Jacek Kaczmarski: „Epitafium dla księdza Jerzego”… nienasyconym (w rocznicę morderstwa)


„W duchu miłości, a nie prze­mocy, człowiek gotów jest przyjąć na­wet naj­trud­niej­szą, naj­bar­dziej wy­magająca prawdę.”…a prawda was wyzwoli”

 

Mariusz Lewandowski - Paruzja

Mariusz Lewandowski – Paruzja

księdzu Jerzemu (błogosławionemu)

 

prawda do dziś nie poznana

bo każdy może mieć własną

choć skatowano człowieka

 

wolność gdy źle rozumiana

tam tylko poważa się własną

więc uwięziono człowieka

 

miłość wciąż przekłamywana

gdy nie ma nic ponad własną

dlatego zabito człowieka

 

lecz sprawiedliwość czeka

…nienasyconych

 

nienasyceni – Odys, 19 października 2016

podobne: 30 rocznica zabójstwa człowieka zagrażającego komunie. „Prawdę o śmierci księdza Jerzego Popiełuszki poznają dopiero ci, którzy jeszcze się nie urodzili”. Wojciech Sumliński „Lobotomia 3.0”. oraz: Sumliński i patologie III RP. Sprawa ks. Popiełuszki sprawdzianem chęci rozliczenia PIS z PRL. Klątwa FOZZ i kompromisu z komuną. i to: Dzień sądu do Deus Vult i Empatii a także: „U wrót doliny” (Dzień gniewu… zanim nadejdzie)

Jacek Kaczmarski – „Epitafium dla księdza Jerzego” poprzednio: Joanna d’Arc (Kaczmarskiego)

Reklamy

Duchowni w służbie KGB, SB i poprawności politycznej (na tle medalu papieskiego dla Rzeplińskiego i anszlusu Polski do UE). Istotą Kościoła jest wiara w Boga i pokora wobec mądrości zasad.


Związek Radziecki był krajem otwarcie ateistycznym i antyreligijnym. Radzieccy przywódcy powtarzali za Karolem Marksem, że „religia to opium dla ludu” i głosili „wiarę w siłę człowieka”. Po zwycięstwie rewolucji bolszewickiej z 1917 roku Włodzimierz Lenin nakazał wymordować tysiące księży i zamknął większość rosyjskich kościołów. Do walki z religią powołano Związek Wojujących Bezbożników, którego celem było zniszczenie Cerkwi prawosławnej i innych grup religijnych oraz wychowanie młodzieży w duchu ateistycznym.

…Nieoczekiwanie po latach represji w 1941 roku Rosyjski Kościół Prawosławny został odbudowany jako instytucja publiczna przez Józefa Stalina, który potrzebował poparcia Cerkwi w prowadzeniu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej oraz starał się uwiarygodnić w oczach brytyjskich i amerykańskich sojuszników. Religia była wówczas władzom potrzebna, aby w warunkach wojny wzmocnić postawy patriotyczne. Otwarto przy tym na nowo wiele świątyń i zwolniono pozostających jeszcze przy życiu wszystkich księży z łagrów.

Po zakończeniu wojny władze radzieckie powróciły znowu do polityki wojującej ateizacji. Po 1947 roku zakazano rodzicom wychowywania dzieci w duchu religijnym. Zabroniono chodzenia do Cerkwi osobom w wieku poniżej 19 lat. Nastąpiła przyspieszona brutalna ateizacja w anektowanych przez Związek Radziecki wschodnich terenów II Rzeczypospolitej oraz na Litwie, Łotwie i Estonii.

Zadaniem radzieckich tajnych służb była infiltracja organizacji kościelnych oraz pilnowanie porządku w Kościele. Po podporządkowaniu Cerkwi prawosławnej władzy radzieckiej, organy bezpieczeństwa i aparat wywiadowczy zaczął wykorzystywać kler do prowadzenia swoich działań operacyjnych. Głównie KGB (ros. Komitiet Gosudarstwiennoj Biezopasnosti, czyli Komitet Bezpieczeństwa Państwowego) wykorzystywało prawosławnych duchownych do prowadzenia operacji dezinformacyjnych i szerzenia sowieckiej propagandy za granicą. Ponadto duchowni Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego na Zachodzie zajmowali się inwigilacją środowisk emigracyjnych oraz typowaniem kandydatów do werbunku przez KGB.

Agentami lub współpracownikami KGB w okresie istnienia Związku Radzieckiego była połowa lub nawet niektóre źródła podają 80% duchowieństwa prawosławnego. W książce „Archiwum Mitrochina I: KGB w Europie i na Zachodzie” na stronie 752 autorzy napisali: „Jeden z najbardziej znanych duchownych – dysydentów lat siedemdziesiątych, ojciec Dmitrij Dudko, wyjaśniał: „Sto procent duchownych było zmuszonych do współpracy z KGB w mniejszym lub większym stopniu i do przekazywania jakichś informacji. W przeciwnym razie zostaliby pozbawieni możliwości pracy w parafii”. Mniejszości udało się jednak oprzeć naciskom KGB. W grudniu 1991 roku, na krótko przed rozwiązaniem Związku Sowieckiego, Anatolij Olejnikow, ostatni zastępca przewodniczącego KGB, stwierdził w wywiadzie, że współpracy ze służbami odmawiało od piętnastu do dwudziestu procent duchownych Kościoła prawosławnego, do których się zwracano. Odważna mniejszość, która oparła się wszelkim naciskom KGB, miała oczywiście zamkniętą drogę do awansu. W Kościele prawosławnym najbardziej skompromitowanym współpracą z KGB elementem była jego hierarchia”.

…Według autorów książki „Dezinformacja” na stronie 273 podana została informacja, że wielu współczesnych hierarchów w czasach ZSRR współpracowało z KGB: „27 stycznia 2009 roku siedmiuset delegatów zgromadzonych na synodzie w Moskwie otrzymało listę zawierającą trzech kandydatów: metropolitę smoleńskiego Cyryla (tajnego członka KGB o pseudonimie „Michałkow”), metropolitę mińskiego Filareta (pracującego dla KGB pod pseudonimem „Ostrowski”) oraz metropolitę kałuskiego Klimenta (o pseudonimie operacyjnym „Topaz”). Gdy w katedrze Chrystusa Zbawiciela rozbrzmiały dzwony oznajmiające wybór nowego patriarchy, zwycięzcą okazał się Cyryl („Michałkow”). Niezależnie od tego, jakim był przywódcą dla swojego Kościoła, z całą pewnością spośród wszystkich kandydatów miał największe wpływy w świecie religijnym poza Rosją. W 1971 roku KGB wysłało go do Genewy jako przedstawiciela Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego na będącej narzędziem sowieckiej propagandy Światowej Radzie Kościołów. W 1975 roku KGB wprowadziło go do Komitetu Centralnego Rady, która stała się marionetką Kremla. W 1989 roku KGB mianowało go szefem Wydziału Zewnętrznych Stosunków Cerkiewnych Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego. Gdy został wybrany na patriarchę, wciąż piastował te stanowiska”.

…Państwo rosyjskie wspiera Cerkiew Prawosławną, zwraca świątynie wiernym i pomaga finansowo w ich odbudowie. Znamienne jest, że obecny prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin oficjalnie uczestniczy w obrzędach kościelnych w czasie świąt prawosławnych. W tym miejscu należy przypomnieć, że Władimir Putin był szefem FSB (ros. Fiederalnaja Służba Biezopasnosti, czyli Federalna Służba Bezpieczeństwa), która była poprzedniczką KGB odpowiedzialnej za penetrację organizacji kościelnych oraz pilnowanie porządku w Kościele. Władimir Putin w czasach Związku Radzieckiego był oficerem wywiadu zagranicznego KGB i przez prawie piętnaście lat służył w Niemieckiej Republice Demokratycznej.” (Krzysztof Krasowski – Mezalians Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej z KGB)

„…Wielu księży współpracowało z komunistyczną bezpieką i praktycznie wszyscy powiązani z dawnymi władzami byli wypychani na czołowe stanowiska w polskim kościele.

Do dnia dzisiejszego nie doszło do lustracji np. biskupów. Czy dzisiaj, banda starych ubeków może kontrolować kościół poprzez zawartość jakieś szafy? Moim zdaniem tak.

Myśląc o prawdziwym polskim kościele od razu przychodzą mi do głowy nazwiska księży: Stanisław Małkowski, Tadeusz Isakowicz-Zaleski czy Jacek Międlar. Wszyscy oni byli w pewnym stopniu dyskryminowani przez kościelne władze, zabierano im parafie, zabraniano wypowiadać się publicznie. A to właśnie oni są autorytetami dla Polaków…

…W styczniu 2015 roku profesor Andrzej Rzepliński otrzymał z rąk kard. Kazimierza Nycza wysokie papieskie odznaczenie, „w dowód uznania dla zaangażowania w pracę na rzecz Kościoła”.

Krzyż Pro Ecclesia et Pontifice (Dla Kościoła i Papieża) został ustanowiony przez papieża Leona XIII 17 lipca 1888 r. dla upamiętnienia 50-lecia jego kapłaństwa. Przyznawany jest przez papieża na wniosek biskupa diecezjalnego. Krzyż, obok odznaczenia honorowego Benemerenti, jest szósty rangą co do starszeństwa odznaczeń watykańskich.

Facet, który jest dzisiaj symbolem patologicznych rządów Platformy Obywatelskiej, który przez lata należał do PZPR i prawdopodobnie ukrywa morderców bł. ks. Jerzego Popiełuszki, dostępuje tak wysokiego zaszczytu

…nie atakuję Kościoła Katolickiego, atakuję hierarchów, którym osobiste racje przesłaniają dobro ojczyzny. Kościół robi w Polsce wspaniałą robotę, od walki o życie nienarodzonych i prowadzenie żłobków, przedszkoli, szkół aż po pomoc ludziom umierającym w hospicjach.” (Darek Matecki – Kompromitacja hierarchów Kościoła Katolickiego w Polsce!)

podobne: Geneza „polskiej” bezpieki i „Archiwum Mitrochina”. Paranoja zbioru zastrzeżonego IPN i fikcja lustracji. Pamięć wybiórcza czyli „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Czemu PIS broni demokracji? oraz: Najnowsza historia Polski wciąż czeka na odkrycie, źródła leżą w Moskwie (wywiad z prof. Wieczorkiewiczem)

„…ujawnienie wszystkich okoliczności zbrodni na ks. Popiełuszce oznaczałaby konieczność rozliczenia sprawców.

Dziś ustalenie prawdy może być łatwiejsze? Jaruzelski i Kiszczak nie żyją…

Oni rzeczywiście wymknęli się ziemskiemu osądowi. Jednak wielu innych wciąż żyje. Może się okazać, że prawda nie jest dla nikogo wygodna. Widać mataczenie, ukrywanie, sfingowanie procesu. Ktoś również z tzw. naszej strony musi być w to umoczony. Jestem tego pewna. Również po „naszej” stronie widać choćby zaniechania

u zarania transformacji popełniono grzech. To przekłada się dziś choćby na to, jak postrzegana jest scena polityczna, jak oceniane są zmiany tego, co dzieje się w Polsce. Widać, że z nami wszystkimi stało się coś złego. Trudno powiedzieć, czy to kwestia tresury komunistycznej, w której żyliśmy. Możliwe. Widać, że diabeł ma łatwy dostęp do nas, do człowieka. Lepiej nie myśleć, nie szukać rzeczy przykrych. Wtedy musielibyśmy coś zmienić…

…Zginęli również członkowie rodziny adwokatów rodziny ks. Jerzego. Pełnomocnicy mówili za dużo, za otwarcie, więc ich uciszono. Matkę mecenasa Piesiewicza zamordowano za pomocą takiej samej pętli, jakiej użyto przy okazji zabójstwa ks. Popiełuszko. To było niczym pieczęć na całej sprawie.

…Myśmy Okrągły Stół budowali na zabójstwach trzech księży. Pogodziliśmy się z tym. To kim my jesteśmy? Na jednej zbrodni nigdy się nie kończy. Zawsze są następne…” (Stanisław Żarynwpolityce.pl – Maria Dłużewska: Okrągły Stół budowaliśmy na zabójstwach trzech księży)

„…Każdy, kto nosi w sobie pragnienie wolnej Polski, musi zrozumieć, że sprawa zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki nie jest „tematem historycznym” ani „kwestią polityczną”, lecz wciąż żywą, nieprzedawnioną rzeczywistością, która ukształtowała fundamenty III RP i nadal decyduje o naszej przyszłości.

Przez 30 lat, w oparciu o farsę tzw. procesu toruńskiego wmawiano Polakom, że winni tej zbrodni ponieśli już karę. Ówczesna władza stworzyła powtarzaną do dziś legendę o wyłącznej winie czterech funkcjonariuszy SB i na tym kłamstwie oparła koncepcję „historycznego kompromisu” katów z ofiarami. Legendę uwiarygodnili sami esbecy, do końca odgrywając swoje role. W niezmienionej formie, kłamstwo to narzucone siłą komunistycznej propagandy, zostało przyjęte i zaakceptowane w III RP, stając się fundamentem komunistycznej sukcesji. Odtąd wszystkie środowiska uczestniczące w zmowie milczenia przyjęły na siebie rolę zakładników zbrodni oraz odpowiedzialność za ukrywanie prawdziwych sprawców i mocodawców.  Depozyt ten do dziś daje gwarancję bezkarności komunistycznym oprawcom i stanowi „aksjologiczne spoiwo” łączące funkcjonariuszy bezpieki, ludzi Kościoła i „demokratycznej opozycji”…

Wszelkie próby zdemaskowania prawdziwych okoliczności zabójstwa, były i są skutecznie blokowane. To jedna z najistotniejszych wskazówek, jak z fundamentalną i żywą sprawą mamy do czynienia. W niewyjaśnionych okolicznościach ginęli świadkowie, innych zastraszano i nakłaniano do milczenia. Ludzi, którzy wykazali dość odwagi, by naruszyć tajemnicę tej zbrodni nazwano szaleńcami i fantastami. Odmówiono im prawa do zajmowania się tematem, przemilczano ich argumenty, szykanowano lub skazano na zapomnienie. Tak postąpiono z prokuratorem Andrzejem Witkowskim, tak również potraktowano księdza Stanisława Małkowskiego i Wojciecha Sumlińskiego.

Jeśli ktoś mówi dziś o potrzebie „dobrych zmian” i chce odbudowy autentycznej wspólnoty narodowej, musi też podjąć wyzwanie związane z tajemnicą zbrodni założycielskiej III RP. Tylko prawda o tym – kto naprawdę zabił księdza Jerzego, kim byli mocodawcy zbrodni i ludzie towarzyszący esbeckim porywaczom, może zburzyć fundament, na których wspiera się triumwirat morderców, tchórzy i donosicieli. Bez zrozumienia tego obowiązku, próżne są deklaracje patriotyzmu i wierności polskim ideałom, próżne epatowanie walką z patologiami tego państwa…” (Aleksander Ścios – ZBRODNIA ZAŁOŻYCIELSKA III RP MUSI ZOSTAĆ WYJAŚNIONA)

podobne: Sumliński i patologie III RP. Sprawa ks. Popiełuszki sprawdzianem chęci rozliczenia PIS z PRL. Klątwa FOZZ i kompromisu z komuną.

„…ilustracją postępów kultu Świętego Spokoju był niechętny stosunek wyższego duchowieństwa do projektu zmiany konstytucji, zgłoszonego przez Romana Giertycha. (…) zmiana konstytucji miała polegać na rozciągnięciu ochrony życia człowieka „od poczęcia do naturalnej śmierci”. Domyślałem się wtedy, że prawdziwą intencją Romana Giertycha było zablokowanie w ten sposób możliwości ratyfikowania przez Polskę traktatu lizbońskiego, bo gdyby ta zmiana konstytucji została dokonana, to traktat lizboński, podobnie jak inne regulacje unijne, byłby z polską konstytucją właśnie z tego powodu oczywiście niezgodny. Jak pamiętamy, w pierwszym odruchu przedstawiciele Episkopatu stanęli na nieubłaganym gruncie „kompromisu” i dopiero gdy ktoś musiał im zwrócić uwagę, że nie można głosić w tej sprawie „kompromisu” i jednocześnie grzmieć na „cywilizację śmierci”, to się zreflektowali. Ta sytuacja ilustruje też głęboki kryzys przywództwa, jaki po śmierci Prymasa Stefana Wyszyńskiego trapi nasz nieszczęśliwy kraj…” (Stanisław Michalkiewicz – Szpital imienia Króla Heroda)

polecam lekturę: „Szklany nocnik dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego” za „Traktat Lizboński i nadmuchiwanie Niemiec”.

„…Apologetyczna postawa sporej grupy duchownych wobec UE nie może być usprawiedliwiana nieznajomością tego tworu politycznego.

Już 28.05.2003 roku Rada Europy zadecydowała, że projekt Konstytucji europejskiej będzie się odwoływał do cywilizacji greckiej, rzymskiej i prądów filozofii Oświecenia. Biskup sandomierski Edward Frankowski objaśniał, że dowodzi de facto jej masońskich źródeł. Mimo to biskupi w komunikacie z 322 Konferencji Episkopatu Polski nawoływali: „wierni a także wszyscy ludzie dobrej woli winni uwzględnić głos papieża w swoich wyborach” (co oznaczało poprzeć akcesję). List Episkopatu oprotestowało 28 profesorów, wskazywali na zagrożenia dla katolickiego kraju: aborcją, eutanazją, propagowaniem homoseksualizmu, zachęcaniem dzieci do nieposłuszeństwa wobec rodziców itp. Biskupi wiedzieli więc o zagrożeniach dla chrześcijańskiej cywilizacji. Reszty złudzeń winna pozbawić decyzja Rady Europy z 25.01.2006 roku, kiedy opowiedziała się ona przeciw osądzeniu komunizmu, który przecież stanowił kontynuację Rewolucji Francuskiej czyli praktyczną realizację „prądów Oświecenia”. Po sukcesie w referendum biskupi dodatkowo wystosowali list ostrzegawczy, w którym stwierdzali że: pasterze Kościoła w Polsce odrzucają fundamentalizm religijny jako postawę niezgodną z Ewangelią.

Ludzie wsi i małych miasteczek pytani, dlaczego popali akcesję bardzo często odpowiadają: bo tak kazał nam Kościół. W sześć lat do aneksji naszej Ojczyzny do Unii Europejskiej oglądamy tragiczne skutki tamtej decyzji. Zlikwidowane stocznie, porty, flota pasażerska i rybacka, kopalnie, zakłady produkcyjne zniszczone tak, że pozostał „kamień na kamieniu”, sprzedane banki, sanatoria, rozebrane koszary, zlikwidowane wojsko itd. Zadłużenie państwa, według prof. Artura Śliwińskiego wynosi ponad 3 biliony złotych (odpowiada to zadłużeniu przeciętnej rodziny na kwotę 285 tys. złotych).

Ponad dwa miliony młodych ludzi, wykształconych przecież kosztem polskiego społeczeństwa, wyemigrowało. Nie będą pracować dla Polski i w większości nie ułożą sobie harmonijnego życia rodzinnego.

Wielebni hierarchowie, stręczyciele „Euro-raju”! Jeśli biją w Was jeszcze polskie serca, to wierzę, że patrząc na zniszczenie mojej, a przecież także Waszej Ojczyzny, uderzycie się w piersi i powiecie mea culpa.

Czy wobec mnogości sformułowanych względem przedstawicieli Kościoła zarzutów winniśmy odejść od Kościoła? Po trzykroć – NIE! Duchowieństwo polskie ponosiło w przeszłości ogromne ofiary dla narodu; w drugiej wojnie światowej wymordowano 28% księży i zakonników. Ofiara ich życia zobowiązuje nas do trwania w „Ojców wierze”. Wiara jest obok kultury SPOIWEM Narodu. Boskie przykazania porządkują życie obywateli, a w konsekwencji i życie zbiorowe. Odejście od Kościoła, to byłby dopiero prawdziwy triumf wrogów jego i naszej Ojczyzny. Twórcy ateistycznej Unii Europejskiej pełnię władzy opanują dopiero po całkowitym upadku Kościoła…” całość tu:  Księżą w służbie SB

podobne: „Non possumus!” – odpowiedź biskupów na próby podporządkowania Kościoła komunistom oraz: Księża a społeczeństwo”… Jawny i tajny socjalizm… Zasady chrześcijańskiego współżycia kontra kolektywizm (w gospodarce)  i to: Czy uda się nam ocalić cywilizację łacińską, czy na jej gruzach zatriumfuje komunizm.

„…Nie potrzeba wielkiej wnikliwości by widzieć, że konkretne nadużycia czy występki, których dopuszczają się niektórzy duchowni, stają się pretekstem do niezwykle silnych i wyrafinowanych ataków na cały Kościół. (…) ma nie tylko przyjaciół, ale i zajadłych wrogów, dla których każdy pretekst jest dobry, by szkalować i oczerniać wszystkich chrześcijan. A przecież problemy i nadużycia moralne występują nie tylko w obrębie Kościoła katolickiego. Istnieją wszędzie! W ostatnim okresie odbywa się uporczywe nie tyle oczyszczanie, ile przeczyszczanie Kościoła. Ci, którzy nas atakują, próbują wmówić, upowszechnić i utrwalić określone skojarzenie. Ich strategia polega na tym, że Kościół katolicki trzeba kojarzyć z pedofilią, a księży – z pedofilami. Powtarzanie tego miliony razy ma zapaść w pamięć do tego stopnia, że sam widok księdza będzie wywoływał skojarzenia z pedofilią. To element odwiecznej antykościelnej strategii, która w naszych czasach, mając do dyspozycji środki masowego przekazu oraz internet, próbuje mnożyć i nasilać antychrześcijańskie emocje. I jeszcze jedna sprawa. Zarzucana pedofilia to w przytłaczającej większości przypadków wyrafinowana odmiana pederastii, czyli homoseksualizmu. Ale na temat homoseksualizmu panuje nie tyle absolutna cisza, co coraz bezczelniej odbywa się jego forsowanie.…” (ks. prof. dr hab. Waldemar Chrostowski – Poniewieranie Chrystusa i Jego Kościoła – Najwyższy Czas!)

podobne: Pedofilia w Kościele. Ideologiczny raport Komitetu ONZ. Bezpardonowy atak marksizmu. oraz: Biskupi przeciwko pedofilii. Rygorystyczne normy postępowania mają oczyścić Kościół.

„…Kiedy Chrystus w symbolicznej chwili zakładał Swoje wielkie stowarzyszenie, nie wybrał na kamień węgielny ani błyskotliwego Pawła, ani mistyka Jana, ale krętacza, snoba, tchórza – słowem, człowieka. I na tej opoce zbudował Swój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogły. Runęły wszystkie królestwa i imperia, bo w niezmiennej wrodzonej słabości były zakładane przez silnych i wspierane przez silnych. Ale Kościół Chrystusowy, jako jedyny, został zbudowany na słabym człowieku i dlatego nic go nie zniszczy…” (Gilbert Keith Chesterton)

Na pytanie Jezusa z którym swojego czasu zwrócił się on do apostołów „czy i wy chcecie odejść?” św. Piotr odpowiedział „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6,63) „(…) Św. Piotr nie był przygotowany, by odpowiedź na to pytanie. Wszystko wydarzyło się jeszcze przed śmiercią Chrystusa na krzyżu, Jego Zmartwychwstaniem i przed Zesłaniem Ducha Świętego. Wyboru nie dokonuje nigdy człowiek posiadający wystarczającą wiedzę, ale konkretny niedoskonały człowiek w określonym miejscu i czasie. Idealny homo religiosus nie istnieje…” (Ks. Jacek Gniadek: Uwierzyliśmy i poznaliśmy).

Musimy zdawać sobie sprawę z tego że czarne owce (grzesznicy) istnieli w Kościele od zawsze. Niektórzy z nich próbują celowo siać zgorszenie w celu rozbicia jego jedności kompromitując ideę i nastawiając tym samym wiernych przeciwko kapłanom. Jednak to w żaden sposób nie podważa wartości i sensu misji do której kościół został powołany (nie przez byle kogo). Pozostaje ona zawsze wolna od swądu szatana, choć niewątpliwie była, jest i będzie przez niego atakowana, obrzydzana i spotwarzana (również od środka). Dopóki jednak Kościół będzie wiernie i niezmiennie głosił naukę Chrystusową, bez odchodzenia od jej litery to sama idea nigdy nie zostanie pozbawiona sensu a jej źródło będzie wciąż dla wszystkich tak samo jasne i jednoznaczne. Nie przekreślają grzechy człowieka słuszności nauki Jezusa. Nie są też one w stanie osłabić miłości Boga do grzeszników. Od nas zależy czy damy jej szansę zaistnieć w naszym życiu… (Odys)

„…Jezus jest Dobrym Pasterzem, tak Dobrym Pasterzem, że nie opuszcza człowieka nawet jak idzie złą drogą i w złym kierunku. Pamiętacie historię uczniów idących do Emaus? Ci uczniowie uciekają od Chrystusa, uciekają od Jerozolimy, są w błędzie, zakłamują się w tej drodze nawzajem, a Chrystus co robi? a idzie z nimi w złym kierunku. Chrystus jest takim Pasterzem, że pójdzie z Tobą w złym kierunku. I Chrystus idący z tymi uczniami do Emaus nie krzyczy na nich: co wy robicie, gdzie wy idziecie, tylko stawia im pytania: a co się stało?, a dlaczego wy idziecie?, a jakie to się rzeczy wydarzyły? Chce z nich wydobyć prawdę, poucza ich i łamie dla nich i dla nas chleb. Bóg powiedział kiedyś takie słowa do człowieka, niektórzy mówią, że jest to najradośniejsze zdanie w Biblii, coś w tym jest, to zdanie brzmi: Będę z Tobą na wszystkich drogach twego życia…” (Ks. Piotr Pawlukiewicz – Domodlić się do miłości takiej, że może istnieć bez odpowiedzi)

…Jezus dał klucze Swojego Kościoła ludziom mając pełną świadomość naszej grzesznej natury. Oszalał? Pomylił się? To niemożliwe, bo skoro jest Bogiem to doskonale wiedział co robi. Dał wyraźny sygnał wszystkim słabym, że służy swoją miłością przede wszystkim właśnie im. Nie po to jednak by ich utwierdzać w słabości, lecz by im wskazać drogę do walki z nią w celu ostatecznego („na końcu”) pokonania. I nawet jak na tej drodze upadamy to NIGDY nie jest za późno na to żeby się podnieść (przykład „dobrego łotra” na krzyżu). Od naszej woli tylko zależy czy na tę drogę się zdecydujemy… (Odys)

„…Jesteśmy Kościołem grzeszników, i my grzesznicy jesteśmy powołani do tego byśmy dali się przemienić, odnowić, uświęcić przez Boga. Była w historii taka pokusa, byli ludzie którzy mówili: Kościół jest tylko Kościołem czystych, tych którzy są całkowicie konsekwentni, a innych trzeba oddalić. To nieprawda! To herezja! Kościół który jest święty nie odrzuca grzeszników, nie odrzuca nas wszystkich, nie odrzuca ponieważ wzywa wszystkich, przyjmuje ich, jest otwarty również na tych którzy są najdalej, wszystkich wzywa, by pozwolili się objąć miłosierdziem, czułością i przebaczeniem Ojca, który wszystkim daje możliwość spotkania z Nim, podążania drogą do świętości…”  (Franciszek)

…to oczywiście nie oznacza wcale że Kościół pozwoli sobie kiedykolwiek na popuszczanie grzechowi (usprawiedliwianie zła) i zacznie naginać Boże prawo, czy dostosowywać wynikającą z niego naukę i zasady do woli grzeszników jak to sobie pokrętnie tłumaczą „zatroskani” o frekwencję w świątyniach fałszywi „przyjaciele”, nawołujący do większej „otwartości” pod którym to hasłem rozumieją przymykanie oka na grzech. O tym nie ma mowy. Jest mowa o szansie na nawrócenie (powrotu na łono Kościoła) każdego grzesznika. To jest jedyna dopuszczalna otwartość, ale dopiero po przyznaniu się do winy, odrzuceniu grzechu i bezwarunkowym zaufaniu w Boże miłosierdzie. W sprawiedliwość która ani nie przymyka oka ani nie puszcza go do złego. Nie ma słowa w nauce Jezusa o jakichkolwiek negocjacjach czy ustępstwach w kwestiach grzechu i zła. Jest za to miłość i miłosierdzie dla tych, którzy choć nie zawsze wygrywają i często upadają na tej drodze, to jednak pragną iść dalej. Świętość nie polega bowiem na tym że zawsze wygrywamy, ale na tym że ciągle się zmagamy i podnosimy z upadku. Pokusa „perfekcjonizmu” jest równie niebezpiecznemu dla wiary, jak uleganie grzechom w bezczelnym przekonaniu że Bóg i tak nam wybaczy bo taka jest jego rola. Pokusa przekonania że katolik nie ma prawa zgrzeszyć, a jeśli grzeszy to już nie jest katolikiem a hipokrytą, prowadzi prostą drogą do fałszywego pojmowania roli Kościoła na ziemi. W ten sposób rodzi się fałszywe poczucie winy i bezsensu dążenia ku dobru… (Odys)

„…pokusą budzącą największą grozę jest przekonywanie umysłów, że Kościół nie jest tym, który Chrystus rzeczywiście chciał zbudować. To kłamstwo stawiające sobie za cel rozbicie jedności Kościoła i doprowadzenie go do upadku, opiera się na fałszywym przekonaniu [niezrozumieniu istoty], że nieomylność papieża jest absolutna, a nie związana wyłącznie z kwestiami teologicznymi i doktrynalnymi. Według tego fałszywego ujęcia kapłani nie powinni się dopuszczać żadnego grzechu, nawet najdrobniejszego uchybienia. Kierując zatem uwagę na słabości lub błędy poszczególnych duchownych, zasiewa się wątpliwość i nieufność wobec całego Kościoła. Kiedy jednak Jezus go zakładał, uczynił swoich apostołów odpornymi nie na popełnianie błędów, lecz jedynie na głoszenie błędnej nauki. Hasła nieomylności i nieskazitelnej czystości, którymi się szermuje by zdyskredytować Stolicę Apostolską i naukę katolicką, mogą być uważane za dwie spośród czterech głów drapieżnego potwora, który chciałby rozbić jedność Ciała Mistycznego zamierzonego przez Chrystusa…” („Diabeł” Luciano Regolo i o. Raffaele Talmelli)

podobne: Ks. Jacek Gniadek: Nieustanna walka z pierwotną rzadkością i pokusami szatana… czyli „Nie samym chlebem…” (Jak zbudować własną skalę wartości?)

Czysto po ludzku i zgodnie z prawdą należy sobie powiedzieć że nie tylko w KK, i nie tylko na polu religii czy wiary, ale w każdej profesji czy działalności ludzkiej będącej (w zamyśle) bardziej lub mniej zaszczytną i odpowiedzialną misją publiczną, zdarzali się, zdarzają i będą się zdarzać ludzie zdegenerowani czy błądzący (bo taka jest część naszej natury a raczej tendencji). Czy w związku z tym mamy potępić w czambuł każdą działalność która opiera się na jakimś logicznym prawie czy zasadach, tylko dlatego że nie wszyscy ludzie (lub nie zawsze) potrafią się wywiązać z takiego czy innego obowiązku? Czy ktoś podnosi żądania likwidacji wymiaru sprawiedliwości, policji, szkoły, służby zdrowia itp. tylko dlatego że tam również zdarzają się zwyrodnialcy, obłudnicy, grzesznicy, przestępcy i popełniający z rozmysłem błędy? Otóż nie. Z pewnością słychać głosy o potrzebie naprawy/oczyszczenia tych instytucji, ale nie likwidacji z racji ludzkich ułomności bo byłoby to pozbawionym racjonalności wylewaniem dziecka razem z kąpielą. Tymczasem wielu mieniących się racjonalistami, właśnie tego rodzaju logikę stosuje kiedy chodzi o Kościół, atakując (przy okazji) naukę której istotą jest sprawiedliwe i najprostsze na świecie prawo, oparte o dobro i miłość Boga do ludzi. Ułomność „czynnika ludzkiego” nie ma wpływu na sens samej idei (chyba że sam ją wymyślił jako od początku złą). W każdym aspekcie ludzkiego życia i wszelkiej działalności to my (a nie ideał) jesteśmy najsłabszym ogniwem. Jak więc można na podstawie czynów ludzkich popełnianych wbrew zasadom dekalogu wnioskować że winny jest sam dekalog? Czy ktoś mówi o tym że należy zlikwidować kodeks drogowy tylko dlatego że część ludzi się do niego nie stosuje? Poza tym rzeczywistość w której żyjemy ma to do siebie że przykazania nie są narzucane siłą ani przez kościół ani przez państwo. Sama instytucja jak i jej zasady obowiązują tylko tych którzy poczuwają się do tego z własnej nieprzymuszonej woli (Ks. Jacek Gniadek: Kościół niczego nie narzuca. Wiara zasadza się na dobrowolności), tymczasem kodeks drogowy z racji stanowionego przez państwo prawa jest przymusowy… (Odys)

rys. Grzegorz Radziewicz - Odwieczna wojna dobra ze złem

rys. Grzegorz Radziewicz – Odwieczna wojna dobra ze złem

Amber Gold czy OLT Expres? Taśmy Prawdy, Zastrzeżony IPN, Komorowski i Aneks do Raportu o WSI, TeWu i Teczki , Traktat Lizboński, katastrofa smoleńska i inne newerendingstory z których NIKT nie wyciąga wniosków (ani odpowiedzialności). Kryzys przywództwa i ruch oporu przeciwko niemu.


„Sprawa Amber Gold śmierdzi na kilometr. Jak bowiem przez bite trzy lata na rynku Polskim mogła sobie bez skrępowania działać piramida finansowa bez licencji KNF, która oszukała zwykłych ludzi na 850 mln zł? (…) Czy możliwe jest, że to służby specjalne sprokurowały moment wybuchu afery?…

…Z opinii Marcina P. wynika, że młody Tusk mógł szpiegować dla ówczesnego rządu w sprawie sytuacji w OLT. Kontekstem dla całej sprawy miała być prywatyzacja LOT-u. Warto zauważyć, że po wejściu na rynek OLT – który wymusił drastyczne obniżenie cen krajowych połączeń lotniczych – rząd Tuska w sprawie prywatyzacji LOT-u poniósł spektakularną porażkę. Wycofał się bowiem jedyny chętny na zakup narodowego przewoźnika lotniczego – Turkish Airlines. Według „Rzeczpospolitej” – wartość LOTu mogła wynosić nawet około 2 mld zł. Do Skarbu Państwa należało 93,07% akcji tej spółki. Zakładając, że wejście na rynek OLT mogło spowodować, iż do znajdującej się w opłakanym stanie kasy państwowej nie wpłynęło blisko 2 mld zł (Turcy wystraszyli się bowiem tego, że LOT nie wytrzyma konkurencji z OLT), całkowicie nie przekreślałbym zeznań Marcina P., według których wywołanie przez rząd i podległe mu służby „afery Amber Gold” dopiero po 3 latach spokojnego funkcjonowania i łupienia klientów, jest zwykłą karą za inwestycje w OLT, która uniemożliwiła rządowi prywatyzację LOT-u.

Przypomnijmy, że wcześniej Marcin P. ujawnił dokument, rzekomo sporządzony przez ABW, z którego wynikało, że akcja wywołania afery Amber Gold była starannie przygotowana przez służby specjalne. Celem tej akcji było doprowadzenie do wypowiedzenia przez banki komercyjne rachunków bankowych prowadzonych przez Amber Gold, co przyczyniło się do powstania problemów firmy Marcina P. z terminowym spłacaniem lokat swoich klientów oraz wypłatą pensji pracownikom – zarówno Amber Goldu jak i OLT.”

źródło: Amber Gold: zmowa KNF i ABW?

Jako żywo przypomina mi się fragment jednego z nagrań „u Sowy”, na którym Belka wypowiada takie oto słowa: „Zadzwoniłem do Donalda i powiedziałem mu, że sprawa Amber Gold jest dość poważna, że jest to piramida finansowa, ale poważniejsza ze względu na to, że oni są właścicielami tego szybko rozwijającego się OLT Express”Myślę więc że jak najbardziej można przychylić się do tezy iż mniej palącą potrzebą „państwa” w tej sprawie było ukaranie „nielegalnych” mechanizmów w ramach których Amber Gold stwarzał zagrożenie dla prywatnych inwestorów (jak to do tej pory próbuje się wmawiać opinii publicznej), a kluczowym argumentem do chwycenia za pysk akurat tej firmy był fakt, że konkurencja na rynku przewozów lotniczych psuła „interes państwa” (czyt. ludziom establiszmentu), tj. opchnięcie LOTu w ramach prywatyzacji. Jest to standardowy przykład na to jak niebezpiecznym tworem jest państwo (w zasadzie jego chciwy aparat) jeśli dysponuje prawem do dysponowania „publiczną własnością”, i zarządzania nią bez konieczności liczenia się z interesem zwykłych obywateli. Nie mam tu na myśli dobra Pana Plichty, ale nieświadomych depozytariuszy i udziałowców jego biznesu, którzy dzieki „sprawnej interwencji” państwa stracili bezpowrotnie szanse na odzyskanie swoich oszczedności po tym jak zdelegalizowano całe przedsiewziecie. Nie wspominając już o tym jak sie kończy dla podmiotu prywatnego konkurowanie tam gdzie państwo widzi SWÓJ interes, choć to właśnie konkurencja leży jak najbardziej w interesie KAŻDEGO obywatela.

Dokładnie o tego rodzaju zagrożeniu (i że można w ten sposób zniszczyć nawet legalnie działającą firme) wspominałem na samym początku tej „afery” tu: Tusk ściga „Superwizjer” za „Amber Gold”. Polska rajem dla oszustów, kiedy niemal wszyscy byli zapatrzeni wyłącznie na proceder „oszukania inwestorów”, którzy przecież sami (dobrowolnie) zanieśli swoje pieniądze do AG licząc na złote góry (co dla niektórych rzeczywiście tak sie skończyło). Przy okazji należy pamiętać o tym, że ta „piramida finansowa” to tylko licha kupka piachu w porównaniu do PRZYMUSOWEGO wałku (na dużo większe kwoty i skalę rażenia) jakim jest ZUS (o czym więcej tu: Szewczak: Do OFE przypisano nas bez pytania. To jedno z największych oszustw III RP… Jeśli tak to jak nazwać ZUS? Michalkiewicz podaje rozwiązanie). Natomiast co do innej studni bez dna (na pieniądze podatników) czyli wspomnianym wyżej LOT, polecam lekture: „Narodowa dojarka lotnicza”… (Odys)

„…W Polsce znakomita większość tajnych współpracowników służb PRL-u, zajmująca obecnie stanowiska w biznesie, mediach czy polityce, pozostała niezdemaskowana. Szacuje się, że w 1989 r. tylko ze Służbą Bezpieczeństwa współpracowało około 90 tys. tajnych współpracowników. Podobną liczbę współpracowników miały wojskowe służby PRL, które w znacznym stopniu zdążyły zniszczyć swoje archiwa. Dziś już wiadomo, że kopie niszczonych akt trafiały do ZSRR. Wiele wskazuje na to, że Rosjanie mają także kopie kompletu akt SB. W nadzorującym SB MSW rezydentura KGB miała łączników dla każdego pionu – tylko dla wywiadu (departamentu I SB) było ich przynajmniej trzech. Gdy SB zaczęła niszczyć w 1989 r. swoje archiwa (przede wszystkim zaczynając od tych dotyczących najbardziej wpływowych osób), kopie trafiały do ZSRR. Oczywiste jest, że tajne rosyjskie służby używały i używają zawartości tych akt do działań werbunkowych w Polsce. Dziś, aby dokonać pełnej lustracji, nie można robić organizacyjnych manipulacji i wyłączać części zbiorów archiwalnych z poszukiwań archiwalnych. Prawda o „autorytetach” III RP może być szokująca, ale powinna być Polakom znana. Bez tego przebywać będziemy w zakłamanej rzeczywistości. W której „pilota” do znanych i wpływowych osób mają zagraniczne służby.

całość tu: Prawda o „autorytetach” III RP może być szokująca

Prawo i Sprawiedliwość wycofuje się z ekspresowego ujawnienia zbioru zastrzeżonego zgromadzonego w Instytucie Pamięci Narodowej. „Zetka”, w której zgromadzone są do tej pory nieujawniane akta służb specjalnych PRL, będą sprawdzane przez maksymalnie rok, a nie ujawnione w ciągu trzech miesięcy. Z kolei minister Antoni Macierewicz (PiS) chciałby, aby „zetkę” zlikwidować jak najszybciej. Według szefa MON utrzymywanie tajności „zetki” „tworzy fikcyjną elitę ludzi” w życiu publicznym i biznesie.

W obozie PiS nie ma jednomyślności ws. „zetki”. – Czasami ktoś mógł z żyłki przygody współpracować ze służbami PRL, a potem już III RP go przejęła. Dlaczego mamy go pochopnie wywalać za burtę? Czymś innym jest oczywiście sytuacja, w której ktoś współpracował w złej wierze – mówi ważny polityk z kręgu PiS.”

źródło: PiS opóźnia ujawnienie „zetki” – najtajniejszych akt PRL

„…Zdaniem Jeglińskiego nowe przepisy znowu umożliwią, by to politycy i służby decydowały o tym, co zostanie ujawnione, a co nie. – To jest bardzo niepokojące. Każda służba stara się jak najwięcej materiałów zachować dla siebie. Z doświadczenia ostatnich dwudziestu pięciu lat wynika, wiadomo co się działo z tymi materiałami, ludzie dawnych komunistycznych służb mieli dostęp do tych akt, bo mieli ich kopie. Oni są beneficjentami zbioru zastrzeżonego i są najbardziej zainteresowani, aby były tajne – dodał.

Zdaniem opozycjonisty utrzymaniem dokumentów w zbiorze zastrzeżonym jest też po myśli Rosjan, którzy także posiadają tę dokumentację – zapewne nawet w szerszej wersji. Jak zauważył, tylko „całkowite odtajnienie tych zbiorów mogłoby pozwolić na porównanie, jakich materiałów brakuje”. Ponadto przyjęcie rozwiązania, że to komisja złożona ze służb i IPN będzie decydować, które materiały zostaną odtajnione, spowoduje że cały proces przeciągnie się na lata.

W opinii Jeglińskiego, takie przepisy powodują, że likwidacja zbioru będzie uznaniowa, a to w połączeniu z nowym, jeszcze niezniżanym prezesem IPN, stawia cały proces likwidacyjny pod znakiem zapytania. – Krążą różne kandydatury, decyzja o odtajnieniu zbioru będzie zależała od charakteru, woli i zdecydowania nowego prezesa. Jeżeli będzie to człowiek w rodzaju pierwszego szefa IPN, to będzie katastrofa – zauważył.

Jedynym dobrym rozwiązaniem – w ocenie opozycjonisty – będzie odtajnienie wszystkich akt z „zetki”. – To przetnie pępowinę z PRL. Myślę, że najbardziej tajne i delikatne materiały nigdy nie trafiły do zbioru zastrzeżonego. Znana jest praktyka wymyślona przez Kiszczaka, kiedy archiwum MSWiA przeniesiono do IPN, służby pisały w tym samym dniu protokół, że wypożyczają dany materiał. W ten sposób znaczna część materiałów nigdy nie trafiła do „zetki”, tylko dalej posiadały ją służby – wskazał. Stąd też odtajnienie powinno objąć nie tylko zbiór zastrzeżony, ale i te wypożyczone materiały…” (wpolityce.pl, pch24.pl)

źródło: Zbiór zastrzeżony IPN nadal tajny?

podobne: Geneza „polskiej” bezpieki i „Archiwum Mitrochina”. Paranoja zbioru zastrzeżonego IPN i fikcja lustracji. Pamięć wybiórcza czyli „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Czemu PIS broni demokracji? oraz: Instytut Pamięci… Nietykalnej: „Zbiór zastrzeżony”, POzorowanie śledztwa na „Łączce” i niepotrzebna wiedza o zbrodniach stalinowskich. „Wyzwolenie” PO sowiecku.

„…Za poprzednich rządów PiS poprzestała na ujawnieniu 9 dziennikarzy pracujących dla WSI. Dlaczego? Okazuje się, że pokusa, aby korzystać z takiej współpracy, jest za silna dla każdej obecnej władzy. Dodatkowe pytanie jest takie, czy współpraca z polskimi służbami dziennikarza zawsze jest naganna. Przykładem niech będzie tu „A”, dziennikarz, który był korespondentem w obcym kraju i podjął współpracę z pobudek patriotycznych z WSI (wynagrodzenie jednak pobierał…), jeszcze inny dziennikarz za pomaganie WSI zapłacił życiem na wojnie.

Dylemat pracy dziennikarzy dla służb jest trudny do rozstrzygnięcia. Przypomnijmy, że przed wojną duża część dziennikarzy (i polityków) pracowała dla słynnej „dwójki” (II zarząd sztabu generalnego, czyli wywiad wojskowy). Problemem jest raczej to, do czego agentura w polskich mediach jest używana. Problemem są także sposoby jej werbunku, które są takie same jak w PRL-u. Czytałem kiedyś notatkę WSI z 2006 r., na której napisane było o dziennikarzu, że ma żonę i dwójkę dzieci, a sypia ze studentką, więc jest na niego „wejście”. Krótko mówiąc: można go szantażować. Czyli mamy sytuację taką, jaką znamy z teczek SB. Oficerowie polskich służb kupują sobie dziennikarzy, płacąc za wystawne kolacje (wybierają celowo drogie lokale, tak aby rachunki wynosiły nie mniej niż 1000 zł), ułatwiając karierę itp. Tacy dziennikarze nie tyle pracują dla służb, co dla swoich prowadzących, a pokusie wykorzystania takiej siły trudno się oprzeć.

Zdarza się również, że mamy do czynienia z etatowymi funkcjonariuszami służb, zatrudnionymi w redakcjach lub stacjach telewizyjnych na stanowiskach dziennikarzy. Tak jest i tak było od lat w wypadku Agencji Wywiadu, która lubuje się w lokowaniu swoich ludzi w opiniotwórczych tytułach. AW ma pod swoją kontrolą jedną z większych gazet w Polsce. Z agencją współpracuje zarówno właściciel, jak i prezes, redaktor naczelny (od lat 80.), na szefie działu informatyki, śledzącemu, co piszą dziennikarze, kończąc.

Czasami mają w związku z tym miejsce zabawne historie. Tak było m.in. w redakcji pewnego tabloidowego dziennika, gdy doszło do poważnej sprzeczki między dwoma jej dziennikarzami, w czasie której obaj licytowali się, który jest wyższego stopnia oficerem i więcej może! Wyglądało to naprawdę komicznie! Warto jedynie zaznaczyć, że obaj wcale nie byli pod wpływem alkoholu podczas opisywanej sprzeczki. Współpraca dziennikarzy ze służbami skutecznie psuje jakość polskich mediów. Ale jest też przejawem brutalnego łamania ich niezależności.” (Jan Piński • warszawskagazeta.pl)

całość tu: Szpiedzy w naszych mediach

podobne: Polską manipuluje (z telewizora) i rządzi postsowiecka żulia oraz: Nie będzie śledztwa w sprawie tzw. spisku generałów. Umorzenie śledztwa ws. nieprawidłowości raportu z WSI. i to: Dziennikarz służalczy to najbardziej żałosna kreatura” czyli… Ile jest dziennikarstwa w „polskich”(?) mediach. polecam również: Niezdrowe podniety nad szafami z trupami (z wykorzystaniem ofiary „Żołnierzy Wyklętych”) nie naprawią spuścizny Magdalenki i OS. PIS cierpi na KOD Bolka. Optymizm nie zastąpi nam Polski.

„…Swego czasu naczelny tygodnika „Wprost” Sylwester Latkowski, który wpuszczał w obieg stenogramy nagrań z „Sowa&Przyjaciele”, wiedziony obywatelskim obowiązkiem zdeponował w Prokuraturze całą kolekcję nagrań. Mówiło się też o taśmach z Pałacyku Sobańskich, a nawet z willi premiera, wtedy Tuska, na ulicy Parkowej. Podano nawet, że z „Sowa&Przyajaciele” jest ok. 900 godzin zarejestrowanych pogawędek przy ośmiorniczkach, a z pozostałych miejsc ok. 700 godzin.

W tamtym czasie, gdy te taśmy trafiły w ręce organów ścigania, można było przypuszczać, że celem tego zabiegu jest ukręcenie sprawie łba i zakamuflowanie zawartej tam wiedzy pod pozorem prowadzenia śledztwa. Ot, nagrywali kelnerzy, bo dostawali za małe napiwki, a napuścił ich PiS. Taką niewybredną wersję sporządzono dla ciemnego ludu, zahartowanego zresztą wiarą w „pancerną brzozę”. Z tym, że to była „niezależna” Prokuratura, zależna tylko od widzimisie premiera Tuska. I wiadomo, że działała usługowo, spełniając wszelkie kaprysy władzy.

Natomiast obecnie mamy już Prokuraturę podlegającą „dobrej zmianie”, czemu więc stykamy się z sytuacją jak za tej złej Prokuratury, czyli przeciekami, wrzutkami, odpaleniami. Co stoi na przeszkodzie by ujwanić te taśmy obanżające szemrany establishment III RP? A podobno były tam ciekawe sceny obyczajowe. Można zresztą przypuszczać, że istnieją także materiały filmowe, bo co to w tych czasach za problem umieścić kamerę, a nawet ze dwie.

Podobna sytuacja jest z publikacją aneksu do raportu o WSI. Znowu mnożą się niebywałe trudności, by ten raport ujrzał światło dzienne i widać taktykę „a może zapomną”. Zbiór Zastrzeżony w IPN, miał być udostępniony opinii publicznej, przynajmniej część podlegająca pod MON w lutym, a tu mija kwiecień i nic. Odtajniono teczkę Jerzego Zelnika, tak jakby ostrzegawczo i zapadła znana z III RP, lustracyjna cisza na przeczekanie. Zafundowano nam dziwaczny cyrk wokół teczki TW Bolka. Odgrzano sprawę znaną i wielokrotnie maglowaną. To plus parę nic nieznaczących listów, to niby całe archiwum Kiszczaka?

Nie po to głosowaliśmy na zmianę, by było po staremu. A na razie działania, jeśli chodzi o docieranie do prawdy o III RP są pozorowane. Co z tego, że dowiadujemy się o kolejnych bulwersujących faktach, jeśli odpowiedzialni za nie pozostają bezkarni, a co więcej opływają w luksusy na świetnych posadach…” (Ryszard Makowski źródło: Czas skończyć tasiemiec z taśmami)

podobne: Czy „taśmy Wprost” wypłyną raz jeszcze? oraz: Taśmociąg Platformy „wprost” POd cenzurą i czas rozliczeń za „katastrofę smoleńską” czyli… „WSI wraca tylnymi drzwiami” dzięki (anty)Tuskowej reformie służb specjalnych. i to: Lech, czarownica i stara szafa. Afera z „Bolkiem” jest dla głupich, ważni są INNI. Festiwal hipokryzji, teorie spiskowe i brak konkretów.

Aneks do Raportu z Weryfikacji WSI, sprawa zabójstwa księdza Jerzego, strategia bezpieczeństwa narodowego, sądowe zeznania świadka Winiarskiego, publicystyka Wojciecha Sumlińskiego.

Co łączy te różne tematy i sprawia, że można dopatrywać się w nich wspólnego mianownika? Znajduję jedną, podstawową cechę – wszystkie są związane z osobą Bronisława Komorowskiego i z środowiskiem, któremu patronował były lokator Belwederu. Wszystkie też należą do spraw skrupulatnie przemilczanych i ignorowanych przez Andrzeja Dudę i układ rządzący…

…Publikacja Aneksu nie jest nam potrzebna dla rozbudzenia emocji lub zaspokojenia ciekawości pospólstwa, ale po to, by obnażyć i przeciąć patologiczne więzi łączące polityków, biznesmenów i ludzi megasłużb sowieckich. Ten przestępczy triumwirat jest fundamentem tzw. układu III RP. Ujawnienie tych relacji to najżywotniejsza kwestia bezpieczeństwa, która winna być priorytetem władzy deklarującej troskę o sprawy obywateli. Każdy dzień zwłoki oznacza kontynuację mafijnych związków i pozbawia Polaków prawa do wiedzy kształtującej wybory polityczne i świadomość społeczną. Dlatego ten, kto nadal ukrywa Aneks wyrządza Polakom ogromną krzywdę i podtrzymuje patologiczne układy. Przypomnę, że decyzja Andrzeja Dudy o odmowie udostępnienia kopii Aneksu na potrzeby prokuratury, spowodowała już umorzenie śledztwa w sprawie wycieku tajnych dokumentów. Oznacza to, że nie poznamy inspiratorów publikacji tygodnika „Wprost” i nie dowiemy się, kto „grał aneksem” przeciwko politykom ówczesnej opozycji.  

Prawda o męczeństwie świętego Jerzego nie jest nam potrzebna, by szukać sensacji. Nawet nie po to, by stawiać sprawców przed sądem, wznawiać procesy, oskarżać i ferować wyroki. Potrzebujemy jej dlatego, by z tej śmierci wyrosło dobro – takie, jakiego ksiądz Jerzy chciał dla Polski i Polaków.

Tym dobrem nie jest III RP – twór komunistycznej sukcesji, powstały na zaprzaństwie i depozycie zbrodniczej wiedzy. Wagę ujawnienia rzeczywistych okoliczności śmierci księdza Jerzego, można zrozumieć wyłącznie w perspektywie tzw. transformacji ustrojowej, u której źródeł leży mord założycielski. Logika tego procesu zakładała bowiem, że zabójstwo księdza, a następnie włączenie wyselekcjonowanej opozycji w proces fałszowania zdarzeń, otworzy drogę do układu „okrągłego stołu” i zbuduje fundament „nowego porządku”. Udział w tym zabójstwie ludzi służb wojskowych PRL oraz włączenie agentury w proces fałszowania prawdy,  do dziś stanowią najmocniejszą gwarancję obcych wpływów i wytyczają relacje życia publicznego i politycznego…” (Aleksander Ścios całość tu: CYROGRAF)

polecam: Sumliński i patologie III RP. Sprawa ks. Popiełuszki sprawdzianem chęci rozliczenia PIS z PRL. Klątwa FOZZ i kompromisu z komuną. oraz: Prawo i sprawiedliwość? „Ułaskawienie” Kamińskiego. Parasol ochronny nad Komorowskim? Zamiast aneksu do raportu WSI, „raport” z niegospodarności. Koniec „złotych spadochronów”. Komentarz Michalkiewicza.

„…po sześciu miesiącach sprawowania władzy przez układ Prawa i Sprawiedliwości, nie tylko nie mamy informacji o kulisach rządów reżimu PO-PSL, ale nie doczekaliśmy się próby wyjaśnienia jakichkolwiek przestępstw, afer i matactw poprzedniej ekipy. Przez ostatnie pół roku rząd PiS nie przedstawił ani jednego audytu ministerialnego i nie sformułował żadnego zarzutu pod adresem przedstawicieli reżimu. Polacy nadal nie wiedzą o korupcji, nepotyzmie czy ustawionych przetargach. „Odzyskana” przez PiS prokuratura nie prowadzi postępowań w sprawie afery marszałkowej, stoczniowej, gazowej czy hazardowej, ani w żadnej z setek innych afer, o jakich słyszeliśmy w ciągu ostatnich lat. Nic nie słychać o odpowiedzialności karnej i politycznej za paktowanie z Putinem, o zarzutach zdrady dyplomatycznej, o szukaniu winnych represji i przestępstw sądowych, o rozliczeniu samowoli służb specjalnych, o ściganiu służalczych sędziów, prokuratorów i policjantów. Zadziwia też nonszalancja, z jaką prezydent Andrzej Duda traktuje sprawę Aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI – dokumentu, który jest źródłem bezcennej wiedzy o funkcjonowaniu przestępczego układu III RP. „Ta sprawa nie jest w tej chwili najważniejsza” – orzekł następca B. Komorowskiego. „Mam znacznie poważniejsze sprawy, co do których zobowiązałem się względem wyborców” – uznał prezydent i do tej chwili odmawia nawet ujawnienia, czy jest w posiadaniu tajnego dokumentu.
Tylko dwie przyczyny mogą tłumaczyć taką sytuację – albo przez osiem lat popełnialiśmy kardynalny błąd, dopatrując się zła w rządach reżimu PO-PSL, albo obecna ekipa chce ukryć przed Polakami wiedzę o funkcjonowaniu „demokracji” III RP i zamierza uciec od obowiązku rozliczenia poprzedników…

…padła obietnica, że w najbliższą środę rząd dokona prezentacji audytów poszczególnych ministerstw. Przypuszczam, że jeśli w ogóle dojdzie do takiej prezentacji, zostanie ograniczona do rzeczy doskonale znanych, do ogólników i spraw podrzędnych.
Przedstawiciele PiS mogą czuć się bezpiecznie składając puste deklaracje i mamiąc wyborców wizją rozliczenia poprzedniej ekipy. Żadne „wolne” medium nie pozwoli sobie na krytyczną ocenę tej władzy i nie ośmieli domagać spełnienia obietnic (…) Oczekiwania wyborców na rzetelne podsumowanie rządów PO-PSL są częściowo zaspokajane przy pomocy kontrolowanych „przecieków”. Poszczególni żurnaliści „wolnych mediów” otrzymują dostęp do sprawozdań, by epatować odbiorców banałami lub „rewelacjami” o zakupach prezentów. Najbliższa (środowa) inscenizacja może również posłużyć do zwekslowania tematu rozliczeń i zastąpienia go jałowymi zarzutami. Wyborcy PiS cierpią zaś na zbyt głęboki deficyt odwagi i samodzielnego myślenia, by zdobyli się na krytyczną ocenę lub formułowanie żądań…

…W tekście „JAK PRZEGRAĆ W OBRONIE III RP – hipotezy i teorie”, z 22 lutego br. przedstawiłem kilka hipotez związanych z kombinacją operacyjną pt. teczki Kiszczaka. Omawiając jedną z nich napisałem – „Może się zatem zdarzyć, że celem obecnej kombinacji jest wprowadzenie do „obiegu publicznego” dokumentów/informacji niekorzystnych lub dyskredytujących układ rządzący. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy w odzyskanych przez IPN „zbiorach Kiszczaka” (bądź w prywatnym archiwum innego, prominentnego esbeka) zostaną znalezione dokumenty świadczące o współpracy agenturalnej któregoś z czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości bądź informacje obciążające (kompromitujące) najważniejsze postaci „środowiska patriotycznego”. Jeśli wcześniej, z tego samego źródła uzyskano szereg wiarygodnych dokumentów, na jakiej podstawie można wykluczyć prawdziwość tego, konkretnego przekazu? Kto uwierzyłby, że esbek przechowujący oryginały dotyczące TW „Bolka” lub teczki niezwykle cennych agentów, kolekcjonuje w swoich zbiorach pospolite „fałszywki” i zbiera informacje pozbawione znaczenia? Takie „znalezisko” byłoby cennym elementem rozgrywki prowadzącej do rozpisania wcześniejszych wyborów lub przez długie lata pozwoliło eksploatować temat niewygodny dla PiS-u.”
Nietrudno zauważyć, że rozgrywka z tzw. teczkami Kiszczaka stanowiła swoistą cezurę i miała wpływ na decyzję o odstąpieniu od publikacji wyników audytów. I nie tylko, bo niemal w tym samym czasie wyciszono temat ujawnienia „zbioru zastrzeżonego” oraz zrezygnowano z nagłaśniania projektu ustawy ograniczającej emerytury esbeckie. Choć przeszkoda, w postaci obawy o „spowodowanie totalnego chaosu informacyjnego” wkrótce ustąpiła, PiS nie powrócił już do pomysłu ogłoszenia audytów i poprzestał na epatowaniu jałowymi obietnicami.
Ukrywanie wiedzy o stanie III RP i zaniechanie rozliczeń poprzedniego reżimu, jest oczywistym dowodem słabości grupy rządzącej. Świadczy o tym również kondycja sztucznie wykreowanych przeciwników i zakres spraw, jakie zostały narzucone PiS-owi w czasie ostatniego półrocza. Jeśli do miana „najgroźniejszych wrogów” partii pana Kaczyńskiego pretendują – średnio inteligentny sędzia i gromada jazgotliwych zamordystów, trudno się spodziewać, by taka formacja polityczna mogła przeprowadzić autentyczne zmiany lub potrafiła zerwać ze spuścizną III RP.
Skoro bez najmniejszego problemu narzucono PiS-owi nonsensownych „spór o Trybunał” i wepchnięto w zdradliwą „pułapkę demokracji”, nie wolno wierzyć, że partia pana Kaczyńskiego zechce osądzić bandytów i aferzystów lub podejmie jakąkolwiek „kontrowersyjną” sprawę…

…Nie wykluczam, że obecna ucieczka od „tematów trudnych” i brak woli rozliczenia układu III RP , może świadczyć o istnieniu zakulisowych ustaleń i koneksji, w których oportunizm, kunktatorstwo lub groźba użycia komprmateriałów stanowią ważną platformę porozumienia… (Aleksander Ścios całość tu: SPEKTAKL „DEMOKRACJI III RP” – CZY OSTATNIA MISJA AGENTA ?)

podobne: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach  oraz: Tania łaska zamiast rozliczenia, Belka w oku PIS i frazesy o „dobrej zmianie” (Oficer „bezpieki” dostał ważne stanowisko w MSZ!) 

…jednak to nie jest takie proste ponieważ…

„…ważniejszy jest program polityczny, jaki wyłonił się z przemówienia prezesa PiS. Można w nim wskazać trzy zasadnicze punkty: po pierwsze – wytarzanie Donalda Tuska w smole i pierzu, przy czym nie jest do końca jasne, czy ten zabieg ma poprzedzać egzekucję, czy być karą samoistną. Po drugie – wybudowanie na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie pomnika prezydenta Lecha Kaczyńskiego i wreszcie – po trzecie – przedstawienie w książkach i podręcznikach szkolnych pełnej prawdy o wspaniałych dokonaniach prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Oprócz tych trzech zasadniczych punktów jest również i czwarty, polegający na „dążeniu do prawdy” odnośnie smoleńskiej katastrofy. W tej ostatniej sprawie prezes Kaczyński pochwalił ministra Macierewicza za to, że wraz ze swą parlamentarną komisją „dokonał cudów”. To akurat prawda i sam mógłbym wskazać co najmniej dwa cuda. Otóż – po pierwsze – prezes Kaczyński cieszy się reputacją wirtuoza intrygi, a tymczasem minister Macierewicz, przejmując inicjatywę w sprawie „dążenia do prawdy”, owinął sobie prezesa Kaczyńskiego dookoła palca, zmuszając do podążania ku prawdzie szlakiem przez siebie wytyczonym. W rezultacie prezes Kaczyński nie może już z tego szlaku zboczyć bez narażenia się na ośmieszenie do końca życia… 

Mamy zatem program, który można by uznać za prywatny program prezesa Kaczyńskiego, gdyby nie to, że prezes pełni de facto funkcję Naczelnika Państwa, któremu podporządkowane są inne konstytucyjne organy w postaci prezydenta i rządu. W takiej sytuacji wspomniany program można uznać za program rządu, a nawet – całego państwa…

Skoro tak, to możemy porównać ten program z programem realizowanym na Węgrzech przez premiera Wiktora Orbana. Premier Orban zauważył, że aby zapewnić państwu węgierskiemu swobodę ruchów, trzeba wydobyć je z pułapki zadłużenia. Wymaga to przykręcenia finansowej śruby nie tylko zagranicznym korporacjom, ale również Węgrom – i premier Orban tę śrubę Węgrom przykręca. Mimo to jednak już dwukrotnie wygrał wybory z większością konstytucyjną, co jak dotąd żadnemu Umiłowanemu Przywódcy w naszym nieszczęśliwym kraju się nie udało. Czym wytłumaczyć to społeczne poparcie? Pewne światło rzuca na to sformułowanie zawarte w preambule nowej węgierskiej konstytucji: „korona Świętego Stefana”. Jest to inna nazwa terytorium węgierskiego sprzed traktatu w Trianon, narzuconego Węgrom 4 czerwca 1920 roku jako kary za uczestnictwo Węgier w I wojnie światowej po niewłaściwej stronie. Traktat w Trianon był dla Węgier traktatem rozbiorowym w następstwie czego utraciły one dwie trzecie terytorium państwowego. W tym kontekście program polityczny premiera Orbana jest bardzo czytelny: musimy wydobyć Węgry z pułapki zadłużenia, by państwo odzyskało swobodę ruchów. Wymaga to wprawdzie przykręcania śruby, ale popatrzcie tylko, jaki cel nam przyświeca! I Węgrzy to rozumieją i premiera Orbana popierają. Ale bo też program ten nie jest wyrazem jakichś dynastycznych urojeń, tylko skierowany ku potrzebom państwa, ku potrzebom narodu i ku przyszłości. I dopiero na tym tle możemy ocenić głębokość kryzysu przywództwa, w jakim pogrąża się nasz i tak już przecież nieszczęśliwy kraj.” (Stanisław Michalkiewicz całość tu: Cudowny kryzys przywództwa)

podobne: Studium węgierskiego przypadku nad Wisłą czyli… ile z Orbana w PISie. Czego powinien chcieć od władzy zwykły Polak?

„…tak samo jak nie powinny Polską rządzić trumny Piłsudskiego i Dmowskiego – tak też nie należy wysuwać do tej roli trumny (respective: sarkofagu) Lecha Kaczyńskiego. Na naszych oczach w tych miesiącach właśnie ujawnia się całkowite bankructwo jego polityki, której aksjomatem były trzy egzotyczne sojusze: wobec Waszyngtonu, wobec państwa i diaspory żydowskiej i wobec masonerii. Były to sojusze kompletnie egzotyczne – bo całkowicie jednostronne, pozbawione cech realizmu, czyli jakkolwiek pojmowanej wzajemności, która jest przecież podstawą każdej realnej dyplomacji.

Poza wspomnianym już aktem lizbońskiej abdykacji z suwerenności parę jeszcze jego decyzji i zaniechań pozostanie na zawsze czarnym memento dla każdego polskiego państwowca – ot, choćby: wstrzymanie ekshumacji w Jedwabnem; rozmontowanie (wspólne z bratem) większości parlamentarnej za życiem; zatrzymanie lustracji (poprzez autosabotaż ustawy o IPN i odłożenie ad acta aneksu do raportu o likwidacji WSI); socjalistyczna awersja do tzw. prywatyzacji, czyli zwrotu mienia zagrabionego polskim właścicielom; gołosłowna retoryka polityki jagiellońskiej połączona z fatalną praktyką izolowania Białorusi; deklarowanie na kredyt wiecznej lojalności sojuszniczej wobec Izraela i jednoczesne koncesjonowanie działalności jawnie antypolskich organizacji w rodzaju B’nai B’rith Polin etc., etc. Na czymże więc miałaby polegać owa tylekroć już deklarowana wola realizacji „politycznego testamentu” Lecha Kaczyńskiego? W naszej historii przypadnie mu miejsce bynajmniej nie monumentalne – między tragedią a groteską – między Sikorskim a Mikołajczykiem.

…Polska racja stanu wymaga dokładnego i szczegółowego wyjaśnienia sprawy Lizbony (2007–2009) – aby mechanizm międzynarodowego szantażu nie został znów bezkarnie zastosowany wobec tych, którzy dziś stoją na narodu czele i dzierżą stery nawy państwowej. To im właśnie, ludziom tak chętnie powołującym się na ów „testament Lecha Kaczyńskiego”, paradoksalnie najbardziej powinno zależeć na wyświetleniu sprawy lizbońskiej – nie mniej niż smoleńskiej…” (Grzegorz Braun • polskaniepodlegla.pl)

źródło: Grzegorz Braun: Pytajcie o naciski – zawczasu nie po fakcie!

podobne: „Szklany nocnik dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego” za „Traktat Lizboński i nadmuchiwanie Niemiec”. oraz: Sprzedawczyki spod Lizbony zawłaszczają Kościół czyli… PiS udaje, że reprezentuje elektorat katolicki.

Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta… bo stanowi nieodłączny element tego burdelu od tzw. „transformacji ustrojowej” którą firmował swoją osobą ś.p. Lech Kaczyński najpierw w Magdalence a później wspierając Wałęsę.

Wmawia nam się że PIS i „oPOzycja” walczą o jakieś zasady (demokratyczne), które mają na celu „dobro Polski”. Nikt jednak nie poczuwa się do obowiązku wytłumaczenia zwykłym ludziom na czym to rzekome dobro miałoby polegać. Nie przeszkadza też żadnej ze stron „sporu” fakt naginania owych zasad (i tzw. „prawa”) do swoich potrzeb. Jakimś „cudem” to co do tej pory (od 25 lat „wolnej polski”) było jednoznaczne i proste w interpretacji (dla wszystkich udziałowców polskiej sceny politycznej) przestało takie być.

Optykę zmieniła walka o polityczną dominację, z czym łączy się osiąganie konkretnych korzyści majątkowych, wynikających z „redystrybucji” środków zwanych „publicznymi”. Gra nie toczy się bowiem o żadne „dobro Polaków”, ale o miejscówki za stołem na którym owo dobro jest rozdzielane. Chodzi o to kto i ile będzie czerpał z tego „dobra nas wszystkich”… DLA SIEBIE i swoich politycznych kolegów.
„Dobra zmiana” która postanowiła zagarnąć wszystkie insygnia władzy dla siebie wywołała klasyczny konflikt interesów z POprzednią władzą (będącą obecnie w opozycji – czyt. z dala od głównego koryta) i o to właśnie toczą się te wszystkie boje zwane „obroną demokracji”. Rewizja dotychczasowego przepływu publicznych pieniędzy „w gospodarce” (czyt. do wyznaczonych przez władzę dworów/przyjaciół królika), przestraszyła POprzedników utratą pozycji i zysków jaką sobie przez lata wybudowali. To dlatego każda ze stron postrzega „interes państwa/obywateli” zupełnie inaczej, i ma na swoje (Sejmu lub Trybunału Konstytucyjnego) działanie zawsze jakieś prawno/proceduralne usprawiedliwienie, naginające przepisy w sposób dla siebie korzystny i przedstawiając to opinii publicznej jako jedynie słuszną wersję „prawa powszechnie obowiązującego” – bezprawną tylko w mniemaniu politycznego przeciwnika.

Tymczasem ani żadne „ale” (uzasadnienie), ani owe „zasady” (prawo) nie usprawiedliwiają tego co się w rzeczywistości dzieje. Tu nie chodzi o to kto był pierwszy (jajko czy kura) i kto bardziej naruszył „prawo” (czytaj interes partyjny sitwy która obecnie rządzi, bądź tej która zajęła jej miejsce w opozycji). Chodzi o to że tak ustawodawstwo jak i sądownictwo to DWA ODDZIELNE byty (o egzekutywie, i o tzw. 4 władzy nie wspominając). Nie po to bowiem ktoś wymyślił trójpodział władzy, żeby potem jedna z nich wykorzystywała przewagę w którymś ze swoich organów (Sejmie, tudzież w Trybunale) by narzucać swoją wolę pozostałym, sięgając tym samym po władzę absolutną. Na tym się bowiem zasadza ISTOTA BEZPIECZEŃSTWA NAS – OBYWATELI przed NIMI czyli władzą, że one się gdzieś jednak wzajemnie ograniczają i kontrolują. Jeśli zaś nie potrafią powstrzymać własnych ambicji, i nie potrafią obronić interesu obywateli przed zakusami swoich ustawowych rywali, to na co komu taki sejm czy sąd, tudzież prezydent? W takim momencie nie może być mowy o ŻADNYM „interesie obywateli”.
Pora zdać sobie sprawę z tego, że pomimo „walki” miedzy Sejmem a TK (czyli między jednym a drugim obozem władzy), tak naprawdę WSZYSTKIE kluczowe (w sposób zgubny dla narodu) ustawy już dawno obowiązują i działają, a kolejne ciągle są wprowadzane w życie. Więc nie dajmy sobie wmówić że ta „wojna na górze” toczy się o jakiś „narodowy interes” bo to jest nieprawda.
Osobiście od dłuższego czasu kibicuję temu, żeby Sejmowe gnioty sięgające coraz głębiej do kieszeni podatników nie mogły zostać opublikowane z racji swojej niekonstytucyjności. Nie interesuje mnie szanowny Sejmie twoje „prawo” do ustaw, jeśli sięgasz dzięki niemu coraz głębiej do kieszeni, zadłużając mnie i resztę obywateli tego „nieszczęśliwego kraju” na kolejne pokolenia. Tak samo nie interesują mnie twoje wyroki szanowny Trybunale Konstytucyjny jeśli dotyczą „spraw własnych”, podczas gdy bez sprzeciwu puszczane są w obieg sejmowe gnioty sankcjonujące złodziejstwo. Więc dopóki oba twory pracują wspólnie i w porozumieniu we WŁASNYM interesie kosztem Polaków, to ja się nie dam nabrać na propagandę jakoby któraś ze stron walczyła w moim interesie. Mam gdzieś „dwa porządki prawne” jakie z tego tytułu powstają (bo nie powstają), jeśli żaden z nich nie poprawia faktycznie sytuacji w której na dzień dzisiejszy czeka mnie przyszłość bez emerytury pomimo LEGALNEGO nabycia do niej praw. Co mnie obchodzi stołek jakiegoś urzędnika/figuranta z TK, „uciemiężonego” z tego powodu że nie może publicznie demonstrować swoich poglądów politycznych (obecnie na „zwolnieniu lekarskim” łazi po telewizjach jak jakiś męczennik i bohater), kiedy w tym samym czasie Polakom (którzy go utrzymują z podatków i „składek”) ciężko jest znaleźć godnie płatną pracę i muszą w jej poszukiwaniu tysiącami emigrować za granicę.

Jak dla mnie do tego kompletu „sparaliżowanych organów” (walczących tak naprawdę wyłącznie o SWÓJ interes) brakuje jeszcze władzy wykonawczej i tzw. czwartej którą PIS bezczelnie nazywa „narodową TV” – po to by biedni ludzie myśleli że coś się zmieniło w dotychczas serwowanej jakości informacji. Tylko ktoś totalnie zanurzony w propagandzie „nowej” władzy może uznać że „Bodo”, tureckie seriale, odgrzebana PRLowska poligramota w postaci „sondy”, „pegaza”, czy „teleranka”, tudzież małpowanie konceptu TVNowskiego „szkła kontaktowego”, a już szczególnie uchwalenie za te „ofertę” PRZYMUSOWEGO haraczu (czy ktoś „to” ogląda czy nie), jest tym co wyczerpuje wymogi tzw. „misji publicznej” (tj. wychowaniu społeczeństwa obywatelskiego). Jeśli tak ktoś myśli i uważa poparcie dla tego czegoś za przejaw patriotyzmu to współczuje.
Zamiast „sprawnego działania” tych szkodników życzę wiec sobie, by w końcu ONI wszyscy razem (i każdy z osobna) nie mogli nawet palcem ruszyć dla „dobra kraju”. Niech nareszcie Polacy staną się wolni od tej „opieki”… Może wtedy zacznie się ludziom chcieć żyć po swojemu a nie tak jak im Pan Kaczyński, Schetyna, Petru, Kosiniak Kamysz, czy inny Rzepliński (jedna wielka socjalbanda) każą, biorąc ze swoje „nieocenione usługi” niemałe pieniądze.

Propagandyści obu obozów oraz inni ściemniacze/uciekacze od istoty problemu polskiej biedy, epatujący nas codziennie tym żerowiskiem szczurów jako „racją stanu”, będą mieli dzięki tej orgii chaosu nieskończone źródło tematów dla swoich coraz bardziej pudelkowych felietonów, ale im dłużej trwa ten cały „impas” tym szybciej się znudzi NORMALNYM ludziom, którzy być może w końcu przejrzą na oczy i zaczną zadawać pytania nie o „wojnę na górze” (za którą płacą ciężkie pieniądze odbierane im POD PRZYMUSEM), ale o to gdzie jest do cholery ta cała „dobra zmiana” i „interes narodu”, i czemu bez względu na to kto pełni te rolę to i tak nic się dla przeciętnego obywatela nie zmienia. Dzięki temu cyrkowi (i im dłużej on trwa) jest szansa na to że chociaż część obecnych wyborców zniesmaczona tą małpiarnią, w kolejnych już wyborach odda swój głos na kogoś NORMALNEGO spoza tego układu POPIS/nowoczesna/PSL (czy ich ideowe przybudówki)… (Odys)

podobne: IV RP kontra III RP czyli lekcja z demokracji. Sprawa Sumlińskiego, niekompetencja w MON i uchwała sejmu ważniejsza od Konstytucji. Czy Duda złożył Rzeplińskiemu propozycję nie do odrzucenia? Na czym polega postkomunizm i czy socjalista może być dobrym patriotą?

W jednej ze swoich książek („Milczące psy”) Waldemar Łysiak we fragmencie dotyczącym fikcyjnej instrukcji Katarzyny Wielkiej dla jej ambasadora w Polsce, trafnie odmalował to co sie dzieje obecnie zwracając uwage na istote problemu bezkarności władzy i wynikającej stąd szkody dla zwykłego obywatela, oraz w czym tkwi siła naszego narodu. Niezależnie od tego kto do tej pory rządził wygląda to tak:

„…Polacy. Nie można zaanektować ich państwa, bo trzeba byłoby dzielić się z Prusami, Austrią, Turcją i Bóg wie z kim jeszcze; narzuca to europejska równowaga sił.

…Należy raczej zdemoralizować ich do szpiku, zostawić im formalną swobodę, z całym teatrum nazw i symboli, które tak kochają, z całą honorową frazeologią, która jest ich narkotykiem, z konstytucyjnymi prawami o fałszywej wartości, i przytroczyć do siodła niewidzialną liną, której jeden koniec trzymasz mocno w dłoni, a drugi zakotwiczyłeś w sercach ,,milczących psów”, co sprawują tam władzę. Szarpniesz i kukiełki robią żądany ruch…

Stworzymy tam nową oligarchię, która będzie okradać własny naród nie tylko z godności i siły, lecz po prostu ze wszystkiego, głosząc przy tym, że wszystko, co czyni, czyni dla dobra ojczyzny i obywateli. Niższe szczeble tych krwiopijców będą uzależnione od wyższych w nierozerwalnej strukturze piramidy. Trzeba będzie starać się, by w piramidę wpasowany był każdy zdolny i inteligentny człowiek, by zechciwiał w niej i spodlał. Niedopasowywalnych szaleńców, nieuleczalnych fanatyków, nałogowych wichrzycieli i każdą inną wartościową jednostkę wyeliminujemy operacyjnie…”

„…Nie wiem czy wszyscy już to dostrzegli, ale ja właśnie zadałem pytanie o sens niepodległości bez własności. Oto kosztem niewyobrażalnych ofiar odzyskujemy niepodległość, czyli nasze państwowe dekoracje, po to, by w tym rzekomym państwie żyć jak niewolnicy, traktowani w dodatku wrogo przez urzędników tego państwa. To jest poważny paradoks wynikający z niezrozumienia tego czym jest państwo i jaka jest hierarchia organizacji. Już o tym pisałem, ale jeszcze powtórzę: większość tak zwanych niepodległych państw to dekoracja i fikcja mająca maskować interesy wielkich instytucji finansowych, które posługując się retoryką niepodległościową, załatwiają różne sprawy na rynkach światowych. Jeśli ktoś daję się w tę grę wciągnąć sam jest sobie winien. Czasem jednak nie ma wyboru. I my to doskonale wiemy. Nie wszyscy jednak, bo sięgające pod niebo piony formacji urzędniczych sądzą, że jest dokładnie odwrotnie, że to oni i ich dobrostan, jak sobie lubił czasem zażartować Migalski, są przedmiotem troski organizacji globalnych. Otóż spieszę z życzliwym wyjaśnieniem – nie jest to prawda…

Warto przy tym też zapytać kto chce zarobić dziś na tym, że ziemia w Polsce wolnej i niepodległej, w Polsce która oddaje hołd tym rzekomo niepodległościowym tradycjom, wyłączona jest w obrotu rynkowego

…Teraz pora wyjaśnić co jest istotą tak zwanych dojrzałych demokracji. Czy jest to prawo obowiązujące wszystkich poddanych, to jest, chciałem rzec obywateli? Nie, istotą dojrzałych demokracji są ukryte hierarchie, dla których prawo jest pretekstem do wyduszania pieniędzy z niewolników zwanych obywatelami oraz do ciągłej ich degradacji. Nie tylko finansowej, ale także moralnej

…Ktoś może powiedzieć, że doszedłem do ściany, bo kwestionuję sens odzyskiwania niepodległości. Nieprawda, ja tylko kwestionuję sens jej tracenia. Oto Polska w XVIII wieku, omamiona ideą postępu położyła głowę na pieniek. Potem zaś przez 122 lata próbowała sobie tę głowę nieudolnie przykleić do korpusu z powrotem w myśl zaleceń płynących z demokratycznych stolic. Kiedy się to w końcu udało okazało się, że głowa gada w jakimś niezrozumiałym języku o sprawach, które nie rokują za dobrze. Całość zaś przypomina trochę stwora, co go wyprodukował doktor Frankenstein w demokratycznej Szwajcarii, przytułku wszelkiej maści rewolucjonistów. I tak jest do dzisiaj.

Historia uczy nas, że państwo może upaść, ale naród zostaje. Jeśli jednak nasi ciemiężyciele, potomkowie carów i Wilhelmów porzucą swoją tradycję i zaczną małpować zasady dojrzałych demokracji, przy usilnym wsparciu ideologicznym ze stolic tychże demokracji płynącym, to może się okazać, że i naród nie przetrwa. Nic bowiem nie stoi w miejscu i nie ma już powrotu do pogodnych czasów Hakaty. Ludzie się uczą, a do tego pokładają jeszcze wiarę w tej nauce. I zgodnie z postępem zmieniają metody działania – patrz Hitler i Stalin.” (coryllus całość tu: Polacy i ich londyńskie banki)

podobne: Wolność a niepodległość. Czy Polska jest niepodległa a Polacy wolni? oraz: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu i to: Wewnętrzna sprzeczność czyli… państwo i wolność. a także: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii.

„…Niestety nie wszyscy ludzie są zdolni zrozumieć długookresowe skutki życia bez praw własności i opierania stosunków społecznych na rabunku.

Dlatego też mądre społeczeństwa obwarowały fundament swojego sukcesu – własność prywatną – bastionem prawa chroniącego ją i gwarantującego, że każdy, kto wyciągnie rękę po cudze mienie, ponosi ryzyko spotkania się z brutalną przemocą odwetową. Jeśli bowiem ktoś nie jest zdolny pojąć że rabunek w długim okresie czasu doprowadzi go do zguby, musi być uświadomiony, że zguba czeka go także w bliskiej przyszłości, a nawet, że nadejść może jeszcze w chwili, gdy podejmie próbę kradzieży. Tylko wtedy możemy zniechęcić niektórych przed sięganiem po owoce cudzej pracy i konsumowanie ich, mimo, że nie przyłożyli do ich wytworzenia ani odrobiny wysiłku i nie należą im się. Jeśli jakieś społeczeństwo decyduje się znieść groźbę przemocy odwetowej w przypadku rabunku, społeczeństwo takie podmywa fundament swojego własnego dobrobytu i stabilności społeczno-gospodarczej.

Gdy sąd ogłasza, że wolno kraść i złodziej nie poniesie konsekwencji, dla wielu ludzi znika motywacja do uczciwej pracy i handlu, gdyż rabunek jest prostszy i wymaga mniej wysiłku w stosunku do uzyskanej korzyści. Ludzie pozbawieni wewnętrznej moralności, niezdolni do odróżnienia dobra od zła, będą kierowali się właśnie takim prostym rachunkiem zysków i strat. Gdy tylko zauważą, że współczynnik profit/loss jest wyższy dla kradzieży, niż dla pracy i handlu, nic nie powstrzyma ich przed rozgrabieniem wszystkiego, co wypracowali uczciwi i moralni członkowie społeczeństwa.

Na marginesie warto też dodać, że z punktu widzenia etyki, nie ma zasadniczo żadnej różnicy, czy rabunku dokonuje głodny biedak osobiście wynosząc bułkę ze sklepu, czy też robi to w jego imieniu urzędnik skarbowy opodatkowując sklepikarza a następnie przekazując część tak zdobytych funduszy głodnemu biedakowi. Z punktu widzenia ekonomii druga sytuacja jest jeszcze gorsza, gdyż urzędnik musi zrabować nieco więcej sklepikarzowi, aby utrzymać, poza biedakiem, także siebie i swoją rodzinę. Tak czy inaczej, w obu przypadkach mamy do czynienia z legalizacją rabunku a więc z regresem społeczeństwa do stanu sprzed powstania cywilizacji i prawa. Jeśli ktoś ma wątpliwości, musi uświadomić sobie, że „prawo” dopuszczające kradzież to w istocie anty-prawo, to zaprzeczenie ludzkiej wolności i własności, a więc dwóch podstawowych zasad, w oparciu o które opiera się zaawansowana cywilizacja.” (Rafał Trabski)

całość tu: Koniec ludzkiej cywilizacji

podobne: PIS lepszy od POprzedników… w zadłużaniu Polaków. O jakim „zwrocie z inwestycji” mówią piewcy programu „500+”? Niesprawiedliwość redystrybucji i społeczna funkcja własności prywatnej. oraz: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność. i to: Rafał Ziemkiewicz: „Państwowe, czyli nie nasze”, ale „patrioci” mówią NIE dla wolnego rynku w Polsce. To mamy ten wolny rynek czy nie?

PS…

„Skoro każdy człowiek ma prawo bronić swojej osoby, swojej wolności i swojej własności – nawet używając siły – grupa ludzi ma prawo zorganizować i utrzymywać wspólną siłę, aby bronić tych praw stale.” (Frederick Bastiat – „Prawo” Paryż 1850)

Koncepcja oporu bez przywódcy została wysunięta przez pułkownika Uliusa Louisa Amossa, założyciela International Service of Information Incorporated z siedzibą w Baltimore w stanie Maryland. Amoss zmarł ponad piętnaście lat temu, ale w trakcie swojego życia był niezmordowanym przeciwnikiem komunizmu, a także wykwalifikowanym oficerem wywiadu…

Z upływem czasu nawet dla bardziej ograniczonych spośród nas będzie stawało się jasne, że głównym zagrożeniem dla życia i wolności ludzi jest rząd. Niewątpliwie ucisk, z jakim mamy dziś do czynienia ze strony rządu, wyda się dziecinadą w porównaniu z tym, co zaplanował on [rząd] na przyszłość.

Tymczasem istnieją ludzie, którzy wciąż mają nadzieję, że niewielu zdoła jakimś sposobem zrobić to, czego nie udało się dokonać wielu. Jesteśmy świadomi, że zanim rzeczy będą się miały lepiej, z pewnością będą się miały gorzej, jako że rząd demonstruje chęć użycia przeciw dysydentom coraz ostrzejszych środków państwa policyjnego…

…Z pewnością ta walka staje się w szybkim tempie i w znacznym stopniu kwestią indywidualnych działań; każdy z jej uczestników podejmuje w ciszy swojego serca decyzję, żeby się przeciwstawiać: przeciwstawiać się z użyciem wszelkich koniecznych środków. Trudno przewidzieć, co zrobią inni, bo żaden człowiek nie zna w pełni serca drugiego człowieka. Wystarczy wiedzieć, co zrobi się samemu. Wielki nauczyciel powiedział kiedyś: „Poznaj sam siebie”. Udaje się to niewielu osobom, ale niech każdy z nas obieca sobie, że nie przystanie potulnie na los, jaki zaplanowali nasi niedoszli władcy.

Wykorzystując koncepcję oporu bez przywódcy wszystkie poszczególne osoby oraz grupy działają niezależnie od siebie i nigdy nie zgłaszają się do żadnej kwatery głównej ani do żadnego przywódcy po rozkazy albo instrukcje, jak robiliby to ludzie należący do typowej organizacji o modelu piramidy.

…Nie jest to bynajmniej tak niepraktyczne, jak się wydaje, bo jest bezsprzecznie prawdą, że w każdym ruchu wszystkie zaangażowane w niego osoby mają takie samo podejście do najważniejszych spraw, znają tę samą filozofię, i generalnie reagują na dane sytuacje w podobny sposób. Historia komitetów korespondencyjnych podczas Rewolucji Amerykańskiej pokazuje, że tak właśnie jest.

Jako że ostateczny cel oporu bez przywódcy to zniesienie tyranii państwa (tym przynajmniej zajmujemy się w niniejszym opracowaniu), wszyscy członkowie ukrytych komórek albo poszczególne osoby będą mieli tendencję do reagowania na obiektywne wydarzenia w ten sam sposób – poprzez zwyczajną taktykę oporu. Powszechnie dostępne narzędzia dystrybucji informacji, takie jak gazety, ulotki, komputery itd., dają każdemu człowiekowi wiedzę o bieżących wydarzeniach, pozwalając na zaplanowaną reakcję, która przyjmie różne formy.

…Z punktu widzenia tyranów oraz niedoszłych potentatów federalnej biurokracji i agencji policyjnych nic nie jest bardziej pożądane niż to, aby ci, którzy się im sprzeciwiają, mieli ZJEDNOCZONĄ strukturę dowodzenia i aby każdy sprzeciwiający się im człowiek należał do grupy opartej na modelu piramidy. Takie grupy i organizacje łatwo zniszczyć…

ostatnią rzeczą, jakiej chcieliby rządowi szpicle, gdyby mieli w tej sprawie coś do powiedzenia, byłoby istnienie tysiąca rozmaitych małych ukrytych komórek sprzeciwiających się im [szpiclom]. Taka sytuacja to wywiadowczy koszmar dla rządu zdeterminowanego, aby dowiedzieć się wszystkiego, co możliwe, o tych, którzy mu się sprzeciwiają. Funkcjonariusze federalni, zdolni zgromadzić w dowolnej chwili olbrzymią ilość cyfr, ludzi, danych wywiadowczych oraz sił i środków, potrzebują jedynie centralnego punktu, w który skierują swój gniew. Pojedynczy przypadek infiltracji w organizacji typu piramidowego może doprowadzić do zniszczenia całości.

Tymczasem opór bez przywódcy nie daje funkcjonariuszom federalnym pojedynczej sposobności do zniszczenia znacznej części Ruchu Oporu.

…Jest zatem jasne, że czas już przemyśleć na nowo tradycyjną strategię i taktykę oporu wobec współczesnego państwa policyjnego. Ameryka w szybkim tempie stacza się w ciemną noc tyranii państwa policyjnego, w którym prawa uznawane teraz przez większość za niezbywalne znikną. Niech nadchodząca noc zostanie rozświetlona tysiącem punktów oporu. Opór wobec tyranii musi być jak mgła, która tworzy się w wymagających tego warunkach i znika, gdy ich nie ma.

całość tu: Opór bez przywódcy  wiecej tu: Dr Brzeski: Ruch oporu bez przywódców

podobne: Epatowanie terroryzmem nie służy w jego zwalczaniu.”Cyberterroryzm” i (nie)bezpieczeństwo „ustawy inwigilacyjnej”?  oraz: Totalna kontrola populacji. Amerykański Wielki Brat implementuje Orwella i to: Witold Gadowski: Mocne zmiany w służbach konieczne! Szpiegomania, dezinformacja (na przykładzie „teologii wyzwolenia” Chruszczowa) i „kontrwywiad obywatelski” a także: W krajach NATO brak jednolitego systemu nadzoru nad służbami. Sejm zajmie się projektami ustaw o ABW i AW. polecam również: 10 chwytów ciemnych typów… i jeszcze: „Je suis idiot” czyli… marsz EUnuchów i haracz dla Turcji. Czy zamachy w Belgii to wystarczający powód do zaostrzenia przepisów „antyterrorystycznych” w Polsce?

Kryzys przywództwa - rys. MAGIC

Kryzys przywództwa – rys. MAGIC

Sumliński i patologie III RP. Sprawa ks. Popiełuszki sprawdzianem chęci rozliczenia PIS z PRL. Klątwa FOZZ i kompromisu z komuną.


„…nie było dotąd podobnego procesu – nie było procesu, który zgromadziłby taką liczbę najważniejszych polskich polityków, najważniejszych polskich przedstawicieli służb tajnych, od ABW po WSI czy następcę WSI czyli Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Nie było też takiego procesu, który ujawniłby tak wielką ilość obwarowanych klauzulą tajemnicy i najwyższej tajności faktów o III RP…

…najgorsze w tym wszystkim było to, że opinia publiczna nie dowiedziała się nawet o jednym procencie wydarzeń związanych z tą sprawą. Wokół tego procesu postawiono wielką zaporę milczenia. W każdym normalnym kraju, gdyby prezydent zeznawał pod odpowiedzialnością karną, wszystkie media chciałyby uczestniczyć w takim przesłuchaniu…

…Co wyszło na procesie z Komorowskim? Marszałek Sejmu, druga osoba w państwie, spotyka się z dwoma oficerami służb tajnych, którzy mówią mu, że są gotowi wziąć udział w operacji wykradzenia najbardziej tajnego dokumentu w Polsce i przekazania mu, bo mowa tu o aneksie do raportu WSI… 

…Komorowski wyraża zainteresowanie propozycją wykradnięcia tego dokumentu, podpisuje to własną ręką w prokuraturze. Co gorsza, prezydent miał świadomość, że jeden z jego rozmówców może być związany z rosyjskim wywiadem. Mimo to dalej z nimi współpracuje i jeszcze przez sześć tygodni spotyka się, nakłania i dopytuje: „I co, macie ten aneks? Co dalej? Macie to wreszcie?” Po tym czasie widzi, że nic się nie da zrobić, więc następuje przeformowanie tej kombinacji operacyjnej i uderzenie w innym kierunku – między innymi we mnie…

w 1989 roku nas po prostu oszukano (…)  Już w ’84 roku Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki, wielkie autorytety III RP, 30 października, a więc w dniu oficjalnego odnalezienia ciała ks. Popiełuszki siedzieli przy stole z Czesławem Kiszczakiem, Wojciechem Jaruzelskim oraz Mieczysławem Rakowskim i dzielili między siebie Polskę, jak tort. Takich spotkań w latach 80. było o wiele więcej, opinia publiczna nigdy się nie o nich dowiedziała i nie miała się dowiedzieć, wiedziała tylko o Magdalence i Okrągłym Stole, ale to był tylko pewnego rodzaju blef, to była pointa – wszystko, co istotne, ustalono dużo wcześniej. Witkowski, badając sprawę śmierci Jerzego Popiełuszki, te okoliczności, o których opinia publiczna aż dotąd nie wie, dowiedział się o tym już wcześniej, odkrył to wszystko i dlatego tak go niszczono, dlatego niszczono też mnie, który podążałem jego tropami. Dlatego także tę sprawę trudno wyjaśnić do dziś, ona zawiera w sobie ładunek tysiąckrotnie większy niż sprawa „Bolka”. Ja śmiem twierdzić, że to, co zrobiono w sprawie „Bolka”, cała wizyta pani Kiszczak w IPN, to jest wielopiętrowa gra służb tajnych, zasłona dymna, która ma przykryć dużo ważniejsze, nieodkryte dotąd sprawy, ze śmiercią ks. Popiełuszki na pierwszym planie i to, co nastąpiło później: eliminowanie świadków, mordowanie ludzi, niszczenie innych, którzy badali tę sprawę, zawieranie różnych paktów i układów przez tzw. „autorytety moralne” III RP z Kiszczakiem, Jaruzelskim, ze służbami tajnymi...” (Joanna Jaszczuk • fronda.pl)

całość tu: Wojciech Sumliński ujawnia nieznane patologie III RP

podobne: Nihil novi Winiarskiego o Komorowskim (na procesie Sumlińskiego) przemilczane przez „media”. Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta. oraz: Prawo i sprawiedliwość? „Ułaskawienie” Kamińskiego. Parasol ochronny nad Komorowskim? Zamiast aneksu do raportu WSI, „raport” z niegospodarności. a także: IV RP kontra III RP czyli lekcja z demokracji. Sprawa Sumlińskiego, niekompetencja w MON i uchwała sejmu ważniejsza od Konstytucji. Czy Duda złożył Rzeplińskiemu propozycję nie do odrzucenia? Na czym polega postkomunizm i czy socjalista może być dobrym patriotą? polecam również: „Depresja gangstera” (Bronisława K.) i sraczka legislacyjna „platformy” czyli… narobić POd publiczkę i uciec zanim przyjdą lePSI.

„…Nie mogłam zrozumieć, dlaczego ktoś z przełożonych miałby wydać zakazać księdzu Jerzemu głoszenia homilii i powiedzieć mu, że wszystko, co miał do powiedzenia, już powiedział. Chyba dlatego, że byłam tak zaskoczona, nie dopytałam wtedy księdza Jerzego, kto mógł być tą osoba, która wydała ten absurdalny zakaz. Chciałam później wrócić do tej rozmowy, ale to nie nastąpiło już nigdy, bo dwa później księdza Jerzego uprowadzono. Ale te jego ostatnie słowa, jakie do mnie skierował: „powiedziałem już wszystko, co miałem do powiedzenia i nic już więcej mówić nie będę” zapamiętam do końca życia.

Nie wiem, czy autorem tego zakazu był ksiądz prymas Józef Glemp, ale tak wtedy te słowa odebrałam. Wiem, że na skutek różnych sugestii i podszeptów w tamtym czasie ksiądz prymas odnosił się do księdza Jerzego niezwykle krytycznie, a raz nawet zrobił mu awanturę na ulicy twierdząc, że ksiądz zaniedbuje swoje obowiązki w stosunku do studentów medycyny. Ksiądz Jerzy w odpowiedzi napisał wielkie pismo, bo poczuł się tym zarzutem i także innymi zarzutami, strasznie skrzywdzony. Była wtedy straszna nagonka ze strony wielu osób na księdza Jerzego, które pomawiały go o różne rzeczy. Później okazało się, że wiele z tych osób było do tych strasznych pomówień „inspirowanych” przez SB i jej agenturę. Gdy dowiedzieliśmy się, że uprowadzono księdza Jerzego, niektórzy na początku przekonywali, by o tym nie mówić i to też było bardzo dziwne, ale wtedy jeszcze tego nie rozumiałam. Poszłam do Seweryna Jaworskiego i mówię mu: „porwali księdza”, a ja ze wszystkich stron słyszę, że nie wolno o tym mówić. Seweryn Jaworski się zerwał i mówi: „jedziemy do prymasa”. Ubrał się i pojechaliśmy. Dojechaliśmy na miejsce, ja zostałam w samochodzie. Jaworski po bardzo krótkiej chwili wyszedł strasznie zdenerwowany i powiedział: „nie chcieli w ogóle ze mną rozmawiać”. Prymasa nie ma i w ogóle nie ma tu z kim rozmawiać. Mieliśmy wtedy wielkie poczucie osamotnienia i to przez te wszystkie lata właściwie się nie zmieniło, bo prawda o tej zbrodni ukrywana jest po dziś dzień.” (Wojciech Sumliński • fronda.pl)

całość tu: Kiedy wreszcie poznamy prawdę o zbrodniach PRL?

„…Sprawa ks. Jerzego jest papierkiem lakmusowym, czy żyjemy w demokratycznej Polsce, czy w „PRL light” – mówił Jegliński.

Prof. Wojciech Polak przedstawił sylwetkę prokuratora Andrzeja Witkowskiego, który był odsuwany od procesu dwa razy i nie został nigdy przywrócony do śledztwa. Dziś jest nadzieja, że śledztwo w tej sprawie nie tylko zostanie wznowione, ale że sprawa zabójstwa bł. ks. Jerzego Popiełuszki zostanie wyjaśniona.

…Prokurator Andrzej Witkowski opowiadając o przyczynach podjęcia decyzji o zamordowaniu bł. ks. Jerzego Popiełuszki podkreślił, że przeciwko kapłanowi uruchomiono całą machinę, by jak uzasadniano „wyeliminować zagrożenie”. Zaznaczył, że według prowadzących śledztwo uprowadzenie ks. Jerzego było zaplanowane przez ekstremę Solidarności i przedstawicieli Kościoła w celu destabilizacji sytuacji w Polsce. Próbowano nawet udowadniać, że ks. Jerzy był wtajemniczony w ten plan. Tak reżyserowana wersja wydarzeń budziła wiele wątpliwości i nie odpowiadała na pytanie: dlaczego ks. Jerzy został zamordowany?…(KAI, wPolityce.pl)

źródło: Sprawa ks. Jerzego jest papierkiem lakmusowym, czy żyjemy w demokratycznej Polsce, czy w „PRL light”

„…Przez 30 lat, w oparciu o farsę tzw. procesu toruńskiego wmawiano Polakom, że winni tej zbrodni ponieśli już karę. Ówczesna władza stworzyła powtarzaną do dziś legendę o wyłącznej winie czterech funkcjonariuszy SB i na tym kłamstwie oparła koncepcję „historycznego kompromisu” katów z ofiarami. Legendę uwiarygodnili sami esbecy, do końca odgrywając swoje role. W niezmienionej formie, kłamstwo to narzucone siłą komunistycznej propagandy, zostało przyjęte i zaakceptowane w III RP, stając się fundamentem komunistycznej sukcesji. Odtąd wszystkie środowiska uczestniczące w zmowie milczenia przyjęły na siebie rolę zakładników zbrodni oraz odpowiedzialność za ukrywanie prawdziwych sprawców i mocodawców. Depozyt ten do dziś daje gwarancję bezkarności komunistycznym oprawcom i stanowi „aksjologiczne spoiwo” łączące funkcjonariuszy bezpieki, ludzi Kościoła i „demokratycznej opozycji”.

…Jeśli ktoś mówi dziś o potrzebie „dobrych zmian” i chce odbudowy autentycznej wspólnoty narodowej, musi też podjąć wyzwanie związane z tajemnicą zbrodni założycielskiej III RP. Tylko prawda o tym – kto naprawdę zabił księdza Jerzego, kim byli mocodawcy zbrodni i ludzie towarzyszący esbeckim porywaczom, może zburzyć fundament, na których wspiera się triumwirat morderców, tchórzy i donosicieli. Bez zrozumienia tego obowiązku, próżne są deklaracje patriotyzmu i wierności polskim ideałom, próżne epatowanie walką z patologiami tego państwa. Póki tryumfuje kłamstwo o zbrodni założycielskiej i trwa tchórzliwa zasłona milczenia – nie może być wolnej Polski.

…Do prezydenta Andrzeja Dudy skierowano co najmniej pięć petycji, których autorzy domagali się podjęcia sprawy zabójstwa Kapelana Solidarności i powierzenia śledztwa prokuratorowi Andrzejowi Witkowskiemu. (…) Pan prezydent III RP, który 5 maja ubiegłego roku, w trakcie swojej kampanii wyborczej składał wieniec na grobie świętego Jerzego i w dziesiątkach werbalnych deklaracji zapewniał Polaków o „wsłuchiwaniu się w ich głos” i „podjęciu misji służenia narodowi” – nie zechciał udzielić odpowiedzi na żadną z tych petycji. Przemilczał je i zignorował. Nie ma ani jednej wypowiedzi Andrzeja Dudy, w której wspomniałby o sprawie zabójstwa księdza Jerzego lub odniósł się do postulatu wznowienia śledztwa. Z odpowiedzi udzielanych telefonicznie przez urzędników Kancelarii Prezydenta wynikało, że petycje w tej sprawie były automatycznie przekierowane do prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta. Takiej praktyki nie można nazwać inaczej, jak lekceważeniem głosu obywateli i ucieczką od odpowiedzialności.

…Od 4 marca br. Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości w rządzie PiS, jest również prokuratorem generalnym, któremu podlegają wszystkie prokuratury. To oznacza, że nie ma najmniejszych przeszkód formalnych, by obecny układ rządzący podjął śledztwo w sprawie zabójstwa księdza Jerzego, a jego prowadzenie powierzył prokuratorowi Witkowskiemu. Trzeba wyraźnie podkreślić, że obecna władza nie już ma żadnych wymówek, zaś różni „objaśniacze intencji” PiS-u i pana prezydenta utracili swoje koronne argumenty.
W tej sytuacji, należy postawić pytanie – dlaczego nadal nic nie dzieje i nic nie wskazuje, by temat zbrodni założycielskiej miał być podjęty przez środowisko Prawa i Sprawiedliwości? Dlaczego w tak arcyważnej sprawie, od której wyjaśnienia zależy przyszłość wolnej Rzeczpospolitej panuje zmowa milczenia, niechęć i koniunkturalizm?
Za tym pytaniem pojawiają się następne – jak to możliwe, że „wolne media” i ludzie epatujący rewelacjami z esbeckich „szaf”, nie domagają się podjęcia sprawy stokroć ważniejszej? Dlaczego przemilcza się tchórzliwe zachowanie prezydenta Dudy i okazuje obojętność wobec tematu zbrodni założycielskiej? Jakież zasady lub normy etyczne pozwalają przedkładać troskę o „dobre imię” pana prezydenta, ponad wierność prawdzie i nakazom sumienia? Czy w tak jednoznacznej sytuacji wolno uciekać od uczciwej oceny postaw polityków lub bronić zachowań, które żadną miarą nie zasługują na wsparcie i szacunek?
Podzielam opinię prokuratora Witkowskiego, że nadal nie ma woli politycznej, by wyjaśnić sprawę mordu założycielskiego III RP. Z przerażeniem dostrzegam obojętność moich rodaków na sprawę, która swoim ciężarem przewyższa wszystkie afery i tajemnice tego państwa.
A jeśli nie ma takiej woli i nie ma odwagi podjęcia tematu – nie ma też szans na zerwanie z komunistyczną sukcesją i zbudowanie wolnego państwa. Nie ma możliwości pokonania układu, którego fundamentem była ta zbrodnia.

…Czy się to komu podoba czy nie – od tej chwili, całe odium za ukrywanie prawdy o zabójstwie świętego Jerzego, za tysiące matactw i niegodziwości związanych z tą sprawą, za szatański pakt zawarty nad grobem Kapłana, spada na polityków PiS i tych, którzy wtórują ich milczeniu…(Aleksander Ścios – ZBRODNIA ZAŁOŻYCIELSKA III RP MUSI ZOSTAĆ WYJAŚNIONA)

podobne: 30 rocznica zabójstwa człowieka zagrażającego komunie. „Prawdę o śmierci księdza Jerzego Popiełuszki poznają dopiero ci, którzy jeszcze się nie urodzili”. Wojciech Sumliński „Lobotomia 3.0”. Warto przy tej okazji wspomnieć o „dziwnym” zachowaniu Pana Dudy (prezydenta) i jego kancelarii o czym więcej tu: „Głuchy telefon” w Kancelarii Prezydenta

Nie ma też groźniejszych nawoływań, od postulatu fałszywej zgody narodowej – osiągniętej za cenę naszych dążeń i prawdy o realiach III RP.

„Każdy kompromis prędzej czy później musiał się zakończyć agenturą. Po prostu dlatego, że międzynarodowy komunizm nie jest zainteresowany w kompromisie istotnym, dwustronnym. Nie zna kompromisu, bo gdyby go znał – nie byłby komunizmem… Zna tylko taktykę kompromisu” – pisał Józef Mackiewicz w „Zwycięstwie Prowokacji”…

Ponad dwie dekady kłamstw i nachalnej propagandy sprawiły, że niewielu Polaków dostrzega dziś prawdziwy kontekst wydarzeń z lat 80/90., a jeszcze mniej ma świadomość, że tzw. okrągły stół nie tylko uratował komunistów od odpowiedzialności za zbrodnie przeciwko narodowi, ale doprowadził do legalizacji PRL-u i zafałszowania naszej rzeczywistości na niewyobrażalną skalę…

Pytam więc tych, którzy doszli do władzy i mienią się dziś „patriotyczną reprezentacją” narodu – dlaczego oszukujecie moich rodaków? Dlaczego Obcych każecie nazywać opozycją, a komunistyczną hybrydę państwem prawa i demokracji? Dlaczego własną słabość i koniunkturalizm okrywacie komunistycznym sloganem „spokój – dialog – kompromis” i próbujecie zamazać rzeczywistość regułami narzuconymi przez przeciwnika?…

Jak długo mam wierzyć partyjnym „strategom”, którzy otrzymawszy od nas pełnię władzy i przywilej zaufania społecznego, dobrowolnie weszli w złowrogą pułapkę demokracji i poddali swoje działania osądowi unijnych lewaków? Ci ludzie zapomnieli już od kogo dostali wyjątkowy mandat i przed kim zdadzą rachunek? Mam patrzeć przychylnie, gdy pozwalają Onym montować kolejną kampanię nienawiści i oczerniać mój kraj przed międzynarodową hałastrą?
Mam wierzyć, że szczytem naszych aspiracji są personalne roszady w spółkach skarbu państwa, kosmetyczne liftingi w mediach i służbach specjalnych, zaś lokowanie miernot w miejsce łajdaków to główna gwarancja „dobrych zmian” ? 
Mam uznać, że po ośmiu latach tragicznych rządów PO-PSL, po setkach aktów zdrady i zuchwałego bezprawia, najpilniejszą potrzebą jest „program 500 plus” i „szukanie kompromisu” z nienawistną watahą?
Kto boi się powiedzieć Polakom, że część populacji zamieszkującej nad Wisłą nie należy do narodowej wspólnoty i jest bękartem nieprawego związku komunizmu z polskością, nie powinien stroić się w patriotyczne szaty ani pozorować budowy wolnego państwa.
Komu milsze umizgi do euro-łajdaków i załgana mitologia demokracji , niech nie mami nas obroną polskości i polskiej racji stanu. Nie da się zbudować Niepodległej na kompromisie Obcych z Polakami. Kto próbuje takiego szalbierstwa, drwi z naszych marzeń i narodowych aspiracji…

Na niekonsekwencji i pomieszaniu pojęć – tak charakterystycznych dla środowiska Prawa i Sprawiedliwości, nie da się zbudować nic trwałego. Dlatego w tym środowisku nie ma dziś miejsca na ozdrowieńczą dychotomię My-Oni ani przyzwolenia na obalenie truchła III RP. Jest za to miejsce na wspieranie kandydatur komunistycznych aparatczyków, uległość wobec medialnych terrorystów i uprawianie mazgajowatej pseudo polityki.
Tym zaś, którzy zastanawiają się, jak w „demokratycznej” III RP można dzielić Polaków na „swoich” i „obcych” i odmawiać polskości sukcesorom komunizmu, odpowiadam – nie można, jeśli wyznaje się antypolską „taktykę kompromisu” i sankcjonuje sowiecką rzeczywistość PRL. Nie można, jeśli kultywuje się zabobon o „śmierci komunizmu”, odrzuca wiedzę o genezie III RP i fundamentach tego państwa. Nie można, jeśli ponad logikę i doświadczenie dziejowe przedkłada się partyjną dogmatykę i własne interesy…

„Dość tego bratania się z komunistami, tej zabawy we wzajemne porozumienie i partykularne solidarności narodowe w imię interesu „państwowego”! Okrzyk, który zerwie się jak wicher, przeskoczy granice, obejmie wszystkich – nie dla „pojednania narodowego”, „pojednania społecznego”, ale dla wyrzucenia ze społeczeństwa zarazy komunistycznej…” (Aleksander ŚciosTAKTYKA KOMPROMISU – PRAKTYKA ZDRADY)

podobne: Prawo Bastiata i sprawiedliwość jako warunek pojednania (na podstawie lustracji w Niemczech). Tania łaska zamiast rozliczenia, Belka w oku PIS i frazesy o „dobrej zmianie” (Oficer „bezpieki” dostał ważne stanowisko w MSZ!)

„…Są oczywiście inne, groźne symptomy wskazujące na to, że jednym sposobem na utrzymanie władzy jest kompromis z KOD-em i tamtą bandą, kompromis do którego wzdychają różni mistrzowie publicystyki zaangażowanej, tacy jak Igor Janke. Cóż on będzie oznaczał? No to co zwykle. Powiększanie grupy wybrańców poprzez kooptację i wyrzucanie na zmywak czy gdzie tam kolejnych pokoleń młodych ludzi, do których – kiedy uzyskają prawa wyborcze – będzie się łazić z urną, żeby zagłosowali właściwie, bo przecież kochają Polskę. Ktoś powie, że już tak jest. No tak, ale jeszcze można z tej drogi zawrócić. Można otworzyć zbiór zastrzeżony i powiedzieć, że od dziś każdy ma szansę, byle był dobry. No, ale jak wiemy to się nigdy nie stanie, bo czym by wtedy PiS prowadził swoją gabinetową, finezyjną politykę?…” (coryllus: „Marnej sławy wieńce chwytają szaleńce”)

podobne:  Geneza „polskiej” bezpieki i „Archiwum Mitrochina”. Paranoja zbioru zastrzeżonego IPN i fikcja lustracji. Pamięć wybiórcza czyli „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Czemu PIS broni demokracji? oraz: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje.

Architekci porozumienia się tzw. ,,opozycji demokratycznej” z komunistami w Polsce w latach 80-tych skutecznie pomijają rolę spotkań w Magdalence, w tym rolę obecnego Prezydenta R. P. Lecha Kaczyńskiego. Piszę skutecznie, ponieważ ,,układ” musi mieć swojego rezydenta na tzw. ,,prawicy” w naszym kraju, ponieważ ktoś musi skutecznie kanalizować Polaków – Katolików. Wcześniej robił to Wałęsa teraz Kaczyński, który okazał się jeszcze gorliwszym sługusem interesów kosmopolitycznych rządów od tego pierwszego. ,,Okrągły stół” o którym obecnie wszystkie liberalne media (TVP lpr-wską nie pomijając) wspominają jako wielkie zwycięstwo demokracji prowadzącej do ,,zgody narodowej….” (całość tu: Stanisław Michalkiewicz: Ściana płaczu i ściana hańby… (na tle Magdalenki)

„…Haniebny udział braci Kaczyńskich z ramienia „Solidarności-BIS w obradach „Okrągłego Stołu” oceniam jako jaskrawy przykład zdrady naszej Racji Stanu. Co więcej podpisanie przez nich Traktatu Lizbońskiego, pozbawiło Polskę możliwości emisji własnego pieniądza.

Mimo, że bracia Kaczyńscy w znacznej mierze wulgarnymi atakami na moją osobę pomagali Wałęsie aby został prezydentem, to ten jednak szybko się ich pozbył z kancelarii, prawdopodobnie za finansowe przekręty z ich spółką Telegraf. Akt oskarżenia za te manipulacje został magicznie umorzony w 2000 roku. Pozostało jednak nierozliczone, pochodzące od spółki ART-B prowadzonej przez pułkownika gospodarczego wywiadu Izraela oraz polskich państwowych firm, około 260 mld. ówczesnych złotych. Kaczyńscy więc podobnie jak Aleksander Kwaśniewski tylko dlatego nie są złodziejami, że nie zostali skazani mimo, że zgromadzono przeciw nim wiele konkretnych dowodów, między innymi udokumentowanych w sejmowych interpelacjach. Afera Telegraf, afera Srebrna, Art-B, FOZZ, afera Paliwowowa, Fundacja Prasowa Solidarność, Telewizja Familijna, Fundacja Nowe Państwo, to niektóre akcje, z udziałem Jarosława Kaczyńskiego, który znowu chce rządzić Polską. Sprzedaż cennych budynków należących prawnie do Fundacji Prasowej Solidarność Izraelitom pozostawiam do oceny czytelników… 

…Ten człowiek jest jednym z najbardziej niebezpiecznych kanciarzy na scenie politycznej, mimo że według rozkładu zadań „Okrągłego Stołu” pozoruje na wielkiego patriotę. Takie pozoranctwo promowane przez media ma doprowadzić do dwupartyjnej sceny politycznej, aby nigdy nie dopuścić Polaków do władzy…” (Stan Tymiński: Nowy program PIS – populismus über alles)

„…partia PC, narodziła się dzień przed słynną wojną na górze i miała stanowić zaplecze polityczne dla Lecha Wałęsy, którego Kaczyńscy wraz z ich kolegą, Mieczysławem Wachowskim wspierali jak mogli, żeby Polska miała prezydenta jak się patrzy. Sygnatariuszem partii PC, była partia liberałów – KLD, którą dziś Kaczyński nazywa partia lumpenliberałów. Kaczyński wręcz błagał Tuska i Bieleckiego, żeby dołączyli do PC. KLD jednak wycofała się w ostatniej chwili…

W 1990 roku, parę miesięcy po tym jak powstała PC, powstaje spółka Telegraf. W radzie nadzorczej tej spółki zasiadają Jarosław i Lech Kaczyńscy, Maciej Zalewski, Andrzej Urbański, Krzysztof Czabański. W ciągu dziesięciu miesięcy działalności `Telegrafu’, kapitał założycielski wzrósł 150 razy i zatrzymał się na poziomie 2 milionów dolarów. Spółka miała ambitne cele, lotniska, telewizje, stacje benzynowe, wydawnictwa. Kasę `Telegrafu’, zasilało wiele podmiotów, głownie państwowe: Państwowy Bank Przemysłowo – Handlowy ofiarował 11miliardów starych złotych, państwowy Budimex wykupił udziały za 9 miliardów złotych. 15 miliardów kredytu wziął „Telegraf” z państwowego Kredyt Banku , z Banku Rozwoju Energetyki 18 miliardów złotych. Baksik i Gąsiorowski twierdzą, że Art-B, przekazała spółce 57 miliardów złotych. (starych). Spółkę Telegraf podejrzewano o udział w aferze FOZZ, jakieś niejasne kontakty z dziwnym biznesmenem Pineiro i parę innych dziwnych kontaktów. Co się stało ze spółką `Telegraf’? Spółka padła w niejasnych okolicznościach. Co jest najbardziej ciekawe w całej sprawie? Najbardziej ciekawe są losy założycieli i powiązanych z `Telegrafem’:
1) Maciej Zalewski, zostaje w 2002 roku, skazany za wymuszanie łapówkę od prezesów ART. B. ART. B miała wyłożyć największą kase na Telegraf
2) Adam Glapiński, działacz PC, powiązany z `Telegrafem’, bliski znajomy Dochnala, dziś szef Polkomtela, miał co najmniej dziwny stosunek do głównego bohatera afery FOZZ, skazanego już Żemka. W czasie gdy Glapiński był ministrem w rządzie Olszewskiego, Żemek był przez niego wysuwany jako kandydat na wiceszefa NBP!
3) Niezwykle dziwne jest to, że aferę FOZZ zamknęli, po wielu latach dwaj ludzie. Był to sędzia Kryże, który wręcz brawurowo prowadził sprawę i prokurator, UWAGA, Kaczmarek. Obaj panowie mimo beznadziejnej, PZPRowskiej przeszłości, zwłaszcza Kryże, dostają od Jarosława Kaczyńskiego ministerialne stołki…” (ludzie i afery pisu Autor: ~dex [*] 2007-10-17 oraz: Telegraf PISu – Matka Kurka)

podobne: Przebudzenie polskiego wymiaru sprawiedliwości w sprawie Ziętary i ART-B. Zbigniew Stonoga czyli wróg publiczny „układu zamkniętego” w Polsce.

Afera FOZZ, której skutkiem było powstanie wielomiliardowych strat Skarbu Państwa oraz gigantycznych fortun komunistycznych aparatczyków, do dzisiaj budzi wielkie emocje…

…To był w Polsce czas głębokich zmian, które miały zaprowadzić zasady demokracji i wolnego rynku. Dynamiczną rzeczywistość tamtego czasu co chwilę przerywały głośne upadki kolejnych przedsiębiorstw, skandale prywatyzacyjne i afery gospodarcze. W ich tle widać było pączkujące z niczego spółki i rosnące w oczach fortuny nowych oligarchów, coraz huczniej obnoszących się ze swoim nowym bogactwem. Na pierwszy rzut oka można było odnieść wrażenie, że tak naprawdę nikt nad tym nie panuje, a wszystko sterowane jest rękami niewidzialnych demiurgów polskiej transformacji. Właśnie w takich warunkach profesor Walerian Pańko obejmował NIK – jeden z tych urzędów, które miały zająć się wszystkimi „chorobami” polskiej gospodarki. Pańko wierzył jednak, że podoła temu zadaniu. Jego głębokie poczucie misji szybko jednak zderzyło się z brutalną rzeczywistością. Kolejne kontrole jego ludzi i przedkładane mu raporty przyprawiały go o zawrót głowy. Nigdy nie sądził, że polskie państwo może być aż tak chore….

Prawdziwy szok spowodowała u niego sprawa Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ), którego zadaniem była spłata polskiego zadłużenia za granicą oraz gromadzenie i gospodarowanie środkami finansowymi przeznaczonymi na ten cel. Miało to polegać na tym, że za ułamek ich rzeczywistej wysokości Polska skupowała własne zobowiązania. Okazało się jednak, że środki, jakimi dysponował FOZZ, trafiają jako pożyczki i kredyty na konta osób prywatnych i najróżniejszych podmiotów gospodarczych, i to zarówno w kraju, jak i za granicą. Na ślad tego procederu natrafił młody inspektor NIK Michał Falzmann, człowiek o dużej inteligencji i pasjonat dochodzenia prawdy. Falzmann szacował, że straty Skarbu Państwa z tego tytułu mogą sięgać miliardów dolarów. W jego ocenie była to sprawa, która mogła mieć drugie, a może nawet trzecie dno. Pańko zapoznał się z wynikami dotychczasowych ustaleń Falzmanna, gdy trafił do niego wniosek o upoważnienie do kolejnej kontroli, jakiej zamierzał dokonać młody inspektor NIK. 27 maja 1991 r. szef NIK podpisał upoważnienie nr 01321 do przeprowadzenia kontroli w Narodowym Banku Polskim (NBP). W jego treści była mowa o udostępnieniu przez NBP informacji, objętych tajemnicą bankową, o obrotach i stanach środków pieniężnych FOZZ.

Miesiąc po spotkaniu u premiera, 16 lipca 1991 r., Falzmann skierował do NBP oficjalne pismo, w którym poprosił NBP o udostępnienie informacji o obrotach i stanach środków pieniężnych FOZZ. Dzień później od swojego szefa Anatola Lawiny otrzymał informację o odsunięciu go od wszelkich czynności służbowych. Jej powodem miało być udostępnienie ustaleń w sprawie FOZZ osobom nieuprawnionym. Falzmann już wiedział, że jest to koniec jego misji w NIK. W tym samym dniu został odwieziony do szpitala. Zmarł następnego dnia, a jako przyczynę zgonu podano rozległy zawał serca…

FOZZ został powołany na mocy ustawy z 15 lutego 1989 r. przez Sejm PRL IX kadencji. Ówczesny minister finansów rządu Mieczysława Rakowskiego Andrzej Wróblewski powołał dyrektora generalnego FOZZ oraz mianował członków Rady Nadzorczej. Dyrektorem generalnym został wówczas Grzegorz Żemek, w skład rady nadzorczej weszli Janusz Sawicki, Dariusz Rosati, Grzegorz Wójtowicz, Zdzisław Sadowski, Jan Wołoszyn i Jan Boniuk. Jak się po latach okaże, taki zestaw personalny we władzach FOZZ nie był wcale przypadkowy. Funduszowi nadano niezależną od Ministerstwa Finansów osobowość prawną i powierzono zadanie gromadzenia środków finansowych przeznaczonych na obsługę zadłużenia zagranicznego. Był też pierwszą w PRL instytucją uprawnioną do gromadzenia środków walutowych i obracania nimi poza istniejącym wówczas systemem, wydzielonych do operacji walutowych banków państwowych. FOZZ miał realizować jeden zasadniczy cel – wykup polskiego długu na rynku wtórnym. W sytuacji głębokiego kryzysu finansowego, z jakim miano wówczas do czynienia, papiery dłużne PRL osiągały bardzo niskie ceny (z uwagi na sankcje po stanie wojennym Polska przestała spłacać zagraniczne długi).

Ustawa o FOZZ została przyjęta w czasie, gdy od tygodnia trwały obrady Okrągłego Stołu, przy którym zasiedli reprezentanci komunistycznych władz i przedstawiciele opozycji solidarnościowej. W tym samym czasie w willi MSW w podwarszawskiej Magdalence toczyły się znacznie bardziej poufne rozmowy pomiędzy obiema stronami, zapoczątkowane jeszcze we wrześniu 1988 r. O ile w Magdalence rozstrzygano kwestie kluczowe dla kierunków polskiej transformacji, o tyle Okrągły Stół był prawdziwym teatrem demokracji, odgrywanym „dla ludu” i według scenariusza napisanego przez gen. Czesława Kiszczaka. Ale zarówno w Magdalence, jak i przy Okrągłym Stole kwestia FOZZ nie była poruszana. Z jednego powodu. Kiszczak uważał projekt FOZZ za całkowicie „suwerenny”, który nie może podlegać negocjacjom z przedstawicielami opozycji….

Skazano jedynie płotki, ludzi, którzy na polecenie demiurgów całego przedsięwzięcia wykonywali jedynie ich rozkazy. Trwające przez kilkanaście lat śledztwo i proces w żaden sposób nie zgłębiły tajemnic FOZZ i tego, gdzie podziały się jego pieniądze. Państwo polskie nie było w stanie ich wyjaśnić i specjalnie też nie chciało tego zrobić. Pewne jest jedno, że za aferą FOZZ stał komunistyczny wywiad wojskowy, którego działania były ściśle nadzorowane z Moskwy…” (Leszek Pietrzak – Afera założycielska III RP)

podobne: Jak zainstalowano w Polsce „kapitalizm kompradorski” i kto (lub co) za tym stoi. oraz: Były eSBek chce odtajnić swoje akta. Ma dość wybiórczej „sprawiedliwości społecznej” gdzie za PRL karane są płotki. polecam również: Walka naszych służb z przestępczością gospodarczą i zorganizowaną to jedna wielka ściema.

Były rządy AWSu, SLD, PISu, potem PO, teraz znowu PIS a główni “udziałowcy” tej historii do dziś nie zostali rozliczeni. W książce ŚP.Andrzeja Leppera można było przeczytać m. in. o niejasnej roli Kaczyńskich w tej aferze: “(…) Bagsik i Gąsiorowski oficjalnie zeznali, że prawie 6 milionów przekazali spółce Telegraf, związanej z Porozumieniem Centrum braci Kaczyńskich. Mówili też o skierowaniu znacznych sum na prezydencką kampanię wyborczą Lecha Wałęsy, o co prosił ich Jarosław Kaczyński, obecnie jeden ze sprawiedliwych z Prawa i Sprawiedliwości. (…)”. Z innych źródeł można przeczytać o 40 mld (słynna notatka UOP z „szafy Lesiaka”).

“Notatka dotyczy też rzekomych powiązań powiązań Porozumienia Centrum ze sprawą FOZZ oraz aferą art-B. Zgodnie z dokumentem, w marcu 1991 roku za sprawą b. oficera wojskowych służb specjalnych Jerzego Klemby oraz powiązanego z WSI obywatela kubańskiego Cliffa Iwanowskiego-Pineiro, czołowy działacz PC Adam Glapiński poznał dyrektora FOZZ Grzegorza Żemka. Znajomość ta miała zaowocować m.in: wprowadzeniem Glapińskiego oraz Jarosława Kaczyńskiego w operacje finansowe FOZZ oraz wykorzystaniem FOZZ dla pozyskiwania funduszy na PC.

Według notatki, Żemek oczekiwał w zamian politycznego poparcia PC dla dokonywanych przez siebie manipulacji finansowych, prawdopodobnie obiecywano mu w razie zwycięstwa wyborczego prezesurę w NBP. Według notatki, znajomość miała owocować także między innymi załatwieniem działaczom PC dostępu do central handlu zagranicznego, czego konsekwencją miał być szereg wpłat na rzecz partii oraz objęcie przez kilka central udziałów w „Telegrafie„. (UOP: liderzy Porozumienia Centrum cyniczni i skorumpowani)

„…Anatol Lawina, dawny działacz „Solidarności”, dyrektor Zespołu Analiz Systemowych w NIK i szef nieżyjącego Michała Falzmanna, zeznał m. in., że pieniądze FOZZ trafiały do Porozumienia Centrum za pośrednictwem ministra Adama Glapińskiego, biznesmena Janusza Cliffa Pineiry i płk Zenona Klameckiego z Biura Bezpieczeństwa Narodowego, którym w tamtym okresie, za prezydentury Wałęsy, kierował Lech Kaczyński. Trzech pośredników wspierać miał Maciej Zalewski, współpracownik Jarosława Kaczyńskiego, skazany później za konszachty z Art-B. „Jestem w stanie to udokumentować” – oświadczył przed sądem Lawina.

Bracia Kaczyńscy uznali te zeznania za kolejną próbę szkalowania polityków ich ugrupowania. „Być może chodzi o zemstę byłego pracownika zwolnionego z pracy, gdy byłem prezesem NIK” – mówił Lech Kaczyński.

Sędzia Kryże nie dał wiary zeznaniom Lawiny, Klemby i Pineiry. Został później wiceministrem sprawiedliwości w rządzie PiS. Anatol Lawina zmarł w 2006 r.

Obóz PiS podkreśla, że decydującą rolę w działalności FOZZ odegrały wojskowe służby specjalne, tworząc mafię polityczno-biznesową, która oplotła swymi mackami cały kraj. Ma to być geneza słynnego układu, bezskutecznie tropionego w latach 2005-2007.

Według polityków i publicystów tej opcji, tropy prowadzą do tzw. ośrodka wiedeńskiego, rosyjskiego szpiega Władimira Ałganowa, podejrzanego o zlecenie zabójstwa gen. Papały Edwarda Mazura, a przede wszystkim do Moskwy. Zdaniem Sławomira Cenckiewicza, który kierował komisją likwidacyjną WSI – afera FOZZ była operacją elitarnego, szkolonego przez sowiecki wywiad GRU oddziału Y. Jego agentem miał być Grzegorz Żemek.

Wielu prawicowych komentatorów liczyło na to, że raport o likwidacji WSI ujawni wreszcie kulisy afery i całą sieć powiązań wokół FOZZ. Niestety, raport Macierewicza niczego w tej materii nie wyjaśnił.” (FOZZ: matka wszystkich afer)

podobne: Co kryje tajny aneks Macierewicza? Raport z likwidacji WSI oraz ANEKS do raportu a Bronisław Komorowski. Sprawa Mazura umorzona? oraz: Podsłuchują nie tylko kelnerzy, ale też kolejarze. Sprawa Mazura umorzona (będzie batalia o odszkodowanie?). Swoje WSIoki czyli „Podwójne, lustracyjne standardy PiS”.

Pomijając szemraną rolę Pana Pineiro, który mówił o przekazywaniu pieniędzy z Funduszu partiom politycznym – m.in. Porozumieniu Centrum Kaczyńskich, za co został ukarany przez sąd gdyż nie było na to co mówił żadnych dowodów, sam Kaczyński jako szef prokuratury jakoś nie za bardzo się kwapił do solidnego przesłuchania tego Pana. Sprawa FOZZ miała też niewątpliwy wpływ na późniejszą karierę sędziego Kryże (wcześniej zasłużonego sądzeniem opozycji w stanie wojennym), który nie dał wiary zeznaniom wyżej wymienionego. Warto pamiętać również o tym, że za rządów PiS skazanym w aferze FOZZ sąd obniżył wyroki. Ponieważ rola Kaczyńskich nie została jednoznacznie wyjaśniona (pomimo tego że były na to okazje), nie można jednoznacznie określić ich „wkładu” w tę sprawę. Jednak sam fakt że niektóre tropy i zeznania prowadzą właśnie do nich musi budzić pewne podejrzenia i dawać do myślenia. Każdy wyciąga takie wnioski jakie mu wychodzą, ale brak jednoznacznych działań w kierunku wyjaśnienia przez PIS tej afery nie wystawia Kaczyńskim (jako przedstawicielom władzy) zbyt dobrej oceny, zresztą nie tylko w tej kwestii… (Odys)

„…Jarosław Kaczyński wielokrotnie udowadniał, że wszelkie zapowiedzi o ściganiu Układu są tylko wyborczą retoryką, a naprawdę nie ma najmniejszych przesądów przy otaczaniu się takimi ludźmi jak Andrzej Kryże, Janusz Kaczmarek czy Andrzej Lepper. Piotr Gliński podąża tą słuszną drogą, czego najlepszym dowodem jest sięgnięcie po Witolda Modzelewskiego, byłego wiceministra finansów w rządach SLD, a później doradcy „Samoobrony”.

Modzelewski wsławił się tym, że najpierw był twórcą wyjątkowo zawiłych przepisów podatkowych, a następnie założył firmę konsultingową i czesał grubą kasę za pomaganie przedsiębiorcom w poruszaniu się w tej gęstwinie prawnej. Złośliwi mówili, że był jedynym człowiekiem w Polsce, który rozumiał te przepisy. O takich drobiazgach jak jednoczesne doradzanie instytucjom państwowym jako niezależny ekspert i kontrakty z konkretnymi firmami – nie ma nawet co wspominać.

Tak, Modzelewski to prawdziwa gwiazda technicznego rządu prof. Glińskiego i szczerze ubolewam, że ten rząd to projekt wyłącznie rozrywkowy. Gdyby bowiem naprawdę został powołany, to prędzej czy później Jarosław Kaczyński nasłałby na Modzelewskiego wszystkie tajne i jawne służby. I wreszcie by się udało udowodnić, że Polskę oplata sieć przestępczych powiązań…” (Jerzy Skoczylas – Bezpartyjni fachowcy Glińskiego)

Żyjemy w komunie bo od lat “ktoś” tę komunę wybiera… Bo ludzie nie pamiętają albo nie wiedzą czym była komuna (Dwa badania… jeden wniosek – „Dupa blada”). I niestety PIS jako partia rządząca (ale też i cała niemal opozycja poza częścią Kukiza i pozaparlamentarnymi wolnościowcami) jest emanacją tej patologii. W tej partii co i rusz przewijają się nazwiska byłych sędziów i innych ważnych osobistości, za którymi ciągnie się niechlubna przeszłość rodem z mroków PRL. Nazwiska takie jak Kaczmarek czy Kryże (dziś już poza PISem) to tylko wierzchołek góry lodowej.

To nie jest tak że PIS jest „zakładnikiem demokracji”, „procedur”, „prawa”, czy „międzynarodowej opinii publicznej”, bo w końcu i tak robi co chce. Jakby nie patrzeć to jesteśmy po niespotykanie szybkim uchwaleniu kilku znaczących ustaw, które przeszły NIETKNIĘTE przez „złowrogi TK”, pomimo protestów opozycji i bez oglądania się na opinię międzynarodówki, więc o co chodzi? Moim zdaniem są to tylko wymówki, którymi ta banda etatystów-utopistów ekscytuje Polaków żeby nie zauważyli istoty tego co się faktycznie stało – utrwalania/sankcjonowania sposobu na życie kolejnej złodziejskiej kliki. PIS to socjaliści którzy swoją rację bytu utrwalają na jedynie słusznej zasadzie funkcjonowania państwa, którą ładnie dookreślił Pan Ścios pisząc: „wyborcom nie wolno mówić „całej prawdy”, bo to polityk (mędrzec i strateg) ma decydować o tym, co i ile dowie się obywatel” – i tu nie tylko o reglamentację samej prawdy chodzi. Formacje takie jak PIS już z samej idei programowej są WROGIEM człowieczeństwa, którego istotą jest PRAWO do samostanowienia o sobie, czyli życie w wolności i godności dzieci Bożych. Te banały o „społeczeństwie obywatelskim” (i powołanie w to miejsce ministra – SIC!), o prawie do prawdy (narracji historycznej) i wolności (protestowania na ulicy), nijak się mają do ordynarnego wręcz uprawiania przez PIS tzw. „sprawiedliwości społecznej”, kultywowania modelu „państwa opiekuńczego” rodem z komuny i reglamentacji dużo ważniejszej prawdy jak teczka Bolka (Lech, czarownica i stara szafa. Afera z „Bolkiem” jest dla głupich, ważni są INNI. Festiwal hipokryzji, teorie spiskowe i brak konkretów).

To nie jest przypadek, ani kokieteria. Tu nie chodzi o bycie czyimś zakładnikiem, poza rzecz jasna uwikłaniem w Magdalenkę, Okrągły Stół, i Transformację Ustrojową, z których spuścizną PIS zerwać nie chce. Pomimo szumnych zapowiedzi, i pomimo tego że mógłby bo przecież jest obecnie u władzy (z demokratycznym mandatem na który się sam powołuje) i mógłby w każdej chwili kilkoma konkretnymi ustawami przerwać tę pępowinę hańby robiąc dobrą robotę, tymczasem robi na opak. Wniosek z tego może być tylko jeden – skoro PIS może robić co chce (a udowodnił że może, bez oglądania się na te wszystkie sztuczne ograniczenia), to wybór patologii zamiast dobrej zmiany oznacza ni mniej ni więcej że robi to całkowicie świadomie. To wszystko służy zaś jednemu celowi – czerpaniu ze zdobyczy socjalizmu (bo taki był cel transformacji ustrojowej), bez którego Kaczyński i jego klika musieliby sobie znaleźć jakąś porządną robotę w sektorze prywatnym. Ale że przez tego rodzaju NORMALNOŚĆ cała ta banda mogłaby zostać bez pracy i bez środków do życia, to dokładają oni wszelkich starań do duraczenia Polaków za ich pieniądze, w celu utrzymania w nich tego samego pierwiastka „człowieka sowieckiego” jaki zdążył zasiać PRL. Stąd też takie uwielbienie dla demokracji w tym środowisku (Demokracja… czyli Dyktatura Durni). Tym to sposobem Polacy raz po raz dostają wyraźny sygnał od tej „prawicy”, że nie mają prawa być wolni i stanowić o sobie. Muszą się wyzbyć swoich praw do własności i czerpania w pierwszej kolejności z owoców swojej pracy, bo mają płacić przez nos na utrzymanie postkomunistów od lewa do „prawa”. Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze, a Polacy jeszcze ich trochę mają. Przebudzenie nastąpi dopiero po bankructwie ZUSu. Wtedy ci wszyscy „dobrodzieje” ze swoimi „planami 5-letnimi” za pieniądze podatników będą musieli odejść, bo naród nie będzie wiecznie harował na pensje polityków, samemu sobie odbierając od pyska – okradziony z teraźniejszości (pracując do śmierci) i z prawa do godnej starości (bez oszczędności), do tego zadłużony na kolejne pokolenia które będą coraz mniej liczne… (Odys)

polecam również: Była konferencja, ale nie było opozycji. Różnica między negacją a opozycją oraz między prawicą a lewicą czyli… do czego nadaje się PIS i to: CBOS: 33 proc. Polaków uważa, że po 1989 r. trzeba było rozliczyć PRL. Wśród zwolenników „porozumienia” wyborcy PISu. a także: Jak Kaczyński oszukuje Polaków?

„…Wprawdzie państwo to zbudowano na fundamencie PRL-u, wespół z tysiącami donosicieli, zdrajców i bandytów, wprawdzie zachowano ciągłość personalną i nie rozliczono tysięcy zbrodni, wprawdzie w życiu publicznym brylowali esbecy, kapusie i ludzie kompartii, wprawdzie mediami rządziły esbeckie klany, a gospodarką agenturalne układy, wprawdzie niszczono pamięć o ofiarach komunizmu, walczono z polską kulturą i patriotyzmem – to w powszechnym przekonaniu III RP jest państwem polskim, w pełni suwerennym i niepodległym, a rządzące nią mechanizmy definiuje się pojęciami prawa i demokracji.
Ten poznawczy dysonans rozwiązano w prosty acz niewybredny sposób, wymyślając termin „postkomunizm” – jako definicję okresu przejściowego, który nastąpił po upadku komunizmu i określa rzeczywistość dalece różną od realiów PRL. Dość powszechne jest przekonanie, wyrażone ongiś przez Jarosława Kaczyńskiego, że „w Polsce mamy do czynienia ze skrajną formą systemu postkomunistycznego, który broni się metodami wychodzącymi poza demokrację”. Ta semantyczna falsyfikacja przyjmowała za pewnik, że komunizm w istocie umarł, a my doświadczamy jego niektórych, zmodyfikowanych symptomów. Wywodzą się one z komunizmu, mogą mieć związek z „błędami minionego okresu”, są jednak rodzajem aberracji, ledwie rysy na zdrowym fundamencie państwowości.
Jest coś głęboko tragicznego w dzisiejszych oczekiwaniach elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. W tym, co chcielibyśmy zobaczyć po publikacji „teczek Kiszczaka” i odczytać w intencjach ludzi, którym okazaliśmy zaufanie.
Jest też zagadka zabobonnej wiary, jakoby partia pana Kaczyńskiego miała wolę rozliczenia zbrodni komunizmu i postępków jego sukcesorów, w tym usilnym przeświadczeniu, że okaże się zdolna obalić porządek „okrągłego stołu” i zbudować nam państwo wolnych Polaków. Ten tragizm okazuje się tym bardziej widoczny, im pogłębia się kontrast między oczekiwaniami milionów wyborców, a praktyką partyjnych macherów…” (Aleksander Ścios – KWIATY DLA SUKCESORÓW I LOGIKA MACKIEWICZOWSKA)

podobne: Stanisław Michalkiewicz: „Wilki zmieniły skórę” czyli… jak 4 czerwca upadł komunizm (na cztery łapy).

Barney Stinson (Ludzie, kłamstwo, opowieść, prawda)

Prawo Bastiata i sprawiedliwość jako warunek pojednania (na podstawie lustracji w Niemczech). Tania łaska zamiast rozliczenia, Belka w oku PIS i frazesy o „dobrej zmianie” (Oficer „bezpieki” dostał ważne stanowisko w MSZ!)


Albert Einstein (niebezpieczeństwo, zło dobro, ignorancja, bezczynność, ludzie)

„Prawo zdeprawowane! I policja, władza państwa zdeprawowana razem z nim! Prawo, twierdzę, nie tylko odwróciło się od swojego właściwego zadania, ale zostało zmuszone do osiągnięcia całkowicie przeciwnego celu! Prawo stało się narzędziem siły każdego rodzaju chciwości! Zamiast powstrzymywać przestępstwo, prawo samo jest winne przestępstwom, które mniema się, że powinno karać! Jeśli to jest prawdziwe, to jest to poważnym faktem i moralny obowiązek wymaga ode mnie by zwrócić uwagę na to moich współobywateli.”

„Jeden z najważniejszych tekstów Fryderyka Bastiata napisany na krótko przed jego śmiercią w 1850 r. Treść niezwykle aktualna również w dzisiejszych czasach. Czyta profesjonalny lektor p. Tomasz Agencki”. Źródło: bastiat.pl

podobne: Tacyt: „Przy największym państwa nierządzie najliczniejsze były prawa”. Rekordy biurokracji, zmiany w prawie karnym i schizofrenia Platformy. Państwo jak rabuś czyli… komu to wszystko służy? oraz: Wewnętrzna sprzeczność czyli… państwo i wolność i to: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii. a także: Sprawiedliwość – „Układ zamknięty”?

Frédéric Bastiat – Prawo

„…Sprawiedliwość nie jest zemstą. Także nasze działania na rzecz lustracji nie miały nic wspólnego z zemstą czy odwetem. To była przede wszystkim próba zbudowania nowych struktur państwa i służby publicznej, także z udziałem byłych konformistów i byłych komunistów, aż do zdrajców włącznie. Podstawowym kryterium wykluczenia z nowych struktur służby publicznej był brak wiarygodności danej osoby, uniemożliwiający dalsze pełnienie przez nią wysokiej funkcji publicznej; dopiero w drugim rzędzie prawna kwalifikacja ich czynów z przeszłości.

Ci, którzy zostali wykluczeni ze służby publicznej w procesie lustracyjnym, nie mieli owej wiarygodności, ponieważ wcześniej za plecami swoich współobywateli pracowali przeciwko nim oraz czerpali ze swojej bez wątpienia uprzywilejowanej pozycji konkretne korzyści, których inni nie mieli. Można powiedzieć, że w wyniku podjętej współpracy z dyktaturą, ich sytuacja była nieporównanie lepsza od tej, w jakiej znajdowali się wszyscy pozostali. Jeśli mieli na przykład konflikt z prawem, mogli uniknąć procesu przed sądem i kary dzięki interwencji służby bezpieczeństwa. To była oczywista forma uprzywilejowania. Mogli być także faworyzowani w pracy zawodowej, mogli mieć ułatwioną drogę kariery i często też tak właśnie było. Jest dla mnie sprawą zupełnie oczywistą, że to właśnie ten element uprzywilejowania jest argumentem na rzecz bardziej surowego potraktowania tych ludzi dzisiaj.

Tutaj nie chodzi o dokładne rozstrzygnięcie, kto z nich był dobry, a kto zły, ale o stwierdzenie, kto z nich nadal nadaje się do pracy w służbie publicznej, a kto nie. Jest to motywowane pragnieniem wyrównania krzywd i odpowiedzialnością za ustanowienie nowych struktur państwa

…Zakładam, że także w Polsce były różne rodzaje nieoficjalnej współpracy. Byli więc tacy, których zmuszano do składania podpisów, inni podpisywali dobrowolnie, jeszcze inni byli po prostu gadatliwi i nieostrożni albo kierowali się jakimś rodzajem lewicowego idealizmu. Na pewno trzeba na te wszystkie przypadki patrzeć w sposób zróżnicowany i nie można każdego nieoficjalnego współpracownika uznać od razu za łajdaka i zdrajcę. Można natomiast powiedzieć, że oni wszyscy przekroczyli pewną granicę, na którą większość ich kolegów miała baczenie

…Jaspers powiada: wina nie jest tylko problemem karno-prawnym. Jeśli zdefiniujemy ją tylko w aspekcie prawa karnego, to jedyną odpowiednią instancją do jej oceny jest sąd. Wina ma jednak również kontekst osobisty, moralny, ale wtedy sąd przestaje być odpowiednią instancją do jej rozpatrywania. Taką instancją stają się inni, przede wszystkim ci, wobec których dopuszczono się niesprawiedliwości. Do tego dochodzi jeszcze wymiar metafizyczny i teologiczny.

Kiedy więc chodzi o wykroczenia, wymierzone w innych ludzi, nie powinniśmy zbyt pochopnie rezygnować z możliwości zdobycia realnej wiedzy o nich, z przeanalizowania ich charakteru, z poszukiwania prawdy. Taka postawa w istocie czyni ludzi bezbronnymi wobec zła. Jeżeli bowiem państwo nie podejmuje swojej roli w organizowaniu warunków sprawiedliwości, to tym samym daje wyraźny sygnał, iż w istocie nie wierzy w to, aby ludzie potrafili dokonywać właściwych wyborów w krytycznych moralnie sytuacjach. A przecież chodzi tylko o to, aby dać ludziom możliwość zdobycia wiedzy, dzięki której mogą ustalić swój pogląd i właściwą ocenę, trzeba tylko otworzyć archiwa, dostarczyć informacji i ustalić, jakie kryteria będą nas wszystkich obowiązywać w dążeniu do prawdy. Nie wystarczy mieć sędziów, potrzebne są także spisane reguły, które będą ich obowiązywać.

…Jeśli weźmiemy przykład Pańskiego kraju, to zobaczymy w jak paradoksalnej sytuacji znaleźli się dzisiaj byli opozycjoniści prześladowani przez służbę bezpieczeństwa. Mogą jedynie oszołomieni przyglądać się bezradnie, jak byli funkcjonariusze robią kariery na najwyższych szczeblach państwa, a jedyne, co im pozostaje, to tylko krzyczeć z wściekłości. (…) Tym ludziom pozostała tylko wściekłość, ponieważ państwo nie wykonało swojego obowiązku, swojego podstawowego zadania, jakim jest sprawiedliwość. I należałoby wprost zapytać, dlaczego państwo w Polsce uchyliło się od tego zadania. Chciałbym na koniec wrócić jeszcze do jednej bardzo ważnej kwestii. Mówiłem wcześniej o syndromie taniej łaski. To pojęcie pochodzi od Dietricha Bonhoeffera. W swoich teologicznych pracach zwracał uwagę na to, że nie należy minimalizować aspektu boskiej sprawiedliwości. Nie można traktować Boga jak dobrego wujka, który – chyba powiedział to Wolter – po prostu ma przebaczać, bo to w końcu jest jego zawód. I w tym teologicznym kontekście Bonhoeffer sformułował problem taniej łaski. Problem ten pojawia się zawsze wtedy, kiedy ludzie nie chcą znać prawdy, kiedy nie chcą jej dociekać. Dlatego uważam, że wybaczenie, pojednanie jest praktycznie niemożliwe, jeśli nie posiadamy wiedzy na temat przeszłości lub mamy jedynie okruchy tej wiedzy…” (Joachim GAUCK)

całość tu: „Sprawiedliwość jako warunek pojednania”

„Gdy wybuchł ostatni skandal z Lechem Wałęsą i tzw. szafą Kiszczaka, prezes IPN wystąpił z apelem, aby ubecy pooddawali ukradzione dokumenty. Chyba sobie żartował. Ludzie, których przez ponad ćwierć wieku nie rozliczono za mordy polityczne popełnione podczas 45 lat trwania komuny mieliby odszukać przyzwoitość w swoich sercach i potulnie odnieść władzom kartony sprywatyzowanych raportów i teczek operacyjnych? Można się modlić, aby tak się stało, ale liczyć na to raczej jest naiwnością, być może oprócz paru wyjątków.

Ponadto, dlaczego niby tajni policjanci PRL mieliby pozbywać się źródła dochodu? Przecież wyniesione akta to źródło wiedzy o konkretnych ludziach. Ludzi tych się prowadziło i przed, i po 1989 r. Właściwie tylko garstka umoczonych miała odwagę cywilną publicznie przyznać się do swoich grzechów. To świetnie załatwiało sprawę, bo wszystko wyszło na jaw i nie było na nich już haków. Ale większość zataiła swoją współpracę, a to już ze wstydu, z nadzieją, że wszystko się skończyło (przecież „padła komuna”, nie?) czy z przyzwyczajenia brnąc nadal w kłamstwo. I najważniejsze: milczano, bowiem czerpano z tego brudnego układu wymierne korzyści. Nawet gdy umoczeni ludzie wzbili się na wyżyny finansowe dzięki brudnym układom i wydawało im się, że pieniędzmi wyemancypowali się z jarzma swych oficerów prowadzących, zwykle kupując sobie potężniejszych goryli-ochroniarzy, to i tak przecież funkcjonowali w ramach stworzonego w 1989 r. układu okrągłostołowego, czyli postkomunistycznego. I w tym sensie widmo przeszłej współpracy wlokło się za nimi. Byli nadal podatni na szantaż. Ich sukces opierał się na podłości, kłamstwie i złu…

Od 27 lat ten ten sam modus operandi, to ten sam swołocz transformacji.

…czyli zachowania z systemu komunistycznego jak najwięcej form, symboli i personelu na prominentnych stanowiskach w polityce, gospodarce, społeczeństwie i kulturze. Co krok kłaniają się nie tyle zaniedbania czy nawet zaniechania, ale wręcz kryminalna bezkarność ubeków. Bezkarność ta wpisana była w proces transformacji systemowej. Trzeba z tym zerwać, trzeba ich w końcu rozliczyć. Posłowie PiS powinni uchwalić odpowiednie prawodawstwo. Najpierw zaproponować amnestię 24 godzin (mieli 27 lat), a następnie wystąpić do IPN o bazę danych ubeków. Każdego przesłuchać prokuratorsko pod przysięgą, każdemu zajrzeć w brudne interesy. Odebrać zrabowane dokumenty, zlustrować gospodarczo. Każdego…” (prof. Marek Jan Chodakiewicz – Rozliczyć ubeków)

podobne: Lech, czarownica i stara szafa. Afera z „Bolkiem” jest dla głupich, ważni są INNI. Festiwal hipokryzji, teorie spiskowe i brak konkretów. oraz: Buchalter z Auschwitz skazany, UBek uniknie więzienia czyli… dysonans POznawczy ugruntowany na fałszywej legendzie (Jerzy Buzek, TW „Karol”). i to: „Tadeusz Mazowiecki sadził drzewo III RP”… które wydało zgniłe owoce.

A oto przykład na żywym organizmie owego modus operandi transformacji…

„Piotr Puchta – funkcjonariusz wojskowych służb specjalnych PRL, którego karierę w Zarządzie II Sztabu Generalnego WP, poprzedniczce WSI, wspierali generałowie Kiszczak i Jaruzelski został postawiony na czele ważnego departamentu MSZ. Jego ojciec Janusz Puchta był wiceszefem WSI i wieloletnim agentem II Zarządu Sztabu Generalnego WP w PRL.

Ojciec i syn specjalizowali się w stosunkach polsko-izraelskich. Jako to możliwe, że rząd Beaty Szydło pielęgnuje takiego dyrektora w tak ważnym resorcie? Chcemy wierzyć, że to jedynie wypadek przy pracy.

Biogramu Piotra Puchty darmo szukać w Internecie. Oficjalne notki biograficzne podają jedynie lakonicznie, że pracę w MSZ rozpoczął w… 1985 r. Jak ustaliliśmy przez wiele lat Piotr Puchta (syn wiceszefa Wojskowych Służ Informacyjnych) pracował w Izraelu i był oficerem spec służb wojskowych kierowanych przez gen. Kiszczaka w słynnej później z czasów WSI jednostce 3362 (pod takim samym numerem co Zarząd II funkcjonowały potem WSI). Teraz jest szefem Departamentu Afryki i Bliskiego Wschodu w MSZ kierowanym przez ministra Witolda Waszczykowskiego z PiS, co potwierdziło nam biuro prasowe ministerstwa.

Historia Puchty juniora, a tym bardziej jego ojca, zapisana na kartach w IPN balansuje pomiędzy tym, co prawdziwe, a tym, co niedopowiedziane. Chociaż sam zainteresowany dla systemu IPN nie istnieje, „Warszawskiej” udało się go znaleźć tam, gdzie się jego biogramu spodziewaliśmy…

Dziennikarskie śledztwo „Warszawskiej Gazety” wprost od Ahmada Sameha Abu Mizera opisanego w tekście „Mossad na serwerach” doprowadziło do dzisiejszego dyrektora w MSZ.

W czasach PRL Piotr Puchta pomagał w Tel Awiwie niekryteryjnemu dla bezpieki Abu Mizerowi załatwić stały pobyt w Polsce Ludowej. Palestyńczyk rozpracowywany był zarówno przez polską jak i prawdopodobnie palestyńską służbę bezpieczeństwa pod kątem współpracy z wywiadem izraelskim. Choć był „niepożądany” ze względu na „bezpieczeństwo państwa”, Puchta zdecydował, że napisze z prośbą w jego imieniu do polskich bezpieczniaków w PRL.

To właśnie w tych teczkach z zasobów IPN „Warszawska” po raz pierwszy natrafiła na obecnego podwładnego ministra Waszczykowskiego.

Materiały, do których dotarliśmy mrożą krew w żyłach. Podobnie jak w przypadku Ahmada Sameha Abu Mizera na podstawie tej historii może powstać dobry szpiegowski film. Cały materiał opublikujemy w wydaniu papierowym „Warszawskiej” 18 marca 2016 roku.” (Magdalena Myk, Robert Wit Wyrostkiewicz – Oficer wojskowej „bezpieki” dostał ważne stanowisko w MSZ!)

podobne: Podsłuchują nie tylko kelnerzy, ale też kolejarze. Sprawa Mazura umorzona (będzie batalia o odszkodowanie?). Swoje WSIoki czyli „Podwójne, lustracyjne standardy PiS” oraz: Leszek Szymowski: Komisją śledczą w Macierewicza. Jak to było z WSI?

Ten „przypadek” (i dwa kolejne o których również będzie mowa) wPISuje się  dość jednoznacznie w to co od wielu lat powtarzam i na co zwracałem uwagę ostatnio pisząc, że o największych „ludziach honoru” uciekających przed „rozliczeniem” z pewnością się dowiemy z komunikatów prasowych, bo media „niezależne” będą trąbić z wielką egzaltacją, jak to PIS samym swoim „majestatem” robi „porządek”. Natomiast o tym ilu z tych nieodrodnych synów ludowej rzeczypospolitej zachowa swoje posadki uzyskując status „naszych sukinsynów” (jeśli przysięgną lojalność nowej władzy) nie dowiemy się zbyt szybko. Jeśli jednak  przypadkiem się dowiemy, to będzie nam to z pewnością dobrze wytłumaczone. W przeciwnym wypadku ci ludzie będą się bronić przed ujawnieniem, strasząc kogo trzeba wiedzą na temat co niektórych aparatczyków z PISu 🙂 Bo taka jest cena za bycie partią „kompromisu” i zadawnionych układów rodem z Magdalenki, oraz kadrami z PZPRu (więcej tu: Prawo i sprawiedliwość? „Ułaskawienie” Kamińskiego. Parasol ochronny nad Komorowskim? Zamiast aneksu do raportu WSI, „raport” z niegospodarności. Koniec „złotych spadochronów”. Komentarz Michalkiewicza i tu: Nihil novi Winiarskiego o Komorowskim (na procesie Sumlińskiego) przemilczane przez „media”. Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta). Wpisuje się to również bardzo „niefortunnie” w niedawną „dziwną” wypowiedź Pana Dudy odnośnie tajnych współpracowników. Tego Dudy co to prezydentem (to znaczy obrońcą) „wszystkich Polaków” został i chyba już wiem co to znaczy „wszystkich”… (Odys)

„…Prezydent Andrzej Duda skomentował sprawę teczki dotyczącej Jerzego Zelnika. Dokumenty na temat aktora miały zostać znalezione w IPN. Sam Jerzy Zelnik wydał w tej sprawie oświadczenie.

Prezydent pytany o sprawę Zelnika wypowiedział się w sposób dość zaskakujący.

Jaki był wpływ pana Jerzego Zelnika na rzeczywistość po 1989 roku? Bo nie o to chodzi, czy ktoś współpracował czy nie, bo było ich wielu. Można to spokojnie pominąć, ale problem polega na tym, jaki i który z nich miał wpływ na zmiany na polską rzeczywistość po 1989 roku i na ile przeszłość agenturalna była jawna. Na ile w związku z tym można było poprzez daną osobę wywierać wpływ na polską rzeczywistość polityczną

— ocenił prezydent. Dodając, że „w przestrzeni tego wpływu pan Jerzy Zelnik nie miał zasadniczo żadnej siły sprawczej”.

Niestety z takim sposobem stawiania sprawy nie można się zgodzić…

nieszczęśliwe słowa Prezydenta Dudy uderzają w bohaterstwo tych, którzy mimo represji, szykan, niszczenia itd. oparli się bezpiece, nie dali się złamać. A takich było przecież niemało. Jak w świetle ich bohaterstwa brzmią dzisiejsze słowa Andrzeja Dudy? Jak w świetle historii bohaterskich postaw oceniać słowa prezydenta…

Przecież właśnie chodzi o to, że niektórzy dali się złamać – z bardzo różnych powodów – a inni nie. I dziś tylko jedna z postaw jest godna pochwały. Postawa tych, którzy się dali złamać nie. Nie chodzi o to, by ludziom współpracującym przekreślać na całe życie, chodzi o to, by piętnować postawy, które były de facto szkodzeniem innym ludziom i szkodzeniem wolnej Polsce. Próba wskazywania, że nie ma znaczenia, czy ktoś coś podpisał w PRL-u czy nie, jest przykładaniem ręki do niszczenia jasnych wartości – rozróżnienia dobra i zła. Bo jeśli współpraca z bezpieką PRL-owską nie będzie zła, jeśli nie będzie to jednoznacznie oceniane przez Polaków, nie uda nam się zbudować jasnego katalogu wartości.

Decyzja o uwikłaniu się we współpracę z bezpieką była zła. Sugerowanie, że dziś tamte decyzje nie mają wartości moralnych jest dla społeczeństwa szkodliwe…” (Stanisław Żaryn – Bardzo nieszczęśliwe słowa prezydenta Dudy)

podobne: Geneza „polskiej” bezpieki i „Archiwum Mitrochina”. Paranoja zbioru zastrzeżonego IPN i fikcja lustracji. Pamięć wybiórcza czyli „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Czemu PIS broni demokracji? i to: Były eSBek chce odtajnić swoje akta. Ma dość wybiórczej „sprawiedliwości społecznej” gdzie za PRL karane są płotki.

…i kolejny kwiatek…

„Nie podoba mi się to, w jaki sposób Prezydent RP Andrzej Duda potraktował księdza Stanisława Małkowskiego, usiłującego spotkać się z nim i porozmawiać o przyszłości śledztwa w sprawie zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki.

Na poniższym filmie ksiądz relacjonuje ten niemiły i dający do myślenia incydent. W moim odczuciu Kancelaria Prezydenta RP zabawiła się w “głuchy telefon” z kapłanem, który przeszedł już swoje w życiu i płacił przez długie lata wysoką cenę za Prawdę i swoją walkę o Wolną Polskę. Czy tak ma wyglądać zapowiadana przez PiS “dobra zmiana”?

Same frazesy pisane przez podrzędnych kancelistów Prezydenta i odsyłanie niechcianych “petentów”, oczekujących reakcji rządzących na tę ważną sprawę, do Prokuratora Generalnego Andrzeja Seremeta, to moim zdaniem jakaś chucpa, a nie “dobra zmiana”.(Uparta • niepoprawni.pl – „Głuchy telefon” w Kancelarii Prezydenta)

„…Nie może być tak, że partia, której politycy mają gęby pełne patriotycznych frazesów, nie chce podjąć śledztwa w sprawie śmierci księdza Jerzego. Trzeba zmusić (podkreślam) tych ludzi do jednoznacznych decyzji i deklaracji. To nasz obowiązek. W tej kwestii nie interesuje mnie dobre samopoczucie pana prezydenta ani „racje polityczne” ludzi PiS. Jeśli – z jakichkolwiek powodów, nie podejmą sprawy zbrodni założycielskiej III RP, trzeba ich nazwać wspólnikami matactw i winnymi haniebnego przemilczenia” (Aleksander Ścios)

…Nie pierwszego haniebnego przemilczenia/zaniedbania/zdrady (Narada szczurów czyli… Pamięć Kaczyńskiego przed i po „głosowaniu nad prawdą” wołyńską i to: W rocznicę mordu w Jedwabnem. „Pokłosie” błędu Lecha Kaczyńskiego). I kolejny kamyczek prosto z ogródka „dobrej zmiany”:

„Ostatnie zmiany kadrowe w kontrolowanej przez skarb państwa Giełdzie Papierów Wartościowych wskazują, że spółka ta może stać się bezpieczną przystanią dla ludzi Marka Belki, który za kilka miesięcy kończy kadencję szefa NBP.

Już teraz intratną posadę znalazł w niej Michał Kaszuba, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Belki. Kaszuba będzie dbał o PR i marketing tej spółki kluczowej dla bezpieczeństwa ekonomicznego państwa – w praktyce będzie decydował o krociowym budżecie marketingowym.

Przypomnijmy, Belka (były premier z ramienia SLD, zarejestrowany przez SB jako TW) był jednym z bohaterów afery taśmowej – wraz z Bartłomiejem Sienkiewiczem omawiał sposoby zabezpieczenia interesów rządzącej wówczas PO. A będąc w NBP, otoczył się dawnymi PZPR-owskimi aparatczykami, z których część widnieje w archiwum IPN-u jako współpracownicy służb PRL-u

źródło: Przystań dla ludzi Belki

…oraz:

„…PiS przed wyborami było głównym krytykiem Marka Belki, szczególnie po ujawnieniu przez tygodnik „Wprost” tzw. nagrań kelnerów w „aferze ośmiorniczkowej”. Teraz nastąpiła zaskakująca zmiana frontu:

– Powiedziałam w jednym z wywiadów prasowych, że Marek Belka będzie kandydatem polskiego rządu i zgłaszamy go oficjalnie

– potwierdziła informacje MF premier na konferencji prasowej, że Belka jest oficjalnym kandydatem rządu na szefa EBOiR.

Chodzi nie tylko o bardzo prestiżowe stanowisko. Prezes EBOiR, zawiadujący dobrze wyposażoną w kapitał, międzynarodową instytucją finansową, to bardzo wpływowa osoba na europejskich salonach. EBOiR (ang. The European Bank for Reconstruction and Development – EBRD) to międzynarodowa instytucja finansowa założona w 1991 r. w celu wspierania budowy nowego ładu w Centralnej i Wschodniej Europie po zakończeniu zimnej wojny. Udziałowcami tego banku są 64 państwa oraz Unia Europejska i Europejski Bank Inwestycyjny.

Jaką grę rozgrywa PiS profesorem Markiem Belką, że chce zapewnić mu nie tylko miękkie, ale i intratne lądowanie na europejskiej placówce? Czy to może jakieś „czynniki” europejskie oczekują, że właśnie Belka zastąpi na stanowisku kończącego także w czerwcu kadencję obecnego szefa EBOR Sumy Chakrabartiego?

Wielu wyborców PiS, a sądzić można, że nie tylko tej partii, może być w szoku. Rozmawiając z nimi, lub czytając ich opinie w internecie, można szybko zorientować się, że raczej mieli nadzieję, ze Belka zostanie pociągnięty do odpowiedzialności, a może nawet stanie przed Trybunałem Stanu za domniemanie przestępstwa przeciwko Konstytucji RP (Art 220, 216). Że będzie ukarany, zgodnie z prawą i sprawiedliwą linią nowej władzy. O pociągnięciu do odpowiedzialności Marka Belki za pochopne deklaracje w „aferze ośmiorniczkowej”, wyrażające gotowość NBP dodruku pustego pieniądza na życzenie byłej, rządzącej koalicji PO PSL, mówił nawet we wrześniu 2014 r. Antoni Macierewicz.

– Sienkiewicz i Belka omawiali, jak złamać istotę ustroju RP. To jest sprawa dla komisji śledczej i Trybunału Stanu

– twierdził wówczas w programie „Dziś wieczorem” w TVP Info wiceszef PiS Antoni Macierewicz, m.in. tym uzasadniając konieczność powołania komisji śledczej dotyczącej sprawy podsłuchów.

Część analityków bankowych uważało też, że Marek Belka stojąc też na czele Rady Polityki Pieniężnej wydawał w 2011 i 2013 r. bezowocnie rezerwy dewizowe NBP na podtrzymywanie kursu złotego – na interwencje na rynku walutowym, które jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, nie przyniosły długoterminowych rezultatów w postaci zmiany trendu kursu złotego w stosunku do walut obcych.

Belka był też za podtrzymywaniem stałej gotowości Międzynarodowego Funduszu Walutowego do utrzymywania otwartej, a nie wykorzystywanej tzw. elastycznej linii kredytowej (w wys. 33,8 mld dolarów), za którą budżet musiał zapłacić za tzw. gotowość do zaciągania zobowiązań ok. 114 mln dolarów.

Jest więc co najmniej dziwne i podejrzane, że PiS nie tylko nie odciął się od swoich antybohaterów raptem z przed dwóch lat, a jeszcze winduje ich do góry…”  (Robert Azembski – PiS popiera Belkę, a niedawno widział go przed Trybunałem Stanu)

…tak oto zamiast obiecanego kryminału, lub przynajmniej wywalenia na zbity pysk i blokady kariery w instytucjach zależnych od rządu polskiego, Pan Belka został  nagrodzony i awansował z ramienia tego samego ugrupowania, którego wierchuszka (Kaczyński, Kamiński i Macierewicz) obiecywała jeszcze nie tak dawno go rozliczyć. Jest to dla mnie przykład tej samej patologii, z jakiej słynął pogardzany przez obecny establiszment były obóz rządzący. Kolejny zresztą przykład, bo od tej strony zdążyłem już się na PISie poznać, o czym więcej tu: IV RP kontra III RP czyli lekcja z demokracji. Sprawa Sumlińskiego, niekompetencja w MON i uchwała sejmu ważniejsza od Konstytucji. Czy Duda złożył Rzeplińskiemu propozycję nie do odrzucenia? Na czym polega postkomunizm i czy socjalista może być dobrym patriotą? Wpisuje się to zresztą w strategię transformacji ustrojowej (zaplanowanej właśnie w Magdalence), która przewidywała że trzeba będzie wiele zmienić („by wszystko zostało po staremu” 😉 ). W takim wypadku „rola konfidentów staje się kluczowa, bo tylko oni potrafią zapewnić ciągłość między dawnymi i nowymi laty – oczywiście pod warunkiem ulokowania ich na odpowiednich stanowiskach” (jak mówi Pan Michalkiewicz). Myślę że „zesłanie” Pana Belki do EBOiR, (instytucji odpowiedzialnej za budowanie „nowego ładu” w Europie Środkowo Wschodniej) zasługuje na miano „odpowiedniego stanowiska” dla tego typu zdolniachy – gotowego utopić gospodarkę własnego kraju (z pominięciem prawa) w pustym pieniądzu. Sam EBOiR ma bowiem „wybitne” osiągnięcia na polu „odbudowy” Polski ze zgliszczy komuny, jak też w budowaniu „dobrobytu” innych krajów byłego bloku wschodniego. Dość popatrzeć na ogromny jakościowy dystans jaki dzieli gospodarki państw z tego rejonu od państw „zachodnich”. No ale trudno się dziwić tym wynikom, zważywszy na grono najważniejszych udziałowców tej „międzynarodówki”… (Odys)

 „…Jest coś głęboko tragicznego w dzisiejszych oczekiwaniach elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. W tym, co chcielibyśmy zobaczyć po publikacji „teczek Kiszczaka” i odczytać w intencjach ludzi, którym okazaliśmy zaufanie.
Jest też zagadka zabobonnej wiary, jakoby partia pana Kaczyńskiego miała wolę rozliczenia zbrodni komunizmu i postępków jego sukcesorów, w tym usilnym przeświadczeniu, że okaże się zdolna obalić porządek „okrągłego stołu” i zbudować nam państwo wolnych Polaków. Ten tragizm okazuje się tym bardziej widoczny, im pogłębia się kontrast między oczekiwaniami milionów wyborców, a praktyką partyjnych macherów.
Wiem, skąd bierze się ta wiara, lecz nie potrafię jej usprawiedliwić. Nie pytam też – dlaczego jest umacniana, bo spodziewam się najgorszej odpowiedzi.  
Trzeba mocno zaciskać oczy, by nie dostrzec logiki „dobrych zmian” – partyjnych pochwał dla „demokracji” i „ducha dialogu”, gloryfikowania „roli opozycji” i zapewnień o „poszanowaniu” jej praw. Trzeba zapomnieć o bojaźni wobec dyktatu brukselskich terrorystów, o poparciu dla szkodników i kapusiów bezpieki, o szemranych nominacjach i geszeftach z ośrodkami propagandy, o słowach, które uwłaczały Polakom i niosły zapowiedź prawdziwych intencji – „nie możemy w tej chwili myśleć o żadnym rewanżu, o żadnym odwecie”. Trzeba udawać, jak nieistotna jest  prawda o śmierci księdza Jerzego i wiedza zawarta w aneksie. Trzeba zapomnieć o setkach przestępstw i niegodziwościach poprzedniego reżimu, o krzyku z Krakowskiego Przedmieścia, o zdradzie hierarchów „pojednanych” z wysłannikiem Putina i zaprzaństwie politycznych „elit”. O tym, kto i co mówił po Smoleńsku i jak dalece cuchnął agenturą lub pospolitym tchórzostwem. Trzeba nie widzieć głupoty i słabości ministrów tego rządu i rozgrzeszać ich błędy dialektyką „ataków ze strony opozycji”. Trzeba powtarzać sobie – jak wspaniałego mamy prezydenta, byle nie dostrzec pustki półrocznego bilansu, pijarowskiej fasady i deficytu realnych działań.
Zaiste – trzeba też pogardy dla prawdy, rozumu i własnych aspiracji, by nadal powtarzać mantrę o „wybitnych strategach”, „potrzebie cierpliwości” i „mobilizacji”.

Ze smutkiem czytam teksty, w których przewija się teza o „zamachu” na prezydenta Dudę. Teza prosta i politycznie pożądana, bo nikt bardziej nie docenia kreacji „ofiary”, jak ci, którzy budują na niej własną mitologię. Dlatego łatwiej jest przyjmować optykę „oblężonej twierdzy” niż udźwignąć ciężar konsekwentnej walki z komunistyczną hybrydą. Łatwiej grać na wyobrażeniach elektoratu niż zmierzyć się z prawdą o III RP…

jak długo wyborcy będą wierzyli, że tak załgana nomenklatura jest tylko wyrazem „strategii politycznej” PiS-u, a nie oznaką trwałości komunistycznej hybrydy?

Obco dziś brzmią słowa Mackiewicza –  My musimy komunizm wyniszczyć, wyplenić, wystrzelać! Żadnych względów, żadnego kompromisu! I nadal przerażają – zastępy Skwiecińskich i Warzechów, rzesze partyjnych hochsztaplerów i środowiska małych demiurgów…(Aleksander Ścios – KWIATY DLA SUKCESORÓW I LOGIKA MACKIEWICZOWSKA)

„Jeśli uczynicie z Prawa stanowionego, obowiązującego wszystkich obywateli, strażnika wolności i własności, jeśli będzie ono tylko uporządkowaniem indywidualnego prawa do uprawnionej obrony – oprzecie na Sprawiedliwości rządy racjonalne, proste, zrozumiałe dla każdego, kochane przez wszystkich, użyteczne dla wszystkich, obarczone znakomicie zdefiniowaną odpowiedzialnością, wyposażone w trudno wzruszalną stabilność.

Jeśli, przeciwnie, w interesie jednostek lub całych klas uczynicie z Prawa stanowionego narzędzie Rabunku – każdy będzie chciał przede wszystkim tworzyć to Prawo, a następnie wykorzystywać je na swą korzyść. Powstanie wielki tłok przy drzwiach Gmachu Ustawodawstwa, nastąpi zażarta walka wewnątrz, anarchia w ludzkich umysłach, rozpad wszelkiej moralności, przemoc stosowana przez zainteresowane organy, zażarte walki wyborcze, oskarżenia, wzajemne pomówienia, zawiści, niegasnące nienawiści, wprzęgnięcie w służbę niesprawiedliwej chciwości czynnika państwowego, powołanego do jej ograniczania, pojęcia prawdy i fałszu wymazane zostaną z ludzkich umysłów, pojęcia tego, co sprawiedliwe, a co niesprawiedliwe znikną z ludzkiej świadomości, nastąpią rządy odpowiedzialne za wszystkich i upadające pod ciężarem tak wielkiej odpowiedzialności, będą polityczne konwulsje, nieustanne bunty, zostaną ruiny, na które przyjdą próbować swych sił wszelkiego rodzaju odmiany socjalizmu i komunizmu; takie są plagi, których nie omieszka uwolnić psucie Prawa.” (Frédéric Bastiat „Rabunek a Prawo” 1850 r. Tłumaczył Marian Miszalski 2015 r. )

Pytam zatem (po raz kolejny), gdzie się zapodziało elementarne poczucie sprawiedliwości oraz odpowiedzialność i troska o profesjonalizm/wiarygodność państwa którym „nowa władza” zarządza? Co to za „prawo” które pozwala przymykać oko na niesprawiedliwość? Tzw. „dobra zmiana” (której włodarze zapowiadali rozliczenie z patologiami poprzedniego systemu), to żadna zmiana skoro idzie drogą wyparcia i lekceważenia powinności, zarówno względem obywateli (którym obiecała „prawo i sprawiedliwość”), jak i państwa którego stery z takim przytupem i szumnymi hasłami objęła. Zastanówmy się więc, i wyciągnijmy wnioski z tego co się rzeczywiście dzieje i czemu nie dzieje się właściwie a wręcz przeciwnie… (Odys)

podobne: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach. i to: Jak Kaczyński oszukuje Polaków? polecam również: wMeritum: Obłudnicy z „pseudoprawicy”.

Kaczyński i Tusk

Kaczyński i Tusk

Lecz nade wszystko – słowom naszym,
Zmienionym chytrze przez krętaczy,
Jedyność przywróć i prawdziwość:
Niech prawo zawsze prawo znaczy,
A sprawiedliwość – sprawiedliwość.

IV RP kontra III RP czyli lekcja z demokracji. Sprawa Sumlińskiego, niekompetencja w MON i uchwała sejmu ważniejsza od Konstytucji. Czy Duda złożył Rzeplińskiemu propozycję nie do odrzucenia? Na czym polega postkomunizm i czy socjalista może być dobrym patriotą?


„…Usiłuje się wbić i utrwalić taką teorię, że demokracja w Polsce równa się Trybunał Konstytucyjny i być może niedługo będzie się używać zamiennie tych pojęć czyli Trybunał będzie nazywać się demokracją…” (Mieczysław Ryba)

a przecież chodzi o to że…

„Powinniśmy mieć zasady gotowe do zastosowania w każdej okoliczności” (Epiktet z Hierapolis)

tymczasem…

„Ślepy i nierozważny jest ten, co zdaje się na łaskę przypadku” (Seneka)

Z natłoku bełkotu informacyjnego jaki wylał się przez ostatnie tygodnie na głowy zainteresowanych polityką Polaków (podkreślam, bo nie wszystkich to interesuje), warto wyłowić cztery (dosłownie) najistotniejsze (moim zdaniem) sprawy, które rzutują w dość konkretny sposób na jakość (standardy) rządów które już odeszły, oraz na rządy które będą nam towarzyszyć przez najbliższe lata. I nie jest to niestety wyłącznie towarzyszenie na zasadzie jakiejś fikcji rodem z programu rozrywkowego w TV. Nie chodzi tu bowiem o standardy jako pewnego rodzaju kulturę polityczną (to akurat najmniejszy problem, łatwy do załatwienia jednym kliknięciem pilota od telewizora), ale o uchwalane właśnie prawo (jak i to które ciągle obowiązuje), które należy jak najbardziej do świata realnego ze wszystkimi tego konsekwencjami i kosztami dla nas obywateli, na teraz i na przyszłość.

Przepychanki na temat kto, co i na kiedy „planuje”, kto komu przeszkadza, co psuje, i czy zrobi to rano czy w nocy, to wyłącznie element propagandowej walki obu stron mający mobilizować poszczególne elektoraty do większej aktywności w „kibicowaniu” swoim przedstawicielom ustawowym”. Informacyjnych konkretów wynikających z tych wszystkich „działań” dla poważnie podchodzącego do spraw państwowych (i obywatelskich) Polaka nie uświadczysz. Tego typu „wiedza” i niusy, choć niejednokrotnie zabawnie formułowane przez lekkopiórych komentatorów brzmią bowiem z obu stron histerii tak samo propagandowo. Dla szarego ludzia nic z tego nie wynika inie jest do niczego potrzebne. Służy to wyłącznie dworakom i fanatykom obu obozów, by mogli upuścić napięcia ze swoich nadętych/nakręconych głów, tudzież do wyprowadzania „niezadowolonych” na ulice w celu napuszczenia ich na siebie, a być może sprowokowania jakiejś ulicznej bitki.

Jakkolwiek nie przykładać wagi do większości komentarzy płynących z obu stron barykady poprzez tzw. „media głównego nurtu” (mocno zaangażowane każde w swoją rację – zgodnie z zapotrzebowaniem obozu któremu służą) należy sobie powiedzieć wprost, że mamy do czynienia z wojną o interesy partyjne, a nie jak nam to każda ze stron próbuje przedstawić z walką o prawa obywateli. Obecna opozycja walczy o utrzymanie wpływów i bardzo ją boli odrywanie przysłowiowego „ryja od koryta”, zaś obecny obóz rządzący mocno wyposzczony po 8 latach bycia w opozycji, jako zwycięzca w „demokratycznych wyborach” dąży w sposób dla siebie naturalny do odzyskania (kosztem poprzedników) jak największej władzy, stołków, praw i przywilejów. Tymczasem retoryka tak jednych jak i drugich nie dotyczy istoty rzeczy, o której pisze Pan Michalkiewicz… (Odys)

„…dopiero konflikt, jaki w naszym nieszczęśliwym kraju rozgorzał na tle zagrożeń demokracji, pozwolił zobaczyć, ilu na świecie jest durniów, a przynajmniej – ilu jest hipokrytów. Rzecz w tym, że w demokracji – jak wiadomo – decyduje Większość, bo demokracja kieruje się zasadą: im większa Liczba, tym słuszniejsza Racja. Jest to nic innego, jak tyrania Większości. Tymczasem banda idiotów, z jakich składa się zdecydowana większość tak zwanych elit politycznych, nie mówiąc już o konfidentach poprzebieranych za dziennikarzy niezależnych mediów głównego nurtu, udaje że tej prostej, niczym budowa cepa prawdy nie pojmuje, albo – co gorsza – nie pojmuje jej naprawdę i bredzi coś o konieczności poszanowania przez Większość praw Mniejszości. Tymczasem taka konieczność nie tylko nie ma nic wspólnego z demokracją, ale wprost zasadę demokratyczną podważa, bo albo przyjmujemy za demokratami, że im większa Liczba, tym słuszniejsza Racja, albo uznajemy jakieś prawa Mniejszości, które trzeba respektować bez względu na Liczbę. Otóż ochrona praw Mniejszości nie wynika z zasady demokratycznej, tylko z zasady nomokratycznej (nomos to po grecku: prawo), z której wynika, że słuszność Racji nie zależy od Liczby – jak chcieliby demokraci – tylko od zgodności z nie poddającymi się żadnym głosowaniom zasadami…

…No dobrze – ale co jest praworządne, to znaczy – jaką treść powinny mieć akty prawne, by mogły być uznane za praworządne?

Na właściwy trop naprowadza nas sformułowanie języka potocznego, w jakim wspomniana ustawa byłaby skomentowana. Powiedziano by o niej, że owszem, może i jest demokratyczna, ale nie jest w porządku. To sformułowanie języka potocznego sugeruje istnienie jakiegoś porządku, który w dodatku ma charakter nadrzędny nad porządkiem demokratycznym. (…)  pierwszym warunkiem, jakiemu powinno odpowiadać stanowione prawo, to wykonalność. Prawo obiektywnie niewykonalne, nie będzie mogło wejść w życie…

prawo, żeby było wykonalne, nie może abstrahować od tego, jacy ludzie są, nie może abstrahować od naturalnych właściwości ludzi. Naturalnych – a więc takich, których nie ustanowiła żadna władza publiczna i żadna władza publiczna, nawet demokratyczna, nie jest w stanie ich uchylić. Jakie to są właściwości? Ano, ludzie mają naturalną zdolność do świadomego wybierania. Jest to bardzo ważna właściwość, nie tylko odróżniająca gatunek ludzki od innych gatunków przyrodniczych, ale będąca też warunkiem sine qua non wszelkiej odpowiedzialności. Inną ważną właściwością naturalną człowieka jest wrażliwość na piękno – z czego wynika cała kultura. Kolejną ważną właściwością natury ludzkiej jest zdolność do wytwarzania bogactwa i dysponowania nim – z czego zrodziły się cywilizacje. Ale najważniejszą właściwością, z której wynikają wszystkie pozostałe, jest życie.

Mamy zatem katalog ważnych cech ludzkiej natury, które prawo stanowione powinno respektować, żeby w ogóle było wykonalne. Ale nie tylko respektować. Ponieważ są to właściwości bardzo ważne, prawo stanowione nie powinno również w nie godzić – jeśli ma dobrze służyć ludziom, a tak chyba powinno być. Skoro tak, to musimy przełożyć te właściwości natury ludzkiej na język prawa. Jeśli chodzi o życie, nie ma z tym problemu; prawo radzi sobie językowo z życiem bez trudu. Zdolność do świadomego wybierania w języku prawa nazywa się wolnością, zaś zdolność do wytwarzania bogactwa i dysponowania nim nazywa się własnością. Ciekawe, że zdolność do odczuwania piękna nie daje się przełożyć na język prawa, chociaż takie próby były podejmowane, na przykład w postaci „socrealizmu”. Mamy zatem katalog praw naturalnych – bo żadnego z nich nie ustanowiła władza publiczna – w postaci życia, wolności i własności. Tworzą one porządek, z którym powinno być zgodne prawo pozytywne, by mogłoby być uznane za praworządne pod względem treści. Od razu widać, że jest to porządek niedemokratyczny, bo prawa naturalne z istoty nie poddają się żadnemu głosowaniu. Co więcej – przekonujemy się, że demokracja może być bezpieczna o tyle, o ile zakotwiczona jest w porządku niedemokratycznym, jakim jest porządek praw naturalnych. Widać zatem, że kwik, jaki podnosi się nie tylko w naszym nieszczęśliwym kraju i w wielu ościennych krajach w obronie demokracji w Polsce, to lament ignorantów…(Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: Obrońcom demokracji pro memoria

podobne: Konwulsje zdychającej III RP w obronie „demokratycznego państwa prawa”  i to: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii. oraz: Demokracja… czyli Dyktatura Durni. Australijczycy tracą do niej zaufanie.

A teraz przejdę do wspomnianych istotnych wg mnie kwestii, o których były jakieś wzmianki w mediach, ale nie pod tym kątem pod jakim powinny być komentowane i relacjonowane obywatelom, więc sam je skomentuję…

1. Wojciech Sumliński i wyrok na III RP.

„Wydarzenia, które do historii przejdą jako sprawa Sumlińskiego, rozpoczęły się wiosną 2008 r. Znany dziennikarz śledczy, wówczas zajmujący się przede wszystkim badaniem okoliczności mordu na ks. Jerzym Popiełuszce i niejasności związanych z późniejszym śledztwem, został poddany całej serii represji, które doprowadziły go do próby samobójczej…

Sprawa ciągnie się tygodniami, miesiącami, wreszcie – latami. Z dala od centrum Warszawy (sądy na ul. Kocjana znajdują się na dalekiej Woli, zaledwie trzy przystanki od granic miasta), a przede wszystkim z dala od zainteresowania mediów. Obserwując rozprawy od grudnia 2013 r., znam sytuacje, gdy ważne, choćby z racji problemów z pamięcią nadających się do podręczników medycyny, zeznania ministra Grasia bądź byłego szefa ABW Krzysztofa Bondaryka odbywały się bez udziału choćby jednego dziennikarza. Przez wiele miesięcy jedynym źródłem informacji o przebiegu procesu był starannie prowadzony blog Andera, później dołączyły do niego relacje na kilku portalach, a także nadawane na żywo przez autora niniejszego tekstu korespondencje na Twitterze. Do lata 2015 r., kiedy odbyło się przesłuchanie Bronisława Komorowskiego, media zainteresowały się sprawą chyba tylko raz – gdy w sądzie pojawił się Antoni Macierewicz.

Bronisław Komorowski, postać w sprawie Sumlińskiego kluczowa, czeka wciąż na wyjaśnienie swojej roli w tym zdarzeniu. Przesłuchanie, które zgromadziło większość ważnych mediów, lecz nie zostało przez nie praktycznie odnotowane, niewiele wyjaśniło.

Z zeznań świadków wiemy jedynie, że Komorowski był zainteresowany propozycją dostępu do tajnego aneksu, jaką miał mu złożyć Tobiasz. Tego, że był on centrum prowokacji wobec dawnej komisji weryfikacyjnej WSI, której ostatnim akordem jest proces Sumlińskiego, domyślać się możemy z zeznań innych osób, a przede wszystkim z wypowiedzi i książek samego Wojciecha Sumlińskiego.

Istotne dla pokazania dwuznacznej roli byłego prezydenta okazały się niedawne zeznania Krzysztofa Winiarskiego, który zeznał, że Komorowski podczas rozmowy dotyczącej spłaty zobowiązań państwa wobec powiązanego ze służbami biznesmena w zamian za przekazanie haków na polityków PiS u, pytał również o Wojciecha Sumlińskiego. W tym samym czasie zastępca szefa ABW Jacek Mąka miał proponować udział w prowokacji wymierzonej przeciwko dziennikarzowi, innemu ważnemu świadkowi – Tomaszowi Budzyńskiemu, emerytowanemu oficerowi tej agencji. Wkrótce potem doszło do zatrzymania, które stanowi oficjalny początek opisywanej sprawy…

…Wydany w środę wyrok zaskoczył. Zaskoczył z punktu widzenia praktyki sądowej Trzeciej Rzeczypospolitej. Sędzia Stanisław Zdun skazał Aleksandra L. na cztery lata więzienia bez zawieszenia, równocześnie uniewinniając Wojciecha Sumlińskiego. Wyrok był więc całkowitym przeciwieństwem oczekiwań prokuratury, uzasadnienie zaś całkowitym zaprzeczeniem jej narracji. Zdun powtórzył wszystkie pozapolityczne elementy z mów obrońców, wykazał całkowitą niewiarygodność zeznań L., a przede wszystkim nieżyjącego Leszka Tobiasza. Tobiasz jest tu głównym czarnym charakterem, autorem prowokacji, niemającym jednak żadnych dowodów. L. jest współwykonawcą, a w najlepszym razie ofiarą prowokacji Tobiasza, co jednak nie zwalnia go od odpowiedzialności za próby płatnej protekcji, jakie zostały udowodnione w postępowaniu. Na udział Sumlińskiego w tych samych próbach nie znaleziono natomiast żadnych dowodów. Czyn L. był haniebny – jak mówił sędzia Zdun – i zagrażał bezpieczeństwu kraju. Oprócz więzienia sąd zdecydował również o grzywnie, gdyż, jak zwrócił uwagę sędzia Zdun, L. nadal pobiera wysokie świadczenia. Z obawy o możliwość ucieczki skazanego za granicę zastosowano wreszcie środek zapobiegawczy w postaci odebrania paszportu…

…Jest to historyczny dzień dla polskiego wymiaru sprawiedliwości. I nie tylko dla niego, przekonaliśmy się bowiem, że człowiek, mający do dyspozycji głównie własne zasady moralne, wiarę i determinację, a przy tym wsparcie kilku podobnych sobie zapaleńców (i oczywiście najbliższych), nie jest bez szans w starciu z niepokonaną machiną zakorzenionej w PRL u niesprawiedliwości.

Równocześnie jednak jest to dzień wstydu dla większości środowiska dziennikarskiego, które przez lata próbowało sprawę zamilczeć. Obok patologii służb sprawa ta zaprezentowała dobitnie patologię mediów. Rozwój niezależnych kanałów informacji również w tym wypadku pokazał, że fałszowanie rzeczywistości nie może trwać wiecznie – niech to będzie kolejny optymistyczny wniosek ze środowego wyroku.” (Krzysztof Karnkowski • Gazeta Polska Codziennie)

całość tu: Wyrok na III RP

podobne: Komorowski ch… sałatki szkoda! czyli… rzeczy ważne i ważniejsze dla „mediów” z 18 grudnia. 6 pytań, które są zbyt proste by pozostać bez odpowiedzi ze strony prezydenta. oraz: Co kryje tajny aneks Macierewicza? Raport z likwidacji WSI oraz ANEKS do raportu a Bronisław Komorowski. Sprawa Mazura umorzona?

jest to dzień wstydu dla większości środowiska dziennikarskiego… pisze bezczelnie Pan Karnowski, który reprezentuje dokładnie to samo środowisko, tylko z innej (rzekomo „prawej i sprawiedliwej”) mańki. Wystarczy sobie bowiem przypomnieć niedawne równie haniebne przemilczanie przez tzw. „media niezależne” (do których Pan Karnowski się samozwańczo zalicza) rozprawy na której zeznawał ważny świadek w procesie Sumlińskiego – niejaki Winiarski, którego zeznania uznano publicznie w owych mediach jako NIEWIARYGODNE:

„…Milczenie środowiska PiS i związanych z nim „wolnych mediów” jest praktyką tym wielce zadziwiającą, że tuż po 30 października ukazały się dwie, niezwykle istotne wypowiedzi na temat wiarygodności świadka Winiarskiego. Ten bowiem argument – brak wiarygodności, był najczęściej podnoszony przez luminarzy „wolnych mediów” i miał rzekomo decydować o braku zainteresowania…

To raczej ci, którzy już 30 października okrzyknęli zeznania Winiarskiego „niewiarygodnymi”, nie zadbali o jakiekolwiek argument na obronę swoich twierdzeń. Ich zarzuty pod adresem świadka bardziej wyglądały na próbę usprawiedliwienia własnego asekuranctwa niż dowodziły rzetelności dziennikarskiej…” (całość tu: Parasol ochronny nad Komorowskim?),

…czy to nie jest wystarczający powód do tego żeby fala obrzydzenia zalała każdego przyzwoitego człowieka, jeśli ludzie wywodzący się ze środowiska tzw. „niezależnych mediów” wycierają sobie gębę procesem człowieka, do którego ułaskawienia przyczynił się świadek uznany przez tych samych ludzi za „niewiarygodnego”? Przyganiał kocioł garnkowi Panie Karnowski. Zgadzam się ze stwierdzeniem że sprawa ta zaprezentowała dobitnie patologię mediów… i że rozwój niezależnych kanałów informacji również w tym wypadku pokazał, że fałszowanie rzeczywistości nie może trwać wiecznietyle że jak to się ma do „was”, którzy odegraliście w tej patologii również swoją niechlubną rolę… (Odys)

2. „Skandal w MON” i „nocne wtargnięcie do Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO”.

„…Decyzją ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza do dyspozycji szefa MON zostali przeniesieni płk Krzysztof Dusza i gen. Piotr Pytel. Całe przedpołudnie trwała medialna histeria na temat wejścia do pomieszczeń Centrum Kontrwywiadu NATO…

…Część kierownictwa miała mieć podpisane wieloletnie kontrakty opiewające na około 20 tys. zł miesięcznie. Okazało się również, że część kadry mają stanowić byli żołnierze Wojskowych Służb Informacyjnych.

…Mieliśmy utracić wiarygodność, a „sprawa odbije się szerokim echem” i „będą tego bolesne konsekwencje”. Minister Tomasz Siemoniak publicznie przepraszał Słowaków, którzy z nami współtworzyli CEK. Do wyrazów potępienia przyłączyli się politycy innych partii opozycyjnych.

I taka jatka medialna trwała do południa, kiedy to z kwatery głównej NATO nadszedł komunikat, że wszelkie decyzje w sprawie CEK należą do Polski, ponieważ Centrum nie jest w strukturach Sojuszu.

Warto zwrócić uwagę, że w nagonce na Służbę Kontrwywiadu Wojskowego umknęła najważniejsza kwestia – co było powodem nocnego wejścia do pomieszczeń CEK. Otóż odwołani szefowie CEK nie chcieli przyjąć swoich dymisji do wiadomości, nie zamierzali opuścić zajmowanych biur i nie chcieli przekazać dokumentów. Stąd nocna interwencja.” (niezalezna.pl)

źródło: Kompromitacja szczujni

„…Dufny w siłę swoich partyjnych opiekunów – nie podporządkował się aktualnym wojskowym przełożonym, a fizycznie odsunięty od urzędu – udał się na skargę do swoich rzeczywistych mocodawców.

To niespotykany ewenement – wysokiej rangi oficer wyznaczony na szefa Centrum Ekspertskiego Wywiadu NATO – nie zna podstawowych reguł obowiązujących w każdej armii świata od czasów babilońskich. Jeżeli płk Dusza poczuł się pokrzywdzony – miał do dyspozycji służbową drogę odwoławczą. Może zresztą z niej nie korzystać po odejsciu do cywila i dochodzić swoich praw w sądach poiwszechnych. Oczywiście w każdym razie obowiazuje go wojskowa tajemnica, zdradzenie której skutkuje poniesieniem kary do najwyższej włącznie. W chwili obecnej mamy stan buntu, który powinien powodować degradację oficera i szybkie wydalenie ze służby. Niezależnie od tego powinien ponieść karę za narażenie na szwank dobrego imienia polskich wojskowych służb specjalnych.

Jednakze większą jeszcze szkodę dla wizerunku tych służb i Wojska Polskiego wyrządzili byli ministrowie ON z ramienia PO, a szczególnie niejaki Siemoniak. Abstrahuję od tego, że razem z Tuskiem ponosi on bezpośrednią odpowiedzialność za doprowadzenie do znacznego osłabienia gotowości bojowej naszej armii (…) Odkładał w nieskończoność realizację projektu WISŁA, NAREW, czy śmigłowcowego. Teraz jednak Siemoniak dopuscił się – nie wacham się powiedzieć – zdrady interesów Polski. Nie sprawdził stanu faktycznego, tylko w mediach wygłasza bzdury, że Macierewicz zaatakował placówkę NATO zainstalowaną w Polsce. Tak może powiedzieć tylko nieuświadomiony dureń, a nie były minister ON…” (Janusz40 • blogpress.pl)

całość tu: Skandaliczne i kretyńskie wypowiedzi byłego szefa MON

podobne: Taśmociąg Platformy „wprost” POd cenzurą i czas rozliczeń za „katastrofę smoleńską” czyli… „WSI wraca tylnymi drzwiami” dzięki (anty)Tuskowej reformie służb specjalnych. oraz: Wiceszef MON Waldemar Skrzypczak podał się do dymisji. Jaki będzie finał „wojny na haki”. a także: Przemysław Karda: Rozbrojenie, czyli… Quo vadis Polska armio? i to: Polski przemysł zbrojeniowy traktowany po macoszemu (Świdnik odpada z przetargu). Amerykanie i Francuzi uzbroją polską armię (MON wybrał „Patrioty” i „Caracale” – opinie podzielone). MON weryfikuje akty prawne („Si vis pacem, para bellum”). i jeszcze: ABW kontrwywiaduje na terenie SKW. Złapanie szpiegów to prężenie muskułów. Trzeba działać w cieniu, a nie w świetle kamer. „Nasz Dziennik” Medal dla szpiega.

Po pieniądzach jakie miały się w tym paśniku przewalać, i po tym jak centrum dowodzenia NATO odcięło się od całego „projektu” nazwanego szumnie „Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO”(?), jestem bardziej skłonny do wniosku że ten kwik (kolejny w ostatnich tygodniach) jest prędzej spowodowany bólem odrywania ryja od koryta poprzedniej władzy, niż ma cokolwiek wspólnego z troską o państwo przed jego „osłabianiem”, czy z „wstydem” przed naszymi sojusznikami, skoro najważniejszy organ (czyli wspomniane centrum dowodzenia NATO) jasno dał do zrozumienia że ma tę sprawę gdzieś, i że całe to CEK nie ma z NATO nic wspólnego (poza nazwą). Pozostaje zatem pytanie czy nowy MON nie powinien przypadkiem całe to towarzystwo (a nie tylko dwóch funkcjonariuszy) dyscyplinarnie i ze skutkiem natychmiastowym rozwiązać, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć na konkretne cele wojska… (Odys)

„…Tylko w Republice Okrągłego Stołu było możliwe kooptowanie, korumpowanie, uwłaszczanie i dopuszczanie do zyskownych interesów, głównie kosztem majątku narodowego, części postsolidarnościowych elit. Tylko w takiej republice było możliwe wykreowanie ogromnej części elity biznesu i pieniądza w oparciu o fundusze i z pomocą tajnych służb – na początku tych peerelowskich, a potem tych z rodowodem III RP. Tylko w takiej republice autorytetami zostawały osoby dające legitymację, gwarancje i ideologiczne uzasadnienia pookrągłostołowemu porządkowi. Tylko w Republice Okrągłego Stołu możliwa była negatywna selekcja w nauce, kulturze czy głównych mediach.

Zakończenie istnienia Republiki Okrągłego Stołu byłoby nie tylko aktem historycznej sprawiedliwości, ale także pozbyciem się ogromnego brzemienia (tych wszystkich uprzywilejowanych kast i grup interesów) hamującego rozwój Polski i dobrobyt przeciętnych ludzi… 

Opór beneficjantów i pasożytów Republiki Okrągłego Stołu jest oczywisty i był łatwy do przewidzenia. W innym systemie większość z nich byłaby po prostu nikim. Oni walczą o życie, o byt, o status majątkowy i prestiż społeczny, o uprzywilejowaną pozycję swoich dzieci, o wpływy i możliwości życiowe. Oceniam grupę beneficjantów i pasożytów Republiki Okrągłego Stołu na około milion osób. Ale ona ma ogromne wpływy i możliwości, zarówno z powodu posiadania pieniędzy i innych zasobów, jak i znajomości, wpływu na media czy możliwości urabiania opinii publicznej i hodowania sobie uzależnionej klienteli. Oni wiedzą, że bój to jest ich ostatni. I odwrotnie, obóz zmiany skupiony wokół PiS też wie, że jeśli nie teraz, to Republika Okrągłego Stołu będzie trwać w Polsce przez kolejne dziesiątki lat. To jest naprawdę poważna sprawa. Znacznie poważniejsza niż wynikałoby z medialnego przekazu, który istotę i znaczenie tej gry próbuje ukryć albo rozwodnić.” (Stanisław Janecki • wpolityce.pl)

całość tu: To nie jest zwykła polityczna walka. Gra się toczy o likwidację Republiki Okrągłego Stołu

…więc ja z uporem maniaka będę zadawał to pytanie, które każdy myślący obywatel, a przede wszystkim płatnik na te wszystkie urzędnicze paśniki powinien sobie zadać. Panie Janecki (i reszto „rozliczaczy”) – czy wraz z usuwaniem osób o których bez przerwy słyszymy z ust polityków obecnie rządzącego obozu (mieniącego się być prawem i sprawiedliwością), obóz ten nie powinien zgodnie z Pańską intencją jednocześnie likwidować tych wszystkich szkodliwych i nikomu nie potrzebnych stanowisk/urzędów i „służb”, których to poprzednia władza niegospodarnie namnożyła? Czy też jako podatnicy (o których dobro i portfele tak bardzo Pan Janecki się troszczy) mamy się zadowolić tym, że kilku się wyrzuci a na ich miejsce zatrudni „właściwie myślących” z „jedynie słusznego” obecnie, politycznego klucza (wmawiając ludziom że „nowi” nie będą „partyjni”)? Co komu przyniesie zmiana na stanowisku jednej kosztownej świnki na drugą? Obywatelowi nic z tego powodu w portfelu nie przybędzie, zwłaszcza jeśli nowe władze wcale nie zamierzają zaciskać pasa państwowej hydrze, a wręcz przeciwnie. Retoryka  nowej władzy to typowo etatystyczny bełkot socjalistów z naciskiem na „uszczelnienie systemu fiskalnego” (do którego wiadomo kto wpłaca a kto korzysta), po to by móc się umościć na nowych włościach i dalej popuszczać pasa, co może okazać się w niedalekiej przyszłości bardzo kosztowne dla podatników… (Odys)

podobne: Budżet państwa na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną… ale czy PIS będzie nas kosztował mniej? Oczywiście że nie – zamach na umowy cywilnoprawne. oraz: Spadek po platformie. PO zawiodła przedsiębiorców. Czy obietnice wyborcze zbankrutują Polskę?

…Czy to właśnie z tego powodu PIS potrzebuje zniszczyć ideę (uprawnienia) Trybunału Konstytucyjnego – ostatniego bezpiecznika między zapisanymi w Konstytucji prawami własności i wolności obywateli, a zakusami pazernej władzy, po to by móc swobodnie się na nie zamachnąć jak już nowej władzy zabraknie do pierwszego?

Dlatego na koniec trzecia ważna informacja i najważniejsza moim zdaniem kwestia, bo naruszająca w sposób bezpośredni nasze obywatelskie prawa do bezpieczeństwa przed nieodpowiedzialnymi politykami. Bo to że dwa obozy polityczne się ścierają (nie robiąc sobie przy tym zbyt wielkiej krzywdy 🙂 ), nie jest aż tak istotne dopóki są zajęte sobą a obywatele nic na tym nie tracą (poza rzecz jasna finansowaniem tego zoo bo już nawet nie cyrku). Gorzej kiedy „przy okazji” tej walki naruszane są fundamentalne zasady chroniące nas – obywateli przed tą całą wścieklizną polityczną… (Odys)

3. Prokurator Generalny: TK nie ma prawa orzekać ws. uchwał Sejmu.

W uzasadnieniu, do którego dotarł portal Polityce.pl stwierdza, że TK przekroczyłby swoje kompetencje orzekając ws. uchwały Sejmu.

Zakwestionowane [przez grupę posłów wnioskującą do TK– red.) uchwały nie są aktami normatywnymi, lecz aktami stosowania prawa. Kompetencje kontrolne Trybunału Konstytucyjnego obejmują wyłącznie ocenę aktów normatywnych i nie rozciągają się na akty stosowania prawa, choćby wydawano je powołując się wprost na kwestionowane przepisy

— podkreśla Prokurator Generalny.

Przywołuje jednocześnie wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 5 czerwca 2001 roku:

Trybunał kilkakrotnie już podkreślał, iż jego właściwość rozciąga się na akty normatywne, nie obejmuje natomiast aktów indywidualno-konkretnych. Trybunał posługuje się przy tym materialną definicją aktu normatywnego, co oznacza, iż chodzi o akty zawierające normy generalne i abstrakcyjne, które charakteryzują się cechą powtarzalności. Nie mają tych cech akty adresowane do indywidualnego podmiotu, dotyczące konkretnej sprawy czy sytuacji, których stosowanie ma charakter jednorazowy.

W nawiązaniu do powyższego wyroku, Prokurator Generalny stwierdza, że TK nie ma prawa wyrokować w sprawie sędziów. Nie może więc stwierdzić, czy Sejm legalnie unieważnił wybór „platformerskiej piątki”, ani czy legalnie wybrał ich następców…”

źródło: wpolityce.pl

Ja tylko chciałbym zwrócić uwagę na wielce frapujący problem dotyczący (a jakże! bo to w końcu na czasie) „nieopatrznego” obrzydzania Polakom przez obecną władzę instytucji TK. Które jest prowadzone z rozmysłem na zdyskredytowanie, aby nikt po trybunale nie płakał kiedy zostanie zlikwidowany/zmarginalizowany/sparaliżowany. Ja doskonale rozumiem potrzebę czyszczenia wymiaru sprawiedliwości, służb bezpieczeństwa, i resortów administracji z wrażego (post)komunistycznego elementu bo jest on niewiarygodny i tu moja PEŁNA zgoda. Nie rozumiem tylko (a raczej rozumiem 🙂 ale o tym dopowiem tylko jak ktoś zapyta) dlaczego PIS wylewa dziecko z kąpielą którym jest właśnie instytucja TK (nie mylić z poszczególnymi sędziami) – tj. organ który został stworzony po to by stać na straży zgodności z Konstytucją (w której zapisane są również NASZE – OBYWATELI prawa i wolności) wszelkich aktów prawnych, na które mogliby wpaść kiedykolwiek (a nie tylko za obecnej władzy) jacykolwiek politycy.

Otóż zohydzenie tej instytucji w taki sposób w jaki to robi PIS, lekceważąc sobie jej postanowienia, bez merytorycznego uzasadnienia, a bazując wyłącznie na „niejasnych” procedurach prawnych, a przede wszystkim żerując na populizmie hasła „koniecznych zmian” (koniecznych dla kogo? w jakim wymiarze? i co w zamian?) jest bardzo niebezpieczne właśnie dla nas zwykłych obywateli. Oto właśnie nie Pan Prokurator „Genialny” zawyrokował że uchwały Sejmowe nie podlegają rozpatrywaniu przez TK pod względem ich zgodności z Konstytucją (pomimo tego że są aktami niższego rzędu od Konstytucji właśnie). Ktoś tu chyba nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji takiego rozstrzygnięcia. Jeśli bowiem Konstytucja ma pozostać najwyższym z możliwych aktem prawa powszechnie obowiązującego, to odebranie TK prawa orzekania o zgodności z Konstytucją aktów niższego rzędu (a takim aktem prawa jest również uchwała Sejmu) umożliwia Sejmowi (tj. politykom) uchwalanie w przyszłości (całkowicie bezkarnie!) prawa niezgodnego z Konstytucją! I nikt już nie będzie w stanie powstrzymać posłów przed tego rodzaju zakusami. To oznacza że nasze wolności zapisane w Konstytucji mogą być BEZPRAWNIE i BEZKARNIE naruszane przez polityków jeśli tylko takie bezprawie będzie głosowane w formie uchwały Sejmu.

Jak dla mnie nie ma się z czego cieszyć. Broń nas teraz Panie Boże przed zachłannością i totalitarnymi zakusami polityków (w tej czy w przyszłej kadencji). Tymczasem władza sobie „pozwala” i nadaje kolejne uprawnienia przepalając bezpiecznik jakim między sejmem a obywatelami jest TK. To że ten Trybunał zachowywał się w wielu kwestiach nie jak obrońca naszych praw a raczej jak sługus polityków w niczym nie zmienia faktu że sama instytucja jest potrzebna. Wystarczy TYLKO zmienić sposób wybierania sędziów do tego organu w taki sposób by TK przestał być ciałem politycznym. Tymczasem nie widzę korzyści dla nas szarych obywateli z tego, że Kaczyński i sp-ka sparaliżują ten organ całkowicie. Jeśli ktoś takowe widzi to chętnie się dowiem jakie. Powinno się naprawić funkcjonowanie TK (bo to prawda że on źle funkcjonuje) ale nie można go paraliżować, robiąc jednocześnie furtkę dla samowoli polityków w postaci potencjalnych złych uchwał (mało jeszcze złego prawa krąży w obiegu? No to teraz hulaj dusza!). Czy ktokolwiek z wychwalających obecną władzę jest w stanie zagwarantować Polakom teraz (i na przyszłość) że żaden sejm nie naruszy naszych praw? Sędziowie przychodzą i odchodzą ale złe prawo i furtka dla chciwych polityków pozostanie.

Bo choć „prawo jest prawo”, to co zrobimy biedne żuczki jeśli ktoś kiedyś „zgodnie z prawem” uchwałą sejmową przepchnie pomysł że obywatel winien jest państwu cały swój dorobek? Na jakim prawie się wtedy oprzemy, i kto stawi opór pazerności polityków? Gdzie jest prezydent?! Czemu w tak ważnej sprawie nie wykazuje własnej inicjatywy, ale zachowuje się jak rezydent-marionetka (Kaczyńskiego), szkodząc zarówno swojemu wizerunkowi jak i powadze urzędu. Prezydent jako „obrońca obywateli” powinien stawiać tamę zbytnim zakusom władzy ustawodawczej, tymczasem po „ułaskawieniu” Kamińskiego ten człowiek wyświadcza (a raczej popełnia) kolejne „przysługi” obecnej władzy w imię partykularnych partyjnych interesów. Pomijając milczeniem takie kwiatuszki do kożucha jak palenie świec chanukowych przez tego „katolika”, czy firmowanie Owsiaka przekazaniem mu prezydenckich nart… (Odys)

„…największy koszt polityczny pierwszego okresu rządów PiS poniósł właśnie Andrzej Duda – przede wszystkim dlatego, że został zmuszony do wsparcia pacyfikacji Trybunału Konstytucyjnego, podczas gdy mógł w tej sprawie wystąpić jako choćby pozorny rozjemca, z jednej strony nie rezygnując z neutralizacji niechętnych nowej władzy tendencji w TK, ale z drugiej – promując dobre ustrojowo rozwiązania, takie jak choćby proponowany przez klub Kukiz ’15 wybór sędziów TK większością dwóch trzecich głosów. Zamiast tego bez oporów (na zewnątrz, bo wewnątrz pałacu takie były) podpisał błyskawicznie przygotowaną przez PiS i firmowaną przez posła Piotrowicza nowelizację, a następnie – co było gigantycznym błędem i prawdopodobnie przyklei się do wizerunku prezydentury na zawsze – zaprzysiągł nowych sędziów w środku nocy. Jeżeli Duda ma dziś problem z opinią prezydenta partyjnego (podkreślam: prezydent partyjny to co innego niż prezydent z wyrazistymi poglądami politycznymi, co jest całkowicie normalne), to właśnie z tego powodu. Tak więc szkody wizerunkowe, jakie poniósł Duda, były związane z poważnym sporem ustrojowym, w którym prezydent miał szansę odegrać rolę bynajmniej nie marionetkową…” (Łukasz Warzecha • wpolityce.pl) całość tu: Narty dla Owsiaka, czyli błąd prezydenta

podobne: TKO czyli dwa lewe proste „prawicy” w trzecią i czwartą władzę. Targowica KODrywanych od koryta POdnosi wrzask. Walka POPISu o (nie)zależność Trybunału Konstytucyjnego. oraz: Rola prezydenta RP

tymczasem na dniach…

4. TK powtórzył (potwierdził) stanowisko Prokuratora Generalnego ograniczając sobie samemu możliwość badania pod względem zgodności z Konstytucją Uchwał Sejmowych:

„…W piątek TK informował, że odwołał zapowiedzianą na 12 stycznia rozprawę w sprawie tych 10 uchwał Sejmu. W poniedziałek TK ujawnił zaś, że w czwartek, 7 stycznia, 10 sędziów TK umorzyło merytorycznie sprawę tych 10 uchwał. Skargę złożyła grupa posłów PO, do której przyłączył się RPO Adam Bodnar.
Oceniając uchwały o braku mocy prawnej wyboru 5 sędziów przez poprzedni Sejm, TK ustalił, że nie mogą być one uznane za akty normatywne. Trybunał uznał zatem, że postępowanie w tym zakresie podlegało umorzeniu ze względu na niedopuszczalność wydania orzeczenia.
Z kolei uchwały o ponownym wyborze 5 sędziów TK zaliczył do „kategorii uchwał nieprawotwórczych, przez które Sejm miałby realizować funkcję kreacyjną w odniesieniu do organów władzy publicznej”, wobec czego nie mogą one zostać uznane za akty normatywne. TK stwierdził, że również w tym zakresie postępowanie podlegało umorzeniu ze względu na niedopuszczalność wydania orzeczenia…”  (całość tu: Trybunał Konstytucyjny umorzył sprawę dot. powołania 5 sędziów)

…zanim to jednak nastąpiło, miała miejsce osobliwa rozmowa między Panem Dudą (prezydentem) a przewodniczącym TK prof. Rzeplińskim, który tak jak wcześniej odgrażał się że będzie stał na straży zgodności z Konstytucją prawa stanowionego przez PIS tak teraz zmienił gwałtownie zdanie. I tak jak on nie chce powiedzieć dlaczego mu się odwidziło tak Pan Duda nie chce zdradzić opinii publicznej czego dotyczyła wspomniana rozmowa:

„…Jeszcze nie minęło 48 godzin od godzinnej, poufnej rozmowy prezesa Trybunału Konstytucyjnego, pana prof. Andrzeja Rzeplińskiego z panem prezydentem Andrzejem Dudą, a już Trybunał Konstytucyjny odroczył termin rozpatrywania skarg na uchwały sejmu dotyczące wyboru sędziów Trybunału. Posiedzenie, które miało rozpocząć się 12 stycznia, zostało odroczone, póki co, bez wyznaczenia następnego terminu. Ani pan prezydent, ani pan prezes Trybunału, którego przesłuchaniu I stopnia poddał mianowany na proroka mniejszego (i stąd ten tylko I stopień, bo do przesłuchań II i III stopnia trzeba mieć specjalne zezwolenie od RAZWIEDUPR-a), nie puścił farby, co właściwie spowodowało, że prześwietny, niezawisły – bo jakże by inaczej – Trybunał Konstytucyjny – jednak odroczył rozpatrywanie zasadności tych wszystkich skarg – bo przecież od strony konstytucyjnej żadna zmiana nie nastąpiła. Konstytucja jest cały czas taka sama, jak była i przedtem, podobnie jak teorie sławnych jurysprudensów – na przykład pana profesora Zolla, czy pani profesor Ewy Łętowskiej.

Inna rzecz, że ci jurysprudensi, owszem kombinują, ale w granicach wyznaczonych przez starszych i mądrzejszych. Pamiętam, jak w roku 1990, kiedy jeszcze pod rządami konstytucji z czasów PRL, została uchwalona ordynacja wyborcza, wprowadzająca przywileje dla reprezentantów mniejszości niemieckiej w Polsce. Był to rezultat traktatu „o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” z Niemcami, zawartego z Polską między innymi wskutek straszenia pana ministra Krzysztofa Skubiszewskiego ujawnieniem faktu jego współpracy z SB pod pseudonimem „Kosk”. Ujawnił to jeszcze wiosną 1992 roku ówczesny doradca premiera Jana Olszewskiego Krzysztof Wyszkowski, ale wszyscy udali, że tego nie dosłyszeli. Z tego właśnie powodu posłowie UPR, a konkretnie – Janusz Korwin-Mikke, wniósł o podjęcie uchwały, nakazującej ówczesnemu ministrowi Spraw Wewnętrznych Antoniemu Macierewiczowi, przekazanie Sejmowi informacji, którzy z posłów i senatorów, ministrów i wojewodów, byli w przeszłości konfidentami UB i SB. Jak wiadomo, obydwie strony siuchty „okrągłego stołu”, to znaczy – RAZWIEDUPR i jego konfidenci z tak zwanej „lewicy laickiej”, doprowadziły do obalenia rządu premiera Olszewskiego (wniosek w tej sprawie złożył poseł Jan Maria Rokita, dzisiaj za plecami małżonki Nelly udający osobę prywatną), w następstwie czego konfidenci poczuli się bezpiecznie i bez ceregieli ciułali sobie kariery pilotowane przez oficerów prowadzących z Wojskowych Służb Informacyjnych.

Warto dodać, że materiały dotyczące agentów WSI nie zostały 4 czerwca 1992 roku ujawnione przez ministra Macierewicza, podobnie jak informacje dotyczące agentów SB przejętych przez UOP, na którego czele już wkrótce został postawiony generał Gromosław Czempiński, zasłużony dla komuny ubek, który miał na tyle przytomności umysłu, że w odpowiednim momencie przewerbował się do Amerykanów. Warto przypomnieć w związku z tym scenę z posiedzenia Klubu Parlamentarnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Jego przewodniczący, Jan Krzysztof Bielecki, 4 czerwca 1992 roku zwołał posiedzenie klubu, a kiedy już wszyscy się zebrali, wszedł z zalakowanymi kopertami i odezwał się w te słowa: nie zaglądałem, nie czytałem – ale który był – niech wstanie. Wstało kilku posłów, między innymi poseł Jacek Merkel – jak się okazało – niepotrzebnie, bo jego fiszki w kopercie dostarczonej przez ministra Macierewicza nie było, bo był już przejęty przez RAZWIEDUPR pozostający w służbie „demokratycznego państwa prawnego”…

Ciekawe tedy, co zobaczył pan prof., Andrzej Rzepliński podczas godzinnej rozmowy za zamkniętymi drzwiami u pana prezydenta, któremu pan minister Antomi Macierewicz mógł przecież to i owo powiedzieć na temat zawartości Zasobu Zastrzeżonego Instytutu Pamięci Narodowej, w którym Wojskowe Służby Informacyjne zdeponowały dane swoich konfidentów w przekonaniu, że nigdy, a w każdym razie nieprędko ujrzą one światło dzienne. Ale co jeden człowiek zakrył, to drugi odkryje i pewnie dlatego i z pana prezesa Rzeplińskiego zaczyna uchodzić powietrze i Trybunał spuszcza z tonu…” (Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: Ujrzał ducha?

…długo na reakcję samego Rzeplińskiego nie trzeba było czekać. Szybko okazało się że niewzruszalne zasady „demokratycznego państwa prawa” są jednak do obejścia, i że mogą one być przedmiotem „kompromisu”, choć wcześniej zapowiadano walkę o ich niewzruszalność do upadłego 🙂

„…Rzepliński podkreślił, że ws. TK czeka na ruch ze strony prezydenta Andrzeja Dudy. Zaprzysiężenie przez prezydenta jednego z trzech sędziów wybranych przez PO i objęcie przez niego urzędu, oznaczałoby, że prezydent zdecydował, że ci trzej wybrani 8 października przez PO zostaną sukcesywnie sędziami. To otworzyłoby mi drogę do działania – twierdzi prezes Trybunału…” (Rzeczpospolita, wpolityce.pl)

całość tu: Prof. Rzepliński: „To nie był skok na Trybunał, ale głupota. Posłom PO wydawało się, że będą bez wysiłku rządzić po wyborach”

…Powstaje pytanie – jakież to wynikły „równiejsze” okoliczności że nawet prawo okazało się wobec nich mniej równe? Trochę światła na tę tajemniczą i nagłą zmianę stanowiska o 180 stopni Pana Rzeplińskiego (i części Trybunału) może rzucić kwestia związana z zapytaniem jakie swojego czasu złożył z mównicy sejmowej Pan Zygmunt Wrzodak…

„…Zdaniem byłego już posła w ministerstwie sprawiedliwość są zeznania płk. Pietruszki, który miał w obecności prof. Rzeplińskiego zeznawać nt. zleceniodawców mordu bł. ks. Jerzego Popiełuszki oraz miał mówić kto chciał zabić biskupa Gulbinowicza!…

…Spisano na tę okoliczność odpowiedni dokument w obecności pana Rzeplińskiego i nieżyjącego już pana Nowickiego. Pan płk Pietruszka pokazuje cały mechanizm zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki. Pan płk Pietruszka mówi, kto z MSW zlecił zamordowanie i zamordował Piotra Bartoszcze. To przesłuchanie było w obecności pana Rzeplińskiego. Co zrobił z tą informacją pan prof. Rzepliński?

Następnie pan Rzepliński, słuchając wypowiedzi pana płk. Pietruszki, który mówił wprost, że generał Kiszczak kazał mu poddać się uwięzieniu, ponieważ on musi chronić pana gen. Jaruzelskiego i pana Kiszczaka. Pan Pietruszka zgodził się na więzienie, bo sąd był w tym momencie ustawiony i prokuratura ustawiona. I rzeczywiście taki wyrok, jaki ustawili przed rozprawą, dostał pan Pietruszka. Pan generał Kiszczak obiecał panu płk. Pietruszce stopień generała po wyjściu z więzienia.

Myślę, że tę informację posiada pan prof. Rzepliński. Pan prof. Rzepliński pod tymi zeznaniami pana esbeka Pietruszki podpisał się i te dokumenty są w Ministerstwie Sprawiedliwości…” (całość tu: Czy prezes TK, prof. Rzepliński ukrywa morderców ks. Popiełuszki?)

podobne: Geneza „polskiej” bezpieki i „Archiwum Mitrochina”. Paranoja zbioru zastrzeżonego IPN i fikcja lustracji. Pamięć wybiórcza czyli „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Czemu PIS broni demokracji?

…Pytanie jest proste. Czy Pan Duda i włodarze PISu dysponują taką wiedzą, a jeśli tak to czemu jej nie ujawniają skoro pragną sprawiedliwości a nie politycznych gierek? Tymczasem zamiast rozliczać poprzedni układ nowe władze same wchodzą w podejrzane „dile” i „kompromisy”, trzymając ciemne sprawki poprzedników pod kloszem w archiwach MSW, MON i IPN dla swoich politycznych interesów. Bawią się jak mafiozi szantażując i grając teczkami z ludźmi, którzy powinni ponieść za swoje czyny odpowiedzialność a nie zajmować intratne i odpowiedzialne stanowiska państwowe. Czym w związku z tym różni się PIS od PO którą wielu włodarzy z obecnej partii rządzącej nazywa „układem”, „mafią” tudzież „zdradą narodową”. W związku z powyższym należy sobie postawić kolejne pytanie…(Odys)

5. Kto tu w końcu jest postkomunistą i czy patriota może być socjalistą?

„…Bardzo wielu komentatorów biadoli nad upadkiem autorytetu Trybunału. Wydaje się jednak, że zamieszanie wokół TK może mieć pozytywne konsekwencje.

Pierwszą jest zauważalny dla dość szerokiego grona Polaków upadek mitu niezawisłości sądu konstytucyjnego. Okazało się bowiem, iż jest on wyłącznie „zawisły”, i to na wpływach korzeniami sięgających PRL. W tym gronie, które część żurnalistów propagandystów prezentuje jako „mędrców”, są ludzie czujący się jak ryba w wodzie w czasach braku wolności i sprawiedliwości, czyli w państwie komunistycznym. Ba, jest nawet doradczyni zbrodniarza komunistycznego Czesława Kiszczaka. To doprawdy niezwykła sytuacja – zgodność prawa z konstytucją ma w demokratycznym państwie oceniać prawnik doradzający politykowi odpowiedzialnemu za mordowanie ludzi. Ktoś, kto nie miał oporów przed usługiwaniem zleceniodawcy zabójstw i prześladowań, ma dzisiaj wyznaczać standardy praworządności! Jaka jest wiarygodność takiego przedstawiciela Temidy? Dokładnie taka, jaką miały sądy w PRL.

Po drugie: zaangażowanie polityczne sędziów Trybunału pokazało jak na dłoni jedną z największych patologii polskiego sądownictwa, czyli służalczość wobec grup interesu. W komunistycznej rzeczywistości sądy oddawały się komunistyczno-bezpieczniackim klikom, w rzeczywistości postkomunistycznej niektóre pozostawały wierne dotychczasowym panom, inne szukały nowych patronów. Nie przez przypadek to właśnie składy sędziowskie były najważniejszym i najskuteczniejszym wsparciem zbrodniarzy komunistycznych w unikaniu sprawiedliwości. Sam Kiszczak mógł się wykpić kserokopią zwykłego zwolnienia lekarskiego i latami drwić z tych, którzy próbowali doprowadzić go do poniesienia kary za zbrodnie.

Doprawdy, niewiele (a być może nic) dzieli słynnego sędziego na telefon z Gdańska od szefostwa dzisiejszego Trybunału, które przymykało oczy na łamanie prawa przez posłów ubiegłej kadencji wyłącznie dlatego, że beneficjentami tego procederu byli ich polityczni patroni. Nawet jeśli w najbliższych tygodniach prezes Rzepliński i jego ekipa rakiem wycofywają się z konfrontacji z parlamentem, sprawy nie można uznać za zakończoną. Większość rządząca musi przygotować kompleksową reformę czy wręcz sanację wymiaru sprawiedliwości, która obejmie również Trybunał.

Postkomunizm w polskich sądach wreszcie musi się skończyć. (Katarzyna Gójska-Hejke • Gazeta Polska)

źródło: Trzeba skończyć z postkomunizmem w sądach

podobne: Bogdan Goczyński: Polskie sądy – studium urzędniczej psychopatii. Dziwne zachowanie wymiaru sprawiedliwości w sprawie Grzegorza Brauna. Państwo superpolicyjne. Czy Komorowski zostanie dyktatorem? Reforma sądów.

…no i ja się gorąco zgadzam z Panią Katarzyną. Potrzeba gruntownych i rzetelnych zmian w wymiarze sprawiedliwości, przede wszystkim jego odpolitycznienia i urządzenia sądów na kształt służby cywilnej ODPOLITYCZNIONEJ (odpowiedzialnej przed lokalną społecznością, której służą), do tego kadencyjnej w swoim urzędowaniu i pozbawionej przywilejów nietykalności. Problem polega jednak na tym, że PIS wcale nie dąży do tego rodzaju regulacji, i nie chce walczyć z postkomunizmem a wręcz przeciwnie. Własnymi „rencyma” utrwala „znienawidzony” system dążąc do centralizacji władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej w jednym upolitycznionym i upartyjnionym ręku. Gwarantują to zmiany w prawie dotyczące poluzowania służbom specjalnym możliwości inwigilacyjnych, koncentracji prokuratury w ręku polityka (Ministra Sprawiedliwości), i paraliż TK który jak się okazuje nie może badać pod względem zgodności z konstytucją uchwał sejmowych (sic!), gwarantując potencjalną swobodę posłów w uchwalaniu prawa pod siebie. Dodając do tego na wskroś socjalistyczny program gospodarczy, wzrost ucisku fiskalnego, oraz dalsze zadłużanie państwa można to co robi PIS nazwać spokojnie postkomuną właśnie. Co to jest bowiem postkomunizm? Jest to właśnie zamordyzm, etatyzm, socjalizm a przede wszystkim tzw. demokracja, która dopóki istnieje ze swoją fasadą wyborów, to biednym ludziom się wydaje że są wolni, a zamordyzm etatyzm i socjalizm to dla nich coś pożytecznego a wręcz koniecznego jeśli tylko „nasi” stoją na czele, bo tylko nasi są w stanie w tym samym systemie zaprowadzić porządek, praworządność o sprawiedliwości nie wspominając. Patologia z którą rzekomo zamierzano się rozliczać jest więc utrwalana, i nie ma w związku z tym (przy okazji) co liczyć na pociągnięcie do odpowiedzialności poprzedniej ekipy (za dokładnie to samo), o czym pisałem tu: Paranoja zbioru zastrzeżonego IPN i fikcja lustracji. Pamięć wybiórcza czyli „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Czemu PIS broni demokracji?

PIS demagogicznie gra na emocjach, wymachując podatnemu na czerwoną płachtę komuny ludowi, po to żeby go zmobilizować i zyskać poparcie dla tandetnie zamaskowanych pod płaszczykiem „reform społecznych” czysto partyjnych planów, których średnio rozgarnięty elektorat zwolenników/niewolników tej partii nie dostrzega (lub nie chce dostrzec). Póki co wystarczą mu bowiem pseudo patriotyczne hasła, i tępa satysfakcja z kwiku odrywanych od koryta, znienawidzonych politycznych przeciwników nazywanych ogólnie „III RP”. Kiedy już ci wszyscy biedni ludzie zorientują że zostali po raz kolejny oszukani i ograbieni (z zapisanych w konstytucji własności i wolności) będzie niestety za późno. Zaślepieni hasłem „zmiana” nie widzą że jedyna „zmiana” jaka się w związku z ordynarną walką o stołki dokonuje to wymiana „elit” które z tego systemu będą korzystać. Czy dzięki temu będzie już odtąd tylko „prawie i sprawiedliwie”? Śmiem wątpić (a dlaczego to już pisałem tu: Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta. i tu: Studium węgierskiego przypadku nad Wisłą czyli… ile z Orbana w PISie. Czego powinien chcieć od władzy zwykły Polak?).

Tym to sposobem wpis zatoczył koło, bo o tym na czym powinna polegać zmiana i sprawiedliwy system rządzenia państwem pięknie opisał Pan Michalkiewicz we fragmencie który pozwoliłem sobie przytoczyć na początku tego przydługiego wpisu. Na koniec jeszcze fragment z „coryllusa”… (Odys)

„…Państwo nie może być organizowane wokół kwestii budżetowych. Czyli wokół problemów – ile komu, jak już wszystko się ukradnie. Do tego bowiem sprowadzają się w dzisiejszym świecie kwestie polityki wewnętrznej socjalistów, zwanych dziś dla niepoznaki demokratami. Najpierw socjaliści krzyczą – nie ma odwrotu, a potem zaczynają dzielić pieniądze tych, których oszukali. Największe zaś wydatki idą na propagandę i po tym między innymi także się socjalistów rozpoznaje. Po wydatkach na promocję.
(…) Nie mogą powiedzieć, że demokracja jest oszustwem, muszą kokietować wyborców i kłamać, że pozałatwiają wszystkie ich sprawy. Jeśli rozumieją ryzyko, będą bardzo ostrożni, jeśli nie ich działanie prędzej czy później doprowadzi ich do śmierci. W tym pierwszym przypadku – jeśli będą ostrożni – rozczarują tych wszystkich, którzy oczekują zmian, w drugim po prostu znikną. Jakby nie było, następna u steru będzie już prawdziwa lewica, z Zandbergiem na czele, a tego możemy zwyczajnie nie przeżyć. (…)
Problem socjalistów-patriotów polega na tym, że nie rozumieją oni iż są pewnym etapem. Tak jak małorolny chłop, którego obdzielili ziemią dziedzica nie rozumie, że jego gospodarstwo to tylko etap przejściowy pomiędzy latyfundium a polem golfowym, lub między latyfundium a nieużytkiem celowo nieużytkowanym. Z tymi małorolnymi jest kłopot, albowiem oni są najwierniejszymi sojusznikami socjalistów. Oni są zawsze przeciwko establishmentowi, bo ten w końcu musi zrozumieć, że dla państwa prawdziwego nie ma innej drogi jak obniżanie kosztów produkcji żywności, co wiąże się z komasacją gruntów. Z małorolnymi jest kłopot, bo człowiek musi jeść, w dodatku w każdych warunkach, nawet kiedy panuje realny socjalizm, czyli prawdziwa herezja. Małorolny wtedy ocaleje, pod warunkiem, że nie mieszka w Rosji, ocaleje, bo ktoś musi produkować żywność na rynek wewnętrzny. Żywność, która dystrybuowana jest nielegalnie rzecz jasna, ale za wiedzą i pozwoleniem władz. I to on będzie przekaźnikiem socjalistycznych złudzeń dalej w przyszłość. Identycznie jest z socjalistą patriotą, który będzie opowiadał o bohaterstwie tych co ginęli w kazamatach, a wcześniej rzucali bomby, będzie organizował rocznice, miesięcznice i co tam jeszcze, machał flagą i wznosił okrzyki, a jak dostanie jakieś ekstra pieniądze to postawi pomnik żołnierzy wyklętych przez banki. I co najgorsze i najważniejsze, będzie przygotowywał kolejne pokolenia do ponoszenia krwawych ofiar bez nadziei na sukces i nazywał to edukacją patriotyczną…” (coryllus)

całość tu: Czy socjalista może być dobrym patriotą?

podobne: Grzegorz Braun: „Sierpniowa lekcja” czyli… Polak przed szkodą i po szkodzie socjalistą. i to: Dlaczego w Polsce jest jak jest? Julian Drozd o socjalistycznym populizmie pod płaszczykiem prawicy.

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

 

30 rocznica zabójstwa człowieka zagrażającego komunie. „Prawdę o śmierci księdza Jerzego Popiełuszki poznają dopiero ci, którzy jeszcze się nie urodzili”. Wojciech Sumliński „Lobotomia 3.0”.


1. Zabójstwo ks. Popiełuszki było zlikwidowaniem człowieka zagrażającego komunie.

19.10.2014 (IAR) – To był mord polityczny na człowieku, który zagrażał komunistycznemu systemowi – przypominają historycy. Dziś mija 30 lat od zamordowania przez funkcjonariuszy bezpieki kapelana warszawskiej „Solidarności”, księdza Jerzego Popiełuszki.

Historyk, profesor Jan Żaryn przypomina, że logika komunistycznego systemu zakładała niszczenie wszystkich osób, które mogły zagrażać ówczesnej władzy. Dlatego szczególne niebezpieczeństwo groziło w PRLu duchownym. Cyklicznie od lat 40. ubiegłego wieku, a w sposób stały od 1962 roku, bezpieka inwigilowała księży, jako osoby potencjalnie zagrażające władzom komunistycznym – tłumaczy historyk. Ksiądz Jerzy Popiełuszko jako wyjątkowo aktywny kapłan lat 80-tych „był w pierwszym szeregu potencjalnych ofiar”.

Ksiądz Popiełuszko wiedział o zagrożeniu tym bardziej, że bezpieka od 1982 roku prowadziła szeroko zakrojona akcję przeciwko duchownemu pod kryptonimem „Popiel”. O skali akcji świadczą dokumenty bezpieki, które przeglądała Milena Kindziuk, pisząc książkę o wizerunku medialnym księdza Jerzego w prasie w latach 1980-84. Z archiwaliów, wyjaśnia doktor Kindziuk, jednoznacznie wynika, że akcja medialna była ściśle skorelowana z akcją Służby Bezpieczeństwa i była oprawą propagandową do operacji przeciwko księdzu Popiełuszce.

Mimo prowokacji i medialnej nagonki, ksiądz Jerzy nie ugiął się przed komunistycznymi władzami, więc te musiały podjąć radykalne decyzje. Zdaniem historyka Piotra Gontarczyka z Instytutu Pamięci Narodowej, choć nie ma jednoznacznych dowodów, to za śmierć duchownego odpowiadają nie tylko bezpośredni sprawcy. Zdaniem naukowca, nie ma dowodów na to, że generał Wojciech Jaruzelski wcześniej wiedział, że do zbrodni dojdzie. Jednak – uważa historyk – jako pierwszy sekretarz KC PZPR, człowiek, który kierował wtedy państwem, brał odpowiedzialność polityczną za podległe instytucje, w tym bezpiekę. Doktor Gontarczyk przypomina, że Jaruzelski wręcz nakłaniał do stosowania brutalnych represji przeciwko opozycji. Tym samym, zdaniem eksperta, „Jaruzelski oraz kierownictwo partii komunistycznej ponoszą pełną odpowiedzialność”.

Za zabicie duchownego skazano Grzegorza Piotrowskiego, Leszka Pękalę i Waldemara Chmielewskiego. Ich przełożony pułkownik Adam Pietruszka został skazany za sprawstwo kierownicze zbrodni.

Informacyjna Agencja Radiowa (IAR)/Witold Banach/dabr

źródło: stooq.pl

2. „Prawdę o śmierci księdza Jerzego Popiełuszki poznają dopiero ci, którzy jeszcze się nie urodzili”.

„…W takim tempie, w jakim ujawnia się prawdę o okolicznościach śmierci księdza Jerzego Popiełuszki, w najlepszym razie poznają ją ci, którzy dziś jeszcze się nie urodzili.

Przed kilku dniami Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego przekazała InstytutowiPamięci Narodowej „ciekawe materiały”. Opisał to „Nasz Dziennik”. Cytuję:

Materiały, przekazane jednej ze spec służb, zostały włączone do śledztwa w sprawie związku przestępczego w strukturach komunistycznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, w ramach którego jest także badane zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki. Służby specjalne, jak Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego czy Agencja Wywiadu, są zobowiązane przekazywać archiwalia dotyczące okresu PRL do IPN Jak dowiedział się „Nasz Dziennik”, chodzi o co najmniej kilka teczek zawierających „ciekawe” materiały. Historycy IPN> nie mieli jeszcze do nich dostępu. Czy zawierają informacje inne od dotychczas powszechnie znanych? Wiemy o dyskusjach, jakie się toczą wśród historyków, jaki rzeczywisty przebieg miały te wydarzenia, cały czas pojawia się wiele wątpliwości – one są nadal aktualne – dotyczących przebiegu momentu zatrzymania, porwania i momentu zabójstwa – mówi dr Rafał Leśniewicz, dyrektor Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów IPN.”Koniec cytatu.”

O co chodzi?

Dr Rafał Leśniewicz wskazuje na wątpliwości odnośnie „przebiegu, momentu zatrzymania, porwania i momentu zabójstwa” księdza Jerzego Popiełuszki i całą tę wypowiedź można by uznać za absolutny news, gdyby nie to, że nie jest to „news”, a tylko potwierdzenie. O tym, że wszystko, co wmawiano nam przez 30 lat na temat tej najgłośniejszej i zarazem najbardziej tajemniczej zbrodni PRL, jest kłamstwem, piszę od dziesięciu lat. Wspiera mnie w tym niewielka grupa dziennikarzy (nie żadni historycy!), ale znacznie większa grupa dziennikarzy (także tych „koncesjonowanych”, piszących o sprawach Kościoła) „wyrobiwszy” sobie nazwiska na pisaniu kłamstw o tej zbrodni, z konsekwencją godną lepszej sprawy utrwala wersję „ustaloną” podczas procesu w Toruniu, przy okazji atakując każdego, kto tę wersję podważa.

„Rewelacje” ABW przekazane IPN nie są zatem niczym nowym, a jedynie potwierdzeniem faktów, które zamierzał udowodnić prokurator Andrzej Witkowski, odsuwany dwukrotnie w kluczowych momentach śledztwa i za swoje odkrycia poniewierany oraz niszczony.

Dlaczego te rzekomo „nowe” informacje Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego przekazała Instytutowi Pamięci Narodowej właśnie teraz, nieomal w przededniu trzydziestej rocznicy zbrodni? Mam uzasadnione obawy, że działa tu znany mechanizm: jeśli nie można zatrzymać pochodu, trzeba stanąć na jego czele…”

źródło: wirtualnapolonia.com

3. LOBOTOMIA 3.0 – TAJEMNICA ŚMIERCI KSIĘDZA JERZEGO – SAMOTNIE KU PRZEZNACZENIU.

Osaczony przez Służbę Bezpieczeństwa, opuszczony przez własne środowisko, zdradzony przez najbliższych współpracowników ksiądz Jerzy Popiełuszko samotnie zmierzał ku swemu przeznaczeniu.
2 listopada 1984 roku we wczesnych godzinach rannych na biurku pułkownika Adama Pietruszki, wicedyrektora Departamentu IV MSW, zadzwonił telefon, linia rządowa. Informacja od ministra spraw wewnętrznych, generała Czesława Kiszczaka była krótka i lakoniczna: konieczne jest natychmiastowe spotkanie, w cztery oczy. Gdy kilkanaście minut później pułkownik Pietruszka zameldował się w gabinecie generała Kiszczaka, ten z miejsca przystąpił do meritum.
„– Generale Pietruszka, trzeba dać się chwilowo zamknąć.
– Jak towarzyszowi ministrowi wiadomo, jestem pułkownikiem. A po wtóre o jakim zamknięciu mowa?
– Mój zwrot „generale”, to nie przejęzyczenie. To oczywisty koszt za zrealizowanie przez was trudnej roli.
– Ale dlaczego ja?
– Bo organizacyjnie Piotrowski przy was jest najbliżej.
– Organizacyjnie najbliżej, ale Piotrowski wykonuje jakieś tajemnicze zlecenia, w tym i to ostatnie, nad którym ja nie ma żadnej kontroli.
– Tym też się zajmę, a wasze organizacyjne usytuowanie będzie przejrzyste i do przyjęcia przez opinię publiczną. Unikniemy przez to prowadzenia sprawy w głąb.
– Nie będzie wyjaśnienia sprawy?
– A cóż tu wyjaśniać. Tu trzeba jak najszybciej publicznie się uwiarygodnić, a na wyjaśnienia przyjdzie czas.
– Nie! Niech to będą wiarygodniejsi, na przykład generałowie.
– To jeszcze gorzej, wyglądałoby na pucz generalski. A tutaj idzie o pryncypia.
– Nie!
– Słuchajcie, są sytuacje, w których się nie odmawia.
– Skoro tak wzniosła sytuacja, to dlaczego towarzysz minister rozpoczął od tak niskich względów? Dlaczego apeluje się do mojej próżności posługując się generalskim mirażem, a nie na przykład do zawodowej lojalności czy ideowości?
– Przepraszam, wyszło niezręcznie i trochę po kupiecku. Powinienem zacząć od potrzeby sytuacji, a nie od nagrody.
– Taką , i tak zdobytą, nagrodą nie jestem zainteresowany, a potrzeby niech zaspokaja ten, kto je wywołał.
– Zaczynamy filozofować udając niezrozumienie sytuacji.
– Bo ja jej nie rozumiem.
– Dobrze, jeszcze powrócimy do sprawy”.
8 czerwca 1990 roku ten niezwykły dialog został zapisany w protokole przyjęcia ustnego zawiadomienia o przestępstwie.
Treść rozmowy odtworzył z zapisków sporządzonych po rozmowie z Czesławem Kiszczakiem niedoszły generał. Przebywający wówczas w zakładzie karnym w Barczewie Pietruszka zapewniał, że zawiadomienie o przestępstwie, spisane w obecności dwóch przedstawicieli Komitetu Helsińskiego, Marka Nowickiego
i Andrzeja Rzeplińskiego, wiernie odzwierciedlało przebieg rozmowy z 2 listopada 1984 roku w gabinecie szefa MSW, który „za zrealizowanie trudnej misji” gwarantował generalskie szlify. Analizując ten niecodzienny dialog Kiszczaka z Pietruszką, wskazujący, że pułkownik miał być „kozłem ofiarnym”, nie wolno zapominać o jednym istotnym fakcie. Nawet jeśli w tym konkretnym wypadku Pietruszka mówi prawdę – a wskazuje na to szereg innych dokumentów ze śledztwa rozpoczętego na początku lat dziewięćdziesiątych i kontynuowanego przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego – nie zmienia to faktu, że jako wicedyrektor Departamentu IV MSW jest współodpowiedzialny za zbrodniczą działalność podlegającej mu komórki. Jeżeli nawet pułkownik Adam Pietruszka nie brał bezpośrednio udziału w wykonaniu zbrodni, to jako wiceszef Departamentu aprobował wszystkie przestępcze posunięcia swoich podwładnych, którzy przez szereg miesięcy terroryzowali kapelana Solidarności. Co więcej, w kalendarzu Adama Pietruszki z 1984 roku, do którego dotarli prokuratorzy, znajduje się dyskredytujący pułkownika zapis: „Urodziny Czesława, a oni chcą 13”. Zapis ten wskazuje, że Pietruszka doskonale orientował się w zamiarach dotyczących zabójstwa, pierwotnie planowanego na 13 października 1984 roku, ale sam optował za wykonaniem akcji 19 października – w dzień urodzin Czesława Kiszczaka. Tym samym Adam Pietruszka jest co najmniej współodpowiedzialny za wielomiesięczne prześladowania księdza Jerzego oraz za samą zbrodnię. Jego wyrażony wobec Kiszczaka protest wynikał najprawdopodobniej z przerażenia rolą, jaką generał mu wyznaczył: rolą najwyższego rangą przedstawiciela MSW odpowiedzialnego za zbrodnię, a zatem jej pomysłodawcy.
Rozmowa między szefem MSW generałem Czesławem Kiszczakiem i wicedyrektorem Departamentu IV MSW, niedoszłym generałem Adamem Pietruszką miała miejsce na kilka godzin przed aresztowaniem Pietruszki i kilka dni po innym niezwykłym wydarzeniu.
Rankiem 26 października 1984 roku Waldemar Chmielewski i Leszek Pękala, funkcjonariusze SB, którzy uprowadzili księdza Jerzego Popiełuszkę, zostali przywiezieni na miejsce zbrodni. W asyście funkcjonariuszy MO oprawcy zostali przyprowadzeni na tamę. Mieli wskazać, gdzie tydzień wcześniej – jak zeznali – wrzucili ciało zamordowanego księdza. Mimo nacisków i sugestii towarzyszących im milicjantów, Chmielewski i Pękala nie byli w stanie wskazać miejsca zrzucenia zwłok. W zgodnej relacji kilku świadków, m.in. nurków, którzy tego dnia znajdowali się na tamie i na podstawie wskazań oprawców mieli poszukiwać zwłok księdza, Pękala i Chmielewski sprawiali wrażenie całkowicie zdezorientowanych. Doszło do tego, że Leszek Pękala wskazał miejsce po drugiej stronie zapory, na tzw. górnej wodzie!
Wskazywałoby to, że Chmielewski i Pękala nie wiedzieli, gdzie wraz z Piotrowskim rzekomo wrzucili zwłoki do wody, co pośrednio potwierdzałoby wersję trzech rybaków, według których ciało księdza Popiełuszki miało zostać wrzucone do akwenu 25 października – dwa dni po zatrzymaniu Grzegorza Piotrowskiego, Waldemara Chmielewskiego i Leszka Pękali. To z kolei oznaczałoby, że trzej funkcjonariusze SB, którzy uprowadzili i katowali księdza, nie zatopili jego ciała w nurtach Wisły.
A to oznacza, że mieli wspólników w swojej zbrodni.
Kim byli ich kompani?
Dlaczego przez te wszystkie lata od czasu zbrodni trzej bezwzględni zbrodniarze z SB, którzy bestialsko pastwili się nad księdzem Jerzym i co najmniej doprowadzili go do granicy śmierci milczą?
Kogo i dlaczego od trzydziestu lat osłaniają?
W świetle relacji świadków i dokumentów, które opatrzono klauzulą najwyższej tajności, widać, że za kulisami zbrodni kryła się bardzo logiczna i przebiegła gra, a uprowadzenie i zamordowanie księdza stanowiło kombinację operacyjną na niespotykaną dotąd skalę, obliczoną na gigantyczny efekt. Widać zarazem, jak potężne środki zostały w tej grze użyte.
By to jednak zrozumieć trzeba cofnąć się do wydarzeń poprzedzających zbrodnię.
Latem 1984 roku decydująca rozgrywka była przygotowana w najdrobniejszych szczegółach. Mimo to generał Wojciech Jaruzelski był zaniepokojony krótkim zastojem działań wobec kapelana Solidarności – spowodowanym, jak tłumaczyli odpowiedzialni za „problem księdza Popiełuszki” funkcjonariusze Departamentu IV MSW – kuracją szpitalną wiceministra spraw wewnętrznych Władysława Ciastonia. Jaruzelski był tak zaniepokojony, że zaalarmował kierownika Urzędu ds. Wyznań, profesora Adama Łopatkę, zobowiązując go do wzmożenia aktywności.
W homiliach z tamtego okresu ksiądz Popiełuszko odnosił się m.in. do kwestii uzależnienia Polski od Związku Radzieckiego.„Dzięki chrześcijaństwu jesteśmy powiązani z kulturą Zachodu i dlatego mogliśmy się oprzeć kulturom narzucanym przez wrogów”. Reakcja nastąpiła niemal natychmiast. 12 września 1984 roku atak na osobę księdza Jerzego Popiełuszkę przypuściły moskiewskie „Izwiestia”. W tekście „Lekcja za darmo” warszawski korespondent tej gazety ostro skrytykował władze PRL i zarzucił im, że tolerują „wystąpienia” księdza Popiełuszki, które są prowokacją wobec Związku Radzieckiego i mają na celu zburzenie przyjaźni między narodami Polski i ZSRR.
Generał Wojciech Jaruzelski miał świadomość, że żaden korespondent „Izwiestii” nie pozwoliłby sobie na krytykę najwyższych władz „bratniego kraju” bez zgody najwyższych moskiewskich czynników. Słusznie wnioskował, że to wyraźny i jednoznaczny sygnał do rozprawienia się z ośrodkiem żoliborskim i jego duchowym przywódcą. Impuls reprezentatywnego dla władz radzieckich pisma stanowił jedynie zewnętrzny wyraz ustaleń, które zapadły w gabinetach moskiewskich najwyższego szczebla. Bo i tej miary był to „problem”.
Oczywiste stało się, iż ksiądz Jerzy Popiełuszko „musi zamilknąć”, należy z nim postąpić „na granicy zawału” – te sformułowania były powtarzane na naradach roboczych u kapitana Grzegorza Piotrowskiego i pułkownika Adama Pietruszki.
Trzy dni po ukazaniu się artykułu w „Izwiestiach”, 15 września 1984 roku, zarządzono obserwację kontrwywiadowczą późniejszych sprawców uprowadzenia księdza – Grzegorza Piotrowskiego, Waldemara Chmielewskiego, Leszka Pękali
i Adama Pietruszki. Według obowiązujących przepisów resortowych tylko minister spraw wewnętrznych był władny zarządzić obserwację funkcjonariuszy tego resortu. Meldunki z obserwacji jednocześnie spływały bezpośrednio na biurka Czesława Kiszczaka i Wojciecha Jaruzelskiego.
Fakt ten koreluje z inną informacją – Czesław Kiszczak trafił do MSW właśnie z kontrwywiadu wojskowego, którego szefem był w latach siedemdziesiątych. Choć obserwacja, stanowiąca część misternie przygotowanego planu gigantycznej operacji, opatrzona została klauzulą najwyższej tajności, Piotrowski został o niej ostrzeżony. Informację o tym, że ma „ogon”, przekazał mu znajomy z Biura „B” MSW, który za to ostrzeżenie trafił na trzy lata do więzienia (pod pretekstem skazania za przestępstwo pospolite). Reżim już we wrześniu 1984 roku wytyczał skład przyszłej ławy oskarżonych w przygotowywanym dla nich procesie przed Sądem Wojewódzkim w Toruniu. W tamtym czasie działalność księdza Jerzego Popiełuszki, początkowo niewykraczająca poza struktury środowisk, w których pełnił posługę duszpasterską (służba zdrowia, hutnicy), z czasem objęła szerokie kręgi. Gromadzące rzesze wiernych Msze Święte, odprawiane przez księdza Jerzego w intencji Ojczyzny, zaczęły być dla władz reżimowych poważnym problemem. Parafia Św. Stanisława Kostki stała się ośrodkiem skupiającym działaczy podziemnej „Solidarności”, którego oddziaływanie nabrało z czasem charakteru ogólnopolskiego. Tak zwany problem księdza Jerzego Popiełuszki w szybkim tempie przeistaczał się z problemu jednego kapłana w poważny dylemat polityczny, istotny z punktu widzenia zachowania „kursu pogrudniowego”. Dalsza zgoda na działalność księdza mogła oznaczać odrodzenie ruchu solidarnościowego pozostającego poza kontrolą resortu spraw wewnętrznych.
Nie pomagały szykany stosowane przez resort w podobnych sytuacjach: groźby, prowokacje, próby oszczerczego ośmieszenia w wystąpieniach i brukowych artykułach Jerzego Urbana. W lipcu i sierpniu 1984 roku na mocy ustawy amnestyjnej więzienia opuściła większość działaczy niepodległościowych, z których część od razu przylgnęła do żoliborskiego ośrodka. Spotykali się tutaj ludzie różnych opcji, również światopoglądowo będący poza Kościołem – jedyną legalnie działającą instytucją, która w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych przeciwstawiała się – przeważnie nie otwarcie – reżimowym władzom PRL. Parafia Św. Stanisława Kostki była na tej „mapie oporu” najbardziej wyrazistym punktem w Polsce.
W tej sytuacji dalsze tolerowanie działalności księdza Jerzego Popiełuszki stało się dla władz nie do przyjęcia, tym bardziej, że grożące ze strony kapłana Solidarności niebezpieczeństwo dla socjalistycznego status quo w Polsce coraz bardziej niepokoiło także towarzyszy moskiewskich.
Wokół kapelana Solidarności zaciskała się niewidzialna pętla, nieuchronnie zbliżał się czas definitywnego „rozwiązania problemu Popiełuszki”.
Równocześnie w drugiej połowie września i na początku października ksiądz Jerzy otrzymywał znacznie więcej niż kiedykolwiek listów z pogróżkami i gróźb telefonicznych. Narastało zagrożenie, sytuacja księdza pogarszała się w błyskawicznym tempie, a jego los był już w tym momencie przesądzony: musiał zamilknąć, bądź – co bywa o wiele milej widziane przez każdą policję polityczną na świecie – mówić, ale jako jej przeobrażony współpracownik. Innymi słowy – jedyną szansą księdza było ocalenie życia za cenę pogrzebania ducha.
W zamyśle reżimowych władz rozwiązanie „problemu” miało nastąpić poprzez wysłanie księdza do Rzymu – po uprzednim zwerbowaniu – bądź poprzez stopniowe osaczanie i izolowanie kapłana – co miałoby poprzedzić „ostateczne rozwiązanie”.
SB miało wśród kościelnych hierarchów wyrobić księdzu Popiełuszce opinię karierowicza. Funkcjonariusze realizowali to zadanie z właściwą dla SB perfidią
i cynizmem. SB deprecjonowała dokonania i samą osobę księdza Jerzego w oczach przedstawicieli Kościoła, a jednocześnie prowadziła działania obserwacyjne, osaczała go agentami i tajnymi współpracownikami. Latem 1984 roku kilku funkcjonariuszy w samochodach śledziło księdza non stop. Wzmożono wokół niego – i tak już bardzo intensywne – działania inwigilacyjne, organizując siatkę informacyjną na terenie parafii Świętego Stanisława Kostki, kierowaną przez SB.
Praktycznie nie było tygodnia, by hutnicy starający się chronić księdza Jerzego nie znajdowali nowych aparatur podsłuchowych, „pluskiew”, lokowanych na parafii przez agentów SB. Monitorowany był każdy krok i każde spotkanie kapelana Solidarności.
W tamtym czasie ksiądz Jerzy mówił na spotkaniach z najbliższymi współpracownikami, że zaczyna tracić zaufanie do swojego kierowcy Waldemara Chrostowskiego, poważnie rozważał zatrudnienie innego kierowcy, ale właśnie wtedy, we wrześniu 1984 roku, doszło do wydarzenia, które zmusiło księdza do odstąpienia od zamierzeń względem Chrostowskiego. Na miesiąc przed uprowadzeniem, nigdy nie ustaleni sprawcy podpalili mieszkanie kierowcy księdza. Skutek by taki, że zamiast rozstać się z Waldemarem Chrostowskim, ksiądz Jerzy pozwolił mu – jako czasowo bezdomnemu – zamieszkać u siebie i od tego momentu, aż do uprowadzenia miał go już non stop przy sobie. W całej sprawie – jak pokazał czas – było jednak drugie dno. Prowadzone kilka lat później przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego śledztwo wykazało, że w wieczór poprzedzający podpalenie, Waldemar Chrostowski wyniósł z mieszkania wszystkie cenne rzeczy: kolorowy telewizor, magnetowid – w pierwszej połowie lat 80 był to absolutny unikat – i wiele innych.
Czy mogło być dziełem zwykłego przypadku, że jednego wieczora – jak ustalił prokurator Andrzej Witkowski – wyniesiono z mieszkania wszystkie cenne rzeczy, a już następnego wieczora mieszkanie spłonęło, co, de facto, uniemożliwiło księdzu Jerzemu rozstanie z kierowcą?
Dla prokuratora Witkowskiego, który nie wierzył w taką zbieżność wydarzeń, sytuacja ta stanowiła potwierdzenie innych dowodów i przesłanek dotyczących Waldemara Chrostowskiego, które złączone w całość wskazywały, że kierowca księdza Jerzego mógł odegrać w całej sprawie niezwykle cyniczną rolę.
Jakie to były dowody i przesłanki?
2 lutego 1984 roku Waldemar Chrostowski został zarejestrowany przez sekcję I Wydziału IV Stołecznego Urzędu Spraw Wewnętrznych (SUSW) w Warszawie pod numerem 39785 jako zabezpieczenie operacyjne (ZO) do sprawy operacyjnego rozpracowania o kryptonimie „Popiel”. Rejestracji dokonał porucznik Włodzimierz Fijał z IV SUSW, a od listopada 1984 materiały dotyczące osoby Chrostowskiego były w gestii pułkownika Edwarda Janczury, szefa powołanej w ramach MSW Samodzielnej Grupy Operacyjnej. (Miarą znaczenia ZO lub tajnego współpracownika była ranga prowadzącego go funkcjonariusza – w tym przypadku bardzo wysoka). Nie wiadomo, jak przebiegało „rozpracowanie”, bowiem w grudniu 1989 roku teczka z materiałami dotyczącymi Waldemara Chrostowskiego została zniszczona – jak to określono – „z powodu braku jakiejkolwiek wartości operacyjnej”. Na trzeciej karcie ewidencyjnej dotyczącej kierowcy księdza Popiełuszki zachowała się jednak informacja, w której obok personaliów Waldemara Chrostowskiego podano także jego pseudonim operacyjny: „Desperat”. To, jak wynika z notatki IPN, bardzo ważna informacja. Wskazuje bowiem, że status zarejestrowanego uległ zmianie przez sam fakt nadania mu pseudonimu operacyjnego, co „w praktyce MSW odnosiło się wyłącznie do kandydata na tajnego współpracownika bądź tajnego współpracownika”. Czy oznacza to, że Waldemar Chrostowski mógł zostać pozyskany przez Służbę Bezpieczeństwa do udziału w uprowadzeniu i zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki? Trudno to definitywnie stwierdzić w oparciu o twarde dowody, gdyż te nie istnieją

– „teczka” Waldemara Chrostowskiego została zniszczona w grudniu 1989 roku. W dokumentach IPN zawarto jednak następującą adnotację: „>DesperatPopielDesperataPopielPOPIELC< MSW, których, jak ustalono, brak w zasobie IPN, jest brak możliwości dalszego pogłębienia kwerendy, a przede wszystkim uzyskania pełniejszych informacji odnośnie roli i znaczenia W. Chrostowskiego w sprawie o kryptonimie POPIEL”.
Rangę tego faktu podnosi inny fakt.
31 sierpnia 1987 roku mecenas Edward Wende, twierdząc, że występując w imieniu Waldemara Chrostowskiego, kierowcy, współpracownika i przyjaciela księdza Jerzego Popiełuszki, zawarł z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych ugodę opatrzoną klauzulą najwyższej tajności. Jej przedmiotem były wydarzenia z 13 i 19 października 1984 roku, związane z uprowadzeniem księdza Jerzego.
„Poszkodowany przyznaje, że wyłączną odpowiedzialność za wyrządzoną mu krzywdę ponoszą osoby skazane wyrokiem sądu Wojewódzkiego w Toruniu w dniu 7 lutego 1985 roku. Skarb Państwa – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych mając na uwadze, iż czyn oskarżonych godził nie tylko w zdrowie poszkodowanego, ale i w interes Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej – a zwłaszcza w bezpieczeństwo wewnętrzne oraz to, że wobec długotrwałych kar pozbawienia wolności nie będą oni w stanie zaspokoić słusznych żądań W. Chrostowskiego postanawia, kierując się pobudkami humanitarnymi, wynagrodzić powstałą szkodę ze środków budżetowych. Skarb Państwa – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oceniając charakter obrażeń ciała poszkodowanego, stopień uszkodzenia przedmiotów osobistego użytku oraz rozmiar wyrządzonej mu krzywdy, zmniejszającej możliwości zarobkowe oraz widoki powodzenia na przyszłość, zobowiązuje się wypłacić, a pełnomocnik Waldemara Chrostowskiego przyjąć tytułem odszkodowania łączną kwotę 1 650 000 zł, z tym, że zaspokojenie roszczenia obejmuje:
– zadośćuczynienie 600 000 zł,
– odszkodowanie za straty materialne spowodowane wypadkiem, w postaci zniszczonych przedmiotów, utraconych dochodów i kosztów dożywiania 250 000 zł,
– odszkodowanie jednorazowe w miejsce renty wyrównawczej 800 000 zł,
ogółem 1 650 000 zł
Pełnomocnik adwokat Edward Wende w imieniu poszkodowanego Waldemara Chrostowskiego oświadcza, że wypłacona mu kwota stanowi pełną rekompensatę za wyrządzoną szkodę oraz zrzeka się dalszych roszczeń z tytułu obecnych, jak i mogących się ujawnić w przyszłości następstw zdarzeń z dnia 13 i 19 października 1984 roku zarówno w stosunku do Skarbu Państwa jak i sprawców przestępstwa”.
Niezwykłe to zobowiązanie, podobnie jak sama ugoda.
Było coś niepojętego w decyzji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, łamiącego wszelkie obowiązujące wówczas kanony postępowania, czyli wyrażającego zgodę na wypłatę gigantycznego na owe czasy odszkodowania, w dodatku przedstawicielowi wrogiej opozycji.
Przez kilkadziesiąt lat treść tej ugody, pieczętującej oficjalną wersję zdarzeń, pozostawała opatrzona klauzulą najgłębszej tajemnicy.
Jak wyjaśnić tę ugodę?
Dlaczego mecenas Edward Wende nigdy nie ujawnił jej treści?
Utajnione dokumenty, do których dotarli prokuratorzy z ekipy śledczej Andrzeja Witkowskiego, wskazują jednoznacznie, że decyzja Ministerstwa Spraw Wewnętrznych to element logicznej, konsekwentnej i przebiegłej gry. Gry, w której stawką było nie „tylko” ujawnienie prawdy o najbardziej tajemniczej zbrodni PRL. Gry, która zaczęła się na długo przed zamordowaniem kapelana Solidarności i która dotąd nie została zakończona.
Czy to przypadek, że dwóch niezależnych biegłych profesorów, specjalistów z zakresu materiałoznawstwa i włókiennictwa, w oparciu o dokonane analizy w sposób jednoznaczny wykluczyło wersję ucieczki przedstawioną przez Chrostowskiego?
Dlaczego kajdanki, które rozpięły się Chrostowskiemu w trakcie skoku, miały nadpiłowane ząbki?
Pytania można mnożyć w nieskończoność.
Z analizy Procesu Toruńskiego, zeznań złożonych przez świadków prokuratorowi Witkowskiemu i jego współpracownikom oraz zgromadzonych przez nich dokumentów wynika jednoznacznie, że dotychczas ujawniono bardzo niewiele z prawdy o najbardziej tragicznej i tajemniczej akcji SB, zaszyfrowanej przez służby specjalne PRL, jako operacja kryptonim „POPIEL”.
Pewne jest jedno: uprowadzenie księdza Jerzego i sama zbrodnia miała zupełnie inny przebieg, niż przyjmuje się w powszechnie obowiązującej do dziś wersji. Wersję tę uwiarygodnił człowiek, którego rola w tej historii nie została dotąd wyjaśniona.
Większość wskazanych tu faktów miała miejsce w momencie uprowadzenia księdza Jerzego lub była jego bezpośrednim skutkiem, a wiedza o nich została odkryta dopiero wiele lat później. Siłą rzeczy we wrześniu i październiku 1984 roku sam ksiądz nie mógł mieć przytaczanej tu wiedzy. A jednak intuicyjnie wyczuwał, zapewne w oparciu o przesłanki i obserwację własną, że powinien rozstać się z Chrostowskim.
I tak prawdopodobnie by się stało, gdyby nie tajemnicze spalenie mieszkania Waldemara Chrostowskiego, którego okoliczności nigdy nie zostały wyjaśnione, a sprawcy nigdy nie odnalezieni…
Z zeznań świadków wynika, że istotną rolę w siatce szpiegującej i inwigilującej księdza Jerzego odegrało m.in. kilku hutników z jego ochrony.
„Mieliśmy świadomość, że jesteśmy inwigilowani przez Służbę Bezpieczeństwa, dlatego musieliśmy zachowywać wstrzemięźliwość w dzieleniu się informacjami. Ja ze swojej strony byłem poinformowany, że wśród nas działa agent Służby Bezpieczeństwa o damskim pseudonimie – nie wiem, czy to była kobieta. Mieliśmy też świadomość, że w pomieszczeniach parafii zainstalowany jest podsłuch. Po śmierci księdza Jerzego znaleźliśmy w jego mieszkaniu trzy tzw. pluskwy – jedną w zamku od drzwi, drugą w rozetce przy żyrandolu i trzecią w nieczynnym piecu kaflowym.
W mieszkaniu księdza proboszcza Teofila Boguckiego, w toalecie, również znaleźliśmy taką pluskwę. Dlatego nawet we własnym gronie, w pomieszczeniach parafii, staraliśmy się rozmawiać tylko o sprawach organizacyjnych” – zeznał prokuratorom Jan Marczak, szef służby porządkowej na terenie parafii Świętego Stanisława Kostki.
Równie interesującego odkrycia dokonał przewodniczący mazowieckiej Solidarności, Seweryn Jaworski. Latem i wczesną jesienią 1984 roku Karol Sz., jeden z zaufanych hutników, niespodziewanie zaczął mocno naciskać na księdza Jerzego, by ten wyjechał do Rzymu. Nalegania w tej sprawie były na tyle intensywne, że doprowadziły do poważnej scysji między Karolem Sz., a księdzem Jerzym. Całe wydarzenie można by potraktować w kategoriach troski o kapłana, gdyby nie jeden, na pozór marginalny, fakt.
Żona Karola Sz., stewardessa latająca na liniach międzynarodowych, w okresie poprzedzającym nagłe zainteresowanie jej męża wyjazdem księdza do Rzymu, została zawieszona w pracy, bo „mąż rozrabia z księdzem Popiełuszką”.
Poproszona przez przełożonych, by hutnik napisał tylko jeden raz „notatkę”, z kim ksiądz Jerzy spotyka się na plebanii, zgodziła się pomówić o tym z mężem. Jakich użyła argumentów – nie wiadomo. Wiadomo za to, że mąż stewardessy napisał jedną „notatkę” – a potem już musiał pisać podobne „notatki” kilka razy w tygodniu. Jak ustalili prokuratorzy z zespołu Andrzeja Witkowskiego, niedługo potem i już po naciskach na księdza zmierzających do jego wyjazdu do Rzymu, żona hutnika wróciła na linie międzynarodowe.
„Karol Sz. podpisał tak zwaną lojalkę, do czego się przyznał dopiero wiele miesięcy później, gdy dowiedzieliśmy się o tym z innego źródła. Karol Sz. powiedział, że musiał podpisać, bo jego żona była stewardessą i gdyby on lojalki nie podpisał, to ona nie mogłaby wykonywać zawodu” – zeznał prokuratorom Alfred Burakowski.
Takimi prostymi, nieomal „kosmetycznymi” metodami Służba Bezpieczeństwa „łamała” współpracowników księdza Jerzego i doprowadzała do coraz większej jego samotności i izolacji.
Represje ze strony Służby Bezpieczeństwa, inwigilacja, agenturalne – tylko po części rozpoznane – otoczenie, niezrozumienie, ostra krytyka ze strony kościelnych hierarchów i rosnące poczucie zagrożenia oraz osamotnienia – wszystkie te elementy prowadziły do narastania w księdzu Jerzym poczucia osaczenia.
System urabiania, zastraszania i „łamania” osób otaczających kapelana Solidarności okazał się nieprawdopodobnie skuteczny.
W terroryzowaniu współpracowników księdza Jerzego brali udział nie tylko etatowi funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, ale też pozostający na ich usługach
i funkcjonujący pod ich parasolem ochronnym także w III RP pospolici przestępcy.
Z notatki urzędowej sporządzonej przez jednego z prokuratorów z zespołu śledczego Andrzeja Witkowskiego wynika, że jednym z nich był J. – działający w bliskim otoczeniu księdza, podejrzewany o dokonywanie przestępstw kryminalnych, któremu „dziwnym trafem” udawało się uniknąć odpowiedzialności.
Terroryzowanie kapelana Solidarności i otaczających go osób rękoma pospolitych przestępców – ten diaboliczny pomysł w zestawieniu z innymi działaniami SB przynosił oczekiwane przez pomysłodawców efekty. Prześladowania Służby Bezpieczeństwa znacząco przerzedziły krąg przyjaciół Popiełuszki i odcisnęły piętno na nim samym. Skalę prześladowań Służby Bezpieczeństwa i wynikającego z nich osamotnienia księdza Jerzego potwierdzają zeznania współpracującej z kapłanem sędzina Joanny Sokół.
„We wrześniu 1984 roku wszczęto wobec mnie postępowanie dyscyplinarne. Jako zarzut, postawiono mi, z tego co pamiętam, okazywanie sympatii i uznania podejrzanemu Popiełuszce. Pod koniec sierpnia 1984 roku pani sędzia z wydziału karnego Sądu Wojewódzkiego w Warszawie przeprowadziła ze mną rozmowę, w trakcie której zarzuciła mi, że ja utrzymuję kontakty z księdzem Popiełuszką. Zażądała, abym zaprzestała tych kontaktów. Odpowiedziałam na to, że to jest moja prywatna sprawa, z kim ja utrzymuję kontakty po godzinach pracy. Nie było dla mnie zrozumiałe, z jakiej racji ta pani ze mną w ten sposób rozmawia – nie byłam ani członkiem partii, ani kandydatem, nie miałam z nimi nic wspólnego. Nie pamiętam imienia i nazwiska tej pani sędzi. Jej syn orzeka obecnie w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Potem, jak mówiłam, prowadzono przeciwko mnie postępowanie dyscyplinarne zakończone orzeczeniem, w wyniku którego orzeczono wobec mnie karę dyscyplinarną przeniesienia na niższe stanowisko. Zorientowano się, że nie ma specjalnie niższego stanowiska, na które można było mnie przenieść, w związku z tym rzecznik dyscyplinarny odwołał się od tego orzeczenia. Rozprawa odwoławcza odbyła się w dniu 10 stycznia 1985 roku w Ministerstwie Sprawiedliwości. Zakończyła się prawomocnym orzeczeniem Komisji Dyscyplinarnej Odwoławczej o usunięciu mnie z pracy ze skutkiem natychmiastowym. W tamtym okresie, poza mną, z tego samego powodu została usunięta z pracy w sądzie ówczesna urzędniczka Sądu Wojewódzkiego w Warszawie – Mirosława Polakiewicz Szelenbaum, obecnie Polakiewicz Burek. Nie pracuje w sądzie, nie chciała wrócić. Razem z tą panią byłyśmy spisane w okolicy Placu Bankowego, kiedy to odprowadziłyśmy księdza Popiełuszkę na przesłuchanie do Pałacu Mostowskich. (…) W lecie 1983 roku doszło do mojej świadomości, że teraz to samego księdza należało chronić w związku z tym, że zaczęto prowadzić przeciwko niemu dochodzenia. W ostatnim okresie życia księdza, przez cały 1984 rok, pozostawałam blisko księdza Popiełuszki. Ubywało osób z najbliższego otoczenia księdza. Atmosfera zastraszenia otaczająca księdza w miarę upływu czasu „gęstniała”.
Joanna Sokół była ostatnią bliską osobą, z którą pożegnał się ksiądz Jerzy. Przed wyjazdem do Bydgoszczy kapelan Solidarności poprosił, bym zaopiekowała się jego psem Tajniaczkiem. Gdy już się rozstali, ksiądz zawrócił, jeszcze raz się z nią pożegnał i uściskał Tajniaczka.
W październiku 1984 roku grunt pod „ostateczne rozwiązanie” tzw. problemu Popiełuszki był przygotowany w najdrobniejszych szczegółach. Trwające od wielu miesięcy przygotowania SB do decydującej rozgrywki dobiegały celu: osaczony przez Służbę Bezpieczeństwa, opuszczony przez własne środowisko, zdradzony przez najbliższych współpracowników ksiądz Jerzy Popiełuszko samotnie zmierzał ku swemu przeznaczeniu…
CDN
Wojciech Sumliński

Ostatnie kazanie ks. Jerzego Popiełuszki „…Ludzie znajdą, przyjdą z daleka, by słów prawdy szukać. Bo w ludziach jest naturalna tęsknota za prawdą. Musimy nauczyć się odróżniać kłamstwo od prawdy… Tylko plewy nic nie kosztują. Za pszeniczne ziarno prawdy trzeba czasami zapłacić… Aby zwyciężać zło dobrem, trzeba troszczyć się o cnotę męstwa… Chrześcijanin musi pamiętać, że bać się trzeba tylko zdrady Chrystusa, za parę srebrników jałowego spokoju… Chrześcijanin musi być rzecznikiem i obrońcą sprawiedliwości, dobra, prawdy, wolności i miłości. O te wartości musi upominać się odważnie dla siebie i dla innych… Biada społeczeństwu którego obywatele nie rządzą się męstwem. Przestają być wtedy obywatelami – stają się niewolnikami…” 

Sumliński i Małkowski w Łodzi – Lobotomia 3.0. cz.1

podobne: „Non possumus!” – odpowiedź biskupów na próby podporządkowania Kościoła komunistom oraz: Sprawiedliwość – „Układ zamknięty”? i to: Bronisław Komorowski zostanie przesłuchany ws. Wojciecha Sumlińskiego. Sprawa Kiszczaka musi poczekać. Śledztwo ws. Belki i Sienkiewicza umorzone. a także: Polskie sądy – studium urzędniczej psychopatii polecam również: CBOS: 33 proc. Polaków uważa, że po 1989 r. trzeba było rozliczyć PRL. Wśród zwolenników „porozumienia” wyborcy PISu

Ksiądz Jerzy Popiełuszko - Damian Gierlach

Ksiądz Jerzy Popiełuszko – Damian Gierlach

Stanisław Michalkiewicz: „Wilki zmieniły skórę” czyli… jak 4 czerwca upadł komunizm (na cztery łapy).


rys. Arkadiusz Gacparski

rys. Arkadiusz Gacparski

Mam dla Państwa dobrą wiadomość: 4 czerwca skończył się w Polsce komunizm – taki komunikat przekazała 4 czerwca 1989 roku za pośrednictwem państwowej telewizji aktorka Joanna Szczepkowska. Było w tym komunikacie znacznie więcej optymizmu niż realizmu, ale nie powinniśmy obwiniać za to akurat pani Szczepkowskiej, bo w swoim optymizmie nie była ona bynajmniej odosobniona. Cóż takiego jednak zdarzyło się w Polsce 4 czerwca 1989 roku, że nie tylko pani Szczepkowska za pośrednictwem państwowej telewizji przekazała ten komunikat, ale – przede wszystkim – że w ogóle jej na to pozwolono?

4 czerwca 1989 roku odbyły się w Polsce wybory, których ramowe wyniki zostały wcześniej ustalone podczas rozmów – jak to się wtedy nazywało – „okrągłego stołu”, ale tak naprawdę podczas rozmów, jakie generał Czesław Kiszczak w towarzystwie swych jawnych współpracowników przeprowadzał z gronem zaufanych osobistości reprezentujących tak zwaną „stronę społeczną” (w którym to gronie znajdowali się również tajni współpracownicy generała).

Zgodnie z tymi ustaleniami 65 procent posłów wybranych do sejmu miało pochodzić z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i tak zwanych „stronnictw sojuszniczych”, czyli Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego, 35 procent zaś miało reprezentować „stronę społeczną”. Oprócz tego do sejmu mieli zostać wybrani posłowie z tak zwanej „listy krajowej” w liczbie trzydziestu pięciu. Kandydatów z tej listy również wystawiały PZPR i „stronnictwa sojusznicze.

Koniec komunizmu?

4 czerwca 1989 roku ponad 62 procent obywateli uprawnionych do głosowania wybrało 427 posłów – bo kandydaci umieszczeni na liście krajowej zostali przez większość zamaszyście skreśleni. Niektórzy jednak wyborcy aż tak zamaszyście całej listy krajowej nie skreślali, w związku z czym komisja wyborcza rada w radę uradziła, że kandydat Mikołaj Kozakiewicz i kandydat Adam Zieliński mandaty zdobyli, ale reszta – nie. 

Na takie dictum generał Kiszczak oświadczył, że w tej sytuacji wybory mogą być odwołane, co oznaczało, że również komunizm może zostać przywrócony. Wobec tego reprezentujący „stronę społeczną” znany również w przeszłości z „postawy służebnej” Tadeusz Mazowiecki odpowiedział, że umów należy dotrzymywać – mając oczywiście na myśli umowę zawartą z generałem Czesławem Kiszczakiem, a nie z wyborcami, którzy – podobnie jak pani Joanna Szczepkowska – myśleli, że z tym upadkiem komunizmu to wszystko naprawdę. W rezultacie Rada Państwa w trakcie wyborów zmieniła ordynację w taki sposób, by faworyci PZPR i „stronnictw sojuszniczych” jednak się do sejmu dostali. Przyszło to tym łatwiej, że w drugiej turze wyborów, 18 czerwca 1989 roku, wzięło udział już tylko 25 procent obywateli uprawnionych do głosowania. Skompletowany w ten sposób sejm oraz wybrany w swobodnym głosowaniu stuosobowy senat 19 lipca wybrały komunistycznego przywódcę generała Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta i w ten sposób „koniec komunizmu” został przypieczętowany.

Po co „obalono” komunizm?

No dobrze – ale dlaczego właściwie komunizm w Polsce, podobnie jak w innych krajach „demokracji ludowej”, został „obalony”? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba cofnąć się w czasie do roku 1980 i buntu, jaki znaczna część, a może nawet większość polskiego społeczeństwa podniosła przeciwko Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Pod naporem tego buntu partia zaczęła się rozpadać, wytwarzając polityczną próżnię, którą natychmiast wypełniły tajne służby – wojskowe i „cywilne”, to znaczy: Służba Bezpieczeństwa. Tajne służby, tzn. wywiad i kontrwywiad wojskowy oraz SB przygotowały, przeprowadziły i administrowały wprowadzonym 13 grudnia 1981 roku stanem wojennym przy pomocy tzw. „surowych praw” – aż do połowy lat osiemdziesiątych, kiedy doszło między nimi do ostrego konfliktu.

Jego początek wyznaczyło zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki, dokonane prawdopodobnie 19 października przez trzech oficerów SB z niewyjaśnionej do dnia dzisiejszego inspiracji i w niewyjaśnionych okolicznościach, zaś koniec – zdymisjonowanie ze wszystkich stanowisk partyjnych i państwowych w maju 1985 roku generała Mirosława Milewskiego. Dygnitarz ten wspinał się po szczeblach bezpieczniackiej i partyjnej kariery od stanowiska wywiadowcy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Augustowie, gdzie brał udział w tzw. obławie suwalskiej, podczas której NKWD i UB zamordowały co najmniej pięciuset żołnierzy Armii Krajowej – aż do stanowiska ministra spraw wewnętrznych i członka Biura Politycznego KC PZPR. Z tych właśnie stanowisk został zdymisjonowany, co oznaczało, że zwycięstwo w konflikcie przypadło tajnym służbom wojskowym i że w drugiej połowie lat osiemdziesiątych wywiad i kontrwywiad wojskowy został absolutnym hegemonem na polskiej scenie politycznej – jeśli, oczywiście, nie brać pod uwagę sowieckiego KGB i GRU.

Warto zapamiętać ten moment, bo rok 1985 jest kluczowy dla historii Europy, a częściowo – również świata. W marcu 1985 roku w Genewie doszło do spotkania sowieckiego przywódcy Michała Gorbaczowa z amerykańskim prezydentem Ronaldem Reaganem, podczas którego sowiecki gensek zaproponował podjęcie rokowań ograniczających zbrojenia strategiczne. Było to wprawdzie przyznanie, że ZSRR utracił nadzieję na zwycięstwo w „zimnej wojnie”, ale przecież nie oferta „bezwarunkowej kapitulacji” – bo zarówno nuklearny, jak i konwencjonalny potencjał sowiecki pozostawał nietknięty. Politycznie oznaczało to propozycję podjęcia rokowań nad stworzeniem nowego porządku politycznego w Europie w sytuacji postępującej erozji porządku jałtańskiego z roku 1945. Oferta została przez prezydenta Reagana przyjęta, co zapoczątkowało serię dorocznych spotkań obydwu przywódców: w 1986 roku w islandzkim Rejkjaviku, w 1987 roku – w Waszyngtonie, w 1988 roku – w Moskwie i wreszcie w roku 1989, kiedy nowym amerykańskim prezydentem został Jerzy Bush ojciec – na okręcie w pobliżu Malty na Morzu Śródziemnym.

Podczas każdego z tych spotkań coraz dokładniej konkretyzowano kształt przyszłego porządku politycznego w Europie, najważniejsza zaś z tych konkretów wydawała się konieczność ewakuacji imperium sowieckiego z Europy Środkowej – co siłą rzeczy oznaczało jakąś formę politycznej emancypacji narodów zamieszkujących ową część Starego Kontynentu.

Jak hartowała się nomenklatura?

Wszystkie te wydarzenia zachodzące na najwyższej półce polityki światowej przekładały się na sytuację w Polsce. Wprawdzie w roku 1985 jeszcze socjalizm zachwalano jako najlepszy ustrój na świecie – ze Związkiem Radzieckim na czele – ale już wokół przedsiębiorstw państwowych zaczęły pojawiać się tzw. spółki nomenklaturowe. Ten przymiotnik charakteryzował krąg osób, które takie spółki tworzyły, a ściślej – które mogły je tworzyć. Praktyka systemu komunistycznego polegała bowiem na tym, że obsadzanie pewnych stanowisk na szczeblu państwowym zależało od decyzji komitetu centralnego PZPR, obsadzanie stanowisk publicznych w ramach województwa uzależnione było od decyzji komitetu wojewódzkiego partii, i tak dalej. W partyjnym żargonie mówiło się, że stanowiska te znajdują się w nomenklaturze odpowiedniego komitetu partii, przyjęło się więc nomenklaturą nazywać osoby, które takie stanowiska zajmowały albo zaliczone zostały do tzw. „rezerwy kadrowej”.

Nomenklaturowy charakter spółek oznaczał, że udział w nich mogli wziąć tylko członkowie „nomenklatury”, a więc funkcjonariusze partii, administracji, milicji, wojska, wymiaru sprawiedliwości, itp. Formalnie nie było żadnych ograniczeń, bo podstawy prawnej dostarczał przedwojenny kodeks handlowy z roku 1934, utrzymany w mocy przez cały okres PRL ze względu na potrzeby handlu zagranicznego. Partnerom handlowym z wolnego świata trudno było zawierać umowy z „państwem”, więc centrale handlu zagranicznego miały formę prawną spółek prawa handlowego, funkcjonujących na podstawie wspomnianego kodeksu. Tę właśnie możliwość „nomenklatura” wyzyskała dla tworzenia spółek nomenklaturowych, których działalność w gruncie rzeczy sprowadzała się do rozkradania majątku państwowego poprzez przechwytywanie zysku przedsiębiorstwa „od przodu i od tyłu”.

Typowa spółka, w której uczestniczyli również dyrektorzy przedsiębiorstwa, z jednej strony monopolizowała zaopatrywanie go w surowce, materiały, energię i tym podobne, z drugiej zaś monopolizowała sprzedaż wyrobów przedsiębiorstwa, w którym pozostawała bezradna załoga. Bezradna – bo na straży całego przedsięwzięcia stały surowe prawa stanu wojennego, trochę co prawda złagodzone, niemniej jednak skłaniające wszystkich do powściągliwości w reakcjach. W ten sposób środowisko władzy przygotowywało się zawczasu do zajęcia pozycji społecznej w nowych warunkach ustrojowych – bo dla nikogo nie było tajemnicą, że kiedy Związek Sowiecki wycofa się ze Środkowej Europy, to ustrój jakiego świat nie widział, czyli „socjalizm realny” nie przetrwa ani dnia dłużej – choćby dlatego, że nikt już nie da na to pieniędzy.

Kogo wyselekcjonowała razwiedka?

Spółki nomenklaturowe stanowiły jeden nurt systemowych przygotowań do nadchodzącej transformacji ustrojowej, ale bynajmniej niejedyny. Drugim nie mniej ważnym nurtem tych przygotowań była selekcja kadrowa w strukturach podziemnych. Wtedy niewiele było na ten temat wiadomo, a prawdę mówiąc – nic, w każdym razie – nic pewnego. Dzisiaj wiadomo na ten temat znacznie więcej, między innymi za sprawą ujawnionych przez Instytut Pamięci Narodowej rozmów Jacka Kuronia z pułkownikiem Janem Lesiakiem. Wyłania się z nich polityczna oferta, jaką za pośrednictwem funkcjonariusza SB Jacek Kuroń przekazał ówczesnej władzy, czyli tajnym służbom wojskowym kierowanym przez generała Czesława Kiszczaka. Istota tej oferty sprowadzała się do sugestii, że jeśli „władza”, czyli tajne służby wojskowe, dyskretnie pomogą „nam” w wyeliminowaniu z podziemnych struktur „ekstremy”, to „my” w zamian udzielimy „władzy” gwarancji zachowania pozycji społecznej w nowych warunkach ustrojowych i zachowania stanu posiadania, czyli tego, co „władza” sobie właśnie poprzez spółki nomenklaturowe kradnie.

Ponieważ ta właśnie oferta została przyjęta za podstawę porozumienia „okrągłego stołu”, wypada wyjaśnić, kto kryje się za zaimkiem „my”, w imieniu których przemawiał Jacek Kuroń, co to jest „ekstrema”, którą ze struktur podziemnych trzeba „wyeliminować”, no i oczywiście – dlaczego trzeba to zrobić.

Otóż „my”, w imieniu których występował Jacek Kuroń, to tzw. „lewica laicka”, to znaczy – dawni stalinowcy w pierwszym albo drugim pokoleniu. Z różnych powodów i w różnych momentach poróżnili się oni z partią, a nawet wystąpili przeciwko niej, tworząc jeden z dwóch nurtów opozycji demokratycznej w Polsce. Bo drugi nurt tworzyła właśnie „ekstrema”, to znaczy – opozycja nawiązująca do niepodległościowej tradycji II Rzeczypospolitej, do Armii Krajowej, a także – do powojennego podziemia antykomunistycznego, które „lewica laicka” bez ceregieli mordowała i na wszelkie sposoby prześladowała.

To wszystko wytwarzało między „lewicą laicką” a „ekstremą” stan pewnego napięcia, wzajemnej nieufności i oczywiście – rywalizacji. Nic zatem dziwnego, że „lewica laicka” chciała „ekstremę” wyeliminować nie tylko ze struktur podziemnych, ale przede wszystkim – z uczestnictwa w strukturach oficjalnych w ramach transformacji ustrojowej. Ten powód był jakby oczywisty – ale obok niego istniały dwa głębsze i ważniejsze.

Otóż według mniemań „lewicy laickiej” w mrocznych zakamarkach duszy narodu polskiego drzemią straszliwe demony ksenofobii i antysemityzmu. Dopóki komunizm tłumi każdą formę spontanicznej ludzkiej aktywności, to tłumi i te demony. Ale przecież komunizm chyli się ku upadkowi i wkrótce upadnie. I co wtedy? I CO WTEDY? Wtedy te demony wyjdą na powierzchnię – a do tego w żadnym wypadku dopuścić nie można. A w jaki sposób zapobiec tej ewentualności? Ano – trzeba zapytać specjalistów od tłumienia spontanicznej ludzkiej aktywności – przecież oni wiedzą, jak się to robi. Tak właśnie pojawiła się obiektywna konieczność porozumienia „lewicy laickiej” z tajnymi służbami wojskowymi „jak Polak z Polakiem”.

Trzecią wreszcie ważną przesłanką takiego porozumienia była okoliczność, że razwiedka wojskowa miała większe zaufanie do „lewicy laickiej” niż do „ekstremy”, do której, prawdę mówiąc, nie miała najmniejszego zaufania. Tymczasem „lewica laicka”, chociaż przejściowo może się i zbisurmaniła, to przecież zasadniczo i serce ma po lewej stronie, i dla niepodległościowych aspiracji mniej wartościowego narodu tubylczego nie ma zrozumienia – więc wszystko sprzyja historycznemu porozumieniu.

Skąd to targowisko agentur?

Zarówno proces uwłaszczenia nomenklatury jako jeden nurt systemowych przygotowań do transformacji ustrojowej, jak i selekcja kadrowa w strukturach podziemnych, w następstwie której wyłoniona została odpowiednia z punktu widzenia tajnych służb wojskowych „strona społeczna”, z którą można by odegrać przedstawienie „narodowego porozumienia” – obydwie te operacje zakończyły się całkowitym sukcesem. Jak pamiętamy, o ile pierwsza „Solidarność” powstawała od dołu do góry, to ta druga – odwrotnie: od góry do dołu, a więc – pod całkowitą kontrolą.

Ale obok przygotowań systemowych do ustrojowej transformacji trwały również intensywne przygotowania prywatne. Przecież ci wszyscy bezpieczniacy może i zdemoralizowani, ale przecież byli inteligentni i spostrzegawczy. W każdym razie na tyle, by zadać sobie pytanie następujące: Sowieci się wycofają – a ja co? Jaką mam polisę ubezpieczeniową na wypadek, gdy nieubłagany palec wskaże na mnie jako na sprawcę wszystkich komunistycznych niegodziwości? Kto mnie wtedy obroni? Jako ludzie inteligentni i spostrzegawczy domyślili się bez trudu, że kiedy Sowieci wycofają się ze środkowej Europy, to prędzej czy później nastąpi odwrócenie sojuszy. A skoro tak, to rozsądek nakazuje, by nie czekając na ten moment, już teraz przewerbować się do przyszłych sojuszników, którzy w rewanżu za tę przysługę nie dadzą swoim tajnym agentom zrobić krzywdy. I tak się stało – w rezultacie Polska została poddana penetracji ze strony państw trzecich na skalę przedtem zupełnie niespotykaną.

Zasadniczym jednak czynnikiem wyznaczającym ramy zarówno samej transformacji ustrojowej, jak i ustrojowych fundamentów III Rzeczypospolitej, jaka miała się z odmętów transformacji wyłonić, była okoliczność, że w drugiej połowie lat osiemdziesiątych hegemonem na polskiej scenie politycznej były tajne służby wojskowe. Znalazło to wyraz m.in. w prestiżowej różnicy w sposobie potraktowania SB i tajnych służb wojskowych. O ile SB została poddana „weryfikacji”, w następstwie której część funkcjonariuszy została ze służby wydalona (by zasilić szeregi zorganizowanej przestępczości), o tyle tajne służby wojskowe przeszły transformację ustrojową w szyku zwartym, jako że to one ją zaprojektowały, przeprowadziły i nadzorują aż do dnia dzisiejszego – oczywiście zmieniając nazwy w zależności od potrzeby chwili, ale nie zmieniając obyczajów, na co już dawno pewien Rzymianin zwrócił uwagę cesarzowi Wespazjanowi, mówiąc mu, iż wilk zmienia skórę, lecz nie obyczaje.

Stanisław Michalkiewicz

Tekst jest fragmentem artykułu opublikowanego w najnowszym numerze magazynu „Polonia Christiana”. Głównym tematem numeru jest transformacja ustrojowa 1989. W numerze także teksty Grzegorza Brauna, Jerzego Wolaka, Grzegorza Kucharczyka, Sławomira Skiby i Krystiana Kratiuka na ten temat.

Read more: pch24.pl

polecam: CBOS: 33 proc. Polaków uważa, że po 1989 r. trzeba było rozliczyć PRL. Wśród zwolenników „porozumienia” wyborcy PISu.

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

podobne: „Jeszcze nigdy w historii tak niewielu nie otumaniło tak wielu” czyli… Zakontraktowane łgarstwo „święta wolności” oraz „lux in tenebris”.

polecam również: Co takiego czczą „farbowane lisy” 4 czerwca i dlaczego „Nocną zmianę”

oraz: Jak zainstalowano w Polsce „kapitalizm kompradorski” i kto (lub co) za tym stoi.

a także: Stanisław Michalkiewicz: „Rocznica podróbki” czyli… POd „okrągłym stołem”.

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze