Kiedy koniec II wojny? czyli… amerykańscy żołnierze w Polsce i Europie Środkowo Wschodniej. Wasalizacja, pożyteczni idioci i slalom między folkslistami. Sens dyslokacji wojsk z daleka od wschodnich rubieży. Zaniedbany kierunek – Białoruś.


rys. Jerzy Wasiukiewicz

5.11.2016, Warszawa

Na szczycie NATO w Warszawie w lipcu 2016 r. ustalono, że Sojusz wyśle do Polski i państw bałtyckich cztery wielonarodowe batalionowe grupy bojowe. Większość żołnierzy batalionu, który przyjedzie do Polski, ma pochodzić z USA. Dodatkowo Stany Zjednoczone zapowiedziały, że wyślą do Europy Środkowo-Wschodniej – w ramach współpracy dwustronnej – brygadę pancerną i pododdział śmigłowców. Brygada przez większość czasu mają znajdować się w Polsce, ale będą też ćwiczyć w innych państwach wschodniej flanki NATO.

Do tej pory oficjalnie poinformowano, że batalion będzie stacjonował w Orzyszu i sąsiednim Bemowie Piskim (Warmińsko-Mazurskie) oraz że przybędzie do Polski w kwietniu 2017 r. Brygadowa Grupa Bojowa (ang. Armored Brigade Combat Team, ABCT) miała natomiast trafić do zachodniej Polski, nie podawano jednak konkretnych garnizonów. Jak mówił szef MON Antoni Macierewicz, amerykańska brygada przybędzie do Polski w styczniu 2017 r. Z kolei szef Pentagonu Ash Carter mówił o lutym 2017 r.

„W styczniu 2017 r. do Polski zostaną przerzucone pododdziały i sprzęt ABCT. W początkowym okresie zostanie ona rozlokowana na obszarze zachodniej Polski, pomiędzy Drawskiem Pomorskim, a Żaganiem. Następnie część z jej elementów zostanie rozmieszczona w innych miejscach rejonu wschodniej flanki NATO. Sukcesywnie pewne elementy ABCT zostaną rozlokowane także w kilku innych lokalizacjach. W ramach pierwszej rotacji dowództwo brygady oraz bataliony inżynieryjny i wsparcia, 3 Batalion 29 Pułku Artylerii i 4 Batalion 10 Pułku Kawalerii będą stacjonowały w obiektach wojskowych w Żaganiu, Świętoszowie, Skwierzynie i Bolesławcu” – poinformowało w sobotę MON w komunikacie.

Resort potwierdził, że batalionowa grupa bojowa zostanie rozmieszczona w Orzyszu w kwietniu. Z kolei w marcu do Polski mają przybyć „wydzielone siły” wyposażonej w śmigłowce brygady lotnictwa bojowego sił lądowych USA.

Jak podano w komunikacie MON, batalion NATO będzie współdziałał m.in. z 15 Brygadą Zmechanizowaną w Giżycku (jeden z jej batalionów stacjonuje w Orzyszu). W październiku Carter powiedział, że amerykański batalion będzie „pod taktyczną kontrolą” polskiej brygady.

„Szczegóły przerzutu i pobytu sił Stanów Zjednoczonych w Polsce są uzgadniane od dłuższego czasu. Wszystko jest na dobrej drodze ku realizacji. Trwa proces koordynacji i przygotowań przerzutu wojsk amerykańskich do Polski. Jednocześnie trwają konsultacje odnośnie możliwości lokalizacji dodatkowych miejsc składowania sprzętu (APS)” – podało MON w komunikacie.

Żołnierze batalionowych grup bojowych będą co kilka miesięcy podlegali rotacji. Oddziały te będą wielonarodowe, ale w każdym będzie tzw. państwo ramowe, czyli odpowiedzialne za wystawienie większości sił i dowodzenie całością. W Polsce państwem ramowym będą Stany Zjednoczone, na Litwie – Niemcy, na Łotwie – Kanada, a w Estonii – Wielka Brytania.

Prócz Amerykanów w skład batalionu w Polsce będą wchodzili żołnierze z Rumunii i Wielkiej Brytanii. Polska z kolei wyśle żołnierzy do batalionu na Łotwie oraz pododdział do Rumunii (NATO wzmacnia swoją obecność wojskową nie tylko w Polsce i krajach bałtyckich, lecz także na flance południowo-wschodniej).

Trzon batalionu w Polsce będą stanowili żołnierze 2 Pułku Kawalerii USA, który na co dzień stacjonuje w Niemczech. Jak mówił w październiku Carter, do Polski przyjedzie ok. 900 żołnierzy, w tym elementy dowództwa, trzy kompanie manewrowe wyposażone w kołowe transportery opancerzone Stryker, bateria artylerii oraz pododdziały przeciwczołgowe, saperskie i inżynieryjne. Z kolei sobotni komunikat MON mówi o ponad 800 amerykańskich żołnierzach.

Koordynacją działań batalionów będzie się zajmować wielonarodowe dowództwo dywizji w Elblągu. Obecnie znajduje się tam dowództwo 16 Dywizji Zmechanizowanej.

Według komunikatu MON amerykańska Pancerna Brygadowa Grupa Bojowa (ABCT) będzie liczyła ok. 4 tys. żołnierzy. Oddziały z USA będą miały rotacje co dziewięć miesięcy. Jako pierwsza przyjedzie do Polski 3 Pancerna Brygadowa Grupa Bojowa z 4 Dywizji Piechoty. Oddział stacjonuje na co dzień w Fort Carson w stanie Kolorado.

Pod koniec października Carter poinformował, że pierwsze ćwiczenia brygada będzie miała w Polsce. Następnie jej pododdziały wielkości kompanii zostaną wysłane do Bułgarii, Rumunii i państw bałtyckich. Kompanie pozostaną w państwach bałtyckich dopóki nie przyjadą do nich wielonarodowe bataliony NATO, o których rozmieszczeniu Sojusz zdecydował na szczycie w Warszawie w lipcu.

Według Cartera w czerwcu brygada przeprowadzi ćwiczenia pod kryptonimem Saber Strike w Polsce i państwach bałtyckich. W lipcu przemieści się znów do Bułgarii i Rumunii na ćwiczenia Swift Response i Saber Guardian, podczas których kompania czołgów zostanie wysłana na drugą stronę Morza Czarnego – na ćwiczenia Nobel Partner w Gruzji. Rafał Lesiecki (PAP)

5.01.2017, Londyn (PAP/Media)

– Na Litwie, Łotwie i w Estonii zostało rozmieszczonych kilkudziesięciu żołnierzy sił specjalnych USA – podały w czwartek brytyjskie media. „Independent” pisze, że ich zadaniem ma być szkolenie miejscowych wojsk a także udział w działalności wywiadowczej CIA.
Zdaniem „Independenta”, siły specjalne USA zostały rozmieszczone w ostatnich miesiącach przy granicy z Rosją w ramach „trwałej” obecności amerykańskich wojsk w krajach bałtyckich.

Rozmieszczenie potwierdził cytowany wcześniej przez dziennik „New York Times” szef amerykańskiego dowództwa operacji specjalnych generał Raymond Thomas, który powiedział, że kraje bałtyckie desperacko poszukują pomocy USA w powstrzymaniu potencjalnej rosyjskiej agresji. „Są na śmierć przerażeni Rosją i wcale tego nie kryją” – dodał.

…”Independent” podkreśla, że rozmieszczenie żołnierzy pozwala stronie amerykańskiej monitorować działania Rosji w obawie przed dalszą destabilizacją po aneksji przez nią ukraińskiego Krymu w 2014 roku. Jest to także wyraźny sygnał pod adresem Rosji. „Czy Rosjanie wiedzą, że tam jesteśmy? – powiedział w +NYT+ generał Thomas. – Tak”…. (PAP) kot/ ap/

14.01.2017, Żagań (PAP)

Amerykańskie siły w regionie wzmocni też 10 Brygada Lotnictwa Bojowego, która w lutym rozpocznie przebazowanie z Fort Drum w stanie Nowy Jork. Przywiezie ok. 10 ciężkich śmigłowców transportowych Chinook, 50 Black Hawków i ok. 1,8 tys. żołnierzy. Do brygady dołączy batalion z Fort Bliss z południowego zachodu USA, z ok. 400 ludźmi i 24 śmigłowcami bojowymi Apache.

Dowództwo brygady lotniczej będzie się mieścić w bawarskim Illesheim, a wysunięte bazy śmigłowców znajdą się na Łotwie, w Rumunii i Polsce, w Powidzu (Wielkopolskie).

Po pierwszych ćwiczeniach w Polsce i rozlokowaniu pododdziałów w Bułgarii, Rumunii i krajach bałtyckich, amerykańskie kompanie pozostaną tam dopóty, dopóki na miejsce nie przybędą wielonarodowe bataliony NATO.

Sojusznicze wzmocnienie regionu, potwierdzone na warszawskim szczycie NATO, zakłada, że od kwietnia w Polsce i regionie ma być obecna także wielonarodowa batalionowa grupa bojowa, podlegająca dowództwu NATO. Jej siły mają być umieszczone głównie w Orzyszu i pobliskim Bemowie Piskim. Trzonem wielonarodowej jednostki będzie ok. 800 żołnierzy z ok. 70 wozami Stryker z amerykańskiego batalionu kawalerii pancernej, stacjonującego na co dzień w bawarskim Vilseck (PAP) mmd/ jbp/

podobne: USA wzmocnią siły lądowe i morskie w krajach na wschodzie NATO oraz: Po szczycie NATO: „Bazy” rotacyjne („szpica”?) w Polsce. Korpus NATO w Szczecinie podnosi gotowość bojową. USA organizuje zrzutkę na Irak, Afganistan i Ukrainę (manewry na zach. Ukrainy). Merkel: umowa NATO z Rosją wciąż obowiązuje. Rosja: reakcja na szczyt, manewry wojsk rakietowych, baza wojskowa w Arktyce.

13.01.2017, Wilno (PAP) – Rozlokowanie czołgów USA w Europie Środkowej i Wschodniej to proporcjonalna odpowiedź na agresywne działania Rosji wobec państw bałtyckich i całego NATO – powiedziała przebywająca na Litwie zastępczyni sekretarza generalnego Sojuszu Rose Gottemoeller.
„Działania Rosji w ciągu ostatnich lat jak zajęcie Krymu, wzmacnianie potencjału wojskowego na zachodzie wzbudzają nasze zaniepokojenie” – powiedziała w piątek Gottemoeller w wywiadzie dla agencji prasowej BNS.

Zaznaczyła zarazem, że „NATO nie widzi bezpośredniej groźby rosyjskiej inwazji na terytorium Sojuszu Północnoatlantyckiego”. „W ostatnich latach NATO wiele zrobiło wzmacniając obronę przed wszystkim, co mogłoby zagrażać Sojuszowi” – powiedziała Gottemoeller.

Wskazała również, że „w naszym interesie jest też utrzymanie dialogu z Rosją w celu pozyskiwania informacji”. „Utrzymaniem dialogu są zainteresowane obie strony – powiedziała Gottemoeller. – Rosjanie mówią, że ich niepokój wzbudza to, co robi NATO. Dlatego też powinniśmy mieć możliwość informowania się nawzajem”.

„Nikt nie jest zainteresowany, by kryzys przerósł w konflikt” – podkreśliła.

Minister spraw zagranicznych Litwy Linas Linkeviczius podczas piątkowej konferencji prasowej, która zakończyła dwudniowe nieformalne spotkanie ekspertów ds. bezpieczeństwa, mówiąc o dialogu z Rosja wskazał, że „nie powinien on być jedynie +zasłoną dymną+ dla bezczynności”. „Czasami takie ceremonialne spotkania stwarzają wrażenie, że odbywa się jakiś dialog, nawet współpraca, a w rzeczywistości nic się nie dzieje – powiedział Linkeviczius. Podkreślał, że „taka sytuacja jest nie do przyjęcia i byłaby złą praktyką”.

Szef litewskiego MSZ oczekuje, że w rozmowie z Rosją „zostaną zachowane zasadnicze wartości” i że „nie będzie podziału na jakieś strefy interesów”.

W piątek w Trokach koło Wilna zakończyło się dwudniowe nieformalne spotkanie ekspertów ds. polityki bezpieczeństwa „Snow Meeting”. W tegorocznym, dziesiątym już spotkaniu, wzięło udział ponad 100 polityków i ekspertów z krajów UE i NATO, m.in. sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP Krzysztof Szczerski. Z Wilna Aleksandra Akińczo (PAP)

podobne: Szwedzi i polski karabinek. Poparcie dla powszechnej służby wojskowej, tylko 1/3 gotowa jest bronić kraju. Palikot: zwiększanie wydatków na wojsko nic nie da. Obecność amerykańskich żołnierzy w Polsce. Litwa przywraca zasadniczą służbę wojskową. Zachód zaczyna szkolić ukraińskich żołnierzy. Rosja odwołuje alarm bojowy. oraz: Ukraina dąży do NATO, armia nie skorzysta z korytarzy humanitarnych. „Siły pokojowe” OUBZ kontra „siły szybkiego reagowania” NATO. Finowie i Szwedzi w gotowości bojowej, Norwegia i magazyny broni USA

No i powstał problem… Taki że natychmiast przybrały na sile pełzające do tej pory gdzieś w odmętach szaleństwa internetu głosy oburzenia piętnujące „podległość” i „wasalizację” Polski (jakbyśmy do tej pory byli niepodlegli i samorządni) nawiązujące bez umiaru do czasów kiedy to stacjonowała u nas Armia Czerwona. Największa krytyka płynie oczywiście ze strony ludzi zatroskanych o nasze złe stosunki z Rosją, tj. z państwem którego przywódca otwarcie nawiązuje (Rosyjska „durnoj sintez”) do upadłego imperium radzieckiego zwiększając od lat militarny potencjał („Chcesz miec pokój? Gotuj się do wojny!”, czyli – Na co gotuje się Rosja?), które swojego czasu gnębiło i okupowało „bratnie narody” od Bałtyku po Morze Czarne – w tym własnie Polskę. Nie wspominając o tym jak „pokojowo i przyjaźnie” zaprezentowało się w ostatnich latach na bratniej (podobno) Ukrainie (Krymie i w Donbasie), a wcześniej w Gruzji. Jeśli tak ma wyglądać ta cała „słowiańszczyzna” to ja dziękuję.

Rozumiem że krytyków amerykańskiej obecności w Polsce interesuje nasza niezależność (bez żadnych obcych wojsk), bo mnie też to interesuje. Nie zamierzam jednak latać z banerami czy miotłą za amerykańskimi żołnierzami stacjonującymi w Polsce. Chciałbym też dać pod rozwagę następujący problem – Polska nie istnieje w próżni, i to nie my kazaliśmy Putinowi się zbroić i napadać sąsiednie kraje. Nie rozumiem w związku z tym po co tylu Polaków rezonuje pro rosyjską propagandą, która stara się nas przekonać że obecność jakiejś brygady na naszym terenie (a nie Rosji) to prowokacja, i  że to uniemożliwia jakiekolwiek porozumienie. W jaki niby sposób „okupacja” Polski przez jakąś brygadę psuje/kasuje nam taką możliwość? Jeśli Rosja chce z nami pokojowych układów to nic nie stoi na przeszkodzie żeby się w ten sposób zachowywać, bo to w końcu nie Rosja jest „okupowana”. Tymczasem od dość dawna trwa straszenie Polski, że jak zaczniemy się zbroić to Moskwa „odpowie stosownie do zagrożenia”. Jeśli chcesz mieć Putinie wpływ na politykę obronną sąsiedniego kraju pod groźbą użycia rakiet i wojska, to się nie dziw że sąsiad ów ze strachu szuka wsparcia i reakcji u sojuszników. Ocieplenie relacji zależy więc przede wszystkim od Rosji, bo jest to kraj od Polski silniejszy i tę siłę demonstrujący. Putin doskonale wie co konkretnie mogłoby Polaków do Rosji przekonać i uspokoić. Pytanie czemu tego nie robi, i jakim prawem uważa że Polska nie może prowadzić samodzielnej polityki obronnej (NATO: szpica rośnie, więcej wojsk na wschodzie Europy, litewsko-polsko-ukraińska brygada w Lublinie, Moskwa zdziwiona. „Świdnik” centrum produkcji śmigłowca AW149 na cały świat)… (Odys)

„…należy uznać, że o wiele lepsza jest sytuacja, gdy w Polsce stacjonują wojska amerykańskie, niż gdyby były to wojska rosyjskie (choć najlepsza byłaby sytuacja, gdyby nie stacjonowały żadne wojska).

…ktoś „sprytny” zauważył, że amerykańskie wojsko zostanie dyslokowane głównie w zachodnich obszarach Polski. Nie omieszkał nawet stwierdzić, że Amerykanie przybyli „bronić Niemiec” zamiast Polski.

Problem polega na tym, że Amerykanie nie przybyli tu nikogo aktywnie „bronić”. Ich obecność jest zaledwie pokazową manifestacją obecności USA w tym regionie świata i formą sygnału dla Władymira Putina i jego kliki móiącego: „Biały Dom nie zamierza rezygnować ze strefy wpływów w Europie”. Tylko tyle i aż tyle.

Po drugie zaś, każdy, kto choć odrobinę zna się na wojskowości, zrozumie, że terytorium Polski to niesłychanie płytki obszar operacyjny. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie próbował bronić go przy samej granicy, ryzykując natychmiastowe zniszczenie w pierwszym ataku, lub okrążenie i odcięcie związków taktycznych od zaplecza logistycznego.

Ewentualna obrona tak płytkiego terytorium musi polegać na rozpoznaniu kierunków natarcia przeciwnika na przedpole i skierowaniu tam związków taktycznych znajdujących się na bezpiecznej głębokości „frontu”. Więc nawet, gdyby Amerykanie zgromadzili nie jedną, ale 10 ABCT w Polsce, nie dyslokowaliby ich do Suwałk i Lublina.

Jednak niektórzy Polacy zdają się wciąż, mimo nauczki z roku 1939 sądzić, że wojna obronna polega na obwarowaniu każdego metra granicy” (źródło: Wasalizacja?)

…jeśli więc chcemy się w ten sposób bronić, to sami powinniśmy o to zadbać uzbrajając i szkoląc swoich obywateli – w pierwszej kolejności zamieszkujących tereny przygraniczne. Czemu przez te ponad ćwierćwiecze „wolnej” Polski tego nie zrobiono? Czemu kraj mający tak przykre doświadczenia z sąsiadującymi państwami do tej pory jest rozbrojony? Przez ten czas wyrosły już niemal dwa pokolenia młodych ludzi a my nie dorobiliśmy się własnej armii zdolnej nie tyle do rozbicia, co choćby do zniechęcenia agresora ze względu na potencjalne straty jakie mógłby ponieść próbując okupować przeszkolonych i uzbrojonych po zęby kilkadziesiąt milionów ludzi.

Kuriozalna zatem jest sytuacja kiedy w świetle tych zaniedbań i braków, niektórzy odmawiają Polsce prawa nawet do tego niewielkiego kontyngentu (bądź co bądź sojuszniczych wojsk), który daje taką szansę (z racji potencjału jaki za nim stoi). Pomijam z niesmakiem brednie o tym że tych kilka tysięcy żołnierzy przyjechało rzekomo okupować Polskę. Zwłaszcza że ich obecność jest tymczasowa, a miejsce dyslokacji powszechnie znane… Sugerowanie zatem że jest to korpus ekspedycyjny który ma zaatakować Rosję jest naprawdę godne politowania… Podobnie jak teza że Putin ma prawo czuć się sprowokowany, i „żebyśmy się nie zdziwili” kiedy „prewencyjnie” uderzy. I to mówią zadeklarowani patrioci tłumacząc ewentualną AGRESJĘ na własny kraj. Tymczasem jak widać Putin nie uderzył, ale sam z prowokacji nie zrezygnował, co i rusz naruszając przestrzeń powietrzną państw sąsiadujących, i co jakiś czas ogłaszając dla armii jak nie stan podwyższonej gotowości bojowej to manewry – gdzie ćwiczy się warianty zaczepne, nie wspominając o wycelowaniu w Polskę rakiet Iskander i zapowiedzi dozbrojenia tego potencjału… (Odys)

podobne: Putin: Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród (tymczasem Ukraina ponownie prosi o siły pokojowe). Norweski wywiad o rosyjskiej aktywności. Rosyjska armia na poligonach od Kaliningradu po Sachalin. Polska zaniepokojona Iskanderami, potrzebna twarda infrastruktura NATO i zmiana koncepcji obrony (w odpowiedzi na doktrynę rosyjską). O roli Niemiec w polityce wschodniej (dodatkowe miliardy na armię) oraz: Ukraina: Poważne naruszenie rozejmu i ustawa o specjalnym statusie Donbasu. Manewry NATO na Ukrainie, Moskwa dozbroi Krym. Rosyjskie służby w parlamencie Tatarów krymskich. Naddniestrze: zaniepokojenie w Mołdawii, Białorusi i Kazachstanie

Kluczowe znaczenie przy ocenie prawdopodobieństwa wybuchu wojny mają: wysoka gotowość bojowa armii rosyjskiej, która regularnie od dwóch lat bierze udział w kolejnych manewrach oraz skłonność kierownictwa na Kremlu (różniąca skądinąd obecne władze Rosji od władz sowieckich) do działań o wysokim stopniu ryzyka. Wysoki stopień gotowości bojowej armii rosyjskiej oznacza, że Moskwa może zaskoczyć NATO nagłą operacją zaczepną… 

…Gros sił tak naszych, jak i naszych sojuszników stacjonować będzie na zachodnim brzegu Wisły. Powyższe ma – wbrew pozorom – sens, gdyż celem takiego, a nie innego rozmieszczenia sprzętu jest uniknięcie sytuacji, gdy najcenniejsze siły znalazłyby się w kotle, który Rosjanie stworzyliby uderzając z dwóch kierunków, tj. z Białorusi i Obwodu Kaliningradzkiego (OK)…. 

W scenariuszu ew. wojny z naszym udziałem rosyjski system A2/AD oznaczałby, iż Kreml – na początku konfliktu zbrojnego – mógłby za pomocą systemów S-300, S-400 i innych uniemożliwić lub zasadniczo utrudnić działania NATO’wskiego lotnictwa, którego rolą byłoby zwalczanie sił rosyjskich oraz wzmacnianie i przerzut dod. sił dla ew. znajdujących się w kotle sił NATO. Rozmieszczenie większości sił na wschód od linii Wisły bez możliwości – na początku konfliktu – wsparcia ich z powietrza oznaczałoby zatem tyle, co skazanie ich na klęskę. Dyslokacja sił z dala od ew. linii frontu to tym samym logiczne założenie operacyjne, w ramach którego pozwala się Rosjanom rozwinąć operacyjnie z dala od ich zaplecza i poza zasięgiem A2/AD. Unieszkodliwienie potencjału A2/AD jest skądinąd – przy pomocy broni precyzyjnej – możliwe, ale zajmie min. kilka dni. Kluczowe jest, by w tym czasie nie wykrwawić własnych sił. Do kontruderzenia sił NATO na Rosjan doszłoby zatem, ale dopiero po zneutralizowaniu najcenniejszych rosyjskich systemów ofensywnych…

logiczne jest tworzenie jednostek OT, z tym zastrzeżeniem, że muszą być to profesjonalnie wyszkolone siły, a nie kiepsko wyszkolone pospolite ruszenie. Nielogiczne byłoby natomiast przerzucanie znacznych sił na wschód. W tym kontekście krytykuje się np. decyzję o zmianie dyslokacji czołgów Leopard będących na wyposażeniu naszych Sił Lądowych do Wesołej pod Warszawą. Zapomina się jednak, że mowa jest o zaledwie jednym batalionie czołgów i że ew. rosyjska ofensywa nie może nie napotkać żadnego oporu aż do linii Wisły…

Nie da się ukryć, że Polska nie jest tak bezpieczna jak była jeszcze kilka lat temu, gdy taki tekst jak powyższy budziłby jedynie wzruszenie ramion. Zagrożenia są poważne, ale z drugiej strony prawdopodobieństwo wojny nie jest wysokie…” (Witold Jurasz całość tu: Wojska USA w Polsce. Dyslokacja z dala od wschodnich rubieży ma sens)

podobne: Większe wpływy Rosji na Ukrainie dzięki Niemcom i Francji. Sikorski: UE odeszła od wspólnej polityki zagranicznej. Duda o bezpieczeństwie a Niemcy o niebezpieczeństwie polskiej racji stanu (Polska strefą buforową). OAS i NATO dwóch prędkości oraz: Polska: ćwiczenia z udziałem „Patriotów”, manewry w rejonie Bałtyku, program Wisła (przeciwrakietowy parasol za kilka lat). Rosja: odpowiedź na zbrojenia Polski (Czy Polsce grozi agresja?) Wypowiedzenie traktatu o siłach konwencjonalnych. Broń nuklearna na Krymie? Ćwiczenia pod Stawropolem. Miller o armii europejskiej. Ukraina: Poroszenko o stratach i nowej granicy, pomoc wojskowa z USA. Irak: armia odbija Tikrit

„…po 12 września 1990 roku, kiedy w Moskwie został podpisany traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec, potocznie zwany „traktatem 2 plus 4”, Niemcy stały się wyznawcami politycznej doktryny, która można nazwać „europeizacją Europy”. Polega ona na delikatnym – bo tu na żadne gwałtowne ruchu nie ma na razie miejsca – ale cierpliwym i metodycznym wypychaniu Stanów Zjednoczonych z europejskiej polityki, zwłaszcza z kierowniczej roli. Niemcy bowiem, jako państwo poważne (bo państwa, jak wiadomo, dzielą się na poważne i pozostałe), nie zapominają, że na skutek dwukrotnego wtrącenia się Stanów Zjednoczonych do europejskiej polityki, przegrały dwie wojny, które przecież mogły wygrać. Nawróciły się też na linię polityczną kanclerza Bismarcka, która polega na tym, że Niemcy kierują Europą w porozumieniu z Rosją. Zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia jest strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, wyznaczające ramy europejskiej polityki. Oczywiście USA wcale nie zamierzają poddawać się doktrynie „europeizacji Europy”. Prezydent Obama, który najpierw, „przekonany” przez izraelskiego prezydenta Szymona Peresa, wycofał Stany Zjednoczone z aktywnej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej, co doprowadziło do proklamowania 20 listopada 2010 roku w Lizbonie strategicznego partnerstwa NATO-Rosja, czyli ustanowienia politycznego porządku lizbońskiego, w 2013 roku przywrócił aktywną politykę amerykańską w tej części Europy i zapalając zielone światło dla politycznego przewrotu na Ukrainie, wysadził porządek lizboński w powietrze. W takiej sytuacji również Rosja skorzystała z okazji, by załatwić niektóre swoje sprawy, co zirytowanego prezydenta Obamę skłoniło do prób montowania antyrosyjskiej krucjaty w Europie. Taka krucjata bez udziału Niemiec byłaby własną karykaturą – więc w Niemczech pojawiły się wątpliwości, czy przeczekać prezydenta Obamę i trzymać się strategicznego partnerstwa z Rosją, czy też machnąć na nie ręką i przyłączyć się do krucjaty. Myślę, że argumentem, który mógłby być dla Niemców decydujący, mogłaby być obietnica amerykańskiej zgody na rewizję postanowień konferencji w Poczdamie odnośnie tzw. „ziem utraconych”. Konferencja ta nadała tym obszarom status tymczasowy – odsyłając do traktatu pokojowego, którego Niemcy z Polską nie zawarły, chociaż w traktacie „2 plus 4” zrzekły się roszczeń terytorialnych wobec innych krajów i w wykonaniu jego postanowień 14 listopada 1990 roku podpisały z Polską traktat graniczny. Można by zatem uznać, że przynajmniej w tym zakresie II wojna światowa zakończyła się w listopadzie 1990 roku – ale czy to można być do końca tego pewnym? W stosunkach międzynarodowych bardzo popularna, o ile nie obowiązująca jest klauzula rebus sic stantibus. Zasadę tę opisuje art. 62 konwencji wiedeńskiej w prawie traktatów z 1969 roku, która weszła w życie w roku 1980. W tej klauzuli chodzi o to, że zawarty traktat można wypowiedzieć, jeśli sprawy przybrały inny obrót, niż w w momencie zawierania traktatu. Znakomitym przykładem zastosowania tej klauzuli są traktaty zawierane przez rząd USA z Indianami. Wprawdzie wspomina się tam, że uzgodnione ustalenia będą obowiązywały, „dopóki trawa będzie rosła, a rzeki płynęły” – ale kiedy sprawy przybierały inny obrót, to wszystko wyglądało całkiem inaczej, chociaż co do trawy i rzek nic się nie zmieniło. Ale bo też te sprawy, podobnie jak pory roku, nie zależą od rządów, podczas gdy wszystkie inne – niestety tak. W rezultacie trudno ustalić datę zakończenia II wojny, zwłaszcza, że porządek lizboński też został wysadzony w powietrze.” (Stanisław Michalkiewicz – Prawdziwy koniec II wojny)

podobne: Rola Polski w strategii USA (miejsce w szeregu). Jak z przedmiotu stać się podmiotem polityki międzynarodowej. (Nie)aktualność idei jagiellońskiej i to: Michalkiewicz i Braun: Quo vadis Polsko? Sny o potędze RP kontra przekleństwo georealizmu. „Stary Nowy Porządek” czyli Zdrada w Monachium  polecam również: Niech w końcu Niemcy wystękają dlaczego nie chcą twardej infrastruktury NATO w Polsce. Czy Obama i Putin uzgodnią nowy reset?

„…żeby być w polityce międzynarodowej partnerem, rząd musi panować przynajmniej nad własnym państwem. W przypadku Polski tak nie jest, a ponieważ każdy to widzi, Polska jest rozgrywana na zasadzie divide et impera. Ale nie na tym polega specyfika Volkslisty rosyjskiej. Ta specyfika polega na rosyjskich oczekiwaniach wobec Polski – że mianowicie zaakceptuje ona bez zastrzeżeń status „bliskiej zagranicy”. To bywa rozmaicie nazywane w zależności od sezonu; raz to jest „słowiańszczyzna”, innym razem – „bratnia wspólnota socjalistyczna”, a teraz nawet jako „obrona cywilizacji” – ale za każdym razem, od XVIII wieku, chodzi o to samo. Różnica jest taka, że Rosja raz przyciska nas do swego serduszka mocniej, a innym razem – słabiej. Jak przyciska nas mocno, to nie możemy nawet złapać oddechu, a jak słabiej, to niektórym nawet wydaje się, że są wolni. Ryzyko polega na tym, że nigdy nie wiemy, jak to będzie, bo też nie od nas to będzie zależało, tylko od tego, kto akurat stanie na czele Rosji. Tłumaczyłem to w roku 1996 delegacji Dumy rosyjskiej, która akurat bawiła w Warszawie. Jeden z deputowanych był ciekaw, dlaczego Polska chce przyłączyć się do NATO. Powiedziałem, że – po pierwsze – tylko NATO przewiduje obecność amerykańskiego wojska na terenie Niemiec. Dopóki to wojsko tam jest, to mamy coś w rodzaju gwarancji, że Niemcy nie zrobią niczego okropnego. Jeśli pewnego dnia amerykańskie wojsko z Niemiec zniknie, to być może Niemcy i wtedy nie zrobią niczego okropnego, ale już żadnej gwarancji nie będziemy mieli. Po drugie – chcielibyśmy zachować niepodległość i albo nam się to uda, albo nie. Może bowiem nam się to nie udać, bo coś okropnego zrobi Rosja. To nie musi być zaraz tragedia, chociaż oczywiście wolelibyśmy utrzymać niepodległość. Gdyby – powiedziałem – w Rosji panowała rynkowa gospodarka i liberalne prawo, gdyby Rosja nie próbowała przerabiać nas ani na „ludzi sowieckich”, ani na jakichś „Słowian”, gdyby na czele Rosji stał ktoś taki, jak Sergiusz Witte, albo Piotr Stołypin, to jakoś byśmy to wytrzymali. Gdyby jednak na czele Rosji znowu stanął ktoś taki, jak Józef Stalin, to – powiedziałem – wy sami najlepiej wiecie, że trzeba uciekać od was jak najdalej. Więc na wszelki wypadek chcemy przyłączyć się do NATO, żeby w razie czego mieć gdzie uciekać.

Jak z tego wynika, za przynależnością do NATO , czyli za Volkslistą amerykańską, przemawiają pewne argumenty, które byłyby jeszcze mocniejsze, gdyby Polska mogła uzyskiwać korzyści z przynależności do Paktu, do którego wnosi ważny aport. Przyczyny niemożności uzyskiwania tych korzyści leżą po stronie polskiej, a nie po stronie NATO i te przyczyny Polska powinna wyeliminować. W przeciwnym razie państwo nasze będzie wodzone za nos już nawet nie przez Niemcy, ale nawet przez Ukrainę, która znakomicie opanowała sztukę obcinania kuponów od prezentowania się w charakterze państwa specjalnej troski, no a przede wszystkim woli namawiać się z Niemcami, niż z rządem w Warszawie który nie wiadomo, czy panuje nawet nad swoimi sekretarkami. Jest to szczególnie ważne teraz, kiedy Niemcy wykorzystują pretekst Brexitu, by przywracać w Unii pruską dyscyplinę, a zapowiedzi tworzenia unijnych sił szybkiego reagowania i marynarki wojennej z rozbudowanymi dowództwami oraz „międzynarodowej” straży granicznej budzą podejrzenia, że USA próbując skaptować Niemcy do antyrosyjskiej krucjaty, mogą pozwolić na budowę europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, czyli na uwolnienie Bundeswehry spod amerykańskiej kurateli. L’appetit vient en mangeant, co się wykłada, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc nie jest wykluczone, że Niemcy spróbują załatwić jeszcze jedną sprawę, a mianowicie – amerykańską zgodę na rewizję postanowień konferencji w Poczdamie odnośnie „ziem utraconych”…” (Stanisław Michalkiewicz, całość tu: Slalom między Volkslistami)

podobne: Stanisław Michalkiewicz: „Kurde balans, miękną rury” czyli „mocni siłą naszych sojuszników”, „za wolność waszą” idziemy na wojnę i to: Międzymoże, czyli o wpuszczaniu Polski w kanał casus belli przez gigantomaniaków którzy nie panują nad własnym państwem

rys. Jerzy Wasiukiewicz

„…w stosunkach międzynarodowych występują dwie sprzeczne tendencje. Z jednej strony mamy dążenie państw do utrzymania własnej suwerenności, co skutkuje stanem anarchii w stosunkach międzynarodowych, a z drugiej – tendencję do przezwyciężania stanu anarchii poprzez porządkowanie tych stosunków, czy to poprzez tworzenie imperiów, czy to przez tworzenie międzynarodowych instytucji. I kiedy wydawało się, że w stosunkach międzynarodowych zaczyna dominować tendencja porządkująca, 21 kwietnia 2000 roku Prezydent Rosji W. Putin ogłosił doktrynę wojenną, w której zwracał uwagę na „marginalizację” ONZ i OBWE oraz podejmowanie operacji wojskowych bez upoważnienia Rady Bezpieczeństwa (chodziło o b. Jugosławię). Wkrótce nastąpił tak zwany „atak terrorystyczny” na Stany Zjednoczone, dzięki czemu ekipa tzw. „neokonserwatystów”, czyli Żydów, którzy z trockistów stali się konserwatywnymi marranami, podsunęła prezydentowi Bushowi doktrynę obronną, według której USA przyznały sobie prawo prewencyjnych uderzeń na państwa uznane przez nie za „zbójeckie”. Ta doktryna przekreśliła zarówno 3 jak i 8 zasadę Karty Atlantyckiej. Zasada 3 głosiła swobodę każdego państwa do wyboru własnej formy rządu, a zasada 8 wyrażała „wiarę”, że wszystkie państwa „będą musiały zgodzić się na wyrzeczenie się przemocy”. W rezultacie stosunki międzynarodowe ponownie zostały zdominowane przez stan anarchii, co zauważył nowy prezydent USA Donald Trump oświadczając, że będzie kierował się przede wszystkim interesem Ameryki.

Na deklarację Donalda Trumpa zareagował niezwłocznie Wiktor Orban oświadczając, że skoro Stany Zjednoczone zamierzają kierować się przede wszystkim własnym interesem, to Węgry będą robiły to samo w przekonaniu, że skoro takie postępowanie jest dobre dla USA, to musi być tak samo dobre dla Węgier. Nie jest wykluczone, że ma rację, chociaż warto zwrócić uwagę, że z uwagi na to, że – po pierwsze – USA mają rozmaite interesy w Europie Środkowo-Wschodniej i że – po drugie – będą próbowały je realizować bez względu na to, czy Węgrom będzie się to podobało, czy nie, więc – po trzecie – Węgry będą mogły skutecznie realizować własne interesy państwowe o tyle, o ile potrafią zharmonizować je z interesami amerykańskimi w tej części Europy. To nie jest niemożliwe, chociaż oczywiście będzie wymagało od Węgier pewnej elastyczności. Wszystko, co dotyczy Węgier, dotyczy również Polski, chociaż nie da się ukryć, że w odróżnieniu od Węgier, Polska nie wykazuje dostatecznej elastyczności. W jakim stopniu jest to skutkiem konieczności rywalizowania rządu o względy Naszego Najważniejszego Sojusznika ze starymi kiejkutami, które za napiwek podejmą się każdego łajdactwa, a w jakim – niechęci Jarosława Kaczyńskiego do Rosji, to sprawa osobna. Gdyby jednak udało się przekonać ekipę Donalda Trumpa, który najwyraźniej nie jest entuzjastą niemieckiej hegemonii w Europie, do koncepcji „heksagonale” – ale uzupełnionej i poprawionej, to znaczy – ze Stanami Zjednoczonymi jako protektorem – to wcale nie musielibyśmy aż tak bardzo martwić się powrotem do stanu anarchii w stosunkach międzynarodowych.” (Stanisław Michalkiewicz – O pożytkach z anarchii)

podobne: USA nakładają sankcje na Węgry za wspieranie Rosji! oraz: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom?

Pamiętajmy o tym że Poważne państwa nie mają w polityce zagranicznej ani stałych sojuszników, ani też stałych wrogów, tylko niezmienne interesy. Można się na nie gniewać, ale taka jest brutalna rzeczywistość. Jeśli chcemy być bezpieczni i wolni od bycia przedmiotem/pionkiem obcej/wrogiej polityki zagranicznej to sami musimy o to zadbać. Póki co sprawa naszej samodzielności nie przedstawia się najlepiej, o czym więcej tu: „SZ”: Niemcy kochają Rosjan, pogardzają Amerykanami. Szeremietiew: Niemcy, Rosja, czy… Polska?  oraz tu: Romuald Szeremietiew: Wiarygodność obrony i tu: Przemysław Karda: Rozbrojenie, czyli… Quo vadis Polska armio? a sam Optymizm nie zastąpi nam Polski.

Nie ma się więc co obrażać na obecność w Polsce wojsk amerykańskich, a już zupełnie bezcelowe jest dorabianie do tego faktu teorii spiskowej, tudzież pokrętnej „logiki” jakoby ta obecność była dla nas zagrożeniem, albo że psuje w sposób szczególny nasze interesy z Rosją czy (według nowego zarzutu) z Chinami. Trzeba bowiem spojrzeć realnie na te interesy, i na to co się z nimi wiąże, co można na dziś określić jako uzależnienie od rosyjskiego gazu, i póki co wielkie plany bycia rynkiem zbytu/przeładownią dla chińskich towarów. Obecność wojsk amerykańskich ani jednemu ani drugiemu nie zagraża. Teorie o tym że Chińczycy i Rosjanie ze względu na jakąś brygadę zrezygnują z robienia interesów w Polsce (albo że z tego powodu pójdą na wojnę z USA) jest równie naiwne jak to, że ich obecność w Polsce ma charakter czysto biznesowy. To że my chcemy mieć z tych kontaktów jakieś korzyści, nie ma też nic wspólnego z intencjami i celami obu państw (Jakóbik: Nowy Jedwabny Szlak z grą służb w tle). Niezrozumienie tej sytuacji można tłumaczyć tym, że albo ktoś nie zna realiów geopolityki, albo patrzy na nie przez romantyczno-idealistyczną wizję własną (a często podsuniętą propagandę), przez co ma zaburzone postrzeganie miejsca i siły Polski na arenie międzynarodowej (nie widzi tła – koncertu mocarstw) jest więc niepoprawnym marzycielem. Tych zaś którzy są zainteresowani podniecaniem obywateli „wasalizacją” czy „okupacją”, próbując stawiać relacje geopolityczne na ostrzu noża za pomocą przeinaczeń i chaosu informacyjnego należy się miano pożytecznego idioty, albo agenta wpływu jeśli pracuje na korzyść wrogiej Polsce propagandzie. Zwłaszcza jeśli taki ktoś stara się przekonać jak największą liczbę ludzi do tego, że nasze rozbrojenie jest najlepszą gwarancją pomyślności w dialogu, bo w ten sposób nikt obcy nie czuje się zagrożony (stara śpiewka jurgieltników jeszcze z czasów przedrozbiorowych I RP).

Tu pytanie do Putinolubów… Jeśli wierzycie w dobre intencje Prezydenta Rosji to czego się boicie? A jeśli się boicie gwałtownej reakcji ze strony Rosji to po co stręczycie Polakom ten kraj jako partnera, a jego przywódcę stawiacie za wzór męża stanu? Jeśli podobają się wam porządki w Rosji to w sumie powinniście się cieszyć z potencjalnego ataku, bo wreszcie będziecie mogli żyć w swoim wymarzonym świecie – pod prawdziwą okupacją i dyktaturą. Po co to udawanie że chodzi wam o dobro Polski i jej niezależność, skoro utożsamiacie się z Putinem i „słowiańszczyzną” to przyjmijcie na klatę konsekwencje takiego poddaństwa… Powinniście się cieszyć na okoliczność tego co zapowiedział pewien Sienkiewicz: “Nie będzie żadnego państwa polskiego. (…) Przyjdzie ktoś z zewnątrz i zarządzi tym burdelem”. Często powtarzacie że polskie władze pełne są ludzi którzy „bardziej nienawidzą Rosję niż kochają Polskę”, tymczasem sami zachowujecie się (pomimo doświadczeń komuny – a może właśnie dlatego) jak ludzie którzy bardziej niż kochają Polskę nienawidzą USA… (Odys)

„…sympatie prokomunistyczne wśród wysokich urzędników II RP – jest jej największą tajemnicą. Do dziś nie można wyjaśnić ilu było czerwonych kretów w urzędach i armii, a to z tego względu, żeby nie zniszczyć mitu odrodzonej po 120 latach niewoli Polski. Skąd oni się tam brali? No stąd, że ZSRR był, jest i jeszcze długo będzie dla wielu ludzi szalenie atrakcyjny intelektualnie, w przeciwieństwie do organizacji takich jak Kościół Katolicki. Dlaczego tak? Bo ZSRR dawał ludziom szansę na spełnienie ich marzeń. Oni tak to widzieli. Program komunistów był programem wielkiej budowy, która miała ulepszyć świat. A jak się komuś zawróci w głowie wizją, to on już się z tej hipnotycznej fazy nie wydobędzie nigdy. Będzie myślał już tylko o budowie wielkich miast na stepie, o piecach Magnitogorska i o tamach przegradzających rzeki Azji. Nie zrozumie, że komunizm to nie żadna budowa, ale piekło metodycznego zniszczenia wszystkiego dookoła. Nie zrozumie, bo komunizm jest atrakcyjny intelektualnie i stwarza złudzenia jakich nie może dać nikt, nawet Hollywood. Ono bowiem lansuje postawy indywidualne, komuniści zaś wprowadzają do mózgu złudzenie współdziałania w grupie, w której to uwiedziony intelektualnie urzędnik II RP widzi dla siebie miejsce przywódcze, albowiem wie, że dopiero tam docenią jego niezwykłe zdolności. Oczywiście, że docenią, a jak już je wykorzystają strzelą mu w łeb z bliskiej odległości, ale tej klauzuli akurat nie będzie w kontrakcie…” (coryllus – O atrakcyjności intelektualnej Polski i innych organizacji)

podobne: Informacja jako broń i cel ataku oraz krótki kurs czerwonej konspiracji czyli… postsowiecka spuścizna i skażenie Dzierżyńskim w polskich służbach. Kilka słów prawdy o IPN czyli „o największych tajemnicach ludzkości”

Wracając do realiów i właściwych proporcji – to nie Polska dyktuje warunki i kierunek działań Rosji, ale zmuszona jest reagować na jej politykę. Z racji tej PRZYCZYNY i naszej słabości jesteśmy niestety skazani na asystę takiego sojusznika który może skutecznie odstraszyć potencjalnego agresora. Nie chodzi tu o pewność obrony (tej nigdy mieć nie będziemy dopóki nie będziemy dysponować własnymi siłami) ale o niepewność wrogów, którzy z racji na fizyczną obecność USA w Polsce nie mają tego komfortu jaki mieli Hitler i Stalin kiedy napadali na nas w 39 r.

Nie chodzi też o to żeby spocząć na cudzych laurach i odtrąbić sukces, tak jak nie chodzi o to by wymachiwać cudzą szabelką i grozić Rosji wojną, bo Polska nie szuka wojny z nikim. To że próbujemy zadbać o własne bezpieczeństwo jest prostą i oczywistą reakcją na to że Rosja już od dawna wdrożyła i wydaje kupę forsy na modernizację i zwiększenie własnego potencjału wojennego. Na dodatek w przeciwieństwie do Polski wykazuje agresją wobec sąsiadów, oraz prowokacjami grożąc użyciem „wszelkich sił i środków” dla rzekomej „obrony” własnych interesów… jakby Polska stanowiła część Rosji (nie daje wam do myślenia takie stawianie sprawy Putinoluby?). Nie chodzi o to by kogoś napadać, ale żeby odstraszać potencjalnych agresorów, których na przestrzeni dziejów Polsce nigdy nie brakowało. Polecam wszystkim miłośnikom Putina żeby pojechali do Rosji i namówili tego człowieka żeby sam się rozbroił i nie straszył nikogo Iskanderami. Chce nas przekonać o swojej dobrej woli? Niech odda wrak TUtki i otworzy sowieckie archiwa. Tymczasem zalecam wszystkim podnieconym amerykańską obecnością w Polsce kilka głębokich wdechów i odwyk od bajek o dobrym i bezbronnym misiu z Rosji.

Tym którzy potraktują ten wpis jako pochwałę amerykańskiej w Polsce działalności, albo moją naiwną wiarę w szczerość i bezinteresowność ich intencji polecam lekturę: NATO-Rosja: manewry wojskowe i „renesans wrogości” (na pokaz?) i ciekawy kawałek z historii zamierzchłej… (Odys)

„…w roku 1790 zawarto sojusz z Prusami, który miał wyzwolić Polskę z moskiewskiej opresji, prócz tego wprowadzono podatek dziesiątego grosza i zastosowano ten sam podatek wobec dóbr kościelnych, tyle, że w wymiarze podwójnym. Do tego przyjęto ustawę o niepodzielności ziem Rzeczpospolitej. Ustawę tę wyszydził nawet człowiek tak naiwny jak Paweł Jasienica, nie ma więc potrzeby byśmy się nią tutaj zajmowali. Sojusz z Prusami nazywa BenjaminVaughan wyzwoleniem Polski! I porównuje go w dodatku do rewolucji we Francji! A jakby tego było mało Polska jest w jego memorandum wymieniona na miejscu pierwszym. Ciekawe czemu?

…Prusy przed pierwszym rozbiorem to spłachetek piachu nad morzem, nawet po przyłączeniu Śląska to jest europejskie byle co, z czym liczyć się nie trzeba. Być może owa teoretyczna słabość Prus plus osoba Benjamina skłoniły Koronę do zakończenia wojny. No, a wtedy pozostało już tylko wzmocnić Prusy czyimś kosztem i sprawa załatwiona. USA ma nowego partnera w Europie. Taka jest moja wersja, ale pozostaje jeszcze wyjaśnić dlaczego Korona zgodziła się na pokój. Tę kwestię naświetlił wczoraj Jacek. Otóż twierdzi on, że Korona za nic nie mogła zgodzić się, by Moskwa podporządkowała sobie cały obszar Rzeczpospolitej, bo kolidowało to z interesami Korony na Bałtyku. Prusy zaś, teoretycznie słabe i małe, stanowiły ważny czynnik brytyjskiej polityki w regionie, były ogranicznikiem wpływów Moskwy, pod jednym wszakże warunkiem – Rzeczpospolita musiała zostać zgładzona. Zmierzamy więc wprost do konkluzji, że Stany Zjednoczone powstały kosztem i na trupie Rzeczpospolitej Obojga Narodów, a do tego przejęły jej tradycję republikańską. Organizacją zaś, która wytransferowała te idee za ocean było Towarzystwo Rewolucji, założone w Londynie na rok przed wybuchem rewolucji we Francji…” (coryllus całość tu: Prawicowi intelektualiści i wielka rewolucja)

Do tego „ciekawostka”:

„Udo Ulfkotte był dziennikarzem, który ujawnił fakt, że tak on jak i jego koledzy pracowali na żołdzie wywiadu amerykańskiego. W swej książce zatytułowanej „Gekaufte Journalisten“ – „Skorumpowani dziennikarze”, wydanej w roku 2014 opisał metody, przy pomocy których CIA sugeruje treści artykułów, oraz instruuje i opłaca dziennikarzy niemieckich (również i włoskich) by popierali w mass-mediach politykę amerykańską…” (dakowski.pl – Udo Ulfkotte pro memoria, podobne: Wiodący niemiecki dziennikarz: CIA naciska na media by promowały III wojnę światową)

…a teraz wybierajcie którzy z nich są lepsi… a raczej należałoby powiedzieć gorsi i co wam da okopanie się na tych pozycjach. Ja tymczasem pozwolę sobie zacytować coś daleko bardziej ważniejszego… (Odys)

„…W połowie XVII wieku próbowano Polskę rozwalić za pomocą szeroko zakrojonej operacji znanej w historii jako „potop szwedzki” plus towarzyszące mu inne wojny przed i po potopie. Nie udało się, mimo że zaangażowanie militarne naszych przeciwników i środki w to zainwestowane naprawdę było duże.
Ponad sto lat później pokroili Rzeczpospolitą bez jednego wystrzału. Pomijamy miłosiernym milczeniem insurekcję Kościuszki, bo to sabotaż, wstyd i żenada. Błagam tylko, aby nie mówić o braku wojska, przynajmniej nie na tym blogu. O armiach imperialnych i rewolucyjnych, żeśmy już tu podyskutowali.
Według mnie przez ponad sto lat pozwoliliśmy sobie zwątpić we własną doktrynę. Pozwoliliśmy, aby potem ją nam odebrali i zastąpili „oświeceniem”. Niech piekło pokłonie oświecenie! Od XVIII wieku, od czasu instalacji oświecenia z narodu pewnego własnej tożsamości staliśmy się narodem aspirującym. Dziś jesteśmy już tylko biednymi aspirantami stojącymi w kolejce… Te aspiracje Coryllus bez przerwy nam demaskuje.
Wystarczy czytać Jasienicę wspomnianego wyżej przez Gospodarza, który jest dla wielu obowiązkowym stylem myślenia. I nie chodzi o to, co pisze, tylko o to, co każe robić. Aspirować, aby być jak inne kraje! To z tą trucizną trzeba walczyć!
Trzeba nam odzyskać własną narrację naszej historii zwłaszcza tej z czasów przedrozbiorowych. Nasza obecne błędy wynikają z zaszczepionej nam mentalności, że musimy się zapisać do klubu „starszych i mądrzejszych”, że musimy przezwyciężyć skazę i klątwę jaką był ustrój I Rzeczpospolitej. Nie był to ustrój doskonały, ale żadne wewnętrzne fatum nad nim nie ciążyło. Zaciążyło nad nami to, że daliśmy sobie w oświeceniu przetrącić duchowy i moralny kręgosłup. Potem dalej był socjalizm itd...” (mniszysko 13 stycznia 2017 o 11:36)

…i lekturę tego: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego.

Jesteśmy między młotem a kowadłem i póki co nie możemy nic z tym zrobić, możemy się co najwyżej spierać która ze stron chce nas bardziej zniewolić, ale ja nie widzę sensu w takiej dyskusji. Uważam tylko że większym zagrożeniem dla Polski jest mimo wszystko Putinowska (podkreślam ten „przymiotnik”) Rosja bo według jej doktryny jesteśmy „bliską zagranicą” bez prawa do samodzielnej polityki zbrojeniowej i energetycznej (w czym Moskwa współpracują ściśle z Berlinem).

Z racji tego że nie mam najmniejszego wpływu na globalną ani lokalną politykę, mogę tylko marzyć o własnej drodze i dawać na nią przykłady z naszej własnej zamierzchłej historii, co staram się robić zachowując zdrowy dystans do wieszania nas przez nasze „elity” u obcych klamek. Tego typu fakty dokonane traktuję wyłącznie jako przykrą konieczność. Nie raz wspominałem co musiałoby się stać żebyśmy mogli w miarę bezpiecznie podążyć własną drogą… W skrócie chodzi o korzystny zbieg geopolitycznych okoliczności (co już się kiedyś zdarzyło). Potrzebujemy jednoczesnego kryzysu w Niemczech i w Rosji, przy równoległym uwolnieniu potencjału Polaków i nie wpadnięciu pod koła jakiegoś innego walca (o czym więcej tu: Jacek Bartosiak i geopolityka: Rosja uwiązana na Ukrainie czeka na propozycję USA w sprawie „rozbioru” Polski by w zamian pomóc poskromić Chiny. Potencjał Polski w konflikcie z interesem Niemiec (o „jedwabny szlak”). Rola prezydenta RP). Chcieć nie zawsze znaczy móc, ale co powinniśmy zrobić trzeba już dziś gdzieś sobie zapisywać i na podstawie tego dobierać sobie przywódców i kształcić przyszłe pokolenia. I tu chciałbym z całą mocą podkreślić, że pokojowe odblokowanie polskiego potencjału gospodarczego nie zależy aż tak od naszych sojuszników, jak od tego kogo sami stawiamy za sterami naszego państwa. Jest to więc zadanie leżące w każdej chwili w naszym zasięgu. Kompletnie niezależne od przynależności do międzynarodowych dętych instytucji, w których złudne nadzieje pokładają nasze „elity”, a które służą wyłącznie formatowaniu podwójnej moralności za pomocą „światowej opinii publicznej” …(Odys)

10.01.2017, Warszawa (PAP) 

Polska ma znaczące poparcie i duże szanse na niestałe członkostwo w Radzie Bezpieczeństwa ONZ – powiedział we wtorek minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski.

Szef MSZ, który przebywa w Nowym Jorku, po spotkaniu z ambasadorami państw należących do RB ONZ powiedział TVP Info, że większość ambasadorów przychylnie odnosi się do polskiej kandydatury.

„Nastawienie jest bardzo pozytywne, w zasadzie można powiedzieć, że wielu z nich już gratuluje Polsce” – powiedział minister. Zastrzegł, że „jeszcze wiele miesięcy, wiele pracy i przekonywania”.

„Jesteśmy krajem, który jest producentem bezpieczeństwa, a nie konsumentem, w związku z tym szanse na wybór nas są bardzo duże” – dodał szef MSZ, który uczestniczył w specjalnym posiedzeniu zainicjowanym przez Szwecję, a poświęconym debacie nad sposobami rozwiązania konfliktów. Przypomniał, że od lat 50. ub. wieku w operacjach pokojowych na całym świecie wzięło udział ponad 70 tys. polskich żołnierzy.

Minister poinformował, że ma w planie spotkanie z Henrym Kissingerem i rozmowę telefoniczną z gen. Michaelem Flynnem, wymienianymi jako przyszli doradcy prezydenta Donalda Trumpa ds. bezpieczeństwa. Dodał, że zamierza im „przedstawić nasze spojrzenie na sytuację bezpieczeństwa w całej Europie”.

Waszczykowski był też pytany o sytuację w polskim Sejmie. Wyraził przekonanie, że sprawy wewnętrzne powinny takie pozostać. „To, co się dzieje w Polsce, powinno zostać w Polsce i nie powinno być przenoszone. Dopóki te sprawy toczą się w naszym kraju, i toczy się normalna – chociaż być może w niektórych sytuacjach nienormalna – rywalizacja polityczna, zamknięta w naszych domowych, wewnętrznych kwestiach, to jest oczywiste, że tak wygląda często rywalizacja polityczna” – podkreślił. (PAP) brw/ par/ jbr/

11.01.2017, Nowy Jork (PAP)

…Minister zwrócił uwagę, że chodzi głównie o to, by status bezpieczeństwa Polski, Europy Środkowej były równe statusowi bezpieczeństwa Europy Zachodniej. Nie chodzi jednak o odtwarzanie układu zimnowojennego kiedy na granicach stały niemal milionowe armie, lecz o symboliczne zabezpieczenie i dowód obrony na wypadek zagrożenia. Szef MSZ uznał, że Polska to otrzymuje.

Waszczykowski zapewniał też, że Polska jako sąsiad Rosji jest zainteresowana ułożeniem z nią poprawnych, a może kiedyś przyjacielskich relacji. Klucze do tego leżą w Moskwie – dodał. To Rosja bowiem nie chce rozwiązać zagadki katastrofy smoleńskiej, nie chce współpracować i oddać wraku samolotu.

Jak dodał z jego rozmów z doradcami Trumpa wynika, że chcieliby, aby Rosja powstrzymała się od łamania prawa i anektowania terytoriów.

„Słyszałem dzisiaj z ust jednego z moich rozmówców, że jest nie do zaakceptowania, aby Rosja prowadziła taką działalność wojskową na terenie Bliskiego Wschodu. Kiedy Henry Kissinger był decydentem w latach siedemdziesiątych byłoby to nie do zaakceptowania. Myślę, że czyny jednak będą inne niż wypowiedzi retoryczne, a Twitter nie jest dla mnie źródłem wiedzy” – wskazał Waszczykowski.

W nawiązaniu do debaty w Radzie Bezpieczeństwa na temat rozwiązywania konfliktów międzynarodowych pytany przez PAP ocenił, że najciekawsze było wystąpienie amerykańskiej ambasador przy ONZ Samanthy Power.

„Twierdząc, że żegna się już najprawdopodobniej z tym stanowiskiem pozwoliła sobie na pewną szczerość. Uznała, że przez lata dyplomaci, ambasadorowie, przedstawiciele Rady Bezpieczeństwa opowiadają eufemizmy. Mówią językiem żargonowym. Nie wskazują palcem. Jeśli mówi się o tym, aby powstrzymać się od użycia broni, powinno się wskazać do kogo się to adresuje itp.” – tłumaczył.

Waszczykowski zauważył też, że rosyjski ambasador przy ONZ Witalij Czurkin odrzucił w swym wystąpieniu zarzuty o zmianę przez jego kraj architektury bezpieczeństwa i agresję wobec Ukrainy.

Polski minister wyraził przy tym obawę, że świat może zaakceptować zajęcie Krymu w zamian za spokój we wschodniej części Ukrainy.

„To może nie być porozumienie domówione, ale na zasadzie fait accompli, faktów dokonanych, a wiele państw uzna, że nie ma atmosfery dla odzyskania Krymu dla Ukrainy” – przestrzegał.

Porównując sytuację do podziału Niemiec uzupełnił, że dzisiejsi władcy Kremla nie są wieczni. W Rosji też może dojść do transformacji, demokratyzacji w sposób pokojowy i powstania rządu, który odwróci tendencję łamania prawa międzynarodowegoZ Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski (PAP)

ad/ lm/ pro/

„Białoruś ma fundamentalne znaczenie dla bezpieczeństwa Zachodu. Ewentualne jej zajęcie przez Rosję – np. przy okazji manewrów Zapad 2017 – zmieniłoby zasadniczo sytuację strategiczną w regionie. Ewentualny przerzut sił rosyjskich w planowanej przez Kreml ilości (zamówiono do przerzutu sił aż 4200 platform kolejowych, co wystarcza do transportu 3 ciężkich dywizji) oznaczałby, że państwa bałtyckie byłyby realnie zagrożone w stopniu do tej pory nieznanym. Z punktu widzenia znacznie silniejszej od państw bałtyckich Polski sytuacja również uległa by dramatycznej zmianie, bowiem po raz pierwszy od chwili wstąpienia do NATO na granicy RP znalazłoby się rosyjskie zgrupowanie o realnym potencjale ofensywnym…

…Wydaje się, że połączenie świadomości zagrożenia na najwyższym poziomie politycznym w kraju wraz z wyraźnym wsparciem dla pomysłu nawiązania dialogu Warszawy z Mińskiem ze strony sojuszników przeważyło szalę. Powyższe nie zmienia faktu, że musi niepokoić fakt, iż przez lata prowadzono na kierunku białoruskim politykę całkowicie bezrefleksyjną i co gorsza nieskuteczną. Nie sposób nie zadać sobie pytania, skąd brało się wieloletnie ignorowanie faktu, iż gra nie toczy się o demokrację w sąsiednim kraju, a o bezpieczeństwo własnego. Konsekwentnie ignorowano zagrożenie, którego zapowiedzią były ogłaszane publicznie plany dyslokacji lotnictwa rosyjskiego na Białorusi. Nie przejmowano się faktem, iż w pobliżu granicy może dojść do potężnych, potencjalnie nam zagrażających, manewrów. Niestety odpowiedzi na pytania, czemu tak się działo nie napawają optymizmem. Więcej w nich bowiem ludzkiej małości, braku umiejętności refleksji i grupowych interesów niż wielkiej polityki. Nie brak wśród środowisk przeciwnych dialogowi z Mińskiem ludzi świadomych rosyjskiego zagrożenia, choć właśnie to zagrożenie powinno być punktem wyjścia dla konstatacji o konieczności dialogu z Mińskiem…

…W dniach 23 – 26 stycznia doszło w Warszawie do gry wojennej, którą kierował Naczelny Dowódca Sił Operacyjnych NATO (SACEUR) w latach 2013 – 2016 generał Philip M. Breedlove. Gra odbywała się w reżimie zachowania poufności, ale jak poinformowały media do udziału w grze, w charakterze obserwatora, zaproszony został ekspert z Białorusi. Fakt ten w połączeniu ze scenariuszem gry świadczyły o chęci wysłania sygnału do Mińska (a niewykluczone, że zarazem i do Moskwy) o tym, że Zachód nie planuje obalania reżimu w Mińska, chce dialogu z władzami Białorusi, nie planuje działań ofensywnych na kierunku białoruskim, ale też, zdając sobie sprawę z ofensywnych scenariuszy rozważanych w Moskwie, planuje działania na wypadek negatywnego rozwoju zdarzeń. NATO musi bowiem zakładać, że ew. rosyjski atak czy to na państwa bałtyckie czy tym bardziej Polskę, zostałby wyprowadzony właśnie z terytorium RB. Historycznie tzw. brama smoleńska i dalej równiny na Białorusi to tradycyjne miejsce do ew. działań zbrojnych.  Tym samym o bezpieczeństwie państw bałtyckich i Polski decyduje – z racji zarówno politycznych, militarnych, jak i geograficznych – to, co stanie się z Białorusią…” (całość tu: Polska – Białoruś, czyli o polityce w cieniu gry mocarstw)

podobne: Ośrodek Analiz Strategicznych: Potencjał militarny Białorusi oraz: Rosja: „Dzień zwycięstwa” demonstracją siły. Merkel oddaje hołd żołnierzom radzieckim („Tagesspiegel” krytycznie o pomijaniu w Niemczech zbrodni Stalina). Putin usprawiedliwia pakt Ribbentrop-Mołotow a Niemców uznaje za „ofiary nazizmu”(!). Łukaszenka: „w świecie zwycięża nie siła prawa, a prawo siły” i to: UE – spory zwolenników i przeciwników sankcji wobec Rosji. Wojna handlowa Rosji i Kazachstanu. Łukaszenka: Białoruś nigdy nie będzie częścią Rosji. Białoruscy i rosyjscy żołnierze ćwiczą blisko polskiej granicy. Rosja sprzedała rakiety S-400 Chinom i znosi embargo dla Iranu. Izrael protestuje przeciwko polityce Rosji, testuje „Procę Dawida” i krytykuje umowę z Iranem.

rys. Andrzej Krauze

W służbie zdrowiu czyli prosto do nieba. O walce rządu z „toksyczną konkurencją” w szpitalach i aptekach kosztem pacjentów i konsumentów


Jakub Kulesza (Kukiz ’15) za odrzuceniem ustawy Prawo farmaceutyczne!

„…Wedle jakiej metodologii ustalono, że 2 apteki w promieniu 1 km to za dużo i że takie zagęszczenie szkodzi klientom? Dalej, skoro apteki i tak zatrudniają farmaceutów – jakie sens ma przymus aby farmaceuta był właścicielem lub współwłaścicielem apteki?

Pytania te oczywiście nie znajdują racjonalnej odpowiedzi, gdyż prawo w Polsce stanowią nie ludzie racjonalni i poważni, tylko ogłupiali politycy podatni na podszepty grup interesu.

W tym przypadku łatwo odgadnąć, kto jest beneficjentem tej ustawy: farmaceuci, ze szczególnym naciskiem na tych, którzy są właścicielami już istniejących aptek lub dysponują znacznym kapitałem i gotowi są zainwestować w uruchomienie takiego biznesu, lecz najpierw chcą pozbyć się istniejącej lub potencjalnej konkurencji.

Obawiam się, że w ślad za aptekarzami mogą pójść inne grupy interesu, przedstawiciele innych branż, którzy w awersji PiSu do wolnego rynku dostrzegą szansę dla siebie na polityczne zmonopolizowanie rynku i zacementowanie swoich zysków kosztem reszty społeczeństa.” (antistate – Apteki dla aptekarzy, sejm dla debili)

podobne: Leonid Savin: Lobbing, jako najwyższa forma korupcji czyli… Rewolucję raz poproszę! oraz: W Hiszpanii nie ma rządu a gospodarka rośnie. Opłacalność „ekonomi trynitarnej” kontra interwencjonizm państwowy i to: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii a także: Cukiernik o tym, że moglibyśmy być dwa razy bogatsi od Niemców i dlaczego nie jesteśmy polecam również: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Demobilizacja czyli zatrudnienie publiczne (zysk czy strata?) i jeszcze: Piotr Świder: Oda do wolności. Z dedykacją dla poszukiwaczy skarbów wolnego rynku

„W dniach ostatnich Sejm nieznaczną większością głosów przyjął ustawę o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Ustawa wprowadzą tak zwana „sieć szpitali”. Dzięki tej nowelizacji – jak zapewnia pan dr Zbigniew Kuźmiuk – „zostanie wreszcie przerwany proces wysysania z NFZ ogromnych środków finansowych przez szpitalny sektor prywatny w sytuacji, kiedy odpowiedzialność za zdrowie większości Polaków spoczywa jednak na placówkach sektora publicznego”…

…No to teraz kombinatorzy z prywatnych szpitali nawet nie powąchają tych pieniędzy, bo trafią one w jedynie słuszne ręce szpitali państwowych, których sieć pan minister Konstanty Radziwiłł ogłosi już wkrótce, to znaczy – do czerwca. Teraz, jeśli nawet między szpitalami państwowymi rozgorzeje walka o te pieniądze, to będzie to walka sportowa, na uczciwych zasadach, o których jeszcze w czasach stalinowskich pisał w samych superlatywach Jan Brzechwa w nieśmiertelnym poemacie dla dzieci pod tytułem „Opowiedział dzięcioł sowie” w którym mowa o spółdzielni, jaką leśne zwierzęta, za radą niedźwiedzia Błażeja, założyły gwoli przeciwstawienia się nieuczciwej konkurencji ze strony Wilka Barnaby („w lesie, który widać na bezkresie, mieszkał bury Wilk Barnaba, zamożniejszy od nababa”) – że mianowicie „nikt nikogo nie oszwabia, nikt na nikim nie zarabia” – a czuwał nad tym – no, drogie dzieci – któż by inny, jak nie Lis Mikita, który został kierownikiem sklepu?!

Zgodnie tedy z zasadami sprawiedliwości społecznej zostanie utworzona sieć szpitali – powiatowych, ponadpowiatowych i wojewódzkich, a także – specjalistycznych, które dostaną 91 procent forsy przeznaczonej na szpitale, a pozostała reszta będzie rozdzielana na zasadzie przetargu – żeby nie było, że nie ma u nas wolnego rynku usług medycznych. Jakże nie ma – kiedy przecież jest! Szpitale włączone do sieci będą miały gwarantowaną umowę z Narodowym Funduszem Zdrowia, żeby tam nie wiem co. Mimo tego rygoryzmu finansowego, reforma ma też charakter kompromisowy. W odróżnieniu od poprzednich reform, kiedy to likwidowane, abo „reorganizowane” były biurokratyczne struktury, teraz Narodowy Fundusz Zdrowia nie zostanie postawiony w stan likwidacji, a tylko straci uprawnienia decyzyjne. Oczywiście do czasu, to znaczy – do następnego etapu reformy, bo pan minister Konstanty Radziwiłł już dawno zapowiadał likwidację Narodowego Funduszu Zdrowia i powołanie na jego miejsce Państwowego Funduszu Celowego, który będzie dysponował pieniędzmi „przede wszystkim z podatków”, ale nie o to przecież chodzi, tylko o to, by tymi pieniędzmi dysponowali w strukturach Państwowego Funduszu Celowego odpowiedni ludzie. Jak powiadają zblazowani Amerykanie, chodzi o to, by dysponowały nimi tzw. „nasze sukinsyny”, a sukinsyny jakieś takie nie nasze, żeby zostały od tych pieniędzy odsunięte jak najdalej. Taki właśnie cel miały również wszystkie poprzednie reformy ochrony zdrowia – zarówno wiekopomna reforma charyzmatycznego premiera Buzka, która wprowadziła kasy chorych, jak i reforma premiera Leszka Millera, która kasy chorych likwidowała i wprowadzała Narodowy Fundusz Zdrowia, no i reforma nadchodząca – która Narodowy Fundusz Zdrowia zastąpi Państwowym Funduszem Celowym, w którym „nasze sukinsyny” już tam jakoś te pieniądze pochodzące „przede wszystkim z podatków” podzielą tak, żeby było dobrze, to znaczy – żeby wszyscy byli zadowoleni. Ale ponieważ jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził, to wszyscy zadowoleni być nie mogą, W takiej sytuacji dobrze będzie, jeśli zadowoleni będą przynajmniej niektórzy. A którzy „niektórzy”? Ano, najlepiej, żeby zadowoleni byli ci, co to dniami i nocami troszczą się, jakby tu obywatelom, a zwłaszcza – obywatelom chorym – przychylić nieba. Cóż bowiem wynagradzać w tych zepsutych czasach, jeśli nie troskliwość i oddanie?

Nie rozumieją tego tak zwani „wolnościowcy”, którzy uważają, że najlepiej byłoby, gdyby nikogo nie leczyło „państwo”, tylko doktorzy, a pacjenci, żeby płacili im za leczenie tymi pieniędzmi, które „państwo” im teraz odbiera pod pretekstem, że przychyla im nieba. Powołują się przy tym na niejakiego Miltona Friedmana, który powiadał, jakoby były tylko cztery sposoby wydawania pieniędzy: pierwszy – gdy obywatele wydają swoje pieniądze na siebie. Friedman twierdził, że wtedy wydają oszczędnie i celowo. Drugi sposób – kiedy obywatele wydają swoje pieniądze na kogoś innego. Wtedy nadal wydają oszczędnie, ale już nie tak celowo, jak w przypadku pierwszym, bo potrzeb tego innego już nie znają tak dobrze, jak własnych. Sposób trzeci – gdy obywatele wydają cudze pieniądze na siebie samych. Wtedy nie wydaja oszczędnie – bo któż by wtedy oszczędzał – ale przynajmniej celowo. No i sposób czwarty – gdy obywatele wydają cudze pieniądze na kogoś innego – ot na przykład – „nasze sukinsyny” z Państwowego Funduszu Zdrowia na pacjentów. Wtedy ani nie wydają tych pieniędzy oszczędnie, ani też celowo. Toteż tak zwani „wolnościowcy” powiadają, że trzeba w związku z tym zlikwidować czwarty sposób wydawania pieniędzy, a te, wydawane dotychczas w tym sposobie, przesunąć do sposobu pierwszego, kiedy każdy wydaje swoje na siebie. Takie przesunięcie byłoby możliwe gdyby „państwo” tych pieniędzy obywatelom zwyczajnie nie odbierało. Tak bałamucą naród ci tak zwani „wolnościowcy”, co nieubłaganym palcem wytknął im sam pan prezes Kaczyński, całkiem niedawno przypominając zbawienną prawdę, że tylko państwo może obywatelom przychylić nieba, bo sami sobie tego załatwić nie potrafią. „Państwo”, to znaczy – nasi dobrodzieje i opiekunowie w osobach urzędników państwowych, co to o sobie nie myslą, a tylko – jakby tu nam przychylić nieba…” (Stanisław Michalkiewicz – Rząd dał odpór „toksycznej konkurencji”)

podobne: Chora „służba zdrowia”. Radomskie szpitale toną w długach ale główny problem władzuchny to prof. Chazan. Komentarz Michalkiewicza i Ziemkiewicza. Prawdziwe oblicze „in vitro” oraz: Chora „służba zdrowia” leży, tymczasem prywatne lecznice są masowo kontrolowane  i to: Chora Służba Zdrowia. NIK negatywnie o kontraktowaniu usług przez NFZ. a także: Co to jest „majątek państwa” i na co idzie siła polskich rodzin? O podatkach, składkach i reformach kosztem zdrowia i emerytury (nie tylko ubeckiej) w ramach inżynierii społecznej. Dygresja o żelazie czyli Polska drugą Japonią  polecam również: Obrońcy etatyzmu i sentymentaliści rodem z PRL kamienują „złodziejski kapitalizm” czyli… dlaczego niewolnicy nie zasługują na wczasy?

„…Ludwig von Mises (+1973) nazywał wolny rynek demokracją konsumentów, gdyż codziennie ma tu miejsce głosowanie za pomocą ich pieniędzy na preferowane towary i usługi. Kupując lub wstrzymując się od zakupu, konsumenci decydują o sukcesie lub porażce producentów. Wybierają w ten sposób tych przedsiębiorców, którzy najlepiej zaspokoili ich potrzeby, a odbierają środki produkcji tym, którzy nie wiedzą, jak im najlepiej służyć. Człowiek na wolnym rynku jest wolny i może dokonywać wyborów nie kierując się tylko czynnikiem ekonomicznym. Może kierować się na przykład względami moralnymi. Homo oeconomicus to fikcyjny człowiek wymyślony na potrzeby mainstreamowej ekonomii i nie istnieje w rzeczywistości.

Ale nie istnieje również coś takiego jak pełna „suwerenność konsumenta”. Murray Rothbard (+1995), uczeń Misesa, twierdził, że w całkowicie wolnym społeczeństwie każda jednostka jest suwerenem wobec swojej własnej osoby oraz mienia i korzysta z suwerenności osobistej. Konsumenci nie mają władzy, aby zmusić producentów do wykonywania konkretnych prac i zawodów. Człowiek jest w pełni wolny, aby przeciwstawić się upodobaniom konsumentów, na przykład nie sprzedając dóbr lub usług tym, wobec których ma zastrzeżenia natury moralnej, ale musi być gotowy, aby zrezygnować z zysku, jaki mógłby uzyskać z takiego przedsięwzięcia.

Warto poczytać ekonomistów ze szkoły austriackiej. Młody poseł z ugrupowania Kukiz’15, Jakub Kulesza, przy okazji debaty nad ustawą o aptekach zachęcał posłów do czytania Misesa. Przypomniał im z mównicy sejmowej, że na wolnym runku konsumenci mogą poradzić sobie z naturalnym monopolem, otwierając w pobliżu konkurencyjną aptekę, ale nie poradzą sobie ze sztucznym monopolem stworzonym przez państwo. Teraz będą mogli zbudować aptekę, ale w odległości jednego kilometra i jeżeli będą sami farmaceutami.

Ten sam tok rozumowania można zastosować do zakazu handlu w niedzielę. Jeżeli konsumenci rzeczywiście nie chcieliby niczego kupować w niedzielę, to po prostu nie chodziliby na zakupy i sklepy byłyby pozamykane. Kościół nie musi popierać ustawy o częściowym zakazie handlu w niedzielę. Wystarczy, że w niedzielę będzie od czasu do czasu przypominał swoim wiernym z ambony, że dzień święty należy świętować. Gdyby ludzie kierowali się nie tylko czynnikiem ekonomicznym, ale również przesłankami moralnymi, to świat wyglądałby inaczej. Katolicy chodziliby w niedzielę po Mszy św. na kawę, a w supermarketach pracowaliby co najwyżej niepraktykujący… (Ks. Jacek GniadekDemokracja konsumentów)

podobne: Ks. Jacek Gniadek: Kościół niczego nie narzuca. Wiara zasadza się na dobrowolności czyli… wolność religijna i ekonomiczna  oraz: Myśleć na sposób Boży czyli… Ks. Jacek Gniadek o paradoksach w religii i ekonomii  i to: Paweł Rybacki: Moralna i praktyczna wyższość gospodarki wolnorynkowej nad centralnie planowaną lub interwencjonistyczną

Jerzy Wasiukiewicz

Od wielkości do śmieszności czyli… różnica między powagą Wielkiej Brytanii a Polski w UE. Czym jest londyńskie „City”, Europa dwóch prędkości i „Exchange Stabilization Fund”. Gdy światem rządzą banksterzy i gangsterzy


Michał Dziekan – Źle dla ciebie dobrze dla nas

„…Exchange Stabilization Fund to dowód, że w rozwiniętym kraju zwykli obywatele mogą być bardzo daleko od pełnej wiedzy na temat systemu. ESF jest podmiotem anonimowym, który nie jest poddawany żadnej kontroli, co umożliwia mu prowadzenie działalności, która w normalnych warunkach spotkałaby się z oporem Kongresu USA. Całkowita niezależność ESF pokazuje, że obywatele USA mają niewielki wpływ na to, co dzieje się w ich kraju. Mogą oczywiście wybrać prezydenta, podczas gdy banki dyktują, kto ma zostać sekretarzem skarbu…

…Najwięcej informacji dotyczących wysiłków propagandowych ESF/CIA pochodzi z lat 70-tych. W 1973 roku The Washington Star opisał relacje łączące CIA z dziennikarzami. Szczegółowe informacje na ten temat pochodziły od dyrektora agencji – Williama Colby’ego.

Kongres zareagował powołaniem dwóch komisji w tej sprawie. Jak stwierdzono w raporcie jednej z nich, relacje łączące media z CIA były tak zróżnicowane, że oddzielenie ich od siebie było niemożliwe.

Przechodząc do konkretów, komisja poinformowała, że CIA korzystało w tamtym okresie z usług ponad 700 nauczycieli akademickich oraz absolwentów, którzy okazjonalnie pisali książki bądź tworzyli inne materiały używane następnie do siania propagandy.

Należy pamiętać, że były to kompletnie inne czasy, książki miały znacznie większą siłę rażenia. Szef CIA ds. tajnych operacji stwierdził w notatce, że „książki różnią się od innych sposobów propagandy. Pojedyncza książka jest w stanie znacząco zmienić spojrzenie czytelnika na określone kwestie. Nie da się tego porównać z innym medium”.

Powiązania agencji z mediami i środowiskiem akademickim wywołały oczywiście oburzenie opinii publicznej. W połowie lat 70-tych dyrektor CIA oświadczył, że jakiekolwiek kontakty z dziennikarzami zostały natychmiast zakończone. Dziwnym trafem w tym samym czasie lista płac nie będącego pod niczyją kontrolą ESF wzrosła z 300 do 500 osób. Dziennikarze oraz wykładowcy przeskoczyli zatem z jednej listy płac na drugą, znajdując się od tej pory poza zasięgiem Kongresu.

Propaganda w praktyce

Burza wokół propagandowej sieci CIA rozpętała się w latach 70-tych, jednak wówczas było już za późno. Wszystko, co najważniejsze, miało miejsce dekadę wcześniej.  

W latach 60-tych podstawy ekonomii został wywrócone do góry nogami. Klasyczna szkoła została zastąpiona keynesizmem. Zgodnie z ekonomią klasyczną deficyt budżetowy musi prowadzić do szkodliwej inflacji. Do początku lat 60-tych była to oczywistość. Zdziwienie wywoływały osoby domagające się od państwa wyższych wydatków. Dlaczego? Ponieważ deficyt musiał prowadzić do inflacji, a ta z kolei do zubożenia zwykłych obywateli.

Jednocześnie taki sposób myślenia stanowił zagrożenie dla ESF. Postanowiono zatem skorzystać z sieci propagandy, aby ustalić nowe zasady ekonomii. Od tej pory deficyt nie oznaczał już inflacji, lecz permanentny rozwój gospodarczy – o recesji nie mogło być mowy.

To w tamtym okresie stworzono mit niebezpiecznej deflacji. W wydaniu New York Times z 11 września 1962 roku pojawiła się wypowiedź Pera Jacobssona, dyrektora MFW, który przekonywał, że należy mniej martwić się odpływem złota z USA, a bardziej groźbą globalnej deflacji.

Propaganda uderzyła z ogromną siłą. MFW przekonywał, że od teraz należy podchodzić do deflacji z tak wielką ostrożnością, z jaką wcześniej traktowano inflację. Z perspektywy czasu widać, jak istotny był to moment. Nie da się zaprzeczyć, że plan przyniósł efekt. Ostatecznie dziś większość osób uważa, że deflacja jest bardziej niebezpieczna od inflacji.

Zmiana myślenia umożliwiła dalsze ratowanie dolara. Pod koniec lat 60-tych do pomocy zaangażowano Japonię, która zaczęła skupować ogromne ilości amerykańskich obligacji. Inni „sojusznicy” nabywali amerykańską broń. USA za jednym razem wzmacniały rangę waluty oraz zdobywały coraz większą przewagę w branży militarnej.

Na początku lat 80-tych propaganda stała się jeszcze bardziej agresywna. Zaczęto wmawiać społeczeństwu, że nie ma żadnego powiązania między deficytem a inflacją. Stany Zjednoczone poszły w kierunku gigantycznych deficytów, natomiast inflacja była niższa niż w latach 70-tych. W ten sposób „udowodniono” brak powiązania miedzy deficytem a inflacją. Dolar zaczął się umacniać, a zyski ESF rosły.

Jak to możliwe, że dolar był drukowany w tak dużych ilościach, a inflacja nie występowała? Oczywiście taka była specyfika systemu petrodolara, dzięki któremu Amerykanie nabywali dobra niemal za darmo

…Stosunkowo często wspominamy o ESF w odniesieniu do interwencji na rynkach finansowych. W naszej opinii informacje zawarte w artykule jednoznacznie pokazują, że zasięg oddziaływania funduszu jest ogromny. Trudno przypuszczać, aby ESF omijał rynki finansowe, których kondycja jest niezwykle istotna dla systemu.

Przez wszystkie lata istnienia ESF dolar był niszczony. Obecnie amerykańska gospodarka jest w dramatycznej kondycji, rośnie odsetek osób które potrzebują wsparcia socjalnego, natomiast rola dolara z roku na rok jest coraz mniejsza. Cudów nie będzie – dolar utraci ostatecznie status waluty rezerwowej. Pytanie brzmi: ile informacji na temat działań ESF wyjdzie na jaw?

Naszym zdaniem niewiele. Niezależnie od pogarszającej się sytuacji zwykłych mieszkańców USA, kraj ten będzie obecny przy tworzeniu fundamentów pod nowy system. Może się zatem okazać, że osoby, które do tej pory umożliwiały istnienie i działalność ESF, już wkrótce będą współodpowiedzialne za kreowanie nowego systemu opartego na SDR-ach.” (Zespół Independent Trader – Czym naprawdę jest Exchange Stabilization Fund?)

podobne: Od standardu złota do pieniądza fiducjarnego. Realny stan gospodarki USA, Teksas żąda od FEDu zwrotu złota, o cynicznych Grekach i ekspansji Chin. Czy świat finansów (a za nim cywilizacji zachodu) chyli się ku upadkowi? Polska na jedwabnym szlaku  oraz:  Independent Trader: Malutka Belgia ratuje obligacje USA czyli… jak zjeść ciastko i mieć ciastko a także: Prawdziwy sens konfliktów zbrojnych czyli… kto kontroluje dług ten kontroluje wszystko polecam również:  Przerośnięte państwo gwarancją problemów jego obywateli. O demokracji, państwie „opiekuńczym” i długu „publicznym” czyli przejadaniu przyszłości na własne życzenie i jeszcze:  Długi krajów rozwiniętych na historycznym poziomie a G20 wzywa USA do pilnego podniesienia limitu zadłużenia.

„Jeżeli to prawda… że świat dzieli się na banksterów i gangsterów to nasza sytuacja wygląda tak: nie istnieją realnie państwa demokratyczne. Istnieją tylko dekoracje zarządzane przez banki, które to dekoracje – parlamenty, rządy, narody, związki wyznaniowe, służą temu by banki mogły generować zyski. Pytanie więc czy kapitał ma narodowość jest z założenia głupie. Nie ma jej, a jeśli już się przy tym upieracie, to z pewnością nie jest to narodowość polska. Nie istnieją polskie banki, obojętnie jakimi byśmy się złudzeniami nie karmili. System tego nie zaplanował i już, jeśli zaś istnieją to niebawem istnieć przestaną, ich aktywa zaś zostaną przejęte. Prawdopodobnie bezszelestnie. I nikt tego nawet nie zauważy. Stwarzanie złudzeń dotyczących siły finansowej rodzimych banków, jeśli istnieje, musi się więc wiązać z jakimiś planami na przyszłość. Jakimi? Zapewne dotyczącymi konfliktu pomiędzy lokalnymi „niezależnymi” potencjami, który to konflikt stanie się kolejnym sposobem na powiększenie zysku banków.

 Jeśli nie istnieją państwa demokratyczne to znaczy, że nie istnieje polityka zagraniczna rządów. Jest ona fikcją. Ministrowie spraw zagranicznych zaś są powoływani po to, by przekazywać do lokalnych oddziałów Banku Rezerw Federalnych polecenia i sugestie…

Rządy jednak istnieją. Po co? Po to by prowadzić politykę wewnętrzną, czyli tresować poddanych, lub jak wolicie obywateli. Innej funkcji nie mają i mieć nie mogą. Służą także do prowokowania sytuacji generujących zyski i obsługi lokalnych instytucji finansowych. Jaki jest plan? Tego nie wiem. Mówią jednak, że zbliża się wojna z Iranem. Iran zaś to jedno z państw gangsterów, czyli takich państw, w których nie rządzą mafie międzynarodowe, ale lokalne. Inne tego typu państwa to Rosja, Chiny i Izrael. I fakt, że jedne z nich są zorganizowane w sposób demokratyczny a inne w sposób zamordystyczny nie ma żadnego znaczenia. Państwa gangsterskie mogą walczyć lub współpracować z banksterami. Jak rozwija się sytuacja zależy zawsze od bangsterów i od tego co rozumieją oni akurat pod pojęciem zysku. Tak więc wojna z Iranem może być wojną o ropę, ale nie musi…

Putin pozwoli na wojnę z Iranem, wytarguje Kaukaz i pacyfikację Polski oraz zaprowadzenie tu rządów swojej mafii. Pieniądze zmienią właściciela i wszyscy będą szczęśliwi. Na jakiś dość długi czas oczywiście. Do następnej katastrofy i następnego przetasowania. Europa popatrzy na nas ze smutkiem, ale też z radością, że tak małym kosztem udało jej się zażegnać kryzys. Będzie dobrze. W Iranie zatriumfuje demokracja, tak jak już zatriumfowała w Afryce północnej. Napisali ostatnio – naprawdę – że cała ta rewolucja zaczęła się od jakiegoś tunezyjskiego sklepikarza. Tak po prostu. Granice wstydu zostały więc przekroczone po raz kolejny.

Warto się zastanowić czy wobec dominującej roli banków przyjedzie taki moment, że państwa narodowe zostaną zlikwidowane. Moim zdaniem nie. Bo przynoszą one zbyt duże zyski. Nie zostaną zlikwidowane także państwa gangsterskie. Są bardzo potrzebne. Jeśli jakiegoś zabraknie, bo zawali się wskutek łapczywości lokalnych kacyków, stworzy się nowe. Banksterzy są poza tym jak wampiry – nie mogą wyjść na światło dzienne, bo zginą. Muszą żyć w ukryciu. Ujawnienie się zaprzeczy istocie ich obecności na Ziemi. Muszą mieć więc jakieś przekonujące dekoracje…” (coryllus – Jeżeli to prawda)

podobne: Rosja – Chiny – USA (Izrael) – Unia Europejska. Thierry Meyssan: „Początek wielkiej zamiany ról” oraz: Gospodarka Rosji stacza się, ale katastrofy już raczej nie będzie. Czy nacjonalizacja Banku Centralnego Rosji to element planu Rothschildów? Ukraina: Strach przed wojną paraliżuje biznes, kredyt z MFW to pomoc czy drenaż? Kijów walczy o reformy energetyczne (bez Kołomojskiego) i to: Independent Trader: „Hipotetyczne plany bankierów” czyli… wszystko przebiega zgodnie z planem a także: BRICS i VII szczyt w Ufie: Nowy bank ma pomóc zreformować światowe rynki finansowe. Czy BRICS stanie się formą organizacyjną dla cywilizacji przyszłości? Wojciech Jakóbik o hołdzie chińskim polecam również: Bankierzy mówią co myślą… Ile to jeszcze potrwa?

Jakiś czas temu doszło jednak do ujawnienia (się) tego co powinno być ukryte, a więc do potwierdzenia fasadowości instytucji zwanej „demokratycznym państwem”… Jak śpiewa poeta „poczuli siłę i czas”, więc nie muszą się dłużej ukrywać. Zwłaszcza że niewielu dostrzegło i zrozumiało wyjątkowość tej informacji…(Odys)

Zdaniem Barniera porozumienie w sprawie dostępu londyńskiego City do wspólnego rynku może być niezbędne, aby uniknąć utraty stabilności finansowej w Europie.

Brytyjskie dziennik „Guardian” napisał, że Barnier miał powiedzieć na zamkniętym spotkaniu z europosłami, że „musimy wykonać bardzo konkretną pracę w tym obszarze”. „Aby uniknąć niestabilności finansowej, (…) będzie musiała zostać nawiązana specyficzna, szczególna relacja” – miał powiedzieć były unijny komisarz ds. rynku wewnętrznego. Dzienniki powołuje się na wewnętrzną notatkę z tego spotkania i pisze, że to zapowiedź specjalnej umowy regulującej pozycje Londynu jako jednego z centrów finansowych dla Europy i rozliczeń we wspólnej walucie, euro. Zdaniem „Guardiana” to także zapowiedź odejścia Brukseli od „twardego Brexitu”...” (źródło rp.pl: Unia musi dogadać się z londyńskim City)

„…W związku z tym potrzebne są dwa traktaty negocjacyjne dotyczące Brexitu, jeden dla Korony, a drugi dla City. To jest z mojego punktu widzenia informacja wręcz fantastyczna. Podał ją wczoraj Puls Biznesu, ale póki co nikt z tak zwanych publicystów się nawet na ten temat nie zająknął. To co wymsknęło się panu Michelowi Barnierowi, zostało natychmiast zdementowane, jako błąd w tłumaczeniu czy inna jakaś bzdura. Nie pamiętam już kto powiedział, że nie wierzy w wiadomości nie zdementowane, ale nie jest to w tym momencie istotne – zdementowali znaczy prawda. Drugi raz nie zdementują, bo się ośmieszą już całkiem…

City nie jest Anglią, a królowa nie ma tam nic do powiedzenia, kiedy przekracza granicę tego dziwnego obszaru staje się po prostu Elżbietą Windsor i ma słuchać co jej bankierzy mówią. I jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie posłuchała. Cóż więc teraz? Jasne jest, że Brexit będzie przebiegał dwoma torami – jawnym i tajnym, od czasu do czasu słyszeć będziemy tylko jakieś dziwne dźwięki dochodzące z zaplecza. Może się także okazać, że City nigdy nie wyjdzie z UE i będzie po prostu finansowym łącznikiem pomiędzy wyautowaną Koroną, a interiorem finansowym Unii do niedawna zwanym kontynentem. Co z nami wobec tego? To zależy co postanowią ci ludzie których teraz City straszy i jakimi metodami zaczną obniżać koszty. Mam nadzieję, że nie będą potrafili ich obniżyć i strach przed Arabami zwycięży w ich sercach strach przed City. Wtedy jest szansa, że nic nam się nie stanie, a tamci przyślą tu parę drobnych, żebyśmy popatrzyli jak wzrasta potęga gospodarcza naszego kraju i żeby każdy miał już nie 500+ ale wręcz 1000+ na dziecko. Jeśli UE przestraszy się bardziej City, może się okazać, że najpierw rozprawi się z Arabami, a potem za pośrednictwem pana Putina z nami, bo za bardzo fikamy i domagamy się zbyt wiele, zamiast iść do roboty na szwalnię i czekać na deputat szarego mydła, jak to bywało dawnymi laty.

Jakby tego było mało wicekról Ameryki Donald Trump zapowiedział, że nie przyjedzie do Davos, a więc cały ten lewacki burdel zaczyna mieć się z pyszna i szuka tak zwanych nowych dróg rozwoju. Skoro nie będzie Trumpa, na miejscu ma się pojawić prezydent Chin. Ciekawe co na to powiedzą zwolennicy jedwabnego szlaku i „zbliżenia” z Chinami. Wybuchną entuzjazmem czy nie? Chiny miałby dać nowe gwarancje temu, co przed chwilą nazwałem lewackim burdelem i wyasygnować świeżą kasę na zasiłki dla Arabów, żeby ci podpuszczeni przez City nie poucinali głów unijnym urzędnikom i nie latali z tymi czerepami po ulicach miast. Ciekawe czy coś od tych Chińczyków wydębią, czy przyjedzie ten prezydent i wyjedzie wzruszywszy ramionami, bo okaże się, jak już nie raz bywało, że izolacja jest dla Chin lepszym wyjściem niż angażowanie się w niepewne interesy z obyczajowymi i finansowymi aferzystami…” (coryllus – Czy City wyjdzie z Unii?)

Opisana przez coryllusa wizja wpisuje się dość „dobrze” w ambicje londyńskiego City, które streszczają się w następującej kwestii: „…Brexit wzmocni pozycję City jako jedynej stolicy finansów konkurencyjnej wobec Nowego Jorku” (całość: Część przedstawicieli City za Brexitem)

podobne: Rosja uwiązana na Ukrainie czeka na propozycję USA w sprawie „rozbioru” Polski by w zamian pomóc poskromić Chiny. Potencjał Polski w konflikcie z interesem Niemiec (o „jedwabny szlak”). Rola prezydenta RP (a propos debaty). oraz: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? i to: Chiny Rosja i i Iran uderzają w dolara. Złote ambicje Chin polecam również:  Bankierzy mówią co myślą… Ile to jeszcze potrwa?

Adam Wycichowski niewolnik – pierwsza gwiazdka

„Przewodniczący Komisji Europejskiej Jan Klaudiusz Juncker, ten sam, który w trybie ekspresowym wyznaczył na 21 grudnia ubiegłego roku posiedzenie Komisji Europejskiej poświęcone ostatecznemu rozwiązaniu kwestii polskiej – tym razem, podczas kolejnej Konferencji Monachijskiej, wygłosił opinię, że wypracowanie nowego modelu stosunków między Unią Europejską a Wielką Brytanią zajmie „więcej niż 24 miesiące”. Skąd przewodniczący Juncker może wiedzieć takie rzeczy, skoro negocjacje UE z Wielką Brytanią jeszcze się nie zaczęły – tajemnica to wielka. Jesteśmy skazani na domysły, ale skoro już jesteśmy skazani, to nie żałujmy sobie i domyślajmy się…

…mamy dwie możliwości: albo obydwie instytucje wynegocjowane porozumienie zatwierdzą, albo nie. Powiedzmy jednak, że zatwierdziły. Wtedy zainteresowane państwo opuszcza szczęśliwą rodzinę unijną na warunkach wynegocjowanych i zatwierdzonych. No dobrze – ale co dzieje się w przypadku, gdy albo negocjacje nie doprowadzą do porozumienia, albo nawet doprowadzą, ale nie zostanie ono zatwierdzone? Wtedy zainteresowane państwo też może opuścić Unię Europejską, ale dopiero po 2 latach. 2 latach – czyli 24 miesiącach, o których z obfitości serca wspomniały usta Jana Klaudiusza Junckera! Po cóż Unii Europejskiej te 24 miesiące? Wyjaśnić to można odwołując się do innej instytucji traktatu lizbońskiego, mianowicie tzw. „klauzuli solidarności”. Stanowi ona, że w razie pojawienia się zagrożenia demokracji w jakimś kraju członkowskim, Unia Europejska, na prośbę państwa zagrożonego, może udzielić mu „bratniej pomocy” w celu usunięcia zagrożeń dla demokracji. A skąd wiadomo, że zagrożenia dla demokracji się pojawiły? No cóż; czyż potrzeba lepszego dowodu na zaistnienie tych zagrożeń, jak ów wniosek o wystąpienie z Unii? Nie potrzeba – a 24 miesiące chyba wystarczą, by te zagrożenia usunąć. A skąd będziemy mieli pewność, że zostały one usunięte? Stąd, że rząd ustanowiony w następstwie „bratniej pomocy” natychmiast wniosek o wystąpienie z Unii wycofa. Ciekawe, czy Jan Klaudiusz Juncker, wspominając o czasie nawet dłuższym niż 24 miesiące, miał na myśli właśnie tę mitręgę, czy też ta freudowska pomyłka przytrafiła mu się bez żadnej konkretnej intencji?” (Stanisław Michalkiewicz – Domyślajmy się!)

„…z ulgą i nadzieją witamy plany Angeli Merkel Europy dwóch prędkości. Mogą być śmiało nawet trzy, albo i więcej. Naturalnie pod warunkiem że J. Kaczyński nie zwariuje w międzyczasie i nie będzie starał się kraju zakwalifikować na pasmo najszybszego ruchu…

…Umiarkowana prędkość w dobrym kierunku jest lepsza niż ekspresowe pogłębianie euro integracji w złym, na co nalega Frau Merkel.

Jej celem, jak się zdaje, jest ekspresowe sprowadzenie reszty Afryki i Bliskiego Wschodu do serca Europy, zanim śpiące społeczeństwo niemieckie ocknie się aby bronić swojej tożsamości. Na czas tej turbo integracji Niemiec z islamem ich sąsiedzi zrobią dobrze jeśli zwolnią i odgrodzą się nawet od powstającego kalifatu płotem, jak Orban. Zbyt szybka integracja nie wyjdzie nikomu na zdrowie. Wręcz przeciwnie, rozsadzić może kohezję społeczną i doprowadzić do przyspieszonego rozkładu Niemiec z ich własnej i nieprzymuszonej woli. Ten rodzaj odwróconego Drang nach Osten, jak kto woli, leży w interesie ich sąsiadów. Nie bardzo więc wiemy czemu J. Kaczyński się tym martwi choć jednocześnie słusznie wskazuje palcem na Merkel jako na sprawczynię katastrofy i na role w tym jej piona w Brukseli Tuska, bezkrytycznie wentylującego niemieckie groźby pod adresem innych o astronomicznych karach za każdego nie przyjętego „uchodźcę”.

Interesujący jest timing tego pędu Angeli ku większej integracji. Wygląda to na reakcję euro establishmentu na Brexit, decyzję mających dość integracji Brytyjczyków i ich pragnienie aby się właśnie od kontynentu odintegrować. Czemu służyć ma przeciwstawienie się temu narzuconą przez Niemcy przyspieszoną integracją? Temu oczywiście aby stworzyć fakty dokonane przez co gotowość innych do próbowania kolejnego exitu z euro raju odpowiednio osłabnie. Wątpimy jednak czy strategia ta odniesie sukces.” (cynik9Europa dwóch prędkości)

„…Zaczęliście od powiedzenia nam, że musimy zapłacić rachunek, całe 52 miliardy funtów – kwota wyraźnie wzięta z powietrza, faktycznie forma żądania okupu. Moglibyście zauważyć, że włożyliśmy netto ponad 200 miliardów funtów w ten projekt, jesteśmy w istocie udziałowcami tego budynku i całej reszty majątku, i naprawdę to wy powinniście złożyć nam ofertę nie do odrzucenia, byśmy wyszli. A jak zawsze uroczy pan Verhofstadt, główny negocjator Parlamentu, w swojej rezolucji, nad którą mamy głosować później, mówi nam, że nie wolno nam omawiać potencjalnych umów handlowych z nikim innym na świecie, dopóki nie opuścimy Unii Europejskiej. Nie ma to żadnych zupełnie podstaw w prawie traktatowym i jest to tak, jakby powiedzieć, że nie możesz zaaranżować sobie mieszkania, na czas gdy wyjdziesz z więzienia…

…I oczywiście pan Tusk, którego nie ma dziś z nami – podejrzewam, że nadal płacze, wyglądał na dosyć załzawionego, nieprawdaż, po tym jak ambasador brytyjski doręczył list w zeszłym tygodniu – mówi nam w swoim memorandum, że wszelkie przyszłe umowy handlowe muszą zapewnić, że UK nie może mieć przewagi konkurencyjnej. To wszystko jest niemożliwe, a dokładacie do tego hipokryzję, że z jednej strony mówicie, że UE będzie negocjować jako jedność, a klauzula 22 dokumentu Tuska mówi, że w istocie Gibraltar, że Hiszpanie mogą mieć całkowite weto wobec całej umowy, jeśli nie będą usatysfakcjonowani suwerennością Gibraltaru. My wierzymy w narodowe samostanowienie – waszym celem i ambicją jest zniszczenie demokracji państwa narodowego. Gibraltar jest zdecydowanie rzeczą nie do przyjęcia na obecnych warunkach.

Okazaliście tymi żądaniami, że jesteście mściwi, paskudni. Mogę jedynie powiedzieć: dzięki Bogu, że wychodzimy. Zachowujecie się jak mafia. Myślicie, że jesteśmy zakładnikiem. Nie jesteśmy, wolno nam odejść…

…daje się nam żądanie okupu. Ale co musi być bardzo trudne dla was wszystkich do pojęcia, to że istnieje większy świat, tam na zewnątrz, niż Unia Europejska. 85 procent światowej gospodarki jest poza Unią Europejską. I jeśli chcecie nie mieć żadnej umowy, jeśli chcecie zmusić nas do odejścia od stołu, to nie my na tym ucierpimy. Wiecie, my nie musimy kupować niemieckich samochodów, nie musimy pić francuskiego wina, nie musimy jeść belgijskiej czekolady. Jest wielu innych ludzi, którzy nam to dostarczą. Powrót do taryf narazi miejsca pracy setek tysięcy ludzi żyjących w Unii Europejskiej, a jednak co mówicie, to że chcecie przedłożyć interesy Unii Europejskiej ponad interesy waszych obywateli i waszych firm. I jeśli będziecie dalej iść tą drogą, to nie tylko Zjednoczone Królestwo uruchomi artykuł 50, będzie jeszcze wiele kolejnych.” (karasekUS, Nigel Farage: UE jak mafia… niech będzie gangsterzy)

podobne: Unia doigrała się Brexitu. Eurosceptycy tryumfują, skowyt histerii wśród euroentuzjastów (od lewa do PISu). Wielka Brytania przed historyczną szansą, a co z Polską? Czekam na Polexit oraz: „Kiedy rząd boi się ludzi mamy wolność.” (Thomas Jefferson). Eurosceptycyzm w Europie. Biznes ma dość handlowej wojny z Rosją. Włosi przeciwko tyranii EBC. Szwecja na skraju kryzysu rządowego

W przeciwieństwie do państw takich jak Polska (a w zasadzie ich elit politycznych) wiecznie do czegoś aspirujących, zatroskanych o swój wizerunek „zagranico”, państwa poważne (a do takich należy Wielka Brytania) mają to do siebie że potrafią uzasadnić swoje racje, nawet jeśli argumenty na owe racje wydają się nieco „przestarzałe”. Demonstrując tym samym wyższość i przywiązanie do własnego porządku i dorobku prawno cywilizacyjnego… (Odys)

„…w portalu Obserwator finansowy ukazał się tekst Jacka Ramotowskiego zatytułowany Wielkie banki przygotowują się do brexitu. I w tym tekście znajduje się taki oto fragment:

Na wniosek Giny Miller brytyjski Sąd Najwyższy orzekł w listopadzie, że rząd nie może złożyć notyfikacji zamiaru opuszczenia Unii bez zgody parlamentu. Rząd odpowiednią ustawę przedstawił, ale nie zawiera ona szczegółów. Domaga się upoważnienia go do uruchomienia art. 50 Traktatu Lizbońskiego i podjęcia negocjacji zgodnie z tzw. klauzulą Henryka VIII z 1539 roku. Klauzula ta pozwala na zmianę, a nawet uchylenie ustawy bez zgody parlamentu.

Można uchylić ustawę bez zgody parlamentu, bo są odpowiednie narzędzia prawne w tradycji legislacyjnej na Wyspie. Tylko kto o tym decyduje? Wczoraj myśleliśmy, że król. A jeśli tak, to sądziłem, że będą z tym brexitem czekać, aż pani Ela odłoży łyżkę i na tronie zasiędzie Harry czy może te drugi, bardziej piegowaty. Dziś z rana okazało się, że w takich sprawach decyduje tajna rada, a skład tajnej rady możecie sobie znaleźć w sieci, bo nie jest on znowu aż tak tajny. No, ale jak napisałem na początku nie będzie trzeba sięgać po klauzule z roku 1539, bo już jest po sprawie, brexit rozpocznie się przed końcem marca.

Widzimy na tym przykładzie jak poważna jest tradycja polityczna Wielkiej Brytanii i jak serio traktuje się tam decyzje. Oczywiście, ktoś powie, że od dawna wiadomo było, że wyjdą potrzebowali tylko uzasadnienia. No, ale potrafią to uzasadnienie znaleźć i za jego pomocą przymusić Izbę Lordów to uległości. To jest właśnie poważna polityka.

Popatrzmy teraz jak poważna polityka wygląda u nas. Poważną polityką są w Polsce kwestie dotyczące 500+ i strajku nauczycieli o 10 procentową podwyżkę, poważną polityką jest nieudany skok na stanowisko szefa PE, a także powracające stale gawędy o tym czy uzbroić Polaków czy też może pozostawić ich bez broni, a za to zorganizować obronę terytorialną. Za poważną wewnętrzną politykę w Polsce uchodzi medialna propaganda najgorszego gatunku, taka jaką zaprezentował w najnowszej, jeszcze nie wydrukowanej Gazecie Polskiej Tomasz Sakiewicz. Na okładce widzimy tramwaj z czasów okupacji, z którego wychyla się Angela Merkel, a na pierwszym planie stoi Donald Tusk w mundurze esesmana. Proszę bardzo https://twitter.com/GPtygodnik/status/841348170584076289

W środku jak widzicie mamy tradycyjną, znaną nam z tygodników wydawanych za Gierka, mapkę przedstawiającą potencjał wojenny krajów Europy, z tym, że odwrotnie niż wtedy zagrożeniem nie jest zachód a Rosja. Mamy więc tu połączenie dwóch poetyk. Nachalnej propagandy i pseudonaukowej strategii. Każdy oczywiście, kto to skrytykuje zostanie z miejsca nazwany ruskim agentem. Bo ten manewr także jest wpisany w mechanizm działań poważnej polityki wewnętrznej w Polsce. Jeśli do tego dodamy to, co powiedziała pani Fotyga niedawno, w związku ze sprawą uzbrojenia Polaków, to mamy komplet. Powiedziała – przypomnę tylko – że w Polsce, odwrotnie niż w USA nie ma tradycji noszenia broni. Gadałem o tym wczoraj z Jackiem i on powiedział w pewnym momencie, że w Polsce jest za to tradycja noszenia ołowianych kul w potylicy. Ja zaś pomyślałem, że to dobry bon mot, bo on opisuje czynną nad Wisłą i wiecznie żywą tradycję potyliczną. Mamy nawet taki prawicowy portal – Wpotylicę. Prowadzą go bracia Karnowscy…” (coryllus – O tradycji politycznej i tradycji potylicznej)

podobne: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego oraz: Międzymoże, czyli o wpuszczaniu Polski w kanał casus belli przez gigantomaniaków którzy nie panują nad własnym państwem.

„…ma się w Rzymie odbyć uroczysty „szczyt” Unii Europejskiej, na którym delegacja polska ma znowu pokazać europejsom” nie tylko, jakie z nich palanty, ale stanąć na nieubłaganym gruncie europejskiej jedności, a także – jedności euroatlantyckiej. W związku ze szczytem pani premier Szydło żałośliwym tonem wygłosiła specjalne orędzie do narodu, informując, co i jak. Ten żałośliwy ton wynika, jak przypuszczam, z trudności położenia w jakim znalazła się nie tylko ona, ale całe PiS wobec swoich wyznawców. Z jednej strony pan prezes Kaczyński chciałbym im zaimponować przedstawieniem, jak to pod jego przywództwem Polska „wstaje z kolan” i tak dalej, ale z drugiej strony targa nim jaskółczy niepokój, że jak tylko spróbuje wstać, to nie dostanie forsy, od której nasi Umiłowani Przywódcy uzależnili nie tylko Polskę, ale i samych siebie. Przed taką możliwością ostrzegł panią premier Szydło francuski prezydent Hollande, zauważając, że „wy macie zasady, a my – subwencje”. Wprawdzie pani premier skwitowała to lekceważącą uwagą, że prezydent Hollande ma zaledwie 4 procent poparcia, ale procenty to jedna rzecz, a forsa, to rzecz druga. Ale cóż; wobec wyznawców trzeba trzymać fason („on tu jeden trzyma fason ponad Żydów podłą zgrają i on jeden nie jest mason, chociaż – czego nie gadają?” – powiada poeta), więc pani premier zapowiedziała, że jeśli polskie żądania nie zostaną w Rzymie spełnione, to Polska nie podpisze końcowej deklaracji. Nie wiem czemu, ale przypomina mi to scenę spotkania meksykańskiej cesarzowej Charlotty z cesarzem Napoleonem III. Charlotta chciała namówić Napoleona na interwencję w Meksyku, gdzie powstańcy oprymowali jej męża, cesarza Maksymiliana. Napoleon wykręcał się jak tylko mógł, więc Charlotta użyła ostatecznego w jej mniemaniu argumentu, oświadczając, że jeśli nie będzie interwencji, to oboje z mężem abdykują. – Ależ abdykujcie jak najprędzej! – wyrwało się wtedy Napoleonowi, na co Charlotta najpierw dostała spazmów, potem zaczęła wyrzucać francuskiemu cesarzowi jego niskie pochodzenia, aż wreszcie zwariowała. Takie rzeczy pokazują, że w polityce światowej sprawy tragiczne sąsiadują z komicznymi…” (Stanisław Michalkiewicz – Czyżby znowu moralne zwycięstwo?)

podobne: Dwie prawdy zamiast polityki oraz: „Szklany nocnik dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego” za „Traktat Lizboński i nadmuchiwanie Niemiec” i to: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą a także: Michalkiewicz i Braun: Quo vadis Polsko? Sny o potędze RP kontra przekleństwo georealizmu. „Stary Nowy Porządek” czyli Zdrada w Monachium

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Zamiast „jednolitego podatku” centralna baza (PO)rachunków oraz „obywatelska emerytura” czyli… szukanie pokrycia dla rekordowego deficytu kosztem obywateli. Ostrowice jako przykład (nie)”zrównoważonego rozwoju” w skali mikro.


rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Wygląda na to, że ominą nas dobrodziejstwa jednolitego podatku. Głównym powodem rezygnacji z tego projektu jest jego wpływ na drobnych przedsiębiorców, którzy płaciliby niemal dwukrotnie wyższą stawkę niż obecnie. Projekt poległ w dużej mierze ze względu na to, że był tym czym miał nie być. Założenia mówiły o uproszczeniu podatku dla osób fizycznych by wszystkie daniny złączyć w jedną. Po drodze powstał dziwny kompromis mający spełniać założenia sprawiedliwości społecznej, który gwałtownie skomplikował cały projekt. Efektem był chaos i kolejne niedotrzymane terminy. Grabarzem projektu okazał się kalendarz. Mamy 21 grudnia, a projektu nie dało się już skończyć by obowiązywał od 2017 roku. Na szczęście w budżecie nie zapisano dodatkowych wpływów, które miały pochodzić z tej unifikacji.

Rekordowy deficyt w 2017 roku

Na rok 2017 zapowiadany jest w Polsce niemal 60 miliardowy deficyt budżetowy. To najwyższa wartość jaka kiedykolwiek trafiła do ustawy budżetowej. Wartość ta ma jeden podstawowy negatywny skutek. Będziemy się musieli najprawdopodobniej silnie zadłużyć za granicą. Pomysł przeniesienia zadłużenia wewnątrz kraju poprzez nakłonienie obywateli do reinwestowania środków z programu 500+ w obligacje okazał się niemal zupełnym fiaskiem. Analitycy zwracają uwagę, że silne uzależnienie od kredytowania z zewnątrz może powodować jego mniejszą stabilność. W efekcie jeżeli inwestorzy będą tracić zaufanie koszty kredytu mogą istotnie wzrosnąć co dalej pogłębi deficyt i osłabi złotego(internetowykantor.pl – Bez ważnej zmiany w podatkach. Rekordowy deficyt)

podobne:  „New Deal” po polsku czyli „jednolity podatek” dla przedsiębiorców. „Dobra zmiana” czy wielki kryzys? Nie – dla socjalizmu z ludzką twarzą. oraz: Trader21: Obligacje rządowe gwarantem straty. Inflacja i dewaluacja jako narzędzie walki z długiem. W czyich rękach spoczywa polski dług, i czy krach finansów publicznych zakończy się eutanazją?

„…Jeżeli więc mimo rządów pobożnego PiS-u piekło zagrozi Polakom to przynajmniej nie w 2017.  PiS-owi nie uda się tym docisnąć  podatkowo samo zatrudnionych tak aby wyzwolić ich spod  nieznośnej perspektywy płacenia mniej niż etatowcy.

Skorygowanie tej kapitalistycznej anomalii  wprowadzonej  jeszcze przez komunistów Millera w 2004 – umożliwienie samo zatrudnionym płacenia stawki liniowej 19% PIT-u – było punktem honoru PiS-u. Od lat była to furtka do obejścia podatkowego piekła normalnego PIT-u i ZUS-u razem,  jednego z najwyższych takich obciążeń w Europie.  PiS zdeterminowany był furtkę tę zamknąć i owinąć ją do tego drutem kolczastym.

Łączenie wszystkiego w jeden wysoki podatek „jednolity” miało pomóc Janosikowi Morawieckiemu w jego planach „odpowiedzialnego rozwoju” i „mobilizacji” kapitału polskiego.  Od dawna twierdziliśmy że  o ile dobra zmiana  jakimś cudem zmobilizuje tym polski kapitał to tylko do ucieczki zagranicę.  Wolnego kapitału polskiego od tego z pewnością nie przybędzie lecz przeciwnie, będzie go mniej.

Tym bardziej że dobra zmiana wyrzuca do kratki ściekowej nawet ten kapitał którego nie ma i który musi pożyczać  na swoje rozdawnictwo 500+.  Nic dziwnego że na rok 2017 zapowiadany jest w Polsce prawie 60 miliardowy deficyt budżetowy.  W międzyczasie Janosik Morawiecki wymyśla nowe metody finansowego terroru.  Jego najnowszym pomysłem jest projekt ustawy o centralnej bazie rachunków  Jak widać socjaliści PiS-u tak nawykli do „centralizmu demokratycznego” za komunizmu że w głowie im się nie mieści aby cokolwiek mogło nie być „centralne”.  Potrzebna jak psu piąta noga ustawa przewiduje nowy centralny urząd,  najpewniej z paroma setkami centralnych biurw,  śledzący centralnie  wszelkie możliwe miejsca w których ludzie pochować jeszcze mogli jakąś wartość.  Centralnym zadaniem urzędu będzie centralne informowanie o tym innych urzędów centralnych(cynik9 – Dobra zmiana bierze się za bitcoiny)

podobne: Rabunek na zlecenie czyli… oZUSowanie umów cywilno-prawnych oraz: Premier: pełne oskładkowanie wszystkich umów byłoby ze stratą dla ludzi

…Pani minister Rafalska w kwestii rozdawnictwa 500+ niedawno stwierdziła co następuje:

“Każda dyskusja na temat wprowadzenia programu zaczynała się od zarzutu, że rodziny na pewno zmarnotrawią pieniądze, wydadzą na alkohol. Dziś wiemy, że to problem marginalny. Średnio zmiana pieniędzy na inne świadczenia, bony, usługi dotyczy miesięcznie 600 rodzin. Przy skali programu to margines – wyjaśniała Rafalska. – To dowód, że rodziny same najlepiej wiedzą na co wydawać te pieniądze – mówiła minister.”

Mając więc dowód na to że rodziny same najlepiej wiedzą jak wydawać swoje pieniądze, Pani minister chwali program rządowy który sprowadza się do zabierania owych pieniędzy tymże rodzinom pod przymusem w ramach tzw. „pomocy rodzinie”… Prawda że logiczne? Oczywiście że nie, bo tu chodzi o inną „logikę”:

„…Tylko w ten sposób może potem błaznować w roli św. Mikołaja i rozdawać je intelektualnej elicie narodu. Tylka ta elita, dziwnym zbiegiem okoliczności, sama wie najlepiej  na co je wydać i pomocy Rafalskiej przy tym jakoś nie potrzebuje.  Wystarczy że troszczy się ona o kasę. Trochę wprawdzie gorzej u tej elity z wiedzą jak tę kasę samemu zarobić ale od czego w końcu elity mają  PiS i jego czerwoną ministrę?” (cynik9 – Na co wydać swoje pieniądze)

podobne: PIS lepszy od POprzedników… w zadłużaniu Polaków. O jakim „zwrocie z inwestycji” mówią piewcy programu „500+”? Niesprawiedliwość redystrybucji i społeczna funkcja własności prywatnej.

Mamy zatem czarno na białym przyznanie się polityków do uprawiania bezczelnego procederu przekupywania podatników za ich pieniądze. I chociaż nie będzie tego procederu (póki co) ułatwiał „jednolity podatek”, to kierunek uzależnienia obywatela od  „redystrybucji” zostanie utrzymany w inny sposób – w ramach tzw. „uszczelniania” obecnie obowiązującego systemu podatkowego… (Odys)

„…Od 1 stycznia 2017 r. mali oraz średni przedsiębiorcy będą podlegali obowiązkowi składania comiesięcznego pliku JPK_VAT (ewidencja zakupu i sprzedaży VAT). Pierwsze sprawozdania ww. przedsiębiorcy będą musieli złożyć do 25 lutego 2017 r. Obecnie JPK przesyłają już duże firmy.

Zaliczenie do określonej grupy przedsiębiorców zależy od liczby zatrudnianych osób oraz od wielkości obrotów firmy.

Rozszerzenie katalogu podmiotów, które mają obowiązek raportowania, ma za zadanie pozyskanie bieżącej informacji o transakcjach podlegających opodatkowaniu VAT. Umożliwi to szybką i skuteczną identyfikację wyłudzeń oraz unikania opodatkowania…” (inforfk.plNowy obowiązek dla małych i średnich przedsiębiorców)

…natomiast pod pretekstem „procesu elektronizacji i usprawnienia obrotu gospodarczego, a także upowszechnienia płatności bezgotówkowych” i „prac nad systemem fiskalizacji online”, zaplanowano że…

„…kasy fiskalne od stycznia 2018 roku będą podłączone online i będą automatycznie przesyłać dane o sprzedaży do centralnego repozytorium prowadzonego przez MF. Jednocześnie, kasy poza wydawaniem papierowych paragonów klientom będą wysyłać elektroniczne paragony zainteresowanym użytkownikom, którzy wyrażą na to zgodę i zarejestrują się. Pośredniczyć w tym będzie przygotowywana przez KIGEiT platforma dystrybucji paragonów elektronicznych z kas fiskalnych bezpośrednio do konsumentów. System ten ma gwarantować pełną anonimowość przesyłanych danych. Najprostszą formą będzie przekazanie paragonu elektronicznego na pocztę e-mail lub sms, czy też do aplikacji mobilnych” – wyjaśniono…

Ministerstwo uzasadnia wprowadzenie obowiązkowych e-paragonów ograniczeniem szarej strefy. Według resortu „wyniki analizy ekonometrycznej wskazują, że przyrost liczby aktywnych kas fiskalnych w relacji do liczby aktywnych przedsiębiorstw w Polsce o 0,1 prowadzi średnio do spadku udziału szarej strefy w PKB o 0,33 pkt. proc.” MR powołuje się też na doświadczenia innych państw, takich jak Węgry, Bułgaria, Chorwacja, Słowenia czy Gruzja – gdzie wprowadzenie systemu rejestrowania sprzedaży za pomocą kas fiskalnych poprawiło wpływy z VAT. Resort rozwoju liczy także na „zwiększenie akceptacji płatności bezgotówkowych oraz zapewnienie konsumentom dostępu do paragonów elektronicznych w jednym miejscu”. (PAP) mick/ je/ (stooq.pl – MR: podpisano porozumienie ws. utworzenia platformy e-paragonów)

„…od przyszłego roku wszystkie firmy mają przesyłać co miesiąc do policji skarbowej wszystkie faktury, stany magazynowe nawet wyciąg z konta.
Totalna kontrola wszystkich, zapewne już na poziomie ogólnopolskiej bazy danych za pomocą algorytmów, które mają wyłapać podejrzane rzeczy.
Do wytypowanych nieszczęśników zapuka policja skarbowa, które może wlezć wszędzie nawet do miejsc niepowiązanych z prowadzoną działalnością, zażądać dowolnych dokumentów również niepowiązanych z prowadzoną działalnością, wejść oczywiście bez uprzedzenia jak dotychczas.
Jeśli “gestapo” uzna że jakaś faktura jest lipna wg ich kryteriów można iść na 25 lat do więzienia, do dyspozycji mają też konfiskate rozszerzoną, czyli trzeba udowodnić im pochodzenie majątku, który posiadamy nawet i 20 lat, pod groźbą jego odebrania.

Na dodatek, jeśli komuś nie do śmiechu, ministerstwo finansów, które tak dzielnie walczy z hazardem, że od lipca będzie nakazywało blokować tysiące domen rozmaitych kasyn online, samo staje się takowym organizując loterie paragonową, ciekawe czy zablokują sami siebie.” (Szelo)

Mamy więc do czynienia z konkretnym krokiem w kierunku upieczenia jeszcze jednego półgęska umożliwiającego nadzór nad obywatelem i jego własnością tj. ze stopniowym eliminowaniem gotówki, w walce z którą najciekawszy przypadek wydarzył się w Indiach… (Odys)

„…Banknoty o nominałach 500 i 1000 rupii, stanowiące 86% gotówki będącej w obiegu, z dnia na dzień przestały być w Indiach legalnym środkiem płatniczym. Premier Narendra Modi ogłosił swoją decyzję 8 listopada, kiedy cały świat emocjonował się wyborami w USA. Szef rządu Indii stwierdził, że przyczyną zmian jest „walka z unikaniem opodatkowania oraz szarą strefą”

…Na stronie Ministerstwa Rozwoju można znaleźć dokument dotyczący „zwiększania obrotu bezgotówkowego”. Zgodnie z jego założeniami, udział gotówki w transakcjach na obszarze Polski, ma spaść w ciągu 5 lat z 21,5% do 15%. W tym celu rozważane jest m.in. obniżenie limitu transakcji gotówkowych.

Jeden ze sposobów na przekonanie Polaków do obrotu bezgotówkowego, zakłada wprowadzenie specjalnych ulg podatkowych. W przypadku transakcji elektronicznych, stawki podatku VAT miałyby zostać obniżone o 1 punkt procentowy, do 22% i 7%…

…Wszystko odbywa się pod pięknie brzmiącymi przykrywkami, ale prawdziwym motywem jest możliwość grabienia ludzi na skalę większą niż kiedykolwiek w historii.

Ogromna liczba krajów boryka się dziś z problemem zadłużenia. Wycofanie gotówki byłoby dla polityków wymarzonym rozwiązaniem. Społeczeństwo bezgotówkowe umożliwia wprowadzenie negatywnych stóp procentowych. Obywatele byliby zmuszeni do płacenia za trzymanie pieniędzy w bankach, a zadłużenie zostałoby zredukowane. Z kolei rządy mogłyby zapożyczać się po zerowym koszcie. Co stałoby zatem na przeszkodzie, aby politycy mogli dalej zadłużać obywateli i sponsorować za to coraz bardziej absurdalne wydatki? Można jedynie domyślać się, jakie obietnice wyborcze pojawiłyby się w programach poszczególnych partii.

Czego możemy spodziewać się obecnie? Z pewnością walka z gotówką zmobilizuje przezorną część społeczeństwa do ucieczki w metale szlachetne. Potwierdzają to wydarzenia w Indiach.

Warto zaznaczyć, że sposób wprowadzenia zmian w Indiach nie wyglądał rozsądnie z punktu widzenia elit, gdyż wywołał wściekłość ludzi. Można zatem zakładać, że był to eksperyment – co stanie się, jeśli w jednym momencie zdelegalizujemy większość banknotów. Nie zmienia to faktu, że większość zmian mających na celu walkę z gotówką, to mniej odczuwalne działania (wycofanie pojedynczego nominału, obniżenie limitu transakcji gotówkowych). Ich wychwycenie wymaga od społeczeństwa większej czujności. To tzw. powolne gotowanie żaby – jeśli walka z gotówką będzie prowadzona etapowo, to ludzie nie zauważą zmian.

Jeśli w przyszłości dojdzie do wycofania gotówki, będzie to prawdopodobnie połączone z wprowadzeniem bezwarunkowego dochodu gwarantowanego. Zostanie on ustawiony na takim poziomie, aby zapewnić najbiedniejszym minimum potrzebne do przeżycia, a jednocześnie pozbawić masy motywacji do wyjścia na ulicę.” (Zespół Independent Trader – Walka z gotówką przybiera na sile)

podobne: „Dziennik Gazeta Prawna”: NBP eliminuje obrót gotówką. „Puls Biznesu”: Podatkowe pole minowe oraz: Cynik9: Szaleństwo dobermanów czyli… Wielki Brat chodzi po suficie

Cytowany wyżej cynik9 założył że wraz z rezygnacją rządu z „jednolitego podatku”, nie dojdzie do „oskładkowania” ostatniej już grupy pracowników zwolnionej w Polsce z ZUSowskiego haraczu. Niestety rząd wcale z tego pomysłu nie zrezygnował, i już niedługo wszyscy pracownicy będą „sprawiedliwie” (bo po równo) okradani… (Odys)

Umowy o dzieło to ostatnia z form zatrudnienia, przy których nie trzeba płacić składek ZUS. Ale już niedługo. Rząd, który dokonał przeglądu systemu ubezpieczeń społecznych, wprost zaleca w nim rozważenie „rozszerzenia katalogu tytułów podlegania ubezpieczeniom emerytalnemu i rentowym” o osoby wykonujące pracę na podstawie tego rodzaju umowy.

Przegląd jest już oficjalnym dokumentem przyjętym przez Radę Ministrów i niebawem zajmie się nim Sejm. Można się więc wkrótce spodziewać szczegółowych propozycji w tej sprawie. Ozusowanie umów o dzieło byłoby próbą załatania dziury w systemie. Do 2015 r. z tej formy korzystało rocznie około 200 tys. pracujących – takich, dla których była to jedyna podstawa zatrudnienia. Można zakładać, że w 2016 r. popularność dzieła jeszcze wzrosła po tym, jak składkami na ubezpieczenie społeczne obłożono wszystkie umowy-zlecenia (wcześniej to one były podstawowym typem tzw. umowy śmieciowej; w 2015 r. na ich podstawie pracowało ponad milion osób)…” (Czytaj więcej tu: praca.interia.pl – PiS łata dziury w systemie. Oskładkuje umowy o dzieło)

To oczywiście w żaden sposób nie naprawi niewydolnego systemu „ubezpieczeń społecznych”. Dlatego też rząd szykuje kolejną jego reformę. Cytuję:

„…Zapewne zdajecie sobie sprawę, że nie chodzi o to żeby emerytury były wyższe. Istnieje na przykład koncepcja, że aby dostać emeryturę trzeba będzie przepracować 15 lat. Jak ktoś przepracuje mniej, mimo, że ZUS będzie podprowadzał swoją cześć, to dostanie emeryturę w wysokość 0 złotych (słownie: zero złotych). Pieniędzy oczywiście nie odzyska tez w inny sposób. Mówiąc wprost – Państwo ukradnie mu w majestacie prawa całkiem sporo pieniędzy. A… jest też szansa, że to ile wpłacamy do najukochańszej instytucji Polaków też nie ma znaczenia, bo wszyscy dostaniemy tyle samo. Czyli tyle żeby w miarę szybko umrzeć i nie obciążać systemu…” (DWS24.pl13 lutego 2017 roku)

Więc jak ktoś myślał że pomysł obcinania emerytur dotknie tylko UBeków, to ma teraz dowód na zwodniczość tego rodzaju autosugestii. Ja lojalnie ostrzegałem że precedens z UBeckimi emeryturami to tylko rozgrzewka przed nabraniem prędkości w mieleniu przez wielkie koło „sprawiedliwości społecznej” własności ludzi którzy niczym sobie na tego rodzaju „Prawo i Sprawiedliwość” nie zasłużyli.

Wychodzi więc na to że PIS jako naturalnie socjalistyczny projekt/partia nie tylko kontynuuje reformy zapoczątkowane przez takich samych ideologicznie poprzedników (Tusk znowu obiecuje (grozi) że da (zabierze). Michalkiewicz: „Źle było, źle będzie…”), ale wykazuje się na dodatek dużo bardziej bezwzględną kreatywnością  wymyślając coraz to nowe i perfidne w swej naturze sposoby rabunku… „Domiar podatkowy”, „solidarność podatkowa”, czy kolejna „reforma emerytalna” nie są bowiem żadną nowością, ale zdecydowanie się na ich wdrożenie jak również stworzenie narzędzi w postaci „centralnej bazy rachunków”, „e-paragonu” i „oskładkowanie” ostatniej już formy zatrudnienia, z całą pewnością ułatwi PISowi sięgnięcie głębiej do kieszeni Polaków. „Damy radę!” nabiera całkiem realnych kształtów…(Odys)

podobne: Pod przykrywką wygłupu Sikorskiego fala rabunku przetoczyła się przez sejm: uwolnienie kominówek, rząd kładzie łapę na depozytach, centralna baza „haków” skarbówki, zamiast śmieciowych umów o pracę będzie śmieciowa emerytura. Do diabła z taką opozycją! Dratewka potrzebny od zaraz oraz: Do dziurawego wora FUS (dzięki oskładkowaniu „śmieciówek”) trafi 650 milionów złotych. i to: Budżet państwa na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną… ale czy PIS będzie nas kosztował mniej? Oczywiście że nie – zamach na umowy cywilnoprawne i to: Papierowe rozliczanie komuny jako ekwiwalent sprawiedliwości czyli… zamiast osądzenia zbrodni prawo do rabunku UBeków na podreperowanie ZUSu.

„…„sprawiedliwość społeczna”, to elegancka nazwa rozmaitych łajdactw, przeważnie – rabunku maskowanego pozorami legalności. Gdybym z pistoletem w ręku zgłosił się do bogatszego ode mnie i pod groźbą użycia broni zażądał od niego natychmiastowego podzielenia się ze mną majątkiem, to każdy sąd uznałby to za rabunek. Jeśli jednak wynajmę sobie posła i ministra, opłacając ich walutą głosów wyborczych, to ten sam czyn zostanie uznany za realizację „sprawiedliwości społecznej”. A przecież istota czynu pozostaje taka sama. Niestety nie rozumie tego nawet papież Franciszek, który niedawno pochwalił komunistów, że myślą według zasad nauki Chrystusowej. Jest to oczywista nieprawda, bo Chrystus mówił: „daj!”, podczas gdy komuniści mówią: „bierz!” Ale żeby dać, to najpierw trzeba mieć, a zatem warunkiem sine qua non praktykowania chrześcijańskiego przykazania miłości bliźniego, jest własność prywatna. Tymczasem podstawowym punktem programu komunistycznego jest właśnie likwidacja własności prywatnej, zatem między chrześcijaństwem a komunizmem istnieje sprzeczność nie do pokonania…” (Stanisław Michalkiewicz – Hołota panoszy się w Sejmie)

podobne: Przerośnięte państwo gwarancją problemów jego obywateli. O demokracji, państwie „opiekuńczym” i długu „publicznym” czyli przejadaniu przyszłości na własne życzenie. oraz: O tym jak państwo „opiekuńcze” zamiast pomagać jednostkom zubaża całe społeczeństwo i to: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa.

Jeśli ktoś nie potrafi sobie wyobrazić do czego tego rodzaju polityka potrafi doprowadzić, albo uważa że to jakaś wirtualna rzeczywistość i że nie ma żadnego związku między deficytem/długiem a polityką fiskalną oraz własnością, to polecam jeszcze jedną lekturę… (Odys)

„…decyzją rządu B. Szydło w Ostrowicach wprowadzono pod koniec 2016 zarząd komisaryczny. Ma to być przygotowaniem do rozparcelowania gminy między bardziej poczytalnych sąsiadów…

…Samorząd gminy, jak małpa z brzytwą, pożyczał zresztą chaotycznie nie tylko na infrastrukturę.  Raz były to szkoły, innym razem prąd do latarni. Wreszcie w ramach kolejnej reorganizacji postanowił sięgnąć po najnowsze zdobycze finansowej inżynierii, co gminę  ostatecznie pogrążyło. Pozbył się mianowicie swojego majątku związanego z wodociągami po to aby go z powrotem zaleasować. Potem, w sytuacji podbramkowej, gmina w panice ratowała sytuację bieżącą odkupując ten majątek za znacznie większą kwotę. Ktoś sprytny się obłowił, gmina zaś pozostała z workiem.

Uwagę przyciągają 3 miliony złotych które gmina wydaje rocznie na obsługę długów. Na długu 35M oznacza to zwrot bliski 10%, który w obecnych warunkach niskich stóp procentowych jest prawdziwym klejnotem. Wkłada go do swojej kieszeni prawdopodobnie przedsiębiorczy finansista gminy, parabank z którym samorząd robił interesy. Przewija się w papierach skupująca długi spółka z Łodzi  której burmistrz genialnym posunięciem sprzedał część długów gminy. Pewnie myślał że nie musi ich dłużej spłacać…

Jest w tej historii coś niepokojącego, i nie jest tym bynajmniej bankructwo. Bywają sytuacje nieprzewidziane, są popełniane błędy i owszem, od czasu do czasu ktoś bankrutuje. Świat się na tym nie kończy. Tym niepokojącym czynnikiem jest natomiast chocholizm niewielkiej społeczności niezdolnej do samodzielnego rządzenia się,  połączony z  porażającą bezmyślnością jej wybranych decydentów. Gdyby mieszkańcom gminy socjalizm nie przerwał witalnego nerwu łączącego portfel z mózgiem i sami musieliby płacić za swoje wodociągi czy kanalizację to wnet by odkryli że cudów nie ma i że ich na to nie stać. Znaleźli by rozwiązania alternatywne, lepsze  i przede wszystkim mieszczące się w budżecie. Ale nie, mimo sygnałów zbliżającej się katastrofy i ratowania się ryzykownymi pożyczkami zarząd gminy parł z programem daleko przekraczającym jej finansowe możliwości. Zamiast wdepnąć na hamulec uciekał się do coraz bardziej ryzykownych gimnastyk finansowych, robiąc biznes z parabankami. Nikomu jakoś te partnerskie związki lisa z drobiem nie wydały się podejrzane. Nikomu nie zaświeciła się czerwona lampka ostrzegawcza. I wiadomo dlaczego – bo to nie ich pieniądze,  tylko pożyczone(cynik9 – Polski Detroit)

podobne: gigantomania chorobą samorządów. oraz: Samorządowe „inwestycje” to wzrost zadłużenia i podwyżki opłat. Rentowność długu i rosnąca obsługa kosztów. Państwo broni się przed zwrotem zagrabionego mienia i zmianami w ordynacji podatkowej, obniżka podatków nie tak szybko (fiskus łupi rodzinę). Innowacje obce sektorowi MSP. „Polska Miedź” rabowana podatkiem od wydobycia. oraz: Państwo w połączeniu z biznesem: marnotrawstwo, kumoterstwo, rabunek i korupcja na koszt podatników a Polacy podobno nie lubią nepotyzmu i to: Hulaj dusza piekła nie ma! Umorzenie dochodzenia nie musi być uzasadnione. Samorządy domagają się ograniczenia dostępu do informacji publicznej. Za błędy urzędnika płaci ubezpieczyciel. a także: „Zastaw się a postaw się”: Mazowsze bez dostępu do kont, Słupsk przerywa budowę aquaparku. polecam również: Konsekwencje zadłużania – Rząd sięga po kolejne rezerwy

Adam Wycichowski niewolnik - emerytury gwiezdne

Adam Wycichowski niewolnik – emerytury gwiezdne

Lewicowa wrażliwość czyli… Afera reprywatyzacyjna spuścizną układów w Magdalence i belką w oku PIS.


Przez ostatnie tygodnie mogliśmy się dowiedzieć z wielu mediów jak to zgraja cwaniaków wskazana przez mapę „dzikiej reprywatyzacji” (pod przewodnictwem Pani Prezydent Warszawy – Hanny Gronkiewicz Walc) dokonała strasznego zaboru „państwowego mienia”. Nie mam zamiaru bronić szubrawców zamieszanych w ten proceder, którzy sobie tylko znanymi kanałami w ramach (jak zwykle) dziurawego prawa dokonywali zawłaszczeń nieruchomości na ogromne sumy pieniędzy wykorzystując cudze prawo własności. Kto chce ten sam odnajdzie w internecie stosowny materiał na ten temat i wyciągnie stosowne wnioski. Tu odeślę do innego znacznie groźniejszego wątku który można nazwać „zagraniczną reprywatyzacją” (Przekręty na reprywatyzacji – rozmowa z dr Ryszardem Ślązakiem) dotyczącego roszczeń obywateli obcych państw.

Ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę na dużo poważniejszy problem od wspomnianej na początku kliki z Warszawy. Chodzi mi o pozorną nieudolność samego państwa, które pozwala na tego rodzaju szalbierstwa pod płaszczykiem prawa, bo nie potrafiło/nie chciało przez tyle lat rozliczyć się ze swoimi obywatelami ograbionymi za komuny przez Bieruta i jego sitwę (co do dziś mylnie i bez wstydu nazywa się „nacjonalizacją”), i które jedyne co potrafiło wymyślić w tej sprawie to zatrzymać cały proces reprywatyzacji ze szkodą również dla prawowitych właścicieli… (Odys)

„Afera reprywatyzacyjna w Warszawie i kwestie zwrotu działek, które od kilkunastu lat dotyczą Poznania, są nie tylko bulwersujące czy kontrowersyjne. Są przede wszystkim doskonałym obrazem jak od lat (nie?) działa nasze państwo.

Najpierw był dekret Bieruta dla Warszawy. Następnie ustawy uchwalane przez komunistyczne władze, na mocy których odbierano ziemie m.in. w Poznaniu. Jednak w stolicy Wielkopolski niejednokrotnie wywłaszczano w sposób bezmyślny idąc przede wszystkim na ilość. Nikt nie pomyślał wtedy, że mieszkańcy w przyszłości mogą upomnieć się o swoje i nie powinno zabierać się ziemi bez opamiętania. Skutki takiej działalności odczuwane są do dzisiaj, czego najlepszym przykładem jest ok. 320 postępowań zwrotowych w Poznaniu. A część na pewno zakończy się po myśli byłych właścicieli. Koniec PRL nie oznaczał jednak początku normalności. Wręcz przeciwnie, jak się później okazało, był to początek nieprawidłowości i afer, które po raz kolejny ukazały jak nie powinno działać państwo. Przykładem jest afera testamentowa, po której skazana sędzia nadal orzekała. Niezrozumiałe jest dla mnie, że przez kilkadziesiąt lat państwo polskie nie poradziło sobie z reprywatyzacją tak, by uniknąć przy tym kontrowersji, niejasności i afer. Teraz mamy czekać na kolejne? „

Czytaj więcej: http://www.gloswielkopolski.pl/opinie/a/jak-nie-dziala-panstwo,10554272/

Jakiś czas temu niejaki (ni)Jaki (zwany sekretarzem stanu w ministerstwie „haha sprawiedliwości”) zapowiedział powrót do słupków jakie ktoś mu wydrukował, i które z nieudawaną powagą (i zadowoleniem) prezentował w telewizorze, gdzie było jak byk namalowane na niebiesko że za rządów PISu oddawało się ludziom najmniej. I TO jest właśnie cel tej bandy socjalistów – zatrzymać reprywatyzację, żeby NIKT (łącznie z prawowitymi właścicielami) nie mógł dostać tego co komunista Bierut postanowił zatrzymać dla siebie i swoich aparatczyków (o czym więcej tu: Ustawa reprywatyzacyjna gorsza od dekretu Bieruta). Bo tak jak za tamtych czasów (i jedynie słusznej ideologii) tak i dziś państwo jest najwyższą wartością dla tych ludzi, więc nie liczy się prawo zwykłych obywateli do odzyskania tego co im komuna zagrabiła. „Dojna zmiana” napisze w związku z tym stosowną ustawę i wszystko pozostanie „legalnie” we władaniu państwa ale nie narodu.

Ciekawe ile z tego zostanie zabezpieczone na poczet żydowskich roszczeń majątkowych, bo tylko to moim zdaniem tłumaczy ujawnienie i rozkręcenie tej afery przez Gazetę Wyborczą i kibuca Śpiewaka bez żadnej estymy dla Pani Prezydent Warszawy HGW. I myślę że nawet Pan Schetyna widzi w tym poświęceniu partyjnej koleżanki głębszy sens jeśli myśli o monopolu na rząd dusz w partii, a i na temat zobowiązań wobec Żydów ma dość jednoznacznie precyzyjne POglądy (o czym więcej tu: Stanisław Michalkiewicz o POPISowej „służbie Polsce” za 54 „partyjne” miliony (i zegarek) a wszystko na poczet 60 mld dolarów jakie „sprawiedliwi wśród narodów świata” według Schetyny są winni Żydom). Cała akcja zaczyna zaś wyglądać na ponadpartyjne porozumienie w kontekście spotkania do jakiego doszło w Nowym Jorku z udziałem Pana Dudy i działaczami żydowskiej Ligi Antydefamacyjnej. (Odys)

„…proszę Pana Prezydenta, by poinformował opinię publiczną w kraju, co konkretnie Żydom obiecał. Rzecz w tym, że ewentualna „legislacja” może doprowadzić do drastycznego ograniczenia wolności słowa w Polsce, w następstwie czego środowiska lub organizacje żydowskie zyskają możliwość dyktowania Polakom, co wolno im mówić, a czego nie, podobnie jak zyskają wpływ na swobodę badań naukowych. Jeszcze gorsze następstwa mogą wynikać z obietnicy dokonania „restytucji” mienia żydowskiego w Polsce, czego organizacje żydowskie od lat się domagają, kierując pod adresem Polski bezpodstawne roszczenia. Bezpodstawne – bo naciski na polskie władze idą w tym kierunku, by dopiero stworzyły namiastkę podstawy prawnej, swego rodzaju pozór legalności, na podstawie którego organizacje żydowskie uwłaszczyłyby się na majątku w Polsce. Warto zwrócić uwagę, że roszczenia te szacowane są na 65 mld dolarów – co potwierdził były ambasador Izraela w Warszawie, dr Szewach Weiss – a więc stanowią równowartość rocznego budżetu państwa. Polska nie jest w stanie wygenerować takiej gotówki bez spowodowania natychmiastowej katastrofy ekonomicznej i społecznej w kraju. Zatem, jeśli miałaby nastąpić owa „restytucja”, musiałaby ona zostać dokonana w naturze, to znaczy – w nieruchomościach. To zaś oznacza, że środowisko obdarowane takim majątkiem, dysponowałoby nim na terenie Polski, uzyskując natychmiast dominującą pozycję ekonomiczną, która przełożyłaby się na dominującą pozycję społeczną i polityczną. Inaczej mówiąc, naród polski zostałby we własnym kraju zepchnięty na pozycję narodu drugiej, a nawet trzeciej kategorii. Dlatego poinformowanie polskiej opinii publicznej w przedmiocie poczynionych przez Pana Prezydenta obietnic wydaje się bezwzględnie konieczne.” (Stanisław Michalkiewicz – Panie Prezydencie, co Pan obiecał Żydom?)

podobne: Michalkiewicz wyprorokował: Emerytury dla ocalałych z Holocaustu czyli… Przełom i wyłom w polskiej kasie „Zespołu HEART”. oraz: Holokaust jako przedsiębiorstwo zakłamywania historii, pedagogiki wstydu i wyłudzania pieniędzy od Polaków.

Takim oto sposobem kliku złodziei którzy uwłaszczyli się „nielegalnie” (choć działali w oparciu o jakieś prawo, którego sami przecież nie uchwalali) stało się pretekstem żeby z kamienicami zrobić to samo co z ziemią i z oszczędnościami Polaków w ramach nowelizacji przepisów o „ustroju rolnym”, oraz o „bankowym funduszu gwarancyjnym”. Nie dla psa kiełbasa! Kiełbasę będzie jadł Pan Śpiewak i inni „oburzeni” kibuce którzy nakręcają spiralę nienawiści do „niecnego procederu” zwrotu zagrabionego Polakom mienia.

Jak tu nie chwalić „dobrej zmiany” że dba o państwo? Tylko Bierut ze swoim dekretem dbał lepiej. A że razem z kąpielą wylane zostanie dziecko to już mało kto zauważy. Ile w końcu jeszcze zostało takich których ograbiono za komuny i jaki to odsetek narodu? Nikt też im współczuć nie będzie. Kto by tam współczuł „posiadaczom” i „prywaciarzom” co to na „złodziejskiej reprywatyzacji” chcieli się „dorobić”. Stosownej zaś dramaturgii (i słuszności) całej sprawie nadał eksploatowany przez lewicę (i Pana Ziobrę) przypadek Pani Jolanty Brzeskiej… (Odys)

„…Nic nie wiemy o tym, czy Jolanta Brzeska była socjalistką, komunistką czy trockistką, ale koledzy Sierakowskiego upominają się o nią i zamiast iść na jej grób zapalić tam świeczkę, albo dać na mszę za jej duszę, śpiewają piosenkę, w której wszyscy są winni śmierci Jolanty Brzeskiej tylko nie oni. Oni bowiem są zawsze tam gdzie świeci jutrzenka swobody, płonie święty gniew ludu i szykują się rzeczy wielkie. Okoliczności śmierci Jolanty Brzeskiej są z grubsza znane, ale jeszcze je przypomnijmy. Pani ta postawiła się właścicielowi kamienicy, który chciał podnieść czynsze lokatorom, a następnie ich wysiedlić. Nie pamiętam na jakich zasadach człowiek ów wszedł w posiadanie tej kamienicy, ale znając okoliczności przejmowania budynków w stolicy przez różne organizacje i pojedynczych ludzi, sądzę, że miał ów sposób wiele wspólnego z socjalistyczną gospodarką planową. Jak wiemy wiele osób z różnych stron świata zgłasza się po swoją rzeczywistą i rzekomą własność nieruchomą w polskich miastach, ale w piosence młodych trockistów nie o nich ani słowa. Jest za to mowa o Kościele i narodzie. Widzimy tu, mniemam, że wyraźnie pułapkę zastawioną na nasze biedne umysły i serca, które uwielbiają poddawać się fali świętego oburzenia, w tych szczególnie przypadkach, kiedy ofiara jest niewinna i szlachetna. Sport ten ma swoje odmiany, a do najbardziej lubianych należy ekscytacja grupowa. Tej zaś nie ma bez piosenek, filmów, programów i publicystyki. Czyli bez całej machiny propagandowej, którą programuje się jak maszyny w drukarni – na wielkie nakłady zestandaryzowanych produktów. Dlatego właśnie jak ktoś wpadnie w taką pułapkę już najprawdopodobniej z niej nie wyjdzie. Będzie siedział i lamentował nad tym, jak źle jest a świecie, że muszą umierać ludzie. Monopol na tę narrację ma lewica, która zawsze jest pierwsza jeśli idzie o wyrażanie współczucia w mowie wiązanej, ma do tego dobre tradycje warsztatowe i na podorędziu ludzi, którzy za propagandę zabierają się fachowo i nazywają ją potem sztuką…” (coryllus, całość tu: Kat, ofiara, Che Guevara)

Źródłem tej patologii jest znana ale do tej pory niezrozumiana przez większość obywateli historia, w której udział brały wymienione wyżej zainteresowane do dziś strony… (Odys)

„…Jacek Kuroń za pośrednictwem pułkownika Jana Lesiaka, przekazał ówczesnemu hegemonowi na tubylczej scenie politycznej, czyli RAZWIEDUPR-owi ofertę, że w zamian za wymiksowanie „ekstremy” z podziemnych struktur, „lewica laicka” a więc dawni stalinowcy, co to na skutek rasistowskich motywacji obrócili się przeciwko partii, a nawet przekształcili się w jeden z nurtów „opozycji demokratycznej”, udzieli RAZWIEDUPR-owi gwarancji zachowania pozycji społecznej komunistycznej nomenklaturze i gwarancji zachowania tego, co sobie akurat kradnie. I selekcja kadrowa też udała się w stu procentach; o ile pierwsza „Solidarność” była budowana od dołu do góry, to druga, ta reaktywowana – od góry do dołu. Wszystko było pod kontrolą, łącznie z „Bolkiem”, co to w nagłej potrzebie wygrywał w totolotka. To właśnie było najtwardszym jądrem porozumienia „okrągłego stołu”, którego najistotniejsze szczegóły zostały uzgodnione w Magdalence, z udziałem Lecha Kaczyńskiego, lansowanego dzisiaj na smoleńskiego świątka III Rzeczypospolitej.

No i teraz, w 26 lat po tym wszystkim, pan prezes Jarosław Kaczyński, objawił swoim wyznawcom, że wszystko się skawaliło dlatego, że „etos Solidarności uległ doktrynie postkomunizmu i neoliberalizmu”. Skoro taka – jak powiadają gitowcy – poważna zastawka nas spotkała, to wypada nam rozebrać ją z uwagę, co najmniej z taką samą, z jaką Wojski rozbierał przypowieść królowej Dydony. Otóż jeśli traktować poważnie fantasmagorie podawane do wierzenia przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego w hagiografii jego autorstwa, to ani przy okrągłym stole, ani tym bardziej w Magdalence, nic nie mogło zostać uzgodnione albo bez udziału „brata”, albo bez udziału obecnego pana prezesa, w stosunku do którego „brat” zawsze poczuwał się raczej do umiejętności wykonawczych, czemu dał wyraz w spontanicznym meldunku w roku 2005. Zatem pan prezes Kaczyński nie mógł nie mieć wpływu na program gospodarczy „Solidarności” z roku 1989, którego dwa filary („bo Berman oraz Minc Hilary, ludowej władzy dwa filary…”) sprowadzały się do „indeksacji płac i dochodów” to znaczy – pilnowania, by wszyscy dostawali „według żołądków” oraz do ugruntowania pozycji samorządów w zakładach pracy – oczywiście państwowych, no bo jakże by inaczej? Przypuszczenie, że pan prezes Jarosław Kaczyński, a już zwłaszcza jego brat Lech, nie miał żadnego wpływu na treść tego programu, byłoby niegrzeczne. No dobrze – ale co to właściwie znaczy? Ano to, że pan prezes Jarosław Kaczyński nie miał nic przeciwko temu, by uwłaszczona, czy uwłaszczająca się nomenklatura, nie tylko stała się główny organizatorem życia gospodarczego, ale żeby system prawny został podporządkowany interesom tej szajki. Przypuszczenie, że mogło być inaczej, to znaczy, że ani Lech Kaczyński, ani tym bardziej pan prezes Jarosław Kaczyński nie miał wtedy nic do gadania, bo podzielał propagandową tezę, ze wobec „panu Balcerowicza nie ma alternatywy”, stałoby w jaskrawej sprzeczności z opublikowaną właśnie hagiografią, więc jakże jej zaprzeczać? Ale w tej sytuacji musimy przyjąć, że promotorami – cóż z tego, że nieświadomymi rzeczy? – ideologii „doktryny postkomunizmu”, byli bracia Lech i Jarosław Kaczyńscy. Co gorsza – pan prezes Jarosław Kaczyński nadal jest promotorem „ideologii postkomunizmu”, nawet jeśli czyni to – w co chętnie wierzę – „bez swojej wiedzy i zgody”. Autoryzowany przezeń program rozdawnictwa publicznych pieniędzy za cenę zadłużania przyszłych pokoleń Polaków, jest obliczony – jeśli podjąć próbę jakiejś racjonalizacji tego idiotyzmu – na zaskarbienie sobie nostalgicznych wspomnień na wzór nostalgii za Edwardem Gierkiem, a więc na budowanie sobie pomnika trwalszego od spiżu. Przyszłe pokolenia Polaków będą z tego powodu jęczały w babilońskiej niewoli lichwiarskiej międzynarodówki – ale pan prezes schroni się już przed wszelką krytyką w grobie. To oczywiście jest przypuszczenie uprzejme, bo uznanie, że forsowany przez pretorianów pana prezesa Kaczyńskiego: panią Szydło i pana Morawieckiego program rozdawnictwa, nie jest obliczony na żaden efekt, byłoby już bardzo niegrzeczne…” (Stanisław Michalkiewicz – Brednie pana prezesa)

„…Kierunek, w którym zmierza narracja dotycząca własności, lansowana przez naszych jest oczywisty, reprywatyzacja tak, ale na zasadach które proponujemy i z zastosowaniem pojęć, które proponujemy. Mechanizm ten zmierza też, jak w poprzednich socjalistycznych otwarciach polityki krajowej, do wskazania winnego wszystkich nieszczęść. Nie personalnie i nie w sensie odpowiedzialności za winę, ale tak bardziej propagandowo, żeby kolektyw wiedział kogo ma się obawiać, komu klaskać, a na kogo buczeć. Nie będzie dobrze…

…Przez chwilę oglądałem film „Miasto 44”, ale nie dałem rady. Jeśli na jednym kanale Pawlicki ustawia dyskusję o tym, kto jest właścicielem nieruchomości zniszczonych podczas Powstania, a na innym widzimy to Powstanie i te zabijane dzieci, oraz burzone nieruchomości, to ja w zasadzie nie rozumiem o czym jest ta dyskusja. Przedstawiciele socjalistycznego rządu przedwojennej Polski, zainteresowani kontynuowaniem tej socjalistycznej tradycji po wojnie, sprowokowani do akcji przez fałszywych sojuszników, przyczynili się walnie do zdewastowania miasta. PRL był – czego uporczywie nie chcemy przyjąć do wiadomości – kontynuatorem tradycji II RP, a wielu polityków i urzędników tamego ustroju odnalazło się w strukturach władzy po wojnie. To co nastąpiło w czasie działań wojennych, było – z punktu widzenia władz politycznych Polski – walką frakcyjną. Jedna frakcja musiała ustąpić innej i została przez tę inną frakcję zniszczona. Ocaleli ci, którzy mogli się przydać. Kontynuacją PRL była III RP, a kontynuacją III RP jest to co mamy teraz. Zadajmy pytanie – czy państwo ma jakieś zobowiązania wobec obywateli i w jakim wymiarze zamierza je wykonywać? Jeśli już nie chce, a nie chce, zwracać nieruchomości, zagrabionych, zniszczonych przez głupotę przedstawicieli administracji i armii międzywojennej, to niech przynajmniej nie dopuszcza do tego, by ukrywać właściwych beneficjentów tej jumy i niech nie dopuszcza do tego, by dyskusja o własności zamienianiała się w dyskusję o wywłaszczeniu. Wywłaszczeniom bowiem, kiedy się je raz zacznie nie ma końca…” (coryllus, całość tu: Pawlicki prowadził program o własności)

We wspomnianym przez coryllusa programie nie mogło oczywiście zabraknąć wspomnianego wcześniej Pana Śpiewaka, kreowanego w mediach na „obrońcę ludu”… (Odys)

„…Jan Śpiewak bronił przed wyrzuceniem mieszkańców fińskich domków na Jazdowie tak skutecznie, że otrzymał jeden z domków na żydowski kibuc. Przykro mi ale nie widzę najmniejszego sensu urządzania kibucu w centrum stolicy. Bardziej nadawałby się do tego szczytnego celu jakiś zrujnowany i opuszczony PGR. Śpiewak założył również stowarzyszenie „Miasto jest nasze”, które z powodzeniem startowało w wyborach samorządowych. Zastanawiałam się co to znaczy „miasto jest nasze”? Nasze są ulice, czy kamienice? Poza tym co to znaczy MY? Oby nie okazało się, jak często bywało, że MY to zakamuflowani ONI. Śpiewak odważnie ujawnia afery reprywatyzacyjne w Warszawskim ratuszu. A przecież o tych aferach pisaliśmy od 2008 roku, ale nie było woli politycznej aby się tym zająć. Pierwsze wybiórcze reprywatyzacje miały miejsce już za prezydentury Marcina Święcickiego. Niektórzy z łatwością odzyskiwali swoje lub nie swoje kamienice, inni nie byli w stanie uzyskać nawet informacji o ich stanie prawnym. O skandalicznym przejęciu przez rodzinę Waltz kamienicy ukradzionej Openheimom pisałam w 2012 roku. Pisał również o tym tygodnik „W Sieci”. Teraz odkrycie i nagłośnienie tego faktu przypisuje się Janowi Śpiewakowi i jego, jak kiedyś Leppera, pokazuje przy każdej okazji w telewizji. Widać wyraźnie, że Śpiewak szykowany jest do zagospodarowania kryzysu w Warszawie a być może nawet na stanowisko prezydenta miasta. Nie jest wykluczone, że mieszkańcy Warszawy przekonani, że broni on ich interesów przed złodziejską mafią chętnie na niego zagłosują.

Podobnie ulegli kiedyś promowaniu Wałęsy. Odnoszę wrażenie, że gdyby umieścić główkę kapusty na kiju od miotły i wystarczająco często pokazywać w telewizji miałaby szanse zostać prezydentem miasta a nawet kraju. Śpiewak prezentuje się dobrze i mówi dokładnie to co chcielibyśmy usłyszeć. Troszczy się o wyrzucanych z rabowanych kamienic lokatorów i o instytucje pożytku publicznego. Sam fakt, że jest tak nachalnie promowany powinien nas jednak zastanowić…” (Izabela Brodacka)

całość tu: dakowski.pl – Przekładaniec

podobne: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach. oraz: Stanisław Michalkiewicz: Pogrobowcy Hilarego Minca czyli… Wilczek kontra „prawdziwa prawica”. i to: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność.

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

„W przedszkolu naszym nie jest źle” czyli… o jedynie słusznej misji publicznej PISu w „narodowych” mediach i w gospodarce (by znowu było jak za Gierka)


rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

„…Dla każdego jasne jest, że telewizja polska, obojętnie czy będzie w niej panował system producencki czy jakiś inny służy temu jedynie, by środowiska znajdujące się przy władzy mogły przewalać budżety. PiS ponieważ jest partią patriotyczną, jako pierwsze ugrupowanie zdecydował się umasowić telewizyjną jumę i chce zmusić ludzi, nawet tych, co jak ja, telewizora nie mają, by płacili abonament. Nikt, nawet Toyah nie przekona mnie, że jest to słuszne. Nie jest, bo ci ludzie, którzy mają telewizję robić, obojętnie – na zewnątrz czy na Woronicza, nie myślą o telewizji i programach. Oni myślą wyłącznie o lokowaniu kasy wydrenowanej z tej instytucji, co odbywać się może na różne sposoby. Z faktu, że Targalski zarzuca Karnowskim chęć okradzenia budżetu telewizji możemy się tylko pośmiać, podobnie jak z zarzutów, że Kurski zatrudnił w TVP niejakiego Sufina z TVN i kilku jeszcze kolegów, co się nie podobają Targalskiemu. On sam jest synem autora biografii Ludwika Waryńskiego i to w mojej ocenie wyczerpuje jego możliwości dyskusyjne. No, a zarzut, że Kurski nie dał szansy młodym jest już całkiem kuriozalny. Jeśli bowiem tak Targalskiemu zależy na obecności tych młodych, co ich Rachoń wyselekcjonował na antenie, niech ich weźmie Sakiewicz i da im szansę w TV Republika. Nie? Dlaczego nie….odświeży się krew, będzie nowa jakość, a z nią przyjdzie sukces…

Słowa zaś „zgniły światek telewizyjny” brzmią w ustach Tragalskiego naprawdę ciekawie. Zgniły światek…

Nie mam zamiaru bronić Karnowskich, którzy ponoć próbowali zantagonizować prezesa Kaczyńskiego ze środowiskiem Gazety Polskiej. Uważam po prostu, że kłótnie tych ludzi demaskują ich ostatecznie. Niczego się po nich nie spodziewałem i niczego się nadal nie spodziewam. Nie chcę tylko, by mi chyłkiem wyciągali pieniądze z kieszeni, ponieważ ja nie zamierzam korzystać z ich usług. Nie mam na to ochoty i już. To są handlarze najgorszego gatunku, sprzedawcy aparatów słuchowych w kolorze fioletowym i rozlutowanych garnków po 10 tysięcy za komplet. Kiedy czytałem, przygotowywany dla najnowszego nawigatora tekst o żydowskich handlarzach niewolników w XVII wieku cały czas miałem przed oczami Sakiewicza i jego kolegów z redakcji. Nie wiem zupełnie dlaczego, chyba przez to, że opisy przysposabiania niewolników do sprzedaży bardzo żywo przypominały to, co Targalski mówi o jakości programów telewizyjnych. Otóż taki handlarz sobie tylko znanym sposobem mógł ze starego, głuchego kozaka zrobić muskularnego młodzieńca, w zasadzie bez zarostu. Targalski z pewnością zna podobne metody. Puści nam raz jeszcze „Stawkę większą niż życie” ze zmienioną listą dialogową. Kloss będzie opowiadał o legionach i Piłsudskim, a Burnner o tym samym tylko z drugiej strony, może wspomni też jak próbował zdawać do wiedeńskiej Kriegschule, ale się nie dostał i po aneksji poszedł do gestapo, bo dobrze płacili. Nie wierzycie, że oni są do tego zdolni? Poczekajcie. Kurski już przerabia zramolałych dziadów w podskakujących wesoło młodzieńców, widać to dokładnie w studio Yayo. A Wolski wręcz stręczy sam siebie i usiłuje pokazać jaki z niego kozak…” (coryllus całość tu: Prawica zjednoczona)

Kurski i Raczyńska są z nadania a teraz będzie konkurs. Kurski też w nim wystartuje. Dzisiaj sobie trochę pogadałam. Dowiedziałam się, że Kurski miał tylko zadanie oczyścić telewizje z komuchów. Zadanie podobno wypełnił znakomicie. Na moje pytanie czemu ten program jest gorzej niż słaby usłyszałam, że on ma trafić do tej większej ilosci odbiorców tzn. głupców. Jak by im się pokazało coś lepszego niż np. „z tyłuwizji” to by nie zrozumieli. A więc trzeba schlebiać tym gustom. Delikatnie próbowałam podpowiedzieć, że może warto byłoby te gusta podciągnąć trochę wyżej. Usłyszałam, że się na tym kompletnie nie znam – to tak nie działa. Ja nie mam przyjemności tego oglądać a te nienażarte świnie dalej sciągają z mojej lichej emerytury niepłacony od 18 lat abonament. Na podstawie umowy z 1972 r. Tak to działa!

„…Teraz my wszyscy będziemy poddani takiej obróbce. Bo państwo wychowawcy muszą nam opowiedzieć, a sobie udowodnić, że mają wrodzone predyspozycje do wychowawstwa. W tym celu należy zrobić pierwszy krok, którym jest odpowiednie spozycjonowanie wychowanków. Zrobienie z nich durniów po prostu. Reszta idzie już łatwo i bez kłopotu. Kiedy wszem i wobec ogłosi się, że podopieczni to kretyni, metody jakie zostaną wobec nich zastosowane będą przypominały pruską szkołę, we wczesnym okresie fryderycjańskim, jeszcze przed wojną siedmioletnią. Punkt pierwszy regulaminu brzmi – nigdy nie należy kwestionować kompetencji wychowawcy. I my to widzimy gołym okiem. Nie można tego czynić, a ten kto podejmuje takie wyzwanie nie rozumie po prostu nowych czasów. Ktoś rzeknie, że to prawie tak jak za komuny? A dlaczego prawie? To jest dokładnie tak jak za komuny, tyle, że komuna miała dla ciemnego ludu jakieś propozycje. Jak ktoś był bardzo zdolny i podpisywał różne kwity mógł zostać nawet kaowcem w domu kultury. Dziś o żadnych karierach mowy być nie może. Bo układ – wychowawcy i wychowankowie – będzie zabetonowany i ma mieć cechy trwałe. Oczywiście są to mrzonki. Nie można nadać temu układowi takich cech, wie to każdy kto był na koloniach. Po tygodniu okazuje się, która wychowawczyni chodzi do pokoju ratownika po nocy, która płacze w kącie, bo jej koleżanka od serca nie ma dla niej czasu, kto podkrada różne rzeczy ze stołówki, a kto z wychowawców uwielbia towarzystwo małych dziewczynek i bawi się z nimi w różne gry. I tu będzie podobnie, a właściwie już jest. To co wczoraj wyciągnięto z czeluści internetu na temat pani Raczyńskiej zwala po prostu z nóg, szczególnie ten opis ślubu, który nie był ślubem, ale czymś w rodzaju pogańsko-judaistycznej uroczystości przypominającej nieco dionizja, zakończonej tłuczeniem kieliszka w szmatce. Jestem więc spokojny o to, że Raczyńska nie zostanie żadnym prezesem, a jej wytypowanie to po prostu jakaś zagrywka, która ma ustawić od nowa hierarchię w grupie wychowawców…” (coryllus, całość tu: W przedszkolu naszym nie jest źle)

Niedaleko pada jabłko od jabłoni chciałoby się powiedzieć. I nie ma tu żadnej różnicy czy to jabłko jest całkiem czerwone czy tylko trochę. Liczy się fakt że z tego samego drzewa spadły. Chciałem w związku z powyższym przypomnieć wyborcom „dobrej zmiany” że kiedy niejaki Lis powiedział publicznie o (tele)widzach następujące słowa:

„…Jestem wystarczająco inteligentny żeby pracować w telewizji, ale nie żeby ją oglądać […]. Nie możemy mówić poważnie, bo poważnie to znaczy nudno. A nudno, to te barany wezmą pilota i przełączą […]. Widz w Polsce wybaczy wiele, bardzo wiele. Ale jednego nigdy, przenigdy nie wybaczy- tego, że go potraktujemy poważnie […]. Ludzie nie są tacy głupi jak nam się wydaje, są dużo głupsi…”. (więcej tu: Tomasz Lis o widzach telewji)

…wielu „prawomyślnych” było oburzonych, i używało potem tego „wyznania” jako dowodu na bezprzykładną butę, bezczelność i chamstwo tak redaktora jak i środowiska któremu się wysługiwał. Mało kto zastanawiał się nad prawdziwością/zasadnością tego wyznania, lub choćby nad tym co w takim razie reprezentują sobą ludzie którzy bez skrupułów zlecają i nadzorują tego rodzaju „rozrywkę” w ramach jakby nie patrzeć państwa. Nikt też nie podnosił postulatu by w związku z powyższym odebrać władzy możliwość uprawiania tego rodzaju praktyki za publiczne pieniądze.

To że Pan redaktor Lis nie udawał kogoś kim nie jest i nazwał rzecz po imieniu stawia niestety jego następców w dużo gorszym świetle, ponieważ robiąc dokładnie to samo co Pan Lis udają oni przed Polakami że robią coś innego (lepszego od poprzedników). Nie wiem jak się z tym czują wyborcy/wyznawcy „dobrej zmiany” (i czy zamierzają wyciągnąć z tego wnioski), ale uważam że być lżonym przez „swoich” jest dużo bardziej upokarzające jak być lżonym przez wrogów. Mogę się jednak mylić z braku właściwej perspektywy, którą za moje pieniądze próbują mi przedstawiać godni następcy Kraśków w postaci Rachoniów i innych „niepokornych” postaci „narodowych mediów”. Nie należąc bowiem do oglądaczy propagandy „dobrej zmiany”, mogę mieć wypaczony pogląd na jej „wizję dla Polski”, która właśnie z tego powodu (nie tylko od tyłu) zalatuje mi po prostu zgniłym YaYo… I całe szczęście bo dzięki temu nie muszę się wstydzić za swoje polityczne wybory… (Odys)

podobne: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach. oraz: O „Lisie łańcuchowym” i innych „hienach”…

„…najcięższa w naszym nieszczęśliwym kraju jest dola przedsiębiorców. Nie tylko są bezlitośnie wyzyskiwani przez Umiłowanych Przywódców, którzy właśnie z pasożytowania na przedsiębiorcach czerpią główne dochody z okupacji biednej ojczyzny, ale w dodatku nieustannie stawiani w stan podejrzenia przez rozmaite moralne autorytety, a nawet oskarżani o wszystkie możliwe przywary…

…W sytuacji, gdy nawet pan wicepremier Morawiecki przyznaje, iż ponad 70 procent obowiązujących u nas praw pochodzi z dyktatu Brukseli, ludzie mający poczucie odpowiedzialności za swoje rodziny, za swoje przedsiębiorstwa i za gospodarkę narodową, nie mają innego wyjścia jak zejść do konspiracji czyli tak zwanej „szarej strefy” Jeśli wierzyć danym statystycznym, to około 30 procent Produktu Krajowego Brutto, a więc tego, co w Polsce zostało wytworzone i sprzedane, powstaje w „szarej strefie”, czyli w konspiracji przed Umiłowanymi Przywódcami, którzy, – gdyby im tylko pozwolić – roznieśliby na ryjach całą Polskę w mgnieniu oka. Dzięki odwadze i poświęceniu przedsiębiorców, gospodarka polska, wbrew wszystkim idiotyzmom forsowanym pod pozorami legalności, właśnie dzięki tej konspiracji jako-tako funkcjonuje, dostarczając naszemu narodowi ekonomicznych podstaw egzystencji. Obecny rząd odgraża się, że zlikwiduje szarą strefę między innymi przez „uszczelnianie systemu podatkowego”. Miejmy nadzieję, że to mu się nie uda, bo trzeba pamiętać, iż „szara strefa” nie polega wcale na okradaniu bliźniego swego, tylko na omijaniu idiotycznych przepisów, nazywanych nie wiedzieć czemu „prawem”. Gdyby bowiem mu się udało, to trzeba by pożegnać się z ostatnią nadzieją. Tylko ostatni cymbał bowiem może uwierzyć, że najlepszymi organizatorami gospodarki narodowej będą urzędnicy, to znaczy ludzie, których jedyną, a w każdym razie – najważniejszą umiejętnością, jest wyszukiwanie sobie synekur, a więc lukratywnych stanowisk nie związanych z żadną odpowiedzialnością. W swojej wojnie z przedsiębiorcami Umiłowani Przywódcy, wspierani przez stada autorytetów moralnych, nie cofają się przed żadną podłością, wśród których na czołowe miejsce wybijają się oskarżenia przedsiębiorców o „egoizm”. Te oskarżenia często kolportują ludzie, którzy nigdy w życiu nie zarobili nawet złotówki uczciwą pracą. Praca uczciwa, czyli potrzebna to taka, za którą inny człowiek gotów jest dobrowolnie zapłacić. Tymczasem – jak zauważył amerykański ekonomista Maurycy Rothbard – tylko funkcjonariusze publiczni swoje dochody wymuszają siłą, podczas gdy wszyscy inni, jeśli chcą uzyskać dochód, muszą wyświadczyć innym ludziom jakieś dobro; sprzedać im coś, czego tamci potrzebują, ugotować im obiad, wyleczyć z choroby, przewieźć z miejsca na miejsce, popilnować dzieci itd…” (Stanisław Michalkiewicz)

podobne: Konspiracja w odpowiedzi na przemoc – Stanisław Michalkiewicz oraz: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność. polecam również: Stanisław Michalkiewicz: Państwo jako nowotwór złośliwy i to: Solidarni z mafią, czyli zaległym VATem w przedsiebiorcę

Jakiś czas temu lotem medialnej błyskawicy obiegła Polskę informacja o tym, jak to nasi dzielni „umiłowani przywódcy” rencami swoich najdzielniejszych z dzielnych tj. służb w postaci funkcjonariuszy katowickiego CBŚP + Generalny Inspektor Informacji Finansowej + UKS z Katowic i Bydgoszczy (a wszystko to pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Gliwicach) rozbili szajkę „podatkowych oszustów” którzy za pomocą tzw. „złotej karuzeli” mieli czelność nie tylko nie podzielić się swoim zyskiem z tzw. „państwem”, ale jeszcze je okradli wyłudzając VAT i narażając tym samym Skarb Państwa na „stratę” około 140 milionów złotych. Sprawa jest rozwojowa bo podobno gang handlował nieistniejącym towarem przez 60 „fikcyjnych” firm, w których dodatkowo prano zarobione w ten sposób brudne pieniądze (nie wiadomo dlaczego brudne skoro państwo się do nich przyznaje jak do straty 🙂 ).

Pomijając sam fakt że brak wpłaty jakiegokolwiek podatku do „kasy państwowej” nie jest żadną stratą (tego rodzaju logiką rządziła się kiedyś tylko mafia) a co najwyżej brakiem przychodu (bo nie można stracić czegoś czego się nie posiada), to chciałbym (po raz kolejny) przypomnieć że wszelkiego rodzaju wyłudzenia i „biznesy” o którym mowa, których zwalczaniem zajmują się prokuratura, policja i służby specjalne są możliwe wyłącznie dlatego, że państwo tworząc bzdurne przepisy (których potem prawidłowe wykonanie ktoś inny musi nadzorować a jeszcze inny egzekwować kiedy zostaną naruszone albo wykorzystane do „nielegalnego” zysku) samo niejako daje podwaliny i prowokuje „przedsiębiorczych” obywateli do „łamania prawa”. O ile można to tak nazwać, bo póki co to wygląda i działa jak lewo. A przecież wystarczyłoby zlikwidować wszystkie podatkowe odpisy i nikt nie mógłby nawet pomyśleć o wyłudzaniu czegokolwiek. Skoro państwo tak bardzo chce ulżyć podatnikom to czemu w miejsce odpisów/zwrotów nie wprowadzi po prostu niższych podatków. Czemu zamiast rozwiązania problemu kreuje dogodne warunki do popełniania przestępstw. Komu to tak naprawdę służy? Odpowiedź jest prosta – aparatowi państwa, które dzięki tej kryminalizacji ma pretekst do poszerzania swoich „kompetencji” w ramach kontroli, nadzoru i ścigania każdej działalności w której zobaczy zysk dla „skarbu państwa”… (Odys)

„…epoka Gierka, jeśli odcedzić z niej marksistowsko-leninowskie pomyje, w największym chyba stopniu nawiązywała do przedwojennej sanacji, której celem było podporządkowanie państwu nie tylko gospodarki, ale całego życia publicznego. Wyrażał to art. 4 konstytucji kwietniowej z roku 1935, który stanowił, że „W ramach państwa i w oparciu o nie kształtuje się życie społeczeństwa”. Skoro „życie społeczeństwa” zostało w całości podporządkowane „państwu”, to nieuchronną konsekwencją takiej sytuacji było przejęcie przez „państwo” obowiązku opieki nad „społeczeństwem” – od kołyski po grób. Wprawdzie finansowanie kosztów tej opieki zostało dyskretnie złożone na barki podopiecznych, ale cała sztuka polega na tym, by jak najdłużej utrzymać ich w nieświadomości tego stanu rzeczy – również poprzez wbijanie mu do głowy idei solidaryzmu społecznego, którą najkrócej można ująć słowami poety: „Na tym się świata ład opiera, że jeden sieje, drugi zbiera.” I dopóki nie zorientują się, co i jak, dopóty „można z nimi wszystko zrobić i w każdą formę ulepić” – pod jednym wszelako warunkiem – że ktoś dostarczy kiełbasy. Doskonale rozumiał to Towarzysz Szmaciak, kiedy mówił: „więc albo dajta im to mięso, albo też im połamta kości!” Potrzeba bezpieczeństwa jest bowiem u ludzi znacznie silniejsza, niż potrzeba wolności. Wolność bowiem związana jest z ryzykiem, podczas gdy bezpieczeństwo wymaga tylko posłuszeństwa, albo przynajmniej stwarzania jego pozorów. Naprzeciw potrzebie bezpieczeństwa wychodzą tedy nie tylko politycy, ale również środowiska pretendujące do sprawowania przywództwa moralnego, pryncypialnie potępiając „liberalizm” – niestety jak zwykle „bez swojej wiedzy i zgody”, bo nie o liberalizm tu chodzi, tylko o permisywizm, a więc ideologię, która promuje swawolę bez odpowiedzialności, bo ta przerzucana jest na „społeczeństwo”, a więc – na nikogo.

Z tego właśnie powodu, gospodarczy program rządu Prawa i Sprawiedliwości nakierowany jest na renacjonalizację gospodarki, a w każdym razie – jej kluczowych segmentów. Nie ma nawet najmniejszych oznak działań zmierzających do odblokowania narodowego potencjału gospodarczego, zablokowanego nie tylko przez model kapitalizmu kompradorskiego, skutkujący wyrzuceniem większości obywateli na margines głównego nurtu gospodarki, nie tylko przez postępującą biurokratyzacje państwa, ale i przez forsowany od 2004 roku za pośrednictwem Unii Europejskiej niemiecki projekt „Mitteleuropa”, wyznaczający polskiej gospodarce rolę peryferyjnej i uzupełniającej gospodarkę niemiecką. W tej sytuacji jedynym sposobem pozyskania sympatii większości stęsknionej za Gierkiem, jest polityka rozdawnictwa. Zapoczątkował ją sztandarowy program PiS w postaci „Rodziny 500 plus”, który – jak to wypsnęło się wicepremierowi Morawieckiemu – finansowany jest z zadłużenia państwa na 20 mld złotych – a przecież nie jest to ostatnie słowo, bo w kolejce czeka program „Mieszkanie plus”, przyjęty właśnie przez rząd prezydencki projekt przywrócenia wieku emerytalnego sprzed jego podwyższenia przez rząd Donalda Tuska kosztem 7 – 8 miliardów rocznie – i tak dalej i tak dalej – bo apetyt wzrasta w miarę jedzenia…

…Jeśli tedy rządy PiS mają przetrwać aż do roku 2027, który sam prezes Kaczyński uznał za cezurę, to trzeba koncentrować się na objęciu programem rozdawnictwa możliwie wszystkich środowisk społecznych, unikając jednak nie tylko faworyzowania, ale nawet uwzględniania zaplecza politycznego. Państwo, to znaczy obywatele korumpowani własnymi pieniędzmi, będą potem płakać krwawymi łzami w babilońskiej niewoli u lichwiarzy, ale z tym większym sentymentem będą wspominali błogosławione rządy prezesa Kaczyńskiego, tak samo, jak teraz rozczulają się na wspomnienie epoki Edwarda Gierka. Skoro tak można przejść do Historii, skoro tak można utrwalić we wdzięcznej pamięci narodu nie tylko brata-bliźniaka, ale również własną osobę, to czegóż chcieć więcej?” (Stanisław Michalkiewicz – Exegi monumentum aere perennius)

podobne: Moralne i ekonomiczne konsekwencje głupoty czyli… „Dobrobyt” płacy minimalnej, średniej krajowej, bezwarunkowego dochodu gwarantowanego i programów socjalnych. Skąd się bierze bogactwo? PIS gwarantuje bankom niezatapialność (za oszczędności Polaków). oraz: Stan Tymiński: Nowy program PIS – populismus über alles i to: Od koniczka do śmietniczka czyli… „męczeństwo” klaczy ważniejsze od interesu obywateli. „Dobra zmiana” u koryta. a także: Nihil novi Winiarskiego o Komorowskim (na procesie Sumlińskiego) przemilczane przez „media”. Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta.

„…Okazuje się, że nie miał racji Józef Stalin mówiąc, że komunizm pasuje do Polaków, jak siodło dla krowy. Może tak było kiedyś, ale z czasem komunizm tak się do Polaków dopasował, że stał się jednym z elementów tożsamości narodowej. Na czym polega komunizm? Na likwidacji własności prywatnej, a w wersji złagodzonej, „socjaldemokratycznej” – na jej pozostawieniu, ale pozbawieniu wszelkiej treści, a przede wszystkim – władzy właściciela nad przedmiotem własności. Tę władzę przechwytują urzędnicy pod pretekstem dbałości o „dobro wspólne”. Oni właśnie, a więc ludzie, którzy posiedli umiejętność wyszukiwania sobie synekur, to znaczy – lukratywnych posad bez żadnej odpowiedzialności za cokolwiek, wmówili wszystkim pozostałym, że ponieważ posiedli tajemnicę „dobra wspólnego”, to właśnie im powinno zostać podporządkowane całe życie publiczne. Ten sposób myślenia, z całkowitą szczerością (idioci są szczerzy) zaprezentowała pani Elżbieta Jakubiak, w swoim czasie prawa ręka prezesa Kaczyńskiego, w rozmowie z red. Mazurkiem. Powiedziała zupełnie serio, że jej praca, polegająca na wystawianiu zaświadczeń, jest nie tylko niezbędna, ale stanowi warunek sine qua non wszelkiej działalności publicznej z gospodarczą na czele. Ten sposób myślenia podziela bardzo wielu, może nawet zdecydowana większość Polaków, a w każdym razie takie sprawia wrażenie, jakby podzielała. W rezultacie własność nie tylko w naszym nieszczęśliwym kraju, ale w całej Unii Europejskiej, gdzie rewolucja komunistyczna jest w pełnym natarciu, została nie tyle formalnie zlikwidowana, co pozbawiona treści, zwłaszcza – władzy właściciela nad rzeczą. W rezultacie mamy do czynienia z atrapą własności, podobną do orła wypchanego. Taki orzekł niby ma wszystko to samo, co orzeł żywy; skrzydła, dziób, szpony i tak dalej – ale nie lata. Likwidacja własności i podporządkowanie wszystkiego fantomowi „dobra wspólnego”, to jest komunizm. I u nas właśnie przeżywa on drugą młodość, zarówno pod rządami obozu zdrady i zaprzaństwa, jak i pod rządami płomiennych szermierzy patriotyzmu, którzy lansują komunizm w jego wersji pobożnej.

Tymczasem doświadczenie uczy, że rządy nie tylko nie rozwiązują żadnego problemy, tylko czynią je nierozwiązywalnymi…” (Stanisław Michalkiewicz – Gołąb ostatni do pana prezydenta)

podobne: Walka naszych służb z przestępczością gospodarczą i zorganizowaną to jedna wielka ściema.  oraz: Rzeczpospolita niskich płac, zawyżonych średnich i odwróconego VATu. Projekt dot. podniesienia kwoty wolnej od podatku odrzucony, ale 95 mln zł na nagrody w urzędach jest  a także: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy podatki dają pracę? (czy może odbierają)  i jeszcze: Apetyt żyjących z podatków oraz misja na Pluton kontra „informatyzacja” ZUS czyli… skala marnotrawstwa „publicznych” pieniędzy.

Nam Zależy: „Plan Morawieckiego to morderstwo wolnego rynku!” – wywiad z Tomaszem Sommerem

Znowu Ukradli Składki. Plan Morawieckiego podstawą III rozbioru OFE, czyli o tym jak PIS dokończy „reformę emerytalną” zaPOczątkowaną przez Rostowskiego (dla ratowania piramidy finansowej i POdreperowania budżetu).


„…W poniedziałek, 4 lipca br. przed sesją odbyła się konferencja prasowa wicepremiera, ministra rozwoju Mateusza Morawieckiego oraz prezesa Polskiego Funduszu Rozwoju Pawła Borysa, na której został przedstawiony plan wykorzystania środków z OFE.

W jaki sposób zostaną wykorzystane środki OFE?

Minister Morawiecki stwierdził, że OFE nie zostaną znacjonalizowane, ale środki w nich zgromadzone zostaną wykorzystane w inny sposób, gdyż ten system się nie sprawdził. Zdaniem ministra środki się marnują i nie dają korzyści gospodarce, ani nie zwiększają oszczędności emerytalnych. Rząd planuje oddać te środki Polakom, ale nie przedstawiono konkretów, w jaki sposób to się stanie. Do tej pory Powszechne Towarzystwa Emerytalne, zarządzające OFE, zarobiły około 20 mld zł i taki stan rzeczy nie może być utrzymany. Środki z OFE zostaną przekazane do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Oprócz oszczędności w FRD, na emeryturę będzie też można oszczędzać w ramach Pracowniczych Programów Kapitałowych (PPK) – planowane są zachęty podatkowe oszczędzania w ten sposób. Trwają już prace nad tym, w jaki sposób „transakcja” przeniesienie środków z OFE do FRD zostanie przeprowadzona i jak będzie wyglądał przebudowany II filar emerytalny. Jedno jest pewne, OFE jakie znamy zakończą swój dotychczasowy byt.

Jak transakcja będzie wyglądać w praktyce?

35 mld zł płynnych aktywów innych niż polskie akcje zostanie przeniesione do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Pozostałe 103 mld zł aktywów w postaci polskich akcji zostanie przydzielone do III filara na konto Otwarte Fundusze Inwestycyjne Polskich Akcji w ramach IKE. To wszystko są na razie założenia prace trwają.

Jaki jest cel i oczekiwane efekty demontażu OFE?

Celem zmian w OFE i całego planu wzmacniana oszczędności jest zwiększenie oszczędności Polaków i zmniejszenia luki zastąpienia, czyli różnicy pomiędzy ostatnią pensją, a pierwszą emeryturą. Dodatkowo, rząd chce zmienić strukturę zadłużenia naszego kraju tak, abyśmy byli mniej zależni od inwestorów zagranicznych, zwłaszcza kapitału portfelowego.” 

źródło: OFE są kaput! Oto jak będzie wyglądała przebudowa II filara emerytalnego

Zobacz obraz na Twitterze

Rząd chyba wymyślił, jak dopiąć budżet w 2018 r. – 25% środków z OFE trafi nie do III filara ale do FRD.

Pierwsza reakcja giełdy na publikację planu była jednoznacznie negatywna. Prawie 2% spadki sprawiły, że byliśmy najsłabszym indeksem na świecie. W trakcie konferencji na wszelki wypadek GPW nie uruchomiła notowań.

9.06 i na wszelki wypadek notowań GPW nie ma :). Przypadek?!

Polski system emerytalny idzie w kierunku amerykańskiego

Według zapewnień rządu, środki z OFE mają trafić na indywidualne konta emerytalne i tam być zarządzane przez wiele instytucji finansowych. Przyszły emeryt sam będzie mógł decydować jaką strategię inwestycyjną wykorzysta. Idea zbliżona do amerykańskich kont emerytalnych 401K. OFE zmienią się w fundusze inwestycyjne, które będą konkurować o nasze pieniądze różnymi produktami i strategiami inwestycyjnymi. Idea słuszna, ale zobaczymy jak to wyjdzie w praktyce.”

źródło: Pieniądze z OFE mają być lepiej wykorzystane, ale podreperują też budżet na 2018 rok

„…System ubezpieczeń społecznych, z którym mamy do czynienia w Polsce, przedstawiany jest w mediach jako system kapitałowy. Jest to, oczywiście, nieprawda. Obowiązuje u nas system redystrybucji, który polega na tym, że z naszej składki opłaca się emerytury innych osób. Mimo, iż jesteśmy informowani o tym, ile wpłaciliśmy do tej pory na emeryturę i ile w przyszłości może wynieść nasze świadczenie, to jego wysokość zależy wyłącznie od kaprysu rządu. Jeśli politycy stwierdzą, że nie da się już dłużej utrzymywać wypłat na obecnym poziomie, nikogo nie będzie obchodziła wysokość składek opłacanych przez nas w ciągu całego życia.

Jak długo dodatni przyrost naturalny zapewniał, że większa ilość uczestników wpłacała pieniądze, a mniejsza  je „wypłacała”, tak długo system działał poprawnie. Niestety nastąpiła sytuacja, w której społeczeństwo ma ograniczone możliwości rozwoju, co w konsekwencji sprawia, że zaczyna się kurczyć. Tymczasem, by schemat Ponziego (znany nam pod nazwą piramidy finansowej) mógł przetrwać, wymaga nieustannego zwiększania ilości uczestników. Wraz ze spadkiem stosunku wpłacających do otrzymujących, skończyły się również nadwyżki w systemie emerytalnym. Państwo, gwarant stabilności, aby podtrzymać miraż rozwoju i dobrobytu, zaczęło dopłacać do świadczeń. Trzeba przy tym podkreślić, że skala dopłat zwiększa się każdego roku. Wyżej opisana sytuacja obrazuje jasno, że socjalistyczny system finansowy, w którym żyjemy, nie może przetrwać na dłuższą metę. Rozdawnictwo skończy się wraz z cudzymi pieniędzmi, a ZUS jest tego najlepszym przykładem.

W końcu trzeba będzie powrócić do realiów, a te nie napawają optymizmem. Przy obecnym poziomie demografii (który wynosi 1,3), emerytur, jakie znamy, wkrótce nie będzie. Zastępowalność pokoleń wymaga wskaźnika dzietności przynajmniej na poziomie 2,1. Jesteśmy zatem bardzo daleko nawet od wymaganego minimum, nie mówiąc już o zakresie pozwalającym na rozwój społeczeństwa. Wg prognoz, program 500+, po początkowym krótkim boomie, podniesie dzietność w okolice 1,5. Rząd zatem będzie musiał uciec się do innych metod, by zapewnić utrzymanie osobom, które nie będą mogły już pracować.

Najprostszym sposobem na rozwiązanie tej problemowej sytuacji, jest obarczenie dzieci opieką nad własnymi rodzicami. Coś, co kiedyś było oczywistością, dzisiaj coraz trudniej jest przełknąć. Sprzeciw ze strony dzieci ma oczywiście swoje merytoryczne uzasadnienie. Państwo, które przez lata zabierało rodzicom ich pieniądze, w zamian za obietnicę zapewnienia im bytu na starość, teraz próbuje zrzucić odpowiedzialność finansową na dzieci. Dochodzi nawet do takich absurdów, jak alimenty na rodzica, którego dziecko nigdy nie widziało. Problem nabiera coraz bardziej na znaczeniu, ponieważ rośnie obecnie pokolenie, w którym przeważają jedynacy. W tych okolicznościach oburzające jest wymaganie od dziecka, by utrzymywało dwoje rodziców, gdy samo obłożone będzie niemałą ilością podatków. System emerytalny, jakim go znamy, już upada, a ulegnie radykalnej zmianie, gdy skończy się możliwość rolowania długu publicznego przez państwo Polskie…

…Przy obecnym poziomie emerytur nie da się utrzymać piramidy finansowej, jaką jest ZUS. Redukcja wypłat i – docelowo – wyrównanie świadczenia dla każdego, bez znaczenia na ilość przepracowanych lat czy wysokość składek, jest praktycznie pewna. Wicepremier Morawiecki wstępnie sugeruje poziom 800 PLN. Żaden z obywateli dobrowolnie nie zgodzi się na tak radykalną zmianę. Aby przeprowadzić tę reformę, potrzebny będzie odpowiednio duży kryzys, który zmusi rząd do działania. Kryzys finansowy już mamy. Mimo, iż nie jest on jeszcze dla przeciętnego obywatela widoczny, wszystko ulegnie zmianie wraz z nasileniem się problemów w sektorze finansowym. Ostatecznie dopiero bankructwo Polski zmotywuje rządzących do zmian, a społeczeństwo do ich akceptacji.

…nim przejdziemy do nowego systemu emerytalnego, po drodze napotkać możemy jeszcze kilka innych przystanków.

Po zajęciu obligacji, a potem akcji z OFE, przyjdzie czas na III filar i inne programy pomocowe. Ratowanie systemu pieniędzmi należącymi do emerytów jest standardem na Zachodzie, a rozwiązania takie niedługo pojawią się także u nas. W Japonii, gdy rząd dostaje zlecenie, aby ratować kurs obligacji amerykańskich, nakazuje funduszom emerytalnym zwiększyć na nie ekspozycje. Natomiast w USA, pojawiły się konta oszczędnościowe przeznaczone dla przyszłych emerytów, które inwestują wyłącznie w dług rządowy.

Rozwiązania tego typu będą łatwe do uzasadnienia, zwłaszcza gdy dojdzie do krachu na światowych giełdach. Polska gospodarka oczywiście dostanie rykoszetem, a fatalne wyniki funduszy emerytalnych to problem, na którym rząd będzie mógł zarobić dodatkowe pieniądze. Oczywiście o nacjonalizacji w tym przypadku nie może być mowy. Są to przecież środki ulokowane w prywatnych funduszach. Zamiast tego, dostaną one ultimatum, by przekierować strumień pieniędzy w obligacje skarbowe.

Kolejnym łatwym celem mogą stać się poliso-lokaty czy odwrócona hipoteka. Powszechnie znane są już przekręty, jakich dopuściły się firmy zarządzające owymi funduszami. Możemy wymienić cały katalog: od klauzul zakazanych (umożliwiających konfiskatę większości kapitału w przypadku wcześniejszego rozwiązania umowy), po zwykłe oszustwa, na przyszłych bankructwach kończąc. Jest to świetne pole do uwłaszczenia państwa na bazie zagrożonego majątku obywateli, który przejmą fundusze za cichym przyzwoleniem KNF-u.

Propozycje oszczędzania indywidualnego

W okresie naszej starości będziemy dysponować większym kapitałem, jeśli sami zgromadzimy oszczędności, zamiast przekazywać środki do wyspecjalizowanych funduszy. Problem nie polega na samych stopach zwrotu, tylko na przechowaniu oszczędności. Trzymanie pieniędzy na kontach czy lokatach w bankach, przy dzisiejszym stanie rynków kapitałowych, jest skrajnie niebezpieczne. Posiadanie samych walut jest również obarczone sporym ryzykiem, spowodowanym między innymi przez decyzję rządów, dług publiczny i inflację…

W obecnych uwarunkowaniach poleganie na państwie polskim w temacie przyszłej emerytury to samobójstwo. Mamy przed sobą gwarantowane, skrajne uszczuplenie wypłat (oczywiście, jeśli w ogóle system emerytalny przetrwa). Praktycznie każda forma, jaką wybierzemy na przechowanie naszych oszczędności może zostać zajęta, znacjonalizowana, czy po prostu skradziona. Problem dotyczący naszej finansowej egzystencji w wieku emerytalnym jest bardzo trudny, ale niezwykle ważny. Nie należy więc przechodzić koło niego nonszalancko czy obojętnie. Najlepszym sposobem, jaki mogę polecić drogim czytelnikom, jest dywersyfikacja. Oszczędności należy zdywersyfikować nie tylko pomiędzy aktywami, ale również jurysdykcjami, unikając przy tym funduszy, których przywileje powiązane są z państwowymi gwarancjami. Niezastąpiona byłaby w tej kwestii kilkuosobowa firma, która generowałaby stały dochód.

Najstarszym i moim zdaniem najlepszym sposobem na zapewnienie sobie bytu na starość (o którym nie wspomniałem jeszcze w tym artykule) są oczywiście dzieci. Nasze potomstwo, jeśli tylko zostanie dobrze wychowane, może pomóc swoim rodzicom przeżyć ostatnie lata swojego życia w przyzwoitych warunkach.” (Zespół Independent Trader)

całość tu: Oszczędzać na emeryturę samemu czy zdać się na ZUS?

Jak to leciało? Zmuś OFE które sam powołałeś w ramach „reformy emerytalnej” do inwestowania oszczędności Polaków na giełdzie (i w państwowy dług), potem wywołaj nieodpowiedzialną polityką finansową państwa deficyt finansów podważając zaufanie do obligacji państwowych i spadki na giełdzie, a na koniec powtarzaj obywatelom że ich oszczędności w OFE nie są bezpieczne i topnieją z powodu „chciwości” OFE (które pobierają opłaty w wysokości zgodnej z prawem ustanowionym przez państwo) i giełdowych zawirowań… Wyjątkowa obłuda. Jestem ciekaw czy któryś (i ilu) z obecnie zatroskanych o emerytury Polaków piewców „planu Morawieckiego” protestował i głosował przeciw powołaniu OFE do życia. Ciekawe co wtedy myślał i mówił o OFE Pan Kaczyński… (Odys)

podobne: O waryja(n)tach OFErmy i oszczędzaniu na emeryturę oraz: Szewczak: Do OFE przypisano nas bez pytania. To jedno z największych oszustw III RP… Jeśli tak to jak nazwać ZUS? Michalkiewicz podaje rozwiązanie i to: Znikające miliardy z kont emerytalnych, tymczasem ZUS będzie potrzebował coraz więcej „składek” a także: III filar na emeryturę albo dom. Trader 21: Własna firma czy inwestycja w mieszkanie? polecam również: cynik9: OFE – ubój rytualny dojnej krowy czyli dyskusja nie na temat i jeszcze: „W majestacie prawa” i „Koń by się uśmiał, czyli drugi rozbiór OFE w Sejmie” oraz: OFE destabilizują finanse publiczne… w takim razie jak nazwac to co robi ZUS

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Tomasz Cukiernik o niekorzystnym bilansie 11 lat członkostwa Polski w UE.


„…składka, która od wejścia Polski do UE do końca 2015 r. wyniosła około 160 mld zł, nie jest jedynym kosztem, jaki ponosi nasz kraj w związku z członkostwem. Do tego dochodzą koszty związane z nakładanymi przez Brukselę coraz to bardziej bzdurnymi regulacjami, a także koszty dotyczące pozyskiwania unijnych dotacji: niepotrzebne wydatki na gigantyczną liczbę biurokratów (w urzędach zajmujących się rozdzielaniem unijnej „pomocy”, w urzędach, najczęściej samorządowych, które biorą dotacje, oraz u beneficjentów prywatnych), którzy zarabiają znacznie więcej niż średnia w gospodarce, prefinansowanie i współfinansowanie funduszy przez budżet oraz beneficjentów, koszty przygotowania wniosków o dotacje (także tych odrzuconych), obligatoryjne kredyty związane z inwestycjami współfinansowanymi z unijnych dotacji. Do tego dochodzi również tworzenie korupcjogennego styku na linii państwo–sektor prywatny. Wymienione koszty mają znaczny wpływ na wzrost polskiego długu publicznego. To wszystko powoduje, że patrząc na stronę finansową, Polska traci na byciu członkiem Unii Europejskiej.

…Oczywiście to kłamstwo, że wszystko to „sfinansowano ze środków UE”. Jeśli już, to współfinansowano. Dodajmy do tego co najmniej trzy uwagi. Po pierwsze, nie „ze środków UE”, tylko z pieniędzy zabranych pod państwowym przymusem unijnym podatnikom. Proszę zauważyć, że Unia nie ma fabryk ani nie jest właścicielem firm usługowych, więc nie zarabia pieniędzy, a wszystko, co ma i rozdaje, musiała komuś najpierw zabrać. Po drugie, to tylko jedna strona medalu. W dużej mierze są to inwestycje na kredyt, czyli z pieniędzy, których samorządy czy firmy nie mają, a skoro nas na to nie stać, to nie powinniśmy inwestować ponad nasze możliwości. Lepiej zainwestować mniej, z oszczędności, ale z głową i sensownie, nie zadłużając przyszłych pokoleń. Tym bardziej że inwestycje, o których Pan mówi, nie przyniosą zysków w przyszłości, to są inwestycje konsumpcyjne…

…To, czy rozwijalibyśmy się szybciej poza Unią, to sprawa bardziej tego, kto rządziłby Polską, a nie faktu członkostwa lub jego braku w Unii. Gdyby Polska nie była w Unii, to trzeba by przyjąć jakąś inną strategię rozwoju. Optymalnym rozwiązaniem byłoby przyjęcie modelu szwajcarskiego, o czym pisałem swego czasu w miesięczniku „Opcja na Prawo”. Będąca członkiem EFTA Szwajcaria, która ma z Brukselą podpisane osobne umowy, nie musi przyjmować unijnych regulacji – np. sama ustala wysokość akcyzy na paliwa i VAT może mieć na poziomie 2,5 proc. i 8 proc. zamiast minimalnych unijnych stawek 5 i 15 proc. Nie płaci składek członkowskich, nie utrzymuje unijnej biurokracji, nie musi starać się o żadne bezsensowne i szkodliwe dotacje. Ma własną mocną walutę (nikt jej nie zmusza, by przyjęła euro, na co zgodziła się Polska, przystępując do UE) i zdrowe finanse publiczne. Z drugiej strony szwajcarska gospodarka korzysta na wolnym handlu, swobodnym przepływie ludzi (układ z Schengen) i kapitałów z UE i może też podpisywać umowy wolnohandlowe z krajami trzecimi. Poza tym jeśli spojrzy się na twarde dane statystyczne, to człowiek przestaje być już takim optymistą odnośnie do wzrostu gospodarczego Polski „dzięki Unii”. Otóż jak napisałem w mojej książce, w latach 2004–2013 średnioroczny wzrost gospodarczy Polski wyniósł niecałe 4 proc., podczas gdy w dekadzie poprzedzającej wstąpienie naszego kraju do UE – sięgnął 4,6 proc. Co ciekawe, poza Unią także szybciej wzrastał polski eksport i import. W latach 1995–2004 wartość handlu zagranicznego po uwzględnieniu inflacji wzrosła o 130 proc., podczas gdy w latach 2004–2013 – o zaledwie 69 proc. Warto dodać, że wszystkie dotacje z UE w ciągu 10 lat wyniosły zaledwie niecałe 3 proc. PKB Polski.

Niestety dane statystyczne twardo wskazują, że kiedy Polska była poza Unią Europejską, płace w naszym kraju wzrastały aż dwa razy szybciej. Otóż zgodnie z danymi GUS­u, w latach 1995–2004 średnie wynagrodzenie brutto w Polsce po uwzględnieniu inflacji (realnie) zwiększyło się aż o 56 proc., podczas gdy w latach 2004–2014, kiedy Polska była już członkiem Unii, wzrosło zaledwie o 26 proc. Ale jeszcze gorzej, jeśli spojrzymy na siłę nabywczą niektórych produktów. W 2004 r. za średnią pensję netto można było kupić 1358 m3 gazu ziemnego wraz z przesyłem, a w 2014 r. już tylko 1022 m3, co oznacza spadek o 25 proc. (UE nie pomogła Polsce w walce z Rosją o niższe ceny tego surowca). W roku przystąpienia do UE za średnią płacę krajową Polak mógł kupić 558 l oleju napędowego, a w 2014 r. – tylko 499 l tego paliwa (UE wymusiła wzrost akcyzy). W 2004 r. za średnie wynagrodzenie netto można było nabyć 1200 bochenków chleba, 1200 l mleka, 112 kg żółtego sera lub 142 kg wołowiny, a w roku 2014 już tylko 680 bochenków, 850 l mleka, 82 kg żółtego sera lub 94 kg wołowiny. Jeśli chodzi o papierosy, to w 2004 r. za średnią pensję netto można było kupić 340 paczek, a w zeszłym – 209.

Nigdy nie będzie dobrze, jeśli o inwestycjach będzie decydował urzędnik, który się na nich nie zna i za nic nie odpowiada. Dlatego dotacje idą na obiekty, które potem trzeba utrzymywać (stadiony, filharmonie, opery, aquaparki, muzea), na fotoradary, na niepotrzebne szkolenia, które zniszczyły całkowicie rynek szkoleń, czy na lekcje gender w przedszkolach. Mimo wzrostu wartości bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce w ciągu 10 lat członkostwa spadł udział przemysłu w wytwarzaniu polskiego PKB z około 22 proc. do zaledwie 18 proc. To unijne regulacje – bezpośrednio lub pośrednio – w znacznym stopniu są odpowiedzialne za likwidację polskiego górnictwa, hutnictwa, rybołówstwa, stoczni, cementowni czy cukrowni…

…przy większości dotacji istnieje konieczność brania kredytu, nawet jeśli beneficjent go nie potrzebuje. W efekcie brania unijnych dotacji łączne zadłużenie polskich samorządów na koniec 2014 r. przekroczyło 72,1 mld zł, co oznacza, że w ciągu 10 lat wzrosło aż o 290 proc.! Coraz więcej samorządów posiłkuje się nawet bardzo niekorzystnymi chwilówkami (może to dotyczyć nawet 300 gmin!), inne czeka wkrótce bankructwo. Na przykład zadłużenie gminy Ostrowice w województwie zachodniopomorskim jest trzy razy większe od jej rocznych dochodów! Kto spłaci te kredyty wraz z gigantycznymi odsetkami?

Unijne regulacje wraz z dotacjami to odmiana centralnego sterowania gospodarką. To ingerencja w rynek, która go zniekształca, narusza jego równowagę i powoduje nieuczciwą konkurencję. W efekcie podmioty działające na rynku są mniej wydajne, niż gdyby istniała wolność w tym zakresie. Ponadto z powodu regulacji wszystko jest znacznie droższe, niż byłoby bez tych regulacji. I nie chodzi tu tylko o akcyzę od paliw czy papierosów, która bardzo wywindowała ceny tych produktów. Czy ktoś pamięta, że jeszcze w 2004 r. paczka papierosów kosztowała średnio 4,6 zł, a litr benzyny bezołowiowej 3,2 zł? Cena metra mieszkania wzrosła o 65 proc. W wyniku prowadzenia absurdalnej wspólnej polityki rolnej znacznie wzrosły ceny mleka, cukru i innych produktów spożywczych. Bez uwzględniania inflacji od 2004 r. ceny chleba wzrosły o 200 proc., wołowiny aż o 164 proc., ziemniaków o 114 proc., a niektórych ryb o ponad 200 proc. Dotacje wymuszają państwowe planowanie i inwestycje jak za PRL­u. Ponadto zachęcają do różnego rodzaju patologii na styku polityki i gospodarki. A to praca, a nie dotacje, buduje dobrobyt i myślę, że uprawnione jest twierdzenie, iż z powodu konieczności wchłaniania unijnych dotacji rozwijamy się wolniej, niż gdyby ich nie było!…” (Tomasz Cukiernik)

całość tu: Odkrywamy prawdę! Niewygodny bilans 11 lat członkostwa Polski w UE: Polacy zbiednieli przez Unię Europejską!

podobne: 10 lat Polski w UE: nowa polska emigracja. „Święto Szklanych Paciorków” (Ziemkiewicza) oraz „Unijna dekada” (cynik9) oraz: Mit „unijnej pomocy” oficjalnie obalony. Nie idźmy tą drogą! i to: Eurokołchoz: UE nie ma oferty dla wschodnich sąsiadów. Za unijne fundusze płacimy dwa razy. Kwoty mleczne uwolnione (rolnicy boją się o spadek cen). a także: Sadowski: Dotacje tworzą dług, a nie dobrobyt i jeszcze: 113% frekwencji czyli unijne absurdy wybrane oraz źle wydane pieniądze. Bankrutujący „raj” Szwecji kontra raj podatkowy na Krymie. polecam również: „Wspólna Polityka Rolna” kosztem polskiego przemysłu rolno-spożywczego. oraz: POPISowo udupione fundusze. Wszyscy brali, nikt nie kontrolował – zapłaci jak zwykle podatnik. i to: PAN: przepisy i system dopłat nie sprzyjają rolnictwu ekologicznemu i jeszcze: Majtki w dół czyli… 6 mitów na temat dotacji z Unii. Cukiernik: Prawda i fałsz o dotacjach z UE*

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Studium węgierskiego przypadku nad Wisłą czyli… ile z Orbana w PISie. Czego powinien chcieć od władzy zwykły Polak?


„…Orbán wytyka zachodnim elitom hipokryzję – także tą skrywaną za parawanem politycznej poprawności. Wzywa do przywrócenia tradycyjnych – jeśli kto woli chrześcijańskich – wartości, które stoją w sprzeczności z brutalną Realpolitik, chciwością prowadzącą do kolejnych kryzysów, przeciwstawiają się popkulturze promującej przemoc i obyczajowość pozbawioną hamulców moralnych. Padają retoryczne pytania: dlaczego mielibyśmy słuchać pouczeń na temat konieczności prowadzenia rozsądnej polityki budżetowej w czasie gdy połowa państw zachodnich jest bardziej zadłużona? Albo pouczeń o równym dostępie do rynku od Jean Claude’a Junckera, który sam kilka lat wcześniej szedł na rękę wielkim międzynarodowym koncernom uciekającym do Luksemburga w poszukiwaniu cichej przystani dającej ochronę przed podatkami w innych państwach Unii Europejskiej.

…Krytykowany za sławetną politykę „otwarcia na Wschód“, w ramach której Węgry poszukują kontaktów nie tylko z Rosją, ale także z niekoniecznie demokratycznymi państwami leżącymi w pasie od Turcji, przez Iran po Chiny sam Viktor Orbán (albo jego minister spraw zagranicznych Péter Szíjjártó) odpowiadał: przecież wy robicie to samo. Czy Angela Merkel albo Francois Hollande podczas zeszłorocznych wizyt w Chinach użyli terminu „prawa człowieka“? My kupujemy od Rosjan elektrownię atomową ale zachodnie koncerny budują bez wahania gazociągi przez Morze Bałtyckie (podpisując kolejne umowy w czasie obowiązywania nałożonych na Rosję sankcji!), a Francuzi chcieli sprzedać Putinowi najnowocześniejsze okręty desantowe. Dlaczego większym i silniejszym wolno więcej? A jeśli już chodzi o czysty biznes to zostawmy na boku moralizatorskie wykłady…

…Główny problem w relacjach Węgier z Zachodem polega jednak na w tym, że krytykując cynizm i naciąganie zasad przez zachodnie elity Orbán w swojej własnej praktyce politycznej naruszył kilka tabu. Chodzi o fundamentalne zasady zachodniej demokracji – jak trójpodział władzy czy niezawisłość wymiaru sprawiedliwości – których w okresie powojennym nie kwestionowały żadne siły polityczne, od lewicy po konserwatywną prawicę. Mimo wręcz rewolucyjnej retoryki za próbę zmiany porządku konstytucyjnego nie zabrały się ugrupowania nawet tak radykalne jak grecka Syriza.

Tymczasem podczas trwającej od 2010 r. „konserwatywnej rewolucji“ rząd Fideszu całkowicie zmodyfikował podstawy prawne funkcjonowania państwa, zmieniając w tym celu ponad 600 ustaw i kodeksów prawnych, łącznie z konstytucją. Węgierski premier przemawiając na letnim uniwersytecie w rumuńskim Baile Tusnad (węg. Tusnádfürdő) otwarcie zakwestionował konieczność trzymania się zasad liberalnej demokracji. Powiedział przy tym, że sukcesy mogą odnosić systemy inne niż zachodnie demokracje i wskazał jako pozytywne, a przynajmniej warte uważnej analizy przykłady owych „skutecznych systemów“ Rosję, Turcję czy Chiny.

Takie postawienie sprawy zirytowało już nie tylko zachodnich Europejczyków ale i Amerykanów, którzy od dawna wypominają rządowi Fideszu odchodzenie od kanonu demokracji, osłabianie trójpodziału władzy i utrudnianie życia niechętnym rządowi mediom. Po wciągnięciu na listę osób niepożądanych w USA kilku oskarżonych o korupcję wysokich rangą urzędników węgierskich i po niezwykle krytycznym przemówieniu ambasador USA w Budapeszcie Colleen Bell w relacjach Budapesztu z Waszyngtonem powiało dawno nieodczuwanym chłodem. Na listę krytycznych uwag pod adresem Budapesztu Amerykanie dopisują też wyjątkowo słabe zaangażowanie Węgier w zachodnią wspólnotę obronną (mimo oficjalnych zapewnień o udziale we wspólnych akcjach NATO państwo wydające na obronność poniżej 1 proc. PKB pozostaje słabym sojusznikiem).

Orbán – niezależnie od politycznych kontrowersji, które wzbudza – okazał się prekursorem rozlewającego się coraz szerzej fermentu. Co ciekawe drogą buntu przeciwko dyktatowi tradycyjnych elit polityczno-biznesowych Europy podążają dziś siły polityczne spod najróżniejszych sztandarów ideologicznych. W podobne tony uderzają działacze zarówno polskiego Prawa i Sprawiedliwości, jak i francuskiego Frontu Narodowego czy radykalnie lewicującej hiszpańskiej partii Podemos albo greckiej Syrizy

na przełomie roku 2014 i 2015 przez kraj przetoczyła się fala protestów w związku z kilkoma błędnymi i skrajnie niepopularnymi decyzjami rządu szukającego na gwałt dochodów. Najbardziej irytujący, zwłaszcza ludzi młodych okazała się pomysł opodatkowania ruchu w internecie. Były też i inne – jak wprowadzenie różnorakich opłat i quasi-podatków albo wyjątkowo niepopularna decyzja o zakazie handlu w niedziele. Wreszcie protesty związkowców wywołały problemy bytowe dużej części pracowników najemnych – niskie i wolno rosnące dochody a także zagrożenie ubóstwem dotykające prawie ćwierci Węgrów

Większość Węgrów akceptowała zmiany. Podobały się zwłaszcza działania rządu podkreślające podmiotowość państwa. Po fatalnych skutkach zadłużenia olbrzymiej rzeszy ludzi w obcych walutach z zadowoleniem powitano twardą politykę wobec banków (głównie zagranicznych), na które nałożono najwyższy w Europie podatek bankowy sięgający w przypadku największych instytucji finansowych 0,53 proc. sumy bilansowej. Nie tylko spodobało się to jego wyborcom ale co gorsza okazało się zaraźliwym przykładem także dla kilku innych państw. Innym znienawidzonym przez banki posunięciem stało się obligatoryjne przewalutowanie kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich (i to na krótko przed gwałtownym skokiem kursu szwajcarskiej waluty).

Równie zdecydowane posunięcia Orbán zastosował wobec wielkich sieci handlowych (choć z powodu sprzeciwu Unii Europejskiej będą one musiały zostać złagodzone), firm telekomunikacyjnych i przedsiębiorstw oferujących usługi komunalne. Zostały one obłożone „solidarnościowym“ podatkiem sektorowym. Do tego doszło wymuszona administracyjnie redukcja cen energii dla gospodarstw domowych. Propaganda rządowa na każdym kroku eksponowała „rozliczenie“ (obcego kapitału) i „obniżenie“ (kosztów życia). Hasłem przewodnim stał się eksponowany na reklamowych bilbordach slogan „Węgry działają lepiej“.

Nie oznacza to bynajmniej, że Orbán automatycznie stał się przeciwnikiem obcego kapitału jako takiego. Od dawna twierdził, że „gospodarce spekulacji“ przeciwstawia „gospodarkę opartą na pracy“, której istotą jest tworzenie realnej wartości a nie obracanie kapitałem. Dlatego rząd bez żalu przyjmował do wiadomości zapowiedzi wycofania się kilku zagranicznych banków (Citi, Erste, Sberbank, Raiffeisen), zaś z otwartymi ramionami witał inwestycje przemysłowe. Ich symbolem stała się najnowocześniejsza w Europie fabryka Mercedesa zbudowana w Kecskemét. Węgry stały się wielkim środkowo-europejskim zagłębiem przemysłu motoryzacyjnego (ma on 23 proc. udział w produkcji przemysłowej kraju i 13 proc. udział w eksporcie)…

…Zmianami odebranymi pozytywnie było wprowadzenie prorodzinnej polityki podatkowej (posiadające troje dzieci rodziny o przeciętnych dochodach praktycznie nie płacą podatków dochodowych) i obniżenie stawek CIT. Wprowadzono też 16 proc. podatek liniowy…

…Wyborcy z rosnącym krytycyzmem obserwowali bezwzględne egzekwowanie większości konstytucyjnej Fideszu, absolutną dominację w systemie sądowniczym, podporządkowanie mediów publicznych i systematycznie podkładanie nogi krytykującym posunięcia władz mediom prywatnym…

Równie krytycznie oceniane były także zbyt bliskie związki władzy z wpływowymi, majętnymi przedsiębiorcami budującymi swoją pozycję dzięki zamówieniom publicznym…

Ostatnim ogniwem serii błędów politycznych Fideszu okazała się polityka informacyjna. Zbyt uproszczona i jednostajna propaganda sukcesu prowadzona monotonnie w kontrolowanych przez rząd mediach publicznych zaczęła podważać ich wiarygodność. Do tego dochodzi niezrozumiała, chaotyczna polityka personalna (w grudniu po raz kolejny zwolniono dużą grupę dziennikarzy, w tym nawet autorów najpopularniejszych programów). Mimo finansowania przez państwo na poziomie 80 mld forintów (270 mln euro) łączna oglądalność wszystkich kanałów telewizji publicznej nie przekracza 15 proc. (dwie główne telewizje prywatne RTL Klub i M2 przyciągają prawie 30 proc. widzów).

Nic dziwnego, że rząd zaczął poszukiwać atrakcyjnej tematyki ilustrującej kontynuację swoich sukcesów… 

…W pierwszym kwartale 2015 r. w Budapeszcie z entuzjazmem odnotowano, że gospodarka węgierska odnotowała prawie najwyższe tempo wzrostu w Europie (chwilowo zbliżające się nawet do 4 proc.). Wyraźnie zmniejszyło się też bezrobocie (obecnie 6,5 proc.). Rosną płace, eksport i konsumpcja wewnętrzna. Poprawił się też stan finansów publicznych…

…Krytycy zaznaczają jednak, że obraz sytuacji nie jest aż tak różowy jak pokazują to oficjalne dane. PKB w rzeczywistości wciąż nie odzyskał jeszcze poziomu z 2008 r., a poziom zadłużenia państwa wciąż pozostaje wysoki (nieco poniżej 77 proc. PKB). Ponad 200 tys. miejsc stworzonych w ostatnich latach pracy to tylko słabo opłacane roboty publiczne. Także utrzymanie wysokiego tempa wzrostu będzie raczej niemożliwe – wzrost PKB na koniec roku zwolnił do 2,8 proc., a w przyszłym roku może zejść w okolice 2 proc. Nadal wysokie są obciążenia podatkowe (udział podatków w dochodach państwa to ponad 39 proc., a podstawowa stopa VAT na poziomie 27 proc. pozostaje najwyższa w Europie). Mimo skutecznego przyciągania zagranicznych inwestycji bezpośrednich ogólny poziom inwestycji w gospodarce jest zbyt niski. Prawdopodobnie nieco zmniejszy się też efekt transferów z funduszy europejskich, które w ubiegłych latach wykorzystywano szczególnie intensywnie.

To jednak na razie tylko dywagacje ekonomistów. Realnie pojawiające się pozytywne trendy w gospodarce zaczęły pomagać Fideszowi, którego notowania w pierwszych miesiącach roku ustabilizowały się. Zaś wszelkie rozważania o ekonomii i polityczne spory wewnętrzne zeszły na plan dalszy gdy wiosną na Węgry dotarł pochód uchodźców, czy też jak konsekwentnie nazywały ich rządowe media „osób nielegalnie przekraczających granicę“. Strach przed masową migracją okazał się tak silny, że w ciągu zaledwie kilku tygodni wszelkie inne problemy przestały się liczyć...

Naruszane standardy demokracji, skandale korupcyjne, zachłanni karierowicze w otoczeniu premiera, nadmierne sympatie prorosyjskie i szkodliwy konflikt z Amerykanami – wszystko to dla większości Węgrów przestało się liczyć. Przynajmniej do czasu gdy machina informacyjna władzy jest w stanie utrzymać ich w przekonaniu, że wobec zagrożenia najważniejsza jest narodowa jedność…” (Jarosław Giziński)

polecam lekturę całości tu: Budapeszt – studium przypadku

podobne: Widziałem męża stanu. Orban krytykuje politykę imigracyjną UE i broni prawa do debaty nad karą śmierci. Węgry zmniejszają deficyt, zadłużenie publiczne i podatki. oraz: Polityka energetyczna Węgier solą w oku „Wielkiemu Bratu” z zachodu. i jeszcze tu: Polska potrzebuje liderów-patriotów – rozmowa ze Stanisławem Tymińskim

„…Gdy w 2010 roku Orbán wygrał pierwsze wybory i przejął władzę na Węgrzech, dostał do zarządzania naprawdę zrujnowany kraj. W 2009 roku PKB spadł aż o 6,8 proc., a zadłużenie państwa przekraczało 80 proc. PKB i rosło. W tej sytuacji Orbán zrobił wszystko, aby ograniczyć wzrost zadłużenia, co mu się udało. Ale nie zrównoważył wydatków i Węgry wciąż mają deficyt budżetowy. W drugim roku jego rządów gospodarka zaliczyła regres w wysokości 1,7 proc. PKB. Pełzający wzrost gospodarczy w porównaniu do powolnego wzrostu to jednak ogromna różnica. Orbán zapewnił Węgrom stabilność, a także przekonanie, że rząd wie, dokąd zmierza.
Węgierski model zarządzania państwem oparty jest dziś na dużych transferach socjalnych (ulgi podatkowe na każde dziecko), wysokim VAT (stawka podstawowa to aż 27 proc.) i niskich podatkach dla ludzi (PIT 15 proc.) oraz małych i średnich firm (10 proc.). Selektywnie VAT jest obniżany na popularne produkty (np. wieprzowinę – 5 proc.). W ten sposób węgierski rząd chce zachęcać do oszczędzania, a nie do konsumpcji.

W 2016 roku właśnie w wielkiej obniżce podatków (PIT z 16 proc. do 15 proc., VAT na wybrane produkty) Orbán upatruje szansy na przejście do szybkiego wzrostu gospodarczego. Obniżono nawet podatek bankowy od aktywów z 0,53 proc. do 0,31 procent. W 2017 roku ma on spaść do 0,21 procent.

Węgrom nie udał się specjalnie plan skutecznego opodatkowania banków. Zagraniczne instytucje zaczęły wycofywać się z Węgier. Banki odkupywał rząd, który nie bardzo wiedział, co z nimi zrobić – i dziś z powrotem chce je prywatyzować. Posiadanie konta na Węgrzech, zwykłego rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowego, zaczęło kosztować około 600 zł. Aby zapewnić darmowe wypłaty z bankomatów, trzeba było wprowadzić je ustawowo.

Także drugi sztandarowy pomysł PiS, wzorowany na węgierskim podatek od hipermarketów, nad Dunajem zakończył się fiaskiem. W listopadzie ubiegłego roku parlament zlikwidował ustawę wprowadzającą 6-procentowy podatek dla dużych sieci handlowych. Powodem były szybkie decyzje Unii Europejskiej, która uznała ów podatek za niezgodny z unijnym prawem i godzący w uczciwą konkurencję. Zresztą w warunkach węgierskich podatek ten miały zapłacić zaledwie dwie sieci: brytyjskie Tesco (około 350 mln zł rocznie) i holenderski Spar (połowę tej kwoty). W skali państwa, nawet węgierskiego, są to kwoty nie zmieniające sytuacji gospodarczej. Skończyło się na powszechnym podatku handlowym wynoszącym 0,01 proc. sprzedaży netto.

Polska – problem małej stabilizacji

Zupełnie inną sytuację gospodarczą dostał do zarządzania PiS. W 2015 roku polska gospodarka wzrosła o około 3,4 procent. Oficjalny poziom zadłużenia względem PKB to około 51 procent. Problemem naszej gospodarki jest to, że wzrost jest niewielki i w dużej części oparty na rosnącym zadłużeniu. W 2013 roku rząd Donalda Tuska znacjonalizował część zadłużenia (około 150 mld zł) względem OFE i na papierze poprawił wyniki. Polski rząd stoi jednak w obliczu zbankrutowanego systemu ubezpieczeń społecznych. Zakład Ubezpieczeń Społecznych jest po prostu niewypłacalny. „Reforma” Platformy Obywatelskiej i PSL polegała na złamaniu umowy ubezpieczenia i podniesieniu wieku, od którego można pobierać emerytury. Było to rozwiązanie nie tylko niezgodne z prawem i przyzwoitością, ale również nie rozwiązujące problemu. Jak bowiem przyznał sam twórca reformy emerytalnej z 1999 roku, prof. Marek Góra, system zacznie się „spinać” tylko wtedy, gdy podniesiemy wiek pobierania emerytur do… 75 lat.

PiS wzięło na siebie obowiązek przywrócenia poprzedniego wieku emerytalnego, a to oznacza, że kłopot, który rząd PO-PSL wypchnął w przyszłość, wróci bardzo szybko. Na dłuższą metę nie da się go rozwiązać inaczej niż zmieniając system ubezpieczeń społecznych i otwarcie deklarując bankructwo bismarckowskiego systemu emerytur.

Kolejnym polskim problemem jest prymitywna gospodarka. Naszym głównym towarem eksportowym są owoce (jabłka, truskawki) i meble. Pozostałe przetworzone produkty to dzieło zagranicznych firm mających w Polsce tylko siedziby i montownie, a płacących prawdziwe podatki w macierzystym kraju. Polski wzrost gospodarczy to zasługa dużego rynku wewnętrznego, którego nie wykorzystujemy we właściwy sposób. Na skutek idiotycznej polityki dopłacania do zagranicznych inwestycji wyhodowaliśmy rodzimym przedsiębiorcom taką konkurencję, że nie mogą oni nawet zacząć działalności. Nie dość, że rynek okupuje duży, rozwinięty gracz, to jeszcze ma za sobą dotacje i pomoc państwa.

Władza ponad wszystko

Jeżeli PiS nie przystąpi do radykalnej zmiany systemowej w gospodarce, to będziemy mieli wzrost gospodarczy zbliżony do tego, który był w czasie rządów PO. Plan rozdania 500 zł na każde drugie i następne dziecko na pewno przyniesie wzrost poparcia dla PiS. Ale jego głównym celem nie jest bynajmniej gospodarczy wzrost, lecz stworzenie stabilnej bazy wyborczej dla partii Jarosława Kaczyńskiego. Rodziny, które nagle otrzymają dopływ gotówki, zasilą w dużej części elektorat PiS. Redystrybucja i zmniejszenie różnic da rządowi chwilę wytchnienia, ale nie rozwiąże systemowych problemów gospodarki. To może pozwolić Prawu i Sprawiedliwości rządzić osiem lat, ale wskaźniki ekonomiczne w końcu dadzą o sobie znać.

Kaczyński jest bliski wizji Polski jako folwarku, a sam jest dziedzicem, który to nadzoruje – komentował w wywiadzie dla „Polska The Times” publicysta Rafał Ziemkiewicz. – To na pewno największa słabość PiS – jest Komendant, który jako jedyny wszystko wie i ogarnia, a hierarchia zależy od wierności Komendantowi – mówił Ziemkiewicz. Dosyć dobrze zobrazował obecną sytuację, w której PiS stara się rozwiązać problemy strukturalne doborem odpowiednich osób. Faktycznie jednak należałoby się skoncentrować nad takimi rozwiązaniami, wg których pomyślność gospodarcza i bezpieczeństwo państwa nie opierałoby się na jednostce, ale na procedurze…” (Jan Piński)

polecam lekturę całości tu: Kaczyński. PRAWIE jak Orbán

podobne: POPIS w natarciu! czyli…”Krynica mądrości” Tusk i „karny podatek” Kaczyński oraz: Czy grecka tragedia przyniesie opamiętanie reszcie eurosocjalizmu? Polska idzie śladami bankruta czyli Michalkiewicza o „frumentacjach” słów kilka. i to: Spadek po platformie. PO zawiodła przedsiębiorców. Czy obietnice wyborcze zbankrutują Polskę? W oczekiwaniu na „przełom”. Brytyjczycy nie chcą mieć nić wspólnego z długiem i uchwalają jeden z postulatów KORWiNa.

…władza (niemal) absolutna posiada ten przywilej że przy jej zaprowadzaniu można (jeśli się jest dostatecznie zapobiegliwym i przewidującym) w dość łatwy sposób kupić sobie przychylność „podwładnych” dopuszczając ich, tudzież cedując na nich udziały w przejmowanych dobrach publicznych. Problem polega na tym, że aparat państwa nie jest w stanie wchłonąć na stałe dostatecznej liczby obywateli, żeby zaspokoić i zadowolić z urządzania państwa na nowo wszystkich (lub chociażby większość). Orbanowi się to udało bo nie szermował hasłami narodowymi wyłącznie w celu propagandowym by mieć społeczne poparcie na czas wyborów. Nie odcinał od koryta swoich poprzedników tylko po to by powtórzyć ich błędy. Nie zadowolił się przejmowaniem stanowisk w ramach „łupu wojennego” dla swoich, co jest rzecz jasna naturalną konsekwencją „wymiany elit” (i co jak czytamy zrobił). Orban i jego ekipa wsparli bowiem jednocześnie ową przemianę kilkoma autentycznie owocnymi GOSPODARCZO reformami/zmianami, które miały bezpośrednie przełożenie na korzyść samych obywateli i ich portfeli, znacznie i raczej trwale poszerzając w ten sposób grono zadowolonych.

Dziś już wiemy że władze Węgier idą dalej tą sprawdzoną drogą, cedując coraz więcej prywatności i własności na obywateli poprzez obniżanie kolejnych podatków (ostatnio VATu) i bilansując budżet by nie stanowił obciążenia dla zwykłych Węgrów. Dzięki temu obywatele czują się coraz bardziej właścicielami swojego kraju i mogą się zająć sobą. Nie przejmując się zbytnio „dyktatorskimi” zapędami Orbana i jego partii. Węgrzy w większości autentycznej (a nie jak to jest w wypadku PISu ograniczonej do elektoratu) chętnie identyfikują się ze swoim państwem, i jednoczą kiedy trzeba by solidarnie wspierać pomysły swojego „duce” kiedy tylko dobro Węgier tego wymaga lub jest ono zagrożone (nawet jeśli te decyzje są niepopularne na zachodzie).

Zwracam na te aspekty uwagę z oczywistego względu. W Polsce możemy bowiem obserwować jak nowe władze się „orbanizują”. PIS małpuje „antydemokratyczną” ścieżkę jaką poszedł Orban, i jest za to tak samo przez zachód krytykowany. Niestety podobieństwo kończy się (moim zdaniem) na kwestii zabezpieczania interesu politycznego i partyjnego w ramach przejmowania aparatu władzy (głównie konfitur z niej wynikających). Brakuje natomiast analogii w posunięciach na polu gospodarki, które byłyby tak perspektywiczne jak to obecnie wygląda na Węgrzech, tj. idące w kierunku bogacenia się obywateli a nie „elit” politycznych kosztem właśnie obywateli. U nas zamiast zbilansowania deficytu jest jego powiększenie, zamiast obniżenia podatków mamy ich podwyższanie a w kolejce do nałożenia już czekają nowe. „Składki” na ZUS i „zdrowotne” poszły do góry. To drugie zostało nawet zamienione wprost na podatek i tylko czekać kiedy to samo stanie się z ZUSem, na którego obsługę za jakiś czas również będziemy zmuszeni płacić specjalny „narodowy” podatek, bo inaczej system tzw. „ubezpieczeń społecznych” zbankrutuje). Podwyżki mają też dotknąć podatek od przedsiębiorców. I tak oto władza mieniąca się „narodową” zamiast pozostawić pieniądze w kieszeni owego narodu by było go stać na rodzinę, obiecuje mu jakieś zasiłki w postaci „500 zł na dziecko”, które najpierw każdy (który się zakwalifikuje) będzie musiał od państwa wyżebrać, a przy którego rozdzielaniu obłowią się w pierwszej kolejności urzędasy, zaś efekt tej „pomocy” ad hoc będzie taki że żeby ktoś dostał te pieniądze to najpierw „ktoś” musi „komuś” zabrać odpowiednią kwotę w podatkach…(Odys)…

i zabierze PodziemnaTV: Robią nas w konia: Expose Premier Szydło i rządu PiS – koniec złudzeń #136

…Teraz nadszedł pierwszy moment, pierwszy papierek lakmusowy, który pokaże na ile silny i spójny wewnętrznie jest nowy rząd. To jednak tylko wprawki przed generalnymi porządkami.

Już powinna być przygotowana pierwsza wielka operacja antykorupcyjna!
Przez cały okres rządów PO i PSL czuliśmy jak pieniądze hulają bokiem, jak wielkie sumy z budżetu i z funduszy publicznych przelewają się do prywatnych kieszeni. To trzeba pokazać, nazwać. Wiem, ze czasem to nieestetyczne, czasem publiczność ogląda płaczące kobiety – niestety śmiertelną chorobę korupcji trzeba zacząć zwalczać, a nie pudrować. To naturalnie przyniesie sporo emocji, złodziejskiego jazgotu, ale przy okazji uzdrowi wiele publicznych relacji.

Potem przyjdą już najtrudniejsze, gospodarcze batalie: podatek obrotowy od sklepów wielkopowierzchniowych, podatek bankowy i odbudowa polskiego rynku finansowego. To wszystko musi być wykonywane w biegu, przy utrzymaniu płynności finansów publicznych. Operacja niezwykle trudna i bolesna. Będzie przebiegać przy wtórze rozmaitych protestów organizowanych za ogromne pieniądze korporacji.

Krok dalej to już pełne bagno – próba uporządkowania i odbudowania mechanizmów funkcjonowania powszechnej służby zdrowia – piszę powszechnej, bo mówienie o jej „bezpłatności” jest już tylko nużącą i irytującą hipokryzją.

No i wreszcie trzeba przygotować realny, dający się zastosować, projekt odbudowy systemu ubezpieczeń społecznych. 
To wszystko musi przebiegać przy nienawistnym warczeniu nieprzychylnych, polskich jedynie z nazwy, mediów.

A przecież musimy odbudować polską armię, polskie media, odzyskać energię do rodzenia dzieci, odbudować polska gospodarkę i stworzyć warunki do kreowania w Polsce marek rynkowych, które mogą być znane w Europie i na świecie.

Zwykły Polak na co dzień nie zajmuje sobie tym wszystkim głowy, jednak to właśnie od wymienionych przeze mnie działań zależy fakt, czy ten zwykły Polak lepiej się poczuje, odzyska wigor i chęć do życia…” (Witold Gadowski)

całość tu: Zwykły Polak spogląda na rząd PiS

podobne: Wolność a niepodległość. Czy Polska jest niepodległa a Polacy wolni? oraz: Piotr Świder: Oda do wolności. Z dedykacją dla poszukiwaczy skarbów wolnego rynku

…tymczasem jedyne czym PIS się zajmuje na poważnie (tzn. osiąga dokładnie takie efekty jak zakładał) to zagarnianie dla siebie coraz więcej realnej władzy, przez co „pierwsza wielka akcja antykorupcyjna” wygląda tak – „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Nie po to bowiem partia o etatystycznym poglądzie na państwo, mająca w planie stworzenie „silnego centrum zarządzania” sięga po władzę, żeby się nią dzielić ze zwykłymi obywatelami, a wiedza o agentach, układach i przekrętach to największa władza. Tym większa w im większej tajemnicy pozostaje, bo tylko tak można ludzi szantażować i nimi sterować.

Oczywistą zależnością jest, że im więcej tworzy się uprawnień i monopoli dla administracji (w tym nowe ministerstwa i urzędy) tym bardziej się ludzi uzależnia od urzędników, i tym mniej swobód oraz wolności pozostaje dla tych, których kompetencje zostaną przez ową administrację przejęte. Jeśli ktoś nie rozumie tej oczywistej zależności, albo myśli że to dla naszego dobra to współczuję – w pierwszym wypadku braku logicznego myślenia a w drugim naiwności. Z samej litery nowo uchwalonego w ostatnich tygodniach prawa można wszak wyczytać, że nowej władzy wcale nie chodzi o to żeby budować państwo obywatelskie, albo żeby je oczyszczać czy robić transparentnym. Państwa obywatelskiego nie buduje się bowiem w oparciu o zwiększanie uprawnień inwigilacyjnych dla organów bezpieczeństwa, ani na tym że zagarnia ono dla siebie coraz więcej naszych pieniędzy i coraz więcej kosztuje.

PIS buduje zatem coś w rodzaju międzywojennej „sanacji” (tu odsyłam do historii czym była sanacja dla szarych obywateli – podatników) tj. państwo stanowiące realną własność kliki partyjnej, na wskroś etatystyczne z kłopotami gospodarczymi na WŁASNE życzenie, i z coraz bardziej zubożałym (a przez to niezadowolonym) społeczeństwem. Za wyjątkiem rzecz jasna szeregu swojaków/cwaniaków, odcinających teraz kupony od tego że wcześniej stali wiernie po „właściwej stronie mocy”, klepiąc „biedę” bycia poza tzw. mainstreamem. Inni natomiast niczym „stary grandziarz” Leon Kunicki (vel Kunik) bohater książki Dołęgi-Mostowicza podczepią się jak zwykle pod kurki budżetowe, by wreszcie móc prowadzić swoje biznesy bez strachu o konkurencję ze strony tych, którzy nie mają znajomych wśród nowo wybranych „umiłowanych przywódców”… (Odys)

„…Oto II RP, państwo socjalistów utopistów, którego działalność wymierzona była wprost we własnych obywateli różnych narodowości. Także w Polaków, a może przede wszystkim w Polaków, szczególnie tych którzy coś mieli. Państwo wszechwładzy urzędów podatkowych i urzędników władz lokalnych, którzy bez mrugnięcia okiem potrafili doprowadzić do bankructwa zamożnych obywateli, przez co ci popełniali potem samobójstwa. II RP w nadziejach Polaków miała być kontynuacją Rzeczpospolitej Obojga Narodów, Korony i Litwy, a w rzeczywistości stała się niespełnioną utopią oszalałych socjalistów-syndykalistów, którym zdawało się, że przyszłość świata należy do urzędników redystrybuujących podstawowe dobra w myśl zaleceń Marksa – żeby było sprawiedliwie. Ponieważ jednak większość urzędników, ze szczególnym wskazaniem na tych bardzo ideowych, to złodzieje, tak więc utopia pozostała do ostatniego dnia budowlą niedokończoną.
O tym, że II RP nie będzie żadną kontynuacją prawdziwej Polski wiadomo było już wtedy kiedy oddano sowietom Mińszczyznę. Potem zaś było jeszcze gorzej. Zniesiono herby, które i tak nie miały już znaczenia, żeby pokazać najgorszym chamom którędy wiedzie droga do sukcesu. I pokazano z wiadomym skutkiem. Litwa nie zniosła herbów uznając, że Litwini, naród mały, zależny od Niemców, zostanie jednak depozytariuszem tradycji królewskiej, magnackiej i prawdziwie demokratycznej na wschodzie Europy.
Do jakiej tradycji w takim razie odwołała się II RP budując niedoszły raj na ziemi. Do socjalistycznej, czyli do takiej co ją wymyślono dawno temu w Londynie, żeby za jej pomocą dewastować kontynentalne gospodarki i przebudowywać strukturę społeczną tak, by w koloniach i na Wyspie nigdy nie zabrakło taniej siły roboczej praz świrów gotowych do rzucania bomb. Polscy politycy z Józefem Piłsudskim na czele, ale także z endekami, żeby mi nie zarzucono jakichś uprzedzeń, traktowali to wszystko serio. Uważali ponadto, że preferowanie pewnych grup społecznych może im zapewnić sukces. Od dawien dawna wiadomo, że kokieteria, szczególnie finansowa nikomu nigdy nie zapewniła sukcesu. No, ale żeby to wiedzieć potrzebna jest znajomość prawdziwej historii, a nie historii, w której zapisano, że motorem dziejów jest postęp…” (coryllus –  O tradycji państwowej dostrzegalnej w propagandzie)

podobne: Sławomir Suchodolski o etatyzmie i socjalizmie w gospodarce II RP i to: Jakub Wozinski: Jak Grabski zrujnował II RP

…i PIS postanowił dokończyć budowę tej utopii/satrapii. Rachunek w postaci coraz wyższych kosztów jej funkcjonowania, i niebezpiecznych na przyszłość precedensów w postaci rozsadzania pewnych obiektywnie dobrych zasad prawa (jak trójpodział władzy by żadna z nich nie zdominowała pozostałych), zapłacimy rzecz jasna my obywatele. Nie mówię tu o samej Konstytucji, bo też uważam że nadaje się ona w obecnym brzmieniu w sporej części na śmietnik, ale o powadze i kompetencji organów które mają stać na straży przestrzegania zapisanych w niej praw i wolności (NASZYCH obywatelskich) przed zakusami JAKIEJKOLWIEK władzy i chciwości polityków (a ni na odwrót!). Taka jest jednak kolej rzeczy i konsekwencja oddania władzy „dobrodziejom” zainfekowanym etatyzmem, uprawiającym zakamuflowany socjalizm pod płaszczykiem „misji narodowej” i „demokracji”… (Odys)

„Strzeżcie się przywódców, którzy bębnią w bębny w celu wprawienia obywateli w patriotyczny ferwor, bo patriotyzm jest w rzeczy samej mieczem obosiecznym. Zarówno zagrzewa krew jak i zawęża umysł. A kiedy bębny wojenne osiągają gorączkowe tempo i krew gotuje się od nienawiści, a umysł się zamyka, przywódca nie będzie miał potrzeby w przejmowaniu praw obywateli. To raczej obywatele, zaparzeni strachem i oślepieni przez patriotyzm, ofiarują wszystkie swoje prawa na rzecz przywódcy i uczynią to chętnie. Skąd to wiem? Bo ja to zrobiłem. I jestem Cezarem” (Juliusz Cezar)

Snucie pięknych i idealistycznych wizji rodem z Budapesztu nie ma póki co niczego wspólnego z polską rzeczywistością, poza analogią do bezwzględnego wobec oponentów politycznych przejmowania władzy, i radości z kwiku odrywania poprzedników od koryta. Jaki jednak z tej operacji ma być zysk dla „zwykłego Polaka” (poza specyficzną grupą wyborców PIS i ich potrzebą zaspokojenia prymitywnej chęci odwetu na rywalach), skoro na miejsce starych zasiądą nowe „świnie”? Które będą przecież funkcjonować w tym samym systemie, na tych samych zasadach i za te same pieniądze co poprzednicy, a więc będą tak samo uciążliwe i pazerne (bo jeszcze nienachapane). Te kilka żałosnych gestów „rozliczania” poprzedników, w postaci wyrzucenia z roboty w telewizji (zwanej publiczną), czy z szefostwa organów centralnych (służb i co ważniejszych urzędów), tudzież ze spółek Skarbu Państwa kilku płotek (czyt. głupich bo bezkrytycznie a wręcz nachalnie wysługujących się poprzedniej władzy aparatczyków), nie przywróci Polakom poczucia własnej wartości. Nie zapewni im pracy, perspektyw rozwoju, czy bezpiecznej emerytury, o prawidłowej opiece lekarskiej na którą płacą „składki” nie wspominając. Wspominając za to o tym że ludzie dalej będą tkwić w kolejkach jak za komuny, dopóki nie umrą uwalniając państwo od kosztów utrzymania tego, za co same bez pytania kogokolwiek o zgodę wzięło na siebie odpowiedzialność (i konkretne pieniądze)… (Odys)

„…Chodzi o przywrócenie ludziom władzy nad bogactwem, jakie swoją pracą wytwarzają, a z jakiej zostali podstępnie wyzuci przez Umiłowanych Przywódców pod pretekstem opieki. Jak zauważył nieżyjący już amerykański noblista Milton Friedman, mamy cztery sposoby wydawania pieniędzy. Pierwszy – kiedy wydajemy własne pieniądze na siebie samych. Wydajemy oszczędnie, a przede wszystkim – celowo, bo doskonale własne potrzeby znamy. Sposób drugi – kiedy wydajemy własne pieniądze na kogoś innego. Nadal wydajemy oszczędnie, ale już nie tak celowo, bo potrzeb tego innego człowieka nie znamy tak dobrze, jak własnych. Sposób trzeci – gdy wydajemy cudze pieniądze na nas samych. Nie liczymy się wtedy z kosztami, ale przynajmniej wydajemy celowo. I wreszcie sposób czwarty – gdy wydajemy cudze pieniądze na kogoś innego; ani oszczędnie, ani celowo, zwłaszcza gdy tych „innych” jest 38 milionów. Państwo wydaje pieniądze w sposób trzeci i czwarty – bo nigdy nie ma własnych, tylko zawsze „cudze” tzn. – podatkowe…” (Stanisław Michalkiewicz)

Więc dopóki kolejne pokolenia tzw. „elit” politycznych będą w dalszym ciągu sięgać obywatelom coraz głębiej do kieszeni, by marnować dobro z którego podstępem (pod pozorem tzw. „opieki”) ich uwalniają, to Polacy nigdy nie wybiją się na prawdziwą niepodległość i wolność. Będą do końca swoich dni niewolnikami przywiązanymi kredytami do mieszkań których nie mogą kupić za uczciwie zarobione pieniądze, ponieważ muszą się nimi dzielić z tzw. „państwem”, głównie na poczet obiecanej emerytury która będzie śmieciowa bardziej niż zmiażdżone kłamliwą propagandą socjalistyczną umowy cywilnoprawne. Wystarczy policzyć ile płacimy na ZUS (i zdrowotne) łącznie z tą częścią składki jaką płacą za nas pracodawcy, dodać do tego wszędobylski VAT, nie wspominając o akcyzie i innych opłatach czy para podatkach, i ile z tego dostajemy z powrotem w postaci „darmowych usług” by sobie uzmysłowić skalę rabunku.

W tym złodziejskim systemie który PIS przejął i kontynuuje po swoich poprzednikach (dokładając od siebie jak już wspomniałem ciężarów) zyskują wyłącznie „elity” polityczne, bo to one w pierwszej kolejności żrą to na co Polacy tak ciężko pracują, uzurpując sobie przedstawicielstwo narodu na mocy „demokratycznej woli” (tj. zaślepienia ideologicznego) jakiej grupy politycznych sympatyków w ramach „większości”, która nawet nie jest REALNĄ większością. „Zwykły Polak” powinien chcieć a przede wszystkim móc utrzymywać się za swoje pieniądze bez kosztownych pośredników w postaci „umiłowanych przywódców”, którzy dbają o nasze dobro w taki sposób że coraz bezczelniej nas go pozbawiają… (Odys)

podobne: Kacza „sprawiedliwośc” – zabrac bogatym, czyli… ukarać biednych. a także:„Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii. i to: Wewnętrzna sprzeczność czyli… państwo i wolność. oraz: Spadek po platformie. PO zawiodła przedsiębiorców. Czy obietnice wyborcze zbankrutują Polskę? W oczekiwaniu na „przełom”. Brytyjczycy nie chcą mieć nić wspólnego z długiem i uchwalają jeden z postulatów KORWiNa. polecam również: Czy liberalizm nas zabije? Nawet gdyby chciał to nie zdąży, bo wcześniej wykończy nas socjalizm czyli… „Polityka społeczna” (dla głupców).

Jerzy Wasiukiewicz

Jerzy Wasiukiewicz

Pułapka „demokratycznego państwa prawa” i racji „sejmowej większości” czyli walka POPISu o (nie)zależność Trybunału Konstytucyjnego i czwartej władzy.


„…koalicja PO-PSL, świadoma politycznej porażki, postanowiła pójść na skróty, dzięki siuchcie, do jakiej doszło wcześniej z udziałem pana prof. Andrzeja Rzeplińskiego, prezesa Trybunału Konstytucyjnego i jego zastępcy, którzy napisali „pod siebie” projekt nowelizacji ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Skoro dzięki siuchcie z panem prezesem Trybunał Konstytucyjny wydawał się zblatowany tym bardziej, że pan prezes Rzepliński działał w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która tylko w roku bieżącym została wsparta milionem dolarów przez finansowego grandziarza Jerzego Sorosa, za pośrednictwem Fundacji Społeczeństwa Otwartego. Finansowy grandziarz angażuje się finansowo w wspieranie nieubłaganego postępu. Co z tego ma – to osobna sprawa – ale nie ulega wątpliwości, że alimenty otrzymywane przez Helsińską Fundację od grandziarza, wystawiają na próbę również niezawisłość Trybunału Konstytucyjnego.

Ale nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej. Wprawdzie Trybunał wydawał się zblatowany, ale co to komu szkodzi, by był zblatowany jeszcze bardziej? Toteż koalicja PO-PSL rzutem na taśmę wcisnęła do Trybunału jeszcze dwóch sędziów – jestem pewien, że w przekonaniu, iż za to wciśniecie będą dozgonnie wdzięczni – oczywiście w granicach sławnej sędziowskiej niezawisłości, to jasne! Te rachuby nie były chyba bezpodstawne, jeśli się zważy, że ci sędziowie pozwolili się w takim trybie wybrać. Mając tedy Trybunał Konstytucyjny zblatowany aż do przesady, to znaczy – ponad konieczną potrzebę, koalicja PO-PSL była pewna, że mimo przegranej w wyborach, dzięki zblatowanemu Trybunałowi nadal będzie w pozycji wygranej, bo sławna niezawisłość sędziowska zawsze podpowie sędziom, jakie stanowisko powinni zająć, żeby było dobrze…

…jeśli ktoś po tym wszystkim będzie jeszcze wierzył w niezawisłość Trybunału, to mogę uważać go za wyjątkowo ciężkiego idiotę. Wyjątkowo ciężkiego – bo w sytuacji, gdy sędziów do TK wybiera Sejm – organ upolityczniony aż do przesady, to jakże z tej rozpanoszonej polityczności może się wyłonić apolityczny Trybunał? Ponieważ coraz częściej pojawiają się głosy wskazujące na potrzebę zmiany konstytucji, to de lege ferenda postulowałbym zmiany następujące. Po pierwsze – odejść raz na zawsze od systemu parlamentarno-gabinetowego na rzecz systemu prezydenckiego. Prezydent już teraz jest wybierany w głosowaniu powszechnym, więc ma demokratyczny mandat znacznie silniejszy, niż jakikolwiek prezes Rady Ministrów. Tymczasem kompetencje rozdzielone są odwrotnie; prezydent prawie nie ma samodzielnych uprawnień władczych, w które autorzy konstytucji z 1997 roku wyposażyli premiera. Jeśli zatem wprowadzony byłby system prezydencki, to trzeba by też odstąpić od zasady, że sędziów Trybunału wybiera Sejm. Sejm bowiem w tej sytuacji występuje jakby sędzia we własnej sprawie, bo przecież Trybunał ocenia zgodność z konstytucją ustaw, które produkuje Sejm. Nie jest zatem wskazane, by Sejm wybierał sobie oceniacza swojej własnej działalności, no a poza tym – jakże z upolitycznionego Sejmu ma się wyłonić apolityczny Trybunał? Dlatego druga propozycja polega na tym, by Krajowa Rada Sądownictwa przedstawiała na każdy wakat w Trybunale trzy kandydatury prezydentowi, a ten dokonywałby wyboru – ale tylko spośród trójki przedstawionej mu przez Krajową Radę Sądownictwa.” (Stanisław Michalkiewicz – Obrońcy demokracji dostali w łeb?

podobne: Czy sądy czeka ręczne sterowanie?

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Myślę że obecna koalicja rządząca zdaje sobie doskonale sprawę z tego że nawet jeśli postawią na swoim i „zgodnie z prawem” będą mieli w składzie TK „swoich” 5 sędziów, to i tak niczego nie zmienia jeśli w pozostałej części skład sędziowski zechce solidarnie zablokować którąś z ustaw PISu (arytmetyka jest tu nieubłaganie niekorzystna dla PIS). W tej sytuacji uważam że w „wojnie o trybunał” chodzi PISowi o zepsucie jego reputacji, czyniąc z niego niejasnymi posunięciami prawnymi ciało niekonstytucyjnie niekonstytucyjne, a więc pozbawione ewentualnej mocy prawnej tak blokowania jak ich przyklepywania (w zgodności z Konstytucją) czegokolwiek. Chytrzy stratedzy z PISu postanowili jak ten zazdrosny amant okaleczyć dziewczynę której posiąść w żaden sposób „PO dobroci” nie byli w stanie, albo jak kto woli postanowiono jednym bezprawnym ruchem wylać bękarta razem z kąpielą. Tym to sposobem im większy „gewałt”, czyt. im bardziej bezprawnie i zuchwale PIS „zamachuje” się na legalność TK tym (moim zdaniem) jest on coraz mniej uprawniony do decydowania o czymkolwiek, a z całą pewnością w umysłach obywateli zaczyna kiełkować społeczne poparcie dla natychmiastowego usunięcia tej patologii – nie tylko na poziomie ustawy ale przede wszystkim konstytucji. Osobiście nie widzę innej przyczyny dla której PIS miałby ryzykować całą tę awanturę o 5 czy 3 sędziów którzy przecież nie są w stanie „przegłosować” pozostałych. Dziwi mnie w związku z tym brak jakiegokolwiek odzewu konstytucjonalistów, prawników i tzw. „ekspertów” w całej tej właśnie sprawie. Bądź tu teraz mądrym czy taki trybunał ma w ogóle prawo orzekać o czymkolwiek czy też nie?

Wracając zaś do tematu „niezależności” i upolitycznienia TK uważam tak samo jak Pan Michalkiewicz. Kto twierdzi że ten organ będzie kiedykolwiek niezależny, skoro wybór jego „funkcjonariuszy” ZALEŻY od woli politycznej dwóch innych władz (niezależnie od tego kto akurat rządzi), ten sam sobie szkodzi, i nie ma o czym z kimś takim dyskutować. Rozsiewanie na ten temat kłamliwych informacji że TK będzie odpartyjniony tylko wtedy jeśli taka czy inna opcja będzie akurat u władzy jest typowym nielogicznym bełkotem dla… (nie dokończę 🙂 kogo). I tu właśnie dochodzimy do istoty problemu trwania tego rodzaju przekonań i wiedzy w umysłach poszczególnych wyborców, którzy z uporem maniaka jeden przeciw drugiemu (w zależności od opcji politycznej) wyrywają sobie nawzajem prawo do „niezależności” czy „niezawisłości”, prezentując bardziej lub mniej zajadłą typową moralność Kalego. Tego rodzaju „wymiany poglądów” podporządkowane wyłącznie partyjnym interesom, nie zasługują na nic innego jak (w najlepszym wypadku) uśmiech politowania… (Odys)

„…któregoś razu TK wydał orzeczenie opatrzone aż dziewięcioma zdaniami odrębnymi, Autorzy jednych zdań odrębnych uznawali wyrok za zbyt surowy, zaś autorzy drugich – za zbyt łagodny. Okazało się, że ocena wyroku zależała od daty nominacji konkretnych sędziów, co rzuca snop światła na przyszłe badania nad niezawisłością. Mając na uwadze te zależności między nominacją i niezawisłością, PiS postanowił wybrać innych, nie powiem, że „swoich” sędziów, bo ci też będą niezawiśli, jak zresztą wszyscy. Jurysprudencja, politykieria i żuliarystyka podzieliła się na dwa obozy; jedni uważają, że skoro sędziowie zostali raz wybrani, to Roma locuta i causa finita, a drudzy – że vim vi repellere licet, co się wykłada, że siłę godzi się odeprzeć siłą, a w przełożeniu na praktykę polityczną – jak wy nam tak, to my wam tak…” (Stanisław Michalkiewicz – Co z konfidentami?)

Zasada trójpodziału władzy i ściśle z nią związana zasada niezależności sądów i niezawisłości sędziów stanowi niekwestionowany fundament współczesnego państwa. Przestrzeganie tej zasady jest wręcz warunkiem wstępu do społeczności międzynarodowej. Pomimo tego politycy tworzący władze ustawodawczą i wykonawczą nie ustają w wysiłkach, aby podporządkować sobie sądy, bądź przynajmniej uzyskać jak największy wpływ na sądy i sędziów. Na tym najbardziej tracą zwykli obywatele, których w ten sposób pozbawia się ochrony ich praw. Bo głównym zadaniem sądów i trybunałów jest dbanie o to, by pozostałe władze nie naruszały praw obywateli.

Problem utrzymania, a w zasadzie raczej uzyskania pełnej niezależności władzy sądowniczej od pozostałych dwóch władz (…) nie dotyczy tylko krajów dawnego bloku socjalistycznego, budujących dopiero swą demokrację, ale także takich krajów jak Niemcy, czy Włochy.

Porównanie doświadczeń w tym zakresie prowadziło do wniosku, iż metody stosowane przez polityków dla uzyskania wpływu na sądy i sędziów mają w zasadzie jedną wspólną cechę. Cechą tą jest przyznanie sobie przez polityków, w drodze wprowadzenia odpowiednich regulacji prawnych, prawa podejmowania decyzji w sprawach istotnych dla sędziów, bądź prawa do swobodnego, i nie poddanego żadnej realnej kontroli obsadzania stanowisk, z piastowaniem których wiąże się podejmowanie takich decyzji. To zaś prowadzi do sytuacji, w której podjęcie decyzji może być uzależniane od tego, czy dany sędzia postępuje w sposób oczekiwany przez podejmującego decyzję. Jest to bardzo poważne zagrożenie, ponieważ praktycznie każdy sędzia, w którymś momencie kariery znajdzie się w sytuacji, w której będzie mu zależało na uzyskaniu pozytywnej decyzji w jakiejś sprawie. Jeżeli zaś w rękach polityków (bezpośrednio bądź pośrednio) znajdują się instrumenty pozwalające zarówno „nagradzać”, jak i „karać” sędziów to oznacza to, że dysponują oni realnymi środkami pozwalającymi wywierać realny wpływ na sędziów. Cóż bowiem więcej, prócz „kija i marchewki” potrzeba by sprawować nad kimś kontrolę?…” (całość tu: CZY NAPRAWDĘ „TRZECIA WŁADZA”?

podobne: „Ludzie skłonni są myśleć, że to, co jest legalne, musi być dobre” czyli… Stanisław Michalkiewicz o konsekwencjach bezprawia. oraz: Politycy jak hieny żerujące na tragedii ludzkiej. Tworzenie “prawa” pod wpływem emocji

Pojawia się też inne niebezpieczeństwo…

„…Partia Jarosława Kaczyńskiego sporą część czasu od objęcia rządów przeznaczyła na bezsensowny spór o Trybunał Konstytucyjny, zakończony nieskutecznym, bo uzależnionym od większości rządowej, przejęciu TK. Kiedy PiS straci władzę, a kiedyś to się stanie, bo nic nie trwa wiecznie, będziemy mieli do czynienia z tzw. demokratycznym wahadłem, bo każdy kolejny rząd, który przyjdzie po PiS-ie będzie mógł podważyć podstawy funkcjonowania obecnego składu TK i przeprowadzić podobną batalię, co PiS w pierwszym roku swoich rządów. W rezultacie zabezpieczenie konstytucyjnego porządku w Polsce będzie czysto teoretyczne. Zgadzam się z Markiem Jurkiem, że PiS „dał się wpuścić w pułapkę PO, która naruszyła prawo i udało jej się sprowokować działanie w przeciwnym kierunku”. Wystarczyło złożyć wniosek o unieważnienie wyboru dwóch sędziów, zgodnie z pierwotnym zamierzeniem PiS, a potem sukcesywnie wybierać nowych sędziów w momencie wygaśnięcia kadencji starych…” (Paweł Kubala • polskaniepodlegla.pl – PiS tchórzliwy i nieskuteczny!)

Całą histerię wokół TK nakręcają rzecz jasna nierzetelne i propagandowe media, które tak samo są „podzielone” na słuszne i słuszniejsze w zależności od opcji politycznej której się wysługują, gdyż tradycyjnie nie ma wśród nich ludzi samodzielnie myślących, tudzież odważnych by powiedzieć obywatelom co się naprawdę dzieje (i gdzie w tym wszystkim jest interes narodu – nie mylić z państwem 🙂 ). Nawet jeśli trafiają się takie rodzynki, to niestety natychmiast toną pośród całej reszty wezbranej fali nieobiektywnego bełkotu innych „ekspertów” i komentatorów, których twarze przewijają się codziennie przy różnych okazjach przez wszystkie „najważniejsze” stacje telewizyjne. Komentarzy i analiz obiektywnych jest w obiegu medialnym jak na lekarstwo. Dlatego z czystym sumieniem, jako uzupełnienie dla cytowanych komentarzy Pana Michalkiewicza, mogę polecić materiał Podziemnej TVRobią nas w konia: Wojna PARTII o TK (Trybunał Konstytucyjny) #137

Dlatego też jedną z kluczowych dla obywateli kwestii powinien być dostęp do WOLNYCH (czyt. niezależnych) i obiektywnych mediów/informacji, aby mogli prawidłowo odnajdywać tak siebie jak i swój interes pośród całego tego POPISowego bełkotu. Żeby oprócz dostępu do nachalnej propagandy jednej czy drugiej strony polityki, mogli odnaleźć niezależne od obu obozów informacje, fakty i opinie. Mają one bowiem zasadnicze znaczenie dla zgodnej z prawdą obiektywną oceny praworządności (w postępowaniu tak władzy jak i opozycji), oraz dla budowania u obywateli zdrowych podstaw właściwego i SAMODZIELNEGO orientowania się w poczuciu sprawiedliwości, oraz osobistych praw i wolności… (Odys)

„…Jeśli nowy rząd myśli poważnie nad zbudowaniem mediów publicznych i odkłamaniem przekazu medialnego, musi też znaleźć sposób na ograniczenie oddziaływania prywatnych nadawców i obcych koncernów wydawniczych. Błędne jest przeświadczenie, jakoby takie działania podważały pluralizm informacyjny lub godziły w niezależne dziennikarstwo. Te wartości są całkowicie nieznane pracownikom spółek medialnych i dawno zostały podporządkowane interesom establishmentu III RP lub interesom obcych mocarstw.

Najprostszym i powszechnie dostępnym narzędziem, byłby całkowity bojkot ich przekazu. Ośrodkom tym należy odebrać widzów i czytelników, skazać je na marginalizację i finansowe „zagłodzenie”.

Krok pierwszy – polegałyby na wycofaniu wszelkich reklam i ogłoszeń spółek Skarbu Państwa i instytucji rządowych oraz zaprzestaniu prenumerowania gazet i wydawnictw rozpowszechnianych przez prywatne spółki handlowe, typu Agora czy Axel Springer. Żadne kampanie reklamowe i informacyjne nie mogą odbywać się za pośrednictwem takich ośrodków. Jest to krok łatwy, zależny od decyzji poszczególnych ministrów i instytucji nadzorowanych przez państwo.

Krok drugi – to odmowa uczestnictwa przedstawicieli rządu i wyższych urzędników państwowych w audycjach i programach telewizyjnych oraz brak zgody na udzielanie wywiadów i wypowiedzi rozgłośniom i gazetom wydawanym przez obce koncerny. Nie ma żadnych powodów, by premier lub jej ministrowie zabiegali o uwagę wrogich, niechętnych Polakom mediów. (…) Ośrodki te, pozbawione udziału czołowych postaci życia politycznego i odcięte od dostępu do informacji, zostaną skazane na marginalizację. Nietrudno zrozumieć, że programy publicystyczne i informacyjne, w których wystąpią wyłącznie przedstawiciele PO-PSL-SLD, nie przyciągną widzów i nie będą uznawane za wiarygodne. Ponieważ znaczenie tych ośrodków wynika ze wskaźnika tzw. oglądalności, już kilkumiesięczny bojkot może okazać się zabójczy dla największych stacji telewizyjnych i radiowych.

Krok trzeci – to zaprzestanie nagłaśniania, rezonowania i propagowania treści prezentowanych w tych mediach oraz odmowa prowadzenia jakichkolwiek polemik i dyskusji z pracownikami prywatnych spółek medialnych. W tym procederze przodują dziś media zwane „wolnymi” i „niezależnymi”. Po upadku reżimu PO-PSL to one są głównym przekaźnikiem propagandy i nagłaśniają niemal każdy produkt TVN-u, GW czy Polsatu. Dość otworzyć portal internetowy braci Karnowskich lub nieopatrznie wejść na stronę niezalezna.pl., by dowidzieć się – co powiedział Michnik, jak chrząknął Żakowski lub co porabia T. Lis. Przeświadczenie, że są to informacje cenne, a ich nagłaśnianie jest formą walki z propagandą, jest wyrazem zabobonów i środowiskowych kompleksów. (…) Póki będą istniały takie praktyki, a na „niezależnych” łamach będzie prowadzona polemika z tezami zawodowych łgarzy, nie tylko nie ma szans na autonomię przekazu i pokonanie przeciwnika, ale nie sposób marzyć o stworzeniu prawdziwie wolnych mediów. Tam, gdzie aktywność dziennikarska odbywa się wyłącznie w kontrakcji do tzw. mainstreamu i polega na podglądactwie i naśladownictwie, nie ma miejsca ma obszary wolnej myśli i samodzielną wizję rzeczywistości…

…Polski rząd i społeczeństwo nie mają interesu we wspieraniu obcych agend medialnych i uleganiu dyktatowi spółek prawa handlowego. Jeśli chcą one nadal istnieć, muszą respektować polskie powinności i służyć sprawom Polaków. Jeśli odmawiają takiej służby – nie ma dla nich miejsca w społeczności ludzi wolnych. Jedynym medium, któremu Polacy mogliby zaufać, winny być narodowe media publiczne. Trzeba je stworzyć od podstaw i obdarzyć monopolem informacyjnym…(Aleksander Ścios – TRZY KROKI

podobne: Sprawiedliwość – „Układ zamknięty”? i to: „Zawieszenie i dziewczyna”, fobia, absurdy oraz niusy ważne i mniej ważne (wizyta Dudy w Chinach na cenzurowanym). „Dziennikarz służalczy to najbardziej żałosna kreatura” czyli… Ile jest dziennikarstwa w „polskich”(?) mediach. oraz: Dziedzictwo „króla Stasia” czyli… ”Wyzwoliciele z polskości”. a także: Kiszczak czyli sprawiedliwości stało się na złość. Polską manipuluje (z telewizora) i rządzi postsowiecka żulia i jeszcze: CBOS: 33 proc. Polaków uważa, że po 1989 r. trzeba było rozliczyć PRL. Wśród zwolenników „porozumienia” wyborcy PISu. polecam również: Tajne przez poufne: “Resortowe dzieci” czyli “Kto go rodził?”

…no i właśnie. Wśród propozycji całkowicie zdrowych i nieinwazyjnych (zwłaszcza w prawo obywateli do wielości źródeł informacji) – jak bojkot i nie karmienie trolli rodem z III RP (całkiem słusznie i natychmiast do zrobienia) – widać jednak kilka w moim przekonaniu całkowicie paranoidalnych i zupełnie niepotrzebnych, które grożą wraz z usunięciem niepożądanych i wrażych dla polskiej racji stanu elementów również tych, które stanowią o podstawie i sile rozwoju zdrowego i uczciwego dziennikarstwa. Przecież to właśnie ograniczenie możliwości powstawania konkurencji dla monopolu na „prawdę”, znajdującego się w rękach państwa i koncesjonowanych przez to państwo stacji komercyjnych (sami sobie koncesji nie przyznali), i pozostawienie w rękach tegoż aparatu całkowitej decyzyjności w sprawie nadawania koncesji, przyznawania grantów, i innego rodzaju zasilaniu finansowym jak wykup reklam czy prenumeraty, czyli de facto wynikającej z tego zależności finansowej, doprowadziło prostą drogą do niejasnych i patologicznych powiązań biznesowo-medialno-politycznych, oraz do pokusy używania przez władzę III RP propagandy medialnej dla swoich celów (z porównywalną do komunistycznej skalą), i zogniskowania jej w swoistym oligopolu/kartelu – TVP/TVN/Polsat/władza.

„…Weźmy na przykład niezależne media głównego nurtu. Zatrudnieni tam funkcjonariusze są o stan demokracji w naszym nieszczęśliwym kraju najboleśniej zatroskani i na każdym kroku dają temu wyraz. Czy jednak nie chodzi im przypadkiem o zmniejszenie wpływów finansowych, jeśli na przykład spółki Skarbu Państwa w nowej obsadzie personalnej przestaną futrować ich reklamami? Wprawdzie zmiany kadrowe w spółkach Skarbu Państwa rzeczywiście wiążą się z procedurami demokratycznymi, ale identyfikowanie finansowych korzyści z obroną demokracji wydaje się mimo wszystko naciągane…” (Stanisław Michalkiewicz – Cholewy wystają spod płaszcza)

Postulowanie w związku z powyższym jeszcze bardziej hermetycznego mechanizmu na monopol przy jednoczesnym „dożynaniu” konkurencji, obciążone jest ryzykiem, że KAŻDA kolejna władza będzie używać tego mechanizmu bez skrupułów, i bez cienia choćby pozornej przyzwoitości będzie mogła legalnie urabiać pod siebie (manipulować) opinię publiczną, a jedynym dla niej ograniczeniem będzie własna fantazja. Wycięcie z rynku informacji konkurencji w postaci mediów prywatnych, jest więc mieczem obosiecznym zarówno wobec samej władzy (zwłaszcza jeśli za kilka lat się zmieni – a wraz z nią punkt widzenia otaczającej Polaków rzeczywistości 🙂 tak jak to się dzieje obecnie), ale przede wszystkim wobec obywateli – którzy będą po prostu skazani na „jedynie słuszną” rację (i to pod przymusem bo innej opcji nie będzie) – póki co PISowską z całym dobrodziejstwem inwentarza, jak chociażby uprawianą przez tę partię ideologię narodowego socjalizmu i etatyzmu, z jego złodziejskimi tendencjami do ucisku fiskalnego, rozdętej biurokracji, i marnotrawstwa jakie towarzyszy modelowi państwa i prawa zbudowanego w oparciu o interwencjonizm gospodarczy i „sprawiedliwość społeczną”. W skrócie ludzie nie dowiedzą się nigdy że okradanie ich na rzecz budowania takiego modelu państwa to zakamuflowana komuna… a każdy kto będzie o tym informował zostanie przez „narodowe” media spacyfikowany, choćby mówił prawdę. Nie ma w tej ideologii niczego z prawicy, o czym więcej tu: Prawo i sprawiedliwość? „Ułaskawienie” Kamińskiego. Parasol ochronny nad Komorowskim? Zamiast aneksu do raportu WSI, „raport” z niegospodarności. Koniec „złotych spadochronów”. Komentarz Michalkiewicza.

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

I dziwi mnie tylko że pomysłodawcą tej satrapii jest ktoś (bloger), kto sam funkcjonuje na swego rodzaju rynku medialnym właśnie dzięki istnieniu pluralizmu (wielości źródeł informacji), oraz dzięki temu że władza (jakakolwiek by nie była) nie może mu zamknąć ust ani w sposób legalny (bez naruszania prawa do wolności słowa) ani też stygmatyzując go i zaszczuwając jako „wroga narodu”, „szpiega” czy innego „agenta” poprzez jedynie słuszną tubę informacyjną w postaci „narodowych mediów publicznych” (pomijając nazywanie etatystycznego państwowego tworu „narodowym”).

Prawda nie potrzebuje monopolu ani pozycji siły! Zawsze broni się sama bo jest prawdą, a zmiana u władzy której od niedawna jesteśmy świadkami dobitnie pokazuje że kłamstwo/manipulacja choćby obwarowane wielkimi siłami i środkami w końcu przestaje być opłacalne. I nie zrobiono tego ustawą, ani wielkim nakładem ze środków publicznych, bo zrobiła to głównie blogosfera i „internety” – niezależne tak od państwowego jak i korporacyjnego finansowania. Jeśli jednak „nowa” władza ma zamiar pójść drogą poprzedników, nie wyciągając z porażki „monopolu na rację” lekcji dla siebie, to skończy dokładnie tak jak ci, którym od lat zarzuca manipulację i zamordyzm medialny. Stworzy potwora od którego sama zginie, jeśli nie od własnej pychy, to od pychy tych którzy przyjdą po niej i użyją odlanych przez obecną władzę armat. Bez prawa do istnienia konkurencji PRYWATNEJ wobec państwowego monopolu, ludzie będą skazani na taką samą propagandę jak za znienawidzonej komuny. Jeśli nikt nie ma prawa patrzeć władzy na rękę bez obawy że nie zostanie „uciszony” za „zdradę” i przeszkadzanie w jej interesach, to można zapomnieć o wolności i prawie do informacji. Liczyć się będzie tylko to co władza ma nam (łaskawie) do przekazania i wiadomo że sama siebie nigdy krytykować nie będzie… (Odys)

cytat: „Każdy może, prawda, krytykować, a mam wrażenie, że dopuszczanie do krytyki panie to nikomu… Mmmm… Tak, nie… Nie podoba się. Więc dlatego z punktu mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było. Tylko aplauz i zaakceptowanie. Tych naszych, prawda, punktów, które stworzymy.” (Rejs – krytyka!)

„…Kilka lat temu Piotr Lisiewicz w tekście „Salon. Przedpokój. Ulica” opisał, jak widzi podział poszczególnych sfer polskiej rzeczywistości. „Salon jest u nas najsilniejszy, jednak czasem zdarza mu się tracić wpływy. Wtedy do głosu dochodzi konkurencja, na którą składają się przedpokój i ulica” – pisał Lisiewicz. Dziś salon najbardziej boi się opisywanej ulicy, czyli środowiska ludzi, którzy chcą realnych zmian. Nie pudrowania, nie uników i dogadywania się. Wyborcy też oczekują swoistej „miotły” – działań, które przyniosą realną zmianę zarówno w polityce historycznej, kulturalnej, jak i w polityce zagranicznej, ekonomicznej oraz społecznej. Ten właśnie salon ze strachu zaczyna wyć. Zaczyna wmawiać obywatelom, że przerażenie elit III RP musi się również jemu udzielić. Tomasz Lis traci stołek w TVP i histeryzuje. Kowalski, histeryzuj i ty. Cóż, mają problem z Kowalskimi. Jak na razie do obrony pluszowych męczenników chętnych nie ma. Bo Kowalski rozumie, że gdy się świnki odrywa się od koryta – słychać kwik. On ten kwik zniesie pod warunkiem, że jemu, zwykłemu obywatelowi, zacznie się lepiej żyć. W tym tkwi największe wyzwanie dla Prawa i Sprawiedliwości oraz rządu Beaty Szydło.” (Samuel Pereira)

całość tu: Skowyt tracących koryto podobne:  Po debacie w “Klubie Ronina” Grzegorz Braun zwraca uwagę na “patriotyzm” i “konserwatyzm” środowisk mieniących się prawicowymi

…święte słowa Panie Pereira, ale proszę pamiętać że PIS już na etapie założeń (w samych tylko obietnicach) odróżnia interes partii/władzy od interesu Kowalskich dokładnie w taki sam sposób jak poprzednicy – przedkładając ten pierwszy nad drugim. Inaczej nie opierałby swojej polityki gospodarczej o rabunek i dalsze zadłużanie Polaków. Czyż nie? Na tej podstawie można uczciwie powiedzieć że świnia świni równa (ale jak Pan woli to niech będzie równiejsza 🙂 )

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Na skutek brutalnej RZECZYWISTOŚCI coraz większa rzesza obywateli naszego kraju zaczyna publicznie wyrażać swoje niezadowolenie i co gorsza (dla władzy i jej heroldów) nie da się już ich upchać do wora z napisem „PIS”. Ludzie zaczynają się bowiem organizować poza korytowym nurtem politycznym, którego mają dość. Mają dość partii, które podzieliły się sceną polityczną dla obopólnej korzyści „trwania przy korycie” w wiecznym uścisku nienawiści i permanentnej wojny (dla zajęcia umysłu wyborców). Władza jak i opozycja są zresztą po równi zaniepokojone tą „nową siłą”, która nie daje się wciągnąć do wojenki przez żadną ze stron. Ci ludzie nie chcą bowiem widzieć dłużej u władzy skompromitowanej magdalenkowym układem kliki. Coraz głośniej mówią, że chcą SAMI decydować o swoich pieniądzach, własności prywatnej, rodzinach. POstmagdalenkowy układ nie boi się tak PISu (którą to opcję polityczną i jej otoczenie uważa za „groźnych” ale SWOICH przewidywalnych oszołomów – w końcu ś.p. L. Kaczyński też brał udział w Magdalence), jak boi się właśnie tej części elektoratu, która do tej pory stała bezczynnie przyglądając się z niesmakiem temu co się w Polsce wyrabia. Kukiz jest tylko tego przedsmakiem. Nie zapominajmy że monopol PISu u władzy uratował cud nieprzekroczenia przez wolnościowców KORWiN’y progu wyborczego (stąd m.in. moje podejrzenia że „komuś” ze strachu przed formacją JKMa bardziej pasowała pełnia władzy PIS). Wyborcy PISu to zaledwie część z tej połowy uprawnionych do głosowania która pofatygowała się na wybory, więc nadużyciem jest podczepianie się tej partii pod reprezentowanie jakiejś „większości obywateli”, a zwłaszcza pod ludzi którzy mają ten cały POPIS gdzieś. Za jakiś czas może dojść do podobnej sytuacji jak w pewnym dowcipie:

Z pamiętnika młodego partyzanta
01.07 – pogoniliśmy niemców z lasu
02.07 – niemcy nas pogonili z lasu
03.07 – pogoniliśmy niemców z lasu
04.07 – niemcy nas pogonili z lasu
05.07 – gajowy się zdenerwował i wszystkich pogonił z lasu

Tak naprawdę to nie PISowcy, ale ten nowy (gajowy 🙂 ) ruch społeczny (jeszcze nie nazwany a jednak istniejący) tak nieboszczkę/POprzedniczkę przestraszył. Przestraszył ją do tego stopnia, że zaczęto „produkować” za pomocą służb POtencjalnych „zamachowców” (Brunonów K.), różnej maści „faszystów” i „zakłócaczy POrządku” (od których PIS też się stanowczo odcina – Stanisław Michalkiewicz o „cyngielmanach” prezesa Kaczyńskiego), Trzeba było przecież jakoś zmobilizować własny elektorat pod parasolem strachu i permanentnego zagrożenia, ale nie tylko! Wszak w imię POkoju i dla potrzeby powstrzymania „wojny domowej” państwo wręcz MUSI(!) zacząć ograniczać pewne swobody obywatelskie takie jak wolność zgromadzeń, wolność słowa, dostęp do informacji publicznej jednocześnie nadając coraz większe uprawnienia „organom POrządkowym” i innym „tajemniczym” (cenzura w internecie – Nowa spec służba), żeby „państwo” mogło „zgodnie z prawem” zapanować nad „histerią oszołomów” (o czym więcej tu: Bogdan Goczyński: Polskie sądy – studium urzędniczej psychopatii. Dziwne zachowanie wymiaru sprawiedliwości w sprawie Grzegorza Brauna. Państwo superpolicyjne. Czy Komorowski zostanie dyktatorem? Reforma sądów. i tu: Tacyt: „Przy największym państwa nierządzie najliczniejsze były prawa”. Rekordy biurokracji, zmiany w prawie karnym i schizofrenia Platformy. Komu to wszystko służy?). Obawiam się że nowe władze mają za zadanie dokończenie marszu ku zamordyzmowi rozpoczętego przez PO. Obecnie toczona ustawka o TK jest tylko kolejnym etapem/pretekstem w docelowym uchwyceniu PRAWDZIWEGO buntu za pysk żeby nigdy do niego nie doszło. Czas oczywiście pokaże dokąd zabrniemy, i tak jak dała się poznać PO tak i PIS po owocach poznamy.

To co do tej pory w kwestii ograniczania praw obywatelskich zrobiła platforma zwana niesłusznie „obywatelską” poraża totalitaryzmem, ale jeśli PIS pójdzie tą samą drogą, oszukując ludzi że tego wymaga „prawdziwy” patriotyzm, to kiedy jego polityka tak gospodarczo jak i ideologicznie zbankrutuje, będzie musiał odejść z dużo większym hukiem jak jego poprzednicy… (Odys)

PS. „…Smutne, że tzw autorytety, które milczały, gdy zamachu na TK dokonywała PO, a teraz krzyczą wniebogłosy, gdy prawo zmienia PiS okazują się tym samym być hipokrytami. Smutne, że tzw autorytety nie rozumieją, że 20% Pawła Kukiza to wcale nie jest „end of story”. Jeszcze trochę kompromitacji i hipokryzji i za 4 lata rządzić Polską będzie nawet nie Paweł Kukiz, ale Liroy do spółki z Dodą (i wówczas Panowie Profesorowie, Adwokaci, Sędziowie i inni zatęsknią jeszcze nawet nie do PO, ale nawet do PiS).

Mam wrażenie, że Polska stoi w obliczu dramatycznego wyboru. Gdy Prezydent Andrzej Duda wykonał kilka gestów wobec opozycji (np powołując do Rady ds. Rozwoju Adama Daniela Rotfelda, który otwarcie przecież poparł kandydaturę Bronisława Komorowskiego) tzw „salon” nawet tego nie zauważył. Miałem wrażenie, że i tu poczucie wyższości nie pozwalało nawet na odnotowanie gestu. Szkoda, bo była szansa, aby choć w zakresie polityki zagranicznej wnieść się na poziom dojrzałych państw.

Dlaczego tyle piszę o tych elementach psychologicznych? Ano dlatego, że to one – a nie żadne racje polityczne czy też prawne – zadecydują o kierunku w którym pójdzie polska polityka. W psychologii istnieją dwa podstawowe negatywne uczucia – nienawiść i pogarda. Nienawiść pomiędzy głównymi siłami politycznymi jest zapewne wzajemna, ale to nie ona niczym miecz Damoklesa zagraża Polsce. Dialog i kompromis uniemożliwia otóż pogarda…

…Polska znajduje się na rozstaju dróg. Wina leży po obu stronach. I tylko Polski żal. Polski bowiem nie stać na wojnę polsko – polską. Na tej zyska wyłącznie Władimir Putin…” (Witold Jurasz)

całość tu: Bawcie się tak Panie i Panowie dalej…

rys. Rafał Zawistowski

rys. Rafał Zawistowski

Sejmowa
arytmetyka
silniejsza
niż moc
w językach!
Tryb,
banały
i uchwały.
Oszalały
liberały.
Hipokryzja.
Dwa?
Trzy?
Pięć???
Telewizjo!
Dalej kręć!

Marek Gajowniczek: „Moc w językach”

Budżet państwa na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną… ale czy PIS będzie nas kosztował mniej? Oczywiście że nie – zamach na umowy cywilnoprawne.


„…w budżecie na 2016r. dziura budżetowa wynosi blisko 55 mld zł, a i tak została sztucznie niedoszacowana, dochody podatkowe zaś znacząco wyolbrzymione w przeciwieństwie do wydatków państwa, podobnie też zawyżono wpływy z dywidend od spółek Skarbu Państwa, które przeżywają ogromne kłopoty i będą mieć znaczące straty lub niższe zyski. Pytanie więc brzmi czy oba budżety, ten na kończący się 2015 rok i ten na wkrótce rozpoczynający się 2016r. przygotowali dyletanci, lekkoduchy czy też „polityczni dywersanci” ? Czy świadomość konieczności oddania władzy w kraju spowodowała tak znaczący rozjazd w wskaźnikach makroekonomicznych i wykonaniach budżetu w stosunku do planu finansowego państwa, jakim jest budżet? To coś więcej niż osobista kompromitacja twórców 8-miu budżetów w wykonaniu „profesjonalistów” spod znaku PO.

To prawdziwe pole minowe i wilcze doły, mające na celu utrudnić czy wręcz uniemożliwić skuteczne działanie nowemu rządowi, a zwłaszcza naprawę państwa polskiego. Tu właśnie pomocny miał być też Trybunał Konstytucyjny. I to wszystko stało się w sytuacji gdy zagarnięto blisko 150 mld zł z OFE, co umożliwiło ekipie PO – PSL odsunięcie decyzji o bankructwie. Warto przypomnieć, że łączny deficyt budżetowy na przestrzeni ostatnich 8-miu lat rządów koalicji PO-PSL wyniósł blisko 270 mld zł, a przedstawiciele tych samych partii lamentują i pytają dzisiaj skąd wziąć 20 mld zł na program PIS-u 500zł na dziecko…” (Janusz Szewczak)

Całość tu: Budżet państwa autorstwa PO-PSL i ministra Szczurka na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną

…Analiza jak to analiza – pokazuje jak jest. Jeśli jednak ta wiedza „jak jest” (i dlaczego tak jest) nie służy wyciąganiu należytych wniosków – tj. natychmiastowego ograniczania wydatków państwa! (a wręcz przeciwnie) to czym się różni nowa władza od starej? Owszem nowa władza twierdzi że wyda lepiej te pieniądze, ale to nie zmienia istoty problemu że obywatele tak jak płacili za poprzednie deficyty i długi tak DALEJ będą płacić skoro władza nie zamierza spuścić z tonu i wydawać jeszcze więcej, czyż nie? Więc czym się różni dyletantyzm, lekkoduszność czy „polityczna dywersja” poprzedników od ich następców? (Odys)

ano tym Robią nas w konia HIT! Budżetowe oszustwo na ponad 300 mld zł rocznie! #145 (Podziemna TV)

podobne: Spadek po platformie. PO zawiodła przedsiębiorców. Czy obietnice wyborcze zbankrutują Polskę? W oczekiwaniu na „przełom”. Brytyjczycy nie chcą mieć nić wspólnego z długiem i uchwalają jeden z postulatów KORWiNa. i jeszcze: Janecki: Donald Tusk odwraca bieg rzeki i z deficytu robi nadwyżkę. Tymczasem wskaźniki gospodarcze w dół a zadłużenie bije kolejne rekordy. a także: Cukiernik: Brednie ministra finansów. Krzywa Rostowskiego nie działa! i to: Rząd poprawia sobie finanse i zwiększa fiskalizm bez mówienia o wzroście podatków oraz: Co „prawdziwa prawica” Kaczyńskiego szykuje dla przedsiębiorców i reszty Polaków polecam również: : Kacza “sprawiedliwośc” – zabrac bogatym, czyli… ukarać biednych. na koniec: Konsekwencje zadłużania – Rząd sięga po kolejne rezerwy.

„…tegoroczny budżet zamyka się deficytem sięgającym prawie 55 miliardów złotych, co oznacza, że dług publiczny będzie powiększał się w dotychczasowym, a może nawet jeszcze szybszym niż dotąd tempie, zwłaszcza, że nie widać żadnych działań zmierzających do odblokowania narodowego potencjału gospodarczego. Został on skutecznie zablokowany z jednej strony przez fatalny ekonomiczny model państwa, ustanowiony w roku 1989 przez generała Kiszczaka i grono osób zaufanych, który nazywam kapitalizmem kompradorskim, a z drugiej – przez narastającą biurokratyzację państwa.

Dotychczasowe działania PiS polegają na wymianie kadr w aparacie biurokratycznym, natomiast nie widać żadnych oznak przynajmniej częściowego jego demontażu. Trudno się temu dziwić, bo i prezes Kaczyński, który obecnie jest kimś w rodzaju dyktatora Polski, wzorem ewangelicznego setnika, ma wprawdzie pod sobą żołnierzy, ale sam też jest „pod władzą postawiony”, jako zakładnik swego zaplecza politycznego. Niech no tylko przestanie je karmić, to natychmiast zostanie generałem bez armii. Wiadomo to od czasów starożytnych, kiedy Gajusz Grakchus wprowadził w Republice Rzymskiej tzw. „frumentacje” które początkowo polegały na rozdawnictwie zboża. Przetrwały one aż do dnia dzisiejszego, rozwijając coraz to nowe, niekiedy bardzo wyrafinowane formy – oczywiście dla dobra Rzeczypospolitej – no bo jakże by inaczej?

Program „Rodzina 500 plus” jest rodzajem frumentacji potencjalnie wyjątkowo w skutkach dotkliwej. Rzecz w tym, że przy rosnącym długu publicznym rosną też koszty jego obsługi i w bieżącym roku wyniosą co najmniej 56 miliardów złotych. Jeśli kwotę tę podzielimy przez liczbę obywateli rzeczywiście mieszkających w Polsce (ok.35 mln), to na jednego obywatela przypada z tego tytułu 1600 złotych rocznie. Typowa, pięcioosobowa rodzina, będzie zatem musiała z tytułu obsługi długu publicznego oddać lichwiarskiej międzynarodówce co najmniej 8 tysięcy złotych rocznie. Tyle rząd będzie musiał odebrać rodzicom obdarowanych dzieci, a więc jedno dziecko tak naprawdę nie dostanie nic, a drugie pewnie też nic – bo przecież oprócz kosztów obsługi długu publicznego są w naszym nieszczęśliwym kraju jeszcze inne podatki, np. VAT, który na artykuły dla dzieci przewiduje stawkę w wysokości 23 procent.

Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera – mówi przysłowie – ale pani premier Beata Szydło najwyraźniej o nim zapomniała, bo pokazywała rządowy projekt z takimi oznakami czci, jaką ksiądz okazuje Najświętszemu Sakramentowi, a pani Henryka Krzywonos – konstytucji z 1997 roku, w mniemaniu, że to właśnie o nią walczyły pokolenia Polaków. Jeśli od tej frumentacji coś wzrośnie, to pewnie tylko liczba urzędników, bo rychło okaże się, że jest ich za mało, by zapewnić sprawiedliwy rozdział pieniędzy. Za darmo tego, ma się rozumieć, nie zrobią, co to, to nie – więc w rezultacie przez budżet państwa będzie przepływał coraz większy strumień pieniędzy odebranych uprzednio obywatelom – oczywiście dla ich dobra, bo przecież wiadomo, że pieniądze psują charakter…” (Stanisław Michalkiewicz – Prezenty z worka judaszowego)

PS… Od @Jacek Sierpinski

Nowy rząd zamierza obłożyć pełnymi składkami na ZUS każdą umowę o pracę, zlecenia, o dzieło, a także dochody uzyskiwane z samozatrudnienia. Efektem będzie zmniejszenie zarobków netto milionów ludzi, nierzadko z trudem „wiążących koniec z końcem”. Część z nich prawdopodobnie w ogóle straci pracę, bo przedsiębiorców nie będzie stać na płacenie dodatkowego haraczu, a samozatrudnienie przestanie się opłacać. A wszystko to po to, jak pisze „Rzeczpospolita”:

http://www.rp.pl/ZUS/312019859-ZUS-od-kazdej-umowy—prezydencki-projekt-obnizajacy-wiek-emerytalny.html

– by ZUS uzyskał dodatkowe kilka 5-8 mld zł. Wtedy będzie można mniej dopłacać do tej instytucji z budżetu państwa i będzie można dopłacić 500 zł miesięcznie na drugie i dalsze dziecko. Tylko co komu z dodatkowych 500 zł, jak zarobi 1000 zł mniej lub straci pracę? To jest draństwo. Wzywam wszystkich rozsądnie myślących ludzi ze wszystkich opcji politycznych (także z PiS) do przeciwstawienia się temu pomysłowi.”

podobne: Pod przykrywką wygłupu Sikorskiego fala rabunku przetoczyła się przez sejm: uwolnienie kominówek, rząd kładzie łapę na depozytach, centralna baza „haków” skarbówki, zamiast śmieciowych umów o pracę będzie śmieciowa emerytura. Do diabła z taką opozycją! Dratewka potrzebny od zaraz. oraz: Rabunek na zlecenie czyli… oZUSowanie umów cywilno-prawnych. i to: Poradnik kryzysowy: co zrobić w trudnych czasach?

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Spadek po platformie. PO zawiodła przedsiębiorców. Czy obietnice wyborcze zbankrutują Polskę? W oczekiwaniu na „przełom”. Brytyjczycy nie chcą mieć nić wspólnego z długiem i uchwalają jeden z postulatów KORWiNa.


Po ośmiu latach rządów PO i PSL zwycięzcy najbliższych wyborów otrzymają w spadku największą w historii dziurę budżetową i rozdęty aparat urzędniczy, korzystający z luksusów za pieniądze podatników. Jeśli będą chcieli zreformować państwo, w pierwszej kolejności trzeba będzie naprawić system finansów publicznych.

Po nas choćby potop!

60 miliardów złotych – tyle rocznie kosztuje utrzymanie wszystkich polskich urzędników (prawie 900 tysięcy osób łącznie z pracownikami szczebla samorządowego). Na tę potężną kwotę składają się nie tylko pensje biurokratów (12 zwykłych plus obowiązkowa „trzynastka”), lecz również dziesiątki milionów złotych wydawane na ich przywileje: samochody służbowe (liderem jest Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa z ponad 500 samochodami służbowymi, których utrzymanie kosztuje rocznie ponad 20 milionów złotych), wyjazdy zagraniczne pod pozorem szkoleń lub konferencji międzynarodowych (tutaj rekordzistą jest Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej – jego pracownicy wyjeżdżali m.in. do Korei Południowej).

Praca armii urzędników przynosi skutki odwrotne od zamierzonych: problemy, z którymi mają walczyć biurokraci, nasilają się; patologii społecznych jest coraz więcej, a same urzędy coraz częściej znajdują się w zainteresowaniu prokuratury ścigającej afery. Zdrowy rozsądek i nieubłagane prawa ekonomii nakazują zwolnić natychmiast około 95-98% urzędników państwowych, jednak żadna z politycznych ekip nie odważyła się na to. Wszystko dlatego, że biurokraci i ich rodziny to betonowy elektorat rządzącej partii. Są zainteresowani jedynie utrzymaniem swoich „ciepłych posadek” i płynących z tego korzyści, a to może im zagwarantować jedynie partia rządząca. Dlatego więc w każdych wyborach armia urzędników karnie stawia się przy urnach i głosuje na swoich pracodawców. Ten klientelizm polityczny kosztuje podatnika 60 miliardów złotych rocznie plus kilkakrotność tej sumy z tytułu efektów działania aparatu urzędniczego – tj. angażowania czasu i energii podatnika na sprawy zupełnie niepotrzebne.

W błoto

Tyle samo, bo 60 miliardów złotych rocznie, kosztują odsetki od polskiego długu zagranicznego, którego historia sięga czasów Edwarda Gierka. Kwota rośnie z każdym rokiem, bo rządy Tuska i Kopacz zadłużyły państwo do granic nieznanych w historii…”

…do pouczającej lektury całości, gdzie autor zwraca uwagę również na marnotrawstwo tzw. „środków publicznych”, na ucieczkę za granicę polskiego kapitału przed nadmiernym fiskalizmem „własnego” państwa, oraz na chaos w systemie prawa i bezpieczeństwie Polski zapraszam tu: Leszek Szymowski – Spadek po Platformie

podobne: Samorządowe „inwestycje” to wzrost zadłużenia i podwyżki opłat. Rentowność długu i rosnąca obsługa kosztów. Państwo broni się przed zwrotem zagrabionego mienia i zmianami w ordynacji podatkowej, obniżka podatków nie tak szybko (fiskus łupi rodzinę). Innowacje obce sektorowi MSP. „Polska Miedź” rabowana podatkiem od wydobycia.  i to: Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta.

Tomasz Cukiernik – PO zawiodła przedsiębiorców.

PO naruszyła fundamentalne bezpieczeństwo prowadzenia działalności gospodarczej. Wprowadziła do praktyki podatkowej pojęcie nagłej zmiany interpretacji bez zmiany prawa, co wiąże się z naliczaniem odsetek pięć lat wstecz. Tego nie było ani za AWS, ani za SLD, ani za PiS. Ten wynalazek wiceministra finansów Jacka Kapicy był głównym powodem, dla którego przedsiębiorcy odwrócili się od PO – powiedział w wywiadzie z „Rzeczpospolitą” Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Z kolei dr Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha powiedział w Polskim Radiu, że szkodliwe regulacje przynoszą „straty polskim przedsiębiorcom, idące w dziesiątki miliardów złotych rocznie”.

Dzisiaj polski przedsiębiorca, prawie dwa miesiące ze swojego życia poświęcać na obowiązki administracyjne, które nie służą ani administracji, ani jemu. Zamiast ten czas wykorzystywać do budowania firmy, zwiększać skalę swojej aktywności, to ją marnuje na czynności kompletnie nikomu niesłużące. Dlatego ciągle mamy tak duży dystans do innych gospodarek krajów Unii Europejskiej, ze względu na czas, który nieefektywnie wykorzystujemy – uważa Sadowski.

Prezes Kaźmierczak przypomina ponadto, że PO nie uprościła systemu podatkowego i nie ograniczyła biurokracji, a „w dodatku PO zapowiedziała, że obniży podatki, po czym je podwyższyła”. Wylicza też ofiary rządów PO.

– Tymi ofiarami są firmy zajmujące się skażaniem alkoholu na skalę przemysłową, które zaczęły padać, gdy wiceminister Kapica zmienił dopuszczalne metody skażania. W pułapkę wpędzono importerów samochodów z homologacją oraz przedsiębiorców zajmujących się montażem szaf. Przypuszczono atak na firmy szkoleniowe i badawcze – mówi Kaźmierczak w „Rz”. – Niszczenia firm nie przypominam sobie za rządów PiS. Za to obniżono wtedy koszty pracy i VAT na materiały budowlane, co było jedną z przyczyn boomu budowlanego – dodaje.” 

podobne: Solidarni z mafią, czyli zaległym VATem w przedsiebiorcę oraz: „Dziennik GP” – Firmy uderzone VAT-em. Ożywienie w gospodarce dusi przedsiębiorczość? a także: Czy rząd Donalda Tuska wraz z całą administracją podatkową postawili sobie za cel, by wszyscy przedsiębiorcy albo zbankrutowali, albo wyprowadzili się za granicę? i to: Przedsiębiorcy walczą o skażony alkohol. Wiceminister popełnił przestępstwo? polecam również: Prawy.pl: Dlaczego sektor MSP w preferencjach wyborczych nie wskazał KNP Janusza Korwin-Mikkego? i jeszcze: Rząd poprawia sobie finanse i zwiększa fiskalizm bez mówienia o wzroście podatków

Trader21 – Czy obietnice wyborcze są realne czy raczej zbankrutują Polskę?

„Dwa dni temu w Polsce miały miejsce wybory parlamentarne. Wyniki zna większość z Was. Dla mnie sama idea demokracji parlamentarnej jest poważnie wypaczona. Wybieramy przedstawicieli, którzy mają w teorii nas reprezentować. Problem jest taki, że władza korumpuje, politycy obiecują cuda, byleby tylko zostać wybranym, a społeczeństwo w zasadzie nigdy nie rozlicza polityków z obietnic. Problemów z efektywnością systemu, w którym żyjemy, jest wiele. Ja odniosłem się zaledwie do kilku z nich, poświęcając więcej uwagi obietnicom wyborczym składanym przez największe partie.

Obiecuj, obiecuj, obiecuj…

Najważniejszym problemem demokracji parlamentarnej jest to, że do władzy najczęściej dochodzi ten, kto najskuteczniej sprzeda nam obietnice bez pokrycia. Im więcej nam się obiecuje, tym więcej środków niezbędnych jest na realizację obietnic. Skąd pochodzą te środki? Oczywiście: z naszych podatków, ale tego większość populacji, zaślepiona obietnicami prezentów wyborczych, już nie widzi.

Magiczne 90 dni

Jeżeli partie polityczne, które wygrywają wybory, rzeczywiście zamierzają przeprowadzić faktyczne zmiany – muszą to zrobić w ciągu pierwszych 90 dni od objęcia władzy. Jeżeli tego nie zrobią, zapomnijcie o ich realizacji. Skąd bierze się 90 dni? Otóż, część zmian (reform) wymaga niepopularnych decyzji. Im szybciej się je przeprowadzi, tym większa szansa, że przykre – aczkolwiek konieczne – konsekwencje zmian zostaną zapomniane (czy wybaczone) do kolejnych wyborów.

Największym problemem polityków jest to, że już w momencie objęcia władzy zaczynają myśleć o kolejnych wyborach. Taka sytuacja paraliżuje ich przed wprowadzeniem koniecznych (aczkolwiek niepopularnych) zmian – nawet jeżeli są one absolutnie konieczne.

Główny problem – nadmierny rząd

Ogromnym problemem, z którego nie zdajemy sobie sprawy, jest nadmierny udział rządu w życiu publicznym. Gdy tylko pojawia się problem, politycy od razu proponują rozwiązania, nie zdając sobie sprawy, że to właśnie rozdmuchany rząd, czy zbędne regulacje – są głównym źródłem problemów.

W krajach o najwyższym poziomie wolności gospodarczej udział rządu w gospodarce (wydatki rządowe / PKB) jest minimalny i kształtuje się na poziomie między 5-15%. Dla porównania: w Polsce jest to 41%.

W krajach, które najszybciej się rozwijają – sektor rządowy jest minimalny i koncentruje się wyłącznie na zapewnieniu sprawnego sądownictwa, policji, straży pożarnej oraz odpowiada za infrastrukturę drogową czy energetyczną. Im wyższy jest udział rządu w relacji do stanu gospodarki, tym częściej rząd przejmuje funkcje sektora prywatnego, obniżając efektywność kraju i marnując kapitał.

Zwiększenie wydatków rządowych zawsze finansowane jest z naszych pieniędzy

Kiedykolwiek słyszymy, że: „rząd sfinansuje”…, „rząd przyzna”… itp. musimy zdawać sobie sprawę z jednej rzeczy. Im więcej rząd zamierza wydać, tym więcej musi nam zabrać. Rząd nie ma pieniędzy sam z siebie. Ma tylko środki, które nam zabiera z podatków lub z dodruku waluty, co z kolei uderza w nas ukrytym podatkiem inflacyjnym.

W Polsce dzień wolności podatkowej przypada na połowę czerwca. Oznacza to, że państwo zabiera nam ok. 44% naszych dochodów. Jeżeli przyjąć, że przeciętne gospodarstwo domowe dysponuje kwotą 4000 zł netto / m-c – okazuje się, że kolejne 3150 zł oddajemy państwu w postaci podatków, za które otrzymujemy wątpliwej jakości usługi. Czy są one rzeczywiście tyle warte? Oczywiście, że nie! Po prostu, państwo marnotrawi większość naszych pieniędzy.

Ocena obietnic wyborczych

Zważywszy na fakt, iż jestem apolityczny, odniosę się do najważniejszych propozycji wyborczych – zarówno partii, która wygrała niedzielne wybory, jak i do partii konkurencyjnych…

[zachęcam do pouczającej lektury szczegółów na stronie Tradera – Odys]

…Jak pokazały ostatnie wybory – wygrywa ten, kto więcej obieca. Nie liczą się konkrety. Jak to kiedyś słusznie określił jeden polityk: „Ciemny lud to kupi”. Problem z obietnicami jest taki, że część z nich powinno się zrealizować, a na to potrzeba środków.

Podatki są na tyle wysokie, że ich podnoszenie przyniesie skutek odwrotny do założonego. Na ich obniżkę – politykom nie znającym praw ekonomii – brakuje odwagi. Pozostaje zatem zwiększenie zadłużenia, które nie uderza w polityków personalnie, lecz jest ogromnie destruktywne dla gospodarki.

Politycy, którzy wygrali wybory, zapowiedzieli inwestycje warte 1,4 bln zł. Nie wiem, co mieli na myśli, gdyż kwota ta odpowiada 60% PKB. Jeżeli rządowe programy inwestycyjne mają opiewać chociaż na 10% wymienionej kwoty, to w połączeniu z innymi, obiecanymi wydatkami – deficyt dosłownie eksploduje.

NBP nie może wprost dodrukować złotówek, aby finansować deficyt. Rząd może jednak wyemitować obligacje, które skupi Bank Gospodarstwa Krajowego za pieniądze pochodzące z NBP. Formalnie, nie łamiemy Konstytucji, ale efekt jest ten sam: większa podaż pieniądza.

Problem jest jednak taki, że spora część polskiego zadłużenia jest w rękach zagranicznych instytucji finansowych. Jeżeli plany zwiększenia zadłużenia wzbudzą w nich obawy, to z dużym prawdopodobieństwem pozbędą się polskich obligacji, co podniesie koszt obsługi długu oraz doprowadzi do osłabienia się polskiej waluty. Aby temu przeciwdziałać, Rada Polityki Pieniężnej może podnieść stopy procentowe, co w sytuacji ogromnego zadłużenia Polaków, doprowadzi do załamania gospodarczego. Efekt takich działań opisywałem w wywiadzie dotyczącym Ukrainy.

Źródło: www.finanse.mf.gov.pl

Przed nami pierwsze 90 dni rządu, w trakcie których okaże się, czy obietnice wyborcze były tylko narzędziem do kupienia głosów, aby przeprowadzić prawdziwe reformy, czy jednak politycy (podobnie jak ich poprzednicy) zamierzają pchać kraj w kierunku nieuchronnego bankructwa. Na koniec jeszcze raz podkreślam, iż powyższe poropozycje pochodzą od różnych ugrupowań politycznych od których się dystansuję. (Trader21)

podobne: Andrzej Talarek: „Obiecywacze, czyli szopki przedświąteczne” i maraton populizmu. oraz: Szewczak o expose Kopacz: „obiecanki cacanki, a głupiemu radość”. Kosztowne obietnice wymagają POdjęcia działań blokujących odpływ kapitału do rajów podatkowych. i to: Papier wszystko przyjmie czyli… Po nierealnych założeniach krótkowzroczny budżet. a także: Janecki: Donald Tusk odwraca bieg rzeki i z deficytu robi nadwyżkę. Tymczasem wskaźniki gospodarcze w dół a zadłużenie bije kolejne rekordy. polecam również: „Depresja gangstera” (Bronisława K.) i sraczka legislacyjna „platformy” czyli… narobić POd publiczkę i uciec zanim przyjdą lePSI.

Oczekując na „przełom” Felieton    tygodnik „Polska Niepodległa”    7 listopada 2015

„…kiedy w roku 1997 wybory wygrała AWS i utworzyła koalicję z Unią Wolności, to okazało się, że nie ma jak wynagrodzić swego zaplecza politycznego. W tej sytuacji charyzmatyczny premier Buzek nie miał innego wyjścia, jak wprowadzić cztery wiekopomne reformy, których następstwem było skokowe zwiększenie liczby synekur w sektorze publicznym, no i oczywiście – wzrost kosztów funkcjonowania państwa o prawie 100 miliardów złotych. Wśród tych wiekopomnych reform była reforma ochrony zdrowia, polegająca na stworzeniu 16 terytorialnych Kas Chorych i siedemnastej – „mundurowej”.

Synekury objęli swoi ludzie – oczywiście z prawnymi gwarancjami nieusuwalności, zwłaszcza na wypadek zmiany rządu. Toteż kiedy w roku 2001 rząd Leszka Millera chciał wepchnąć tam swoich ludzi, to nie było innego wyjścia, jak zreformować reformę; w miejsce Kas Chorych utworzony został Narodowy Fundusz Zdrowia z 16 oddziałami terytorialnymi – i tak dalej. Była to instytucja całkiem nowa, toteż synekury obsadzili już właściwi ludzie. W tej sytuacji bez zdziwienia podczas kampanii wyborczej wysłuchałem deklaracji, że nowy rząd po raz kolejny zreformuje ochronę zdrowia; w miejsce NFZ przywróci Kasy Chorych – i tak dalej. No naturalnie, jakże by inaczej! Ale taka intencja to ogromny znak zapytania dla tych, którzy spodziewają się „przełomu” w postaci odblokowania narodowego potencjału ekonomicznego. Wielu takich nie ma, między innymi dlatego, że większość obywateli wierzy, iż rząd bierze pieniądze z piwnic Narodowego Banku Polskiego, gdzie kocą się one, niczym w beskidzkich opowieściach o Ondraszkowych talarach i cała sztuka polega na tym, żeby rząd podzielił się tymi talarami z biednymi ludźmi.

Więc wielu zwolenników odblokowania narodowego potencjału ekonomicznego nie ma, ale trochę ich jednak jest. Jeśli oni też spodziewają się „przełomu”, to mogą się go nie doczekać, bo przełom w tej dziedzinie mógłby polegać na przywróceniu ustawy o działalności gospodarczej w brzmieniu z 1 stycznia 1989 roku, uchyleniu wszystkich regulacji sprzecznych z ta ustawą i rozmontowaniu znacznej części aparatu biurokratycznego, stworzonego w następstwie ustaw, które teraz byłyby uchylone. Obawiam się, że w tej akurat dziedzinie żadnego „przełomu” nie będzie, nawet gdyby nie było Unii Europejskiej z dyrektywami Komisji Europejskiej, które stanowią podstawę większości współczesnego polskiego ustawodawstwa. A przecież ona jest i żadna osobistość ze zwycięskiej formacji akurat tutaj nie przewiduje żadnej rewolucji.

W związku z tym naszły mnie wspomnienia z kampanii poprzedzającej referendum w sprawie Anschlussu Polski do Unii Europejskiej w czerwcu roku 2003. Płomienni zwolennicy Anschlussu, wśród których było wielu działaczy PiS z panem prezesem Jarosławem Kaczyńskim na czele, argumentowali, że jeśli nie dojdzie do Anschlussu, to wylądujemy „we Władywostoku”, a w najlepszym razie – w „Białorusi”. Zwracałem wówczas uwagę, że taka np. Szwajcaria nie jest w UE, bo nie chce, a cóż złego byłoby, gdyby Polska upodobniła się do Szwajcarii? No tak – słyszałem w odpowiedzi – ale Szwajcaria jest bogatym krajem, podczas gdy Polska – nie. – Owszem – odpowiadałem – Szwajcaria jest bogatym krajem, ale przecież nie dlatego, że zapisała się do Unii, tylko, że się dobrze rządzi. No to my też spróbujmy dobrze się rządzić, a nie łudźmy się nadziejami, że Unia sypnie złotem i znowu będzie jak za Gierka. Stało się jednak inaczej, a co się stało, to się nie odstanie. W tej sytuacji oczywiście też można liczyć na „przełom”, ale taki – wedle stawu grobla.” (Stanisław Michalkiewicz)

podobne: Czy grecka tragedia przyniesie opamiętanie reszcie eurosocjalizmu? Polska idzie śladami bankruta czyli Michalkiewicza o „frumentacjach” słów kilka. oraz: Najwyższy Czas!: „Słońce Peru przypala wszystkich prócz kasty urzędników”… Nie daj sobie wmówić że „ONI” są potrzebni.

…tymczasem okazuje się że można inaczej! a populizm o jaki jest oskarżane środowisko wolnościowe może być realnym programem naprawczym państwa. Oto bowiem Brytyjczycy postanowili prawnie usankcjonować jeden z pomysłów „szalonego Korwina”- Parlament UK przegłosował ustawowy zakaz deficytu budżetowego. Ktoś w końcu zrozumiał to o czym JKM i środowiska wolnościowe mówią w Polsce od lat – czym jest dług i że to właśnie zadłużanie się jest szaleństwem… nic nie szkodzi że dopiero w 23 lata po Korwinie, bo lepiej późno niż wcale 🙂

„Konserwatyści obiecywali, że po wyborach będą chcieli wprowadzić odpowiedzialność budżetową zabraniającą zadłużania państwa. Przegłosowana ustawa mówi, że od 2019 roku budżet będzie musiał wychodzić na 0, a w późniejszym czasie tworzyć nadwyżki.

Zakaz tworzenia deficytu budżetowego oznacza, że państwo odcina się od życia „ponad stan”. Całe funkcjonowanie państwa ma być pokrywane z przychodów, na trudniejsze czasy ma być tworzona rezerwa budżetowa. O chęć trwania w deficycie konserwatyści oskarżali głównie laburzystów – tymczasem nawet bardziej umiarkowani laburzyści nie sprzeciwili się wprowadzonym ograniczeniom. Pomimo dyscypliny partyjnej 21 posłów laburzystów wstrzymało się od głosu.

Zapisy ustawy mówią, że budżet ma zostać zrównoważony najpóźniej w 2019 roku, później wszystkie kolejne lata mają zamykać się nadwyżką lub przynajmniej zrównaniem wydatków i przychodów budżetowych.

Ustawa przewiduje możliwość rozluźnienia regulacji jeżeli Wielka Brytania znajdzie się w niezwykłej sytuacji. George Osborne mówił podczas wystąpienia dotyczącego dyscypliny budżetowej: „Prawda jest taka, że wieczny deficyt budżetowy to nie społeczne współczucie tylko ekonomiczne okrucieństwo i Wielka Brytania nie chce mieć z tym nic wspólnego”.

…u nas niestety nie wygląda to najlepiej, a zważywszy na wspomniane wyżej plany dalszego rozdawnictwa może być już tylko gorzej… Parodia (a wręcz bezczelność) takiego np. „500 zł. na dziecko” polega m.in. na tym że w tym samym czasie oprócz tzw. „becikowego”…

„…dziecko to przy narodzeniu otrzymuje obywatelstwo polskie – razem z zadłużeniem ok. 70.000 złotych. I dług ten rośnie. Rośnie dlatego, że rządzi nami Lewica. Rządzą (tfu!) Demokraci. Wszyscy ci z PiS, PO, SLD, PSWL, SP i RP – to Lewica. Oni powołują się na Wolę (tfu!) Ludu, na (tfu!): „społeczeństwo”. A „społeczeństwo” chce się zadłużać i bawić się, zadłużać i żreć, zadłużać i pić…

Prawica mówi o Narodzie. Naród to nasi Przodkowie, którzy przekazali nam Zasady. Np. „Pamiętaj rozchodzie żyć z przychodem w zgodzie”. To nasze dzieci. Nasze wnuki. Nasze prawnuki… To jest Naród!

Niestety: przodkowie, dzieci, wnuki i prawnuki nie mają prawa głosu. Więc „społeczeństwo” robi, co chce. Zadłuża bez cienia litości.
Kongres Nowej Prawicy broni praw naszych dzieci i wnuków. Już w 1992 roku w Sejmie domagałem się zakazu zadłużania Polski. Niestety – przegrałem, bo Prawica i Centro-Prawica miały w Sejmie raptem kilkunastu posłów.
Dziś ludzie zaczynają rozumieć absurd tego zbrodniczego systemu. Niech Dzień Dziecka Zadłużonego będzie okazją do uświadomienia sobie, że państwem powinny rządzić Zasady, a nie (tfu!) Wola Ludu.
Brońmy praw naszych dzieci – przed „społeczeństwem”!”  (Janusz Korwin-Mikke)

podobne: Mamy wolnościowców w Sejmie ale bez KORWiNa (strach przed wolnością?). Pyrrusowe zwycięstwo PiS i perspektywa terroryzmu ekonomicznego by ratować „teoretyczne państwo” w spadku po PO.  oraz: Minuta POPISu. Czy system znowu się obroni dzięki propagandzie spod znaku Virtual Insanity? Wybory są „grą o legitymizację” władzy.

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Eurokołchoz i nierealny „program pomocowy” dla Grecji (prywatyzacja majątku), oraz ostrzeżenia, których nikt nie słucha czyli… politycy sobie a ekonomia sobie. Kryzys (nie)do przewidzenia?


Grecja – Prywatyzacja nie będzie pośpieszna, jest planem długoterminowym.

PAP – Biznes, 7 Sie 2015, 21:59, Ateny (PAP/AFP) – Ministerstwo finansów Grecji zapewniło w wydanym w piątek komunikacie, że prywatyzacja, której domagają się wierzyciele Aten, nie będzie przeprowadzana pośpiesznie, jest projektem długoterminowym, obliczonym na 30 lat i przewidującym korzystne inwestycje.

Resort obiecuje też, że nie będzie wyprzedaży aktywów po niekorzystnych cenach, a agencja prywatyzacyjna, która zostanie powołana, będzie de facto „funduszem inwestycji publicznych”, utworzonym na wzór „wielu podobnych instytucji (działających) w innych krajach, jak Norwegia czy Australia”.

Ministerstwo, które – jak komentuje AFP – chce uspokoić Greków, zapewnia, że nie będzie natychmiastowej wyprzedaży aktywów publicznych, a fundusz będzie miał możliwość „oczekiwania bardziej korzystnej sytuacji gospodarczej”, by prywatyzować przeznaczone do tego spółki, nieruchomości, budynki publiczne czy udziały w państwowych przedsiębiorstwach.

W związku z tym skorygowane zostały sumy, jakie ma przynieść prywatyzacja do roku 2018. W poprzednich założeniach wierzyciele Grecji domagali się, by było to 6 mld euro. Po rewizji tych planów Międzynarodowy Fundusz Walutowy chce, by prywatyzacja przyniosła w tym okresie 1,5 mld euro, a Komisja Europejska liczy na 2,5 mld euro.

Szef eurogrupy Jeroen Dijsselbloem ocenił niedawno, że oczekiwania, iż grecki fundusz aktywów państwowych do prywatyzacji przyniesie w ostatecznym rozrachunku 50 mld euro, są realistyczne. Dijsselbloem, który jest też ministrem finansów Holandii, powiedział, że „zamiast gwałtownej wyprzedaży aktywów będzie prywatyzacja prowadzona powoli, po to, by zapewnić, że osiągnięte zostaną lepsze zyski”.

Kwestia wymuszonej przez wierzycieli Aten prywatyzacji jest „bardzo delikatnym” tematem w Grecji, gdyż rząd zarzuca kredytodawcom, że w poprzednich założeniach dotyczących funduszu prywatyzacyjnego usiłowali doprowadzić do zbyt pośpiesznej sprzedaży publicznego mienia, po niekorzystnych cenach i kosztem inwestycji – wyjaśnia AFP.

Porozumienie Grecji ze strefą euro w sprawie dalszej pomocy zakłada utworzenie funduszu, do którego Ateny przekażą majątek wart do 50 mld euro z przeznaczeniem do prywatyzacji.

Pieniądze z prywatyzacji tego mienia lub korzystnego nim zarządzania mają być przeznaczone na rekapitalizację banków (według różnych źródeł od 10 do 25 mld euro) i obsługę długu publicznego. Fundusz zostanie utworzony w Grecji i będzie zarządzany przez greckie władze pod nadzorem odpowiednich instytucji europejskich.(PAP)

fit/ mc/ (za stooq.pl)

  • „…Kolejny program pomocowy musi zakończyć się fiaskiem, albowiem oparty jest na fałszywych ekonomicznych przesłankach i nie rozwiązuje najważniejszej kwestii, czyli spłaty długu.
  • Niemcy prędzej czy później dojdą do wniosku, że rola europejskiego „nadzorcy” przynosi ogromne straty wizerunkowe. A przecież ich szczególna pozycja w Europie opiera się na „miękkiej sile”. Kontynuowanie twardej linii wobec Aten nie wydaje się więc racjonalne.
  • Najważniejszy wniosek, jaki należy wyciągnąć z greckiego kryzysu, dotyczy metody integracyjnej. Wykazał on, że tzw. podejście funkcjonalistyczne ma swoje istotne ograniczenia oraz że integracja gospodarek wcale nie wymusza integracji politycznej.

Realizacja projektu wspólnej europejskiej waluty doprowadziła do ogromnego kryzysu politycznego, który prędzej czy później odwróci dotychczasowy kierunek integracji europejskiej.

Euro skażone było rodzajem grzechu pierworodnego. Wspólnej waluty nie oparto na trwałym fundamencie ekonomicznym, a podporządkowano ją kaprysom polityków. Ci w swojej nieodpowiedzialności nie brali pod uwagę ani teorii ekonomicznej, ani kryteriów, które sami sobie narzucili. Unia walutowa powstała 1 stycznia 1999 r. Uczestniczyło w niej jedynie 11 krajów ówczesnej unijnej „piętnastki”: Austria, Belgia, Finlandia, Francja, Hiszpania, Holandia, Irlandia, Luksemburg, Portugalia, RFN, Włochy. Jednak w momencie startu, wymogi gospodarcze, fachowo nazywane kryteriami konwergencji, w rzeczywistości wypełniało tylko dziewięć państw. Belgia i Włochy miały np. dług publiczny, znacznie przekraczający wysokość jednego z kryteriów przystąpienia (60%).

Kolejne rozszerzenie „klubu euro” odbyło się w roku 2001. Z członkostwa zrezygnowała wówczas Szwecja, która – co istotne – spełniała wymagania ekonomiczne. Zamiast niej przyjęto jednak Grecję, która nie spełniała kryteriów długu publicznego (wynosił on 104%) i deficytu budżetowego. Na fakt ten zwracał uwagę Europejski Bank Centralny, ale pomimo to Rada UE uznała, że wejście Aten do unii walutowej jest konieczne. Zgodnie z zasadą „nie chcesz mieć gorączki, stłucz termometr” podjęła w 2000 r. decyzję o formalnym uchyleniu wobec Grecji procedury nadmiernego deficytu, która blokowała przyjęcie Aten do strefy euro. Na skutki nie trzeba było długo czekać. Wskaźniki pogarszały się cały czas. W roku 2010 Grecja pogrążyła się w kryzysie… 

…Wspólna waluta okazała się dla Greków pułapką. Brali w niej kredyty taniej, aniżeli przedtem w swojej własne walucie – drachmie i zadłużyli się na potęgę. Banki z chęcią dawały im kredyty aż do momentu, gdy Ateny stały się niewypłacalne. Pożyczone euro wracało jednak szybko do gospodarczego centrum, ponieważ Grecy kupowali za nie produkty i usługi, których nie wytwarzała ich słaba gospodarka. W efekcie najbogatsze państwa, a przede wszystkim Niemcy, dzięki eksportowi odnotowywały zysk, a Grecja – dług. Zgodnie z teorią Immanuela Wallersteina relacje pomiędzy centrum a peryferiami nigdy nie są symetryczne, albowiem to właśnie centrum jest ich głównym beneficjentem. Przykład Grecji to idealny dowód słuszności tez Wallersteina…” (Krzysztof Rak)

…polecam lekturę całości tu: Acropolis adieu? gdzie można przeczytać skąd się wzięła owa mityczna kwota 50 mld. EUR na jaką wyceniono grecki majątek 🙂

podobne: Nowy grecki rząd oszczędzać nie chce. Program Syrizy groźny dla budżetu ale jednocześnie mało realny. Obawa przed wzrostem fali ekonomicznego populizmu w Europie. Inwestorzy czekają na bieg wydarzeń. oraz: Reanimacja greckiego trupa (w interesie NATO na koszt Europy). Świetlana przyszłość UE kosztem suwerenności członków. Michalkiewicz o paroksyzmach demokracji. i to: Czy grecka tragedia przyniesie opamiętanie reszcie eurosocjalizmu? Polska idzie śladami bankruta czyli Michalkiewicza o „frumentacjach” słów kilka. a także: n„Deutschland über alles! …”

Wiele razy podkreślałem na łamach bloga, iż sytuacja na globalnych rynkach finansowych jest nieporównywalnie gorsza niż podczas wybuchu kryzysu z 2008 roku. Podstawowe przyczyny czyli nadmierny dług nie został zredukowana lecz spotęgowany. Problemy systemowe absolutnie nie zostały rozwiązane. Skoordynowanym dodrukiem na poziomie banków centralnych zwiększono zalano rynki walutą czym jedynie kupiono czas.

W mediach słyszymy, że Europa ma się w miarę dobrze. Wyjątkiem jest nieznacząca Grecja. W USA natomiast ekonomia rozkwita. Rynek derywatów (instrumentów pochodnych) którego wartość wynosi wg. ostrożnych prognoz 12 krotny globalny PKB także nie jest problemem. 

Generalnie zarówno politycy jak i instytucje finansowe zapewniają nas, że problemy owszem są ale mamy nad nimi kontrolę. Owszem, mają kontrolę. Przynajmniej do momentu w którym kontrolę tą utracą.

Gdy jednak poważne problemy czy to na nadmuchanych rynkach akcji czy to długu rządowego przypominającego bańkę wszech-czasów ostatecznie pękną znowu usłyszymy „nikt nie mógł tego przewidzieć”.

Czy jednak jest to prawda czy czarnowidztwem zajmują się tylko alternatywne media. Otóż nie do końca. W ostatnim czasie dwie bardzo poważne instytucje czyli Międzynarodowy Fundusz Walutowy oraz Bank Rozrachunków Międzynarodowych (bank centralny dla banków centralnych) opublikowały mnóstwo ostrzeżeń. 

…Pamiętajmy o tym, gdy po raz kolejni medialni eksperci powtórzą chórem „nikt nie mógł tego przewidzieć”. (Trader21)

całość (łącznie z linkami do komunikatów) tu: independenttrader.pl

…Oczywiście że wszystko co się obecnie dzieje w światowej gospodarce było do przewidzenia. Bo to nie jest kryzys (sam z siebie) a REZULTAT! Do tej pory zębami zgrzytają środowiska (głównie eurosceptyczne i antyglobalistyczne) które od lat przestrzegały przed długiem i zabójczym mechanizmem kreowania pieniądza z powietrza za pomocą kredytu. Tyle że ludzie z tych środowisk to dla zdecydowanej większości tzw. „opinii publicznej” opanowanej i zafiksowanej na teorie socjalistycznego modelu gospodarki  oraz etatystycznego interwencjonizmu rządów (ze sztandarowym keynesizmem na czele) banda oszołomów defetystów i faszystów… Wszystko było „przewidziane” dawno temu, ale ostrzeżenia zbagatelizowano! Frédéric Bastiat do którego tak często nawiązuję w swoich komentarzach już w XIX wieku powiedział:

Życie na kredyt, czyli zjadanie przyszłości, to metoda, którą się obecnie stosuje, żeby sprzeczności [dużo korzyści i żadnych podatków] ze sobą pogodzić. Próbuje się osiągnąć niewielkie korzyści bieżące, ryzykując wielkie straty w przyszłości. Taki sposób postępowania przybliża widmo bankructwa, które kładzie kres kredytom.

…słusznie jednak skonstatował że ludzie reagują tylko na to co ich dotyka na bieżąco (a dług to jak wiadomo problem przyszłych pokoleń):

„Gdyby wszystkie konsekwencje jakiegoś działania dotykały jego sprawcy, uczylibyśmy się znacznie szybciej. Zdarza się, że nasze działanie nam przynosi dobre, widoczne skutki, a komuś innemu złe, niewidoczne – a to sprawia, że jeszcze trudniej nam je dostrzec. Musimy wówczas czekać, aż zareagują ci, którzy ponoszą owe złe konsekwencje naszego czynu. Czasem czekać trzeba bardzo długo, przez co panowanie błędu trwa dłużej. Człowiek dokonuje czynu, który przynosi mu dobre konsekwencje równe 10 i złe konsekwencje równe 15, które rozdzielane są na trzydziestu innych ludzi, w taki sposób, że na każdego z nich przypada tylko ½. W sumie mamy stratę, więc koniecznie musi pojawić się reakcja. Jednak na reakcję będziemy czekać tym dłużej, im na większą ilość społeczeństwa rozłoży się zło, podczas gdy dobro, będzie skoncentrowane w jednym punkcie.

…dopiero bowiem od jakiegoś czasu, dla części ludzi to co się dzieje, zaczyna być widoczne. Tyle że oni dalej nie wiedzą że to jest „tylko” konsekwencja, i że to co się od jakiegoś czasu dzieje miało swój perfidnie logiczny początek lata temu w nieodpowiedzialnych posunięciach polityków na których sami głosowali. Działania opóźniające katastrofę i maskujące prawdziwy stan rzeczy choć są dalej podejmowane, nie są już w stanie zamaskować kolejnych trupów które zaczynają jeden przez drugiego wypadać z szafy. Pozostaje kwestią czasu zawalenie się całego systemu finansowego opartego o wiarę w pieniądz papierowy i kredyt. Pytanie kiedy (i czy w ogóle) elity oraz ludzie mający na nie wpływ zmądrzeją, i co mają zamiar zrobić żeby w przyszłości taka sytuacja się nie powtórzyła. (Odys)

podobne: Independent Trader: „Hipotetyczne plany bankierów” czyli… wszystko przebiega zgodnie z planem. oraz: Od standardu złota do pieniądza fiducjarnego. Realny stan gospodarki USA, Teksas żąda od FEDu zwrotu złota, o cynicznych Grekach i ekspansji Chin. Czy świat finansów (a za nim cywilizacji zachodu) chyli się ku upadkowi?polecam również: Bankierzy mówią co myślą… Ile to jeszcze potrwa? i to: Prawdziwy sens konfliktów zbrojnych czyli… kto kontroluje dług ten kontroluje wszystko.

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Roboty publiczne (interwencjonizm).


„…Naturalne jest, kiedy narόd zapewniony, że jakieś wielkie przedsięwzięcie przyniesie korzyść wspόlnocie, daje publiczne fundusze na jego wykonanie. Przyznaję jednak, że moja cierpliwość się wyczerpuje, gdy słyszę, jak na poparcie zamierzonych prac wywołuje się taki oto błędny argument: “W każdym razie jest to środek stworzenia miejsc pracy.”

Państwo buduje drogę lub pałac, naprawia ulicę, kopie kanał. Przez to daje pracę pewnej liczbie ochotnikόw – t o w i d a ć . Jednocześnie pozbawia pracy innych – t e g o n i e w i d a ć .

Oto droga w budowie. Tysiąc pracownikόw przyjeżdża co rano, wraca do domu wieczorem, pobiera wynagrodzenie. Jeżeli budowa nie byłaby postanowiona i fundusze przegłosowane, ci dzielni ludzie nie spotkaliby się, nie mieliby pracy ani pensji. To pewne. Ale czy to wszystko? Czy cała sprawa nie obejmuje jeszcze czegoś? Czy w momencie, gdy p. Dupin wypowiada sakramentalne “Zgromadzenie przyjęło”, miliony frankόw cudownie spływają do państwowej kasy? Czy nie potrzeba, aby państwo zapewniło (Prawdopodobnie chodzi o Andrzeja Marię Jana Dupin (1753-1846) – prawnika i polityka, przewodniczącego Izby Deputowanych i członka Akademii Francuskiej) sobie fundusze tak, jak postanowiło o wydatkach? Czyż nie musi wysłać w bόj poborcόw, be zebrali pieniądze podatnikόw? Rozważajcie zatem problem w tych jego dwόch aspektach. Widząc użytek, jaki państwo robi z przegłosowanych milionόw, nie zapominajcie o użytku, jaki zrobiliby podatnicy – a nie mogą. W ten sposόb zrozumiecie, że państwowe przedsięwzięcia to medal o dwόch stronach. Z jednej robotnik zatrudniony z podpisem: T o w i d a ć , z drugiej pozbawiony pracy: T e g o n i e w i d a ć .

Sofizmat, ktόry tutaj zwalczam jest jeszcze bardziej niebezpieczny w przypadku robόt publicznych. Służy on wtedy do usprawiedliwienia pomysłόw najgłupszych i największego marnotrawstwa. Jeżeli linia kolejowa lub most mają rzeczywistą użyteczność wystarczy ją przywołać. Jednak gdy nie można, co się robi? Ucieka do oszustwa: “Trzeba zapewnić pracę robotnikom.” To powiedziawszy, każe się usypywać i niwelować tarasy na Polach Marsowych. Napoleon, jak wiadomo, wierzył, że spełnia dobry uczynek każąc kopać i zasypywać rowy. “Nie patrzcie na wynik pracy, patrzcie jak bogactwo rozprzestrzenia się wśrόd klas pracujących.”

Przejdźmy do sedna i nie dajmy się zwodzić pieniądzom. Domaganie się od wszystkich pieniężnego wsparcia dla wspόlnego działania, jest w rzeczywistości domaganiem się od nich pracy, bowiem każdy poprzez pracę stara się o sumę należnego podatku. A więc, jeżeli zbieramy obywateli dla wykonania rzeczy ogόlnie użytecznej, to może być zrozumiałe. Rekompensatą dla nich będzie sam jej rezultat. Ale jeżeli zwoławszy, zmusimy ich do budowy drogi, ktόrą nikt nie będzie jeździł lub pałacu, gdzie nikt nie zamieszka, i to pod pretekstem dostarczenia im zajęcia, będzie to niedorzecznością. Z pewnością odmόwią: “Z tej pracy mamy tylko zmęczenie, wolelibyśmy pracować na własny rachunek.” Procedura, ktόra wymusza od obywateli składkę pieniężną, a nie pracę, nie zmienia ogόlnego rezultatu. Jedynie, w przypadku tej drugiej, strata rozkłada się na wszystkich, podczas gdy w pierwszej ci, ktόrych państwo zatrudnia uciekają od swojej części dokładając ją do ponoszonej przez resztę rodakόw.

Jest w Konstytucji artykuł stanowiący: “S p o ł e c z e ń s t w o  u ł a t w i a  i  p o p i e r a  w z r o s t  i l o ś c i  m i e j s c  p r a c y … p o p r z e z  o r g a n i z o w a n i e  p r z e z  P a ń s t w o , d e p a r t a m e n t y  i  g m i n y  r o b ό t  p u b l i c z n y c h  d l a  z a t r u d n i e n i a  b e z r o b o t n y c h ”. Jako środek przejściowy, w okresie kryzysu lub ciężkiej zimy, ta interwencja ogόłu podatnikόw może przynieść dobre skutki. Działa ona podobnie do ubezpieczenia. Nie przynosi wzrostu globalnego zatrudnienia i wynagrodzenia, lecz zabiera je czasom zwyczajnym, by dodać, ze stratą oczywiście, czasom trudnym. Jako środek stosowany permanentnie, nie jest niczym innym jak ekonomiczną sprzecznością, rujnującym oszustwem, ktόre pokazuje niewiele uzyskanych miejsc pracy, k t ό r e  w i d a ć , a ukrywa wiele straconych, k t ό r y c h  n i e  w i d a ć .”

źródło: „Co widać i czego nie widać”

Stymulowanie gospodarki przez państwo (fragment z filmu Martina Durkina: „Bilionowy brytyjski horror”)

i to: Z Wiplerem o gospodarce – część 1: protekcjonizm oraz: Interwencjonizm państwowy: przyczyny i skutki – Janusz Korwin-Mikke jako ekspert (5)

poprzednio: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy państwo powinno dotować sztukę? (o interwencjonizmie).

podobne: Przypomnienie: POlska (wiecznie) w budowie czyli… i to: Marnowanie publicznych pieniędzy czyli NIK i „kontrakty socjalne”. oraz: Apetyt żyjących z podatków oraz misja na Pluton kontra „informatyzacja” ZUS czyli… skala marnotrawstwa „publicznych” pieniędzy. a także: „Efekt Euro2012″: NIK skieruje sprawę przebudowy Stadionu Śląskiego do prokuratury. i jeszcze: Paweł Rybacki: Moralna i praktyczna wyższość gospodarki wolnorynkowej nad centralnie planowaną lub interwencjonistyczną. polecam również: Do czego potrzebne mi państwo i czemu do wydawania moich pieniędzy?

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Wczesna edukacja szkolna nie jest dobra dla dzieci.


Brytyjski ekspert: wczesana edukacja szkolna nie jest dobra dla dzieci.

PAP – Kraj 8 Cze 2015, 13:24, Warszawa (PAP) – Rozpoczynanie edukacji szkolnej wcześniejsze niż w wieku siedmiu lat nie jest dobre dla dzieci, gdyż dopiero w tym wieku większość z nich jest emocjonalnie dojrzałe do rozpoczęcia nauki– uważa ekspert prof. David Whitebread z Uniwersytetu w Cambridge.

Prof. David Whitebread jest specjalistą w dziedzinie nauczania małych dzieci. Prowadzi badania nad skutkami wczesnego rozpoczynania edukacji szkolnej. Jest ekspertem wspierającym akcję „Too much, to soon” (Zbyt wiele, zbyt wcześnie), prowadzoną przez ruch Save the Childhood (ocalić dzieciństwo), który działa na rzecz podwyższenia wieku sztywnej, szkolnej edukacji w Wielkiej Brytanii.

„W Wielkiej Brytanii dzieci rozpoczynają naukę w szkole w wieku pięciu lat. Większość dzieci jest jednak gotowych do rozpoczęcia szkolnej edukacji dopiero w wieku siedmiu lat. Jest wiele badań mówiących o tym” – przypomniał Whitebread podczas poniedziałkowego spotkania z dziennikarzami na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Według niego, wcześniej nauka powinna odbywać się w sposób naturalny dla dzieci, czyli poprzez zabawę, gdyż do innego sposobu nauki nie są gotowe emocjonalnie.

„Właśnie poprzez zabawę dzieci uczą się najważniejszych umiejętności, które będą przydatne w ich późniejszym życiu, rozwijają swoje umiejętności socjalne, w tym komunikacji z innymi. To decydujący okres dla ich dalszej drogi edukacji” – zaznaczył. „Nauka w szkole w wieku pięciu lat to zdecydowanie za wcześnie” – ocenił prof. Whitebread.

Jak mówił, gdy sam w latach 70. i 80. pracował jako nauczyciel w szkołach podstawowych w klasach I-III dzieci uczyły się właśnie głównie poprzez zabawę, co było bardzo efektywne „Niestety, 20 lat temu rząd brytyjski zobowiązał nauczycieli do zmian, do sukcesywnego stawiania dzieciom wymagań już od najmłodszych lat” – powiedział. „Nie przyniosło do dobrych efektów, są na to dowody” – podkreślił ekspert.

Według niego, wiele dzieci, które tak wcześnie zaczęły formalną edukację szkolną nie radzi sobie ze stresem. „Coraz więcej z nich ma problemy emocjonalne. W Wielkiej Brytanii mamy ponad 10 tysięcy uczniów niższych klas szkół podstawowych, którzy mają zdiagnozowaną kliniczną depresję” – powiedział profesor.

Zwrócił też uwagę na to, że Wielka Brytania była kiedyś w czołówce międzynarodowego rankingu osiągnięć edukacyjnych, obecnie jest jednym z ostatnich państw na liście. Jego zdaniem, to także efekt wczesnego rozpoczynania formalnej nauki przez dzieci.

Dlatego prof. Whitebread apeluje do polityków, by podejmując decyzje dotyczące edukacji dzieci brali pod uwagę głównie ich dobro. „Politykom powinno zależeć na tym, by było lepiej, a nie gorzej” – zaznaczył.

Prof. David Whitebread przyjechał do Polski na zaproszenie Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców, które jest przeciwne rozpoczynaniu nauki przez dzieci w wieku sześciu lat. We wtorek ekspert ma spotkanie z prezydentem elektem Andrzejem Dudą.

Jesienią tego roku po raz pierwszy do I klasy szkoły podstawowej powinien pójść obowiązkowo cały rocznik dzieci 6-letnich, czyli urodzonych w 2009 r.

Wraz sześciolatkami we wrześniu do I klas pójdą też dzieci 7-letnie, urodzone w II połowie 2008 r. oraz dzieci urodzone w I połowie 2008 r., którym na wniosek rodziców w ub.r. odroczono rozpoczęcie nauki (we wrześniu ub.r. obok siedmiolatków do pierwszych klas obowiązkowo szła tylko połowa rocznika sześciolatków).

Jednocześnie zgodnie z obowiązującymi przepisami, rodzice mogą odroczyć rozpoczęcie nauki na podstawie opinii wydanej przez poradnie psychologiczno-pedagogiczne. Mogą też do końca grudnia uzyskać opinię specjalistów i cofnąć dziecko z I klasy do przedszkola. (PAP)

dsr/ par/

Państwo łapy precz od rodziny i idzieci…

Tego rodzaju „kampanie” jak m.in. przymus do coraz wcześniejszego wysyłania dzieci do szkół to akt czystej desperacji aparatu państwa ze strachu przed zbliżającą się katastrofą demograficzną. Bo państwu za jakiś czas zabraknie parobków którzy od świtu do nocy 7 dni w tygodniu (Polacy pracują NAJDŁUŻEJ w Europie za 4 razy mniejsze pieniądze jak na zachodzie!) będą zapierniczać na dziurawy ZUS (do usranej śmierci nic z niego nie mając), kolejki do lekarzy i inne „darmowe świadczenia” z zadłużonego (na pokolenia) i dziurawego budżetu. Potrzeba zatem jak najwcześniej zrobić z dzieci niewolników napychając im przy okazji w „szkołach” zwanych „publicznymi” socjalistycznych głupot do głowy, i by jak najwcześniej zindoktrynowane trafiały na rynek pracy by zasilać podatkami państwowego lewiatana (a reszta na bezrobocie).

Żeby „brać się za dziecko” trzeba mieć do tego najpierw warunki. Takie jak mają Polacy za granicą gdzie mnożą się na potęgę bez udziału jakichś kampanii promujących niby macierzyństwo (NIE TWÓJ BIZNES, CZY ZDĄŻĘ), które często są „sponsorowane” (lub współfinansowane) za pieniądze podatników z jakiegoś „funduszu europejskiego”, a tak naprawdę nakierowane na promocję hodowli niewolników dla państwa. Pieniądze wcześniej ZABRANE ludziom w ogromnych obciążeniach fiskalnych które właśnie zubażają rodziny nie dając im szansy rozwoju i nawet myślenia o dziecku. Proszę się zatem nie promować i nie wydawać na tego rodzaju „akcje” pieniędzy bo to zwykłe marnotrawstwo. Warunki to stabilna praca i płaca której nikt po drodze nie kroi na 80% obciążeń fiskalnych z których człowiek nic nie ma, a za ochłapy każe mu się żyć i zachęca do wzięcia samobójczego kredytu.

Tu warto sobie przypomnieć Komorowskie rozwiązanie problemów ekonomicznych Polaków, które brzmi: „zmień pracę i weź kredyt”. Ta czysta bezczelność pokazuje jak bardzo różnego rodzaju instytucje „pożytku publicznego”, fundacje i innego rodzaju propagandowe twory usilnie piorące mózgi ludziom (od najmłodszych lat) są oderwane od rzeczywistości i prawdziwego życia Polaków.

Całe szczęście że nikt nie może (jeszcze!) zmusić ludzi do ładowania się w dziecko, które jest co prawda szczęściem i ogromnym kapitałem na starość rodziców (to wszystko prawda), ale nie może być sprowadzane na świat kiedy rodzice nie mają ku temu warunków (albo są niedojrzali), bo zrobią i sobie i temu dziecku krzywdę.

…Odys

podobne: Polskie szkoły nie są przygotowane na przyjęcie sześciolatków, ale MEN uparcie broni „reformy” oraz: Michalkiewicz o porządkach rewolucyjnych wg. strategii bolszewickiej (na podstawie 6-cio latków i konwencji „CAHVIO”) i to: Ordo Iuris: MEN chce ręcznie sterować szkołami i ingerować w prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami. Rodzice trzeci raz zbierają podpisy a także: Akcja „Rodzice chcą mieć wybór” czyli obywatelska inicjatywa ustawodawcza. Czyje są dzieci? polecam również: „Czy się stoi czy się leży” (nowy program dla młodzieży) czyli… „Pierwsza (i ostatnia) praca” za pieniądze zabrane… pracującym. Adam Wielomski: Bezsens polskiej polityki demograficznej.

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz