Michalkiewicz i Braun: Quo vadis Polsko? Sny o potędze RP kontra przekleństwo georealizmu. „Stary Nowy Porządek” czyli Zdrada w Monachium.


rys. Jerzy Krzętowski

rys. Jerzy Krzętowski

rys. Jerzy Krzętowski

rys. Jerzy Krzętowski

„Czy Polska, pozbawiona przez ostatnie dwa stulecia podmiotowości i skazana na egzystowanie jako strefa buforowa pomiędzy Niemcami a Rosją, jest w stanie wybić się na niepodległość, stając się przywódcą bloku państw Europy Środkowo-Wschodniej? Czy może zrealizować się nowa koncepcja Międzymorza, którego liderem byłby właśnie nasz kraj? Czy budowa projektu politycznego na kształt dawnej Rzeczypospolitej, który mógłby zapewnić wolność, stabilność i bezpieczeństwo pokaleczonym narodom doświadczonym straszliwie przez totalitaryzmy XX wieku, nie przerasta aby naszych możliwości?”.

Poniżej zestaw kilku artykułów w których poszczególni autorzy starają się spojrzeć na faktyczną sytuację Polski, zwracając uwagę na kierunki w których powinna szukać korzystnych dla siebie rozwiązań geopolitycznych, a jako uzupełnienie lektury: Wykład Michalkiewicza: „Quo vadis Polsko?”/Referat Brauna oraz: Radosław Pyffel: Polska & Chiny – kto, jak i kiedy skorzysta na współpracy?

Świat stał się multipolarny, w którym Ameryka jest niekwestionowanym najsilniejszym mocarstwem, ale już nie hegemonem globalnym, jakim pozostawała po zakończeniu „zimnej wojny”. Obecnie nie da się sprawować dyktatury geopolitycznej przy pomocy lotniskowców, jak to miało miejsce w przypadku Jugosławii. Jednak istotą tej „erozji” jest wzrost siły Rosji…

Zauważmy, że większość krajów Europy Zachodniej nie podziela istnienia militarnego rosyjskiego zagrożenia, jak Polska, a raczej opowiada się za balansem równowagi sił między Rosją a NATO. Nie chcą, aby wzrost napięć militarnych hamował współpracę we wszystkich dziedzinach. Niemcy są zdecydowanym przeciwnikiem budowy i rozbudowy baz wojskowych w Polsce. Dlatego właśnie szef polskiej dyplomacji wskazał Wielką Brytanię jako pierwszego sojusznika w Europie – kraj o podobnie silnym nastawieniu rusofobicznym, który podziela polską wizję bezpieczeństwa europejskiego oraz będący naszym ważnym sojusznikiem w dotychczas podejmowanych decyzjach w NATO. Wielka Brytania to też główny przedstawiciel Ameryki w Unii Europejskiej.

Dla naszej „dalekosiężnej polityki wschodniej” potrzebne są właśnie takie stosunki z Ameryką, jakie posiada Wielka Brytania. Są to najbardziej sojusznicze stosunki, jakie Stany Zjednoczone posiadają w świecie i takie relacje minister W. Waszczykowski chce uzyskać dla Polski…

…Należy sądzić, że montowany układ sojuszniczy USA-Wielka Brytania-Polska ma stać się tym „silnym aktywem międzynarodowym”, które zapewnią Polsce na forum Unii współkształtowanie „dalekosiężnej polityki wschodniej”. Wzmocnieniem „polskich aktywów międzynarodowych” ma być zaproponowany projekt „utworzenia regionalnego sojuszu opartego na Grupie Wyszehradzkiej”. O tym projekcie w 2012 roku mówił: „podmiotową pozycję (Polski) można odbudować przez odzyskanie roli rzecznika interesów państw regionu, odrestaurowanie intensywnej współpracy z państwami nordyckimi, bałtyckimi czy Grupą Wyszehradzką. Prócz podjęcia wysiłków na rzecz zbudowania autonomicznego regionu (np. karpackiego) w naszej części UE. Przez powrót do roli wiarygodnego promotora europejskich ambicji państw bałkańskich i wschodnioeuropejskich. Przez powrót do polityczno-wojskowej i gospodarczej, zwłaszcza w dziedzinie energetyki, współpracy z USA”.

Przy tego rodzaju pomysłach warto zdawać sobie sprawę, że „budowanie autonomicznego regionu w naszej części UE”, to nic innego, jak harce na obrzeżach unii, które sprawiają dla centrum w Brukseli poważne kłopoty wobec wcześniej wymienionych wyzwań, rozsadzających integralność Unii.

Minister W. Waszczykowski chce „odzyskać podmiotowość polskiej polityki zagranicznej”, ale nie mówi, jakimi aktywami dysponuje. Wygląda na to, że chce je uzyskać przez sojusznicze relacje w układzie USA-Wielka Brytania-Polska, które faktycznie jeszcze nie istnieją. Postrzega ten sojusz, jako strategiczną siłę, zwróconą przeciwko Rosji. Jedyne jednak, co Polska może wnieść do takiego sojuszu, to politykę wymierzoną przeciwko Rosji. Trudno tu mówić o jakiejś podmiotowości, raczej o byciu narzędziem amerykańskiej geopolityki, której częścią jest rywalizacja z Rosją. Tym samym nasze bezpieczeństwo uzależniamy od geopolitycznych relacji na linii Ameryka-Rosja, na które nie mamy wpływu. Warto tu przypomnieć chińską maksymę „nie wchodzę do gry politycznej, jeżeli nie posiadam właściwych dla niej aktywów”.

Uzależniamy nasze bezpieczeństwo od geopolitycznej gry Ameryki, której znaczna część interesów znalazła się już nad Morzem Chińskim. To tam rozgrywają się obecnie geostrategiczne interesy USA, nie w Europie. Taka lokalizacja może wymusić powstanie porozumienia rosyjsko-amerykańskiego w sprawie Ukrainy, zaś przy proponowanej polityce W. Waszczykowskiego, która jest faktycznie polityką niszczenia solidaryzmu politycznego Unii, Polska w rezultacie może znaleźć się w „szarej strefie”…(Wojciech Domosławski)

całość tu: Niebezpieczna utopia w polskiej polityce zagranicznej

„…III RP jest państwem słabym, znajdującym się w strefie wpływów dwóch mocarstw euroazjatyckich i dlatego – satelickim. Zrozumienie tego stanu rzeczy utrudnia fakt, że nie istnieje jedno centrum władzy politycznej a także to, że część mocarstw starannie skrywa swoje hegemonialne dążenia. Polska leży na peryferiach Zachodu, który, jak zauważa Immanuel Wallerstein, nie ma jednolitego centrum politycznego. Stąd nie podlegamy wpływom jednego mocarstwa, lecz wielu. Na dodatek zależność od niektórych państw przeceniamy, a od innych ledwie dostrzegamy.

…Dominacja gospodarczo-polityczna Niemiec w regionie jest dominacją z upoważnienia Stanów Zjednoczonych. Już w 1989 r. w Waszyngtonie zdecydowano, że w zachodniej części Eurazji Niemcy sprawować będą przywództwo w imieniu USA. Taki był sens amerykańskiej koncepcji „partnerstwa w przywództwie” (partnership in leadership). Wówczas politycy nad Potomakiem byli świadomi ograniczoności zasobów amerykańskiego imperium i dlatego zdecydowali się tworzyć taki układ równowagi, w którym część mocarstw by im podlegała i w ich zastępstwie reprezentowała ich interesy w określonych regionach świata. Niemcy przykładnie wpisują się w realizacje tego strategicznego paradygmatu. Co istotne dzięki współpracy euroatlantyckiej ich globalna waga się powiększa.

Waszyngton i Berlin nie obnoszą się ze swoją współpracą w przywództwie, albowiem od dawna elity polityczne obu państwa deklarują, że polityka równowagi sił i koncert mocarstw to generalnie złe praktyki na arenie międzynarodowej. Manifestowanie ich miałoby negatywny wpływ na wizerunek obu państw. Z tego też powodu „partnerstwo w przywództwie” jest nad Wisłą zazwyczaj niedostrzegane. Zresztą polskie elity polityczne nigdy nie grzeszyły zbytnim zmysłem politycznego realizmu. Dlatego wygodnie im wierzyć w ideologię amerykańskiego przywództwa, które rzekomo na celu tylko i wyłącznie zaprowadzenie dobra, pokoju i dobrobytu na świecie.

Nasza zależność od Rosji jest tematem tabu. Zupełnie nie mieści się w głowach naiwnych Polaków. No bo przecież skoro Zachód, czyli Amerykanie i Niemcy walczą niestrudzenie o wolność i demokrację na arenie międzynarodowej, to na pewno nas obronią przed „imperium zła” oraz nie pozwolą, aby w naszym regionie mogło ono realizować swoje nieczyste interesy. O, sancta simplicitas! Zapominamy, że dla Stanów Zjednoczonych największym koszmarem nie jest wcale odbudowa imperium przez W. Putina, ale jakikolwiek scenariusz dezintegracji postimperialnej Rosji. Wywołałoby to ogromną destabilizację w Eurazji i groziłoby tym, że część ogromnego arsenału jądrowego wpadłaby w niepowołane ręce. Trzeba więc robić wszystko, aby temu zapobiec. Gdyby w grę wchodziło sprzedanie interesów państw środkowoeuropejskich, to z pewnością uznane by to było w Waszyngtonie za niewyśrubowaną cenę. Rozumie to Berlin i dlatego współpraca Niemiec i Rosji trwa w najlepsze. Wspólnym, sztandarowym projektem obydwu mocarstw jest zmonopolizowanie handlu surowcami energetycznymi w naszej części Europy. Służyć temu ma m.in. rozbudowa gazociągu Nord Stream. Jej celem jest utrzymanie uzależnienia naszego regionu od rosyjskiego gazu. Obydwa mocarstwa mają też nadzieje, że gazociąg ten zablokuje powstanie nowego gracza w regionie, czyli Polski.

Najbardziej paradoksalny jest fakt, że to właśnie polskie elity polityczne mimo werbalnej wrogości wobec Rosji od lat wspierają dominację Moskwy na środkowoeuropejskim rynku surowców energetycznych. Jesteśmy jednym z jej najważniejszych klientów, ponieważ prawie całość importowanego gazu i ropy pochodzi właśnie stamtąd. Od roku 1993 wiąże nas umowa z Rosją na dostawy gazu ziemnego i jeśli jest ona renegocjowana to z reguły na gorsze dla nas warunki. Jest ona wymownym świadectwem faktu, że rządzący naszym krajem establiszment torpedował wszelkie posunięcia dywersyfikacyjne, aby utrwalać zależność od Rosji. Takie są niestety fakty.

W Polsce nie rozumiemy, dlaczego tak często mocarstwa zachodnie przedkładają interesy „barbarzyńskiego” imperium kosztem swych mniejszych sojuszników. Zapominamy o regułach koncertu mocarstw, które polegają na tym, że kraje mniejsze i średnie stanowią rodzaj łupu mocarstw. Ich przydatność sprowadza się do tego, że mocarstwa na ich koszt zawierają miedzy sobą kompromisy

…Tisze budziesz, dalsze jedziesz – mówi znane rosyjskie przysłowie. Zamiast krzyczeć, że zamierzamy prowadzić politykę wymierzoną w interesy Niemiec i Rosji, a potem bezradnie przyglądać się temu, jak Berlin i Moskwa skutecznie blokują nasze inicjatywy, lepiej skupić się na realizacji konkretnego przedsięwzięcia. Są bowiem takie dziedziny, w których autonomiczna polityka zagraniczna jest możliwa. Taką okazję daje polityka energetyczna. W jej wypadku nasze geopolityczne położenia, które z reguły było przekleństwem, okazuje się być wielką szansą. Ze względu na swoje centralne położenie Polska może być samodzielnym graczem na europejskim rynku surowców energetycznych, przede wszystkim gazu ziemnego. Chodzi o to, aby mogła dysponować nadwyżkami gazu, które następnie sprzedawałaby z zyskiem…” (Krzysztof Rak)

całość tu: Polska dyplomacja – między mirażem potęgi, a pokusą appeasementu.

podobne: Czy Polska zamieni gaz z Rosji na norweski? Nord Stream 2 może zablokować gazoport w Świnoujściu (ile warte jest słowo Merkel). Między Ameryką a Niemcami, oraz nasze miejsce w świecie. oraz: „SZ”: Niemcy kochają Rosjan, pogardzają Amerykanami. Szeremietiew: Niemcy, Rosja, czy… Polska?

„…Polska i Węgry współpracują skutecznie w ramach polityki bezpieczeństwa NATO. Razem rozbudowują infrastrukturę gazową i nadal bronią się przed ambitną polityką klimatyczną. Schodząc jednak do konkretów, coraz więcej różni nasze nacje. Kością niezgody jest stosunek do Moskwy, z którą Orban flirtuje, by grać na nosie Komisji Europejskiej. Chociaż spotkanie z Kaczyńskim zapowiada być może współpracę w opieraniu się Komisji razem z Polakami, ci potrzebują Brukseli do obrony przez projektami Moskwy, jak Nord Stream 2 i dezintegracją polityki wspólnotowej: partykularyzmami w Europie Zachodniej w relacjach z Moskwą, próbami rewizji polityki sankcji. W przeciwieństwie do Węgrów, którym na sankcjach nie zależy, a na Nord Stream 2 mogą się zgodzić pod pewnymi warunkami, Polacy mają wiele do stracenia na utracie posłuchu w Komisji Europejskiej, która do tej pory wspierała nas w wyżej wymienionych kwestiach.

Romantyczny sojusz Polski i Węgier przetrwał setki lat. Rośnie także popularność idei Międzymorza, czyli współpracy państw regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Mało kto dziś wspomina, że u jej gruntu leży właśnie antyrosyjskość, promocja ruchów wyzwoleńczych, czyli swoistych Majdanów, i rozpruwanie Imperium po szwach narodowościowych. Takiego Międzymorza nie poprą współczesne Węgry i wiele nacji regionu, którym zależy na dobrych relacjach z Rosjanami.

Przekuwanie sojuszu polsko-węgierskiego w pragmatyczną współpracę będzie tym trudniejsze, im bardziej rozchodzić się będą te kraje w podejściu do integracji europejskiej i stosunku do Rosji. No chyba, że czeka nas Budapeszt w Warszawie i rewizja polskiej polityki zagranicznej na kształt zmian wprowadzonych przez Wiktora Orbana na Węgrzech. Tu jednak stanie na przeszkodzie antyrosyjski rys polityki Kaczyńskiego. Zmiana linii byłaby trudna do zaakceptowania także z punktu widzenia elektoratu partii Prawo i Sprawiedliwość podnoszącej wciąż kwestię niewyjaśnionych przyczyn katastrofy smoleńskiej, w której zginął prezydent RP Lech Kaczyński, brat-bliźniak Jarosława. Z tego względu Orban może być dla niego taktycznym „bratankiem”, ale prawdopodobnie nie zostanie nowym, strategicznym „bratem”.” (Wojciech Jakóbik)

całość tu: Kaczyński, Orban – dwa bratanki? 

podobne: Widziałem męża stanu. Orban krytykuje politykę imigracyjną UE i broni prawa do debaty nad karą śmierci. Węgry zmniejszają deficyt, zadłużenie publiczne i podatki. oraz: Polityka energetyczna Węgier solą w oku „Wielkiemu Bratu” z zachodu. i to: Studium węgierskiego przypadku nad Wisłą czyli… ile z Orbana w PISie. Czego powinien chcieć od władzy zwykły Polak? a także: Ameryka otwiera zawory z ropą. Nord Stream 2 podzielił Europę.

„…Gdybym miał w obrazie odmalować ówczesną tragedię polityczną Kraju, przedstawiłbym naród w postaci pochodu, który z pieśnią na ustach, na przemian męczeńską i triumfalną, gnany jest przez siepaczy hitlerowskich w przepaść bolszewicką, a po bokach kroczące szpalery „autorytetów” konspiracji, pilnujących z pistoletami w garści, aby nikt z tego pochodu się nie wyłamał, nikt nie próbował zawrócić czy innych przed przepaścią nie ostrzegł.” – pisał Mackiewicz.

Jakkolwiek „siepaczy hitlerowskich” zastępują dziś szacowni politycy niemieccy, z pupilką Stasi na czele, a „przepaść bolszewicka” ma być zaledwie koleiną, wytyczoną politycznym „georealizmem” – obraz nakreślony przez pisarza powinien przerażać swoją aktualnością.

Wojna na Ukrainie przypomniała z całą bezwzględnością, że dwa żywioły: rosyjski i niemiecki, nigdy nie pogodzą się z istnieniem Rzeczpospolitej. Nawet obecne państwo, powstałe na fundamentach „Polski Ludowej”, jest nie do zaakceptowania dla naszych odwiecznych wrogów.

Ukraina jest zaledwie etapem, „polem doświadczalnym” nowego sojuszu Moskwy i Berlina. Akta niemieckich polityków, zgromadzone w archiwach Łubianki, dają pewność, że sojusz ten przetrwa każdą próbę. Putin doskonale odrobił lekcję najnowszej historii i zrozumiał, że nadrzędnym celem społeczeństw „wolnego świata” nie jest prawda historyczna bądź racje moralne, ale dobrobyt i spokój – i za obie te wartości gotowe są zapłacić każdą cenę.

Realizowany od siedmiu lat plan wasalizacji Polski, wkracza obecnie w kolejną fazę, w której Rosja i Niemcy mogą liczyć na wsparcie eurołajdaków i pełną współpracę ze strony „elit” III RP. Projekt Prusy Wschodnie – utrzymywania za wszelką cenę otwartej granicy z Kaliningradem, jest symbolem trwałości nowego przymierza i już dziś prowadzi do reaktywacji historycznych demonów. Z kolei, „awans” udzielony jednemu z wysokich przedstawicieli reżimu dowodzi, że cały aparat unijny zostanie zaangażowany w utrwalenie obecnego status quo i będzie zabiegał o utrzymanie Polski w orbicie Moskwy i Berlina.

W ostatnich latach przynajmniej kilkakrotnie mogliśmy dostrzec prawdziwe intencje „wolnego świata”. Entuzjazm, z jakim na Zachodzie powitano zwycięstwo wyborcze Platformy, w roku 2007 i 2011, nie wypływał przecież z troski o polskie sprawy i nie był efektem wysokiej oceny przymiotów politycznych i intelektualnych przedstawicieli rządu Tuska. Podkreślano przede wszystkim, że pragmatyzm nowej władzy pozwoli poprawić relacje z Rosją i wygasić „polską rusofobię”. To dlatego, natychmiast po tragedii smoleńskiej pojawiły się na Zachodzie głosy nawołujące do pojednania polsko-rosyjskiego, zaś niemieckie media nie ukrywały, że „napięcia pomiędzy Polską a Rosją oznaczają dla Berlina kłopoty”. Życzliwość komisarzy i polityków Zachodu, a w szczególności serdeczności Angeli Merkel, mają bardzo konkretny wymiar. W równym stopniu dotyczy on świadomości, że reżim III RP jest tworem wyjątkowo słabym i podatnym na unijne naciski, jak przekonania, że nie będzie on przeciwstawiał się Rosji ani tworzył przeszkód w realizacji polityki pojałtańskiej.

Warto sobie uświadomić, że po roku 1939, 1945 i 1989, kolejna data w polskiej historii nie przyniesie przełomu w łańcuchu dyplomatycznych draństw, zdrady i zawiedzionych nadziei. Żadna z „zachodnich demokracji” nie będzie umierać za Polskę, tak jak dziś nikt nie chce nadstawiać głowy za wolną Ukrainę.

Byłoby fatalnie, gdyby Polacy odrzucili tę lekcję historii.

Zbyt łatwo zapomnieliśmy, że postawę Zachodu wobec Sowietów/Rosji wyznaczyły słowa Churchilla o gotowości „sprzymierzenia się z diabłem, żeby tylko wypędzić szatana”. Tym diabłem był wówczas Stalin, mający obronić Europę przez Hitlerem-szatanem. Gdy „diabeł” wykrwawił „szatana” na ziemiach oddalonych od europejskich stolic, przyjęto dogmat, iż każdy, kto występuje przeciwko diabłu, będzie odtąd wrogiem cywilizowanej Europy. Rok 1989 i propagandowe ogłoszenie „upadku komunizmu” stanowił naturalną kontynuację tej mitologicznej postawy wobec „diabła”. Jego przejście na „stronę światłości” powitano jako ostateczne zwycięstwo nad szatanem totalitaryzmu i konsekwencję wspólnej walki z demonem – Hitlerem. Przyczyną tej zbiorowej mistyfikacji była m.in. konieczność moralnego usprawiedliwienia sojuszu z międzynarodowym komunizmem. Bez tego usprawiedliwienia, ideowa wykładnia wojny z Hitlerem, nie byłaby możliwa, albo co najmniej utrudniona. Dzięki niej, dokonano rozgrzeszenia hańby „ładu jałtańskiego”, zaaprobowano farsę procesu w Norymberdze i zapomniano komunistom zbrodnie ludobójstwa, przy których bledną wyczyny Hitlera.

…Wprawdzie historia przyznała rację Mackiewiczowi i obnażyła cynizm i nielojalność aliantów, to przecież pisarza skazano na zapomnienie i marginalizację. Tryumf zaś święcą mitomani, deliberujący o „zwycięstwie Polski w II wojnie światowej” oraz umacnianiu sojuszu z państwami Zachodu. Niezależnie – czy mówią dziś o „zakopywaniu Polski aż po sam czubek głowy, razem z tym czakiem ułańskim, razem z czapką krakuską”, czy postulują „pogłębianie integracji europejskiej i budowanie polskiej pozycji w Unii Europejskiej” – reprezentują tę samą sektę utopistów i mistyfikatorów, którzy od dziesiątków lat niszczą nasze marzenia o niepodległości.

Trzeba wielkiego zaślepienia, by po doświadczeniach zaborów, wojen i 50-letniej okupacji – nie dostrzec klęski podobnych koncepcji.

Ich twórcy, nie tylko nie wierzą w potencjał Polaków i możliwość zbudowania silnej państwowości, ale porażeni własną niemocą, uczynili z naszego położenia geograficznego, najtrwalsze kajdany. Bo jeśli nie „współpraca” z Rosją, to wizja ekonomicznej kolonii niemieckiej. Jeśli nie „zbliżenie” z Zachodem, to moskiewski jasyr.

Przekleństwo georealizmu będzie nam ciążyć tak długo, jak długo dajemy wiarę, że Polska musi być proniemiecka bądź prorosyjska. Albo nie istnieć w ogóle. cdn.” (Aleksander Ścios całość tu: NUDIS VERBIS – 1 Diagnoza)

podobne:  „Na sumieniu Polski ciąży wiele grzechów przeciwko sobie, ale ani jeden przeciwko innym narodom.” Aleksijewicz: człowiek postsowiecki jest agresywny i bezwzględny. i to: O tym, jak Winston Churchill realizował politykę sowiecką, zanim wybuchła II wojna światowa. polecam również: „Szklany nocnik dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego” za „Traktat Lizboński i nadmuchiwanie Niemiec”. oraz: „1920 – zapomniany appeasement”. Murzyńskość zachłyśniętych zachodem i rachunek z sowieckich krzywd. O polską politykę i świadomość historyczną.

„…w roku 2013, po kilkuletniej przerwie spowodowanej „resetem” dokonanym 17 września 2009 roku przez prezydenta Obamę w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, Stany Zjednoczone powróciły do aktywnej polityki w Europie Wschodniej. Polska ponownie trafiła pod amerykańską kuratelę i ponownie podjęła się roli amerykańskiego dywersanta na Europę Wschodnią, co objawiło się w postaci postępowania, polegającego na żyrowaniu przez Polskę w ciemno wszystkiego, co zrobią tamtejsi Umiłowani Przywódcy w rodzaju Arszenika Jaceniuka. Piotra Poroszenki, czy największej osobliwości w postaci Michała Saakaszwiliego. Kontynuacją tego było zadeklarowanie kijowskim dygnitarzom przez pana prezydenta Dudę 4 miliardów złotych pożyczki, żeby mogli sobie jeszcze przez jakiś czas z czego pokraść. Już mniejsza o to, w jaki sposób pan prezydent uzbiera taką sumę („nie mam głowy, jak ty to uzbierasz” – śpiewała Izabela Trojanowska), bo ważniejsze jest pytanie, czy jesteśmy skazani na bęcwalstwo, czy też z powrotu USA do aktywnej polityki w Europie Wschodniej Polska mogłaby uzyskać jakieś korzyści?

Skoro Polska już podjęła się niebezpiecznej roli amerykańskiego dywersanta na Europę Wschodnią, to byłoby bardzo niedobrze, gdyby tę rolę odgrywała za darmo – jak to było za prezydenta Kaczyńskiego. Polska – po pierwsze – powinna uzyskać od Stanów Zjednoczonych zapewnienie, że USA nie będą wywierały na Polskę żadnych nacisków w sprawie realizacji tak zwanych „roszczeń majątkowych”, jakie Żydzi wysuwają wobec naszego nieszczęśliwego kraju, a po drugie – że ponieważ Polska, wychodząc naprzeciw amerykańskim oczekiwaniom i podejmując się roli amerykańskiego dywersanta na Europę Wschodnią, siłą rzeczy stała się państwem frontowym, to oczekiwalibyśmy, że USA potraktują Polskę tak samo, jak traktują inne państwo frontowe, to znaczy Izrael. W praktyce chodziłoby o finansową kroplówkę w wysokości 4 mld dolarów rocznie, plus udogodnienia wojskowe, z jakich korzysta Izrael. I jedna i druga sprawa ma żywotne znaczenie z punktu widzenia polskich interesów państwowych i uważam, że władze polskie powinny starać się uczynić z tego probierz jakości stosunków amerykańsko-polskich. Postępowanie przeciwne oznaczałoby polską zgodę na instrumentalne traktowanie naszego państwa, a byłoby niedobrze, gdyby politycy amerykańscy przyzwyczaili się, że Polskę nie tylko można, ale tak właśnie trzeba traktować.

Wprawdzie sojusz amerykańsko-polski ma wszelkie znamiona sojuszu egzotycznego (polega on na tym, że jeśli jeden sojusznik traci niepodległość, to drugi może nawet tego nie zauważyć), ale o ile tej egzotyki nie możemy wyeliminować z uwagi na okoliczności obiektywne, to przecież możemy ją zmniejszać przez odpowiednie postępowanie, w którym również Polonia amerykańska mogłaby oddać Polsce wielką przysługę. Warto zwrócić uwagę, że zapowiedzi rozlokowania m.in. na terenie Polski amerykańskiego wojska „w sile brygady pancernej”, czy urządzenie tu amerykańskich magazynów ciężkiej broni, to nie to samo. Ani bowiem te wojska nie będą podlegały polskim władzom, tylko będą wykonywały rozkazy przywódców amerykańskich, ani broń tu zmagazynowana nie będzie mogła być wykorzystana przez Polskę bez zgody jej właścicieli. Dlatego Polska jest zainteresowana modernizacją WŁASNYCH sił zbrojnych, które nie tylko stanowią element sił zbrojnych NATO, ale w dodatku są rozlokowane na wschodnim skraju obszaru obrony Paktu Atlantyckiego. Ich wzmocnienie leży zatem w interesie wszystkich członków NATO, a jednocześnie wychodzi naprzeciw polskim interesom państwowym. I tylko takie zgrywanie interesów Paktu Atlantyckiego z polskimi interesami państwowymi pozwoli Polsce na uzyskiwanie korzyści z faktu uczestnictwa w NATO.

Obecne podróże pani premier Beaty Szydło, prezentowane przez życzliwą państwową telewizję jako dyplomatyczna ofensywa, stwarzają dobrą okazję do zastanowienia się nad jeszcze jedną sprawą, a mianowicie – powrotem do Heksagonale – jednak uzupełnionego i poprawionego…

…Chodzi oczywiście o tak zwane „Międzymorze”, to znaczy Estonię, Łotwę, Litwę, Polskę, Czechy, Słowację, Węgry, Słowenię, Chorwację, Serbię, Rumunię i Bułgarię – a więc państwa leżące między Morzem Bałtyckim, Czarnym i Adriatykiem. Zamieszkuje je ponad 80 milionów ludzi, a więc mniej więcej tylu, ilu w samych Niemczech. Międzymorze nie stanowiłoby więc zagrożenia dla nikogo, natomiast mogłoby spełniać rolę sojuszu realnego dla swoich uczestników pod warunkiem uniknięcia błędu popełnionego podczas poprzedniej próby pod nazwą „Heksagonale”, która nie miała dostatecznie silnego lidera, czy ściślej – protektora. O tym właśnie pisał m.in. we wspomnianym artykule Jan Nowak-Jeziorański – że „ze Stanami Zjednoczonymi na czele”. Brak tego protektora sprawił, że Niemcy z łatwością tę inicjatywę storpedowały i próżnię polityczną, jaka w Europie Środkowej pojawiła się wskutek ewakuacji stamtąd sowieckiego imperium, zaczęły wypełniać poprzez rozszerzanie na wschód Unii Europejskiej, której były niekwestionowanym politycznym kierownikiem. W tej sytuacji współpraca polityczna w ramach Grupy Wyszehradzkiej, powinna być m.in. skierowana na przekonywanie polityków amerykańskich do koncepcji Międzymorza nie tylko jako zapory przed ewentualną rosyjską ekspansją w kierunku zachodnim, ale również jako przeciwwagi dla strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, które miałoby wyznaczać ramy polityki europejskiej. Wydaje się, że obecna sytuacja sprzyja powrotowi do tamtej – ale uzupełnionej i poprawionej – koncepcji. Polska polityka zagraniczna uzyskałaby wtedy perspektywę szerszą niż dotychczasowe zadaniowanie starych kiejkutów – a to byłaby niewątpliwie „dobra zmiana”. (Stanisław Michalkiewicz – Szumią morza trzy)

podobne: Rola Polski w strategii USA (miejsce w szeregu). Jak z przedmiotu stać się podmiotem polityki międzynarodowej. (Nie)aktualność idei jagiellońskiej  polecam również: Grupa Wyszehradzka apeluje do Kongresu o przyspieszenie eksportu gazu  oraz: Niech w końcu Niemcy wystękają dlaczego nie chcą twardej infrastruktury NATO w Polsce. Czy Obama i Putin uzgodnią nowy reset?

„…Kacper Kujawski: Czy uważa pan że w obecnych realiach geopolitycznych jest realne utworzenie intermarium – ta perspektywa jest ostatnio trendem w myśli amerykańskiej polityki zagranicznej jako osłabienie tandemu Rosja – Niemcy.

Nie tylko realne, ale i docelowo konieczne. Rzecz w tym, kto będzie tym międzymorzem rządził? Czy będzie to rzeczywista reaktywacja Wielkiej Rzeczypospolitej (czego nieodzownym momentem musi być podniesienie Korony polskiej), czy też ukonstytuowanie się „kondominium rosyjsko-niemieckiego pod żydowskim zarządem powierniczym” od Odessy, Konstancy i Kiszyniowa do Wrocławia i Szczecina – ? Uwaga: sytuacji nie ułatwia fakt, że to drugie będą nam zapewne sprzedawać właśnie w opakowaniu propagandowym „polityki jagiellońskiej” – wmawiając przy tym naiwnym słuchaczom, że jej istotą jest rzekomo „wielokulturowość”. Pamiętajmy więc, że „wielokulturowość”, owszem, w sensie respektowania staropolskich reguł nieingerencji państwa w sprawy prywatne: „wolnoć Tomku, w swoim domku”. Ale co innego sprawy publiczne, w których rządzić będą albo zasady cywilizacji łacińskiej wywiedzione z katolickiego personalizmu, albo kolektywistyczny trybalizm.

Wszelkie przymierza, ma się rozumieć, muszą być oparte na wspólnocie interesów. Róbmy więc dobre interesy z kim się tylko da. Zastrzegam, że moje suygestie nie zakładają gwałtownego zrywania jakichkolwiek kontaktów, które już działają. Ale trzeba wszystko widzieć we właściwych proporcjach. Warto np. zauważyć, że jeśli już o interesy chodzi, to np. z USA mamy wymianę handlową na tym samym poziomie, co z Belgią – więc, z całym szacunkiem, nie tu jest klucz do naszego wzrostu gospodarczego. Gdzie go zatem szukać? Przede wszystkim: znieść żelazną kurtynę, którą pod dyktando UE i USA utrzymujemy na naszej wschodniej granicy – należy do tego dążyć ze wszystkich sił, a przemawiają za tym wszelkie względy ekonomiczne i geostrategiczne. Mówiłem o tym wielkokroć, nie powtórzę tu kompletnej argumentacji – ale w najbliższym otoczeniu to Białoruś (!) jest ostatnim otwartym jeszcze dla nas oknem możliwości. Jeśli mamy kiedyś doprowadzić do nowego otwarcia w kontaktach z Moskwą – to właśnie via Mińsk. Oczywiście prezydent Łukaszenka musiałby najpierw zobaczyć, że ma w Warszawie z kim rozmawiać – co po latach odrzucania wszelkich ofert z jego strony i retransmitowania przez nas na Wschód demokratycznego frazesu nie będzie wcale takie oczywiste. Oczywiście jest Budapeszt. Ale trzeba budować dłuższą oś: droga do Mińska wiedzie być może przez Ankarę z jednej, a Sztokholm z drugiej strony. Aby obronić nasza suwerenność musimy szukać wyjścia z pułapki geopolitycznej w jakiej tkwimy od stuleci. Pilnie należy zacząć wykorzystywać wszelkie możliwości w relacjach handlowych z Chinami. Obsługa europejskiej końcówki „nowego szlaku jedwabnego” to wspaniała perspektywa – nic dziwnego, że wszyscy inni chcieliby czerpać z tego profity (to nb podstawowa współczesna przesłanka koncepcji „kondominium” na naszym terytorium)…” (Grzegorz Braun, całość w wywiadzie dla Polskiego Piekiełka)

„…Projekty Nowego Jedwabnego Szlaku (NJS) oraz Azjatyckiego Banku Inwestycji (AIIB) stały się punktami uwagi dla praktycznie wszystkich krajów na świecie. Nowy Jedwabny Szlak doskonale wpisuje się również w koncepcję Międzymorza w Europie Środkowo-Wschodniej… 

Nowa koncepcja skupia się przede wszystkim na Ukrainie, Białorusi i Litwie, jako hubie łączącym Morze Bałtyckie z Morzem Czarnym i praktycznie całkowicie pomija Polskę oraz Rosję. W takim układzie, rozwiązanie to najbardziej uderza jednak w interesy Polski. Ukraińska megalomania umieszcza ponownie dzikie pola w sercu Europy zapominając, że dla Chin priorytetem jest wymiana handlowa z Europą, a nie z państwami byłego ZSRR. Następstwem takiego procesu jest z kolei apel ukraińskich władz o większe zaangażowanie Niemiec i Chin w procesy gospodarcze na Ukrainie oraz wsparcie rozwoju infrastruktury. Nie trzeba tutaj dużej wyobraźni, aby zrozumieć, że historia zatacza tutaj właśnie duże koło i niedługo może się okazać, że perspektywa współpracy Niemcy-Rosja-Ukraina-Chiny będzie wyjątkowo kusząca dla nowych władz Ukrainy…

…Bardzo ciekawa jest ukraińska koncepcja połączenia Nowego Jedwabnego Szlaku z państwami Unii Europejskiej. Nie biegnie ona bowiem, jak dotychczas przez Lwów do Polski, lecz na północ w kierunku Białorusi. Prowadzi przez Mińsk i Wilno aż do litewskiego portu w Kłajpedzie. Jest to właśnie wschodni projekt Międzymorza bez udziału Polski. Historycznie rzecz ujmując – jest to powstanie Wielkiego Księstwa Litewskiego (dzięki wsparciu Chińskiej Republiki Ludowej), w jego pierwotnych granicach, czyli od Bałtyku i Żmudzi przez Galicję Wschodnią aż po Odessę. Pierwsze sygnały dotyczące takiej koncepcji już wiele lat temu wysyłał Aleksander Łukaszenka.

Koncepcja ta, w której Ukraina staje się hubem, komplikuje teoretycznie eksport do Unii Europejskiej. Jednakże projektantom nie zabrakło tutaj wyobraźni. Pojawiły się nawet delikatne sugestie, że w najbliższym czasie możliwa jest również zmiana granic na Pomorzu oraz Śląsku. Ukraińcy wskazują, że póki co – na Ukrainie nie ma sił politycznych nawołujących do zwrotu Lwowa do Polski – natomiast w Polsce działa liczna partia „Autonomii Śląska”, której celem jest „powrót do Niemiec”. Nie będę tutaj oceniał ile jest w tym kłamstwa, a ile prawdy, lecz uznam, że bezsporny jest fakt, iż prowadzenie „polityki historycznej” i rewizjonistycznej, to broń, która ścina w obu kierunkach. W realnej perspektywie rozpadu Unii Europejskiej takie mechanizmy polityczne oraz kolorowe rewolucje wspierane z zewnątrz – powinny być szczególnie poważnie potraktowane. Ewentualne zmiany geopolityczne miałyby nastąpić w okolicznościach rozpadu Unii Europejskiej, co stawiałoby gospodarkę Niemiec w centrum nowego układu sił w Europie Zachodniej. Nowe granice i nowy rozkład linii transportowych umożliwiałby nie tylko połączenie drogą morską, lecz również drogą lądową od Wilna do Kaliningradu oraz w kierunku Hamburga.

Nie jest to niestety pierwszy objaw ukraińskiej megalomanii i nacjonalizmu, gdzie punktem odniesienia dla interesów Ukraińców jest współpraca ukraińsko-niemiecka, kosztem dobrych relacji z Polską. Z tych koncepcji wynika bowiem jasno, że Ukraina przedkłada współpracę z Niemcami i Białorusią z całkowitym pominięciem Polski(Jarosław Narymunt Rożyński)

całość tu: Ukraina proponuje Międzymorze bez Polski

podobne: Ukraina na skraju bankructwa (z długiem u Rosji). UE wycofuje się z polityki wschodniej. Partnerstwo strategiczne Litwy i Polski podupadło  a także: Większe wpływy Rosji na Ukrainie dzięki Niemcom i Francji. Sikorski: UE odeszła od wspólnej polityki zagranicznej. Duda o bezpieczeństwie a Niemcy o niebezpieczeństwie polskiej racji stanu (Polska strefą buforową). OAS i NATO dwóch prędkości.

„…Anglia nie ma wiecznych wrogów, ani wiecznych przyjaciół, ale za to ma wieczne interesy. Polacy też mają swoje interesy i właśnie od ich respektowania zależy nasz dobrobyt i samo istnienie. Ale te interesy trzeba jasno wyartykułować.

pytanie USA czy Chiny jest zasadne – pod warunkiem zachowania własnej podmiotowości. Ktoś powie, że to pomylony pomysł, bo interesy USA i Chin się wykluczają, a my jesteśmy zbyt słabi. To prawda, że wykluczają, ale nie na terenie Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, która oddziela Niemcy od Rosji. Tę ścianę, lub współcześnie – mur, chcą zbudować Amerykanie i Chińczycy. Jeżeli Niemcy oficjalnie piszą o polsko-amerykańskiej zmowie, to musi ona już mieć realne kształty. Ponadto działania polskiego rządu wskazują na takie poparcie. I niezależnie od politycznej opcji należy „kuć żelazo póki gorące”. Jak mawiał Piłsudski, stwarzać fakty dokonane.

Przy tak zarysowanym planie musi pojawić się pytanie, jaką cenę ma takie poparcie? Do czego więc Polacy się zobowiązali wobec Amerykanów, bo chyba każdy zdaje sobie sprawę, że w polityce nic nie ma za darmo. A skoro tak jest, a interes Amerykanów i Chińczyków na terytorium Polski pokrywa się z naszym, to może warto przyjąć propozycję chińską 16+1 i w ten sposób wzmocnić swoją pozycję przetargową wobec nie tylko Europy Środkowo-Wschodniej, ale również wobec Rosji i Niemiec, a także samych Amerykanów i Chińczyków.

…Oczywiście takie rozwiązanie będzie budziło opór Rosjan, Niemiec, ale również i USA. Ale z Amerykanami to nie my powinniśmy negocjować, lecz Państwo Środka, które jest zainteresowane wzmocnieniem Europy Środkowo-Wschodniej – oczywiście dla swoich celów. Ale te cele, warto przypomnieć, że w wyjściowej pozycji pokrywają się z naszymi. Dlaczego nie mamy skorzystać z okazji i wejść na drogę ku lepszej Polsce, tym bardziej, że w amerykańskiej świadomości dyplomatycznej już żyje wizja Polski, jako lidera Europy Środkowo-Wschodniej. Stworzył ją Stratfor, prywatna agencja wywiadu George’a Friedmana. Siła tej koncepcji będzie zależała od siły poparcia państw tego regionu.

Polska chcąc obronić swoją godność i wolność, musi wcześniej wejść w odpowiednie sojusze odporowo-obronne i wyłonić z siebie elity na odpowiednim poziomie, które potrafią myśleć po polsku, wyczuć odpowiedni moment i zastosować odpowiednią taktykę. Koncepcja „z nikim” nie oznacza samodzielnie lub samotnie. (Ryszard Surmacz • wpolityce.pl całość tu: WSTAJEMY Z KOLAN I NIE MAMY DROGI ODWROTU)

podobne: „Między Niemcami a Rosją”, czyli Polska niepodległa w trzech scenariuszach  i to: UE bez pomysłu na siebie pogrąża się w kryzysie. Szczyt w Chinach początkiem końca Europy jaką znamy? a także: Poważne państwa nie mają w polityce zagranicznej ani stałych sojuszników, ani też stałych wrogów, tylko niezmienne interesy. Odzyskać MSZ.

„…12 lutego 2016 roku w Monachium weszliśmy w nową erę. Tak jak XX wiek rozpoczął się od upadku potęgi Europy kontynentalnej i zakończył ostatecznie epokę imperializmu kolonialnego, tak XXI wiek rozpoczyna się od upadku chrześcijaństwa i zakończy się upadkiem całej zachodniej cywilizacji.

Konferencja w Monachium przejdzie do historii podobnie jak konferencje w Teheranie, Jałcie czy Poczdamie. Nieoficjalne doniesienia mówią o tym, że Stany Zjednoczone porozumiały się z Rosją w sprawie podziału stref wpływów w Europie Wschodniej i na Bliskim Wschodzie. W zamian Rosja zobowiązała się do pohamowania rozwoju gospodarczego Chin w Kierunku Europy, poprzez blokadę wszystkich projektów transportowo-lądowych, w tym Nowego Jedwabnego Szlaku. Jednocześnie Niemcy potwierdziły swoje zaangażowanie we wsparcie gospodarcze dla Rosji i zagwarantowały odbiór gazu i innych surowców rosyjskich przez następne dekady. Mniej więcej w tym samym czasie zniesiono sankcje gospodarcze dla Białorusi, co de facto umożliwiło zniesienie sankcji na Rosję, gdyż teraz jej towary będą płynąć przez Białoruś z nowymi etykietami. Innymi słowy, Stany Zjednoczone zdecydowały się również zrekompensować Niemcom i Rosji straty materialne związane z izolacją Chin poprzez oddanie wolnej ręki w Europie Środkowo-Wschodniej oraz odstąpieniem od dalszego wsparcia Turcji na Bliskim Wschodzie.

Ustalenia i umowy w zakresie nowego ładu na świecie odbyły się za zamkniętymi drzwiami. Podczas, gdy mocarstwa światowe ustalały podział swoich stref wpływów – polscy politycy topili się w oparach absurdu i debatach bez najmniejszego znaczenia dla przyszłości kraju. W nowym układzie sił gwarantem stabilizacji są Stany Zjednoczone, Niemcy i Rosja. Natomiast najbardziej poszkodowane i pominięte są trzy kraje: Polska, Turcja i Chiny. Pozostałe kraje Europy Środkowo-Wschodniej, takie jak Rumunia, Czechy, Węgry i Słowacja – nie były praktycznie w ogóle brane pod uwagę jako istotne elementy rosyjskiej strefy wpływów.

Ktoś, kto był obecny na konferencji w Monachium mógł odnieść wrażenie, że cofnął się w czasie o 25 lat. Była to konferencja, na której nieustannie obecne były takie hasła jak: walka z terroryzmem, nowa zimna wojna, nowy układ sił, Syria, Turcja, Irak, ISIS. Najbardziej wyeksponowanymi elementami wyposażenia były flagi USA, Rosji, Niemiec i Organizacji Narodów Zjednoczonych. Polityków Europy Środkowo-Wschodniej celowo ustawiono na świeczniku w centrum dyskusji z osobami o trzeciorzędnym znaczeniu. Kluczowe decyzje podejmowane były za zamkniętymi drzwiami.

Nowy układ sił zakłada, że Rosja zapewni spokój w Syrii i w Iranie, natomiast USA zapewnią spokój w Iraku i jego peryferiach. Jednocześnie Rosja otrzymała wolną rękę w regionie Europy Wschodniej (były bufor ZSRR), w zamian za dopilnowanie, aby Nowy Jedwabny Szlak nigdy nie powstał. USA będą blokować morskie drogi rozwoju Chin, a Rosja będzie blokować lądowe drogi rozwoju Chin. Rosja zobowiązała się do odstąpienia z agresywnej polityki wobec Japonii, natomiast USA skasowały wszystkie swoje projekty w Europie Środkowo-Wschodniej. Nigdy w Polsce nie powstaną amerykańskie bazy i nigdy w Polsce nie będzie stałej obecności wojsk NATO z USA lub Europy Zachodniej.

Zaskoczeni?

Gdzie jest tarcza antyrakietowa? Gdzie jest szpica NATO? Zamiast wielkich projektów pozostały do dzisiaj wielkie, puste obietnice. Zbliża się do końca druga kadencja Baracka Obamy i poza wspólnymi ćwiczeniami kilku tysięcy żołnierzy – nie wprowadzono ŻADNYCH rozwiązań, które mogłyby zapewnić nam bezpieczeństwo przed Niemcami lub Rosją… 

…Amerykanie mają jedną, bardzo prostą zasadę, którą kierują się w polityce i bezpieczeństwie: biznes…” (Jarosław Narymunt Rożyński)

całość tu: Zdrada w Monachium

…Pan Różyński zwraca uwagę na dość przykre ale rzeczywiste fakty, które wynikają choćby z obserwacji tego co się stało na Ukrainie (doszło tak naprawdę do rozbioru tego kraju) i tego co się dzieje w Syrii, gdzie doszło do zaangażowania się sił zewnętrznych w jej sprawy wewnętrzne, i gdzie na jej granicy „doszło do powstania” tzw. „państwa” islamskiego”, które stało się dla USA i Rosji pretekstem do „bohaterskiej” interwencji. Pomimo oficjalnej wrogości między USA i Rosją, oba kraje już od dłuższego czasu działają jakby w cichym porozumienia na obu kierunkach/frontach (kosztem wspomnianych państw) w których wewnętrzne sprawy mocno się zaangażowały. To ciche porozumienie spowodowane jest moim zdaniem „zagrożeniem” jakie dla swoich interesów obie strony widzą w osobie nowego hegemona na międzynarodowej scenie politycznej – Chin. Polska jak zwykle jest tu tylko pionkiem, który jedna strona chętnie poświęci dla zadowolenia drugiej, żeby tylko uratować ważniejsze figury na szachownicy, czyli własny interes. W tej sytuacji uważam że powinniśmy jak najszybciej otworzyć swój rynek interesów na Chiny (i nie mam tu na myśli ścisłej współpracy politycznej ani militarnej).

Uważam że w obecnym niekorzystnym układzie dogadywania się USA z Rosją ponad naszym interesem, tylko w sytuacji kiedy ktoś spoza tandemu Rosja/USA będzie miał u nas swój żywotny interes, wspomniane państwa będą zmuszone podbić własną ofertę by zjednać sobie Polskę i zacząć ją traktować jako ważnego partnera w kontaktach bilateralnych. Kierując się logiką opartą o zasadę konkurencji – skoro wszyscy widzą w Polsce geopolitycznie strategiczny klucz do rozgrywek w Europie, to właśnie tym powinniśmy grać. Nie tylko z USA, ale również z Rosją i Chinami. Skoro Amerykanie nie kierują się wobec nas sympatiami a wyłącznie własnym interesem (i dość na to przykładów), to dziwię się że mimo tej świadomości tak chętnie poświęcamy dla nich własną rację stanu, tym bardziej kiedy USA co i raz oddaje Polskę rosyjskim wpływom. Uważam że nie warto w ciemno (i za darmo) iść za USA kiedy tylko im to pasuje. Zwłaszcza że do tej pory niczego w zamian nie otrzymaliśmy, a kolejny raz wymachujemy papierowymi gwarancjami ryzykując konflikt zbrojny z sąsiadem, podczas gdy USA notorycznie odmawia nam baz wojskowych i broni antyrakietowej. Nie wspominając o tym że jesteśmy ciągle energetycznie uzależnieni od Rosji.

Faktem jest że Chiny mając w planach projekt gospodarczy pod nazwą „jedwabny szlak” (Pociąg cargo z polską żywnością wyruszy z Łodzi do Chin. Koncepcja Nowego Jedwabnego Szlaku), widzą w nim Polskę jako istotny kraj tranzytowo przeładunkowy dla swoich towarów. Być może gdyby zainwestowały w infrastrukturę, tudzież otworzyły u nas filie swoich firm, zmieniłaby się optyka postrzegania naszego kraju na arenie międzynarodowej. Chodzi o to żeby Chiny miały u nas swój kawałek tortu, i to na tyle duży żeby Rosja i USA zastanowiły się czy warto destabilizować kraj w którym ktoś taki jak Chiny ma swoje żywotne interesy.

W międzyczasie dobrze by było gdyby PIS zmienił swoją politykę wewnętrzną. Zamiast zadłużać kraj, podnosić podatki, zmuszając w ten sposób Polaków do emigracji, trzeba uwolnić potencjał naszego narodu, który bogacąc się mógłby udźwignąć koszt utrzymania silnej i o wysokim morale armii. Tyle że od bandy socjalistów o lepkich łapach na pieniądze obywateli nie da się tego wymagać. Czeka nas zatem powolne zwijanie się narodu (zwłaszcza jak dziura w ZUSie zacznie pochłaniać wszystkie daniny publiczne) w którym będzie narastać frustracja wobec „elit” politycznych i coraz większe rozczarowanie krajem. Czeka nas degrengolada gospodarcza, antypatriotyczna i moralna, bo urządzanie spędów/wieców z racji katastrofy smoleńskiej to za mało żeby wyzwolić w Polakach miłość i oddanie dla kraju. Obstalowanie bezrobotnych z własnego zaplecza politycznego na czyszczonych po POprzednikach stanowiskach to nie jest ten cud gospodarczy na który czekają miliony rodaków w Polsce i za granicą, a 500 + tylko przyspieszy załamanie się finansów państwa.

Jakkolwiek się potoczą zakulisowe ustalenia w Monachium, i czy rzeczywiście Polska została (nie)jawnie sprzedana przez USA Rosji w zamian za jej pozyskanie do szachowania rozwoju Chin, tak w niczym nie zmienia to faktu że obok „zdrady” Amerykanów mamy przede wszystkim problem z Rosją, która ciągle traktuje Polskę jako „swoją zagranicę” i raz za razem podnosi lament kiedy Polska próbuje budować swoje bezpieczeństwo w oparciu o USA. Tylko ślepiec może nie widzieć tego, że choć Rosja pogardliwie odnosi się do naszej zależności od USA, to bardzo chętnie widziałaby środek ciężkości zależności naszego kraju we własnych łapach.

Proszę zwrócić uwagę również na to że choć rusofilskie środowiska traktowały i prezentowały Rosję w oczach opinii publicznej jako ostatnią linię obrony przed „NWO”, to Rosja po raz kolejny pokazała że jej „sprzeciw” i „opór” przeciwko temu projektowi był wyłącznie grą, by wywalczyć dla siebie jak najlepszą pozycję w nowym rozdaniu (o czym więcej tu: Gospodarka Rosji stacza się, ale katastrofy już raczej nie będzie. Czy nacjonalizacja Banku Centralnego Rosji to element planu Rothschildów? Ukraina: Strach przed wojną paraliżuje biznes, kredyt z MFW to pomoc czy drenaż? Kijów walczy o reformy energetyczne (bez Kołomojskiego). Rosja weźmie udział w każdym korzystnym dla niej układzie jeśli się jej tylko dobrze zapłaci (albo zrekompensuje koszty)… (Odys)

podobne: Jacek Bartosiak i geopolityka: Rosja uwiązana na Ukrainie czeka na propozycję USA w sprawie „rozbioru” Polski by w zamian pomóc poskromić Chiny. Potencjał Polski w konflikcie z interesem Niemiec (o „jedwabny szlak”). Rola prezydenta RP (a propos debaty) oraz: Jałta Ukrainy w Mińsku: Walki o Debalcewo i Mariupol gwarantowane do 15 lutego przez „plan pokojowy” (pisany na raty). USA „zadowolone” z ustaleń dziękują Niemcom i Francji, oraz gotowe do ograniczenia sankcji na Rosję.  i to: Jacek Bartosiak o „prawdziwej geografii świata” i roli Polski jako drzwiach do panowania nad eurazją, oraz „teoria spiskowa” Piotra Siarki. Kto kogo, kiedy i dlaczego może im się (nie)udać czyli „Bitwa gigantów”. a także: Geopolityka, mocarstwa i wojny. Koncepcja imperium. Czym (jeszcze) żyje Ameryka?  polecam również: NATO-Rosja: manewry wojskowe i „renesans wrogości” (na pokaz?)

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Reklamy

Europa muzułmańska, „Państwo Islamskie” i prawdziwa twarz Islamu: broń w rękach imperialistów, terroryzm, idea rewolucji, czy też religia jak inne?


"Democracy in Fallujah" Franciszek C. Kulon

„Democracy in Fallujah” Franciszek C. Kulon

„…1300 lat temu, obok nowopowstałej Europy chrześcijańskiej, ukształtowała się Europa muzułmańska o mniejszym zasięgu terytorialnym, obejmującym obszar Półwyspu Iberyjskiego. Właśnie tam, na bazie germańskiego (wizygockiego) oraz romańskiego (iberyjsko-łacińskiego) dziedzictwa, dokonano „jedynego poważnego przeszczepu cywilizacji arabsko-muzułmańskiej na grunt europejski” – jak stwierdził arabista Francesco Gabrieli [1]. W rzeczywistości mowa tutaj raczej o przeszczepie kulturowym niż etnicznym, ponieważ, zgodnie ze słowami jednego z hiszpańskich badaczy, „…hiszpańscy muzułmanie, którzy byli potomkami osób nawróconych na religię najeźdźców, byli Hiszpanami czystej krwi; w pozostałych przypadkach, na skutek zawierania licznych związków międzykulturowych, w ich żyłach również przeważała hiszpańska krew” [2].

W muzułmańskiej Hiszpanii małżeństwa mieszane były rzeczywiście częstym zjawiskiem, ponieważ muzułmanie chcieli, by matkami ich dzieci były autochtonki, w szczególności te urodzone w Galicji, ziemi starożytnych osad celtyckich. Jak zauważa jeden z historyków badających dzieje muzułmańskiej Hiszpanii, „w związku z tym, że ich potomkowie nosili wyłącznie imiona męskich przodków, czysta arabska krew, wielokrotnie wymieszana z krwią hiszpańską, uległa rozcieńczeniu w kolejnych pokoleniach; im więcej imion arabskiego pochodzenia nosił człowiek, tym mniej afrykańskiej krwi płynęło w jego żyłach. Błędne jest zatem założenie, że każdy hiszpański muzułmanin był Arabem, a wszyscy chrześcijanie byli Rzymianami czy Gotami i uciekali na północ podczas inwazji – stwierdza; błędne jest przekonanie, że »rekonkwista« była trwającą osiem wieków wojną pomiędzy stroną »rzymsko-gocką« z północy i »arabsko-andaluzyjską« z południa” [3]…

…Emirat Granady (1246–1492), ostatni bastion islamu w zachodniej Europie, upadł po zdobyciu miasta przez Ferdynanda Aragońskiego i Izabelę Kastylijską. Hiszpanie celebrują to wydarzenie jako zakończenie rekonkwisty, inni patrzą na nie z odmiennej perspektywy. Warto tutaj przytoczyć słowa Fryderyka Nietzschego: „Cudowny mauretański świat kultury w Hiszpanii, pokrewniejszy nam w gruncie, bardziej przemawiający do naszego zmysłu i smaku, niż Rzym czy Grecja, został zdeptany – nie mówię czyimi nogami – dlaczego? Ponieważ zawdzięczał swoje powstanie dostojnym, męskim instynktom, ponieważ wciąż jeszcze mówił życiu »tak« rzadkimi i wyrafinowanymi kosztownościami życia mauretańskiego!” [5]. Obecność islamu w Hiszpanii trafnie podsumowuje Sigrid Hunke: „Przykład Hiszpanii pokazuje, że dwieście lat arabskiego panowania wystarczyło, by biedny, zapuszczony i ciemiężony kraj stał się jednym z najważniejszych państw Europy i całego zachodniego świata, a wszystko to dzięki pewnej kulturze, która rozprzestrzeniła się we wszystkich grupach społecznych oraz rozkwitowi nauki i sztuki. Swoją uprzywilejowaną pozycję Hiszpania utrzymała przez pięć wieków aż do momentu, w którym islam został wyparty” [6].

Italia

Zanim Tarik i Musa ibn Nusajr dotarli na Półwysep Iberyjski, to właśnie Italia stała się obiektem zainteresowania Saracenów (którzy w większości byli Berberami), co miało miejsce około połowy VII w., gdy półwysep był politycznie podzielony między Longobardów, Bizantyjczyków oraz Papiestwo…

…Armia islamskiego emiratu, który powstał na terytoriach odpowiadających dzisiejszym prowincjom Bari, Matera oraz Tarent, trzymało w szachu Franków i Bizantyjczyków. Przypadek Bari nie jest jedynym przykładem islamskiego organizmu politycznego, który powstał na Półwyspie Apenińskim – istniały również muzułmańskie państwa w Amantei i nad rzeką Garigliano – jednak bez wątpienia jest to przykład najbardziej istotny. Bari cieszyło się tak wielkim dobrobytem, że do miasta, ożywionego przez intensywny rozkwit gospodarczy, napływali Longobardowie opuszczający ziemie południowej Italii. Jak pisze jeden z historyków, muzułmanie w Bari „nauczyli mieszkańców 24 apulijskich grodów, czym jest tolerancja religijna w czasach pokoju, jak użytkować ziemię, jak czerpać korzyści z wymiany towarów” [7].

Okres obecności islamu na Sycylii był dłuższy i jeszcze bardziej wspaniały. (…) F. Gabrieli ocenia panowanie muzułmańskie na Sycylii jako „pozytywne i korzystne ze względu na ożywienie ubogiej struktury etnicznej bizantyńskiej Sycylii, a przede wszystkim z uwagi na poczynione zmiany w zakresie warunków ekonomicznych i społecznych wyspy, w tym likwidację latyfundiów, promowanie małych gospodarstw wiejskich, rewitalizację sycylijskiego rolnictwa i wzbogacenie go o nowe techniki oraz uprawy” [8]. „Rolnictwo i handel – stwierdza inny badacz – na nowo rozkwitały: coraz liczniejsze były przypadki zmiany wyznania, nie pod przymusem, lecz pod wpływem spontanicznego pragnienia wznieconego przez owych pobożnych ludzi, a także podziwu, jaki budziła wyżej rozwinięta cywilizacja najeźdźców. Odzwierciedlenie dobrobytu i wytworności Orientu, życia kulturalnego Bagdadu, Kordoby czy Kairu, można było odnaleźć również w Palermo” [9]. Spośród zamieszkujących Sycylię autochtonów, Berberów i Persów (z których wielu zajmowało stanowiska wojskowe i urzędnicze) ponad 300 tys. osób było muzułmanami. Palermo, przez podróżników opisywane jako jedno z najpiękniejszych i najlepiej prosperujących miast Śródziemnomorza, wraz ze swoimi trzystoma meczetami – z których największy miał być miejscem spoczynku szczątków doczesnych Arystotelesa – mogłoby konkurować z Kordobą, a nawet z Kairem czy Damaszkiem…

Bałkany

W 1492 r. Granada znalazła się pod panowaniem katolickich królów. W ciągu jednego tylko stulecia, podczas gdy gwiazda islamu gasła na zachodzie Europy, Półksiężyc wschodził na jej wschodzie. Imperium Osmańskie przejęło bałkańskie ziemie, które dawniej należały do Rzymu i Konstantynopola. Dunajski limes, oddzielający niegdyś terytorium Cesarstwa Rzymskiego od przestrzeni, którą zamieszkiwali barbarzyńcy, przez cały XV wiek pełnił rolę linii demarkacyjnej pomiędzy dâr al-islâm a dâr al-kufr. Niedługo później Sulejman Wspaniały – niczym Trajan, który prąc na północ Dunaju, przyłączył Dację do Cesarstwa Rzymskiego – podbił naddunajskie obszary leżące między Belgradem a Budą, poszerzając strefę wpływów Wysokiej Porty o Wołoszczyznę, Mołdawię i Transylwanię. Podobnie jak w czasach panowania rzymskiego, także wówczas na jedno imperium składały się, oprócz obszaru bałkańsko-dunajskiego, Morze Czarne i jego wybrzeża, Armenia, Mezopotamia, Anatolia, Syria, Palestyna, Egipt oraz Afryka Północna aż po granice Maroka.

Nowopowstałe imperium ze stolicą w Europie, którego terytorium rozciągało się na trzech kontynentach, przyjęło do swojej klasy urzędniczej szereg Europejczyków, pochodzących zarówno z Europy wschodniej, jak i zachodniej. Mowa tutaj nie tylko o licznych Włochach, którzy w XVI w. przeszli na islam, jak na przykład: Uluch Ali, z pochodzenia Kalabryjczyk, który w bitwie pod Lepanto jako jedyny z otomańskich admirałów nie uległ chrześcijańskiej flocie; wenecjanka Cecilia Baffo, ukochana małżonka sułtana Selima II;Ludwik Gritti, syn weneckiego doży, który został gubernatorem Węgier; oraz wielu innych bejlerbejów pochodzących z Sardynii, Korsyki, Ligurii oraz Kalabrii, którzy rządzili w Algierze. Mowa również o licznych Włochach, Francuzach, Węgrach, Polakach i Chorwatach, którzy w XVIII i XIX w. przyjmowali islam i powierzali Wielkiej Procie swoją wiedzę naukową, umiejętności wojskowe i administracyjne.

Przełomowe wydarzenia, takie jak zdobycie Konstantynopola przez Osmanów i osiedlenie się dynastii w stolicy Cesarstwa wschodniorzymskiego, wzbudziły w chrześcijańskiej Europie obawy o utratę honorów i władzy, dzięki której władcy osmańscy mieli stać się spadkobiercami cesarstwa…

…Ciekawy i niezwykle wymowny w tym kontekście jest mit o pochodzeniu, który miał dowodzić pokrewieństwa Turków i Rzymian, a tym samym umacniać w świadomości ówczesnych europejczyków przekonanie, że Imperium Osmańskie jest prawowitym spadkobiercą dziedzictwa starożytnego Rzymu. Niektórzy utrzymywali, wychodząc od fonetycznego podobieństwa łączącego Turków i Teukrów [Trojan], że Mehmed był potomkiem Teukrosa, pierwszego króla Troi, a więc mścił się na potomkach Greków za krzywdy wyrządzone Trojanom. Co więcej, we Francji krążyły plotki o pewnym liście, który Mehmed miał wysłać papieżowi Mikołajowi V, by wyrazić w nim swoje zaskoczenie faktem, że Włosi są mu nieprzychylni, podczas gdy, za sprawą Eneasza, wywodzą się z tego samego trojańskiego rodu, co Turcy….

…Obok islamu arabskiego, perskiego, tureckiego, indyjskiego itd., istniał zatem również – choć jedynie tymczasowo i na ograniczonej przestrzeni geograficznej – islam europejski. Dziś należy zadać sobie pytanie, czy taka ewentualność może jeszcze zaistnieć, i jakie warunki musiałyby zostać spełnione, by do tego doszło.

polecam lekturę całości tu: Claudio Mutti: Europa muzułmańska

…”jakie warunki musiałyby zostać spełnione, by do tego doszło.” A cóż to za pytanie? Normalny Europejczyk któremu leży na sercu dom w którym mieszka, rodzima cywilizacja, kultura czy religia zadałby raczej inne – co należałoby zrobić aby do tego NIE doszło. No ale trudno się dziwić takiemu pytaniu ze strony autora, który nie ukrywa w swoim tekście sympatii dla wpływu cywilizacji arabskiej na podbite rejony „starego” kontynentu (podpierając się na dodatek cytatami z Fryderyka Nietzschego 🙂 ). Jakby rozwój i prosperity było na tym świecie domeną wyłącznie arabską.

O ile ciężko jest nie przyznać racji historycznym faktom które przywołuje Pan Mutti, to już wyraźne rozsmakowanie się w dobrodziejstwie z okupacji bądź co bądź NAJEŹDŹCÓW wywołuje u mnie mieszane uczucia. Zwłaszcza w czas nasilającego się obecnie w Europie kryzysu imigracyjnego (zaznaczmy że z państw dla nas Europejczyków mało cywilizowanych) i towarzyszącej mu wojny cywilizacyjnej, oraz terroryzmu, który chociaż nie powinien być utożsamiany z Islamem (tak jak IRA nie jest tożsama z katolicyzmem) to jednak w pewnym wymiarze chętnie się nim posługuje jako celem ideowym. Podobnie mieszane uczucia wywołuje u mnie posługiwanie się terminem „islam europejski”. To tak jakby mówić o arabskim katolicyzmie – rzecz zupełnie nie do pomyślenia w krajach arabskich, pomijając fakt że religia nie ma tożsamości narodowej (bo może być „charakterystyczna” dla różnych narodów, czasem nawet wrogich sobie) czy cywilizacyjnej gdyż jest to indywidualna (bądź zbiorowa) relacja człowieka z Bogiem. Nie wiem czy na całym świecie znajdziemy państwo będące w 100% monolitem pod względem religijnym, etnicznym czy narodowościowym. Cały „myk” porządku polega więc wyłącznie na zdrowych proporcjach „przybyszów” (i ich tradycji) wobec autochtonów wśród których mieszkają, i utrzymaniu tych proporcji w każdym aspekcie życia społecznego, kulturowego i wyznaniowego charakterystycznego tożsamościowo na danym terenie. Mniejszość (nie tylko zresztą imigracyjna) nie ma żadnego prawa narzucać, emancypować się ponad, czy zrównywać, specyficznych dla siebie zachcianek z prawami rodzimej większości. „Gość w dom Bóg w dom” ale kto zakłóca jego mir, i zabiera się (nie pytając domowników o zdanie) za przestawianie mebli, nie szanując praw i przywilejów gospodarza ten zasługuje na co najmniej wyproszenie… (Odys)

podobne: Templariusze. Słudzy Kościoła walczącego a także: Walki z islamistami: Syria – 3 miliony uchodźców, Irak – dramat chrześcijan. Stanisław Michalkiewicz: „Pustynna burza”. i to: Turczyn rośnie w siłę… bez „Unii”

„…Na pytanie, jak wielkim poparciem cieszy się Państwo Islamskie wśród muzułmanów, odpowiedzieć jest ciężko. Różnego rodzaju prezentacje opinii społecznej pokazują, że niskim, ale czy wiarygodnymi są badania prowadzone na będącym w permanentnym stanie wojny terenie Iraku. Tak czy inaczej podstawą legitymizacji dla Abu Bakra Al-Baghdadiego jest islam. Specyficznie pojmowany, o czym świadczyć mogą egzekucje wykonywane nie tylko na szyitach, ale przecież także wśród sunnitów. Autor nie podejmie się jednak odpowiedzi na pytanie czy warunkiem życia pod rządami Państwa Islamskiego jest przede wszystkim akceptacja władzy, czy też może odpowiedzią jest jakaś wersja islamu. Jest na to za wcześnie, a przekaz nie jest jednoznaczny.

Nie istnieje naród w nowoczesnym rozumieniu dla IS. Nowy wymiar fundamentalizmu wykracza poza standardowe ramy, które wyznacza nam błędnie europocentryzm. Jeśli pozwolimy sobie na porównanie formacji Państwa Islamskiego do uznawanego za skrajny w Polsce Ruch Narodowy, to z łatwością zauważymy, że odwołanie RN do religii katolickiej nie jest główną podstawą przynależności czy wartościowania aktywu. Wszak do samego Ruchu Narodowego dołączyły grupy neopogańskie czy agnostyczne. IS to więc kontrrewolucja – „powrót Bourbona” po rewolucyjnym chaosie i erze napoleońskiej. Czy z takim samym losem – pokaże czas. Formalnie „Allah” był przez cały czas obecny na Bliskim Wschodzie zaś realnie, dopiero teraz nie tylko „zszedł na ziemię”, ale też chce ją obejść dookoła.

Największym sukcesem IS, jak do tej pory, jest zyskanie rozgłosu na arenie międzynarodowej. Chaos powstały po wybuchu wojny domowej w Syrii, spowodował rozbicie wielu grup politycznych, które wcześniej stały w awangardzie walki z rządem Baszara al-Asada. Partia BAAS jednakże przetrwała. Ranna, poobijana, krwawiąca, ale cały czas dzierżąca władzę nad państwem i armią. Syryjski prezydent został uznany za obrońcę świeckiego państwa, chrześcijan i ostatni bastion oporu przed powiększeniem amerykańskiej strefy wpływów w wyniku „arabskiej wiosny”. Historycznym osiągnięciem B. al-Asada było uzyskanie wsparcia Iranu i Hezbollahu, do tej pory nie tylko wstrzemięźliwych wobec takich działań, ale przez lata będących przecież konkurencją dla BAAS…

Aby jednak doszło do uznania Państwa Islamskiego za podmiot w stosunkach międzynarodowych – świat musiałby dojść do przekonania, że ani naloty, ani nadzwyczajne środki bezpieczeństwa nie dają efektów. Zamach w Paryżu niekoniecznie jest ostatnim, a poziom zastraszenia europejskich społeczeństw będzie przecież tylko wzrastać. Pytanie czy spowoduje to przekonanie o nieuchronności wojny z Państwem Islamskim, czy może przeciwnie: doprowadzi do postawy kapitulacyjnej, żądającej zaprzestania działań wymierzonych w IS…

Teza, jakoby Państwo Islamskie było tworem samodzielnym, niezależnym zarówno od Stanów Zjednoczonych, jak i tym bardziej od Chin czy Rosji, nie wyklucza możliwości odniesienia korzyści przez któregoś z głównych graczy. Jeżeli za punkt odniesienia uznamy światową hegemonię Stanów Zjednoczonych, a jako projekt konkurencyjny zdefiniujemy poszczególne interesy Rosji i Chin, nakierowanych na walkę z amerykańską dominacją – odpowiedź nasuwa się sama.

Każda rosyjska i chińska strata to ogromny zysk dla USA. Nie należy przeceniać interesów naftowych, bo Amerykanie i tak są posiadaczem ogromnych złóż. Kontrola nad Bliskim Wschodem to raczej klucz do cenowej dyktatury. W każdym razie niekonieczny do utrzymania hegemonii. Basen Morza Śródziemnego bez rosyjskiej bazy to nie tylko jedna Syria, ale też odcięcie od rosyjskiego zainteresowania Egiptu, absolutnie kluczowego dla szlaków handlowych. Przypomnijmy, że to właśnie w Egipcie Władimir Putin rozpoczynał budowę regionalnej koalicji przeciwko Państwu Islamskiemu…

…Rosyjskie naloty na Państwo Islamskie i ogólna intensyfikacja działań państwa na rzecz obrony status quo w Syrii są oczywiście nieprzypadkowe. Warto przy tym zauważyć, że polityka Moskwy ewoluowała od działań defensywnych, polegających na blokadzie interwencji ONZ do typowo ofensywnych, podobno uwzględniających nawet konieczność operacji lądowej w Syrii. Na kroki inne liczyć jednak nie można, bo o ile rząd syryjski z chęcią pozwoli na kremlowskie wsparcie, o tyle w Iraku jest to praktycznie niemożliwe. Wyraźnie więc widać, że Amerykanom wcale nie zależy na upadku Państwa Islamskiego, inaczej daliby przecież zielone światło rządowi irackiemu do współpracy z Rosją. Co więcej nie są w stanie zaryzykować nawet „drugiego Afganistanu”, co wszakże może się Moskwie przydarzyć jak najbardziej, a doprowadziłoby do szybkiego upadku legitymizacji władzy W. Putina.

Rosja walczy o przetrwanie, o zachowanie własnego wielonarodowego i wieloreligijnego imperium, o utrzymanie i tak już mocno okrojonej strefy wpływów. Nawet, jeśli Waszyngton nie uwzględnia w swoich planach jakiegokolwiek wsparcia dla IS – nie dopuści do niczego, czego kosztem mogłoby być powiększenie rosyjskich terenów oddziaływania.

Wreszcie Rosja walczy też o Europę. Amerykanie doskonale wiedzą, że (zwłaszcza teraz) zniszczenie Państwa Islamskiego wywołałoby na Starym Kontynencie falę entuzjazmu wobec Kremla, a w konsekwencji nie tylko zniesienie sankcji, ale też koniec eksperymentu ukraińskiego i być może powrót do idei Unii Eurazjatyckiej – tej od Władywostoku po Lizbonę. Wówczas Amerykanie mieliby dużo większy problem niż zachwianie systemem sojuszy na Bliskim Wschodzie. Waszyngton dusi się własną produkcją i lobbuje na rzecz Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP). Jedynie Europa jest bowiem rynkiem zdolnym przyjąć wysoko przetworzone produkty „made in USA”. W przeciwnym razie nastąpić może krach systemu dominacji ekonomicznej i politycznej Stanów Zjednoczonych poza Ameryką Północną.” (Tomasz Janowski)

całość tu: „Państwo Islamskie” – czyli o różnicach między tym co formalne, a realne.

podobne: Thierry Meyssan: Geopolityczne podłoże wojen przeciwko Syrii i Państwu Islamskiemu. Straty dżihadystów w Kobane. Tragiczny los porwanych przez Boko Haram. oraz: Leonid Savin: Lobbing, jako najwyższa forma korupcji czyli… Rewolucję raz poproszę!

„…We współczesnym, ponowoczesnym świcie, który rządzi się prawami Realpolitik, radykalny islam to najbardziej dogodny fenomen dla naświetlenia strategii zachodniej ekspansji politycznej na świecie. Jest on łatwy do sterowania, można nim manipulować niezależnie od geograficznej lokalizacji. Uniwersalne oblicze radykalnego islamu czyni go maksymalnie efektywnym orężem geopolitycznym, a jego wykorzystanie w XXI wieku nosi systemowy charakter.

Rękoma radykalnych islamistów rozniecane są krwawe konflikty w różnych częściach świata od lat 1990’ do dziś: w Bośni, w Kosowie, na Północnym Kaukazie, a teraz również na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Radykalni islamiści wszędzie zajmują się kryminalną działalnością: na Kaukazie, na Bałkanach, na Bliskim Wschodzie. Główne sfery ich kryminalnej działalności to ropa naftowa, narkotyki, handel bronią, ludzkimi organami, przemyt, wymuszenia i bandytyzm… 

 …Współczesny radykalny islam w swojej istocie jest nowoczesny – nie wyklucza współpracy z tymi, których deklaratywnie chce unicestwić. Okazuje się, że współczesna ideologia salafizmu i prowadzenia dżihadu to fasada – deklarują jedno a w praktyce czynią co innego. Na przykład w Syrii wojnę Państwa Islamskiego i innych radykalnych organizacji przeciw Baszarowi Asadowi finansuje Zachód. Równocześnie wodzowie salafizmu przeklinają tenże Zachód i wzywają do unicestwienia go. Wystarczy także wspomnieć, że połowa więźniów Guantanamo walczyła w Libii wspólnie z siłami NATO przeciwko Muammarowi Kadafiemu, zaś w Egipcie przeciw Hosniemu Mubarakowi. W Bośni dżihadyści, tak jak i w Kosowie, wspólnie z NATO walczyli przeciwko prawosławnym Serbom.

Współczesna Ukraina pokazała dziwny przykład sojuszu faszystów, społeczności LGBT, radykalnych islamistów i politycznych awanturników. Co może być dla nich wspólnego i co ich jednoczy? Przede wszystkim zaszczepiona siłą rusofobia i – oczywiście – niemałe pieniądze, co bardzo ważne w gwałtownie ubożejącej Ukrainie. Na przestrzeni poradzieckiej dżihad silnie związany jest z rusofobią. Na Bałkanach – z nienawiścią do prawosławnych Serbów. Na Bliskim Wschodzie – do wszelkich odmiennych wyznań religijnych.

Analizując składowe elementy uniwersalnej linii radykalnego islamu można uczynić wywód, że bardzo łatwo nim manipulować. Ten czynnik sprzyjał temu, że zachodnim strategom nie sprawiło specjalnego trudu, aby przystosować i zsyntetyzować radykalny islam w ramach „teorii Haertlandu” z korzyścią dla siebie.”

całość tu: Szota Apchaidze: Radykalny islam – broń w rękach Zachodu

…oj tam oj tam! Islam wcale nie jest aż tak rusofobiczny jakby ktoś sobie mógł pomyśleć (albo dał wmówić). Chodzi tu rzecz jasna o pewną jego część, która jak słusznie zauważył Pan autor jest podatna na sterowanie i zdolna do sojuszy z naturalnym wrogiem jeśli tylko ma w tym interes, ale to tylko interes a nie żadna rusofobia 🙂 Albowiem w innych miejscach i okolicznościach można zaobserwować jak interes dżihadystów „pięknie” współgra z interesem Rosji. Wtedy należałoby pójść za logiką autora i oskarżyć Islam o jakąś inną fobię. Więc stawianie problemu w ten sposób to ślepa uliczka.

Faktem jest, że w zależności od tego jak się przedstawia interes w danym momencie tak wyglądają sympatie i antypatie dżihadystów. Raz są zbieżne z interesem USA, innym zaś razem są zbieżne z interesem Rosji. Obecny zalew Europy przez ludność muzułmańską i towarzyszący temu chaos jest bowiem tak samo na rękę USA jak i Rosji. Dla USA – bo oddala zainteresowanie od tego kraju (czyniąc go gospodarczym „safe haeven”), a dla Rosji – gdyż rozbija jedność Europy pod auspicjami UE (pomijając upośledzenie samego projektu), przez co Rosja może sobie planować kolejne projekty polityczno-gospodarcze bilateralnie, w bezpośrednim i z osobna porozumieniu z Niemcami, Francją, Włochami czy Austrią, jak np. kolejna nitka gazociągu północnego, czy gazociągu południowego, czy obchodzenie po kryjomu embarga które nałożono na Rosję w związku z konfliktem na Ukrainie. Podzielona (choćby za sprawą imigrantów z bliskiego wschodu i Afryki) i zdestabilizowana terroryzmem Europa, to rzecz jasna okazja dla Rosji do podporządkowywania sobie bliskiej zagranicy, tj. krajów byłego bloku sowieckiego, których interesy „stara unia” zajęta swoimi problemami może chętnie przehandlować za rosyjską „głastnost”, i w rewanżu za niepokorność stawania okoniem wobec planów i koncepcji państw starej Unii (głównie Niemiec i Francji).

Druga sprawa to fakt  że Islam chętnie (od lat) konfrontował się z chrześcijaństwem (zwłaszcza katolicyzmem), jako największym zagrożeniem cywilizacyjnym, kulturowym i ideowym dla siebie. Podobnie było w przypadku komunizmu i jego kulturowej nadbudówki – marksizmu. Obecna konfrontacja na miecze świata chrześcijańskiego z muzułmańskim jest więc wymarzoną pożywką i okazją do tego by skorzystał „ktoś” trzeci, czyli właśnie ateistyczna ideologia marksizmu, socjalizmu i komunizmu rodem z Rosji (a nie tylko „zgniłe” USA które oczywiście też zostały marksizmem zarażone). Być może obie siły nie współpracują dosłownie na papierze, ale cel niewątpliwie mają (nie)przypadkowo zbieżny. Do tego grona należy dorzucić zdecydowaną większość „elit” politycznych Europy, które również są skażone marksizmem i zachowują się co najmniej podejrzanie, bezkrytycznie promując multi-kulti i otwartość granic dla przybyszów, w całkowitym oderwaniu od realizmu narażając na szwank bezpieczeństwa narodów którym przewodzą.

Poza tym czy Rosja aby nie stara się budować wokół siebie koalicji państw z udziałem również muzułmańskich? Jak Iran – o który toczona jest nieustanna wojna dyplomatyczna z USA, czy Turcja – próbując ją wyciągnąć z zachodniej strefy wpływów poprzez uwiązanie gospodarcze w różnego rodzaju projekty ( Czy Rosja po porozumieniu z Indiami, Chinami i Turcją przegrywa wojnę ekonomiczną? Nowa doktryna wojenna. Rosyjska giełda ostro w górę. USA: miliony na wzmocnienie Europy, sankcje dla Krymu, zbliżenie z Kubą. Ukraina: Czeczeńskie bataliony, Turczynow nie wyklucza stanu wojennego, wzmocnienie armii). Swoją drogą Turcja też ma swój udział i interesy w chaosie na bliskim wschodzie oraz w Europie. Dla Turcji B. al-Assad i Kurdowie to zagrożenia, a Państwo Islamskie to aktualnie dostępna odpowiedź na nie. W końcu to też kraj muzułmański, do tego o dużych ambicjach politycznych. Przecież Rosja nie robi tego w celu czysto towarzyskim, tudzież filantropijnym prawda? Czy nie ma i nie walczy (podobnie jak USA) o jak największe wpływy w krajach MUZUŁMAŃSKICH bliskiego wschodu? Czyż nie ruszyła zbrojnie na pomoc Syrii, by podobnie jak USA oficjalnie walczyć z terrorystami? Nie bądźmy aż tak nachalnie ślepi na konszachty Rosji ze światem muzułmańskim (owszem tylko w interesach, ale jednak). Wszak nawet w Afganistanie i Czeczenii znaleźć można przyjazne Rosji środowiska islamskie. To że USA w naturalny sposób „dba” o „swoich” islamistów szczując ich na Rosję, to rzecz normalna w warunkach kiedy oba mocarstwa ścierają się na tym samym terenie o wpływy. Więc tak jak rusofobiczny jest Islam pro amerykański, tak samo „uprzedzony” do USA jest Islam pro rosyjski 🙂 Dziwne pretensje jednej strony wobec drugiej można obecnie określić znanym powiedzeniem „Przyganiał kocioł garnkowi”… (Odys)

podobne: Tomasz Otłowski: Wojna z Kalifatem: aspekty operacyjne. Nieudolność USA (celowa?) i to: Wiodący niemiecki dziennikarz: CIA naciska na media by promowały III wojnę światową

Wprawdzie „cały świat” jest „wstrząśnięty” zamachami w Paryżu, do których zorganizowania przyznało się Państwo Islamskie, a których ofiarą padło już prawie 130 osób, zaś ponad 200 zostało rannych – ale jednocześnie wiele światowych, a nawet nader światowych osobistości starannie unika spostrzeżenia przyczyn, które nie tylko doprowadziły do muzułmańskiego radykalizmu, ale również – do przeniesienia wojny prowadzonej przeciwko Państwu Islamskiemu na teren państw, które wojnę tę próbują prowadzić. Warto tedy przypomnieć, że Państwo Islamskie pojawiło się w efekcie wtrącenia wielu krajów Środkowego i Bliskiego Wschodu w stan krwawego chaosu. Ten chaos wytworzył się w następstwie „operacji pokojowych” i „misji stabilizacyjnych”, oraz „walki o pokój” jakie przed 14 laty rozpoczęły tam Stany Zjednoczone z sojusznikami.

Przedziwnym zbiegiem okoliczności, większość krajów wtrąconych w stan krwawego chaosu była w przeszłości – mniejsza o to, czy słusznie, czy niesłusznie – postrzegana jako potencjalne zagrożenie dla Izraela. Bo na przykład Jordania, gdzie też rządzi tyran, żadnym chaosem ogarnięta nie została – no ale Jordania w 1994 roku podpisała z Izraelem traktat pokojowy. Ten stan krwawego chaosu stanowi z kolei przyczynę i pretekst dla nowej wędrówki ludów, w ramach której młodzi mężczyźni z tych krajów wędrują do Europy. Im więcej młodych, zdolnych do walki mężczyzn wyjedzie z Bliskiego i Środkowego Wschodu do Europy, tym mniejsze będzie potencjalne zagrożenie dla Izraela, chociaż tym większe – dla Europy…

…Warto tedy przypomnieć, że według wszystkich teoretyków wojny, przeniesienie działań wojennych na terytorium wroga jest ważnym, a może nawet najważniejszym czynnikiem sprzyjającym zwycięstwu. To z kolei kosztuje, ale Państwo Islamskie podobno nie cierpi na brak pieniędzy między innymi dzięki sprzedaży ropy naftowej po konkurencyjnych cenach, którą kupuje Izrael…” (Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: Ambicjonerzy przebudowują świat

podobne: Syria oskarża Izrael o naloty. Palestyński minister zabity. Protest Izraela przeciwko wszczęciu dochodzenia przez Trybunał Haski ws. ewentualnych zbrodni wojennych. oraz: Thierry Meyssan: Wątek ropy i gazu w walce z Państwem Islamskim. Paul Craig Roberts: Czy Rosja i Chiny czekają na moment, kiedy jedyną opcją będzie wojna?

„…Mamy ludzi, którzy potrafią zorganizować na pustyni wielkie państwo. Z systemem bankowym i sądowym. Ludzie ci nie mają problemu z wydobywaniem ropy naftowej i jej sprzedażą. Ludzie ci rozbijają się po pustyni nowiutkimi terenowymi Toyotami. Ale to nic w porównaniu z bogactwem sprzętu wojskowego jaki jest w ich dyspozycji. Transportery opancerzone czy karabiny maszynowe. To nie problem. Ponieważ te dzikusy są tak naprawdę bardzo zdolne.

Weźmy np. taki Iran. Wystarczy że zaczniesz handlować z Iranem i już znajdujesz się na czarnych listach wszelkich agencji wywiadowczych świata, które zaczynają śledzić każdy twój ruch. Możesz nawet z trafić do więzienia na dłuższy czas. Szczęśliwie jednak takich problemów nie mają zdolne dzikusy z IS. Ci co z nimi handlują nie trafiają do więzień. Chłopaki z IS potrafiły bowiem zadbać o to by CIA, Mosad czy MI6 nie ingerowały w te sprawy.

Ale to tak naprawdę małe piwko dla tak zdolnych ludzi jakimi są wyrwani z pustynnych lepianek arabscy fanatycy. Budowa własnego państwa na terenach graniczących z uzbrojoną po zęby Arabią Saudyjką. Czy też Turcją z własną silną, zaprawioną w bojach Armią. Albo i Iranem, któremu pacyfizm również jest dość obcy. To była łatwizna. Tacy ludzie potrzebują nowych wyzwań. Ogólnoświatowych! Czemu np. nie podłożyć bomby w jakimś samolocie lecącym z Egiptu? No w sumie można ale też jest łatwe.

Lepiej może zrobić coś bardziej spektakularnego? Na terenie wroga? To jest ciekawsze. Można dostać się na koncert i postrzelać do ludzi.
Jest to jakaś opcja tylko że dość powierzchowna i gwałtowna. Drastyczna choć widowiskowa. Niektórym młodym członkom IS może przypaść do gustu ale starzy wyjadacze wiedzą lepiej. I mieli lepsze plany.

No bo jeśli ktoś się bierze za tak poważne zadanie jak likwidacja chrześcijańskiej kultury, która jak się wydaje dysponuje pod każdym względem lepszymi argumentami (kasa, technika wojskowa itp.) to nie wygra się za pomocą strzelanin z kałacha. Tu potrzebne jest natchnienie samego Allaha! Tu trzeba mieć właściwy plan. Np. Można zacząć od likwidacji ostatnich większych skupisk chrześcijańskich w okolicy. Oraz, co ważniejsze! Od likwidacji islamskich mięczaków, których zbytnio urzekła kultura i tolerancja zgniłego Zachodu…

…Likwidacja nielicznych chrześcijan to jedno. Następnym logicznym etapem powinno być wysłanie misjonarzy by nawracali niewiernych! Ten słuszny plan szczęśliwie znów znalazł uznanie w oczach Allaha. Turcja zorganizowała podróż dla członków nowej krucjaty. Natomiast w samej Europie wielu niewiernych zrozumiało wagę i korzyści jakie niesie plan mędrców IS (z lepianek). Bo przecież np. taka kanclerz Niemiec. Potężna pani Merkel. To nie byle kto. Z jakiegoś kraiku w centrum Europy potrafi wydawać polecenia wszystkim. Czy to główny komisarz czy prezydent UE. Wszyscy tańczą jak ona zagra. Czy to mała Grecja czy wielka Rosja, nawet Putin nie śmie się sprzeciwić gdy Merkel rozdaje karty na Ukrainie…” (smieciu • naszeblogi.pl)

całość tu: Zamachy zorganizowało IS a kto zorganizował IS?

podobne: Kerry na Bliski Wschód. Thierry Meyssan: Przełom w polityce saudyjskiej. Geneza powstawania ISIL („Państwa Islamskiego”) czyli kto wypuścił dżina z butelki. oraz: Arabia Saudyjska: koalicja przeciwko islamistom. Syria uzna naloty za akt agresji. Niemcy i Wlk. Brytania: nie dla nalotów w Syrii i Iraku. Dżihadyści śmieją się z USA. Francuscy islamiści biorą udział w egzekucjach. Nigeria: islamiści z Boko Haram oblegli Maiduguri. Izrael: zbrodnie wojenne w Gazie.

„Ostatnia fala terroru w Paryżu, która kosztowała życie stu kilkudziesięciu przypadkowych ofiar, wstrząsnęła rozmiarem bezsensownego okrucieństwa w środku Europy. O ten dokładnie efekt mogło chodzić sponsorom zamachów, choć można mieć wątpliwości czy byli nimi bezpośredni sprawcy. Innymi słowy, mimo że jest za wcześnie aby wyciągać zbyt daleko idące konkluzje, skoordynowane zamachy islamskich ekstremistów w Paryżu noszą pewne cechy drobiazgowo planowanej prowokacji. Jej pierwszą fazą mógł być celowo stworzony kryzys wokół zalewu „uchodźców syryjskich” który skłóca i osłabia Europę, podsycając jednocześnie psychozę zagrożenia ze strony państwa islamskiego. Fazą  drugą mogła być kulminacja terroru w Paryżu,  przypisywanego już bezpośrednio ISIS. Prawdziwym zagrożeniem dla Europy nie jest jednak państwo islamskie ale anglo-syjonistyczny hegemon który je wykreował i uzbroił. I to on,  a nie ISIS, zaczął terror niesprowokowaną, nielegalną  agresją na suwerenne  państwo  Iraku…

Zamach „false flag” w Paryżu mógłby być próbą ponownego przejęcia inicjatywy i nową okazją do konfrontacji z Rosją. W końcu daje to NATO  wygodny pretekst do interwencji w Syrii, co przy obecności już tam kontyngentu rosyjskiego nie wróżyłoby zapewne niczego dobrego. Za takim motywem przemawiać może przebijający się w komunikatach ton „solidarności” z Francją jako państwem NATO zaatakowanym „nagle” przez terrorystów. Całkiem to podobne do carte blanche jaką naiwna Europa dała GW. Bushowi na fali „solidarności” po zamachach 9/11. Kto wie czy doświadczeni spece nie egzekwują po prostu po raz kolejny sprawdzonego już gdzie indziej scenariusza.

Przestraszone terrorem który zawitał do ich sąsiedztwa masy łatwo jest przekonać że grozi im czarny lud oraz że jedynym ratunkiem jest wojna w celu zapewnienia im bezpieczeństwa. Wtedy ogłosić można stan wyjątkowy, zamknąć granice, odwołać wybory (we Francji w grudniu), wepchać w gardło masom rozmaite „patriot acts” odbierające resztki swobód obywatelskich jakie im pozostały, a po neutralizacji potencjalnego sprzeciwu rozpocząć gdzieś nową burdę skoro hegemon tak nakazał…” (cynik9)

całość tu: Terroryści z paszportami

„…Trwający obecnie proces destabilizacji Bliskiego Wschodu i Afryki napędzany jest agresywną polityką USA, Izraela i państw sojuszniczych.

3) Tzw. Państwo Islamskie, czyli ISIS lub ISIL, jest formacją terrorystyczną dowodzoną między innymi przez wysokiej rangi agentów wywiadu oraz członków organizacji paramilitarnej Blackwaters, utworzoną na mocy porozumienia pomiędzy Izraelem, USA i Arabią Saudyjską, której celem jest obalenie reżimu prezydenta Syrii Bashara al-Assada, stworzenie pretekstu dla interwencji sił NATO w Syrii oraz napędzanie migracji natywnej ludności muzułmańskiej w pożądanych kierunkach – obecnie w kierunku Unii Eurejskiej.

4) Zasadniczym celem tzw. kryzysu uchodźców jest wprowadzenie w państwach europejskich szeroko pojętego chaosu opartego na poczuciu zagrożenia. Następnym krokiem będzie wprowadzenie rządowych rozwiązań zaostrzających środki bezpieczeństwa, kontrolę i monitoring. Ważnym następstwem praktyki migracyjnej jest pozbawienie ludności europejskiej „spójności narodowej i kulturowej” poprzez wykształcenie podatnego na manipulację i kontrolę społeczeństwa multikulturowego egzystującego bez poczucia jedności i woli walki.

5) Istnieje realne zagrożenie, iż wraz z falą uchodźców do Europy mogą przeniknąć bojownicy Państwa Islamskiego, celem realizacji zamierzonego planu destabilizacji krajów europejskich. Należy jednak podkreślić, iż wysokiej rangi bojownicy i przywódcy najprawdopodobniej przerzucani są tajnymi kanałami za porozumieniem wywiadów.

6) Uchodźcy to w dużej mierze osoby uciekające przed realnym zagrożeniem życia ze strony ISIS oraz zachodnich działań militarnych, potrzebujący pilnej pomocy humanitarnej i azylu.

7) Media mainstreamowe otwarcie wspierają politykę imigracyjną, umniejszając jednak wadze konieczności weryfikacji każdego z uchodźców oraz podjęcia odpowiednich środków prewencynych w przypadku naruszenia przez nich prawa. Potężną dezinformacją, jakiej się dopuszczają jest zupełne pomijanie powodów kryzysu imigracyjnego (patrz pkt 2 i 3).

8) Prawicowe media alternatywne również dopuszczają się karygodnych manipulacji i fałszerstw przedstawiając Islam w sposób generujący lęk i podziały. Przyczyniają się w ten sposób do zaostrzania konfliktów na tle religijnym, co w konsekwencji sprzyja ostatecznej agendzie. Również i tutaj powód migracji schodzi na dalszy plan, ustępując pola nienawiści i propagandzie antymuzułmańskiej.

9) Ludność muzułmańska jest manipulowana w równym stopniu co społeczeństwa zachodnie. Począwszy od przywódców ISIS, którzy cytując wersety Koranu mamią i werbują niewyedukowanych bojowników, poprzez charyzmatycznych demagogów pokroju Andżema Czołdary, aż po marionetkowe media, które z drugiej strony zgrabną narracją nagłaśniają straszliwość zbrodni Państwa Islamskiego oraz nieuchronność wprowadzenia Shariatu w państwach europejskich.

10) Prawdopodobnym ostatecznym celem całej agendy jest utworzenie państwa Wielki Izrael na terenach wyludnionych przez działania ISIS, oraz otwarte podporządkowanie multikulturowej i niezdolnej do sprzeciwu Europy.

Mamy zatem do czynienia z bardzo zaawansowaną manipulacją. Kryzys imigracyjny w Europie mógłby być łatwo zażegnany. Problem w tym, że faktyczne rozwiązanie go jest nie na rękę establiszmentowi USA i Europy Zachodniej…”

całość pod linkiem: http://mediumpubliczne.pl/2015/10/anonymous-do-polakow-o-uchodzcach/

podobne: USA i ich priorytety na bliskim wschodzie. Irak i Państwo Islamskie kluczem do pokonania Syrii. Republikanie prą do interwencji lądowej. Co wiemy a czego nie wiemy o ISIS. i to MaxTV news: Ebola & Khorasan. Laureat Pokojowej Nagrody Nobla mówi Wojna 20 razy w ONZ. Amerykański generał o szkoleniu „syryjskich rebeliantów”.

„…Cóż z tego, że muzułmanie powiedzą po raz kolejny: „To nie my”, lub „Islam to pokój”. Cóż z tego, kiedy za każdym razem, przed każdym zamachem, lub po rzezi chrześcijan, które są paradoksalnie mniej słyszalne medialnie, niż zamachy – prezentują postawę obojętności. Hasła, które od nich słyszymy motywuje, nie solidarność i miłość, lecz w niemałej części obawa o to, że gniew się na nich wyleje. Chronią tylko własną skórę. Tylko tyle. Czy ktoś bowiem słyszał o masowo działających muzułmańskich ruchach, które w imię miłości upominaliby swoich? Czy ktoś słyszał, by były aktywne w zapobieganiu terroryzmowi z pobudek religijnych? Zdaje się, że nie. Chlubne wyjątki w postaci polskich Tatarów nie zmienią reguły.

Poszczególni muzułmanie odezwą się znów po kolejnym ataku, bo nienawiści która pęcznieje obok nich, raczej nie zduszą w zarodku. Nie mają takiej woli. Bo albo, gdyby takie środowiska się odezwały, zostałyby zmasakrowane i odzywają się wyłącznie, gdy się o samych siebie boją, albo gorzej: mają wrażenie, iż są za słabi, więc trzeba chrześcijan uspokoić. Nie wiem jak jest, więc nie chcę oskarżać niewinnych, ale logiczne myślenie, które jest u każdego darem od Boga zobowiązuje do wzięcia pod uwagę każdej ewentualności. I bynajmniej nie neguje to miłości oraz dobrego podejścia do każdego bliźniego z muzułmanami włącznie. Nie ma się co oszukiwać, nie ma katolickiego terroryzmu na tle religijnym, czy chrześcijańskim w ogóle, a islamski owszem jest. I możemy się czarować, że nie każdy muzułmanin to terrorysta. Każdy z nich tworzy jednak las w swoim getcie, w którym terroryści mogą się schronić, a do którego policja boi się wjeżdżać...” (Aleksander Szycht)

całość tu: Autodestrukcja chrześcijaństwa na „Deonie”

podobne: Irak: pomoc dla Kurdów, Sunnici przeciw dżihadystom, masakra Jazydów.

Niewtajemniczeni „muzułmanie” wierzą, iż islam faktycznie jest religią pokoju, tolerancji i miłości. Mają oni dobrą wolę, są pobożni, i szczerze wyznają zasady tolerancji i koegzystencji – innymi słowy, wielu z tych, którzy wierzą w pokojowy islam nie jest rozmyślnymi oszustami, a raczej sami są ofiarami islamskiego oszustwa. Ta nieświadoma grupa wiernych stanowi parasol ochronny dla prawdziwych muzułmanów, których celem jest dżihad, czyli święta wojna. W zależności od etapu ekspansji islamu, o czym napiszemy później, prawdziwi islamiści kłamią, twierdząc i wmawiając ludziom zachodu, że islam to pokojowa religia. O takim świadomym kłamstwie naucza sam Mahomet:

„Prorok powiedział „Wojna jest oszustwem”” (Sahih Al-Bujkhari vol 4,bk 52, Hadith 269)
„Apostoł rzekł (…) „kto pozbędzie się dla mnie Ibnula Asharafa?” Mahomet bin Maslama, brat Bani Abdul-Ashal’a powiedział: „Ja się nim zajmę dla ciebie, o Apostole Boży, ja go zabiję”. Apostoł rzekł: „więc zrób tak, jeśli możesz” (…) Powiedział: „O Apostole Boży, będziemy musieli skłamać”. Apostoł odparł: „Powiedzcie co chcecie, macie wolną rękę”” P367, „Sirat Rasul Allah”, Muhammad bin Ishaq, tłum. Alfred Guillaume (773 r. n.e.)

Islam dopuszcza kłamanie – są pewne sytuacje, gdy muzułmanin może kłamać, kiedy jest to akceptowane, a nawet zalecane. Nazywa się to „al-tagyyja”, co oznacza „zapobiegać”. Muzułmanin może więc kłamać, aby zapobiec szkodzie własnej, lub islamu, by ochronić własną religię:

„Prorok rzekł: „Przez Allaha i Jego wolę, jeśli złożę śluby, lecz później znajdę coś lepszego, zrobię to co jest lepsze, i odpokutuje moje śluby” (Sahih Al-Bukhari vol. 7, bk 67, Hadith 427).

Jak widzimy islam daje swoim wyznawcom możliwość kłamania bez zaciągnięcia grzechu. Jeśli zatem w chwili obecnej jestem pokojowym muzułmaninem, bez żadnego problemu natury moralnej czy teologicznej mogę zamienić się, jeśli uznam to za lepsze, w muzułmanina siłą nawracającego niewiernych.

Ezoteryzm islamski – trzy etapy dżihadu

W rzeczywistości każdy prawdziwy muzułmanin jest zobowiązany do prowadzenia świętej wojny przeciwko niewiernym — dżihadu. Istnieją trzy etapy prowadzenia dżihadu, w zależności od statusu muzułmanów w danym społeczeństwie.

Etap pierwszy to „podstępny dżihad”: gdy muzułmanie są w mniejszości w społeczeństwie i nie są w stanie prowadzić fizycznej/militarnej wojny z niewiernymi. To właśnie wtedy mają nakaz kłamać na temat tego czym islam jest, ich obowiązkiem jest głosić pokój oraz tolerancję — „żyj i pozwól żyć innym”. Kluczowym elementem pierwszego etapu dżihadu jest „takijja”, czyli ukrywanie prawdziwych zamiarów islamu, aby chronić wspólnotę muzułmańską. Muzułmanom nie wolno przyjaźnić się z niewiernymi, chyba, że są w mniejszości i czują się zagrożeni przez silnego przeciwnika — wtedy właśnie muzułmanom wolno udawać przyjaźń i są zobowiązani kłamać dla ochrony wspólnoty. Innym elementem pierwszego etapu jest „status ofiary” — muzułmanie stawiają się w roli prześladowanej mniejszości, której należy się ochrona prawna przed „islamofobami”.

Kolejny etap to „defensywny dżihad”. Gdy w społeczności jest wystarczająco dużo muzułmanów oraz zasobów, aby móc chronić muzułmańskie wspólnoty przed atakami, prześladowaniem lub krytyką wtedy muzułmanie są zobowiązani do defensywnego dżihadu, czyli walki z niewierzącymi, którzy są fizycznym lub intelektualnym „zagrożeniem dla islamu”. Przy czym zagrożeniem dla islamu w definicji muzułmanów może być np. mówienie prawdy o islamie, krytyka islamu przez niewiernych czy próby nawrócenia muzułmanów na inną religię. Na tym etapie prowadzenia wojny z niewiernymi muzułmanie mają nakaz aby odpowiedzieć na te rzekome „ataki” fizyczną przemocą i terroryzmem.

Ostatni, trzeci etap to „ofensywny dżihad”. Gdy muzułmanie są w większości, posiadają polityczną władzę w regionie oraz siłę militarną aby podporządkować sobie nie-muzułmańską ludność, zmuszają nie-muzułmanów do płacenia daniny (dżizji). Wolni im wtedy wypędzać nie-muzułmanów z ziem, na których żyli lub po prostu mordować ich i gwałcić ich kobiety, jeśli niewierni nie chcą przyjąć islamu — aby utrzymać w islamskiej nieskazitelności tereny, które są pod ich panowaniem:

„Zwalczajcie tych, którzy nie wierzą w Allacha i w Dzień Ostatni, którzy nie zakazują tego, co zakazał Allah, i jego posłaniec dopóki nie zapłacą dżizji własną ręką w pełnej uległości” (Sura 9:29).

Ostatecznym celem dżihadu jest doprowadzenie islamu do dominacji nad wszystkimi religiami i narodami.

„Będziecie z nimi walczyć, chyba że przyjmą islam” (Sura 48:16)…

…Ponieważ prawdziwa doktryna islamu jest dla chrześcijan nie do zaakceptowania stworzony został system kłamstw, które w oczach nieświadomych społeczeństw cywilizacji łacińskiej mają stworzyć fałszywy obraz islamu jako pokojowej religii po to, aby islam mógł bez przeszkód realizować swoje ukryte cele. System ten bazuje na anulowanych wersetach Koranu, które głoszą idee tolerancji religijnej, pokoju i miłości podczas gdy prawdziwym celem islamu jest podbój chrześcijańskiego świata, aby każdy niewierny wyznał, iż „nie ma boga nad Allaha a Mahomet jest jego prorokiem” – dokładnie tak, jak robił to sam Mahomet:

„Apostoł Allaha rzekł: „Otrzymałem rozkaz od Allaha by walczyć z ludźmi dotąd, aż powiedzą: „Nikt nie może być czczony oprócz Allaha” (Sahih Al-Bukhari Vol 4, Book 52, Hadith 196).”

całość tu: Islam – religia ojca kłamstwa

polecam również ciekawy wykład: „Mahomet był zwiastunem Lutra? Chociaż na pozór taka teza wydaje się przesadnie odważna, to związki protestantyzmu i islamu zauważył już profesor Plinio Correa de Oliveira. Co więcej, brazylijski myśliciel katolicki już wiele lat temu prognozował ekspansję islamu na teren Europy. Zwrócił także uwagę na rewolucyjny charakter islamu.”  Islam – ideologia rewolucji.

podobne: Czekając na barbarzyńców czyli o tym jak góra przyszła do Mahometa po trupach „żartownisiów”. oraz: Wojujący Islam (również pośród uciekinierów z Afryki) i pokojowe przesłanie chrześcijan. Przyjmowanie uchodźców dobrowolne (UE potroi środki na walkę z nielegalną imigracją). Polska znowu oskarżana o kolaborację z nazistami przy holokauście Żydów.

„…Z badań Pew Research Center wynika, iż większość społeczności islamskiej w Stanach Zjednoczonych odrzuca ekstremistyczne metody rozwiązywania konfliktów politycznych i religijnych. Zdaniem 21% badanych muzułmanów ekstremiści cieszą się jednak większym lub mniejszym poparciem współwyznawców i choć istnieją organizacje muzułmańskie zdecydowanie potępiające terroryzm, blisko połowa mahometan uważa, iż ich przywódcy nie robią w tym zakresie wystarczająco dużo

…Niedawno ktoś ze znajomych przesłał mi krążący w sieci elektronicznej tekst. Autor, który dwadzieścia lat spędził rzekomo w Arabii Saudyjskiej, postawił w nim retoryczne pytanie, czy naśladowcy Mahometa mogą być dobrymi Amerykanami bądź Kanadyjczykami. Kwestię rozważył krótko w dziesięciu aspektach: teologicznym, religijnym, biblijnym, geograficznym, społecznym, politycznym, rodzinnym, intelektualnym, filozoficznym i duchowym. Z całkiem logicznie zbudowanego wywodu wynikało, że w żadnym z aspektów nie da się pogodzić wiary opartej o Koran i pięć filarów islamu z wartościami stanowiącymi podstawę cywilizacji amerykańskiej. W samej rzeczy, systemy aksjologiczne generowane przez obie cywilizacje są tak odległe, że nawet zdawałoby się tożsame pojęcia zawierają w sobie coś odmiennego. Chrześcijanina, który otworzy islamską stronę eDialogue (https://edialogue.org), ogarnie zapewne zdumienie, gdy uświadomi sobie, że chodzi wyłącznie o dialog ułatwiający przejście na islam. Gwoli ścisłości należałoby tylko dodać, że środowisk muzułmańskich bynajmniej nie omijają procesy sekularyzacji. Dla części zasiedziałych przybyszów z krajów arabskich islam jest po prostu bardziej tradycją kulturalną niż religią….

…podczas wyborów do rady miejskiej Hamtramck przeprowadzonych 3 listopada b.r. wyznawcy islamu uzyskali większość. (…) Na wideo, do którego portal odsyła, radny Ibrahim Algahim mówi wyraźnie adresując słowa do współwyznawców: Today, we showed the Polish and everybody else that we are united (dziś pokazaliśmy Polakom i wszystkim innym, że jesteśmy zjednoczeni). Zdanie warte refleksji. Dowodzi ono, iż muzułmanie wcale nie muszą sięgać po terroryzm. Drogę do zwycięstwa toruje im polityka chrześcijańskiej większości.

Po zamachach

Nie trzeba być marksizującym lewakiem, by rozumieć, że kluczem do ekspansji islamu jest chęć zmiany na lepsze warunków życia wielu muzułmanów, ale też uznanie czynników ekonomicznych za pierwszą przyczynę dzisiejszego kryzysu w niczym nie zmienia faktu, że to lewacki fanatyzm i utopia multikulturowości sprawiły, iż terroryzm rozprzestrzenia się dziś bez większych przeszkód. Można być otwartym na inną kulturę i tolerować religię łączącą innych, jeśli ich odmienność nie podważa fundamentów naszej egzystencji i systemu wyznawanych wartości. Żywe w licznych odłamach islamu przekonanie, że w imię Allaha należy prowadzić świętą wojnę, niweczy na dobrą sprawę wszelkie wysiłki na rzecz pokojowego rozwiązania kryzysu. Toteż największym według mnie problemem dnia dzisiejszego jest zaślepienie władz Unii Europejskiej i środowisk, które nie chcą dostrzec, iż „pokojowo” nastawiona muzułmańska większość nie odcina się od radykalnych imamów i nie robi nic, by falę terroryzmu powstrzymać.

Nowo wybrane polskie władze stają dziś przed alternatywą. Albo będą respektować niefortunne zobowiązania rządu Ewy Kopacz w sprawie przyjęcia „uchodźców”, albo też pokierują się względami bezpieczeństwa narodowego i gruntownie zrewidują wcześniejsze zobowiązania. Ostatnie wypowiedzi Witolda Waszczykowskiego, Konrada Szymańskiego i Antoniego Macierewicza zdają się świadczyć, że bardziej prawdopodobne i godne poparcia jest to drugie. Stanowisko takie nie musi oczywiście oznaczać całkowitego wykluczenia muzułmanów z grupy imigrantów, na których przyjęcie Polska będzie kiedyś gotowa. Priorytetem powinien tu być po prostu interes narodowy, a więc sprawy tak oczywiste, jak choćby sprowadzenie w pierwszej kolejności repatriantów zza wschodniej granicy i chrześcijan z Bliskiego Wschodu. Warto przy tym zdać sobie sprawę z jednego. Jeśli kiedyś dojdzie do całkowicie bezpiecznego przyjęcia pewnej liczby uchodźców, o tym, jak ostatecznie ułożą się stosunki z nowo przybyłymi, nie będzie decydować żadna partia polityczna, lecz polscy obywatele – katoliccy sąsiedzi przybyszów.(Tadeusz Witkowski)

całość tu: ISLAM ODSŁANIA TWARZ

podobne: Śmierć ojczyzny czyli… Francuzi już nie są u siebie. Terroryści “ubogacili kulturowo” Paryż. Rzeź dopiero nastąpi? oraz:  „Islamizacja Europy” kontra „tchórzliwa brutalność” czyli „Problem, Reaction, Solution!”  i to: miarka: „Lewacki bałagan w wartościach” czyli pułapki tolerancji w wykonaniu lewicowym.

Uporządkujmy doznania (jak mawia klasyk)…Bo znajomość ideologii to jedno (wiedza taka jak inne) ale prawidłowe reagowanie na nią to drugie i znacznie ważniejsze.

Jest jakaś banda drapichrustów nazywająca się „Państwem Islamskim”, która nie spadła z księżyca i choć posługuje się Islamem (Jihad), to widać ewidentnie że działa pod czyimś (również zachodnim) dość zamożnym i wpływowym auspicjum, bo ani broń, ani sprzęt wojskowy nie rosną na pustyni gdzie „raptem” się pokazali radykałowie. I istnieje terroryzm (który istniał od zawsze – co nie znaczy że mamy się z tym pogodzić i traktować jako stan pewnej „normy”) więc może najwyższy czas zastanowić się nad tym skąd i DLACZEGO się wziął. Co jest jego główną siłą napędową? Czym się kierują ludzie gotowi ponieść śmierć w imię wywołania w innych strachu? Czy naprawdę o to im chodzi? „Głupie” ISIS postanowiło raptem zdenerwować wszystkich wokół żeby co? Żeby ściągnąć na siebie armie całego świata zachodu? Skąd się w ogóle bierze pomysł prowadzenia w ten sposób wojen. Polecam materiał, który można skonkludować – WSZYSTKIE rządy które prowadzą wojny są zainteresowane istnieniem tego zjawiska (każdy oczywiście we własnym interesie)… (Odys)

Trader21 – Drugie dno ataków terrorystycznych

Franciszek Kulon - Biznes

Franciszek Kulon – Biznes

„Media głównego nurtu skupiają się na samych atakach, co my w zasadzie pominęliśmy. Skupiliśmy się natomiast na grupach interesu stojących za ISIS. Dużo uwagi poświęciliśmy formowaniu się grupy oraz kwestii jej finansowania. Bez poparcia potężnych grup interesu organizacja, o której jeszcze dwa lata temu nikt nie słyszał nagle stała się najpotężniejszą grupą terrorystyczną na świecie.

Tego typu organizacje nie biorą się znikąd. Są one wyłącznie narzędziem umożliwiającym realizacje konkretnych celów. Nie jest to zresztą jakiś ewenement. Ataki terrorystyczne w 90% przypadków mają za zadanie wprowadzenie społeczeństwa w fazę strachu aby zyskać społeczne poparcie dla realizacji wyznaczonych działań.

Aby ułatwić zrozumienie obecnej schematu odnieśliśmy się do podobnych ataków w przeszłości jak chociażby operacja Gladio czy ataki w Moskwie organizowane przez FSB, służące za uzasadnienie dla inwazji w Czeczenii.” 

…Twory takie jak „Państwo Islamskie” można (by było) w miarę szybko i skutecznie niszczyć nie koniecznie wysyłając wojsko (od czego rządy mają służby specjalne?) bo wiadomo gdzie się znajduje fizycznie i terytorialnie. Celowo napisałem niszczyć a nie zniszczyć, bo ZAWSZE takie grupy będą powstawały jeśli „ktoś” wpływowy i bogaty postanowi w ten sposób prowadzić politykę  – i to jest główny problem, bo jak pokazuje praktyka (a raczej jej brak) nie po to one powstają by zostać zniszczone od razu, ale dopiero po tym jak spełnią swoją misję (w myśl hasła: „stwórz problemy a potem zaproponuj ich rozwiązanie” o czym więcej tu: 10 chwytów ciemnych typów…). Jest to „nowy” wymiar terroryzmu na znacznie wyższym (zbrodniczo) poziomie od tego, do jakiego świat zdążył się przyzwyczaić. Jego źródłem nie jest fanatyzm religijny czy ideowy jakiejś bandy brodatych ekstremistów (jest to najwyżej pretekst i narzędzie), ale POLITYCZNY CEL państw prowadzących politykę imperialną (ekspansjonistyczną), by sankcjonować w ten sposób swoje działania poza granicami, dla własnych zbrodniczych celów.

Z terroryzmem jako takim natomiast nie da się wygrać militarnie. Jest to bowiem idea i taktyka prowadzenia działań (odwetowych, wyzwoleńczych, prowokacji), a więc sposób realizacji pewnej polityki czy misji. Więc bez ustalenia PRAWDZIWEGO źródła danej „akcji terrorystycznej” i jego likwidacji nie da się terroryzmu pokonać (tudzież osłabić). Z pewnością nie zmniejszy go ani nie zlikwiduje jakaś akcja militarna, a już na pewno nie „prewencyjne” i na ślepo przeprowadzone czystki wśród muzułmanów żyjących w Europie (czy gdziekolwiek indziej), albo masakra imigrantów. To nam nie zapewni ani pokoju ani bezpieczeństwa. Raczej wywoła ogólnoświatowy problem z „Islamem” tam gdzie go jeszcze nie ma, napędzając terroryzm – który jeśli go potraktować jako ideologię „mścicieli” (nawet religijnych), można określić jako odwet za ingerencję zachodu w krajach muzułmańskich. Wystarczy więc skończyć z destabilizacją i niszczeniem krajów bliskiego wschodu poprzez mieszanie się w ich wewnętrzne sprawy, za pomocą okupacji w ramach „interwencji zbrojnych”. Terroryzm powstały na gruncie radykalizmu należałoby niszczyć:

Raz – uderzając w sposób stanowczy w konkretnych sprawców chaosu i terroru, za pomocą służb specjalnych – fizycznie eliminując przywódców danego ruchu. Nie dając się opanować histerii jaka nas zalewa z nachalnej i prostackiej propagandy nawołującej do wojny nie wiadomo w zasadzie z kim. Efektem tego typu propagandy będzie bowiem tylko wzrost napięcia, strachu i niepewności, a w końcu wybuch niekontrolowanej agresji wśród spokojnych dotychczas ludzi. Myślę że nie na tym powinno teraz zależeć lokalnym rządom i środowiskom nacjonalistycznym.

Dwa – powinno się dążyć do unormowania i uporządkowaniu spraw związanych z falą imigracji, bez rozszerzania skali problemu na „rodzimych” muzułmanów którzy w Europie żyją od lat niemal całkowicie zasymilowani a Islam wyznający od święta, bardziej jako pewną kulturową tradycję niż religię z jej nakazami (zwłaszcza tymi o „nawracaniu niewiernych siłą”). Powinno się w pierwszej kolejności uszczelnić granice, a następnie odsiać ziarna od plew, tj. deportować zdecydowaną większość czyli tzw. imigrantów zarobkowych tam skąd przybyli.

Trzy – należałoby zmusić rządy żeby zaprzestały wysyłać ekspedycje wojskowe w ramach misji destabilizacyjnych do krajów muzułmańskich, bo to jest właśnie główna przyczyna (a przynajmniej pretekst) eksodusu ludności z tych krajów oraz w ogóle terroryzmu (jako ruchu oporu, walki z najeźdźcą z zachodu – krzyżowcami).

Owszem należy informować obywateli o tym czym jest Islam, i jakie potencjalne niebezpieczeństwa z tej ideologii wynikają. Każdy obywatel powinien być czujny i krytyczny, ale też i obiektywny wobec wszelkich przejawów wrogiej aktywności obcych kulturowo środowisk i jednostek. Władze zaś nie powinny takich świadomych obywateli traktować jak ksenofobów czy rasistów strasząc konsekwencjami za naruszenie pseudo „tolerancji” czy „równości”. Tymczasem można odnieść wrażanie że rządy niektórych krajów urządziły swoim obywatelom istny kołchoz, po to by mniejszości żyły kosztem praw i wolności rodowitych obywateli. To jest niedopuszczalna sytuacja i bezprawne wręcz zachwianie proporcji między prawem autochtonów do czucia się panem we własnym domu, a obowiązkiem przybyszów do zachowywania się jak gość. Co innego jest jednak mówić o wersach z Koranu i informować ludzi o tym czym jest ta religia dla fanatyków pokroju Państwo Islamskie (które jeśli rzeczywiście jest instrumentem w czyichś rękach, to i jego Islam jest używany instrumentalnie), a co innego jest skazywać na wygnanie lub śmierć (ad hoc za grzechy fanatycznej póki co mniejszości) tych muzułmanów, którzy żyją pokojowo w Europie od lat niemal zasymilowani z naszym stylem życia, a muzułmanami są wyłącznie od święta.

Jeśli ktoś twierdzi że już jesteśmy w fazie wojny to ja się pytam czemu w takim razie muzułmanie mieszkający w Europie nie przyłączają się masowo do przybywających właśnie do Europy swoich „braci w wierze” skoro jest to podobno ewidentny najazd Islamu. Czemu nie reagują masowo na hasło dżihadu (to chyba do czegoś zobowiązuje – chyba że nie więc skąd ta histeria) i nie walczą z nami na ulicach. Ktoś powie że jest ich przecież za mało żeby nam wypowiedzieć oficjalnie wojnę, więc po prostu czekają. No i właśnie! Dochodzimy moim zdaniem do głównego problemu, którym nie jest siła Islamu (czy w Europie czy na świecie) a nasza (cywilizacji białego człowieka) słabość!

Cztery – może powinniśmy zrobić coś, żeby to nas było więcej i żebyśmy mieli we własnym kraju coś więcej do powiedzenia jak „równość”, „tolerancja” i „prawa mniejszości” które to hasła stały się celem samym w sobie dla elit politycznych krajów tzw. Europy zachodniej. Polityka przywracania prawidłowych proporcji nie musi wcale polegać na masowej deportacji czy rzezi niewiniątek. Wystarczy postawić tamę imigracji i mieć oko na panoszące się w Europie ośrodki tych muzułmanów które pokrzykują o prawie szariatu i innych wynalazkach. Wystarczy ukrócić stanowczo ich zapędy – kto świruje tego w kaftan i odesłać. Wzrost siły mniejszości etnicznych to rzeczywiście zjawisko niebezpieczne, ale wystarczy nie pomagać temu procesowi a mniejszość zacznie w końcu funkcjonować jak mniejszość. Jednocześnie nie wolno dać się podpuszczać aktom terroru, ani poddawać fali strachu czy chęci odwetu. Incydentalne wzajemne akty agresji mogą się bowiem zamienić w trudną do opanowania falę prześladowań, by na końcu doprowadzić do powszechnej i totalnej wojny muzułmanów z europejczykami. Należy zadbać przede wszystkim o wzrost własnej siły narodowej, kulturowej i religijnej. Bo Islam (zwłaszcza jego radykalne odłamy) zawsze się z nami (zachodem) konfrontował, tylko że my do tej pory potrafiliśmy go ujarzmić i pokonać. Uważam że główny problem jaki mamy w Europie to zwijanie się narodów, cywilizacji (łacińskiej) oraz brak odwagi do obrony tego świata i tradycji (również religijnej) w naszych krajach i społecznościach… (Odys)

„…Cywilizacja jest czymś większym niż tylko zbiorem zasad. Jest — przede wszystkim — naszą wspólną sprawą. (…) Pamiętaliśmy o tym podczas zimnej wojny, chcąc uwolnić narody tłamszone przez Związek Sowiecki i broniąc naszej wolności i demokracji przed zagrożeniem ze strony ateistycznego, komunistycznego totalitaryzmu.

Z tamtych wielkich idei pozostały dziś jedynie okruchy. (…) Bardziej cenimy sobie nasze przestrzenie bezpieczeństwa niż naszą umiejętność wygrywania sporów. Postmodernistyczne idee, mówiące nam, że prawda jest względna, a moralność jest społecznym konstruktem, ograniczają naszą zdolność do powiedzenia w przekonujący sposób, że to my mamy rację i że to nasza sprawa jest słuszna. I że to nasza cywilizacja jest lepsza, uczciwsza i sprawiedliwsza niż cokolwiek stworzonego przez samowzmacniającą się brutalność dżihadystów albo przez urażoną pompatyczność Rosji lub Chin”.

Utopia relatywizmu powoduje rozmycie podstawowych pojęć, w tym również pojęć przyjaciela i wroga. Widać to wyraźnie, gdy obserwujemy, jak dyżurni intelektualiści wiją się przed telewizyjnymi kamerami po paryskich zamachach, próbując brutalnym i krwawym faktom przeciwstawić opowiadaną od lat mrzonkę o możliwym szczęściu całej ludzkości. Co za naiwność. Cała ludzkość nigdy nie będzie szczęśliwa, nigdy nie będzie żyła w pokoju, raj na ziemi nie jest i nigdy nie będzie możliwy, a skażona natura ludzka sprawia, że ludzie zawsze będą wyrzynać się nawzajem. Owszem, chrześcijaństwo uczy, aby miłować nieprzyjaciół swoich, ale zanim zacznie się ich miłować, trzeba najpierw umieć odróżnić ich od przyjaciół. A tymczasem w Europie słowo „wróg” już dawno trafiło do indeksu słów zakazanych, podobnie jak inne słowo, „grzech”, którego wypowiedzenie w debacie publicznej automatycznie sprawia, że trafiasz do szufladki z napisem „prawicowy oszołom”…” (Przemysław Piętak)

całość tu: Wszystko co najważniejsze – Trzy kolory czerwony

Krótko – to nie siła i agresja przeciwnika jest problemem (bo tak już jest z przeciwnikiem) a nasza słabość. Histeryczny hejt wobec tego co obce tego trendu nie odwróci, a tylko nakręci spiralę strachu i nienawiści aż dojdzie do konfrontacji na której jak zwykle wygra/zarobi „ktoś” trzeci. Powinniśmy się skupić na rozwoju (i obronie) naszej cywilizacji, zamiast w głupi i bezproduktywny sposób (tracąc siły i środki a zyskując wrogość) ingerować w obce światy, siejąc zamęt i wojnę w dalekich krajach, a potem się dziwić exodusowi tamtejszej ludności na nasze tereny. Co innego działanie w samoobronie, ale tu też zamiast pyskówki i rasizmu najlepsze byłoby po prostu działanie zgodnie z mechanizmem prostego i uczciwego prawa, a mianowicie – drogi gościu muzułmańskiego wyznania! Albo będziesz się zachowywał jak gość albo wy…jedź tam skąd przyjechałeś. Tyle że do tego rodzaju racjonalnej polityki trzeba odpowiednich u władzy ludzi, tymczasem sami sobie zaciskamy pętle na szyję wybierając niekompetentnych (żeby nie powiedzieć psychopatów)…(Odys)

podobne: USA – Rosja – Syria – Izrael – Palestyna. oraz: Destabilizacja Afryki przyczyną masowego uchodźstwa. UE nie ma polityki imigracyjnej ale chce zmusić do „solidarności” wszystkie kraje. Pomysły w sprawie imigracji problematyczne dla Polski.

„…Benedykt XVI odpowiadając na pytanie Seewalda o powody umocnienia się pozycji islamu na całym świecie sformułował następującą diagnozę. Wyznawcy islamu widząc kryzys moralny Zachodu, jego głębokie sprzeczności i wewnętrzną bezradność myślą: kraje zachodnie nie mogą już głosić swego przesłania moralnego; religia chrześcijańska spasowała – właściwie już nie istnieje; chrześcijanie nie mają już żadnej etyki, ani wiary; nasza tożsamość jest czymś lepszym, nasza religia utrzymuje swój status; mamy przesłanie moralne, którego niezłomnie się trzymamy od czasów Proroka, i powiemy światu, jak można żyć. Słowem, odkąd islam zaczął uważać się za religię bardziej żywotną od chrześcijaństwa i za religię przyszłości, u muzułmanów pojawiło się nowe poczucie dumy, która jest źródłem ich siły. Chrześcijanie będą się musieli z tą siłą islamu zmierzyć – ostrzegał Papież.

Dialog z islamem, wskazywał Benedykt XVI, jest trudny, gdyż wobec braku jednoczącej instancji, musi się odbywać zawsze z jego konkretnymi odłamami. „Nikt nie może wypowiadać się w imieniu całego islamu – nie ma czegoś takiego jak wspólnie uregulowana przez wszystkie odłamy ortodoksja” – tłumaczył Papież. Oprócz głównego podziału na sunnitów i szyitów, islam ukazuje różnorakie warianty, wśród których jest niestety – islam ekstremistyczny, terrorystyczny.

W książce „Wiara. Prawda. Tolerancja. Chrześcijaństwo a religie świata” kardynał Joseph Ratzinger ostrzegał, że również religie, którym nie można odmówić wielkości moralnej i dążenia do prawdy, mogą na niektórych odcinkach „zachorować”. Według Papieża islamowi grozi niebezpieczeństwo utraty równowagi, stwarzanie okazji do przemocy oraz zgody na to, by religia przeszła na poziom zachowań czysto zewnętrznych i rytualnych. Benedykt XVI zastanawiał się też nad przyczynami „erupcji” islamu we współczesnym świecie i udzielił odpowiedzi niejako antycypującej swój ratyzboński wykład. Czy przypadkiem nie mamy tu bowiem do czynienia z patologicznym usamodzielnieniem się uczuć? Ich hipertrofią kosztem rozumu? A przecież rozum i wiara powinny się wzajemnie umacniać, ponieważ „rozum oczyszcza i porządkuje religię, a objawienie i wiara wyzwalają cały potencjał rozumu” (zob. „Wiara i rozum odrzucają przemoc i totalitaryzm”, przemówienie podczas spotkania z przedstawicielami wspólnoty muzułmańskiej, 19.03.2009 r.). Prawdziwa religia musi zatem wyrzec się wszelkich form przemocy, zarówno ze względu na zasady wiary, jak i prawego rozumu.

Potępiamy religijny fundamentalizm, który inspiruje terroryzm, ale na antyreligijny fanatyzm często jesteśmy obojętni. Tymczasem, chrześcijanie, o co apelował Benedykt XVI, wszelkim formom wrogości wobec religii ograniczającym ich publiczną rolę w życiu obywatelskim i politycznym, powinni się przeciwstawiać (zob. Orędzie na Światowy Dzień Pokoju 2011 r., 8). Nie możemy pozwolić, aby w imię źle rozumianej tolerancji religia chrześcijańska była ograniczana do sfery prywatnej i wykluczana ze sfery publicznej, która rzekomo powinna stać się sferą neutralną światopoglądowo (wyrazem takiej postawy są słowa Ewy Kopacz z 23.06.2008 r. o zostawianiu własnych przekonań „w przedpokoju urzędu, który obejmujemy”). Byłby to zamach na prawo do wolności religijnej. Promowanie przez rządzących indyferentyzmu religijnego lub ateizmu praktycznego pozbawia obywateli siły moralnej i duchowej (zob. Caritas in veritate, 29), a bez niej wobec erupcji islamu będziemy bezbronni.” (Agnieszka Kanclerska • wpolityce.pl)

całość tu: Benedykta XVI głos rozsądku o islamie

„…Każdy rząd ma obowiązek obrony swoich obywateli. I to jest najważniejsza sprawa. Mam nadzieję, że rząd Beaty Szydło wywiąże się z tego zadania. Kwoty przyjęcia pierwszych uchodźców zostały już ustalone przez rząd Ewy Kopacz. Teraz trzeba pogłówkować nad tym, w jaki sposób anulować te zobowiązania.

Zapewnienia, że każdego przybysza z Bliskiego Wschodu będzie się drobiazgowo prześwietlać, mogą dziś uspokoić chyba tylko ociężałego umysłowo. Francuskie służby uważane są za jedne z najskuteczniejszych w Europie i jakoś nie mogły zapobiec tragedii.

Ręce opadają, gdy słyszy się ten sam co zawsze jazgot przywódców UE. Jakiej trzeba hekatomby, aby ludzie pokroju Martina Schulza przejrzeli na oczy. Wypowiedzi takie, że uchodźcy uciekają właśnie przed takimi terrorystami, jak ci sprawcy zamachów paryskich i konstatacja, że kto oskarża uchodźców, czyni z ofiar sprawców, budzą zdumienie. Przy zwłokach jednego z zamachowców znaleziono paszport syryjski i dokument, że wszedł do Europy przez Grecję z falą emigrantów. Ile razy trzeba powtarzać, że nie sposób jest wyłowić z tak olbrzymiej masy emigrantów ludzi opętanych terroryzmem. Wiadomo, że nie każdy uchodźca to morderca. Są wśród nich uczciwi, spokojni ludzie, szukający schronienia przed falą przemocy. Niestety w takich sytuacjach odium spada na każdego z nich. Nie czujemy się bezpiecznie w ich obecności. A winą za to nie można obarczać Europejczyków, ale terrorystów, którzy niepostrzeżenie wślizgują się w grupy swoich rodaków…” (Iwona Galińska)

całość tu: Kukułcze jajo podrzucone przez rząd PO

„W sprawie tzw. imigrantów rzecz wygląda prosto – mamy prawo domagać się od nowego rządu uwzględnienia głosu Polaków i zdecydowanego sprzeciwu wobec dyktatu Berlina.
Bełkotliwe wypowiedzi polityków PiS są kompromitujące i świadczą, że wcześniejsze deklaracje należy traktować jako tanią demagogię.
Wyjątkowo fałszywie brzmią zapowiedzi „dokładnego sprawdzania” imigrantów przez służby III RP. Mowa o tych samych służbach, które dopuściły do zamachu smoleńskiego, które współpracowały z kremlowskimi bandytami i od ponad ćwierćwiecza wystawiają Polskę na pośmiewisko. Dziś – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki służby te miałyby chronić Polaków.
Ponieważ partia pana Kaczyńskiego stanowi integralną część systemu III RP, nie będę zaskoczony, jeśli bez szemrania przyjmie dyktat Merkel w sprawie „relokacji imigrantów”. Mam tylko słabą nadzieję, że mimo przemilczenia takiej decyzji przez „wolne media”, wyborcy dostrzegą rzeczywistą postawę polityków PiS.” (Aleksander Ścios)

„…Warto przy okazji tematu przypomnieć fakt, że Prawo i Sprawiedliwość ratyfikowało Traktat Lizboński, który to ma kontrowersyjne zapisy: „art.78 TFUE: W przypadku gdy jedno lub więcej Państw Członkowskich znajdzie się w nadzwyczajnej sytuacji charakteryzującej się nagłym napływem obywateli państw trzecich, Rada, na wniosek Komisji, może przyjąć środki tymczasowe na korzyść zainteresowanego Państwa lub Państw Członkowskich„, „art 79.1 TFUE: Unia rozwija wspólną politykę imigracyjną mającą na celu zapewnienie, na każdym etapie, skutecznego zarządzania przepływami migracyjnymi” oraz art. 80 TFUE „polityki Unii dotyczące kontroli granicznej, azylu i imigracji oraz ich wprowadzanie w życie podlegają zasadzie solidarności i sprawiedliwego podziału odpowiedzialności między państwami członkowskimi, a akty Unii przyjęte w tej dziedzinie zawierają odpowiednie środki w celu zastosowania tej zasady”.

Chrześcijańskie miłosierdzie nakazuje pomagać, dlatego chcę pomóc mojemu narodowi, poprzez poparcie wyeliminowania do zera ryzyka masakr na wzór tej z piątkowego Paryża.

Warto przywołać w pamięci to, że była Premier poparła przydział kwot pomimo tego, że: Unia nie ma prawa do podejmowania decyzji o kwotach imigrantów przydzielanych do poszczególnych państw (parlament węgierski niedługo będzie się mógł sądzić z UE, więc może poruszy ten temat), gdyż jest zobowiązana do respektowania zapisów Konwencji Genewskiej, która to mówi, że uchodźcą jest się w pierwszym bezpiecznym państwie, do którego się „uszło” przed zagrożeniami ze swojego kraju. Imigrantem staje się człowiek, który z tego pierwszego państwa migruje do kolejnego w poszukiwaniu warunków lepszego życia.

Na pewno nie mamy się co dziwić, że interes narodowy jest obecnie mniej ważny niż postanowienia UE, skoro ratyfikowany został Traktat Lizboński…” (Martyna Lichacz)

całość tu: MEMENTO MORI EUROPO.

Franciszek C. Kulon - Co jeszcze zepsuć

Franciszek C. Kulon – Co jeszcze zepsuć

Jest czas egipskich plag.
Wojen fałszywych flag.
Sankcja i komitywa.
Wrogowie skryci w tle,
a cele nie są te,
gdzie wojna się rozgrywa.

Są boje niewidoczne.
Projekty tajne, mroczne,
a śmierć wciąż zbiera żniwa.
Są kłamstwa w polityce.
Rozerwane granice.
Uchodźców wciąż przybywa.

Jest czas bitew medialnych.
Prawdziwych – nierealnych.
Jest wielkie mózgów pranie.
Zamachy i uniki.
Iskrzą biegunów styki.
Króluje zakłamanie.

Są bitwy gabinetów.
Tajemnic i sekretów
na wielu szczytach świata.
Świat. Rosja. Ameryka.
Zapalnik, który tyka.
Jest wina. Jest zapłata.

Jaką to drogą pójdzie,
gdy zagubieni ludzie,
pozmieniali słowa
sprzeciwu i pacierza?
Dokąd to wszystko zmierza?
Przed jutrem się nie schowasz!

Marek Gajowniczek: „Przed jutrem się nie schowasz!”

Jacek Bartosiak i geopolityka: Rosja uwiązana na Ukrainie czeka na propozycję USA w sprawie „rozbioru” Polski by w zamian pomóc poskromić Chiny. Potencjał Polski w konflikcie z interesem Niemiec (o „jedwabny szlak”). Rola prezydenta RP (a propos debaty).


Najpierw o tzw. „debacie” tefałenu…

Dr Gacek: debata wyrównana, z lekkim wskazaniem na Dudę.

PAP – Kraj, 22:39, 21.05. Białystok (PAP) – Wyrównana, z lekkim wskazaniem na Andrzeja Dudę – tak czwartkową telewizyjną debatę prezydencką ocenił socjolog polityki dr Marcin Gacek z Uniwersytetu Śląskiego. Jego zdaniem Duda wygrał w części dotyczącej polityki zagranicznej i wewnętrznej, Komorowski zaś lepiej wypadł w części gospodarczej.

„Nie ulega wątpliwości, że ta debata była wyrównana. Myślę, że przejdzie do historii stwierdzenie Andrzeja Dudy, że +ludzie są moimi ekspertami+. To było oczywiście trochę pod publiczkę, ale to był przekaz emocjonalny, bardzo dobry” – powiedział PAP dr Gacek.

Jego zdaniem w debacie obaj kandydaci kierowali się do swoich wyborców. „Ja ją sobie określiłem 2:1 na korzyść Dudy” – powiedział Gacek, dodając, że to zwycięstwo jest „nieznaczne”.

Podkreślił, że debata może w znaczący sposób wpływać na postawy wyborców jedynie wtedy, gdy jeden kandydat nokautuje drugiego, a taka sytuacja ani w pierwszej, ani w drugiej debacie nie miała według niego miejsca. Mówił, że walka odbywała się „łeb w łeb”. „Były mocne ciosy (…). To był taki klincz, takie przepychania, to nie był nokaut” – dodał.

Zaznaczył jednak, że to nie wynik debaty będzie decydował o tym na kogo w niedzielę Polacy oddadzą głos w drugiej turze wyborów prezydenckich, a decydować będą głosy osób niezadowolonych z PO i prezydenta lub przeciwników Jarosława Kaczyńskiego.

„W tej chwili walka toczy się o płynny elektorat. Będą dwa negatywne uczucia: absolutne zniechęcenie, można by powiedzieć pewnego rodzaju wstręt do tego, co robiła PO i co robił Bronisław Komorowski w kampanii wyborczej. Jego zmiany nastawienia, szybkość płynięcia z prądem była nie do przyjęcia szczególnie dla wielu młodych wyborców. A z drugiej strony nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego” – powiedział dr Gacek. Dodał, że odkąd sztab Bronisława Komorowskiego zaczął się liczyć z tym, że prezydent może przegrać wybory, „cały czas uderza w Andrzeja Dudę przez nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego, pokazywanie, że Duda nie jest samodzielny”.

„Przez te ostatnie dwa dni będzie się toczyło, która z tych emocji wygra. Czy więcej pójdzie do wyborów ludzi, którzy boją się i nienawidzą Kaczyńskiego – bo ci, którzy teraz zmieniają decyzję, to są ci, którzy nienawidzą Kaczyńskiego w moim przekonaniu – czy tych, którzy bardziej wybierają uczucie zniechęcenia, wstręt do tego, co się dzieje. Dla tych ludzi ta debata nie była tak ważna” – ocenił Gacek.

Ekspert uważa, że bardzo trafnym posunięciem Andrzeja Dudy, które wyprowadziło Komorowskiego z równowagi, było postawienie na samym początku debaty chorągiewki z logo Platformy Obywatelskiej na pulpicie Bronisława Komorowskiego. Gacek powiedział, że był to „emocjonalny przekaz”.

„Niewątpliwie zaskoczyła mnie flaga. To był strzał w moim przekonaniu mistrzowski. Szczególnie, że zaskoczył wszystkich, bo i Komorowski musiał szybko tę flagę oddać Monice Olejnik, Monika Olejnik musiała ją postawić na podłodze. Nie chciałbym daleko idących wniosków wyciągać, ale może to było symboliczne” – powiedział Gacek. Zaznaczył jednocześnie, że prezydent Bronisław Komorowski nie mógł się inaczej zachować, chyba że sam odstawiłby flagę, nie podając jej prowadzącej. Dziennikarka też musiała ją odłożyć. Bronisław Komorowski został w ocenie dr. Gacka „zostawiony bez wyboru” w sprawie chorągiewki.

Dr Marcin Gacek zwrócił uwagę, że przyjęcie zaproszenia przez Dudę do debaty w TVN uwiarygadnia go w oczach wyborców. „To tak, jakby Komorowski przyjął zaproszenie do Kukiza albo do Radia Maryja” – porównał Gacek. (PAP)

kow/ jra/

podobne: Jaka piękna UStawka! Olechowski w TVN spuszcza PO do kibla. Kukiz „nową alternatywą” (dlaczego nie JKM?)

Co można powiedzieć o tym widowisku? Chorongiefka bulu i nadzieji – Max Kolonko o debacie w TVN

21.05. Londyn (PAP/Media) – Kandydat na prezydenta Andrzej Duda będzie zabiegał o większe przekazanie władzy państwom członkowskim Unii Europejskiej, zacznie też intensywny dialog na temat „przekalibrowania” stosunków Polski z Niemcami – pisze „Financial Times”.

Materiał z wypowiedziami polityka, zatytułowany „Duda apeluje o odebranie pełnomocnictw Brukseli” brytyjski dziennik opublikował w czwartek po południu na swej stronie internetowej.

Duda, który „niespodziewanie minimalnie zwyciężył w pierwszej turze wyborów i przed niedzielną drugą turą toczy zacięty wyścig z piastującym obecnie urząd Bronisławem Komorowskim, powiedział, że jego wizja UE zakłada zrewidowanie rozłożenia kompetencji decyzyjnych pomiędzy Brukselą a państwami członkowskimi i +wzmocnienie gwarancji suwerenności w ramach prawodawstwa krajowego+” – relacjonuje „FT”.

Dziennik cytuje słowa Dudy: „jest sprawą kluczową, by utrzymać polityczną równość pomiędzy państwami członkowskimi, która jest fundamentalna dla wspólnoty. Jednocześnie należy przeciwdziałać naturalnym tendencjom do tworzenia hierarchii wewnątrz UE”.

„FT” ocenia, że brytyjski premier David Cameron „prawdopodobnie znajdzie w Dudzie sojusznika w swej próbie renegocjacji stosunków z Brukselą”.

Londyński dziennik wskazuje, że kwestia stałych baz NATO to jeden z obszarów, w których Polska i Niemcy różnią się. Duda powiedział, że „będzie dążył to przekalibrowania stosunków Warszawy z Berlinem by upewnić się, iż nie jest to relacja +kosztem interesów Polski+” – pisze „FT”.

Cytuje wypowiedź kandydata: „Są pewne kwestie, w których mamy z Niemcami wspólne interesy i są inne, w których ich nie mamy. Dyplomacja pomiędzy dobrymi sąsiadami nie oznacza przytakiwania sobie wzajemnie. Dzisiaj musimy zacząć negocjować z Niemcami, by przekonać ich do zmiany zdania w pewnych kluczowych sprawach, szczególnie co do rozmieszczenia baz NATO w Polsce i sojuszniczej infrastruktury obronnej, polskiej obecności przy stole rozmów o Ukrainie i polityki wobec Rosji oraz klimatu i energii, zwłaszcza dekarbonizacji”.

„FT” zauważa, że przed wyborami prezydenckimi Duda był „względnie nieznanym politykiem”, jednak jego „energiczna kampania wykorzystała silne rozczarowanie obecnym rządem”. Zdaniem dziennika wygrana Dudy „byłaby prawdopodobnie zwiastunem zwycięstwa prawicowego Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych w październiku, zmieniającego potencjalnie postawę Polski wobec UE”. (PAP)

awl/ ap/ bk/

Muszę przyznać że deklaracje Pana Dudy napełniają mnie pewnego rodzaju pozytywnym odczuciem. Działania ukierunkowane na odebranie Brukseli (i Niemcom) mocy decyzyjnej wobec Polski mogą Dudzie zjednać wiele środowisk dotychczas niechętnych PISowi. Zaś sam Duda ma zadatki na niezależnego męża stanu na fotelu prezydenta Polski…

Jeśli chodzi o to co może a czego nie może prezydent, to w praktyce (jak historia pokazuje) jest to urząd niemal wyłącznie do reprezentowania i blokowania takich czy innych ustaw, ale tylko jeśli mamy do czynienia z takimi ludźmi jacy do tej pory mieli okazję „rządzić” naszym „nieszczęśliwym krajem”. Bo też oni wszyscy „rządzili” byle jak! – nie wychodząc ponad to co „konieczne” by się nikomu nie narażać. Byli strażnikami żyrandola, tj. pilnowali kompromisu między partykularnymi interesami różnych środowisk politycznych, oraz interesu tego środowiska z którego się „ideowo” wywodzili. Ci ludzie byli po prostu reprezentantami klik politycznych, ale nie narodu (choć to on teoretycznie tych ludzi na prezydentów wybierał). Gdyby jednak na tym stanowisku (przypadkiem 🙂 ) znalazł się człowiek z charyzmą, pryncypialny, cieszący się powszechnym poważaniem i szacunkiem, albo który potrafiłby przekonać naród do swoich racji stając się symbolem jego interesów (a nie jakiejś sitwy sejmowej), to dzięki ogromnemu poparciu mógłby DOSŁOWNIE WSZYSTKO. Żaden sejm czy senat nie ośmieliłby się takiemu prezydentowi podskakiwać, i przegłosowałby absolutnie wszystko w ramach prezydenckiej inicjatywy ustawodawczej. Raz że ze strachu przed narodem który się ze swoim prezydentem identyfikuje do tego stopnia że byłby w stanie poprzeć go nawet na ulicy jeśli trzeba, a dwa – politycy sami chętnie by się przyłączyli do tego co sobą taki prezydent reprezentuje, jako jego stronnicy.

Reasumując, jestem za tym żeby Pan Duda urwał się prezesowi PIS i robił naszą politykę narodową a wtedy być może uda mu się skończyć z dzieleniem Polski na „racjonalną” i „radykalną” czego dokonał Pan Komorowski szczując jednych Polaków na drugich…

Słowem – Polska potrzebuje dyktatora – Max Kolonko, ale czy takim (oczywiście w narodowym i wolnościowym wydaniu) będzie Pan Duda to czas pokaże. W najgorszym wypadku Komorowski (który poczynił już pewne przygotowania) nie zostanie już dyktatorem. Należy się jednak liczyć z tym że i nasi sąsiedzi i „sojusznicy” będą robić wszystko co w ich mocy, żeby Polska pozostała bezwolnym narzędziem w ich rękach, i dobrowolnie nie dopuszczą do tego żeby odbudowała swoją mocarstwową pozycję. Pan Kolonko słusznie zwrócił uwagę na bardzo istotny element drogi do niezależności. Otóż aby pozytywny scenariusz miał w ogóle szansę się rozpocząć, Polska potrzebuje korzystnego dla siebie zbiegu politycznych okoliczności (co już się kiedyś zdarzyło). Potrzebujemy jednoczesnego kryzysu w Niemczech i w Rosji, przy równoległym uwolnieniu potencjału Polaków (dojściu do władzy patriotów) i wtedy mielibyśmy szansę na wybicie się na prawdziwą niepodległość. Na Węgrzech się udało, więc może i nam się poszczęści tyle że trzeba być na to przygotowanym.

Trzeba sobie jednak powiedzieć że deklaracja Pana Dudy odnośnie przekalibrowania stosunków Warszawy z Berlinem by upewnić się, iż nie jest to relacja +kosztem interesów Polski+ może być elementem całkiem innego scenariusza (pisanego za oceanem). O tym właśnie (między innymi) mówi Pan Bartosiak w swoim wykładzie.

Myśl przewodnia to wielki projekt gospodarczy Chin („jedwabny szlak”) które z tzw. zachodu wyłuskują dla siebie Niemcy, które z kolei już zerwały się ze smyczy USA i prowadzą w Europie własną politykę gospodarczą i bezpieczeństwa (we współpracy z Rosją). Według Pana Bartosiaka USA czują się zagrożone przez rosnącą potęgę Chin i widzą w nich głównego rywala dla swoich żywotnych interesów. Będą zatem próbowały zagarnąć Europę dla siebie, przy jednoczesnym szachowaniu Niemiec i pozyskaniu Rosji przeciwko Chinom. Rosja bowiem też coraz bardziej uzależnia się od Pekinu i będąc słaba demograficznie stoi przed zagrożeniem kolonizacji z tego kraju. Na dodatek ugrzęzła jedną nogą na Ukrainie (na której Chiny zamyślały dzierżawić ogromne połacie żyznej gleby), więc gra teraz na przeczekanie sankcji i ofertę współpracy z USA. Rosja zdaje sobie sprawę że bez niej USA nie ma nawet co marzyć o pokonaniu Chin…

PAP – Świat 22 Maj 2015, 9:43 Waszyngton (PAP/Media) – Wysiłki podejmowane przez USA w celu wznowienia współpracy z Rosją w Moskwie przyjmowane są nie jako oferta konstruktywnego partnerstwa, lecz oznaka słabości i zachęta do wymuszania ustępstw – ocenia „Washington Post” w piątkowym komentarzu redakcyjnym.

Przypomina o spotkaniu sekretarza stanu USA Johna Kerry’ego z prezydentem Rosji Władimirem Putinem i szefem rosyjskiej dyplomacji Siergiejem Ławrowem przed tygodniem. Administracja Baracka Obamy stara się w ten sposób po raz kolejny pokazać, że „może układać się z Putinem bez sprzeniewierzania się interesom i sojusznikom USA oraz bez kapitulowania przed rosyjskim przywódcą i jego imperialistycznymi zamiarami” – pisze waszyngtoński dziennik.

Dotychczasowe rezultaty tych starań nie zachęcają – zauważa gazeta. Na wschodniej Ukrainie ogłoszone w lutym zawieszenie broni między prorosyjskimi separatystami i ukraińskimi siłami rządowym jest stale naruszane, a Moskwa niezmiennie wspiera prezydenta Syrii Baszara el-Asada mimo licznych dowodów na to, że syryjski reżim wznowił ataki z użyciem broni chemicznej przeciw ludności cywilnej.

„Zamiast potwierdzać życzeniowe myślenie Kerry’ego, że współpraca (amerykańsko-rosyjska) jest możliwa, ekipa Putina utrzymuje, że USA spuściły z tonu, a Obama uznawszy, że nie udało mu się zmienić rosyjskiej polityki za pomocą sankcji i izolacji, zgodził się zabiegać o względy Kremla i pójść wobec niego na znaczące ustępstwa. Rosyjskie media i przedstawiciele władz wskazują, że podczas niedawnych rozmów Kerry nie zakwestionował rosyjskiej aneksji Krymu” – podkreśla „WP”.

„Obamie może się wydawać, że wznowienie kontaktu z Rosją pomoże mu (…) w osiągnięciu porozumienia atomowego z Iranem i jednocześnie w uniknięciu kolejnej eskalacji konfliktu na Ukrainie. Jednak na Putina bardziej podziała pokazanie, że kolejna agresja spotka się w Donbasie ze stanowczym oporem (np. poprzez dostarczenie broni ukraińskim siłom) i wzmocnienie sankcji gospodarczych” – ocenia gazeta.

„Oceniając po retoryce Moskwy, wysiłki Kerry’ego jedynie utwierdziły Putina w przekonaniu, że amerykańskie władze ostatecznie zgodzą się na wszystkie warunki, jakie im postawi” – pisze „Washington Post”.(PAP) akl/ kar/

Buńczuczne prężenie muskułów przez oba kraje trwa, jednak to nie zmienia faktu że potrzebują siebie nawzajem by móc skutecznie stawić czoła rosnącej dynamicznie chińskiej potędze. I to może być z kolei zła informacja dla nas, bo przedmiotem dogoworu może stać się Polska. USA zrobią bowiem wszystko by utrzymać swoją pozycję hegemona na arenie międzynarodowej.

O tym dlaczego grozi Polsce druga Jałta, i czy mamy jakąś alternatywę. O tym dlaczego geografia predestynuje nas do wielkości, i o scenariuszu wybicia się Polski na niepodległość w bardzo ciekawych szczegółach odpowiada Pan Jacek Bartosiak.

Bezpieczeństwo Polski na arenie międzynarodowej – mec. Jacek Bartosiak – 18.05.2015, Białystok

podobne: Jacek Bartosiak o „prawdziwej geografii świata” i roli Polski jako drzwiach do panowania nad eurazją, oraz „teoria spiskowa” Piotra Siarki. Kto kogo, kiedy i dlaczego może im się (nie)udać czyli „Bitwa gigantów”.  oraz:  Thierry Meyssan: Wątek ropy i gazu w walce z Państwem Islamskim. Paul Craig Roberts: Czy Rosja i Chiny czekają na moment, kiedy jedyną opcją będzie wojna?  i to: Rosja – Chiny – USA (Izrael) – Unia Europejska. Thierry Meyssan: „Początek wielkiej zamiany ról”. a także: Chiński Plan Marshalla? Rosja zamierza skorzystać. Iran (i nie tylko) członkiem AIIB polecam również: Independent Trader: Ukraina – globalny aspekt finansowy i jeszcze: Stanisław Michalkiewicz: „Kurde balans, miękną rury” czyli „mocni siłą naszych sojuszników”, „za wolność waszą” idziemy na wojnę. oraz: „SZ”: Niemcy kochają Rosjan, pogardzają Amerykanami. Szeremietiew: Niemcy, Rosja, czy… Polska?

Na potwierdzenie słów Pana Bartosiaka komunikat prasowy: Polska kluczowa dla kolejowego Nowego Jedwabnego Szlaku.

23.05. Szanghaj (PAP) – Kolej towarowa Chiny-Europa zyskuje coraz większą popularność, a jako część inicjatywy Nowego Jedwabnego Szlaku znajduje się na liście priorytetów chińskiego rządu. To szansa dla Polski, gdyż przejeżdżają przez nią wszystkie pociągi – oceniają eksperci.

Pociągi towarowe kursujące pomiędzy chińskimi a europejskimi miastami przewiozły w 2014 roku o 200 proc. więcej kontenerów niż w roku wcześniejszym, a silny trend wzrostowy prawdopodobnie utrzyma się w nadchodzących latach – powiedzieli PAP pracownicy chińskiego oddziału firmy logistycznej DHL w Szanghaju. Transport kolejowy – reklamowany jako trzy razy szybszy niż morski i czterokrotnie tańszy od lotniczego – jest szczególnie opłacalny w przypadku towarów o wysokiej wartości oraz wszędzie tam, gdzie istotny jest czas dostawy.

„Nowy Jedwabny Szlak to ogromna szansa dla naszego kraju. Kreujemy się jako miejsce inwestycji logistycznych dla całej Europy” – ocenił w rozmowie z PAP Andrzej Juchniewicz z szanghajskiego biura Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIiIZ).

W latach 2011-14 regularne połączenia kolejowe z Europą uruchomiło kilka chińskich miast, w tym Chongqing, Chengdu i Suzhou. Jako element Nowego Jedwabnego Szlaku, połączenia te są silnie promowane przez chińskie władze, a każde duże chińskie miasto stara się uruchomić własne.

Pociągi do Europy jeżdżą korytarzem zachodnim – przez Kazachstan, Rosję i Białoruś – albo korytarzem północnym, omijającym Kazachstan. W obu wariantach przejeżdżają przez Polskę, a część z nich ma w Polsce stacje końcowe. Mogą na tym skorzystać m.in. polscy przewoźnicy kolejowi i samochodowi.

„Polska ma największą, najmłodszą i najtańszą flotę samochodów ciężarowych w całej wspólnocie europejskiej. Mnóstwo towarów trafia do Warszawy lub Łodzi (pociągiem), a następnie są rozprowadzane ciężarówkami do różnych miast Europy” – powiedział PAP kierownik działu wartości dodanej z chińskiego biura DHL Zafer Engin, uznawany za jednego z pionierów transportu kolejowego między Chinami a Europą.

„To naprawdę ekscytujące, ponieważ w 2000 lat temu, kiedy istniał pierwszy Jedwabny Szlak, Polska nie była jego częścią. Znajdowaliśmy się na peryferiach cywilizacji antycznej. Tym razem jesteśmy w samym środku” – ocenił menedżer z chińskiego oddziału DHL Konrad Godlewski.

Andrzej Juchniewicz z PAIiIZ wyraził nadzieję, że w przyszłości pociągami na dużą skalę będą jeździły do Chin polskie produkty eksportowe, szczególnie żywność. Tymczasem obecnie zdecydowana większość kontenerów przewożonych pociągami jedzie z Chin do Europy, a po stronie europejskiej przewoźnicy mają problemy z zapełnieniem składów towarami.

Opłacalność transportu kolejowego z Chin do Europy wynika m.in. z tego, że połączenia te są subsydiowane przez lokalne rządy chińskich miast. Dopłacając do pociągów, władze miast pośrednio dofinansowują również chiński eksport. Natomiast w Europie nikt nie dopłaca do pociągów jadących do Chin.

Nowy Jedwabny Szlak to gigantyczny projekt lansowany przez administrację prezydenta Chin Xi Jinpinga od jesieni 2013 roku. Składa się on z „jednego pasa i jednego szlaku”, które oznaczają odpowiednio sieć połączeń morskich i lądowych Chin z Europą – ich największym partnerem handlowym.

Jak zauważa kierownik projektu UE-Chiny z Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW) Marcin Kaczmarski, inicjatywa Nowego Jedwabnego Szlaku nie ogranicza się do budowy infrastruktury logistycznej. Staje się ona kluczowym narzędziem chińskiej polityki zagranicznej i budowania miękkiej siły (soft power) tego kraju.

„Koncepcji Szlaku towarzyszy oprawa informacyjno-propagandowa, obejmująca imprezy kulturalne, spotkania eksperckie, trasy turystyczne. Uruchomiona została specjalna strona agencji informacyjnej Xinhua. Chińscy eksperci lansują określenia w rodzaju +chińska wersja Planu Marshalla+. Koncepcja to rodzaj +opakowania+ chińskiej ekspansji gospodarczej poprzez nadanie jej atrakcyjnego kształtu” – ocenił Kaczmarski w komentarzu opublikowanym na stronie internetowej OSW.

Z Szanghaju Andrzej Borowiak (PAP) anb/ ksaj/ kar/

…prawda że przyjemna perspektywa? Prawda że teraz staje się jasne dlaczego tak naprawdę Niemcom zależy na wprowadzeniu płacy minimalnej na swoim terytorium również dla pracodawców z zagranicy, co przypadkiem najbardziej uderzyło w polskich przewoźników 😉 Mało tego! Chodzi również o konkurencyjną cenowo polską żywność wokół której od dawna trwają dziwne gierki Niemiec (do spółki z Rosją) Polska gospodarka: rośnie eksport żywności, wieprzowina, delegacja przedsiębiorców i misja gospodarcza z Chin. oraz: Polskie rolnictwo w poważnych kłopotach, domaga się rządowego wsparcia. UE nie radzi sobie z sankcjami i nie pomaga. Ceny żywności spadają. Rosja kolejny raz uderza w polski eksport, korzysta Białoruś.

podobne: Słabszy niemiecki przemysł. Merkel po raz 7. w Chinach

USA - Chiny - dług

USA – Chiny – dług

Gospodarka Rosji stacza się, ale katastrofy już raczej nie będzie. Czy nacjonalizacja Banku Centralnego Rosji to element planu Rothschildów? Ukraina: Strach przed wojną paraliżuje biznes, kredyt z MFW to pomoc czy drenaż? Kijów walczy o reformy energetyczne (bez Kołomojskiego).


1. Gospodarka Rosji stacza się, ale katastrofy już raczej nie będzie.

16 grudnia 2014 r. rubel wpadł w konwulsje i zanotował niespotykanie głęboki spadek wartości, a dzień ten szybko nazwano „czarnym wtorkiem”. Nastąpiło to tuż po tym, jak centralny bank Rosji podjął całkowicie zaskakującą dla rynku decyzję o podwyższeniu stóp procentowych aż do 17 pkt proc. Na przekór panicznym, płynącym z wielu stron nawoływaniom o interwencję, szefowa banku centralnego uznała, że tym razem nie będzie walczyć z rynkiem. – Spekulantom należy się zimny prysznic – miała wtedy powiedzieć. Dziś Elwira Nabiullina, bo o niej mowa, triumfuje – wszystko wskazuje na to, że groźba katastrofy gospodarczej Rosji została zażegnana, a rubel mozolnie, ale konsekwentnie umacnia się w stosunku do dolara.

Obecnie za dolara płaci się ok. 57,5 rubla, co oznacza, że od „czarnego wtorku” rubel umocnił się o niemal jedną piątą. To najlepszy wynik wśród walut gospodarek rozwijających się.

Nie oznacza to jednak, że Rosja kryzys ma już za sobą, wręcz przeciwnie. Gospodarka tego kraju szybko zmierza w stronę głębokiej recesji, inflacja szaleje, wpływy budżetowe z powodu taniej ropy są tak mizerne, że Kreml musiał zarządzić drastyczne cięcia wydatków, a sektor bankowy chwieje się w posadach. Ale grożący Rosji jeszcze w grudniu krach gospodarczy, porównywalny do załamania z 1998 r. najprawdopodobniej został zażegnany.

Po zaskakującej podwyżce w połowie grudnia, Nabiullina w nowym roku podjęła kolejne, także nieoczekiwane przez rynek zmiany wysokości stóp procentowych. W styczniu nagle obcięła je do 15 proc., a w marcu do 14 proc. To pokazało, że szefowa banku centralnego nie poddaje się presji rynku, lecz odgrywa na nim kluczową rolę i trzeba się z nią liczyć.

Gdy pod koniec roku doradcy Putina mocno naciskali na wprowadzenie kontroli przepływu kapitału, Nabiullina nie tylko ostro się temu przeciwstawiła, ale także przeforsowała wcześniejsze, niż planowano uwolnienie kursu rubla.

To był przełomowy moment, ponieważ przekonała wówczas Putina do zastosowania rynkowego rozwiązania problemu, który zagrażał całemu systemowi bankowemu Rosji – ocenił szef rosyjskiego oddziału banku UBS Rair Simonyan, cytowany przez Bloomberga.

Warto pamiętać, że gdy szefowa banku centralnego podejmowała te wszystkie decyzje, były one niezwykle ryzykowne, ponieważ sytuacja gospodarcza w Rosji była wtedy bardzo dynamiczna i nieprzewidywalna, a groźba gwałtownych wydarzeń o skali porównywalnej z „czarnym wtorkiem” wisiała niemal cały czas.

Kilka dni temu minister finansów Anton Siłuanow stwierdził, że najgorsze Rosja ma już za sobą. Wprawdzie w ostatnich miesiącach tego typu deklaracje rosyjskich decydentów, będące próbami zaczarowania rzeczywistości, były dla nich raczej ośmieszające, tym razem nie sposób się nie zgodzić z ministrem.

Po zwycięskiej grudniowej konfrontacji, Elwira Nabiullina już nie musi rzucać na rynek miliardów dolarów z rezerw, by ratować rubla, rosyjska waluta radzi sobie już sama. Teraz szefowa banku centralnego może skoncentrować się na działaniach zmierzających do ożywienia strupieszałej gospodarki. Jej największym problemem jest utrzymanie przy życiu banków, które nie tylko zostały w dużej mierze odcięte od kapitału, ale także zmagają się z lawinowo rosnącą liczbą złych kredytów…”

całość tu: biztok.pl

podobne: Rubel i cena ropy w dół. Rosjanie będą musieli „zacisnąć pasa”, ale na kryzys nie narzekają. W Ługańsku protesty. Rosjanie gotowi przyjąć uchodźców z Ukrainy. Sankcje Moskwy irytują Białoruś. oraz: Rezolucje, obniżanie rankingów, i nadpodaż surowca (na polityczne zamówienie?) czyli „Wojny Finansowe” na przykładzie Rosji.

…być może właśnie w celu ratowania sektora bankowego Putin zdecydował się na dość ryzykowny ale bardzo śmiały a może nawet zbawienny (jeśli w odpowiedni sposób pokierowany) dla rosyjskiej gospodarki krok…

2. Trader21: Czy Putin znacjonalizował Bank Centralny Rosji?

„Kilka dni temu w mediach na moment pojawiła się informacja, iż Putin znacjonalizował Bank Centralny Rosji. Takie wydarzenie miałoby ogromne znacznie na gruncie politycznym gdyż oznaczałoby wyłom w zarządzanym przez rodzinę Rotschildów globalnym systemie monetarnym?

Najwidoczniej słowa „Dajcie mi kontrolę nad pieniądzem, a nie będzie mnie interesować kto stanowi prawo” wydają się przechodzić do lamusa.” (źródło informacji i komentarz w postaci materiału filmowego tu: independenttrader.pl)

…Putin może się cieszyć z suwerenności tylko wtedy kiedy użyje waluty (z głową!) raz – do rozwoju gospodarki Rosji, by była ona na tyle silna żeby mogła z kolei wspierać rubla w jego suwerennym umacnianiu się (wzroście „wartości” względem obcych walut), a dwa – nie zacznie się zwiększanie ilości nowych rubli w obiegu. W przeciwnym wypadku obywatele Rosji będą mieli przekichane. Najważniejsze jest bowiem JAK i do czego Putin wykorzysta suwerenność rubla. Jeśli nakupuje za nowy dodruk broni i innych niekonsumpcyjnych „dóbr”, to ja dziękuję za taką „suwerenną politykę” 🙂 Stalin już kiedyś przerabiał gospodarkę Rosji na tory „rozwoju” (przemysłu zbrojeniowego) i wiadomo jak to się skończyło. Gdyby jednak ktoś nie wiedział, to polecam obejrzeć G. Brauna „Transformacja”.

Ogłosić suwerenność banku centralnego a wykorzystać tę suwerenność z korzyścią dla własnego kraju to dwie różne kwestie. Wykładnią jest ZAWSZE bogacenie się narodu (nie wspominając o równym dostępie obywateli do rynku – w tym przedsiębiorczości, jak i o innych swobodach obywatelskich), wzrost gospodarczy a przez to wzrost prestiżu takiego państwa (narodu) a w związku z tym również jego waluty na arenie międzynarodowej. Sama nacjonalizacja banku jeszcze wiosny nie czyni. Dopiero konkretna polityka monetarna wskaże w jakim kierunku idzie Rosja ze swoją walutą. I to dopiero będzie informacja warta uwagi oraz dalszego śledzenia ze względu na skutki. Równie ważna (o ile nie ważniejsza) będzie też reakcja banksterki na ten ruch, bo dopiero „jakaś” reakcja będzie oznaczała że coś rzeczywiście ważnego zaszło. Wiele psów zrywało się już z łańcucha tylko po to żeby zdechnąć z głodu. Pożywiom uwidzim.

krótki tekst autorstwa Pana Michalkiewicza o tym jak „to” (system pieniądza „uznaniowego”) działa…

„…o ile dawny dziedzic był rzeczywiście właścicielem ziemi, a więc realnie istniejącej wartości, to bank jest pośrednikiem w dystrybucji pieniądza fiducjarnego, kreowanego przez banki emisyjne dosłownie z niczego. Banki emisyjne produkują z niczego walutę, którą obywatele muszą posługiwać się pod rygorem odpowiedzialności sądowej na zasadzie wydawanych przez rządy przepisów o prawnym środku płatniczym. Warto zwrócić uwagę, że rządy przeważnie są właścicielami banków emisyjnych, z którymi wchodzą w rodzaj przestępczej zmowy na szkodę własnych obywateli. Fiducjarny pieniądz produkowany przez bank emisyjny i rozprowadzany przez banki komercyjne, które w banku emisyjnym „pożyczają”, jest wprawdzie fikcyjny, ale już ludzka praca, za te pieniądze kupowana, jest już prawdziwa, podobnie jak naprawdę dokonuje się przechwytywanie własności. Wygląda na to, że pańszczyźniany ucisk na naszych oczach się odradza, przybierając tylko bardziej zakamuflowane, bardziej skomplikowane formy i doprowadzając państwo do degeneracji. Przybiera ono postać organizacji przestępczej o charakterze zbrojnym, której funkcjonariusze w osobach Umiłowanych Przywódców, skaczą z gałęzi na gałąź przed finansowymi grandziarzami…” http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=3352

podobne: „Ostatnia chudoba”, czyli przyczyna, przebieg i skutki kryzysu dla realnej gospodarki i obywateli.

…Więc wszystko zależy od tego, do czego władza używa narzędzia jakim jest pieniądz. Nie wystarczy że bank centralny jest „suwerenny”. Pańszczyzna nie istnieje tylko wtedy kiedy wyzyskuje obcy, istnieje również wtedy kiedy wyzyskuje „swój”. Jeśli ktoś patrzy tylko na to kto kradnie, zaś samą „zasadę” uznaje za konieczną czy dobrą to jego „wszystko jest w porządku” należy tłumaczyć wedle powiedzonka – „jak w ruskim czołgu” 😉

Bogactwo bierze się z PRACY (najlepiej nisko opodatkowanej) a nie z pieniądza czy „suwerenności” jakiegoś emitenta papierków. Historia globu jest przebogata durniami którzy udowodnili na organizmie własnych krajów co się dzieje z „wartością” pieniądza (i gospodarką) kiedy go gwałtownie przybywa (bez pokrycia w pracy i realnym dobru). Pieniądz jest jak układ krwionośny który zapewnia/ułatwia płynność wymiany handlowej (dostarcza dobra w odpowiednie dla nich miejsca – tak jak krew roznosi tlen). Jego psucie/rozrzedzanie najpierw doprowadza do osłabienia sprawności całego gospodarczego organizmu („kapitał” zaczyna wypierać/zastępować pracę ludzi kreatywnych, przemieszczając zysk nieuczciwie w kierunku tych którzy nie wnoszą do gospodarki nic poza spekulacją), po czym dochodzi do martwicy poszczególnych jego członków (całych gałęzi/branży które z racji nieuczciwego transferu zysku z pracy nie potrafią już na siebie zarabiać, bądź im się to nie opłaca) a w konsekwencji do paraliżu całego ekosystemu gospodarki. Sam pieniądz bez sprawnej i prężnie działającej gospodarki nie znaczy nic – nikogo nie nakarmi, nie dostarczy energii, nie zaspokoi żadnej potrzeby. Gdyby pieniądz i jego „niezależność” była dobrem samym w sobie (które nie wymaga pokrycia w innym dobru) to już dziś mielibyśmy raj na ziemi, (tyle tego „dobra” krąży po świecie) i jedynym problemem byłaby dostępność celulozy do „drukarek” (obecnie liczba zer w komputerach 🙂 ) „by żyło się lepiej”. Tymczasem dzieje się inaczej a nadprodukcja pieniądza która się czasem „przypadkiem” zdarza, służy wyłącznie obrabowaniu ludzi którzy coś wartościowego posiadają (nawet jeśli to jest „bezwartościowe” złoto 🙂 ) przez tych którzy ten pieniądz kreują. Kryzysy finansowe to przywilej tej bandy lichwiarzy niezależnie od ich „niezależności”. Ten system (w obecnym wydaniu) to wąż który pomału bo pomału ale jednak zjada swój ogon (dzięki pazerności rządów i banksterki).

PS. Na koniec chcę zaznaczyć że to co napisałem to tylko opis tego jak działają banki i czym jest pieniądz. Nie jest to krytyka tego co rzekomo zrobił Putin z bankiem centralnym Rosji. Gdyż samo zagadnienie o którym traktuje informacja nie jest ani złe ani dobre (to zależy również dla kogo), i dopiero przyszłość pokaże w jaki sposób Rosja wykorzysta odzyskanie banku centralnego i czy będzie to dobre czy może złe… (Odys)

podobne: Rosja nie przepuściła ponad 200 ton owoców, w tym z Polski. Polityka przeciwko gospodarce. Sankcje – bardziej cierpi Europa niż Rosja, która dzięki amerykanom skupuje akcje i złoto za grosze! i to: BRICS deklarują ściślejszą współpracę (powołanie Nowego Banku) i wsparcie Rosji. Bałkany na rozdrożu.

3. Dave Hodges: Putin pionkiem Rothschildów.

„…W mediach alternatywnych Putin jest otaczany swego rodzaju kultem. Dla nich jest osobą, która przeciwstawia się finansowej międzynarodówce, posyłając ją do piekła. Według tych pełnych dobrych intencji, ale błądzących analityków Putinowi powiodło się tam, gdzie inni polegli (np. JFK, Hussein). Romantyczny wizerunek rycerskiego Putina jeżdżącego po świecie i ratującego go przed międzynarodową lichwą – nic nie jest bardziej dalekie od prawdy. Czy Putin zdaje sobie z tego sprawę czy nie, podąża za wytycznymi dużych chłopców z BRM i wszystko przebiega zgodnie z ich planami.

Artykuł wskazuje, iż na pierwszy rzut oka Putin przeciwstawia się międzynarodowej bankowości, jednakże w rzeczywistości, na głębszym poziomie, pozostaje on pod jej kontrolą.

Punkt początkowy

Wielu z alternatywnych mediów popełnia błąd twierdząc, że banksterzy tworzą jeden, skonsolidowany podmiot w zupełności dążący do jednego, czyli stworzenia pojedynczego systemu gospodarczego, który kontroluje planetę poprzez zarządzanie długiem. Ogólnie jest to prawda. Jednak międzynarodowa bankowość jest podzielona i gdy cele nie są spełniane, widzimy powstające podziały – to właśnie dzieje się obecnie.

Zanim zaczniemy analizować w jaki sposób Putin jest przesuwany po światowej szachownicy, zerkniemy pokrótce jak zorganizowana jest finansowa międzynarodówka.

Poziom pierwszy: Bank Rozrachunków Międzynarodowych

Międzynarodowy banking ma trzy główne poziomy. Dyrektorzy generalni tej wielkiej ekonomicznej sieci, z Banku Rozrachunków Międzynarodowych w Bazylei, siedzą u szczytu stołu. BRM zarządza światową ekonomią poprzez manipulowanie kursami wymiany walut (np. Międzynarodowy Fundusz Walutowy), ustalając oprocentowanie kredytów, wybierając czy poszczególnym krajom ma być „lepiej” czy „gorzej”, itd. Misją BRM jest prowadzenie banków centralnych z całego świata w kierunku Nowego Porządku Światowego, któremu również przewodzi.

Można powiedzieć, że zarówno znane jak i nieznane siły władają planetą.

Poziom drugi: banki centralne

Drugi poziom władzy składa się z banków centralnych, w tym Rezerwy Federalnej, która jest niewybieralną kliką prywatnych bankierów, którzy wydarli Kongresowi kontrolę finansową i kontrolują pieniądze narodu. I tak jest w każdym państwie. Oczywistym jest, że jeśli dany podmiot kontroluje pieniądze narodu, to równocześnie kontroluje tych, którzy używają pieniędzy, a to poprzez ustanowienie zniewalającego, drapieżnego systemu długu. Nauczyłeś się tej zasady już jako nastolatek, gdy rodzice mówili Ci: „Dopóki będziesz mieszkał w tym domu, będziesz robił to co mówimy.” Kompetencje budżetowe określają kto kontroluje zachowanie. Banki centralne z całego świata otrzymują rozkazy z Banku Rozrachunków Międzynarodowych, ponieważ monetyzacja waluty fiducjarnej, którą kontroluje każdy bank centralny, jest determinowana przez BRM.

Zupełnie zgodne z prawdą jest więc stwierdzenie, że banki centralne są rządcami narodów i reprezentują średni szczebel zarządzania w hierarchii.

Poziom trzeci: narodowe sektory bankowe

Trzecim poziomem tego przeklętego systemu są finansowe instytucje narodowe [Narodowe – w znaczeniu takim, iż mają swoją siedzibę na terytorium danego państwa – Minutus]. W naszym przypadku to np. Goldman Sachs, inne pomniejsze biura maklerskie Wall Street, jak również megabanki (np. Bank of America, Chase, Wells Fargo, etc.). Plany opracowywane przez BRM są realizowane przez te instytucje.

Domy inwestycyjne dzień po dniu wykonują zarządzenia z góry, czyli z BRM.

No i mamy wszystkich pozostałych, którzy są baranami, które nic niewiedzą o tym jak to wszystko funkcjonuje. Nie wstrzymuj oddechu po nagłym oświeceniu. Większość z nas ma zbyt wyprane mózgi przez system, aby osiągnąć ten poziom świadomości.

Plan zbudowania Nowego Porządku Światowego

Od roku 1944, kiedy w Bretton Woods ustanowiono dolara światową walutą rezerwową, Stany Zjednoczone Ameryki stały się policjantem świata, w rezultacie czego Amerykanie cieszyli się ekonomiczną dominacją, ponieważ w celu zakupienia energii reszta świata musi za nią zapłacić dolarami kupionymi od Rezerwy Federalnej. Po tym jak świat odszedł od standardu złota na rzecz waluty fiducjarnej, USA jest jedynym krajem posiadającym wypłacalną walutę i nasz standard życia jest tego odzwierciedleniem.

Amerykanom pozwolono cieszyć się tym najbardziej korzystnym statusem, ponieważ stało się to naszym zadaniem, w imieniu BRM, skonsolidować koalicję banków centralnych w celu wtłoczenia do tego systemu narodów, które tego nie chcą. Kiedy jakiś kraj, jak np. Libia lub Irak, próbuje opierać się tej polityce banków centralnych wciągania go w niewolę długu, jego przywódcy są mordowani, a jego obywatele stają się niewolnikami zakontraktowanego długu. W rezultacie tego USA prowadzą niekończące się wojny, mają ogromny dług i reputację „Wielkiego Szatana”.

Praktycznie wszystkie kraje na świecie uległy tej tyrani, z wyjątkiem Rosji i Chin. W mniejszym stopniu także Indie stały się problematyczne dla BRM, odkąd dołączyły do Rosji i Chin, używając waluty narodowej i/lub złota do prowadzenia handlu między sobą, odrzucając „wymaganego” dolara.

Jeśli BRM zamierza zrealizować swoje marzenie o Nowym Porządku Świata, gospodarki Rosji, Chin i USA muszą zostać zniszczone. Kiedy świat zostanie zrujnowany, z chaosu wyłoni się porządek. Putin jest główną siłą napędową w tym procesie…”

całość tej interesującej pod linkiem: ussus.wordpress.com

…o tym że Putin puszcza oko do idei „nowego porządku świata” można było wyczytać pomiędzy wierszami słynnego już przemówienia na Konferencji Wałdajskiej w Soczi, gdzie sens jego ambicji i planów można streścić w następujących słowach:

„…Rosja nie zamierza blokować tych,którzy wciąż próbują skonstruować nowy porządek świata (NWO)  ani tych prób udaremniać. New World Order, może powstawać o ile nie będzie rzutować na kluczowe interesyRosji. Rosja wolałaby stać z boku i przyglądać się przyjmując na swą głowę tyle guzów ile można wytrzymać. Ale ci, którzy usiłują wciągnąć Rosje w ten proces lekceważąc przy tym jej interesy, mogą poznać na czym polega prawdziwe znaczenie słowa ból.” i dalej:

„Jest jeszcze szansa skonstruowania nowego porządku świata,który pozwoli uniknąć wojny światowej. Ten nowy porządek świata z konieczności musi obejmować Stany Zjednoczone- ale musi ich dotyczyć na takich samych zasadach jak wszystkich innych: przy pełnym przestrzeganiu prawa międzynarodowego i umów międzynarodowych; powstrzymaniu się od wszystkich działań jednostronnych; przy pełnym poszanowaniu suwerenności innych narodów…” (całość tu: Putin. Zabawa skończona, odłóżcie zabawki)

…słowem NWO tak – Rosja nie będzie go blokować(!) ale na zasadach uwzględniających jej interes. Jakiś czas temu Trader21 zwrócił uwagę na to że:

„…Mamy zatem kulminację kilku zjawisk:

– bezprecedensowa koncentracja majątku w rękach 1% populacji powiązanej z sektorem finansowym

–  narastające nierówności zbliżone do poziomu grożącego wybuchem rewolucji społecznej w dobie łatwiejszej wymiany informacji

– banki centralne są technicznymi bankrutami

– znaczna część sektora finansowego jest technicznym bankrutem utrzymywanym przy życiu ogromną ilością środków płatniczych prosto z banków centralnych

– system ostatecznie zawali pod ciężarem niespłacalnych długów

W takiej sytuacji zastanawiam się czy elita finansowa nie uznała, że w obecnych okolicznościach bezpieczniej będzie oddać tymczasowo kontrolę nad podażą pieniądza z powrotem w ręce rządów i bezpiecznie pozostać w cieniu. Po krótkotrwałym zamieszaniu spowodowanym resetem długów można by przywrócić stabilizację monetarną, dzięki której bez większych problemów 1% społeczeństwa zachowa majątek na niezmienionym poziomie. Przy okazji całe niezadowolenie społeczne można by skierować w innym kierunku jak najdalej od winnych obecnej sytuacji…” (Independent Trader: „Hipotetyczne plany bankierów” czyli… wszystko przebiega zgodnie z planem)

…w świetle tego co napisał Dave Hodges powyższe kwestie zdają się raczej zazębiać i uzupełniać niż kłócić ze sobą, pomimo pozornej sprzeczności interesów Rosji i zachodu. Putin (tj. Rosja) jest tu jakby nie patrzeć pewnym elementem szerszego planu. Pomimo tego że może rzeczywiście Rosja gra na niezależność (i być może dostała na to zezwolenie), to ta „niezależność” mieści się tak czy siak w ramach „nowego światowego porządku” (nowego rozdania) w którym Putin stara się wywalczyć dla Rosji dogodną pozycję. Na ile niezależną (i czy jest to w ogóle możliwe) czas pokaże… (Odys)

podobne: Z Putinem źle (bez Putina gorzej?) Rozmowy pokojowe ws. Górnego Karabachu. Ofiary wojny w Syrii. Ukraina prosi ONZ o siły pokojowe, manifestacja Donieck to Ukraina. Grupa Wyszehradzka o Ukrainie.  a także: Jacek Bartosiak o „prawdziwej geografii świata” i roli Polski jako drzwiach do panowania nad eurazją, oraz „teoria spiskowa” Piotra Siarki. Kto kogo, kiedy i dlaczego może im się (nie)udać czyli „Bitwa gigantów”. i jeszcze: W rocznicę obchodów wyzwolenia Auschwitz (bez Pileckiego). Mosze Kan­tor: „Putin jest wiel­kim przy­ja­cie­lem śro­do­wisk ży­dow­skich”. Czy żydom grozi exodus? Brytyjski historyk ostro o bierności Zachodu wobec zagłady.

4. Ukraina: Strach przed wojną paraliżuje biznes. Aleksandr Zapolskis: Kredyt od MFW dla Ukrainy – jak zamaskować jej niewypłacalność? 

29.03.2015 (IAR) – W przyfrontowym Mariupolu na Ukrainie pogarsza się sytuacja gospodarcza. Małe i średnie przedsiębiorstwa zawiesiły swoją działalność bądź też w ogóle ją zakończyły.

Działacz społeczny Maksym Borodin podkreśla, że wielu z jego kolegów z Mariupola, którzy mieli swoje firmy, wyjechało z miasta obawiając się kolejnego szturmu i wybuchu prawdziwej wojny w ich mieście.

Wadym Iljew, który kieruje jednym z mariupolskich centrów handlowych, powiedział Polskiemu Radiu, że wielu najemców rezygnuje z pomieszczeń. Klientów brak. „Ludzie są w depresji. Nie kupują, bo ich to nie interesuje” – zaznacza.

W mieście jest wiele zamkniętych sklepów, ogłoszeń o sprzedaży biznesu i wynajmie pomieszczeń.

Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/Piotr Pogorzelski /Mariupol/Kijów/em/

podobne:  Ukraina: Wojna destabilizuje sytuację gospodarczą.

„W 2015 roku Ukraina powinna zapłacić zagranicznym wierzycielom 11 mld USD, w roku 2016 – 5 mld USD, w 2017 – kolejne 8 mld USD. W ten sposób, za trzy lata Kijów będzie musiał znaleźć 24 mld USD! Międzynarodowy Fundusz Walutowy w połowie marca wypłacił jeszcze Ukrainie 5 mld USD. Według dyrektor zarządzającej Funduszem Christine Lagarde, to dopiero pierwsza transza nowego programu „międzynarodowej pomocy gospodarczej” w wysokości 17 mld USD, w przeliczeniu na rok 2018 włącznie. Czy to dużo, czy mało i czy to pomoże Ukrainie?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, konieczne jest przeanalizowanie aktualnego stanu finansów tego kraju, w tym – obecnego stanu jego zewnętrznego i wewnętrznego zadłużenia.

W sumie Ukraina posiada ok. 76 mld USD długu, z czego około 34 mld USD to pożyczki od zagranicznych państw, jak również pożyczki otrzymane od podmiotów prywatnych w ramach gwarancji państwowych. W 2015 r., Ukraina powinna spłacić zagranicznym wierzycielom około 11 mld USD, w 2016 r. – 5 mld USD, a w 2017 r. – kolejne 8 miliardów W ten sposób, za trzy lata Kijów będzie musiał znaleźć 24 mld USD! Pozostaje oczywistym, że wspomniane wcześniej 17 mld USD do tego celu nie wystarczy. Nie jest też tajemnicą, że obecny rząd ukraiński odkłada problem zadłużenia na „wieczne jutro”, mając nadzieję na znalezienie rozwiązania w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Jednak ta nadzieja jest dość iluzoryczna. Przyjęty przez państwo budżet na 2015 rok jest uderzający. Jest w nim kwota przeznaczona na wydatki, ale nie ma żadnego planu zdobycia dochodów. Budżet sporządzony został bazując na kursie o wartości 17 UAH za 1 USD, choć dziś faktycznie kurs osiągnął poziom 22 UAH. Oznacza to, że oficjalnie założony deficyt budżetowy z 3,7% PKB zwiększy się do 4,3%. Ukraińskie Ministerstwo Finansów szacuje całkowite PKB Ukrainy w 2015 roku na 1,72 bln UAH lub 83 mld USD (po przeliczeniu według kursu w wysokości 21 UAH za 1 USD). Dlatego też, w celu sfinansowania wszystkich planowanych wydatków w bieżącym roku, Ukraina potrzebuje co najmniej 3,56 mld USD. Oczywiście pod warunkiem, że chociaż część budżetu zostanie zrealizowana zgodnie z planem. W świetle tego, co dzieje się obecnie na Ukrainie, pogorszenia jej sytuacji gospodarczej oraz całkowitego zaprzestania produkcji, możliwość realizacji budżetu według wcześniejszych planów już teraz budzi bardzo poważne wątpliwości(…)

(…)Gorzką ironią jest fakt, że Zachód pomaga Ukrainie tylko w słowach, w publicznych wystąpieniach przed kamerami telewizyjnymi. W rzeczywistości Ukraina robi wszystko wyłącznie na własny koszt. W 2014 roku Zachód „dał” Ukrainie 9 mld USD, a „wziął” ponad 14 mld USD. W 2015 roku obiecują przekazać Ukrainie 10 mld USD, ale tylko na podstawowe zobowiązania Ukraina musi zwrócić co najmniej 11 mld USD. Czyli zewnętrzni wierzyciele właściwie natychmiast odbierają wszelką pomoc, którą uroczyście wręczają. A co z kosztami? Zgodnie z wytycznymi MFW planuje się je obcinać. Bez względu na dalsze uchybienia wobec zobowiązań społecznych, takich jak wypłaty emerytur, zasiłków i dotacji.

Potrzebne pieniądze planuje się uzyskać poprzez masową wyprzedaż resztek własności państwowej. W bieżącym roku Ministerstwo Polityki Rolnej i Żywności Ukrainy planuje prywatyzację 254 przedsiębiorstw państwowych do niego należących. Następne 158 przedsiębiorstw zostanie zrestrukturyzowanych, a później także wystawionych na sprzedaż. To w sumie ¾ państwowych aktywów rolnych na Ukrainie.

Tak właśnie wygląda pomoc finansowa otrzymywana przez Ukrainę. Bardziej przypomina ona zwykły rabunek. Wydaje się, że do kraju spływają miliardy, ale poza zwiększeniem kwoty długu do niczego więcej nie prowadzą. Chociaż nie – pozwalają one ukraińskiemu rządowi nadal prowadzić wojnę domową przeciwko własnemu narodowi. Pozwalają także inwestorom zagranicznym jeszcze trochę obrabować kraj. Tylko trochę. Według statystyk, ostatnia pożyczka z MFW stanowi 24% kwoty kredytu Ukrainy. Czyli Ukraina otrzymała 10 mld USD, a następnie musi je zwrócić w 2015 r. Ukraina powinna dostać od MFW te 10 mld euro i dodatkowo około 2,5 mld USD…”

całość tu: geopolityka.org

podobne: Szczyt UE głównie o Ukrainie, ale też o Grecji (której grozi niewypłacalność) i terroryzmie (gromadzenie danych, kontrola graniczna). Kredyt z MFW dla Ukrainy. oraz: Independent Trader: Ukraina – globalny aspekt finansowy i to: Podczas gdy Ukrainę czeka ciężka droga „vulture funds” robią interes życia. a także: Ukraina: Rewolucja a umowa stowarzyszeniowa (płatne podziałem społeczeństwa, krwią i… złotem).   oraz: Ukraina: Kredyt z MFW w zamian za podwyżkę cen gazu dla ludności.

5. Wojciech Jakóbik: Kijów walczy o reformy energetyczne. 

„…Unia Europejska wspiera refomry na Ukrainie udzielając jej kolejnych pożyczek i wsparcia doradczego. Przyjęła nową pomoc finansową w wysokości 1,8 mld euro do końca tego roku. Dodatkowo Międzynarodowy Fundusz Walutowy ma przekazać 17,5 mld dolarów pożyczki w ciągu 10 lat.

Warunkiem kontynuacji współpracy są postępy w reformach na Ukrainie, z których istotne miejsce zajmują te poświęcone sektorowi energetycznemu.

Chociaż sytuacja nad Dnieprem jest napięta, utrudnia ją dodatkowo spór oligarchów o reformy energetyczne. Przeciwko sobie stanęli prezydent Petro Poroszenko i postrzegany jako najsilniejszy z możnych Ukraińców Igor Kołomojski. Obecnie wygląda na to, że inicjatywę przejmuje ten pierwszy. Generalnie Kijów próbuje wpisać spór interesów poszczególnych grup w ramy instytucjonalne i prawne. To próba cywilizowania istniejących tarć.

Kołomojski uznał, że jego wtargnięcie do biur Ukrnafty i Ukrtransnafty było zagraniem mającym zapewnić mu zainteresowanie medialne. Przez obserwatorów ukraińskiej sceny politycznej zostało jednak odebrane jako rozpaczliwa próba utrzymania wpływu na koncerny, które na mocy reform energetycznych Unii Europejskiej mają działać w sposób przejrzysty i pod pełną kontrolą państwa. Do tej pory oligarcha był nieoficjalnym decydentem w firmie. Choć Kołomojski broni się, twierdząc, że Poroszenko w rzeczywistości zastępuje jego ludzi swoimi, to rząd Arsenija Jaceniuka informuje, że do zarządu firmy mają wejść obcokrajowcy, gwarantujący bezstronność. Świadczyłoby to o rzeczywistej woli zmian we władzy lub o nadchodzącym konflikcie prezydent-rząd o interesy Kołomojskiego, znanego z dużego wpływu na partię premiera Front Narodowy. Kołomojski zrezygnował także z funkcji gubernatora obwodu dniepropietrowskiego.

– Państwo odzyskuje kontrolę nad sektorem – deklaruje premier Arsenij Jaceniuk. Jego słowa wzmacnia zatrzymanie dwóch wysokich urzędników państwowych, którzy w zamian za część zysków mieli przyznać prawo rosyjskim Sojuzowi i Łukoilowi na  Tymczasem Igor Kołomojski zapowiada, że być może zwróci się do sądu arbitrażowego w Londynie przeciwko Naftogazowi, aby uzyskać zwrot pieniędzy za nieopłacone dostawy gazu na przestrzeni lat szacowane na 10,5 mld m3. Naftogaz jest głównym udziałowcem Ukrnafty, drugim jest Kołomojski. Oligarcha tłumaczy zadłużeniem Naftogazu niemożność wypłaty dywidend i podatków przez Ukrnaftę. Nie wiadomo, czy jest to tłumaczenie wiarygodne…”

całość tu: konserwatywnie.wordpress.com

podobne: Ukraina: zmiany na scenie politycznej i wojna oligarchów (Poroszenko umacnia swoje wpływy?) oraz: Wojciech Jakóbik: Spory polityczne na Ukrainie wstrzymują reformy sektora gazowego. polecam również: Ukraina: USA dadzą kolejne dolary, kredyty z Niemiec, pomoc finansowa MFW, obywatele o korupcji. i to: Kosmici wylądowali na Ukrainie! Kukła Poroszenko nadał obywatelstwo trzem innym kukłom żeby mogły zostać ministrami w nowym rządzie. a także: Rada Najwyższa nie odwołała Jaceniuka, ale nie wszystkie reformy zostały przegłosowane. Oszczędności na pensjach urzędników i więcej pieniędzy na armię. i jeszcze: Zagraniczne firmy będą mogły mieć udziały w ukraińskich gazociągach.

 Banksterzy, bail-out