Zamiast reprywatyzacji i własności, „nacjonalizacja” i więzienia z pustaków na kredyt (zwane „MieszkaniePlus”) czyli… O tradycji wywłaszczania Polaków przez „elity” naiwne i mściwe (II). Dwór który wciąż jest.


Artur Grottger – Polonia VI. Obrona dworu

„…Z opowieści o czombrowskim domu, który próbował przetrwać bolszewików z ich metodycznym, zaplanowanym paleniem polskich dworów najbardziej chcę pamiętać jedną, podzieloną na dwie części. Nie jest to opowieść o przyrządzaniu tortu makowego, czy o ubieraniu choinki, ani o pięknych paniach w wytwornych sukniach popijających herbatę w trzcinowych fotelach. To opowieść o Majowym, której pierwsza część jest taka:

„Przed I wojna, w przedpokoju koło drzwi do jadalni stał ołtarzyk z figurką Matki Boskiej, przystrojony kwiatami. Wieczorami zbierali się przy nim domownicy i część służby. Przy zapalonych świecach Maria intonowała kolejne wezwania, a pozostali odpowiadali „Módl się za nami”. Po powrocie [po I wojnie] do pustego czombrowskiego dworu zwyczaj ten powrócił, z tym, ze teraz wszyscy klękali w ogołoconym z mebli salonie. I znów jak dawniej płynęły przy świetle świecy słowa Litanii Loretańskiej. Maj 1942 roku jeszcze udało się jakoś przeżyć w miarę spokojnie.”

Druga część opowieści czeka tuż tuż:

„Bardzo szybko zaczął sie nowy koszmar, gdy w okolicy pojawiła się sowiecka partyzantka. W dzień zagrażali Niemcy, w nocy czerwoni partyzanci (…) Od września 1942 roku czerwone bandy rozpoczęły palenie stodół ze zbiorami i stogów zboża, aby w ten sposób zniszczyć zaplecze aprowizacyjne dla Niemców. (…) Czombrowska stodoła z całym użątkiem spłonęła w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1942 roku.
A potem przyszedł czas na dwory i ich mieszkańców. Dowódcy oddziałów partyzanckich dostali dyrektywy wraz z dołączonymi formularzami sprawozdawczymi. W punkcie 29. mieli wpisywać spalone dwory.(…)
16 maja 1943 roku, kiedy w Czombrowie szalały bzy i śpiewały słowiki czerwoni partyzanci przyjechali po południu. Podpalali od czterech narożników.
I tu Joanna Puchalska, autorka książki Dziedziczki Soplicowa, która mnie przez Czombrów prowadziła cytuje Zosię z filmowego planu, wnuczkę ostatniej właścicielki:
Wynosiliśmy w pospiechu tłumoczki naprędce zgarniane, a partyzanci wnosili i rozsypywali na podłodze słomę. Zebraliśmy się na trawniku przed domem. Babunia uklękła i rozpoczęła ostatnie w Czombrowie majowe. Królowo Męczenników, Królowo Wyznawców, Królowo Polski – módl się za nami. A dom płonął jak wielka ofiarna świeca.”

Kto zobaczy w tej scenie tylko pławienie się w roli dyżurnego męczennika Europy – niczego z Polski nie zrozumiał. Bo dworu dziś nie ma. Są rodzinne groby kolejnych właścicieli majątku i szczątki kaplicy cmentarnej. Nie ma dworu, a jest. Wciąż jest.” (Anna Mieszczanek, szkolanawigatorow.pl – Powracanie ziemian (1) – Czombrów)

„…wciąż widywałam w portalach turystycznych sformułowane bez potrzeby jakiegokolwiek wytłumaczenia frazy: „Dwór oddany na skarb państwa”. A na mosiężnych tabliczkach – informacje: „W posiadaniu muzeum od 1946 roku”. No, dobrze, , czasem muzeum podawało trop nieco dokładniejszy choć wciąż pełen niespotykanej dyskrecji, jak na przykład: „Z kolekcji Potockich w Krzeszowicach”, które to Krzeszowice można było sobie obejrzeć w stanie lekko zrujnowanym w sieci i dośpiewać resztę.
Czytałam, oglądałam, już widziałam w tym i ludzi i rolę jaką obywatele ziemscy pełnili przez stulecia. A jednak dopiero rok temu zadałam sobie pytanie, od którego wszystko powinno się zaczynać.

Ile? 

Ile majątków zabrał obywatelom ziemskim w 1944 roku dekret PKWN, podpisany przez Bieruta, Osóbkę Morawskiego, Wasilewską, Berlinga? Do tej pory wiedziałam, że dużo, widziałam szczegóły tej nienazwanej w historiografii oficjalnej opowieści. Ale nie zapytałam siebie o skalę. A skala stała się oczywista, kiedy tylko wyciągnęłam po nią rękę. Ciotka Wiki, od czci i wiary często odsądzana, podała mi ją tacy. Prawie dziesięć tysięcy majątków ziemskich zabrano ludziom tu, w tych granicach, które narysowała dla nas Jałta. Kolejne piętnaście tysięcy pozostało za grubą kreską mapy, zaproponowaną przez Curzona jeszcze w negocjacjach ryskich…” (Anna-Mieszczanek, szkolanawigatorow.pl – Powracanie ziemian (2) – Ile?)

podobne: Ustawa reprywatyzacyjna gorsza od dekretu Bieruta oraz: Kobus: Czy własność może szkodzić? i to: Traktat ryski czyli rozwód Jadwigi z Jagiełłą. Jak wolna Polska obeszła się z Kresami oczami Szubarczyka, Mackiewicza, Woyniłłowicza i Korwin Milewskiego

„…Rok 1989 rozbudził nadzieje środowisk poszkodowanych tzw. nacjonalizacją, że zagrabiona Polakom własność nareszcie zostanie zwrócona, a oni sami w końcu przestaną być obywatelami drugiej kategorii i zaczną podlegać cywilizowanemu prawu. Wydawało się to i naturalne, i oczywiste, zwłaszcza, iż lansowano wówczas modne pojęcie „państwa prawa”. I rzeczywiście, pewne własności zostały zwrócone, w tym część kamienic i własność związków wyznaniowych, w tym własność kościelna i potem, w 1997 r. – własność gmin żydowskich…

…Nadzieją dla środowisk poszkodowanych nacjonalizacją były rządy PiSu. Środowiska te wyrażały wielką radość po wyborczych zwycięstwach Kaczyńskich. Nareszcie! Teraz tylko jeszcze reprywatyzacja i Polska popłynie, będzie znowu Polską! Takie były powszechne nastroje. Z czasem jednak okazało się, że PiS do reprywatyzacji miał stosunek mętny i niejasny, a po uważniejszym sprawdzeniu – w istocie niechętny. Sam Jarosław Kaczyński wypowiadał się PRZECIWKO zwrotowi Polakom zagrabionej własności. Ze względu na nacisk społeczny /ogromne poparcie przez nasze środowisko Kaczyńskich w wyborach/, PiS na siłę rozpoczął niemrawe procedowanie nad SLDowskim projektem reprywatyzacyjnym – zwrotu 15% wartości mienia, BEZ PRAWA ZWROTU MAJĄTKU W NATURZE /a więc z szansą szczucia na dawnych właścicieli, że obciążają budżet państwa i ograbiają egoistycznie podatników/. Iście szatański projekt!

Spójrzmy na to matematycznie, bo matematyka nie kłamie. Jeżeli bolszewia zabrała 100% majątku, a komuniści i za nimi PiS chcieli oddać 15% /naturalnie ze wspólnej kasy!/, to proste działanie: 100% – 15% = 85% oznacza, że PiS również występował w roli bolszewii, że był nią w 85% i na dodatek chciał ponownie rąbnąć wspólną kasę Polaków na 15% wartości zwracanego mienia… 

… reprywatyzacja jest – poza dochowaniem elementarnej sprawiedliwości i poza zadośćuczynieniem za wyrządzone krzywdy i nieprawości – rzeczywistą dekomunizacją na polu gospodarczym. I to nawet w znaczeniu symbolicznym, gdyż najsmaczniejsze kąski z zagrabionego majątku przejęli komuniści i ich ZSLowscy komiltoni.

Poza własnością miejską /kamienice, domy, parcele/ i kościelną, w swej zasadniczej masie reprywatyzacja dotyczy środowisk przemysłowych /w niewielkiej części/, środowisk ziemiańskich /ziemianie domagają się zwrotu w naturze zaledwie 5% gruntów rolnych w kraju, co stanowi zaledwie 20% areału gospodarstw popegeerowskich/, rolników i drobnego przemysłu wiejskiego, rolno – spożywczego.

Szacuje się, że rodzin ziemiańskich , zainteresowanych reprywatyzacją jest około 14 tysięcy /szacunki nawet od 9 tysięcy/, a rodzin chłopskich od 340 tysięcy do 400 tysięcy. Przyjmując tradycyjną liczebność, zwłaszcza rodzin chłopskich, daje to szacunkową liczbę ok. 3 milionów osób, oczekujących na zwrot własności. A są to środowiska tradycyjnie prawicowe, związane z Kościołem, przenoszące przez pokolenia polskie tradycje społeczne, polityczne, gospodarcze i kulturalne.

Zanim opiszę sytuację ziemian, która jest mi najbardziej znana, chcę podkreślić że bardzo tragiczne w skutkach było „rozkułaczanie” rolników, czyli grabież większych i sensowniej prowadzonych gospodarstw chłopskich i ziemi drobnej szlachty zagrodowej, która od warstwy chłopskiej różniła się tylko pieczołowicie przechowywanym rodowym klejnotem. Dla chłopów i „szaraczków” zabór ziemi i domów był niewyobrażalną tragedią – bez wykształcenia i środków materialnych pauperyzowali się i ginęli w wielkich miastach. Niczego bowiem, poza uprawą ziemi, nie potrafili…(KOSSOBOR – Dlaczego w Polsce nie ma reprywatyzacji? UKRYTA PRAWDA. Część I)

podobne: „Najpierw państwo” czyli… gdy monopol na przemoc nie służy sprawiedliwości i własności. Ekonomia grzechu przeciw wolności „elit” naiwnych i mściwych (I)  oraz: Czerwonym szatanom bez żadnej klasy o polskiej prywatnej własności i ziemi czyli… jak Karp międzynarodowym rynkiem zbożowym zatrząsł, oraz wspomnienia księdza Blizińskiego i to: POPIS w natarciu! czyli…”Krynica mądrości” Tusk i „karny podatek” Kaczyński a także: Papierowe rozliczanie komuny jako ekwiwalent sprawiedliwości czyli… zamiast osądzenia zbrodni prawo do rabunku UBeków na podreperowanie ZUSu

„…Przeglądając z konieczności archiwalia, natknęłam się na teczkę z korespondencją znakomitego rolnika, właściciela sporego kawałka ziemi na Pomorzu, z Juliuszem Poniatowskim. Poniatowski był ministrem Rolnictwa i Reformy Rolnej. Tak się to ministerstwo nazywało. Był tym ministrem wielokrotnie, poczynając od Tymczasowego Rządu Republiki Polskiej w Lublinie Ignacego Daszyńskiego, w listopadzie 1918 roku. Rząd ten miał ubiec Radę Regencyjną. Jednym z postulatów tego rządu, szokująco lewicowego, była likwidacja wielkiej i średniej własności ziemskiej. W sumie Poniatowski był ministrem rolnictwa wielokrotnie, w różnych rządach, a w przerwach działał w oświacie. Wincenty Witos usunął go ze stanowiska, nie zgadzając się z Poniatowskim w kwestiach rolnych. Witos był chłopem, podkreślmy to.

Sprawa o której piszę rozgrywała się w końcówce lat trzydziestych ubiegłego wieku. Przedmiotem owej korespondencji była rozpaczliwa obrona wysokorolnego, hodowlanego i nasiennego /doskonałe odmiany ziemniaków – sadzeniaków/, zmechanizowanego gospodarstwa przed parcelacją. Maszyny, jak lokomobila i pługi parowe obsługiwały dodatkowo przyległe gospodarstwa chłopskie. Ilość koni hodowanych dla Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu, ilość merynosów na wełnę zakontraktowaną na mundury wojskowe, ilość ziemniaków dla pracującej w majątku gorzelni – a dodatkowo jeszcze kontraktowanych u sąsiadujących rolników, mających tym samym stały i pewny zbyt na swoje plony – wszystko to od dziesiątków lat było rozplanowane na taki właśnie, spory areał gruntów uprawnych. Dodajmy jeszcze, że ziemia w tym majątku była jedynie IV kategorii i osiągane plony były zasługą wiedzy rolniczej /był po rolnictwie w Berlinie i praktykach w majątkach ziemiańskich/ i talentu gospodarskiego właściciela. Parcelacja oznaczała ruinę całego zamysłu. Ruinę gospodarki, po prostu.

Nie miało to jednak najmniejszego znaczenia dla ministra Poniatowskiego.

…jak wiemy, realizacja Manifestu Lipcowego, czyli totalny rabunek i tym samym anihilacja „warstw posiadających” – była priorytetem. Wraz z KBW przyjechał tzw. „historyk sztuki”, o wybitnie lewantyńskich rysach, naturalnie, i pokazując palcem rzeczy w domu – kazał je wynosić do samochodów. Ale najważniejszą kwestią było natychmiastwe wywłaszczenie z ziemi. Właścicielowi nie wolno było nawet pojawiać się w powiecie, w którym leżał jego majątek. Wejście do swojego lasu – a taki, nasadzony, był w majątku, zresztą pod stałą kontrolą państwa! – mogło spowodować ZASTRZELENIE na miejscu byłego już właściciela.

Zarówno Poniatowski, jak i komuniści używali pojęcia „obszarnicy”. Owszem, wówczas Poniatowski, należący do skrajnie lewicowego skrzydła piłsudczyków, był na emigracji. Ale w koncu wrócił i jak na wysokiego funkcjonariusza II RP i sanacji – nie spotkały go żadne represje i doskonale w PRL funkcjonował. I to jest ZDUMIEWAJĄCA informacja…

PS. Za miarę „celowości” parcelacj tegoż majątku przez Poniatowskiego niech posłuży to: po wojnie tylko małe skrawki ziemi „wzięli” /musieli zapłacić państwu/ okoliczni chłopi. W majątku utworzono PGR, całkowicie deficytowy przez cały okres PRLu. W drugiej połowie lat 80tych nastał kolejny dyrektor i wówczas skomasował te rozparcelowane kawałeczki – rolnicy chętnie ich się pozbyli.” (KOSSOBOR – 13.10.2012)

„…Grabski z Daszyńskim uważali za pełnoprawnych obywateli nowej Polski tych jedynie, którzy mogli stać się klientami nowej klasy urzędniczej, bez względu na narodowość, wyznanie i zasługi. W czasie kiedy odbierano herby i parcelowano majątki pod osadnictwo wojskowe nie zapewniając osadnikom nic prócz nędznego kredytu, Maria Rodziewiczówa z własnych, wyszarpywanych ziemi ciężką pracą pieniędzy budowała świetlice wiejskie, odbudowywała żydowski heder i pomagała prawosławnym chłopom. Ci sami chłopi spluwali potem za nią, kiedy odwróciła się plecami, bo była wszak dziedziczką i panią. Tak samo zachowywali się polscy urzędnicy, którym zdawało się, że polityka i historia stanęły w miejscu i teraz będzie już sprawiedliwie i pięknie, jeśli tylko uda się im rozprawić z tymi anachronicznymi i niedzisiejszymi ziemianami. Przez połowę życia II Rzeczpospolitej państwo zajmowało się systematycznym ograbianiem swoich najwierniejszych i najlepszych obywateli, kokietując jednocześnie tych wszystkich, którzy z tego państwa czerpali niezasłużone zyski lub wręcz je zwalczali dążąc do oderwania kresów od Polski.

Maria Rodziewiczówna pisała o tym książki, pisała także książki o pracy i ziemi. Czyli dwóch najważniejszych dla niej sprawach. My jednak nie czytamy dziś jej książek, bo ktoś nam kiedyś powiedział, że są anachroniczne, napisane słabo i bez polotu. Tak jakby Żeromski – czołowy społecznik – w rzeczywistości oszust i hochsztapler literacki – pisał z polotem. Myślę, że komuna tak łatwo poradziła sobie z Polską i Polakami po II wojnie światowej, bo połowę roboty odwaliły za nią przedwojenne rządy, które zajmowały się wydawaniem setek kilogramów ustaw przez zamachem majowym. Ustaw wymierzonych w klasę posiadającą, która w każdym innym kraju i systemie byłaby chroniona i wspomagana…

…Rodziewiczówna budzi niechęć także z innego powodu. Ona uprawia jeden właściwie wielki temat – opowiada o relacjach człowieka z jego własnością. I to własnością nie byle jaką, własnością która została odziedziczona, która ma wszystkie atrybuty świętości i jest bardzo wymagająca. A co może obchodzić wymagająca własność jakąś gromadę gołodupców i złodziei? Nic proszę Państwa. Nic, zupełnie. Opowieści takie mogą jedynie przeszkadzać i mącić kładziony do głów obraz dziejów jako triumfującego postępu, który walczy z reakcją i wstecznictwem. Czyni to zaś za pomocą skrytobójców, o których się milczy i awangardowych artystów, o których mówi się bardzo wiele…” (coryllus – Czego nas uczy Maria Rodziewiczówna)

podobne: Jakub Wozinski: Jak Grabski zrujnował II RP oraz: W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców i to: Lewicowa wrażliwość czyli… Afera reprywatyzacyjna spuścizną układów w Magdalence i belką w oku PIS polecam również: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach

„…ziemiaństwo nie musiało zginąć z powodu swojej mniejszej lub większej atrakcyjności intelektualnej, ale dlatego, że tak postanowili towarzysze radzieccy, a milczącą zgodę na to wyrazili polscy socjaliści, którym zdawało się, że sami zbudują nową Polskę i jeszcze ją obronią. Ziemiaństwo – choć według pana nie było atrakcyjne intelektualnie – posiadało inne walory – miało ziemię i pieniądze. I tą ziemią i pieniędzmi towarzysze zbrodniarze i towarzysze fałszywi reformatorzy usiłowali ratować swoje nędzne plany oraz przeznaczone na ich realizację budżety. To wszystko. I nie było na całej planecie Ziemia nikogo, kto mógłby polskich ziemian uratować. W dodatku wpędzono ich w wielką i bardzo sprytną pułapkę – w odzyskiwanie niepodległości razem z łapczywymi socjalistami i całą resztą tej parlamentarnej swołoczy. Odzyskano niepodległość. Kosztem ziemian właśnie, kosztem ich krwi, majątku i poświęcenia. Po to tylko, by ją zmarnować idiotyczną polityką…” (coryllus – O rodzajach obłędu)

podobne: Magnetyzm socjalizmu od przedszkola do Opola czyli śladami hrabiego Ronikiera – towarzysza „Istotek” po „wesołym miasteczku” (Kaczmarskiego) oraz: Sławomir Suchodolski o etatyzmie i socjalizmie w gospodarce II RP. Echa „socjalizmu z ludzką twarzą” w Polsce PISu. i to: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości”

„…Jak wiadomo, przedwojenna sanacja dążyła do rozciągnięcia kontroli ze strony „państwa”, czyli ze strony państwowej biurokracji, nad wszystkimi segmentami życia nie tylko gospodarczego, czy politycznego, ale w ogóle – życia publicznego. (…) Ukoronowaniem tych wszystkich zabiegów był art. 4 konstytucji z 1935 roku, tak zwanej „kwietniowej”, który w ustępie 1 stwierdzał, że w ramach Państwa i w oparciu o nie kształtuje się życie społeczeństwa”. >W ramach „Państwa” – to znaczy, że życie społeczne zostaje ujęte w „ramy” wyznaczone przez „państwo”, czyli – urzędników, którzy też stanowią dla niego „oparcie”, to znaczy – określają również treść tego „życia”. W skutkach jest to bardzo podobne do formuły Mussoliniego: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Jest oczywiste, że przy takiej historycznej rekonstrukcji „państwa”, to znaczy – urzędników, będących wszak reprezentantami „państwa”, musi być coraz więcej. No i będzie, a jak będzie, to przecież żaden z nich nie będzie kąsał ręki, która daje mu chleb, dzięki czemu demokracja stanie się jeszcze bardziej przewidywalna...

…ludzie będą wspominali błogosławione czasy prezesa Kaczyńskiego, podobnie jak dzisiaj wspominają błogosławione czasy Edwarda Gierka, który za pożyczone pieniądze też stworzył iluzję dobrobytu na kilka lat…

…w dniach ostatnich rząd za 100 mln złotych odkupił Stocznię Szczecińską – w charakterze nabywcy podstawiając fundusz inwestycyjny „Mars”, będący częścią Polskiej Grupy Zbrojeniowej, skupiającej ponad 60 spółek, przeważnie państwowych. Przy tej okazji pan minister Kowalczyk, przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów ujawnił, że celem rządu jest „odejście od prywatyzacji, aby budować majątek narodowy”. I słusznie, bo na takim „majątku narodowym”, to niejeden się pożywi, a melasy nigdy nie zabraknie, niczym we flaszce-niedopitce, bo nawet jakby zabrakło, to przecież zawsze można zasilić się z zasobów obywateli, który w dodatku będą myśleli, że to wszystko dla ich dobra. Pan minister Kowalczyk odgraża się, że „do marca” wypracowany zostanie „nowy model zarządzania” tymi spółkami, a na początek ma być powołana Rada Spółek, znaczy się – taki ogólnopolski gospodarczy Sowiet. Słowem – zgodnie z koncepcją spiralnego rozwoju procesu dziejowego wkraczamy w etap renacjonalizacji gospodarki, czyli budowania socjalizmu. Wprawdzie z sowietami – ale bez złego Putina – czyli dążymy do socjalizmu własną, polską drogą, jak to w słynnej „Rozmowie w kartoflarni” deklarował ukraińskiemu poecie Tarasowi towarzysz Wiesław: „Do socjalizmu mam polską drogę i naśladować was wprost nie mogę (…) nie chcę budować w stepie baraków, będę więzienia wznosił z pustaków!”…(Stanisław Michalkiewicz – Rozwijamy się spiralnie)

podobne: Polska Grupa Zbrojeniowa ma zgodę UOKiK na przejęcie 8 spółek sektora obronnego. Przed szczytem NATO. oraz: Ponad 226 mld zł zysku spółek PGZ, modernizacja armii szansą na eksport. Speckomisja bada nieprawidłowości przy przetargach. i to: Modernizacja polskiej armii. Zakup pocisków JASSM (Eksperci podzieleni), PGZ będzie budować polską(?) wersję tarczy (anty)rakietowej „Narew”. Za tydzień umowa na dywizjon rakietowy dla marynarzy. a także: Forsal: 10 najgorszych polskich inwestycji ostatnich 10 lat i jeszcze: Stanisław Michalkiewicz: Pogrobowcy Hilarego Minca czyli… Wilczek kontra „prawdziwa prawica”

Gavin Reece

…przejdźmy więc z marszu do wspomnianych więzień z pustaków, czyli programu socjalnego zwanego szumnie „mieszkanieplus”, który ma zrekompensować Polakom zatrzymaną przez obecną władzę reprywatyzację, tj. zwrot zagrabionego przez komunistów mienia… (Odys)

„…Pod pretekstem wsparcia polskich rodzin w kraju o niżu demograficznym, rysuje się utopijną wizję dobrobytu mieszkaniowego i łatwego dostępu do mieszkań socjalnych dla każdego. Gdy jednak zanalizujemy twarde czynniki i sprowadzimy wszystko do liczb, a następnie do arkusza kalkulacyjnego – sprawy zaczynają wyglądać zupełnie inaczej…

…powołana zostanie Krajowa Rada Mieszkaniowa. Rząd tym razem rezygnuje ze swojego słowa-klucza „narodowa”, aby ta nowa instytucja nie kojarzyła się nadto z „Państwową Radą Mieszkaniową” od czego już o krok od skojarzeń z PRL (…)  Podstawowym zadaniem nowego organu ma być ocena rocznej informacji o stanie realizacji działań w ramach programu, jak również przedstawianie analiz i opinii związanych z polityką mieszkaniową państwa. Innymi słowy będzie do zapewne grupa prominentnych działaczy partii lub jej sponsorów, którzy przepychać będą do rządu nowe projektu ustaw dotyczących rynku budownictwa bocznymi drzwiami…

…Jeszcze straszniej wygląda sprawa finansowania całego przedsięwzięcia, bo to jest klucz do całej zagadki. Rząd zakłada bowiem, że działania programu finansowane będą ze środków pozyskiwanych przez Narodowy Fundusz Mieszkaniowy (kolejny „państwowy”…). W źródłach finansowania wpisane są takie elementy jak pieniądze budżetowe (skąd? podwyższenie podatków?), Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (jak? podatki?), oraz uwaga : ZE ŚRODKÓW PRYWATNYCH. Ten ostatni element oznacza przede wszystkim utworzenie nowej linii produktów w kasach oszczędnościowych pod kątem wieloletniego wpłacania pod pretekstem rozmytej wizji otrzymania mieszkania w przyszłości…

…Celem programu jest zwiększenie dostępu do mieszkań dla osób o dochodach zbyt niskich, aby mogły one pozwolić sobie na wynajęcie lub nabycie mieszkania po cenach komercyjnych. Po co zatem ludzie mają bogacić się, rozwijać swój portfel dochodów, skoro osoba nieudolna, wykluczona społecznie (cokolwiek to znaczy) – otrzyma mieszkanie od państwa? Przynajmniej taki miraż tworzy przed obywatelami nowa władza.

Gdy rząd zabiera się za takie projekty jak „zwiększenie podaży mieszkań”, „obniżenie kosztów budowy”, „poprawa jakości mieszkań”, „zachęcanie do systematycznego oszczędzania na mieszkanie” – to jesteśmy już tylko jeden krok przed ZAGŁADĄ. Bezpośrednia ingerencja w wolny rynek, nadmierne opodatkowanie celem zaspokojenia roszczeń socjalnych , uprzywilejowanie grup społecznych lub biznesowych – to są metody komunistyczne, które kończą się zagładą finansów państwa, a w konsekwencji przewrotem państwowym lub wojną, nie zawsze domową…

…Kolejnym ważnym elementem programu jest Narodowy Operator Mieszkaniowy. Tak, to nie żart ! Naprawdę tak nazwano kolejny powołany organ, którego zadaniem ma być wsparcie budownictwa poprzez fundusze inwestycyjne udzielające dofinansowania inwestycji mieszkaniowych gminom. Perełką jest tutaj możliwość wsparcia budownictwa społecznych mieszkań czynszowych (co?!) budowanych przez spółdzielnie mieszkaniowe, oraz również uwaga : towarzystwa budownictwa społecznego (!!!). Innymi słowy kasa będzie szerokim strumieniem płynąć do kas oszczędnościowych i różnych powołanych spółek-córek w postaci towarzystw, fundacji, stowarzyszeń i podobnych.

Po prostu partia w każdym regionie będzie budować swoje struktury w oparciu o kontrolę rynku ziemi i mieszkań. Dokładnie podobny model stosowała PZPR budując swoje lokalne struktury władzy na styku developerki i finansów. Wybory samorządowe za pasem.

Idąc dalej – dowiadujemy się, że spółki gminne oraz spółdzielnie mieszkaniowe i towarzystwa budownictwa społecznego (czytaj: partia), będą mogły ubiegać się o preferencyjne kredyty w Banku Gospodarstwa Krajowego, z dopłatą budżetową, na budowę społecznych mieszkań czynszowych lub spółdzielczych lokatorskich. Zgodnie z zasadą : finansujemy wiernych, windykujemy niewiernych.

Powoli dobiegamy do końca, czyli wisienki na torcie. Punktem kulminacyjnym programu jest Indywidualne Konto Mieszkaniowe (IKM). Jest to powrót znanego z PRL rozwiązania z książeczkami mieszkaniowymi, na które niektórzy wpłacali całe swoje życie – a mieszkania nie doczekali (…) Indywidualne Konto Mieszkaniowe to przede wszystkim konto w lokalnych kasach oszczędnościowych. Nie każdy bank na tych samych zasadach będzie miał możliwość prowadzenia takiego rachunku, natomiast zaprzyjaźnione kasy oszczędnościowe będą miały warunki uprzywilejowane. I to jest gwóźdź całego programu…” (Jarosław Narymunt Rożyński – Skok na kasę : Mieszkanie Plus)

podobne: Tomasz Cukiernik: Książeczki mieszkaniowe czyli Amber Gold z PRL oraz: cynik9: „Rodzina na swoim” czyli…”Mieszkania dla tych co jeszcze zostali” na koszt tych co jeszcze pracują i to: „New Deal” po polsku czyli „jednolity podatek” dla przedsiębiorców. „Dobra zmiana” czy wielki kryzys? Nie – dla socjalizmu z ludzką twarzą a także: PIS lepszy od POprzedników… w zadłużaniu Polaków. O jakim „zwrocie z inwestycji” mówią piewcy programu „500+”? Niesprawiedliwość redystrybucji i społeczna funkcja własności prywatnej.

„Po nocnej ustawie o ziemi, to już w zasadzie oświadczenie o wyższości państwa nad własnością mnie nie dziwi. Ta doktryna będzie obowiązywała dopóki ostatni uczestnik jumy gospodarki polskiej lat 90-tych „z ramienia szlachetnej opozycji” nie spocznie w cichej mogile a nad nim wielkie białoczerwone wieńce i wielkie medale „za zasługi”. Spełnia się testament towarzysza Grudnia, co to wynalazł „sposób na opozycję”: dać im etaty, biurka, gabinety, sekretarki i samochody służbowe i będzie święty spokój. I rzeczywiście. Chłopaki ze WSI przeżuwają wraz z dziatwą spokojnie to, co zajumali w 1944 i w 1989 a tutejsze patrioci pilnują, żeby tylko emigranci z 1982 r. nie wrócili z Australii, USA i RPA z kapitałem i paroma pytaniami:))) Teraz rządzą absolwenci europeistyki a ze starszych – historycy i filozofowie marsksizmu-leninizmu a inżynierów, techników i generalnie roboli nikt o nic nie pyta i nie zamierza pytać. Nawet nie wiedzą, jakie pytania mieliby zadać.
Stan świadomości własności jest w służbach urzędniczych taki, że panie urzędniczki „dorabiają” na sprzedaży dzieci odebranych biednym rodzinom – za granicę lub „kuleżance w dobre ręce, bo się buduje”. I tylko wisi omerta nad historią „przemian gospodarczych lat 90-tych” i będzie wisiała, aż pochowają ze wszystkimi honorami ostatniego „patriotę”, co „negocjował” wydanie z 5% wartości branży w obce ręce a potem tylko odwracał głowę , kiedy buldożery rozwalały fabrykę do fundamentów. A dziatwa już siedzi na kolejnych etatach , specjalnie dla niej stworzonych. Polska to bogaty kraj, tylko Polaczki wredne i nie chcą się dzielić własnością. Najwyższy poziom własności w nieruchomościach w Europie i jak tu deweloper ma zarobić. Przynajmniej z ziemią zrobiło się porządek:))) Stalin by lepszej ustawy nie wymyślił.
A „państwo” jest tak „silne”, że aby bronić się przed oskarżeniami o „polskie obozy śmierci” to musi prywatny Obywatel i Więzień skarżyć z prywatnego powództwa niemiecką stację telewizyjną, bo „państwo nie czuje się na siłach”. A potem jacyś entuzjaści wynajmują samochód i jeżdżą jak cyganie z banerem po Europie. Bo państwo nadal nie potrafi nawet bronić własnego dobrego imienia. Pan minister kultury uśmiecha się bezradnie kiedy w państwowym teatrze obrażane są uczucia katolików i wystawiane bluźnierstwa a etatowy profesor dowodzi „prowadzenia polityki niewolnictwa” „przez polskich panów”.
Pan Bóg ma wielkie poczucie humoru i pokazuje teoretykom wyższości państwa nad własnością, dokąd dotarła „praktyka” . Socjaliści potrzebują „mieć lud, żeby nim zarządzać”. Bo „lud sam nie umie”. Zwłaszcza tutejszy” (pink panther 5 lutego 2017)

podobne: Samorządowe „inwestycje” to wzrost zadłużenia i podwyżki opłat. Rentowność długu i rosnąca obsługa kosztów. Państwo broni się przed zwrotem zagrabionego mienia i zmianami w ordynacji podatkowej, obniżka podatków nie tak szybko (fiskus łupi rodzinę). Innowacje obce sektorowi MSP. „Polska Miedź” rabowana podatkiem od wydobycia. i to: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność.

„…Wielka polityka bowiem polega na konstruowaniu pułapek na wielkie grupy ludzi, na przykład na całe narody. Jedną z metod jest odcinanie narodu od źródeł żywności, czyli niszczenie lokalnego rolnictwa, poprzez kretyńskie reformy mające poprawić życie biedoty. Ja się nie będę teraz rozpisywał nad konsekwencjami reformy rolnej pozostanę przy określeniu jej istotnej funkcji. Państwo nie funkcjonuje ponieważ prowadzi rozdawnictwo dla jednych kosztem drugich, ale dlatego, że ma doktrynę. Oszukani socjaliści z międzywojennej Polski nie mieli o tym wszystkim pojęcia i od razu jak tylko wzięli władzę zabrali się za ulepszanie świata po swojemu, w myśl wskazówek nie lokalnych elit bynajmniej, ponieważ te na samym początku zdegradowali i unieważnili, ale w myśl wskazówek podsuwanych im przez doradców z tak zwanych krajów rozwiniętych i gospodarczo okrzepłych, czyli przez agenturę po prostu…

Właściwa diagnoza dotycząca polskich elit powinna rozpocząć się od zmierzenia stopnia nasycenia tych elit przez obcą agenturę, która z własnej woli lub uwiedziona idiotycznymi projekcjami zdecydowała się na dokonanie zbrodni na własnym narodzie. Pisząc elity mam na myśli elity urzędnicze i polityczne, a także wojskowe mające wpływ realny na bieg wypadków

przyczyną klęsk naszych nie jest idealizm i chęć noszenia nieskazitelnie białego płaszcza, jak nam próbuje wmówić Vermeer, ale powiązanie idei niepodległości i całkowicie oszukaną ideą socjalizmu. Czyli wmawianie ludziom, że gangi idące na włam to wybawiciele ludzkości

…Naszą przygodę z Polską powinniśmy zacząć od początku, czyli od określenia miejsca, w którym się znajdujemy i celu, do którego zmierzamy. Musimy także zrozumieć, że nikt nie chce dla nas dobrze, a wszystkie rady nam podsuwane są oszustwem.
Ja tu już pisałem o organizacjach, które są podstawą wszystkiego i o doktrynie też pisałem. No więc z doktryny i organizacji należy wypreparować znak i charyzmaty, bez tego nigdzie nie pojedziemy. Doktryna musi być powiązana z Kościołem i Panem Bogiem. Nie z socjalizmem, nie z uszczęśliwianiem dużych grup ludzi okradanych następnie za pomocą podatków, które gwarantują byt mafiom urzędniczym i wojskowym. Charyzmaty zaś wypływają wprost z tego czym zajmować się będą czynne w Polsce organizacje, a winny się one zajmować pomnażaniem budżetów. Ściąganiem pieniędzy zza granicy i przeciwstawianiem się w sposób czynny, ale zgodny z prawem mafiom działającym w strukturach państwa, bo one wykonują złą robotę. Są na usługach obcych, którzy nie mają dobrego planu dla nas, a przeciwnie mają plan upiorny. (…) Nie może mieć dobrego planu ktoś kto myśli tylko o tym jak się podpiąć do jakiegoś fikcyjnego budżetu, wyciągniętego nie wiadomo skąd, który ze swojej istoty jest pułapką. Dobry plan może mieć jedynie ktoś kto ma jakieś prawdziwe aktywa i chce za ich pomocą zwiększyć zakres swojej realnej władzy. Realnej, czyli takiej, kiedy to on sam decyduje i kiedy z jego decyzji korzyści płyną wyłącznie dla niego. W szczęściu wszystkiego są wszystkich cele to hasło dla idiotów i oszustów. A także dla urzędników niższego szczebla, ci z wyższego bowiem myślą, że realizują plan, który ja tutaj zakreśliłem, ale to nie jest prawda, oni uczestniczą w planie globalnym i żadne nawet najbardziej realistyczne złodziejstwo, które uprawiają ich z tej pułapki nie uwolni.
Wielka polityka bowiem jest zawsze polityką globalną, język zaś którym się posługuje jest językiem czarowników i smoków, a nie intelektualistów z uniwersytetów. Ci bowiem powołani zostali do tego jedynie by ukrywać prawdę i oszukiwać dzieci. Musimy o tym zawsze pamiętać.” (coryllus – O elitach naiwnych i mściwych)

podobne: Informacja jako broń i cel ataku oraz krótki kurs czerwonej konspiracji czyli… postsowiecka spuścizna i skażenie Dzierżyńskim w polskich służbach. Kilka słów prawdy o IPN czyli „o największych tajemnicach ludzkości”  oraz: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? i to: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos

„…Wielki posiadacz, ziemianin i pan pełną gębą, Edward Woyniłłowicz, dożywał swoich dni w Bydgoszczy, w małym mieszkanku, do którego musiał nosić po schodach węgiel. Nie skarżył się, ale też nie uważał za stosowne, by swoją sytuację maskować w jakikolwiek sposób. Nie wyciągał ręki po zasiłki i nie prosił nikogo o wsparcie. Jego myśl polityczna i gospodarcza roztrzaskała się o socjalistyczne i fiskalne rafy, a urząd podatkowy niepodległej Polski wysyłał do niego monity dotyczące zapłaty podatku od rzekomego wzbogacenia.

Pycha socjalistów pozostawała nienaruszona przez całe dwadzieścia lat. Przez całe dwadzieścia lat łudzono się, że okradanie właścicieli i rozdawanie ziemi tym, którzy ani chcą, ani mogą ją uprawiać, zapewni państwu lojalność poddanych fiskusa zwanych obywatelami dla niepoznaki jedynie. Łudzono się, że wolna Polska samym tylko swym istnieniem wyleczy wiejskie dzieci z jaglicy, zatrzyma emigrację zarobkową i da każdemu, nawet najbiedniejszemu szansę na sukces. Budowano jakiś wice-komunizm, licząc na to, że komuniści prawdziwi, gangsterzy spod znaku czerwonej gwiazdy zbledną na jego widok i sami zaczną się cywilizować. Nic takiego nie nastąpiło, a historia pokazała – nie pierwszy raz zresztą – że największym wrogiem socjalisty jest inny socjalista. Taki, który jeszcze mocniej oszukuje swój naród w imię nierozpoznanych interesów, taki, który jeszcze więcej grabi, jeszcze więcej kłamie, a kiedy przychodzi do zabijania, zabiera się za tę robotę z chęcią i satysfakcją…” (tu: Księgarnia Coryllusa – Edward Woyniłłowicz. Wspomnienia. Część II)

PS…

„…Gdy zaś pragnie się utrzymać między ludźmi opinię [rządu] hojnego, niepodobna obejść się bez pewnego rodzaju wystawności, tak że zawsze taki [rząd] wyczerpie podobnym postępowaniem wszystkie swe zasoby i będzie w końcu zmuszony, jeżeli zechce utrzymać opinię hojnego, obciążyć nadzwyczajnie swe ludy, uciekać się do konfiskat i do innych środków, jakie się tylko nadarzą, byle uzyskać pieniądze; wobec tego zacznie budzić nienawiść wśród [obywateli], a u wszystkich tracić poważanie, gdyż zubożeje; skrzywdziwszy więc przez taką swoją hojność wielu ludzi, a dogodziwszy niewielu, poczuje każdą, choćby najdrobniejszą przeciwność i padnie przy pierwszym lepszym niebezpieczeństwie; gdy zaś, widząc niebezpieczeństwo, zechce wydobyć się z niego, narazi się natychmiast na niesławę skąpstwa.

Otóż [rząd], nie mogąc bez swej szkody posługiwać się tą cnotą hojności w taki sposób, by znalazła ona uznanie, powinien, jeżeli jest rozumny, nie dbać o opinię skąpca, zawsze bowiem z czasem zacznie się uważać go za bardziej hojnego, gdy się spostrzeże, że dzięki jego oszczędności wystarczają mu jego dochody, że potrafi bronić się przeciw każdemu, który wypowiada mu wojnę, i że może podejmować wyprawy bez obciążania ludności; w ten sposób okaże się hojny względem tych wszystkich, którym nic nie zabrał, a takich jest mnóstwo, skąpym zaś względem tych, którym nic nie daje, a tacy są nieliczni. Widzieliśmy, że za naszych czasów ci tylko ludzie dokonywali wielkich rzeczy, których uważano za skąpych, przegrywali zaś wszyscy inni.” (Niccolo Machiavelli, „Książę”, Rozdział XVI – O hojności i skąpstwie)

podobne: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? oraz: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą  a także: Kultury dobre i złe, oraz reglamentacje, prowokacje i profanacje czyli… materialna i niematerialna sztuka rewolucji. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu

Sergei Ivanovich Lukin – It Has Come to Pass. Inevitable. Bolshevik Stands Guard Inside the Winter Palace (Czerwony Gwardzista w sali tronowej Pałacu Zimowego. Koniec epoki kapitalizmu)

 

Reklamy

Sprawiedliwość kontra chciwość czyli miłe (złego) początki prawa własności (na Synodzie Łęczyckim), oraz lichwiarskie fałszerstwa Żydów (w przywileju Bolesława Pobożnego)


Artur Grottger – Modlitwa wieczorna rolnika

„…Świadomemu dziejów krajowych, nietajno, jak przeważny wpływ duchowieństwo i ustawy kościelne, wywierały na stan kraju i prawodawstwo; nieobojętną jest zatem rzeczą, poznać okoliczności i ustawy pierwszego u nas i z największą pewnością wspominanego Synodu, a zarazem zjazdu, któremu historycy największe oddają zalety; od którego datują zarys prawodawstwa; w którym widzą jutrzenkę odrodzonej spokojności kraju; i dla którego, ówczesnemu monarsze tytuł Sprawiedliwego nadali. Takim jest zjazd i Synod Łęczycki w roku 1180 odbyty.

Prawodawstwo kraju, co z potrzeba i duchem czasu formowało się, co nie było wpływem woli pojedynczej, a takim było nasze średniowieczne, musi być śledzone we wszystkich swoich postępach i odcieniach; bo wtedy się najlepiej duch jego wykaże, pewniej jak z urojonej zasady, przyjętej od niektórych z współczesnych pisarzy w tym przedmiocie, ale przeszłość sama i fakty mówić muszą za sobą.

Z tego i takiego punktu, jak na wszystkie ustawy synodalne, tak szczególniej na Synod Łęczycki, zapatrywać się należy, w przekonaniu, że jeżeli kiedy, to wówczas, wpływ ustaw duchownych był najpewniejszym. Dziś bowiem już jest dowiedzione, że wszystkie modyfikacje prawa starożytnego rzymskiego, które stało się zasadą wszystkich innych, przez wpływ duchowieństwa nastąpiły; bo rozdział i walka między duchownym a świeckim stanem, nie była u nas tak zaciętą i nigdy nie miała takiego charakteru, jak gdzie indziej. Duchowieństwo nasze, mające w narodzie przewagę naukową, najczynniejsze w radach publicznych i prywatnych, nie może być pominięte w rozbiorze i dostarczaniu materiałów, do dziejów krajowych i Kościoła. Zjazd i Synod Łęczycki, poprzedzający ustawą swoją, wszelkie piśmienne znane u nas prawodawstwo, stał się pierwszym zarysem prawa publicznego, w stosunkach panów i podwładnych, w stosunkach sukcesyjno – familijnych i wpływie stanu na stan: wart więc bliższego i szczegółowego poznania…

…Po rozdziale, piszą oni, jedynowładnej w karbach posłuszeństwa utrzymywanej monarchii, przy rozdrobionej władzy pojedynczych książąt, przy przemocy rycerstwa i możniejszych, zwyczaje ustanowione dla bezpieczeństwa kraju i wygody żołnierza, stały się powodem najazdów, grabieży i ucisku; powinności czynione niegdyś tylko królom i to w pewnych czasach, przywłaszczone od możnych, czyniły stan mieszczan i wieśniaków opłakanym; całe ich mienie bowiem w sprzężaju, dobytku i zasobach wszelkiego rodzaju, było każdej chwili zagrożone łupem. Nieszczęśliwe to położenie klas niższych, podzielało i duchowieństwo ówczesne: majątek ich kościelny lub prywatny, wyniszczony różnego rodzaju uciskami, po śmierci posiadaczy, stawał się łupem przemocy, pod rozmaitymi pozorami. Chcących poznać bliżej stan kraju w owym czasie, odsyłamy do Kadłubka (lib. 2) i Długosza (lib. 6); tu dość nam powiedzieć, że w takim stanie rzeczy, cnotliwy i sprawiedliwy Monarcha, nie mógł zostać obojętnym; i nie został też, znalazłszy pomoc w światłych i cnotliwych obywatelach. Za najskuteczniejszy środek zaradzenia złemu, uznał zwołanie zjazdu, nie tak dla braku władzy i możności zaprowadzenia ulepszeń przez siebie samego, jak raczej z tej mądrej uwagi, że otwierając narodowi, wpływ do wspólnych obrad prawodawczych, zobowiąże sobie tym sposobem niechętnych, i ustanowić się mającym prawom, większej powagi i mocy doda. Nie spodziewał się niestety że krok ten, stanie się z czasem zarodem swawoli i uzurpacji tej świetnej prerogatywy…” (całość tu: szkolanawigatorow.plKs. Jan Mętlewicz, O Synodzie Łęczyckim 1180 r)

„…Po doprowadzeniu z powrotem do posłuszeństwa wszystkich, dzielnic Królestwa Polskiego dzięki niezwykłej zręczności i obrotności, sławny z męstwa książę uznał za swoje pierwsze zadanie przywrócenie wolności i sprawiedliwości ojczyźnie udręczonej wyszukanymi sposobami ucisku i ciężarami. Znosi więc i unieważnia wszystkie daniny, trybuty, cła i świadczenia nowo ustanowione przez jego brata Mieczysława oraz jego naczelników i urzędników, ukróca oszczerstwa, a oszczerców skazuje na banicję lub piętnuje. Usuwa wszystkie niesprawiedliwe sądy, przez które ludzie tracili majątki i przywraca rzetelny wymiar sprawiedliwości. Następnie cały swój wysiłek obraca na wytępienie większych nadużyć, których według dawnego prawa zwyczajowego nie zaliczano do przestępstw i występków, ale do ustaw i praw królestwa. Ponieważ rozpowszechniły się one wśród książąt, baronów i panów polskich, tym trudniej je było wykorzenić, bo panowie nie mogli ścierpieć pozbawienia ich przywilejów i korzyści. Był bowiem od dawna ustalony zwyczaj w Polsce, że szlachta i rycerze w czasie przejazdów i podróży po Królestwie żądali od wieśniaków nie tylko siana, słomy i plew, ale zboża i innych środków żywności. W razie odmowy najeżdżali i burzyli domy i spichlerze, samowolnie zaspokajali swoje potrzeby i nie tylko wypasali, ale także wydeptywali grunty wieśniaków. Nadto szlachta i rycerze, chcąc załatwić swoje prywatne, nierzadko mało ważne sprawy, chwytali po wsiach i polach konie wieśniaków. Dosiadali ich sami albo ich służba i szybkim, niezmordowanym pędem przebywali niekiedy wielkie połacie kraju.

Następstwem tego, że konie męczono lub osłabiano do tego stopnia, że już nie mogły odzyskać sił, a często nawet zajeżdżano na śmierć lub uprowadzano daleko, a czasem, jeśli były dobre i ładne, przywłaszczano sobie — były wielkie straty i zubożenie wieśniaków, którzy pozbawieni koni, zaniedbywali swoje prace w polu. Nadto dobra zmarłych biskupów zarówno ruchome, jak nieruchome były narażone na złupienie i grabieże lub oddawane na rzecz skarbu książęcego. Zwoławszy więc wielki zjazd do Łęczycy na ogromnym zgromadzeniu książąt, biskupów i rycerzy[książę Kazimierz] przedstawia, jakie nieszczęścia i zabójstwa powstają z trzech wymienionych nadużyć, na jakie spustoszenia i straty jest narażone Królestwo, jak takie przeniewierstwo przypominające okrucieństwo pogan i barbarzyńców obraża Boga i woła o jego pomstę.

Niech wobec tego postanowią, że należy wykorzenić tego rodzaju nadużycia, pozyskać życzliwość zagniewanego dotąd Boga i dostosować się do świętych praw królestw katolickich. [Mówił], że jego tak wychowano, iż nie ścierpi dłużej w swoim królestwie i pod swoimi rządami tak zbrodniczych i haniebnych zwyczajów, powodujących obrazę Boga, krzywdę bliźniego i zhańbienie świętości. Było na tej naradzie ośmiu biskupów: gnieźnieński Zdzisław, krakowski Gedeon, wrocławski Żyrosław, kujawski Unelf, poznański Cherubin, płocki Lupus, kamieński Konrad, lubuski Gaudenty i trzech książąt: poznański Otto, wrocławski Bolesław i mazowiecki Leszek oraz ogromny tłum panów i rycerzy. Ci przeważającą liczbą głosów orzekli, że należy wytępić niegodziwe zwyczaje, z powodu których gniew Boży — byli o tym przekonani — zesłał na Polaków różne nieszczęścia i niepowodzenia. I żeby w przyszłości ktoś przypadkiem nie przywrócił na nowo tych zwyczajów, postanowiono wszystkich sprawców tych albo tym podobnych [nadużyć] ukarać strasznym wyrokiem klątwy. Nazajutrz więc arcybiskup gnieźnieński Zdzisław i wszyscy biskupi polscy ubrani w szaty biskupie w obecności księcia i monarchy polskiego Kazimierza, wszystkich książąt, panów, rycerzy i pospólstwa, którzy, zatwierdzając to postanowienie i poddając mu wśród radosnego uniesienia zarówno siebie, jak swoje potomstwo, ogłaszają, co następuje: „Kto zabierze albo poleci zabrać zboże albo inną własność rolników i wieśniaków siłą albo w jakiś inny sposób, niech będzie przeklęty!

Kto z okazji odbywania poselstwa w publicznej lub prywatnej potrzebie, wyjąwszy doniesienie o grożącym ojczyźnie napadzie wrogów, weźmie lub poleci wziąć czyjegoś konia albo zwierzę pociągowe tytułem obowiązku podwody, niech będzie przeklęty! Kto zagrabi, zagarnie lub roztrwoni dobra zmarłych biskupów albo osób duchownych, choćby był znakomitą osobą i piastował godność króla, księcia albo jakąkolwiek inną, niech będzie przeklęty! Kto by przyjmował zagrabione mienie biskupie bez odszkodowania albo przymykał oczy na posiadanie przez łupieżców rzeczy złupionych lub zagrabionych, bez należnego prawem zadośćuczynienia, jako wspólnik świętokradztwa wyrażający na nie swą zgodę i jako taki, który dla zaspokojenia własnej zachłanności i osiągnięcia korzyści dał okazję do świętokradztwa, niech będzie przeklęty!” Książęta i cały lud odpowiedzieli zgodnym okrzykiem: „Amen!”…” (Jan Długosz, Roczniki, czyli kroniki sławnego Królestwa Polskiego, źródło: szkolanawigatorow.pl – Synod w Łęczycy 1180 r)

podobne: Plankt na śmierć Bolesława Chrobrego. Święci i sprawiedliwi: królewicz Kazimierz Jagiellończyk i Joanna d’Arc (Kaczmarskiego)  oraz: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos i to: Surowość zdyscyplinowanej łagodności katolicyzmu św. Franciszka i Inkwizycji, kontra rozpasana bezwzględność anglikanizmu doby elżbietańskiej („Łowcy księży”) polecam również: Przesądy „polskiej inteligencji”. O monarchii, demokracji, elitach i ładzie (prawie) naturalnym a także: cynik9: Dyskretny urok monarchii konstytucyjnej. W 80-tą rocznicę Ermächtigungsgesetz i jeszcze: „Najpierw państwo” czyli… gdy monopol na przemoc nie służy sprawiedliwości i własności. Ekonomia grzechu przeciw wolności „elit” naiwnych i mściwych (I) oraz: (NIE)odpowiedzialni za państwo. Dwa oblicza Sarmatów i Quincunx Orzechowskiego czyli Wielka Polska Katolicka

„…Dzięki swojej ogromnej wiedzy nie tylko prawniczej, ale także historycznej i źródłoznawczej, napisał Hube w 1878 r. krótką rozprawę pt. „Przywilej żydowski Bolesława i jego potwierdzenia”, która jest zarówno historią tego dokumentu i jego kolejnych zatwierdzeń, jak i polemiką m. in. z pracą Ludwika Gumplowicza z 1868 r. „Prawodawstwo polskie względem Żydów”.
Najciekawsze jest jednak to, że z wnioskami Hubego nikt nie podjął polemiki merytorycznej, bo trudno za taką uznać kuriozalne stwierdzenie Mojsze Schorra w pracy: „Organizacya żydów w Polsce od najdawniejszych czasów aż do r. 1772″ (Lwów 1899, s. 8) „jeżeli nawet zgodzimy się z Hubem, że przywilej ten jest falsyfikatem, sporządzonym przez żydów a podsuniętym królowi przez żydów zamiast oryginału, który się spalił w Poznaniu podczas pożaru w r. 1447, to przynajmniej może nam posłużyć jako źródło do poznania ustroju żydów w II. połowie XV. wieku”(sic!)
A tezy Hubego są następujące:
1. istnieją dwie wersje przywileju Bolesława Pobożnego: tzw. oryginalna, krótsza (zwykle 36 paragrafów: jedna z datą 1334, pochodząca ze Statutu Łaskiego, druga z tzw. rękopisu Bandkiego BIII, będącego XV-wiecznym odpisem, a także świeżo wówczas znalezione odpisy potwierdzeń: jeden z datą 1365, własność niegdyś Hubego, następnie Biblioteki Ordynacji Krasińskich, także w kopii rękopiśmiennej z końca XV w., oraz potwierdzenia z datą 1367 r., z akt grodzkich miasta Krakowa, Przemyśla i Lwowa, oraz liczne późniejsze potwierdzenia) i dłuższa, tzw. rozszerzona (do 48 paragrafów).
Wersja dłuższa, zw. przez Hubego przerobioną, też znana jest z kilku kopii: (tzw. rękopisu B Bandkiego, z akt gminy żydowskiej w Poznaniu, z potwierdzenia króla Jana III Sobieskiego, z akt grodzkich poznańskich, oraz kolejne dwie cytowane przez Gumplowicza z posiadanych przez niego potwierdzeń Augusta III z 1735 r. oraz Stanisława Augusta z r. 1765). Oba teksty znane z różnych odpisów, nie starszych niż koniec XV w.
2. tylko pierwsza (krótsza) wersja jest prawdziwa. Druga została sfałszowana.
3. fałszerstwa dopuścili się żydzi poznańscy w czasach Kazimierza Jagiellończyka (najprawdopodobniej w dniu jego koronacji w 1447 roku, nie później niż w 1453 r.)
4. dowodem fałszerstwa jest zarówno budowa dokumentu (niezgodna ze znanymi tego typu aktami), jak i jego treść, sprzeczna z innymi prawami dotyczącymi Żydów, w tym ze Statutem Warckim z 1423 roku.
5. różni polscy królowie w różnych okresach zatwierdzali obie wersje Przywileju Bolesława Pobożnego.
6. inicjatorami zatwierdzeń zawsze byli Żydzi, a ich orędownikami niektórzy możnowładcy polscy.
W czym więc tkwi problem?
Przede wszystkim w paragrafach, dotyczących kredytowej (mówiąc oględnie) działalności Żydów, a ściślej przedmiotu zastawu.
W wersji krótszej, oryginalnej, w paragrafie 25. znajduje się wyraźny zakaz pożyczania pieniędzy pod zastaw nieruchomości. Tymczasem w wersji rozszerzonej nie dość, że tego zakazu nie ma, to jeszcze kilka paragrafów określa, jak Żydzi, przy pomocy władzy państwowej (wojewodów i starostów) mogą przejąć zastawioną nieruchomość, nawet w przypadku śmierci dłużnika i pozostawieniu w majątku nieletnich dzieci!
Przedstawmy teraz krótko wywód Hubego.
Okazuje się, że wszystkie znane teksty Statutu Kaliskiego pochodzą z potwierdzeń tego przywileju w czasach Kazimierza Wielkiego, zachowanych w znacznie młodszych odpisach. W wersji oryginalnej tekst przywileju zacytowany jest w treści właściwego dokumentu królewskiego, zawierającego datę i miejsce wystawienia, oraz nazwiska możnowładców, będących świadkami tego wydarzenia. W kolejnych latach: 1334, 1365 i 1367 Kazimierz Wielki rozszerza tylko obowiązywanie przywileju na poszczególne ziemie swojego królestwa (Małopolskę, Wielkopolskę, wreszcie Ruś).
Treść jest taka sama.
Co ciekawe, tekst Przywileju Bolesława Pobożnego (wersja krótsza wg Hubego) został zamieszczony w Statucie Łaskiego z 1506 r. na polecenie króla Aleksandra z adnotacją, że ma być wykorzystywany PRZECIW samym żydom i ich nieuzasadnionym roszczeniom („aby tylko przeciw żydom, nie zaś za nimi przemawiać mógł”).
Inaczej przedstawia się sytuacja z wersją rozszerzoną. Najstarsza jej kopia pochodzi z końca XV w. (po 1493). Z treści dokumentu (bez daty i miejsca wydania, oraz nazwisk świadków!) wynika, że przed królem Kazimierzem Jagiellończykiem stawili się Żydzi poznańscy, którzy prosili o zatwierdzenie kopii wydanego im rzekomo przez Kazimierza Wielkiego przywileju, którego oryginał miał spłonąć w pożarze miasta w 1447 (był taki rzeczywiście):
„(…) przed Majestat nasz osobiście stanąwszy żydzi nasi z ziemi wielkopolskiej, a mianowicie z województwa poznańskiego, kaliskiego, sieradzkiego, brześciańskiego, władysławowskiego i ziemi do tychże należących, wykazali jako prawa te, które od świętej pamięci poprzednika naszego Kazimierza króla polskiego mieli i których pod innymi królami poprzednikami naszymi aż do naszych czasów używali, wtedy kiedy miasto Poznań podczas naszej obecności stało się łupem pożaru się spaliły, prosili i błagali Nas pokornie, abyśmy podług kopii, którą Nam przedłożyli owe prawa uznać, potwierdzić i wznowić raczyli” (tłum za: L. Gumplowicz w: Prawodawstwo polskie względem żydów, Kraków 1867, s. 33).
Wersja ta zawiera już możliwość pożyczania pieniędzy na skrypt dłużny, zabezpieczony nieruchomością!
Kazimierz Jagiellończyk ów „dokument” potwierdza dla Żydów wielkopolskich (między 1447 a 1453). Jest on jednak sprzeczny z innymi aktami, m. in. ze Statutem Warckim z 1423 r,. który nie tylko zabrania zaciągania długów pod zastaw nieruchomości, ale wszelkie zawarte w ten sposób umowy uznaje za nieważne.
Król szykuje się właśnie do wojny z Zakonem Krzyżackim, tymczasem wybucha afera. Dochodzi do buntu szlachty, żądającej odwołania owego „przywileju”. Interweniuje sam kardynał Zbigniew Oleśnicki (w liście z maja 1454 r.), o czym informuje Jan Długosz w swojej Historii:
„ dawniej (pridem) W. K. M., z ujmą i obrazą religii, pewnych przywilejów i wolności ży­dom udzieliłeś i niektóre przywileje najfałszywsze (falsissimae), ja­koby przez króla Kazimierza im nadane, które ś. p. ojciec twój w mojej obecności, gdym sam tego był świadkiem i sam je czyta­łem, lubo ujmowany licznemi darami przez żydów (licet sollicitatus judeorum largitionibus), przez całe swe życie wzbraniał się potwier­dzić, i te W. K. M. potwierdziłeś, nie zniósłszy się ani ze mną, któ­ry wówczas w Krakowie bawiłem, ani z panami radą… I dlatego proszę i błagam, abyś W. K. M. te tam przywileje i wolności odwo­łać raczył” (cytat za Hubem)
Jeszcze w tym samym roku Kazimierz Jagiellończyk w statucie nieszawskim tak w redakcji wielkopolskiej, jak i mało­polskiej owe nieprawnie uzyskane przywileje odwołuje:
(…)wszelkie listy swobód, które żydom mieszkającym w Królestwie udzielił po dniu (post diem) swej koronacyi, przeciwne prawu boskiemu, uchyla i wszelkiej mocy obowiązującej pozbawia, co ma być przez ogólne ogłoszenie podane do powszechnej wiadomości.
Na tym jednak sprawa się nie kończy, ponieważ Żydzi odczekawszy kilkadziesiąt lat, ową anulowaną wersję (znów w jakiejś kopii) przedstawiają, do zatwierdzenia tym razem Zygmuntowi Augustowi.
Fałszerstwo jest znacznie lepsze, ponieważ zawiera treść rozszerzonego „przywileju”, wklejoną do „obudowy” statutu nieszawskiego! Tym razem jest więc nawet lista świadków i data, tylko treść niezgodna z oryginałem!
Od tej pory równolegle będą zatwierdzane w różnych okresach, dla różnych ziem, przez różnych królów, na zmianę (a czasem nawet obie wersje w różnym czasie przez tego samego króla, np. Stefana Batorego czy Jana Sobieskiego): wersja oryginalna krótsza, albo sfałszowana rozszerzona. Od XVII w. nie będzie już zatwierdzeń dla poszczególnych ziem, a w imieniu Żydów nie będą występować jacyś „uproszeni” przez nich magnaci, tylko tzw. syndyk, reprezentujący wszystkich Żydów Rzeczypospolitej…
perfidny proceder fałszerstwa nie byłby możliwy, gdyby interes Żydów nie łączył się z interesem niektórych krótkowzrocznych władców i dostojników państwowych, którym możliwość wysokiej pożyczki na skrypt dłużny pod zastaw nieruchomości odbierała rozsądek i zdolność przewidywania mniej przyjemnych skutków takiego braku wyobraźni…” (Jolanta Gancarz, całość tu: szkolanawigatorow.pl – Jak Romuald Hube żydowskie fałszerstwa wykrył)

podobne: Kaczmarski i 7 grzechów głównych… na przykładzie starożytnego Rzymu i Cyncynat – wzór do naśladowania. oraz: Tacyt: „Przy największym państwa nierządzie najliczniejsze były prawa”. Rekordy biurokracji, zmiany w prawie karnym i schizofrenia Platformy. Państwo jak rabuś czyli… komu to wszystko służy? i to: Polska gospodarka: rośnie czy się kurczy? Chciwość i głupota zakończona szczodrością dla wybranych (Hipoteki frankowe w Polsce) a także: Jak honor (w Wersalu) i etnos (w Rydze) kresów Polskę pozbawiły czyli… Piłsudski, Dmowski, Żydzi i patriotyzm na Targu (Kaczmarskiego) polecam również: Gwatemala: wyrzucono społeczność ortodoksyjnych Żydów

Miroslaw Szeib – Żyd z kluczykiem do fortuny

Lewicowa wrażliwość czyli… Afera reprywatyzacyjna spuścizną układów w Magdalence i belką w oku PIS.


Przez ostatnie tygodnie mogliśmy się dowiedzieć z wielu mediów jak to zgraja cwaniaków wskazana przez mapę „dzikiej reprywatyzacji” (pod przewodnictwem Pani Prezydent Warszawy – Hanny Gronkiewicz Walc) dokonała strasznego zaboru „państwowego mienia”. Nie mam zamiaru bronić szubrawców zamieszanych w ten proceder, którzy sobie tylko znanymi kanałami w ramach (jak zwykle) dziurawego prawa dokonywali zawłaszczeń nieruchomości na ogromne sumy pieniędzy wykorzystując cudze prawo własności. Kto chce ten sam odnajdzie w internecie stosowny materiał na ten temat i wyciągnie stosowne wnioski. Tu odeślę do innego znacznie groźniejszego wątku który można nazwać „zagraniczną reprywatyzacją” (Przekręty na reprywatyzacji – rozmowa z dr Ryszardem Ślązakiem) dotyczącego roszczeń obywateli obcych państw.

Ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę na dużo poważniejszy problem od wspomnianej na początku kliki z Warszawy. Chodzi mi o pozorną nieudolność samego państwa, które pozwala na tego rodzaju szalbierstwa pod płaszczykiem prawa, bo nie potrafiło/nie chciało przez tyle lat rozliczyć się ze swoimi obywatelami ograbionymi za komuny przez Bieruta i jego sitwę (co do dziś mylnie i bez wstydu nazywa się „nacjonalizacją”), i które jedyne co potrafiło wymyślić w tej sprawie to zatrzymać cały proces reprywatyzacji ze szkodą również dla prawowitych właścicieli… (Odys)

„Afera reprywatyzacyjna w Warszawie i kwestie zwrotu działek, które od kilkunastu lat dotyczą Poznania, są nie tylko bulwersujące czy kontrowersyjne. Są przede wszystkim doskonałym obrazem jak od lat (nie?) działa nasze państwo.

Najpierw był dekret Bieruta dla Warszawy. Następnie ustawy uchwalane przez komunistyczne władze, na mocy których odbierano ziemie m.in. w Poznaniu. Jednak w stolicy Wielkopolski niejednokrotnie wywłaszczano w sposób bezmyślny idąc przede wszystkim na ilość. Nikt nie pomyślał wtedy, że mieszkańcy w przyszłości mogą upomnieć się o swoje i nie powinno zabierać się ziemi bez opamiętania. Skutki takiej działalności odczuwane są do dzisiaj, czego najlepszym przykładem jest ok. 320 postępowań zwrotowych w Poznaniu. A część na pewno zakończy się po myśli byłych właścicieli. Koniec PRL nie oznaczał jednak początku normalności. Wręcz przeciwnie, jak się później okazało, był to początek nieprawidłowości i afer, które po raz kolejny ukazały jak nie powinno działać państwo. Przykładem jest afera testamentowa, po której skazana sędzia nadal orzekała. Niezrozumiałe jest dla mnie, że przez kilkadziesiąt lat państwo polskie nie poradziło sobie z reprywatyzacją tak, by uniknąć przy tym kontrowersji, niejasności i afer. Teraz mamy czekać na kolejne? „

Czytaj więcej: http://www.gloswielkopolski.pl/opinie/a/jak-nie-dziala-panstwo,10554272/

Jakiś czas temu niejaki (ni)Jaki (zwany sekretarzem stanu w ministerstwie „haha sprawiedliwości”) zapowiedział powrót do słupków jakie ktoś mu wydrukował, i które z nieudawaną powagą (i zadowoleniem) prezentował w telewizorze, gdzie było jak byk namalowane na niebiesko że za rządów PISu oddawało się ludziom najmniej. I TO jest właśnie cel tej bandy socjalistów – zatrzymać reprywatyzację, żeby NIKT (łącznie z prawowitymi właścicielami) nie mógł dostać tego co komunista Bierut postanowił zatrzymać dla siebie i swoich aparatczyków (o czym więcej tu: Ustawa reprywatyzacyjna gorsza od dekretu Bieruta). Bo tak jak za tamtych czasów (i jedynie słusznej ideologii) tak i dziś państwo jest najwyższą wartością dla tych ludzi, więc nie liczy się prawo zwykłych obywateli do odzyskania tego co im komuna zagrabiła. „Dojna zmiana” napisze w związku z tym stosowną ustawę i wszystko pozostanie „legalnie” we władaniu państwa ale nie narodu.

Ciekawe ile z tego zostanie zabezpieczone na poczet żydowskich roszczeń majątkowych, bo tylko to moim zdaniem tłumaczy ujawnienie i rozkręcenie tej afery przez Gazetę Wyborczą i kibuca Śpiewaka bez żadnej estymy dla Pani Prezydent Warszawy HGW. I myślę że nawet Pan Schetyna widzi w tym poświęceniu partyjnej koleżanki głębszy sens jeśli myśli o monopolu na rząd dusz w partii, a i na temat zobowiązań wobec Żydów ma dość jednoznacznie precyzyjne POglądy (o czym więcej tu: Stanisław Michalkiewicz o POPISowej „służbie Polsce” za 54 „partyjne” miliony (i zegarek) a wszystko na poczet 60 mld dolarów jakie „sprawiedliwi wśród narodów świata” według Schetyny są winni Żydom). Cała akcja zaczyna zaś wyglądać na ponadpartyjne porozumienie w kontekście spotkania do jakiego doszło w Nowym Jorku z udziałem Pana Dudy i działaczami żydowskiej Ligi Antydefamacyjnej. (Odys)

„…proszę Pana Prezydenta, by poinformował opinię publiczną w kraju, co konkretnie Żydom obiecał. Rzecz w tym, że ewentualna „legislacja” może doprowadzić do drastycznego ograniczenia wolności słowa w Polsce, w następstwie czego środowiska lub organizacje żydowskie zyskają możliwość dyktowania Polakom, co wolno im mówić, a czego nie, podobnie jak zyskają wpływ na swobodę badań naukowych. Jeszcze gorsze następstwa mogą wynikać z obietnicy dokonania „restytucji” mienia żydowskiego w Polsce, czego organizacje żydowskie od lat się domagają, kierując pod adresem Polski bezpodstawne roszczenia. Bezpodstawne – bo naciski na polskie władze idą w tym kierunku, by dopiero stworzyły namiastkę podstawy prawnej, swego rodzaju pozór legalności, na podstawie którego organizacje żydowskie uwłaszczyłyby się na majątku w Polsce. Warto zwrócić uwagę, że roszczenia te szacowane są na 65 mld dolarów – co potwierdził były ambasador Izraela w Warszawie, dr Szewach Weiss – a więc stanowią równowartość rocznego budżetu państwa. Polska nie jest w stanie wygenerować takiej gotówki bez spowodowania natychmiastowej katastrofy ekonomicznej i społecznej w kraju. Zatem, jeśli miałaby nastąpić owa „restytucja”, musiałaby ona zostać dokonana w naturze, to znaczy – w nieruchomościach. To zaś oznacza, że środowisko obdarowane takim majątkiem, dysponowałoby nim na terenie Polski, uzyskując natychmiast dominującą pozycję ekonomiczną, która przełożyłaby się na dominującą pozycję społeczną i polityczną. Inaczej mówiąc, naród polski zostałby we własnym kraju zepchnięty na pozycję narodu drugiej, a nawet trzeciej kategorii. Dlatego poinformowanie polskiej opinii publicznej w przedmiocie poczynionych przez Pana Prezydenta obietnic wydaje się bezwzględnie konieczne.” (Stanisław Michalkiewicz – Panie Prezydencie, co Pan obiecał Żydom?)

podobne: Michalkiewicz wyprorokował: Emerytury dla ocalałych z Holocaustu czyli… Przełom i wyłom w polskiej kasie „Zespołu HEART”. oraz: Holokaust jako przedsiębiorstwo zakłamywania historii, pedagogiki wstydu i wyłudzania pieniędzy od Polaków.

Takim oto sposobem kliku złodziei którzy uwłaszczyli się „nielegalnie” (choć działali w oparciu o jakieś prawo, którego sami przecież nie uchwalali) stało się pretekstem żeby z kamienicami zrobić to samo co z ziemią i z oszczędnościami Polaków w ramach nowelizacji przepisów o „ustroju rolnym”, oraz o „bankowym funduszu gwarancyjnym”. Nie dla psa kiełbasa! Kiełbasę będzie jadł Pan Śpiewak i inni „oburzeni” kibuce którzy nakręcają spiralę nienawiści do „niecnego procederu” zwrotu zagrabionego Polakom mienia.

Jak tu nie chwalić „dobrej zmiany” że dba o państwo? Tylko Bierut ze swoim dekretem dbał lepiej. A że razem z kąpielą wylane zostanie dziecko to już mało kto zauważy. Ile w końcu jeszcze zostało takich których ograbiono za komuny i jaki to odsetek narodu? Nikt też im współczuć nie będzie. Kto by tam współczuł „posiadaczom” i „prywaciarzom” co to na „złodziejskiej reprywatyzacji” chcieli się „dorobić”. Stosownej zaś dramaturgii (i słuszności) całej sprawie nadał eksploatowany przez lewicę (i Pana Ziobrę) przypadek Pani Jolanty Brzeskiej… (Odys)

„…Nic nie wiemy o tym, czy Jolanta Brzeska była socjalistką, komunistką czy trockistką, ale koledzy Sierakowskiego upominają się o nią i zamiast iść na jej grób zapalić tam świeczkę, albo dać na mszę za jej duszę, śpiewają piosenkę, w której wszyscy są winni śmierci Jolanty Brzeskiej tylko nie oni. Oni bowiem są zawsze tam gdzie świeci jutrzenka swobody, płonie święty gniew ludu i szykują się rzeczy wielkie. Okoliczności śmierci Jolanty Brzeskiej są z grubsza znane, ale jeszcze je przypomnijmy. Pani ta postawiła się właścicielowi kamienicy, który chciał podnieść czynsze lokatorom, a następnie ich wysiedlić. Nie pamiętam na jakich zasadach człowiek ów wszedł w posiadanie tej kamienicy, ale znając okoliczności przejmowania budynków w stolicy przez różne organizacje i pojedynczych ludzi, sądzę, że miał ów sposób wiele wspólnego z socjalistyczną gospodarką planową. Jak wiemy wiele osób z różnych stron świata zgłasza się po swoją rzeczywistą i rzekomą własność nieruchomą w polskich miastach, ale w piosence młodych trockistów nie o nich ani słowa. Jest za to mowa o Kościele i narodzie. Widzimy tu, mniemam, że wyraźnie pułapkę zastawioną na nasze biedne umysły i serca, które uwielbiają poddawać się fali świętego oburzenia, w tych szczególnie przypadkach, kiedy ofiara jest niewinna i szlachetna. Sport ten ma swoje odmiany, a do najbardziej lubianych należy ekscytacja grupowa. Tej zaś nie ma bez piosenek, filmów, programów i publicystyki. Czyli bez całej machiny propagandowej, którą programuje się jak maszyny w drukarni – na wielkie nakłady zestandaryzowanych produktów. Dlatego właśnie jak ktoś wpadnie w taką pułapkę już najprawdopodobniej z niej nie wyjdzie. Będzie siedział i lamentował nad tym, jak źle jest a świecie, że muszą umierać ludzie. Monopol na tę narrację ma lewica, która zawsze jest pierwsza jeśli idzie o wyrażanie współczucia w mowie wiązanej, ma do tego dobre tradycje warsztatowe i na podorędziu ludzi, którzy za propagandę zabierają się fachowo i nazywają ją potem sztuką…” (coryllus, całość tu: Kat, ofiara, Che Guevara)

Źródłem tej patologii jest znana ale do tej pory niezrozumiana przez większość obywateli historia, w której udział brały wymienione wyżej zainteresowane do dziś strony… (Odys)

„…Jacek Kuroń za pośrednictwem pułkownika Jana Lesiaka, przekazał ówczesnemu hegemonowi na tubylczej scenie politycznej, czyli RAZWIEDUPR-owi ofertę, że w zamian za wymiksowanie „ekstremy” z podziemnych struktur, „lewica laicka” a więc dawni stalinowcy, co to na skutek rasistowskich motywacji obrócili się przeciwko partii, a nawet przekształcili się w jeden z nurtów „opozycji demokratycznej”, udzieli RAZWIEDUPR-owi gwarancji zachowania pozycji społecznej komunistycznej nomenklaturze i gwarancji zachowania tego, co sobie akurat kradnie. I selekcja kadrowa też udała się w stu procentach; o ile pierwsza „Solidarność” była budowana od dołu do góry, to druga, ta reaktywowana – od góry do dołu. Wszystko było pod kontrolą, łącznie z „Bolkiem”, co to w nagłej potrzebie wygrywał w totolotka. To właśnie było najtwardszym jądrem porozumienia „okrągłego stołu”, którego najistotniejsze szczegóły zostały uzgodnione w Magdalence, z udziałem Lecha Kaczyńskiego, lansowanego dzisiaj na smoleńskiego świątka III Rzeczypospolitej.

No i teraz, w 26 lat po tym wszystkim, pan prezes Jarosław Kaczyński, objawił swoim wyznawcom, że wszystko się skawaliło dlatego, że „etos Solidarności uległ doktrynie postkomunizmu i neoliberalizmu”. Skoro taka – jak powiadają gitowcy – poważna zastawka nas spotkała, to wypada nam rozebrać ją z uwagę, co najmniej z taką samą, z jaką Wojski rozbierał przypowieść królowej Dydony. Otóż jeśli traktować poważnie fantasmagorie podawane do wierzenia przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego w hagiografii jego autorstwa, to ani przy okrągłym stole, ani tym bardziej w Magdalence, nic nie mogło zostać uzgodnione albo bez udziału „brata”, albo bez udziału obecnego pana prezesa, w stosunku do którego „brat” zawsze poczuwał się raczej do umiejętności wykonawczych, czemu dał wyraz w spontanicznym meldunku w roku 2005. Zatem pan prezes Kaczyński nie mógł nie mieć wpływu na program gospodarczy „Solidarności” z roku 1989, którego dwa filary („bo Berman oraz Minc Hilary, ludowej władzy dwa filary…”) sprowadzały się do „indeksacji płac i dochodów” to znaczy – pilnowania, by wszyscy dostawali „według żołądków” oraz do ugruntowania pozycji samorządów w zakładach pracy – oczywiście państwowych, no bo jakże by inaczej? Przypuszczenie, że pan prezes Jarosław Kaczyński, a już zwłaszcza jego brat Lech, nie miał żadnego wpływu na treść tego programu, byłoby niegrzeczne. No dobrze – ale co to właściwie znaczy? Ano to, że pan prezes Jarosław Kaczyński nie miał nic przeciwko temu, by uwłaszczona, czy uwłaszczająca się nomenklatura, nie tylko stała się główny organizatorem życia gospodarczego, ale żeby system prawny został podporządkowany interesom tej szajki. Przypuszczenie, że mogło być inaczej, to znaczy, że ani Lech Kaczyński, ani tym bardziej pan prezes Jarosław Kaczyński nie miał wtedy nic do gadania, bo podzielał propagandową tezę, ze wobec „panu Balcerowicza nie ma alternatywy”, stałoby w jaskrawej sprzeczności z opublikowaną właśnie hagiografią, więc jakże jej zaprzeczać? Ale w tej sytuacji musimy przyjąć, że promotorami – cóż z tego, że nieświadomymi rzeczy? – ideologii „doktryny postkomunizmu”, byli bracia Lech i Jarosław Kaczyńscy. Co gorsza – pan prezes Jarosław Kaczyński nadal jest promotorem „ideologii postkomunizmu”, nawet jeśli czyni to – w co chętnie wierzę – „bez swojej wiedzy i zgody”. Autoryzowany przezeń program rozdawnictwa publicznych pieniędzy za cenę zadłużania przyszłych pokoleń Polaków, jest obliczony – jeśli podjąć próbę jakiejś racjonalizacji tego idiotyzmu – na zaskarbienie sobie nostalgicznych wspomnień na wzór nostalgii za Edwardem Gierkiem, a więc na budowanie sobie pomnika trwalszego od spiżu. Przyszłe pokolenia Polaków będą z tego powodu jęczały w babilońskiej niewoli lichwiarskiej międzynarodówki – ale pan prezes schroni się już przed wszelką krytyką w grobie. To oczywiście jest przypuszczenie uprzejme, bo uznanie, że forsowany przez pretorianów pana prezesa Kaczyńskiego: panią Szydło i pana Morawieckiego program rozdawnictwa, nie jest obliczony na żaden efekt, byłoby już bardzo niegrzeczne…” (Stanisław Michalkiewicz – Brednie pana prezesa)

„…Kierunek, w którym zmierza narracja dotycząca własności, lansowana przez naszych jest oczywisty, reprywatyzacja tak, ale na zasadach które proponujemy i z zastosowaniem pojęć, które proponujemy. Mechanizm ten zmierza też, jak w poprzednich socjalistycznych otwarciach polityki krajowej, do wskazania winnego wszystkich nieszczęść. Nie personalnie i nie w sensie odpowiedzialności za winę, ale tak bardziej propagandowo, żeby kolektyw wiedział kogo ma się obawiać, komu klaskać, a na kogo buczeć. Nie będzie dobrze…

…Przez chwilę oglądałem film „Miasto 44”, ale nie dałem rady. Jeśli na jednym kanale Pawlicki ustawia dyskusję o tym, kto jest właścicielem nieruchomości zniszczonych podczas Powstania, a na innym widzimy to Powstanie i te zabijane dzieci, oraz burzone nieruchomości, to ja w zasadzie nie rozumiem o czym jest ta dyskusja. Przedstawiciele socjalistycznego rządu przedwojennej Polski, zainteresowani kontynuowaniem tej socjalistycznej tradycji po wojnie, sprowokowani do akcji przez fałszywych sojuszników, przyczynili się walnie do zdewastowania miasta. PRL był – czego uporczywie nie chcemy przyjąć do wiadomości – kontynuatorem tradycji II RP, a wielu polityków i urzędników tamego ustroju odnalazło się w strukturach władzy po wojnie. To co nastąpiło w czasie działań wojennych, było – z punktu widzenia władz politycznych Polski – walką frakcyjną. Jedna frakcja musiała ustąpić innej i została przez tę inną frakcję zniszczona. Ocaleli ci, którzy mogli się przydać. Kontynuacją PRL była III RP, a kontynuacją III RP jest to co mamy teraz. Zadajmy pytanie – czy państwo ma jakieś zobowiązania wobec obywateli i w jakim wymiarze zamierza je wykonywać? Jeśli już nie chce, a nie chce, zwracać nieruchomości, zagrabionych, zniszczonych przez głupotę przedstawicieli administracji i armii międzywojennej, to niech przynajmniej nie dopuszcza do tego, by ukrywać właściwych beneficjentów tej jumy i niech nie dopuszcza do tego, by dyskusja o własności zamienianiała się w dyskusję o wywłaszczeniu. Wywłaszczeniom bowiem, kiedy się je raz zacznie nie ma końca…” (coryllus, całość tu: Pawlicki prowadził program o własności)

We wspomnianym przez coryllusa programie nie mogło oczywiście zabraknąć wspomnianego wcześniej Pana Śpiewaka, kreowanego w mediach na „obrońcę ludu”… (Odys)

„…Jan Śpiewak bronił przed wyrzuceniem mieszkańców fińskich domków na Jazdowie tak skutecznie, że otrzymał jeden z domków na żydowski kibuc. Przykro mi ale nie widzę najmniejszego sensu urządzania kibucu w centrum stolicy. Bardziej nadawałby się do tego szczytnego celu jakiś zrujnowany i opuszczony PGR. Śpiewak założył również stowarzyszenie „Miasto jest nasze”, które z powodzeniem startowało w wyborach samorządowych. Zastanawiałam się co to znaczy „miasto jest nasze”? Nasze są ulice, czy kamienice? Poza tym co to znaczy MY? Oby nie okazało się, jak często bywało, że MY to zakamuflowani ONI. Śpiewak odważnie ujawnia afery reprywatyzacyjne w Warszawskim ratuszu. A przecież o tych aferach pisaliśmy od 2008 roku, ale nie było woli politycznej aby się tym zająć. Pierwsze wybiórcze reprywatyzacje miały miejsce już za prezydentury Marcina Święcickiego. Niektórzy z łatwością odzyskiwali swoje lub nie swoje kamienice, inni nie byli w stanie uzyskać nawet informacji o ich stanie prawnym. O skandalicznym przejęciu przez rodzinę Waltz kamienicy ukradzionej Openheimom pisałam w 2012 roku. Pisał również o tym tygodnik „W Sieci”. Teraz odkrycie i nagłośnienie tego faktu przypisuje się Janowi Śpiewakowi i jego, jak kiedyś Leppera, pokazuje przy każdej okazji w telewizji. Widać wyraźnie, że Śpiewak szykowany jest do zagospodarowania kryzysu w Warszawie a być może nawet na stanowisko prezydenta miasta. Nie jest wykluczone, że mieszkańcy Warszawy przekonani, że broni on ich interesów przed złodziejską mafią chętnie na niego zagłosują.

Podobnie ulegli kiedyś promowaniu Wałęsy. Odnoszę wrażenie, że gdyby umieścić główkę kapusty na kiju od miotły i wystarczająco często pokazywać w telewizji miałaby szanse zostać prezydentem miasta a nawet kraju. Śpiewak prezentuje się dobrze i mówi dokładnie to co chcielibyśmy usłyszeć. Troszczy się o wyrzucanych z rabowanych kamienic lokatorów i o instytucje pożytku publicznego. Sam fakt, że jest tak nachalnie promowany powinien nas jednak zastanowić…” (Izabela Brodacka)

całość tu: dakowski.pl – Przekładaniec

podobne: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach. oraz: Stanisław Michalkiewicz: Pogrobowcy Hilarego Minca czyli… Wilczek kontra „prawdziwa prawica”. i to: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność.

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Na Węgrzech i w Polsce trwa „uwłaszczenie ziemii” w postaci ustawki o „ustroju rolnym”. Czy państwo działa na ślepo?


„(…) aby dwie wymieniane usługi miały tę samą wartość, aby wymiana była sprawiedliwa, musi być spełniony jeden warunek: wymiana musi dokonywać się w sposób wolny. (…) równowartość wynika z wolności. (…) rola państwa polega raczej na tym, by zapobiegać, a zwłaszcza przeciwstawiać się podstępom i oszustwom, to znaczy zagwarantować wolność, a nie tę wolność gwałcić.” (F. Bastiat)

Ostatnio na Węgrzech oprócz dobrych i korzystnych w wymierny sposób dla obywateli posunięć (o czym więcej tu: Węgry zmniejszają deficyt, zadłużenie publiczne i podatki), mają miejsce praktyki znane u nas pod historyczną i owianą czarną legendą nazwą „uwłaszczania się nomenklatury”.

Jakiś czas temu pisałem (tu: Polska potrzebuje liderów-patriotów – rozmowa ze Stanisławem Tymińskim), że należy sobie zdawać sprawę z tego, iż Orban prawdopodobnie nie jest samodzielnym „władcą” Węgier, a został na takiego namaszczony (według teorii Pana Michalkiewicza do której się przychylam) przez rodzimą „razwiedkę”, która wyciśnięta z rynku lokalnego przez kapitał zagraniczny zaczęła wspierać „rewolucję węgierską” , a zwłaszcza jej myśl przewodnią która zakładała „nacjonalizację” kapitału gospodarczego na Węgrzech. Wsparcie jakiego udzielono Orbanowi by przekonać do niego opinię publiczną, zasadzało się (oficjalnie) na szczytnym celu – „zwrócić Węgrom Węgry”, ale nieoficjalnie chodziło rzecz jasna o to, by tamtejsze elity pozbawione możliwości żerowania na własnym narodzie odzyskały taką możliwość, poprzez uwłaszczenie się na znacjonalizowanym majątku.

Zwracałem uwagę na to, że Orban może mieć za jakiś czas z wynikającym z tego tytułu długiem wdzięczności kłopot. Jeżeli bowiem węgierska „razwiedka” okaże się takimi samymi pijawkami na państwowych posadach (jak swojego czasu w ramach „transformacji ustrojowej” nasze „bezpieczniackie watahy”), a do tego nie wykaże się ekonomicznym zmysłem by stworzyć mechanizmy gwarantujące węgierskiej gospodarce stabilny rozwój, z wymiernym dla zwykłych obywateli zyskiem, to Orban tak szybko jak został wywyższony może równie szybko z piedestału zlecieć. Bez odczuwalnej i trwałej dla zwykłych Węgrów poprawy warunków bytowych, patriotyczne uniesienie i radość z nadchodzących zmian, łącznie z poparciem dla „nacjonalizacji” gospodarki szybko się skończy, i zamiast spodziewanej odwilży na Węgrów zwali się hałda błota pośniegowego, w postaci ekonomicznie negatywnych konsekwencji nowego podziału majątku, który pozbawiony zagranicznego kapitału trzeba teraz będzie utrzymać WŁASNYM wysiłkiem. Oczywistą konsekwencją takiego obrotu sprawy może być gwałtowny wzrost ucisku fiskalnego i groźba pojawienia się kosztownych dla podatników monopoli w postaci powiększającego się sektora „usług” państwowych. Tymi wszystkimi kosztami zostanie obciążony nie kto inny jak węgierski podatnik, który zamiast swobody rozwoju i udziału w nim, dostanie najgorszy rodzaj ucisku i konkurencji bo od „swoich” i na rzecz „swoich” władz. Problemem było do czego Orban użyje swojej władzy, i co z tego w rzeczywistości narodowi przypadnie w udziale w ramach „dobrej zmiany”. No i stało się… (Odys)

„…Węgierska prasa gorączkowo szuka rzeczywistego celu wyprzedaży gruntów ornych przez rząd. Poszukiwania te są tym zasadniejsze, że zaledwie parę lat temu zostały one wydzierżawione aż na 50 lat. Poprawa relacji budżetowych nie wchodzi w rachubę, bo rząd nie ma prawa przeznaczyć wpływów ze sprzedaży ziemi na nic innego niż… na zakup (innej?) ziemi lub na zagospodarowanie gruntów już będących w posiadaniu państwa. Aby móc przeznaczyć te środki na jakiś inny cel, trzeba byłoby zmienić ustawę, co – z woli Fideszu – wymaga większości 2/3 głosów. Takiej większości parlamentarnej premier Orbán już jednak od paru miesięcy nie ma, bo jeden z posłów Fideszu zmarł, a w wyborach uzupełniających kandydat tej partii przepadł.

Krąży też nad Dunajem teoria z rodzaju spiskowych, że rzeczywistym celem całej operacji jest rozdanie ziemi ludziom stojących blisko władzy. Podejrzenie to wzmacnia fakt, że wedle ustawy o ziemi aby stać się właścicielem byłego państwowego gruntu, nie wystarczy wygrać przetarg. Potrzebna jest jeszcze zgoda miejscowych rad właścicieli gruntów rolnych, którzy mogą wyznaczyć inną osobę rekrutującą się z kręgu miejscowych chłopów. Szkopuł w tym, że rady takie nie zostały sformowane, a ich uprawnienia przeszły w związku z tym na prezesa krajowej izby rolniczej. Izba ta została zorganizowana i założona przez rząd Fideszu. Działa pod nazwą Narodowej Izby Gospodarstw Agrarnych, a członkostwo w niej jest obowiązkowe dla wszystkich rolników. Przyznanie prawa zakupu ziemi zależy zatem od decyzji prezesa izby, którego wyznacza Fidesz.

Inna teoria głosi, że drugim celem wyprzedaży jest pozbawienie wydzierżawionych gruntów byłego przyjaciela Viktora Orbána Lajosa Simicski, którego liczne spółki oraz przyjaciele dzierżawią łącznie od państwa kilkadziesiąt tysięcy hektarów. Simicska – przez ponad 25 lat najbliższy przyjaciel Orbána, jeszcze z czasów uniwersyteckich – w wywiadzie radiowym potraktował premiera wulgaryzmami. Przy pomocy Orbána Simicska zdobywał miliardowe zamówienia państwowe, stając się w krótkim czasie jednym z najbogatszych i najbardziej wpływowych przedsiębiorców Węgier. Przez jakiś czas był prezesem urzędu skarbowego, a jeszcze wcześniej długo zarządzał kasą Fideszu.

Simicska i jego z kolei przyjaciele obstawili dzięki Orbánowi wszystkie urzędy i instytucje, które dzieliły środki państwowe i jeszcze większe – unijne. Kiedy Fidesz był w opozycji, to w znacznej mierze właśnie Simicska napełniał partyjną kasę z własnych środków. Orbán zaczął jednak w 2014 roku odsuwać najpierw jego ludzi, a w końcu jego samego od wszelkich źródeł państwowych pieniędzy, znajdując sobie jednocześnie nowego przyjaciela w osobie wspomnianego burmistrza Felcsútu. Teraz to Lőrincz Mészáros, z wykształcenia hydraulik, wygrywa najwięcej miliardowych przetargów państwowych. W ciągu dwóch lat stał się jednym z najbogatszym przedsiębiorców na Węgrzech.

W świetle dokonanej przez rząd wolty i leżącego od niedawna w parlamencie projektu ustawy, trudno nie dawać wiary takim pogłoskom. Dzierżawcy żyli przecież dotychczas w przekonaniu, że mają przed sobą jeszcze niemal pół wieku, bo państwo nie mogło ani rozwiązać umowy, ani podnieść rzeczywiście niskiego czynszu, a w dodatku dzierżawca miał prawo pierwokupu. Wszystko to razem sprawiło, że na przetargach na grunty w dyspozycji pana Simicski i jego kolegów nie stawił się nikt (nie powinno chyba dziwić, że zostały one wystawione do sprzedaży jako pierwsze). Nowelizacja ustawy może całkowicie zmienić stan dzisiejszy, korzystny dla dzierżawcy. Przewiduje ona bowiem (i to z mocą wsteczną, co od chwili objęcia rządów przez premiera Orbána nie jest wielkim zaskoczeniem), że cenę dzierżawy będzie można aktualizować co pięć lat, a jeżeli nowa stawka się nie spodoba, to państwo ma prawo umowę wymówić.

Powód wyprzedaży ziemi chyba najtrafniej ujął minister János Lázár, szef kancelarii premiera. Podczas konferencji prasowej stwierdził on, że jest lepiej, kiedy państwowe grunty orne są w rękach osób prywatnych, ponieważ nie ma już PGR-ów i państwo już i tak na nich nie gospodaruje. Gdyby działały jeszcze państwowe gospodarstwa rolne – tłumaczył – to niezależnie od tego, czy pod rządami Fideszu, czy socjalistów, menedżerowie tak czy inaczej wykradliby z nich wszystko, co się da…

…Pod młotek idzie około 380 tys. ha gruntów ornych – niemal połowa ziemi będącej dotychczas własnością państwa. Całe Węgry spekulują, jaki jest cel tej akcji: rozdanie ziemi „swoim” czy po prostu rozliczenie rachunków premiera z byłym przyjacielem. Na pewno nie jest im oficjalnie głoszona chęć pomocy małym gospodarstwom….” (Zsolt Zsebesi – Na Węgrzech trwa wielka wyprzedaż gruntów ornych)

podobne: Studium węgierskiego przypadku nad Wisłą czyli… ile z Orbana w PISie. Czego powinien chcieć od władzy zwykły Polak?  oraz: Polityka energetyczna Węgier solą w oku „Wielkiemu Bratu” z zachodu.

Dlaczego zwracam na to uwagę? Otóż okazało się że za podobny numer wzięła się nasza lokalna „dobra zmiana”… Na początek materiał filmowy – Z Wiplerem o gospodarce – część 4: ustawa o kształtowaniu ustroju rolnego

„…Pod pretekstem ochrony ziemi PiS chce w ogóle zlikwidować wolny nią obrót. Ziemia zastrzeżona ma być tylko dla uprzywilejowanej kasty związanej z reżimem i chronionej zasiekami prawa pierwokupu. Prawo pierwokupu przysługiwać ma przede wszystkim dotychczasowemu dzierżawcy, a jeśli takiego nie ma to chłopu którego pole sąsiaduje ze zbywaną ziemią. Jak by i tego było mało to następnie prawo pierwokupu przypaść ma Agencji Nieruchomości Rolnych, jednej z najbardziej skorumpowanych agentur państwa. Jej władza rozciągać by się miała na każdy kawałek roli większy od 1 ha.

Negatywnego wpływu jaki odejście od wolnego rynku może mieć na ceny nieruchomości rolnych wyjaśniać nie trzeba. Jest to jedynie w interesie PiS-u i budowanego przezeń właśnie lokalnego zaplecza. Ze stalinowskim zacięciem próbuje się więc odgonić od ziemi nie tylko inwestorów, drobnych „obszarników” i innych nie-rolników ale także wrażych „kułaków” za to że mają jej zbyt dużo. Do grona tych ostatnich awansowali wszyscy poważni użytkownicy większego areału. Każdy farmer, plantator czy spółka uprawiająca ponad 300 ha ma więc przechlapane tak samo jak inwestor.

Na „rolnika” uprawnionego do kupna ziemi PiS chce namaścić tylko chłopa mieszkającego od lat w gminie gdzie grunt się znajduje i uprawiającego, albo i nie, parę hektarów za stodołą. W rezultacie szeroko zakrojonej krucjaty, obejmującej także restrykcje w dziedziczeniu majątku ziemskiego, polska własność ziemska przejść ma praktycznie w ręce kasty lojalnych gauleiterów partii od której przywileje te otrzymali. W warunkach zlikwidowanego wolnego rynku ziemi jej ceny spadną a utrzymane, a jakże, dopłaty unijne sprawią że posiadanie gruntu stanie się wyjątkowo atrakcyjną propozycją – ale tylko dla lokalnych klik… 

I pomyśleć że nikt z tzw. przedstawicieli narodu, w tym z tak zwanej opozycji, nie pomyślał nawet o prostym rozbrojeniu tego kroczącego PiS-owego zamachu stanu na wsi, w autentycznym interesie niemej większości. Wystarczyłoby włożyć w nową ustawę ten prosty paragraf:

Transakcje ziemią rolną w areale do 20 ha pomiędzy osobami fizycznymi legitymującymi się obywatelstwem polskim wyłącza się spod jakichkolwiek ograniczeń.

Dajcie się Polakom rządzić a wykończą się sami – miał zauważyć zgryźliwie żelazny kanclerz Otto von Bismarck. Wygląda na to że w sto parędziesiąt lat później, i w ponad ćwierć wieku po sławetnej „transformacji systemowej”, Polacy pod wodzą PiS-u zaczęli właśnie to robić.”  (cynik9)

całość tu: Antyreforma rolna PiS

podobne: NIK o patologii w „sadowniczych uprawach ekologicznych”: Sadzili sady – zbierali dopłaty. Michalkiewicz i Umiłowani Przywódcy w „trosce” o (nie)swoją ziemię. oraz: Raport NIK. Efekt dopłat to wyłudzenia i bezprawne korzystanie z gruntów skarbu państwa. i to: NIK: luki w prawie pozwalają cudzoziemcom przejmować ziemię w Polsce.

Mając powyższe na uwadze pozostało zacytować to, na co zwraca uwagę Pan Michalkiewicz:

„…Dotychczasowe działania PiS polegają na wymianie kadr w aparacie biurokratycznym, natomiast nie widać żadnych oznak przynajmniej częściowego jego demontażu. Trudno się temu dziwić, bo i prezes Kaczyński, który obecnie jest kimś w rodzaju dyktatora Polski, wzorem ewangelicznego setnika, ma wprawdzie pod sobą żołnierzy, ale sam też jest „pod władzą postawiony”, jako zakładnik swego zaplecza politycznego. Niech no tylko przestanie je karmić, to natychmiast zostanie generałem bez armii. Wiadomo to od czasów starożytnych, kiedy Gajusz Grakchus wprowadził w Republice Rzymskiej tzw. „frumentacje” które początkowo polegały na rozdawnictwie zboża. Przetrwały one aż do dnia dzisiejszego, rozwijając coraz to nowe, niekiedy bardzo wyrafinowane formy – oczywiście dla dobra Rzeczypospolitej – no bo jakże by inaczej?…”

podobne: Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta. oraz: Pogrobowcy Hilarego Minca czyli… Wilczek kontra „prawdziwa prawica”.

…Nie ma zatem ŻADNEGO przypadku ani pomyłki w tym że „reforma” rolna została tak na Węgrzech jak i w Polsce przeprowadzona w sposób korzystny dla państwa i jego popleczników, a ze szkodą dla zwykłych obywateli. Inaczej wyglądałaby tak:

„… Nowa wersja ustawy powinna gwarantować wszystkim Polakom swobodę transakcji ziemią do 10 ha, kropka. Stanowi to akurat średni areał pod uprawą w gospodarstwie rolnym obecnie w Polsce. Warunek jest jeden: obie strony transakcji muszą mieć obywatelstwo polskie. A może dodać do tego również że kupiec musi legalnie posiadać broń palną aby swojego nowego nabytku bronić? Bo przecież albo na poważnie bronimy czegoś albo nie. Najlepszą obroną ziemi polskiej jest uzbrojony Polak na niej urzędujący i mający w niej swój ekonomiczny interes.

Owszem, pewne ograniczenia w ustawie, takie jak wymagana zgoda lokalnej administracji kiedy jedna ze stron transakcji w nieruchomościach nie jest polska (rzecz znana w wielu krajach, m.in. w Szwajcarii), przeciwdziałanie zbytniej koncentracji gruntów, czy też kontrola państwa nad mega transakcjami powyżej 1000 ha są zrozumiałe i nie budzą większych kontrowersji. Kontrowersje wzbudza natomiast sama idea że nie każdy Polak w swoim własnym kraju może kupić sobie kawałek łąki, choćby poza rodzinnymi piknikami nic na niej nie robił. Jest to anty polski gniot sygnowany niefortunnie przez pro-polską podobno partię przy władzy.

#2 Mniej socjalizmu, nie więcej. Innym bezdennie głupim posunięciem PiS-u jest wylanie dziecka z kąpielą, czym jest praktyczne zlikwidowanie, a nie tylko rozumne ograniczenie, wolnego obrotu ziemią. Czym innym jest kontrola nad wykupem państwowej ziemi w tysiącach hektarów (ile takich kawałków zostało to inna sprawa) przez niezupełnie przejrzyste obce interesy. Zupełnie czym innym jest natomiast hurtowe ograniczenie potencjalnych kupców kawałków gruntu do namaszczonych przez PiS, wąsko rozumianych „rolników”, oraz narzucenie prawa pierwokupu przez państwo nawet na mikroskopijne kawałki gruntu już od 1 hektara. Jak się też ma do „obrony ziemi polskiej” praktyczny zakaz jej dziedziczenia przez polskie dzieci polskich rodziców, zastąpiony dowolnością decyzji lokalnego kacyka którym stać się musi namaszczony przez PiS gauleiter regionalnego oddziału ANR?

Nie ma to wszystko nic wspólnego z bronieniem ziemi polskiej przed „Niemcem” czy przed innymi zagrożeniami. Ma wszystko wspólne z obłędną wiarą rządzącej partii w to że niższe ceny gruntu rolnego są w czyimkolwiek interesie. Nie są, poza może czasowym wyjątkiem lokalnych sitw małorolnych liczących na tańsze dotarcie do dopłat w czasie jaki pozostał im do zmiany rządu. Ten socjalistyczny obłęd „korzystnych” niższych cen dzięki eliminacji wolnego rynku obróci się przede wszystkim przeciwko samym rolnikom, zwłaszcza poważnym gospodarzom zainteresowanym w ekspansji swoich gospodarstw na których powinno państwu specjalnie zależeć. Można spodziewać się że banki zakwestionują dużo tańszy i objęty ograniczeniami obrotu grunt jako zabezpieczenie kredytu przy dalszych transakcjach ziemią.

Że nie wspomnimy tutaj nawet o odnoszących sukces gospodarstwach rodzinnych ponad 300 ha, które w ramach rządzącej ortodoksji podpadną od razu pod paragraf o „kułactwie” i wrogiej spekulacji…” (cynik9)

całość tu: Pomysły na wieś

podobne: Trzecia rewolucja technologiczna i ryzyko rosnącego bezrobocia w związku z rozwojem robotyki. Receptą na potencjalny kryzys uwłaszczenie (a nie „pomoc państwa”). Michalkiewicza debata o nierównościach.

„…Dziwnym zbiegiem okoliczności ustawa, mająca chronić polską ziemię przed drapieżnym zagranicznym kapitałem, równie skutecznie ograniczyła go nam Polakom. A cóż to spowoduje? Ano ceny ziemi rolnej zapikują, niczym kamień rzucony w przepaść. Czyli będzie tanio…… Czujecie? A kto lubi tanio kupić? …. „Kompinujcie” jak mawia mój kolega. Tak dobrze „kompinujecie”. Dziwnym trafem dodana została poprawka o możliwości obrotu ziemi związkom wyznaniowym. Bingo! I zważcie, że jakoś, Lewactwo, wiedzione mediami, na pole aborcyjne nie wrzeszczy, że Kościół Katolicki wykupi polską ziemię!! Taka okazja, żeby Sukienkowym dokopać, a tu cisza? Tak Braciszkowie i cisza ma być, bo jeszcze Lud prosty by się dowiedział, że to nie dla KK ustawa uczyniona została, a dla tych co ich tu prawie nie ma, bo Synagogi puste, a jednak są! A choć Synagogi puste, to konta spuchnięte, a na południu gorąc coraz większy…… Dlatego Braciszkowie, pilnujmy dobrze, bo się okaże za chwilę, że i piędzi polskiej ziemi nie będzie, choć zakaz jest jak się patrzy….. A zakaz, to zakaz! Po to on, by maluczkim wpierw zabronić, a później majątku pozbawić!…” (piotruchg – Aborcja, czyli Panamskie Pampersy)

PS…

„…Państwo nie jest ślepym, przypadkowym, omylnym gigantem nie rozumiejącym, co czyni depcząc maleńkich obywateli na swojej drodze. Ono jest gigantem świadomym, działającym jak najbardziej celowo – świadomość ta jest wprawdzie utkana z najróżniejszych podszeptów wielu odmiennych grup interesu, różnych lobbystów i środowisk, a przez to dość chaotyczna, mnoga. Tak więc, gdy ustawa utrudnia życie małego przedsiębiorcy, można przewidzieć, że dzieje się to z korzyścią – i często za sprawą podpowiedzi udzielonej w stosownej komisji sejmowej – dużego przedsiębiorcy, który małego konkurenta nie chce i chętnie mu rządową nogę podłoży…

…Nie ma niczego szalonego w zapewnianiu sobie przewagi za pomocą państwowej przemocy – jest to działanie racjonalne w sytuacji, gdy każdy może po taką metodę sięgnąć. Szaleństwem jest zatem nie to jak państwo reguluje sprawy, ale już samo to, że ono cokolwiek jakkolwiek reguluje i się wtrąca.”  (źródło: Czy państwo działa na ślepo?)

podobne: PrzElewarr czyli… jak obejść ustawę kominową i jak z państwowej spółki zrobić prywatny folwark (raport NIK). oraz: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność. i to: Rafał Ziemkiewicz: „Państwowe, czyli nie nasze”, ale „patrioci” mówią NIE dla wolnego rynku w Polsce. To mamy ten wolny rynek czy nie? i jeszcze: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach.

rys. Arkadiusz Gacparski

rys. Arkadiusz Gacparski

III filar na emeryturę albo dom. Trader 21: Własna firma czy inwestycja w mieszkanie? cynik9: REITs niebagatelne zalety inwestowania w nieruchomości.


1. Dziennik Gazeta Prawna – Emeryturą albo dom.

23.03.2015 (IAR) – Komisja Nadzoru Finansowego proponuje, by oszczędności emerytalne z III filaru mogły służyć sfinansowaniu inwestycji mieszkaniowych. O sprawie pisze „Dziennik Gazeta Prawna”.

Pomysł przedstawił na spotkaniu u prezydenta szef KNF Andrzej Jakubiak. Pieniądze przeznaczone na emeryturę mogłyby stać się częścią wkładu własnego przy kredycie hipotecznym.

Dziś III filar nie cieszy się popularnością. Środki tam gromadzone można wykorzystać dopiero po osiągnięciu określonego wieku. Pomysł KNF miałby podnieść atrakcyjność indywidualnego oszczędzania na emeryturę.

Na Indywidualnych Kontach Emerytalnych Polacy zgromadzili 4,7 mld złotych, a w Pracowniczych Programach Emerytalnych – ponad 10 mld.

Więcej w „Dzienniku Gazecie Prawnej”.

IAR/DGP/łp

podobne: O waryja(n)tach OFErmy i oszczędzaniu na emeryturę. i to: Fundusze: zamknięte kontra otwarte oraz: TFI – jak znaleźć perełki? a także: Sprawdź komu powierzasz pieniądze a dla dobra ZUSu żyj krótko i nie wydawaj za dużo, czyli jak Pilon „pomógł” Piratowi. TFI – Teraz Chiny?

2. Trader 21: Własna firma czy inwestycja w mieszkanie ?

„…Ostatni artykuł dla osób z mniejszym portfelem „Inwestycje dla mniej zamożnych” napisałem już ponad 10 miesięcy temu.

Dziś spróbuję się trochę zrehabilitować analizując case Tomka:

„W tym roku skończyłem 28 lat. Od początku miałem świadomość, będę zdany tylko na siebie i nie mogę liczyć na pomoc rodziny więc roztropnie wybrałem kierunek kształcenia, dzięki czemu pracę podjąłem już na studiach.

Po studiach kilkakrotnie zmieniałem miejsce zamieszkania kuszony lepszymi warunkami zatrudnienia. W tej chwili żyję we Wrocławiu gdzie branża IT jest szczególnie dynamiczna. W zeszłym roku rzuciłem pracę na etacie i założyłem działalność, która dziś przynosi mi zadowalający dochód. Przez cały okres zatrudnienia obwąchiwałem się z GPW, mozolnie gromadziłem oszczędności a pod wpływem Twojego bloga również trochę metali.”

Teraz do rzeczy:

Własna firma.

Środki ulokowane w rozwój osobisty, którego ewidentnym przykładem jest własna firma są absolutnie jedną z najlepszych inwestycji. Żadne aktywa finansowe, złoto, fantastyczne akcje czy BTC nie mają w długim terminie najmniejszych szans pobicia zwrotów, jakie może nam zapewnić inwestycja we własną firmę. Gdybym wiele lat temu nie zaryzykował i „nie poszedł na swoje” pewnie do dziś harowałbym na etacie, zamiast cieszyć się wolnością finansową.

Własna firma to przede wszystkim prawdziwa szkoła życia. Musimy być ekspertami od produktu, sprzedaży, marketingu czy finansów. Żadne studia (włączając w to MBA) nie nauczą nas tyle o prowadzeniu własnej firmy. Jednocześnie nic nie cieszy tak bardzo jak rosnące zyski, zatrudnienie czy rosnące znaczenie naszej firmy na rynku.

Co więcej, jeżeli zapytać rentierów, w jaki sposób zbudowali swój kapitał, to okaże się, że w 7 na 10 przypadków była to własna firma.

Własna firma to także dwie strony medalu. Po pierwszym roku upada 75 %  nowo powstałych firm. Statystyki są niestety wypaczone dotacjami z UE. Najważniejszy jest jednak fakt, że zaledwie 10% firm jest w stanie przetrwać i z sukcesem prosperować dłużej niż przez 5 lat. Jeżeli dojdziecie do tego etapu to możecie być z siebie dumni. 

Czynniki, które należy wziąć pod uwagę podczas zakładania własnej firmy przedstawię w osobnym artykule.

Kupno czy wynajem mieszkania.

Cytat Tomasza: „Przede wszystkim biję się z myślami na temat zakupu mieszkania na kredyt. Wiadomo, każdy potrzebuje gdzieś mieszkać. Obecny koszt najmu mieszkania zapewne pokryłby ratę kredytu, co wydaje się być opcją mimo wszystko rozsądniejszą. 

Ryzyko ewentualnego wzrostu stóp może dałoby się jakoś zhedge’ować lokując odpowiednio miesięczne nadwyżki finansowe? Przeciw przemawia, że dzisiaj zlecenia są a jutro może ich nie być i nadwyżki tym samym też nie będzie. Poza tym nieruchomości we Wrocławiu wydają mi się być ciągle drogie. Chociaż demografia miasta jest jedną z najlepszych w Polsce więc może taka cena jest uzasadniona?

W tej chwili pewnie celowałbym w kawalerkę lub małe M-2 żeby możliwie jak najszybciej spłacić kredyt, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie mieszkania w tym przez całe życie. Docelowo chcę dom ;-)”

Wysokość raty kredytowej w porównaniu do czynszu najemnego jest czynnikiem, który najczęściej bierzemy pod uwagę w rozważaniach czy kupić mieszkanie, czy je wynająć. Jest to niestety duży błąd. Wysokość raty kredytowej jest w głównej mierze zależna od wysokości stóp procentowych, które obecnie mamy najniższe w historii.

Stopy procentowe w Polsce

Powyżej zamieściłem przebieg wysokości stóp za ostatnie 15 lat. Czemu tak długi okres? Otóż kredyt przeważnie bierzemy na 25 – 30 lat. Warto chociażby zaznajomić się z wysokością stóp procentowych, z jakimi mieliśmy do czynienia w przeszłości. Polityka zerowych stóp procentowych wprowadzona na całym świecie być może będzie funkcjonować jeszcze przez rok, dwa czy 4 lata. Jest jednak mało prawdopodobne aby została utrzymana przez dłuższy okres.

Obecna wysokość stóp procentowych to 1,65% + 2% marża banku. Odsetki od kredytu hipotecznego wynoszą zatem 3,65% w stosunku rocznym. Przy kredycie rzędu 200 tys. zł zaciągniętym na 30 lat płacimy 915 zł raty miesięcznej.

Jeżeli stopy procentowe wzrosną do poziomu z 2005 czy 2008 roku, to wysokość naszej raty wzrośnie do 1460 zł. To jest wzrost o 60%. Czynników przemawiających przeciwko zakupowi mieszkania przy obecnych cenach jest w mojej ocenie więcej. Szczegółowo omówię je wkrótce przy okazji corocznej analizy rynku nieruchomości.

Wynajem mieszkania czy domu to nic złego. Sam obecnie w Hiszpanii wynajmuję dom, mimo iż mógłbym go bez większych problemów kupić. Czemu to robię? Otóż roczny czynsz najemny pomniejszony o koszty stałe, które ponosi właściciel nieruchomości są ciągle niższe, niż roczna utrata wartości wynajmowanego domu.

Mimo iż dzisiejsza wartość domu jest już 40% niższa niż 5 lat temu gdy go budowano, to i tak potencjał do spadków jest nadal znaczny, zwłaszcza że podobnie jak w Polsce mamy stopy procentowe na nienaturalnie niskich poziomach, a współczynnik określający wartość nieruchomości do rocznego kosztu najmu jest na ekstremalnie wysokich poziomach. Gdy kupowałem moje pierwsze mieszkanie w Warszawie na początku 2004 roku cena mieszkania równała się 10-12 letnim czynszom najemnym. Jak jest dziś, możecie sami sprawdzić.

Kupując nieruchomość czasami odkładamy czynniki ekonomiczne na bok. Chcemy mieć własny kąt i tyle. Nie chcemy wkładać pieniędzy w urządzanie nie swojego mieszkania i pytać właściciela czy możemy coś przerobić i w jaki sposób. Jest to absolutnie zrozumiałe.

Decydując się jednak na zakup nieruchomości, która w znacznej części będzie pochodzić z kredytu mierzmy siły na zamiary. Nie kupujmy czegoś na co nas zwyczajnie nie stać. Odłóżmy także trochę kapitału na wypadek skokowego wzrostu rat kredytowych, jak pół roku temu w Rosji czy obecnie na Ukrainie. Oszczędności pokrywające równowartość rocznych rat powinny zapewnić nam spokojny sen….

…Nim przejdę do szczegółów, chciałbym pogratulować Tomkowi zdroworozsądkowego podejścia. Ma bowiem odłożone prawie 70 tys. zł i dopiero zastanawia się czy kupić mieszkanie. Jeżeli już to małe aby „szybko spłacić kredyt”. Niestety, ale takie podejście jest dzisiaj rzadkością. Najczęściej wyznacznikiem tego na jak dużą nieruchomość nas stać jest to, jaki kredyt możemy dostać . Takie podejście jest zazwyczaj tragiczne w skutkach…”

całość tu: independenttrader.pl

3. cynik9: REITs niebagatelne zalety inwestowania w nieruchomości.

„Inwestowanie w nieruchomości ma swoje niepodważalne zalety. Przede wszystkim jest to aktywo materialne z którym wiąże się poważny wkład pracy i energii aby do niego dojść. Ceny nieruchomości, jak wszystkiego innego, mogą się wahać  i pozostawać nawet pod presją długo.  Rzadko jednak spadną do zera,   jak obligacje bankrutującego rządu czy jak akcje bankrutującej kompanii. Nawet jak dom zostanie zniszczony działka pod nim zachowa swoją wartość. W tym sensie nieruchomości podobne są nieco do złota. Rządy mogą naprodukować dowolną ilość papierowych obietnic z powietrza, i twierdzić że są one coś warte. Ani jednak złota ani nieruchomości dekretem rządowym po koszcie zero wyprodukować się nie da.

W porównaniu do złota szeroka klasa nieruchomości ma też szereg specyficznych zalet. Historycznie na przykład nieruchomości są lepszym hedgem antyinflacyjnym niż złoto. Generują też inwestorowi strumień gotówki, szczególnie istotny dla wielu w dzisiejszym dysfunkcjonalnym świecie zerowych stóp procentowych,  nic nie płacących depozytów i  negatywnych rentowności długu. Niebagatelną zaletą  nieruchomości trzymanych bezpośrednio jest też naszym zdaniem ich mała płynność, utrudniająca działanie w impulsie chwili, często pod wpływem nerwów czy strachu. Stąd bardziej niż gdzie indziej naturalna tendencja do „przesiedzenia” rynkowych turbulencji i ultymatywnie do „wyjścia na swoje” w dłuższym terminie. Nie bez kozery w wielu krajach większość tych którzy inwestując zgromadzili jakiś majątek zawdzięcza go głównie  nieruchomościom.

Problemem z nieruchomościami, oprócz podstawowego –  że skazane są na podatkową łaskę i niełaskę lokalnego reżimu,   jest dla początkującego inwestora także wielkość wymaganego wkładu. Nie każdego stać na kawalerkę na wynajem czy na 500 ha ziemi rolnej, bez wątpienia jednej z najlepszych inwestycji w Polsce ostatniego ćwierćwiecza. A co gdy szanse widzimy w obiektach z jeszcze wyższej półki, jak na przykład centra handlowe czy szpitale?

Rozwiązaniem w takich przypadkach są wehikuły inwestowania zbiorowego w nieruchomości   – REITs (real estate investment trusts).

(…)Inwestor kupuje udział w REIT tak jak by kupował zwykłą akcję, dorzucając swoją cegiełkę do majątku trustu. W tej funkcji występuje więc jako trustor. Majątek ten trzymany jest następnie przez kompanię pełniącą rolę trustee i inwestowany łącznie w specyficzną klasę nieruchomości w imieniu i dla benefisu inwestorów. Wyznaczony w tym celu jest profesjonalny manager trustu który realizuje jego politykę. Agregacja środków w truście pozwala na szeroki wachlarz inwestycyjnych możliwości i wysoką specjalizację. Obie te rzeczy są często poza zasięgiem indywidualnego inwestora…”

całość tu: dwagrosze.com

podobne: Eksperci: inwestycje w ziemię dobrą lokatą, ale długoterminową oraz: Oszczędzanie alternatywne: Co wybrać? Lokaty czy obligacje skarbowe? i to: Ostrożnie z odwróconą hipoteką. polecam również: „W krainie deszczowców”: Irlandzkie wychodzenie z recesji. Akcja kredytowa w toku. Cynik9: „bail-in” i jeszcze: Inwestycje bezpieczne zdaniem mas oraz zdaniem analityków – DwaGrosze

rys. Grzegorz Radziewicz

rys. Grzegorz Radziewicz

Narodowy Bank Szwajcarii uwolnił Franka. NBP robi dobrą minę do złej gry. Ratunkiem dla frankowiczów może być sąd, albo upadłość. Komentarz Tradera21 (o potencjalnym dodruku przez ECB)


1. Frank szwajcarski do górySzwajcaria: Narodowy Bank o swej decyzji zniesienia minimalnego kursu euro.

15.01.2015 (IAR) – Ciężkie chwile dla posiadaczy kredytów we frankach szwajcarskich. Gwałtowna zwyżka kursu waluty Helwetów dotknie 700 tysięcy osób, które zdecydowały się na pożyczkę w tej walucie. Po tym jak Bank centralny Szwajcarii zniósł minimalny kurs wymiany franka do euro, jego wartość poszybowała.

Przed godziną 15.00 w stosunku do złotego wzrost wyniósł ponad 17 procent. To 4,17 zł za franka. Nieco mniej, bo o ponad 16 procent ta waluta wzmocniła się do euro. Kosztuje 97 centów. Najmniej do dolara – o prawie 16 procent. 1 frank to w tej chwili 1 dolar i 14 centów.

Aprecjacja franka doprowadziła do spadków akcji szwajcarskich firm. Indeks giełdy w Zurychu tracił rano ponad 12 procent, po południu już mniej – 9 procent.

Wzrost kursu franka wobec euro jest nieprzyjemną niespodzianką dla przedsiębiorstw szwajcarskich eksportujących swoje wyroby. Mogą stać się one niekonkurencyjne.

Poza spadkami na giełdzie szwajcarskiej drogi frank może niekorzystnie wpłynąć też na sektor turystyczny. Ceny w ośrodkach sportów zimowych dla klienteli ze strefy euro mogą drastycznie wzrosnąć. Może to doprowadzić do odpływu turystów już teraz w szczycie sezonu narciarskiego.

Minimalny kurs wymiany franka Szwajcaria wprowadziła we wrześniu 2011 roku. Bank Centralny uzasadniał to tym, że wysoka wartość waluty jest zagrożeniem dla gospodarki. Kurs wymiany ustalono wówczas na 1,20 franka.

Narodowy Bank Szwajcarii obciął też stopy procentowe do poziomu minus 0,75 procent. Oznacza to, że banki chcące zdeponować swoje środki w banku centralnym będą mu za to płacić.

Gwałtowny wzrost kursu franka znów wywołuje dyskusję wśród polityków, chcących metodami administracyjnymi wesprzeć kredytobiorców. Wicepremier Janusz Piechociński zapowiedział, że w tej sprawie spotka się z prezesem NBP i członkami Rady Polityki Pieniężnej. Zapytany o termin, odpowiedział, że chciałby, aby do spotkania doszło jak najszybciej. Ma też o tym rozmawiać później z ministrem finansów.

Tymczasem NBP nie ma zbyt dużego manewru, by wzmocnić polską walutę. Polskę wciąż dotyka deflacja, która daje argumenty za zmniejszaniem stóp procentowych, a nie ich zwiększaniem.

Życie z drogim frankiem może potrwać. Analityk biura maklerskiego TMS, Bartosz Sawicki podkreśla, że przez dłuższy czas jego cena będzie wynosić powyżej 4 złotych. Według eksperta cena szwajcarskiej waluty nie powinna powrócić do notowanych dziś rekordowych poziomów, około 5 złotych. W długim terminie, obniżenie stóp procentowych do minus 0,75 procent spowoduje, że kurs wobec głównych walut będzie się osłabiał. Zdaniem analityka jest to jednak marne pocieszenie dla tych, którzy zaciągali kredyt we frankach płacąc za nie połowę mniej niż obecnie.

Z kolei główny ekonomista banku PKO BP Piotr Bujak powiedział w Polskim Radiu 24, że kredyty we frankach mocno zdrożeją. Osobom zadłużonym radzi jednak, żeby nie wpadali w panikę, bo pierwsze reakcje rynków często są przesadzone i możliwe, że za kilka dni sytuacja nieco się uspokoi.

Ekspert dodał, że jeśli umocnienie franka okaże się długotrwałe, będzie to poważny problem dla całej gospodarki, zwłaszcza dla banków, które udzielały kredytów w tej walucie.

Piotr Bujak nie sądzi jednak, że obecna sytuacja poważnie zachwieje sytuacją finansową polskich banków. Ekspert jest za to przekonany, że umocnienie franka skutecznie zniechęci Radę Polityki Pieniężnej do obniżania stóp procentowych, w obawie przed dalszym osłabieniem złotego.

Główny analityk Centrum Finansów Aviva Paweł Majtkowski radzi, by dać sobie trochę czasu na uspokojenie sytuacji. Tym bardziej, że dla szwajcarskiej gospodarki tak nagłe umocnienie waluty nie jest dobre. Spada bowiem konkurencyjność gospodarki Szwajcarii, a wzrasta cena eksportowanych przez nią towarów. Zdaniem Majtkowskiego, jeśli jednak obecny kurs utrzyma się przez dłuższy czas, warto by zastanowić się nad tym jak pomóc tym, którzy wzięli kredyty we frankach.

Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/łp/mitro/

15.01.2015 (IAR) – Euro kosztuje poniżej jednego franka, na wartości traci szwajcarska giełda – Szwajcaria odczuwa pierwsze konsekwencje decyzji Narodowego Banku o zniesieniu minimalnego kursu euro.

Utrzymanie stałego kursu euro w stosunku do franka nie jest więcej potrzebne – argumentował podczas konferencji prasowej Thomas Jordan, szef Narodowego Banku Szwajcarii. Sytuacja ekonomiczna jest tak dobra, że euro nie musi być więcej chronione – twierdzi SNB (Narodowy Bank Szwajcarii). Dotychczas kurs euro był sztucznie utrzymywany przez Narodowy Bank Szwajcarii na stałym poziomie – 1,20. „Nie ma sensu, z powodów ekonomicznych, prowadzić dalej bezsensownej polityki” – tłumaczył prezes Narodowego Banku. „Nie mamy wpływu na rynki międzynarodowe, dlatego wycofanie się było lepsze” – zapewnił.

Od rana, kiedy decyzja ta została ogłoszona, zanotowano znaczny spadek wartości euro, które kosztuje teraz poniżej jednego franka. Szwajcarska giełda straciła już 12 %.

Na tej decyzji zyskają przede wszystkim obywatele Szwajcarii kupujący za granicą – będzie nawet o 20% taniej. Szczególnie zyskają centra hadlowe blisko szwajcarskiej granicy, np. w Niemczach, i firmy eksportowe. Zdaniem ekspertów, straci na tym sam Narodowy Bank Szwajcarii, który od wielu miesięcy gromadził obcą walutę, przede wszystkim właśnie w euro.

Prezes Narodowego Banku Szwajcarii zapewnia, że SNB cały czas obserwuje rynki walutowe i jeśli będzie to konieczne, ponownie może wprowadzić limit ceny euro. Ma on jednak nadzieję, że rynek się ustabilizuje i nie będzie to więcej konieczne.

Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/Krystyna Nurczyk/em/

2. T. Sadlik: Ratunkiem dla frankowiczów może być sąd.

15.01.2015 (IAR) – Ratunkiem dla frankowiczów może być sąd – twierdzi w rozmowie z IAR Tomasz Sadlik – założyciel stowarzyszenia „Pro Futuris” działającego na rzecz osób poszkodowanych przez banki. Jego zdaniem decyzja szwajcarskiego banku jest katastrofalna dla osób, które spłacają kredyt we frankach. „Raty ponownie wzrosną, ale trzeba walczyć o swoje” zaznacza Tomasz Sadlik.

„Jedynym ratunkiem jest sąd. Trzeba pamiętać, że większość naszych umów została zawarta z naruszeniem praw konsumenta. Pamiętajmy, że Komisja Nadzoru Finansowego w 2007 roku ostrzegała przed znaczącym ryzykiem kursowym, a nas informowano, że to jest fikcja i że frank szwajcarski jest stabilny i nie ma mowy o żadnym ryzyku” – mówi Tomasz Sadlik. Przypomina, że zmiana kursu franka, a przez to wzrost rat dotknie 700 tysięcy Polaków, którzy zaciągnęli kredyty we frankach. „Trzeba pamiętać o tym, że jest nowa ustawa o upadłości konsumenckiej i część ludzi ucieknie w upadłość, a ci którzy uznają nasze racje, powinni jak najszybciej udać się do sądu” – radzi. Przeciwko bankom przygotowanych jest już dziesięć pozwów zbiorowych, trzy zostały złożone, a w jednym przypadku sąd przyznał już rację kredytobiorcom.

Zdaniem założyciela stowarzyszenia „Pro Futuris”, polski rząd powinien rozpocząć negocjacje ze Związkiem Banków Polskich dotyczące zmian umów kredytowych i w ten sposób pomóc frankowiczom. Krakowianin Tomasz Sadlik pierwszy w Polsce pozwał bank za kredyt we frankach i doprowadził do rozpoczęcia procesu. Pozwał Raiffeisen Bank za udzielenie mu kredytu hipotecznego w obcej walucie. Jego zdaniem było to oszustwo, bo pracownica banku nie poinformowała go rzetelnie o zasadach zaciągnięcia kredytu. Tłumacz z Krakowa po kilku latach spłacania, musi oddać bankowi dwa razy większą kwotę niż pożyczył.

Szwajcarski Bank Centralny zrezygnował ze sztywnego kursu franka do euro. Dziś rano frank kosztował średnio 3 złote 54 i grosze. Po informacjach ze Szwajcarii kurs wymiany radykalnie wzrósł, w szczytowym momencie osiągając 5 złotych 14 groszy. Po godzinie 13 za jednego franka trzeba zapłacić nieco ponad 4 złote i 30 groszy.

Informacyjna Agencja Radiowa (IAR)/ Paweł Pawlica/ab

źródło: stooq.pl

3. Podpisana przez prezydenta nowelizacja ustawy o prawie upadłościowym i naprawczym, wchodzi w życie w grudniu. Da ona szansę by zadłużeni kredytami mieszkaniowymi mogli stanąć na nogi…

„…Szokuje fakt, że z ryzyka, jakie niosą za sobą kredyty hipoteczne w obcej walucie, instytucje nadzorujące zdawały sobie sprawę już od 2006 r., a może i wcześniej. Maciej Krzysztoszek z biura prasowego KNF w odpowiedzi na pytanie, czy instytucja nie za późno wprowadziła obostrzenia wobec banków, cytuje fragment Rekomendacji S, z którego wynika, że już w 2006 r. KNF rekomendowała bankom oferowanie produktów kredytowych w złotych.

Z kolejnego jej fragmentu wynika, że „bank może złożyć klientowi ofertę kredytu, pożyczki lub innego produktu w walucie obcej lub indeksowanego do waluty obcej dopiero po uzyskaniu od klienta banku pisemnego oświadczenia, potwierdzającego, że dokonał on wyboru oferty w walucie obcej lub indeksowanej do waluty obcej, mając pełną świadomość ryzyka związanego z kredytami, pożyczkami i innymi produktami zaciąganymi w walucie obcej lub indeksowanymi do waluty obcej”.

Stanowisko KNF chętnie komentuje Tomasz Sadlik, który we wrześniu tego roku zorganizował pikietę pod siedzibą instytucji w Warszawie, chcąc zwrócić uwagę na bezskuteczność działań Komisji wobec banków. Sadlik uważa, że stanowcze zapisy Rekomendacji S zaczęły obowiązywać zbyt późno, bo dopiero w 2014 r.

– Komisja wydawała zalecenia, których banki nie spełniały. Dostrzegała „zagrożenia i nieprawidłowości” i nic z tym nie robiła – mówi Sadlik.

Komisja w raporcie z 2007 r. zawarła ostrzeżenie, że wzrost kursu franka do złotego może przekroczyć 50 proc. i że istnieje znaczne ryzyko wzrostu stóp procentowych. Raport ten trafił do banków w 2008 r., ale klientów o możliwym ryzyku nikt nie poinformował. KNF odpowiada, że dokument był udostępniony publicznie, a wszyscy zainteresowani mogli go pobrać ze strony internetowej instytucji. – Jak mogłem trafić na coś, o czym nie wiedziałem, że istnieje? – pyta Sadlik.

Z windykatorem będzie im lepiej

– W mojej ocenie problem kredytów hipotecznych we frankach jest zarówno przez Związek Banków Polskich, jak i Komisję Nadzoru Finansowego oficjalnie bagatelizowany. Fakt, iż kredytobiorcy spłacają aktualnie zobowiązania kredytowe nie oznacza, iż będzie tak nadal. Za chwilę znaczna część z nich może już nie mieć takich możliwości. Takie sytuacje są nam sygnalizowane. Wielokrotnie zwracałam uwagę, że kredyty walutowe to bomba z opóźnionym zapłonem. Pomijam już fakt, jak zachowanie ww. instytucji, jak i samych banków wpływa na poziom zaufania wobec systemu bankowego i instytucji finansowych w Polsce. – alarmuje mecenas Śmigielska i dodaje, że najbardziej zaangażowany w akcję kredytową we frankach Getin Noble Bank całkiem niedawno sprzedał pakiet wierzytelności wart 710 mln zł, w większości z tytułu złych kredytów walutowych, funduszowi inwestycyjnemu Kruka za 260 mln zł. Rzecznik banku Wojciech Sury, zapytany, czy nie można było najpierw spróbować renegocjować umowy z klientami, stawia sprawę jasno: „Decyzja o sprzedaży portfela wierzytelności jest ostatnim etapem działań banku w zakresie odzyskania powierzonych Klientowi środków. Następuje ona po nieskutecznych negocjacjach i restrukturyzacji zadłużenia, najczęściej na etapie windykacji komorniczej lub po jej bezskutecznym zakończeniu. Wbrew prezentowanej opinii, sytuacja ta może być korzystna dla Klientów. Firmy windykacyjne ze względu na inne regulacje prawne niż te, które obowiązują banki, są zazwyczaj bardziej elastyczne w zakresie negocjacji z wierzycielami”.

Specyficzne podejście do klientów w Getin Noble Bank obrazuje także historia pani Aleksandry (imię zmienione – przyp. autorki) z Warszawy. W 2011 r. kobieta skorzystała z oferty przeniesienia do nich kredytu mieszkaniowego. Bank zaoferował jej niższą ratę i dodatkowe środki na spłatę innych, mniejszych pożyczek. Produkt „Rata o pół w dół” miał zapewnić pani Aleksandrze spokój finansowy. Jak mówi, dopiero gdy otrzymała list z harmonogramem spłaty rat, okazało się, że po okresie promocji, rata wzrośnie dwukrotnie, z 1900 do ponad 4 tys. zł. Do tego, by dostać kredyt, musiała skorzystać z zakupu produktu krytykowanego między innymi przez KNF i Federację Konsumentów – tzw. polisolokaty.

„Mój kredyt jest gorszy od kredytów walutowych i powoduje ciągły proces utraty majątku. Rata zabiera mi 150 proc. dochodów, co jest niezgodne z Rekomendacją S wydaną przez KNF” – tłumaczy kobieta.

Dotychczas próbowała szukać pomocy u posłów, w instytucjach nadzorujących banki, u rzecznika praw konsumentów i Rzecznika Praw Obywatelskich. Bez skutku. Złożyła także do sądu zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez bank. Kolejne instancje oddalają jej powództwo.

Szukając ratunku

W opinii prof. Dariusza Gątarka, analityka UniCredit Bank w Monachium, problem kredytów walutowych powinien zostać rozwiązany w sposób systemowy. Nie należy go zostawiać do indywidualnych rozstrzygnięć między bankami a klientami, bo stworzy to szkodliwą sytuację asymetrii, w której banki będą wykorzystywać swoją oczywistą przewagę. „Należałoby powierzyć ekspertom obliczenie akceptowalnego poziomu strat, dajmy na to 20 proc. powyżej kosztu kredytu, jaki ponieśli kredytobiorcy złotówkowi. Parytet tych strat winien zostać rozdzielony miedzy bankami a skarbem państwa, dajmy na to 50 na 50 proc., a na koniec rozwiązanie powinny autoryzować ZBP, KNF, banki i Ministerstwo Finansów” – kreśli możliwy scenariusz prof. Gątarek.

Inne rozwiązanie widzi Tomasz Sadlik, który uważa, że to banki powinny same wyjść z propozycją renegocjacji umów z klientami, którzy wpadli w pułapkę ryzyka walutowego. Na przykładzie Sadlika widać, że jeśli banki nie staną się bardziej elastyczne w podejściu do „frankowiczów”, ci będą zakładać kolejne stowarzyszenia i składać do sądów grupowe pozwy – tylko w tym roku wpłynęło ich już ponad pięć, w Warszawie, Krakowie i Łodzi.

Zaogniającą się sytuację może zmienić podpisana przez prezydenta nowelizacja ustawy o prawie upadłościowym i naprawczym, która ma wejść w życie w grudniu. Martwe prawo dotyczące upadłości konsumenckiej, z którego na 2375 złożonych w ostatnich pięciu latach wniosków, skorzystało jedynie 87 osób, ma zostać ożywione. Dzięki niemu zadłużeni kredytami mieszkaniowymi dostaną szansę, by zacząć od nowa. „Konsument będzie mógł ogłosić upadłość, jeżeli nie popadł w stan niewypłacalności ze swojej winy lub w wyniku rażącego niedbalstwa. A i tu ustawodawca pozostawił „furtkę” sędziemu, który będzie mógł z uwagi na względy słuszności postanowić o ogłoszeniu upadłości wobec takiej osoby. Skrócony także został do 36 miesięcy termin, przez który upadły jest zobowiązany dokonywać spłat zobowiązań włączonych na listę wierzytelności. Do tej pory było to 5 lat. Sąd może także umorzyć zobowiązania bez ustalania planu spłat. W przypadku sprzedaży mieszkania, w którym dłużnik zamieszkuje, zwiększono także do 12-24 miesięcy okres, na jaki wydziela się upadłemu ze sprzedaży tego mieszkania kwotę na czynsz. To także pomoże konsumentowi szybciej „stanąć na nogi”” – tłumaczy Izabela Dąbrowska-Antoniak z Federacji Konsumentów.

„Frankowicze” żartują, że kiedy tylko nowe prawo wejdzie w życie, banki na pewno zrobią wszystko, by zatrzymać ich u siebie. Szkoda tylko, że żadna z instytucji sprawujących nadzór, nie była w stanie ich do tego zachęcić wcześniej, zanim kartą przetargową stało się słowo „ostateczność”.

Sandra Borowiecka

całość tu: interia.pl

podobne: Cisza przed burzą. Toksyczne aktywa w systemach bankowych Polski i Hiszpanii. Przestajemy płacić kredyty mieszkaniowe. „Troika” wróciła do Hiszpanii. oraz: „W krainie deszczowców”: Irlandzkie wychodzenie z recesji. Akcja kredytowa w toku. Cynik9: „bail-in”

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

…Już się pojawiają bezczelne głosy roszczeniowców – którzy zamiast brać kredyt (skoro już po niego sięgnęli) w walucie w której zarabiają (to jedna ze złotych zasad jaką powinien kierować się kredytobiorca skoro już chce się uwiązać kredytem czasem na 1/3 swojego życia!) połasili się na coś o czym zielonego pojęcia nie mieli – o sfinansowanie im RYZYKA na które się SAMI zgodzili, i o którym zostali poinformowani podpisując umowę kredytową…

Wielu się tłumaczy że nie wiedziało na co się godzi, albo że zostali celowo wprowadzeni w błąd. Tylko jak człowiek myślący, podpisujący taką umowę (daleko poważniejszą od kredytu konsumpcyjnego) może nie sprawdzić wcześniej SAMODZIELNIE tego na co się godzi, albo chociaż poradzić się kogoś innego jak bankiera, który nie ma interesu mówić o wszystkim a nawet jak powie to może manipulować informacją. Żeby tak chociaż jeden z drugim prześledził wykres kursu walutowego, jak potrafi się on zmieniać na przestrzeni kilkunastu lub kilkudziesięciu lat (nie tylko na korzyść kredytobiorcy!), to może podjąłby inną decyzję, ale nieeee… A teraz ratujta i zrzucajta się na moje mieszkanko, bo chciałem przechytrzyć papierowy pieniądz… Mam nadzieję że ten złodziejki rząd nie ugnie się przed presją ludzi podobnie do niego nieodpowiedzialnych.

Słówko do tych którzy uważają że to co zrobił Orban z kredytami na Węgrzech to „pomoc państwa”… Przypominam że rząd (ŻADEN!) nie ma własnych pieniędzy… Koszta tych co byli na tyle nierozsądni by brać kredyty w walucie innej niż sami zarabiają, pokryje cała reszta obywateli a wśród nich nawet ci którzy żadnych kredytów nie mają i nawet im przez głowę nie przeszło żeby jakiś mieć 🙂 Głupota ludzka nie zna granic a „pomoc państwa” zalicza się do niej na pierwszym miejscu. Stąd najtrafniejszy komentarz i cała prawda o „państwowej pomocy” w takich przypadkach brzmi tak: „Jeżeli zamieniono franki na forinty po kursie rynkowym przy znacznie wyższym przeliczniku niż początkowy tzn, że wartość kwoty głównej kredytu i raty kapitałowej jest wyższa . Jeżeli tak, to znaczy, że przy obecnym oprocentowaniu forinta rata odsetkowa też będzie wyższa. Zatem rata kapitałowo odsetkowa też musi być wyższa, a nie niższa. Coś jest nie tak. Z kolei podana kwota 9 mld euro sugeruj , że Orban pokrył straty ż…wskich banków i wykupił zagrożone kredyty. Oni dostali kasę z całym zyskiem od razu, a teraz niech on się martwi co z tym będzie. Wygląda to na dofinansowanie tych oszustów, aby tylko dali ludziom spokój. Oczywiście za pieniądze publiczne”Analfabetyzm ekonomiczny zbiera w społeczeństwie straszne żniwo – tak czy siak zarabiają banki, a prawo które pozwala na tego rodzaju „dile” rządów z bankami też o czymś świadczy.

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Pamiętajcie ludzie że sami jesteście sobie winni, nie wymagajcie więc teraz żeby inni płacili za waszą pazerność. To jest raz że niemoralne, a dwa przyczynia się do zubożenia wszystkich którzy nie mają obowiązku ponosić odpowiedzialności za czyjąś nieodpowiedzialność. Uczcie się liczyć sami! Nie ufajcie bankom a najlepiej nie bierzcie kredytów skoro was na nie nie stać. Jak sami nie zaczniecie traktować siebie i swoich pieniędzy poważnie, to żaden KNF czy „państwo” was nie obroni, bo ten system nie po to powstał by pilnować waszego interesu – inaczej by go pilnował a tak nie jest! Czasami aż słów brakuje na określenie człowieka, który uważa że jego prywatnych spraw finansowych powinien pilnować rząd…

Mając na uwadze, że spora część „cwaniaków” co to zaczęli przegrywać swój zakład z rynkiem to posłowie, poślinki i masa urzędasów, to można się spodziewać że (nie)rząd będzie chciał pomóc „ratować” zagrożone podwyższonymi kosztami kredytu towarzystwo… (Odys)

Pisze Trader21:

„…Aby zrozumieć dokładnie co się stało wrócę na chwile do roku 2011, kiedy to postanowiono sztywno powiązać franka z euro. Praktycznie przez cały rok 2010 mieliśmy do czynienia z problemami w strefie euro. Grecja praktycznie zbankrutowała. Pojawiały się głosy, iż kraj ten może w pośpiechu porzucić wspólną walutę, ogłosić bankructwo i powrócić do zdewaluowanej drachmy.

W USA nie było lepiej. Problemy z 2008 zostały odsunięte w czasie w efekcie bezprecedensowego dodruku dolarów, przekazanych w prezencie zbankrutowanym bankom. Japonia borykała się z recesją, a w Chinach zaczynała pękać bańka na rynku nieruchomości.

Globalny kapitał szukał bezpiecznej przystani. Funkcję taką przez lata sprawował frank szwajcarski. Kapitał zaczął napływać do Szwajcarii praktycznie z całego świata, w szczególności ze strefy euro. Ogromny popyt na franka sprawił, iż zaczął on gwałtownie drożeć względem innych walut. Nagle w obawie o „losy eksporterów” szwajcarski bank centralny zdecydował, iż zacznie „dodrukowywać” franków i skupować za nie euro. Sztucznie wygenerowana nadpodaż franków oraz zwiększony popyt na pozostałe waluty miał ustabilizować kurs franka i utrzymać go na poziomie 1,2 w stosunku do euro.

Po krótkim okresie niepewności kurs udało się ostatecznie ustabilizować. W całym procesie sztucznego osłabiania franka tak naprawdę nie chodziło o eksporterów, ale o utrzymanie kursów wszystkich najważniejszych walut na podobnych poziomach. Dzięki temu tworzona była iluzja stabilizacji na rynkach walutowych. Ostatecznie ceny franka, dolara Singapuru, czy złota bijące w stratosferę obnażyłyby problemy euro, dolara, czy innych papierowych waluty niszczonych dodrukiem w imię ratowania systemu.

Obecna sytuacja

Przez 3 lata jednak sytuacja gospodarcza na świecie nie specjalnie się zmieniła. Problemy strefy euro pogłębiły się. Bezrobocie oraz dług w relacji do PKB znacznie wzrosły. Praktycznie każdy kraj EU zmaga się z ogromnym deficytem. Grecja ponownie zaczęła domagać się redukcji długów. Poważnie rozważa opuszczenie strefy euro. W samym procesie nie chodzi absolutnie o małą Grecję, odpowiadającą za 3% PKB, ale o ustanowienie precedensu oraz o straty wynikające z niespłacalnych długów.

Gdyby Grecja wyszła ze strefy euro zapoczątkowałoby to reakcję łańcuchową. W ciągu tygodni Hiszpania, Włochy, Portugalia, Słowenia i być może Francja także porzuciłyby wspólną walutę. Co więcej, długi denominowane w euro nagle przestałyby być spłacane, na czym bardzo ucierpiałyby banki francuskie i niemieckie. Europejski Bank Centralny w takiej sytuacji najprawdopodobniej przystąpiłby do desperackiego ratowania systemu jedynym narzędziem jakie mu pozostało, czyli dodrukiem na bezprecedensową skalę. Taki ruch tylko dobiłby wspólną walutę.

Abstrahując od tego czy Grecja i inne kraje porzucą wspólną walutę, musimy zdać sobie sprawę z jednej rzeczy. Długi wielu krajów denominowane w euro są niespłacalne. Lata zerowych stóp procentowych doprowadziły do takiego rozpasania wszystkie rządy, że zadłużenie jest zbyt duże, żeby je uczciwie spłacić.

Aby zatem przeciwdziałać rozpadowi strefy euro, Europejski Bank Centralny nie będzie miał wyjścia i ostatecznie zacznie dodruk euro, pomimo ogromnych sprzeciwów ze strony Niemiec. Opór jest wyjątkowo silny, gdyż wielu Niemców doskonale zdaje sobie sprawę z dramatycznych konsekwencji dodruku.

Stajemy zatem w sytuacji, w której albo euro rozpadnie się pod ciężarem nadmiernego długu, albo dług się zdewaluuje w efekcie ogromnej inflacji wywołanej dodrukiem.

Szwajcarzy doskonale zdają sobie sprawę, że dni strefy euro są policzone i próbują odciąć się od strat wywołanych bezmyślnym skupem euro prowadzonym przez ostatnie 3 lata….

…To, co dziś stało się z ceną franka nie było absolutnie wypadkową jednej decyzji, ale reakcją na niszczenie głównych walut przez ostatnie kilka lat. Frank po prostu odreagował gwałtownym wzrostem trzy lata sztucznie utrzymywanej niskiej ceny…”

całość lektury do której zachęcam tu: independenttrader.pl

podobne: Grexit i Brexit. Przyszłość Wielkiej Brytanii w UE, Grecji w strefie euro. EBC i luzowanie ilościowe. Fatalne prognozy dla Francji która tonie w długach. Islandia: negocjacje czy pożegnanie z Unią. oraz: Rewolucyjne nastroje w Eurokołchozie: Strajk paraliżuje Belgię, Hiszpanie nie mają z czego oszczędzać, fala głodu w Wlk. Brytanii, Grecja ciągle na finansowej kroplówce, w Szwecji będą nowe wybory (rośnie poparcie nacjonalistów) i to: Niemiecka gospodarka zaczęła się kurczyć. W Hiszpanii Ebola zaraziła giełdę. Podatek na tablety we Francji. Włochy: za chlebem. Szczyt UE ws. walki z bezrobociem. cynik9: W Polsce rewolucji raczej nie będzie. MFW obniża prognozę gospodarczą

…Nie jest zatem prawdą jaką przekrzykują się „eksperci” z telewizora, że „winę” za wzrost wartości Franka ponosi „przesadzona reakcja rynków”… Rynki doskonale wiedzą w jakim stanie znajduje się „strefa EURo”, ale nie tylko! bo tu chodzi również o pozostałe gospodarki krajów tworzących UE. Uwolniony kurs Franka szwajcarskiego – waluty kraju, który jeszcze nie tak dawno straszył referendum w sprawie zwiększenia rezerw złota o które być może za niedługi czas oprze swoją walutę – zweryfikował o brutalną RZECZYWISTOŚĆ walutę każdego jednego kraju, który utrzymuje się z rolowania długu – nieudolnej sztuczki próbującej przykryć prawdziwy stan poszczególnych gospodarek. Należy też pamiętać o tym że kraje BRICS również od jakiegoś czasu skupują z rynku złoto, by zabezpieczyć w razie czego własne waluty przed tym co nadchodzi. To tylko durna UE uważa że może papierem zatkać dziurę, jaką na własne życzenie wykopała pod sobą swoim niepohamowanym złodziejskim marnowaniem tego, co wcześniej zagrabiła swoim obywatelom zadłużając ich po uszy… (Odys)

PS. Życie na kredyt, czyli zjadanie przyszłości, to metoda, którą się obecnie stosuje, żeby sprzeczności [dużo korzyści i żadnych podatków] ze sobą pogodzić. Próbuje się osiągnąć niewielkie korzyści bieżące, ryzykując wielkie straty w przyszłości. Taki sposób postępowania przybliża widmo bankructwa, które kładzie kres kredytom. (F. Bastiat)

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność.


1. Odprawa dla Wasiak to patologia. państwa nie stać na wynagrodzenia i odprawy

24.09.2014 (IAR) – Konflikt interesów, brak etyki i marnowanie publicznych pieniędzy. Ekonomiści nie zostawiają suchej nitki na odprawie dla nowej minister infrastruktury i rozwoju. Maria Wasiak po odejściu ze stanowiska członka zarządu w PKP S.A. otrzyma pół miliona złotych.

Gwarantuje jejk to kontrakt menedżerski, który podpisała obejmując to stanowisko. Co więcej, jako nowa minister, sama podpisze decyzję w tej sprawie. Zdaniem Andrzeja Sadowskiego z Centrum Imienia Adam Smitha, w tym przypadku powinna interweniować premier Ewa Kopacz.

Sadowski uważa, że nowa pani minister znalazła się w sytuacji ewidentnego konfliktu interesów. Zwraca też uwagę, że w innych krajach reguły dotyczące tego typu sytuacji są ponad zapisy w umowach, czy kontraktach. Ekspert podkreśla też, że w cywilizowanym ustroju powinna być zasada, że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie. Dlatego też Maria Wasiak nie powinna decydować o swojej odprawie, która na dodatek pochodzi z publicznych pieniędzy.

Wasiak zarabiała w PKP S.A. ponad 42 tysiące złotych brutto miesięcznie. Jako minister będzie otrzymywać znacznie niższe wynagrodzenie. Jednak zdaniem Andrzeja Sadowskiego, nie jest to żadne usprawiedliwienie, by brać taką odprawę. Przypomina on, że nie ma przymusu pracy w sektorze publicznym. Sadowski zaznacza, że już wcześniej pojawiały się głosy polityków, że tego typu odprawy pozwalają skompensować stratę wynikającą z przejścia ze spółek do urzędów. Ekspert zaznaczył, że tego typu myślenie i postępowanie jest korupcjogenne.

Informację o odprawie potwierdzili przedstawiciele PKP. Nikt z ministerstwa infrastruktury i rozwoju nie chce komentować sprawy.

Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/A. Pszoniak/nyg

24.09.2014 (IAR) – Firma zadłużona, ale odprawa się należy. Piotr Kuczyński z Domu Inwestycyjnego Xelion krytykuje nową minister infrastruktury i rozwoju. Maria Wasiak dostanie odprawę z PKP S.A. w wysokości ponad pół miliona złotych. Nowa minister była tam do niedawna zatrudniona na stanowisku członka zarządu. Otrzymywała miesięczną pensję w wysokości ponad 40 tysięcy złotych. Piotr Kuczyński uważa, że to zbyt duże pieniądze, jak na państwową spółkę. ekspert przypomina, że od wielu lat PKP S.A. nie może się uporać z gigantycznym długiem. Firma także zwalnia pracowników, tłumacząc się koniecznością oszczędności. Kuczyński podkreśla, że firmy, w których tnie się koszty, nie powinny utrzymywać tak wysokich pensji dla swoich zarządów.

Odprawę gwarantują zapisy w kontrakcie menedżerskim, który Maria Wasiak podpisała w 2012 roku. Zdaniem eksperta, cała sprawa jest wątpliwa od strony etycznej. Kuczyńskiego zastanawia, czy należy brać odprawę, jesli odchodzi się ze stanowiska z własnej woli. Co więcej, odchodzi się do pracy z rządzie. Uważa on, że jest to niezgodne z etyką, która powinna obowiązywać w tej sprawie.

Kuczyński dodaje, że problem można by rozwiązać zatrudniając na stanowiskach rządowych ludzi, którzy mają dobrze poukładane od strony etycznej w głowie.

Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/A. Pszoniak/nyg

podobne: BOR (BOR) – odprawa (odprawa) ale „takie jest prawo” oraz: Okazja czyni złodzieja, ale „Pacta sunt servanda” czyli… NCS ma zapłacić Kaplerowi ponad pół miliona zł

2. CBA podejrzewa zmowę cenową w MSZ.

23.09.2014 (IAR) – CBA podejrzewa zmowę cenową w MSZ. Chodzi o zamówienie na usługi podczas prezydencji Polski w Radzie Unii Europejskiej w 2011 roku. Centralne Biuro Antykorupcyjne przekazało materiały w tej sprawie do prokuratury, UOKiK i Urzędu Zamówień Publicznych.

CBA przeprowadzało kontrolę w ministerstwie spraw zagranicznych od sierpnia zeszłego do maja tego roku. Rzecznik CBA Jacek Dobrzyński powiedział IAR, że materiały z kontroli zostały włączone do akt prokuratorskiego śledztwa dotyczącego zamówień na zakup sprzętu i usług teleinformatycznych realizowanych przez Centrum Projektów Informatycznych MSWiA. Sprawdzano wybrane procedury, dotyczące udzielania zamówień publicznych w latach 2010 – 2013. CBA przesłało już do prokuratury apelacyjnej w Warszawie materiały z kontroli. Prokuratura nie komentuje sprawy.

W zeszłym roku CBA dokonało kilkunastu zatrzymań w całym kraju. Wśród podejrzanych o korupcję przy przetargach realizowanych przez Centrum Projektów Informatycznych MSWiA było kilkunastu przedstawicieli firm informatycznych, wiceprezes GUS i naczelnik wydziału zamówień publicznych z MSZ.

Informacyjna Agencja Radiowa/ IAR/ Mariusz Pieśniewski /dw/ gaj

podobne: Korupcja w MSZ, GUS, MSWiA, KGP. 20 zarzutów o zmowę przetargową.

3. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni.

23.09.2014 (IAR) – Państwowe stadniny nie mają przejrzystych procedur sprzedaży koni, w efekcie czego wartość rynkowa zwierząt jest często zaniżana na rzecz kupujących, a sprzedażą zajmują się nieupoważnione osoby – stwierdził NIK.

W pogoni za zyskami jedna ze stadnin sprzedała nielegalnemu pośrednikowi zdrowe konie na rzeź. Według NIK większość stadnin nie dbała o stan techniczny budynków, w tym także stajni. Ponadto niektóre nie zapewniały odpowiednich warunków weterynaryjnych, które są wymagane przy hodowli koni.

Z raportu NIK wynika, że Agencja Nieruchomości Rolnych nie prowadziła analizy ekonomicznej opłacalności hodowli koni, wskutek czego nie wiedziała, jakie są rzeczywiste koszty takiej działalności. Okazało się, że ANR, która odpowiada za ochronę i zapewnienie ciągłości gatunku najcenniejszych ras koni w Polsce, nie wiedziała nawet czy działalność związana z hodowlą koni przynosi zyski, czy straty. Dopiero kontrolerzy NIK ustalili, że zaledwie w ciągu dwóch lat (lata 2011-2012) hodowla koni przyniosła stadninom straty w wysokości aż 18 milionów złotych. Straty te poniosły wszystkie skontrolowane stadniny.

NIK/IAR/dw/gaj

podobne: Państwo w połączeniu z biznesem: marnotrawstwo, kumoterstwo, rabunek i korupcja na koszt podatników a Polacy podobno nie lubią nepotyzmu.

4. NIK: GDDKiA opóźnia wyceny i zaniża wartość ziemi kupowanej na mocy specustawy

Warszawa, 24.09.2014 (ISBnews) – Osoby wywłaszczone na podstawie drogowej specustawy miesiącami czekają na odszkodowania za swoje nieruchomości, choć przepisy przewidują krótkie terminy ustalenia wysokości odszkodowania, poinformowała Najwyższa Izba Kontroli (NIK). Według Izby, przyznawane odszkodowania są często zaniżane lub zawyżane ze względu na błędy w wycenie nieruchomości, które popełniają zarówno rzeczoznawcy majątkowi, jak i urzędnicy weryfikujący dokumenty.

„W związku z boomem drogowym konieczne było przyśpieszenie przejmowania nieruchomości pod budowę dróg krajowych – pozwalała na to tzw. specustawa drogowa wprowadzona w kwietniu 2003 r. W grudniu 2006 r. weszły w życie przepisy, pozwalające na sprawne wywłaszczenie nieruchomości na rzecz Skarbu Państwa w przypadku, gdy jest ona położona w pasie budowanej drogi krajowej. (…) Osobom wywłaszczonym przysługuje odszkodowanie, którego wysokość ustalają wojewodowie w odrębnym postępowaniu administracyjnym, a podstawą do ustalenia wysokości odszkodowania jest sporządzana przez rzeczoznawcę majątkowego wycena (operat szacunkowy) nieruchomości” – czytamy w komunikacie NIK.

Oprócz obecnej procedury prawnej w okresie objętym kontrolą, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA) pozyskiwała nieruchomości pod drogi także w oparciu o wcześniej obowiązujące przepisy (do 15 grudnia 2006r.). Podstawowym rozwiązaniem było wówczas zawieranie umów z właścicielami nieruchomości. Dopiero, gdy umowy nie udawało się zawrzeć zarządca dróg występował do wojewody z wnioskiem o wywłaszczenie, przypomniano.

„W latach 2008-2013 (I półrocze) GDDKiA wydała blisko 7 mld (6,8 mld) zł na zakup nieruchomości w ramach Programu Budowy Dróg Krajowych. Stanowiło to 6,5% wszystkich wydatków przeznaczonych na budowę dróg krajowych w tym okresie. W czterech, z pięciu skontrolowanych, oddziałach GDDKiA (w Kielcach, Lublinie, Poznaniu i Warszawie) na podstawie umów zawieranych z właścicielami pozyskano ponad 8,5 tys. nieruchomości, a przez wywłaszczenie przejęto na te cele 2245 nieruchomości” – wyliczono.

NIK wypunktowała najważniejsze stwierdzone nieprawidłowości w prowadzonych na przestrzeni ostatnich lata działaniach. Pierwszym jest nieprawidłowe ustalanie wysokości odszkodowań (zawyżanie lub zaniżanie), ze względu na błędy w wycenie nieruchomości. Operaty szacunkowe nieruchomości sporządzane przez rzeczoznawców majątkowych na potrzeby postępowań odszkodowawczych nie zawsze są bezbłędne. Dodatkowo pracownicy urzędów wojewódzkich nierzetelnie weryfikowali dostarczane dokumenty. W efekcie popełniane błędy nakładały się na siebie i w istotnym stopniu wpływały na wysokość przyznawanych odszkodowań.

„W czterech urzędach wojewódzkich (wielkopolskim, lubelskim, mazowieckim i świętokrzyskim) wniesiono niemal 500 odwołań od decyzji ustalających wysokość odszkodowań (4% wszystkich decyzji). NIK zwraca uwagę, że rozpatrujący sprawy minister transportu uznał za zasadne aż 40% odwołań (194 sprawy). Jak ustalili kontrolerzy w 80% przypadków głównym powodem uchylania zaskarżonych decyzji były właśnie błędy w wycenach nieruchomości” – czytamy dalej.

Kolejną nieprawidłowością w procesie wykupu ziemi były opóźnienia w wypłatach odszkodowań, które wynikały ze zwłoki w wydawaniu decyzji ustalającej wysokość odszkodowania. NIK wskazuje, że w latach 2008-2013 w pięciu skontrolowanych urzędach wojewódzkich przeprowadzono łącznie ok. 17 tys. postępowań o ustalenie wysokości odszkodowania za przejęte nieruchomości. Tylko 3% decyzji wydano w ustawowym terminie.

„Zgodnie z przepisami wojewoda ma 30 dni na przyznanie odszkodowania (licząc od ostatecznej decyzji o zezwoleniu na realizację inwestycji drogowej lub 60 dni od nadania jej rygoru natychmiastowej wykonalności). Wszyscy skontrolowani wojewodowie przekraczali ten termin. Aż 70% szczegółowo zbadanych decyzji wydano w terminie od 3 do 12 miesięcy, 24% – w terminie przekraczającym rok. Zdarzały się przypadki, że decyzje wydawano po dwóch latach” – podkreśliła Izba.

Wielomiesięczne opóźnienia wynikały w głównej mierze ze zwłoki w rozpoczynaniu postępowań odszkodowawczych i związanego z tym późnego zlecania wycen nieruchomości. W ocenie NIK wojewodowie powinni wszczynać postępowania odszkodowawcze z dniem wydania decyzji o realizacji inwestycji drogowej. Pozwoliłoby to na odpowiednio wczesne wyłonienie rzeczoznawców i zlecenie wycen.

Następną nieprawidłowość zdefiniowano jako przewlekłość i dowolność w rozstrzyganiu spraw dot. wykupu tzw. „resztówek” wynikająca m.in. z braku jednolitych i obligatoryjnych procedur dla wszystkich oddziałów GDDKiA.

„W czterech skontrolowanych oddziałach GDDKiA – w Kielcach, Lublinie, Poznaniu i Rzeszowie (w Warszawie nie prowadzono takiego rejestru) – w okresie objętym kontrolą zgłoszono 1949 roszczeń o wykup ‚resztówek’. Urzędnicy uznali za zasadne 38% roszczeń na łączną sumę prawie 60 mln zł i niemal tyle samo roszczeń odrzucili. W pozostałych przypadkach do czasu zakończenia kontroli w GDDKiA nie zapadły wiążące rozstrzygnięcia. W przypadku 12 (z 730) odmownie załatwionych wniosków o wykup resztówek, właściciele nieruchomości wystąpili na drogę sądową, z roszczeniami na kwotę 46 mln zł” – poinformowała Izba.

Bez względu na to, czy roszczenie uznano czy też nie, sprawy o wykup resztówek ciągnęły się latami. Jeśli roszczenie uznawano – rozstrzygnięcia mogły zajmować od jednego tygodnia do trzech lat, w drugim przypadku: od trzech tygodni do dwóch lat. Rekordzista na załatwienie sprawy w oddziale GDDKiA w Rzeszowie czekał 6 lat (roszczenie uznano).

„W GDDKiA zasady wykupu ziemi pod inwestycje drogowe nie były zgodne z procedurami antykorupcyjnymi. Dyrektor Generalny Dyrekcji w dokumencie pt. ‚Polityka antykorupcyjna GDDKiA’ z marca 2012 r. określił m.in. zasady zapobiegania konfliktom interesów oraz przeciwdziałania możliwości wystąpienia zjawisk korupcyjnych. Ustalono wówczas, że w obszarach szczególnie narażonych na korupcję należy stosować zasadę ‚dwóch par oczu’ – każde działanie urzędnika miało być weryfikowane przez jego przełożonego lub innego upoważnionego pracownika. Wbrew tym zapisom zdarzało się, że zakupem nieruchomości pod drogi krajowe zajmowały się pojedyncze osoby, gdyż formalnie zezwalał na to regulamin organizacyjny GDDKiA” – brzmi kolejny zarzut NIK.

Izba przypomina, że przewlekłe i nierzetelne ustalanie wysokości odszkodowań prowadzi do naruszania prawa osób wywłaszczonych do niezwłocznego otrzymania słusznego odszkodowania za ich własność przejętą na cele publiczne, gwarantowanego przez Konstytucję. Tymczasem, zdaniem NIK, w wielu wypadkach wystarczyłyby często drobne zmiany organizacyjne, aby znacząco skrócić czas realizacji procedur.

„Dlatego Izba zaleca przeprowadzenie przez wojewodów niezbędnych zmian organizacyjnych, tak by postępowania mające ustalić wysokość odszkodowania za nieruchomości przejęte pod drogi toczyły się bez zbędnej zwłoki; podwyższenie kwalifikacji pracowników zajmujących się weryfikacją operatów szacunkowych, które stanowią podstawę ustalenia wysokości odszkodowania za nieruchomości; wprowadzenie spójnych z ‚Polityką antykorupcyjną’ zasad reprezentowania Dyrektora Generalnego DKiA przy nabywaniu nieruchomości (reprezentacja dwuosobowa)” – podsumowano w raporcie.

(ISBnews)

podobne: Przypomnienie: POlska (wiecznie) w budowie czyli… oraz: NIK wytyka błędy przy budowie ekranów akustycznych. a także: NIK oceniła rozstrzyganie przetargów przez GDDKiA i to: „Grzanie na emeryturze”… „Państwową autostradą dla bogaczy” czyli… jak wydoić króliczka.

Stanisław Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność. Referat  •  Konferencja PAFERE  •  22 września 2014 (fragment)

„…Konstytucja III Rzeczypospolitej była tworzona przez tak zwaną „bandę czworga”, (…) Taki skład redakcji sprawił, że konstytucja z 1997 roku przypomina wielbłąda, który jak wiadomo, jest koniem zaprojektowanym przez komisję. Znakomicie ilustruje to art. 2 konstytucji głoszący, iż „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.” Zawarcie aż tylu sprzeczności w jednym zdaniu to duża sztuka, ale czegóż to się nie robi dla Polski? Według tego artykułu Rzeczpospolita Polska jest państwem demokratycznym, to znaczy takim, w którym kwestie sporne rozstrzyga się przez przyznanie racji arytmetycznej większości oraz takim, w którym rekrutacja aparatu władzy następuje w wyniku powszechnego głosowania. Państwo w którym kwestie sporne rozstrzygane są przez każdorazowe przyznawanie racji arytmetycznej większości, nie może być „państwem prawnym” – bo w państwie prawnym respektowane są zasady prawa wywodzące się z prawa naturalnego – bez względu na to, co na ten temat mniema arytmetyczna większość. A tu jeszcze dochodzi nieszczęsna „sprawiedliwość społeczna”, której „zasady” Rzeczpospolita Polska ma „urzeczywistniać”. Opatrzenie rzeczownika „sprawiedliwość” przymiotnikiem „społeczna” oznacza, że mamy do czynienia z jakimś szczególnym rodzajem sprawiedliwości, różniącym się istotnie od sprawiedliwości zwyczajnej. Sprawiedliwość zwyczajną zdefiniował przed blisko dwoma tysiącami lat rzymski prawnik Ulpian Domicjusz. Twierdził on, że „iustitia est firma et perpetua voluntas suum cuique tribuendi” – co się wykłada, że sprawiedliwość jest to niezłomna i stała wola oddawania każdemu, co mu się należy, co dodatkowo potwierdził w trzech, jako że „omne trinum perfectum”, czyli wszystko co potrójne, jest doskonałe – „zasadach prawa”: honeste vivere, alterum non laedere, suum cuique tribuere (uczciwie żyć, drugiego nie krzywdzić, każdemu należne oddawać). Gdyby zatem sprawiedliwość społeczna była sposobem postępowania zalecanym przez Ulpiana Domicjusza, byłaby po prostu zwyczajną sprawiedliwością i nie byłoby konieczności opatrywania jej zagadkowym przymiotnikiem „społeczna”. Tak jednak nie jest, więc sprawiedliwość społeczna musi różnić się czymś istotnym od sprawiedliwości zwyczajnej – na przykład, żeby nikomu niczego nie oddawać, a jeśli już koniecznie trzeba – to oddawać nie to, co „należne”, ale, dajmy na to, tylko to, co nam zbywa. Krótko mówiąc, przymiotnik „społeczna” sprawia, iż mamy do czynienia z jakimś rodzajem niesprawiedliwości, a skoro tak, to utrzymywanie, jakoby III Rzeczpospolita była „państwem prawnym” jest absolutnie nieuprawnione.

Artykuł 2 konstytucji jest rodzajem grzechu pierworodnego, którego skutki rozciągają się na kolejne jej postanowienia – również, a może nawet przede wszystkim, dotyczące kwestii własnościowych. Art. 20 konstytucji stwierdza, że podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej stanowi „społeczna gospodarka rynkowa”, która jest oparta na „wolności działalności gospodarczej”, na „własności prywatnej”, ale również – na „solidarności”, a także – na „dialogu i współpracy partnerów społecznych”. Jak bowiem może wyglądać „wolność działalności gospodarczej”, która teoretycznie powinna przysługiwać podmiotowi działającemu, na przykład – prywatnemu właścicielowi, skoro jest on zmuszony do prowadzenia „dialogu” z tajemniczymi „partnerami społecznymi”, którzy mogą domagać się od niego „solidarności”? Jeśli „partnerzy społeczni” są na podstawie art. 20 konstytucji uprawnieni do wiecowania nad decyzjami podmiotu rzekomo korzystającego z „wolności gospodarczej”, albo nad decyzjami właściciela odnoszącymi się do przedmiotu własności, to zarówno wolność, jak i własność są iluzoryczne, zaś solenne gwarancje stanowić mogą tylko rodzaj dekoracji, za osłoną której kontynuowany jest stary, poczciwy komunizm. Zwróćmy bowiem uwagę na treść prawa własności. Klasyczna definicja własności głosi, że jest to „plena in re potestas”, czyli pełne władztwo nad rzeczą, które przysługuje właścicielowi z wyłączeniem innych osób – czyli również tajemniczych „partnerów społecznych”. Jeśli to władztwo nie jest pełne – a w sytuacji, gdy właściciel zmuszony jest do „dialogu”, to znaczy – do uzgadniania swoich decyzji odnoszących się do przedmiotu własności – z „partnerami społecznymi”, to o żadnym „pełnym” władztwie nie może być mowy, trudno w ogóle mówić o istnieniu własności prywatnej. Najwyraźniej pod nazwą „własności prywatnej” konstytucja ukrywa jakieś innego rodzaju uprawnienie. Warto zwrócić uwagę, iż art. 20 nie stawia żadnych granic ani „solidarności” – cokolwiek by to miało znaczyć – ani „dialogowi”, ani wreszcie – „współpracy” z „partnerami społecznymi”. Skoro tak, to nie można wykluczyć sytuacji, w których „partnerzy społeczni” właściciela wciągniętego w „dialog” zwyczajnie przegadają, to znaczy – zmuszą do postępowania wbrew własnej woli. Pośrednio wskazuje na taka możliwość art. 21 konstytucji. W ustępie 1 stwierdza on, że Rzeczpospolita Polska „chroni” własność i prawo dziedziczenia. Zwróćmy uwagę, że konstytucja nie używa określenia „gwarantuje”, a tylko, że „chroni”. Gwarancja jest sformułowaniem znacznie silniejszym od „ochrony”, bo gwarancja implikuje skuteczność, natomiast nie ma żadnej pewności, czy deklarowana w konstytucji „ochrona” własności i prawa dziedziczenia okaże się skuteczna tym bardziej, że granice tej ochrony nie są wcale sprecyzowane. Przeciwnie – ustęp 2 art. 21 konstytucji dopuszcza wywłaszczenie, to znaczy – pozbawienie właściciela własności przez władzę publiczną – stawiając jedynie nieostry warunek by wywłaszczenie zostało dokonane „na cele publiczne” i za „słusznym” odszkodowaniem”. Nawet nie wiadomo, kto może, albo będzie mógł dokonać wywłaszczenia i czy np. wywłaszczenie dokonane na rzecz spółki budującej płatną autostradę jest wywłaszczeniem na cele publiczne, czy już nie. Wreszcie warto podnieść, że wyposażenie władzy wykonawczej w prawo decydowania o wywłaszczeniu stanowi jaskrawe naruszenia zasady nemo iudex in causa sua, to znaczy – że nikt nie powinien być sędzią we własnej sprawie. Dlatego w moim autorskim projekcie konstytucji zapisałem w art. 5 ust. 4, że pozbawienie albo ograniczenie własności może nastąpić wyłącznie na podstawie lub w wykonaniu orzeczenia sądu, w związku z popełnieniem przez właściciela czynu zabronionego pod groźbą kary przez ustawę lub niewykonaniem zobowiązania umownego, albo wynikającego z ustawy. Przy takiej regulacji „wywłaszczenie” w rozumieniu art. 21 konstytucji RP byłoby w ogóle niedopuszczalne. Władza publiczna musiałaby z właścicielem negocjować i ewentualnie przejąć jego własność na podstawie umowy, która gwarantowałaby, iż odszkodowanie będzie „słuszne”. Utrzymanie przez konstytucję „wywłaszczenia” dokonywanego w trybie administracyjnym oznacza przyzwolenie na rabunek własności, z lekka tylko maskowany pozorami legalności.(…)

Wreszcie ust. 3 artykułu 64 konstytucji, który stanowi, że własność może być ograniczona tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza ona istoty prawa własności. Warto zwrócić uwagę, że konstytucja nie ogranicza swobody wydawania ustaw ograniczających własność. Sejm może ograniczać własność pod dowolnym pretekstem, na przykład – sprawiedliwości społecznej, czy poszukiwania dochodów budżetowych. W rezultacie ograniczenie własności polegające na powiększeniu rozmiarów konfiskaty dochodu poprzez zwiększenie progresji podatkowej, mimo istnienia tego przepisu uchodzi za całkowicie legalne, chociaż jak najbardziej „narusza istotę prawa własności”…”

całość tu: michalkiewicz.pl   

podobne: Kobus: Czy własność może szkodzić? – Najwyższy Czas! oraz: Rafał Ziemkiewicz: „Państwowe, czyli nie nasze”, ale „patrioci” mówią NIE dla wolnego rynku w Polsce. To mamy ten wolny rynek czy nie? polecam również: Konsekwencje zadłużania – Rząd sięga po kolejne rezerwy. i to: Stanisław Michalkiewicz: Państwo jako nowotwór złośliwy

rys. - Jerzy Wasiukiewicz

rys. – Jerzy Wasiukiewicz

Pęka bańka na chińskim rynku nieruchomości. Włochy w recesji, giełdy w dół, niepokoi Rosja.


1. Pęka bańka na chińskim rynku nieruchomości.

Podczas wczorajszej sesji uwagę inwestorów po obu stronach Oceanu przyciągnęły informacje docierające z Chin, gdzie w lipcu usługowy indeks PMI spadł do najniższego poziomu w historii, wynosząc 50 pkt. Zdaniem ekonomistów, znacznie słabsze od prognozowanych dane – napływające z sektora wytwarzającego prawie połowę chińskiego PKB – mogą być sygnałem świadczącym o spowolnieniu drugiej gospodarki świata. Wiele wskazuje na to, że przyczyną pogorszenia sytuacji w Państwie Środka jest przede wszystkim bańka spekulacyjna istniejąca na tamtejszym rynku nieruchomości. Polityka rządu, nakazująca bankom ograniczenie ilości udzielanych kredytów hipotecznych oraz podniesienie wysokości wkładu własnego wymaganego od kupujących, przyczyniła się w ostatnim czasie do znacznego obniżenia cen mieszkań. Jak wynika z danych opublikowanych przez Narodowe Biuro Statystyczne problem ten dotyczy już większości chińskich miast, a tylko w Pekinie dynamika sprzedaży nieruchomości spadła w pierwszym półroczu 2014 roku o 35% r/r.

Rano poznaliśmy informacje o produkcji przemysłowej w Wielkiej Brytanii, która w czerwcu wyniosła 0.3% m/m oraz 1.2% r/r. W ciągu dnia uwagę inwestorów przyciągnie natomiast publikacja danych na temat bilansu handlu zagranicznego (prognoza -43.5 mld dolarów) w Stanach Zjednoczonych.

(dr Maciej Jędrzejak – Saxo Bank)

podobne: Kryzys budżetowy w USA, rządowy we Włoszech i słabe dane z Chin. oraz: Irlandzkie wychodzenie z recesji. Akcja kredytowa w toku. Cynik9: „bail-in”

2. Włochy w recesji, giełdy w dół, niepokoi Rosja.

06.08.2014 (IAR) – Włoska gospodarka znów się kurczy. Wbrew przewidywaniom analityków, w II kwartale tego roku PKB nad Tybrem spadł o 0,2 procent po spadku o 0,1 procent w I kwartale. To oznacza, ze z technicznego punktu widzenia, Włochy ponownie – po czasach kryzysu – weszły w recesję.

Informacje o kłopotach w gospodarce podał włoski urząd statystyczny, zaznaczając że są to na razie wstępne dane. Włochy z 2 bilionami euro długu oraz 40 procentowym bezrobociem wśród młodzieży, cały czas nie odbudowały swojej gospodarki po kryzysie i nie doszły nawet do wysokości PKB sprzed kryzysowego 2008 roku.

Na złe dane z Rzymu reagują giełdy, którym nie pomaga też spadek zamówień w niemieckim przemyśle i sytuacja na wschodzie. Coraz więcej analiz wskazuje na możliwość rosyjskiej agresji na Ukrainę. Od rana na minusie są indeksy największych europejskich parkietów. Przed południem niemiecki DAX spadł o 1,5 procent, francuski CAC40 – o 1,3 procent, a londyński FTSE 100 – o 1,1 procent. Polski WIG20 traci ponad pół procent.

Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/int/łp/wk

podobne: Słabszy niemiecki przemysł. Merkel po raz 7. w Chinach oraz: Globalna prognoza ekonomiczna. i to: „Pięknie rośnie bezrobocie…”  Czy „zacznie się” we Włoszech?

Światowa gospodarka

Eksperci: inwestycje w ziemię dobrą lokatą, ale długoterminową


10.05. Warszawa (PAP) – Zakup ziemi może być dobrą lokatą kapitału, ale trzeba się liczyć z tym, że inwestycja jest długoterminowa – uważają eksperci. Do zakupu gruntów zachęcają rosnące ceny ziemi, a zysk jest wyższy niż na lokatach bankowych.

Ceny ziemi zależą od koniunktury. Gdy gospodarka się rozwija, popyt na ziemię rośnie i działki drożeją. Ważne jest położenie gruntów, a w przypadku ziemi rolnej – jakość gleby – mówi dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarski Żywnościowej Andrzej Kowalski.

Od przemian ustrojowych ziemia drożeje, ale w latach 90. na skutek złej koniunktury chętnych do zakupu ziemi było mało. W 1992 r. państwowe grunty kosztowały średnio 500 zł za hektar, dziesięć lat później 3,4 tys. zł/ha. W latach 1999-2002 ceny ziemi spadały, ale później już tylko rosły. W 2003 roku ziemia kosztowała średnio 3,7 tys. zł/ha, w 2013 r. ok. 22 tys. za hektar. Jeszcze droższe były grunty w tzw. obrocie prywatnym, średnio za hektar ziemi w ubiegłym roku trzeba było zapłacić 25 tys. zł.

Ceny nieruchomości rolnych podskoczyły po wstąpieniu Polski do UE. Było to spowodowane m.in. chęcią zwiększenia produkcji, a przede wszystkim unijnymi dopłatami bezpośrednimi, które przysługują wszystkim posiadaczom tych dóbr. Jeżeli wówczas ktoś zaryzykował i kupił ziemię, była to bardzo dobra lokata kapitału. Można ocenić z dzisiejszej perspektywy, jednak wtedy było wiele niewiadomych i decyzja mogła być ryzykowna – zaznaczył Kowalski.

Między 2003 r. a 2012 r. cena ziemi w Polsce wzrosła pięciokrotnie. Mimo to, jest ona tańsza niż w krajach UE-15. „Moim zdaniem ceny ziemi nie będą już rosły tak szybko, jak dotychczas. Choć niektórzy twierdzą, że grunty bardzo zdrożeją, gdy prawo do ich zakupu uzyskają cudzoziemcy (od maja 2016 r.)” – powiedział szef Instytutu. Jego zdaniem, jeżeli weźmie się pod uwagę, że specjalnie nie ma chętnych na kupno nieruchomości rolnych w nowych niemieckich landach (b. NRD), gdzie dopłaty bezpośrednie są znacznie wyższe niż w naszym kraju, to niekoniecznie ceny polskiej ziemi muszą rosnąć. A w województwie wielkopolskim już obecnie ziemia jest droższa niż za zachodnią granicą.

Dobry interes można zrobić na „odrolnieniu gruntów”. Dotyczy to zwłaszcza ziemi w pobliżu dróg, dużych miast czy planowanych inwestycji. Taka ziemia bardzo zyskuje na wartości, więc niektórzy spekulują. Jest jednak ryzyko w postaci np. zmiany planów inwestycyjnych – stało się tak w przypadku budowy obwodnicy Augustowa – zauważył Kowalski. „Takich sytuacji by nie było, gdyby gminy miały uchwalone plany przestrzennego zagospodarowania, a tym nie są zainteresowane obecnie żadne siły polityczne” – stwierdził.

Zdaniem analityka Marcina Krasonia z Home Brokers, ziemia jako lokata kapitału jest niezłym pomysłem, „bo jest to dobro ograniczone i zawsze będzie na nie popyt”. Czy łatwo będzie sprzedać działkę? Zależy to od lokalizacji – jeżeli będzie ona w pobliżu szlaku komunikacyjnego czy osiedla, to można na niej zarobić. Najlepiej jest kupować grunty na aukcjach komorniczych, bo są zazwyczaj sprzedawane poniżej ceny rynkowej i już z tego tytułu się zyskuje – dodał.

Jeżeli chodzi o ziemię rolną, to ze statystyk wynika, że najbardziej drożeje ziemia niskiej jakości. Najłatwiej można ją odrolnić i przeznaczyć na działki budowlane – wyjaśnił ekspert. Krasoń uważa, że inwestycje w ziemię są długotrwałe i ryzykowne, bo nie ma gwarancji, że właśnie akurat w tym miejscu ziemia zdrożeje, ale można na takich inwestycjach zarobić zdecydowanie więcej niż na lokacie bankowej czy przy zakupie obligacji.

Podobnie uważa ekspert Lion’s Bank Bartosz Turek. „Ziemię warto kupować, bo dotychczas stopa zwrotu z tej inwestycji jest bardzo wysoka” – powiedział.

Z wyliczeń Lion’s Bank wynika, że w ciągu 9 lat cena ziemi zdrożała o 234 proc. (po uwzględnieniu inflacji). Dla porównania w tym czasie, kupując mieszkanie w śródmieściu Warszawy, można było liczyć na wzrost wartości o ok. 95 proc. (realnie 53 proc.); odkładając pieniądze na przeciętnej lokacie bankowej zarobiłoby się 49,4 proc. (realnie 17 proc.).

Od 2004 r. wzrost cen ziemi rolnej jest imponujący, rynek ten jest już od kilku lat w fazie wzrostowej, jednak istnieje ryzyko poniesienia straty. Najlepiej można zyskać na odrolnieniu ziemi, bo grunty pod zabudowę są kilkakrotnie droższe i w tym także można upatrywać zarobku. Na to potrzeba jednak więcej czasu. Dodał, że kupno ziemi jest inwestycją dla osób, które mają gotówkę, gdyż na ten cel trudno uzyskać kredyt. (PAP)

awy/ je/ mow/                         …źródło: stooq.pl

podobne: Inwestycje bezpieczne zdaniem mas oraz zdaniem analityków – DwaGrosze polecam również: NIK: luki w prawie pozwalają cudzoziemcom przejmować ziemię w Polsce.

Wojciech Siudmak - Żyzna Przestrzeń

Wojciech Siudmak – Żyzna Przestrzeń 

„W krainie deszczowców”: Irlandzkie wychodzenie z recesji. Akcja kredytowa w toku. Cynik9: „bail-in”


fragment artykułu z zaprzyjaźnionego bloga…

Kilka miesięcy temu głośno w mediach się zrobiło o tym, że Irlandia oficjalnie opuściła program tzw tutaj „bailout”, w którym MFW, Komisja Europejska i Europejski Bank Centralny (tzw. trojka) pożyczyły jej łącznie 67,5 mld euro w ciągu trzech lat.

My w Irlandii pamiętamy co było przyczyną kryzysu, ale czy ktoś jeszcze w innych krajach pamięta? Zaczęło się mniej więcej w roku 2008 kiedy to irlandzkie banki nie były w stanie już więcej pożyczać od innych banków a nerwowa reakcja na tą sytuację sprawiła że kto mógł masowo zaczął z nich wyciągać swoje depozyty. Irlandzki rząd nie chcąc dopuścić do zapaści systemu finansowego kraju zagwarantował wsparcie wszelkich zobowiązań banków. Mimo tego a może dlatego, inwestorzy zaczęli się wycofywać gdyż zdawali sobie sprawę że rząd irlandzki wziął na swe barki zbyt ogromne zobowiązania. Aby zapobiec dalszym ucieczkom pieniędzy, inwestorów i popadaniu w dziurę długów bez dna, rząd irlandzki przyjął pomoc finansową w wysokości 67,5 miliardów euro.

No co, między innymi, poszły te pieniądze…lub raczej do kogo:

32 miliardy do Anglo Irish banku

16 miliardów do banku AIB

5,4 miliarda do Irish Nationwide Society

4,7 miliarda do Bank of Ireland

4 miliardy do Irish Life Permanent

Następnie sektor budowlany zaczął zwalniać tysiące ludzi i ( co zresztą logiczne) to nie tylko pracowników fizycznych. Moich dwóch znajomych architektów straciło w tym czasie prace. (jeden wyjechał do Manchesteru a druga do Hiszpanii). Bezrobocie wzrosło do 15 % w roku 2012 a pewnie byłoby większe gdyby ludzie nie wyjeżdżali za granicę. Prace budowlane ustały a banki przestały pożyczać. Czarna przyszłość malowała się coraz bardziej rozpaczliwie.

Ceny domów rosły nieustanie od roku 1995 by w 2007 roku osiągnąć niesamowicie wysoki ceny. Średnia cena domu w roku 1995 wynosiła 100 tysięcy by w 2007 kosztować 370 tysięcy (mówimy o średniej krajowej, nie dublińskiej oraz o przeciętnym domu czyli z 3 sypialniami). W 2008 ceny zaczęły spadać na łeb na szyje, schodząc do połowy ceny w roku 2010 czyli około 200 tysięcy….

polecam lekturę całości tu: W krainie deszczowców

podobne: Świnki (PIIGS) powoli dźwigają się z zapaści. i tu: MFW: deficyty i długi krajów rozwiniętych. Portugalskie rodziny coraz bardziej zadłużone a w Grecji strajk generalny.

Ciężar kredytu

Ciężar kredytu

To nie przyczyna! To rezultat! 😀

Życie na kredyt, czyli zjadanie przyszłości, to metoda, którą się obecnie stosuje, żeby sprzeczności [dużo korzyści i żadnych podatków] ze sobą pogodzić. Próbuje się osiągnąć niewielkie korzyści bieżące, ryzykując wielkie straty w przyszłości. Taki sposób postępowania przybliża widmo bankructwa, które kładzie kres kredytom. (Frédéric Bastiat)

…Jakiś czas temu rozmawialiśmy z autorką bloga na „te” tematy (zwłaszcza o cenach mieszkań i przyczynie ich wzrostu) pod innym artykułem (Heglowska rzeczywistość…), więc nie będę się w całości powtarzał a powiem pokrótce, że problem z rosnącymi cenami na rynku nieruchomości to głównie sama „akcja kredytowa” a raczej to co ją napędza (i wszystkie konsekwencje z tym związane). Gdyby nie ludzka pazerność i pazerność banksterów (tak – to też są ludzie 🙂 ) która wyszła na przeciw „zapotrzebowaniu”, ludzie musieliby oszczędzać co zamiast podnosić ceny mieszkań obniżyłoby je, bo klientów posiadających odpowiednia ilość gotówki byłoby mało więc popyt byłby mniejszy a co za tym idzie ceny niższe (zarówno mieszkań jak i samej ziemi oraz oczywiście pieniądza). To z kolei skróciłoby sam czas potrzebny na zgromadzenie gotówki, której dzięki braku akcji kredytowej byłoby w obiegu mniej ale byłaby więcej warta (siła nabywcza pieniądza by rosła). Kredyt to złodziej i to podwójny. Ludzie kupują sobie (za słoną prowizję) przyszłość podbijając sztucznie ceny tu i teraz! (kto „gra” na giełdzie ten wie jak to działa i że właśnie tak to działa 🙂 ) a same banki wypłacają sobie z tytułu przyszłego zysku sowite prowizje kreując pieniądz z tego czego jeszcze nie dostali (niektórym spłata kredytu zajmuje 50 lat! ale te pieniądze już krążą w obiegu 😀 ). Prawo własności (bankowej! dopóki się nie spłaci kredytu) jak i cały zawyżony cenowo biznes około mieszkaniowy to patologie wynikłe na bagnie/bańce kredytu. Tak to wygląda po linii koszuli bliższej naszemu ciału. O tym jak to wygląda w skali makro – sponsoringu systemu bankowego przez budżety państw (za pieniądze podatników) – można poczytać tu: Independent Trader: “Hipotetyczne plany bankierów” czyli… wszystko przebiega zgodnie z planem.

Wszystko więc dzieje się jak po sznurku a wręcz zgodnie z planem 😉 nie tylko w Irlandii – Cisza przed burzą. Toksyczne aktywa w systemach bankowych Polski i Hiszpanii. Przestajemy płacić kredyty mieszkaniowe. “Troika” wróciła do Hiszpanii.

Kordoniarze - Rafał Zawistowski

Kordoniarze – Rafał Zawistowski

Kryzys jest strasznie przewidywalny, tak jak spirala długu która tak naprawdę dopiero zaczęła przyspieszać, nakręcana ratowaniem za wszelką cenę pazernych banków na koszt podatników (a jakże równie pazernych). Sygnały ostrzegawcze (bailouty i przekraczanie kolejnych procentów długu państwowego sektora do PKB, że o „oczywistych” deficytach do których wszyscy przywykli nie wspomnę) zostały przez decydentów zbagatelizowane. Unia bankowa zbliża się wielkimi krokami i jest się jeszcze za co zadłużać, bo ludność Europy ma na kontach biliony EURo do zajumania w stylu cypryjskim (Cypr. Precedens już jest… kto następny?). Będzie się działo – a wszystko na własne życzenie (poniekąd) bo „dla ludzi” 😉

polecam również:  Szumowiny drukujące pieniądze na koszt podatników! – Godfrey Bloom MEP

Banksterzy

…Odys

uzupełnienie o niezawodnego cynika9:

…Dawniej banksterzy dzwonili do rządu po bail-out. Nasze aktywa skurczyły się o x miliardów, nasz kapitał własny wyparował, jesteśmy spłukani.  Przyślijcie nam x miliardów celem uzupełnienia strat bo inaczej padniemy. A jak padniemy to padnie też powiązany z nami bank B, potem powiązany z nim bank C i tak dalej. I to wy będziecie mieli problem, my się jakoś wyżywimy. No i rządy posłusznie zabierały podatnikom potrzebne środki i dawały je banksterom w ramach „ratowania systemu bankowego”.

Bail-out polegał więc na dodawaniu aktywów do lewej kolumny bilansu bankowego i był dla banku był rozwiązaniem idealnym – prywatyzacja zysków, socjalizacja strat, zerowe ryzyko i niezagrożone bonusy. Dla państwa jednak rozwiązanie to było mniej niż idealne z uwagi na koszty. W końcu ekstra strzyżenie podatnika do specjalnych przyjemności nie należy, ludzie mogą zawsze zacząć się buntować. Również zaciągnięcie nowego długu przez już mocno zadłużone rządy natrafiało na coraz większe trudności.

W tych warunkach rok temu na Cyprze EU zdetonowała próbnie  inną broń finansowego masowego rażenia – bail-in. Bail-in tym się różni od bail-outu że zamiast zwiększać aktywa bankrutującego banku mniejsza się jego zobowiązania tak aby kapitał własny wyszedł na plus. Jest to rozwiązanie genialne w swojej prostocie  które rządy  z miejsca polubiły. Powód jest jasny – w odróżnieniu od kosztownego bail-outu bail-in nie kosztuje ich ani centa.

Kto w takim razie płaci na banksterów? Spokojnie, płaci klient… ;-). Tyle że płaci selektywnie bo bail-in jest rodzajem  rosyjskiej ruletki w której może na niego nie trafić – wtedy ma szczęście! Na bail-in tonącego banku  zrzucają się bowiem przede wszystkim jego akcjonariusze i deponenci.

Napad na bank w stylu cypryjskimKluczem do zrozumienia bail-inu jest to że wbrew popularnej percepcji wpłacony do banku depozyt nie jest dłużej „twoimi pieniędzmi”. Pieniądze stają się aktywem banku a po stronie zobowiązań pojawia się obietnica banku że ci je kiedyś zwróci, razem z odsetkami. Jeżeli teraz bank tonie i dochodzi do bail-inu to jego zobowiązania są kasowane. Wraz z nimi kasowane są także „depozyty” jego niefortunnych klientów. To dokładnie miało miejsce na Cyprze…

całość lektury jak zwykle polecam pod linkiem: dwagrosze.com

Cisza przed burzą. Toksyczne aktywa w systemach bankowych Polski i Hiszpanii. Przestajemy płacić kredyty mieszkaniowe. „Troika” wróciła do Hiszpanii.


24.03.2014 (IAR) – Prawie 11 miliardów złotych. Tyle są warte nieuiszczane na czas zobowiązania hipoteczne. To może być cisza przed burzą – pisze „Dziennik Gazeta Prawna”.

Polacy mają coraz większy problem z regulowaniem swojego hipotecznego zadłużenia. Bardzo szybko rośnie wartość złych kredytów, czyli takich, na które nas nie stać. Ich celem jest nabycie dóbr, które w danym momencie absolutnie nie są nam niezbędne. Według danych NBP, w styczniu tego roku złe kredyty hipoteczne były warte 10,8 miliarda złotych, aż o 17,4 procent więcej niż rok wcześniej. Prawie 3,7 miliarda złotych stanowiły kredyty zaciągnięte we frankach szwajcarskich (wzrost o prawie jedną czwartą).

W tym samym czasie pula wszystkich złych zobowiązań gospodarstw domowych zmalała o 0,6 procent. A w przypadku konsumpcyjnych, które wcześniej ciążyły bankom, zmniejszła się nawet o 12,5 procent.

Eksperci prognozują, że może czekać nas spory problem z umowami podpisanymi w latach 2006-2008, gdy trwał boom na rynku nieruchomości finansowany przez banki. Szczególnie dotyczy to kredytów zaciąganych we frankach szwajcarskich.

Więcej – w „Dzienniku Gazecie Prawnej”.                                         …źródło: stooq.pl

polecam lekturę: Cypr. Precedens już jest… kto następny?

Informacyjna Agencja Radiowa (IAR)/”Dziennik Gazeta Prawna”/kd/dabr

24.03.2014 (IAR) – Inspektorzy troiki wrócili do Hiszpanii. Przedstawiciele Komisji Europejskiej, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Europejskiego Banku Centralnego mają ocenić stan sektora finansowego. Przeanalizują też sytuację ekonomiczną i budżetową kraju.

W 2012 roku kraje strefy euro pożyczyły Hiszpanii ponad 41 mld euro na ratowanie systemu bankowego. Akcja pomocowa Brukseli została oficjalnie zakończona 23 stycznia.

Przedstawiciele troiki poinformowali w styczniu, że rząd Mariano Rajoya wypełnił wszystkie warunki pożyczki udzielonej Hiszpanii. Teraz inspektorzy chcą się upewnić, że sytuacja banków jest stabilna. Dlatego podczas tygodniowego pobytu spotkają się m.in. z przedstawicielami Banco de Espania i tzw. złego banku – spółki z mniejszościowym udziałem Skarbu Państwa, która przejęła od instytucji finansowych toksyczne aktywa, głównie nieruchomości.

Inspektorzy troiki zapoznają się też z sytuacją ekonomiczną Hiszpanii. Przed końcem marca zostanie opublikowana wielkość deficytu za 2013 rok. Prawdopodobnie wyniesie on 6,7 proc. PKB, o 0,2 proc. więcej niż wymagała Bruksela.

Informacyjna Agencja Radiowa/EwaWysocka-Barcelona/kawo   …źródło: stooq.pl

…Nie przez przypadek kilka razy przy okazji polskich kłopotów gospodarczych sięgałem do analogii z Hiszpanią. Na podstawie obserwacji tego kraju można bowiem nakreślić niezbyt optymistyczny scenariusz dla Polski. Wszystko na własne życzenie, dzięki „akcji kredytowej” na którą połasili się nasi obywatele oraz wykazujący podobne myślenie „umiłowani przywódcy”. Sięganie w sposób nieodpowiedzialny po „tani pieniądz”, oraz wydawanie więcej niż się w rzeczywistości posiada musi skończyć się kiedyś niewypłacalnością. Słusznie podaje DGP że jest to cisza przed burzą. Polecam zatem lekturę jak to wyglądało w „bliźniaczej” Hiszpanii.

1. Hiszpania i Słowenia na cenzurowanym

2. Eurokołchoz: w budżecie brakuje a hiszpańskie wioski na sprzedaż

3. Polskie drogi po “Euro” i Hiszpańskie autostrady za EURo

4. Maleją hiszpańskie emerytury

5. Oblicza eurosocjalizmu. Hiszpański Caritas bije na alarm

Można powiedzieć że pełzająco realizują się w Polsce wszystkie 5 punktów. Z pewnością zbliżamy się do pkt 4 kiedy zostanie ogłoszone bankructwo systemu emerytalnego, które w zasadzie od dawna jest faktem, tyle że nikt tego jeszcze oficjalnie nie ogłosił („Raport o sytuacji ZUS”. Piramida finansowa bankrutuje) bo póki co kolejny raz przedłużono agonię tego systemu opodatkowując  sól w oku związkowców – umowy cywilno-prawne zwane „śmieciowymi” (Do dziurawego wora FUS (dzięki oskładkowaniu “śmieciówek”) trafi 650 milionów złotych.)

…Odys

ps. Życie na kredyt, czyli zjadanie przyszłości, to metoda, którą się obecnie stosuje, żeby sprzeczności [dużo korzyści i żadnych podatków] ze sobą pogodzić. Próbuje się osiągnąć niewielkie korzyści bieżące, ryzykując wielkie straty w przyszłości. Taki sposób postępowania przybliża widmo bankructwa, które kładzie kres kredytom. (F. Bastiat)

Chwilówki - Michał Dziekan

Chwilówki – Michał Dziekan

 

W Polsce „opłaca się” tylko mieszkać. Podatek od nieruchomości godzi w prowadzących działalność


Upływający wkrótce termin zapłaty podatku od nieruchomości to szczególnie bolesna data dla przedsiębiorców – osoby wykorzystujące nieruchomość pod działalność gospodarczą mogą zapłacić w skali roku kilkanaście razy więcej niż gdyby używały jej prywatnie, na potrzeby mieszkalne.

Pierwszy kwartał to czas rozliczeń podatków lokalnych. Cztery terminy płatności, tj. do 15 marca, 15 maja, 15 września i 15 listopada, obowiązują przy podatku od nieruchomości, podatku rolnym i podatku leśnym. Z gminami musimy się rozliczyć na podstawie dostarczonych nam wcześniej decyzji ustalających wysokość podatku na dany rok. Decyzję odpowiednio wójta, burmistrza lub prezydenta miasta powinniśmy już do tej pory otrzymać (powinno mieć to miejsce najpóźniej 14 dni przed terminem płatności pierwszej raty, tj. do 3 marca). Na wpłatę pierwszej raty mamy w tym roku czas do 17 marca, gdyż 15 marca wypada w sobotę.

Brak decyzji ustalającej wysokość podatku lokalnego to brak obowiązku jego zapłaty. Jeśli jednak decyzja ta dotrze do podatnika z opóźnieniem, będzie on musiał uregulować zobowiązanie wobec gminy w ciągu 14 dni od doręczenia decyzji.

Maksymalne stawki obowiązujące w danym roku ogłaszane są przez resort finansów w specjalnym obwieszczeniu (aktualnie obowiązuje obwieszczenie z dnia 7 sierpnia 2013 r. w sprawie górnych stawek kwotowych podatków i opłat lokalnych w 2014 r.) Ostateczna wysokość stawek zależy od decyzji gminy, która w drodze uchwały może je obniżyć.

PRZEDSIĘBIORCY PŁACĄ DUŻO WIĘCEJ

Z jakim opłatami należy się liczyć? Przykładowo w Warszawie, Gdańsku, Poznaniu i Krakowie, gdzie obowiązują najwyższe stawki podatku od nieruchomości, właściciel domu o powierzchni 150 mkw. i przynależnej do niego działki o powierzchni 250 mkw., zapłaci w 2014 r. roku 226 zł rocznego podatku (o 4 zł więcej niż w 2013 r.). Niestety, dużo więcej będzie musiał wyłożyć właściciel nieruchomości prowadzący w niej działalność gospodarczą. Zakładając, że wspomniana wcześniej nieruchomość wykorzystywana jest na potrzeby firmy, przedsiębiorca z Warszawy czy Poznania zapłaci w ciągu roku łącznie 3677 zł, czyli kilkanaście razy więcej, niż gdyby używał tej samej nieruchomości tylko w celach mieszkalnych. W jego przypadku znacznie bardziej odczuwalna będzie także podwyżka stawek – w 2014 r. musi bowiem zapłacić o 34 zł więcej podatku niż w 2013 roku.

„TAŃSZE” GRUNTY LEŚNE

Podatek od gruntów leśnych zapłacą ich właściciele, posiadacze samoistni oraz użytkownicy wieczyści, którzy zajmują grunty na potrzeby działalności leśnej (np. gospodarujący zwierzyną, utrzymujący, ochraniający i zarządzający uprawami leśnymi, zajmujący się pozyskiwaniem i sprzedażą m.in. choinek, drewna czy żywicy). Właściciel np. 1,5 ha lasu zapłaci za cały 2014 r. 56,45 zł (w przypadku lasów ochronnych oraz lasów wchodzących w skład rezerwatów przyrody i parków narodowych obowiązuje połowa stawki, czyli aktualnie 18,82 zł od 1 ha).

Las będzie podlegał opodatkowaniu, jeśli jest on wykorzystywany do wykonywania działalności innej niż leśna.

(Katarzyna Miazek, Agata Szymborska-Sutton – Tax Care)     …źródło: stooq.pl

podobne: Czy rząd Donalda Tuska wraz z całą administracją podatkową postawili sobie za cel, by wszyscy przedsiębiorcy albo zbankrutowali, albo wyprowadzili się za granicę?

polecam również: Marcin Nowacki o dokręcaniu śruby polskim przedsiębiorcom. oraz: Euler Hermes: Polskie budownictwo może spaść nawet o 15% r/r w 2013 r.

…lasy jak zwykle „pod ochroną”… może by się tam przeprowadzić? 😛

rys. Żukow

rys. Żukow

NIK: luki w prawie pozwalają cudzoziemcom przejmować ziemię w Polsce.


28.02. Warszawa (PAP) – Cudzoziemcy stają się posiadaczami gruntów rolnych w Polsce w drodze nabycia udziałów w polskich spółkach, które są właścicielem ziemi. Umożliwia im to luka w przepisach prawa – wynika z informacji Najwyższej Izby Kontroli.

Najwyższa Izba Kontroli skontrolowała sprzedaż należącej do Skarbu Państwa ziemi (w latach 2011-2013) w trzech oddziałach Agencji Nieruchomości Rolnych – Szczecinie, Warszawie i Wrocławiu. Chciała m.in. sprawdzić, czy sprzedawane przez ANR grunty trafiają do podstawionych osób (tzw. metoda na „słupa”), działających na zlecenie zagranicznych inwestorów, z którymi polscy rolnicy nie są w stanie konkurować. Nie stwierdziła takich przypadków.

Ustaliła jednak, że cudzoziemcy z Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG) przejmują grunty rolne w Polsce poprzez nabycie udziałów w spółkach z kapitałem polskim, które są właścicielami ziemi. Wynika to z luki w przepisach – prawo nie zobowiązuje spółek kontrolowanych przez obcokrajowców do składania informacji o posiadanych gruntach. W ten sposób ziemię kupują cudzoziemcy reprezentujący przede wszystkim kapitał holenderski, duński i luksemburski.

Tymczasem zgodnie z prawem cudzoziemcy, także z EOG, którzy chcą kupić grunty rolne i leśne w Polsce, muszą uzyskać zezwolenie od MSW. Dopiero po 1 maja 2016 r. kończy się wynegocjowany przez Polskę okres przejściowy na zakup bez ograniczeń nieruchomości rolnych przez cudzoziemców.

Każde nabycie udziałów i akcji w spółkach musi być zgłoszone do Krajowego Rejestru Sądowego. Takie same wymogi są w przypadku, gdy zmienia się status spółki na spółkę kontrolowaną przez cudzoziemców (powyżej 50 proc. głosów na zgromadzeniu wspólników lub walnym zgromadzeniu). Spółka kontrolowana przez obcy kapitał nie ma jednak obowiązku przekazywania do rejestrów sądowych informacji o posiadanych gruntach rolnych. Z tego powodu KRS nie przekazywał do MSW danych niezbędnych do ewidencjonowania transakcji z udziałem cudzoziemców.

Jak informuje NIK, na skutek luki w przepisach MSW nie miało pełnych danych o tym, ile ziemi w Polsce kupili cudzoziemcy. Z danych ministerstwa wynikało, że w latach 2011-2012 w woj. dolnośląskim obcokrajowcy nabyli 397 ha, a w zachodniopomorskim – prawie 1 tys. 506 ha. NIK w toku kontroli ustaliła jednak, że w tym okresie cudzoziemcy kupili w rzeczywistości trzy, cztery razy więcej ziemi. Powierzchnia gruntów, należących do spółek przez nich kontrolowanych wyniosła na terenie woj. dolnośląskiego – 1 tys. 578 ha, a w woj. zachodniopomorskim – 4 tys. 577 ha.

NIK ustaliła też, że ANR nie monitorowała wtórnego rynku obrotu gruntami rolnymi, choć jest to istotne ze względu na przeciwdziałanie nadmiernej koncentracji gruntów (mówią o tym założenia polityki rolnej państwa). W trakcie kontroli ustalono, że w latach 2011-2012 w woj. zachodniopomorskim 2,3 proc. nabywców (12 z 509 kupców) nabyło aż 33,7 proc. powierzchni oferowanych gruntów, tj. 9 tys. 835 ha.

Izba stwierdziła również brak przejrzystych procedur typowania nieruchomości rolnych do sprzedaży, a także ich powierzchni. Wybór gruntów nie był też poprzedzony żadną udokumentowaną analizą. Taka praktyka urzędników grozi dowolnością postępowania i sprzyja powstawaniu mechanizmów korupcjogennych – podała Izba. (PAP)

luo/ je/ mag/                                                                       …źródło: stooq.pl

podobne: MSP chce rozmawiać o sposobie prywatyzacji Krajowej Spółki Cukrowej

…samo kupno ziemi (nawet przez obcy kapitał) to jeszcze nic strasznego. Ludzie od wieków kupują ziemię żeby coś na niej robić (bo przecież nikt tej ziemi ciężarówkami nie wywiezie 🙂 ). Prowadzić działalność gospodarczą, budować infrastrukturę czy po prostu mieszkać. Łączy się to jakby nie patrzeć z interesem państwa (obywateli) żeby ziemia była używana, pomagała w tworzeniu miejsc pracy i przynosiła dochód. Choć sam jestem przeciwny sprzedawaniu na własność ziemi cudzoziemcom (tu powinno obowiązywać użytkowanie wieczyste i proste, niskie ale bezwzględnie wymagalne podatki) to demonizowanie normalnej gospodarczej praktyki do takiego zakupu uważam za wstecznictwo ekonomiczne. Ziemia leżąca odłogiem i nieużywana to marnotrawstwo.

Kolejna kwestia to prawo z którym znowu mamy tutaj do czynienia. Patologiczne prawo z dość znaczącymi lukami, które sprzyjają dowolności urzędniczej i korupcji. Bo jeżeli ustawodawca zdecydował się chronić strukturę właścicielską polskiej ziemi, to powinien dołożyć należyte staranie o to żeby takich luk w prawie nie było.

…Odys

Tomasz Alen Kopera - Światło życia

Tomasz Alen Kopera – Światło życia

Globalna gospodarka wciąż na rozdrożach


Majowa koniunktura w przemyśle na świecie pozostawiała wiele do życzenia. Odczyty wskaźników PMI w takich krajach, jak Chiny, Indie, czy Turcja wypadły bardzo słabo. Chiński przemysł zaczął wykazywać oznaki spowolnienia, o czym informuje odczyt PMI na poziomie 49,2 pkt. W Indiach przemysł stanął w miejscu, podobnie było w Rosji. W obu tych państwach PMI wyniosły minimalnie więcej niż 50 pkt. W Turcji doszło do zniżki wskaźnika do 51,1 pkt. W Polsce doszło co prawda do poprawy aktywności przemysłu, ale nie wydostał się on wciąż ze strefy wyraźnego spowolnienia. PMI miał w maju 48 pkt wobec 46,9 pkt miesiąc wcześniej. Podobnie zachowały się wskaźniki koniunktury w strefie euro. To potwierdza duży wpływ stanu tamtejszej gospodarki na zjawiska ekonomiczne w naszym kraju.

Dla rynków finansowych dużo większe znaczenie zdają się mieć jednak czynniki o charakterze rynkowym, a nie fundamentalnym. Niepokój na giełdach wzmaga zwyżka rentowności obligacji. Zachowanie tego rynku w odbiorze inwestorów jest odzwierciedleniem postrzegania przyszłej polityki banków centralnych. Przekonanie o długim czasie jej luzowania windowała w ostatnich tygodniach ceny akcji, a teraz strach przed zacieśnieniem ciąży notowaniom.

Ruch w dół zarówno cen akcji, jak obligacji, z jakim mieliśmy do czynienia w ostatnich dniach, podkopuje wiarę w teorię o nieuchronności wzrostów na giełdach w efekcie wycofywania kapitałów z nisko-rentownych obligacji i przeznaczaniu ich na zakup relatywnie tanich akcji. Niemniej jednak giełdy wypadają w ostatnim czasie lepiej niż rynek długu.

RYNKI NIERUCHOMOŚCI

Ceny nowych mieszkań w Chinach rosły w maju najmocniej od grudnia, czyli od momentu kiedy zakończyły się trwające do tego czasu zniżki. Zwyżka sięgnęła 6,9% w skali roku. Cena ukształtowała się na poziomie 1659 USD za m2. W ujęciu miesięcznym wzrost wyniósł 0,8% i była to 12. kolejna zwyżka. Te dane obejmują 100 miast. Natomiast w 10 największych miastach ruch w górę cen był jeszcze większy i wyniósł 9,7%. Rosnące ceny nie są jednak traktowane jako korzystna oznaka, ale dodatkowe wyzwanie gospodarcze. Nadmierny wzrost przy dużej skali migracji ze wsi do miast stanowi społeczny i w związku z tym władze są skłonne jemu przeciwdziałać. To zaś dodatkowo utrudniałoby przyspieszenie wzrostu koniunktury w Chinach.

W maju ceny luksusowych mieszkań w Londynie wzrosły o 7,2% w skali roku, najmniej od grudnia 2009 r. Widać, że zwyżka o blisko 19% w ciągu ostatnich 2 lat powoduje mniejsze zainteresowanie kupujących.

(Home Broker)

za pomocą Globalna gospodarka wciąż na rozdrożach – Stooq.

quantitative easing – „luzowanie ilościowe”

Inwestycje bezpieczne zdaniem mas oraz zdaniem analityków – DwaGrosze


Rzepa donosi o ciekawej ankiecie przeprowadzonej przez Lion’s House i portal Interia.pl wśród 15 tys. internautów. Pytanie brzmiało – co jest najbardziej bezpieczną (podkr. cynik9) formą lokowania kapitału.  Z relacji wynika że firma Lion’s House wynikami ankiety została zaskoczona. Spodziewała się mianowicie odpowiedzi że „najbezpieczniejszą formą inwestowania są teoretycznie lokaty bankowe i obligacje skarbowe” i że internetowe masy potwierdzą ten rezultat wieloletniego prania mózgów.

Tymczasem nic takiego. Okazuje się że masy czegoś się jednak uczą, wolno bo wolno, ale zawsze. Pod względem bezpieczeństwa lokowania kapitału na przykład obligacje skarbu państwa polskiego uplasowały się, naszym zdaniem słusznie, dopiero na 8-mym miejscu (3%), poniżej nawet „drogich trunków” na pozycji 6 (4%). Może to być o tyle logiczne że jeśli państwo polskie by zbankrutowało to wielu nie pozostanie nic innego jak tylko się upić, choć być może trunkiem niekoniecznie „drogim”… 😉

Jednym z mankamentów ankiety jest to że jej sponsorzy nie bardzo wydają się rozumieć co oznacza bezpieczeństwo lokowania kapitału, a w każdym razie rozumieją to inaczej niż ankietowani. Motają się w związku z tym w nie bardzo trzymających się kupy wyjaśnieniach. Fakt że lokaty bankowe znalazły się dopiero na piątym miejscu (9%) komentują na przykład tak: wynikom trudno się dziwić biorąc pod uwagę zyski, jakie generują dziś lokaty bankowe i obligacje skarbowe. O ile więc dobrze rozumiemy dla analityków Lion’s House im lokata generuje większy zysk tym jest bezpieczniejsza…. (sic! – Odys)

Hmm, najwyraźniej ankietowani wiedzą lepiej i lepiej rozumieją kwestie bezpieczeństwa lokaty, plasując na czwartym miejscu „nieruchomości mieszkalne” (10%). To trochę niespodzianka, zważywszy na  trwającą od kilku lat bessę w szeroko pojętych nieruchomościach „mieszkalnych”. Owszem, ci którzy lekkomyślnie nabyli gigantycznie przewartościowane mieszkania w okolicach szczytu hossy prawdopodobnie przez lata będą pod wodą, bez możliwości zbycia czegokolwiek z zyskiem  (Czy bać się długiego kryzysu w nieruchomościach). Nie wszyscy jednak kupowali w szczycie hossy a w nieruchomościach prawie zawsze można znaleźć także rozsądne propozycje. Dom, zwłaszcza z kawałkiem gruntu wokół, i w odpowiedniej lokacji, trzyma zwykle wartość chociażby z tytułu kosztu zastąpienia. Nie jest to oczywiście równoznaczne z ceną idącą cały czas i tylko do góry.  Bessy i hossy w tej klasie aktywów trafiają się tak jak w każdej innej. Ale owszem, wg naszego leksykonu przynajmniej, jeśli tylko nieruchomość nie została kupiona na jakąś zupełnie wariacką hipotekę i po wariackiej cenie, jest to na ogół dość bezpieczne długoterminowe „lokowanie kapitału”.

Zdumiewające analityków Lion’s House trzecie miejsce pod względem bezpieczeństwa zajęło trzymanie gotówki w skarpecie czyli „gotówka w domu” (13%). Tutaj też tłumaczenie tego niskimi „zyskami jakie generują dziś lokaty bankowe” nie bardzo trzyma wodę. Ludzie najwyraźniej lepiej niż sponsorzy ankiety rozumieją że marcowa grabież depozytów bankowych na Cyprze była przekroczeniem Rubikonu (Czy depozyty na Cyprze zostały  zajumane?). Aby oddać sprawiedliwość, analitycy  wiedzą że dzwonią, tylko nie bardzo w którym kościele. Powodem do niepokoju są dziś nie tyle obawy o bezpieczeństwo systemu bankowego, ile o to, że depozyty mogą zostać niespodziewanie obłożone wysokim podatkiem – tłumaczą.

Niespodziewanie obłożone podatkiem? My tam tłumaczymy to bez owijania w bawełnę  – powodem do niepokoju jest obawa przed cypryzacją twojego depozytu twoim w banku! Można to oczywiście nazywać eufemistycznie „wysokim podatkiem”, jeśli ktoś chce… Na Cyprze było tego „wysokiego podatku” coś 80%. Po Cyprze banking w EU nigdy więcej nie będzie tym czym był. Grabież depozytów padającego banku została właśnie usankcjonowana jako oficjalna polityka EU od 2016. O ile przynajmniej EU dotrwa do tego czasu w obecnym kształcie… Żaden depozyt w EU, mały czy duży, nie jest odtąd bezpieczny, kropka. Być może wysokie stopy procentowe przyciągną kiedyś rzesze ryzykantów ale zerowe realne stopy procentowe dzisiaj stanowią nic innego jak tylko „return free risk”, i ludzie słusznie wybierają skarpetę. Prawo nieprzewidywanych konsekwencji marcowej „cypryzacji” działa….

całośc tu: Inwestycje bezpieczne – DwaGrosze.

polecam: Akcje – Czy warto inwestować w wartość? – Stooq

jak zwykle polecam lekturę całości a zamiast komentarza obrazek… „Umiesz liczyc? Licz na siebie” 😉 … Odys

rys. Buch

rys. Buch