Wyznania chłopców w krótkich spodenkach kontra „Wyznania” św. Augustyna czyli…O niezdrowej fascynacji fikcją nie tylko literacką


„… Proszę Państwa, pisanie książek o fascynacjach płciowych na linii uczeń nauczycielka, w realiach systemu edukacji, który wszyscy znamy, to jest temat gorzej niż śliski. Gorzej – podkreślam, albowiem im głębiej sięgam pamięcią wstecz, w czasy szkoły podstawowej tym cieplej myślę o tym, że dobrze się stało iż moja szkoła średnia nie była szkołą koedukacyjną, a wśród nauczycieli mieliśmy ledwie trzy panie. W tym jedną młodą. Były też dwie wychowawczynie w internacie, ale to już wystarczyło, żeby nawarstwiały się kłopoty. Takie w dodatku, o których do dziś, po 30 prawie latach nikt nie będzie opowiadał, ani na trzeźwo, ani po pijanemu. Kiedy więc widzę książkę Libery, a potem samego Liberę, wiem, że on po prostu kłamie i usiłuje, po latach, do czegoś dorosnąć, do spraw, do których żaden piętnasto, szestasto i siedemnastolatek nie mógł dorosnąć. Nie było takiej możliwości. Libera jest po prostu teoretykiem i to widać od pierwszej do ostatniej strony jego książki. Ja też jestem teoretykiem w tych kwestiach, dzięki Bogu najwyższemu, dlatego nie będę tu wchodził w szczegóły. Swoją zaś krytykę prozy Antoniego Libery opieram na zeznaniach kilku moich, bardzo przystojnych kolegów, którzy w dodatku nie mieli nigdy skłonności do konfabulacji, ani żadnych – w przeciwieństwie do Libery – kłopotów z nawiązywaniem znajomości z płcią przeciwną. To są sprawy smutne, dewastujące emocje i nie nadające się do żadnych opisów, a najmniej literackich. Sprawy demaskujące cały ten system edukacji, który potem, po latach ludzie tacy jak Libera opisują niczym podróżnicy dziewiczą dżunglę pełną niebezpieczeństw. Libera, jeśli idzie o sferę emocji i różnych fascynacji, jest tak samo autentyczny jak Kapuściński opisujący dwór cesarza Hajle Selasje. Podsumujmy więc – jeśli z metra cięty kurdupel pisze o swojej młodzieńczej miłości do dystyngowanej nauczycielki, okraszając to różnymi intelektualnymi fascynacjami i koszarowym dowcipem, to ja w to nie wierzę. Sprawy bowiem mają się zwykle inaczej. O wiele gorzej.

Prócz tych bredni dotyczących „fascynacji” jest w książce Libery cały zestaw motywów standardowych demaskujących jego środowisko. Motywów płaskich i przewidywalnych, wykluczających jakiekolwiek indywidualne doświadczenie. To wszystko są grupowe przygody, w dodatku zmyślane dużo później niż to sugeruje autor. To nie są rzeczy przeżyte, to jest autentyczna fikcja, zapożyczona z innych, równie nieautentycznych książek…” (Coryllus – Mistrzowie pływania pod prąd)

podobne: O chłopcach w krótkich spodenkach oraz: O naturze zła czyli… „Wehikułem czasu” po „krainie grzybów”. O towarzyskich uwikłaniach, hodowli człowieków, sutenerach, detektywach, „piwnicy” w Ministerstwie Kultury i „Eurowizji” i to: Na chłopski rozum o „transmisji myśli w kosmos”, talencie wybrańców losu, transgresji i ektoplazmie „poezji” czyli… „o mafii bardzo kulturalnej” („arystokracji rozumu”) oraz magii Nobla Władysława Reymonta (alias Rejmenta-Balcerka) a także: Władysław Panasiuk: Artyści nie z tej ziemi czyli… w pogoni za sławą (i pieniędzmi) oraz o braku “złotego środka” czyli dwa cytaty z coryllusa i jeden z Kaczmarskiego. „A Ty siej…” polecam również: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa

Publiczne wyznania na temat uwodzicielskich sukcesów z czasów dzieciństwa są zawsze żałosne. Do tego tak głupie, że aż żal się takich „odważnych” (dorosłych) robi. To oczywiście dotyczy nie tylko mężczyzn, nie tylko z okresu dzieciństwa, i w zasadzie każdej tego rodzaju „zdobyczy”, pomijając już samą prawdziwość takich wspomnień z nauczyciel(k)ami (gdyż mogą być po prostu zmyślone)… Żal, bo jedyne co bije z takich opowieści po oczach to kompleksy, których opowiadacze dorobili się jako dzieci w zetknięciu z opowieściami swoich rówieśników, którzy im zaimponowali podobnymi historiami budząc jednocześnie niezdrową zazdrość. No a że się odstawało (nie tylko  wzrostem) od takich „doświadczonych” a chciało się dostawać ( należeć do „zdobywców”), więc każde niezaspokojenie takich ambicji, jawiło się dla młodego człowieka jako dramat, zwłaszcza jeśli nie posiadał on silnej osobowości, lub chociażby wiejskiego uporu. W konsekwencji takie dziecko potrafiło zrobić niemal wszystko, żeby się w takie towarzystwo wkupić… No i tak to niektórym zostało na resztę życia. Pomimo dorosłości i zdobytych pozycji ciągle siedzi w nich ten mały zakompleksiony dzieciak, który musi bez przerwy coś udowadniać, nie zważając na to że robi z siebie jeden z drugim durnia… I krzywdę, budując z tego rodzaju wspomnień ołtarz, na którym życzy sobie by choć na starość, dawni koledzy (i szersza publika) oddały/przyznały tamtemu dziecku cześć, nadając mu tytuł satyra roku. Czy to nie jest godne politowania, że człowiek wydawałoby się dojrzały, wykształcony i doświadczony, właśnie w tego rodzaju historiach upatruje sens życia, i że nie potrafi z godnością się zestarzeć dopóki nie dopisze do swojej listy „sukcesów” tego że kogoś uwiódł, i nie podzieli się tym publicznie?

A przecież można tego rodzaju doświadczenia wykorzystać inaczej. W tym miejscu zostawiam fragment (kolejny z serii) „Wyznań” św. Augustyna:

„…Wyznaję teraz przed Tobą, Boże mój, jakimi sposobami skarbiłem sobie pochwałę ludzi, których uznanie wydawało mi się wówczas sensem życia. Nie rozpoznałem tego wiru upodlenia, w jaki byłem rzucony z dala od oczu Twoich. Dla nich cóż mogło być wówczas wstrętniejszego ode mnie… Nie podobałem się nawet owym ludziom, gdyż ich nieraz okłamywałem — pedagoga, nauczycieli, rodziców — aby uzyskać wolny czas na zabawy i gry, którym oddawałem się z pasją, na oglądanie głupich widowisk, a wreszcie na naśladowanie tego, co widziałem na scenie. Nieraz to i owo kradłem ze spiżarni albo ze stołu, bądź przez łakomstwo, bądź też żeby dać chłopcom; chodziło mi o to, by chcieli się ze mną bawić. Wprawdzie i oni korzystali z radości zabawy, ale pomimo to kazali sobie za nią płacić. Często też pod wpływem zaciekłej ambicji górowania zapewniałem sobie oszukiwaniem zwycięstwo w grze. Nic jednak nie budziło we mnie tak wielkiego oburzenia i nigdy nie kłóciłem się tak wściekle jak wtedy, gdy na próbie oszustwa przyłapałem innych. Kiedy zaś mnie przyłapano i wymyślano mi, wolałem najgorszą nawet awanturę, byle tylko nikomu nie ustąpić.

Czy to jest owa dziecięca niewinność? Nie, Panie! Zmiłuj się, Panie! To nie jest niewinność. Zamiast pedagogów i nauczycieli będą królowie i prefekci, zamiast orzechów, piłek i wróbli — złoto, majątki, służba, a istota rzeczy pozostaje, przenika do lat dojrzałych. Tylko że rózgi nauczycieli zastąpione są gorszymi karami…

…W pierwszym okresie młodości zapragnąłem rozkoszy niegodziwych. Pozwoliłem na to, by serce, jak dziczejące pole, zarosło chwastami miłostek rozmaitych i nie przynoszących chluby. Przed oczyma Twymi wszystko, co było we mnie piękne, zgniło aż do rdzenia, gdy podobałem się samemu sobie i bardzo pragnąłem ludziom się podobać.

Jedyną moją troską było to, żeby kochać i być kochanym Ale nie poprzestawałem wówczas na takim przywiązaniu duszy do duszy, jakim jest wyznaczony słoneczny krąg przyjaźni. Opary wyłaniające się z mętnych namiętności okresu dojrzewania osnuwały i zaciemniały moje serce tak bardzo, że już nie umiało odróżnić pogody umiłowania od mroku żądzy. Jedno i drugie kipiało razem w pomieszaniu, gnając niedojrzałą jeszcze duszę przez urwiska pożądań i pogrążając ją w topielach grzechów. Gniew Twój rozżarzył się przeciw mnie, a ja nic o tym nie wiedziałem. Ogłuchłem od szczęku łańcucha doli śmiertelnej, co było karą za moją pychę, i odchodziłem coraz dalej od Ciebie, a Ty pozwalałeś na to. Miotałem się jak szalony, trwoniłem siebie, rozlewałem się jak bagno, kipiałem niegodziwymi czynami, a Ty milczałeś. O, późno poznany przeze mnie! Milczałeś ciągle, a ja coraz dalej odchodziłem od Ciebie, szedłem ku rzeczom wielu, ku coraz liczniejszym ziarnom, których jedynym plonem miał być ból — brnąłem tak w pysznej rozpaczy i w niespokojnym znużeniu…

…Oderwałem się od Ciebie i pozwalałem, aby niósł mnie prąd. Łamałem wszystkie Twoje prawa. I nie uniknąłem Twojej chłosty. Któż ze śmiertelnych może jej uniknąć? Ty zawsze byłeś przy mnie, srożąc się miłosiernie i skrapiając bezmierną goryczą wszystkie moje niedozwolone rozkosze po to, bym szukał takich, w których nie ma cierpienia. A takich nie miałem znaleźć nigdzie indziej, jak tylko w Tobie, Panie, w Tobie który przez cierpienie uczysz, uderzasz po to, by uleczyć zabijasz nas, abyśmy nie umarli daleko od Ciebie

…Szedłem prosto w przepaść, tak zaślepiony, że wśród rówieśników wstydziłem się będąc mniej splamiony, ilekroć słyszałem, jak się przechwalali swymi występkami. Tym bardziej się pysznili, im gorzej byli zbrukani. Oddawałem się więc występkom nie tylko pod wpływem pokusy samego czynu, lecz i dla chluby. Cóż jest bardziej godne wzgardy niż niegodziwe namiętności? A ja, by mną nie gardzono, brnąłem w coraz gorsze czyny. Gdy brakowało mi czegoś, abym mógł dorównać tym łajdakom, zmyślałem rzeczy, jakich nie popełniłem nie chciałem wydawać się marniejszy przez to, że byłem mniej splamiony, i nędzniejszy przez to, że byłem czystszy. Oto z jakimi kompanami kroczyłem przez ulice Babilonu, tarzając się w ich błocie niby w wonnościach i olejkach bezcennych. Abym zaś mocniej przywarł do zła, nieprzyjaciel przydeptywał mnie stopą. Kusił mnie, a ja dla jego pokus byłem łatwym łupem…” (Wyznania cz.3)

podobne: (bez)wstyd Jakóbiak i Ellen za dychę czyli… uważaj na świat stojący otworem. „Pochwała łotrostwa” i „Traktacik o wyobraźni” (Kaczmarskiego) oraz: „Nie ma ludzi” i Kisiel wbrew Kotarbińskiemu czyli… bardzo konkretne skutki społeczne religii, moralności, cnoty i nacjonalizmu. i to:ks. Adam Martyna: O cnotach kardynalnych a także: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości” polecam również: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos

Franciszek Żmurko – Przeszłość grzesznika. Siedem grzechów głównych

Reklamy

Na chłopski rozum o „transmisji myśli w kosmos”, talencie wybrańców losu, transgresji i ektoplazmie „poezji” czyli… „o mafii bardzo kulturalnej” („arystokracji rozumu”) oraz magii Nobla Władysława Reymonta (alias Rejmenta-Balcerka)


Aykut Aydoğdu – Człowiek i Owad

„Kiedy słyszę słowo kultura, odbezpieczam rewolwer” (Hanns Johst)

„Żeby coś, co sztuką nie jest, przeobraziło się w nią, wystarczy poprosić kuratora – niech namaści egzegezą. Kupa błocka, poddana krytycznej analizie, okaże się pełna wysublimowanych znaczeń” (Monika Małkowska)

Oprawę tekstu stanowić będzie obraz który jak sam jego autor (Kordian Lewandowski) słusznie zauważa czasem wart jest więcej niż przysłowiowe tysiąc słów. Chodzi o top 9 wystąpień polskich artystów współczesnychOglądanie filmiku nie jest konieczne dla zrozumienia o czym będzie pisane, a tylko nadmienię że jednym z bohaterów jest Pan Edward Dwurnik (eksportowy i „ulubiony artysta” ministra Glińskiego, odznaczony przez niego Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”), który stanowi niejako ideologiczną oprawę dla zaprezentowanej w materiale czeredy. Żeby wiedzieć bez oglądania z czym mamy do czynienia pozwolę sobie zacytować jego śmiałą tezę:

„…Prawdziwy malarz, prawdziwy artysta tworzy w rozpędzie po prostu. I jeśli ma coś do powiedzenia to jest ok. Prawdziwi malarze, jest ich bardzo mało… jest ich po prostu tylu [tu unosi dłoń i pokazuje pięć palców] po wojnie, może sześciu… dotykają… bardzo ważnych strun życia…. Ale dlaczego dotykają, i dlaczego tak się dzieje ja nie wiem. Ja nie mogę na to odpowiedzieć, bo tak jest, tak się stało no… I… albo istniejemy, albo k..wa, idziemy w zapomnienie i ch…, i ch… po nas” [brawa]… koniec cytatu

Na początek o tym jak to z tą sztuką i kulturą w Polsce było pisze (po nazwiskach) cytowana już wyżej Pani Monika Małkowska… (Odys)

„…Pole leżało odłogiem, niczyje. Dziki teren z żyłami złota, których istnienia nikt nie podejrzewał. A nawet jeśli, to brakowało urządzeń, żeby do nich dobrać. Mówię o zasobach w postaci sztuki. O wydobyciu ich i wprowadzeniu w rynkowy obieg.

Transformacja 1989 wymagała nowych ludzi na dyrektorskich stołkach. Nowych, znaczyło „nie umoczonych” i lepiej zorientowanych w realiach art worldu, niż poprzedni szefowie. Również kryty­ka wymagała odświeżenia, na podobnych zasadach.

Pierwsze wydarzenia wprawiały wszystkich w euforię. Rok 1990, Ministerstwo Kultury i Sztuki, pani minister Izabella Cywińska namaszcza dwoje takich nowych – Wojciech Krukowski obejmuje ster CSW-Zamku Ujazdowskiego; Barbara Majewska dostaje Zachętę. Wkrótce potem Anda Rotten­berg zostaje kuratorką Galerii Domu Artysty Plastyka, będąc jednocześnie dyrektorką Departamen­tu Sztuki w MKiS. W 1993 roku Rottenberg zakończyła pracę w DAP, by przez kolejnych osiem lat szefować najważniejszej polskiej instytucji artystycznej – Zachęcie. Dalsze zmiany w co ważniej­szych polskich galeriach wynikały z powyżej wymienionych i/lub były efektem postsolidarnościo­wych wyborów.

Do połowy lat 90. w polskiej sztuce hulało. Artyści chcieli wykrzyczeć wolność. Romantycy! Nie bali się żadnej formy ani tematyki. Ryzykowali i brali społeczne odium na klatę. Nie byli nastawieni merkantylnie, nie planowali karier. Ba, plasowali się w opozycji do aukcyjnych tuzów (bo zaczęły się pierwsze licytacje i wyłonili zwycięzcy). Twórcy z ochotą przekazywali prace na liczne aukcje charytatywne, gdzie młotek szedł w ruch przy sumie wywoławczej 100 zł. Nawet właściciele prywatnych galerii wciąż zachowywali się bardziej jak entuzjaści-amatorzy niż twardzi marszandzi nastawieni na zysk.

W drugiej połowie lat 90. klimat się zmienił. Zaczęły zarysowywać się frakcje, trakcje, akcje. I poja­wili się pierwsi poszukiwacze złota. Aroganccy, bezwzględni, młodzi. Chcieli zgarnąć co najlepsze, nade wszystko zaś objąć rząd dusz.

To oni utworzyli zaczyn instytucjonalno-komercyjnej sieci, przez którą nikt niepożądany (czytaj: nie­zależny i samodzielny) się nie przeciśnie.

Etap drugi: skręcanie sieci

Liderzy tego układu weszli w polskie ciało kulturalne jak w masło. Nie groziła im ani konkurencja, ani mechanizmy kontrolne. Ruszyli pokoleniową ławą – „młodzi wilcy”. Zastosowali nieznaną w PRL-u technikę: przykopywanie, skopywanie, dokopywanie. Poza agresją, ich głównym atutem był wiek.

Najszybciej sytuację rozpoznały dwie formacje: Fundacja Galerii Foksal i Raster. Ci pierwsi (Joan­na Mytkowska, Andrzej Przywara, Adam Szymczyk) wykorzystali znaną w świecie nazwę Galeria Foksal (pierwsza awangardowa galeria warszawska, istniejąca od 1966 roku, niezależna od polity­ki kulturalnej PRL-u, gdzie wystawiały międzynarodowe sławy) oraz jej kontakty. Manewr, który za­pewnił im łatwy start oraz ksywkę Foxy lub po prostu Lisy).

W przeciwieństwie do milkliwych Foxów, duet Łukasz Gorczyca i Michał Kaczyński czyli Raster ro­bił dużo hałasu. Zaczęli od wydawania magazynu literacko-artystycznego, który w 2000 roku prze­obraził się w „Internetowy tygodnik szybkiego reagowania”, byli obecni w kilku innych periodykach, przez pewien czas prowadzili telewizyjnego „Pegaza” (był taki program w Jedynce), tworzyli gale­rię, wydawali płyty. No i lansowali młodych zdolnych.

Trzeba przyznać – mieli nosa. I byli zabawni. Szybko stali się pupilami warszawki, skupiając środo­wisko dwudziestokilkulatków (temu służyła kultowa świetlica). Skonsolidowali grupę fanów, gotowych dać się za nich posiekać. W przyszłości miało się to okazać bezcenne.

Dowcipnie parafrazowali oficjalne nazewnictwo, wyrażając jednocześnie swój stosunek do zna­nych instytucji, typów, zjawisk. I tak Zachętę przechrzcili na Zniechętę, Zamek Ujazdowski na ZUJ, Dom Artysty Plastyka na DUPĘ; beztalent – to polski artysta…

…szum medialny wokół artystycznych wydarzeń miał nieocenioną wartość marketingową i nie tylko nie zaszkodził, lecz promował ich bohaterów.

Efekty? Skończyły się publiczne dyskusje wokół sztuk wizualnych. Wymiotło malkontentów, niedo­wiarków, pyskaczy z prasy, z mediów w ogóle. Coraz mniej osób ośmiela się zabierać głos w sprawie twórczości plastycznej, obawiając się obciachu.

Jednocześnie, sztukę odpuściła sobie niedoszła klasa średnia, wraz z postępującą pauperyzacją coraz bardziej indyferentna wobec wszystkiego, co nie dawało chleba i nie udawało igrzysk. Właśnie owa obojętność ze strony większości społeczeństwa po­zwoliła nowej grupie artystycznych decydentów na coraz większą brawurę…

(…)

Nikt nie chce czytać/słuchać o czymś, czego nie rozumie, a wstydzi się do tego przyznać. To wiąże się z manipulacjami, o których już była mowa.

Są też inne powody: krytyków zastąpili szeregowi dziennikarze, którzy po prostu kopiują/wklejają notki z PR-owskich zapowiedzi. I tak odbiorca dostaje niestrawną promocyjną papkę. Z blurbami nie da się pokłócić czy nie zgodzić – przecież to nie są niczyje opinie, tylko chwyt marketingowy. Daje to rezultat kuli śniegowej: niezrozumiałe „opisy” zrażają potencjalnych widzów. Niechęć do sztuki rośnie, zainteresowanie nią maleje…

w wielu redakcjach (zwłaszcza kultural­nych, bo to dziedzina, gdzie najtrudniej o obiektywną ocenę wiedzy i umiejętności) uformowały się grupy wzajemnego wsparcia, wykluczające kogokolwiek z zewnątrz. Nawet jeśli dochody są nie­wielkie, to nieustanne autopromowanie siebie i zespołu kolegów procentuje innym zyskami.

„Rodziny” wyeliminowały pośredników-ekspertów. Szybko zorientowali się, gdzie jest głowa układu scalonego. Krytycy sztuki są im niepotrzebni, ba! Niebezpieczni – mogą chlapnąć coś nie w smak decydentom. Kulturalni redaktorzy zwracają się bezpośrednio do kuratora czy artysty. Taki chętnie chętnie się wypowie, przez telefon czy na żywo; o każdej porze dnia czy nocy; całkiem gratis. Przecież to jego interes.

W takim układzie wszyscy są zadowoleni – redaktorzy nawiązują kontakty, przeprowadzają wywia­dy, wyjeżdżają na zagraniczne imprezy plastyczne. Z czasem – czasem bardzo krótkim – zaczyna­ją uważać się za fachowców. I tak utrwala się monopol medialno-kulturalny.

A krytycy? Im już dziękujemy, sami się obsłużymy. I wszystko zostanie w rodzinie.” [mm]

polecam lekturę całości tu: Mafia bardzo kulturalna (pierwotny tytuł: „Czego nie widać”)

Współczesna krytyka ma w zasadzie tylko jeden problem i streszcza się on w zdaniu – jak odróżnić wariata od oszusta? To jest problem poważny, bo jak pamiętamy szaleńcy są podstępni i zdecydowani na wszystko, a szaleńcy dążący do zdobycia sławy na rynku sztuki są najgorsi. Krytyk nie szuka więc wariata, którego będzie promował i który uzasadni istnienia krytyka, najważniejszej osoby na rynku sztuki. Krytyk, żeby przeżyć musi koniecznie znaleźć oszusta i zainwestować weń tyle ile zdoła. Oszust bowiem, dobrze sprofilowany i przynoszący dochody zapewni krytykowi spokojne życie do emerytury. Czasem oczywiście zdarzają się pomyłki i krytyk przekonany, że promuje uczciwego oszusta, z którym wespół kradł będzie pieniądze, myli się i wszystkie siły oraz emocje inwestuje w szaleńca. I wtedy robi się kłopot. System jednak już zdołał wytworzyć różne zabezpieczenia i po kilku wpadkach, które omówiliśmy sobie wczoraj, wszystko jest zabezpieczone. Żaden prawdziwy wariat nie zostanie już poetą, ani malarzem, ani nawet piosenkarzem rozrywkowym. Najważniejszym zabezpieczeniem przed inwazją wariatów na rynek sztuki jest gawęda o trasngresji. Co to takiego? W największym skrócie przekraczanie granic. Kajetan P., przekroczył granice, dziunia z Białej także je przekroczyła, a pewnie też kilku innych. Nie zrozumieli oni jednak, że nie o to chodzi krytykom. Nie o takie przekraczanie granic. Chodzi o to, by za pomocą gawędy o transgresji wycisnąć z frajerów parę złotych, dokładnie tak, jak się to odbywa na bazarach całego świata przy grze w trzy karty

…rzecz cała jest wpleciona w bardzo czytelne i sztywne konteksty o charakterze międzynarodowym. My je tutaj nazywamy krainą grzybów, a jeśli konteksty są nieco inne, bardziej łagodne, może dla nich użyć nazwy holocaust industry. I w zasadzie nic więcej prócz tych dwóch kierunków się w sztuce nie liczy…

nas to ominęło, ponieważ poezja i literatura nie miały u nas przez ostatnie 150 lat funkcji jawnie deprawacyjnych. Miały ten mechanizm w środku, ale dobrze ukryty. Poezja i literatura służyły po prostu temu, by integrować społeczność polską wokół idei wolności oddzielonej od Kościoła. W porównaniu z tym co się działo na rynku literatury francuskiej w tym samym czasie, to jest kaszka z mleczkiem. Przez ów dziwny skręt literatura polska była przez wiele lat określana jako lokalna, zapóźniona, generalnie gorsza niż to co powstawało w innych krajach. Dziś widzimy, że miała po prostu inną funkcję. Nie ma się co tym jej przeznaczeniem ekscytować, ale trzeba stwierdzić fakt. Dziś kiedy zintegrowane społeczeństwo polskie nie jest nikomu do niczego potrzebne rozwala się je komunikatami mającymi rangę sztuki, które służą wyłącznie temu by nie można było w jednym miejscu zgromadzić jednakowo myślącej i jednakowo przeżywającej emocje publiczności. Żadnych innych funkcji to nie ma. No, może jeszcze jedną. Jeśli weźmiemy pod uwagę ambicje tego całego Solczaka* i jego poetyckie wykwity przyjdzie nam przyznać, że ta destrukcja służy temu także, by naganiacze mogli sobie podnieść samoocenę i mieli poczucie wyższości w stosunku do prostych bandziorków chadzających z łomem na robotę, ale to już naprawdę wszystko...” (coryllus – O największych problemach współczesnej krytyki)

Solczak (Maciej) typ którego Marcus wysłał po Magdę do Egiptu pisze wiersze. A oto próbka jego twórczości:

Palę dziewice na stosie, jedna za drugą, do ognia dokładam.
Wciągam ten miód w płuca, puszczam z dymem ich ciała, co nad punktem ogniska fale zatacza.
Morduję je wcześniej, w pożądania szczycie, rozczłonkowuję delikatne ich ciała.
Zazwyczaj ostrymi nożyczkami odcinam im głowy, ciacham, szatkuję dziewczęce członki w pełnym skupienia zachwycie.
Nic na to poradzić nie mogę, w przyjemności szale, przecinam jej właśnie system nerwowy.
Pękają pod naciskiem ostrzy nożyczek, z chrzęstem, na pół kruche trichomy.
Zagarniam na stos te zielone ciała, co los ich przypieczętowany, co straciły życie.
Przejdą materii ognia przemianę, w wyższym celu je poświęciłem.
Szaleństwo lecz znowu przykładam pochodnię, słyszę ciche ciał skwierczenie, gdy dym w nozdża wdycham.
Wchłaniam dziewczęce ich dusze jak Kronos, boskie przymierze.
Gdy tylko jeden stos palić zakończę, drugi zawijam w bletę.
Mówią, że jestem morderca, co litości nie zna, nie cofnie się przed niczym.
Nie słucham, z Salamandrą znów ogień podkładam, zaciągam się dymem, twarz uśmiechniętą Jej widzę.
Płonie stos żarem wyraźnym, dym tłoczę w swe płuca, z powietrza tlenu dodaję, oczy zamykam.
Jestem zieleni killerem, bezwzględnym gangsterem, co morduje najlepsze topy.
Z fajki dym, gdy zawrzesz ze mną przymierze, na osobności, tak między nami: morduję tylko świadomości wierszami.

koniec cytatu…

więcej na temat tej sprawy u Toyah’a: O biednej Magdzie i jej trzech fantastycznych kolegach, czyli Szatan Jest Nudny

 podobne: Gazeta Wyborcza i kult tolerancji dla pedofilii czyli… kogo ochrania i kto zarabia na Lex Trynkiewicz. O grzebaniu w psyche i „świat na opak”

Jacek Malczewski – Błędne koło

Na osobności (tak między nami) powiedzmy więc sobie szczerze że to nie jest „tylko taka konwencja” i „styl”. Za tym, „z rozpędu” jak to uzasadnia Pan Dwurnik (jeden z sześciu „prawdziwych artystów” licząc na palcach jednej ręki) idą potężne emocje… i oswajanie/zatruwanie własnej (i cudzej) wyobraźni „czystym” złem, którego nie da się usprawiedliwić żadnym „talentem”, ani potrzebą manifestacji, czy zaistnienia, poczucia wspólnoty/współodczuwania. Bardzo łatwo jest „współodczuwać” z autorem jeśli jest się podatnym i otwartym na jego słowa (zwłaszcza jeśli imponuje nam jego wyobraźnia/erudycja), ale ja bym tego nie nazywał współodczuwaniem ani „pokrewieństwem dusz”. To jest nic innego jak uleganie/podatność na… (i tu w zależności od intencji odbiorcy/autora) potrzebę akceptacji/przynależności, albo manipulację/posiadanie.

To jest prosta droga do tego (tu pozwolę sobie jeszcze raz Pana Dwurnika zacytować) żeby było „ch… po nas”. I nie mam na myśli tak prymitywnych zakusów jak cytowany wyżej wytwór, który jest oczywisty jak aktor (ob)sceniczny co to zdjął spodnie przed publiką i pokazał to i owo, ale chodzi mi przede wszystkim o te bardziej subtelnie i inteligentnie zamaskowane autoprezentacje/manifestacje, które na pierwszy rzut oka brzmią i wyglądają jak niewinne „poezje”, ale po których przeczytaniu pozostaje w głowie mętlik i bliżej nieokreślony niepokój. Co i mnie się jeszcze do niedawna zdarzało po wpadnięciu tu i ówdzie (z rozpędu)… (Odys)

„…Nie mam tu zamiaru zajmować się psychiką zbrodniarzy klecących wiersze, bo gdyby to ode mnie zależało poszliby oni wprost z sali sądowej na krzesło elektryczne. Jak dobrze wiecie nie pójdą. Ani ta wrażliwa dziewczynka, która była tak daleko poza dobrem i złem, że zamordowała rodziców swojego chłopaka, ani Kajetan P. Oboje będą dalej egzystować na nasz koszt, nie czując skruchy i żadnych wyrzutów. Żeby nie zaniżyć poziomu dyskusji, zostawmy rozważania prawno-psychologiczne na boku i przejdźmy do sprawa ważnych czyli dotyczących rynku.

Rynek poezji jest wyjątkowo wprost ubogi, nie tylko jeśli idzie o talenty, ale także jeśli idzie o pieniądze. Stanowi on jedno z kilku pięter narracji propagandowych, które w teorii obstawione winno być przez osoby najwrażliwsze i czujące najwięcej. To jest nieprawda i nie trzeba tego udowadniać. Wystarczy posłuchać jak beznadziejnie piszą i bredzą poeci współcześni. Rynek poezji nie służy utrzymywaniu poetów, służy utrzymywaniu krytyków, a ci z kolei są elementem starych, czerwonych hierarchii, którymi poprzerastana jest nasza ojczyzna.

Nie jest łatwo wypromować nawet nędznego poetę w sytuacji kiedy edukacja w Polsce w zasadzie nie działa, a Polacy jako odbiorcy treści, jako społeczność, podlegają ciśnieniom nie spotykanym wcześniej. Trudno znaleźć treści, które przyciągnęłyby uwagę jakiejś, nawet małej, grupki czytelników. Tym trudniej, że rynek poezji pełni także funkcje propagandowo-deprawacyjne. Trzeba więc trzeba, i to jest rola krytyków, promować treści zrozumiałe dla jak największej grupy osób, które od biedy mogą uchodzić za poezję. Nie rymowaną rzecz jasna, ale wolną i głęboką, a do tego jeszcze dewastują wrażliwość i odwracają naturalne hierarchie dobra, prawdy i piękna. To w takich właśnie bajorkach lęgną organizmy podobne do Kajetana P i tej całej dzidzi z Białej Podlaskiej. I niech się nikomu nie zdaje, że bajorka te powstają same, po większych deszczach. One są pracowicie tworzone i pielęgnowane przez architektów tych zatrutych ogrodów, którzy muszą mieć pewność, że nie zostaną wysadzeni z rynku dającego im utrzymanie i pozycję. Cechą zaś charakterystyczną tych ludzi jest brak poczucia winy za to co wyhodowali. Z wielką chęcią za to osoby te obarczają rozmaitymi winami bliźnich, nierzadko będących bohaterami promowanej przez nich poezji…” (coryllus – Poeci)

podobne: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki? oraz: Prawo do literatury… W połowie „dobry” i to: „Muza nie żyje”: Kiedy sztuka jest wyrazem wysokiej kultury? „Jezus wyszydzony”: Zmaganie się o duszę tego świata  a także: Leszczyna czyli… coryllus o Młynarskim. Po co nam talent?

„…Toyah umieścił wczoraj na swoim blogu (Czy w Ministerstwie Kultury powstaje Departament Grzybów?) link do nowego filmu z serii Kraina Grzybów, który, wraz z jakimiś wykładami, będzie prezentowany w placówkach muzealnych dotowanych przez państwo. To jest oczywiście oburzające. Nie jest jednak najważniejsze. Do niedawna bowiem było tak, że artyści-oszuści, żyjący z pieniędzy budżetowych narzekali na publiczność, która nie prowadzi z nimi dialogu, bo ich nie rozumie. Potem okazało się, że tylko niektórzy rozumieją głębię sztuki nowej i to z nimi ma prowadzić dialog publiczność, a oni będą jej objaśniać o co chodzi. Dziś dzięki krainie grzybów doszliśmy do momentu, kiedy artysta mówi wprost – mam w du…ie dialog z publicznością, dawać forsę. To jednak nie wszystko. Mówi jeszcze wprost skąd wyrastają mu nogi, a raczej rogi. Skończyły się żarty, nie rozumieliście czego dotyczy sztuka nieprzedstawiająca i szydziliście z niej, teraz macie to powiedziane wprost – dotyczy ona diabła i jego spraw. Musicie za oglądanie tego diabła i jego spraw zapłacić, a jeśli tego nie zrobicie pan minister od dobrej zmiany będzie się gniewał. Okaże się bowiem, że jesteście przeciwko kulturze i chcecie żyć jak świnie, tylko dniem dzisiejszym, taplając się w błocie. Chodzi zaś o to, by kultura była różnorodna, to znaczy, żeby było w niej miejsce dla wszystkich, także dla czcicieli złego, takich jak Szczepan Twardoch. W tym momencie Szczepan uśmiechnie się szeroko i pomyśli, no nareszcie, teraz to będzie promocja….Zrobią ze mnie satanistę. Otóż nie będzie żadnej promocji, bo nie będzie tła. Nie do tego przecież zmierzają ludzie mówiący o różnorodność i rozkwitaniu tysiąca kwiatów, żeby tę różnorodność zagwarantować. Chodzi o to, żeby nie było niczego poza bardzo poważną dyskusją o niczym. I to właśnie jest istotnym celem projektu ‘Kraina grzybów”. Znajduje to natychmiastowe przełożenie na reakcję publiczności, którą jest stupor i milczenie. Mamy patrzeć i milczeć. Gwarancją bowiem sukcesu tego wydarzenia są dotacje ministerialne i krysza, jaką daje instytucja państwowa…” (coryllus – O praktycznym znaczeniu złudzeń)

„Jestem Bogiem! Uświadom to sobie…” śpiewał jeden popularny do dziś w niektórych kręgach artysta (niektórzy nazywają go poetą) zestawiając ów atrybut z posiadaniem „pier…..ej schozofrenii”, a wszystko w nadziei że „jeszcze oszaleją wszystkie pi..y” gdy poznają jego „urok osobisty – Duszę artysty” bo taki jest „skromny i bystry”… po czym nastąpił „ch… z nim” (cytując klasyka) bo z tego „rozpędu” (za klasykiem) oraz żeby „nie pójść w zapomnienie” (cytując klasyka) sam odebrał sobie życie… Dobry Panie Boże świeć nad jego duszą i zmiłuj się nad nim nawet jeśli w chwili popełniania tego „dzieła” był „w pełni poczytalny” a „za czyny swe odpowiedzialny”, jak „tenktórynieprzepuszczażadnejokazji” który pierwszy wpadł na pomysł żeby powiedzieć Panu Bogu że sam jest bogiem, i od tamtej pory podsuwa niektórym ludziom tego rodzaju pomysły zawierając z nimi swoistą „pakto… fonikę”.

Nie wiem czy miał ów biedny człowiek jakichś naśladowców, ale na pewno znane są czytelnikom przypadki kiedy po śmierci „wielkich artystów” miały miejsce samobójstwa ich fanów, co z kolei napędzało „spuściźnie” kolejnych wyznawców i naśladowców… Teraz będzie kilka słów o owej spuściźnie, bo tak jak za duszę tych nieszczęśników powinno się modlić, tak to przez co (a nie „za co” jak wolą udawać „krytycy”) zgineli powinno się potraktować całkiem inaczej… (Odys)

„…Był to prosty chłopak, gdzieś z przedmieścia, postawny i przystojny. Tak się jednak złożyło, że odkrył w sobie różne niezwykłe zdolności, a potem postanowił na nich zarabiać. No, ale z cudami jak jest, sami wiecie. Raz się cud uda, a drugi raz nie. Jeść zaś, pić i gdzieś spać trzeba. Pomagał więc sobie Guzik sprytnie w cudotwórstwie, a jego popisowym numerem było wyciągania z zaświatów ektoplazmy. Była to cienka, przejrzysta materia, która sama z siebie układała się w ludzkie kształty na oczach zdumionych widzów, którzy wykupili bilety. Wszystko odbywało się po ciemku. Tak się niestety złożyło, że jakiś żartowniś za nic mając niemałą przecież kwotę, jaką wpłacił za uczestnictwo w seansie, zapalił znienacka światło. I wtedy okazało się skąd rzeczywiście bierze się ektopalzma. Ona się mianowicie, przepraszam Panie raz jeszcze, bierze z du…y. Guzik zawijał na ścisk długie kawałki przejrzystej gazy, a następnie pakował sobie te zwitki w tyłek. W czasie seansu zaś wyciągał i rozwieszał na krzesłach i lampach. Jak się pewnie wszyscy już zorientowali upodobania Guzika musiały być inne niż Ochorowicza, albowiem zmuszony był on do zachowywania nieznanej temu pierwszemu higieny. Ektoplazma bowiem tak jak bryndza w stołówce Domu Literata w Moskwie, musi być biała. Nie może być żółta, brązowa, a już w żadnym wypadku nie zielona. I Guzikowi przez długi czas udawało się zachować biel ektoplazmy, ale wreszcie wpadł…

…W tym wszystkim najbardziej zdumiewająca jest ta ektoplazma, myślę, że można nazwę tę stosować wymiennie z nazwą kultura środowiska. Choć pewnie wiele osób zechce się w tym miejscu obrazić, a nawet unieść…” (coryllus – Skąd się bierze ektoplazma)

podobne: „Kupa gówna” (w puszce) kontra czar polskiego pejzażu czyli traktat o sztuce a także: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa polecam również: (bez)wstyd Jakóbiak i Ellen za dychę czyli… uważaj na świat stojący otworem. „Pochwała łotrostwa” i „Traktacik o wyobraźni” (Kaczmarskiego)

„…Powiedzieli mu, że został „wybrany do głoszenia i zwyciężenia głosem materii”. On na to – że jest dekadentem i nie ma środków do spełniania duchowej misji. Obecni, „porozumiawszy się ze sobą, zapewnili całodzienne utrzymanie, pomoc naukową itd. Franku – kończył list do brata – nie jestem pod wpływem halucynacji (…), gdy sobie pomyślę o tym, co mnie spotkało, o kierunku, w jakim życie moje popłynie, boję się o siebie, boję się wprost zwariować”.

Odtąd, już jako członek Warszawskiego Towarzystwa Psychologicznego, do którego celów należało „przeciwdziałanie kierunkowi materialistycznemu za pomocą rozkrzewiania idei spirytystycznych”, Reymont wybrał się – jako medium – do Wrocławia, Berlina i do Wiednia. W grupie ezoteryków znalazł się wybitny krytyk, redaktor „Tygodnika Ilustrowanego”, Ignacy Matuszewski.

Reymont został wybrany. Od tej pory wszystko potoczyło się szybko – pracowitość utalentowanego pisarza przekonała szlachetnych, że właściwemu człowiekowi wytyczają drogę kariery. Jego przyszłość rysowała się świetnie: entuzjastyczne głosy krytyki i czytelników po ukazaniu się niezwykłej „Pielgrzymki do Jasnej Góry”, nad wyraz osobistego reportażu z pielgrzymki w roku 1894, w setną rocznicę Insurekcji Kościuszkowskiej: tego jeszcze nie było: ostrość obserwacji i jakiż sugestywny koloryt opisów! Niebawem kolejny sukces: przejmująca powieść z życia aktorów „Komediantka” (realia z autopsji: autor za młodu uciekał z domu, jako aktor pędził żywot w trupach wędrujących po kraju). I w niej, i w następnej powieści „Fermenty” pokazał, że ludzie sztuki w grupie niewiele się różnią od zwykłych śmiertelników: tak samo są tam wykorzystywani – i wyzyskiwacze.

Książki Reymonta stawiano w rzędzie tuzów: Orzeszkowej, Zapolskiej, Karola Huberta Rostworowskiego. Rozpoczęła się rywalizacja między nim a młodszym odeń o rok Żeromskim.Do pozazdroszczenia: przebierał w ofertach wydawców. Imponujące zaliczki; nic, tylko siadać i pisać. Tak, ale te wyjazdy: zapoczątkowane w 1894 r. podróżą do Londynu na zjazd The Theosophical Society. On, z przeraźliwymi lukami w wykształceniu, przez przypadek czeladnik krawiecki, niedoszły organista etc, etc… I taki świat!” (jestnadzieja 1 maja 2017)

John Anster Fitzgerald – Sen Artysty

„…Lorentowicz nazywa go samorodnym talentem, a my zaczynamy się zastanawiać jak to jest możliwe, że człowiek który skończył zaledwie podstawową, wiejską szkołę, został nagle literatem, a potem noblistą…

…W Paryżu pan Władysław opowiadał Lorentowiczowi, że jego nazwisko pochodzi wprost ze Skandynawii on sam zaś jest potomkiem wikingów. W tych samych latach mniej więcej, podobne bzdury, tyle, że nie w Paryżu, ale w Rouen opowiadał Flaubert, a możemy o tym przeczytać w dzienniku Goncourtów. Był to więc wśród literatów nowej epoki pewien stały zaśpiew.

W rzeczywistości człowiek, którego burzliwy życiorys tu omawiamy nie nazywał się ani Reymont, ani Rejment, tylko Balcerek. Jego ojciec zaczął się podpisywać Balcerek-Rejment, potem tylko Rejment, a on zmienił sobie, sam z siebie, czy też pod wpływem wydawców, nazwisko na Reymont. I tak już zostało. Reymont był absolutnie głuchy na to co nazywamy kulturą. Nie miał żadnego wykształcenia, a swoje pierwsze duże pieniądze zarobił oszukując komisję kolejową wypłacającą odszkodowania. Miał wypadek w Lipcach, kiedy pracował jako dróżnik. Trafił do szpitala z połamanymi dwoma żebrami. Tam jednak jeden z lekarzy, w wiki piszą, że był to doktor Jan Roch Raum, sfałszował zaświadczenie i napisał w nim, że Reymont ma 12 złamanych żeber oraz obrażenia głowy i nie wiadomo czy kiedykolwiek będzie zdolny do pracy umysłowej. Pan pisarz dostał w wyniku tej operacji 38 500 rubli. Była to suma astronomiczna. My zaś dzięki opisowi tej przygody dowiadujemy się, ze za cara, w czasach dzikiego kapitalizmu, opisywanego przez tegoż Balcerka-Rejmenta-Reymonta w powieści „Ziemia obiecana” prosty kanciarz, który obiecał działkę medykowi, mógł stać się bogaczem. O tym co ile kosztowało z rzeczy potrzebnych do życia przeczytacie sobie w nowej Baśni. Kwota wyłudzona przez Reymonta pozwoliłby mu na wyjazd do Ameryki i urządzenie się tam w dowolnym mieście. Spróbujcie wy dziś wyłudzić coś z ZUS-u, albo choć zagarnąć jedną emeryturę w wysokości 1000 złotych po zmarłej babce. Marny wasz los. Socjalizm pokonał kapitalizm i postaci tak świetlane i wielkie jak Karol Borowiecki, Max Baum i Moryc Welt odeszły w przeszłość. Triumfuje Władysław Stanisław Balcerek vel Rejment alias Reymont. On już doskonale wiedział jak i gdzie trzeba uszczelnić system, żeby żaden prawdziwie poszkodowany robotnik nie dostał od ludowego państwa ani grosza. Drugim biznesowym posunięciem pana Władysława był ożenek. Wybrał on na małżonkę Aurelię Szabłowską z domu Schatzschnejder – podaję za wiki. Rozumiem, że była to wdowa z pieniędzmi. Kolegów proszę o odnalezienie różnych szczegółów na jej temat. Po takich operacjach Rejment mógł jeździć gdzie chciał, nocować gdzie chciał i kupować co mu przyszło do głowy.

Wróćmy teraz do tego stowarzyszenia umarłych poetów założonego przez Wiktora Margueritte. Była to hucpa co się zowie, głównie ze względu na Balcerka-Rejmenta, który nie miał po prostu pojęcia o niczym. Swoją edukację w zakresie szkoły średniej i wyższej uzupełniał słuchając w kawiarniach bredzenia Zenona Przesmyckiego Miriama, z którym pił i jadał. Miriam wygłaszał długie monologi na temat książek i postaci historycznych, a Reymont to łykał i popisywał się tym potem przed innymi ludźmi. Kiedyś chciał pokazać jakiemuś Polakowi jeden z cudów Paryża – Saint Chapelle, ponieważ jednak był absolutnie niewrażliwy na sztukę w ogóle nie wiedział o co chodzi z tymi zachwytami nad pięknem, zaprowadził gościa do piwnicy kaplicy i tam opowiadał mu z emfazą oszusta to, co kiedyś usłyszał w kawiarni od Miriama czy Lorentowicza. Gość zorientował się, że ma do czynienia z osobnikiem w najlepszym razie zaburzonym, ale potraktował go łagodnie i po prostu wyprowadził z piwnicy na główny poziom Saint Chapelle by Rejment zobaczył jak wygląda architektura gotycka…

…Najlepsze są jednak okoliczności w jakich Reymont dostał Nobla. Ta nagroda była szykowana dla Żeromskiego. Przygotowywano ją przez ładnych parę lat przekupując i goszcząc na koszt ambasady różnych szwedzkich akademików. Okazało się jednak, że jeden z głównych rozgrywających przeczytał „Wiatr od morza” i oskarżył Żeromskiego o antygermańskość, co w Szwecji nie było nigdy dobrze widziane. Wydrukowano też po szwedzku „Chłopów”, ale tylko pierwszy tom, bo rzecz w ogóle nie szła. Reymont nie miał żadnych szans. Okazało się jednak, że nagrodę dostał, a to za sprawą interwencji rządu Witosa i polskich konserwatystów, a konkretnie Grabskiego, który uważał Balcerka Rejmenta Reymonta za endeka, Żeromskiego zaś za socjalistę piłsudczyka…

…na koniec przypomnę jeszcze tylko, że serce Balcerka wmurowano w filar kościoła św. Krzyża w Warszawie, a Sejm III RP ogłosił rok 2000 rokiem Reymontowskim.

I jeszcze jedno. Na tym przykładzie, podobnie jak na przykładzie Wiktora Margueritte dobrze widać do czego służą pisarze realiści. Do zakłamywania obrazu rzeczywistości. Do łgania w żywe oczy na temat prowadzenia się wiejskich i miejskich dziewczyn oraz tego jak wyglądała praca w fabryce i dziki kapitalizm. No, ale jak ktoś wyłudził prawie 40 tysięcy rubli to co mu można było zrobić? Bogatemu, jak to mawiają, nikt nie zabroni. Dziękuję Państwu za uwagę. Niech się święci Pierwszy Maja.” (coryllus – O ludziach, którzy nie są tym kim się wydają)

podobne: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości” oraz: Studiować każdy może… ale nie każdy widzi w tym sens. Inteligencki etos żeromszczyzny

„…powieść „Chłopi” podobnie jak powieść „Ludzie bezdomni” Żeromskiego została napisana na zlecenie Bronisława Natansona, człowieka naprawdę niezwykłego i wielkiego, który zasługuje na swojego biografa. Kłopot w tym, że nie ma takich ludzi, nie istnieje nikt, kto w słowach prostych i jasnych opisałby dzieje tego pana i jego przedwczesną i niezrozumiałą śmierć. Natanson wiele ryzykował podejmując działalność wydawniczą, a ludzie tacy jak Reymont i Żeromski nie ryzykowali absolutnie nic. Byli jak te cielęta na łące, nie kumali nawet po co i dlaczego Natanson płaci im za te książki tak horrendalne honoraria. Byli przekonani, że jedynym powodem jest wielkość ich talentu. W takiej właśnie wierze utrzymują ludzi różne „arystokracje rozumu”, do tego są powołane, żeby stwarzać rzeczywistość alternatywną i fikcyjne hierarchie, które są potem przedmiotem zajadłych sporów akademickich. Prawda zaś jest ukryta i taka musi pozostać, a powód tego jest dziś jeden tylko właściwie – utrzymanie w jako takim porządku systemu edukacji w języku polskim, systemu nie nadającego się do niczego i nie dającego nikomu żadnej szansy.

Jeśli zaś idzie o Reymonta i Żeromskiego, to prócz wspomnianych tu wczoraj przygód mieli oni także inne. Oto umieścił ktoś tutaj cytat będący relacją ze ślubu pana Władysława, który odbył się w Krakowie. Ślub ten brał Reymont z babą straszliwą, łasą na pieniądze, przystojną i bezwzględną przy tym, panią Aurelią. To ona najprawdopodobniej go wykończyła, kiedy już dostał tę całą nagrodę Nobla z poparciem Witosa i Grabskiego. W czasie zaś jazdy na uroczystość zaślubin towarzyszący młodej parze Wyspiański, też nieźle ożeniony, z wiejską tym razem wariatką, zapalił papierosa. Wyrzekł przy tym słowa znamienne – skoro to rosyjski papieros, to trzeba go spalić. Towarzystwo bowiem było nastawione bardzo buntowniczo w stosunku do największego zaborcy. Jak niełatwe były relacje pomiędzy pisarzami, wydawcami i czytelnikami niech zaświadczy kilka faktów. Oto Władysław Stanisław Balcerek-Rejment-Reymont podpisał się, w niewiele lat po spaleniu przez Wyspiańskiego rosyjskiego papierosa, pod dziękczynnym telegramem do księcia Mikołaja Mikołajewicza Romanowa, autora słynnej deklaracji skierowanej do Polaków w pierwszych dniach wojny. Reymont napisał tam następujące słowa

krew synów Polski, przelana łącznie z krwią synów Rosyi w walce ze wspólnym wrogiem, stanie się największą rękojmią nowego życia w pokoju i przyjaźni dwóch narodów słowiańskich

Jak na człowieka, który brał ślub w Krakowie, miał kłopoty z władzami i był przez te władze wydalany za granicę, to wcale nieźle.

Cofnijmy się nieco w czasie. Wydawca obydwu polskich geniuszy – Żeromskiego i Reymonta, Bronisław Natanson, żeby w ogóle rozpocząć działalność edytorską, jakże przecież buntowniczą i onieśmielającą niektórych, jakże rewolucyjną, musiał wpierw przekupić generała Onoprijenko, wpływowego żandarma, szefa policji tajnych, jawnych i dwupłciowych.

Żeromski zaś, człowiek zamieszany w wiele podejrzanych przedsięwzięć, socjalista, bojownik o prawa ludu i godność najbiedniejszych, człowiek zatrzymany przez żandarmerię i trzymany w cyrkule przez całą noc z gorączką, gdzie żandarmi nie okazywali żadnego szacunku dla jego talentu, doczekał się jeszcze przed pierwszą wojną światową ośmiotomowego wydania swoich dzieł w mieście Petersburg. Naprawdę…” (coryllus – Arystokracja rozumu)

podobne: Kultury dobre i złe, oraz reglamentacje, prowokacje i profanacje czyli… materialna i niematerialna sztuka rewolucji. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu oraz: Historia i sztuka przez pryzmat fiuta, czyli… i to: Władysław Panasiuk: Artyści nie z tej ziemi czyli… w pogoni za sławą (i pieniędzmi) oraz o braku “złotego środka” czyli dwa cytaty z coryllusa i jeden z Kaczmarskiego. „A Ty siej…”

„Rodziną Stefana Talikowskiego była żona Reymonta, Aurelia. Była ona super damą na skalę europejską, na wiele zachowań Reymonta reagowała pobłażliwie, ale wielokrotnie widać było jej interwencje. Jeśli ktoś pogubił się w chronologii wydarzeń, uprzytamniam, że pierwsze kontakty zakończone zaręczynami miały miejsce dość długo, a nawet bardzo długo przed zdobyciem przez Reymonta pieniędzy za odszkodowanie za katastrofę kolejową, nie mówiąc o nagrodzie Nobla, którą otrzymał pod koniec swojego życia. Rola Lolka Schatzschneidra [2] w nękaniu kolei i wydobywania kolejnych zaliczek przesądziła o powodzeniu procesu.
Aurelia wprowadziła go w wielki świat, który wtedy nazywał się „odpowiednim towarzystwem”. Nawet majątek Jakimowicza, pochodzący z wygranej na loterii nie był w stanie konkurować z koligacjami żony. To dwa światy, których zetknięcie nazywano mezaliansem. Ocena z pozycji chwili obecnej nie ma nic do rzeczy. Bez dostania się do „wyższych sfer” Reymont nie mógł mieć takiego życiorysu, jaki znamy, nie było by wygranego procesu z koleją i zgłoszenia do Nagrody Nobla. Dlatego wyfraczonego laureata Nagrody Nobla tak chętnie w pewnych kręgach chciano by widzieć jako samouka w chłopskiej sukmanie, bez znajomości obcych języków, bez wykształcenia, bezkrytycznie praktykującego katolika. Ale Aurelia dbała o godność swego męża, nawet wtedy, gdy nie patrząc na dekalog ją zdradzał. Szkoda, że na grobie Reymonta jest tylko wzmianka, że pochowano tam również żonę, ale bez jej nazwiska panieńskiego.
Rozdział ten nie ma charakteru monografii o życiu Reymonta. Jest wyłącznie próbą zwrócenia uwagi na niebywałą ilość zakłamań, przeinaczeń, przerysowań, świadomych przemilczeń zmieniających znaczenie podanych faktów, pominięć mających zasadnicze znaczenie dla kariery, naciąganie interpretacji postępowania Reymonta by uczynić go „jednym z naszych”. Sam Reymont za życia nie prostował tych zakłamań, a nawet tworzył nowe kłamstwa, do niektórych przyznając się przyjaciołom. Kłamstwa te miały w jego świadomości charakter gry aktorskiej, fikcyjne zdarzenia i jego w nich rola miały być ciekawym spektaklem teatralnym, który nie tylko miał się podobać, ale i wywoływać zamierzone przez niego reakcje widowni i słuchaczy. Uważał, że jako człowiek sztuki ma prawo do pewnych przerysowań, ubarwień, tworzenia wizji pewnych zdarzeń i nie ma to nic wspólnego z faktami natury historycznej. To, że się tym artystycznym spojrzeniem na świat nie rozstawał w prozie życia, wywoływało żarty i prześmiewki, jak na przykład jego raport służbowy o śmiertelnym wypadku na torach w jego odcinku drogowym…” (jestnadzieja 2 maja 2017)

podobne: Mesjanizm i człowiek sowiecki w polskiej duszy a także: Czas odkrywa prawdę (historii) czyli… ile jest wiedzy w wykształceniu i po co nam uniwersytet? polecam również: Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjach i jeszcze: O godności kobiety w Islamie, walce z „własnością prywatną”, i trosce socjalistów o szczęście wszystkich obywateli

Antonio Balestra – Time Discovers Truth

Nobel Dylana i promocja obłędu za publiczne pieniądze w „fabryce bestselerów” czyli… Paranienormalny(ch) „klub literata i literatki”.


Koci artysta (sztuka nowoczesna)

„…jak grzyby po deszczu mnożą się objawy zdziczenia, które nie omijają nawet najszacowniejszych, zdawałoby się, gremiów. Oto tegoroczną Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury uzyskał Bob Dylan, amerykański piosenkarz, który tak naprawdę nazywa się Robert Zimmerman. Jak tak dalej pójdzie, to tylko patrzeć, jak Nagrodę Nobla z literatury dostanie Doda Elektroda. Ale czegóż można było się spodziewać, skoro wcześniej literackie Noble podostawały takie osobistości jak Wisława Szymborska za rozmaite pimpoletki („Rózio pisze pimpoletki, w lila rzucik miewa sny, do tęczowej epruwetki czule zbiera własne łzy…”), Dario Fo, który właśnie też taktownie umarł, albo Elfreda Jellinek. W przypadku Elfredy Jellinek, której twórczość koncentruje się wokół rozmaitych otworów kobiecego ciała, podobnie zresztą, jak w przypadku Boba Dylana, pewną rolę mogły odegrać pierwszorzędne korzenie, bo skoro padł rozkaz, żeby nosić Żydów na rękach, to i komitet noblowski też się poczuwa, a poza tym w przypadku Dario Fo i pani Jellinek, nie mówiąc o pani Szymborskiej, mamy jeszcze jeden wspólny mianownik w postaci przynależności do partii komunistycznej. Widać, że żydokomuna ma okres dobrego fartu, no ale cóż zrobić, skoro Pan Bóg, który co i rusz zsyła na świat rozmaite dopusty, akurat zesłał nam taki? Nawiasem mówiąc, święta Faustyna Kowalska zapisywała w swoim „Dzienniczku”, co Pan Jezus jej opowiadał w czasie licznych objawień. Któregoś razu opowiadał jej, jak postępuje z zatwardziałymi grzesznikami: upominam ich – mówił – głosem sumienia, upominam ich głosem Kościoła, zsyłam na nich przygody, które mogą człowieka skłonić do opamiętania, a jak nic nie pomaga, to spełniam wszystkie ich pragnienia. Wprawdzie aż nadto wyraźnie widać, że świat zmierza do nieuchronnego finału, którego banda idiotów, ma się rozumieć, nie przewidziała, bo jakże wymagać zdolności przewidywania od idiotów, ale z drugiej strony widać też, że Pan Jezus nadal się nami interesuje, więc całkiem źle też nie jest. Ciekawe, że z podobną przestrogą zwrócił się do ludzkości na ponad 350 lat przed narodzeniem Pana Jezusa grecki filozof Platon, pisząc: „Nieszczęsny! Będziesz miał to, czegoś chciał!”

Ale nie tylko Nagroda Nobla zeszła na psy, bo jeśli nawet dostanie ją Doda Elektroda, to dziury w niebie przecież nie będzie…” (Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: Dodajmy dramatyzmu!

rys. Jerzy Krzętowski

rys. Jerzy Krzętowski

„…Większość pisarzy wydaje swoje książki za pieniądze, które wybranym wydawnictwom wręcza państwo. Potem, po kilku latach to samo państwo nagradza tych pisarzy orderami. Bo są już zasłużeni. Dla kogo? Dla państwa rzecz jasna. Co osiągnęli? Nic, poza tym, że przejedli te pieniądze, które im dano na książki. Czy wyszli choć poza swoją niszę, pilnie strzeżoną przez stowarzyszenia i fundacje? Oczywiście, że nie. To dlaczego do cholery żaden badacz literatury tego nie opisze? Niech zacznie od tej fabryki bestsellerów i idzie po kolei. Bestseller to coś, co się dobrze i bardzo dobrze sprzedaje. No więc nasze badania powinniśmy zacząć od przejrzenia wyników sprzedaży książek wydanych przez to stowarzyszenie. To pierwszy krok. Oczywiście kpię, bo oni nie wydali żadnych książek, zorganizowali jedynie jakieś warsztaty, na których coś tam poplumkali. O żadnej sprzedaży nie ma mowy, bo w ich przypadku to nie jest w ogóle konieczne. Oni jedynie kokietują tą nazwą, po to, by usprawiedliwić fakt, że żyją na nasz koszt. Dziwne jest tylko to, że cała ta historia nie interesuje badaczy literatury. Sami pisarze zaś, dobrze rozumiejąc w co się tu gra, wręcz wyginają grzbiety w taki sposób, by badaczom literatury i nagradzającym ich stowarzyszeniom łatwiej było ich głaskać. To znaczy prowadzić te całe badania nad literaturą.

Powróćmy do Twardocha i jego problemów z tożsamością. W ostatnich wywiadach mówi on wprost o roszczeniach, a nie o żadnej literaturze. Mówi o tym, że nie rozumie dlaczego Polacy czują się właścicielami Polski. Ciekawe, że Twardoch swoje roszczenia do poszczególnych przedmiotów wyłącza z tych rozważań, jego to nie dotyczy, choć przecież zakwestionowanie lansowanej przezeń tożsamości lokalnej jest proste i łatwe. Wystarczy Twardocha odciąć od pieniędzy i kazać mu iść na bazar celem sprzedaży tego co wyprodukował. Tylko tyle, nic więcej…” (coryllus)

całość tu: Czy pies Twardocha ma faceta?

podobne: „Kupa gówna” (w puszce) czyli traktat o „sztuce”. oraz: Michalkiewicz o chałturze snobów w imię „pedagogiki wstydu”. Kisiel o poszukiwaniu sensu czyli… Jak opisać drzewo? i to: Historia i sztuka przez pryzmat fiuta, czyli… a także: „Śmierć i dziewczyna” czyli… Socjal Demokracja jako sztuka dymania podatnika. Czas skończyć z „coolturą” za publiczne pieniądze polecam również: Władysław Panasiuk: Artyści nie z tej ziemi czyli… W pogoni za sławą i jeszcze: Bogacz potężniejszy od władców czyli… sztuka dzielenia się pięknem oraz: Smołyń… czyli o sojuszach politycznych budowanych na „autorytecie” tzw. „ludzi kultury”. Jaką propagandą będą żyć Polacy po Wajdzie?

„…zmniejszacie dochody cieśli, rolnikόw, powoźnikόw i o tyleż zwiększacie dochody śpiewakόw, fryzjerόw, dekoratorόw. Nic nie dowodzi, że te ostatnie grupy są godniejsze zainteresowania, niż inne. P. Lamartine tego nie twierdził. Mόwił, że praca teatrόw jest r ό w n i e produktywna (nie bardziej) jak każda inna, co może być samo w sobie kontestowane, gdyż najlepszym dowodem stanu przeciwnego jest, że one właśnie zwracają się o wsparcie. Ale rozważanie związku między ceną a wewnętrzną wartością rόżnych rodzajόw pracy nie jest moim zamiarem. Wszystko co chcę osiągnąć, to wskazywać, że kiedy p. Lamartine i ci, ktόrzy bili mu brawo, widzieli lewym okiem dochody zyskane przez aktorόw, winni byli ujrzeć prawym stratę pozostałych podatnikόw, inaczej bowiem wystawiają się one na śmieszność b i o r ą c  p r z e z s u n i ę c i e  d o c h o d u  z a  d o c h ό d . Jeżeli byliby konsekwentni w swoim rozumowaniu, domagaliby się dużo większych subwencji. To, co jest prawdą dla 60 000, jest prawdą, w tych samych warunkach, dla miliarda…” (całość tu: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy państwo powinno dotować sztukę? (o interwencjonizmie)

Poważnie i merytorycznie już było, no to teraz trochę humoru… chociaż nie do końca bo to niemal „literatura” faktu:  Paranienormalni – Klub literata i literatki 🙂

Bogacz potężniejszy od władców czyli… sztuka dzielenia się pięknem


„Gdy wejrzysz we wdzięk i wspaniałość wszechświata, to odkryjesz, że jest on jakby najpiękniejszą pieśnią i że pozostałe stworzenia współbrzmiące, mimo swej rozmaitości, zadziwiająca zgodnością tworzą koncert cudownej radości.” (Wilhelm z Owernii, De anima V , 18; Opera II)

Cyril Rolando - Świat poezji

Cyril Rolando – Świat poezji

„Pytasz, kim jestem? chcesz wziąć na egzamin
Mą duszę, strojną w przepych pióropuszy.
Po cóż mi stary po przodkach pergamin,
Aby szlachectwo udowodnić duszy?

Mam słońce w herbie – stary handlarz słońca,
Które wyryłem na sygnecie serca,
Więc się odradzam wiecznie i bez końca,
Chociaż mnie życie sto razy uśmierca.

Gdy mnie oszuka ktoś, straty nie pomnę
Ani do sądu nie cytuję świadków,
Mam na księżycu dobra przegromne,
Od których żadnych nie płacę podatków.

Christian Schloe - Poeta

Christian Schloe – Poeta

W twórczości nie wiem, co to żmudna praca,
Ktoś stoi za mną i wodzi ołówkiem,
Mam dobroć, która mi życie ozłaca
I umiem serca zdobyć jednym słówkiem.

Rym jak jaszczurkę wydobywam z ciemnic,
Gdy nań zaświstam tylko w twórczej ciszy,
Harmonia świata nie ma swych tajemnic
Dla mego ucha, które wszystko słyszy.

Gdy chcę diamentów, to pogodną nocą
Gwiazdy w sieć łowię na królewski diadem.
Wóz Wielki jest mi miłosną karocą
Po mlecznej drogi wężowisku bladym.

Znam miody bardziej złociste od pszczelich,
Którymi pasę usta wiecznie głodne,
Umiem wypijać do dna szczęścia kielich
I mam spojrzenie jasne i pogodne.

Kwitnienie kwiatów, złotych gwiazd szczęśliwość
Są dla mnie źródłem wiecznie nowych zdurnień,
Krzywd nie pamiętam, a ludzka złośliwość,
Spływa tak po mnie, jak po głazach strumień.

W wierze w człowieka, w nadziei iskierce
Mam przewodnika po manowcach ślepych –
I mam na świecie jedno drogie serce,
Przed którym blednie wszystkich skarbów przepych.”

Henryk Zbierzchowski – „Bogacz”

Kyuin Shim - Bowl

Kyuin Shim – Bowl

„Myśl lekka jak mgielna kołderka
dotknęła zgiełku oblicze
a może by tak zamiast w słowa
ubrać poezję w ciszę

a może by tak mówić milcząc
jak kamień mówi choć ust nie ma
i dać innym spisać tę chwilę
co krzyczy choć przecież jest niema

są słowa puste jak dzbany
jak studnie wyschnięte i głuche
są też te co obradzają
lecz rzadko trafiają w dusze

poeta nie pisze dla siebie
(no może trochę – przyznaję)
lecz cel pisania jest w pięknie
a piękno pociąga przemianę

nawet gdy zgielk zginie w walce
dotknięty ciszą zachodu
nie wiem czy staną się wiersze
owocem mojego plonu

a może by zamiast w słowa
otulić poezję ciszą
a ci którzy piękna szukają –
może je w ciszy usłyszą….”

Malgosia Kobylinski

Anna Billing - Zmierzch wśród brzóz

Anna Billing – Zmierzch wśród brzóz

Jak Boga kocham i piękno
choć w słowa je ubrać to zbytek
(bo sercem i duszą czytane)
to warto na większy pożytek
pochylić się z piórem nad kartką
lub ustom pozwolić przemówić
by to co radość nam sprawia
mogli też inni hołubić.

Nie każdy bowiem potrafi
w milczeniu piękno wypatrzyć
i tak sobie myślę że milej
we dwoje się na nie zapatrzyć.

Bo gdybyś poetko (na przykład)
miast pisać o wszystkim milczała
nie wiedziałbym ja (prosty człowiek)
jak piękne jest to coś widziała.

A sztuka nie na tym polega
by światło pod korcem trzymać
lecz żeby kaganek nieść ludziom
i wspólnie piękno przeżywać.

Potem zaś kiedy owocnie
potrzeby swe już nasycimy
możemy się w ciszę zanurzyć
gdzie mądrzej się nim zachwycimy.

Sztuka dzielenia się pięknem – Odys, 18 Styczeń 2016

polecam również: Niema  i to: „Wszystko jest poezją”… w tryptyku od zmierzchu do świtu podobne: z miłości do wierszy II (pragnienie) oraz: „Między niebem a ziemią”

Pieter Claesz - Martwa natura z czaszką i piórem

Pieter Claesz – Martwa natura z czaszką i piórem

„Pisarz wypełnia powszechną tęsknotę, by wyrazić siebie i swój świat, i w tym ulega przyrodzonemu impulsowi natury ludzkiej, lecz zarazem staje się niejako rzecznikiem tych, którzy nie mogą i nie umieją się wypowiedzieć. Idące raz po raz przez dzieje literatury dreszcze zachwytu sygnalizują owe szczególne chwile, gdy ludzie odnajdują siebie w słowie pisarza, odnajdują własny wyraz, do jakiego nie byliby zdolni. W mniejszym lub większym stopniu powtarza się to przy każdym utworze, choćby nim był wierszyk niedzielny w gazecie.

Zdaje się niekiedy, że cały świat wspiera pisarza w jego powołaniu, prosząc o słowo, które zapewni trwałość rzeczom i ludziom. Literatura jest przeznaczona do zatrzymania czasu w jego niszczącym biegu. Ona to zawiera w wiecznej teraźniejszości wszystko, co kiedykolwiek mogło się zdarzyć. Tadeusz wciąż patrzy na kołyszące się drzwiczki do ogrodu, wciąż w wierszu Goethego, krótkim jak westchnienie, trwa chwila ciszy wieczornej, kareta, wioząca panią Bovary dudnić będzie po ulicach Rouen, dopóki istnieć będzie dzieło Flauberta, i tak samo pełnią swą czynność skromne przedmioty, którymi nie może się poszczycić żadne muzeum – zamki i zasuwki z Odysei, odtworzone z tak namiętną precyzją, jakby w istocie poeta czuł obowiązek zabezpieczenia im nieśmiertelności.

Dążność do wypowiedzenia się, właściwa wszystkim ludziom, nabiera u pisarza szczególnej siły; wydaje się, jakby była dopełnieniem życia, a nawet spotęgowaniem, tak samo jak chęć utrwalenia zjawisk i chwil wieńczy się triumfem stworzenia nowych wartości. Tą nową wartością nie musi być odkrywcza koncepcja świata, zbawcza nauka, kierownicza idea, jest nią każda zwrotka wiersza lub zdanie prozy, zamykające lada okruch potocznej rzeczywistości. (…)” (źródło: Jan Parandowski„Potężniejsi od władców”)

podobne: „Auto(ironiczny)portret” oraz… 5 grzechów poety kontra „poeta duszy”  oraz: Prawo do literatury… W połowie „dobry”  i to: Artyści nie z tej ziemi czyli… w pogoni za sławą…. „A Ty siej…” a także: „Lęk przed pozą” i Tadeusz Konwicki o „podobaniu się czytelnikom”  polecam również: : Michalkiewicz o chałturze snobów w imię „pedagogiki wstydu”, Kisiel o poszukiwaniu sensu czyli… Jak opisać drzewo?

Melchior Wańkowicz, Ziele na kraterze

Melchior Wańkowicz, Ziele na kraterze

Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu.


rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

„Każdy zdrowy człowiek pamięta swoją przeszłość i ciekaw jest przeszłości osób, z którymi się bliżej styka. Ponieważ wszyscy ludzie to robią, jest to właściwość uniwersalna wszystkich cywilizacji. Można stąd wyciągnąć wniosek, że musi to być żywotny czynnik w życiu i rozwoju społeczeństw, skoro żadne się nie ostało, które by wiedzy o swojej przeszłości nie wytwarzało i nie gromadziło, aby ją przekazywać…

Jeśli wiedza o przeszłości jest jednym z niezbywalnych nurtów kultury, wobec tego pytanie o pożytek z historii znaczy tyle samo, co pytanie o potrzebę kultury i jest tak samo zbyteczne, jeśli go nie uściślimy, aby wyjść poza oczywistości…

…jak wielkie znaczenie miała znajomość polskiej historii w sporach i procesach polsko-krzyżackich i różnych akcjach dyplomatycznych. Przytoczę dla przykładu akapit z rozdziału napisanego przez Mariana Zwiercana, najlepszego wciąż znawcę Janowego Komentarza (s. 15-16):

Uzdolnienia prawnicze i wiedzę historyczną Dąbrówki wykorzystał król Kazimierz Jagiellończyk w ważnych misjach dyplomatycznych. W 1462 r. uczony uczestniczył jako rzeczoznawca w zjeździe piotrkowskim, na którym rozstrzygano spór między królem a Piastami mazowieckimi i śląskimi o spadek po książętach płockich. Swymi ekspertyzami przysądził na rzecz króla ziemie rawską i gostyńską. W sprawie tej posłużył się przygotowanymi uprzednio materiałami historycznymi oraz genealogicznymi. Następnie w 1463 r. w Brześciu Kujawskim zbijał prokrzyżackie stanowisko legata papieskiego Hieronima, arcybiskupa Krety, występującego z pośrednictwem pokojowym między Polską a Zakonem Krzyżackim… 

…Rozpoznajemy w powyższym szkicu działalności pierwszego polskiego profesora historii przynajmniej dwa pola historyczności. Najpierw genealogię książąt polskich jako klucz do sprawiedliwego podziału spadku po Piastach. Następnie kalendarium władztwa polskich książąt na ziemiach zagarniętych bądź zagrożonych przez Zakon Krzyżacki. O tym wymiarze pracy krakowskiej szkoły historycznej pisze w monografii Komentarza Piotr Węcowski (s. 68):

W skład tej grupy wchodziło kilka osób związanych z krakowskim środowiskiem uniwersyteckim: Jan z Dąbrówki, Jan Długosz, Jakub z Szadka, Mikołaj z Kalisza i Sędziwój z Czechla. Łączyły ich wspólne cele, ale i podobne poglądy oraz zainteresowania intelektualne. Jak zauważył Jacek Wiesiołowski, „program Polski etnicznej, piastowskiej, wydaje się wspólny dla całej grupy ekspertów królewskich Kazimierza Jagiellończyka”. Dążyli oni do powrotu Polski do granic „pierwszych Bolesławów”, eksponując zasięg terytorialny Korony Królestwa Polskiego (…).

Nauka historii, rozpoczęta tak chwalebnie na Uniwersytecie Krakowskim w XV wieku, i w całej Europie, nie zastąpiła oczywiście indywidualnych ścieżek pozyskiwania, gromadzenia i przekazywania wiedzy o swojej przeszłości. Zdarzało się, że ta warstwa podstawowa rozmijała się z oficjalną wykładnią historii czyli polityką, „rozumem narodowym”, którym zawiadują elity. Bywa, że część elit zostaje skorumpowana i przez wiele lat uczestniczy w zagładzie państwa (np.[LINK]) Bolesne przykłady fatalnych skutków takiej niszczącej samozagłady, skutkującej oddawaniem stopniowo państwa we władanie wrogich potęg, można by mnożyć…” (Andrzej Dąbrówka)

całość tu: „Po co nam historia?”

podobne: „1920 – zapomniany appeasement”. Murzyńskość zachłyśniętych zachodem i rachunek z sowieckich krzywd. O polską politykę i świadomość historyczną. i to: Kowalski: obecne władze w Kijowie są wrogie wobec Polaków. Poroszenko podpisał ustawę uznającą prawny status bojowników o wolność, w tym członków UPA (nazizm i komunizm na cenzurowanym). IPN-y Polski i Ukrainy powołają platformę dialogu historycznego. a także: Gimnazjaliści nie radzą sobie z trudniejszymi zadaniami, ale szkołę lubią. Prawo do odręcznego pisania. Polscy historycy zbulwersowani niemiecko-rosyjskim podręcznikiem. oraz: Najnowsza historia Polski wciąż czeka na odkrycie, źródła leżą w Moskwie (wywiad z prof. Wieczorkiewiczem) i jeszcze: Jeszcze o alternatywnej wersji historii pichconej przez lewicę

„Jarosław M. Rymkiewicz w bardzo ważnej rozmowie z Joanną Lichocką:

…Jest bowiem tak, że z literaturą, z wielkimi pisarzami w żaden sposób nie można wygrać – wielkie dzieła ducha i umysłu mają siłę – tajemniczą, niewidzialną – która ujawnia się wtedy, kiedy chce. Tak jak nasza miłość do Polski, tak i nasza literatura narodowa była przez tych, którzy w ostatnich latach rządzili Polską, lekceważona, wyśmiewana, marginalizowana, wyrzucana ze szkół – wydawałoby się, skazana już na nieistnienie. Tym złym ludziom chodziło oczywiście o to, żeby dzieci nie uczyły się miłości do Polski, żeby pokochały coś nowoczesnego i milszego niż Polska – jakieś popkulturowe głupoty. Ale na nic zdały się ich wysiłki, bo nie można wygrać z wielkimi pisarzami – oni są nieśmiertelni i na zawsze pozostaną tutaj z nami. Warto tu jednak zauważyć, że jeśli chodzi o literaturę polską, to jest też i tak, że ona w swojej całości, wszystkimi swoimi dziełami, nawet tymi podrzędnymi, oddziaływała i nadal oddziałuje na losy Polaków. To wydaje mi się bardzo tajemnicze – i nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Może w tym jest jakaś szczególność naszej literatury narodowej, może to odsłania jej szczególne przeznaczenie – że również pisarze niewielkiego talentu przykładają się do wielkiego wysiłku uczenia Polaków, jak należy służyć swojej ojczyźnie. Na przykład Władysław Bełza, zmarły przed ponad stu laty lwowianin, który dzięki jednemu małemu wierszykowi wszedł do panteonu wielkich Polaków – bo dobrze się Polsce przysłużył.

…Ciekawe, że różne nonsensowne powody, dla których Polska powinna zostać zlikwidowana i wymazana z mapy Europy– niekiedy nawet trochę podobne do tych wymienionych – pojawiały się już kilka wieków temu – w wieku osiemnastym i dziewiętnastym i dwudziestym. Różnica jest tylko taka, że wówczas te powody, które miały usprawiedliwić rozbiór Polski, wymyślano w Petersburgu, Berlinie i Wiedniu, a teraz wymyślają je z upodobaniem Polacy, którzy już nie chcą być Polakami…”

całość tu: Czego uczy nas literatura Polska?

podobne: Historia naturalna i porwanie Europy, oraz wybrane propozycje nie do odrzucenia z dziejów międzynarodowego „dialogu” z Polakami. UE w dołku Healey’a.  oraz: Zaplanowane migracje przymusowe, oraz prawomyślność, hipokryzja i głupota bez granic czyli… zmacane na własne życzenie Niemcy „martwią się” o „Państwo Islamskie” nad Wisłą.

Ma rację Pan Rymkiewicz że literatura ma tajemniczy wpływ na umysły Polaków, ale nie powinno być obojętne co z tej literatury zostaje w głowach, i jakiego rodzaju „tajemniczość” jest udziałem naszych „namiętności”. Jako naród i państwo wyszliśmy zwłaszcza na „romantycznych” uniesieniach jak przysłowiowy Zabłocki. Każdy kto choć trochę orientuje się w historii Polski wie jak, i na czym wyrosła potęga I RP. Na pewno nie na Reju, ani na Kochanowskim, ani na żadnej innej literaturze czy sztuce. Kierunek był odwrotny – sztuka i literatura były tylko pięknym dodatkiem a raczej emanacją potęgi, która swoje źródło miała po pierwsze w wolności (zanim stała się samowolą), po drugie w praworządności (zanim stała się nierządem), a po trzecie w harcie ducha (zanim strawiła go zgnilizna moralna w postaci prywaty i zaprzedaniu się obcym wpływom). Po upadku tego wszystkiego co stanowiło siłę/kręgosłup Rzeczypospolitej, pozostał tylko sentymentalny jęk za dawną świetnością (który trwa do dziś), a w zasadzie za pewnym jej symbolem, trafnie opisanym przez Mickiewicza w „Panu Tadeuszu”: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele, i? –jakoś to będzie!”. Sentyment za wzorem opływającego w złoto paniska idioty kompletnie nie liczącego się z brutalną rzeczywistością (jak np. druzgocąca przewaga militarna okupanta), niecierpliwie czekającego okazji żeby „porwać się na tysiące” (jak Sienkiewiczowski Kmicic) i bohatersko skrwawić w przekonaniu że „tak trzeba” i że Bóg dopomoże szaleństwu, bo kiedyś przecież przodkowie gromili przeważające siły wroga. Przekonanych o tym że czekanie cierpliwie na okazję (słabość okupantów) to strata czasu a wręcz zdrada. Po macoszemu traktujących pozytywistyczną strategię, by odbudować Polskę silną nie tylko sentymentem literackim, ale przede wszystkim zorganizowaną w terenie pod względem administracyjnym i ekonomicznym, nie dającą się sprowokować do krwawych powstań kończących się zawsze pacyfikacją i wywłaszczeniem zasobów ludzkich, gdzie ciągle panował podział na szlachtę i chłopstwo. Kto ośmielił się kalkulować na zimno i nazywać gorące porywy szaleństwem ten był zdrajcą świętej sprawy (do dziś używa się tej kalki).

Ślepy i głupi bunt ubierany w barwy „romantyzmu”, który tak naprawdę z każdym swoim wybuchem kończył się zwijaniem resztek państwowości polskiej i eksterminacją jego elit, doprowadził do tego że po dziś dzień jesteśmy tylko nędznym kadłupkiem (pisownia celowo nawiązująca do nie tak dawnego mitu Polski jako potęgi gazowej) dawnej Rzeczypospolitej i jej pierwotnych ideałów, które nie miały nic wspólnego z „rewolucyjnym romantyzmem”, który doprowadził do tego, że spora część Polaków mieniąca się dziś „konserwatystami” (republikanami?) czuje sentyment do jakobińskiej rewolucji (sic!). Jednocześnie (paradoksalnie) tęskni za szlachecką RP, nie potrafiąc skojarzyć oczywistej prawdy że skoro w tamtym systemie większość Polaków była zwykłymi chłopami (bez przywileju wolności osobistej czy własności), to i oni znaleźliby się podobnie jak tamtejsze chłopstwo poza nawiasem tak polityki jak i pańskiej dumy, którą dziś się karmią snując narkotyczne wizje o przynależeniu do elity. I ta nosząca znamiona wady wrodzonej fascynacja, ciągle jest karmiona i podsycana przez ludzi takich jak Pan Rymkiewicz. Zapominają „prawdziwi patrioci” że w tamtym systemie tylko co dziesiąty z nich mógłby się nazywać „narodem” (z racji pochodzenia szlacheckiego). Analogicznie nawiązując do mitu II RP musieliby się wywodzić/należeć do sanacyjnej szlachty towarzysza Ziuka, żeby móc odnosić wymierne korzyści ze swojego poświęcenia dla ojczyzny.

„Trochę jestem konserwatystą, trochę republikaninem, trochę jakobinem. Konserwatywna jakobińska rewolucja – to mi się podoba.” pisze Pan Rymkiewicz, nie zdając sobie (chyba) sprawy z anty cywilizacyjnego i antychrześcijańskiego (a więc ANTYpolskiego) charakteru tego rodzaju mieszanki. Bo nie można dwóm Panom służyć, i jak pisał swojego czasu Koneczny – nie można być cywilizowanym na dwa sposoby (Unia w Horodle jako dziedzictwo polskości, oraz Feliks Koneczny o Polsce między Wschodem a Zachodem. Czy można być cywilizowanym na dwa sposoby?). Jeśli podoba Ci się jakobinizm to znaczy że niewiele w tobie z konserwatysty, bo nie można być tylko trochę w ciąży. Polsce jest dziś zatem potrzebna kontrrewolucja wobec tego co zrobili Jakobini, a ich ideowi spadkobiercy tj. szeroko pojęta lewica (od bolszewików po socjalistów z „ludzką twarzą”) radośnie kontynuują. Tymczasem ma miejsce kolejna (r)ewolucja socjalistycznych mrzonek opartych o masowe (pod płaszczykiem „interesu publicznego”) złodziejstwo dusz i portfeli jako konieczną ofiarę ku chwale ojczyzny… (Odys).

„…nie ma w Polsce innej tradycji patriotycznej niż socjalistyczna. Wiąże się to oczywiście z procesem odzyskiwania przez Polskę niepodległości, którą wywalczono w wyniku szeregu rewolucji lansujących idee lewicowe. Polska niepodległość jest na stałe przyspawana do socjalizmu, a jak ktoś twierdzi inaczej to już mu socjaliści wyjaśnią, że jest zdrajcą. W warunkach niebytu państwowego, opresji i szykan, inna niż socjalistyczna postawa, jawiła się bowiem ludziom jako forma zdrady, mniej lub bardziej jawnej. Dla socjalisty zdrajcą był ziemianin co inwestował w maszyny rolnicze, zdrajcą był robotnik, co nie zapisywał się do partii i zdrajcą był sklepikarz, który odmawiał płacenia rewolucyjnych haraczy. Można oczywiście twierdzić, że socjaliści to ludzie czynu, rzucają bomby, strzelają z browningów i dzięki temu powstaje Polska. To jest niby prawda, niby powiadam, bo koszta powstania takiej Polski są dla samych Polaków nie do udźwignięcia, a przykład 20 lecia pokazuje, że najważniejszym celem socjalistów po odzyskaniu niepodległości, była przemiana w establishment z mniej lub bardziej oszukanymi tradycjami, który próbuje coś tam robić na arenie międzynarodowej. Bez skutku, rzecz jasna, bo ludzie lansujący socjalizm w krajach takich jak Polska byli, są i będą z istoty socjalizmowi wrodzy. I tylko idiota może myśleć, że zdobywszy władzę jako socjalista będzie mógł zamienić się w konserwatystę i gadać z tamtymi jak równy z równymi. To głupstwa. I to widać na licznych przykładach, tak rewolucyjnych, jak i parlamentarnych…” (coryllus)

podobne: Na czym polega postkomunizm i czy socjalista może być dobrym patriotą? oraz: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona. O patriotyzmie słów kilka.

Potrzebne jest zatem stworzenie (na początek) nienaruszalnego, (tj. niepodlegającego demokratycznym fantazjom) porządku prawnego, opartego o sprawiedliwość. Ale nie o tę zwaną „społeczną” (rodem z komuny) gdzie redystrybuuje się zagrabione ludziom dobra by było „po równo”, a najlepiej na kredyt który będą spłacać obywatele i ich dzieci okradzione w ten sposób z przyszłości już na starcie. Chodzi o sprawiedliwość opartą o prostą zasadę – NIE KRADNIJ, a przymus stosuj tylko po to by zapobiegać niesprawiedliwości, w tym podstępowi w umowach zawieranych między wolnymi ludźmi. Prawo powinno być „defensywne”, tj. stać na straży wolności i własności prywatnej WSZYSTKICH (to jedyna równość która winna być pożądaną, jedyna „prawicowa” równość), a nie „ofensywne” tj. służące zabezpieczeniu niedookreślonego interesu „publicznego”, który okazuje się być ekonomicznym interesem jakiejś grupy „umiłowanych przywódców” (oraz najbardziej zasłużonych spośród „wyborców”), kosztem całej reszty wolnych ludzi – słowem zabezpieczeniem pasożytowania władzy na obywatelach… (Odys)

„…Do tego bowiem sprowadzają się w dzisiejszym świecie kwestie polityki wewnętrznej socjalistów, zwanych dziś dla niepoznaki demokratami. Najpierw socjaliści krzyczą – nie ma odwrotu, a potem zaczynają dzielić pieniądze tych, których oszukali. Największe zaś wydatki idą na propagandę i po tym między innymi także się socjalistów rozpoznaje. Po wydatkach na promocję…” (coryllus)

Żeby temu zapobiec potrzebna jest pisemna gwarancja wolności i własności obywateli tego kraju (i pozbawienie władzy możliwości kierowania gospodarką), zamiast doraźnego pisania „prawa” pod samowolę władzy, i dociskanego go później kolanem w Sejmie. Władza która uważa że może zmieniać jednostronnie umowę kiedy jej się podoba, na dodatek wstecz lub w trakcie gry (bo jakiś „budżet” tego wymaga), po to głównie by rozbudowywać swój (i dla „swoich”) aparat w oparciu o zagrabione Polakom pieniądze, otóż taka władza nie jest żadną elitą a bandą pospolitych zbójców i powinna natychmiast stracić swój mandat do rządzenia państwem. Wszystko to co zostało stworzone w ramach tzw. „administracji”, a nie mieści się w kategoriach zapewnienia porządku publicznego i bezpieczeństwa obywateli, nie jest tak naprawdę obywatelom potrzebne. Ani do życia, ani do prowadzenia jakiejkolwiek działalności bo tylko żre i przeszkadza. To jest kolumna stojąca ZAWSZE po stronie kosztów i wydatków, choć niektórzy starają się ją ubrać w tzw. „inwestycję” albo „dobro wspólne”. Dobrem publicznym jest wyłącznie to, by każdy mógł uczciwie na siebie i swoje rodziny pracować (bez strachu że go ktoś okradnie), a potem ewentualnie DOBROWOLNIE dzielił się tym na czym mu zbywa z innymi. „Państwo opiekuńcze” jest zaprzeczeniem idei opieki, dobroczynności i w co tam jeszcze próbują je ubrać wszyscy ci, którzy w pierwszej kolejności z tego typu „administracji” korzystają.

Zacząć natomiast trzeba od naprostowania pokrętnej semantyki, i zdemaskowania głosów które mieszają ludziom w głowach, tj. uprawiają „masowe duraczenie” (jak to nazywa Pan Michalkiewicz), czyniąc nieczytelnymi pojęcia i idee jakimi się rzekomo kierują, ubrani w nie jak przysłowiowy diabeł w ornat. Przez ten „nieporządek”, grupę socjalistów, etatystów i „trochę konserwatystów” nazywa się „prawdziwą prawicą”, a interes partyjny (bądź innej kliki) myli się z interesem narodowym. Ten mechanizm o którym ględzę nieustannie, można spokojnie podciągnąć pod każdy jeden element „układu”, który rządzi Polską (z przerwami) od wieków – począwszy od tzw. „demokracji szlacheckiej” po obecną „demokrację”, za którą każda jedna z dotychczas rządzących klik dałaby się pokroić, bo bez niej nie byłoby „budżetu” i monopolu władzy. Rozciągniętego do granic absurdu na słodkie bułki w szkolnych sklepikach, a z drugiej strony na to że zamiast cieszyć się z owoców swojej pracy, trzeba żebrać u państwa o zasiłki płacone z pieniędzy wcześniej zagrabionych (w podatkach i „składkach”) uczciwie pracującym ludziom. A potem się dziwimy kiedy po tak przygotowaną gołotę wyciągają ręce obce wpływy, i że obcy (jak niegdyś pruskie, ruskie i austriackie ambasadory w przeddzień rozbiorów) znowu czują się w „wolnej Polsce” jak u siebie, przekupując Polaków za grosze by szkodzili własnemu państwu.

Trudno czuć się Polakiem, tudzież może bardziej pasować będzie stwierdzenie że trudno identyfikować się z państwem które upadla własnego obywatela. Czyni go dłużnikiem już od narodzenia, potem przez lata dojną krową a na końcu bankrutem. Nędzarzem bez przyszłości i ciężarem dla przyszłych pokoleń. Wiecznie na dorobku jeśli się nie wpasuje w zastany układ (lub nie ucieknie za granicę), wyrzuconym poza nurt rozwoju którym steruje ktoś inny, wykluczonym. Więc epatowanie tak upodlonego człowieka koniecznością miłowania ojczyzny i państwa, które jest głównym sprawcą jego poniżenia, zakrawa na bezczelność. Ciężko jest założyć rodzinę i karmić ją wyłącznie Mickiewiczem, Sienkiewiczem czy Rymkiewiczem. Jeśli jakiemuś patriocie nie mieści się to w głowie, to polecam pielgrzymkę po tzw. Polsce B i rozmowę z zapomnianymi przez „warszafke” (jak niegdyś przez szlachtę) chamami i zapytanie ich czy znają Mickiewicza albo Słowackiego i czy żyje im się dzięki tym literatom dobrze. Zresztą z tego co pamiętam nowej władzy wcale nie trzeba udowadniać jak wygląda Polska, bo dobrze miała to policzone w kampanii wyborczej, prowadzonej w oparciu o hasło „Polska w ruinie” (o czym więcej tu – dlaczego niewolnicy nie zasługują na wczasy). Dobrze też wiedzą że tego problemu nie załatwi podwyższanie deficytu i rozdawnictwo w postaci „500 zł na (nie)każde dziecko”. Jeśli jednak w to wierzą to są żywym przykładem tragicznych efektów karmienia umysłu „rewolucyjnym romantyzmem” i niczym się nie różnią w swoich „naprawczych” zamysłach od poprzedniej władzy („Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach)… (Odys)

„…Pisał bowiem Piętak o tym, że trzeba koniecznie przypominać pułkownika Kuklińskiego i innych wielkich to wtedy wzrośnie nam poziom patriotyzmu. Oczywiście, a jak ustawimy w każdym mieście głośnik na rynku i zaczniemy przez ten głośnik puszczać muzykę Szopena to przybędzie nam melomanów, szczególnie wśród nieuświadomionej muzycznie ludności najuboższej. Porzucą oni swoje dotychczasowe zainteresowania i miast ryczeć po pijanemu ile sił w płucach – głęboka studzienkaaaaaaaa, głębokooooo kopanaaaaaaaa – popadną w zamyślenie i zaczną chłonąć wszystkimi porami skóry piękno mazurków i polonezów. To jest znany i praktykowany od dawna sposób na propagowanie treści polskich i patriotycznych. On się za każdym razem kończy kacem i katastrofą, uwolnić się odeń jednak nie można. I dziś właśnie wyjaśnimy sobie dlaczego. Otóż kultura narodowa jest dobrem całkowicie przez Polaków nieznanym

…Igor Janke będzie sobie publicystykował wraz z ministrem w telewizorze na tematy gospodarcze, a dla nas tutaj, z przeznaczeniem do prywatnej dewocji, ustawi się ikony bohaterów przed którymi palić będziemy kadzidła. Jak ktoś będzie to czynił opieszale to może na razie nie nazwie się go zdrajcą, ale zwinie mu się na przykład bloga, albo wymyśli coś innego.
No więc jak powiem to co Cambronne w chwili kiedy czworoboki gwardii stojące na łące pod Waterloo, były już mocno przerzedzone – a gówno. Nie będzie tak. I teraz właśnie przechodzimy do naszego, zapomnianego już nieco postulatu. Nie będziemy palić żadnych kadzideł przed monidłami, a już na pewno nie będziemy tego czynić za namową czy z polecenie ministra-bankiera o prawdziwie polskiej duszy. Niech on to sobie wybije z głowy. Nie możemy sakralizować własnej przeszłości, to jest pierwsza część mojego postulatu, bo to pogaństwo, masonerka i szamanizm. O przeszłości zaś musimy pisać zawsze w sposób bezwzględnie atrakcyjny….

…Póki co jednak nie zanosi się, by ktoś napisał coś podobnego. Czymu – jak pytają czasem mieszkańcy Katowic. Tymu mianowicie, że świeżo pochowani bohaterowie to fetysze, służące towarzyskiej nobilitacji i za opisywanie ich mogą brać się jedynie osoby najdostojniejsze, umocowane towarzysko lub na wielkich pisarzy mianowane, ot takie choćby jak Maria Nurowska, stara grafomanka, która napisała o Kuklińskim książkę pod tytułem „Mój przyjaciel szpieg”. Dopóki tendencja ta nie zostanie odwrócona nie ma szansy na to, by cokolwiek w tej tak ukochanej przez wszystkich publicystów promocji Polski ruszyło do przodu. No, a właśnie na zmiany się nie zanosi, zanosi się na całkowite zabetonowanie. Zanosi się na chóralne śpiewy pieśni okołopowstaniowych i przemarsze zespołu Mazowsze przez deski sceny w sali Kongresowej w tę i nazad. Zanosi się na późnego Gierka mówiąc w skrócie. Zanosi się na podział głęboki na tych co omawiają poważne sprawy i na mentalne przedszkole, w którym wychowawcą jest Piętak roniący łzę nad grobem Kuklińskiego. Powtórzę więc jeszcze raz – a gówno. Nie będzie tak, bo nikt w Polsce tego nie chce . Ludzie chcą triumfu prawdziwego, sukcesu, który ich umocni i uniesie…” (coryllus)

całość tu: Palenie zabija czyli hurrapatriotyzm

„Czas znika, mija przeszłość, wiek niezwrotnie bieży,
A występków szkaradność lub cnoty przykłady,
Te obrzydłe, te święte zostawują ślady.” (Ignacy Krasicki, Do ks. Adama Naruszewicza, o pisaniu historii)

„Jeśli chodzi o słuchaczy, to dzieło moje, pozbawione baśni, wyda im się może mniej interesujące, lecz wystarczy mi, jeśli uznają je za pożyteczne ci, którzy będą chcieli poznać dokładnie przeszłość i wyrobić sobie sąd o takich samych lub podobnych wydarzeniach, jakie zgodnie ze zwykłą koleją spraw ludzkich mogą zajść w przyszłości”. (Tukidydes)

I po to właśnie potrzebna jest nam historia i takoż literatura – żebyśmy znali prawdę, oraz powielali i kultywowali dobre/pożyteczne zachowania/postawy, oraz pamiętali i uczyli się na błędach jakie popełniali nasi przodkowie, by następnie wyciągnąć z nich stosowne wnioski unikając podobnych zdarzeń na przyszłość. Jednak żeby tego rodzaju wnioski stały się naszym udziałem w życiu politycznym (państwa, narodu i indywidualnym) historia musi stać się nauką opartą o fakty, a nie infantylną historyjką rodem z „harlekinowej” literatury życzeniowej, podsycającej niezdrowe sentymenty na użytek partykularnych interesów jakiejś grupy podrzędnych karierowiczów żywo zainteresowanej ekscytowaniem mas (dopóki im płacą). Prawda i dobro też potrafią „rozerwać” i być atrakcyjne, to tylko kwestia/miara talentu… (Odys)

„Wiedza o historii, szacunek i sentyment dla niej zaliczają się do naczelnych czynników spajających narody. Rolę tę spełniają jednak tylko wtedy, gdy nikt nie próbuje amputować wiedzy, tłumić jednych umiłowań, by sztucznie hodować inne. Jeśli się nie spełnia tych warunków, sprawa fałszowanej historii dzieli ludzi, wytwarza między nimi przepaście” (Paweł Jasienica właśc. Lech Beynar – polski historyk)

Prawda jako obiektywna wiedza na dany temat powinna być celem i środkiem wszelkich badań historycznych (czy namysłów nad literaturą) – na pohybel powiedzeniu jakoby historia była pisana przez zwycięzców. Bo pisana w ten sposób często nie jest żadną historią a zwykłym kłamstwem, lub jak kto woli propagandą. Na tego rodzaju fałszywej wiedzy można wyhodować wyłącznie niepewność, kompleksy i niesprawiedliwość, które prędzej czy później odbijają się na całym narodzie, z jednej strony podsycając w nim nastroje szowinistyczne, a z drugiej strony czyniąc go zgrają zepsutych, niemoralnych ludzi. Wtedy zamiast dążyć do pokojowego rozwoju ludzkości we wzajemnym poszanowaniu, państwa ciągle wysuwają wobec siebie „zadawnione” pretensje. Kwestią czasu jest przejście od pretensji do roszczeń, a następnie do „casus belli”. Uznanie i odkupienie win z przeszłości może prowadzić do uzyskanie przebaczenia i zamknąć stare ropiejące od wieków rany krzywd. Tylko tego rodzaju podejście do historii daje szansę skłóconym narodom na koegzystencjalną (nie koniecznie wspólną) pokojową przyszłość. Kłamcy i propagandyści nie powinni zatem nigdy pełnić funkcji „nadwornych” historyków (zwłaszcza publicznie). Tego typu ludzie powinni być w tej branży zwalczani bezwzględnie, gdyż są tak samo niebezpieczni dla państw i narodów jak nieodpowiedzialni politycy… (Odys)

„Historia jest świadkiem czasów, światłem prawdy, życiem pamięci, nauczycielką życia”. (Cyceron)

tymczasem…

„Historia uczy, że ludzkość niczego się z niej nie nauczyła”. (Wilhelm Friedrich Hegel)

więc póki co „Naród, który nie zna swej przeszłości nie ma szans na napisanie nowej historii”. (autor nieznany) Będzie powtarzał stare błędy aż wyginie doszczętnie. Na koniec fragment artykułu pod tytułem: „Z Rymkiewiczem nie zbudujemy Polski Jana Pawła II” (Fronda.pl).

„…Logos a nie chaos

Niebezpieczna jest także rymkiewiczowska koncepcja wolności, którą sprowadzić można (jeśli pominąć cały niezwykle estetycznie dojmujący sztafaż eseistyki) do pochwały samowoli. To właśnie tak rozumiana wolność – co bardzo mocno podkreślał błogosławiony Jan Paweł II – doprowadziła Polskę do upadku. „Myśmy kiedyś, nasi praojcowie, zawinili, zawinili wobec wolności. Nazywaliśmy to „złotą wolnością”, a okazała się zmurszałą!” – mówił Ojciec święty podczas pielgrzymki do Polski w 1987 roku, i przypominał, że tylko wolność osadzona na Bogu (a to znaczy na Logosie) może rzeczywiście budować.

Inaczej niż Rymkiewicz błogosławiony Jan Paweł II kładł zatem nacisk na rozsądek (poeta przeciwstawia Polaków rozsądnych, którzy zostają zdrajcami) Polakom szalonym) i mądrość obywatelską, która doprowadziła do powstania konstytucji 3 maja. To właśnie ukryta w niej rozumność, racjonalność, zdolność do nawrócenia, a nie pogrążenia się w odmętach szaleństwa, stały się – wedle błogosławionego Jana Pawła II – fundamentem odrodzenia Polski. „Ona sprawiła, że nie można było odebrać Polsce jej rzeczywistego bytu na kontynencie europejskim, bo ten byt został zapisany w słowach Konstytucji 3 maja. A słowa te, mając moc prawdy, okazały się potężniejsze od potrójnej przemocy, która spadła na Rzeczypospolitą” – zauważał Papież podczas pierwszej pielgrzymki do wolnej Polski. Odrodzenie Polski, jej moc i siła przychodzą zatem dzięki Prawdzie, Mądrości i Odpowiedzialności, a nie dzięki szaleństwu czy samowoli, która doprowadzić nas może do apologii ślepej przemocy.

…Polska potrzebuje bowiem rozsądku, tak samo jak męstwa, które jednak, gdy przekształca się w szaleństwo staje się brawurą, która niewiele ma wspólnego z rzeczywistą odwagą…” (całość tu: Wolnośc a samowola czyli – Goń libertyna!)

podobne: Powstanie warszawskie: „strumień wody może być obrócony na koło młyńskie i przynosić pożytek, albo obrócony na dom i zalać go i zniszczyć” i to: Powstanie Wielkopolskie – „kolebka” niepodległej Polski. Czemu o nim tak cicho? “Bliżej” – J. Pospieszalskiego oraz: Powstanie Styczniowe. Cześć i chwała bohaterom! Hańba na nieodpowiedzialnych prowodyrów. Socjalistyczne korzenie zrywu z podpuszczenia i analogia do Ukrainy.

PS…

„…Poetom bowiem przede wszystkim zależy na publikacji, a przez to są całkowicie bezradni wobec policji, dziennikarzy i różnych oszustów, którzy się koło nich kręcą. Poeci nie mają innego wyjścia jak wierzyć w szczere intencje kłamców, bo sami mają nieszczere intencje. Wydaje im się, że jak napiszą wiersz korespondujący z polityką, to on zostanie zauważony. Mickiewicz musiał napisać cały poemat, a do tego dwa lata pełnił funkcje urzędnicze w carskim aparacie przemocy, dopiero potem przyszła sława, ale i tak nie była ona słodka, a na pewno nie tak słodka, jak to sobie poeta wymarzył. Dziś zaś poeci po napisaniu jednego czy kilku wierszy domagają się uwagi, bo te wiersze są o Smoleńsku. Czy panowie zadbali o to, by mieć po swojej stronie jakichś krytyków i dziennikarzy? Nie. Przeciwnie, wystawiliście się na osąd publiczności i podłożyliście się takiemu cynglowi jak Staszewski, a pan Nessun Dorma pointuje to nieszczęście bajaniem o etyce. W walce propagandowej nie ma miejsca na etykę. Wiersze o Smoleńsku nie są potrzebne PiS i nie mogą być potrzebne. Gdyby PiS zaczął je skupować, w kraju pojawiłoby się dwustu co najmniej poetów, lepszych od Rymkiewicza.

Teraz kolej na niego. Jarosław Marek Rymkiewicz istnieje nie po to, by dawać przykład i torować szlaki młodym, ale po to, by ci młodzi nie mieli wstępu na obszary, które on zajmuje. Tak jest zawsze ze sławnymi poetami. Partia, policja, jakaś polityczna siła powinna mieć po swojej stronie poetę, bo to ma wymiar nobilitujący. To jedna ze zdobyczy rewolucji socjalistycznej, czego nikt właściwie nie rozumie, jedynie my tutaj. I dzięki temu sporo na tym korzystamy. Otóż jest tak, jeśli likwiduje się fizycznie i fiskalnie klasę nobilów musi powstać na jej miejscu coś, co będzie ją imitowało. Nie może być inaczej, bo tak jest już zorganizowane ludzkie stado. Nawet jeśli mamy do czynienia ze skrajnym przykładem rewolucji socjalistycznej, takiej jak w Kambodży. Tam też były elity i tam też marzono o nobilitacji. Normalnie jest tak, że elity dzielą się na jawne i tajne. Tajne to te, które własnymi rękami mordowały klasę posiadaczy, a teraz dzierżą władzę. Jawne zaś to te, które przy tej likwidacji ubrudziły się najmniej, czyli propagandyści opiewający rewolucję, zwani czasem poetami.

Zawoła ktoś – daj pan spokój, przecież Rymkiewicz nikogo nie zamordował! Oczywiście, że nie, ale podobnie jak wszystkie dziś partie polityczne jest on jednym ze spadkobierców socjalistycznego przewrotu, który na przełomie wieków XIX i XX całkiem zmienił świat. Poeci, pisarze, twórcy generalnie to dziś klasa nobilów. Kłopot w tym, że polityka chciałby mieć w ręku sito, na którym odsiewać będzie tych jej potrzebnych, od tych co się nie nadają. Istnieje jednak coś takiego jak pozory, które socjalizm wypracował, żeby usprawiedliwić przed innymi socjalistami swoje zbrodnie i lepiej wypaść na tel Czerwonych Khmerów. I one muszą być zachowane. A skoro tak, każdy teoretycznie może pisać wiersze i liczyć na sukces. I tu jest właśnie ta pułapka. Każdy może, ale o sukcesie musi zapomnieć jeśli nie zna redaktora Staszewskiego z gazowni, albo jakichś prawicowych redaktorów. Z tymi ostatnimi jest znacznie gorzej niż ze Staszewskim, ponieważ on chce być tylko dziennikarzem, oni zaś chcieliby być dziennikarzami, poetami, pisarzami, noblistami, a Terlikowski chciałby jeszcze mieć swój harem do tego. Dlatego właśnie pisanie wierszy o Smoleńsku nie ma sensu i zawsze spotka się jedynie z milczeniem – periodyki prawicowe, albo szyderstwem – gazownia. Rymkiewicz zaś będzie stał tam gdzie stoi i patrzył spod swoich krzaczastych brwi. Kiedy zaś go zabraknie, postawią na jego miejscu inną figurę, albo wręcz manekin, żeby było taniej…” (coryllus)

całość tu: Kłótnie poetów patriotów

Witold Pruszkowski - Wizja

Witold Pruszkowski – Wizja

Prawo do literatury… W połowie „dobry”.


Adrian Borda - Miłość od pierwszego wejrzenia

Adrian Borda – Miłość od pierwszego wejrzenia

„…Komuż potrzebny byłby pisarz bez czytelników?– Sobie, panie profesorze – odpowiedział Młody Autor. – Przede wszystkim sobie.– Sobie? – tym razem to Profesor Literatury wyglądał na zdziwionego.– Tak, sobie – powtórzył z naciskiem Młody Autor. W pisaniu najważniejsze jest samo pisanie. Ten moment, ten ułamek sekundy, w którym podejmuję decyzję, by porzucić wszystkie sprawy otaczającego mnie świata, i zamienić strumień myśli w mojej głowie na ciąg znaków i liter. Te godziny spędzone przed czystą kartką papieru, stopniowo wypełniające się treścią. Ta radość, którą odczuwam, gdy szukam tego jednego, jedynego i najważniejszego w całym zdaniu słowa, i w końcu je znajduję. To uczucie, gdy stawiam ostatnią kropkę. To jest najważniejsze w pisaniu. A nie, to jaki książka będzie miała ostatecznie tytuł i okładkę. Nie to, w jaki sposób ocenią ją czytelnicy. Nie to, co napiszą o niej krytycy. Nie to, co powie o niej… – tu Młody Autor zawahał się lekko – nawet pan.

Profesor Literatury jakby wzdrygnął się, i po chwili zamilkł. Następnie wstał, zabrał wiszący na oparciu fotela płaszcz, i bez słowa opuścił kawiarnię. Młody Autor pozostał przy stoliku sam. Po chwili wyjął z kieszeni niewielki czarny notes i ołówek, i wyraźnie zamyślony, zaczął notować. Salę wciąż wypełniał kawiarniany gwar. Przez okno dobiegały dźwięki warszawskiej ulicy.”

Źródło: Prawo do literatury

Pieter Bruegel - Pejzaż z szubienicą

Pieter Bruegel – Pejzaż z szubienicą

Piękny twój landszaft

gdy tak lekko i niewinnie malujesz

niebo, drzewa, pagórki,

rzekę leniwą, domy,

korowód postaci barwnych

a wszystko „dla nich samych”

by potem jednym słowem

jak „niemożliwą figurą”

pokazać

o co Ci tak naprawdę chodzi.

 

Powiedz mi jeszcze raz

patosem brutalnej prostoty

to Twoje „jedyne” słowo

zanim postawisz kropkę

– jak srokę na szubienicy Bruegel’a.

Ukarz się sobie w tej prawdzie

„dobry” (s)twórco.

 

PS. Tylko nie zapomnij zrobić z tego notatek których nikt nie przeczyta.

 

W połowie dobry – Odys, 7 grudzień 2015

podobne: Sebastian Zaradny – „Auto(ironiczny)portret” oraz… 5 grzechów poety kontra „poeta duszy” oraz: Sylwia.T. Hryciuk „Lęk przed pozą” i Tadeusz Konwicki o „podobaniu się czytelnikom”. i to: łatwopalny a także: Władysław Panasiuk: Artyści nie z tej ziemi czyli… W pogoni za sławą. polecam również: Z miłości do wierszy i jeszcze: „Mówią o mnie że żyję” jak „Pył na wietrze”. na koniec: KODEKS CZŁOWIEKA POBŁAŻLIWEGO

„Można przejść przez każde piekło, można przeżyć każdą tyranię, można wydostać się z każdego bagna i z każdej udręki, jeśli istnieje choć odrobina pewności czy choćby nadziei, że gdzieś istnieje człowiek, który chodzi tak samo jak ty, oddycha tak samo jak ty; tak samo cierpi, poszukuje czy walczy pozostając czystym” (Marek Hłasko)

…więc piszmy dla siebie… nawzajem

łatwopalny


Olivier Valsecchi - Prochem jestem

Olivier Valsecchi – Prochem jestem

Bez (wy)czucia
jeszcze trzeźwy
po wylanej na pysk
za kołnierz dla znieczulenia
w bólach rodzoną (poezję)
podpalam niedbale.

Zanim zgaśnie skończę
niebieskim płomieniem
od niedopałka (wiersza)
natchnienie.
Tylko do połowy jestem
jak szklanka denaturatu

„z prochu powstałeś…”

Odys, maj 2015

podobne: Z miłości do wierszy oraz: Małgosia Kobylinski: „Wszystko jest poezją” a także: 5 grzechów poety i to: Anonimowa Poezja polecam również: Atramentowa Pani (niezdrowe poemy) i jeszcze: Roz…głośni

Into Dust, Mazzy Star

Władysław Panasiuk: Artyści nie z tej ziemi czyli… w pogoni za sławą (i pieniędzmi) oraz o braku “złotego środka” czyli dwa cytaty z coryllusa i jeden z Kaczmarskiego. „A Ty siej…”


„…bo niewarta zachodu wszystka chwała ziemska
ani sława – ta zdzira zmienna i ku..wska.
Wyrzuć ją czym prędzej z wyobraźni łona!
Wszak to tylko dziwka co chce być gwałcona”
(John Barth) 

Edmund Blair Leighton - Sława

Edmund Blair Leighton – Sława

 

 

SŁAWA:
Podnieś skronie do góry, do góry
I z wysoka na marny patrz świat!
Ja dla ciebie płaszcz niosę z purpury
I wawrzynu dla ciebie mam kwiat!

Ponad ziemskie podniesion jestestwa,
Czyniąc z ludzi gromadę swych sług,
Nieśmiertelne zyskałeś królestwa,
Gdzie żyć będziesz na wieki: Półbóg!

Posąg tobie postawią z granitu,
Na mogile postawią ci głaz
I laurami ludzkiego zachwytu
Będzie kwitło twe imię wśród nas!

Każde drgnienie twej duszy i powiek
Kiedyś zbada ciekawy twój lud,
Bo, choć żyjesz i cierpisz, jak człowiek,
Ty z geniuszów wywodzisz swój ród!

I wieść obcych do trumny twej będą,
Grając w surmy i bijąc we dzwon,
I ustroją cię cudów legendą,
Mówiąc z chlubą i dumą: „To on!”

POETA:
Och, nie chcę sławy! nie chcę takiej sławy,
Co ma wywlekać każdy ból mój krwawy!
Co mego serca rozpaczliwe hicie
Będzie tłómaczyć i jawnie i skrycie!
I, gdy już w proch się rozpadną me kości,
Zbada tajniki śpiewaczej miłości
I powie: „Dla tej piosnka ta, a dla tej
Tamta; z tej ciernie, a z owej miał kwiaty!”

Nie chcę posągów, wawrzynów i laurów,
Ni dzwonów bicia, ni grania litaurów!
Zaprawdę, jednej szczerej łzy nie warta
Ta sucha sława, na pomnikach wsparta:
I tam, w niebiosach, u Bożych ołtarzy
Na mojej szali więcej mi zaważy
Prostego serca jedno uderzenie,
Niźli marmury i drogie kamienie…

fragment „Sen nocy wiosennej”  autorstwa Artura Oppmana

…bo sława deprawuje tylko (już) zdeprawowanych. A teraz trzy cytaty:

“…kiedyś dziennikarze przyszli do Picassa, żeby im opowiedział o kubizmie to wywalił wszystkich za drzwi krzycząc, że on o żadnym kubizmie nic nie słyszał i żeby szli do diabła. Dobrze to także przećwiczył na własnej skórze Witold Gombrowicz kiedy założył się z Jeleńskim, że da popis surrealizmu w paryskiej restauracji w czasie awangardowej dyskusji o sztuce jakimiś mędrkami z samego paryskiego Olimpu. Jak powiedział tak zrobił. Przy tych wszystkich beszamelach sobie siedzieli, kiedy panicz Witold wstał i jakby nigdy nic zaczął zdejmować spodnie. Tak w ramach artystycznego happeningu. I co? I nic, faceci z nim siedzący nawet nie zwrócili na to uwagi, ich burżujskie wychowania kazało im nie widzieć tego wspaniałego przedstawienia. Siedzieli i spokojnie rozmawiali o tym co było na stole. Prowokacja się nie udała. Utrudniło to wielce życie Witoldowi Gombrowiczowi w Paryżu, bo uznano go za kabotyna, który niczego nie rozumie i bawi się tylko miast – jak oni – oszukiwać i brać za to pieniądze.

W Polsce oczywiście byłoby to samo, Gombrowicz zdejmujący spodnie w restauracji wzbudziłby niesmak Artura Sandauera i zainteresowanie milicji, zaś wielbiący go studenci musieliby zweryfikować swoje o nim opinie, bo oczekiwali wszak poważnego pisarza, a nie błazna. Całe szczęście Gombrowicz nie żyje już od 41 lat i można go wielbić bez strachu, że się gdzieś nagle pojawi bez gaci…” (fragment z książki Gabriela Maciejewskiego „Baśń jak niedźwiedź)

…drugi:

“…Moralność artystów była czymś dalece obojętnym każdemu, a już najbardziej mecenasowi i odbiorcy. Moralność artystów to był temat do rozważań dla samych artystów. W proporcji następującej – im mniej artysta potrafił tym głębsze dyskusje o moralności prowadził z krytykami. To samo dotyczy także krytyków. Im mniej mają do powiedzenia o samej sztuce tym więcej opowiadają o moralności artystów i jej wpływie na ocenę dzieła. Być może sprawy mają się nawet tak, że widz, czytelnik lub słuchacz mając do czynienia z gniotami zaczyna się zastanawiać nad moralnością artysty jako jedynym czytelnym kryterium oceny. Robi to dla dobra samego mistrza. By mu nie powiedzieć wprost, że jest po prostu żaden, mówi – źle namalował bo to świnia i dziwkarz. Nie twierdzę, że tak jest na pewno, ale sami przyznacie, że możliwość taka jest nader kusząca.

Trudno sobie wyobrazić by papieża Juliusza II interesowała moralność Michała Anioła. Gdyby tak było Sykstynę dekorowałby kto inny. Przez całe stulecia egzystowały rzesze artystów, którzy stali jak najdalej od prostej, chrześcijańskiej moralności i nic tym ludziom nie przeszkadzało prosperować. Obok nich żyli inni, którzy po szyję zanurzeni byli w prawym i dobrym życiu i oni także prosperowali. Moralność nie była żadnym kryterium w ocenie dzieła, bo też i funkcja dzieła sztuki, przed stuleciem XIX była nieco inna niż dziś…

…Nawet życie tych rzekomych burzycieli porządku społecznego, którzy pojawili się w XX wieku i zaczęli malować różne „kompozycje” nie odbiegało za bardzo do tego co za moich czasów działo się w akademikach. To nie był temat do dyskusji. Dyskusja zaczęła się później.

Kiedy? Wtedy kiedy artysta stał się człowiekiem politycznym pełną gębą, kiedy zamiast na motyw jechał na manifestacje i zaczynał wrzeszczeć, że wolność, że lud, że praca, że przyszłość i szczęście narodów. Słowem wtedy kiedy wpadł w sidła komunistów reprezentowanych przez całkowicie zdemoralizowany aparat władzy państwa o nazwie ZSRR. Państwo to mając w szeregach swojej administracji, armii i policji narkomanów, zboczeńców, trywialnych alkoholików i zawodowych morderców, prowadziło wielce udaną propagandę wzywającą do naprawy moralnej Zachodu, w czym wydatnie pomóc mieli wyzwoleni moralnie artyści.

I pomagali. Moralność artystów stała się bowiem – wtedy właśnie – w latach międzywojennych i tuż po nich tematem do dyskusji prasowych i domowych. Tak jak już napisałem – im słabsza, głupsza i nędzniejsza była sztuka tym więcej mówiono o moralności. I każdy, naprawdę każdy ćwierćinteligent na planecie Ziemia wiedział, że nie można oceniać dzieła poprzez jego twórcę. Bo dzieło proszę Państwa żyje własnym życiem. I tu mała korekta – żyło. Żyło póki nie wprzęgnięto go do koślawego wózka politycznej propagandy. Wtedy zaczęło żyć tym życiem, które dlań wymyślił towarzysz za odcinek propagandowy odpowiedzialny…(coryllus – O moralności artystów)

…trzeci/czwarty:

“…Samotną nie pyszń się niemocą,
Nie szukaj zbroi w arsenałach,
Żyj tak byś zawsze wiedział – po co
Bezcenny Ci – Kapitel Ciała…”

(Jacek Kaczmarski Zbigniewowi Herbertowi „Kwestia odwagi”)

**

„(…) Niech wstydu się lęka – kto próżnią nadęty,
Niech strachu się wstydzi – kto mężny głupotą,
Niech pytań nie stawia – kto czuje się świętym,
Wyroki niech miota – kto schlebia miernotom.
Łzami niech kłamie – kto się współczuć wstydzi,
Śmiechem niech szydzi – kto nie zaznał skruchy,
W orszak niech wierzy – kto nie wie, gdzie idzie,
Orkiestr niech słucha – kto na głos jest głuchy.
(…)
A ty siej. A nuż coś wyrośnie.
A ty – to, co wyrośnie – zbieraj.
A ty czcij – co żyje radośnie,
A ty szanuj to, co umiera.
I pamiętaj – że dana ci pamięć:
Nie kłam sobie – a nikt ci nie skłamie.”

Jacek Kaczmarski – Niech… (muzyka)

podobne: Sebastian Zaradny – „Auto(ironiczny)portret” oraz… 5 grzechów poety kontra „poeta duszy”  oraz: Sylwia.T. Hryciuk „Lęk przed pozą” i Tadeusz Konwicki o „podobaniu się czytelnikom”. polecam również: Ks. Jacek Gniadek: Nieustanna walka z pierwotną rzadkością i pokusami szatana… czyli „Nie samym chlebem…” (Jak zbudować własną skalę wartości?) i to: „Normalny wariat” i „Żarty na bok” czyli… Gdyby światem rządziły błazny, durnie nie mieliby w nim czego szukać.  a także: Michalkiewicz o chałturze snobów w imię „pedagogiki wstydu”, Kisiel o poszukiwaniu sensu czyli… Jak opisać drzewo? i jeszcze: „Kupa gówna” (w puszce) czyli traktat o „sztuce”.

Jerzy Kossak - Pogoń za sławą

Jerzy Kossak – Pogoń za sławą

Wirtualna Polonia

Wiosna jest szczególną porą roku dla każdego z nas, a już na pewno dla artystów. Mają więcej czasu dla siebie, choć  w Ameryce słowo czas ma zupełnie inny wymiar i znaczenie. Ktoś może zapytać- kto to są artyści i tutaj mamy dylemat. Dzisiaj mało kto nie jest artystą, bo każdy coś tworzy, główkuje i wymyśla. Powstają różne „obrazy” nie do końca sprecyzowane ich kształty, ale niewątpliwie są dziełami, nie daj Boże gdyby ktoś pomyślał inaczej! Tak więc  tworzymy: jedni obrazy i rzeźby drudzy składają do kupy litery i ten skomplikowany zapis określają mianem poezji. Jesteśmy więc artystami wielkiego formatu.

View original post 660 słów więcej

Sebastian Zaradny „Auto(ironiczny)portret” oraz… 5 grzechów poety kontra „poeta duszy”


Pieter Claesz - Martwa natura z czaszką i piórem

Pieter Claesz – Martwa natura z czaszką i piórem

Brzydzę się dotykać tego com raz spłodził.
Kazirodczy związek z tym co moje – próżność.
Czemu więc (bez wstydu) wciąż się łapię na tym
jak ciągle obcuję, dopieszczając przeszłość?

Mówisz: „istniejesz dla jednego słowa – ludzie”
I to prawda gdy kochasz tych co blisko ciebie.
Lecz czy kiedy w populus jaźń zbiorową wpadasz,
nie pragniesz chwilę po tym zapaść się pod ziemię?

Bo gdyś w ciemnym kącie zakamarków duszy
spisywał co cię boli i co ważne (przecież!)
chciałeś by nikt inny tego nie zrozumiał
bo po prawdzie „dla siebie stworzyłeś Poezję”.

Nie lubię wracać po to co już raz spisałem.
Niesmak budzi we mnie odgrzewanie potraw.
Czy to przez to że wtedy i później kłamałem?
Czy też może dlatego żem się cały oddał?

Jaką więc prawdę czuję pisząc owe słowa?
Czy ich smak gorzki nie jest nazbyt słodki?
Może jest to kolejna grafomańska zmowa?
Czy stać świętokradcę na udaną spowiedź?

Odys, styczeń 2015

Aleksej Gennadievitsch Kulakov - Mądrość (natchnienie)

Aleksej Gennadievitsch Kulakov – Mądrość

………………………………………..

„stokrotki w śniegu dostrzega
łzy na perły zamieni, w głębi
serca i duszy sonety śpiewa
bezgranicznie w miłość wierzy

słowa jak kwiaty maluje na papierze
natchnienia szuka nawet w niebie
przywraca optymizm bez zastrzeżeń
nie pragnie nagrody dla siebie

to co w głębinach serca chowa
chce by wypłynęło na powierzchnie
dlatego pyta codziennie od nowa
czym jest dla ciebie szczęście

poeta serca i duszy często wzruszy
a ty odczytać sercem wiersze musisz”

„poeta serca i duszy” – 20.02.2015r.(cichosza)

podobne: Sylwia.T. Hryciuk „Lęk przed pozą” i Tadeusz Konwicki o „podobaniu się czytelnikom”.

Mariska Karto - Poeta

Mariska Karto – Poeta

Zapisz.org

picassoTy, co wiersz za wierszem piszesz
jesteś jak zwierzę w psiej budzie
jesteś jak kundel, co stopy pana liże
a istniejesz dla jednego słowa: …ludzie!

Ty, co strofę za strofą uparcie tworzysz
żyjesz w kraju, który w końcu cię zje
Ty, co wciąż pióro w kałamarzu moczysz
ale… czy ktoś jeszcze czyta w ogóle Poezję?

W domu z zapisanych na brudno kartek
w ścianach chaotycznie oplutych pejzażem
idziesz się upić co każdy piątek i czwartek
by zwyzywać pijaną gawiedź przy barze

Wers za wersem sobie w końcu zestawisz
na swoje uczynki masz wieczną amnezję
na kacu olśnienie w twej głowie się zjawi
że wszyscy mają głęboko gdzieś całą Poezję

Słowa tworzą zdanie – niczym grom zabrzmi!
wyspami piszesz, tworzysz nową Indonezję
zadajesz pytanie, które same z ciebie kpi
bo po prawdzie sam dla siebie tworzysz Poezję

Ilustracja: Pablo Picasso, „Portret poety”, 1902

View original post