Zamiast reprywatyzacji i własności, „nacjonalizacja” i więzienia z pustaków na kredyt (zwane „MieszkaniePlus”) czyli… O tradycji wywłaszczania Polaków przez „elity” naiwne i mściwe (II). Dwór który wciąż jest.


Artur Grottger – Polonia VI. Obrona dworu

„…Z opowieści o czombrowskim domu, który próbował przetrwać bolszewików z ich metodycznym, zaplanowanym paleniem polskich dworów najbardziej chcę pamiętać jedną, podzieloną na dwie części. Nie jest to opowieść o przyrządzaniu tortu makowego, czy o ubieraniu choinki, ani o pięknych paniach w wytwornych sukniach popijających herbatę w trzcinowych fotelach. To opowieść o Majowym, której pierwsza część jest taka:

„Przed I wojna, w przedpokoju koło drzwi do jadalni stał ołtarzyk z figurką Matki Boskiej, przystrojony kwiatami. Wieczorami zbierali się przy nim domownicy i część służby. Przy zapalonych świecach Maria intonowała kolejne wezwania, a pozostali odpowiadali „Módl się za nami”. Po powrocie [po I wojnie] do pustego czombrowskiego dworu zwyczaj ten powrócił, z tym, ze teraz wszyscy klękali w ogołoconym z mebli salonie. I znów jak dawniej płynęły przy świetle świecy słowa Litanii Loretańskiej. Maj 1942 roku jeszcze udało się jakoś przeżyć w miarę spokojnie.”

Druga część opowieści czeka tuż tuż:

„Bardzo szybko zaczął sie nowy koszmar, gdy w okolicy pojawiła się sowiecka partyzantka. W dzień zagrażali Niemcy, w nocy czerwoni partyzanci (…) Od września 1942 roku czerwone bandy rozpoczęły palenie stodół ze zbiorami i stogów zboża, aby w ten sposób zniszczyć zaplecze aprowizacyjne dla Niemców. (…) Czombrowska stodoła z całym użątkiem spłonęła w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1942 roku.
A potem przyszedł czas na dwory i ich mieszkańców. Dowódcy oddziałów partyzanckich dostali dyrektywy wraz z dołączonymi formularzami sprawozdawczymi. W punkcie 29. mieli wpisywać spalone dwory.(…)
16 maja 1943 roku, kiedy w Czombrowie szalały bzy i śpiewały słowiki czerwoni partyzanci przyjechali po południu. Podpalali od czterech narożników.
I tu Joanna Puchalska, autorka książki Dziedziczki Soplicowa, która mnie przez Czombrów prowadziła cytuje Zosię z filmowego planu, wnuczkę ostatniej właścicielki:
Wynosiliśmy w pospiechu tłumoczki naprędce zgarniane, a partyzanci wnosili i rozsypywali na podłodze słomę. Zebraliśmy się na trawniku przed domem. Babunia uklękła i rozpoczęła ostatnie w Czombrowie majowe. Królowo Męczenników, Królowo Wyznawców, Królowo Polski – módl się za nami. A dom płonął jak wielka ofiarna świeca.”

Kto zobaczy w tej scenie tylko pławienie się w roli dyżurnego męczennika Europy – niczego z Polski nie zrozumiał. Bo dworu dziś nie ma. Są rodzinne groby kolejnych właścicieli majątku i szczątki kaplicy cmentarnej. Nie ma dworu, a jest. Wciąż jest.” (Anna Mieszczanek, szkolanawigatorow.pl – Powracanie ziemian (1) – Czombrów)

„…wciąż widywałam w portalach turystycznych sformułowane bez potrzeby jakiegokolwiek wytłumaczenia frazy: „Dwór oddany na skarb państwa”. A na mosiężnych tabliczkach – informacje: „W posiadaniu muzeum od 1946 roku”. No, dobrze, , czasem muzeum podawało trop nieco dokładniejszy choć wciąż pełen niespotykanej dyskrecji, jak na przykład: „Z kolekcji Potockich w Krzeszowicach”, które to Krzeszowice można było sobie obejrzeć w stanie lekko zrujnowanym w sieci i dośpiewać resztę.
Czytałam, oglądałam, już widziałam w tym i ludzi i rolę jaką obywatele ziemscy pełnili przez stulecia. A jednak dopiero rok temu zadałam sobie pytanie, od którego wszystko powinno się zaczynać.

Ile? 

Ile majątków zabrał obywatelom ziemskim w 1944 roku dekret PKWN, podpisany przez Bieruta, Osóbkę Morawskiego, Wasilewską, Berlinga? Do tej pory wiedziałam, że dużo, widziałam szczegóły tej nienazwanej w historiografii oficjalnej opowieści. Ale nie zapytałam siebie o skalę. A skala stała się oczywista, kiedy tylko wyciągnęłam po nią rękę. Ciotka Wiki, od czci i wiary często odsądzana, podała mi ją tacy. Prawie dziesięć tysięcy majątków ziemskich zabrano ludziom tu, w tych granicach, które narysowała dla nas Jałta. Kolejne piętnaście tysięcy pozostało za grubą kreską mapy, zaproponowaną przez Curzona jeszcze w negocjacjach ryskich…” (Anna-Mieszczanek, szkolanawigatorow.pl – Powracanie ziemian (2) – Ile?)

podobne: Ustawa reprywatyzacyjna gorsza od dekretu Bieruta oraz: Kobus: Czy własność może szkodzić? i to: Traktat ryski czyli rozwód Jadwigi z Jagiełłą. Jak wolna Polska obeszła się z Kresami oczami Szubarczyka, Mackiewicza, Woyniłłowicza i Korwin Milewskiego

„…Rok 1989 rozbudził nadzieje środowisk poszkodowanych tzw. nacjonalizacją, że zagrabiona Polakom własność nareszcie zostanie zwrócona, a oni sami w końcu przestaną być obywatelami drugiej kategorii i zaczną podlegać cywilizowanemu prawu. Wydawało się to i naturalne, i oczywiste, zwłaszcza, iż lansowano wówczas modne pojęcie „państwa prawa”. I rzeczywiście, pewne własności zostały zwrócone, w tym część kamienic i własność związków wyznaniowych, w tym własność kościelna i potem, w 1997 r. – własność gmin żydowskich…

…Nadzieją dla środowisk poszkodowanych nacjonalizacją były rządy PiSu. Środowiska te wyrażały wielką radość po wyborczych zwycięstwach Kaczyńskich. Nareszcie! Teraz tylko jeszcze reprywatyzacja i Polska popłynie, będzie znowu Polską! Takie były powszechne nastroje. Z czasem jednak okazało się, że PiS do reprywatyzacji miał stosunek mętny i niejasny, a po uważniejszym sprawdzeniu – w istocie niechętny. Sam Jarosław Kaczyński wypowiadał się PRZECIWKO zwrotowi Polakom zagrabionej własności. Ze względu na nacisk społeczny /ogromne poparcie przez nasze środowisko Kaczyńskich w wyborach/, PiS na siłę rozpoczął niemrawe procedowanie nad SLDowskim projektem reprywatyzacyjnym – zwrotu 15% wartości mienia, BEZ PRAWA ZWROTU MAJĄTKU W NATURZE /a więc z szansą szczucia na dawnych właścicieli, że obciążają budżet państwa i ograbiają egoistycznie podatników/. Iście szatański projekt!

Spójrzmy na to matematycznie, bo matematyka nie kłamie. Jeżeli bolszewia zabrała 100% majątku, a komuniści i za nimi PiS chcieli oddać 15% /naturalnie ze wspólnej kasy!/, to proste działanie: 100% – 15% = 85% oznacza, że PiS również występował w roli bolszewii, że był nią w 85% i na dodatek chciał ponownie rąbnąć wspólną kasę Polaków na 15% wartości zwracanego mienia… 

… reprywatyzacja jest – poza dochowaniem elementarnej sprawiedliwości i poza zadośćuczynieniem za wyrządzone krzywdy i nieprawości – rzeczywistą dekomunizacją na polu gospodarczym. I to nawet w znaczeniu symbolicznym, gdyż najsmaczniejsze kąski z zagrabionego majątku przejęli komuniści i ich ZSLowscy komiltoni.

Poza własnością miejską /kamienice, domy, parcele/ i kościelną, w swej zasadniczej masie reprywatyzacja dotyczy środowisk przemysłowych /w niewielkiej części/, środowisk ziemiańskich /ziemianie domagają się zwrotu w naturze zaledwie 5% gruntów rolnych w kraju, co stanowi zaledwie 20% areału gospodarstw popegeerowskich/, rolników i drobnego przemysłu wiejskiego, rolno – spożywczego.

Szacuje się, że rodzin ziemiańskich , zainteresowanych reprywatyzacją jest około 14 tysięcy /szacunki nawet od 9 tysięcy/, a rodzin chłopskich od 340 tysięcy do 400 tysięcy. Przyjmując tradycyjną liczebność, zwłaszcza rodzin chłopskich, daje to szacunkową liczbę ok. 3 milionów osób, oczekujących na zwrot własności. A są to środowiska tradycyjnie prawicowe, związane z Kościołem, przenoszące przez pokolenia polskie tradycje społeczne, polityczne, gospodarcze i kulturalne.

Zanim opiszę sytuację ziemian, która jest mi najbardziej znana, chcę podkreślić że bardzo tragiczne w skutkach było „rozkułaczanie” rolników, czyli grabież większych i sensowniej prowadzonych gospodarstw chłopskich i ziemi drobnej szlachty zagrodowej, która od warstwy chłopskiej różniła się tylko pieczołowicie przechowywanym rodowym klejnotem. Dla chłopów i „szaraczków” zabór ziemi i domów był niewyobrażalną tragedią – bez wykształcenia i środków materialnych pauperyzowali się i ginęli w wielkich miastach. Niczego bowiem, poza uprawą ziemi, nie potrafili…(KOSSOBOR – Dlaczego w Polsce nie ma reprywatyzacji? UKRYTA PRAWDA. Część I)

podobne: „Najpierw państwo” czyli… gdy monopol na przemoc nie służy sprawiedliwości i własności. Ekonomia grzechu przeciw wolności „elit” naiwnych i mściwych (I)  oraz: Czerwonym szatanom bez żadnej klasy o polskiej prywatnej własności i ziemi czyli… jak Karp międzynarodowym rynkiem zbożowym zatrząsł, oraz wspomnienia księdza Blizińskiego i to: POPIS w natarciu! czyli…”Krynica mądrości” Tusk i „karny podatek” Kaczyński a także: Papierowe rozliczanie komuny jako ekwiwalent sprawiedliwości czyli… zamiast osądzenia zbrodni prawo do rabunku UBeków na podreperowanie ZUSu

„…Przeglądając z konieczności archiwalia, natknęłam się na teczkę z korespondencją znakomitego rolnika, właściciela sporego kawałka ziemi na Pomorzu, z Juliuszem Poniatowskim. Poniatowski był ministrem Rolnictwa i Reformy Rolnej. Tak się to ministerstwo nazywało. Był tym ministrem wielokrotnie, poczynając od Tymczasowego Rządu Republiki Polskiej w Lublinie Ignacego Daszyńskiego, w listopadzie 1918 roku. Rząd ten miał ubiec Radę Regencyjną. Jednym z postulatów tego rządu, szokująco lewicowego, była likwidacja wielkiej i średniej własności ziemskiej. W sumie Poniatowski był ministrem rolnictwa wielokrotnie, w różnych rządach, a w przerwach działał w oświacie. Wincenty Witos usunął go ze stanowiska, nie zgadzając się z Poniatowskim w kwestiach rolnych. Witos był chłopem, podkreślmy to.

Sprawa o której piszę rozgrywała się w końcówce lat trzydziestych ubiegłego wieku. Przedmiotem owej korespondencji była rozpaczliwa obrona wysokorolnego, hodowlanego i nasiennego /doskonałe odmiany ziemniaków – sadzeniaków/, zmechanizowanego gospodarstwa przed parcelacją. Maszyny, jak lokomobila i pługi parowe obsługiwały dodatkowo przyległe gospodarstwa chłopskie. Ilość koni hodowanych dla Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu, ilość merynosów na wełnę zakontraktowaną na mundury wojskowe, ilość ziemniaków dla pracującej w majątku gorzelni – a dodatkowo jeszcze kontraktowanych u sąsiadujących rolników, mających tym samym stały i pewny zbyt na swoje plony – wszystko to od dziesiątków lat było rozplanowane na taki właśnie, spory areał gruntów uprawnych. Dodajmy jeszcze, że ziemia w tym majątku była jedynie IV kategorii i osiągane plony były zasługą wiedzy rolniczej /był po rolnictwie w Berlinie i praktykach w majątkach ziemiańskich/ i talentu gospodarskiego właściciela. Parcelacja oznaczała ruinę całego zamysłu. Ruinę gospodarki, po prostu.

Nie miało to jednak najmniejszego znaczenia dla ministra Poniatowskiego.

…jak wiemy, realizacja Manifestu Lipcowego, czyli totalny rabunek i tym samym anihilacja „warstw posiadających” – była priorytetem. Wraz z KBW przyjechał tzw. „historyk sztuki”, o wybitnie lewantyńskich rysach, naturalnie, i pokazując palcem rzeczy w domu – kazał je wynosić do samochodów. Ale najważniejszą kwestią było natychmiastwe wywłaszczenie z ziemi. Właścicielowi nie wolno było nawet pojawiać się w powiecie, w którym leżał jego majątek. Wejście do swojego lasu – a taki, nasadzony, był w majątku, zresztą pod stałą kontrolą państwa! – mogło spowodować ZASTRZELENIE na miejscu byłego już właściciela.

Zarówno Poniatowski, jak i komuniści używali pojęcia „obszarnicy”. Owszem, wówczas Poniatowski, należący do skrajnie lewicowego skrzydła piłsudczyków, był na emigracji. Ale w koncu wrócił i jak na wysokiego funkcjonariusza II RP i sanacji – nie spotkały go żadne represje i doskonale w PRL funkcjonował. I to jest ZDUMIEWAJĄCA informacja…

PS. Za miarę „celowości” parcelacj tegoż majątku przez Poniatowskiego niech posłuży to: po wojnie tylko małe skrawki ziemi „wzięli” /musieli zapłacić państwu/ okoliczni chłopi. W majątku utworzono PGR, całkowicie deficytowy przez cały okres PRLu. W drugiej połowie lat 80tych nastał kolejny dyrektor i wówczas skomasował te rozparcelowane kawałeczki – rolnicy chętnie ich się pozbyli.” (KOSSOBOR – 13.10.2012)

„…Grabski z Daszyńskim uważali za pełnoprawnych obywateli nowej Polski tych jedynie, którzy mogli stać się klientami nowej klasy urzędniczej, bez względu na narodowość, wyznanie i zasługi. W czasie kiedy odbierano herby i parcelowano majątki pod osadnictwo wojskowe nie zapewniając osadnikom nic prócz nędznego kredytu, Maria Rodziewiczówa z własnych, wyszarpywanych ziemi ciężką pracą pieniędzy budowała świetlice wiejskie, odbudowywała żydowski heder i pomagała prawosławnym chłopom. Ci sami chłopi spluwali potem za nią, kiedy odwróciła się plecami, bo była wszak dziedziczką i panią. Tak samo zachowywali się polscy urzędnicy, którym zdawało się, że polityka i historia stanęły w miejscu i teraz będzie już sprawiedliwie i pięknie, jeśli tylko uda się im rozprawić z tymi anachronicznymi i niedzisiejszymi ziemianami. Przez połowę życia II Rzeczpospolitej państwo zajmowało się systematycznym ograbianiem swoich najwierniejszych i najlepszych obywateli, kokietując jednocześnie tych wszystkich, którzy z tego państwa czerpali niezasłużone zyski lub wręcz je zwalczali dążąc do oderwania kresów od Polski.

Maria Rodziewiczówna pisała o tym książki, pisała także książki o pracy i ziemi. Czyli dwóch najważniejszych dla niej sprawach. My jednak nie czytamy dziś jej książek, bo ktoś nam kiedyś powiedział, że są anachroniczne, napisane słabo i bez polotu. Tak jakby Żeromski – czołowy społecznik – w rzeczywistości oszust i hochsztapler literacki – pisał z polotem. Myślę, że komuna tak łatwo poradziła sobie z Polską i Polakami po II wojnie światowej, bo połowę roboty odwaliły za nią przedwojenne rządy, które zajmowały się wydawaniem setek kilogramów ustaw przez zamachem majowym. Ustaw wymierzonych w klasę posiadającą, która w każdym innym kraju i systemie byłaby chroniona i wspomagana…

…Rodziewiczówna budzi niechęć także z innego powodu. Ona uprawia jeden właściwie wielki temat – opowiada o relacjach człowieka z jego własnością. I to własnością nie byle jaką, własnością która została odziedziczona, która ma wszystkie atrybuty świętości i jest bardzo wymagająca. A co może obchodzić wymagająca własność jakąś gromadę gołodupców i złodziei? Nic proszę Państwa. Nic, zupełnie. Opowieści takie mogą jedynie przeszkadzać i mącić kładziony do głów obraz dziejów jako triumfującego postępu, który walczy z reakcją i wstecznictwem. Czyni to zaś za pomocą skrytobójców, o których się milczy i awangardowych artystów, o których mówi się bardzo wiele…” (coryllus – Czego nas uczy Maria Rodziewiczówna)

podobne: Jakub Wozinski: Jak Grabski zrujnował II RP oraz: W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców i to: Lewicowa wrażliwość czyli… Afera reprywatyzacyjna spuścizną układów w Magdalence i belką w oku PIS polecam również: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach

„…ziemiaństwo nie musiało zginąć z powodu swojej mniejszej lub większej atrakcyjności intelektualnej, ale dlatego, że tak postanowili towarzysze radzieccy, a milczącą zgodę na to wyrazili polscy socjaliści, którym zdawało się, że sami zbudują nową Polskę i jeszcze ją obronią. Ziemiaństwo – choć według pana nie było atrakcyjne intelektualnie – posiadało inne walory – miało ziemię i pieniądze. I tą ziemią i pieniędzmi towarzysze zbrodniarze i towarzysze fałszywi reformatorzy usiłowali ratować swoje nędzne plany oraz przeznaczone na ich realizację budżety. To wszystko. I nie było na całej planecie Ziemia nikogo, kto mógłby polskich ziemian uratować. W dodatku wpędzono ich w wielką i bardzo sprytną pułapkę – w odzyskiwanie niepodległości razem z łapczywymi socjalistami i całą resztą tej parlamentarnej swołoczy. Odzyskano niepodległość. Kosztem ziemian właśnie, kosztem ich krwi, majątku i poświęcenia. Po to tylko, by ją zmarnować idiotyczną polityką…” (coryllus – O rodzajach obłędu)

podobne: Magnetyzm socjalizmu od przedszkola do Opola czyli śladami hrabiego Ronikiera – towarzysza „Istotek” po „wesołym miasteczku” (Kaczmarskiego) oraz: Sławomir Suchodolski o etatyzmie i socjalizmie w gospodarce II RP. Echa „socjalizmu z ludzką twarzą” w Polsce PISu. i to: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości”

„…Jak wiadomo, przedwojenna sanacja dążyła do rozciągnięcia kontroli ze strony „państwa”, czyli ze strony państwowej biurokracji, nad wszystkimi segmentami życia nie tylko gospodarczego, czy politycznego, ale w ogóle – życia publicznego. (…) Ukoronowaniem tych wszystkich zabiegów był art. 4 konstytucji z 1935 roku, tak zwanej „kwietniowej”, który w ustępie 1 stwierdzał, że w ramach Państwa i w oparciu o nie kształtuje się życie społeczeństwa”. >W ramach „Państwa” – to znaczy, że życie społeczne zostaje ujęte w „ramy” wyznaczone przez „państwo”, czyli – urzędników, którzy też stanowią dla niego „oparcie”, to znaczy – określają również treść tego „życia”. W skutkach jest to bardzo podobne do formuły Mussoliniego: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Jest oczywiste, że przy takiej historycznej rekonstrukcji „państwa”, to znaczy – urzędników, będących wszak reprezentantami „państwa”, musi być coraz więcej. No i będzie, a jak będzie, to przecież żaden z nich nie będzie kąsał ręki, która daje mu chleb, dzięki czemu demokracja stanie się jeszcze bardziej przewidywalna...

…ludzie będą wspominali błogosławione czasy prezesa Kaczyńskiego, podobnie jak dzisiaj wspominają błogosławione czasy Edwarda Gierka, który za pożyczone pieniądze też stworzył iluzję dobrobytu na kilka lat…

…w dniach ostatnich rząd za 100 mln złotych odkupił Stocznię Szczecińską – w charakterze nabywcy podstawiając fundusz inwestycyjny „Mars”, będący częścią Polskiej Grupy Zbrojeniowej, skupiającej ponad 60 spółek, przeważnie państwowych. Przy tej okazji pan minister Kowalczyk, przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów ujawnił, że celem rządu jest „odejście od prywatyzacji, aby budować majątek narodowy”. I słusznie, bo na takim „majątku narodowym”, to niejeden się pożywi, a melasy nigdy nie zabraknie, niczym we flaszce-niedopitce, bo nawet jakby zabrakło, to przecież zawsze można zasilić się z zasobów obywateli, który w dodatku będą myśleli, że to wszystko dla ich dobra. Pan minister Kowalczyk odgraża się, że „do marca” wypracowany zostanie „nowy model zarządzania” tymi spółkami, a na początek ma być powołana Rada Spółek, znaczy się – taki ogólnopolski gospodarczy Sowiet. Słowem – zgodnie z koncepcją spiralnego rozwoju procesu dziejowego wkraczamy w etap renacjonalizacji gospodarki, czyli budowania socjalizmu. Wprawdzie z sowietami – ale bez złego Putina – czyli dążymy do socjalizmu własną, polską drogą, jak to w słynnej „Rozmowie w kartoflarni” deklarował ukraińskiemu poecie Tarasowi towarzysz Wiesław: „Do socjalizmu mam polską drogę i naśladować was wprost nie mogę (…) nie chcę budować w stepie baraków, będę więzienia wznosił z pustaków!”…(Stanisław Michalkiewicz – Rozwijamy się spiralnie)

podobne: Polska Grupa Zbrojeniowa ma zgodę UOKiK na przejęcie 8 spółek sektora obronnego. Przed szczytem NATO. oraz: Ponad 226 mld zł zysku spółek PGZ, modernizacja armii szansą na eksport. Speckomisja bada nieprawidłowości przy przetargach. i to: Modernizacja polskiej armii. Zakup pocisków JASSM (Eksperci podzieleni), PGZ będzie budować polską(?) wersję tarczy (anty)rakietowej „Narew”. Za tydzień umowa na dywizjon rakietowy dla marynarzy. a także: Forsal: 10 najgorszych polskich inwestycji ostatnich 10 lat i jeszcze: Stanisław Michalkiewicz: Pogrobowcy Hilarego Minca czyli… Wilczek kontra „prawdziwa prawica”

Gavin Reece

…przejdźmy więc z marszu do wspomnianych więzień z pustaków, czyli programu socjalnego zwanego szumnie „mieszkanieplus”, który ma zrekompensować Polakom zatrzymaną przez obecną władzę reprywatyzację, tj. zwrot zagrabionego przez komunistów mienia… (Odys)

„…Pod pretekstem wsparcia polskich rodzin w kraju o niżu demograficznym, rysuje się utopijną wizję dobrobytu mieszkaniowego i łatwego dostępu do mieszkań socjalnych dla każdego. Gdy jednak zanalizujemy twarde czynniki i sprowadzimy wszystko do liczb, a następnie do arkusza kalkulacyjnego – sprawy zaczynają wyglądać zupełnie inaczej…

…powołana zostanie Krajowa Rada Mieszkaniowa. Rząd tym razem rezygnuje ze swojego słowa-klucza „narodowa”, aby ta nowa instytucja nie kojarzyła się nadto z „Państwową Radą Mieszkaniową” od czego już o krok od skojarzeń z PRL (…)  Podstawowym zadaniem nowego organu ma być ocena rocznej informacji o stanie realizacji działań w ramach programu, jak również przedstawianie analiz i opinii związanych z polityką mieszkaniową państwa. Innymi słowy będzie do zapewne grupa prominentnych działaczy partii lub jej sponsorów, którzy przepychać będą do rządu nowe projektu ustaw dotyczących rynku budownictwa bocznymi drzwiami…

…Jeszcze straszniej wygląda sprawa finansowania całego przedsięwzięcia, bo to jest klucz do całej zagadki. Rząd zakłada bowiem, że działania programu finansowane będą ze środków pozyskiwanych przez Narodowy Fundusz Mieszkaniowy (kolejny „państwowy”…). W źródłach finansowania wpisane są takie elementy jak pieniądze budżetowe (skąd? podwyższenie podatków?), Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (jak? podatki?), oraz uwaga : ZE ŚRODKÓW PRYWATNYCH. Ten ostatni element oznacza przede wszystkim utworzenie nowej linii produktów w kasach oszczędnościowych pod kątem wieloletniego wpłacania pod pretekstem rozmytej wizji otrzymania mieszkania w przyszłości…

…Celem programu jest zwiększenie dostępu do mieszkań dla osób o dochodach zbyt niskich, aby mogły one pozwolić sobie na wynajęcie lub nabycie mieszkania po cenach komercyjnych. Po co zatem ludzie mają bogacić się, rozwijać swój portfel dochodów, skoro osoba nieudolna, wykluczona społecznie (cokolwiek to znaczy) – otrzyma mieszkanie od państwa? Przynajmniej taki miraż tworzy przed obywatelami nowa władza.

Gdy rząd zabiera się za takie projekty jak „zwiększenie podaży mieszkań”, „obniżenie kosztów budowy”, „poprawa jakości mieszkań”, „zachęcanie do systematycznego oszczędzania na mieszkanie” – to jesteśmy już tylko jeden krok przed ZAGŁADĄ. Bezpośrednia ingerencja w wolny rynek, nadmierne opodatkowanie celem zaspokojenia roszczeń socjalnych , uprzywilejowanie grup społecznych lub biznesowych – to są metody komunistyczne, które kończą się zagładą finansów państwa, a w konsekwencji przewrotem państwowym lub wojną, nie zawsze domową…

…Kolejnym ważnym elementem programu jest Narodowy Operator Mieszkaniowy. Tak, to nie żart ! Naprawdę tak nazwano kolejny powołany organ, którego zadaniem ma być wsparcie budownictwa poprzez fundusze inwestycyjne udzielające dofinansowania inwestycji mieszkaniowych gminom. Perełką jest tutaj możliwość wsparcia budownictwa społecznych mieszkań czynszowych (co?!) budowanych przez spółdzielnie mieszkaniowe, oraz również uwaga : towarzystwa budownictwa społecznego (!!!). Innymi słowy kasa będzie szerokim strumieniem płynąć do kas oszczędnościowych i różnych powołanych spółek-córek w postaci towarzystw, fundacji, stowarzyszeń i podobnych.

Po prostu partia w każdym regionie będzie budować swoje struktury w oparciu o kontrolę rynku ziemi i mieszkań. Dokładnie podobny model stosowała PZPR budując swoje lokalne struktury władzy na styku developerki i finansów. Wybory samorządowe za pasem.

Idąc dalej – dowiadujemy się, że spółki gminne oraz spółdzielnie mieszkaniowe i towarzystwa budownictwa społecznego (czytaj: partia), będą mogły ubiegać się o preferencyjne kredyty w Banku Gospodarstwa Krajowego, z dopłatą budżetową, na budowę społecznych mieszkań czynszowych lub spółdzielczych lokatorskich. Zgodnie z zasadą : finansujemy wiernych, windykujemy niewiernych.

Powoli dobiegamy do końca, czyli wisienki na torcie. Punktem kulminacyjnym programu jest Indywidualne Konto Mieszkaniowe (IKM). Jest to powrót znanego z PRL rozwiązania z książeczkami mieszkaniowymi, na które niektórzy wpłacali całe swoje życie – a mieszkania nie doczekali (…) Indywidualne Konto Mieszkaniowe to przede wszystkim konto w lokalnych kasach oszczędnościowych. Nie każdy bank na tych samych zasadach będzie miał możliwość prowadzenia takiego rachunku, natomiast zaprzyjaźnione kasy oszczędnościowe będą miały warunki uprzywilejowane. I to jest gwóźdź całego programu…” (Jarosław Narymunt Rożyński – Skok na kasę : Mieszkanie Plus)

podobne: Tomasz Cukiernik: Książeczki mieszkaniowe czyli Amber Gold z PRL oraz: cynik9: „Rodzina na swoim” czyli…”Mieszkania dla tych co jeszcze zostali” na koszt tych co jeszcze pracują i to: „New Deal” po polsku czyli „jednolity podatek” dla przedsiębiorców. „Dobra zmiana” czy wielki kryzys? Nie – dla socjalizmu z ludzką twarzą a także: PIS lepszy od POprzedników… w zadłużaniu Polaków. O jakim „zwrocie z inwestycji” mówią piewcy programu „500+”? Niesprawiedliwość redystrybucji i społeczna funkcja własności prywatnej.

„Po nocnej ustawie o ziemi, to już w zasadzie oświadczenie o wyższości państwa nad własnością mnie nie dziwi. Ta doktryna będzie obowiązywała dopóki ostatni uczestnik jumy gospodarki polskiej lat 90-tych „z ramienia szlachetnej opozycji” nie spocznie w cichej mogile a nad nim wielkie białoczerwone wieńce i wielkie medale „za zasługi”. Spełnia się testament towarzysza Grudnia, co to wynalazł „sposób na opozycję”: dać im etaty, biurka, gabinety, sekretarki i samochody służbowe i będzie święty spokój. I rzeczywiście. Chłopaki ze WSI przeżuwają wraz z dziatwą spokojnie to, co zajumali w 1944 i w 1989 a tutejsze patrioci pilnują, żeby tylko emigranci z 1982 r. nie wrócili z Australii, USA i RPA z kapitałem i paroma pytaniami:))) Teraz rządzą absolwenci europeistyki a ze starszych – historycy i filozofowie marsksizmu-leninizmu a inżynierów, techników i generalnie roboli nikt o nic nie pyta i nie zamierza pytać. Nawet nie wiedzą, jakie pytania mieliby zadać.
Stan świadomości własności jest w służbach urzędniczych taki, że panie urzędniczki „dorabiają” na sprzedaży dzieci odebranych biednym rodzinom – za granicę lub „kuleżance w dobre ręce, bo się buduje”. I tylko wisi omerta nad historią „przemian gospodarczych lat 90-tych” i będzie wisiała, aż pochowają ze wszystkimi honorami ostatniego „patriotę”, co „negocjował” wydanie z 5% wartości branży w obce ręce a potem tylko odwracał głowę , kiedy buldożery rozwalały fabrykę do fundamentów. A dziatwa już siedzi na kolejnych etatach , specjalnie dla niej stworzonych. Polska to bogaty kraj, tylko Polaczki wredne i nie chcą się dzielić własnością. Najwyższy poziom własności w nieruchomościach w Europie i jak tu deweloper ma zarobić. Przynajmniej z ziemią zrobiło się porządek:))) Stalin by lepszej ustawy nie wymyślił.
A „państwo” jest tak „silne”, że aby bronić się przed oskarżeniami o „polskie obozy śmierci” to musi prywatny Obywatel i Więzień skarżyć z prywatnego powództwa niemiecką stację telewizyjną, bo „państwo nie czuje się na siłach”. A potem jacyś entuzjaści wynajmują samochód i jeżdżą jak cyganie z banerem po Europie. Bo państwo nadal nie potrafi nawet bronić własnego dobrego imienia. Pan minister kultury uśmiecha się bezradnie kiedy w państwowym teatrze obrażane są uczucia katolików i wystawiane bluźnierstwa a etatowy profesor dowodzi „prowadzenia polityki niewolnictwa” „przez polskich panów”.
Pan Bóg ma wielkie poczucie humoru i pokazuje teoretykom wyższości państwa nad własnością, dokąd dotarła „praktyka” . Socjaliści potrzebują „mieć lud, żeby nim zarządzać”. Bo „lud sam nie umie”. Zwłaszcza tutejszy” (pink panther 5 lutego 2017)

podobne: Samorządowe „inwestycje” to wzrost zadłużenia i podwyżki opłat. Rentowność długu i rosnąca obsługa kosztów. Państwo broni się przed zwrotem zagrabionego mienia i zmianami w ordynacji podatkowej, obniżka podatków nie tak szybko (fiskus łupi rodzinę). Innowacje obce sektorowi MSP. „Polska Miedź” rabowana podatkiem od wydobycia. i to: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność.

„…Wielka polityka bowiem polega na konstruowaniu pułapek na wielkie grupy ludzi, na przykład na całe narody. Jedną z metod jest odcinanie narodu od źródeł żywności, czyli niszczenie lokalnego rolnictwa, poprzez kretyńskie reformy mające poprawić życie biedoty. Ja się nie będę teraz rozpisywał nad konsekwencjami reformy rolnej pozostanę przy określeniu jej istotnej funkcji. Państwo nie funkcjonuje ponieważ prowadzi rozdawnictwo dla jednych kosztem drugich, ale dlatego, że ma doktrynę. Oszukani socjaliści z międzywojennej Polski nie mieli o tym wszystkim pojęcia i od razu jak tylko wzięli władzę zabrali się za ulepszanie świata po swojemu, w myśl wskazówek nie lokalnych elit bynajmniej, ponieważ te na samym początku zdegradowali i unieważnili, ale w myśl wskazówek podsuwanych im przez doradców z tak zwanych krajów rozwiniętych i gospodarczo okrzepłych, czyli przez agenturę po prostu…

Właściwa diagnoza dotycząca polskich elit powinna rozpocząć się od zmierzenia stopnia nasycenia tych elit przez obcą agenturę, która z własnej woli lub uwiedziona idiotycznymi projekcjami zdecydowała się na dokonanie zbrodni na własnym narodzie. Pisząc elity mam na myśli elity urzędnicze i polityczne, a także wojskowe mające wpływ realny na bieg wypadków

przyczyną klęsk naszych nie jest idealizm i chęć noszenia nieskazitelnie białego płaszcza, jak nam próbuje wmówić Vermeer, ale powiązanie idei niepodległości i całkowicie oszukaną ideą socjalizmu. Czyli wmawianie ludziom, że gangi idące na włam to wybawiciele ludzkości

…Naszą przygodę z Polską powinniśmy zacząć od początku, czyli od określenia miejsca, w którym się znajdujemy i celu, do którego zmierzamy. Musimy także zrozumieć, że nikt nie chce dla nas dobrze, a wszystkie rady nam podsuwane są oszustwem.
Ja tu już pisałem o organizacjach, które są podstawą wszystkiego i o doktrynie też pisałem. No więc z doktryny i organizacji należy wypreparować znak i charyzmaty, bez tego nigdzie nie pojedziemy. Doktryna musi być powiązana z Kościołem i Panem Bogiem. Nie z socjalizmem, nie z uszczęśliwianiem dużych grup ludzi okradanych następnie za pomocą podatków, które gwarantują byt mafiom urzędniczym i wojskowym. Charyzmaty zaś wypływają wprost z tego czym zajmować się będą czynne w Polsce organizacje, a winny się one zajmować pomnażaniem budżetów. Ściąganiem pieniędzy zza granicy i przeciwstawianiem się w sposób czynny, ale zgodny z prawem mafiom działającym w strukturach państwa, bo one wykonują złą robotę. Są na usługach obcych, którzy nie mają dobrego planu dla nas, a przeciwnie mają plan upiorny. (…) Nie może mieć dobrego planu ktoś kto myśli tylko o tym jak się podpiąć do jakiegoś fikcyjnego budżetu, wyciągniętego nie wiadomo skąd, który ze swojej istoty jest pułapką. Dobry plan może mieć jedynie ktoś kto ma jakieś prawdziwe aktywa i chce za ich pomocą zwiększyć zakres swojej realnej władzy. Realnej, czyli takiej, kiedy to on sam decyduje i kiedy z jego decyzji korzyści płyną wyłącznie dla niego. W szczęściu wszystkiego są wszystkich cele to hasło dla idiotów i oszustów. A także dla urzędników niższego szczebla, ci z wyższego bowiem myślą, że realizują plan, który ja tutaj zakreśliłem, ale to nie jest prawda, oni uczestniczą w planie globalnym i żadne nawet najbardziej realistyczne złodziejstwo, które uprawiają ich z tej pułapki nie uwolni.
Wielka polityka bowiem jest zawsze polityką globalną, język zaś którym się posługuje jest językiem czarowników i smoków, a nie intelektualistów z uniwersytetów. Ci bowiem powołani zostali do tego jedynie by ukrywać prawdę i oszukiwać dzieci. Musimy o tym zawsze pamiętać.” (coryllus – O elitach naiwnych i mściwych)

podobne: Informacja jako broń i cel ataku oraz krótki kurs czerwonej konspiracji czyli… postsowiecka spuścizna i skażenie Dzierżyńskim w polskich służbach. Kilka słów prawdy o IPN czyli „o największych tajemnicach ludzkości”  oraz: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? i to: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos

„…Wielki posiadacz, ziemianin i pan pełną gębą, Edward Woyniłłowicz, dożywał swoich dni w Bydgoszczy, w małym mieszkanku, do którego musiał nosić po schodach węgiel. Nie skarżył się, ale też nie uważał za stosowne, by swoją sytuację maskować w jakikolwiek sposób. Nie wyciągał ręki po zasiłki i nie prosił nikogo o wsparcie. Jego myśl polityczna i gospodarcza roztrzaskała się o socjalistyczne i fiskalne rafy, a urząd podatkowy niepodległej Polski wysyłał do niego monity dotyczące zapłaty podatku od rzekomego wzbogacenia.

Pycha socjalistów pozostawała nienaruszona przez całe dwadzieścia lat. Przez całe dwadzieścia lat łudzono się, że okradanie właścicieli i rozdawanie ziemi tym, którzy ani chcą, ani mogą ją uprawiać, zapewni państwu lojalność poddanych fiskusa zwanych obywatelami dla niepoznaki jedynie. Łudzono się, że wolna Polska samym tylko swym istnieniem wyleczy wiejskie dzieci z jaglicy, zatrzyma emigrację zarobkową i da każdemu, nawet najbiedniejszemu szansę na sukces. Budowano jakiś wice-komunizm, licząc na to, że komuniści prawdziwi, gangsterzy spod znaku czerwonej gwiazdy zbledną na jego widok i sami zaczną się cywilizować. Nic takiego nie nastąpiło, a historia pokazała – nie pierwszy raz zresztą – że największym wrogiem socjalisty jest inny socjalista. Taki, który jeszcze mocniej oszukuje swój naród w imię nierozpoznanych interesów, taki, który jeszcze więcej grabi, jeszcze więcej kłamie, a kiedy przychodzi do zabijania, zabiera się za tę robotę z chęcią i satysfakcją…” (tu: Księgarnia Coryllusa – Edward Woyniłłowicz. Wspomnienia. Część II)

PS…

„…Gdy zaś pragnie się utrzymać między ludźmi opinię [rządu] hojnego, niepodobna obejść się bez pewnego rodzaju wystawności, tak że zawsze taki [rząd] wyczerpie podobnym postępowaniem wszystkie swe zasoby i będzie w końcu zmuszony, jeżeli zechce utrzymać opinię hojnego, obciążyć nadzwyczajnie swe ludy, uciekać się do konfiskat i do innych środków, jakie się tylko nadarzą, byle uzyskać pieniądze; wobec tego zacznie budzić nienawiść wśród [obywateli], a u wszystkich tracić poważanie, gdyż zubożeje; skrzywdziwszy więc przez taką swoją hojność wielu ludzi, a dogodziwszy niewielu, poczuje każdą, choćby najdrobniejszą przeciwność i padnie przy pierwszym lepszym niebezpieczeństwie; gdy zaś, widząc niebezpieczeństwo, zechce wydobyć się z niego, narazi się natychmiast na niesławę skąpstwa.

Otóż [rząd], nie mogąc bez swej szkody posługiwać się tą cnotą hojności w taki sposób, by znalazła ona uznanie, powinien, jeżeli jest rozumny, nie dbać o opinię skąpca, zawsze bowiem z czasem zacznie się uważać go za bardziej hojnego, gdy się spostrzeże, że dzięki jego oszczędności wystarczają mu jego dochody, że potrafi bronić się przeciw każdemu, który wypowiada mu wojnę, i że może podejmować wyprawy bez obciążania ludności; w ten sposób okaże się hojny względem tych wszystkich, którym nic nie zabrał, a takich jest mnóstwo, skąpym zaś względem tych, którym nic nie daje, a tacy są nieliczni. Widzieliśmy, że za naszych czasów ci tylko ludzie dokonywali wielkich rzeczy, których uważano za skąpych, przegrywali zaś wszyscy inni.” (Niccolo Machiavelli, „Książę”, Rozdział XVI – O hojności i skąpstwie)

podobne: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? oraz: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą  a także: Kultury dobre i złe, oraz reglamentacje, prowokacje i profanacje czyli… materialna i niematerialna sztuka rewolucji. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu

Sergei Ivanovich Lukin – It Has Come to Pass. Inevitable. Bolshevik Stands Guard Inside the Winter Palace (Czerwony Gwardzista w sali tronowej Pałacu Zimowego. Koniec epoki kapitalizmu)

 

Reklamy

Jak honor (w Wersalu) i etnos (w Rydze) kresów Polskę pozbawiły czyli… Piłsudski, Dmowski, Żydzi i patriotyzm na Targu (Kaczmarskiego)


Jacek Malczewski - W tumanie

Jacek Malczewski – W tumanie

„…Jeszcze przed zawieszeniem broni p. A. Tyszkiewicz w przewidywaniu, że Niemcy będą musieli kraj opuścić, a Rosjanie go nie zajmą, opracował projekt współżycia czterech głównych nasz kraj zamieszkujących elementów: polskiego, białoruskiego, litewskiego i żydowskiego. Zakomunikowawszy swój elaborat kilku przedstawicielom każdej z trzech chrześcijańskich grup, udał się także do pewnego rabina, uchodzącego za bardzo wpływowego pośród wileńskiego żydostwa, którego nazwiska w tej chwili sobie nie przypominam1. Mędrzec Izraela, któremu odczytał cały swój memoriał, gdy skończył czytanie, powiedział mu z tą zewnętrzną proroczą powagą, którą kiedyś tak wyśmienicie sobie przyswajał sławny aktor Żółkowski w sztuce „Żydzi”, mniej więcej dosłownie: „Wszystko, co pan graf mi przeczytał, może być bardzo interesujące z punktu widzenia teoretycznego; ale z praktycznego ja sądzę, że to żadnego skutku mieć nie może. Kiedy pan graf pofatygował się wniknąć w rozmaite fazy tej wielkiej wojny, w jej przebieg i w jej rezultaty, to mógł się już przekonać, że walczyły między sobą i wzajemnie się wyniszczały rozmaite narody i państwa chrześcijańskie, ale prawdziwymi triumfatorami będziemy bez wątpienia my. I my także pomyśleliśmy o przedmiocie, który pana grafa interesuje, i mamy nasz własny plan. Ale on się od pańskiego bardzo różni.”…

…Kilka dni po zawieszeniu broni 11 listopada 1918 roku odwiedził Orłowskiego baron Maurycy de Rothschild, ambitny członek parlamentu światowo mu znany, i nie bez pewnej uroczystości mu oświadczył, że udaje się do niego jako do wybitnego członka Kolonii polskiej z ostrzeżeniem, które może mieć dla jego, Orłowskiego, ojczyzny duże znaczenie. Osobiście p. Rothschild, pamiętając, że aż do końca XVIII wieku Polska była najbardziej w Europie tolerancyjnym dla Żydów państwem, życzyłby sobie, żeby kwestia żydowska zupełnie nie była na Kongresie poruszana, lecz pozostawiona układom w samej Warszawie między obywatelami obu wyznań, mojżeszowego i chrześcijańskiego, które potrafią dojść do zgody. Ale ten pogląd nie jest wśród Izraela ogólnie przyjęty. Między chrześcijanami panuje przekonanie, że całe żydostwo na całym świecie jest absolutnie solidarne i w kwestiach politycznych maszeruje jak jeden człowiek. To jest wielki błąd: bo istnieje cały szereg zagadnień, co do których panuje między samymi Żydami wielka rozbieżność; np. w kwestiach socjalnych i ekonomicznych, on, Rothschild Żyd, i p. Lejba Trocki także Żyd, idą w zupełnie przeciwnych kierunkach.

Lecz jest jeden punkt, na którym rzeczywiście cały naród Izraela jest do ostatniego człowieka absolutnie solidarny, mianowicie kiedy idzie o honor Izraela. Np. w historycznej sprawie Dreyfusa bardzo mało Żydów dbało o to, czy jakiś p. Alfred Dreyfus będzie, czy nie będzie gnił dożywotnie na „Wyspie Diabła”. – Ale żaden Żyd na całym świecie nie mógł dopuścić, aby było sądownie przyznane i stwierdzone, że oficer Żyd może być zdrajcą swego munduru. Dlatego wówczas Izrael wystąpił rzeczywiście jak jeden człowiek i zwyciężył.

Otóż teraz występuje casus zupełnie analogiczny. Jeśli na Kongresie oficjalnym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej będzie (nie wymieniając nazwiska) ten „były od miasta Warszawy członek Dumy Państwowej Rosyjskiej”, który zyskał wszechświatowy rozgłos jako zajadły antysemita, to cały Izrael i p. Rothschild sam będą uważali taką nominację za policzek wymierzony w twarz całego ich narodu i stosownie do tego postąpią. Hrabia Orłowski powinien wiedzieć, że wpływy żydowskie na postanowienia Kongresu pokojowego są bardzo wielkie. Niechaj wie z góry i uprzedzi, kogo należy, że kiedy Polska będzie oficjalnie reprezentowana przez tego pana, to Izrael zastąpi jej drogę ku wszystkim jej celom, a one są nam znane. „Wy nas znajdziecie na drodze do Gdańska, na drodze do Śląska pruskiego i do Cieszyńskiego, na drodze do Lwowa, na drodze do Wilna i na drodze wszelkich waszych projektów finansowych. Niech pan hrabia to wie i stosownie do tego postąpi.”…

…Gdy Orłowski skończył swoją opowieść, zapytałem go: „A cóż, czy powtórzyłeś tę całą rozmowę z Rothschildem p. Romanowi Dmowskiemu?” – „Nie, bo to było bardzo drażliwe, ale uprzedziłem jego bliskiego przyjaciela Jana Żółtowskiego.” – O ile znam zacnego, ale do przesady delikatnego p. Jana Żółtowskiego, to musiał on tego polecenia nie spełnić. Zresztą pytanie, czy nawet uprzedzony i gotów do osobistego poświęcenia p. Dmowski mógłby z licznych innych względów usunąć się bez znacznej szkody dla sprawy. Tylko prawdopodobnie miałby się na ostrożności i uniknąłby pewnych antysemickich manifestacyj, które Żydów i ich Kongresowych szabesgojów jeszcze bardziej rozjątrzyły. – „W każdym razie uprzedzam ciebie, Ksawery, że ponieważ żadnego zastrzeżenia o poufnym charakterze swojej opowieści nie zrobiłeś, to ja jej przyznaję takie znaczenie historyczne, że zachowuję sobie prawo ją przy okoliczności rozgłosić.” – „A rozgłaszaj sobie, kiedy chcesz!”. Otóż i rozgłaszam.” (coryllus – Hipolit Korwin Milewski i traktat wersalski)

podobne: Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą oraz: AKUPA Michowicza i „Wołyńska” manipulacja czyli o zarządzaniu stadem za pomocą nacjonalizmu (na ruskim sznurku), ksenofobii i antysemityzmu, oraz o „dobrodziejstwie” komunizmu w celu „pojednania”.

Po wielkiej wojnie wszystkich
Gdy świat sam siebie złupił
Na krwawym targowisku
Czekamy kto nas kupi
Najlepszych z nas wybili
A reszcie mało trzeba
Zbyt dużośmy przeżyli
By móc się dobrze sprzedać…

„…W roku 1919 Lewis Namier, dawny Ludwik Bernstein-Namierowski reprezentował Wielką Brytanię na kongresie pokojowym w Paryżu, gdzie ustalano granice państw w nowej Europie. Był tam również Roman Dmowski, którego Namier pamiętał jeszcze ze Lwowa i nienawidził serdecznie za postawę, jaką lwowska endecja wobec niego przyjęła. Bohater nasz zwalczał ze wszystkich sił pomysły, by granica Polski przesunięta była maksymalnie na wschód, Andrzej Zięba wiąże to nie tylko z niechęcią wobec polskości jako takiej, ale także z niechęcią do spolonizowanej rodziny, której majątki pozostać musiałyby za kordonem, gdyby jego pomysły wcielono w życie. Dmowskiego w Paryżu zwalczał Namier szczególnie zajadle i podstępnie. Ponoć posunął się nawet do tego, że zafałszował przebieg linii Curzona, przesuwając ją głęboko na zachód w ten sposób, by Lwów został po stronie bolszewickiej Rosji. Nie wahał się przy tym argumentować na rzecz niepodległości Ukrainy, co było wyjątkowym fałszem z jego strony, albowiem wielokrotnie dawał dowody na to, że nie wierzy w istnienie żadnego narodu ukraińskiego. Twierdził otwarcie, że cały wschód Rzeczypospolitej powinien po prostu należeć do Rosji Sowieckiej, co było oczywiście w całości zgodne z planami politycznymi Wielkiej Brytanii.

Całe szczęście wojna z Rosją nie potoczyła się po myśli Ludwika Namiera i polityków Brytyjskich. Ze skorygowanej ponoć przez niego linii Curzona skorzystali za to po II wojnie światowej politycy wielkiej trójki, którzy wyznaczyli granicę Polski tak, jak to widzimy na mapach dzisiaj. Dzięki czemu Lwów jest miastem ukraińskim.

Aspiracje Namiera zostały przez Brytyjczyków wykorzystane, a on sam po spełnieniu swojej roli przesunięty został w cień. W czasie drugiej wojny światowej, choć szukał towarzystwa Polaków przebywających na emigracji, nie miał już żadnego wpływu na politykę brytyjską wobec Polski. Nie musiał mieć, bo to co w Polsce było najbardziej wartościowe i pełne, czyli wielka własność ziemska której nienawidził, nie istniało. Zostało zlikwidowane przez obydwu okupantów. Właściciele dóbr na Podolu zostali zamordowani lub uciekli za granicę, to samo dotyczyło szlachty litewskiej, o której tak pięknie pisał Michał Kryspin Pawlikowski. Pozostał tylko lud, który Namier kokietował swoją fałszywą miłością, lud który niczego nie rozumiał i niczego nie chciał poza ochłapami z porozbijanych pańskich stołów. Politycy Wielkiej Brytanii, USA i Rosji poradzili sobie po II wojnie światowej bez Namiera. Mógł on więc spokojnie zająć się pisaniem swoich oszukanych pamiętników. Potrzebny był tylko wtedy, kiedy w Polsce istniała jeszcze jakaś siła i jakaś własność, która mogła zatrzymać plany wielkich tego świata. Kiedy jej zabrakło, sfrustrowany młodzieniec którym Namier pozostał do końca życia, przestał być potrzebny…

…Nie sposób pozostawić bez słowa jeszcze jednego aspektu działalności Lewisa Namiera. Otóż odrzucony przez polskich nacjonalistów stał się syjonistą, nacjonalistą żydowskim. (…) Nie wiem czy go zaakceptowali, przypuszczam że nie, bo w każdym takim przypadku – czy to polskim, czy brytyjskim, czy syjonistycznym – działa ten sam mechanizm odrzucenia. W jego istnienie jednak Lewis Namier nie uwierzył do końca życia.” (fragment książki Gabriela Maciejewskiego „Baśń jak niedźwiedź”)

podobne: Piotr Szubarczyk: „Pakt Hitler – Stalin”. Powersalski porządek świata jako przyczyna II Wojny Światowej oraz: O tym, jak Winston Churchill realizował politykę sowiecką, zanim wybuchła II wojna światowa

…Na wzgórzach jak w teatrze
Ruchome horyzonty
Możemy stąd wypatrzeć
Ruiny naszych świątyń
Na placu pośród ruin
Krzyżują się poglądy
Szczekają beczą plują
Psy owce i wielbłądy…

„…Dlaczego tego nie uczą w szkołach? Czy to nie dziwne? Na oczach zdumionego świata, jakiś urzędas, który ledwo pięć lat jest poddanym Jego Królewskiej Mości, fałszuje linię wyznaczoną przez byłego lorda gubernatora Indii i nic się nie dzieje! Rząd brytyjski nie protestuje, Dmowski nie woła – zaraz panowie, to skandal, jak można uprawiać taką hucpę! Dlaczego? Może dlatego, że Dmowski nie miał zbyt wielkiego sentymentu do Kresów? Nie to co Sienkiewicz i Piłsudski. Ja nie próbuję nawet zgadywać. No, ale jak w takim razie uwierzyć, że Namier dokonał tego fałszerstwa przeciwko Dmowskiemu, który był takim samym doktrynerem jak on, tyle, że z przeciwnie ustawionym wektorem.
Całe szczęście sprawa przynależności Lwowa rozstrzygnęła się w tamtych czasach nie w czasie dyplomatycznych pogawędek, ale w boju. Gorzej było ze sprawą Mińska, nie wiemy czy pan Namier także maczał w tym palce czy podstawili tam kogoś innego, bardziej przekonującego. Trudno jednak uwierzyć, by korekty granic na wschodzie odbywały się w tamtych czasach, bez udziału urzędników Korony.
Kwestia sfałszowania linii Curzona nie została w Polsce podniesiona chyba nigdy, a na zachodzie oszustwo to nazwano po prostu linią Curzona B. I tak już zostało. Nie pytajcie mnie dlaczego. Domyślać się możemy, że Namier, człowiek który wspierał ruch syjonistyczny, wydawał pieniądze swoich żon i te pochodzące z budżetu Korony, na żydowskie bojówki, jest dziś autorytetem nie do ruszenia. Nie można go tak po prostu potępić i nazwać kanciarzem politycznym. Był wybitnym naukowcem, przyjacielem Freuda, pionierem psychohistorii, obojętnie co by to nie oznaczało. Wychował kilku równie jak on wybitnych historyków, którzy stali się po wojnie podporą lewicy. Nienawidził Niemiec i pisał, że już przed wojną zauważył, że Niemcy są zagrożeniem dla całej europejskiej cywilizacji. Jaka szkoda, że nie zauważył zagrożenia sowietów, jaka szkoda, że nie pisał o głodzie na Ukrainie i o likwidacji Polaków na Białorusi po podpisaniu traktatu ryskiego. Co za wybiórcze podejście do historii….” (coryllus – Pan Bernstein-Namier ziomal Sienkiewicza)

podobne: „1920 – zapomniany appeasement”. Murzyńskość zachłyśniętych zachodem i rachunek z sowieckich krzywd. O polską politykę i świadomość historyczną oraz: Styczeń 1863 w służbie rewolucji czyli wyzwolenie z rozumu i własności… „Był sobie kraj…”

…Ci bardziej doświadczeni
Co ich sprzedano nieraz
Na gołej siedzą ziemi
Nie chcą się z nikim spierać
A są wśród nich uczeni
Artyści rzemieślnicy
I chłopi są bez ziemi
I mówcy bez mównicy…

„…Pan Piłsudski mocno nastawał na to, że prosty lud na Kresach właściwie nie jest polskim, żadnego patriotyzmu polskiego odczuwać nie może i trzeba by było wyjaśnić, co Polska tej ludności przyniesie, aby ją do siebie przywiązać i zyskać jej dobrowolne uznanie. Ponieważ na tej myśli zatrzymywał się z niemałym naciskiem, zabrałem głos i powiedziałem mniej więcej: że jeśli pan Naczelnik Państwa pod tym, co Polska przyniesie tym obcoplemieńcom, szczególnie Białorusinom, rozumie, jakieś ideały, porywy uczuciowe, głośne hasła patriotyczne, polityczne, nawet socjalne, religijne itd., jest pewne że ona im właściwie nic nie przyniesie i przynosić im tego nie warto, bo ci ludzie, których (przynajmniej Białorusinów) dobrze znam, są na te wszystkie pobudki ideowe najkompletniej nieczuli. – Ale za to ci ludzie są wielce praktyczni. Doskonale rozumieją, co im jest potrzebne i korzystne. Nie są jeszcze kulturalni, ale potrzebę kultury już głęboko odczuwają i namiętnie do niej dążą. A tu właśnie Polska może im dać dobro dla nich nieocenione, którego ani od Rosji carskiej, ani od niemieckich okupantów, jeszcze bardziej od bolszewików nie doznali, tj. dobrą i praktyczną administrację. W ogóle we wszystkich krajach polityka, formy rządowe itp. interesują często do namiętności tylko sfery inteligentne lub półinteligentne. Lecz administracja interesuje do żywego najskromniejszego pachołka na wsi. On już czuje, że mu są potrzebne najrozmaitsze dogodności życiowe, których ani on sam, ani jego gmina dostarczyć mu nie mogą, lecz tylko państwo. On już potrzebuje i to coraz gwałtowniej dobrych dróg komunikacyjnych, szkół, szpitali, poczt, dobrych sądów, dobrej policji, instytucyj asekuracyjnych, kas oszczędnościowych itd. itd. To wszystko należy nie do dziedziny polityki, ani do form zewnętrznych rządu, ale do administracji. Niech Polska tym ludnościom obcoplemiennym, pozbawionym dotychczas tak polskiego jak i rosyjskiego patriotyzmu, ale potrzebującym i pragnącym we wszystkich kierunkach postępu, przyniesie to, co się nazywa dobrą administracją, to one się do niej prędko przywiążą i będą jej broniły tak, jak chłop i prostak niemiecki, którzy dali Wilhelmowi II wyssać prawie ostatnią kroplę ich krwi i potu nie dlatego, żeby im szło o wielkość domu Hohenzollernów lub o „Deutschland über alles”, ale dlatego, że niemiecka administracja im dostarczyła masy codziennie odczutych korzyści i wygód, bez których nie mogliby się już obejść. Inaczej mówiąc, czuli się akcjonariuszami ogromnego stowarzyszenia, które im dawało dużą dywidendę…” (coryllus – Piłsudski hipnotyzuje Hipolita Milewskiego)

podobne: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? oraz: Piotr Zychowicz: „Pakt Piłsudski–Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium”

…Nie w cenie nasza wiedza
Ambicje i talenty
Kupcy orzechy jedzą
I mają wzrok niechętny
Handlarze chodzą z kijem
Prostują słabe grzbiety
A kupcy wino piją
I patrzą na kobiety…

„…wbrew szablonowym demagogicznym twierdzeniom wartość, produkcyjność i twórczość większych narodów nigdzie nie zależała i jeszcze nie zależy od gatunku jego plebsu. Zależy wyłącznie od jego warstwy czołowej, tak zwanej elity, stosunkowo nielicznej; bez jej kilkusetwiekowej pracy i wysiłków ten plebs jeszcze by się składał z prawdziwego stada dwunożnych stworzeń okrytych zwierzęcymi skórami, żyjących pod szałasami z gałęzi, broniących swego życia od drapieżników za pomocą kamieni lub kołów drewnianych. Otóż w końcu XVIII wieku, jeśli plebs kresowy różnił się swoją gwarą domową i po części obyczajami od rdzennie polskiego, to warstwa czołowa i tu, i tam była do takiego stopnia zlana i zrównana, jak się tego jeszcze wtenczas nie zauważało między południowymi i północnymi Francuzami lub Niemcami. – Nawet, i to jest także zjawisko ogólnoeuropejskie u wszystkich większych narodów, ta wschodnia elita polska miała uczucie patriotyczne raczej silniejsze niż zachodnia. Dawał się też u niej zauważyć fenomen, którego po dziś dzień nie można nie zauważyć u innych narodów europejskich, mianowicie: że jakościowo ta elita kresowa przedstawia nie mniejszą lecz raczej większą wartość specyficzną niż wśród ludności od granic kraju bardziej oddalonej

…od jesieni 1920 r., dzięki już opisanemu systematycznemu odpolszczaniu Kresów oraz zbrodniczemu traktatowi w Rydze, dokonywuje się to, co można by nazwać „rozwodem Jadwigi z Jagiełłą”. I to nieodwołalnie, bez możebności przyszłego pogodzenia, bo z jednej strony nikt już temu cieśli senatora Korostowcewa, który jesienią 1920 roku pytał się z przerażeniem, co to za człowiek ten Białorus i skąd on się wziął, nie wyjmie z głowy, że tym Białorusinem jest on sam, i że między nim a Polakiem jest antagonizm nie tylko klasowy (o czym zawsze wiedział) lecz i narodowościowy, a z drugiej strony, kiedy Rzeczpospolita Polska, co jest rzeczą najdalej jednego pokolenia, wyzuje z majątków całą szlachtę polską kresową, wszystkich tych „Niedobitowskich na bastionie wschodnim” Marii Rodziewiczówny, którzy jeszcze się pazurami trzymają tej swojej gleby, co dzień pod nimi się kurczącej jak skóra szagrynowa Balzaka, to z nimi na wieki wieków zgaśnie ten płomień polskości, który się tam wbrew wszystkim gwałtom rosyjskim utrzymywał i nawet rósł aż do czasów ostatnich. Na to, żeby wśród danej ludności wyrobiła się „śmietana” narodowa, potrzebne są liczne pokolenia: na to, żeby wyschła, jak to widzimy obecnie w Rosji, wystarcza jednego…

…Naród polski posiada niezaprzeczony dar szybkiego asymilowania sobie cudzych myśli i metod; bogatą wyobraźnię, dowcip oraz niezwykłą proporcję „spryciarzy”. To już wyklucza myśl o idiotyzmie. Ale potęga i twórczość narodów nie zależą od ich zalet umysłowych, lecz od ich zalet charakteru…

…W 1914 roku dawny legendowy patriotyzm polski, zwykle niedorzeczny lecz zawsze bezinteresowny, był po stu dwudziestu latach daremnych cierpień wyczerpany do dna. Choć wydawano go dalej jako pretekst, lecz podkładem jego była w najlepszym z lepszych razie chęć popisu, a u ogromnej większości bądź u socjalistów-terrorystów, bądź u narodowców różnych odcieni ten niby patriotyzm już nie był romantycznym, lecz utilitarnym, dążącym do opanowania czy gwałtem, czy drogą strategii politycznej „talerza z masłem” w różnych jego kształtach; to pociąga za sobą usuwanie od niego konkurencyjnych firm. Stąd „agentury”, które były, są i będą…” (Fragment tekstu – Hipolit Korwin Milewski. Rozwód Jadwigi i Jagiełły)

podobne: Traktat ryski czyli rozwód Jadwigi z Jagiełłą. Jak wolna Polska obeszła się z Kresami oczami Szubarczyka, Mackiewicza, Woyniłłowicza i Korwin Milewskiego. oraz: Unia w Horodle jako dziedzictwo polskości, oraz Feliks Koneczny o Polsce między Wschodem a Zachodem. Czy można być cywilizowanym na dwa sposoby?   i to: (Nie)aktualność idei jagiellońskiej.

…Na dachach naszych domów
Posągi obcych bogów
Przed nimi my w pokłonach
Na naszym własnym progu
Przeżyliśmy! – To słowo
Z wszystkiego nas rozlicza
Dozorcy krzyk nad głową
Zapędza nas do życia.

Jacek Kaczmarski „Targ” (muzyka) 

poprzednio: Jacek Kaczmarski i poetycka pamięć o stanie wojennym. „Stan wojenny trwa dla każdego przez całe życie, od narodzin do śmierci” czyli… „Obława II” i korpoustRÓJ.

„…Mamy więc samych chrześcijan i narodowców, wydawców i milionerów, którzy popierają ideę polskiej szkoły i marzą o tym, by Polska była wolna. Mamy też dwory i zakładane w nich szkoły, o których mało piszą autorzy z dworów się wywodzący, bo im się ten temat wydaje nudny i nie mają aż takiego poczucia misji, jak socjaliści i ludzie idący z postępem…

…Czy wobec tego uda nam się tu teraz zbudować opozycję pomiędzy bogatymi i oświeconymi członkami społeczeństwa polskiego, wywodzącymi się z gmin starozakonnych, ludźmi sponsorującymi oświatę, ochronki, pisarzy, domy dla robotników, ludźmi całym sercem kochającymi Polskę, a rozwydrzonym ziemiaństwem, które do lisa i zająca strzelało kulą i posyłało trumny do numeru jakichś biednych obsesjonatów, opętanych myślą o śmierci? Jasne, że się nie uda. Już tłumaczę dlaczego. Prócz jednych i drugich istniał tam jeszcze ktoś trzeci, ktoś kogo w początkowym okresie reprezentował wróg Dmowskiego – Piłsudski, ale i on znalazł się w końcu w grupie zarządzanej przez Józefa Bernsteina. Co nie znaczy, że jego macierzysta drużyna została rozwiązana. Przeciwnie, ona się umocniła i została dofinansowana przez innych sponsorów. Należeli do owej drużyny ludzie tacy jak Feliks Dzierżyński, w Polsce, a Rosji zaś Włodzimierz Lenin i Lew Trocki. Potem kiedy się wszystko wymieszało, po wojnie i rewolucji, pojawił się w tej grupie ktoś jeszcze, mało znaczący działacz nazwiskiem Ozjasz Szechter. I on, całkiem niespodziewanie stał się symbolem naszych czasów, a także symbolem opozycji w łonie patriotów polskich, bo co do tego, że Ozjasz był patriotą, nie można mieć żadnych wątpliwości. Wygląda ta opozycja następująco: z jednej strony papa Bernstein, jego czarnoziemy, gorzelnie, jego fabryki kontakty i jego plany jakże budujące, a z drugiej papa Szechter. On też ma plany i budżet, ale jest jedynie jego dysponentem i nie zawiaduje niczym osobiście, my zaś traktujemy go dziś tutaj jedynie jako symbol. Jest papa Szechter częścią wielkie piramidy finansowanej przez tych samych ludzi, którzy załatwili pracę w komisji pokojowej w Paryżu Lewisowi Namier’owi rodem z Woli Okrzejskiej. Być może on sam o tym nie wie, ale my wiemy, bo w książce wybitnego brytyjskiego historyka Normana Davisa zatytułowanej „Orzeł biały, czerwona gwiazda” znajdujemy zdanie: Piłsudskiemu brakowało ogłady intelektualnej bolszewików. Naprawdę, Norman tak napisał, jego miłość do Polski i Polaków jest bowiem znana szeroko w świecie.

Czas pokazał, że wybory papy Bernsteina były niestety chybione, nie rozumiał on bowiem wszystkiego. Nie sposób jednak odmówić mu szczerych intencji. Jego pomyłka co do nadchodzących czasów brała się pewnie stąd, że był zbyt bogaty i czuł się zbyt pewnie. Co innego papa Szechter, on był czujny i wiedział skąd wiatr wieje. Opozycja, którą tu zarysowałem przekłada się na dwie wizje Polski. Wizję demokratyczną i wizję jeszcze bardziej demokratyczną. My zaś możemy sobie wybrać, która nam bardziej odpowiada, oświecona, reformatorska, zasobna wizja papy Bernsteina, który nie wahał się wydziedziczyć swojego syna renegata, czy rewolucyjna i bardziej dynamiczna wizja papy Szechtera. Decydować musimy teraz, nie ma wyjścia, za progiem kolejne wybory.

Nie podoba Wam się, co? Chcielibyście trzeciego wyjścia? Chcielibyście z Zalutyńskim kulą do lisów strzelać? Prowokacje w teatrach urządzać? Toasty z Hallerem wznosić? Niedoczekanie, do nauki…do pracy na rzecz ojczyzny trzeba Was zagonić, wartości pozytywne powinniście krzewić, potęgę kraju budować….Tak właśnie…i jeszcze te, mieszkania na kredyt kupować, w osiedlach dla młodych małżeństw, co nie mają się gdzie podziać. Podobne całkiem do tych co je Wawelberg, ten wydawca Sienkiewicza, w dawnych czasach budował.

Aha, byłbym zapomniał, Polską Macierzą Szkolną kieruje dziś żona znanego działacza narodowego i matka równie znanego działacza narodowego i katolickiego pani Giertychowa.” (coryllus – Żydzi i polski patriotyzm)

podobne: W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców oraz: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom?

Ostatnia chudoba - Aleksander Kotsis

Ostatnia chudoba – Aleksander Kotsis

 

 

 

Instytut Pamięci… Nietykalnej: „Zbiór zastrzeżony”, POzorowanie śledztwa na „Łączce” i niepotrzebna wiedza o zbrodniach stalinowskich. „Wyzwolenie” PO sowiecku.


1. „Aby dziś przeprowadzić rzeczywistą lustrację, nie można wyłączać części zbiorów archiwalnych, bo wtedy lustracja traci sens…”

tymczasem

„…Ci najbardziej przydatni, najbardziej wpływowi, z nazwiskami, kontaktami i pieniędzmi zostali bezpiecznie ukryci w Zbiorze Zastrzeżonym IPN.

Zbiór Zastrzeżony powoduje, że po umieszczeniu w nim danego osobnika IPN nie ma prawa gdziekolwiek i kiedykolwiek nawet sugerować, że współpracował on z SB za czasów PRL, a całe archiwa IPN są czyszczone ze wszelkich śladów na temat tej osoby. Tym samym każdy TW lub były oficer SB znajdujący się w Zbiorze Zastrzeżonym (a Śp. Janusz Kurtyka wspominał o zatrważającej ilości takich osób) bez problemu uzyska od Instytutu Pamięci Narodowej zaświadczenie o niefigurowaniu w zasobach, a nawet status pokrzywdzonego, jeżeli przed podjęciem współpracy albo np. w przerwie między współpracami lub w jej trakcie, był jednocześnie inwigilowany (np. celem uwiarygodnienia informacji) albo ktoś inny pisał na niego donosy – co było częste bo agenci zazwyczaj nie wiedzieli o sobie.

Tym samym istnienie Zbioru Zastrzeżonego powoduje nie tylko problem w prowadzeniu badań historycznych, ale też prowadzi wprost do wprowadzania w błąd opinii publicznej i może mieć nawet poważne konsekwencje prawne oraz finansowe, np. w stosunku do osób, które są skazane na przegrane procesy z agentami, pomimo, iż sami znają rzecz z autopsji, a nawet mają swoje własne dowody. Co z tego, kiedy chroniony współcześnie agent ma kwit z IPN, że nie współpracował.

Oficerowie WSI razem z pracownikami IPN niszczyli dokumenty tajnych służb PRL. (…)

Ustawa o powołaniu IPN zawiera zapis blokujący dekonspirowanie najbardziej wpływowej agentury PRL. Szef UOP i minister obrony narodowej mogli zastrzec, że do przekazywanych przez nich do IPN dokumentów nikt poza wskazanymi przez nich osobami nie będzie miał dostępu.

Powstanie zbioru zastrzeżonego IPN było doskonale zaplanowanym wprowadzeniem kontroli tajnych służb nad działalnością IPN. Chodziło przede wszystkim o ochronę danych agentury, głównie osób publicznych (…) Skutek był taki, że wiele osób publicznych pozytywnie przeszło lustrację. Zbioru zastrzeżonego nie uwzględniono także w trakcie śledztw historycznych prowadzonych przez IPN.

Większość tajnych współpracowników służb PRL czynnych obecnie w biznesie, mediach czy polityce pozostała niezdemaskowana. Gdy SB w 1989 r. zaczęła niszczyć swoje archiwa (przede wszystkim zaczynając od tych dotyczących najbardziej wpływowych osób), kopie trafiały do ZSRR.

Tajne rosyjskie służby używały i używają akt uzyskanych od służb PRL do działań werbunkowych w Polsce…”

całość tu: Zbiór zastrzeżony IPN…

podobne: Kiszczak czyli sprawiedliwości stało się na złość. Polską manipuluje (z telewizora) i rządzi postsowiecka żulia oraz: Judejczykowie, durnie, zdrajcy, legaci, watahy, notariusze – Stanisław Michalkiewicz o atrapie państwa.

2. IPN pozoruje śledztwo na Łączce

„…Posiłkując się językiem prawniczym: nie podejmuje się czynności procesowych zmierzających do kompleksowego i ostatecznego wyjaśnienia zbrodni dotyczącej wszystkich zrzuconych na Łączce ofiar.

Śledztwo w tym zakresie nie jest prowadzone, bo nie może być – wobec przyjętej przez IPN wadliwej wykładni prawnej. W swoim piśmie potwierdza to nawet Andrzej Arseniuk: „prokurator (zarówno prokuratury powszechnej, jak i IPN‑u) nie ma żadnych uprawnień do zarządzenia przeniesienia grobu”. Chodzi oczywiście o groby powstałe w górnej części Łączki – nad dołami śmierci – na mocy decyzji dyktatora stanu wojennego Wojciecha Jaruzelskiego w celu zatuszowania popełnionej tam przez jego kolegów w latach 40. i 50. zbrodni komunistycznej. Dlatego te groby, m.in. w opinii adwokata Piotra Łukasza Andrzejewskiego, są nielegalnie. I jako takie nie powinny stanowić przeszkody w ekshumowaniu z dołów pod nimi wszystkich Żołnierzy Wyklętych-Niezłomnych. A przeprowadzenie tej priorytetowej dla wolnej i niepodległej Rzeczypospolitej operacji jest głównym celem powstania i działania Fundacji „Łączka”.

Andrzej Arseniuk na dowód tego, że prokuratura IPN‑u rzekomo nie może przenieść grobów z górnej części Łączki, powołuje się na negatywne opinie na ten temat innych podmiotów. Takich opinii jednak nie znamy. Bo jeśli mówimy o tych samych opiniach, które Fundacja „Łączka” uzyskała od IPN‑u w trybie dostępu do informacji publicznej, a więc piśmie wojewody mazowieckiego z 12 maja 2014 r., piśmie prezydenta m.st. Warszawy z 21 maja 2014 r. i piśmie ministra sprawiedliwości z 6 czerwca 2014 r. – w żadnej z nich nie jest napisane, że w obecnym stanie prawnym groby z górnej części stanowią niewzruszalną przeszkodę do ekshumacji szczątków Żołnierzy. Każda z tych opinii stwierdza, że ekshumacji może dokonać prokurator IPN‑u w ramach prowadzonego przez siebie śledztwa. Warunkiem jest oczywiście wszczęcie takiego śledztwa.

To logiczne – prokuratura IPN‑u właśnie po to powstała, właśnie po to została wyodrębniona z prokuratury powszechnej, aby ścigać zbrodnie popełnione na narodzie polskim, w tym zbrodnie komunistyczne. A chyba nikt nie ma wątpliwości, że na Łączce mamy do czynienia ze zbrodnią komunistyczną. Dlatego prowadzenie w tej sprawie śledztwa jest nie tylko prawem, ale i obowiązkiem IPN‑u. Tymczasem IPN od takiego obowiązku się uchylił i wciąż się uchyla...”

całość tu: wzzw.wordpress.com

podobne: Śledztwo w sprawie „śmierci nieustalonych osób” czyli… Prokuratura zabrania prof. Szwagrzykowi ekshumacji ofiar zbrodni komunistycznych (uwaga!) na wniosek samego IPN. oraz: Poszukaj informacji o swoich przodkach. IPN stworzył Centrum Informacji o Ofiarach II Wojny Światowej.

…Dokładnie pamiętam jaka była moja pierwsza myśl kiedy ogłoszono powołanie tej instytucji do życia. Bo jeżeli władza wywodząca swój rodowód z postkomuny powołuje organ do ścigania „swoich” przestępstw, w którego akcie założycielskim zapisuje się takie kwiatki jak art. 39 „…Odpowiednio szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i szef Agencji Wywiadu lub Minister Obrony Narodowej może zastrzec, na czas określony, że do określonych dokumentów nie może mieć dostępu żadna inna osoba poza wyznaczonymi przez nich przedstawicielami, jeżeli jest to konieczne dla bezpieczeństwa państwa…”, to można to tylko w jeden sposób skonkludować – ustawka, pozoracja i kontrola. Ma to ten sam głęboki sens, jaki zawiera słynne powiedzenie „złodziej najgłośniej krzyczy łapaj złodzieja”. Ten instytut powstał wyłącznie po to by trzymać łapę nad przeszłością i suflować ludziom wyłącznie wybrane z niej elementy – takie które nie zaszkodzą starej/nowej władzy. Dlatego warto w tym miejscu podziękować i wspierać wszelkie PRYWATNE (i niezależne w żaden sposób od pieniędzy „publicznych”) inicjatywy dążące do poszukiwania, rozpowszechniania i kultywowania prawdy… (Odys)

PS… „IPN pod koniec czerwca odrzucił wniosek rodzin pomordowanych o przesłuchanie osoby posiadającej wiedzę na temat nieznanych do tej pory okoliczności śmierci polskich jeńców w Kazachstanie 1940 r. O sprawie pisze „Gazeta Polska Codziennie”.

Pion prokuratorski IPN zajmujący się zbrodnią katyńską nie przesłucha emerytowanego funkcjonariusza służb Piotra Wrońskiego, który twierdzi, że podczas swojej pracy w UOP w latach 1989–1993 posiadł wiedzę o okolicznościach przetrzymania, zamordowania oraz pochowania w zbiorowych mogiłach czterech tysięcy Polaków zamordowanych na rozkaz Stalina…” (więcej tu: IPN nie chce informacji o stalinowskich zbrodniach)

podobne: Tomasz Sommer: „Operacja Polska” czyli rozstrzelać Polaków! oraz: „Psy Stalina” Nikity Pietrowa – kelejdoskop zbrodniarzy i anatomia zbrodni

3. Grabież, grabież, grabież!

„…Zjawisko to można chyba tylko porównać do tego, jakie zaznali mieszkańcy średniowiecznej Europy z najazdów mongolskich czy tatarskich. Nawet Huno/Wandalowie nie dokonywali takich zniszczeń wkraczając, zdobywając tereny wspóczesnej im Europy IV/V w.

To co wyczyniali Sowieci na terenach czysto polskich oraz tych przyznanych czyli tzw Odzyskanych po prostu nie mieści się nawet w kategorii … grabieży, gdyż miało to przebieg, charakter czegoś, na co aż trudno znależć właściwe określenie. Totalne wyszarpywanie wszystkiego, co miało jakakolwiek wartość, ładowanie na wagony i na wschód. Wszystkiego w dosłownym tego słowa rozumieniu.

W ten sposób rozgrabiono, rozkradziono resztkę tego co jeszcze pozostało po sześcioletniej dewastacji, wojennej eksploatacji za Niemca czyli nie tylko resztówki po COP.

Generalnie dość trudno jest wycenić wielkość szkód, strat poniesionych przez Polskę, gdyż prl’wskie szumowiny do 89 roku skrzętnie zamazywały te dane. A potem tzw III RP nie kwapiła się do poczynienia tych rachunków.

Tak więc metoda wyliczenia jest trudna, ale możliwy jest szacunek wielkości tych strat, szkód grabiezy sowieckiej po 45r. To na dziś daje wielkość ok. 60 mld $,( bez odsetek!!!) nie wliczając w to majątku zagrabionego z terenów tzw odzyskanych oraz tego rozkradzionego po 17 września 1939 na Kresach wshodnich.

Dziś dzieci, wnuki i prawnuki tej jakże dla Polski kosztownej kominterowsko/służalczej agentury nad Wisłą nadal są w głownym rozdaniu. Ba! Usiłują nas pouczać, rugać, zawstydzać. Uczą nas nawet … tolerancji i poprawnego pojmowania historii, ekonomii! I o zgrozo … patriotyzmu!…”

całość tu: Straszliwa cena za przywleczone nad Wisłę stalinowsko/kominternowskie szumowiny

podobne: Leszek Żebrowski: 1945 rok – wyzwolenie czy początek nowej okupacji? oraz: Rosyjska Gazeta: „AK zabijała czerwonoarmistów” (publikacja dokumentów o AK). IPN odpowiada na rosyjską prowokację. Żołnierze Wyklęci i ostatnie polskie powstanie. i to: Rosja: „Dzień zwycięstwa” demonstracją siły. Merkel oddaje hołd żołnierzom radzieckim („Tagesspiegel” krytycznie o pomijaniu w Niemczech zbrodni Stalina). Putin usprawiedliwia pakt Ribbentrop-Mołotow a Niemców uznaje za „ofiary nazizmu”(!). Łukaszenka: „w świecie zwycięża nie siła prawa, a prawo siły”. a także: „Pamiętna wiosno wojny, wiosno urodzaju!”. Prawdziwe oblicze kampanii rosyjskiej z 1812 roku

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Skąd się wzięła Ukraina czyli Rusi Czerwonej rys historyczny, i co to są „granice etniczne”. Nie karmić niedźwiedzia!


mapa rusi czerwonej

Obszar Rusi Czerwonej na tle współczesnego podziału administracyjnego Polski. Poznaniak – własna praca na podstawie: Bogumił Szady, Geografia struktur religijnych i wyznaniowych w Koronie w II połowie XVIII w., Lublin 2010, s. 198 (źródło Wikipedia)

„Ziemia Halicka, razem z Grodami Czerwieńskimi, sięgała od Karpat do Morza Czarnego i Dunaju, obejmując dolny bieg Prutu, Seretu i Dniestru. Wyróżniała się jakością gleby i bogactwami naturalnymi a szczególnie dużą ilością żup solnych. W wiekach XII i XIII, po upadku Kijowa była obszarem najlepiej rozwiniętym ekonomicznie i kulturalnie w centrum naszego kontynentu.

Od IX wieku tereny położone nad Sanem, Dniestrem, Bugiem i górną Prypecią zajmowały zachodniosłowiańskie plemiona Wiatyczów i Radymiczów. Do takiego wniosku, opartego na wnikliwej analizie dostępnych źródeł pisanych, wyników badań archeologicznych i toponomastycznych doszła przeważająca większość historyków tamtego okresu. Poglądy, że ziemie te były zamieszkałe przez wschodniosłowiańskie plemiona Dulębów, Wołynian czy Chorwatów lub Chrobatów, zdaniem wielu nie odpowiadają prawdzie historycznej [1].

Przed rokiem 981 najstarsza granica polsko-ruska w przybliżeniu odpowiadała granicy między osadnictwem Słowian wschodnich i zachodnich, przebiegając po prawej stronie Bugu, od Brześcia na południe, w rejonie grodu Busk, tworząc głęboki łuk na pomiędzy Styrem i Horyniem i dochodziła do głównego grzbietu karpackiego wododziałem Wereszycy i Gniłej Lipy.

W bliżej nieznanych okolicznościach Wiatycze i Radymicze zostali zmuszeni do opuszczenia swoich siedzib i częściowo przenieśli się daleko na północny-wschód, a ziemie ich zostały objęte osadnictwem Lachów znad Warty i włączone do państwa pierwszych Piastów.

Grodami wiatycko-radymickimil były: Przemyśl, Wołyń, Brześć, Zwienigród oraz Drohiczyn. W przybliżeniu ich osadnictwo obejmowało dwie krainy: południową (późniejsza Ziemia Halicka z Grodami Czerwieńskimi, bardziej górzystą, leżącą u podnóża Karpat) i północną (Wołyń, kraj lasów i bagien). Dokładne określenie obecnie tych obszarów nie jest możliwe, podobnie jak i ustalenie definitywnie, jakie terytorium i jakie osady obejmowała nazwa Grodów Czerwieńskioh. Najprawdopodobniej były jednak nimi Przemyśl i Zwienigród. Gród Wołyń istniał natomiast jeszcze w IX wieku u ujścia rzeki Huczwy do Bugu. Najdawniejszy obszar Wołynia obejmował prawdopodobnie w przybliżeniu późniejsze ziemie: Łucką, Włodzimierską, Chełmską i Bełzką. Od Grodów Czerwieńskich cała południowo-zachodnia Ruś otrzymała nazwę Rusi Czerwonej. Grody Czerwieńskie zdobyte przez ks. kijowskiego Włodzimierza I w 981 r., odzyskane zostały przez Bolesława Chrobrego (992–1025) w 1018 r.. Stracone za panowania Mieszka II zostały powtórnie w 1069 r. przyłączone do Polski przez Bolesława Śmiałego (1058–1079), który utworzył pierwsze biskupstwo katolickie w Przemyślu.

Po katastrofie tego władcy Grody Czerwieńskie ostatecznie przeszły we władanie książąt ruskich z dynastii Rościsławowiczów. Nazwa Rusi Czerwonej obejmowała-odtąd wszystkie ich posiadłości zwane Rusią Halicką, po przeniesieniu stolicy w 1134 r. z Przemyśla do Halicza.

Po wygaśnięciu tej dynastii Księstwo Halickie połączone zostało z Księstwem Włodzimierskim, otrzymując nazwę Ks. Halicko-Włodzimierskiego, które w 1264 r. rozpadło się na kilka dzielnic. Od tego księstwa pochodzi późniejsza nazwa Galicji i Lodomerii, nadana ziemiom zajętym przez Austrię po I rozbiorze.

Ziemia Halicka, razem z Grodami Czerwieńskimi, sięgała od Karpat do Morza Czarnego i Dunaju, obejmując dolny bieg Prutu, Seretu i Dniestru. Wyróżniała się jakością gleby i bogactwami naturalnymi a szczególnie dużą ilością żup solnych. W wiekach XII i XIII, po upadku Kijowa była obszarem najlepiej rozwiniętym ekonomicznie i kulturalnie w centrum naszego kontynentu. Znajdując się wprawdzie na uboczu drogi handlowej Dniepr-Ilmen, łączącej Morze Bałtyckie z Morzem Czarnym, lecz sąsiadując z Węgrami i Polską, bardzo wcześnie nawiązała stosunki handlowe, polityczne i kulturalne z wieloma krajami.

Ruś Czerwona weszła w skład państwa kijowskiego po raz pierwszy za panowania Jarosława I Mądrego (980–1054), który umierając, zgodnie z panującym wówczas w całej Europie obyczajem podzielił państwo między pięciu synów. Jarosław Mądry był spokrewniony z domami panującymi prawie całej Europy, popierał rozwój kultury i wzmocnienie chrześcijaństwa na Rusi, które zostało wprowadzone w 980 r. przez jego ojca Włodzimierza Wielkiego. Wzniósł w Kijowie wspaniały sobór św. Zofii i monastyr zwany Ławrą Peczerską, gdzie powstał słynny ruski latopis Nestora. Utwierdzając swoje panowanie w 1031 r., założył gród Jarosław koło Przemyśla nad Sanem. Próbował też zerwać zależność kościelną od Bizancjum, ustanawiając w 1051 r. metropolitą kijowskim Ilariona, Po jego śmierci, synowie przystąpili do walki o władzę. Kres bratobójczym wojnom położyć miała dopiero umowa zawarta w Lubeczu pod Kijowem, gdzie w 1097 r. zjechali się potomkowie Jarosława Mądrego. Ruś została podzielona na niezależne księstwa, w których władzę sprawować mieli dziedziczni książęta, spadkobiercy synów Jarosława (ks. kijowskie, ks. czernichowsko-perejasławskie, ks. twersko-pińskie, ks. wołyńskie i ks. halickie)…

…W XV wieku terytorium dawnej Rusi Czerwonej w przybliżeniu obejmowały województwa ruskie, bełskie i podolskie. Herbem pozostającej już w granicach Rzeczypospolitej aż do I-go rozbioru Ziemi Halickiej była czarna kawka w koronie z głową odwróconą w prawo, umieszczona na białym polu. Herb sięga bardzo dawnych czasów panowanie pierwszych książąt ruskich. Nazwa Halicza pochodzi od ruskiego (ukraińskiego) słowa hałka oznaczającego kawkę. Wysoka skarpa nad Dniestrem, na której starożytny gród się wznosi już przed wiekami, stała się miejscem, w którym kawki wygrzebywały swoje gniazda. Dużo gniazd. Bardzo dużo… Już w XIV wieku Halicz miał w swym herbie czarną ukoronowaną kawkę. Podobną do tej, jaką prezentowała się prowincja austriacka Galicja oraz… rodzina Polów z Wenecji, która udała się Jedwabnym Szlakiem do dwór chińskiego cesarza. Jest wysoce prawdopodobne, że autor sławnego Opisania Świata, klasyk światowego reportażu, mógł się porozumieć w języku mongolskim, a niewątpliwie łatwiej było jego ojcu poznać go w Haliczu niż w Wenecji.

A na kawkę w Wenecji nadal się woła… poli.” (całość tugeopolityka.org)

…autor co prawda nie odpowiada na pytanie skąd się wzięła Ukraina, ale i tak warto zapoznać się z rysem historycznym terenów które należały niegdyś do potężnej Rzeczypospolitej… Należały politycznie… (Odys)

„…Co to dokładnie są tereny etnicznie ukraińskie w kontekście historycznym i każdym innym? Chciałbym się także dowiedzieć, czy na terenach etnicznie ukraińskich działa prawo międzynarodowe, także to które ma zastosowanie w czasie wojny. Jeśli zaś nie działa, a wypadki na Wołyniu pokazały, że jednak nie działa, to może spróbujemy wyjaśnić dlaczego tak jest. Skąd się wzięło pojęcie granic etnicznych i kto je pierwszy wprowadził do obiegu politycznego?..

Weźmy taką sytuację: rok 1921, koniec wojny bolszewickiej, jedyne prawo jakie działa to prawo siły…

…Granica zostaje wyznaczona w miejscu skrajnie dla Polski niekorzystnym, skrajnie niekorzystnym dla białych Rosjan i skrajnie niekorzystnym dla Ukraińców, czego oni uporczywie zrozumieć nie chcą, bo im się zdaje, że poprzez tą granicę dostali jakąś szansę. Granica ta jest korzystna jedynie dla bolszewików i ludzi, którzy zamierzają z nimi współpracować. Co to znaczy współpracować z bolszewikami w latach 20 i 30 XX wieku? To znaczy kupować od nich za bezcen płody rolne i inne dobro, które bolszewicy w ramach prywatyzacji czyli rabunku odbierają innym. Innym to znaczy głównie Ukraińcom. Pieniądze zarobione w ten sposób bolszewicy przeznaczają na wódkę i narkotyki dla siebie oraz na karabiny dla służących im żołnierzy. Wódka i narkotyki są im potrzebne żeby w ogóle mogli funkcjonować, a karabiny zaś przydadzą się w czasie kolejnej wojny z Polską. Gdzie w tym czasie są Ukraińcy? Jedni umierają z głodu bo ich zboże zostało właśnie sprzedane do Wielkiej Brytanii i Niemiec, a inni montują ruch narodowy i strzelają do ministrów. Czy do ministrów bolszewickich? No skąd. To jest przecież zabronione i można za to porządnie oberwać. Oni strzelają do ministrów polskich, za co idzie się co prawda do więzienia na św. Krzyżu, ale co to jest za więzienie w porównaniu z Łubianką?
Ponieważ Ukraińcy chcą koniecznie budować własne państwo na terenach etnicznie ukraińskich, a te dziwnym trafem znalazły się w II Rzeczpospolitej dochodzi do różnych napięć i scysji. Polacy rozwalają cerkwie na Chełmszczyźnie, Ukraińcy organizują zamachy i współpracują z Niemcami utuczonymi na ukradzionym innym Ukraińcom zbożu. Ta Chełmszczyzna to również tereny etnicznie ukraińskie, niech wam się nie zdaje. Podobnie jak spore kawałki Podlasia i Małopolski. I o nie także trzeba się będzie kiedyś upomnieć w sprzyjającej historycznie chwili.
W tych strasznie opresyjnych dla Ukraińców latach II Rzeczpospolitej znajdują oni cichą przystać w dwóch krajach: w Niemczech i w Wielkiej Brytanii. To są akurat te dwa kraje, które nigdy nie potępiły głodu wywołanego przez bolszewików na terenach etnicznie ukraińskich położonych w ZSRR, o które sami Ukraińcy nigdy się nie upominali, w przeciwieństwie do Chełmszczyzny, Podlasia i Małopolski. Ci Ukraińcy, którzy emigrują z Polski to tak zwane elity. Te zaś, nie tylko na Ukrainie, ale wszędzie, w Polsce również, mają pewną charakterystyczną cechę – niesłychanie łatwo je zdeprawować… 

Na ludziach takich jak Dońcow rośnie niczym na drożdżach narodowy ruch ukraiński, którego głównym wrogiem jest Polska. Nie może być inaczej, bo ci którzy ten ruch opłacają i są zainteresowani jego rozwojem postrzegają Polskę jako wroga lub w najlepszym razie byt polityczny niepotrzebny. Czy ludzie ci uważają Ukrainę i samodzielne państwo ukraińskie za byt polityczny potrzebny? No skąd. Jak niby? Jak się udało zagłodzić ileś tam milionów Ukraińców to nie można przecież tych ludzi traktować serio. To są narzędzia. Elity ukraińskie nie rozumieją tego wcale, albo nie chcą rozumieć, bo dostają pieniądze i mają te wykłady na zachodzie, a także mogą się napawać redagowaniem pism i pisemek, co bardzo podnosi im samoocenę. Myślą poza tym emocjami i nie da się tego niestety zmienić. Stymulować ich jest niesłychanie łatwo, wystarczy nastawić płytę z pieśniami ludowymi i już płaczą, już piją i się wzruszają wprost nieprzytomnie…

…Wobec owej niezborności w myśleniu i działaniu, wobec owych chęci i aspiracji, Ukraińcy nigdy, przy zachowaniu wszelkich pozorów nie będą traktowani serio. Nawet teraz kiedy mają własne, wielkie państwo…

My, jak powiadam nie możemy z tego samego argumentu korzystać, bo zaraz okaże się, że nie ma czegoś takiego jak Polacy, a tereny etnicznie Polskie to w istocie tereny dawnej Rzeszy zamieszkałe przez jakichś podejrzanych Słowian. Szlachta zaś polska to Rusini, kilka morawsko-czeskich gangów i szczera Litwa. Tak będzie, zobaczycie…” (coryllus – Jak Ukraińcy wygrali wojnę 30 letnią)

podobne: Resentyment postkolonialny kontra postawy szowinistyczne na Ukrainie czyli… Dlaczego Rosja straciła Ukrainę i dlaczego Ukraina nie jest jednolitym państwem. oraz: Jacek Drozd: „Sarmacki Katyń” – bitwa pod Batohem (czerwiec 1652) i to: Kowalski: obecne władze w Kijowie są wrogie wobec Polaków. Poroszenko podpisał ustawę uznającą prawny status bojowników o wolność, w tym członków UPA (nazizm i komunizm na cenzurowanym). IPN-y Polski i Ukrainy powołają platformę dialogu historycznego a także: Rola Polski w strategii USA (miejsce w szeregu). Jak z przedmiotu stać się podmiotem polityki międzynarodowej. (Nie)aktualność idei jagiellońskiej. polecam również: Traktat ryski czyli rozwód Jadwigi z Jagiełłą. Jak wolna Polska obeszła się z Kresami oczami Szubarczyka, Mackiewicza, Woyniłłowicza i Korwin Milewskiego.

„A ja Bra.ci.szkowie moi mili już tylko w spiskowe teorie wierzę …

Wierzę jak jasna cholera….. No bo weźmy na przykład ten cały Majdan. Po prawdzie i bez nikakich możemy stwierdzić, że Ludu wku…..nego i wolności pragnącego było tam ile tylko. Wymarzli się, okopcili dymem z opon, a wielu nieszczęśliwie na tamten świat kulką z luf snajperskich przeniesionych zostało. A to wszystko po co? … Wolności więcej? Bogactwa? Sprawiedliwości? Eeee. Julcia z tiurmy wyszła, Banderowce na stolce zasiedli, Niedźwiedź chytrze Krym wział, Oligarchy jak zwykle dieńgów przysposobili, a Lud Prosty co..? Nic a właściwie, jak zwykle gawno. Czemu? Ano temu, że nie o wolność sprawa cała szła, a o pożyczki, co to już podpisane były prawie. O ten geld co to w świecie nadrukowany w takiej ilości, że już nie ma gdzie go upychać. A zwłaszcza w przejętych ćwierć wieku temu postkomunistycznych krajach. Ograbione już do białej kości. No zastawić w takiej Polsce już nie ma pod co, bo na każdej chałupie, fabryce, działce H (hipoteka) wielkie już przyczepione i w księgach wieczystych zapisane… A geld zwłaszcza ten bez pokrycia leżeć nie lubi…. Tu zaś, na tej Ukrainie, wszystko takie jeszcze ślicznie bezhipoteczne, kraj piękny i żyzny, więc w razie niewypłacalności, to się w rozliczeniu gronta weźmie. Osadników się umocuje, a chętnie przyjadą bo o Araba z kałachem w tych okolicach trudniej…… Ale nic to jeszcze, bo moja stara siwa łepetyna jeszcze gorsze spiski knuje i zamyślać zaczyna, że cały ten Majdan to ukartowany był i rozpisany na nutki wiele miesięcy wcześniej. Bo czyż nie wydaje się teraz dziwne, że warunkiem podpisania stowarzyszeniowych świstków miało być wypuszczenie prawomocnie skazanej Julki ? I cała Europa murem stanęła, a co! Panna to przecież przeczysta była, Soros’owe błogosławieństwo miała…. Do tego te dziwne czasowe korelacje, a to z rozmowami z MFW, a to z Olimpiadą, a potem porozumienia 24 godzinne z opozycją, którą nasz Radek rad był tak kill’em, jednocześnie ściskając Janukowyczową rękę, która już do walizek się rwała. A teraz te fejsbookowe, sankcje i święte oburzenia… Poza kamerami zaś „wsie dawolne” gaz płynie jak płynął, statki z geldem w Hameryce czekają załadowane, Car Ruś wzmocnił, precedens rewizyjny graniczny uczynił, co nie wiedzieć czemu wzbudziło uśmiech na twarzy złotej Anieli, prawie tak szczery jak u 12 tu amerykańskich pilotów, którzy dostali gratis, wyjazd krajoznawczy do Polski. I nie ma co tu sarkać i nie ma co tu wydziwiać. Tu trzeba patrzeć obserwować i uczyć się jak w dzisiejszym świecie politykę się robi. Patrzeć i konotować ile w dzisiejszej dobie znaczą kraje, którym przewodzi Miłośnik Bigosu, w dodatku bez wąsów. Ile znaczą kraje, które nie mają już niczego poza długami, których armia to urzędnicza nieruchawa larwa, żywiąca się ustawianiem przetargów na Gawrona, który nie wiedzieć czemu miałby pływać….. Ile znaczą kraje, które są na pasku światowych lichwiarzy, bez własnego kapitału, przemysłu, armii, bez młodzieży, którą własny rząd skazał na poniewierkę po świecie. NIC nie znaczą! Są tylko żerem, albo nawozem, w zależności od potrzeb i położenia geograficznego. Nie wiem czy Was pocieszę, że póki co jesteśmy jeszcze żerem, ale czas w którym możemy stać się nawozem jest już bliski. Chyba, że bacznie przyglądając się na łapska sąsiadów, siłę Ojczyzny naszej wspólnie odbudowywać zaczniemy. Robota to długa, ciężka i odpowiedzialna, bez gwarancji sukcesu. Ale zacząć ją trzeba już dziś….. Jutro już będzie za późno” (piotruchg – Piątek, 21 marca 2014)

podobne: cynik9: Kulminacja cyklu wojny w 2014. Czego szuka stary podżegacz na Ukrainie. oraz: Ukraina: Rewolucja a umowa stowarzyszeniowa (płatne podziałem społeczeństwa, krwią i… złotem). i to: Skoro „media kłamią” to jaka jest prawda o wojnie na Ukrainie? Konrad Rękas: Po co powstrzymywać Putina? polecam również:  Jałta Ukrainy w Mińsku: Walki o Debalcewo i Mariupol gwarantowane do 15 lutego przez „plan pokojowy” (pisany na raty). USA „zadowolone” z ustaleń dziękują Niemcom i Francji, oraz gotowe do ograniczenia sankcji na Rosję.

Ukraina - UE - USA - Rosja

11 lipca 1943 – Najkrwawsza niedziela w dziejach polskiego narodu. Wciąż trudno wybaczyć zbrodnię wołyńską. Uczcijmy pamięć o sprawiedliwych Ukraińcach. Zadeptana rocznica.


1. Wciąż trudno wybaczyć zbrodnię wołyńską.

11.07.2014 (IAR) – Mimo zbliżenia z Ukrainą, wciąż trudno wybaczyć sprawcom zbrodni wołyńskiej – mówią potomkowie ofiar Ukraińców. W Warszawie w 71 rocznicę „Krwawej niedzieli” odbyło się nabożeństwo w intencji ofiar ukraińskich nacjonalistów.

11 lipca 1943 roku bandy OUN-UPA zaatakowały kilkanaście polskich wsi na Wołyniu mordując tysiące Polaków.

Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski w rozmowie z Informacyjną Agencją Radiową wyraził żal, że – jego zdaniem – politycy wciąż nie chcą jednoznacznie ocenić zbrodni wołyńskiej. Ponadto duchowny uważa, że polskie gesty wsparcia dla Ukrainy są trudne do zaakceptowania dla potomków ofiar nacjonalistów ukraińskich. Zdaniem duchownego polscy politycy popełniają tragiczne błędy i nie patrzą, że popierają ruch banderowski na Ukrainie. Ksiądz Zaleski uważa, trzeba wspierać europejskie dążenia Ukraińców ale dla rodzin pomordowanych wyjątkowo bolesne jest to, że nasi politycy nie protestują przeciwko odradzającym się na Ukrainie zbrodniczym tradycjom.

Czesław Niewiadomski pochodzący z Zaleszczyk stracił część rodziny podczas rzezi wołyńskiej. Do dziś nie może zrozumieć okrucieństwa nacjonalistów i nie akceptuje polskich gestów wobec Ukraińców. Czesław Niewiadomski tłumaczy, że na Wołyniu wydarzyła się tragedia polskiego narodu, który był bezlitośnie mordowany przez nacjonalistów ukraińskich. Dlatego – wyjaśnia kresowiak – trudno mu zapomnieć o tamtej tragedii i trudno pojąć, że Polacy teraz pomagają Ukraińcom.

Według szacunków historyków, w sumie w latach 1943-1945 na Wołyniu i w Galicji Wschodniej zginęło około 100. tysięcy obywateli II Rzeczpospolitej. Po stronie ukraińskiej liczba ofiar wynosi od 10. do 20. tysięcy osób, które zginęły z rąk Polaków w akcjach odwetowych i samoobrony, a także zamordowanych przez Ukraińców za udzielenie pomocy Polakom.

Informacyjna Agencja Radiowa IAR Witold Banach/gaj

źródło: stooq.pl

Jak pisze F.Budzisz  – „w latach 1943-1944 trudno jest znaleźŸć dzień w którym by nie dokonano mordów na ludnośœci polskiej , a były to dni w których zabito tysiące np. 10, 11, 12 lipca i 30 sierpnia 1943 r. Na 11 lipca 1943 przypada apogeum zbrodni ludobójstwa. Była to NAJKRWAWSZA NIEDZIELA w historii polskiego narodu. Pod względem zasięgu terytorialnego , iloœści ofiar i barbarzyństwa oprawców – zbrodnie dokonane w tę niedzielę przewyższają wszystkie inne, dokonane kiedykolwiek na ludnoœści polskiej w ciągu jednego dnia. W blisko 100 miejscowoœciach Wołynia, wsiach i osadach, w tę niedzielę najbardziej bestialskimi metodami wymordowano ponad 10 000 osób .” W siedmiu wołyńskich koœściołach nacjonaliśœci ukraińscy z OUN-UPA zabili ponad 1000  wiernych, nie oszczędzając dzieci przystępujących do Pierwszej Komunii œw.  ani księży. Rozległoœść obszaru na którym dokonano tych zbrodni i wybór momentu ich dokonania (niedziela) śœwiadczy o tym, że była to starannie zaplanowana i skoodrynowana, przez kierownictwo OUN, akcja.

A oto jedynie kilka przykładów:

11 lipca 1943 r. W okolicach RADZIWIŁŁÓW, pow. dubieński, spalono kilkanaśœcie osiedli polskich oraz wymordowano ich mieszkańców.

11 lipca 1943 r. JEZIORANY SZLACHECKIE, pow. dubieński,  nacjonaliśœci ukraińscy wymordowali 43 osoby narodowoœci polskiej .

11 lipca. 1943 r. LINIÓW, wieœ, gm. Œwiniuchy, pow. horochowski nacjonaliśœci ukraińscy wymordowali całą wieśœ…

11 lipca 1943 r. KISIELIN, siedziba gminy, pow. horochowski. Duża liczebnie banda nacjonalistów ukraińskich otoczyła zgromadzoną w tamtejszym koœciele ludnoœść polską… Czeœść ludzi wyszła z kośœcioła, wówczas zamordowane zostały 62 osoby. Pozostali — około 200 osób — przeszli na plebanię… podjęli na piętrze desperacką obronę… Po północy napastnicy wycofali się… Pomocy rannym udzielili miejscowi Ukraińcy, przeciwnicy UPA.

11 lipca 1943 r. RUDNIA, wieœ, gm. Kisielin, pow. horochowski, ludnośœć polska napadnięta przez ukraińskich nacjonalistów… cała wieœ została doszczętnie spalona. Zginęło około 100 osób.

11 lipca 1943 r. ZAMLICZE, wieśœ, folwark, gm. Chórów, pow. horochowski… Ukraińcy wymordowali 118 osób narodowoœci polskiej.

11 lipca 1943 r. GUCIN, kolonia polska, gm. Grzybowica, pow. włodzimierski, kilkusetosobowa grupa nacjonalistów ukraińskich dokonała o śœwicie napadu na kolonię. Wszystkich mieszkańców około 140 osób (35 rodzin) oprawcy spędzili do starej, nie używanej kuŸźni, którą zaryglowano, oblano obficie benzyną i podpalono. Pośœród dantejskich scen w palącej się kuźŸni, kilku mężczyzn zdołało zrobić wyłom w œścianie i czꜶć ludzi uciekła… Większośœć jednak zginęła w płomieniach. Troje dzieci Jana Krzysztonia uratowała stara Ukrainka. Następnego dnia dzieci zostały siłą zabrane i żywcem utopione w studni…

11 lipca 1943 r. KALUSÓW, kolonia polska, gm. Grzybowica, pow. włodzimierski. Grupa upowców spędziła do stodoły gospodarza Grabowskiego wszystkie kobiety, mężczyzn zaśœ do stodoły Urbaniaka, gdzie wszyscy zostali wymordowani. Ogółem wymordowano 107 osób… Podczas rzezi… kilku oprawców wpadło do domu Józefa Fili, gdzie zamordowali jego żonę lat 23, paromiesięczne dziecko rozerwali za nóżki, a szczątki położyli na stole.

11 lipca 1943 r. MIKULICZE, siedziba gminy, pow. włodzimierski, przyjechał tam na ponad 80 furmankach oddział UPA (około 600 ludzi)… Kolejno mordowali ludzi w poszczególnych domach, bądźŸ wyprowadzali całe rodziny do lasu i tam je zabijali. W ten sposób wymordowana została cała osada…

11 lipca 1943 r. BISKUPICZE, wieśœ, gm. Mikulczyce, pow. włodzimierski, nacjonaliśœci ukraińscy dokonali masowego mordu ludnoœci spędzonej do budynku szkolnego…

11 lipca 1943 r. OKTAWIN, kolonia, gm. Mikulicze, pow. włodzimierski… grupa oprawców (UPA) dokonała mordu w oktawińskim kośœciele. Po rzezi wewnątrz kośœcioła podpalono go granatami…

11 lipca 1943 r. DOMINOPOL, wieœ, gm. Werba, pow. włodzimierski, upowcy wymordowali całą ludnoœść Dominopola liczącą około 60 rodzin (około 490 osób)… Mordowali nożami, siekierami, widłami itp…

11 lipca 1943 r. TERESIN, gm. Werba, pow. włodzimierski, nacjonaliœści ukraińscy wymordowali w kolonii Teresin 88 osób dorosłych i 28 dzieci narodowoœści polskiej, razem 116 osób…

11 lipca 1943 r. KRYWNO, wieśœ, gm. Krymno, pow. kowelski, nacjonaliśœci ukraińscy wymordowali ludnoœść polską zgromadzoną w kośœciele na niedzielnym nabożeństwie.

11 lipca 1943 r. TURÓWKA, kolonia, gm. Korytnica, pow. włodzimierski, nacjonaliśœci ukraińscy wymordowali 49 osób ludnoœci polskiej. 22 osoby wrzucono do studni.

11 lipca 1943 r. ORZESZYN, kolonia, gm. Poryck, pow. włodzimierski, nacjonaliœści ukraińscy wymordowali 306 osób narodowoœści polskiej…

11 lipca 1943 r. WYDRANKA, wieœ, gm. Korytnica, pow. włodzimierski, nacjonaliœści ukraińscy wymordowali kilkadziesiąt osób narodowośœci polskiej.

11 lipca 1943 r. ZYGMUNTÓWKA, kolonia, gm. Mikulicze, pow. włodzimierski, nacjonaliœści ukraińscy wymordowali sto kilkadziesiąt osób narodowoœci polskiej…

11 lipca 1943 r. WITOLDÓWKA, kolonia, gm. Poryck, pow. włodzimierski, nacjonaliœści ukraińscy wymordowali kilkadziesiąt osób narodowoœci polskiej.

11 lipca 1943 r. CHRYNÓW, wieœś, gm. Grzybowica, pow. włodzimierski, nacjonaliśœci ukraińscy zaatakowali w czasie nabożeństwa rzymskokatolicki koœściół-kaplicę. Księdza Jana Kotwickiego zabili przy ołtarzu… W innym miejscu Chrynowa, w dwóch stodołach oprawcy wymordowali około 200 osób.

11 lipca 1943 r. NOWINY, wieœś, gm. Korytnica, pow. włodzimierski… Tego dnia (z rąk UPA) zginęło w Nowinach 66 osób narodowoœści polskiej.

11 lipca 1943 r. STĘZARZYCE, wieśœ, gm. Korytnica, pow. wtodzimierski, oddział UPA dowodzony przez „Krwawego Potapa” zamordował 80 Polaków.

 11 lipca 1943 r. SMOŁOWA, wieśœ, gm. Mikulicze, pow. włodzimierski, nacjonaliœści ukraińscy dokonali zbiorowego mordu na Polakach. Pośœród ofiar była rodzina Jana Wargackiego… żonie w ciąży rozcięto brzuch, aby „pomóc | urodzić proklatoho Lacha”… Ogółem wymordowano 19 osób. 

11 lipca 1943 r. PORYCK, miasteczko, siedziba gminy, pow. włodzimierski. Podczas nabożeństwa niedzielnego o godz. 11.30 banderowcy napadli  na ludnoœść polską zgromadzoną w miejscowym koœciele. Nawę koœścielną obrzucili granatami, a do ludzi otworzyli ogień z broni ręcznej i maszynowej powodując masakrę, pokotem kładąc wszystkich na posadzce koœcielnej. Przy ołtarzu zginęli ministranci, a ksiądz Bolesław Szawłowski został ciężko ranny  i udawał zabitego. Po tej wstępnej kanonadzie banderowcy weszli do kośœcioła i strzałami w głowę dobijali wszystkich, którzy ruszali się jeszcze… Po tej masakrze oprawcy naznosili słomy i podpalili kośœciół… W tym czasie spadł ulewny deszcz, który wygasił ogień… Ks. Szawłowski zmarł, uzupełnił grupę  500 osób, które zginęły tego samego dnia w koœściele bądźŸ obok kośœcioła…

11 lipca 1943 r. KORYTNICA, siedziba gminy, pow. włodzimierski, nacjonaliœści ukraińscy zamordowali ks. Karola Barana z miejscowej parafii. Po zadaniu mu wielu ciosów nożem, przecięli w poprzek ciała piłą w drewnianym korycie.

11 lipca 1943 r. ZABŁOCIE, wieśœ, gm. Grzybowica, pow. włodzimierski, nacjonaliśœci ukraińscy wymordowali 76 osób.

11 lipca 1943 r. MIKOŁAJPOL, kolonia, gm. Werba, pow. Włodzimierski, nacjonaliśœci ukraińscy wymordowali 50 osób… 

11 lipca 1943 r. WÓLKA SWOJCZOWSKA, kolonia, gm. Werba, pow. włodzimierski, nacjonaliœści ukraińscy wymordowali ludnośœć polską…

11 lipca 1943 r. SWOJCZÓW, osada, gm. Werba, pow. włodzimierski, banderowcy wymordowali kilkaset osób narodowośœci polskiej. RzeźŸ rozpoczęła się od próby wysadzenia murów miejscowego kośœcioła, co było hasłem do mordowania Polaków… zgromadzonych na niedzielnym nabożeństwie… 

11 lipca 1943 r. STASIN, kolonia polska, gm. Grzybowica, pow. włodzimierski, uzbrojony oddział upowców okrążył kolonię, do stodół spędzono i osobno kobiety z dziećmi a osobno mężczyzn, następnie wszystkich wymordowano — stosując wymyœślne tortury…

11 lipca 1943 r. ZWIERZYNIEC, kolonia, gm. Werba, pow. włodzimierski, miejscowi nacjonaliśœci ukraińscy zamordowali Łukasza i Antoninę Gaczyńskich. Łukasza żywcem wrzucono do studni i zabito kamieniami. Antoninie ucięto głowę, którą dzieci ukraińskie za włosy ciągnęły po drodze. 

11 lipca 1943 r. BOŻA WOLA, kolonia, gm. Werba, pow. włodzimierski, banderowcy żywcem wrzucili do studni Antoniego Stelmacha i dwunastu innych  młodych chłopców, którzy ponieśœli œśmierć przez utonięcie bądźŸ od kamieni wrzuconych do studni. 

Warto zaznaczyć, że w wyniku propozycji polskich œśrodowisk intelektualnych Organizacja Narodów Zjednoczonych ustanowiła dzień 11 lipca „Dniem Ludzkośœci”. Był on obchodzony po raz pierwszy przez śœwiat 11 lipca 1993 roku w 50 rocznicę wołyńskiej masakry. 

Jak już wspomniano dzień 11 lipca nie był jedynym, w którym dokonano masowych mordów na ludnoœci polskiej na Kresach Wschodnich. Na przykład 30 sierpnia 1943 we wsiach Ostrówki i Wola Ostrowiecka nacjonaliśœci ukraińscy wymordowali 1700 Polaków. Jak pisze E.Prus „To był wołyński Katyń, o którym jednak milczą encyklopedie śœwiata; milczą polskie władze i œśrodki masowego przekazu. Cisza! Gdzie jest Sejm, gdzie Senat, gdzie Rząd RP, gdzie wreszcie Prezydent reprezentujący Majestat Narodu Polskiego, tego narodu, którego 1700 przedstawicieli spoczywa w niepoœświęconej ziemi w Ostrówkach i woła, krzyczy na cały głos aby usłyszał śœwiat –  najstraszniejsze słowo rzucone w twarz naszym władzom: HAŃBA! „

Niestety polskie ofiary tych wszystkich mordów do dnia dzisiejszego nie doczekały się  żadnego oficjalnego upamiętnienia i uznania ze strony najwyższych władz państwowych III RP.

źródło: Najkrwawsza niedziela w dziejach polskiego narodu

2. Uczcijmy pamięć o sprawiedliwych Ukraińcach.

Ludobójstwo dokonane przez ukraińskich nacjonalistów ciągle jest przemilczane przez polityków oraz najbardziej wpływowych dziennikarzy. Jak zauważa ks. Isakowicz-Zaleski na takie samo zapomnienie skazywani są uczciwi Ukraińcy, którzy w czasie wojny nie ulegli szałowi mordowania Polaków.

„Przemilczeniu podlegają także ci Ukraińcy, którzy nie tylko, że nie popierali ideologii Stepana Bandery, ale i w dramatycznych chwilach ratowali Polaków i Żydów od zagłady. Władze Izraela pamiętają o wybawicielach swoich rodaków. Władze Trzecie RP niestety nie. Wyjątkiem był śp. rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski, który podjął działania w sprawie nadania sprawiedliwym Ukraińcom medalu wzorowanego na izraelskim medalu „Sprawiedliwy wśród narodów”. Niestety po tragicznej śmierci rzecznika jego następczyni nie podjęła dalszych kroków i owa szlachetna inicjatywa upadła” – pisze ks. Isakowicz-Zaleski w artykule dla serwisu rmf24.pl

Okazuje się jednak, że to, o co nie zadbało państwo polskie, realizowane jest przez samych Kresowian i ich potomków.

„Dla przykładu, bracia Mariańscy, których jako małych chłopców uratował na Wołyniu starszy wiekiem Ukrainiec, ufundowali z własnych pieniędzy tablicę w języku polskim i ukraińskim, dedykowaną tym Ukraińcom, którzy zostali zamordowani przez UPA za ratowania swych polskich sąsiadów. 3 maja 2012 r. miałem zaszczyt ją poświęcić w Kaplicy Wołyńskiej, będącej częścią Golgoty Narodu Polskiego w Kałkowie-Godowie k. Starachowic” – relacjonuje ks. Isakowicz-Zaleski.

„Jest to przykład godny naśladowania. Służy nie tylko przypomnieniu prawdziwych bohaterów, ale i jest znakiem na przyszłość dla wszystkich młodych ludzi z Europy Wschodniej, której ziemia tyle razy była zlewana bratnią krwią” – podsumowuje kapłan.

rmf24.pl/KRESY.PL

podobne: Poliszczuk: Potępić UPA! oraz: Rzeź wołyńska: czas przemijania nie dotyczy pamięci…

3. „Zadeptana” rocznica „krwawej niedzieli”

W oce­nie ks. Ta­de­usza Isa­ko­wi­cza-Za­le­skie­go 71. rocz­ni­ca rzezi na Wo­ły­niu nie zo­sta­ła na­le­ży­cie upa­mięt­nio­na. Dla­cze­go? – Par­tie po­li­tycz­ne upar­cie trzy­ma­ją się zdez­ak­tu­ali­zo­wa­ne­go mitu Gie­droy­cia, w ra­mach któ­re­go trze­ba za­po­mnieć o Kre­sach i lu­do­bój­stwie do­ko­na­nym przez UPA, aby za­cho­wać dobre re­la­cje ze wschod­ni­mi są­sia­da­mi – głów­nie z Ukra­iną – sądzi du­chow­ny.

Ks. Isa­ko­wicz-Za­le­ski mówi One­to­wi, że nawet ci po­li­ty­cy, któ­rzy wcze­śniej opo­wia­da­li się za uzna­niem tych wy­da­rzeń za lu­do­bój­stwo, nie chcą się an­ga­żo­wać w upa­mięt­nie­nie ofiar, bo uwa­ża­ją, że to nie jest ten czas. – Odkąd po­wsta­ła III RP, a dwa lata póź­niej także nie­pod­le­gła Ukra­ina, to cały czas pol­scy po­li­ty­cy mówią „nie teraz” – do­da­je.

Po­dob­ne­go zda­nia jest Piotr Zy­cho­wicz: – Jakby tego dnia w ogóle nie było w ka­len­da­rzu. Oba­wiam się, że po raz ko­lej­ny pa­mięć o na­szych za­mę­czo­nych ro­da­kach zo­sta­ła zło­żo­na na oł­ta­rzu do­brych re­la­cji z Ki­jo­wem. Chyba uzna­no, że skoro Ro­sja­nie ata­ku­ją wschod­nie pro­win­cje Ukra­iny, to nie wy­pa­da w takim mo­men­cie wy­po­mi­nać Ukra­iń­com zbrod­ni sprzed sied­miu dekad.

We­dług niego to błąd, bo „nie cały ukra­iń­ski naród wy­ży­nał Po­la­ków sie­kie­ra­mi na Wo­ły­niu, tylko na­cjo­na­li­ści spod znaku OUN/UPA”. – Nie ma więc obaw o to, że gdy bę­dzie­my mó­wi­li o zbrod­niach tej for­ma­cji, ob­ra­żą się na nas wszy­scy Ukra­iń­cy. Na tych nie­licz­nych, któ­rzy rze­czy­wi­ście się ob­ra­żą – a więc obec­nych wy­znaw­cach ide­olo­gii Ban­de­ry – nie po­win­no nam zaś za­le­żeć. Co­kol­wiek byśmy nie zro­bi­li, oni i tak będą nie­na­wi­dzić „La­chów” – pod­kre­śla.

Z kolei zda­niem ks. Isa­ko­wi­cza-Za­le­skie­go rocz­ni­cę rzezi god­nie uczczo­no w Pol­sce, ale je­dy­nie na lo­kal­nych szcze­blach. – A w War­sza­wie była kom­pro­mi­ta­cja. Od­by­ła się msza w ko­ście­le na pl. Trzech Krzy­ży. Współ­or­ga­ni­za­to­rem był PSL, ale już wi­ce­pre­mier Ja­nusz Pie­cho­ciń­ski się nie po­ja­wił – mówi nam.

Wra­ca­jąc do wy­da­rzeń sprzed sied­miu dekad tak szef „Hi­sto­ria Do Rze­czy” jak i ks. Isa­ko­wicz-Za­le­ski ganią pol­skie przy­wódz­two z czasu II wojny świa­to­wej.

Zy­cho­wicz kry­ty­ku­je po­sta­wę kie­row­nic­twa Armii Kra­jo­wej. – Winę za to, co się stało, po­no­szą mor­der­cy. Nie zmie­nia to jed­nak faktu, że AK na Wo­ły­niu i w Ga­li­cji Wschod­niej za­wio­dła. Mimo roz­pacz­li­wych apeli o pomoc wy­sy­ła­nych przez mor­do­wa­nych Po­la­ków, Ko­men­da Głów­na AK w War­sza­wie nie zde­cy­do­wa­ła się na przy­sła­nie ja­kiej­kol­wiek re­al­nej od­sie­czy. Struk­tu­ry AK na Wo­ły­niu zo­sta­ły zaś zmo­bi­li­zo­wa­ne do­pie­ro w stycz­niu 1944 r., a więc pół roku po apo­geum mor­dów – wy­ja­śnia.

Nieco ina­czej ak­cen­ty roz­kła­da ks. Isa­ko­wicz-Za­le­ski. – Fakty są takie, że rząd Pol­ski w Lon­dy­nie jak i wła­dze Pod­ziem­ne­go Pań­stwa Pol­skie­go nie prze­wi­dzia­ły, że może dojść do lu­do­bój­stwa, mimo że od lu­te­go 1943 r. trwa­ły na­pa­dy sotni UPA na pol­skie wsie. „Krwa­wa nie­dzie­la” był dla nich cał­ko­wi­tym za­sko­cze­niem – mówi ksiądz z pod­kra­kow­skich Ra­dwa­no­wic.

Jak pod­kre­śla, „nie brano pod uwagę tego, że może dojść do cał­ko­wi­tej za­gła­dy Po­la­ków na tam­tych te­re­nach, a mor­do­wa­nie Po­la­ków bę­dzie tak sys­te­ma­tycz­ne jak Ho­lo­kaust”. – I nie­ste­ty nie przy­go­to­wa­no się na to. Słyn­na 27. dy­wi­zja wo­łyń­ska po­wsta­ła, ale już po wy­mor­do­wa­niu Wo­ły­nia i to do cał­kiem in­nych celów, czyli akcji Burza...

całość tu: wirtualnapolonia.com

polecam również: Pamięć Kaczyńskiego przed i po „głosowaniu nad prawdą” wołyńską.

70. rocznica zdobycia Wilna w operacji „Ostra Brama”.


07.07.2014 (IAR) – Na Wileńszczyźnie uczczono pamięć żołnierzy AK, poległych w operacji „Ostra Brama”. Rozpoczęła się ona 70 lat temu, a jej celem było oswobodzenie Wilna z rąk okupanta niemieckiego.

W 70. rocznicę operacji złożono kwiaty i zapalono znicze przy pomniku w Boguszach, gdzie 17 lipca 1944 roku oficerowie AK zostali rozbrojeni i aresztowani przez wojska radzieckie oraz przy pomniku w Krawczunach, gdzie 13 lipca 1944 roku została stoczona krwawa bitwa z oddziałami Wehrmachtu. W bitwie tej poległo 79 partyzantów AK, około 100 zostało rannych.

Uczestnicy obchodów – kombatanci, harcerze , miejscowi Polacy, wzięli udział w wieczornicy w Zułowie, miejscu narodzin marszałka Józefa Piłsudskiego, w powstającej tam Alei Pamięci Narodowej.

Na Wileńszczyźnie jest ponad 50 miejsc pamięci, związnych z działalnością Armii Krajowj na tym terenie. Opiekuje się nimi Związek Polaków na Litwie, lokalni mieszkańcy, harcerze.

Oeracja „Ostra Brama” była częścią akcji „Burza”, której celem było wyzwolenie przez AK Wileńszczyżny spod niemieckiej okupacji – zanim wkroczy Armia Czerwona. Operacja „Ostra Brama ” rozpoczęła się w nocy z 6 na 7 lipca 1944 r. Brało w niej udział około 12 i pół tysiąca żołnierzy Armii Krajowej i blisko 100 tysięcy – radzieckich. Wilna broniło 30 tysięcy wojsk Wermachtu. Zginęło około 500-et Ak-owców.

/IAR/ Renata Widtmann, Wilno/dw

07.07.2014 (IAR) – Zdobycie Wilna było próbą walki o Polskę – wspominają weterani biorący udział w operacji „Ostra Brama”. Akcja wyzwolenia miasta została rozpoczęta 7 lipca 1944 przez oddziały Armii Krajowej, w ramach akcji „Burza”. Jej głównym celem było samodzielne oswobodzenie Wilna z rąk Niemców, zanim zrobi to Armia Czerwona.

Kapitan Zbigniew Maleszewski pseudonim „Zbych” wspomina, że rozkaz ruszenia na Wilno był wyczekiwany i kiedy padł, przyjął go wraz z kolegami z wielką radością. „Nareszcie” – mówi kapitan – i dodaje w rozmowie z Informacyjną Agencją Radiową, że „trzeba było przepędzić Niemców, szliśmy do walki, by wywalczyć niepodległość, a Wilno zachować dla Polski”.

Zbigniew Maleszewski wspomina, że wśród jego kolegów – żołnierzy na Wileńszczyźnie – panowała niezwykła atmosfera. Weteran mówi, że miał wtedy 20 lat i „ręce mu się trzęsły, by wziąć do ręki broń i ruszyć do walki”, która – dodaje – nie była obowiązkiem lecz potrzebą.

Major Stanisław Oleksiak wspomina, że decyzja o ataku na Wilno cieszyła, ale żołnierze Armii Krajowej zdawali sobie sprawę, że ta bitwa będzie niezwykle trudna i ważna. „Wiedzieliśmy – tłumaczy kombatant – że zdobycie miasta, którego zakamarków nie znamy, nie będzie łatwą sprawą”. Zarazem – dodaje major Oleksiak – zdobycie Wilna miało być zaakcentowaniem polskości Kresów, a marzeniem żołnierzy było przywitanie Armii Czerwonej w wolnym, polskim Wilnie.

To marzenie spełniło się tylko połowicznie. Tylko część oddziałów AK i to we współpracy z Armią Czerwoną 13 lipca zdobyła Wilno. Kilka dni później sowieci aresztowali głównych dowódców AK oraz ponad 5 tysięcy 700 polskich żołnierzy.

Major Seweryn Tom pseudonim „Igrek” wspomina, żebył to niezwykle bolesny cios. Weteran tłumaczy, że niezwykle gorzkie było to, że AK-owcy chcieli i pomogli Armii Czerwonej zdobyć Wilno, a sowieci za to wypędzili z miasta Polaków, żołnierzy wywieźli, uwięzili, a nawet mordowali.

Operacja „Ostra Brama” była niezgodna z między alianckimi ustaleniami wielkiej trójki co do przynależności państwowej Wilna. Dlatego Brytyjczycy ją przemilczeli, a na zachodzie o tym wydarzeniu nie słyszano. Zarazem Wilno, na mocy alianckich ustaleń o Linii Curzona, na zawsze zostało oddzielone od Polski.

Informacyjna Agencja Radiowa IAR Witold Banach/ab

źródło: stooq.pl

fragment opracowania autorstwa Sebastiana Kleina:

Zmiany w międzynarodowej sytuacji politycznej, rzutujące na projekty strategiczne mocarstw sojuszniczych, zostały powodowane realizacją znanych nam już dzisiaj postanowień powziętych na konferencji Wielkiej Trójki w Teheranie, jesienią 1943r. Nastąpiła wtedy zmiana koncepcji strategicznej sprzymierzonych, w której AK przestała być istotnym ogniwem w planach strategicznych państw sprzymierzonych. Pierwotnym zamierzeniem aliantów było uderzenie sprzymierzonych z Afryki przez Bałkany. Przygotowywana od dłuższego czasu operacja AK nosiła kryptonim „Bariera”. Nowym zadaniem AK stało się w tej sytuacji wywalczenie uznania dla siebie, jako reprezentanta całego narodu. Dalsze zmiany sprawiły, że dowództwo AK, po uzgodnieniu z rządem emigracyjnym, poddało rewizji pierwotny plan powstania powszechnego i w listopadzie 1943r. opracowało nowy, znany pod kryptonimem „Burza”. Plan akcji zakładał, że kraj wystąpi do walki strefami, poczynając od wschodu. 

GENEZA OPERACJI „OSTRA BRAMA”

Założeniem operacji „Ostra Brama” było wykorzystanie odwrotu wojsk niemieckich na froncie wschodnim oraz spowodowanych tym odwrotem nastrojów paniki i osłabienia garnizonu niemieckiego w Wilnie i zajęcie miasta przez oddziały Armii Krajowej przed nadejściem jednostek Armii Radzieckiej. Koncepcji tej przyświecały dwa cele – militarny i polityczny.

Cel militarny polegał na zadaniu Niemcom możliwie bolesnego i skutecznego operacyjnie ciosu przez zajęcie dużego ośrodka administracyjnego i węzła komunikacyjnego a także uniemożliwienie 4 ewakuacji urządzeń przemysłowych, taboru kolejowego i zapasów. Chodziło również o zapobieżenie zniszczeniu ważnych dla miasta obiektów komunalnych przez wycofujące się wojska niemieckie. Cel ten zakładał wprowadzenie do walki o miasto wszystkich lub większości oddziałów partyzanckich obu okręgów: wileńskiego i nowogródzkiego.

Cel polityczny operacji był niemniej doniosły niż cel militarny. Polegał on na tym, że po zajęciu Wilna własnymi siłami, Armia Krajowa po nadejściu wojsk radzieckich, miała wystąpić w roli gospodarza terenu witającego armię sojuszniczą. Liczono, że opanowanie Wilna przez Armię Krajową i przekazanie go wojskom radzieckim z zachowaniem własnej administracji cywilnej, mogłoby stworzyć przesłanki do ponownego nawiązania stosunków między rządem emigracyjnym a Związkiem Radzieckim, w drodze uznania de facto agend rządu londyńskiego.

Na planowanie operacji „Ostra Brama” podczas konferencji wileńskiej w kwietniu 1944r., wywarły wpływ przykłady opuszczania przez Niemców, pod naciskiem Armii Radzieckiej, wielu dużych miejscowości i rozległych terenów na wschodzie. Niemcy wywozili z fabryk maszyny i zapasy surowca, wysadzali mosty i budowle użyteczności publicznej, palili domy mieszkalne a ludność w tym kobiety, dzieci i starców, ewakuowali przymusowo na zachód w głąb Rzeszy do pracy niewolniczej. Konferencja wileńska musiała wziąć pod uwagę również możliwość zagrożenia Wilna ze strony Litwinów i to nie tylko kolaborantów. Na podstawie oceny sytuacji w marcu 1944r., w okresie organizowania na terenie Litwy i przerzucania na wileńszczyznę oddziałów litewskich, ochotników Litauische Sonderverbande generała Plechawicziusa, można się było obawiać, że Niemcy ustępując z Wilna przekażą je Litwinom – kolaborantom, którzy mogą dokonać krwawej rozprawy z mieszkańcami pochodzenia polskiego na podstawie od dawna przygotowywanych list proskrypcyjnych. Jednym z zamiarów nacjonalistów litewskich było powstanie Litewskiej Armii Wolności (Lietuvos Laisves Armija).

Kwietniowej konferencji przewodniczył A. Krzyżanowski („Wilk”). Z ramienia Komendy Głównej uczestniczył w niej mjr dypl. Maciej Kalenkiewicz ( „Kotwicz” ), związany ściśle z Oddziałem III (operacyjnym), Sztabu Komendy Głównej i z dowództwem Okręgu Nowogródzkiego AK.Poza nim, udział w konferencji wzięli: ppłk Lubosław Krzeszowski („Ludwik”), szef sztabu Okręgu Wileńskiego AK oraz dr med. Jerzy Dobrzański („Maciej Irwit”), zastępca delegata rządu i osobisty doradca „Wilka”. Dowództwo Okręgu Nowogródzkiego AK zostało poinformowane o konferencji dopiero po jej zakończeniu. 5 Jednocześnie ułożono nowy plan akcji „Burza”. Koncepcja ta wraz z wnioskami została zreferowana przez „Wilka” w Warszawie w maju 1944r. i zaakceptowana przez Komendę Główną AK… (całość tu: OPERACJA „OSTRA BRAMA”)

Po nieudanych operacjach „Burza” i „Ostra Brama”, stało się już oczywiste dla rządu emigracyjnego i Komendy Głównej AK, że współpraca z Armią Czerwoną jest wręcz niemożliwa i stanowi śmiertelne zagrożenie dla polskiego podziemia prawicowego. W konkluzji tego, chciałbym postawić dzisiaj już raczej retoryczne pytanie: dlaczego w świetle tamtych tragicznych wydarzeń podjęto decyzję o wybuchu Powstania Warszawskiego 1 sierpnia 1944r., w wyniku czego uległa zagładzie stolica naszego kraju, a kilkaset tysięcy ludzi straciło życie. Czy znowu ktoś z ówczesnych decydentów liczył na to, jak w przypadku Wilna, że przy wsparciu Armii Czerwonej wyzwolimy miasto, co pozwoli nam, tym samym, samodzielnie określić przyszły charakter ustrojowy państwa? Na kresach w ostatniej fazie walk ponieśliśmy olbrzymie straty w ludziach zarówno dzięki Sowietom jak ich kolaborantom. Mam na myśli Litwinów, Białorusinów i Ukraińców. Jak w lustrze tamtych wydarzeń odbił się los naszej stolicy, skąpanej we krwi, samotnej, wołającej do świata o pomoc w postaci najpierw broni, a później żywności i leków. Metodycznie unicestwiana na oczach Europy i świata, w obliczu bezczynnie stojącej na prawym brzegu Wisły Armii Czerwonej i Armii gen Berlinga.

Wiele tych i podobnych wątpliwości nurtuje nasz naród po dzień dzisiejszy. Wśród jednych, toczą się zażarte dyskusje na temat celowości tego zrywu. U innych zaś, tamte wydarzenia historyczne, spychane są w niepamięć i niebyt. A przecież ktoś kiedyś powiedział, że naród bez własnej historii i tradycji, jest narodem okaleczonym. Dlatego moja skromna praca ma posłużyć tym, których zawiodła pamięć i zagubili swoją tożsamość narodową na rzecz wielu innych, jakże ulotnych w dzisiejszym świecie, wartości.

podobne: Powstanie warszawskie: „strumień wody może być obrócony na koło młyńskie i przynosić pożytek, albo obrócony na dom i zalać go i zniszczyć” oraz: Burza

File:Wilno ak 1.png

Jacek Drozd: „Sarmacki Katyń” – bitwa pod Batohem (czerwiec 1652)


fragment:

W 1652 roku powstanie Chmielnickiego trawiło wschodnie kresy Rzeczypospolitej już od ponad czterech lat. We wzajemnych zmaganiach militarno-politycznych szczęście raz było po jednej, raz po drugiej stronie. Wydawało się, że po porażkach militarnych doznanych przez Kozaków pod Beresteczkiem i Łojowem oraz po zawarciu z nimi kolejnej ugody w Białej Cerkwi w 1651 roku, pozycja Bohdana Chmielnickiego została zachwiana (wewnątrz wojska zaporoskiego uaktywniły się w tym czasie elementy opozycyjne wobec hetmana), a wystąpienie Kozaków i miejscowej ludności przeciwko Rzeczypospolitej traci na sile. Bardzo szybko okazało się jednak, że były to płonne nadzieje. Hetman kozacki zdołał bowiem spacyfikować wewnętrzną opozycję skierowaną przeciwko niemu, skonsolidować i odbudować wojsko zaporoskie, które doznało znacznych strat w roku poprzednim oraz podjąć nowe, śmiałe i agresywne działania na arenie międzynarodowej, wykorzystując poparcie jakiego ciągle udzielali mu Tatarzy i Chanat Krymski. Jego nowym celem polityczno-wojskowym stało się w 1652 roku Hospodarstwo Mołdawii. Pragnął on bowiem skłonić tamtejszego hospodara Bazylego Lupu do odstąpienia od – bardzo niebezpiecznych z jego punktu widzenia – kontaktów z Rzeczpospolitą, jednocześnie zmuszając do zacieśnienia związków z Kozaczyzną m.in. poprzez ożenek swego syna Tymofieja z córka hospodara mołdawskiego – Rozandą, w myśl zawartego w 1650 roku porozumienia pomiędzy nimi. Dla Rzeczypospolitej taki związek Mołdawii z Kozakami był absolutnie nie do przyjęcia i zaakceptowania, gdyż groził „usadowieniem” się dynastii Chmielnickich w jej tradycyjnej strefie wpływów oraz powodował że potencjalny front walki z Kozakami stawał się jeszcze dłuższy, a oni sami zyskiwaliby nowe możliwości w dziedzinie zaopatrzenia i aprowizacji swoich wojsk walczących przeciwko niej.

Wyżej wymienione czynniki, w połączeniu z nierespektowaniem (przez obie strony) postanowień ugody białocerkiewskiej powodowały, że nowa kampania wojenna na Ukrainie w 1652 roku stawała się coraz bardziej prawdopodobna. Obie strony konfliktu zaczęły więc przygotowywać się do nieuchronnego starcia, choć strona polska początkowo zlekceważyła zagrożenie kozackie[1]. Historycy spierają się co do liczebności walczących ze sobą w czerwcu 1652 roku wojsk koronnych i kozacko-tatarskich[2]. Od stycznia 1652 roku wojska koronne rozlokowane były w kilku grupach rozmieszczonych na Zadnieprzu, Kijowszczyźnie, Podolu i Bracławszczyźnie[3]. Dowodzący wojskami koronnymi hetman polny Marcin Kalinowski zarządził koncentrację wojsk z Zadnieprza koło Kijowa, na polecenia, które kierował do niego król Jan Kazimierz w kwietniu 1652 roku. I już na tym etapie zaczęły się dla strony polskiej kłopoty. Wojska „zadnieprskie”, którymi miał dowodzić hetman polny zbierały się bowiem zbyt późno, aby w całości przejść na prawy brzeg Dniepru i będąc dodatkowo w rozproszeniu, docierały pod Batoh ze sporym opóźnieniem. Jak miało się później okazać, był to jeden z decydujących czynników w poniesionej przez Polaków klęsce. W rozsyłanych w kwietniu 1652 roku do poszczególnych pułków ordynansach, hetman polny wyznaczał miejsce koncentracji całości armii koronnej w jego dobrach nad Bohem, miedzy Ładyżynem a Czetwertynówką. Ostatecznie, jak szacuje Tomasz Ciesielski [Od Batohu do Żwańca. Wojna na Ukrainie, Podolu i o Mołdawię 1652-1653, Zabrze 2007], w obozie pod Batohem mogło znajdować się 10 do 12 tys. wojska oraz kilka tysięcy czeladzi, co łącznie dawałoby ok. 20 tys. ludzi wraz z artylerią[4]. Przybyła pod Batoh armia koronna, rozlokowana została w słabo obwarowanym obozie, wytyczonym przez syna hetmana polnego, Samuela Kalinowskiego. Właściwie to sypanie szańców i redut rozpoczęto dopiero w momencie zagrożenia atakiem nieprzyjaciela, a obóz rozciągał się na równinie, którą osłaniały rzeka Boh oraz niskie wzgórza. Dodatkowo obóz ten był tak rozciągnięty, że „żeby go sto tysięcy ledwie obroniło”. Sytuacje strony polskiej dodatkowo komplikował fakt braku autorytetu Marcina Kalinowskiego u swych podwładnych oraz zdrada Kozaków z pułku humańskiego, którzy choć rekrutowali się z dóbr Kalinowskich, to pod koniec maja 1652 roku przeszli pod komendę Bohdana Chmielnickiego. Strona przeciwna – czyli Kozacy i Tatarzy – parła do bitwy, będąc świadomą swej przewagi liczebnej. Kozakami powodowała ogromna chęć rewanżu za klęskę pod Beresteczkiem – i jak to się wyraził Tomasz Ciesielski – polską „okupację” Ukrainy w okresie od jesieni 1651 roku do wiosny 1652 roku[5]. Poza tym spodziewano się w obu obozach sprzymierzonych wojsk kozacko-tatarskich uzyskać sowite łupy, głównie na terenie Mołdawii. W maju 1652 roku starszyzna kozacka i tatarska zebrana w Czehryniu, zdecydowała o podjęciu działań przeciwko hospodarowi mołdawskiemu, mających na celu „przymuszenie” go do realizacji postanowień wyżej wspomnianego układu, a także zadecydowała o wypowiedzeniu wojny Rzeczypospolitej.

Koncentracja wojsk kozackich odbyła się 22 maja w Birkach nad Taśminą, a 24 maja wojska kozackie połączyły się z posiłkami tatarskimi, osiągając według różnych szacunków historyków polskich i ukraińskich liczebność od 20 do 25 tys. ludzi. 27 maja rozpoczęły one marsz w kierunku Mołdawii pod wodzą Tymofieja Chmielnickiego, zbliżając się końcem maja do obozu polskiego, rozlokowanego jak wiemy pod Batohem. Trzeba dodać, że strona polska wiedziała, m.in. dzięki rozesłanym wcześniej podjazdom, o ruchach wojsk kozacko-tatarskich, ale nie znała ich siły, składu i dokładnego miejsca obozowania. Poza tym, o marszu korpusu interwencyjnego na Mołdawię ostrzegał w swym liście do hetmana Marcina Kalinowskiego z 31 maja 1652 roku Bohdan Chmielnicki. Bitwa rozpoczęła się 1 czerwca od „rozpoznawczego” ataku niewielkich oddziałów jazdy tatarskiej na polskie pozycje rozłożone wokół obozu. Tatarzy zagarnęli m.in. w tych wstępnych harcach polskie konie oraz starli się z jazdą wysłaną im naprzeciw przez hetmana polnego Marcina Kalinowskiego. Tenże oddział jazdy, po napotkaniu głównych sił przeciwnika starła się z nim, lecz po doznaniu poważnych strat, powrócił do swego obozu. Starcia te odwróciły jednakże skutecznie uwagę strony polskiej, biernie oczekującej na rozwój wydarzeń, od przeprawy jaką rozpoczęli w tym czasie Kozacy przez rzekę Boh. Po tej udanej przeprawie, podeszli oni skrycie pod polskie pozycje, a główne siły ordy tatarskiej połączyły się z wcześniej wspominanymi oddziałami „rozpoznawczymi”. Pierścień kozacko-tatarski powoli zaczął się zamykać wokół wojsk polskich.

Hetman Marcin Kalinowski dążył do stoczenia z przeciwnikiem bitwy kawaleryjskiej, ale dały o sobie znać niewielki autorytet hetmana wśród wojska oraz jego niesubordynacja, spowodowana wielomiesięcznym niewypłacaniem należnego żołnierzom żołdu. Na nocnej naradzie generał artylerii Zygmunt Przyjemski proponował hetmanowi, by ten wraz z częścią jazdy wyrwał się z obozu i uchodził do Kamieńca Podolskiego. Radził on także by radykalnie zmniejszyć powierzchnie polskiego obozu, tym samym ułatwiając obronę pozostałej w nim artylerii i piechocie. Jednakże hetman Kalinowski zdecydował się pozostać w obozie. Według niektórych relacji pamiętnikarskich z tej bitwy, 2 czerwca, po południu, rozpoczął się atak nieprzyjacielski na polskie pozycje i już po godzinie wojska koronne były rozbite…

całość tu: kresy.pl

poprzednio: Staropolscy kondotierzy Lisowczycy podobne: Kowalski: obecne władze w Kijowie są wrogie wobec Polaków. Poroszenko podpisał ustawę uznającą prawny status bojowników o wolność, w tym członków UPA (nazizm i komunizm na cenzurowanym). IPN-y Polski i Ukrainy powołają platformę dialogu historycznego. oraz: 11 lipca 1943 – Najkrwawsza niedziela w dziejach polskiego narodu. Wciąż trudno wybaczyć zbrodnię wołyńską. Uczcijmy pamięć o sprawiedliwych Ukraińcach. Zadeptana rocznica. i to: Rzeź wołyńska. Poliszczuk: Potępić UPA!

Bitwa pod Beresteczkiem 28 czerwca-10 lipca 1651 - Artur Orlenov

Bitwa pod Beresteczkiem 28 czerwca-10 lipca 1651 – Artur Orlenov

Traktat ryski czyli rozwód Jadwigi z Jagiełłą. Jak wolna Polska obeszła się z Kresami oczami Szubarczyka, Mackiewicza, Woyniłłowicza i Korwin Milewskiego.


„Podpisany w Rydze traktat graniczny polsko-bolszewicki był najważniejszą międzynarodową umową odrodzonej Rzeczypospolitej, choć nikt z tego traktatu nie był zadowolony. Wschodnia granica Polski daleko odbiegała od linii granicznej Rzeczypospolitej sprzed I rozbioru. Na terenie Bolszewii zostały tysiące Polaków, którzy pod koniec lat 30. będą poddani ludobójczej „operacji polskiej” na rozkaz Stalina. Nowa granica rozdzielała także tereny zamieszkiwane przez Ukraińców i Białorusinów, co przysporzy II RP wielu problemów. Polska nie była ani federacją, ani państwem etnicznym. Do tego bolszewicka zaborczość i perspektywa niemiecko-sowieckiego porozumienia ponad głowami Polaków, które stanie się faktem w roku 1939.

Mimo wszystko, traktat ryski trzeba uznać za polski sukces militarny i dyplomatyczny.

Podpisano go dzień po uchwaleniu przez Zgromadzenie Narodowe konstytucji marcowej. To były dwa najważniejsze dni w historii Polski roku 1921. 18 marca na uroczystym posiedzeniu trzech delegacji (polskiej, rosyjsko-bolszewickiej i ukraińsko-bolszewickiej) minister Jan Dąbski a ze strony bolszewickiej Adolf Joffe odczytali i podpisali 3 wersje językowe traktatu: polską, rosyjską i ukraińską.

15 kwietnia Sejm RP zatwierdził ustalenia traktatowe, a następnego dnia naczelnik państwa Józef Piłsudski ratyfikował je w imieniu Rzeczypospolitej.

30 czerwca 1921 r. Polska nawiązała stosunki dyplomatyczne z Rosją bolszewicką.

Postanowienia traktatu ryskiego:

Stan wojny pomiędzy Polską i Rosją bolszewicką ustaje.

Strony uznały „niepodległość” Ukrainy i Białorusi [!], czyli usankcjonowały fikcję „niepodległości” „republik socjalistycznych” podporządkowanych Bolszewii.

Określono przebieg granicy państwowej między Polską a Rosją, Białorusią i Ukrainą. Szczegóły uściśliła później w terenie mieszana Komisja Graniczna.
Zagadnienie terenów spornych między Polską a Litwą traktat pozostawiał zainteresowanym. Polacy załatwili kwestię Wileńszczyzny w następnym roku, nie czekając na żaden arbitraż międzynarodowy (tzw. „bunt Żeligowskiego”).
Wzajemnie zrzeczono się wszelkich zobowiązań, powstałych w okresie Imperium Rosyjskiego. Gwarantowano wzajemnie poszanowanie suwerenności i nietolerowanie na swych terytoriach jakichkolwiek przedsięwzięć skierowanych przeciwko którejś ze stron traktatu.
Po obu stronach linii granicznej gwarantowano możliwość wyboru obywatelstwa dla zainteresowanych. Gwarantowano prawo do repatriacji.

Gwarantowano prawa mniejszości narodowych na terenie państwowym drugiej strony. Prawa do swobodnego rozwoju kultury, wykonywania obrządków religijnych, posługiwania się językiem narodowym.

Gwarantowano poszanowanie autonomii wewnętrznej kościołów i związków wyznaniowych, poręczano użytkowanie przez nich majątku niezbędnego dla wykonywania posługi religijnej i utrzymania duchowieństwa.
Strony zrzekły się wzajemnie zwrotu poniesionych w związku z wojną kosztów i odszkodowań wojennych.

Zobowiązywano się do poszanowania miejsc pochówku ofiar wojny, prawa do ekshumacji i wzniesienia pomników.

Zadeklarowano amnestię w sprawach o charakterze politycznym.

Regulowano wzajemne zobowiązania odnośnie do zabytków ruchomych i archiwaliów. Odnosiło się to przede wszystkim do uprawnień strony polskiej. Strona bolszewicka zobowiązywała się do zwrotu przedmiotów wywiezionych do Rosji lub do Ukrainy od 1 stycznia 1772 r. z terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.

Z tytułu aktywnego udziału ziem Rzeczypospolitej Polskiej (w granicach II RP) w życiu gospodarczym byłego Imperium Rosyjskiego, Rosja sowiecka i Ukraina sowiecka w ciągu roku od daty ratyfikacji traktatu wypłacą Polsce 30 mln rubli w złotych monetach lub sztabach.

Uregulowano kwestię reewakuacji mienia osób prywatnych, samorządów, instytucji niepublicznych – ewakuowanych na wschód po wybuchu I wojny światowej. Wyznaczono 18 miesięcy od ratyfikacji na te zwroty. Podobnie w sprawach wierzytelności bankowych – zarówno kapitału państwowego, jak i prywatnego.
Zwolniono Polskę ze zobowiązań odnośnie do udziału ziem Rzeczypospolitej w zadłużeniu państwowym byłego Imperium.
Traktat zobowiązywał strony do podjęcia rokowań w sprawach zawarcia szczegółowych umów o współpracy handlowej, konwencji konsularnej, umowy pocztowej, telegraficznej i kolejowej, sanitarnej, weterynaryjnej i żeglugowej.

Strony przyznały sobie wzajemnie prawo tranzytu, z wyjątkiem towarów o charakterze wojskowym i prohibicyjnym.

Zobowiązano się do pilnego nawiązania stosunków dyplomatycznych po ratyfikacji.

Traktat ryski – choć per saldo bardzo dla Polski korzystny – nie miał szans na pełną realizację – ze względu na totalitarny charakter bolszewickiego państwa i praktykę niewywiązywania się przez to państwo ze zobowiązań międzynarodowych, traktowanie umów z innymi państwami wyłącznie w kategoriach taktycznych, okłamywanie drugiej strony i podawanie fałszywych danych.

Traktat obowiązywał formalnie aż do konferencji poczdamskiej. W praktyce był przez Sowiety naruszany od samego początku, a w roku 1939 został podeptany do spółki z Hitlerem. W roku 1945 do spółki z „aliantami” Polski…

Po wojnie komunistyczni kolaboranci Stalina w Polsce chętnie przywoływali konstytycję marcową, by mydlić Polakom oczy „demokracją”. Do traktatu ryskiego nigdy się nie odwoływali, bo nie mieli do tego pozwolenia Stalina. Polska nie była już suwerennym państwem, lecz dominium sowieckim.

źródło: wolnapolska.pl

…i fragment z Stanisław Cat Mackiewicz, „Historia Polski  od 11 września 1918 do 17 września 1939″:

„…Ziemie wschodnie dawniej Rzeczypospolitej podzielono pomiędzy Sowietami a Polską w ten sposób, że bolszewicy otrzymali większość tych ziem, my – mniejszość. Na swoich ziemiach bolszewicy, oczywiście, zorganizowali państwa bolszewickie, które dając Ukraińcom i Białorusinom wszelką zresztą swobodę używalności ich języków, uniemożliwiłyby im propagowanie aspiracji narodowych. Każde hasło narodowoukraińskie było prześladowane tam z energią, siłą i okrucieństwem, na które nigdy by nie stać było państwa polskiego. W ten sposób ukraińskie czy też białoruskie hasła narodowe mogły już teraz rozbrzmiewać i działać tylko na naszym terytorium, czyli ewentualny rozwój nacjonalizmu ukraińskiego, albo białoruskiego, nie zmieniałby już w niczym statutu terytorialnego Rosji sowieckiej, natomiast uderzyłby w Polskę. Nacjonalizm ukraiński czy też białoruski nie mógł już teraz być użyty do rozczłonkowania Rosji, mógł osłabić tylko Polskę. Ten układ stosunków zmuszał nas po prostu do zaniechania pomocy Ukraińcom w emancypacji, zmuszał nas do stosowania wobec nich programu Dmowskiego, czyli dążenia do ich narodowej asymilacji i połączenia z narodem polskim

Polska otrzymała tyle Ukraińców i Białorusinów, ile mogła ich strawić – oto było zwycięstwo programu Dmowskiego i Grabskiego.

Wydawało się to rozsądne w tej chwili. W roku 1921 jesteśmy w zenicie doktryny państwa narodowego. Zdaje się wtedy ogólnie, że państwa narodowe należą do przeszłości, nie mają przyszłości. Wielka wojna podniosła zasady polityki narodowościowej Napoleona III do wysokości kanonu i doktryna Dmowskiego była ogólnie zrozumiała, natomiast dążenia Piłsudskiego istotnie nie odpowiadały duchowi czasu… (całość tu: niezlomni.com)

podobne: Gloria victoribus! czyli… 93. rocznica Bitwy Warszawskiej 1920 roku polecam również: „Rewia Kawalerii” czyli Wojsko Polskie w przededniu wybuchu wojny niemiecko-polskiej 1939 roku. Zarys sytuacji politycznej i wojskowej.

„…Warszawa chciałaby o kresach, rzuconych dobrowolnie na żer bolszewikom, zapomnieć, Warszawa cieszy się pokojem, kosztem kresów osiągniętym i tylko rachuje zyski, jakie z otwartej granicy rosyjskiej osiągnąć potrafi. Jeżeliby np. niespodzianie wyszedł dekret, usuwający kresowców z Warszawy, nikogo by to nie zadziwiło przy panującym nastroju. Na trybunę wszedł prezes Komitetu Obrony Kresów, Wasilewski, i z ciężkiem uczuciem zaznaczył, że organizacje kresowe miały fundusze i chciały urządzić dla wracających punkt obiadowy, urządzić dla nich czytelnię i t. p., ale otrzymały od władz formalne oświadczenie, że jest na to organizacja rządowa „Jur” i że organizacjom kresowym do tego wtrącać się nie należy.

Ponieważ na zebraniu był obecny mecenas Porębski, który jako delegat kresowców jeździł do Rygi, podjąłem sprawę traktatu pokojowego z dnia 18 marca, w którym interesy kresowców zupełnie zaniedbane zostały, a specjalnie tych, którzy na terytorjum Kongresówki się schronili, czyli prawie wszystkich, albowiem § VI głównie tyczy się tych, którzy znajdują się na terytorjach Białorusi i Ukrainy. Mecenas Porębski naprzód protestował, że źle interpretuję tekst traktatu, a gdy odczytaniem tekstu słowa swoje potwierdziłem, dowodził, że w „Rzeczypospolitej” omyłkowo było wydrukowane. Nie chcąc pogłębiać i tak ciężkiego i beznadziejnego nastroju zebrania, odłożyłem wyjaśnienie do bytności mojej w prezydjum naszych organizacyj na Długiej. I tam jeszcze spotkałem się z zarzutem pesymistycznej interpretacji, aż dopiero interpelacja posła Seydy na posiedzeniu komisji sejmowej spraw zagranicznych w dniu 11 kwietnia, mojemi prawie słowami wypowiedziana, oprzytomniła zainteresowanych, a rzecz znamienna, rząd przyznał się do niemożności wyjaśnienia sprawy i polecił ks. Sapieże przyśpieszyć dochodzenie. Z tego jednego faktu wywnioskować można, jak dalece Joffe wiedział, czego chce, jak dalece delegacja ryska polska stała niżej od rosyjskiej, skoro nie rozumiała, co podpisuje i jak jej sprawy, tyczące się kresów, były obojętne. Niewyjaśniona też i dotychczas pozostała sprawa, czy nam kresowcom, dla obrony naszych spraw majątkowych, wskazane jest lepiej brać świadectwo w odnośnych urzędach, że jesteśmy obywatelami polskimi, czy też raczej uważać siebie za poddanych Bolszewji i, korzystając z praw opcji prosić o przyjęcie do poddaństwa polskiego, ponieważ optanci mają zastrzeżone traktatem pewne prawa majątkowe, zaś obywatele polscy korzystają w Bolszewji tylko z praw najbardziej uprzywilejowanych narodowości. Jaki w ogóle nastrój panował dla kresowców w Warszawie, dosyć będzie stwierdzić, że, gdy w komisji sejmowej była podjęta sprawa obrony mienia kresowców w Bolszewji i omawiano, azali nie należy przed ratyfikacją pokoju sprawy tej poruszyć, większością jednego głosu interpelacja zamierzona upadła i co dziwniejsza, jakoby tym jednym głosem był poseł Kamieniecki, widocznie antykresowym duchem zarażony. Więc też z wielkim aplauzem sprawa pokoju w Sejmie przeszła: zgrzytem tylko było, wyrzucone przez obecnego na galerji sejmowej hr. Henryka Grabowskiego, prawnuka po kądzieli Reytana, słowo „hańba” i wyrzucone przez niego na głowy posłów sejmowych proklamacje. Demonstrant został przez milicję zatrzymany, a pisma warszawskie zajście zbagatelizowały, jako tylko niewłaściwe zakłócenie porządku obrad sejmowych. Traktat był trzy razy odczytany i ratyfikowany. Cześć wam, posłowie suwerenni, za 4 rozbiór kraju! Zaiste, dziwne to jest niezrozumienie całej ważności kresów dla Polski, tak ze strony władzy, jak społeczeństwa w Warszawie i ciągłego lekceważenia interesów kresowych, graniczące nieraz z niesumiennością, że się powołam chociażby na fakt następujący: 3 listopada 1918 r. był wydany dekret o pierwszej pożyczce państwowej, która miała być wypłacona dłużnikom 1 listopada 1919 r. „w takiej walucie, w jakiej wydana została, a jeśli będzie ustalona inna waluta w państwie, to w takiej walucie”. Koroniarze i wielkopolanie subskrybowali naturalnie w markach; galicjanie w koronach; kresowcy w rublach. Ponieważ państwo gwałtownie potrzebowało pieniędzy, a myśmy jeszcze nie wiedzieli, że będziemy, jako „wrzód białoruski’’ operowani, szła między nami silna propaganda możliwie usilnej subskrypcji i chude kieszenie białoruskie wypróżniały się do dna. Nie będę mówił już o tem, że kwestja walutowa i dotąd nierozstrzygnięta. Nie o to nawet chodzi, że gdyśmy, wracając chwilowo do siedzib naszych w jesieni 1919 roku i, licząc na sukurs w zwróconej według dekretu 3 listopada 1918 r. pożyczce, pomocy tej nie otrzymali, bo może Skarb nie był w możności wypłaty, ale niesprawiedliwość w tem nie do darowania, że ta niesłowność tyczyła się tylko kresów...” (fragment wspomnień Edwarda Woyniłłowicza)

źródło: coryllus.pl

„Zatrzymałem się dłużej na historii tego długotrwałego zajazdu przez dziewiątą dywizję wojsk polskich na mój majątek Łazduny, bo, o ile wiem, stanowił najbardziej jaskrawy epizod tej „bandyckiej” okupacji (jak mówiono w polskim Sejmie) Kresów Wschodnich w październiku 1920 r. A znowu ta okupacja, kompletny przewrót w ciągu trzech miesięcy sposobu rządzenia tymi Kresami w porównaniu z rokiem 1919-1920, już wspomniany system odpolszczenia kraju, który trwa dotychczas, warunki zawartego z Rosją Sowiecką w Rydze traktatu, wszystko razem stanowi zagadkę, której normalny człowiek sobie nawet wytłumaczyć nie może inaczej jak na podstawie nieraz stwierdzonego „instynktu samobójczego” polskiego narodu. A to wszystko musi pociągnąć za sobą już dziś nieodwołalne skutki dla przyszłości tego narodu.

Należę do tych licznych sceptyków, którzy uważają przyszłość polskiego Państwa w jego kształcie obecnym jako problematyczną; sądzę owszem, że narodowość polska w tej lub innej formie przetrwa jeszcze długie czasy, zatem jeszcze będzie miała swoją historię; to jest swego rodzaju perz, którego w ciągu stu dwudziestu lat ani niemiecki pług, ani rosyjski topór wykorzenić nie potrafiły.(…)

Nawet dzisiaj, kiedy o nas już coś wiedzą na Zachodzie, zapytajcie się przeciętnego Anglika lub Francuza, o jakich znakomitych Polakach on słyszał od czasu zagłady polskiego państwa, on wyliczy wam grodzieńskiego szlachciurę Kościuszkę, Wołyniaka ks. Józefa Poniatowskiego, także Wołyniaka ks. Adama Czartoryskiego, Nowogrodzianina Adama Mickiewicza, o ile jest artystycznie wykształconym, Mińszczuka St. Moniuszkę, Grodzieńczuka Henryka Sienkiewicza, urodzonego w Wilnie, wychowanego w Krzemieńcu Słowackiego, Podolanina Paderewskiego. O prawdziwie wielkich Koroniarzach, jak Aleksandrze Wielopolskim, ten cudzoziemiec nie wie, bo przed pół wiekiem jego właśni rodacy zjedli go w ciągu dwóch lat, a o Zygmuncie Krasińskim dlatego, że sam nie chciał, żeby ci cudzoziemcy o nim wiedzieli.

Otóż od jesieni 1920 r., dzięki już opisanemu systematycznemu odpolszczaniu Kresów oraz zbrodniczemu traktatowi w Rydze, dokonywuje się to, co można by nazwać „rozwodem Jadwigi z Jagiełłą”. I to nieodwołalnie, bez możebności przyszłego pogodzenia, bo z jednej strony nikt już temu cieśli senatora Korostowcewa, który jesienią 1920 roku pytał się z przerażeniem, co to za człowiek ten Białorus i skąd on się wziął, nie wyjmie z głowy, że tym Białorusinem jest on sam, i że między nim a Polakiem jest antagonizm nie tylko klasowy (o czym zawsze wiedział) lecz i narodowościowy, a z drugiej strony, kiedy Rzeczpospolita Polska, co jest rzeczą najdalej jednego pokolenia, wyzuje z majątków całą szlachtę polską kresową, wszystkich tych „Niedobitowskich na bastionie wschodnim” Marii Rodziewiczówny, którzy jeszcze się pazurami trzymają tej swojej gleby, co dzień pod nimi się kurczącej jak skóra szagrynowa Balzaka, to z nimi na wieki wieków zgaśnie ten płomień polskości, który się tam wbrew wszystkim gwałtom rosyjskim utrzymywał i nawet rósł aż do czasów ostatnich. Na to, żeby wśród danej ludności wyrobiła się „śmietana” narodowa, potrzebne są liczne pokolenia: na to, żeby wyschła, jak to widzimy obecnie w Rosji, wystarcza jednego.(…)” (coryllus – Hipolit Korwin Milewski. Rozwód Jadwigi i Jagiełły)

podobne: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? oraz: W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców

Polska po traktacie ryskim i włączeniu Wileńszczyzny. Żółta linia na mapie II RP pokazuje granicę II rozbioru Rzeczypospolitej z roku 1793. Odrodzona Rzeczpospolita nie wróciła na swoje wschodnie Kresy, odzyskaliśmy jedynie niewielkie skrawki terytorium, zabranego przez Rosję w I rozbiorze. Gdyby podobne linie nałożyć na współczesną mapę Polski, okazałoby się, że wszystkie trzy zabory rosyjskie zostały w Jałcie i w Poczdamie „zatwierdzone” przez naszych aliantów! Obecna Polska leży na obszarze zaborów pruskich i na terytorium, które przed I rozbiorem do Polski nie należało.

Polska po traktacie ryskim i włączeniu Wileńszczyzny. Żółta linia na mapie II RP pokazuje granicę II rozbioru Rzeczypospolitej z roku 1793. Odrodzona Rzeczpospolita nie wróciła na swoje wschodnie Kresy, odzyskaliśmy jedynie niewielkie skrawki terytorium, zabranego przez Rosję w I rozbiorze. Gdyby podobne linie nałożyć na współczesną mapę Polski, okazałoby się, że wszystkie trzy zabory rosyjskie zostały w Jałcie i w Poczdamie „zatwierdzone” przez naszych aliantów! Obecna Polska leży na obszarze zaborów pruskich i na terytorium, które przed I rozbiorem do Polski nie należało.

11 listopada… pod Chocimiem roku 1673


Bezradna Rzeczpospolita

Jan III Sobieski - Król Polski - Daniel Schultz

Jan III Sobieski – Król Polski – Daniel Schultz

Kampania chocimska, włącznie z bitwą z 10-11 listopada 1673 r., była etapem polsko-tureckiej wojny z lat 1672-1676. Przyczyn tego konfliktu należy upatrywać w imperialnej polityce państwa Osmanów, prowadzonej przez wielkich wezyrów z rodu Köprüllich i w nadarzającej się dla Turków okazji opanowania Ukrainy Prawobrzeżnej, będącej częścią Korony Polskiej. Mimo że świetnie zdawano sobie sprawę z nieuchronności konfliktu jeszcze w 1667 r., Rzeczpospolita sparaliżowana w latach 1669-1672 przez destrukcyjną działalność opozycji magnackiej, wywodzącej się ze stronnictwa profrancuskiego, nie była w stanie się do tej wojny odpowiednio przygotować. W 1672 r., gdy sułtan wypowiedział już Rzeczypospolitej wojnę, w wyniku walki fakcyjnej zerwano dwa sejmy. Nastąpił wówczas paraliż ustawodawczy, poprzez który nie podjęto żadnych decyzji w sprawach obronności państwa. Wojsko koronne mające przeciwdziałać siłom sułtańskim, było nieliczne, do tego nie wolne od zaangażowania w walkę polityczną. W lipcu 1672 r. siły kozacko-tatarskie wyparły polowe wojska koronne z Ukrainy, a 27 sierpnia główna armia sułtana zajęła najważniejszą twierdzę w polskim systemie obrony południowego pogranicza – Kamieniec Podolski. Rzeczpospolita okazała się bezradna. Tatarzy rozpuścili swe czambuły, łupiąc i wybierając jasyr. We wrześniu sułtan obległ Lwów. W tym czasie próbę przejęcia inicjatywy podjął Jan Sobieski, który na czele jazdy i dragonii w skromnej liczbie ok. 2 tys. odbił Tatarom 40 tys. jasyru, przy czym ich samych rozbił blisko 20 tys. Mimo że działania te nie wywarły wpływu na właśnie toczące się rokowania pokojowe w Buczaczu, to w kontekście kampanii chocimskiej miały istotne znaczenie psychologiczne, bowiem okazało się wtedy zdaniem J. Sobieskiego, […] że nie taka straszna wojna z Turkiem jak żeśmy ją sobie imaginowali. 18 października podpisano z Turcją pokój w Buczaczu. Na mocy układu Rzeczpospolita oddawała sułtanowi Podole oraz część Ukrainy Prawobrzeżnej, do tego zobowiązywała się płacić coroczny haracz, eufemistycznie zwany upominkiem. Była to katastrofa, poprzez którą, zdegradowała się pozycja Rzeczpospolitej w tej części Europy. Jednakże wciąż trwała walka fakcyjna, która w listopadzie i grudniu 1672 r. osiągnęła niemal pułap wojny domowej. Dzięki staraniom króla oraz dzięki zdrowemu rozsądkowi, który w końcu zatryumfował w głowach decydentów, na początku 1673 r. spacyfikowano sytuację w kraju. Sejm na którym dokonało się pojednanie, w okresie od marca do kwietnia 1673 r. zajął się sprawą kontynuacji wojny z południowym sąsiadem. Podjął wtedy konkretne decyzje w sprawie aukcji wojska. Stany Rzeczypospolitej nie pożałowały tym razem pieniędzy, co zaprocentowało wystawieniem 30-tys. armii w Koronie i 8-tys. na Litwie, włącznie z 65 działami. Nie powiodły się jednak próby pozyskania sojuszników.

Wybór strategii

Turcy, w obliczu nie ratyfikowania przez Polaków pokoju buczackiego i nie wypłacenia przez nich haraczu, szykowali się do karnej wyprawy przeciw Polakom. Jednakże, pamiętając, że jeszcze rok wcześniej mieli do czynienia z przeciwnikiem słabym, rozbitym wewnętrznie, zlekceważyli Rzeczpospolitą. Nie zdawali sobie sprawy z przemian jakie zaszły w Polsce i na Litwie w początkach 1673 r., dlatego ich koncepcja strategiczna ograniczyła się jedynie do obrony swych zdobyczy z kampanii roku 1672. Tym razem Polacy z Litwinami byli dobrze przygotowani do wojny. Nie zaniedbali przy tym działań wywiadowczych. Dzięki temu wiedzieli, że Turcy rozmieścili swoje korpusy pod Chocimiem, w Kamieńcu, oraz w stolicy Mołdawii, w Jassach. Hetman wielki Sobieski, któremu z postanowień sejmu pacyfikacyjnego przypadło dowodzenie całą armią polsko-litewską w przygotowywanej kampanii, jeszcze w początkach roku nawoływał do poprowadzenia wojny ofensywnej, gdyż namby zaś woiować defensive, byłoby [to] z naszą ostatnią zgubą i ruiną. W związku z tym działania podjęte przez Polaków i Litwinów w 1673 r. miały charakter zaczepny. Nie udało się jednak w Rzeczypospolitej przeprowadzić szybkiej koncentracji i działania wojenne rozpoczęto dopiero w październiku. Późna pora nie rokowała powodzenia. Poza tym, wśród polskiego dowództwa było zbyt dużo rozbieżności co do celów kampanii. W końcu przeważyła jednak propozycja Sobieskiego, z tym że dużą przeszkodą okazało się przekonanie do jego koncepcji największego osobistego przeciwnika – dowódcy wojsk litewskich hetmana w. lit. Michała Kazimierza Paca. Gdy wódz litewski zgodził się w końcu z wizją Sobieskiego, postanowiono, że bez podziału armii, siły Korony i Litwy uderzą na najliczniejszy z korpusów, stacjonujący pod Chocimiem. Był on pod komendą paszy Sylistrii Husejna Paszy. Liczył blisko 30-tys. wojska i ok. 20-30 dział (a nie 70 czy nawet 120 jak można przeczytać w kilku źródłach i opracowaniach). Oprócz tego był nieźle zaopatrzony w żywność, paszę oraz amunicję.

Na wewnętrznych liniach wroga

Pancerny - Józef Brandt

Pancerny – Józef Brandt

Armia polsko-litewska, wyruszyła 8 października z obozów pod Glinianami i Beresteczkiem. Pomaszerowała w czterech kolumnach, odpowiednio zabezpieczonych przez podjazdy pod dowództwem Gabriela Silnickiego i Mikołaja Sieniawskiego, 21 października armia ta rozpoczęła przeprawę przez Dniestr. W założeniach naczelnego wodza miała potrwać dwa dni, ale ze względu na warunki pogodowe – ulewne deszcze, które podniosły poziom Dniestru, przeprawa wszystkich sił przeciągnęła się aż do 29 października. Prawdziwe problemy rozpoczęły się jednak dopiero po wejściu na mołdawską ziemię. Brak zaopatrzenia oraz drożyzna, spowodowały dezercje oraz spadek dyscypliny. W celu jej zaprowadzenia, bezlitośnie obchodzono się z wszelkimi przejawami niesubordynacji.

Po dotarciu pod Bojan, wojska polsko-litewskie dokonały zwrotu na północ, kierując się już bezpośrednio pod Chocim. Teoretycy wojskowości bardzo wysoko ocenili ten manewr Sobieskiego, nazywając go przepięknym przykładem działania po liniach wewnętrznych przeciwnika. Manewr ten był bardzo ryzykowny, wystawiał bowiem tyły armii polsko-litewskiej na uderzenie korpusu stojącego Jassach. Wprawdzie ten był nieliczny, ale zdawano sobie sprawę, co wyraża choćby korespondencja z tego okresu, że w razie przeciągania się działań pod Chocimiem, korpus określany w źródłach cecorskim powiększy swój skład i zacznie działać zaczepnie przeciw wojskom Sobieskiego. Stąd bardzo ważne było szybkie pokonanie Turków pod Chocimiem i zajęcie ich obozu. Było to jednak zadanie nie łatwe. 52 lata wcześniej, wojska polsko-litewsko-kozackie, okopane w tym samym obozie co teraz Turcy, broniły się skutecznie ponad miesiąc przeciw o wiele większej armii osmańskiej. Wojska polsko-litewskie w listopadzie w wyniku chorób, dezercji i wydzielania poszczególnych oddziałów do stacjonowania w zajętych twierdzach, stopniały do niecałych 30-tys. Siły Husejna Paszy były zbliżone liczebnie, choć wielu historyków sugerujących się słowami Sobieskiego napisanych do podkanclerzego Andrzeja Olszowskiego podawali, że Turków pod Chocimiem było o wiele więcej niż wojsk polsko-litewskich. Jednakże te słowa Sobieskiego, które w tym miejscu przytoczę należy interpretować inaczej: […] potężniejszy bowiem nieprzyjaciel nad nas [był, bo] trzydzieści tysięcy liczyło się[go] effective w okopie, w miejscu niedostępnym, potężnymi opasany wałami nad Dniestrem, przy zamku chocimskim. Armia zbliżona liczebnie do przeciwnika, chroniona umocnieniami, zza których ma się bronić, zawsze ma przewagę i oto chodziło hetmanowi w liście do Olszowskiego.

Husaria pod Chocimiem 1673 - Mirosław Szeib

Husaria pod Chocimiem 1673 – Mirosław Szeib

Pod umocnienia obozu tureckiego armia polsko-litewska dotarła 9 listopada: jazda z rana, a piechota, artyleria oraz tabory pod wieczór. Kawaleria polska i litewska uformowała szyk, który miał sprowokować przeciwnika do wyjścia w pole. Jednakże Husejn Pasza nie zamierzał pozbywać się przewagi jaką dawały mu umocnienia obozu i z zaproszenia do bitwy nie skorzystał. W dniu 9 listopada starli się ze sobą tylko harcownicy obydwu stron.

Sytuacja Polaków i Litwinów była trudna. Zdawano sobie sprawę, że tylko zdecydowane kroki mogą przynieść efekt. Podjęcie regularnego oblężenia, dla armii zmęczonej długim marszem, pozbawionej dowozu żywności, w kraju z niej ogołoconym, nie byłoby dobrym rozwiązaniem. Dlatego Sobieski zmierzał do całkowitego zniszczenie sił żywych nieprzyjaciela, co mieściło się zresztą w kanonie polskiej sztuki wojennej. W tym celu chciał zająć wały przeciwnika, zrobić w nich wyłomy, aby decydującą szarże mogła wykonać jazda, wspomagana przez ogień jednostek pieszych. Był to niezwykle ryzykowny plan. Wały były dobrze chronione, a w zimnym miesiącu listopadzie też nie łatwe do rozkopania. Za umocnieniami czekały zaś nie tylko oddziały jazdy i piechoty tureckiej ale także plątanina lin od namiotów, kotły, jamy latrynowe, co znacząco utrudniałoby działania jazdy. Przystąpiono jednak do realizacji zamierzeń. W tym celu Sobieski sprawił szyk. Na skraju prawego skrzydła stanęła dywizja Stefana Bidzińskiego, złożona głównie z jazdy pancernej i lekkiej. Obok znajdowała się najsilniejsza partia prawego skrzydła, czyli grupa Sobieskiego poprzedzona liczną piechotą i artylerią. W tym miejscu znalazła się również grupa husarii złożona z 7 chorągwi pod dowództwem Stanisława Jabłonowskiego. W centrum na wysokości bramy południowej stało kilka dział i regimentów pieszych, a za nimi partie hetmana polnego Dymitra Wiśniowieckiego oraz Andrzeja Potockiego. Lewe skrzydło zajęły wojska litewskie. Podobnie jak w wojsku koronnym pierwszy rzut stanowiła piechota, drugi jazda. Siły tureckie w obozie ustawiły się podobnie. Na wałach była piechota i działa, a w drugim rzucie jazda, która miała za zadanie wykonywanie szybkich wypadów przez bramy obozu, bądź zwalczanie grup, które przedarły się za umocnienia.

Rekonesans

Walka o sztandar turecki (1672-1676) - Józef Brandt

Walka o sztandar turecki (1672-1676) – Józef Brandt

10 listopada wykonano pierwszy szturm. W źródłach autorzy często podają, że został on wykonany bez rozkazu. Był to jednak atak mający na celu przeprowadzenie rekonesansu. Mimo, że przyniósł pewne straty w ludziach, dowiódł że wykonanie generalnego szturmu jest możliwe. W tym czasie 5 tys. wojska wołoskiego zajmującego pozycję przed prawym skrzydłem sił polsko-litewskich w tzw. obozie multańskim, zdradziła Turków i przeszła na polską stronę. Sobieski przyjął nowych sprzymierzeńców z sympatią, ale za bardzo im nie ufając odesłał ich na tyły własnej armii. Pozycje, w których dotychczas tkwili Wołosi, zostały zajęte przez Polaków. Ustawiono tam działa, których ostrzał zaczął wyrządzać duże szkody w obozowisku przeciwnika. Artyleria turecka odpowiadała, ale szyki polskie były zbyt blisko obozu i kule tureckie przelatywały nad głowami oblegających.

Przyszła noc z 10 na 11 listopada. W namiocie hetmana odbyła się ostatnia już przed bitwą rada wojenna. Poinformowano oficerów o planach Sobieskiego, aby mogli przygotować swoich ludzi do bardzo specyficznych zadań. Noc była chłodna, padał deszcz ze śniegiem. Sobieski postanowił wykorzystać te warunki atmosferyczne jako swojego sprzymierzeńca. Przetrzymał całą armię polsko-litewską na pozycjach, tym samym Turcy zostali zmuszeni do czuwania na wałach. Pochodzący w większości z południowych, ciepłych krajów nie poradzili sobie z pogodą. Wielu z nich zamarzło, a inni zeszli z pozycji aby się ogrzać.

Bitwa

Bitwa pod Chocimiem 1673 Jerzy Kossak

Bitwa pod Chocimiem 1673 Jerzy Kossak

Gdy rankiem 11 listopada między 7 a 8 godziną okazało się, że wrogie pozycje wykazywały istotne luki, wódz polski postanowił skorzystać z zaskoczenia. Polskie i litewskie działa dały ognia, wkrótce ruszyła piechota i dragonia. Wojska piesze były prowadzone przez bardzo wysokich rangą oficerów, w tym i hetmana Sobieskiego. Przykład dowódców bardzo korzystnie wpłynął na zaangażowanie piechurów. Zaskoczenie zostało wykorzystane. Najpierw zajęto wały na polskim prawym skrzydle. Wkrótce później tej samej sztuki dokonali Litwini na skrzydle przeciwnym. Równocześnie na skraju prawej flanki ruszyła jazda Bidzińskiego i wdarła się do obozu przez okop multański, prąc w stronę mostu na Dniestrze aby oskrzydlić Turków. Po zajęciu wałów rozpoczęła się niezwykle ryzykowna operacja. Piechurzy i czeladź obozowa zaczęli rozkopywać zmarznięte wały ziemne, czyniąc w nich wąskie wyłomy. W tym czasie Turcy otrząsnęli się z zaskoczenia i ruszyli do kontrataku. Na polskim prawym skrzydle zaatakowała jazda turecka. Na szczęście dla Polaków było gotowych już kilka wyłomów, przez które uderzyła chorągiew husarska Wacława Leszczyńskiego i odepchnęła Turków na swych kopiach. Jednakże atakować musiała w kolumnie, przez co Turcy zdołali ją wyprzeć z obozu. Po tym wyszli za nią za wały, ale tam jazda osmańska została zaatakowana przez polskie chorągwie pancerne i musiała się wycofać. Równocześnie, na skrzydle litewskim do obozu osmańskiego udało się wedrzeć trzem chorągwiom jazdy kopijnicznej, zwanej petyhorską.

W tym czasie piechota na prawym skrzydle utrzymała swoje pozycje, dzięki czemu jazda mogła podjąć kolejne próby przedostania się w głąb obozu. Jedna z takich prób wykonana przez grupę Jabłonowskiego zawierającą 7 chorągwi husarskich wspartych przez 15 rot pancernych, po uprzednim przejściu głębokiego wąwozu i rozkopanych wałów odrzuciła od szańców bardzo silnie stawiających opór Turków. Dzięki temu, można było wprowadzić za wały jeszcze więcej jednostek pieszych i jazdy. Walka na polskim prawym skrzydle rozgorzała wtedy już wewnątrz obozu. Współpracująca ze sobą jazdą i piechota posuwały się z wolna do przodu, musząc radzić sobie z broniącą się zaciekle zza namiotów piechotą osmańską. Jednakże obrona janczarów w momencie, gdy zginęło ich dwóch wysoko postawionych dowódców – m.in. Janisz pasza załamała się i przeciwnik na polskim prawym skrzydle rzucił się do ucieczki  

Husarz - Andrzej Rutkowiak

Husarz – Andrzej Rutkowiak

Równocześnie lewe skrzydło i grupa Bidzińskiego zbliżając się do mostu na Dniestrze, były o krok od całkowitego okrążenia Husejna paszy. W tym jednak momencie z tureckiego centrum wyprowadzono skoordynowany atak jazdy bośniackiej. Ta przedarła się przez bramę południową i wypadła na polskie dywizje ks. Wiśniowieckiego i A. Potockiego. Do tej pory nie opanowały one wałów w całości, wiążąc przeciwnika jedynie ogniem piechoty i dział. W wyniku kontrakcji grupy polskiego centrum, Bośniacy zmienili kierunek uderzenia i wyszli na tyły rozluźnionej zwycięstwem dywizji Sobieskiego. Sytuacja stała się wówczas niezwykle dramatyczna. Na szczęście dla wojsk polsko-litewskich, zadziałała w tym przypadku żelazna zasada staropolskiej sztuki wojennej, polegająca na zachowaniu odwodu. 4 chorągwie husarskie, które zdaniem panegirysty Stefana Ślizienia przez całą bitwę rwały się do boju i nie godziły się z tym, że muszą tkwić na tyłach, w końcu miały okazje skruszyć na Turkach swoje kopie. Bośniacy wystawieni na boczne uderzenie husarii nie wytrzymali. Atak ten wspomogła piąta rota husarska – Aleksandra Niezabitowskiego. W efekcie Bośniacy zostali wpędzeni do rowu między obozem a przedpolem. Tam też dokonał się ich ostateczny pogrom. Bez wątpienia szarża odwodu uratowała zwycięstwo.

W tym czasie ogień polskiej artylerii zawalił jedyny most. Turcy okrążeni przez grupę Bidzińskiego i Litwinów nie mieli już żadnych szans. Ci którzy zdołali umknąć przez most byli ścigani przez polskie chorągwie oraz przez pozyskanych dzień wcześniej Wołochów. Bitwa przed południem była wygrana. Cały obóz bogaty w różnego rodzaju dobra wpadł w polskie ręce. Było to doprawdy jedno z największych zwycięstw w historii polskiego oręża.

Znaczenie

Bitwa chocimska to obok Zenty (11 września 1697) jedna z największych klęsk lądowych wojska tureckich w XVII w. W batalii tej padło ok. 20 tys. Turków, czyli 80% stanu ich armii jeszcze z rana 11 listopada. Skala strat była zdecydowanie większa niż w uważanej za największą klęskę osmańską bitwie wiedeńskiej, gdzie z 60-tys. armii, poległo 11 tys. Faktycznie, turecka klęska pod Wiedniem miała o wiele większe konsekwencje polityczne, ale gdyby nie zwycięstwo chocimskiego, nie byłoby również wiedeńskiego. W 1683 r. pod stolicą cesarska, zastosowano właściwie tę samą taktykę, tak skuteczną 10 lat wcześniej. Piechota ustawiona w pierwszym rzucie oczyściła przedpole, a następnie jazda wykonała decydującą szarżę. Podobnie zresztą jak pod Chocimiem, rozstrzygające uderzenie wyszło ze skrzydła prawego.

Chocim, jak większość polskich zwycięstw nie zostało należycie wykorzystane, dodało jednak wiary w siłę państwa i jego wojska, a także oddaliło niebezpieczeństwo tureckie o dobrych kilka miesięcy. W zakończeniu warto dodać, że 10 listopada 1673 r. umarł król Michał. Dotychczas historycy hurraoptymistycznie przekazywali, że dzięki temu wielki „wojennik” Sobieski mógł w końcu zasiąść na polskim tronie. Jednakże zapominano, że jeśli Chocim ułożyłby się inaczej, bezkrólewie w tym przypadku okazałoby się przeogromną katastrofą państwa polsko-litewskiego. Dlatego zwycięstwo chocimskie było tak ważne dla naszych dziejów. Warto o nim pamiętać. 11 listopada oprócz obchodów święta niepodległości pomnijmy rocznicę jednego z największych zwycięstw oręża polskiego w dziejach.    

Zbigniew Hundert źródło: kresy.pl podobne: CHOCIM 1673

polecam również: „Wprawiali nas za młodu, abyśmy nie byli wyrodkami od przodków swoich” czyli… 330 rocznica bitwy pod Wiedniem i Lew Lechistanu – Jan III Sobieski.

Rzeczpospolita Obojga Narodów w II połowie XVII w., CARTE

Rzeczpospolita Obojga Narodów w II połowie XVII w., CARTE

Narada szczurów czyli… Pamięć Kaczyńskiego przed i po „głosowaniu nad prawdą” wołyńską.


Z księdzem TADEUSZEM ISAKOWICZEM-ZALESKIM o polityce państwa polskiego wobec wołyńskiego ludobójstwa rozmawia Rafał Pazio.

W kontekście pojednania polsko-ukraińskiego wspomina się dwie postaci: Jerzego Giedroycia i Lecha Kaczyńskiego.
Gustave Dore - Narada szczurów

Gustave Dore – Narada szczurów

Bardzo nie podobało mi się wspomnienie tych postaci jako wzorów pojednania polsko-ukraińskiego. Oni nie są wzorami. Uważam, że teoria Giedroycia jest fałszywa od samego początku. Nie można ustępować nacjonalizmom rodzącym się za wschodnią granicą. Z kolei prezydent Lech Kaczyński, na którego głosowałem i którego szanuję za wiele spraw, na przykład za Muzeum Powstania Warszawskiego, podzielił ofiary na te „lepsze”, zamordowane przez Niemców czy NKWD, na przykład w Katyniu, i „gorsze”, o których nie chciał pamiętać, zamordowane przez Ukraińców. Znam wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego, moim zdaniem obrzydliwe w wielu wypadkach. Także pięć lat temu Lech Kaczyński jednoznacznie opowiedział się po stronie mniejszości ukraińskiej, bo w rocznicę Krwawej Niedzieli odmówił przyjścia na Skwer Wołyński. Nie objął patronatem uroczystości ku czci pomordowanych Polaków, a wziął patronat nad festiwalem taneczno – muzycznym kultury ukraińskiej. Wspomnienie tych dwóch postaci stanowi pewne szyderstwo z rodzin zamordowanych. Kresowian żyje już niewielu, żyją potomkowie. Niemniej jednak poraża okropieństwo cynizmu i obłudy senatorów Platformy Obywatelskiej.

Obecnie także nie mamy sensownej polityki współpracy z Ukrainą?

Wielkim zaskoczeniem była wypowiedź przedstawicielki Ministerstwa Spraw Zagranicznych, która powiedziała, że wprawdzie UPA czci się na Ukrainie, ale nie ma to charakteru antypolskiego. Kolejna nieprawda. Byłem na Ukrainie i widziałem, że czci się UPA właśnie za to, że mordowała Polaków i Żydów. Nie wiem, dlaczego kłamią przedstawiciele ministerstwa. Po raz kolejny została pogrzebana szansa powiedzenia prawdy. Po głosowaniu w Senacie zadzwonił do mnie jeden z senatorów, którego znam długie lata i uważałem go za porządnego człowieka. Mówił wprost, że w czasie obrad Senatu był w Warszawie eksprezydent Ukrainy Leonid Krawczuk i straszył, że na Ukrainie także będzie się podejmować podobne uchwały. Okazano więc strach przed banderowcami. Aż wstyd, żeby przedstawiciele niezależnego polskiego parlamentu bez przerwy się martwili, co kto o nich powie na Ukrainie.

Czy takie stawianie sprawy wobec historii to intelektualna postawa nastawiona na polityczną poprawność, czy może chodzi o jakieś agenturalne wpływy?

Myślę, że na to się składają trzy rzeczy. Nie powiedziano prawdy o komunizmie od samego początku, kiedy powstawała III RP. Dzisiaj Kiszczak występuje jako autorytet moralny. Adam Michnik powiedział o nim, że jest człowiekiem honoru. Nie poniósł żadnych konsekwencji. Wiele środowisk widzi, że III RP w ogóle nie dba o sprawiedliwość. Nie widzi się potrzeby pociągnięcia do odpowiedzialności tych, którzy mordowali górników czy stoczniowców. Widać słabość państwa i świadome działanie w kierunku ochrony komunistów. To zachęca innych do potwornej buty. Teoria Giedroycia, interpretowana jako całkowite zapomnienie o wołyńskim ludobójstwie, prowadzi do tego, że dla dobrych relacji polsko-ukraińskich panicznie ucieka się od powiedzenia prawdy. Wreszcie trzeba powiedzieć, że na Ukrainie większość ludzi jest przeciwko Banderze. (Ukraińcy proszą Sejm: nazwijcie rzeź wołyńską ludobójstwemZ kim więc chcą się jednać posłowie Platformy Obywatelskiej? Z neobanderowcami? Oni stanowią mniejszość. Mamy prawdopodobnie sojusz polityczny Platformy z ukraińską partią Swoboda, żeby na siłę wciągnąć Ukraińców do Europy albo część Ukrainy złączyć z Unią Europejską.

Dlaczego polskie elity postsolidarnościowe, również z PiS, podtrzymują zmowę milczenia? Ostatnio „Gazeta Polska Codziennie” nie opublikowała tekstu profesora Bogusława Pazia, który uznano jako zbyt antypisowski.

W sprawach Ukrainy Prawo i Sprawiedliwość niewiele się różniło od Platformy Obywatelskiej. Te dwa wielkie bloki polityczne, które powstały na bazie ideałów „Solidarności”, z którymi ja jestem związany emocjonalnie – byłem kapelanem „Solidarności” – mają jednakowe podejście do spraw ukraińskich. Chcą za wszelką cenę wciągnąć Ukrainę do Unii Europejskiej. Ceną jest niepamięć o mordowanych. Kiedy rządzili bracia Kaczyńscy, relacje polsko-ukraińskie były tragiczne. Cały czas nadskakiwali banderowcom. Lech Kaczyński przyjaźnił się z Wiktorem Juszczenką. Trochę się zmieniło w wyniku krytyki ze strony elektoratu, bo środowiska kresowe to naturalny elektorat braci Kaczyńskich. W wyniku tej krytyki i działań oddolnych części posłów PiS doszło do sytuacji, że w ostatnim wywiadzie dla „Gazety Polskiej” Jarosław Kaczyński wreszcie jasno postawił sprawę, że trzeba uczcić ofiary i potępić zbrodniarzy.

Ale to pierwszy taki akcent od bardzo długiego okresu czasu. Do tej pory politycy PiS starali się za wszelką cenę, jak Platforma Obywatelska, dogadać się z nacjonalistami ukraińskimi. PiS teraz na szczęście – nie wiem, czy to będzie trwała zmiana – skręcił. To, że nie puszczono tekstu profesora Pazia, to wielki błąd. Była to odpowiedź na dwa artykuły z fatalnymi tezami opublikowane w „Gazecie Polskiej Codziennie” przez doktora Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, który został namaszczony w rządzie technicznym Piotra Glińskiego na specjalistę od polityki zagranicznej. Stwierdził, że Sejm nie powinien podejmować uchwały o ludobójstwie. To znaczy, że nadal w PiS istnieje grupa polityków, która jest przeciwna prawdzie o Kresach. Na pewno będą tu konflikty w ramach samej partii Jarosława Kaczyńskiego.

źródło: Najwyższy Czas!

tu link do wpisu z bloga ks. Issakowicza z 2013-06-03 – Redakcja GPC musi wyjasnić powody zdjęcia artykułu prof. Pazia  i fragment:

…”Artykuł ten był polemiką z zarzutami postawionymi przez dr Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego środowiskom kresowym, domagającym się w Sejmie III RP prawdy o ludobójstwie dokonanym przez zbrodniarzy z UPA i SS Galizien na obywatelach II RP. 

Jako felietonista „GPC” uważam, że postępowanie redakcji w tej sprawie nie jest właściwe. Po pierwsze, dlatego, że powody (przynajmniej te, które podano mi przez słuchawkę telefoniczną), dla których zablokowano ów artykuł nie są merytoryczne, ale ideologiczne. Po drugie, powody te – niezależnie jakie one są naprawdę – powinny być podane do wiadomości Czytelnikom, którzy w sobotę na próżno czekali na ów artykuł. Jest to moralny obowiązek redakcji.

Czekają na to także środowiska kresowe i patriotyczne, które bardzo dobrze pamiętają postępowanie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i posła Kowala, wówczas prominentnego polityka PiS, w sprawie pamięci  o ludobójstwie. Znaczna część polityków PiS wybrała wówczas sojusz z nacjonalistami ukraińskim, gloryfikującymi morderców Polaków, Żydów, Ormian i sprawiedliwych Ukraińców Za ten sojusz skompromitowany i odrzucony przez własny naród prezydent Wiktor Juszczenko obsypał niektórych polskich polityków orderami ( w tym Pawła Kowala i Marka Kuchcińskiego). Sojusz ten jednak jedną z przyczyn kolejnej porażki PiS w wyborach parlamentarnych i prezydenckich, bo wielu wyborców zapamiętało daną im wówczas lekcję.”…

… do tego zaprzaństwa i cynicznej gry politycznej POPISu pasuje jak ulał cytat jaki był łaskaw podpowiedzieć jeden z czytelników mojego bloga „qqryq”

“Łaziebnicy a kurwy jednym kształtem żyją,
W tejże wannie i złego i dobrego myją.”
Jan Kochanowski

Hipokryci w piekle Dantego w płaszczach z ołowiu - rys. Gustave Dore

Hipokryci w piekle Dantego w płaszczach z ołowiu – rys. Gustave Dore

…PIS jest po grdykę umaczany w „pomarańczowej rewolucji” no i teraz mają problem jak zwykle z samym sobą wobec kogo być lojalnym… Politruk Lichocka kierunek wskazała i osobiście nie jestem zaskoczony (wpis ks Isakowicza: Lichocka zablokowała artykuł prof. Pazia o Wołyniu w GPC). Zdumiewa mnie tylko brak reakcji na tę jawną hipokryzję środowisk mieniących się „prawicowymi” czy „narodowymi” skupionych wokół PISu…

Inną kwestią jest fakt, że prawda nie potrzebuje ŻADNEJ uchwały ani rezolucji bo nie na tym istota prawdy się zasadza… Specjalnych „ustaw” (czyt. ustawek) potrzebują politycy żeby mieć o co się spierać jak przekupki na jarmarku ku uciesze uwielbiającej jałowe przepychanki gawiedzi… PIS to hipokryci którzy nawet gdyby PO postulowało dobrą dla społeczeństwa ustawę (jak przy okazji likwidacji finansowania partii z budżetu) to będzie przeciwna… A mówię o tym przy okazji Wołynia dlatego, że “pomarańczową rewolucję” banderystów wspomagał właśnie PIS…

Tymczasem życie naszego narodu przecieka IM WSZYSTKIM między palcami! Mordują nas każdego dnia w miarę rosnącej sterty bzdurnych przepisów które przeszkadzają Polakom w ich codziennym życiu…

Jak nie solidarna odpowiedzialność za VAT to ustawa śmieciowa, jak nie Wołyń to upamiętnienie ofiar stanu wojennego, jak nie ubój rytualny to związki zboczeńców i edukacja seksualna. Hucpa na hucpie jedzie hucpą poganiając. Ciekawe, że żaden z wybrańców Narodu jakoś do tej pory nie wpadł na pomysł najprostszy z możliwych: dać temu narodowi żyć, nie wpieprzać się z buciorami do każdej, najdrobniejszej sprawy, pozwolić mu czcić bohaterów jak chce i których chce, czyli, po prostu, odpieprzyć się od niego? (salon24Rytualny ubój politycznej logiki)

Folwark zwierzęcy - świnie

Folwark zwierzęcy – świnie

…i tych kwiatuszków jest całe mnóstwo… Tam wstrzymanie się od głosu, gdzieś wymowne milczenie, gdzie indziej niedopowiedzenie. O populizmie pro kościelnym i graniu na Smoleńsku nie wspominając… Ot „PObożni” socjaliści w pędzie do koryta. Przypominam, że po wygranej w Elblągu PIS już się z postkomunistami z SLD przeprosił (PiS konsumuje zwycięstwo razem z… SLD) i teraz będą tworzyć tzw. „koalicję”.  Lewica nareszcie razem! 😛 I nic dziwnego, bo w PIS aż roi się od aparatczyków PZPRu… Kaczmarek i Kryże to tylko wierzchołek góry lodowej – „Niezwykle dziwne jest to, że aferę FOZZ zamknęli, po wielu latach dwaj ludzie. Był to sędzia Kryże, który wręcz brawurowo prowadził sprawę i prokurator, UWAGA, Kaczmarek. Obaj panowie mimo beznadziejnej, PZPRowskiej przeszłości, zwłaszcza Kryże, dostają od Jarosława Kaczyńskiego ministerialne stołki.”… Obecnie Pan Gliński podąża tą samą „słuszną drogą” jak zauważył salon24 (Bezpartyjni fachowcy Glińskiego).

… Nic więc dziwnego, że Pan Jarosław Kaczyński nienawidzi wolnościowców… To socjalista i etatysta który nie cofnie się przed ŻADNĄ koalicją czy populizmem żeby tylko dorwać się do władzy nad Polakami. Trafnie określił tę sytuację Pan Janusz Korwin Mikke – „Tak jest! Nasza idea nie ma nic wspólnego z tą Twoją złodziejską rzeczywistością!”

polecam również: Jak Kaczyński oszukuje Polaków ?

…Odys

Magdalenka. Kiszczak Kaczynski Bujak. w Magdalence omawiane było że prawica nie ma prawa NIGDY dojść do władzy

Magdalenka. Kiszczak Kaczynski Bujak. w Magdalence omawiane było że prawica nie ma prawa NIGDY dojść do władzy

Rzeź wołyńska. Poliszczuk: Potępić UPA!


Kisielin 11 lipca 1943 roku. Obraz namalowany przez obrońcę Włodzimierza Sławosza Dębskiego

Kisielin 11 lipca 1943 roku. Obraz namalowany przez obrońcę Włodzimierza Sławosza Dębskiego

Wiktor Poliszczuk urodził się 10 października 1925 roku w Dubnie na Wołyniu. Jego ojcem był prawosławny Ukrainiec, matka Polką. Mieszane małżeństwa były w tym czasie czymś oczywistym, co przekładało się na wzajemne dobrosąsiedzkie stosunki między Ukraińcami i Polakami. Młody Wiktor wyrastał w takiej właśnie atmosferze. Po agresji ZSRR na Polskę, jego ojciec, wójt gminy Dubno, został aresztowany przez NKWD, a w kwietniu 1940 rozstrzelany bez sądu. 13 kwietnia 1940 wraz z matką i siostrami został wywieziony do Kazachstanu, gdzie przebywał do listopada 1944. Potem rodzinę przesiedlono na wschodnią Ukrainę. W 1946 Poliszczukowie przybyli do Polski. Wiktor ukończył Liceum Pedagogiczne a potem studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego. Do czasu wyjazdu z Polski w 1981 roku pracował jako nauczyciel i prawnik.

Na emigracji rozpoczął pracę jako korektor techniczny w wydawanym w Toronto tygodniku diaspory ukraińskiej Nowa Droga”. Według jego słów, wówczas zainteresował się i rozpoczął badania nad nacjonalizmem ukraińskim, którego ofiarą padła siostra jego matki (zamordowana za publiczne używanie języka polskiego). Tak relacjonował swoje pierwsze przeżycia po wyemigrowaniu do Kanady:

„W Kanadzie już po pierwszych miesiącach mego tutaj pobytu zetknąłem się z wręcz zoologicznym nacjonalizmem ukraińskim, z nienawiścią do wszystkiego, co polskie. Ja, wychowany w duchu patriotyzmu ukraińskiego, ukształtowany na klasyce polskiej, ukraińskiej, rosyjskiej, zachodnioeuropejskiej i amerykańskiej, nie mogłem się pogodzić z takim spojrzeniem na świat i na ludzi, dlatego też, jak i w związku ze świadomością tego, czego dopuścili się banderowcy na Wołyniu wobec ludności polskiej, podjąłem decyzję o poszukiwaniu materiałów stanowiących bazę moich badań nad nacjonalizmem ukraińskim. Temat ten pochłonął mnie całkowicie, pracowałem nad nim bezustannie”.

Poliszczuk jest autorem ponad dwustu opracowań, książek naukowych i publicystycznych, artykułów naukowych, polemik, recenzji, publikacji prasowych w języku angielskim, ukraińskim i polskim, w tym pięciu obszernych tomów z wyborem dokumentów opatrzonych wspólnym tytułem „Integralny nacjonalizm ukraiński jako odmiana faszyzmu”. Pracę doktorską („Ideologia nacjonalizmu ukraińskiego według Dmytra Doncowa”) obronił w 1994 na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego, pracę habilitacyjną („Dowody zbrodni OUN i UPA”) w roku 2002 na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego. Jego ostatnią pracą było tłumaczenie na język polski książki Dmytro Doncowa „Nacjonalizm”.

Ideą przewodnią działań Poliszczuka było zdjęcie odium zbrodni z narodu ukraińskiego i wskazanie jednego i wyłącznego odpowiedzialnego – Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), która kierowała się zbrodniczą ideologią autorstwa Dmytro Doncowa. Wskazywał na przyczyny tego, co się wydarzyło – na neopogańską, darwinistyczną i rasistowską ideologię Doncowa.

To ta ideologia zatruła umysły wielu Ukraińców, stając się zaczynem wielkiej zbrodni, zwyrodnienia jednostek i grup. I to właśnie ta teza Poliszczuka była przyczyną wyjątkowej irytacji środowisk banderowskich, które od lat starają się „usprawiedliwić” zbrodnię, a to wskazując na uwarunkowania historyczne („polska okupacja”), a to na winę Moskwy czy Berlina, wreszcie na Polaków, którzy rzekomo „uderzyli pierwsi”. Wszyscy, tylko nie OUN. A Poliszczuk mówił – to wy, wyznawcy obłąkańczej ideologii Doncowa, jesteście odpowiedzialni za zbrodnie dokonane na Polakach, Żydach, Rosjanach, Czechach, wreszcie na samych Ukraińcach. Mówił głośno, że ofiarą szaleństwa OUN padali masowo uczciwi Ukraińcy i dlatego OUN była także organizacją antyukraińską. Oskarżając OUN, Poliszczuk bronił jednocześnie honoru narodu ukraińskiego. Niestety, jego szlachetne wysiłki nie znajdowały odzewu na Ukrainie zachodniej, ale także w Polsce. Dzisiaj można już powiedzieć, że to właśnie najbardziej bolało Wiktora Poliszczuka.

Nie był w stanie zrozumieć stanowiska polskich władz wobec problemu banderowskiego ludobójstwa. Gorące uczucia jakim darzyły go środowiska kresowe kontrastowały z chłodem ze strony czynników oficjalnych.

„Potępić UPA – prawosławnego Ukraińca posłanie do Braci Polaków w 55. rocznicę mordów wołyńskich” to książka wyjątkowa. Jest to osobisty przekaz Ukraińca Wiktora Poliszczuka…

całośc tu: nczas.com

więcej tu: Grzegorz Motyka o „ludobójczej czystce” na Wołyniu

mapa mordów

…zbrodniarz nie ma narodowości, ma tylko paszport a jego narodowością jest piekło. Żaden naród nie potrzebuje zbrodniarzy w swoich szeregach i można tylko ubolewac że tego typu ludzie mienią się Ukraińcami, Polakami, Niemcami, Rosjanami czy każdą inną nacją. To tak jakby nazywac raka żerującego w człowieku częścią życia bo rozwija się razem z organizmem i razem z nim „dorasta”… Raka się usuwa bo istotą jego „życia” jest nasza śmierc. To samo dotyczy „nacjonalistów” zbrodniarzy. Jednak żeby prawidłowo identyfikowac tego typu patologie (po to by się więcej nie powtarzały) niezbędne jest nazywanie rzeczy po imieniu i dążenie do prawdy w wyjaśnianiu przyczyn tragedii. Tego jednak ciągle nie wszyscy chcą. Pan Poliszczuk słusznie wyraża swoje oburzenie wobec polskich władz, które relatywizują problem „racją stanu” (można tak tłumaczyc wojnę obronną nigdy zaś agresję!) a co gorsza mylnie nazywając to „pamięcią narodową” gdzie żadnej rzezi nie powinno się pod to podciągac. Co to za naród który w rzezi innego narodu (do tego niewinnych cywilów!) upatruje swoją „chwałę”.  Isakowicz-Zaleski: Wołyńskie ludobójstwo zostało zamiecione pod dywan przez poprawność polityczną… Czas przemijania nie dotyczy pamięci.

…Odys

Notatka „Wypadek na Wołyniu w powiecie włodzimierskim” z 21IX 1943 r. z opisami pojedynczych wypadków mordów ukraińskich na ludności polskiej w okręgu Włodzimierz

Polecam również – Narada szczurów czyli… Pamięć Kaczyńskiego przed i po “głosowaniu nad prawdą” wołyńską.

„Psy Stalina” Nikity Pietrowa – kelejdoskop zbrodniarzy i anatomia zbrodni


23.05. Warszawa (PAP) – Związek Sowiecki represjonował ludzi stosując metody terrorystyczne, a jego przywódca Józef Stalin stał na czele grupy przestępczej – mówił w czwartek w stołecznym IPN rosyjski historyk Nikita Pietrow, przy okazji promocji swej książki „Psy Stalina”.

Nikita Pietrow to wybitny badacz historii najnowszej; jest autorem ponad 100 prac poświęconych historii terroru i masowych represji w sowieckiej Rosji. Pełni też funkcję wiceszefa Rady Naukowo-Informacyjnego i Edukacyjnego Centrum „Memoriału” – organizacji pozarządowej, broniącej praw człowieka i dokumentującej stalinowskie zbrodnie.

Zasługi rosyjskiego historyka na rzecz „poznawania prawdy o polskich dziejach” przypomniał w czwartek prezes IPN Łukasz Kamiński, podkreślając, że właśnie dzięki Pietrowowi, który odnalazł szczególnie ważne dla Polski dokumenty, możliwe jest odtworzenie losów ofiar obławy augustowskiej z lipca 1945 r. Publikacja działacza „Memoriału” – mówił prezes IPN odnosząc się do książki „Psy Stalina” – zasługuje na miano książki niezwykłej.

Monografia Pietrowa, opublikowana przez wydawnictwo Demart, przedstawia ludzi bezpośrednio zaangażowanych w realizację „zadań specjalnych” podejmowanych przez NKWD. Wśród nich są m.in. kierujący NKWD od 1938 r. do śmierci Stalina w 1953 r. Ławrientij Beria i podporządkowani mu Wsiewołod Mierkułow, bracia Bogdan i Amajak Kobułowowie, Lew Włodzimirski, Borys Rodos, Michaił Riumin, Lew Szwarcman, Wasilij Błochin, Michaił Malcew, Wasilij Ulrich. Pietrow zamieścił w publikacji m.in. wykaz 125 biogramów enkawudzistów – wykonawców zbrodni katyńskiej.

Prof. Jakub Wojtkowiak, historyk z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, przypomniał, że publikacja działacza „Memoriału” portretuje najważniejszych sowieckich zbrodniarzy w okresie po wielkiej czystce. „To są ludzie, którzy odegrali fatalną rolę w dziejach Polski i Polaków; są wśród nich ci, którzy brali udział w represjach obywateli Rzeczypospolitej na Kresach włączonych w skład ZSRR w 1939 r., a także ci, którzy brali udział w represjach podczas powtórnego wkroczenia Armii Czerwonej na ziemie polskie w 1944 r.” – wyjaśnił Wojtkowiak.

Badacz zwrócił uwagę, że książka Pietrowa ma imponującą bazę źródłową. Publikacja powstała bowiem na podstawie materiałów niedostępnych dla polskich historyków – pochodzących z archiwum FSB oraz archiwum Prezydenta Federacji Rosyjskiej.

Sławomir Kalbarczyk z IPN mówił, że po przeczytaniu „Psów Stalina” doszedł do wniosku, że nie jest to tylko – jak sugeruje tytuł publikacji – „galeria zbrodniarzy stalinowskich (…), ale także opowieść o ich ofiarach”. Przede wszystkim – zaznaczył Kalbarczyk – książka Pietrowa to jednak opis funkcjonowania państwa totalitarnego w jego szczególnym wydaniu, jakie stanowił system stalinowski.

Jak podkreślił badacz, z treści publikacji wyłania się obraz państwa zbrodniczego z samej swej natury. „To +państwo-terrorysta+ omijające własne prawo, które stanowi, działające metodami terrorystycznymi, mordujące ludzi (…). Państwo bawiące się ludźmi i igrające ich życiem” – tłumaczył historyk z IPN, przypominając m.in. propozycję Berii złożoną Stalinowi w lutym 1940 r. dotyczącą rozstrzelania bez sądu 300 osób. Sowiecki dyktator odpowiedział na nią cynicznie „Zgadzam się. Rozstrzelać około 600 osób”.

Kalbarczyk zwrócił uwagę, że Pietrow przedstawił wewnętrzną niestabilność aparatu bezpieczeństwa ZSRS. Specyfika działań NKWD polegała bowiem – wyjaśnił polski historyk – nie tylko na eliminowaniu wrogów ludu, ale także na pozbywaniu się innych funkcjonariuszy aparatu państwowego, którzy popadli w niełaskę Stalina.

Badacz zaakcentował także walory dydaktyczne książki Pietrowa. „Jest ona moim zdaniem skierowana w dużej mierze do części rosyjskiego społeczeństwa, która usiłuje rehabilitować stalinizm, która upatruje w Berii +wspaniałego menedżera+, który posługując się pracą niewolniczą doprowadził do industrializacji, rozwoju Rosji” – podkreślił Kalbarczyk.

Zgodził się z nim autor prezentowanej książki tłumacząc, że niski poziom świadomości rosyjskiego społeczeństwa na temat zbrodni sowieckich wynika z dominacji na półkach księgarń w Rosji literatury „wychwalającej czyny Stalina”.

Pietrow, którego książka – pod tytułem „Oprawcy. Oni wykonywali rozkazy Stalina” – ukazała się w Rosji już w 2011 r., powiedział, że Rosjanie ciągle mają spore problemy z akceptacją swojej niechlubnej przeszłości, co ma związek m.in. z polityką władz państwowych. „Dzisiejsza Rosja bardzo nie lubi rozmów o zbrodniach sowieckich” – zaakcentował Pietrow, który od wielu lat czyni wysiłki na rzecz odkłamania historii stalinizmu.

„Okazało się, że można +ciekawie+ opowiedzieć o czymś strasznym, z zachowaniem zasad warsztatu naukowego” – podkreślił Pietrow.

Wszystkich stalinowskich zbrodniarzy – zaznaczył naukowiec z Rosji – łączyło ślepe przywiązanie do Stalina. „Ich służby były dość monotonne i podobne do siebie – najpierw robienie kariery, a następnie upadek, a w konsekwencji aresztowanie i śmierć” – mówił Pietrow. „Przed czekistą są tylko dwie drogi, albo awans, albo więzienie” – zacytował słowa Stalina.

Według działacza „Memoriału”, współpracownicy sowieckiego dyktatora byli w rzeczywistości jego odbiciem. „Stalin to człowiek, który był przywódcą grupy przestępczej o nachyleniu marksistowskim z dużą skłonnością do demagogii religijnej” – scharakteryzował Stalina Pietrow. Badacz nazwał wykonawców rozkazów Stalina „opricznikami”, nawiązując do nazwy gwardzistów cara Iwana Groźnego, realizujących politykę tzw. opriczniny, w celu m.in. zdławienia opozycji wewnętrznej. Jak dodał, rosyjski car szczególnie imponował sowieckiemu zbrodniarzowi.

„Jak człowiek zostaje zbrodniarzem?” – pytał Pietrowa prezes IPN. „Jestem przekonany o tym, że ludzie nie rodzą się mordercami. Niewykluczone, że Beria był w młodości bardzo miłym, dobrze wychowanym chłopczykiem. Poza tym, gdyby w Niemczech nie zwyciężył nazizm, Himmler być może dalej spokojnie hodowałby swoje kury” – odpowiedział rosyjski historyk. (PAP)

całośc tu: Nikita Pietrow: Stalin był liderem ślepo mu oddanej grupy przestępczej – Stooq.

Soviet story

Soviet story

Rzeź wołyńska: czas przemijania nie dotyczy pamięci…


Polscy i ukraińscy historycy w sporze o zbrodnię na Wołyniu

Rzeź wołyńska„09.02. Warszawa (PAP) – Rzeź wołyńska z lat 1943-44: dla Polaków – ludobójcza czystka etniczna licząca ponad 100 tys. ofiar, dla Ukraińców – specyficzna wojna AK z UPA, w której wzięła udział ludność cywilna. Spory historyków o Wołyń przedstawia najnowszy numer „Nowej Europy Wschodniej”.

W sobotę mija 70. rocznica pierwszej masowej zbrodni popełnionej przez Ukraińską Powstańczą Armię na ludności polskiej. W miejscowości Parośle na Wołyniu 9 lutego 1943 r. z rąk UPA zginęło ok. 150 Polaków.

Badacze z Polski i Ukrainy w różny sposób oceniają tragiczne wydarzenia na Wołyniu i w Galicji Wschodniej z lat 1943-1944 – podaje „Nowa Europa Wschodnia”, opisując polsko-ukraiński spór historyków o Wołyń. Dla Polaków tzw. rzeź wołyńska, w której zginęło ok. 100 tys. osób (są też szacunki liczące ok. 120-130 tys. ofiar), to jedno z ważniejszych dwudziestowiecznych doświadczeń narodu. Dla Ukraińców był to jedynie marginalny epizod II wojny światowej.

Polsko-ukraiński konflikt na Wołyniu w czasie II wojny światowej miał charakter wojny – dowodzi Wołodymyr Wiatrowycz, ukraiński historyk i dyrektor Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego we Lwowie.

W artykule „Szukanie winnego” badacz podkreśla, że głównymi uczestnikami polsko-ukraińskiej wojny była z jednej strony m.in. Armia Krajowa, a z drugiej podziemie ukraińskie wraz z Ukraińską Powstańczą Armią. „Ta wojna była w istocie przedłużeniem walki zbrojnej między Polską i Zachodnioukraińską Republiką Ludową, która zakończyła się w 1919 roku” – pisze Wiatrowycz. Przekonuje przy tym, że w obu „wojnach”, tej z lat 1918-1919 oraz z lat 1943-1944, głównym celem walczących stron było ustanowienie własnej kontroli nad spornymi terytoriami.

Ukrainiec nie zgadza się z polskimi historykami, którzy twierdzą, że walka polsko-ukraińska miała charakter wyłącznie etniczno-polityczny. „Nie mniej istotnym jej przejawem był długotrwały konflikt w sferze socjalnej. Ta płaszczyzna ma znacznie głębsze korzenie niż etniczno-polityczne i sięga zamierzchłych czasów sprzed XX wieku, kiedy zostały sformułowane dążenia narodowe Ukraińców” – podaje Wiatrowycz. Dodaje też, że konflikt zaostrzała wielowiekowa kwestia stosunków religijnych prawosławnych Ukraińców i Polaków katolików.

Polsko-ukraińską wojnę z lat 1943-1944 Wiatrowycz charakteryzuje też jako „wiejską” lub wprost jako „żakerię”, czyli powstanie chłopskie. „Osobliwością +drugiej wojny+ było to, że była ona konfliktem zbrojnym nie między regularnymi wojskami, a między oddziałami partyzanckimi, zaś aktywny udział brała w nich ludność cywilna, która popierała jedną ze stron albo nie miała jasno określonej orientacji politycznej i wykorzystywała konflikt do rozwiązania własnych nieporozumień” – twierdzi ukraiński badacz. Kwestionuje też istnienie rozporządzenia o masowej likwidacji Polaków sformułowanego przez wyższe kierownictwo podziemia ukraińskiego.

Polski historyk i jeden z czołowych badaczy konfliktu polsko-ukraińskiego prof. Grzegorz Motyka z Instytutu Studiów Politycznych PAN i członek kolegium IPN w polemice z Wiatrowyczem zwraca uwagę, że „użycie określenia +wojna+ bynajmniej nie wyklucza jednoczesnego zastosowania pojęcia +ludobójstwo+”. W jego ocenie posługiwanie się przez Wiatrowycza terminem „wojna” wynika z „próby zanegowania zbrodniczości antypolskiej akcji UPA”. Zdaniem Motyki nieuprawnione są również twierdzenia o niezorganizowanym charakterze masowych mordów na Polakach.

„Wiatrowycz przekonany o niewinności banderowców nie powinien składać broni: musi tylko odnaleźć +prawdziwych sprawców+. Do tego momentu, cóż, musi wybaczyć polskim naukowcom nadmiar sceptycyzmu. Brak w dokumentach Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i UPA pełnej informacji o napadach nie jest dla mnie dowodem na to, że dziesiątki świadków ocalałych z rzezi uległo zbiorowemu złudzeniu” – podkreślił polski badacz w artykule pt. „W krainie uproszczeń”.

Odnosząc się do „wiejskiego” charakteru konfliktu, Motyka podaje, że nie są znane przypadki, aby chłopi samodzielnie dopuszczali się masowych mordów. Przeciwnie – jego zdaniem – często można było zaobserwować sytuacje, kiedy to UPA mobilizowała miejscową ludność do napadów na polskie osady. „Wiatrowycz nie wspomina również, że pomimo oficjalnych instrukcji nakazujących zabijanie wyłącznie mężczyzn przebieg akcji UPA w Galicji nierzadko był tak okrutny, że nawet niektórzy nacjonaliści nieśmiało sugerowali, by wstrzymać dalsze napady” – pisze badacz.

Podczas niedawnej dyskusji w Ośrodku Studiów Wschodnich poświęconej sporom o pamięć o Wołyniu polski historyk podkreślił też, że poglądy wyrażane przez Wiatrowycza są obecnie najbardziej powszechne w ukraińskiej historiografii na temat Wołynia. „W mojej ocenie wśród ukraińskich historyków powszechne jest przekonanie, że w czasie II wojny światowej doszło do wojny polsko-ukraińskiej, w trakcie której obie strony popełniały zbrodnie wojenne” – powiedział Motyka.

W „Nowej Europie Wschodniej” można również znaleźć ukraińską próbę zbliżenia polityki historycznej obu krajów w sprawie Wołynia. Historyk i dziennikarz Roman Kabaczij w artykule „Nie bojąc się Wołynia” przywołuje znamienne słowa ukraińskiego działacza społecznego Pawła Zubiuka: „Prawda o historii naszego Wołynia potrzebna jest przede wszystkim nam, a nie Polsce, Rosji czy Watykanowi. To nasza ziemia. I jesteśmy wystarczająco silni, by nie przekręcać jej historii w stylu komuszej propagandy” – podkreśla Zubiuk na portalu „Historyczna Prawda”, jednym z niewielu, gdzie odbywają się dyskusje o trudnych polsko-ukraińskich relacjach.”

Norbert Nowotnik (PAP) – serwis stooq

więcej na temat Wołynia – Rzeź wołyńska. Poliszczuk: Potępić UPA!

polecam również: Wołyń: „Warunkiem prawdziwego pojednania jest uprzednie powiedzenie prawdy, nawet najboleśniejszej”

Dziennik gajowego Maruchy

Jeszcze w latach 90. XX wieku Grzegorz Motyka usprawiedliwiał UPA za to, co stało się na Wołyniu w 1943 roku. Teraz mówi co innego – a jego książka „Od rzezi wołyńskiej do Akcji „Wisła” została uznana na Ukrainie Zachodniej za kłamliwą i antyukraińską. Poniżej fragmenty wywiadu G. Motyki dla dodatku „Gazety Wyborczej” „Ale Historia” (25 marca 2013):

W lutym 1943 r. na Wołyniu Ukraińcy zaczęli mordować Polaków. Polacy nazywają te straszne wydarzenia „rzezią wołyńską”. To dobra nazwa?

– Precyzyjniejsze jest określenie „ludobójcza czystka etniczna”, przy czym odnosi się ono nie tylko do tego, co wydarzyło się na Wołyniu, ale też później, w Galicji Wschodniej i na ziemiach dzisiejszej Polski. Rozpoczęła się ona 9 lutego 1943 r. i trwała do maja 1945. Jej ofiarą padło około 100 tys. Polaków, została zaplanowana i przeprowadzona na zimno przez jeden z dwóch odłamów Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN).

Towarzyszyła jej sprawna akcja propagandowa: napady sotni…

View original post 1 191 słów więcej