Zamiast reprywatyzacji i własności, „nacjonalizacja” i więzienia z pustaków na kredyt (zwane „MieszkaniePlus”) czyli… O tradycji wywłaszczania Polaków przez „elity” naiwne i mściwe (II). Dwór który wciąż jest.


Artur Grottger – Polonia VI. Obrona dworu

„…Z opowieści o czombrowskim domu, który próbował przetrwać bolszewików z ich metodycznym, zaplanowanym paleniem polskich dworów najbardziej chcę pamiętać jedną, podzieloną na dwie części. Nie jest to opowieść o przyrządzaniu tortu makowego, czy o ubieraniu choinki, ani o pięknych paniach w wytwornych sukniach popijających herbatę w trzcinowych fotelach. To opowieść o Majowym, której pierwsza część jest taka:

„Przed I wojna, w przedpokoju koło drzwi do jadalni stał ołtarzyk z figurką Matki Boskiej, przystrojony kwiatami. Wieczorami zbierali się przy nim domownicy i część służby. Przy zapalonych świecach Maria intonowała kolejne wezwania, a pozostali odpowiadali „Módl się za nami”. Po powrocie [po I wojnie] do pustego czombrowskiego dworu zwyczaj ten powrócił, z tym, ze teraz wszyscy klękali w ogołoconym z mebli salonie. I znów jak dawniej płynęły przy świetle świecy słowa Litanii Loretańskiej. Maj 1942 roku jeszcze udało się jakoś przeżyć w miarę spokojnie.”

Druga część opowieści czeka tuż tuż:

„Bardzo szybko zaczął sie nowy koszmar, gdy w okolicy pojawiła się sowiecka partyzantka. W dzień zagrażali Niemcy, w nocy czerwoni partyzanci (…) Od września 1942 roku czerwone bandy rozpoczęły palenie stodół ze zbiorami i stogów zboża, aby w ten sposób zniszczyć zaplecze aprowizacyjne dla Niemców. (…) Czombrowska stodoła z całym użątkiem spłonęła w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1942 roku.
A potem przyszedł czas na dwory i ich mieszkańców. Dowódcy oddziałów partyzanckich dostali dyrektywy wraz z dołączonymi formularzami sprawozdawczymi. W punkcie 29. mieli wpisywać spalone dwory.(…)
16 maja 1943 roku, kiedy w Czombrowie szalały bzy i śpiewały słowiki czerwoni partyzanci przyjechali po południu. Podpalali od czterech narożników.
I tu Joanna Puchalska, autorka książki Dziedziczki Soplicowa, która mnie przez Czombrów prowadziła cytuje Zosię z filmowego planu, wnuczkę ostatniej właścicielki:
Wynosiliśmy w pospiechu tłumoczki naprędce zgarniane, a partyzanci wnosili i rozsypywali na podłodze słomę. Zebraliśmy się na trawniku przed domem. Babunia uklękła i rozpoczęła ostatnie w Czombrowie majowe. Królowo Męczenników, Królowo Wyznawców, Królowo Polski – módl się za nami. A dom płonął jak wielka ofiarna świeca.”

Kto zobaczy w tej scenie tylko pławienie się w roli dyżurnego męczennika Europy – niczego z Polski nie zrozumiał. Bo dworu dziś nie ma. Są rodzinne groby kolejnych właścicieli majątku i szczątki kaplicy cmentarnej. Nie ma dworu, a jest. Wciąż jest.” (Anna Mieszczanek, szkolanawigatorow.pl – Powracanie ziemian (1) – Czombrów)

„…wciąż widywałam w portalach turystycznych sformułowane bez potrzeby jakiegokolwiek wytłumaczenia frazy: „Dwór oddany na skarb państwa”. A na mosiężnych tabliczkach – informacje: „W posiadaniu muzeum od 1946 roku”. No, dobrze, , czasem muzeum podawało trop nieco dokładniejszy choć wciąż pełen niespotykanej dyskrecji, jak na przykład: „Z kolekcji Potockich w Krzeszowicach”, które to Krzeszowice można było sobie obejrzeć w stanie lekko zrujnowanym w sieci i dośpiewać resztę.
Czytałam, oglądałam, już widziałam w tym i ludzi i rolę jaką obywatele ziemscy pełnili przez stulecia. A jednak dopiero rok temu zadałam sobie pytanie, od którego wszystko powinno się zaczynać.

Ile? 

Ile majątków zabrał obywatelom ziemskim w 1944 roku dekret PKWN, podpisany przez Bieruta, Osóbkę Morawskiego, Wasilewską, Berlinga? Do tej pory wiedziałam, że dużo, widziałam szczegóły tej nienazwanej w historiografii oficjalnej opowieści. Ale nie zapytałam siebie o skalę. A skala stała się oczywista, kiedy tylko wyciągnęłam po nią rękę. Ciotka Wiki, od czci i wiary często odsądzana, podała mi ją tacy. Prawie dziesięć tysięcy majątków ziemskich zabrano ludziom tu, w tych granicach, które narysowała dla nas Jałta. Kolejne piętnaście tysięcy pozostało za grubą kreską mapy, zaproponowaną przez Curzona jeszcze w negocjacjach ryskich…” (Anna-Mieszczanek, szkolanawigatorow.pl – Powracanie ziemian (2) – Ile?)

podobne: Ustawa reprywatyzacyjna gorsza od dekretu Bieruta oraz: Kobus: Czy własność może szkodzić? i to: Traktat ryski czyli rozwód Jadwigi z Jagiełłą. Jak wolna Polska obeszła się z Kresami oczami Szubarczyka, Mackiewicza, Woyniłłowicza i Korwin Milewskiego

„…Rok 1989 rozbudził nadzieje środowisk poszkodowanych tzw. nacjonalizacją, że zagrabiona Polakom własność nareszcie zostanie zwrócona, a oni sami w końcu przestaną być obywatelami drugiej kategorii i zaczną podlegać cywilizowanemu prawu. Wydawało się to i naturalne, i oczywiste, zwłaszcza, iż lansowano wówczas modne pojęcie „państwa prawa”. I rzeczywiście, pewne własności zostały zwrócone, w tym część kamienic i własność związków wyznaniowych, w tym własność kościelna i potem, w 1997 r. – własność gmin żydowskich…

…Nadzieją dla środowisk poszkodowanych nacjonalizacją były rządy PiSu. Środowiska te wyrażały wielką radość po wyborczych zwycięstwach Kaczyńskich. Nareszcie! Teraz tylko jeszcze reprywatyzacja i Polska popłynie, będzie znowu Polską! Takie były powszechne nastroje. Z czasem jednak okazało się, że PiS do reprywatyzacji miał stosunek mętny i niejasny, a po uważniejszym sprawdzeniu – w istocie niechętny. Sam Jarosław Kaczyński wypowiadał się PRZECIWKO zwrotowi Polakom zagrabionej własności. Ze względu na nacisk społeczny /ogromne poparcie przez nasze środowisko Kaczyńskich w wyborach/, PiS na siłę rozpoczął niemrawe procedowanie nad SLDowskim projektem reprywatyzacyjnym – zwrotu 15% wartości mienia, BEZ PRAWA ZWROTU MAJĄTKU W NATURZE /a więc z szansą szczucia na dawnych właścicieli, że obciążają budżet państwa i ograbiają egoistycznie podatników/. Iście szatański projekt!

Spójrzmy na to matematycznie, bo matematyka nie kłamie. Jeżeli bolszewia zabrała 100% majątku, a komuniści i za nimi PiS chcieli oddać 15% /naturalnie ze wspólnej kasy!/, to proste działanie: 100% – 15% = 85% oznacza, że PiS również występował w roli bolszewii, że był nią w 85% i na dodatek chciał ponownie rąbnąć wspólną kasę Polaków na 15% wartości zwracanego mienia… 

… reprywatyzacja jest – poza dochowaniem elementarnej sprawiedliwości i poza zadośćuczynieniem za wyrządzone krzywdy i nieprawości – rzeczywistą dekomunizacją na polu gospodarczym. I to nawet w znaczeniu symbolicznym, gdyż najsmaczniejsze kąski z zagrabionego majątku przejęli komuniści i ich ZSLowscy komiltoni.

Poza własnością miejską /kamienice, domy, parcele/ i kościelną, w swej zasadniczej masie reprywatyzacja dotyczy środowisk przemysłowych /w niewielkiej części/, środowisk ziemiańskich /ziemianie domagają się zwrotu w naturze zaledwie 5% gruntów rolnych w kraju, co stanowi zaledwie 20% areału gospodarstw popegeerowskich/, rolników i drobnego przemysłu wiejskiego, rolno – spożywczego.

Szacuje się, że rodzin ziemiańskich , zainteresowanych reprywatyzacją jest około 14 tysięcy /szacunki nawet od 9 tysięcy/, a rodzin chłopskich od 340 tysięcy do 400 tysięcy. Przyjmując tradycyjną liczebność, zwłaszcza rodzin chłopskich, daje to szacunkową liczbę ok. 3 milionów osób, oczekujących na zwrot własności. A są to środowiska tradycyjnie prawicowe, związane z Kościołem, przenoszące przez pokolenia polskie tradycje społeczne, polityczne, gospodarcze i kulturalne.

Zanim opiszę sytuację ziemian, która jest mi najbardziej znana, chcę podkreślić że bardzo tragiczne w skutkach było „rozkułaczanie” rolników, czyli grabież większych i sensowniej prowadzonych gospodarstw chłopskich i ziemi drobnej szlachty zagrodowej, która od warstwy chłopskiej różniła się tylko pieczołowicie przechowywanym rodowym klejnotem. Dla chłopów i „szaraczków” zabór ziemi i domów był niewyobrażalną tragedią – bez wykształcenia i środków materialnych pauperyzowali się i ginęli w wielkich miastach. Niczego bowiem, poza uprawą ziemi, nie potrafili…(KOSSOBOR – Dlaczego w Polsce nie ma reprywatyzacji? UKRYTA PRAWDA. Część I)

podobne: „Najpierw państwo” czyli… gdy monopol na przemoc nie służy sprawiedliwości i własności. Ekonomia grzechu przeciw wolności „elit” naiwnych i mściwych (I)  oraz: Czerwonym szatanom bez żadnej klasy o polskiej prywatnej własności i ziemi czyli… jak Karp międzynarodowym rynkiem zbożowym zatrząsł, oraz wspomnienia księdza Blizińskiego i to: POPIS w natarciu! czyli…”Krynica mądrości” Tusk i „karny podatek” Kaczyński a także: Papierowe rozliczanie komuny jako ekwiwalent sprawiedliwości czyli… zamiast osądzenia zbrodni prawo do rabunku UBeków na podreperowanie ZUSu

„…Przeglądając z konieczności archiwalia, natknęłam się na teczkę z korespondencją znakomitego rolnika, właściciela sporego kawałka ziemi na Pomorzu, z Juliuszem Poniatowskim. Poniatowski był ministrem Rolnictwa i Reformy Rolnej. Tak się to ministerstwo nazywało. Był tym ministrem wielokrotnie, poczynając od Tymczasowego Rządu Republiki Polskiej w Lublinie Ignacego Daszyńskiego, w listopadzie 1918 roku. Rząd ten miał ubiec Radę Regencyjną. Jednym z postulatów tego rządu, szokująco lewicowego, była likwidacja wielkiej i średniej własności ziemskiej. W sumie Poniatowski był ministrem rolnictwa wielokrotnie, w różnych rządach, a w przerwach działał w oświacie. Wincenty Witos usunął go ze stanowiska, nie zgadzając się z Poniatowskim w kwestiach rolnych. Witos był chłopem, podkreślmy to.

Sprawa o której piszę rozgrywała się w końcówce lat trzydziestych ubiegłego wieku. Przedmiotem owej korespondencji była rozpaczliwa obrona wysokorolnego, hodowlanego i nasiennego /doskonałe odmiany ziemniaków – sadzeniaków/, zmechanizowanego gospodarstwa przed parcelacją. Maszyny, jak lokomobila i pługi parowe obsługiwały dodatkowo przyległe gospodarstwa chłopskie. Ilość koni hodowanych dla Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu, ilość merynosów na wełnę zakontraktowaną na mundury wojskowe, ilość ziemniaków dla pracującej w majątku gorzelni – a dodatkowo jeszcze kontraktowanych u sąsiadujących rolników, mających tym samym stały i pewny zbyt na swoje plony – wszystko to od dziesiątków lat było rozplanowane na taki właśnie, spory areał gruntów uprawnych. Dodajmy jeszcze, że ziemia w tym majątku była jedynie IV kategorii i osiągane plony były zasługą wiedzy rolniczej /był po rolnictwie w Berlinie i praktykach w majątkach ziemiańskich/ i talentu gospodarskiego właściciela. Parcelacja oznaczała ruinę całego zamysłu. Ruinę gospodarki, po prostu.

Nie miało to jednak najmniejszego znaczenia dla ministra Poniatowskiego.

…jak wiemy, realizacja Manifestu Lipcowego, czyli totalny rabunek i tym samym anihilacja „warstw posiadających” – była priorytetem. Wraz z KBW przyjechał tzw. „historyk sztuki”, o wybitnie lewantyńskich rysach, naturalnie, i pokazując palcem rzeczy w domu – kazał je wynosić do samochodów. Ale najważniejszą kwestią było natychmiastwe wywłaszczenie z ziemi. Właścicielowi nie wolno było nawet pojawiać się w powiecie, w którym leżał jego majątek. Wejście do swojego lasu – a taki, nasadzony, był w majątku, zresztą pod stałą kontrolą państwa! – mogło spowodować ZASTRZELENIE na miejscu byłego już właściciela.

Zarówno Poniatowski, jak i komuniści używali pojęcia „obszarnicy”. Owszem, wówczas Poniatowski, należący do skrajnie lewicowego skrzydła piłsudczyków, był na emigracji. Ale w koncu wrócił i jak na wysokiego funkcjonariusza II RP i sanacji – nie spotkały go żadne represje i doskonale w PRL funkcjonował. I to jest ZDUMIEWAJĄCA informacja…

PS. Za miarę „celowości” parcelacj tegoż majątku przez Poniatowskiego niech posłuży to: po wojnie tylko małe skrawki ziemi „wzięli” /musieli zapłacić państwu/ okoliczni chłopi. W majątku utworzono PGR, całkowicie deficytowy przez cały okres PRLu. W drugiej połowie lat 80tych nastał kolejny dyrektor i wówczas skomasował te rozparcelowane kawałeczki – rolnicy chętnie ich się pozbyli.” (KOSSOBOR – 13.10.2012)

„…Grabski z Daszyńskim uważali za pełnoprawnych obywateli nowej Polski tych jedynie, którzy mogli stać się klientami nowej klasy urzędniczej, bez względu na narodowość, wyznanie i zasługi. W czasie kiedy odbierano herby i parcelowano majątki pod osadnictwo wojskowe nie zapewniając osadnikom nic prócz nędznego kredytu, Maria Rodziewiczówa z własnych, wyszarpywanych ziemi ciężką pracą pieniędzy budowała świetlice wiejskie, odbudowywała żydowski heder i pomagała prawosławnym chłopom. Ci sami chłopi spluwali potem za nią, kiedy odwróciła się plecami, bo była wszak dziedziczką i panią. Tak samo zachowywali się polscy urzędnicy, którym zdawało się, że polityka i historia stanęły w miejscu i teraz będzie już sprawiedliwie i pięknie, jeśli tylko uda się im rozprawić z tymi anachronicznymi i niedzisiejszymi ziemianami. Przez połowę życia II Rzeczpospolitej państwo zajmowało się systematycznym ograbianiem swoich najwierniejszych i najlepszych obywateli, kokietując jednocześnie tych wszystkich, którzy z tego państwa czerpali niezasłużone zyski lub wręcz je zwalczali dążąc do oderwania kresów od Polski.

Maria Rodziewiczówna pisała o tym książki, pisała także książki o pracy i ziemi. Czyli dwóch najważniejszych dla niej sprawach. My jednak nie czytamy dziś jej książek, bo ktoś nam kiedyś powiedział, że są anachroniczne, napisane słabo i bez polotu. Tak jakby Żeromski – czołowy społecznik – w rzeczywistości oszust i hochsztapler literacki – pisał z polotem. Myślę, że komuna tak łatwo poradziła sobie z Polską i Polakami po II wojnie światowej, bo połowę roboty odwaliły za nią przedwojenne rządy, które zajmowały się wydawaniem setek kilogramów ustaw przez zamachem majowym. Ustaw wymierzonych w klasę posiadającą, która w każdym innym kraju i systemie byłaby chroniona i wspomagana…

…Rodziewiczówna budzi niechęć także z innego powodu. Ona uprawia jeden właściwie wielki temat – opowiada o relacjach człowieka z jego własnością. I to własnością nie byle jaką, własnością która została odziedziczona, która ma wszystkie atrybuty świętości i jest bardzo wymagająca. A co może obchodzić wymagająca własność jakąś gromadę gołodupców i złodziei? Nic proszę Państwa. Nic, zupełnie. Opowieści takie mogą jedynie przeszkadzać i mącić kładziony do głów obraz dziejów jako triumfującego postępu, który walczy z reakcją i wstecznictwem. Czyni to zaś za pomocą skrytobójców, o których się milczy i awangardowych artystów, o których mówi się bardzo wiele…” (coryllus – Czego nas uczy Maria Rodziewiczówna)

podobne: Jakub Wozinski: Jak Grabski zrujnował II RP oraz: W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców i to: Lewicowa wrażliwość czyli… Afera reprywatyzacyjna spuścizną układów w Magdalence i belką w oku PIS polecam również: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach

„…ziemiaństwo nie musiało zginąć z powodu swojej mniejszej lub większej atrakcyjności intelektualnej, ale dlatego, że tak postanowili towarzysze radzieccy, a milczącą zgodę na to wyrazili polscy socjaliści, którym zdawało się, że sami zbudują nową Polskę i jeszcze ją obronią. Ziemiaństwo – choć według pana nie było atrakcyjne intelektualnie – posiadało inne walory – miało ziemię i pieniądze. I tą ziemią i pieniędzmi towarzysze zbrodniarze i towarzysze fałszywi reformatorzy usiłowali ratować swoje nędzne plany oraz przeznaczone na ich realizację budżety. To wszystko. I nie było na całej planecie Ziemia nikogo, kto mógłby polskich ziemian uratować. W dodatku wpędzono ich w wielką i bardzo sprytną pułapkę – w odzyskiwanie niepodległości razem z łapczywymi socjalistami i całą resztą tej parlamentarnej swołoczy. Odzyskano niepodległość. Kosztem ziemian właśnie, kosztem ich krwi, majątku i poświęcenia. Po to tylko, by ją zmarnować idiotyczną polityką…” (coryllus – O rodzajach obłędu)

podobne: Magnetyzm socjalizmu od przedszkola do Opola czyli śladami hrabiego Ronikiera – towarzysza „Istotek” po „wesołym miasteczku” (Kaczmarskiego) oraz: Sławomir Suchodolski o etatyzmie i socjalizmie w gospodarce II RP. Echa „socjalizmu z ludzką twarzą” w Polsce PISu. i to: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości”

„…Jak wiadomo, przedwojenna sanacja dążyła do rozciągnięcia kontroli ze strony „państwa”, czyli ze strony państwowej biurokracji, nad wszystkimi segmentami życia nie tylko gospodarczego, czy politycznego, ale w ogóle – życia publicznego. (…) Ukoronowaniem tych wszystkich zabiegów był art. 4 konstytucji z 1935 roku, tak zwanej „kwietniowej”, który w ustępie 1 stwierdzał, że w ramach Państwa i w oparciu o nie kształtuje się życie społeczeństwa”. >W ramach „Państwa” – to znaczy, że życie społeczne zostaje ujęte w „ramy” wyznaczone przez „państwo”, czyli – urzędników, którzy też stanowią dla niego „oparcie”, to znaczy – określają również treść tego „życia”. W skutkach jest to bardzo podobne do formuły Mussoliniego: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Jest oczywiste, że przy takiej historycznej rekonstrukcji „państwa”, to znaczy – urzędników, będących wszak reprezentantami „państwa”, musi być coraz więcej. No i będzie, a jak będzie, to przecież żaden z nich nie będzie kąsał ręki, która daje mu chleb, dzięki czemu demokracja stanie się jeszcze bardziej przewidywalna...

…ludzie będą wspominali błogosławione czasy prezesa Kaczyńskiego, podobnie jak dzisiaj wspominają błogosławione czasy Edwarda Gierka, który za pożyczone pieniądze też stworzył iluzję dobrobytu na kilka lat…

…w dniach ostatnich rząd za 100 mln złotych odkupił Stocznię Szczecińską – w charakterze nabywcy podstawiając fundusz inwestycyjny „Mars”, będący częścią Polskiej Grupy Zbrojeniowej, skupiającej ponad 60 spółek, przeważnie państwowych. Przy tej okazji pan minister Kowalczyk, przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów ujawnił, że celem rządu jest „odejście od prywatyzacji, aby budować majątek narodowy”. I słusznie, bo na takim „majątku narodowym”, to niejeden się pożywi, a melasy nigdy nie zabraknie, niczym we flaszce-niedopitce, bo nawet jakby zabrakło, to przecież zawsze można zasilić się z zasobów obywateli, który w dodatku będą myśleli, że to wszystko dla ich dobra. Pan minister Kowalczyk odgraża się, że „do marca” wypracowany zostanie „nowy model zarządzania” tymi spółkami, a na początek ma być powołana Rada Spółek, znaczy się – taki ogólnopolski gospodarczy Sowiet. Słowem – zgodnie z koncepcją spiralnego rozwoju procesu dziejowego wkraczamy w etap renacjonalizacji gospodarki, czyli budowania socjalizmu. Wprawdzie z sowietami – ale bez złego Putina – czyli dążymy do socjalizmu własną, polską drogą, jak to w słynnej „Rozmowie w kartoflarni” deklarował ukraińskiemu poecie Tarasowi towarzysz Wiesław: „Do socjalizmu mam polską drogę i naśladować was wprost nie mogę (…) nie chcę budować w stepie baraków, będę więzienia wznosił z pustaków!”…(Stanisław Michalkiewicz – Rozwijamy się spiralnie)

podobne: Polska Grupa Zbrojeniowa ma zgodę UOKiK na przejęcie 8 spółek sektora obronnego. Przed szczytem NATO. oraz: Ponad 226 mld zł zysku spółek PGZ, modernizacja armii szansą na eksport. Speckomisja bada nieprawidłowości przy przetargach. i to: Modernizacja polskiej armii. Zakup pocisków JASSM (Eksperci podzieleni), PGZ będzie budować polską(?) wersję tarczy (anty)rakietowej „Narew”. Za tydzień umowa na dywizjon rakietowy dla marynarzy. a także: Forsal: 10 najgorszych polskich inwestycji ostatnich 10 lat i jeszcze: Stanisław Michalkiewicz: Pogrobowcy Hilarego Minca czyli… Wilczek kontra „prawdziwa prawica”

Gavin Reece

…przejdźmy więc z marszu do wspomnianych więzień z pustaków, czyli programu socjalnego zwanego szumnie „mieszkanieplus”, który ma zrekompensować Polakom zatrzymaną przez obecną władzę reprywatyzację, tj. zwrot zagrabionego przez komunistów mienia… (Odys)

„…Pod pretekstem wsparcia polskich rodzin w kraju o niżu demograficznym, rysuje się utopijną wizję dobrobytu mieszkaniowego i łatwego dostępu do mieszkań socjalnych dla każdego. Gdy jednak zanalizujemy twarde czynniki i sprowadzimy wszystko do liczb, a następnie do arkusza kalkulacyjnego – sprawy zaczynają wyglądać zupełnie inaczej…

…powołana zostanie Krajowa Rada Mieszkaniowa. Rząd tym razem rezygnuje ze swojego słowa-klucza „narodowa”, aby ta nowa instytucja nie kojarzyła się nadto z „Państwową Radą Mieszkaniową” od czego już o krok od skojarzeń z PRL (…)  Podstawowym zadaniem nowego organu ma być ocena rocznej informacji o stanie realizacji działań w ramach programu, jak również przedstawianie analiz i opinii związanych z polityką mieszkaniową państwa. Innymi słowy będzie do zapewne grupa prominentnych działaczy partii lub jej sponsorów, którzy przepychać będą do rządu nowe projektu ustaw dotyczących rynku budownictwa bocznymi drzwiami…

…Jeszcze straszniej wygląda sprawa finansowania całego przedsięwzięcia, bo to jest klucz do całej zagadki. Rząd zakłada bowiem, że działania programu finansowane będą ze środków pozyskiwanych przez Narodowy Fundusz Mieszkaniowy (kolejny „państwowy”…). W źródłach finansowania wpisane są takie elementy jak pieniądze budżetowe (skąd? podwyższenie podatków?), Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (jak? podatki?), oraz uwaga : ZE ŚRODKÓW PRYWATNYCH. Ten ostatni element oznacza przede wszystkim utworzenie nowej linii produktów w kasach oszczędnościowych pod kątem wieloletniego wpłacania pod pretekstem rozmytej wizji otrzymania mieszkania w przyszłości…

…Celem programu jest zwiększenie dostępu do mieszkań dla osób o dochodach zbyt niskich, aby mogły one pozwolić sobie na wynajęcie lub nabycie mieszkania po cenach komercyjnych. Po co zatem ludzie mają bogacić się, rozwijać swój portfel dochodów, skoro osoba nieudolna, wykluczona społecznie (cokolwiek to znaczy) – otrzyma mieszkanie od państwa? Przynajmniej taki miraż tworzy przed obywatelami nowa władza.

Gdy rząd zabiera się za takie projekty jak „zwiększenie podaży mieszkań”, „obniżenie kosztów budowy”, „poprawa jakości mieszkań”, „zachęcanie do systematycznego oszczędzania na mieszkanie” – to jesteśmy już tylko jeden krok przed ZAGŁADĄ. Bezpośrednia ingerencja w wolny rynek, nadmierne opodatkowanie celem zaspokojenia roszczeń socjalnych , uprzywilejowanie grup społecznych lub biznesowych – to są metody komunistyczne, które kończą się zagładą finansów państwa, a w konsekwencji przewrotem państwowym lub wojną, nie zawsze domową…

…Kolejnym ważnym elementem programu jest Narodowy Operator Mieszkaniowy. Tak, to nie żart ! Naprawdę tak nazwano kolejny powołany organ, którego zadaniem ma być wsparcie budownictwa poprzez fundusze inwestycyjne udzielające dofinansowania inwestycji mieszkaniowych gminom. Perełką jest tutaj możliwość wsparcia budownictwa społecznych mieszkań czynszowych (co?!) budowanych przez spółdzielnie mieszkaniowe, oraz również uwaga : towarzystwa budownictwa społecznego (!!!). Innymi słowy kasa będzie szerokim strumieniem płynąć do kas oszczędnościowych i różnych powołanych spółek-córek w postaci towarzystw, fundacji, stowarzyszeń i podobnych.

Po prostu partia w każdym regionie będzie budować swoje struktury w oparciu o kontrolę rynku ziemi i mieszkań. Dokładnie podobny model stosowała PZPR budując swoje lokalne struktury władzy na styku developerki i finansów. Wybory samorządowe za pasem.

Idąc dalej – dowiadujemy się, że spółki gminne oraz spółdzielnie mieszkaniowe i towarzystwa budownictwa społecznego (czytaj: partia), będą mogły ubiegać się o preferencyjne kredyty w Banku Gospodarstwa Krajowego, z dopłatą budżetową, na budowę społecznych mieszkań czynszowych lub spółdzielczych lokatorskich. Zgodnie z zasadą : finansujemy wiernych, windykujemy niewiernych.

Powoli dobiegamy do końca, czyli wisienki na torcie. Punktem kulminacyjnym programu jest Indywidualne Konto Mieszkaniowe (IKM). Jest to powrót znanego z PRL rozwiązania z książeczkami mieszkaniowymi, na które niektórzy wpłacali całe swoje życie – a mieszkania nie doczekali (…) Indywidualne Konto Mieszkaniowe to przede wszystkim konto w lokalnych kasach oszczędnościowych. Nie każdy bank na tych samych zasadach będzie miał możliwość prowadzenia takiego rachunku, natomiast zaprzyjaźnione kasy oszczędnościowe będą miały warunki uprzywilejowane. I to jest gwóźdź całego programu…” (Jarosław Narymunt Rożyński – Skok na kasę : Mieszkanie Plus)

podobne: Tomasz Cukiernik: Książeczki mieszkaniowe czyli Amber Gold z PRL oraz: cynik9: „Rodzina na swoim” czyli…”Mieszkania dla tych co jeszcze zostali” na koszt tych co jeszcze pracują i to: „New Deal” po polsku czyli „jednolity podatek” dla przedsiębiorców. „Dobra zmiana” czy wielki kryzys? Nie – dla socjalizmu z ludzką twarzą a także: PIS lepszy od POprzedników… w zadłużaniu Polaków. O jakim „zwrocie z inwestycji” mówią piewcy programu „500+”? Niesprawiedliwość redystrybucji i społeczna funkcja własności prywatnej.

„Po nocnej ustawie o ziemi, to już w zasadzie oświadczenie o wyższości państwa nad własnością mnie nie dziwi. Ta doktryna będzie obowiązywała dopóki ostatni uczestnik jumy gospodarki polskiej lat 90-tych „z ramienia szlachetnej opozycji” nie spocznie w cichej mogile a nad nim wielkie białoczerwone wieńce i wielkie medale „za zasługi”. Spełnia się testament towarzysza Grudnia, co to wynalazł „sposób na opozycję”: dać im etaty, biurka, gabinety, sekretarki i samochody służbowe i będzie święty spokój. I rzeczywiście. Chłopaki ze WSI przeżuwają wraz z dziatwą spokojnie to, co zajumali w 1944 i w 1989 a tutejsze patrioci pilnują, żeby tylko emigranci z 1982 r. nie wrócili z Australii, USA i RPA z kapitałem i paroma pytaniami:))) Teraz rządzą absolwenci europeistyki a ze starszych – historycy i filozofowie marsksizmu-leninizmu a inżynierów, techników i generalnie roboli nikt o nic nie pyta i nie zamierza pytać. Nawet nie wiedzą, jakie pytania mieliby zadać.
Stan świadomości własności jest w służbach urzędniczych taki, że panie urzędniczki „dorabiają” na sprzedaży dzieci odebranych biednym rodzinom – za granicę lub „kuleżance w dobre ręce, bo się buduje”. I tylko wisi omerta nad historią „przemian gospodarczych lat 90-tych” i będzie wisiała, aż pochowają ze wszystkimi honorami ostatniego „patriotę”, co „negocjował” wydanie z 5% wartości branży w obce ręce a potem tylko odwracał głowę , kiedy buldożery rozwalały fabrykę do fundamentów. A dziatwa już siedzi na kolejnych etatach , specjalnie dla niej stworzonych. Polska to bogaty kraj, tylko Polaczki wredne i nie chcą się dzielić własnością. Najwyższy poziom własności w nieruchomościach w Europie i jak tu deweloper ma zarobić. Przynajmniej z ziemią zrobiło się porządek:))) Stalin by lepszej ustawy nie wymyślił.
A „państwo” jest tak „silne”, że aby bronić się przed oskarżeniami o „polskie obozy śmierci” to musi prywatny Obywatel i Więzień skarżyć z prywatnego powództwa niemiecką stację telewizyjną, bo „państwo nie czuje się na siłach”. A potem jacyś entuzjaści wynajmują samochód i jeżdżą jak cyganie z banerem po Europie. Bo państwo nadal nie potrafi nawet bronić własnego dobrego imienia. Pan minister kultury uśmiecha się bezradnie kiedy w państwowym teatrze obrażane są uczucia katolików i wystawiane bluźnierstwa a etatowy profesor dowodzi „prowadzenia polityki niewolnictwa” „przez polskich panów”.
Pan Bóg ma wielkie poczucie humoru i pokazuje teoretykom wyższości państwa nad własnością, dokąd dotarła „praktyka” . Socjaliści potrzebują „mieć lud, żeby nim zarządzać”. Bo „lud sam nie umie”. Zwłaszcza tutejszy” (pink panther 5 lutego 2017)

podobne: Samorządowe „inwestycje” to wzrost zadłużenia i podwyżki opłat. Rentowność długu i rosnąca obsługa kosztów. Państwo broni się przed zwrotem zagrabionego mienia i zmianami w ordynacji podatkowej, obniżka podatków nie tak szybko (fiskus łupi rodzinę). Innowacje obce sektorowi MSP. „Polska Miedź” rabowana podatkiem od wydobycia. i to: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność.

„…Wielka polityka bowiem polega na konstruowaniu pułapek na wielkie grupy ludzi, na przykład na całe narody. Jedną z metod jest odcinanie narodu od źródeł żywności, czyli niszczenie lokalnego rolnictwa, poprzez kretyńskie reformy mające poprawić życie biedoty. Ja się nie będę teraz rozpisywał nad konsekwencjami reformy rolnej pozostanę przy określeniu jej istotnej funkcji. Państwo nie funkcjonuje ponieważ prowadzi rozdawnictwo dla jednych kosztem drugich, ale dlatego, że ma doktrynę. Oszukani socjaliści z międzywojennej Polski nie mieli o tym wszystkim pojęcia i od razu jak tylko wzięli władzę zabrali się za ulepszanie świata po swojemu, w myśl wskazówek nie lokalnych elit bynajmniej, ponieważ te na samym początku zdegradowali i unieważnili, ale w myśl wskazówek podsuwanych im przez doradców z tak zwanych krajów rozwiniętych i gospodarczo okrzepłych, czyli przez agenturę po prostu…

Właściwa diagnoza dotycząca polskich elit powinna rozpocząć się od zmierzenia stopnia nasycenia tych elit przez obcą agenturę, która z własnej woli lub uwiedziona idiotycznymi projekcjami zdecydowała się na dokonanie zbrodni na własnym narodzie. Pisząc elity mam na myśli elity urzędnicze i polityczne, a także wojskowe mające wpływ realny na bieg wypadków

przyczyną klęsk naszych nie jest idealizm i chęć noszenia nieskazitelnie białego płaszcza, jak nam próbuje wmówić Vermeer, ale powiązanie idei niepodległości i całkowicie oszukaną ideą socjalizmu. Czyli wmawianie ludziom, że gangi idące na włam to wybawiciele ludzkości

…Naszą przygodę z Polską powinniśmy zacząć od początku, czyli od określenia miejsca, w którym się znajdujemy i celu, do którego zmierzamy. Musimy także zrozumieć, że nikt nie chce dla nas dobrze, a wszystkie rady nam podsuwane są oszustwem.
Ja tu już pisałem o organizacjach, które są podstawą wszystkiego i o doktrynie też pisałem. No więc z doktryny i organizacji należy wypreparować znak i charyzmaty, bez tego nigdzie nie pojedziemy. Doktryna musi być powiązana z Kościołem i Panem Bogiem. Nie z socjalizmem, nie z uszczęśliwianiem dużych grup ludzi okradanych następnie za pomocą podatków, które gwarantują byt mafiom urzędniczym i wojskowym. Charyzmaty zaś wypływają wprost z tego czym zajmować się będą czynne w Polsce organizacje, a winny się one zajmować pomnażaniem budżetów. Ściąganiem pieniędzy zza granicy i przeciwstawianiem się w sposób czynny, ale zgodny z prawem mafiom działającym w strukturach państwa, bo one wykonują złą robotę. Są na usługach obcych, którzy nie mają dobrego planu dla nas, a przeciwnie mają plan upiorny. (…) Nie może mieć dobrego planu ktoś kto myśli tylko o tym jak się podpiąć do jakiegoś fikcyjnego budżetu, wyciągniętego nie wiadomo skąd, który ze swojej istoty jest pułapką. Dobry plan może mieć jedynie ktoś kto ma jakieś prawdziwe aktywa i chce za ich pomocą zwiększyć zakres swojej realnej władzy. Realnej, czyli takiej, kiedy to on sam decyduje i kiedy z jego decyzji korzyści płyną wyłącznie dla niego. W szczęściu wszystkiego są wszystkich cele to hasło dla idiotów i oszustów. A także dla urzędników niższego szczebla, ci z wyższego bowiem myślą, że realizują plan, który ja tutaj zakreśliłem, ale to nie jest prawda, oni uczestniczą w planie globalnym i żadne nawet najbardziej realistyczne złodziejstwo, które uprawiają ich z tej pułapki nie uwolni.
Wielka polityka bowiem jest zawsze polityką globalną, język zaś którym się posługuje jest językiem czarowników i smoków, a nie intelektualistów z uniwersytetów. Ci bowiem powołani zostali do tego jedynie by ukrywać prawdę i oszukiwać dzieci. Musimy o tym zawsze pamiętać.” (coryllus – O elitach naiwnych i mściwych)

podobne: Informacja jako broń i cel ataku oraz krótki kurs czerwonej konspiracji czyli… postsowiecka spuścizna i skażenie Dzierżyńskim w polskich służbach. Kilka słów prawdy o IPN czyli „o największych tajemnicach ludzkości”  oraz: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? i to: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos

„…Wielki posiadacz, ziemianin i pan pełną gębą, Edward Woyniłłowicz, dożywał swoich dni w Bydgoszczy, w małym mieszkanku, do którego musiał nosić po schodach węgiel. Nie skarżył się, ale też nie uważał za stosowne, by swoją sytuację maskować w jakikolwiek sposób. Nie wyciągał ręki po zasiłki i nie prosił nikogo o wsparcie. Jego myśl polityczna i gospodarcza roztrzaskała się o socjalistyczne i fiskalne rafy, a urząd podatkowy niepodległej Polski wysyłał do niego monity dotyczące zapłaty podatku od rzekomego wzbogacenia.

Pycha socjalistów pozostawała nienaruszona przez całe dwadzieścia lat. Przez całe dwadzieścia lat łudzono się, że okradanie właścicieli i rozdawanie ziemi tym, którzy ani chcą, ani mogą ją uprawiać, zapewni państwu lojalność poddanych fiskusa zwanych obywatelami dla niepoznaki jedynie. Łudzono się, że wolna Polska samym tylko swym istnieniem wyleczy wiejskie dzieci z jaglicy, zatrzyma emigrację zarobkową i da każdemu, nawet najbiedniejszemu szansę na sukces. Budowano jakiś wice-komunizm, licząc na to, że komuniści prawdziwi, gangsterzy spod znaku czerwonej gwiazdy zbledną na jego widok i sami zaczną się cywilizować. Nic takiego nie nastąpiło, a historia pokazała – nie pierwszy raz zresztą – że największym wrogiem socjalisty jest inny socjalista. Taki, który jeszcze mocniej oszukuje swój naród w imię nierozpoznanych interesów, taki, który jeszcze więcej grabi, jeszcze więcej kłamie, a kiedy przychodzi do zabijania, zabiera się za tę robotę z chęcią i satysfakcją…” (tu: Księgarnia Coryllusa – Edward Woyniłłowicz. Wspomnienia. Część II)

PS…

„…Gdy zaś pragnie się utrzymać między ludźmi opinię [rządu] hojnego, niepodobna obejść się bez pewnego rodzaju wystawności, tak że zawsze taki [rząd] wyczerpie podobnym postępowaniem wszystkie swe zasoby i będzie w końcu zmuszony, jeżeli zechce utrzymać opinię hojnego, obciążyć nadzwyczajnie swe ludy, uciekać się do konfiskat i do innych środków, jakie się tylko nadarzą, byle uzyskać pieniądze; wobec tego zacznie budzić nienawiść wśród [obywateli], a u wszystkich tracić poważanie, gdyż zubożeje; skrzywdziwszy więc przez taką swoją hojność wielu ludzi, a dogodziwszy niewielu, poczuje każdą, choćby najdrobniejszą przeciwność i padnie przy pierwszym lepszym niebezpieczeństwie; gdy zaś, widząc niebezpieczeństwo, zechce wydobyć się z niego, narazi się natychmiast na niesławę skąpstwa.

Otóż [rząd], nie mogąc bez swej szkody posługiwać się tą cnotą hojności w taki sposób, by znalazła ona uznanie, powinien, jeżeli jest rozumny, nie dbać o opinię skąpca, zawsze bowiem z czasem zacznie się uważać go za bardziej hojnego, gdy się spostrzeże, że dzięki jego oszczędności wystarczają mu jego dochody, że potrafi bronić się przeciw każdemu, który wypowiada mu wojnę, i że może podejmować wyprawy bez obciążania ludności; w ten sposób okaże się hojny względem tych wszystkich, którym nic nie zabrał, a takich jest mnóstwo, skąpym zaś względem tych, którym nic nie daje, a tacy są nieliczni. Widzieliśmy, że za naszych czasów ci tylko ludzie dokonywali wielkich rzeczy, których uważano za skąpych, przegrywali zaś wszyscy inni.” (Niccolo Machiavelli, „Książę”, Rozdział XVI – O hojności i skąpstwie)

podobne: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? oraz: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą  a także: Kultury dobre i złe, oraz reglamentacje, prowokacje i profanacje czyli… materialna i niematerialna sztuka rewolucji. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu

Sergei Ivanovich Lukin – It Has Come to Pass. Inevitable. Bolshevik Stands Guard Inside the Winter Palace (Czerwony Gwardzista w sali tronowej Pałacu Zimowego. Koniec epoki kapitalizmu)

 

Reklamy

„Najpierw państwo” czyli… gdy monopol na przemoc nie służy sprawiedliwości i własności. Ekonomia grzechu przeciw wolności „elit” naiwnych i mściwych (I)


Zaczyna się niewinnie… Od wyszydzenia i odrzucenia „starego porządku” przez niedojrzałe intelektualnie ale „ambitne” siły postępu. Błędy przeszłości wynikające z niedostosowania się do nowoczesności – taka jest oficjalna wersja „potrzeby zmian”. Romantyczna walka „młodych gniewnych” ze skostniałym ciemnogrodem jest tym co tłumaczy każde „nowoczesne” łajdactwo… No ale nie byłoby tego wszystkiego gdyby nie naiwna wiara w dobre chęci rewolucjonistów, kult młodości jako samoistnej wartości, i w przekonanie że „każdemu się należy” (z cudzego)… (Odys)

„Wreszcie dowiedzieliśmy się, na czyich ideach opiera swoje pomysły wicepremier, minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki. Na Kongresie Innowatorów Europy Środkowo-Wschodniej „Central Eastern Europe Innovators Summit” Morawiecki spotkał się z prof. Marianą Mazzucato, która jest autorką książki „Przedsiębiorcze państwo”, w której stara się udowodnić, że wszelkie wynalazki i innowacje technologiczne nie wynikają z istnienia wolnego rynku, ale z działalności państwa i jego urzędników.

Podczas dyskusji panelowej o gospodarce, będącej częścią Kongresu Innowatorów Europy Środkowo-Wschodniej „Central Eastern Europe Innovators Summit” wraz z profesor Marianą Mazzucato z University College w Londynie wicepremier przekonywał, że dla innowacji państwo jest niezwykle ważne.

 Zobacz także: 88 procent przedsiębiorców pesymistycznie patrzy na Polską gospodarkę. Zobacz, dlaczego biznesmeni nie uwierzyli w slajdy Morawieckiego [KOMENTARZ]

Morawiecki chce innowacyjności, dzięki urzędnikom

Morawiecki podkreślił, że państwo z jednej strony chce wspierać innowacyjność, ale drugiej należy myśleć o różnych systemach opodatkowania tych wynalazków.

No bo jeśli myślimy, że te wynalazki, które widzimy dzisiaj (…), są wynalazkami jednej osoby czy też zespołu, to nie jest prawda…” (Radek Piwowarczykwolnosc24.pl)

podobne: Polska gospodarka: innowacyjność z importu, wysokie bezrobocie, chiński biznes zainteresowany polską żywnością. oraz: Lubowski: musimy się nauczyć zarabiać na wynalazkach. Cezary Kaźmierczak: Szwindel „Innowacyjność” i to: Samorządowe „inwestycje” to wzrost zadłużenia i podwyżki opłat. Rentowność długu i rosnąca obsługa kosztów. Państwo broni się przed zwrotem zagrabionego mienia i zmianami w ordynacji podatkowej, obniżka podatków nie tak szybko (fiskus łupi rodzinę). Innowacje obce sektorowi MSP. „Polska Miedź” rabowana podatkiem od wydobycia.

Ivan Vladimirov – Развлечения подростков в императорском саду Петрограда (samowola podrostków w parku)

„…Do poznawania rzeczywistości, o czym mimo licznych w kraju uniwersytetów nie każdy wie, potrzebne są narzędzia. Nie chodzi mi oczywiście o takie narzędzia jak piła motorowa czy kielnia. Chodzi mi o metodę. Narzędzia bywają dobre i złe. Można je wykorzystywać właściwie lub na opak, można nawet – chcąc wprowadzić ludzi w błąd – sprzedawać im narzędzia, które do niczego się nie nadają, ale wyglądają bardzo dobrze i ludzie wierzyć będą, że one posłużą im właściwie.

Jeśli na przykład chcemy dowiedzieć się czegoś o socjalizmie i komunizmie, jego celach i metodach poszukujemy pism socjalistów i komunistów, czytamy je i zdobywamy potrzebną wiedzę. Dowiadujemy się z tych pism, że socjaliści chcieli dobrze, a komuniści jeszcze lepiej albowiem bolał ich niesprawiedliwy podział dóbr i chcieli je podzielić od nowa. Tak to z grubsza wyglądało. Jest to oczywiście kłamstwo, które zostało wielokrotnie skompromitowane, ale wraca ponieważ od ostatniej kompromitacji minęło dużo czasu i ludzie wszystko zapomnieli, a do tego dorosły nowe roczniki, którym można sprzedawać dawne komunistyczne utopie w nowym europejskim opakowaniu i oni to kupiąSą młodzi, ideowo lub konsumpcyjnie nastawieni do życia i leniwi jak jasna cholera, a podprogowy przekaz komunistów – być może ich najważniejszy przekaz – jest taki: nie będziesz się musiał chłopie narobić, a wszystko ci samo łatwo przyjdzie. O trudzie i walce komuniści mówią tylko na początku, potem jest już tylko konsumpcja owoców zwycięstwa, czyli vodka and ogórcy…” (coryllusVodka and ogórcy albo czytajcie literaturę postępową!)

a oto wielokrotnie już przez socjalistów i komunistów odgrzewana oferta (nie do odrzucenia) dla obywateli/niewolników. Tym razem udrapowana w „narodowe” barwy, więc pozytywny do niej stosunek jest jednocześnie deklaracją patriotyzmu… a kto nie z nami ten wiadomo… albo zdrajca, albo jeszcze gorzej bo „ruski agent”… (Odys)

4.02.2017, Toruń (PAP) – Najpierw państwo, później własność i rynek – mówił w sobotę w Toruniu prezes PiS Jarosław Kaczyński. Zaznaczył, że zadaniem rządu PiS jest stworzenie szerokiej sfery swobód. Według niego w Polsce problemem jest niska skłonność przedsiębiorców do inwestowania i innowacji.

Prezes PiS wziął udział w konferencji „Odpowiedzialność przedsiębiorców za Polskę” w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej. W konferencji uczestniczył też m.in. wicepremier, minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki i przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów minister Henryk Kowalczyk. Obecni byli też prezesi PKN Orlen – Wojciech Jasiński i PKO Banku Polskiego – Zbigniew Jagiełło oraz wiceprezesi BOŚ Banku – Anna Milewska i PZU – Andrzej Jaworski.

Jarosław Kaczyński mówił o wolności gospodarczej i czynnikach ją ograniczających. Odniósł się też do tematu głównego konferencji, czyli odpowiedzialności przedsiębiorców. Jak zaznaczył, ma ona dwa poziomy. „Po pierwsze to zdanie sobie sprawy z tego, że istnieje państwo, że istnieją inni, że to wszystko trzeba brać pod w uwagę. Jeżeli ktoś nie jest w stanie prowadzić działalności gospodarczej w takich warunkach, to znaczy, że się po prostu do tego nie nadaje” – powiedział.

Jak dodał, czasem podczas spotkań z przedsiębiorcami słyszał postulaty, które sprowadzały się do tego, by odrzucić te ograniczenia, w tym dotyczące relacji z pracownikami. „Jeżeli ktoś we współczesnej Europie, współczesnej Polsce nie jest w stanie działać efektywnie, jeżeli te ograniczenia nie będą odrzucone, to po prostu powinien zająć się czymś innym – mówił prezes PiS.

Po drugie, mówił Kaczyński, odpowiedzialność przedsiębiorców wiąże się też ze „zobowiązaniami wobec wspólnoty”. „Do państwa należy to, żeby ten rozwój był możliwie sprawiedliwy, by nie prowadził do zbyt wielkich różnic społecznych, by korzyści z niego odczuwały wszystkie większe grupy społeczne, wszyscy, którzy pracują. Natomiast do przedsiębiorców – i to jest ich ogromna odpowiedzialność – należy to wszystko, co jest potrzebne, by ten rozwój następował. A tu mamy dwa problemy” – powiedział Kaczyński.

Pierwszy z nich „to problem skłonności do inwestowania i związanego z tym ryzyka”. „To jest kwestia, która w Polsce stoi, bo skłonność do inwestowania jest niewielka” – powiedział. Druga kwestia to skłonność przedsiębiorców do wprowadzania innowacji, „z którą też jest w tej chwili nie najlepiej”.

Kaczyński powiedział, że po odejściu od systemu komunistycznego Polska „weszła w fazę wolności anarchicznej”, a potem przeszła do „fazy bardzo daleko idącego ograniczenia wolności”.

„Zadanie, które stoi dzisiaj przed nami, stoi także przed tym rządem, przed premierem, ministrem rozwoju Mateuszem Morawieckim, to jest doprowadzenie tego stanu do sytuacji, którą można by określić jako racjonalną. To znaczy mamy ideę szybkiego rozwoju, także ideę sprawiedliwości – tę ideę realizujemy – mamy pewien kontekst kulturowy w Polsce, mamy także kontekst zewnętrzny związany przede wszystkim z Unią Europejską i musimy w tym szukać możliwie szerokiej sfery swobód, wolności” – powiedział Kaczyński.

Według niego to jest szansa na powtórzenie „wielkiej aktywności założycielskiej trwającej od połowy lat 80-tych, a bardzo intensywnie od końca lat 80-tych i w pierwszych latach 90-tych” i na to, że „ten proces, który wtedy przyniósł Polsce około sześciu milionów miejsc pracy i przyniósł ruszenie z miejsca po latach spadków PKB, mógłby być powtórzony”.

„To jest szansa, przed którą stoimy nie mając jednocześnie złudzeń, że możemy w Polsce stworzyć system libertariański, że polskiej kulturze można narzucić taki zupełnie skrajny indywidualizm” – dodał prezes PiS.

Według prezesa PiS „jeśli spojrzeć na ostatnie 27 lat, to można powiedzieć, że najpierw mieliśmy do czynienia z taką swobodą, w wielkiej mierze anarchiczną”. „Taką, która po części była w ogóle nieregulowana i nieobjęta działalnością państwa. Znaczna część tej wybuchającej w końcu lat 80. i 90. działalności gospodarczej początkowo nie była objęta, albo w minimalnym stopniu objęta, ograniczeniami związanymi z podatkami” – powiedział Kaczyński.

Jego zdaniem ten stan „w niemałej mierze” trwa po dziś dzień. „W szczególności, jeśli chodzi o działalność podmiotów zagranicznych. Mamy tutaj do czynienia z takimi elementami kolonialnymi, jeżeli chodzi o nasz kraj. Mamy do czynienia z sytuacją, w której te przedsiębiorstwa nie przestrzegają pewnych reguł prawnych, ale także moralnych. Krótko mówiąc, funkcjonują w sposób, który w ich własnych krajach byłby absolutnie niemożliwy do przyjęcia” – podkreślił prezes PiS.

Kaczyński zaznaczył, że relacja między państwem, rynkiem i własnością definiuje wolność gospodarczą. Według niego „na pierwszym miejscu trzeba wymienić państwo, bo bez państwa nie mógłby istnieć rynek, ale przede wszystkim nie mogłaby istnieć własność”.

„Dam państwu bardzo prosty przykład i to – może zaskoczę – ze świata zwierząt. Nie tak dawno opisywano, były zdjęcia takiego wydarzenia. Otóż dwa wilki upolowały sarnę. Przybył niedźwiedź przepędził wilki, pożarł sarnę. Czyli prawo własności wobec tej sarny zostało siłą zakwestionowane. Załóżmy, że to jest Mandżuria, tam żyją takie wielkie tygrysy, mógłby przybyć tygrys i próbować zakwestionować prawo niedźwiedzia. Nie wiadomo, kto by wygrał, w każdym razie mógłby próbować. Takie relacje istniałyby wtedy, gdyby nie było państwa, gdyby państwo nie mogło gwarantować własności” – mówił prezes PiS.

„Najpierw państwo, później własność, bez której nie może być wolności jednostki, no i rynek. Czy rynek może istnieć bez państwa? Nie może istnieć bez państwa, państwo musi zagwarantować bezpieczeństwo ogólne, osobiste tych, którzy funkcjonują na rynku, bezpieczeństwo obrotu. Musi powołać także różnego rodzaju instytucje, które funkcjonują na rynku, w związku z rynkiem, no i przede wszystkim pieniądz” – mówił prezes PiS.

Kaczyński podkreślił, że musi też istnieć pewien poziom bezpieczeństwa socjalnego, który jest zapewniany przez państwo, a także pewien poziom bezpieczeństwa osobistego oraz zdolność do działań antykryzysowych ze względu na zmiany koniunktury.

„Państwo musi dysponować zasobami, czyli musi ściągać podatki, składki, daniny publiczne. Czyli wolność doznaje tutaj pewnego ograniczenia, bo część owoców działalności gospodarczej musi być przejęta przez państwo i to jest konieczność obiektywna, dyskutowalna tylko w tym zakresie, w jakim stawiamy pytanie o to, jak wielkie te podatki mają być i jaką metodą mają być ściągane” – mówił prezes PiS.

Kaczyński ocenił, że nie jest to jedyne ograniczenie wolności gospodarczej. „Takie ograniczenia muszą istnieć także ze względu na to wszystko, co można odnieść do innych jednostek (…) ich prawo do życia, prowadzenia działalności gospodarczej. Inni stanowią też pewne ograniczenia, które muszą znaleźć wyraz w przepisach prawa, muszą być egzekwowane przez państwo” – powiedział.

Kaczyński zaznaczył, że jednostki żyją we wspólnotach, a te „tworzą sytuacje, które można określić, jako wymogi a te wymogi – jeżeli tylko są egzekwowane przez państwo – to są ograniczeniami wolności”.

W jego ocenie poszczególne gospodarki narodowe „podlegają pewnej idei ogólnej, idei regulatywnej”. „Te idee to szybki rozwój, sprawiedliwość społeczna. To nie jest tylko idea czysto komunistyczna, to jest także idea, która jeśli ją traktować, jako dążenie do zmniejszenia różnic społecznych, funkcjonowała i funkcjonuje w różnych innych niekomunistycznych ustrojach” – tłumaczył prezes PiS. Jako przykład podał Skandynawię.

„Jest idea równowagi społecznej. Można odwołać się tutaj przede wszystkim do amerykańskiego +New Deal’u+. To nie była koncepcja jakoś mocno związana z ideą sprawiedliwości, natomiast mocno związana z koncepcją odzyskania po kryzysie społecznej i ekonomicznej równowagi” – powiedział. Jak dodał, są też różnego rodzaju idee związane z religią, w szczególności w państwach muzułmańskich, które też wpływają na działalność gospodarczą.

„Są w końcu idee związane z koncepcją państwa, które przede wszystkim szuka siły militarnej, i to może być zarówno w wersji ofensywnej, jak w wypadku państw komunistycznych, a w szczególności Związku Sowieckiego czy dzisiaj w dalszym ciągu Korei Północnej, ale może to też być idea defensywna, jak w wypadku Izraela” – powiedział.

Jak mówił prezes PiS, te idee związane są także z określeniem zakresu gospodarczych swobód. Podkreślił, że swoboda gospodarcza zawsze podlega daleko idącym ograniczeniom. „Te ograniczenia są różne w różnych momentach. Dzisiaj na przykład ograniczeniem, które nas wszystkich bardzo dotyka, nie będę tutaj dyskutował, na ile jest słuszne, na ile jest niesłuszne, jest ograniczenie związane z ekologią” – mówił Kaczyński.

Prezes PiS mówił też o zjawisku „inżynierii prawnej szczególnie wokół prawa handlowego”. „Tutaj jest to bardzo ważne pytanie, w jakiej mierze trzeba to ograniczyć, w jakiej można to ograniczyć, w jakiej mierze cały ten system finansowy, który został skonstruowany po wojnie a później poddany różnego rodzaju daleko idącym przemianom, nie powinien być jeszcze raz zakwestionowany; na ile trzeba zadać pytanie o to, czy nie należałoby go zmienić” – mówił prezes Prawa i Sprawiedliwości.

Przed rozpoczęciem konferencji odbyła się manifestacja kilkudziesięcioosobowej grupy KOD, z transparentami ruchu i biało-czerwonymi flagami. Grupa rozeszła się, gdy zaczęła się debata. (Kaczyński: najpierw państwo, potem własność i rynek. PAP – Biznes 4 Lut 2017)

„…własność, rozumiana jako władza nad rzeczą, a także rynek, jako wymiana dóbr, zaistniały wcześniej, niż państwo. Jakiś człowiek oswoił dzikiego konia i przez to zyskał nad nim władzę. To był jego koń i to wcale nie dlatego, że jakieś „państwo” o tym zadecydowało, tylko dlatego, że to on schwytał i ujeździł tego konia, nabywając władzę nad nim dzięki włożonej w to pracy. Podobnie rolnik, który wyhodował zboże, posiadł nad nim władzę w postaci możliwości zrobienia zeń użytku według własnej woli nie dlatego, że jakieś „państwo” mu tę władzę nadało, tylko dlatego, że to on je wyhodował, to znaczy – włożył w jego wyhodowanie swoją pracę. To jest legitymacja własności, a nie – jak to z rozbrajającą szczerością powiedziała w rozmowie z Robertem Mazurkiem ówczesna faworyta prezesa Kaczyńskiego, pani Elżbieta Jakubiak – „zaświadczenie” wydane przez urząd. Dlatego właśnie właściciel ma władzę nad rzeczą, to znaczy – możliwość zrobienia z niej użytku, jaki sam uważa za stosowny. Skoro tak, to może swoją rzecz również wymienić na cudzą, jeśli właściciel innej rzeczy też wyrazi objawi taką intencję. Spotkanie takich dwóch właścicieli i osiągnięte przez nich porozumienie w sprawie wymiany należących do nich rzeczy tworzy rynek. Jak widzimy, wbrew temu, co mówił pan prezes Kaczyński, „państwo” wcale nie było, ani nie jest potrzebne ani do powstania własności, ani do zaistnienia wymiany rzeczy, czyli rynku. Przykład z sarną, wilkami, niedźwiedziem i tygrysem wcale nie dowodzi ani konieczności istnienia państwa, ani – tym bardziej – jego pierwotnego charakteru względem własności i rynku. Jeśli ma czegokolwiek dowodzić, to najwyżej tylko tego, że pan prezes Kaczyński nie rozumie, o czym mówi.

Ale chociaż nie rozumie, to w tej ignorancji jest metoda. Nadawanie „państwu” charakteru pierwotnego zarówno względem własności, jak i rynku, jest prezesowi Kaczyńskiemu potrzebne do uzasadnienia konieczności pierwszeństwa „państwa” nad gospodarką, to znaczy – wytwarzaniem i wymianą dóbr...

…Państwo monopolizuje przemoc, podobnie jak właściciel monopolizuje władzę nad rzeczą i z tym „towarem” wchodzi na rynek, ale nie po to, by cokolwiek wymieniać, tylko po to, by zawłaszczać. Ponieważ rozsądek, a także hipokryzja nakazuje udrapowanie przemocy w jakiś kamuflujący kostium, „państwo” chętnie drapuje się w kostium sprawiedliwości…

…Jedyną gwarancją autentyczności weryfikacji wzajemnych oczekiwań jest dobrowolny charakter umowy, a to oznacza, że przy tym sposobie rozumienia sprawiedliwości, może być ona praktykowana jedynie w warunkach wolności

…Tymczasem pan prezes Kaczyński, eksponując „państwo” jako źródło własności i organizatora rynku, forsuje zupełnie inny model państwa i inny model ustawodawstwa. O ile wcześniej można było tylko podejrzewać, że jego ideałem jest przedwojenna sanacja, to po toruńskim wykładzie mamy w tym względzie całkowitą pewność. Model państwa według prezesa Kaczyńskiego doskonale wpisuje się w artykuł 4 ust. 1 konstytucji kwietniowej z 1935 roku, gdzie czytamy, że „w ramach państwa i w oparciu o nie kształtuje się życie społeczeństwa”. To znaczy, że to „państwo” a więc – urzędniczy aparat państwa wyznacza owe „ramy” i metodami władczymi „kształtuje” w ich obrębie nie tylko stosunki gospodarcze, ale całe „życie społeczeństwa”. Według ust. 2, to „państwo” zapewnia mu (tj. społeczeństwu” – SM) „swobodny rozwój”, a gdy dobro powszechne wymaga, nadaje mu kierunek lub normuje jego warunki. Nie ulega wątpliwości, że ocena, czy „dobro powszechne” czegoś wymaga, czy nie, należy do wyłącznych kompetencji „państwa”, które wtedy „nadaje kierunek” całemu społeczeństwu. Czy w sytuacji, gdy „państwo” działając w sposób sobie właściwy, to znaczy – rozkazując i wymuszając spełnienie swoich rozkazów siłą – „nadaje kierunek”, można jeszcze mówić o „swobodnym rozwoju”?

W tym kontekście przedstawiony przez ministrów rządu pani premier Beaty Szydło program „repolonizacji”, będący w istocie programem renacjonalizacji gospodarki, nie pozostawia wątpliwości, że długofalowym celem Prawa i Sprawiedliwości jest przywrócenie w Polsce ustroju socjalistycznego tyle, że bez Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Bardzo możliwe, że prezes Kaczyński wyczuł tęsknotę znacznej części polskiego społeczeństwa za państwem socjalistycznym w którym, „czy się stoi, czy się leży”, każdy jakoś tam spadnie na cztery łapy. Warto zwrócić uwagę, że ci, którzy nie bali się wolności, w większości z Polski wyjechali, a tym, którzy zostali, socjalizm specjalnie nie przeszkadza, przeciwnie – nawet napawa nadzieją na życie beztroskie. Bardzo możliwe, że ten Manifest Socjalistyczny, w powiązaniu z inicjatywami skierowanymi na opanowanie samorządów terytorialnych i programami rozdawnictwa, przyniesie PiS-owi wyborcze zwycięstwo – ale przywrócenie socjalizmu w naszym nieszczęśliwym kraju nie doprowadzi do odblokowania narodowego potencjału gospodarczego, skutecznie zablokowanego zarówno przez ustanowiony w 1989 roku model kapitalizmu kompradorskiego, przez postępującą biurokratyzację państwa i przez niemiecki projekt Mitteleuropa z roku 1915. Powiem więcej – widoczna coraz bardziej tendencja do renacjonalizacji i przywrócenia wiodącej roli „państwa” w gospodarce stanie się kolejnym czynnikiem blokującym narodowy potencjał, skutecznie zniechęcając ludzi przedsiębiorczych do inwestowania – bo po cóż i w co właściwie inwestować w sytuacji, kiedy właśnie nadchodzą bolszewicy?” (Stanisław Michalkiewicz – Manifest Socjalistyczny)

Przed wojną centralny Bank Polski był niezależny i prywatny! – Stanisław Michalkiewicz

podobne: Stanisław Michalkiewicz: Pogrobowcy Hilarego Minca czyli… Wilczek kontra „prawdziwa prawica” oraz: Co „prawdziwa prawica” Kaczyńskiego szykuje dla przedsiębiorców i reszty Polaków i to: Kacza „sprawiedliwośc” – zabrac bogatym, czyli… ukarać biednych a także: Budżet państwa na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną… ale czy PIS będzie nas kosztował mniej? Oczywiście że nie – zamach na umowy cywilnoprawne polecam również: W służbie zdrowiu czyli prosto do nieba. O walce rządu z „toksyczną konkurencją” w szpitalach i aptekach kosztem pacjentów i konsumentów

Dobrze to sobie zapamiętajmy, żeby wiedzieć komu i za co podziękować kiedy już manifest komunistyczny zacznie zbierać swoje żniwo:

 „Najpierw państwo, później własność”
to państwo powinno być szafarzem, a nawet kreatorem wolności”
Jeżeli ktoś nie jest w stanie prowadzić działalności gospodarczej w takich warunkach, to znaczy, że się po prostu do tego nie nadaje”
Jeżeli ktoś we współczesnej Europie, współczesnej Polsce nie jest w stanie działać efektywnie(…) to po prostu powinien zająć się czymś innym”

…zanim jednak posłucha „dobrej rady” by zająć się „czymś innym”, niech najpierw sprawdzi czy ma stosowne zezwolenie, oraz zastanowi się czy jest gotowy podporządkować się regułom gry ustalonym przez starszych i mądrzejszych… Takim np. o jakich piszą tu: Ministerstwo Sprawiedliwości: 3 lata za ubój świni bez zgłoszeniagdzie możemy wyczytać: „Ministerstwo Zbigniewa Ziobry proponuje także, aby sądy karały bezwzględnie finansowo takich rolników na cele związane z ochroną zwierząt. Propozycja kar ma wahać się od 1000 do nawet 100 tys. zł!…” Genialne nieprawdaż? I wcale nie chodzi mi o wysokość kary. Niech tam niektóre (niejadalne) zwierzęta też coś mają z tytułu „nielegalnego” mordowania współbraci… Taka tam przenośnia…Bo to nie jest tak że można zająć się czymś innym i mieć ich wszystkich z głowy. Nawet jak się nie chce grać w jednej drużynie ze zwycięzcami, to i tak trzeba się stosować do ich reguł bo inaczej… wiadomo… (Odys)

podobne: Pod przykrywką wygłupu Sikorskiego fala rabunku przetoczyła się przez sejm: uwolnienie kominówek, rząd kładzie łapę na depozytach, centralna baza „haków” skarbówki, zamiast śmieciowych umów o pracę będzie śmieciowa emerytura. Do diabła z taką opozycją! Dratewka potrzebny od zaraz

„…Nie chodzi bowiem nawet o to, że Prawo i Sprawiedliwość, dzięki poparciu amerykańskiemu oraz uruchomieniu programów rozdawniczych może wygrać następne wybory przynajmniej w stopniu umożliwiającym samodzielne ustanowienie rządu, tylko przede wszystkim o to, że uruchamiając wspomniane programy rozdawnicze, PiS wprowadził nasz naród i nasze państwo na jednokierunkową ulicę, którą można zmierzać już tylko ku swemu przeznaczeniu. Rzecz w tym, że w rozumieniu prawa, program rozdawniczy w rodzaju „rodzina 500 plus”, wyposaża swoich beneficjentów w tak zwane „prawa nabyte”. Wprawdzie ustawa dezubekizacyjna pokazuje, że kiedy trzeba, a ściślej – kiedy można takie posunięcie zaprezentować jako realizację sprawiedliwości dziejowej, to prawodawcy specjalnie się nie krępują prawami nabytymi, ale w przypadku wspomnianego programu rozdawniczego sytuacja jest inna. Po pierwsze – krąg osób uprawnionych jest na tyle szeroki, że mało kto ośmieliłby się zamachnąć na ten przywilej, a po drugie – gdyby nawet taki desperat się znalazł, to niezawisłe sądy natychmiast podważyłyby legalność takiego zamachu i musiałby wycofać się z podwiniętym ogonem. Oznacza to, że nawet taki desperado musiałby realizować program, który nie tylko uważa za sprzeczny z ideą wolności, ale w dodatku – za zabójczy dla państwa, zwłaszcza na dłuższą metę.

Program ten jest sprzeczny z ideą wolności, bo w sposób trwały uzależnia obywateli od państwa, w dodatku zmuszając ich do popierania programu zwiększania dochodów budżetowych – ponieważ realizacja tego programu wymaga utrzymania wysokiego, a nawet – rosnącego budżetu, gdyż w kolejce czekają następne programy w rodzaju „mieszkanie plus”, a przecież i to nie jest ostatnie słowo. Według zasady Murphy’ego, jeśli może stać się coś złego, to na pewno się stanie, a cóż dopiero w sytuacji, kiedy właśnie od tego, czy się stanie, zależy zwycięstwo wyborcze? Program ten jest sprzeczny i ideą wolności również z tego powodu, że realizowany jest za pieniądze pożyczone. Jak wiadomo, koszty programu „rodzina 500 plus” wynoszą ok. 24 mld złotych rocznie, a zaplanowany w ustawie budżetowej na rok 2017 deficyt wynosi prawie 60 mld złotych. Jasne jest więc, że zarówno pierwszy, jak i wszystkie następne programy rozdawnicze będą realizowane za pieniądze pożyczone, to znaczy – kosztem wydatnego powiększenia długu publicznego. Dług publiczny naszego nieszczęśliwego kraju powiększa się o prawie 500 mln zł na dobę, a to znaczy, że go nie spłacamy, tylko „obsługujemy”. Według oficjalnych informacji, koszty obsługi długu publicznego wyniosą w roku bieżącym ponad 30 miliardów złotych. Mamy wszelako do czynienia z fenomenem, że dług wprawdzie rośnie, ale koszty jego obsługi spadają, nawet do „rekordowo niskiego poziomu”. Ale nie takie fenomeny zdarzały się u nas w przeszłości, kiedy Edward Gierek zafundował społeczeństwu iluzję dobrobytu na kredyt – oczywiście dopóki wszystko się nie skawaliło. Zatem – jak tam z tymi kosztami obsługi jest naprawdę – to zostanie nam objawione w stosownym czasie. Tak czy owak, koszty te rozkładają się na obywateli i jeśli nawet przyjąć za dobrą monetę oficjalną informację, to oznacza to, iż na jednego obywatela rzeczywiście mieszkającego w Polsce przypada ok 800 zł rocznie. Zatem 5-osobowa rodzina tylko na obsługę długu publicznego musi zapłacić 4000 zł, rocznie – a przecież są jeszcze inne koszty. Oznacza to, że rządy kupują poparcie polityczne za cenę wpychania obywateli w coraz głębszą niewolniczą zależność od lichwiarskiej międzynarodówki. Niewolniczą – bo istota niewolnictwa polega na tym, że niewolnik musi pracować na swojego pana. Pracować, czyli oddawać mu coraz większą część bogactwa, które swoją pracą wytwarza. Właśnie w taką zależność obywatele są wpychani przez własne, „wrażliwe społecznie” rządy…” (Stanisław Michalkiewicz – Ucieczka od wolności)

podobne: Co to jest „majątek państwa” i na co idzie siła polskich rodzin? O podatkach, składkach i reformach kosztem zdrowia i emerytury (nie tylko ubeckiej) w ramach inżynierii społecznej oraz: Obrońcy etatyzmu i sentymentaliści rodem z PRL kamienują „złodziejski kapitalizm” czyli… dlaczego niewolnicy nie zasługują na wczasy? a także: PIS lepszy od POprzedników… w zadłużaniu Polaków. O jakim „zwrocie z inwestycji” mówią piewcy programu „500+”? Niesprawiedliwość redystrybucji i społeczna funkcja własności prywatnej.

W ten sposób dochodzi do werbunku na masową skalę… Jest budżet, to jest i siła – idea trwalsza od spiżu więc któż przeciw nam? (Odys)

Ilya Repin – Demonstration on October 17, 1905

„…Myślą, myślą i wymyślają niesprawiedliwość społeczną. Stąd już tylko krok do uzbrojonych band próbujących ową niesprawiedliwość zlikwidować, band zwanych trybunałami rewolucyjnymi lub jakoś podobnie. Bandy owe wprowadzają najpierw ubezpieczenia społeczne, a potem śrubują podatki. Kiedy okazuje się, że i to za mało, żeby utrzymać wszystkich, którzy postanowili w myśl zilustrowanej na początku drugim zdaniem doktryny, żyć z kradzieży i rabunku, bandy usiłują przywrócić system feudalny. Żeby było co jeść po prostu. To się udaje, ale trzeba do tego zlikwidować to, co doprowadziło do powstania najpierw teorii o niesprawiedliwość społecznej, a potem samych band, żyjących w komforcie i lenistwie, czyli technologię. Po likwidacji niepotrzebnych nowemu społeczeństwu feudalnemu i szkodliwych nowinek takich jak ciepła woda w kranie, kibelek dla każdej rodziny i wolna prasa, okazuje się jednak, że system oparty na rabunku dalej nie działa. Czołowi teoretycy niesprawiedliwości społecznej siadają więc kołem i zaczynają myśleć co jest nie tak. No i wymyślają, że skoro feudalizm nie działa jak trzeba to należy powrócić do tego co było przed nim, czyli – jak powiedział jeden mądry – do niewolnictwa…

…Niewolnicy mają jednak zwyczaj buntować się co jakiś czas, a socjaliści chcieliby ciągle więcej i więcej, systemy więc zaczynają erodować. Dochodzi w końcu do przełamania kordonów i wszystko się miesza. Raby uwiązane dotąd do ziemi, kawalerki i tokarki ruszają obejrzeć socjalizm, a wychuchani w biurach i korporacjach durnie jadą obejrzeć wyjałowiony step, czyli tak zwane pozostałości po imperium. Wszyscy są zadowoleni, ale do czasu. Przychodzi bowiem moment, kiedy znów trzeba się zastanawiać nad tym co robić z tą masą ludzi, która pałęta się z kąta w kąt i samą siłą rozpędu tylko zaczyna obrastać w jakieś dobra, jakaś gotówka im się z kieszeni wysypuje i coś tam usiłują kupować sobie w sklepach. Zaczyna się więc wymyślanie nowych programów gospodarczych dla państw będących w kryzysie.

I tu dochodzimy do sedna. Wymyślanie owo nie jest niczym innym jak próbą kolejnego rabunku ludzi, którym nie dało się wcześniej – ze względu na poprzednią rabunkową doktrynę – nic zarobić. Programy gospodarcze – przy udziale wspomnianej już propagandy – zaczynają pełnić funkcję taką, jaką w systemie feudalnym pełniły prawdy objawione czyli są gwarancją istnienia tegoż systemu. Każdy chcący się dorwać do władzy idiota zaczyna swoją perorę od programu gospodarczego, który podaje w punktach. W punktach napisanych mu przez jakiegoś oszusta przecież, bo nie przez niego samego. Punkty te są boleśnie przewidywalne, wręcz tożsame z innymi punktami, innych programów, często zatytułowanych dla niepoznaki biegunowo różnymi od tego obecnego przymiotnikami. To bowiem co się tam wpisze w tym programie jest dalece bez znaczenia. Ważne jest jedno; pracujemy i zarabiamy, albo nie pracujemy i kradniemy. Tyle…(coryllus – Program gospodarczy jako figura retoryczna)

„…chrześcijanin powinien przestrzegać Dekalogu, a tam jest 10 przykazanie, zakazujące nawet pożądania cudzej rzeczy. Niektórzy uważają, że właśnie to przykazanie jest dowodem na wszechwiedzę Pana Boga, który jeszcze w głębokiej Starożytności przewidział pojawienie się socjalistów i specjalnie przeciwko nim sformułował to przykazanie. Zauważmy bowiem, że ekscytowanie w ludziach pożądania cudzego mienia należy do istoty ideologii socjalistycznej, co w najkrótszy sposób przedstawił Włodzimierz Eljaszewicz Ulianow, znany jako „Lenin”, wołając: „grab nagrabliennoje!” – bo według socjalistów, własność jest kradzieżą. Tymczasem Pan Bóg, zakazując pielęgnowania w sobie takiej pożądliwości, wiedział, co robi. Człowiek, który nie potrafi opanować pożądania cudzego mienia, prędzej, czy później złamie przykazanie siódme, zabraniające kradzieży, a być może – również piąte, zakazujące mordowania – jeśli właściciel zechce swojej własności bronić. Rewolucja bolszewicka, rzucając hasło gwałtownej zmiany stosunków własnościowych, doprowadziła do ludobójstwa na skalę niespotykaną, ani przedtem, ani potem. Aleksander Sołżenicyn wspomina, że komunistyczny eksperyment doprowadził do zagłady co najmniej 100 milionów ludzi, a wobec tego ogromu liczba ofiar holokaustu, to znaczy – liczba Żydów zamordowanych podczas II wojny światowej, wydaje się stosunkowo niewielka. W jaki zatem sposób chrześcijanin może jednocześnie być socjalistą – tajemnica to wielka, którą można wyjaśnić tylko w ten sposób, że nie ma w takim postępowaniu żadnej logiki.” (Stanisław Michalkiewicz – Czarny sztandar anarchii czerwieni się ze wstydu)

podobne: Reisman: Dlaczego nazizm był socjalizmem oraz dlaczego socjalizm jest totalitaryzmem oraz: Przerośnięte państwo gwarancją problemów jego obywateli. O demokracji, państwie „opiekuńczym” i długu „publicznym” czyli przejadaniu przyszłości na własne życzenie i to: Moralne i ekonomiczne konsekwencje głupoty czyli… „Dobrobyt” płacy minimalnej, średniej krajowej, bezwarunkowego dochodu gwarantowanego i programów socjalnych. Skąd się bierze bogactwo? PIS gwarantuje bankom niezatapialność (za oszczędności Polaków)

Z uwagi na dwie siły działające w świecie – tj. dobro i zło (które jest BRAKIEM dobrego działania), lub (jeśli ktoś jest „niewierzący” i nie przemawia do jego wyobraźni tego rodzaju „wartościowanie”) w oparciu o prosty mechanizm pracy/budowania albo kradzieży/niszczenia, nasze działanie można sprowadzić do dokonywania prostego w zasadzie wyboru. Albo sami, w oparciu o własne siły budujemy strukturę opartą o dobro i pracę, albo „ktoś” inny zbuduje dla nas (i za nas) strukturę opartą na tej drugiej „alternatywie”… Oczywiście naszym kosztem bo nikt obcy mający na względzie swój interes nie będzie sobie odbierał od pyska żeby nam dogadzać. Nie było bowiem w historii takiego państwa które z własnej woli oddałoby się w wyzysk innemu, wmawiając przy tym bezczelnie własnemu narodowi że to dobry interes… Nie było do czasu powstania tzw. Unii Europejskiej, która jest doktryną wrogą pracy i budowaniu czegokolwiek poza uzależnieniem od kredytu.

Można tu oczywiście dywagować nad tym czy aby w dobie powszechnie obserwowanego skoku cywilizacyjnego i dobrobytu (w porównaniu ze stanem posiadania/konsumpcji przed przystąpieniem Polski do UE) jest na co narzekać, ale zamiast wyliczać szczegółowo kolejny raz te same wielokrotnie już przypominane zarzuty (można przeczytać tu: Majtki w dół czyli… 6 mitów na temat dotacji z Unii. Cukiernik: Prawda i fałsz o dotacjach z UE), posłużę się pytaniem i cytatem. Pytanie brzmi – co czeka rodzinę której ojciec alkoholik wziął na swoje „potrzeby” pożyczkę (i to u gangsterów) pod zastaw rodzinnego domu? Cytat zaś brzmi tak:

„Gdyby wszystkie konsekwencje jakiegoś działania dotykały jego sprawcy, uczylibyśmy się znacznie szybciej. Zdarza się, że nasze działanie nam przynosi dobre, widoczne skutki, a komuś innemu złe, niewidoczne – a to sprawia, że jeszcze trudniej nam je dostrzec. Musimy wówczas czekać, aż zareagują ci, którzy ponoszą owe złe konsekwencje naszego czynu. Czasem czekać trzeba bardzo długo, przez co panowanie błędu trwa dłużej. Człowiek dokonuje czynu, który przynosi mu dobre konsekwencje równe 10 i złe konsekwencje równe 15, które rozdzielane są na trzydziestu innych ludzi, w taki sposób, że na każdego z nich przypada tylko ½. W sumie mamy stratę, więc koniecznie musi pojawić się reakcja. Jednak na reakcję będziemy czekać tym dłużej, im na większą ilość społeczeństwa rozłoży się zło, podczas gdy dobro, będzie skoncentrowane w jednym punkcie.” (Frédéric Bastiat)

Efektem istnienia „demokratycznego państwa prawa” i fruktów z tego tytułu płynących w gardła poszczególnych grup interesów przyssanych do koryta, jest również społeczne potępienie dla unikania opodatkowania. W myśl zasady którą wielu praworządnych obywateli z dumą wyznaje że „to, co jest legalne, musi być dobre” (inaczej: „Biało-czerwoni biorą paragony!”). Dzięki tego rodzaju wartościowaniu (propagandzie) skarb państwa istnieje w świadomości Polaków jako obiektywne dobro, a rabunek mienia dokonywany przez państwo na tychże obywatelach na konto owego „skarbu” cieszy się powszechną estymą.

W świetle już podjętych a także zaplanowanych konkretnych administracyjnych decyzji na kierunku zwanym „uszczelnianie” (Zamiast „jednolitego podatku” centralna baza (PO)rachunków oraz „obywatelska emerytura” czyli… szukanie pokrycia dla rekordowego deficytu kosztem obywateli. Ostrowice jako przykład (nie)”zrównoważonego rozwoju” w skali mikro), każdego kto traktuje cytowaną deklarację i sugestie w niej zawarte jako troskę o obywatela (który „bez państwa sobie nie poradzi”) należy traktować jako sprzymierzeńca systemu kradzieży zuchwałej.

Polecam z tej okazji wykład: ANATOMIA KRADZIEŻY – POJĘCIA PODSTAWOWE CZ. 7a Odcinek jest rozwinięciem części siódmej pojęć podstawowych wiedzy społecznej i mówi o systemie zalegalizowanej i społecznie akceptowanej formy kradzieży, jaką jest kreacja pustego pieniądza umożliwiającego anonimowe okradanie anonimowych producentów przez anonimowe elity pasożytnicze. (Krzysztof Karoń). Pamiętajmy jednak o tym że system stworzony przez banki (podobnie jak dilerzy narkotyków) nie zmuszają ludzi do uzależniania się od łatwej gotówki. Wielu ludzi nie musi się zapożyczać, tak jak nie musi wybierać do władzy tych którzy „stymulują” gospodarkę w ten sposób, zapożyczając całe narody i to na kilka pokoleń… Wystarczy że robią to agenci i pożyteczni idioci, naprawdę nie musimy im w tym pomagać własnoręcznie… (Odys)

„…W prawdziwym świecie było bowiem i jest nadal tak: grupa posiadających legitymacje obcych wywiadów gangsterów zdobywa władzę nad dużym terytorium, na przykład nad Polską. Ponieważ nie są oni elementem obcym, ale lokalnym trudno im cokolwiek zarzucić. Rządy jednak jakie wprowadzają, nie są emanacją stosunków lokalnych, które ukształtowały się na przestrzeni stuleci. One te stosunki i ich konsekwencje całkowicie ignorują, wprowadzając swoje porządki, co polega głównie na zabieraniu jednym i dawaniu drugim, tym, którzy dotąd nic nie mieli lub mieli za mało by aspirować do czegokolwiek. Przez swój udział w pracach socjalistycznych gangów zasłużyli się jednak i uważają, że należy im się udział, w budowie nowego, lepszego społeczeństwa.
Ludzie ci, nawet nie mogą dostrzec jak są oszukiwani i o co toczy się gra. Wielka polityka bowiem polega na konstruowaniu pułapek na wielkie grupy ludzi, na przykład na całe narody…

…Nie tak dawno usłyszałem, że w roku 1938 czy 39 bolszewicy przygotowywali plan utworzenia marionetkowego państwa polskiego, po odcięciu kresów rzecz jasna. Państwo to miało powstać w oparciu o istniejące struktury urzędnicze i wojskowe czyli w oparciu o agenturę i pożytecznych idiotów. Premierem zaś rządu w tym państwie miał być Stefan Starzyński, znany socjalista i członek kilku wpływowych mafii. Ministrem wojny miał być oczywiście wspomniany już Juliusz Rómmel. Jeśli dotrze do nas cała groza tych informacji, nie będziemy już mogli mówić o kodzie kulturowym i nie będziemy traktować wspomnień oszukanych idealistów jako recepty na naprawę państwa.
Dlaczego elity urzędniczo wojskowe tak się zachowywały? Bo nic poza etatem nie posiadały. To jest odpowiedź najprostsza. Chęć zaś utrzymania etatu jest siłą przemożną, dla której człowiek zrobi wszystko. Myślę, że są tacy, którzy sprzedaliby własne dzieci, byle tylko móc każdego ranka jeździć tramwajem do pracy w ministerstwie.
Pisząc „elity urzędniczo wojskowe nic nie posiadały” mam na myśli nie tylko dobra ruchome i nieruchome, ale także plan, czyli to co czasem nazywamy tu doktryną. Elity istotne, a nie te które opisuje Vermeer, nie miały żadnego planu. Ich plan polegał na tym, by stać po stronie silniejszego, bo ten gwarantuje posadę. Okazało się jednak, że tragizm polskich losów jest głębszy niż mogli to sobie wyobrazić panowie Starzyński i Rómmel. Polega on na tym, że póki w Polsce produkować będzie się cokolwiek, od kalafiorów poczynając, na turbinach lotniczych kończąc, kraj nasz zawsze będzie spychany w pułapkę. Przynętą zaś w tej pułapce będzie kod kulturowy powiązany ściśle z kodem kulturowym (to jest dla wszystkich intelektualistów oczywiste) demokracji zachodnich. No więc Polska aspiruje i musi dorastać, a kiedy już dorośnie to ją okradają i piorą po łbie, bo nie o to chodziło. I na to przychodzi pan o nicku Vermeer i pisze: czy aby nie jesteśmy zbyt idealistyczni? Czy nie powinniśmy czasem trzymać się realizmu? Czyli co? Mamy iść na włam? Mamy się sprzedać i udawać, że nic się nie dzieje? Mamy się zastanawiać czy z Niemcami czy z Rosją? Czy może mamy wszyscy emigrować?…

…Ja tu już pisałem o organizacjach, które są podstawą wszystkiego i o doktrynie też pisałem. No więc z doktryny i organizacji należy wypreparować znak i charyzmaty, bez tego nigdzie nie pojedziemy. Doktryna musi być powiązana z Kościołem i Panem Bogiem. Nie z socjalizmem, nie z uszczęśliwianiem dużych grup ludzi okradanych następnie za pomocą podatków, które gwarantują byt mafiom urzędniczym i wojskowym. Charyzmaty zaś wypływają wprost z tego czym zajmować się będą czynne w Polsce organizacje, a winny się one zajmować pomnażaniem budżetów. Ściąganiem pieniędzy zza granicy i przeciwstawianiem się w sposób czynny, ale zgodny z prawem mafiom działającym w strukturach państwa, bo one wykonują złą robotę. Są na usługach obcych, którzy nie mają dobrego planu dla nas, a przeciwnie mają plan upiorny…” (coryllus – O elitach naiwnych i mściwych)

podobne: Kultury dobre i złe, oraz reglamentacje, prowokacje i profanacje czyli… materialna i niematerialna sztuka rewolucji. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu oraz: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości” i to: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego. a także: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? i jeszcze: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą polecam również: Czerwonym szatanom bez żadnej klasy o polskiej prywatnej własności i ziemi czyli… jak Karp międzynarodowym rynkiem zbożowym zatrząsł, oraz wspomnienia księdza Blizińskiego

Zadziwiająca jest ta „potrzeba” przekonania się kolejny raz na własnej skórze co znaczy obranie wspomnianej wyżej metody „gospodarowania” (rządzenia), i jeszcze dorabianie jej twarzy rzekomej sprawiedliwości. Zadziwiająca jest też pretensja jaka później towarzyszy romantycznemu uniesieniu, kiedy po raz kolejny rwąc koszulę na piersi i z pianą na ustach udajemy się na barykady, żeby (jak się nam wmawia) szlachetnie zginąć w walce z reżimem, „dając przykład” kolejnym pokoleniom („za wolność naszą i waszą”) jak NIE należy postępować żeby nie znaleźć się w sytuacji najpierw niewolnika, a potem kata tych których samemu się wybierało… Choć nikt nas nie zmuszał, a wszyscy wiedzą że kradzież to grzech… Kończy się na prawnie usankcjonowanej przemocy, choć nie tak żeśmy się z władzą umawiali.

Dzięki tej patologicznej zależności Pan Kaczyński mógł pozwolić sobie na bezkarne udzielenie urzędnikom „dobrej zmiany” instrukcji, czym powinni się kierować w wypadku wystąpienia konfliktu interesów na linii państwo – obywatel. Najpierw K… My!…(Odys)

polecam również: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach.

Ivan Vladimirov – Погром винного магазина (rabunek sklepu z alkoholem)

 

O naturze zła czyli… „Wehikułem czasu” po „krainie grzybów”. O towarzyskich uwikłaniach, hodowli człowieków, sutenerach, detektywach, „piwnicy” w Ministerstwie Kultury i „Eurowizji”


Paweł Kuczyński – Cat

teoria natury zła

” […] W każdym kraju świata osobnicy psychopatyczni i część innych dewiantów tworzą ponerogennie aktywną siatkę porozumień, po części wyobcowaną z więzi społecznej normalnych ludzi. Wydaje się także, że pewna inspiracyjna rola psychopatii właściwej w tej siatce jest zjawiskiem powszechnym. W poczuciu swojej odmienności zdobywają oni specyficzne doświadczenie życiowe i odkrywają swoje odmienne sposoby działania i walki o byt. Ich świat pozostaje zawsze podzielony na „my i oni”, na ich światek o swoistych prawach i obyczajach i tamten świat im obcy, który ma swoje przemądrzałe idee i obyczaje, wedle których oni bywają moralnie potępiani.

Ich poczucie honoru, szczególnie tych inspiratorów, nakazuje im oszukiwać i wyszydzać tamten świat ludzki, obiecać, zapewnić, podpisać, a niczego nie dotrzymać, jest postępowaniem właściwym. Przecież „tamci” są komicznie naiwni. Uczą się także i tego, jak ich osobowości mogą wpływać traumatyzująco na ludzi normalnych i wyzyskiwania tego jako środka terroru użytecznego dla osiągania swoich celów. Ten podział na dwa światy jest trwały i nie znika nawet wtedy, kiedy udało się im zrealizować ich marzenie młodości i zdobyć władzę nad „masami” ludzi normalnych. Jest to tragiczny dowód biologicznego uwarunkowania tego dziwnego podziału

Jak utopia młodości, rodzi się wśród takich ludzi marzenie o takim świecie, o takim ustroju społecznym „sprawiedliwym”, gdzie oni nie będą odtrącani, ani przymuszani do podporządkowywania się obyczajom i prawom, których sens jest dla nich trudno zrozumiały. Marzą o takim świecie, w którym dominowałby ich sposób przeżywania i pojmowania rzeczywistości – prosty i radykalny. Oczywiście, w takim ustroju mieliby zabezpieczony dobrobyt bezpieczeństwo, bo oni stworzą nową władzę. Tamci odmienni, ale bardziej sprawni w różnych zawodach, powinni pracować, aby im to zapewnić. O taki nowy wspaniały świat gotowi są walczyć, dla niego cierpieć i zadawać cierpienia tamtym. W imię takiej wizji można zabijać ludzi, których los nie budzi współczucia, bo są odczuwani jako niezupełnie współgatunkowi. Nie mają pełni świadomości tego, że dla tamtych ludzi będzie to świat koszmarny i dlatego będą stwarzać opór, który może trwać przez pokolenia.”

Podporządkowanie człowieka normalnego osobnikom psychicznie nienormalnym działa na jego osobowość traumatyzująco, fascynująco, zniekształcająco i nerwicorodnie. Dzieje się to w sposób, który unika zazwyczaj dostatecznej kontroli świadomości. Mimo więc oporów, psychicznie zmienione tworzywo przenika do jego osobowości. Taka więc sytuacja pozbawia człowieka jego naturalnego prawa do zachowania własnej higieny psychicznej, dostatecznej autonomii swojej osobowości i częściowo możliwości używania swojego zdrowego rozsądku. W świetle więc prawa naturalnego, jest to rodzaj krzywdy i bezprawia, które mogą występować na każdą skalę społeczną. Niestety, nie są one wymienione w żadnym kodeksie prawa. ” (Jan Łobaczewski w książce „Ponerologia Polityczna. Nauka o naturze zła w adaptacji do zagadnień politycznych”)

podobne: Bogdan Goczyński: Polskie sądy – studium urzędniczej psychopatii. Dziwne zachowanie wymiaru sprawiedliwości w sprawie Grzegorza Brauna. Państwo superpolicyjne. Czy Komorowski zostanie dyktatorem? Reforma sądów oraz: Prawo Bastiata i sprawiedliwość jako warunek pojednania (na podstawie lustracji w Niemczech). Tania łaska zamiast rozliczenia, Belka w oku PIS i frazesy o „dobrej zmianie” (Oficer „bezpieki” dostał ważne stanowisko w MSZ!) i jeszcze: Judejczykowie, durnie, zdrajcy, legaci, watahy, notariusze – Stanisław Michalkiewicz o atrapie państwa polecam również: Sprawiedliwość – „Układ zamknięty”? a także: Amber Gold czy OLT Expres? Taśmy Prawdy, Zastrzeżony IPN, Komorowski i Aneks do Raportu o WSI, TeWu i Teczki , Traktat Lizboński, katastrofa smoleńska i inne newerendingstory z których NIKT nie wyciąga wniosków (ani odpowiedzialności). Kryzys przywództwa i ruch oporu przeciwko niemu. i to: Informacja jako broń i cel ataku oraz krótki kurs czerwonej konspiracji czyli… postsowiecka spuścizna i skażenie Dzierżyńskim w polskich służbach. Kilka słów prawdy o IPN czyli „o największych tajemnicach ludzkości” oraz: Od kłamstwa do przemocy czyli skutki nierozliczenia rewolucji – rehabilitacja komunistów i to: Myślenie pod klucz, czyli – Paradygmaty systemowe które zaburzają prawo naturalne a także: 10 chwytów ciemnych typów… i jeszcze: „Ludzie skłonni są myśleć, że to, co jest legalne, musi być dobre” czyli… Stanisław Michalkiewicz o konsekwencjach bezprawia.

praktyka natury zła

„…Kiedy patrzę na wywiady jakich detektyw Rutkowski oraz jego dziewczyna Kamila udzielają mediom, kiedy patrzę na ludzi, którzy próbowali rzekomo ratować Magdę Żuk, mam poczucie, że zanurzam się w prozie Wellsa. Oto kompletnie zdezorientowani Eloi, którzy ćwiczą swoje ciała w tańcu na rurze, uprawiają różne kulty afirmujące ich własną fizyczność, próbują jakoś zracjonalizować sobie działania Morloków. Tym właśnie zajmuje się dziś Rutkowski, bo chyba nikt nie wierzy, że facet wysyłający blondynę w ciemnych okularach do egipskiego kurortu, jest w stanie dowiedzieć się prawdy o śmierci biednej Magdaleny Żuk.

Racjonalizowaniem postępków Morloków oraz próbami zrozumienia motywów ich działań zajmują się także media w Polsce. Nikogo już nie obchodzi to co się wydarzyło. Nikt nie próbuje wyjaśnić i zracjonalizować tych ohydnych i dziwnych wypadków, każdy zajmuje się tłumaczeniem Morloków. Oni nie są tacy źli – mówią turyści ze Śląska, którzy często jeżdżą do krainy Morloków. Co prawda czasem kogoś zjedzą, ale zwykle ktoś taki sam jest sobie winien. Po co się afiszował ze swoimi bicepsami, pośladkami czy jakimiś innymi częściami masy mięśniowej nadającej się do przerobu na rąbankę? Mógł grzecznie siedzieć w hotelu i kąpać się w morzu. – Wszyscy chcą pomóc, tylko internauci przeszkadzają – wołają inni. Trzeba dać spokój spekulacjom i pozwolić działać profesjonalistom. No to profesjonaliści działają. Detektyw Rutkowski wystrojony w watę cukrową przyczepioną do czubka głowy, którą pracowicie oprószał sadzą zeskrobaną z kominka przez cały ranek, organizuje konferencję prasową. Na tej konferencji pokazuje się w towarzystwie pani Kamili Plich, swojej partnerki, która także jest detektywem. Odziany jest nasz detektyw młodzieżowo i modnie, spod płaszczyka widać na szyi jakieś dziwne koraliki, jakby amulety indiańskie albo coś podobnego. Jednym słowem charme i szyk w najlepszym wydaniu. O czym opowiada pan Rutkowski nikt do końca nie wie, bo to co mówi stoi w drastycznej sprzeczności z tym co podli i nieliczący się z niczyimi uczuciami internauci widzą na ekranach swoich komputerów. Nikt nie wyjaśnia dlaczego w szpitalu zamiast podać Magdalenie Żuk środki uspokajające przywiązano ją uspokajająco do łóżka. Nikt nie tłumaczy kim są biegający po szpitalnych korytarzach Morlokowie udający lekarzy, którzy usiłują obezwładnić walczącą z nimi Polkę. Nikt nie próbuje wyjaśnić dlaczego zakochany po uszy w Magdzie Marcus, na koniec nagrania, które obiegło sieć w pierwszych dniach tej afery, mówi na koniec sam do siebie (bo przecież nie do siedzącego obok kolegi) – coś się wyjebało…” (coryllus, całość na papug.pl – Herbert G. Welles kontra detektyw Rutkowski)

„…Toyah umieścił wczoraj na swoim blogu link do nowego filmu z serii Kraina Grzybów, który, wraz z jakimiś wykładami, będzie prezentowany w placówkach muzealnych dotowanych przez państwo. To jest oczywiście oburzające. Nie jest jednak najważniejsze. Do niedawna bowiem było tak, że artyści-oszuści, żyjący z pieniędzy budżetowych narzekali na publiczność, która nie prowadzi z nimi dialogu, bo ich nie rozumie. Potem okazało się, że tylko niektórzy rozumieją głębię sztuki nowej i to z nimi ma prowadzić dialog publiczność, a oni będą jej objaśniać o co chodzi. Dziś dzięki krainie grzybów doszliśmy do momentu, kiedy artysta mówi wprost – mam w du…ie dialog z publicznością, dawać forsę. To jednak nie wszystko. Mówi jeszcze wprost skąd wyrastają mu nogi, a raczej rogi. Skończyły się żarty, nie rozumieliście czego dotyczy sztuka nieprzedstawiająca i szydziliście z niej, teraz macie to powiedziane wprost – dotyczy ona diabła i jego spraw. Musicie za oglądanie tego diabła i jego spraw zapłacić, a jeśli tego nie zrobicie pan minister od dobrej zmiany będzie się gniewał. Okaże się bowiem, że jesteście przeciwko kulturze i chcecie żyć jak świnie, tylko dniem dzisiejszym, taplając się w błocie. Chodzi zaś o to, by kultura była różnorodna, to znaczy, żeby było w niej miejsce dla wszystkich, także dla czcicieli złego…

…I dobrze wiecie, że nie chodzi tu ani o Twardocha, ani o tę idiotkę, która namalowała te wszystkie obrazy. Nie ma tu też znaczenia niska jakość artystyczna tych dzieł, bo z chwilą kiedy wyłączona została krytyka, jakość przestaje mieć znaczenie. Liczy się tylko stupor i wiara publiczności, że tak ma być. Tak jak w sprawie Magdy Żuk liczy się tylko to, by przekonać sieć, że Rutkowski to profesjonalista. Całe szczęście w przypadku Rutkowskiego sieć nie milczy, sieć ryczy. Oby Bóg dał nam siłę.” (coryllus, całość tu:  O praktycznym znaczeniu złudzeń)

„…kiedy ową Moś – swoją drogą, obawiam się, że w pojęciu jej promotorów to był niezwykle inteligentny pomysł, by z niej zrobić polską Kate Moss – ujrzałem po raz pierwszy, nie poczułem nic poza bardzo ciężkim zażenowaniem, którego jeszcze przed laty miałem okazję doświadczyć, gdy gdzieś w kolorowej prasie przypadkiem natrafiłem na relacje z jakiejś warszawskiej gali, która zrobiła na mnie wrażenie urodzin któregoś z ruskich biznesmenów gdzieś we wschodniej Ukrainie. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem, jak ona się prezentuje, oraz wysłuchałem, jak śpiewa, zrobiło mi się tak strasznie wstyd, a jednocześnie smutno, bo wtedy to właśnie w pełni zrozumiałem, w łapy jakiego buractwa wpadła przez ostatnie lata nasza biedna Polska i jak beznadziejne są nasze nadzieje na to, że kiedykolwiek uda nam się ją stamtąd wyrwać. Oto bowiem widzimy coś, co wyrasta bezpośrednio z czegoś, co nawet najprostsza wrażliwość identyfikuje jako proste ruskie kurewstwo, a co my musimy akceptować, jako nasz polski wkład w europejską kulturę popularną i nie mamy nawet sposobu, by zareagować.

I proszę nie myśleć, że ja mam pretensje do tej całej Moś, czy jak ona się tam naprawdę nazywa. To jest prawdopodobnie jakaś biedna dziewczyna o na tyle mocnym głosie, że w pewnym momencie zwrócili na nią uwagę jacyś działający w branży estradowej cwaniacy i przekonali ją, by machnęła ręką na swoje ewentualne plany indywidualnej kariery i zdała się na ich wyczucie tego co się nazywa rynkiem, no a ona uznała, że czemu nie, może tak będzie szybciej i lepiej. No a oni zrobili z niej to co zrobili i wystawili ją w Konkursie Eurowizji w przekonaniu, że w ten sposób Polska podbije świat…” (Toyah, całość tu: Eurowizja, czyli o sutenerach i ludziach)

„…Ludzie zamknięci na małym terenie, a przykład w korporacji, w biurze poselskim, w sejmie, na łodzi płynącej po oceanie, czy oddziale specjalnym, muszą jakoś oswajać i racjonalizować szaleństwa bliźnich. Jeśliby tego nie robili umarliby z pewnością, albo pozabijali się nawzajem. Żeby ułatwić im życie wytwórnia Pixar, czy kto to tam robił, wyprodukowała „Pingwiny z Madagaskaru”.

I tak oto Julian nie radzący sobie zupełnie z emocjami swoich kolegów, a sam całkowicie ich pozbawiony, żeby jakoś wytrzymać w zamknięciu zaczyna, uważać się za króla, a całe zoo za swoje królestwo. Skipper, który ma dosyć zarówno Kowalskiego, jak i tego co rzyga granatami, a także szeregowego, wymyśla im codziennie nowe zadania. Nie dlatego bynajmniej, żeby ich ratować od nudy, ale żeby samemu nie oszaleć. Szajby bowiem jego podwładnych są poważne i groźne, jeśli nie zostaną w porę opanowane może dojść do katastrofy. Najciekawsza w tym wszystkim jest rola człowieków, które nie są w tym filmie bynajmniej człowiekami honoru. Są dostarczycielami rozrywek i jedzenia ponad przepisaną normę. Najlepsze zaś jest to, że zarówno Skipper, jak i Julian uważają się za rzeczywistą moc sprawczą tego co dzieje się w całym ogrodzie zoologicznym mieszczącym się w Central Park. Julian ma łatwiej niż Skipper, bo ten ostatni wszystko bierze na siebie, całą odpowiedzialność, Julianowi zaś zawsze pomagają pradawni bogowie i to oni są zwykle winni wszystkim katastrofom, jakie spotykają lemury…

Moryc! Tańcz małpo włochata, bo człowieki pójdą gdzie indziej i nie będzie pysznego popcornu dla króla…Tańcz Moryc, bo tak nakazują pradawni bogowie, którzy nas chronią…” (coryllus, całość tu: Moryc! Ten głupi Coryllus znowu ukradł naszych człowieków!)

Wytłuściłem tylko ten jeden fragment spośród cytowanych, gdyż uznałem go za trafną i wspólną dla wszystkich poruszonych historii – tylko pozornie nie mających ze sobą nic wspólnego – wykładnię. Począwszy od banalnej na pierwszy rzut oka ( według „oficjalnej wersji wydarzeń” sprzedawanej przez propagandę) przyczyny, poprzez żenujący (w oficjalnej wersji „profesjonalny”) przebieg, aż do tragicznych (w oficjalnej wersji „polacynicsieniestało”) skutków, na które prawie nikt poza niszowymi blogerami i „głupim” (bo wścibskim) internetem nie zwraca uwagi. Chodzi wszak tylko o wywoływanie emocji a potem ich uspokojenie. Najpierw pokażemy wam młodą i ładną kobietę i jej zmagania na wycieczce w Egipcie która kończy się tragiczną śmiercią, a potem na tym samym oddechu opowiemy wam o „sukcesie” Kasi Moś, która nie musi się włóczyć po Egipcie… W międzyczasie pokażemy wam (w końcu za to płacicie) kota z piwnicy który wygląda jak diabeł. Tyle cennych emocji a wszystko za jedyne x zł (plus vat)… Cała prawda całą dobę.

Że niby to nie ma nic wspólnego z kreskówką? Oczywiście że ma! Tak kreskówka, jak i „ważne” (skoro się o nich mówi) wydarzenia od kryminalnych, poprzez kulturalne, na politycznych skończywszy wywołują u nas tak samo prawdziwe emocje i pozostawiają w pamięci wrażenie. Dlatego właśnie tak dobrze owa analogia/klucz w postaci „Pingwinów z Madagaskaru” tutaj pasuje… Nie tylko ze względu na treść ale głównie ze względu na materię… Ektoplazma normalnie na wszystkich poziomach. Jeśli jednak kogoś ta analogia nie przekonuje, albo wydaje się mało poważną przesadą, to zawsze może sięgnąć po innego klasyka. Cytuję:

„…Nie możemy mówić poważnie, bo poważny, to znaczy nudny, a jak nudny, to te barany wezmą pilota i przełączą…”

…(Odys)

podobne: Kultury dobre i złe, oraz reglamentacje, prowokacje i profanacje czyli… materialna i niematerialna sztuka rewolucji. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu oraz: (bez)wstyd Jakóbiak i Ellen za dychę czyli… uważaj na świat stojący otworem. „Pochwała łotrostwa” i „Traktacik o wyobraźni” (Kaczmarskiego) i to: Na chłopski rozum o „transmisji myśli w kosmos”, talencie wybrańców losu, transgresji i ektoplazmie „poezji” czyli… „o mafii bardzo kulturalnej” („arystokracji rozumu”) oraz magii Nobla Władysława Reymonta (alias Rejmenta-Balcerka) a także: „Śmierć i dziewczyna” czyli… Socjal Demokracja jako sztuka dymania podatnika. Czas skończyć z „coolturą” za publiczne pieniądze. polecam również: Gazeta Wyborcza i kult tolerancji dla pedofilii czyli… kogo ochrania i kto zarabia na Lex Trynkiewicz. O grzebaniu w psyche i „świat na opak” i jeszcze: Polacy, nic się nie stało. Nie rozsprzedali matce dziecka na części. Co to jest „śmierć mózgowa” i kiedy człowiek umiera? oraz: Witold Gadowski: Piczka i kiełbasa. Czy „my słowianie” musimy się sami poniżać? i to: Wolność, równość, szyderstwo (od PRLu do fejsbuka) czyli walka z cenzurą kiedyś i dziś. O skutkach ubocznych pracy najemnej i deklasacji kultury

Adam Wycichowski niewolnik – Red Light District

Na chłopski rozum o „transmisji myśli w kosmos”, talencie wybrańców losu, transgresji i ektoplazmie „poezji” czyli… „o mafii bardzo kulturalnej” („arystokracji rozumu”) oraz magii Nobla Władysława Reymonta (alias Rejmenta-Balcerka)


Aykut Aydoğdu – Człowiek i Owad

„Kiedy słyszę słowo kultura, odbezpieczam rewolwer” (Hanns Johst)

„Żeby coś, co sztuką nie jest, przeobraziło się w nią, wystarczy poprosić kuratora – niech namaści egzegezą. Kupa błocka, poddana krytycznej analizie, okaże się pełna wysublimowanych znaczeń” (Monika Małkowska)

Oprawę tekstu stanowić będzie obraz który jak sam jego autor (Kordian Lewandowski) słusznie zauważa czasem wart jest więcej niż przysłowiowe tysiąc słów. Chodzi o top 9 wystąpień polskich artystów współczesnychOglądanie filmiku nie jest konieczne dla zrozumienia o czym będzie pisane, a tylko nadmienię że jednym z bohaterów jest Pan Edward Dwurnik (eksportowy i „ulubiony artysta” ministra Glińskiego, odznaczony przez niego Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”), który stanowi niejako ideologiczną oprawę dla zaprezentowanej w materiale czeredy. Żeby wiedzieć bez oglądania z czym mamy do czynienia pozwolę sobie zacytować jego śmiałą tezę:

„…Prawdziwy malarz, prawdziwy artysta tworzy w rozpędzie po prostu. I jeśli ma coś do powiedzenia to jest ok. Prawdziwi malarze, jest ich bardzo mało… jest ich po prostu tylu [tu unosi dłoń i pokazuje pięć palców] po wojnie, może sześciu… dotykają… bardzo ważnych strun życia…. Ale dlaczego dotykają, i dlaczego tak się dzieje ja nie wiem. Ja nie mogę na to odpowiedzieć, bo tak jest, tak się stało no… I… albo istniejemy, albo k..wa, idziemy w zapomnienie i ch…, i ch… po nas” [brawa]… koniec cytatu

Na początek o tym jak to z tą sztuką i kulturą w Polsce było pisze (po nazwiskach) cytowana już wyżej Pani Monika Małkowska… (Odys)

„…Pole leżało odłogiem, niczyje. Dziki teren z żyłami złota, których istnienia nikt nie podejrzewał. A nawet jeśli, to brakowało urządzeń, żeby do nich dobrać. Mówię o zasobach w postaci sztuki. O wydobyciu ich i wprowadzeniu w rynkowy obieg.

Transformacja 1989 wymagała nowych ludzi na dyrektorskich stołkach. Nowych, znaczyło „nie umoczonych” i lepiej zorientowanych w realiach art worldu, niż poprzedni szefowie. Również kryty­ka wymagała odświeżenia, na podobnych zasadach.

Pierwsze wydarzenia wprawiały wszystkich w euforię. Rok 1990, Ministerstwo Kultury i Sztuki, pani minister Izabella Cywińska namaszcza dwoje takich nowych – Wojciech Krukowski obejmuje ster CSW-Zamku Ujazdowskiego; Barbara Majewska dostaje Zachętę. Wkrótce potem Anda Rotten­berg zostaje kuratorką Galerii Domu Artysty Plastyka, będąc jednocześnie dyrektorką Departamen­tu Sztuki w MKiS. W 1993 roku Rottenberg zakończyła pracę w DAP, by przez kolejnych osiem lat szefować najważniejszej polskiej instytucji artystycznej – Zachęcie. Dalsze zmiany w co ważniej­szych polskich galeriach wynikały z powyżej wymienionych i/lub były efektem postsolidarnościo­wych wyborów.

Do połowy lat 90. w polskiej sztuce hulało. Artyści chcieli wykrzyczeć wolność. Romantycy! Nie bali się żadnej formy ani tematyki. Ryzykowali i brali społeczne odium na klatę. Nie byli nastawieni merkantylnie, nie planowali karier. Ba, plasowali się w opozycji do aukcyjnych tuzów (bo zaczęły się pierwsze licytacje i wyłonili zwycięzcy). Twórcy z ochotą przekazywali prace na liczne aukcje charytatywne, gdzie młotek szedł w ruch przy sumie wywoławczej 100 zł. Nawet właściciele prywatnych galerii wciąż zachowywali się bardziej jak entuzjaści-amatorzy niż twardzi marszandzi nastawieni na zysk.

W drugiej połowie lat 90. klimat się zmienił. Zaczęły zarysowywać się frakcje, trakcje, akcje. I poja­wili się pierwsi poszukiwacze złota. Aroganccy, bezwzględni, młodzi. Chcieli zgarnąć co najlepsze, nade wszystko zaś objąć rząd dusz.

To oni utworzyli zaczyn instytucjonalno-komercyjnej sieci, przez którą nikt niepożądany (czytaj: nie­zależny i samodzielny) się nie przeciśnie.

Etap drugi: skręcanie sieci

Liderzy tego układu weszli w polskie ciało kulturalne jak w masło. Nie groziła im ani konkurencja, ani mechanizmy kontrolne. Ruszyli pokoleniową ławą – „młodzi wilcy”. Zastosowali nieznaną w PRL-u technikę: przykopywanie, skopywanie, dokopywanie. Poza agresją, ich głównym atutem był wiek.

Najszybciej sytuację rozpoznały dwie formacje: Fundacja Galerii Foksal i Raster. Ci pierwsi (Joan­na Mytkowska, Andrzej Przywara, Adam Szymczyk) wykorzystali znaną w świecie nazwę Galeria Foksal (pierwsza awangardowa galeria warszawska, istniejąca od 1966 roku, niezależna od polity­ki kulturalnej PRL-u, gdzie wystawiały międzynarodowe sławy) oraz jej kontakty. Manewr, który za­pewnił im łatwy start oraz ksywkę Foxy lub po prostu Lisy).

W przeciwieństwie do milkliwych Foxów, duet Łukasz Gorczyca i Michał Kaczyński czyli Raster ro­bił dużo hałasu. Zaczęli od wydawania magazynu literacko-artystycznego, który w 2000 roku prze­obraził się w „Internetowy tygodnik szybkiego reagowania”, byli obecni w kilku innych periodykach, przez pewien czas prowadzili telewizyjnego „Pegaza” (był taki program w Jedynce), tworzyli gale­rię, wydawali płyty. No i lansowali młodych zdolnych.

Trzeba przyznać – mieli nosa. I byli zabawni. Szybko stali się pupilami warszawki, skupiając środo­wisko dwudziestokilkulatków (temu służyła kultowa świetlica). Skonsolidowali grupę fanów, gotowych dać się za nich posiekać. W przyszłości miało się to okazać bezcenne.

Dowcipnie parafrazowali oficjalne nazewnictwo, wyrażając jednocześnie swój stosunek do zna­nych instytucji, typów, zjawisk. I tak Zachętę przechrzcili na Zniechętę, Zamek Ujazdowski na ZUJ, Dom Artysty Plastyka na DUPĘ; beztalent – to polski artysta…

…szum medialny wokół artystycznych wydarzeń miał nieocenioną wartość marketingową i nie tylko nie zaszkodził, lecz promował ich bohaterów.

Efekty? Skończyły się publiczne dyskusje wokół sztuk wizualnych. Wymiotło malkontentów, niedo­wiarków, pyskaczy z prasy, z mediów w ogóle. Coraz mniej osób ośmiela się zabierać głos w sprawie twórczości plastycznej, obawiając się obciachu.

Jednocześnie, sztukę odpuściła sobie niedoszła klasa średnia, wraz z postępującą pauperyzacją coraz bardziej indyferentna wobec wszystkiego, co nie dawało chleba i nie udawało igrzysk. Właśnie owa obojętność ze strony większości społeczeństwa po­zwoliła nowej grupie artystycznych decydentów na coraz większą brawurę…

(…)

Nikt nie chce czytać/słuchać o czymś, czego nie rozumie, a wstydzi się do tego przyznać. To wiąże się z manipulacjami, o których już była mowa.

Są też inne powody: krytyków zastąpili szeregowi dziennikarze, którzy po prostu kopiują/wklejają notki z PR-owskich zapowiedzi. I tak odbiorca dostaje niestrawną promocyjną papkę. Z blurbami nie da się pokłócić czy nie zgodzić – przecież to nie są niczyje opinie, tylko chwyt marketingowy. Daje to rezultat kuli śniegowej: niezrozumiałe „opisy” zrażają potencjalnych widzów. Niechęć do sztuki rośnie, zainteresowanie nią maleje…

w wielu redakcjach (zwłaszcza kultural­nych, bo to dziedzina, gdzie najtrudniej o obiektywną ocenę wiedzy i umiejętności) uformowały się grupy wzajemnego wsparcia, wykluczające kogokolwiek z zewnątrz. Nawet jeśli dochody są nie­wielkie, to nieustanne autopromowanie siebie i zespołu kolegów procentuje innym zyskami.

„Rodziny” wyeliminowały pośredników-ekspertów. Szybko zorientowali się, gdzie jest głowa układu scalonego. Krytycy sztuki są im niepotrzebni, ba! Niebezpieczni – mogą chlapnąć coś nie w smak decydentom. Kulturalni redaktorzy zwracają się bezpośrednio do kuratora czy artysty. Taki chętnie chętnie się wypowie, przez telefon czy na żywo; o każdej porze dnia czy nocy; całkiem gratis. Przecież to jego interes.

W takim układzie wszyscy są zadowoleni – redaktorzy nawiązują kontakty, przeprowadzają wywia­dy, wyjeżdżają na zagraniczne imprezy plastyczne. Z czasem – czasem bardzo krótkim – zaczyna­ją uważać się za fachowców. I tak utrwala się monopol medialno-kulturalny.

A krytycy? Im już dziękujemy, sami się obsłużymy. I wszystko zostanie w rodzinie.” [mm]

polecam lekturę całości tu: Mafia bardzo kulturalna (pierwotny tytuł: „Czego nie widać”)

Współczesna krytyka ma w zasadzie tylko jeden problem i streszcza się on w zdaniu – jak odróżnić wariata od oszusta? To jest problem poważny, bo jak pamiętamy szaleńcy są podstępni i zdecydowani na wszystko, a szaleńcy dążący do zdobycia sławy na rynku sztuki są najgorsi. Krytyk nie szuka więc wariata, którego będzie promował i który uzasadni istnienia krytyka, najważniejszej osoby na rynku sztuki. Krytyk, żeby przeżyć musi koniecznie znaleźć oszusta i zainwestować weń tyle ile zdoła. Oszust bowiem, dobrze sprofilowany i przynoszący dochody zapewni krytykowi spokojne życie do emerytury. Czasem oczywiście zdarzają się pomyłki i krytyk przekonany, że promuje uczciwego oszusta, z którym wespół kradł będzie pieniądze, myli się i wszystkie siły oraz emocje inwestuje w szaleńca. I wtedy robi się kłopot. System jednak już zdołał wytworzyć różne zabezpieczenia i po kilku wpadkach, które omówiliśmy sobie wczoraj, wszystko jest zabezpieczone. Żaden prawdziwy wariat nie zostanie już poetą, ani malarzem, ani nawet piosenkarzem rozrywkowym. Najważniejszym zabezpieczeniem przed inwazją wariatów na rynek sztuki jest gawęda o trasngresji. Co to takiego? W największym skrócie przekraczanie granic. Kajetan P., przekroczył granice, dziunia z Białej także je przekroczyła, a pewnie też kilku innych. Nie zrozumieli oni jednak, że nie o to chodzi krytykom. Nie o takie przekraczanie granic. Chodzi o to, by za pomocą gawędy o transgresji wycisnąć z frajerów parę złotych, dokładnie tak, jak się to odbywa na bazarach całego świata przy grze w trzy karty

…rzecz cała jest wpleciona w bardzo czytelne i sztywne konteksty o charakterze międzynarodowym. My je tutaj nazywamy krainą grzybów, a jeśli konteksty są nieco inne, bardziej łagodne, może dla nich użyć nazwy holocaust industry. I w zasadzie nic więcej prócz tych dwóch kierunków się w sztuce nie liczy…

nas to ominęło, ponieważ poezja i literatura nie miały u nas przez ostatnie 150 lat funkcji jawnie deprawacyjnych. Miały ten mechanizm w środku, ale dobrze ukryty. Poezja i literatura służyły po prostu temu, by integrować społeczność polską wokół idei wolności oddzielonej od Kościoła. W porównaniu z tym co się działo na rynku literatury francuskiej w tym samym czasie, to jest kaszka z mleczkiem. Przez ów dziwny skręt literatura polska była przez wiele lat określana jako lokalna, zapóźniona, generalnie gorsza niż to co powstawało w innych krajach. Dziś widzimy, że miała po prostu inną funkcję. Nie ma się co tym jej przeznaczeniem ekscytować, ale trzeba stwierdzić fakt. Dziś kiedy zintegrowane społeczeństwo polskie nie jest nikomu do niczego potrzebne rozwala się je komunikatami mającymi rangę sztuki, które służą wyłącznie temu by nie można było w jednym miejscu zgromadzić jednakowo myślącej i jednakowo przeżywającej emocje publiczności. Żadnych innych funkcji to nie ma. No, może jeszcze jedną. Jeśli weźmiemy pod uwagę ambicje tego całego Solczaka* i jego poetyckie wykwity przyjdzie nam przyznać, że ta destrukcja służy temu także, by naganiacze mogli sobie podnieść samoocenę i mieli poczucie wyższości w stosunku do prostych bandziorków chadzających z łomem na robotę, ale to już naprawdę wszystko...” (coryllus – O największych problemach współczesnej krytyki)

Solczak (Maciej) typ którego Marcus wysłał po Magdę do Egiptu pisze wiersze. A oto próbka jego twórczości:

Palę dziewice na stosie, jedna za drugą, do ognia dokładam.
Wciągam ten miód w płuca, puszczam z dymem ich ciała, co nad punktem ogniska fale zatacza.
Morduję je wcześniej, w pożądania szczycie, rozczłonkowuję delikatne ich ciała.
Zazwyczaj ostrymi nożyczkami odcinam im głowy, ciacham, szatkuję dziewczęce członki w pełnym skupienia zachwycie.
Nic na to poradzić nie mogę, w przyjemności szale, przecinam jej właśnie system nerwowy.
Pękają pod naciskiem ostrzy nożyczek, z chrzęstem, na pół kruche trichomy.
Zagarniam na stos te zielone ciała, co los ich przypieczętowany, co straciły życie.
Przejdą materii ognia przemianę, w wyższym celu je poświęciłem.
Szaleństwo lecz znowu przykładam pochodnię, słyszę ciche ciał skwierczenie, gdy dym w nozdża wdycham.
Wchłaniam dziewczęce ich dusze jak Kronos, boskie przymierze.
Gdy tylko jeden stos palić zakończę, drugi zawijam w bletę.
Mówią, że jestem morderca, co litości nie zna, nie cofnie się przed niczym.
Nie słucham, z Salamandrą znów ogień podkładam, zaciągam się dymem, twarz uśmiechniętą Jej widzę.
Płonie stos żarem wyraźnym, dym tłoczę w swe płuca, z powietrza tlenu dodaję, oczy zamykam.
Jestem zieleni killerem, bezwzględnym gangsterem, co morduje najlepsze topy.
Z fajki dym, gdy zawrzesz ze mną przymierze, na osobności, tak między nami: morduję tylko świadomości wierszami.

koniec cytatu…

więcej na temat tej sprawy u Toyah’a: O biednej Magdzie i jej trzech fantastycznych kolegach, czyli Szatan Jest Nudny

 podobne: Gazeta Wyborcza i kult tolerancji dla pedofilii czyli… kogo ochrania i kto zarabia na Lex Trynkiewicz. O grzebaniu w psyche i „świat na opak”

Jacek Malczewski – Błędne koło

Na osobności (tak między nami) powiedzmy więc sobie szczerze że to nie jest „tylko taka konwencja” i „styl”. Za tym, „z rozpędu” jak to uzasadnia Pan Dwurnik (jeden z sześciu „prawdziwych artystów” licząc na palcach jednej ręki) idą potężne emocje… i oswajanie/zatruwanie własnej (i cudzej) wyobraźni „czystym” złem, którego nie da się usprawiedliwić żadnym „talentem”, ani potrzebą manifestacji, czy zaistnienia, poczucia wspólnoty/współodczuwania. Bardzo łatwo jest „współodczuwać” z autorem jeśli jest się podatnym i otwartym na jego słowa (zwłaszcza jeśli imponuje nam jego wyobraźnia/erudycja), ale ja bym tego nie nazywał współodczuwaniem ani „pokrewieństwem dusz”. To jest nic innego jak uleganie/podatność na… (i tu w zależności od intencji odbiorcy/autora) potrzebę akceptacji/przynależności, albo manipulację/posiadanie.

To jest prosta droga do tego (tu pozwolę sobie jeszcze raz Pana Dwurnika zacytować) żeby było „ch… po nas”. I nie mam na myśli tak prymitywnych zakusów jak cytowany wyżej wytwór, który jest oczywisty jak aktor (ob)sceniczny co to zdjął spodnie przed publiką i pokazał to i owo, ale chodzi mi przede wszystkim o te bardziej subtelnie i inteligentnie zamaskowane autoprezentacje/manifestacje, które na pierwszy rzut oka brzmią i wyglądają jak niewinne „poezje”, ale po których przeczytaniu pozostaje w głowie mętlik i bliżej nieokreślony niepokój. Co i mnie się jeszcze do niedawna zdarzało po wpadnięciu tu i ówdzie (z rozpędu)… (Odys)

„…Nie mam tu zamiaru zajmować się psychiką zbrodniarzy klecących wiersze, bo gdyby to ode mnie zależało poszliby oni wprost z sali sądowej na krzesło elektryczne. Jak dobrze wiecie nie pójdą. Ani ta wrażliwa dziewczynka, która była tak daleko poza dobrem i złem, że zamordowała rodziców swojego chłopaka, ani Kajetan P. Oboje będą dalej egzystować na nasz koszt, nie czując skruchy i żadnych wyrzutów. Żeby nie zaniżyć poziomu dyskusji, zostawmy rozważania prawno-psychologiczne na boku i przejdźmy do sprawa ważnych czyli dotyczących rynku.

Rynek poezji jest wyjątkowo wprost ubogi, nie tylko jeśli idzie o talenty, ale także jeśli idzie o pieniądze. Stanowi on jedno z kilku pięter narracji propagandowych, które w teorii obstawione winno być przez osoby najwrażliwsze i czujące najwięcej. To jest nieprawda i nie trzeba tego udowadniać. Wystarczy posłuchać jak beznadziejnie piszą i bredzą poeci współcześni. Rynek poezji nie służy utrzymywaniu poetów, służy utrzymywaniu krytyków, a ci z kolei są elementem starych, czerwonych hierarchii, którymi poprzerastana jest nasza ojczyzna.

Nie jest łatwo wypromować nawet nędznego poetę w sytuacji kiedy edukacja w Polsce w zasadzie nie działa, a Polacy jako odbiorcy treści, jako społeczność, podlegają ciśnieniom nie spotykanym wcześniej. Trudno znaleźć treści, które przyciągnęłyby uwagę jakiejś, nawet małej, grupki czytelników. Tym trudniej, że rynek poezji pełni także funkcje propagandowo-deprawacyjne. Trzeba więc trzeba, i to jest rola krytyków, promować treści zrozumiałe dla jak największej grupy osób, które od biedy mogą uchodzić za poezję. Nie rymowaną rzecz jasna, ale wolną i głęboką, a do tego jeszcze dewastują wrażliwość i odwracają naturalne hierarchie dobra, prawdy i piękna. To w takich właśnie bajorkach lęgną organizmy podobne do Kajetana P i tej całej dzidzi z Białej Podlaskiej. I niech się nikomu nie zdaje, że bajorka te powstają same, po większych deszczach. One są pracowicie tworzone i pielęgnowane przez architektów tych zatrutych ogrodów, którzy muszą mieć pewność, że nie zostaną wysadzeni z rynku dającego im utrzymanie i pozycję. Cechą zaś charakterystyczną tych ludzi jest brak poczucia winy za to co wyhodowali. Z wielką chęcią za to osoby te obarczają rozmaitymi winami bliźnich, nierzadko będących bohaterami promowanej przez nich poezji…” (coryllus – Poeci)

podobne: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki? oraz: Prawo do literatury… W połowie „dobry” i to: „Muza nie żyje”: Kiedy sztuka jest wyrazem wysokiej kultury? „Jezus wyszydzony”: Zmaganie się o duszę tego świata  a także: Leszczyna czyli… coryllus o Młynarskim. Po co nam talent?

„…Toyah umieścił wczoraj na swoim blogu (Czy w Ministerstwie Kultury powstaje Departament Grzybów?) link do nowego filmu z serii Kraina Grzybów, który, wraz z jakimiś wykładami, będzie prezentowany w placówkach muzealnych dotowanych przez państwo. To jest oczywiście oburzające. Nie jest jednak najważniejsze. Do niedawna bowiem było tak, że artyści-oszuści, żyjący z pieniędzy budżetowych narzekali na publiczność, która nie prowadzi z nimi dialogu, bo ich nie rozumie. Potem okazało się, że tylko niektórzy rozumieją głębię sztuki nowej i to z nimi ma prowadzić dialog publiczność, a oni będą jej objaśniać o co chodzi. Dziś dzięki krainie grzybów doszliśmy do momentu, kiedy artysta mówi wprost – mam w du…ie dialog z publicznością, dawać forsę. To jednak nie wszystko. Mówi jeszcze wprost skąd wyrastają mu nogi, a raczej rogi. Skończyły się żarty, nie rozumieliście czego dotyczy sztuka nieprzedstawiająca i szydziliście z niej, teraz macie to powiedziane wprost – dotyczy ona diabła i jego spraw. Musicie za oglądanie tego diabła i jego spraw zapłacić, a jeśli tego nie zrobicie pan minister od dobrej zmiany będzie się gniewał. Okaże się bowiem, że jesteście przeciwko kulturze i chcecie żyć jak świnie, tylko dniem dzisiejszym, taplając się w błocie. Chodzi zaś o to, by kultura była różnorodna, to znaczy, żeby było w niej miejsce dla wszystkich, także dla czcicieli złego, takich jak Szczepan Twardoch. W tym momencie Szczepan uśmiechnie się szeroko i pomyśli, no nareszcie, teraz to będzie promocja….Zrobią ze mnie satanistę. Otóż nie będzie żadnej promocji, bo nie będzie tła. Nie do tego przecież zmierzają ludzie mówiący o różnorodność i rozkwitaniu tysiąca kwiatów, żeby tę różnorodność zagwarantować. Chodzi o to, żeby nie było niczego poza bardzo poważną dyskusją o niczym. I to właśnie jest istotnym celem projektu ‘Kraina grzybów”. Znajduje to natychmiastowe przełożenie na reakcję publiczności, którą jest stupor i milczenie. Mamy patrzeć i milczeć. Gwarancją bowiem sukcesu tego wydarzenia są dotacje ministerialne i krysza, jaką daje instytucja państwowa…” (coryllus – O praktycznym znaczeniu złudzeń)

„Jestem Bogiem! Uświadom to sobie…” śpiewał jeden popularny do dziś w niektórych kręgach artysta (niektórzy nazywają go poetą) zestawiając ów atrybut z posiadaniem „pier…..ej schozofrenii”, a wszystko w nadziei że „jeszcze oszaleją wszystkie pi..y” gdy poznają jego „urok osobisty – Duszę artysty” bo taki jest „skromny i bystry”… po czym nastąpił „ch… z nim” (cytując klasyka) bo z tego „rozpędu” (za klasykiem) oraz żeby „nie pójść w zapomnienie” (cytując klasyka) sam odebrał sobie życie… Dobry Panie Boże świeć nad jego duszą i zmiłuj się nad nim nawet jeśli w chwili popełniania tego „dzieła” był „w pełni poczytalny” a „za czyny swe odpowiedzialny”, jak „tenktórynieprzepuszczażadnejokazji” który pierwszy wpadł na pomysł żeby powiedzieć Panu Bogu że sam jest bogiem, i od tamtej pory podsuwa niektórym ludziom tego rodzaju pomysły zawierając z nimi swoistą „pakto… fonikę”.

Nie wiem czy miał ów biedny człowiek jakichś naśladowców, ale na pewno znane są czytelnikom przypadki kiedy po śmierci „wielkich artystów” miały miejsce samobójstwa ich fanów, co z kolei napędzało „spuściźnie” kolejnych wyznawców i naśladowców… Teraz będzie kilka słów o owej spuściźnie, bo tak jak za duszę tych nieszczęśników powinno się modlić, tak to przez co (a nie „za co” jak wolą udawać „krytycy”) zgineli powinno się potraktować całkiem inaczej… (Odys)

„…Był to prosty chłopak, gdzieś z przedmieścia, postawny i przystojny. Tak się jednak złożyło, że odkrył w sobie różne niezwykłe zdolności, a potem postanowił na nich zarabiać. No, ale z cudami jak jest, sami wiecie. Raz się cud uda, a drugi raz nie. Jeść zaś, pić i gdzieś spać trzeba. Pomagał więc sobie Guzik sprytnie w cudotwórstwie, a jego popisowym numerem było wyciągania z zaświatów ektoplazmy. Była to cienka, przejrzysta materia, która sama z siebie układała się w ludzkie kształty na oczach zdumionych widzów, którzy wykupili bilety. Wszystko odbywało się po ciemku. Tak się niestety złożyło, że jakiś żartowniś za nic mając niemałą przecież kwotę, jaką wpłacił za uczestnictwo w seansie, zapalił znienacka światło. I wtedy okazało się skąd rzeczywiście bierze się ektopalzma. Ona się mianowicie, przepraszam Panie raz jeszcze, bierze z du…y. Guzik zawijał na ścisk długie kawałki przejrzystej gazy, a następnie pakował sobie te zwitki w tyłek. W czasie seansu zaś wyciągał i rozwieszał na krzesłach i lampach. Jak się pewnie wszyscy już zorientowali upodobania Guzika musiały być inne niż Ochorowicza, albowiem zmuszony był on do zachowywania nieznanej temu pierwszemu higieny. Ektoplazma bowiem tak jak bryndza w stołówce Domu Literata w Moskwie, musi być biała. Nie może być żółta, brązowa, a już w żadnym wypadku nie zielona. I Guzikowi przez długi czas udawało się zachować biel ektoplazmy, ale wreszcie wpadł…

…W tym wszystkim najbardziej zdumiewająca jest ta ektoplazma, myślę, że można nazwę tę stosować wymiennie z nazwą kultura środowiska. Choć pewnie wiele osób zechce się w tym miejscu obrazić, a nawet unieść…” (coryllus – Skąd się bierze ektoplazma)

podobne: „Kupa gówna” (w puszce) kontra czar polskiego pejzażu czyli traktat o sztuce a także: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa polecam również: (bez)wstyd Jakóbiak i Ellen za dychę czyli… uważaj na świat stojący otworem. „Pochwała łotrostwa” i „Traktacik o wyobraźni” (Kaczmarskiego)

„…Powiedzieli mu, że został „wybrany do głoszenia i zwyciężenia głosem materii”. On na to – że jest dekadentem i nie ma środków do spełniania duchowej misji. Obecni, „porozumiawszy się ze sobą, zapewnili całodzienne utrzymanie, pomoc naukową itd. Franku – kończył list do brata – nie jestem pod wpływem halucynacji (…), gdy sobie pomyślę o tym, co mnie spotkało, o kierunku, w jakim życie moje popłynie, boję się o siebie, boję się wprost zwariować”.

Odtąd, już jako członek Warszawskiego Towarzystwa Psychologicznego, do którego celów należało „przeciwdziałanie kierunkowi materialistycznemu za pomocą rozkrzewiania idei spirytystycznych”, Reymont wybrał się – jako medium – do Wrocławia, Berlina i do Wiednia. W grupie ezoteryków znalazł się wybitny krytyk, redaktor „Tygodnika Ilustrowanego”, Ignacy Matuszewski.

Reymont został wybrany. Od tej pory wszystko potoczyło się szybko – pracowitość utalentowanego pisarza przekonała szlachetnych, że właściwemu człowiekowi wytyczają drogę kariery. Jego przyszłość rysowała się świetnie: entuzjastyczne głosy krytyki i czytelników po ukazaniu się niezwykłej „Pielgrzymki do Jasnej Góry”, nad wyraz osobistego reportażu z pielgrzymki w roku 1894, w setną rocznicę Insurekcji Kościuszkowskiej: tego jeszcze nie było: ostrość obserwacji i jakiż sugestywny koloryt opisów! Niebawem kolejny sukces: przejmująca powieść z życia aktorów „Komediantka” (realia z autopsji: autor za młodu uciekał z domu, jako aktor pędził żywot w trupach wędrujących po kraju). I w niej, i w następnej powieści „Fermenty” pokazał, że ludzie sztuki w grupie niewiele się różnią od zwykłych śmiertelników: tak samo są tam wykorzystywani – i wyzyskiwacze.

Książki Reymonta stawiano w rzędzie tuzów: Orzeszkowej, Zapolskiej, Karola Huberta Rostworowskiego. Rozpoczęła się rywalizacja między nim a młodszym odeń o rok Żeromskim.Do pozazdroszczenia: przebierał w ofertach wydawców. Imponujące zaliczki; nic, tylko siadać i pisać. Tak, ale te wyjazdy: zapoczątkowane w 1894 r. podróżą do Londynu na zjazd The Theosophical Society. On, z przeraźliwymi lukami w wykształceniu, przez przypadek czeladnik krawiecki, niedoszły organista etc, etc… I taki świat!” (jestnadzieja 1 maja 2017)

John Anster Fitzgerald – Sen Artysty

„…Lorentowicz nazywa go samorodnym talentem, a my zaczynamy się zastanawiać jak to jest możliwe, że człowiek który skończył zaledwie podstawową, wiejską szkołę, został nagle literatem, a potem noblistą…

…W Paryżu pan Władysław opowiadał Lorentowiczowi, że jego nazwisko pochodzi wprost ze Skandynawii on sam zaś jest potomkiem wikingów. W tych samych latach mniej więcej, podobne bzdury, tyle, że nie w Paryżu, ale w Rouen opowiadał Flaubert, a możemy o tym przeczytać w dzienniku Goncourtów. Był to więc wśród literatów nowej epoki pewien stały zaśpiew.

W rzeczywistości człowiek, którego burzliwy życiorys tu omawiamy nie nazywał się ani Reymont, ani Rejment, tylko Balcerek. Jego ojciec zaczął się podpisywać Balcerek-Rejment, potem tylko Rejment, a on zmienił sobie, sam z siebie, czy też pod wpływem wydawców, nazwisko na Reymont. I tak już zostało. Reymont był absolutnie głuchy na to co nazywamy kulturą. Nie miał żadnego wykształcenia, a swoje pierwsze duże pieniądze zarobił oszukując komisję kolejową wypłacającą odszkodowania. Miał wypadek w Lipcach, kiedy pracował jako dróżnik. Trafił do szpitala z połamanymi dwoma żebrami. Tam jednak jeden z lekarzy, w wiki piszą, że był to doktor Jan Roch Raum, sfałszował zaświadczenie i napisał w nim, że Reymont ma 12 złamanych żeber oraz obrażenia głowy i nie wiadomo czy kiedykolwiek będzie zdolny do pracy umysłowej. Pan pisarz dostał w wyniku tej operacji 38 500 rubli. Była to suma astronomiczna. My zaś dzięki opisowi tej przygody dowiadujemy się, ze za cara, w czasach dzikiego kapitalizmu, opisywanego przez tegoż Balcerka-Rejmenta-Reymonta w powieści „Ziemia obiecana” prosty kanciarz, który obiecał działkę medykowi, mógł stać się bogaczem. O tym co ile kosztowało z rzeczy potrzebnych do życia przeczytacie sobie w nowej Baśni. Kwota wyłudzona przez Reymonta pozwoliłby mu na wyjazd do Ameryki i urządzenie się tam w dowolnym mieście. Spróbujcie wy dziś wyłudzić coś z ZUS-u, albo choć zagarnąć jedną emeryturę w wysokości 1000 złotych po zmarłej babce. Marny wasz los. Socjalizm pokonał kapitalizm i postaci tak świetlane i wielkie jak Karol Borowiecki, Max Baum i Moryc Welt odeszły w przeszłość. Triumfuje Władysław Stanisław Balcerek vel Rejment alias Reymont. On już doskonale wiedział jak i gdzie trzeba uszczelnić system, żeby żaden prawdziwie poszkodowany robotnik nie dostał od ludowego państwa ani grosza. Drugim biznesowym posunięciem pana Władysława był ożenek. Wybrał on na małżonkę Aurelię Szabłowską z domu Schatzschnejder – podaję za wiki. Rozumiem, że była to wdowa z pieniędzmi. Kolegów proszę o odnalezienie różnych szczegółów na jej temat. Po takich operacjach Rejment mógł jeździć gdzie chciał, nocować gdzie chciał i kupować co mu przyszło do głowy.

Wróćmy teraz do tego stowarzyszenia umarłych poetów założonego przez Wiktora Margueritte. Była to hucpa co się zowie, głównie ze względu na Balcerka-Rejmenta, który nie miał po prostu pojęcia o niczym. Swoją edukację w zakresie szkoły średniej i wyższej uzupełniał słuchając w kawiarniach bredzenia Zenona Przesmyckiego Miriama, z którym pił i jadał. Miriam wygłaszał długie monologi na temat książek i postaci historycznych, a Reymont to łykał i popisywał się tym potem przed innymi ludźmi. Kiedyś chciał pokazać jakiemuś Polakowi jeden z cudów Paryża – Saint Chapelle, ponieważ jednak był absolutnie niewrażliwy na sztukę w ogóle nie wiedział o co chodzi z tymi zachwytami nad pięknem, zaprowadził gościa do piwnicy kaplicy i tam opowiadał mu z emfazą oszusta to, co kiedyś usłyszał w kawiarni od Miriama czy Lorentowicza. Gość zorientował się, że ma do czynienia z osobnikiem w najlepszym razie zaburzonym, ale potraktował go łagodnie i po prostu wyprowadził z piwnicy na główny poziom Saint Chapelle by Rejment zobaczył jak wygląda architektura gotycka…

…Najlepsze są jednak okoliczności w jakich Reymont dostał Nobla. Ta nagroda była szykowana dla Żeromskiego. Przygotowywano ją przez ładnych parę lat przekupując i goszcząc na koszt ambasady różnych szwedzkich akademików. Okazało się jednak, że jeden z głównych rozgrywających przeczytał „Wiatr od morza” i oskarżył Żeromskiego o antygermańskość, co w Szwecji nie było nigdy dobrze widziane. Wydrukowano też po szwedzku „Chłopów”, ale tylko pierwszy tom, bo rzecz w ogóle nie szła. Reymont nie miał żadnych szans. Okazało się jednak, że nagrodę dostał, a to za sprawą interwencji rządu Witosa i polskich konserwatystów, a konkretnie Grabskiego, który uważał Balcerka Rejmenta Reymonta za endeka, Żeromskiego zaś za socjalistę piłsudczyka…

…na koniec przypomnę jeszcze tylko, że serce Balcerka wmurowano w filar kościoła św. Krzyża w Warszawie, a Sejm III RP ogłosił rok 2000 rokiem Reymontowskim.

I jeszcze jedno. Na tym przykładzie, podobnie jak na przykładzie Wiktora Margueritte dobrze widać do czego służą pisarze realiści. Do zakłamywania obrazu rzeczywistości. Do łgania w żywe oczy na temat prowadzenia się wiejskich i miejskich dziewczyn oraz tego jak wyglądała praca w fabryce i dziki kapitalizm. No, ale jak ktoś wyłudził prawie 40 tysięcy rubli to co mu można było zrobić? Bogatemu, jak to mawiają, nikt nie zabroni. Dziękuję Państwu za uwagę. Niech się święci Pierwszy Maja.” (coryllus – O ludziach, którzy nie są tym kim się wydają)

podobne: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości” oraz: Studiować każdy może… ale nie każdy widzi w tym sens. Inteligencki etos żeromszczyzny

„…powieść „Chłopi” podobnie jak powieść „Ludzie bezdomni” Żeromskiego została napisana na zlecenie Bronisława Natansona, człowieka naprawdę niezwykłego i wielkiego, który zasługuje na swojego biografa. Kłopot w tym, że nie ma takich ludzi, nie istnieje nikt, kto w słowach prostych i jasnych opisałby dzieje tego pana i jego przedwczesną i niezrozumiałą śmierć. Natanson wiele ryzykował podejmując działalność wydawniczą, a ludzie tacy jak Reymont i Żeromski nie ryzykowali absolutnie nic. Byli jak te cielęta na łące, nie kumali nawet po co i dlaczego Natanson płaci im za te książki tak horrendalne honoraria. Byli przekonani, że jedynym powodem jest wielkość ich talentu. W takiej właśnie wierze utrzymują ludzi różne „arystokracje rozumu”, do tego są powołane, żeby stwarzać rzeczywistość alternatywną i fikcyjne hierarchie, które są potem przedmiotem zajadłych sporów akademickich. Prawda zaś jest ukryta i taka musi pozostać, a powód tego jest dziś jeden tylko właściwie – utrzymanie w jako takim porządku systemu edukacji w języku polskim, systemu nie nadającego się do niczego i nie dającego nikomu żadnej szansy.

Jeśli zaś idzie o Reymonta i Żeromskiego, to prócz wspomnianych tu wczoraj przygód mieli oni także inne. Oto umieścił ktoś tutaj cytat będący relacją ze ślubu pana Władysława, który odbył się w Krakowie. Ślub ten brał Reymont z babą straszliwą, łasą na pieniądze, przystojną i bezwzględną przy tym, panią Aurelią. To ona najprawdopodobniej go wykończyła, kiedy już dostał tę całą nagrodę Nobla z poparciem Witosa i Grabskiego. W czasie zaś jazdy na uroczystość zaślubin towarzyszący młodej parze Wyspiański, też nieźle ożeniony, z wiejską tym razem wariatką, zapalił papierosa. Wyrzekł przy tym słowa znamienne – skoro to rosyjski papieros, to trzeba go spalić. Towarzystwo bowiem było nastawione bardzo buntowniczo w stosunku do największego zaborcy. Jak niełatwe były relacje pomiędzy pisarzami, wydawcami i czytelnikami niech zaświadczy kilka faktów. Oto Władysław Stanisław Balcerek-Rejment-Reymont podpisał się, w niewiele lat po spaleniu przez Wyspiańskiego rosyjskiego papierosa, pod dziękczynnym telegramem do księcia Mikołaja Mikołajewicza Romanowa, autora słynnej deklaracji skierowanej do Polaków w pierwszych dniach wojny. Reymont napisał tam następujące słowa

krew synów Polski, przelana łącznie z krwią synów Rosyi w walce ze wspólnym wrogiem, stanie się największą rękojmią nowego życia w pokoju i przyjaźni dwóch narodów słowiańskich

Jak na człowieka, który brał ślub w Krakowie, miał kłopoty z władzami i był przez te władze wydalany za granicę, to wcale nieźle.

Cofnijmy się nieco w czasie. Wydawca obydwu polskich geniuszy – Żeromskiego i Reymonta, Bronisław Natanson, żeby w ogóle rozpocząć działalność edytorską, jakże przecież buntowniczą i onieśmielającą niektórych, jakże rewolucyjną, musiał wpierw przekupić generała Onoprijenko, wpływowego żandarma, szefa policji tajnych, jawnych i dwupłciowych.

Żeromski zaś, człowiek zamieszany w wiele podejrzanych przedsięwzięć, socjalista, bojownik o prawa ludu i godność najbiedniejszych, człowiek zatrzymany przez żandarmerię i trzymany w cyrkule przez całą noc z gorączką, gdzie żandarmi nie okazywali żadnego szacunku dla jego talentu, doczekał się jeszcze przed pierwszą wojną światową ośmiotomowego wydania swoich dzieł w mieście Petersburg. Naprawdę…” (coryllus – Arystokracja rozumu)

podobne: Kultury dobre i złe, oraz reglamentacje, prowokacje i profanacje czyli… materialna i niematerialna sztuka rewolucji. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu oraz: Historia i sztuka przez pryzmat fiuta, czyli… i to: Władysław Panasiuk: Artyści nie z tej ziemi czyli… w pogoni za sławą (i pieniędzmi) oraz o braku “złotego środka” czyli dwa cytaty z coryllusa i jeden z Kaczmarskiego. „A Ty siej…”

„Rodziną Stefana Talikowskiego była żona Reymonta, Aurelia. Była ona super damą na skalę europejską, na wiele zachowań Reymonta reagowała pobłażliwie, ale wielokrotnie widać było jej interwencje. Jeśli ktoś pogubił się w chronologii wydarzeń, uprzytamniam, że pierwsze kontakty zakończone zaręczynami miały miejsce dość długo, a nawet bardzo długo przed zdobyciem przez Reymonta pieniędzy za odszkodowanie za katastrofę kolejową, nie mówiąc o nagrodzie Nobla, którą otrzymał pod koniec swojego życia. Rola Lolka Schatzschneidra [2] w nękaniu kolei i wydobywania kolejnych zaliczek przesądziła o powodzeniu procesu.
Aurelia wprowadziła go w wielki świat, który wtedy nazywał się „odpowiednim towarzystwem”. Nawet majątek Jakimowicza, pochodzący z wygranej na loterii nie był w stanie konkurować z koligacjami żony. To dwa światy, których zetknięcie nazywano mezaliansem. Ocena z pozycji chwili obecnej nie ma nic do rzeczy. Bez dostania się do „wyższych sfer” Reymont nie mógł mieć takiego życiorysu, jaki znamy, nie było by wygranego procesu z koleją i zgłoszenia do Nagrody Nobla. Dlatego wyfraczonego laureata Nagrody Nobla tak chętnie w pewnych kręgach chciano by widzieć jako samouka w chłopskiej sukmanie, bez znajomości obcych języków, bez wykształcenia, bezkrytycznie praktykującego katolika. Ale Aurelia dbała o godność swego męża, nawet wtedy, gdy nie patrząc na dekalog ją zdradzał. Szkoda, że na grobie Reymonta jest tylko wzmianka, że pochowano tam również żonę, ale bez jej nazwiska panieńskiego.
Rozdział ten nie ma charakteru monografii o życiu Reymonta. Jest wyłącznie próbą zwrócenia uwagi na niebywałą ilość zakłamań, przeinaczeń, przerysowań, świadomych przemilczeń zmieniających znaczenie podanych faktów, pominięć mających zasadnicze znaczenie dla kariery, naciąganie interpretacji postępowania Reymonta by uczynić go „jednym z naszych”. Sam Reymont za życia nie prostował tych zakłamań, a nawet tworzył nowe kłamstwa, do niektórych przyznając się przyjaciołom. Kłamstwa te miały w jego świadomości charakter gry aktorskiej, fikcyjne zdarzenia i jego w nich rola miały być ciekawym spektaklem teatralnym, który nie tylko miał się podobać, ale i wywoływać zamierzone przez niego reakcje widowni i słuchaczy. Uważał, że jako człowiek sztuki ma prawo do pewnych przerysowań, ubarwień, tworzenia wizji pewnych zdarzeń i nie ma to nic wspólnego z faktami natury historycznej. To, że się tym artystycznym spojrzeniem na świat nie rozstawał w prozie życia, wywoływało żarty i prześmiewki, jak na przykład jego raport służbowy o śmiertelnym wypadku na torach w jego odcinku drogowym…” (jestnadzieja 2 maja 2017)

podobne: Mesjanizm i człowiek sowiecki w polskiej duszy a także: Czas odkrywa prawdę (historii) czyli… ile jest wiedzy w wykształceniu i po co nam uniwersytet? polecam również: Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjach i jeszcze: O godności kobiety w Islamie, walce z „własnością prywatną”, i trosce socjalistów o szczęście wszystkich obywateli

Antonio Balestra – Time Discovers Truth

W służbie zdrowiu czyli prosto do nieba. O walce rządu z „toksyczną konkurencją” w szpitalach i aptekach kosztem pacjentów i konsumentów


Jakub Kulesza (Kukiz ’15) za odrzuceniem ustawy Prawo farmaceutyczne!

„…Wedle jakiej metodologii ustalono, że 2 apteki w promieniu 1 km to za dużo i że takie zagęszczenie szkodzi klientom? Dalej, skoro apteki i tak zatrudniają farmaceutów – jakie sens ma przymus aby farmaceuta był właścicielem lub współwłaścicielem apteki?

Pytania te oczywiście nie znajdują racjonalnej odpowiedzi, gdyż prawo w Polsce stanowią nie ludzie racjonalni i poważni, tylko ogłupiali politycy podatni na podszepty grup interesu.

W tym przypadku łatwo odgadnąć, kto jest beneficjentem tej ustawy: farmaceuci, ze szczególnym naciskiem na tych, którzy są właścicielami już istniejących aptek lub dysponują znacznym kapitałem i gotowi są zainwestować w uruchomienie takiego biznesu, lecz najpierw chcą pozbyć się istniejącej lub potencjalnej konkurencji.

Obawiam się, że w ślad za aptekarzami mogą pójść inne grupy interesu, przedstawiciele innych branż, którzy w awersji PiSu do wolnego rynku dostrzegą szansę dla siebie na polityczne zmonopolizowanie rynku i zacementowanie swoich zysków kosztem reszty społeczeństa.” (antistate – Apteki dla aptekarzy, sejm dla debili)

podobne: Leonid Savin: Lobbing, jako najwyższa forma korupcji czyli… Rewolucję raz poproszę! oraz: W Hiszpanii nie ma rządu a gospodarka rośnie. Opłacalność „ekonomi trynitarnej” kontra interwencjonizm państwowy i to: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii a także: Cukiernik o tym, że moglibyśmy być dwa razy bogatsi od Niemców i dlaczego nie jesteśmy polecam również: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Demobilizacja czyli zatrudnienie publiczne (zysk czy strata?) i jeszcze: Piotr Świder: Oda do wolności. Z dedykacją dla poszukiwaczy skarbów wolnego rynku

„W dniach ostatnich Sejm nieznaczną większością głosów przyjął ustawę o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Ustawa wprowadzą tak zwana „sieć szpitali”. Dzięki tej nowelizacji – jak zapewnia pan dr Zbigniew Kuźmiuk – „zostanie wreszcie przerwany proces wysysania z NFZ ogromnych środków finansowych przez szpitalny sektor prywatny w sytuacji, kiedy odpowiedzialność za zdrowie większości Polaków spoczywa jednak na placówkach sektora publicznego”…

…No to teraz kombinatorzy z prywatnych szpitali nawet nie powąchają tych pieniędzy, bo trafią one w jedynie słuszne ręce szpitali państwowych, których sieć pan minister Konstanty Radziwiłł ogłosi już wkrótce, to znaczy – do czerwca. Teraz, jeśli nawet między szpitalami państwowymi rozgorzeje walka o te pieniądze, to będzie to walka sportowa, na uczciwych zasadach, o których jeszcze w czasach stalinowskich pisał w samych superlatywach Jan Brzechwa w nieśmiertelnym poemacie dla dzieci pod tytułem „Opowiedział dzięcioł sowie” w którym mowa o spółdzielni, jaką leśne zwierzęta, za radą niedźwiedzia Błażeja, założyły gwoli przeciwstawienia się nieuczciwej konkurencji ze strony Wilka Barnaby („w lesie, który widać na bezkresie, mieszkał bury Wilk Barnaba, zamożniejszy od nababa”) – że mianowicie „nikt nikogo nie oszwabia, nikt na nikim nie zarabia” – a czuwał nad tym – no, drogie dzieci – któż by inny, jak nie Lis Mikita, który został kierownikiem sklepu?!

Zgodnie tedy z zasadami sprawiedliwości społecznej zostanie utworzona sieć szpitali – powiatowych, ponadpowiatowych i wojewódzkich, a także – specjalistycznych, które dostaną 91 procent forsy przeznaczonej na szpitale, a pozostała reszta będzie rozdzielana na zasadzie przetargu – żeby nie było, że nie ma u nas wolnego rynku usług medycznych. Jakże nie ma – kiedy przecież jest! Szpitale włączone do sieci będą miały gwarantowaną umowę z Narodowym Funduszem Zdrowia, żeby tam nie wiem co. Mimo tego rygoryzmu finansowego, reforma ma też charakter kompromisowy. W odróżnieniu od poprzednich reform, kiedy to likwidowane, abo „reorganizowane” były biurokratyczne struktury, teraz Narodowy Fundusz Zdrowia nie zostanie postawiony w stan likwidacji, a tylko straci uprawnienia decyzyjne. Oczywiście do czasu, to znaczy – do następnego etapu reformy, bo pan minister Konstanty Radziwiłł już dawno zapowiadał likwidację Narodowego Funduszu Zdrowia i powołanie na jego miejsce Państwowego Funduszu Celowego, który będzie dysponował pieniędzmi „przede wszystkim z podatków”, ale nie o to przecież chodzi, tylko o to, by tymi pieniędzmi dysponowali w strukturach Państwowego Funduszu Celowego odpowiedni ludzie. Jak powiadają zblazowani Amerykanie, chodzi o to, by dysponowały nimi tzw. „nasze sukinsyny”, a sukinsyny jakieś takie nie nasze, żeby zostały od tych pieniędzy odsunięte jak najdalej. Taki właśnie cel miały również wszystkie poprzednie reformy ochrony zdrowia – zarówno wiekopomna reforma charyzmatycznego premiera Buzka, która wprowadziła kasy chorych, jak i reforma premiera Leszka Millera, która kasy chorych likwidowała i wprowadzała Narodowy Fundusz Zdrowia, no i reforma nadchodząca – która Narodowy Fundusz Zdrowia zastąpi Państwowym Funduszem Celowym, w którym „nasze sukinsyny” już tam jakoś te pieniądze pochodzące „przede wszystkim z podatków” podzielą tak, żeby było dobrze, to znaczy – żeby wszyscy byli zadowoleni. Ale ponieważ jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził, to wszyscy zadowoleni być nie mogą, W takiej sytuacji dobrze będzie, jeśli zadowoleni będą przynajmniej niektórzy. A którzy „niektórzy”? Ano, najlepiej, żeby zadowoleni byli ci, co to dniami i nocami troszczą się, jakby tu obywatelom, a zwłaszcza – obywatelom chorym – przychylić nieba. Cóż bowiem wynagradzać w tych zepsutych czasach, jeśli nie troskliwość i oddanie?

Nie rozumieją tego tak zwani „wolnościowcy”, którzy uważają, że najlepiej byłoby, gdyby nikogo nie leczyło „państwo”, tylko doktorzy, a pacjenci, żeby płacili im za leczenie tymi pieniędzmi, które „państwo” im teraz odbiera pod pretekstem, że przychyla im nieba. Powołują się przy tym na niejakiego Miltona Friedmana, który powiadał, jakoby były tylko cztery sposoby wydawania pieniędzy: pierwszy – gdy obywatele wydają swoje pieniądze na siebie. Friedman twierdził, że wtedy wydają oszczędnie i celowo. Drugi sposób – kiedy obywatele wydają swoje pieniądze na kogoś innego. Wtedy nadal wydają oszczędnie, ale już nie tak celowo, jak w przypadku pierwszym, bo potrzeb tego innego już nie znają tak dobrze, jak własnych. Sposób trzeci – gdy obywatele wydają cudze pieniądze na siebie samych. Wtedy nie wydaja oszczędnie – bo któż by wtedy oszczędzał – ale przynajmniej celowo. No i sposób czwarty – gdy obywatele wydają cudze pieniądze na kogoś innego – ot na przykład – „nasze sukinsyny” z Państwowego Funduszu Zdrowia na pacjentów. Wtedy ani nie wydają tych pieniędzy oszczędnie, ani też celowo. Toteż tak zwani „wolnościowcy” powiadają, że trzeba w związku z tym zlikwidować czwarty sposób wydawania pieniędzy, a te, wydawane dotychczas w tym sposobie, przesunąć do sposobu pierwszego, kiedy każdy wydaje swoje na siebie. Takie przesunięcie byłoby możliwe gdyby „państwo” tych pieniędzy obywatelom zwyczajnie nie odbierało. Tak bałamucą naród ci tak zwani „wolnościowcy”, co nieubłaganym palcem wytknął im sam pan prezes Kaczyński, całkiem niedawno przypominając zbawienną prawdę, że tylko państwo może obywatelom przychylić nieba, bo sami sobie tego załatwić nie potrafią. „Państwo”, to znaczy – nasi dobrodzieje i opiekunowie w osobach urzędników państwowych, co to o sobie nie myslą, a tylko – jakby tu nam przychylić nieba…” (Stanisław Michalkiewicz – Rząd dał odpór „toksycznej konkurencji”)

podobne: Chora „służba zdrowia”. Radomskie szpitale toną w długach ale główny problem władzuchny to prof. Chazan. Komentarz Michalkiewicza i Ziemkiewicza. Prawdziwe oblicze „in vitro” oraz: Chora „służba zdrowia” leży, tymczasem prywatne lecznice są masowo kontrolowane  i to: Chora Służba Zdrowia. NIK negatywnie o kontraktowaniu usług przez NFZ. a także: Co to jest „majątek państwa” i na co idzie siła polskich rodzin? O podatkach, składkach i reformach kosztem zdrowia i emerytury (nie tylko ubeckiej) w ramach inżynierii społecznej. Dygresja o żelazie czyli Polska drugą Japonią  polecam również: Obrońcy etatyzmu i sentymentaliści rodem z PRL kamienują „złodziejski kapitalizm” czyli… dlaczego niewolnicy nie zasługują na wczasy?

„…Ludwig von Mises (+1973) nazywał wolny rynek demokracją konsumentów, gdyż codziennie ma tu miejsce głosowanie za pomocą ich pieniędzy na preferowane towary i usługi. Kupując lub wstrzymując się od zakupu, konsumenci decydują o sukcesie lub porażce producentów. Wybierają w ten sposób tych przedsiębiorców, którzy najlepiej zaspokoili ich potrzeby, a odbierają środki produkcji tym, którzy nie wiedzą, jak im najlepiej służyć. Człowiek na wolnym rynku jest wolny i może dokonywać wyborów nie kierując się tylko czynnikiem ekonomicznym. Może kierować się na przykład względami moralnymi. Homo oeconomicus to fikcyjny człowiek wymyślony na potrzeby mainstreamowej ekonomii i nie istnieje w rzeczywistości.

Ale nie istnieje również coś takiego jak pełna „suwerenność konsumenta”. Murray Rothbard (+1995), uczeń Misesa, twierdził, że w całkowicie wolnym społeczeństwie każda jednostka jest suwerenem wobec swojej własnej osoby oraz mienia i korzysta z suwerenności osobistej. Konsumenci nie mają władzy, aby zmusić producentów do wykonywania konkretnych prac i zawodów. Człowiek jest w pełni wolny, aby przeciwstawić się upodobaniom konsumentów, na przykład nie sprzedając dóbr lub usług tym, wobec których ma zastrzeżenia natury moralnej, ale musi być gotowy, aby zrezygnować z zysku, jaki mógłby uzyskać z takiego przedsięwzięcia.

Warto poczytać ekonomistów ze szkoły austriackiej. Młody poseł z ugrupowania Kukiz’15, Jakub Kulesza, przy okazji debaty nad ustawą o aptekach zachęcał posłów do czytania Misesa. Przypomniał im z mównicy sejmowej, że na wolnym runku konsumenci mogą poradzić sobie z naturalnym monopolem, otwierając w pobliżu konkurencyjną aptekę, ale nie poradzą sobie ze sztucznym monopolem stworzonym przez państwo. Teraz będą mogli zbudować aptekę, ale w odległości jednego kilometra i jeżeli będą sami farmaceutami.

Ten sam tok rozumowania można zastosować do zakazu handlu w niedzielę. Jeżeli konsumenci rzeczywiście nie chcieliby niczego kupować w niedzielę, to po prostu nie chodziliby na zakupy i sklepy byłyby pozamykane. Kościół nie musi popierać ustawy o częściowym zakazie handlu w niedzielę. Wystarczy, że w niedzielę będzie od czasu do czasu przypominał swoim wiernym z ambony, że dzień święty należy świętować. Gdyby ludzie kierowali się nie tylko czynnikiem ekonomicznym, ale również przesłankami moralnymi, to świat wyglądałby inaczej. Katolicy chodziliby w niedzielę po Mszy św. na kawę, a w supermarketach pracowaliby co najwyżej niepraktykujący… (Ks. Jacek GniadekDemokracja konsumentów)

podobne: Ks. Jacek Gniadek: Kościół niczego nie narzuca. Wiara zasadza się na dobrowolności czyli… wolność religijna i ekonomiczna  oraz: Myśleć na sposób Boży czyli… Ks. Jacek Gniadek o paradoksach w religii i ekonomii  i to: Paweł Rybacki: Moralna i praktyczna wyższość gospodarki wolnorynkowej nad centralnie planowaną lub interwencjonistyczną

Jerzy Wasiukiewicz

Kultury dobre i złe, oraz reglamentacje, prowokacje i profanacje czyli… materialna i niematerialna sztuka rewolucji. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu


Carolina Rodriguez – interpretation of Leonardo Da Vinci Lady With an Ermine

„…Kiedyś uważałem, że sztuka absolutnie rządzi się swoimi prawami, trzeba ją sądzić zupełnie w oderwaniu od kontekstu społecznego. Z czasem zmądrzałem, wcale tak nie jest, nie ma w życiu sfer, które w całości są wydzielone, to jednak nie kłoci się z opinią, że sztuka ma własny język, jest domeną specyficznego doświadczenia. Nie sposób z niego zrezygnować bez wyrzeczenia się istotnego elementu wrażliwości ludzkiej i znaczącej sfery kultury, powtórzę jednak: nie daje nam to prawa, aby widzieć sztukę bez kontekstu, w jakim ona istnieje.

Widzę w tym podejściu zagrożenia z dwóch stron. Po pierwsze: ludziom, którzy nie znają się na sztuce, daje się argument, aby tę sztukę oceniali, niekiedy wyrządzając jej krzywdę. Z drugiej strony dostrzegam wśród artystów pokusę, aby ich dzieła – oceniane spoza artystycznego poziomu – znaczyły więcej, niż naprawdę znaczą.

Każde sformułowanie daje się hiperbolizować i prowadzić do absurdu i samozaprzeczenia. Nie chodzi mi o to, aby sztukę, ocenianą przez laika, redukować do poziomu laika, bo jest to degradacja. A jednak, nie jest to sytuacja bezdyskusyjna. Kończy się, dajmy na to, wojna, komunistyczna propaganda usiłuje zohydzić pamięć o Armii Krajowej. Tymczasem, dajmy na to, artysta pisze powieść, albo kręci film, albo wystawia sztukę, skupiając się w dziele na idącej razem z wojną degeneracji człowieka i akurat do ilustracji tego wykorzystuje oddział partyzantów. Nie przeczę, artysta jest w stanie pokazać to prawdziwie, artystycznie bez zarzutu, trzeba jednak zaznaczyć, że dzieło to wpisuje się w kompromitację najwspanialszego zrywu, jakim jest Polska Walcząca. Co ma począć człowiek, który nie ma pojęcia o sztuce, lecz odnosi się z czcią do tego, co się poddaje krytyce – nie ma on prawa czuć oburzenia?

Ten, kto tworzy sztukę, wychodzi od potrzeby tworzenia, od przymusu wewnętrznego, lecz w tym przymusie, wydaje się, zawsze pomieszkuje nadzieja, choćby na zmianę jednego człowieka…” (Bronisław Wildstein dla „Teologii Politycznej Co Tydzień” Nr 37 pt. Wildstein. Pisarz świata nieprzedstawionego„)

O tym do czego prowadzi kontestowanie sztuki w oderwaniu od rzeczywistości tu: „Kupa gówna” (w puszce) czyli traktat o „sztuce”. oraz tu: „Muza nie żyje”: Kiedy sztuka jest wyrazem wysokiej kultury? „Jezus wyszydzony”: Zmaganie się o duszę tego świata. A o tym dlaczego kultura nie zawsze jest dobra tu: Krzysztof Karoń KULTURY DOBRE I ZŁE – WARTOŚCI – POJĘCIA PODSTAWOWE CZ. 4

Pomijając kontekst „najwspanialszego zrywu”, chodzi więc o mechanizm instrumentalnego wykorzystywania sztuki dla szemranych celów. Zacznę od najłagodniejszego z przykładów wspomnianej hiperbolizacji, absurdu i samozaprzeczenia z udziałem sztuki, którego spiritus movens stał się dokonany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego (tj. za „publiczne pieniądze”) zakup kolekcji obrazów (ze słynną „Damą z gronostajem” Leonarda da Vinci) od księcia Adama Karola Czartoryskiego (za pośrednictwem fundacji)… (Odys)

„…Aby transakcja była możliwa, specjalnie zmieniono statut fundacji i urządzono czystke w zarządzie. Stojący za tym książę Adam Czartoryski zapewne zgarnie na swoje prywatne konto sporą sumę.

Jednak tragedią będzie obarczenie podatników – z których większość nie jest zainteresowana łożeniem swoich ciężko zarobionych pieniędzy na utrzymywanie kosztownych dzieł sztuki – tymi właśnie kosztami, mimo, że jak pokazuje działalność Fundacji Książąt Czartoryskich, pobierane pod przymusem haracze wcale nie są niezbędne dla finansowania kultury wyższej.

Tymczasem mamy znów patetyczne gadanie o „zachowywaniu kolekcji dla przyszłych pokoleń” i tym podobne „patriotyczne” gadki. Tymczasem prawdziwi patrioci, troszcząc sie o dobro przyszłych pokoleń, woleliby pozostawić tym pokoleniom decyzję, czy chcą kupić bądź dokładać sie finansowo do utrzymywania tej, czy innej kolekcji dzieł sztuki, czy też nie chcą – zamiast „patriotycznie” obarczać ich w przyszłości kosztami w postaci przymusu utrzymania muzeum, mogącego przecież funkcjonować całkowicie prywatnie, za środki pozyskane od dobrowolnych darczyńców.” (antistate – Czy potrzebujemy nacjonalizacji damy z gronostajem?)

podobne: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy państwo powinno dotować sztukę? (o interwencjonizmie). i to: „Śmierć i dziewczyna” czyli… Socjal Demokracja jako sztuka dymania podatnika. Czas skończyć z „coolturą” za publiczne pieniądze.

W tym samym mniej więcej czasie wszczęto śledztwo w sprawie budowy (przez poprzednią władzuchnę) Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Żeby było śmieszniej „inwestycję” skrytykowała ta sama instytucja (ministerstwo), która teraz lekką ręką wydała 100 mln EUR zamieniając własność prywatną na państwową, gdyż ta pierwsza nie była dość „narodowa”.

„Gazeta Polska” napisała” że sprawa budowy tego muzeum „mówi wiele o tym, jak gospodarowano naszymi pieniędzmi za rządów koalicji PO-PSLi że jest to „największy przekręt od II wojny światowej w Gdańsku„. Nie to co wspomniana wyżej „inwestycja”, która była równie potrzebna jak psu piąta noga, albo budowa innego muzeum (Historii Żydów Polskich) w Warszawie, które nie dość że również powstało dzięki przymusowej hojności podatnika, to jest na dodatek ośrodkiem wrogiej Polsce propagandy (o czym więcej tu: Stanisław Michalkiewicz – W Muzeum Żydów będą tresować). W skrócie – punkt widzenia na to co dobre a co złe dla obywatela, zależy od tego kto aktualnie zarządza budżetami.

Tak to sze kręczy… POprzednicy sztukę wyprowadzali (afera związana z „Gęsiarką” i „Bydłem..” które znikły z pałacu prezydenckiego za prezydenta Komorowskiego), więc „dobra zmiana” zrobi na opak i będzie ją na powrót pod strzechy zaganiać, a że większość obywateli nic na tym nie skorzysta (pewnie nawet nie wie że została ubogacona kulturowo) to już nieważne. Jak to klasyk powiedział „jeden huk” (czytaj kasa poszła).

Niestety socjalistyczna poligramota ma to do siebie że bywa mieczem obosiecznym. I tak jak jedni upatrują w sztuce okazję do „błyśnięcia” przed ciemnym lódem „pańskim” snobizmem, tak inni postanowili ów snobizm napiętnować nawiązując do całkiem innej (antypańskiej) tradycji, licząc na innego rodzaju kompleksy. I tu przechodzimy do kolejnej wersji wspomnianej hiperbolizacji, absurdu i samo zaprzeczenia z udziałem Bogu ducha winnych dzieł sztuki… (Odys)

„…partia Razem oskarża PiS o to, że wydaje pieniądze podatników na obrazy, kupione za pieniądze pochodzące z wyzysku chłopa

Najlepsze moim zdaniem jest zdanie: potomkowie chłopów nigdy nie otrzymali odszkodowania za lata pańszczyzny. Jeśli o mnie idzie to taka retoryka powinna być ścigana z urzędu. A także piętnowana jako przykład nieuctwa i głupoty. Ludzie zaś posiadający wyższe wykształcenie i firmujący takie postulaty swoim nazwiskiem winni być publicznie napiętnowani jak złodzieje i pijacy pokazani w filmie Barei, ci wiecie, którzy awanturowali się w sklepie.

Jest jeszcze jedna istotna kwestia. Oto Zandberg i jego koledzy chcą nas przekonać, że ich przodkowie byli chłopami wyzyskiwanymi przez Czartoryskich. To jest doprawdy rzadkiego gatunku bezczelność, na którą nie nabierze się mam nadzieję nikt z potomków polskich chłopów, a jeśli się nabierze, to dobrze mu tak, durniowi jednemu.

Zrekapitulujmy więc jeszcze raz to wszystko. Każdy kto zgłasza postulat zmiany stosunków własności lub zadośćuczynienia za tak zwane krzywdy doznane w przeszłości, bez powoływania się na konkretne osoby i sytuacje, o których mogliby zaświadczyć ludzie, jest oszustem…

Stąd właśnie bierze się populizm lewicy, którego nikt oczywiście populizmem nie nazwie, to są za każdym razem słuszne postulaty. Tak będą pisać wszystkie media, nawet te zwane prawicowymi, bo prędzej ci ludzie się udławią, niż powiedzą, że złodziejstwo zwane reformą rolną było wstępem do katastrofy państwa. Oni wszyscy razem, do dziś uważają to za wstęp do sukcesu politycznego i gospodarczego, a także do powszechnej szczęśliwości wszystkich jak leci. Całę zaś zło które mamy za sobą, dokonało się za sprawą egoizmu posiadaczy, którzy nie rozumieli czym jest dobro wspólne. Tym obłędem próbują nas karmić do dziś. Mam jednak nadzieję, że nikt tego przysmaku nie ruszy nawet kijem, a co dopiero widelcem. Póki co płaczą nad odszkodowaniami dla chłopów zamienionymi na obrazy…”(coryllus – Odszkodowania dla chłopów i Ukraińców)

podobne: Nobel Dylana i promocja obłędu za publiczne pieniądze w „fabryce bestselerów” czyli… Paranienormalny(ch) „klub literata i literatki”. oraz: Smołyń… czyli o sojuszach politycznych budowanych na „autorytecie” tzw. „ludzi kultury”. Jaką propagandą będą żyć Polacy po Wajdzie?

Dziś wiemy na podstawie źródeł historycznych że w XVI w. chłop pańszczyźniany pracował (dla pana) około 50 dni w roku, a z czasem obowiązek ten wzrósł do około 100 dni. I to według lewicy był feudalny wyzysk. Tymczasem my ludzie XXI wieku, czasu maszyn, komputeryzacji i innych usprawnień (prawa pracy, człowieka i „sprawiedliwości społecznej”), pracujemy (dla państwa) 164 dni. I to jest (według tejże lewicy) „sprawiedliwość społeczna”. W niczym też zatroskanych losem „wyzyskiwanego chłopa” dobrodziejom nie przeszkadza fakt, że jako partia mają w tym wyzysku swój udział, a to z racji wypłacanej im z budżetu wielomilionowej dotacji i jawnego wspierania przez nich wyzysku fiskalnego (wcale nie kosztem „najbogatszych”). Przejdźmy zatem do demaskowania tego o co tak naprawdę walczy Zandberg i sp.ka. Na początek przypomnijmy sobie jak to było z tymi wyzyskiwanymi (i przez kogo) chłopami… (Odys)

Thomas Couture – The Enrollment of the Volunteers of 1792

„W najpiękniejszej okolicy Francji – według Rousseau (tego na którym wzoruje się II i III RP oraz Konstytucja 3 Maja) – wieśniak kryje swój chleb i wino przed poborcami, gdyż byłby zgubiony, gdyby się dowiedziano, że on nie umiera z głodu. W niektórych prowincjach zabijano na drogach kobiety niosące chleb. Biskup szartryjski, zapytany przez króla, jak u niego żyje lud, odrzekł, że ludzie jedzą trawę jak owce i giną jak muchy. Biskup Massillon pisał do Fleury’ego: Ludność naszych wsi żyje w okropnej nędzy… Większość przez pół roku nie ma chleba jęczmiennego i owsianego, który stanowi jedyne ich pożywienie i który muszą odejmować od ust swoich i dzieci, ażeby zapłacić podatki… Murzyni naszych wysp są nieskończenie szczęśliwsi, gdyż za pracę otrzymują żywność i odzież dla siebie i swoich dzieci. Wieśniacy przestali zawierać małżeństwa, gdyż — jak mówili — nie chcą płodzić nieszczęśliwych. Nie można ich było nawet używać do pracy, gdyż przy każdej mdleli z osłabienia głodowego. W niektórych okolicach wieśniacy ścinali zielone zboże i suszyli w piecu, gdyż głód nie pozwalał im czekać dojrzałego plonu; gdzie indziej leżeli ciągle w łóżku, ażeby go znieść łatwiej. Anglik, Artur Young, podróżujący po Francji, widział ludność wychudzoną, skarlałą i tak zestarzałą w głodzie, że pewna kobieta, którą on uważał za staruszkę siedemdziesięcioletnią — tak była pomarszczona i zgarbiona — wyznała, że ma dopiero 24 lata. Prawie wszystkie dzieci umierały z powodu braku mleka w piersiach matek, a te, które ocalały, skutkiem złego pożywienia wyglądały jak kobiety brzemienne.

Zdziercą może jeszcze okrutniejszym od pana był fiskus (skarb państwa), który opodatkowywał nie tylko posiadaczów czegoś, ale również nie posiadających nic oprócz pary rąk do pracy. Jeżeli w jakiejś wsi poborcy dostrzegli chłopów otyłych lub pióra z zabitego drobiu, natychmiast podnoszono jej podatki. Pewien pan postanowił pokryć dachówką domy swoich poddanych; przestraszeni błagali go, ażeby pozostawił na dachach słomę, gdyż inaczej fiskus niewątpliwie podwyższy im podatki.” (30 grudnia 2016 andrzej)

Rewolucja Francuska i jej pseudo-religia | Prof. Adam Zamoyski

Tak właśnie prezentowały się zdobycze rewolucji proletariatu we Francji. Jak można przeczytać nie miały one nic wspólnego z idealistycznymi hasłami „wolność, równość, braterstwo…” o których do dziś uczy się dzieci na lekcjach historii. Na dodatek po łebkach bo z pominięciem fragmentu który brzmiał: „albo śmierć”, gdzie owa rewolucja odnosiła największe sukcesy. I to na masową skalę, przy pomocy głodu i nędzy w wyniku przymusowych i gwałtownych „przekształceń własnościowych”. Tu warto wspomnieć o najsłynniejszym jej wynalazku/środku do celu czyli pani gilotynie, dla której tracił głowę każdy kto nieopatrznie protestował przeciwko „uwalnianiu” (od dobytku) i „zrównywaniu” (w nędzy i głodzie).

Teraz przejdźmy do bliższej ciału Zandberga i sp-ki koszuli, czyli bolszewików. Godnych spadkobierców rewolucji francuskiej, gdzie również w imieniu i dla dobra „ludu pracującego miast i wsi” dokonywano „sprawiedliwości społecznej”, o której tak pięknie potrafią opowiadać socjaliści (nie tylko z tzw. lewicy)… (Odys)

„…Największe powstanie chłopskie przeciwko bolszewikom – Powstanie Tambowskie – z chłopską partyzantką w liczbie ok. 40.000 osób- oddolne i spontaniczne – miało miejsce w okresie 1918-1921 i zostało stłumione przez Lenina i jego kamandę a konkretnie wysłana została ekspedycja wojskowa pod dowództwem Tuchaczewskiego – 100.000 sołdata, samoloty, artyleria i nawet gazy bojowe. Ostatecznie o zwycięstwie bolszewików rozstrzygnęło założenie 7 obozów koncentracyjnych – dla rodzin podejrzanych o sprzyjanie partyzance i deportowanie całych wsi w ramach guberni. A Stalin został sekretarzem generalnym KPZR – w kwietniu 1922 r. kiedy było – pozamiatane. Armia Tuchaczewskiego wymordowała ok. 70 tysięcy chłopów a „odpryskowo” zmarło z głodu dodatkowo ok. 170.000 chłopów. Zbrodnie Stalina nie są mniejsze ale są głośniejsze, bowiem wykończył tyle samo bolszewików co tzw. zwykłych ludzi. I to za tych „bolszewików” mają do niego pretensje „partie Zachodu”. Zwłaszcza za Trockiego…”  (31.12.2016 Pink panther)

…trzeba przyznać że tępy i uparty był ten cały lud, bo nie chciał się poznać na tym co dla niego dobre. U niektórych ideologów ta oporna reakcja wywoływała prawdziwy szok i ciężkie zgryzoty. Oto fragment wspominków jednego z nich…(Odys):

„…tym większe było moje rozczarowanie i zgryzota, gdy ta proletariuszka okazała się nad wyraz krytyczna wobec władzy radzieckiej i bynajmniej z tym się przede mną nie kryła. Nie wdając się w jakieś zawiłe kwestie polityczne po prostu twierdziła, że robotnikowi za cara żyło się lepiej. Krew mnie zalewała i żółć się we mnie przelewała, więc pytałem ją, czy za cara również jeździła do domów wczasowych? Ale ona najspokojniej w świecie oświadczała mi, że urlop spędzała na wsi u krewnych i było jej tam lepiej, niż w domu wczasowym. Więc wskazywałem na potężną kostkę masła, którą dostawaliśmy do śniadania, ale jej to nie imponowało, bo za cara tego było w bród, a teraz to tylko jeszcze w domu wczasowym można tyle masła dostać, a normalnie trzeba po nie postać w kolejce. Użerałem się z nią i chudłem ze zgryzoty, bo realia ona znała jednak lepiej odemnie…

…Przeciwników kołchozów – bądź to spośród średniorolnych gospodarzy, bądź z małorolnych – władze kwalifikowały jako kułaków lub „podkułaczników”. Podczas likwidacji kułactwa jako klasy, w jednym z nimi worku znaleźli się m.in. w poważnej ilości uczestnicy rewolucji i wojny domowej, którzy otrzymali ziemię z nadziału i nie chcieli jej oddać…

Obserwacja samowoli i dowolności, z jaką wyznaczano wysokość obowiązkowych dostaw, straszliwe sceny, towarzyszące rewizjom za zbożem w zagrodach chłopskich oraz konfiskacie tzw. nadwyżek, okrucieństwo i brutalność wobec wypędzanych ze wsi kułaków i ich rodzin – wszystko to mogło napawać grozą.
Albin był rewolucjonistą i gotów był całym sercem witać tę od góry przeprowadzaną rewolucję na wsi, która tak radykalnie i skutecznie miała doprowadzić do jej socjalistycznej przebudowy. Nie mógł się jednak wyzbyć zastrzeżeń. Nie chciał ich ujawniać w otwartej dyskusji nawet wśród towarzyszy z pokoju, którzy też przecież jeździli na wieś i widzieli te same co on obrazy, ale skłonni widać byli akceptować je w imię zasadniczej słuszności generalnej linii partii. Ale mnie z tych zastrzeżeń zwierzał się. Mierził go w szczególności system bodźców materialnych dla biedoty chłopskiej za udział w ujawnianiu nadwyżek zbożowych u kułaków i zamożnych chłopów, za wstępowanie do kołchozów i aktywną postawę przy wypędzaniu kułaków z ich gospodarstw i ze wsi, co w sumie uważał za niemoralne i demoralizujące samą biedotę. Niepokoiło go też częste pakowanie do jednego worka kułaków, średniorolnych, a nawet małorolnych niechętnych kołchozom i przezwanych w związku z tym „podkułacznikami”.
Naszą codzienną lekturą była „Prawda”. Przez jakiś czas z niczym nie zmąconą radością przyjmowaliśmy optymistyczne meldunki z frontu socjalistycznej przebudowy. Ale tym większym wstrząsem okazała się dla Albina konfrontacja tej codziennej lektury „Prawdy” z brutalną rzeczywistością, którą obserwował własnymi oczami. Wszyscy zresztą, po słynnych artykułach Stalina: „Zawrót głowy od sukcesów” oraz „W odpowiedzi towarzyszom Kołchoźnikom” – uczyliśmy się w „Prawdzie” czytać między wierszami

Ivan Vladimirov – Продразверстка (rekwizycja)

…a teraz najlepsze, bo będzie o tym za jakie rzeczywiście „ideały” umierali ci wszyscy biedni ludzie, a raczej dla jakiego „dobra” ich mordowano… (Odys)

O tym, że moje prace o 1920 i 1923 roku zamierzano w 1933 r. wydać w zbiorze: „KPP w dokumentach”, dowiedziałem się dopiero z lektury książki F. Kalickiej: „Z zagadnień jednolitego frontu”x. Z resztą od czasu, gdy oddałem je do wydawnictwa w 1931 r., nigdy ich nie poszukiwałem i nie widziałem. Nie doszło do skutku również przyjęcie mnie do aspirantury. Z tego byłem zadowolony, zapadła bowiem decyzja, że wracam do kraju.
Miałem teraz dużo czasu i dużo pieniędzy (zaliczka!), które trzeba było szybko wydać. Mogłem więc częściej spotykać się z towarzyszami. Mogłem uzupełniać swoją znajomość literatury rosyjskiej i to zarówno klasyki – Turgieniewa, Gogola, Tołstoja, Czechowa i – klasyka za życia – Gorkiego (przyznam się, że najbardziej ceniłem sobie jego nowelistykę), jak i najwybitniejszych dzieł literatury radzieckiej – „Cichego Donu” Szołochowa, „Żelaznego Potoku” Serafimowicza, „Klęski” Fadiejewa, „Armii Konnej” Babla oraz tzw. „poputczikow” – Pilniaka, Sejfuliny. Jedynie mało dostępni byli w ówczesnych warunkach radzieckich – Dostojewski i Erenburg, ale o zdobycie ich dzieł nietrudno za to było w Polsce. Chodziliśmy też z Hanią jeszcze częściej niż zwykle do teatrów. Nie było sztuki w Mchacie, u Mejerholda, u Wachtangowa, Tarrowa czy w Teatrze Rewolucji, której byśmy nie obejrzeli... (Wspomnienia Romana Zambrowskiego z Międzynarodowej Szkoły Leninowskiej w Moskwie (1929–1931)

podobne: Od kłamstwa do przemocy czyli skutki nierozliczenia rewolucji – rehabilitacja komunistów oraz: „Nie rzucim żłobu, skąd nasz ród!”… Marek Jan Chodakiewicz – „O prawicy i lewicy” i to: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości”

Tak oto gdy jedni chudli ze zgryzoty z powodu szerzącego się wśród proletariatu niezrozumienia dla jedynie słusznego planu zaprowadzenia powszechnej szczęśliwości, sam proletariat chudł i umierał naprawdę. Wszystko po to by jej awangarda mogła się realizować w typowo burżuazyjnych ambicjach jak chociażby kulturalna rozrywka, z tą tylko różnicą że środki na nią pochodziły z masowego oszustwa i rabunku.

Retoryka o krzywdzie chłopa z rąk Panów, jaką posługuje się partia Razem i inni z czerwonej rodziny (łącznie z PISem, który z równą determinacją uprawia „państwo opiekuńcze” kosztem „posiadaczy”) nie dość że nie ma żadnego związku z tym czym w rzeczywistości był dwór i ziemiaństwo, to jest zwyczajną hipokryzją. Owszem zdarzało się że szlachta nadużywała swojej władzy i przywilejów wobec chłopstwa, ale skala patologii (która nie była zadekretowana żadnym manifestem) nie dorównuje temu co w imię zasadniczej słuszności generalnej linii partii robili komuniści. To że część Polaków na tę retorykę się nabrała i ciągle nabiera jest naszą narodową tragedią, a nie żadną chlubną „narodowo wyzwoleńczą” tradycją jak ją niektórzy nazywają. Jest klasycznym wypłukiwaniem narodu z poczucia realizmu i tożsamości, czyli tego co kreuje i umacnia wspólnotę interesu jakim jest własne państwo… (Odys)

„…Poczucie tożsamości, warunek skutecznego działania obywatelskiego, zaburzone jest w Polsce od ponad 200 lat przez znane zaszłości historyczne

…trzeba zacząć od budowania poczucia własnej wartości i wyrazistego poczucia granic każdego Polaka. Czy rozdzierając dziś szaty nad mentalnością polskiego rolnika, pazurami broniącego ziemi przed Europą, „bo wykupi”, pamiętamy np., że circa dwie trzecie Polaków w ostatnich pokoleniach to wypędzeni lub przesiedleni, którzy stracili domy, mieszkania, majątki, a przynajmniej poczucie zakorzenienia? To nie było 200 lat temu, w czasach „polskiej anarchii” (jeden z liczmanów służących do niszczenia pozytywnego poczucia polskości), o tym opowiadał ojciec i dziadek, o tym wie każdy młody Polak, który dziś nie ma za co kupić mieszkania. Dzieła dopełnił komunizm…

…W 1989 roku śmiertelnie zmęczeni oczekiwaniem na niepodległość Polacy byli gotowi do normalności. Wiedzieli, że normalność to nie jest utopijny brak przestępstw, ale sprawiedliwe prawa i dobrze działająca policja i sądy. To nie jest zabieranie bogatym, by dać biednym, ale przywrócenie cywilizowanych stosunków własnościowych i oddanie prawowitym właścicielom, co im się należy. To nie polowanie na czarownice, ale nazwanie zbrodni zbrodnią, a kata katem. To nie gwarancja stuprocentowego zatrudnienia, ale zakaz wyzysku. To nie nakaz kupowania w małych sklepikach, ale brak przywilejów dla supermarketów. To nie jest nierealne „zwalczenie” korupcji, tylko jawność państwa i urzędów. Społeczeństwa, które tak sobie zorganizowały życie, mają zdrową mentalność. I takiego zorganizowania państwa oczekiwali od swych elit Polacy, można to sprawdzić we wszystkich badaniach z tamtego czasu.

I właśnie wtedy, w nowo odzyskanym wolnym państwie, kandydaci na nowe elity zaczęli gwałtownie Polaków przekonywać, że są źli, bo czują się… Polakami właśnie…

Rolą prawidłowo ukształtowanych elit powinno być w pierwszym rzędzie umacnianie poczucia tożsamości obywateli. Jest to warunek podstawowy powodzenia dalszych działań: publicznego stawiania pozytywnych dla obywateli celów, a potem pobudzania i podtrzymywania energii społecznej do ich realizacji… 

Idea, że można twórczo zaangażować obywateli, odbierając im zarazem siły przez kwestionowanie podstawowych dla ich poczucia tożsamości symboli i pojęć, nie przynosi zaszczytu swoim twórcom, operacja bowiem się udała, tylko pacjentowi odechciało się żyć. Świadczy o kompletnej bezmyślności paraelit i graniczącej z pychą ich wierze we własną omnipotencję, oraz o chęci manipulowania współobywatelami. Stratedzy wojskowi wiedzą, że nawet okupacja wojenna może być względnie skuteczna, można zachować spokój w najbardziej nawet buntowniczym podbitym narodzie, gdy najeźdźca znajdzie minimum poparcia, realizując istotne wartości lub interesy podbijanego społeczeństwa (pisał o tym Clausewitz)… (Teresa Bochwic • naszeblogi.pl – To nie dzieje się od dziś)

Ivan Vladimirov – Hunger

Czy poczucie narodowej dumy i tożsamości można zbudować w oparciu o takie akcje jak wspomniana na samym początku „inwestycja”, o całej reszcie nie wspominając? Jeśli tak to czemu część rodaków słysząc o tego rodzaju „sukcesach” i ekscesach czuje się coraz bardziej wyobcowana i okradziona? I nie mam tu na myśli tej części która nie dość że nie czuje potrzeby polskości, to jeszcze w sposób ostentacyjny manifestuje wobec niej swoją wrogość aktywnie ją zwalczając. Ich bowiem nie przekona żadna wartość łącznie z odniesioną osobiście korzyścią. Mówię o tych rodakach którzy odczuwają więź z tym co im się z Polską kojarzy, ale pielęgnują to wszystko z przyzwyczajenia i od święta bo nie czują do Polski nic ponad okazjonalnym (odpustowym) sentymentem, a państwo (aparat) robi co może żeby tę tendencję utrzymać. Jednoczymy się więc co jakiś czas przy stole z okazji święta religijnego a czasem nawet państwowego, ale potem wracamy do brutalnej rzeczywistości – walki o byt… często między sobą i z owym państwem, tj. z ludźmi którzy dla niego pracują zasłaniając się przed resztą flagą (a raczej chorągiewką), rozgrywając tłuszczę dziełami sztuki albo tzw. „kulturą” za „pożyczone” albo darowane (z budżetu – ergo wyrwane tłuszczy) pieniądze.

A że chętnych na pełnienie zaszczytnej (i dobrze płatnej) misji „dziel i rządź” jest cała masa, i to zarówno z lewej jak i „prawej” strony polskiej sceny publicznej, to oczywistym jest że dla każdego starczyć grosza nie może. Stąd też każdej zmianie u żłoba towarzyszy oczywisty konflikt interesów poprzedników z następcami, bo każda ze stron ma swój cyrk i swoje małpy do nakarmienia. Konflikt ten sprzedawany jest narodowi (zarówno przez lewą jak i „prawą” stronę), jako walka o demokrację, wolność, praworządność (i inne) czyli w taki sposób, żeby biedny naród myślał że to wszystko dzieje się naprawdę w jego interesie, ale żeby się nie zorientował że przez obie strony jest tak samo bezczelnie golony. Scena tego przedstawienia na poziomie kultury i sztuki prezentuje się następująco… Od lewej występują:

„…pani Janda Krystyna, właścicielka teatrzyku piątej klepki, w którym jakoby realizuje „misję”, taką samą, jaką we wrocławskim teatrze realizował obecny poseł Nowoczesnej sprytnego pana Rysia Krzysztof Mieszkowski, a w telewizorze – pani Paulina Młynarska, co to ostatnio zasłynęła z korespondencji z Pierwszą Damą Stanów Zjednoczonych, co prawda jednostronnej, niemniej jednak. Podobnie w „Cyruliku Warszawskim” śpiewano o pewnej damie pisującej o Józefie Piłsudskim: „Zgoda z Dziadkiem znakomita! Ja codziennie o nim piszę, on – nie czyta.” Wracając do pani Jandy Krystyny i do „misji” jaką realizuje w swoim teatrzyku piątej klepki, niepodobna nie wspomnieć o słynnym spektaklu z udziałem „Rafalali”. Rafalala, trzeba nam wiedzieć, tak naprawdę nazywa się Rafał, podobnie jak opisywany przez Antoniego Słonimskiego i Juliana Tuwima w skeczu o procesie cyrkowców fakir Ben Buja Nago Bramaputra, co to stawiał horoskopy i zdrowoskopy na dworze króla Wigwama Starego, naprawdę nazywał się Myrdzik Antoni i mieszkał w Warszawie na Solcu. Otóż „Rafalala”, która prezentuje się jako kobieta, ale za to „z penisem”, w ramach „misji” wystąpiła w teatrzyku Krystyny Jandy w monodramie „I Bóg stworzył tranwestytę”, wyreżyserowanym przez panią Monikę Powalisz, autorkę „Rapsodu dla krowy”. Hmm. Pamiętam, że w epoce „propagandy sukcesu” Edward Gierek podczas swoich gospodarskich wizyt podobno rozmawiał również z krowami, ale żeby zaraz pisać dla nich „rapsody”? Podobnie oceniał pisanie o wojnie Janusz Głowacki. W jednym ze swoich opowiadań przedstawił taki oto dialog: „ – O czym pisze ten Maks F.? – O wojnie. – O wojnie? Mnie też raz Niemcy postawili pod ścianą; zesrałem się oczywiście, ale żeby to zaraz opisywać?” Inna rzecz, że dzisiejsi pisarze nie mają łatwo, zwłaszcza, jeśli chcą dostawać rządowe subwencje. Kiedyś taki jeden z drugim pisarz pisał co tylko chciał i jak chciał, a tymczasem dzisiaj postępie geometrycznym z roku na rok przybywa tematów tabu, których albo w ogóle nie wolno poruszać, a jeśli już – to tylko w sposób dozwolony przez panią wychowawczynię. W takiej sytuacji nawet sam penis, bez kobiety może dla „ludzi kultury” stanowić łakomy kąsek, a cóż dopiero „kobieta z penisem”? To jasne – natomiast już nie jest jasne, dlaczego na taki Scheiss ministrowie kultury dawali pani Jandzie ponad milion złotych rocznie...” (Stanisław Michalkiewicz – Gówna w jedwabnych pończochach)

„…jest pan Paweł Łysak, który przez jakieś nieporozumienie, albo złośliwy zbieg okoliczności został dyrektorem Teatru Powszechnego, w którym wystawiono sztukę Stanisława Wyspiańskiego „Klątwa” w reżyserii jakiegoś bośniackiego (czy może chorwackiego – bo ona sam nie jest do końca pewny, kim właściwie jest) filuta, o reputacji „skandalisty”, a nawet „prowokatora”. Najwyraźniej jest do tego stopnia zadowolony ze swego rozumu, że nie jest w stanie pojąć, iż przedstawienie spotkało się z krytyką. Najwyraźniej uważa, że skoro „derekcja” – jak mawiał woźny Turecki – spektakl na scenę dopuściła, to publiczność może tylko podziwiać, radować się, klaskać no i oczywiście – płacić za bilety…

…Ciekawe, czy ta mania grandioza kończy się na teatrach, czy też schodzi dalej w dół, do poziomu cyrków, albo jeszcze dalej – do połykaczy ognia, czy striptiserek, zwłaszcza takich, co to „samego jeszcze znały Stalina”.

Pan Paweł Łysak bystro zauważa, że „nikt nikogo nie zmusza do oglądania „Klątwy””. To prawda, ale tylko dlatego, że jest jeszcze gorzej. Wprawdzie nikt nikogo nie zmusza do oglądania przedstawień w Teatrze Powszechnym, ani w żadnym innym – ale co z tego, skoro WSZYSCY podatnicy są ZMUSZANI i to w dodatku SIŁĄ, do składania się na nie. Teatr Powszechny w 2016 roku uzyskał 8 milionów złotych subwencji z funduszy publicznych, a to znaczy, ze każdy podatnik został obrabowany na przypadającą na niego część tej sumy…” (Stanisław Michalkiewicz – Dyrektor Paweł Łysak jako podżegacz)

„Pani reżyserowa Agnieszka Holland, znana na całym świecie…

…Na przykład – „Europa, Europa” – gdzie możemy śledzić perypetie żydowskiego młodzieńca ze swoim napletkiem na tle II wojny światowej, albo „W ciemności”, gdzie możemy obserwować dobroczynny wpływ, jaki na prymitywnego przedstawiciela mniej wartościowego narodu tubylczego wywiera towarzystwo Żydów, których ten prymityw ukrywa przed złymi „nazistami”. Wszystko to są oczywiście arcydzieła, co jakże by inaczej – ale wszystkie one bledną przed arcydziełem najnowszym w postaci „Pokotu”, w którym pani reżyserowa chwyciła byka za rogi i pokazała bożą podszewkę wszystkich epizodów, które wcześniej posłużyły za temat arcydzieł. Chodzi o obnażenie prawdziwego charakteru mniej wartościowego narodu tubylczego, który uzasadnienie dla swoich wrodzonych zbrodniczych skłonności czerpie z religii katolickiej, którą faszerują go w sobie tylko wiadomym celu przedstawiciele reakcyjnego kleru. Tak ukształtowany mniej wartościowy naród tubylczy jest zdolny do wszystkiego – również do holokaustowania dzikich zwierząt, co oczywiście stanowi tylko wprawkę i przygotowanie do zbrodni przeciwko ludzkości, na widok których cały miłujący pokój świat wstrzyma oddech ze zgrozy. Nic więc dziwnego, że arcydzieło pani reżyserowej zostało dostrzeżone w Berlinie i wynagrodzone Srebrnym Niedźwiedziem. Już tam Niemcy, którzy w ramach swojej polityki historycznej, delikatnie zdejmują z siebie odpowiedzialność za II wojnę światową i jednym susem przeskakują z grona sprawców do pierwszego szeregu ofiar złych „nazistów”, wiedzą, kogo wynagradzać i za co(Stanisław Michalkiewicz – Cmokam nad arcydziełem)

„…pani Olga Sipowiczowa, dawniej słynna „Kora”, czyli Olga Jackowska. W wypowiedzi dla tygodnika kierowanego przez znanego z żarliwego obiektywizmu redaktora Tomasza Lisa oświadczyła, że nie może pozwolić, żeby władza kazała jej czuć się we własnej ojczyźnie „jak intruz” i że PiS „niszczy jej szczęście na finiszu życia”. Ciekawe, co konkretnie ma na myśli, mówiąc o tym „szczęściu” – bo z wcześniejszych deklaracji wynikało, że „Kora” jest „socjalistką”, no a Prawo i Sprawiedliwość, ustami samego prezesa Kaczyńskiego i wicepremiera Morawieckiego właśnie ogłosiło coś w rodzaju Manifestu Socjalistycznego, a w każdym razie – Etatystycznego. Najpierw „państwo”, potem „własność”, a na końcu – „rynek”. Takie rzeczy powinny podobać się każdemu socjaliście, podobnie, jak każdej socjalistce. A jednak PiS „Korze” się nie podoba, a to znaczy, że nie chodzi tu o socjalizm, tylko o coś całkiem innego…” (Stanisław Michalkiewicz – Początek końca rządów PiS)

…albowiem jak już wyżej wspominałem, socjalizm czyli tzw. „powszechna równość” i „sprawiedliwość społeczna” jest tylko pretekstem do tego, by tacy czy inni „nasi” dorwali się do narzędzi umożliwiających podzielenie się rewolucyjnymi łupami ze „swoimi” na dole, którzy robią klakę, propagandę, a czasem demonstrując na ulicy w obronie ich „praw nabytych” – przywilejów, posad i budżetów. I to jest szanowni Państwo kryterium za pomocą którego można jednego i drugiego społecznika/artystę łatwo zdemaskować.

Ivan Vladimirov – Agitator

Taką ofertę ma dla nas lewa strona. A co z tzw. prawą? Tu też nie jest najlepiej, a patrząc z perspektywy że każdą jedną patologię firmuje się ideą „prawicy” można powiedzieć że skutki będą jeszcze gorsze… (Odys)

…Oto od jakiegoś czasu środowiska określające się jako „kresowe”, usiłują postawić w kolejnym mieście pomnik ofiar UPA na Wołyniu. Tym razem padło na Jelenią Górę, bo Przemyśl i Rzeszów pomysł odrzuciły. Pomnik ten przedstawia wielkiego orła z rozłożonymi skrzydłami, który ma na piersi wycięty krzyż…

w miejscu gdzie normalnie jest wyobrażony umęczony Chrystus mamy dziecko nabite na widły. Ponieważ my tutaj nie uprawiamy pogaństwa, a jednocześnie jesteśmy zwolennikami solidnej edukacji artystycznej, nie możemy się zgodzić, na to, by ten pomnik stanął gdziekolwiek. Ktoś powie, że to od nas nie zależy. To nie szkodzi, uważam, że trzeba wyrazić swoją opinię na ten temat. Jestem ponadto przekonany, że za tym pomnikiem nie stoi żadna szczera intencja. I nawet nie próbujcie mi tłumaczyć, że jest inaczej. Jeśli ktoś próbuje dewastować dziś nasze emocje męką dzieci, to znaczy, że ma coś do sprzedania i to coś jest nam w dodatku całkowicie niepotrzebne. Tak jest, tak było i tak będzie. Ludzie też są zawsze tacy sami i zawsze znajdzie się gromada wariatów, którzy uznają, że to jest dopiero okazja do tego, żeby zabłysnąć. Tak się ustawić na tle tego pomnika z chorągiewkami, w rocznicę rzezi wołyńskiej i jeszcze coś zaśpiewać. O, ileż to okazji do pokazania się w telewizji przed inicjatorami tej budowy, ileż to powodów do wyartykułowania różnych swoich pretensji.

Wiecie na czym polega główny i najważniejszy sukces pomysłodawców takiego badziewia? Na tym, że poprzez takie inicjatywy oni zagarniają całą pulę emocji i czują się w prawie, by demaskować zdrajców ojczyzny. Otóż zdrajcą jest każdy kto sprzeciwia się takiej szlachetnej inicjatywie. Jak można zarzucać coś ludziom, którzy chcą upamiętnić pomordowanych? Normalnie, tak samo, jak się przepędza z podwórka cyganów sprzedających te swoje fantastyczne patelnie. To jest ta sama jakość…” (coryllus – Dziecko nabite na widły profanuje krzyż)

„…Mamy więc taki schemat. Pod wysokim ciśnieniem podgrzewa się narodowe traumy, patrząc jak skraplają się emocje, potem niespodziewanie się te emocje uwalnia i one eksplodują najszczerszym idiotyzmem i bełkotem, następnie zaś kiedy porwą już wystarczającą ilość ludzi, która ogłupiała całkiem poprzebiera się w te koszulki, zakupi stosy gadżetów produkowane nie wiadomo gdzie i przez kogo, wysyła się Zychowicza, który rozpoczyna tak zwaną poważną dyskusję. No i wtedy wszyscy zaangażowani w promocję wyklętych przedstawianych tak, jak ich sobie wyobrażają reżyser Zalewski z Sakiewiczem, dostają piany z wściekłości, a ich przeciwnicy wystrojeni w szaty Katonów wioskowych, perorują o tym, że należy stanąć w prawdzie. I jest, jak mawia detektyw Rutkowski, pozamiatane. Teraz też będzie pozamiatane. Jeśli ktoś buduje pomnik Pileckiego, gdzie Pilecki wygląda jak młody Kiszczak, czymś bardzo zmartwiony, to znaczy, że ma pomieszane w głowie, albo ze szwagrem z ASP przewalił budżet. Może zresztą chodzi o to, by Pilecki był z twarzy całkiem podobny do nikogo, wtedy, w razie jakichś zawirowań, zmieni się napis na tej tablicy i przekonamy się czyj to jest naprawdę pomnik…

Mamy udawane Hollywood, udawane pomniki, stymulowany entuzjazm i reżyserowane bunty. Wszystko to w najpodlejszej jakości, żeby ktoś czasem nie pomyślał, że należy traktować je serio…” (coryllus – Pan Samochodzik, tajemniczy Ogórek i Atlanci)

„…rynek treści w Polsce związany z tym dziwnym i mało precyzyjnym słowem prawica, to w większości bieda z nędzą adresowana do nikogo. I to się nie zmieni, a przyczyna nie jest błaha bynajmniej. Ktoś zdecydował, że tak ma być i już, bo miałkość tego przekazu ma ponoć gwarantować jego zasięg. Im głupsze i bardziej beznadziejne będą te historie o wyklętych, tym więcej osób ma się na to złapać i kupić GP oraz dodatki do niej. To jest kłamstwo wyrażone wprost, albowiem będąc u władzy, tak to otwarcie nazwijmy, ludzie z GP nie potrzebują ani klientów, ani zasięgu, ani w ogóle niczego. Potrzebują pretekstu jedynie do tego, by eksploatować państwowe budżety, jak to wcześniej czyniła gazownia. Tak więc nędza którą promują, nędza przedstawiana jako jakość, wystawia świadectwo im przede wszystkim. Wczoraj w nocy pojawiła się tutaj informacja, że w nowej Gazecie Polskiej będą mieli swoje felietony Wildstein junior, Rachoń, Targalski i Matka kurka

…wszyscy ludzie z pretensjami do ilorazu powinni się od tej historii trzymać z daleka. Jak się bowiem to raz zacznie, kompromitacjom nie będzie końca. Oni bowiem są gotowi przebrać się w mundury tych żołnierzy wyklętych i fotografować się w różnych pozach…” (coryllus – Targi w systemie bytomskim to jakość sama w sobie)

„…Zastanówmy się teraz nad wartością rynkową zbiorów muzealnych. W chwili, kiedy wszystkie wartościowe rzeczy są pod kontrolą, kiedy zgromadzono je w specjalnych pomieszczeniach, gdzie ich utrzymanie jest drogie i coraz trudniej wytłumaczyć ludziom – po co je się tam trzyma, ich wartość jest umowna i zależy już tylko od propagandy lub jeśli wolicie od promocji. Czy ktoś promuje dziś sztukę chrześcijańską? Nie zauważyłem. Nawet Kościół jej nie promuje, bo uważa, że nie ma to sensu. Jest drogie, kłopotliwe i wymaga wielu konsultacji z ludźmi spoza Kościoła. Jesteśmy więc o krok od oficjalnego zanegowania wartości tej sztuki, a stanie się to poprzez zanegowanie rytuałów chrześcijańskich. Po cóż republice te zbiory, skoro nie wyróżnia się niczym chrześcijaństwa? Bo są osadzone w historii państwa? Ale teraz rozpoczyna się nowy rozdział tej historii, znacznie poważniejszy niż poprzednie i on zmieni to państwo na zawsze, tak jak zmieniła je rewolucja 1789 roku. W zasadzie wystarczy, by pojawił się teraz jakiś sprytny lewicowy demagog i wszystko idzie z dymem. Ktoś powie, że póki co mamy prawicowych demagogów. Oczywiście, Jauresa przez I wojną także zabił prawicowy ekstremista. Prawica pełni bowiem w przemianach ustrojowych i religijnych rolę zapalnika z kwasu pikrynowego. Musi być mały huczek, żeby wywołać potężną eksplozję słusznego gniewu upokorzonej ludności, która zdewastuje pół Europy w walce o swoje słuszne prawa…” (coryllus – Co się stanie ze zbiorami sztuki chrześcijańskiej?)

„…Franciszek Fiszer powiedział kiedyś, że nie będzie w Polsce dobrze, dopóki nie rozstrzela się siedmiuset tysięcy łajdaków. Na uwagę, że może nie być aż tylu łajdaków Fiszer odpowiedział, że to nic nie szkodzi, że w razie czego dobierzemy z uczciwych. Teraz nie byłoby problemu ze zgromadzeniem siedmiuset tysięcy łajdaków; wystarczyłoby zgromadzić uczestników ruchów społecznych w obronie demokracji i beneficjentów repolonizacji gospodarki – ale nie o to chodzi. Chodzi o to, aby de lege ferenda – żeby jakaś praworządna Schwein nie postawiła mi zarzutu nawoływania do wstecznego stosowania prawa – wyposażyć podatników w prawo żądania zwrotu publicznych subwencji – właśnie na zasadzie bezpodstawnego wzbogacenia. Wprawdzie obdarzeniu kogoś publiczną subwencją z reguły towarzyszy powołanie się na jakąś podstawę prawną, ale wszystkie one mają charakter pozorów legalności, bo tak naprawdę spełniają wszystkie znamiona kradzieży zuchwałej, tyle, że dokonanej z udziałem pośredników w osobach funkcjonariuszy publicznych. Ale skoro mamy zasadę równości obywateli wobec prawa, to pośrednictwo funkcjonariusza publicznego, podobnie jak sprokurowanie pozorów legalności gwoli utrudnienia, a nawet zablokowania pociągnięcia sprawców kradzieży do odpowiedzialności, wcale nie usuwa przestępczego charakteru samego czynu. Bez wyposażenia podatników w możliwość żądania zwrotu takich subwencji przynajmniej do budżetu państwa, albo budżetu samorządowego, niechby nawet na zasadzie odpowiedzialności solidarnej z urzędnikiem, który w takiej kradzieży publicznych pieniędzy uczestniczył nie będzie żadnej „dobrej zmiany”, tylko jedne hieny będą zastępowane przez inne.” (Stanisław Michalkiewicz – Gówna w jedwabnych pończochach)

Ivan Vladimirov – Burning royal eagles and portraits

„…Pora zatem podjąć stanowczą decyzję o likwidacji WSZYSTKICH publicznych subwencji dla WSZYSTKICH teatrów i innych przedsiębiorstw przemysłu rozrywkowego. Państwo nie ma moralnego prawa zmuszać podatników, na przykład – dróżnika spod Mławy – do składania się na rozrywki warszawskich snobów (snob to skrót dwóch łacińskich słów: sine nobilitate, czyli – bez szlachetności). Wymuszanie takiego składania się nosi wszelkie znamiona kradzieży zuchwałej, to znaczy – dokonywanej przy pomocy specjalnie w tym celu spreparowanych pozorów legalności – bez względu na to, jakimi pretekstami bywa osłaniane: „misją”, „wysoką kulturą”, czy „sztuką”. Pomijając już to, że zdjęcie majtek nawet na scenie, to żadna sztuka, państwo ma obowiązek chronić obywateli przed wszelkimi formami kradzieży, a zwłaszcza – formami zuchwałymi, więc jeśli państwowi dygnitarze, podlizując się chałturnikom w nadziei zyskania popularności i uzbierania głosów wyborczych od tego obowiązku tchórzliwie się uchylają, to stają się w ten sposób wspólnikami kradzieży i to w dodatku takimi, których beneficjenci złodziejstwa sobie wynajmują za ekspektatywę przedłużenia dygnitarstwa. To nawet jeszcze większe łajdactwo, niż sama kradzież, z czego najwyraźniej nie wszyscy zdają sobie sprawę, więc dedykuję ten felieton panu wicepremierowi i ministrowi kultury oraz dziedzictwa narodowego Piotrowi Glińskiemu, żeby się opamiętał, póki jeszcze czas.” (Stanisław Michalkiewicz – Ani grosza więcej!)

„…To co dzieje się na tak zwanym rynku kultury, ma jedynie charakter zaspokajania ambicji poszczególnych środowisk. Oni wydają tego Platona po to, żeby potem wydawać przyczynki do Platona i masturbować się tym przez lata całe na specjalnie w celu ich prezentacji organizowanych konferencjach. Polityka ministerstwa i to widać po tych dotowanych tytułach, to wprost realizacja hasła – TKM. Bez żadnej jaśniejszej myśli, bez wizji i planów. Dajo…znaczy trza brać….Podkreślmy jeszcze raz – są to pieniądze wyrzucone w błoto. Zasłonić zaś to wszystko ma Magda Ogórek i jej rzekome wyczyny na niwie odzyskiwania dóbr kultury. Tym zaś, którzy cieszą się, że będziemy mieli wreszcie tak, jak w PRL, przypominam, że to co oni nazywają PRL-em to jedynie cześć ostatniej dekady tego dziwnego państwa, cześć dekady Gierka. Wcześniej zaś była dekada Gomułki, był człowiek nazwiskiem Cyrankiewicz i był pan Bierut. No i jak to – zapyta ktoś dociekliwy – tutaj w sferze propagandy, nostalgii i sukcesów gospodarczych lansujemy późny PRL, a na koszulkach mamy wyklętych, co ten PRL zwalczali? Czy to nie jest czasem, ta no….schizofrenia? Ja na to pytanie nie odpowiem. I nikt dziś na nie nie odpowie. Wszelkie wątpliwości w tej kwestii wyjaśnić może jedynie czas…” (coryllus – Wojna o kulturę?)

…Moim zdaniem to nie jest schizofrenia, zbyt dużo tu „znaków” spowodowanych KONKRETNYM działaniem. To podążanie drogą „zgody narodowej” metodą Kingsaj dla każdego – „musimy znać wszystkie strony prawdy” (ich prawdy) i przyjąć ją za własny styl życia…

„…niewiele osób zdaje sobie sprawę, że tak zwana swoboda myśli i przekonań właściwa jest tradycji chrześcijańskiej. Pozostałe zaś, wymienione tu wyznania, to są po prostu rządy tajnych sądów kapturowych, opartych o bardzo surową regułę religijną. W zapisach tej reguły nie ma na przykład miejsca na wyobrażania w jakikolwiek sposób postaci Boga i ludzi. Ktoś powie, że istnieje kultura świecka. Nie istnieje. To jest jasne i tylko największym durniom wydaje się, że jest inaczej. Nie istnieje żadna kultura świecka, bo jej utrzymanie jest w wymiarze prostej praktyki codziennej za drogie. Kultura świecka, żeby funkcjonować musi podpierać się terrorem. Nie ma wyjścia i to było ćwiczone wielokrotnie. Bez terroru ludzie rozejdą się w różne strony i skończy się kultura świecka…” (coryllus)

…dlatego szczurołap to wcale nie jest „Zaginiony zawód„… (Odys)

oraz: AKUPA Michowicza i „Wołyńska” manipulacja czyli o zarządzaniu stadem za pomocą nacjonalizmu (na ruskim sznurku), ksenofobii i antysemityzmu, oraz o „dobrodziejstwie” komunizmu w celu „pojednania” i to: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą. a także: Dom Zły czyli Jarocin, gacie Chajzera, siekiera z Wołynia i pusty łeb mordercy jako symbole dobroczynności polecam również: Wolność, równość, szyderstwo (od PRLu do fejsbuka) czyli walka z cenzurą kiedyś i dziś. O skutkach ubocznych pracy najemnej i deklasacji kultury i jeszcze: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach.

Dotacje dla przedsiębiorstw przemysłu rozrywkowego powinny zostać skasowane! – S. Michalkiewicz

Zamiast „jednolitego podatku” centralna baza (PO)rachunków oraz „obywatelska emerytura” czyli… szukanie pokrycia dla rekordowego deficytu kosztem obywateli. Ostrowice jako przykład (nie)”zrównoważonego rozwoju” w skali mikro.


rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Wygląda na to, że ominą nas dobrodziejstwa jednolitego podatku. Głównym powodem rezygnacji z tego projektu jest jego wpływ na drobnych przedsiębiorców, którzy płaciliby niemal dwukrotnie wyższą stawkę niż obecnie. Projekt poległ w dużej mierze ze względu na to, że był tym czym miał nie być. Założenia mówiły o uproszczeniu podatku dla osób fizycznych by wszystkie daniny złączyć w jedną. Po drodze powstał dziwny kompromis mający spełniać założenia sprawiedliwości społecznej, który gwałtownie skomplikował cały projekt. Efektem był chaos i kolejne niedotrzymane terminy. Grabarzem projektu okazał się kalendarz. Mamy 21 grudnia, a projektu nie dało się już skończyć by obowiązywał od 2017 roku. Na szczęście w budżecie nie zapisano dodatkowych wpływów, które miały pochodzić z tej unifikacji.

Rekordowy deficyt w 2017 roku

Na rok 2017 zapowiadany jest w Polsce niemal 60 miliardowy deficyt budżetowy. To najwyższa wartość jaka kiedykolwiek trafiła do ustawy budżetowej. Wartość ta ma jeden podstawowy negatywny skutek. Będziemy się musieli najprawdopodobniej silnie zadłużyć za granicą. Pomysł przeniesienia zadłużenia wewnątrz kraju poprzez nakłonienie obywateli do reinwestowania środków z programu 500+ w obligacje okazał się niemal zupełnym fiaskiem. Analitycy zwracają uwagę, że silne uzależnienie od kredytowania z zewnątrz może powodować jego mniejszą stabilność. W efekcie jeżeli inwestorzy będą tracić zaufanie koszty kredytu mogą istotnie wzrosnąć co dalej pogłębi deficyt i osłabi złotego(internetowykantor.pl – Bez ważnej zmiany w podatkach. Rekordowy deficyt)

podobne:  „New Deal” po polsku czyli „jednolity podatek” dla przedsiębiorców. „Dobra zmiana” czy wielki kryzys? Nie – dla socjalizmu z ludzką twarzą. oraz: Trader21: Obligacje rządowe gwarantem straty. Inflacja i dewaluacja jako narzędzie walki z długiem. W czyich rękach spoczywa polski dług, i czy krach finansów publicznych zakończy się eutanazją?

„…Jeżeli więc mimo rządów pobożnego PiS-u piekło zagrozi Polakom to przynajmniej nie w 2017.  PiS-owi nie uda się tym docisnąć  podatkowo samo zatrudnionych tak aby wyzwolić ich spod  nieznośnej perspektywy płacenia mniej niż etatowcy.

Skorygowanie tej kapitalistycznej anomalii  wprowadzonej  jeszcze przez komunistów Millera w 2004 – umożliwienie samo zatrudnionym płacenia stawki liniowej 19% PIT-u – było punktem honoru PiS-u. Od lat była to furtka do obejścia podatkowego piekła normalnego PIT-u i ZUS-u razem,  jednego z najwyższych takich obciążeń w Europie.  PiS zdeterminowany był furtkę tę zamknąć i owinąć ją do tego drutem kolczastym.

Łączenie wszystkiego w jeden wysoki podatek „jednolity” miało pomóc Janosikowi Morawieckiemu w jego planach „odpowiedzialnego rozwoju” i „mobilizacji” kapitału polskiego.  Od dawna twierdziliśmy że  o ile dobra zmiana  jakimś cudem zmobilizuje tym polski kapitał to tylko do ucieczki zagranicę.  Wolnego kapitału polskiego od tego z pewnością nie przybędzie lecz przeciwnie, będzie go mniej.

Tym bardziej że dobra zmiana wyrzuca do kratki ściekowej nawet ten kapitał którego nie ma i który musi pożyczać  na swoje rozdawnictwo 500+.  Nic dziwnego że na rok 2017 zapowiadany jest w Polsce prawie 60 miliardowy deficyt budżetowy.  W międzyczasie Janosik Morawiecki wymyśla nowe metody finansowego terroru.  Jego najnowszym pomysłem jest projekt ustawy o centralnej bazie rachunków  Jak widać socjaliści PiS-u tak nawykli do „centralizmu demokratycznego” za komunizmu że w głowie im się nie mieści aby cokolwiek mogło nie być „centralne”.  Potrzebna jak psu piąta noga ustawa przewiduje nowy centralny urząd,  najpewniej z paroma setkami centralnych biurw,  śledzący centralnie  wszelkie możliwe miejsca w których ludzie pochować jeszcze mogli jakąś wartość.  Centralnym zadaniem urzędu będzie centralne informowanie o tym innych urzędów centralnych(cynik9 – Dobra zmiana bierze się za bitcoiny)

podobne: Rabunek na zlecenie czyli… oZUSowanie umów cywilno-prawnych oraz: Premier: pełne oskładkowanie wszystkich umów byłoby ze stratą dla ludzi

…Pani minister Rafalska w kwestii rozdawnictwa 500+ niedawno stwierdziła co następuje:

“Każda dyskusja na temat wprowadzenia programu zaczynała się od zarzutu, że rodziny na pewno zmarnotrawią pieniądze, wydadzą na alkohol. Dziś wiemy, że to problem marginalny. Średnio zmiana pieniędzy na inne świadczenia, bony, usługi dotyczy miesięcznie 600 rodzin. Przy skali programu to margines – wyjaśniała Rafalska. – To dowód, że rodziny same najlepiej wiedzą na co wydawać te pieniądze – mówiła minister.”

Mając więc dowód na to że rodziny same najlepiej wiedzą jak wydawać swoje pieniądze, Pani minister chwali program rządowy który sprowadza się do zabierania owych pieniędzy tymże rodzinom pod przymusem w ramach tzw. „pomocy rodzinie”… Prawda że logiczne? Oczywiście że nie, bo tu chodzi o inną „logikę”:

„…Tylko w ten sposób może potem błaznować w roli św. Mikołaja i rozdawać je intelektualnej elicie narodu. Tylka ta elita, dziwnym zbiegiem okoliczności, sama wie najlepiej  na co je wydać i pomocy Rafalskiej przy tym jakoś nie potrzebuje.  Wystarczy że troszczy się ona o kasę. Trochę wprawdzie gorzej u tej elity z wiedzą jak tę kasę samemu zarobić ale od czego w końcu elity mają  PiS i jego czerwoną ministrę?” (cynik9 – Na co wydać swoje pieniądze)

podobne: PIS lepszy od POprzedników… w zadłużaniu Polaków. O jakim „zwrocie z inwestycji” mówią piewcy programu „500+”? Niesprawiedliwość redystrybucji i społeczna funkcja własności prywatnej.

Mamy zatem czarno na białym przyznanie się polityków do uprawiania bezczelnego procederu przekupywania podatników za ich pieniądze. I chociaż nie będzie tego procederu (póki co) ułatwiał „jednolity podatek”, to kierunek uzależnienia obywatela od  „redystrybucji” zostanie utrzymany w inny sposób – w ramach tzw. „uszczelniania” obecnie obowiązującego systemu podatkowego… (Odys)

„…Od 1 stycznia 2017 r. mali oraz średni przedsiębiorcy będą podlegali obowiązkowi składania comiesięcznego pliku JPK_VAT (ewidencja zakupu i sprzedaży VAT). Pierwsze sprawozdania ww. przedsiębiorcy będą musieli złożyć do 25 lutego 2017 r. Obecnie JPK przesyłają już duże firmy.

Zaliczenie do określonej grupy przedsiębiorców zależy od liczby zatrudnianych osób oraz od wielkości obrotów firmy.

Rozszerzenie katalogu podmiotów, które mają obowiązek raportowania, ma za zadanie pozyskanie bieżącej informacji o transakcjach podlegających opodatkowaniu VAT. Umożliwi to szybką i skuteczną identyfikację wyłudzeń oraz unikania opodatkowania…” (inforfk.plNowy obowiązek dla małych i średnich przedsiębiorców)

…natomiast pod pretekstem „procesu elektronizacji i usprawnienia obrotu gospodarczego, a także upowszechnienia płatności bezgotówkowych” i „prac nad systemem fiskalizacji online”, zaplanowano że…

„…kasy fiskalne od stycznia 2018 roku będą podłączone online i będą automatycznie przesyłać dane o sprzedaży do centralnego repozytorium prowadzonego przez MF. Jednocześnie, kasy poza wydawaniem papierowych paragonów klientom będą wysyłać elektroniczne paragony zainteresowanym użytkownikom, którzy wyrażą na to zgodę i zarejestrują się. Pośredniczyć w tym będzie przygotowywana przez KIGEiT platforma dystrybucji paragonów elektronicznych z kas fiskalnych bezpośrednio do konsumentów. System ten ma gwarantować pełną anonimowość przesyłanych danych. Najprostszą formą będzie przekazanie paragonu elektronicznego na pocztę e-mail lub sms, czy też do aplikacji mobilnych” – wyjaśniono…

Ministerstwo uzasadnia wprowadzenie obowiązkowych e-paragonów ograniczeniem szarej strefy. Według resortu „wyniki analizy ekonometrycznej wskazują, że przyrost liczby aktywnych kas fiskalnych w relacji do liczby aktywnych przedsiębiorstw w Polsce o 0,1 prowadzi średnio do spadku udziału szarej strefy w PKB o 0,33 pkt. proc.” MR powołuje się też na doświadczenia innych państw, takich jak Węgry, Bułgaria, Chorwacja, Słowenia czy Gruzja – gdzie wprowadzenie systemu rejestrowania sprzedaży za pomocą kas fiskalnych poprawiło wpływy z VAT. Resort rozwoju liczy także na „zwiększenie akceptacji płatności bezgotówkowych oraz zapewnienie konsumentom dostępu do paragonów elektronicznych w jednym miejscu”. (PAP) mick/ je/ (stooq.pl – MR: podpisano porozumienie ws. utworzenia platformy e-paragonów)

„…od przyszłego roku wszystkie firmy mają przesyłać co miesiąc do policji skarbowej wszystkie faktury, stany magazynowe nawet wyciąg z konta.
Totalna kontrola wszystkich, zapewne już na poziomie ogólnopolskiej bazy danych za pomocą algorytmów, które mają wyłapać podejrzane rzeczy.
Do wytypowanych nieszczęśników zapuka policja skarbowa, które może wlezć wszędzie nawet do miejsc niepowiązanych z prowadzoną działalnością, zażądać dowolnych dokumentów również niepowiązanych z prowadzoną działalnością, wejść oczywiście bez uprzedzenia jak dotychczas.
Jeśli “gestapo” uzna że jakaś faktura jest lipna wg ich kryteriów można iść na 25 lat do więzienia, do dyspozycji mają też konfiskate rozszerzoną, czyli trzeba udowodnić im pochodzenie majątku, który posiadamy nawet i 20 lat, pod groźbą jego odebrania.

Na dodatek, jeśli komuś nie do śmiechu, ministerstwo finansów, które tak dzielnie walczy z hazardem, że od lipca będzie nakazywało blokować tysiące domen rozmaitych kasyn online, samo staje się takowym organizując loterie paragonową, ciekawe czy zablokują sami siebie.” (Szelo)

Mamy więc do czynienia z konkretnym krokiem w kierunku upieczenia jeszcze jednego półgęska umożliwiającego nadzór nad obywatelem i jego własnością tj. ze stopniowym eliminowaniem gotówki, w walce z którą najciekawszy przypadek wydarzył się w Indiach… (Odys)

„…Banknoty o nominałach 500 i 1000 rupii, stanowiące 86% gotówki będącej w obiegu, z dnia na dzień przestały być w Indiach legalnym środkiem płatniczym. Premier Narendra Modi ogłosił swoją decyzję 8 listopada, kiedy cały świat emocjonował się wyborami w USA. Szef rządu Indii stwierdził, że przyczyną zmian jest „walka z unikaniem opodatkowania oraz szarą strefą”

…Na stronie Ministerstwa Rozwoju można znaleźć dokument dotyczący „zwiększania obrotu bezgotówkowego”. Zgodnie z jego założeniami, udział gotówki w transakcjach na obszarze Polski, ma spaść w ciągu 5 lat z 21,5% do 15%. W tym celu rozważane jest m.in. obniżenie limitu transakcji gotówkowych.

Jeden ze sposobów na przekonanie Polaków do obrotu bezgotówkowego, zakłada wprowadzenie specjalnych ulg podatkowych. W przypadku transakcji elektronicznych, stawki podatku VAT miałyby zostać obniżone o 1 punkt procentowy, do 22% i 7%…

…Wszystko odbywa się pod pięknie brzmiącymi przykrywkami, ale prawdziwym motywem jest możliwość grabienia ludzi na skalę większą niż kiedykolwiek w historii.

Ogromna liczba krajów boryka się dziś z problemem zadłużenia. Wycofanie gotówki byłoby dla polityków wymarzonym rozwiązaniem. Społeczeństwo bezgotówkowe umożliwia wprowadzenie negatywnych stóp procentowych. Obywatele byliby zmuszeni do płacenia za trzymanie pieniędzy w bankach, a zadłużenie zostałoby zredukowane. Z kolei rządy mogłyby zapożyczać się po zerowym koszcie. Co stałoby zatem na przeszkodzie, aby politycy mogli dalej zadłużać obywateli i sponsorować za to coraz bardziej absurdalne wydatki? Można jedynie domyślać się, jakie obietnice wyborcze pojawiłyby się w programach poszczególnych partii.

Czego możemy spodziewać się obecnie? Z pewnością walka z gotówką zmobilizuje przezorną część społeczeństwa do ucieczki w metale szlachetne. Potwierdzają to wydarzenia w Indiach.

Warto zaznaczyć, że sposób wprowadzenia zmian w Indiach nie wyglądał rozsądnie z punktu widzenia elit, gdyż wywołał wściekłość ludzi. Można zatem zakładać, że był to eksperyment – co stanie się, jeśli w jednym momencie zdelegalizujemy większość banknotów. Nie zmienia to faktu, że większość zmian mających na celu walkę z gotówką, to mniej odczuwalne działania (wycofanie pojedynczego nominału, obniżenie limitu transakcji gotówkowych). Ich wychwycenie wymaga od społeczeństwa większej czujności. To tzw. powolne gotowanie żaby – jeśli walka z gotówką będzie prowadzona etapowo, to ludzie nie zauważą zmian.

Jeśli w przyszłości dojdzie do wycofania gotówki, będzie to prawdopodobnie połączone z wprowadzeniem bezwarunkowego dochodu gwarantowanego. Zostanie on ustawiony na takim poziomie, aby zapewnić najbiedniejszym minimum potrzebne do przeżycia, a jednocześnie pozbawić masy motywacji do wyjścia na ulicę.” (Zespół Independent Trader – Walka z gotówką przybiera na sile)

podobne: „Dziennik Gazeta Prawna”: NBP eliminuje obrót gotówką. „Puls Biznesu”: Podatkowe pole minowe oraz: Cynik9: Szaleństwo dobermanów czyli… Wielki Brat chodzi po suficie

Cytowany wyżej cynik9 założył że wraz z rezygnacją rządu z „jednolitego podatku”, nie dojdzie do „oskładkowania” ostatniej już grupy pracowników zwolnionej w Polsce z ZUSowskiego haraczu. Niestety rząd wcale z tego pomysłu nie zrezygnował, i już niedługo wszyscy pracownicy będą „sprawiedliwie” (bo po równo) okradani… (Odys)

Umowy o dzieło to ostatnia z form zatrudnienia, przy których nie trzeba płacić składek ZUS. Ale już niedługo. Rząd, który dokonał przeglądu systemu ubezpieczeń społecznych, wprost zaleca w nim rozważenie „rozszerzenia katalogu tytułów podlegania ubezpieczeniom emerytalnemu i rentowym” o osoby wykonujące pracę na podstawie tego rodzaju umowy.

Przegląd jest już oficjalnym dokumentem przyjętym przez Radę Ministrów i niebawem zajmie się nim Sejm. Można się więc wkrótce spodziewać szczegółowych propozycji w tej sprawie. Ozusowanie umów o dzieło byłoby próbą załatania dziury w systemie. Do 2015 r. z tej formy korzystało rocznie około 200 tys. pracujących – takich, dla których była to jedyna podstawa zatrudnienia. Można zakładać, że w 2016 r. popularność dzieła jeszcze wzrosła po tym, jak składkami na ubezpieczenie społeczne obłożono wszystkie umowy-zlecenia (wcześniej to one były podstawowym typem tzw. umowy śmieciowej; w 2015 r. na ich podstawie pracowało ponad milion osób)…” (Czytaj więcej tu: praca.interia.pl – PiS łata dziury w systemie. Oskładkuje umowy o dzieło)

To oczywiście w żaden sposób nie naprawi niewydolnego systemu „ubezpieczeń społecznych”. Dlatego też rząd szykuje kolejną jego reformę. Cytuję:

„…Zapewne zdajecie sobie sprawę, że nie chodzi o to żeby emerytury były wyższe. Istnieje na przykład koncepcja, że aby dostać emeryturę trzeba będzie przepracować 15 lat. Jak ktoś przepracuje mniej, mimo, że ZUS będzie podprowadzał swoją cześć, to dostanie emeryturę w wysokość 0 złotych (słownie: zero złotych). Pieniędzy oczywiście nie odzyska tez w inny sposób. Mówiąc wprost – Państwo ukradnie mu w majestacie prawa całkiem sporo pieniędzy. A… jest też szansa, że to ile wpłacamy do najukochańszej instytucji Polaków też nie ma znaczenia, bo wszyscy dostaniemy tyle samo. Czyli tyle żeby w miarę szybko umrzeć i nie obciążać systemu…” (DWS24.pl13 lutego 2017 roku)

Więc jak ktoś myślał że pomysł obcinania emerytur dotknie tylko UBeków, to ma teraz dowód na zwodniczość tego rodzaju autosugestii. Ja lojalnie ostrzegałem że precedens z UBeckimi emeryturami to tylko rozgrzewka przed nabraniem prędkości w mieleniu przez wielkie koło „sprawiedliwości społecznej” własności ludzi którzy niczym sobie na tego rodzaju „Prawo i Sprawiedliwość” nie zasłużyli.

Wychodzi więc na to że PIS jako naturalnie socjalistyczny projekt/partia nie tylko kontynuuje reformy zapoczątkowane przez takich samych ideologicznie poprzedników (Tusk znowu obiecuje (grozi) że da (zabierze). Michalkiewicz: „Źle było, źle będzie…”), ale wykazuje się na dodatek dużo bardziej bezwzględną kreatywnością  wymyślając coraz to nowe i perfidne w swej naturze sposoby rabunku… „Domiar podatkowy”, „solidarność podatkowa”, czy kolejna „reforma emerytalna” nie są bowiem żadną nowością, ale zdecydowanie się na ich wdrożenie jak również stworzenie narzędzi w postaci „centralnej bazy rachunków”, „e-paragonu” i „oskładkowanie” ostatniej już formy zatrudnienia, z całą pewnością ułatwi PISowi sięgnięcie głębiej do kieszeni Polaków. „Damy radę!” nabiera całkiem realnych kształtów…(Odys)

podobne: Pod przykrywką wygłupu Sikorskiego fala rabunku przetoczyła się przez sejm: uwolnienie kominówek, rząd kładzie łapę na depozytach, centralna baza „haków” skarbówki, zamiast śmieciowych umów o pracę będzie śmieciowa emerytura. Do diabła z taką opozycją! Dratewka potrzebny od zaraz oraz: Do dziurawego wora FUS (dzięki oskładkowaniu „śmieciówek”) trafi 650 milionów złotych. i to: Budżet państwa na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną… ale czy PIS będzie nas kosztował mniej? Oczywiście że nie – zamach na umowy cywilnoprawne i to: Papierowe rozliczanie komuny jako ekwiwalent sprawiedliwości czyli… zamiast osądzenia zbrodni prawo do rabunku UBeków na podreperowanie ZUSu.

„…„sprawiedliwość społeczna”, to elegancka nazwa rozmaitych łajdactw, przeważnie – rabunku maskowanego pozorami legalności. Gdybym z pistoletem w ręku zgłosił się do bogatszego ode mnie i pod groźbą użycia broni zażądał od niego natychmiastowego podzielenia się ze mną majątkiem, to każdy sąd uznałby to za rabunek. Jeśli jednak wynajmę sobie posła i ministra, opłacając ich walutą głosów wyborczych, to ten sam czyn zostanie uznany za realizację „sprawiedliwości społecznej”. A przecież istota czynu pozostaje taka sama. Niestety nie rozumie tego nawet papież Franciszek, który niedawno pochwalił komunistów, że myślą według zasad nauki Chrystusowej. Jest to oczywista nieprawda, bo Chrystus mówił: „daj!”, podczas gdy komuniści mówią: „bierz!” Ale żeby dać, to najpierw trzeba mieć, a zatem warunkiem sine qua non praktykowania chrześcijańskiego przykazania miłości bliźniego, jest własność prywatna. Tymczasem podstawowym punktem programu komunistycznego jest właśnie likwidacja własności prywatnej, zatem między chrześcijaństwem a komunizmem istnieje sprzeczność nie do pokonania…” (Stanisław Michalkiewicz – Hołota panoszy się w Sejmie)

podobne: Przerośnięte państwo gwarancją problemów jego obywateli. O demokracji, państwie „opiekuńczym” i długu „publicznym” czyli przejadaniu przyszłości na własne życzenie. oraz: O tym jak państwo „opiekuńcze” zamiast pomagać jednostkom zubaża całe społeczeństwo i to: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa.

Jeśli ktoś nie potrafi sobie wyobrazić do czego tego rodzaju polityka potrafi doprowadzić, albo uważa że to jakaś wirtualna rzeczywistość i że nie ma żadnego związku między deficytem/długiem a polityką fiskalną oraz własnością, to polecam jeszcze jedną lekturę… (Odys)

„…decyzją rządu B. Szydło w Ostrowicach wprowadzono pod koniec 2016 zarząd komisaryczny. Ma to być przygotowaniem do rozparcelowania gminy między bardziej poczytalnych sąsiadów…

…Samorząd gminy, jak małpa z brzytwą, pożyczał zresztą chaotycznie nie tylko na infrastrukturę.  Raz były to szkoły, innym razem prąd do latarni. Wreszcie w ramach kolejnej reorganizacji postanowił sięgnąć po najnowsze zdobycze finansowej inżynierii, co gminę  ostatecznie pogrążyło. Pozbył się mianowicie swojego majątku związanego z wodociągami po to aby go z powrotem zaleasować. Potem, w sytuacji podbramkowej, gmina w panice ratowała sytuację bieżącą odkupując ten majątek za znacznie większą kwotę. Ktoś sprytny się obłowił, gmina zaś pozostała z workiem.

Uwagę przyciągają 3 miliony złotych które gmina wydaje rocznie na obsługę długów. Na długu 35M oznacza to zwrot bliski 10%, który w obecnych warunkach niskich stóp procentowych jest prawdziwym klejnotem. Wkłada go do swojej kieszeni prawdopodobnie przedsiębiorczy finansista gminy, parabank z którym samorząd robił interesy. Przewija się w papierach skupująca długi spółka z Łodzi  której burmistrz genialnym posunięciem sprzedał część długów gminy. Pewnie myślał że nie musi ich dłużej spłacać…

Jest w tej historii coś niepokojącego, i nie jest tym bynajmniej bankructwo. Bywają sytuacje nieprzewidziane, są popełniane błędy i owszem, od czasu do czasu ktoś bankrutuje. Świat się na tym nie kończy. Tym niepokojącym czynnikiem jest natomiast chocholizm niewielkiej społeczności niezdolnej do samodzielnego rządzenia się,  połączony z  porażającą bezmyślnością jej wybranych decydentów. Gdyby mieszkańcom gminy socjalizm nie przerwał witalnego nerwu łączącego portfel z mózgiem i sami musieliby płacić za swoje wodociągi czy kanalizację to wnet by odkryli że cudów nie ma i że ich na to nie stać. Znaleźli by rozwiązania alternatywne, lepsze  i przede wszystkim mieszczące się w budżecie. Ale nie, mimo sygnałów zbliżającej się katastrofy i ratowania się ryzykownymi pożyczkami zarząd gminy parł z programem daleko przekraczającym jej finansowe możliwości. Zamiast wdepnąć na hamulec uciekał się do coraz bardziej ryzykownych gimnastyk finansowych, robiąc biznes z parabankami. Nikomu jakoś te partnerskie związki lisa z drobiem nie wydały się podejrzane. Nikomu nie zaświeciła się czerwona lampka ostrzegawcza. I wiadomo dlaczego – bo to nie ich pieniądze,  tylko pożyczone(cynik9 – Polski Detroit)

podobne: gigantomania chorobą samorządów. oraz: Samorządowe „inwestycje” to wzrost zadłużenia i podwyżki opłat. Rentowność długu i rosnąca obsługa kosztów. Państwo broni się przed zwrotem zagrabionego mienia i zmianami w ordynacji podatkowej, obniżka podatków nie tak szybko (fiskus łupi rodzinę). Innowacje obce sektorowi MSP. „Polska Miedź” rabowana podatkiem od wydobycia. oraz: Państwo w połączeniu z biznesem: marnotrawstwo, kumoterstwo, rabunek i korupcja na koszt podatników a Polacy podobno nie lubią nepotyzmu i to: Hulaj dusza piekła nie ma! Umorzenie dochodzenia nie musi być uzasadnione. Samorządy domagają się ograniczenia dostępu do informacji publicznej. Za błędy urzędnika płaci ubezpieczyciel. a także: „Zastaw się a postaw się”: Mazowsze bez dostępu do kont, Słupsk przerywa budowę aquaparku. polecam również: Konsekwencje zadłużania – Rząd sięga po kolejne rezerwy

Adam Wycichowski niewolnik - emerytury gwiezdne

Adam Wycichowski niewolnik – emerytury gwiezdne

Nobel Dylana i promocja obłędu za publiczne pieniądze w „fabryce bestselerów” czyli… Paranienormalny(ch) „klub literata i literatki”.


Koci artysta (sztuka nowoczesna)

„…jak grzyby po deszczu mnożą się objawy zdziczenia, które nie omijają nawet najszacowniejszych, zdawałoby się, gremiów. Oto tegoroczną Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury uzyskał Bob Dylan, amerykański piosenkarz, który tak naprawdę nazywa się Robert Zimmerman. Jak tak dalej pójdzie, to tylko patrzeć, jak Nagrodę Nobla z literatury dostanie Doda Elektroda. Ale czegóż można było się spodziewać, skoro wcześniej literackie Noble podostawały takie osobistości jak Wisława Szymborska za rozmaite pimpoletki („Rózio pisze pimpoletki, w lila rzucik miewa sny, do tęczowej epruwetki czule zbiera własne łzy…”), Dario Fo, który właśnie też taktownie umarł, albo Elfreda Jellinek. W przypadku Elfredy Jellinek, której twórczość koncentruje się wokół rozmaitych otworów kobiecego ciała, podobnie zresztą, jak w przypadku Boba Dylana, pewną rolę mogły odegrać pierwszorzędne korzenie, bo skoro padł rozkaz, żeby nosić Żydów na rękach, to i komitet noblowski też się poczuwa, a poza tym w przypadku Dario Fo i pani Jellinek, nie mówiąc o pani Szymborskiej, mamy jeszcze jeden wspólny mianownik w postaci przynależności do partii komunistycznej. Widać, że żydokomuna ma okres dobrego fartu, no ale cóż zrobić, skoro Pan Bóg, który co i rusz zsyła na świat rozmaite dopusty, akurat zesłał nam taki? Nawiasem mówiąc, święta Faustyna Kowalska zapisywała w swoim „Dzienniczku”, co Pan Jezus jej opowiadał w czasie licznych objawień. Któregoś razu opowiadał jej, jak postępuje z zatwardziałymi grzesznikami: upominam ich – mówił – głosem sumienia, upominam ich głosem Kościoła, zsyłam na nich przygody, które mogą człowieka skłonić do opamiętania, a jak nic nie pomaga, to spełniam wszystkie ich pragnienia. Wprawdzie aż nadto wyraźnie widać, że świat zmierza do nieuchronnego finału, którego banda idiotów, ma się rozumieć, nie przewidziała, bo jakże wymagać zdolności przewidywania od idiotów, ale z drugiej strony widać też, że Pan Jezus nadal się nami interesuje, więc całkiem źle też nie jest. Ciekawe, że z podobną przestrogą zwrócił się do ludzkości na ponad 350 lat przed narodzeniem Pana Jezusa grecki filozof Platon, pisząc: „Nieszczęsny! Będziesz miał to, czegoś chciał!”

Ale nie tylko Nagroda Nobla zeszła na psy, bo jeśli nawet dostanie ją Doda Elektroda, to dziury w niebie przecież nie będzie…” (Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: Dodajmy dramatyzmu!

rys. Jerzy Krzętowski

rys. Jerzy Krzętowski

„…Większość pisarzy wydaje swoje książki za pieniądze, które wybranym wydawnictwom wręcza państwo. Potem, po kilku latach to samo państwo nagradza tych pisarzy orderami. Bo są już zasłużeni. Dla kogo? Dla państwa rzecz jasna. Co osiągnęli? Nic, poza tym, że przejedli te pieniądze, które im dano na książki. Czy wyszli choć poza swoją niszę, pilnie strzeżoną przez stowarzyszenia i fundacje? Oczywiście, że nie. To dlaczego do cholery żaden badacz literatury tego nie opisze? Niech zacznie od tej fabryki bestsellerów i idzie po kolei. Bestseller to coś, co się dobrze i bardzo dobrze sprzedaje. No więc nasze badania powinniśmy zacząć od przejrzenia wyników sprzedaży książek wydanych przez to stowarzyszenie. To pierwszy krok. Oczywiście kpię, bo oni nie wydali żadnych książek, zorganizowali jedynie jakieś warsztaty, na których coś tam poplumkali. O żadnej sprzedaży nie ma mowy, bo w ich przypadku to nie jest w ogóle konieczne. Oni jedynie kokietują tą nazwą, po to, by usprawiedliwić fakt, że żyją na nasz koszt. Dziwne jest tylko to, że cała ta historia nie interesuje badaczy literatury. Sami pisarze zaś, dobrze rozumiejąc w co się tu gra, wręcz wyginają grzbiety w taki sposób, by badaczom literatury i nagradzającym ich stowarzyszeniom łatwiej było ich głaskać. To znaczy prowadzić te całe badania nad literaturą.

Powróćmy do Twardocha i jego problemów z tożsamością. W ostatnich wywiadach mówi on wprost o roszczeniach, a nie o żadnej literaturze. Mówi o tym, że nie rozumie dlaczego Polacy czują się właścicielami Polski. Ciekawe, że Twardoch swoje roszczenia do poszczególnych przedmiotów wyłącza z tych rozważań, jego to nie dotyczy, choć przecież zakwestionowanie lansowanej przezeń tożsamości lokalnej jest proste i łatwe. Wystarczy Twardocha odciąć od pieniędzy i kazać mu iść na bazar celem sprzedaży tego co wyprodukował. Tylko tyle, nic więcej…” (coryllus)

całość tu: Czy pies Twardocha ma faceta?

podobne: „Kupa gówna” (w puszce) czyli traktat o „sztuce”. oraz: Michalkiewicz o chałturze snobów w imię „pedagogiki wstydu”. Kisiel o poszukiwaniu sensu czyli… Jak opisać drzewo? i to: Historia i sztuka przez pryzmat fiuta, czyli… a także: „Śmierć i dziewczyna” czyli… Socjal Demokracja jako sztuka dymania podatnika. Czas skończyć z „coolturą” za publiczne pieniądze polecam również: Władysław Panasiuk: Artyści nie z tej ziemi czyli… W pogoni za sławą i jeszcze: Bogacz potężniejszy od władców czyli… sztuka dzielenia się pięknem oraz: Smołyń… czyli o sojuszach politycznych budowanych na „autorytecie” tzw. „ludzi kultury”. Jaką propagandą będą żyć Polacy po Wajdzie?

„…zmniejszacie dochody cieśli, rolnikόw, powoźnikόw i o tyleż zwiększacie dochody śpiewakόw, fryzjerόw, dekoratorόw. Nic nie dowodzi, że te ostatnie grupy są godniejsze zainteresowania, niż inne. P. Lamartine tego nie twierdził. Mόwił, że praca teatrόw jest r ό w n i e produktywna (nie bardziej) jak każda inna, co może być samo w sobie kontestowane, gdyż najlepszym dowodem stanu przeciwnego jest, że one właśnie zwracają się o wsparcie. Ale rozważanie związku między ceną a wewnętrzną wartością rόżnych rodzajόw pracy nie jest moim zamiarem. Wszystko co chcę osiągnąć, to wskazywać, że kiedy p. Lamartine i ci, ktόrzy bili mu brawo, widzieli lewym okiem dochody zyskane przez aktorόw, winni byli ujrzeć prawym stratę pozostałych podatnikόw, inaczej bowiem wystawiają się one na śmieszność b i o r ą c  p r z e z s u n i ę c i e  d o c h o d u  z a  d o c h ό d . Jeżeli byliby konsekwentni w swoim rozumowaniu, domagaliby się dużo większych subwencji. To, co jest prawdą dla 60 000, jest prawdą, w tych samych warunkach, dla miliarda…” (całość tu: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy państwo powinno dotować sztukę? (o interwencjonizmie)

Poważnie i merytorycznie już było, no to teraz trochę humoru… chociaż nie do końca bo to niemal „literatura” faktu:  Paranienormalni – Klub literata i literatki 🙂

Tomasz Cukiernik o niekorzystnym bilansie 11 lat członkostwa Polski w UE.


„…składka, która od wejścia Polski do UE do końca 2015 r. wyniosła około 160 mld zł, nie jest jedynym kosztem, jaki ponosi nasz kraj w związku z członkostwem. Do tego dochodzą koszty związane z nakładanymi przez Brukselę coraz to bardziej bzdurnymi regulacjami, a także koszty dotyczące pozyskiwania unijnych dotacji: niepotrzebne wydatki na gigantyczną liczbę biurokratów (w urzędach zajmujących się rozdzielaniem unijnej „pomocy”, w urzędach, najczęściej samorządowych, które biorą dotacje, oraz u beneficjentów prywatnych), którzy zarabiają znacznie więcej niż średnia w gospodarce, prefinansowanie i współfinansowanie funduszy przez budżet oraz beneficjentów, koszty przygotowania wniosków o dotacje (także tych odrzuconych), obligatoryjne kredyty związane z inwestycjami współfinansowanymi z unijnych dotacji. Do tego dochodzi również tworzenie korupcjogennego styku na linii państwo–sektor prywatny. Wymienione koszty mają znaczny wpływ na wzrost polskiego długu publicznego. To wszystko powoduje, że patrząc na stronę finansową, Polska traci na byciu członkiem Unii Europejskiej.

…Oczywiście to kłamstwo, że wszystko to „sfinansowano ze środków UE”. Jeśli już, to współfinansowano. Dodajmy do tego co najmniej trzy uwagi. Po pierwsze, nie „ze środków UE”, tylko z pieniędzy zabranych pod państwowym przymusem unijnym podatnikom. Proszę zauważyć, że Unia nie ma fabryk ani nie jest właścicielem firm usługowych, więc nie zarabia pieniędzy, a wszystko, co ma i rozdaje, musiała komuś najpierw zabrać. Po drugie, to tylko jedna strona medalu. W dużej mierze są to inwestycje na kredyt, czyli z pieniędzy, których samorządy czy firmy nie mają, a skoro nas na to nie stać, to nie powinniśmy inwestować ponad nasze możliwości. Lepiej zainwestować mniej, z oszczędności, ale z głową i sensownie, nie zadłużając przyszłych pokoleń. Tym bardziej że inwestycje, o których Pan mówi, nie przyniosą zysków w przyszłości, to są inwestycje konsumpcyjne…

…To, czy rozwijalibyśmy się szybciej poza Unią, to sprawa bardziej tego, kto rządziłby Polską, a nie faktu członkostwa lub jego braku w Unii. Gdyby Polska nie była w Unii, to trzeba by przyjąć jakąś inną strategię rozwoju. Optymalnym rozwiązaniem byłoby przyjęcie modelu szwajcarskiego, o czym pisałem swego czasu w miesięczniku „Opcja na Prawo”. Będąca członkiem EFTA Szwajcaria, która ma z Brukselą podpisane osobne umowy, nie musi przyjmować unijnych regulacji – np. sama ustala wysokość akcyzy na paliwa i VAT może mieć na poziomie 2,5 proc. i 8 proc. zamiast minimalnych unijnych stawek 5 i 15 proc. Nie płaci składek członkowskich, nie utrzymuje unijnej biurokracji, nie musi starać się o żadne bezsensowne i szkodliwe dotacje. Ma własną mocną walutę (nikt jej nie zmusza, by przyjęła euro, na co zgodziła się Polska, przystępując do UE) i zdrowe finanse publiczne. Z drugiej strony szwajcarska gospodarka korzysta na wolnym handlu, swobodnym przepływie ludzi (układ z Schengen) i kapitałów z UE i może też podpisywać umowy wolnohandlowe z krajami trzecimi. Poza tym jeśli spojrzy się na twarde dane statystyczne, to człowiek przestaje być już takim optymistą odnośnie do wzrostu gospodarczego Polski „dzięki Unii”. Otóż jak napisałem w mojej książce, w latach 2004–2013 średnioroczny wzrost gospodarczy Polski wyniósł niecałe 4 proc., podczas gdy w dekadzie poprzedzającej wstąpienie naszego kraju do UE – sięgnął 4,6 proc. Co ciekawe, poza Unią także szybciej wzrastał polski eksport i import. W latach 1995–2004 wartość handlu zagranicznego po uwzględnieniu inflacji wzrosła o 130 proc., podczas gdy w latach 2004–2013 – o zaledwie 69 proc. Warto dodać, że wszystkie dotacje z UE w ciągu 10 lat wyniosły zaledwie niecałe 3 proc. PKB Polski.

Niestety dane statystyczne twardo wskazują, że kiedy Polska była poza Unią Europejską, płace w naszym kraju wzrastały aż dwa razy szybciej. Otóż zgodnie z danymi GUS­u, w latach 1995–2004 średnie wynagrodzenie brutto w Polsce po uwzględnieniu inflacji (realnie) zwiększyło się aż o 56 proc., podczas gdy w latach 2004–2014, kiedy Polska była już członkiem Unii, wzrosło zaledwie o 26 proc. Ale jeszcze gorzej, jeśli spojrzymy na siłę nabywczą niektórych produktów. W 2004 r. za średnią pensję netto można było kupić 1358 m3 gazu ziemnego wraz z przesyłem, a w 2014 r. już tylko 1022 m3, co oznacza spadek o 25 proc. (UE nie pomogła Polsce w walce z Rosją o niższe ceny tego surowca). W roku przystąpienia do UE za średnią płacę krajową Polak mógł kupić 558 l oleju napędowego, a w 2014 r. – tylko 499 l tego paliwa (UE wymusiła wzrost akcyzy). W 2004 r. za średnie wynagrodzenie netto można było nabyć 1200 bochenków chleba, 1200 l mleka, 112 kg żółtego sera lub 142 kg wołowiny, a w roku 2014 już tylko 680 bochenków, 850 l mleka, 82 kg żółtego sera lub 94 kg wołowiny. Jeśli chodzi o papierosy, to w 2004 r. za średnią pensję netto można było kupić 340 paczek, a w zeszłym – 209.

Nigdy nie będzie dobrze, jeśli o inwestycjach będzie decydował urzędnik, który się na nich nie zna i za nic nie odpowiada. Dlatego dotacje idą na obiekty, które potem trzeba utrzymywać (stadiony, filharmonie, opery, aquaparki, muzea), na fotoradary, na niepotrzebne szkolenia, które zniszczyły całkowicie rynek szkoleń, czy na lekcje gender w przedszkolach. Mimo wzrostu wartości bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce w ciągu 10 lat członkostwa spadł udział przemysłu w wytwarzaniu polskiego PKB z około 22 proc. do zaledwie 18 proc. To unijne regulacje – bezpośrednio lub pośrednio – w znacznym stopniu są odpowiedzialne za likwidację polskiego górnictwa, hutnictwa, rybołówstwa, stoczni, cementowni czy cukrowni…

…przy większości dotacji istnieje konieczność brania kredytu, nawet jeśli beneficjent go nie potrzebuje. W efekcie brania unijnych dotacji łączne zadłużenie polskich samorządów na koniec 2014 r. przekroczyło 72,1 mld zł, co oznacza, że w ciągu 10 lat wzrosło aż o 290 proc.! Coraz więcej samorządów posiłkuje się nawet bardzo niekorzystnymi chwilówkami (może to dotyczyć nawet 300 gmin!), inne czeka wkrótce bankructwo. Na przykład zadłużenie gminy Ostrowice w województwie zachodniopomorskim jest trzy razy większe od jej rocznych dochodów! Kto spłaci te kredyty wraz z gigantycznymi odsetkami?

Unijne regulacje wraz z dotacjami to odmiana centralnego sterowania gospodarką. To ingerencja w rynek, która go zniekształca, narusza jego równowagę i powoduje nieuczciwą konkurencję. W efekcie podmioty działające na rynku są mniej wydajne, niż gdyby istniała wolność w tym zakresie. Ponadto z powodu regulacji wszystko jest znacznie droższe, niż byłoby bez tych regulacji. I nie chodzi tu tylko o akcyzę od paliw czy papierosów, która bardzo wywindowała ceny tych produktów. Czy ktoś pamięta, że jeszcze w 2004 r. paczka papierosów kosztowała średnio 4,6 zł, a litr benzyny bezołowiowej 3,2 zł? Cena metra mieszkania wzrosła o 65 proc. W wyniku prowadzenia absurdalnej wspólnej polityki rolnej znacznie wzrosły ceny mleka, cukru i innych produktów spożywczych. Bez uwzględniania inflacji od 2004 r. ceny chleba wzrosły o 200 proc., wołowiny aż o 164 proc., ziemniaków o 114 proc., a niektórych ryb o ponad 200 proc. Dotacje wymuszają państwowe planowanie i inwestycje jak za PRL­u. Ponadto zachęcają do różnego rodzaju patologii na styku polityki i gospodarki. A to praca, a nie dotacje, buduje dobrobyt i myślę, że uprawnione jest twierdzenie, iż z powodu konieczności wchłaniania unijnych dotacji rozwijamy się wolniej, niż gdyby ich nie było!…” (Tomasz Cukiernik)

całość tu: Odkrywamy prawdę! Niewygodny bilans 11 lat członkostwa Polski w UE: Polacy zbiednieli przez Unię Europejską!

podobne: 10 lat Polski w UE: nowa polska emigracja. „Święto Szklanych Paciorków” (Ziemkiewicza) oraz „Unijna dekada” (cynik9) oraz: Mit „unijnej pomocy” oficjalnie obalony. Nie idźmy tą drogą! i to: Eurokołchoz: UE nie ma oferty dla wschodnich sąsiadów. Za unijne fundusze płacimy dwa razy. Kwoty mleczne uwolnione (rolnicy boją się o spadek cen). a także: Sadowski: Dotacje tworzą dług, a nie dobrobyt i jeszcze: 113% frekwencji czyli unijne absurdy wybrane oraz źle wydane pieniądze. Bankrutujący „raj” Szwecji kontra raj podatkowy na Krymie. polecam również: „Wspólna Polityka Rolna” kosztem polskiego przemysłu rolno-spożywczego. oraz: POPISowo udupione fundusze. Wszyscy brali, nikt nie kontrolował – zapłaci jak zwykle podatnik. i to: PAN: przepisy i system dopłat nie sprzyjają rolnictwu ekologicznemu i jeszcze: Majtki w dół czyli… 6 mitów na temat dotacji z Unii. Cukiernik: Prawda i fałsz o dotacjach z UE*

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Od koniczka do śmietniczka czyli… „męczeństwo” klaczy ważniejsze od interesu obywateli. „Dobra zmiana” u koryta.


Bassam Alemam - Koniec niewolni

Bassam Alemam – Koniec niewolni

„…Na wniosek prezesa Agencji Nieruchomości Rolnych i Dyrekcji stadniny w Janowie Podlaskim skierowałem do Prokuratora Generalnego prośbę o objęcie tej bulwersującej sprawy osobistym nadzorem. Zależy mi na drobiazgowym i rzetelnym przeprowadzeniu śledztwa oraz wykryciu sprawców bądź sprawcy zgonów klaczy — napisał minister Jurgiel.

Prokurator Agnieszka Kępka z Prokuratury Okręgowej w Lublinie powiedziała PAP, że sprawa padłej klaczy Amry została dołączona do śledztwa prowadzonego przez tę prokuraturę, dotyczącego przestępstwa niegospodarności, jakiego miały się dopuścić poprzednie władze stadniny. Według dotychczasowych ustaleń, klacz została przewieziona do kliniki koni SGGWw Warszawie, tam poddana została operacji, ale nie udało się jej uratować. Prawdopodobną przyczyną śmierci była martwica jelit.

Dokładne przyczyny wyjaśni sekcja zwłok, która będzie zarządzona — zaznaczyła Kępka…”

źródło: Stadnina w Janowie Podlaskim: padła kolejna klacz. Minister Jurgiel zwrócił się z prośbą o nadzór nad sprawą do Prokuratora Generalnego

Na początek proste pytanie – W Janowie zdychają konie. Co ma do tego minister? – w temacie który powinien zakończyć się zaoraniem (prywatyzacją) tego żerowiska (funkcjonującego na koszt podatników w ramach „dobra publicznego” zwanego „Agencją Nieruchomości Rolnych”), i jako nieudolność grupki prywatnych fascynatów zostać wyśmiany za brak profesjonalizmu. Tymczasem coś co powinno być czyimś prywatnym problemem, zostało podciągnięte (przez główne media i część polityków) do rangi niemal tragedii narodowej, która wymaga jak się okazuje interwencji majestatu państwa:

„…Najsampierw padła klacz Pianissima, której wartość sięgała aż 3 miliony euro. Zatrzymajmy się chwilę nad tą sprawą, bo zadaje ona kłam rozpowszechnianej fałszywej pogłosce, jakoby największą wartość reprezentowało życie ludzkie. O ile mi wiadomo, życie żadnego nieboszczyka, nawet tak majętnego, jak „pana doktora Jana”, czyli pana doktora Jana Kulczyka nie zostało wycenione tak wysoko, jak życie klaczy Pianissimy. Zmusza to nas do rewizji propagandowej tezy, jakoby życie ludzkie stanowiło wartość najwyższą

Niestety rząd w swojej zatwardziałości zamyka oczy na fakty oczywiste i pan minister Krzysztof Jurgiel zawiadomił prokuraturę, by ta sprawdziła, czy seria tajemniczych zgonów klaczy nie jest przypadkiem efektem działania osób trzecich. Ciekawe, że pan minister Jurgiel nie domaga się od prokuratury sprawdzenia, czy te tajemnicze zgony nie są następstwem działania osób drugich, które potrafią nawywijać jeszcze bardziej, niż osoby trzecie. Gdyby się okazało, że w tych zgonach maczał palce seryjny samobójca, wszystko jedno, czy z grona „osób trzecich”, czy „osób drugich”, to byłoby rzeczą oczywistą, że mamy do czynienia z męczeństwem trzech klaczy rasy arabskiej, które padły ofiarą walki politycznej…” (Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: Męczeństwo klaczy Amry

podobne: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność.  oraz: PrzElewarr czyli… jak obejść ustawę kominową i jak z państwowej spółki zrobić prywatny folwark (raport NIK).  i to: Apetyt żyjących z podatków oraz misja na Pluton kontra „informatyzacja” ZUS czyli… skala marnotrawstwa „publicznych” pieniędzy.  a także: Samorządowe „inwestycje” to wzrost zadłużenia i podwyżki opłat. Rentowność długu i rosnąca obsługa kosztów. Państwo broni się przed zwrotem zagrabionego mienia i zmianami w ordynacji podatkowej, obniżka podatków nie tak szybko i jeszcze: Mazowsze ponad stan, komornicy, odprawy w PKP i kosztowne pendolino, drogie drogi i afera więzienna, JSW strajkuje inwestorzy tracą, kryzys demograficzny i emigracja zarobkowa, przedsiębiorczość stabilna ale mniej firm na rynku, ranking wolności

…Tymczasem to samo z jednej strony zatroskane o zdychające konie państwo, z drugiej strony zatruwa życie ludziom… 

„…Poszło o pomysł, który został dopisany do pierwotnego projektu po posiedzeniu Rady Ministrów, a polegający na tym, by samorządy miejskie lub gminne mogły bez przetargu zlecać odbiór i zagospodarowanie odpadów własnym jednostkom organizacyjnym. Przedsiębiorcy z branży zagospodarowania odpadów uważają, że taka regulacja doprowadzi do wyparcia z rynku prywatnych firm, a w konsekwencji – do ich likwidacji. Skoro tak, to trudno tę regulację uznać za formę wspierania przedsiębiorczości, chociaż z drugiej strony trzeba zwrócić uwagę, że branża zagospodarowania odpadów nie zostanie zlikwidowana. Zlikwidowane zostaną firmy prywatne, a ich miejsce zajmą jednostki organizacyjne samorządów, czyli firmy należące do sektora publicznego. Trudno w tej sytuacji dziwić się rozgoryczeniu prywatnych przedsiębiorców i to nie tylko dlatego, że w ciągu ostatnich 20 lat w swoje firmy sporo zainwestowali, ale również dlatego, że ani pani Beata Szydło, ani żaden inny polityk Prawa i Sprawiedliwości przed wyborami nie mówił, że wspieranie będzie dotyczyło jeśli nawet nie wyłącznie, to przede wszystkim firm państwowych lub samorządowych. No ale teraz już się wyjaśniło, dzięki czemu możemy utwierdzić się w przypuszczeniach, że ideałem gospodarczym obecnego rządu jest przedwojenna sanacja.

Sanacja była ruchem etatystycznym i dążyła do renacjonalizacji gospodarki, chociaż oczywiście nie tak brutalnie, jak robili to bolszewicy – bo bolszewicy nie tylko przejmowali prywatne przedsiębiorstwa, ale przy okazji mordowali przedsiębiorców wraz z rodzinami, podczas gdy sanacja tylko obezwładniała ich ekonomicznie w tak zwanym majestacie prawa. Ale chociaż metody się różniły to rezultat był podobny; coraz więcej prywatnych przedsiębiorstw przechodziło pod kontrolę państwa – i o to właśnie chodziło. Tak właśnie mówił 1 grudnia 1929 roku we Lwowie ówczesny minister przemysłu i handlu Eugeniusz Kwiatkowski: „Udzielanie licznym firmom olbrzymich sum w formie kredytu na cele inwestycyjne, a więc z pełną świadomością, iż firmy te nie będą w stanie kredytu tego spłacić, skutkować będzie tym, że w przeszłości przedsiębiorstwa te muszą przejść na własność banku, względnie pod kontrolę państwową.”

No dobrze, ale dlaczego właściwie sanacji tak zależało, żeby jak najwięcej firm przechodziło pod kontrolę państwową? Odpowiedź jest prosta – w takiej sytuacji można było takimi przedsiębiorstwami wynagradzać osoby zasłużone dla sanacji. Taki zasłużony zostawał dyrektorem, albo prezesem zarządu i żył sobie jak pączek w maśle tym bardziej, że wszelkie straty, mniej lub bardziej dyskretnie, pokrywane były ze środków publicznych. Oczywiście tego nie można było głośno mówić i dlatego głośno mówiło się o wspieraniu polskiej przedsiębiorczości – tak samo, jak teraz. Okazuje się jednak, że i wśród polskich przedsiębiorców są gorsi i lepsi. Ci gorsi – to przedsiębiorcy prywatni – bo takiemu prywatnemu wprawdzie też można wtrynić jakiegoś zasłużonego na utrzymanie, ale strasznie dużo z tym kłopotliwego zachodu. W przypadku przedsiębiorców gospodarujących na państwowym lub samorządowym sprawa jest znacznie prostsza i dlatego ta forma przedsiębiorczości jest tak faworyzowana. Prowadzi to wprawdzie do dysonansów poznawczych, ale mówi się: trudno. Nie ma rzeczy doskonałych.” (Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: Rząd w dysonansie poznawczym

Trzeba przyznać (za klasykiem) że „słuszną linię ma nasza władza…”

Po ustawie o zaborze ziemi (i zabezpieczeniu jej dla „związków wyznaniowych”) mamy kolejny „patriotyczny” wybryk czyli „nowelizacja ustawy o zamówieniach publicznych będącej adaptacją dyrektywy „inhouse” Unii Europejskiej, która spowoduje uwłaszczanie się na spółkach gminnych wybranych przez zarządy administracji lokalnych osób i podmiotów”. Jest to kolejna PRO monpolowa ustawa która skończy się tak jak to do niedawna wyglądało na Węgrzech, że „nasze” (polskie) śmieci będzie za jakiś czas obsługiwać kapitał zagraniczny a polski śmieciarz wyciśnięty z rynku przez „swój” rząd jak niegdyś Pan Kluska (ten od Optimusa) będzie wbijał zęby w stół.

To tak apropos bezrozumnego oburzenia tzw. „patriotów” na nadmierny wpływ kapitału zagranicznego, ale bez namysłu o to kto tak naprawdę stwarza ku temu warunki i głosuje za prawem która zabija zdrową dla polskich konsumentów konkurencję i polski prywatny kapitał, o czym więcej tu: „Socjalizm w każdej gminie, czyli inhouse po polsku – Jacek Wilk, KP KUKIZ’15, wiceprezes KNP”… Życzę wszystkim „dobrej zmiany”… (Odys)

podobne: Nacjonalizacja śmieci czyli jak działa komunizm i jak działają komuniści oraz: Pod przykrywką wygłupu Sikorskiego fala rabunku przetoczyła się przez sejm: uwolnienie kominówek, rząd kładzie łapę na depozytach, centralna baza „haków” skarbówki, zamiast śmieciowych umów o pracę będzie śmieciowa emerytura. Do diabła z taką opozycją! Dratewka potrzebny od zaraz. i to: Rafał Ziemkiewicz: „Państwowe, czyli nie nasze”, ale „patrioci” mówią NIE dla wolnego rynku w Polsce. To mamy ten wolny rynek czy nie? polecam również: Obrońcy etatyzmu i sentymentaliści rodem z PRL kamienują „złodziejski kapitalizm” czyli… dlaczego niewolnicy nie zasługują na wczasy? a także: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Roboty publiczne (interwencjonizm).

…i tu dochodzimy do istoty problemu którym nie są ci wszyscy pazerni na pieniądze publiczne ludzie (niezależnie od tego pod jakim sztandarem prowadzą „misję publiczną”), ale sam fakt istnienia czegoś takiego jak „własność państwowa”, czyli potocznie mówiąc koryto…

„…Nieważne jaka partia, zasada zawsze jest jedna – szefem telewizji, wojewodą, szefem radia czy innym …szefem robię zawsze kogoś kto na to nie zasłużył, kto w istocie jest zawodowo nikim, szaraczkiem – jednak od tej pory to właśnie takie średnie nic, wyniesione do poziomu czegoś dobrze będzie wiedziało komu to wszystko zawdzięcza.

I tak nie mamy już hierarchii dziobania, jeno hierarchię lizania – mało zdolne lizusy, wyniesione do dużych pensji i zaszczytów, pilnie liżą karmiące ich dłonie, odreagowują to jednak na swoich podwładnych, dając im solidnie w kość i wymagając rekompensaty za niedogodność lizania w postaci hołdów, pochlebstw i całej gamy świństw.

Tak to działa – tworzy się ekosystem miernot, które lokalnie panoszą się z sobie właściwym wdziękiem i inteligencją odbierając chęć do życia i optymizm wszystkim innym. Tak jest w Polsce lokalnej. Tak na niej odciska się system politycznych miernot.
PiS przyszedł do władzy, inaczej – daliśmy PiS – owi władzę!, nie po to, aby kontynuował ten smętny stan. PiS dostał od nas władzę, aby to zmienić – miał rozbić lokalne kliki, przetrzepać skórę miernotom, które okupowały naszą codzienną rzeczywistość.

O ile w Warszawie istotnie czuje się nowy świeży powiew wiatru, to jednak im głębiej wnika się w polski interior, tym bardziej śmierdzi starym, znajomym gnojem.

To właśnie te nieme kukły z sejmowych spektakli, te nieudaczne postaci, które kariery porobiły jedynie dzięki umiejętności podlizywania się komu trzeba, usiłują meblować rzeczywistość w polskich miastach i powiatach. Ich wyobraźni starcza jedynie na tyle, aby układ PO i PSL zastąpić własną, lokalną sitwą. W wielu wypadkach dochodzi nawet do swoistej konwergencji sitw i stare sitwy, pod nieco przemalowanymi szyldami, znów wygodnie rozpierają się w pierwszych lożach.

Spoglądam na przykład na port lotniczy w podkrakowskich Balicach (zaraz wylatuje z niego do Albionu) i co – ten sam pokraczny, karierowicz nadal jest prezesem – Jan Pamuła, historia krakowskich mętnych układów, były szef klubu parlamentarnego Kongresu Liberalno Demokratycznego nadal jest tam prezesem.

Zmieniło się tylko tyle, że do zarządu wsadzono mu byłego asystenta pani Beaty Szydło, a szefem rady nadzorczej został poprzedni prezes lotniska z ramienia PiS.

Nikt nikomu krzywdy nie robi…” (Witold Gadowski • stefczyk.info)

całość tu: „Bo potem nasi też nauczą się kraść…”

podobne: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach.  oraz: Zamieszanie z delegacjami posłów. Krzysztof Gędłek: Hofman i spółka, czyli o ciemniakach i złodziejach. i to: Minuta POPISu. Czy system znowu się obroni dzięki propagandzie spod znaku Virtual Insanity? Wybory są „grą o legitymizację” władzy. a także: Nihil novi Winiarskiego o Komorowskim (na procesie Sumlińskiego) przemilczane przez „media”. Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta. polecam również: Prawo Bastiata i sprawiedliwość jako warunek pojednania (na podstawie lustracji w Niemczech). Tania łaska zamiast rozliczenia, Belka w oku PIS i frazesy o „dobrej zmianie” (Oficer „bezpieki” dostał ważne stanowisko w MSZ!)

…Całe szczęście że to całe towarzystwo to nie są żadni „nasi” (bo bym się chyba ze wstydu spalił za taką „dobrą zmianę”), a zwykłe „swojaki” (tacy sami jak POprzednicy). Niech się wstydzą (a najlepiej pójdą po rozum do głowy) ci którzy oddali swój głos na tę kolejną odsłonę komuny, bo jaki jest koń (i że zdycha jak te pod Janowem) każdy kto chce i wie na co patrzeć ten widzi. Można się co najwyżej dziwić takim „zdziwionym” jak Pan Gadowski, który przegapił tak w kampanii obietnic, jak i w samym programie gospodarczym i ideowym PISu zapisy rodem z czerwonej międzynarodówki, które tak jak za komuny tak i teraz kosztują i będą kosztować zwykłych obywateli. Łączą za to tzw. „elity” w jednym podstawowym celu – utrzymaniu koryta. Całą nieistotną resztą tak rząd jak i „opozycja” mogą się „pięknie różnić” i się różnią (ku chwale ojczyzny i wątpliwej rozrywce jej rezydentów)… (Odys)

rys. Jerzy Krzętowski

rys. Jerzy Krzętowski

PIS lepszy od POprzedników… w zadłużaniu Polaków. O jakim „zwrocie z inwestycji” mówią piewcy programu „500+”? Niesprawiedliwość redystrybucji i społeczna funkcja własności prywatnej.


„Do zaskakujących wniosków można dojść porównując wyniki aukcji polskiego długu, do jakich doszło w pierwszym kwartale 2015 roku, z wynikami aukcji do jakich doszło w analogicznym okresie rok później. Okazuje się, że w ciągu pierwszych trzech miesięcy ub.r. (rządy Ewy Kopacz) nasz kraj pożyczył 26,822 mld zł. Rząd Beaty Szydło wyraźnie przebił „osiągnięcie” poprzedników, bowiem od stycznia do marca b.r. pożyczył na aukcjach długu aż 37,237 mld zł (wzrost o 39 proc.!). Czy ekipa „dobrej zmiany” ma wyraźny problem z okiełznaniem poziomu zadłużenia?…” (niewygodne.info.pl)

całość tu: Jak zadłużał Polskę rząd Kopacz, a jak robi to rząd Szydło? 

podobne: „Za PISu było lepiej” czyli… komentarz do grafiki „niewygodne statystyki” oraz: Studium węgierskiego przypadku nad Wisłą czyli… ile z Orbana w PISie. Czego powinien chcieć od władzy zwykły Polak? i to: Budżet państwa na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną… ale czy PIS będzie nas kosztował mniej? Oczywiście że nie – zamach na umowy cywilnoprawne. a także: Spadek po platformie. PO zawiodła przedsiębiorców. Czy obietnice wyborcze zbankrutują Polskę? W oczekiwaniu na „przełom”. Brytyjczycy nie chcą mieć nić wspólnego z długiem i uchwalają jeden z postulatów KORWiNa. polecam również: Nikt wam tyle nie da co socjalista naobiecuje a łżeliberał ściąga spodnie.

„…Program Rodzina500+ nie jest kwestią neutralnego budżetowo przesunięcia wydatków. Jest tym co zwycięscy w wyborach socjaliści robią zawsze – narzuceniem społeczeństwu nowych ciężarów, bez prób częściowego chociaż zmniejszenia starych, w rodzaju eliminacji emerytur mundurowych czy deficytowego górnictwa na państwowym garnuszku.

Rodzina500+ to tak czy owak podwyżka obciążeń rozłożona w czasie. Wybrzydzając na Tuska który zadłużał państwo coraz głębiej rząd Szydło robi zasadniczo to samo. Gdyby w hipotetycznym referendum rząd zapytał społeczeństwo wprost ile konkretnie zł ze swojego portfela każdy przygotowany jest dać innym na prokreację dowiedziałby się co ludzie naprawdę o tym myślą. Gdyby do tego umożliwił chętnym wolną od podatku dobrowolną daninę na narodowy fundusz „prokreacyjny” spełniłby nieodpowiedzialne obietnice wyborcze prezydenta Dudy tanim kosztem.

dziecko rodzące się z tego programu, które już przychodzi na świat obarczone znacznym długiem do spłacenia, teraz spłacać będzie musiało dodatkowy dług wzięty na jego produkcję i wykształcenie. Wątpliwa jest etyka takiego postępowania. Czy obecna kasta rządzących, w swoim partykularnym interesie i przy krótkowzrocznym apleuzie obdarowanych, ma w ogóle prawo obarczać beztrosko kajdanami długu inne pokolenia bez ograniczeń? Nawet te które się jeszcze nie urodziły i nic w tej sprawie do powiedzenia nie mają?

…Truizmem jest stwierdzenie że „dzieci są przyszłością narodu”. Oczywiście że są, każdy to wie i rozumie że wymaga to znacznych nakładów finansowych. Ale czy to państwo powinno być „inwestorem”, jak chce Rafalska, pieniędzy efektywnie odebranych innym? Czy rodzice sami, nie obrabowani przez E.Rafalską, nie byliby czasem bardziej kwalifikowanymi „inwestorami” w swoje własne pociechy?

zwrot z programu Rodzina500+ będzie mocno negatywny jeżeli dotychczasowe trendy emigracyjne się utrzymają. Dziecko i następnie młody człowiek przez cały czas pochłania pieniądze. Masę pieniędzy rodziców, płacących albo bezpośrednio albo rabowanych wcześniej w ten czy inny sposób skutkami programu Rodzina500+. Ulatniając się z kraju na końcu tego cyklu wraz ze świeżym dyplomem czyni olbrzymią szkodę społeczeństwu i to szkodę podwójną. Nie dość że nie generuje dochodu pomagając spłacać dług zaciągnięty na swoje poczęcie i wykształcenie ale także dodatkowo dociąża resztę bo mniej płatników spłacać musi ten sam wielki dług za niego…” (cynik9)

całość tu: Inwestowanie w zygoty. Program PiS-u unowocześniania Polski

podobne: Czy „500 zł na dziecko” to polityka prorodzinna czy też marnowanie pieniędzy rodziny? Dzieci rodzą się z miłości a nie z pieniędzy!  oraz: Polityka prorodzinna okiem libertarianina, czyli „Bez retuszu” 5.07.2015. NIK „w Polsce polityka prorodzinna praktycznie nie istnieje”  a także: Czy liberalizm nas zabije? Nawet gdyby chciał to nie zdąży, bo wcześniej wykończy nas socjalizm czyli… „Polityka społeczna” (dla głupców) i to: Socjalistyczni sabotażyści polskiej gospodarki „wypychają” Polaków do Niemiec na roboty.

„…Ponad połowa polskich gospodarstw domowych nie jest w stanie nagle wydać 1000 zł na niezaplanowany wydatek. Aż 2/3 rodzin ma trudności, aby aktualne dochody wystarczyły im „od pierwszego do pierwszego”. 58,9 proc. gospodarstw domowych nie może sobie pozwolić na tygodniowy odpoczynek całej rodziny raz w roku – wśród pracowników odsetek ten wynosi 53 proc. 1,3 mln Polaków, czyli 13 proc. zatrudnionych, zarabia wynagrodzenie minimalne lub niższe. W budownictwie to aż 28 proc. pracowników, w usługach administracyjnych 25 proc., a w handlu i gastronomii 24 proc. Natomiast 1,4 mln osób pracuje tylko na umowach cywilnoprawnych. (Opublikowano za: Raport GUS potwierdza neokolonialny charakter III RP)

dlatego brońmy się przed rodzimą polityką neokolonialną, narzucaną nam i wymuszaną przez „nasze”, „rodzime” władze. O tej właśnie potrzebie samoobrony przed socjalistycznym państwem, i ukrywającym się pod płaszczykiem „państwa opiekuńczego” złodziejstwem zwanym „redystrybucją dóbr” dyskutowano na Panelu dyskusyjnym XII Kongresu Konserwatywnego.

podobne: Polak biedny bo musi się dzielić… z państwem polecam również:  o tym, że moglibyśmy być dwa razy bogatsi od Niemców i dlaczego nie jesteśmy. oraz: Państwo jako nowotwór złośliwy i to: Tax Care: polska rodzina w szponach fiskusa. Struktura daniny oddawanej państwu. a także:Rzeczpospolita niskich płac i zawyżonych średnich. Projekt dot. podniesienia kwoty wolnej od podatku odrzucony, ale 95 mln zł na nagrody w urzędach jest.

„Redystrybucja bez wzgldu na formę, jaką przybierze- ma dwojakie oddziaływanie na społeczeństwo.

Po pierwsze sam akt ustanowienia przepisu – demokratycznego tworzenia prawa – zwieksza stopień niepewności. Prawo przestaje być niezmienne, a wiec przewidywalne; zaczyna podlegac zmianom i staje sie nieprzewidywalne. To co dzis jest zgodne z prawem, jutro moze byc z nim niezgodne, i odwrotnie. Przyszlosc wydaje sie wiec bardziej przypadkowa. W zwiazku z tym wzrosnie ogolny poziom preferencji czasowej oraz sklonnosc do konsumpcji i myslenia w kategoriach krotkiego horyzontu czasowego. Jednoczesnie zasadniczo zmniejszy sie szacunek do prawa, co bedzie zachecalo do popelniania przestepstw (bo jesli nie istnieje niezmienna norma “prawosci”, to nie istnieje tez niewzruszalna definicja “przestepstwa”).

Po drugie, kazdy przypadek redystrybucji dochodu lub bogactwa w spoleczenstwie sprawia, ze jej odbiorcy odnosza korzysci gospodarcze, mimo ze nie wyprodukowali wiecej towarow lub uslug ani nie podniesli ich jakosci. Tymczasem reszta ludzi ponosi straty, mimo ze ich produkcja nie zmniejszyla sie , a jej jakosc sie nie pogorszyla. W tej sytuacji atrakcyjniejsze jest powstrzymanie sie od produkcji, powstrzymanie sie od produkcji dobrej jakosci i nie dokonywanie trafnych przewidywan, w szczegolnosci dotyczacych przyszlego popytu na wlasne produkty, mniej atrakcyjne produkowanie wartosciowych towarow i trafne przewidywanie popytu. W konsekwencji – bez wzgledu na to, jakie intencje przyswiecaly ustawodawcom, a wiec bez wzgledu na to, czy przepisy mialy stanowic “pomoc” lub “ochrone” dla biednych, bezrobotnych, chorych, mlodych, starych, niewyksztalconych, czy glupich; rolnikow, hutnikow, czy kierowcow ciezarowek; nieubezpieczonych, bezdomnych, bialych:), czy czarnych; mezatek i zonatych, osob samotnych, wychowujacych dzieci i bezdzietnych itd. – zwiekszy sie liczba ludzi produkujacych mniej i wykazujacych sie slabsza umiejetnoscia przwidywania, a zmniejszy sie liczba tych, ktorzy produkuja wiecej i przewiduja trafnie. Jesli bowiem jednostka ma chociaz najmniejszy wplywa na to, czy zostanie zaliczona do grupy “dajacych”, czy do grupy “bioracych” owoce redystrybucji, to bedzie sie starala o przejscie z grupy dajacych do bioracych. Wzrosnie wiec liczba biednych, bezrobotnych, nieubezpieczonych, niezaradnych, bezdomnych itd. Nawet w przypadkach, w ktorych takie przejscie jest niemozliwe, gdy w gre wchodzi na przyklad redystrybucja dochodu lub bogactwa oparta na kryteriach plci, rasy lub wieku, motywacja do bycia produktywnym i dalekowzrocznym i tak sie zmniejszy. Byc moze nie powiekszy sie grupa mezczyzn albo kobiet, bialych albo czarnych, przynajmniej nie od razu. Poniewaz jednak czlonkowie uprzywilejowanej grupy plciowej, rasowej lub wiekowej otrzymuja niewypracowany przez siebie dochod, maja mniejsza motywacje do wypracowania go w przyszlosci. Z kolei czlonkowie grupy dyskryminowanej ze wzgledu na plec, rase lub wiek sa karani za posiadanie bogactwa lub wytwarzanie dochodu, wiec rowniez stana sie mniej produktywni w przyszlosci. Zmniejszy sie ilosci dzialan produktywnch, ludzie stana sie mniej samodzielni i mniej zorientowani na przyszlosc. Wzrosnie poziom konsumpcji, pasozytnictwo, zaleznosc od innych i krotkowzrocznosc. Jednym slowem problem, ktoremu redystrybucja miala zaradzic, jeszcze sie poglebi. Koszt utrzymania obecnego poziomu dystrybucji opieki spolecznej bedzie teraz wyzszy niz dawniej i dla finansowania trzeba bedzie podwyzszych jeszcze podatki i zwiekszyc rozmiary konfiskaty bogactwa nalezacego do coraz mniej licznych producentow. Umocni sie sklonnosc do przechodzenia z grupy producentow do grupy osob nieprodukujacych, co wplynie na dalszy wzrost stop preferencji czasowiej i postep procesu decywilizacyjnego – zdziecinnienie i demoralizacje – spoleczeństwa…” (H.H. Hoppe – „Demokracja – bóg, ktory zawiódł”)

podobne: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii. oraz: Prawo Bastiata i to: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Roboty publiczne (interwencjonizm) a także: Rabusie publicznego grosza z wirtualnej rzeczywistości. Dotacje zgubnym mechanizmem. Czy kapitalizm nie działa? polecam również: Obrońcy etatyzmu i sentymentaliści rodem z PRL kamienują „złodziejski kapitalizm” czyli… dlaczego niewolnicy nie zasługują na wczasy? i jeszcze: Adam Gwiazda: Wolność, równość i… nierówności ekonomiczno-społeczne

„Między właścicielem a dobrami, które stanowią jego własność, powstaje szczególna więź. Mówimy o nich „moje”. Nie bez powodu Sobór Watykański II stwierdza, że dysponowanie przez człowieka własnością jest niejako przedłużeniem jego ludzkiej wolności. Bł. Jan Paweł II pisał, że człowiek pozbawiony wszystkiego, co mógłby nazwać „swoim”, nie potrafi do końca zrozumieć swojej godności (por. Centesimus annus, 13).

…Własność prywatną uważano kiedyś za przywilej nielicznych, coś złego z etycznego punktu widzenia. Dużo czasu musiało upłynąć zanim uznano, że społeczna funkcja własności prywatnej, a zwłaszcza środków produkcji, jest włożeniem dóbr w ręce tych, którzy wiedzą najlepiej, jak ich używać.
Z tego powodu, jak trafnie zauważa Ludwig von Mises, XX-wieczny austriacki filozof i ekonomista, należy w gospodarce wolnorynkowej odróżnić zadania menadżera od przedsiębiorcy i kapitalisty. Nie umniejszając roli menadżerów, system kapitalistyczny nie jest systemem menadżerskim. To nie menadżer, a przedsiębiorca określa kierunki alokacji czynników produkcji do różnych branż produkcji. Tylko on może to uczynić, gdyż on jest właścicielem majątku i zarządza nim na własny rachunek i na własne ryzyko.
Menadżer pełni tylko funkcję pomocnika przedsiębiorców i kapitalistów. Kierując się własną finansową korzyścią, musi jak najlepiej pełnić funkcje przedsiębiorcy, wyznaczone mu w ograniczonej i ściśle określonej sferze działania.
Przedsiębiorca sam decyduje o wykorzystaniu czynników produkcji. Zysk lub strata są wynikiem takich decyzji. Menadżer natomiast nie ponosi odpowiedzialności za straty. Straty dotykają tylko właścicieli kapitału zaangażowanego w dane przedsięwzięcie. Kiedy przedsiębiorca przystępuje do realizacji określonego przedsięwzięcia, ryzykuje swoim majątkiem i pozycją społeczną. Niekiedy łączy się to z utratą całego majątku. Inaczej sytuacja przedstawia się w gospodarce centralnie planowanej. Menadżer, któremu centralny planista powierza zarządzanie społecznym majątkiem, nie ryzykuje własnym bogactwem. Jego spekulacje wiążą się z ryzykowaniem cudzych pieniędzy.
Św. Tomasz z Akwinu kilka wieków wcześniej doszedł do podobnych spostrzeżeń. Akwinata twierdził, że posiadanie na własność rzeczy jest dla człowieka konieczne z trzech powodów: człowiek bardziej troszczy się o rzeczy prywatne niż wspólnotowe, sprawy materialne traktuje w sposób bardziej uporządkowany i wpływa na zachowanie pokojowych stosunków międzyludzkich.

…Mises pokazał, że menadżer patrzy na rzeczywistość z innej perspektywy niż przedsiębiorca. Przedsiębiorca – w przeciwieństwie do menadżera – wie dobrze, że konsekwencją złej decyzji będą straty, które odczuje osobiście. Jest to dokładnie to, co Jezus miał na myśli, mówiąc: „najemnik ucieka dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach…” (Ks. Jacek Gniadek)

całość tu: Najemnik pozostanie zawsze najemnikiem – Niedziela Dobrego Pasterza

podobne: Ks. Jacek Gniadek: Nieustanna walka z pierwotną rzadkością i pokusami szatana… czyli „Nie samym chlebem…” (Jak zbudować własną skalę wartości?) oraz: Prof. Witold Kwaśnicki: Ci wstrętni (neo)liberałowie. A przecież „kapitalizm oznacza własność”  i to: „Księża a społeczeństwo”… Jawny i tajny socjalizm… Zasady chrześcijańskiego współżycia kontra kolektywizm (w gospodarce) a także: Kościół katolicki a wolny rynek. Wysokie podatki to grzech. polecam również: Myśleć na sposób Boży czyli… Ks. Jacek Gniadek o paradoksach w religii i ekonomii

Frederic Bastiat (ekonomia, państwo, etatyzm, koszt, socjalizm, system)

Dajcie, bo będziemy kradli! czyli… PIS i PSL kolejny raz przeciw zmianom w finansowaniu partii politycznych.


„…Były to ustawy oczekiwane przez wielu obywateli, pragnących zmian w sposobie wydatkowania środków z notabene dziurawego budżetu Państwa. Wszyscy widzimy, że brakuje pieniędzy na podstawowe zadania, wystarczy spojrzeć na służbę zdrowia, czy szpitalne posiłki i oszczędności są niezbędne, a takie mogła przynieść zmiana sposobu finansowania partii politycznych.

Jednakże nic z tego, politycy PIS i PSL po raz kolejny dali czytelny przekaz “wara od naszych koryt”!…

…Grzegorz Schreiber z PiS w debacie stwierdził, że rozstrzygnięcia proponowane przez oba projekty przyczyniłyby się do destabilizacji życia publicznego w Polsce, gdyż zmuszałyby partie polityczne do “walki o życie”, czyli o środki finansowe w postaci darowizn, co w rezultacie wywołałoby permanentną kampanię wyborczą.

Jeżeli PIS do niedawna szczyciło się, że posiada tak duże poparcie społeczne (w sondażach) to czy mogłoby się obawiać projektu klubu Kukiz’15? Nawet nie powinno, gdyż kilkadziesiąt procent poparcia to przecież miliony osób, a od każdej potencjalnie powinno otrzymać 5 złotych. Odrzucenie projektów zmian demaskuje nikłość tego poparcia i jego jakość lub manipulowanie sondażami

Demaskujemy rzeczywiste przyczyny storpedowania zmian w finansowaniu partii politycznych!

Rzecz jest prostsza niż mogłoby się wydawać, a mianowicie finansowanie partii z darowizn, czy odpisów od podatku osób fizycznych dla większości z nich oznaczałoby po prostu ich koniec! …

…Partie boją się tego, że w końcu musiałyby mówić prawdę i realizować obietnice wyborcze, a tego ani umieją, ani chcą. Partie wolą szermować między sobą pustymi słowami i prześcigać się w tym, kto obieca więcej bez obawy o to, że będą musiały się z tego wywiązać. To jest główną przyczyną tego, że projekty zmian w finansowaniu partii politycznych zostały storpedowane!

Jestem politykiem za Twoje nie za Swoje – KORYTO pełne, bez starań

Uprawianie polityki to forma pracy, za którą wynagrodzenie stanowiłoby wspomniane 5 zł odpisu proponowane przez klub Kukiz’15. Czyli jeżeli dobrze pracujesz, wywiązujesz się z obietnic, robisz coś dla kraju i społeczeństwa, zostaniesz doceniony i odpowiednio wynagrodzony. Partia działa za Swoje, czyli za zarobione w ten sposób pieniądze. Jeżeli nie… kasa będzie świecić pustkami. Jak widać nasi politycy wolą jednak inne rozwiązanie, (pieniądze z budżetu) pozwalające im funkcjonować beztrosko, bez baczenia na wyborców, ich opinie, czy potrzeby.

Lepiej brać pieniążki ze skarbu państwa i oddawać się odwiecznym utarczkom międzypartyjnym, a w stworzonym sztucznie zamieszaniu zająć się szukaniem korzyści dla siebie, kolegów, czy rodziny niż zając się tym, do czego jest się powołanym…”

całość tu: Projekty zmian w finansowaniu partii politycznych odrzucone

Pretekstem do rozpoczęcia finansowania partii politycznych z budżetu był swego rodzaju szantaż – że mianowicie, jak nie dostaną forsy, to będą się korumpowały. Gdyby Polska była naprawdę państwem praworządnym, to prokuratura powinna posłów używających takiej argumentacji natychmiast postawić w stan oskarżenia pod zarzutem usiłowania kradzieży zuchwałej, ale oczywiście nic takiego nie nastąpiło i wkrótce parlamentarni szantażyści stworzyli sobie do tej kradzieży pozory legalności w postaci stosownej ustawy. Po 9 latach można spokojnie stwierdzić, że również tamten pretekst popadł w zapomnienie, a prawdopodobnie nigdy nie był traktowany serio, bo korupcja nic a nic się nie zmniejszyła. Przeciwnie – wygląda na to, że przybyło skorumpowanych, jak i filutów, ciągnących państwowe pieniądze pod pretekstem „walki z korupcją”…

…Wracając zaś do finansowania partii politycznych z budżetu, to jest ono, – obok systemu wyborczego, a zwłaszcza – wynikającego z tzw. klauzuli zaporowej faktycznego monopolu partii na tworzenie list wyborczych, oraz zastosowania systemu d’Hondta przy przeliczaniu głosów na mandaty – jedną z dwóch najważniejszych przyczyn postępującej oligarchizacji sceny politycznej. Oligarchizację tę najlepiej ilustruje fakt, że na politycznej scenie od 20 lat mamy grono tych samych osobistości, które od czasu do czasu zmieniają tylko polityczne szyldy. O żadnym programie oczywiście nie może być mowy nie tylko dlatego, że faktyczną władzę w państwie sprawuje razwiedka, ale również dlatego, że o kształcie ustawodawstwa tak naprawdę decyduje Bruksela, zasypująca członkowskie prowincje dyrektywami w liczbie więcej niż jedna dziennie.

Toteż partie polityczne wyżywają się we wzajemnym przezywaniu, co chętnie podchwytują konfidenci razwiedki poutykani w mediach tzw. głównego nurtu, udając, że to właśnie jest „życie polityczne”, zaś partiom polityczne programy zastępuje hasło wzajemnego „odsunięcia się od władzy”. Odsunąć od władzy zdrajców z PO! Odsunąć od władzy oszołomów z PiS! Odsunąć od władzy komuchów z SLD! Odsunąć od władzy solidaruchów z AWS! I tak – aż do końca świata, bo co to komu szkodzi, skoro zasilanie z podatkowych pieniędzy jest zapewnione, żeby tam nie wiem co? W tej sytuacji jedyną prawdziwą troską szefów poszczególnych partii jest – by z jednej strony wykazać swoją użyteczność trzymającej władzę razwiedce, a z drugiej – by nie dopuścić do pojawienia się jakiejś alternatywy. Oczywiście nie chodzi o polityczny margines. Ten nawet jest pożyteczny, bo swoim istnieniem i stawaniem do wyborów uwiarygodnia cały system, więc jest przez razwiedkę tolerowany – tylko o alternatywę rzeczywistą, polegającą zarówno na powrocie punktu ciężkości władzy do konstytucyjnych organów państwa, jak i na przewietrzeniu zatęchłej politycznej sceny. W tej sprawie, mimo pozorów walki na śmierć i życie, między razwiedką i partiami politycznymi panuje całkowita wspólnota interesów i dlatego system trwa bezpiecznie.

W imię tej wspólnoty interesów przechodzi się do porządku również nad moralnym aspektem sprawy. Czyż nie jest obrzydliwe zmuszanie podatników, by swoimi pieniędzmi wspierali partie wrogie np. ich światopoglądowi lub uważane przez nich za szkodliwe dla państwa? Niemoralna jest sama zasada, więc wszelkie próby jej doskonalenia skazane są na niepowodzenie. Ex nihilo nihil fit – co się wykłada, że z niczego będzie tylko nic…” (Stanisław Michalkiewicz – Roszada w ramach systemu)

podobne: POpulizm czy nie, ale finansowanie partii za nasze pieniądze może się skończyc! oraz: Człowieki honoru i standardy PO czyli…”Praca za głos” i „tylko jeden zegarek” Nowaka i to: Minuta POPISu. Czy system znowu się obroni dzięki propagandzie spod znaku Virtual Insanity? Wybory są „grą o legitymizację” władzy. a także: Była konferencja, ale nie było opozycji. Różnica między negacją a opozycją oraz między prawicą a lewicą czyli… do czego nadaje się PIS. polecam również: Hofman i spółka, czyli o ciemniakach i złodziejach. i jeszcze: Miliony Serafina, czyli Kto rządzi Polską?

rys. Rafał Zawistowski

rys. Rafał Zawistowski

Obrońcy etatyzmu i sentymentaliści rodem z PRL kamienują „złodziejski kapitalizm” czyli… dlaczego niewolnicy nie zasługują na wczasy?


rys. Arkadiusz Gacparski

rys. Arkadiusz Gacparski

„Jeśli nasze wolności należą nam się z racji urodzenia, jako moralny fakt natury, nie jesteśmy winni państwu wdzięczność za respektowanie ich, tak samo, jak nie jesteśmy nic winni innemu człowiekowi za powstrzymanie się od obrabowania lub zabicia nas.” (Kevin Carson)

Pisze „rozżalony” Dariusz Karłowicz:

„Pomysł był taki, że najpierw pojawią się wyspy zamożności, a potem cała reszta wynurzy się z biedy. Nie wyszło. Polski dobrobyt ma charakter wyspowy i nic nie wskazuje na to by coś miało się tu samo zmienić…”

Nie wiem na jakiej podstawie autor wnosi że coś w jakiejkolwiek kwestii może się „samo” zmienić, ale sugerowanie jakoby dobrobyt brał się „samoistnie” z niczego, tudzież z jakiejś „wyspy” (obietnicy politycznej) zakrawa na kpinę i wymaga odesłania każdego kto tak twierdzi do szkoły gdzie uczą podstaw ekonomii (albo przynajmniej logiki) gdzie ktoś mógłby mu wytłumaczyć jak się buduje dobrobyt i skąd się bierze kapitał (na początek polecam uwadze „humanisty” kilka prostych zasad  – Niewidzialna ręka rynku wg. Adama Smitha) i cytat: „…to ludzie są od rozwiązywania problemów, które sami naważyli. To tak jakby rzec iż woda rozwiąże wszystkie problemy związane z pożarami. Woda to tylko środek do ich gaszenia – a pożary były, są i będą. Ale socjaluch (w analogii do cytatu) by rzekł ,iż winę za pożary ponosi… woda 🙂 Bo przecież samo istnienie wody powinno ogień zniechęcic do pożarów a skoro „SIĘ tak nie dzieje” to winna jest woda –  ”logika” socjaluchów. Kumacie?… Ale gdyby tej wody zabrakło to bylibyśmy całkiem bezbronni w walce z ogniem. Tak jak bez kapitalizmu jesteśmy bezbronni w walce z życiem. Jesteśmy więc pozbawieni dobrych narzędzi. Każde narzędzie można używac właściwie lub dyletancko, ale można się też nauczyc używać go właściwie. W obecnym systemie , który niby chce naprawiac socjalizm, można się tylko nauczyć cwaniactwa… Wolny rynek nie jest antidotum – jest sposobnością, szansą , narzędziem. Mam pytanie retoryczne do socjaluchów zwalczających uwolnienie rynku (czyli nas wszystkich – bo rynek to my) – czy obecny ustrój rozwiązuje jakieś problemy , czy tylko je piętrzy?…” (Prof. Witold Kwaśnicki: Ci wstrętni (neo)liberałowie. A przecież „kapitalizm oznacza własność”)… (Odys)

Dalej Pan Karłowicz pisze:

„Ciekawe, że mieszkańcy wysp – a więc ci, którym wiedzie się choćby względnie dobrze – nie bardzo wierzą w istnienie innego świata. Nie! Oczywiście wiedzą, że nie wszyscy zmieścili na lądzie i że podobno czasem ktoś tonie. Tak, to wiedzą. Tym, w co nie wierzą jest bieda niezawiniona. Przecież on też wyszli kiedyś na suchy ląd. „Jeśli ciężko pracujesz, to w końcu ci się uda – może nie będą to luksusy – ale na latte, i szalik Burberry wystarczy”.

Nie wiem skąd to uprzedzenie i zawiść(?) że komuś wiedzie się dobrze. Bo choćby w sposób najbardziej ekstrawagancki i rozrzutny bogacze korzystali ze swego bogactwa, to przecież tego rodzaju konsumpcja równa się zapotrzebowaniu na pracę przy produkcji dóbr które „pazernie” konsumują. Daj nam Panie Boże żeby bogaczy było jak najwięcej a ludzie pracowali przy coraz bardziej wysublimowanych produktach, i żeby bogacze potrzebowali coraz więcej i coraz bardziej wymyślnych dóbr bo wtedy wszyscy na tym zarobimy, a pracy przy tym dogadzaniu nie zabraknie. I nawet jeśli „obsługujących” nie będzie stać na podobną bogaczom stopę życiową, to już na zwykły dom i inne produkty ze „średniej półki” jak najbardziej, a wydając na te rzeczy pieniądze dadzą pracę stojącym niżej od nich w hierarchii pracowniczej „dogadzaczom”, itd. itp… aż do samego „dna”. Tymczasem „dziwnym trafem” tak się nie dzieje. Okazuje się bowiem że choć Polacy ciężko pracują to z roku na rok stać ich na coraz mniej. Brakuje popytu na dobra nie tyle wyżej co nawet „średnio” przetworzone, przez co ciężko jest je produkować z nastawieniem na rynek wewnętrzny. Tym samym „dobre bo polskie” coraz liczniej wyjeżdża do klienta za granicę. Tu chciałbym uprzejmie zauważyć, że rosnący eksport którym lubią się chwalić różnej masy politycy wskazuje m.in. również na mniejszy popyt na rynku krajowym – a to nie jest zbyt dobra informacja jeżeli krajowi producenci muszą szukać rynków zbytu poza własnym państwem… I tutaj śmiem wątpić jakoby była to wina chciwości (niedopatrzenia) bogatych, bo jako przedsiębiorcy z całą pewnością są zainteresowani by na ich towary i usługi był popyt w kraju w którym mają swoje firmy, a tak to muszą szukać zbytu za granicą. Czemu Polaków nie stać na wiele towarów? A bo ktoś ich po drodze do ich pieniędzy bez przerwy i coraz bardziej pazernie ograbia  – Polak biedny bo musi się dzielić… z państwem… (Odys)

„Jesienią 2014 roku ktoś przysłał mi zrobiony przez redaktorów Kultury Liberalnej wywiad z ówczesnym szefem MSW Bartłomiejem Sienkiewiczem. Młodzi redaktorzy zamartwiali się, że Polacy nie chcą zrozumieć jak wielki sukces odniosła III RP. Minister ze swadą dowodził, że wybór między emigracją, a praca w kraju jest wyborem między dobrymi pieniędzmi, jakie można zarobić za granicą, a pozycją i prestiżem, który daje mniej płatna robota w Polsce. Tak się złożyło, że byłem wtedy w Londynie. Nazajutrz rozmawiałem z grupą młodych emigrantów. Panie zajmowały się sprzątaniem, panowie pracowali fizycznie (rzeźnia, magazyny, budowa). Prestiżem, który utracili było bezrobocie, a w najlepszym razie praca nie dająca najmniejszych szans na zaspokojenie zupełnie podstawowych potrzeb. Pieniądze, które zarabiali w Londynie pozwalały na skromniutkie, ale dumnie samodzielne życie. Twarde dowody polskiego cudu gospodarczego nie zrobiły na nich wrażenia wcale nie dlatego, że nie zostali dość dobrze poinformowani.”

Nie inaczej Panie Karłowicz! Tyle że to nie wina „cudu” ale tego że… Socjalistyczni sabotażyści polskiej gospodarki „wypychają” Polaków do Niemiec na roboty. Poza tym problem biedy i rozwarstwienia nie dotyczy tylko Polski – Pod rządami socjalistów aż 84 miliony obywateli UE żyje poniżej progu ubóstwa… (Odys)

„Jak do tego doszło? W latach 90’ wszyscy delektowali się konceptem, że oto mamy kapitalizm bez kapitału. Należało to rozumieć w taki sposób, że skoro chcemy odejść od komunizmu, to nie wypada patrzeć ani skąd wzięły się pieniądze, ani do kogo należą. Uwłaszczająca się nomenklatura? Proszę bardzo. Dziwne prywatyzacje? Trudno! Lewe kredyty? Przykre, lecz nie do uniknięcia! Media, energetyka, banki w obce ręce – cudnie! Przecież kapitał nie ma narodowości, zachodnie standardy nas rozwiną, miejsca pracy są potrzebne, a transfer zysków, to daleka przyszłość. W wypadku przejmujących majątek służb dodawano jeszcze (tonem ludzi dobrze znających nie tylko mechanizmy rynku, ale i tajniki ludzkiej natury), że jeśli dość dużo ukradną, to przestaną być groźni – więc w naszym najlepiej pojętym interesie jest by kradli ile wlezie. „W trzecim pokoleniu zostaną filantropami” – uspokajano.”

O to toto… Bo sam kapitał nie ma narodowości, wszak płynął (i ciągle płynie) do nas i w różne miejsca na całym świecie bez wędrówki ludów. Dość popatrzeć ile zachodnich firm inwestuje w Chinach i w tzw. „rajach podatkowych”, nie koniecznie przemieszczając w te miejsca swoich właścicieli nieprawdaż? Narodowość posiadają sami kapitaliści, ale to zupełnie inna bajka dlaczego nie koniecznie chcą oni mieszkać w Polsce czy w miejscach gdzie inwestują lub „chowają” swoje zyski. Oni tylko korzystają z przywilejów jakie dla zagranicznego kapitału tworzy dane państwo, bo o to tu chodzi a nie o to że coś jest „na lewo” inwestowane. Wszystko jest legalne bo zgodne z prawem państwa na którym kapitał jest inwestowany. I w Polsce dzieje się nie inaczej, to polskie prawo umożliwia inwestorom zagranicznym funkcjonowanie na polskim rynku w sposób UPRZYWILEJOWANY w stosunku do polskich kapitalistów, których z kolei „polskie” państwo gnębi na różne sposoby… Więc czyja to wina że jest jak jest, i do kogo ten żal Panie Karłowicz? Może by tak stworzyć równe szanse dla wszystkich, zrównując „w dół” tj. w ulgach polskich przedsiębiorców z kapitałem zagranicznym, zamiast zrównywać kapitał zagraniczny „w górę” do obciążeń jakie ponoszą polscy przedsiębiorcy? Kierunek wyrównywania szans powinien być odwrotny od tego w jakim podąża „nowa” władza, bo wtedy dopiero ludzie się bogacą i mają co wydawać na własny rozwój kiedy im się MNIEJ zabiera. Tymczasem bogacić się chce państwo a obywatel ma się cieszyć jak pies ogrodnika że nie tylko on jest rabowany równie pazernie.

Dziwne prywatyzacje i uwłaszczenia nomenklatury to też zasługa państwa i jego prawa. Ci „nowi kapitaliści” rodem z wierchuszki poprzedniego systemu nie wytrzymaliby konkurencji jaką gwarantowała również zwykłym obywatelom słynna „Ustawa Wilczka”, więc państwo (z obsadzonym przez kolesi aparatem władzy) wydatnie im pomogło, a wolność gospodarcza (kapitalizm i wolny rynek) zaczęła być szybko dławiona. W ciągu pierwszych 10 lat obowiązywania Ustawy Wilczka była ona nowelizowana ponad 60 razy (czyli kilka razy w ciągu roku!), w taki sposób że państwo zaczęło „ręcznie” regulować rynek poprzez reglamentowanie pozwoleń, nakładanie wymogów, i koncesjonowanie działalności gospodarczej. Jednocześnie by czerpać zyski z uwolnionego potencjału gospodarczego zwykłych Polaków, nakładano na nich nowe i coraz wyższe podatki (m.in. słynny VAT). W ten sposób skutecznie ograniczano konkurencyjność „prywaciarzy”, pomagając jednocześnie w monopolizowaniu/utrzymaniu przewagi na rynku „biznesom” z uwłaszczonej wcześniej nomenklatury, która nie wytrzymałaby konkurencji z zaprawionymi w bojach z komuną „prywaciarzami”, którzy bardzo szybko zaczęli się dorabiać kiedy nadarzyła się wolnościowa okazja (o czym więcej tu: Piotr Świder: Oda do wolności. Z dedykacją dla poszukiwaczy skarbów wolnego rynku). Więc zwalanie winy na kapitalizm za to że go bardzo szybko zdławiono, albo że uprawiano „gospodarkę” rabunkową (a nie żadne uwłaszczenie) nomenklatury komunistycznej jest po prostu nieuprawnione (Czeka nas kolejna fala emigracji. Przyczyną nie są tylko rządy PO a kapitalizm kompradorski)… Na dzikim zachodzie pionierzy (biali) potrafili się przebierać za indian (czerwonych) po czym napadali na jakichś farmerów i już był pretekst do tego żeby z czerwonych robić czarnego luda. U nas było trochę inaczej, bo to czerwoni (komuniści) udawali białych (kapitalistów) i do dziś kapitalizm jawi się prostaczkom (takim jak autor tekstu), jako ten czarny lód właśnie. Z przezorności i kurtuazji nazywam autora prostaczkiem, bo chcę wierzyć że popełnił ten tekst z głupoty a nie z racji tego że wysługuje się czerwonym 😉 Bo jak inaczej nazwać sytuację w której ktoś zrównuje konia ze stołem tylko dlatego że mają po cztery nogi, a potem się dziwi że stół nie jeździ (Czy kapitalizm nie działa?)… (Odys)

„Nikt nie miał wątpliwości, że trzeba być twardym. Transformacja – powtarzano – wymaga determinacji, wszak wyjście z komunizmu nie może się obyć bez ofiar. Skoro u końca będzie lepiej, więc nie można wahać się ani zwlekać. Rynek dostarcza kryterium. Rentowność! Może się zdarzyć, że coś wartego miliony nie jest warte złotówki – powtarzano wtajemniczając nas w arkana rynkowej mądrości. Pamiętacie ileż uciechy było z tych, którzy ciągle nic nie rozumieli. Biedny homo sovieticus, ignorant przekonany, że warto inwestować w stare pegieery, dołożyć do upadających fabryk, zmodernizować bankrutujące zakłady. Oczywiście nie wszyscy byli poczciwi. Mówiło się o groźnych demagogach: podejrzany profesor przekonujący do trzeciej drogi, niebezpieczny związkowiec czy polityczny populista. Żądali niemożliwego, mącili ludziom w głowach. A przecież wiadomo było – dla przyjętego modelu transformacji nie ma alternatyw.

A tak… Spróbuj Pan prowadzić firmę nie zważając na jej rentowność i wyżyć z deficytu to zobaczysz Pan dlaczego biznes musi przynosić zysk i ile jest warta firma która zysku nie przynosi (oczywiście po uprzedniej rzetelnej wycenie masy upadłościowej i o ile nie ciążą na niej długi). Nie wiem w jakiej firmie jesteś Pan zatrudniony, ale gwarantuję że w chwili kiedy przestanie ona na siebie zarabiać (tj. straci tę „bezczelną” rentowność) to Pan stracisz robotę. Ja wiem że najlepiej było za starej dobrej komuny gdzie „czy się stoi czy się leży…”. W końcu od czego było państwo które zawsze dysponowało niewyczerpanymi zapasami „publicznych” pieniędzy, po to by ratować „dofinansowaniem” każdy taki „biznes” który nie mógł sobie (przecież!) pozwolić na „ofiarę” w postaci bankructwa, bo jakby to wyglądało żeby państwowe nie umiało na siebie zarobić – łup! podatek i już mamy finansowanie zapewnione. Z pewnością dla komunistów było to najuczciwsze z możliwych podejście do obywatela – dymać go nieustannie, żeby łożył na „państwowe” (kiedyś stocznie, huty i wiele innych a dziś ciągle „niedofinansowane” górnictwo – Sektorowi państwowemu grozi efekt domina interwencjonizmu w górnictwie. Przez „flapsy” JSW straciło największego odbiorcę węgla. Michalkiewicz o najkrótszym programie gospodarczym) w coraz wyższych podatkach, jednocześnie coraz więcej odejmując sobie i swojej rodzinie od ust. Najważniejsza była bowiem socjalistyczna idea jedynie słusznego „państwowego przedsiębiorstwa” (żerowiska/spółki jaśnie Panów Związkowców/polityków i partyjnej kliki) aby mogło sobie funkcjonować  kosztem podatników jak typowy pasożyt. To już było Panie Karłowicz i zgadnij Pan co się z tym stało? TAK! Zbankrutowało a wiesz Pan dlaczego? Bo zabrakło w tym wszystkim „bezczelnej” rentowności (Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność). To że przy okazji ktoś ukręcił sobie wałek na dobrze funkcjonujących firmach, było przede wszystkim pokłosiem patologicznego prawa o procedurze przetargowej, w której zrezygnowano z transparentnej licytacji. Ale za tym nie stał żaden „kapitalizm” a co najwyżej kapitał cwaniaków (Jak zainstalowano w Polsce „kapitalizm kompradorski” i kto (lub co) za tym stoi)… (Odys)

„No i operacja się udała. Wskaźniki się poprawiły. Zagraniczni specjaliści od statystyki poklepują nas po plecach. Średnia liczona dla Guliwerów i liliputów wypada nieźle. Owszem są i koszty, ale przecież ogólnie mamy sukces. Mówienie o niepowodzeniach, głodnych dzieciach, skrajnym ubóstwie, obszarach nędzy to brzydki populistyczny trik. Nie przesadzajmy. Jeśli są naprawdę głodne, to niech jedzą szczaw. A liczby? Zmanipulowane!”

Nieee… operacja się nie udała i za tę drugą komunę, kredyty i długi które tylko przedłużyły nieuchronny termin bankructwa, już niedługo trzeba będzie zapłacić. Ciekaw jestem czy ludzie w końcu powiedzą dość i wyślą do diabła podobnych Panu demagogów, zakamuflowanych obrońców „państwowego”, „sprawiedliwości społecznej”, i towarzyszącego im etatystycznego garba który tylko żre a winą za swoje niepowodzenie (kolejny już raz) zwala na kapitalizm i wolny rynek, których zasad funkcjonowania nie rozpoznałby nawet jakby kopnęły go w ten czerwony zad. A będzie jeszcze „lepiej” – Budżet państwa na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną… ale czy PIS będzie nas kosztował mniej? Oczywiście że nie – zamach na umowy cywilnoprawne.… (Odys)

„2,8 miliona ludzi w skrajnej biedzie, czyli poniżej minimum egzystencji? 4,6 miliona Polaków poniżej granicy ubóstwa, a więc progu, od którego zaczyna się interwencja socjalna? Około 700 tysięcy dzieci w domach, które mają problem z zaspokojeniem podstawowych potrzeb? Aż 30% dzieci i młodzieży w ogólnej liczbie skrajnie ubogich? Czy to złośliwa propaganda? Dane przeciwników III RP? Dane z GUS? Wolne żarty! Niestety to nie są żarty. Również tak wygląda III RP. Dwa razy smutniejsza na wsi niż w miastach. Kraj, w którym wielodzietność i nędza ciągle idą w parze. Gdzie w biedzie żyje 11% rodzin z trójką dzieci, a już 27% spośród tych, które mają czwórkę i więcej. Czy państwo nie pomaga rodzinom? Owszem. Dzięki zamrożeniu progu dochodowego, który uprawnia do zasiłku rodzinnego kwota wypłaconych zasiłków spadła z 5,5 mln zł miesięcznie w 2004 roku do 2,3 w 2013 r. Zręczne. Prawda?”

„Zręczne” to jest widzieć skutki ale nie umieć nazwać po imieniu przyczyn takiego stanu rzeczy. Kto zubożył i upokorzył Polaków do tego stopnia? Tax Care: polska rodzina w szponach fiskusa. Struktura daniny oddawanej państwu. I to nie są żarty! Takie są skutki funkcjonowania gospodarki „społeczno-rynkowej” w etatystycznym modelu jej zarządzania. Niech już Państwo nie pomaga rodzinom ani nikomu! Utrata suwerenności czyli… Polska krajem neokolonialnym. Samoobrona rodzinna (Panel dyskusyjny XII Kongresu Konserwatywnego). Poszukiwany autorytet do walki z totalitaryzmem socjaldemokracji... (Odys)

„Istnieją dwie Polski – Polska beneficjentów transformacji i Polska jej ofiar. To właśnie nazywam dobrobytem wyspowym. A beneficjenci? Z małymi wyjątkami żadni z nich Krezusi. Nawet trzy procent Polaków nie zarabia tyle, co najniżej płatny etatowy pracownik Lidla w Niemczech (czyli ok. 7,5 tys. zł). Choć bogactwo naszych wyspiarzy nie imponuje, to – o dziwo – duchowa przepaść jest często ogromna. Szczególna podłość transformacyjnej operacji polegała na tym, że uczono pogardy dla tych, którym odbierano szanse. Pedagogika wstydu za solidarność przyniosła owoce. Wielu, zbyt wielu uwierzyło, że serduszko od Owsiaka i 1% załatwia problem.”

I dalej będą istnieć dwie Polski, a osób które będą potrzebować 1% i dobroczynności ala Owsiak będzie niestety przybywać. Na państwo które nie potrafi z zagrabionych pieniędzy zapewnić ani opieki medycznej ani emerytury nie ma bowiem co liczyć, więc póki co z premedytacją wspiera Owsiaka (WOŚP czyli szantaż moralny na służbie „państwa opiekuńczego”). Chyba że wszelkiego rodzaju prywatne inicjatywy filantropijne zaczną być traktowane po macoszemu w ramach walki z nowego rodzaju „pedagogiką wstydu”, tj. wyrzutem sumienia obnażającym nieudolność rządzących (poprzez np. opodatkowanie czy likwidację ulg z tytułu darowizny na dobroczynność, albo w inny sposób – O tym jak Państwo Opiekuńcze przeszkadza w opiece niepaństwowym instytucjom charytatywnym czyli… poproszę zaświadczenie że jest Pan/Pani biednym). Przykład do jakiego absurdu potrafią dojść niektórzy z etatystów zakochanych w redystrybucji zagrabionego można znaleźć tu: Intelektualiści: Ukrzyżować bogatych! gdzie jeden z tych (nie boję się użyć tego słowa) idiotów, oskarża wręcz prywatną filantropię o to że „wypiera państwo”. Nie chcą ci ludzie zauważyć oczywistej zależności, że to właśnie „dzięki” pazernemu państwu ludzie raz że biedują, to dwa nie stać ich na hojność wobec innych potrzebujących w skali, jaka mogłaby funkcjonować gdyby wcześniej nie zostali „legalnie” obrabowani (dla swojego „dobra”) w podatkach i „składkach” (Do czego potrzebne mi państwo i czemu do wydawania moich pieniędzy?)… (Odys)

„Dowodem niesłychanej izolacji w jakiej żyją mieszkańcy wysp były ostatnie kampanie wyborcze. Przekonanie, że dane makroekonomiczne plus kpiny z hasła o „Polsce w ruinie” przekonają, że jest naprawdę fajnie, kosztowała Platformę władzę. Przegrana nie pomogła. Wyspiarze dochowali się nawet całkowicie lokalnej odmiany lewicy, która gotowa jest protestować przeciw projektowi 500 złotych na dziecko. Swojemu oburzeniu dadzą wyraz w barwnych pochodach. Poznacie ich po szalikach Burrbery i niezachwianej dumie z osiągnięć ostatniego ćwierćwiecza.”

źródło „mądrości”: Dobrobyt wyspowy

Wydatki rządowePrawdziwe zagrożenie rozpoznać można z łatwością, pamiętając o bezczelnie oklepanych mechanizmach rabunku i zawłaszczenia w „majestacie prawa” owoców ludzkiej pracy. Maskowane są one zawsze w ten sam sposób, pojęciami takimi jak „opieka państwa” tudzież „sprawiedliwy podział dóbr”, której to „dobroci” w naszym imieniu muszą dokonywać wszelkiej maści dobro(zło)dzieje typu Tusk, Kaczyński, Piechociński i reszta. O renegatach wywodzących się wprost z komuny i nie chowających się za pojęciem „centrum” czy „prawicy” (SIC!) nie wspominając. Więcej o tych mechanizmach tu: Minuta POPISu. Czy system znowu się obroni dzięki propagandzie spod znaku Virtual Insanity? Wybory są „grą o legitymizację” władzy. i tu: Co „prawdziwa prawica” Kaczyńskiego szykuje dla przedsiębiorców i reszty Polaków. Chodzi mniej więcej o to że:

„…tegoroczny budżet zamyka się deficytem sięgającym prawie 55 miliardów złotych, co oznacza, że dług publiczny będzie powiększał się w dotychczasowym, a może nawet jeszcze szybszym niż dotąd tempie, zwłaszcza, że nie widać żadnych działań zmierzających do odblokowania narodowego potencjału gospodarczego. Został on skutecznie zablokowany z jednej strony przez fatalny ekonomiczny model państwa, ustanowiony w roku 1989 przez generała Kiszczaka i grono osób zaufanych, który nazywam kapitalizmem kompradorskim, a z drugiej – przez narastającą biurokratyzację państwa…

…Program „Rodzina 500 plus” jest rodzajem frumentacji potencjalnie wyjątkowo w skutkach dotkliwej. Rzecz w tym, że przy rosnącym długu publicznym rosną też koszty jego obsługi i w bieżącym roku wyniosą co najmniej 56 miliardów złotych. Jeśli kwotę tę podzielimy przez liczbę obywateli rzeczywiście mieszkających w Polsce (ok.35 mln), to na jednego obywatela przypada z tego tytułu 1600 złotych rocznie. Typowa, pięcioosobowa rodzina, będzie zatem musiała z tytułu obsługi długu publicznego oddać lichwiarskiej międzynarodówce co najmniej 8 tysięcy złotych rocznie. Tyle rząd będzie musiał odebrać rodzicom obdarowanych dzieci, a więc jedno dziecko tak naprawdę nie dostanie nic, a drugie pewnie też nic – bo przecież oprócz kosztów obsługi długu publicznego są w naszym nieszczęśliwym kraju jeszcze inne podatki, np. VAT, który na artykuły dla dzieci przewiduje stawkę w wysokości 23 procent.

Jeśli od tej frumentacji coś wzrośnie, to pewnie tylko liczba urzędników, bo rychło okaże się, że jest ich za mało, by zapewnić sprawiedliwy rozdział pieniędzy. Za darmo tego, ma się rozumieć, nie zrobią, co to, to nie – więc w rezultacie przez budżet państwa będzie przepływał coraz większy strumień pieniędzy odebranych uprzednio obywatelom – oczywiście dla ich dobra, bo przecież wiadomo, że pieniądze psują charakter…” (Stanisław Michalkiewicz – Prezenty z worka judaszowego)

podobne: Polska idzie śladami bankruta czyli Michalkiewicza o „frumentacjach” słów kilka.

Z tego powodu wszystkim „krytykom” wolnego rynku, kapitalizmu,  prywatnej własności i w ogóle wolności, pozostało życzyć kolejnych 50 lat wczasów na pustyni Synaj (Stanisław Michalkiewicz kontra sentymentalista PRL-u), aż odejdą w mentalny niebyt, bo z takimi „mędrcami” u sterów rządu czy ruchów społecznych, w dyskursie publicznym i propagandzie (mediach), czy wśród „większości” tzw. wyborców, Polska nigdy nie wejdzie do ziemi obiecanej. Zrozumcie raz i na zawsze, że wolność to tyle ile każdy z nas z osobna ma „w kieszeni” jako SWOJĄ PRYWATNĄ WŁASNOŚĆ, a nie to co „rząd” zgromadził w „budżecie” kosztem obywateli.

To właśnie etatyzm, centralizm, socjalizm i redystrybucja w wydaniu „państwowym” doprowadziły do tego co mamy obecnie, tj. pogłębiającej się BIEDY i ROZWARSTWIENIA w dochodach z pracy, a co za tym idzie do WYWŁASZCZENIA ludzi z ich własności i PRAW OSOBISTYCH, których będąc pozbawionymi narzędzi nie są w stanie dochodzić przed sądami, przez co trafiają na margines życia społecznego. Im więcej cedujemy na państwo tym mniej mamy do gadania jako jego obywatele i po prostu ludzie – „Państwowe, czyli nie nasze”, ale „patrioci” mówią NIE dla wolnego rynku w Polsce. To mamy ten wolny rynek czy nie?… I nie ma co potem narzekać że obywatele nie głosują „tak jak trzeba”, albo że stają się oportunistami niezdolnymi do samodzielnego myślenia czy organizowania się w „państwo obywatelskie”. Nie mają takiej potrzeby skoro państwo ma im wszystko zapewniać, i to ono dysponuje oraz decyduje o tym ile i kto tej „pomocy” (z ich własnej kieszeni!) dostanie. Przedstawianie kapitalizmu i prawa do własności prywatnej jako źródła zła i patologii, a w konsekwencji rugowanie z ludzkiej woli tej od wieków NATURALNEJ metody dorabiania się i ostoi rzeczywistej wolności jest diabelskim mechanizmem hodowli bezwolnych kołchozowych rabów („Czego my nie wiemy, choć powinniśmy wiedzieć”… I choć podświadomie wiemy to wniosków nie wyciągamy, bo nie wiemy czego chcemy. O niewolnikach systemu i jeszcze: Wewnętrzna sprzeczność czyli… państwo i wolność)… (Odys)

podobne: Grzegorz Braun: „Sierpniowa lekcja” czyli… Polak przed szkodą i po szkodzie socjalistą. i to: Czy liberalizm nas zabije? Nawet gdyby chciał to nie zdąży, bo wcześniej wykończy nas socjalizm czyli… „Polityka społeczna” (dla głupców). oraz: Paweł Rybacki: Moralna i praktyczna wyższość gospodarki wolnorynkowej nad centralnie planowaną lub interwencjonistyczną. i jeszcze: Adam Gwiazda: Wolność, równość i… nierówności ekonomiczno-społeczne polecam również: Trzecia rewolucja technologiczna i ryzyko rosnącego bezrobocia w związku z rozwojem robotyki. Receptą na potencjalny kryzys uwłaszczenie (a nie „pomoc państwa”). Michalkiewicza debata o nierównościach.

Jan Paweł II, cytat, socjalizm

Budżet państwa na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną… ale czy PIS będzie nas kosztował mniej? Oczywiście że nie – zamach na umowy cywilnoprawne.


„…w budżecie na 2016r. dziura budżetowa wynosi blisko 55 mld zł, a i tak została sztucznie niedoszacowana, dochody podatkowe zaś znacząco wyolbrzymione w przeciwieństwie do wydatków państwa, podobnie też zawyżono wpływy z dywidend od spółek Skarbu Państwa, które przeżywają ogromne kłopoty i będą mieć znaczące straty lub niższe zyski. Pytanie więc brzmi czy oba budżety, ten na kończący się 2015 rok i ten na wkrótce rozpoczynający się 2016r. przygotowali dyletanci, lekkoduchy czy też „polityczni dywersanci” ? Czy świadomość konieczności oddania władzy w kraju spowodowała tak znaczący rozjazd w wskaźnikach makroekonomicznych i wykonaniach budżetu w stosunku do planu finansowego państwa, jakim jest budżet? To coś więcej niż osobista kompromitacja twórców 8-miu budżetów w wykonaniu „profesjonalistów” spod znaku PO.

To prawdziwe pole minowe i wilcze doły, mające na celu utrudnić czy wręcz uniemożliwić skuteczne działanie nowemu rządowi, a zwłaszcza naprawę państwa polskiego. Tu właśnie pomocny miał być też Trybunał Konstytucyjny. I to wszystko stało się w sytuacji gdy zagarnięto blisko 150 mld zł z OFE, co umożliwiło ekipie PO – PSL odsunięcie decyzji o bankructwie. Warto przypomnieć, że łączny deficyt budżetowy na przestrzeni ostatnich 8-miu lat rządów koalicji PO-PSL wyniósł blisko 270 mld zł, a przedstawiciele tych samych partii lamentują i pytają dzisiaj skąd wziąć 20 mld zł na program PIS-u 500zł na dziecko…” (Janusz Szewczak)

Całość tu: Budżet państwa autorstwa PO-PSL i ministra Szczurka na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną

…Analiza jak to analiza – pokazuje jak jest. Jeśli jednak ta wiedza „jak jest” (i dlaczego tak jest) nie służy wyciąganiu należytych wniosków – tj. natychmiastowego ograniczania wydatków państwa! (a wręcz przeciwnie) to czym się różni nowa władza od starej? Owszem nowa władza twierdzi że wyda lepiej te pieniądze, ale to nie zmienia istoty problemu że obywatele tak jak płacili za poprzednie deficyty i długi tak DALEJ będą płacić skoro władza nie zamierza spuścić z tonu i wydawać jeszcze więcej, czyż nie? Więc czym się różni dyletantyzm, lekkoduszność czy „polityczna dywersja” poprzedników od ich następców? (Odys)

ano tym Robią nas w konia HIT! Budżetowe oszustwo na ponad 300 mld zł rocznie! #145 (Podziemna TV)

podobne: Spadek po platformie. PO zawiodła przedsiębiorców. Czy obietnice wyborcze zbankrutują Polskę? W oczekiwaniu na „przełom”. Brytyjczycy nie chcą mieć nić wspólnego z długiem i uchwalają jeden z postulatów KORWiNa. i jeszcze: Janecki: Donald Tusk odwraca bieg rzeki i z deficytu robi nadwyżkę. Tymczasem wskaźniki gospodarcze w dół a zadłużenie bije kolejne rekordy. a także: Cukiernik: Brednie ministra finansów. Krzywa Rostowskiego nie działa! i to: Rząd poprawia sobie finanse i zwiększa fiskalizm bez mówienia o wzroście podatków oraz: Co „prawdziwa prawica” Kaczyńskiego szykuje dla przedsiębiorców i reszty Polaków polecam również: : Kacza “sprawiedliwośc” – zabrac bogatym, czyli… ukarać biednych. na koniec: Konsekwencje zadłużania – Rząd sięga po kolejne rezerwy.

„…tegoroczny budżet zamyka się deficytem sięgającym prawie 55 miliardów złotych, co oznacza, że dług publiczny będzie powiększał się w dotychczasowym, a może nawet jeszcze szybszym niż dotąd tempie, zwłaszcza, że nie widać żadnych działań zmierzających do odblokowania narodowego potencjału gospodarczego. Został on skutecznie zablokowany z jednej strony przez fatalny ekonomiczny model państwa, ustanowiony w roku 1989 przez generała Kiszczaka i grono osób zaufanych, który nazywam kapitalizmem kompradorskim, a z drugiej – przez narastającą biurokratyzację państwa.

Dotychczasowe działania PiS polegają na wymianie kadr w aparacie biurokratycznym, natomiast nie widać żadnych oznak przynajmniej częściowego jego demontażu. Trudno się temu dziwić, bo i prezes Kaczyński, który obecnie jest kimś w rodzaju dyktatora Polski, wzorem ewangelicznego setnika, ma wprawdzie pod sobą żołnierzy, ale sam też jest „pod władzą postawiony”, jako zakładnik swego zaplecza politycznego. Niech no tylko przestanie je karmić, to natychmiast zostanie generałem bez armii. Wiadomo to od czasów starożytnych, kiedy Gajusz Grakchus wprowadził w Republice Rzymskiej tzw. „frumentacje” które początkowo polegały na rozdawnictwie zboża. Przetrwały one aż do dnia dzisiejszego, rozwijając coraz to nowe, niekiedy bardzo wyrafinowane formy – oczywiście dla dobra Rzeczypospolitej – no bo jakże by inaczej?

Program „Rodzina 500 plus” jest rodzajem frumentacji potencjalnie wyjątkowo w skutkach dotkliwej. Rzecz w tym, że przy rosnącym długu publicznym rosną też koszty jego obsługi i w bieżącym roku wyniosą co najmniej 56 miliardów złotych. Jeśli kwotę tę podzielimy przez liczbę obywateli rzeczywiście mieszkających w Polsce (ok.35 mln), to na jednego obywatela przypada z tego tytułu 1600 złotych rocznie. Typowa, pięcioosobowa rodzina, będzie zatem musiała z tytułu obsługi długu publicznego oddać lichwiarskiej międzynarodówce co najmniej 8 tysięcy złotych rocznie. Tyle rząd będzie musiał odebrać rodzicom obdarowanych dzieci, a więc jedno dziecko tak naprawdę nie dostanie nic, a drugie pewnie też nic – bo przecież oprócz kosztów obsługi długu publicznego są w naszym nieszczęśliwym kraju jeszcze inne podatki, np. VAT, który na artykuły dla dzieci przewiduje stawkę w wysokości 23 procent.

Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera – mówi przysłowie – ale pani premier Beata Szydło najwyraźniej o nim zapomniała, bo pokazywała rządowy projekt z takimi oznakami czci, jaką ksiądz okazuje Najświętszemu Sakramentowi, a pani Henryka Krzywonos – konstytucji z 1997 roku, w mniemaniu, że to właśnie o nią walczyły pokolenia Polaków. Jeśli od tej frumentacji coś wzrośnie, to pewnie tylko liczba urzędników, bo rychło okaże się, że jest ich za mało, by zapewnić sprawiedliwy rozdział pieniędzy. Za darmo tego, ma się rozumieć, nie zrobią, co to, to nie – więc w rezultacie przez budżet państwa będzie przepływał coraz większy strumień pieniędzy odebranych uprzednio obywatelom – oczywiście dla ich dobra, bo przecież wiadomo, że pieniądze psują charakter…” (Stanisław Michalkiewicz – Prezenty z worka judaszowego)

PS… Od @Jacek Sierpinski

Nowy rząd zamierza obłożyć pełnymi składkami na ZUS każdą umowę o pracę, zlecenia, o dzieło, a także dochody uzyskiwane z samozatrudnienia. Efektem będzie zmniejszenie zarobków netto milionów ludzi, nierzadko z trudem „wiążących koniec z końcem”. Część z nich prawdopodobnie w ogóle straci pracę, bo przedsiębiorców nie będzie stać na płacenie dodatkowego haraczu, a samozatrudnienie przestanie się opłacać. A wszystko to po to, jak pisze „Rzeczpospolita”:

http://www.rp.pl/ZUS/312019859-ZUS-od-kazdej-umowy—prezydencki-projekt-obnizajacy-wiek-emerytalny.html

– by ZUS uzyskał dodatkowe kilka 5-8 mld zł. Wtedy będzie można mniej dopłacać do tej instytucji z budżetu państwa i będzie można dopłacić 500 zł miesięcznie na drugie i dalsze dziecko. Tylko co komu z dodatkowych 500 zł, jak zarobi 1000 zł mniej lub straci pracę? To jest draństwo. Wzywam wszystkich rozsądnie myślących ludzi ze wszystkich opcji politycznych (także z PiS) do przeciwstawienia się temu pomysłowi.”

podobne: Pod przykrywką wygłupu Sikorskiego fala rabunku przetoczyła się przez sejm: uwolnienie kominówek, rząd kładzie łapę na depozytach, centralna baza „haków” skarbówki, zamiast śmieciowych umów o pracę będzie śmieciowa emerytura. Do diabła z taką opozycją! Dratewka potrzebny od zaraz. oraz: Rabunek na zlecenie czyli… oZUSowanie umów cywilno-prawnych. i to: Poradnik kryzysowy: co zrobić w trudnych czasach?

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

„Śmierć i dziewczyna” czyli… Socjal Demokracja jako sztuka dymania podatnika. Czas skończyć z „coolturą” za publiczne pieniądze.


„…To jest jedna z patologii, nękających nasz nieszczęśliwy kraj, w postaci chmar pozbawionych talentu chałturników, którzy w takich czy innych okolicznościach uzyskali dyplomy artystycznych uczelni, czy artystycznych wydziałów na uniwersytetach, gdzie – jak to mówią – uczy Marcin Marcina – w dodatku głównie pokrywania beztalencia bełkotem. Te uczelnie i te wydziały nauczają roboty na drutach rozmaite panienki płci obojga, a potem to towarzystwo próbuje podpinać się pod jakieś kurki państwowe lub samorządowe i w ten sposób, dojąc Rzeczpospolitą, czyli wyłudzając pieniądze od Bogu ducha winnych podatników, zanieczyszczają przestrzeń publiczną, albo dosłownie własnymi gównami – jak pan Jacek Markiewicz, albo kiczowatym Scheissem. W takim razie w stwierdzeniu, że warszawska ASP, a zwłaszcza – tamtejszy Wydział Rzeźby, to kupa gówna nie ma ani przesady, ani krzywdy- bo jak drzewo poznaje się po owocach, to szkołę – po absolwentach…” (Stanisław Michalkiewicz) 

całość tu: „Kupa gówna” (w puszce) czyli traktat o „sztuce”.

„…Przykładem takiej chałturnicy jest pani Elfreda Jelinek, przypominająca księżnę de Guise (de domo Cohn) z poematu Janusza Szpotańskiego „Bania w Paryżu”. Księżna jest gwiazdą ruchu feministycznego, której „największe zasię jest marzenie: płci obu zrównać przyrodzenie do tego stopnia, żeby książę także zachodzić musiał w ciążę”. Swoje idee księżna głosi gdzie tylko może, między innymi – w Akademii Wojskowej w Saint Cyr: „Kadeci siedzą, dłubią w nosie, ziewają, z dzikiej nudy puchną, czują się prawie jak w areszcie i myślą sobie: kiedyż wreszcie przestanie bździć to stare próchno!” Niestety „stare próchno” w osobie pani Elfredy Jelinek w 2004 roku dostało nagrodę Nobla, więc nie tylko nie przestało „bździć” o „walce płci” i niebezpiecznych związkach „katolicyzmu” z „antysemityzmem”, z czego dzisiaj, kiedy to Żydzi znowu mają okres dobrego fartu, można nie tylko żyć aż do śmierci, ale pławić się w sławie i luksusach – ale „bździ” nawet jakby jeszcze mocniej. Zatem włączenie elukubracji „starego próchna” na przykład do repertuaru teatralnego gwarantuje nie tylko przychylność urzędników rozdzielających forsę, ale i pozycję teatru, reżysera, a nawet aktorów…

…Na tym przykładzie potwierdza się trafność obserwacji Stefana Kisielewskiego, że socjalizm bohatersko walczy z problemami nie znanymi w innym ustroju. Gdyby władze publiczne miały surowo zakazane subwencjonowanie teatrów i innych przedsięwzięć w branży przemysłu rozrywkowego, to teatralni entreprenerzy musieliby dostosowywać zarówno repertuar, jak i inscenizacje do oczekiwań publiczności. W przeciwnym razie firma by splajtowała – i słusznie – bo jeżeli nikt nie chce wydać pieniędzy na bilet, to znaczy, że oferta jest dziadowska i nie ma czego żałować. Adam Grzymała-Siedlecki, będący dyrektorem teatru w Krakowie jeszcze przed I wojną światową wspomina, że kierowany przez niego teatr dawał premierę raz na tydzień i aktorzy potrafili nauczyć się roli, krawcy – uszyć kostiumy – i tak dalej. Kapitalistyczna konkurencja wymuszała wysoką wydajność i jakość pracy, a Scheiss nie był tolerowany. Grzymała-Siedlecki zdradza nawet sekret prawidłowego repertuaru. Otóż każdy dyrektor wiedział, że teatr stoi na kobietach, że mężczyźni, jeśli przychodzą do teatru, to tylko ze względu na żony lub przyjaciółki, bo w przeciwnym razie poszliby do restauracji. Dlatego doświadczeni entreprenerzy teatralni dostosowywali repertuar do gustów kobiet, a za pewniak uchodziła sztuka, w której kobieta cierpi z powodu męskiej niewierności lub przewrotności. Dzisiejsi dyrektorzy, rozleniwieni łatwymi pieniędzmi, zatracili nie tylko gust, ale nawet instynkt samozachowawczy, więc jedynym sposobem, by odzyskali poczucie rzeczywistości, jest poddanie ich końskiej kuracji, polegającej na natychmiastowym i całkowitym odcięciu od wszelkich subwencji z publicznych pieniędzy. Bo te subwencje są również niemoralne; pieniądze rabowane biednym i porządnym ludziom są rozdawane różnym bęcwałom, by dostarczyć im rozrywki.(Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: O potrzebie końskiej kuracji

„…Kiedyś sztuka miała okazywać absurdy, być satyrą wyolbrzymiającą problemy świata otaczającego autorów, w który to świat zabierali widzów. Obecnie świat tworzy ze sztuki satyrę. W internecie znajdziemy wszelkie wynaturzenia, wszelkie porno, wszystko co tylko kryje się w głowach ludzkich.

„50 twarzy Greya”, to było to samo, tylko że jak wielu zauważyło wycelowane w znudzone kury domowe. „Śmierć i dziewczyna” nie jest wycelowane w nic, jest bo jest. znaczy odkurza pewne rzeczy, bo seks na żywo nie był dostępny od czasów starożytnego Rzymu. Może to własnie w tym miejscu znaleźli swoją niszę, której to szukają różni przedsiębiorcy, szukający pomysłu na biznes i zarobek…” ()

polecam lekturę całości tu: „Śmierć i dziewczyna”. Takie tam o wszystkim i o niczym

cooltura szoku – trudna to sztuka
jaka z niej dla nas widzów „nauka”?
taka że w sztuce (podobno) chodzi
by prymitywnym zmysłom dogodzić

rys. Arkadiusz Gacparski

rys. Arkadiusz Gacparski

ktoś krzyczy „przecież wszystko dla ludzi!”
inny że „sztuka nie może nudzić!”
lecz czy nie mogą aktorzyć godnie?
czy muszą ściągać publicznie spodnie?

na co potrzebne parze „kochanków”
pełen publiki „teatr” i scena?
nawet jeżeli „tylko udają”
czy to konieczna kultury cena?

co to w ogóle ma być za „sztuka”
kiedy chłop babę publicznie „puka”
nawet jeżeli „tylko udają”
dla „wyższych celów” – wciąż d..y dają!

nawet jeżeli ta „porno” akcja
to tylko tępych mas „prowokacja”
trzeba być pozbawionym godności
by się śmiać z tego zamiast zezłościć

traktować widza jak zwykłe zwierze
które dla d..y teatr wybierze
mogą dziś tylko ci „rezysezy”
w których talenta margines wierzy

kto chce niech idzie, kto chce niech patrzy
niech się (na)dyma że był „w teatrze”
kto chce niech szuka w porno powagi
ja wam powiadam „ten król jest nagi!”

i bez publicznej kasy (dotacji)
nie miałby dzisiaj rangi „atrakcji”
„śmierć i dziewczyna” sztuką „kochania”?
dla mnie to *”biednych” symbol dymania

* aluzja do znanego porzekałda o głupocie i biedzie 🙂

Socjal Demokracja (inaczej sztuka dymania) – Odys, 23 listopad 2015

na koniec krótka i zrozumiała Refleksja odc.1 „Sztuka i piękno”

podobne: „Muza nie żyje”: Kiedy sztuka jest wyrazem wysokiej kultury? i to: „Normalny wariat” i „Żarty na bok” czyli… Gdyby światem rządziły błazny, durnie nie mieliby w nim czego szukać.  oraz:  Władysław Panasiuk: Artyści nie z tej ziemi czyli… w pogoni za sławą…. „A Ty siej…” i to: „Nie ma ludzi” i Kisiel wbrew Kotarbińskiemu czyli… bardzo konkretne skutki społeczne religii, moralności, cnoty i nacjonalizmu. a także: Witold Gadowski: Piczka i kiełbasa. Czy „my słowianie” musimy się sami poniżać? i jeszcze: Historia i sztuka przez pryzmat fiuta, czyli… polecam również: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy państwo powinno dotować sztukę? (o interwencjonizmie).

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze