Czerwonym szatanom bez żadnej klasy o polskiej prywatnej własności i ziemi czyli… jak Karp międzynarodowym rynkiem zbożowym zatrząsł, oraz wspomnienia księdza Blizińskiego


Thomas Moran – Feudal Castle

„Karpiowie herbu własnego byli w Litwie rodem znacznym i zamożnym. Przypuszczalnie nie byli pochodzenia litewskiego, gdyż ich herb jest wyraźnie nie horodelski: w błękitnym polu trzy gwiazdy sześcioramienne złote, dwie powyżej jednej, w klejnocie – cztery pióra strusie. Jeszcze w początkach XX wieku dobra karpiowskie liczyły powyżej 60 tysięcy hektarów, a przecież pomniejszone już o Birże, liczące 20 tysięcy hektarów, które wyszły od Karpi jako posag pani Tyszkiewiczowej. Dobra Karpi leżały na Żmudzi i w Ziemi Trockiej.

Jeden z Karpi – poseł na Sejm Czteroletni lub jego syn – zniósł pańszczyznę w swoich ogromnych dobrach, „A Moskal ich /tych uwolnionych chłopów/ potrójnym podatkiem ogłodził”, jak pisał Mickiewicz.

Inny zwołał w swoich dobrach pospolite ruszenie i w sto koni przyłączył się do Dębińskiego w wojnie 1830 roku. Po klęsce powstania zamknął się w swoich kurlandzkich dobrach, stając się odludkiem. Jego brat, władający połową karpiowskiej fortuny, był marszałkiem szlachty kowieńskiej. Był wielkim oryginałem, ale sam o sobie mówił: „Jestem oryginał – ale gdybym był biedny, to byłbym wariat”. Biedny, naturalnie, nie był, ale miast mieszkać w pięknym barokowym dworze w Johaniszkielach, żył w małej Jasnogórce. Leżał w kożuchu na piecu, palił niezliczone fajki o długich cybuchach, a ogień do fajek przynosił mu posługacz w łapciach. Był przeciwnikiem powstania 1863 roku, lecz dzięki wielkim pieniądzom posiadał w Petersburgu wpływy, pozwalające mu ratować powstańców. Z Jasnogórki wyjeżdżał na chłopskiej furmance, w chłopskim kożuchu, mając pod nim wstęgę wysokiego, rosyjskiego orderu. Za furmanką szła jednak poszóstna kareta z herbami i liberyjną służbą – „dla oszołomienia Moskaluszków” – jak mawiał – gdyby zaszła taka potrzeba.

Na giełdzie zbożowej w Rydze pojawił się w kożuchu, bez orderów, z biczem w ręku i zawarł kontrakt na dostawę zboża do portu po określonej cenie, na określoną datę i „w określonej ilości”. Kupcy, sądząc, iż mają do czynienia z drobnym szlachcicem, zgodzili się na taką umowę. Karp w jednym dniu zwalił do portu ryskiego zbiory z wielu tysięcy hektarów i cieszył się, że „zachwiał międzynarodowym rynkiem zbożowym”. Pyszną tę anegdotę przytacza x. Walerian Meysztowicz, spowinowacony z Karpiami.

Pola birżańskie nawoził beczkami śledzi. Karmił zimą sieje w swoim jeziorze Rykijowskim, każąc sypać w przeręble wory grochu.

Z Rosjanami życzył sobie rozmawiać tylko po francusku. Gdy „Moskaluszkowie” nie chcieli mówić w tym języku – przechodził na mowę białoruską w jej najdosadniejszych i „kwiecistych” formach tak bogatych, iż ponoć wywoływały rumieniec nawet na obliczach żandarmów. Tenże Karp był w XIX wieku legendą rodzinną dla późniejszych pokoleń.

W XX wieku, gdy bolszewia szła na Polskę, mordując polskich właścicieli i polskie elity, grabiąc i paląc polską własność, dwaj synowie Józefa Karpia – słabo już związani z polskością i słabo po polsku mówiący, wykształceni w Rydze, z matki Niemki /baronówny Drachenfels/ – Teodor i Maurycy Karpiowie ruszyli do pospolitego ruszenia Księstwa Litewskiego, którym dowodził legendarny Jerzy Dąmbrowski, zwany Łupaszką. Nie zdołali już dotrzeć do oddziałów Dąbrowskiego – wpadli w bolszewicką zasadzkę i zostali zamordowani.

==========================================================================

Wspominając swoje życie w Litwie, Helena z Zanów Stankiewiczowa mówi o wspaniałej pszenicy, uprawianej w rozległych dobrach w Poniemuniu i eksportowanej do krajów skandynawskich, z której to pszenicy wypiekano tam luksusowy, biały chleb. Mówi też o okresowych przepędach wołów bukatów do miejskich rzeźni. Była świadkiem takich przepędów, liczących sobie zazwyczaj ponad sto sztuk.

Przywołać też należy wszelką inną produkcję polskiego, wielkoobszarowego rolnictwa: sadownictwo, drobiarstwo, hodowla trzody, przetwórstwo mleczne, hodowla ryb etc..

Takie informacje należy zwielokrotnić poprzez liczbę polskich majątków ziemskich.

A skądinąd, gdy Stankiewiczowa opisuje składy broni w dworach, używanej /skutecznie!/ gdy na przykład na polskie siedziby napadali litewscy szaulisi czy pospolici bandyci – czytającemu zapiera dech w piersiach.

===========================================================================

Bez zniszczenia polskiej własności bolszewicy, czerwoni, socjaliści czy inni słudzy Szatana nie mogliby przyprawić nas o głód, bezbronność i kupowanie nędznego żarcia w biedronkach.

Więc jeszcze raz: w 2016 roku słudzy Szatana uwalniają polską ziemię rolną do sprzedaży na „wolnym rynku”. I przed nikim i niczym tak się nie bronią, jak przed dawnymi właścicielami i ich spadkobiercami, i przed zwrotem Polakom zagrabionej własności, z ZIEMIĄ na czele. Mądremu dość.” (KOSSOBOR – Jak Karp międzynarodowym rynkiem zbożowym zatrząsł)

podobne: Na Węgrzech i w Polsce trwa „uwłaszczenie ziemii” w postaci ustawki o „ustroju rolnym”. Czy państwo działa na ślepo?  oraz:  Lewicowa wrażliwość czyli… Afera reprywatyzacyjna spuścizną układów w Magdalence i belką w oku PIS i to: Styczeń 1863 w służbie rewolucji czyli wyzwolenie z rozumu i własności… „Był sobie kraj…” a także: Papierowe rozliczanie komuny jako ekwiwalent sprawiedliwości czyli… zamiast osądzenia zbrodni prawo do rabunku UBeków na podreperowanie ZUSu. polecam również: PIS lepszy od POprzedników… w zadłużaniu Polaków. O jakim „zwrocie z inwestycji” mówią piewcy programu „500+”? Niesprawiedliwość redystrybucji i społeczna funkcja własności prywatnej i jeszcze: NIK o patologii w „sadowniczych uprawach ekologicznych”: Sadzili sady – zbierali dopłaty. Michalkiewicz i Umiłowani Przywódcy w „trosce” o (nie)swoją ziemię oraz: PAN: przepisy i system dopłat nie sprzyjają rolnictwu ekologicznemu i to: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność.

Thomas Kegler – Still with Pinot. Proverbs 17:1 (kś. Przysłów: „Lepszy jest suchy kęs chleba w spokoju niż dom pełen biesiad kłótliwych”)

*

Cierp a pracuj i bądź dzielny

Bo twój naród nieśmiertelny

My umarłych tylko znamy,

A dla ducha trumn nie mamy

Juliusz Słowacki

**

„Życie człowieka to walka o byt, w której do zwycięstwa różne prowadzą drogi, przez doświadczenie innych nam wskazane. Do nas należy wybrać najpewniejszą, najkrótszą, a więc skorzystać z przykładu tych kulturalnych społeczeństw, które ją odnalazły i z powodzeniem przekształciły – wąską na razie ścieżkę na szeroki gościniec, równie dogodny dla ubogich, jak możnych. Całe masy ludzi są dzisiaj niezadowolone ze swego losu; rośnie wyzysk i przewaga kapitału, tego pana możnego, z którym walka jest trudna, stąd mnożą się nienawiści, walki klasowe. Otóż lekarstwem, a przynajmniej jednym ze środków gojenia tych ran społecznych, polepszenia wzajemnych stosunków, jest spółdzielczość.

Kiedy przed latu dwudziestu paru zostałem naznaczony na probostwo, a pragnąłem parafianom moim nie tylko nieba, ale i chleba przychylić, wówczas począłem się rozglądać w środkach które by do tego chleba jak najkrótszą prowadziły drogą. Wpadły mi wtedy do rąk książki o spółdzielczości, o kooperatywach…

…Toteż pozwólcie, że będę mówić o pracy spółdzielczej w Liskowie. Przytaczam tę wioskę, jak pewien przykład, niekoniecznie do naśladowania, ale jako przykład, że nie ma bodaj wsi, któraby się znajdowała w gorszych warunkach, a choćby w tak złych warunkach, w jakich ta wioska była. Przede wszystkim zła komunikacja. Przez kilka lat mieliśmy do najbliższej stacji około 100 kilometrów, do szosy przeszło 20 – i to drogi okropnej, jak najgorszej, zarówno w czasie suszy, jak i niepogody. Następnie – ciemnota w parafii wielka, bo przy bardzo nawet pobłażliwej statystyce, stwierdzam podczas kolędy, jaką odbywałem przez parę pierwszych lat, że było 87% analfabetów, a liczbie tych 13% nie analfabetów było takich, o umieli tylko czytać – nieraz tylko na książce do nabożeństwa i to własnej. Jak widać warunki oświaty były, jeśli nie gorsze, to w każdym razie nie lepsze niż gdzie indziej. Dalej bliskość Prus, dokąd prawie połowa parafian, przeważnie młodzież, wychodziła na zarobki. Z tych Prus na zimę przynosiła wprawdzie trochę marek, ale więcej jeszcze zgorszenia i zepsucia tak, że wychodźstwo raczej do ujemnych zjawisk kulturalnych należy zapisać…

…Podkreślam te ciężkie warunki pracy, żeby chwiejnych zachęcić, żeby stwierdzić, że nie ma właściwie takiej złej placówki, na którejby roboty nie można rozpocząć i nawet nieraz z dość dobrymi wynikami prowadzić.

Naturalnie, do tych ciężkich warunków dochodziła jeszcze jedna wielka trudność jeśli szło o prowadzenie jakiejkolwiek pracy obywatelskiej; mianowicie rząd zaborczy rosyjski, który prześladował każdą pracę kulturalną, a zwłaszcza pracę wśród ludu. Najbardziej zaś zwalczał ją wówczas, kiedy się chciało przez gromadę działać, zdając sobie sprawę, że gdzie gromada tam siła… 

…Po pewnych potajemnych nawoływaniach, zebrało się 32 mądrzejszych gospodarzy i przy ich pomocy w 1902 roku, czyli 25 lat temu założyliśmy ten pierwszy sklepik spółdzielczy, który zarazem był, jakby gospodą chłopską czy klubem. Do sklepu każdemu przecież wolno było przyjść. Policja nie mogła, nie miała tytułu, rozpędzać zgromadzonych w sklepie chłopów. Podjęte zresztą były konieczne środki ostrożności i gdy jakiś żandarm zjawił się w sklepie widział zawsze, że każdy coś kupował. A tymczasem my mieliśmy możność wspólnego porozumienia się nad dalszym współdziałaniem, prawda, na razie w tym celu, aby walczyć z miejscowymi… [kramarzami] … aby mieć dobry i możliwie tani towar. Jednak przy tj okazji mieliśmy możność poruszania najrozmaitszych spraw innych, ułatwiających nam życie na wsi. Dlatego też pierwszą spółdzielnię, ten sklepik spółkowy nazywamy matką wszystkich innych instytucji, które się następnie zrodziły.

Sklep nasz przechodził rozmaite koleje. Po latach trzech od chwili założenia, wskutek nieuczciwości subiekta, dawania towaru na kredyt, jak i dlatego, że tego kapitału, jaki włożyliśmy do niego, a był to kapitał 500 rublowy, który przez pierwsze 2 lata doskonale się powiększał, nie zostało w trzecim roku, lecz zmalał on do 220 rubli, które przechowywały się w towarach. Groziła nam tedy katastrofa, bo poczęły się głosy już to niechętnych i nieżyczliwych, już to napompowanych przez wrogów…

…przełamanie tego jednego kryzysu ocaliło nam spółdzielnię, a nie tylko ocaliło, a nawet zachęciło do tworzenia innych. Ten sklepik w jednym, drugim, trzecim roku istnienia targował rocznie mniej więcej 15 tysięcy złotych (jeśli przerachujemy ruble na złote). Dzisiaj ten wiejski sklep daje przeciętnie 1000 złotych dziennie obrotu…

…Jak powiedziałem, sklep był pierwszą spółdzielnią i zarazem gospodą, na jej więc zebraniach poruszaliśmy cały szereg najrozmaitszych potrzeb. I tak powstała myśl, ażeby założyć piekarnię spółdzielczą. U nas w owym czasie przeważnie kobiety piekły chleb u siebie. Może to było i dobre, kiedy opał nic nie kosztował, lecz gdy stał się drogim, a zrozumiano, że i czas to pieniądz, wtedy naturalnie, myśl wspólnej piekarni podjęto bardzo chętnie… 

…W roku 1916 nabyliśmy młyn parowy. Jest bowiem bolączką gospodarzy wożenie mąki gdzieś daleko po wiatrakach, gdzie i czekać trzeba długo na zmielenie i uczciwość czasem szwankuje. Daleko lepiej przerabiać zboże we własnym młynie… 

…Kolejną dalszą jest spółdzielnia budowlana. Każdy z ludzi zwłaszcza, który więcej bywał za granicą lub choćby w Poznańskiem i oglądał pięknie zabudowane miasta i wioski, z ubolewaniem patrzył i patrzy na te nieszczęsne, brudne, obdarte chaty, na te domy, które często gorzej wyglądają, niż chlewy, kurniki czy inne zabudowania gospodarskie za granicą. Otóż chodziło o to, żeby zewnętrzny wygląd wsi polskiej poprawić, zachęcić ludzi do normalnej budowy. Należy jednak wyjaśnić, że w ogóle wydatek na budowę domu mieszkalnego, to jest wydatek, z którym każdy gospodarz musi się bardzo liczyć. Bo gdy włoży pieniądze, czy to w krowy, konia czy w ziemię, w nawozy, to ma od razu korzyści i wydatek doskonale się opłaca. Natomiast wybudowanie ładnej chaty daje właściwą tylko przyjemność i wygodę, a korzyści, przynajmniej materialnej nie przynosi. Otóż trzeba wspólnymi siłami dążyć do tego, aby tego rodzaju budowy możliwie ułatwić, a dojść do tego można przez zakładanie spółdzielni budowlanych…

…Przez 6 lat istnienia spółdzielni postawiliśmy 180 budynków. Obrót w roku zeszłym był 53 tysiące złotych. Przy cegielni istnieje też betoniarnia, która wyrabia 60 tysięcy dachówek rocznie…

…od czterech lat wprowadziliśmy to uproszczenie, że te cztery spółdzielnie połączyły się razem w jedną spółdzielnię rolniczo-handlową i mają jeden zarząd, jedną radę, tych samych urzędników i jedne książki buchalteryjne. Jednakże dla ścisłej kontroli w książkach tych każda spółdzielnia ma oddzielną rubrykę, czyli samorząd do pewnego stopnia został zachowany i o każdej z tych spółdzielni mamy zawsze szczegółowe oddzielne sprawozdania. Te cztery spółdzielnie dają nam od kilku lat 12-20 tysięcy złotych czystej nadwyżki.

Żadnych zasiłków wtedy nie było, przeciwnie trzeba było kryć się z tą robotą przed rządem rosyjskim. Urządzaliśmy rozmaite loterie, przedstawienia, jasełka, wypuszczaliśmy akcje, zaciągaliśmy pożyczki, otrzymywaliśmy też niekiedy drobne ofiary. Parafianom moim nawet nie proponowałem żadnych składek, bo prawdopodobnie nie dostałbym. Ale za to na propozycje, żeby dawali pomoc ręczną, niemal wszyscy parafianie się zgodzili tak, że na 800 gospodarzy przy budowie Domu Ludowego, zaledwie dwóch znalazło się takich, którzy nie okazali zupełnej pomocy ani ręcznej, ani konnej. Dało to oczywiście ogromną oszczędność w kosztach przy budowie. Od szeregu lat instytucje te nie tylko nie potrzebują już żadnej pomocy, ale one pomagają jeszcze innym związkom kulturalnym, mając kilkanaście tysięcy rocznie czystych nadwyżek do dyspozycji, tem bardziej, że członkowie się do tego przyzwyczaili, aby nadwyżek nie zabierać, lecz przeznaczyć w pewnej części na cele filantropijne, na oświatę, czytelnie, biblioteki, na sierociniec, a znaczną większość pozostawić na powiększenie kapitału obrotowego.

To też nasze spółdzielnie z każdym rokiem powiększają się, a wciąż coś nowego przybywa. Dalej mamy spółdzielnię, która również powinna mieć jak największe zastosowanie po naszych wioskach, zwłaszcza tam, gdzie jest ciężko ze zbytem mleka. Jest to spółdzielnia mleczarska…

…U nas dzisiaj od krowy gospodarz ma rocznie 250-300 złotych, a ma dlatego tak mało, że krowa przeciętnie daje 1-1,2 tysięcy litrów mleka rocznie. Ponieważ w naszym państwie jest ich 600 tysięcy, jakże wzbogacilibyśmy kraj nasz cały przy pewnych staraniach, gdybyśmy podnieśli tę ilość mleka od krowy – już niekoniecznie tak, jak w Belgii czy Danii, gdzie krowa daje 4-5 tysięcy litrów przeciętnie, ale choć do 2 tysięcy litrów rocznie, co jest zupełnie możliwe do przeprowadzenia w ciągu paru lat. Proszę zważyć, jaka to by była wielka różnica. Licząc tylko 10 groszy na litrze czystego zysku, na 1 tysiąc stanowi to 100 złotych, a przy 600 tysiącach aż 600 milionów złotych byłoby więcej rocznie dochodu od krów niż jest dzisiaj, czyli przeszło 60 tysięcy dolarów. Tyle było kłopotów, tyle starań, ażeby uzyskać pożyczkę amerykańską, a przecież przez podniesienie tej jednej gałęzi hodowli rokrocznie otrzymamy sumę 60 tysięcy dolarów, czyli co rok jakby bezzwrotną pożyczkę, oczywiście bez żadnych obserwerów, kontrolerów, dadzą nam nasze poczciwe krówki…

…Mamy wreszcie jeszcze jedną spółdzielnię, która również często spotyka się po naszych większych wioskach i miasteczkach. S to tzw. dzisiaj Kasy Stefczyka. Założyliśmy ją w roku 1910. Prosperowała ona doskonale, choć miała na początku tę wadę, co i inne. Zawsze jak się kasa otworzy, jest moc zgłaszających się o pożyczkę, a mało takich, którzy chcą wkładać…

Te instytucje, o których wspomniałem, są instytucjami o charakterze ekonomicznym, które dają nam przed wszystkim korzyści materialne. Ale nie tylko korzyści materialne. Te właśnie instytucje dały nam podstawę do całego szeregu rozmaitych urządzeń w parafii o charakterze oświatowo-kulturalnym. Ale o tym w następnej części rozważań poświęconych instytucjom działającym w Liskowie.”

całość tekstu tu – Wspomnienia księdza Blizińskiego. Ciąg dalszy

podobne: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos oraz: Kobus: Czy własność może szkodzić? i to: Co to jest „majątek państwa” i na co idzie siła polskich rodzin? O podatkach, składkach i reformach kosztem zdrowia i emerytury (nie tylko ubeckiej) w ramach inżynierii społecznej. Dygresja o żelazie czyli Polska drugą Japonią a także: Ks. Jacek Gniadek: Kościół niczego nie narzuca. Wiara zasadza się na dobrowolności czyli… wolność religijna i ekonomiczna polecam również: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa i jeszcze: Prof. Mieczysław Ryba: Rola Kościoła Katolickiego w kształtowaniu elit w XIX i XX wieku oraz: „Księża a społeczeństwo”… Jawny i tajny socjalizm… Zasady chrześcijańskiego współżycia kontra kolektywizm (w gospodarce) i to: „Szatanem nie jest kapitał. Szatanem jest Goldman i rząd.” czyli krytyka „Evangelii Gaudium”

Władysław Malecki – Pejzaż z kościółkiem

 

Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjach


Adam Wycichowski niewolnik – errare humanum est

„…Pracowaliśmy, siedząc na ławce i pochyleni nad pulpitami pod nieustannym dozorem albo “maitre d’etude” czyli klasowego dozorcy na pensji, albo w liceum pod okiem p. profesora – zimą jedenaście, a latem jedenaście i pół godzin dziennie. Mianowicie: zimą o pół do szóstej, a latem o piątej trąba archanioła w postaci ogromnego dzwonu wypędzała nas z łóżka, 1/2 godziny na toaletę, potem przygotowanie lekcji i repetycja, o siódmej i pół śniadanie – do wyboru biała kawa lub czekolada z bułką i masłem, i marsz do liceum. Tam dla 1800 uczniów dwie tylko, wprawdzie ogromne bramy, jedna (nasza) od rue du Havre, druga od ulicy Caumartin, otwierały się nie na głos dzwonu, lecz bębna, 5 minut przed 8. Punkt o ósmej przed drugim bębnem 1 800 malców już siedziało w trzydziestu audytoriach, albowiem klasy były rozdzielone każda na trzy tzw. dywizje – i profesor w todze i sędziowskiej czapce rozpoczynał lekcje. Pięć minut po 8 trzecie bębnienie i zamknięcie bramy. Kto w ciągu szkolnego roku więcej niż dwa razy w porę nie przybył bez uprzedniego zawiadomienia ze strony rodziców lub dyrektora pensjonatu, był nielitościwie wykluczany z liceum. W ciągu moich 7 lat w liceum Bonaparte zdarzył się tylko jeden taki wypadek. Dla tego, który taką szkole przebył, już na całe życie “rendez-vous” o 4.30 nie oznacza tak, jak dla 29 milionów moich kochanych rodaków, coś między obiadem a kolacją: to oznacza czwartą 29 minut i 60 sekund.
Takich jedenastogodzinowych dni roboczych mieliśmy, po odliczeniu niedziel, letnich wakacji – i bardzo krótkich, na wszystkie święta, Boże Narodzenie, Nowy Rok, Zapusty, Wielkanoc, Wniebowstąpienie, urlopów, razem 255 dni, czyli 2 805 godzin pracy umysłowej rocznie. Jak się przekonałem potem, jeden z moich siostrzeńców, bardzo gorliwy uczeń, miał w gimnazjum rosyjskim w Wilnie 165 dni roboczych po 7 godzin z przygotowaniem – razem 1155 godzin, czyli daleko mniej niż połowę. Jak jeszcze później rachowałem z młodym p. Platerem z Dąbrownicy, uważanym w petersburskiem liceum za lepszego ucznia, tam się miało dzięki wszystkim dniom galowym tylko 105 dni roboczych po 7 godzin, a więc 735 godzin pracy rocznej. To, daleko więcej niż różnica programu lub zdolności nauczycieli, daje pojęcie o poziomie wykształcenia młodych ludzi we Francji w mojej młodości i w byłym zaborze rosyjskim. A wszakże p. Clemenceau, Thiers, Guizot, Lamartine, Chateaubriand itd., którzy wszyscy to “przepracowanie umysłowe” przeżyli, w osiemdziesiątym roku życia wcale jeszcze “ramolciami” nie byli. Zalecam ten rachuneczek naszym łatwowiernym mateczkom, które się tak łatwo dają rozczulać mniemanym wyczerpaniem umysłowym swoich małych figlarzy.
Podstawowymi zasadami naszego wychowania i wykształcenia były: co do nauk, rywalizacja; mieliśmy w liceum tygodniowe konkursy w rozmaitych przedmiotach, w których klasowano uczniów podług piśmiennych wypracowań, a w końcu roku wszystkie paryskie licea wysyłały do Sorbony po 5 przedstawicieli każdej klasy na tzw. konkursy generalne – których rezultaty ogłaszano we wszystkich gazetach; a rozdawanie nagród pod przewodnictwem Ministra Oświaty, poprzedzane jedną łacińską mową, wypowiedzianą przez któregoś z młodych profesorów i jedną francuską, wypowiedzianą przez jakąś znakomitość naukową lub literacką, stanowiło dla całej wykształconej publiczności paryskiej uroczystość, która ją interesowała w większym stopniu niż dziś popisy sportowe.
Obok niezawodnych korzyści, jakie przynosił ten system konkursowy, może jemu to trzeba przypisać jedyną, moim zdaniem, ujemną stronę nauczania w ówczesnych liceach paryskich. Liceum Bonaparte, położone w pięknej dzielnicy, cieszyło się specjalną protekcją władz cesarskich i komplet profesorów był pierwszorzędny. Z moich nauczycieli pp. Wiktor Duruy (historyk), Manuel (poeta), Greard (pedagog), Perrens – krytyk i historyk, zostali członkami Akademii francuskiej. Błąd był w tym: w każdej klasie było nas około sześćdziesięciu uczniów, których można było rozdzielić na trzy mniej więcej grupy. Dwudziestu czołowymi (do których brat i ja należeliśmy) profesorowie zajmowali się bardzo starannie, następną grupą już znacznie mniej, a ostatnią wcale nic. Nie czuli, że ich krzywdzili, ponieważ przejściowych egzaminów z klasy do klasy nie było…” (fragment Hipolit Korwin Milewski. Wspomnienia. Tom I)

„…Istnieje związek nauczycielstwa szkół powszechnych w Polsce, znany już dawno ze swych wystąpień antykatolickich i nawet antychrześcijańskich. Radykalny i antynarodowy Zarząd tego Związku wydaje pisemko dla dzieci pod tytułem „Płomyk” i pisemko to znowu muszą prenumerować wszystkie szkoły, wszyscy nauczyciele i nawet zamożniejsi rodzice dzieci uczęszczających do szkół powszechnych. Otóż przed paru miesiącami został wydany numer tego „Płomyka”, cały poświęcony bolszewii, w którym „raj bolszewicki”, został przedstawiony w tak pięknych, tęczowych, wprost cudownych barwach, że władze zmuszone były numer ten skonfiskować.
„Ilustrowany Kurier Codzienny” z dn. 4 b. m. zamieszcza list otwarty nauczyciela, p. Antoniego Madeja, b. redaktora „Płomyczka” i b. sekretarza redakcji „Głosu Nauczycielskiego”, organu Związku Naucz. Polskiego. P. Madej występuje bardzo ostro przeciwko kierownictwu i ideologii Związku Nauczycielstwa, która nazywa „machowszczyzną”, która ta nazwa wzięła swój początek od p. Stanisława Machowskiego, redaktora i wydawcy sowieckiego numeru „Płomyka”. Jak wiadomo, p. Machowski jest sympatykiem P.P.S. , jemu też i p. Kolance Z.N.P. może zawdzięczać pójście po linii socjalistycznej w kierunku t.zw. „Frontu ludowego”.
P. Madej w swym liście otwartym porusza sprawę ogromnych dochodów i lukratywnych posad p. Machowskiego, następnie oświadcza, że Wincenty Rzymowski „ za artykuł w obronie „Płomyka” otrzymał 500 zł. (pięćset)”, bo jest spec od demokracji i konserwy. A specjalny numer „Kurjera Porannego”, zawierający obronę „Płomyka” (16 marca 1936) i specjalnie rozesłany do wszystkich związkowców, też zrobił dobry interes, bo i reklama była i koszty tej reklamy pokrył Z.N.P. (około 5000 zł.).
Ten sam Związek Nauczycielstwa Polskiego, a właściwie zgromadzenia oddziałów warszawskiego, krakowskiego, włocławskiego i chojnickiego uchwaliły przystąpienie do socjalistycznych związków klasowych pod nazwą Centralna Komisja Klasowych Związków Zawodowych. Zjazd „Zarzewiaków” których, nie można posądzać o przekonania narodowe, odbywał się kilka dni temu w Krakowie i wpisał do protokołu zjazdu następująca opinię o obecnym położeniu: „Najtragiczniejsze jest to, że szkoła polska nie daje młodzieży narodowego wychowania, zdrowych i wielkich wskazań narodowych, a co więcej na terenie polskiego szkolnictwa zanotować możemy fakty wsączania prawd i haseł będących zaprzeczeniem wszystkiego, o co się lała krew polska”.
Istnieją organizacje młodzieżowe takie jak „Legion Młodych”¹ i „Straż przednia”, które zaraz na wstępie przybrały jawnie wrogi charakter do religii katolickiej i moralności chrześcijańskiej i nigdy nie wspomniały wyrazu „naród” w swoich organach. Organizacje te były powołane do życia jako teren wychowania państwowego przez p. Janusza Jędrzejewicza, b. ministra oświaty i b. premiera i popieranie przez drugiego p. Jędrzejewicza, również b. ministra oświaty. Ostrzeżeń episkopatu polskiego nie wzięto w rachubę. Aż nastąpiła katastrofa, bo przedstawiciele państwa i rządu zerwali i wyparli się „państwowców” z Legionu Młodych. Jednak „Legion Młodych” i „Straż przednia” istnieją nadal i ta ostatnia rozszerzyła nawet swój zasięg i na szkoły powszechne. Organ jej „Kuźnia Młodych” wychodzi nadal. Ileż one przyniosły demoralizacji, znieprawienia ducha i wypaczenia charakteru, zaszczepiły służalczości i innych podobnych „cnót” obywatelskich, obowiązkowych dla „państwowca” według rozumowania pp. Jędrzejewiczów tak wśród młodzieży szkolnej jak i pozaszkolnej. Czy te wszystkie organizacje przez swoją działalność nie przygotowują jawnie i celowo gruntu dla bolszewizmu?

nie można czekać na jawne ataki agentów bolszewickich, ale budować, wzmacniać, rozszerzać twierdze i nie tylko twierdze, ale budować całe linie obronne, przez które nie mogli by się przedostać owi agenci, przez które jad bolszewicki nie mógłby się przesączać do duszy narodu polskiego. I nie tylko sypać wały ochronne, ale także, co jest nie mniej ważne, odrabiać, co ci wrogowie narodu polskiego już zrobili, naprawiać szkody i rysy w duszy Polaków, powstałe z ich działalności dotychczasowej. I nie będzie to praca ani łatwa, ani lekka, ani nie pójdzie prędko…

Solidarność narodowa sprawia, że każdy obywatel więcej się czuje związanym z przedstawicielstwem niższej warstwy społecznej własnego narodu, aniżeli z przedstawicielami tej samej warstwy innego narodu. Pomimo wiekowego, prawie nieustannego, szczucia włościan przez władze zaborcze przy wybitnej pomocy żydów przeciw obszarnikom, robotników przeciw pracodawcom itd., tej, leżącej na dnie każdego Polaka, solidarności narodowej wysiłki wrogów nie zniszczyły, przeciwnie – solidarność ta budzi się i rośnie. Wszystko to razem wzięte pozwoliło, że wszystkie warstwy dawnej Polski zorganizowały się w jednolity „naród”, tę najwyższą postać świadomości zbiorowej, najwyższa formę życia społecznego…

…Twierdzą naszą jest również chrześcijaństwo (…) nakazuje miłość do całego narodu, do wszystkich jego warstw bez względu na urodzenie, wychowanie, zamożność itd. Jest to więc jedyna religia, która wiąże jednostki w społeczność, w naród. Kościół Katolicki stworzył zasady moralności osobistej i społecznej, które zostały przyjęte przez cały świat chrześcijański i nawet narody, które odpadły od Kościoła, w dalszym ciągu kierują się niemi. Nawet Hindusi, zwłaszcza oświeceni i kulturalni, choć nie przystępują do Kościoła Katolickiego, ale coraz bardziej zasady moralności katolickiej zaczynają stosować w życiu.

Trzecią naszą ostoją jest rodzina, która jest podstawą życia jako instynkt, jako dbałość o przedłużenie rodu, jako dbałość o opiekę i wychowanie potomstwa i zapewnienie istnienia i ciągłości rodu ludzkiego. Rodzina stała się podstawą rozwoju, cywilizacji i kultury, zaczynając od dziesiątków i setek tysięcy lat. Rodzina, uświęcona przez Chrystusa Pana i uznana przez Kościół Katolicki za jeden z sakramentów, jest jedna z najważniejszych podstaw społeczności, a tem samym narodu. Tylko w rodzinie możliwe jest wychowanie przyszłych obywateli w duchu katolickim i narodowym na dzielnych, prawych członków społeczeństwa, na których Polska będzie mogła liczyć, będzie mogła się oprzeć, będzie mogła budować swoją lepszą przyszłość tak w dobrej, jak i złej doli.

Czwartą twierdza musi dla nas być bezwzględnie poszanowanie prywatnej własności, opartej na słusznych i sprawiedliwych prawach; na poszanowaniu warsztatów pracy i narzędzi pracy, na poszanowaniu wyników pracy i dorobku. Nie do pomyślenia jest bowiem, aby można było z ludzi zrobić bydło robocze, bydło, które się tylko będzie zadawalniało pełnym brzuchem; nie można zrobić z ludzi kółek w olbrzymiej maszynie nakręcanej ręka jakiegoś mechanika – komunisty…

próbowano zerwać więzy, które łączą naród z przeszłością, zohydzono przeszłość narodu, po prostu pluto na naszą historię, aby zrobić naród bez przeszłości: próbowano zmienić nawet ortografię języka polskiego, tj. sposób pisania i drukowania książek, aby uniemożliwić, zwłaszcza młodszemu pokoleniu, możność czytania dzieł i arcydzieł naszej literatury i nawet dzieł naukowych, ale jednocześnie zasypać rynek księgarski i naród międzynarodowymi śmieciami demoralizującymi nie tylko starych, ale i młodych; próbują zerwać solidarność narodową, agitując za solidarnością proletariatu wszystkich krajów, ale nie wspominają o tem, że socjaliści niemieccy jak jeden mąż stawili się w czasie wojny europejskiej do wojska, aby z okrucieństwem swych dzikich przodków uciemiężyć wolną, idąca na czele światowej rzymskiej i chrześcijańskiej kultury, Francję, zmiażdżywszy uprzednio nieszczęsną Belgię, naszym więc najświętszym obowiązkiem będzie bronić swej narodowości i nie pozwolić zmienić jej w kupę oderwanych od pnia macierzystego liści, które wiatr masoński będzie roznosił, gdzie mu się podoba…

…będą zarzucali Polskę, co zresztą i teraz już robią, książkami i pismami nic nie wartymi, nic niepodnoszącymi ducha, nie uszlachetniającymi, nie starającymi się robić czytelników lepszymi, w których jednak, poza przejrzystymi osłonkami, będą się kryły obrazki i sceny znieprawiające, budzące niezdrową ciekawość i pozwalające domyślać się i wprost narzucać czytelnikowi rzeczy ohydnych. Znowu powiem, że będzie najświętszym obowiązkiem całego społeczeństwa tępić taką literaturę, niszczyć takie pisma i bronić przed niemi naszą młodzież…

…P. Minister Poniatowski kilka dni temu powiedział, że w Polsce o 8 milionów ludzi za dużo uprawia ziemię i wskazał, że jednym z najważniejszych zadań rządu, będzie zorganizowanie dla tych milionów emigracji zamorskiej. Ale dlaczego to my Polacy, dziedzice tej polskiej ziemi, mamy emigrować za morza, a nie kto inny? My jeszcze w polskich miastach możemy i powinniśmy znaleźć dla siebie kawałek chleba. Jest tego chleba po miastach jeszcze dość, trzeba tylko po niego sięgnąć. Pomagajmy tym pionierom dla odbicia polskich miast, tym sięgającym po kawałek chleba na początek może suchego,- ale ci sięgający przy pracy dorobią się, dzieci ich będą miały się już zupełnie dobrze, a wnuki dojdą do zamożności i dobiją się tego, co każdemu jest najmilsze, do niezależnego bytuOprócz tego każdy stragan polski, każdy polski sklepik, każdy handel roznośny jest zdobytą placówką tego materialnego gruntu, który jest konieczny do brony Polski…

…Brakuje nam kilku ogniw w łańcuchu wiążącym, wszystkich Polaków w jeden naród, musimy je wykuć własną siłą i praca i połączyć części łańcucha w całość.” (dr Józef Psarski, Ostrołęka, 21 czerwca 1936 r. – Przemówienie na kongresie kupiectwa i rzemiosła)

podobne: Mesjanizm i człowiek sowiecki w polskiej duszy. oraz: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona i to: Do przyjaciół narodowców. Naród a państwo czyli… Ile jest z narodowca w socjaliście? a także: „Na sumieniu Polski ciąży wiele grzechów przeciwko sobie, ale ani jeden przeciwko innym narodom.” Aleksijewicz: człowiek postsowiecki jest agresywny i bezwzględny polecam również: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos

„…w Cesarstwie Rosyjskim były dwa rodzaje gimnazjów; realne i klasyczne. Te pierwsze z grubsza rzecz biorąc były dla mniej ambitnych a te drugie dla innych. Dla tych, którym chciało się uczyć łaciny i greki oraz zgłębiać historię starożytną. Tak jak w wielu przypadkach nazwy obydwu instytucji były mylące i powinno się je zamienić. To gimnazjum klasyczne winno być nazwane realnym. A realne? Bo ja wiem? Może syfiastym? Ale wtedy zabrakłoby nam skali dla określenia naszych dzisiejszych szkół oraz ich poziomu…

…Socjalizm jak wiadomo był ustrojem realistów zrobionym dla realistów. Wszyscy w socjalizmie byliśmy realistami czyli myśleliśmy i żyliśmy kategoriami narzuconej nam hierarchii. Przedszkole, szkoła, wojsko, praca. Potem dzieci, wódka, rozwód, czasem więzienie lub dom wariatów potem cmentarz. Niektórzy jeszcze potrafili w tym wszystkim upchnąć jakieś studia. Na tym mniej więcej polegała codzienność w socjalizmie realnym, który nic doprawdy nie miał wspólnego z gimnazjami realnymi za cara.

Zrozumiałe jest, że w takim systemie żadne klasyczne wykształcenie nikomu nie było potrzebne. Bo i po co. Wykształcenie klasyczne stało się domeną filologów klasycznych, na którym to wydziale poziom był prawie tak samo wysoki, jak w gimnazjach klasycznych za Mikołaja II, ale jednak trochę niższy. I prawilno.

Dlaczego? Dlatego, że historia klasyczna i znajomość języków klasycznych to nie żaden brak realizmu tylko szkoła polityki. Ludzie, który mieli w programie historię Rzymu zajmowali się po prostu analizowaniem przypadków politycznych i uczyli się na nich zachowań w konkretnych współczesnych sytuacjach i to pomagało im w życiu i w karierze politycznej o wiele bardziej niż wszelkie „realizmy”. Gimnazja klasyczne uczyły realizmu właśnie, realizmu politycznego. Ten zaś nie był głoszącym wolność, równość, braterstwo bandytom do niczego potrzebny. Usłużna zgraja profesorów wymyśliła dla nich nowe programy nauczania, w których historia z politycznej zamieniła się w baśniową lub męczeńską, przestała uczyć, a zaczęła fascynować, czyli inaczej mówiąc hipnotyzować. Mamy dziś rzesze ludzi „zafascynowanych” różnymi okresami w dziejach, którzy nie potrafią wyciągnąć ze swojej wiedzy ani jednego związanego ze współczesnością wniosku, bo to im się po prostu nie zgrywa w głowie. Tamto idzie „swojo szoso”, a życie „realne” „swojo”. Ta sama zgraja profesorów zamieniła nauczanie o literaturze czyli o tworzeniu narracji na idiotyczne i bezsensowne omawianie coraz głupszych lektur. Tak było, bo nikomu nie byli potrzebni ludzie myślący samodzielnie. Żeby myśleć samodzielnie trzeba było mieć certyfikat partii i wydać w ręce jakichś zbirów kilku kolegów. Na myślenie samodzielne zasługiwali też wszelkiej maści serwiliści i dupowłazy, gotowi uczyć się na pamięć regulaminów i „Kapitału” Marksa. Ich kierowano w nagrodę do szkół, gdzie uczono „myślenia politycznego”. Tak było, ale to już przeszłość. Okazało się bowiem, że nawet z tej źle nauczanej historii można wyciągać jakieś wnioski, okazało się, że nawet ze źle omawianych lektur człowiek może czerpać jakąś frajdę. Dziś więc jesteśmy w przededniu likwidacji szkolnictwa jako takiego, nie tylko w sensie klasycznym czy realnym, ale każdym…” (coryllus – O socjalizmie i gimnazjach klasycznych)

podobne: W kolejną rocznicę napaści nazistów… o agenturze wpływu w ramach przymusowej „szkoły publicznej”, oraz o patriotyzmie w ramach edukacji domowej oraz: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki? a także: Tradycja Szkoły Rycerskiej w Liceum Akademickiego Korpusu Kadetów w Łysej Górze

„…doszedłem do wniosku, że to bardzo dobrze iż szlag trafił ten system. To bardzo dobrze, że mamy tę okrutną pustynię zarośniętą truizmamy opartą na podstawowym kursi filozofii, który każdy student ma w nosie, żeby nie powiedzieć gorzej.

Prawdziwa wielkość nie bierze się bowiem z poznania najdoskonalszych tworów ducha i kultury materialnej stworzonych w zachodniej cywilizacji. Prawdziwa wielkość bierze się z doskonalenia praktycznych umiejętności. Bierze się także z wymiany doświadczeń i ze stałej właściwie komunikacji pomiędzy ludźmi. Wrócę do moich ulubionych przykładów, czyli do szkolnictwa jezuickiego. Nie pamiętacie tego, bo i skąd, a znalezienie tych informacji jest trudne, ale w XVI wieku ojcowie Jezuici uczyli ludzi głuchych mówić w różnych językach. Była to nauka bardzo skuteczna, tak skuteczna, że zwalczano ją z wielką zajadłością

…Póki istniała taka organizacja, rozsiana po całym świecie, ponadnarodowa i silna, organizacja która kształciła w sposób niebezpiecznie bliski doskonałości różnych, nie dających się potem ogłupić, a bardzo potrzebnych władcom, ludzi, na świecie nie mogły powstać nowoczesne imperia. Nie mogły bo zawsze na drodze do opanowania serc i umysłów odnajdowały facetów w czarnych sutannach, z różańcami owiniętymi na pięści i z książkami pod pachą. I tego się nijak proszę Państwa przewalczyć nie dało. Bo państwo ówczesne nie dysponowało taką organizacją. Postanowiło ją jednak ukraść zmodyfikować i zastosować do swoich potrzeb. Tyle, że państwa nie obejmują swoją strukturą całego świata, musiały więc stworzyć inną strukturę – piramidalną – na mniejszym obszarze. Jeśli zaś piramidalną, to obieg informacji w takiej strukturze musiał być inny zgoła niż w czasie pierwszych lat istnienia Towarzystwa Jezusowego. Informajca nie mogła swobodnie krążyć pomiędzy wszystkimi członkami organizacji, bo była tajna po prostu, a piramidalna struktura oznacza piramidalną hierarchię. Ta zaś czyni z dostępu do informacji pewien rodzaj sacrum. Jest to jednak sacrum a rebours, czyli anty-sacrum, czyli już wiadomo co. Informacja bowiem jest, ale nie można jej wykorzystać, bo jest w istocie tajna, szkolnictwo istnieje, ale nie może spełniać swojej funckji, bo informacje istotne są w istocie tajne. Tworzymy więc szkolnictwo, które opisuje świat nie będący światem rzeczywistym, ale pewnym modelem, do którego poznania dążymy. Człowiek opuszczający mury nowoczesnego uniwersytetu, nie może nic i niczego nikogo nie nauczy. Może tylko powtarzać bezmyślnie wyklepane tam formułki i ekscytować się produkowanymi przez tenże system i uznawanymi za ważne treściami. Tak to wykląda z grubsza.

Jeśli obieg informacji „z góry na dół” odebrał informacji jej najistotniejszą funckję, to od razu pojawiła się potrzeba kontroli. Człowiek jest bowiem ułomny i każdy chciałby zarobić na sprzedaży różnych sekretów. Stąd wzięły się zapisy cenzorskie prawdziwe, czyli takie, których skuteczność mierzona jest latami spędzonymi w więzieniu. Kościelne zapisy cenzorskie uważam za nieprawdziwe, albowiem trudno nie spostrzec, że ilość ludzi sprzeciwiających się Kościołowi i ignorujących te zapisy była przeogromna i nic złego im się nie działo. Kościół, nawet mając Jezuitów nie był w stanie tej cenzury upilnować. Co innego aparat państwowy z armią urzędników pilnujących jeden drugiego.

Prócz zapisów cenzorskich pojawiły się różne kamery tajne i jawne, które doskonaliły kontrolę na informacją…” (coryllusO obecności diabła na Ziemi)

podobne: W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców oraz: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu a także: Historia i sztuka przez pryzmat fiuta i jeszcze: O dobrą, katolicką szkołę!

W gnozie (bo reglamentacja wiedzy na poziomie „systemu edukacji” to jest pewnego rodzaju gnoza) chodzi o niedostępność/utajenie przed większością ludzi prawdy, oraz o jej zmonopolizowanie przez „szczęśliwych wybrańców” zwanych czasem „elitą”. Temu zabiegowi towarzyszą zazwyczaj „zagadkowe” i „oryginalne” rytuały (dyplomy, sztucznie wytworzona hierarchia, dziwne stroje i „branżowy” język), dzięki którym „wierzącemu” z nizin wydaje się, że uczestniczy w czymś wyjątkowym bo niedostępnym i niepojętym dla zwykłego śmiertelnika (choć sam uczestnik również nie zna prawdy), i to mu imponuje. Przez to natomiast że został dopuszczony do kultu, który polega na rytualnym spożywaniu resztek ze stołu, i oklaskiwaniu „elitarnego” gremium, postrzega samego siebie jako wyjątkową osobę… i to mu w zasadzie kompensuje wiedzę która jest przed nim ukrywana. Do dziś wykorzystuje się ten mechanizm ambicjonalnych aspiracji by manipulować ludźmi… Wystarczy to statystowanie i wyjadanie resztek ubrać w trochę magii i wszyscy są zadowoleni… Abrakadabra i mamy „ekskluzywnego menela” w postaci najpierw „Komisji Edukacji Narodowej” a potem Ministerstwa Edukacji, ZNP i jego socjalistycznych popłuczyn. Instytucje te zamiast kształcić obywateli zajmują się systemowo propagandą postępu, czyli ogłupianiem zwykłych zjadaczy chleba, dzięki czemu skutecznie strzegą przed ewentualną konkurencją zdobytą na klasykach pozycję społeczną, czerpiąc z tego tytułu nieuzasadnione profity i honory…(Odys)

Istotny sens reformy edukacji przeprowadzonej przez Stanisława Konarskiego zasadza się na oddzieleniu elit od pospólstwa i zasadniczo innym kształceniu jednych i drugich. Tak by należycie wypełniali swoje funkcje społeczne. Dlatego właśnie ksiądz Konarski jest tak lubiany i hołubiony przez wszystkich dzisiejszych elitariuszy i reformatorów edukacji. Oni także chcieliby oddzielić elitę od plebsu, a po dokonaniu takiego podziału stać się wszyscy z osobna i jako klan przewodnikiem tego plebsu. Do czego będzie się to sprowadzać w praktyce? Tak jak w przypadku księdza Konarskiego i jego reformy, tak jak w przypadku systemu brytyjskiego, do którego wszyscy reformatorzy się odwołują prowadzi to do wykopania przepaści pomiędzy ludźmi mówiącymi tym samym językiem. Prowadzi także do namnożenia konfliktów o własność, a w konsekwencji do rewolucji, prowadzi do interwencji obcych, którzy przy minimalnych nakładach mają otwartą sytuację do zastosowania zasady divide et impera…

…W Wielkiej Brytanii kariery młodych ludzi są planowane i kontrolowane przez system – bogaci idą do swoich szkół, biedni do swoich. Wszystko to działa w warunkach hermetycznego prawie zamknięcia na świat zewnętrzny. Działa bo Wielka Brytania zdominowała glob i eksportuje swoje produkty, idee, i wartości na zewnątrz. Robi to nie dlatego, że ma rewelacyjny system edukacji, ale dlatego, że jako druga na świecie polityczna siła dysponowała giełdą, a jako pierwsza nowoczesną flotą. Robi to ponieważ jako pierwszy kraj przeszła przez rewolucję burżuazyjną i wyciągnęła z tego maksimum korzyści dla siebie. System edukacji jest wobec tych kwestii sprawą wtórną…

…Reformę trzeba zacząć od sukcesu. Celowo mówię od sukcesu, a nie od rewolucji, bo tu chodzi o sukces właśnie. Rewolucja bowiem zawsze oznacza zło i krzywdę, a zaczyna się od rabunku. Rewolucja angielska zaczęła się od rabunku i eksploatacji Irlandii, to dało jej siłę i paliwo dla długą jazdę. Reformy Piotra I, które również były rewolucją, zaczęły się od rabunku i niszczenia Ukrainy, reformy Fryderyka od okradania Polski na cle i zagarnięcia Śląska, rewolucja Francuska od obrabowania właścicieli ziemskich, rewolucja polska od obrabowania ojców Jezuitów. Polsce nie jest potrzebna rewolucja, ale sukces. Poważny i natychmiastowy. W dodatku taki, który zjednoczy nas, a nie podzieli.

Wróćmy do edukacji. Co jest właściwym wzorem dla systemu szkolnictwa, który da narodowi siłę? Jest nim szkolnictwo jezuickie pierwszych lat istnienia zgromadzenia. To Jezuici wprowadzili podział na klasy, to oni kazali jako pierwsi pisać dzieciom wypracowania, to oni byli opiekunami swoich uczniów i interesowali się ich rozwojem duchowym, to oni kształcili elitę i nie blokowali dostępu do edukacji najwyższej jakości biednym, nie czynili z nich pariasów, lokalsów, nadających się do prostych prac lub administrowania majątkami jedynie. Szkoły jezuickie kończyli wszyscy „wielcy reformatorzy” oświecenia, którzy widząc siłę tego systemu dostrzegli także zagrożenia jakie niesie on dla państwa, dla systemu opresji i nadzoru nad społeczeństwem. Byli to panowie Talleyrand, Fouche, a nawet markiz Pombal. Jezuici kształcili bowiem ludzi świadomych, wolnych i silnych. Trzeba było to zepsuć, zniszczyć i zamienić jak edukację z przydomkiem „praktyczna”. I tak to nam zostało do dziś…” (coryllus – O fałszywej edukacji i fałszywej elicie)

podobne: Studiować każdy może… ale nie każdy widzi w tym sens. Inteligencki etos żeromszczyzny oraz: Po studiach bez pracy… Popyt na inżynierów i to: Skuteczniejsza walka z bezrobociem młodych potrzebna od zaraz. Tymczasem nowych miejsc pracy nie przybędzie a także: Ile jest wiedzy w wykształceniu?

„…Nie wnikam w oczywistości. W to, że gimnazja w ogóle nie powinny były powstać, w to, że wielkomiejskie gimnazja będą się musiały przepoczwarzyć w podstawówki 8-klasowe albo zniknąć, ani w to, że nauczyciele będą musieli wykazać się samodzielnością w poszukaniu pracy w 7 i 8 klasie innej szkoły, zamiast mieć jak mieli w swoim gimnazjum.

Nie wnikam w dobrodziejstwa Karty Nauczyciela i innych ustaw, które pozwalają nauczycielowi przeczekać w tzw. „stanie nieczynnym”, przejść na „pomostówkę” i inne formy przejściowe. Nie wnikam, bo już wszyscy w to wnikali i zależnie od tego czy byli z miasta – uważali, że to skandal, a jeśli ze wsi, cieszyli się jak ja. Przeważnie.

W przeciwieństwie do wieli wójtów-burmistrzów, nie uważam, że nauczyciele to obiboki i mają więcej wolnego niż pracy. Nie zazdroszczę przywilejów, bo zamienić za nic na świecie nie chciałabym z żadną nauczycielką. Uważam tylko, że lament, że akurat część nauczycieli musi poszukać sobie innej pracy, jest przesadzony. Nikt nie lamentował nad robotnikami zamykanych fabryk i likwidowanych PGR-ów. Mieli brać „sprawy w swoje ręce” i liczyć na siebie. A przecież ich umysły były mniej wykształcone niż nauczycielskie, a co za tym idzie – teoretycznie mniej zaradne.

Mój wójtowo-prowincjonalny rachunek jest prosty. Teren gminy mam rozległy i źle skomunikowany. Duża szkoła jest w Wińsku (przedszkole, podstawówka, gimnazjum), a małe szkoły (przedszkole i podstawówka) w Krzelowie i Orzeszkowie. Do tego jest jeszcze jedna maluśka całkiem szkółka w Głębowicach. Przed likwidacją placówki przez mojego poprzednika, uratowała ją Fundacja Elementarz, która przejęła ją do prowadzenia. Daje radę (razem z maleńkim przedszkolem), bo nie obowiązuje w niej Karta Nauczyciela. Ustawowy relikt, wciąż udoskonalany w kierunku ochrony i nobilitacji tego zawodu tak, jakby był rzadki, wymierający i wymagający nieustającego wsparcia. Jakby Państwo Polskie się bało, że mu nauczycieli zabraknie. Jakby dzieci rodziło się coraz więcej, a emigracja nie występowała…” (Jolanta Krysowata – Nie będzie gimnazjów? Cudownie!)

podobne: O patologiach na polskich uczelniach. Podręcznikowa korupcja w szkołach. Potrzebujemy nowej koncepcji nauczania matematyki. oraz: Ordo Iuris: MEN chce ręcznie sterować szkołami i ingerować w prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami. Lekcje na trzy zmiany. Rodzice trzeci raz zbierają podpisy. a także: Wczesna edukacja szkolna nie jest dobra dla dzieci.

„…Pomysł, by skrócić podstawówkę z ośmiu do sześciu lat, miał zdecydowanie ręce i nogi. Nie trzeba przecież wybitnego umysłu, by rozumieć, że 7 i 8 klasa, a więc 14 i 15-latki, to dzieci zdecydowanie za duże, żeby chodzić do tej samej szkoły co 7-latki. (…) sens tego rozwiązania mógłby być odpowiednio rozpoznany pod jednym warunkiem, że po skończeniu szkoły podstawowej, małe dzieci staną się dziećmi dużymi, a więc gdyby po szóstej klasie 13 latki przechodziły w doroślejszy system nauczania

Pamiętam 15 latków przychodzących do liceum 10 lat temu, i pamiętam te podstawówkowe dzieci, jak stawały się niemal dorosłą młodzieżą po dwóch czy trzech miesiącach pobytu w liceum; tyle im było potrzeba żeby się przestawić na doroślejszy system w szkole. Na samodzielne robienie notatek, na elementarną odpowiedzialność za własne zaniedbania, lenistwo czy nieobecności, na porzucenie nawyku uciekania się do oczywistych kłamstw jako wymówek itd. Teraz do liceum przychodzą dzieci 16 letnie, i kiedy można by się było spodziewać, że ów dodatkowy rok, jaki uzyskały dzięki trzem latom w gimnazjum, pozwoli im wejść w ten nowy świat z większą powagą i przygotowaniem, okazuje się, że wszystko poszło w dokładnie przeciwnym kierunku. Ich podstawówkowe nawyki zostały tylko lepiej utrwalone, a przez to, że wiek 15-16 lat to czas naprawdę szczególny, stały się też znacznie trudniejsze do wyprostowania, i teraz często nawet semestr, nawet rok, do tego nie wystarcza. I tę zmianę widzi każdy w miarę doświadczony nauczyciel…

w momencie, gdy te biedne dzieci nabiorą podstawowej ogłady, by wziąć się wreszcie do prawdziwej nauki, okaże się, że czas już minął. I w efekcie, pojawi się cała armia 19 latków, którzy ani nie będą umiały liczyć, ani pisać, ani mówić, którzy będą się snuły po ulicach, bez pracy, bez jakiegokolwiek sensu w życiu i bez jakichkolwiek perspektyw

…ci właśnie młodzi ludzie, pragnący w przyszłości zostać dziennikarzami, systematycznie nie są w stanie rozpoznać nawet najbardziej pospolitych polskich frazeologizmów, takich jak „posypać głowę popiołem”, czy „gdzie dwóch się bije” i takie tam. I to są studenci dziennikarstwa. I proszę mi teraz powiedzieć, na jakiej zasadzie mamy wierzyć, że studenci budownictwa, medycyny, psychologii, matematyki, czy elektroniki są lepiej przygotowani?…(Toyah – Nie pozwólmy zadusić polskiej szkoły)

podobne: Na II „Kongresie Polskiej Edukacji” o kondycji gimnazjów, czyli edukacyjny „miś na miarę naszych możliwości”  oraz: Gimnazjaliści nie radzą sobie z trudniejszymi zadaniami, ale szkołę lubią. Prawo do odręcznego pisania. Polscy historycy zbulwersowani niemiecko-rosyjskim podręcznikiem i to: Wielkie żarcie się kończy! Zmierzamy ku edukacyjnej katastrofie

Francisco Goya – Si sabra mas el discipulo

Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos


Mirosław Szeib – Msza husarska na Jasnej Górze

„…Myślę, że sprawy mają się tak, że Kościół jest wręcz wciągany na rynek propagandy, także drukowanej, w charakterze chłopca do bicia, po to, by media mogły co jakiś czas ogłaszać światu, że ten czy inny autor się skompromitował, pisząc jakąś książkę, zaś cała ta produkowana przez autorów katolickich pulpa to jest tło, na którym mogą się prezentować pisarze tak fantastyczni jak Olga Tokarczuk, czy Zygmunt Miłoszewski. No, ale jak powiedziałem misja jest realizowana gdzie indziej, a jak to już kiedyś wspólnie ustaliliśmy Kościół uczy przykładem, a protestanci i bezbożnicy metodą, którą ciągle trzeba doskonalić. Metoda zaś jest potrzebna do tego, by ukryć intencję. Podobnie jest z literaturą niekatolicką, jej ciągłe doskonalenie służy ukryciu intencji. To znaczy tak było kiedyś, teraz, kiedy udało się obniżyć kryteria oceny i zlikwidować krytykę, zastępując ją promocją, już w ogóle nie trzeba myśleć o jakości wystarczy kreować kolejnych półgłówków, których media nazywać będą pisarzami i pisarkami…

…sukces księdza prałata polegał na tym, że wyeliminował on z lokalnego rynku obrotu żywnością żydowskich pośredników. Do tego założył spółdzielnię i towarzystwo reasekuracji wzajemnej. Oraz różne inne potrzebne do życia urządzenia. Wieś Lisków zmieniła się w zasadzie od razu, w niewiele lat stała się miejscem gdzie rozkwitała kultura i oświata, gdzie powstała dobra szkoła i sierociniec. Usłyszawszy czego dowiedzieli się jego wysłannicy, Stefan Bratkowski, jak twierdzi mój znajomy, zakazał rozgłaszać te wieści i przestał interesować się fenomenem księdza Blizińskiego. I tak ksiądz prałat, którego dzieło sławne było na całą II Rzeczpospolitą nie stał się bohaterem wyobraźni masowej i nie został wciągnięty do panteonu gierojaw ekonomiczieskiego truda. Znany jest lokalnie, w Kaliszu i okolicach, a w samym Liskowie jego pamięć kultywuje się w sposób niezwykły i poważny. Jasne jest, że nikt w całej Polsce nie sięgnie po przykład księdza Blizińskiego, by pokazać jak powinna wyglądać wzorowa gospodarka wiejska, bo i komu to jest potrzebne w epoce sklepów wielkopowierzchniowych. Ponieważ jednak Kościół uczy przykładem, nie można tego znakomitego przykładu pominąć. Dlatego od dziś w naszej księgarni prezentujemy wspomnienia księdza Wacława Blizińskiego zatytułowane „Wspomnienia mego życia i pracy”. Tom zawiera liczne fotografie, a poprzedzony jest wstępem kardynała Stefana Wyszyńskiego. To nie koniec. Bo trzeba Wam wiedzieć, że dziś w Liskowie proboszczem jest inny znany nam ksiądz, a mianowicie ksiądz Andrzej, który wydaje kwartalnik „Okno wiary”. Tak to się wszystko ładnie plecie. W dzisiejszej rzeczywistości ekonomicznej, dużo bardziej opresyjnej niż w czasach księdza prałata, nie ma już ani w Liskowie, ani gdzie indziej miejsca na podobnie rewolucyjne inicjatywy jak spółdzielnia czy towarzystwo ubezpieczeniowe. Konkurencja zaś, z którą dziś przyszłoby się mierzyć to nie miejscowi pośrednicy, którzy podporządkowali sobie rynek trzech czy czterech powiatów ściągając z okolicy całą żywność, ale wielkie, światowe koncerny. Nie znaczy to wcale, że nie mamy brać przykładu z księdza Wacława. Bo i poza handlem i spółdzielczością jest sporo do zrobienia…” (coryllus – Ksiądz, który wykiwał żydów)

„…Bardzo wyraźnie względem pracy społecznej duchowieństwa wypowiada się Ksiądz Arcybiskup Bilczewski: Mojem najgorętszym pragnieniem, aby kapłani wszędzie byli ojcami ludu, starającymi się nie tylko o niebo dla swych parafian, ale także i obfity chleb doczesny i mieli serce pełne miłości dla wszystkiego, co lud obchodzi, co go cieszy i boli. Pragnę, aby w każdej parafii była biblioteka parafialna, a w każdej wsi czytelnia. Pragnę, aby każda parafia miała swoją kasę raiffeisenowską, swoje sklepiki chrześcijańskie i pożyteczne kółka rolnicze.

W innym liście pasterskim czytamy: Od was kochani bracia zależeć będzie, jaki obrót weźmie ta sprawa. Jeżeli zabierzecie się do niej energicznie i mądrze, nie żałując trudu i grosza, powiedzie się z pewnością i nie małe pożytki przyniesie ona dla dobra Boga i Ojczyzny naszej, a najpierwej dla gromady, to jest dla polskiej rodziny. Jeśli przeciwnie nie przyłożycie ręki do tej organizacji, wymawiając się nadmierną pracą, brakiem środków, albo ciemnotą i niechęcią parafian, przyjdą wkrótce wrogowie i przyprowadzą swoją organizację, z którą potem walczyć będzie trudno. Ufam jednak, że nie masz w diecezji ani jednego duszpasterza, któryby tego rozporządzenia nakładającego ścisły obowiązek, nie chciał realizować…” (coryllus – Przemówienie księdza Prałata Wacława Blizińskiego w seminarium duchownym w Wilnie)

podobne: Kościół katolicki a wolny rynek. Wysokie podatki to grzech oraz: Prof. Mieczysław Ryba: Rola Kościoła Katolickiego w kształtowaniu elit w XIX i XX wieku.

„…Ten, kto umie posługiwać się światłem Ewangelii, zapewni i strawę dla ducha i korzystniejsze warunki społeczne dla zdobywania chleba. Nawet kubek wody, podany w imię Chrystusa, nie pozostaje przecież bez nagrody

…Ksiądz Wacław powoli, cierpliwie, wytrwale, nie zrażając się przeciwnościami, przełamywał wątpliwości mieszkańców Liskowa i okolicy. Gdy czcimy jego pamięć, powinniśmy jednocześnie uczcić i pierwszych Liskowian, z którymi on pracował. Ksiądz Wacław wyczuł geniusz ukryty w Ludzie Polskim i odkrył jego niezwykłe możliwości, jeżeli tylko przez pracę, wychowanie, przykład i umiejętną organizację potrafi się tymi wrodzonymi wartościami pokierować i uznać je za dar Stwórcy.

Ksiądz Wacław szukał w najbliższym otoczeniu takich właśnie ludzi i znalazł ich. Może na początku nie rozumieli go, ale mu zaufali i zawierzyli. Bo mówił do nich kapłan katolicki, który kierował się nie interesem własnym, ale miłością ludu i słowami Chrystusa: „Żal mi tego ludu”… – „Wy im dajcie jeść” (por. Mt 15, 32-14, 16).

Właśnie dzisiaj w całej Polsce czytany jest list Episkopatu, wydany z okazji 80-lecia ogłoszenia Encykliki Leona XIII, zaczynającej się od słów Rerum novarum cupiditas – „Pragnienie nowych rzeczy”. Jest ona poświęcona warunkom bytowania ludzi pracujących, zwłaszcza świata robotniczego. Słowa papieża Leona XIII są niezwykle aktualne dla dzisiejszego świata. Korzeniami swymi sięgają jednak daleko, aż do Betlejem, do „Krainy Chleba”, gdzie narodziło się Słowo, które stało się Ciałem i Pokarmem. Kościół nie po raz pierwszy zajął się warunkami bytowania ludzi pracujących. Encyklikę Rerum novarum ożywia ten sam duch Ewangelii Chrystusowej – „Żal mi tego ludu”. – „Godzien jest pracownik zapłaty swojej”. – Tym duchem żył także Ksiądz Wacław.

Pamiętamy wszyscy przypowieść o robotnikach w winnicy. Chrystus karze właścicielowi winnicy zapłacić wszystkim po denarze, nawet i tym, którzy pracowali tylko jedną godzinę. Bo chociaż nikt ich nie najął przez cały dzień, to jednak i w tym dniu musieli wyżywić siebie, swoje dzieci i cała rodzinę. Zdawałoby się, że jest to tylko przypowieść. Ileż w niej jednak głębi myślowej, nie tylko filozoficznej, jak i nawet ekonomicznej i gospodarczej! Oczywiście Ewangelia nie jest traktatem o gospodarowaniu. Jest objawieniem Prawdy Bożej, przyniesionej przez Chrystusa od Ojca, który jest w niebie. Jest pouczeniem, jak mamy przejść przez ziemię do Ojca, który jest w niebie. Ewangelia ma przedziwną właściwość przenikania duchem Bożym serc ludzkich. Pobudza nas do wyjścia z siebie i spotkania się z innymi, do podania im dłoni, do uśmiechu życzliwego, do podzielenia się chlebem, do służenia radą i wszechstronną pomocą.

Chociaż więc Ewangelia nie jest traktatem ekonomicznym, czy systemem gospodarczym, ale jako Dobra Nowina, Duchem Bożym ma przenikać wszystkie – a więc i ekonomiczne – dziedziny życia ludzkiego i usprawnić je tak, aby człowiek człowiekowi był bratem i dzielił się z każdym sercem i chlebem…” (coryllus.pl – Kazanie Księdza Kardynała Stefana Wyszyńskiego Prymasa Polski)

podobne: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? i to: Ks. Jacek Gniadek: Kościół niczego nie narzuca. Wiara zasadza się na dobrowolności czyli… wolność religijna i ekonomiczna.

„Niechaj każdy postępuje według własnego zdania. Co do mnie oświadczam, iż uznałem za słuszne, aby wszystko, co tylko jest najcenniejszego służyło celebrowaniu Eucharystii Świętej. Skoro zgodnie ze słowem bożym i nakazem Proroka do złotych kielichów, złotych flaszeczek i małych moździerzy ze złota zbierano krew kozłów, cieląt i czerwonej jałowicy, o ileż bardziej przystoi używać naczyń ze złota, szlachetnych kamieni i wszystkiego co uchodzi za cenne wśród stworzenia, kiedy mamy przyjąć w krew Jezusa-Chrystusa. Ci, co nas krytykują, twierdzą, iż do składania ofiary wystarczy świętość duszy, czystość myśli i wierność intencji, i zgadzamy się, że w istocie to właśnie liczy się przede wszystkim. Stwierdzamy jednak również, iż zewnętrzne ozdoby naczyń świętych także należą do posługi, a już szczególnie do posługi Ofierze Świętej, którą należy sprawować w całej czystości wewnętrznej i w całej szlachetności zewnętrznej”

Suger przeznaczył całe bogactwa klasztoru, aby jak najpełniej zrealizować tę myśl ale także dla chwały króla Francji, który był jego dobroczyńcą i przyjacielem. W latach 1135-1144 przebudował całkowicie kościół opacki. Suger opisał swoje dzieło w dwóchtraktatach: „O zarządzaniu” i „O konsekracji” możemy więc prześledzić jego zamysły, plany i idee jakimi się kierował. Dla Sugera kościół ponad wszystko dziełem teologicznym opartym na Theologia mystica św. Dionizego, patrona opactwa. Bezpośrednią inspiracją zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego był dla Sugera traktat O hierarchii niebieskiej-O hierarchii kościelnej. Główną jego myślą było stwierdzenie, że Bóg jest światłem.

„W tej światłości początkowej, nie stworzonej i stwórczej, uczestniczy wszelkie stworzenie. Wszelkie stworzenie otrzymuje i przekazuje światło boskie wedle swojej możności, to znaczy zależnie od szczebla, jaki zajmuje na drabinie istot, zależnie od poziomu na jakim umieściła je w hierarchii myśl boża. Wywiedziony ze światła wszechświat sam wysyła potoki jasności, a światło emanujące z Istoty Pierwszej Wyznacza nieodmiennie miejsce wszystkiemu, co stworzone. Ale też i wszystko zespala. Jako więź miłości przenika świat, jest ładem i spójnią, ponieważ każda rzecz jest w mniejszym lub większym stopniu tego światła odbiciem, irradiacja ta aż z samych głębin ciemności nieprzerwanym łańcuchem odblasków pnie się ku górze, zmierza z powrotem do źródła swojego promieniowania. W ten sposób świetlisty akt stworzenia sam z siebie ustanawia ruch powrotny, który po stopniach prowadzi ku Istocie niewidzialnej i niewysłowionej, z której się wywodzi.”

„Wszystko wraca do Niej przez rzeczy widzialne, które, im wyżej w hierarchii umieszczone, tym lepiej odbijają jej światło. I tak to co stworzone, po szczeblach analogii i współzgodności wiedzie do tego co przedwieczne.”

Tę koncepcje Suger zmaterializował w nowej sztuce, a kościół który według niej wzniósł był jej wzorem…

…Suger został regentem królestwa kiedy Ludwik VII w połowie XII wieku wyruszył wraz z rycerstwem na wyprawę krzyżową. Zdobycie Ziemi Świętej i wyzwolenie z rąk niewiernych Grobu Chrystusa, było wydarzeniem wywierającym ogromny wpływ na ówcześnie żyjących ludzi. Odkrywano jego ludzką część, stąpano po ziemi po której on chodził, gdzie triumfował i został umęczony. To był Chrystus człowiek i król, w koronie i pełni człowieczeństwa. W takim kontekście relikwie męki pańskiej, które w klasztorze Saint-Denis złożył kiedyś Karol Łysy, nabierały innego znaczenia. Następowało zjednoczenie obrazu Boga wiekuistego jaśniejącego oślepiającym blaskiem swej potęgi, nad którym medytowali mnisi w zakonach, i tego Boga-Człowieka żywego, Chrystusa z opowieści ewangelicznych.

Wspaniale widać to od razu u wejścia do kościoła. Trzyczęściowy portal, wyobrażający Trójcę Świętą, jest wyznaniem wiary przeciwstawiającym się wszelkim heretyckim rozważaniom na ten temat, jakie w XII wieku były bardzo żywe. Jednak zgodnie z nowym spojrzeniem na Boga największą cześć oddaje on jednej z postaci Trójcy, Chrystusowi, która w czasach wypraw krzyżowych jest postacią centralną. Następują więc zmiany w przedstawianiu tej postaci podkreślające jego człowieczeństwo: kolumny staja się posągami królów i królowych ze Starego Testamentu, podkreślając królewskich przodków Jezusa. Jedna w tym przybytku finansowanym i wspieranym przez króla, jednocześnie są one też wyrażeniem majestatu królewskiego Kapetyngów.

Katedry gotyckie nie powstałyby gdyby nie krucjaty i rekonkwista Hiszpanii oraz wielki dorobek intelektualny islamu, a za jego pośrednictwem także starożytnej Grecji, o jakim ówczesny świat chrześcijański nie mógł nawet marzyć. W Toledo mnisi francuscy podążający na francuskimi w większości rycerzami, natychmiast zaczęli tłumaczyć księgi arabskie i zawarte w nich tłumaczenia z greki. W szkołach jakimi stały się katedry pojawiły się traktaty logiczne Arystotelesa dając nowe narzędzie dialektyczne.

„Wszechświat przestaje być zespołem znaków, w którym gubi się wyobraźnia, przyjmuje kształt logiczny i misją katedry jest odtworzyć ten kształt, wszystkiemu, co widzialne, wyznaczając właściwe miejsce.”

Drugą zdobyczą krucjat jest matematyka, znacznie bardziej rozwinięta w kręgu kultury islamu dzięki temu co przejęli oni od Greków. Na użytek szkoły w Chartres przetłumaczono Euklidesa, Ptolomeusza i traktaty algebraiczne. Ale już kościół w Saint-Denis został zbudowany według prawideł geometrii i arytmetyki, a plany sporządzano korzystając z rysunku technicznego i kompasu. Nowa architektura była więc wolna od empiryzmu stylu romańskiego, co dawało nowe możliwości planowania przestrzeni większych, smuklejszych i pełniejszych światła. To nauka liczb pozwoliła na wynalezienie w Paryżu pod koniec XII wieku łuków przyporowych aby jeszcze wyżej wznieść nawę paryskiej Notre-Dame.

„Sztuka Francji, która wykwitła ze szkoły katedralnej, chętnie u podwalin swoich świątyń umieszczała wizerunek siedmiu sztuk wyzwolonych. Od końca XII wieku była to sztuka logików. Wkrótce miała stać się sztuką inżynierów.”…

całość tu: Agnieszka Staf – Bóg jest światłem, a Suger to przedstawił

podobne: Surowość zdyscyplinowanej łagodności katolicyzmu św. Franciszka i Inkwizycji, kontra rozpasana bezwzględność anglikanizmu doby elżbietańskiej („Łowcy księży”) oraz: Plankt na śmierć Bolesława Chrobrego. Święci i sprawiedliwi: królewicz Kazimierz Jagiellończyk i Joanna d’Arc (Kaczmarskiego) i to: Templariusze. Słudzy Kościoła walczącego. Wyprawy krzyżowe i islamski dżihad

Vladimir Kush – Divine Geometry

„…W ostatnim stuleciu starożytności wielu pisarzy (…) zbierało razem, może półświadomie i harmonizowało poglądy bardzo odmiennego pochodzenia, budując synkretyczny model nie tylko z elementów platońskich, arystotelesowskich i stoickich, lecz także z pogańskich i chrześcijańskich. Ten model wieki średnie przyjęły i udoskonaliły. Mówiąc o udoskonalonym Modelu jako dziele, które można postawić obok Summy i Komedii, miałem na myśli to, że może on udzielić podobnego zadowolenia umysłowi i po części z tych samych przyczyn. Jak te utwory jest on na ogromną skalę, ale organiczny i zrozumiały (…) Jego zawartość, choć bogata i urozmaicona pozostaje w harmonii. Widzimy jak wszystko łączy się ze wszystkim, stanowiąc jedność nie w płaskiej równości, lecz w hierarchicznej drabinie. Można by przypuszczać, że to piękno Modelu jest widoczne głównie dla nas, którzy już nie przyjmujemy go za prawdę i którym wolno na niego patrzeć – albo, którzy jesteśmy zmuszeni nań patrzeć – jakby to było dzieło sztuki. Ale ja wierzę, że tak nie jest. Uważam, że istnieją obfite dowody na to, iż dawał on głębokie zadowolenie, gdy jeszcze weń wierzono.

Jak widać na podstawie przytoczonego fragmentu model o jakim tu mowa z pozoru wydawać się może równie chaotyczny jak układ uliczek w średniowiecznym mieście. Elementy, które się nań składają, mogą wywoływać poczucie dezorientacji: filozofia grecka, pogańskie wierzenia, a w końcu nowa chrześcijańska religia. Jednak to właśnie ta ostatnia była azymutem dla całości i łączyła te różne aspekty przeszłości europejskiej w jedność, w Model właśnie.

Harmonia wynika tu ze spójności osiągniętej dzięki podporządkowaniu wszystkich elementów jednej, nadrzędnej idei. Co więcej Model ten, który nam wydawać się może oparty na błędnych przesłankach, czy też przesłankach połączonych w jedno na błędnych zasadach, oparty był w głównej mierze na wierze, inaczej niż w modelu, jaki przyjmujemy współcześnie – modelu racjonalnego myślenia łączącym przyczynę ze skutkiem. Jednak w jednym jak i w drugim przypadku element wiary jest obecny; wierzymy przecież, iż nasze naukowe metody pozwalają na zrozumienie świata, jesteśmy o tym przekonani, chciałoby się rzec „święcie”, podobnie jak o właściwości swego Modelu przekonani byli myśliciele średniowieczni. Model, o którym pisał Lewis, oparty jest o zasadę hierarchii; jedność rzeczy nie jest widziana w „płaskiej równości, lecz w hierarchicznej drabinie”. Hierarchia jest widoczna również w miejskiej przestrzeni; domy mieszkalne, warsztaty, czy sklepy, nie są wszak tak ważne, jak Dom Boga na ziemi – katedra. Katedra stała się kamienną księgą, w której zapisano średniowieczną wiedzę o świecie i wiarę w jego boski ład. Jednocześnie katedra była odbiciem Modelu, a to oznaczało, iż jej estetyka nie wynikała jedynie z religii, ale miała fundamenty w głębokich pokładach pogańskiej filozofii i pogańskich wierzeniach wykorzystanych przez średniowiecznych ku chwale Jednego Boga.

Średniowiecze pozostawało pod dużym wpływem filozofii platońskiej i neoplatońskiej (właśnie platońska myśl okazała się szczególnie „użyteczna” dla nowej religii, która wszak potrzebowała oparcia w filozofii). I tak dla Platona piękno oznaczało przede wszystkim proporcje, inaczej ład, inaczej harmonię, co z kolei Platon przejął od filozofów pitagorejskich: „zachowanie miary i proporcji jest zawsze piękne” – powiada Platon – „brzydota jest brakiem miary”. Dla Pitagorejczyków istotna była przede wszystkim harmonia dźwięków; tak jak w plastyce (także architekturze) istniała złota proporcja – kanon, tak w muzyce pewne melodie były bezkonkurencyjne i były nazywane nomoi. Tak zwana Wielka Teoria Piękna została poddana krytyce dopiero u schyłku epoki starożytnej przez Plotyna. Plotyn nie zaprzeczał, iż piękno leży w proporcji i układzie części, ale sądził, że nie wyłącznie w nich. Argumentował tak: „Po pierwsze gdyby tak było, jak chce Wielka Teoria, to jedynie przedmioty złożone, mające części, mogłyby być piękne; a tymczasem światło, gwiazdy, złoto są piękne, choć nie są złożone. Po wtóre, piękno proporcji pochodzi nie tyle z nich samych, ile z duszy, która przez nie się wypowiada, i jak mówi Plotyn, „prześwieca”.

Teoria Plotyna, rozwinięta następnie przez Pseudo-Dionizego jest dla moich rozważań szczególnie istotna, gdyż miała wielki wpływ na architekturę późnego średniowiecza, architekturę gotycką. Pseudo-Dionizy – anonimowy pisarz z V wieku – znalazł dla tej dualistycznej zasady lapidarną formę: „proporcja i blask” to elementy tworzące piękno. W XII wieku opat Saint-Denis – Suger „podjął próbę precyzyjnego określenia religijnego celu, jaki przyświecać miał budowlom i dekoracjom miejsc kultu. W swej biografii zawarł Suger, pozostający pod silnym wpływem teologii mistycznej Pseudo-Dionizego Areopagity, wykład symboliki światła. Według tej doktryny każde dzieło stworzenia otrzymuje illuminati i przekazuje ją, w stopniu zależnym od swych możliwości. Dusza ludzka, przebywająca w nieprzejrzystej materii, pragnie powrotu do Boga. Może to osiągnąć jedynie za pośrednictwem dających się zobaczyć przedmiotów, które na kolejnych poziomach hierarchii coraz lepiej emanują swe światło”. Koncepcja ta z czasem stała się podstawą dla rozwiązań architektonicznych gotyku. Od Chartres po Salisbury i Strasburg zaczęły powstawać strzeliste katedry, których wertykalna konstrukcja podkreślała sakralny charakter budowli, jej związek z tym, co poza sferą profanum. Diafoniczność formy, możliwa dzięki wykorzystaniu zdobyczy architektonicznych, umożliwiła rozświetlenie wnętrza; ogromne przeszklone przestrzenie pozwalały na uobecnienie owego claritas – blasku, jaki stanowił symbol samego Boga. Główna nawa kościoła przebiegała na linii wschód – zachód, prezbiterium, mieszczące ołtarz główny znajdowało się od strony wschodniej, co posiadało symboliczny charakter; u ołtarza rodziło się światło; natomiast wejście do świątyni, czyli próg między profanum a sacrum, znajdowało się od zachodu, do którego to wierny musiał odwrócić się plecami, aby stanąć twarzą w kierunku świętości, Boga objawiającego się w blasku.

Najmniejszy szczegół świątyni posiadał swe symboliczne znaczenie, począwszy od rzeźbionej elewacji zewnętrznych ścian (na ścianach zewnętrznych często przedstawiano demony, także w kształcie rzygaczy, oznaczające sferę profanum); poprzez portal tworzący nad wejściem tympanon wypełniony płaskorzeźbą ukazującą Chrystusa Tronującego, aż po dekorację rzeźbiarską wnętrza. „Rzeźby, barwne witraże, mozaiki na posadzkach przemieniają rozległe domy Boże w świetliste i migoczące budowle, podobne do tej, jaką Suger chciał mieć w Saint-Denis. Równocześnie jednak pionowe filary, skromne, ozdobione jedynie roślinnymi lub geometrycznymi rysunkami kapitele, kadencja regularnych krzyżujących się ostrosłupów, robiły na wchodzących do świątyni wrażenie jedności i powściągliwości”. Katedra była domem Boga na Ziemi, Boskim Jeruzalem, odbiciem Boskiego ładu, jakiego trudno było oczekiwać w średniowiecznym świecie, szczególnie zaś w średniowiecznym mieście, będącym przestrzenią gęsto i bezładnie zabudowaną, zamieszkałą przez różnego rodzaju element społeczny, trawioną przez zarazy…” 

fragment rozprawy doktorskiej Barbary GłydaMiasto – architektura – ciało człowieka. O przestrzeniach władzy

podobne: Równość czy hierarchia? Które jest bliższe ideału? oraz: W poszukiwaniu stwórcy, czyli… Naturalne i nadprzyrodzone poznawanie świata.  i to: Bogacz potężniejszy od władców czyli… sztuka dzielenia się pięknem

„…Pojęcie światła to coś pośredniego między ideą Platona, zwłaszcza ideą Dobra, a pojęciem bytu, a może raczej formy, Arystotela. W końcu, Tomasz Lundulf z Akwinu, który miał zostać według planów tatulka opatem benedyktyńskim, ale olał to i został bratem żebrzącym, ten cholerny grubas, zwany wołem w kolegium, nagle bez uprzedzenia zamienia się w baletnicę, co jo godom, w motylka i z tego napięcia między ideą a bytem, w tym swoim fantastycznym piruecie, wypuszcza w świat nie tylko nowe pojęcie bytu, ale i to bez czego bytu być nie może – istnienie.
Uszczypnij się panie bracie, pani siostro, i przekonaj – istniejesz. Twoje zmysły nie mylą twego umysłu, a pierwszy akt umysłu to nie reakcja rozdrażnionego pawiana, żeby ugryźć, ale prawie nieświadomy, jak samo oddychanie, tzw. sąd egzystencjalny: „To jest”. Boli więc jestem, jam jest. I to jest to światło, konkret katedry, każdego jej szczegółu wg Sugera, każdego detalu wszechświata. Niestety albo na szczęście światło niewidzialne dla zmysłów, zapośredniczone jedynie przez feerie fotonów, a nawet będące ciemnością dla poznania naturalnego, bo nic więcej nie da się powiedzieć o tym „jest coś”, można studiować sposób bytowania, ale nie oddzieli się istnienia od formy tego danego bytu, ono jest zabetonowane w formie na amen, nieodwołalne.
Sąd „jest coś” jest subtelny, jak powiew zefiru, i niewzruszony jak mur albo słup. I tu się zaczyna, choć niekoniecznie, tylko dla chętnych lub powołanych, nie mistycyzm, czyli spekulacje, ale mistyka, czyli łup łbem o słup, o słup, który dla Egipcjan był ciemnością, dla Izraelitów oświecał ich reditus, zwany mylnie exodusem — Jestem który jestem, święte imię Najwyższego, ukryte w Imieniu Zbawcy…” (magazynier 10 marca 2017)

*

Jeśli nie ma wizerunków nie ma komunikacji wśród ludzi. To proste przełożenie. Słowo to komunikacja góra-dół, kapral-szeregowy. Dopiero wizerunek wobec którego wszyscy są równi, bo jest o jednakowo wzruszający, bogaty i piękny powoduje, że wszyscy są równi przed Panem. (coryllus)

**

Nie podobała się jednak światu owa równość, i tak oto reewoluujemy od światła do…. „oświecenia” (pod władzę „tego który nie przepuszcza żadnej okazji”), prosto pod bezlitosny walec (koło) historii, która nas „wyrówna” inaczej… Najpierw „runą mury” kościołów i katedr… o tak Francja – burzenie kościołów… (Odys)

„…Oto ogłoszono, że Francja chce usunąć z kalendarza święta katolickie i zastąpić je muzułmańskimi oraz żydowskimi. Święto to jest część rytuału i trudno sobie wyobrazić, by poważni ludzie oddający cześć Bogu i wychowani w określonej tradycji zgodzili się akceptować zasady swojej wiary tylko częściowo, bo tak im pozwala republika. Zechcą więc zapewne wymusić na republice dalsze ustępstwa, które podkreślałby wagę ich tradycji w wymiarze publicznym jeszcze mocniej. Tylko niewiele osób zdaje sobie sprawę, że tak zwana swoboda myśli i przekonań właściwa jest tradycji chrześcijańskiej. Pozostałe zaś, wymienione tu wyznania, to są po prostu rządy tajnych sądów kapturowych, opartych o bardzo surową regułę religijną. W zapisach tej reguły nie ma na przykład miejsca na wyobrażania w jakikolwiek sposób postaci Boga i ludzi. Ktoś powie, że istnieje kultura świecka. Nie istnieje. To jest jasne i tylko największym durniom wydaje się, że jest inaczej. Nie istnieje żadna kultura świecka, bo jej utrzymanie jest w wymiarze prostej praktyki codziennej za drogie. Kultura świecka, żeby funkcjonować musi podpierać się terrorem. Nie ma wyjścia i to było ćwiczone wielokrotnie. Bez terroru ludzie rozejdą się w różne strony i skończy się kultura świecka. Nie wiem dlaczego ludziom się zdaje, że tym razem będzie inaczej. Francja zaś stoi właśnie przed wyborem – albo terror muzułmański, albo terror świecki. Republika nie obroni swoich tak zwanych zdobyczy, bo nikt jej urzędników nie rozumie już dziś po co miałby ich bronić. Poza tym za organizacjami religijnymi, którym republika chce przychylić nieba, ustawią się wkrótce w kolejce inne organizacje, rządy i korporacje, zainteresowane rozwaleniem republiki i przejęciem jej aktywów. Jesteśmy w sytuacji analogicznej do sytuacji w Rosji przed I wojną światową. Wszelkie ustępstwa na rzecz rewolucji powodują nasilenie terroru. Nie można jednak zrezygnować z ustępstw, bo do nich nakłaniają sojusznicy polityczni, którzy obiecują różne rzeczy, jak to na przykład zażegnanie kryzysu ekonomicznego czy inne jakieś historie. To nie są żadni sojusznicy, ale ludzie czekający na poważny kryzys, żeby się poważnie obłowić. Tak było wtedy i tak samo będzie teraz…

…Jesteśmy więc o krok od oficjalnego zanegowania wartości tej sztuki, a stanie się to poprzez zanegowanie rytuałów chrześcijańskich. Po cóż republice te zbiory, skoro nie wyróżnia się niczym chrześcijaństwa? Bo są osadzone w historii państwa? Ale teraz rozpoczyna się nowy rozdział tej historii, znacznie poważniejszy niż poprzednie i on zmieni to państwo na zawsze, tak jak zmieniła je rewolucja 1789 roku…” (coryllus – Co się stanie ze zbiorami sztuki chrześcijańskiej?)

podobne: Europa muzułmańska, „Państwo Islamskie” i prawdziwa twarz Islamu: broń w rękach imperialistów, terroryzm, idea rewolucji, czy też religia jak inne? oraz: Koneczny: „Walka trwa, póki jedna z walczących cywilizacji nie zostanie unicestwiona” czyli… Co łączy masonerię z inwazją islamu na Europę (rozmowa z dr Stanisławem Krajskim). i to: Wewnętrzna sprzeczność czyli… państwo i wolność. a także: Kultury dobre i złe, oraz prowokacje i profanacje czyli… obrzydzanie sztuki przez socjalistów. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu

Lucian Stanculescu – Burning Faith

O stawianiu wozu przed wołem czyli o treściach ukrytych naprawdę. „Pokot”, „Wielka Lechia”, „słowiańszczyzna” i folklor jako propaganda specjalnej (o Polaków) troski


Witold Pruszkowski - Ofiarowanie korony Piastowi

Witold Pruszkowski – Ofiarowanie korony Piastowi

„…Winnicki i narodowcy, spotkali się właśnie z przedstawicielami Serbołużyczan, a Winnicki wręcz pisze o tym, że to są Słowianie, co wytrwali przez setki lat pod niemieckim butem. Nazwanie Winnickiego idiotą, to jest w tym wypadku gruby komplement. Jedną z gorszych pomyłek jakie może popełnić człowiek aspirujący do polityki jest pomylenie tejże z folklorem. Serbołużyczanie zaś to tacy sami Niemcy jak ci z Berlina, na okoliczność wizyt turystów zaczynają czasem gadać po swojemu, a w Bad Muskau i Weiswasser są te tabliczki z napisami słowiańskimi, ale to niczego nie zmienia. Za komuny żyło im się jak u Pana Boga za piecem, a teraz jest pewnie jeszcze lepiej. Jaka jest ich misja polityczna? Pewnie jakaś transmisja złudzeń i może jakichś groszaków dla polskich narodowców szukających słowiańskich korzeni.

W tej formule, w której mieszczą się mniejszości takie jak Serbołużyczanie czy RAŚ, a już wkrótce mniejszość ukraińska na Dolnym Śląsku, najciekawsze jest to, że lewica, jaka by nie była, chce mieć do dyspozycji społeczeństwo multi kulti, a jednocześnie wyznaczać pewnym grupom granice etniczne. Liderzy tych grup, działający jak psy Pawłowa, czynią to samo – wyznaczają swojej grupie granice etniczne, a następnie zaczynają popierać multi kulti. O co chodzi? O to co zwykle jest istotą polityki imperialnej wobec słabszych – o likwidację wszystkiego co ma choć pozór autentyzmu i zastąpienie tego pięknie wyglądającym folklorem…” (coryllus – Kto jest największym bohaterem Solidarności)

„…Folklor zastępujący sprawy istotne, to cecha polityki imperiów wobec narodów słabszych. Po ilości więc organizacji folklorystycznych czynnych na danym terenie poznajemy, że wielcy o nas nie zapomnieli. Dlaczego jak tak źle odnoszę się do ONR? Bo wiem, z dobrego źródła, że na sto tysięcy ludzi liczącym marszu niepodległości organizacja ta nie zebrała nigdy więcej jak 15 tysięcy złotych. Mniej pewności mam co do spenetrowania ONR przez policję i inne różne organizacje gwarantujące bezpieczeństwo, ale taką hipotezę także postawię. O co więc chodzi mieszkańcom Hajnówki? Oni też chcą być folklorem. Trudno w to uwierzyć, ale to prawda. O niczym ludzie ci nie myślą z takim ciepłem w oczach, jak o tym, że zostaną wreszcie oficjalnie przez wszystkie ważne czynniki uznani za etnos wrośnięty korzeniami w Puszczę Białowieską. Etnos zaś to jest co prawda folklor, ale o wiele bardziej poważny niż maszerujący ulicami chłopcy z zielonymi flagami. Etnos bowiem służy do kwestionowania praw własności. To jest jego funkcja podstawowa, z której on sam, ani piszący w jego imieniu petycje idioci nie zdają sobie sprawy. Nie zdają sobie bo są folklorem przeznaczonym do zmiany stosunków własności na jakimś terenie, a te zmienia się nie po to przecież, by sobie jakiś etnos zwiększył stan posiadania….Tak się może wydawać jakimś frajerom, oni jednak za swoje frajerstwo płacą zwykle pierwsi. Tego się niestety żadnemu przedstawicielowi etnosu wyjaśnić nie da, on to może zrozumie, a może nie, dopiero wtedy kiedy przyjdzie do noży. No, ale to już będzie grubo za późno…” (coryllus – Granice etniczne w świecie multi kulti)

podobne: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona. O patriotyzmie słów kilka. oraz: Jak honor (w Wersalu) i etnos (w Rydze) kresów Polskę pozbawiły czyli… Piłsudski, Dmowski, Żydzi i patriotyzm na Targu (Kaczmarskiego) i to: Wojna Informacyjna: Kto komu narzuci narrację? Rosyjska propaganda specjalnie dla Polaków, Sputnik wylądował. Rząd chce blokować wrogie inwestycje. Słowo o agenturze wpływu a także: Jacek Kaczmarski: „Według Gombrowicza narodu obrażanie” do grafiki „Polak Hobbitem Europy” i jeszcze: Marsz „Polski dla Polaków” i antypolska histeria w „zagranicznych” mediach dla których nacjonalizm to rasizm. polecam również: Do przyjaciół narodowców. Naród a państwo czyli… Ile jest z narodowca w socjaliście?

„We wspomnieniach Alberta Speera, które bardzo lubię, jest taki wątek. Oto Mussolini, od samego początku inwestuje w badania archeologiczne w Rzymie i okolicach, wyciąga z ziemi różne ciekawe rzeczy z marmuru, a to rzeźby, a to jakiś detal architektoniczny, a to coś ze złota. Himmler już po dojściu NSDAP do władzy chce mieć podobne sukcesy i trochę wbrew Hitlerowi, który woli nowoczesną architekturę, zaczyna grzebać w ziemi niemieckiej. Jego celem jest udowodnienie, że wielkość Germanii i jej historia w niczym nie ustępują wielkości i historii Italii. Himmlera interesują głównie starożytności, ale efektem jego prac jest odsłonięcie kilku kamienno-drewnianych grodzisk i jakieś złomki z brązu. Himmler jest szczęśliwy, bo uważa, że znalazł skarby kultury, a Hitler jest wkurzony, bo uważa, że Himmler skompromitował go w oczach Mussoliniego. Nijak bowiem nie idzie porównać tego co ma w muzeum Mussolini z tym co wykopano z ziemi niemieckiej…

Narracja historyczna zawsze pozostaje służebna wobec doktryny państwa, tej zaś, jak wiemy nie ma. Jeśli więc pojawiają się narracje konkurencyjne, możemy w ciemno zakładać, że są one wrogie państwu i jego obywatelom. Tym bardziej, że nie opierają się na żadnej realnej podstawie. Ktoś gdzieś coś przeczytał, a ktoś inny coś zobaczył i stwierdził, że to na pewno pojazd kosmiczny.

Jeden z komentatorów przywołał tu na blogu znalezisko archeologiczne zwane wazą z Bronocic. Tam wyobrażono rzekomo wóz na kołach, a waza pochodzi sprzed 3 tysięcy lat. No i ten wóz na wazie oznacza, że tu była wielka cywilizacja. I cóż tu rzec? Archeologowie Mussoliniego nawet by nie zauważyli, że pęta im się pod nogami jakaś waza z Bronocic. Może, jakby mieli dobry humor, wysłaliby ją Himmlerowi w prezencie. Co tam widać na tej wazie? Sami zobaczcie https://pl.wikipedia.org/wiki/Waza_z_Bronocic To co według mnie wygląda jak bróg na siano, postawiony na łące, według archeologów jest wozem na kołach, widzianym oczywiście z góry przez przelatujący nad Bronocicami pojazd kosmiczny z wielkiej Lechii, która stworzyła niezwykłą cywilizację. Ta waza ma świadczyć właśnie o tym, jak wielką była niegdyś nasza rodzima cywilizacja. Dlaczego ludzie podejmują dyskusję na tematy, które ich nie dotyczą, dlaczego nie mając ani krzty istotnych informacji i nie szukając potwierdzenia w źródłach, usiłują polemizować z tym co nazywają „oficjalną nauką”, a czego nawet nie dotknęli?…

…I tak właśnie doszliśmy do początków wielkiej Lechii i początków starożytnej wielkości naszej….aha, ile osób znajdujących się na sali widziało w rzeczywistości ten dukat Łokietka, proszę podnieść ręce do góry. Pewnie tyle samo ile widziało geny Lechitów i Braminów i miało okazję porównać jedne z drugimi…

…wszystkie te gawędy o wielkości minionej pojawiają się w momentach jawnej opresji. To znaczy, albo pod zaborami, albo za komuny jak jest rocznica 1000 lecia państwa. Żaden szlachcic mieszkający w I RP nie przejmował się ani Mieszkiem I, ani tym bardziej wielką Lechią. Dlaczego? Bo był u siebie i nie było mu to do niczego potrzebne. Dziś, cały ten obszar ekscytacji służy tylko temu, by co słabsze umysły zepchnąć wprost w szaleństwo. Źródło tego szaleństwa bije dokładnie w tym samym miejscu, w którym poi swoje koniki Agnieszka Holland opowiadając nam później o złych białych, heteroseksualnych mężczyznach, którzy zabijają dobre zwierzątka, a wszystko to błogosławi podły ksiądz. Różnice są pozorne, ale większość ludzi tego nie chce dostrzec. To żarcie bowiem jest tak smakowite, że nie mogą przestać przeżuwać.” (coryllus – Jak towarzysz Gomułka stworzył Wielką Lechię)

„…Jakieś 120 lat temu po lasach Dolnego Śląska z zapałem wędrowała szlachetna młodzież niemiecka w poszukiwaniu przedchrześcijańskich korzeni : różnych „runów”, „Eddy” (starożytny język germański?) aby oczyścić się z tego chrześcijańskiego „zaśmiecenia duszy”. Działo się to w ramach ruchu pod nazwą DieVölkische Bewegung. Założycielom chodziło m.in do powrotu do „mitologii germańskiej” i „pogańskiego niemieckiego światopoglądu”. Kto za tym stał, można się domyślać. Wymienia się Thule Gesllschaft i różnych okultystów w rodzaju Dietricha Eckarta, który podobno zdołał przed śmiercią w 1923 r. zrobić z Hitlera okultystę.

Dziwnie mi to przypomina te różne „słowiańskie pogańskie przedchrześcijańskie obrzędy” stręczone młodzieży za kasę z budżetu i z ‚zagranicznych fundacji”. No i te różne „runy” dziwnie mi przypominają tę „wazę z Bronocic” (pink panther 18 lutego 2017)

„…Archeologia to niestety z samej natury rzeczy wiedza fragmentaryczna. Tak naprawdę mimo 150 lat regularnych badań archeologicznych na świecie wiemy o pradziejach zaskakująco mało. Dowodem może być nierozstrzygnięta sprawa pochodzenia języków indoeuropejskich: mnogość nieudowodnionych hipotez raczej zaciemnia sprawę, niż ją rozjaśnia. Są oczywiście prowadzone badania genetyczne szczątków ludzkich z wykopalisk, ale trzeba zawsze pamiętać, że pochodzenie jakiejś populacji jest czym innym niż pochodzenie ludu, języka, czy kultury. Tymczasem ta cała prasłowiańska mitologia w ogóle się tym wszystkim nie przejmuje. To, co jej zwolennicy piszą o religii Słowian pochodzi wprost z bałamutnych prac XIX-wiecznych romantyków. A trzeba pamiętać, że posuwali się oni nawet do oszustw, takich jak sfabrykowanie tzw. kamieni mikorzyńskich, czy posążków z Prillwitz. Nawet słynny Światowit ze Zbrucza jest bardzo dyskusyjny i nie wiadomo kiedy powstał, może być również nowożytnym fałszerstwem. Więcej to ma wspólnego z jakąś ezoteryką i antychrześcijańską ideologią, niż z czym innym.” (Stalagmit 18 lutego 2017)

„…Narracja pogańska wciskana nam – to jest ta sama narracja, co wciskana ruskim. Też są wianki, giezła z wzorkami i wielka Ruś, Lechia czy inne, dedykowane lokalnemu rynkowi produkty. Jakieś popłuczyny Kraft durch Freude, wole mocy itd.

Logika wydarzeń i narracji jest prosta, jak konstrukcja cepa. Skoro dla naszych wrogów Średniowiecze to okres nędzy, katolickiej opresji i zacofania – a okres poprzedzający Chrzest Polski – okresem prosperity i rozwoju – to nie może w tej pogańskiej narracji być inaczej, niż tak, iż to Kościół „załatwił ” Polskę, zwana Lechią. Czyli – budowanie pozytywnego obrazu „Lechii” i legendy o tym, iż genetycznie, językowo, geograficzne i gospodarczo byliśmy panami świata – służyć może jedynie deprecjonowaniu roli Kościoła w I RP oraz obecnie – i temu służyNie byłoby tak, gdyby nie obowiązujący mem o Średniowieczu i Kościele, czyli okresie po pogaństwie. Ale nie po to ten mem konstruowano, by go nie eksploatować.
Oczywiście oczekiwany rezultat ostateczny jest znany – utrata własności, niewolnicza praca, socjalizm – a dla obeznanych z bronią – postępowanie uproszczone – anonimowy dół i kula w łeb…” (Wolfram 19 lutego 2017)

podobne: „Na sumieniu Polski ciąży wiele grzechów przeciwko sobie, ale ani jeden przeciwko innym narodom.” Aleksijewicz: człowiek postsowiecki jest agresywny i bezwzględny oraz: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom?  i to: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego polecam również: Mesjanizm i człowiek sowiecki w polskiej duszy i jeszcze: Tropem Wikingów. PAN zbada DNA polskich władców. Badania nad rewelacjami Paula Russella. Definicja IIIRP wg. Marka Stefana Szmidta

„…zarzucono mi, że mieszam rzeczy ciekawe i ważne, to znaczy Wielką Lechię, jakże dla niektórych uwodzicielską, z bełkotem Agnieszki Holland. To jest coś niesamowitego, że ktoś w ogóle pomyślał w ten sposób i z faktu istnienia kilku władców przedchrześcijańskich zrobił sobie taką trampolinę, która ma go wyrzucić hen ku jakimś sukcesom. Nasze osobiste sukcesy nie zależą bowiem od odkryć archeologicznych czy badań archiwalnych, szczególnie, że te są problematyczne. Wielka Lechia ma jedynie wymiar terapeutyczny, a lepiej będzie rzec narkotyczny i służy obciążaniu umysłów słabszych treścią nie dającą się zweryfikować. Treścią, która w dodatku w żaden sposób nie może zmienić ani niczyjego życia, ani zweryfikować żadnego potocznego mniemania na istotne kwestie. Mieszanie więc jej z bełkotem Holland nie jest jakimś wielkim przewinieniem jak mniemam. Tym jest ono mniejsze, że na weryfikację czeka mnóstwo treści świeższych niż Wielka Lechia. Treści, które są naprawdę istotne dla zrozumienia historii i naszej obecnej sytuacji…

…Jak wiecie, a może nie pamiętacie tego już, cała potęga gospodarcza I RP stała na kilku filarach. Były to – handel zbożem, solą, wyrobami stalowymi, czerwcem polskim i wołami. Zaczynamy od wołów, bo taka akurat książka została napisana dawno temu, a autor zawarł w niej wszystkie nasze najskrytsze przemyślenia dotyczące szantaży politycznych jakim Rzeczpospolita poddawała Niemcy, w związku z handlem wołowiną właśnie. (…) Stanęliśmy u początku drogi, która poprowadzi nas od okrywania treści ukrytych przed naszymi oczami naprawdę.” (coryllus – O treściach ukrytych i jawnych)

„…stada pędzone przez południowe obszary Rzeczpospolitej, liczyły dziesiątki tysięcy sztuk. Woły pędzono z Mołdawii, Wołoszczyzny, Ukrainy, a sprzedawano w Rzeszy, we Francji, a nawet w Londynie. Do dalekich miast płynęła już, rzecz jasna wołowina, zasolona w beczkach. Woły bowiem szlachtowano nad Wisłą, skąd mięso spławiane było do Gdańska i nad Odrą w Brzegu, skąd transportowano je do Szczecina. Wołowina była dla Rzeczpospolitej skutecznym narzędziem politycznego szantażu. Kiedy cesarz Karol V, próbował ingerować w relacje pomiędzy królem Zygmuntem a Albrechtem Hohenzollernem, Kraków zagroził Niemcom wstrzymaniem dostaw wołowiny. Przepędy wołów były pretekstem do dokonywania miliardowych nadużyć i oszustw. Jan Baszanowski opisuje ciągnący się latami proces przeciwko Jakubowi Fuggerowi, który był największym importerem wołowiny w Rzeszy, początku XVI wieku, na sprawę wezwano ponad 1000 świadków. Autor, nie łamiąc konwencji dzieła naukowego przedstawia nam świat fascynujący i niedostępny dziś zmysłom, ze względu na to, że handel wołami, na którym opierała się potęga Rzeczpospolitej nie znalazł swojego miejsca w popkulturze. Spróbujmy więc dziś tu przywołać choć częściowo ten niezwykły klimat wielkich interesów, wielkiej polityki i ogromnych zysków.” (Handel wołami w Polsce do kupienia w księgarni coryllusa)

…tak oto zamiast Kościołowi mamy wierzyć okultystom i „słowianom”… Zamiast promować udokumentowany sukces I Rzeczypospolitej mamy się grzebać w garnkach niewiadomego pochodzenia… A zamiast pędzenia i odcinania kuponów od handlu wołami, mamy być jak te woły pędzeni i obdzierani ze skóry przez obcych… tam gdzie oni chcą… (Odys)

podobne: (NIE)odpowiedzialni za państwo. Dwa oblicza Sarmatów i Quincunx Orzechowskiego czyli Wielka Polska Katolicka  oraz: Wacława Sobieskiego „Pańska buta” do „Rokoszu” Jacka Kaczmarskiego. Szlachta (nie) pracuje! i to: Unia w Horodle jako dziedzictwo polskości, oraz Feliks Koneczny o Polsce między Wschodem a Zachodem. Czy można być cywilizowanym na dwa sposoby?

rys. Tomasz Bereźnicki

Środa Popielcowa, Wielki Post i dobry rachunek sumienia


Francisco Goya - The Repentant Saint Peter

Francisco Goya – The Repentant Saint Peter

WIOSNA W LITURGII

«Oto nadchodzi Twój dzień, w którym wszystko na nowo rozkwitnie; obyśmy także odnowieni przez łaskę mogli śpiewać nową pieśń».
Powyższe słowa hymnu wielkopostnego stanowią hasło życia Kościoła w tym okresie. Mamy odnowić nasze życie duchowe przez udział w życiu Chrystusa zmartwychwstałego. Wielki Post jest przygotowaniem na największą uroczystość roku kościelnego, ale jest również zapoczątkowaniem naszego udziału w misterium wielkanocnym. Okres Wielkiego Postu to okres wytężonej pracy duchowej i obfitego wylewu łaski Bożej.

ŚWIĘTA CZTERDZIESTNICA

Oficjalna nazwa Wielkiego Postu brzmi «Swięta Czterdziestnica* (Quadragesima). Okres 40-dniowy został uświęcony w dziejach zbawienia. Mojżesz przebywał 40 dni na rozmowie z Bogiem; Eliasz odbył 40-dniową pielgrzymkę do góry Horeb. 40 lat trwała wędrówka Izraelitów do Ziemi Obiecanej, aż do zupełnego odnowienia narodu przez wymarcie pokolenia, które buntowało się przeciw woli Bożej. Wreszcie Syn Boży poprzedził swoją działalność 40-dniowym pobytem na pustyni, spędzonym na modlitwie i poście. Za przykładem Zbawiciela Kościół poświęca 40 dni na odnowienie życia duchowego swoich dzieci.

IDŹ PRECZ SZATANIE

Św. Leon uczy nas: Jak długo żyjemy w śmiertelnym ciele, stary nieprzyjaciel nie przestanie zakładać sideł grzechowych, najwięcej zaś będzie się srożył przeciw członkom Chrystusa wtedy, gdy mają oni obchodzić największe Tajemnice. W walce z duszami szatan wykorzystuje nieład wprowadzony w naszą naturę przez grzech pierworodny. W Wielkim Poście mamy ćwiczyć się w zwyciężaniu pokus przez modlitwę, post i jałmużnę.

POCHYLCIE GŁOWY WASZE PRZED BOGIEM

Okres Wielkiego Postu jest czasem modlitwy, w najpełniejszym znaczeniu czasem obcowania z Bogiem. Przez modlitwę nabywamy pokory, uznajemy bowiem naszą zależność od Boga, naszą słabość i grzeszność.
W okresie Wielkiego Postu mamy się zajmować «słowem, które pochodzi z ust Bożych», czytając Pismo święte i słuchając kazań. Ponieważ nie możemy spędzić 40 dni w oderwaniu od świata, odprawmy przynajmniej krótsze rekolekcje. Przede wszystkim bierzmy udział w liturgii.

NIE SAMYM CHLEBEM ŻYJE CZŁOWIEK

Główne wyrzeczenia, które nakazuje Kościół w Wielkim Poście, to post i powstrzymywanie się od zabaw. Mamy je praktykować, aby przywrócić ład wewnętrzny, którego pozbawia nas nieumiarkowane użycie pokarmów, napojów i rozrywek, oraz aby wynagrodzić Bogu za grzechy własne i bliźnich. Wielki Post jest to «post uroczysty», publiczny i oficjalny, post całego Kościoła. Prefacja wielkopostna wysławia jego zbawienne skutki. Kościół w modlitwach swoich codziennie powołuje się na tę ofiarę swoich dzieci. Kto nie może zachować przepisów o poście w całej rozciągłości, niech stara się ofiarować Bogu to, co może. Poza ograniczeniem pokarmu polem naszych wyrzeczeń mogą być inne dziedziny naszego życia. «Jeśli podejmuje się umartwienie, żeby ująć w karby źródło podniet cielesnych, to najbardziej pożądany jest ten rodzaj wstrzemięźliwości, który wytrzeźwi z przewrotności samą wolę i zamorzy nieuczciwość w postępowaniu. Taki post mogą zachować nawet chorzy, nie wyłączając całkowicie obezwładnionych» (św. Leon).

JAŁMUŻNA ZAKRYWA NIEPRAWOŚCI

Szatan niejednokrotnie kusi chrześcijan, podobnie jak kusił Chrystusa: Będziesz miał dostatki, będziesz miał zaszczyty, jeżeli odstąpisz od prawa Bożego. Aby zahartować wolę na takie pokusy, powinniśmy się ćwiczyć w wyrzekaniu się doczesnej korzyści. Dlatego w Wielkim Poście mamy praktykować jałmużnę. Posty chrześcijan mają porastać tłustością zasług przez hojne jałmużny i opiekę nad ubogimi. To, co odejmujemy sobie, obracamy na chorych i biedaków. Przyłóżmy się do tego, aby wszyscy jednymi usty błogosławili Boga. Grzechy, zmazywane wodą chrztu albo łzami pokuty, mogą być zmazywane także przez jałmużnę. Boć Pismo mówi: jak woda gasi ogień, tak jałmużna gasi grzech (św. Leon).

KU ŹRÓDŁOM ŻYCIA

Liturgia wielkopostna często zwraca się do katechumenów, którzy przygotowują się do przyjęcia Chrztu św. na Wielkanoc. W pierwszych wiekach Kościoła obrzędy, które poprzedzają samo udzielenie sakramentu, były rozłożone na cały Wielki Post, a odbywały się zwykle w środy. Dlatego czytania tych dni odnoszą się w szczególny sposób do katechumenów, których i dzisiaj Kościołowi nie brakuje, zwłaszcza na terenach misyjnych. Wszyscy ochrzczeni przygotowują się w Wielkim Poście do odnowienia przymierza zawartego z Bogiem na Chrzcie świętym. Pouczenia liturgii pomagają im zrozumieć znaczenie Chrztu św. i przypominają wypływające z niego zobowiązania.

ROZDZIERAJCIE WASZE SERCA

Istotną cechą uroczystości paschalnej jest powszechna radość w Kościele z powodu odpuszczenia grzechów (św. Leon). Do XII w. publiczni grzesznicy musieli zasługiwać na rozgrzeszenie publiczną pokutą, która trwała niekiedy przez kilka lat, a w Wielkim Poście była zaostrzona. Dopiero po odprawieniu zadośćuczynienia otrzymywali w Wielki Czwartek odpuszczenie grzechów. Obecnie praktyka publicznej pokuty nie istnieje, ale Kościół wzywa wszystkie swoje dzieci, aby rozważając Mękę Pańską oczyszczały się przez szczerą skruchę i uczynki pokutne. Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty wasze, nawróćcie się do Pana Boga waszego (Jl 2, 13). Wszyscy wierni zobowiązani są dążyć do całkowitego wyzwolenia się z grzechu i pełnej czystości duszy, należy zatem dołożyć starań, aby usunąć z serca najtajniejsze nawet skazy i oczyścić duszę ze wszystkiego, co tłumi jej jasność (św. Leon).

***

Posypywanie głów popiołem powstało w związku z praktyką publicznej pokuty. W Środę Popielcową pokutnicy wyznawali grzechy i przywdziewali włosiennice, a biskup posypywał ich głowy popiołem. Po odmówieniu psalmów pokutnych biskup wydalał ich ze świątyni przy śpiewie słów, którymi Pan Bóg zapowiedział Adamowi wygnanie z raju. Po ostatnim upomnieniu przez biskupa zamykano drzwi zostawiając pokutników na zewnątrz. Dzielili się oni na cztery grupy, zależnie od stopnia winy. Najniższą stanowili «płaczący», którym nie wolno było wchodzić do kościoła. Pozostawali oni na dziedzińcu i ze łzami prosili wchodzących o modlitwy. Na drugim stopniu byli «słuchający», którzy stojąc razem z katechumenami w przedsionku świątyni słuchali pouczającej części Mszy świętej. Pokutnicy trzeciego stopnia, «klęczący», zajmowali miejsce w głównej nawie i po wyjściu słuchających otrzymywali błogosławieństwo biskupa. Pokutnicy czwartego stopnia «stojący», mieli prawo uczestniczyć w całej Mszy świętej, ale byli wyłączeni od Komunii św. Pokutnicy byli zobowiązani do surowych praktyk pokutnych, przez które mieli zadośćuczynić za grzechy i dać dowód poprawy. Pojednanie pokutników z Kościołem odbywało się w Wielki Czwartek.
Z czasem także inni wierni zaczęli poddawać się obrzędowi posypania popiołem. Papież Urban II na synodzie w Bonewencie w roku 1091 rozszerzył ten obrzęd na wszystkich wiernych.
Popiół jest symbolem znikomości świata oraz pokory i pokuty. Poddając się obrzędowi posypania głów popiołem, uznajemy publicznie naszą grzeszność i wyrażamy chęć poprawy. Na mocy zasług Kościoła otrzymujemy pomoc Bożą do gorliwego odbycia Wielkiego Postu…

z MSZAŁU RZYMSKIEGO. Przekład Polski i objaśnienia opracowali o.o. Benedyktyni z Opactwa Tynieckiego, Poznań 1963.

Dobry rachunek sumienia jest warunkiem dobrej spowiedzi – więc co brać pod uwagę aby takowy przeprowadzić? Wypowiedź ks. Prałata Romana Kneblewskiego z archiwum portalu PCh 24 –  Dobry rachunek sumienia [Tuba Cordis]

podobne: Środa Wielkiego Tygodnia. Zdrada Judasza według bł. Katarzyny Emmerich i to: W sercu Kościoła. Ks. prof. Waldemar Chrostowski laureat Nagrody Ratzingera 2014: „Jezus żyje w swoim Kościele, to życie jest zabezpieczone przez wierność Tradycji” polecam również: „Ta, która depcze węża” i „Ten, który mówi jak orzeł” czyli… Hernan Cortes, ofiary z ludzi i cud nawrócenia Azteków i jeszcze: Człowieku XXI wieku uświadom sobie tę najstraszliwszą prawdę, o której wiesz ale za wszelką cenę chcesz zapomnieć… Piekło i jego władca Szatan istnieją oraz: Descensus ad inferna. bł. Anna Katarzyna Emmerich i kilka szczegółów o zstąpieniu Jezusa do otchłani a także: „Upadek Featona” czyli… właściwy kierunek.

Antonio Ciseri - Pokutująca Magdalena

Antonio Ciseri – Pokutująca Magdalena

„Ta, która depcze węża” i „Ten, który mówi jak orzeł” czyli… Hernan Cortes, ofiary z ludzi i cud nawrócenia Azteków


Mariusz Lewandowski - Nina, Pinta, Santa Maria

Mariusz Lewandowski – Nina, Pinta, Santa Maria

„…Ofiary z ludzi były w rozumieniu Azteków niezbędne dla prawidłowego funkcjonowanie ich „kosmosu”, zaś wymogi tak pojmowanej mechaniki jego działania powodowały konieczność codziennego składania ofiar. Ten krwawy rytuał nazywali Aztekowie składaniem „kwiatów dla bogów”. Aby zapewnić ciągłość rytuału musieli stale podejmować wyprawy wojenne, ale nie w celu złupienia bogactw, tylko dla zdobycia jeńców z przeznaczeniem ich na ofiary. Celem takich wypraw było złapanie jeńców żywcem, zatem technika ich ujęcia polegała na ogłuszaniu (pałkami) lub obezwładnianiu (chwytanie w sieci). Przy specjalnych okazjach organizowano masowe zabójstwa. Taką okazją było na przykład oddanie do użytku w 1487 roku, wybudowanej w Tenochtitlan – stolicy imperium azteckiego, Wielkiej Piramidy na szczycie której umieszczono dwie świątynie, każdą dla jednego z wymienionych wcześniej głównych bóstw. W czterodniowej, szaleńczej orgii ludobójstwa, zamordowano wówczas kilka, a może nawet kilkanaście tysięcy ludzi[7]. Dla wspomnianych już bóstw składano ofiary z mężczyzn. Natomiast ofiary z kobiet składano dla bogini Tonantzin, której ośrodek kultu znajdował się na wzgórzu zwanym Tepeyac, położonym na peryferiach Tenochtitlanu. Nazwa tego bożka w języku nahuatl, ówczesnym lingua franca Mezoameryki, oznaczała „matkę bogów”. Zwano ją również Cihuacoatl (Coatlicue), czyli małżonką węża. Nie zapomniano w tej kwestii także o dzieciach, które składano na ofiarę bożkowi deszczu, nazywanemu Tlaloc, który „preferował” zwłaszcza niemowlęta. Ofiary przed uśmierceniem odurzano, wprowadzano lub transportowano na szczyt piramidy, gdzie kapłani obsydianowymi nożami otwierali im klatkę piersiową i wyrywali serce, które natychmiast wrzucali, jako własciwą ofiarę, do specjalnej kamiennej misy przy ołtarzu bożka. Następnie ciała ofiar były zrzucane po stromych schodkach piramidy, których kąt nachylenia oraz rozmiar był tak dobrany, że ciała musiały spadać na sam dół siłą bezwładu, grawitacji i momentu pędu. Po odcięciu głów, z których budowano gustowne piramidy, resztę zciał przeznaczano na rytualny posiłek.
Po okrzepnięciu Azteków w roli hegemona ludów Doliny Meksyku, czyli od drugiej połowy XV stulecia, przeznaczano na codzienną ofiarę krwiożerczym bożkom średnio od kilkunastu do kilkudziesięciu istnień ludzkich.
W zarysowanym wyżej kontekście staje się zrozumiałe, że usiłowania Hiszpanów, aby pobitych i upokorzonych Indian Meksyku skłonić do wiary w Boga, który przed swoją śmiercią został skatowany i tak skrwawionego przybito do krzyża, czyli że to Bóg był ofiarą, a nie kimś, komu składano ofiary, nie mogły przynieść żadnego skutku. Z punktu widzenia Indian religia Hiszpanów była po prostu absurdalna. Co więcej, zwłaszcza przedstawiciele arystokracji azteckiej odnosili się do niej z nieukrywaną pogardą. I nie pomagało to, że franciszkanie nauczyli się narzecza tubylców, aby łatwiej krzewić pośród nich wiarę chrześcijańską. Niektórzy z zakonników zdobyli się nawet na wyrwanie sobie siekaczy, aby poprawnie wypowiadać syczące wyrazy języka nahuatl. Wszystko to zdało się na nic. Mur pogardy, nieufności, niezrozumienia i odmowy wydawał się nie do pokonania. Ale niezadługo po upadku władzy Azteków pojawiła się rysa w tym murze, w następstwie której on runął.

Niezbyt daleko od Wielkiej Piramidy znajdującej się w mieście Tenochtitlan, mniej więcej w odległości 10 kilometrów od jej stromych schodów, w wiosce Cuauhtitlan mieszkał chłopiec wywodzący się z plemienia Chichimeków o imieniu Cuauhtlatohuac (Cuauhtlatoatzin), co w narzeczu nahuatl oznaczało: „Ten, Który Mówi Językiem Orłów” (Ten, który mówi jak orzeł) W roku oddania „do użytku” Wielkiej Piramidy miał 13 lat. W roku 1523 został on ochrzczony w kościele wzniesionym na ruinach Wielkiej Piramidy i przyjął imię Juan Diego (Jan Jakub). Razem z nim także jego żona przyjęła chrzest oraz imię Maria Lucia. Juan Diego miał wówczas lat 48. W niedzielę 9 grudnia 1531 roku udawał się do parafii w miejscowości Tlatelolco[8], aby uczestniczyć w liturgii mszy świętej. Droga wiodła starą groblą dochodzącą do wzgórza Tepeyac[9]. Na tym wzgórzu, w dniach od 9 do 12 grudnia 1531 roku, czterokrotnie, dzień po dniu, objawiła się przed Juanem Diego Dziewica Maryja, Matka Boga, jak według jego relacji sama się przedstawiła. Matka Boża prosiła, aby przekazał kapłanom i wiernym, iż jej życzeniem jest, aby w tym miejscu, na tym wzgórzu wybudować kościół. Na dowód, iż objawienie nie było skutkiem przywidzenia lub samookłamywania się Juana Diego, któremu biskup diecezji nie chciał dać wiary w treść orędzia, Maryja Panna pozostawiła znak na należącej do Indianina wierzchniej części ubrania, zwanej tilma [10]. W trakcie czwartego, ostatniego objawienia, Matka Boża nakazała Juanowi Diego narwać świeżo zakwitłych róż, które nigdy nie rosły na tym wzgórzu, będącym królestwem kamieni, kaktusów, cierni i ostów, zawinąć je w tilmę i rozwinąć ją w obecności biskupa. Siedziba biskupa znajdowała się w mieście Meksyku (dawnyTenochtitlan). Obowiązki biskupa pełnił franciszkanin, ojciec Juan de Zumarraga pochodzący, podobnie jak Cortés,z hiszpańskiej Estramadury. Po rozwinięciu tilmy przed biskupem i w obecności kilku innych świadków, obecni ujrzeli spod kwiatów róży wizerunek przedstawiający postać młodej kobiety o brązowo-oliwkowym obliczu, ze złożonymi do modlitwy rękami, która okryta była od głowy do stóp niebieskim (lub morskiej zieleni) płaszczem o orientalnym wzorze, na którym widoczne były gwiazdy, stojącą na ramionach indiańskiego chłopca z orlimi skrzydłami. Wokół postaci widoczne były otaczające ją złote promienie słoneczne [11]…

…Wizerunek na tilmie należącej do Juana Diego jest wystawiony dzisiaj w barokowej bazylice[13] w mieście Meksyk, której budowa została ukończona w 1976 r., i został do niej przeniesiony ze znajdującej się obok, starej, grożącej zawaleniem się świątyni. Wszystkie dotychczas przeprowadzone badania wizerunku nie dały odpowiedzi, jaką techniką został naniesiony na płótno z agawy, przy czym wykluczono, iż jest on naniesiony technikami malarskimi. Nie stwierdzono bowiem by do jego wytworzenia użyto farb organicznych lub mineralnych. Z kolei farby syntetyczne zaczęto produkować ok. 300 lat po powstaniu wizerunku. Płotno z agawy w meksykańskim klimacie wytrzymuje co najwyżej kilkanaście lat, a potem ulega samoistnej biodegradacji. W przypadku wizerunku zachowuje ono swoją strukturę bez żadnych widocznych uszkodzeń od kilkuset lat. I to pomimo nieustannego okadzania dymem niezliczonych świec. Ale nie mniej ważny wydaje się inny znak, będący skutkiem objawień Maryi Panny na wzgórzu Tepeyac. Znakiem tym jest jedyne w dziejach świata nawrócenie się, poprzez przyjęcie chrztu w obrządku katolickim, , przez osiem do dziewięciu milionów Indian, które nastąpiło w okresie kilku zaledwie lat po opisanych objawieniach. Indian, którzy jeszcze kilka lat wcześniej nie marzyli o niczym innym, jak o tym, by ugotować w kakao i pożreć Hiszpanów. I to wszystko stało się w czasie, gdy na Starym Kontynencie Reformacja oderwała osiem milionów chrześcijan od Rzymu i Matki Bożej, a islamscy Turcy odebrali chrześcijaństwu Bałkany. To jest ten największy znak i cud związany z objawieniem Dziewicy Maryi na ziemi skrwawionej ludobójstwem, pohańbionej ludożerstwem i eksterminacją…” (unukalhai – Morenita)

podobne: Całun Turyński – fakty i mity oraz: Europa muzułmańska, „Państwo Islamskie” i prawdziwa twarz Islamu: broń w rękach imperialistów, terroryzm, idea rewolucji, czy też religia jak inne? i to: Surowość zdyscyplinowanej łagodności katolicyzmu św. Franciszka i Inkwizycji, kontra rozpasana bezwzględność anglikanizmu doby elżbietańskiej („Łowcy księży”) a także: Tuba Cordis: Czy Pan Jezus i Matka Boska byli Żydami? czyli… Hebrajczycy, Żydzi, Chazarowie. Judaizm a Chrześcijaństwo. Kościół Katolicki „nowym Izraelem” polecam również: Templariusze. Słudzy Kościoła walczącego. Wyprawy krzyżowe i islamski dżihad

Giovanni Gasparro – The Woman clothed with the Sun (from The Vision of St. John on Patmos)

Giovanni Gasparro – The Woman clothed with the Sun (from The Vision of St. John on Patmos)

Zbiór IPNu w POłowie zastrzeżony oraz polscy prawnicy na niemieckich stypendiach czyli… kłótnia w rodzinie i Bolek jako ofiara spiralnej teorii dziejów.


Adam Wycichowski niewolnik - proszę wstać

Adam Wycichowski niewolnik – proszę wstać

„…Do 31 marca trwa przegląd materiałów z udziałem przedstawicieli IPN oraz służb. Jeżeli służby zgłoszą jakieś wnioski, co do niektórych materiałów, że mają być one tajne, to dyskutować będzie nad nimi komisja w składzie m.in. wiceprzewodniczący kolegium IPN prof. Cenckiewicz, dyrektor Archiwum IPN Marzena Kruk. I albo przychyli się ona do tych sugestii ze strony służb, albo nie. Ostateczną decyzję czy utajnić dany materiał podejmie prezes IPN. I to się stanie najpóźniej do 16 czerwca tego roku, takie są ustawowe terminy. Jest jeszcze kwestia inwentarza archiwalnego, który znajduje się na stronie internetowej, a w ciągu najbliższego miesiąca zostaną rozszerzone opisy się w nim znajdujące. Opublikowanie tego inwentarza nakłada na nas ustawa z marca 2010 roku. On po części jest już opublikowany na naszych stronach, ale teraz znajdzie się tam jeszcze więcej informacji, dzięki którym każda osoba będzie mogła w łatwiejszy sposób dokonywać kwerend. Będzie w tym inwentarzu owo zamieszczony m.in. pełny tytuł teczki. Dotychczas w przypadku akt o charakterze osobowym podawano tylko dane identyfikacyjne, nie wykazywano rodzaju materiału archiwalnego…

…Pamiętajmy, że znaczna część materiałów byłej bezpieki została zniszczona w latach 1989-1990. Skala zniszczeń jest różna w zależności od regionu, największa w Gdańsku – ponad 90 proc. materiałów operacyjnych. Natomiast jeśli by się pojawiły to z pewnością najciekawsze byłyby te, które dotyczyłyby końca lat 80. i tego w jaki sposób dokonywano tego, co nazywamy transformacją. W jaki sposób ludzie systemu komunistycznego nie stracili swoich wpływów po 1989 roku, a wręcz zwiększyli je w niektórych sferach życia publicznego w Polsce.” (Czartoryski-Sziler • wpolityce.pl – Prezes IPN o zbiorze zastrzeżonym)

„…Czy to RAZWIEDUPR, czy to WSI – wszyscy oni pożądają informacji o określonym ciężarze gatunkowym, no i nie tylko informacji, ale i działań – bo agentura, to również agentura wpływu. Z tego powodu agentury raczej nie lokuje się w środowisku gospodyń domowych, tylko tam, gdzie rozmaite pomysły przekształcają się w obowiązujące prawo, a więc – w konstytucyjnych organach państwa, następnie tam, gdzie kontroluje się kluczowe segmenty gospodarki, tam, gdzie decyduje się o śledztwach – komu zrywamy paznokcie, a komu nie, tam, gdzie wydaje się wyroki, czyli w niezawisłych sądach i wreszcie tam, gdzie kształtuje się masowe nastroje, a więc w niezależnych mediach głównego nurtu, przemyśle rozrywkowym i innych środowiskach opiniotwórczych. Dysponując tak uplasowaną agenturą można nie tylko ręcznie sterować wszystkimi segmentami państwa, ale nawet wszystkimi segmentami życia publicznego. Skoro takie rzeczy wiemy nawet my, biedni felietoniści, to cóż dopiero bitne generały, które tymi Wojskowymi Służbami Informacyjnymi kierowały? Toteż jestem pewien, że podaną przez pana doktora Cenckiewicza (ostatnio Kukuńkowi wylęgła się w głowie kolejna „koncepcja” – że mianowicie Cenckiewiczów jest Legion – bo obwieścił, że jego syn popełnił samobójstwo za przyczyną „Cenckiewiczów”) liczbę 2500 agentów bez obawy przesady można pomnożyć co najmniej przez 10, a może nawet – przez 15. Ta agentura nie podlega już żadnej lustracji, bo nawet gdyby dokumenty dotyczące jakiegoś konfidenta znalazły się w Zbiorze Zastrzeżonym, to Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która ma ostatnie słowo w sprawie ich ujawnienia pod pretekstem dbałości o „bezpieczeństwo państwa”, z całą pewnością do ujawnienia tych dokumentów nie dopuści. Oczywiście „bezpieczeństwo państwa” to tylko taki pretekst, bo tak naprawdę chodzi o utrzymanie i umocnienie wpływu bezpieczniackich watah na struktury państwa, o utrwalenie okupacji państwa przez bezpieczniackie watahy…” (Stanisław MichalkiewiczOdgrzewane kotlety)

„…W kwestii lustracji i publikacji zawartości archiwów tajnych służb byliśmy zbyt długo wodzeni za nos, aby nie stawiać pytania, czy przypadkiem i tym razem nie jest to część jakichś zakulisowych rozgrywek. Odrzucenie lustracji i dekomunizacji na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia, symbolizowane przez tzw. grubą kreskę, było integralną częścią planu George’a Sorosa wobec Polski, tak ochoczo zaakceptowanego przez komunistów. Stąd wszelkie próby dochodzenia prawdy i wymierzania choćby moralnej sprawiedliwości prześladowcom i ich kolaborantom spotykały się zarówno z bezpośrednim, jak i pośrednim bojkotem. Pamiętamy ostrzeżenia Lecha Wałęsy, że jakakolwiek próba rozliczeń doprowadzi do niepotrzebnych podziałów, a nawet do wojny domowej, oraz barwne morały Adama Michnika, że z lustracją jest jak z granatem wrzuconym do szamba, który jednych zabije, a drugich obryzga. Obaj panowie, i nie tylko oni, mieli w tym swój interes.

Pośrednio do zrażenia wielu Polaków wobec rozliczeń z komunistyczną przeszłością i jej skutkami przyczyniła się także chaotyczna publikacja tzw. listy Macierewicza, na której dane ofiar, ich katów i kolaborantów przeplatały się ze sobą bez żadnej różnicy. Ostatecznie doprowadziło to do zawiązania antylustracyjnej koalicji i obalenia rządu Jana Olszewskiego. Antoniego Macierewicza nie da się całkowicie usprawiedliwić, że działał pod presją czasu. Przykładem podobnej publikacji, także pod presją czasu i okoliczności. była tzw. lista Wildsteina. Umieszczenie choćby jednego sprawiedliwego na liście, która w odbiorze społecznym traktowana była jako lista hańby, odbierało tym, którzy ją publikowali, moralną słuszność. Dlatego i tym razem bez entuzjazmu podchodzę do publikacji spisu części odtajnionych materiałów, w których wyraźne rozróżnienie na winnych i pokrzywdzonych ma się pojawić dopiero za miesiąc. Do tej pory może powstać dużo ludzkiej krzywdy, a sama idea lustracji – ulec ostatecznej dyskredytacji…” (ks. Henryk Zieliński • idziemy.pl – Drugie dno)

„…Oczekujący na sensacje i rewelacje, porzućcie nadzieję, bo to się jeszcze może okazać, że zbiór zastrzeżony ustrzeli jakiegoś prawicowego księdza, tudzież podrzędnego działacza PiS i na tym chłamie zbuduje się „narrację”. Dlaczego w takim razie zastrzegli? Powodów może być wiele, od politycznej gry, czyli trzymania w niepewności i karności dawnych TW, po zwykłe lenistwo i brak środków, w końcu to trzeba było usystematyzować, poukładać w katalogach i tak dalej. Takie same wypieki i podniety towarzyszą aneksowi raportu o likwidacji WSI. Tutaj w ogóle bym sobie głowy nie zawracał i powiedzmy sobie szczerze, przy całej odwadze i ciężkiej pracy, jaką wykonał Antoni Macierewicz, jego inklinacje do wyolbrzymiania rzeczy podrzędnych są legendarne i nie pozbawione uzasadnienia. Ostatnią taką wielką akcją miał być żelazny dowód na zdradę Tuska, a skończyło się żałosnym filmikiem znanym od lat, na którym wyraźnie było widać, że nic nie widać, poza Tuskiem i Putinem, którzy wymieniają banały.

Wszystkie duże teczki leżą w Moskwie i jeśli kiedykolwiek wypłyną, to nie wcześniej niż za życia moich prawnucząt. Jedyny pożytek z produkowania straszaków w rodzaju zbiór zastrzeżony IPN i aneks WSI, to dostarczanie rozrywki i konsolidacja części elektoratu PiS, która to część niestety połyka każdą taką płotkę i przerabia na rekina. Szkodą natomiast jest to, że opiera się poważne projekty na bzdetach. Cały czas słyszę, że poradzimy sobie z postkomuną, bo zbiór, bo aneks. Proszę mnie nie rozśmieszać, jest o 25 lat za późno, żeby z tej amunicji ustrzelić grubego zwierza, a strzelanie do szaraczków z armaty przynosi wręcz odwrotne od pożądanych skutki. Nie, nie chcę powiedzieć, żeby w teczkach nie grzebać. Broń Boże, sam grzebałem i grzebał będę, zawsze na jakieś nowe ślady i inspiracje można natrafić. Piszę tylko i aż o tym, że nie będzie cudownego „sezamie otwórz się”, po czym całe zło po PRL padnie pokotem.

Zapomnijmy o takim prostym rozwiązaniu, czego się nie zrobiło ćwierć wieku temu, to się teraz samo nie zrobi i przede wszystkim najważniejsi do „zrobienia” albo już gryzą ziemię albo jak Bolek Wałęsa są żywymi groteskowymi trupami. Pozbyć się PRL możemy tylko w jeden sposób – budowaniem Polski. Nieustannie tematem numer jeden jest reforma sądownictwa, bez czego będziemy dreptać w miejscu…” (matka kurka • kontrowersje.net – Zbiór zastrzeżony to wydmuszka i tak samo wygląda aneks do raportu WSI)

„…Młody Zoll to członek wielu europejskich korporacji prawniczych i wschodząca gwiazda europejskiego prawa, wypromowana przez Niemców, nie pierwsza zresztą. W 2009 r. z inicjatywy von Bara uniwersytet w Osnabrücku uhonorował tytułem doktora honoris causa także prof. Irenę Lipowicz, która w 2010 r. (po śmierci Janusza Kochanowskiego, który zginął w katastrofie smoleńskiej) objęła stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich. Lipowicz w 2006 r. miała być z rekomendacji PO sędzią TK, ale jej kandydatura nie uzyskała wówczas wystarczającej większości. Gdy w 2007 r. PO doszła do władzy, Lipowicz została dyrektorem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej, oczywiście za przyzwoleniem strony niemieckiej. Ona również nie ma najmniejszych problemów z tym, aby zostać wykładowcą niemieckich uczelni czy uzyskać finansowe wsparcie ze strony którejś z potężnych niemieckich fundacji. Na pieniądze i zaszczyty od Niemców mogą liczyć także inni koledzy Rzeplińskiego z prawniczej branży. Przez lata otrzymywał je jego stary „kumpel” – prof. Witold Kulesza, z którym Rzepliński wspólnie stworzył w 1998 r. koślawą ustawę o IPN-ie, uzależniając jego funkcjonowanie od polskich służb (UOP, WSI), albowiem to one w praktyce decydowały o tym, jakie akta i komu mogą zostać udostępnione. Zanim Kulesza został szefem pionu śledczego IPN-u i zastępcą jego pierwszego prezesa – prof. Leona Kieresa, odbył w Niemczech wiele staży naukowych, będąc m.in. stypendystą Fundacji im. Alexandra von Humboldta. W 2004 r. wyszło na jaw, że w IPN-ie brakuje tysięcy dokumentów archiwalnych z prowadzonych kiedyś przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich (poprzedniczkę IPN) śledztw w sprawach dotyczących zbrodni popełnionych w Polsce przez niemiecki Wermacht. Okazało się, że zostały one przekazane Niemieckiej Centrali Ścigania Zbrodni w Ludwigsburgu. Sprawę ujawnił wówczas tygodnik „Wprost”, wskazując jasno, że odpowiedzialnym za to jest właśnie prof. Witold Kulesza. Można było wówczas zadawać pytanie, czy przypadkiem ten „archiwalny dar” dowodzący niemieckich zbrodni w naszym kraju, których IPN nie mógł zbadać, nie był przypadkiem zapłatą za stypendia i granty, jakie Kulesza otrzymywał od Niemców. Na zaproszenia z Niemiec i publikacje w niemieckich wydawnictwach może również liczyć inny kolega Rzeplińskiego, wspomniany już przez nas prof. Leon Kieres, dzisiaj urzędujący sędzia TK.

…Profesorów prawa, którzy są opłacani i nagradzani przez Niemców, jest dzisiaj w Polsce znacznie więcej. Dotyczy to w szczególności tych, których w III RP mianowano prawniczymi autorytetami. Skutek tego jest jednak taki, że nie tylko reprezentują oni niemiecką filozofię prawniczą, ale i są emanacją niemieckich interesów w naszym kraju…” (Dr Leszek Pietrzak • warszawskagazeta.pl – Polscy profesorowie na niemieckim wikcie!)

„…nie chodzi o samego Wałęsę, który kimś ważnym jest już tylko w swojej imaginacji i laudacjach fagasów. Chodzi o to, z kim tak naprawdę zawierali komuniści dil w Magdalence, który na ćwierć wieku określił sposób dystrybuowania w „tym kraju” władzy, majątku i szacunku. Z reprezentantami narodu – czy z własnymi agentami, których wcześniej ogłupionemu narodowi do odegrania tej roli podstawili?
Można też zapytać – a kto na tym dilu wyszedł lepiej: naród, czy ci, którzy go zawierali? Poczęta w Magdalence elita III RP sama musiała odpowiadać sobie na to pytanie co najmniej jednoznacznie, skoro tak rozpaczliwie broniła i broni się przed prawdą o uwikłaniu Wałęsy w początkach lat siedemdziesiątych. Bo przecież, na zdrowy rozum, ta prawda, którą potwierdzili grafolodzy, nie musiała być wcale ustrojową tajemnicą, chronioną przez wszystkie „policje jawne, tajne i dwupłciowe”. Po co było palić teczki, czyścić archiwa pracownicze w stoczni i nawet dokumentację ze szkoły, do której chodził Wałęsa w dzieciństwie, po co było prowadzić „operacje specjalne”, z których jedna skończyła się najprawdopodobniej wysadzeniem przez UOP bloku, w którym mieszkał podejrzewany o przetrzymywanie zaginionych (jak dziś już wiemy, w istocie będących u Kiszczaka) donosów Wałęsy Adam Hodysz, wskutek czego zginęli przypadkowi ludzie?
To, co Wałęsa w kontekście zacierania śladów swej przeszłości wyprawiał u zarania III RP jako jej prezydent, obciąża go znacznie bardziej, niż tych czterdzieści parę donosów i wzięte za nie pieniądze, o których kłamał, że to wygrane w „totka”. I jeśli wierzyć, że sprawa „Bolka” naprawdę się skończyła w 1974, trudno jego postępowanie zrozumieć. Przecież gdyby powiedział o sprawie, przeprosił poszkodowanych, nie byłoby tematu – naród zobaczyłby w nim nawróconego Szawła, jak to dziś usiłuje mu wcisnąć zdychający agit-prop III RP, tyle, że wobec upartego trwania przez Wałęsę w kłamstwie daje to efekt żałosny. 

Widocznie więc na wyrejestrowaniu „Bolka” w roku 1974 się nie skończyło, drogi Watsonie...

Wałęsa został wyrejestrowany, ale „w zainteresowaniu służb” pozostał. Kilka lat później zaczęły na wybrzeżu powstawać Wolne Związki Zawodowe. I gotów jestem się założyć o pieniądze, że jakiś ważny esbek posadzony „na zagadnieniu” WZZ pomyślał sobie – jak na związki to oni tam mają za mało robotników, prawie sami inteligenci, inżynierowie albo baby… Podrzućmy im tam jakiegoś rzutkiego robola, może nawet zrobią go przywódcą. Co my tu mamy… o, „pieniądze przyjmuje bardzo chętnie”, wysokie mniemanie o sobie, zdolności przywódcze… Pogadajmy sobie z tym Wałęsą…

Potem ten esbek musiał być nieraz opierdzielany przez przełożonych, że wyhodował żmiję na esbeckim łonie, bo Wałęsa okazał się cwańszy, niż myślano. Grał na obie strony, jak sam Jewno Azef, a tak naprawdę na siebie. Podrzucili go do stoczni, żeby zgasił strajk, a on się nagle wylansował i wyrósł tak, że choćby SB wyciągnęła swoje haki, nikt by w nie nie uwierzył. Z drugiej strony, cwaniak się jednak bał, nie chciał skończyć jak śp. Tadeusz Szczepański, więc zapewniał komunistów, że tylko dzięki niemu mogą kontrolować sytuację, że muszą go zostawić w spokoju, a on stopniowo pousuwa radykałów i wykończy „ekstremę” – i rzeczywiście to robił…” (Rafał ZiemkiewiczWałęsa, wielki cwaniak)

„pojęcie kapuś w tym przypadku nie oddaje istoty więzi- gość biorąc kasę za określoną pracę stal się pełnoprawnym i pelnowartosciowym ogniwem w strukturze i dla struktury;- to dzięki Bolkowi cały aparat skarbowy III RP został zbudowany na funkcjonariuszach sb [szczegolnie na tych co nie mieli szans przejśc lustracji w innych segmentach] a jakie było uzasadnienie Bolka [zarejestrowane] „Polaków trzeba trzymać za twarz bo zawsze kombinują i tylko ten aktyw to zapewnia” to nie jest problem donoszenia na kolegow to jest problem identyfikowania się z potrzebami środowiska do ktorego go dopuszczono i dzięki któremu żył [od lodowki poczynając] i żyje nadal; to nie jest tylko prosta lojalność – on został awansowany w tych ‚strukturach’ i to wysoko w celu zapewnienia ochrony środowiskowych interesów i interesików; obejrzyjcie nagrania z Wołomina jak się zachowywał podczas bytności jako gość któremu kazano…” (qwerty 1 lutego 2017)

„…nikt poważny nie będzie sobie strzępił języka i przekonywał, że to bardzo źle, kiedy człowiek sprzedaje drugiego człowieka za pieniądze, a potem jeszcze uchodzi za bohatera. Takich rzeczy się zwyczajnie nie tłumaczy, takie rzeczy się po prostu wie, czy nawet czuje instynktownie…

…Bolek Wałęsa jest bardzo potrzebny Polsce, jego obecność w sposób naturalny wyznacza granice konieczne dla prawidłowego funkcjonowania narodu. Zazwyczaj trzeba się sporo napocić, aby poznać człowieka i się nie pomylić. Zdobywanie zaufania jest równie ważne, jak trzeźwość umysłu, która nie pozwala wpaść w łapy oszusta. Ludzie się dzielą, między innymi na godnych zaufania i oszustów, a całe to gderanie o „jedności Polaków”, to z oczywistych względów marksistowski resentyment i mam na myśli odniesienie nie do słownikowej urazy, ale do pojęcia, które sformułował Nietsche. Resentyment, czyli tworzenie fałszywego katalogu wartości i ocen moralnych jako rekompensaty dla własnej małości. Wszyscy mają być równi i jednakowi, dzięki czemu najpodlejsi i najgłupsi mogą się czuć dowartościowani.

Przekładając to na Bolka i naszą narodową dyskusję wraz z narodowymi podziałami, otrzymujemy doskonałe narzędzie. Wystarczy posłuchać i popatrzeć dla kogo Bolek jest bohaterem, a dla kogo zdrajcą i wszystko staje się jasne…” (Matka Kurka • kontrowersje.net – Niech Lech Wałęsa vel „Bolek” na zawsze pozostanie bohaterem, ale ich bohaterem)

„…Jeśli pominąć zwyczajnych idiotów, bo ich istnienia nie można wszak wykluczyć, to jest wyłącznie interes własny. Nie tylko prawda, ale i sam Wałęsa nic ich nie obchodzi. Oni Wałęsą pogardzali już wtedy, kiedy większość ludzi miała go za bohatera – wystarczy przypomnieć co jeden z tych „generałów” mówił już w 1980 roku o „sierżancie w okopach”. Oni bronią siebie, a nie jego, swojej fałszywej legendy, dla której on jest im potrzebny jako spinka, bez której wszystko się rozsypuje. Zwłaszcza Michnikowe „odpieprzcie się od Wałęsy” stawia tu kropkę nad i; znaczy to po prostu: odpieprzcie się od „świętego” Kuronia, Geremka, Mazowieckiego e tutti quanti bożków okrągłostowych, których pomniki macie okadzać po wieczne czasy, a nie bezczelnie zaglądać za kulisy historii i pytać jak było naprawdę. (valser 1 lutego 2017)

„…Dlaczego wywiad wojskowy upodobał sobie w wykreowaniu konfidenta na narodowego bohatera walki z komunizmem, to wydaje się oczywiste tym bardziej, że Lech Wałęsa ani przez moment nie zawiódł nadziei, jakie EAZWIEDUPR z nim wiązał. Podobnie wydaje się oczywiste, dlaczego inne, legendarne postacie, z taką determinacją bronią legendy Lecha Wałęsy. Otóż ta legenda jest jednym z najważniejszych mitów założycielskich III Rzeczypospolitej i na niej, jak na fundamencie, wspiera się konstrukcja pozostałych legend, przypominająca domek z kart. Wiadomo, że wyjęcie chociaż jednej karty powoduje natychmiastowe zawalenie całego domku, więc legendarne postacie muszą bronić legendy Lecha Wałęsy, bo na niej wspierają się ich własne legendy.

No dobrze; im to jest potrzebne, choćby dla dogodzenia miłości własnej, która w przypadku Lecha Wałęsy już dawno przekroczyła granice megalomanii; jak wiadomo, całkiem serio uważa się on za potomka rzymskiego cesarza Walensa – ale po co potrzebne były te legendy wywiadowi wojskowemu? To znowu można wyjaśnić tylko na gruncie mojej ulubionej teorii spiskowej, według której, po spotkaniu M. Gorbaczowa z prezydentem Ronaldem Reaganem w Rejkjaviku, kiedy okazało się, że istotnym elementem nowego porządku politycznego w Europie będzie ewakuacja imperium sowieckiego z Europy Środkowej – otóż po tym spotkaniu, w ramach przygotowań do transformacji ustrojowej (bo dla bezpieki było jasne, że kiedy sowiecki się wycofają, to ten ustrój, jakiego świat nie widział, nie przetrwa ani dnia dłużej), rozpoczęła się selekcja kadrowa w strukturach podziemnych, której celem było wyłonienie takiej reprezentacji „społeczeństwa”, do której generał Kiszczak mógłby mieć zaufanie. A do kogo generał Kiszczak mógłby mieć największe zaufanie? A do kogóż, jeśli nie do osób zaufanych? Dlatego też do nowych władz „odrodzonej” Solidarności, tworzonej już prawidłowo, to znaczy – od góry do dołu, żeby wszystko, łącznie z Kukuńkiem, było pod kontrolą, nie weszli przedstawiciele „ekstremy”, tylko grono postaci „legendarnych”, a te „legendy” stanowiły bilet wstępu do elity. Dzięki temu ekonomiczne i polityczne interesy „strony rządowej”, czyli wywiadu wojskowego i jego agentury, zostały stosunkowo tanim kosztem skutecznie zagwarantowane – co, mówiąc nawiasem, w niepojętym przypływie szczerości ujawnił w latach 90-tych na lamach „Gazety Wyborczej” pan red. Stefan Bratkowski odpowiadając na list oburzonych AK-owców pod przywództwem Stanisława Jankowskiego „Agatona”…” (Stanisław Michalkiewicz – Psisko oddano do bydła)

„…Cenckiewicz który dostał w programie Pospieszalskiego olśnienia, że jak to sojusznicy amerykańscy dogadywali się z takim Czempińskim i on potem został szefem UOP. Tak jakby nie wiedział, że po spotkaniu 25 września 1985 roku – Jaruzelskiego z oddelegowana elitą państwa USA (z udziałem Brzezińskiego) – następowało przechodzenie na właściwą stronę (przy pełnej kontroli sojuszniczej i pod właściwym nadzorem i przy realizacji właściwego i jedynie słusznego programu Konsensusu Waszyngtońskiego), kto miał możliwości, to zapewne nosił do ambasad sojuszniczych, to co miał. Potem tylko trzeba było wystawić sztukę teatralną w pod tytułem – okrągły stół i magdalenka, aby motłoch uwierzył (w tym elity intelektualne), że uczestniczy w czymś ważnym i istotnym, wręcz historycznym (Michnik i tak był tępy, jak miał ciut więcej inteligencji, to 4 czerwca byśmy świętowali uroczyście – święto Polskiej Państwowości). Niektórzy wierzą w to po dzień dzisiejszy, a tam w salonach Moskwy i Waszyngtonu oraz Londynu, Paryża i Berlina – muszą solidnie zrywać boki ze śmiechu…” (andrzej 30 stycznia 2017)

„…o jakiej transformacji mówimy, skoro WSW (wcześniej Informacja Wojskowa – UB czy SB przy nich to mały pikuś) – czyli organ zajmujący się ochroną bezpieczeństwa – kontrolą organów państwa (marksizmu, w tym inwigilacją, werbunkiem itd.) w całości został przemianowany na WSI. Kluczowy organ posiadający prawo werbunku również towarzyszy z POP, czyli w każdej dziedzinie życia – gangsterów, prostytutki, prokuratorów, sędziów, sekretarzy partyjnych, rektorów, wykładowców, finansistów itd.

Natomiast SB zajmowała się kontrolą społeczną w państwie marksistowskim, a ponad 90% nich trafiła do UOP. Pozostali do innych instytucji kontrolnych, jak NIK czy Urzędy Skarbowe. Te ok. 10% to przeważnie funkcjonariusze wydziałów wewnętrznych w SB.

Kto wyjeżdżał na stypendia – sami amerykanie, Brytyjczycy, Niemcy, Francuzi w latach 80 – proponowali władzom komunistycznym przygotowanie nowych elit, pod przyszły system. Oni doskonale wiedzieli, że to się wali, także towarzysze w służbach. Po stanie wojennym władza przechodzi z partii do służb wojskowych tzw. rewolucja w ramach marksizmu. To one decydują kto pojedzie – czyli jaką pozycję będzie zajmował w nowym systemie w strukturze społecznej. To nie wiedza i umiejętności ale bogata kartoteka stała z awansem społecznym. Selekcja negatywna.

Nawet taki Macierewicz proponował tylko wykonując uchwałę Sejmu – agentów SB i UB, ale Informacji Wojskowej i WSW oraz Wojska Ochrony Pogranicza (też posiadały prawo werbunku agentury) – nikt nie chciał ujawniać wówczas agentury. Siano propagandę o SB.

Protesty 1980 roku miały doprowadzić do zmian w kierownictwie, zapisanie się do związku ok. 10 milionów ludzi i budowę od dołu związku spowodowało pewne komplikacje dla władzy. Stan wojenny spowodował, że tzw. opozycja i Solidarność mogły być budowane odgórnie – pod pełną kontrolą.
Na pierwszym zjeździe było co najmniej 71 agentów SB (z czego 36 to delegaci), a ilu było Wojkówki? IPN chce nam powiedzieć (nie ujawnia danych WSW) – Ktoś chce nam powiedzieć, że WSW się tym nie interesowała. To są bzdury, jeżeli ktoś tak uważa. To nic wspólnego z transformacją nie miało miejsca.

Wiadomo było, że na czele protestu trzeba było postawić robotnika, a nie inteligenta. Sztuka teatralna mogła by się zakończyć nie powodzeniem. W 21 słynnych postulatach, nie ma żadnego postulatu dotyczącego odejścia od marksizmu, są socjalne i w ramach kodeksu pracy.” (andrzej 1 lutego 2017)

„…Co prawda – jak to niedawno ujawnił były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju Lech Wałęsa, który najwyraźniej przypomniał sobie kolejną „koncepcję” – „Bolek”, to nazwa modelu urządzenia podsłuchowego, jakim posługiwała się SB, ale co to komu szkodzi nadać taki pseudonim konfidentowi? Szkoda, że Muzeum Szpiegów w Waszyngtonie nie ma takiego urządzenia, chociaż nasz nieszczęśliwy kraj został tam udelektowany specjalnym pomieszczeniem, w którym rezyduje Feliks Dzierżyński. Czy pan generał Czempiński, w dowód wdzięczności za wciągnięcie starych kiejkutów na listę „naszych sukinsynów” nie mógłby przekazać tam chociaż jednego egzemplarza tego modelu?Ale mniejsza z tym, bo ważniejszy jest przecież spiralny rozwój procesu dziejowego. Otóż kiedy w miarę postępów socjalizmu ponownie zacznie w naszym nieszczęśliwym kraju zaostrzać się walka klasowa, w ramach której rozbudowana w międzyczasie „klasa robotnicza” ponownie zacznie się buntować przeciwko swoim przedstawicielom, „Bolek” zostanie podwieziony motorówką Marynarki Wojennej pod płot, żeby go przeskoczył i „obalił komunizm”. Oczywiście nie od razu, bo najpierw „społeczeństwo obywatelskie”, zamiast „palić komitety”, zacznie zakładać własne, od czego wytworzą się w naszym nieszczęśliwym kraju dwa ośrodki władzy, w następstwie czego nie będzie innej rady, jak suwerenną decyzją wprowadzić stan wojenny. Pod osłoną surowych jego praw nomenklatura znowu zacznie uwłaszczać się na „majątku narodowym”, a w strukturach podziemnych zostanie przeprowadzona surowa selekcja kadrowa pod kątem eliminacji wszystkich przeciwników socjalizmu. Chodzi o to, że kiedy zostanie podana „dobra wiadomość”, iż oto znowu „upadł komunizm”, żeby od razu można było przystąpić do jego mozolnej odbudowy, zgodnie z koncepcją spiralnego rozwoju procesu dziejowego.” (Stanisław Michalkiewicz – Rozwijamy się spiralnie)

„…Ludzie, którzy dwadzieścia lat temu pluli na Wałęsę i opisywali go jako skończonego prymitwa aspirującego do władzy, która mu się nie należy, dziś bronią go i nazywają Kmicicem. Jak to zdiagnozować? Moim zdaniem bardzo prosto. Wszystko to, co od roku 1945 rozgrywa się przed naszymi oczami jest kłótnią w rodzinie. W dodatku w bardzo poważnej rodzinie, znacznie moim zdaniem poważniejszej niż rodzina Corleone ze znanego i lubianego filmu. Z tego powodu właśnie część rodziny chwyta czasami za siekiery i rąbie tych co zaczynają wykazywać odstępstwa od głównej linii. Po jakimś czasie ludzie ci się godzą między sobą, bo jest jakiś interes do ubicia i stawiają tym pomordowanym siekierami jakąś symboliczną lampkę na grobie. Tych zaś co przeżyli wciągają znów na listy płac i zabawa zaczyna się od początku…” (coryllus – Kiedy się wypełniły dni Lecha Wałęsy)

podobne: ☭ ★„Rosjanie mogą posiadać oryginalną teczkę pracy Lecha Wałęsy.” a także: Geneza „polskiej” bezpieki i „Archiwum Mitrochina”. Paranoja zbioru zastrzeżonego IPN i fikcja lustracji. Pamięć wybiórcza czyli „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Czemu PIS broni demokracji? oraz: Lech, czarownica i stara szafa. Afera z „Bolkiem” jest dla głupich, ważni są INNI. Festiwal hipokryzji, teorie spiskowe i brak konkretów. i to: Amber Gold czy OLT Expres? Taśmy Prawdy, Zastrzeżony IPN, Komorowski i Aneks do Raportu o WSI, TeWu i Teczki , Traktat Lizboński, katastrofa smoleńska i inne newerendingstory z których NIKT nie wyciąga wniosków (ani odpowiedzialności). Kryzys przywództwa i ruch oporu przeciwko niemu. polecam również: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? i jeszcze: „Jeszcze nigdy w historii tak niewielu nie otumaniło tak wielu” czyli… Zakontraktowane łgarstwo „święta wolności” oraz „lux in tenebris”

rys. Żukow

rys. Żukow

Surowość zdyscyplinowanej łagodności katolicyzmu św. Franciszka i Inkwizycji, kontra rozpasana bezwzględność anglikanizmu doby elżbietańskiej („Łowcy księży”)


Gustave Dore - St. Francis Of Assisi

Gustave Dore – St. Francis Of Assisi

„…Jakże wspaniałe jest świadectwo Franciszka, który udał się z krzyżowcami do Egiptu w 1219 roku i stanął przed sułtanem Melek-El-Kamelem. Franciszek, praktykujący prawdziwą miłość bliźniego, chciał nawrócenia dla niego i jego poddanych. Zaczął więc nauczać o Bogu jedynym, o tajemnicy Trójcy Świętej, o konieczności nawrócenia się na chrześcijaństwo. Nie widząc jednak reakcji słuchaczy, zaproponował sułtanowi, że potwierdzi prawdziwość swej wiary rzucając się w ogień. Do tego samego wezwał duchownych muzułmańskich. Jednak ci propozycji nie przyjęli.
Za to sułtan poddał naszego świętego innej próbie. Melek-El-Kamel chciał się dowiedzieć, jaka jest naprawdę wiara i cześć Franciszka dla Ukrzyżowanego. Polecił zatem przez całą salę, w której miał gościć zakonnika, rozciągnąć dywan ozdobiony na całej powierzchni licznymi krzyżami. Sułtan twierdził, że jeżeli Biedaczyna z Asyżu przejdzie po krzyżach, znieważy swojego Boga, jeżeli zaś nie przejdzie, będzie to oznaczało, że go obraża. Wezwany Franciszek, będąc pod natchnieniem Ducha Świętego, przeszedł po dywanie i zbliżył się do sułtana. Ten uradowany, iż złapał świętego na bezczeszczeniu symbolu swej wiary, rzekł: – Wy, chrześcijanie, czcicie krzyż jako szczególny znak waszego Boga. Jak zatem nie lękałeś się podeptać tego znaku? A Franciszek odparł: – Powinniście pamiętać, że razem z naszym Panem zostali ukrzyżowani dwaj łotrzy. My mamy krzyż Jezusa Chrystusa, naszego Boga i Zbawiciela i ten krzyż czcimy, i ten przyciskamy do serca z całą pobożnością. Krzyż Chrystusa przeszedł do nas, u was zostały krzyże łotrów i nie mam żadnego lęku, by te krzyże deptać. 
Zaraz potem sułtan, chcąc złapać Franciszka na niekonsekwencji, zapytał chytrze: – Wasz Bóg uczy w Ewangelii, by nie odpłacać złem za zło, by nie odbierać płaszcza od tego, kto go wam zabierze… Tym bardziej więc chrześcijanie – wierni tym przykazaniom – nie powinni nachodzić ziem przez nas zabranych. I tutaj święty Franciszek odpowiedział bez wahania: – Wy nie znacie całej Ewangelii Pana naszego Jezusa Chrystusa, w której gdzie indziej czytamy: „Jeśli twe oko gorszy ciebie, wyłup je i odrzuć daleko od siebie”. Znaczy to, że każdy człowiek, nawet tak bliski i drogi, jak oko w naszej głowie, powinien być od nas oddzielony, jeśli usiłuje odłączyć nas od wiary i od miłości naszego Boga. Dlatego chrześcijanie sprawiają wam przykrości i biją się o ziemie, które niesłusznie zajmujecie, bluźniąc przez swój kult imieniu Chrystusa. Jeśli natomiast powstałoby w was pragnienie miłowania i wyznawania Stwórcy i odkupiciela świata, chrześcijanie miłowaliby was jak siebie samych.*
Po takich słowach, św. Franciszek zyskał podziw i uznanie. Melek-El-Kamel nie chciał, żeby Franciszek go opuścił. Kiedy jednak Biedaczyna z Asyżu stanowczo postanowił wrócić do swojego świata, sułtan chciał podarować mu złoto i drogie kamienie. Święty – wierny ubóstwu – nie wziął niczego. Jedynie na znak przyjaźni przyjął róg z kości słoniowej, by mógł nim wzywać swych braci.
Na pożegnanie sułtan prosił, by Franciszek nie zapominał o nim w swych modlitwach.

…14 września 1224 roku, w uroczystość podwyższenia Krzyża Świętego, podczas jednej z ekstaz Franciszkowi ukazał się Ukrzyżowany Chrystus w otoczeniu skrzydeł serafińskich. Doświadczenie Bożej obecności przeszyło ciało i duszę świętego. Ból towarzyszył szczęściu, a rozkosz – cierpieniu. Kiedy ekstaza się skończyła, Franciszek zauważył ślady krwi tryskające z ran na jego rękach i nogach. Były to rany z wyraźnymi śladami po gwoździach. Tak Król Wszechświata odbił na ciele swego umiłowanego sługi swoje rany…”

źródło: ŚW. FRANCISZEK Z ASYŻU – odważny świadek Chrystusa

podobne: „Wszystko zgodnie z księgą”… W słowach proroka słychać krzyk Boga o sprawiedliwość oraz: Wojujący Islam (również pośród uciekinierów z Afryki) i pokojowe przesłanie chrześcijan a także: Wiara to nie ozdoba a „judeochrześcijaństwo” nie istnieje (tak jak przemoc „w imię Boga”)

Gustave Dore - Krzyż

Gustave Dore – Krzyż

„Głównym zniekształceniem, jakiemu poddana została postać świętego Franciszka, jest ukazywanie go jako osoby sentymentalnej, głupkowatej, bez charakteru, zgodliwej i niezdolnej do stawienia czoła konfliktom. Ogólnie mówiąc: jako poczciwiny, czyli taki rodzaj człowieka, który w imię źle rozumianej i nieokreślonej miłości do tego stopnia sympatyzuje z błądzącymi i grzesznikami, że odrzuca potępienie grzechu i jego mężne zwalczanie (samego siebie czyniąc w ten sposób współwinnym, najpierw biernym, następnie zaś czynnym!). Uważa się, jakoby święty z Asyżu miał wynaleźć model apostolatu oparty na samym składaniu świadectwa, przy odrzuceniu nie tylko wszelkiej polemiki czy potępiania, ale też nakazów i zakazów, nawet motywowanych wymaganiami moralnymi czy religijnymi. Obecnie, w epoce odrzucającej wszelką formę krzywdzącej krytyki niepodlegającej dyskusji „godności ludzkiej”, a zatem pokojowego współżycia pomiędzy narodami, taki wzór miałby być jedynym dopuszczalnym .

Podobnemu wyobrażeniu Serafickiego Świętego całkowicie zaprzecza jego mężna i surowa postawa, jego żywiołowa i wymagająca nauka – słowem: całe jego konsekwentne i bezkompromisowe życie. Święty Franciszek wypowiadał się i postępował nie tylko w sposób łagodny, ale też surowy; potrafił harmonijnie łączyć lub równomiernie przeplatać oba style bycia, zgodnie z okolicznościami i możliwościami, wzbudzając nie tylko sympatię, ale też onieśmielenie i strach. Jego współcześni wspominali, że głosząc swoje nauki „Franciszek miał w sobie coś z budzącej postrach duszy świętego Jana Chrzciciela (…). Nigdy nie miał zahamowań, aby grozić swoim słuchaczom niezłomnym wyrokiem Bożym”.

„Nie milczał w kwestii ludzkich grzechów, które obrażały Boga i bliźniego. Bóg udzielił mu takiej łaski, że ktokolwiek, pokorny czy potężny, na sam jego widok lub zaledwie go słysząc, bał się jego świętości i żywił względem niego taką cześć, że nawet jeśli był przezeń upominany i czuł przed nim wstyd, to i tak napełniał się otuchą (…) i z czasem wracał do Pana” .

Franciszek ostrzegał na przykład, że „niewielu jest takich, którzy pragną przyjmować Pana i dostąpić przez Niego zbawienia” , ponieważ większość ludzi – łącznie z wiernymi! – nie wypełnia chrześcijańskiego obowiązku nienawiści względem wad i grzechów . Nie ograniczał się też do potępiania zła abstrakcyjnego, co często czyni się w dzisiejszych czasach, aby uniknąć krytyki i nieprzyjemności, lecz oskarżał i potępiał konkretne zło – czyli błądzących i grzeszników. Zwłaszcza jeśli były to osoby publiczne i stanowiły źródło skandali.

W istocie „uciekał przed kompromisem. Nie taił win innych ludzi, lecz bezlitośnie je obnażał; nie znajdował wytłumaczenia, lecz jedynie gorzkie wymówki dla tych, którzy żyli w grzechu (…). Nie bojąc się posądzenia o popadanie w sprzeczność, z całą szczerością głosił prawdę, tak, że nawet ludzi uczonych, znanych, o wysokiej pozycji społecznej, ogarniał w jego obecności zbawienny strach” .

Pewnego razu, gdy sprzeciwiło mu się kilku młodzieńców z Perugii, Franciszek ostrzegł ich, że ich arogancja i brutalność obrócą się przeciwko nim. Zakończył zaś swój atak następującą groźbą: „Nie ujdzie wam to płazem! (…) Ponieważ nie nauczyliście się niczego po dobroci, nauczy was gniew!”…

…Seraficki Ojciec usprawiedliwiał własny rygor twierdzeniem, że nie robi nic innego, jak tylko naśladuje Zbawiciela: w istocie Bóg karze tych, których miłuje, a zatem „kiedy Pan miłuje człowieka, nigdy nie waha się ukarać go w tym życiu”  w celu zachowania go od wiecznego potępienia. Dlatego też Franciszek zarysował surowość, jaką dobry przełożony powinien okazywać względem swoich braci: „Nie powinien nigdy odstępować od stanowczej normy sprawiedliwości; (…) powinien uważać, aby nadmierna ustępliwość nie powodowała nadużyć, ani zbytnia pobłażliwość nie skutkowała upadkiem dyscypliny. Słowem, powinien odwodzić braci od popełniania zła, jednocześnie pozwalając się miłować przez wszystkich” …”

Powyższy tekst jest fragmentem książki Guido Vignellego pt.: „Święty Franciszek odkłamany”. Włoski autor rozprawia się na jej łamach z mitami, które przez wieki narosły wokół postaci świętego. Oprócz rozdziału „Święty Franciszek nie był poczciwiną”, czytelnicy książki mogą dowiedzieć się, że nie był również między innymi: pacyfistą, ekumenistą, miłośnikiem islamu, propagatorem ekologizmu i nie występował przeciwko krucjatom.

źródło: Święty Franciszek nie był poczciwiną!

podobne: „Nie będzie lania wody. Kardynał Bergoglio nazywał rzeczy po imieniu!”  i to: Bóg to trzy filary: miłość Boga do człowieka, miłość człowieka do Boga, i strach człowieka przed Bogiem. a także: Ks. Jacek Gniadek: Nieustanna walka z pierwotną rzadkością i pokusami szatana… czyli „Nie samym chlebem…” (Jak zbudować własną skalę wartości?)  oraz: ks. Adam Martyna: O cnotach kardynalnych i jeszcze: Posłuszeństwo w Kościele czyli… Katolicyzm zobowiązuje (a jeszcze bardziej Bóg)

Wykład o. Andrzeja Zająca „Skąd znamy św. Franciszka” wygłoszony 14 lutego 2017 roku w Krakowie w auli bł. Jakuba Strzemię przy klasztorze Ojców Franciszkanów. Z innym fałszywym mitem rozprawia się dr hab. Roman Konik na wygłoszonym w bydgoskim Sacre-Coeur wykładzie pt. W obronie Świętej Inkwizycji

podobne: Templariusze. Słudzy Kościoła walczącego. Wyprawy krzyżowe i islamski dżihad

„…W Bogu jest prawo, ześrodkowanie wszystkich praw, w człowieku obowiązek ześrodkowania wszystkich obowiązków. Człowiek nazywa prawem swoim korzyść, jaka dla niego płynie z wypełnionego obowiązku obcego; wyraz prawo, na ustach jego błędnym orzeczeniem, skoro zaś posunie się on dalej i swoje błędne orzeczenie przemieni w teorię, teoria ta burze na świat sprowadza…

…Z katolicyzmem nie ma przejawu, któryby się nie wmieścił w porządek hierarchiczny przejawów, ani rzeczy któraby w porządek hierarchiczny rzeczy nie weszła. Rozum przestaje tam być racjonalizmem, bliżej mówiąc przestaje być ową latarnią świecącą sama przez się, a której nikt nie zapala i ukazuje się nam jako cudowna jasność zawierająca w sobie, razem wydająca poza siebie, wspaniałe światło dogmatu, najczystsze odbicie Boga, światła wiekuistego istniejącego samo przez się.

Co się tyczy wolności, wolność katolicka nie jest prawem sama w sobie ani też transakcją w kszałcie swoim zewnętrznym, nie zachowuje sie ona za pomocą wojny, nie powstaje z umowy, nie nabywa się podbojem. Wolność katolicka to nie bachantka pijana jako wolność demagogiczna; nie idzie ona pomiędzy narody przystrojona niby królowa jak wolnosć parlamentarna; trybunowie nie służą jej za dworzan; szmer tłumów jej nie usypia; nie ma armii stałych składających się z gwardzistów narodowych; na wozie triumfalnym rewolucji miękko rozpierać się nie lubi.

Przykazanie boskie są chlebem żywota. Tam gdzie katolicyzm włada, Bóg je podaje zarówno rzadzącym i rządzonym, sobie zostawiając prawo nie mogące być ustąpionym, do posłuszeństwa ze strony rządzących i ze strony rządzonych. Pod wezwaniem tudzież w obecności Boga panujący i poddany zawierają jakoby małżeństwo uświęceniem zbliżające się w istocie swojej do sakramentu raczej niż do umowy. Przykazania boskie wiążą obie strony. Poddany przyjmuje obowiązek słuchania z miłością panującego, którego Pan Bóg postawił, a postawiony panujący przyjmuje obowiązek władania z miłością i łagodnością poddanymi, których Bóg oddał w jego ręce. Kiedy poddani nie przestrzegają posłuszeństwa i miłości, Pan Bóg dopuszcza tyranię, kiedy panujący nie przestrzega miłości i łagodności, Pan Bóg dopuszcza rewolucję. Tyranie zwracają poddanych do posłuszeństwa, rewolucję zwracają panujących do łagodności. Oto podobnie jak człowiek wyprowadza złe z dobrego, które jest dziełem bożym, Pan Bóg wyprowadza dobre ze złego, które jest dziełem ludzkim. Dzieje nie są niczym innym, jak opowiadaniem o rozmaitych kolejach tej olbrzymiej walki między dobrem a złem, między wolą bożą, a wolą ludzką, między Bogiem najmiłosierniejszym a człowiekiem zbuntowanym.

Tam gdzie przykazania boże są ściśle wykonywane, gdzie książęta rządzą łagodnie, a ludy słuchają, łagodność i posłuszeństwo ożywiając miłością, to obopólne poddanie się rozporządzeniom bożym, wywiązuje się w pewien porządek społeczny, w pewiem ład towarzystki, w pewną pomyślność zarazem osobistą i wspólną, które nazywam stanem wolności. Stan to wolności rzeczywiście, bo sprawiedliwość tam panuje, a właśnie sprawiedliwość czyni nam wolnymi. Oto, na czym się zasadza wolność dzieci bożych, wolność katolicka. Wolność ta nie jest rzeczą określoną, szczegółową i konkretną, nie stanowi części składowej organizmu politycznego ani się liczy między rozmaite instytucje towarzyskie. Jest to coś innego a razem coś więcej; jest to przypadek ogólny dobrego rozporządzenia wszystkich instytucji, jakoby zdrowie ogólne organizmu, które więcej znaczy niż jeden członek zdrowy; jakoby życie ogólne ciała towarzyskiego i politycznego, droższe od życia jednej kwitnącej instytucji. Wolność katolicka równie jak dwie rzeczy, o których mowa, rzeczy wyśmienite między najwyśmienitszemi, znajdując się wszędzie, nie znajduje się wyłącznie w żadnej pojedynczej części. Wolność ta jest tak święta, że ją każda niesprawiedliwość rani, tak mocna a zarazem tak krucha, że z jednej strony wszystko ją ożywia, z drugiej najmniejsze nieporządne wstrząśnienie zachwiewa; tak kochająca że ludzi do miłości prowadzi; tak łagodna, że pokój między ludźmi czyni; tak cicha i skromna, że choć przyszła z nieba by zapewnić szczęście wielu, znana jest mało od kogo, niczyich oklasków nie wywołuje; sama ona nie wie jak się nazywa, a jesli wie to milczy i dzieje się, że świat nie zna jej imienia…

…Nic dziwnego, że tak sprzecznymi idąc drogami, katolicyzm i filozofizm tak odmienne dają owoce. Od osiemnastu wieków w katolicyzm na swój sposób dyskutuje, a ten sposób zapewnił mu zwycięstwo w każdej dyskusji. Wszystko wobec niego przemija, rzeczy czasowe i sam czas, on tylko jeden nie przemija. Katolicyzm pozostaje tam, gdzie go Pan Bóg postawił, niewzruszony wśród wielkich zawieruch, jakie sprawia życie ogólne. On jeden zyje życiem właściwym w świecie, w którym wszelkie życie jest do czasu. Na ciemnym padole, gdzie śmierć wszechwładna panuje, do niego jednego dostąpić jej nie wolno. By dać dowód sił swoich raz onn sobie powiedział: wybiorę wiek barbarzyński i cudami go moimi uświetnię; i wybrał trzynaste stulecie i ozdobił je czterema pomnikami najwspanialszymi z pomników, jakie wzniósł geniusz ludzki. Pomnikami, o których mówię były: Summa teologiczna Świętego Tomasza, Kodex de las Partidas Alfonsa Mądrego, Boska komedia Dantego i Katedra kolońska.

Racjonalizm od czterech tysięcy lat dyskutuje po swojemu, i cóż zostawił by unieśmiertelnił pamięć swoją? Oto zostawił dwa nieśmiertelne pomniki, Panteon, w którym leżą poobalane wszystkie filozofie i Panteon, w którym leżą poobalane wszystkie konstytucje.

Co się tyczy parlamentaryzmu, niepodobna mi o nim mówić. Zapytam się tylko, co by się z nim stało w narodzie prawdziwie katolickim, tam gdzie człowiek wie od swojego urodzenia, że winien jest Panu Bogu rachunek ze słów nieużytecznych?”

źródło: Juan Donoso Cortes – List do wydawcy dziennika Heraldo [1852]

podobne: Ks. Mariusz Sztaba: Jan Paweł II o wolności jako darze i zadaniu w życiu społecznym oraz: Równość czy hierarchia? Które jest bliższe ideału? i to: Prawo Bastiata i sprawiedliwość jako warunek pojednania  polecam również: Duchowy analfabetyzm i wewnętrzna samotność naszych czasów czyli „Na tropie ukrytego Boga”… Niby, możesz… wszystko? a także: „Bóg poddał wszystkich nieposłuszeństwu, aby wszystkim okazać miłosierdzie” czyli… Poezja Bożej miłości.

Jean Leon Gerome - Moses on Mount Sinai

Jean Leon Gerome – Moses on Mount Sinai

„…Nowożytna Anglia była pierwszym prawdziwie policyjnym państwem na świecie, a skutki działań owego państwa pierwsi odczuli na własnej skórze właśnie angielscy katolicy. Wobec odstąpienia króla Henryka od Kościoła, wobec pozwolenia na grabież mienia kościelnego i klasztornego, wobec całej tej ohydy spustoszenia, jaka przeszła przez Anglię ostatnich Tudorów, katolicy nie mogli zachowywać się biernie. A skoro nie mogli, okrzyknięto ich zdrajcami stanu i zmuszono do emigracji, tych zaś, którzy pozostali prześladowano w sposób, przy którym wszystkie szykany doświadczane przez innowierców na kontynencie, to bułka z masłem

…Wielu zostało złamanych, ale większość umierała za wiarę. Pamięć o nich została pogrzebana na kilka stuleci, w czasie których protestancka propaganda, podkreślała upiorną rolę jaką w dziejach odegrało Święte Oficjum, całkowicie pomijając prześladowania jakimi gnębiono katolików. Wspomnienia ojca Johna Gerarda, należą do nielicznych ocalałych relacji z tego czasu. Noszą one tytuł „Łowcy księży” i w zasadzie skupiają się na drobiazgowych opisach życia wspólnot katolickich w Anglii dobry elżbietańskiej, które żyły w ciągłym zagrożeniu. Co mogło spotkać katolika w Anglii za panowania dobrej królowej Elżbiety, katolika, który nie był księdzem, a jedynie zwykłym poddanym? Przede wszystkim konfiskata majątku ruchomego i nieruchomego, a gdyby uporczywie trwał przy swojej wierze – także śmierć. Mężczyzn zabijano podobnie jak księży, ale dla kobiet przygotowywano coś specjalnego….” (papug.pl coryllus – Łowcy księży)

„…Zaprowadzono mię więc pod jeden z ogromnych filarów drewnianych, wspierających szerokie sklepienie podziemia, i zaopatrzonych u góry w mocne obręcze żelazne. Włożono mi na ręce kajdanki, i kazano wstąpić na matę rusztowania, na dwa czy trzy stopnie wysokie. Potem mi podniesiono w górę ramiona, wpuszczono gruby drąg żelazny naprzód w obręcze kajdan moich w ręku, a następnie we wspomniane wyżej obręcze u góry filaru, i żelaznymi klinami takowy przymocowano. Dopełniwszy tych przygotowań, usunięto mi spod nóg stopień, na którym stałem, wskutek czego ciało moje pozostało zawieszone w powietrzu za ręce. Ponieważ jednak i tak jeszcze końcami palców u nóg lekko dotykałem ziemi, a nie było sposobu podnieść mię wyżej, innego przeto użyto środka, i ziemię spod nóg mi odgarniono…” (Fragment książki do kupienia tu: Księgarnia Coryllusa)

podobne: Plankt na śmierć Bolesława Chrobrego. Święci i sprawiedliwi: królewicz Kazimierz Jagiellończyk i Joanna d’Arc (Kaczmarskiego)  oraz: Poniewieranie Chrystusa i Jego Kościoła i to: „Księża a społeczeństwo”… Jawny i tajny socjalizm… Zasady chrześcijańskiego współżycia kontra kolektywizm (w gospodarce).

Gustave Dore - The Christian Martyrs

Gustave Dore – The Christian Martyrs

Styczeń 1863 w służbie rewolucji czyli wyzwolenie z rozumu i własności… „Był sobie kraj…”


Jakub Różalski - January 1863

Jakub Różalski – January 1863

„Poszła młódź do lasu,
Pustką stoją dwory,
Pozostał pod strzechą
Kto stary, lub chory…”

„…Dla wydobycia się spod obcej wprawdzie, despotycznej i niekatolickiej władzy, dla wywalczenia wolności sobie i ojczyźnie zaczynacie od zaprzedania dusz waszych władzy, pokątnej, bezimiennej, samowstrętnej, przed nikim nie odpowiedzialnej? Czy może być nad to większy nierozum, bardziej upokarzająca niewola?

Ach Bracia, ludzie ci są nieznani, ale znane ich czyny dawniejsze i stałe zasady. Czy nie dosyć jeszcze popisywali się oni swoją bezbożnością słowem i drukiem, byście wy kapłani na nich poznać się nie mogli? Czy nie dosyć zmarnowali ludzi i majątków krajowych? Czy nie zmarnowali po dwakroć poświęcenia ludu Wielkopolskiego, majątków obywatelskich? Czy nie wywołali rzezi galicyjskiej, po której dotąd ta część dawnej Polski do siebie przyjść nie może? Czy w r. 1848. nie poświęcili młodzieży, zasobów narodowych i samego dobrego imienia polskiego, dla czynienia nędznych burd i dywersyi na korzyść rewolucyi europejskiej? Czy świeżo w imię patriotyzmu nie popchnęli zbłąkanej młodzieży, do nieznanych w dziejach naszych, a nigdy użytecznych morderstw politycznych? Czy nie gotowi i obecnie poświęcić narodu? Jest jedną z wad praktycznych sprzysiężeń tajnych, iż jak skoro są zagrożone odkryciem, popychają kraj choćby najbardziej nie w czas do wybuchu i dziś to chcą uczynić? Ma więc być powstanie wobec tak wielkiej siły zbrojnej, na jakąż pomoc uorganizowaną liczycie? Czy na jakie mocarstwo? Śmiało zapytam, gdzie są Bogi wasze, w których pokładaliście nadzieję? To może kraj ma zasobów wojennych i braci podostatkiem? Wiem dobrze że nie. Dla czegoż chcecie powstawać? Oto bo myślicie więcej o własnem bezpieczeństwie, niż o przyszłości kraju; potem dla tego, że rewolucya europejska tak chce i każe. Czytałem przypadkiem ogólnik tłumaczący, iż aby Garibaldi mógł odbić Wenecyą, potrzeba, aby cała Austria i Polska były w powstaniu. Dlatego powstaniecie, choć sami wasi sprzymierzeńce socialiści moskiewscy ostrzegają was, że nie czas, bo wiedzą, że ich rodacy przerażeni odezwami obalającemi własność, rodzinną wszelką religią, garną się do rządu. Powstaniecie więc na korzyść Włoch i rządu rosyjskiego, który się dziś jeszcze czuje na sile do zgniecenia was; a wy kapłani dla pociechy jego zaczynacie schizmę, choćby zrazu modlącą się po polsku, czy po łacinie, co to szkodzi, rząd był zawsze gotów na to przystać…

…Już po kościołach odzywacie się po sekciarsku, zamiast mówienia prawdy wszystkim, pobudzacie do nienawiści biedniejszych przeciwko zamożniejszym. Nie jest to już słowo Boże, jedno ludzkie albo szatańskie. Jeżeli chcecie być nie już kapłanami polskiemi, ale kapłanami Polskie ubóstwionej, do czego świeccy zapaleńcy dążą, zamiast białej komży Boga miłosierdzia i pokoju, wdziejcie czerwoną bluzę, wynieście przenajświętszy  Sakrament z kościoła, jako przesąd średniowieczny. Zanieście do świątyni, ubranej w barwy narodowe i rewolucyjne, ozdobionej popiersiami wielkich patriotów, zanieście obraz wystawiający powstańca z kosą stojącego na trupach bratnich i wrożych, podającego dłoń lewą kacapowi z zakrwawioną siekierą na karkach panów i czynowników, prawą Włochowi ze sztyletem w ręku i trucizną w zrabowanym kielichu kościelnym, z Machiawelem i odezwami proroka idei (Mazziniego) pod pachą. Na miejsce Matki Boskiej Częstochowskiej postawcie jakąkolwiek niewiastę z okiem bezwstydnem a bluźnierstwem na ustach, wyobrażającą republikę socialna, i zanućcie potem Z dymem pożarów lub hymn marsylski: bo taka jest idea, taki niezbędny koniec (przy podobnych sprzymierzeńcach) komitetu Centralnego. Uczyńcie tak Bracia, będzie to okropne, będzie bezbożne, ale przynajmniej szczerze; albo też zaraz rzućcie się do stóp Ojców waszych Biskupów i proście o uwolnienie od klątw, w któreście popadli, choćbyście się też mieli wystawić na sztylet komitetu Centralnego…

Naród rozpalony jak kruszec w stanie płynnym gotów przyjąć, wlać się we wszelką formę, którą mu podstawią. Naród umiera bezbronnie pod kopytami końskimi, nucąc hymny patryotyczno-religijne, dzieweczki przechadzają się spokojnie przed nabitemi i wymierzonemi działami, a jednego dziennika katolickiego w całej Polsce nie ma, owszem wszystkie wydatnie antykatolickie, a mimo to wszystkie czytane bez oburzenia. Tego przeciwieństwo i choroba popularności u niektórych nie tłumaczy, bośmy przecie wiele już zyskali na odwadze moralnej, muszą być jeszcze głębsze powody. Skądże tedy ta sprzeczność? Trzeba bolesną prawdę powiedzieć, a raczej przypomnieć. Od podziału kraju naszego, rozżaleni grzechem rewolucyjnych monarchów, rzuciliśmy się w objęcia bezbożnej rewolucyi ludowej francuzkiej, która ze swej strony dobrodusznemu królowi ścięła była głowę. Odtąd wszelka oppozycya u nas popłatna, wszelka rewolucya (zachowująca dawne u Polaków znaczenie, zmiany w stosunkach państw) pełna dla nas uroku. Polak umiarkowany, zachowawczy w domu, rewolucyjny za granicą i w polityce. Dla siebie marzy majorat angielski, za granicą brata się z Prudhonem. Arystokratki nasze z rodu nawyknień i przekonań, popisywały się czerwoną bluzą, szczęśliwe i pyszne, gdy dostały wizerunek Garibaldiego. Czy podobna, aby kłamstwo takie trwało długo bez szkody? Czy podobna, by zasady podziwiane u obcych nie przyjęły się w domu? Nic nie podobna. Jest logika nieubłagana, jest Nemezis społeczna. Wyobrażenia zachodnio rewolucyjne, przewiane bezbożnością, musiały wpaść całą siłą do Polski, w której nie znajdowały oporu, albo słaby i pokątny tylko.

…Polacy w te pędy znaleźli wzór pogodzenia wszystkich stronnictw i wywalczenia całości kraju, porównali jedność swoją historycznie stopniowo wykształconą, a gwałtownie rozdartą z podbojem piemonckim, przekupstwem i sztyletem podpieranym. Sympatie wszystkie co niekatolickie dla Piemontu, sympatie Rossyi i Prus, nie ostrzegły was, że tu sprawa rewolucyi gwałtu i jedności plemiennej, jaką by była u nas cała słowiańska a nie narodowa. Że stronnictwo gwałtowne tak utrzymywało, że dziennikarstwo niekatolickie, (mniej więcej u nas jak gdzie indziej zależne od towarzystw tajnych) tak głosiło, że rzesza niecierpliwa ciężkiego jarzma temu wierzyła, to rzecz prosta, ale że wy bracia hołdownicy praw historycznych, zwolennicy walki moralnej i legalnej na toście przystali, to i błąd i grzech ciężki. Bóg sam w miłosierdziu swojem wielkiem, wam zachowawcom a nie mogącym się oprzeć na rządzie obcym, podawał jedyny najszczęśliwszy środek stanięcia  przy najwyższym, najczystszym, jedynym dziś wyobrazicielu prawdziwego konserwatyzmu praw historycznych, przy papieżu, od chwili szczególniej, gdy rozbój piemoncki doszedł do granic jego bezbronnego państewka: a wyście tej chwili opatrznej nie pojęli i nie pochwycili. Kiedyście pisali on piękny adres, a raczej skargę i protestacyą do cesarza, należało spółcześnie napisać drugą do Ojca św. który ma od Boga w składzie źródło wszelkiej władzy, którego przodkowie jedyni protestowali przeciwko rozszarpaniu waszej Ojczyzny, który choć od was widocznie opuszczony, dwa razy on jeden odezwał się do was, ze słowem otuchy i pociechy. O ileżby więcej uczynił, gdyby widział naród cały szczerze katolicki do niego w nieszczęściu jego i słabości przemocniej z ufnością garnący się miłośnie. O! Bracia chcieliście bronić podań prawa zgwałconego, walczyć bronią moralną, bronią ducha, więc odwieczną bronią kościoła, a poświęciliście naturalnego waszego naczelnika i opiekuna dla zdobywcy, który w ciemięzcach waszych szukał i znalazł sprzymierzeńców…

skoro przyklaskiwaliście rozbojom piemonckim we Włoszech, musicie cierpieć podobne u siebie, ubarwione także frazeologią liberalną i postępową, bo u Boga dwóch wag i dwóch miar nie ma, i nie czyń drugiemu co tobie niemiło. Przyklaskiwaliście jedności włoskiej siłą  przeprowadzanej, żartowaliście z małych narodowości podpieranych przez szlachtę i Xięży, wytrzymajcież parcie wielkiej jedności Rossyjsko-Słowiańskiej i pod formą państwa i pod formą rzeczypospolitej, w którejbyście koniecznie rozpłynęli się. A nie zastawiajcie się tem, że Włosi mają jeden język piśmienny (piśmienny tylko); bo już więcej niż dwie trzecie piśmiennych Polaków umie po rosyjsku, a reszta chętnie czy niechętnie rychłoby się nauczyła.

Panowie Bracia! Jeżeli to piszę, to powtarzam nie dla lichego tryumfu miłości własnej, żem jeden z tych, których tuman nie oślepił, wicher nie uniósł. Winienem to nie moim zdolnościom, których wielu z was więcej ma, jedno żem w prostocie serca, chciał być katolikiem z papieżem, z biskupami, nie z politykami i dziennikarstwem, piszę dlatego, iż jakokolwiek rzadko Bóg pozwala w rzeczach zewnętrznych tymże samym ludziom naprawić błędy przez nich popełnione, widzę jednak tak ojcowską rękę opatrzności względem nas, chcącą naszego upamiętania się nie zaguby, iż nie wątpię, że w tej chwili jeszcze, bylebyście się szczerze uderzyli w piersi, z większym trudem zapewne, ale wiele byście jeszcze odzyskać i naprawić zdołali. Dałby Bóg, aby nie pogardzili prawdą dla podłości pośrednika, przez jakiego do was ona przychodzi! Wtenczas podwójnie miłe będą wszystkie choćby przykre następstwa tego ostrzeżenia danego i miłym Braciom moim kapłanom i zacnemu obywatelstwu.

Pisałem w Rzymie, w oktawie Trzech Króli r. p. 1863.” (x. Hieronim Kajsiewicz – List otwarty do braci xięży grzesznie spiskujących)

podobne: Powstanie Styczniowe. Cześć i chwała bohaterom! Hańba na nieodpowiedzialnych prowodyrów. Socjalistyczne korzenie zrywu z podpuszczenia i analogia do Ukrainy oraz: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu

„…Rozpoczęło się „dzieło”. Pretekstem było, że dowódca jakiegoś partyzanckiego oddziału, Wysłouch, przedzierając się lasami z Królestwa Polskiego w kierunku północnej granicy prusko-rosyjskiej i chcąc przekroczyć Berezynę1przez prom, znajdujący się na folwarku ługomowickim, zwanym także Berezyną, zatrzymał się w nim kilka godzin i kazał pachciarce Rubinowej wydać sobie, jakie miała zapasy chleba, masła i śmietany.

W nawiasie dodam, że w niczym system „chodzenia z pochodnią koło strzechy rodzinnej” nie występuje jaskrawiej, jak w organizowaniu przez Warszawski Komitet Rewolucyjny zbrojnego powstania na naszych kresach. Pod względem militarnym było to coś żałośnie dziecinnego. Gdzie doszło do potyczki, powstańcy uzbrojeni wyłącznie w broń myśliwską, noszącą o 120 kroków, byli bezpiecznie bez żadnych strat ostrzeliwani przez bezpiecznych Moskali, których ręczna broń już wówczas niosła na przeszło 300 kroków. Jedno pewne, że liczba zabitych Moskali w polu na Litwie nie równała się nawet trzeciej części powieszonych lub rozstrzelanych Polaków (siedmiu w jednej Oszmianie wówczas, kiedy w całym powiecie nie zahuczał ani jeden wystrzał). Zresztą byłoby niesprawiedliwe zarzucać prawdziwym kierownikom tego ruchu głupotę”.

Nie, nie, coś zupełnie innego. Nie darmo petersburski student Zdanowicz, słabo mówiący po polsku syn lekarza wojskowego, którego po śmierci syna spotkałem w generalskim mundurze, jeden z głównych organizatorów wileńskich, gdy go po odczytaniu wyroku na śmierć prezes Sądu wojennego zapytał, jak to tak bystry człowiek (a on nim był) mógł się do takiego stopnia omylić co do widoków powodzenia powstania polskiego, odpowiedział spokojnie: „Widzę, że p. pułkownik się zupełnie myli co do moich celów, one nie są chybione, ani moje dzieło stracone. Dokończy go pewniej, niżbym sam potrafił, mój spadkobierca… Michał Mikołajewicz Murawiow”2.

11) Mowa nie o Berezynie wschodniej, Napoleońskiej, która wpada do Dniepru, lecz o zachodniej, znacznie krótszej, choć spławnej, która wpada do Niemna.

2) Miał rację. Jemu i jego stronnikom, którzy pchali do walki zbrojnej naiwne polskie ziemiaństwo, wcale nie szło o to, aby to polskie ziemiaństwo zwyciężyło. Szło o to, aby ono zginęło. To był wspólny cel i Zdanowicza, i Murawiowa…” (coryllus – Hipolit Korwin Milewski o rewolucjonistach)

„…Jedzie sznur kibitek
Na wschód od Tobolska
Tylu swoich synów
Żegna Matka – Polska.”

 (Maria Konopnicka – rok 1863)

„…Po roku 1864 zaborca wiedział, że nareszcie złamał stos pacierzowy swego powalonego rywala i, że odtąd musi go już tylko systematycznie rusyfikować. Mógł więc sobie pozwolić na terror, który był niemożliwy bez uprzedniego fizycznego zniszczenia infrastruktury polskiego życia narodowego. Na „ziemiach zabranych” udało mu się to w dużym stopniu. Popatrzmy więc przez chwilę na rosyjskie zyski z powstania oczyma Moskala. Bezcenne są w tej mierze urzędowe listy Michała Mikołajewicza hr. Murawiewa, zwanego przez swych współczesnych po prostu „Wieszatiel”. Chociaż był wielkorządcą tylko „Kraju północno-zachodniego”, czyli terenów b. Wielkiego Księstwa Litewskiego, jednakże opinie, sugestie i opisy posunięć tego wielkorządcy stanowią obraz całej polityki Moskwy w stosunku do pokonanego narodu polskiego, a tyle tylko różne od innych, że wyrażone z w pełni poufną szczerością barbarzyńcy.

Chociaż tylko na Litwie, Żmudzi i Białorusi represje rosyjskie przy-brały formę tak totalnego niszczenia polskości, niemniej jednak prof. Henryk Mościcki, który przed 60-ma laty listy „Wieszatiela” wybrał i ogłosił w przekładzie, miał rację pisząc, iż posiadają one symbolicz-ne niemal znaczenie w dziejach konfliktu polsko-rosyjskiego. A co najsmutniejsze dla nas, to fakt, iż za rządów Murawiewa i dzięki jego metodom, wykopana została na ziemiach Litwy i Białorusi przepaść pomiędzy Polakami i innymi grupami narodowościowymi, przesądzająca na przyszłość szanse Polski na tych ziemiach. To był trwały „zysk” rosyjski z polskiej matieży. Chociaż na tych listach opierało się wielu historyków w ostatnim półwieczu piszących o roku 1863, sądzę, iż warto podać tu garść fragmentów z tej korespondencji, które lepiej niż wszelki pośredni opis obrazują polski los w „Kraju północno-zachodnim”. Zanim jeszcze powstanie upadło, 7 stycznia 1864 r., generał piechoty Murawiew przesłał: „Do Pana Ministra Dóbr Państwa” A. A. Zielenoja …spis osób… uczestniczących w buncie… wraz z sugestiami, które przytoczę w skrócie:

1. Postarać się, by jak najwięcej majątków przeszło w ręce Rosjan. Tylko tym sposobem można dopiąć tego, że osiądzie w kraju tu-tejszym znaczna ilość właścicieli pochodzenia rosyjskiego, którzy, tworząc w pewnych miejscowościach ścisłą masę, będą mieli możność przeciwdziałania występnym zamiarom obywateli polskich, aby oderwać od Rosji jej gubernie północnozachodnie.
2. Z przesłanego Waszej Ekscelencji spisu osób, uczestniczących w buncie, raczy Pan zauważyć, że tylko bardzo nieznaczna ich część jest właścicielami samodzielnymi; większa zaś część są to dzieci przy rodzicach żyjących, a przeto nie korzystają z praw samodzielnych właścicieli. Okoliczności tej nie należy uważać za przypadkową: wglądając w system powstania, musimy zauważyć, że rodzice umyślnie zostawali w swoich majątkach, aby zaopatrywać bandy, w których były ich dzieci, w pieniądze, żywność i inne środki, licząc, że przytem unikną wszelkiej odpowiedzialności za czyny swoich dzieci…
(tu następuje rada, jak tych rodziców zmusić tylko do zamiany (majątków!  na pieniądze lub papiery wartościowe).
3. Zmusić osoby, które zostały wysłane drogą administracyjną za szkodliwy wpływ na społeczeństwo do oddalonych gubernii wielkorosyjskich, aby sprzedały w ciągu roku majątki… Obywatele ci, którzy zwykle należeli do najbardziej wpływowych osób w gubernii, dopomagali buntowi, jeżeli nie otwarcie, to wszystkimi zależnymi od nich środkami materialnymi i moralnymi i ich obecność w kraju tutejszym będzie zawsze szkodliwa dla rządu i spokoju publicznego.
4. Rozciągnąć przepisy o sprzedaży przymusowej także i na majątki, które nie podlegają konfiskacie, lecz które są pod sekwestrem

W konkluzji zmuszony jestem dodać, że dopóki obywatele Polacy zostaną w liczbie obecnej, nie można będzie uważać kraju tutejszego za zupełnie uspokojony i wyzwolony z czynników buntu.

Narzekając na „uprzednie błędy rządu”, które Rosję za drogo kosztują, dobry Rosjanin, Murawiew, już miesiąc później (1 lutego 1864 r.) przedstawiał temuż samemu ministrowi Zielenojowi swój pogląd historycznopolityczny na „Kraj zachodniopółnocny”.
… czas postawić jasno pytanie, czy Rosja ma tutaj istnieć, czy nie. Wielu z naszych mężów stanu nie ma odwagi wypowiedzieć szczerze swego zdania i działa dwuznacznie, obawiając się utraty popularności europejskiej, zapominając o Rosji. Czas nam nareszcie opamiętać się i przekonać, że kraj tutejszy od wieków był rosyjski i takim winien zostać, że żywioł polski jest tu napływowy i powinien być ostatecznie i stanowczo zduszony; teraz pora jest odpowiednia, aby z nim skończyć…” (reszta tu: Uwaga Putin jest Rosjaninem! Czy Lachy naprawdę mają mu pomagać (a jeśli tak to w czym)? Polityka rosyjska wobec Polaków czyli „Bracia Moskale” nigdy nie istnieli)

„…Ojciec już przewidywał, do czego doprowadzi ten obłęd. Zgadzała się z nim co do tego i matka, która choć bardzo egzaltowana i religijnie i patriotycznie, z powodu stanu swego zdrowia wiodła skoncentrowane w sobie życie i skłonna była do zastanawiania się nad rzeczami; toteż gdy ojciec stanowczo zadecydował, że ani on, ani nikt z rodziny w tych dziecinnych i niebezpiecznych wybrykach manifestacyjnych udziału nie weźmie – matka bez protestu poddała się w tak ważnej materii pod decyzję głowy rodziny i była bodaj jedyną damą, która do końca żałoby nie nosiła; tak samo sobie jak i swoim trojgu dzieciom zawsze nakładała jakąś kolorową ozdobę. To naturalnie nie miało odwrócić żadnej z przykrości i strat, których później, jak dalej opowiem, było nam sądzone doznać od rządu moskiewskiego wówczas, kiedy niemało ówczesnych manifestantów i manifestantek, podpalaczy umysłów, jakoś się szczęśliwie wykręciło.

Dużo, dużo rzeczy różni mnie od poglądów i metod działania p. Romana Dmowskiego; a jednak serdecznie bym go uścisnął za to, że w ostatniej swojej książce „Jako odbudowano Polskę” miał pierwszy bodaj z naszych koryfeuszów politycznych szczerość i odwagę wypowiedzieć to zdanie, że wszystkie nasze powstania, wybuchłe nie w porę, powinny być uważane ze względu na ich prowodyrów nie za zasługę, lecz za ciężkie względem ojczyzny winy. Jak powiadał później wymowny Paderewski w Wilnie, nie wolno chodzić z pochodnią koło strzechy rodzinnej; kto to czyni i strzechę zapala, choćby się sam boleśnie oparzył, nie jest bohaterem, lecz karygodnym wichrzycielem.

Znałem i wówczas i później osobiście licznych uczestników awantury 1863 r., nie z grona konspiratorów i ludzi chętnie łowiących ryby w mętnej wodzie, bo nic nie mają do stracenia, a spodziewają się wyskoczyć na ojców ojczyzny, lecz z grona tych „bene nati et possessionati”, którzy nie mogli nie paść pierwszymi ofiarami tego szaleństwa 1863 r.

Ani jednego nie pamiętam, który by twierdził, że w tych latach miał najmniejszą, najbardziej oddaloną nadzieję powodzenia tej imprezy, do której się zaprzągł. Owszem, wszyscy bez wyjątku na dowód swej przezorności chwalili się tym, że przewidywali, iż ta impreza (choć nie w takich olbrzymich rozmiarach, jak się to zdarzyło) skończy się klęską. Jeden z głównych organizatorów całego ruchu na Litwie – Gieysztor w swoich Pamiętnikach wyraźnie to przyznaje; więc po co leźli i dlaczego?…” (coryllus – Kolejny fragment wspomnień Hipolita)

polecam wykład: Czy Polacy są narodem rewolucjonistów? (dr Jan Przybył) i to: Czy Grzegorz Braun umniejsza historię, negując polskie skłonności samobójcze?

„…Karki jak dęby, serca – dzwony,
W umysłach prawda, jak łza, czysta:
Nie bacząc na rachunek słony
Grzmimy, jak jeden wielki wystrzał.
Szubrawcy drżą, padają trony,
Jutrzenka nam się jawi mglista;
Przed lustrem ćwiczy już ukłony
Ten, który bunt nasz wykorzysta…”

(Jacek Kaczmarski: „Weterani”)

I tak co roku w styczniu (w listopadzie itd) obchodzimy z dumą tamte chwalebne dni martyrologii, poddając się bez refleksji poprawnej politycznie zadumie nad poświęceniem i ofiarnością przodków, choć dziś już wiemy że z podpuszczenia i dla obcych interesów przeznaczone były. Lubimy słuchać o tym jaki to wielki i pozytywny wpływ miała „narodowowyzwoleńcza” walka na późniejsze (łącznie z dzisiejszymi) pokolenia Polaków, i że wszyscy jesteśmy (powinniśmy) być dumni z tradycji niepodległościowej, bo gdyby jej nie było to nie bylibyśmy tym narodem jakim jesteśmy dziś a być może nie odzyskalibyśmy niepodległości. Pomijając wszystkie te okrągłe i oklepane zwroty że „powinniśmy” i „musimy”, oraz dywagacje and tym jakim to obecnie narodem jesteśmy (tu każdy w zależności od punktu siedzenia ma różne wizje), jest to dla mnie twierdzenie bałamutne, bo nie wiemy co by było gdyby. Wiemy natomiast jakie były straty, i w jaki sposób rzutowały one (oraz nadal rzutują) na przyszłość Polski.

Najbardziej bolesną dla narodu konsekwencją wszystkich zrywów było wymordowanie i ograbienie  jego elit. Potencjał intelektualny, gospodarczy i energia z jaką ci ludzie funkcjonowali w społeczeństwie – to wszystko zostało stracone bezpowrotnie. A co konkretnie o tym opowiada coryllus w jednej ze swoich książek:

“(…) Była to organizacja hermetyczna, niedostępna dla innych, obcych. Nie można było tak po prostu zostać polskim ziemianinem. Różni próbowali, ale to się udawało dopiero w trzecim pokoleniu. Była to organizacja hierarchiczna, ale oparta na hierarchiach bardzo szczególnego rodzaju – nie dość, że każdy dwór miał swoją, to jeszcze była ona dziedziczna i w krytycznych momentach okazywało się, że rola kobiet w tej hierarchii jest tak samo ważna jak rola mężczyzn, a czasami ważniejsza. Ziemianie polscy mogli w każdej chwili używać języka obcego niezrozumiałego dla innych. Przeważnie był to francuski, rzadziej angielski. Czynił ów fakt z ziemiaństwa organizacje półtajną, nieprzenikalną dla agentów wszystkich trzech władców ani dla innych agentów. Ziemiaństwo było organizacją zróżnicowaną pod względem majątkowym, ale mająca – nawet przy różnicach poglądów i nienawiści wzajemnej – kilka ważnych punktów jednoczących całość bez względu na majątek – wiarę katolicką i wiarę w odzyskanie niepodległości. Ziemianie czerpali zyski z dziedziczonej przez siebie ziemi, a także co szalenie ważne, mieli własne banki oraz duży kredyt w bankach obcych. Ziemianie kształcili się przy tym w bardzo elitarnych, niedostępnych dla innych zawodach, do tego piastowali funkcje publiczne do premiera rządu włącznie, w strukturach państw zaborczych. Inaczej mówiąc – mieli sporą dynamikę i to oni penetrowali inne organizacje, a nie na odwrót. W każdym dworze i w każdym pałacu znajdowała się spora biblioteka – w niewielkich w sumie Kałużycach, gdzie gospodarował brat Melchiora Wańkowicza, liczyła ona trzy tysiące tomów. Prócz tego ważnego narzędzia w dworach znajdowały się także inne równie ważne narzędzia – w każdym było co najmniej kilkanaście sztuk broni palnej i kilkadziesiąt sztuk broni białej. W każdym mieszkało przynajmniej kilkunastu mężczyzn, którzy potrafili się tym sprzętem posługiwać z wprawą zawodowych wojskowych.
Wszystko to czyniło z ziemiaństwa polskiego organizacje groźną i niebezpieczną. Organizację, którą należało zniszczyć za wszelką cenę, żeby móc przeprowadzać w Europie Środkowej swoje plany polityczne. Musimy sobie uzmysłowić jedno – jeśli z naszych myśli wyrzucimy całkowicie fałszywe pojecie osi czasu, to znikną także takie pojęcia jak staroświeckość i nowoczesność. W ich miejsce zaś pojawią się inne pojęcia – skuteczność i nieskuteczność. Czy ziemiaństwo polskie było organizacją skuteczną? Bardzo. (…)
Przejdźmy teraz do wad polskiego ziemiaństwa. W przeciwieństwie do ziemiaństwa niemieckiego czy nawet węgierskiego, ziemiaństwo polskie było organizacją aspiracyjną. Ziemianom imponował Paryż, Londyn i inne stolice oraz bady, całkowicie przespali oni moment kiedy załamała się legimistyczna jedność posiadaczy na kontynencie, a przespali go przez to, że wierzyli w niepodległości i byli gotowi do ustępstw na rzecz chłopów. Nigdzie tego nie było, by w imię jakiejś idei posiadacz chciał się dzielić majątkiem z biedakiem. W Polsce były takie przypadki, a ich podstawą była wiara w niepodległość i przyszłą siłę zjednoczonej Polski wszystkich stanów. Była to mrzonka. Ziemiaństwo było organizacją statyczną, która by przetrwać, musiała bronić swojego stanu posiadania za wszelką cenę. Niepodległość zaś odzyskano w wyniku wojny, która stan posiadania uszczuplała, a w dodatku odzyskano ją w oparciu o socjalizm, który w ogóle nie zakładał, że istnieje coś takiego jak ziemiaństwo. W głupiej wierze w fałszywą ideę, którą Piłsudski wziął jak swoją, bo mu chwilowo pasowała, zniszczono jedyną polską hermetyczną organizację, która była gwarantem utrzymania tradycji i polskości na olbrzymich obszarach Europy. Nie mógł tego zrobić ani nowo mianowany urzędnik na nędznej pensji, ani chłop, ani żołnierz mieszkający w koszarach. (…)
Miast hermetycznej, silnej, opartej o tradycję, własność, broń i hierarchię organizacji dostaliśmy oszukany kredyt, głupich urzędników z aspiracjami, tak zwane masy robotnicze i moderujących ich ruchy działaczy, którzy byli na żołdzie państw obcych, czyli wszystko to, co tak kochają socjaliści i fantaści, a co stanowi o słabości państwa, prowadzi do jego zguby i autentycznej likwidacji…” (G. Maciejewski o ziemiaństwie polskim w „Baśń jak niedźwiedź”)

 podobne: Wacława Sobieskiego „Pańska buta” do „Rokoszu” Jacka Kaczmarskiego. Szlachta (nie) pracuje!

Spójrzmy z perspektywy tej sprawnej i elitarnej machiny jakim były szlachta – ziemiaństwo na to kim obecnie jesteśmy, a być może inaczej zaczniemy oceniać naszą rzeczywistość i to co się obecnie w Polsce (oraz wokół niej) dzieje. Czy rzeczywiści jesteśmy narodem mądrzejszym, który wyciąga lekcje z historii? Jak się mają osiągnięcia tego naszego „ćwierćwiecza wolności” (nazywanego przez niektórych złotym wiekiem), do osiągnięć IRP. Czy możemy się dziś nazywać wolnymi ludźmi tylko dlatego że nie jesteśmy przywiązani do ziemi (z pominięciem kredytów), oraz dlatego że możemy myśleć i mówić co chcemy (zwłaszcza jeśli w większości mówimy tak jak zostaliśmy wyedukowani)? Czy naprawdę jako ludzie/obywatele jesteśmy wolni zważywszy na strukturę własności, gdzie o dostępie do cywilizacyjnych osiągnięć decyduje oligopol państwowo-korporacyjny, korzystający ze stopniowego ograniczania siły nabywczej gospodarstw domowych? Jak się mają nasze prawa i ich przestrzeganie – zwłaszcza w konfrontacji państwo/korporacja – obywatel? Co z bezpieczeństwem i niepodległością biorąc pod uwagę naszą rzeczywistą pozycję na arenie międzynarodowej – uzależnienia od obcej woli i siły? (Rola Polski w strategii USA (miejsce w szeregu). Jak z przedmiotu stać się podmiotem polityki międzynarodowej. (Nie)aktualność idei jagiellońskiej)… Czy my dziś w ogóle posiadamy jakieś elity, wokół których można się gromadzić w przekonaniu że są one w stanie kompetentnie rządzić państwem, oraz reprezentują nasz interes?

Taki np. hetman Czarniecki mógł zebrać siłę zdolną ocalić kraj tylko dlatego, że istniała w tamtym czasie dostateczna liczba ludzi, która identyfikowała się z owym krajem i miała interes w jego obronie. Tym interesem był PRYWATNY majątek, prawa i wolności, gwarantowane obywatelom przez ówczesną władzę… Dziś nikt takiej grupy nie zmobilizuje, bo jej nie ma. Została skutecznie wytrzebiona przez socjalistów i dalej się to niszczenie dokonuje. Programy socjalne nie odbudują tej dumy narodowej i poczucia wspólnoty interesu między obywatelem a administracją państwową. Programy socjalne jako ordynarna i bezczelna łapówka pogłębiają podziały i niechęć do władzy (rabusia), a jedyne co są w stanie kupić to chwilowe zadowolenie tzw. elektoratu (dopóki dziura w budżecie nie imploduje), czyli wspólnoty opartej na zupełnie innego rodzaju interesie – paserce tego co władza ukradła innym.

Próbkę możliwości obecnego państwa mogliśmy obejrzeć przed świętami. Po jednej i drugiej stronie prowokatorzy i spadkobiercy zdobyczy rewolucji – budżetu, etatyzmu i socjalizmu, walczący między sobą o doraźny interes partyjny (jak największy udział w budżecie). Za nimi zaś w kolejności dziobania kamaryle na etatach, tuby propagandowe, oraz stada rozhisteryzowanych poddanych/wyznawców (którym z budżetu skapuje) i pożytecznych idiotów (którzy nic z tego nie mają poza dziką satysfakcją), wzywanych na barykady do obrony „demokracji” (która spina ideologicznie całe to towarzystwo), kiedy tylko któraś ze stron czuje się „oszukana” przy podziale łupów – zdobyczy rewolucji.

Spora część obywateli (jak pokazuje frekwencja wyborcza), nie identyfikuje się jednak z państwem i władzą. Więc w przypadku konfliktów politycznych stoi co najwyżej z boku. Śmiem twierdzić że w przypadku poważnego zewnętrznego zagrożenia, ta grupa nie oddałaby nawet paznokcia za umiłowanych przywódców, którzy nie potrafią stworzyć warunków do bogacenia się i posiadania w tym kraju czegoś więcej jak kredytu, za to wybitnie przyczyniła się do masowej emigracji za granicę. Nowa szlachta gołota, tj. uraczeni pińcetplusem i innymi „darmochami” też palcem nie kiwnie dla swoich „dobrodziejów”. Ich lojalność opiera się wyłącznie na wyciąganiu ręki po „pomoc od państwa” (na którą zrzucają się inni). Śmiem twierdzić że spora część obywateli powitałaby albo oczekuje na nową siłę (choćby obcą) bo ma po dziurki w nosie obecnej jak i przeszłej władzy, która tylko żeruje i sieje zamęt. W tym narodzie duch umiera a coroczne marsze z chorągiewkami i piosenkami z okazji takich czy innych „powstań”, tudzież „dnia niepodległości” (których sens mało kogo interesuje, a jeśli już to wyłącznie jako wydarzenie rozrywkowe) nie buduje jedności, ani nikomu nie przysparza realnych korzyści z bycia Polakiem… (Odys)

podobne: (NIE)odpowiedzialni za państwo. Dwa oblicza Sarmatów i Quincunx Orzechowskiego czyli Wielka Polska Katolicka.

„…Ktoś powie, że nie było innego wyjścia. To prawda, ale nie jest to żadne usprawiedliwienie. Państwo bowiem powojenne było jedynie protektoratem, a także powstało dzięki temu, że udało się mu zniszczyć naturalną strukturę społeczną kraju. I jeszcze raz powtórzmy – winą za to obarczyć należy socjalistów. Dlaczego ich? Ponieważ oglądając świat przez pożyczone, różowe okulary, realizowali nie swój program dewastując wszystko wokoło i przyczyniając się w ten sposób do uzależnienia dużych grup ludzi od sił obcych. Robotnik nie wyzwoli się z przymusu pracy dzięki socjalistom, on może co najwyżej stać się targetem sprzedażowym dla konsorcjów, które muszą zapewnić sobie płynność na rynku akcji dystrybuując różne produkty wśród mas. Pieniądze, które się robotnikowi powierza w ramach polepszania jego losu, nie są jego własnością, ale są mu jedynie powierzane na bardzo konkretny cel. W czasach dzikiego kapitalizmu rodziny robotnicze wynagradzane były w naszych okolicach srebrem. Dziś dostają papier, którego starcza w sam raz na zakupy w Biedronce. Na wszystkie inne dobra, przyziemne w istocie, które nazywane są przez socjalistów luksusowymi, musi pożyczać w banku stając się tym samym własnością tego banku. Tak to wygląda. Socjaliści uwielbiali posługiwać się takimi metaforami – robotnik jest niewolnikiem kapitalisty, chłop zaś pana feudalnego. No tak, ale nawet jeśli w to uwierzymy, okaże się, że wtedy przynajmniej ludzie ci znali swojego pana i wiedzieli na co go stać. Dziś nie mają pojęcia kto nim jest. I nie dowiedzą się tego nigdy…” (coryllus – Siła polskich rodzin)

podobne: Co to jest „majątek państwa” i na co idzie siła polskich rodzin? O podatkach, składkach i reformach kosztem zdrowia i emerytury (nie tylko ubeckiej) w ramach inżynierii społecznej. Dygresja o żelazie czyli Polska drugą Japonią. oraz: W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców

„Był Kraj, co wieki cierpień znał,
Pieśń pismem blizn pisaną śpiewał,
A ziemia żyzna mierzwą ciał
Rodziła myśli jako drzewa.
Aż powiał nad nią twardy wiatr
I posiał w glebę plon zatruty.
Wymarłym wielkim drzewom w ślad
Skarlałe rodzą się kikuty.

Kto chce – niech zowie borem – sad
Przyciętych drzewek na rozstaju.
Nie zmieni tym najprostszej z prawd:
Nie ma już – drodzy – tego kraju.
Jest tylko wiatr, bezwzględny wiatr,
Co nagle w środku nocy budzi
I, jak spod ziemi – puszcza w świat
Zupełnie odmienionych ludzi.

Był sobie kraj, był sobie kraj…”

(Jacek Kaczmarski: „Bajka”)

Wynarodowienie, wywłaszczenie i pozbawienie Polski kręgosłupa gospodarczo militarnego jakim była szlachta i ziemiaństwo – oto efekt powstań. Należy pamiętać po katolicku tych którzy w szczerej wierze oddawali to co mieli najlepszego za Polskę, ale przede wszystkim należy pamiętać o tym jakie były i do dziś są tego konsekwencje. Nie dla zadumy i krokodylich łez nasi przodkowie poświęcali swoje życie, ale żebyśmy nie musieli iść w ich ślady. Żebyśmy zdali sobie sprawę i dobrze zapamiętali jak się kończy fałszywe pojmowanie wolności i odpowiedzialności, oraz że to wszystko jest niemożliwe do osiągnięcia bez własności i niezależności – również a może przede wszystkim duchowej.

Dziś my, rozbrojeni przez socjalistów posiadacze długów, zatrudnieni na etatach u obcych możemy co najwyżej zagłosować w plebiscycie na kolejnych socjaluchów, którzy dbają o to żeby tamta tradycja i siła nie wróciła i nie wybiła się na niepodległość. Dlatego zamiast silnej i niezależnej klasy średniej – prawdziwej szlachty, Pan Morawiecki buduje (na kredyt) nową klasę średnią – szlachtę gołotę spod znaku PanDa! po to żeby za jakiś czas Pan Prezes i spółka wygrali dla siebie i swoich dworów kolejne wybory uprawiające do żerowania na „mniej wartościowym narodzie tubylczym” aż do jego całkowitej bezwolności… (Odys)

„…po 1830 r., i do 1870 r., ogół narodu francuskiego, odważnego i ceniącego odwagę, której wówczas u Polaków nie brakło, odczuwał do nich przeważnie litościwą, lecz szczerą sympatię jako do walecznych półgłówków. Komuna położyła temu koniec. Wykształceni Francuzi pod wrażeniem niedawnej depeszy dziękczynnej Wilhelma I do Aleksandra II: „Waszej Mości po Bogu Niemcy zawdzięczają swoje zwycięstwo” za wstrzymanie na początku wojny Austrii od zbrojnej interwencji, wiedzieli, że zawdzięczają ten „cios sztyletem w plecy” właśnie swoim platonicznym sympatiom do Polski, i to mniej notom dyplomatycznym z 1863 r., jak osobiście obraźliwym incydentom 1867 r. Jadąc do Paryża, Aleksander II jakby dla przygotowania terenu podpisał w Wierzbołowie dość skromną amnestię dla winowajców 1863 – został przyjęty w Paryżu słynnym „Vive la Pologne, Monsieur” adwokata Ch. Floquet, spudłowanym wystrzałem Berezowskiego i przyznaniem ostatniemu przez paryski Sąd przysięgłych okoliczności łagodzących, aby jego, cesarza, pozbawić możności wyproszenia u Napoleona III złagodzenia kary1. A już mówiłem, że Aleksander II był chorobliwie mściwy. – Dla „Francuzów z ulicy” Polacy z ich „generałem” Dąbrowskim (jedyny z generałów komuny, który nie okazał się błaznem, szukał i znalazł waleczną śmierć) zostali wówczas sprzymierzeńcami zdrajców ich ojczyzny. Odtąd patrzano na nich jak na niebezpiecznych warchołów, nadużywających gościnności; dopiero w 20 lat później, z wybuchem długiej rusofilskiej manii, i aż do rewolucji rosyjskiej zaczęto nas uważać głównie za nudziarzy, którzy przeszkadzają nowemu romansowi z przepotężną niby kochanicą; a gdy w Brześciu Litewskim kochanica okazała się do niczego niezdatną nierządnicą, zostaliśmy znowu wyniesieni na godność mopsa, który może w danym razie chwycić za łydkę niemieckiego wilkołaka…” (coryllus – Hipolit Korwin Milewski. Fragment wspomnień)

podobne: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? oraz: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego.

Z. Noskowski – Kolęda, Robert Pożarski, Camerata Vistula, 2003

Plankt na śmierć Bolesława Chrobrego. Święci i sprawiedliwi: królewicz Kazimierz Jagiellończyk i Joanna d’Arc (Kaczmarskiego)


Jan Matejko - Koronacja pierwszego króla R.P. 1001. (Bolesław Chrobry)

Jan Matejko – Koronacja pierwszego króla R.P. 1001. (Bolesław Chrobry)

Bolesław Chrobry, książę polski od 992 roku, król od 1025 roku. Najstarszy syn Mieszka I i księżniczki czeskiej Dobrawy. Urodził się już w kraju chrześcijańskim. Gdy miał sześć lub siedem lat, jego ojciec, Mieszko, został zmuszony oddać go jako zakładnika na dwór cesarski. Nie wiemy, jak długo tam przebywał. Być może wtedy właśnie zawarł wiele przyjaźni z przedstawicielami niemieckiej arystokracji. Może też wtedy nauczył się niemieckiego. Wydaje się, że wraz z dojściem do pełnoletności i zawarciem małżeństwa uzyskał Bolesław własną dzielnicę, najprawdopodobniej była nią ziemia Wiślan ze stolicą w Krakowie.

Data urodzenia: 966 lub 977 n.e.

Książę Czech 1003 – 1004 r.

Data śmierci: 17 czerwca 1025 n.e.

źródło: Numizmatyczny portret władcy – Bolesław Chrobry

Mapa Polski za panowania Bolesława Chrobrego (992-1025)

Omnis etas, omnis sexus, Omnis ordo currite (Carmen lugubre)

Ludzie wszelkiej płci i wieku! Wszystkie stany, spieszcie! Pogrzeb króla Bolesława w bólu dziś obaczcie! Nad wielkiego męża zgonem ze mną w płacz uderzcie! Biadaż nam, o Bolesławie! Gdzież twa sława wielka? Gdzie twe męstwo? Kędy blask twój? Kędy moc twa wszelka? Jeno łzy ma dziś po tobie Polska-rodzicielka!

Podźwignijcie mnie mdlejącą, pany-towarzysze, Wojownicy, niech współczucie z waszych ust posłyszę! Żem dziś wdowa, żem samotna – spójrzcie, ach, przybysze! Jakaż boleść, jaka żałość śród książąt Kościoła! Wodze w smutku odrętwieli, pochylili czoła. I kapłany, i dworzany – każdy „biada” woła.

Wy, Panowie, co nosicie łańcuch, znak rycerzy, Coście dzień po dniu chadzali w królewskiej odzieży, Wraz wołajcie: „Biada wszystkim! Wszędy ból się szerzy!”

Wy, matrony, swe korony rzućcie niepotrzebne! W kąt schowajcie stroje cenne, złociste i srebrne, W suknie strójcie się włosienne, żałosne i zgrzebne!

Przecz odchodzisz od nas, ojcze Bolesławie? …Gorze! Przecz mężowi tak wielkiemu śmierć zesłałeś, Boże? Przecz nie dałeś i nam wszystkim umrzeć w jednej porze?

Cała ziemia opuszczona, wdowa swego króla, Jako pusty dom bezpański, w którym wicher hula, Pada, słania się w żałobie, ani się utula.

Wszyscy ze mną czcijcie pogrzeb męża tej zacności; Bogacz, nędzarz, ksiądz czy rycerz, i wy, kmiecie prości, Czy kto rodem jest z słowiańskich, czy z łacińskich włości!

Czytelniku, niech ma prośba nie będzie daremną; I ty wzrusz się i łzę wylej, choćby potajemną! Bo nieludzki byłbyś wielce, byś nie płakał ze mną!

Anonim tzw. Gall  Przekład Jόzef Birkenmajer lub Roman Grodecki  

źródło: prawica.net

podobne: (NIE)odpowiedzialni za państwo. Dwa oblicza Sarmatów i Quincunx Orzechowskiego czyli Wielka Polska Katolicka. oraz: Unia w Horodle jako dziedzictwo polskości, oraz Feliks Koneczny o Polsce między Wschodem a Zachodem. Czy można być cywilizowanym na dwa sposoby?

muzyka: „Omnis etas, omnis sexus” (wykonawca: Ensemble Peregrina & Agnieszka Budzinska-Bennett)

Jan Matejko - Święty Kazimierz Jagiellończyk

Jan Matejko – Święty Kazimierz Jagiellończyk

Władca roztropny nie podejmuje pochopnych decyzji, nie działa ze szkodą dla poddanych, a stara się wyważać racje i znaleźć najlepsze rozwiązanie. Sprawiedliwość królewicza Kazimierza była widoczna, gdy sam rozstrzygał spory, czy gdy w jego obecności sprawowano sądy. To miało ogromne znaczenie w budowaniu tego poczucia, że monarcha jest sprawiedliwy i stara się o to, by każdemu oddać to co jest mu należne. Zarówno co do postępków, jak i co do zasług – mówi w rozmowie z pch24.pl prof. Krzysztof Ożóg, historyk UJ, wybitny mediewista.

Jest wiele świadectw mówiących o tym, że królewicz był człowiekiem o bardzo głębokim poczuciu sprawiedliwości. Kiedy miał możliwość czynienia sprawiedliwości, czy wpływania na to jak ta sprawiedliwość funkcjonuje w państwie, podejmował działania, szczególnie gdy przez dwa lata (1481-83) rządził Koroną w zastępstwie ojca. Król był wtedy na Litwie i borykał się z wieloma trudnymi problemami – buntem, spiskiem na jego życie. W tym okresie widać wyraźnie jak u królewicza ta cnota sprawiedliwości, roztropności oraz umiarkowania znajduje zastosowanie w codziennym działaniu monarszym.

…Wśród cnót kardynalnych mamy też męstwo. Tu trzeba podkreślić, że Kazimierz musiał się zmierzyć z trudnymi problemami, w tym klęską polityki swego ojca. Po matce, Elżbiecie Habsburżance (Rakuskiej), jej synowie mieli prawa do tronu czeskiego i węgierskiego. Tron czeski objął w 1471 roku pierwszy z synów króla Kazimierza – Władysław. W tym samym roku rozpoczęła się wojna z Maciejem Korwinem, królem węgierskim, który przez Jagiellonów był uznawany za uzurpatora tronu. Właśnie królewicz Kazimierz, z woli ojca, stanął na czele wyprawy na Węgry, by odsunąć Macieja Korwina i przejąć tron. Z różnych powodów wojna się przedłużała i nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. W efekcie Kazimierz zimą 1472 roku musiał się wycofać. Zatem on, jako ten, który był przeznaczony na tron węgierski zmierzył się z tą poważną klęską jagiellońskiej polityki. To była też jego porażka, bo droga do węgierskiego tronu pozostała zamknięta…” (Marcin Austyn • pch24.pl)

całość tu: Kazimierz – sprawiedliwy i święty królewicz

„…Kazimierz urodził się 3 października 1458 roku jako drugi syn Kazimierza Jagiellończyka. Był drugi w kolejce do tronu polskiego. W 1471 roku jego starszy brat Władysław został królem Czech. W tym samym mniej więcej czasie na Węgrzech wybuchł bunt przeciwko królowi Maciejowi Korwinowi. Niechętni mu możnowładcy zaprosili na tron Kazimierza. Miał on wówczas zaledwie 13 lat i trudno przypuszczać, by samodzielnie podjął decyzję o przyjęciu bądź odrzuceniu intratnej propozycji. Jednak cechą przyszłych świętych jest nadzwyczajna roztropność, a już jego pierwszy nauczyciel Jan Długosz podkreślał, że młodzieńca tak szlachetnego, tak rzadkich zdolności i niepospolitej nauki raczej dla ojczystej ziemi zachować, niż go oddać obcym. Kronikarz pod rokiem 1471 jednakże notuje:Lud czeski […] ze wstrętem odrzuciwszy króla węgierskiego jako znanego ze srogości i obmierzłego ciemięzcę, […]całe owo sejmujących koło […]Władysława, najstarszego syna króla Kazimierza, czeskim królem obrało i wykrzyknęło. […]Królewicz Kazimierz, na prośbę senatu węgierskiego, który znienawidził tyranię króla Macieja, zostaje wysłany z wojskiem na Węgry.

A zatem: zostaje wysłany, choć z całą pewnością wyprawę tę postrzega jako okazję do pójścia w ślady stryja Władysława Warneńczyka, którego chwalebny przykład wskazywał mu nauczyciel Jan Długosz. Jednak wyprawa zakończyła się niepowodzeniem. Król Maciej ani myślał ułatwiać Jagiellonom realizację polityki dynastycznej, a po przybyciu pod stołeczną Budę okazało się, że roztaczane przez wysłanników węgierskiej opozycji wizje powszechnego poparcia dla Kazimierza były grubo przesadzone. Piewcy jego świętości pisali później o niechęci do przelewu krwi chrześcijańskiej jako przyczynie odwrotu królewicza. Wydaje się jednak, że była ona bardziej prozaiczna. Na skutek braku pomocy Węgrów, zdecydowanej postawy Macieja Korwina oraz trudności z opłaceniem wojsk najemnych, Kazimierz musiał się wycofać do Polski. O tym, że miał zakusy na koronę św. Stefana oraz polską, świadczą przypisywane mu słowa: celem moim było zjednoczenie Węgier z Polską, a nie wywołanie bratobójczej krwawej walki wewnętrznej.

Problematyczna była zresztą już sama obecność trzynastoletniego następcy tronu na niebezpiecznej i dalekiej wyprawie. Spory panów polskich dotyczyły nie tyle tego, czy skorzystać z węgierskiego zaproszenia, ale czy wysyłać Kazimierza wraz z wojskiem. Ostatecznie przeważyły racje propagandowe. Z politycznej kalkulacji wyszło, że korzystniej będzie pokazać Węgrom nowego króla.

Do porzucenia – tymczasowo – przez Jagiellonów kierunku węgierskiego przyczyniła się również interwencja papieża Sykstusa IV, który próbował wskrzesić ideę krucjat i zjednoczyć chrześcijańską Europę do walki z Turkami. Wenecki poseł Ambrosio Contarini, który w 1474 roku spotkał się z Jagiellończykiem i jego synami (później porównał ich do pięknych aniołów, zwłaszcza Kazimierza, który rozmawiał szczególnie rozumnie) przybył na zamek lubelski w sprawie zawiązania koalicji antytureckiej.

Rozczarowanie nieudaną ekspedycją na Węgry nie przesądziło o wyborze przez królewicza sukienki duchownej. Wprawdzie 12 sierpnia 1472 roku przystąpił on do konfraterni zakonu Paulinów, ale wraz z nim przyjęto do zgromadzenia całą rodzinę królewską. Następnie Jagiellonowie udali się z pielgrzymką na Jasną Górę, co uwiecznił Tomasz Dolabella na obrazie Komunia Jagiellonów.

Ponieważ pierworodny syn Jagiellończyka sprawował rządy w Czechach, Kazimierz brał czynny udział w życiu politycznym u boku ojca i sposobił się do odziedziczenia tronu. Wbrew temu, co sugerują hagiografowie, modlitwy nie zajmowały mu całego czasu. Przeciwnie – uczestniczył w audiencjach zagranicznych poselstw, towarzyszył królowi podczas sejmów, a w 1476 roku udał się z ojcem do Malborka, gdzie zrobił duże wrażenie roztropnością i elokwencją…

Jesienią 1481 roku dwór polski podjął starania o wyswatanie dla Kazimierza Kingi Habsburżanki, córki cesarza Fryderyka III. Jednak małżeństwo nie doszło do skutku. Za powód podaje się często brak entuzjazmu królewicza, który podobno złożył śluby czystości (tę cechę chętnie wychwalają hagiografowie), jednak gdyby poważnie myślał on o koronie polskiej, musiałby ze ślubów zrezygnować, by zapewnić ciągłość dynastii. Najbardziej prawdopodobną przeszkodą w zawarciu tego związku była choroba przyszłego świętego, który cierpiał na ataki suchot, co można uznać za początki gruźlicy. Aby zapewnić synowi zdrowsze powietrze, w 1483 roku król Kazimierz wezwał go na Litwę. Spełnił tym samym prośby Litwinów, którzy od co najmniej pięciu lat nalegali na przysłanie królewicza, by wprawiał się także w rządzeniu wielkim księstwem. Król długo się przed tym wzbraniał, jednak ostatecznie ustąpił.

Po przybyciu do Wilna królewicz Kazimierz początkowo pełnił funkcję królewskiego podkanclerzego, jednak trapiony chorobą zrezygnował z urzędu. Oddał się modlitwom i działalności dobroczynnej, która przeszła potem do legendy i zyskała mu miano obrońcy ubogich. W końcu jednak choroba go zmogła. zmarł 4 marca 1484 roku na zamku w Grodnie, w wieku zaledwie 26 lat. Dzień ten został później wpisany do kalendarza liturgicznego jako święto Kazimierza, patrona Polski i Litwy. Szczególnie uroczyście obchodzi się go w Wilnie i Radomiu. Na Litwie dzień św. Kazimierza to słynne Kaziuki, gdy sprzedaje się obwarzanki, pierniki i palmy. W 1983 roku Jan Paweł II ustanowił św. Kazimierza patronem Radomia, a w 1992 całej diecezji radomskiej.

…Jagiellonowie mieli ambicję posiadania w rodzie świętego, jak przystało każdej liczącej się dynastii królewskiej. Na dodatek wciąż jeszcze byli gdzieniegdzie postrzegani jako neofici, ochrzczeni niespełna sto lat wcześniej. Małżeństwo Jagiełły ze Jadwigą, późniejszą świętą, nie wystarczało. Władysław Jagiełło świętym nie mógł zostać z racji tego, że urodził się poganinem i pognębił Krzyżaków pod Grunwaldem. Władysław III Warneńczyk co prawda zginął za wiarę, ale w młodym wieku i dość niejasnych okolicznościach, Kazimierz Jagiellończyk stale prowadził zmagania z zakonem krzyżackim. Dlatego najlepszym kandydatem był królewicz Kazimierz – skromny, wykształcony, a przy tym opromieniony opinią miłosiernego i sprawiedliwego, zmarły młodo i w stanie bezżennym.

Szansa na kanonizację była duża, a czas – wydawało się – sprzyjający. Rosła bowiem potęga i wpływy Jagiellonów w Europie, która potrzebowała jedności, by obronić się przed ekspansją turecką. A to z kolei wzmacniało papieską przychylność dla dynastii. Jednak polityczne zawirowania sprawiły, że niemal wiek minął, nim Kazimierz został kanonizowany. Czasy były już nieco inne, ale wzorce osobowe i święci, u których można szukać wsparcia, zawsze są w cenie.” (Andrzej Brzozowski, historyk mediewista, redaktor naczelny miesięcznika „Pamięć.pl”)

całość tu: jandlugosz.edu.pl Święty Kazimierz – boski młodzieniec

podobne: „Święci w dziejach Narodu Polskiego” – Hetman Stanisław Żółkiewski oraz: ks. Adam Martyna: O cnotach kardynalnych

 „…widać, w niej było coś takiego, co tkwiło w indywidualności św. Franciszka – dar narzucania ludziom swego autorytetu. Odwiedza sama, choć w towarzystwie tegoż wuja, ponownie pana de Baudricourt i robi na nim takie wrażenie, że po dłuższych, co prawda, wahaniach pomaga jej wybrać się w podróż. Skaptowała sobie sześciu rycerzy, pan de Baudricourt ofiarował jej miecz rycerski.

Na królu młoda dziewczyna robi tak poważne wrażenie, że życzy sobie porozmawiać z nią na osobności i tutaj, w cztery oczy, zwierza się jej, że nie wie, czy powinien domagać się korony, bo wątpi, aby był prawdziwym delfinem, czyli następcą tronu. Urodził się przecież w czasie, kiedy choroba umysłowa jego formalnego ojca była bardzo ciężka i kiedy królowa, jego matka, żyła prawie otwarcie ze swym kochankiem, księciem Orleańskim.

…Skąd płynie to, że wydaje rozkazy rycerzom, a rycerze ją słuchają? Przecież jest pastuszką ze wsi, nieumiejącą pisać i czytać. Czyż nie należy przypuszczać, że jest po prostu czarownicą nasłaną przez diabła? To przecież jest chyba wyjście najprostsze i najbardziej naturalne.

Zaczynają się indagacje, w których bierze udział ta część episkopatu, która zamieszkuje terytorium będące we władzy Karola VII. Roztrząsa tę kwestię uniwersytet w Poitiers. Ale ktoś z najmędrszych przypomina, że diabeł nie może działać poprzez dziewicę – dziewice z samego przyrodzenia nie są i być nie mogą służebnicami diabła…

…Staje na czele armii, która idzie na Orlean. Wydaje rozkazy, przemawia nawet tonem surowego wodza: „Jeśli w tej chwili nie zrobisz tego, co ci mówię, to każę ci uciąć głowę”. Bitwa pod Orleanem jest wygrana. Entuzjazm ogarnia tłumy. Anglicy są bici na łeb, na szyję. Joanna trzyma w ręku biały sztandar ze złotymi liliami, herbem domu Kapeta, herbem także naszej Jadwigi. Wśród triumfów wojennych prowadzi Karola VII do Reims i jest obecna, stoi koło niego, w czasie jego namaszczenia i koronacji. Potem pierwsza pada przed nim na kolana i całuje jego nogi jako wierna poddanka…” (Stanisław Cat-Mackiewicz fragment książki „Herezje i prawdy”)

źródło: Stanisław Cat-Mackiewicz Joanna d’Arc

Jan Matejko - Dziewica Orleańska (Joanna dArc fragment)

Jan Matejko – Dziewica Orleańska (Joanna dArc fragment)

„…W 1337 roku wybuchła wojna między Francją i Anglią, zwana później stuletnią. Główną przyczyną konfliktu był skomplikowany spór dynastyczny o koronę i terytorium wielkiego królestwa Francji pomiędzy angielskimi Plantagenetami a francuskimi Walezjuszami. W roku 1428 wydawało się, że Anglicy ostatecznie zajmą całą Francję. Zakute w ciężkie zbroje, przeważające liczebnie rycerstwo „pierwszego w chrześcijaństwie królestwa” przegrywało wielkie bitwy ze znakomitymi łucznikami angielskimi. Teraz wyspiarze trzymali w żelaznej dłoni Paryż, Normandię, Bretanię, Bordeaux; Księstwo Burgundii było ich sojusznikiem.

…Skromne władztwo Karola we Francji było chronione linią Loary i położonych nad rzeką zamków. Regent Francji, angielski lord Bedford, w 1428 roku postanowił przerwać tę linię, dobić francuskiego króla i zająć całe terytorium na rzecz Anglii. Na jego rozkaz 12 października Anglicy pociągnęli na Orlean. Była to twierdza-klucz, otwierająca drogę do centralnej Francji. Anglicy pod ostrzałem artylerii i kuszników silnie umocnioną twierdzę otoczyli bastejami, czyli ziemnymi umocnieniami, usiłując odciąć dowóz żywności. Nowy dowódca, John Talbot, jak i dwór francuskiego króla byli przekonani, że upadek Orleanu i królestwa Karola VII jest tylko kwestią czasu. Francuzi od blisko stu lat umieli bowiem głównie przegrywać.

I wtedy na arenie dziejów pojawiła się postać niczym z baśni – Joanna Darc (Tarc). Takie nosiła nazwisko, nim została uszlachcona. Kim była?

Wiele o niej wiemy z akt późniejszego procesu i kronik. Urodziła się około 1410 roku i wychowała we wsi Domrémy, w Wogezach, w biednej, skromnej, pobożnej rodzinie jako jedno z pięciorga dzieci. W zaścianku położonym na granicy z Lotaryngią, którego poza jednym incydentem nie dotknęły okropności wojny, choć wiele wieści o łupiestwach i bitwach docierało i tutaj. Domrémy sprzyjało Walezjuszom, ale już 3 km dalej inna wieś opowiadała się za Burgundczykami i Anglikami. Joanna była pasterką; jej matka prawdopodobnie pielgrzymowała do Rzymu, więc widziała więcej świata. Być może mówiła o nim Joannie i miała rozeznanie w rozgrywających się zdarzeniach. Wiemy też o wpływie franciszkanów na jej wychowanie i pobożność; zapewne też od księdza spowiednika słyszała o łupiestwach i okrucieństwie angielskich najeźdźców.

I oto w wieku 13 lat skromna, łagodna, pracowita, ponoć niezwykle piękna Joanna usłyszała po raz pierwszy niespodziewanie w ogrodzie koło domu „Głosy Niebieskie”. Objawili jej się też święci: Michał, Katarzyna i Małgorzata. Już później dodawała, że nie znała ich imion, sami święci jej o tym powiedzieli. Zdumiewające było ukazanie się jej postaci błogosławionych związanych z dziejami Francji i jej przyszłą misją. Wtedy też ślubowała zachowanie dziewictwa i zaprzestała tańców.

Bo Głosy i Święci, których widziała w światłości przez kilka lat, oznajmili Joannie, że ma misję do spełnienia. Bóg ustami świętych zlecił jej ocalenie Francji: wypędzenie Anglików i doprowadzenie do koronacji prawowitego dziedzica tronu, Karola Delfina. Podjęcie misji przez Joannę nie wiązało się zatem z zemstą za gwałt i śmierć najbliższych, jak sugeruje film Luca Bessona. Z biegiem lat zadania się skonkretyzowały: niespełna już wówczas 18-letnia Joanna zgodnie z życzeniami Głosów miała udać się zamku Vaucouleurs i jej komendanta Roberta Boudricourta. Od niego miała otrzymać zbrojny oddział, by przedrzeć się przez niespokojny kraj na dwór Karola Delfina. „Jestem biedną wieśniaczką – odparła wystraszona Joanna. – Nie umiem jeździć konno ani wojować”.

Okazało się, że umiała – i to jak. Mimo wielu przeciwieństw, które zniechęciłyby niejednego średniowiecznego herosa. Komendant bowiem, przed którym stanęła w maju 1428 roku, przyjął ją, jak na wojskowego przystało: niepiśmienną dziewicę uznał za wariatkę i odesłał nie do króla, ale z powrotem do wioski. Jednakże podczas następnej wizyty coś zdumiało i poruszyło rubasznego Boudricourta. Oto piękna Dziewica 12 lutego 1429 roku powiedziała: „W imię Boże! Zanadto zwlekasz z odesłaniem mnie. Dzisiaj miły Delfin poniósł wielką klęskę koło Orleanu”. Chyba w kilka dni później przyszła wieść o pogromie Francuzów w tzw. bitwie śledziowej. Anglicy, konwojujący beczki z postnymi śledziami dla pobożnych kolegów oblegających Orlean, zostali zaatakowani przez kilkakroć silniejsze siły francuskie. Mimo to niesforni Francuzi zostali rozbici; pole bitwy zasłały nie tylko trupy nieszczęsnych rycerzy francuskich, ale i śledzie z rozbitych beczek. Boudricourt czym prędzej wyprawił więc zadziwiającą Pannę w daleką ryzykowną podróż do Chinon. W męskim przebraniu na dwór Karola Delfina.

…Spróbujmy spojrzeć na niedługie już życie Joanny d’Arc przez pryzmat rzeczy niecodziennych, skoro codzienne zupełnie dobrze znamy. Skromna dziewczyna przebywa 400 km bez przeszkód przez groźny kraj, porażony wojną. Przewiduje śmierć strażnika, który ją wyśmiewa na moście w Chinon; w godzinę później nieszczęśnik wpada do wody i tonie. W pamiętnej scenie na tymże zamku Karol Delfin celowo zakłada skromny strój i chowa się w tłumie dworzan. Joanna – dziewczyna ze wsi – nie zwracając uwagi na dostojników w jedwabiach, obwieszonych drogimi kamieniami, wiedziona tajemną siłą dociera od razu do Delfina i składa mu ukłon. Oznajmia o misji wypędzenia Anglików i skłania melancholijnego, depresyjnego władcę do dłuższej, dwugodzinnej rozmowy (to z pewnością nie był wesołek, jak na filmie). Zdaje się, że podczas niej przywraca wiarę apatycznemu Karolowi i pozyskuje jego zaufanie: „mówię ci to od Pana, że jesteś prawdziwym dziedzicem Francji i synem króla. Posłał mnie Pan do ciebie, abym zawiodła cię do Reims i byś tam otrzymał koronę i namaszczenie”.

Mimo to Karol VII polecił śledzić Joannę i wysłał do uczonych teologów z Poitiers. Po tygodniach badań wyrok sędziów kanonicznych pod przewodem arcybiskupa Reims i kanclerza Regnaulta de Chartres brzmiał: szczera, dziewicza i pobożna, „od jej narodzenia przez całe życie wiele wydarzeń cudownych uznano za prawdziwe”. Prosta wieśniaczka wywiera też ogromne wrażenie dwornością, polotem, jazdą konno, władaniem włócznią. Kto ją tego nauczył? Wreszcie przepowiada cztery zdarzenia: że zmusi Anglików do opuszczenia Orleanu, doprowadzi Delfina do koronacji w Reims, że książę orleański powróci z niewoli w Anglii, a Karol VII odzyska Paryż (co stanie się już po śmierci Joanny). Kto ułożył jej taki „program polityczny”?

W ciężkiej zbroi, na białym rumaku, z krótko obciętymi włosami, 28 kwietnia 1429 roku ruszyła z Blois na Orlean na czele 3-4 tys. zbrojnych ze sztandarem, który własnoręcznie wyhaftowała: Bóg błogosławiący białe lilie i napis „Jezus-Maria”. To był wstrząs dla ówczesnych: kobieta w armii i na jej czele! Wytrzymywała trudy, które zwaliłyby z nóg atletę; raczej nie dowodziła, choć bardzo trudno to ocenić. Natomiast z niesłychaną odwagą prowadziła natarcia, powiewając chorągwią, nie rozlewając krwi ludzkiej. Wygłodniały Orlean był bliski poddania się Anglikom; lecz gdy pojawiła się Joanna, Francuzi z przedziwnym zapałem rzucili się do walki i zdobyli trzy główne basteje. 7 maja w wyniku krwawych walk padła najważniejsza basteja angielska chroniąca most na Loarze – Tourelles. Most zarwał się pod uciekającymi Anglikami i wielu znacznych potonęło, zresztą ku zgrozie żołnierzy liczących na sowite okupy. John Talbot i inni dowódcy angielscy dostali się w niewoli; Anglicy przegrali też wielką bitwę pod Patay.

Tak nieoczekiwana zmiana sytuacji sprawiła, że imię Joanny stało się znane w całej niemal Europie; na jej temat zabrali głos najwięksi wówczas uczeni. Najgorzej ocenili Dziewicę teolodzy uniwersytetu paryskiego, oskarżając ją o czary; niebawem Anglicy mieli to wykorzystać. Tymczasem ich armia wpadała w panikę; Joanna naciskała więc na Karola Delfina, by podjął ryzykowny marsz na Reims. I ta ciężka, długa i nieprzygotowana wyprawa nieoczekiwanie powiodła się: po zajęciu kilku ważnych twierdz 17 lipca Karol VII uroczyście został ukoronowany w katedrze w Reims, czemu przypatrywała się Joanna stojąca obok ze sztandarem.

Był to jednak kres wielkich triumfów Joanny d’Arc. Król nie wykorzystał entuzjazmu narodu i nie zdołał zdobyć Paryża ani wyrzucić Anglików z królestwa, do czego zdążała Dziewica i co wówczas było możliwe. Pozostawiona z kilkoma oddanymi dowódcami, podczas odsieczy Compiegne Joanna dostała się 23 maja 1430 roku do niewoli Burgundczyków. Ci odsprzedali ją Anglikom za 10 tys. skudów.

Przebiegli wyspiarze uczynili jak Piłat przed niemal półtora tysiącem lat wobec Jezusa, oddając Go pod sąd żydowski. Teraz Anglicy oddali Dziewicę pod sąd francuski: normandzki i paryski. Na czele stanął proangielski, skrajnie stronniczy i obłudny biskup Pierre Cauchon. Sam Karol VII nie pofatygował się, by wykupić tę, której zawdzięczał koronę ze świętymi olejami oraz przebudzenie narodu francuskiego w obronie dynastii i Francji.

Proces Joanny d’Arc, który rozpoczął się w grudniu 1430 roku, był wielkim skandalem: na rozkaz Cauchona od razu naruszono prawo, osadzając ją nie w więzieniu kościelnym, a cywilnym, gdzie narażona była nawet na próby gwałtu. Podobno dlatego m.in. nadal żądała męskich szat. Cauchon chciał doprowadzić do uznania Dziewicy Joanny za czarownicę, i to mu się po półrocznym procesie udało. Wyobraźcie sobie samotną, prostą dziewczynę naprzeciw uczonych teologów; ileż hartu, siły wewnętrznej i emocjonalnej inteligencji miała, by przetrzymać ten huragan podstępnych pytań zadawanych przez niechętnych jej duchownych. Raz nawet, na cmentarzu, w obliczu tłumów, załamała się i przyznała do herezji, ale w kilka dni odwołała zeznanie. Sędziowie uznali ją jednak za „heretyczkę, odszczepieńca, bałwochwalczynię”, a naczelnym dowodem miało być noszenie przez nią męskich ubrań i krótkiej czupryny. Zasądzili dożywocie i przekazali Anglikom. Ci 30 maja 1431 roku założyli na bakier mitrę na głowę i spalili na staromiejskim rynku w Rouen. Umierała odważnie, wybaczając oprawcom; ponoć nawet kardynał angielski płakał wraz z innymi dostojnikami. Prochy wielkiej męczennicy wyspiarze wyrzucili do Sekwany.

Ale Anglicy nie zdołali już zatopić ani pamięci, ani wzbudzonego przez d’Arc patriotyzmu Francuzów. Wypadki przebiegły w zgodzie z przepowiedniami Joanny. Ona sama doczekała się szybko rehabilitacji, w 1920 roku została kanonizowana, przedtem stając się bohaterką narodową Francji…” (Jerzy BesalaTajemnica Joanny D’arc)

podobne: „Nie ma ludzi” i Kisiel wbrew Kotarbińskiemu czyli… bardzo konkretne skutki społeczne religii, moralności, cnoty i nacjonalizmu   oraz: Cyceron: „Cnota jest doskonałym rozumem”. O uczciwości, przebaczeniu i poświęceniu dla drugiego człowieka i to: Święci papieże. Beatyfikacja i kanonizacja. Najbardziej znane cytaty z wystąpień Jana Pawła II

– Joanno, szykuj się na śmierć.

Igor Sid

Igor Sid

– Dlaczego śmiercią mnie straszycie?
Wszystko najgorsze już poza mną –
Dni rozciągnięte na torturach,
Śmierć moim wybawieniem, nazwą.
Krew, pot i łzy, co ze mnie uszły,
Ciało zsuszyły na pergamin,
Co spłonie szybko, lecz bez duszy,
Która powieje popiołami
Nad bladym światem pogrzebowo,
Bo kłamstwem żyje wasze słowo.

– Joanno, szykuj się na potępienie.

– Dlaczego piekłem mnie straszycie?
Wszystko najgorsze już poza mną –
Piekło zostawiam za plecami,
Na których waszych rąk są ślady.
Znam piekło sławy, piekło władzy
I piekło strachu przed zawiścią,
Która zabija za brak wiary
Tych, którym wiara daje życie.
Gorszego ognia Bóg nie wznieci,
Niż ten spod palców jego dzieci.

– Joanno, szykuj się na zapomnienie.

– Czemu niebytem mnie straszycie?
Przecież mój niebyt już poza mną –
I sami w ciele mym rzeźbicie
Mój pomnik – kijem, ogniem, stalą.
Niech krzyknę: Ludzie! Chcą mnie spalić! –
To tysiąc głośno się zaśmieje,
A drugi tysiąc mnie ocali.
Płonąc zostaję jak nadzieja –
Joanną w krwi niewinnej, w łzach.
Inkwizytorzy, szykujcie się na strach!

Jacek Kaczmarski 1978

poprzednio: „Portret płonący”

„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. PIS odrzucił projekt ustawy o ochronie życia. Nieubłagany palec postępu wskazał na bezkarność (w drodze do deprawacji)


rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

„Piąty października 2016 roku przejdzie do historii polskiego parlamentaryzmu. Oto posłowie PiS, powołujący się niezmiennie na nauczanie Kościoła i twierdzący, że to za ich rządów „dumna Polska wstaje z kolan” sprzeciwili się naukom Jana Pawła II i wyraźnie przestraszyli się manifestacji wulgarnych aborcjonistek i europejskiej lewicy. Oszukali swoich wyborców i zdradzili skazywane na śmierć dzieci.

Każdemu, kto obserwował dzisiejsze wydarzenia w Sejmie towarzyszyć musi uczucie ogromnego niesmaku. Cała Polska widziała bowiem, jak poseł PiS – pełniący tego dnia obowiązki przewodniczącego komisji sprawiedliwości – Andrzej Matusiewicz, w trybie niezgodnym z przepisami wykonywał polecenia przełożonych, którzy nakazali mu szybkie odrzucenie projektu. Regulamin Sejmu wskazuje wyraźnie, że zwołanie komisji musi nastąpić na trzy dni przed posiedzeniem – uczestników dzisiejszego posiedzenia jednak wezwano SMS-em na kilka godzin przed jego rozpoczęciem. Był więc to wyraźny wybieg, niezgody z sejmowym regulaminem, zorganizowany tylko po to, by odciąć się od projektu ustawy pod którym podpisało się ponad pół miliona obywateli – w miażdżącej większości wyborców PiS.

Po co PiS-owi ten mini-zamach stanu? Po to, by w Polsce nadal obowiązywał krwawy kompromis aborcyjny, zgodnie z którym wolno zabijać nienarodzone dzieci. Dziś na niby-posiedzeniu komisji sprawiedliwości fani polityki doświadczali prawdziwej uczty – na ich oczach bowiem cyniczni kabotyni z partii rządzącej próbowali na siłę odrzucić projekt, a opozycja na siłę… chciała pozostawić go w Sejmie, wyłącznie po to, by przez media wciąż przetaczał się antypisowski walec. Ludzie, którym bardziej niż polityczne gierki odpowiada katolicka moralność otrzymali dziś cios w plecy. Od ludzi, którym – nierzadko bezgranicznie – zaufali.

Z jakiego powodu rządząca „prawica” zadała cios milionom polskich katolików? Mamy uwierzyć, że przestraszyła się „Gazety Wyborczej”? Przecież pismo to szkaluje PiSowców z każdego powodu, a żaden jego czytelnik nigdy na tą partię nie zagłosuje, zakaz aborcji niczego by tu nie zmienił. Czyżby więc PiS przestraszył się wściekłych aborcjonistek ubranych na czarno? A może debaty w Parlamencie Europejskim? Takie są teraz priorytety Prawa i Sprawiedliwości? To feministki i europejscy neo-komuniści są autorytetami partii rządzącej? Czym więc różni się ona od Platformy Obywatelskiej czy .Nowoczesnej?

Wygląda na to, że prezes PiS wolał kultywować ulubionego świętego niejednego polskiego naczelnego katolika wśród polityków. Jaki to święty? Święty spokój. Jest ważniejszy niż spokój własnego sumienia polityków pozwalających na mordowanie niewinnych dzieci w majestacie prawa. Jednak posłowie PiS zapowiadali podczas pierwszego czytania w Sejmie, że poprą projekt. Występowali na mównicy, oklaskiwali projektodawców, głosowali za tym projektem. Oczekujemy więc, że nie zmienią zdania w przeciągu zaledwie kilkunastu dni, i mimo wszystko – skierują projekt do dalszych prac.

Żenującym wręcz kłamstwem są wypowiedzi prominentnych PiS-owców mówiących o tym, że odrzucili projekt antyaborcyjnej ustawy ponieważ są przeciwni karaniu kobiet. Aby nie karać kobiet, ale prawnie zakazać aborcji wystarczyło na jednym posiedzeniu komisji odrzucić jeden punkt tego projektu, a nie całą ustawę! To obrzydliwa hipokryzja posłów, którzy nagle odkryli, że rzekomo nie chcą karania kobiet, które zleciły zabójstwo swojego dziecka.

Posłowie PiS zapowiadają również, że będą pracować nad własnym projektem zakazującym aborcji, ale tylko tej eugenicznej. Znając ich możliwości zamierzają pracować nad nim co najmniej osiem lat, wszak wydaje im się, że są dla Polaków tak ważni, iż będą rządzić w nieskończoność. Tymczasem każdego kolejnego dnia w polskich szpitalach będzie się rozszarpywać na strzępy niewinne ludzkie istnienia, statystycznie trzy dziennie. Posłowie-katolicy! Nie musicie być winni tej krwi! Wystarczy, że zagłosujecie w zgodzie z własnym sumieniem – nie przeciwko obywatelskiemu projektowi, ale przeciwko zabijaniu dzieci! 

W przeciwnym bowiem wypadku za butę i spektakularną zdradę przyjdzie politykom rządzącej partii zapłacić. Pan Bóg bowiem wynagradza za dobre i karze za złe nie tylko poszczególnych ludzi, ale i całe narody. A obóz rządzący na każdym kroku coraz bardziej przypomina uwielbianą przez siebie sanację. Oni też za nic mieli moralność, i uważali się za pomazańców narodu, którym wolno sprzeciwiać się Bożym prawom. Koniec sanacji okazał się dramatyczny. Co najgorsze, dramatyczny nie tylko dla klasy panującej, ale i dla całego kraju.” (Krystian Kratiuk)

żródło: pch24.pl – Kto będzie winny tej krwi?

…co w zamian?

„…4 tys. złotych to zapisana w ustawie „Za życiem” wysokość jednorazowego świadczenia z tytułu urodzenia chorego dziecka. Rodziny mają ponadto otrzymać bardzo potrzebne dodatkowe wsparcie medyczne, rehabilitacyjne i psychologiczne. Ze smutkiem trzeba jednak stwierdzić, że PiS nie decydując się na zakaz aborcji i jednocześnie wprowadzając takie finansowe wsparcie, de facto wycenia życie niepełnosprawnych. Rządzący zdają się mówić: „4 tysiące za życie. 4 tysiące albo śmierć. Nie zabij, to zapłacimy. Potem załatwimy lekarza czy rehabilitanta bez kolejki. Ale jeśli uważasz, że pomagamy i płacimy za mało, to możesz zamordować. W porządku. Nie staniemy ci na drodze. Nie kiwniemy palcem, by chronić życie”.

To prawdziwe oblicze Prawa i Sprawiedliwości, formacji, która swoim programem wyborczym, deklaracjami przywiązania do wiary katolickiej oraz głosowaniami w poprzedniej kadencji przekonywała, że zakaz aborcji jest oczywistością i jedynie kwestią czasu. Tymczasem minął rok rządów „dobrej zmiany”, a posłowie nie tylko nie podjęli własnej inicjatywy, ale jeszcze w skandaliczny sposób odrzucili inicjatywę obywatelską, zasłaniając się teraz programem mizernego wsparcia finansowego dla rodzin z chorymi dziećmi.

To zadowala sprzyjających władzy dziennikarzy, zwanych niekiedy, o zgrozo, prawicowymi. PiSowskie media trąbią teraz na prawo i lewo o sukcesie, na wszystkie strony donosząc o spełnieniu obietnicy. Rządzący – owszem – obietnicę spełnili, jednak tylko tę złożoną w trakcie drugiego czytania obywatelskiej projektu ustawy Stop Aborcji, gdy inicjatywę wyrzucono do kosza. Obietnicę wprowadzenia „programów” i „pakietów” PiS złożył jednocześnie odrzucając rozwiązania, które wprowadzałyby pełną ochronę życia, realizowałyby program partii oraz obietnice złożone w poprzednich latach, także przed wyborami z roku 2015.

Mamy więc nad Wisłą, ponad rok od wyborczego tryumfu formacji obiecującej „dobrą zmianę”, zmianę żadną. W mocy pozostaje krwawy „kompromis aborcyjny”, na mocy którego w majestacie prawa rocznie morduje się ponad tysiąc dzieci…” (Michał Wałach)

źródło: pch24.pl – Ustawa „Za życiem” czyli „Kompromis Aborcyjny Plus”

podobne: Sprzedawczyki spod Lizbony zawłaszczają Kościół czyli… PiS udaje, że reprezentuje elektorat katolicki  i to: Dzień Świętości Życia i obywatelski projekt ustawy „Stop Aborcji”. „Jeden z nas” w Parlamencie Europejskim. Michalkiewicz: Papież Franciszek a kara śmierci. oraz: Mamo nie zabijaj mnie! (ani siebie)… O „bezkarności” aborcji. Madryt – manifestacja przeciwników aborcji. a także: Andrzej Talarek: „Zabić downa” czyli… Albo cywilizacja życia, albo cywilizacja śmierci. polecam również: Zabij „dzień po” bez recepty… „Nie o Mary Wagner” Dla Mary Wagner. i jeszcze: Zoll: propozycje zmian przepisów m.in. o aborcji przyjęto jednogłośnie

Istotą prawicy jest bowiem obrona naturalnego prawa moralnego, jako dobra wspólnego. Partia, która to odrzuca, przestaje być prawicowa, przechodząc na pozycje lewicowe.

PiS nie tylko stracił moralną wiarygodność, ale okazał się partią tchórzliwą, przestraszoną ulicznymi manifestacjami aborcjonistów. Okazał się partią niezdolną do walki z lewicowym zagrożeniem naszego kraju. Stracił polityczną i moralną wiarygodność. A posłowie, którzy zagłosowali za partyjną dyrektywą, udowodnili, że najważniejszym celem ich obecności w parlamencie nie jest dobro wspólne naszego narodu, a obrona własnych możliwości wyborczych. To partia, nie interesu narodowego, a interesu partyjnego, budowanego nawet za cenę życia dzieci nienarodzonych.

Jest rycerskim obowiązkiem bronić najsłabszych i bezbronnych. Dziś najbardziej bezbronną grupą są dzieci nienarodzone. I to ich zdradził PIS w imię utrzymania w przyszłości własnych mandatów poselskich. To obrzydliwe i tchórzliwe zachowanie jest niegodne przyzwoitych ludzi. Głosując za odrzuceniem projektu broniącego życia, stał się partią tchórzliwych i bezmyślnych obrońców systemu zezwalającego na mordowanie niewinnych dzieci. I dlatego PIS stracił rację swojego istnienia.” (Marian Piłka)

źródło: pressmania.pl – PIS stracił rację swojego istnienia

NIE ZABIJAJ i „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”, czyli miłość względem bliźniego wyrażona w poszanowaniu każdego życia (począwszy od najbardziej bezbronnej jego fazy), to według środowisk lewicowych „szkodliwy radykalizm” i „fundamentalizm religijny”. Tymczasem to właśnie stosunek do życia pozwala określić z kim i z czym mamy w rzeczywistości do czynienia i nie da się tego zamazać „potrzebą/koniecznością polityczną”. Zwłaszcza kiedy ma się stosowną większość w parlamencie a naprzeciwko siebie jakiś lewacki margines, z którym jak pokazała praktyka obóz rządzący do tej pory nie liczył się w ŻADNEJ spornej kwestii, dopiero gdy przyszło do ochrony życia nienarodzonych władza postanowiła podkulić ogon i zwiać.
Mając do wyboru dotychczasowy „kompromis” i projekt który zakładał większą i uczciwie postawioną ochronę życia poczętego, obóz rządzący zdecydował się na polityczny „pragmatyzm” sprzeniewierzając się zasadom z którymi szedł do wyborów, oszukując tym samym tę część elektoratu który widział w nich partię katolicką. Odrzucając w „dziwnych okolicznościach” projekt Ordo Iuris z bandy zwykłych socjalistów (do niedawna „pobożnych”) PIS stał się bandą socjalistów bezbożnych. Bez szacunku już nie tylko do własności prywatnej, ale do czegoś o wiele ważniejszego – życia ludzkiego.
To są kwestie fundamentalne które ustawiają całą lewacką pragmatykę i ideologię w uprzywilejowanej pozycji jako „moralnych” zwycięzców. Kto nie szanuje życia w prostej konsekwencji wystawia się na konsekwencje braku poszanowania również w takich kwestiach jak zdrowie i własność. Na tzw. zachodzie widać te konsekwencje w całej ohydnej rozciągłości. Jeżeli ktoś uważa że ochrona życia ludzkiego to problem drugorzędny albo temat zastępczy, to powinien się mocno zastanowić nad swoim systemem wartości i po co/dlaczego jeszcze żyje… (Odys)

„…tzw. aborcja nie jest „tematem zastępczym”, jak tego znów próbowali ostatnio dowodzić niektórzy politycy i dziennikarze należący do „otuliny propagandowej” układu władzy. To jest kwestia pierwszorzędna – nie miejmy wątpliwości, że od stworzenia prawnej gwarancji bezpieczeństwa życia ludzkiego zależą losy naszego państwa. To jest, owszem, sprawa życia i śmierci, ale nie tylko tych najmłodszych z nas, jeszcze nienarodzonych, bezbronnych i niemogących nawet głosu zabrać w swojej obronie, to sprawa być albo nie być całego narodu. Dlaczego z wszystkich zdań wypowiedzianych kiedykolwiek przez Jana Pawła II do własnych rodaków to jedno okazuje się tak trudnie do zapamiętania: „Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości”?

Nie, stosunek do aborcji nie jest kwestią „opinii” – to jest kwestia faktów. Doprawdy, ileż razy można te mrożące krew w żyłach fakty przytaczać? Zanim wdamy się z kimkolwiek w teoretyczną dysputę, upewnijmy się, że każdy z dyskutantów wie, o czym mówi. Jest XXI w., są kamery, ultrasonografy i inne cuda, każdy może to sobie przecież wyszukać i obejrzeć w sieci. Nie udawajmy, że nie wiemy – tu chodzi o rozrywanie na kawałki żywych ludzi, a nie o żadne „usuwanie produktów zapłodnienia” czy „tkanki ciążowej”. Zresztą nawet jeśli ktoś udaje, że są w tej sprawie jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, to przecież właśnie wątpliwości powinny przesądzać na korzyść życia…

Ten sławetny „kompromis”, przypomnijmy, plasuje nas na poziomie cywilizacyjno-prawnym Trzeciej Rzeszy Adolfa Hitlera. Tam również nie wolno było z mocy prawa dowolnie i legalnie zabijać wszystkich nienarodzonych dzieci – tylko niektóre. Jakie? Ano te skazane zaocznie i arbitralnie na śmierć przez konsylium lekarskie, a więc nie wyrokiem sądu ani nawet nie w trybie decyzji administracyjnej. Jeśli już nie sam koszmar tzw. zabiegu, to czyż arbitralność i nieformalność tych wyroków powinna budzić sprzeciw każdego legalisty. Ale jakoś nie budzi…” (Grzegorz Braun)

całość tu: Prawo do życia dla wybranych?

podobne: Prawo do życia a sumienie narodu, czyli… Aborcja w przekroju dwóch prezydentów

Warto przy okazji przypomnieć dziś twarde stanowisko Kościoła, którym ta pseudo katolicka partia wyciera sobie czerwoną gębę – Dokument bioetyczny Episkopatu: sprzeciw wobec in vitro, aborcji i eutanazji i to „Ksiądz profesor Guz: bezkarność to droga do deprawacji”Kościół rozwiązuje to prosto – Bóg Cię rozliczy. Nie jest w stanie egzekwować/narzucać w tym zakresie prawa cywilnego (zakazów i kar) bo nie posiada takich kompetencji. Nie od tego jest Kościół. Może jedynie napominać (co bezustannie robi), ewentualnie kapłan może nie udzielić indywidualnego rozgrzeszenia mordercy dziecka. Granie w tej kwestii (i nie tylko tej) Kościołem przez tzw. państwo, które dziwnym trafem penalizuje każdy jeden przypadek zabójstwa/morderstwa, ale mordercom nienarodzonych dzieci daje pewne przywileje jest zwykłą obłudą. To demoralizujący relatywizm nie tylko etyczny ale również prawny. Mowa jest o projekcie prawa cywilnego a nie reformie przykazań, więc niech się obłudnicy z PISu nie podpierają stanowiskiem Kościoła który prawa w Polsce nie tworzy. Dlatego rzygać mi się chce kiedy politycy podpierają się nauką Kościoła za każdym razem kiedy na swoim poletku uprawiają relatywizm moralny, i jeszcze bezczelnie twierdzą że kościół to pochwala. Jego stanowisko na polu ochrony życia poczętego jest od wieków jasne i niezmienne (patrz V przykazanie).

Poza tym nie jest prawdą że ten projekt nakazywał karanie kobiet – dopuszczano możliwość odstąpienia od karania. Tak jak nie nakazywał kobietom poświęcania życia dla nienarodzonego dziecka – dawał kobiecie wybór gdyby na szali było jej życie.

Tym samym zasłanianie się Kościołem przez obłudników z PISu to tylko i wyłącznie pretekst (a nie przyczyna) odrzucenia w sposób skandaliczny projektu Ordo Iuris i to ze strachu przed tymi którzy nie mają ŻADNEJ WŁADZY poza wulgarnym kwikiem na ulicy. Więc warto w ten sposób o tym mówić. Zasłanianie się Kościołem jako przyczyną własnego tchórzostwa i braku kręgosłupa uwłacza inteligencji słuchacza i opowiadającego… (Odys)

podobne: Efekt „państwa opiekuńczego” – rządowe dofinansowanie do grzechu. NFZ należy leczyć wolnym rynkiem a bezpłodność naprotechnologią. „Kult Świętego Spokoju” i „Kara śmierci za niezaradność” (o aborcji). oraz: Obłudnicy z „pseudoprawicy”

„…rewolucjoniści zaczęli rozgladać się za proletariatem zastępczym i ich argusowe oko padło na kobiety. Kobieta bowiem, wszystko jedno; ładna, czy brzydka, młoda, czy stara, mądra, czy głupia, biedna, czy bogata, kobietą być nie przestanie, a skoro tak, to trzeba tylko je oduraczyć, wmawiając im, że są nieszczęśliwe z powodu oprymowania przez męskie, szowinistyczne świnie, od których mogą wyzwolić je właśnie rewolucjoniści. Dlatego właśnie przed nimi trzeba rozłożyć nogi, dając przystęp do sanktuarium swego ciała – ale żeby potem nie odciągać ich od walki o świetlaną przyszłość, jakimiś burżuazyjnymi przeżytkami w rodzaju dzieci, czy rodziny, kobiety powinny uzyskać prawo mordowania własnych dzieci. W rezultacie rewolucjoniści będą mogli pławić się w pierwotnej niewinności, bo jużci – całe odium spadnie na wyzwolone panie, które w zamian dostaną makagigi w postaci „swobody wyboru”.

Część kobiet, zwłaszcza snobujących się na „postępowość”, temu duraczeniu chętnie się poddaje, dzięki czemu może być dodatkowo wykorzystana w charakterze mięsa armatniego. No i właśnie RAZWIEDUPR, który pracowicie wykonuje zadanie zlecone przez centralę BND, by dostarczyć Naszej Złotej Pani jak najwięcej argumentów uzasadniających zastosowanie wobec Polski przewidzianej w traktacie lizbońskim „klauzuli solidarności”, do spółki z żydowską gazetą dla Polaków, zmobilizował damską agenturę do proklamowania 3 października ogólnopolskiego „czarnego protestu” w obronie „wagin” i „macic” przed złowrogą penetracją ze strony nieubłaganego palca reżymu. Pani Krystyna Janda, która – jak się okazało – ma za sobą aborcyjne epizody, wyraża nadzieję, że „czarny protest” doprowadzi do sparaliżowania całego kraju, aż się reżym „zadziwi i zlęknie” i porzuci swoje zbrodnicze knowania. Dzięki temu kobiety będą mogły mordować nie tylko dzieci jeszcze nie narodzone, ale i wszystkie inne – bo dlaczegóż właściwie mielibyśmy sobie żałować? Im dziecko starsze, tym więcej miejsca zajmuje w naturalnym środowisku i w ogóle – sprawia więcej kłopotów, więc logika nakazywałaby nie zatrzymywać się w pół drogi, tylko za jednym zamachem pójść na całość. Jak słusznie zauważył wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler, wyrywanie zęba po kawałku jest bez sensu; trzeba go wyharatać za jednym zamachem, a wtedy ból szybko mija i jest gites tenteges. On co prawda wspominał o tym przy okazji ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej, ale to bez znaczenia, bo ważniejsze, że myśl raz rzucona w przestrzeń, prędzej czy później znajdzie swego amatora…” (Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: Nieubłaganym palcem

„…Pretekstem jest – jakże by inaczej – „swoboda wyboru”, której jednak kobiety milcząco odmawiają ludziom bardzo małym. Ciekawe, że pan Marek Michalak, Rzecznik Praw Dziecka, nawet nie ośmielił się pisnąć słówka protestu. Widać ktoś starszy i mądrzejszy musiał mu doradzić, by nie wtykał nosa w nie swoje sprawy, a wtedy , za uposażenie uzyskiwane z tytułu piastowania tej operetkowej synekury, będzie mógł spokojnie wypić i zakąsić jeszcze przez kolejna kadencję – być może aż do emerytury. Otóż zgłaszane ze strony tych kobiet żądanie przyznania im prawa decydowania o życiu i śmierci osób, które nie są oskarżane o żadne przestępstwa, a jedynym powodem zagrożenia ich życia jest okoliczność, iż ich egzystencja akurat koliduje z czyimiś projektami lub interesami, świadczy o gwałtownym wzroście skłonności zbrodniczych w środowisku tak zwanych „kobiet wyzwolonych”…

…zgłaszane obecnie przez część kobiet żądanie przyznania im prawa decydowania o życiu ludzi bardzo małych, na pewno nie jest z ich strony ostatnim słowem. Skoro prawdziwą przyczyną jest okoliczność, iż egzystencja tych bardzo małych ludzi staje w kolizji z projektami lub interesami kobiet, to przecież ludzie więksi, na przykład – już urodzeni albo nawet wyrośnięci, mogą zagrozić projektom lub interesom wyzwolonych kobiet w stopniu jeszcze większym, niż ludzie w fazie prenatalnej. W tej sytuacji tylko patrzeć, jak wyzwolone kobiety zażądają przyznania im prawa decydowania o życiu również tych pozostałych kategorii osób. Skoro uważają za słuszne, sprawiedliwe i pożądane przyznanie im uprawnienia do pozbawiania życia osób bardzo małych, to w przypadku zgody na aborcję, trudno będzie odmówić zgody na mordowanie przez nie ludzi już urodzonych, a nawet dorosłych…” (Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: Czyżby Lombroso wszystko przewidział?

„…Obserwując zachowania i wypowiedzi uczestniczek „czarnego protestu” można by odnieść wrażenie, że nie potrafią one zauważyć związku przyczynowego między rozłożeniem nóg przed przygodnym partnerem, a późniejszą ciążą. Taki brak spostrzegawczości przypisywany był kiedyś Dajakom z wyspy Borneo, którzy nie potrafili uchwycić związku przyczynowego między spółkowaniem a narodzinami dziecka. Teraz, kiedy rewolucja seksualna dotarła już nawet pod takie strzechy, Dajakowie pewnie już takie rzeczy wiedzą – za to praktyczne wyzwolone panie – już chyba tę umiejętność zatraciły. Z zagadkowych powodów utrzymywane są w tej ignorancji przez wyszczekanych Żydów w rodzaju pana Jana Hartmana, który agitował je do uczestnictwa w „czarnym proteście” pod pretekstem, że Jarosław Kaczyński próbuje wkładać im rękę „w majtki”, by swoim nieubłaganym, faszystowskim palcem penetrować im „waginy”, a nawet „macice”. Jaki interes Żydzi mają w ekscytowaniu głupich gojek przeciwko nieubłaganym palcom – trudno zgadnąć – chyba, że przyjmiemy, że o głupie gojki chodzi im wyłącznie w tym aspekcie, by przerobić je na mięso armatnie, które będą mogli rzucić przeciwko bastionom znienawidzonej łacińskiej cywilizacji. Ta żydowska intencja wychodzi naprzeciw identycznemu pragnieniu ubeckich dynastii, które też nienawidzą, nie tylko łacińskiej, ale w ogóle każdej cywilizacji, jako że swoje korzenie wywodzą jeśli nie od bolszewików, to od bandytów, dla których wszelka cywilizacja jest zjawiskiem nienawistnym. Warto zwrócić uwagę, że z tego punktu widzenia Żydzi, ubowcy i wiele kobiet musi znajdować się na zbliżonym poziomie intelektualnego rozwoju, skoro najpierw uwijają się wokół destrukcji podstaw cywilizacji łacińskiej, a kiedy już doprowadzą do jej kryzysu, strasznie się dziwują, że pali się nimi w piecach, albo harapem zagania do haremów „pod czujną eunucha straż”. Ale skoro można ćwiartować ludzi bardzo małych, to dlaczego nie – dajmy na to – Żydów i to nawet już wyrośniętych?..” (Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: Operacja polska przyspiesza

Zasady moralne są jak grawitacja, pozostają niezmienne od ludzkich podskoków. Oczywiście tylko dla tych co w nie wierzą i są gotowi stawać w ich obronie. Ci zaś co nie wierzą w uniwersalność i trwałość owych zasad mogą sobie reklamować relatywizm, kompromisy, „pośrodkuprawdę” (choćby środek w gównie leżał) i co tam jeszcze im „wolna wola” podpowiada. „Róbta co chceta”… a nawet więcej róbta, tylko nie mieszajta do tego Boga i katolicyzmu że „zawodzi”, bo tam nie ma miejsca inną ideologię i indywidualne poprawki. Tylko nie płaczta potem że się sodoma i gomora szerzy skoro „kompromis” jest wart tyle samo co wierność prawdzie. To jest właśnie rzeczywistość podeptania „nierzeczywistych” zasad. Od udawania że jest inaczej, i że każdy ma „prawo do swojej prawdy” nikt się lepiej nie poczuje, bo o człowieczeństwie i o zgodzie z samym sobą decyduje coś zupełnie innego. Dopóki ludzie sobie tego nie uzmysłowią będzie tylko narastała frustracja i kult „ludzkiej ułomności”, „kompromisu” dla „świętego spokoju”, aż wszyscy (każdy dla siebie) zaczną dla tego „spokoju” realizować swoje „pomysły na życie” nie oglądając się na innych.
Taki plan ma tzw. „lewica”, która „z ustawy” już od dawna wypina się na obiektywne zasady (jak prawo naturalne) wielbiąc „kompromis” i udając że każdy ma prawo do swojej „prawdy”. Skutki tej utopii widać gołym okiem. Najpierw sankcjonuje się brak szacunku (albo „warunkowy”) dla życia ludzkiego, gdzie wszyscy mają być zadowoleni ze „zgody” i „mądrego kompromisu”, a potem następuje ryk, kwik, oburzenie i zdziwienie kiedy ktoś siłą i bez pytania o zgodę głównych zainteresowanych wprowadza w życie inżynierie społeczne i biologiczne. Nie dziwcie się jeśli władza ma gdzieś waszą własność czy zdrowie skoro godzicie się na to by o życiu decydował „kompromis” ze śmiercią . Tam gdzie nie ma zasad, albo gdzie nikt ich nie broni nie oczekujcie sprawiedliwości, porządku ani nawet szacunku.

Połamanie zasad jest jak zniszczenie grawitacji. Człowiek przestaje mieć kontrolę nad swoim życiem i może tylko dryfować zgodnie z wolą tego komu tę kontrolę oddał…(Odys)

podobne: Po debacie w „Klubie Ronina” Grzegorz Braun zwraca uwagę na „patriotyzm” i „konserwatyzm” środowisk mieniących się prawicowymi. a także: Była konferencja, ale nie było opozycji. Różnica między negacją a opozycją oraz między prawicą a lewicą czyli… do czego nadaje się PIS polecam również: Narada szczurów czyli… Pamięć Kaczyńskiego przed i po „głosowaniu nad prawdą” wołyńską.

„…Skoro już zdecydowaliśmy się na śmiałe przełamywanie anachronicznych konwenansów, to trzeba by również zmodyfikować zakres ochrony innych wartości – na przykład – wolności i własności. Dlaczegóż to wolność, czy własność miałaby być bardziej chroniona prawem, niż życie? W końcu zarówno wolność, jak i własność są pochodnymi egzystencji, więc skoro wchodzimy na drogę likwidacji ochrony życia to nie ma co się trząść ani nad wolnością, ani nad własnością. Wyobraźmy sobie tylko, ileż cierpień, a być może nawet dolegliwości natury medycznej, powoduje niemożność natychmiastowego odbycia stosunku płciowego z upatrzoną damą tylko z powodu konieczności respektowania jej kaprysów, nie wiedzieć czemu awansowanych do rangi „prawa wyboru”? Skoro człowieka bardzo małego bez ceregieli takiego prawa pozbawiamy, to dlaczego mielibyśmy nabożnie respektować uroszczenia jakiejś klempy? Niech nie marudzi, tylko w podskokach rozkłada nogi. Podobnie z właścicielami. Któż to widział, by jeden miał całą fabrykę gwoździ, a drugi żeby nic nie miał? Jak jeden ma całą fabrykę gwoździ, to i drugi niech ma całą fabrykę gwoździ, a jak jeden nie ma nic, to i drugi niech nie ma nic. Tak właśnie tłumaczył mi zasady sprawiedliwości społecznej mój przyjaciel z dzieciństwa, pięcioletni Henio Zielski z Markuszowa. Za sprawą „czarnych dam” chyba się wreszcie tego doczekamy…” (Stanisław Michalkiewicz)

źródło: Cudna woń społecznej sprawiedliwości

podobne: przestroga feministki oraz: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki? i to: miarka: „Lewacki bałagan w wartościach” czyli pułapki tolerancji w wykonaniu lewicowym. a także: Czy uda się nam ocalić cywilizację łacińską, czy na jej gruzach zatriumfuje komunizm.

wopako85 grafika

wopako85 grafika

(NIE)odpowiedzialni za państwo. Dwa oblicza Sarmatów i Quincunx Orzechowskiego czyli Wielka Polska Katolicka.


Szymona Kobylińskiego gawędy o broni i mundurze - Polish-Lithuanian Commonwealth - costumes of the military leaders, 16th-18th centuries

Szymona Kobylińskiego gawędy o broni i mundurze – Polish-Lithuanian Commonwealth – costumes of the military leaders, 16th-18th centuries

„Polak zawsze wesołym w królestwie swym jest, śpiewa, tańcuje swobodnie, nie mając na sobie niewolnego obowiązku żadnego”, „Polak, jako orzeł bez pętlic, na swej przyrodzonej, pod królem swym bujam w swobodzie”, „Polak w siermiędze na wole na harc przeciwko tej niewoli wyjechał”. Ta afirmacja wolności, bycia „orłem bez pętlic” jest również związana z pogardą lub co najmniej poczuciem wyższości względem „zniewolenia”. Polacy są więc „wolnymi królami”, „ilko widzisz Polaków, tylko widzisz swobodnych panów” w przeciwieństwie do mieszkańców innych mocarstw, którzy „nie mają obrony przeciwko zwierzchności książęcia swego”. Wolność daje odwagę, płoszy zniewalający strach („zajęczego serca jest niewola”). Człowiekowi o godności nieniewolniczej, człowiek uzależniony, podległy „ustępować musi jako lwowi ustępują sarny”. Wolność pozostaje w pismach Orzechowskiego wartością centralną, niemal synonimem polskości, wartością, która nobilituje, wyróżnia; jest fundamentem nie tylko ustroju Rzeczypospolitej, gwarantem trwania tego „wiecznego królestwa”, ale wręcz tożsamości jej obywateli.

„Mnie wolnego słuchaj Polaka, wzywam cię do siebie, wolności swej przyrodzonej i błogosławieństwa swego szczodrobliwie i wiernie użyczam tobie, nie dla siebie, ale dla samego ciebie, w społeczność swą cię biorę, z niewolnika wolnym wolnością swą cię czynię (…)” (Na tropie – Quincunx polski)

…Okres od powstania Rzeczypospolitej Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego (1569) do rebelii Chmielnickiego rozpoczętej w 1648 roku był szczytowym, jeśli chodzi o pozycję w świecie, sytuację gospodarczą kraju, ale też znaczenie szlachty polskiej i możliwości jej wpływu na dzieje Europy. Z tych właśnie lat pochodzą charakterystyczne opisy tej grupy: „Na każdą wzmiankę o męstwie i chwale na największe niebezpieczeństwo się narażają, w ogóle bowiem odwagą i śmiałymi czynami jaśnieć pragną; gnuśny nawet za leniwego do oręża uchodzić nie chce. Lud ten waleczny, śmiercią gardząc, chwałę wojenną nad inne przenosi; lecz nie są u niego i nauki bez czci stosownej. Język łaciński używany bywa powszechnie: nie ma prawie szlachcica, który by nim nie władał”.

„Szlachta ta wybija się spośród wszystkich innych narodów: Po pierwsze dlatego, że można z całą ścisłością stwierdzić, iż szlachty w Polsce jest więcej niż we Francji, Anglii i Hiszpanii razem wziętych. Po wtóre z uwagi na jej rozsądek i zręczność. Po trzecie szlachta polska jest polecenia godna jeszcze z powodu cechującej ją odwagi i zręczności w rzemiośle wojennym. Pod tym względem może iść w zawody z każdą inną szlachtą na świecie. Nie ma narodu, który by równie dobrze i cierpliwie znosił mrozy i upały, i wszelkie trudy – jak Polacy. Przypuszczam, że powodem tego jest Ich skłócenie z sąsiadami, a przeto przyzwyczajanie od dziecka do niewygód wojennych. Należy podkreślić jeszcze i to, że nawet w czasie pokoju i w czasie przebywania w domu sposób ich życia bardziej przypomina tryb obozowy niż domowy”.

„Żołnierze nasi do tego stopnia żądni są sławy i nie dbają o życie, iż nie przeraża ich ani sztuka, ani potęga wojenna innych narodów. Stąd też w ogóle gardzimy śmiercią na wojnie, gdyż przez nią możemy stać się nieśmiertelni”.

„U nas w Polsce z łaski Bożej w tej mierze liepsze jest opatrzenie. Nie masz ci skarbów ni podatków tak wielkich [jak w innych krajach], alie jest jedna rzecz, którą ze wszystkich panów skarby król polski zrówna i dobrze przewyszy, to jest liudu rycerskiego ku wszeliakiej potrzebie łacne i snadne nabycie, tak iż nie tylko sobie i Koronie tą rzeczą pomóc może, alie też i sąsiadom, alie i przyjaciołom pomagali królowie polscy, a bez utrapienia poddanych, boć wojna najbardziej skarby królów niszczy”.

Nie tylko z przytoczonych źródeł wynika, że Rzeczpospolita była wówczas państwem rozległym, zamożnym, z minimalną liczbą fortec, z niskimi podatkami, z liczną i świetnie przygotowaną do walki, patriotyczną klasą rycerską. Owa gotowość brała się nie tylko z tego, że każdy szlachcic miał prawo posiadać wszelkiego rodzaju broń, w której posługiwaniu ćwiczył się od dzieciństwa. Owa gotowość wynikała również z etosu szlachty polskiej, etosu rycerskiego, którego charakterystycznymi cechami były uwielbienie dla kawalerii, walka dla sławy, walka w otwartym polu, twarzą w twarz z nieprzyjacielem, walka w obronie Rzeczypospolitej. opierała się na wykorzystaniu tych wszystkich uwarunkowań.

W obliczu wojny odwoływano się do uczuć szlachty – obrońców Rzeczypospolitej. Jeśli tylko oceniła, że toczy się ona w interesie kraju, że jest to wojna obronna (czyli sprawiedliwa), a nie agresywna (czyli niesprawiedliwa), to, nie szczędząc swej krwi i majątków, szlachta wsiadała na koń, wypełniając szeregi armii…

Pokonano Szwedów, Moskwicinów, Siedmiogrodzian i Kozaków. Ale nowa wojna domowa – rokosz Lubomirskiego (walka między stronnictwem królewskim a popierającą Jerzego Sebastiana Lubomirskiego szlachtą) – zmarnowała owoce zwycięstw nad Kozakami i Moskalami. W efekcie zawarty w 1667 roku rozejm w Andruszowie oznaczał dla nas duże straty terytorialne i przypieczętował utratę dominującej pozycji Rzeczypospolitej w tej części Europy.

Dwie dekady wojen odbiły się katastrofalnie na demografii i gospodarce kraju. Populacja zmniejszyła się z jedenastu do ledwie siedmiu milionów ludzi. A gospodarka ucierpiała tak bardzo, że dopiero po półtora wieku wróciła do stanu sprzed 1648 roku. Wojny te pokazały jednak olbrzymią żywotność społeczeństwa szlacheckiego, które nawet w wydawałoby się beznadziejnej sytuacji (niemal kompletne opanowanie kraju przez wrogów i ucieczka polskiego króla za granicę) potrafiło się zorganizować i przejść do ofensywy, odzyskując państwo…

…Rzeczpospolita była osłabiona, ale pozostała podmiotem polityki międzynarodowej, dysponującym sporym potencjałem. I to nie tylko obronnym, lecz również zaczepnym. Najbardziej spektakularny tego przykład to odsiecz Wiednia w 1683 roku. Siła ówczesnego państwa wynikała z woli walki jego obywateli, czyli wciąż hołdującej ideałom rycerskim szlachty. Była to jego wielka zaleta, ale też wielka słabość. Gdy inne państwa zdecydowanie wkraczały w epokę licznych, utrzymywanych permanentnie armii stałych (co było możliwe dzięki bezwzględnie egzekwowanym wysokim podatkom oraz przymusowemu poborowi rekruta), państwo polsko-litewskie zbytnio się nie zmieniało.

Powszechna zgoda sejmujących stanów (czyli króla, senatu i izby poselskiej) była niezbędna, by podjąć decyzję o wypowiedzeniu wojny. Przekonanie szlachty co do słuszności wojny było niezbędne, by ją skutecznie prowadzić (to szlachta decydowała o podatkach i to ona wypełniała szeregi armii). Wystarczyło więc uderzyć w jedność szlachty, zaszczepić w niej zwątpienie w słuszność sprawy, za którą miała walczyć, by skutecznie rozbroić kraj, a nawet obrócić jego mieszkańców przeciw sobie. Tak się stało na początku XVIII wieku, w czasie wojny północnej, kiedy Rzeczpospolita podzieliła się na dwa obozy, które przy pomocy swych sojuszników i protektorów (Rosji i Szwecji) wzajemnie się zwalczały.

Z drugiej strony brak silnych struktur państwowych (czego przejawem było coraz częstsze, aż w końcu permanentne zrywanie sejmów) nie stanowił przeszkody w obronie kraju. Szlachta potrafiła się zorganizować (zawiązywała konfederacje) i z patriotycznymi hasłami na ustach walczyła o to, co uważała za korzystne dla Rzeczypospolitej…” (Radosław Sikora: „Szlachta. Droga do wielkości”Tekst pochodzi z wyd.5 (1/2016) Niezależnego Magazynu Strategicznego PARABELLUM.)

„Ideologia polskiej szlachty w dobie dążenia do uzyskania złotej wolności, kształtowała się gwałtownie, lecz nie charakteryzowała się żadnym zbiorem zasad. W czasach panowania Zygmunta Augusta brać walczyła o egzekucję praw i silniejszą władzę dla rad koronnych i sejmików. Dążenie do ukształtowania państwa na wzór rzymski miało zaowocować utworzeniem się państwa osobliwego politycznie na tle absolutystycznej Europy. Wkrótce rządy w państwie miały przypominać organizację prawną Republiki Rzymskiej z królem – princepsem na czele, rządzoną przez senat, rady koronne, sejmy i sejmiki szlacheckie. Nim jednak zakończyła się dynastia jagiellońska i zwołano pierwszy sejm konwokacyjny, głosem nobilów miał przemówić Stanisław Orzechowski, swoje poglądy wywodzący zarówno z tradycji antycznych, jak i katolickich, a łączący swoje idee polityczne, jak się okazało zbieżne z zamierzeniami polskiej szlachty, z mitem sarmackim…

…Historyk formułował w swoim drugim politycznym dialogu zasady funkcjonowania Rzeczypospolitej. Określał rolę samego państwa, jako kraju katolickiego i łączył ją nierozerwalnie ze sprawą obyczaju i tradycji, które miały niejako podtrzymywać Rzeczpospolitą. Wszystkie prawa zawarte w dialogu Orzechowski zilustrował geometrycznym przedstawieniem zależności politycznych państwa w postaci ostrosłupa. Na jego szczycie biskup umieścił równolegle papieża i prawo, jako najwyższą władzę w hierarchii, jaką wyznaczał. Istotnym faktem historycznym wspierającym tę ideę były ciągłe spory polskiego stronnictwa papieskiego z opozycją cesarstwa narodu niemieckiego, zapamiętane dobrze przez szlachtę jeszcze z czasów panowania dynastii Piastów. Po środku piramidy politycznej Stanisław Orzechowski umiejscowił króla, oraz analogicznie biskupa i sądy, zrównując tym samym zakres ich władzy. Oznaczało to tym samym, że nie godzi się z tym, jakoby to król i jego magnacka rada, sprawowali najwyższą władzę w Rzeczypospolitej, wyjętą spod jurysdykcji praw, których egzekucji domagała się szlachta. U podstawy ostrosłupa historyk umieścił wiarę i sejm, na równi z ołtarzem i ziemskim sejmikiem. Figura opisywała system władzy jako całość, a naruszenie hierarchii, według tej swoistej geometrycznej metafory Orzechowskiego, mogło spowodować obalenie stabilności całego państwa…

…Idee głoszone przez Orzechowskiego nie oscylowały jedynie wokół spraw religii katolickiej. Quincunx determinował postawy obywateli Rzeczypospolitej, implikował wcielanie w życie postaw sarmackich, określonych powinnościami szlachcica-rycerza, ziemianina i gospodarza oraz obrońcy wiary chrześcijańskiej tudzież strażnika prawa i kultury narodowej. Legalizm, który w czasach oświecenia stanie się przedmiotem drwiny i krytyki a symbolem warcholstwa, w czasach kształtowania się polskiego sarmatyzmu stanowił jeden z najistotniejszych wykładników porządku prawnego. Niebezzasadne przekonanie szlachty o wyjątkowości polskich realiów politycznych powodowało, że sejmokracja, tak później krytykowana przez działaczy oświeceniowych, podpierała idee państwowości, opierającej się na wolności praktycznie nieznanej w dobie XVI-wiecznej Europy, rządzonej przez dynastie absolutystyczne…

…Szlachta gloryfikowała dawne prawa, zwyczaje i obyczaje, była przekonana o swej odrębności kulturalnej i narodowej, dostrzegała wyjątkowość polskiego ustroju państwowego, który uważała za dziedzictwo wywalczone przez przodków. (…)To przekonanie o odrębności charakteru narodowego stało się powszechne. Pisma z początków XVII wieku, a zwłaszcza z doby rokoszowej, wskazują, jak dalece pogłębił się tradycjonalny sposób rozumowania u szlachty. Twierdziła ona, że nie prawa są złe, ale ludzie je psują, bo odchodzą od obyczajów przodków, i że nie można wprowadzać żadnych zmian, gdyż prawa i ustrój to spadek zostawiony przez ojców. Dlatego też za słuszne uważano wszystko, co miało za sobą tradycję i dawność. Być może wpływały na to specyficzne cechy polskiego ustroju, tak różnego od krajów sąsiednich. Wzorowano się tedy jedynie na czasach antycznych i własnej tradycji, sięgającej czasów piastowskich.
Istotnie zgodnie ze zdaniem formułowanym przez Tadeusza Ulewicza dla polskiej szlachty realia tworzące polską Sarmację, z jej niezbywalnymi wartościami, stanowiły obszar nieskończonych pól elizejskich ciągnących się od Morza Północnego, aż po Góry Kaukazu… 

…Dzięki kodyfikacji Orzechowskiego szlachcic – Sarmata, uzyskał rodzaj kodeksu, czy też katechizmu postępowania. Sama szlacheckość zobowiązywała odtąd do przestrzegania zasad prawa, religii i obyczaju. Ulewicz zaznacza, że mimo iż Sarmatę należy utożsamić ze szlacheckim stanem społeczeństwa polskiego, to niewykluczone było włączenie do tej grupy także mieszczanina, czy nawet chłopa, co zgodnie z tradycją Rzeczypospolitej (również tą poprzedzającą schyłek złotego wieku) stawało się możliwe dzięki zasłudze dla państwa lub męstwu na polu bitwy, którego dokazywanie rozumiano jako kolejną zasadę postępowania szlachcica, co także zbiegało się z kanonem czerpiącym swoje źródło jeszcze z czasów piastowskich, a mających odbicie we wzorcowych dla obywateli Rzeczypospolitej dziejach starożytnych. Tego rodzaju nadania szlachectwa uchwalał sejm i była to praktyka wcale nierzadka w owych czasach…

…Istotą współegzystencji stanu szlacheckiego było przestrzeganie praw, tj. szeroko rozumianej wolności i swobód szlacheckich wspartych na podbudowie wcześniejszych, sygnowanych przez polskich monarchów, przywilejów. Tu należałoby wymienić ich najistotniejsze i fundamentalne przykłady, mowa więc o:
– Przywileju Koszyckim, wydanym w 1374 przez Ludwika Węgierskiego w celu zapewnienia sukcesji w Polsce jednej z jego córek; przywilej zwalniał szlachtę od podatku poradlnego, z wyjątkiem 2 groszy rocznie z łanu chłopskiego; uchwalał nadzwyczajne podatki wymagające w egzekucji każdorazowej zgody całego stanu szlacheckiego; król zobowiązał się do obsadzania urzędu starostów Polakami oraz do wykupu z niewoli rycerzy, którzy dostali się do niej w czasie wyprawy zagranicznej;
– Przywileju Czerwińskim, nadanym szlachcie przez Władysława II Jagiełłę w 1422; zabraniał on królowi m.in. konfiskować lub zajmować majątki szlachty bez wyroku sądowego, łączyć w jednym ręku stanowisk starosty i sędziego, zobowiązywał sądy do opierania wyroku na prawie pisanym;
– Przywilejach Nieszawskich, wymuszonych w 1454 przez szlachtę na Kazimierzu IV Jagiellończyku; zapewniały one szlachcie, iż bez jej zgody król nie będzie wydawać nowych praw i zwoływać pospolitego ruszenia oraz nakładać nowych podatków; zawierały też postanowienia wymierzone przeciw chłopom i mieszczaństwu; umocniły pozycję szlachty;
– Przywileju Cerkwickim, nadanym w 1454 zgromadzonej na pospolite ruszenie szlachcie wielkopolskiej przez Kazimierza IV Jagiellończyka; zakazywał on łączenia urzędu starosty z innymi godnościami; zapewnił szlachcie nieustanawianie nowych podatków i niepowoływanie pospolitego ruszenia bez zgody sejmików ziemskich;
– Ustawie Nihil Novi konstytucji sejmu z 1505, zakazującej królowi wydawania ustaw bez zgody senatu i izby poselskiej; konstytucja unieważniała przywilej mielnicki 1501, który miał ugruntować rządy możnowładztwa, i przeniosła punkt ciężkości na sejm, przez co przewagę w państwie uzyskała szlachta; król mógł wydawać samodzielne edykty tylko w sprawach miast królewskich, Żydów, lenn, chłopów w królewszczyznach i w sprawach górniczych;
– Artykułach Pacta Conventa, umowie prawnej szlachty z nowo obieranym królem; prawa te były warunkiem elekcji; zawierały zobowiązania elekta dotyczące polityki zagranicznej, spraw finansowych, wojska i in.; po raz pierwszy sformułowane w 1573, część z nich nabrała charakteru ustawy zasadniczej;
– Artykułach Henrykowskich, ustawie określającej podstawowe zasady ustroju Rzeczypospolitej, ułożonych w czasie bezkrólewia 1573, zaprzysiężonych kolejno przez wszystkich elektów łącznie z paktami konwentami; w artykułach henrykowskich król uznawał wolną elekcję, zrzekał się tytułu dziedzica, zobowiązywał się nie załatwiać spraw wojny i pokoju bez udziału senatu, nie nakładać podatków ani powoływać pospolitego ruszenia bez zgody sejmu, co 2 lata zwoływać sejm; szlachta uzyskała prawo wypowiadania posłuszeństwa, jeśli król nie będzie przestrzegał praw i jej przywilejów.

…Orzechowski określał powinność sarmacką i tłumaczył ją w sposób zgodny z poglądami szlachty, wychodził naprzeciw tradycji sięgającej czasów stricte rycerskich, a wiązał ją z wartościami pielęgnowanymi niejako w domyśle przez obywateli Rzeczypospolitej, nadając im formę prawie paraboliczną i niezbywalną, bo spisaną na podobieństwo szlacheckiego kodeksu. Jego dzieło kontynuowali kolejni historycy, korzystając z Quincunxa, jako podstawy całej ideologii sarmackiej, znajdującej w dialogach biskupa swój najpełniejszy wyraz. Rozprawa z pozoru jedynie teologiczna i prokościelna okazała się nie nazbyt zawoalowaną wykładnią państwowości, tradycji, obyczaju i archetypu szlachcica polskiego.” (Alicja Przepiórka – Quincunx Orzechowskiego a idea sarmatyzmu)

„Od dziesięcioleci obcy mówią o polskim rozmamłaniu, gnuśności, nieumiejętności czy też niemożności wykańczania spraw, lenistwie, niezgulstwie, ba, nawet jest określenie improductive slave, przy czym pod określeniem tego Słowianina ma się na myśli Polaka (bo już na pewno nie Czecha).
Z drugiej strony możemy poszczycić się osiągnięciami przeczącymi owej gnuśności czy rozleniwieniu. Grunwald, Kłuszyn, rozbijanie kilkakroć liczniejszego przeciwnika pod Kircholmem, Chocimiem. Także konstytucją Nihil novi, Neminem captivabimus, artykułami henrykowskimi, Konstytucją 3 Maja. A unia lubelska, hadziacka? Mówi się o tolerancji wyznaniowej (Konfederacja Warszawska) i narodowościowej (Rzeczpospolita Obojga, a w istocie co najmniej Pięciorga Narodów).
Tylko co z tych zwycięstw, jeśli większość z nich nie została wyzyskana politycznie; co z tych praw, jeśli były omijane, nadużywane, szarpane; co z tych unii, jeśli druga praktycznie nie została zrealizowana, a pierwsza rozpadła się (co prawda po 200 latach, a właściwie 400, jeśli liczyć od unii krewskiej); co z owych tolerancji, jeśli nadal popularne jest utożsamienie Polak-katolik?
Więc może ta tolerancja wynikała z obojętności, czyli letnich uczuć religijnych i narodowych, niedoróbki polityczne z lenistwa, rozpad Rzeczypospolitej z fuszerki albo zaniechania w swoim czasie koniecznych napraw? Ba, ale dlaczego? Próbuje na to znaleźć odpowiedź Jacek Wegner w książce „Biesy sarmackie”. Sarmackie, gdyż w pewnym okresie dziejów nasi przodkowie zaczęli uważać się za potomków legendarnych czy też rzeczywistych Sarmatów. Kim w istocie byli Sarmaci – o to badacze wiodą spory, ale powiada się, że nasza kultura ma sarmackie podstawy. Pojęcie to obrosło negatywami. Sarmacki, czyli ciemny, zacofany, nietolerancyjny, szowinistyczny, zaściankowy. Ba, ale to ci nasi sarmaccy przodkowie umyślili owe neminem captivabimus, artykuły henrykowskie, pojęcie rzeczy pospolitej, czyli wspólnej, w której prawosławni zasiadali w sejmach, protestant mógł stać na czele izby poselskiej albo być „starszym nad armatą”, a wszyscy czuli się w całej Europie, jak u siebie w domu (acz w Rzeczypospolitej przystojniej było mieszkać…). Więc autor pokazuje sprawiedliwie obie strony sarmatyzmu. Tę naganną i tę wzniosłą, a szale tej wagi równoważą się. Skąd jednak te ciągłe niedoróbki polityczne, militarne, gospodarcze i wszelkie inne w działalności państwa. Na zdrowy rozum niczym nie wytłumaczalne. Bo dla każdego z konkretnych zaniechań da się znaleźć jakiś powód. Lecz całość nie układa się w jakieś jedno logiczne wytłumaczenie. Tedy autor cierpliwie szuka syntezy, wyjaśniającej dlaczego tak akurat przebiegała nasza historia. Czyni to wielce dociekliwie, przytacza na każdą okoliczność mnóstwo przykładów. Ale i on w pewnych momentach staje bezradny. Zatem winne są jakieś siły nadprzyrodzone, jakieś biesy, które od wieków hulają po naszym narodzie? Jednak to żadne wytłumaczenie, bo jest defetystyczne: „tak już jest, więc my nie jesteśmy winni, bo tacy jesteśmy”, zatem zrzucające odpowiedzialność za klęski błędy na los i uciekające od odpowiedzialności.
Tedy autor żmudnie analizuje dalej. Tak, my jesteśmy winni! Ponieważ za dobrze nam się żyło i przegapialiśmy momenty, kiedy trzeba było brać się do remontu. Zresztą inne narody też miały swoje biesy. Jedne na czas zdołały poradzić sobie z nimi, inne nie, u jeszcze innych ponownie ukazują się ich biesy. Historia trwa; nic nie jest skończone i dane raz na wieki. A właśnie! Bo też autor, gdy śledzi owe biesy z XVI, XVII, XVIII stulecia, idzie ich tropem i dochodzi do czasów obecnych, wręcz dosłownych, bo wprost do 2003 roku. Te biesy sarmackie sprzed trzech czy czterech wieków, nadal są obecne wśród nas. Przykłady z tamtych stuleci przedziwnie są podobne do współczesnych nepotyzmów, korupcji, zdrad, lokajstwa, prywaty. Czas najwyższy wyegzorcyzmować je. Szansa jest, bo przecież historia to nauczycielka życia, więc powinniśmy wiedzieć co czynić. Ba, ale do tego trzeba woli politycznej! A tej nie ma, gdyż naprawa współczesnej Rzeczypospolitej znalazłaby się w konflikcie z interesami indywidualnymi, grupowymi, partyjnymi, a kto przy zdrowym rozumie wyrzekałby się korzyści? Że państwo?… Moja chata z kraja. Bardzo to bogata książka i trudno tu wymienić wszystkie wątki w niej poruszane, zwłaszcza że zasupłują się one ze sobą. Lecz przecież autor daje ostateczną diagnozę, a czyni to w stylu potoczystych gawęd, które w tej książce często gorzko zapierającej dech w piersiach i skłaniającej do zarwania nocy, bo trudno od niej oderwać się, sprawiają, że wreszcie zaczynamy w pełni rozumieć, że jeśli nie poradzimy sobie z tymi starymi, a może nowymi, wygenerowanymi z tych starych biesami, wówczas…” (Marek Arpad-Kowalski – Dwa oblicza Sarmatów)

podobne: Wacława Sobieskiego „Pańska buta” do „Rokoszu” Jacka Kaczmarskiego. Szlachta (nie) pracuje! oraz: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu. i to: Unia w Horodle jako dziedzictwo polskości, oraz Feliks Koneczny o Polsce między Wschodem a Zachodem. Czy można być cywilizowanym na dwa sposoby? a także: Czego uczy nas Konstytucja 3 maja i kto powinien siedzieć na miejscu „Stańczyka” (Matejki).”Kasandra” Jacka Kaczmarskiego. polecam również: „Na sumieniu Polski ciąży wiele grzechów przeciwko sobie, ale ani jeden przeciwko innym narodom.” Aleksijewicz: człowiek postsowiecki jest agresywny i bezwzględny. i jeszcze: Rola Polski w strategii USA (miejsce w szeregu). Jak z przedmiotu stać się podmiotem polityki międzynarodowej. (Nie)aktualność idei jagiellońskiej. oraz: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona. O patriotyzmie słów kilka.

Dariusz Kaleta - Moja Sarmacja

Dariusz Kaleta – Moja Sarmacja

Przesądy „polskiej inteligencji”. O monarchii, demokracji, elitach i ładzie (prawie) naturalnym.


Na poczatek materiał filmowy: Grzegorz Braun Przesądy polskiej inteligencji

„…Demokracja nie ma absolutnie żadnego udziału w gospodarce rynkowej, rozwoju przemysłu, podniesieniu poziomu życia, wynalazkach technicznych i odkryciach naukowych, wzroście produktywności – wszystko to nastąpiło wyłącznie dzięki temu, że nadal w demokracji istnieją prawa własności, choć gwałcone są w stopniu nieporównywalnie większym niż miało to miejsce w dawnych monarchiach

…Ponieważ , niezależnie od formy państwa, uczestnictwo w aparacie państwowym jest zawsze uczestnictwem w podziale cudzej własności, to im mniejsza konkurencja w dziedzinie władzy (monarchia dziedziczna), im węższa grupa rządząca (arystokratyczna oligarchia), im mniej ludzi ma prawa wyborcze (cenzus wyborczy) , tym lepiej, bo tym mniej aspirantów do uczestnictwa w podziale cudzej własności. Ogólna zasada brzmi zatem: „im bardziej demokratyczne jest państwo, tym gorzej”, albowiem każdy krok w kierunku większej demokratyzacji, to krok w kierunku większej redystrybucji dochodów i majątków…

…Król jako prywatny „właściciel” monopolistycznego „protection racket” opodatkowuje poddanych i narusza prawa własności, ale ma bodźce, aby te naruszenia ograniczać, aby „inwestować”, „akumulować kapitał”, aby poprawiać, a przynajmniej nie pogarszać, położenia swojego ludu. Jest bardziej racjonalnym homo economicusem, który troszczy się o swoją domenę, o wzrost jej wartości. U wybieralnych i wymienialnych władców demokratycznych ta motywacja jest słabsza, gdyż obiektywna sytuacja skłania ich do maksymalizowania dochodów w trakcie dość krótkiego czasu, kiedy uczestniczą we władzy. Jako tymczasowi zarządcy publicznej własności (państwa jako publicznej firmy) „przejadają kapitał”, trwonią go i marnotrawią, dokonują błędnej alokacji środków, powiększają deficyt budżetowy etc. Muszą tak robić, bo inaczej ryzykują, że jeśli nie skonsumują natychmiast , to nie skonsumują nigdy

demokracja jest największym wynalazkiem z zakresu techniki rządzenia i organizacji władzy mającym na celu poszerzenie obszaru państwowej przemocy i wyzysku, stworzenie jak największej przestrzeni dla działania władzy (opodatkowania i regulowania) a równocześnie zapewniającym stabilizację systemu politycznego. Demokratyczna struktura decyzyjna jest najlepszym ze znanych nam sposobów wyzyskiwania i wywłaszczania poddanych, wspaniale działającą maszynerią do zwiększenia dochodów państwa, utrzymywania ich na wysokim poziomie i rozdzielania przez aparat państwowy, który posługuje się metodą „dziel i rządź” w sposób tak doskonały, że dawni monarchowie, widząc to, mogliby tylko westchnąć z zazdrości[12]. Redystrybucja bogactwa i dochodów na skalę masową nie jest jakąś przypadłością demokracji , którą można wyeliminować, ale należy do jej istoty, jest nieusuwalną częścią jej definicji. Partie, grupy i frakcje zaangażowane w „demokratyczną konkurencję” rywalizują tylko w jednej dziedzinie: kto przechwyci więcej zasobów od poddanych i najsprawniej je podzieli. Aby ustabilizować poziom dochodów państwa na możliwie najwyższym poziomie, stosuje się takie metody redystrybucji, które można najlepiej „sprzedać” opinii publicznej np. metodę polegającą na oferowaniu poddanym coraz większej ilości dóbr takich jak edukacja, opieka społeczna, opieka zdrowotna, autostrady, etc. Ta funkcja producenta dóbr stanowi osłonę dla jeszcze wyższych podatków, jeszcze większej redystrybucji dochodów, jeszcze większej regulacji życia ekonomicznego.
Dlaczego demokracja okazała się tak doskonałą techniką wyzysku i wywłaszczania, i skąd bierze się jej stabilność polityczna? Dzieje się tak z kilku powodów. Przede wszystkim z powodu istnienia powszechnego prawa wyborczego, które daje każdemu poddanemu (każdemu z nas) prawo do wyciagnięcia ręki po własność każdego innego poddanego. Każdy z nas może mieć nadzieję, że wejdzie do jednej z większości zmieniających się u władzy, aby móc panować, wywłaszczać i wyzyskiwać. Państwo demokratyczne odwołuje się do istniejącego w naszej duszy pożądania, aby władać innymi ludźmi i dominować nad nimi, stwarza nam szansę zaspokojenia naszej osobistej żądzy władzy, jeśli nie teraz to następnym razem ( „ I ty zostaniesz prezydentem, premierem, ministrem, posłem”). Rozpatrując rzecz na płaszczyźnie bardziej wymiernej niż psychologiczna, możemy stwierdzić, że systematyczna polityka redystrybucji ma uczynić nas wszystkich wspólnikami w rabunku ewentualnie paserami. Hasło „demokratyzacji” to nic innego jak zaproszenie nowych ludzi do partycypacji w podziale łupu…

…Porównując oba ustroje Hoppe posługuje się zaczerpniętym z ekonomii pojęciem „preferencji czasowej” ( time preference), które odnosi się do stopnia, w jakim jednostka preferuje teraźniejsze dobra ponad przyszłe (wysoka preferencja czasowa) lub dobra przyszłe nad dobra teraźniejsze (niska preferencja czasowa). Oczywiście już samo powstanie państwa, jego struktura i zasady funkcjonowanie są wyrazem „wysokiej preferencji czasowej”, ale w monarchii, interpretowanej jako prywatna własność należąca do rodziny i przekazywana w spadku, istnieje instytucjonalna tendencja do obniżania „preferencji czasowej”, natomiast w demokracji, interpretowanej jako publiczna własność zarządzana i nieprzekazywalna spadkobiercom, tendencja jest odwrotna…

…demokracja jako rząd publiczny charakteryzujący się wyższą niż monarchia preferencją czasową i posiadający największą zdolność do podatkowego wywłaszczania i redystrybucji dochodów – pozwalają zrozumieć i wyjaśnić dlaczego przejście od monarchii do demokracji oznacza stały wzrost podatków, stały wzrost przepisów i regulacji, stały wzrost liczby urzędników a zatem wzrost „stopy wyzysku”[13].
Hoppe wskazuje na ważny fakt, że demokratyzacja przynosi podwyższenie poziomu „preferencji czasowej” nie tylko wśród rządzących, ale w całym społeczeństwie (ryba psuje się od głowy, ale w końcu psuje się cała), a tym samym przyczynia się do upowszechnienia postaw infantylnych (dzieci mają bardzo wysoką preferencję czasową) i hedonistyczno-konsumpcyjnych. Demokracja, zdaniem niemieckiego ekonomisty, promuje moralny relatywizm, potęguje negatywne zjawiska społeczne typu rozwody, nieślubne dzieci, przemoc dorosłych wobec dzieci, przemoc dzieci wobec rodziców, przemoc w małżeństwie, aborcja, homoseksualizm[14], powoduje pogorszenie się obyczajów i właściwych form zachowania. W demokracji rośnie także przestępczość, bo przestępcy mają niezwykle wysoki poziom „preferencji czasowej”, co harmonijnie współgra z ogólnosystemową tendencją. Obalenie monarchii, brzmi surowy werdykt Hoppego, przyniosło jedynie infantylizację i barbaryzację życia społecznego; demokratyzacja okazała się procesem „decywilizowania narodów”[15]

…W ładzie naturalnym wszystkie ideologie i koncepcje finansowane dziś przez państwo (np. przez państwowe uniwersytety) takie jak feminizm, kult homoseksualizmu, sekularyzm, moralny relatywizm, multikulturalizm, neomarksizm, etc. etc. będą mogły funkcjonować wyłącznie jako prywatne opinie sprzedawane na wolnym rynku. Cała kontrkulturowa superstruktura lewicy rozpadnie się w jednej chwili, jeśli pozbawiona zostanie bazy ekonomicznej zapewnianej jej dziś przez państwo. Rozwiązane zostaną kwestie rasowe, bo nie będzie ani przymusowej segregacji, ani przymusowej integracji rasowej. Przestanie istnieć problem imigracji[19] .
W ładzie naturalnym, przewiduje Hoppe, nastąpiłaby automatycznie odbudowa „kulturalnej i moralnej normalności”, choć oczywiście prawa własności ludzi „kulturalnie i moralnie nienormalnych” byłyby szanowane, ale wyłącznie oni sami ponosiliby koszty swojej „nienormalności”, dzisiaj finansowanej przez państwo…

…Hoppe zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że przejście od demokracji do „ładu naturalnego” nie jest czymś, co może dokonać się łatwo i bezboleśnie. Państwo demokratyczne opanowało wszak najistotniejsze z punktu widzenia utrzymania władzy dziedziny życia społeczno-ekonomicznego takie jak edukacja, komunikacja i propaganda oraz, co szczególnie ważne, zmonopolizowało w swoich rękach bankowość tworząc banki centralne, czyli Wydziały d/s Fałszowania Pieniędzy (terminologia profesora Hoppego – T.G.) , i emisję pieniądza. Weszło ponadto w strategiczny sojusz z bankierami prywatnymi i wielkim biznesem w celu sprawniejszego wyzyskiwania poddanych i lepszego kontrolowania ich politycznych zachowań.
Ideologii demokratycznego Lewiatana posługującego się sloganami typu „dobro wspólne”, „dobra publiczne”, „zapewnienie bezpieczeństwa” nikt dziś nie kwestionuje. Zlanie się w jedno państwa i społeczeństwa czyni władzę mniej widzialną, bezosobową, zdepersonalizowaną, ukrywa ją pod „rządami prawa”, „demokratycznym konsensusem” itp. , co osłabia szanse oporu poddanych; inaczej niż w monarchii, gdzie lud jest realną opozycją właśnie z tego powodu, że władza jest spersonalizowana i odpowiedzialna, istnieje jasno wytyczona granica pomiędzy nią a rządzonymi, co powoduje zachowanie bardziej wyrazistej „świadomości klasowej”. Opór wobec demokratycznej tyranii maleje też z powodu, wspomnianej wyżej, techniki przekształcania i kanalizowania oporu poddanych poprzez odblokowanie, via wybory powszechne, ujścia dla tkwiącej w nich (w nas) żądzy władzy.
Demokracja jest, zdaniem Hoppego, niereformowalna,[20] żadnego sensu nie mają próby opanowania na drodze wyborów lub rewolucji aparatu państwowego, gdyż niczego by to nie zmieniło. Ale Hoppe jest przekonany, że demokratyczne państwo czeka nieuchronny upadek, zatem ład naturalny musi być koncepcyjnie dopracowany jako teoretyczna i realna alternatywa. Po „końcu demokracji” nie będzie restauracji monarchii, ale nastanie Nowe Średniowiecze. Hoppe używa pojęcia „ład naturalny” właśnie ze względu na jego średniowieczno-scholastyczne konotacje. Historia rozpoczęła się od względnie bezpaństwowego ładu feudalnego i do tego ładu powróci…”

całość tu: Gabiś: Hoppe o monarchii, demokracji i ładzie naturalnym

podobne: KNP: Młode, wściekłe, wolne feniksy. Mapa wydatków i przychodów państwa wg. programu KNP. Wróćmy do monarchii.  oraz: cynik9: Dyskretny urok monarchii konstytucyjnej. W 80-tą rocznicę Ermächtigungsgesetz. i to: Równość czy hierarchia? Które jest bliższe ideału?

Arystoteles (Polityka) powiadał, że „niedorzeczne bowiem wydaje się, aby marni ludzie mieli moc rozstrzygającą”. Jeśli więc lud nie ma dostępu do edukacji i „dobrego wychowania”, nie może być mądrym i skutecznym prawodawcą (a jego reprezentanci pochodzą przecież z tego ludu i nieść muszą sobą takie same wartości jak głosujący na nich obywatele).

Jeśli lud – jak wywodzili ci krytycy ateńskiej demokracji – „jest ubogi”, można nim dowolnie manipulować przy pomocy przekupstwa, czczych obiecanek, mitologii i mitomaństwa, argumentów irracjonalnych i nieistotnych z punktu widzenia interesu publicznego. Bez racjonalnego oglądu świata – a to zapewnia jedynie nauka – nie ma logicznie podejmowanych decyzji. Zasadniczą rolę pełnią wtedy emocje, afekty, zabobony, demagogia i mitomaństwo. O upolitycznionym religianctwie nie wspominając.

Jak stwierdza prof. Stefan Opara (Tyrania złudzeń. Studia z filozofii polityki), „te przestrogi sprzed 2,5 tysiąca lat brzmią dziś dziwnie aktualnie. Elity Zachodu radzą sobie z wadami demosu poprzez coraz bardziej nachalną manipulację i teatralizację wyborów – cała bowiem władza ludu sprowadza się do sezonowego dziś udziału w głosowaniu referendalnym lub na kandydatów do parlamentu czy do samorządów. Manipulacja polega głównie na stosowaniu technik marketingowych i na presji wszechwładnych mediów wtłaczających ludowi dowolne opinie. Gdy brakuje faktów, fabrykuje się je w całości lub częściowo…” (więcej tu: Demokracja… czyli Dyktatura Durni)

podobne: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii. oraz: Czemu PIS broni demokracji? i to: Michalkiewicz o paroksyzmach demokracji.

…patologiczny mechanizm epatowania obywateli wartością „demokratycznego państwa prawa”, zasadza się na nieuzasadnionym identyfikowaniu demokracji jako gwaranta/warunku wolności. A przecież w tym systemie chodzi o nic innego jak o narzucanie przez tzw. „ustawową większość” (kto liczyć potrafi ten wie że nie jest to żadna większość) całej reszcie czyli tzw. „mniejszości” swojej woli, którą obecnie kształtuje patologiczna ideologia centralnego zawiadowania gospodarką (tj. mieniem prywatnym) i ingerowanie w życie społeczne nie wykluczając spod kurateli państwa prywatnych relacji międzyludzkich (co się szumnie nazywa „opieką państwa nad obywatelem”). Pal licho gdyby prawo tworzone w tym systemie było sprawiedliwe, uczciwe i równe dla wszystkich, albo żeby w ulegało zmianom w tym właśnie kierunku. Niestety jest dokładnie na odwrót! Prawo tworzone w tym chaosie (gdzie odpowiedzialność za jego tworzenie rozmywa się na kilkuset „posłów” i setki tysięcy urzędników) jest tak naprawdę wynikiem widzimisię poszczególnych klik politycznych, reprezentujących „prywatne” grupy interesów dla zapewnienia sobie przewagi w terenie (czy to w formie władzy, czy w formie monopolu gospodarczego). „Demokratyczne państwo prawa” jest zatem emanacją realnej władzy „elit” wywodzących się z tych klik.

Tworzenie prawa w systemie „demokratycznego państwa prawa”, dokonuje się w zależności (i pod pretekstem) „społecznego poparcia” dla takich czy innych „interesów grup społecznych”, by być ostatecznie narzuconym w sposób całkowicie niedemokratyczny bo etatystyczny („nakazowo rozdzielczy”) przez aparat państwa który sprawuje REALNĄ władzę. Prawo to (a raczej lewo) jest więc często nie dość że wewnętrznie niespójne (bo różne kliki w różnym czasie mają chrapkę na różne rozwiązania pod SWÓJ interes polityczny), ale jest przede wszystkim sprzeczne z ideą „pożytku publicznego”, a to dlatego że cały ten system ma tylko jeden spójny cel i wspólny mianownik – dzielić społeczeństwo na uprzywilejowanych i nieuprzywilejowanych, oraz rządzić tymi drugimi (za ich pieniądze skumulowane w tzw. „budżecie państwa”) przez tych pierwszych (mieniących się ustawowymi przedstawicielami).

Na tym gruncie podziału społecznego dokonuje się BEZKARNIE (bo „zgodnie z prawem”) pospolity rabunek ludzi z tego na co sami ciężko (teraz już można powiedzieć że całe życie) pracują. Cała ta demokracja odbywa się więc wbrew podstawowym zasadom ekonomii, wbrew prawu naturalnemu, etyce i wbrew logice. To tak jak uczynić złodzieja wspólnikiem na własnym majątku. Przez to jest owa demokracja całkowitym zaprzeczeniem wolności, a mieni się być „ostoją” życia społecznego i gospodarczego. Nijak się taki układ nie opłaca, ale jeśli ktoś DOBROWOLNIE się na taki dil godzi, to niech się nie dziwi że ktoś za niego (i wbrew niemu) decyduje o wolnościach i prawach (zwłaszcza w sferze własności), bo właśnie sam się tego prawa zrzekł „dla dobra ogółu”, który to ogół ma jego indywidualne potrzeby gdzieś. Tym to sposobem mamy zakrojony na szeroką skalę konflikt milionów indywidualnych PRYWATNYCH interesów różnych grup zawodowych i społecznych (górników, stoczniowców, pielęgniarek, nauczycieli, urzędników, i wreszcie sektora prywatnego który za to wszystko płaci), które zamiast być załatwiane na gruncie prywatnym (dobrowolnej umowy miedzy usługodawcą a usługobiorcą), stają się (w zależności od potrzeb rozgrywki miedzy politykami) „interesem państwowym”, gdzie każdy z tych interesów dąży do wymuszenia u państwa pierwszeństwa swojego interesu przed interesem całej reszty. Jako że te interesy są ad hoc sprzeczne to państwo nimi w sposób sprzeczny zawiaduje, zaburzając tym samym naturalny proces rynkowy, przyczyniając się do pogłębiania niesprawiedliwości (bo żeby komuś dać to trzeba najpierw innemu zabrać), i do coraz większego zakresu reglamentacji „środków publicznych”. I to tyle na temat wolności w demokracji… (Odys – Wolność a niepodległość. Czy Polska jest niepodległa a Polacy wolni?)

do obejrzenia: Demokracja po polsku. (Historia Bez Cenzury)

podobne: Prawo Bastiata i sprawiedliwość jako warunek pojednania (na podstawie lustracji w Niemczech). Tania łaska zamiast rozliczenia, Belka w oku PIS i frazesy o „dobrej zmianie” (Oficer „bezpieki” dostał ważne stanowisko w MSZ!) oraz: Do przyjaciół narodowców. Naród a państwo czyli… Ile jest z narodowca w socjaliście? i to: IV RP kontra III RP czyli lekcja z demokracji. Sprawa Sumlińskiego, niekompetencja w MON i uchwała sejmu ważniejsza od Konstytucji. Czy Duda złożył Rzeplińskiemu propozycję nie do odrzucenia? Na czym polega postkomunizm i czy socjalista może być dobrym patriotą?

„…Elita, to coś niezależnego, bo: wolna czyli w zupełnej pełni odpowiada za wszelkie własne czyny /aż do kary śmierci i przepadku całego mienia włącznie/, posiadajaca własność dzięki której nie musi chodzić przed nikim na zadnich nogach, no i ceniąca własne i cudze życie: dająca żyć innym i sobie.Politycy to nie są elity. Profesorowie to nie są elity. Etatyści to nie są elity. Elity nie mają pryncypałów i nie potrzebują autorytetów.

…gdy Rzeczpospolita była u szczytu swej potęgi, to w Polsce nie było partii politycznych…

Czemu służą politycy? Ano wyłącznie dwóm rzeczom. Po pierwsze mają nas dzielić byśmy byli wiecznie podzieleni i najlepiej gdy skłóceni. Po drugie mają nam / narastająco/ reglamentować – zgodnie z talmudem przysługujące nam jako niewinnym ludziom, nasze darowane nam przez Stwórcę Wszystkie Trzy Prawa Naturalne /Prawa Boże/: Prawo do Życia, Prawo do Właności i Prawo do Wolności. Na zachętę mogą nas bezkarnie skubać /chcą naszego dobra/.

Dlatego lepiej jest gdy jest dziesięć partii a nie sto. Lepiej pięć niż dziesięć. Lepiej trzy niż pięć. Lepiej dwie niż trzy. Lepiej jedna niż dwie. A najlepiej gdy jak niegdyś: wreszcie nie będzie żadnej. Sejmiki ziemskie i sejm walny starczą w zupełności. Z Intronizowanym Wiadomym Władcą i Jego Władającymi nad wszystkim Prawami

…już w Rzeczypospolitej szlacheckiej – władcy byli pierwszymi pośród równych, każdy szlachcic mógł był zostać „królem”, ale to Bóg był królem, Jezus Chrystus…

Intronizacja jest zaś potrzebna po to, aby nad wszelkimi przepisami wymyślanymi przez jakichkolwiek urzędników /zwanymi prawami stanowionymi/, nad wszelkimi takimi przepisami stały bezpośrednio w Konstytucji zapisane ich Wysokości Wszystkie Trzy Prawa Naturalne!
Władca może być duchowy, nieobecny cieleśnie w naszej fizycznej rzeczywistości, Prawa Mają Rządzić ! Nie teoretycznie. lecz naprawdę! Gdy niegdyś król jechał na wyprawę i opuszczał kraj, to kto rzadził? Jego Prawa, w pewnym uproszczeniu: prawa władcy.

Jeśli nie uda się nam podporządkować wszelkich urzędniczych przepisów Prawom Naturalnym zwanym Prawami Bożymi, to zginiemy na zawsze w oceanach ciągle wymyślanych wobec nas reglamentacjach Praw Naturalnych w wielomilionowych ilościach..
Te Wszystkie Trzy Prawa Naturalne, to Ich Wysokości:
– Prawo do Życia,
– Prawo do Własności,
– Prawo do Wolności.
Z nich się wywodzą wszelkie systemy wartości we wszelkich cywilizacjach i zawsze albo je szanują, albo naruszają.

Obecnie w polskim prawie cywilnym nie ma nawet definicji własności, więc z czym do ludzi /do Polaków/…
Prawo do Wolności, to nie samowolka /że „robię co chcę”/, przeciwnie, prawie niczego nie wolno… Prawo do Wolnosci, to inaczej nic innego jak to, że Każdy z Was odtąd w całej zupełności odpowiada za wszystkie swoje czyny, aż do utraty gardła i całego mienia. To czyni ludzi odpowiedzialnymi i dorosłymi. I poważnymi. To postawi Polskę na nogi, uczyni Was prędko milionerami bez specjalnego starania, a takich uporczywie pracowitych ludzi jak pan Gabriel zrobi prędko multimilionerami /aż strach pomyśleć, bo nadmiar kasy może niektórego właściciela kompletnie zdemoralizować, ale mogą równie dobrze być zaczynem wielkiego dobra wspólnego w swoich środowiskach!/..

Gdy w Polsce zaczną rządzić Prawa Naturalne, to Polska stanie na nogi w parę tygodni.
Żaden władca ziemski jak chce drogi pan Barun jest nam zaś niepotrzebny. Słudzy Polsce są potrzebni by tego dokonać, nie panowie. Panów mamy nadto: panowie to cały lud polski liczący obecnie niecałe 30 milionów w kraju, reszta na razie zwiała.
Żeby było dla każdego jasne, o co chodzi z Tymi Prawami Naturalnymi, to potrzebna jest rzecz jasna Intronizacja, jako wybór władcy przed którym warto się mocno pokłonić, azaliż przed byle kim nie warto padać na kolana…” (WJD – 18 czerwca 2016 o 01:22)

podobne: Moralne i ekonomiczne konsekwencje głupoty czyli… „Dobrobyt” płacy minimalnej, średniej krajowej, bezwarunkowego dochodu gwarantowanego i programów socjalnych. PIS gwarantuje bankom niezatapialność (za oszczędności Polaków). oraz: Adam Gwiazda: Wolność, równość i… nierówności ekonomiczno-społeczne

„Bez Rycerstwa Niepokalanej nie będzie katolickiej Polski, nie będzie w ogóle Polski do dnia ostatecznego. Stabilny, mądry, Boży Naród – tylko taki może przetrwać wszystkie dzieje świata, aż do zamknięcia historii stworzenia. Jeżeli nie będzie tej wierności, to nie będzie Polski” (ks. prof. Tadeusz Guz – Konferencja cz. 1 – 28 maja 2016 r.)

Duchowy analfabetyzm i wewnętrzna samotność naszych czasów czyli „Na tropie ukrytego Boga”… Niby, możesz… wszystko?


„Niby jesteś
a jednak nie
Niby chcesz
ale wiesz że to źle

(…)

Jesteś blisko
Niby tak
Niby żyjesz
Tylko jak”

źródło: A.Rozzett „Niby” 

15.05.2016, Watykan (PAP) – Rozpowszechniony duchowy analfabetyzm i wewnętrzna samotność, która staje się egzystencjalnym smutkiem – to zdaniem papieża Franciszka – znaki naszych czasów. Ojciec Święty mówił o tym podczas niedzielnej mszy w Watykanie w uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

Punktem wyjścia papieskich rozważań były słowa z Ewangelii świętego Jana: „Nie zostawię was sierotami”.

Franciszek podkreślił, że celem misji Jezusa było to, aby ludzie nie byli już sierotami, a stali się na nowo dziećmi Bożymi.

„Także w naszych czasach można spotkać różne znaki naszej sytuacji sierot: wewnętrzną samotność, którą odczuwamy również pośród tłumu i która niekiedy może stać się wewnętrznym smutkiem; rzekomą autonomię od Boga, jakiej towarzyszy pewna nostalgia za jego bliskością; rozpowszechniony analfabetyzm duchowy sprawiający, że jesteśmy niezdolni do modlitwy” – powiedział Franciszek.

Papież zauważył, że wierni mają trudność z odczuwaniem tego, iż życie wieczne jest prawdziwe i realne oraz z rozpoznaniem w innym człowieku brata, jako syna tego samego Boga.

Wszystko to zdaniem papieża stoi w sprzeczności z pierwotnym powołaniem „synów Boga”, które określił jako „nasze najgłębsze DNA”.

„Możemy postrzegać siebie jako bracia, a nasze różnice pomnażają tylko radość i zdumienie z przynależności do tego jedynego ojcostwa i braterstwa” – przypomniał papież podczas mszy w bazylice Świętego Piotra. (PAP, stooq.pl)

źródło: Papież: duchowy analfabetyzm i wewnętrzna samotność naszych czasów

Wszystko możesz z życia brać
na co tylko chcesz cię stać
lecz uważaj bracie siostro
żeby cię T O N I E  przerosło.

Łatwo życie zalać „kasą”
przyjemności „pierwszą klasą”
lecz cóż zyskasz siostro bracie
godność topiąc w tym brokacie.

Nauka Pływania – Odys,  15 maj 2016

polecam: Godność (2ryby.pl)  i  Ks Piotr Pawlukiewicz Przemiana serca poprzez kryzys 

„…Obojętność religijna, która zatacza coraz szersze kręgi jest symptomem jakiejś powolnej atrofii „potrzeb” ducha wyjaławiającej nasze społeczeństwa. Myślę tu o postępującym niepojawianiu się głębokich pragnień duchowych, spadku wrażliwości na kulturę wyższą i obniżonej zdolności do samorefleksji.

Przez wieki obecność Boga w kulturze zachodniej jawiła się jako coś samozrozumiałego. Dla setek pokoleń Bóg stanowił nie tylko „przyczynę” wyjaśniającą świat, lecz zajmował najwyższe miejsce w hierarchii wartości. Ten paradygmat uległ jednak w dzisiejszych umysłach znacznemu przeobrażeniu. Żyjemy bowiem w społeczeństwach, które naznaczone są procesami technicyzacji oraz gwałtownym rozwojem nauki i komunikacji. Świat zdaje się być dzięki temu mniejszy i łatwiej pojmowalny. Dzięki zdobyczom przemysłu i ludzkiej twórczości mamy do dyspozycji coraz więcej dóbr, które produkujemy jak na zawołanie. Życie również zaczyna stawać się jednym z „produktów”, który można dowolnie wytwarzać i nim rozporządzać Instrumentalizacja życia, biorąca początek już we współczesnych laboratoriach genetycznych, przyczynia się do odzierania go z tajemnicy i zagadkowości…

Media ogarniające już niemal wszystkie dziedziny życia zalewają nas na bieżąco niezliczoną liczbą informacji i opinii. Ów nadmiar prowadzi nieraz do bezwiednego przyjmowania gotowych rozwiązań i wzorców postępowania bez podjęcia jakiejkolwiek refleksji. Te same media czynią nas codziennie świadkami zatrważających okropności i nieszczęść. W ten sposób konfrontowani jesteśmy ze światem, który nie odpowiada obrazowi dobrego Boga. Ubóstwo, niesprawiedliwość i liczne cierpienia niewinnych są wymownym znakiem naszych czasów. Człowiek przestaje być dla drugiego człowieka kimś wyjątkowym. Ludzka godność deptana jest na każdym kroku. Łatwiej  wyprawić dzisiaj sondę badawczą na Marsa, niż żyć w pokoju z ludźmi innej rasy czy religii.

Nie dziwi więc chyba fakt, dlaczego Bóg wydaje się dla wielu odległy. W sercach dotkniętych obojętnością pragnienie Boga w ogóle się nie pojawia. Czy to znaczy, że znikło ono na zawsze? Bynajmniej. Raczej zostało głęboko stłumione. Z kolei ludzie szukający  tęsknią pomimo przeciwności za bliskością Boga. Szukają Go właśnie w tym świecie, w którym wynaturzenia systemów politycznych, rozwój techniczny i brak poszanowania podstawowych praw ludzkich starają się wyprzeć Boga poza ramy życia społecznego. Szukają głębszych korzeni swojej egzystencji i zasadności życia w obliczu cierpienia, choroby i śmierci…

…Być może jednym z wyzwań przed jakim staje dzisiaj Kościól polega na tym, aby szukać Boga tam, gdzie wydaje się, że Go nie ma. Myślę, że właśnie takie doświadczenia mogą okazać się zaczynem nowego odkrywania Boga, zarówno w skali całego społeczeństwa jak i w życiu osobistym, Boga jako Kogoś zupełnie Innego, a zarazem Bliskiego. Problemem nie jest zatem ogłoszona przez niektórych „śmierć” Boga w naszej kulturze, lecz zauważanie Jego ukrytej bliskości we wszystkim, co dzieje się na naszych oczach

…Liczne świadectwa biblijne i mistyczne potwierdzają, że ciemności okalające duszę nie są czymś odosobnionym w relacji pomiędzy Bogiem i człowiekiem. Większość psalmów to wołanie do Boga z głębi bezsilności i strapienia. W księdze Jeremiasza natrafiamy ponadto na irytujące pytanie skierowane do Izraela: Czy jestem Bogiem tylko z bliska – wyrocznia Pana – a z daleka już Nim nie jestem? (Jr 23, 23) Byłoby zatem niewiarą liczyć się z Bogiem jedynie wtedy, kiedy Jego bliskość jawi się jako niezaprzeczalny fakt. Bóg może się oddalać od poszczególnego człowieka, czy znikać ze świadomości całych społeczeństw, ponieważ ma po temu swoje powody. Jednym z nich może być próba uwolnienia nas złudnych oczekiwań i iluzji prowadząca do przemiany rozumienia rzeczywistości, naszego stosunku do Boga, do nas samych, czy do drugiego człowieka. Czasem Bóg pragnie nam uzmysłowić, że pomimo Jego niezawodnej bliskości pozostaje On wolny i suwerenny.  Nie przybędzie na każde nasze zawołanie, aby rozwikłać wszystkie możliwe sprzeczności tego świata, a tym bardziej wówczas, kiedy próbujemy nim manipulować. On sam decyduje kiedy i jak może się nam objawić…” (Dariusz Piórkowski SJ, artykuł ukazał się w portalu mateusz.pl)

całość tu: Na tropie ukrytego Boga

„możesz zaprzeczać, możesz
ignorować wciąż i wciąż, możesz
udawać, że to wszystko to ściema
że zła i dobra, tak naprawdę nie ma
***
że ludzie ze strachu wymyślili religię
możesz negować każdą prawdę
możesz zaprzeczać istnieniu duszy
nikt nie zmusi Ciebie, nic Cię nie ruszy
***
możesz żyć dla samego życia
miłość, chemią i biologią tłumaczyć
popędy i błędy ludzką głupotą przyklepywać
możesz swoje serce tak zbywać
***
całe życie możesz w minutach określić
duchowy świat jedynie w filmach
możesz tak naprawdę umieścić
możesz to wszystko, bo takie masz prawo
***
możesz ż y c i e nazwać zabawą…”

źródło: Zczarny ”możesz”

podobne: „Bóg poddał wszystkich nieposłuszeństwu, aby wszystkim okazać miłosierdzie” czyli… Poezja Bożej miłości. oraz: Posłuszeństwo w Kościele czyli… Katolicyzm zobowiązuje (a jeszcze bardziej Bóg). i to: Bóg to trzy filary: miłość Boga do człowieka, miłość człowieka do Boga, i strach człowieka przed Bogiem. a także: Ks. Jacek Gniadek: Nieustanna walka z pierwotną rzadkością i pokusami szatana… czyli „Nie samym chlebem…” (Jak zbudować własną skalę wartości?) polecam również: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki?

Brian Jekel - Uzdrowienie Ślepca (Jezus)

Brian Jekel – Uzdrowienie Ślepca

Duchowni w służbie KGB, SB i poprawności politycznej (na tle medalu papieskiego dla Rzeplińskiego i anszlusu Polski do UE). Istotą Kościoła jest wiara w Boga i pokora wobec mądrości zasad.


Związek Radziecki był krajem otwarcie ateistycznym i antyreligijnym. Radzieccy przywódcy powtarzali za Karolem Marksem, że „religia to opium dla ludu” i głosili „wiarę w siłę człowieka”. Po zwycięstwie rewolucji bolszewickiej z 1917 roku Włodzimierz Lenin nakazał wymordować tysiące księży i zamknął większość rosyjskich kościołów. Do walki z religią powołano Związek Wojujących Bezbożników, którego celem było zniszczenie Cerkwi prawosławnej i innych grup religijnych oraz wychowanie młodzieży w duchu ateistycznym.

…Nieoczekiwanie po latach represji w 1941 roku Rosyjski Kościół Prawosławny został odbudowany jako instytucja publiczna przez Józefa Stalina, który potrzebował poparcia Cerkwi w prowadzeniu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej oraz starał się uwiarygodnić w oczach brytyjskich i amerykańskich sojuszników. Religia była wówczas władzom potrzebna, aby w warunkach wojny wzmocnić postawy patriotyczne. Otwarto przy tym na nowo wiele świątyń i zwolniono pozostających jeszcze przy życiu wszystkich księży z łagrów.

Po zakończeniu wojny władze radzieckie powróciły znowu do polityki wojującej ateizacji. Po 1947 roku zakazano rodzicom wychowywania dzieci w duchu religijnym. Zabroniono chodzenia do Cerkwi osobom w wieku poniżej 19 lat. Nastąpiła przyspieszona brutalna ateizacja w anektowanych przez Związek Radziecki wschodnich terenów II Rzeczypospolitej oraz na Litwie, Łotwie i Estonii.

Zadaniem radzieckich tajnych służb była infiltracja organizacji kościelnych oraz pilnowanie porządku w Kościele. Po podporządkowaniu Cerkwi prawosławnej władzy radzieckiej, organy bezpieczeństwa i aparat wywiadowczy zaczął wykorzystywać kler do prowadzenia swoich działań operacyjnych. Głównie KGB (ros. Komitiet Gosudarstwiennoj Biezopasnosti, czyli Komitet Bezpieczeństwa Państwowego) wykorzystywało prawosławnych duchownych do prowadzenia operacji dezinformacyjnych i szerzenia sowieckiej propagandy za granicą. Ponadto duchowni Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego na Zachodzie zajmowali się inwigilacją środowisk emigracyjnych oraz typowaniem kandydatów do werbunku przez KGB.

Agentami lub współpracownikami KGB w okresie istnienia Związku Radzieckiego była połowa lub nawet niektóre źródła podają 80% duchowieństwa prawosławnego. W książce „Archiwum Mitrochina I: KGB w Europie i na Zachodzie” na stronie 752 autorzy napisali: „Jeden z najbardziej znanych duchownych – dysydentów lat siedemdziesiątych, ojciec Dmitrij Dudko, wyjaśniał: „Sto procent duchownych było zmuszonych do współpracy z KGB w mniejszym lub większym stopniu i do przekazywania jakichś informacji. W przeciwnym razie zostaliby pozbawieni możliwości pracy w parafii”. Mniejszości udało się jednak oprzeć naciskom KGB. W grudniu 1991 roku, na krótko przed rozwiązaniem Związku Sowieckiego, Anatolij Olejnikow, ostatni zastępca przewodniczącego KGB, stwierdził w wywiadzie, że współpracy ze służbami odmawiało od piętnastu do dwudziestu procent duchownych Kościoła prawosławnego, do których się zwracano. Odważna mniejszość, która oparła się wszelkim naciskom KGB, miała oczywiście zamkniętą drogę do awansu. W Kościele prawosławnym najbardziej skompromitowanym współpracą z KGB elementem była jego hierarchia”.

…Według autorów książki „Dezinformacja” na stronie 273 podana została informacja, że wielu współczesnych hierarchów w czasach ZSRR współpracowało z KGB: „27 stycznia 2009 roku siedmiuset delegatów zgromadzonych na synodzie w Moskwie otrzymało listę zawierającą trzech kandydatów: metropolitę smoleńskiego Cyryla (tajnego członka KGB o pseudonimie „Michałkow”), metropolitę mińskiego Filareta (pracującego dla KGB pod pseudonimem „Ostrowski”) oraz metropolitę kałuskiego Klimenta (o pseudonimie operacyjnym „Topaz”). Gdy w katedrze Chrystusa Zbawiciela rozbrzmiały dzwony oznajmiające wybór nowego patriarchy, zwycięzcą okazał się Cyryl („Michałkow”). Niezależnie od tego, jakim był przywódcą dla swojego Kościoła, z całą pewnością spośród wszystkich kandydatów miał największe wpływy w świecie religijnym poza Rosją. W 1971 roku KGB wysłało go do Genewy jako przedstawiciela Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego na będącej narzędziem sowieckiej propagandy Światowej Radzie Kościołów. W 1975 roku KGB wprowadziło go do Komitetu Centralnego Rady, która stała się marionetką Kremla. W 1989 roku KGB mianowało go szefem Wydziału Zewnętrznych Stosunków Cerkiewnych Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego. Gdy został wybrany na patriarchę, wciąż piastował te stanowiska”.

…Państwo rosyjskie wspiera Cerkiew Prawosławną, zwraca świątynie wiernym i pomaga finansowo w ich odbudowie. Znamienne jest, że obecny prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin oficjalnie uczestniczy w obrzędach kościelnych w czasie świąt prawosławnych. W tym miejscu należy przypomnieć, że Władimir Putin był szefem FSB (ros. Fiederalnaja Służba Biezopasnosti, czyli Federalna Służba Bezpieczeństwa), która była poprzedniczką KGB odpowiedzialnej za penetrację organizacji kościelnych oraz pilnowanie porządku w Kościele. Władimir Putin w czasach Związku Radzieckiego był oficerem wywiadu zagranicznego KGB i przez prawie piętnaście lat służył w Niemieckiej Republice Demokratycznej.” (Krzysztof Krasowski – Mezalians Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej z KGB)

„…Wielu księży współpracowało z komunistyczną bezpieką i praktycznie wszyscy powiązani z dawnymi władzami byli wypychani na czołowe stanowiska w polskim kościele.

Do dnia dzisiejszego nie doszło do lustracji np. biskupów. Czy dzisiaj, banda starych ubeków może kontrolować kościół poprzez zawartość jakieś szafy? Moim zdaniem tak.

Myśląc o prawdziwym polskim kościele od razu przychodzą mi do głowy nazwiska księży: Stanisław Małkowski, Tadeusz Isakowicz-Zaleski czy Jacek Międlar. Wszyscy oni byli w pewnym stopniu dyskryminowani przez kościelne władze, zabierano im parafie, zabraniano wypowiadać się publicznie. A to właśnie oni są autorytetami dla Polaków…

…W styczniu 2015 roku profesor Andrzej Rzepliński otrzymał z rąk kard. Kazimierza Nycza wysokie papieskie odznaczenie, „w dowód uznania dla zaangażowania w pracę na rzecz Kościoła”.

Krzyż Pro Ecclesia et Pontifice (Dla Kościoła i Papieża) został ustanowiony przez papieża Leona XIII 17 lipca 1888 r. dla upamiętnienia 50-lecia jego kapłaństwa. Przyznawany jest przez papieża na wniosek biskupa diecezjalnego. Krzyż, obok odznaczenia honorowego Benemerenti, jest szósty rangą co do starszeństwa odznaczeń watykańskich.

Facet, który jest dzisiaj symbolem patologicznych rządów Platformy Obywatelskiej, który przez lata należał do PZPR i prawdopodobnie ukrywa morderców bł. ks. Jerzego Popiełuszki, dostępuje tak wysokiego zaszczytu

…nie atakuję Kościoła Katolickiego, atakuję hierarchów, którym osobiste racje przesłaniają dobro ojczyzny. Kościół robi w Polsce wspaniałą robotę, od walki o życie nienarodzonych i prowadzenie żłobków, przedszkoli, szkół aż po pomoc ludziom umierającym w hospicjach.” (Darek Matecki – Kompromitacja hierarchów Kościoła Katolickiego w Polsce!)

podobne: Geneza „polskiej” bezpieki i „Archiwum Mitrochina”. Paranoja zbioru zastrzeżonego IPN i fikcja lustracji. Pamięć wybiórcza czyli „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Czemu PIS broni demokracji? oraz: Najnowsza historia Polski wciąż czeka na odkrycie, źródła leżą w Moskwie (wywiad z prof. Wieczorkiewiczem)

„…ujawnienie wszystkich okoliczności zbrodni na ks. Popiełuszce oznaczałaby konieczność rozliczenia sprawców.

Dziś ustalenie prawdy może być łatwiejsze? Jaruzelski i Kiszczak nie żyją…

Oni rzeczywiście wymknęli się ziemskiemu osądowi. Jednak wielu innych wciąż żyje. Może się okazać, że prawda nie jest dla nikogo wygodna. Widać mataczenie, ukrywanie, sfingowanie procesu. Ktoś również z tzw. naszej strony musi być w to umoczony. Jestem tego pewna. Również po „naszej” stronie widać choćby zaniechania

u zarania transformacji popełniono grzech. To przekłada się dziś choćby na to, jak postrzegana jest scena polityczna, jak oceniane są zmiany tego, co dzieje się w Polsce. Widać, że z nami wszystkimi stało się coś złego. Trudno powiedzieć, czy to kwestia tresury komunistycznej, w której żyliśmy. Możliwe. Widać, że diabeł ma łatwy dostęp do nas, do człowieka. Lepiej nie myśleć, nie szukać rzeczy przykrych. Wtedy musielibyśmy coś zmienić…

…Zginęli również członkowie rodziny adwokatów rodziny ks. Jerzego. Pełnomocnicy mówili za dużo, za otwarcie, więc ich uciszono. Matkę mecenasa Piesiewicza zamordowano za pomocą takiej samej pętli, jakiej użyto przy okazji zabójstwa ks. Popiełuszko. To było niczym pieczęć na całej sprawie.

…Myśmy Okrągły Stół budowali na zabójstwach trzech księży. Pogodziliśmy się z tym. To kim my jesteśmy? Na jednej zbrodni nigdy się nie kończy. Zawsze są następne…” (Stanisław Żarynwpolityce.pl – Maria Dłużewska: Okrągły Stół budowaliśmy na zabójstwach trzech księży)

„…Każdy, kto nosi w sobie pragnienie wolnej Polski, musi zrozumieć, że sprawa zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki nie jest „tematem historycznym” ani „kwestią polityczną”, lecz wciąż żywą, nieprzedawnioną rzeczywistością, która ukształtowała fundamenty III RP i nadal decyduje o naszej przyszłości.

Przez 30 lat, w oparciu o farsę tzw. procesu toruńskiego wmawiano Polakom, że winni tej zbrodni ponieśli już karę. Ówczesna władza stworzyła powtarzaną do dziś legendę o wyłącznej winie czterech funkcjonariuszy SB i na tym kłamstwie oparła koncepcję „historycznego kompromisu” katów z ofiarami. Legendę uwiarygodnili sami esbecy, do końca odgrywając swoje role. W niezmienionej formie, kłamstwo to narzucone siłą komunistycznej propagandy, zostało przyjęte i zaakceptowane w III RP, stając się fundamentem komunistycznej sukcesji. Odtąd wszystkie środowiska uczestniczące w zmowie milczenia przyjęły na siebie rolę zakładników zbrodni oraz odpowiedzialność za ukrywanie prawdziwych sprawców i mocodawców.  Depozyt ten do dziś daje gwarancję bezkarności komunistycznym oprawcom i stanowi „aksjologiczne spoiwo” łączące funkcjonariuszy bezpieki, ludzi Kościoła i „demokratycznej opozycji”…

Wszelkie próby zdemaskowania prawdziwych okoliczności zabójstwa, były i są skutecznie blokowane. To jedna z najistotniejszych wskazówek, jak z fundamentalną i żywą sprawą mamy do czynienia. W niewyjaśnionych okolicznościach ginęli świadkowie, innych zastraszano i nakłaniano do milczenia. Ludzi, którzy wykazali dość odwagi, by naruszyć tajemnicę tej zbrodni nazwano szaleńcami i fantastami. Odmówiono im prawa do zajmowania się tematem, przemilczano ich argumenty, szykanowano lub skazano na zapomnienie. Tak postąpiono z prokuratorem Andrzejem Witkowskim, tak również potraktowano księdza Stanisława Małkowskiego i Wojciecha Sumlińskiego.

Jeśli ktoś mówi dziś o potrzebie „dobrych zmian” i chce odbudowy autentycznej wspólnoty narodowej, musi też podjąć wyzwanie związane z tajemnicą zbrodni założycielskiej III RP. Tylko prawda o tym – kto naprawdę zabił księdza Jerzego, kim byli mocodawcy zbrodni i ludzie towarzyszący esbeckim porywaczom, może zburzyć fundament, na których wspiera się triumwirat morderców, tchórzy i donosicieli. Bez zrozumienia tego obowiązku, próżne są deklaracje patriotyzmu i wierności polskim ideałom, próżne epatowanie walką z patologiami tego państwa…” (Aleksander Ścios – ZBRODNIA ZAŁOŻYCIELSKA III RP MUSI ZOSTAĆ WYJAŚNIONA)

podobne: Sumliński i patologie III RP. Sprawa ks. Popiełuszki sprawdzianem chęci rozliczenia PIS z PRL. Klątwa FOZZ i kompromisu z komuną.

„…ilustracją postępów kultu Świętego Spokoju był niechętny stosunek wyższego duchowieństwa do projektu zmiany konstytucji, zgłoszonego przez Romana Giertycha. (…) zmiana konstytucji miała polegać na rozciągnięciu ochrony życia człowieka „od poczęcia do naturalnej śmierci”. Domyślałem się wtedy, że prawdziwą intencją Romana Giertycha było zablokowanie w ten sposób możliwości ratyfikowania przez Polskę traktatu lizbońskiego, bo gdyby ta zmiana konstytucji została dokonana, to traktat lizboński, podobnie jak inne regulacje unijne, byłby z polską konstytucją właśnie z tego powodu oczywiście niezgodny. Jak pamiętamy, w pierwszym odruchu przedstawiciele Episkopatu stanęli na nieubłaganym gruncie „kompromisu” i dopiero gdy ktoś musiał im zwrócić uwagę, że nie można głosić w tej sprawie „kompromisu” i jednocześnie grzmieć na „cywilizację śmierci”, to się zreflektowali. Ta sytuacja ilustruje też głęboki kryzys przywództwa, jaki po śmierci Prymasa Stefana Wyszyńskiego trapi nasz nieszczęśliwy kraj…” (Stanisław Michalkiewicz – Szpital imienia Króla Heroda)

polecam lekturę: „Szklany nocnik dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego” za „Traktat Lizboński i nadmuchiwanie Niemiec”.

„…Apologetyczna postawa sporej grupy duchownych wobec UE nie może być usprawiedliwiana nieznajomością tego tworu politycznego.

Już 28.05.2003 roku Rada Europy zadecydowała, że projekt Konstytucji europejskiej będzie się odwoływał do cywilizacji greckiej, rzymskiej i prądów filozofii Oświecenia. Biskup sandomierski Edward Frankowski objaśniał, że dowodzi de facto jej masońskich źródeł. Mimo to biskupi w komunikacie z 322 Konferencji Episkopatu Polski nawoływali: „wierni a także wszyscy ludzie dobrej woli winni uwzględnić głos papieża w swoich wyborach” (co oznaczało poprzeć akcesję). List Episkopatu oprotestowało 28 profesorów, wskazywali na zagrożenia dla katolickiego kraju: aborcją, eutanazją, propagowaniem homoseksualizmu, zachęcaniem dzieci do nieposłuszeństwa wobec rodziców itp. Biskupi wiedzieli więc o zagrożeniach dla chrześcijańskiej cywilizacji. Reszty złudzeń winna pozbawić decyzja Rady Europy z 25.01.2006 roku, kiedy opowiedziała się ona przeciw osądzeniu komunizmu, który przecież stanowił kontynuację Rewolucji Francuskiej czyli praktyczną realizację „prądów Oświecenia”. Po sukcesie w referendum biskupi dodatkowo wystosowali list ostrzegawczy, w którym stwierdzali że: pasterze Kościoła w Polsce odrzucają fundamentalizm religijny jako postawę niezgodną z Ewangelią.

Ludzie wsi i małych miasteczek pytani, dlaczego popali akcesję bardzo często odpowiadają: bo tak kazał nam Kościół. W sześć lat do aneksji naszej Ojczyzny do Unii Europejskiej oglądamy tragiczne skutki tamtej decyzji. Zlikwidowane stocznie, porty, flota pasażerska i rybacka, kopalnie, zakłady produkcyjne zniszczone tak, że pozostał „kamień na kamieniu”, sprzedane banki, sanatoria, rozebrane koszary, zlikwidowane wojsko itd. Zadłużenie państwa, według prof. Artura Śliwińskiego wynosi ponad 3 biliony złotych (odpowiada to zadłużeniu przeciętnej rodziny na kwotę 285 tys. złotych).

Ponad dwa miliony młodych ludzi, wykształconych przecież kosztem polskiego społeczeństwa, wyemigrowało. Nie będą pracować dla Polski i w większości nie ułożą sobie harmonijnego życia rodzinnego.

Wielebni hierarchowie, stręczyciele „Euro-raju”! Jeśli biją w Was jeszcze polskie serca, to wierzę, że patrząc na zniszczenie mojej, a przecież także Waszej Ojczyzny, uderzycie się w piersi i powiecie mea culpa.

Czy wobec mnogości sformułowanych względem przedstawicieli Kościoła zarzutów winniśmy odejść od Kościoła? Po trzykroć – NIE! Duchowieństwo polskie ponosiło w przeszłości ogromne ofiary dla narodu; w drugiej wojnie światowej wymordowano 28% księży i zakonników. Ofiara ich życia zobowiązuje nas do trwania w „Ojców wierze”. Wiara jest obok kultury SPOIWEM Narodu. Boskie przykazania porządkują życie obywateli, a w konsekwencji i życie zbiorowe. Odejście od Kościoła, to byłby dopiero prawdziwy triumf wrogów jego i naszej Ojczyzny. Twórcy ateistycznej Unii Europejskiej pełnię władzy opanują dopiero po całkowitym upadku Kościoła…” całość tu:  Księżą w służbie SB

podobne: „Non possumus!” – odpowiedź biskupów na próby podporządkowania Kościoła komunistom oraz: Księża a społeczeństwo”… Jawny i tajny socjalizm… Zasady chrześcijańskiego współżycia kontra kolektywizm (w gospodarce)  i to: Czy uda się nam ocalić cywilizację łacińską, czy na jej gruzach zatriumfuje komunizm.

„…Nie potrzeba wielkiej wnikliwości by widzieć, że konkretne nadużycia czy występki, których dopuszczają się niektórzy duchowni, stają się pretekstem do niezwykle silnych i wyrafinowanych ataków na cały Kościół. (…) ma nie tylko przyjaciół, ale i zajadłych wrogów, dla których każdy pretekst jest dobry, by szkalować i oczerniać wszystkich chrześcijan. A przecież problemy i nadużycia moralne występują nie tylko w obrębie Kościoła katolickiego. Istnieją wszędzie! W ostatnim okresie odbywa się uporczywe nie tyle oczyszczanie, ile przeczyszczanie Kościoła. Ci, którzy nas atakują, próbują wmówić, upowszechnić i utrwalić określone skojarzenie. Ich strategia polega na tym, że Kościół katolicki trzeba kojarzyć z pedofilią, a księży – z pedofilami. Powtarzanie tego miliony razy ma zapaść w pamięć do tego stopnia, że sam widok księdza będzie wywoływał skojarzenia z pedofilią. To element odwiecznej antykościelnej strategii, która w naszych czasach, mając do dyspozycji środki masowego przekazu oraz internet, próbuje mnożyć i nasilać antychrześcijańskie emocje. I jeszcze jedna sprawa. Zarzucana pedofilia to w przytłaczającej większości przypadków wyrafinowana odmiana pederastii, czyli homoseksualizmu. Ale na temat homoseksualizmu panuje nie tyle absolutna cisza, co coraz bezczelniej odbywa się jego forsowanie.…” (ks. prof. dr hab. Waldemar Chrostowski – Poniewieranie Chrystusa i Jego Kościoła – Najwyższy Czas!)

podobne: Pedofilia w Kościele. Ideologiczny raport Komitetu ONZ. Bezpardonowy atak marksizmu. oraz: Biskupi przeciwko pedofilii. Rygorystyczne normy postępowania mają oczyścić Kościół.

„…Kiedy Chrystus w symbolicznej chwili zakładał Swoje wielkie stowarzyszenie, nie wybrał na kamień węgielny ani błyskotliwego Pawła, ani mistyka Jana, ale krętacza, snoba, tchórza – słowem, człowieka. I na tej opoce zbudował Swój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogły. Runęły wszystkie królestwa i imperia, bo w niezmiennej wrodzonej słabości były zakładane przez silnych i wspierane przez silnych. Ale Kościół Chrystusowy, jako jedyny, został zbudowany na słabym człowieku i dlatego nic go nie zniszczy…” (Gilbert Keith Chesterton)

Na pytanie Jezusa z którym swojego czasu zwrócił się on do apostołów „czy i wy chcecie odejść?” św. Piotr odpowiedział „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6,63) „(…) Św. Piotr nie był przygotowany, by odpowiedź na to pytanie. Wszystko wydarzyło się jeszcze przed śmiercią Chrystusa na krzyżu, Jego Zmartwychwstaniem i przed Zesłaniem Ducha Świętego. Wyboru nie dokonuje nigdy człowiek posiadający wystarczającą wiedzę, ale konkretny niedoskonały człowiek w określonym miejscu i czasie. Idealny homo religiosus nie istnieje…” (Ks. Jacek Gniadek: Uwierzyliśmy i poznaliśmy).

Musimy zdawać sobie sprawę z tego że czarne owce (grzesznicy) istnieli w Kościele od zawsze. Niektórzy z nich próbują celowo siać zgorszenie w celu rozbicia jego jedności kompromitując ideę i nastawiając tym samym wiernych przeciwko kapłanom. Jednak to w żaden sposób nie podważa wartości i sensu misji do której kościół został powołany (nie przez byle kogo). Pozostaje ona zawsze wolna od swądu szatana, choć niewątpliwie była, jest i będzie przez niego atakowana, obrzydzana i spotwarzana (również od środka). Dopóki jednak Kościół będzie wiernie i niezmiennie głosił naukę Chrystusową, bez odchodzenia od jej litery to sama idea nigdy nie zostanie pozbawiona sensu a jej źródło będzie wciąż dla wszystkich tak samo jasne i jednoznaczne. Nie przekreślają grzechy człowieka słuszności nauki Jezusa. Nie są też one w stanie osłabić miłości Boga do grzeszników. Od nas zależy czy damy jej szansę zaistnieć w naszym życiu… (Odys)

„…Jezus jest Dobrym Pasterzem, tak Dobrym Pasterzem, że nie opuszcza człowieka nawet jak idzie złą drogą i w złym kierunku. Pamiętacie historię uczniów idących do Emaus? Ci uczniowie uciekają od Chrystusa, uciekają od Jerozolimy, są w błędzie, zakłamują się w tej drodze nawzajem, a Chrystus co robi? a idzie z nimi w złym kierunku. Chrystus jest takim Pasterzem, że pójdzie z Tobą w złym kierunku. I Chrystus idący z tymi uczniami do Emaus nie krzyczy na nich: co wy robicie, gdzie wy idziecie, tylko stawia im pytania: a co się stało?, a dlaczego wy idziecie?, a jakie to się rzeczy wydarzyły? Chce z nich wydobyć prawdę, poucza ich i łamie dla nich i dla nas chleb. Bóg powiedział kiedyś takie słowa do człowieka, niektórzy mówią, że jest to najradośniejsze zdanie w Biblii, coś w tym jest, to zdanie brzmi: Będę z Tobą na wszystkich drogach twego życia…” (Ks. Piotr Pawlukiewicz – Domodlić się do miłości takiej, że może istnieć bez odpowiedzi)

…Jezus dał klucze Swojego Kościoła ludziom mając pełną świadomość naszej grzesznej natury. Oszalał? Pomylił się? To niemożliwe, bo skoro jest Bogiem to doskonale wiedział co robi. Dał wyraźny sygnał wszystkim słabym, że służy swoją miłością przede wszystkim właśnie im. Nie po to jednak by ich utwierdzać w słabości, lecz by im wskazać drogę do walki z nią w celu ostatecznego („na końcu”) pokonania. I nawet jak na tej drodze upadamy to NIGDY nie jest za późno na to żeby się podnieść (przykład „dobrego łotra” na krzyżu). Od naszej woli tylko zależy czy na tę drogę się zdecydujemy… (Odys)

„…Jesteśmy Kościołem grzeszników, i my grzesznicy jesteśmy powołani do tego byśmy dali się przemienić, odnowić, uświęcić przez Boga. Była w historii taka pokusa, byli ludzie którzy mówili: Kościół jest tylko Kościołem czystych, tych którzy są całkowicie konsekwentni, a innych trzeba oddalić. To nieprawda! To herezja! Kościół który jest święty nie odrzuca grzeszników, nie odrzuca nas wszystkich, nie odrzuca ponieważ wzywa wszystkich, przyjmuje ich, jest otwarty również na tych którzy są najdalej, wszystkich wzywa, by pozwolili się objąć miłosierdziem, czułością i przebaczeniem Ojca, który wszystkim daje możliwość spotkania z Nim, podążania drogą do świętości…”  (Franciszek)

…to oczywiście nie oznacza wcale że Kościół pozwoli sobie kiedykolwiek na popuszczanie grzechowi (usprawiedliwianie zła) i zacznie naginać Boże prawo, czy dostosowywać wynikającą z niego naukę i zasady do woli grzeszników jak to sobie pokrętnie tłumaczą „zatroskani” o frekwencję w świątyniach fałszywi „przyjaciele”, nawołujący do większej „otwartości” pod którym to hasłem rozumieją przymykanie oka na grzech. O tym nie ma mowy. Jest mowa o szansie na nawrócenie (powrotu na łono Kościoła) każdego grzesznika. To jest jedyna dopuszczalna otwartość, ale dopiero po przyznaniu się do winy, odrzuceniu grzechu i bezwarunkowym zaufaniu w Boże miłosierdzie. W sprawiedliwość która ani nie przymyka oka ani nie puszcza go do złego. Nie ma słowa w nauce Jezusa o jakichkolwiek negocjacjach czy ustępstwach w kwestiach grzechu i zła. Jest za to miłość i miłosierdzie dla tych, którzy choć nie zawsze wygrywają i często upadają na tej drodze, to jednak pragną iść dalej. Świętość nie polega bowiem na tym że zawsze wygrywamy, ale na tym że ciągle się zmagamy i podnosimy z upadku. Pokusa „perfekcjonizmu” jest równie niebezpiecznemu dla wiary, jak uleganie grzechom w bezczelnym przekonaniu że Bóg i tak nam wybaczy bo taka jest jego rola. Pokusa przekonania że katolik nie ma prawa zgrzeszyć, a jeśli grzeszy to już nie jest katolikiem a hipokrytą, prowadzi prostą drogą do fałszywego pojmowania roli Kościoła na ziemi. W ten sposób rodzi się fałszywe poczucie winy i bezsensu dążenia ku dobru… (Odys)

„…pokusą budzącą największą grozę jest przekonywanie umysłów, że Kościół nie jest tym, który Chrystus rzeczywiście chciał zbudować. To kłamstwo stawiające sobie za cel rozbicie jedności Kościoła i doprowadzenie go do upadku, opiera się na fałszywym przekonaniu [niezrozumieniu istoty], że nieomylność papieża jest absolutna, a nie związana wyłącznie z kwestiami teologicznymi i doktrynalnymi. Według tego fałszywego ujęcia kapłani nie powinni się dopuszczać żadnego grzechu, nawet najdrobniejszego uchybienia. Kierując zatem uwagę na słabości lub błędy poszczególnych duchownych, zasiewa się wątpliwość i nieufność wobec całego Kościoła. Kiedy jednak Jezus go zakładał, uczynił swoich apostołów odpornymi nie na popełnianie błędów, lecz jedynie na głoszenie błędnej nauki. Hasła nieomylności i nieskazitelnej czystości, którymi się szermuje by zdyskredytować Stolicę Apostolską i naukę katolicką, mogą być uważane za dwie spośród czterech głów drapieżnego potwora, który chciałby rozbić jedność Ciała Mistycznego zamierzonego przez Chrystusa…” („Diabeł” Luciano Regolo i o. Raffaele Talmelli)

podobne: Ks. Jacek Gniadek: Nieustanna walka z pierwotną rzadkością i pokusami szatana… czyli „Nie samym chlebem…” (Jak zbudować własną skalę wartości?)

Czysto po ludzku i zgodnie z prawdą należy sobie powiedzieć że nie tylko w KK, i nie tylko na polu religii czy wiary, ale w każdej profesji czy działalności ludzkiej będącej (w zamyśle) bardziej lub mniej zaszczytną i odpowiedzialną misją publiczną, zdarzali się, zdarzają i będą się zdarzać ludzie zdegenerowani czy błądzący (bo taka jest część naszej natury a raczej tendencji). Czy w związku z tym mamy potępić w czambuł każdą działalność która opiera się na jakimś logicznym prawie czy zasadach, tylko dlatego że nie wszyscy ludzie (lub nie zawsze) potrafią się wywiązać z takiego czy innego obowiązku? Czy ktoś podnosi żądania likwidacji wymiaru sprawiedliwości, policji, szkoły, służby zdrowia itp. tylko dlatego że tam również zdarzają się zwyrodnialcy, obłudnicy, grzesznicy, przestępcy i popełniający z rozmysłem błędy? Otóż nie. Z pewnością słychać głosy o potrzebie naprawy/oczyszczenia tych instytucji, ale nie likwidacji z racji ludzkich ułomności bo byłoby to pozbawionym racjonalności wylewaniem dziecka razem z kąpielą. Tymczasem wielu mieniących się racjonalistami, właśnie tego rodzaju logikę stosuje kiedy chodzi o Kościół, atakując (przy okazji) naukę której istotą jest sprawiedliwe i najprostsze na świecie prawo, oparte o dobro i miłość Boga do ludzi. Ułomność „czynnika ludzkiego” nie ma wpływu na sens samej idei (chyba że sam ją wymyślił jako od początku złą). W każdym aspekcie ludzkiego życia i wszelkiej działalności to my (a nie ideał) jesteśmy najsłabszym ogniwem. Jak więc można na podstawie czynów ludzkich popełnianych wbrew zasadom dekalogu wnioskować że winny jest sam dekalog? Czy ktoś mówi o tym że należy zlikwidować kodeks drogowy tylko dlatego że część ludzi się do niego nie stosuje? Poza tym rzeczywistość w której żyjemy ma to do siebie że przykazania nie są narzucane siłą ani przez kościół ani przez państwo. Sama instytucja jak i jej zasady obowiązują tylko tych którzy poczuwają się do tego z własnej nieprzymuszonej woli (Ks. Jacek Gniadek: Kościół niczego nie narzuca. Wiara zasadza się na dobrowolności), tymczasem kodeks drogowy z racji stanowionego przez państwo prawa jest przymusowy… (Odys)

rys. Grzegorz Radziewicz - Odwieczna wojna dobra ze złem

rys. Grzegorz Radziewicz – Odwieczna wojna dobra ze złem