejsc w szkole średniej mamy mniej niż zgłaszających się. Czy nie słuszniej byłoby więc udostępnić je przede wszystkim tym, którzy będą chcieli się uczyć z własnego impulsu, bez popychania? Jeżeli zdolny a tylko jeszcze lekkomyślny uczeń wypadnie z normalnego nurtu szkolnego, to jeszcze nie tragedia – będzie mógł skorzystać z nauczania zaocznego lub wieczorowego. Prawda, będzie to od niego wymagało zwiększonego trudu i wyrzeczeń, ale taka jest cena, tutaj stosunkowo niska, błędnych decyzji. Mogę tylko powtórzyć, że umiejętności decydowania nabywa się w sytuacjach rzeczywistych.

Inny zarzut pod adresem szkoły to fakt, że nawet w zakresie procesów informacyjnych działalność jej jest wadliwa. Zajmuje się wyłącznie wpajaniem wiadomości, a nie uczy wyrabiania poglądów. Co więcej, żeby chociaż te wiadomości były właściwie dobrane, ale i to nie. Podaje się wiadomości które można znaleźć w atlasach, encyklopediach, tablicach itp., a nie podaje się metod ich zdobywania.

źródło: Polski Informator Narodowy:  A co o szkolnictwie pisał Marian Mazur?

Marian Mazur (1909-1982), najwybitniejszy polski cybernetyk, był jednym z nielicznych naukowców łączących wiedzę wysoce specjalistyczną z ogólną, wzorem człowieka „renesansowego” XX wieku.

jako uzupełnienie wykład: PSC 14. Stereotypy a pojęcia i ich rola w procesach sterowania – Józef Kossecki

Krótki komentarz (delikatnie polemiczny) do materiału filmowego…

Pojęcia i idee mają swój sens a przede wszystkim konsekwencje (nie tylko rozumowe). Jeżeli zaczniemy udawać że nic nie znaczą, albo że znaczą coś innego (jak to co znaczą w rzeczywistości) tylko dlatego że ktoś ich używa w wypaczonym sensie, to się za Chiny ludowe jako ludzie nie dogadamy. Odmawianie sensu/znaczenia jakimkolwiek pojęciom (i wykluczanie ich z tego powodu z powszechnego obiegu), tylko dlatego że ludzie je źle rozumieją to strzał w stopę. Istotą problemu jest to że ludzie nie wiedzą co się kryje za niektórymi ideami i pojęciami. Używają słów wbrew ich pierwotnym znaczeniom i to właśnie trzeba naprawić a nie mówić ludziom że np. kapitalizm i socjalizm to jedno i to samo. Różnią się tak jak prawo i lewo, jak biel i czerń. Możemy więc albo zacząć wreszcie używać tych słów zgodnie z ich znaczeniem, albo próbować ludzi oduczyć ich używania. Trzeciej drogi nie widzę. Stereotyp to mylne/negatywne postrzeganie/rozumienie rzeczywistości spowodowane przez negatywną sugestię/intencję nadawania słowom i pojęciom innych znaczeń niż mają w rzeczywistości. Słowa same z siebie nie są ani złe ani dobre (chyba że są to wulgaryzmy i wyzwiska).

Niektóre pojęcia (jak wyżej wspomniane) są mało „diagnostyczne” bo został zatracony ich pierwotny sens. Mało kto dziś wie co tak naprawdę oznacza socjalizm a co kapitalizm, oraz kiedy mamy z nimi do czynienia. Więc albo przywrócimy to znaczenie do obiegu, odkłamując semantykę (będziemy tłumaczyć ludziom co się kryje za tymi pojęciami), albo wyrugujmy z obiegu te słowa i zastąpmy innymi. Tylko jak je wyrugować skoro używają tych pojęć/słów miliardy ludzi na całym świecie? Ustawą? Zamykaniem do więzienia za używanie? Spalić wszystkie książki, skasować z internet, wyprać wszystkim mózgi? 🙂 Uważam że to jest niemożliwe.

Każda jedna idea/pojęcie które kiedykolwiek zostało wpuszczone w obieg (zwłaszcza o takim polu rażenia powszechnego użycia, jak system polityczny, prawny, czy ekonomiczny) jest nie do usunięcia ze świadomości wszystkich ludzi. Jedyne co pozostało to odkłamywanie tych terminów, by ludzie zaczęli ich używać zgodnie z  prawdziwym znaczeniem. Pozostaje powrót  do PRAWDY. Nie widzę sensu w tworzeniu kolejnych „najprawdziwszych” pojęć, zwłaszcza jeżeli będą one używane wyłącznie przez jakiś promil fascynatów i to między sobą, bo nikt inny ich nie zrozumie. Ale życzę powodzenia w ich wdrażaniu wszak to wolny kraj. Dla mnie jest to jednak strata czasu i energii. Inflacja słów których nikt (poza wąskim gronem) nie będzie rozumiał, a przecież tu chodzi o otworzenie oczu masom (przynajmniej dopóki mamy demokrację 🙂 ).

Jeśli chodzi o emocje to nowe słowa też ludzi z emocjonowania się na zadane słowo/ideę nie wyleczą. Trzeba wytworzyć w człowieku potrzebę autodyscypliny, a to można moim zdaniem uzyskać wytwarzając silniejsze pragnienie, tj. chęć poszukiwania prawdy i umiłowania prawdy. Wtedy emocje zostaną poskromione a przynajmniej zepchnięte na dalszy plan żeby nie psuły wymiany poglądów. Tu czasem wystarczy że jedna ze stron utrzyma emocje na wodzy a może się to udzielić drugiej stronie. Uważam też że najbardziej rozemocjonowanym i wulgarnym dyskutantom nie należy dawać „satysfakcji” (w slangu młodzieżowym to się tłumaczy jako „nie karmienie trolli”). Takim ludziom należy się ostracyzm jako kara dyscyplinująca, inaczej nigdy się nie nauczą kontrolować w dyskusji własnych emocji.

Wykład Pana Koseckiego jak zwykle ciekawy i godny namysłu co do niektórych pojęć/słów/definicji, które rzeczywiście należałoby dookreślić żeby ich sens był dla wszystkich jasny i jednoznaczny… (Odys)

podobne: Edukacja: Ile jest wiedzy w wykształceniu? oraz: Urzędowe „autorytety”, czyli o agentach kłamstwa dzięki którym „łatwiej umrzec niż myślec”. i to: Kłamstwo „postępu”: „Ludzie! Jesteście zajebiści!” a także: Rektor KUL wzywa do poszukiwania prawdy  polecam również: Przewodnia rola „mediów” i tzw. „edukacji” w zdziczeniu obyczajów  i jeszcze: W poszukiwaniu stwórcy, czyli… Naturalne i nadprzyrodzone poznawanie świata. oraz: Edukacja domowa lekiem na „szkołę” czyli… sam sobie pościel a się wyśpisz.

Antoine de Saint-Exupery (szkoła, wiedza, nauka, dzieci, edukacja, istota rzeczy)

PS…

„Największym marzeniem każdego pojedynczego człowieka jest dostać coś za darmo, iść z tym do domu, a tam to coś rozpakować z pudełka i włączyć do prądu. To nie jest nawet tylko marzenie, to jest siła, która pozwala zarządzać masami, bo działa w kierunku odśrodkowym, to znaczy od tego spragnionego niespodzianki w pudełku do zarządzającego, który pozostaje dlań nieznany. Kolejny marzeniem, nieco słabszym, ale też ważnym jest chęć poznawania ludzi sławnych. To się manifestuje w różny sposób, ale kiedyś jak pamiętacie był nawet taki pomysł, żeby ludzie idący na bal dziennikarza płacili za to, że będą siedzieć przy jednym stole z Warzechą i Ziemkiewiczem. Po 400 stówki od łba. Sprawa się o ile pamiętam nie zakończyła sukcesem, bo chyba nie o taki rodzaj sławy chodziło. Trzecim największym pragnieniem człowieka jest chęć, by ktoś mądry i jednocześnie bezkompromisowy w swoich sądach wytłumaczył mu jak jest...

Autorytet moralny - Arkadiusz Gacparski

rys. Arkadiusz Gacparski

…Zwróćcie uwagę, że pomiędzy ludźmi, którzy mają te marzenia, a tymi, którzy je mogą spełnić, rzadko tylko dochodzi do przenikania, a i to tylko w jedną stronę – można awansować, ale już nie można być zdegradowanym. Z tamtej drugiej grupy po prostu się znika. Mimo to wielu spryciarzy marzy wprost o tym, by znaleźć się w grupie drugiej, bo kojarzy im się ona z władzą. Nie ma tam dla nich władzy, a jeśli to minimalna, zostają oni po krótkim szkoleniu zesłani z powrotem na dół jako strażnicy braci swoich, którzy marzą o tym, że ktoś da im coś za darmo i oni pójdą z tym do domu, rozpakują z pudełka i podłączą do prądu.

…mnie zawsze interesuje jak to jest, że ludziom do tego, by wiedzieli jak jest, potrzebny jest jakiś Cejrowski. Jakby Cejrowski był motorniczym ich mózgu, którego sami nie potrafią obsługiwać. Mechanizm jest moim zdaniem prosty- pierwsze marzenie, o pudełku i prądzie, jest tak przemożne, że odbiera siły i nie starcza ich już potem na nic. Potrzebne jest więc jakieś intelektualno-emocjonalne wspomaganie, żeby po zaspokojeniu najważniejszej potrzeby, można było zamarkować zaspokojenie drugiej. Zamarkować, bo przecież nie chodzi o rzeczywiste jej zaspokojenie, ale o erzatz. Potem przychodzi spełnienie, które ma postać dwojaką, marzyciel spotyka swojego idola, na przykład na konwencji jakiejś prawicowej partii, albo ma okazję wygłosić lansowane przez niego poglądy publicznie i zebrać oklaski. Wygłaszanie poglądów ludzi sławnych i kontrowersyjnych jest jedną z możliwości realizacji marzenia trzeciego.

Jak widzicie opisałem tu z grubsza, ale też w dość wyraźnych detalach, jak funkcjonuje doktryna kolonialna i jak się nią posługują kolonizatorzy. Ludzie w to nie wierzą, bo mają telewizor i domy na kredyt i jeżdżą na wakacje, a więc mają poczucie wolności…” (coryllus)

całość tu: O największych marzeniach ludzkości

Geneza „polskiej” bezpieki i „Archiwum Mitrochina”. Paranoja zbioru zastrzeżonego IPN i fikcja lustracji. Pamięć wybiórcza czyli „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Czemu PIS broni demokracji?


rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

„W Związku Sowieckim zdawano sobie sprawę, że tylko przy pomocy szeroko rozbudowanego aparatu bezpieczeństwa będzie możliwe przejmowanie władzy i tworzenie planów na przyszłość. Tworzenie międzynarodowych kadr służb specjalnych NKWD rozpoczęło już we wrześniu 1940 roku.

W Smoleńsku utworzono specjalny, szkolny batalion NKWD znany jako Aleksandrowskaja Szkoła.[1] Do batalionu skierowano blisko 200 Polaków, Białorusinów i Ukraińców z ziem wschodnich Rzeczypospolitej. Szkolenia zostały wstrzymane w marcu 1941 roku, a część została przeniesiona do bliźniaczej szkoły NKWD w miejscowości Gorki. W grupie przeszkolonych osób znaleźli się m.in. późniejszy wiceminister Bezpieczeństwa Publicznego gen. Konrad Świetlik[2], dyrektor departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa płk. Józef Czaplicki i Mieczysław Moczar.[3]

Wybuch wojny niemiecko-radzieckiej przerwał dalsze kształcenie Polaków przez NKWD. Mimo wszystko uczestnicy kursu byli odesłani bezpośrednio do zadań specjalnych; wyżej wymienieni Świetlik i Czaplicki, później trafili do Dywizji Kościuszkowskiej. Natomiast Moczar został skierowany od razu do Polski.[4]

Sprawa zaczęła powracać w nowym stopniu po zmianie sytuacji na froncie niemiecko-radzieckim. Stalin przyspieszył przygotowania do utworzenia struktur bezpieczeństwa złożonych z Polaków i ludzi władających językiem polskim. Brak szerokiego poparcia dla komunistów w Polsce, a także nieufność Stalina do nielicznych grup PPR-owców i AL-owców działających na terenach okupowanych, przeważył o konieczności jak najszybszego zorganizowania przez ZSRR kursów dla ludzi, którzy podejmą podstawowe obowiązki z organizacją aparatu bezpieczeństwa w Polsce. Z inicjatywy grup polskich komunistów w ZSRS przygotowaniem kadr do działalności komunistycznej w kraju od roku 1943 zajmował się Wydział Krajowy Zarządu Głównego Patriotów Polskich. Wiodącą rolę odgrywał w nim późniejszy Minister Bezpieczeństwa Publicznego Stanisław Radkiewicz[5] i to on miał być pomysłodawcą utworzenia 18 października 1943 roku w podmoskiewskiej miejscowości Biełoomot Polskiego Samodzielnego Batalionu Specjalnego, niekiedy nazywanego też szturmowym.[6] W maju 1944 r. batalion ten wysłano do walki-przeprowadzono akcje na stację kolejową w Równem. Do sierpnia 1944 r. PSBS był podporządkowany Polskiemu Sztabowi Partyzanckiemu, którego celem było utrzymywanie kontaktu z AL. Do batalionu kierowano przez Rejonową Komisję Uzupełnień, ale także na podstawie zaświadczeń wystawionych przez dowódców grup partyzanckich AL i pełnomocników PWKN. W końcu lipca i początkach sierpnia 1944 r. część kadry PSBS przeszła do urzędów bezpieczeństwa różnych szczebli, szczególnie na etaty kierownicze. W tym samym czasie minister Radkiewicz otrzymał doradcę z NKWD – ppłk-a Bielajewa.[7] Trudno oceniać jakim rzeczywiście był doradcą, prawdopodobnie spełniał funkcję kontrolera i obserwatora pracy ministerstwa BP.

Centralne Biuro Komunistów Polskich zapowiadało, że żołnierze batalionu przerzuceni w tym okresie do okupowanej Polski będą się głównie zajmować „rozpoznaniem politycznym terenu”, aby po wojnie przejąć rolę ochrony aparatu władzy ludowej. PSBS nie zaspokoił potrzeb związanych z wizją budowy zaplecza nowej władzy. Władających językiem polskim żołnierzy Armii Czerwonej poddano szczegółowej obserwacji w celu wyłonienia ludzi pasujących do pełnienia najwyższych stanowisk w przyszłym aparacie bezpieczeństwa. To im NKWD na specjalnych kursach przekazywało informację o technikach operacyjnych i śledczych, które później miały swe odbicie w sposobie zniewalania i budowie ciągłego strachu w społeczeństwie.

Kolejnym etapem szkoleń była szkoła oficerska nr 366 w Kujbyszewie.[8] Najbardziej znana, która przeszkoliła największy procent przyszłych kierowników jednostek aparatu bezpieczeństwa. Kandydatów, odpowiednio rozpracowanych, zweryfikowanych i sprawdzonych pod względem politycznym, NKWD typowało samodzielnie często bez wiedzy samych zainteresowanych. Dochodziło do sytuacji w, których kursanci nie byli informowani o charakterze szkolenia, jego długości, miejsca, terminu.[9] Kurs rozpoczęto prawdopodobnie w połowie kwietnia 1944 r., był to jednak wstęp do zasadniczego kursu. Miał on na celu jeszcze bardziej dokładne poddanie inwigilacji i obserwacji kursantów. Do Kujbyszewa skierowano 217 osób z których stworzono dwie kompanie po 5 plutonów.[10]

Program nauczania podzielony był na trzy sekcje; przedmioty ogólne w skład, których m.in. wchodziła historia polskiego ruchu robotniczego, a także historia literatury rosyjskiej i radzieckiej. Drugą część stanowiła tematyka wojskowa, w której możemy wyróżnić musztrę, czy też naukę o broni i strzelanie. Trzecim filarem była tematyka zawodowa, w skład której wchodziły metody pracy śledczej i operatywnej z wybranymi zagadnieniami prawa. Wszystkie zajęcia oprócz historii polskiego ruchu robotniczego prowadzone były w języku rosyjskim, co sprawiało ogromne trudności uczestnikom nie znającym wystarczająco dobrze rosyjskiego. Nauka trwała około 2 miesięcy tj. do lipca 1944 roku.

Absolwenci pierwszego kursu w Kujbyszewie przybyli do Lublina na początku sierpnia 1944 r. To oni stali się głównymi organizatorami aparatu bezpieczeństwa i elitą na szczeblu resortu, województw i powiatów. Wraz z nominacją Teodora Dudy z dniem 31 sierpnia 1944 r. na stanowisko kierownika Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie[11] nowy szef dostaje wiadomość, że przydzieleni mu zostaną absolwenci kujbyszewskich kursów. Do jego dyspozycji skierowano trzynastu oficerów. Większa część została w WUBP, pozostała zaś część zasiliła powiatowe urzędy, obejmując tam przeważnie kierownicze stanowiska. Od razu wysłano dziesiątki kandydatów na kolejny kurs. Braki kadrowe komunistów były olbrzymie dlatego starano się w pośpiechu pomnożyć kadry bezpieczeństwa same kursy były skracane do 4 tygodni, a ich poziom systematycznie spadał.[12]

Kluczową rolę kujbyszewiacy spełniali nie tylko w pierwszych miesiącach Polski Lubelskiej. Także po zajęciu przez Rosjan reszty kraju w 1945 r., to oni, obok funkcjonariuszy NKWD stanowili trzon, na którym opierała się organizacja pracy terenowych struktur UB, a same szkolenia były doskonałym punktem wyjścia do dalszej kariery w strukturach aparatu bezpieczeństwa.

Bezpieka od samego początku utworzenia posiadała dość liczną strukturę. Z końcem 1944 r. liczyła już około 2500 funkcjonariuszy, a należy pamiętać, iż w tym czasie front znajdował się jeszcze na Wiśle, a tylko około 30% obszaru późniejszej Polski była zarządzana przez władze komunistyczne. W maju 1945 r. zatrudniano 11 tys. a z końcem roku już około 24 tys. Najwyższe zatrudnienie zanotowano w 1953 r. kiedy to w Ministerstwie pracowało ponad 33 tys. ludzi z czego tylko 22% pracowało stricte w ministerstwie, a reszta rozrzucona była po wojewódzkich i powiatowych urzędach bezpieczeństwa publicznego. Całemu ministerstwu podlegało aż 321 tys. 200 osób, oprócz wymienionych wyżej pracowników urzędów, należy dodać 47,5 tys. osób pracujących w Milicji Obywatelskiej, 41 tys. w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego, 32 tys. w Wojskach Ochrony Pogranicza, 32 tys. w Straży Przemysłowej, 10 tys. w Straży Więziennej i 125 tys. w Ochotniczej Rezerwie Milicji Obywatelskiej.[13]

W oczach obywateli szerzył się pogląd jakoby każdy ubek miał rodowód starego komunisty o pochodzeniu żydowskim, który ukończył kurs w Kujbyszewie, powrócił do kraju i przybrał mundur polski aby kontrolować społeczność w, której funkcjonował. Jednak informacje i kwestionariusze przedstawiają przeciętnego pracownika Urzędu Bezpieczeństwa jako niedojrzałego, niewykształconego, często nietrzeźwego człowieka o mało interesującym życiorysie.[14]

W większości istniejących urzędów bezpieczeństwa na obszarze powiatu funkcjonariusze byli narodowości polskiej. Także przeważająca część funkcjonariuszy milicji i wojska była Polakami. Zważywszy jednak na to, że czołowe stanowiska na szczeblu centralnym były obsadzone przez Sowietów, Żydów i członków innych mniejszości, duża część zwykłych obywateli postrzegało nowe polskie władze jako obce.[15]”  (Szczepan Jagiełło • nowastrategia.org.pl)

całość tu: SKĄD SIĘ WZIĘLI UBECY ?

podobne: „Psy Stalina” Nikity Pietrowa – kelejdoskop zbrodniarzy i anatomia zbrodni oraz: Najnowsza historia Polski wciąż czeka na odkrycie, źródła leżą w Moskwie (wywiad z prof. Wieczorkiewiczem)

jako uzupełnienie – Archiwum Mitrochina

„…Jestem zwolennikiem ujawniania wszystkiego, co nie rodzi zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa, nie jest zagrożeniem dla osób, które pracują obecnie dla państwa. Ten proceder nie może być szkodliwy dla przedstawicieli państwa, np. są na zagranicznych misjach. Tych elementów, które mają znaczenie dla bezpieczeństwa kraju oraz bezpieczeństwa osób pracujących dla państwa, nie należy ruszać. To byłoby szkodliwe.

To znaczy, że zbiór zastrzeżony powinien zostać utrzymany?

W oparciu o różne sprawy, jakimi się zajmowałem, mam pewność, że w zbiorze zastrzeżonym znajdują się materiały, które nie spełniają kryterium, o którym mówiłem. Do tego zbioru bowiem chowało się rozmaite życiorysy czy fakty, utajniając przed opinią publiczną.

Ma Pan jakieś dowody w tej sprawie?

Osobiście spotkałem się z takimi przypadkami. Miałem kiedyś proces z panem Waldemarem Chrostowskim, kierowcą ks. Jerzego Popiełuszki. I okazało się, że najwyższa instytucja w Polsce oceniająca, co jest prawdą a co fałszem, czyli Sąd Najwyższy nie jest w stanie uznać, kto ma rację w sporze, co jest prawdą a co fałszem, ponieważ nie otrzymał akt związanych ze sprawą. One były właśnie w zbiorze zastrzeżonym. Odmówiono najważniejszemu sądowi w Polsce prawa do akt dotyczących pana Chrostowskiego.

Dlaczego?

To jest właśnie absurdalne. Cóż takiego mogłoby się stać, gdyby tego typu materiały były dostępne, gdyby mógł je poznać Sąd Najwyższy? Takie przykłady można mnożyć. W mojej ocenie trzeba zwrócić uwagę na te materiały, które mogą rzeczywiście narazić osoby pracujące dla Polski lub polskie bezpieczeństwo narodowe. Pozostałe należałoby ujawnić. Jeśli materiały nie stanowią zagrożenia, o jakim mówiłem, opinia publiczna powinna mieć prawo dostępu do tych materiałów. Jestem zwolennikiem daleko posuniętego ujawniania materiałów.

Ujawnienie zbioru zastrzeżonego może wywołać polityczne trzęsienie ziemi? Rzeczywiście ten zbiór chroni osoby ważne dla III RP?

Nie ma wątpliwości, że wiele osób jest chronionych dzięki temu zbiorowi. Im takiej ochrony zapewniać nie należy. Mamy prawo dowiedzieć się prawdy.

Jeśli tak, to decyzja PiS-u dotycząca ujawnienia „zetki” jest politycznym samobójstwem?

Samobójczą decyzją to chyba nie jest. Na pewno jednak jest to trudna i ważna decyzja. Ona wywoła wielki wrzask, nie mam żadnych wątpliwości. Jednak pamiętajmy, że wrzawa trwa od wyborów, a właściwie zaczęła się jeszcze wcześniej. Spór i hałas może się jedynie nasilić. Ja jednak nie uważam, że to samobójstwo polityczne. Na pewno MON rozpoczął proces bardzo trudny i podjął odważne decyzje.

Zbiór zastrzeżony to może być klucz dla zrozumienia polskiej transformacji? Czego właściwie możemy się dowiedzieć z tych materiałów?

Trudno mi przesądzać, ponieważ nie znam materiałów tam zgromadzonych. Spotkałem się jednak wiele razy z sytuacją, w której wyjaśnienie pewnych spraw było niemożliwe właśnie ze względu na zbiór zastrzeżony. To było jak zderzenie się ze ścianą. Tego nie wolno, bo jest w zbiorze zastrzeżonym – słyszałem wiele razy. Sądzę jednak, że ten zbiór może pokazać nowe fakty dotyczące polskiej transformacji. Dużo ważnych dla obecnej rzeczywistości procesów miało miejsce właśnie na styku PRL i III RP. Dlatego spór i krzyk dotyczący zbioru zastrzeżonego będzie tak głośny. W dużej mierze wydarzenia z okresu transformacji to nie jest historia, one trwają. Odpowiedź na pytania dlaczego trwają może być właśnie m.in. w tym zbiorze zastrzeżonym.” (Stanisław Żaryn • wpolityce.pl)

całość tu: Wojciech Sumliński: Zbiór zastrzeżony chroni interesy ważnych dla III RP osób

„…czytelnicy pytają o to, co może przynieść odtajnienie zbioru zastrzeżonego Instytutu Pamięci Narodowej. I ciężko się dziwić, że pytają, gdy minister Antoni Macierewicz mówi o skutkach takiego ruchu jako likwidacji „fikcyjnej elity w służbach specjalnych, bankowości, mediach i polityce”. Czy likwidacja tego zbioru będzie ważnym momentem w historii III RP, czy może wyłącznie smaczkiem dla grona historyków?

dr hab. Sławomir Cenckiewicz, prof. WSKSiM: Nie chciałbym podgrzewać atmosfery i czegokolwiek sugerować. Patrzę na tę sprawę i decyzję ministra Macierewicza z perspektywy historyka dziejów PRL i kulisów transformacji ustrojowej, a więc z nadzieją i radością. Istnienie zbioru zastrzeżonego jest bowiem dzisiaj niczym nieuzasadnione. Dopóki często podstawowe materiały dotyczące struktur i kadr Służby Bezpieczeństwa, jej pionu wywiadowczego, agentury a także różne tzw. pomoce ewidencyjne (czyli dane rejestrowe i zinformatyzowane materiały bezpieki) znajdują się w zbiorze zastrzeżonym, dopóty nie jest możliwe całościowe opracowanie dziejów aparatu i systemu represji PRL. Akurat minister Macierewicz zrobił w tej kwestii najwięcej począwszy od lustracji w 1992 r. aż po odtajnienie tysięcy materiałów tzw. wojskówki w latach 2006-2007. Jego postawa winna być naśladowana przez szefów ABW i AW, którzy nadzorują większą część zbioru zastrzeżonego w IPN.

Co się w nim znajduje?

zbiór zastrzeżony IPN to również skrytka dla ukrywania informacji o przodkach, agenturze i przestępstwach bezpieki. Podam przykład – w tym roku ze zbioru zastrzeżonego IPN wyszły duże ilości materiałów dotyczących rozkazów personalnych funkcjonariuszy Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Białymstoku z lat 40! Co to ma wspólnego z ważnym interesem bezpieczeństwa państwa w dniu dzisiejszym? Innym przykładem jest ukrywanie w zbiorze zastrzeżonym dokumentów odsłaniających kulisy transformacji w wymiarze finansowym, że odwołam się do przykładu materiałów Zarządu II Sztabu Generalnego dotyczących Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Proszę sobie wyobrazić, że minister Bogdan Klich zwrócił do zbioru zastrzeżonego IPN odtajnioną wcześniej przez ministra Macierewicza jedną z teczek Grzegorza Żemka o kryptonimie „Portfolio”. Taki sam los spotkał teczkę Piotra Nurowskiego, którą pomimo odtajnienia wrzucono z powrotem do zbioru zastrzeżonego. Ukrywanie takich materiałów nie ma to nic wspólnego z interesem państwa polskiego!

Skoro to takie oczywiste, to dlaczego na taką decyzję musimy czekać dwudziesty szósty rok?…

na przełomie 2000/2001 r. Wprowadzono jednak do ustawy IPN bezpiecznik w postaci zbioru wyodrębnionego, w którym ukrywano przeróżne materiały by mieć pewność, że wiele istotnych informacji o PRL i kulisach III RP nie ujrzy światła dziennego. Dlatego ten zapis ustawy o IPN powinien zostać usunięty, i tak się stanie, w czasie obecnych prac na ustawą. Materiały o rzeczywistym znaczeniu dla bezpieczeństwa państwa, po przeglądzie, ale na warunkach nowego prezesa IPN, a nie służb specjalnych, mogą być chronione w oparciu o przepisy ustawy o ochronie informacji niejawnych, nie zaś na zasadzie stworzenia „eksterytorialnego” zbioru archiwalnego w IPN. Wzmocni to IPN w relacjach z służbami, które przez lata wytworzyły w instytucie mentalność klientelistyczną pracowników IPN względem tajnych służb, zwłaszcza ABW. Paraliżowało to również szefów tej instytucji, zwłaszcza pierwszego i obecnego prezesa IPN, nie mówiąc już o pracownikach niższego szczebla, którzy uzyskując od ABW zgodę na dostęp do materiałów niejawnych (tzw. poświadczenie bezpieczeństwa), myśleli często wpierw w kategoriach interesu służb specjalnych a później dopiero IPN.

A może to dobrze? W dyskusji o ujawnianiu tego typu informacji i danych wraca co jakiś czas argument, że oto z powodu odtajnienia dokumentów ucierpi bezpieczeństwo polskiego państwa.

Tutaj posłużę się własnym doświadczeniem i powiem, że z wszystkich materiałów, które wyszły ze zbioru zastrzeżonego IPN nie dostrzegam ani jednego, który uzasadniałby, że materiał, z którym się zapoznałem, powinien w tym zbiorze się znaleźć. Druga sprawa to jednak ważne świadectwo płk. Piotra Wrońskiego, do niedawna pracownika Agencji Wywiadu. Powiedział, że tylko raz w ciągu całej historii 25 lat pracy w służbach specjalnych wolnej Polski, któryś z funkcjonariuszy skorzystał z materiałów archiwalnych wytworzonych przez służby specjalne PRL! To pokazuje, że nie istnieje jakikolwiek sens istnienia zbioru zastrzeżonego.

Inny przykład: w tym roku poseł Zbigniew Girzyński otrzymał wykaz materiałów, które wyszły ze zbioru zastrzeżonego IPN i zasiliły jawne zbiory IPN. To wykaz ponad 600 jednostek archiwalnych, które są jednym wielkim argumentem przeciw istnieniu zbioru zastrzeżonego. W materiałach z lat 40., 50. i 60. znajdują się akta osobowe i rozkazy UB-eków, dokumenty prokuratorskie i śledcze opisane już w różnych książkach i artykułach…

…Najważniejsza jest dzisiaj ustawowa – w nowej ustawie o IPN – likwidacja zbioru zastrzeżonego w IPN. Kwestią drugorzędną w tym kontekście jest przegląd tych materiałów pod kątem ich ujawnienia. Jeśli pojawią się w tej kwestii poważne zastrzeżenia ze strony osób strzegących naszego bezpieczeństwa i zostaną one uwzględnione przez nowego prezesa IPN, to materiały takie powinny być chronione klauzulami tajności w oparciu o przepisy ustawy o ochronie informacji niejawnych. Powtórzę raz jeszcze – zbiór zastrzeżony IPN jest dodatkową formą ukrycia materiałów, w której przecież nie przechowuje się wszystkich tajnych materiałów znajdujących się w zbiorach IPN! Jest więc zbiór zastrzeżony czymś więcej niż tylko klauzulą tajności, w tym sensie nie odpowiada on nawet w pełni ustawowym zasadom chroniącym informacje niejawne w Polsce…” (Marcin Fijołek • wpolityce.pl)

całość tu: Sławomir Cenckiewicz wyjaśnia, co zmieni odtajnienie zbioru zastrzeżonego

„…Forma sądowej lustracji którą nam narzucił Lech Kaczyński podburzony przez Bogdana Borusewicza, była bez sensu. Niezlustrowane sądy przeniesione w całości z systemu komunistycznego, stały się chrzcielnicami dla rozmaitych agentów, którzy po werdykcie sądowym wkładali białe szaty i udawali niewiniątka. Powinno się było ujawniać wszystkie dokumenty, pisać o tych sprawach, publicznie debatować, a nie umożliwiać chodzenie do sądu po certyfikat niewinności. (fragment wywiadu Zbigniewa Girzyńskiego dla „Rzeczpospolitej”)

…należy postawić sobie pytanie czy Lech Kaczyński i Antoni Macierewicz byli aż tak naiwni żeby nie wiedzieć o tym, jak będzie przebiegać lustracja prowadzona przez niezweryfikowanych sędziów? Czy oni naprawdę uważali że sędziowie z poprzedniego systemu będą oskarżać i skazywać tych z którymi nie tak dawno ręka w rękę walczyli po ciemnej stronie mocy? Otóż ja nie uważam żeby obaj Panowie o tym nie wiedzieli, i że CELOWO pozostawiono na stanowiskach sędziów ludzi niezweryfikowanych (oczywiście nieoficjalnie 😉 bo kto miał wiedzieć kim dany sędzia jest i co ma za paznokciami ten wiedział) dając im jednocześnie do ręki mechanizm weryfikacji innych, gdyż dzięki posiadaniu wiedzy na temat takiego delikwenta łatwiej nim sterować dla WŁASNYCH politycznych celów. Przysługa za przysługę – MY ci pozwalamy zajmować intratne i prestiżowe stanowisko z immunitetem na nietykalność, a Ty będziesz dla nas czyścił scenę polityczną, albo chronił ludzi których Ci wskażemy.

Każda większa opcja polityczna wykształcona w wyniku tzw. „przemian ustrojowych” 89 roku (po tym jak przetrząśnięto archiwa w poszukiwaniu teczek i haków) miała swoją „listę sukinsynów”, których rzecz jasna chroniono a starano się „lustrować” i eliminować z życia publicznego „sukinsynów jakichś takich nie naszych”, tj. wrogiej/konkurencyjnej opcji politycznej. Ten „błąd” spowodował że tak naprawdę nie rozliczono ze zbrodni żadnego z poważniejszych sługusów poprzedniego systemu, gdyż oba bloki wzajemnie się szachowały listą byłych UBeków, sędziów i aparatczyków komunistycznego reżimu, którzy się pochowali w partiach i na stanowiskach w „wolnej Polsce”, rzecz jasna składając wcześniej przysięgę lojalności wobec nowych mocodawców, na wierność ich interesom. Pięknie to pokazano w filmie „Psy” (Pasikowskiego) gdzie we „wzruszającej” scenie były UBek którego grał Bogusław Linda na siedząco z kiepem w łapie przysięga służyć odnowionej demokratycznej RP bezapelacyjnie do samego końca (swojego lub jej)…

…Należy więc odejść od formuły lustracji sądowej, wrócić do projektu ustawy z 2006 r.,zlikwidować Biuro Lustracyjne IPN i postawić na jawność zapisów archiwalnych na temat osób pełniących funkcje publiczne (ale drastycznie ograniczając krąg osób podlegających tej procedurze tak by nie zajmować się kandydatami na radnych!)…” (Sławomir Cenckiewicz)

całość tu: Sławomir Cenckiewicz: Skończmy z fikcją lustracji sądowej w Polsce!

W związku z tym o czym pisałem wyżej, chciałbym zwrócić uwagę na kolejną już wypowiedź (teraz rozumiem że nie przypadkową 😉 ), po podobnej, udzielonej wcześniej przez Pana Macierewicza (o czym więcej tu: Parasol ochronny nad Komorowskim? Zamiast aneksu do raportu WSI, „raport” z niegospodarności) wyraźnie tonującą szumne i bezkompromisowe do tej pory zapowiedzi, o wydaniu totalnej wojny „układowi”, której jednym z kluczowych elementów taktycznych miało być otworzenie archiwów i ujawnienie teczek na temat komunistycznej i postkomunistycznej agentury która omotała swoimi mackami wszystkie najważniejsze sfery państwowości polskiej. Tymczasem możemy przeczytać kolejne mimochodem wrzucane zdania (tym razem z ust pomagiera Pana Macierewicza) o potrzebie, jak czytamy nawet „drastycznego ograniczania jawności” wobec osób mających podlegać procedurze ujawnienia. Czyż to nie piękny oksymoron taka jawność drastycznie ograniczona? 😀

Nie wiem jak szanowni czytelnicy, ale ja jestem ciekaw jak bardzo „drastycznie” nowe władze ograniczą swoją wcześniejszą obietnicę i jak bardzo będą w tej kwestii wybiórczy  i czy rzeczywiście wyłączeni z jawności będą tylko „kandydaci na radnych”. Jak dla mnie zapowiada się powtórka z rozrywki z lat 90 tych, o czym przypomina fragment felietonu Pana Michalkiewicza który zacytuję, żeby ktoś przypadkiem nie myślał że to całe zamieszanie jakie obecna władza robi wokół tego tematu, wynika z poczucia „Prawa i Sprawiedliwości”, tudzież innej szlachetnej potrzeby poza chęcią oczyszczenia instytucji państwa moim zdaniem wyłącznie dla partyjnych (a nie „narodowych”) celów, z „sukinsynów jakichś takich nie naszych” by na ich miejsce wsadzić swoich:

„…Pamiętam, jak w roku 1990, kiedy jeszcze pod rządami konstytucji z czasów PRL, została uchwalona ordynacja wyborcza, wprowadzająca przywileje dla reprezentantów mniejszości niemieckiej w Polsce. Był to rezultat traktatu „o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” z Niemcami, zawartego z Polską między innymi wskutek straszenia pana ministra Krzysztofa Skubiszewskiego ujawnieniem faktu jego współpracy z SB pod pseudonimem „Kosk”. Ujawnił to jeszcze wiosną 1992 roku ówczesny doradca premiera Jana Olszewskiego Krzysztof Wyszkowski, ale wszyscy udali, że tego nie dosłyszeli. Z tego właśnie powodu posłowie UPR, a konkretnie – Janusz Korwin-Mikke, wniósł o podjęcie uchwały, nakazującej ówczesnemu ministrowi Spraw Wewnętrznych Antoniemu Macierewiczowi, przekazanie Sejmowi informacji, którzy z posłów i senatorów, ministrów i wojewodów, byli w przeszłości konfidentami UB i SB. Jak wiadomo, obydwie strony siuchty „okrągłego stołu”, to znaczy – RAZWIEDUPR i jego konfidenci z tak zwanej „lewicy laickiej”, doprowadziły do obalenia rządu premiera Olszewskiego (wniosek w tej sprawie złożył poseł Jan Maria Rokita, dzisiaj za plecami małżonki Nelly udający osobę prywatną), w następstwie czego konfidenci poczuli się bezpiecznie i bez ceregieli ciułali sobie kariery pilotowane przez oficerów prowadzących z Wojskowych Służb Informacyjnych.

Warto dodać, że materiały dotyczące agentów WSI nie zostały 4 czerwca 1992 roku ujawnione przez ministra Macierewicza, podobnie jak informacje dotyczące agentów SB przejętych przez UOP, na którego czele już wkrótce został postawiony generał Gromosław Czempiński, zasłużony dla komuny ubek, który miał na tyle przytomności umysłu, że w odpowiednim momencie przewerbował się do Amerykanów. Warto przypomnieć w związku z tym scenę z posiedzenia Klubu Parlamentarnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Jego przewodniczący, Jan Krzysztof Bielecki, 4 czerwca 1992 roku zwołał posiedzenie klubu, a kiedy już wszyscy się zebrali, wszedł z zalakowanymi kopertami i odezwał się w te słowa: nie zaglądałem, nie czytałem – ale który był – niech wstanie. Wstało kilku posłów, między innymi poseł Jacek Merkel – jak się okazało – niepotrzebnie, bo jego fiszki w kopercie dostarczonej przez ministra Macierewicza nie było, bo był już przejęty przez RAZWIEDUPR pozostający w służbie „demokratycznego państwa prawnego”…”  (całość tu: Ujrzał ducha?)

…nie żebym się cieszył z tego „odkrycia”, ale powtarzam tylko to co od dłuższego czasu wiem, bo inaczej cała ta lustracja dokonałaby się już daaawno temu. Otóż nie będzie żadnego rozliczenia, ani wyciągania konsekwencji wobec najważniejszych (ani nawet wobec średniego szczebla) osób oficjalnie (tudzież zakulisowo) odpowiadających za obecny stan degrengolady państwa. Taka wojna na teczki mogłaby bowiem bardzo zaszkodzić demokracji w Polsce 🙂 głównie za sprawą ujawnienia postkomunistów kryjących się w szeregach PISu, co mogłoby wywołać ogólnonarodowy szok a to nikomu z układu nie byłoby na rękę. Takie gwałtowne odwrócenie się od bękartów demokracji którymi są dziś główne na polskiej scenie politycznej partie, mogłoby wywołać poważny kryzys w samej demokracji. A jak wiadomo upadek demokracji mógłby bardzo zaszkodzić jej ekonomicznemu aspektowi czyli socjalizmowi (bez którego demokracja nie jest możliwa – i na odwrót), a bez socjalizmu ani stary ani nowy układ nie miałyby za co żyć i żreć. Więc jeśli ktoś z co bardziej radykalnych wyborców PISu  liczy we wspomnianej kwestii na jakieś „rozliczenie” tudzież „prawo i sprawiedliwość” to zapowiadam że się przeliczy. Być może kilka mało znaczących dla układu płotek załapie się na tę drastycznie ograniczoną lustrację, ale to będzie wszystko… (Odys)

„…To państwo nie zostało nagle zepsute przez reżim PO-PSL i nie zostanie „naprawione” przez PiS. Było chore już w chwili poczęcia, zaś dzisiejsze patologie są stanem całkowicie naturalnym dla magdalenkowej „demokracji socjalistycznej”.

Trzeba zatem uznać, że partia pana Kaczyńskiego zbiera dziś żniwo, na które solidnie zapracowała ciągłym bredzeniem o „obronie demokracji” i priorytecie „zgody narodowej”. Tyle kosztuje uprawianie politycznej szarlatanerii i ucieczka przed wytyczeniem ostrych granic. Taką cenę muszą płacić politycy, gdy nie mają odwagi nazywać rzeczy po imieniu, oddzielać dobra od zła i dążyć do obalenia truchła III RP.

To słuszna kara za zwodzenie Polaków. Nie ma jednak powodu, byśmy płacili ją wspólnie lub uzależniali nasz los od błędnych wyobrażeń partyjnych macherów.

Stanie się tak, jeśli zabraknie dziś głosu trzeźwych „radykałów”, jeśli zamilkną żądania zerwania ze zgubną mitologią, twardego rozliczenia reżimu PO-PSL i zakończenia farsy obecnej pseudo państwowości.

PiS nie otrzymał od nas władzy po to, by zapewniał eurołajdaków, że w III RP „demokracja ma się dobrze” lub mizdrzył się do zgrai antypolskich zamordystów. Nie przejął rządów pod hasłem celebrowania „praw opozycji” i budowania wspólnoty z apatrydami. Andrzej Duda nie został zaś prezydentem, by ukrywał przed Polakami wiedzę o Komorowskim i jego kamratach i dawał gwarancję zakulisowym układom.

Trzeba dążyć do przywrócenia właściwego porządku i w miejsce roztkliwiania nad partyjnymi cierpiętnikami, żądać spełnienia oczekiwań wyborców oraz zdecydowanej rozprawy z patologią III RP. Trzeba też przywrócić racjonalne proporcje i przestać traktować polityków PiS niczym dziewice oblężone w zamkowej wieży. Jeszcze jest pora, by przypomnieć zadufanym zwycięzcom – komu mają służyć i czyjego głosu słuchać.

Każdy dzień, w którym realia tego państwa są zakłamywane projekcją fałszywych wyobrażeń o demokracji, jest dniem straconym i przybliża nas do nieuchronnej klęski. Im szybciej zrozumiemy, że uprawianie tej mitologii stało się zabójcze dla polskich aspiracji i narodowych dążeń, tym większą mamy szansę uniknąć losu oszukanych głupców.” (Aleksander Ścios • bezdekretu.blogspot.de)

całość tu: KTO ZAPŁACI ZA MITOLOGIĘ DEMOKRACJI ?

podobne: Podsłuchują nie tylko kelnerzy, ale też kolejarze. Sprawa Mazura umorzona (będzie batalia o odszkodowanie?). Swoje WSIoki czyli „Podwójne, lustracyjne standardy PiS”. a także: Nihil novi Winiarskiego o Komorowskim (na procesie Sumlińskiego) przemilczane przez „media”. Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta. i to: Leszek Szymowski: Komisją śledczą w Macierewicza. Jak to było z WSI? oraz: Instytut Pamięci… Nietykalnej: „Zbiór zastrzeżony”, POzorowanie śledztwa na „Łączce” i niepotrzebna wiedza o zbrodniach stalinowskich. „Wyzwolenie” PO sowiecku. polecam również: Taśmociąg Platformy „wprost” POd cenzurą i czas rozliczeń za „katastrofę smoleńską” czyli… „WSI wraca tylnymi drzwiami” dzięki (anty)Tuskowej reformie służb specjalnych. i jeszcze: Były eSBek chce odtajnić swoje akta. Ma dość wybiórczej „sprawiedliwości społecznej” gdzie za PRL karane są płotki.

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Tomasz Cukiernik: Dotacje to wywiad gospodarczy


We współczesnym obrocie gospodarczym pierwszorzędną rolę odgrywa informacja. Wywiady gospodarcze zarówno krajów jak i poszczególnych przedsiębiorstw poszukują m.in. danych o kondycji ekonomicznej firm, ich osiągnięciach technicznych, planowanych działaniach. Na tej podstawie podejmowane są strategiczne decyzje gospodarcze zarówno zarządów firm konkurencyjnych jak i podmiotów publicznych zajmujących się sprawami gospodarczymi. Tymczasem wystarczy bliżej przyjrzeć się wnioskom o dotacje z Unii Europejskiej dla podmiotów gospodarczych i załącznikom do tych wniosków, a oczywiste staje się, że cała ta hucpa z systemem dotacji unijnych służy oprócz propagandy głównie jednemu celowi: jest to najzwyczajniejsze szpiegostwo gospodarcze.

Większość z tych bardzo szczegółowych informacji w normalnych wolnorynkowych warunkach nigdy nie są przez firmy przekazywane podmiotom zewnętrznym, szczególnie jeśli chodzi o ich planowanie inwestycyjne, prognozowanie swoich dochodów, zysków, zatrudnienia czy zwiększenia produkcji a także danych technicznych czy informacji o dostawcach i swoich klientach. Dzięki marnym ochłapom w postaci dotacji Bruksela wszystkie te informacje otrzymuje jak na tacy. Nie musi wydawać pieniędzy na opłacanie drogiego wywiadu gospodarczego, bo wszystkie informacje, jakie potrzebuje otrzyma dobrowolnie, bez specjalnych trudności i bez narażania się na jakiekolwiek oskarżenia o niecne zamiary. Z pewnością są one bazowane w jakimś centralnym systemie komputerowym, aby przedstawiały pełny obraz gospodarki kraju i pomagały w planowaniu i podejmowaniu strategicznych decyzji odnośnie aktualnej polityki gospodarczej realizowanej przez władze w Brukseli.

Jakich informacji domagają się zatem brukselscy urzędnicy od naiwnych polskich przedsiębiorców chcących otrzymać jałmużnę z kasy Unii Europejskiej? Praktycznie na każdy temat dotyczący tych firm oraz ich otoczenia rynkowego. Przede wszystkim informacje o firmie składającej wniosek – zarówno o obecnej jak i przeszłej oraz przede wszystkim przyszłej działalności. Odnośnie aktualnej działalności są to następujące dane:

1. informacje ogólne o firmie

2. przychody netto ze sprzedaży towarów, wyrobów, usług i operacji finansowych

3. dane produkcyjne: wielkość produkcji w ostatnim r. obrotowym w ujęciu ilościowym i wartościowym z uwzględnieniem grup produktów i usług; struktura sprzedaży krajowej i eksportowej; szacunkowy udział w rynku, poziom sprzedaży dóbr i usług  z uwzględnieniem udziału w przychodach ogółem

4. zasoby techniczne z uwzględnieniem rodzajów maszyn i urządzeń, r. produkcji i szacunkowej wartości

5. zaplecze materiałowe i warunki lokalizacyjne

6. zasoby osobowe: personel firmy oraz kadra kierownicza wraz z takimi informacjami jak wiek poszczególnych osób, wykształcenie, doświadczenie i stanowisko pracy

7. dane finansowe: bilans z ostatnich dwóch lat, rachunek zysków i strat

Na temat przyszłej działalności firmy we wniosku o dotację koniecznie należy przedstawić:

1. bilans na 6 kolejnych lat, prognozowany rachunek zysków i strat na 6 lat, prognoza rachunku przepływów środków pieniężnych na najbliższe 6 lat

2. prognozowane przychody z działalności wnioskodawcy ze sprzedaży produktów, usług, materiałów i towarów w ciągu następnych 6 lat od daty ubiegania się o dotację nie związane z projektem

3. koszty wnioskodawcy nie związane z realizacją projektu na kilka lat do przodu

4. cena produktu wnioskodawcy i prognoza sprzedaży w ciągu najbliższych 5 lat

5. likwidacja i tworzenie nowych miejsc pracy z podziałem na kobiety i mężczyzn

6. opis planowanej działalności inwestycyjnej wnioskodawcy na 6 lat do przodu wraz z jej wartością w poszczególnych latach (w tym m.in.: specyfikacje techniczne maszyn i urządzeń, procesy techniczne produkcji, planowane efekty inwestycji, wskazanie wszystkich planowanych nakładów inwestycyjnych).

7. ocena ewentualnego wpływu projektu na środowisko naturalne

Oprócz powyższych danych wnioskodawca musi zawrzeć w swoim projekcie także informacje na temat firm, z którymi współpracuje:

1. aktualne i potencjalne źródła zaopatrzenia, procentowy udział różnych dostawców, ich wady i zalety

2. charakterystykę warunków rynkowych, w których działa wnioskodawca oraz kształtowanie się rynku po otrzymaniu dotacji przez wnioskodawcę: określenie rynku, informacje o klientach i ich struktura, oczekiwania i potrzeby klientów, gdzie wzrasta popyt a gdzie maleje

Konieczne są również dane na temat firm konkurencyjnych wobec przedsiębiorstwa wnioskodawcy, takie jak: ich rynek, porównanie ofert z ofertami konkurencji, ocena konkurencji, porównanie siły rynkowej odnośnie jakości, ceny, reklamy, promocji, potencjału finansowego, grup klientów; reakcja konkurencji na uruchomienie projektu wnioskodawcy.

Wnioskodawca jest zobowiązany do przedstawiania rocznych i końcowych raportów monitoringowych oraz raportów wykonawczych, dzięki czemu urzędnicy są szczegółowo poinformowani, co się dalej dzieje z firmą podczas i po zakończeniu inwestycji.

Ponadto wnioskodawca musi podpisać zobowiązanie do umożliwienia uprawnionym osobom wizytacji terenowej w miejscu realizacji projektu i wglądu w dokumentację. Tymi uprawnionymi osobami są przedstawiciele Regionalnych Instytucji Finansujących (są one wybierane w drodze konkursu lub wskazywane przez Zarząd Województwa i pełnią równocześnie funkcję Jednostek Kontraktujących), służb Komisji Europejskiej oraz Trybunału Obrachunkowego.

Dzięki tak szczegółowym informacjom brukselska biurokracja będzie miała pełny obraz gospodarki kraju i dane do prowadzenia planowania gospodarczego. Będzie wiedziała, gdzie może nałożyć dodatkowe obciążenia fiskalne i inne obowiązki a gdzie nie może, aby prowadzić własną politykę niekoniecznie korzystną dla beneficjantów dotacji. Posiadanie takich informacji może być bardzo niebezpieczną bronią: mogą one być wykorzystywane w celu zniszczenia firm, które mogą stać się konkurencyjne w stosunku do firm, którym sprzyjają brukselscy urzędnicy. Takie działania bezpośrednio prowadzą do całkowitego uzależnienia gospodarki od polityków i biurokracji w Brukseli, co w dalszej kolejności wiedzie w kierunku państwa totalitarnego. Ponadto tak dokładne i aktualne dane wraz z zamierzeniami rozwojowymi konkretnych firm będą wielką pokusą dla nieuczciwych przedsiębiorców, aby je wykraść i wykorzystać w celu wyprzedzenia lub zniszczenia konkurencji.

Należy także zwrócić uwagę na fakt, że skomplikowane czasami nieracjonalne wymogi formalnie (np. fakt, że wiosek musi być napisany na komputerze odpowiednią czcionką o odpowiedniej wielkości, nie może być pomyłki w kodzie interwencji, kolejne strony wniosku muszą być ponumerowane i parafowane, nawet jeśli jest to strona pusta) powodują, że łatwo odrzucić wniosek o dotację, a podane przez przedsiębiorstwo informacje zostają w rękach urzędników.

Otrzymanie unijnej dotacji w przyszłości z pewnością odbije się czkawką w nie jednej polskiej firmie, w której naiwni przedsiębiorcy wierzą, że ktoś da im coś za darmo nie oczekując niczego w zamian. Dotacje unijne spowodują dalsze uzależnienie polskiej gospodarki od arbitralnych, etatystycznych decyzji podejmowanych w Brukseli, która posiadając tak cenne informacje gospodarcze będzie jeszcze bardziej sterowała gospodarkami poszczególnych państw członkowskich. W ten sposób będzie się ugruntowywał socjalizm, a w raz z nim brak wzrostu gospodarczego i rozwój państwa socjalnego, co przekłada się bezpośrednio na bezrobocie, biedę, brak perspektyw i zwiększające się zadłużenie.

całość artykułu tu – Prawda i fałsz o dotacjach z UE*

eurokołchoz, firma, dotacjepodobne: Z deszczu pod rynnę czyli… jak Polska dorabia Europę i tu: 6 mitów na temat dotacji z Unii.

polecam również: Rytualny ubój polskiej gospodarki

oraz: „Wspólna Polityka Rolna” kosztem polskiego przemysłu rolno-spożywczego.

a także: PAN: przepisy i system dopłat nie sprzyjają rolnictwu ekologicznemu.

Co (nie)wolno wojewodzie… Nazwiska autorów ekspertyz w sprawie ustaw emerytalnych nie mogą być ujawnione.


25.04. Warszawa (PAP) – Nazwiska ekspertów przygotowujących dla prezydenta Bronisława Komorowskiego opinie prawne w sprawie ustaw emerytalnych nie mogą być ujawnione na zasadzie dostępu do informacji publicznej – orzekł w piątek Naczelny Sąd Administracyjny, zamykając tę sprawę.

NSA uwzględnił skargę kasacyjną Kancelarii Prezydenta RP od wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z maja zeszłego roku, w którym WSA uznał, że niezasadnie odmówiono ujawnienia imion i nazwisk ekspertów (m.in. ekonomistów i prawników konstytucjonalistów), którzy przygotowywali opinie na temat funkcjonowania systemu emerytalnego i Otwartych Funduszy Emerytalnych. NSA zmienił ten wyrok.

Ekspertyzy oraz nazwiska ich autorów chciała poznać osoba prywatna – prawnik z Warszawy, wspierany przez organizację Sieć Obywatelska Watchdog Polska.

Jak poinformował PAP skarżący, do odwołania się od decyzji Kancelarii Prezydenta, która odmówiła ujawnienia mu tych danych, zainspirowało go orzecznictwo różnych sądów – w tym Sądu Najwyższego. Orzecznictwo to – jak podkreślił – zezwalało na udostępnianie imion i nazwisk kontrahentów umów zawieranych z podmiotem publicznym – jedne sądy (w tym Sąd Najwyższy) zgadzały się na to, a inne nie.

Wnioskodawca zwrócił się do Kancelarii Prezydenta o dostęp do informacji publicznej, jaką jego zdaniem są rachunki za ekspertyzy dla prezydenta. Powoływał się na wyrok Sądu Najwyższego z 2012 r., który stwierdził, że w imię zasady jawności życia publicznego i społecznej kontroli nad finansami kraju powinno się móc dowiedzieć, kto uzyskał publiczne pieniądze. W przekonaniu skarżącego, informacja o nazwiskach autorów ekspertyz nie narusza ich prawa do prywatności – co potwierdził WSA, wyrażając zgodę co do nazwisk, a zakazując ujawnienia adresów, numerów kont lub PESEL i NIP tych osób.

Kancelaria Prezydenta miała odmienny pogląd, wskazując, że nie może ujawnić, kto sporządził ekspertyzy, bo taka informacja narusza prawo do prywatności tych osób, zaś powierzone im zlecenie sporządzenia ekspertyzy nie miało charakteru „pełnienia funkcji publicznej” – więc pierwszeństwo nad zasadą dostępu do informacji powinna tu mieć ochrona danych osobowych.

Reprezentująca Kancelarię Prezydenta radca prawny Paulina Palka przyznała, że ta sprawa jest jedną z trudniejszych, bo obrazuje „konflikt zasad prawa, między którymi nie ma kompromisu”. Wnosząc o uwzględnienie kasacji i zmianę wyroku WSA, wskazywała, że ujawnienie nazwisk autorów ekspertyz powodowałoby „ujawnienie majątku osoby prywatnej, która wykonuje dokument niestanowiący sam w sobie informacji publicznej”.

„Czym innym jest pełnienie funkcji publicznej, a czym innym – bycie osobą, która włącza się w działalność publiczną poprzez wykonywanie ekspertyz będących dla prezydenta podstawą do podejmowania decyzji” – replikował skarżący, przekonując, że nazwiska takich osób również powinny być ujawnione. Wspierał go Szymon Osowski z organizacji Watchdog. „To nie jest konflikt zasad, lecz patrzenie przez kancelarię wstecz i dawanie pierwszeństwa tajności nad informacją” – powiedział.

NSA, uwzględniając kasację prezydenckiej kancelarii, wskazał, że ustawa o dostępie do informacji publicznej zawiera ograniczenia dostępu – jednym z nich jest prawo innych osób do prywatności. Jak mówił w ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia Wojciech Jakimowicz, można uznać, że imiona i nazwiska ekspertów mieszczą się w tym ograniczeniu.

Odpowiedź NSA na zagadnienie, czy autorzy ekspertyz to w rozumieniu prawa osoby pełniące funkcje publiczne, jest negatywna. Posiłkując się definicją z prawa karnego, sędzia Jakimowicz zauważył, że aby uznać kogoś za osobę pełniącą funkcję publiczną, należy wziąć pod uwagę także to, czy w podstawach prawnych działań takich osób mieści się też element decyzyjny.

„Osoby te sporządziły opinie, ale w ich działaniach nie było elementu decyzji. Prezydent, który zwrócił się do nich o opinie, nie przeniósł na nich prawa do decydowania” – uzasadniał sędzia Wojciech Jaśkowicz.

Wyrok jest prawomocny. „W następstwie dzisiejszego wyroku mamy do czynienia z różnym stanowiskiem Sądu Najwyższego i NSA co do możliwości udostępniania takich danych, co samo w sobie jest sytuacją trudną do zaakceptowania” – skomentował dla PAP skarżący. (PAP)

wkt/ abr/ gma/                    …źródło: stooq.pl

podobne: cynik9: “Pałowanie w technicolorze” czyli… Monitoring PO prawdzie.

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

ustawa o dostępie do informacji publicznej zawiera ograniczenia dostępu – jednym z nich jest prawo innych osób do prywatności. (…) można uznać, że imiona i nazwiska ekspertów mieszczą się w tym ograniczeniu… stwierdza w uzasadnieniu wyroku sędzia Wojciech Jakimowicz

…Skoro „można uznać”, to można też nie uznać. Czy tak?… „Prawo jest dla nas Jajec!” – krzyczał płk. Kwiatkowski w filmie o tym samym tytule 😀 Czysty cyrk!

Bez wnikania w niuans czy dany „ekspert” jest osobą publiczną przy dokonywaniu ekspertyzy dla jakiegoś urzędasa, czy nie jest taką osobą (to oczywiste że nie). Prawo do informacji obywatela, za którego pieniądze (zwane publicznymi) ów dokument się wytwarza, powinno mieć pierwszeństwo przed prawem do prywatności jakiegoś eksperta, który pracuje jako najmita dla aparatu władzy (co z tego że nie jako osoba publiczna), bo na podstawie tego dokumentu aparat państwa podjął ważną (dla wszystkich obywateli!) decyzję. Pan Komorowski wyraźnie dał opinii publicznej do zrozumienia, że właśnie ekspertyzy były tym co skłoniło go do podjęcia takiej a nie innej decyzji WAGI PAŃSTWOWEJ. Więc jeżeli jakiś obywatel chce wiedzieć kto był autorem tego kluczowego dla procesu decyzyjnego dokumentu, za ile go sporządzono i co w nim napisano, to jest to psim obowiązkiem władzy takiej wiedzy obywatelowi udzielić… Jak słusznie zauważył Pan Osowski „To nie jest konflikt zasad, lecz patrzenie przez kancelarię wstecz i dawanie pierwszeństwa tajności nad informacją”. Bez dwóch zdań spuszczono do kibla naczelną zasadę, stawiając na jej miejsce mniej ważną.

Sprawa ciągnęła się od maja zeszłego roku, chodź były wcześniej wydawane podobne decyzje (autorstwa Sądu Najwyższego!) stawiające pierwszeństwo informacji przed tajnością i nakazujące ujawnienie podobnych danych. Należy się więc zastanowić kto taki stał za tymi dokumentami, że dla jego interesu naruszono pierwszeństwo prawa obywateli do informacji o dokumencie na podstawie którego Pan Komorowski podpisał ustawę nacjonalizującą nasze oszczędności w OFE…

Czego się Pan boi Panie Komorowski i jakim prawem NSA dokonał zabiegu sprzecznego z orzecznictwem Sądu Najwyższego? Jedyne co „można uznać” w tej sprawie Panie sędzio Jakimowicz to podejrzenie że wyrok który Pan wydał jest co najmniej dyskusyjny. No ale pogadać to ja sobie mogę no nie 😉 Wszak już od dłuższego czasu przy tzw. „dostępie do informacji publicznej” dzieją się coraz lepsze hucpy – Hulaj dusza piekła nie ma! Umorzenie dochodzenia nie musi być uzasadnione. Samorządy domagają się ograniczenia dostępu do informacji publicznej. Za błędy urzędnika płaci ubezpieczyciel.

…Odys

PS. pomijając fakt że taka „tajność” prowadzi prosto do nepotyzmu, kumoterstwa, korupcji i innych patologii około urzędniczych, to nie mogę oprzeć się wrażeniu że za tymi ekspertyzami stoją fachowcy w jakimś stopniu powiązani z ZUSem, a Pan Komorowski boi się że wyda się ewidentne działanie stronnicze i nie mające nic wspólnego z realnymi pobudkami dla których sięgnięto po kasę z OFE.

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Hulaj dusza piekła nie ma! Umorzenie dochodzenia nie musi być uzasadnione. Samorządy domagają się ograniczenia dostępu do informacji publicznej. Za błędy urzędnika płaci ubezpieczyciel.


25.03. Warszawa (PAP) – Przepis kodeksu postępowania karnego, który pozwala umorzyć dochodzenie bez podawania uzasadnienia, jest zgodny z konstytucją – orzekł we wtorek Trybunał Konstytucyjny.

TK zbadał konstytucyjność art. 325e par. 1 kpk. Stanowi on, że postanowienia o wszczęciu lub odmowie wszczęcia dochodzenia, jego umorzeniu oraz zawieszeniu nie wymaga uzasadnienia. Skarżący, którym była osoba prywatna – Witold P. – podnosił, że przepis ten jest niekonstytucyjny w zakresie, w jakim umożliwia wydanie bez konieczności sporządzenia uzasadnienia postanowienia o odmowie wszczęcia dochodzenia lub o jego umorzeniu.

Witold P. złożył skargę do TK po tym, jak policja umorzyła dochodzenie w sprawie gróźb karalnych kierowanych pod jego adresem. Funkcjonariusze uznali bowiem, że brak jest znamion czynu zabronionego. Nie sporządzono uzasadnienia do postanowienia. Zatwierdził je prokurator, a po zażaleniu P. utrzymał je w mocy sąd.

Zdaniem skarżącego istota problemu sprowadzała się do ustalenia, czy możliwe jest skuteczne wniesienie odwołania od orzeczenia, które nie zawiera uzasadnienia, oraz czy ta możliwość nie jest tylko iluzorycznym wypełnieniem konstytucyjnej zasady dwuinstancyjności i prawa do sprawiedliwego postępowania. TK – podnosił Witold P. – powinien zbadać też, czy zwolnienie z obowiązku sporządzania uzasadnienia nie stanowi ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw. W skardze podkreślono też, że o ile organy prowadzące postępowanie przygotowawcze są zwolnione z obowiązku sporządzenia uzasadnienia, to pokrzywdzony, odwołując się, powinien podać swoje argumenty.

TK orzekł, że zaskarżony przepis, w zakresie, w którym zezwala na umorzenie dochodzenia bez uzasadnienia, jest zgodny z konstytucyjnym prawem do zaskarżania orzeczeń i decyzji wydanych w pierwszej instancji i nie jest niezgodny z prawem do sądu. O taki wyrok wnosili przedstawiciele prokuratora generalnego i Sejmu, którzy z mocy prawa są uczestnikami każdego postępowania przed TK.

Jak powiedział w ustnym uzasadnieniu sędzia sprawozdawca Marek Kotlinowski zakres zaskarżenia został określony za szeroko, dlatego TK umorzył postępowanie w zakresie dotyczącym odmowy wszczęcia dochodzenia. W sprawie Witolda P. zostało bowiem wydane jedynie postanowienie o umorzeniu dochodzenia.

W uzasadnieniu zwrócono uwagę, że konstytucyjny wymóg sprawiedliwej i rzetelnej procedury odnosi się wyłącznie do postępowania przed sądem. „Tylko do takiego organu jest adresowany wymóg rzetelnego uzasadnienia orzeczeń” – powiedział Kotlinowski. Jak dodał, takie wymogi nie stosują się do postępowania prowadzonego przez policję.

Sprawozdawca podkreślił też, że w sprawie Witolda P. rozstrzygnięcie wydane przez policję zostało poddane kontroli przez sąd, który miał realną możliwość oceny postanowienia o umorzeniu. Zaskarżony przepis kpk nie wyłącza bowiem prawa pokrzywdzonego do wniesienia do sądu zażalenia. Sąd zaś ma obowiązek kompleksowej oceny postępowania przygotowawczego, a jego postanowienie powinno zawierać uzasadnienie.

„Brak uzasadnienia postanowienia (o umorzeniu dochodzenia – PAP) i wynikające z tego ewentualne trudności ze sporządzeniem zażalenia nie stoją na przeszkodzie poddaniu go efektywnej kontroli sądowej. (…) Brak uzasadnienia nie przekreśla zatem, wbrew twierdzeniom skarżącego, możliwości weryfikacji postanowienia, a w szczególności ustalenia, czy jest ono dotknięte uchybieniami” – powiedział Kotlinowski.

Żaden z pięciu sędziów – orzekali również Andrzej Wróbel (przewodniczący), Stanisław Rymar, Andrzej Rzepliński i Marek Zubik – nie zgłosił zdania odrębnego. Wyrok jest prawomocny.(PAP)

ral/ pz/ mow/                                                                             …źródło: stooq.pl

rys. Andrzej Mleczko

rys. Andrzej Mleczko

 …no i w dechę… jak ty coś chcesz od państwa to uzasadnij swoją potrzebę, ale pamiętaj że państwo nie musi ci swojej odmowy uzasadnić bo taki obowiązek ma tylko sąd. Więc jak chcesz się dowiedzieć „why” to tylko poprzez sąd. Ma to oczywiście na celu uprzykrzyć obywatelowi dochodzenie swoich słusznych racji przed organem państwowym, bo komu by się chciało po sądach włóczyć żeby się tylko dowiedzieć jaka była przyczyna odmowy wszczęcia dochodzenia – sąd stwierdzi że odmowa była zasadna a ty człowieku nie musisz wiedzieć dlaczego…. Sprytne 🙂 „Słowacki wielkim poetą był!”… i szlus. Jednym słowem UZNANIOWOŚĆ.

26.03.2014 (IAR) – Lawinowo rośnie liczba wniosków o udostępnienie informacji publicznej – pisze „Dziennik Gazeta Prawna”.

Jak czytamy w gazecie, do warszawskiego ratusza tylko w ubiegłym roku wpłynęło ich niemal 4600. W 2010 roku było ich o ponad połowę mniej. Z kolei we Wrocławiu w tym czasie zanotowano pięciokrotny wzrost liczby takich podań.

Samorządy domagają się zmian w prawie, które ograniczą tę tendencję. Proponują między innymi doprecyzowanie pojęcia informacji publicznej i wprowadzenie opłat od jej udostępniania. Dziś przedstawią swoje pomysły rządowi.

Więcej – w „Dzienniku Gazecie Prawnej”.                         …źródło: stooq.pl

Informacyjna Agencja Radiowa (IAR)/”Dziennik Gazeta Prawna”/vey/dabr

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

…tak jak we wcześniejszym przykładzie (z odmową wszczęcia dochodzenia bez uzasadnienia), tak i tu mamy do czynienia z ucieczką organu państwa (bo samorządy to nie jest nic innego jak delegatura państwowej władzy w terenie – kto wchodzi w te struktury ten działa i jest zobligowany działać w granicach prawa które uchwala się w Warszawie) od odpowiedzialności za swoje decyzje często nieprzychylne i kosztowne dla obywateli podlegających bezpośrednio władzy „samorządowców”… Tu dobitny przykład na to o czym napisałem – Wystąpienie Tomasza Jaskóły na sesji Rady Miasta Częstochowa w sprawie złożonych wniosków o unieważnienie skandalicznego podziału środków inicjatyw lokalnych, Wyjaśnienie konfliktu interesów, Wyjaśnienie kim jest 26 letni Michał Zawada zasiadający w Radzie Nadzorczej spółki miejskiej Hala Sportowa spółka zoo. I dlaczego zasiada w zarządzie w spółce w Będzinie? Który z wiceprezydentów jest z nim spokrewniony?

i ostatni kwiatuszek do kożucha „praworządności” w Polsce…

26.03.2014 (IAR) – Żaden urzędnik nie zapłacił jeszcze z własnej kieszeni za błędne decyzje administracyjne. Na martwym prawie dotyczącym odpowiedzialności urzędniczej zarobili ubezpieczyciele – pisze „Dziennik Gazeta Prawna”.

Jak czytamy w gazecie, wkrótce miną 3 lata obowiązywania ustawy o odpowiedzialności majątkowej funkcjonariuszy publicznych za rażące naruszenie prawa. Rząd zapowiadał, że urzędnicy, którzy skrzywdzą przedsiębiorców, będą musieli liczyć się nawet z utratą rocznej pensji.

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Z danych prokuratora generalnego wynika jednak, że przez ten okres żaden z szefów instytucji państwowych nie występował do prokuratury z wnioskiem o ukaranie urzędnika, który z powodu popełnionego błędu naraził jednostkę na konieczność wypłaty odszkodowania.

Jak ustalił „Dziennik Gazeta Prawna”, na martwym prawie zarobiła za to firma ubezpieczeniowa. Ergo Hestia co roku ubezpiecza od odpowiedzialności cywilnej 5 tysięcy funkcjonariuszy państwowych. Nie muszą się obawiać, że za wydanie błędnej decyzji administracyjnej będą odpowiadać własnym majątkiem. Sami płacą ze tę asekurację.

Więcej – w „Dzienniku Gazecie Prawnej”.                                             …źródło: stooq.pl

Informacyjna Agencja Radiowa (IAR)/”Dziennik Gazeta Prawna”/vey/dabr

Nie muszą się obawiać, że za wydanie błędnej decyzji administracyjnej będą odpowiadać własnym majątkiem… Co tu komentować. Bezkarność rozzuchwala, więc „róbta co chceta”!

Cytat z Bastiata: Gdyby wszystkie konsekwencje jakiegoś działania dotykały jego sprawcy, uczylibyśmy się znacznie szybciej. Zdarza się, że nasze działanie nam przynosi dobre, widoczne skutki, a komuś innemu złe, niewidoczne – a to sprawia, że jeszcze trudniej nam je dostrzec. Musimy wówczas czekać, aż zareagują ci, którzy ponoszą owe złe konsekwencje naszego czynu. Czasem czekać trzeba bardzo długo, przez co panowanie błędu trwa dłużej. Człowiek dokonuje czynu, który przynosi mu dobre konsekwencje równe 10 i złe konsekwencje równe 15, które rozdzielane są na trzydziestu innych ludzi, w taki sposób, że na każdego z nich przypada tylko ½. W sumie mamy stratę, więc koniecznie musi pojawić się reakcja. Jednak na reakcję będziemy czekać tym dłużej, im na większą ilość społeczeństwa rozłoży się zło, podczas gdy dobro, będzie skoncentrowane w jednym punkcie.

Frederic Bastiat

Frederic Bastiat

Czy kiedyś czara goryczy się przeleje? Z pewnością, ale póki co władza realizuje swoją wolę w myśl cytatu z „Pułkownika Kwiatkowskiego”: „Prawo jest dla nas! I stosujemy je wtedy kiedy nam wygodne”. A potem niemal co tydzień dowiadujemy się o mniejszych bądź większych nieprawidłowościach, których dopuszczono się w jakimś organie „administracji państwowej”. Jak tu: Marnotrawstwo i totalna głupota w Ministerstwie Pracy czyli… 49 milionów złotych na “portal dla bezdomnych”! i tu: NIK negatywnie o kontraktowaniu usług przez NFZ. i tu: Złodziej złodzieja złodziejem pogania w Ministerstwie Sprawiedliwości i w Agencji Wywiadu. i tu: Korupcja w MSZ, GUS, MSWiA, KGP. 20 zarzutów o zmowę przetargową. i tu: ”Praca za głos” i “tylko jeden zegarek” Nowaka i tu: Miliony Serafina, czyli Kto rządzi Polską? i tu: Nieprawidłowości przy inwigilacji. NIK krytykuje zasady i praktykę uzyskiwania billingów i tu: NIK złożył do CBA doniesienie na przebieg przetargu w ZUS. i tu: ZUS znowu musi wyjaśnić sprawę przetargu na system informatyczny. i tu: Marnowanie publicznych pieniędzy czyli NIK i “kontrakty socjalne”. i tu: POPISowo udupione fundusze. Zapłaci jak zwykle podatnik. i tu: POlska w budowie na lokalną skalę i tu: NCS ma zapłacić Kaplerowi ponad pół miliona zł i tu: NIK: “Skarb Państwa stał się w istocie sponsorem koncertu Madonny” i żeby nie męczyć dalej tu: GW donosi na stadiony!

podobne: Sprawiedliwośc – “Układ zamknięty”?

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

…OdysSiara - Mają rozmach

cynik9: „Pałowanie w technicolorze” czyli… Monitoring PO prawdzie.


kolejny krok ku totalitaryzmowi

Czy poseł partii Razem do Koryta, czy jak jej tam, pan P. Wipler może dojść do koryta kopiąc po drodze i znieważając policjantów, jak twierdzi Policja? Nie jest to wcale takie pewne… Względnie czy Policja może panu posłowi Wiplerowi drogę do koryta utrudniać, pałując go i obijając, jak twierdzi sam pobity? To w demokratycznym państwie prawa urzeczywistniającym… i tak dalej, w ogóle nie uchodzi. Istnieje jeszcze trzecia ewentualność – że pan poseł Wipler znieważył policjantów po czym sam się pobił w charakterze doraźnej za to kary, ale nie dajemy jej większej wiary. Pozostaje więc przyjąć że tylko jedna z dwóch pierwszych hipotez głośnego pobicia którego ofiarą padł- lub którego sprawcą był pan poseł Wipler jest prawdziwa.

Jeżeli pan poseł Wipler rzeczywiście kopał i znieważał policjantów to do koryta, razem czy osobno, może nie dojść. Tego typu zachowanie ze strony czołowej osobistości czołowej partii w czołowym państwie unii europejskiej nie stanowi dla niej najlepszej reklamy i wątpliwe jest aby przyczyniło jej głosów. Jeżeli natomiast pan poseł Wipler w drodze do koryta został spałowany przez policyjnych brutali reprezentujących państwo to do koryta może nie dojść odpowiedzialny za to min. spraw wewnętrznych Sienkiewicz, a trudności w dochodzeniu do koryta może mieć nawet cała rządząca partia.

Wygląda więc na to że nagranie z monitoringu pokazujące kto kogo rzeczywiście pałował może mieć istotne znaczenie dla czyjejś drogi do koryta. Zwłaszcza gdyby się okazało że na nagraniu, oprócz pałowania, widoczne są inne interesujące momenty dozwolone od lat 18. Mogłoby się na przykład okazać że na bramkach klubów stoją dorabiający sobie na boku funkcjonariusze BOR albo antyterroryści z policji, czego nie wyklucza dobrze poinformowany blogger. Tego typu nagranie byłoby oczywiście wysoce niewygodne dla władz które miałyby doskonały powód aby go nie ujawniać.

Jak tam było tak było, zgłębiać tego nie zamierzamy. Wiemy natomiast że z udostępnieniem wideo z tej afery władze zwlekają już 2 miesiące. Pokazując je władza władna jest albo obalić szanse pana posła Wiplera na koryto albo zniweczyć szanse własne. I dlatego afera ta stanowi doskonałą ilustrację kolejnego kroku ku totalitaryzmowi jaki stanowi przepychana właśnie przez rząd premiera Tuska ustawa o monitoringu wizyjnym.

Niby nic a jednak coś. Projekt ustawy zawiera istotny zapis który zakazuje obywatelom wglądu do nagrań z monitoringu. Pod groźbą kary zakazane ma być zarówno udostępnianie nagrań jak i ich wykorzystanie. Wgląd do zarejestrowanego obrazu będzie miało tylko państwo poprzez swoje służby, zbyt liczne aby tutaj wszystkie wymieniać. Dość powiedzieć że będą go miały nawet neandertale ze staży gminnej. Dostęp zakazany będzie jedynie prywatnemu obywatelowi. Jeśli więc obywatel pobije władzę to ta go zaraz namierzy i przykładnie ukarze. Jeżeli natomiast to władza spałuje obywatela to będzie mogła robić to bezkarnie bo to ona kontrolować będzie to co kto będzie widział, a co nie. Pałowanie obywatela przez nieznanych państwowych sprawców z pewnością pokazywane nie będzie.

No i słusznie, za komuny też tego nie pokazywali. Jeszcze by tego brakowało.

źródło: dwagrosze.com

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie.

To znane i trafne powiedzenie jako żywo obrazuje i „uzasadnia” szereg posunięć legislacyjnych dokonanych ostatnimi laty w naszym „nieszczęśliwym kraju”, przez „umiłowanych przywódców”. Nadawane są coraz większe uprawnienia dla urzędów i pracujących w nich sługusów systemu. I to nie tylko tych skarbowych, ale ostatnio również socjalnych, które w majestacie tzw. „prawa” kradną rodzicom dzieci. Zwiększane są w sposób nieuzasadniony uprawnienia dla Policji i służb specjalnych – kosztem prywatności i swobód obywatelskich. Co jakiś czas „modernizowane” jest prawo użycia środków przymusu bezpośredniego. Rozszerzane są uprawnienia sanepidu (swojego czasu głośno się o tym mówiło) i służby zdrowia (przymusowe szczepienia). Wprowadza się ograniczenia w prawie dla zgromadzeń publicznych, oraz ograniczane są prawa obywateli w dostępie do informacji publicznej. Robione są zakusy pod „dziwne” służby mające inwigilować obywateli przez internet. „Powstaje nowa służba specjalna zajmująca się kryptografią, wywiadem radiowym i elektronicznym. Jak dowiedział się „Dziennik Gazeta Prawna” jej utworzenie MON powierzyło gen. Krzysztofowi Bondarykowi, byłemu szefowi ABW„. Można było też jakiś czas temu wyczytać informację, że niektórzy Eurokraci noszą się z pomysłem ZAKAZU krytyki UE! I pewnie właśnie na tę okoliczność jakiś czas temu klepnięto w polskim parlamencie postanowienia o „bratniej pomocy” w wypadku potrzeby przywrócenia w naszym „nieszczęśliwym kraju” porządku publicznego (Michalkiewicz: Targowica zaprasza „bratnią pomoc”):

„Okupujące Polskę bezpieczniackie watahy najwyraźniej obawiają się, że w następstwie zaostrzających się objawów kryzysowych, może w naszym nieszczęśliwym kraju dojść do społecznych niepokojów, z którymi samodzielnie trudno będzie sobie im poradzić, więc podjęły próbę stworzenia pozorów legalności dla „bratniej pomocy” ze strony bezpieczniackich watah z innych krajów Eurokołchozu. Próba ta przybrała kształt projektu ustawy o udziale zagranicznych funkcjonariuszy we wspólnych operacjach lub wspólnych działaniach ratowniczych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Wprawdzie zagraniczni funkcjonariusze mogą dokazywać na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej już od 2008, a zwłaszcza – od 2009 roku, kiedy to wszedł w życie traktat lizboński, do którego wpisano sławną „klauzulę solidarności” – ale najwyraźniej tubylczym bezpieczniakom to nie wystarczało i postanowili pójść na całość. Wprawdzie w tytule ustawy jest mowa o „działaniach ratowniczych”, ale niech nas to nie zmyli. Chodzi przede wszystkim o „wspólne operacje”, które projekt definiuje jako „wspólne działania” prowadzone na terytorium RP z udziałem zagranicznych funkcjonariuszy albo w formie wspólnych patroli w celu „ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego”, czyli politycznego panowania bezpieczniackich watah, albo w związku „ze zgromadzeniami” – oczywiście też w celu ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego – albo wreszcie – w ramach udzielania tzw. bratniej pomocy przez specjalną jednostkę interwencyjną, czyli tamtejsze ZOMO, z innego lub z innych państw UE.”

To tylko kilka elementów patologii do jakiej dąży obecna socjalistyczna władza, której rządy dominują w całej Europie….

“To samo państwo, które ogłasza odpowiedzialność za ich życie i obiecuje im żywot w szczęśliwości, w rzeczywistości ponosi odpowiedzialność za urządzenie im z tego życia piekła. Istotnie, przywódcy państwa socjalistycznego przeżywają dylemat. Każdego dnia zachęcają ludzi do wiary, że socjalizm jest systemem doskonałym, którego złego skutki mogą być jedynie efektem działania złych ludzi. Jeśli to prawda, kim więc mogą być ci źli ludzie, jeżeli nie samymi rządzącymi, którzy nie tylko czynią życie innych piekłem, lecz wypaczają rzekomo doskonały system do takiej postaci?
Skutkuje to tym, że przywódcy państwa socjalistycznego muszą żyć w obawie przed innymi ludźmi. Zgodnie z logiką ich działania i ich nauczaniem, kipiące oburzenie ludzi winno wzbierać i zdławić ich w orgii krwawej zemsty. Rządzący to przeczuwają, nawet jeśli nie przyznają się do tego otwarcie. Dlatego też ich największą troską jest trzymanie obywateli pod butem.
W rezultacie twierdzeniem prawdziwym, choć niewystarczającym, jest to, że socjalizm oznacza brak wolności prasy i wolności wypowiedzi. Z pewnością w socjalizmie brakuje tych swobód.“… (Reisman: Dlaczego nazizm był socjalizmem oraz dlaczego socjalizm jest totalitaryzmem)

…Odys

podobne tu: “Tusku kur…. zrób coś!” czyli… służby spuszczone ze smyczy i walka z “mową nienawiści”

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Cynik9: Szaleństwo dobermanów czyli… Wielki Brat chodzi po suficie


Francuski Wielki Brat szaleje na całego. Limit transakcji gotówkowych rządzący socjaliści już w lutym obiecali zredukować do €1000, a ostatnio zabronili nawet przesyłania złota i gotówki pocztą. Powód jest jasny – obywatele mogliby jeszcze przeprowadzić w ten sposób jakieś transakcje między sobą o których Wielki Brat by nie wiedział. No i co?  Prywatność jest oczywiście okay, żaden rząd nie przyzna że ją gwałci.   Ale nic prywatnego nie może być w końcu aż tak prywatne aby Wielki Brat mógł o tym nie wiedzieć. Co to to nie!

Tyle uzasadnienie nieoficjalne tego kroku. Nie należy tego mylić z uzasadnieniem oficjalnym, włączonym w skład ogólno rozwojowej papki medialnej którą karmione są masy. Według niej transakcja o której rząd mógłby nie wiedzieć dotyczy z definicji tylko elementów terrorystycznych planujących kolejny zamach albo obleśnych dealerów narkotyków piorących brudne pieniądze.

Wszystko inne obywatele mają spontanicznie wyjawić no bo po co mieliby coś jeszcze ukrywać? Podobnie zanim rząd zacznie instalować kamery w sypialniach media wyperswadują podmiotom reszty pruderii, no bo również po co w końcu mieliby jeszcze coś ukrywać.

Spałowanemu socjalizmem obywatelowi nie może nawet przyjść do głowy zdrożna myśl że prywatność nie jest zła ani nielegalna, jak na razie przynajmniej, i że do zachowania prywatności ma on niezbywalne prawo.

No więc socjaliści francuscy, czujni jak głodne dobermany, do żadnych przesyłek pocztowych ze złotem więcej nie dopuszczą. Ciekawe że przykręcają śrubę akurat wtedy kiedy złoto jest w bessie i jego cena spada. Zdradzają tym że celem ataku jest nie złoto per se ale suwerenność jaką daje jednostce – po dowolnej cenie. Podejrzewamy że szalejący socjał francuski narzucony populacji limit transakcji gotówkowych wkrótce dalej będzie musiał zredukować bo złoto właśnie wycięło mu psikusa i spadło nieznacznie poniżej €1000. To czy wielu obywateli francuskich ma jeszcze wystarczająco oleju w głowie aby z tej okazji skorzystać jest jednak inną sprawą.

W Polsce natomiast robiący za krajowego dobermana minister Rostowski zażądał ostatnio dostępu fiskusa do wszystkich rachunków bankowych obywateli jak leci. To pewnie pod wpływem dyrektyw klubu Bilderberg ze spotkania którego właśnie wrócił. Najśmieszniejsze że część prasy skomentowała to jako atak na „tajemnicę bankową” co tylko niektóre media uściśliły jako atak na to co z niej zostało, czyli praktycznie na nic.

Na szczęście Poczta Polska to nie poczta francuska i nie potrzebuje żadnych odgórnych zakazów na przesyłanie złota. Zakaz taki spontanicznie narzucili sobie już dawno jej klienci,   znając dobrze ryzyko wysłania czegokolwiek wartościowego tą drogą…

Ciekawe czym się zakończy orgia spuszczonych z łańcucha europejskich dobermanów, zwłaszcza jak przyciśnie kolejna odsłona kryzysu na którą właśnie się zanosi. Jeśli prawdą jest że historia się powtarza to niewykluczone że i tu  EU nawiąże wkrótce do tradycji rzymskiej. Ówczesny główny doberman, cesarz rzymski Dioklecjan, zadekretował w 3 wieku że wszystkie transakcje mają być przeprowadzane w obecności poborcy podatkowego, i cześć. No, to przynajmniej można zrozumieć. Jasne, proste i zrozumiałe dla każdego.

Mniej zrozumiałe jest tylko to że za Dioklecjana niewolnicy podatków nie płacili. Współcześni niewolnicy w EU płacą je natomiast, i to przez nos.

źródło DwaGrosze.

…tradycyjnie polecam dyskusję pod artykułem i zachęcam do lektury stronki „cynika9”. Znajdą tam państwo wiele wartościowych treści a byc może kilka sposobów na „finansową samoobronę”… Odys

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

(Nie)odPOwiedzialnośc POlityków która nic ich nie kosztuje.


Dwa lata więzienia i trzy miliony złotych grzywny grożą Donaldowi Tuskowi za ujawnienie decyzji o odwołaniu prezes PGNiG, Grażyny Piotrowskiej-Oliwy, zanim zrobiła to gazowa spółka w komunikacie do inwestorów. To mogło negatywnie wpłynąć na notowania akcji na warszawskim parkiecie. KNF prowadzi już postępowanie w tej sprawie. Podobnych, nieodpowiedzialnych wypowiedzi polskich polityków z rządu było w ostatnich miesiącach jeszcze kilka.

Donald Tusk podczas konferencji prasowej ogłosił, że Grażyna Piotrowska-Oliwa nie jest już prezesem koncernu gazowego PGNiG. Poszło o zamieszanie związane z memorandum w sprawie budowy drugiej nitki gazociągu jamalskiego. Tusk o tej sprawie dowiedział się dopiero z mediów, więc wyrzucił z rządu ministra Mikołaja Budzanowskiego. Stanowisko straciła też Piotrowska-Oliwa. Problem w tym, że w przypadku prezes PGNiG, spółka wcześniej nie wydała oficjalnego komunikatu.

Tuż po odwołaniu prezesa, spółka powinna niezwłocznie opublikować raport bieżący za pomocą systemu ESPI – twierdzi Kamil Adamiec, specjalista w Zespole Doradztwa dla Emitentów Instrumentów Finansowych banku DnB Nord. – Dopiero później tę informację mógłby wykorzystać premier.

Zdaniem przepytanych przez Money.pl prawników, informacja o odwołaniu Piotrowskiej-Oliwy mogła być informacją poufną, czyli taką, która wcześniej nie została przekazana do informacji publicznej, a po ujawnieniu mogłaby istotnie wpłynąć na notowania cen akcji.

To była informacja poufna – stwierdził mecenas Wojciech Chabasiewicz z kancelarii Chabasiewicz, Kowalska i partnerzy. Według niego dowodem na to, że odwołanie prezes wpłynęło na cenę spółki, jest reakcja rynku. Akcje PGNiG po informacji o dymisji potaniały o blisko 2 procent.

Co może grozić premierowi za nieuprawnione przekazanie wiadomości o odwołaniu Piotrowskiej-Oliwy? W najgorszym dla premiera scenariuszu – zgodnie z ustawą o obrocie instrumentami finansowymi – kto wbrew zakazowi ujawnia informację poufną, podlega grzywnie do 2 milionów złotych albo karze pozbawienia wolności do lat 3, albo obu tym karom łącznie.

Rykoszetem może się to odbić również na spółce. – Firmę do odpowiedzialności może pociągnąć giełda, na przykład zawiesić obrót akcjami. Oprócz tego KNF może złożyć wniosek o zawieszenie akcjami spółki i wszcząć postępowanie wobec osoby, która poinformowała wcześniej, albo wobec spółki, jeśli nie dokonała staranności i nie dotrzymała terminów – powiedział Kamil Adamiec.

Sam premier nie poczuwa się do winy. Podkreślił też, że informację o dymisjach podały wcześniej media. – Nie sądzę, żeby ktoś z tego tytułu poniósł najmniejszą stratę – powiedział.

Za: money.pl

za pomocą Za co Tuskowi grożą 2 lata więzienia? Za paplanie – Najwyższy Czas!.

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

…Jeden kretyn rzuca się jak pies na OFE powodując nerwowe reakcje na giełdach i straty na zgromadzonych w OFE środkach a drugi polityk PO kłapie jak idiota w kwestii personalnej konkretnej spółki giełdowej. To jakaś plaga niekompetencji, żeby nie powiedziec dosadniej… Warto przypomniec wyskok na Twiterze Pana Sikorskiego również dotyczący PGNiG a dokładniej nowego kontraktu gazowego (słynnej obniżki ceny gazu)… Nie wspominając sławetnej zapowiedzi opodatkowania kopalin z pamiętną reakcją na notowaniach giełdowych polskiego „miedziaka” KGHMu. Na ludziach którzy mają dostęp do takich informacji wcześniej niż reszta „zainteresowanych” (posiadaczy akcji) ciąży dośc poważny obowiązek komunikowania w określonej formie z wiadomych powodów… Jak widac są równi i równiejsi… To jakaś paranoja a Pan Tusk jest idiotą jeżeli tego nie rozumie a jeszcze się obrusza i śmie pouczac ludzi którzy się na tym znają… Niestety! Bezkarnośc rozzuchwala.

…Odys

podobne: Sikorski “człowiek akcji” na szefa dyplomacji UE, za to że groził “euromajdanowi”

i tu: “Tusku kur…. zrób coś!” czyli… służby spuszczone ze smyczy i walka z “mową nienawiści”