Od wielkości do śmieszności czyli… różnica między powagą Wielkiej Brytanii a Polski w UE. Czym jest londyńskie „City”, Europa dwóch prędkości i „Exchange Stabilization Fund”. Gdy światem rządzą banksterzy i gangsterzy


Michał Dziekan – Źle dla ciebie dobrze dla nas

„…Exchange Stabilization Fund to dowód, że w rozwiniętym kraju zwykli obywatele mogą być bardzo daleko od pełnej wiedzy na temat systemu. ESF jest podmiotem anonimowym, który nie jest poddawany żadnej kontroli, co umożliwia mu prowadzenie działalności, która w normalnych warunkach spotkałaby się z oporem Kongresu USA. Całkowita niezależność ESF pokazuje, że obywatele USA mają niewielki wpływ na to, co dzieje się w ich kraju. Mogą oczywiście wybrać prezydenta, podczas gdy banki dyktują, kto ma zostać sekretarzem skarbu…

…Najwięcej informacji dotyczących wysiłków propagandowych ESF/CIA pochodzi z lat 70-tych. W 1973 roku The Washington Star opisał relacje łączące CIA z dziennikarzami. Szczegółowe informacje na ten temat pochodziły od dyrektora agencji – Williama Colby’ego.

Kongres zareagował powołaniem dwóch komisji w tej sprawie. Jak stwierdzono w raporcie jednej z nich, relacje łączące media z CIA były tak zróżnicowane, że oddzielenie ich od siebie było niemożliwe.

Przechodząc do konkretów, komisja poinformowała, że CIA korzystało w tamtym okresie z usług ponad 700 nauczycieli akademickich oraz absolwentów, którzy okazjonalnie pisali książki bądź tworzyli inne materiały używane następnie do siania propagandy.

Należy pamiętać, że były to kompletnie inne czasy, książki miały znacznie większą siłę rażenia. Szef CIA ds. tajnych operacji stwierdził w notatce, że „książki różnią się od innych sposobów propagandy. Pojedyncza książka jest w stanie znacząco zmienić spojrzenie czytelnika na określone kwestie. Nie da się tego porównać z innym medium”.

Powiązania agencji z mediami i środowiskiem akademickim wywołały oczywiście oburzenie opinii publicznej. W połowie lat 70-tych dyrektor CIA oświadczył, że jakiekolwiek kontakty z dziennikarzami zostały natychmiast zakończone. Dziwnym trafem w tym samym czasie lista płac nie będącego pod niczyją kontrolą ESF wzrosła z 300 do 500 osób. Dziennikarze oraz wykładowcy przeskoczyli zatem z jednej listy płac na drugą, znajdując się od tej pory poza zasięgiem Kongresu.

Propaganda w praktyce

Burza wokół propagandowej sieci CIA rozpętała się w latach 70-tych, jednak wówczas było już za późno. Wszystko, co najważniejsze, miało miejsce dekadę wcześniej.  

W latach 60-tych podstawy ekonomii został wywrócone do góry nogami. Klasyczna szkoła została zastąpiona keynesizmem. Zgodnie z ekonomią klasyczną deficyt budżetowy musi prowadzić do szkodliwej inflacji. Do początku lat 60-tych była to oczywistość. Zdziwienie wywoływały osoby domagające się od państwa wyższych wydatków. Dlaczego? Ponieważ deficyt musiał prowadzić do inflacji, a ta z kolei do zubożenia zwykłych obywateli.

Jednocześnie taki sposób myślenia stanowił zagrożenie dla ESF. Postanowiono zatem skorzystać z sieci propagandy, aby ustalić nowe zasady ekonomii. Od tej pory deficyt nie oznaczał już inflacji, lecz permanentny rozwój gospodarczy – o recesji nie mogło być mowy.

To w tamtym okresie stworzono mit niebezpiecznej deflacji. W wydaniu New York Times z 11 września 1962 roku pojawiła się wypowiedź Pera Jacobssona, dyrektora MFW, który przekonywał, że należy mniej martwić się odpływem złota z USA, a bardziej groźbą globalnej deflacji.

Propaganda uderzyła z ogromną siłą. MFW przekonywał, że od teraz należy podchodzić do deflacji z tak wielką ostrożnością, z jaką wcześniej traktowano inflację. Z perspektywy czasu widać, jak istotny był to moment. Nie da się zaprzeczyć, że plan przyniósł efekt. Ostatecznie dziś większość osób uważa, że deflacja jest bardziej niebezpieczna od inflacji.

Zmiana myślenia umożliwiła dalsze ratowanie dolara. Pod koniec lat 60-tych do pomocy zaangażowano Japonię, która zaczęła skupować ogromne ilości amerykańskich obligacji. Inni „sojusznicy” nabywali amerykańską broń. USA za jednym razem wzmacniały rangę waluty oraz zdobywały coraz większą przewagę w branży militarnej.

Na początku lat 80-tych propaganda stała się jeszcze bardziej agresywna. Zaczęto wmawiać społeczeństwu, że nie ma żadnego powiązania między deficytem a inflacją. Stany Zjednoczone poszły w kierunku gigantycznych deficytów, natomiast inflacja była niższa niż w latach 70-tych. W ten sposób „udowodniono” brak powiązania miedzy deficytem a inflacją. Dolar zaczął się umacniać, a zyski ESF rosły.

Jak to możliwe, że dolar był drukowany w tak dużych ilościach, a inflacja nie występowała? Oczywiście taka była specyfika systemu petrodolara, dzięki któremu Amerykanie nabywali dobra niemal za darmo

…Stosunkowo często wspominamy o ESF w odniesieniu do interwencji na rynkach finansowych. W naszej opinii informacje zawarte w artykule jednoznacznie pokazują, że zasięg oddziaływania funduszu jest ogromny. Trudno przypuszczać, aby ESF omijał rynki finansowe, których kondycja jest niezwykle istotna dla systemu.

Przez wszystkie lata istnienia ESF dolar był niszczony. Obecnie amerykańska gospodarka jest w dramatycznej kondycji, rośnie odsetek osób które potrzebują wsparcia socjalnego, natomiast rola dolara z roku na rok jest coraz mniejsza. Cudów nie będzie – dolar utraci ostatecznie status waluty rezerwowej. Pytanie brzmi: ile informacji na temat działań ESF wyjdzie na jaw?

Naszym zdaniem niewiele. Niezależnie od pogarszającej się sytuacji zwykłych mieszkańców USA, kraj ten będzie obecny przy tworzeniu fundamentów pod nowy system. Może się zatem okazać, że osoby, które do tej pory umożliwiały istnienie i działalność ESF, już wkrótce będą współodpowiedzialne za kreowanie nowego systemu opartego na SDR-ach.” (Zespół Independent Trader – Czym naprawdę jest Exchange Stabilization Fund?)

podobne: Od standardu złota do pieniądza fiducjarnego. Realny stan gospodarki USA, Teksas żąda od FEDu zwrotu złota, o cynicznych Grekach i ekspansji Chin. Czy świat finansów (a za nim cywilizacji zachodu) chyli się ku upadkowi? Polska na jedwabnym szlaku  oraz:  Independent Trader: Malutka Belgia ratuje obligacje USA czyli… jak zjeść ciastko i mieć ciastko a także: Prawdziwy sens konfliktów zbrojnych czyli… kto kontroluje dług ten kontroluje wszystko polecam również:  Przerośnięte państwo gwarancją problemów jego obywateli. O demokracji, państwie „opiekuńczym” i długu „publicznym” czyli przejadaniu przyszłości na własne życzenie i jeszcze:  Długi krajów rozwiniętych na historycznym poziomie a G20 wzywa USA do pilnego podniesienia limitu zadłużenia.

„Jeżeli to prawda… że świat dzieli się na banksterów i gangsterów to nasza sytuacja wygląda tak: nie istnieją realnie państwa demokratyczne. Istnieją tylko dekoracje zarządzane przez banki, które to dekoracje – parlamenty, rządy, narody, związki wyznaniowe, służą temu by banki mogły generować zyski. Pytanie więc czy kapitał ma narodowość jest z założenia głupie. Nie ma jej, a jeśli już się przy tym upieracie, to z pewnością nie jest to narodowość polska. Nie istnieją polskie banki, obojętnie jakimi byśmy się złudzeniami nie karmili. System tego nie zaplanował i już, jeśli zaś istnieją to niebawem istnieć przestaną, ich aktywa zaś zostaną przejęte. Prawdopodobnie bezszelestnie. I nikt tego nawet nie zauważy. Stwarzanie złudzeń dotyczących siły finansowej rodzimych banków, jeśli istnieje, musi się więc wiązać z jakimiś planami na przyszłość. Jakimi? Zapewne dotyczącymi konfliktu pomiędzy lokalnymi „niezależnymi” potencjami, który to konflikt stanie się kolejnym sposobem na powiększenie zysku banków.

 Jeśli nie istnieją państwa demokratyczne to znaczy, że nie istnieje polityka zagraniczna rządów. Jest ona fikcją. Ministrowie spraw zagranicznych zaś są powoływani po to, by przekazywać do lokalnych oddziałów Banku Rezerw Federalnych polecenia i sugestie…

Rządy jednak istnieją. Po co? Po to by prowadzić politykę wewnętrzną, czyli tresować poddanych, lub jak wolicie obywateli. Innej funkcji nie mają i mieć nie mogą. Służą także do prowokowania sytuacji generujących zyski i obsługi lokalnych instytucji finansowych. Jaki jest plan? Tego nie wiem. Mówią jednak, że zbliża się wojna z Iranem. Iran zaś to jedno z państw gangsterów, czyli takich państw, w których nie rządzą mafie międzynarodowe, ale lokalne. Inne tego typu państwa to Rosja, Chiny i Izrael. I fakt, że jedne z nich są zorganizowane w sposób demokratyczny a inne w sposób zamordystyczny nie ma żadnego znaczenia. Państwa gangsterskie mogą walczyć lub współpracować z banksterami. Jak rozwija się sytuacja zależy zawsze od bangsterów i od tego co rozumieją oni akurat pod pojęciem zysku. Tak więc wojna z Iranem może być wojną o ropę, ale nie musi…

Putin pozwoli na wojnę z Iranem, wytarguje Kaukaz i pacyfikację Polski oraz zaprowadzenie tu rządów swojej mafii. Pieniądze zmienią właściciela i wszyscy będą szczęśliwi. Na jakiś dość długi czas oczywiście. Do następnej katastrofy i następnego przetasowania. Europa popatrzy na nas ze smutkiem, ale też z radością, że tak małym kosztem udało jej się zażegnać kryzys. Będzie dobrze. W Iranie zatriumfuje demokracja, tak jak już zatriumfowała w Afryce północnej. Napisali ostatnio – naprawdę – że cała ta rewolucja zaczęła się od jakiegoś tunezyjskiego sklepikarza. Tak po prostu. Granice wstydu zostały więc przekroczone po raz kolejny.

Warto się zastanowić czy wobec dominującej roli banków przyjedzie taki moment, że państwa narodowe zostaną zlikwidowane. Moim zdaniem nie. Bo przynoszą one zbyt duże zyski. Nie zostaną zlikwidowane także państwa gangsterskie. Są bardzo potrzebne. Jeśli jakiegoś zabraknie, bo zawali się wskutek łapczywości lokalnych kacyków, stworzy się nowe. Banksterzy są poza tym jak wampiry – nie mogą wyjść na światło dzienne, bo zginą. Muszą żyć w ukryciu. Ujawnienie się zaprzeczy istocie ich obecności na Ziemi. Muszą mieć więc jakieś przekonujące dekoracje…” (coryllus – Jeżeli to prawda)

podobne: Rosja – Chiny – USA (Izrael) – Unia Europejska. Thierry Meyssan: „Początek wielkiej zamiany ról” oraz: Gospodarka Rosji stacza się, ale katastrofy już raczej nie będzie. Czy nacjonalizacja Banku Centralnego Rosji to element planu Rothschildów? Ukraina: Strach przed wojną paraliżuje biznes, kredyt z MFW to pomoc czy drenaż? Kijów walczy o reformy energetyczne (bez Kołomojskiego) i to: Independent Trader: „Hipotetyczne plany bankierów” czyli… wszystko przebiega zgodnie z planem a także: BRICS i VII szczyt w Ufie: Nowy bank ma pomóc zreformować światowe rynki finansowe. Czy BRICS stanie się formą organizacyjną dla cywilizacji przyszłości? Wojciech Jakóbik o hołdzie chińskim polecam również: Bankierzy mówią co myślą… Ile to jeszcze potrwa?

Jakiś czas temu doszło jednak do ujawnienia (się) tego co powinno być ukryte, a więc do potwierdzenia fasadowości instytucji zwanej „demokratycznym państwem”… Jak śpiewa poeta „poczuli siłę i czas”, więc nie muszą się dłużej ukrywać. Zwłaszcza że niewielu dostrzegło i zrozumiało wyjątkowość tej informacji…(Odys)

Zdaniem Barniera porozumienie w sprawie dostępu londyńskiego City do wspólnego rynku może być niezbędne, aby uniknąć utraty stabilności finansowej w Europie.

Brytyjskie dziennik „Guardian” napisał, że Barnier miał powiedzieć na zamkniętym spotkaniu z europosłami, że „musimy wykonać bardzo konkretną pracę w tym obszarze”. „Aby uniknąć niestabilności finansowej, (…) będzie musiała zostać nawiązana specyficzna, szczególna relacja” – miał powiedzieć były unijny komisarz ds. rynku wewnętrznego. Dzienniki powołuje się na wewnętrzną notatkę z tego spotkania i pisze, że to zapowiedź specjalnej umowy regulującej pozycje Londynu jako jednego z centrów finansowych dla Europy i rozliczeń we wspólnej walucie, euro. Zdaniem „Guardiana” to także zapowiedź odejścia Brukseli od „twardego Brexitu”...” (źródło rp.pl: Unia musi dogadać się z londyńskim City)

„…W związku z tym potrzebne są dwa traktaty negocjacyjne dotyczące Brexitu, jeden dla Korony, a drugi dla City. To jest z mojego punktu widzenia informacja wręcz fantastyczna. Podał ją wczoraj Puls Biznesu, ale póki co nikt z tak zwanych publicystów się nawet na ten temat nie zająknął. To co wymsknęło się panu Michelowi Barnierowi, zostało natychmiast zdementowane, jako błąd w tłumaczeniu czy inna jakaś bzdura. Nie pamiętam już kto powiedział, że nie wierzy w wiadomości nie zdementowane, ale nie jest to w tym momencie istotne – zdementowali znaczy prawda. Drugi raz nie zdementują, bo się ośmieszą już całkiem…

City nie jest Anglią, a królowa nie ma tam nic do powiedzenia, kiedy przekracza granicę tego dziwnego obszaru staje się po prostu Elżbietą Windsor i ma słuchać co jej bankierzy mówią. I jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie posłuchała. Cóż więc teraz? Jasne jest, że Brexit będzie przebiegał dwoma torami – jawnym i tajnym, od czasu do czasu słyszeć będziemy tylko jakieś dziwne dźwięki dochodzące z zaplecza. Może się także okazać, że City nigdy nie wyjdzie z UE i będzie po prostu finansowym łącznikiem pomiędzy wyautowaną Koroną, a interiorem finansowym Unii do niedawna zwanym kontynentem. Co z nami wobec tego? To zależy co postanowią ci ludzie których teraz City straszy i jakimi metodami zaczną obniżać koszty. Mam nadzieję, że nie będą potrafili ich obniżyć i strach przed Arabami zwycięży w ich sercach strach przed City. Wtedy jest szansa, że nic nam się nie stanie, a tamci przyślą tu parę drobnych, żebyśmy popatrzyli jak wzrasta potęga gospodarcza naszego kraju i żeby każdy miał już nie 500+ ale wręcz 1000+ na dziecko. Jeśli UE przestraszy się bardziej City, może się okazać, że najpierw rozprawi się z Arabami, a potem za pośrednictwem pana Putina z nami, bo za bardzo fikamy i domagamy się zbyt wiele, zamiast iść do roboty na szwalnię i czekać na deputat szarego mydła, jak to bywało dawnymi laty.

Jakby tego było mało wicekról Ameryki Donald Trump zapowiedział, że nie przyjedzie do Davos, a więc cały ten lewacki burdel zaczyna mieć się z pyszna i szuka tak zwanych nowych dróg rozwoju. Skoro nie będzie Trumpa, na miejscu ma się pojawić prezydent Chin. Ciekawe co na to powiedzą zwolennicy jedwabnego szlaku i „zbliżenia” z Chinami. Wybuchną entuzjazmem czy nie? Chiny miałby dać nowe gwarancje temu, co przed chwilą nazwałem lewackim burdelem i wyasygnować świeżą kasę na zasiłki dla Arabów, żeby ci podpuszczeni przez City nie poucinali głów unijnym urzędnikom i nie latali z tymi czerepami po ulicach miast. Ciekawe czy coś od tych Chińczyków wydębią, czy przyjedzie ten prezydent i wyjedzie wzruszywszy ramionami, bo okaże się, jak już nie raz bywało, że izolacja jest dla Chin lepszym wyjściem niż angażowanie się w niepewne interesy z obyczajowymi i finansowymi aferzystami…” (coryllus – Czy City wyjdzie z Unii?)

Opisana przez coryllusa wizja wpisuje się dość „dobrze” w ambicje londyńskiego City, które streszczają się w następującej kwestii: „…Brexit wzmocni pozycję City jako jedynej stolicy finansów konkurencyjnej wobec Nowego Jorku” (całość: Część przedstawicieli City za Brexitem)

podobne: Rosja uwiązana na Ukrainie czeka na propozycję USA w sprawie „rozbioru” Polski by w zamian pomóc poskromić Chiny. Potencjał Polski w konflikcie z interesem Niemiec (o „jedwabny szlak”). Rola prezydenta RP (a propos debaty). oraz: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? i to: Chiny Rosja i i Iran uderzają w dolara. Złote ambicje Chin polecam również:  Bankierzy mówią co myślą… Ile to jeszcze potrwa?

Adam Wycichowski niewolnik – pierwsza gwiazdka

„Przewodniczący Komisji Europejskiej Jan Klaudiusz Juncker, ten sam, który w trybie ekspresowym wyznaczył na 21 grudnia ubiegłego roku posiedzenie Komisji Europejskiej poświęcone ostatecznemu rozwiązaniu kwestii polskiej – tym razem, podczas kolejnej Konferencji Monachijskiej, wygłosił opinię, że wypracowanie nowego modelu stosunków między Unią Europejską a Wielką Brytanią zajmie „więcej niż 24 miesiące”. Skąd przewodniczący Juncker może wiedzieć takie rzeczy, skoro negocjacje UE z Wielką Brytanią jeszcze się nie zaczęły – tajemnica to wielka. Jesteśmy skazani na domysły, ale skoro już jesteśmy skazani, to nie żałujmy sobie i domyślajmy się…

…mamy dwie możliwości: albo obydwie instytucje wynegocjowane porozumienie zatwierdzą, albo nie. Powiedzmy jednak, że zatwierdziły. Wtedy zainteresowane państwo opuszcza szczęśliwą rodzinę unijną na warunkach wynegocjowanych i zatwierdzonych. No dobrze – ale co dzieje się w przypadku, gdy albo negocjacje nie doprowadzą do porozumienia, albo nawet doprowadzą, ale nie zostanie ono zatwierdzone? Wtedy zainteresowane państwo też może opuścić Unię Europejską, ale dopiero po 2 latach. 2 latach – czyli 24 miesiącach, o których z obfitości serca wspomniały usta Jana Klaudiusza Junckera! Po cóż Unii Europejskiej te 24 miesiące? Wyjaśnić to można odwołując się do innej instytucji traktatu lizbońskiego, mianowicie tzw. „klauzuli solidarności”. Stanowi ona, że w razie pojawienia się zagrożenia demokracji w jakimś kraju członkowskim, Unia Europejska, na prośbę państwa zagrożonego, może udzielić mu „bratniej pomocy” w celu usunięcia zagrożeń dla demokracji. A skąd wiadomo, że zagrożenia dla demokracji się pojawiły? No cóż; czyż potrzeba lepszego dowodu na zaistnienie tych zagrożeń, jak ów wniosek o wystąpienie z Unii? Nie potrzeba – a 24 miesiące chyba wystarczą, by te zagrożenia usunąć. A skąd będziemy mieli pewność, że zostały one usunięte? Stąd, że rząd ustanowiony w następstwie „bratniej pomocy” natychmiast wniosek o wystąpienie z Unii wycofa. Ciekawe, czy Jan Klaudiusz Juncker, wspominając o czasie nawet dłuższym niż 24 miesiące, miał na myśli właśnie tę mitręgę, czy też ta freudowska pomyłka przytrafiła mu się bez żadnej konkretnej intencji?” (Stanisław Michalkiewicz – Domyślajmy się!)

„…z ulgą i nadzieją witamy plany Angeli Merkel Europy dwóch prędkości. Mogą być śmiało nawet trzy, albo i więcej. Naturalnie pod warunkiem że J. Kaczyński nie zwariuje w międzyczasie i nie będzie starał się kraju zakwalifikować na pasmo najszybszego ruchu…

…Umiarkowana prędkość w dobrym kierunku jest lepsza niż ekspresowe pogłębianie euro integracji w złym, na co nalega Frau Merkel.

Jej celem, jak się zdaje, jest ekspresowe sprowadzenie reszty Afryki i Bliskiego Wschodu do serca Europy, zanim śpiące społeczeństwo niemieckie ocknie się aby bronić swojej tożsamości. Na czas tej turbo integracji Niemiec z islamem ich sąsiedzi zrobią dobrze jeśli zwolnią i odgrodzą się nawet od powstającego kalifatu płotem, jak Orban. Zbyt szybka integracja nie wyjdzie nikomu na zdrowie. Wręcz przeciwnie, rozsadzić może kohezję społeczną i doprowadzić do przyspieszonego rozkładu Niemiec z ich własnej i nieprzymuszonej woli. Ten rodzaj odwróconego Drang nach Osten, jak kto woli, leży w interesie ich sąsiadów. Nie bardzo więc wiemy czemu J. Kaczyński się tym martwi choć jednocześnie słusznie wskazuje palcem na Merkel jako na sprawczynię katastrofy i na role w tym jej piona w Brukseli Tuska, bezkrytycznie wentylującego niemieckie groźby pod adresem innych o astronomicznych karach za każdego nie przyjętego „uchodźcę”.

Interesujący jest timing tego pędu Angeli ku większej integracji. Wygląda to na reakcję euro establishmentu na Brexit, decyzję mających dość integracji Brytyjczyków i ich pragnienie aby się właśnie od kontynentu odintegrować. Czemu służyć ma przeciwstawienie się temu narzuconą przez Niemcy przyspieszoną integracją? Temu oczywiście aby stworzyć fakty dokonane przez co gotowość innych do próbowania kolejnego exitu z euro raju odpowiednio osłabnie. Wątpimy jednak czy strategia ta odniesie sukces.” (cynik9Europa dwóch prędkości)

„…Zaczęliście od powiedzenia nam, że musimy zapłacić rachunek, całe 52 miliardy funtów – kwota wyraźnie wzięta z powietrza, faktycznie forma żądania okupu. Moglibyście zauważyć, że włożyliśmy netto ponad 200 miliardów funtów w ten projekt, jesteśmy w istocie udziałowcami tego budynku i całej reszty majątku, i naprawdę to wy powinniście złożyć nam ofertę nie do odrzucenia, byśmy wyszli. A jak zawsze uroczy pan Verhofstadt, główny negocjator Parlamentu, w swojej rezolucji, nad którą mamy głosować później, mówi nam, że nie wolno nam omawiać potencjalnych umów handlowych z nikim innym na świecie, dopóki nie opuścimy Unii Europejskiej. Nie ma to żadnych zupełnie podstaw w prawie traktatowym i jest to tak, jakby powiedzieć, że nie możesz zaaranżować sobie mieszkania, na czas gdy wyjdziesz z więzienia…

…I oczywiście pan Tusk, którego nie ma dziś z nami – podejrzewam, że nadal płacze, wyglądał na dosyć załzawionego, nieprawdaż, po tym jak ambasador brytyjski doręczył list w zeszłym tygodniu – mówi nam w swoim memorandum, że wszelkie przyszłe umowy handlowe muszą zapewnić, że UK nie może mieć przewagi konkurencyjnej. To wszystko jest niemożliwe, a dokładacie do tego hipokryzję, że z jednej strony mówicie, że UE będzie negocjować jako jedność, a klauzula 22 dokumentu Tuska mówi, że w istocie Gibraltar, że Hiszpanie mogą mieć całkowite weto wobec całej umowy, jeśli nie będą usatysfakcjonowani suwerennością Gibraltaru. My wierzymy w narodowe samostanowienie – waszym celem i ambicją jest zniszczenie demokracji państwa narodowego. Gibraltar jest zdecydowanie rzeczą nie do przyjęcia na obecnych warunkach.

Okazaliście tymi żądaniami, że jesteście mściwi, paskudni. Mogę jedynie powiedzieć: dzięki Bogu, że wychodzimy. Zachowujecie się jak mafia. Myślicie, że jesteśmy zakładnikiem. Nie jesteśmy, wolno nam odejść…

…daje się nam żądanie okupu. Ale co musi być bardzo trudne dla was wszystkich do pojęcia, to że istnieje większy świat, tam na zewnątrz, niż Unia Europejska. 85 procent światowej gospodarki jest poza Unią Europejską. I jeśli chcecie nie mieć żadnej umowy, jeśli chcecie zmusić nas do odejścia od stołu, to nie my na tym ucierpimy. Wiecie, my nie musimy kupować niemieckich samochodów, nie musimy pić francuskiego wina, nie musimy jeść belgijskiej czekolady. Jest wielu innych ludzi, którzy nam to dostarczą. Powrót do taryf narazi miejsca pracy setek tysięcy ludzi żyjących w Unii Europejskiej, a jednak co mówicie, to że chcecie przedłożyć interesy Unii Europejskiej ponad interesy waszych obywateli i waszych firm. I jeśli będziecie dalej iść tą drogą, to nie tylko Zjednoczone Królestwo uruchomi artykuł 50, będzie jeszcze wiele kolejnych.” (karasekUS, Nigel Farage: UE jak mafia… niech będzie gangsterzy)

podobne: Unia doigrała się Brexitu. Eurosceptycy tryumfują, skowyt histerii wśród euroentuzjastów (od lewa do PISu). Wielka Brytania przed historyczną szansą, a co z Polską? Czekam na Polexit oraz: „Kiedy rząd boi się ludzi mamy wolność.” (Thomas Jefferson). Eurosceptycyzm w Europie. Biznes ma dość handlowej wojny z Rosją. Włosi przeciwko tyranii EBC. Szwecja na skraju kryzysu rządowego

W przeciwieństwie do państw takich jak Polska (a w zasadzie ich elit politycznych) wiecznie do czegoś aspirujących, zatroskanych o swój wizerunek „zagranico”, państwa poważne (a do takich należy Wielka Brytania) mają to do siebie że potrafią uzasadnić swoje racje, nawet jeśli argumenty na owe racje wydają się nieco „przestarzałe”. Demonstrując tym samym wyższość i przywiązanie do własnego porządku i dorobku prawno cywilizacyjnego… (Odys)

„…w portalu Obserwator finansowy ukazał się tekst Jacka Ramotowskiego zatytułowany Wielkie banki przygotowują się do brexitu. I w tym tekście znajduje się taki oto fragment:

Na wniosek Giny Miller brytyjski Sąd Najwyższy orzekł w listopadzie, że rząd nie może złożyć notyfikacji zamiaru opuszczenia Unii bez zgody parlamentu. Rząd odpowiednią ustawę przedstawił, ale nie zawiera ona szczegółów. Domaga się upoważnienia go do uruchomienia art. 50 Traktatu Lizbońskiego i podjęcia negocjacji zgodnie z tzw. klauzulą Henryka VIII z 1539 roku. Klauzula ta pozwala na zmianę, a nawet uchylenie ustawy bez zgody parlamentu.

Można uchylić ustawę bez zgody parlamentu, bo są odpowiednie narzędzia prawne w tradycji legislacyjnej na Wyspie. Tylko kto o tym decyduje? Wczoraj myśleliśmy, że król. A jeśli tak, to sądziłem, że będą z tym brexitem czekać, aż pani Ela odłoży łyżkę i na tronie zasiędzie Harry czy może te drugi, bardziej piegowaty. Dziś z rana okazało się, że w takich sprawach decyduje tajna rada, a skład tajnej rady możecie sobie znaleźć w sieci, bo nie jest on znowu aż tak tajny. No, ale jak napisałem na początku nie będzie trzeba sięgać po klauzule z roku 1539, bo już jest po sprawie, brexit rozpocznie się przed końcem marca.

Widzimy na tym przykładzie jak poważna jest tradycja polityczna Wielkiej Brytanii i jak serio traktuje się tam decyzje. Oczywiście, ktoś powie, że od dawna wiadomo było, że wyjdą potrzebowali tylko uzasadnienia. No, ale potrafią to uzasadnienie znaleźć i za jego pomocą przymusić Izbę Lordów to uległości. To jest właśnie poważna polityka.

Popatrzmy teraz jak poważna polityka wygląda u nas. Poważną polityką są w Polsce kwestie dotyczące 500+ i strajku nauczycieli o 10 procentową podwyżkę, poważną polityką jest nieudany skok na stanowisko szefa PE, a także powracające stale gawędy o tym czy uzbroić Polaków czy też może pozostawić ich bez broni, a za to zorganizować obronę terytorialną. Za poważną wewnętrzną politykę w Polsce uchodzi medialna propaganda najgorszego gatunku, taka jaką zaprezentował w najnowszej, jeszcze nie wydrukowanej Gazecie Polskiej Tomasz Sakiewicz. Na okładce widzimy tramwaj z czasów okupacji, z którego wychyla się Angela Merkel, a na pierwszym planie stoi Donald Tusk w mundurze esesmana. Proszę bardzo https://twitter.com/GPtygodnik/status/841348170584076289

W środku jak widzicie mamy tradycyjną, znaną nam z tygodników wydawanych za Gierka, mapkę przedstawiającą potencjał wojenny krajów Europy, z tym, że odwrotnie niż wtedy zagrożeniem nie jest zachód a Rosja. Mamy więc tu połączenie dwóch poetyk. Nachalnej propagandy i pseudonaukowej strategii. Każdy oczywiście, kto to skrytykuje zostanie z miejsca nazwany ruskim agentem. Bo ten manewr także jest wpisany w mechanizm działań poważnej polityki wewnętrznej w Polsce. Jeśli do tego dodamy to, co powiedziała pani Fotyga niedawno, w związku ze sprawą uzbrojenia Polaków, to mamy komplet. Powiedziała – przypomnę tylko – że w Polsce, odwrotnie niż w USA nie ma tradycji noszenia broni. Gadałem o tym wczoraj z Jackiem i on powiedział w pewnym momencie, że w Polsce jest za to tradycja noszenia ołowianych kul w potylicy. Ja zaś pomyślałem, że to dobry bon mot, bo on opisuje czynną nad Wisłą i wiecznie żywą tradycję potyliczną. Mamy nawet taki prawicowy portal – Wpotylicę. Prowadzą go bracia Karnowscy…” (coryllus – O tradycji politycznej i tradycji potylicznej)

podobne: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego oraz: Międzymoże, czyli o wpuszczaniu Polski w kanał casus belli przez gigantomaniaków którzy nie panują nad własnym państwem.

„…ma się w Rzymie odbyć uroczysty „szczyt” Unii Europejskiej, na którym delegacja polska ma znowu pokazać europejsom” nie tylko, jakie z nich palanty, ale stanąć na nieubłaganym gruncie europejskiej jedności, a także – jedności euroatlantyckiej. W związku ze szczytem pani premier Szydło żałośliwym tonem wygłosiła specjalne orędzie do narodu, informując, co i jak. Ten żałośliwy ton wynika, jak przypuszczam, z trudności położenia w jakim znalazła się nie tylko ona, ale całe PiS wobec swoich wyznawców. Z jednej strony pan prezes Kaczyński chciałbym im zaimponować przedstawieniem, jak to pod jego przywództwem Polska „wstaje z kolan” i tak dalej, ale z drugiej strony targa nim jaskółczy niepokój, że jak tylko spróbuje wstać, to nie dostanie forsy, od której nasi Umiłowani Przywódcy uzależnili nie tylko Polskę, ale i samych siebie. Przed taką możliwością ostrzegł panią premier Szydło francuski prezydent Hollande, zauważając, że „wy macie zasady, a my – subwencje”. Wprawdzie pani premier skwitowała to lekceważącą uwagą, że prezydent Hollande ma zaledwie 4 procent poparcia, ale procenty to jedna rzecz, a forsa, to rzecz druga. Ale cóż; wobec wyznawców trzeba trzymać fason („on tu jeden trzyma fason ponad Żydów podłą zgrają i on jeden nie jest mason, chociaż – czego nie gadają?” – powiada poeta), więc pani premier zapowiedziała, że jeśli polskie żądania nie zostaną w Rzymie spełnione, to Polska nie podpisze końcowej deklaracji. Nie wiem czemu, ale przypomina mi to scenę spotkania meksykańskiej cesarzowej Charlotty z cesarzem Napoleonem III. Charlotta chciała namówić Napoleona na interwencję w Meksyku, gdzie powstańcy oprymowali jej męża, cesarza Maksymiliana. Napoleon wykręcał się jak tylko mógł, więc Charlotta użyła ostatecznego w jej mniemaniu argumentu, oświadczając, że jeśli nie będzie interwencji, to oboje z mężem abdykują. – Ależ abdykujcie jak najprędzej! – wyrwało się wtedy Napoleonowi, na co Charlotta najpierw dostała spazmów, potem zaczęła wyrzucać francuskiemu cesarzowi jego niskie pochodzenia, aż wreszcie zwariowała. Takie rzeczy pokazują, że w polityce światowej sprawy tragiczne sąsiadują z komicznymi…” (Stanisław Michalkiewicz – Czyżby znowu moralne zwycięstwo?)

podobne: Dwie prawdy zamiast polityki oraz: „Szklany nocnik dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego” za „Traktat Lizboński i nadmuchiwanie Niemiec” i to: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą a także: Michalkiewicz i Braun: Quo vadis Polsko? Sny o potędze RP kontra przekleństwo georealizmu. „Stary Nowy Porządek” czyli Zdrada w Monachium

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Od klasyki Jezuitów do postępowej ZNP czyli… o zawłaszczeniu edukacji i informacji przez pro rewolucyjne „elity”. O drodze do wynarodowienia i „dobrej zmianie” w gimnazjach


Adam Wycichowski niewolnik – errare humanum est

„…Pracowaliśmy, siedząc na ławce i pochyleni nad pulpitami pod nieustannym dozorem albo “maitre d’etude” czyli klasowego dozorcy na pensji, albo w liceum pod okiem p. profesora – zimą jedenaście, a latem jedenaście i pół godzin dziennie. Mianowicie: zimą o pół do szóstej, a latem o piątej trąba archanioła w postaci ogromnego dzwonu wypędzała nas z łóżka, 1/2 godziny na toaletę, potem przygotowanie lekcji i repetycja, o siódmej i pół śniadanie – do wyboru biała kawa lub czekolada z bułką i masłem, i marsz do liceum. Tam dla 1800 uczniów dwie tylko, wprawdzie ogromne bramy, jedna (nasza) od rue du Havre, druga od ulicy Caumartin, otwierały się nie na głos dzwonu, lecz bębna, 5 minut przed 8. Punkt o ósmej przed drugim bębnem 1 800 malców już siedziało w trzydziestu audytoriach, albowiem klasy były rozdzielone każda na trzy tzw. dywizje – i profesor w todze i sędziowskiej czapce rozpoczynał lekcje. Pięć minut po 8 trzecie bębnienie i zamknięcie bramy. Kto w ciągu szkolnego roku więcej niż dwa razy w porę nie przybył bez uprzedniego zawiadomienia ze strony rodziców lub dyrektora pensjonatu, był nielitościwie wykluczany z liceum. W ciągu moich 7 lat w liceum Bonaparte zdarzył się tylko jeden taki wypadek. Dla tego, który taką szkole przebył, już na całe życie “rendez-vous” o 4.30 nie oznacza tak, jak dla 29 milionów moich kochanych rodaków, coś między obiadem a kolacją: to oznacza czwartą 29 minut i 60 sekund.
Takich jedenastogodzinowych dni roboczych mieliśmy, po odliczeniu niedziel, letnich wakacji – i bardzo krótkich, na wszystkie święta, Boże Narodzenie, Nowy Rok, Zapusty, Wielkanoc, Wniebowstąpienie, urlopów, razem 255 dni, czyli 2 805 godzin pracy umysłowej rocznie. Jak się przekonałem potem, jeden z moich siostrzeńców, bardzo gorliwy uczeń, miał w gimnazjum rosyjskim w Wilnie 165 dni roboczych po 7 godzin z przygotowaniem – razem 1155 godzin, czyli daleko mniej niż połowę. Jak jeszcze później rachowałem z młodym p. Platerem z Dąbrownicy, uważanym w petersburskiem liceum za lepszego ucznia, tam się miało dzięki wszystkim dniom galowym tylko 105 dni roboczych po 7 godzin, a więc 735 godzin pracy rocznej. To, daleko więcej niż różnica programu lub zdolności nauczycieli, daje pojęcie o poziomie wykształcenia młodych ludzi we Francji w mojej młodości i w byłym zaborze rosyjskim. A wszakże p. Clemenceau, Thiers, Guizot, Lamartine, Chateaubriand itd., którzy wszyscy to “przepracowanie umysłowe” przeżyli, w osiemdziesiątym roku życia wcale jeszcze “ramolciami” nie byli. Zalecam ten rachuneczek naszym łatwowiernym mateczkom, które się tak łatwo dają rozczulać mniemanym wyczerpaniem umysłowym swoich małych figlarzy.
Podstawowymi zasadami naszego wychowania i wykształcenia były: co do nauk, rywalizacja; mieliśmy w liceum tygodniowe konkursy w rozmaitych przedmiotach, w których klasowano uczniów podług piśmiennych wypracowań, a w końcu roku wszystkie paryskie licea wysyłały do Sorbony po 5 przedstawicieli każdej klasy na tzw. konkursy generalne – których rezultaty ogłaszano we wszystkich gazetach; a rozdawanie nagród pod przewodnictwem Ministra Oświaty, poprzedzane jedną łacińską mową, wypowiedzianą przez któregoś z młodych profesorów i jedną francuską, wypowiedzianą przez jakąś znakomitość naukową lub literacką, stanowiło dla całej wykształconej publiczności paryskiej uroczystość, która ją interesowała w większym stopniu niż dziś popisy sportowe.
Obok niezawodnych korzyści, jakie przynosił ten system konkursowy, może jemu to trzeba przypisać jedyną, moim zdaniem, ujemną stronę nauczania w ówczesnych liceach paryskich. Liceum Bonaparte, położone w pięknej dzielnicy, cieszyło się specjalną protekcją władz cesarskich i komplet profesorów był pierwszorzędny. Z moich nauczycieli pp. Wiktor Duruy (historyk), Manuel (poeta), Greard (pedagog), Perrens – krytyk i historyk, zostali członkami Akademii francuskiej. Błąd był w tym: w każdej klasie było nas około sześćdziesięciu uczniów, których można było rozdzielić na trzy mniej więcej grupy. Dwudziestu czołowymi (do których brat i ja należeliśmy) profesorowie zajmowali się bardzo starannie, następną grupą już znacznie mniej, a ostatnią wcale nic. Nie czuli, że ich krzywdzili, ponieważ przejściowych egzaminów z klasy do klasy nie było…” (fragment Hipolit Korwin Milewski. Wspomnienia. Tom I)

„…Istnieje związek nauczycielstwa szkół powszechnych w Polsce, znany już dawno ze swych wystąpień antykatolickich i nawet antychrześcijańskich. Radykalny i antynarodowy Zarząd tego Związku wydaje pisemko dla dzieci pod tytułem „Płomyk” i pisemko to znowu muszą prenumerować wszystkie szkoły, wszyscy nauczyciele i nawet zamożniejsi rodzice dzieci uczęszczających do szkół powszechnych. Otóż przed paru miesiącami został wydany numer tego „Płomyka”, cały poświęcony bolszewii, w którym „raj bolszewicki”, został przedstawiony w tak pięknych, tęczowych, wprost cudownych barwach, że władze zmuszone były numer ten skonfiskować.
„Ilustrowany Kurier Codzienny” z dn. 4 b. m. zamieszcza list otwarty nauczyciela, p. Antoniego Madeja, b. redaktora „Płomyczka” i b. sekretarza redakcji „Głosu Nauczycielskiego”, organu Związku Naucz. Polskiego. P. Madej występuje bardzo ostro przeciwko kierownictwu i ideologii Związku Nauczycielstwa, która nazywa „machowszczyzną”, która ta nazwa wzięła swój początek od p. Stanisława Machowskiego, redaktora i wydawcy sowieckiego numeru „Płomyka”. Jak wiadomo, p. Machowski jest sympatykiem P.P.S. , jemu też i p. Kolance Z.N.P. może zawdzięczać pójście po linii socjalistycznej w kierunku t.zw. „Frontu ludowego”.
P. Madej w swym liście otwartym porusza sprawę ogromnych dochodów i lukratywnych posad p. Machowskiego, następnie oświadcza, że Wincenty Rzymowski „ za artykuł w obronie „Płomyka” otrzymał 500 zł. (pięćset)”, bo jest spec od demokracji i konserwy. A specjalny numer „Kurjera Porannego”, zawierający obronę „Płomyka” (16 marca 1936) i specjalnie rozesłany do wszystkich związkowców, też zrobił dobry interes, bo i reklama była i koszty tej reklamy pokrył Z.N.P. (około 5000 zł.).
Ten sam Związek Nauczycielstwa Polskiego, a właściwie zgromadzenia oddziałów warszawskiego, krakowskiego, włocławskiego i chojnickiego uchwaliły przystąpienie do socjalistycznych związków klasowych pod nazwą Centralna Komisja Klasowych Związków Zawodowych. Zjazd „Zarzewiaków” których, nie można posądzać o przekonania narodowe, odbywał się kilka dni temu w Krakowie i wpisał do protokołu zjazdu następująca opinię o obecnym położeniu: „Najtragiczniejsze jest to, że szkoła polska nie daje młodzieży narodowego wychowania, zdrowych i wielkich wskazań narodowych, a co więcej na terenie polskiego szkolnictwa zanotować możemy fakty wsączania prawd i haseł będących zaprzeczeniem wszystkiego, o co się lała krew polska”.
Istnieją organizacje młodzieżowe takie jak „Legion Młodych”¹ i „Straż przednia”, które zaraz na wstępie przybrały jawnie wrogi charakter do religii katolickiej i moralności chrześcijańskiej i nigdy nie wspomniały wyrazu „naród” w swoich organach. Organizacje te były powołane do życia jako teren wychowania państwowego przez p. Janusza Jędrzejewicza, b. ministra oświaty i b. premiera i popieranie przez drugiego p. Jędrzejewicza, również b. ministra oświaty. Ostrzeżeń episkopatu polskiego nie wzięto w rachubę. Aż nastąpiła katastrofa, bo przedstawiciele państwa i rządu zerwali i wyparli się „państwowców” z Legionu Młodych. Jednak „Legion Młodych” i „Straż przednia” istnieją nadal i ta ostatnia rozszerzyła nawet swój zasięg i na szkoły powszechne. Organ jej „Kuźnia Młodych” wychodzi nadal. Ileż one przyniosły demoralizacji, znieprawienia ducha i wypaczenia charakteru, zaszczepiły służalczości i innych podobnych „cnót” obywatelskich, obowiązkowych dla „państwowca” według rozumowania pp. Jędrzejewiczów tak wśród młodzieży szkolnej jak i pozaszkolnej. Czy te wszystkie organizacje przez swoją działalność nie przygotowują jawnie i celowo gruntu dla bolszewizmu?

nie można czekać na jawne ataki agentów bolszewickich, ale budować, wzmacniać, rozszerzać twierdze i nie tylko twierdze, ale budować całe linie obronne, przez które nie mogli by się przedostać owi agenci, przez które jad bolszewicki nie mógłby się przesączać do duszy narodu polskiego. I nie tylko sypać wały ochronne, ale także, co jest nie mniej ważne, odrabiać, co ci wrogowie narodu polskiego już zrobili, naprawiać szkody i rysy w duszy Polaków, powstałe z ich działalności dotychczasowej. I nie będzie to praca ani łatwa, ani lekka, ani nie pójdzie prędko…

Solidarność narodowa sprawia, że każdy obywatel więcej się czuje związanym z przedstawicielstwem niższej warstwy społecznej własnego narodu, aniżeli z przedstawicielami tej samej warstwy innego narodu. Pomimo wiekowego, prawie nieustannego, szczucia włościan przez władze zaborcze przy wybitnej pomocy żydów przeciw obszarnikom, robotników przeciw pracodawcom itd., tej, leżącej na dnie każdego Polaka, solidarności narodowej wysiłki wrogów nie zniszczyły, przeciwnie – solidarność ta budzi się i rośnie. Wszystko to razem wzięte pozwoliło, że wszystkie warstwy dawnej Polski zorganizowały się w jednolity „naród”, tę najwyższą postać świadomości zbiorowej, najwyższa formę życia społecznego…

…Twierdzą naszą jest również chrześcijaństwo (…) nakazuje miłość do całego narodu, do wszystkich jego warstw bez względu na urodzenie, wychowanie, zamożność itd. Jest to więc jedyna religia, która wiąże jednostki w społeczność, w naród. Kościół Katolicki stworzył zasady moralności osobistej i społecznej, które zostały przyjęte przez cały świat chrześcijański i nawet narody, które odpadły od Kościoła, w dalszym ciągu kierują się niemi. Nawet Hindusi, zwłaszcza oświeceni i kulturalni, choć nie przystępują do Kościoła Katolickiego, ale coraz bardziej zasady moralności katolickiej zaczynają stosować w życiu.

Trzecią naszą ostoją jest rodzina, która jest podstawą życia jako instynkt, jako dbałość o przedłużenie rodu, jako dbałość o opiekę i wychowanie potomstwa i zapewnienie istnienia i ciągłości rodu ludzkiego. Rodzina stała się podstawą rozwoju, cywilizacji i kultury, zaczynając od dziesiątków i setek tysięcy lat. Rodzina, uświęcona przez Chrystusa Pana i uznana przez Kościół Katolicki za jeden z sakramentów, jest jedna z najważniejszych podstaw społeczności, a tem samym narodu. Tylko w rodzinie możliwe jest wychowanie przyszłych obywateli w duchu katolickim i narodowym na dzielnych, prawych członków społeczeństwa, na których Polska będzie mogła liczyć, będzie mogła się oprzeć, będzie mogła budować swoją lepszą przyszłość tak w dobrej, jak i złej doli.

Czwartą twierdza musi dla nas być bezwzględnie poszanowanie prywatnej własności, opartej na słusznych i sprawiedliwych prawach; na poszanowaniu warsztatów pracy i narzędzi pracy, na poszanowaniu wyników pracy i dorobku. Nie do pomyślenia jest bowiem, aby można było z ludzi zrobić bydło robocze, bydło, które się tylko będzie zadawalniało pełnym brzuchem; nie można zrobić z ludzi kółek w olbrzymiej maszynie nakręcanej ręka jakiegoś mechanika – komunisty…

próbowano zerwać więzy, które łączą naród z przeszłością, zohydzono przeszłość narodu, po prostu pluto na naszą historię, aby zrobić naród bez przeszłości: próbowano zmienić nawet ortografię języka polskiego, tj. sposób pisania i drukowania książek, aby uniemożliwić, zwłaszcza młodszemu pokoleniu, możność czytania dzieł i arcydzieł naszej literatury i nawet dzieł naukowych, ale jednocześnie zasypać rynek księgarski i naród międzynarodowymi śmieciami demoralizującymi nie tylko starych, ale i młodych; próbują zerwać solidarność narodową, agitując za solidarnością proletariatu wszystkich krajów, ale nie wspominają o tem, że socjaliści niemieccy jak jeden mąż stawili się w czasie wojny europejskiej do wojska, aby z okrucieństwem swych dzikich przodków uciemiężyć wolną, idąca na czele światowej rzymskiej i chrześcijańskiej kultury, Francję, zmiażdżywszy uprzednio nieszczęsną Belgię, naszym więc najświętszym obowiązkiem będzie bronić swej narodowości i nie pozwolić zmienić jej w kupę oderwanych od pnia macierzystego liści, które wiatr masoński będzie roznosił, gdzie mu się podoba…

…będą zarzucali Polskę, co zresztą i teraz już robią, książkami i pismami nic nie wartymi, nic niepodnoszącymi ducha, nie uszlachetniającymi, nie starającymi się robić czytelników lepszymi, w których jednak, poza przejrzystymi osłonkami, będą się kryły obrazki i sceny znieprawiające, budzące niezdrową ciekawość i pozwalające domyślać się i wprost narzucać czytelnikowi rzeczy ohydnych. Znowu powiem, że będzie najświętszym obowiązkiem całego społeczeństwa tępić taką literaturę, niszczyć takie pisma i bronić przed niemi naszą młodzież…

…P. Minister Poniatowski kilka dni temu powiedział, że w Polsce o 8 milionów ludzi za dużo uprawia ziemię i wskazał, że jednym z najważniejszych zadań rządu, będzie zorganizowanie dla tych milionów emigracji zamorskiej. Ale dlaczego to my Polacy, dziedzice tej polskiej ziemi, mamy emigrować za morza, a nie kto inny? My jeszcze w polskich miastach możemy i powinniśmy znaleźć dla siebie kawałek chleba. Jest tego chleba po miastach jeszcze dość, trzeba tylko po niego sięgnąć. Pomagajmy tym pionierom dla odbicia polskich miast, tym sięgającym po kawałek chleba na początek może suchego,- ale ci sięgający przy pracy dorobią się, dzieci ich będą miały się już zupełnie dobrze, a wnuki dojdą do zamożności i dobiją się tego, co każdemu jest najmilsze, do niezależnego bytuOprócz tego każdy stragan polski, każdy polski sklepik, każdy handel roznośny jest zdobytą placówką tego materialnego gruntu, który jest konieczny do brony Polski…

…Brakuje nam kilku ogniw w łańcuchu wiążącym, wszystkich Polaków w jeden naród, musimy je wykuć własną siłą i praca i połączyć części łańcucha w całość.” (dr Józef Psarski, Ostrołęka, 21 czerwca 1936 r. – Przemówienie na kongresie kupiectwa i rzemiosła)

podobne: Mesjanizm i człowiek sowiecki w polskiej duszy. oraz: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona i to: Do przyjaciół narodowców. Naród a państwo czyli… Ile jest z narodowca w socjaliście? a także: „Na sumieniu Polski ciąży wiele grzechów przeciwko sobie, ale ani jeden przeciwko innym narodom.” Aleksijewicz: człowiek postsowiecki jest agresywny i bezwzględny polecam również: Świecąc przykładem: Sugeriusz i harmonia zjednoczenia zhierarchizowanej wizji świata widzialnego i boskiego zmaterializowana w Katedrze Saint-Denis, oraz fenomen ks. Wacława Blizińskiego. Nadchodzi rewolucyjny chaos

„…w Cesarstwie Rosyjskim były dwa rodzaje gimnazjów; realne i klasyczne. Te pierwsze z grubsza rzecz biorąc były dla mniej ambitnych a te drugie dla innych. Dla tych, którym chciało się uczyć łaciny i greki oraz zgłębiać historię starożytną. Tak jak w wielu przypadkach nazwy obydwu instytucji były mylące i powinno się je zamienić. To gimnazjum klasyczne winno być nazwane realnym. A realne? Bo ja wiem? Może syfiastym? Ale wtedy zabrakłoby nam skali dla określenia naszych dzisiejszych szkół oraz ich poziomu…

…Socjalizm jak wiadomo był ustrojem realistów zrobionym dla realistów. Wszyscy w socjalizmie byliśmy realistami czyli myśleliśmy i żyliśmy kategoriami narzuconej nam hierarchii. Przedszkole, szkoła, wojsko, praca. Potem dzieci, wódka, rozwód, czasem więzienie lub dom wariatów potem cmentarz. Niektórzy jeszcze potrafili w tym wszystkim upchnąć jakieś studia. Na tym mniej więcej polegała codzienność w socjalizmie realnym, który nic doprawdy nie miał wspólnego z gimnazjami realnymi za cara.

Zrozumiałe jest, że w takim systemie żadne klasyczne wykształcenie nikomu nie było potrzebne. Bo i po co. Wykształcenie klasyczne stało się domeną filologów klasycznych, na którym to wydziale poziom był prawie tak samo wysoki, jak w gimnazjach klasycznych za Mikołaja II, ale jednak trochę niższy. I prawilno.

Dlaczego? Dlatego, że historia klasyczna i znajomość języków klasycznych to nie żaden brak realizmu tylko szkoła polityki. Ludzie, który mieli w programie historię Rzymu zajmowali się po prostu analizowaniem przypadków politycznych i uczyli się na nich zachowań w konkretnych współczesnych sytuacjach i to pomagało im w życiu i w karierze politycznej o wiele bardziej niż wszelkie „realizmy”. Gimnazja klasyczne uczyły realizmu właśnie, realizmu politycznego. Ten zaś nie był głoszącym wolność, równość, braterstwo bandytom do niczego potrzebny. Usłużna zgraja profesorów wymyśliła dla nich nowe programy nauczania, w których historia z politycznej zamieniła się w baśniową lub męczeńską, przestała uczyć, a zaczęła fascynować, czyli inaczej mówiąc hipnotyzować. Mamy dziś rzesze ludzi „zafascynowanych” różnymi okresami w dziejach, którzy nie potrafią wyciągnąć ze swojej wiedzy ani jednego związanego ze współczesnością wniosku, bo to im się po prostu nie zgrywa w głowie. Tamto idzie „swojo szoso”, a życie „realne” „swojo”. Ta sama zgraja profesorów zamieniła nauczanie o literaturze czyli o tworzeniu narracji na idiotyczne i bezsensowne omawianie coraz głupszych lektur. Tak było, bo nikomu nie byli potrzebni ludzie myślący samodzielnie. Żeby myśleć samodzielnie trzeba było mieć certyfikat partii i wydać w ręce jakichś zbirów kilku kolegów. Na myślenie samodzielne zasługiwali też wszelkiej maści serwiliści i dupowłazy, gotowi uczyć się na pamięć regulaminów i „Kapitału” Marksa. Ich kierowano w nagrodę do szkół, gdzie uczono „myślenia politycznego”. Tak było, ale to już przeszłość. Okazało się bowiem, że nawet z tej źle nauczanej historii można wyciągać jakieś wnioski, okazało się, że nawet ze źle omawianych lektur człowiek może czerpać jakąś frajdę. Dziś więc jesteśmy w przededniu likwidacji szkolnictwa jako takiego, nie tylko w sensie klasycznym czy realnym, ale każdym…” (coryllus – O socjalizmie i gimnazjach klasycznych)

podobne: W kolejną rocznicę napaści nazistów… o agenturze wpływu w ramach przymusowej „szkoły publicznej”, oraz o patriotyzmie w ramach edukacji domowej oraz: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki? a także: Tradycja Szkoły Rycerskiej w Liceum Akademickiego Korpusu Kadetów w Łysej Górze

„…doszedłem do wniosku, że to bardzo dobrze iż szlag trafił ten system. To bardzo dobrze, że mamy tę okrutną pustynię zarośniętą truizmamy opartą na podstawowym kursi filozofii, który każdy student ma w nosie, żeby nie powiedzieć gorzej.

Prawdziwa wielkość nie bierze się bowiem z poznania najdoskonalszych tworów ducha i kultury materialnej stworzonych w zachodniej cywilizacji. Prawdziwa wielkość bierze się z doskonalenia praktycznych umiejętności. Bierze się także z wymiany doświadczeń i ze stałej właściwie komunikacji pomiędzy ludźmi. Wrócę do moich ulubionych przykładów, czyli do szkolnictwa jezuickiego. Nie pamiętacie tego, bo i skąd, a znalezienie tych informacji jest trudne, ale w XVI wieku ojcowie Jezuici uczyli ludzi głuchych mówić w różnych językach. Była to nauka bardzo skuteczna, tak skuteczna, że zwalczano ją z wielką zajadłością

…Póki istniała taka organizacja, rozsiana po całym świecie, ponadnarodowa i silna, organizacja która kształciła w sposób niebezpiecznie bliski doskonałości różnych, nie dających się potem ogłupić, a bardzo potrzebnych władcom, ludzi, na świecie nie mogły powstać nowoczesne imperia. Nie mogły bo zawsze na drodze do opanowania serc i umysłów odnajdowały facetów w czarnych sutannach, z różańcami owiniętymi na pięści i z książkami pod pachą. I tego się nijak proszę Państwa przewalczyć nie dało. Bo państwo ówczesne nie dysponowało taką organizacją. Postanowiło ją jednak ukraść zmodyfikować i zastosować do swoich potrzeb. Tyle, że państwa nie obejmują swoją strukturą całego świata, musiały więc stworzyć inną strukturę – piramidalną – na mniejszym obszarze. Jeśli zaś piramidalną, to obieg informacji w takiej strukturze musiał być inny zgoła niż w czasie pierwszych lat istnienia Towarzystwa Jezusowego. Informajca nie mogła swobodnie krążyć pomiędzy wszystkimi członkami organizacji, bo była tajna po prostu, a piramidalna struktura oznacza piramidalną hierarchię. Ta zaś czyni z dostępu do informacji pewien rodzaj sacrum. Jest to jednak sacrum a rebours, czyli anty-sacrum, czyli już wiadomo co. Informacja bowiem jest, ale nie można jej wykorzystać, bo jest w istocie tajna, szkolnictwo istnieje, ale nie może spełniać swojej funckji, bo informacje istotne są w istocie tajne. Tworzymy więc szkolnictwo, które opisuje świat nie będący światem rzeczywistym, ale pewnym modelem, do którego poznania dążymy. Człowiek opuszczający mury nowoczesnego uniwersytetu, nie może nic i niczego nikogo nie nauczy. Może tylko powtarzać bezmyślnie wyklepane tam formułki i ekscytować się produkowanymi przez tenże system i uznawanymi za ważne treściami. Tak to wykląda z grubsza.

Jeśli obieg informacji „z góry na dół” odebrał informacji jej najistotniejszą funckję, to od razu pojawiła się potrzeba kontroli. Człowiek jest bowiem ułomny i każdy chciałby zarobić na sprzedaży różnych sekretów. Stąd wzięły się zapisy cenzorskie prawdziwe, czyli takie, których skuteczność mierzona jest latami spędzonymi w więzieniu. Kościelne zapisy cenzorskie uważam za nieprawdziwe, albowiem trudno nie spostrzec, że ilość ludzi sprzeciwiających się Kościołowi i ignorujących te zapisy była przeogromna i nic złego im się nie działo. Kościół, nawet mając Jezuitów nie był w stanie tej cenzury upilnować. Co innego aparat państwowy z armią urzędników pilnujących jeden drugiego.

Prócz zapisów cenzorskich pojawiły się różne kamery tajne i jawne, które doskonaliły kontrolę na informacją…” (coryllusO obecności diabła na Ziemi)

podobne: W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców oraz: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu a także: Historia i sztuka przez pryzmat fiuta i jeszcze: O dobrą, katolicką szkołę!

W gnozie (bo reglamentacja wiedzy na poziomie „systemu edukacji” to jest pewnego rodzaju gnoza) chodzi o niedostępność/utajenie przed większością ludzi prawdy, oraz o jej zmonopolizowanie przez „szczęśliwych wybrańców” zwanych czasem „elitą”. Temu zabiegowi towarzyszą zazwyczaj „zagadkowe” i „oryginalne” rytuały (dyplomy, sztucznie wytworzona hierarchia, dziwne stroje i „branżowy” język), dzięki którym „wierzącemu” z nizin wydaje się, że uczestniczy w czymś wyjątkowym bo niedostępnym i niepojętym dla zwykłego śmiertelnika (choć sam uczestnik również nie zna prawdy), i to mu imponuje. Przez to natomiast że został dopuszczony do kultu, który polega na rytualnym spożywaniu resztek ze stołu, i oklaskiwaniu „elitarnego” gremium, postrzega samego siebie jako wyjątkową osobę… i to mu w zasadzie kompensuje wiedzę która jest przed nim ukrywana. Do dziś wykorzystuje się ten mechanizm ambicjonalnych aspiracji by manipulować ludźmi… Wystarczy to statystowanie i wyjadanie resztek ubrać w trochę magii i wszyscy są zadowoleni… Abrakadabra i mamy „ekskluzywnego menela” w postaci najpierw „Komisji Edukacji Narodowej” a potem Ministerstwa Edukacji, ZNP i jego socjalistycznych popłuczyn. Instytucje te zamiast kształcić obywateli zajmują się systemowo propagandą postępu, czyli ogłupianiem zwykłych zjadaczy chleba, dzięki czemu skutecznie strzegą przed ewentualną konkurencją zdobytą na klasykach pozycję społeczną, czerpiąc z tego tytułu nieuzasadnione profity i honory…(Odys)

Istotny sens reformy edukacji przeprowadzonej przez Stanisława Konarskiego zasadza się na oddzieleniu elit od pospólstwa i zasadniczo innym kształceniu jednych i drugich. Tak by należycie wypełniali swoje funkcje społeczne. Dlatego właśnie ksiądz Konarski jest tak lubiany i hołubiony przez wszystkich dzisiejszych elitariuszy i reformatorów edukacji. Oni także chcieliby oddzielić elitę od plebsu, a po dokonaniu takiego podziału stać się wszyscy z osobna i jako klan przewodnikiem tego plebsu. Do czego będzie się to sprowadzać w praktyce? Tak jak w przypadku księdza Konarskiego i jego reformy, tak jak w przypadku systemu brytyjskiego, do którego wszyscy reformatorzy się odwołują prowadzi to do wykopania przepaści pomiędzy ludźmi mówiącymi tym samym językiem. Prowadzi także do namnożenia konfliktów o własność, a w konsekwencji do rewolucji, prowadzi do interwencji obcych, którzy przy minimalnych nakładach mają otwartą sytuację do zastosowania zasady divide et impera…

…W Wielkiej Brytanii kariery młodych ludzi są planowane i kontrolowane przez system – bogaci idą do swoich szkół, biedni do swoich. Wszystko to działa w warunkach hermetycznego prawie zamknięcia na świat zewnętrzny. Działa bo Wielka Brytania zdominowała glob i eksportuje swoje produkty, idee, i wartości na zewnątrz. Robi to nie dlatego, że ma rewelacyjny system edukacji, ale dlatego, że jako druga na świecie polityczna siła dysponowała giełdą, a jako pierwsza nowoczesną flotą. Robi to ponieważ jako pierwszy kraj przeszła przez rewolucję burżuazyjną i wyciągnęła z tego maksimum korzyści dla siebie. System edukacji jest wobec tych kwestii sprawą wtórną…

…Reformę trzeba zacząć od sukcesu. Celowo mówię od sukcesu, a nie od rewolucji, bo tu chodzi o sukces właśnie. Rewolucja bowiem zawsze oznacza zło i krzywdę, a zaczyna się od rabunku. Rewolucja angielska zaczęła się od rabunku i eksploatacji Irlandii, to dało jej siłę i paliwo dla długą jazdę. Reformy Piotra I, które również były rewolucją, zaczęły się od rabunku i niszczenia Ukrainy, reformy Fryderyka od okradania Polski na cle i zagarnięcia Śląska, rewolucja Francuska od obrabowania właścicieli ziemskich, rewolucja polska od obrabowania ojców Jezuitów. Polsce nie jest potrzebna rewolucja, ale sukces. Poważny i natychmiastowy. W dodatku taki, który zjednoczy nas, a nie podzieli.

Wróćmy do edukacji. Co jest właściwym wzorem dla systemu szkolnictwa, który da narodowi siłę? Jest nim szkolnictwo jezuickie pierwszych lat istnienia zgromadzenia. To Jezuici wprowadzili podział na klasy, to oni kazali jako pierwsi pisać dzieciom wypracowania, to oni byli opiekunami swoich uczniów i interesowali się ich rozwojem duchowym, to oni kształcili elitę i nie blokowali dostępu do edukacji najwyższej jakości biednym, nie czynili z nich pariasów, lokalsów, nadających się do prostych prac lub administrowania majątkami jedynie. Szkoły jezuickie kończyli wszyscy „wielcy reformatorzy” oświecenia, którzy widząc siłę tego systemu dostrzegli także zagrożenia jakie niesie on dla państwa, dla systemu opresji i nadzoru nad społeczeństwem. Byli to panowie Talleyrand, Fouche, a nawet markiz Pombal. Jezuici kształcili bowiem ludzi świadomych, wolnych i silnych. Trzeba było to zepsuć, zniszczyć i zamienić jak edukację z przydomkiem „praktyczna”. I tak to nam zostało do dziś…” (coryllus – O fałszywej edukacji i fałszywej elicie)

podobne: Studiować każdy może… ale nie każdy widzi w tym sens. Inteligencki etos żeromszczyzny oraz: Po studiach bez pracy… Popyt na inżynierów i to: Skuteczniejsza walka z bezrobociem młodych potrzebna od zaraz. Tymczasem nowych miejsc pracy nie przybędzie a także: Ile jest wiedzy w wykształceniu?

„…Nie wnikam w oczywistości. W to, że gimnazja w ogóle nie powinny były powstać, w to, że wielkomiejskie gimnazja będą się musiały przepoczwarzyć w podstawówki 8-klasowe albo zniknąć, ani w to, że nauczyciele będą musieli wykazać się samodzielnością w poszukaniu pracy w 7 i 8 klasie innej szkoły, zamiast mieć jak mieli w swoim gimnazjum.

Nie wnikam w dobrodziejstwa Karty Nauczyciela i innych ustaw, które pozwalają nauczycielowi przeczekać w tzw. „stanie nieczynnym”, przejść na „pomostówkę” i inne formy przejściowe. Nie wnikam, bo już wszyscy w to wnikali i zależnie od tego czy byli z miasta – uważali, że to skandal, a jeśli ze wsi, cieszyli się jak ja. Przeważnie.

W przeciwieństwie do wieli wójtów-burmistrzów, nie uważam, że nauczyciele to obiboki i mają więcej wolnego niż pracy. Nie zazdroszczę przywilejów, bo zamienić za nic na świecie nie chciałabym z żadną nauczycielką. Uważam tylko, że lament, że akurat część nauczycieli musi poszukać sobie innej pracy, jest przesadzony. Nikt nie lamentował nad robotnikami zamykanych fabryk i likwidowanych PGR-ów. Mieli brać „sprawy w swoje ręce” i liczyć na siebie. A przecież ich umysły były mniej wykształcone niż nauczycielskie, a co za tym idzie – teoretycznie mniej zaradne.

Mój wójtowo-prowincjonalny rachunek jest prosty. Teren gminy mam rozległy i źle skomunikowany. Duża szkoła jest w Wińsku (przedszkole, podstawówka, gimnazjum), a małe szkoły (przedszkole i podstawówka) w Krzelowie i Orzeszkowie. Do tego jest jeszcze jedna maluśka całkiem szkółka w Głębowicach. Przed likwidacją placówki przez mojego poprzednika, uratowała ją Fundacja Elementarz, która przejęła ją do prowadzenia. Daje radę (razem z maleńkim przedszkolem), bo nie obowiązuje w niej Karta Nauczyciela. Ustawowy relikt, wciąż udoskonalany w kierunku ochrony i nobilitacji tego zawodu tak, jakby był rzadki, wymierający i wymagający nieustającego wsparcia. Jakby Państwo Polskie się bało, że mu nauczycieli zabraknie. Jakby dzieci rodziło się coraz więcej, a emigracja nie występowała…” (Jolanta Krysowata – Nie będzie gimnazjów? Cudownie!)

podobne: O patologiach na polskich uczelniach. Podręcznikowa korupcja w szkołach. Potrzebujemy nowej koncepcji nauczania matematyki. oraz: Ordo Iuris: MEN chce ręcznie sterować szkołami i ingerować w prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami. Lekcje na trzy zmiany. Rodzice trzeci raz zbierają podpisy. a także: Wczesna edukacja szkolna nie jest dobra dla dzieci.

„…Pomysł, by skrócić podstawówkę z ośmiu do sześciu lat, miał zdecydowanie ręce i nogi. Nie trzeba przecież wybitnego umysłu, by rozumieć, że 7 i 8 klasa, a więc 14 i 15-latki, to dzieci zdecydowanie za duże, żeby chodzić do tej samej szkoły co 7-latki. (…) sens tego rozwiązania mógłby być odpowiednio rozpoznany pod jednym warunkiem, że po skończeniu szkoły podstawowej, małe dzieci staną się dziećmi dużymi, a więc gdyby po szóstej klasie 13 latki przechodziły w doroślejszy system nauczania

Pamiętam 15 latków przychodzących do liceum 10 lat temu, i pamiętam te podstawówkowe dzieci, jak stawały się niemal dorosłą młodzieżą po dwóch czy trzech miesiącach pobytu w liceum; tyle im było potrzeba żeby się przestawić na doroślejszy system w szkole. Na samodzielne robienie notatek, na elementarną odpowiedzialność za własne zaniedbania, lenistwo czy nieobecności, na porzucenie nawyku uciekania się do oczywistych kłamstw jako wymówek itd. Teraz do liceum przychodzą dzieci 16 letnie, i kiedy można by się było spodziewać, że ów dodatkowy rok, jaki uzyskały dzięki trzem latom w gimnazjum, pozwoli im wejść w ten nowy świat z większą powagą i przygotowaniem, okazuje się, że wszystko poszło w dokładnie przeciwnym kierunku. Ich podstawówkowe nawyki zostały tylko lepiej utrwalone, a przez to, że wiek 15-16 lat to czas naprawdę szczególny, stały się też znacznie trudniejsze do wyprostowania, i teraz często nawet semestr, nawet rok, do tego nie wystarcza. I tę zmianę widzi każdy w miarę doświadczony nauczyciel…

w momencie, gdy te biedne dzieci nabiorą podstawowej ogłady, by wziąć się wreszcie do prawdziwej nauki, okaże się, że czas już minął. I w efekcie, pojawi się cała armia 19 latków, którzy ani nie będą umiały liczyć, ani pisać, ani mówić, którzy będą się snuły po ulicach, bez pracy, bez jakiegokolwiek sensu w życiu i bez jakichkolwiek perspektyw

…ci właśnie młodzi ludzie, pragnący w przyszłości zostać dziennikarzami, systematycznie nie są w stanie rozpoznać nawet najbardziej pospolitych polskich frazeologizmów, takich jak „posypać głowę popiołem”, czy „gdzie dwóch się bije” i takie tam. I to są studenci dziennikarstwa. I proszę mi teraz powiedzieć, na jakiej zasadzie mamy wierzyć, że studenci budownictwa, medycyny, psychologii, matematyki, czy elektroniki są lepiej przygotowani?…(Toyah – Nie pozwólmy zadusić polskiej szkoły)

podobne: Na II „Kongresie Polskiej Edukacji” o kondycji gimnazjów, czyli edukacyjny „miś na miarę naszych możliwości”  oraz: Gimnazjaliści nie radzą sobie z trudniejszymi zadaniami, ale szkołę lubią. Prawo do odręcznego pisania. Polscy historycy zbulwersowani niemiecko-rosyjskim podręcznikiem i to: Wielkie żarcie się kończy! Zmierzamy ku edukacyjnej katastrofie

Francisco Goya – Si sabra mas el discipulo

O stawianiu wozu przed wołem czyli o treściach ukrytych naprawdę. „Pokot”, „Wielka Lechia”, „słowiańszczyzna” i folklor jako propaganda specjalnej (o Polaków) troski


Witold Pruszkowski - Ofiarowanie korony Piastowi

Witold Pruszkowski – Ofiarowanie korony Piastowi

„…Winnicki i narodowcy, spotkali się właśnie z przedstawicielami Serbołużyczan, a Winnicki wręcz pisze o tym, że to są Słowianie, co wytrwali przez setki lat pod niemieckim butem. Nazwanie Winnickiego idiotą, to jest w tym wypadku gruby komplement. Jedną z gorszych pomyłek jakie może popełnić człowiek aspirujący do polityki jest pomylenie tejże z folklorem. Serbołużyczanie zaś to tacy sami Niemcy jak ci z Berlina, na okoliczność wizyt turystów zaczynają czasem gadać po swojemu, a w Bad Muskau i Weiswasser są te tabliczki z napisami słowiańskimi, ale to niczego nie zmienia. Za komuny żyło im się jak u Pana Boga za piecem, a teraz jest pewnie jeszcze lepiej. Jaka jest ich misja polityczna? Pewnie jakaś transmisja złudzeń i może jakichś groszaków dla polskich narodowców szukających słowiańskich korzeni.

W tej formule, w której mieszczą się mniejszości takie jak Serbołużyczanie czy RAŚ, a już wkrótce mniejszość ukraińska na Dolnym Śląsku, najciekawsze jest to, że lewica, jaka by nie była, chce mieć do dyspozycji społeczeństwo multi kulti, a jednocześnie wyznaczać pewnym grupom granice etniczne. Liderzy tych grup, działający jak psy Pawłowa, czynią to samo – wyznaczają swojej grupie granice etniczne, a następnie zaczynają popierać multi kulti. O co chodzi? O to co zwykle jest istotą polityki imperialnej wobec słabszych – o likwidację wszystkiego co ma choć pozór autentyzmu i zastąpienie tego pięknie wyglądającym folklorem…” (coryllus – Kto jest największym bohaterem Solidarności)

„…Folklor zastępujący sprawy istotne, to cecha polityki imperiów wobec narodów słabszych. Po ilości więc organizacji folklorystycznych czynnych na danym terenie poznajemy, że wielcy o nas nie zapomnieli. Dlaczego jak tak źle odnoszę się do ONR? Bo wiem, z dobrego źródła, że na sto tysięcy ludzi liczącym marszu niepodległości organizacja ta nie zebrała nigdy więcej jak 15 tysięcy złotych. Mniej pewności mam co do spenetrowania ONR przez policję i inne różne organizacje gwarantujące bezpieczeństwo, ale taką hipotezę także postawię. O co więc chodzi mieszkańcom Hajnówki? Oni też chcą być folklorem. Trudno w to uwierzyć, ale to prawda. O niczym ludzie ci nie myślą z takim ciepłem w oczach, jak o tym, że zostaną wreszcie oficjalnie przez wszystkie ważne czynniki uznani za etnos wrośnięty korzeniami w Puszczę Białowieską. Etnos zaś to jest co prawda folklor, ale o wiele bardziej poważny niż maszerujący ulicami chłopcy z zielonymi flagami. Etnos bowiem służy do kwestionowania praw własności. To jest jego funkcja podstawowa, z której on sam, ani piszący w jego imieniu petycje idioci nie zdają sobie sprawy. Nie zdają sobie bo są folklorem przeznaczonym do zmiany stosunków własności na jakimś terenie, a te zmienia się nie po to przecież, by sobie jakiś etnos zwiększył stan posiadania….Tak się może wydawać jakimś frajerom, oni jednak za swoje frajerstwo płacą zwykle pierwsi. Tego się niestety żadnemu przedstawicielowi etnosu wyjaśnić nie da, on to może zrozumie, a może nie, dopiero wtedy kiedy przyjdzie do noży. No, ale to już będzie grubo za późno…” (coryllus – Granice etniczne w świecie multi kulti)

podobne: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona. O patriotyzmie słów kilka. oraz: Jak honor (w Wersalu) i etnos (w Rydze) kresów Polskę pozbawiły czyli… Piłsudski, Dmowski, Żydzi i patriotyzm na Targu (Kaczmarskiego) i to: Wojna Informacyjna: Kto komu narzuci narrację? Rosyjska propaganda specjalnie dla Polaków, Sputnik wylądował. Rząd chce blokować wrogie inwestycje. Słowo o agenturze wpływu a także: Jacek Kaczmarski: „Według Gombrowicza narodu obrażanie” do grafiki „Polak Hobbitem Europy” i jeszcze: Marsz „Polski dla Polaków” i antypolska histeria w „zagranicznych” mediach dla których nacjonalizm to rasizm. polecam również: Do przyjaciół narodowców. Naród a państwo czyli… Ile jest z narodowca w socjaliście?

„We wspomnieniach Alberta Speera, które bardzo lubię, jest taki wątek. Oto Mussolini, od samego początku inwestuje w badania archeologiczne w Rzymie i okolicach, wyciąga z ziemi różne ciekawe rzeczy z marmuru, a to rzeźby, a to jakiś detal architektoniczny, a to coś ze złota. Himmler już po dojściu NSDAP do władzy chce mieć podobne sukcesy i trochę wbrew Hitlerowi, który woli nowoczesną architekturę, zaczyna grzebać w ziemi niemieckiej. Jego celem jest udowodnienie, że wielkość Germanii i jej historia w niczym nie ustępują wielkości i historii Italii. Himmlera interesują głównie starożytności, ale efektem jego prac jest odsłonięcie kilku kamienno-drewnianych grodzisk i jakieś złomki z brązu. Himmler jest szczęśliwy, bo uważa, że znalazł skarby kultury, a Hitler jest wkurzony, bo uważa, że Himmler skompromitował go w oczach Mussoliniego. Nijak bowiem nie idzie porównać tego co ma w muzeum Mussolini z tym co wykopano z ziemi niemieckiej…

Narracja historyczna zawsze pozostaje służebna wobec doktryny państwa, tej zaś, jak wiemy nie ma. Jeśli więc pojawiają się narracje konkurencyjne, możemy w ciemno zakładać, że są one wrogie państwu i jego obywatelom. Tym bardziej, że nie opierają się na żadnej realnej podstawie. Ktoś gdzieś coś przeczytał, a ktoś inny coś zobaczył i stwierdził, że to na pewno pojazd kosmiczny.

Jeden z komentatorów przywołał tu na blogu znalezisko archeologiczne zwane wazą z Bronocic. Tam wyobrażono rzekomo wóz na kołach, a waza pochodzi sprzed 3 tysięcy lat. No i ten wóz na wazie oznacza, że tu była wielka cywilizacja. I cóż tu rzec? Archeologowie Mussoliniego nawet by nie zauważyli, że pęta im się pod nogami jakaś waza z Bronocic. Może, jakby mieli dobry humor, wysłaliby ją Himmlerowi w prezencie. Co tam widać na tej wazie? Sami zobaczcie https://pl.wikipedia.org/wiki/Waza_z_Bronocic To co według mnie wygląda jak bróg na siano, postawiony na łące, według archeologów jest wozem na kołach, widzianym oczywiście z góry przez przelatujący nad Bronocicami pojazd kosmiczny z wielkiej Lechii, która stworzyła niezwykłą cywilizację. Ta waza ma świadczyć właśnie o tym, jak wielką była niegdyś nasza rodzima cywilizacja. Dlaczego ludzie podejmują dyskusję na tematy, które ich nie dotyczą, dlaczego nie mając ani krzty istotnych informacji i nie szukając potwierdzenia w źródłach, usiłują polemizować z tym co nazywają „oficjalną nauką”, a czego nawet nie dotknęli?…

…I tak właśnie doszliśmy do początków wielkiej Lechii i początków starożytnej wielkości naszej….aha, ile osób znajdujących się na sali widziało w rzeczywistości ten dukat Łokietka, proszę podnieść ręce do góry. Pewnie tyle samo ile widziało geny Lechitów i Braminów i miało okazję porównać jedne z drugimi…

…wszystkie te gawędy o wielkości minionej pojawiają się w momentach jawnej opresji. To znaczy, albo pod zaborami, albo za komuny jak jest rocznica 1000 lecia państwa. Żaden szlachcic mieszkający w I RP nie przejmował się ani Mieszkiem I, ani tym bardziej wielką Lechią. Dlaczego? Bo był u siebie i nie było mu to do niczego potrzebne. Dziś, cały ten obszar ekscytacji służy tylko temu, by co słabsze umysły zepchnąć wprost w szaleństwo. Źródło tego szaleństwa bije dokładnie w tym samym miejscu, w którym poi swoje koniki Agnieszka Holland opowiadając nam później o złych białych, heteroseksualnych mężczyznach, którzy zabijają dobre zwierzątka, a wszystko to błogosławi podły ksiądz. Różnice są pozorne, ale większość ludzi tego nie chce dostrzec. To żarcie bowiem jest tak smakowite, że nie mogą przestać przeżuwać.” (coryllus – Jak towarzysz Gomułka stworzył Wielką Lechię)

„…Jakieś 120 lat temu po lasach Dolnego Śląska z zapałem wędrowała szlachetna młodzież niemiecka w poszukiwaniu przedchrześcijańskich korzeni : różnych „runów”, „Eddy” (starożytny język germański?) aby oczyścić się z tego chrześcijańskiego „zaśmiecenia duszy”. Działo się to w ramach ruchu pod nazwą DieVölkische Bewegung. Założycielom chodziło m.in do powrotu do „mitologii germańskiej” i „pogańskiego niemieckiego światopoglądu”. Kto za tym stał, można się domyślać. Wymienia się Thule Gesllschaft i różnych okultystów w rodzaju Dietricha Eckarta, który podobno zdołał przed śmiercią w 1923 r. zrobić z Hitlera okultystę.

Dziwnie mi to przypomina te różne „słowiańskie pogańskie przedchrześcijańskie obrzędy” stręczone młodzieży za kasę z budżetu i z ‚zagranicznych fundacji”. No i te różne „runy” dziwnie mi przypominają tę „wazę z Bronocic” (pink panther 18 lutego 2017)

„…Archeologia to niestety z samej natury rzeczy wiedza fragmentaryczna. Tak naprawdę mimo 150 lat regularnych badań archeologicznych na świecie wiemy o pradziejach zaskakująco mało. Dowodem może być nierozstrzygnięta sprawa pochodzenia języków indoeuropejskich: mnogość nieudowodnionych hipotez raczej zaciemnia sprawę, niż ją rozjaśnia. Są oczywiście prowadzone badania genetyczne szczątków ludzkich z wykopalisk, ale trzeba zawsze pamiętać, że pochodzenie jakiejś populacji jest czym innym niż pochodzenie ludu, języka, czy kultury. Tymczasem ta cała prasłowiańska mitologia w ogóle się tym wszystkim nie przejmuje. To, co jej zwolennicy piszą o religii Słowian pochodzi wprost z bałamutnych prac XIX-wiecznych romantyków. A trzeba pamiętać, że posuwali się oni nawet do oszustw, takich jak sfabrykowanie tzw. kamieni mikorzyńskich, czy posążków z Prillwitz. Nawet słynny Światowit ze Zbrucza jest bardzo dyskusyjny i nie wiadomo kiedy powstał, może być również nowożytnym fałszerstwem. Więcej to ma wspólnego z jakąś ezoteryką i antychrześcijańską ideologią, niż z czym innym.” (Stalagmit 18 lutego 2017)

„…Narracja pogańska wciskana nam – to jest ta sama narracja, co wciskana ruskim. Też są wianki, giezła z wzorkami i wielka Ruś, Lechia czy inne, dedykowane lokalnemu rynkowi produkty. Jakieś popłuczyny Kraft durch Freude, wole mocy itd.

Logika wydarzeń i narracji jest prosta, jak konstrukcja cepa. Skoro dla naszych wrogów Średniowiecze to okres nędzy, katolickiej opresji i zacofania – a okres poprzedzający Chrzest Polski – okresem prosperity i rozwoju – to nie może w tej pogańskiej narracji być inaczej, niż tak, iż to Kościół „załatwił ” Polskę, zwana Lechią. Czyli – budowanie pozytywnego obrazu „Lechii” i legendy o tym, iż genetycznie, językowo, geograficzne i gospodarczo byliśmy panami świata – służyć może jedynie deprecjonowaniu roli Kościoła w I RP oraz obecnie – i temu służyNie byłoby tak, gdyby nie obowiązujący mem o Średniowieczu i Kościele, czyli okresie po pogaństwie. Ale nie po to ten mem konstruowano, by go nie eksploatować.
Oczywiście oczekiwany rezultat ostateczny jest znany – utrata własności, niewolnicza praca, socjalizm – a dla obeznanych z bronią – postępowanie uproszczone – anonimowy dół i kula w łeb…” (Wolfram 19 lutego 2017)

podobne: „Na sumieniu Polski ciąży wiele grzechów przeciwko sobie, ale ani jeden przeciwko innym narodom.” Aleksijewicz: człowiek postsowiecki jest agresywny i bezwzględny oraz: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom?  i to: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego polecam również: Mesjanizm i człowiek sowiecki w polskiej duszy i jeszcze: Tropem Wikingów. PAN zbada DNA polskich władców. Badania nad rewelacjami Paula Russella. Definicja IIIRP wg. Marka Stefana Szmidta

„…zarzucono mi, że mieszam rzeczy ciekawe i ważne, to znaczy Wielką Lechię, jakże dla niektórych uwodzicielską, z bełkotem Agnieszki Holland. To jest coś niesamowitego, że ktoś w ogóle pomyślał w ten sposób i z faktu istnienia kilku władców przedchrześcijańskich zrobił sobie taką trampolinę, która ma go wyrzucić hen ku jakimś sukcesom. Nasze osobiste sukcesy nie zależą bowiem od odkryć archeologicznych czy badań archiwalnych, szczególnie, że te są problematyczne. Wielka Lechia ma jedynie wymiar terapeutyczny, a lepiej będzie rzec narkotyczny i służy obciążaniu umysłów słabszych treścią nie dającą się zweryfikować. Treścią, która w dodatku w żaden sposób nie może zmienić ani niczyjego życia, ani zweryfikować żadnego potocznego mniemania na istotne kwestie. Mieszanie więc jej z bełkotem Holland nie jest jakimś wielkim przewinieniem jak mniemam. Tym jest ono mniejsze, że na weryfikację czeka mnóstwo treści świeższych niż Wielka Lechia. Treści, które są naprawdę istotne dla zrozumienia historii i naszej obecnej sytuacji…

…Jak wiecie, a może nie pamiętacie tego już, cała potęga gospodarcza I RP stała na kilku filarach. Były to – handel zbożem, solą, wyrobami stalowymi, czerwcem polskim i wołami. Zaczynamy od wołów, bo taka akurat książka została napisana dawno temu, a autor zawarł w niej wszystkie nasze najskrytsze przemyślenia dotyczące szantaży politycznych jakim Rzeczpospolita poddawała Niemcy, w związku z handlem wołowiną właśnie. (…) Stanęliśmy u początku drogi, która poprowadzi nas od okrywania treści ukrytych przed naszymi oczami naprawdę.” (coryllus – O treściach ukrytych i jawnych)

„…stada pędzone przez południowe obszary Rzeczpospolitej, liczyły dziesiątki tysięcy sztuk. Woły pędzono z Mołdawii, Wołoszczyzny, Ukrainy, a sprzedawano w Rzeszy, we Francji, a nawet w Londynie. Do dalekich miast płynęła już, rzecz jasna wołowina, zasolona w beczkach. Woły bowiem szlachtowano nad Wisłą, skąd mięso spławiane było do Gdańska i nad Odrą w Brzegu, skąd transportowano je do Szczecina. Wołowina była dla Rzeczpospolitej skutecznym narzędziem politycznego szantażu. Kiedy cesarz Karol V, próbował ingerować w relacje pomiędzy królem Zygmuntem a Albrechtem Hohenzollernem, Kraków zagroził Niemcom wstrzymaniem dostaw wołowiny. Przepędy wołów były pretekstem do dokonywania miliardowych nadużyć i oszustw. Jan Baszanowski opisuje ciągnący się latami proces przeciwko Jakubowi Fuggerowi, który był największym importerem wołowiny w Rzeszy, początku XVI wieku, na sprawę wezwano ponad 1000 świadków. Autor, nie łamiąc konwencji dzieła naukowego przedstawia nam świat fascynujący i niedostępny dziś zmysłom, ze względu na to, że handel wołami, na którym opierała się potęga Rzeczpospolitej nie znalazł swojego miejsca w popkulturze. Spróbujmy więc dziś tu przywołać choć częściowo ten niezwykły klimat wielkich interesów, wielkiej polityki i ogromnych zysków.” (Handel wołami w Polsce do kupienia w księgarni coryllusa)

…tak oto zamiast Kościołowi mamy wierzyć okultystom i „słowianom”… Zamiast promować udokumentowany sukces I Rzeczypospolitej mamy się grzebać w garnkach niewiadomego pochodzenia… A zamiast pędzenia i odcinania kuponów od handlu wołami, mamy być jak te woły pędzeni i obdzierani ze skóry przez obcych… tam gdzie oni chcą… (Odys)

podobne: (NIE)odpowiedzialni za państwo. Dwa oblicza Sarmatów i Quincunx Orzechowskiego czyli Wielka Polska Katolicka  oraz: Wacława Sobieskiego „Pańska buta” do „Rokoszu” Jacka Kaczmarskiego. Szlachta (nie) pracuje! i to: Unia w Horodle jako dziedzictwo polskości, oraz Feliks Koneczny o Polsce między Wschodem a Zachodem. Czy można być cywilizowanym na dwa sposoby?

rys. Tomasz Bereźnicki

Szwagrzyk i „Wyklęci”, romantycy czy realiści? Czy postokrągłostołowe rozbójnicze elity to jest to o co walczyli? Legenda NSZ i próba jej oczernienia przez PRL. Brygada Świętokrzyska.


Żołnierze Wyklęci

Wirtualny pomnik Żołnierzy „Wyklętych”

„…Płot wciąż stoi. Ran nie goi. Nie ma już sołdata.
Rembertów jest w metropolii. Przeminęły lata.
W lesie cicho. Gdzieś śpi licho. Nie śpią dawne siły.
Przywróćcie wielkość pomnikom, gdzie nasze mogiły!

Wywiezionych z Rembertowa nikt nie odnotował.
Ten, co wrócił, pieśń zanucił. Słowa w duszy schował.
Nie opowie nic o sobie. Nigdy nie zapomni.
Świat się jednak kiedyś dowie, że byli Niezłomni!”

fragment wiersza Marka Gajowniczka – Niezłomni

„…Prawdziwe oburzenie wywołują zakulisowe informacje. Jak bowiem wynika z zasłyszanych wieści, Prof. Szwagrzyk ma zostać poświęcony. Okazuje się bowiem, że dla wysokich rangą polityków „dobrej zmiany” ważniejsza jest partyjna walka klanów niż szybka identyfikacja szczątków Żołnierzy Wyklętych. Jeśli przecieki okażą się prawdziwe, to 1-go marca, o godz. 18-ej być może po raz ostatni (oby nie) będziemy mogli zobaczyć i wysłuchać prawego Człowieka…

…Do dymisji Profesora doszło, po pierwsze w wyniku trudności we współpracy z prokuraturą IPN (sezon „wykopkowy” zgłoszony do prokuratur, ale nie ma decyzji). Przecież dla nikogo nie jest tajemnicą, że dopiero po decyzji można robić przetargi na np. koparkę a wiosna już blisko. Druga sprawa to Szczecin i identyfikacje, od lat leżą szczątki na Wólce a identyfikacji nie robią, a z te z Białegostoku jakoś można wykonać. A także obecne działania pionu śledczego IPN, którego prokuratorzy zachowują się jak słoń w składzie porcelany.

Naukowiec nie ukrywa rozgoryczenia. – Dziś w naszych pracach jesteśmy całkowicie sparaliżowani . Dziś o tym gdzie i jak pracować decydują politycy, prokuratorzy i urzędnicy państwowi, którzy nie rozumieją, że poszukiwanie szczątków naszych bohaterów to sprawa honoru, sprawa święta dla nas wszystkich – powiedział w programie „Warto Rozmawiać” Krzysztof Szwagrzyk. Wskazuje to na konflikt między prof. Szwagrzykiem a prokuratorami IPN-u.

Musimy mieć świadomość ciągle trwającego konfliktu. – Pamiętajmy, że mimo, że dymisja prof. Szwagrzyka nie została przyjęta, problem nie został wciąż rozwiązany, a tylko zawieszony. Misja prof. Szwagrzyka może się drastycznie zakończyć…” (pressmania.pl – prof. Krzysztof Szwagrzyk musi w IPN zostać!)

podobne: Instytut Pamięci… Nietykalnej: „Zbiór zastrzeżony”, POzorowanie śledztwa na „Łączce” i niepotrzebna wiedza o zbrodniach stalinowskich. „Wyzwolenie” PO sowiecku. oraz: Dwunastu polskich bohaterów, ofiar terroru komunistycznego odzyskało nazwiska. a także: Przywrócmy ich pamięci! Żołnierze Wyklęci i to: Pamięci Danuty Siedzikówny „Inki”, która zachowała się jak trzeba.

„…Mieczysław Moczar – były partyzant komunistycznej Gwardii Ludowej, a później dygnitarz PRL – w swoich pamiętnikach napisał, że NSZ „to kilka najpotworniejszych kreatur reprezentujących czarną reakcję współpracującą z Niemcami, banda krzyżaków, płatnych sługusów pozostających na żołdzie pruskim”. W całej „czarnej legendzie” NSZ tylko zarzut, że walczył on, nie przebierając zresztą w środkach, z komunistycznymi oddziałami i bandami jest bez wątpienia prawdziwy…

…Do baraku, w którym do posiłku zasiadał komendant obozu wraz z innymi strażnikami, wpadł starszy strzelec Robert Ćwikło. „Przy stole siedziały również dozorczynie SS-manki – są jeszcze w szlafrokach! Na nasz widok wszyscy osłupieli z przerażenia. Rozbrajamy wszystkich i wyprowadzamy przed barak, na główną ulicę obozu. Stoją pokorni w dwuszeregu, z rękami w górze… – wspomina Ćwikło. – Z sąsiedniego baraku wybiega ze szmajserem wachman, ale seria z pepeszy łamie go w pół. Obstawiamy pozostałe baraki. Są zadrutowane. Idą w ruch kolby karabinów. Po chwili drzwi baraków zostają wyrwane z zawiasów. Z wnętrza bije w nozdrza okropny smród – mieszanina ludzkiego kału i moczu. Wewnątrz ciasno stłoczone kobiece szkielety, okryte łachmanami, z wyrazem obłąkania w oczach. Były to Żydówki. Kobiety polskie, słysząc mowę ojczystą, widząc polskie mundury i orzełki na czapkach, pierwsze rzuciły się do drzwi z okrzykiem: Wojsko polskie!”. Skąd w czeskim Holeszowie, gdzie znajdowała się jedna z filii obozu koncentracyjnego Flossenbürg, wzięli się polscy żołnierze, którzy uwolnili prawie tysiąc więźniarek, przede wszystkim Francuzek, Żydówek i Polek? Żołnierze, którzy wyzwolili więźniarki, należeli do Brygady Świętokrzyskiej, jednej z największych formacji partyzanckich działających na ziemiach polskich. Była to ostatnia akcja zbrojna Brygady. Brygada Świętokrzyska była jednostką Narodowych Sił Zbrojnych, konspiracyjnej organizacji wojskowej obozu narodowego.

Proces formowania NSZ rozpoczął się w 1942 r. w wyniku rozłamu w podziemnej Narodowej Organizacji Wojskowej i Stronnictwa Narodowego. Tylko część członków tych formacji podporządkowała się późniejszym decyzjom o scaleniu z Armią Krajową. Reszta obawiała się zdominowania armii podziemnej przez czynniki sanacyjne. Uznała, że chcą walczyć o Polskę samodzielnie, uznawała rząd w Londynie, ale znajdowała się w opozycji wobec polityki premiera Sikorskiego.

Podziemie nie było monolitem

Działający samodzielnie NSZ nie mógł oczekiwać wsparcia, także finansowego, ze strony rządu i aliantów takiego jak AK. Komenda Główna NSZ i władze polityczne organizacji sprzeciwiały się wywołaniu powstania w Warszawie, uważając, że nie ma ono szans powodzenia. Jednak po jego wybuchu sformowane oddziały wzięły w nim udział. NSZ zajmował inne niż AK stanowisko w sprawach politycznych. Walczył z Niemcami i komunistycznymi bandami, ale kiedy było jasne, że Niemcy przegrywają wojnę, za głównego wroga uznał Sowietów. Sprzeciwiał się też lansowanej przez rząd w Londynie koncepcji ujawniania się przed Sowietami. Ta formacja nigdy nie uwierzyła, że Stalin jest „sojusznikiem naszych sojuszników”. Jednak obie podziemne organizacje współpracowały w sprawach akcji zbrojnych. „NSZ było zdania, że nie jest głównym zadaniem organizacji oporu pomóc naszym aliantom zachodnim przez walkę z okupantem. Zadanie to przypadło naszym oddziałom na Zachodzie… Naszym zadaniem w Polsce była przede wszystkim obrona społeczeństwa polskiego przed barbarzyństwem zarówno okupanta, jak i band komunistycznych i nieraz po prostu band rabunkowych” – charakteryzuje postawione sobie przez NSZ cele Władysław Marcinkowski ps. „Jaxa”, zastępca dowódcy Brygady Świętokrzyskiej…

…Skutecznie urabiana w PRL czarna legenda NSZ pokutuje do dzisiaj, co wynika z niewiedzy. Mimo znacznej liczby wydanych w ostatnich latach poważnych opracowań historycznych, prawda o NSZ i Brygadzie Świętokrzyskiej z trudem przebija się do świadomości społecznej. Mało kto czyta poważne naukowe publikacje. Jest szansa na zmianę, bo coraz częściej żołnierze wyklęci, w tym członkowie NSZ, stają się bohaterami dokumentów filmowych, popularnych opracowań, a także powieści i filmów fabularnych. Z pewnością wielki marsz Brygady Świętokrzyskiej należy do najmniej znanych, a godnych spopularyzowania tematów. Tym bardziej, że historia marszu to prawdziwie filmowy scenariusz.” (Edward Kabiesz • gosc.pl –  ■■ WIELKIE KŁAMSTWO ■■)

„…Gdy front wschodni sypnął się, dowództwo Brygady improwizowało. Po walkach z Niemcami i ostrzale Sowietów, jednostka wycofała się na Zachód. Początkowe umowy lokalne z Wehrmachtem, które posłużyły wstępnie za przepustkę, zostały potem zastąpione innymi formami współpracy. Ponieważ Brygada odmówiła walki po stronie niemieckiej, poszła na ustępstwa i zgodziła się wysłać spadochroniarzy do Polski oraz patroli pieszych. Żadne niemieckie rozkazy emisariuszy nie obowiązywały. Dlaczego Niemcy na to się zgodzili?

Oficerowie wywiadu padającej III Rzeszy, po pierwsze, kontynuowali swoje działania instytucjonalne, szczycąc się rzekomymi sukcesami zza biurka, a w tym polskimi spadochroniarzami (i tym sposobem unikali zesłania na front wschodni); po drugie – tworzyli alibi u anglosaskich zwycięzców, że polskiej jednostki nie zniszczyli, a ocalili (a na dodatek pozwolili wyciągać jej ludzi z obozów koncentracyjnych, w tym i żonę premiera Mikołajczyka); a po trzecie – tworzyli legendę potężnej siatki współpracowników w sowieckiej zonie okupacyjnej. Stąd oprócz Polaków z BŚ na spadochronach spadli Ukraińcy, Białorusini, Chorwaci i inni. Niemcy, którzy decyzje o takich lotach podjęli, wnet otwarcie chwalili się Amerykanom (z którymi od jakiegoś czasu utrzymywali tajne kontakty) o swych rzekomo niesamowitych wpływach na Wschodzie. Tym samym stali się Anglosasom potrzebni i nie ponieśli kary za swoje przestępstwa.
W tym sensie Brygada była pionkiem w większej grze. A dziewczynom i chłopakom z NSZ chodziło o walkę o Polskę, przygotowanie się na wojnę z nowym, komunistycznym okupantem…” (Marek Jan Chodakiewicz, Waszyngton, www.iwp.edu – „Wyborcza” kontra Sienkiewicz w spódnicy)

podobne: Rosyjska Gazeta: „AK zabijała czerwonoarmistów” (publikacja dokumentów o AK). IPN odpowiada na rosyjską prowokację. Żołnierze Wyklęci i ostatnie polskie powstanie oraz: „1920 – zapomniany appeasement”. Murzyńskość zachłyśniętych zachodem i rachunek z sowieckich krzywd. O polską politykę i świadomość historyczną. a także: Tomasz Sommer: „Operacja Polska” czyli rozstrzelać Polaków!

„Jak pogodzić, z jednej strony krytykę insurekcyjną (…) z jednoczesną pochwałą działania Żołnierzy Niezłomnych/Wyklętych? Bo wydaje się (…), że zbrojna walka z komunistami w roku 1945 była z militarnego punktu widzenia jeszcze bardziej bezsensowna niż walka zbrojna w 1944 roku z Niemcami”.

Zdaniem Rafała Ziemkiewicza ta sprzeczność jest pozorna. Krytyka dotyczy bezsensownych i nieodpowiedzialnych decyzji podejmowanych przez polityków szafujących życiem podległych im żołnierzy w 1944 roku. Czym innym natomiast jest walka żołnierzy, którzy wypełniali swój obowiązek i byli wierni złożonej przysiędze. Poza tym, po 1945 roku wciąż istniała nadzieja na realizację planu konfrontacji z ZSRR autorstwa Churchilla („operation unthinkable”). Wówczas utrzymanie oddziałów siły zbrojnej było jedynym sensownym działaniem. Później, gdy było wiadomo, że takiej konfrontacji nie będzie, żołnierze nie mieli już drogi odwrotu. „Pozostało tylko walczyć i to nie była walka bezsensowna, ponieważ opóźniła postępy stalinizacji w Polsce… 

Piotr Zychowicz również potwierdził, że nie ma sprzeczności pomiędzy krytykowaniem decyzji polityków i dowódców wysokiego szczebla, a pochwałą żołnierzy wypełniających swój obowiązek w stosunku do obydwu wrogów – Niemców i Sowietów. Stosunek Żołnierzy Wyklętych był taki sam do obydwu wrogów. To Komenda Główna AK zrezygnowała z koncepcji dwóch wrogów po 1941 roku, a ujawnianie się żołnierzy AK wobec Sowietów skończyło się katastrofą. „Koncepcja Żołnierzy Wyklętych była dokładnie odwrotna. Oni uważali, że bolszewicy są okupantem i z okupantem nie ma co się dogadywać, tylko trzeba do niego strzelać (…) Jasnym jest to, że te grupy, które walczyły w lasach nie miały szansy pokonać całego imperium sowieckiego i wyzwolić Polski. Ci ludzie stali przed wyborem, że albo pójdą do lasu, albo zostaną zamordowani przez ubecję, trafią do kazamatów, zostaną być może tam zamordowani, albo złamani przez aparat sowiecki (…) Olbrzymim podziwem darzę tych ludzi – wbrew wszystkiemu z bronią w ręku wystąpili przeciwko nowemu okupantowi”.

(…) Byli wychowywani w przeświadczeniu, że żadna krew się nie marnuje (…). Istniało przekonanie, że nie tylko nadzieja na wojnę, utwierdzana przez kurierów z Zachodu, na Wielką Wojnę ludów (mickiewiczowską), która znowu da Polsce szansę wybicia się na niepodległość, ale również ta świadomość odpowiedzialności za przyszłe pokolenia, potrzeby ocalenia honoru istniała. Oni w jakimś sensie świadomie tę ofiarę składali”.

Drugim wątkiem podjętym przez Pawła Lisickiego była kwestia „cienia” – przypadków, które trudno nam dziś bronić – w działalności Żołnierzy Wyklętych, i na ile mogą one zaważyć na ocenie ich bohaterstwa.

…po naszej stronie pojawia się czasami chęć tworzenia lukrowanej historii Żołnierzy Wyklętych, tzn. pokazywania ich jako chodzące anioły i istoty uduchowione, myślące wyłącznie o obronie ojczyzny. A byli to przecież ludzie z krwi i kości, „wśród nich zdarzali się również ludzie, którzy mieli na swoich pancerzach rysy, często mniej lub bardziej głębokie. (…) Natomiast chciałbym z całą stanowczością podkreślić, że był to absolutny margines. (…)

„… wielu młodych ludzi uwierzyło w tę tradycję solidarnościową podaną przez „Gazetę Wyborczą”, czyli rolę pojedynczych osób: Wałęsy, Michnika, Kuronia, Mazowieckiego, Geremka czy Baumana. I gdy po powstaniu IPN-u zaczęły się pojawiać artykuły na temat tych osób i ich roli w latach 40-tych czy 50-tych, to ta propagandowa tradycja solidarnościowa została przez młodych odrzucona. Bardziej przemówiła do nich postawa pełnego buntu antykomunistycznego z lat 40-tych i 50-tych...” (całość tu: Żołnierze Wyklęci – romantycy czy realiści?)

podobne: 70. rocznica zdobycia Wilna w operacji „Ostra Brama”. oraz: „Musimy zerwać z poprawnością patriotyczną”. Powstanie Warszawskie prowokacją (z ukraińskim kryzysem w tle). i to: Powstanie warszawskie: „strumień wody może być obrócony na koło młyńskie i przynosić pożytek, albo obrócony na dom i zalać go i zniszczyć” a także: Powstanie Styczniowe. Cześć i chwała bohaterom! Hańba na nieodpowiedzialnych prowodyrów. Socjalistyczne korzenie zrywu z podpuszczenia i analogia do Ukrainy. polecam: Sejm Wielki i Konstytucja 3 maja. Marian Piłka: Nieodpowiedzialny patriotyzm

Ponieważ żyli prawem wilka
historia o nich głucho milczy
pozostał po nich w kopnym śniegu
żółtawy mocz i ten ślad wilczy

szybciej niż w plecy strzał zdradziecki
trafiła serce mściwa rozpacz
pili samogon jedli nędzę
tak się starali losom sprostać

już nie zostanie agronomem
,,Ciemny” a ,,Świt” – księgowym
„Marusia” – matką ,,Grom” – poetą
posiwia śnieg ich młode głowy

nie opłakała ich Elektra
nie pogrzebała Antygona
i będą tak przez całą wieczność
w głębokim śniegu wiecznie konać

przegrali dom swój w białym borze
kędy zawiewa sypki śnieg
nie nam żałować – gryzipiórkom
i gładzić ich zmierzwioną sierść

ponieważ żyli prawem wilka
historia o nich głucho milczy
został na zawsze w dobrym śniegu
żółtawy mocz i ten trop wilczy

„Wilki” – Zbigniew Herbert (Marii Oberc)

„…Od pewnego bowiem czasu w toczącej się w naszym kraju politycznej wojnie pojawiły się również głosy szkalujące pamięć najwierniejszych żołnierzy Rzeczypospolitej. Nietrudno domyślić się, z jakich kręgów te głosy dochodzą. Z przedstawicieli kolejnych generacji moskiewskich psiaków, które pragnęłyby kontynuować proces wdeptywania w ziemię już nawet nie samych bohaterów, ale nawet pamięci o nich. Jest to reakcja III pokolenia UB na zmianę pokoleniową. Młodzi ludzie zaczęli rozgarniać śmietnik historii i odrzucając zaśmierdziałe „legendy”, spreparowane przez żydokomunę na użytek mniej wartościowego narodu tubylczego, natrafili na kości bohaterów, pochylili się nad nimi z zainteresowaniem i miłością. Wzbudziło to żywe zaniepokojenie III pokolenia UB, które poczuło się zagrożone, czy aby nie zbliża się kres dobrego fartu. Próbuje zatem zohydzać pamięć najwierniejszych żołnierzy Rzeczypospolitej, oskarżając ich o zbrodnie, między innymi – na „cywilach”, a wtórują im rozmaite półgłówki, których przypadek wyniósł najwyraźniej zbyt wysoko. Warto zatem zarówno gwoli prawdy, jak i gwoli pouczenia, rozszyfrować tych „cywilów” – co oni za jedni. Otóż większość tych „cywilów” to po prostu konfidenci, tajni współpracownicy NKWD i UB, których likwidowanie było ze strony Żołnierzy Wyklętych realizowaniem prawa do obrony koniecznej. Charakterystyczne jet to, że w tej kampanii szkalowania „Żołnierzy Wyklętych” przoduje żydowska gazeta dla Polaków pod redakcją pana red. Adama Michnika, który od lat wyłazi ze skóry by podtrzymać zatęchłą „legendę” byłego prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju Lecha Wałęsy.” (Stanisław Michalkiewicz – Żołnierze Wyklęci to następstwo Jałty)

„…Już się wydawało, że wszystko załatwione; sierżant Śmietański i inni bojownicy o wolność i demokrację rozstrzelali wszystkich skazanych prawomocnie przez niezawisłe sądy, inni zginęli podczas próby ucieczki albo zostali zgładzeni na gorącym uczynku. Reszta gniła w więzieniach, a jeśli nawet ten i ów został wypuszczony, to przecież czekiści ani na chwilę nie spuszczali ich z oczu, dając na różne sposoby do zrozumienia, że jeden fałszywy ruch i znowu wracają do turmy. Słowem: „krok w bok, krok w przód, krok w tył – konwój otwiera ogień”. Dzięki temu można było bez przeszkód spreparować prawidłową wersję procesu dziejowego, według którego bojownikom z reakcyjnym podziemiem nie tylko Historia przyznała rację, ale również obdarowała trofeami wydartymi reakcyjnej hydrze. Jak bowiem zauważył poeta, bojownicy o wolność i demokrację „kiedy zwycięskie toczą boje ze straszną reakcyjną hydrą, to chcą mieć pewność, że na zawsze zdobędą to, co hydrze wydrą”. Pierwsze pokolenie jeszcze nie bardzo umiało te możliwości wykorzystać, ale już drugie, które najlepiej personifikował Aleksander Kwaśniewski, używało już życia całą paszczą, nosiło garnitury, mówiło językami, chorowało na wykwintne, filipińskie choroby, a ich małżonki do tego stopnia się wyrobiły towarzysko, że nawet umiały jeść bezę. Nic więc dziwnego, że nowa szlachta szybko dogadała się ze szlachtą jerozolimską, która wprawdzie „z miszpuchy cycełesowatej”, ale nieomylnym tropizmem kieruje się zawsze we właściwą stronę: „Nasi wygrywają! Jacy »nasi«? No ci, co wygrywają!”.

Chodzi o to, że interes, jaki jest do zrobienia, ma taką specyfikę, iż mniej wartościowemu narodowi tubylczemu trzeba przyprawić wizerunek narodu morderców, a właściwie nie tyle narodu, co dzikiej hordy. W tym celu u Jana Tomasza Grossa, w międzyczasie awansowanego do rangi „historyka”, i to od razu „światowej sławy”, obstalowano makabryczne seriale, którym urządzono prawdziwy festiwal na całym świecie. Zachęceni przykładem tak oszołamiającej kariery tubylczy ludzie chałtury na wyścigi rzucili się do kręcenia filmów, czy to o pokłosiu, czy to o (GN)Idzie, a za to obs…ywanie mniej wartościowego narodu tubylczego obsypywani są nagrodami i pochwałami. Niektórym – jak na przykład młodemu Szczurowi – takie rzeczy uderzają do głowy, więc z małpią zręcznością wspina się na piedestał autorytetu moralnego i z tej wysokości próbuje mniej wartościowy naród tubylczy moralizować.

W tej sytuacji, gdy tak skomplikowany biznes zaczął kręcić się na pełnych obrotach, ni z tego, ni z owego, jak z podziemi wypełzli Żołnierze Wyklęci, a ich pojawienie się zaczęło wzbudzać entuzjastyczne zainteresowanie części młodzieży. Młodzi ludzie nie tylko się z nimi identyfikują, nie tylko otaczają kultem ich pamięć, nie tylko urządzają historyczne rekonstrukcje, ale w dodatku, jakby już nie mieli nic lepszego do roboty, zaczynają dociekać, co to się z nimi stało, kto ich o śmierć przyprawił i dlaczego, a wreszcie – co też dzisiaj robią potomkowie ich katów. Czyż trzeba tłumaczyć, jakie zagrożenie niesie to nie tylko dla znakomicie rozkręconego biznesu, nie tylko dla pedagogiki wstydu, ale również, a może nawet przede wszystkim – dla „legend”, z mitem założycielskim III RP na czele?…” (Stanisław Michalkiewicz – Kawał mokrej roboty)

podobne: Stanisław Michalkiewicz o POPISowej „służbie Polsce” za 54 „partyjne” miliony (i zegarek) a wszystko na poczet 60 mld dolarów jakie „sprawiedliwi wśród narodów świata” według Schetyny są winni Żydom. oraz: Holokaust jako przedsiębiorstwo zakłamywania historii, pedagogiki wstydu i wyłudzania pieniędzy od Polaków. i to: Judejczykowie, durnie, zdrajcy, legaci, watahy, notariusze – Stanisław Michalkiewicz o atrapie państwa polecam również: W rocznicę mordu w Jedwabnem. „Pokłosie” błędu Lecha Kaczyńskiego a także: Zamordowanie generała Fieldorfa było manifestacją siły. Młodzi pamiętają o Żołnierzach Wyklętych.

„…historyczny naród polski od 1944 roku zmuszony jest dzielić terytorium państwowe z polskojęzyczną wspólnotą rozbójniczą, która nie tylko reprodukuje się w kolejnych pokoleniach moskiewskich psiaków, ale już raz, to znaczy 13 grudnia 1981 roku, zbrojnie wystąpiła przeciwko niepodległościowym aspiracjom historycznego polskiego narodu, a obecnie próbuje realizować scenariusz zmierzający do poddania Polski po raz kolejny obcej okupacji za cenę zagwarantowania wspólnocie rozbójniczej przez okupanta możliwości dalszego pasożytowania na historycznym narodzie polskim.

Początki wspólnoty rozbójniczej tkwią w mrokach okupacji niemieckiej i sowieckiej. Kiedy we wrześniu 1939 roku władze rozpadającego się państwa polskiego nakazały otwarcie więzień, opuściły je masy kryminalistów, którzy niemal natychmiast powrócili do swoich ulubionych zajęć, to znaczy – rabunku. Ponieważ Niemcy raczej rzadko zaglądali na wieś, ludność wiejska w Generalnej Guberni została wydana na łup bandytyzmu. Wspomina o tym w swoich pamiętnikach Adam hr. Ronikier, podczas okupacji prezes Rady Głównej Opiekuńczej – drugiej po PCK polskiej organizacji oficjalnie działającej w Generalnym Gubernatorstwie. Na terenie okupacji sowieckiej kryminaliści, podobnie jak znaczna część ludności żydowskiej, zasilili sowieckie organy władzy, w charakterze milicjantów i konfidentów. Kiedy rozpoczęła się wojna niemiecko-sowiecka, ludność żydowska jeśli nie uciekła z Armią Czerwoną w głąb Rosji, została izolowana od ludności polskiej i w znacznej części wymordowana. Los kryminalistów na Kresach był zgoła odmienny. Albo zasilili niemieckie formacje pomocnicze, albo działali w bandach rabunkowych, albo i jedno i drugie.

…W miarę zajmowania polskiego terytorium przez Sowieciarzy, bojownicy Armii Ludowej zasilali aparat terroru i aparat władzy, zwłaszcza na niższych szczeblach, bo na wyższych Stalin wolał umieszczać Żydów – absolwentów komunizmu z ulicy Gęsiej, czy Smoczej, których też nie trzeba było uczyć pasożytowania na narodzie polskim, dodatkowo jeszcze znienawidzonym i pogardzanym. To towarzystwo spod ciemnej gwiazdy porozdzielało między siebie dygnitarstwa, poawansowało się na generałów i dyrektorów, słowem – utworzyło „elitę”, którą Sowieci przyprawili historycznemu narodowi polskiemu w miejsce wymordowanej, zdegradowanej i rozpędzonej elity organicznej. Po likwidacji elity organicznej, wspólnota rozbójnicza rozpoczęła odcinanie historycznego narodu polskiego również od duchowieństwa katolickiego, w którym Sowieci upatrywali elitę zastępczą. Towarzyszyła temu intensywna ateizacja, zmierzająca do wykorzenienia wszelkich śladów chrześcijańskiej przeszłości i chrześcijańskich składników tożsamości.

…W dodatku ci, na których przywództwo historyczny naród polski mógłby i powinien liczyć tym bardziej, że do tego przywództwa pretendują, albo nie potrafią stanąć na wysokości zadania – niekiedy ze względu na agenturalną przeszłość – albo – co gorsza – wodzą naród na manowce idiotycznych „dialogów z judaszyzmem”. W rezultacie historyczny naród polski w obliczu świetnie zorganizowanego i świadomego swoich celów wroga cierpi na chroniczny kryzys przywództwa…” (Stanisław Michalkiewicz – Moc, czy tylko narkoza?)

„… prawdziwej wolności nie kupuje się za cenę „okrągłych stołów” i wódki wypijanej w Magdalence. Ona musi mieć swoją wartość, czasem mierzoną krwią i poświęceniem. Ta cena wzrasta tym więcej, im większą mamy świadomość, jakimi metodami wprowadzano w Polsce okupację sowiecką. Wierzyć, że po 50 latach odzyskaliśmy Polskę – bez ofiar, trudu i walki, jest więcej niż głupotą. Trudność ze zrozumieniem tej prawdy jest szczególnie widoczna, gdy wspominamy heroizm Żołnierzy Niezłomnych. Podziwiamy ich i czcimy, ale nie chcemy dostrzec, jaką cenę trzeba zapłacić za pokonanie komunistycznej hybrydy. Ci ludzie nie tłumaczyli sobie, że z kolaboracji ze złem wychodzi się zwycięsko, lub idąc z nim na ustępstwa, można ocalić dobro. Nie szukali „dróg kompromisu”, bo każda łatwa droga prowadziła do upadku i zaprzaństwa. Nie próbowali odnajdywać „zgody budującej”, bo mieli świadomość, że jednymi budowlami komunizmu były baraki obozów i miliony bezimiennych grobów. Dlatego próby odwoływania się do tego utraconego dziedzictwa, przy jednoczesnej negacji obowiązku wytyczenia „kanciastej granicy”, prowadzą do zafałszowania prawdy o polskich bohaterach i do zamazania naszej rzeczywistości.” (Aleksander Ścios)

podobne: Geneza „polskiej” bezpieki i „Archiwum Mitrochina”. Paranoja zbioru zastrzeżonego IPN i fikcja lustracji. Pamięć wybiórcza czyli „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Czemu PIS broni demokracji? oraz: Niezdrowe podniety nad szafami z trupami (z wykorzystaniem ofiary „Żołnierzy Wyklętych”) nie naprawią spuścizny Magdalenki i OS. PIS cierpi na KOD Bolka. Optymizm nie zastąpi nam Polski. i to: AKUPA Michowicza i „Wołyńska” manipulacja czyli o zarządzaniu stadem za pomocą nacjonalizmu (na ruskim sznurku), ksenofobii i antysemityzmu, oraz o „dobrodziejstwie” komunizmu w celu „pojednania”

…mam więc spore wątpliwości czy żołnierze „wyklęci” którzy poświęcili swoje życie na organizowanie oporu przeciw komunie, czuliby się spełnieni i nie mieliby nic przeciwko temu, że tak często powołują się na nich i nawiązują do ich ofiary elity mieniące się „patriotycznymi”, a będące w rzeczywistości przez tzw. „zdobycze demokracji” tejże komuny kontynuacją (oczywiście bez kazamatów, wyrywania paznokci i strzelania w tył głowy). Wracając do żołnierzy podziemia antykomunistycznego polecam profesjonalny wykład pod linkiem Narodowe Siły Zbrojne 1942 – 1947 – Michalkiewicz i Żebrowski promują książkę Gniadka-Zielińskiego

Tej historii nie wymyślił żaden wieszcz
krwi inkaustem została spisana
(nie)żołnierska ścigała was śmierć
wróg wolności czerwona zaraza

Na nich były polowania z nagonką
dla nas czarnej legendy ballady
a gdy to nie pomogło jej zgnieść
„amnesti” stawiano sidła zdrady

Z wolna milkło groźne wycie w UBojniach
gdy wyrwano im kły skórę zdarto
kręgosłupy złamano i cześć
w końcu sznur, kula w łeb, dół z pogardą

Czekaliście przed światem schowani
białe plamy w bezimiennych grobach
na podwójne milczenie skazani
aż ktoś w końcu o prawdę zawoła

Dziś czas prochom tych niezłomnych kości
powstać z dumnie postrzeloną głową
i odkurzyć zakazane pieśni
a historię przepisać na nowo

Czas dokładnie wsłuchać się w wasz zew
treść właściwą nadać złej pamięci
zebrać plon z tego co zasiała krew
i wyjść z lasu… jak wychodzą „wyklęci”

„Chłopcy wychodzą z lasu” Odys, 1 marca 2015

podobne: Dawid Hallmann “Chłopcy z lasu”… National Armed Forces (NSZ) polecam: Żywe kamienie i to: „Królestwo Bez Kresu”.

Żołnierze Wyklęci De Press – Piosenka ludzi bez domu

Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą.


Adam Wycichowski niewolnik - konstruktywne wotum zaufania

Adam Wycichowski niewolnik – konstruktywne wotum zaufania

„…Układy wiążą ręce, spajają struktury korupcji zależnościami, hakami, zastraszaniem, wpływami i możliwościami. Pozwalają na karierę w świecie na pograniczu przestępstw i kuszą łatwymi ogromnymi zyskami. Manipulacje wciąż sączące się z niektórych mediów podają setki „słów-kluczy” paplanych potem w większości bezmyślnie przez uczestników wieców KOD. Gdyby któreś z tych zjawisk było przyczyną wciąż utrzymującego się poparcia dla postkomunistycznego obozu PO+KOD+N+SLD wystarczyło by zaproponować nowe skuteczne układy, albo wyjaśnić błąd w rozumowaniu. A tymczasem wyjaśnienia nic nie dają, możliwość uczciwej pracy nie jest atrakcyjna, a jeśli fakty przeczą przekonaniom to tym gorzej dla faktów. Obserwując poczynania tych ludzi, słuchając tego co wykrzykują ma się wrażenie uczestnictwa w jakimś absurdalnym wiecu paranoików.

Prawdziwą przyczyną, leżącą u podstaw tego stanu rzeczy jest mentalność. To głębokie poczucie, charakter w którym dobrze się czuje nasze własne „ja”, coś na czym sami budujemy swój światopogląd, a nawet przekonania religijne czy gust artystyczny.

Zastanówmy się dlaczego widzowie TVN na ogół oglądają doniesienia z tej stacji a czytelnicy Gazety Wyborczej czytają te doniesienia? Ludzie ci, słysząc np. o rozróbach pod Sejmem, wiedzą dobrze kogo chcą popierać i po jakiej stronie konfliktu chcą być. Brakuje im jednak jednej rzeczy – argumentów do potwierdzenia słuszności swojego wyboru. Nie szukają niezależnej obiektywnej oceny. Szukają argumentów poparcia stanowiska które zajmują ZANIM zorientują się w faktach. TVN, GW podają im takie „słowa-klucze” – jak łamanie demokracji, wolne media, itp. Nienawidzą „Kaczyńskiego”, ale gdyby go zabrakło nienawidzili by kogoś innego…

…Co więc zrobić aby sytuacja wreszcie zaczęła się zmieniać?

Trzeba pracować nad mentalnością. Nie jest to łatwe i niestety prawie nikt tego nie robi, z tej racji, że nawet często nie rozumie że takie zjawisko istnieje. To nie praca doraźna. To nie doraźny szybki zysk polityczny czy medialny. To praca na lata i pokolenia, bo tak, mentalność przechodzi z pokolenia na pokolenie. Chociaż każdy z nas jest wolnym, niezależnym człowiekiem, to jednak w ogromnej większości typ mentalności dziedziczymy po długiej linii przodków opowiadających się albo za istnieniem uniwersalnych wartości, albo ich brakiem i „samowolką” moralną.

Dlatego nasze dyskusje w mediach społecznościowych nie przekonują prawie nikogo, ani z jednej ani z drugiej strony. Zacietrzewiają nas tylko nawzajem. Dlatego 30% POstKODmuNy wciąż łącznie waha się koło takiej liczby. Partyjki te odbierają sobie trochę elektoratu, ale suma pozostaje niezmienna. To co się zmienia to postępująca od 30 lat radykalizacja. W latach 90-tych sporo ludzi nie opowiadało się tak zdecydowanie za jednym czy drugim obozem. Trochę osób, widząc koszmar poprzednich lat owszem zmieniło preferencje wyborcze i opowiada się za jaką grupą prawicową. Nie łudźmy się jednak że to się utrzyma. Te osoby jeszcze przez pokolenie nie będą pewne swoich przekonań. Gdy nadarzy się okazja powrotu do dawnej opcji szybko z niej skorzystają i niestety będzie to wtedy wielki radykalista. Możemy przypuszczać że właśnie takimi osobami są te, które miały chwilowy epizod bycia w partiach prawicowych a obecnie pojawiają się jako celebryci na wiecach KOD.

Zacznijmy więc wreszcie świadomie pracować nad mentalnością Polaków, nad odpowiedzialnością mądrością i uczciwością, aby stały się one na powrót, jak w czasach Pawła Włodkowica czy Kopernika naszymi narodowymi cechami. Obecne rozruchy pod sejmem są efektem tego, że przez rok nie zrobiono w tej kwestii praktycznie nic. Jeśli nie zaczniemy tego robić TERAZ to kolejne wybory przywrócą stan bełkotu gładkich słów Donalda Tuska, zarozumiałych pokrzykiwań Ewy Kopacz, prymitywnych wygrażań Stefana Niesiołowskiego, wymachiwania plastikowymi członkami Janusza Palikota i wielu, wielu szemranych interesów wąskiej grupy międzynarodowych cwaniaków.” (Marcin Niewalda • naszeblogi.pl – Dlaczego POstKODmuNa ma wciąż 30% poparcia?)

podobne: CBOS: 33 proc. Polaków uważa, że po 1989 r. trzeba było rozliczyć PRL. Wśród zwolenników „porozumienia” wyborcy PISu.

Nie wiem czy za czasów Pawła Włodkowica (czy Kopernika) naszymi narodowymi cechami były tak jak sugeruje autor artykułu mądrość i uczciwość, bo tych dwóch to za mało żeby całą populację tamtych czasów w owe cnoty przez aklamację ubierać, ale oczywiście jest dziś nad czym pracować w kwestii mentalności Polaków. Jednak nie tylko tych umownych 30% (ciekawe skąd taki właśnie przydział) ale można z całą pewnością powiedzieć że nad KAŻDYM, który wykazuje objawy ukąszenia socjalizmem. Choroby która usprawiedliwia rabowanie ludzi pod pretekstem „państwa opiekuńczego”. Bo to jest tak naprawdę główny problem tej całej komuny (Na czym polega postkomunizm i czy socjalista może być dobrym patriotą?), a nie jakaś grupka ludzi która nie chce się pogodzić z tym że ich ukochana demokracja z nich zakpiła, i odsunęła od koryta dzięki któremu mogli sprawować (za odpowiednią dla siebie prowizję) nad narodem „opiekę” nazywaną również „sprawiedliwością społeczną”. Którą na dużo wyższym poziomie uprawia teraz ktoś inny kupując sobie vox populi za jego własne pieniądze. Ta gierkowska taktyka wzbudza największą desperację w głowach dzisiejszej opozycji, której zabrakło sprytu nie liczenia się z „procedurą nadmiernego deficytu”. PIS natomiast nie ma z tym żadnego problemu a przy okazji pokazuje komu służy, oraz o co naprawdę chodzi unijnym demokratom – wepchnięcie nas jeszcze głębiej w uzależnienie od banksterskiej lichwy (W czyich rękach spoczywa polski dług, i czy krach finansów publicznych zakończy się eutanazją?)

Cytowana skarga dotyczy wprawdzie tylko jednej ze stron trwającego od ponad roku na polskiej scenie politycznej konfliktu, a w zasadzie od roku przybierającego na sile, gdyż w rzeczywistości konflikt ów trwa od bardzo dawna (od poróżnienia się Kaczyńskich z Wałęsą). Konfliktu między jak się ich nazywa (nie wiadomo czemu) „liberałami” czyli obecną opozycją wywodzącą się głównie z dawnej Unii Wolności/Demokratycznej, a tzw. „prawicą” (również nie wiadomo czemu) czyli obecnym rządem, którego korzenie sięgają dawnego Porozumienia Centrum. Skarga ta jest jednak na tyle tendencyjna i powierzchowna w swej opinii, że sformułowanych w niej pretensji i zarzutów wobec „opozycji” można równie dobrze użyć przeciwko stronie rządowej. Wystarczy w miejsce wymienionych partii i mediów opozycyjnych wstawić odpowiedniki drugiej strony a tekst będzie równie uczciwy i trafny… No może za wyjątkiem kultury której strona rządowa w owym konflikcie wykazuje jednak więcej, czego nauczyła się za czasów bycia wieloletnią opozycją nie licząc epizodu z AWS (który tworzyły kiedyś obie dziś zwalczające się strony) i dwuletnich rządów w koalicji z LPR i Samoobroną.

Co prawda zwolennicy rządu uważają że przyczyną awantury są legislacyjne pomysły PISu, ale jest to przekonanie w moim mniemaniu bałamutne. Wściekły opór „obrońców demokracji” nie jest podyktowany heroiczną walką „dobrej zmiany” z komuną i jej przywilejami, bo sama „dobra zmiana” wprowadziła już taką masę niebezpiecznych dla obywateli pomysłów rodem z manifestu komunistycznego, że poprzednicy mogą się schować. Sama też z przywilejów pośrednika „redystrybucji” (na kredyt) korzysta. Więc jak to mówi Pan Michalkiewicz „choć wiele się zmieniło to wszystko zostało po staremu”. Kolejne ekipy rządowe (rzekomo wrogo do siebie nastawione i o „innych tradycjach”) po sobie następują, ale „model kapitalizmu kompradorskiego nawet nie drgnął”. Polacy są coraz bardziej wyzyskiwani podatkami, zadłużani i coraz głębiej wpychani w niewolę babilońską u międzynarodowej lichwy. Nic z tego co sobie uchwalił w ostatnim czasie PIS, nie zasługuje na miano doniosłego dokonania, sprawiedliwości dziejowej, tudzież rozliczenia z poprzednim układem. Ani te pół miliarda zabrane UBekom (które i tak skonsumuje rząd a nie naród), ani ograniczenie swobody dziennikarskiej w Sejmie w niczym POprzednikom i KODomitom nie zagroziły. Nie zagroziły też „starej komunie”, bo obniżenie emerytur do poziomu 2 tys. zamiast osądzenia, zasądzenia więzienia i odszkodowania za popełnione zbrodnie (o ujawnieniu nazwisk i powiązań starej komuny z obecnym KODem nie wspominając), to naprawdę nie jest sukces na miarę zmiany jaką zapowiadał PIS zanim doszedł do władzy. Można się tu czarować że lepsze to niż nic, ale faktem jest że to wojny „polsko-polskiej” nie zakończy. Choć może i zakończy jak tylko narobi się odpowiednio dużo szumu żeby każdy niewtajemniczony nabrał przekonania jaka to wielka krzywda (a z drugiej strony prawo i sprawiedliwość) nareszcie po tylu latach się dokonała 🙂 Tak jak w przypadku wyroku sądu z Krakowa który postanowił w dość ciekawy sposób załatwić sprawę „polskich obozów zagłady” o czym można przeczytać tu: Mistrz pługa – Gdy kopanie w du*ę nie obraża

A teraz wszyscy do roboty bo ktoś musi zapłacić za kolejną kiełbachę w postaci „mieszkaniaplus”. Niech nikt nie myśli że te 0,5 mld PLN wytrzepane z takim bólem z kieszeni UBekrów (pod pretekstem ekonomicznym a nie żadnej „sprawiedliwości społecznej” o której bredzi Błaszczak), wystarczy na zadowolenie „nowej klasy średniej” – prawdziwego celu zrównoważonego niedorozwoju, do czego niedawno przyznał się głośno sam oberpremier Morawiecki. Niepokojące nie jest więc to co się dzieje między politykami, ale skutki podniecania ich wyznawców nieproporcjonalnie do tej żenującej sytuacji przez władzuchnę, która z grupki ewidentnie bezradnych frustratów ze śladowym poparciem nawet wśród swoich wyborców zrobiła „hybrydowy zamach stanu”. Po co? Obawiam się że po to aby usprawiedliwiać własną nieudolność póki co opartą o publiczne rozdawnictwo, choć doskonale wiedzą jak to się dla państwa (czyli dla nich) skończy kiedy kasy zabraknie. Bo ani „jednolity podatek” nie wystarczy ani te pół mld. żeby zaspokoić gierkowskie plany „dobrej zmiany”.

Za sukcesem tego typu ludzi jak Kijowski (innych skompromitowanych nie wspominając) kryje się zawsze safandulstwo władzy…. Bo ten BenyHil polskiej sceny rozrywkowej (a nie politycznej) został wywindowany na piedestał i jest nadmuchiwany głównie przez prorządową propagandę. Przecież nikt tego typa nie poważa na podstawie tego co pisze i mówi na jego temat prasa lewicowa, i to niezależnie od teorii kto go do czynu popycha (prócz własnych ambicji). Ten pan nie potrafi opowiadać o rzeczach ważnych, nie stoczył też ani jednej bitwy na argumenty z poważnym przeciwnikiem politycznym, a wszystko na co go stać to populistyczne oderwane od rzeczywistości emocjonalne kwiki do zbiegowisk które nazywane są „demonstracjami” KODu. Dlaczego więc PIS robi z kogoś takiego Brutusa, skoro to istny Dyzma. Czemu kreują to coś co łazi po ulicach (łącznie ze Schetyną i Petru) na siłą polityczną zdolną obalić rząd? I jak widać dobrze im to wychodzi, bo część zwolenników „dobrej zmiany” wpadła po ostatnich wydarzeniach w prawdziwą histerię. Co to za rząd który boi się garstki kabareciarzy, a jedyną reakcją obronną na jaką go stać to wywoływanie histerii? Ten kanapki przyniósł, a tamten telewizję wyłączył, jeszcze inny na ulicy się położył i udawał martwego. Po co robić z tego jakąś wojnę hybrydową? Dość spojrzeć zimnym okiem od czego się zaczęło – od dwóch durniów/prowokatorów i ich pogaduszki na mównicy. Bo do tanga trzeba DWOJGA. A teraz dołączają rzesze „zmartwionych” i „przestraszonych” (nie wiadomo czym) wyborców/sympatyków by przejąć pałeczkę po tych prowokatorach. I pompują balon do niewyobrażalnych rozmiarów. Ten kto przykłada do tego rękę sam będzie miał ewentualną krew na rękach… Proponuję wyborcom jednej i drugiej strony spojrzeć na to co się dzieje z dystansu, i nie dać się rozgrywać w tak prymitywny sposób.

Jeśli jednak mamy do czynienia z prawdziwym zagrożeniem (bo np. premier coś wie dzięki służbom) to ja nie rozumiem dlaczego ciągle istnieje coś takiego jak zastrzeżony zbiór w IPN. Dlaczego raport i aneks do raportu z „likwidacji WSI” wciąż jest tajny i gdzie są kwity z szafy Kiszczaka na tych z „aureolą”… O innych „miażdżących audytach”, „śledztwach” CBA, archiwach do których Kamiński (ten od skręcania afery gruntowej) ma klucze nie wspominając? PIS nas od dawna przekonuje że to są gotowe wyroki skazujące dla „zdrajców” więc czemu z tego nie korzysta, ale pozwala na ten cały cyrk urządzany dziś na ulicach i w Sejmie. Jeśli takowe kwity istnieję, to przecież władza ma uczciwy pretekst (ba! podstawę prawną) do osądzenia, spiskowców, oraz skazania, i nałożenia na ich mocodawców z dawnego systemu odszkodowania za popełnione zbrodnie. Dlaczego tego nie robi ale bawi się w podchody i prowokacje którym sam się podkłada, o ile specjalnie nie prowokuje rękami takich jak ten pożal się „marszałek” Kuchciński. Moim zdaniem chodzi o odwracanie uwagi od dużo ważniejszych problemów, które nie dotyczą ich (władzy) tylko nas (obywateli). Dlatego urządzają nam cyrk, którego najlepszym symbolem jest niejaki Diduszko który udawał że go zabili… Tylko się kłaść jak on… ze śmiechu…Dlatego najbardziej podobała mi się wypowiedź jednego z niewielu trzeźwo patrzących (bez podniecania się) komentatorów, który nazwał to coś jak należy – papierowym przewrotem. Wieloznaczność tego stwierdzenia i wątki z „wydarzeń” jakie do niego pasują wprost (kartki trzymane przez opozycję w Sejmie) i w przenośni (faktycznego ciężaru i siły ulicznego „puczu”) jest naprawdę szeroka 🙂 Swoją drogą to niesamowite ilu „poważnych” zdawałoby się ludzi naprodukowało bzdur do i na temat tego „dramatu”. Najlepsi są ci od opowieści „co by było gdyby”, i jaki to straszny zamach stanu się odbywa, próbując w ten sposób podniecać zgromadzony przed telewizorem naród, by potem posłać go na barykady w obronie demokracji, której każda ze stron używa jak jakiegoś zaklęcia od którego fanatycy dostają spazmów i histerii. Ludzie opanujcie się.

Myk z tzw. „mediami” to rzecz jasna kolejny już krok na drodze ku „wolności”… od niewygodnych i czasem wstydliwych dla władzuchny (ale dla obłudników z opozycji też) informacji. Pierwszym była ustawa inwigilacyjna pozwalająca odpowiednim organom śledzić i gromadzić bez podawania uzasadnienia dane na temat obywateli. Wprowadzono też przepisy zwiększające koszt prowadzenia blogów: „Koszty prowadzenia bloga już nie są dla fiskusa kosztami prowadzenia działalności gospodarczej. Resort finansów wydał interpretację podatkową, która może mocno uderzyć po kieszeni osoby zarabiające w ten sposób. Wolta ministerstwa w tej sprawie podaje w wątpliwość deklarację wicepremiera Morawieckiego o stabilności i przyjaznej interpretacji prawa, jakie złożył, prezentując Konstytucję dla biznesu..” (Jacek Bereźnicki – Mateusz Morawiecki uderza w blogerów. Gdzie obiecana stabilność prawa i przyjazna interpretacja przepisów?). Jakiś czas temu podjęto też decyzję o kontynuowaniu polityki POprzedników ograniczając prawo do „spontanicznych zgromadzeń publicznych”: „…Zgodnie z nowymi zasadami ustawy o zgromadzeniach, jako manifestacje „cykliczne”, będą one miały priorytet, mniej więcej taki sam, jak procesje w święto Bożego Ciała. To podobieństwo nie jest zresztą wcale przypadkowe, bo liturgia smoleńska jest elementem rodzącego się na naszych oczach kultu prezydenta Lecha Kaczyńskiego…” (Stanisław Michalkiewicz – Ku konfrontacji). Najnowszy pomysł tych co to niby budują społeczeństwo obywatelskie, to oczywiście „certyfikowany” dla dziennikarzy dostęp do widowiska pod nazwą „Sejm”. Błaszczak zaś przywraca obowiązek meldunkowy żeby było łatwiej odnaleźć prawdziwych wichrzycieli a nie tych pajaców łażących z flagami po ulicach i wykrzykujących dziwne hasła, albo przewracających się pod ciężarem własnej głupoty. Żeby było wiadomo pod jaki adres wysłać takie czy inne postanowienie/wyrok/egzekucję, a procedura wszczęcia ścigania/rabunku była skuteczna (reszta może się wszak odbyć zaocznie)… Jak ktoś nie widzi co tu się wyrabia to współczuję i dlatego uważam że w swoim czasie co niektórzy obecni apologeci tego „prawa i sprawiedliwości” obudzą się z ręką w nocniku… i będą bardzo źli na „swoich” (ale nie na własną naiwność). Przy okazji polecam odnaleźć wypowiedź doradcy Pana Dudy (niejakiego Zybertowicza zwanego profesorem od socjologii) dotyczącą internetu i nowoczesnych technologii komunikacyjnych, które uważa za ZAGROŻENIE. Na podstawie tego co z siebie wypluł można go uznać za wybitnego przedstawiciela neoluddyzmu (Wiki definicja trafnie to określa) czyli buntu przeciwko nowoczesnym narzędziom/maszynom.

Dziś takim narzędziem zagrażającym wszystkim szamanom i leśnym dziadkom „dobrej zmiany” ale nie tylko, bo Gazeta Michnika również przeżywa poważny kryzys monopolu na prawdę (i nie mam tu na myśli tylko naszego „nieszczęśliwego kraju), jest właśnie Internet, a wszelkiego rodzaju świry w nim istniejące są „tylko” ale wymarzonym pretekstem dla wszelkiego rodzaju ustaw „o bezpieczeństwie” oraz ACTA. Ostatnio wyczytałem (właśnie w internecie) że Chiny wystąpiły do USA z propozycją współpracy w zakresie kontroli internetu. Widocznie rządy i fejsbuk słabo się spisują, i ogłupianie ludzi nie idzie tak jak sobie zaplanowali „ci co wiedzą lepiej”. Wiedzą też jaką siłą jest internet, więc nie potrzebują tej jego części której nie są w stanie zneutralizować swoją propagandą czy kontrolować… A i w Niemczech ktoś ważny niedawno chlapnął że trzeba z internetem zrobić porządek. Ciekawe czy Gmyz będzie nam za jakiś czas również i w tej kwestii stręczył „zachodnie standardy” jak to zrobił odnośnie „dziennikarstwa politycznego”. Które nie tylko według niego wypadało ucywilizować w Polsce, a co stało się w rzeczywistości pretekstem opozycji do „obalenia rządu”. Jeżeli to „ucywilizowanie” ma doprowadzić do takiej „normy” jaka miała miejsce po sylwestrze w Kolonii to ja dziękuję. Lepiej nie kopiujmy z Niemiec żadnych standardów.

Atak na „Internety” trwa bo to jest ostatni bastion autentycznie wolnej myśli która stanowi zagrożenie dla rewolucji luddowej. Chodzi o zniszczenie konkurencji na każdym polu ludzkiej myśli i działalności, oraz o odcięcie od niezależnych od propagandy rządowej źródeł informacji, żeby korpo i rządy mogły nas strzyc do woli bez żadnego już tłumaczenia się przed ludźmi. Jak powiedział klasyk: „…Każdy może, prawda, krytykować, a mam wrażenie, że dopuszczanie do krytyki panie to nikomu… Mmmm… Tak, nie… Nie podoba się. Więc dlatego z punktu mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było. Tylko aplauz i zaakceptowanie. Tych naszych, prawda, punktów, które stworzymy.”  (Wolność, równość, szyderstwo (od PRLu do fejsbuka) czyli walka z cenzurą kiedyś i dziś. O skutkach ubocznych pracy najemnej i deklasacji kultury)

Jak to powiedział Longinus Podbipięta do Rzędziana: „Dobrze, rybeńko ale ty nam powiadaj o Bohunie, nie o gruszkach…” 🙂 przejdę więc do konkluzji. Warto bowiem przyjrzeć się rzeczywistym skutkom tego cyrku poszukując przyczyn i celów które leżą gdzie indziej niż nam to próbuje przedstawić oficjalna propaganda jednej i drugiej strony.

Cyrk w Sejmie i na ulicach zdechnie z głodu natychmiast jak tylko rząd (celowo tudzież przypadkiem) SAM przestanie go karmić i pompować do absurdalnych rozmiarów. Bo tu nie ma żadnego zamachu stanu a jest zwykła walka o koryto między postmagdalenkowymi układami o to kto będzie doił podatników. Jako obywatele stojący na końcu łańcucha pokarmowego nie mamy żadnego interesu żeby podniecać się i uganiać na ulicach za prowokacjami jak jakieś psy za kością, tylko dlatego że obie strony są wyjątkowo bezczelne (Psy się gryzą na podwórzu a kruk krukowi oka nie wykole…). Jest więc straszno i śmieszno. Śmieszno bo dość spojrzeć chłodnym okiem na to jak ci dorośli i poważni ludzie się zachowują, a straszno dlatego że (tu powtórzę raz jeszcze)  „prawa strona” zwana dla niepoznaki „rządową” która stoi tam gdzie stoi (a nie tam gdzie mówi że stoi) spija póki co albo pianę z piwa którego naważyła tj. własnej nieudolności, albo śmietankę z celowego prowokowania cymbałów z komunistycznym rodowodem, po to żeby ich wybryki spędzały sen z powiek wyborcom, i żeby nie widzieli tego jak ich Pan Morawiecki wpycha w maszynkę (nie)zrównoważonego niedorozwoju. Póki co cały ten „zamach stanu” jak go niektórzy nazywają traktuję wyłącznie jako prowokację i okazję jednej i drugiej strony do antagonizowania społeczeństwa i próbę zaangażowania go w sposób bezpośredni (łącznie z fizycznym) w interes partyjny, żeby na ulicy polała się krew dając w ten sposób powód zarówno władzy jak i „opozycji” do ostatecznego rozstrzygnięcia bez ruszania archiwów i haków, które służą szantażom, układom, i trzymaniu na smyczy swoich UBeków, oraz wiecznej wojnie którą karmiony jest naród w imię zasady dziel i rządź (TKO czyli dwa lewe proste „prawicy” w trzecią i czwartą władzę. Targowica KODrywanych od koryta POdnosi wrzask. Walka POPISu o (nie)zależność Trybunału Konstytucyjnego).

rys. Artur Żukow

rys. Artur Żukow

„…aby człowiek szaleństwem, przed świętami
zaraził się i też pustym obłędem
aby nie wiedział co jest dobre
a co jest karygodnym błędem
i tak odwieczny wróg będzie krzyczał
kopytami po karkach będzie wierzgał
bruk będzie wyrywał, ludzkimi rękoma
flagami obcych machał, dla uciechy imperiów
wkraczał będzie w te niewidzialne sieci
w szklanych kulach, stworzonych ku kontroli
będzie mówił o utraconej wolności
samemu tą wolność dzień w dzień zabierając
bo od lat jego rodzaj walki nie zmienny jest
wpierw dzieląc mówi, że inni dzielą…”

Zczarny – “historyczne kopyta imperiów”

Osobiście z tego wszystkiego co się ostatnio u nas (i nie tylko u nas) wydarzyło oczekuję od władzy że nikogo nie będzie przepraszać ale zajmie się konkretnymi czynnościami sprawdzającymi i na ich podstawie podejmie stosowne decyzje. Zarówno w sprawie zamachu w Niemczech z udziałem polskiego kierowcy (czy nie była to prowokacja i przez kogo zaplanowana), jak też w sprawie KODu czy nie ma tam ludzi poważnie i praktycznie planujących zamach stanu. Oczekuję również że natychmiast poprawi regulamin Sejmu, a do tego czasu dopuści (wyszkolonego w prowokacjach) Szczerbę do głosu żeby mógł dalej udowadniać że regulamin trzeba zmienić. W mediach (podobno rządowych) zamiast pokazywać migawki z „męczeństwa” jednych i drugich, tudzież dziennikarzy którzy sami pchają się gdzie nie trzeba, wystarczy pokazywać uśmiechnięte ryje opozycji i piknikowy nastrój jaki panuje na ich demonstracjach oraz w sali Sejmowej. To po pierwsze rozładuje niepotrzebne napięcie w „narodzie” a po drugie pokaże prawdziwą twarz tego „męczeństwa”. Najbardziej z tych wszystkich wydarzeń interesuje mnie jednak co władza zamierza zrobić z tym, że nasza telewizja nie dysponuje swoim sygnałem. Bicie piany kto personalnie do tego doprowadził nie powinno przesłaniać w pierwszej kolejności przywrócenia stanu normalności i bezpieczeństwa w tej kwestii. Oczywiście warto sprawdzić pod kątem legalności i działania na szkodę bezpieczeństwa, kto personalnie za to odpowiada.

Do tego czasu zamiast łamania się pod publiczkę opłatkiem już na kilka dni przed Wigilią, zamiast obłudnego śpiewania kolęd, pieśni patriotycznych i „Murów” Kaczmarskiego (których treści ani intencji kompletnie  nie rozumieją), proponuję wszystkim spadkobiercom okrągłego stolca żeby zanucili sobie inną, bardziej adekwatną do tego skąd się wzięli i co wyrabiają balladę O ubocznych skutkach alkoholizmu. Życząc sobie (nie znaczy że naiwnie wierząc) że obecna władza zreflektuje się w końcu, i zrobi to co do niej należy. Przestanie kopać w klatkę licząc że małpa znowu zrobi coś śmiesznego, żeby ludzie nie nasiąkali atmosferą absurdu aż do obrzydzenia i agresji, a już tym bardziej żeby nie prowokowała małpy do rozlewu krwi. Bo choć polityką zawodowo się nie zajmuję, to wiem czego oczekuję od polityków, dzięki czemu potrafię odróżnić mężów stanu od klaunów, cwaniaków i agentury. Oczekuję tego co można wyczytać z fragmentu pamiętnika Pana Korwin-Milewskiego. Geniuszu retoryki, przenikliwości, dalekowzroczności, skuteczności i elegancji, ale nie kosztem czasu, pieniędzy a może i krwi Polaków. Dzisiejsze mężyki stanu to przy tym panisku pełną gębą co najwyżej liche tło… (Odys)

„…podczas zawieszenia posiedzenia zbliżyli się do mnie, stojącego we framudze drzwi prowadzących do sąsiedniego pokoju, dwaj wpływowi członkowie dumskiego Koła i zapytali o moje zdanie. Odpowiedziałem im prawie dosłownie: „Mnie daleko mniej interesuje treść waszego projektu niż metoda, którą będziecie go przedstawiali i popierali. Kiedy będziecie się trzymali metody układów i wzajemnej zgody, to proście sobie choć o oddzielne wojska i mundury napoleońskie jak przed 1830 rokiem, bo wiadomo, że układ jest to targ, gdzie każda strona ma w zapasie coś do ustąpienia. Lecz kiedy, jak powiadają; zamierzacie panowie stawić kwestię na ostrzu noża, w formie ultimatum, albo nadanie formalnej autonomii, albo odmowa przejścia do rozpatrzenia budżetu, to gracie grę nadzwyczaj niebezpieczną. Nie mogę wszystkiego powiedzieć, bo jestem związany obietnicą dyskrecji, lecz wiem, że obecnie rząd formalnej autonomii wam przyznać nie to, że nie chce, lecz nie może. Przejście zaś przez Izby budżetu jest mu niezbędne i odrzucenia go nie zaryzykuje. Zatem będzie to nieprzejednany konflikt. A w tym konflikcie spotkają się z jednej strony ogromne państwo z wojskiem, może nie ciekawym, lecz milionowym, a z drugiej strony tylko języki, może dzielne, lecz w liczbie trzydziestu czterech. Ja bym za nic na świecie na taki konflikt nie poszedł, targowałbym się, przyjąłbym to, co można wyrwać, i czekałbym nowej pomyślnej okoliczności.”

Na to jeden z moich słuchaczy, którego miałem i mam (bo jeszcze żyje) za bardzo roztropnego, odpowiedział mi: „Ale cóż możemy zrobić, kiedy Warszawa na nas wywiera nacisk, o którym pan pojęcia mieć nie może?” – „Przepraszam, ja o nacisku mogę mieć pojęcie, lecz nie pojmuję, żeby w tak żywotnej dla narodu kwestii można było jemu ulegać. Jestem sam wybranym przedstawicielem mojego wileńskiego społeczeństwa, ale nie uważam siebie za komisjonera, lecz jako zaufanego pełnomocnika. Gdyby mi postawiono wymagania, których sumiennie wypełnić nie mogę bez jawnej szkody dla sprawy to bym postąpił po swojemu, a potem powiedziałbym moim wyborcom: tak postąpiłem, bo tak mi nakazywało sumienie, a kiedy nie jesteście z mego postępowania zadowoleni, to obierzcie sobie mędrszego.” Na to mój pan poseł jakby z westchnieniem: „Łatwo panu tak mówić, panie Milewski, który możesz jak chcesz wyrzec się i mandatu, i polityki bez żadnej szkody dla pańskiej sytuacji światowej lub majątkowej, a my jesteśmy we wszystkim od naszej partii i naszych wyborców zależni.”

I to jest przekleństwo, które ciąży we wszystkich krajach, nawet daleko więcej od naszego rozwiniętych, nad tak zwanymi zawodowymi politykami; dla nich zajęcie się sprawami publicznymi stanowi nie ukoronowanie ich kariery, lecz samą karierę. Muszą w końcu nie dziś to jutro stać się nie kierownikami, lecz pokornymi sługami tego niepoczytalnego stada, jakim się staje w chwilach podniecenia wszelkie liczne zbiorowisko nawet wykształconych ludzi.

W takich warunkach rozwiązanie drugiej Dumy okazało się koniecznością nie mniej nieuniknioną niż rozwiązanie pierwszej; lecz Stołypin był zanadto mądry, żeby się doczekać formalnego odrzucenia dyskusji budżetowej i wobec stu kilkudziesięciu milionów mużyków przyznać się, że car rozwiązuje Dumę dlatego, że ona chce, żeby lud nie płacił podatków i akcyzy za wódkę. Daleko korzystniejsze było hasło: my rozwiązujemy Dumę dlatego, że część jej członków projektuje cara zamordować, a Duma ich nie wydaje.

Szczęśliwa gwiazda Piotra Arkadjewicza ten pretekst mu nastręczyła. Oczywiście uprzedzona przez jakiegoś zdrajcę policja przyłapała na gorącym uczynku całą paczkę spiskowców w trakcie, kiedy w konspiracyjnej kwaterze na Newskim Prospekcie z bibułą i wszystkimi potrzebnymi dowodami naradzali się nad rozpropagandowaniem i zbuntowaniem kilku w stolicy konsystujących pułków. W spisek było zamieszanych dwudziestu dwóch członków Dumy, między innymi wyżej wspomniany Cereteli1. Stołypin chwycił się tego, wymagał natychmiastowego wydania tych dwudziestu dwóch spiskowców i Duma by nie odmówiła, lecz bardzo słusznie jej komisja domagała się umotywowania podejrzeń na każdego oskarżonego poszczególnie. Stołypin to przyjął jako odmowę i pod tym pretekstem znienacka Dumę rozwiązał. Na posiedzeniu w sobotę 5/18 czerwca odczytano nam ukaz cesarski, odraczający zajęcie Izby Wyższej do l listopada 1907 r. A nazajutrz wyszedł słynny ukaz 6/19 czerwca, na mocy artykułu 87 praw zasadniczych wydany, zatem pozbawiony wszelkiego cienia legalności, który wnosił do ordynacji wyborczej Izby Niższej bardzo ważne zmiany, a mianowicie:

Co do Królestwa Kongresowego i Kresów jednym pociągnięciem pióra zredukowano ich przedstawicielstwo w Kongresówce z 34 posłów na dwunastu pod pretekstem do pewnego stopnia usprawiedliwionym przez postępowanie ostatniego Koła Polskiego, że „nie można dopuścić, aby grupa obcoplemieńców stała się arbitrem losów narodu rosyjskiego”…” (reszta u coryllusa tu: Hipolit Korwin Milewski o Dmowskim i posłach do Dumy)

podobne: Rokosz i Elekcja, Hitchcock i histeria, Trump(y) i trąf(y) czyli rozgrywanie tłumu w służbie demokracji. oraz: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach. a także: Jacek Kaczmarski i poetycka pamięć o stanie wojennym. „Stan wojenny trwa dla każdego przez całe życie, od narodzin do śmierci” czyli… „Obława II” i korpoustRÓJ.

rys.Andrzej Krauze

rys.Andrzej Krauze

W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców.


Stanisław Bagieński - Polonia prowadząca do boju (kopia Władysław Brech)

Stanisław Bagieński – Polonia prowadząca do boju (kopia Władysław Brech)

„…Dewastacja struktury klanowej jest pierwszym i najważniejszym celem rewolucji. Zastępuje się ją hierarchiami branżowymi, czyli de facto w całym społeczeństwie wprowadza się porządek mafijny lub jak kto woli wojskowy. Ma to zapewnić wszystkim równe szanse. Jak wiemy z praktyki, zapewnia to szanse tylko najbardziej brutalnym, podstępnym i bezwzględnym oraz ich potomkom. Doświadczenie uczy, że jakikolwiek ruch przeciwko takim tendencjom natychmiast zostaje zauważony i jest atakowany z największa furią. Furia ta wynika wprost z faktu, że państwo socjalistyczne, a od roku 1918 innego nie mamy, jest protektoratem jedynie. To jest myśl, od której powinniśmy wyjść snując nasze rozważania o wolności i własności. Czym była zamiana niewoli na wolność w roku 1918, a także czym była zamiana tej wolności na nową wolność, nazywaną później niewolą po roku 1945? Żeby poczynić tu jakieś spostrzeżenia, musimy rzecz całą przenieść na grunt ekonomiczny. Wolność oznacza realnie wolność dostępu do produktów wytwarzanych poza granicami „uwolnionego” kraju, a także wolność w dostępie kapitałów i organizacji spoza granic tego kraju, do jego wewnętrznych zasobów, w tym ludzi. By dobrze ów dostęp wykorzystać należy zmierzyć się z lokalną strukturą, która nie rozumie istoty wolności w wydaniu socjalistycznym i się rzuca jak nie przymierzając wesz na grzebieniu. Trzeba tym ludziom zafundować zimny prysznic w postaci podatków, dać im coś do zabawy potem, by nie stracili całkiem nadziei, dawali się nadal oszukiwać i nie zaczęli strzelać na oślep do niewinnych osób. O ile w latach 1945 – 1989 socjaliści zarządzający naszym protektoratem dobrze rozumieli sytuację i właściwie przygotowali wszystko do zmiany dekoracji oraz wolnego zagospodarowywania zasobów przez hierarchie zewnętrze, o tyle po roku 1918 nikt za bardzo nie miał pojęcia co się dzieje. Po roku 1945 każdy z wewnętrznego kręgu rodzin czerpiących siłę z państwa-protektoratu wiedział gdzie są trąfy i o co chodzi tak naprawdę – o uzyskanie maksymalnie niskich kosztów pracy, poprzez propagandę i zastraszanie, a także o tanią eksploatację surowców. Po roku 1918 masa ludzi żyła złudzeniami i tych ludzi należało się pozbyć, bo byli naprawdę niebezpieczni. Uczyniono to w kilku etapach, wśród których proces w Brześciu wydaje się być najbardziej spektakularny. Najśmieszniejsze jest to, że nikt z ówczesnych gangsterów nie zdawał sobie sprawy z najważniejszego, to znaczy z faktu, że wolność oznacza wolność dostępu do produktów z jednej strony i wolność dostępu do zasobów z drugiej. Rozmawialiśmy ostatnio o jednym z najważniejszych zasobów kraju – o armii. To jest najbardziej wyrazisty przykład. Armia, do której idą służyć członkowie silnych rodzin, jest nie do zwalczenia. Trzeba ją eliminować odstrzeliwując każdego pojedynczego żołnierza. Armia, w której służą ludzie połączeni powierzchownymi więzami, nawet jeśli ma komendę podawaną w jednym tylko języku, jest zasobem jedynie. Tym bardziej jest tym zasobem im bardziej państwo jest protektoratem. Zasób zaś można wykorzystywać na różne sposoby. Można go zmarnować całkiem, albo tylko trochę. Można go załadować do wagonów i przewieźć w inne miejsce, albo obiecać coś – walkę ze wspólnym wrogiem – i zasób sam się przeniesie ryzykując życie i oszczędności. Powiedzmy to jeszcze raz wprost – jeśli państwo nie ma pomysłu na siebie, to znaczy doktryny, jego armia zostanie potraktowana jako zasób przez inne państwa, które taką doktrynę mają. Tak było z armią polską na zachodzie w latach 1939 – 1944 i tak było z armią w PRL. U samego spodu tych wszystkich nieszczęść leży dewastacja struktury klanowej. Nie możemy o tym zapominać…” (coryllus – Siła polskich rodzin)

„…konsorcja rzadko prowadzą wojny samodzielnie, nie muszą tego robić, bo czynią to za nie armie państw posiadających doktrynę imperialną lub jakąkolwiek, może być wymyślona na poczekaniu. Jeśli takie, wystrugane tu na poczekaniu narzędzie przyłożymy do czasów nam nieco bliższych otrzymamy ciekawe wyniki. Możemy na przykład opisać II wojnę światową jako konflikt Wielkiej Brytanii ze Stanami Zjednoczonymi prowadzony rękami Niemców i Rosjan. Oto dwie potęgi starego kontynentu pożerając wcześniej żywiołki drobniejszego płazu stają do walki ze sobą, ale nie każdy widzi, że obydwa są golemami, którym ktoś wsunął w usta karteczkę z czarodziejskim słowem, dzięki któremu potwory mogą się poruszać. Każdy kto stanie im na drodze musi liczyć się z najgorszym, dlatego państwa posiadające polityków prawdziwych schodzą golemom z drogi. Państwa zaś posiadające polityków idiotów szarżują na jednego lub drugiego golema w pełnym pędzie. Dlaczego to czynią? Albowiem otrzymały gwarancje pomocy, od właścicieli golemów. Ci zaś są jedynie pośrednikami i wyrazicielami życzeń konsorcjów, które zainstalowane są na ich terenie. Są gwarancją, że to nie konsorcja będą ponosić koszta wojny, ale narody…

…Nie trwało to zbyt długo i teraz wracamy do początków. Zaczyna się nowa kłótnia w rodzinie, którą my będziemy postrzegać całkiem inaczej, będziemy ją opisywać w sposób zgubny dla nas i dla naszych dzieci, bo nikt, żaden mędrzec nie podsunie nam tej prostej formuły, która wyjaśnia wszystko – państwa służą do przerzucania kosztów wojny wywołanej przez konsorcja na narody. Koniec. Żyliśmy przez jakiś czas złudzeniem przemożnej siły organizacji politycznych, a złudzenie to dawały na takie zjawiska, jak zimna wojna, upadek tak zwanego komunizmu i inne nieistotne duperele. Wracamy do starego świata, w którym jawnie już rządzić będą kompanie. Widać to choćby po klasie obojga kandydatów na urząd prezydenta USA – agresywnej wariatki i erotomana gawędziarza. To są figuranci, którzy będą wykonywać polecenia swoich szefów. Nie wiemy jakie ci szefowie mają plany, ale możemy się domyślać. I moja rada jest taka, przyjmijmy te wszystkie umowy CETA i inne, jak zjemy trochę modyfikowanej żywności nic nam się może nie stanie, najwyżej niektórych rozboli brzuch. Alternatywą bowiem może być ogryzanie kory z drzew gdzieś w tajdze lub tu u nas, tyle, że na terenach ogrodzonych drutem kolczastym. I marną będzie pociechą fakt, że kora jest ekologicznie czysta, zawiera różne potrzebne do życia substancje, a również garbniki, znakomicie wpływające na likwidację złogów jelitowych. Kiedyś dawno temu, w czasach gdy straszono nas chińską inwazją, Andrzej Rosiewicz śpiewał taką piosenkę – jedzcie ryż, to będziecie mieli bardziej skośne oczy, to się jeszcze może przydać, to się jeszcze kiedyś może przydać, czasem lepiej trochę wydać, by w przyszłości uniknąć przykrości…

Pamiętajmy o tym że cud zwycięskiej wojny z bolszewizmem nie był zasługą ówczesnych elit (za kilkoma rzecz jasna wyjątkami) którym później tak bezgranicznie zaufano, postawiono na piedestał i uczyniono symbolami które do dziś straszą w szkołach i muzeach dzieci i „dorosłych” na okoliczność rocznic odzyskania przez nich (dla narodu) „niepodległości”. Cud dokonał się przede wszystkim ogromnym wysiłkiem prostych ludzi/obywateli/żołnierzy i raczej na przekór temu czym zajmowały się ówczesne elity (zwłaszcza o lewicowym rodowodzie) którym pachniały zdobycze socjalizmu i demokracja i aż przebierali nogami na wieść że rewolucja się zbliża. Zwycięstwo nad armią bolszewików nie rozwiązywało niestety istoty problemu jakim była „równość klasowa”, etatyzm, i „redystrybucja” zagrabionego w ramach systemu „opieki społecznej”, którą zaprowadzał w Polsce nie kto inny jak Piłsudski i jego ekipa. Naród który przetrwał bohatersko śmiertelny bój z bolszewikami dając opór sile zbrojnej rewolucji nie oparł się samej idei. Wybrał sobie do władzy socjalistów z polskim paszportem i płacił później przez nos na ich kosztowne programy, które do dziś po niemal 100 latach (o zgrozo!) ciągle pokutują w narodowej pamięci jako „zbawcze” i „wybitne”. Dopiero co odzyskana niepodległość podziałała na ówczesnych jak znieczulenie/opium pozbawiając czujności na zarazę którą wydawało się że przegoniono skutecznie kontrofensywą znad Wieprza. Mało kto po tej hekatombie miał siłę i odwagę walczyć z okrytą nimbem bohaterstwa na polu walki z bolszewikami ekipą Piłsudskiego. Nieliczni wnosili do debaty publicznej głos sprzeciwu wobec bezprawia do jakiego dochodziło na masową skalę w „wolnej i niepodległej ojczyźnie”. Parcelacja ziem, kolektywizacja, rekwizycje i ucisk fiskalny – taki był efekt rządów „swoich” czyli tzw. „elit” II eRPe. Nie wspominając o tym o czym napisał coryllus – o rozbijaniu struktury klanowej polskich rodzin zwłaszcza tych z tradycjami ziemiańskimi, wychowanych w sarmackim poczuciu obowiązku że niepodległość to ja i moja własność (a nie „polski” urzędnik na etacie). Pozostałym resztkom dawnej szlachty którzy chcieli coś robić na własny rachunek (ludziom spoza systemu), tzw. „własność państwowa” z jej monopolami skutecznie wybiła z głowy ambicje konkurowania na wyższym poziomie jak „zezwolenia”, „kontyngenty” i „koncesje”. Za zrabowane majątki kupowano sobie ploretariat i zatrudniano na etatach zubożałą inteligencję, wciągając ich do spółki i uzależniając od „publicznego”. Ta nowa „szlachta gołota” była wdzięczna państwu za pracę i chętnie czerpała z tego na czym zbywało władzy przy okazji różnych „reform” i wielkich projektów (jak piramida zwana COP), za które płacili „burżuje” i „panowie”.  Czy to co się obecnie dzieje za tzw. „dobrej zmiany” nie jest żywcem wzięte z tamtych czasów? Jest, a obecna władza jeszcze się tym chwali. Dla tych co Misia nie pamiętają… (Odys):

– Powiedz mi, po co jest ten miś?

– Właśnie, po co?

– Otóż to. Nikt nie wie po co i nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Wiesz co robi ten miś? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa To jest Miś na skalę naszych możliwości. Ty wiesz co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to jest nasze, przez nas wykonane, i to nie jest nasze ostatnie słowo! I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest miś społeczny, w oparciu o sześć instytucji, który sobie zgnije, do jesieni na świeżym powietrzu. I co się wtedy zrobi?

– Protokół zniszczenia.

Zapamiętaj: Prawdziwe pieniądze zarabia się na drogich, słomianych inwestycjach.

…a oto miś na miarę „naszych” (czasów)…

„…wicepremier Sellin i minister kultury Gliński ogłosili, że rząd przyjął wieloletni program o nazwie „Niepodległa”. Celem tego programu jest wzmocnienie poczucia obywatelskiej wspólnoty Polaków. Nie bardzo można się było zorientować co to znaczy póki nieco tego hasła nie uszczegółowiono. Oto owe szczegóły:

stabilizacja bytowa środowisk twórców i instytucji kultury, wzbogacanie kultury popularnej elementami kultury wysokiej, rozwój przemysłów kreatywnych oraz kształtowanie świadomości społecznej i wzmacnianie polskiej „wspólnoty politycznej” poprzez inwestycje w dziedzictwo (dobra kultury, nauki i sztuki, w tym zabytkowe obiekty).

Nie wiem czy zgadzacie się ze mną, ale te szczegóły dadzą się streścić w jednym zdaniu: kasa dla swoich. Cóż to bowiem jest stabilizacja bytowa środowisk twórców i instytucji kultury? To oznacza pieniądze dla tych, co będą realizowali pomysły zgodne z linią rządu

niepodległość i rocznica jej odzyskania służy jako gadżet do załatwiania spraw współczesnych, a nie do zadumy nad przeszłością. Ktoś powie, że to dobrze. Tak, pod warunkiem, że się jej używa z godnie z przeznaczeniem. To zaś nie zachodzi moim zdaniem i zajść nie może. Dowodów na to jest aż nadto dużo…” (coryllus – Logo stulecia czyli zbuduj sobie instynkt)

…inny miś za te pieniądze to „3- miesięczne kursy samoobrony dla kobiet na wypadek wojny”. Pamiętajcie więc drogie Panie czego się będzie od was wymagać po tym jak już zostaniecie przeszkolone i „zaksięgowane” w poszczególnych garnizonach…(Odys)

„…organizacje globalne, głównie finansowe, ale także polityczne, takie jak Imperium Brytyjskie, próbują rozwalać silne organizacje regionalne, które aspirują do zarządzania globalnego, takie jak Rosja. Czynią to nie bezpośrednio, ale za pomocą podporządkowanych sobie organizacji lokalnych, którym sprzedają pewne złudzenia. Przez cały czas przy tym są owe globalne struktury gotowe do negocjacji ze swoim regionalnych przeciwnikiem, oczywiście kosztem swoich dotychczasowych partnerów lokalnych. Ludzie zaś zarządzający strukturami lokalnymi, takimi jak Polska dostają od swoich partnerów i sojuszników różne wytyczne, które mają zagwarantować maksymalnie duże korzyści z tychże negocjacji pomiędzy organizacją globalną i regionalną. To jest podstawa rozważań politycznych od zawsze. Niektórzy z polityków lokalnych zdają sobie sprawę z takich uwarunkowań i ci nie traktują swoich sojuszników zbyt serio, ale podejmują także rozmowy o charakterze tajnym ze swoimi największymi wrogami, uzyskując w ten sposób bezwzględne umocnienie swojej pozycji. Inni zaś uważają, że obietnice składane przez organizacje globalne są wiążące w każdych okolicznościach. Ktoś powie, że nie zawsze można negocjować z wrogami, bo oni się domagają ustępstw, dlatego właśnie trzeba szkolić obronę terytorialną i uczyć dziewczyny samoobrony na wypadek wojny. A dlaczego tylko dziewczyny? A dlaczego tylko oddziały samoobrony, skoro sensowniej byłoby przeszkolić i uzbroić wszystkich zdolnych do tego ludzi, tak kobiety jak i mężczyzn? No dlatego, że takie masowe uzbrajanie i przeszkalanie zagroziłoby pozycji polityków lokalnych. Utworzenie zaś samoobrony oraz dziewczęcych brygad ninja spowoduje, że co prawda się nie obronimy, ale za to powstanie siła, która podczas okupacji skutecznie uniemożliwi jakikolwiek porozumienia pomiędzy okupantem a lokalną ludnością. Co prawda odbędzie się to kosztem życia i mienia tejże ludności, ale jak powiedziałem, pozycja rządu emigracyjnego, który uciekając przez Zaleszczyki znów znajdzie się w Londynie, będzie o niebo lepsza. Może uda się wytargować granicę na Wiśle z jednej strony i na Warcie z drugiej…” (coryllus – O złudzeniach czyli Zaleszczyki ministra Macierewicza)

Cena jaką za „sanacyjnego” misia i naiwną wiarę w propagandę słuszności „przemian społecznych” w postaci likwidacji „pańskiej Polski” („zaszlachtowania szlachty”) czyli defakto skasowania wielkiej własności prywatnej zapłacili Polacy była straszna. Najpierw krwawiąc przez nos na futrowanie ekipy Piłsudskiego, by potem zrujnowani pójść za tymi ludźmi na wojnę z Hitlerem w interesie „sojuszników”. W tym czasie owe „elity” co to nie chciały oddać „ani guzika” siedziały sobie na emigracji i kibicowały „ofierze z polskiej krwi” która miała nam gwarantować niepodległą po zakończeniu wojny Polskę. Jak się ta historia skończyła wiemy z historii właśnie, i do dziś ponosimy konsekwencje tamtych urojeń (o czym więcej tu: Wolność a niepodległość. Czy Polska jest niepodległa a Polacy wolni?). Dzięki czemu „najlepszy” wybór przed jakim kolejny raz stajemy to albo „CETA” albo ogryzanie kory z drzew… za drutami rezerwatu dla frajerów. Gotowi w imię „tradycji powstańczej” i jak się okazuje dzięki rewolucji bolszewickiej której podobno zawdzięczamy niepodległość (jak był się łaskaw wypowiedzieć w telewizorze jeden z propagandystów „dobrej zmiany”) do kolejnych poświęceń, w przekonaniu o tym że na tym polega wolność… i patriotyzm. (Odys)

podobne: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona. O patriotyzmie słów kilka.

„…Rewolucja to dewastacja i oni wszyscy razem zajmują się dewastowaniem tak zwanego starego porządku, na którym chcą zbudować coś nowego. Rzecz jasna nie może się to udać, albowiem ludzie zajmujący się zawodowo niszczeniem niczego nigdy nie zbudują. Ani rodziny, ani państwa, ani nawet lojalności współpracowników, która zawsze będzie wymuszona, albo będzie miała charakter zmowy przeciwko komuś. Inaczej być nie może. Z tej tradycji – z tradycji sojuszu rewolucjonistów z tajną policją wyrasta niestety duch polskiej niepodległości. I albo będziemy się tym ekscytować i co jakiś czas zastanawiać się dlaczego znów ubyło 10 milionów ludzi, albo to zmienimy.

Jak wiemy rewolucja roku 1905 nie służyła odzyskaniu niepodległości Polski. Ona służyła dewastacji i terrorowi, który był przygotowaniem pod to, co nastąpiło w roku 1917…

…powtórzmy raz jeszcze potrzebna była rewolucja, która zakwestioniowała porządek prawny i pozwoliła bezkarnie strzelać do ludzi, denuncjować ich i rabować ich mienie. Czasy to dawne, nic dziś nie jest takie jak wówczas, żadna dzisiejsza miara nie pasuje do tamtych czasów. Jedno nam tylko pozostało – świadomość, że porządek prawdy jest ochroną dla własności, a co za tym idzie dla tego wszystkiego co z własności wypływa – kultury i siły. No więc jeszcze raz musimy sobie powtórzyć to, o czym tu zawsze gadamy, albo rząd i prawo będą chroniły własność i wtedy będziemy mogli mówić o niepodległości, albo rząd i prawo będą własność ograniczać i wtedy będziemy mówili o pucowaniu bałwanów rewolucji, ubieraniu ich w jakieś szmaty i koronowaniu papierowymi kotylionami w czasie różnych rewolucyjnych świąt. To jest naprawdę proste i klarowne rozróżnienie. Innego nie mamy i nie ma się co oszukiwać.” (coryllus – Czy Stołypin był ojcem niepodległej Polski?)

„…Po 1918 państwo polskie nie zwróciło ziemianom majątków odebranych im przez zaborcow i przystąpiło niszczenia tej wielkiej własności, która pozostała. Teraz Polak nie może kupić sobie ziemi, ale u durniow wzbudza to zachwyt, że to niewielka cena wobec ochrony ziemi przed wykupem ze strony obcych…” (Basia 13 listopada 2016)

o czym więcej tu: Na Węgrzech i w Polsce trwa „uwłaszczenie ziemii” w postaci ustawki o „ustroju rolnym”. Czy państwo działa na ślepo?polecam również: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność.

Oto patriotyzm – założyć koszulkę albo bluzę lub inną biżuterię z symbolem Polski Walczącej (do niedawna można było uzupełnić taki zestaw o kij bejsbolowy że stosownym patriotycznym emblematem) i pójść raz do roku w „marszu niepodległości” by wyrazić „dumę narodową”. Przez resztę zaś roku popierać socjalistów i ich kolejną rewolucję, bo nie nasyłają policji na maszerujących i dają 500 na drugie i kolejne dziecko. Mało który z tych patriotów kojarzy że ta „dobra zmiana” (wszak mamy tu do czynienia ze zmianą skoro wycieranie sobie gęby wyklętymi nie jest już obciachem – teraz jest modą) co i rusz wysyła i nasyła policję skarbową i komorników w większości na polskie firmy, po to by od tych samych patriotów we wszelkiego rodzaju podatkach, składkach i opłatach wycisnąć około 80% dochodu, dzięki czemu owa „dobra zmiana” jest absolutnym monopolista treści i propagandy jaką tylko uzna dla siebie pożyteczna.
Tak oto niezwykle tanim kosztem „piosenki i chorągiewki” które są dostatecznie tanie by było na nie stać raz do roku każdego obrabowanego patriotę, mają ludziska przekonanie o tym że żyją wreszcie w wolnym kraju, i nic ich nie przekona że białe jest czerwone – chyba że na własnej skórze odczują „garbowanie ekonomów” z tzw skarbówki albo inny domiar podatkowy który jest w stanie zniknąć ich miejsce pracy jednym podpisem… (Odys)

 „…Proszę Państwa, nie da się w Polsce, kraju gdzie spłonęła większość archiwów, pisać historii, na aksjomatyczym stwierdzeniu – jeśli nie ma źródeł pisanych to nie ma historii. Ta bowiem nie jest gablotą pełną zasuszonych egzotycznych motyli, to jest zatęchła piwnica, pełna pełzających, żywych gadów i popiskujących szczurów. Wobec takiego jak powyżej sformułowania misji historyków, palenie archiwów staje się natychmiast narzędziem kształtowania świadomości Polaków, które będzie konsekwentnie stosowane przez naszych wrogów. To jest do udowodnienia już dziś, a będzie i w przyszłości. Taka jest specyfika naszego regionu. Jeśli dodamy do tego niechęć tychże historyków do wydawania i komentowania źródeł, oraz ich przemożne parcie ku popularyzacji historii w najgorszych i najbardziej osłuchanych rejestrach, oczom naszym ukaże się wymieniona na początku szkoła idiotów i ofiar. Z jednej strony mamy strażników pamięci, których guzik obchodzą manipulacje filmowców, bo to nie ich budżet, z drugiej mamy profesora wariatuńcia, co będzie opowiadał o religijności Ziuka Piłsudskiego i jego przywiązaniu do kultu maryjnego. Ludzie ci mają jeden cel, wyraźnie wytknięty – zdeprawować młodzież. Nakręcić tym biednym dzieciom we łbach, po to, by byli gotowi do ponoszenia ofiar. Spośród tych omamionych zaś, Sławomir Cenckiewicz wybierze kilku najlepiej rokujących i z nich uczyni elitę. Do czego ona będzie służyć? Do niczego. Zostanie podkupiona albo przejęta przez organizacje większe, mocniejsze i mające bardziej dalekosiężne plany niż IPN, Wytwórnia Papierów Wartościowych i Urząd Rady Ministrów razem wzięte.

I teraz ważna rzecz – czy oni wszyscy, ci głosiciele wielkości i chwały państwa naszego, zadumani nad cierpieniami narodu i głoszący swoje poglądy, w których świetlana przyszłość zajmuje miejsce najbardziej eksponowane o tym wiedzą? Oczywiście, że tak. Wiedzą i dlatego z taką zaciekłością bronią tej hagady, bo tylko przez nią wiedzie droga ku poczekalni, z której wywołuje się ludzi przeznaczonych do lepszego życia. Kłopot w tym, że ta droga nie jest naszą drogą. I choć jest ona wąska nie wiedzie do Królestwa Niebieskiego, ale w kierunku dokładnie przeciwnym.(coryllus – Szkoła idiotów i ofiar)

…i dlatego w dniu takim jak dziś trzeba się modlić o roztropność rodaków, bo bez zrozumienia historii łatwo jest oberwać przeszłością jak bumerangiem w potylicę… (Odys)

Boże! Coś Polskę przez tak liczne wieki
Otaczał blaskiem potęgi i chwały
I tarczą swojej zasłaniał opieki
Od nieszczęść, które przywalić ją miały
Przed Twe ołtarze zanosim błaganie,
Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie!

podobne: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? oraz: Sławomir Suchodolski o etatyzmie i socjalizmie w gospodarce II RP. Echa „socjalizmu z ludzką twarzą” w Polsce PISu. i to: Sławomir Suchodolski: Dwa miliony nielegalnych zapalniczek czyli… monopole w II RP. a także: Spór o mit założycielski II RP, czyli dlaczego świętujemy 11 listopada? Komu służyła Rada Regencyjna? polecam również: Jakub Wozinski: Jak Grabski zrujnował II RP

Adam Wycichowski niewolnik - nadzieja żywych

Adam Wycichowski niewolnik – nadzieja żywych

O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego.


Wojciech Kossak - Fantazja Jazdy polskiej

Wojciech Kossak – Fantazja Jazdy polskiej

„…skąd biorą się tradycje wojskowe w ogóle i jak je podzielić. Ja oczywiście mam teraz jedną tylko propozycję – one się dzielą na rewolucyjne i imperialne. Co to jest, jak wygląda i funkcjonuje armia imperialna wie każdy, kto choć raz oglądał film o wojnie z Zulusami. Poza brytyjską i niemiecką, która ma charakter hybrydalny, wszystkie inne armie wywodzą się z tradycji rewolucyjnej. I to jest moim zdaniem prawdziwa groza i prawdziwa przyczyna naszych nieszczęść, z którą nie potrafimy sobie poradzić. Rewolucja bowiem pożera własne dzieci i stawia pomniki pożercom. Czy możliwa jest w ogóle zmiana ducha armii, zmiana głęboka, jakiś nowy etos…? Ja tego nie wiem. Podejrzewam, że nie, bo okoliczności rewolucyjne dają z miejsca armii ogromną przewagę nad wszystkimi innymi organizacjami i tej przewagi dowódcy lokalni nie wyrzekną się nigdy. Żeby opanować armię trzeba zbudować inną strukturę. I rewolucja ją zbudowała – to tajna policja, zamieniona potem na tajne służby. Organizacja, której przygodami ekscytują się ludzie nie rozumiejący w czym przyszło im żyć. Organizacja ta zyskuje przewagę w tych momentach, kiedy triumfuje rewolucyjny liberalizm i wszyscy biorą kredyty na mieszkania. Wrogość jaką obydwie organizacje okazują sobie nawzajem miewa różne natężenie i widoczna jest w sporym spektrum. Od zwierzęcej zajadłości począwszy na delikatnych kpinkach kończąc. My jednak nie możemy zapominać, że to wszystko jest rewolucja, występująca pod innymi imionami. Rewolucja, którą nie zawaha się strzelać do kontrrewolucji. Co leży u samego spodu rewolucyjnej tradycji armii? Jak to co? Skóra ściągnięta z trupa Jana Żiżki z Trocnowa. To jest właśnie ojciec armii rewolucyjnej i Czesi są pionierami w zakresie jej organizacji i eksploatowania zdobyczy. Cała reszta jest wobec tego wtórna. A jeśli tak, armia rewolucyjna jest zawsze związana z herezją. I tam też trzeba szukać źródeł jej inspiracji i poczynań. Nie inaczej było z LWP i nie inaczej jest z organizacjami, które LWP po sobie pozostawiła. To są organizacje rewolucyjne, choćby nie wiem jakie łachy na niepoznaki wciągali na siebie ich szefowie, próbując udać kogoś innego. Musimy zawsze o tym pamiętać.” (coryllus)

źródło: Wywlekanie z grobu dobrą praktyką polityczną

podobne: Od kłamstwa do przemocy czyli skutki nierozliczenia rewolucji – rehabilitacja komunistów

Wolnośc bolszewicka„…Czym różni się tradycja imperialna od rewolucyjnej? Tym moim zdaniem, że armia imperialna nie pełni funkcji wychowawczych. Nie indoktrynuje rekrutów, nie zajmuje się tym czym zajmowała się armia w ZSRR i PRL na przykład czyli kulturą. Armia imperialna kradnie. Są tam oczywiście orkiestry wojskowe i różne inne urządzenia potrzebne do tego, żeby żołnierz nie zwariował, ale generalnie to nie jest to samo co w armii rewolucyjnej, która ma misję do spełnienia przede wszystkim wśród własnych obywateli. Cechą armii rewolucyjnej jest także pozorna dynamika – jak rewolucja, to rewolucja. Może jednak przypomnimy sobie jakież to zdobycze rewolucji i gdzie zaniosła którakolwiek z armii rewolucyjnych? One się poruszają na odcinkach „odtąd dotąd”, mają bardzo ograniczony zakres działań. Nie to co armie imperialne, przerzucane z jednego miejsca w drugie, w krótkim czasie, armie niewielkie, dobrze wyszkolone i wyspecjalizowane. Armia kolonialna rzadko kiedy dewastuje obszar, który podbija, ona go eksploatuje, ale także przygotowuje do tego, by władzę nad nim objęli urzędnicy kolonialni. Nie może więc zostawiać za sobą spalonej ziemi. Armia rewolucyjna działa całkiem inaczej, ona się zajmuje głównie dewastacją, a po jej zakończeniu proponuje ludności miejscowej cykl koncertów i występy zespołów folklorystycznych. Armia rewolucyjna jest liczna, albowiem musi utrzymywać na dużym obszarze stan permanentnej fikcji, to znaczy stan zagrożenia kontrrewolucją. Kto miałby być źródłem kontrrewolucji? Amie imperialne, to jasne…

…żeby pozwolić sobie na armię imperialną, a taką będziemy mieli, musimy zająć się budowaniem urządzeń imperialnych – banków, szkół, uczelni, kształcących urzędników, policji imperialnej. Czy to robimy? Nie. Bo nie rozumiemy, podobnie jak w XVIII wieku mechanizmu. Naśladujemy coś, bez zrozumienia funkcji urządzenia.

To co – powie zaraz ktoś – może mamy budować armię rewolucyjną? Nie, mamy na razie tylko zrozumieć do czego służy armia i jakie są jej funkcje. Najważniejsza zaś jest taka – armię w czasie dużego zagrożenia zawsze się ewakuuje. Jest za droga, żeby ją tak po prostu stracić. Cywile zostają i to oni ponoszą koszty wojny, żeby te koszty zwiększyć zostawia się wśród nich coś na kształt armii. Wtedy wkraczająca inna armia – rewolucyjna lub imperialna – ma dość powodów, by teren zdewastować do cna. A później można zacząć wszystko od nowa.

W powyższym tekście pojawiło się słowo duch, ważne niezmiernie, duch armii, esprit de corps. Czy nasza armia go ma? Nie, i może nie mieć czasu by się go dorobić. Ona nie ma się nawet za bardzo do czego odwołać, bo niby kogo ma naśladować, LWP? Żarty. Naśladuje więc obcych, bez zrozumienia. I to jest tragiczne moim zdaniem” (coryllus)

całość tu: O armiach rewolucyjnych, imperialnych i innych

„…Jeśli ktoś, pobieżnie nawet zapozna się z historią myśli niepodległościowej oraz z dziejami dwudziestolecia i oceni to na chłodno, nie będzie się określał jako kontynuator żadnej z ówczesnych tradycji. No chyba, że jest słabym autorem i powierzchownym sprzedawcą książek jak Ziemkiewicz. Wtedy tak, wtedy będzie mówił, że jest endekiem, a tamten jego kolega to piłsudczyk, a jeszcze inny to mason, czy ktoś podobny. To są zabawki dla dzieci, podsuwane tym dzieciom po to, by się nie zanudziły na śmierć. Od chwili kiedy skończyła się w Polsce wielka własność ziemska, która samym tylko bezwładem mogła oprzeć się terroryzmowi bojówek lewicowych, albo je po prostu zlekceważyć, w najgorszym razie powiesić w ogrodzie na drzewach najbardziej agresywnych, nie ma w Polsce żadnej prawicy. Są tylko różne odcienie rewolucji reprezentowane przez różnych propagandystów. Ci najgłupsi szukają oparcia dla swojego obłędu w gestach i rytuałach wziętych wprost z organizacji socjalistycznych czynnych w krajach obcych i Polsce wrogich. Bo im się zdaje, że to ich uwiarygadnia. Niektórzy powołują się na Dmowskiego i jego myśl polityczną, której charakterystyczną cechą jest to, że łatwo można ją zaadaptować dla lokalnych form komunizmu, co też i zostało zrobione po wojnie. Przypominam polityków narodowych, którzy uznali, że granica na Odrze i Nysie jest realizacją postulatów endecji. Jakim trzeba być idiotą, żeby myśleć w ten sposób? Papuas, który zbudował lotnisko z patyków, żeby sprowadzić do swojej wioski boeinga pełnego czekolady, mleka w proszku i innych frykasów, odnalazł na tym swoim obiekcie zgubioną przypadkowo prze żołnierza amerykańskiego paczkę chipsów i uznał, że mu się udało. To jest ten poziom ekscytacji. Prawica jest bez przerwy rozgrywana od roku 1918 i nigdy się nie zdarzyło, by była rozgrywającym. Wynika to z faktu, że traktuje ona poważnie prawo międzynarodowe i demokrację parlamentarną, a także różne umowy. Jest całkowicie poza większością działań politycznych, które mają charakter tajny, a jej liderom wystarczy, by mogli pokazywać się publicznie, w gazetach, potem w telewizji i pisać, albo mówić o konserwatyzmie i tradycyjnym wychowaniu w duchu wartości katolickich. Z istoty prawica jest listkiem figowym, którym politycy rewolucyjni i imperialni maskują przed biednymi, słabymi ludzikami swoje czarne myśli i jeszcze czarniejsze plany…” (coryllus)

całość tu: Dlaczego nie ratujemy prawicy? 

„Prawicę dopadała w różnych czasach wroga ręka. „Z różnych stron nadciągały niszczycielskie hordy. Bywał to zachodni, zimny i chciwy, zorganizowany, staranny, zapobiegliwy Kulturtreger – najeźdźca, który, nim zamordował ludzi i ludzkie siedziby, ocenił dokładnie wartość grabionych przedmiotów, pakował je pieczołowicie, a potem wyprawił w drogę nach Heimat, nach West. Bywał tu też upojony gorzałką i żądzą gwałcenia, wygłodniały, zziębnięty , udręczony nędzą, zdeprawowany niewolą i zbiorowym nieszczęściem wierny i poddany październikowej rewolucji 1917 roku. Niewyobrażalnie groźny lecz godny współczucia niszczyciel ze Wschodu…
Polskie miasta, wsie, domy, dwory oberwały w swój sposób od każdej kohorty Od tej ze wschodu i od tej z zachodu. Od tej pazernej praktycznej, świadomej urody i wartości rabowanego przedmiotu i od tej naplewatielnej, lecz skłonnej do złośliwej dziecięcej radości, jaką daje chrzęst cienkiej porcelany, skrzypiącej pod ciężkim butem (s. 27 Anna Pawelczyńska „Koniec kresowego świata”)

…konsekwencją najazdu armii o tradycjach rewolucyjnych była „reforma” wielkiej własności ziemskiej…

„(z listu Eweliny Ruszczyć napisanego latem 1917 roku, doświadczenia z ziem leżących w dorzeczu rzeki Boh): „Co u was mówią o kwestiach agrarnych? Bo tutaj Żydzi strasznie agitują a conto ziemi. Oni własności ziemskiej nie posiadaj , więc ich nic nie kosztuje , ani też niczem nie grozi aby ziemię obywatelską rozdać chłopom. Byłam w Deraźni w dzień jarmarczny; na samym środku jarmarku czterech Żydków … i trzy Żydówki sprzedawali kniżki po 5 kop. a jeżeli ktoś nie chciał, to wtykali po 2 kop. , byle jak najwięcej sprzedać. Domyślając się treści, kazałam furmanowi, żeby i dla mnie jedną kupił. Mowa tam była o ziemi, że jedyne co potrzebne chłopowi; że chłopi byli dotąd wyzyskiwani przez panów darmozjadów, że panowie krwią i potem się ich karmili, ale nastał czas, kiedy to wszystko będzie wynagrodzone, ziemia pańska po równej części rozdzieli się pomiędzy chłopów i ten tylko będzie miał prawo nią władać, kto sam uprawiać będzie. Nie będzie już najętej usługi, każdy właściciel ziemski sam własnoręcznie rolę uprawiać będzie, słowem rozdali naszą ziemię z całą hojnością zapomnieli tylko o swoich kapitałach , które z tych samych panów i chłopów złożyli, bez fatygi i pracy. Wujaszek Żenio pisuje do mnie o podobnych prowokacjach w Odessie, tam zawsze Żyd miał mowę do ludu tej mniej więcej treści, za co go na rękach noszą, a nikomu nie przyjdzie do głowy zapytać, czy i kapitały żydowskie będą rozdzielone między chłopów(s. 256 A.Pawełczyńska ” Koniec kresowego świata”)

…a to z kolei sprzyja kolonizacji narodu przez armię o tradycji imperialnej która…

„…zwycięża zawsze dwa razy: gdy okradnie obcych i wycofa się kiedy koszty okupacji wzrastają; a kolejne zwycięstwo, to przejęcie tego terytorium przez lokalnych rewolucjonistów – wtedy imperium zaczyna produkować zaawansowane produkty z wysoką wartością dodaną i sprzedaje je krajowi, gdzie właśnie kwitnie sprawiedliwość społeczna, rewolucjoniści płacą tym, co mają, czyli surowcami (zawsze tanie i z niską marżą a nawet poniżej kosztów – lud się dorzuci) i tanią pracą.

Socjalizm to współczesna kompania handlowa, tylko lepsza, bo kosztów się nie ponosi, tylko na propagandę produkującą złudzenia, a jak się murzyni połapią w czym rzecz, to się na nich innych murzynów wyśle z maczetami, bo nigdy tak nie jest, że się wszyscy niewolnicy budzą jednocześnie.

ZSRR by trwał do dziś jakby miał jeszcze coś na sprzedaż.

Imperium: gospodarka realna, ludność wytresowana do gardzenia innymi

ludowa republika: gospodarka komplementarna, ludność wstydzi się własnego cienia” (Vejito 27 października 2016)

podobne: Rola Polski w strategii USA (miejsce w szeregu). Jak z przedmiotu stać się podmiotem polityki międzynarodowej. (Nie)aktualność idei jagiellońskiej. oraz: Uwaga Putin jest Rosjaninem! Czy Lachy naprawdę mają mu pomagać (a jeśli tak to w czym)? Polityka rosyjska wobec Polaków czyli „Bracia Moskale” nigdy nie istnieli. i to: Unia w Horodle jako dziedzictwo polskości, oraz Feliks Koneczny o Polsce między Wschodem a Zachodem. Czy można być cywilizowanym na dwa sposoby? a także: Optymizm nie zastąpi nam Polski. i jeszcze: Quo vadis Polsko? Sny o potędze RP kontra przekleństwo georealizmu. „Stary Nowy Porządek” czyli Zdrada w Monachium

Od kłamstwa do przemocy czyli skutki nierozliczenia rewolucji – rehabilitacja komunistów


Fernand Le Quesne - Allégorie de la publicité (Alegoria Reklamy)

Fernand Le Quesne – Allégorie de la publicité (Alegoria Reklamy)

„Kłamstwo przybiera dziś różne postaci, dlatego odnosi się wrażenie, że jest ono obecne wszędzie. Przyjmuje się np., że sama manipulacja jest już „kłamstwem zorganizowanym”. Jednocześnie głoszony jest pogląd, że kłamstwo stało się metodą stosowaną w polityce. Mówi się też coraz powszechniej, że ponieważ kłamstwo bywa coraz bardziej skuteczne, należy stwierdzić, iż możemy mieć do czynienia z „przemysłem zakłamania”.

Katechizm Kościoła Katolickiego wymienia różnorakie wykroczenia przeciwko prawdzie. Począwszy od krzywoprzysięstwa i dawania fałszywego świadectwa, poprzez wydawanie pochopnych sądów o bliźnich, obmowy i oszczerstwa, a skończywszy na pochlebstwie i chełpliwości.

Jednakże szczególnie niebezpieczne są kłamstwa wypowiadane publicznie, np. w radio czy telewizji pod adresem przeciwnika politycznego. Żeby go ośmieszyć i spostponować w oczach opinii publicznej, stosuje się bardzo poważne zarzuty, zwłaszcza natury moralnej. Często mają one charakter pomówień.

Papież Franciszek w orędziu na Dzień Środków Społecznego Przekazu w 2014 roku stwierdził, że dwa groźne zjawiska występujące w mediach utrudniają rozwój ich odbiorcy. Są to dezinformacja prowadząca do dezorientacji czytelnika, słuchacza czy telewidza oraz stosowanie manipulacji ludźmi, którą Papież nazwał „brutalną agresją wobec jednostki i społeczeństwa”.

Tytuł niniejszego tekstu sugeruje wprost, że kłamstwo może prowadzić do działania opartego na przemocy. Dziś na Zachodzie Europy można znaleźć publikacje mające już w swoim tytule tezę, że pewne postaci kłamstwa prowadzą do przemocy. To niewątpliwie skutki pewnych mechanizmów w psychice człowieka, które są uruchamiane wskutek kłamstwa wypowiadanego i powtarzanego przez jego adwersarza. Mechanizm eskalacji wywołanej np. pomówieniami prowadzi u człowieka atakowanego do wzrostu zdenerwowania i co za tym idzie – do rewanżu w postaci ostrej riposty. A zatem kłamstwo powtarzane i bezwzględnie atakujące drugiego człowieka może prowadzić do różnych postaci przemocy.

Inwazja kłamstwa w mediach

Największym strumieniem przelewana jest do świadomości obywateli fala zakłamywania rzeczywistości w postaci świata reklam. Jest tak dlatego, że reklamy oparte są na iluzji, którą współtworzą dwa czynniki mające charakter magii: „magia słowa” i „magia obrazu”. Wskutek ich oddziaływania środowisko mediów (mediosfera) przeobraża się w środowisko reklamy. Wtedy nie jest łatwo człowiekowi uwolnić się od przemożnego wpływu ze strony świata reklamy. Jest ona groźna wtedy zwłaszcza, gdy staje się skutecznym narzędziem propagowania mentalności konsumpcyjnej i gdy faworyzuje postawę „mieć” kosztem postawy „być”. Perfekcyjnie wykonana reklama doprowadza do zjawiska, które nazywa się automanipulacją, a więc samookłamywaniem. Jest to najgroźniejsza forma zakłamywania, przede wszystkim dlatego, że jest bardzo skuteczna.

Najczęściej lekceważona jest prawda w medialnych wypowiedziach polityków. Widać to najwyraźniej w telewizji, gdy dochodzi do kłótni między przedstawicielami wrogich sobie ugrupowań. Stosuje się wtedy metody, które przeciwnika najbardziej irytują i prowadzą do działań nerwowych, nad którymi najtrudniej zapanować. Są to: metoda nieustannego ataku na przeciwnika oraz „metoda szukania dziury w całym”. Obydwie metody prowadzą do sytuacji, w której strona atakowana zmuszona jest do tłumaczenia się i wtedy wizerunkowo traci, gdyż uruchomiony zostaje mechanizm ujęty w słowach: „Kto się usprawiedliwia, ten się oskarża”. I o to właśnie chodzi stronie atakującej.

Wielki Świadek Prawdy

Papież Jan Paweł II zapytany kiedyś przez André Frossarda, które zdanie z Ewangelii uważa za wyjątkowo ważne, odpowiedział: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,32). Frossard spodziewał się, że usłyszy inne zdanie, np. „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem” (J 15,12). Tymczasem Papież położył nacisk na priorytet prawdy, gdyż bez niej nie ma zarówno prawdziwej wolności, jak i autentycznej miłości bliźniego.

W świetle nauki św. Jana Pawła II o prawdzie zupełnie zrozumiałe są jego słowa na temat roli prawdy w funkcjonowaniu mediów: „Kościół widzi w mediach przede wszystkim drzemiący olbrzymi potencjał ewangelizacyjny i szuka sposobów ich wykorzystania w działalności apostolskiej. Należy pamiętać, że właściwym celem i zadaniem środków społecznego przekazu jest służba prawdzie i jej obrona. Polega ona na obiektywnym i rzetelnym przekazywaniu informacji, unikaniu manipulacji prawdą i przyjmowaniu postawy nieprzekupnej wobec prawdy”.

Słowa te stanowią bardzo ważny punkt duchowego testamentu św. Jana Pawła II. Polacy powinni o tym pamiętać – gdy korzystają z mediów i gdy w nich występują. Tym bardziej że, jak mówił Papież, „gdzie przekazywana jest prawda, objawia się również potęga dobra i blask piękna, a człowiek, który ich doświadcza, nabywa szlachetności i kultury”(Ks. bp Adam Lepa naszdziennik.pl – Od kłamstwa do przemocy)

podobne: Dziennikarstwo to odpowiedzialna służba dobru wspólnemu. Konserwatystki w polskich mediach. a także: “Chodzi o to aby język giętki powiedział wszystko co pomyśli głowa”, czyli… Terror propagandy i to: Rektor KUL wzywa do poszukiwania prawdy polecam również: Profesjonalizm dziennikarzy, czyli… oraz: „Dziennikarz służalczy to najbardziej żałosna kreatura” czyli… Ile jest dziennikarstwa w „polskich”(?) mediach. i jeszcze: Czym się różni Urban od Lichockiej (oprócz uszu)? a także: Telewizyjna papka POdstawą „koszernej” diety… i to: Andrzej Talarek: O nazywaniu rzeczy i spraw po imieniu, czyli o poprawności politycznej inaczej

Adam Wycichowski (niewolnik) - 100% kontroli

Adam Wycichowski (niewolnik) – 100% kontroli

„…Politycznym błędem jest zatem pozostawienie zbrodniarzy w pośmiertnym spokoju i udawanie, że byli takimi samymi ludźmi, jak sławni biskupi i wielcy opaci, których zdegradowane szczątki wyrzucili wcześniej na ulicę albo wprost do rzeki. Nie byli oni takimi samymi ludźmi i my, nie możemy czcić miejsc ich pochówku. Jeśli wrócą, a pewnie wrócą, nie będą mieli litości ani dla nas, ani dla naszych zmarłych. Rewolucja bowiem nie wybacza nigdy.

Skąd u mnie taki nastrój zapytacie? Myślicie, że to pewnie przez zbliżające się święta, albo może przez to, że Cimoszewicz powiedział coś o ekshumacji ofiar Smoleńska? Otóż nie, wszystko przez to, że obejrzałem wczoraj prawie cały film zatytułowany „Czarny czwartek”. Od razu widać, mimo mankamentów scenariusza i mocno oklepanej formuły, że to nie Antoni Krauze zrobił film Smoleńsk. Ja będą do tego wracał uporczywie – nie on zrobił ten film, a im bardziej bije się w pierś i wyznaje swoje winy, tym mniej w to wierzę. No, ale wracajmy do czarnego, grudniowego czwartku, roku 1970. Miałem w tym czasie raptem dziesięć miesięcy. Niedługo minie pół wieku od tamtych wydarzeń, a my nie wywlekliśmy z grobu Kliszki? A do tego pochowaliśmy w spokoju Jaruzelskiego i Kiszczaka? Toż ich spadkobiercy przecież znów zaczną do nas strzelać kiedyś….to jest oczywiste dość i jasne. Ktoś powie, że czasy się zmieniły. Nie zmieniły się, a dowodem na to jest film Smoleńsk, suma pogardy dla ludzi, którzy czekali na jakiś sprawiedliwy wyrok i ocenę postaw, które mogliśmy oglądać w tamte kwietniowe dni. W dodatku pogardy zaaplikowanej podstępnie, bo jak widać było, od razu podniosły się głosy dyżurnych wariatek, które tę truciznę nie dość, że pochwaliły, do jeszcze zaleciły podawać młodzieży. W „Czarnym czwartku” wszystko wygląda inaczej, i choć rzecz jest przedstawiona bardzo schematycznie, to jednak robi jakieś wrażenie. Ja na przykład myślałem, że oni może oddali tylko jedną, góra dwie salwy. A tam widać, że to jest strzelanie z broni maszynowej do nieuzbrojonego tłumu. No i ten Kliszko, który wychodzi i mówi – z kontrrewolucją się nie rozmawia, do kontrrewolucji się strzela….To sobie musimy zapamiętać bardzo mocno…” (coryllus)

całość tu: Wywlekanie z grobu dobrą praktyką polityczną

podobne: „W przedszkolu naszym nie jest źle” czyli… o jedynie słusznej misji publicznej PISu w „narodowych” mediach i w gospodarce (by znowu było jak za Gierka) i to: Urzędowe „autorytety”, czyli o agentach kłamstwa dzięki którym „łatwiej umrzec niż myślec”. a także: Smołyń… czyli o sojuszach politycznych budowanych na „autorytecie” tzw. „ludzi kultury”. Jaką propagandą będą żyć Polacy po Wajdzie? polecam również: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? i jeszcze: Dorobek Jana Pawła II. Wpływ na dyktatury i komunizm. Relacje z Cerkwią. oraz: Stan wojenny był tragedią dla Polski, ale niektóre środowiska dalej robią sobie żarty gloryfikując komunistów.

cóż dodać można… może to:

rys. Arkadiusz Gacparski

rys. Arkadiusz Gacparski

„…Czy – kiedy umrze – będą płakać po nim
Ci tylko, którzy zań za życia zmarli?
Czy w tych, co z objęć jego się wydarli
Karłem się jakiś odrodzi po zgonie?
Nawet jeżeli ten płód się poroni –
Mogą zachować go ludzie „normalni”
I przetrwa w słoju, jak człowiecze strzępy,
Którymi karmił swe eksperymenty
W laboratoriach łagrów i sypialni.
Więc – kiedy umrze – wskrzeszą go bezkarni,
Bezmyślni – myśląc, że jest niepojęty
I wychuchają czule w końcach dłoni
Wierząc, że dla nich wraca, a nie – po nich
I może znowu go ogłoszą świętym!…”

Jacek Kaczmarski: „Pięć sonetów o umieraniu komunizmu”

Nobel Dylana i promocja obłędu za publiczne pieniądze w „fabryce bestselerów” czyli… Paranienormalny(ch) „klub literata i literatki”.


Koci artysta (sztuka nowoczesna)

„…jak grzyby po deszczu mnożą się objawy zdziczenia, które nie omijają nawet najszacowniejszych, zdawałoby się, gremiów. Oto tegoroczną Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury uzyskał Bob Dylan, amerykański piosenkarz, który tak naprawdę nazywa się Robert Zimmerman. Jak tak dalej pójdzie, to tylko patrzeć, jak Nagrodę Nobla z literatury dostanie Doda Elektroda. Ale czegóż można było się spodziewać, skoro wcześniej literackie Noble podostawały takie osobistości jak Wisława Szymborska za rozmaite pimpoletki („Rózio pisze pimpoletki, w lila rzucik miewa sny, do tęczowej epruwetki czule zbiera własne łzy…”), Dario Fo, który właśnie też taktownie umarł, albo Elfreda Jellinek. W przypadku Elfredy Jellinek, której twórczość koncentruje się wokół rozmaitych otworów kobiecego ciała, podobnie zresztą, jak w przypadku Boba Dylana, pewną rolę mogły odegrać pierwszorzędne korzenie, bo skoro padł rozkaz, żeby nosić Żydów na rękach, to i komitet noblowski też się poczuwa, a poza tym w przypadku Dario Fo i pani Jellinek, nie mówiąc o pani Szymborskiej, mamy jeszcze jeden wspólny mianownik w postaci przynależności do partii komunistycznej. Widać, że żydokomuna ma okres dobrego fartu, no ale cóż zrobić, skoro Pan Bóg, który co i rusz zsyła na świat rozmaite dopusty, akurat zesłał nam taki? Nawiasem mówiąc, święta Faustyna Kowalska zapisywała w swoim „Dzienniczku”, co Pan Jezus jej opowiadał w czasie licznych objawień. Któregoś razu opowiadał jej, jak postępuje z zatwardziałymi grzesznikami: upominam ich – mówił – głosem sumienia, upominam ich głosem Kościoła, zsyłam na nich przygody, które mogą człowieka skłonić do opamiętania, a jak nic nie pomaga, to spełniam wszystkie ich pragnienia. Wprawdzie aż nadto wyraźnie widać, że świat zmierza do nieuchronnego finału, którego banda idiotów, ma się rozumieć, nie przewidziała, bo jakże wymagać zdolności przewidywania od idiotów, ale z drugiej strony widać też, że Pan Jezus nadal się nami interesuje, więc całkiem źle też nie jest. Ciekawe, że z podobną przestrogą zwrócił się do ludzkości na ponad 350 lat przed narodzeniem Pana Jezusa grecki filozof Platon, pisząc: „Nieszczęsny! Będziesz miał to, czegoś chciał!”

Ale nie tylko Nagroda Nobla zeszła na psy, bo jeśli nawet dostanie ją Doda Elektroda, to dziury w niebie przecież nie będzie…” (Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: Dodajmy dramatyzmu!

rys. Jerzy Krzętowski

rys. Jerzy Krzętowski

„…Większość pisarzy wydaje swoje książki za pieniądze, które wybranym wydawnictwom wręcza państwo. Potem, po kilku latach to samo państwo nagradza tych pisarzy orderami. Bo są już zasłużeni. Dla kogo? Dla państwa rzecz jasna. Co osiągnęli? Nic, poza tym, że przejedli te pieniądze, które im dano na książki. Czy wyszli choć poza swoją niszę, pilnie strzeżoną przez stowarzyszenia i fundacje? Oczywiście, że nie. To dlaczego do cholery żaden badacz literatury tego nie opisze? Niech zacznie od tej fabryki bestsellerów i idzie po kolei. Bestseller to coś, co się dobrze i bardzo dobrze sprzedaje. No więc nasze badania powinniśmy zacząć od przejrzenia wyników sprzedaży książek wydanych przez to stowarzyszenie. To pierwszy krok. Oczywiście kpię, bo oni nie wydali żadnych książek, zorganizowali jedynie jakieś warsztaty, na których coś tam poplumkali. O żadnej sprzedaży nie ma mowy, bo w ich przypadku to nie jest w ogóle konieczne. Oni jedynie kokietują tą nazwą, po to, by usprawiedliwić fakt, że żyją na nasz koszt. Dziwne jest tylko to, że cała ta historia nie interesuje badaczy literatury. Sami pisarze zaś, dobrze rozumiejąc w co się tu gra, wręcz wyginają grzbiety w taki sposób, by badaczom literatury i nagradzającym ich stowarzyszeniom łatwiej było ich głaskać. To znaczy prowadzić te całe badania nad literaturą.

Powróćmy do Twardocha i jego problemów z tożsamością. W ostatnich wywiadach mówi on wprost o roszczeniach, a nie o żadnej literaturze. Mówi o tym, że nie rozumie dlaczego Polacy czują się właścicielami Polski. Ciekawe, że Twardoch swoje roszczenia do poszczególnych przedmiotów wyłącza z tych rozważań, jego to nie dotyczy, choć przecież zakwestionowanie lansowanej przezeń tożsamości lokalnej jest proste i łatwe. Wystarczy Twardocha odciąć od pieniędzy i kazać mu iść na bazar celem sprzedaży tego co wyprodukował. Tylko tyle, nic więcej…” (coryllus)

całość tu: Czy pies Twardocha ma faceta?

podobne: „Kupa gówna” (w puszce) czyli traktat o „sztuce”. oraz: Michalkiewicz o chałturze snobów w imię „pedagogiki wstydu”. Kisiel o poszukiwaniu sensu czyli… Jak opisać drzewo? i to: Historia i sztuka przez pryzmat fiuta, czyli… a także: „Śmierć i dziewczyna” czyli… Socjal Demokracja jako sztuka dymania podatnika. Czas skończyć z „coolturą” za publiczne pieniądze polecam również: Władysław Panasiuk: Artyści nie z tej ziemi czyli… W pogoni za sławą i jeszcze: Bogacz potężniejszy od władców czyli… sztuka dzielenia się pięknem oraz: Smołyń… czyli o sojuszach politycznych budowanych na „autorytecie” tzw. „ludzi kultury”. Jaką propagandą będą żyć Polacy po Wajdzie?

„…zmniejszacie dochody cieśli, rolnikόw, powoźnikόw i o tyleż zwiększacie dochody śpiewakόw, fryzjerόw, dekoratorόw. Nic nie dowodzi, że te ostatnie grupy są godniejsze zainteresowania, niż inne. P. Lamartine tego nie twierdził. Mόwił, że praca teatrόw jest r ό w n i e produktywna (nie bardziej) jak każda inna, co może być samo w sobie kontestowane, gdyż najlepszym dowodem stanu przeciwnego jest, że one właśnie zwracają się o wsparcie. Ale rozważanie związku między ceną a wewnętrzną wartością rόżnych rodzajόw pracy nie jest moim zamiarem. Wszystko co chcę osiągnąć, to wskazywać, że kiedy p. Lamartine i ci, ktόrzy bili mu brawo, widzieli lewym okiem dochody zyskane przez aktorόw, winni byli ujrzeć prawym stratę pozostałych podatnikόw, inaczej bowiem wystawiają się one na śmieszność b i o r ą c  p r z e z s u n i ę c i e  d o c h o d u  z a  d o c h ό d . Jeżeli byliby konsekwentni w swoim rozumowaniu, domagaliby się dużo większych subwencji. To, co jest prawdą dla 60 000, jest prawdą, w tych samych warunkach, dla miliarda…” (całość tu: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy państwo powinno dotować sztukę? (o interwencjonizmie)

Poważnie i merytorycznie już było, no to teraz trochę humoru… chociaż nie do końca bo to niemal „literatura” faktu:  Paranienormalni – Klub literata i literatki 🙂

Smołyń… czyli o sojuszach politycznych budowanych na „autorytecie” tzw. „ludzi kultury”. Jaką propagandą będą żyć Polacy po Wajdzie?


rys. Arkadiusz Gacparski

rys. Arkadiusz Gacparski

„Oddajmy cześć artyście!
Niech o nic, nikt nie pyta.
Wy także czerpaliście,
a gęby nikt nie wytarł.

Nie! Nie umarła sztuka.
Być może Dolce Vita…
Nie warto przyczyn szukać,
dla których brama zgrzyta.

Gdzie kończy się iluzja
tam pozostaje banał.
Dlatego wielu wśród nas
tak chciało, żeby kłamał.”

Marek Gajowniczek – Oddajmy cześć iluzjom

„…Ci, którzy stali przed pałacem Stalina, ś.p Wajda i jego środowisko, nie tworzyło żadnej kultury, ale propagandę. Nie oni pierwsi i nie ostatni powie ktoś. Rzeczywiście. Ja chcę tylko podkreślić, że to co bierzemy za kulturę i o czym zwykle rozmawiamy jest produkcją służącą uwiarygodnieniu ośrodków władzy oraz poszczególnych jej poziomów. Stąd właśnie – z różnicy w opisie tych poziomów – bierze się różnorodność kultury. Inaczej pokazuje się w filmach brytyjskich życie sielskiej prowincji w serialu o weterynarzach, a inaczej życie arystokracji i bankierów w serialu o Palisserach. Ten sposób rozumienia kultury dotyczy wszystkich obszarów zarządzanych przez zdecydowaną trwać i zmieniać okoliczności władzę. My tutaj, od roku 1907 mamy ciągle tę samą władzę. Jest to władza socjalistów, która najpierw przejęła rząd dusz, w narodzie mającym za sobą niełatwe doświadczenia, a potem wzięła całą resztę…

odbiorca rozumie kulturę poprzez pewne symbole i poprzez tak zwanych „ludzi kultury”. Oddaje tym bałwanom cześć i tłucze czołem o posadzkę jak ich widzi. Kiedy próbuje mu się wytłumaczyć cokolwiek, dostaje zwykle szału i wrzeszczy, że tłumaczący jest niekulturalny. Ja to wielokrotnie słyszałem, więc wiem. Na koniec jeszcze dodaje, że nie wolno niszczyć symboli, bo one tworzą kulturę. No właśnie, symboli nie wolno niszczyć, a mienie ruchome, nieruchome, gotówkę, biblioteki, archiwa i całą resztę wolno….Tak działa kultura na obszarach okupowanych, gdzie okupacja dotyczy umysłów i serc. Nie wolno niszczyć symboli….Całą resztę niech trafi szlag, byle tylko symbole przetrwały. Wajda, niech mu ziemia lekką będzie, zdążył za życia zmumifikować Wałęsę. Na naszych oczach uwiarygadnia się zbrodnicze dewastacje miast i dużych kwitnących obszarów w imię utrwalania symboli. Różnica zaś pomiędzy tworami kultury, które opisują te wypadki, a tymi, które opisują co dzieje się na

Adam Wycichowski (niewolnik) - kolejna premiera

Adam Wycichowski (niewolnik) – kolejna premiera

zdewastowanych obszarach później, wynika wprost z różnic pomiędzy poziomami władzy uwiarygadniającej się przez kulturę. W naszych okolicznościach dochodzi do tego jeszcze wewnętrzny konflikt w ośrodkach władzy socjalistycznej, czyli konflikt pomiędzy socjalistami lokalsami i socjalistami internacjonalistami. Ci pierwsi w naiwnej wierze zdecydowali się zburzyć Warszawę, licząc na to, że ci drudzy się tego wystraszą. Tamci zaś najpierw wymordowali tych pierwszych, a potem dokończyli dzieła dewastacji i teraz – po latach – nakręcają koniunkturę swoich przedsiębiorstw eksploatując temat zniszczenia Warszawy. To jest stary numer, ćwiczony w Hollywood od lat, mam tu na myśli te wszystkie produkcje o szlachetnych Indianach walczących z białą podłotą, podczas gdy prawdziwi Indianie siedzą w rezerwatach i chleją na umór. Identycznie ma się sprawa z Kresami. Mamy film Wołyń, w którym nie ma słowa o sprawach naprawdę istotnych, jest za to bredzenie o polskich winach i detaliczna sprzedaż zbrodni, podzielonej na małe kawałeczki. Cel jest ten sam – utrzymanie prosperity przedsiębiorstw dzierżonych twardą ręką socjalistów-internacjonalistów…” (coryllus)

całość tu: Precz z kulturą!

I tu wielkie zasługi dla internacjonalistycznej braci oddaje „dojna zmiana”. Nowelą ustawy o ustroju rolnym – utrudniającą obrót ziemią Polakom, oraz o bankowym funduszu gwarancyjnym – dającą bankom prawo sięgania po depozyty w razie zagrożenia niewypłacalności. Kredytowaniem programu „500+” a za chwilę „mieszkania+” który też będą kredytować banki na odpowiedni procent. Dalej mamy rekordowy deficyt – też nie za darmo, bo żeby to wszystko sfinansować podnoszone są stare i wprowadzane nowe podatki jak „bankowy” i „od marketów” (obniżające konkurencyjność/podnoszące koszty rodzimej gospodarki). Najnowszy hit to skutecznie zablokowana reprywatyzacja mienia zagrabionego przez komunistów prawowitym właścicielom. O takich kwiatkach jak ustawa „inwigilacyjna”, tudzież TTIP/CETA tj. sprowadzenie do Polski żarcia z MONSANTO (obecnie właścicielem jest niemiecki Bayer) nie wspominając. Koncern specjalizujący się w biotechnologii oraz wielkiej chemii organicznej nastawionej na produkcję w zakresie rolnictwa.

Jeśli komuś za mało przykładów na potwierdzenie międzynarodowego charakteru PISowskiego socjalizmu to ja już nie wiem jakich jeszcze dowodów potrzebuje. To nie są przypadkowe działania, oberpremier Morawiecki Szydło i spółka (czyli sam PPK który nie jest durny) szykują nam taki raj na ziemi, że z czasem masowo zaczniemy trafiać do nieba „zgodnie z prawem”. Jeśli nie przez trujące żarcie, to długi i podatki nas wyduszą i skończymy na „własnej” (w sumie już nie własnej) ziemi jak swojego czasu Indianie… (Odys)

podobne: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? oraz: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu. a także: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki? i jeszcze: „Muza nie żyje”: Kiedy sztuka jest wyrazem wysokiej kultury? „Jezus wyszydzony”: Zmaganie się o duszę tego świata. polecam rownież: Śmierć i dziewczyna” czyli… Socjal Demokracja jako sztuka dymania podatnika. Czas skończyć z „coolturą” za publiczne pieniądze. i to: „Nie ma ludzi” i Kisiel wbrew Kotarbińskiemu czyli… bardzo konkretne skutki społeczne religii, moralności, cnoty i nacjonalizmu.

„…Dyskusja o filmach, która przez samych reżyserów, a także przez recenzentów przenoszona jest na obszar polityki, przybiera na naszych oczach formy upiorne. Oto okazuje się, że filmy historyczne, albo za takowe uchodzące, mają nas zmuszać do rozmaitych frakcyjnych wyborów. I to już nie tylko pomiędzy różnymi grupami socjalistów, ale wprost mają kształtować sojusze. Jak rozumiem, ze wszystkimi konsekwencjami? Ci którzy mówią o usralelskiej twarzy PiS i namawiają do sojuszu z Putinem uważają, że twarz rusraelska jest lepsza od tej poprzedniej? Jak to zawoła ktoś! No tak, pamiętamy przecież umowę pomiędzy Putinem a premierem Izraela, w której jak byk stało, że nie można kwestionować historii II wojny światowej. A skoro nie można to za Katyń odpowiadają Niemcy, prawda? Na tym poziomie dywagacji, w który usiłują nas wepchnąć niektórzy możemy sobie wybrać kształt naszego własnego podręcznika historii. Możemy wybrać między Wołyniem, a Katyniem…a potem iść do kina i obejrzeć jeden i drugi film. Jak ktoś zaśnie na sali, a potem wyjdzie z przekonaniem, że widział Wotyń i Kałyń, nic się nie stanie, ważne, by miał właściwy format w głowie i potrafił się spierać ze szwagrem, o to czy lepsi są ci co przeżynają piłą, czy może ci co strzelają w tył głowy…” (coryllus)

całość tu: Smołyń czyli trzy w jednym

podobne: Wielu pamięta o powstaniu, niewielu o upadku Warszawy. Meldunek „Montera”, rzeź na Woli i 12 ton prochów. O patologii martyrologicznej propagandy. oraz: „Chodzi o to aby język giętki powiedział wszystko co pomyśli głowa”, czyli… Terror propagandy i to: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach a także: (GN)Ida antypolonizmu czyli reżyserska wizja Heleny Wolińskiej-Brus (pierwotnie Felicja Fajga Mindla Danielak, ps. Lena) i jeszcze: Próbna matura z…. Baumana (sic!), czyli jak „polska edukacja” pomaga kreować „ałtorytety”

PS… czyli Anegdota autorstwa Shork 10 października 2016:

„Rano zadzwonił telefon.

rys. Arkadiusz Gacparski

rys. Arkadiusz Gacparski

– Mamy ją. – Głos w słuchawce był przytłumiony chusteczką.
Spojrzałem na ekran. Numer nieznany.
– Ale co?
– Mamy ją i nie oddamy.
Rozejrzałem się dookoła, czy aby nie znajduję się jeszcze we śnie. Moją kawalerkę oświetlały poranne promienie słońca. Kot podniósł wzrok zaciekawiony tak wczesnym ruchem.
– To chyba pomyłka.
– Nie odkładaj słuchawki!
– W sumie to jest komórka, proszę pani. Sama słuchawka….
– Jak śmiesz przypisywać mi rolę społeczną? – zasyczało z komórki.
– …
– Jesteś tam? Słyszysz? Mamy ją i jej nie oddamy.
– Ale co macie?
– Kulturę , kur*a. Debilu! Mamy twoją pier*oloną kulturę. I nie oddamy. Ni ch*ja, nie oddamy!
– Aha.- Zaczynało mnie to bawić.- Porwaliście moją kulturę i nie chcecie oddać. A jakie są żądania?
– No, w końcu zaczynasz kapować. Oddamy ją…
– Ale mówiła… to jest mówił…to jest była mowa o tym, że jej nie oddacie – przerwałem.
– Nie przerywaj, bo jej na pewno nie oddamy! – zakwiczało z telefonu.
– No słucham.
– Oddamy ją, jak będzie jak dawniej. Żądamy dotacji na kulturę, utrzymania teatrów, powołania tych dyrektorów co pozwalnialiście, żebyśmy mogli krzewić kulturę wśród prostego ludu miast i wsi.
Pomyślałem o rozmazanych fekaliach udających obrazy, wydarzeniach artystycznych polegających na wiszeniu na linach, smarowaniu się płynem do naczyń, wyprowadzaniu na spacer wypchanego królika, czy zakopywaniu się w ziemnym dole z wrzaskiem. Pomyślałem o sztukach teatralnych nie tyle pozbawionych dobrego smaku, ale składających się z samych prymitywnych skandali, gdzie aktorzy odgrywają swoje role genitaliami. Pomyślałem o polskich nieśmiesznych komediach bitych z tej samej matrycy. Pomyślałem o tym kogo wysyłamy na Eurowizję i kogo lansują muzyczne programy radiowe. O tych częstochowski rymach w piosenkach i pozbawionych nie tylko rymów, ale i artyzmu wypocinach laureatów nagród literackich. Pomyślałem o zdominowanych latami przez lewactwo instytucjach finansujących kulturę. Pomyślałem o reżyserach, którzy zdobyli sławę naśmiewając się z polskości i budując w nas poczucie winy. I powiedziałem.
– Nie chcę jej.
– Co?
Nie chcę. Zabierzcie ją. To nie jest moja kultura. To przebieraniec.
– Co?
Popatrzyłem na reprodukcję XIX wiecznego obrazu, na regał zarzucony książkami, kupowanymi jeszcze za dziesiątki tysięcy złotych od sztuki.
– Bierzcie ją na stałe i już razem nie wracajcie.”

polecam wykład Chrześcijanin w trosce o kulturę – Ks. prof. Andrzej Zwoliński

Kiedyś usiadłem w ciszy żeby się zastanowić skąd się u mnie wzięły (swojego czasu za tzw. młodu) ciągoty socjalistyczne – te o których czasem wspomina JKM że „kto za młodu nie był socjalistą…”. Po długim namyśle (bo strasznie mnie to nurtowało) doszedłem do wniosku że to była socjalistyczna kultura właśnie, uprawiana na poczet rządowej propagandy.

Wszędobylskie „dobro wspólne” (z tzw. budżetu), „potrzeba dziejowa”, „racja stanu”, ale przede wszystkim tzw. „legalizm” („Ludzie skłonni są myśleć, że to, co jest legalne, musi być dobre” czyli… Stanisław Michalkiewicz o konsekwencjach bezprawia) będący patologią sprawiedliwości, w rzeczywistości ukierunkowany na ślepe posłuszeństwo władcom/rządom. Wciskany z każdej niemal strony w szkole/na studiach, typowo etatystyczny o lewicowym „wrażliwym” i rewolucyjnym zabarwieniu bełkot dla niewolników. A i że na kino człowiek lubi czasem w ramach rozrywki popatrzeć, to i z ekranu chłonie jedynie „słuszne postawy” zgodne z tym co ukształtowało go za młodu przez szkołę i tzw. środowisko. Człowiek myśli że doznaje „objawienia” i potakuje na to co ogląda słyszy w przekonaniu że oto właśnie telewizja potwierdza to co oglądający uznaje za własne poglądy, będące w rzeczywistości trucizną/pasożytem/ciałem obcym które „ktoś” dawno temu przy innej okazji w nas posadził. Człowiek oduczony samodzielnego myślenia, zaprogramowany na fałszywe wzorce i oduczony wiary w istnienie obiektywnej prawdy staje się jak ta masa, z której można ulepić wszystko na hasło/symbol utrwalony jako „dobro” – Wajda.
I dlatego też nigdy więcej nikomu nie polecę żadnego filmu Wajdy (i nie tylko jego) choćby nie wiem jak „fajne” emocje wzbudzał i ładował „energią” próżność, ego itp. To samo dotyczy polityki, historii i innych ważnych sfer życia które kształtują/opisują światopogląd.
Nie można przechodzić obojętnie obok tego co się ludziom serwuje w telewizji i kinie. To dezercja i droga do zatracenia młodych pokoleń na całe dekady, bo młodzi ludzie nie są się w stanie obronić się ani doświadczeniem ani wiedzą przed umiejętnie podaną propagandą (Przewodnia rola „mediów” i tzw. „edukacji” w zdziczeniu obyczajów… Odys)

podobne: Edukacja: Ile jest wiedzy w wykształceniu? oraz: Urzędowe „autorytety”, czyli o agentach kłamstwa dzięki którym „łatwiej umrzec niż myślec”. i to: Kłamstwo „postępu”: „Ludzie! Jesteście zajebiści!” a także: Rektor KUL wzywa do poszukiwania prawdy  polecam również: Czego (nie)uczy „tradycyjna” szkoła czyli… nie wszystko musisz wiedzieć. Definicje, pojęcia, słowa i stereotypy według cybernetyki. Niech mi ktoś powie co mam myśleć.

rys. Wojciech Romerowicz

rys. Wojciech Romerowicz

Wielu pamięta o powstaniu, niewielu o upadku Warszawy. Meldunek „Montera”, rzeź na Woli i 12 ton prochów. O patologii martyrologicznej propagandy.


Zaczęło się od „kontrowersyjnego” do dziś meldunku „Montera” o którym można przeczytać na portalu Historycy.org tu Czy Powstanie Warszawskie było potrzebne? Na zachętę fragment z dyskusji:

„…Meldunki zawierające ocenę sytuacji z dnia nawet jeszcze 27 lipca są o tyle nieistotne, że ostateczna decyzja zapadła dopiero 31 lipca, i to w sposób nagły – najwyraźniej na podstawie oceny dokonanej samodzielnie przez Montera, tylko pytanie – na podstawie jakich meldunków? Skąd? Z jakiego czasu? Jest relacja, jakoby Monter sam pojechał na Pragę (nie do Falenicy czy Miłosnej, tylko na Pragę, czyli w ówczesnych realiach całkiem blisko) i miał usłyszeć (od kogo?) że „niedaleko widziano sowieckie czołgi”. Ale tak naprawdę konkretów brak…” (Darth Stalin)

„…Skutki, jakie spowodował ten meldunek oraz ich zrozumienie, to zagadnienia nieporównanie istotniejsze niż zastanawianie się, co w danym momencie robił ten bądź inny sowiecki batalion. Ten meldunek stał się przysłowiowym języczkiem u wagi i składając go Monter przesądził o losie miasta i jego mieszkańców. I z tej odpowiedzialności nic go nie zwolni. Zatem proszę jednak o odpowiedź: dlaczego Monter złożył swój meldunek na półtorej godziny przed planowanym zebraniem, w obecności dwóch innych ludzi najmocniej nalegających na przyjęcie rozwiązania zbrojnego, a w nieobecności tych, którzy mogliby znowu zasiać u Bora wątpliwości w tej kwestii. Dlaczego Monter, co nie było ani jego obowiązkiem ani zadaniem, opatrzył meldunek komentarzem, że „jeśli nie przystąpimy do walki, to będzie za późno”? To są momenty kluczowe i warto się nad nimi zastanawiać…

…co rozegrało się w kluczowych chwilach pomiędzy akowskimi decydentami, bo to jest najistotniejszy moment i zastanawiam się przede wszystkim, jak ocenić postępowanie tych ludzi. Bo można to widzieć na kilka różnych sposobów:

1. Dokonali oni niewłaściwej oceny sytuacji
2. Dokonali oceny właściwej, ale uznali, że i tak trzeba działać (osobiście uważam, że tak właśnie było)

…interesują mnie okoliczności podjęcia decyzji o wybuchu powstania oraz o rozpoczęciu tej akcji w określonym terminie i dążę do uzyskania odpowiedzi na pytanie: czy Bór uległ manipulacji oficerów, którzy dążyli do rozpoczęcia działań zbrojnych.

…Wątek ten (nacisków ze stronu Okulickiego, Pełczyńskiego i Montera) przewija się w zbyt wielu relacjach i opracowaniach, by przejść nad nim do porządku dziennego. Ja osobiście sądzę, że rzeczywiście w KGAK ścierały się różne koncepcje co do dalszego postępowania wobec sukcesów sowieckich i szybkiego zbliżania się Armii Czerwonej do Warszawy…

…Okulicki, Pełczyński i Chruściel byli zdecydowani działać bez względu na pewne konsekwencje, bowiem uważali, że samo powstanie jest konieczne (rezultat bezpośredni powstania jest mniej istotny, liczy się jego wydźwięk propagandowy). Według mnie był to ciężki błąd i zachowanie irracjonalne. Jak słusznie zauważyłeś, decyzja bezpośrednio nie należała do nich, ale oni decydowali o tym, kiedy powstanie zacząć. W moim przekonaniu, gdyby kierowali się przesłankami racjonalnymi (nie powstanie dla demonstracji, lecz powstanie mające konkretne cele), być może dokonaliby właściwszej oceny co do właściwego terminu rozpoczęcia walk. Trudno powiedzieć, na ile to było możliwe, wysuwam to tylko jako pewną supozycję. I pozostaję przy mojej ogólnej ocenie, że ci trzej oficerowie zachowali się tu nieodpowiedzialnie. Zastanawia mnie natomiast, na ile był w to umoczony Bór-Komorowski. Osobiście wydaje mi się, że odpowiedzialność rozkłada się bardziej na wymienionych trzech oficerów, choć sam Bór szlachetnie podkreślił w wywiadzie, że decyzja należy do dowódcy i dowódca ponosi odpowiedzialność. Jeśli się z tym zgodzić (a w zasadzie wypada się zgodzić) to winą Bora było to, że uległ naciskom…” (adso74)

a teraz o skutkach tego zrywu….

„Film dokumentalny (2008) o niemieckich zbrodniach popełnionych na Polakach w czasie Powstania Warszawskiego na Woli. W filmie m.in. fragmenty niemieckich kronik propagandowych nakręconych w czasie Powstania, wypowiedzi nieosądzonego zbrodniarza – H.Reinefartha – kata Warszawy, wspomnienia kobiety która przeżyła swoją egzekucję będąc w 9 miesiącu ciąży (trójka pozostałych jej dzieci została zamordowana), oraz wspomnienia innych świadków i uczestników wydarzeń.”

12 ton – Oni tam wszyscy są. (Powstanie Warszawskie)

Od 40 do 60 tys. mieszkańców warszawskiej Woli zginęło w dniach 5-7 sierpnia 1944 r. w masowych egzekucjach dokonywanych przez oddziały niemieckie na rozkaz Hitlera w celu „oczyszczenia Warszawy z ludności cywilnej”. W tym roku mija 69 lat od tamtych wydarzeń. Poniższe relacje to fragmenty zeznań osób, które „rzeź Woli” przeżyły. Zeznania zostały złożone przed prokuratorami Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce.

Władysław Pec, kontroler MZK, ur. 23 stycznia 1900 r.
Zeznanie z dnia 29 IV 1947 r.

W dniu 5 sierpnia 1944 r. około 12-tej Niemcy podpalili fabrykę makaronów, zaczęło w piwnicy robić się zbyt gorąco, ludność cywilna wyszła w liczbie 57 mężczyzn i nieco więcej kobiet z dziećmi. Ja i 10 mężczyzn ukryliśmy się jeszcze w piwnicy, po chwili jednak żandarmi przeszukujący piwnicę wykryli nas przy pomocy psa i wyciągnęli na podwórze. (…) Po odejściu kobiet z podwórza nam mężczyznom kazano stanąć pod parkanem murowanym z rękoma podniesionymi do góry, potem nastąpiły salwy z karabinu maszynowego. Strzelający celował w głowę. Otrzymałem postrzał w rękę, w okolicy kostki. (…) Zalała mnie krew z podniesionej ręki i upadłem. Gdy salwy i jęki ucichły, usłyszałem pojedyncze strzały. Żandarmi chodzili pomiędzy trupami, trącali leżących nogą, sprawdzając, czy kto jeszcze żyje, po czym dobijali pojedynczymi strzałami.
Po pewnym czasie leżąc z twarzą zakrytą okrwawioną ręką usłyszałem gwar od strony ulicy, potem salwy, jęki, błagania o litość i pojedyncze strzały. Zorientowałem się, że przybyła nowa grupa do rozstrzelania. Potem przyprowadzono jeszcze pięć razy grupy do rozstrzelania, przywaliły mnie dwa trupy. Egzekucja trwała do godz. 18-tej z przerwami na dobijanie i doprowadzenie coraz nowych grup.
(…) Leżałem pod trupami bez ruchu (bojąc się dobicia) aż do godz. 12 w nocy. Potem, ze względu na to, że panowała cisza, wyczołgałem się z fabryki makaronów do domu przy ul. Płockiej 25, który stał w płomieniach.

Ks. Bernard Filipiuk, ksiądz.
Zeznanie z dnia 20 III 1946 r.

5 sierpnia Niemcy znowu wkroczyli do Szpitala Wolskiego już w większej liczbie (…) rozeszli się po całym szpitalu i pod groźbą karabinów zaczęli z łóżek wyrzucać chorych, kobiety, mężczyzn, wszystkich bez wyjątku.
(…) Na dziedzińcu fabrycznym ustawiono nas po 12 osób. Takich dwunastek naliczyłem sześć w tej partii ludzi, w której ja byłem. (…) Padła salwa, a ja przewróciłem się razem z ks. Żychoniem, który mnie słabego po operacji trzymał cały czas pod rękę – on mnie też za sobą pociągnął.
Od razu zorientowałem się, że żyję i nie jestem ranny, ale zacząłem udawać trupa, wiedząc, że gestapowiec dobija żyjących. Gdy do mnie podszedł, kopnął mnie w kolana, zaklął i strzelił do głowy z rewolweru – kula przeszła koło ucha. Byłem więc uratowany. Po tym stale rozstrzeliwano następne dwunastki ludzi.
(…) Muszę podkreślić, że nie tylko sami mężczyźni zostali rozstrzelani przy ul Górczewskiej ze mną, ale też były i kobiety, choć zasadniczo gestapowcy wybierali z fabryki samych mężczyzn. Myślę, że były to żony, matki i córki, które przyłączyły się same do swych najdroższych – najbliższych, prowadzonych na śmierć. Chciały widocznie zginąć razem ze swymi ukochanymi. W mojej dwunastce razem ze mną była kobieta. Na ręku trzymała dziecko małe, które mogło mieć rok. Z tym dzieckiem została rozstrzelana. Prosiła gestapowca, aby najpierw zabił dziecko, a potem ją. Uśmiechnął się tylko i nic nie odrzekł. Dziecko to długi czas po rozstrzelaniu kwiliło i płakało, słyszałem to, a jego kwilenie krew mi w żyłach mroziło.

Janina Józefa Mamontowicz, lat 26, zam. ul. Wolska 59, m. 9
Zeznanie z dnia 15 I 1946 r.

W dniu 5.VIII.1944 r. wpadł do naszego domu oddział około 6 uzbrojonych żołnierzy niemieckich rzucając granaty do mieszkań i wołając, by mieszkańcy wychodzili (raus). Wyszłam prowadząc dwóch moich synków, Zygmunta lat 9 i Tadeusza lat 6. (…) Żołnierze zapędzili naszą grupę pomiędzy mieszkaniem dozorczyni a trzepakiem otaczając ja dookoła, ograbili nas z kosztowności. Na środku podwórka ustawili karabin maszynowy, dali do nas salwę. (…) Gdy strzały seryjne umilkły, posłyszałam pojedyncze strzały z pistoletu.
Zobaczyłam, iż żołnierze chodzą pomiędzy zwłokami dobijając z pistoletu lub kolbą karabinu żyjących jeszcze, którzy poruszali się lub jęczeli. Syn mój Zygmunt musiał się poruszyć, ponieważ, już odchodząc od miejsca, gdzie leżeliśmy, żołnierz niemiecki strzelił mu dwa razy w skroń, po czym syn mój skonał.
Zaraz po odejściu żołnierzy podniosłam się razem z synem Tadeuszem, który także żył i nie był ranny. (…) W grupie ocalałych po egzekucji przeszłam na II piętro naszego domu nr 23 przy ul. Płockiej. Znajdowało się tam w pewnej łazience okno wychodzące na teren sąsiedniej posesji fabryki makaronów i cykorii, mieszczącej się przy ul. Wolskiej 60. Wyskoczyłam oknem pierwsza prosząc siostrę, by mi wyrzuciła dziecko. Jednakże siostra zdenerwowana przeżyciami wyskoczyła sama, a za nią Kołaczówna i Biernacki, zostawili mojego synka, który pomimo nawoływań wyskoczyć nie chciał i pozostał sam w płonącym domu.”

źródło: „Zbrodnie okupanta hitlerowskiego na ludności cywilnej w czasie powstania warszawskiego w 1944 roku (w dokumentach)”, Wydawnictwo MON

Dominik Tomczyk - Pomnik Powstania Warszawskiego (1944)

Dominik Tomczyk – Pomnik Powstania Warszawskiego (1944)

W roku 1944, po konferencji i układzie w Teheranie, sprawa Polska była już przegrana definitywnie, a utrata suwerenności na rzecz ZSSR – przesądzona. Polska została uznana za część ceny, jaką Zachód godzi się zapłacić Stalinowi za pomoc w pokonaniu Niemiec. Oficjalnie ustaleń konferencji polskiemu rządowi nie przekazano aż do listopada, ale istnieją relacje dowodzące, że kanałami prywatnymi i wywiadowczymi rząd londyński szybko zyskał wiedzę o sytuacji.
W związku z ubitym w Teheranie dilem zmienił się znacząco stosunek do sojuszniczej Polski zachodnich polityków i prasy. Nie było już mowy o wyrazach podziwu, zachwytach nad bohaterstwem ani duserach o „wzorcu dla wolnego świata”, jakimi karmiono Polaków do czasu agresji Hitlera na Sowiety. Nieustannie pojawiały się za to oskarżenia, że Polacy uchylają się od walki z Niemcami, że są cichymi sojusznikami Hitlera i piątą kolumną w antyniemieckiej koalicji… 

…Po Teheranie i Katyniu każdy odpowiedzialny polski rząd powinien, w imię żywotnych polskich interesów, wygasić w kraju walkę z Niemcami, ograniczając ją do ochrony ludności cywilnej. W sposób oczywisty narzucało się zawarcie z Niemcami, na poziomie np. wywiadowczym, cichego porozumienia, na mocy którego AK powstrzymałaby się od ataku na niemieckie zaplecze, a Niemcy w zamian – od eksterminowania Polaków. Oczywistym interesem Polski było w tej sytuacji powstrzymanie się od sabotowania frontu wschodniego, aby obaj nasi wrogowie wykrwawiali się tam wzajemnie jak najdłużej…

Nie miał oczywiście, bo wobec sytuacji geostrategicznej nie mógł mieć znaczenia fakt, iż polscy przywódcy do samego końca dochowywali lojalności swym sojuszniczym zobowiązaniom oraz trzymali się stanu prawnego, zgodnie z którym Polska nie znajdowała się w stanie wojny z ZSSR, atak dokonany 17 września 1939 był „wkroczeniem” mającym na celu ochronę ludności polskiej przed Niemcami, a oczywiste zbrodnie sowieckie na Polakach oficjalnie nie miały miejsca. Z tego samego powodu polskie Państwo Podziemne nie prowadziło żadnych zorganizowanych akcji przeciwko komunistycznej agenturze.
Nie do końca jest prawdą, że polski rząd nie miał żadnego pomysłu. Miał, tylko że był to pomysł krańcowo naiwny. Nadal realizowaliśmy naszkicowaną przez generała Sikorskiego koncepcję „kapitału krwi”, zakładająca, że po pokonaniu Niemiec państwa koalicji antyhitlerowskiej wynagrodzone zostaną w proporcji do wysiłku włożonego w wojnę, mierzonego poniesionymi ofiarami. Polacy starali się więc wzmożonym wysiłkiem i spektakularną ofiarnością (Monte Cassino) przekonać sojuszników, że ich oskarżenia o wycofywanie się Polski z walki z Niemcami są bezpodstawne. Do tych samych argumentów odwoływali się także inicjatorzy powstania w Warszawie. Krańcowe poświęcenie okazane w walce z Niemcami miało wzruszyć zachodnią opinię publiczną i skłonić zachodnie rządy, żeby jakoś wzięły nas w obronę przed Sowietami…

…Z kolei, by poprawić postrzeganie Polski przez „sojusznika naszych sojuszników” i zademonstrować mu dobrą wolę, podjęto akcję „Burza”, nakazując Armii Krajowej i strukturom państwa podziemnego na obszarach zajmowanych przez Armię Czerwoną udzielanie jej zbrojnej pomocy przez atak na tyły niemieckie, połączony z całkowitą dekonspiracją i ujawnieniem „wyzwolicielom” wszystkich struktur. Dowódcom i przedstawicielom cywilnym Delegatury Rządów nakazano witanie wkraczających „w roli gospodarzy”. Pierwsze doświadczenia akcja „Burza” przyniosła na Wołyniu – wszyscy „witający” zostali przez sowietów aresztowani i wywiezieni w nieznanym kierunku (do dziś miejsca ich kaźni i pochówku nie są znane), odziały AK rozbrojone i częściowo wymordowane na miejscu, częściowo wywiezione – incydentalnie część szeregowców wcielano do tzw. ludowego wojska względnie bezpośrednio do Amii Czerwonej. Wiedząc o tym, Komenda Główna AK ponowiła rozkaz do wykonania „Burzy” na Wileńszczyźnie, potem w Małopolsce Wschodniej, na Lubelszczyźnie – wszędzie z takim samym skutkiem.
W ten sposób, wyjąwszy kilka oddziałów, których dowódcy łamiąc dyscyplinę wojskową odmówili wykonania rozkazu, budząca taki niepokój Stalina AK na większości obszaru kraju praktycznie przestała istnieć jako zorganizowana siła – w lesie pozostały jej rozproszone szczątki, dając początek drugiej konspiracji, zwanej dziś „żołnierzami wyklętymi”…

…Pułapka zastawiona przez Stalina i Zachód była prosta i nawet niektórzy politycy w Londynie zdawali sobie z niej sprawę. Jeśli w Warszawie nie wybuchnie powstanie, a oddziały AK wyjdą z miasta, to Sowieci w chwili wkroczenia nakażą demonstrację zbrojną swojej komunistycznej partyzantce, nazwą to wyzwolicielskim powstaniem ludowym i przed całym światem ogłoszą niezbity dowód, że, jak to od dawna wszyscy podejrzewali, faszystowski rząd w Londynie i AK po cichu współpracują z Niemcami. Jeśli natomiast Londyn i AK dadzą hasło do przeprowadzenia „Burzy” także w stolicy, to Armia Czerwona wskutek skomplikowanej sytuacji operacyjnej i konieczności podciągnięcia odwodów będzie zmuszona wstrzymać ofensywę na czas potrzebny Niemcom do pacyfikacji miasta i po zajęciu ruin dorżnie ewentualnie pozostające tam niedobitki.
Wobec takiego dylematu w Londynie postanowiono nie podejmować żadnej decyzji, de facto cedując ją na lokalnych dowódców w Warszawie. Wódz naczelny, Kazimierz Sosnkowski, zalecił, by powstania nie rozpoczynać, i z tym zaleceniem wysłano jako kuriera do kraju Jana Nowaka-Jeziorańskiego, który jednak, jak sam wspominał, na miejscu poddał się ogólnemu entuzjazmowi i stwierdził, że powstanie wybuchnąć musi, bo zbyt długo się do niego przygotowywano i nie tylko żołnierze, ale cała ludność oczekuje odwetu na Niemcach.
Daty wybuchu powstania, wyznaczonego na godz. 17.00 1 sierpnia 1944 roku nie udało się utrzymać w tajemnicy. Niemcy przygotowali się do niego doskonale, zajmując i fortyfikując wszystkie strategiczne punkty w mieście. Nie udało się także dozbroić oddziałów szturmowych, których wyposażenie było symboliczne – generał Chruściel poradził żołnierzom, żeby kto nie ma broni brał „siekierę, łom albo kamień” i zdobył ją na wrogu.
Wieczorem 1 sierpnia nie było już wątpliwości, że próba powstania zakończyła się masakrą pierwszego rzutu, żadnego z wyznaczonych celów natarcia nie udało się zrealizować, a straty przekraczają najgorsze obawy. Zgodnie z planem, należało w tej sytuacji oderwać się od nieprzyjaciela i wyprowadzić pozostałe siły z miasta, co komendanci poszczególnych okręgów zaczęli robić, a komendant Żoliborza zdołał nawet wykonać całkowicie. Komenda Główna nakazała jednak kontynuować Powstanie, mimo braku szans, sił i perspektyw, motywując to potrzebą zademonstrowania światu niezłomnej polskiej woli walki.
Ponieważ Stalin odmówił samolotom zachodnich aliantów korzystania z lotnisk i tankowania w zajętej przez Sowietów strefie, możliwości zrzutu broni dla Powstania z Zachodu były czysto symboliczne – niemniej, sam Stalin, mimo ogłoszenia powstania akcją wymierzoną przeciwko ZSSR, zadbał, aby trawiący Warszawę płomień nie wygasł za wcześnie, podsycając go ograniczonymi zrzutami broni i samobójczym desantem części 1 Dywizji LWP. (Desant ten przedstawiano potem jako rzekomą samowolę dowódcy dywizji, Berlinga – jest to oczywisty fałsz, dywizja nie miała w ogóle środków przeprawowych, przydzieliło je dowództwo sowieckie.)
Niemcy likwidowali otoczone i podzielone ich pozycjami miasto dzielnica po dzielnicy, wykorzystując brak koordynacji działań i słabość powstańców.
Prowadzona z bezprzykładnym bohaterstwem, beznadziejna walka trwała 63 dni, do wyczerpania ostatnich możliwości oporu. Rozmiary oczekiwanego odwetu określa liczba strat niemieckich, według różnych szacunków, od tysiąca do 1,5 tysiąca żołnierzy i esesmanów. Straty powstańców wyniosły od 15 do 18 tysięcy zabitych, zginęło też ok. 180 tysięcy cywilnych mieszkańców miasta, z czego co najmniej 50 tysięcy wymordowanych w ramach wielkich akcji eksterminacyjnych (m.in. „rzeź Woli”). Pół miliona ocalałych cywili wypędzono. Historyczna stolica Polski uległa prawie całkowitemu zniszczeniu wraz z zabytkami i skarbami kultury narodowej – ocalałe resztki zniszczyli po 1945 roku komuniści w ramach tzw. odbudowy miasta, wyburzając resztki „burżuazyjnej” zabudowy pod nowe, stalinowskie założenia architektoniczne…

…Polska utraciła w II wojnie światowej 12 proc. obywateli – nieporównanie więcej niż którekolwiek z innych biorących w niej udział państw. Zwycięskie mocarstwa, ustalając powojennym porządek, nie wzięły pod uwagę „kapitału krwi” i potraktowały nas dokładnie tak samo, jak pozostałe państwa regionu, walczące po stronie Hitlera lub nie biorące udziału w konflikcie.
Powstanie Warszawskie pozostaje do dziś epizodem historii praktycznie nieznanym na Zachodzie i notorycznie mylone jest z rozpaczliwą próbą stawienia zbrojnego oporu podjętą przez Żydów przeciwko likwidacji warszawskiego getta w 1943.
Tak wyglądają w największym skrócie fakty dotyczące rocznicy obchodzonej z roku na rok coraz huczniej i coraz bardziej ustawianej w centrum polskiej narracji historycznej jako wzorzec dla przyszłych pokoleń. Staram się nie dodawać do nich żadnego komentarza. Wnioski pozostawiam czytelnikom.
—–
PS. Zainteresowanym pozwolę sobie przypomnieć, że więcej na ten temat znaleźć mogą w mojej książce „Jakie Piękne Samobójstwo”. (Rafał Ziemkiewicz)

źródło: Interia (całość tu: PUŁAPKA 1944)

„…Powstaje bowiem serial o żołnierzach wyklętych. Mamy już trailer. Możemy się z tego trailera dowiedzieć, że to będzie dokładnie taki sam fajans, jak to Miasto 44, ze wszystkimi standardowymi widokami, przeznaczonymi dla młodej wrażliwości, którą trzeba oswajać z myślą o bohaterskiej śmierci na jakimś śmietniku. Widzimy zadzierżystego oficera, jego podwładnych, widzimy zmontowane komputerowo niebo pełne niemieckich samolotów, a także bohaterską walkę kończącą się uwięzieniem. Potem jednak przychodzi wolność i mamy znowu bohaterską walkę oraz równie bohaterskie przedzieranie się do krainy wolności czyli na zachód. Śnieg nas przysypie z takimi narracjami….Te filmy są dokładnie takie jak przed II wojną światową. Tak samo fałszywe, tak samo płaskie i tak samo beznadziejne. I tak samo chwalone przez gromadę podnieconych histeryczek, które muszą oglądać tych żołnierzyków, bo to je wprowadza wprost w stan nirwany. Porzućmy to, bo doprowadzimy się w ten sposób do kolejnej katastrofy. Propaganda filmowa jest ściśle związana z polityką i zdradza, wprost, albo ogródkami, cele tej polityki. Celem polityki realizowanej przez serial o wyklętych jest zdewastowanie kolejnego pokolenia i odebranie mu szansy.

…Czego ty znowu chcesz – zapyta ktoś. Mamy wreszcie prawdziwe, patriotyczne filmy upamiętniające naszych bohaterów. Już mówię czego chce. Propaganda nie ma charakteru obronnego, jest to za każdym razem akcja zaczepna wymierzona w kogoś. Jeśli chcecie mi powiedzieć, że serial o wyklętych jest wymierzony w Rosjan, to już teraz możecie położyć sobie kompres na głowę. Jeśli tak jest, to z miejsca fakt ów zostanie wykorzystany przeciwko nam. To jasne. A czego ja chcę? Filmu o Rettinegrze na przykład. Chcę filmu o tym dlaczego Monter przyszedł do kwatery głównej z wiadomością, że widział ruskie czołgi, choć ich wcale nie widział. Chcę filmu o zerwaniu rokowań z von dem Bachem wskutek otrzymania informacji z Londynu, że nadchodzi pomoc i uruchomiony będzie most lotniczy. Chcę filmu, w którym mordercy polskich dzieci nie będą jakimiś nołnejmami, ale wymieni się ich z nazwiska i oskarży wprost o spowodowanie tej zbrodni. Tego się jednak nie doczekamy, bo byłoby to oskarżenie przeciwko polityce łatwej. Ta zaś jest wiecznie żywa. I nie ma nic prostszego dla polityka niż przeznaczyć na śmierć jedno czy dwa pokolenia młodzieży. (coryllus)

całość tu: Propaganda żydowska i polska

 

podobne: Rocznica powstania warszawskiego. Dramatyczny zryw narodowy w którym zabrakło rozwagi. Z tego płynie nauka, jak nie uprawiać polityki. oraz: „Musimy zerwać z poprawnością patriotyczną”. Powstanie Warszawskie prowokacją (z ukraińskim kryzysem w tle). i to: Powstanie warszawskie: „strumień wody może być obrócony na koło młyńskie i przynosić pożytek, albo obrócony na dom i zalać go i zniszczyć” a także: Powstanie warszawskie: Polemika trzech Piotrów (Gursztyna i Gontarczyka z Zychowiczem)

Pomnik Powstania Warszawskiego 1944

Pomnik Powstania Warszawskiego 1944

Ciemnogród w postępowej gazecie? Ks. Tischner udzielił Wyborczej „wywiadu”… zza grobu.


rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

„…Wszyscy pamiętają scenę z filmu „Potop”, kiedy Kmicic przybywa do Lubicza i tam rozpoczyna się pijaństwo, takie prawdziwe, ostre pijaństwo, z gwałceniem niewiast i strzelaniem do portretów przodków. Wydaje się, że nic nie zmityguje uczestników i porwą się oni na wszelkie szczyty oraz osiągną wszystkie możliwe dna, jakie człowiek pijany może osiągnąć. W jednym momencie jednak przychodzi opamiętanie. Oto jeden z uczestników libacji chce wznieść toast za zdrowie osoby dawno nieżyjącej. Na to inni wołają z oburzeniem – co ty? Zdrowie nieboszczyka pijesz?! No właśnie – są granice, których, jak pisała dawno temu Zofia Nałkowska, przekraczać nie wolno.

Komu nie wolno, temu nie wolno. Powiedzcie dziennikarzom gazowni, żeby nie pijali zdrowia nieboszczyków, a ofukną Was tylko. Jak któryś będzie miał dobry humor, powie, że im akurat wolno, a reszta ma siedzieć cicho i trzymać gęby na kłódkę. Jak pewnie już wszyscy wiedzą, gazownia przekroczyła kolejny Rubikoń, wyemitowano wywiad z księdzem Tischnerem, który gada o Smoleńsku. Ja niestety, z racji zbytniego obciążenia obowiązkami, straciłem umiejętność finezyjnego szydzenia z absurdów, ale spróbuję napisać coś tak po prostu, bo mam przeświadczenie, że trzeba.

Nie ma to jak wykreować sobie całkowicie fikcyjny autorytet, wmówić w siebie samego, że jest to sama moc i potem kazać mu gadać po śmierci. To jest coś jak Golem, ale gorsze, bo na ulicę wyjść nie może. Możne jednak udzielać odpowiedzi, co było do okazania. W piosence Jacka Kaczmarskiego zatytułowanej „Mimochodem” jest taka fraza – swego boga za słomianą szarpią brodę….I to jest ów moment, gazownia zaczęła szarpać za słomianą brodę swego boga, którego wcześniej pracowicie kreowała przez wiele lat. Katolicki ksiądz – Józef Tischner został obsadzony w roli pogańskiej wyroczni, która orzeka o wypadkach jak najbardziej współczesnych. Sybilla w koloratce normalnie. Do wieszczenia już tylko jeden krok, do wieszczenia za opłatą dwa. I to akurat może się przydać, bo ja pamiętamy odebrano gazowni możliwość czerpania z budżetu państwa. Przynajmniej oficjalnie, bo w to, że im odebrano tak naprawdę i wszystko to ja łatwo nie uwierzę. No, ale ksiądz Tischner to tylko wstęp. Poczekajcie na to co się będzie działo jak umrze Michnik. Oby mu Pan Bóg dał jeszcze długie lata i ze sześcioro dzieci. Tam za nim już jest jednak kolejka młodzieńców, z których każdy szykuje się na jego miejsce. Latka lecą, Adam uporczywie żyje, a im włosy wypadają i oczy zachodzą mgłą. Jak temu nieszczęsnemu Karolowi, który może i liczył na koronę po matce, ale sam już nie pamięta kiedy to było. Ile można czekać? I tu znowu wracamy do wódki i innej piosenki Kaczmarskiego – po marzeniach przyszła kolej na dziewczyny oraz łyk, co pozwolił nam zapomnieć o czekaniu. No właśnie, jeden łyk, drugi, trzeci i w końcu któryś wstał i mówi – to może, kurna, ożywimy Tischnera? Że kogo? – Smoleński na to. – Tischnera mówię przecież wyraźnie. – A po co? – Niech powie, że w Smoleńsku nie było zamachu. – A po co? – Jak to ku…a „a po co”? Żeby wszyscy uwierzyli, że nie było! – I tak nie uwierzą….No, ale my się mniej będziemy nudzić…czekając aż Adam odwali kitę…” (coryllus – Słomiana broda księdza Tischnera)

„… już Aleksander Fredro wkłada w usta Rejenta Milczka sentencję, że „nie brak świadków na tym świecie”, a kropkę nad „i” w powieści „Kariera Nikodema Dyzmy” stawia adwokat konsystorski, któremu Nikodem Dyzma powierzył prowadzenie sprawy unieważnienia małżeństwa Niny Kunickiej z grandziarzem i hochsztaplerem Kunickim, który tak naprawdę nazywał się „Kunik”. Na spostrzeżenie Dyzmy, że niektórzy świadkowie już nie żyją, adwokat pyta, czy Dyzma naprawdę uważa, że wydobycie zeznań zza grobu powinno kosztować taniej? A któż lepiej od funkcjonariuszy „Gazety Wyborczej” może wiedzieć, jak się takie zeznania wydobywa? Przecież na takich właśnie relacjach opiera się jeśli nie cały, to w każdym razie znaczna część „przemysłu holokaustu”, a w Stanach Zjednoczonych – o czym sam mogłem się przekonać – w miarę upływu czasu pojawia się coraz więcej tak zwanych „świadków historii”, którzy na obstalunek zeznają, co tylko trzeba. Podobnie zresztą było i w Polsce za pierwszej komuny, o czym w swoim „Dzienniku 1954” wspomina Leopold Tyrmand. Oto podczas jakiegoś zjazdu rewolucjonistów z całego świata zasłabł grecki rewolucjonista Apostologs Grozos. Do hotelu sejmowego, gdzie rewolucjoniści kwaterowali, wezwano tedy doktora Dobrzańskiego, który próbował się z pacjentem porozumieć w różnych językach: a to po angielsku, a to po francusku, ale bez skutku. Próbował też po rosyjsku, ale Grek w obecności ubeckiej nadzorczyni o manierach ruskiego generała, po rosyjsku też nie rozumiał. Wezwano tedy rewolucjonistkę z Argentyny, co znała wszystkie języki świata. Zagadała ona do Greka w narzeczu, które doktor Dobrzański, nawiasem mówiąc, z pierwszorzędnymi „korzeniami”, pamiętał z przedwojennych Nalewek. Zrobił pacjentowi zastrzyk i pożegnał go życzliwym: „a giten cześć!” Okazało się, że „Grek” jest uczestnikiem tzw. „cyrku Stalina”, w którym żydowscy absolwenci komunizmu z ulicy Gęsiej lub Smoczej w Warszawie, przedstawiają, a to argentyńskich peonów, a to bohaterskich Malajów. Sama z nimi wygoda; takiego jednego z drugim peona, czy Malaja całymi tygodniami trzeba by uczyć, jak ma nawijać, podczas gdy tubylczy absolwent komunizmu chwyta mądrości etapu w lot. No to dlaczego on nie ma być świadkiem? Okazuje się, że za sprawą żydowskich migracji, stalinowskie wynalazki znakomicie przyjęły się i sprawdzają również w Stanach Zjednoczonych!

Ksiądz Tischner został przez funkcjonariusza „Gazety Wyborczej” przesłuchany na okoliczność katastrofy smoleńskiej i nie trzeba chyba dodawać, że rozsmarował złowrogiego Antoniego Macierewicza na podłodze. Taki wywiad może być pośrednim dowodem na istnienie życia pozagrobowego, nawet jeszcze lepszym od tych, które co i rusz odkrywa judeochrześcijański portal „Fronda”, bo tam podają jakieś mgliste poszlaki, a tu proszę – świadkuje nam sam ksiądz profesor Tischner we własnej osobie! Ale nie o to przede wszystkim chodzi, tylko o to, że na potrzeby ostatecznej rozgrywki z rządem, Wojskowe Służby Informacyjne mobilizują wszystkie rezerwy. Nie tylko partyjnych, ale i bezpartyjnych, nie tylko niewierzących, ale i wierzących, nie tylko żywych, ale nawet umarłych!” (Stanisław Michalkiewicz – WSI mobilizują nieboszczyków)

Swoją drogą to ciekawe że medium podające się za chorążego postępu i co rusz racjonalizujące podejście Polaków do kwestii takich jak wiara w życie pozagrobowe samo wywołuje ducha, i to nie byle kogo bo księdza katolickiego żeby przeprowadzić z nim wywiad (spirytystyczny).  🙂 (Odys)

podobne: Tajne przez poufne: „Resortowe dzieci” czyli „Kto go rodził?” oraz: Urzędowe „autorytety”, czyli o agentach kłamstwa dzięki którym „łatwiej umrzec niż myślec”. i to: Profesjonalizm dziennikarzy, czyli… a także: Stanisław Michalkiewicz: „Wchodzimy w etap konfrontacji” czyli kto dla kogo mosty pali. Spadek sprzedaży Wyborczej i „inwigilacja” Durczoka.

Dinozaur (martwi, żywi)

To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna?


Kazimierz Sichulski - Karykatura Józefa Piłsudskiego odwołująca sie do powszechnie znanych mitów narodowych

Kazimierz Sichulski – Karykatura Józefa Piłsudskiego odwołująca sie do powszechnie znanych mitów narodowych

„Jako tłocząco-ssącą pompę widzą ten system jego oczy, która jak gigantyczne serce pompuje z dołu, z góry tłoczy. Z dołu ssie pompa ludzką pracę, bardzo zachłannie, metodycznie, by ja przerobić w swych komorach na płace oraz inwestycje. Płace spływają wąską rurką, a inwestycje – wielka rurą, co jak najściślej jest związane z systemu celem i naturą. Nie temu bowiem system służy, by prolet gnuśniał w dobrobycie, lecz aby wizje gigantyczne tytanów myśli wcielać w życie.” (Janusz Szpotański: „Towarzysz Szmaciak”)

*

„…Rok 1920 był niezawodnie przełomowym w życiu duchowym Piłsudskiego. Zwycięski Wódz całą pełnią pyszałkowatej, chorobliwej duszy wchłaniał w siebie pochlebstwa.

Do jego osoby zaczęli się garnąć „ludzie żłobu”, bez czci i wiary, w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Zgraja nicponiów spod ciemnej gwiazdy, wyrafinowanych oszustów, karczemnych moszuresów, złodziei wzięła w pacht duszę Piłsudskiego i otoczyła ją taką siecią intryg, że dostanie się do niej uczciwemu człowiekowi było prawie niemożliwe.

Po tygodniowym pobycie spostrzegłem, że albo nic, albo bardzo mało będę mógł zrobić dla sprawy bożej wśród tej hołoty. Złożyłem o tym raport biskupowi polowemu prosząc o naznaczenie kogo innego na moje miejsce. Biskup Gall ugodowiec czystej wody, bojąc się narazić, podanie moje zignorował. Trzeba było zostać i dalej robić to co się uda.

8 listopada 1920 roku w jadalni belwederskiej zebrało się 22 oficerów. Adjutantura i oficerowie oddziału przybocznego. Wchodzi Naczelny Wódz. Ubrany w kurtkę swoją strzelecką , starą, niemal zniszczoną. Przedstawia mnie pułk. Wieniawa. Słyszę odpowiedź: „proszę usiąść z lewej strony. Wieniawa będzie moją prawą ręką, ksiądz lewą”.

Na stole duży bukiet wyłącznie z kwiatów koloru czerwonego. Piłsudski obiad je prędko. Wszyscy spieszą. Po zupie zaczyna palić papierosy jeden za drugim i gada bez końca. Wszyscy mu potakują. Niektórzy, jak błazen dworski, chociaż bardzo zdolny człowiek, kapitan Korzeniowski, opowiada jakieś płaskie dowcipy. Wieniawa zaczyna ploteczki z miasta. To są pierwsze wrażenia z pierwszego spotkania.

O Piłsudskim tylu już pisało, że właściwie nie jeden pomyśli: „po co jeszcze kapelan pisze o Nim”. Niestety, chociaż dużo przeczytałem o nim i w codziennych pismach i pracach poważniejszych, zawsze to jednak były, albo hymny pochwalne najmitów, albo żółcią przepojone wymysły politycznych przeciwników. Prawdziwego oblicza tego, bądź co bądź, niezwykłego człowieka nigdzie nie znalazłem.

Ponieważ nigdy do żadnej partii politycznej nie należałem, ani nienawiścią ani też służalczości w duszy mojej dla nikogo nigdy nie było, a tym bardziej do osoby Piłsudskiego, sądzę więc, że w imię prawdy historycznej, jako naoczny świadek i bezstronny w niczym nie zainteresowany widz nie tylko mogę, ale powinienem napisać co myślę o Nim i Jego otoczeniu. Co prawda kardynał Kakowski zabronił mi wydawać te moje wspomnienia. Prałat Lasocki z Płocka, który był bardzo mnie polubił, kiedyś w przystępie dobrego humoru ostrzegał: „nie pisz, „Magiku Boży” drugiego tomu pamiętników, jeśli nie chcesz poznać głębokości glinianek warszawskich”. Kto wie może był bym usłuchał tych rad, gdyby nie tryumf zgrai łotrzyków wyrafinowanych, którzy zatruwali stale duszę Piłsudskiego i zdobywszy sobie bezgraniczne zaufanie tego chorego człowieka prowadzą go do nieobliczalnych czynów i doprowadzą do zguby ojczyznę.

Niechaj kiedyś historyk znajdzie nie tylko pisane za pieniądze lub na rozkaz wspomnienia i pamiętniki najmitów, ale niech przeczyta i te słowa ,które wychodzą z serca szczerze kochającego wielkiego człowieka, który w Nim widział i sprawdził dużo zalet, ale też i strasznych wad, ciążących na kondycji naszej Ojczyzny.

Jeśli to prawda co mówi przysłowie narodowe, że kto z kim przystaje takim się staje. Jeśli prawdziwe jest inne, które mówi: „ powiedz mi z kim obcujesz a powiem ci kim jesteś”, to czytelnik od razu zrozumie kim był Piłsudski. Wyliczę bez żadnej złości i nienawiści w duszy mojej kilku stanowiących najbliższe otoczenie- przyjaciół naczelnego wodza z którymi najczęściej obcował, radził się i bezgranicznie im wierzył.

1 Podpułkownik Wieniawa Długoszewski, ateusz, apostata, ożeniony z żydówką,

2 Kazimierz Świtalski, referent prasowy, apostata, ożenił się z cudzą żoną, ateusz zdeklarowany,

3 Referenta prasowa Hubicka, ateuszka i apostatka,

4 Pułkownik Piskor, apostata ożenił się z cudzą żoną,

5 Osobisty przyjaciel Prystor, ateusz,

6 Car, szef kancelarii cywilnej, ateusz i rozpustnik,

7 Pułkownik Rydz, ateusz, socjał,

8 Maciesza, mason, ateusz,

9 Pułkownik Skotnicki, ożenił się z żoną Wieniawy,

Piłsudski uwielbiał księdza Ciepichała, dziś apostatę. Oto byli najbliżsi przyjaciele, doradcy i zausznicy Naczelnego Wodza.

Co tacy ludzi mogli dobrego zrobić? Czy mogli Go informować należycie?

Wśród tej zgrai prym trzymał Wieniawa. Człowiek szczerze bez zastrzeżeń oddany Piłsudskiemu, ale też jednocześnie robiący karierę. Zdeprawowany do szpiku kości pijak, chorobliwy rozpustnik, który przechwalał się w obecności mojej, że mając lat 10 po raz pierwszy odbył stosunek z kobietą. Zawodowy intrygant i łgarz klasyczny, cieszył się jednak bezgranicznym zaufaniem Wodza. Na próżno szukał by kto w nim odrobiny zasad jakichkolwiek. Oddany całą duszą Piłsudskiemu przy którym robił karierę, był dosłownie na każde kiwniecie palcem wodza. Używany był stale do takich funkcji, jakie spełniają wśród mętów stołecznych alfonsi i sutenerzy. Poważnej roboty nie dawał mu Piłsudski.

Świtalski i Hubicka referenci prasowi, urabiali duszę Piłsudskiego. Dając mu do czytania, tylko to co sami chcieli, przez siebie zebrane wycinki z gazet,rozbudzając w duszy tendencyjnie nienawiść do Polaków, a zwłaszcza endecji, do Kościoła i przedstawicieli jego.

Car-kukła, z którą nikt się nie liczył, o ile nie trzeba było sfałszować jakiegoś dokumentu ku chwale legionistów lub wspólników zbrodni. Piłsudski nie lubił Cara. Nie ufał mu i zwykle rozmawiał z nim przez Wieniawę. Nawet sprawy należące wyłącznie do kancelarii cywilnej załatwiał przez Wieniawę.

Przechodzi ludzkie pojęcie co ta banda wyprawiała.

Fałszowano dokumenty, podpisy Naczelnego Wodza, wydawano bez jego wiedzy i zgody najrozmaitsze rozporządzenia, w jego imieniu z czym się w nie kryto wcale. Biedny Piłsudski nie wiedział nawet o wielu sprawach wykonanych w jego imieniu.

Nikt nie śmiał zaprotestować, bo robiono wszystko gładko, sprytnie i dowody łotrostwa tak umiejętnie zawsze maskowano że kto chciałby udowodnić, sam zginąłby, a oni wyszliby tryumfująco…” (źródło: Ksiądz Marian Tokarzewski. Wspomnienia z Belwederu) o czym więcej tu: Ekipa Piłsudskiego – Coryllus mówi jak było (1/2)

Zdzisław Czermański (Karykatura przedstawiająca Piłsudskiego jako Żyda popijającego z Niemcami i Sowietami)

Zdzisław Czermański (Karykatura przedstawiająca Piłsudskiego jako Żyda popijającego z Niemcami i Sowietami)

„…oto Edward Woyniłłowicz opisuje całkiem skandaliczną sytuację z roku 1922, bolszewicy, których ambasadę umieszczono w tym samym budynku, w którym rozlokowany był inspektorat kawalerii, wyrzucili ten inspektorat na zbitą mordę, na ulicę po prostu. Pozabijali drzwi i okna deskami i przejęli całą kamienicę. Było to w trakcie ustalania granicy ryskiej, w trakcie wytężonej agitacji bolszewickiej na tej granicy, wymierzonej w żołnierza polskiego, po zwycięskiej wojnie i upokorzeniu przeciwnika. Co wtedy robił pierwszy ułan II RP pan Wieniawa? Dlaczego pozwolił na taki bezprecedensowy akt, jak wyrzucenie inspektoratu kawalerii z przeznaczonego temu inspektoratowi budynku? Dokonali tego bolszewiccy gangsterzy przebrani za dyplomatów, którzy właśnie przegrali wojnę i szykowali się do przyjęcia upokarzającego dla nich pokoju. Przypominam – nie chodzi o wyrzucenie centralnego zarządu PZW – ale o inspektorat, czyli dowództwo kawalerii. To się nie mieści w głowie. Na ów akt wrogości wobec zwycięskiej armii zwrócił uwagę jedynie Edward Woyniłłowicz, którego nazwano tu już kolaborantem. Bohaterscy socjaliści nie zdobyli się nawet na zwrócenie bolszewikom uwagi, nie mówiąc już o tym, by skuć im mordy po ciemku w bramie. Co innego straszyć księży utopieniem ich w gliniankach, to łatwiejsze…” (coryllus – O masonach, Żydach i szczerych patriotach)

„…Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, proszę Państwa, musimy się zwrócić ku prawdzie. Oto rozpoczął się proces beatyfikacyjny Edwarda Woyniłłowicza, a żaden z uniwersytetów nie sięgnął po rękopis jego wspomnień z lat 1921- 1928, udając, że tych wspomnień nie ma lub że są zbyt krytyczne wobec narodowych i państwowych świętości, a przez to nie można ich publikować. Być może zaniechanie to nie jest wynikiem premedytacji, a jedynie lenistwa, no, ale cóż wtedy rzec o dociekliwości naszych badaczy? Oto człowiek będący świadkiem historii, Polak, ziemianin, przedsiębiorca, a wkrótce błogosławiony Kościoła Powszechnego, jest skazywany na zapomnienie z powodu lenistwa. Jeśli zaś komuś oskarżenie o lenistwo wydaje się zbyt drastyczne, może w to miejsce wstawić zwrot – z powodu braku grantów na badania.

Uznałem, że nie możemy czekać i oto przed Państwem te jakże kontrowersyjne treści. Wszyscy czytelnicy łatwo zrozumieją, dlaczego nie można ich było wydać przed wojną. To jest jeden wielki, ciągnący się strona po stronie zarzut wobec upiornej, skazanej na klęskę i deprawatorskiej polityki II Rzeczpospolitej.

Demaskacja, której na naszych oczach dokonuje Edward Woyniłłowicz, jest tym boleśniejsza, że dotyczy spraw gospodarczych i finansowych i wprost wskazuje na to, że socjalistyczne pomysły na niepodległość to po prostu wysługiwanie się obcym i działanie na szkodę narodu, jego własności, zdrowia i przyszłości.

Wielki posiadacz, ziemianin i pan pełną gębą, Edward Woyniłłowicz, dożywał swoich dni w Bydgoszczy, w małym mieszkanku, do którego musiał nosić po schodach węgiel. Nie skarżył się, ale też nie uważał za stosowne, by swoją sytuację maskować w jakikolwiek sposób. Nie wyciągał ręki po zasiłki i nie prosił nikogo o wsparcie. Jego myśl polityczna i gospodarcza roztrzaskała się o socjalistyczne i fiskalne rafy, a urząd podatkowy niepodległej Polski wysyłał do niego monity dotyczące zapłaty podatku od rzekomego wzbogacenia.

Pycha socjalistów pozostawała nienaruszona przez całe dwadzieścia lat. Przez całe dwadzieścia lat łudzono się, że okradanie właścicieli i rozdawanie ziemi tym, którzy ani chcą, ani mogą ją uprawiać, zapewni państwu lojalność poddanych fiskusa zwanych obywatelami dla niepoznaki jedynie. Łudzono się, że wolna Polska samym tylko swym istnieniem wyleczy wiejskie dzieci z jaglicy, zatrzyma emigrację zarobkową i da każdemu, nawet najbiedniejszemu szansę na sukces. Budowano jakiś wice-komunizm, licząc na to, że komuniści prawdziwi, gangsterzy spod znaku czerwonej gwiazdy zbledną na jego widok i sami zaczną się cywilizować. Nic takiego nie nastąpiło, a historia pokazała – nie pierwszy raz zresztą – że największym wrogiem socjalisty jest inny socjalista. Taki, który jeszcze mocniej oszukuje swój naród w imię nierozpoznanych interesów, taki, który jeszcze więcej grabi, jeszcze więcej kłamie, a kiedy przychodzi do zabijania, zabiera się za tę robotę z chęcią i satysfakcją.

Edward Woyniłłowicz, na szczęście dla siebie, nie dożył tych strasznych czasów, które nas – dzieci wychowane poprzez postępową propagandę – niczego nie nauczyły. Z historii dowiedzieliśmy się tyle jedynie, że nasze państwo upadło w roku 1939, zaatakowane z dwóch stron przez odwiecznych wrogów. Może warto przypomnieć, że niektórzy z tych wrogów byli przez długi czas towarzyszami walki ojców naszej niepodległości, niewiele różniącymi się od nich w poglądach.

Cóż zostało po Edwardzie Woyniłłowiczu? Puste krzesło z safianowym obiciem, z rokokowym oparciem i stara armata. Zdjęcie na okładce jest autentyczne, wnosić więc można, że ta dziwna i zaskakująca aranżacja jest dziełem samego Woyniłłowicza. Oto krzesło, na którym go już nie ma, lufa armatnia z brązu, która nigdy nie wystrzeli – symbol przeszłości, do której nie ma powrotu i tło, czyli ściana pałacu w Sawiczach z odpadającym tynkiem i małym okienkiem. Tyle zostało z tradycji politycznej i formacji duchowej reprezentowanej przez ludzi wolnych, którzy kiedyś zamieszkiwali Polskę i Litwę. No i te wspomnienia….nigdy niepublikowane.” (coryllus)

…niepublikowane do niedawna a od niedawna do kupienia tu: Księgarnia Coryllusa – Edward Woyniłłowicz. Wspomnienia. Część II

podobne: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa. oraz: W rocznicę śmierci: Sejm przyjął uchwałę upamiętniającą marszałka Piłsudskiego. Jan Emil Skiwski „Piłsudski a Polska wieczna” (cywilizacja a tolerancja). i to: Piotr Zychowicz: „Pakt Piłsudski–Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium” a także: O tym, jak Orzeł stracił krzyż z korony w 1927 r., a „Mazurek Dąbrowskiego” został hymnem dzięki fortelowi.  i jeszcze: Sławomir Suchodolski o etatyzmie i socjalizmie w gospodarce II RP. Echa „socjalizmu z ludzką twarzą” w Polsce PISu.

„…po co nam jest potrzebna edukacja historyczna? Do czego nam są potrzebne te wszystkie gawędy, które między innymi i ja umieściłem w pierwszym tomie „Baśni jak niedźwiedź”? Jak wiecie w ciągu sześciu lat prowadzenia tego bloga wiele się w naszym wspólnym życiu zmieniło i wiele spraw wygląda dziś inaczej, niż w roku 2009 kiedy ta przygoda się zaczęła. Nie jest jednka tak, że ja czy ktokolwiek inny jesteśmy odosobnieni w naszych wątpliwościach dotyczących narracji historycznych. Pamiętam moje pierwsze targi w Białymstoku, kiedy jeszcze miałem różne złudzenia. Podszedł do mnie pewien pan, który był również na moim spotkaniu autorskim, pan ubrany w jakiś paramlitarny strój, zdradzający, że jest mocno związany z grupami rekonstuującymi historię i powiedział mi, całkiem kwaskowato, że z tym Raginisem nie było tak, jak ja napisałem. Powiedział mi, że możliwa jest inna wersja, oto w latach siedemdziesiątych przywieźli do Wizny jakiegoś kacyka z centrali na tyle zasłużonego, że trzeba mu było pomóc urządzić się na miejscu i wynaleźć jakiegoś bohatera, który by tę Wiznę rozsławił. No i znaleźli tego Raginisa, którego historia została całkowicie wymyślona. Ja nie pamiętam w tej chwili szczegółów, ale mój rozmówca dość przekonująco mi te sprawy tłumaczył. Nie powiem – speszyłem się i nie pierwszy co prawda raz, ale pierwszy raz serio pomyślałem, że nie można brnąć w takie histrorie.

U podstaw bowiem wszystkich tych narracji leży albo katastrofa albo oszustwo. Jeśli zaś mamy kształtować przyszłe pokolenia ku kolejnej katastrofie albo nawijać dzieciom makaron na uszy, żeby czekały je potem różne rozczarowania to niech to czynią inni, zachowując selekcję, proporcję i ton. Gdyby efektem tych zabiegów propagandowych, bo to są tylko i wyłącznie zabiegi propagadnowe mające przygotować młode umysły do konsumpcji pewnych treści, były rzewne piosenki nie byłoby sprawy, pośpiewalibyśmy sobie, ktoś by się popłakał i potem wszyscy poszliby do swoich zajęć. No, ale tu chodzi o formowanie postaw. Do czego, pytam? Do wojny? Do reformy Morawieckiego? Jeśli nowa władza chce wychowywać stado pożytecznych baranów, to musi sobie niestety zdać sprawę, że struktura narodu jest mocno zróżnicowana i są tutaj całe, nie małe bynajmniej grupy ludzi, którzy się na to nie zgodzą…” (coryllus – Do czego nam edukacja historyczna?)

podobne: Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu oraz: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona. O patriotyzmie słów kilka.

I po to właśnie potrzebna jest nam historia i takoż literatura – żebyśmy znali prawdę. Żebyśmy powielali i kultywowali dobre/pożyteczne zachowania/postawy, oraz pamiętali i uczyli się na błędach jakie popełniali nasi przodkowie, by następnie wyciągnąć z nich stosowne wnioski unikając podobnych zdarzeń na przyszłość. Jednak żeby tego rodzaju wnioski stały się naszym udziałem w życiu politycznym (państwa, narodu i indywidualnym) historia musi stać się nauką opartą o fakty, a nie infantylną historyjką rodem z „harlekinowej” literatury życzeniowej, podsycającej niezdrowe sentymenty na użytek partykularnych interesów jakiejś grupy podrzędnych karierowiczów żywo zainteresowanej ekscytowaniem mas (dopóki im płacą). Prawda i dobro też potrafią „rozerwać” i być atrakcyjne, to tylko kwestia/miara talentu ubrania owej prawdy w słowa i uczciwej prezentacji… (Odys)

…o czym więcej tu: Czy historię Polski należy napisać na nowo? – Grzegorz Braun i Gabriel Maciejewski

Magistra vitae czyli… Pozytywistyczna Wizja Polski w historii i literaturze kontra romantyczna histeria rymkiewiczowskiego rewolucyjnego patriotyzmu.


rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

„Każdy zdrowy człowiek pamięta swoją przeszłość i ciekaw jest przeszłości osób, z którymi się bliżej styka. Ponieważ wszyscy ludzie to robią, jest to właściwość uniwersalna wszystkich cywilizacji. Można stąd wyciągnąć wniosek, że musi to być żywotny czynnik w życiu i rozwoju społeczeństw, skoro żadne się nie ostało, które by wiedzy o swojej przeszłości nie wytwarzało i nie gromadziło, aby ją przekazywać…

Jeśli wiedza o przeszłości jest jednym z niezbywalnych nurtów kultury, wobec tego pytanie o pożytek z historii znaczy tyle samo, co pytanie o potrzebę kultury i jest tak samo zbyteczne, jeśli go nie uściślimy, aby wyjść poza oczywistości…

…jak wielkie znaczenie miała znajomość polskiej historii w sporach i procesach polsko-krzyżackich i różnych akcjach dyplomatycznych. Przytoczę dla przykładu akapit z rozdziału napisanego przez Mariana Zwiercana, najlepszego wciąż znawcę Janowego Komentarza (s. 15-16):

Uzdolnienia prawnicze i wiedzę historyczną Dąbrówki wykorzystał król Kazimierz Jagiellończyk w ważnych misjach dyplomatycznych. W 1462 r. uczony uczestniczył jako rzeczoznawca w zjeździe piotrkowskim, na którym rozstrzygano spór między królem a Piastami mazowieckimi i śląskimi o spadek po książętach płockich. Swymi ekspertyzami przysądził na rzecz króla ziemie rawską i gostyńską. W sprawie tej posłużył się przygotowanymi uprzednio materiałami historycznymi oraz genealogicznymi. Następnie w 1463 r. w Brześciu Kujawskim zbijał prokrzyżackie stanowisko legata papieskiego Hieronima, arcybiskupa Krety, występującego z pośrednictwem pokojowym między Polską a Zakonem Krzyżackim… 

…Rozpoznajemy w powyższym szkicu działalności pierwszego polskiego profesora historii przynajmniej dwa pola historyczności. Najpierw genealogię książąt polskich jako klucz do sprawiedliwego podziału spadku po Piastach. Następnie kalendarium władztwa polskich książąt na ziemiach zagarniętych bądź zagrożonych przez Zakon Krzyżacki. O tym wymiarze pracy krakowskiej szkoły historycznej pisze w monografii Komentarza Piotr Węcowski (s. 68):

W skład tej grupy wchodziło kilka osób związanych z krakowskim środowiskiem uniwersyteckim: Jan z Dąbrówki, Jan Długosz, Jakub z Szadka, Mikołaj z Kalisza i Sędziwój z Czechla. Łączyły ich wspólne cele, ale i podobne poglądy oraz zainteresowania intelektualne. Jak zauważył Jacek Wiesiołowski, „program Polski etnicznej, piastowskiej, wydaje się wspólny dla całej grupy ekspertów królewskich Kazimierza Jagiellończyka”. Dążyli oni do powrotu Polski do granic „pierwszych Bolesławów”, eksponując zasięg terytorialny Korony Królestwa Polskiego (…).

Nauka historii, rozpoczęta tak chwalebnie na Uniwersytecie Krakowskim w XV wieku, i w całej Europie, nie zastąpiła oczywiście indywidualnych ścieżek pozyskiwania, gromadzenia i przekazywania wiedzy o swojej przeszłości. Zdarzało się, że ta warstwa podstawowa rozmijała się z oficjalną wykładnią historii czyli polityką, „rozumem narodowym”, którym zawiadują elity. Bywa, że część elit zostaje skorumpowana i przez wiele lat uczestniczy w zagładzie państwa (np.[LINK]) Bolesne przykłady fatalnych skutków takiej niszczącej samozagłady, skutkującej oddawaniem stopniowo państwa we władanie wrogich potęg, można by mnożyć…” (Andrzej Dąbrówka)

całość tu: „Po co nam historia?”

podobne: „1920 – zapomniany appeasement”. Murzyńskość zachłyśniętych zachodem i rachunek z sowieckich krzywd. O polską politykę i świadomość historyczną. i to: Kowalski: obecne władze w Kijowie są wrogie wobec Polaków. Poroszenko podpisał ustawę uznającą prawny status bojowników o wolność, w tym członków UPA (nazizm i komunizm na cenzurowanym). IPN-y Polski i Ukrainy powołają platformę dialogu historycznego. a także: Gimnazjaliści nie radzą sobie z trudniejszymi zadaniami, ale szkołę lubią. Prawo do odręcznego pisania. Polscy historycy zbulwersowani niemiecko-rosyjskim podręcznikiem. oraz: Najnowsza historia Polski wciąż czeka na odkrycie, źródła leżą w Moskwie (wywiad z prof. Wieczorkiewiczem) i jeszcze: Jeszcze o alternatywnej wersji historii pichconej przez lewicę

„Jarosław M. Rymkiewicz w bardzo ważnej rozmowie z Joanną Lichocką:

…Jest bowiem tak, że z literaturą, z wielkimi pisarzami w żaden sposób nie można wygrać – wielkie dzieła ducha i umysłu mają siłę – tajemniczą, niewidzialną – która ujawnia się wtedy, kiedy chce. Tak jak nasza miłość do Polski, tak i nasza literatura narodowa była przez tych, którzy w ostatnich latach rządzili Polską, lekceważona, wyśmiewana, marginalizowana, wyrzucana ze szkół – wydawałoby się, skazana już na nieistnienie. Tym złym ludziom chodziło oczywiście o to, żeby dzieci nie uczyły się miłości do Polski, żeby pokochały coś nowoczesnego i milszego niż Polska – jakieś popkulturowe głupoty. Ale na nic zdały się ich wysiłki, bo nie można wygrać z wielkimi pisarzami – oni są nieśmiertelni i na zawsze pozostaną tutaj z nami. Warto tu jednak zauważyć, że jeśli chodzi o literaturę polską, to jest też i tak, że ona w swojej całości, wszystkimi swoimi dziełami, nawet tymi podrzędnymi, oddziaływała i nadal oddziałuje na losy Polaków. To wydaje mi się bardzo tajemnicze – i nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Może w tym jest jakaś szczególność naszej literatury narodowej, może to odsłania jej szczególne przeznaczenie – że również pisarze niewielkiego talentu przykładają się do wielkiego wysiłku uczenia Polaków, jak należy służyć swojej ojczyźnie. Na przykład Władysław Bełza, zmarły przed ponad stu laty lwowianin, który dzięki jednemu małemu wierszykowi wszedł do panteonu wielkich Polaków – bo dobrze się Polsce przysłużył.

…Ciekawe, że różne nonsensowne powody, dla których Polska powinna zostać zlikwidowana i wymazana z mapy Europy– niekiedy nawet trochę podobne do tych wymienionych – pojawiały się już kilka wieków temu – w wieku osiemnastym i dziewiętnastym i dwudziestym. Różnica jest tylko taka, że wówczas te powody, które miały usprawiedliwić rozbiór Polski, wymyślano w Petersburgu, Berlinie i Wiedniu, a teraz wymyślają je z upodobaniem Polacy, którzy już nie chcą być Polakami…”

całość tu: Czego uczy nas literatura Polska?

podobne: Historia naturalna i porwanie Europy, oraz wybrane propozycje nie do odrzucenia z dziejów międzynarodowego „dialogu” z Polakami. UE w dołku Healey’a.  oraz: Zaplanowane migracje przymusowe, oraz prawomyślność, hipokryzja i głupota bez granic czyli… zmacane na własne życzenie Niemcy „martwią się” o „Państwo Islamskie” nad Wisłą.

Ma rację Pan Rymkiewicz że literatura ma tajemniczy wpływ na umysły Polaków, ale nie powinno być obojętne co z tej literatury zostaje w głowach, i jakiego rodzaju „tajemniczość” jest udziałem naszych „namiętności”. Jako naród i państwo wyszliśmy zwłaszcza na „romantycznych” uniesieniach jak przysłowiowy Zabłocki. Każdy kto choć trochę orientuje się w historii Polski wie jak, i na czym wyrosła potęga I RP. Na pewno nie na Reju, ani na Kochanowskim, ani na żadnej innej literaturze czy sztuce. Kierunek był odwrotny – sztuka i literatura były tylko pięknym dodatkiem a raczej emanacją potęgi, która swoje źródło miała po pierwsze w wolności (zanim stała się samowolą), po drugie w praworządności (zanim stała się nierządem), a po trzecie w harcie ducha (zanim strawiła go zgnilizna moralna w postaci prywaty i zaprzedaniu się obcym wpływom). Po upadku tego wszystkiego co stanowiło siłę/kręgosłup Rzeczypospolitej, pozostał tylko sentymentalny jęk za dawną świetnością (który trwa do dziś), a w zasadzie za pewnym jej symbolem, trafnie opisanym przez Mickiewicza w „Panu Tadeuszu”: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele, i? –jakoś to będzie!”. Sentyment za wzorem opływającego w złoto paniska idioty kompletnie nie liczącego się z brutalną rzeczywistością (jak np. druzgocąca przewaga militarna okupanta), niecierpliwie czekającego okazji żeby „porwać się na tysiące” (jak Sienkiewiczowski Kmicic) i bohatersko skrwawić w przekonaniu że „tak trzeba” i że Bóg dopomoże szaleństwu, bo kiedyś przecież przodkowie gromili przeważające siły wroga. Przekonanych o tym że czekanie cierpliwie na okazję (słabość okupantów) to strata czasu a wręcz zdrada. Po macoszemu traktujących pozytywistyczną strategię, by odbudować Polskę silną nie tylko sentymentem literackim, ale przede wszystkim zorganizowaną w terenie pod względem administracyjnym i ekonomicznym, nie dającą się sprowokować do krwawych powstań kończących się zawsze pacyfikacją i wywłaszczeniem zasobów ludzkich, gdzie ciągle panował podział na szlachtę i chłopstwo. Kto ośmielił się kalkulować na zimno i nazywać gorące porywy szaleństwem ten był zdrajcą świętej sprawy (do dziś używa się tej kalki).

Ślepy i głupi bunt ubierany w barwy „romantyzmu”, który tak naprawdę z każdym swoim wybuchem kończył się zwijaniem resztek państwowości polskiej i eksterminacją jego elit, doprowadził do tego że po dziś dzień jesteśmy tylko nędznym kadłupkiem (pisownia celowo nawiązująca do nie tak dawnego mitu Polski jako potęgi gazowej) dawnej Rzeczypospolitej i jej pierwotnych ideałów, które nie miały nic wspólnego z „rewolucyjnym romantyzmem”, który doprowadził do tego, że spora część Polaków mieniąca się dziś „konserwatystami” (republikanami?) czuje sentyment do jakobińskiej rewolucji (sic!). Jednocześnie (paradoksalnie) tęskni za szlachecką RP, nie potrafiąc skojarzyć oczywistej prawdy że skoro w tamtym systemie większość Polaków była zwykłymi chłopami (bez przywileju wolności osobistej czy własności), to i oni znaleźliby się podobnie jak tamtejsze chłopstwo poza nawiasem tak polityki jak i pańskiej dumy, którą dziś się karmią snując narkotyczne wizje o przynależeniu do elity. I ta nosząca znamiona wady wrodzonej fascynacja, ciągle jest karmiona i podsycana przez ludzi takich jak Pan Rymkiewicz. Zapominają „prawdziwi patrioci” że w tamtym systemie tylko co dziesiąty z nich mógłby się nazywać „narodem” (z racji pochodzenia szlacheckiego). Analogicznie nawiązując do mitu II RP musieliby się wywodzić/należeć do sanacyjnej szlachty towarzysza Ziuka, żeby móc odnosić wymierne korzyści ze swojego poświęcenia dla ojczyzny.

„Trochę jestem konserwatystą, trochę republikaninem, trochę jakobinem. Konserwatywna jakobińska rewolucja – to mi się podoba.” pisze Pan Rymkiewicz, nie zdając sobie (chyba) sprawy z anty cywilizacyjnego i antychrześcijańskiego (a więc ANTYpolskiego) charakteru tego rodzaju mieszanki. Bo nie można dwóm Panom służyć, i jak pisał swojego czasu Koneczny – nie można być cywilizowanym na dwa sposoby (Unia w Horodle jako dziedzictwo polskości, oraz Feliks Koneczny o Polsce między Wschodem a Zachodem. Czy można być cywilizowanym na dwa sposoby?). Jeśli podoba Ci się jakobinizm to znaczy że niewiele w tobie z konserwatysty, bo nie można być tylko trochę w ciąży. Polsce jest dziś zatem potrzebna kontrrewolucja wobec tego co zrobili Jakobini, a ich ideowi spadkobiercy tj. szeroko pojęta lewica (od bolszewików po socjalistów z „ludzką twarzą”) radośnie kontynuują. Tymczasem ma miejsce kolejna (r)ewolucja socjalistycznych mrzonek opartych o masowe (pod płaszczykiem „interesu publicznego”) złodziejstwo dusz i portfeli jako konieczną ofiarę ku chwale ojczyzny… (Odys).

„…nie ma w Polsce innej tradycji patriotycznej niż socjalistyczna. Wiąże się to oczywiście z procesem odzyskiwania przez Polskę niepodległości, którą wywalczono w wyniku szeregu rewolucji lansujących idee lewicowe. Polska niepodległość jest na stałe przyspawana do socjalizmu, a jak ktoś twierdzi inaczej to już mu socjaliści wyjaśnią, że jest zdrajcą. W warunkach niebytu państwowego, opresji i szykan, inna niż socjalistyczna postawa, jawiła się bowiem ludziom jako forma zdrady, mniej lub bardziej jawnej. Dla socjalisty zdrajcą był ziemianin co inwestował w maszyny rolnicze, zdrajcą był robotnik, co nie zapisywał się do partii i zdrajcą był sklepikarz, który odmawiał płacenia rewolucyjnych haraczy. Można oczywiście twierdzić, że socjaliści to ludzie czynu, rzucają bomby, strzelają z browningów i dzięki temu powstaje Polska. To jest niby prawda, niby powiadam, bo koszta powstania takiej Polski są dla samych Polaków nie do udźwignięcia, a przykład 20 lecia pokazuje, że najważniejszym celem socjalistów po odzyskaniu niepodległości, była przemiana w establishment z mniej lub bardziej oszukanymi tradycjami, który próbuje coś tam robić na arenie międzynarodowej. Bez skutku, rzecz jasna, bo ludzie lansujący socjalizm w krajach takich jak Polska byli, są i będą z istoty socjalizmowi wrodzy. I tylko idiota może myśleć, że zdobywszy władzę jako socjalista będzie mógł zamienić się w konserwatystę i gadać z tamtymi jak równy z równymi. To głupstwa. I to widać na licznych przykładach, tak rewolucyjnych, jak i parlamentarnych…” (coryllus)

podobne: Na czym polega postkomunizm i czy socjalista może być dobrym patriotą? oraz: Prof. Zbigniew Pełczyński: Tożsamość narodowa nie jest wrodzona. O patriotyzmie słów kilka.

Potrzebne jest zatem stworzenie (na początek) nienaruszalnego, (tj. niepodlegającego demokratycznym fantazjom) porządku prawnego, opartego o sprawiedliwość. Ale nie o tę zwaną „społeczną” (rodem z komuny) gdzie redystrybuuje się zagrabione ludziom dobra by było „po równo”, a najlepiej na kredyt który będą spłacać obywatele i ich dzieci okradzione w ten sposób z przyszłości już na starcie. Chodzi o sprawiedliwość opartą o prostą zasadę – NIE KRADNIJ, a przymus stosuj tylko po to by zapobiegać niesprawiedliwości, w tym podstępowi w umowach zawieranych między wolnymi ludźmi. Prawo powinno być „defensywne”, tj. stać na straży wolności i własności prywatnej WSZYSTKICH (to jedyna równość która winna być pożądaną, jedyna „prawicowa” równość), a nie „ofensywne” tj. służące zabezpieczeniu niedookreślonego interesu „publicznego”, który okazuje się być ekonomicznym interesem jakiejś grupy „umiłowanych przywódców” (oraz najbardziej zasłużonych spośród „wyborców”), kosztem całej reszty wolnych ludzi – słowem zabezpieczeniem pasożytowania władzy na obywatelach… (Odys)

„…Do tego bowiem sprowadzają się w dzisiejszym świecie kwestie polityki wewnętrznej socjalistów, zwanych dziś dla niepoznaki demokratami. Najpierw socjaliści krzyczą – nie ma odwrotu, a potem zaczynają dzielić pieniądze tych, których oszukali. Największe zaś wydatki idą na propagandę i po tym między innymi także się socjalistów rozpoznaje. Po wydatkach na promocję…” (coryllus)

Żeby temu zapobiec potrzebna jest pisemna gwarancja wolności i własności obywateli tego kraju (i pozbawienie władzy możliwości kierowania gospodarką), zamiast doraźnego pisania „prawa” pod samowolę władzy, i dociskanego go później kolanem w Sejmie. Władza która uważa że może zmieniać jednostronnie umowę kiedy jej się podoba, na dodatek wstecz lub w trakcie gry (bo jakiś „budżet” tego wymaga), po to głównie by rozbudowywać swój (i dla „swoich”) aparat w oparciu o zagrabione Polakom pieniądze, otóż taka władza nie jest żadną elitą a bandą pospolitych zbójców i powinna natychmiast stracić swój mandat do rządzenia państwem. Wszystko to co zostało stworzone w ramach tzw. „administracji”, a nie mieści się w kategoriach zapewnienia porządku publicznego i bezpieczeństwa obywateli, nie jest tak naprawdę obywatelom potrzebne. Ani do życia, ani do prowadzenia jakiejkolwiek działalności bo tylko żre i przeszkadza. To jest kolumna stojąca ZAWSZE po stronie kosztów i wydatków, choć niektórzy starają się ją ubrać w tzw. „inwestycję” albo „dobro wspólne”. Dobrem publicznym jest wyłącznie to, by każdy mógł uczciwie na siebie i swoje rodziny pracować (bez strachu że go ktoś okradnie), a potem ewentualnie DOBROWOLNIE dzielił się tym na czym mu zbywa z innymi. „Państwo opiekuńcze” jest zaprzeczeniem idei opieki, dobroczynności i w co tam jeszcze próbują je ubrać wszyscy ci, którzy w pierwszej kolejności z tego typu „administracji” korzystają.

Zacząć natomiast trzeba od naprostowania pokrętnej semantyki, i zdemaskowania głosów które mieszają ludziom w głowach, tj. uprawiają „masowe duraczenie” (jak to nazywa Pan Michalkiewicz), czyniąc nieczytelnymi pojęcia i idee jakimi się rzekomo kierują, ubrani w nie jak przysłowiowy diabeł w ornat. Przez ten „nieporządek”, grupę socjalistów, etatystów i „trochę konserwatystów” nazywa się „prawdziwą prawicą”, a interes partyjny (bądź innej kliki) myli się z interesem narodowym. Ten mechanizm o którym ględzę nieustannie, można spokojnie podciągnąć pod każdy jeden element „układu”, który rządzi Polską (z przerwami) od wieków – począwszy od tzw. „demokracji szlacheckiej” po obecną „demokrację”, za którą każda jedna z dotychczas rządzących klik dałaby się pokroić, bo bez niej nie byłoby „budżetu” i monopolu władzy. Rozciągniętego do granic absurdu na słodkie bułki w szkolnych sklepikach, a z drugiej strony na to że zamiast cieszyć się z owoców swojej pracy, trzeba żebrać u państwa o zasiłki płacone z pieniędzy wcześniej zagrabionych (w podatkach i „składkach”) uczciwie pracującym ludziom. A potem się dziwimy kiedy po tak przygotowaną gołotę wyciągają ręce obce wpływy, i że obcy (jak niegdyś pruskie, ruskie i austriackie ambasadory w przeddzień rozbiorów) znowu czują się w „wolnej Polsce” jak u siebie, przekupując Polaków za grosze by szkodzili własnemu państwu.

Trudno czuć się Polakiem, tudzież może bardziej pasować będzie stwierdzenie że trudno identyfikować się z państwem które upadla własnego obywatela. Czyni go dłużnikiem już od narodzenia, potem przez lata dojną krową a na końcu bankrutem. Nędzarzem bez przyszłości i ciężarem dla przyszłych pokoleń. Wiecznie na dorobku jeśli się nie wpasuje w zastany układ (lub nie ucieknie za granicę), wyrzuconym poza nurt rozwoju którym steruje ktoś inny, wykluczonym. Więc epatowanie tak upodlonego człowieka koniecznością miłowania ojczyzny i państwa, które jest głównym sprawcą jego poniżenia, zakrawa na bezczelność. Ciężko jest założyć rodzinę i karmić ją wyłącznie Mickiewiczem, Sienkiewiczem czy Rymkiewiczem. Jeśli jakiemuś patriocie nie mieści się to w głowie, to polecam pielgrzymkę po tzw. Polsce B i rozmowę z zapomnianymi przez „warszafke” (jak niegdyś przez szlachtę) chamami i zapytanie ich czy znają Mickiewicza albo Słowackiego i czy żyje im się dzięki tym literatom dobrze. Zresztą z tego co pamiętam nowej władzy wcale nie trzeba udowadniać jak wygląda Polska, bo dobrze miała to policzone w kampanii wyborczej, prowadzonej w oparciu o hasło „Polska w ruinie” (o czym więcej tu – dlaczego niewolnicy nie zasługują na wczasy). Dobrze też wiedzą że tego problemu nie załatwi podwyższanie deficytu i rozdawnictwo w postaci „500 zł na (nie)każde dziecko”. Jeśli jednak w to wierzą to są żywym przykładem tragicznych efektów karmienia umysłu „rewolucyjnym romantyzmem” i niczym się nie różnią w swoich „naprawczych” zamysłach od poprzedniej władzy („Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach)… (Odys)

„…Pisał bowiem Piętak o tym, że trzeba koniecznie przypominać pułkownika Kuklińskiego i innych wielkich to wtedy wzrośnie nam poziom patriotyzmu. Oczywiście, a jak ustawimy w każdym mieście głośnik na rynku i zaczniemy przez ten głośnik puszczać muzykę Szopena to przybędzie nam melomanów, szczególnie wśród nieuświadomionej muzycznie ludności najuboższej. Porzucą oni swoje dotychczasowe zainteresowania i miast ryczeć po pijanemu ile sił w płucach – głęboka studzienkaaaaaaaa, głębokooooo kopanaaaaaaaa – popadną w zamyślenie i zaczną chłonąć wszystkimi porami skóry piękno mazurków i polonezów. To jest znany i praktykowany od dawna sposób na propagowanie treści polskich i patriotycznych. On się za każdym razem kończy kacem i katastrofą, uwolnić się odeń jednak nie można. I dziś właśnie wyjaśnimy sobie dlaczego. Otóż kultura narodowa jest dobrem całkowicie przez Polaków nieznanym

…Igor Janke będzie sobie publicystykował wraz z ministrem w telewizorze na tematy gospodarcze, a dla nas tutaj, z przeznaczeniem do prywatnej dewocji, ustawi się ikony bohaterów przed którymi palić będziemy kadzidła. Jak ktoś będzie to czynił opieszale to może na razie nie nazwie się go zdrajcą, ale zwinie mu się na przykład bloga, albo wymyśli coś innego.
No więc jak powiem to co Cambronne w chwili kiedy czworoboki gwardii stojące na łące pod Waterloo, były już mocno przerzedzone – a gówno. Nie będzie tak. I teraz właśnie przechodzimy do naszego, zapomnianego już nieco postulatu. Nie będziemy palić żadnych kadzideł przed monidłami, a już na pewno nie będziemy tego czynić za namową czy z polecenie ministra-bankiera o prawdziwie polskiej duszy. Niech on to sobie wybije z głowy. Nie możemy sakralizować własnej przeszłości, to jest pierwsza część mojego postulatu, bo to pogaństwo, masonerka i szamanizm. O przeszłości zaś musimy pisać zawsze w sposób bezwzględnie atrakcyjny….

…Póki co jednak nie zanosi się, by ktoś napisał coś podobnego. Czymu – jak pytają czasem mieszkańcy Katowic. Tymu mianowicie, że świeżo pochowani bohaterowie to fetysze, służące towarzyskiej nobilitacji i za opisywanie ich mogą brać się jedynie osoby najdostojniejsze, umocowane towarzysko lub na wielkich pisarzy mianowane, ot takie choćby jak Maria Nurowska, stara grafomanka, która napisała o Kuklińskim książkę pod tytułem „Mój przyjaciel szpieg”. Dopóki tendencja ta nie zostanie odwrócona nie ma szansy na to, by cokolwiek w tej tak ukochanej przez wszystkich publicystów promocji Polski ruszyło do przodu. No, a właśnie na zmiany się nie zanosi, zanosi się na całkowite zabetonowanie. Zanosi się na chóralne śpiewy pieśni okołopowstaniowych i przemarsze zespołu Mazowsze przez deski sceny w sali Kongresowej w tę i nazad. Zanosi się na późnego Gierka mówiąc w skrócie. Zanosi się na podział głęboki na tych co omawiają poważne sprawy i na mentalne przedszkole, w którym wychowawcą jest Piętak roniący łzę nad grobem Kuklińskiego. Powtórzę więc jeszcze raz – a gówno. Nie będzie tak, bo nikt w Polsce tego nie chce . Ludzie chcą triumfu prawdziwego, sukcesu, który ich umocni i uniesie…” (coryllus)

całość tu: Palenie zabija czyli hurrapatriotyzm

„Czas znika, mija przeszłość, wiek niezwrotnie bieży,
A występków szkaradność lub cnoty przykłady,
Te obrzydłe, te święte zostawują ślady.” (Ignacy Krasicki, Do ks. Adama Naruszewicza, o pisaniu historii)

„Jeśli chodzi o słuchaczy, to dzieło moje, pozbawione baśni, wyda im się może mniej interesujące, lecz wystarczy mi, jeśli uznają je za pożyteczne ci, którzy będą chcieli poznać dokładnie przeszłość i wyrobić sobie sąd o takich samych lub podobnych wydarzeniach, jakie zgodnie ze zwykłą koleją spraw ludzkich mogą zajść w przyszłości”. (Tukidydes)

I po to właśnie potrzebna jest nam historia i takoż literatura – żebyśmy znali prawdę, oraz powielali i kultywowali dobre/pożyteczne zachowania/postawy, oraz pamiętali i uczyli się na błędach jakie popełniali nasi przodkowie, by następnie wyciągnąć z nich stosowne wnioski unikając podobnych zdarzeń na przyszłość. Jednak żeby tego rodzaju wnioski stały się naszym udziałem w życiu politycznym (państwa, narodu i indywidualnym) historia musi stać się nauką opartą o fakty, a nie infantylną historyjką rodem z „harlekinowej” literatury życzeniowej, podsycającej niezdrowe sentymenty na użytek partykularnych interesów jakiejś grupy podrzędnych karierowiczów żywo zainteresowanej ekscytowaniem mas (dopóki im płacą). Prawda i dobro też potrafią „rozerwać” i być atrakcyjne, to tylko kwestia/miara talentu… (Odys)

„Wiedza o historii, szacunek i sentyment dla niej zaliczają się do naczelnych czynników spajających narody. Rolę tę spełniają jednak tylko wtedy, gdy nikt nie próbuje amputować wiedzy, tłumić jednych umiłowań, by sztucznie hodować inne. Jeśli się nie spełnia tych warunków, sprawa fałszowanej historii dzieli ludzi, wytwarza między nimi przepaście” (Paweł Jasienica właśc. Lech Beynar – polski historyk)

Prawda jako obiektywna wiedza na dany temat powinna być celem i środkiem wszelkich badań historycznych (czy namysłów nad literaturą) – na pohybel powiedzeniu jakoby historia była pisana przez zwycięzców. Bo pisana w ten sposób często nie jest żadną historią a zwykłym kłamstwem, lub jak kto woli propagandą. Na tego rodzaju fałszywej wiedzy można wyhodować wyłącznie niepewność, kompleksy i niesprawiedliwość, które prędzej czy później odbijają się na całym narodzie, z jednej strony podsycając w nim nastroje szowinistyczne, a z drugiej strony czyniąc go zgrają zepsutych, niemoralnych ludzi. Wtedy zamiast dążyć do pokojowego rozwoju ludzkości we wzajemnym poszanowaniu, państwa ciągle wysuwają wobec siebie „zadawnione” pretensje. Kwestią czasu jest przejście od pretensji do roszczeń, a następnie do „casus belli”. Uznanie i odkupienie win z przeszłości może prowadzić do uzyskanie przebaczenia i zamknąć stare ropiejące od wieków rany krzywd. Tylko tego rodzaju podejście do historii daje szansę skłóconym narodom na koegzystencjalną (nie koniecznie wspólną) pokojową przyszłość. Kłamcy i propagandyści nie powinni zatem nigdy pełnić funkcji „nadwornych” historyków (zwłaszcza publicznie). Tego typu ludzie powinni być w tej branży zwalczani bezwzględnie, gdyż są tak samo niebezpieczni dla państw i narodów jak nieodpowiedzialni politycy… (Odys)

„Historia jest świadkiem czasów, światłem prawdy, życiem pamięci, nauczycielką życia”. (Cyceron)

tymczasem…

„Historia uczy, że ludzkość niczego się z niej nie nauczyła”. (Wilhelm Friedrich Hegel)

więc póki co „Naród, który nie zna swej przeszłości nie ma szans na napisanie nowej historii”. (autor nieznany) Będzie powtarzał stare błędy aż wyginie doszczętnie. Na koniec fragment artykułu pod tytułem: „Z Rymkiewiczem nie zbudujemy Polski Jana Pawła II” (Fronda.pl).

„…Logos a nie chaos

Niebezpieczna jest także rymkiewiczowska koncepcja wolności, którą sprowadzić można (jeśli pominąć cały niezwykle estetycznie dojmujący sztafaż eseistyki) do pochwały samowoli. To właśnie tak rozumiana wolność – co bardzo mocno podkreślał błogosławiony Jan Paweł II – doprowadziła Polskę do upadku. „Myśmy kiedyś, nasi praojcowie, zawinili, zawinili wobec wolności. Nazywaliśmy to „złotą wolnością”, a okazała się zmurszałą!” – mówił Ojciec święty podczas pielgrzymki do Polski w 1987 roku, i przypominał, że tylko wolność osadzona na Bogu (a to znaczy na Logosie) może rzeczywiście budować.

Inaczej niż Rymkiewicz błogosławiony Jan Paweł II kładł zatem nacisk na rozsądek (poeta przeciwstawia Polaków rozsądnych, którzy zostają zdrajcami) Polakom szalonym) i mądrość obywatelską, która doprowadziła do powstania konstytucji 3 maja. To właśnie ukryta w niej rozumność, racjonalność, zdolność do nawrócenia, a nie pogrążenia się w odmętach szaleństwa, stały się – wedle błogosławionego Jana Pawła II – fundamentem odrodzenia Polski. „Ona sprawiła, że nie można było odebrać Polsce jej rzeczywistego bytu na kontynencie europejskim, bo ten byt został zapisany w słowach Konstytucji 3 maja. A słowa te, mając moc prawdy, okazały się potężniejsze od potrójnej przemocy, która spadła na Rzeczypospolitą” – zauważał Papież podczas pierwszej pielgrzymki do wolnej Polski. Odrodzenie Polski, jej moc i siła przychodzą zatem dzięki Prawdzie, Mądrości i Odpowiedzialności, a nie dzięki szaleństwu czy samowoli, która doprowadzić nas może do apologii ślepej przemocy.

…Polska potrzebuje bowiem rozsądku, tak samo jak męstwa, które jednak, gdy przekształca się w szaleństwo staje się brawurą, która niewiele ma wspólnego z rzeczywistą odwagą…” (całość tu: Wolnośc a samowola czyli – Goń libertyna!)

podobne: Powstanie warszawskie: „strumień wody może być obrócony na koło młyńskie i przynosić pożytek, albo obrócony na dom i zalać go i zniszczyć” i to: Powstanie Wielkopolskie – „kolebka” niepodległej Polski. Czemu o nim tak cicho? “Bliżej” – J. Pospieszalskiego oraz: Powstanie Styczniowe. Cześć i chwała bohaterom! Hańba na nieodpowiedzialnych prowodyrów. Socjalistyczne korzenie zrywu z podpuszczenia i analogia do Ukrainy.

PS…

„…Poetom bowiem przede wszystkim zależy na publikacji, a przez to są całkowicie bezradni wobec policji, dziennikarzy i różnych oszustów, którzy się koło nich kręcą. Poeci nie mają innego wyjścia jak wierzyć w szczere intencje kłamców, bo sami mają nieszczere intencje. Wydaje im się, że jak napiszą wiersz korespondujący z polityką, to on zostanie zauważony. Mickiewicz musiał napisać cały poemat, a do tego dwa lata pełnił funkcje urzędnicze w carskim aparacie przemocy, dopiero potem przyszła sława, ale i tak nie była ona słodka, a na pewno nie tak słodka, jak to sobie poeta wymarzył. Dziś zaś poeci po napisaniu jednego czy kilku wierszy domagają się uwagi, bo te wiersze są o Smoleńsku. Czy panowie zadbali o to, by mieć po swojej stronie jakichś krytyków i dziennikarzy? Nie. Przeciwnie, wystawiliście się na osąd publiczności i podłożyliście się takiemu cynglowi jak Staszewski, a pan Nessun Dorma pointuje to nieszczęście bajaniem o etyce. W walce propagandowej nie ma miejsca na etykę. Wiersze o Smoleńsku nie są potrzebne PiS i nie mogą być potrzebne. Gdyby PiS zaczął je skupować, w kraju pojawiłoby się dwustu co najmniej poetów, lepszych od Rymkiewicza.

Teraz kolej na niego. Jarosław Marek Rymkiewicz istnieje nie po to, by dawać przykład i torować szlaki młodym, ale po to, by ci młodzi nie mieli wstępu na obszary, które on zajmuje. Tak jest zawsze ze sławnymi poetami. Partia, policja, jakaś polityczna siła powinna mieć po swojej stronie poetę, bo to ma wymiar nobilitujący. To jedna ze zdobyczy rewolucji socjalistycznej, czego nikt właściwie nie rozumie, jedynie my tutaj. I dzięki temu sporo na tym korzystamy. Otóż jest tak, jeśli likwiduje się fizycznie i fiskalnie klasę nobilów musi powstać na jej miejscu coś, co będzie ją imitowało. Nie może być inaczej, bo tak jest już zorganizowane ludzkie stado. Nawet jeśli mamy do czynienia ze skrajnym przykładem rewolucji socjalistycznej, takiej jak w Kambodży. Tam też były elity i tam też marzono o nobilitacji. Normalnie jest tak, że elity dzielą się na jawne i tajne. Tajne to te, które własnymi rękami mordowały klasę posiadaczy, a teraz dzierżą władzę. Jawne zaś to te, które przy tej likwidacji ubrudziły się najmniej, czyli propagandyści opiewający rewolucję, zwani czasem poetami.

Zawoła ktoś – daj pan spokój, przecież Rymkiewicz nikogo nie zamordował! Oczywiście, że nie, ale podobnie jak wszystkie dziś partie polityczne jest on jednym ze spadkobierców socjalistycznego przewrotu, który na przełomie wieków XIX i XX całkiem zmienił świat. Poeci, pisarze, twórcy generalnie to dziś klasa nobilów. Kłopot w tym, że polityka chciałby mieć w ręku sito, na którym odsiewać będzie tych jej potrzebnych, od tych co się nie nadają. Istnieje jednak coś takiego jak pozory, które socjalizm wypracował, żeby usprawiedliwić przed innymi socjalistami swoje zbrodnie i lepiej wypaść na tel Czerwonych Khmerów. I one muszą być zachowane. A skoro tak, każdy teoretycznie może pisać wiersze i liczyć na sukces. I tu jest właśnie ta pułapka. Każdy może, ale o sukcesie musi zapomnieć jeśli nie zna redaktora Staszewskiego z gazowni, albo jakichś prawicowych redaktorów. Z tymi ostatnimi jest znacznie gorzej niż ze Staszewskim, ponieważ on chce być tylko dziennikarzem, oni zaś chcieliby być dziennikarzami, poetami, pisarzami, noblistami, a Terlikowski chciałby jeszcze mieć swój harem do tego. Dlatego właśnie pisanie wierszy o Smoleńsku nie ma sensu i zawsze spotka się jedynie z milczeniem – periodyki prawicowe, albo szyderstwem – gazownia. Rymkiewicz zaś będzie stał tam gdzie stoi i patrzył spod swoich krzaczastych brwi. Kiedy zaś go zabraknie, postawią na jego miejscu inną figurę, albo wręcz manekin, żeby było taniej…” (coryllus)

całość tu: Kłótnie poetów patriotów

Witold Pruszkowski - Wizja

Witold Pruszkowski – Wizja

Zaplanowane migracje przymusowe, oraz prawomyślność, hipokryzja i głupota bez granic czyli… zmacane na własne życzenie Niemcy „martwią się” o „Państwo Islamskie” nad Wisłą.


„Inwazje barbarzyńców” to wyrażenie, po które chętnie sięgają włoscy i francuscy historycy, by opisać powszechne zjawisko lawinowego przemieszczania się heterogenicznej ludności kontynentu euroazjatyckiego w IV i V w. n.e., które zakończyło się jej osiedleniem na terytoriach w większości przypadków należących do Cesarstwa Rzymskiego, różniących się od obszarów, z których pochodziły owe ludy. Warto nadmienić, że w kulturze niemieckiej dla opisania tego zjawiska migracyjnego stosuje się natomiast bardziej neutralne i łagodne określenie: „wędrówka ludów” (Völkerwanderungen).

Biorąc pod uwagę wolę jednostek migrujących, należy rozróżnić tzw. migrację dobrowolną (gdy jednostka dobrowolnie podejmuje decyzję o przemieszczeniu, dążąc do poprawy własnych warunków ekonomicznych), a także przymusową (jako skutek ograniczeń politycznych lub prześladowań czy też działań wojennych lub katastrof naturalnych).

Czynniki wypychające tzn. skłaniające do emigracji, mogą być zatem różnorodne. Jednym z najważniejszych jest czynnik ekonomiczny, o którym mowa, gdy w miejscu pochodzenia możliwości zatrudnienia są nikłe, a standard życia jest niższy niż w miejscu przeznaczenia. Istnieją również tzw. polityczne czynniki wypychające: wojny, konflikty etniczne, prześladowania itp.

Wśród czynników sprzyjających ruchom migracyjnym należy wymienić czynniki społeczne, bazujące na istnieniu swego rodzaju sieci, która zapewnia wsparcie migrantom niedawno przybyłym do kraju przeznaczenia. Taką siecią stosunków społecznych może być społeczność rodaków, która już wcześniej osiedliła się w danym kraju…

…K. Greenhill wyróżnia trzy odrębne kategorie strategicznie zaplanowanych migracji: wywłaszczające, eksportowe i zmilitaryzowane. „Zaplanowanymi migracjami wywłaszczającymi są te, których głównym celem jest zawłaszczenie terytorium lub własności innej grupy/grup czy też eliminacja grupy/grup stanowiących zagrożenie dla etnopolitycznej i gospodarczej przewagi strony, która zorganizowała migrację (lub migracje); przypadek ten obejmuje zjawiska powszechnie znane jako czystki etniczne. Zaplanowanymi migracjami eksportowymi są migracje organizowane, by umocnić wewnętrzną pozycję polityczną (poprzez wydalenie politycznych dysydentów i innych wewnętrznych przeciwników) czy też usunąć lub zdestabilizować jeden lub więcej rządów zagranicznych. Wreszcie, zaplanowane migracje zmilitaryzowane to takie, które zwykle zostają zastosowane podczas konfliktu zbrojnego, by zyskać przewagę militarną nad przeciwnikiem – poprzez zdezorganizowanie lub zniszczenie jego centrum dowodzenia, infrastruktury logistycznej i zdolności operacyjnych – lub też celem umocnienia własnych struktur bojowych poprzez zdobycie dodatkowego personelu lub zasobów” [6].

Mówiąc o fali nielegalnej imigracji, która wstrząsnęła Europą w 2015 roku, prezydent Czech Milos Zeman posłużył się schematem stworzonym przez byłą asystentkę J. Kerry’ego. „Tak zwany kryzys migracyjny – powiedział M. Zeman podczas swojej oficjalnej wizyty w Pardubicach – jest zorganizowaną inwazją, która ma na celu niszczenie europejskich struktur społecznych, kulturowych, gospodarczych i politycznych. To jest dobrze zorganizowana inwazja, nie spontaniczny ruch. Dojdzie do tego, że czeskie wojsko będzie musiało interweniować, by bronić granic Republiki Czeskiej”.

Jak stwierdziła amerykańska profesor w komentarzu z dnia 11 grudnia 2000 r. dotyczącym wojny w Kosowie: „Zmieniła się sama natura wojny; teraz uchodźcy są narzędziem wojny” (“The nature of war itself has changed; now the refugees are the war”).

„Zaplanowane migracje przymusowe” (coercive engineered migrations) wykorzystują zatem niekonwencjonalną broń, która, podobnie jak inne niekonwencjonalne metody walki (terroryzm, manipulacja medialna, hakerstwo, zakłócenia na rynkach akcyjnych), jest stosowana w prowadzeniu wojny, zwanej przez dwóch znanych chińskich polemologów „wojną bez ograniczeń”. Niezwykle ciekawy i nie bez znaczenia jest fakt, że dwaj polemolodzy porównują George’a Sorosa do Osamy Bin Ladena [7]: o cieszącym się złą sławą „filantropie” wspomniał premier Węgier Viktor Orban w jednym z wywiadów w węgierskim radiu Kossuth Rádió, mówiąc o napływie tzw. uchodźców pochodzących z Afryki i Bliskiego Wschodu do Europy: „Jego nazwisko – stwierdził V. Orban – jest prawdopodobnie najmocniejszym przykładem spośród osób, które popierają wszystko, co zaprzecza tradycyjnemu europejskiemu stylowi życia”, natomiast aktywiści jego organizacji, oferując praktyczną pomoc i wsparcie prawne nielegalnym imigrantom, „niezamierzenie stają się częścią międzynarodowej siatki zajmującej się przemytem ludzi”…” (Claudio Mutti)

całość tu: Migracje

podobne: „Islamizacja Europy” kontra „tchórzliwa brutalność” czyli „Problem, Reaction, Solution!” i jeszcze: Destabilizacja Afryki przyczyną masowego uchodźstwa. UE nie ma polityki imigracyjnej ale chce zmusić do „solidarności” wszystkie kraje. Pomysły w sprawie imigracji problematyczne dla Polski.

„…No i wreszcie zejdźmy na jeszcze niższy poziom tych piekielnych kręgów. Wędrówka ludów, której ofiarą padają najzamożniejsze państwa starej Europy, jest następstwem wypadku przy pracy, to znaczy – przy operacjach pokojowych, misjach stabilizacyjnych i wojnie o pokój i demokrację, jaką Stany Zjednoczone prowadzą tu i tam – przede wszystkim zaś w krajach, które w przeszłości, słusznie, czy niesłusznie, uważane były za zagrożenie dla bezcennego Izraela. Wskutek pogrążenia tych krajów w stanie krwawego chaosu, potencjalne zagrożenie dla Izraela z ich strony zmalało do zera, zaś ubocznym skutkiem tego chaosu jest właśnie wędrówka ludów ze Środkowego i Bliskiego Wschodu oraz Afryki Północnej do Europy. Co najmniej 70 procent „uchodźców” stanowią młodzi mężczyźni przed ukończeniem 30 lat – a więc najbardziej zdolni do walki. Ewakuacja setek tysięcy, a może nawet i miliona takich mężczyzn ze Środkowego i Bliskiego Wschodu oraz Afryki Północnej do Europy jeszcze bardziej zmniejsza potencjalne zagrożenie dla bezcennego Izraela, ale zwiększa zagrożenie dla Europy. Czy to nie jest przypadkiem amerykańsko-żydowska odpowiedź zarówno na doktrynę „europeizacji Europy”, której wyznawcami po roku 1990 stały się Niemcy i Francja, jak i pogróżki Jakuba Delorsa z roku 1989, kiedy jako ówczesny przewodniczący Komisji Europejskiej odgrażał się, że celem UE jest wypowiedzenie Stanom Zjednoczonym „wojny ekonomicznej?” Czyżby Europa próbowała rozpocząć strategiczne przeciwnatarcie od sprowokowania mężczyzn „o wyglądzie…” – i tak dalej, do wsadzenia niemieckim panienkom rąk pod spódnice? I tego też wykluczyć nie można tym bardziej, że już starożytni Rzymianie, co to każde spostrzeżenie zaraz ubierali w postać pełnej mądrości sentencji, zauważyli, że na świecie dzieją się rzeczy, które nie śniły się filozofom.” (Stanisław Michalkiewicz: Inter pedes puellarum)

podobne: Europa muzułmańska, „Państwo Islamskie” i prawdziwa twarz Islamu: broń w rękach imperialistów, terroryzm, idea rewolucji, czy też religia jak inne?

Kordoniarze - Rafał Zawistowski

Kordoniarze – Rafał Zawistowski

„…Ogromna armada rusza do ziemi obiecanej, do Europy, po swoją ostatnią szansę. Bramy raju – bramy Zachodu zostały dla nich otwarte… Droga wiedzie znad Gangesu w kierunku Sokotry i Suezu i dalej przez Morze Śródziemne do portów Zachodu… Ale Egipt zamyka Kanał Sueski, a salwa z torpedowca zawraca statki z uciekinierami na południe. To długa droga dookoła Afryki. Może pordzewiałe parowce armady zechcą zatrzymać się gdzieś w połowie drogi? Rząd RPA zapowiada, że żaden ciemnoskóry znad Gangesu nie postawi żywy nogi na afrykańskiej ziemi… Mimo to Afrykanerzy w poczuciu przyzwoitości dostarczają statkom paki z żywnością. Te jednak są wyrzucane do morza… Uciekinierzy nie chcą ich, płyną dalej. Nie Afryka jest przecież celem. A Europa? Europa dyskutuje. Media bezrefleksyjnie reagują bezwarunkowym odruchem humanitaryzmu. Pytania, co stanie się z nami, kiedy ten milion wyjdzie na brzeg, zagłuszane są dźwiękami koncertów i krzykiem celebrytów…

W latach siedemdziesiątych francuski pisarz Jean Raspail roztoczył wizję, co mogłoby się stać za trzydzieści lat (Obóz świętych)… Można rzec – wizję nie tyle futurystyczną, co profetyczną – i jakże niepokojącą.

Wtedy – w latach siedemdziesiątych książki nie przyjęto z aplauzem; i nic dziwnego, bo i dzisiaj głosy sprzeciwiające się przyjmowaniu uchodźców są oceniane jako nieprawomyślne, wręcz antyhumanitarne… W książce Raspaila – kiedy armada stała się faktem – to znaczy kiedy dzioby jej pordzewiałych statków zaryły w skały i piaski Lazurowego Wybrzeża, we francuskich nadmorskich kurortach nie pozostał już nikt, nie licząc pewnego profesora, garstki długowłosych dzieci-kwiatów, ortodoksyjnych lewicowców i kilku benedyktyńskich mnichów na granicy demencji… Francuzi po prostu uciekli na północ… Ci sami Francuzi, którzy codziennie przysłuchiwali się wywodom na temat konieczności i obowiązku przyjęcia uciekinierów znad Gangesu. Ci sami, którzy wywieszali transparenty: Wszyscy jesteśmy ludźmi znad Gangesu. I ci sami którzy, potępiali przejawy niechęci wobec każdego, kto mówił inaczej niż głos z telewizyjnych ekranów i codziennych gazet… Zapakowali swoje żony i dzieci do samochodów i w pośpiechu opuścili swoje jasne domy, tłumacząc, że tak trzeba i nie pamiętając, że gdy armada była jeszcze daleko ich dzieci pisały szkolne wtpracowania w rodzaju: Rodzina uciekinierów znad Gangesu prosi o gościnę w moim domu…

Wizja Raspaila sięga dalej – pisarz ujawnia prawdopodobny mechanizm społeczny – ilustruje zjawisko i… straszy.

Może rzeczywiście doczekamy czasów, że będziemy się bać we własnych domach, że przeinterpretujemy pojęcia: odpowiedzialności, miłosierdzia, braterstwa, słabości i siły; nasze rządy staną się bezsilne, a nasze armie nie będą w stanie reagować?

W końcu prognozy demograficzne przywołane przez Raspaila budzą nie tylko niepokój. Siedem miliardów ludzi, w tym tylko siedemset milionów białych, których trzecia cześć – przeważnie ludzi starych będzie zamieszkiwać Europę. I oni mają przeciwstawić się czterystu milionom przybyszów z Bliskiego Wschodu czekających po drugiej stronie Morza Śródziemnego?…” (Roland Maszka)

całość tu: „Prawomyślność i hipokryzja. Czytając Jeana Raspaila”

„…Kontrolowane media zachodnie stawały początkowo na głowie aby tylko nie ujawnić szczegółów. Najpierw chodzić miało tylko o „chuliganów” obmacujących parę dziewczynek tylko w Kolonii. Ani słowa o tym że nie byli to żadni „chuligani” ale Merkel Jugend najnowszej generacji. Podkreślano też że wśród zatrzymanych było aż dwóch Niemców a nawet jeden Amerykanin. Koloru skóry dla pewności nie ujawniono.

Ale potem mleko się rozlało. Zorganizowanych grup Merkel Jugend napastujących kobiety w szeregu miastach nie dało się zamieść pod dywan. Zaczęła w końcu mówić o tym miejscowa telewizja, choć rozdarcie lewackiego serca dalej trudno ukryć. I tak praktyczni Niemcy  chcą zwiększać zatrudnienie w policji na przykład. Bardziej humanitarni od nich Belgowie, których policja dalej nie może złapać sprawców masakry w Paryżu, stawiają przede wszystkim na lekcje wychowania seksualnego w obozach dla uchodzców. No kidding. Oto czego „uchodźcom” głównie potrzeba! Jako podręcznik proponujemy w takim razie Życie seksualne dzikich Malinowskiego, uzupełniony może zajęciami praktycznymi na dworcu w Kölln…

…Media i kosmopolityczna elita dobrze zna olbrzymie ryzyko związane z masową imigracją ale woli tego nie zauważać. Gdy tragedia się wydarzy, jak ostatnio w Paryżu, winny jest zawsze „represyjny klimat” we Francji.

Lewicowe elity sprowadziły na nas wszystkich olbrzymie niebezpieczeństwo wpuszczając zbyt wiele ludzi którzy nie mogą zostać zintegrowani. W odróżnieniu od popularnej opinii, ludzie nie zmieniają się emigrując, zabierają swój kulturalno-religijny bagaż ze sobą.

Współczesne elity utraciły łączność ze swoimi krajami i zostawiły swoje populacje z konsekwencjami narzuconego [przez siebie] multi-kulti i globalizmu…” (cynik9)

całość tu: Merkel Jugend świętuje Nowy Rok na dworcu w Kölln

„…głupek polski, który przyrównał rząd PIS-u do Państwa Islamskiego nawet nie zauważył, że strzelił swojej partii w kolano i przy okazji walnął w pysk całe polskie lewactwo i bojowniczki feminizmu na dodatek! Bo te właśnie środowiska najbardziej zabiegają o przyjęcie do Polski emigrantów islamskich, którzy ponoć uciekają przez Państwem Islamskim. Skoro Państwo Islamskie już mamy nad Wisłą, to jaki uciekinier zechce się tu osiedlić ?

Zapewne z tej przyczyny słowa głupka polskiego o Państwie Islamskim nad Wisłą nie są rozpowszechniane przez media niemieckie, którym zależy na tym, by jak najwięcej islamskich imigrantów upchać w Polsce. Szczególnie teraz – po upojnej nocy sylwestrowej, która dała Niemcom przedsmak kalifatu, który będzie ostatnim akordem polityki multi-kulti Angeli Merkel. Angela oraz inne kobiety ( w tym feministki) mogą jednak liczyć na wiele praw, które im kalifat przyniesie (link).

Na przykładzie Kolonii sami Niemcy zorientowali się, że poruszonej przez Angelę Merkel lawiny nie da się powstrzymać, jak i utworzenia Wielkiego Kalifatu Niemieckiego w samym centrum Europy. Oto w Kolonii hordy arabskich przybyszy dały pokaz „kultury”, która wkrótce zaleje Niemcy mimo prób cenzurowania wiadomości o gwałtach i rabunkach na kobietach, które znalazły się w pobliżu katedry Świętego Piotra i Najświętszej Marii Panny oraz dworca kolejowego. Watahy podpitej hołoty z Południa osaczały niemieckie kobiety molestując je, zdzierając odzienie i rabując. Na 120 zgłoszeń (do tej pory), dwa to gwałty. Inni wyznawcy Proroka bezcześcili w tym czasie średniowieczne sanktuarium, jedne z największych na świecie, załatwiając w jego pobliżu oraz na jego murach swoje potrzeby fizjologiczne. Policja oczywiście nie interweniowała, a niemiecka prasa milczała co dowodzi, że postępowa głupota dotarła do nas z Niemiec.

Mimo to, Niemcy nadal chcieliby nas pouczać o demokracji i o tym, jak walczyć z faszyzmem, ksenofobią oraz brakiem empatii dla zaproszonych przez Angelę Merkel gości. Nie byłem więc zaskoczony, gdy kolejny głupek rodzaju żeńskiego na łamach niemieckiego Newsweeka (ale wydawanego w języku polskim), zaczął nawoływać do cenzurowania informacji o wydarzeniach w Niemczech, gdyż nie tylko w Kolonii doszło do zderzenia postępowej kultury lewackiej z kulturą z Południa. Takie informacje, to byłaby woda na młyn dla całej prawicy, która tylko czeka na takie wiadomości – wyjaśnił głupek polski – zawodowa feministka, wspierająca multi-kulti na łamach polsko-języcznego Newsweeka. Wniosek z tego przekazu jest jeden: Trzeba bez rozgłosu pozwolić wyhasać się zdrowym i młodym wyznawcom Proroka, których przecież zaprosiła do Niemiec sama Angela Merkel ! Natomiast kobietom, które nie zamierzają brać udziału we „współżyciu kultur” (jak to okresliła Merkel) zaleca się chodzić w grupach i na odległość wyciągniętego ramienia od wyznawcy Proroka.

Za to już bez żadnej cenzury opublikowano w pro-niemieckich mediach wiadomość o ucieczce z Polski boksera Salety. Salecie bowiem tak obili mózg, że wybrał wolność w Tajlandii. A więc w kraju, gdzie władzę w 2014 roku przejęła junta wojskowa. Wiadomość o ucieczce Salety paradoksalnie najbardziej zaszkodzi planowi Angeli Merkel umieszczenia w Polsce 7 tysięcy imigrantów z Południa. Kto się bowiem zdecyduje na osiedlenie w kraju, gdzie panuje większy reżim niż w Tajlandii ? Tylko głupek kompletny…” (Kapitan Nemoniepoprawni.pl)

całość tu: Głupek polski po zderzeniu z PIS-em

„…I druga rzecz. Część Niemców nie akceptując medialnej propagandy zaczęła spontanicznie budować – wzorem polskiej prawicy – niezależny od głównego nurtu mediów drugi obieg. Dziś w niemieckim internecie nietrudno znaleźć memy z przekreślonym logiem ARD i ZDF. To wyraz sprzeciwu społeczeństwa. Media grały swoje, a ludzie wokół siebie widzieli co innego.

Niewygodnie dla władzy informacje i opinie zaczęły krążyć zwłaszcza po mediach społecznościowych. Być może nie jest to jeszcze poruszenie na miarę polskiego Trybunału Konstytucyjnego, ale ciosy zaczęły padać. W odpowiedzi rząd Merkel pod pozorem walki z „mową nienawiści” wymusił na Facebooku, Twitterze i Google podpisanie kontrowersyjnego porozumienia. Podejrzane posty mają być usuwane w ciągu 24 godzin, a sama procedura ma ruszyć lada dzień. Łatwo się domyślić, co przede wszystkim będzie usuwane.

Na koniec nie sposób nie postawić pod adresem niemieckich mediów kilku pytań. Jak nazwać solidarne milczenie mainstreamu, kiedy na policję zgłaszały się setki kobiet molestowanych i zgwałconych przez mężczyzn „o wyglądzie wskazującym na pochodzenie z krajów arabskich lub Afryki Północnej”? Co takiego się stało, że te media milczały? Dlaczego milczały tak długo? Dlaczego dopiero masowe pojawienie się pokrzywdzonych kobiet na policji doprowadziło do ujawnienia tych informacji w mediach? Czy spóźniona reakcja mediów wynikała z nacisków władz państwowych, dla których gwałty w Kolonii są ostatnią rzeczą, na którą czekały? Pytania te są istotne, bo w gruncie rzeczy dotyczą powrotu cenzury, a tym samym stanu niemieckiej demokracji…” (Krzysztof Kunertwpolityce.pl)

całość tu: Nokaut dziennikarstwa w Niemczech

„…Ktoś nie poświęcający wiele uwagi otaczającemu go światu, zadowalający się potocznym wyobrażeniem postępu, demokracji i ogólnie pojmowanej „europejskości”, może się zdziwić – no, jak to możliwe? To tysiąc bandziorów szaleje po niemieckich miastach, rozpędzając bez wysiłku zniewieściałą policję, i bezkarnie gwałci oraz rabuje niczym Armia Czerwona po 1945 – i nic o tym nie mówią w telewizji, nie piszą w gazetach? No, przecież to Zachód, przecież wolność słowa, przecież nie ma tam cenzury?!
„Oj, naiwny, naiwny, naiwny, jak dziecko we mgle…” – chciałoby się zaśpiewać piosenkę ze starego kabaretu. Nie, media niemieckie wcale nie są wolne, rzetelne ani uczciwe, i co więcej, nie odbiegają pod tym względem od średniej europejskiej. Dla człowieka, który choć trochę interesował się w ostatnich latach sprawami publicznymi, to żadne odkrycie.
Ukrycie głęboko pod suknem takiego niusa, jak sylwestrowe napaści, nie jest żadnym precedensem. A czy zanim załamała się gospodarka Grecji, mógł się przeciętny Europejczyk dowiedzieć z gazet lub telewizji o nadchodzącej katastrofie, choć fachowcy widzieli ją już kilka lat wcześniej? Czy dotarły do niego jakiekolwiek wątpliwości co do wspólnej waluty? Czy jest uczciwie informowany o rzeczywistym wpływie ludzkiej działalności na klimat i o tym, kto i jakie biliony dolarów zarabia na rzekomej walce z ociepleniem? Czy mógł sobie kiedykolwiek na ten temat wyrobić własne zdanie?
Nie, w tych sprawach i w dziesiątku innych obywatel Zachodu poddany był i jest propagandowemu praniu mózgu dokładnie tak samo, jak obywatel PRL – karmiony dzień po dniu obrazami spuszczanej surówki, terkoczących na polach traktorów, kwitnącego dobrobytu i zadowolonych włókniarek (w latach siedemdziesiątych) albo, odwrotnie, wizjami szalejącego na ulicach bandytyzmu, chaosu i nędzy wywołanej ciągłymi strajkami rozwydrzonej „ekstremy Solidarności”, gdy ta sama telewizja urabiała grunt pod stan wojenny.
Rozciągnięcie tej samej medialnej osłony na cios imigracyjnym młotem, którym europejska oligarchia chciała skruszyć państwa narodowe, zwłaszcza w środkowej Europie, było może tym jednym krokiem za daleko. Euro czy klimat nie mogą prostemu obywatelowi dać po mordzie, a „uchodźcy” jak najbardziej, co sprawiło, że teraz nawet najgłupszy przeżuwacz medialnej papki odczuć musiał jakimś dyskomfort. Inna sprawa, czy na długo. Media w Europie pozostają wciąż w pewnych rękach i na pewno włożą wiele wysiłku w odbudowanie instynktów baraniego stada, dyrygowanego sprawnie z gabinetów polityków i szefów ponadnarodowych korporacji…” (Rafał Ziemkiewicz)

całość tu: Wymacane Niemcy, wymacana wolność słowa.

podobne: Śmierć ojczyzny czyli… Francuzi już nie są u siebie. Terroryści “ubogacili kulturowo” Paryż. Rzeź dopiero nastąpi? i to: miarka: „Lewacki bałagan w wartościach” czyli pułapki tolerancji w wykonaniu lewicowym. polecam również: Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki?

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze