Michalkiewicz i Braun: Quo vadis Polsko? Sny o potędze RP kontra przekleństwo georealizmu. „Stary Nowy Porządek” czyli Zdrada w Monachium.


rys. Jerzy Krzętowski

rys. Jerzy Krzętowski

rys. Jerzy Krzętowski

rys. Jerzy Krzętowski

„Czy Polska, pozbawiona przez ostatnie dwa stulecia podmiotowości i skazana na egzystowanie jako strefa buforowa pomiędzy Niemcami a Rosją, jest w stanie wybić się na niepodległość, stając się przywódcą bloku państw Europy Środkowo-Wschodniej? Czy może zrealizować się nowa koncepcja Międzymorza, którego liderem byłby właśnie nasz kraj? Czy budowa projektu politycznego na kształt dawnej Rzeczypospolitej, który mógłby zapewnić wolność, stabilność i bezpieczeństwo pokaleczonym narodom doświadczonym straszliwie przez totalitaryzmy XX wieku, nie przerasta aby naszych możliwości?”.

Poniżej zestaw kilku artykułów w których poszczególni autorzy starają się spojrzeć na faktyczną sytuację Polski, zwracając uwagę na kierunki w których powinna szukać korzystnych dla siebie rozwiązań geopolitycznych, a jako uzupełnienie lektury: Wykład Michalkiewicza: „Quo vadis Polsko?”/Referat Brauna oraz: Radosław Pyffel: Polska & Chiny – kto, jak i kiedy skorzysta na współpracy?

Świat stał się multipolarny, w którym Ameryka jest niekwestionowanym najsilniejszym mocarstwem, ale już nie hegemonem globalnym, jakim pozostawała po zakończeniu „zimnej wojny”. Obecnie nie da się sprawować dyktatury geopolitycznej przy pomocy lotniskowców, jak to miało miejsce w przypadku Jugosławii. Jednak istotą tej „erozji” jest wzrost siły Rosji…

Zauważmy, że większość krajów Europy Zachodniej nie podziela istnienia militarnego rosyjskiego zagrożenia, jak Polska, a raczej opowiada się za balansem równowagi sił między Rosją a NATO. Nie chcą, aby wzrost napięć militarnych hamował współpracę we wszystkich dziedzinach. Niemcy są zdecydowanym przeciwnikiem budowy i rozbudowy baz wojskowych w Polsce. Dlatego właśnie szef polskiej dyplomacji wskazał Wielką Brytanię jako pierwszego sojusznika w Europie – kraj o podobnie silnym nastawieniu rusofobicznym, który podziela polską wizję bezpieczeństwa europejskiego oraz będący naszym ważnym sojusznikiem w dotychczas podejmowanych decyzjach w NATO. Wielka Brytania to też główny przedstawiciel Ameryki w Unii Europejskiej.

Dla naszej „dalekosiężnej polityki wschodniej” potrzebne są właśnie takie stosunki z Ameryką, jakie posiada Wielka Brytania. Są to najbardziej sojusznicze stosunki, jakie Stany Zjednoczone posiadają w świecie i takie relacje minister W. Waszczykowski chce uzyskać dla Polski…

…Należy sądzić, że montowany układ sojuszniczy USA-Wielka Brytania-Polska ma stać się tym „silnym aktywem międzynarodowym”, które zapewnią Polsce na forum Unii współkształtowanie „dalekosiężnej polityki wschodniej”. Wzmocnieniem „polskich aktywów międzynarodowych” ma być zaproponowany projekt „utworzenia regionalnego sojuszu opartego na Grupie Wyszehradzkiej”. O tym projekcie w 2012 roku mówił: „podmiotową pozycję (Polski) można odbudować przez odzyskanie roli rzecznika interesów państw regionu, odrestaurowanie intensywnej współpracy z państwami nordyckimi, bałtyckimi czy Grupą Wyszehradzką. Prócz podjęcia wysiłków na rzecz zbudowania autonomicznego regionu (np. karpackiego) w naszej części UE. Przez powrót do roli wiarygodnego promotora europejskich ambicji państw bałkańskich i wschodnioeuropejskich. Przez powrót do polityczno-wojskowej i gospodarczej, zwłaszcza w dziedzinie energetyki, współpracy z USA”.

Przy tego rodzaju pomysłach warto zdawać sobie sprawę, że „budowanie autonomicznego regionu w naszej części UE”, to nic innego, jak harce na obrzeżach unii, które sprawiają dla centrum w Brukseli poważne kłopoty wobec wcześniej wymienionych wyzwań, rozsadzających integralność Unii.

Minister W. Waszczykowski chce „odzyskać podmiotowość polskiej polityki zagranicznej”, ale nie mówi, jakimi aktywami dysponuje. Wygląda na to, że chce je uzyskać przez sojusznicze relacje w układzie USA-Wielka Brytania-Polska, które faktycznie jeszcze nie istnieją. Postrzega ten sojusz, jako strategiczną siłę, zwróconą przeciwko Rosji. Jedyne jednak, co Polska może wnieść do takiego sojuszu, to politykę wymierzoną przeciwko Rosji. Trudno tu mówić o jakiejś podmiotowości, raczej o byciu narzędziem amerykańskiej geopolityki, której częścią jest rywalizacja z Rosją. Tym samym nasze bezpieczeństwo uzależniamy od geopolitycznych relacji na linii Ameryka-Rosja, na które nie mamy wpływu. Warto tu przypomnieć chińską maksymę „nie wchodzę do gry politycznej, jeżeli nie posiadam właściwych dla niej aktywów”.

Uzależniamy nasze bezpieczeństwo od geopolitycznej gry Ameryki, której znaczna część interesów znalazła się już nad Morzem Chińskim. To tam rozgrywają się obecnie geostrategiczne interesy USA, nie w Europie. Taka lokalizacja może wymusić powstanie porozumienia rosyjsko-amerykańskiego w sprawie Ukrainy, zaś przy proponowanej polityce W. Waszczykowskiego, która jest faktycznie polityką niszczenia solidaryzmu politycznego Unii, Polska w rezultacie może znaleźć się w „szarej strefie”…(Wojciech Domosławski)

całość tu: Niebezpieczna utopia w polskiej polityce zagranicznej

„…III RP jest państwem słabym, znajdującym się w strefie wpływów dwóch mocarstw euroazjatyckich i dlatego – satelickim. Zrozumienie tego stanu rzeczy utrudnia fakt, że nie istnieje jedno centrum władzy politycznej a także to, że część mocarstw starannie skrywa swoje hegemonialne dążenia. Polska leży na peryferiach Zachodu, który, jak zauważa Immanuel Wallerstein, nie ma jednolitego centrum politycznego. Stąd nie podlegamy wpływom jednego mocarstwa, lecz wielu. Na dodatek zależność od niektórych państw przeceniamy, a od innych ledwie dostrzegamy.

…Dominacja gospodarczo-polityczna Niemiec w regionie jest dominacją z upoważnienia Stanów Zjednoczonych. Już w 1989 r. w Waszyngtonie zdecydowano, że w zachodniej części Eurazji Niemcy sprawować będą przywództwo w imieniu USA. Taki był sens amerykańskiej koncepcji „partnerstwa w przywództwie” (partnership in leadership). Wówczas politycy nad Potomakiem byli świadomi ograniczoności zasobów amerykańskiego imperium i dlatego zdecydowali się tworzyć taki układ równowagi, w którym część mocarstw by im podlegała i w ich zastępstwie reprezentowała ich interesy w określonych regionach świata. Niemcy przykładnie wpisują się w realizacje tego strategicznego paradygmatu. Co istotne dzięki współpracy euroatlantyckiej ich globalna waga się powiększa.

Waszyngton i Berlin nie obnoszą się ze swoją współpracą w przywództwie, albowiem od dawna elity polityczne obu państwa deklarują, że polityka równowagi sił i koncert mocarstw to generalnie złe praktyki na arenie międzynarodowej. Manifestowanie ich miałoby negatywny wpływ na wizerunek obu państw. Z tego też powodu „partnerstwo w przywództwie” jest nad Wisłą zazwyczaj niedostrzegane. Zresztą polskie elity polityczne nigdy nie grzeszyły zbytnim zmysłem politycznego realizmu. Dlatego wygodnie im wierzyć w ideologię amerykańskiego przywództwa, które rzekomo na celu tylko i wyłącznie zaprowadzenie dobra, pokoju i dobrobytu na świecie.

Nasza zależność od Rosji jest tematem tabu. Zupełnie nie mieści się w głowach naiwnych Polaków. No bo przecież skoro Zachód, czyli Amerykanie i Niemcy walczą niestrudzenie o wolność i demokrację na arenie międzynarodowej, to na pewno nas obronią przed „imperium zła” oraz nie pozwolą, aby w naszym regionie mogło ono realizować swoje nieczyste interesy. O, sancta simplicitas! Zapominamy, że dla Stanów Zjednoczonych największym koszmarem nie jest wcale odbudowa imperium przez W. Putina, ale jakikolwiek scenariusz dezintegracji postimperialnej Rosji. Wywołałoby to ogromną destabilizację w Eurazji i groziłoby tym, że część ogromnego arsenału jądrowego wpadłaby w niepowołane ręce. Trzeba więc robić wszystko, aby temu zapobiec. Gdyby w grę wchodziło sprzedanie interesów państw środkowoeuropejskich, to z pewnością uznane by to było w Waszyngtonie za niewyśrubowaną cenę. Rozumie to Berlin i dlatego współpraca Niemiec i Rosji trwa w najlepsze. Wspólnym, sztandarowym projektem obydwu mocarstw jest zmonopolizowanie handlu surowcami energetycznymi w naszej części Europy. Służyć temu ma m.in. rozbudowa gazociągu Nord Stream. Jej celem jest utrzymanie uzależnienia naszego regionu od rosyjskiego gazu. Obydwa mocarstwa mają też nadzieje, że gazociąg ten zablokuje powstanie nowego gracza w regionie, czyli Polski.

Najbardziej paradoksalny jest fakt, że to właśnie polskie elity polityczne mimo werbalnej wrogości wobec Rosji od lat wspierają dominację Moskwy na środkowoeuropejskim rynku surowców energetycznych. Jesteśmy jednym z jej najważniejszych klientów, ponieważ prawie całość importowanego gazu i ropy pochodzi właśnie stamtąd. Od roku 1993 wiąże nas umowa z Rosją na dostawy gazu ziemnego i jeśli jest ona renegocjowana to z reguły na gorsze dla nas warunki. Jest ona wymownym świadectwem faktu, że rządzący naszym krajem establiszment torpedował wszelkie posunięcia dywersyfikacyjne, aby utrwalać zależność od Rosji. Takie są niestety fakty.

W Polsce nie rozumiemy, dlaczego tak często mocarstwa zachodnie przedkładają interesy „barbarzyńskiego” imperium kosztem swych mniejszych sojuszników. Zapominamy o regułach koncertu mocarstw, które polegają na tym, że kraje mniejsze i średnie stanowią rodzaj łupu mocarstw. Ich przydatność sprowadza się do tego, że mocarstwa na ich koszt zawierają miedzy sobą kompromisy

…Tisze budziesz, dalsze jedziesz – mówi znane rosyjskie przysłowie. Zamiast krzyczeć, że zamierzamy prowadzić politykę wymierzoną w interesy Niemiec i Rosji, a potem bezradnie przyglądać się temu, jak Berlin i Moskwa skutecznie blokują nasze inicjatywy, lepiej skupić się na realizacji konkretnego przedsięwzięcia. Są bowiem takie dziedziny, w których autonomiczna polityka zagraniczna jest możliwa. Taką okazję daje polityka energetyczna. W jej wypadku nasze geopolityczne położenia, które z reguły było przekleństwem, okazuje się być wielką szansą. Ze względu na swoje centralne położenie Polska może być samodzielnym graczem na europejskim rynku surowców energetycznych, przede wszystkim gazu ziemnego. Chodzi o to, aby mogła dysponować nadwyżkami gazu, które następnie sprzedawałaby z zyskiem…” (Krzysztof Rak)

całość tu: Polska dyplomacja – między mirażem potęgi, a pokusą appeasementu.

podobne: Czy Polska zamieni gaz z Rosji na norweski? Nord Stream 2 może zablokować gazoport w Świnoujściu (ile warte jest słowo Merkel). Między Ameryką a Niemcami, oraz nasze miejsce w świecie. oraz: „SZ”: Niemcy kochają Rosjan, pogardzają Amerykanami. Szeremietiew: Niemcy, Rosja, czy… Polska?

„…Polska i Węgry współpracują skutecznie w ramach polityki bezpieczeństwa NATO. Razem rozbudowują infrastrukturę gazową i nadal bronią się przed ambitną polityką klimatyczną. Schodząc jednak do konkretów, coraz więcej różni nasze nacje. Kością niezgody jest stosunek do Moskwy, z którą Orban flirtuje, by grać na nosie Komisji Europejskiej. Chociaż spotkanie z Kaczyńskim zapowiada być może współpracę w opieraniu się Komisji razem z Polakami, ci potrzebują Brukseli do obrony przez projektami Moskwy, jak Nord Stream 2 i dezintegracją polityki wspólnotowej: partykularyzmami w Europie Zachodniej w relacjach z Moskwą, próbami rewizji polityki sankcji. W przeciwieństwie do Węgrów, którym na sankcjach nie zależy, a na Nord Stream 2 mogą się zgodzić pod pewnymi warunkami, Polacy mają wiele do stracenia na utracie posłuchu w Komisji Europejskiej, która do tej pory wspierała nas w wyżej wymienionych kwestiach.

Romantyczny sojusz Polski i Węgier przetrwał setki lat. Rośnie także popularność idei Międzymorza, czyli współpracy państw regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Mało kto dziś wspomina, że u jej gruntu leży właśnie antyrosyjskość, promocja ruchów wyzwoleńczych, czyli swoistych Majdanów, i rozpruwanie Imperium po szwach narodowościowych. Takiego Międzymorza nie poprą współczesne Węgry i wiele nacji regionu, którym zależy na dobrych relacjach z Rosjanami.

Przekuwanie sojuszu polsko-węgierskiego w pragmatyczną współpracę będzie tym trudniejsze, im bardziej rozchodzić się będą te kraje w podejściu do integracji europejskiej i stosunku do Rosji. No chyba, że czeka nas Budapeszt w Warszawie i rewizja polskiej polityki zagranicznej na kształt zmian wprowadzonych przez Wiktora Orbana na Węgrzech. Tu jednak stanie na przeszkodzie antyrosyjski rys polityki Kaczyńskiego. Zmiana linii byłaby trudna do zaakceptowania także z punktu widzenia elektoratu partii Prawo i Sprawiedliwość podnoszącej wciąż kwestię niewyjaśnionych przyczyn katastrofy smoleńskiej, w której zginął prezydent RP Lech Kaczyński, brat-bliźniak Jarosława. Z tego względu Orban może być dla niego taktycznym „bratankiem”, ale prawdopodobnie nie zostanie nowym, strategicznym „bratem”.” (Wojciech Jakóbik)

całość tu: Kaczyński, Orban – dwa bratanki? 

podobne: Widziałem męża stanu. Orban krytykuje politykę imigracyjną UE i broni prawa do debaty nad karą śmierci. Węgry zmniejszają deficyt, zadłużenie publiczne i podatki. oraz: Polityka energetyczna Węgier solą w oku „Wielkiemu Bratu” z zachodu. i to: Studium węgierskiego przypadku nad Wisłą czyli… ile z Orbana w PISie. Czego powinien chcieć od władzy zwykły Polak? a także: Ameryka otwiera zawory z ropą. Nord Stream 2 podzielił Europę.

„…Gdybym miał w obrazie odmalować ówczesną tragedię polityczną Kraju, przedstawiłbym naród w postaci pochodu, który z pieśnią na ustach, na przemian męczeńską i triumfalną, gnany jest przez siepaczy hitlerowskich w przepaść bolszewicką, a po bokach kroczące szpalery „autorytetów” konspiracji, pilnujących z pistoletami w garści, aby nikt z tego pochodu się nie wyłamał, nikt nie próbował zawrócić czy innych przed przepaścią nie ostrzegł.” – pisał Mackiewicz.

Jakkolwiek „siepaczy hitlerowskich” zastępują dziś szacowni politycy niemieccy, z pupilką Stasi na czele, a „przepaść bolszewicka” ma być zaledwie koleiną, wytyczoną politycznym „georealizmem” – obraz nakreślony przez pisarza powinien przerażać swoją aktualnością.

Wojna na Ukrainie przypomniała z całą bezwzględnością, że dwa żywioły: rosyjski i niemiecki, nigdy nie pogodzą się z istnieniem Rzeczpospolitej. Nawet obecne państwo, powstałe na fundamentach „Polski Ludowej”, jest nie do zaakceptowania dla naszych odwiecznych wrogów.

Ukraina jest zaledwie etapem, „polem doświadczalnym” nowego sojuszu Moskwy i Berlina. Akta niemieckich polityków, zgromadzone w archiwach Łubianki, dają pewność, że sojusz ten przetrwa każdą próbę. Putin doskonale odrobił lekcję najnowszej historii i zrozumiał, że nadrzędnym celem społeczeństw „wolnego świata” nie jest prawda historyczna bądź racje moralne, ale dobrobyt i spokój – i za obie te wartości gotowe są zapłacić każdą cenę.

Realizowany od siedmiu lat plan wasalizacji Polski, wkracza obecnie w kolejną fazę, w której Rosja i Niemcy mogą liczyć na wsparcie eurołajdaków i pełną współpracę ze strony „elit” III RP. Projekt Prusy Wschodnie – utrzymywania za wszelką cenę otwartej granicy z Kaliningradem, jest symbolem trwałości nowego przymierza i już dziś prowadzi do reaktywacji historycznych demonów. Z kolei, „awans” udzielony jednemu z wysokich przedstawicieli reżimu dowodzi, że cały aparat unijny zostanie zaangażowany w utrwalenie obecnego status quo i będzie zabiegał o utrzymanie Polski w orbicie Moskwy i Berlina.

W ostatnich latach przynajmniej kilkakrotnie mogliśmy dostrzec prawdziwe intencje „wolnego świata”. Entuzjazm, z jakim na Zachodzie powitano zwycięstwo wyborcze Platformy, w roku 2007 i 2011, nie wypływał przecież z troski o polskie sprawy i nie był efektem wysokiej oceny przymiotów politycznych i intelektualnych przedstawicieli rządu Tuska. Podkreślano przede wszystkim, że pragmatyzm nowej władzy pozwoli poprawić relacje z Rosją i wygasić „polską rusofobię”. To dlatego, natychmiast po tragedii smoleńskiej pojawiły się na Zachodzie głosy nawołujące do pojednania polsko-rosyjskiego, zaś niemieckie media nie ukrywały, że „napięcia pomiędzy Polską a Rosją oznaczają dla Berlina kłopoty”. Życzliwość komisarzy i polityków Zachodu, a w szczególności serdeczności Angeli Merkel, mają bardzo konkretny wymiar. W równym stopniu dotyczy on świadomości, że reżim III RP jest tworem wyjątkowo słabym i podatnym na unijne naciski, jak przekonania, że nie będzie on przeciwstawiał się Rosji ani tworzył przeszkód w realizacji polityki pojałtańskiej.

Warto sobie uświadomić, że po roku 1939, 1945 i 1989, kolejna data w polskiej historii nie przyniesie przełomu w łańcuchu dyplomatycznych draństw, zdrady i zawiedzionych nadziei. Żadna z „zachodnich demokracji” nie będzie umierać za Polskę, tak jak dziś nikt nie chce nadstawiać głowy za wolną Ukrainę.

Byłoby fatalnie, gdyby Polacy odrzucili tę lekcję historii.

Zbyt łatwo zapomnieliśmy, że postawę Zachodu wobec Sowietów/Rosji wyznaczyły słowa Churchilla o gotowości „sprzymierzenia się z diabłem, żeby tylko wypędzić szatana”. Tym diabłem był wówczas Stalin, mający obronić Europę przez Hitlerem-szatanem. Gdy „diabeł” wykrwawił „szatana” na ziemiach oddalonych od europejskich stolic, przyjęto dogmat, iż każdy, kto występuje przeciwko diabłu, będzie odtąd wrogiem cywilizowanej Europy. Rok 1989 i propagandowe ogłoszenie „upadku komunizmu” stanowił naturalną kontynuację tej mitologicznej postawy wobec „diabła”. Jego przejście na „stronę światłości” powitano jako ostateczne zwycięstwo nad szatanem totalitaryzmu i konsekwencję wspólnej walki z demonem – Hitlerem. Przyczyną tej zbiorowej mistyfikacji była m.in. konieczność moralnego usprawiedliwienia sojuszu z międzynarodowym komunizmem. Bez tego usprawiedliwienia, ideowa wykładnia wojny z Hitlerem, nie byłaby możliwa, albo co najmniej utrudniona. Dzięki niej, dokonano rozgrzeszenia hańby „ładu jałtańskiego”, zaaprobowano farsę procesu w Norymberdze i zapomniano komunistom zbrodnie ludobójstwa, przy których bledną wyczyny Hitlera.

…Wprawdzie historia przyznała rację Mackiewiczowi i obnażyła cynizm i nielojalność aliantów, to przecież pisarza skazano na zapomnienie i marginalizację. Tryumf zaś święcą mitomani, deliberujący o „zwycięstwie Polski w II wojnie światowej” oraz umacnianiu sojuszu z państwami Zachodu. Niezależnie – czy mówią dziś o „zakopywaniu Polski aż po sam czubek głowy, razem z tym czakiem ułańskim, razem z czapką krakuską”, czy postulują „pogłębianie integracji europejskiej i budowanie polskiej pozycji w Unii Europejskiej” – reprezentują tę samą sektę utopistów i mistyfikatorów, którzy od dziesiątków lat niszczą nasze marzenia o niepodległości.

Trzeba wielkiego zaślepienia, by po doświadczeniach zaborów, wojen i 50-letniej okupacji – nie dostrzec klęski podobnych koncepcji.

Ich twórcy, nie tylko nie wierzą w potencjał Polaków i możliwość zbudowania silnej państwowości, ale porażeni własną niemocą, uczynili z naszego położenia geograficznego, najtrwalsze kajdany. Bo jeśli nie „współpraca” z Rosją, to wizja ekonomicznej kolonii niemieckiej. Jeśli nie „zbliżenie” z Zachodem, to moskiewski jasyr.

Przekleństwo georealizmu będzie nam ciążyć tak długo, jak długo dajemy wiarę, że Polska musi być proniemiecka bądź prorosyjska. Albo nie istnieć w ogóle. cdn.” (Aleksander Ścios całość tu: NUDIS VERBIS – 1 Diagnoza)

podobne:  „Na sumieniu Polski ciąży wiele grzechów przeciwko sobie, ale ani jeden przeciwko innym narodom.” Aleksijewicz: człowiek postsowiecki jest agresywny i bezwzględny. i to: O tym, jak Winston Churchill realizował politykę sowiecką, zanim wybuchła II wojna światowa. polecam również: „Szklany nocnik dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego” za „Traktat Lizboński i nadmuchiwanie Niemiec”. oraz: „1920 – zapomniany appeasement”. Murzyńskość zachłyśniętych zachodem i rachunek z sowieckich krzywd. O polską politykę i świadomość historyczną.

„…w roku 2013, po kilkuletniej przerwie spowodowanej „resetem” dokonanym 17 września 2009 roku przez prezydenta Obamę w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, Stany Zjednoczone powróciły do aktywnej polityki w Europie Wschodniej. Polska ponownie trafiła pod amerykańską kuratelę i ponownie podjęła się roli amerykańskiego dywersanta na Europę Wschodnią, co objawiło się w postaci postępowania, polegającego na żyrowaniu przez Polskę w ciemno wszystkiego, co zrobią tamtejsi Umiłowani Przywódcy w rodzaju Arszenika Jaceniuka. Piotra Poroszenki, czy największej osobliwości w postaci Michała Saakaszwiliego. Kontynuacją tego było zadeklarowanie kijowskim dygnitarzom przez pana prezydenta Dudę 4 miliardów złotych pożyczki, żeby mogli sobie jeszcze przez jakiś czas z czego pokraść. Już mniejsza o to, w jaki sposób pan prezydent uzbiera taką sumę („nie mam głowy, jak ty to uzbierasz” – śpiewała Izabela Trojanowska), bo ważniejsze jest pytanie, czy jesteśmy skazani na bęcwalstwo, czy też z powrotu USA do aktywnej polityki w Europie Wschodniej Polska mogłaby uzyskać jakieś korzyści?

Skoro Polska już podjęła się niebezpiecznej roli amerykańskiego dywersanta na Europę Wschodnią, to byłoby bardzo niedobrze, gdyby tę rolę odgrywała za darmo – jak to było za prezydenta Kaczyńskiego. Polska – po pierwsze – powinna uzyskać od Stanów Zjednoczonych zapewnienie, że USA nie będą wywierały na Polskę żadnych nacisków w sprawie realizacji tak zwanych „roszczeń majątkowych”, jakie Żydzi wysuwają wobec naszego nieszczęśliwego kraju, a po drugie – że ponieważ Polska, wychodząc naprzeciw amerykańskim oczekiwaniom i podejmując się roli amerykańskiego dywersanta na Europę Wschodnią, siłą rzeczy stała się państwem frontowym, to oczekiwalibyśmy, że USA potraktują Polskę tak samo, jak traktują inne państwo frontowe, to znaczy Izrael. W praktyce chodziłoby o finansową kroplówkę w wysokości 4 mld dolarów rocznie, plus udogodnienia wojskowe, z jakich korzysta Izrael. I jedna i druga sprawa ma żywotne znaczenie z punktu widzenia polskich interesów państwowych i uważam, że władze polskie powinny starać się uczynić z tego probierz jakości stosunków amerykańsko-polskich. Postępowanie przeciwne oznaczałoby polską zgodę na instrumentalne traktowanie naszego państwa, a byłoby niedobrze, gdyby politycy amerykańscy przyzwyczaili się, że Polskę nie tylko można, ale tak właśnie trzeba traktować.

Wprawdzie sojusz amerykańsko-polski ma wszelkie znamiona sojuszu egzotycznego (polega on na tym, że jeśli jeden sojusznik traci niepodległość, to drugi może nawet tego nie zauważyć), ale o ile tej egzotyki nie możemy wyeliminować z uwagi na okoliczności obiektywne, to przecież możemy ją zmniejszać przez odpowiednie postępowanie, w którym również Polonia amerykańska mogłaby oddać Polsce wielką przysługę. Warto zwrócić uwagę, że zapowiedzi rozlokowania m.in. na terenie Polski amerykańskiego wojska „w sile brygady pancernej”, czy urządzenie tu amerykańskich magazynów ciężkiej broni, to nie to samo. Ani bowiem te wojska nie będą podlegały polskim władzom, tylko będą wykonywały rozkazy przywódców amerykańskich, ani broń tu zmagazynowana nie będzie mogła być wykorzystana przez Polskę bez zgody jej właścicieli. Dlatego Polska jest zainteresowana modernizacją WŁASNYCH sił zbrojnych, które nie tylko stanowią element sił zbrojnych NATO, ale w dodatku są rozlokowane na wschodnim skraju obszaru obrony Paktu Atlantyckiego. Ich wzmocnienie leży zatem w interesie wszystkich członków NATO, a jednocześnie wychodzi naprzeciw polskim interesom państwowym. I tylko takie zgrywanie interesów Paktu Atlantyckiego z polskimi interesami państwowymi pozwoli Polsce na uzyskiwanie korzyści z faktu uczestnictwa w NATO.

Obecne podróże pani premier Beaty Szydło, prezentowane przez życzliwą państwową telewizję jako dyplomatyczna ofensywa, stwarzają dobrą okazję do zastanowienia się nad jeszcze jedną sprawą, a mianowicie – powrotem do Heksagonale – jednak uzupełnionego i poprawionego…

…Chodzi oczywiście o tak zwane „Międzymorze”, to znaczy Estonię, Łotwę, Litwę, Polskę, Czechy, Słowację, Węgry, Słowenię, Chorwację, Serbię, Rumunię i Bułgarię – a więc państwa leżące między Morzem Bałtyckim, Czarnym i Adriatykiem. Zamieszkuje je ponad 80 milionów ludzi, a więc mniej więcej tylu, ilu w samych Niemczech. Międzymorze nie stanowiłoby więc zagrożenia dla nikogo, natomiast mogłoby spełniać rolę sojuszu realnego dla swoich uczestników pod warunkiem uniknięcia błędu popełnionego podczas poprzedniej próby pod nazwą „Heksagonale”, która nie miała dostatecznie silnego lidera, czy ściślej – protektora. O tym właśnie pisał m.in. we wspomnianym artykule Jan Nowak-Jeziorański – że „ze Stanami Zjednoczonymi na czele”. Brak tego protektora sprawił, że Niemcy z łatwością tę inicjatywę storpedowały i próżnię polityczną, jaka w Europie Środkowej pojawiła się wskutek ewakuacji stamtąd sowieckiego imperium, zaczęły wypełniać poprzez rozszerzanie na wschód Unii Europejskiej, której były niekwestionowanym politycznym kierownikiem. W tej sytuacji współpraca polityczna w ramach Grupy Wyszehradzkiej, powinna być m.in. skierowana na przekonywanie polityków amerykańskich do koncepcji Międzymorza nie tylko jako zapory przed ewentualną rosyjską ekspansją w kierunku zachodnim, ale również jako przeciwwagi dla strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, które miałoby wyznaczać ramy polityki europejskiej. Wydaje się, że obecna sytuacja sprzyja powrotowi do tamtej – ale uzupełnionej i poprawionej – koncepcji. Polska polityka zagraniczna uzyskałaby wtedy perspektywę szerszą niż dotychczasowe zadaniowanie starych kiejkutów – a to byłaby niewątpliwie „dobra zmiana”. (Stanisław Michalkiewicz – Szumią morza trzy)

podobne: Rola Polski w strategii USA (miejsce w szeregu). Jak z przedmiotu stać się podmiotem polityki międzynarodowej. (Nie)aktualność idei jagiellońskiej  polecam również: Grupa Wyszehradzka apeluje do Kongresu o przyspieszenie eksportu gazu  oraz: Niech w końcu Niemcy wystękają dlaczego nie chcą twardej infrastruktury NATO w Polsce. Czy Obama i Putin uzgodnią nowy reset?

„…Kacper Kujawski: Czy uważa pan że w obecnych realiach geopolitycznych jest realne utworzenie intermarium – ta perspektywa jest ostatnio trendem w myśli amerykańskiej polityki zagranicznej jako osłabienie tandemu Rosja – Niemcy.

Nie tylko realne, ale i docelowo konieczne. Rzecz w tym, kto będzie tym międzymorzem rządził? Czy będzie to rzeczywista reaktywacja Wielkiej Rzeczypospolitej (czego nieodzownym momentem musi być podniesienie Korony polskiej), czy też ukonstytuowanie się „kondominium rosyjsko-niemieckiego pod żydowskim zarządem powierniczym” od Odessy, Konstancy i Kiszyniowa do Wrocławia i Szczecina – ? Uwaga: sytuacji nie ułatwia fakt, że to drugie będą nam zapewne sprzedawać właśnie w opakowaniu propagandowym „polityki jagiellońskiej” – wmawiając przy tym naiwnym słuchaczom, że jej istotą jest rzekomo „wielokulturowość”. Pamiętajmy więc, że „wielokulturowość”, owszem, w sensie respektowania staropolskich reguł nieingerencji państwa w sprawy prywatne: „wolnoć Tomku, w swoim domku”. Ale co innego sprawy publiczne, w których rządzić będą albo zasady cywilizacji łacińskiej wywiedzione z katolickiego personalizmu, albo kolektywistyczny trybalizm.

Wszelkie przymierza, ma się rozumieć, muszą być oparte na wspólnocie interesów. Róbmy więc dobre interesy z kim się tylko da. Zastrzegam, że moje suygestie nie zakładają gwałtownego zrywania jakichkolwiek kontaktów, które już działają. Ale trzeba wszystko widzieć we właściwych proporcjach. Warto np. zauważyć, że jeśli już o interesy chodzi, to np. z USA mamy wymianę handlową na tym samym poziomie, co z Belgią – więc, z całym szacunkiem, nie tu jest klucz do naszego wzrostu gospodarczego. Gdzie go zatem szukać? Przede wszystkim: znieść żelazną kurtynę, którą pod dyktando UE i USA utrzymujemy na naszej wschodniej granicy – należy do tego dążyć ze wszystkich sił, a przemawiają za tym wszelkie względy ekonomiczne i geostrategiczne. Mówiłem o tym wielkokroć, nie powtórzę tu kompletnej argumentacji – ale w najbliższym otoczeniu to Białoruś (!) jest ostatnim otwartym jeszcze dla nas oknem możliwości. Jeśli mamy kiedyś doprowadzić do nowego otwarcia w kontaktach z Moskwą – to właśnie via Mińsk. Oczywiście prezydent Łukaszenka musiałby najpierw zobaczyć, że ma w Warszawie z kim rozmawiać – co po latach odrzucania wszelkich ofert z jego strony i retransmitowania przez nas na Wschód demokratycznego frazesu nie będzie wcale takie oczywiste. Oczywiście jest Budapeszt. Ale trzeba budować dłuższą oś: droga do Mińska wiedzie być może przez Ankarę z jednej, a Sztokholm z drugiej strony. Aby obronić nasza suwerenność musimy szukać wyjścia z pułapki geopolitycznej w jakiej tkwimy od stuleci. Pilnie należy zacząć wykorzystywać wszelkie możliwości w relacjach handlowych z Chinami. Obsługa europejskiej końcówki „nowego szlaku jedwabnego” to wspaniała perspektywa – nic dziwnego, że wszyscy inni chcieliby czerpać z tego profity (to nb podstawowa współczesna przesłanka koncepcji „kondominium” na naszym terytorium)…” (Grzegorz Braun, całość w wywiadzie dla Polskiego Piekiełka)

„…Projekty Nowego Jedwabnego Szlaku (NJS) oraz Azjatyckiego Banku Inwestycji (AIIB) stały się punktami uwagi dla praktycznie wszystkich krajów na świecie. Nowy Jedwabny Szlak doskonale wpisuje się również w koncepcję Międzymorza w Europie Środkowo-Wschodniej… 

Nowa koncepcja skupia się przede wszystkim na Ukrainie, Białorusi i Litwie, jako hubie łączącym Morze Bałtyckie z Morzem Czarnym i praktycznie całkowicie pomija Polskę oraz Rosję. W takim układzie, rozwiązanie to najbardziej uderza jednak w interesy Polski. Ukraińska megalomania umieszcza ponownie dzikie pola w sercu Europy zapominając, że dla Chin priorytetem jest wymiana handlowa z Europą, a nie z państwami byłego ZSRR. Następstwem takiego procesu jest z kolei apel ukraińskich władz o większe zaangażowanie Niemiec i Chin w procesy gospodarcze na Ukrainie oraz wsparcie rozwoju infrastruktury. Nie trzeba tutaj dużej wyobraźni, aby zrozumieć, że historia zatacza tutaj właśnie duże koło i niedługo może się okazać, że perspektywa współpracy Niemcy-Rosja-Ukraina-Chiny będzie wyjątkowo kusząca dla nowych władz Ukrainy…

…Bardzo ciekawa jest ukraińska koncepcja połączenia Nowego Jedwabnego Szlaku z państwami Unii Europejskiej. Nie biegnie ona bowiem, jak dotychczas przez Lwów do Polski, lecz na północ w kierunku Białorusi. Prowadzi przez Mińsk i Wilno aż do litewskiego portu w Kłajpedzie. Jest to właśnie wschodni projekt Międzymorza bez udziału Polski. Historycznie rzecz ujmując – jest to powstanie Wielkiego Księstwa Litewskiego (dzięki wsparciu Chińskiej Republiki Ludowej), w jego pierwotnych granicach, czyli od Bałtyku i Żmudzi przez Galicję Wschodnią aż po Odessę. Pierwsze sygnały dotyczące takiej koncepcji już wiele lat temu wysyłał Aleksander Łukaszenka.

Koncepcja ta, w której Ukraina staje się hubem, komplikuje teoretycznie eksport do Unii Europejskiej. Jednakże projektantom nie zabrakło tutaj wyobraźni. Pojawiły się nawet delikatne sugestie, że w najbliższym czasie możliwa jest również zmiana granic na Pomorzu oraz Śląsku. Ukraińcy wskazują, że póki co – na Ukrainie nie ma sił politycznych nawołujących do zwrotu Lwowa do Polski – natomiast w Polsce działa liczna partia „Autonomii Śląska”, której celem jest „powrót do Niemiec”. Nie będę tutaj oceniał ile jest w tym kłamstwa, a ile prawdy, lecz uznam, że bezsporny jest fakt, iż prowadzenie „polityki historycznej” i rewizjonistycznej, to broń, która ścina w obu kierunkach. W realnej perspektywie rozpadu Unii Europejskiej takie mechanizmy polityczne oraz kolorowe rewolucje wspierane z zewnątrz – powinny być szczególnie poważnie potraktowane. Ewentualne zmiany geopolityczne miałyby nastąpić w okolicznościach rozpadu Unii Europejskiej, co stawiałoby gospodarkę Niemiec w centrum nowego układu sił w Europie Zachodniej. Nowe granice i nowy rozkład linii transportowych umożliwiałby nie tylko połączenie drogą morską, lecz również drogą lądową od Wilna do Kaliningradu oraz w kierunku Hamburga.

Nie jest to niestety pierwszy objaw ukraińskiej megalomanii i nacjonalizmu, gdzie punktem odniesienia dla interesów Ukraińców jest współpraca ukraińsko-niemiecka, kosztem dobrych relacji z Polską. Z tych koncepcji wynika bowiem jasno, że Ukraina przedkłada współpracę z Niemcami i Białorusią z całkowitym pominięciem Polski(Jarosław Narymunt Rożyński)

całość tu: Ukraina proponuje Międzymorze bez Polski

podobne: Ukraina na skraju bankructwa (z długiem u Rosji). UE wycofuje się z polityki wschodniej. Partnerstwo strategiczne Litwy i Polski podupadło  a także: Większe wpływy Rosji na Ukrainie dzięki Niemcom i Francji. Sikorski: UE odeszła od wspólnej polityki zagranicznej. Duda o bezpieczeństwie a Niemcy o niebezpieczeństwie polskiej racji stanu (Polska strefą buforową). OAS i NATO dwóch prędkości.

„…Anglia nie ma wiecznych wrogów, ani wiecznych przyjaciół, ale za to ma wieczne interesy. Polacy też mają swoje interesy i właśnie od ich respektowania zależy nasz dobrobyt i samo istnienie. Ale te interesy trzeba jasno wyartykułować.

pytanie USA czy Chiny jest zasadne – pod warunkiem zachowania własnej podmiotowości. Ktoś powie, że to pomylony pomysł, bo interesy USA i Chin się wykluczają, a my jesteśmy zbyt słabi. To prawda, że wykluczają, ale nie na terenie Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, która oddziela Niemcy od Rosji. Tę ścianę, lub współcześnie – mur, chcą zbudować Amerykanie i Chińczycy. Jeżeli Niemcy oficjalnie piszą o polsko-amerykańskiej zmowie, to musi ona już mieć realne kształty. Ponadto działania polskiego rządu wskazują na takie poparcie. I niezależnie od politycznej opcji należy „kuć żelazo póki gorące”. Jak mawiał Piłsudski, stwarzać fakty dokonane.

Przy tak zarysowanym planie musi pojawić się pytanie, jaką cenę ma takie poparcie? Do czego więc Polacy się zobowiązali wobec Amerykanów, bo chyba każdy zdaje sobie sprawę, że w polityce nic nie ma za darmo. A skoro tak jest, a interes Amerykanów i Chińczyków na terytorium Polski pokrywa się z naszym, to może warto przyjąć propozycję chińską 16+1 i w ten sposób wzmocnić swoją pozycję przetargową wobec nie tylko Europy Środkowo-Wschodniej, ale również wobec Rosji i Niemiec, a także samych Amerykanów i Chińczyków.

…Oczywiście takie rozwiązanie będzie budziło opór Rosjan, Niemiec, ale również i USA. Ale z Amerykanami to nie my powinniśmy negocjować, lecz Państwo Środka, które jest zainteresowane wzmocnieniem Europy Środkowo-Wschodniej – oczywiście dla swoich celów. Ale te cele, warto przypomnieć, że w wyjściowej pozycji pokrywają się z naszymi. Dlaczego nie mamy skorzystać z okazji i wejść na drogę ku lepszej Polsce, tym bardziej, że w amerykańskiej świadomości dyplomatycznej już żyje wizja Polski, jako lidera Europy Środkowo-Wschodniej. Stworzył ją Stratfor, prywatna agencja wywiadu George’a Friedmana. Siła tej koncepcji będzie zależała od siły poparcia państw tego regionu.

Polska chcąc obronić swoją godność i wolność, musi wcześniej wejść w odpowiednie sojusze odporowo-obronne i wyłonić z siebie elity na odpowiednim poziomie, które potrafią myśleć po polsku, wyczuć odpowiedni moment i zastosować odpowiednią taktykę. Koncepcja „z nikim” nie oznacza samodzielnie lub samotnie. (Ryszard Surmacz • wpolityce.pl całość tu: WSTAJEMY Z KOLAN I NIE MAMY DROGI ODWROTU)

podobne: „Między Niemcami a Rosją”, czyli Polska niepodległa w trzech scenariuszach  i to: UE bez pomysłu na siebie pogrąża się w kryzysie. Szczyt w Chinach początkiem końca Europy jaką znamy? a także: Poważne państwa nie mają w polityce zagranicznej ani stałych sojuszników, ani też stałych wrogów, tylko niezmienne interesy. Odzyskać MSZ.

„…12 lutego 2016 roku w Monachium weszliśmy w nową erę. Tak jak XX wiek rozpoczął się od upadku potęgi Europy kontynentalnej i zakończył ostatecznie epokę imperializmu kolonialnego, tak XXI wiek rozpoczyna się od upadku chrześcijaństwa i zakończy się upadkiem całej zachodniej cywilizacji.

Konferencja w Monachium przejdzie do historii podobnie jak konferencje w Teheranie, Jałcie czy Poczdamie. Nieoficjalne doniesienia mówią o tym, że Stany Zjednoczone porozumiały się z Rosją w sprawie podziału stref wpływów w Europie Wschodniej i na Bliskim Wschodzie. W zamian Rosja zobowiązała się do pohamowania rozwoju gospodarczego Chin w Kierunku Europy, poprzez blokadę wszystkich projektów transportowo-lądowych, w tym Nowego Jedwabnego Szlaku. Jednocześnie Niemcy potwierdziły swoje zaangażowanie we wsparcie gospodarcze dla Rosji i zagwarantowały odbiór gazu i innych surowców rosyjskich przez następne dekady. Mniej więcej w tym samym czasie zniesiono sankcje gospodarcze dla Białorusi, co de facto umożliwiło zniesienie sankcji na Rosję, gdyż teraz jej towary będą płynąć przez Białoruś z nowymi etykietami. Innymi słowy, Stany Zjednoczone zdecydowały się również zrekompensować Niemcom i Rosji straty materialne związane z izolacją Chin poprzez oddanie wolnej ręki w Europie Środkowo-Wschodniej oraz odstąpieniem od dalszego wsparcia Turcji na Bliskim Wschodzie.

Ustalenia i umowy w zakresie nowego ładu na świecie odbyły się za zamkniętymi drzwiami. Podczas, gdy mocarstwa światowe ustalały podział swoich stref wpływów – polscy politycy topili się w oparach absurdu i debatach bez najmniejszego znaczenia dla przyszłości kraju. W nowym układzie sił gwarantem stabilizacji są Stany Zjednoczone, Niemcy i Rosja. Natomiast najbardziej poszkodowane i pominięte są trzy kraje: Polska, Turcja i Chiny. Pozostałe kraje Europy Środkowo-Wschodniej, takie jak Rumunia, Czechy, Węgry i Słowacja – nie były praktycznie w ogóle brane pod uwagę jako istotne elementy rosyjskiej strefy wpływów.

Ktoś, kto był obecny na konferencji w Monachium mógł odnieść wrażenie, że cofnął się w czasie o 25 lat. Była to konferencja, na której nieustannie obecne były takie hasła jak: walka z terroryzmem, nowa zimna wojna, nowy układ sił, Syria, Turcja, Irak, ISIS. Najbardziej wyeksponowanymi elementami wyposażenia były flagi USA, Rosji, Niemiec i Organizacji Narodów Zjednoczonych. Polityków Europy Środkowo-Wschodniej celowo ustawiono na świeczniku w centrum dyskusji z osobami o trzeciorzędnym znaczeniu. Kluczowe decyzje podejmowane były za zamkniętymi drzwiami.

Nowy układ sił zakłada, że Rosja zapewni spokój w Syrii i w Iranie, natomiast USA zapewnią spokój w Iraku i jego peryferiach. Jednocześnie Rosja otrzymała wolną rękę w regionie Europy Wschodniej (były bufor ZSRR), w zamian za dopilnowanie, aby Nowy Jedwabny Szlak nigdy nie powstał. USA będą blokować morskie drogi rozwoju Chin, a Rosja będzie blokować lądowe drogi rozwoju Chin. Rosja zobowiązała się do odstąpienia z agresywnej polityki wobec Japonii, natomiast USA skasowały wszystkie swoje projekty w Europie Środkowo-Wschodniej. Nigdy w Polsce nie powstaną amerykańskie bazy i nigdy w Polsce nie będzie stałej obecności wojsk NATO z USA lub Europy Zachodniej.

Zaskoczeni?

Gdzie jest tarcza antyrakietowa? Gdzie jest szpica NATO? Zamiast wielkich projektów pozostały do dzisiaj wielkie, puste obietnice. Zbliża się do końca druga kadencja Baracka Obamy i poza wspólnymi ćwiczeniami kilku tysięcy żołnierzy – nie wprowadzono ŻADNYCH rozwiązań, które mogłyby zapewnić nam bezpieczeństwo przed Niemcami lub Rosją… 

…Amerykanie mają jedną, bardzo prostą zasadę, którą kierują się w polityce i bezpieczeństwie: biznes…” (Jarosław Narymunt Rożyński)

całość tu: Zdrada w Monachium

…Pan Różyński zwraca uwagę na dość przykre ale rzeczywiste fakty, które wynikają choćby z obserwacji tego co się stało na Ukrainie (doszło tak naprawdę do rozbioru tego kraju) i tego co się dzieje w Syrii, gdzie doszło do zaangażowania się sił zewnętrznych w jej sprawy wewnętrzne, i gdzie na jej granicy „doszło do powstania” tzw. „państwa” islamskiego”, które stało się dla USA i Rosji pretekstem do „bohaterskiej” interwencji. Pomimo oficjalnej wrogości między USA i Rosją, oba kraje już od dłuższego czasu działają jakby w cichym porozumienia na obu kierunkach/frontach (kosztem wspomnianych państw) w których wewnętrzne sprawy mocno się zaangażowały. To ciche porozumienie spowodowane jest moim zdaniem „zagrożeniem” jakie dla swoich interesów obie strony widzą w osobie nowego hegemona na międzynarodowej scenie politycznej – Chin. Polska jak zwykle jest tu tylko pionkiem, który jedna strona chętnie poświęci dla zadowolenia drugiej, żeby tylko uratować ważniejsze figury na szachownicy, czyli własny interes. W tej sytuacji uważam że powinniśmy jak najszybciej otworzyć swój rynek interesów na Chiny (i nie mam tu na myśli ścisłej współpracy politycznej ani militarnej).

Uważam że w obecnym niekorzystnym układzie dogadywania się USA z Rosją ponad naszym interesem, tylko w sytuacji kiedy ktoś spoza tandemu Rosja/USA będzie miał u nas swój żywotny interes, wspomniane państwa będą zmuszone podbić własną ofertę by zjednać sobie Polskę i zacząć ją traktować jako ważnego partnera w kontaktach bilateralnych. Kierując się logiką opartą o zasadę konkurencji – skoro wszyscy widzą w Polsce geopolitycznie strategiczny klucz do rozgrywek w Europie, to właśnie tym powinniśmy grać. Nie tylko z USA, ale również z Rosją i Chinami. Skoro Amerykanie nie kierują się wobec nas sympatiami a wyłącznie własnym interesem (i dość na to przykładów), to dziwię się że mimo tej świadomości tak chętnie poświęcamy dla nich własną rację stanu, tym bardziej kiedy USA co i raz oddaje Polskę rosyjskim wpływom. Uważam że nie warto w ciemno (i za darmo) iść za USA kiedy tylko im to pasuje. Zwłaszcza że do tej pory niczego w zamian nie otrzymaliśmy, a kolejny raz wymachujemy papierowymi gwarancjami ryzykując konflikt zbrojny z sąsiadem, podczas gdy USA notorycznie odmawia nam baz wojskowych i broni antyrakietowej. Nie wspominając o tym że jesteśmy ciągle energetycznie uzależnieni od Rosji.

Faktem jest że Chiny mając w planach projekt gospodarczy pod nazwą „jedwabny szlak” (Pociąg cargo z polską żywnością wyruszy z Łodzi do Chin. Koncepcja Nowego Jedwabnego Szlaku), widzą w nim Polskę jako istotny kraj tranzytowo przeładunkowy dla swoich towarów. Być może gdyby zainwestowały w infrastrukturę, tudzież otworzyły u nas filie swoich firm, zmieniłaby się optyka postrzegania naszego kraju na arenie międzynarodowej. Chodzi o to żeby Chiny miały u nas swój kawałek tortu, i to na tyle duży żeby Rosja i USA zastanowiły się czy warto destabilizować kraj w którym ktoś taki jak Chiny ma swoje żywotne interesy.

W międzyczasie dobrze by było gdyby PIS zmienił swoją politykę wewnętrzną. Zamiast zadłużać kraj, podnosić podatki, zmuszając w ten sposób Polaków do emigracji, trzeba uwolnić potencjał naszego narodu, który bogacąc się mógłby udźwignąć koszt utrzymania silnej i o wysokim morale armii. Tyle że od bandy socjalistów o lepkich łapach na pieniądze obywateli nie da się tego wymagać. Czeka nas zatem powolne zwijanie się narodu (zwłaszcza jak dziura w ZUSie zacznie pochłaniać wszystkie daniny publiczne) w którym będzie narastać frustracja wobec „elit” politycznych i coraz większe rozczarowanie krajem. Czeka nas degrengolada gospodarcza, antypatriotyczna i moralna, bo urządzanie spędów/wieców z racji katastrofy smoleńskiej to za mało żeby wyzwolić w Polakach miłość i oddanie dla kraju. Obstalowanie bezrobotnych z własnego zaplecza politycznego na czyszczonych po POprzednikach stanowiskach to nie jest ten cud gospodarczy na który czekają miliony rodaków w Polsce i za granicą, a 500 + tylko przyspieszy załamanie się finansów państwa.

Jakkolwiek się potoczą zakulisowe ustalenia w Monachium, i czy rzeczywiście Polska została (nie)jawnie sprzedana przez USA Rosji w zamian za jej pozyskanie do szachowania rozwoju Chin, tak w niczym nie zmienia to faktu że obok „zdrady” Amerykanów mamy przede wszystkim problem z Rosją, która ciągle traktuje Polskę jako „swoją zagranicę” i raz za razem podnosi lament kiedy Polska próbuje budować swoje bezpieczeństwo w oparciu o USA. Tylko ślepiec może nie widzieć tego, że choć Rosja pogardliwie odnosi się do naszej zależności od USA, to bardzo chętnie widziałaby środek ciężkości zależności naszego kraju we własnych łapach.

Proszę zwrócić uwagę również na to że choć rusofilskie środowiska traktowały i prezentowały Rosję w oczach opinii publicznej jako ostatnią linię obrony przed „NWO”, to Rosja po raz kolejny pokazała że jej „sprzeciw” i „opór” przeciwko temu projektowi był wyłącznie grą, by wywalczyć dla siebie jak najlepszą pozycję w nowym rozdaniu (o czym więcej tu: Gospodarka Rosji stacza się, ale katastrofy już raczej nie będzie. Czy nacjonalizacja Banku Centralnego Rosji to element planu Rothschildów? Ukraina: Strach przed wojną paraliżuje biznes, kredyt z MFW to pomoc czy drenaż? Kijów walczy o reformy energetyczne (bez Kołomojskiego). Rosja weźmie udział w każdym korzystnym dla niej układzie jeśli się jej tylko dobrze zapłaci (albo zrekompensuje koszty)… (Odys)

podobne: Jacek Bartosiak i geopolityka: Rosja uwiązana na Ukrainie czeka na propozycję USA w sprawie „rozbioru” Polski by w zamian pomóc poskromić Chiny. Potencjał Polski w konflikcie z interesem Niemiec (o „jedwabny szlak”). Rola prezydenta RP (a propos debaty) oraz: Jałta Ukrainy w Mińsku: Walki o Debalcewo i Mariupol gwarantowane do 15 lutego przez „plan pokojowy” (pisany na raty). USA „zadowolone” z ustaleń dziękują Niemcom i Francji, oraz gotowe do ograniczenia sankcji na Rosję.  i to: Jacek Bartosiak o „prawdziwej geografii świata” i roli Polski jako drzwiach do panowania nad eurazją, oraz „teoria spiskowa” Piotra Siarki. Kto kogo, kiedy i dlaczego może im się (nie)udać czyli „Bitwa gigantów”. a także: Geopolityka, mocarstwa i wojny. Koncepcja imperium. Czym (jeszcze) żyje Ameryka?  polecam również: NATO-Rosja: manewry wojskowe i „renesans wrogości” (na pokaz?)

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Zaplanowane migracje przymusowe, oraz prawomyślność, hipokryzja i głupota bez granic czyli… zmacane na własne życzenie Niemcy „martwią się” o „Państwo Islamskie” nad Wisłą.


„Inwazje barbarzyńców” to wyrażenie, po które chętnie sięgają włoscy i francuscy historycy, by opisać powszechne zjawisko lawinowego przemieszczania się heterogenicznej ludności kontynentu euroazjatyckiego w IV i V w. n.e., które zakończyło się jej osiedleniem na terytoriach w większości przypadków należących do Cesarstwa Rzymskiego, różniących się od obszarów, z których pochodziły owe ludy. Warto nadmienić, że w kulturze niemieckiej dla opisania tego zjawiska migracyjnego stosuje się natomiast bardziej neutralne i łagodne określenie: „wędrówka ludów” (Völkerwanderungen).

Biorąc pod uwagę wolę jednostek migrujących, należy rozróżnić tzw. migrację dobrowolną (gdy jednostka dobrowolnie podejmuje decyzję o przemieszczeniu, dążąc do poprawy własnych warunków ekonomicznych), a także przymusową (jako skutek ograniczeń politycznych lub prześladowań czy też działań wojennych lub katastrof naturalnych).

Czynniki wypychające tzn. skłaniające do emigracji, mogą być zatem różnorodne. Jednym z najważniejszych jest czynnik ekonomiczny, o którym mowa, gdy w miejscu pochodzenia możliwości zatrudnienia są nikłe, a standard życia jest niższy niż w miejscu przeznaczenia. Istnieją również tzw. polityczne czynniki wypychające: wojny, konflikty etniczne, prześladowania itp.

Wśród czynników sprzyjających ruchom migracyjnym należy wymienić czynniki społeczne, bazujące na istnieniu swego rodzaju sieci, która zapewnia wsparcie migrantom niedawno przybyłym do kraju przeznaczenia. Taką siecią stosunków społecznych może być społeczność rodaków, która już wcześniej osiedliła się w danym kraju…

…K. Greenhill wyróżnia trzy odrębne kategorie strategicznie zaplanowanych migracji: wywłaszczające, eksportowe i zmilitaryzowane. „Zaplanowanymi migracjami wywłaszczającymi są te, których głównym celem jest zawłaszczenie terytorium lub własności innej grupy/grup czy też eliminacja grupy/grup stanowiących zagrożenie dla etnopolitycznej i gospodarczej przewagi strony, która zorganizowała migrację (lub migracje); przypadek ten obejmuje zjawiska powszechnie znane jako czystki etniczne. Zaplanowanymi migracjami eksportowymi są migracje organizowane, by umocnić wewnętrzną pozycję polityczną (poprzez wydalenie politycznych dysydentów i innych wewnętrznych przeciwników) czy też usunąć lub zdestabilizować jeden lub więcej rządów zagranicznych. Wreszcie, zaplanowane migracje zmilitaryzowane to takie, które zwykle zostają zastosowane podczas konfliktu zbrojnego, by zyskać przewagę militarną nad przeciwnikiem – poprzez zdezorganizowanie lub zniszczenie jego centrum dowodzenia, infrastruktury logistycznej i zdolności operacyjnych – lub też celem umocnienia własnych struktur bojowych poprzez zdobycie dodatkowego personelu lub zasobów” [6].

Mówiąc o fali nielegalnej imigracji, która wstrząsnęła Europą w 2015 roku, prezydent Czech Milos Zeman posłużył się schematem stworzonym przez byłą asystentkę J. Kerry’ego. „Tak zwany kryzys migracyjny – powiedział M. Zeman podczas swojej oficjalnej wizyty w Pardubicach – jest zorganizowaną inwazją, która ma na celu niszczenie europejskich struktur społecznych, kulturowych, gospodarczych i politycznych. To jest dobrze zorganizowana inwazja, nie spontaniczny ruch. Dojdzie do tego, że czeskie wojsko będzie musiało interweniować, by bronić granic Republiki Czeskiej”.

Jak stwierdziła amerykańska profesor w komentarzu z dnia 11 grudnia 2000 r. dotyczącym wojny w Kosowie: „Zmieniła się sama natura wojny; teraz uchodźcy są narzędziem wojny” (“The nature of war itself has changed; now the refugees are the war”).

„Zaplanowane migracje przymusowe” (coercive engineered migrations) wykorzystują zatem niekonwencjonalną broń, która, podobnie jak inne niekonwencjonalne metody walki (terroryzm, manipulacja medialna, hakerstwo, zakłócenia na rynkach akcyjnych), jest stosowana w prowadzeniu wojny, zwanej przez dwóch znanych chińskich polemologów „wojną bez ograniczeń”. Niezwykle ciekawy i nie bez znaczenia jest fakt, że dwaj polemolodzy porównują George’a Sorosa do Osamy Bin Ladena [7]: o cieszącym się złą sławą „filantropie” wspomniał premier Węgier Viktor Orban w jednym z wywiadów w węgierskim radiu Kossuth Rádió, mówiąc o napływie tzw. uchodźców pochodzących z Afryki i Bliskiego Wschodu do Europy: „Jego nazwisko – stwierdził V. Orban – jest prawdopodobnie najmocniejszym przykładem spośród osób, które popierają wszystko, co zaprzecza tradycyjnemu europejskiemu stylowi życia”, natomiast aktywiści jego organizacji, oferując praktyczną pomoc i wsparcie prawne nielegalnym imigrantom, „niezamierzenie stają się częścią międzynarodowej siatki zajmującej się przemytem ludzi”…” (Claudio Mutti)

całość tu: Migracje

podobne: „Islamizacja Europy” kontra „tchórzliwa brutalność” czyli „Problem, Reaction, Solution!” i jeszcze: Destabilizacja Afryki przyczyną masowego uchodźstwa. UE nie ma polityki imigracyjnej ale chce zmusić do „solidarności” wszystkie kraje. Pomysły w sprawie imigracji problematyczne dla Polski.

„…No i wreszcie zejdźmy na jeszcze niższy poziom tych piekielnych kręgów. Wędrówka ludów, której ofiarą padają najzamożniejsze państwa starej Europy, jest następstwem wypadku przy pracy, to znaczy – przy operacjach pokojowych, misjach stabilizacyjnych i wojnie o pokój i demokrację, jaką Stany Zjednoczone prowadzą tu i tam – przede wszystkim zaś w krajach, które w przeszłości, słusznie, czy niesłusznie, uważane były za zagrożenie dla bezcennego Izraela. Wskutek pogrążenia tych krajów w stanie krwawego chaosu, potencjalne zagrożenie dla Izraela z ich strony zmalało do zera, zaś ubocznym skutkiem tego chaosu jest właśnie wędrówka ludów ze Środkowego i Bliskiego Wschodu oraz Afryki Północnej do Europy. Co najmniej 70 procent „uchodźców” stanowią młodzi mężczyźni przed ukończeniem 30 lat – a więc najbardziej zdolni do walki. Ewakuacja setek tysięcy, a może nawet i miliona takich mężczyzn ze Środkowego i Bliskiego Wschodu oraz Afryki Północnej do Europy jeszcze bardziej zmniejsza potencjalne zagrożenie dla bezcennego Izraela, ale zwiększa zagrożenie dla Europy. Czy to nie jest przypadkiem amerykańsko-żydowska odpowiedź zarówno na doktrynę „europeizacji Europy”, której wyznawcami po roku 1990 stały się Niemcy i Francja, jak i pogróżki Jakuba Delorsa z roku 1989, kiedy jako ówczesny przewodniczący Komisji Europejskiej odgrażał się, że celem UE jest wypowiedzenie Stanom Zjednoczonym „wojny ekonomicznej?” Czyżby Europa próbowała rozpocząć strategiczne przeciwnatarcie od sprowokowania mężczyzn „o wyglądzie…” – i tak dalej, do wsadzenia niemieckim panienkom rąk pod spódnice? I tego też wykluczyć nie można tym bardziej, że już starożytni Rzymianie, co to każde spostrzeżenie zaraz ubierali w postać pełnej mądrości sentencji, zauważyli, że na świecie dzieją się rzeczy, które nie śniły się filozofom.” (Stanisław Michalkiewicz: Inter pedes puellarum)

podobne: Europa muzułmańska, „Państwo Islamskie” i prawdziwa twarz Islamu: broń w rękach imperialistów, terroryzm, idea rewolucji, czy też religia jak inne?

Kordoniarze - Rafał Zawistowski

Kordoniarze – Rafał Zawistowski

„…Ogromna armada rusza do ziemi obiecanej, do Europy, po swoją ostatnią szansę. Bramy raju – bramy Zachodu zostały dla nich otwarte… Droga wiedzie znad Gangesu w kierunku Sokotry i Suezu i dalej przez Morze Śródziemne do portów Zachodu… Ale Egipt zamyka Kanał Sueski, a salwa z torpedowca zawraca statki z uciekinierami na południe. To długa droga dookoła Afryki. Może pordzewiałe parowce armady zechcą zatrzymać się gdzieś w połowie drogi? Rząd RPA zapowiada, że żaden ciemnoskóry znad Gangesu nie postawi żywy nogi na afrykańskiej ziemi… Mimo to Afrykanerzy w poczuciu przyzwoitości dostarczają statkom paki z żywnością. Te jednak są wyrzucane do morza… Uciekinierzy nie chcą ich, płyną dalej. Nie Afryka jest przecież celem. A Europa? Europa dyskutuje. Media bezrefleksyjnie reagują bezwarunkowym odruchem humanitaryzmu. Pytania, co stanie się z nami, kiedy ten milion wyjdzie na brzeg, zagłuszane są dźwiękami koncertów i krzykiem celebrytów…

W latach siedemdziesiątych francuski pisarz Jean Raspail roztoczył wizję, co mogłoby się stać za trzydzieści lat (Obóz świętych)… Można rzec – wizję nie tyle futurystyczną, co profetyczną – i jakże niepokojącą.

Wtedy – w latach siedemdziesiątych książki nie przyjęto z aplauzem; i nic dziwnego, bo i dzisiaj głosy sprzeciwiające się przyjmowaniu uchodźców są oceniane jako nieprawomyślne, wręcz antyhumanitarne… W książce Raspaila – kiedy armada stała się faktem – to znaczy kiedy dzioby jej pordzewiałych statków zaryły w skały i piaski Lazurowego Wybrzeża, we francuskich nadmorskich kurortach nie pozostał już nikt, nie licząc pewnego profesora, garstki długowłosych dzieci-kwiatów, ortodoksyjnych lewicowców i kilku benedyktyńskich mnichów na granicy demencji… Francuzi po prostu uciekli na północ… Ci sami Francuzi, którzy codziennie przysłuchiwali się wywodom na temat konieczności i obowiązku przyjęcia uciekinierów znad Gangesu. Ci sami, którzy wywieszali transparenty: Wszyscy jesteśmy ludźmi znad Gangesu. I ci sami którzy, potępiali przejawy niechęci wobec każdego, kto mówił inaczej niż głos z telewizyjnych ekranów i codziennych gazet… Zapakowali swoje żony i dzieci do samochodów i w pośpiechu opuścili swoje jasne domy, tłumacząc, że tak trzeba i nie pamiętając, że gdy armada była jeszcze daleko ich dzieci pisały szkolne wtpracowania w rodzaju: Rodzina uciekinierów znad Gangesu prosi o gościnę w moim domu…

Wizja Raspaila sięga dalej – pisarz ujawnia prawdopodobny mechanizm społeczny – ilustruje zjawisko i… straszy.

Może rzeczywiście doczekamy czasów, że będziemy się bać we własnych domach, że przeinterpretujemy pojęcia: odpowiedzialności, miłosierdzia, braterstwa, słabości i siły; nasze rządy staną się bezsilne, a nasze armie nie będą w stanie reagować?

W końcu prognozy demograficzne przywołane przez Raspaila budzą nie tylko niepokój. Siedem miliardów ludzi, w tym tylko siedemset milionów białych, których trzecia cześć – przeważnie ludzi starych będzie zamieszkiwać Europę. I oni mają przeciwstawić się czterystu milionom przybyszów z Bliskiego Wschodu czekających po drugiej stronie Morza Śródziemnego?…” (Roland Maszka)

całość tu: „Prawomyślność i hipokryzja. Czytając Jeana Raspaila”

„…Kontrolowane media zachodnie stawały początkowo na głowie aby tylko nie ujawnić szczegółów. Najpierw chodzić miało tylko o „chuliganów” obmacujących parę dziewczynek tylko w Kolonii. Ani słowa o tym że nie byli to żadni „chuligani” ale Merkel Jugend najnowszej generacji. Podkreślano też że wśród zatrzymanych było aż dwóch Niemców a nawet jeden Amerykanin. Koloru skóry dla pewności nie ujawniono.

Ale potem mleko się rozlało. Zorganizowanych grup Merkel Jugend napastujących kobiety w szeregu miastach nie dało się zamieść pod dywan. Zaczęła w końcu mówić o tym miejscowa telewizja, choć rozdarcie lewackiego serca dalej trudno ukryć. I tak praktyczni Niemcy  chcą zwiększać zatrudnienie w policji na przykład. Bardziej humanitarni od nich Belgowie, których policja dalej nie może złapać sprawców masakry w Paryżu, stawiają przede wszystkim na lekcje wychowania seksualnego w obozach dla uchodzców. No kidding. Oto czego „uchodźcom” głównie potrzeba! Jako podręcznik proponujemy w takim razie Życie seksualne dzikich Malinowskiego, uzupełniony może zajęciami praktycznymi na dworcu w Kölln…

…Media i kosmopolityczna elita dobrze zna olbrzymie ryzyko związane z masową imigracją ale woli tego nie zauważać. Gdy tragedia się wydarzy, jak ostatnio w Paryżu, winny jest zawsze „represyjny klimat” we Francji.

Lewicowe elity sprowadziły na nas wszystkich olbrzymie niebezpieczeństwo wpuszczając zbyt wiele ludzi którzy nie mogą zostać zintegrowani. W odróżnieniu od popularnej opinii, ludzie nie zmieniają się emigrując, zabierają swój kulturalno-religijny bagaż ze sobą.

Współczesne elity utraciły łączność ze swoimi krajami i zostawiły swoje populacje z konsekwencjami narzuconego [przez siebie] multi-kulti i globalizmu…” (cynik9)

całość tu: Merkel Jugend świętuje Nowy Rok na dworcu w Kölln

„…głupek polski, który przyrównał rząd PIS-u do Państwa Islamskiego nawet nie zauważył, że strzelił swojej partii w kolano i przy okazji walnął w pysk całe polskie lewactwo i bojowniczki feminizmu na dodatek! Bo te właśnie środowiska najbardziej zabiegają o przyjęcie do Polski emigrantów islamskich, którzy ponoć uciekają przez Państwem Islamskim. Skoro Państwo Islamskie już mamy nad Wisłą, to jaki uciekinier zechce się tu osiedlić ?

Zapewne z tej przyczyny słowa głupka polskiego o Państwie Islamskim nad Wisłą nie są rozpowszechniane przez media niemieckie, którym zależy na tym, by jak najwięcej islamskich imigrantów upchać w Polsce. Szczególnie teraz – po upojnej nocy sylwestrowej, która dała Niemcom przedsmak kalifatu, który będzie ostatnim akordem polityki multi-kulti Angeli Merkel. Angela oraz inne kobiety ( w tym feministki) mogą jednak liczyć na wiele praw, które im kalifat przyniesie (link).

Na przykładzie Kolonii sami Niemcy zorientowali się, że poruszonej przez Angelę Merkel lawiny nie da się powstrzymać, jak i utworzenia Wielkiego Kalifatu Niemieckiego w samym centrum Europy. Oto w Kolonii hordy arabskich przybyszy dały pokaz „kultury”, która wkrótce zaleje Niemcy mimo prób cenzurowania wiadomości o gwałtach i rabunkach na kobietach, które znalazły się w pobliżu katedry Świętego Piotra i Najświętszej Marii Panny oraz dworca kolejowego. Watahy podpitej hołoty z Południa osaczały niemieckie kobiety molestując je, zdzierając odzienie i rabując. Na 120 zgłoszeń (do tej pory), dwa to gwałty. Inni wyznawcy Proroka bezcześcili w tym czasie średniowieczne sanktuarium, jedne z największych na świecie, załatwiając w jego pobliżu oraz na jego murach swoje potrzeby fizjologiczne. Policja oczywiście nie interweniowała, a niemiecka prasa milczała co dowodzi, że postępowa głupota dotarła do nas z Niemiec.

Mimo to, Niemcy nadal chcieliby nas pouczać o demokracji i o tym, jak walczyć z faszyzmem, ksenofobią oraz brakiem empatii dla zaproszonych przez Angelę Merkel gości. Nie byłem więc zaskoczony, gdy kolejny głupek rodzaju żeńskiego na łamach niemieckiego Newsweeka (ale wydawanego w języku polskim), zaczął nawoływać do cenzurowania informacji o wydarzeniach w Niemczech, gdyż nie tylko w Kolonii doszło do zderzenia postępowej kultury lewackiej z kulturą z Południa. Takie informacje, to byłaby woda na młyn dla całej prawicy, która tylko czeka na takie wiadomości – wyjaśnił głupek polski – zawodowa feministka, wspierająca multi-kulti na łamach polsko-języcznego Newsweeka. Wniosek z tego przekazu jest jeden: Trzeba bez rozgłosu pozwolić wyhasać się zdrowym i młodym wyznawcom Proroka, których przecież zaprosiła do Niemiec sama Angela Merkel ! Natomiast kobietom, które nie zamierzają brać udziału we „współżyciu kultur” (jak to okresliła Merkel) zaleca się chodzić w grupach i na odległość wyciągniętego ramienia od wyznawcy Proroka.

Za to już bez żadnej cenzury opublikowano w pro-niemieckich mediach wiadomość o ucieczce z Polski boksera Salety. Salecie bowiem tak obili mózg, że wybrał wolność w Tajlandii. A więc w kraju, gdzie władzę w 2014 roku przejęła junta wojskowa. Wiadomość o ucieczce Salety paradoksalnie najbardziej zaszkodzi planowi Angeli Merkel umieszczenia w Polsce 7 tysięcy imigrantów z Południa. Kto się bowiem zdecyduje na osiedlenie w kraju, gdzie panuje większy reżim niż w Tajlandii ? Tylko głupek kompletny…” (Kapitan Nemoniepoprawni.pl)

całość tu: Głupek polski po zderzeniu z PIS-em

„…I druga rzecz. Część Niemców nie akceptując medialnej propagandy zaczęła spontanicznie budować – wzorem polskiej prawicy – niezależny od głównego nurtu mediów drugi obieg. Dziś w niemieckim internecie nietrudno znaleźć memy z przekreślonym logiem ARD i ZDF. To wyraz sprzeciwu społeczeństwa. Media grały swoje, a ludzie wokół siebie widzieli co innego.

Niewygodnie dla władzy informacje i opinie zaczęły krążyć zwłaszcza po mediach społecznościowych. Być może nie jest to jeszcze poruszenie na miarę polskiego Trybunału Konstytucyjnego, ale ciosy zaczęły padać. W odpowiedzi rząd Merkel pod pozorem walki z „mową nienawiści” wymusił na Facebooku, Twitterze i Google podpisanie kontrowersyjnego porozumienia. Podejrzane posty mają być usuwane w ciągu 24 godzin, a sama procedura ma ruszyć lada dzień. Łatwo się domyślić, co przede wszystkim będzie usuwane.

Na koniec nie sposób nie postawić pod adresem niemieckich mediów kilku pytań. Jak nazwać solidarne milczenie mainstreamu, kiedy na policję zgłaszały się setki kobiet molestowanych i zgwałconych przez mężczyzn „o wyglądzie wskazującym na pochodzenie z krajów arabskich lub Afryki Północnej”? Co takiego się stało, że te media milczały? Dlaczego milczały tak długo? Dlaczego dopiero masowe pojawienie się pokrzywdzonych kobiet na policji doprowadziło do ujawnienia tych informacji w mediach? Czy spóźniona reakcja mediów wynikała z nacisków władz państwowych, dla których gwałty w Kolonii są ostatnią rzeczą, na którą czekały? Pytania te są istotne, bo w gruncie rzeczy dotyczą powrotu cenzury, a tym samym stanu niemieckiej demokracji…” (Krzysztof Kunertwpolityce.pl)

całość tu: Nokaut dziennikarstwa w Niemczech

„…Ktoś nie poświęcający wiele uwagi otaczającemu go światu, zadowalający się potocznym wyobrażeniem postępu, demokracji i ogólnie pojmowanej „europejskości”, może się zdziwić – no, jak to możliwe? To tysiąc bandziorów szaleje po niemieckich miastach, rozpędzając bez wysiłku zniewieściałą policję, i bezkarnie gwałci oraz rabuje niczym Armia Czerwona po 1945 – i nic o tym nie mówią w telewizji, nie piszą w gazetach? No, przecież to Zachód, przecież wolność słowa, przecież nie ma tam cenzury?!
„Oj, naiwny, naiwny, naiwny, jak dziecko we mgle…” – chciałoby się zaśpiewać piosenkę ze starego kabaretu. Nie, media niemieckie wcale nie są wolne, rzetelne ani uczciwe, i co więcej, nie odbiegają pod tym względem od średniej europejskiej. Dla człowieka, który choć trochę interesował się w ostatnich latach sprawami publicznymi, to żadne odkrycie.
Ukrycie głęboko pod suknem takiego niusa, jak sylwestrowe napaści, nie jest żadnym precedensem. A czy zanim załamała się gospodarka Grecji, mógł się przeciętny Europejczyk dowiedzieć z gazet lub telewizji o nadchodzącej katastrofie, choć fachowcy widzieli ją już kilka lat wcześniej? Czy dotarły do niego jakiekolwiek wątpliwości co do wspólnej waluty? Czy jest uczciwie informowany o rzeczywistym wpływie ludzkiej działalności na klimat i o tym, kto i jakie biliony dolarów zarabia na rzekomej walce z ociepleniem? Czy mógł sobie kiedykolwiek na ten temat wyrobić własne zdanie?
Nie, w tych sprawach i w dziesiątku innych obywatel Zachodu poddany był i jest propagandowemu praniu mózgu dokładnie tak samo, jak obywatel PRL – karmiony dzień po dniu obrazami spuszczanej surówki, terkoczących na polach traktorów, kwitnącego dobrobytu i zadowolonych włókniarek (w latach siedemdziesiątych) albo, odwrotnie, wizjami szalejącego na ulicach bandytyzmu, chaosu i nędzy wywołanej ciągłymi strajkami rozwydrzonej „ekstremy Solidarności”, gdy ta sama telewizja urabiała grunt pod stan wojenny.
Rozciągnięcie tej samej medialnej osłony na cios imigracyjnym młotem, którym europejska oligarchia chciała skruszyć państwa narodowe, zwłaszcza w środkowej Europie, było może tym jednym krokiem za daleko. Euro czy klimat nie mogą prostemu obywatelowi dać po mordzie, a „uchodźcy” jak najbardziej, co sprawiło, że teraz nawet najgłupszy przeżuwacz medialnej papki odczuć musiał jakimś dyskomfort. Inna sprawa, czy na długo. Media w Europie pozostają wciąż w pewnych rękach i na pewno włożą wiele wysiłku w odbudowanie instynktów baraniego stada, dyrygowanego sprawnie z gabinetów polityków i szefów ponadnarodowych korporacji…” (Rafał Ziemkiewicz)

całość tu: Wymacane Niemcy, wymacana wolność słowa.

podobne: Śmierć ojczyzny czyli… Francuzi już nie są u siebie. Terroryści “ubogacili kulturowo” Paryż. Rzeź dopiero nastąpi? i to: miarka: „Lewacki bałagan w wartościach” czyli pułapki tolerancji w wykonaniu lewicowym. polecam również: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki?

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Rola Polski w strategii USA (miejsce w szeregu). Jak z przedmiotu stać się podmiotem polityki międzynarodowej. (Nie)aktualność idei jagiellońskiej.


1. Powściągliwe supermocarstwo i jej peryferyjny aliant. Miejsce Polski w szeregu.

„…Jakkolwiek Amerykanie bez większego problemu obsługują swój dług (obligacje USA są nadal poszukiwane na rynku), to mają świadomość, że nie da się bez końca żyć ponad stan. Eksperci przewidują, że, o ile nie dojdzie do zasadniczej zmiany po stronie wpływów lub wydatków, pod koniec trzeciej dekady XXI wieku budżet ugnie się pod ciężarem finansowania opieki zdrowotnej, systemu emerytalnego i armii.

Aby wyjść ze spirali zadłużenia, waszyngtońskie elity polityczne winny zawrzeć kompromis dotyczący cięć w budżecie lub podniesienia podatków. Nie są go w stanie osiągnąć od lat i dlatego polityka amerykańska znajduje się w stanie permanentnego systemowego kryzysu. Ustrój USA skonstruowany jest na zasadzie „sprawdzaj i równoważ” (check and balance), gdzie poszczególne władze (wykonawcza, ustawodawcza i sądownicza) wzajemnie się ograniczają. Skuteczność takiego systemu zależy od zdolności elit do zawierania kompromisów. Ich brak skutkuje paraliżem machiny państwowej, a w konsekwencji nieskutecznością Ameryki na arenie międzynarodowej…

…W trakcie ostatniego szczytu NATO w Newport we wrześniu 2014 r. Amerykanie odmówili realnego wzmocnienia wschodniej flanki NATO i nie zgodzili się na stałe stacjonowanie tam kilku ciężkich brygad US Army. To stanowisko Departament Stanu potwierdził w czerwcu 2015 zapewniając, że podczas przyszłorocznego szczytu NATO w Warszawie nie zostanie podjęta decyzja o budowie stałych baz w Polsce. I uzasadnił to tym, że w 1997 mocarstwa zachodnie zobowiązały się wobec Moskwy, że nie będą rozmieszczały „poważnych sił” na terytoriach nowych państw członkowskich Sojuszu.
Stanowisko to wyjaśnia doktryna regulacji, zgodnie z którą w sytuacji kryzysowej działania dyplomatyczne mają przewagę nad użyciem sił zbrojnych. Jak pokazał przykład Gruzji w 2008 r. atak na sojusznika Ameryki wcale nie musi oznaczać jej automatycznej zbrojnej odpowiedzi. Polska różni się oczywiście od Gruzji tym, że związana jest z USA traktatem północnoatlantyckim. Trudno jednak nie zauważyć, że doktryna regulacji osłabia nasze gwarancje bezpieczeństwa. Zgodnie z jej zasadami, Stany Zjednoczone użyją sił zbrojnych tylko w wypadku zagrożenia swoich żywotnych interesów. Czy zatem zdecydują się na wojnę, gdy Polska zostanie zaatakowana przez Rosję? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Doktryna regulacji sugeruje zastosowanie przez USA pomocy moralno-dyplomatycznej przed militarną.

W razie ewentualnego ataku na Polskę decyzja o wysłaniu jednostek US Army uzależniona będzie także od gotowości do przyjścia nam z pomocą sojuszników europejskich. Dlatego wstrzemięźliwy stosunek Niemiec do obrony flanki wschodniej winien nas bardzo niepokoić. Opinie części polskich ekspertów i polityków, którzy nie życzą sobie żołnierzy Bundeswehry na polskiej ziemi, są więc wysoce nierozsądne.

Amerykańscy stratedzy z zasady nie dostrzegają Polski. Większość z nich nie przewiduje dla niej żadnej roli w planach utrzymania globalnego przywództwa. Wyjątkiem jest Zbigniew Brzeziński, ale i on wyznacza jej rolę statysty. W „Strategicznej wizji” poświęca naszemu krajowi trzy akapity. Polska miałaby być rodzajem przyzwoitki dla mocarstw zachodnioeuropejskich, Francji i Niemiec, które współdziałałyby z Ameryką na rzecz rozszerzenia o Rosję wspólnoty politycznej Zachodu.

Polska nie jest skazana na bycie słabym krajem peryferyjnym. Jej awans w hierarchii międzynarodowej jest możliwy. Przykład winniśmy brać z Turcji, ale także pamiętać, że powrót do roli mocarstwa regionalnego zajął jej prawie 100 lat.

Polska jako kraj średni mogłaby aspirować do roli mocarstwa regionalnego, ale obecnie nie dysponuje odpowiednimi zasobami. Armia jest drastycznie zredukowana i słabo uzbrojona. Emigracja i drastyczny spadek dzietności są wyraźnymi symptomami katastrofy demograficznej. Z kolei nadmierna zależność od Niemiec utrzymuje gospodarkę w stanie peryferyjnej podrzędności. Brakuje elit, które zdolne byłyby prowadzić podmiotową politykę zagraniczną…

…Region środkowoeuropejski po zakończeniu „zimnej wojny” przestał odgrywać istotną rolę w polityce Waszyngtonu. Z tego powodu już w roku 1989 prezydent George Bush (starszy) zaoferował Niemcom partnerstwo w przywództwie (partnership in leadership). Ta propozycja wynikała z realistycznej oceny sił. Ameryka zamiast sama gwarantować równowagę w Europie główny ciężar odpowiedzialności chciała przekazać największemu mocarstwu kontynentalnemu. To Berlin był głównym adwokatem członkostwa państw środkowoeuropejskich w NATO i UE, i beneficjentem tego procesu. W praktyce Waszyngton uznał więc nasz region za obszar szczególnych wpływów Niemiec…

  • W relacjach międzypaństwowych, w których decyduje równowaga sił, rozstrzygające słowo mają mocarstwa. Polska jest słabym, peryferyjnym krajem Zachodu, który na dodatek nie ma potencjału, a momentami również ochoty do gry ani na wielkiej, ani na małej szachownicy. Po roku 2008 zrezygnowała nawet z aktywnej polityki regionalnej, ustępując pola największemu mocarstwu europejskiemu – Niemcom.
  • Satelicka polityka nie przyniosła efektów. W zamian za uległość nie uzyskaliśmy poważnych koncesji na rzecz realizacji naszych interesów. A musieliśmy żyrować słone rachunki mocarstw, godząc się na traktat lizboński, pakiet klimatyczny, czy niemiecko-rosyjskie partnerstwo gazowe.
  • Część polskich elit politycznych szansy na poprawę pozycji międzynarodowej Polski szuka w USA, wierząc, że oba kraje łączą specjalne i uprzywilejowane stosunki. To tylko połowiczna prawda. Waszyngton jest dla Warszawy rzeczywiście najważniejszym partnerem, choćby dlatego, że to on stoi za natowskimi gwarancjami bezpieczeństwa. Jednak ta relacja nie jest symetryczna. Z punktu widzenia USA jesteśmy partnerem drugorzędnym, co zawdzięczamy peryferyjnemu charakterowi naszego regionu i bierności naszej dyplomacji…

Ażeby zwrócić uwagę Ameryki, Polska winna dokonać zwrotu w dotychczasowej polityce zagranicznej. Powrócić do budowy silnej pozycji w regionie. Wzrost jej geopolitycznej wagi może odbyć się jednak tylko kosztem Niemiec i Rosji. Budowa ugrupowania regionalnego, nawet silnego, nie może mieć za jedyny cel konfliktu z tymi mocarstwami. Amerykańscy stratedzy, a szczególnie zwolennicy zasady równowagi sił i koncertu mocarstw, tacy jak Kissinger, uznaliby nas za burzycieli porządku międzynarodowego. Środkowo i wschodnioeuropejska koalicja, której liderem mogłaby być Polska, musiałaby wpisywać się w ewentualną amerykańską strategię politycznej rewitalizacji Zachodu…” (Krzysztof Rak)

polecam lekturę całości tu: Powściągliwe supermocarstwo i jej peryferyjny aliant

podobne: Geopolityka, mocarstwa i wojny. Koncepcja imperium. Czym (jeszcze) żyje Ameryka? oraz: USA. Limit długu wraca jak bumerang i przyprowadza kolegę „Obamacare”. i to: Nasz Dziennik: Czas najwyższy na rewizję strategii obronnej. a także: Siemoniak: Zachód musi zbudować system reagowania. Jesienią kolejni amerykańscy żołnierze w Polsce  polecam również: Niemcy podzielone miedzy Zachodem a Rosją. i jeszcze: Stanisław Michalkiewicz: „Kurde balans, miękną rury” czyli „mocni siłą naszych sojuszników”, „za wolność waszą” idziemy na wojnę. oraz: Niech w końcu Niemcy wystękają dlaczego nie chcą twardej infrastruktury NATO w Polsce. Czy Obama i Putin uzgodnią nowy reset?

„… Pozycja Polski w Europie jest słaba ale nie dlatego, że tak być musi, bo jesteśmy mali i nic nie znaczący. Wystarczy spojrzeć na mapę aby dostrzec, że nie jesteśmy małym krajem a ze względu na położenie geograficzne, Polska ma kluczowe znaczenie w środkowo-wschodniej części Unii Europejskiej.

Od momentu upadku komunizmu jednak nie staramy się swoich atutów wykorzystać ponieważ dosyć liczna grupa Polaków przyzwyczajona jest do traktowania siebie i swojego kraju tak jakby po 1989 roku nic się nie zmieniło i Polska nadal była krajem pozbawionym suwerenności. Ten spadek po komunizmie jest głównym hamulcowym zmiany pozycji Polski na arenie międzynarodowej i dopóki nie nastąpi naturalna wymiana pokoleniowa niewiele się w tej kwestii zmieni na lepsze.

Na razie są tylko symptomy poprawy. Polacy wybrali Prezydenta, który otwarcie mówi o tym, że z Polską trzeba się liczyć i uwzględniać jej zdanie w każdej decyzji dotyczącej wschodnich rubieży Unii Europejskiej. Andrzej Duda nie mówi niczego kontrowersyjnego jednak w porównaniu z kończącą się już mam nadzieję polityką „płynięcia w głównym nurcie”, to rzeczywiście przewrót iście kopernikański.

Symboliczne jest to, że postawę dumy narodowej reprezentuje młody polityk a w roli jego krytyków występują najczęściej polityczni weterani. Niestety do tej grupy należy także Minister Spraw Zagranicznych, który chyba przestraszył się, że jego własny postulat zmiany formatu normandzkiego może rzeczywiście zostać zrealizowany…”

całość tu: Miejsce Polski w szeregu

podobne: Większe wpływy Rosji na Ukrainie dzięki Niemcom i Francji. Sikorski: UE odeszła od wspólnej polityki zagranicznej. Duda o bezpieczeństwie a Niemcy o niebezpieczeństwie polskiej racji stanu (Polska strefą buforową). OAS i NATO dwóch prędkości. oraz: Jacek Bartosiak i geopolityka: Rosja uwiązana na Ukrainie czeka na propozycję USA w sprawie „rozbioru” Polski by w zamian pomóc poskromić Chiny. Potencjał Polski w konflikcie z interesem Niemiec (o „jedwabny szlak”). Rola prezydenta RP (a propos debaty).

…w świetle powyższej analizy naszej sytuacji na arenie międzynarodowej i sugestii o budowie silnej pozycji w regionie tekst Adolfa Bocheńskiego…

2. „Aktualność idei jagiellońskiej”. 

„… Polacy, którzy ją wysuwają, uważają się za przyjaciół mniejszych narodów Europy Wschodniej i sądzą, że zrobią im przyjemność przebąkując o Jagiellonach. Jednocześnie jednak ta sama idea jagiellońska jest dla tych małych narodów największym straszakiem i symbolem najbardziej agresywnego imperializmu polskiego… 

…Jeżeli chodzi o Polskę, to przede wszystkim stwierdzić trzeba, że idea jagiellońska dała nam wyniki nadzwyczajne, wbrew woli ówczesnych generacji naszego narodu. Jeżeli bowiem jako istotę okresu jagiellońskiego określimy spolszczenie wyższych warstw ludności kresowej, dzięki liberalnej polityce narodowościowej Polski, to zrozumiemy, że liberalizm ten nie zawsze był zgodny z wolą kierowniczej warstwy polskiej w owym czasie. Wręcz odwrotnie, był on właściwie narzucony przez dynastię jagiellońską, po bardzo ciężkich walkach staczanych z najbardziej kwalifikowanymi reprezentantami opinii polskiej. Chodzi nam tu oczywiście o liberalizm w sensie czysto narodowościowym. Inna rzecz, że i Jagiellonami kierował wtedy nie tyle patriotyzm, ile interes dynastyczny, który wymagał odrębności dziedzicznej Litwy, w przeciwieństwie do elekcyjnej Korony. Niemniej jednak oni byli głównymi promotorami tego prawie bezbolesnego zasymilowania szlachty litewskiej, które nastąpiło może właśnie głównie dlatego, że miała ona swą nienaruszoną niepodległość państwową. Możnowładcy polscy – przy całym swym niewątpliwym patriotyzmie – nie zdawali sobie sprawy z trudno dostrzegalnego, ale niemniej ciągle postępującego naprzód procesu asymilacji szlachty litewskiej. Korzyści dla Polski poszukiwali też nie tyle w asymilacji narodowej, ile w ścisłym związaniu prawno-państwowym obu krajów. Gdyby możnowładztwo polskie zrealizowało istotnie swój inkorporacyjny program w stosunku do Litwy, wywołałoby to prawdopodobnie tak silną reakcję, iż asymilacja w ogóle nie byłaby nastąpiła, tak natomiast nastąpił proces niespodziewany przez samych jego autorów. Profesor Dąbrowski podkreśla, iż unia horodelska, która wedle jego koncepcji była wielkim ustępstwem na rzecz autonomii państwowej Litwy ze strony polskiej, była jednocześnie ogromnym krokiem naprzód, o ile chodzi o asymilację narodu litewskiego…

…Dziś już nie tylko co wybitniejsi publicyści polscy zdają sobie sprawę, że właśnie liberalna polityka okresu jagiellońskiego prowadziła do asymilacji narodowej. Zdają sobie z tego sprawę i ci, którzy byli tej polityki niegdyś obiektem, tzn. Litwini i Rusini. I ta właśnie okoliczność niesłychanie osłabia możliwość wysuwania wspomnień jagiellońskich i możliwość powtórzenia tego okresu jako czynnika mającego wiązać ze sobą te trzy narody…

Jagiellonowie i Litwini

…związek z Polską rzeczywiście przyczynił się do obrony całości terytorialnej wielkiego księstwa – to jednak ugodził Litwinów w punkt najczulszy każdego narodu. Zagroził on bowiem istnieniu w ogóle jakiejkolwiek litewskiej odrębności narodowej. (…) Właśnie wspomnienie jagiellońskie jest głównym powodem niemożliwości uregulowania stosunków polsko-litewskich. Ten nierealny wobec małego, ale dzielnego narodu majak asymilacyjny nabiera tu cech nawet wprost koszmarnych i ciąży nad teraźniejszością przez siłę i wyrazistość swego kształtu dziejowego. Usuńmy Jagiellonów w niepowrotną przeszłość. Uznajmy tamten eksperyment za skończony, a niewątpliwie ułatwimy sobie porozumienie z Litwinami.

Jagiellonowie i Ruś

…Ekspansja polskości na Ukrainę nie była tak pokojowa jak na Litwę. Pomijając już sprawę unii i walk, które dookoła niej się zrodziły, sam proces szlacheckiego osadnictwa polskiego na Podolu połączony był z całą litanią gwałtów, które głęboko zapadły w dusze Ukraińców. Wiaczesław Lipiński 7) w swej mistrzowskiej biografii Stanisława Krzyczewskiego uwydatnił tę stronę stosunków polsko-ukraińskich. O ile „idea jagiellońska” w oczach Litwinów posiada przede wszystkim charakter przyjaźni, która kończy się pochłonięciem narodu, o tyle w oczach ukraińskich nabiera ona wprost cech rozboju. Takie też ujęcie idei jagiellońskiej jest dominujące we współczesnej publicystyce ukraińskiej. Pomijam tu drażliwą sprawę, czy twierdzenia Ukraińców są słuszne, czy też kłamliwe. Chodzi tylko o zapoznanie czytelnika polskiego z reakcjami ościennych narodów na hasło idei jagiellońskiej. Z reakcjami, jakie są – nie zaś, jakie powinny być.

Jeżeliby ktoś chciał krótko i dobitnie odmalować stosunek Ukraińców do naszej idei jagiellońskiej, to najlepiej do tego nadawałaby się następująca anegdota francuska. Ludwik Filip, przemawiając na zebraniu chłopów w Normandii, zakończył swą mowę gromkim okrzykiem: „Je veux votre bien.” Na to jeden z włościan odmruknął półgłosem: „Tu ne l`auras pas.” 8) Mówiąc o idei jagiellońskiej, chcemy okazać Ukraińcom – życzliwość, chcemy ich dobra. Ale oni to dobro rozumieją bardziej przyziemnie, jako własną substancję narodową, którą znowu chcemy im zabrać.

Zupełnie natomiast odmiennie znów przedstawia się oddziaływanie słowa „epoka jagiellońska” i „idea jagiellońska” na Węgrzech i w Czechach. Tam bowiem Władysław i Ludwik Jagiellończycy pozostawili po sobie dobrze zasłużoną reputację najniedołężniejszych monarchów, jacy w ogóle kiedykolwiek w tych krajach rządzili. Et c’est beaucoup dire… 9)

Wielka przeszłość i średnia teraźniejszość

Trudno więc wyobrazić sobie frazes agitacyjny gorzej wybrany w stosunku do mniejszych narodów Europy Wschodniej, jak frazes jagielloński. Czyż może to być jednak decydującym argumentem? Jak daleko wreszcie pójdziemy w ograniczeniu naszych upodobań zależnie od zachcianek sąsiednich narodów? Już i tak wyzbyliśmy się starożytnej nazwy „Ruś” dla zupełnie coś innego w polskim języku oznaczającej „Ukrainy”. Czyż miałoby sens dla przypodobania się Ukraińcom i Litwinom znów przestać’ mówić o „idei jagiellońskiej”? I dlatego po zbadaniu kwestii, jaki wpływ wysuwanie tej idei wywiera na naszych sąsiadów, musimy zastanowić się nad jej wewnętrznym pożytkiem…

…Polska warstwa rządząca podobnie jak węgierska wchłonęła w siebie mnóstwo elementów należących do narodów ościennych….

…W okresie, w którym nastąpiła wyżej wspomniana asymilacja, szlachta stanowiła jedyną naprawdę aktywną warstwę narodu. Odebranie narodowi szlachty wykreślało go właściwie z listy żyjących politycznie. Stąd u narodów, które innym szlachtę zabrały, wyrobiło się przeświadczenie, że te inne narody właściwie w ogóle nie istnieją i że pojawienie się ich na arenie dziejowej jest jakimś przykrym nieporozumieniem. Prawdziwe tradycje tych narodów miały być tam, gdzie znajdowała się ich szlachta. Tradycje Litwinów i Rusinów w historii polskiej; Słowaków w historii węgierskiej. Pragę wielu historyków niemieckich uważa za miasto właściwie niemieckie. Z drugiej strony wielowiekowe przyzwyczajenie do spotykania pewnych narodów tylko wśród niższych warstw społeczeństwa wyrobiło głębokie przeświadczenie o ich niższości, a własnej wyższości, tak samo przejawiające się na przykład w naszym ustosunkowaniu się do Ukraińców. Na tle tych dwu przeświadczeń wyrasta też iluzja ponownej asymilacji względnie nadzieja na powtórzenie procesu jagiellońskiego…

Odebrawszy tym narodom ich szlachtę w poprzednich wiekach, staliśmy się narodem wyższym od nich, bardziej niewątpliwie pańskim. Ale nie zyskaliśmy żadnych atutów do przeprowadzenia na nowo tej asymilacji narodowej. 

Nareszcie zapomnijmy o możliwościach asymilowania sąsiadujących z nami narodów. Żadna mądra idea, choćby układało ją dziesięciu Piaseckich i Wasiutyńskich, nie potrafi dziś spolszczyć tych narodów, które już raz o mało nie zostały spolszczone i mają się na baczności. Zrozumiejmy, że ani Litwini, ani Ukraińcy, ani Białorusini nie mają najmniejszej ochoty zostać Polakami – i uszanujmy tę ich wolę.

Nie tyle potrzeba nam idei do asymilowania, ile zdrowego programu politycznego. Rozpisanie konkursu na „ideę” w ślad za konkursem Akademii Literatury na hymn narodowy pozostawiamy lepszym czasom. Jeżeli mamy mieć jakąś ideę na zewnątrz, to niech będzie to idea nienarzucania nikomu żadnych idei, lecz pozostawienia narodom pełnej możliwości urządzenia sobie samemu własnego życia narodowego. Głęboka zasada: „Nic o nich bez nich”, wraz ze zrozumieniem, że w interesie Polski jest powstanie w naszym pobliżu maksymalnej ilości organizmów państwowych, powinna być tu wytyczną. Nie ma nic wspólnego pomiędzy ofensywą polityczną a narzucaniem innym narodom własnych koncepcji kulturalnych. Im mniej będziemy zaborczy kulturalnie, tym większe będą możliwości realizacji naszych celów politycznych.

Ich wzajemne antagonizmy osłabiłyby niewątpliwie ostrze imperializmów godzących dziś w granice Rzeczypospolitej Polskiej. Tylko przez pełną realizację zasady: „Nic o nich bez nich”. możemy właściwie dojść do spokojnej realizacji naszego naczelnego hasła: „Nic o nas bez nas.” Dążenie natomiast do zapanowania nad sąsiednimi narodami i narzucania im jakiejś asymilacji, drogą ad hoc tworzonych „idei” czy nawet starej i szacownej idei jagiellońskiej, to czynienie z nas marnej karykatury imperializmu rosyjskiego i niemieckiego, i niesłychane ułatwianie roboty tym państwom.

całość tu: magazynzapisz.wordpress.com

Faktem jest, że pozostawienie Ukrainy komuchom po wojnie z bolszewikami było błędem. Od tamtej pory żyjemy w nienawiści i wzajemnych pretensjach (podsycanych przez lata przez bolszewików) i ciężko to będzie nadrobić o ile nigdy nam się to nie uda, jeżeli właśnie nie staniemy się atrakcyjnym rynkiem pracy i kultury dla Ukraińców. Dotyczy to zresztą również Litwinów i Białorusinów… I do tego powinniśmy dążyć – wiązać ich bezpośrednio z nami na PARTNERSKICH zasadach a nie stręczyć im potwora zwanego UE…

Dlatego też to najpierw u siebie musimy zrobić porządek. Najpierw sami musimy stać się potęgą gospodarczą i kulturową, a wtedy nasi sąsiedzi sami będą chcieli się schować pod nasze skrzydła i chętnie będą utożsamiali się z Polską. Budujmy więc swoją niezależną pozycję i nie wpierniczajmy się do ich wewnętrznych spraw, bo żadne autonomiczne państwo nie lubi jak mu się ładuje z buciorami jakiś watażka który sam u siebie ma niezły burdel. Zgadzam się w 100% ze stwierdzeniem że polityką wyższości, czy też imperialnymi ambicjami, nie zdołamy dziś przekonać do siebie narodów które kiedyś tworzyły jedną wielonarodową Rzeczypospolitą. Tamte czasy minęły bezpowrotnie jeśli nie odbudujemy w pierwszej kolejności własnej pozycji i nie będziemy mieli tym narodom/państwom do zaoferowania czegoś więcej jak własnych ambicji… Odys

podobne:Poważne państwa nie mają w polityce zagranicznej ani stałych sojuszników, ani też stałych wrogów, tylko niezmienne interesy a także: „Na sumieniu Polski ciąży wiele grzechów przeciwko sobie, ale ani jeden przeciwko innym narodom.” Aleksijewicz: człowiek postsowiecki jest agresywny i bezwzględny. i to: Adam Śmiech: System Dmowskiego czyli… „zagraniczną politykę musicie robić naszą”. oraz: Ukraina na skraju bankructwa (z długiem u Rosji). UE wycofuje się z polityki wschodniej. Partnerstwo strategiczne Litwy i Polski podupadło. Polscy i ukraińscy żołnierze w mołdawsko-rumuńskim batalionie sił pokojowych. „Der Spiegel”: Rosja nie planuje nowej ofensywy we wschodniej Ukrainie. i jeszcze: Badania opinii publicznej na Litwie: co czwarty (27%) respondent uznał Polskę za „wrogie państwo”. polecam również: Ośrodek Analiz Strategicznych: Potencjał militarny Białorusi. i to: cynik9: Kulminacja cyklu wojny w 2014. Czego szuka stary podżegacz na Ukrainie. oraz: Kowalski: obecne władze w Kijowie są wrogie wobec Polaków. Poroszenko podpisał ustawę uznającą prawny status bojowników o wolność, w tym członków UPA (nazizm i komunizm na cenzurowanym). IPN-y Polski i Ukrainy powołają platformę dialogu historycznego.

Potęga Rzeczypospolitej u zenitu. Złota wolność. Elekcja. R.P. 1573 - Jan Matejko

Potęga Rzeczypospolitej u zenitu. Złota wolność. Elekcja. R.P. 1573 – Jan Matejko

Większe wpływy Rosji na Ukrainie dzięki Niemcom i Francji. Sikorski: UE odeszła od wspólnej polityki zagranicznej. Duda o bezpieczeństwie a Niemcy o niebezpieczeństwie polskiej racji stanu (Polska strefą buforową). OAS i NATO dwóch prędkości.


1. „FAZ”: Merkel i Hollande naciskali na władze Ukrainy w sprawie konstytucji

PAP – Świat, 17 Sie 2015, 10:18 Berlin (PAP) – Niemiecki dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisze w poniedziałek o irytacji wśród ukraińskich polityków spowodowanej naciskami przywódców Niemiec i Francji na parlament w Kijowie w celu zmiany ustawy o decentralizacji władzy zgodnie z sugestiami Rosji.

Wiceprzewodnicząca ukraińskiego parlamentu Oksana Syroid zarzuciła kanclerz Angeli Merkel i prezydentowi Francois Hollande’owi, że 14 lipca, bezpośrednio przed pierwszym głosowaniem nad projektem ustawy o zmianach w konstytucji przewidujących decentralizację władzy w państwie, naciskali w rozmowie telefonicznej na szefa parlamentu Wołodymyra Hrojsmana, domagając się wprowadzenia zmian służących wyłącznie rosyjskim interesom.

Syroid powiedziała „FAZ”, że zmiany zostały rzeczywiście wprowadzone i zaakceptowane przez Radę Najwyższą Ukrainy. „Nasi sojusznicy narzucili nam te rozwiązania” – zaznaczyła ukraińska parlamentarzystka z proeuropejskiego klubu Samopomoc.

Wprowadzona zmiana, określana przez Syroid mianem konia trojańskiego, stanowi, że „kształt lokalnego samorządu w określonych rejonach obwodów donieckiego i ługańskiego ustalony zostanie w odrębnej ustawie”.

Jak twierdzi posłanka, projekt „odrębnej ustawy” już istnieje i daje Moskwie wszystko, co chciała: samorząd dla obszarów opanowanych przez separatystów wraz z własną milicją oraz uprzywilejowanymi relacjami z Rosją. „Kto przyznaje separatystom samorząd i zbrojną władzę zanim Rosja wycofa swoje oddziały, ten utrwala na zawsze wpływy Moskwy we wschodniej Ukrainie” – wyjaśnia Syroid. „Konstytucja staje się tym samym bronią Rosji” – dodaje. Jej zdaniem postępowanie Berlina i Paryża jest złamaniem prawa Ukraińców do samostanowienia.

Autor materiału w „FAZ” Konrad Schuller przyznaje, że rozmowa Merkel i Hollande’a z Hrojsmanem na dzień przed zmianą projektu ustawy rzeczywiście się odbyła. Oboje „wyrazili satysfakcję z powodu włączenia fragmentów zgodnych z porozumieniem z Mińska” – czytamy na stronie internetowej biura prasowego niemieckiego rządu.

„FAZ” zwraca uwagę na obawy ukraińskich polityków przed „cichym porozumieniem” z Rosją osłabionego licznymi kryzysami Zachodu. „Wsparcie dla Ukrainy zostanie ograniczone, roszczenie Moskwy do hegemonii po cichu zostanie uznane, a w zamian prezydent (Władimir) Putin pomoże w rozwiązaniu konfliktów w Syrii, Iranie i Korei Północnej” – opisuje Schuller obawy Ukraińców. „FAZ” ostrzega, że postawa Zachodu może doprowadzić do rozbicia proeuropejskich sił w ukraińskim parlamencie.

Parlament Ukrainy wstępnie zaakceptował w połowie lipca prezydencki projekt zmian w konstytucji, który przewiduje szeroką decentralizację władzy w państwie. Posłowie zgodzili się w głosowaniu na skierowanie projektu do Trybunału Konstytucyjnego.

Wcześniej część deputowanych wyrażała obawy związane ze znajdującym się w dokumencie zapisem o „statusie samorządów” na opanowanych przez prorosyjskich separatystów obszarach Donbasu i mówiła, że na przyjęcie prezydenckiego projektu zmian w konstytucji naciskają zachodni partnerzy Ukrainy. Podczas głosowania w parlamencie obecna była m.in. wysoka rangą przedstawicielka amerykańskiego Departamentu Stanu Victoria Nuland. (PAP)

lep/ mmp/ ap/ (za stooq.pl)

„…stabilny kraj został zamieniony w pokryty gruzami bantustan ogarnięty wojną domową. Na zmianach Ukraina wyszła jak Zabłocki na mydle, co nie dziwi, gdyż były one inspirowane z zewnątrz, a pomoc Zachodu we „wprowadzaniu demokracji” faktycznie okazała się podaniem tego państwa na tacy Kremlowi.

I choćby dlatego świat o Ukrainie zapomina, nie przejmuje się wojną domową. Temat nie jest trendy medialnie i politycznie, tym bardziej, że cel — dezintegracja terytorialna i polityczna — został osiągnięty. Więc jeszcze nie tak dawne sążniste reportaże telewizyjne z pola walki zostały zastąpione przez krótkie relacje o tym, że znów ktoś kogoś ostrzelał, znowu zrujnowane zostało jakieś miasteczko czy wieś.

Wojna, jej wywołanie, nigdy nie bierze się z przypadku. Zawsze jest jakiś cel. Biznesowy, czyli zarobienie na konflikcie poprzez sprzedaż uzbrojenia. Oraz polityczny, czyli zastąpienie starego układu nowym, bardziej spolegliwym, pozwalającym rozgrywać dane państwo we własnej polityce zagranicznej, także tej gospodarczej. W tym świetle rewelacje „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z 17 sierpnia o tym, że Niemcy i Francja doprowadziły niedawno do przegłosowania przez parlament w Kijowie zmian w konstytucji, przewidujących decentralizację władzy w państwie, zgodnie z interesem Rosji nie są żadnym zaskoczeniem. Z publikacji wiadomo więc np., że w lipcu, bezpośrednio przed pierwszym głosowaniem w tej sprawie, Merkel i Hollande naciskali w rozmowie telefonicznej na szefa parlamentu Wołodymyra Hrojsmana, domagając się wprowadzenia zmian służących wyłącznie Kremlowi. Żądanie to zostało oczywiście zaakceptowane.

Wiceprzewodnicząca parlamentu w Kijowie Oksana Syroid potwierdziła w rozmowie z „FAZ”, że postępowanie Niemiec i Francji jest złamaniem prawa Ukraińców do samostanowienia, a przyjęte pod naciskiem rozwiązania określiła mianem „konia trojańskiego”. W sumie słusznie, gdyż Putin dostał wszystko, co chciał. Zmiany stanowią, że kształt lokalnego samorządu w określonych rejonach obwodów donieckiego i ługańskiego ma zostać ustalony w odrębnej ustawie, już zresztą powstałej. „Kto przyznaje separatystom samorząd i zbrojną władzę, zanim Rosja wycofa swoje oddziały, ten utrwala na zawsze wpływy Moskwy we wschodniej Ukrainie. Konstytucja staje się tym samym bronią Rosji” — kwituje Syroid.

Na tym wszystkim, rzecz oczywista, najgorzej wyszli zwykli Ukraińcy, którzy zostali potraktowani jak mięso armatnie w prorosyjskiej politycznej grze mocarstw zachodnich i Stanów Zjednoczonych. Wmówiono im, jaki to Janukowycz zły, że jak przyjdzie nowa władza, to się polepszy. A zamiast polepszenia zostali mieszkańcami kondominium francusko-niemieckiego z dyskretnym acz silnym poparciem Waszyngtonu, bo przecież nieprzypadkowo podczas głosowania ustawy w parlamencie była w nim obecna wysoka rangą przedstawicielka amerykańskiego Departamentu Stanu Victoria Nuland.

Tak więc i wilk syty i owca cała. Wsparcie dla Ukrainy zostanie ograniczone, roszczenie Moskwy do hegemonii po cichu uznane, a w zamian prezydent Putin pomoże w rozwiązaniu konfliktów w Syrii, Iranie i Korei Północnej. I Ameryka też jest zadowolona, bo uczyniła z Ukrainy pole konfliktu z Rosją daleko poza własnymi granicami.

tekst opublikowany na portalu stefczyk.info Julia M. Jaskólska • jakuccy.pl  źródło: Koń trojański 

podobne: Ukraina: Rewolucja a umowa stowarzyszeniowa (płatne podziałem społeczeństwa, krwią i… złotem).

…Cały ten „spontaniczny przewrót” od początku pachniał ustawką Rosja-USA-UE (Niemcy, Francja) i zdradą Ukraińców przez ich własne elity. Można na ten temat znaleźć sporo opinii w internecie (osobiście już w kwietniu zeszłego roku zwracałem na to uwagę – Rosja ostrzega ale ustala z USA federalizację Ukrainy. NATO i „Trójkąt Weimarski” o wsparciu dla Ukrainy i Europy Wschodniej). Rozumiem że część społeczeństwa Ukrainy mogła nie mieć tej wiedzy, ale żeby tzw. elity były tym zaskoczone to świadczy wyłącznie o nich, zwłaszcza że same brały udział w procedowaniu i głosowaniu tego co im podyktowano, a o co teraz mają żal (nie wiadomo do kogo). Niestety wszystko to było do przewidzenia już od pierwszych głosów zachodu popierających federalizację Ukrainy.

Biedni Ukraińcy będą się musieli niestety przeprosić z „bratnim” narodem Rosyjskim. Na przyszłość powinni jednak uważać na co i komu pozwalają urządzać we własnym kraju „rewolucję”, nie zważając na własny interes i sens tego rodzaju przedsięwzięć. Tyle krwi przelanej i zaognionych relacji z sąsiadem tylko po to by pozostać krajem zrujnowanym, okrojonym terytorialnie i ostatecznie sprzedanym temu od kogo się uciekało. Ciekawi mnie teraz czy ktoś na Ukrainie nie będzie chciał wyciągnąć z tego konsekwencji wobec władz które do tego upokorzenia dopuściły… Czy będzie drugi Majdan?… (Odys)

podobne: Co z paktem Putin-Merkel dotyczącym Ukrainy? oraz: Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły. „Sueddeutsche Zeitung”: kapitulacja Kijowa. Obserwator OBWE: W Donbasie nie ma już państwa ukraińskiego. o jeszcze: Jałta Ukrainy w Mińsku: Walki o Debalcewo i Mariupol gwarantowane do 15 lutego przez „plan pokojowy” (pisany na raty). USA „zadowolone” z ustaleń dziękują Niemcom i Francji, oraz gotowe do ograniczenia sankcji na Rosję. i to: Merkel będzie mediować „decentralizację” a także: Porozumienia genewskie sukcesem Rosji i klęską państw zachodnich. Sueddeutsche Zeitung: „Putin maszeruje, Zachód tylko reaguje”.

2. Sikorski w „FT”: UE odeszła od wspólnej polityki zagranicznej

PAP – Świat 17 Sie 2015, 9:50 Londyn (PAP/Media) – Były szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski skrytykował w poniedziałek na łamach „Financial Times” największe państwa Unii Europejskiej za lekceważenie założeń traktatu z Lizbony i prowadzenie samodzielnej polityki zagranicznej.

Sikorski przypomniał, że sześć lat temu w życie weszły zapisy traktatu z Lizbony, który powołał m.in. stanowisko wysokiego przedstawiciela UE ds. polityki zagranicznej bezpieczeństwa, a także urząd przewodniczącego Rady Europejskiej. Dzięki temu UE miała mówić na zewnątrz jednym głosem, a nie być reprezentowana przez największe państwa takie jak Niemcy i Francja.

„+Dwuznaczność+ nie jest tym pojęciem, którego oczekiwaliśmy w odniesieniu do europejskiej polityki zagranicznej w sześć lat od wejścia w życie traktatu z Lizbony. W czasach, kiedy pakt był negocjowany, słusznie zakładaliśmy, że w porównaniu z innymi potęgami świata wszystkie państwa Europy są małe i mogą stanowić realną siłę, tylko działając razem” – zwraca uwagę Sikorski.

Według niego wspólna polityka zagraniczna UE odniosła pewne sukcesy, ratując m.in. Gruzję przed utratą suwerenności w wyniku inwazji wojsk rosyjskich. Jednak od tego czasu doszło do zmian i powrotu do sytuacji, kiedy pierwsze skrzypce w europejskiej polityce odgrywają znowu Niemcy i Francja.

„Czy to w przypadku Syrii, czy konfliktu izraelsko-palestyńskiego, Libii czy uchodźców państwa członkowskie są bardziej widoczne niż sama UE, mimo podejmowanych prób przez szefową unijnej dyplomacji Federicę Mogherini” – zwraca uwagę Sikorski. „W sprawie Ukrainy UE nie ma nawet przy stole rozmów. W zamian za to Niemcy i Francja, które nawet nie graniczą z tym państwem, wzięły na siebie sprawę rosyjskiej agresji, osiągając zaledwie częściowy sukces” – dodał.

Źródła takiego stanu rzeczy Sikorski doszukuje się w kryzysie finansowym, który podkopał siłę UE i pokazał, że najważniejsze decyzje podejmują najbogatsi. Zdaniem byłego szefa polskiej dyplomacji szczególnie wyraźnie ilustruje to konflikt na wschodzie Ukrainy i nieprzestrzeganie porozumień z Mińska.

„Przywódcy Rosji, Chin i USA będą słuchać tylko największych państw Europy, ale nie będą skłonni do działania zgodnie z tym, co im się zakomunikuje. Jeżeli będą chcieli skontaktować się z +Europą+, nie będą nadal pewni jaki numer (telefonu) powinni wybrać” – ocenia Sikorski.

Podsumowując były szef polskiego MSZ podkreśla, że na takiej polityce traci nie tylko UE, ale także Niemcy i Francja, ponieważ w przypadku fiaska ich działań, to właśnie Berlin i Paryż będą obwiniane za porażkę. Apeluje jednocześnie o powrót do wspólnej polityki UE, przypominając, że tylko działając razem, Europa ma szansę na osiągnięcie swoich celów. (PAP)

lm/ ap/ bk/ (za stooq.pl)

…no to ja tylko przypomnę Panu Sikorskiemu że to właśnie on apelował swojego czasu do Niemiec o większą aktywność (obawiając się bezczynności tego kraju na arenie międzynarodowej) i że to on był pierwszym który swojego czasu groził Ukrainie również w interesie Niemiec i Francji. Być może Pan Sikorski miał na myśli dobro wszystkich wokół, ale za swoją naiwność i służalczość to już niestety niech ma pretensję wyłącznie do siebie, bo tylko idiota może być zaskoczony tym że oba kraje pilnują przede wszystkim swoich interesów frymarcząc interesem pozostałych państw UE. Kolejny raz Pan Sikorski dowodzi smutnej prawdy że milczenie jest złotem, choć zasadniczo racji mu odmówić nie można a co najwyżej realizmu 🙂

I niech się Pan Sikorski tak nie martwi tym że Chiny, USA czy Rosja nie będą wiedziały do kogo w Europie dzwonić za interesami. Wszystkie trzy świnki wiedzą doskonale z kim warto rozmawiać (a na kogo czasu nie warto marnować) bo w Europie wilkiem są Niemcy, bo UE to są właśnie NIEMCY 🙂 (Odys)

Dlaczego należy zmienić władzę w Polsce? – Stanisław Michalkiewicz ukazuje program dla Polski

podobne: UE nie ma oferty dla wschodnich sąsiadów. oraz: Szczyt w Mińsku a stosunki Rosyjsko-Ukraińskie. Kryzys ukraiński a jedność Europy. a także: Dyktat Niemiec i Francji w sprawie Grecji i sankcji. i to: Reanimacja greckiego trupa (w interesie NATO na koszt Europy). Świetlana przyszłość UE kosztem suwerenności członków. Michalkiewicz o paroksyzmach demokracji.

3. Duda: obecność NATO w Polsce powinna być bardziej namacalna i faktyczna.

PAP – Kraj, 15 Sie 2015, 11:28, Warszawa (PAP/PAP Media) – „Cel jest jeden, bardzo prosty – wzmocnienie bezpieczeństwa Polski, wzmocnienie gwarancji bezpieczeństwa dla Europy Środkowo-Wschodniej w tej sytuacji, jaka jest. Myślę, że każdy już dzisiaj widzi, że ta obecność NATO tutaj w Europie Środkowo-Wschodniej, w Polsce powinna być bardziej namacalna, powinna być faktyczna” – mówił prezydent.

„Dzisiaj rzeczywiste istnienie wschodniej flanki Sojuszu – a ja uważam, że my jesteśmy tą wschodnią flanką Sojuszu (…) – musi oznaczać także faktyczną obecność wojsk NATO na naszym terenie” – zaznaczył prezydent. „Myślę tutaj o twardej, czy tak zwanej krytycznej (…) infrastrukturze NATO – myślę tutaj o bazach, choćby polsko-amerykańskich czy innych bazach wojsk NATO” – wyjaśnił. Dodał, że chciałby, aby w tym procesie uczestniczyli polscy żołnierze. „Uważam to także za element budowy silnej polskiej armii. My naszą armię musimy wzmacniać, bo poza gwarancjami sojuszniczymi, przede wszystkim powinniśmy liczyć na siebie” – powiedział Andrzej Duda.

Zwierzchnik Sił Zbrojnych przypomniał, że jeszcze jako prezydent elekt odbył szereg spotkań m.in. z premierem Kanady oraz szefem NATO, na których podkreślał, jak widzi rozwój Sojuszu Północnoatlantyckiego i jaki stawia przed nim cel. „Negocjacje już się dla mnie rozpoczęły. Mam nadzieję, że spotkamy się z przychylnością partnerów – będę je kontynuował, bo przede mną cały szereg ważnych spotkań” – stwierdził Andrzej Duda.

Prezydent zapytany o reakcję na postulaty „drugiej strony” odpowiedział, że odbiera ją jako dobrą. „Dlatego, że nie spotkałem się ze zdecydowanym sprzeciwem, w związku z czym uważam, że temat jest otwarty i temat jest do dyskusji” – powiedział. „Jaki będzie zakres tej obecności (wojsk NATO w Europie Środkowo-Wschodniej-PAP), to oczywiście jest do ustalenia, to jest do wynegocjowania, ale chciałbym, żeby do czasu szczytu NATO w Warszawie za rok, te sprawy były przeprowadzone i stąd taka duża też spodziewana i planowana intensywność moich działań w tej sferze międzynarodowej” – podsumował prezydent.

Prezydent w „Sygnałach dnia” odniósł się także do kontrowersji wokół przetargu na zakup śmigłowców od Airbusa. „Mam takie same wątpliwości, jak podnosi wielu Polaków, jakie podnosiło także wielu polskich polityków” – powiedział. Podkreślił, że „to jest bardzo ważna przede wszystkim polska sprawa, wspólna sprawa, bo to są ogromne pieniądze podatników, które mają zostać wydane na unowocześnienie i dozbrojenie polskiej armii”.

W celu wyjaśnienia spraw związanych z przetargiem, prezydent zadeklarował chęć rozmowy z ministrem obrony narodowej Tomaszem Siemoniakiem. „Ustaliliśmy wstępnie z panem ministrem, że zaproszę pana ministra do siebie w przyszłym tygodniu po to, żeby właśnie porozmawiać m.in. na ten temat” – powiedział Andrzej Duda.

„Ale ja chciałbym z panem ministrem też szerzej rozmawiać, na temat właśnie całego tego wielkiego programu dozbrojenia polskiej armii, w jaki sposób będziemy to realizować” – podkreślił. Zdaniem zwierzchnika Sił Zbrojnych polską armię należy wyposażać w sprzęt możliwie najnowocześniejszy. „To są duże pieniądze, ale trzeba je wydać dobrze i to jest wielkie zadanie i to jest także wielka odpowiedzialność polityków przed społeczeństwem i przed polskim wojskiem, bo ono musi być bezpieczne, ono musi być dobrze wyposażone, musi być silne. Silna armia to podstawa; taka armia, żeby nikomu nie przyszło nawet do głowy podnieść na nas rękę. To jest najistotniejsze w tej chwili” – zaznaczył prezydent.

Andrzej Duda podkreślił, że „przyszłość polskiego przemysłu zbrojeniowego powinna być wielkim elementem przyszłości polskiej gospodarki”. „My mamy bardzo dobre tradycje, jeżeli chodzi o przemysł zbrojeniowy, i to nie jest tak, że my powinniśmy kupować broń wszędzie na świecie” – powiedział. Według prezydenta ważne jest, „żeby pieniądze zarabiali nasi rodacy, polscy pracownicy, tak, żeby one trafiały do polskiego budżetu”. (PAP)

amt/ mww/ je/ (za stooq.pl)

podobne: Po szczycie NATO: „Bazy” rotacyjne („szpica”?) w Polsce. Korpus NATO w Szczecinie podnosi gotowość bojową. USA organizuje zrzutkę na Irak, Afganistan i Ukrainę (manewry na zach. Ukrainy). Merkel: umowa NATO z Rosją wciąż obowiązuje. Rosja: reakcja na szczyt, manewry wojsk rakietowych, baza wojskowa w Arktyce. oraz: Polski przemysł zbrojeniowy traktowany po macoszemu (Świdnik odpada z przetargu). Amerykanie i Francuzi uzbroją polską armię (MON wybrał „Patrioty” i „Caracale” – opinie podzielone). MON weryfikuje akty prawne („Si vis pacem, para bellum”).

„…„Sueddeutsche Zeitung” stwierdziła, że Andrzej Duda, domagając się rozlokowania w Polsce większych sił NATO, narusza kompromis osiągnięty podczas szczytu NATO w Newport, co grozi, jak twierdzi SZ, konfliktem nie tyle z Rosją co wewnątrz Sojuszu. Słowa dziennikarza niemieckiej gazety, skądinąd znanego z tego, iż nieraz wypowiadał się w duchu otwarcie prorosyjskim i bywa częstym gościem telewizji Russia Today, natychmiast podchwyciły polskie media. Niektóre cytowały tekst z „Sueddeutsche Zeitung” wyłącznie w ramach szukania sensacyjnego tytułu, inne – niestety – w ramach już rozpoczynającej się walki politycznej w Polsce. W sprawie głos zabrał jednak minister obrony Tomasz Siemoniak, który stwierdził, iż nie należy dać się „rozgrywać niemieckiej gazecie”. Można byłoby zastanawiać się nad tym skąd biorą się polskie kompleksy, które powodują, iż jeden tekst w niemieckiej gazecie jest cytowany przez niemal wszystkie portale i co kieruje ludźmi, którzy gotowi są w oparciu o taki artykuł rozpoczynać kolejną odsłonę polsko – polskiej wojny. Należałoby z drugiej strony docenić postawę ministra obrony, który swym wpisem na twitterze zapobiegł eskalacji konfliktu w tej sprawie i stanął po stronie Prezydenta wywodzącego się z zupełnie innego obozu politycznego…

…Nie należy mieć więc złudzeń. Dialog Zachodu z Rosją nie tylko będzie prowadzony, ale już trwa. I nie chodzi wcale o rozmowy nt. Ukrainy. W tle bowiem rodzi się nowy układ sił. Zmierzcha ten, który powstał w wyniku zakończenia Zimnej Wojny, który był wszakże bardziej pochodną czy też echem konfrontacji Zachodu z komunizmem, niż nowym systemem jako takim. Pierwsze skądinąd oznaki, iż ów ład jest etapem przejściowym było widać już kilka lat po naszym wejściu do NATO.

Celem Rosji niewątpliwie jest zastąpienie obecnej architektury bezpieczeństwa układem bezpieczeństwa zbiorowego, czy też – mówiąc nieco prościej – koncertem mocarstw. Zapewne Moskwa nie osiągnie w pełni zakładanych celów, ale nie można też mieć złudzeń, że Zachód układając się z Moskwą nie uzna przynajmniej części jej aspiracji. Zbyt wiele łączy bowiem Zachód z Rosją… 

…W Europie głównym graczem stają się Niemcy – tradycyjnie zbyt słabe by samodzielnie odpowiadać za kontynent i za silne, by być tylko jednym z państw UE i NATO. Wydaje się skądinąd, iż polityka Berlina i Waszyngtonu jest na tyle skoordynowana, że – w ramach pewnych ograniczeń – Biały Dom powierza jednak Urzędowi Kanclerskiemu prowadzenie polityki europejskiej wobec Rosji. To zaś oznacza, iż Moskwa będzie odgrywać poważną rolę w Europie Środkowo – Wschodniej. Im więcej bowiem Rosji w Europie, tym niejako równolegle ważniejszy w Europie jest Berlin. Polska zaś, domagając się potwierdzenia gwarancji bezpieczeństwa, narusza tworzący się układ sił…

…Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na pewien paradoks, którym jest to, iż w naszej debacie publicznej cały czas mowa jest o „europejskiej perspektywie” dla Kijowa i Mińska, a na Zachodzie w tym samym czasie dyskutuje się o czymś zgoła przeciwnym – bliższym jeśli już to raczej duchowi Monachium, niż jakiejkolwiek idealistycznej wizji poszerzania euroatlantyckiej strefy bezpieczeństwa i dobrobytu. Trudno doprawdy o bardziej wyrazisty dowód z jednej strony twardej gry Zachodu, a z drugiej naszej naiwności. Skoro jednak tak, to warto rozważyć, czy Polska powinna grać o ową europejską perspektywę, czy też może traktować to jedynie jako kartę przetargową, by potem uzyskać – w zamian za nasze ustępstwa – finlandyzację Ukrainy i Białorusi. Nie musielibyśmy przy tym wcale mówić Ukraińcom, w ślad za marszałkiem Piłsudskim, że „bardzo przepraszam (y), nie tak miało być”, gdyż Ukraińcy lepiej niż my rozumieją, że Warszawa, poza słowami, niewiele oferuje. Ukraińcy rozumieją też, że jeśli realną alternatywą dla finlandyzacji nie jest wcale integracja z Zachodem, a moskiewski dyktat to, godząc się na ów neutralny status, wygrywają. Pamiętajmy, że wygrywamy również i my. Pytaniem na inny tekst jest, czy ktoś będzie nas pytał o zgodę i czy mamy z czego, poza deklaracjami, które w polityce są nic nie warte, ustępować…

…Tak jak utrzymanie statusu Polski jako członka drugiej kategorii NATO oznacza koniec naszych ambicji w polityce wschodniej tak i – analogicznie – uznanie Białorusi i Ukrainy nie za strefę buforową, a za sferę wpływów Rosji automatycznie oznacza, iż Polska staje się strefą buforową, terytorium o które toczy się gra… 

…Na dziś wszystkie scenariusze, poza tym najbardziej dla nas optymistycznym, są nadal realne. O ile oczywiście polscy politycy, b. ministrowie, analitycy i media czy to z bojaźni, czy dla doraźnych korzyści nie będą godzić się na rozwiązania dla nas niekorzystne na etapie, gdy te są jeszcze tylko balonami próbnymi. Konieczne jest też zrozumienie przez wspomnianych wyżej polityków i analityków faktu, iż na Zachodzie mamy do czynienia co prawda z sojusznikami, ale są to sojusznicy, z którymi w pewnych sprawach mamy sprzeczne interesy…” (Witold Jurasz)

polecam lekturę całości tuNATO dwóch prędkości

„…podjęta 4 czerwca 1992 roku próba ujawnienia agentury, czyli jurgieltników w strukturach państwa polskiego, została zablokowana przez obydwie strony umowy „okrągłego stołu”: RAZWIEDUPR i wyselekcjonowaną przezeń „stronę społeczną”, której soldateska powierzyła w naszym nieszczęśliwym kraju piastowanie zewnętrznych znamion władzy… 

…W rezultacie rządów jurgieltniczych Polska nie uzyskuje nawet tych korzyści, jakie mogłaby uzyskać w związku z przynależnością do NATO i słusznie w wywiadzie dla „Financial Times” prezydent Andrzej Duda zwrócił uwagę, iż w NATO Polska traktowana jest jako „strefa buforowa”. Wynika to ze sformułowanej jeszcze w latach 60-tych przez ówczesnego sekretarz obrony Roberta McNamarę doktryny „elastycznego reagowania”: taktownie nawzajem oszczędzamy własne terytoria, więc haratamy się na przedpolach. Znaczy – w strefach buforowych. Dla obszaru przeznaczonego na „strefę buforową” żaden cymes to nie jest, nawet jeśli amerykańska, czy kanadyjska drużyna uświetni defiladę naszej niezwyciężonej armii. Nie zmienia tej sytuacji „rotacyjna obecność” sojuszniczej kompanii, czy nawet batalionu na terenie Polski, bo nawet gdyby ta obecność nie była „rotacyjna”, to i tak nie wiemy przecież, co te sojusznicze wojska zrobią. Wiemy tylko, czego na pewno nie zrobią; na pewno nie będą słuchały rozkazów rządu polskiego, tylko rozkazów własnych rządów i jeśli na przykład w chwili zagrożenia rozkażą one im się wycofać, to na pewno zrobią to z wielką skwapliwością. Dlatego też Polska nie powinna nasładzać się ani żadnymi „rotacyjnymi obecnościami” ani nawet obietnicami rozlokowania na naszym terytorium baz NATO. Trzeba bowiem pamiętać, że w podpisanym w Moskwie 12 września 1992 roku traktacie „2 plus 4” sygnatariusze zobowiązali się do nieprzesuwania baz ani ciężkiej broni NATO na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej. Traktat ten otworzył drogę do zjednoczenia Niemiec, a i Polska nie powinna go podważać, bo Niemcy zobowiązały się do uznania tego traktatu za traktat pokojowy z Polską – do którego odwoływały się postanowienia konferencji czterech mocarstw w Poczdamie w roku 1945. Wreszcie Niemcy nie życzą sobie żadnych baz na terenie Polski, również z uwagi na strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie. A ponieważ na takie bazy musiałoby wyrazić zgodę całe NATO, to nie ma co na to liczyć.

Dlatego jeśli USA znowu powierzyły Polsce niebezpieczną rolę amerykańskiego dywersanta na Europę Wschodnią, to w rezultacie podjęcia się tej roli Polska stała się państwem frontowym. Oczekiwalibyśmy zatem od Stanów Zjednoczonych – po pierwsze – solennej obietnicy, że już nigdy, pod żadnym pozorem USA nie będą na Polskę naciskały w sprawie realizacji żydowskich roszczeń majątkowych, a po drugie – że Polska zostanie przez USA potraktowana tak samo, jak inne państwo frontowe, to znaczy – Izrael. Oczekiwalibyśmy takiego samego finansowego wsparcia ze strony USA, jakie corocznie uzyskuje Izrael oraz podobnych udogodnień wojskowych. Nie po to, by instalować na polskim terytorium jakieś „bazy NATO”, nad którymi musiałaby wiecować np. Hiszpania, czy Grecja, tylko żeby wzmocnić i zmodernizować polską armię, która wprawdzie stanowi element sił sojuszniczych na wschodnim skraju obszaru obrony NATO, ale przecież musiałaby słuchać rozkazów rządu polskiego, jaki by on tam nie był.” (Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: Zamiast „strefy buforowej”

Stanisław Michalkiewicz o nowym prezydencie Andrzeju Dudzie

…cały wpis można podsumować znanym cytatem: „…a na końcu i tak wygrywają Niemcy” 😉

podobne: Poważne państwa nie mają w polityce zagranicznej ani stałych sojuszników, ani też stałych wrogów, tylko niezmienne interesy. Odzyskać MSZ. oraz: Ośrodek Analiz Strategicznych: Potencjał militarny Białorusi. i jeszcze: UE wycofuje się z polityki wschodniej. Partnerstwo strategiczne Litwy i Polski podupadło. polecam również: Putin: Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród (tymczasem Ukraina ponownie prosi o siły pokojowe). Norweski wywiad o rosyjskiej aktywności. Rosyjska armia na poligonach od Kaliningradu po Sachalin. Polska zaniepokojona Iskanderami, potrzebna twarda infrastruktura NATO i zmiana koncepcji obrony (w odpowiedzi na doktrynę rosyjską). O roli Niemiec w polityce wschodniej (dodatkowe miliardy na armię). i to: Rosja ostrzega ale ustala z USA federalizację Ukrainy. NATO i „Trójkąt Weimarski” o wsparciu dla Ukrainy i Europy Wschodniej. a także: Jacek Bartosiak i geopolityka: Rosja uwiązana na Ukrainie czeka na propozycję USA w sprawie „rozbioru” Polski by w zamian pomóc poskromić Chiny. Potencjał Polski w konflikcie z interesem Niemiec (o „jedwabny szlak”). Rola prezydenta RP

USA, Rosja, Unia Europejska

Ośrodek Analiz Strategicznych: Potencjał militarny Białorusi.


  • Siły Zbrojne Białorusi mają ograniczone możliwości ofensywne. Pełnią przede wszystkim zadania obronne nie tylko dla Białorusi, ale też Rosji. Mogą pełnić rolę pomocniczą w razie ofensywnych działań Rosji przeciwko państwom NATO (potwierdzeniem scenariusz ćwiczeń Zapad 2013).
  • Rozmieszczenie większości jednostek w zachodnich obwodach kraju oraz sama struktura SZ świadczą, że potencjalne zagrożenie Mińsk widzi tylko w sąsiadach z NATO. Kierunek wschodni jest zupełnie odkryty.
  • Z punktu widzenia Rosji sojusz z Białorusią oznacza odsunięcie rubieży obrony (przed NATO) o blisko 600 km. Kluczowe znaczenie ma przy tym białoruska obrona przeciwlotnicza.
  • Sprzęt i uzbrojenie SZ RB są przestarzałe, a państwo nie ma środków na modernizację. Dostawy broni rosyjskiej po preferencyjnych cenach to rzadkość, ponieważ Moskwa zamiast zbroić sojusznika, woli zwiększać swoją militarną obecność na terytorium Białorusi.
  • W przeciwieństwie do służb bezpieczeństwa czy Wojsk Wewnętrznych MSW, armia nie jest filarem reżimu. Aleksander Łukaszenka nie używa jej w polityce wewnętrznej. Najwyższe stanowiska w SZ RB obsadzają ludzie wywodzący się ze służb bezpieczeństwa. Osoba obecnego ministra obrony to wyjątek potwierdzający regułę.
  • A. Łukaszenka nie potrzebuje silnej armii, bo zagrożenie inwazją z zachodu jest nierealne (na pewno nie byłaby celem Białoruś), zaś na przesunięcie punktu ciężkości na wschód nie może sobie pozwolić ze względów politycznych...

(…)

…na jesieni 2013 r. odbyły się ćwiczenia rosyjsko-białoruskie „Zapad 2013”. Ich scenariusz i przebieg świadczyły o tym, że potencjalnym przeciwnikiem są państwa NATO. Przede wszystkim jednak, „Zapad 2013” były wielkim przedsięwzięciem dla wojska białoruskiego, w które zaangażowano jedną czwartą sił zbrojnych, przy czym faktycznie ćwiczyła większość sprawnych i gotowych do działania jednostek.

W 2014 r. pojawiły się informacje, że na terenie Białorusi będą działać dwie rosyjskie jednostki lotnicze. Obok tej w Baranowiczach, także w Bobrujsku. Z wypowiedzi dowódcy lotnictwa rosyjskiego gen. Wiktora Bondariewa wynika, że obie miałyby być gotowe w 2016 r. W czerwcu br. rosyjskie media donosiły, że rozmowy dotyczące rozlokowania na Białorusi zgrupowania rosyjskich myśliwców Su-27 i śmigłowców Mi-8 nadal trwają. Jednak 5 sierpnia br. A. Łukaszenka zapewnił, że na terytorium jego kraju obecnie nie ma rosyjskich samolotów wojskowych, a dwie instalacje wojskowe Rosji na Białorusi mają charakter „pokojowy”. To by oznaczało, że Su-27, które pojawiły się pod koniec 2013 r. w Baranowiczach, wróciły już do kraju. Powyższe sugeruje, że istnieje silny spór o stałą obecność lotnictwa rosyjskiego na Białorusi, a białoruski reżim opiera się takiemu rozwiązaniu. Zwiększanie obecności rosyjskiej wojskowej w jego kraju A. Łukaszenka uznać może wręcz za szkodliwe. Po pierwsze, wywoła to reakcję NATO i zwiększenie jego sił u granic Białorusi, czym A. Łukaszenka nie jest zainteresowany. Po drugie, wzmocni to ogólnie rosyjskie wpływy na Białorusi, a więc osłabi władzę prezydenta. Reżim w Mińsku, mimo deklaracji bliskiej współpracy, wydaje się opierać presji Moskwy – kolejne rosyjskie instalacje wojskowe na Białorusi są zapowiadane, ale w efekcie nie powstają.

Dyscyplina

Armia białoruska jest niedofinansowana, a jej sprzęt przestarzały – siły zbrojne nie były i nie są bowiem w centrum zainteresowania A. Łukaszenki. Tym, co jest atutem białoruskiej armii jest to, co odróżnia ją od armii ukraińskiej, tj. brak korupcji i dyscyplina. Skądinąd w tym aspekcie obie armie są idealnym odwzorowaniem swych państw. Niewykluczone wręcz, że armia białoruska na dzień dzisiejszy prezentuje wyższy potencjał bojowy od armii ukraińskiej.

Z drugiej strony przesadą są opinie, które pojawiały się w polskich mediach o tym, jakoby armia białoruska była w stanie pokonać armię polską. Jedyną przyczyną dla tak alarmistycznych raportów była geografia – siły białoruskie skupione są bowiem na zachodzie kraju, tj. w pobliżu granic RP. Siły zbrojne RP, nie licząc jednostek znajdujących się w pobliżu Obwodu Kaliningradzkiego, również stacjonują na zachodzie naszego z kolei kraju. Granica z Białorusią de facto nie jest obsadzona, co wymaga skądinąd refleksji, gdyż – w wypadku godziny „W”, ew. rosyjski atak (a tylko w takim kontekście można rozpatrywać scenariusz wojny z Białorusią) zostały z całą pewnością wyprowadzony nie tylko z enklawy kaliningradzkiej, ale i z terytorium RB. Kluczowe znaczenie ma więc to, aby powstrzymać dalszą integrację polityczną, gospodarczą i wojskową Mińska i Moskwy – pytaniem na które warto odpowiedzieć jest to, czy powyższe jest bardziej realne poprzez walkę z reżimem w Mińsku czy też poprzez wypracowanie modelu swoistej neutralności Mińska. Z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego RP suwerenność Białorusi ma kluczowe znaczenie i stąd też sprawę tą warto analizować w możliwie najbardziej pragmatyczny sposób.” (Czesław Kosior)

całość tu: Potencjał militarny Białorusi

podobne: Łukaszenka: Białoruś nigdy nie będzie częścią Rosji. Białoruscy i rosyjscy żołnierze ćwiczą blisko polskiej granicy. oraz: Łukaszenka: „w świecie zwycięża nie siła prawa, a prawo siły”. a także: Poważne państwa nie mają w polityce zagranicznej ani stałych sojuszników, ani też stałych wrogów, tylko niezmienne interesy. polecam również: Ukraina na skraju bankructwa (z długiem u Rosji). UE wycofuje się z polityki wschodniej. Partnerstwo strategiczne Litwy i Polski podupadło. Polscy i ukraińscy żołnierze w mołdawsko-rumuńskim batalionie sił pokojowych. „Der Spiegel”: Rosja nie planuje nowej ofensywy we wschodniej Ukrainie.

2 kwietnia Białoruś i Rosja przeprowadziły manewry wojskowe, w których jednym z założeń był atak bronią jądrową na Warszawę – Z tej okazji pozdrawiam wszystkich tych, którzy bezmyślnie powtarzają za mediami głupie slogany w stylu: "wojny nigdy już w Europie nie będzie, jesteśmy na zbyt wysokim poziomie rozwoju". No cóż, może i tak, ale Rosji chyba nikt o tym nie poinformował...

Poważne państwa nie mają w polityce zagranicznej ani stałych sojuszników, ani też stałych wrogów, tylko niezmienne interesy. Odzyskać MSZ.


„…Polska inteligencja nie miała doświadczenia w budowaniu państwa i troszczeniu się o nie w skrajnie trudnych warunkach geopolitycznych. Powstała głównie ze zbiedniałej porozbiorowej szlachty, swoje idee brała zaś ze specyficznie odczytanego mitu romantycznego i arystokratycznych aspiracji. Chłopami się brzydziła, a mieszczańskiej klasy średniej, która zbudowała nowoczesne państwa na Zachodzie, nie rozumiała. Oczywiście, najwybitniejsi przedstawiciele polskiej inteligencji potrafili stać się jednostkami niezaprzeczalnie wielkimi, zwłaszcza w nauce, wystarczy wspomnieć polską szkołę logiczno-matematyczną, filozoficzną i socjologiczną. Inteligencja prawie zawsze operowała jednak raczej na poziomie abstrakcji niż konkretów, a w swej masie ciążyła ku dość dyletanckiej i wtórnej salonowej humanistyce…

To dlatego polscy inteligenci w dziewiętnastym wieku tak naiwnie angażowali się we wszystkie możliwe rewolucje lub też w imię „realizmu” stawali się bezwolnymi narzędziami obcej polityki. To stąd brała się kompensacyjna, mistyczna megalomania lóż emigracyjnych połączona z bolesnym zakompleksieniem wobec europejskich intelektualistów.

(…)

Częściowo w oparciu o tezy J. F. Staniłki można byłoby wręcz skonstruować katalog siedmiu, grzechów głównych inteligenckiego myślenia w polityce zagranicznej. Byłyby to 1) manichejskie (czarno-białe) postrzeganie polityki zagranicznej; 2) moralizowanie i estetyzowanie; 3) ciążenie ku obcym elitom wbrew interesom narodowym; 4) przecenianie znaczenia polityki historycznej i symbolicznej; 5) brak wiedzy o najnowszych globalnych trendach; 6) kompleks niższości; 7) dziecinny realizm historyczny.

(…)
poważne państwa nie mają w polityce zagranicznej ani stałych sojuszników, ani też stałych wrogów, tylko niezmienne interesy.

Polska tymczasem zamiast trwałymi interesami kieruję się raczej dość zmiennymi i etycznie zabarwionymi sympatiami. Z pozoru wydaje się, na przykład, że w naszym interesie jest zachowanie integralności europejskich granic i trzymanie Rosji na bezpieczną odległość, a najlepiej oddzielenie się od niej łańcuchem sprzymierzonych krajów. Z jednej jednak strony, wbrew naszemu dążeniu do stabilności granic na kontynencie, opowiedzieliśmy się za niepodległością Kosowa. Z drugiej zaś, wbrew naszej zasadzie budowania regionalnych sojuszy pryncypialnie obrażamy się na Węgry i Białoruś, co tylko jeszcze bardziej zbliża je do optyki Kremla. Nie chcemy zrozumieć, że kraje te w obliczu rosnącej agresywności Rosji i dość obojętnej postawy Niemiec i USA starają się uprawiać niebezpieczną politykę balansowania między mocarstwami. Możemy im w tym pomóc. Możemy np., kiedy trzeba, wzmacniać nieco ich pozycję w kontaktach z Niemcami, a w zamian za to wymagać, by one wzmacniały naszą politykę w kontaktach z Rosją. Wymagałoby to jednak kunsztu politycznego jakiego dziś brak polskim politycznym elitom.

W samej Rosji natomiast polski inteligent musi przede wszystkim przestać rozmawiać z tamtejszą inteligencją opozycyjną. O ile bowiem w Polsce mamy do czynienia z pewnym rozdźwiękiem pomiędzy inteligencją a społeczeństwem, o tyle inteligent rosyjski (zwłaszcza opozycjonista) jest po prostu obcokrajowcem w swoim własnym kraju i, co do zasady, znacznie lepiej dogaduje się ze zwykłym Francuzem czy Niemcem niż ze zwykłym Rosjaninem. Prawidłowość tę zauważył już Dostojewski i nic nie wskazuje na to, aby miała ona ulec zmianie. Należy więc sobie powiedzieć wprost, że szlachetni „bracia Moskale” w przewidywalnej przeszłości nie będą zdolni do wywierania jakiekolwiek wpływu na władzę, nie mówiąc już o jej przejęciu. Ludzie którzy okupują zaś kremlowski „wertykał wlasti” to, z grubsza rzec biorąc, przedstawiciele służb i oligarchii. Z ich szeregów będzie się też rekrutował następca Władimira Putina i to z nimi będziemy musieli twardo i rzeczowo rozmawiać jeszcze długo po tym, jak zapomnimy o konflikcie na Ukrainie.

Co powie Europa, co powie Waszyngton?

Tyle, że inteligencka polityka zagraniczna nie zna właściwie pojęcia „twardej rozmowy”. To przecież trąci jakimś dorobkiewiczowskim targowaniem się. Tymczasem inteligencka strategia negocjacyjna opiera się zwykle na okazywaniu niepohamowanej pogardy adwersarzom i równie niepohamowanej spolegliwości sojusznikom. Administracja amerykańska może, na przykład, kupić sobie zgodę polskiego rządu na niebywale niebezpieczne i raczej wątpliwe moralnie działania na naszym terenie za śmieszną sumę 15 mln dolarów. Tutaj akurat jakoś się moralnie nie wzmogliśmy.

Podobnie ze stoickim spokojem przyjęliśmy uderzający w naszą energetykę pakiet klimatyczny. Brak nam wyraźnie tupetu Wielkiej Brytanii, która raz uzyskanego od UE w latach osiemdziesiątych rabatu nie oddała nigdy, a wobec wizji Brexitu może w Brukseli uzyskać nawet dalej idące ustępstwa. W stosunkach z USA brak nam śmiałości Turcji, która postawiła sprawę jasno: udostępnimy bazy wojskowe do działań przeciwko Państwu Islamskiemu tylko jeśli otrzymamy gwarancję, że nie powstanie państwo kurdyjskie a Waszyngton da Ankarze zielone światło do działań przeciwko bazom Partii Pracujących Kurdystanu. Targu jak się zdaje dobito, potem Turcy udostępnili swoje bazy.

Polska stosuje tymczasem inną strategię: najpierw wyświadcza Waszyngtonowi przysługę, np. rusza z nim do Iraku czy Afganistanu wbrew polityce zachodniej Europy, a potem wiernie czeka na nagrodę, którą wzruszony jej szlachetnym uczynkiem Waszyngton powinien Polsce przyznać. 

(…)

W polityce i publicznym dyskursie o polityce zagranicznej realizm dobrze zinternalizowany to tymczasem realizm niemal niewidoczny. Realizm bardzo znaczący w czynach i bardzo oszczędny w słowach. Proszę sobie na przykład wyobrazić, że niemieckie wysokonakładowe gazety piszą coś w stylu: „Ach, gdybyśmy tylko z inwazją na ZSRR poczekali do wiosny 1942, albo w ogóle rozpoczęli całą wojnę dwa lata później, w 1941. Przecież bylibyśmy dziś największym mocarstwem na świecie, a Hitler byłby uważany za największego człowieka w historii ludzkości”. Albo zwizualizujmy sobie następujący passus w prasie amerykańskiej: „Ach, gdybyśmy tylko posłuchali McArthura i w 1950 zrzucili bomby atomowe na chińskie miasta, nie mielibyśmy dziś żadnej konkurencji na Pacyfiku”. Tymczasem w polskiej prasie i świetnie się sprzedających polskich książkach możemy z łatwością znaleźć wizje przymierza z Hitlerem i wspólnej wyprawy Moskwę. W tym kontekście nie powinno dziwić, że tak wielu Rosjan i Amerykanów uważa nas za kryptofaszystów, a wielu Niemców ma nas zapewne za pożytecznych idiotów, którzy z nich to odium zdejmują.

(…)

…wydaje się, że nadchodzi globalne przesilenie, które stawia przed naszym krajem nowe wyzwania, ale otwiera też przed nim nowe możliwości. By z nich skorzystać, musimy jednak mieć państwo w którym politykę zagraniczną prowadzi się w oparciu o zimną kalkulację, a nie mrzonki czy też dyletancki pseudorealizm.” (Michał Kuź)

całość tej całkiem trafnej analizy naszej polityki zagranicznej tu: „Wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić” czyli o aktualności myśli J. Piłsudskiego.

podobne: Adam Śmiech: System Dmowskiego czyli… „zagraniczną politykę musicie robić naszą”. oraz: „Na sumieniu Polski ciąży wiele grzechów przeciwko sobie, ale ani jeden przeciwko innym narodom.” Aleksijewicz: człowiek postsowiecki jest agresywny i bezwzględny. polecam również: W rocznicę śmierci: Jan Emil Skiwski – „Piłsudski a Polska wieczna”. Cywilizacja a tolerancja.

Pan Grzegorz Braun – Aternatywne Sojusze z Białorusią, Turcją i Skandynawią

„… Polska zrezygnowała z jakichkolwiek prób budowy sojuszu państw środkowoeuropejskich jako przeciwwagi dla mocarstw kontynentalnych. Zamiast tego postawiono na zbliżenie z Berlinem i Moskwą, licząc, że przywódcy tych dwóch mocarstw kontynentalnych potraktują Warszawę jak partnera – co prawda młodszego, ale zawsze.

Prezydent Komorowski ze spokojem przyglądał się więc obumieraniu naszej polityki regionalnej. Dialog polityczny z Litwą, tak intensywny za czasów Lecha Kaczyńskiego, zamarł, a relacje pomiędzy obydwoma krajami stały się tak złe, jak nigdy w historii po 1989 r.

Stosunki z Białorusią zostały de facto zawieszone. Polska przestała tolerować politykę balansowania Łukaszenki pomiędzy Moskwą a Brukselą. Co więcej świadomie postawiono na siły polityczne wewnątrz białoruskiej opozycji, które dążyły (lub udawały, iż dążą) do przewrotu politycznego w Mińsku, a nie do dialogu i ewolucji. Odrzucając „okrągłostołową” filozofię polityczną, Warszawa, w warunkach silnej władzy w Mińsku z jednej strony oraz słabej i zinfiltrowanej przez KGB opozycji z drugiej de facto wspierała scenariusz, którego jedynym możliwym końcem był scenariusz siłowy, a tym samym izolacja reżimu i jego wpadnięcie w ramiona Moskwy.

W miarę dobrze się kontakty z prezydentem Ukrainy Wiktorem Janukowyczem, co jest skądinąd paradoksem zważywszy na to, iż ani z demokracją, ani z kursem politycznym Kijowa nie działo się – z polskiego punktu widzenie – dobrze.

Priorytetem stały się stosunki z Rosją i Niemcami, a właściwie tworzenie „dobrej atmosfery”. Przestaliśmy się przy tym spierać o interesy, a twardą grę zastąpiliśmy PR na wewnątrz i swoistym leseferyzmem na zewnątrz. Bronisław Komorowski jeszcze w roku 2011 przekonywał Polaków, że prezydent Rosji Miedwiediew jest partnerem „godnym zaufania”, a „ostatnie miesiące wykazały, że wypełnia obietnice i wszystko świadczy o tym, że zależy mu na dobrych relacjach z Polską i na głębokiej modernizacji Rosji”. Podobnie zachowywał się w stosunku do naszego zachodniego partnera. W roku 2014 przemawiając przed Bundestagiem mówił tylko o „pojednaniu” i „wspólnocie odpowiedzialności”, a ani słowa nie poświęcił różnicom interesów i nierozwiązywanym od dekad tzw. problemom trudnym w stosunkach dwustronnych.

(…)

Głównym powodem reorientacji polskiej strategii winna być jej zupełna nieskuteczność. Berlin w zamian za nasza zgodę na swoje przywództwo nie zaoferował niczego. Nie próbował nawet łagodzić sprzeczności interesów w stosunkach dwustronnych. Nadal forsował strategiczne partnerstwo energetyczne z Moskwą oraz niezgodną z naszymi elementarnymi interesami politykę klimatyczną. Rosjanie natomiast nawet nie starali się udawać, że traktują nas jak partnera, o czym premier Tusk boleśnie przekonał się w momencie, gdy Moskwa w styczniu 2011 roku zaskoczyła go publikacją raportu nt. katastrofy w Smoleńsku. Pełne fiasko zbliżenia z dwoma mocarstwami kontynentalnymi wyszło na jaw, gdy w 2014 roku okazało się, że dla Polski zabrakło miejsca przy dyplomatycznym stole, decydującym o przyszłości Ukrainy.

(…)

Niestety, prezydent Komorowski nie wykorzystał szansy, jaką sprezentował mu los. Co prawda w końcu roku 2014 przedstawił nową strategię bezpieczeństwa narodowego, ale nie wiadomo, dlaczego w ogóle nie brała ona pod uwagę powstałych zagrożeń. W szczególności bagatelizowała ona te ze strony Rosji…

…Doktryna bezpieczeństwa winna wyjaśniać naturę zagrożeń ze strony Rosji. Po pierwsze, tych natury geopolitycznej. Wskazać na to, że pierwszoplanowym celem Moskwy jest zniszczenie politycznej wspólnoty Zachodu. Najpierw poprzez wbicie klina w więzi transatlantyckie, co będzie skutkowało wycofaniem się Stanów Zjednoczonych z Europy i likwidacją NATO lub jego przekształceniem z sojuszu obronnego w organizację współpracy politycznej. W miejsce wspólnoty transatlantyckiej Moskwa chciałaby stworzyć sojusz eurazjatycki wraz z kontynentalnymi mocarstwami zachodnioeuropejskimi (Niemcami, Francją i Włochami) i w efekcie zastąpić istniejący system bezpieczeństwa swoistym „koncertem mocarstw”. Sukces tych zamierzeń oznaczałby dla Polski marginalizację polityczną i geopolityczne osamotnienie. Przede wszystkim jednak oznaczałby brak realnych gwarancji bezpieczeństwa.

(…)

…Polska po agresji Rosji na Ukrainę po raz pierwszy po zakończeniu zimnej wojny znalazła się w sytuacji realnego zagrożenia militarnego. Prezydent jako konstytucyjny strażnik „suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium” powinien zapomnieć o sugestii b. prezydenta Francji J. Chiraca, który sugerował, że Polska winna „siedzieć cicho” i przejść do dyplomatycznej ofensywy, której adresatem byłby Waszyngton, Berlin i Paryż. Niestety, nie zdecydował się na podjęcie asertywnej polityki i podczas szczytu Sojuszu w Newport bez słowa protestu przyjął decyzje mocarstw zachodnich o niewzmacnianiu flanki wschodniej… (Krzysztof Rak)

całość tu: Letniość nie jest polityczną cnotą

podobne: Jacek Bartosiak i geopolityka: Rosja uwiązana na Ukrainie czeka na propozycję USA w sprawie „rozbioru” Polski by w zamian pomóc poskromić Chiny. Potencjał Polski w konflikcie z interesem Niemiec (o „jedwabny szlak”). Rola prezydenta RP (a propos debaty) oraz: „SZ”: Niemcy kochają Rosjan, pogardzają Amerykanami. Szeremietiew: Niemcy, Rosja, czy… Polska? a także: Geopolityka, mocarstwa i wojny. Koncepcja imperium. Czym (jeszcze) żyje Ameryka? i jeszcze: Partnerstwo strategiczne Litwy i Polski podupadło. oraz: UE nie ma oferty dla wschodnich sąsiadów.

PS… „…Przypominamy, że ambasadorem Polski w Stanach Zjednoczonych jest Ryszard Sznepf, jednocześnie członek żydowskiej loży „Synów Przymierza” (B’nai B’rith Polin).

W ostatnich dniach dowiedzieliśmy się też, że stanowisko ambasadora w Kijowie ma objąć obecny rzecznik prasowy MSZ, a wcześniej publicysta „Gazety Wyborczej”, Marcin Wojciechowski, ten sam, według którego „Bandera bywa demonizowany przez środowiska kresowe”. To tak jakbym ja napisał, że środowiska żydowskie demonizują postaci Adolfa Hitlera i Adolfa Eichmanna.

Przypominam, że poprzednim rzecznikiem prasowym MSZ był inny publicysta „Gazety Wyborczej”, Marcin Bosacki, który dzisiaj pełni funkcję ambasadora Polski w Kanadzie. Jak widzimy, aby pracować w polskiej dyplomacji trzeba pochodzić z zaciągu Geremka, albo być wcześniej publicystą „Gazety Wyborczej”. Niebagatelne znaczenie ma również pochodzenie etniczne. W 2012 roku polska opinia publiczna dowiedziała się, że w MSZ zatrudnionych jest 131 byłych tajnych współpracowników komunistycznych służb specjalnych, z czego 7 kieruje naszymi placówkami za granicą…” (całość tu: Musimy odzyskać MSZ)

 Polska dyplomacja

Prawy Sektor chce referendum ws. wotum nieufności dla władz. Przemytnicy z Zakarpacia powoływani do wojska. Krucha równowaga pomiędzy klanami oligarchiczno-mafijnymi na Ukrainie.


Ukraina – Prawy Sektor chce referendum ws. wotum nieufności dla władz. Przemytnicy z Zakarpacia powoływani do wojska.

PAP – Świat, 21 Lip 2015, 22:10, Kijów (PAP) – Ok. 3 tys. osób uczestniczyło w poniedziałek wieczorem w wiecu na Majdanie Niepodległości w Kijowie; wiec zwołała nacjonalistyczna organizacja Prawy Sektor (PS) pod hasłem „Precz z władzą zdrajców”. PS chce referendum ws. wotum nieufności wobec władz.

Przywódca PS Dmytro Jarosz zapowiedział powołanie na Ukrainie lokalnych sztabów, które zajmą się przygotowaniem referendum w sprawie wotum nieufności wobec rządzących w Kijowie. Tego dnia w ukraińskiej stolicy odbył się także zjazd Prawego Sektora. Postanowiono, że organizacja nie weźmie udziału w zaplanowanych na październik wyborach samorządowych.

„Referendum powinno dotyczyć takich kwestii, jak wotum nieufności wobec władz. Chcemy, by wojna, którą Rosja prowadzi przeciwko Ukrainie, została nazwana wojną, a nie operacją antyterrorystyczną. Domagamy się również całkowitej blokady okupowanych terytoriów i prosimy społeczeństwo o poparcie legalizacji ochotniczych batalionów” – mówił Jarosz do zgromadzonych w Kijowie ludzi.

Początkowo zapowiadano, że głównym hasłem wiecu będzie dymisja prezydenta Petra Poroszenki, który zdaniem PS nie realizuje haseł z protestów antyrządowych z zimy przełomu lat 2013 i 2014, które doprowadziły do obalenia ówczesnego prezydenta Wiktora Janukowycza.

Poroszenkę ostrzeżono jedynie, by nie zarządzał państwem tak, jak należącą do niego korporacją „Roshen”, i kierował się interesami społeczeństwa, a nie oligarchów. Jarosz zapewnił, że w związku z sytuacją w kraju, który walczy z separatystami na wschodzie, nikomu nie uda się sprowokować PS do działań, które mogłyby naruszyć spokój.

Prawy Sektor zwołał wiec w Kijowie po wydarzeniach w Mukaczewie w obwodzie zakarpackim na zachodzie kraju, gdzie bojownicy PS uczestniczyli 11 lipca w strzelaninie z ludźmi obwinianego o kierowanie mafią papierosową parlamentarzysty Mychajła Łania i z milicją. Najprawdopodobniej poszło o podział rynku przemytu papierosów, choć Prawy Sektor twierdzi, że chciał zniszczyć przemytniczy biznes Łania.

W wyniku strzelaniny zginęły co najmniej dwie osoby. Niektóre doniesienia mówią też o czterech ofiarach śmiertelnych. Kilkanaście osób, w większości milicjantów, zostało rannych.

Po wydarzeniach w Mukaczewie prezydent Poroszenko wymienił władze obwodu zakarpackiego, zwalniając ze stanowisk szefa administracji obwodowej oraz miejscowych komendantów milicji i Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Na czele władz obwodowych stanął Hennadij Moskal, który dotychczas był szefem obwodu ługańskiego i walczył z przemytem płynącym z obszarów kontrolowanych przez Ukrainę na tereny znajdujące się pod kontrolą prorosyjskich separatystów.

Prawy Sektor uważa, że władze wykorzystują strzelaninę w Mukaczewie, by zlikwidować ochotnicze jednostki, walczące z separatystami w Donbasie. Organizacja ma tam dwa swoje bataliony.

Z Kijowa Jarosław Junko (PAP)

jjk/ mmp/ kar/

PAP – Świat 23 Lip 2015, 11:37 , Kijów (PAP) – W obwodzie zakarpackim na zachodniej Ukrainie, gdzie 11 lipca doszło do strzelaniny na tle konfliktu o podział rynku przemytu papierosów, trwa wielka mobilizacja do wojska. Szczególnym zainteresowaniem armii cieszą się przemytnicy.

Wezwania wręczane są nawet na punktach kontrolnych drogówki. W Mukaczewie, gdzie rozegrały się wydarzenia z udziałem uzbrojonych nacjonalistów z Prawego Sektora, miejscowej mafii papierosowej i milicji, w środę wezwania do wojska otrzymało prawie 90 mężczyzn – podały w czwartek media, powołując się na lokalną delegaturę MSW.

Nowy szef władz obwodowych Zakarpacia Hennadij Moskal uprzedził wcześniej, że zaproszenia do wojskowych komend uzupełnień otrzymają przede wszystkim ci, którzy pojawiają się publicznie z bronią, noszą wojskowe ubrania i mają zasłonięte maskami twarze. Do wojska pójdą także mężczyźni przyłapani na przemycie.

„Nie pozwolę na okazywanie +bohaterstwa+ poprzez walkę z miejscową ludnością, bezkarne chodzenie z bronią i straszenie ludzi. Kategorycznie powiedziałem, że jeśli zobaczycie kogoś w masce, to natychmiast ciągnijcie go do komendy uzupełnień” – mówił Moskal w niedawnym wywiadzie dla jednej z gazet.

W czwartek przedstawiciele armii czekali na mężczyzn w wieku poborowym na kontrolnych punktach milicji drogowej w Mukaczewie i w miejscowości Nyżni Worota. „Postanowiliśmy wesprzeć mobilizację do sił zbrojnych Ukrainy. Tylko pierwszego dnia mężczyznom, którzy podlegają mobilizacji, wręczono 88 wezwań do armii. Sądzę, że w wyniku naszych działań liczba ochotników wzrośnie” – zapowiedział komendant obwodowego MSW Serhij Kniaziew.

Wpływowy zakarpacki polityk, deputowany do ukraińskiego parlamentu i szef kancelarii b. prezydenta Wiktora Juszczenki Wiktor Bałoha zaalarmował tymczasem, że mobilizacja wykorzystywana jest w tym regionie w celach politycznych. Oświadczył, że gdy po mianowaniu Moskala na szefa administracji obwodu z pracy zwolnili się naczelnicy administracji rejonowych (powiatowych), po kilku dniach zaczęli oni otrzymywać wezwania do wojska. Wezwania dostali także deputowani lokalnych rad z partii Bałohy, Jedno Centrum – mówił ten polityk.

„Stalin odsyłał niepokornych do obozów koncentracyjnych, Breżniew do szpitali psychiatrycznych, Janukowycz do więzienia, a demokratyczne władze Ukrainy odsyłają ich do ATO (strefa operacji antyterrorystycznej przeciwko prorosyjskim separatystom). Wojna przestała być środkiem obrony suwerenności i jedności terytorialnej, lecz przekształciła się w instrument walki politycznej” – powiedział Bałoha. Wyraził przypuszczenie, że mobilizacja może być także wykorzystana dla walki z przeciwnikami politycznymi przed zaplanowanymi na październik wyborami samorządowymi.

Pierwsza fala tegorocznej mobilizacji na Ukrainie rozpoczęła się w styczniu i trwała 90 dni. Według ministerstwa obrony w 2015 r. poborem może zostać objętych ponad 100 tysięcy ludzi. Duża część będzie pełniła służbę na linii podziału między ukraińskimi siłami rządowymi a prorosyjskimi separatystami w Donbasie na wschodzie kraju.

Z Kijowa Jarosław Junko (PAP)

jjk/ awl/ kar/ (za stooq.pl)

podobne: Ukraina: broń dla armii, Poroszenko zapowiada demobilizację. oraz: Jaceniuk mówi „wojna”, ale Poroszenko o „operacji antyterrorystycznej” i zaznacza że wszystko jest pod kontrolą. Wojsko się wycofuje ale nowy pobór nie pójdzie na front.

„…Na niezbyt licznym wiecu na Majdanie 21 lipca wódz „prawoseków” Dmytro Jarosz ogłosił, że domagał się będzie odsunięcia od władzy P. Poroszenki w drodze… referendum. Zabrzmiało to żałośnie w momencie, gdy jego podkomendni z Zakarpacia tropieni byli w karpackich górach przez wojska rządowe niczym zwierzyna łowna.

Można jednak zakładać, że na tym konfrontacja pomiędzy „Prawym Sektorem” a ekipą Poroszenki nie zakończy się. Ten spór w majdanowej rodzinie był nieunikniony i musi zmierzać do jakiegoś przesilenia. Przypadkowa w sumie potyczka bojówki „prawoseków” z milicją w Mukaczewie 11 lipca tylko przyśpieszyła jego eskalację. Konflikt dojrzewał jednak od dłuższego czasu. Jego istota polega na tym, że P. Poroszenko na tyle opanował już sytuację polityczną w kraju, podporządkował sobie służby siłowe, że nie potrzebuje więcej pomocy ze strony kłopotliwych, bądź co bądź, sojuszników. Watahy „Prawego Sektora” były dobre, gdy szturmowały kordony „berkutowców” Wiktora Janukowycza na Majdanie i gdy pacyfikowały cywilną ludność Południowego-Wschodu w pierwszej fazie słabych jeszcze rządów majdanowych oligarchów.

Teraz jednak sojusz z jawnymi neonazistami to dla P. Poroszenki, kreującego się na „demokratycznego, europejskiego przywódcę”, pewien dyskomfort, wręcz zbędny balast. Z drugiej strony bojówkarze „Prawego Sektora”, którzy już posmakowali nieco władzy i pełni bezkarności, nie zamierzają dobrowolnie zejść ze sceny. W tym układzie możliwe są jeszcze doraźne zawieszenia broni i przejściowe sojusze, ale na dłuższą metę jedna ze stron musi wyeliminować drugą.

Na ten moment na pewno silniejszą pozycję ma ekipa P. Poroszenki, która cieszy się też poparciem ambasadora USA Geoffreya Pyatta (co w obecnych ukraińskich realiach jest czynnikiem decydującym), ale nie na tyle silną, żeby pozwolić sobie na zbrojną, krwawą rozprawę z „Prawym Sektorem”. A inną drogą niż przez „noc długich noży” ugrupowania tego nie da się poskromić. Zbyt duży arsenał broni palnej zgromadziło w swoich rękach. Do tego D. Jarosz, zdając sobie sprawę ze swojej słabości, zaczął czynić przyjazne gesty pod adresem… powstańców Donbasu, których dotąd zaciekle zwalczał. Już w pierwszych godzinach po starciu z milicją w Mukaczewie wycofał z frontu w Donbasie swoje jednostki. Zaczął przebąkiwać także o zmianie orientacji geopolitycznej. – Prawy Sektor nie występował i nie występuje o wejście Ukrainy do Unii Europejskiej. Uważamy, że Ukraina powinna być podmiotem, a nie przedmiotem geopolityki. Opowiadamy się za pozablokowym statusem kraju. Tak jak górnicy Donbasu jesteśmy przeciwko temu, żeby na Ukrainie były bazy NATO, a więc jesteśmy przeciwko członkostwu Ukrainy w NATO. Rozmawiamy zarówno z ludźmi, którzy są za UE, jak i z tymi, którzy są za sojuszem z Rosją – powiedział na antenie stacji telewizyjnej „Ukraina”. Dodał także, że „Prawy Sektor” nie pójdzie już z bronią w ręku na Donbas. Wyraźnie więc zaszachował P. Poroszenkę możliwością taktycznego sojuszu z Donieckiem we wspólnym marszu na Kijów, do czego już od dawna przedstawicieli tzw. ochotniczych batalionów próbowali przekonywać liderzy antyoligarchicznego powstania na Wschodzie.

Zakarpacie beczką prochu

Jednak niezależnie od tego, jak potoczy się konfrontacja pomiędzy P. Poroszenką a D. Jaroszem w skali całej Ukrainy, uruchomiony starciem w Mukaczewie mechanizm może doprowadzić na Zakarpaciu do dalszych ruchów tektonicznych. I to już niekoniecznie z udziałem „Prawego Sektora”, przynajmniej nie w głównej roli. Rzecz w tym, że region ten znajduje się w epicentrum zainteresowań różnych, skonfliktowanych ze sobą grup interesów – poczynając od sąsiednich państw (głównie Węgier), poprzez ruchy polityczne, klany oligarchów, aż po silne organizacje przestępcze. Zresztą te ostatnie i klany oligarchów to często jedno i to samo. Równowaga społeczno-polityczna na tym terytorium była bardzo krucha.

Przypomnijmy, że awantura w Mukaczewie zaczęła się najprawdopodobniej od sporu „prawoseków” z ludźmi lokalnego oligarchy Mychajły Łanji o kontrolę nad szlakami kontrabandy do i z Unii Europejskiej. Dopiero przybycie na odsiecz gangsterom miejscowych milicjantów i zastrzelenie dwóch z nich przez neonazistów przekształciło te mafijne porachunki w konflikt militarno-polityczny. W wyniku starć zbrojnych doszło z kolei do ruchów, które zakłóciły kruchą równowagę pomiędzy klanami oligarchiczno-mafijnymi. Przede wszystkim Petro Poroszenko dla uporządkowania sytuacji mianował gubernatorem regionu Gienadija Moskala, dotąd gubernatora przyfrontowego obwodu ługańskiego (tej części, która pozostaje pod kontrolą Kijowa), znanego z twardej ręki wobec miejscowej ludności i konfliktów na tle kontrabandy ze stacjonującymi tam tzw. ochotniczymi batalionami, m.in. z osławioną licznymi zbrodniami wojennymi kompanią MSW „Tornado”.

Jeśli G. Moskal spróbuje przenieść te metody rządzenia na Zakarpacie, może spowodować wybuch niezadowolenia ludności, która w znacznej mierze żyje z kontrabandy. Wystarczy wspomnieć, że ponoć transport jednej ciężarówki z papierosami do Włoch przynosi czysty zysk w wysokości blisko pół miliona euro…”

całość tu: Jacek C. Kamiński: Widmo zbrojnego konfliktu u granic RP?

podobne: Prawy Sektor grozi marszem na Kijów. oraz: Ukraina: 200 ofiar kotła pod Iłowajskiem (ochotnicy oskarżają dowództwo ukraińskiej armii). Putin i Poroszenko zadowoleni z rozejmu. Kijów nie cofnie procesów autonomizacji Donbasu. Kolej na Naddniestrze? i to: Ukraina: coraz mniej Ukrainy w Donbasie, zmiany na scenie politycznej, czystki we władzach i wojna oligarchów (Poroszenko umacnia swoje wpływy?) USA: rezolucja w sprawie broni dla Ukrainy. a także: Ukraiński batalion samowolnie opuścił front i jeszcze: Skoro „media kłamią” to jaka jest prawda o wojnie na Ukrainie? Konrad Rękas: Po co powstrzymywać Putina?

Pisałem to jakiś czas temu więc tylko powtórzę… Poroszenko ma ambicję na samodzielne rządy i dlatego konsekwentnie instaluje w terenie swoich ludzi. Wykruszanie się wpływów niedawnych prowodyrów/bohaterów Majdanu będzie się pogłębiać na jego korzyść. Do pełni szczęścia (i władzy) brakuje mu już tylko wiernej armii by móc okiełznać bądź spacyfikować ewentualnych pretendentów pokroju Kołomojskiego i ich prywatne gwardie, oraz dla podporządkowania sobie nacjonalistów (głównie z Prawego Sektora), którzy mają swoje ambicje. I to jak widać całkiem interesujące skoro romansują z buntowszczikami z Donbasu. Ciekawe co na to Putin 😉 Czyżby podejrzenia co do tego, że ten cały Prawy Sektor to rosyjska prowokacja by mieć powód do wkroczenia na Donbas dla obrony przed „odradzającym się na Ukrainie nazizmem” miała okazać się prawdą? (Odys)

Ukraina (krew)

Ukraina na skraju bankructwa (z długiem u Rosji). UE wycofuje się z polityki wschodniej. Partnerstwo strategiczne Litwy i Polski podupadło. Polscy i ukraińscy żołnierze w mołdawsko-rumuńskim batalionie sił pokojowych. „Der Spiegel”: Rosja nie planuje nowej ofensywy we wschodniej Ukrainie.


1. Ukraina – Rząd otrzymał prawo wstrzymywania spłaty zadłużeniaPutin: Rosja mogłaby już zażądać od Ukrainy spłaty długu. Miedwiediew: zajmiemy twardą postawę w razie niewypłacalności Ukrainy

19.05. Kijów (PAP) – Ukraiński parlament przyjął we wtorek ustawę, dającą rządowi prawo do wstrzymywania spłaty zadłużenia zagranicznego, zaciągniętego u kredytodawców komercyjnych. W uzasadnieniu wyjaśniono, że celem tych działań jest obrona interesów narodowych.

Rząd wniósł projekt ustawy do Rady Najwyższej we wtorek, prosząc deputowanych, by go poparli w związku z trudną sytuacją gospodarczą oraz – jak to ujęto – dla obrony państwa przed „atakami nieżyczliwych kredytodawców”. Rada Ministrów zapewniła jednak, że prawo ogłoszenia moratorium na spłatę zadłużenia nie będzie miało wpływu na zobowiązania kredytowe Ukrainy.

„Jest to bardzo trudny dokument, który albo da szansę porozumienia się z kredytodawcami, albo otworzy możliwość ogłoszenia bankructwa technicznego” – oświadczył Jurij Łucenko, szef frakcji prezydenckiego Bloku Petra Poroszenki.

Premier Arsenij Jaceniuk, prosząc posłów o poparcie rządowego projektu ustawy, oświadczył, że w ciągu najbliższych czterech lat Ukraina powinna zwrócić 30 mld dolarów zadłużenia zagranicznego i spłacić 17 mln dolarów pożyczek wewnętrznych, na co obecnie nie ma pieniędzy.

Jaceniuk zapewnił, że decyzja parlamentu, zezwalająca na ogłoszenie moratorium na spłatę zadłużenia, „jest prawem”, z którego rząd może skorzystać lub nie. Wyjaśnił też, że Ukraina chce zwrócić długi, jednak – jak podkreślił – „na warunkach, które proponuje ukraiński rząd i państwo”.

Szef rządu wyjaśnił, że jego kraj znajduje się obecnie w bardzo trudnej sytuacji gospodarczej, wynikającej z utraty zaanektowanego przez Rosję Krymu oraz z konfliktu z separatystami we wschodnich obwodach. Zaznaczył, że zadaniem parlamentu jest odciążenie gospodarki i przyszłych pokoleń od zadłużenia w wysokości 40 mld dolarów, zaciągniętego przez ekipę obalonego w ubiegłym roku prezydenta Wiktora Janukowycza. Premier podkreślił, że obecnie Ukraina winna jest swym partnerom ogółem 70 mld dolarów.

W ubiegłym tygodniu Jaceniuk oświadczył, że zagraniczni kredytodawcy muszą się zgodzić na „uzasadniony” układ zaoferowany przez władze Ukrainy w rozmowach na temat restrukturyzacji około 23 mld dolarów zadłużenia kraju.

Stanowisko to przekazał, gdy grupa największych posiadaczy ukraińskich obligacji ponownie zgłosiła obiekcje do jakiegokolwiek umorzenia kapitałowej części długu, a resort finansów Ukrainy zarzucił kredytodawcom, że nie chcą negocjować w dobrej wierze.

Przemawiając wówczas w parlamencie, Jaceniuk oświadczył, że posiadacze obligacji powinni wziąć pod uwagę fatalny stan ukraińskich finansów.

„Kraj jest w stanie wojny. Straciliśmy 20 proc. naszej gospodarki. Zwróciliśmy się do kredytodawców, przedstawiając im jasne stanowisko w kwestii procedury i warunków restrukturyzacji” – mówił premier. „Prosimy, apelujemy i nalegamy, żeby zewnętrzni kredytodawcy wzięli pod uwagę obecną sytuację i przyjęli propozycję ukraińską, która jest uzasadniona i która jest sposobem na przyjście Ukrainie z pomocą” – dodał.

Propozycja przedstawiona przez władze w Kijowie zakłada m.in. wydłużenie okresu zapadalności obligacji i redukcję części kapitałowej zadłużenia.

W zeszłym tygodniu komitet kredytodawców, w skład którego wchodzi firma inwestycyjna Franklin Templeton i który reprezentuje inwestorów posiadających ukraińskie obligacje wartości ok. 10 miliardów dolarów poinformował, że przedłożył nowe, szczegółowe propozycje dotyczące restrukturyzacji, ale plan ten w dalszym ciągu wyklucza redukcję kapitałową.

Ukraina ma niewiele czasu na porozumienie się z kredytodawcami, ponieważ Międzynarodowy Fundusz Walutowy chce, by porozumienie w sprawie restrukturyzacji zadłużenia zostało zawarte zanim zakończy się najnowszy przegląd programu ratunkowego dla Ukrainy wartego 17,5 mld USD; kierownictwo MFW ma się nim zająć w czerwcu. Od wyników przeglądu zależy wypłacenie Ukrainie drugiej transzy wysokości ok. 2,5 mld USD. Pieniądze te są Ukrainie pilnie potrzebne.

Z Kijowa Jarosław Junko (PAP) jjk/ agy/ kar/

20.05. Moskwa (PAP) – Rosja mogłaby już żądać od Ukrainy przedterminowego uregulowania jej zadłużenia, ale nie czyni tego ze względu na prośbę Kijowa i Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) – powiedział w środę prezydent Władimir Putin.

Jak wyjaśnił Putin na spotkaniu z członkami rosyjskiego rządu, Rosja zainwestowała część swoich rezerw w państwowe obligacje ukraińskie. „Mamy prawo już dawno żądać przedterminowej spłaty tych środków, ze względu na to, że według warunków naszego porozumienia w przypadku, gdy łączny poziom długu publicznego Ukrainy przewyższy 60 procent PKB, to pojawia się prawo do przedterminowej spłaty (zadłużenia)” – powiedział.

Dodał, że „zgodnie z prośbą ukraińskich partnerów oraz MFW” Rosja nie korzysta z tego prawa. „Nie chcemy pogłębiać i tak już trudnej sytuacji gospodarczej naszych partnerów i sąsiadów” – oznajmił.

Polecił, by sytuacją, jaka powstała w związku z długiem Kijowa, zajął się premier Dmitrij Miedwiediew. Konsultacje na ten temat ma prowadzić minister finansów Rosji Anton Siłuanow. „Słyszymy oświadczenia osób oficjalnych o tym, że rozpatrywana jest możliwość nieoddawania kredytów wziętych przez poprzednie władze (Ukrainy). Chcemy poznać zamiary naszych partnerów” – powiedział Putin.

Zadłużenie Ukrainy, o którym mówił prezydent Rosji, to 3 mld dolarów, które Moskwa w grudniu 2013 roku, tj. jeszcze przed odsunięciem od władzy poprzedniego prezydenta Wiktora Janukowycza w lutym 2014 roku, zainwestowała w ukraińskie obligacje państwowe. Pożyczkę tę Kijów dostał na spłatę długów za gaz kupiony w Rosji.

Putin skomentował także decyzję parlamentu Ukrainy, który przyjął we wtorek ustawę dającą rządowi prawo do wstrzymywania spłaty zadłużenia zagranicznego zaciągniętego u kredytodawców komercyjnych. Zdaniem Putina władze w Kijowie wykazały się „niskim poziomem profesjonalizmu, ogłaszając faktycznie nadchodzące bankructwo”.

Miedwiediew ze swej strony podkreślił, że Moskwę niepokoi nie tylko sprawa długu państwowego, ale także długu komercyjnego, tj. zaciągniętego przez stronę ukraińską w rosyjskich bankach. Wysokość tego zadłużenia premier Rosji oszacował na 25 mld dolarów.(…)

(PAP) mal/ awl/ mmp/ mc/

23.05. Moskwa (PAP/Reuters,TASS,Interfax-Ukraina) – Rosja zajmie twarde stanowisko w przypadku, gdy Ukraina zadecyduje o niespłacaniu długów zaciągniętych przez jej poprzednie władze – oświadczył premier Dmitrij Miedwiediew w wywiadzie wyemitowanym w sobotę w telewizji państwowej.

„Jeśli formułować to w ten sposób, to byłaby to niewątpliwie niewypłacalność Ukrainy. W tym przypadku zajęlibyśmy tak twarde stanowisko, jak to tylko możliwe, i bronilibyśmy naszych interesów narodowych” – powiedział Miedwiediew w programie informacyjnym „Wiesti” w państwowej telewizji Rossija.

Miedwiediew skomentował decyzję parlamentu Ukrainy, który przyjął we wtorek ustawę dającą rządowi prawo do wstrzymywania spłaty zadłużenia zagranicznego zaciągniętego u kredytodawców komercyjnych. Ocenił, że w odniesieniu do Rosji te długi „nie są całkiem komercyjne”, bowiem „były zaciągane w naszych bankach, w tym tych z udziałem państwa”. Te długi „nie są nam obojętne, będziemy je egzekwować” – dodał.

Dodał także, że samo podjęcie przez Radę Najwyższą takiej decyzji, nawet jeśli nie będzie realizowane w praktyce, może być uważane za podstawę do zażądania przedterminowej spłaty kredytów.(…)

 (PAP) awl/ woj/ arch.

podobne: Gospodarka Rosji stacza się, ale katastrofy już raczej nie będzie. Czy nacjonalizacja Banku Centralnego Rosji to element planu Rothschildów? Ukraina: Strach przed wojną paraliżuje biznes, kredyt z MFW to pomoc czy drenaż? Kijów walczy o reformy energetyczne (bez Kołomojskiego). oraz: Ukraina: USA dadzą kolejne dolary, kredyty z Niemiec, pomoc finansowa MFW, obywatele o korupcji. i to: Rok po wyborze Poroszenki Ukraina pogrążona w chaosie. Robert Potocki: PostMajdanowa (de)oligarchizacja i Samobójcze prawo serii.

2. Ekspertka PISM o Partnerstwie Wschodnim i „szczycie minimum” w RydzeAmbasador UE w Rosji: partnerstwo strategiczne Litwy i Polski podupadło.

20.05. Warszawa (PAP) – Nadchodzący szczyt Partnerstwa Wschodniego zapoczątkuje dłuższy trend powolnego wycofywania się UE ze Wschodu, bo kraje „28” są coraz mniej zainteresowane integracją tego regionu z Unią. Będzie to szczyt minimum – mówi PAP ekspertka PISM Elżbieta Kaca.

Analityczka przekonuje jednak, że nie oznacza to fiaska tej zapoczątkowanej w 2009 roku z inicjatywy Polski i Szwecji polityki UE wobec wschodnich sąsiadów: Ukrainy, Gruzji, Mołdawii, Armenii, Azerbejdżanu i Białorusi, lecz jedynie jej osłabienie.

Czwartkowo-piątkowe spotkanie w Rydze odbędzie się w cieniu kryzysu imigracyjnego na południu UE i dyskusji o kwotach odnośnie do przyjmowania uchodźców. Do priorytetów szefowej unijnej dyplomacji Federiki Mogherini nie należy PW, lecz walka z przemytnikami ludzi oraz angażowanie się w relacje UE z Rosją – uważa Kaca.

„Będzie to szczyt minimum. Właściwie chodzi o to, żeby Unia nie wycofała się z tego, co już zostało zrobione i podtrzymała dotychczasowe zobowiązania, głównie w kwestiach kontynuowania liberalizacji procesu wizowego i wdrażania umów o pogłębionych strefach wolnego handlu oraz finansowych” – wyjaśnia ekspertka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Jej zdaniem nie ma szans na to, by w deklaracji końcowej pojawiły się zapisy dotyczące perspektywy członkostwa w Unii dla krajów PW. „Zgodnie z przeciekami zapisy są mocno osłabione, bo państwa członkowskie obawiają się antagonizowania Rosji poprzez przedstawienie ambitnej polityki Partnerstwa Wschodniego” – mówi Kaca.

Jak wyjaśnia, w ocenie wielu państw, zwłaszcza na południu UE, sugerowanie perspektywy członkostwa przez ostatnie kilka lat sprawiło, że wzrosły społeczne oczekiwania krajów Partnerstwa Wschodniego. Tymczasem „Unia nie mogła realnie zaproponować takiej możliwości” – mówi.

Przedstawiciele tych państw członkowskich UE winą za kryzys ukraiński obarczają właśnie PW. „Uważają, że teraz absolutnie nie możemy kontynuować polityki obietnic. Ich zdaniem należy jak najbardziej realnie przedstawić krajom PW sytuację i sprowadzić Partnerstwo do klasycznej polityki zagranicznej, a nie polityki pseudorozszerzeniowej. W kontekście kryzysu ukraińskiego deklaracja będzie oddawała taki sposób myślenia” – tłumaczy ekspertka.

Jak dodaje, krążą pogłoski, że UE wycofa się z wprowadzonej w 2011 roku tzw. zasady more for more, polegającej na tym, że kraje najlepiej wywiązujące się z reform mogą liczyć na większe środki finansowe. Jednak ekspertka tłumaczy, że zasada ta jest już wdrożona na siedem lat i będzie obowiązywała do 2020 roku, kiedy kończy się obecna perspektywa budżetowa UE. Może być po prostu w mniejszym stopniu stosowana względem niektórych krajów.

Rezygnując z more for more, Unii może chodzić o wysłanie sygnału, że PW jest wyłącznie gospodarczą inicjatywą, bez charakteru politycznego, oraz o „wycofanie się z dowartościowywania najlepszych krajów”. „Dałoby im to do zrozumienia, że nie powinny spodziewać się, iż za wielkimi osiągnięciami będą szły większe obietnice i środki” – mówi.

„Najpewniej chodzi o to, że Polska i kraje, które walczą o PW, postulowały znaczne zwiększenie pieniędzy dla państw, które wdrażają handlową część umowy stowarzyszeniowej. Komisja Europejska chce się bronić przed takimi rozwiązaniami, likwidując more for more” – uważa Kaca.

Zdaniem ekspertki PISM na szczycie w Rydze „nie należy spodziewać się rewolucji ani konkretnych zmian jeśli chodzi o PW”. Powodem jest m.in. prowadzony obecnie przegląd polityki sąsiedztwa. Do końca czerwca potrwają publiczne konsultacje, których rezultaty zostaną ogłoszone jesienią i dopiero wtedy zostaną podjęte decyzje na temat ewentualnych zmian. „Nie należy wiązać z tym jednak wielkich nadziei. Nie ma konstruktywnych pomysłów, by coś zmieniać” – zastrzega.

Szczyt w Rydze „pokaże trend osłabienia zainteresowania Unii pogłębioną integracją regionu wschodniego z UE; w ciągu najbliższych kilku lat będziemy świadkami dłuższego trendu polegającego na powolnym politycznym wycofywaniu się UE ze Wschodu” – ocenia ekspertka. „Będzie chodziło jedynie o promowanie pogłębionej integracji gospodarczej” – dodaje.

Kaca przewiduje, że UE będzie podtrzymywać współpracę z krajami PW na poziomie technicznym, a stosunki z tymi państwami będą przypominały relacje Unii z Turcją, z tą różnicą, że Ankara otrzymała perspektywę członkostwa. „Turcy wdrażali warunki, ale teraz wszystko się rozbija o kwestie polityczne” – przypomina analityczka. Gdy kraje PW osiągną reżim bezwizowy, na co w najbliższych latach szanse mają Gruzja i Ukraina, i z czego od roku korzystają obywatele Mołdawii, oraz gdy będą już w pełni obowiązywały umowy o wolnym handlu, nadejdzie okres zniechęcenia Unią, co obserwujemy w Turcji.

Zdaniem ekspertki UE stawiała krajom PW zbyt duże wymagania, oferując im w zamian relatywnie niewielkie zyski, w dodatku głównie długoterminowe. „A te kraje potrzebują konkretnych zachęt” – przekonuje.

„Poza ruchem bezwizowym w PW nie ma rozwiązań typu win-win” – ocenia Kaca. Choć Unia domaga się od krajów PW kompleksowych reform, np. administracji publicznej, całego sektora energii czy transportu, bądź utworzenia systemu niezawisłego sądownictwa, to niedostatecznie monitoruje wdrażanie tych zmian. „UE naciska na zmianę prawa i powoływanie nowych instytucji, ale kompletnie nie monitoruje wdrażania tych reform, wręcz nie chce patrzeć, jak są one wprowadzane w życie. Po sześciu latach funkcjonowania PW efekt jest taki, że mamy większość rezultatów na papierze, a realnie niewiele się zmienia” – mówi Kaca.

„Trzeba skończyć z tą iluzją” – podkreśla. Ekspertka proponuje zmniejszenie pieniędzy wydawanych za pomocą wsparcia budżetowego i przerzucenie się na granty, przetargi dla biznesu, NGOsów, konkretne projekty infrastrukturalne, czy też zwiększenie środków dla małych i średnich przedsiębiorstw, których funkcjonowanie w krajach oligarchicznych jest utrudnione.

Julia Potocka (PAP) jhp/ ap/

Robert Potocki: Partnerstwo (bez) złudzeń: przypadek Ukrainy, fragment:

„…Ukraina i Gruzja oczekiwały dwóch zasadniczych deklaracji: (1) potwierdzenia perspektywy przyszłego członkowstwa w UE i uznania całego dotychczasowego procesu tranzycji systemowej obu wspomnianych państw oraz (2) określenia daty i zasad wprowadzenia ruchu bezwizowego [1]. O ile w przypadku Kijowa kunktatorstwo to jest w pełni zrozumiałe, gdyż władze państwowe od czasu EuroRewolucji ciągle w sposób „niemrawy” wprowadzają reformy, zaś „dylemat niepewności” sprawia, że należy liczyć się z określonymi napięciami społecznymi, czy też napływem uchodźców w przypadku eskalacji wojny noworosyjskiej, o tyle w przypadku Tbilisi musi to już budzić wątpliwości, gdyż z jednej strony Gruzja może – pomimo zamrożenia konfliktów w Osetii Południowej i Abchazji – uchodzić za pioniera okcydentalizacji przestrzeni poradzieckiej, a z drugiej – brak większego zaangażowania Brukseli w regionie Morza Czarnego zmusza władze państwowe w Tbilisi do balansowania między euratlantyzmem a eurazjatyzmem [2].

(…)Ostatecznie też w deklaracji końcowej zapowiedziano liberalizację ruchu granicznego dla krajów Partnerstwa Wschodniego, choć bez skonkretyzowania terminów, co można uznać za porażkę dyplomatyczną prezydenta Petra Poroszenki, który liczył na dyplomatyczny sukces w obliczu pogarszającej się kondycji finansowej kraju [4]. Równie niejednoznacznie brzmiały zapewnienia o uznaniu „aspiracji europejskich”, zwłaszcza, że powyższa deklaracja nie musi oznaczać poparcia dla procesu akcesji w sytuacji, gdy zasadniczym celem Unii Europejskiej nie jest zjednoczenie Starego Kontynentu. Także stwierdzenie przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska:„nikt nie obiecywał, że Partnerstwo Wschodnie będzie automatyczną drogą do członkostwa [Unii Europejskiej]” nie skłania do nadmiernego optymizmu w tym wymiarze.(…)

Od momentu powstania zasadniczym celem istnienia Partnerstwa Wschodniego było zacieśnienie relacji bilateralnych z krajami, które znajdują się na peryferiach Unii Europejskiej w celu stworzenia w obrębie jej „bliskiej zagranicy” strefy bezpieczeństwa i stabilności społeczno-politycznej. Teoretycznie pozwalało to na wypracowanie nowych form współpracy i kooperacji na szczeblu regionalnym, ze szczególnym uwzględnieniem umów stowarzyszeniowych oraz tworzeniem pogłębionych i kompleksowych stref wolnego handlu. Nie bez znaczenia był również fakt, że wypracowanie wspomnianych instrumentów oddziaływania politycznego poprzedzał proces dostosowawczy poszczególnych krajów do wymogów i standardów unijnych. Najskuteczniejszą formułą zewnętrznego inspirowania procesów tranzycji była oczywiście perspektywa członkostwa, która jednak w przypadku Partnerstwa Wschodniego została odłożona ad Kalendas Graecas…”

polecam lekturę całości tu: geopolityka.org

podobne: Świat. Korea Północna: przełom w programie rakietowym? USA: 500 milionów dla syryjskiej opozycji. Ukraina, Mołdawia, Gruzja podpisują umowy z UE oraz: Eurokołchoz: UE nie ma oferty dla wschodnich sąsiadów. Za unijne fundusze płacimy dwa razy. Kwoty mleczne uwolnione (rolnicy boją się o spadek cen). i to: Ukraina: Rewolucja a umowa stowarzyszeniowa (płatne podziałem społeczeństwa, krwią i… złotem).

20.05. Wilno (PAP) – Litewskie partnerstwo strategiczne z Polską podupadło – ocenił ambasador UE w Moskwie Vygaudas Uszackas, b. szef MSZ Litwy. W wywiadzie dla prywatnej telewizji litewskiej wyraził nadzieję, że przywódcy Litwy dołożą starań, by odbudować relacje z Polską.

„Z żalem przyznaję, że deklarowane partnerstwo strategiczne z Polską o ile nie poniosło fiaska, to znacznie podupadło” – powiedział Uszackas litewskiej telewizji Lietuvos Ryto.

Jego zdaniem „należy koniecznie usunąć zadrażnienia, które nagromadziły się w wyniku naszej bezczynności i braku woli politycznej”. „Jak długo można rozmawiać o zalegalizowaniu pisowni polskich nazwisk ? Sądzę, że musimy się wywiązać z naszych zobowiązań” – wskazał Uszackas.

Ambasador ocenił, że należy aktywizować współpracę polityczną, kulturalną i gospodarczą. „Prokremlowscy politolodzy rosyjscy w rozmowach ze mną czasami żartują, że Litwini nie potrafią ułożyć sobie relacji z Polską i w ten sposób służą nie swoim, a czyimś interesom” – powiedział ambasador UE.

„Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że Polska jest naszym partnerem strategicznym bez względu na to, czy tak ją określamy, czy nie” – kontynuował Uszackas. Przypomniał, że Polska „jest najbliższą sąsiadką Litwy z czterdziestomilionowym rynkiem konsumentów i największym w Europie Wschodniej państwem członkowskim NATO, z którym łączą nas relacje historyczne”.

Ambasador przyznał, że w historii narodów polskiego i litewskiego są bolesne karty. Jednocześnie podkreślił, że „po tym, gdy wstąpiliśmy do UE i NATO, gdy stoją przed nami wspólne wyzwania, którym musimy podołać, jednym z najważniejszych zadań polityki zagranicznej jest odbudowa i normalizacja relacji polsko-litewskich”.

Z Wilna Aleksandra Akińczo (PAP) aki/ awl/ ala/

podobne: Litwa: Zarzuty pod adresem Akcji Wyborczej Polaków. Gaz-System i litewski Amber Grid budują interkonektor. Litwa uniezależnia się od Gazpromu. Ukraina: Dowody na udział w walkach rosyjskich żołnierzy. Poroszenko rozwiąże parlament? oraz: NATO: szpica rośnie, więcej wojsk na wschodzie Europy, litewsko-polsko-ukraińska brygada w Lublinie, Moskwa zdziwiona. „Świdnik” centrum produkcji śmigłowca AW149 na cały świat. i to: Kowalski: obecne władze w Kijowie są wrogie wobec Polaków. Poroszenko podpisał ustawę uznającą prawny status bojowników o wolność, w tym członków UPA (nazizm i komunizm na cenzurowanym). IPN-y Polski i Ukrainy powołają platformę dialogu historycznego.

3. Powstanie mołdawsko-rumuński batalion sił pokojowych.

22.05. Kiszyniów (PAP/Interfax-Ukraina) – Ministrowie obrony Rumunii i Mołdawii uzgodnili w Bukareszcie, że oba kraje w najbliższym czasie utworzą wspólny batalion sił pokojowych. Opowiedziano się też za włączeniem w skład batalionu żołnierzy z Polski i Ukrainy – podał w piątek resort obrony Mołdawii.

„W działaniu batalionu planuje się wykorzystanie znacznego doświadczenia rumuńskich żołnierzy, nabytego przez nich w trakcie wypełniania misji pokojowych i ćwiczeń międzynarodowych” – czytamy w oświadczeniu mołdawskiego ministerstwa obrony po spotkaniu szefa tego resortu Viorela Cibotaru z rumuńskim ministrem obrony narodowej Mirceą Dusą.

„Mołdawia traktuje Rumunię jako swego strategicznego partnera w wojskowo-politycznym dialogu. Chcemy i gotowi jesteśmy zabezpieczyć ciągłość tego procesu, aby nasza armia była profesjonalna i aktywna” – napisano w oświadczeniu. W rumuńskich uczelniach wojskowych podnosi kwalifikacje wielu oficerów mołdawskich.

Według komunikatu ostatnie spotkanie ministrów obrony Mołdawii i Rumunii stanowiło „nowy etap w umacnianiu wojskowo-politycznych więzi między Mołdawią a Rumunią i stało się płaszczyzną dyskusji i wymiany opinii o stanie i perspektywach dwustronnej współpracy”.

W Rumunii przeprowadzono niedawno ćwiczenia z udziałem pododdziałów sił zbrojnych gospodarzy, żołnierzy z Wielkiej Brytanii, USA i Mołdawii. Kolejne ćwiczenia w tym kraju mają odbyć się w czerwcu. (PAP)

jo/ ap/

podobne: Ukraina: Debalcewo niedomówione w Mińsku więc walki trwają, separatyści grożą i dyktują Ukrainie sojusze. Łotwa i Estonia: dozbrojenie Ukrainy, bezpieczeństwo granicy z Rosją. Szwecja i Finlandia zacieśniają współpracę wojskową.

4. „Der Spiegel”: Rosja nie planuje nowej ofensywy we wschodniej Ukrainie.

24.05.2015, Berlin (PAP) – Zdaniem tygodnika „Der Spiegel” Rosja nie planuje – wbrew temu, co twierdzą władze w Kijowie – nowej ofensywy w Donbasie, lecz wręcz przeciwnie – szuka wyjścia z konfliktu o Ukrainę. Podczas niedawnych rozmów USA-Rosja nie było mowy o Krymie.

Wieloletni korespondent „Spiegla” w Moskwie Christian Neef w materiale w najnowszym wydaniu tygodnika zwraca uwagę na ostatnie wypowiedzi prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki, w których jest mowa o przygotowywaniu przez Kreml ofensywy przeciwko Ukrainie. Autor zauważa, że pretekstem do „wojowniczych wypowiedzi” Poroszenki było zatrzymanie dwóch żołnierzy rosyjskich oddziałów specjalnych, pojmanych przez siły rządowe na wschodzie kraju.

„To, że rosyjskie kierownictwo wysyła bojowników na Ukrainę i kłamie (zaprzeczając), od dawna wiadomo” – czytamy w „Spieglu”. Nie usprawiedliwia to jednak – zdaniem Neefa – mówienia o rosyjskiej „ofensywie”. Jak twierdzi niemiecki dziennikarz, jest wręcz przeciwnie – „Moskwa idzie na ustępstwa”.

Na potwierdzenie tej tezy Neef przytacza wypowiedz szefa rosyjskiego MSZ Siergieja Ławrowa, który powiedział, że tereny opanowane przez separatystów mają pozostać częścią Ukrainy i że należy wspierać Poroszenkę. „Der Spiegel” dodaje, że Rosja oficjalnie pożegnała się z projektem „Noworosji”, co związane jest z „upadkiem ekonomicznym” Rosji. „Dlaczego Kreml miałby inwestować w Ukrainę jeszcze więcej krwi i pieniędzy?” – pyta Neef.

„Wojenna retoryka” jest natomiast – zdaniem „Spiegla” – w interesie Poroszenki. „Kraj znajduje się w obliczu bankructwa, a dług zagraniczny wzrósł do 40 mld dolarów (…)” – pisze Neef. W tej sytuacji „wojenna melodia” jest pożądana – nie tylko, aby podsycać patriotyczne nastroje, lecz także, aby ostrzec Zachód (przed zbliżeniem z Rosją).

„Der Spiegel” zwraca uwagę, że Waszyngton podjął na nowo dialog z Moskwą, gdyż jest zainteresowany kooperacją z Rosją w sprawie Syrii. Amerykanie mają ponadto przedstawić propozycję dotyczącą Ukrainy wschodniej. W czasie niedawnej wizyty sekretarza stanu USA Johna Kerry’ego w Moskwie ani razu nie padło słowo „Krym” – czytamy w „Spieglu”. (PAP)

lep/ mc/

podobne: Ukraina: protesty górnicze, walka oligarchów, uchwała dotycząca wojny, pomoc humanitarna z USA (dla Donbasu). Rosja: Putin tłumaczy politykę. Scenariusz inkorporacji Ukrainy przez Rosję i raport Niemcowa. oraz: Jałta Ukrainy w Mińsku: Walki o Debalcewo i Mariupol gwarantowane do 15 lutego przez „plan pokojowy” (pisany na raty). USA „zadowolone” z ustaleń dziękują Niemcom i Francji, oraz gotowe do ograniczenia sankcji na Rosję. i to: Ukraina: Donbas głoduje po odcięciu finansowania z Kijowa. W rok po Majdanie – 31 procent uważa że był to przewrót państwowy, za którym stała ukraińska opozycja albo Zachód. Sondaż o wojnie – Ławrow: Ukraina przygotowuje się do ataku.

rys. Jerzy Krzętowski

rys. Jerzy Krzętowski

Adam Śmiech: System Dmowskiego czyli… „zagraniczną politykę musicie robić naszą”.


„To, co dwa czołowe nurty (PO i PiS) w istocie jednej, rusofobicznej polityki polskiej, nam proponują, jest całkowitym zaprzeczeniem tego, w jaki sposób Roman Dmowski i jego obóz polityczny widział miejsce Polski w polityce europejskiej i światowej.”

fragment:

„…Juliusz Zdanowski, w swym „Dzienniku”, pod datą 1 sierpnia 1929 r., zanotował, że Dmowski, w odpowiedzi na pytanie pułkownika-emisariusza obozu pomajowego, odnośnie warunków współpracy z sanacją, stwierdził: „zagraniczną politykę musicie robić naszą”.

Aby zdefiniować „naszą”, czyli endecką politykę zagraniczną, o której mówił Dmowski należy cofnąć się do okresu, w którym sprawował on urząd Ministra SZ. To właśnie wtedy, 16 listopada 1923 r., podczas obrad Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu, Dmowski przedstawił swoje credo odnośnie polityki zagranicznej państwa polskiego. Powiedział wówczas:

„W systemie polskiej polityki zagranicznej punktem wyjścia są dla mnie dwa fakty:
1. fakt, że mamy ustalone i uznane przez mocarstwa granice;
2. nasze położenie wewnętrzne, w którem na pierwszym planie znajduje się potrzeba uzdrowienia naszego skarbu.
Z tych dwóch założeń wychodząc, uważam, że polityka nasza musi być ściśle pokojowa. Wynika to z faktu, że posiadamy uznane granice, co daje nam pewność prowadzenia polityki pokojowej. Chcąc zaś uzdrowić skarb musimy dążyć do zgodnego pożycia z sąsiadami.
Z tego powodu polityka nasza musi się opierać:
1. na poszanowaniu jak najściślejszem traktatów;
2. na nieinterwenjowaniu w sprawy wewnętrzne sąsiadów i innych państw;
3. musi dążyć do jak największego rozwoju naszych stosunków handlowych i ułożenia ekonomicznego współżycia z państwami.”

Powyższe zasady są wyrazem realizmu politycznego Dmowskiego, jednocześnie są głęboko zakorzenione w myśli Narodowej Demokracji. W tym miejscu należy wyraźnie podkreślić – w opozycji do współczesnych nam opinii – że polityka realna nie oznacza skakania z kwiatka na kwiatek, nie oznacza bycia chorągiewką na wietrze, niestałym, nieprzewidywalnym graczem z tendencją do częstej zmiany frontu. Bieżąca polityka realna – to przede wszystkim polityka celów możliwych do osiągnięcia w danych okolicznościach i w danym czasie. Na dalszą metę zaś – to polityka długofalowa, konsekwentna w swych założeniach i konsekwentnie je realizująca. W skali makro Dmowski konsekwentnie optował za polityką sojuszu z Francją, jeżeli zaś chodzi o Wielką Brytanię, praktyka pokazała, że w momencie odejścia czynnika antypolskiego i jednocześnie proniemieckiego (Lloyd-George), stosunki mogły układać się dla Polski całkiem korzystnie.

Stosunek do Niemiec

Jest truizmem stwierdzenie, że polityka endecka była antyniemiecka. To antyniemieckość stała się głównym wyznacznikiem zwrotu politycznego dokonanego przez Dmowskiego w 1908 r. („Niemcy, Rosja i kwestia polska”). Stanowiła zerwanie z tradycją XIX-wiecznej, antyrosyjskiej polityki polskiej oraz była fundamentem, na którym oparła się polityka Narodowej Demokracji w czasie I wojny światowej i później, w okresie walki o kształt Polski w Wersalu. W wolnej Polsce, pewne zaostrzenie polityki wobec zachodniego sąsiada w okresie kierowania resortem spraw zagranicznych przez Seydę i Dmowskiego, wynikało z dbania o interes Polski, a nie było wyrazem intencji pogorszenia stosunków z Niemcami. Postawa Dmowskiego wobec Niemiec była na przestrzeni lat konsekwentna, będąc jednocześnie wyrazem jego łacińskich pojęć o polityce.

Już w „Myślach nowoczesnego Polaka”, Dmowski wspominał o „nie mniejszym” wstręcie, jaki odczuwałby do nauczyciela Polaka prześladującego dziecko za to, że jest dzieckiem ruskim, niż do pruskiej kanalii pedagogicznej, ale także uczynił zasadnicze rozróżnienie pomiędzy ludźmi nikczemnymi, których nienawidził, bez względu na narodowość, oraz pomiędzy zbrodniarzami a tymi, którzy walczyli z narodem polskim w imieniu swego, wymieniając w tym miejscu również Niemców. Swój stosunek do Niemiec wyraził w „Polityce polskiej i odbudowaniu państwa” pisząc:

„Pracowałem cale życie przeciw Niemcom, bo chciałem, żeby Polska żyła, polityka zaś niemiecka za cel sobie postawiła jej zgubę. Myliłby się wszakże ten, kto by sądził, że kieruje mną jakaś ślepa nienawiść do Niemców lub że niezdolny jestem do sprawiedliwego sądu o wartości narodu niemieckiego i o jego zasługach dla cywilizacji.(…) Byłbym też szczęśliwy, gdyby stosunki wzajemne między nami a Niemcami mogły być zdrowymi stosunkami sąsiedzkimi, opartymi na wzajemnym szacunku i umożliwiającymi współdziałanie tam, gdzie to jest potrzebne”.

Za podsumowanie politycznej postawy Dmowskiego wobec Niemiec należy uznać jego wypowiedzi podczas nieformalnej rozmowy z dwoma przedstawicielami prasy hitlerowskiej, która miała miejsce, na ich prośbę, w Warszawie, prawdopodobnie na początku grudnia 1937 r. Jędrzej Giertych w swej relacji pamiętnikarskiej „Stronnictwo Narodowe a kryzys dziejowy 1938 roku”, tak wspomina wystąpienie Dmowskiego:

„Z postulatów polskich, które [Dmowski] określił jako nienaruszalne, wymienił trzy: nienaruszalność granic Polski (…), nienaruszalność granicy niemiecko-czeskiej oraz niedopuszczalność wszelkich pomysłów budowania państwa ukraińskiego (…).”

W sprawie niemieckiej należy poruszyć jeszcze jedną kwestię, mająca bardzo silne odniesienie do naszej współczesności. Od kilku lat obserwujemy, jak się dzisiejszym rzekomym wyznawcom polityki realnej wydaje, że można było przed wojną dowolnie wybierać stronę i iść z Niemcami, handlując z nimi polską ziemią w zamian za „zdobycze na wschodzie”. Myślenie takie rozbija się nie tylko o fakt nieistnienia wystarczającego zaplecza politycznego i społecznego w Polsce dla takiego pomysłu, o marginalną, także w obozie sanacyjnym, pozycję ludzi głoszących podobne poglądy ale i o doświadczenie polityczne I wojny światowej. Polska w systemie niemieckim, to byłby kadłub pozbawiony nie tylko dostępu do morza oraz zaboru pruskiego, ale i pozbawiony granicznego pasa bezpieczeństwa (dla Niemiec) na zachodzie zaboru rosyjskiego oraz, co równie ważne, pozbawiony ziem wschodnich, czego traktaty brzeskie są dowodem nie podlegającym dyskusji.

Ale, o ile wyobrażanie sobie, że w 1939 r. Niemcy z sojuszniczą Polską powalające ZSRR, zrezygnują z popierania Ukraińców, Litwinów i Białorusinów, oraz zrezygnują z dalszych żądań terytorialnych odnośnie Polski, jest świadectwem braku przenikliwości politycznej, który wynika z quasi mistycznej nienawiści do Rosji, o tyle, wyobrażanie sobie, że Sanacja znalazłaby wystarczającą siłę w narodzie, która pozwoliłaby jej przeprowadzić politykę oddania Niemcom ziem polskich na życzenie Hitlera i podjąć wspólną wyprawę na ZSRR, jest pomysłem z dziedziny fantastyki i świadectwem myślenia życzeniowego skrojonego wg wyobrażeń współczesnych, a całkowicie oderwanych od epoki, której dotyczy.

Można by te pomysły zbyć uśmiechem politowania, gdyby nie ich nośność medialna i propagandowa. Antyniemiecka postawa większości narodu w okresie międzywojennym była faktem, ale była też po prostu słuszna. Polacy, w swej masie, zostali mentalnie przywróceni do piastowskich źródeł państwowości, do myślenia o ziemiach piastowskich jako o kolebce państwa i narodu (znów jest to zasługa endeków, z Janem Ludwikiem Popławskim na czele). Ziemie te bądź znajdowały się nadal w posiadaniu powersalskich Niemiec, bądź, w przypadku tych znajdujących się w granicach II RP, były przez Niemcy ciągle zagrożone. Co najistotniejsze jednak – granica polsko-niemiecka była fundamentem systemu wersalskiego. Nie dziwi wobec powyższego konsekwentnie sprzeciwiające się planom niemieckim w tej sprawie stanowisko Romana Dmowskiego i Narodowej Demokracji. Tym, którzy roili sobie, że oddawanie ziemi polskiej Niemcom jest możliwe, Dmowski odpowiedział krótko („Świat powojenny i Polska”):

„[Niemcy] nie wiedzą też, że gdyby się znalazł w Polsce polityk, który by chciał traktować o ustąpieniu Pomorza, dostałby kulę w łeb, jak amen w pacierzu. Podobnie skończyłby każdy, który by, idąc wbrew woli narodu, na jakiejkolwiek drodze wystawił Polskę na zmarnowanie tego, co po wojnie światowej odzyskała.”

Stosunek do Rosji

Stanisław Kozicki, wybitny polityk endecki i bliski współpracownik Dmowskiego napisał w swych pamiętnikach: „Znacznie później zdobyłem głębszą wiedzę o Rosji (…), co doprowadziło mnie do zrozumienia w pełni poglądu Dmowskiego, który uważał, że doprowadzenie do porozumienia z Rosją i ustalenia z nią jakiegoś modus vivendi na dalszą metę, jest pierwszym i najgłówniejszym zadaniem polityki polskiej”.

Roman Dmowski wielokrotnie wyrażał daleko idącą niechęć, a nawet pogardę dla Moskali i działań. Jest to, zwłaszcza dzisiaj, podkreślane przez ludzi pragnących dokonać rewizji myśli narodowodemokratycznej w kierunku antyrosyjskim i ma służyć uzasadnieniu ich programu politycznego. Świadczy to o głębokim niezrozumieniu zagadnienia. Stosunku narodu do sąsiada tak istotnego jak Rosja, nie buduje się na opiniach o tych czy innych Rosjanach, o tym, czy innym ich rządzie, ale na analizie politycznej i wnioskach z niej wypływających. Na potrzeby zaborów taką analizą była książka „Niemcy, Rosja i kwestia polska”. W wolnej Polsce Dmowski wypowiedział się na ten temat kilka razy i są to wypowiedzi mające charakter wskazań nie tylko na teraźniejszość współczesną ich autorowi, ale także na przyszłość bliższą i dalszą. Ich symbolicznym, w tym kontekście, wyrazem praktycznym w międzywojniu był fakt, że to właśnie za czasów kierowania przez przywódcę Narodowej Demokracji resortem spraw zagranicznych, Polska – podpisem Dmowskiego – uznała, jak napisano w nocie oficjalnej, Związek Socjalistycznych Republik Rad.

Dmowski widział Rosję jako istotny dla Polski podmiot bez względu na formę panujących tam w danym okresie rządów.(…) 

(…)„Nie chodzi tu o politykę dzisiejszą, o stosunek do rządu sowieckiego lub do tego, czy innego obozu przeciwników jego na emigracji, do tych lub do innych czynników przemijających. (…) Idzie więc o stosunek do czynnika trwałego, do narodu rosyjskiego, o stworzenie gruntu, na którym się oprze jutrzejsza polityka nasza względem rosyjskiego państwa. Im mniej my dziś w tym względzie pracujemy, im mniej posiadamy planu, im mniej przygotowujemy opinię publiczną do jego zrozumienia, tem większe powodzenie ma robota niemiecka, która dąży do ukształtowania stosunków między Polską a Rosją zgodnie ze swojemi planami. Idzie ona bez przerwy nie tylko w Rosji, ale i u nas. Wpływy niemieckie sączące się do Polski bardzo różnemi kanałami, pracują przede wszystkiem w dwóch kierunkach: z jednej strony pozyskują one ludzi dla planów handlowych i komunikacyjnych, prowadzących do zrobienia z Polski niemieckiego mostu do Rosji; z drugiej – usiłują przedstawić Rosję, jako głównego wroga Polski i główne jej niebezpieczeństwo, utrwalić i rozwinąć dawną psychologję nienawiści do ciemiężców, hypnotyzuja Moskalem jak za dawnych przedwojennych czasów, tak jak gdyby się nic w Naszem położeniu względem Rosji nie zmieniło. Sprzyja im nieruchomość duchowa społeczeństwa, które ciągle nie posiada jeszcze psychologji narodu wolnego, niezawisłego, ale tak na różne sprawy reaguje, jak gdyby żyło jeszcze w czasach niewoli i ucisku. Sprzyja im też rozwinięta szeroko u nas skłonność do robienia patrjotyzmu możliwie najtańszym kosztem. A cóż mniej dziś kosztuje, jak szczucie na Moskala?…

W ten sposób urabia się psychologja społeczeństwa w stosunku do Rosji, która później może bardzo utrudnić najważniejsze dla naszego bytu, a niewątpliwie najtrudniejsze zadanie – zorganizowania po naszej stronie i wywołania po stronie rosyjskiej jedynej polityki, mogącej i nam, i Rosji zapewnić samodzielność gospodarczą i polityczną oraz rolę w świecie, odpowiadającą siłom i położeniu każdego z dwóch narodów. Pierwszym warunkiem tej polityki jest, żeby Polska nie dawała się używać za narzędzie przeciw Rosji, a Rosja przeciw Polsce. Pierwsze zależy w całości od nas; na drugie możemy mieć mniej lub więcej wpływu w zależności od tego, ile dobrej woli, energji i rozumienia rzeczy w pracę na tem polu włożymy.(…)”

W „Polityce polskiej i odbudowaniu państwa” w 1925 r. Dmowski z naciskiem powtórzył: „Nauczyłem się na stosunek nasz do Rosji patrzeć w perspektywie dziejowej, ze spokojem, w którym myśli politycznej nie zamącają namiętności, wytworzone przez przeszłość i podsycane stale do ostatnich czasów przez politykę rosyjską względem Polski(…). Zdaniem mojem było rzeczą niegodna naszego narodu oburzać się jedynie na krzywdy, protestować przeciw nim i albo czekać na zmianę postępowania Rosji, albo tez ślepo dążyć do jej zguby, chociażbyśmy sami mieli razem z nią zginąć. Obowiązkiem naszym było mieć swoją względem Rosji politykę, politykę rozumną, zwalczającą w niej to, co dla nas było szkodliwe, ale umiejącą szczerze i uczciwie poprzeć to, co było z korzyści dla naszej sprawy. (…). Podkreślam to umyślnie, ażeby ludzie u nas nie myśleli, że polityka zbliżenia z Rosją, szukająca oparcia stosunku z nią na wzajemnej życzliwości, była wywołana tylko potrzebami chwili, i dziś już należy do historii. Niejedno pokolenie przeminie, a ta sprawa ciągle będzie aktualną, żywotną, ciągle będzie miała pierwszorzędne znaczenie dla obu narodów.(…)”

Kwestia ukraińska

Stosunek Dmowskiego do sprawy Ukrainy był wypadkową jego stosunku do kwestii niemieckiej i rosyjskiej rozpatrywanych łącznie. Z jednej strony, tzw. wolna Ukraina musiałaby być wasalem niemieckim, zarządzanym przez kapitał międzynarodowy, z drugiej, istotą naszego przyjaznego stosunku do Rosji powinien być brak poparcia dla ukrainizmu w każdej postaci.

W „Świecie powojennym i Polsce” Dmowski pisał: „Nie ma siły ludzkiej, zdolnej przeszkodzić temu, ażeby oderwana od Rosji i przekształcona w niezawisłe państwo Ukraina stała się zbiegowiskiem aferzystów całego świata (…) rzezimieszków i organizatorów wszelkiego gatunku prostytucji (…) Ukraina stałaby się wrzodem na ciele Europy; ludzie zaś marzący o wytworzeniu kulturalnego, zdrowego i silnego narodu ukraińskiego, dojrzewającego we własnym państwie, przekonaliby się, że zamiast własnego państwa, mają międzynarodowe przedsiębiorstwo, a zamiast zdrowego rozwoju, szybki postęp rozkładu i zgnilizny.”

Warto w tym miejscu zauważyć, że współcześnie pojawiające się w kręgach związanych z Młodzieżą Wszechpolską hasła współdziałania z Ukrainą przeciwko Rosji (skutkujące zapraszaniem i rozmowami z młodymi neobanderowcami), nie są pomysłem nowym. Także przed wojną nurt neoromantyczny w Ruchu Narodowym, zaczął w drugiej połowie lat 30-tych naginać myśl narodową do haseł romantycznych z XIX wieku, skierowanych przeciwko Rosji. W lutym 1939 r. jeden z autorów Wielkiej Polski, czasopisma wyrażającego takie właśnie idee napisał: „Jestem zdecydowanym zwolennikiem rozbicia przez Polskę państwa rosyjskiego na szereg narodowych organizmów państwowych, wśród których istnieć musi Ukraina Naddnieprzańska.(…) Za kilka, czy kilkanaście lat staniemy razem (z „Ukraińcami”) do walki z Rosją, staniemy razem, bo będzie to w interesie i naszym i ich, staniemy razem, choć przed tym walczyliśmy i po tym będziemy walczyć z sobą.”

Endecka „Polityka Narodowa”, nr 3 z 1939 r. skomentowała powyższe pomysły następująco: „Zgoła się nie posuwamy do „jedności celów” z wyznawcami podobnych poglądów. Zagadnienie, czy Polska ma się wlec w ogonie polityki niemieckiej, chcącej we własnym interesie rozbijać Rosję na kilka „narodowych organizmów państwowych” i wznawiać traktat brzeski, czy też ma mieć postawę niezależną – między innymi – w sprawie ukraińskiej zasadniczo odmienną od zalecanej przez „Wielką Polskę”, jest dziś jedną z głównych linii podziału w naszym narodzie”. Rzeczywistość pokazuje nam, że także i tym przypadku, niejedno pokolenie przeminęło, a linia podziału pozostała na swoim miejscu…

Międzymorze

Na zakończenie chciałbym poruszyć kwestię tzw. Międzymorza, czyli obszaru pomiędzy Bałtykiem, Morzem Czarnym a Adriatykiem, który miałby być zorganizowany politycznie przez Polskę. Idea Międzymorza, różnie rozumiana, opanowała umysły polskie i od stu bez mała lat, jest głoszona jako rzekomo wspaniała alternatywa dla Polski. Pomysł politycznego zorganizowania tego obszaru, zblokowania krajów do niego należących, pojawia się zarówno u romantyków, piłsudczyków, a więc u żywiołów nienawidzących Rosji, jak również w sferach endeckich. U tych pierwszych miał to być blok państw skierowany przeciwko Rosji i Niemcom, u drugich, skierowany przeciwko Niemcom, a z Rosją współpracujący.

Z biegiem lat idea nabrała wydźwięku zdecydowanie antyrosyjskiego, choć wciąż była obecna również w programach organizacji o profilu endeckim. Idea ta jest obciążona dwoma zasadniczymi wadami, które wykluczają jej praktyczną realizację. Pierwszą, zawsze obecną, jest założenie, że to Polska będzie liderem takiego bloku państw, a więc pozostałe państwa się jej politycznie podporządkują (założenie nieskonsultowane z pozostałymi ewentualnymi uczestnikami bloku).

Drugą, występującą w nieco zmienionej postaci przed wojną i obecnie – to słabość wewnętrzna bloku spowodowana nie dającymi się przełamać przeciwnościami pomiędzy krajami tego obszaru. Przed wojną, była to słabość Czechosłowacji, obciążonej ogromna mniejszością niemiecką, niechęć Węgier do krajów ościennych, które otrzymały po I wojnie światowej ziemie należące wcześniej do nich (Czechosłowacja, Rumunia, Jugosławia), spór bułgarsko-grecko-jugosławiański, wewnętrzna słabość Jugosławii itd.. Tę słabość przed wojną zauważał Dmowski, prowadząc politykę opartą o sojusz z Francją i porozumienia dwustronne oraz traktując kraje bałtyckie (Łotwę i Estonię) jako de facto, strefę wpływów Rosji. Stanisław Kozicki w swoich wspomnieniach wykazał wszystkie słabości tego pomysłu. Jako pomysł antyrosyjski Międzymorze było i jest jeszcze bardziej nierealne.

Wydaje się, że hasło Międzymorza, zwłaszcza po stronie endeckiej, było z premedytacją przedstawione jako właśnie tylko hasło, pewien dobrze wyglądający postulat, na którego jednak realizację nie było ani pomysłu, ani środków ze strony Polski, oraz ochoty ze strony potencjalnych uczestników. Jeżeli dzisiaj wraca się do tego pomysłu, z tą modyfikacją, że patronem Międzymorza miałyby być Stany Zjednoczone, nie zważając na wciąż istniejące zastrzeżenia natury ogólnej (rola lidera dla Polski) oraz na rozbieżność interesów państw tego regionu, zwłaszcza na skutek wojen bałkańskich z lat 90-tych XX wieku i obecnego rozszczepienia na tle konfliktu na Ukrainie, to po raz kolejny dowodzi to życzeniowości polskiego myślenia o polityce, oderwania od rzeczywistości i swego rodzaju zacietrzewienia. Źródłem takiego zachowania jest nienawiść do Rosji.

Podsumowanie

(…)Dzisiaj Polska grzęźnie w antyrosyjskim obłędzie, powtarzając wszystkie błędy przeszłości, które polskiej polityce wytykał Dmowski. Stajemy się jedynie wykonawcą obcych planów, wyobrażając sobie, że realizujemy jakąś wielką ideę rozbicia Rosji, z nami na czele. Jest dokładnie odwrotnie, niemniej zaślepienie nie pozwala tego zauważyć. Zamiast polityki pokojowej, głosimy hasła wojownicze, zamiast układania stosunków jak najlepiej, głosimy, że powinny one być złe. Zamiast łagodzić, jątrzymy. Zamiast przyjaciół, wspieramy i hodujemy wrogów. Rozkład stosunków gospodarczych uważamy za sukces. Podburzającą stare uprzedzenia propagandę zewnętrzną, przyjmujemy za poparcie naszych dążeń.

Polityce polskiej potrzebny jest wstrząs, który na wzór tego z przełomu wieków XIX i XX, przeorientuje nas i zatrzyma chocholi taniec oraz odnowi zrozumienie zagadnienia głównego polityki polskiej.

Adam Śmiech
Myśl Polska, nr 47-48 (23-30.11.2014) …całość tu: mysl-polska.pl

podobne: Gospodarka narodowa…głupcze! a także: I powstanie prawica jak Feniks z popiołów! czyli… i to: Spór o mit założycielski II RP, czyli dlaczego świętujemy 11 listopada? Komu służyła Rada Regencyjna? oraz: Wolność a niepodległość. Czy Polska jest niepodległa a Polacy wolni? polecam również: Stanisław Tymiński: Polski Frankenstein… i co dalej z tą Polską? Jak to co! Walka ze swobodą gospodarczą, nowy podatek na paliwa i „składka” ZUS do góry.  i jeszcze: „SZ”: Niemcy kochają Rosjan, pogardzają Amerykanami. Szeremietiew: Niemcy, Rosja, czy… Polska? oraz: Do przyjaciół narodowców. Naród a państwo czyli… Ile jest z narodowca w socjaliście? i to: KNP: Młode, wściekłe, wolne feniksy. Mapa wydatków i przychodów państwa wg. programu KNP. Wróćmy do monarchii.

 Roman Dmowski

Zachód domaga się dyplomatycznego rozwiązania konfliktu ukraińskiego, ale są też głosy o dostawie broni. Władisław Guliewicz: „Szorstka przyjaźń” Polski i Ukrainy


1. Merkel i Hollande w KijowieFrancja: prezydent Hollande i kanclerz Merkel w Moskwie.

05.02.2015 (IAR) – Angela Merkel i Francois Hollande przedstawiają w Kijowie swoje propozycje pokojowe, a także te, które przekazał im Władimir Putin. Poinformował o tym amerykański sekretarz stanu John Kerry, który też przebywa w ukraińskiej stolicy. Obecnie kanclerz Niemiec i prezydent Francji rozmawiają z prezydentem Ukrainy Petrem Poroszenką.

Po rozmowach z ukraińskim premierem Arsenijem Jaceniukiem John Kerry podkreślił, że kilka dni temu europejscy politycy otrzymali propozycje rozwiązania konfliktu w Zagłębiu Donieckim od prezydenta Władimira Putina i przygotowali swoją odpowiedź na nie. To właśnie te różne warianty są omawiane w Kijowie.

John Kerry rozmawiał dziś w Kijowie przede wszystkim o wojnie na wschodzie Ukrainy. Oskarżał jednocześnie Rosję o to, że to ona odpowiada za eskalację konfliktu. Tematem poruszonym w czasie spotkań z prezydentem Petrem Poroszenką i premierem Arsenijem Jaceniukiem były także reformy na Ukrainie oraz wsparcie finansowe dla Kijowa. Waszyngton jest gotowy przekazać 16 i pół miliona dolarów na pomoc przesiedleńcom z Zagłębia Donieckiego, a także udzielić gwarancji kredytowych w wysokości miliarda dolarów w przypadku sukcesów w przeprowadzeniu reform. We wrześniu Stany Zjednoczone udzieliły już jednej takiej gwarancji. John Kerry nie wykluczył też, że Ukraina otrzyma pomoc wojskową od Waszyngtonu.

IAR/pogorzelski/kijów/em/

05.02.2015 (IAR) – Prezydent Francois Hollande w towarzystwie niemieckiej kanclerz Angeli Merkel składa dzisiaj /piątek, 06.02./ niespodziewaną wizytę w Moskwie. Jej celem jest omówienie z prezydentem Władimirem Putinem sposobów rozwiązania konfliktu na Ukrainie.

We Francji w komentarzach podkreśla się, że po raz pierwszy, jeszcze przed odlotem do Kijowa, a potem do Moskwy prezydent V Republiki powiedział, iż tocząca się od roku wojna na wschodniej Ukrainie może zamienić się w konflikt totalny. Oznacza to zagrożenie dla całej Europy. Jeszcze w Paryżu Hollande przypominał stanowisko Francji. Wykluczył możliwość udziału jego kraju w działaniach zbrojnych. Zastrzegł, że władze w Paryżu konsekwentnie są przeciwnie przystąpieniu Ukrainy do NATO, do czego – jak zaznaczają media – dążą Amerykanie. Podkreślił też, że konflikt ukraiński należy rozwiązać na drodze pokojowej, a nie przy użyciu czołgów i ciężkiej artylerii. Prezydent Francji położył nacisk na integralność terytorialną państwa ukraińskiego i ostrzegł, że jeśli Putin odrzuci nowe propozycje, to zapewne niektóre państwa zdecydują się na dostawy broni dla armii ukraińskiej. Hollande nie sprecyzował, jakie kraje ma na myśli. Według Le Figaro, z inicjatywą przyjazdu prezydenta Francji i niemieckiej kanclerz do Moskwy wystąpił prezydent Rosji, mający ponoć nowe oferty.

Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/Marek Brzeziński/Paryż/em/

2. Kerry w Kijowie: trzeba dyplomatycznego rozwiązania konfliktu ukraińskiegoUkraina Kerry w Kijowie wspiera UA krytykuje RU. USA: McCain o Ukrainie.

05.02.2015 (IAR) – Chcemy dyplomatycznego rozwiązania konfliktu na wschodniej Ukrainie. Rosja może mieć inne zdanie, ale liczą się czyny nie słowa- oświadczył w Kijowie amerykański Sekretarz Stanu John Kerry.

Dodał, że „Rosja musi pokazać swoją wolę pokoju w Donbasie, przestać dozbrajać separatystów i usiąść do stołu rokowań”.

BBCNews/IAR/dyd

05.02.2015 (IAR) – Stany Zjednoczone naciskają na wykonanie przez Moskwę wrześniowych porozumień z Mińska. Zadeklarował to amerykański sekretarz stanu John Kerry po rozmowach w Kijowie z prezydentem Petrem Poroszenką.

Ukraiński szef państwa zaznaczył, że sytuacja na wschodzie się pogarsza, wspierani przez Moskwę separatyści zachowują się coraz agresywniej. „Przeprowadzają codziennie barbarzyńskie ataki, które prowadzą do śmierci wielu cywilów” – zaznaczył Petro Poroszenko.

Amerykański sekretarz stanu John Kerry zdecydowanie krytykował Rosję podkreślając, że to ona odpowiada za konflikt na wschodzie. Zaznaczył, że porozumienia mińskie muszą być natychmiast przestrzegane przez separatystów i Moskwę. Naciskają na to, wraz z Ukrainą, międzynarodowi partnerzy USA, w tym Niemcy i Francja. Ma o tym świadczyć także dzisiejszy przyjazd kanclerz Merkel i prezydenta Hollande do Kijowa.

Zawarte w połowie września porozumienia w Mińsku przewidują zawieszenie broni, utworzenie strefy buforowej i wyprowadzenie ciężkiego sprzętu. Ukraina nadal jest gotowa nadać specjalny status Zagłębiu Donieckiemu pod warunkiem przeprowadzenia wyborów zgodnie z ukraińskim prawem.

Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/Piotr Pogorzelski /Kijów/mg

05.02.2015 (IAR) – Wpływowy republikański senator John McCain wezwał Baracka Obamę do rozpoczęcia dostaw broni na Ukrainę. McCain zapowiedział przygotowanie ustawy, która zobowiąże prezydenta USA do podjęcia takich kroków.

John McCain wystąpił na konferencji prasowej z grupą senatorów z partii republikańskiej i demokratycznej. Przekonywali oni, że bez większej pomocy Stanów Zjednoczonych Ukraina nie oprze się rosyjskiej agresji. „To jest walka pomiędzy demokracją a autorytarną dyktaturą i powinniśmy się jednoznacznie opowiedzieć” – oświadczył senator Lindsey Graham. W grudniu ubiegłego roku Kongres przyjął ustawę umożliwiającą przekazanie Ukrainie broni za kwotę 300 milionów dolarów. Prezydent USA ma jednak wolną rękę, czy z tych środków skorzystać. Zapowiedziana przez senatora McCaina ustawa zmuszałaby Baracka Obamę do rozpoczęcia dostaw broni dla Ukrainy. By tego nie zrobić, Obama musiałby tę ustawę zawetować, co mogłoby być niewygodne politycznie dla prezydenta.

Informacyjna Agencja Radiowa / IAR / Marek Wałkuski / Waszyngton/em/

źródło: stooq.pl

„…Po rozpadzie Związku Radzieckiego, gdy Ukraina potrzebowała pomocy z polskiej strony, nacjonaliści ukraińscy starali się okazywać Polakom swój szacunek, wkładający przy tym maski światowych demokratów tak, aby przejść demokratyczny „face control” przy wchodzeniu do Europy.
Kijów próbował kontynuować własne życie polityczne, ale w podziemiach nacjonalistycznej podświadomości wciąż pozostawały prastare idee, według których Polska zaliczała się do grona historycznych nieprzyjaciół ukraińskiej niepodległości.

Po pierwsze: zmieniały się poglądy na to, gdzie powinna leżeć wschodnia granica „sobornej Ukrainy”: ktoś mówił, że nad Kubaniem (Pawło Sztepa), ktoś, że na przedgórzach Kaukazu (Mykoła Machnowski), albo nawet u wybrzeża morza Kaspijskiego (Stepan Rudnickij). Jednak nikt nigdy nie miał wątpliwości gdzie powinna leżeć jej zachodnia granica: punktem odniesienia zawsze pozostawał San.

Bez przyłączenia do Ukrainy tych obszarów nie da się zbudować „soborngo mocarstwa ukraińskiego”, a właśnie takie „mocarstwo” jest głównym i ostatecznym celem ukraińskich nacjonalistów, dla osiągnięcia którego i powstał cały ów nacjonalizm ukraiński.

Po drugie: nacjonalizm ten ma retrospektywny charakter. Nie jest on skierowany ku przyszłości, ale w przeszłość. „Złotego wieku” Ukrainy nacjonaliści doszukują się daleko w minionych czasach. Epokę rozkwitu i aktywnego wzrostu polskiej państwowości nacjonaliści ukraińscy postrzegają jako okres upadku państwowości ukraińskiej, której początek widzą z kolei w epoce istnienia Księstwa Halickiego. Dlatego właśnie momenty dziejowe, wspomnienia, które wzbudzają u Polaków wzruszenie – u Ukraińców wywołują smutek. Zachodzi wyraźna sprzeczność zakresów historycznych, do których obydwa narody lubią się odwoływać. Polacy i ukraińscy nacjonaliści szukają dobrych i złych wspomnień w odmiennych epokach i jedyne co ich łączy – to Rosja. Ona jest dla nich jedynym wspólnym „złem”.

Po trzecie: Ukraina rywalizuje z Polską o misję cywilizacyjną oraz o przywództwo regionalne, na których utratę Polska nie może sobie pozwolić, mając więcej praw historycznych, by nazywać się regionalnym liderem, przy całym właściwym sobie mesjanizmem (bez ocenianiu tu, czy jest to właściwe, czy też nie).

Mesjanizm ukraiński jest rzeczą zmyśloną i spekulatywną. Nacjonaliści ukraińscy zawsze o nim marzyli, ale ani razu go nie wykreowali. Największym marzycielem był twórca wojskowej doktryny OUN Mychajło Kołodziński pisząc: „My, budując mocarstwo ukraińskie, musimy przesunąć granicę Europy do Ałtaju i Dżungarii. Właśnie tej przestrzeni brakuje Europie. Powołaniem Ukrainy jest związać te obszary z Europą w politycznym, gospodarczym i kulturalnym sensie…, aby wyraz „na styku dwóch światów” uzyskał realny sens… JakCezar zdobywając Galię otworzył całą Europę dla cywilizacji i kultury łacińskiej, tak i nasze nacjonalistyczne rewolucyjne armie muszą otworzyć dla kultury zachodnioeuropejskiej tereny, rozciągające się na południe i południowy wschód od Ukrainy…” (M. Kołodziński, „Ukraińska doktryna wojskowa”).

Polska miała okresy potęgi i urzeczywistnienia swoich zdolności przywódczych. Nacjonalizm ukraiński niczego podobnego nigdy nie przeżył. Pragnienie ukraińskich nacjonalistów zastąpienia Polski jako regionalnego przywódcy – to marzenie dziecka o zajęciu miejsca osoby dorosłej.
Po czwarte: pojęcia ideologiczne, sformułowane w przeszłości przez działaczy nacjonalizmu ukraińskiego, są apodyktycznie narzucane do realizacji w praktyce, przy całkowitym braku elementarnej elastyczności myślenia. Co napisane przez D. Doncowa albo przez Jurija Łypę – to święte! Dopuszczane są tylko tymczasowe, koniunkturalne poprawki, ale nigdy nie zmieniają się podstawowe zasady ukraińskiego nacjonalizmu.
Jego radykalność nie różni się od radykalności ekstremizmu islamskiego. Oba nurty głoszą fizyczną zagładę oponentów, ślepe kierowanie się literą własnych postulatów, uważają za wrogów tak Rosję, tak i Zachód, ale są tylko igraszką w rękach tego ostatniego.

To wszystko w sumie skazuje Polskę i Ukrainę na „szorstką przyjaźń”. Polskie władze, podtrzymując nacjonalizm ukraiński, starają się przejść po ostrzu brzytwy i nie pokaleczyć się – tzn. wyciągnąć z tej całej sytuacji maksymalną korzyść polityczną, ale w taki sposób, żeby nie spowodowało to żadnego uszczerbku interesów Polski. Dlatego Warszawa znajduje się w permanentnym poszukiwaniu balansu i punktu równowagi, a polscy politycy i dyplomaci używają karkołomnych chwytów…

…Część polityków już teraz nawołuje do przekazania Kijowi sprzętu wojskowego, a nawet wysłania na front polskich żołnierzy. Druga część na wszelkie sposoby protestuje przeciwko temu, wzywa do niemieszania się w konflikt, w którym „Ruscy” i „banderowcy” mordują się nawzajem.

Owa niepewność wywołuje pretensje ze strony ukraińskich nacjonalistów, którzy już otwarcie mówią o zdradzie przez Zachód interesów Ukrainy. Bez wątpienia do listy zdrajców dopiszą też i Polskę.”

całość tu: geopolityka.org

…już to kiedyś pisałem, ale że było to na samym początku konfliktu (więc już jakiś czas temu) to powtórzę przy okazji. Polsce potrzebna jest w miarę niezależna, ale przede wszystkim stabilna Ukraina. Tak było przed przewrotem zwanym „euromajdanem”. Obecna sytuacja nie służy ani nam, ani Europie a już najmniej samej Ukrainie, która może się czuć oszukana tym, że zachód nie wspiera jej tak jak to sobie Ukraińcy myśleli że będzie wyglądało. Bo choć czasem słychać głosy (prowokacyjne względem Rosji) o potrzebie militarnego wsparcia dla Ukrainy, to za chwilę są one gwałtownie uciszane zdecydowanymi wypowiedziami czołowych polityków zachodu o tym że konflikt należy rozwiązać wyłącznie na drodze dyplomatycznej.

Kiedy się to wszystko już skończy (o ile zakończy się na Ukrainie) to jestem ciekaw stosunku Rosji do „nowej” Ukrainy (zwłaszcza jeżeli wschodnie tereny od niej odpadną).

Tymczasem w Polsce tak rusofile jak i ukrofile rajcujący się czy to banderyzmem, czy to panslawizmem (pod rosyjskim powiernictwem) rzucając w siebie na wzajem obelgami nakręcają „problem” ideologiczny, który póki co tkwi wyłącznie w ich głowach, ale nawet na tym etapie brakuje im przede wszystkim obiektywnego spojrzenia na własny „ogonek”, którym się każda ze stron niczym przysłowiowa pliszka chwali… Prawdziwym problemem tymczasem i tragedią są ludzie żyjący na terenach gdzie toczy się wojna, i  gdzie OBIE strony używają ostrej amunicji nie zawsze i tylko w samoobronie. Zwykli szarzy obywatele cierpią za „bójkę” którą tak jak Poroszenko tak i Putin tylko mogą powstrzymać (bez potrzeby oglądania się na zachód) – pytanie czemu tego nie robią a wykorzystują każdą okazję do prowokowania siebie na wzajem… (Odys)

podobne: Skoro „media kłamią” to jaka jest prawda o wojnie na Ukrainie? Konrad Rękas: Po co powstrzymywać Putina? polecam również: Stanisław Michalkiewicz: „Kurde balans, miękną rury” czyli „mocni siłą naszych sojuszników”, „za wolność waszą” idziemy na wojnę. oraz: Murzyn swoje zrobił, murzyn może odejść! Czas na „scenariusz grecki” dla Ukrainy. Co zrobi Putin? i to: Resentyment postkolonialny kontra postawy szowinistyczne na Ukrainie czyli… Dlaczego Rosja straciła Ukrainę i dlaczego Ukraina nie jest jednolitym państwem. a także: Witold Szirin Michałowski: „Skąd się wzięła Ukraina…” Rusi Czerwonej rys historyczny. oraz: Ukraina: Rewolucja a umowa stowarzyszeniowa (płatne podziałem społeczeństwa, krwią i… złotem). i to: Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły. „Sueddeutsche Zeitung”: kapitulacja Kijowa. Obserwator OBWE: W Donbasie nie ma już państwa ukraińskiego.

rys. Wojciech Romerowicz

rys. Wojciech Romerowicz

Skąd się wzięła Ukraina czyli Rusi Czerwonej rys historyczny, i co to są „granice etniczne”. Nie karmić niedźwiedzia!


mapa rusi czerwonej

Obszar Rusi Czerwonej na tle współczesnego podziału administracyjnego Polski. Poznaniak – własna praca na podstawie: Bogumił Szady, Geografia struktur religijnych i wyznaniowych w Koronie w II połowie XVIII w., Lublin 2010, s. 198 (źródło Wikipedia)

„Ziemia Halicka, razem z Grodami Czerwieńskimi, sięgała od Karpat do Morza Czarnego i Dunaju, obejmując dolny bieg Prutu, Seretu i Dniestru. Wyróżniała się jakością gleby i bogactwami naturalnymi a szczególnie dużą ilością żup solnych. W wiekach XII i XIII, po upadku Kijowa była obszarem najlepiej rozwiniętym ekonomicznie i kulturalnie w centrum naszego kontynentu.

Od IX wieku tereny położone nad Sanem, Dniestrem, Bugiem i górną Prypecią zajmowały zachodniosłowiańskie plemiona Wiatyczów i Radymiczów. Do takiego wniosku, opartego na wnikliwej analizie dostępnych źródeł pisanych, wyników badań archeologicznych i toponomastycznych doszła przeważająca większość historyków tamtego okresu. Poglądy, że ziemie te były zamieszkałe przez wschodniosłowiańskie plemiona Dulębów, Wołynian czy Chorwatów lub Chrobatów, zdaniem wielu nie odpowiadają prawdzie historycznej [1].

Przed rokiem 981 najstarsza granica polsko-ruska w przybliżeniu odpowiadała granicy między osadnictwem Słowian wschodnich i zachodnich, przebiegając po prawej stronie Bugu, od Brześcia na południe, w rejonie grodu Busk, tworząc głęboki łuk na pomiędzy Styrem i Horyniem i dochodziła do głównego grzbietu karpackiego wododziałem Wereszycy i Gniłej Lipy.

W bliżej nieznanych okolicznościach Wiatycze i Radymicze zostali zmuszeni do opuszczenia swoich siedzib i częściowo przenieśli się daleko na północny-wschód, a ziemie ich zostały objęte osadnictwem Lachów znad Warty i włączone do państwa pierwszych Piastów.

Grodami wiatycko-radymickimil były: Przemyśl, Wołyń, Brześć, Zwienigród oraz Drohiczyn. W przybliżeniu ich osadnictwo obejmowało dwie krainy: południową (późniejsza Ziemia Halicka z Grodami Czerwieńskimi, bardziej górzystą, leżącą u podnóża Karpat) i północną (Wołyń, kraj lasów i bagien). Dokładne określenie obecnie tych obszarów nie jest możliwe, podobnie jak i ustalenie definitywnie, jakie terytorium i jakie osady obejmowała nazwa Grodów Czerwieńskioh. Najprawdopodobniej były jednak nimi Przemyśl i Zwienigród. Gród Wołyń istniał natomiast jeszcze w IX wieku u ujścia rzeki Huczwy do Bugu. Najdawniejszy obszar Wołynia obejmował prawdopodobnie w przybliżeniu późniejsze ziemie: Łucką, Włodzimierską, Chełmską i Bełzką. Od Grodów Czerwieńskich cała południowo-zachodnia Ruś otrzymała nazwę Rusi Czerwonej. Grody Czerwieńskie zdobyte przez ks. kijowskiego Włodzimierza I w 981 r., odzyskane zostały przez Bolesława Chrobrego (992–1025) w 1018 r.. Stracone za panowania Mieszka II zostały powtórnie w 1069 r. przyłączone do Polski przez Bolesława Śmiałego (1058–1079), który utworzył pierwsze biskupstwo katolickie w Przemyślu.

Po katastrofie tego władcy Grody Czerwieńskie ostatecznie przeszły we władanie książąt ruskich z dynastii Rościsławowiczów. Nazwa Rusi Czerwonej obejmowała-odtąd wszystkie ich posiadłości zwane Rusią Halicką, po przeniesieniu stolicy w 1134 r. z Przemyśla do Halicza.

Po wygaśnięciu tej dynastii Księstwo Halickie połączone zostało z Księstwem Włodzimierskim, otrzymując nazwę Ks. Halicko-Włodzimierskiego, które w 1264 r. rozpadło się na kilka dzielnic. Od tego księstwa pochodzi późniejsza nazwa Galicji i Lodomerii, nadana ziemiom zajętym przez Austrię po I rozbiorze.

Ziemia Halicka, razem z Grodami Czerwieńskimi, sięgała od Karpat do Morza Czarnego i Dunaju, obejmując dolny bieg Prutu, Seretu i Dniestru. Wyróżniała się jakością gleby i bogactwami naturalnymi a szczególnie dużą ilością żup solnych. W wiekach XII i XIII, po upadku Kijowa była obszarem najlepiej rozwiniętym ekonomicznie i kulturalnie w centrum naszego kontynentu. Znajdując się wprawdzie na uboczu drogi handlowej Dniepr-Ilmen, łączącej Morze Bałtyckie z Morzem Czarnym, lecz sąsiadując z Węgrami i Polską, bardzo wcześnie nawiązała stosunki handlowe, polityczne i kulturalne z wieloma krajami.

Ruś Czerwona weszła w skład państwa kijowskiego po raz pierwszy za panowania Jarosława I Mądrego (980–1054), który umierając, zgodnie z panującym wówczas w całej Europie obyczajem podzielił państwo między pięciu synów. Jarosław Mądry był spokrewniony z domami panującymi prawie całej Europy, popierał rozwój kultury i wzmocnienie chrześcijaństwa na Rusi, które zostało wprowadzone w 980 r. przez jego ojca Włodzimierza Wielkiego. Wzniósł w Kijowie wspaniały sobór św. Zofii i monastyr zwany Ławrą Peczerską, gdzie powstał słynny ruski latopis Nestora. Utwierdzając swoje panowanie w 1031 r., założył gród Jarosław koło Przemyśla nad Sanem. Próbował też zerwać zależność kościelną od Bizancjum, ustanawiając w 1051 r. metropolitą kijowskim Ilariona, Po jego śmierci, synowie przystąpili do walki o władzę. Kres bratobójczym wojnom położyć miała dopiero umowa zawarta w Lubeczu pod Kijowem, gdzie w 1097 r. zjechali się potomkowie Jarosława Mądrego. Ruś została podzielona na niezależne księstwa, w których władzę sprawować mieli dziedziczni książęta, spadkobiercy synów Jarosława (ks. kijowskie, ks. czernichowsko-perejasławskie, ks. twersko-pińskie, ks. wołyńskie i ks. halickie)…

…W XV wieku terytorium dawnej Rusi Czerwonej w przybliżeniu obejmowały województwa ruskie, bełskie i podolskie. Herbem pozostającej już w granicach Rzeczypospolitej aż do I-go rozbioru Ziemi Halickiej była czarna kawka w koronie z głową odwróconą w prawo, umieszczona na białym polu. Herb sięga bardzo dawnych czasów panowanie pierwszych książąt ruskich. Nazwa Halicza pochodzi od ruskiego (ukraińskiego) słowa hałka oznaczającego kawkę. Wysoka skarpa nad Dniestrem, na której starożytny gród się wznosi już przed wiekami, stała się miejscem, w którym kawki wygrzebywały swoje gniazda. Dużo gniazd. Bardzo dużo… Już w XIV wieku Halicz miał w swym herbie czarną ukoronowaną kawkę. Podobną do tej, jaką prezentowała się prowincja austriacka Galicja oraz… rodzina Polów z Wenecji, która udała się Jedwabnym Szlakiem do dwór chińskiego cesarza. Jest wysoce prawdopodobne, że autor sławnego Opisania Świata, klasyk światowego reportażu, mógł się porozumieć w języku mongolskim, a niewątpliwie łatwiej było jego ojcu poznać go w Haliczu niż w Wenecji.

A na kawkę w Wenecji nadal się woła… poli.” (całość tugeopolityka.org)

…autor co prawda nie odpowiada na pytanie skąd się wzięła Ukraina, ale i tak warto zapoznać się z rysem historycznym terenów które należały niegdyś do potężnej Rzeczypospolitej… Należały politycznie… (Odys)

„…Co to dokładnie są tereny etnicznie ukraińskie w kontekście historycznym i każdym innym? Chciałbym się także dowiedzieć, czy na terenach etnicznie ukraińskich działa prawo międzynarodowe, także to które ma zastosowanie w czasie wojny. Jeśli zaś nie działa, a wypadki na Wołyniu pokazały, że jednak nie działa, to może spróbujemy wyjaśnić dlaczego tak jest. Skąd się wzięło pojęcie granic etnicznych i kto je pierwszy wprowadził do obiegu politycznego?..

Weźmy taką sytuację: rok 1921, koniec wojny bolszewickiej, jedyne prawo jakie działa to prawo siły…

…Granica zostaje wyznaczona w miejscu skrajnie dla Polski niekorzystnym, skrajnie niekorzystnym dla białych Rosjan i skrajnie niekorzystnym dla Ukraińców, czego oni uporczywie zrozumieć nie chcą, bo im się zdaje, że poprzez tą granicę dostali jakąś szansę. Granica ta jest korzystna jedynie dla bolszewików i ludzi, którzy zamierzają z nimi współpracować. Co to znaczy współpracować z bolszewikami w latach 20 i 30 XX wieku? To znaczy kupować od nich za bezcen płody rolne i inne dobro, które bolszewicy w ramach prywatyzacji czyli rabunku odbierają innym. Innym to znaczy głównie Ukraińcom. Pieniądze zarobione w ten sposób bolszewicy przeznaczają na wódkę i narkotyki dla siebie oraz na karabiny dla służących im żołnierzy. Wódka i narkotyki są im potrzebne żeby w ogóle mogli funkcjonować, a karabiny zaś przydadzą się w czasie kolejnej wojny z Polską. Gdzie w tym czasie są Ukraińcy? Jedni umierają z głodu bo ich zboże zostało właśnie sprzedane do Wielkiej Brytanii i Niemiec, a inni montują ruch narodowy i strzelają do ministrów. Czy do ministrów bolszewickich? No skąd. To jest przecież zabronione i można za to porządnie oberwać. Oni strzelają do ministrów polskich, za co idzie się co prawda do więzienia na św. Krzyżu, ale co to jest za więzienie w porównaniu z Łubianką?
Ponieważ Ukraińcy chcą koniecznie budować własne państwo na terenach etnicznie ukraińskich, a te dziwnym trafem znalazły się w II Rzeczpospolitej dochodzi do różnych napięć i scysji. Polacy rozwalają cerkwie na Chełmszczyźnie, Ukraińcy organizują zamachy i współpracują z Niemcami utuczonymi na ukradzionym innym Ukraińcom zbożu. Ta Chełmszczyzna to również tereny etnicznie ukraińskie, niech wam się nie zdaje. Podobnie jak spore kawałki Podlasia i Małopolski. I o nie także trzeba się będzie kiedyś upomnieć w sprzyjającej historycznie chwili.
W tych strasznie opresyjnych dla Ukraińców latach II Rzeczpospolitej znajdują oni cichą przystać w dwóch krajach: w Niemczech i w Wielkiej Brytanii. To są akurat te dwa kraje, które nigdy nie potępiły głodu wywołanego przez bolszewików na terenach etnicznie ukraińskich położonych w ZSRR, o które sami Ukraińcy nigdy się nie upominali, w przeciwieństwie do Chełmszczyzny, Podlasia i Małopolski. Ci Ukraińcy, którzy emigrują z Polski to tak zwane elity. Te zaś, nie tylko na Ukrainie, ale wszędzie, w Polsce również, mają pewną charakterystyczną cechę – niesłychanie łatwo je zdeprawować… 

Na ludziach takich jak Dońcow rośnie niczym na drożdżach narodowy ruch ukraiński, którego głównym wrogiem jest Polska. Nie może być inaczej, bo ci którzy ten ruch opłacają i są zainteresowani jego rozwojem postrzegają Polskę jako wroga lub w najlepszym razie byt polityczny niepotrzebny. Czy ludzie ci uważają Ukrainę i samodzielne państwo ukraińskie za byt polityczny potrzebny? No skąd. Jak niby? Jak się udało zagłodzić ileś tam milionów Ukraińców to nie można przecież tych ludzi traktować serio. To są narzędzia. Elity ukraińskie nie rozumieją tego wcale, albo nie chcą rozumieć, bo dostają pieniądze i mają te wykłady na zachodzie, a także mogą się napawać redagowaniem pism i pisemek, co bardzo podnosi im samoocenę. Myślą poza tym emocjami i nie da się tego niestety zmienić. Stymulować ich jest niesłychanie łatwo, wystarczy nastawić płytę z pieśniami ludowymi i już płaczą, już piją i się wzruszają wprost nieprzytomnie…

…Wobec owej niezborności w myśleniu i działaniu, wobec owych chęci i aspiracji, Ukraińcy nigdy, przy zachowaniu wszelkich pozorów nie będą traktowani serio. Nawet teraz kiedy mają własne, wielkie państwo…

My, jak powiadam nie możemy z tego samego argumentu korzystać, bo zaraz okaże się, że nie ma czegoś takiego jak Polacy, a tereny etnicznie Polskie to w istocie tereny dawnej Rzeszy zamieszkałe przez jakichś podejrzanych Słowian. Szlachta zaś polska to Rusini, kilka morawsko-czeskich gangów i szczera Litwa. Tak będzie, zobaczycie…” (coryllus – Jak Ukraińcy wygrali wojnę 30 letnią)

podobne: Resentyment postkolonialny kontra postawy szowinistyczne na Ukrainie czyli… Dlaczego Rosja straciła Ukrainę i dlaczego Ukraina nie jest jednolitym państwem. oraz: Jacek Drozd: „Sarmacki Katyń” – bitwa pod Batohem (czerwiec 1652) i to: Kowalski: obecne władze w Kijowie są wrogie wobec Polaków. Poroszenko podpisał ustawę uznającą prawny status bojowników o wolność, w tym członków UPA (nazizm i komunizm na cenzurowanym). IPN-y Polski i Ukrainy powołają platformę dialogu historycznego a także: Rola Polski w strategii USA (miejsce w szeregu). Jak z przedmiotu stać się podmiotem polityki międzynarodowej. (Nie)aktualność idei jagiellońskiej. polecam również: Traktat ryski czyli rozwód Jadwigi z Jagiełłą. Jak wolna Polska obeszła się z Kresami oczami Szubarczyka, Mackiewicza, Woyniłłowicza i Korwin Milewskiego.

„A ja Bra.ci.szkowie moi mili już tylko w spiskowe teorie wierzę …

Wierzę jak jasna cholera….. No bo weźmy na przykład ten cały Majdan. Po prawdzie i bez nikakich możemy stwierdzić, że Ludu wku…..nego i wolności pragnącego było tam ile tylko. Wymarzli się, okopcili dymem z opon, a wielu nieszczęśliwie na tamten świat kulką z luf snajperskich przeniesionych zostało. A to wszystko po co? … Wolności więcej? Bogactwa? Sprawiedliwości? Eeee. Julcia z tiurmy wyszła, Banderowce na stolce zasiedli, Niedźwiedź chytrze Krym wział, Oligarchy jak zwykle dieńgów przysposobili, a Lud Prosty co..? Nic a właściwie, jak zwykle gawno. Czemu? Ano temu, że nie o wolność sprawa cała szła, a o pożyczki, co to już podpisane były prawie. O ten geld co to w świecie nadrukowany w takiej ilości, że już nie ma gdzie go upychać. A zwłaszcza w przejętych ćwierć wieku temu postkomunistycznych krajach. Ograbione już do białej kości. No zastawić w takiej Polsce już nie ma pod co, bo na każdej chałupie, fabryce, działce H (hipoteka) wielkie już przyczepione i w księgach wieczystych zapisane… A geld zwłaszcza ten bez pokrycia leżeć nie lubi…. Tu zaś, na tej Ukrainie, wszystko takie jeszcze ślicznie bezhipoteczne, kraj piękny i żyzny, więc w razie niewypłacalności, to się w rozliczeniu gronta weźmie. Osadników się umocuje, a chętnie przyjadą bo o Araba z kałachem w tych okolicach trudniej…… Ale nic to jeszcze, bo moja stara siwa łepetyna jeszcze gorsze spiski knuje i zamyślać zaczyna, że cały ten Majdan to ukartowany był i rozpisany na nutki wiele miesięcy wcześniej. Bo czyż nie wydaje się teraz dziwne, że warunkiem podpisania stowarzyszeniowych świstków miało być wypuszczenie prawomocnie skazanej Julki ? I cała Europa murem stanęła, a co! Panna to przecież przeczysta była, Soros’owe błogosławieństwo miała…. Do tego te dziwne czasowe korelacje, a to z rozmowami z MFW, a to z Olimpiadą, a potem porozumienia 24 godzinne z opozycją, którą nasz Radek rad był tak kill’em, jednocześnie ściskając Janukowyczową rękę, która już do walizek się rwała. A teraz te fejsbookowe, sankcje i święte oburzenia… Poza kamerami zaś „wsie dawolne” gaz płynie jak płynął, statki z geldem w Hameryce czekają załadowane, Car Ruś wzmocnił, precedens rewizyjny graniczny uczynił, co nie wiedzieć czemu wzbudziło uśmiech na twarzy złotej Anieli, prawie tak szczery jak u 12 tu amerykańskich pilotów, którzy dostali gratis, wyjazd krajoznawczy do Polski. I nie ma co tu sarkać i nie ma co tu wydziwiać. Tu trzeba patrzeć obserwować i uczyć się jak w dzisiejszym świecie politykę się robi. Patrzeć i konotować ile w dzisiejszej dobie znaczą kraje, którym przewodzi Miłośnik Bigosu, w dodatku bez wąsów. Ile znaczą kraje, które nie mają już niczego poza długami, których armia to urzędnicza nieruchawa larwa, żywiąca się ustawianiem przetargów na Gawrona, który nie wiedzieć czemu miałby pływać….. Ile znaczą kraje, które są na pasku światowych lichwiarzy, bez własnego kapitału, przemysłu, armii, bez młodzieży, którą własny rząd skazał na poniewierkę po świecie. NIC nie znaczą! Są tylko żerem, albo nawozem, w zależności od potrzeb i położenia geograficznego. Nie wiem czy Was pocieszę, że póki co jesteśmy jeszcze żerem, ale czas w którym możemy stać się nawozem jest już bliski. Chyba, że bacznie przyglądając się na łapska sąsiadów, siłę Ojczyzny naszej wspólnie odbudowywać zaczniemy. Robota to długa, ciężka i odpowiedzialna, bez gwarancji sukcesu. Ale zacząć ją trzeba już dziś….. Jutro już będzie za późno” (piotruchg – Piątek, 21 marca 2014)

podobne: cynik9: Kulminacja cyklu wojny w 2014. Czego szuka stary podżegacz na Ukrainie. oraz: Ukraina: Rewolucja a umowa stowarzyszeniowa (płatne podziałem społeczeństwa, krwią i… złotem). i to: Skoro „media kłamią” to jaka jest prawda o wojnie na Ukrainie? Konrad Rękas: Po co powstrzymywać Putina? polecam również:  Jałta Ukrainy w Mińsku: Walki o Debalcewo i Mariupol gwarantowane do 15 lutego przez „plan pokojowy” (pisany na raty). USA „zadowolone” z ustaleń dziękują Niemcom i Francji, oraz gotowe do ograniczenia sankcji na Rosję.

Ukraina - UE - USA - Rosja

Uwaga Putin jest Rosjaninem! Czy Lachy naprawdę mają mu pomagać (a jeśli tak to w czym)? Polityka rosyjska wobec Polaków czyli „Bracia Moskale” nigdy nie istnieli.


1.Putin Kacap nad kacapami.

„…Władimir Władimirowicz Putin (…) Jest prawdziwym dzieckiem Związku Sowieckiego i w swej polityce często nawiązuje do jego tradycji, a przede wszystkim carskiej i sowieckiej polityki zagranicznej. Ingerował i ingeruje w życie byłych republik sowieckich (Mołdawaia, Gruzja, Ukraina, Białoruś, Kazachstan), a jak potrzeba, nawet zbrojnie w niektórych tych państwach. Jego marzeniem jest odbudowanie potęgi i znaczenia Rosji na arenie międzynarodowej. Jak przystało na prawdziwego polityka rosyjskiego jest on do szpiku kości antypolski, chociaż jest w tym pewna wina także strony polskiej – za pchanie nosa tam gdzie nie potrzeba, gdzie to nie leży w polskim interesie narodowym (jak np. wspieranie banderowskiej, a więc antypolskiej Ukrainy). Np. za poparcie przez Polskę nacjonalistycznej tzw. pomarańczowej rewolucji na Ukrainie w 2004 roku zemścił się na nas kilkatrotnie. I tak np. w trakcie obchodów 60. rocznicy zakończenia II wojny światowej, 9 maja 2005 roku w swoim okolicznościowym przemówieniu nie wymienił Polski wśród najważniejszych sojuszników ZSRR w koalicji antyhitlerowskiej; w tymże samym roku w miejsce zniesionego święta rewolucji październikowej ustanowił nowe święto państwowe „Dzień Jedności Narodowej”, obchodzony obecnie każdego roku 4 listopada w rocznicę wypędzenia w 1612 roku wojsk polskich z Moskwy oraz  10 listopada 2005 roku wprowadził zakaz importu produktów mięsnych pochodzących z Polski, a zimą 2005 roku bez podania przyczyny przerwał dostawy gazu do Polski. Jednocześnie odmówił uznania za ludobójstwo zbrodni katyńskiej. Władze rosyjskie podjęły też wiele innych kroków, które spowodowały pogorszenie stosunków polsko-rosyjskich, m.in. totalne upodlenie Polaków przez Rosję po katastrofie polskiego samolotu rządowego w Smoleńsku, w której zginęło 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński, ciągłe utrudnianie zwrotu Polsce samolotu i czarnych skrzynek. Za współudział Polski w zamachu stanu na Ukrainie (usunięcie od władzy prez. Janukowycza) na początku 2014 roku, Putin zastosował wobec Polski różnego rodzaju sankcje gospodarcze. Jednakże najbardziej spodlił się swoją wypowiedzią na temat czwartego rozbioru Polski, który dokonali Hitler i Stalin w 1939 roku.

Otóż Polska Agencja Prasowa (5.11.2014) podała informację, że Putin na spotkaniu z młodymi historykami poświęconym polityce zagranicznej ZSRR przed II wojną światową powiedział, że w zawartym 23 sierpnia 1939 roku przez III Rzeszę i ZSRR traktacie, popularnie zwanym paktem Ribbentrop-Mołotow, nie było nic złego, gdyż takie były wówczas metody polityki zagranicznej, i że Polska dostała to, na co zasłużyła przez udział w zajęciu części Czechosłowacji w 1938 roku – za udział w rozbiorze Czechosłowacji.

To właśnie tą wypowiedzią Putin zasłużył sobie najwięcej na tytuł kacapa nad kacapami.

Żaden pokojowo nastawiony naród nie zasługuje na to, aby być podbitym przez inny naród, grabiony i mordowany oraz wysiedlany przez najeźdźcę. Taka filozofia to mentalność  kacapska – barbarzyńskiego Wschodu i jego brata – hitleryzmu.

Jakby Putin nie był głupim kacapem, to by wiedział, że Polska nie zainicjowała i nie przeprowadziła rozbioru Czechosłowacji. W faktycznym rozbiorze Czechosłowacji, który dokonał się na konferencji w Monachium  (stąd „Układ monachijski”) odbytej w dniach 29–30 września 1938 roku uczestniczyły tylko Niemcy, Włochy, Wielka Brytani i Francja.   w 1938 roku Polska nie zajęła CZESKIEJ ziemi, zamieszkałej przez Czechów. Polska odzyskała historyczną ziemię POLSKĄ – Zaolzie, zamieszkałą głównie przez Polaków, którą Czesi, wbrew lokalnej umowie polsko-czeskiej, wykorzystując ciężkie położenie odrodzonego państwa polskiego, zajęli zbrojnie na początku 1919 roku. Gdyby Polska nie zajęła tej ziemi, to zajął by ją Hitler i tamtejsi Polacy mogli zostać niewolnikami hitlerowskiej Rzeszy po wsze czasy, gdyby 1000-letnia Rzesza stała się faktem. To właśnie wobec Czechosłowacji można by było powiedzieć, parafrazując Putina, że Czesi dostali to, na co sobie zasłużyli.(…) Polska miała większe prawa historyczne do zajęcia Zaolzia niż Rosja do zajęcia Krymu! Jestem ciekawy jakby zareagował towarzysz Putin, gdyby np. Parlament Europejski stwierdził w oficjalnym dokumencie, że przez rozbiór Ukrainy (zajęcie Krymu) Rosja zasłużyła sobie na zniknięcie z mapy politycznej Europy – na wymazanie z historii ludzkości, a tamtejsi Rosjanie na taki los jaki zgotował Stalin Polakom na Kresach w latach 1939-41!..”

całość tu: wirtualnapolonia.com

polecam również: Piotr Szubarczyk: „Pakt Hitler – Stalin”. Powersalski porządek świata jako przyczyna II Wojny Światowej. oraz: Kampania wrześniowa 1939 r. Eugeniusz Januła: Słowacja – trzeci agresor. i to: Niezależny Portal Finansowy: „Wojna na sankcje”…”za wolność naszą i waszą”. Bruksela dzieli wsparcie dla rolników, Warszawa mówi NIE.

„Jakby Putin nie był głupim kacapem, to by wiedział…”

… właśnie najgorsze jest to że on DOSKONALE WIE o tym wszystkim a i jeszcze o wielu innych rzeczach. To tylko my udajemy przed sobą że przecież gdyby wiedział to… No właśnie co? Byłoby inaczej? A kiedy to było nam z Rosją po drodze? 🙂 Putin o tym właśnie wie i historię naszych krajów zna doskonale, kto i kiedy był agresorem a kto się bronił (i przed czym).

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Dlatego wie jak dymać nas na gazie byśmy i my wiedzieli kim dla niego jesteśmy (kraje leżące dalej od Polski na trasie tranzytu płacą przecież mniej od nas tylko dlatego że nie noszą nazwy Polska!). Wie również o podkupywaniu i podkopywaniu branży łupkowej, która jest zagrożeniem dla rosyjskiej polityki uzależnienia nas energetycznie, czyli: 1) zgarnianie koncesji poszukiwawczych przez podstawione przez Rosjan firmy; 2) dogadywanie się w tym procederze z amerykańcami którzy nie zdążyli nawet porządnie oszacować polskich złóż, by po chwili podpisać kontrakty na projekty wydobywcze we współpracy z rosyjskimi firmami, (na ile jest to biznes a na ile polityka kupczenia przez USrańców interesem Polski Bóg jeden wie, ale swojego czasu po tzw. „resecie” interesów USA we wschodniej Europie między USA i Rosją doszło do jawnej współpracy również energetycznej).
Wie i o innych rzeczach jak np. próba sięgnięcia swojego czasu za pośrednictwem giełdy po Spółkę „Azoty”, która jest ważnym ogniwem polskiej gospodarki gazem (jeden z największych odbiorców tego surowca)… To wszystko są elementy gry politycznej w postaci próby podporządkowania sobie Polski przez Rosję.

Należy oczywiście pamiętać o „pomocy”, jakiej udzielają Rosji w tych wszystkich kwestiach „nasze” nieudolne władze. Jak np. odwlekanie w czasie uchwalenia jednoznacznych i korzystnych dla poszukiwaczy złóż „łupkowych” przepisów (łącznie z podatkowymi), jak i podejrzanie długa budowa gazoportu, w którym Polska mogłaby przyjmować skroplony gaz z innych źródeł (pomijam tu strasznie niekorzystną dla Polski umowę na katarski gaz, po cenach dalece niekonkurencyjnych wobec rosyjskiej oferty). Czy te wszystkie „potknięcia” polskich decydentów około „bezpieczeństwa energetycznego” (a i kilka jeszcze innych związanych z pogrążeniem polskiego węgla na rzecz unijnej fiksacji na punkcie obniżania emisji CO2) to tylko przejaw „polskiego rozgardiaszu”, czy też może wpływ agentury. Nie mam pojęcia (ani dowodów) na taką działalność, ale założę się (i po owocach poznaję) że tak jak durniów i złodziei, tak i agentów w Polsce z pewnością nie brakuje, bo nigdy nie brakowało (również rosyjskich na co Caryca Katarzyna II broniła swojego czasu „demokracji szlacheckiej” w Rzeczypospolitej, tak jak teraz jej bronią POPISy i cała reszta socjaldemokratycznej hołoty)…

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Putin durniem nie jest. To my sami robimy z siebie „niewiedzących” (bo tak łatwiej żyć). Nie potrafimy też odróżnić i podchodzić na zimno do tego, że interes Polski był od zawsze w sprzeczności z interesem Rosji a w związku z tym obrażanie się na Rosję czy Putina za to jakimi są w stosunku do nas, jest po prostu niepoważne. Putin jest „władcą” Rosji a nie Polski, a w związku z tym będzie się zawsze zachowywał (dla nas) jak „głupi”, albo hipokryta w kwestiach spornych czy to w dyplomacji, czy w handlu a w końcu wobec historii w której nasze narody niejednokrotnie ze sobą rywalizowały. Oczywiście to nie przeszkadza Putinowi w przybieraniu kiedy trzeba maski „zatroskanego” losem Polaków. Nie zawaha się on bowiem przed żadnym draństwem wobec Polski, kiedy widzi w tym korzyść dla Rosji… Przykład? Proszę bardzo…. „Głos Rosji” (cóż za wymowna nazwa 🙂 ) upomina się o krzywdę Polaków…

2. „Głos Rosji” o tragedii wołyńskiej: komu służy ta cisza?

„Ma­sa­kra Po­la­ków na Wo­ły­niu – kto ko­rzy­sta na zmo­wie mil­cze­nia?” – pyta w swoim ar­ty­ku­le dzien­ni­kar­ka „Głosu Rosji”, Sve­tla­na Kal­my­ko­va. Swój tekst roz­po­czy­na od su­ge­stii, że ukra­iń­ska pu­blicz­na te­le­wi­zja w ogóle nie wspo­mi­na o tym wy­da­rze­niu. „Hi­sto­ry­cy i wła­dze Ki­jo­wa nie po­win­ny mówić o tym gło­śno; cho­dzi o to, by ukryć strasz­ną praw­dę o zbrod­niach po­peł­nio­nych przez UPA. Ale Pol­ska też mil­czy na temat tych fak­tów, choć co naj­mniej 35 ty­się­cy Po­la­ków zo­sta­ło be­stial­sko za­mor­do­wa­nych (do­kład­na licz­ba ofiar rzezi wo­łyń­skiej nie jest znana; sza­cu­je się, że łącz­nie na Wo­ły­niu mogło zgi­nąć nawet ok. 100 tys. Po­la­ków – przyp.​red.)”.

Jak pisze „Głos Rosji”, ma­sa­kra wo­łyń­ska różni się od in­nych zbrod­ni et­nicz­nych przez jej szcze­gól­nie okrut­ny cha­rak­ter. „Jed­nost­ki UPA na­pa­da­ły na oko­licz­ne wsie i go­spo­dar­stwa rolne na­le­żą­ce do Po­la­ków i do­ko­ny­wa­ły be­stial­skich eg­ze­ku­cji. Ma­sa­kro­wa­li całą po­pu­la­cję: od nie­mow­ląt do star­ców. Prze­bi­ja­no oczy, ćwiar­to­wa­li ciała…” – pisze dzien­ni­kar­ka „Głosu Rosji”.

Do­da­je, że ma­sa­kra nie miała na celu ni­cze­go in­ne­go, jak po­zby­cia się Po­la­ków. Przy­po­mi­na, iż ofia­ra­mi byli też Żydzi, Ro­sja­nie.

Jeśli cho­dzi o Wołyń, to trze­ba przede wszyst­kim za­kwe­stio­no­wać za­sad­ność pol­skich władz do tego te­ry­to­rium. Wielu pol­skich po­li­ty­ków wciąż jest prze­ko­na­nych, że za­chod­nia Ukra­ina jest czę­ścią Pol­ski – w tych sło­wach spra­wę ko­men­tu­je na­to­miast Wła­di­mir Ołen­czen­ko z ro­syj­skiej Aka­de­mii Nauk.

„Głos Rosji” przy­po­mi­na rów­nież, że w cza­sie ostat­nich 20 lat ukra­iń­skie wła­dze ani razu nie po­tę­pi­ły dzia­łań UPA i OUN. „Było wręcz prze­ciw­nie” – czy­ta­my w ar­ty­ku­le, któ­re­go au­tor­ka wspo­mi­na, że były pre­zy­dent Ukra­iny, Wik­tor Jusz­czen­ko, uznał na­cjo­na­li­stę Ste­pa­na Ban­de­rę za „bo­ha­te­ra na­ro­do­we­go”…”

całość tu: wirtualnapolonia.com

…prawda że wzruszające? A jakie pouczające! Zwłaszcza wobec załatwienia (przy okazji) kwestii przynależności terytorialnej Wołynia, choć jeszcze nie tak dawno Putin proponował Polsce rozbiór Ukrainy a sam interweniował (oczywiście nieoficjalnie) w Donbasie w obronie mniejszości rosyjskiej (jakby na Wołyniu polskiej mniejszości nie było 🙂 ). Wylazła tu cała perfidia imperialistycznych ciągot Rosjii do dzielenia i rządzenia bez względu na fakty.

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

To miło że „Głos Rosji” pamięta o krzywdach Polaków doznanych od UPA na Wołyniu. Jestem za to osobiście na prawdę wdzięczny zwłaszcza że nikt z „naszych” „umiłowanych przywódców” (co również z wielką troską wytyka rosyjska gazeta) nie potrafi się o to u Ukraińców upomnieć… Ale czy „Głos Rosji” mógłby przy okazji poprosić, lub w równie dobitny sposób zapytać Putina o Katyń i całą masę zbrodni popełnianych w „wyzwolonej” przez ZSRR Polsce (niechby chociaż przestał przy każdej rocznicy opowiadać o tym że w 39 tym ZSRR Polskę wyzwoliło). Może chociaż oddałby wrak Tupolewa? Albo pal licho tę historię którą przecież sami dobrze znamy (bez łaski Putina), niechby chociaż otworzył nam archiwa KGB i GRU na temat zdrajców i konfidentów z czasów PRL, którzy do dziś nie zostali rozliczeni za swoją zbrodniczą działalność, a ciągle żyją pousadzani w różnych organach władzy państwowej i sądowniczej… A potem bardzo chętnie będę czytał i dziękował za to jak Rosja troszczy się o nasze nierozliczone historie z innymi sąsiadami.

Hipokrytów nie cierpię strasznie. Pytanie do dziennikarki „Głosu Rosji” brzmi: a kto korzysta w Rosji i w Polsce na zmowie milczenia w sprawach przeze mnie wymienionych a nie rozliczonych? Niech się Rosja rozliczy z nami bez udawania naszych przyjaciół i zatroskanych naszą krzywdą której nie jest ani żyrantem ani nie dostała upoważnienia żeby się za nas czegoś dopominać… Jak ktoś nie widzi o co w tej gierce Putinowi chodzi to ja mocno współczuję… „Zobaczyła żaba że konia podkuwają i sama łapę podstawia” 🙂

Powtarzam że nie mam za złe tego, że medium Putina pamięta o krzywdzie Polaków, miło mi jest to czytać i wiedzieć że Rosjanie też mogą o tym przeczytać. Ale ten tekst nie został napisany po to, żeby się upomnieć za nas o naszą krzywdę, ale został napisany dla politycznych celów Rosji (to widać gołym okiem!). Chodzi o to by podsycać nieufności między nami a naszą najbliższą zagranicą (Ukrainą), co nie jest w naszym interesie tak samo jak nie jest w naszym interesie rozwój banderyzmu na Ukrainie, ale nie możemy zamieniać jednego na drugie! Musimy do obu spraw zachować zimny i zdrowy dystans, i nie dać się omamić „dobrą wolą” Kremla. Tak jak należy z uwagą przyglądać się temu co robi Poroszenko na Ukrainie (bo on tam teraz hospodar, z nadania to z nadania ale Janukowycz też był z nadania), tak z JESZCZE WIĘKSZĄ uwagą należy przyglądać się temu co robi Putin… Ja wiem że on w Donbasie i na Krymie broni interesów Rosji (ma do tego „prawo” – silniejszego 😉 ), ale nie dajmy się zwieść że on chce przy okazji ująć się za naszą krzywdą bo to bzdura.

Putin będzie rzecz jasna jeszcze nie raz sobie nami gębę wycierał – aż do skutku (obyśmy tego skutku nigdy nie musieli odczuć na własnej skórze)… Nie dajmy się nabierać na pojednawcze gesty, bo gdyby Putin na prawdę chciał z nami pojednania (a nie wyłącznie sterowania nami we własnym interesie jak jedną ze swoich „republik”) to mógłby nas sobie zjednać w jednej chwili załatwiając jedną z tych spraw o których wspomniałem.

…Czy w związku z tym należy Putinowi jak niektórzy uważają pomóc? (Odys)

3. Lachy pomogą Putinowi, ale tylko w Chrystusie.

„W trudnym, czy może nawet przełomowym momencie dla Rosji, Lechici wyciągają rękę sąsiedzkiego porozumienia w stronę Rosjan. Nie może być inaczej, od losów Rosji zależą obecnie losy i naszej całej Lechickiej Cywilizacji, a nie tylko strzępów dawnego PRL, z którego jesteśmy wypędzani przez zagranicznych właścicieli naszych ziem. Patrzenie na ludobójstwo Rosjan, którzy wyniszczani – znikają z mapy narodów – nie jest czymś obojętnym dla nas. Pomoc w potrzebie jest to dla nas ważną – fundamentalną – postawą katolicką, a także i narodową, bo i my również jesteśmy na tej samej liście śmierci. Podając więc rękę Rosjanom podtrzymujemy nasz własny obóz, czyli pomagamy samym sobie.

Rosja swoim potencjałem przestrzennym i ideowym, sięgającym od naszej części Europy, aż po granice z Japonią, jest  ustalonym i przewidywalnym dla nas elementem stabilizacji cywilizacyjno – politycznej, który jako taki daje nam niezbędne zaplecze geopolityczne. Bez Rosji skutecznie kontrolującej swe tradycje strefy wpływów i nasze relacje z naszymi sąsiadami musiałyby ulec jeszcze gwałtowniejszej zmianie i to na naszą niekorzyść. Pozytywny fakt oparcia się Polski o ten wielki mur rosyjski jest niezbity i jako taki jest częścią  konstrukcji naszego i państwa, i zapleczem terytorialno-biologicznym naszego narodu. Osłabienie tego muru nie leży w polskim interesie!

Jest faktem bezdyskusyjnym, że tak historycznie, jaki współczesne relacje Polski z Rosją były i są bardzo trudne. Ale jest bardzo wiele okoliczności historycznych, które są w Polsce przemilczane, czy wręcz zakłamane, a nie zawsze stawiają one Rosję w bezdyskusyjnie niekorzystnym świetle, a Polskę w roli niewinnej ofiary. O ile rola Rosji w rozbiorach jest omawiana już na poziomie szkoły podstawowej, to rola Polski Piłsudskiego w ustanowieniu imperium bolszewickiego jest całkowicie nieznana. A jest przecież oczywiste to, że bez destruktywnej roli Piłsudskiego w stosunku Białej Rosji, bolszewia nigdy by nie mogła rozlać swego rakowego polipa na tak gigantycznych obszarach i nigdy nie mogłaby ustanowić Kraju Rad. Piłsudski odegrał w stosunku do Białych taką samą rolę zbrodniczego sabotażysty, jak zaraz potem państwa ościenne w stosunku do Polski w 20 roku, kiedy to utrudniały one dostawy zaopatrzenia wojennego do Polski. W tym kontekście porównywanie opresji carskich w okresie rozbiorowym z okresem bolszewizmu – jego ludobójstwem –  nie daje nam walorów cnoty w jakichkolwiek historycznych porównaniach. I nie popadajmy  tu w polski fetysz indywidualizmu polegający na tym, że Polak nie poczuwa się do odpowiedzialności za ogół, lub za władzę zwierzchnią – to typowo polski grzech, zwany w teologii katolickiej „grzechem cudzym”. Każda władza, nawet najbardziej brutalna  czy obca nie stanowi usprawiedliwienia dla pasywnego społeczeństwa, którym ona poniewiera. Społeczeństwo ma głęboko moralny – teologiczny –  obowiązek zwalczać niemoralną władzę ze wszytkach sił i każdymi środkami. To dlatego, że zło czynione przez władzę spada – w oczach Stwórcy – na konto grzechów tego społeczeństwa. Tusk swoimi zbrodniami przeciw Polsce obciąża nasze sumienia i to my Polacy mamy na rękach krew niewinnych, bo nie potrafimy tego bandyty obalić. I podobnie było z Polską Piłsudskiego – krew narodów Rosji pokalała nasze ręce. Pomnik bolszewika gwałcącego polską ciężarną kobietę był bardzo autentyczny, ale tylko w swej doraźnej wymowie. Bo takich zgwałconych ciężarnych kobiet było wiele, także i w Rosji – Rosjanek gwałconych przez te zwierzęta, z którymi Polska zawarła pakt pokojowy, nie popadajmy więc w samookłamywanie się.

Dziś nie chodzi jednak o rozliczenia historyczne, ale o ratowanie Polski przed rozpadem – to plan minimum, a plan maximum to – miedzy innymi – otwarcie opcji poszerzenia naszych granic terytorialnych, a nie dotyczy to jedynie granic wschodnich. Ta obecna trudna rola Rosji, która w końcu chyba przestała się zgadzać na swe przerażające upokorzenia, sprawia, że Rosja potrzebuje sojuszników do tego, aby moc stawić czoła globalistom.

Polska takim sojusznikiem Rosji może zostać – i to mimo obecnych władz w Warszawie. Władze kacyków unijnych Tuska, Komorowskiego i reszty tej swołoczy niższego żołdu, dawno już utraciły tytuł legalności konstytucyjno-prawnej i zerwanie listka wstydu z tych bandziorów nie musi być trudne czy tym bardziej niemożliwe. A taka okoliczność – strach – jest chyba brana pod uwagę przez obecnych przedstawicieli okupantów, którzy chyłkiem wprowadzają przepisy o prawie do wprowadzenia na teren Polski obcych „sił porządkowych”. I w takim kontekście to te nagłe manewry NATO są chyba bardziej wymierzone w Polskę niż w Rosję. Bo kto wie, czy przy okazji tych manewrów, nie zostaną ustanowione jakieś stale przyczółki baz, będących zapleczem dla Gladio, albo Izraela. Byłoby to ustanowienie w Polsce ośrodków zbrojnych i policyjnych, i wojskowych, które byłyby gotowe do akcji przeciw Polakom.

Jest zupełnie możliwe, że Rosja może sobie sama poradzić z tym strasznie rozrośniętym nowotworem, ale niewątpliwie będzie to okupione ogromnymi szkodami cywilizacyjno- mentalnymi, a co nie wyjdzie nam samym na dobre. Problem ten ma bardzo wiele aspektów. Weźmy jeden z nich:  tak w Polsce, Rosji , czy w innych krajach używa się błędnych pojęć: Zachód, Europa etc. Rosyjscy demagodzy od Putina  atakują „Zachód”, a  zachodnie politruki tego „Zachodu” bronią. Zaś ani jedni, ani drudzy nie mają racji.  „Zachód” nie jest pojęciem geograficznym czy narodowościowym , a jest pojęciem ściśle cywilizacyjnym  – „Zachód”, „Zachodniość” tzn. Prawo Rzymskie w połączeniu z wyznaniem katolickim. A według tego prostego kryterium obecna Francja nie jest już Zachodem, ani też Zachodem nie jest np.  Bundesrepublika Angeli Merkel. A tak jest już od dawien dawna i jest to proces dynamiczny. „Zachód” zaczął umierać na zachodzie z chwilą ustabilizowania się tam protestantyzmu, którzy żadnym chrześcijaństwem nigdy nie był, a jest jedynie „judaizmem z wieprzowiną”, jak to definiował filozof Heine. Podobnie jest z drugim członem symbiozy tworzącej „Zachód”-  z widzialnym Kościołem Świętym. Z chwilą pogodzenia się  papieży z okupacją narodów katolickich przez zbory protestanckie w krajach zachodnich Święty Kościół Katolicki, w swej widzialnej postaci, rozpoczął okres swego upadku, a którego najlepszą ilustracją jest obecny błazen ubrany na biało , który jak cyrkowa małpa jest obwożony białym jeepem wśród prostackiej gawiedzi.

Oprócz więc całego ogromu pomieszania, jesteśmy dodatkowo w sytuacji rozwoju błędnych pojęć, nadużywanych przez krzykaczy obu stron, które to pojęcia – z czasem, na trwale –  mogą się zakorzenić w naszej świadomości, a co nie byłoby korzystne dla jasnego rozumienia sytuacji. Zachód jest dodatkowo zaatakowany przez orient, a głównym jego przedstawicielem jest judaizm, który ma wybitną zdolność do podszywania się pod przeróżne instytucje, idee czy wyznania, a nawet osoby fizyczne.   Trzeba zatem spróbować spokojnego spojrzenia na te problemy. W pierwszym rzędzie – w  rozważaniach czy ocenach – rozdzielać narody od ich nielegalnej władzy, a nawet struktury państwowe, które są już zupełnie obcego pochodzenia, a w Polsce – co szczególnie ważne – nawet od jej okupantów. Należało by ideę , wiarę odróżnić od jej fałszywej powłoki, żydów usunąć ośrodków nominalnie polskich, tzn.  ożywić hasło „Polska dla Polaków”

…Kiedy więc Lechici na nowo rozpoczną budowę Pospolitego Ruszenia, musi to być Ruszenie pod wezwaniem Jezusa Chrystusa Króla Polski. Rozmowy zaś w Rosjanami muszą odbywać się w Chrystusie Królu. Między Lachem a Rosjaninem:  Chrystus, w Chrystusie i dla Chrystusa.

….a Putin? …. Putin jak chce, może się do nas przyłączyć, pomożemy mu, ale pod warunkiem, że  w Jezusie Chrystusie Królu Polski.”

całość tu: wirtualnapolonia.com

…Na początek chciałem autora zapytać o co chodzi w tym nazywaniu Polaków „Lachami”? Przecież to jednoznacznie pogardliwe określenie, używane z lubością od wieków wobec nas przez wschodnią swołocz… Podobnie jak nadużywane (ot dla samej dzikiej satysfakcji, podbudowania własnej wyższości czy może innej sytuacji materialnej? – nie wiem) przez niektórych „rodaków” słowo „goj” – charakterystyczne z kolei dla swołoczy żydowskiej… Czy to normalne żeby osoby podające się za polskich patriotów używały takich określeń wobec innych Polaków, na mańkę tych, którzy „stoją za wszystkim” i przed którymi nas się przestrzega, oraz na mańkę tych w których niedźwiedzi uścisk nas się wpycha? Ale wracając do rzeczy to chciałem zapytać o jakiej Rosji rozmawiamy?

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

O tej która jest „w żalu po śmierci Mikulskiego”? A może o tej z „czterech pancernych”? Albo o tej, która według WYRAŹNYCH słów samego Putina zgodzi się na NWO ale pod swoimi warunkami? Czy też może o tej, w której Putin nakłada na Polaków sankcje gospodarcze? (bo chyba Putin zdaje sobie sprawę że „polski rząd” wyżywi się sam, a jedyne co Rosja osiągnie tymi sankcjami to rosnąca nieufność właśnie zwykłych Polaków wobec Rosji) A może chodzi o tę Rosję, która wiecznie po kryjomu knuje ze swoimi agentami którzy tu pozostali po „obaleniu komuny” by pilnować interesu i kombinować jak nas wydymać na gazie i ropie, oraz jak podkupić polskie firmy za pośrednictwem użyciem „lichwiarskiej” giełdy? W jaki sposób Rosja zamierza stosując te wszystkie zagrywki przekonać jednocześnie Polaków do tego że widzi w Polsce (tak jak to się w artykule przedstawia) „sojusznika” (i do jakiej konkretnie sprawy?).

Czy Rosja, która ma prawo dbać o swój interes (ja to wszystko rozumiem i nie dziwię się wcale) „musi” nam wiecznie podsrywać i traktować jak dziwkę, nie różniąc się w tej materii NICZYM od tzw. „zachodu”, którym z tego samego powodu (niewolenia państw narodowych) pogardza? „Wiódł ślepy kulawego” i „przyganiał kocioł garnkowi” 🙂 Ruski nacjonalizm w miejsce brukselskiej babilońskiej niewoli… Ot! z deszczu pod rynnę.

Silna Rosja jest w takim samym polskim interesie jak silna Ukraina czy Niemcy… Niech się zagryzą wszyscy na śmierć, byle Polska chociaż raz nie dała się wepchać w jakąś awanturę. Bo w interesie Polski jedynie silnym państwem jest POLSKA (tylko i wyłącznie). Poprawne kontakty handlowe i dyplomatyczne proszę bardzo! Nigdy jednak nie przytulę do serca narodu, który w większości uważa że 17 września 1939 r. dokonało się „wyzwolenie Polski” i że cały powojenny okres PRLu (przywiezionego w teczce z Moskwy), to był okres normalnych stosunków polsko-rosyjskich (a tak dziś uważa Putin chwalący się i pielęgnujący pamięć ZSRR – najbardziej zbrodniczego wroga i okupanta Polski).

Ja tam nikomu nie zabraniam myśleć jak Pan Cierpisz, ale mnie z tą „logiką” i z tym „wielkim rosyjskim murem” o który jak pisze autor powinniśmy się oprzeć jakoś nie jest po drodze, albowiem ten mur to miejsce polskiej kaźni której Putin nie chce obiektywnie potępić. Więc dopóki w Rosji nie nastąpi zgodne z prawdą rozliczenie swojej historii i porzucenie zapędów imperialistycznych wobec sąsiadów, to nie może sobie Rosja wymagać zrozumienia/poparcia u Polaków dla jej obecnej racji stanu (a już nie daj Boże jakiejś pomocy), która jest wbrew temu co sugeruje autor sprzeczna z Polską racją. „Co było a nie jest nie pisze się w rejestr” to lewackie myślenie a katolicka zasada przebaczenia i pojednania nie występuje tam gdzie nie ma żalu za grzechy, zadośćuczynienia i postanowienia poprawy. Nie chcę żyć ciągle przeszłością. Piłsudski zrobił źle nie pomagając Białej Rosji, ale czy przypadkiem Piłsudski nie był socjalistą, i czy pomimo tego nie walczył przede wszystkim o Polskę niepodległą z tą samą bolszewią której nie pomógł Białej Rosji zniszczyć? Czy przy pomocy wybitnych dowódców nie powstrzymał jej ostatecznie zamiast ją po prostu wpuścić do Polski? I co to za sugestie o „grzechu cudzym” pomieszanym z „pasywnym społeczeństwem, którym władza poniewiera”? Gdzie tu odpowiedzialność samych Rosjan za bolszewię? Panie Cierpisz Pan bredzisz! To nie my powinniśmy się za bolszewię kajać, a Rosjanie którzy dali sobie ją narzucić i jeszcze za nią poszli wpieriod mordując, rabując, gwałcąc i pustosząc wszystko na swojej drodze. A zatem dopóki Rosja nie rozliczy się najpierw sama ze SWOIMI demonami (dziś chyba może już to zrobić więc czemu tego nie robi?), a zwłaszcza z tymi które nękały Polskę, to dyskusja o pojednaniu we wspólnej krzywdzie jest (przynajmniej dla mnie) marzeniem ściętej głowy. Jak wspomniałem nie chcę Rosji wypominać „zamierzchłej historii”. Niech Putin odda Tupolewa, otworzy archiwa ZSRR dotyczące tych wszystkich „żydów” (wszak przecież tylko o nich idzie nieprawdaż?) którzy mordowali Polaków i rabowali nasz narodowy dobytek (i do dziś rabują!). Na co Putin czeka skoro to nasz wspólny wróg? Czemu on tych ludzi chroni zamiast pomóc nam i jednocześnie sobie zyskując dzięki temu dozgonną sympatię narodu polskiego? No czemu?! Czemu utrzymuje Polskę w „zażydzeniu” i czemu Pan sugerujesz że tak „zażydzony” polski(?) naród powinien Putinowi pomóc?
Póki nie nastąpi ze strony Rosji akt dobrej woli (chociażby w traktowaniu Polski jak PARTNERA a nie jak k… do rżnięcia), to nie ma co od Polaków wymagać że Putin ze swoimi „jajami” (a i owszem w interesie Rosji coś tam w spodniach ma 🙂 ale TYLKO w tym interesie) będzie wystarczająco godny zaufania… Z sąsiadem zawsze w zgodzie żyć trzeba (zwłaszcza z silniejszym!), ale zachłystywanie się tym jaki to on nam potrzebny silny (choć nas wyzyskuje do spółki z USraelem i Niemcami) i sprawny trąci co najwyżej (nie dokończę… każdy niech sobie sam dopowie)
Polecam lekturę – „Odkłamać wczoraj i dziś”. Spotkanie z prof. Mieczysławem Rybą. Rosyjska „durnoj sintez”

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Oczywiście że nie możemy też stawiać Rosji żadnych żądań (w sumie będę pisał za siebie żeby nie wejść w „deklaratywny” ton Pana Cierpisza że oto „MY” Putinowi pomożemy 🙂 co brzmi jeszcze bardziej fantazyjnie od domagania się przeze mnie prostej sprawiedliwości dziejowej od Rosji – co mogłoby nasze narody zbliżyć bardzo szybko! bez niepotrzebnego rzucania kamieni na szaniec)… albowiem nie jestem naiwny a tylko sobie głośno fantazjuję, nie mniej do tego uprawniony od Pana Cierpisza, który tu wchodzi w buty jakichś „MY” i już niemal wysyła kontyngent polskich patriotów żeby Putinowi „w imię Chrystusa” (którym sobie Putin poprzez kupioną Cerkiew próbuje pysk wytrzeć) pomóc. Guzik mnie obchodzi że on jakieś idiotki z „Pussy coś tam” zamknął na życzenie Cerkwi do pierdla (albo traktujemy to jako coś normalnego, albo rzeczywiście powinniśmy teraz Putina ogłosić świętym 🙂 ) czy że zabronił homoparad, bo to są jego problemy w Rosji która po pierwsze jak widać też ma problemy z moralnością i też pomału dziczeje zarażona „zachodem” (tak samo jak i my).

Pytanie jak to się stało, że mimo panowania w Rosji tak „bogobojnego” nieprzesiąkniętego zgnilizną zachodu Cara, Rosja została doprowadzona do tak marnego stanu w jakim się obecnie znajduje (i nie mam tu na myśli zbilansowanego budżetu). tj. zdemoralizowana i wyludniona, zagrożona przez chińskie osadnictwo i skłócona z Europą? Czy to nie sam Putin i jego „biała gwardia” odpowiada za ten stan rzeczy. Przecież on na zmianę z Miedwiediewem rządzi już tyle lat! Jak to w ogóle możliwe, że jeden człowiek musi ogarniać i myśleć za cały naród, bo mu się inaczej państwo rozleci? Dlaczego ten rosyjski naród jest taki bezbronny i tak bardzo UZALEŻNIONY od surowców (a w zasadzie od jednego). Kto ten rosyjski naród tak skundlił? Gdzie ta rosyjska „biała” inteligencja i czemu brata się z bolszewikami/KGBistami a nie z narodem? Czemu oni wszyscy trzymają dolary na kontach zagranicznych i na zachód posyłają swoje dzieci do nauki skoro ten zachód zły i należy z nim walczyć? Oczywiście z czystego pragmatyzmu, więc proszę Pana Panie Cierpisz nie opowiadaj Pan bajek o jakiej moralnej wyższości Putinowskiej Rosji bo to bzdury są. Posłużę się cytatem znalezionym w internecie. Pisze „abc” 22/12/2014:

„…jak można traktować kraj który śpi na ropie i gazie, do tego ma dostęp do cennych metali, a mimo to nie potrafi wyprodukować zwykłych dóbr konsumpcyjnych? Nie potrafi nawet jabłek wyhodować (może i potrafi – ale magazyny do przechowywania to już za trudna technologia).
Nie ma nawet technologi, która pozwoli utrzymać i rozwijać wydobycie ropy i gazu? Musi polegać na tym strasznym zachodzie.

Jak traktować tak wielki i bogaty surowcowo kraj z potencjałem ekonomicznym mniejszym od kaliforni? jak traktować kraj który był jeszcze niedawno lubiany przez ukraińców a teraz jest przez nich nienawidzony? Jak traktować kraj którego nie lubią i trzymają dystans wszyscy sąsiedzi? Tak wiem spisek ameryki. Ale trzeba być niezłym „fool” aby dopuścić do takiej sytuacji.
Do tego odgrażanie się się że jak Europa i USA nie chce to polecimy schować się pod spódnicę do Chin tylko pokazuje słabość Rosji. Chiny może ich przygarną ale nie za darmo.

Rosja idzie na dno. Można się obrażać na Amerykę, śmiać z bycia kolonią Waszyngtonu itd. Ale to Rosja idzie na dno. To rosjanie właśnie zaczną mieć problemy życia codziennego. To Rosjanie maja ogromne dysproporcje w majatku (od bogaczy do biedoty) i to biedota będzie miała puste żołądki. A jak wiadomo to od pustych żoładków zaczyna się przewroty. I na nic wyśmiewanie przez zaciśnięte zęby że to sponsorowane z USA. Przewrót to przewrót.
A Rosja to państwo silne słabością swoich obywateli. Piekło libertarianina, raj socjalisty. To musi upaść…”

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Zamiast dowalać Polakom od tej strony że „zaniedbują” Rosję skupmy się na tym co możemy najpierw dla siebie zrobić. Mnie interesuje Polska a nie Rosja (na pewno nie „taka”), ale taka Polska w której to nie Putin nam niesie „pomoc” (zamykając Maleńczuka czy Nergala – co mi po tym?) ale gdzie sami sobie pomagamy (w pierwszej kolejności), tak że Maleńczuki, Nergale i cała ta zsatanizowana i zlewaczona gawiedź siedzi jak trusia i zajmuje się sobą w swoim środowisku, i polskiej tradycji nie rusza nie ze strachu przed Putinem a z szacunku do wypływającej z tej tradycji siły narodu. To jest nasz priorytet – POLSKA na pierwszym miejscu! Zanim wyruszymy z „krucjatą” na wschód, żeby się znowu wykrwawić za tych którzy nie są nam ani braćmi (słowiańszczyzna? a co to za nowe/stare pogaństwo?) bo ani długu u nich żadnego nie mamy, ani podziękowania nie ma co oczekiwać, za to krzywdy do tej pory ani nie uznane ani nie zadość uczynione a co najwyżej pogarda (dla „lachów”)… Lubię „styl” Putina bo podoba mi się jako mąż stanu i życzyłbym sobie kogoś takiego (z takim kategorycznym podejściem do interesu narodowego) na polskim tronie (a nie w parlamencie – „parle” mowa, przemówienie), który raz określiłby Polskę jako kraj wolny od wszelkich obcych wpływów i danin na ich rzecz (czy to z krwi czy to z pracy) a obywatelom dał WOLNOŚĆ i własność nad tym co tylko będą w stanie wypracować… A Rosja? Rosja sobie poradzi i bez nas i bez Ukrainy (do której teraz musiałaby dopłacać miliardy a co za nią i w porozumieniu z nią będzie robił „zachód” również za nasze pieniądze) w którą też w głupi sposób się uwikłała, tak że Putin bidulek nie wie teraz jak się z tego wyplątać bez strat na budżecie (który mu się rozsypuje po spadkach ropy i deprecjacji Rubla) i na prestiżu (głównie u swoich rzekomo „białych” sztabowców). Jeśli wybuchnie wojna to będzie to taka sama wina Putina jak i USA (większa rzecz jasna przypadnie temu kto zacznie). Jeśli nie wybuchnie to tylko od szybkości omiatania pałką milicyjną będzie zależało jak długo Putin utrzyma porządek w Rosji przy tak spadających dochodach państwa z powodu niskich cen ropy i słabej walucie. Oby sobie poradził i nie musiał używać armii ani milicji żeby utrzymać porządek.

W związku z tym wiem też doskonale dlaczego Putin puszcza oko do NWO 🙂 i nie mam mu tego za złe (bliższa koszula ciału – „jak nie możesz ich pokonać to się przyłącz”), ale rozpatruję ten przypadek jako niemal jedyny na tym forum (zdziwiony że żaden z uczulonych na masonerię i żydów „specjalistów” których na nim nie brakuje, nie zauważył tego gestu 🙂 ) i to mnie trochę niepokoi a trochę bawi, zwłaszcza w kontekście słów Pana Cierpisza o tym że „Rosja potrzebuje sojuszników do tego, aby moc stawić czoła globalistom”. Natomiast póki widzę te niuanse to nie mogę nad nimi przejść do porządku dziennego. Co nie znaczy że nie zostawiam sobie furtki pewnej tolerancji na to co ma do zaoferowania Polsce Rosja, bom nie jest na tyle głupi ani też zajadle pamiętliwy, żeby nie kalkulować ekonomicznie, albo żeby się (jak robią to nasi „umiłowani przywódcy” głównie z opozycji) uzbrojonemu w kałacha szabelką odgrażać. Rosja to ogromny rynek zbytu i źródło względnie tanich jak ktoś umie negocjować z Rosjanami surowców (zwłaszcza energetycznych, od których się sami uzależniliśmy za sprawą „umiłowanych przywódców”)…

Wybierać nam między zachodem a wschodem nie trzeba (wiemy co Polskie to tego się trzymajmy i zróbmy najpierw u siebie porządek zanim „pomożemy” Putinowi podbić NWO 🙂 ) ale że niestety w ten sposób mówić można by było dopiero w normalnych warunkach, w których nasz naród się obecnie nie znajduje, to i nie musimy sobie trawić głowy na wybór, bo już za nas wybrano (tego też jestem tego świadomy) i szkoda tylko, że owej beztroski nie można również rozciągnąć na konsekwencje owego wyboru. Pomyślałem więc sobie, że co mi szkodzi napisać o moich wątpliwościach odnośnie „pomaganiu Putinowi w imię Chrystusa” i że warto pewne sprawy sobie wyjaśnić zawczasu (choćby i w założeniach) żeby być np. gotowym na jak to się mówi „najlepsze”, co każdemu może się jak ślepej kurze ziarno trafić, a co Polsce się czasem na przestrzeni dziejów trafiało („gdzie dwóch się bije” i gdzie „każdy swego”)…

W skrócie chodzi tylko o to że jak dla mnie to Putin jest tak samo (tylko w innym wymiarze) „dobry” dla nas jak ten „zachód” cały (nie interesuje mnie i nie mam zamiaru się kłócić czy mniej czy bardziej – co za różnica)… Polacy powinni Reja pamiętać „że swój język mają” i swoich wartości winni pilnować zamiast przyklejać się czy to do babilonu czy to do bizancjum…. Jako wolny człowiek mam prawo wątpić w to co Pan Cierpisz nastręczył w swoim artykule. Zwłaszcza że….

4. Polityka rosyjska wobec Polaków (Aleksander Gella) czyli Bracia Moskale nigdy nie istnieli (Andrzej Talaga).

„…Metodą wspólną dla wszystkich trzech zaborców były wysiłki, w pewnym stopniu udane, zaadoptowania do własnych usług najmożniejszych rodów, a umniejszania prawa całej pozostałej masy szlachty polskiej. Najradykalniej sprawę załatwiła Rosja. Już Katarzyna II specjalnym dekretem podzieliła szlachtę polską na sześć kategorii, narzucając restrykcje na szlachtę wyznania rzymskokatolickiego. Umożliwiło to carom kreowanie nowej szlachty — urzędniczej, podzielonej według nomenklatury zbliżonej do rosyjskiej. Katarzyna również rozpoczęła deportacje rodzin szlacheckich z Polski w głąb Rosji już w dwa lata po I Rozbiorze. Pierwszymi ofiarami tej polityki byli konfederaci barscy. Obliczano te ofiary na 3 do 6 tysięcy. Wcielano ich do pułków kozackich. Karol Lubicz Chojecki, jeden (lub jedyny) szczęśliwy, któremu udało się zbiec i ,,idąc po gwiazdach” powrócić do Polski, podaje ich liczbę na 5.600. Pozostały po nich ślady w zachowanych czysto polskich szlacheckich nazwiskach w zruszczonych rodzinach rozsypanych na terenach zachodniej Syberii. Po upadku Powstania Kościuszkowskiego, Katarzyna II rozkazała [Ukaz z 7 IX 1794 r.) polskich jeńców, oraz nawet Polaków z wojska rosyjskiego przenieść do garnizonów w głębi imperium. Natychmiast po III Rozbiorze rozszerzyła ten rozkaz na „włóczących się” byłych wojskowych polskich. W rok później zaakceptowała plan rozbicia całej tzw. szlachty czynszowej, zależnej ekonomicznie od magnaterii. Był to projekt hr. Zubowa, który „zatroskany” o przyszłość tej warstwy uzależnionej od magnatów polskich, (którym ta drobna szlachta przestała być potrzebna jako masa wyborców) zaplanował dla niej przeniesienie nad południową granicę imperium, aby tam z tych ludzi znanych z bitności — dla celów obrony państwa — utworzyć klasę ,,nie tylko rolników, ale i wojskowych”. Na szczęście te pierwsze masowe deportacje przerwało objęcie tronu przez Pawła I w 1797 r. Wówczas to delegacja szlachty guberni bracławskiej złożyła podczas jego koronacji, petycję do tronu, w której pisała: Ludzie obojej płci tak z poddaństwa, jako też nawet ze szlacheckiego urodzenia w znacznej tysiąców liczbie przez różne wojskowych komendy, a nawet i partykularne osoby, częścią podstępnymi sposobami, lecz najczęściej otwartą przemocą i siłą z tego kraju są zabrani i albo w głąb Rosji, albo najwięcej na stepy Besarabii przez partykularne osoby zaprowadzeni zostali…

Autorzy petycji prosili cara o powrót tych przesiedleńców. Później już, gdy dogasało Powstanie Listopadowe, car Mikołaj I, w październiku 1831 r. rozkazał przesiedlić na tzw. linię kaukaską lub do obwodu kaukaskiego — 5000 rodzin szlacheckich z guberni podolskiej, aby później … osadników tych przeznaczyć do służby wojskowej. Za tymi pierwszymi tysiącami poszło wiele następnych. Policzyć wszystkich — nie sposób! (Najwięcej danych zebrał cytowany tu prof. Henryk Mościcki). Stawiających opór wcielano do ,,stanu Kozaków”. Tym oczyszczeniem z elementu polskiego ziem przyłączonych do Rosji, kierował carski Komitet Zachodni. Wielkorządcy i gubernatorowie byli wyko-nawcami planów Komitetu. W 1831 r. tylko z Podola wysiedlono 1.200
rodzin szlacheckich. Opisujący gubernię podolską, oficer sztabowy Twieritinow kilkakrotnie wspomina o corocznym przesiedlaniu, czasem całych wsi do gubernii małą ludność posiadających. Nielepiej działo się na Litwie, gdzie z siedmiu tylko gubernii w latach 1832-1849, ,.według starannych obliczeń prof. Korzona”, ekspatriowano około 54 tysiące ,,odnodworców”, czyli najuboższą szlachtę osiadłą na małych kawałkach własnych lub czynszowych gruntów oraz tę, która utrzymywała się ze służby po większych dworach.

Najokrutniejszy okres niszczenia elementu polskiego na Litwie i Rusi nastąpił dopiero po 1863 r (…) Rozbijano w ten sposób przede wszystkim najuboższe grupy szlachty. Domagała się składania tych dowodów już Katarzyna II, ponowił je Paweł I; Aleksander I przedłużył pierwotny termin (11 1808 r.) na czas nieograniczony, ale Mikołaj I  znów polecał parokrotnie (w r. 1826, 1828, 1829, 1830) dokonania ścisłe) rewizji spisów szlacheckich… Ten proces niszczenia stanu szlacheckiego miał najostrzejsze formy na ziemiach zabranych, włączonych w organizm administracyjny imperium. Natomiast w Królestwie Kongresowym ciosem zasadniczym  wymierzonym w stan szlachecki, było dopiero ustanowienie urzędu Heroldii 1 stycznia 1836 r. (…)

„Zrezygnujmy więc z tego „gdybania” i zatrzymajmy się na przeglądzie strat obliczalnych. Nie mam nic nowego do dorzucenia do tego, co już dawno zostało obliczone przez wielu historyków powstania. Ale przypominając te dane, chciałbym pomóc współczesnemu czytelnikowi uświadomić sobie smutną prawdę, że jeszcze po 1832 r. Polska była dla Rosji ciągle tylko powaloną, ale żyjącej potęgą; carat wiedział, iż nawet na ziemiach włączonych do państwa moskiewskiego, depcze po żyjącej tkance polskiej kultury, tak trudnej do wchłonięcia, gdyż tak silnej i rażąco odmiennej. Po roku 1864 zaborca wiedział, że nareszcie złamał stos pacierzowy swego powalonego rywala i, że odtąd musi go już tylko systematycznie rusyfikować. Mógł więc sobie pozwolić na terror, który był niemożliwy bez uprzedniego fizycznego zniszczenia infrastruktury polskiego życia narodowego. Na „ziemiach zabranych” udało mu się to w dużym stopniu. Popatrzmy więc przez chwilę na rosyjskie zyski z powstania oczyma Moskala. Bezcenne są w tej mierze urzędowe listy Michała Mikołajewicza hr. Murawiewa, zwanego przez swych współczesnych po prostu „Wieszatiel”. Chociaż był wielkorządcą tylko „Kraju północno-zachodniego”, czyli terenów b. Wielkiego Księstwa Litewskiego, jednakże opinie, sugestie i opisy posunięć tego wielkorządcy stanowią obraz całej polityki Moskwy w stosunku do pokonanego narodu polskiego, a tyle tylko różne od innych, że wyrażone z w pełni poufną szczerością barbarzyńcy.

Chociaż tylko na Litwie, Żmudzi i Białorusi represje rosyjskie przy-brały formę tak totalnego niszczenia polskości, niemniej jednak prof. Henryk Mościcki, który przed 60-ma laty listy „Wieszatiela” wybrał i ogłosił w przekładzie, miał rację pisząc, iż posiadają one symbolicz-ne niemal znaczenie w dziejach konfliktu polsko-rosyjskiego. A co najsmutniejsze dla nas, to fakt, iż za rządów Murawiewa i dzięki jego metodom, wykopana została na ziemiach Litwy i Białorusi przepaść pomiędzy Polakami i innymi grupami narodowościowymi, przesądzająca na przyszłość szanse Polski na tych ziemiach. To był trwały „zysk” rosyjski z polskiej matieży. Chociaż na tych listach opierało się wielu historyków w ostatnim półwieczu piszących o roku 1863, sądzę, iż warto podać tu garść fragmentów z tej korespondencji, które lepiej niż wszelki pośredni opis obrazują polski los w „Kraju północno-zachodnim”. Zanim jeszcze powstanie upadło, 7 stycznia 1864 r., generał piechoty Murawiew przesłał: „Do Pana Ministra Dóbr Państwa” A. A. Zielenoja …spis osób… uczestniczących w buncie… wraz z sugestiami, które przytoczę w skrócie:

1. Postarać się, by jak najwięcej majątków przeszło w ręce Rosjan. Tylko tym sposobem można dopiąć tego, że osiądzie w kraju tu-tejszym znaczna ilość właścicieli pochodzenia rosyjskiego, którzy, tworząc w pewnych miejscowościach ścisłą masę, będą mieli możność przeciwdziałania występnym zamiarom obywateli polskich, aby oderwać od Rosji jej gubernie północnozachodnie.
2. Z przesłanego Waszej Ekscelencji spisu osób, uczestniczących w buncie, raczy Pan zauważyć, że tylko bardzo nieznaczna ich część jest właścicielami samodzielnymi; większa zaś część są to dzieci przy rodzicach żyjących, a przeto nie korzystają z praw samodzielnych właścicieli. Okoliczności tej nie należy uważać za przypadkową: wglądając w system powstania, musimy zauważyć, że rodzice umyślnie zostawali w swoich majątkach, aby zaopatrywać bandy, w których były ich dzieci, w pieniądze, żywność i inne środki, licząc, że przytem unikną wszelkiej odpowiedzialności za czyny swoich dzieci…
(tu następuje rada, jak tych rodziców zmusić tylko do zamiany (majątków!  na pieniądze lub papiery wartościowe).
3. Zmusić osoby, które zostały wysłane drogą administracyjną za szkodliwy wpływ na społeczeństwo do oddalonych gubernii wielkorosyjskich, aby sprzedały w ciągu roku majątki… Obywatele ci, którzy zwykle należeli do najbardziej wpływowych osób w gubernii, dopomagali buntowi, jeżeli nie otwarcie, to wszystkimi zależnymi od nich środkami materialnymi i moralnymi i ich obecność w kraju tutejszym będzie zawsze szkodliwa dla rządu i spokoju publicznego.
4. Rozciągnąć przepisy o sprzedaży przymusowej także i na majątki, które nie podlegają konfiskacie, lecz które są pod sekwestrem

W konkluzji zmuszony jestem dodać, że dopóki obywatele Polacy zostaną w liczbie obecnej, nie można będzie uważać kraju tutejszego za zupełnie uspokojony i wyzwolony z czynników buntu.

Narzekając na „uprzednie błędy rządu”, które Rosję za drogo kosztują, dobry Rosjanin, Murawiew, już miesiąc później (1 lutego 1864 r.) przedstawiał temuż samemu ministrowi Zielenojowi swój pogląd historycznopolityczny na „Kraj zachodniopółnocny”.
… czas postawić jasno pytanie, czy Rosja ma tutaj istnieć, czy nie. Wielu z naszych mężów stanu nie ma odwagi wypowiedzieć szczerze swego zdania i działa dwuznacznie, obawiając się utraty popularności europejskiej, zapominając o Rosji. Czas nam nareszcie opamiętać się i przekonać, że kraj tutejszy od wieków był rosyjski i takim winien zostać, że żywioł polski jest tu napływowy i powinien być ostatecznie i stanowczo zduszony; teraz pora jest odpowiednia, aby z nim skończyć, gdyż inaczej Rosja straci bezpowrotnie Kraj Zachodni i stanie się Moskowią tj. tym, do czego chcą doprowadzić Rosję Polacy i większa część Europy. Czyż można na to pozwolić? Ale, niestety, jest wielu Rosjan, którzy współczują Polakom, i dlatego takie są wahania w działalności rządu i niezgodność w systemach zarządu prowincji południowych i północnozachodnich.

Wychowany na początku XIX wieku ten urzędnik carski był już nauczony, że „kraj tutejszy od wieków był rosyjski…” Ale poza tym, co było wpływem rosyjskiej szkoły, widzimy, jakim elementem ludzkim posługiwał się carat w dobijaniu powalonego przeciwnika. Murawiew zdawał sobie sprawę z tego co robi, i bał się opinii publicznej nawet w Petersburgu. Toteż już na początku tłumienia powstania 23 kwietnia 1863 r. prosił swego zwierzchnika i powiernika w stolicy: „Póki ja się tu z nimi załatwiam, należy o tym w Petersburgu nie rozgłaszać”. W następnym roku, 7 stycznia, komentował swe sankcje ekonomiczne:
Niektórym wydać się mogą pomienione środki uciążliwymi, przede wszystkiem myśleć jednak należy o Rosji i starać się, aby usunąć możliwość buntu w przyszłości: dlatego też nie można pozwolić na żadne pojednanie z żywiołem polskim, lecz trzeba go doprowadzić do tego stanu, żeby nie szkodził spokojowi i całości Rosji.

Murawiew rozprawiał się z polskością przede wszystkim przez uderzenie w drobną szlachtę, kler katolicki i stan urzędniczy. 7 marca 1864 r. pisał do ks. W. A. Dołgorukowa:

Obywatele zaś Polacy, szlachta tutejsza, księża, urzędnicy wyznania katolickiego i pozostała nieszlachta, prawie wszyscy, bez wyjątku, zawsze byli i będą jawnymi wrogami Rosji. Oni to przejęci tym uczuciem nieubłaganej nienawiści do nas i pragnieniem powszechnym swoich i wszystkich nieprzyjaciół naszych w Europie zachodniej, przez ciągłe knowania, na które pozwoliła słaba i błędna działalność naszego rządu, dążyli nieustannie do oderwania Kraju Zachodniego od Rosji, by odepchnąwszy nas do granic Azji, zrobić z nas, jak się wyrażają pogardliwie, dawną Moskowię lub Mongolię; gdyż wiedzą dobrze, że w razie utraty gubernii zachodnich, stracić będziemy musieli i stanowisko swoje w Europie.(…) 

…w tym samym liście do ks. Dołgorukowa doradzał, iż:

ze względu na sam pożytek państwa, konieczne jest spowodowanie rozłamu pomiędzy tą ludnością a innymi, wrogimi rządowi stanami, a zwłaszcza obywatelami ziemskimi pochodzenia polskiego. Powinniśmy bez wahania iść tą drogą, nie zważając na żadne protesty, i osadzać tu narodowość rosyjska przez zupełne zduszenie żywiołu polskiego… 

…Wiedział również „Wieszatiel”, że nie dość jest fizycznie pokonać Polaków. 25 grudnia ostrzegał: „Powinny działać wszystkie połączone siły rosyjskie, aby ten kraj przyłączyć na zawsze do Rosji, nie tylko orężem, ale i przez zlanie moralne”.

Powołując się na błędy poprzednich rządów w postępowaniu z Polakami, w których ręku była cała władza administracyjna kraju, dowodził (w liście urzędowym do ministra spraw wewnętrznych P. A. Wałujewa, z 22 stycznia 1864), iż wynikały one:

… ze zbytniego zaufania do obłudnych oznak przywiązania do Rządu ze strony  t u b y l c ó w .  (podkr. — A. G.), którym powierzone były wszystkie gałęzie zarządu w kraju, i kierując się wskazówkami doświadczenia, okupionego krwią i ciężkiemi ofiarami ze strony Rosji, uznałem za konieczne, aby zapewnić na przyszłość spokój w kraju, zastosować środek stopniowego zastępowania urzędników krajowych pochodzenia polskiego przez rodowitych Rosjan, będąc stanowczo przekonany, że rząd nie może, ani teraz ani w przyszłości, nigdy liczyć na wierność i przywiązanie urzędników krajowców i że dopóki we wszystkich warstwach administracji miejscowej nie będzie osadzony żywioł rosyjski, dopóty panowanie rosyjskie w tym kraju nie stanie na trwałym fundamencie.

Jako sprawny urzędnik okupacyjny, Murawiew wiedział, że należy się w podbitym kraju rozprawić przede wszystkim z wpływami elity społecznej…”

całość tu: Aleksander Gella „Naród w defensywie”  Londyn 1987 /fragmenty/

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

…jeden znamienny cytat z Michała Mikołajewicza hr. Murawiewa na który chciałbym zwrócić szczególną uwagę brzmi: „nie można pozwolić na żadne pojednanie z żywiołem polskim, lecz trzeba go doprowadzić do tego stanu, żeby nie szkodził spokojowi i całości Rosji.” …Kto bowiem myśli że to „dawno i nieprawda”, tego proszę żeby najpierw dotarł z tym przekonaniem do rosyjskich władz na wszystkich szczeblach, i przekonał przede wszystkim ich żeby przestali tak myśleć. Pospolici Rosjanie to naprawdę mili i życzliwi ludzie, ale kiedy zaczynamy z nimi rozmawiać o polityce, historii i narodowych relacjach, to zamieniają się oni w większości właśnie w takich „Wieszatieli”. Wyrafinowanych bezkrytycznych stronników interesów rosyjskich – choć sami z tego nic nie mają – gotowi na pstryknięcie swoich władz iść po trupach ludzi, z którymi jeszcze przed chwilą skłonni byli się bratać i wódkę pić, a to dlatego że tak są uczeni przez swoją zwierzchność, z której choć się jej boją (i może właśnie dlatego!) są dumni, przeciwko której choć są przez nią uciskani (oczywiście nie w swoim mniemaniu – wot! znajesz szto eta „rasijskaja dusza”?) nigdy samodzielnie nie wystąpią… (Odys)

„Autorytarna władza i jej poczynania to emanacja potrzeb oraz interesów narodu rosyjskiego. Nie inaczej było w przeszłości, choć niemal każdy Polak znał i zna przecież jakiegoś porządnego Rosjanina, którego do duszy przytul. Walory jednostek nie przekładają się jednak na działania wspólnoty. Rosjan można wręcz uznać za wzorcowy zły naród generalnie dobrych ludzi. W naszych sporach i konfliktach z Moskwą za przeciwnika mamy zatem nie władzę rosyjską – obecnie Putina – ale Rosjan, którzy poprzez ową władzę realizują swoje cele” – pisze Talaga.

Talaga odważnie pisze, że to nie Putin stworzył obecne społeczeństwo rosyjskie, ale ”obecny prezydent tylko odpowiedział 
na potrzeby narodu”. Czyli na co? „Rosyjski sposób postrzegania państwa, jego pozycji, stosunków międzynarodowych, który my uznajemy za patologiczny, nie zmieniał się wraz z bogaceniem się i rozrostem klasy średniej. Działo się tak bowiem dzięki państwu, a nie indywidualnej przedsiębiorczości, klasa średnia zaś to albo urzędnicy, albo menedżment średniego szczebla firm kontrolowanych przez państwo. Ci ludzie wcale nie pożądają ani demokracji, ani wolnego rynku czy wolnej konkurencji; przeciwnie – to zjawiska groźne dla ich karier i zdobytych już zasobów. Biedniejsi zaś w miażdżącej większości chcą od państwa opieki, regularnego wypłacania godziwych pensji i świadczeń, nic więcej”.

I co ważne, a o czym mało kto pamięta: „Dopóki reżim realizuje interesy obu grup, będzie trwał, jeśli przestanie – zastąpi go inny, jeszcze bardziej paternalistyczny, czyli w rosyjskim rozumieniu skuteczniejszy”.

Andrzej Talaga nie ma złudzeń: „Nie ma zatem braci Moskali. Żyjemy w różnych cywilizacjach, mamy rozbieżne zapatrywania oraz cele. Nie my i rosyjska władza, tylko my i rosyjski naród”. Z tego zatem trzeba zdać sobie jak najszybciej sprawę. Dlatego tak zrozumiałe są protesty np. resteuratora, który nie chce obsługiwać Rosjan. Rosja nie będzie nigdy ani na jotę podobna do cywilizacji chrześcijańskiej, bądź europejskiej. Wszelkie próby podejmowane przez Rosję jako obrończynię ładu chrześcijańskiego (prawosławnego) są kłamstwem wykreowanym na potrzeby chwili, czyli zmylić przeciwnika, narzucić mu zamazany obraz, by później odsłonić upiorną czaszkę. Talaga kończy pisząc: „Myśl polityczna zakładająca, że może on kiedyś usunąć reżim na Kremlu i dołączyć do cywilizacji, jest ślepą uliczką. Nasze i ich państwa, emanacje swoich narodów, powinny układać się jedynie na zasadzie gry interesów, wiedząc, że są sobie nieprzychylne na najbardziej fundamentalnym poziomie. Przy całej miłości do indywidualnych Rosjan jako ludzi, rzecz jasna”.

Philo

„…Dlaczego jednak Rosjanie popierają ekspansjonizm i retorykę wojenną, przecież nie gwarantuje im przychodów, nie jest niezbędny dla dobrego życia? Bierze się to zapewne z wszechobecnego od wieków w Rosji poczucia cywilizacyjnej niższości, które zawsze było rekompensowane potęgą militarną i polityczną, nigdy zaś osiągnięciami ekonomicznymi czy intelektualnymi. Tak też jest dzisiaj…” (Andrzej Talaga)

Całość tu: „Rzeczpospolita

…Otóż właśnie!

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Już to kiedyś pisałem więc tylko powtórzę. Rosji nie należy się przesadnie bać, ale też nie należy przytulać jej do piersi bez ubrania się wcześniej w pancerz. Należy ją po prostu szanować jako groźnego przeciwnika i silniejszego sąsiada. Należy utrzymywać z nią poprawne stosunki dyplomatyczne (nigdy nie traktować z góry, ale też nie wolno się przed nią płaszczyć – gorzej od wrogów Rosjanie traktują tylko tchórzy) i zabiegać o kontakty handlowe niezależnie od tego jak bardzo się nie lubimy, bo lubić się nie musimy! Szanujmy Rosjan nawet jeśli oni nas nie za bardzo chcą szanować (to przecież nic nie kosztuje!)… Wreszcie stanowczo acz taktownie rozmawiajmy z nimi o tym co nas boli, bez wołania o pomstę do Boga (prośmy go by dał nam siłę się bronić), bez bezmyślnego i śmiesznego wygrażania jej szabelką (czy jak to mawia Pan Michalkiewicz „groźnego kiwania palcem w bucie”). Przestańmy też wchodzić między interes Rosji a tzw. „zachodu” zwłaszcza że jedna i druga strona traktuje nas we wzajemnych interesach instrumentalnie dogadując się często ponad naszą racją stanu. Czy musimy za każdym razem stawać po czyjejś stronie tylko nie po swojej, w dodatku bezinteresownie ponosząc za to za każdym razem koszt w postaci takiego lub innego ubytku na gospodarce? Czy Polska musi ciągle ponosić jakieś zobowiązania za którymi zamiast wymiernych korzyści idą tylko straty?

I na koniec jak zacząłem od Pana Mariana Kałuskiego tak na nim skończę. Mam nadzieję że po zestawieniu tych kilku artykułów, przynajmniej niektórzy zaczną odróżniać rusofilstwo od postawy patriotycznej z perspektywy polskiej racji stanu, ale też realnego podejścia do problemu Rosji, której polityką nie należy być zdziwionym a zawsze trzeba sobie zdawać sprawę, że żeby grozić Rosji albo wpychać do jej interesów swój nochal to trzeba najpierw mieć silne argumenty, albo przynajmniej posiadać argument siły, a zatem:

„…Prawdziwy agent Putina na pewno nie kąsał by tak swego pana, jak ja to czynię poniżej. Nie, ja nie jestem niczyim agentem. Po prostu jako Polak dbam o polskie interesy, czego o sobie nie mogą powiedzieć ani Kazimierz Wóycicki, ani Paweł Kowal, ani prawie wszyscy politycy współczesnej Polski. Bo albo są pachołkami USA, albo ukraińskich banderowców, albo Niemiec i Unii Europejskiej. Albo są po prostu głupcami do potęgi trzeciej. I cwaniaczkami – krwiopijcami polskich podatników.”

…Odys

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Polska potrzebuje liderów-patriotów – rozmowa ze Stanisławem Tymińskim


To o czym mówi Pan Tymiński można określić krótko jako „realpolitik”, w centrum której zawsze umieszcza polską rację stanu…

Osobiście nie widzę aż takiej mocy sprawczej w funkcji prezydenta jak widzi to Pan Tymiński, ale coś w tym jest że odpowiedni człowiek na tym stanowisku (cieszący się druzgocącym poparciem narodu) mógłby zmusić pozostałe ośrodki władzy albo do przyłączenia się do jego wizji państwa, tudzież do ustąpienia mu z drogi, a może nawet wprost do samorozwiązania się tych ośrodków, ze strachu przed zwykłymi ludźmi którzy staliby murem za swoim „wodzem”. Taki człowiek mógłby przechylić dzieje historii kraju (w końcu) na korzyść polskiej racji stanu, a co za tym idzie i narodu (o ile nie zostałby po drodze ukatrupiony przez zainteresowanych by ruja i poróbstwo dalej trawiły Rzeczpospolitą).

Co do Orbana i stawiania jego wręcz spektakularnego dojścia do władzy za wzór, to mam jednak odmienne zdanie. Należy sobie bowiem zdawać sprawę z tego, że Orban nie jest samodzielnym „władcą” Węgier, a został na niego namaszczony dokładnie tak jak to Pan Michalkiewicz sugeruje – przez rodzimą „razwiedkę”, która wspiera nacjonalizację kapitału gospodarczego na Węgrzech, ale tylko po to by móc ją samemu obsadzić – i z tym za jakiś czas Orban może mieć niestety kłopot. Jeżeli bowiem węgierska „razwiedka” okaże się takimi samymi pijawkami na państwowych posadach jak nasze „bezpieczniackie watahy”, a do tego nie wykaże się ekonomicznym zmysłem by rozpędzić węgierską gospodarkę z zyskiem dla zwykłych ludzi, to Orban tak szybko jak został wywyższony może równie szybko z piedestału zlecieć. Bez odczuwalnej i trwałej dla zwykłych Węgrów poprawy warunków bytowych, chwilowe uniesienie zmianami i poparcie dla nacjonalizacji, zamiast spodziewanej odwilży zamieni się w zwały błota pośniegowego, w postaci ekonomicznie negatywnych konsekwencji nowego podziału majątku, który pozbawiony zagranicznego kapitału trzeba teraz będzie utrzymać WŁASNYM wysiłkiem. Oczywistą konsekwencją takiego obrotu sprawy może być gwałtowny wzrost ucisku fiskalnego i groźba pojawienia się kosztownych dla podatników monopoli w postaci powiększającego się sektora „usług” państwowych. Tymi wszystkimi kosztami zostanie obciążony nie kto inny jak węgierski podatnik, który zamiast swobody rozwoju dostanie najgorszy rodzaj ucisku(!) bo od „swoich” i  na rzecz „swoich”. Niemniej jednak jak pokazuje przykład Orbana, człowiek o wielkiej charyzmie i odpowiednio ukierunkowanym ideowo programie narodowym (pomijając już czy jest sterowanym czy nie) jest w stanie pociągnąć za sobą tłumy, dzięki którym może wywrzeć nacisk na całą resztę koterii partyjnych i ich wyborców by przynajmniej nie przeszkadzali w swobodnym działaniu cieszącego się poparciem stosownej „większości” obywateli lidera. W takim wypadku może on zrobić niemal to co chce (czy złego czy dobrego to już inna bajka). Problemem jest tylko do czego użyje swojej władzy i co z tego w rzeczywistości narodowi przypadnie w udziale.

Zgadzam się też w 100% z Panem Stanisławem co do tego, że Polsce rewolucji nie potrzeba. Byłby to wręcz tragiczny w skutkach błąd, a to ze względu na sytuację wyraźnego podziału w narodzie, jak i głęboko zakorzeniony w jego duszy  socjalizm, oraz ubezwłasnowolnienie wiarą w demokrację. Na rewolucjach w takich warunkach wygrywają bardzo łatwo populiści i demagodzy (obiecujący gruszki na wierzbie czyli ROZDAWNICTWO), którzy bez problemu są w stanie „kupić” sobie przychylność mas, które jak już wspomniałem są ogłupione socjalizmem. Polacy bez żadnego namysłu poszliby po prostu za kolejnym „Bolkiem” który obieca im po 100 milionów. Mielibyśmy powtórkę z rozrywki jak ta sprzed 25 laty a po niej to samo co teraz, tyle że poprzedzone terrorem wykańczania resztek wolnościowców. Czasy rewolucyjne to chaos, terror i rabunek a potem to już tylko „rządy hien nad osłami”.

Kończąc pragnę tradycyjnie pozdrowić Pana Stanisława, który świetnie czuje to co się dzieje i na Ukrainie i w Rosji w kontekście polskich interesów a którego niezmienne od tylu lat poglądy są mi osobiście niemal w 100% bliskie.

…Odys

podobne: Stan Tymiński: Nowy program PIS – populismus über alles oraz: W uściskach niedźwiedzia, czyli o „przyjaźni polsko-rosyjskiej” i PISowskiej „alternatywie” polecam również: KNP: Młode, wściekłe, wolne feniksy. Mapa wydatków i przychodów państwa wg. programu KNP. Wróćmy do monarchii.

Charles Claude Lebayle - Proklamacja Imperatora

Charles Claude Lebayle – Proklamacja Imperatora

Wirtualna Polonia

„Polska może wyjść z kryzysu tylko przez eksport. Dlatego uważam za karygodne, że przez 25 lat odcinaliśmy się od Rosji, ogromnego rynku zbytu. Nad naszymi głowami wszyscy robią z Rosją interesy: Niemcy, Wielka Brytania, wreszcie Francja, która zbudowała dwie wielkie korwety dla Rosji. A my z cała premedytacją rezygnujemy z wielkich zysków” – powiedział w wywiadzie dla MP Stanisław Tymiński. 

View original post 2 172 słowa więcej

Kosmici wylądowali na Ukrainie! Kukła Poroszenko nadał obywatelstwo trzem innym kukłom żeby mogły zostać ministrami w nowym rządzie.


Opinie: Przełomiec – obecność cudzoziemców w ukraińskim rządzie zastanawiająca.

03.12.2014 (IAR) – Obcokrajowcy w nowym ukraińskim rządzie mogą zostać w przypadku fiaska reform wykorzystani jako kozły ofiarne – mówi Maria Przełomiec, prowadząca w Telewizji Polskiej magazyn Studio Wschód. Jak mówi dziennikarka, nowy rząd to naturalna konsekwencja zmian, zapoczątkowanych rok temu, choć obecność w gabinecie cudzoziemców jest zastanawiająca.

Przełomiec przytacza krytyczną opinię Witalija Portnikowa, znanego i- w jej opinii- dość rozsądnego komentatora: jego zdaniem to ukraińscy politycy powinni wziąć pełną odpowiedzialność za konieczne reformy, tymczasem Poroszenko i Jaceniuk sprawiają wrażenie, jakby traktowali cudzoziemców jako spadochron bezpieczeństwa. Jeśli reformy się nie powiodą, to winę da się w całości zrzucić na nich. „Brak skutecznych reform byłby jednak dla Ukrainy dramatyczny” – mówi Przełomiec.

Ministrem sprawiedliwości pozostaje Pawło Petrenko z Frontu Ludowego Jaceniuka, co nastraja dziennikarkę optymistycznie. Może to gwarantować skuteczne reformy w systemie prawa, ale dla przeciętnego Ukraińca ważniejsze są reformy gospodarcze. Odpowiadający za nie obcokrajowcy z jednej strony nie mają żadnych powiązań, co może być dobre, ale z drugiej – nie mają też politycznego zaplecza.

Rada Najwyższa ostatecznie zatwierdziła nowy gabinet Arsenija Jaceniuka, w skład którego wchodzą m.in. obywatelka USA o ukraińskim pochodzeniu, Litwin i Gruzin. Cała trójka uzyskała właśnie ukraińskie obywatelstwo dzięki specjalnemu dekretowi prezydenta.

Informacyjna Agencja Radiowa (IAR)/Przemysław Pawełek/dyd

źródło: stooq.pl

Pisze Pani komentator że  obcokrajowcy z jednej strony nie mają żadnych powiązań, co może być dobre, ale z drugiej – nie mają też politycznego zaplecza…

Nie wiem skąd u Pani komentator tak naiwne przekonanie że ci ludzie nie mają żadnych powiązań, ale ja jestem przekonany że z marsa jednak nie spadli. Polityczne zaplecze też mają! Przynajmniej w osobach Panów Poroszenki i Jaceniuka, którzy ich zrobili ministrami (bo sami się przecież ci ludzie na stołki nie powsadzali). Czy to mało? Otóż wystarczyło żeby „bez zaplecza politycznego” kosmitów, obsadzić w resortach finansów, zdrowia i gospodarki, czyli na KLUCZOWYCH dla każdego państwa stanowiskach! Helooou! 😀

Zgadzam się natomiast z przypuszczeniem, że teraz będą mogli oni legalnie jako Ukraińcy (na papierze) działać na szkodę nowej ojczyzny. W razie kłopotów Pan Jaceniuk i Poroszenko zrzucą na nich całą winę, ale zanim to nastąpi ich reformy będą już biegły „właściwym” torem. Na rzecz kogo można się tylko domyślać (to już będę wiedzieć na pewno tylko wtajemniczeni) a biedni obywatele tego cyrkowego państwa jedyne czego się dowiedzą to jaki jest rachunek do zapłacenia. Takie cuda tylko w demokracji. Teraz już wiadomo dlaczego Poroszenko dążył do nowego rozdania w ukraińskim parlamencie (Poroszenko rozwiąże parlament?) a Jaceniuk groził dymisją 😉

Cała nadzieja w rozsądku samych Ukraińców, wśród których coraz większy odsetek zaczyna dostrzegać czym był na prawdę przewrót na Majdanie – 31 procent uważa że był to przewrót państwowy, za którym stała ukraińska opozycja albo Zachód. Problemem pozostaje jednak to, czy sami obywatele coś z tym zrobią. Bo wiedza że coś jest nie tak to jedno a dokonanie wyboru (który już się dokonał) to drugie. Póki co ich krajem będzie rządził od prezydenta począwszy poprzez premiera i najważniejszych ministrów w rządzie istny teatr lalek.

Tymczasem nowe nominacje wywołały burzę wśród części opinii publicznej Ukrainy (o czym też się Państwo z polskich mediów nie dowiedzą 🙂 ) …Odys

„Lider frakcji parlamentarnej Bloku Opozycyjnego Jurij Bojko uznał za niedopuszczalne oddawanie stanowisk w gabinecie ministrów obcokrajowcom. Ostrzej oceniła tę sytuację znana ukraińska prawniczka, była deputowana Partii Regionów Irina Bierieżnaja, która uznała ministerialne nominacje cudzoziemców za „otwartą zdradę interesów narodowych i ostateczną utratę suwerenności”. Pospieszny tryb ich wprowadzenia do rządu skrytykowała dziennikarka Olga Bondarenko. „Nie dowiedziałam się jak zamierzają oni reformować mój kraj. Nie dowiedziałam się kim oni są. Nie dowiedziałam się, gdzie ich znaleźli. Nie dowiedziałam się, czy mówią po ukraińsku, jak wymaga tego ukraińskie prawo. A mam prawo to wiedzieć. Bo demokracja to władza ludu. A wy oddajecie mój kraj w cudze ręce. I cały czas uważacie mnie za bydło” – komentowała.

Najmocniej z Ukrainą związana jest Natalia Jareśko, która przybyła do Kijowa już na początku lat 1990’, gdzie objęła stanowisko naczelnika wydziału ekonomicznego ambasady USA. Była wieloletnią pracowniczką Departamentu Stanu. Amerykańskie władze utrzymują jednak, że nie mają nic wspólnego z jej nominacją. „Ukraiński naród i jego przedstawiciele w parlamencie mogą wybierać w skład rządu kogo mają ochotę” – zadeklarowała przedstawicielka Departamentu Stanu Marie Harf.

Na początku XXI w. N. Jareśko przeszła do działalności w biznesie. Przed objęciem ministerialnej teki kierowała grupą inwestycyjną Horison Capital. Jest związana z wieloletnim merem Lwowa Andrijem Sadowym, którego partia „Samopomoc” wchodzi w skład koalicji rządowej. Przeciwnicy A. Sadowego stawiają zarzuty, że firma N. Jareśko od lat wygrywa wszystkie przetargi lwowskiego magistratu w zakresie ubezpieczeń, transportu, logistyki, gastronomii i budownictwa.

Ściśle związany z wielkim kapitałem ukraińskim jest także Aivaras Abromavičius, który kieruje kijowskim biurem szwedzkiej korporacji East Capital Russia Fund. Aleksandr Kwitaszwili był w latach 2008–2010 ministrem zdrowia w gruzińskim rządzie prezydenta Micheila Saakaszwilego, doradcy obecnych władz ukraińskich.”

źródło: geopolityka.org

…Jak słusznie zauważa Pani Marie Harf (z Departamentu Stanu USA) „Ukraiński naród i jego przedstawiciele w parlamencie mogą wybierać w skład rządu kogo mają ochotę”… i ja się z tą Panią zgadzam w zupełności. Naród wybrał to i naród ma. Demokracja ma (bo musi mieć) swoje konsekwencje 🙂

podobne: Ukraina: Rada Najwyższa nie odwołała Jaceniuka, ale nie wszystkie reformy zostały przegłosowane. Oszczędności na pensjach urzędników i więcej pieniędzy na armię. Za miesiąc koniec działań wojennych? oraz: reformy w kraju. a także: Spory polityczne na Ukrainie wstrzymują reformy sektora gazowego. polecam również: Murzyn swoje zrobił, murzyn może odejść! Czas na „scenariusz grecki” dla Ukrainy. Co zrobi Putin? i to: Warunkowa „pomoc” UE dla Ukrainy. Nowy szef Narodowego Banku Ukrainy.

Demokracja, kukła

Od oszołoma do szpiega czyli „mądrości etapu” bezradnych propagandystów. Konrad Rękas: Szpiegomania (z bezpieczeństwem energetycznym w tle).


Jak powszechnie wiadomo – szpiegów się nie łapie, tylko wykrywa, dezinformuje, przewerbowuje, używa do różnego typu gier wywiadowczych.

Jeśli więc mamy do czynienia z zatrzymaniami, wydaleniami, cudownymi przeciekami i ogólnie show organizowanym przez ABW do spółki z dziennikarzami i politykami na N-kach, czyli niejawnych etatach służb specjalnych – to jest to zagadnienie z zakresu propagandy, a nie wywiadu. Rzecz jasna nie oznacza to jednak, że szopki takie pozostają bez wpływu na bezpieczeństwo państwa.

Polacy się nie dali

Manipulowanie polską opinią publiczną realizowane jest przede wszystkim pospołu przez głównonurtowe media i dyplomację III RP, czyli instrumenty połączone posiadaniem ośrodków decyzyjnych poza granicami kraju. W ostatnich tygodniach jednak nadużywane metody przekazu wyraźnie złapały zadyszkę, a ich przeciwskuteczność stawała się coraz bardziej oczywista. Toporność, jednostronność i prymitywizm propagandy, mającej z całej złożoności kryzysu ukraińskiego wybrać tylko anielsko czystych banderowców i oligarchów, przeciwstawionych krwawej Rosji – nie dały spodziewanych efektów. Jak można się było spodziewać – Polacy zostali wprawdzie skutecznie nastraszeni rzekomą agresywnością Rosji, ale po pierwsze ani trochę nie przekonało nas to do ukraińskich aferzystów i szowinistów. Po drugie zaś – nasi rodacy zachowali się nad podziw racjonalnie stwierdzając, że skoro w środowisku międzynarodowym robi się dla Polski niebezpiecznie, a na pewno drogo i biednie – to lepiej nie podskakiwać i pilnować własnych spraw.

Tymczasem dość ewidentnie oczekiwano diametralnie innych skutków. Polacy mieli poderwać się do boju o naszą i (głównie) waszą, nie bacząc na koszty oddać Ukraińcom darmo węgiel, a w zamian kupić od nich zboże (zamiast polskiego). Mieli też marznąć, przekazując własny gaz i ryzykując wojnę energetyczną z Rosją. A wszystko to przy dziarskich okrzykach, że nie ma co myśleć po sklepikarstwu, kiedy tu panie strategia, honor, Giedroyć z nieba patrzy, a Applebaum zza oceanu dopinguje! A tu nic z tego. Polacy tym razem nie okazali się frajerami. Propaganda jednak polega wszak na powtarzaniu i podkręcaniu emocji – konieczne więc stało się wejście na wyższy poziom.

Russian Scare”

Logika „Zimnej Wojny” nie ulega zmianie od dekad. Najpierw agresor musi przedstawić zaczepianego czy napadniętego – jako napastnika, przed którym MUSI się bronić. Tak oto rozpętawszy wojnę na Ukrainie – strona atlantycka konsekwentnie przekonuje, że konflikt rozgorzał z winy Rosjan, którzy w rzeczywistości od kilku miesięcy nie robią w zasadzie nic innego, niż pilnowanie by nie dać się weń wciągnąć choćby jednym paznokciem rosyjskiego żołnierza. Ta ostrożność spowodowała, że zabrakło pretekstu do wprowadzenia wojsk NATO na Ukrainę. Kolejnym krokiem – jest zastraszenie własnych społeczeństw i impregnowanie ich na jakiekolwiek argumenty drugiej strony, czy po prostu logiczne myślenie.

Współczesnym odpowiednikiem „Red Scare” stały się najpierw opowieści o rzeszach agentów piszących posty krytykujące banderyzm i jego obrońców, licznych wśród elit III RP. Następnie zaczęły się czynne ataki na przeciwników angażowania Polski w konflikt ukraiński, próby rozbijania pikiet antywojennych – a wreszcie rozpoczęcia polowania na szpiegów.

Odpowiedni klimat postarano się stworzyć newsami w Polsce z reguły traktowanymi z większym nabożeństwem – a więc z zagranicy. Miniaturowy rosyjski okręt podwodny atakujący szwedzie wybrzeża, rosyjskie samoloty co i raz dostrzegane przez władze państw bałtyckich, również zainteresowane podnoszącym ich znaczenie podbijaniem antyrosyjskiego bębenka – zimnowojenni propagandyści nie wahają się przed niczym, byle w końcu Polaków zachęcić do wojny z Rosją o czekoladę Poroszenki i dolary Wall Street, zagrożone rozwojem alternatywnej sieci powiązań gospodarczych krajów spoza dyktatu Waszyngtonu.

Polacy jakoś nadal się nie palą do atlantyckiej krucjaty. Uspokajające opowieści KowalaKwaśniewskiego, że banderowców nie ma, a Ukraina to niemal nasza druga ojczyzna (tylko ważniejsza) też nie znajdują nadmiaru życzliwych słuchaczy. Wstrząsają opowieść Applebaumowego jak toTuskowi wmuszał Putin Lwów, ale nasi panowie heroicznie go (niczym Bierut) nie chcieli – też wywołała pół rozbawienie, pół rozczarowanie obywateli. Pora więc przyszła na argument przedostatni, zanim TVN z „Wyborczą” zorganizują jakąś nową prowokację gliwicką. Trzeba było „złapać szpiega”.

Kloss łapie Stirlitza

A dokładniej – kilku. Pierwsza próba okazała się średnia. Podpułkownik J. miał bowiem dostęp do tak dramatycznie tajnych i ważnych dla bezpieczeństwa państwa informacji, jak kalendarz imprez patriotycznych oraz wykaz spóźnionych powrót z przepustek. Po kilku dniach „sensacyjnych przecieków” z antyszpiegowskiej akcji prowadzonej wspólnie przez ABW, telewizję i tabloidy – jakoś nie pojawił się spodziewany nastrój wojowniczej grozy. Nie towarzyszył on też cofnięciu akredytacji i zapowiedzianemu wydaleniu z Polski dziennikarza, Leonida Swiridowa, czyli „aferze” sprokurowanej w dość oczywisty sposób w nadziei, że po naturalnej retorsji rosyjskiej – znowu zaczepiający będzie mógł uchodzić za niewinnie krzywdzoną ofiarę.

Znowu więc podkręcono tempo – ujawniając, zatrzymując i aresztując diabolicznego prawnika, który ponoć w wyniku szatańskiego planu wszedł w posiadanie dokumentu, do którego nie tylko dostęp miało co najmniej kilkaset osób w Polsce, ale który też zawierał (wg wszelkiego prawdopodobieństwa) ustalenia do znalezienia w artykułach zamieszczonych na dowolnym w miarę rzetelnym portalu zajmującym się polityką energetyczną. Mówiąc prościej – p. Stanisław Szypowski miał zabiegać o przeczytanie ustaleń NIK na temat gazoportu. Tymczasem nie znając ich – wypada tylko powtórzyć to, co eksperci piszą od miesięcy – że jest to przedsięwzięcie poronione. Zbyt drogie, opóźnione, a przede wszystkim realizowane bez ekonomicznego sensu dla Polski, w żaden sposób nie przybliżające nas do mitycznego „energetycznego bezpieczeństwa”, cokolwiek by pod tym pojęciem nie rozumiano.

Słowem – nie chodzi ani o energetykę, ani o szpiegostwo, tylko o kolejną odsłonę show, mającego wreszcie popchnąć Polaków czynnie przeciw Rosji – a w najłagodniejszej wersji przynajmniej utrzymywać napięcie we wzajemnych relacjach, pozwalając przerzucać na Polskę znaczną część ekonomicznych skutków obecnego kryzysu międzynarodowego. Skoro nas szpiegują – to mamy moralny obowiązek im na złość dalej odmrażać sobie uszy, wręcz żądać utrzymywania embarga na polską produkcję na rynkach wschodnich, za to uprzywilejowania produkcji europejskiej na obszarze celnym Unii Europejskiej. Za tych dwóch szpiegów (?) mamy oddawać nasz gaz Ukrainie choćby nam Rosja zakręciła na zimę kurek. Mamy wreszcie przyjąć do wiadomości, że to wprawdzie my jesteśmy od wymachiwania szablą w kierunku Moskwy, ale na razie to polityczne zaplecze władz w Kijowie ma zgodę Zachodu na artykułowanie żądań rewizjonistycznych wobec polskich terytoriów, bo przecież już wyrocznia Applebaum orzekła, że nacjonalizm jest dobry i pożyteczny, o ile jest nacjonalizmem ukraińskim.

Że co, że to głupie, prymitywne, szyte grubymi nićmi i Polacy się nie dadzą tak wpuścić w maliny? Na razie nie dawali, teraz też kolejnych newsów słuchali z pewną nieufnością. Zostaje więc tylko się bać co jeszcze wymyślą rządzący i propagandyści, żebyśmy na kryzysie ukraińskim stracili jeszcze więcej.

Konrad Rękas (za konserwatyzm.pl)

…osobiście nie uważam budowania gazoportu za pomysł poroniony, gdyż jest to jakby nie patrzeć okno na świat energetyczny w którym to świecie ceny gazu LNG potrafią być niższe od rosyjskiego. Dla samego postraszenia partnerów z Rosji i pokazania im że nie zamierzamy być całkowicie uzależnieni od jednego źródła warto taki gazoport budować i mieć tego rodzaju kartę przetargową w rozmowach nad kolejnymi umowami gazowymi z Rosją. Problemem nie jest bowiem sam gazoport (czy wcześniej rura podwodna do Norwegii, który to pomysł też w niejasnych okolicznościach „ktoś” zarzucił) ale niekorzystna umowa na gaz z Kataru (Drogi Katar (znaczy się gaz) jeszcze nie przypłynie. Terminal LNG najwcześniej gotowy pod koniec roku), bo przecież źródeł gazu skroplonego jest na świecie całe mnóstwo. Podejrzanie dziwnie wyglądają też opóźnienia przy budowie tego terminalu, osobiście nie wygląda mi to na zwyczajne zakłócenia (ale to tylko moje wrażenie, gdyż dowodów na agenturalną działalność sabotażystów nie posiadam).

Awantura z „pieremyczką” mającą omijać Ukrainę by biec przez polskie terytorium też nie jest tak jednoznaczna jak sugeruje Pan Rękas. Wszystko odbywało jak na mój rozum za bardzo „nieoficjalnie” (okazało się że sam premier „nie wiedział” że takie rozmowy na linii EuRoPol GAZ – Gazprom są prowadzone – Ruska rura i awantura…a gdzie agentura?) a zatem istniało podejrzenie że umowa miała służyć czemuś innemu jak tylko „tranzytowi gazu na Słowację”, nikt też na dobrą sprawę nie wiedział co miała dla nas konkretnie dać odnoga pod nazwą Jamal II – konkretów nie znamy (wsio tajne 🙂 ). Przypominam też że za czasów zamieszania z niesławnym „memorandum” Ukrainą rządził Janukowycz a sam kraj znajdował się w zupełnie innym miejscu politycznym i gospodarczym jak obecnie. Ukraina samodzielnie negocjowała umowę gazową z Rosją,  prowadząc jednocześnie pewne ruchy mające uniezależnić ją od rosyjskiego gazu (Ukraina o krok bliżej do gazu łupkowego), łącznie ze spłatą zadłużenia wobec Gazpromu, w czym miały pomóc równoczesne negocjacje „umowy stowarzyszeniowej” z UE (Zmiana frontu na Ukrainie. Umowa stowarzyszeniowa z UE oddala się. Gazprom odroczył płatności i zredukował zadłużenie Naftohazu), co ostatecznie doprowadziło do podpisania korzystnej umowy gazowej z Rosją (Ukraina z tarczą czyli… 260 USD za 1000 m3 bez podpisania Unii Celnej.) która chciała koniecznie zatrzymać przy sobie jednego ze strategicznych partnerów gospodarczych.

Co do propagandy naszych mediów i władz w kontekście obecnej sytuacji geopolitycznej na Ukrainie to też nie do końca się z autorem zgadzam. To że z fazy „prześmiewczej” z krytyków „jedynie słusznej linii”: Ukraina dobra & Rosja zła, tak media i aparat państwa wspólnie i w porozumieniu przeszły do fazy „poważnej”, tj. szukania szpiegów rosyjskich i agentów wpływu, dobrze o nich świadczy. Złe i nieprofesjonalne jest jednak szukanie owych agentów na siłę i obrzucanie tym oskarżeniem każdego kto powie coś krytycznego o polityce rządu względem Ukrainy czy Rosji. Kierowanie się tego rodzaju uprzedzeniem prowadzi do ośmieszających państwo w świetle jupiterów „gaf” i robienia z przysłowiowej igły wideł. Szum informacyjny jaki dzięki temu powstaje sprzyja ukrywaniu się i pozwala na swobodę działania prawdziwym agentom wpływu. Nie ma sensu naginanie faktów do wersji wydarzeń która nie ma nic wspólnego z obserwowaną rzeczywistością… Putin całej Ukrainy nie zajął, pomimo wielu prowokacji by mieć ku temu pretekst. Wystarczy więc trzymać się tego co już się stało faktem, bo jest to wystarczający materiał do działań zapobiegawczych (ale nie zaczepnych). W kwestii Krymu powinny się wstydzić również te państwa, które gwarantowały na piśmie (Memorandum Budapeszteńskie) integralność terytorialną Ukrainy po jej rozbrojeniu. Czemu nie poparły tej deklaracji czynem? Nie wiem ale się domyślam. Ukraina Ukrainą, ale z Rosją łączy te kraje poważniejszy stosunek i dużo bardziej kosztowne interesy nie tylko w Europie ale i na świecie, i z tego też powinniśmy wyciągnąć dla siebie stosowny wniosek…(Odys)

podobne: ABW kontrwywiaduje na terenie SKW. Złapanie szpiegów to prężenie muskułów. Trzeba działać w cieniu, a nie w świetle kamer. „Nasz Dziennik” Medal dla szpiega. oraz: Rosja kończy ćwiczenia wojskowe. Koziej, Pisarski: scenariusze zachowania Rosji wobec Ukrainy. Braun o podżeganiu do wojny – POPIS Kowala. i to: Skoro „media kłamią” to jaka jest prawda o wojnie na Ukrainie? Konrad Rękas: Po co powstrzymywać Putina? a także: Taśmociąg Platformy „wprost” POd cenzurą i czas rozliczeń za „katastrofę smoleńską” czyli… „WSI wraca tylnymi drzwiami” dzięki (anty)Tuskowej reformie służb specjalnych. polecam również: POżyteczni idioci zwani „prawdziwymi patriotami” chcą niewoli Ukrainy czyli „nieudane eurowesele” cynika9 oraz: Stanisław Michalkiewicz: „Kurde balans, miękną rury” czyli „mocni siłą naszych sojuszników”, „za wolność waszą” idziemy na wojnę.

Szpieg