Konfiskata rozszerzona, donoszenie na samego siebie do fiskusa, ekologia (nie)podległości i inne „dobre zmiany” zasad życia w komunie… czyli „sekretne życie drzew” i „Młody las” (Kaczmarskiego)


Claude Monet – Relaxing in the Garden

*

„…Nawet drzewa twardnieją, by przeżyć,
Co tu mówić o ludziach, frajerzy!…”

„…Jeżeli drzewo będzie miało większy obwód, jego planowaną wycinkę trzeba będzie zgłosić w gminie. W zgłoszeniu trzeba będzie podać imię i nazwisko wnioskodawcy, oznaczyć nieruchomość, oraz dołączyć rysunek bądź mapkę gdzie na działce znajduje się planowane do wycięcia drzewo.

Po dokonaniu zgłoszenia, gmina będzie miała 21 dni, by przeprowadzić oględziny drzewa, które miałby zostać wycięte. Następnie samorząd będzie miał 14 dni na wydanie ewentualnego zakazu. Urzędnik sprawdzi np. czy drzewo bądź drzewa nie są chronione. Urząd będzie mógł nie zgodzić się na wycinkę m.in. na nieruchomości wpisanej do rejestru zabytków, na terenie przeznaczonym w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego na zieleń lub chronionym innymi zapisami miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, bądź jeśli drzewo będzie nosiło znamiona drzewa pomnikowego. W tym ostatnim przypadku kryteria, na podstawie których samorząd będzie mógł wydać taki zakaz, zostaną określone w rozporządzeniu ministra środowiska. Będzie on miał na nie jeszcze pół roku.” (niezalezna.pl – Już tak łatwo drzewa nie wytniesz)

„…oczekiwanie społeczne było takie by było więcej drzew (było ładnie i zielono itp.), a wiec państwo – władza – ma wypełnić to oczekiwanie. Jak to zrobiono?
Znacjonalizowano prywatne, zamiast przede wszystkim zachowywać i tworzyć owo wspólne, poprzez np. sadzenie drzew na gruntach, będących w zasobie skarbu państwa, utrzymywanie i zakładanie parków, zielonych skwerów, przydroży, alei, tworzenie i realizację miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, itp. W jakieś części te zadania realizowano, ale „zielony” zasób prywatny, znacjonalizowany, i tak był i jest nieproporcjonalnie większy od wspólnotowego, no i … tańszy. Być może uzasadnionym rozwiązaniem byłoby nabywanie lub dzierżawa tego co prywatne, a wartościowe np. starych drzew, drzew „siedliskowych”, ich zgrupowań itp., ale to oczywiście byłyby koszty, a więc co uczyniono?
Przerzucono oczekiwanie społeczne, wraz kosztami ochrony, na obywateli, zachowując jednocześnie pełną możliwość handlowania gruntami, należącymi do skarbu państwa, nierzadko o wysokich walorach przyrodniczych (także w miastach). Znacjonalizowano prywatne, tłumacząc to dobrem wspólnym, a ostatnio nawet dobrem Wspólnoty (powtórka z internacjonalizmu i komunizmu). Państwo przerzuciło ciężar ochrony przyrody, które jest oczekiwaniem społecznym, na obywatela. A propos „wielkich” kosztów, które państwo miałoby łożyć na zakładanie terenów zieleni lub dzierżawę wartościowych drzew. Zadajmy sobie pytanie: jak zakładali parki i aleje nasi rodzice, dziadkowie i pradziadkowie? Czy oni byli bardziej bogaci niż my i było ich stać na taki wydatek? Czy oni i ówczesne elity (np. rajcy miejscy i ludzie magistratu) mieli większą świadomość ekologiczną? Byli bardziej wrażliwi niż my? Jeśli tak, to musimy uznać, że obecne programy edukacji przyrodniczej, pochłaniające rocznie dziesiątki milionów złotych, są nie tylko marnotrawstwem, ale są niepotrzebne, bo nasi antenaci nie byli im poddani, a tereny zielone i tak zakładali.
6. Ten powyższy system nacjonalizujący suwerenność i własność obywatela, był i jest szczególnie mocno eksploatowany przez pozarządowe organizacje ekologistyczne. Państwo było i jest dla nich tylko narzędziem opresji na obywatelu, który nie poddaje się ich ideologii. Głoszą oni, że społeczeństwo jest nieświadome ekologicznie (głównym konsumentem projektów edukacji ekologicznej jest właśnie trzeci sektor) i dlatego musi być skrępowane gorsetem prawa. Zauważmy: to nie jest przypadek, że najbardziej przeciwni nowemu prawu są właśnie ekologiści. Do tej pory kontrolowali obywatela, a nawet terroryzowali go za pomocą państwa i prawa, będąc w tle – rzadko lub w ogóle nie ujawniając się. Co więcej, wielu z nich to właśnie owi eksperci, którzy za opłatą podejmowali się ocen, ekspertyz o obecności bądź braku obecności gatunków chronionych, którzy przygotowywali raporty oddziaływania na środowisko itp. opracowania – płatne. Kuriozalne było to, w tym układzie państwo-obywatel, że to właśnie oni, dzięki owej ekspertyzie, byli wybawieniem od opresyjnego państwa, a samo państwo uosobieniem zła. Co więcej, państwo, które nie wypełniało swojego obowiązku wobec oczekiwania społecznego (ma być ładnie i zielono), a w zamian nacjonalizowało drzewa, było dla ekologistów idealne, bo to oni wypełniali niszę opiekuna np. poprzez nagłaśnianie akcji „ratowania drzew” (cóż z tego, że prywatnych). Ci sami ludzie, którzy chcieli i chcą surowego prawa ochrony przyrody są jednocześnie płatnymi ekspertami, ale czy o tym wie obywatel? To co wie, to wiedza ekologii kanapowej i ekologizmu apokaliptycznego: brak drzew to brak tlenu. Sam fakt oddychania drzew, skutkujący wydaleniem dwutlenku węgla, mógłby spowodować, w podobnie uporczywej kampanii edukacyjnej i medialnej, wycinkę wszystkich drzew w miastach, bo wytwarzają CO2. Osamotniony obywatel z blokowiska nie zastanawia się, gdzie jest jego najbliższa reprezentacja (np. zarząd spółdzielni). Ostatnia rzecz jaka mu przyjdzie do głowy to indywidualna aktywność w tym zakresie: co ja zrobiłem żeby drzewa były na mojej ulicy i osiedlu? Pierwszą jest chęć decydowania i panowania nad cudzym (komuna zamiast wspólnoty), a drugą – przyłączenie się do ekologistów, bo to oni, pozornie, go reprezentują. Obywatel nie ma oparcia w państwie (władzach gminy, dzielnicy itd.) i tę potrzebę wypełniają organizacje ekologistów.
Podsumowując, można stwierdzić, że denacjonalizacja suwerenności i własności obywateli w odniesieniu do prawa usuwania drzew i krzewów na gruntach prywatnych miała wymiar nie tylko stanowienia konstytucyjnego prawa, ale była szansą na uzdrowienie państwa i jego instytucji, które wreszcie musiałoby sprostać oczekiwaniom bezpieczeństwa swych obywateli. To jest mechanizm państwowotwórczy, bo takie państwo, stwarzające bezpieczną przestrzeń, jest potrzebne każdemu obywatelowi. Obawiam się, że ostatnia poprawka do nowych przepisów, reaktywna, oparta na emocjach i bez faktycznej oceny analizy jej skutków, ogranicza sferę odpowiedzialności i wolności obywatela, rozbudowuje biurokrację, a przede wszystkim petryfikuje antypaństwowy układ pan – sługa. (Greenwatcher, szkolanawigatorow.pl – Denacjonalizacja drzew i krzewów)

podobne: Czy feministka i wiewiórka to „istota czująca”? O roli kobiety według lumpenproletariatu i o podejrzanym zapachu z ekologicznej i patriotycznej d…ziupli oraz: NIK o patologii w „sadowniczych uprawach ekologicznych”: Sadzili sady – zbierali dopłaty. Michalkiewicz i Umiłowani Przywódcy w „trosce” o (nie)swoją ziemię i to: Prezydent podpisał nowelizację ustawy. Lasy Państwowe nie zostały sprzedane a także: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność polecam również: „Najpierw państwo” czyli… gdy monopol na przemoc nie służy sprawiedliwości i własności. Ekonomia grzechu przeciw wolności „elit” naiwnych i mściwych (I)

Caspar David Friedrich – The Lone Tree

„PiS przeforsował kolejną niefortunną ustawę. Tym razem w ramach nowelizacji kodeksu karnego wprowadził do systemu prawnego potworka z postaci tzw. ustawy o konfiskacie rozszerzonej mienia

…scyzoryk sam się w kieszeni otwiera ilekroć stroną zainteresowaną w konfiskacie mienia obywatela  jest wszechwładne państwo które go w tym celu oskarża, sądzi i jednocześnie wymierza mu karę. Tym bardziej państwo socjalistyczne, z niedowładem organizacyjnym i ze skorumpowanym do cna sądownictwem które miałoby w takich sprawach „orzekać”.   Na korzyść kogo „orzeknie” na przykład sędzia M. z Trójmiasta? Zwłaszcza po telefonie z góry?  Poza tym – nemo iudex in causa sua – odkryli już starożytni Rzymianie,  co oznacza że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie.

Nie zdziwimy się więc gdy prawny potworek spłodzony przez min. Ziobro przejdzie do historii pod nazwą „Kluska bis”. To co ustawa robi jest bowiem sankcjonowaniem tego samego bezprawia którego ofiarą stał się znany przedsiebiorca IT Roman Kluska. Ustawa zasadniczo sprowadza się do uzurpacji przez państwo prawa konfiskaty wszystkiego wszystkim.   W szczególności, jako dobro szczególnie wartościowe, skonfiskowane mogą  zostać kompanie, trudne do utworzenia a nadzwyczaj łatwe w konfiskacie. Wystarczy w tym celu zamknąć pod fałszywym pretekstem szefa firmy, tak jak państwo zamknęło Kluskę,  albo zająć  rachunek bankowy spółki.   Konfiskatę dopełni automatycznie tzw. ząb czasu.

Aby ząb czasu mógł zadziałać błyskawicznie nowe przepisy przewidują możliwość natychmiastowego zabezpieczenia mienia na poczet przyszłej konfiskaty. Jako „ząb czasu” będzie wtedy robił wyznaczony przez sąd, oczywiście „niezależny”, „zarządca” który cyt. zapewnia ciągłość pracy zabezpieczonego przedsiębiorstwa oraz przekazuje sądowi lub prokuratorowi posiadane informacje mające znaczenie dla toczącego się postępowania.    Not too bad… jak na dobrą zmianę…   […]

[…]  Potencjalnym celem terroru państwowego stać się może nie tylko przedsiębiorca ale każdy posiadacz czegokolwiek wartościowego, od dzieła sztuki przez antyki po sztabki złota. To przecież nie państwo będzie miało obowiązek udowodnić  podejrzanemu że nabył swoją sztabkę  w ostatnich pięciu latach i zapytać  go grzecznie  skąd wziął na nią środki. To podejrzany przynieść będzie musiał w zębach papierowe dowody z pieczątkami. Jeśli ich nie przyniesie to sztabka, choćby w rodzinie z dziada pradziada, z definicji okaże się  z „nieujawnionego źródła”. Tudzież środki na jej zakup, c.b.d.o.”  (cynik9 – Konfiskata rozszerzona czyli “Kluska bis”)

podobne: Spadek po platformie. PO zawiodła przedsiębiorców. Czy obietnice wyborcze zbankrutują Polskę? oraz: Od koniczka do śmietniczka czyli… „męczeństwo” klaczy ważniejsze od interesu obywateli. „Dobra zmiana” u koryta i to: Rafał Ziemkiewicz: „Państwowe, czyli nie nasze”, ale „patrioci” mówią NIE dla wolnego rynku w Polsce. To mamy ten wolny rynek czy nie? a także: Czy rząd Donalda Tuska wraz z całą administracją podatkową postawili sobie za cel, by wszyscy przedsiębiorcy albo zbankrutowali, albo wyprowadzili się za granicę? polecam również: Rząd poprawia sobie finanse i zwiększa fiskalizm bez mówienia o wzroście podatków i jeszcze: “By żyło się lepiej”: skarbówka nie daruje nikomu

„Życie w Polsce wyraźnie przyspiesza, bijąc przy okazji światowe rekordy. Już nie tylko miesięcznice zastępują obchodzone dawniej rocznice, których udawało się zmieścić w roku tylko jedną. Z miesięcznicami tych problemów nie ma. Rząd, jeśli wierzyć Rzepie (24.05.17), zafundować zamierza Polakom także dnice. Mamy nadzieję że się ta nazwa przyjmie bo trudno inaczej nazwać projekt nowelizacji ordynacji podatkowej przewidujący że przedsiębiorcy przesyłać mają fiskusowi dobowe wyciągi z firmowych kont. Owszem, to nie pomylka – co 24 godz! Byłby to absolutny rekord świata w inwiligilacji.

Ministerstwo finansów nadpremiera Morawieckiego chce drogą codziennej kontroli „wyłapywać podejrzane transakcje”, i do czorta z jeszcze jedną warstwą biurokracji nakładanej firmom przez „dobrą zmianę”. Zamiast produkować artykuły rynkowe firmy będą musiały przestawić część mocy przerobowych na produkcję wymaganych przez Morawieckiego danych. Dobra zmiana chce najwyraźniej obniżyć dalej i tak już niewielkie bezrobocie w kraju bo przecież  produkcja codziennej  porcji makulatury wymagać może dodatkowych księgowych i biegłych rachmistrzów. Co prawda banki mają  spontanicznie podjać się roli kapusiów kablując do fiskusa dane rachunku nawet bez udziału firmy ale dotyczy to tylko rachunków krajowych. Banków zagranicznych do automatycznego kablowania na polskich przedsiębiorców na razie skłonić się jeszcze nie udało. W tym przypadku donoszeniem na siebie zająć się będą musiały same firmy. Po drugiej stronie skokowy wzrost wolumenu przychodzących do US danych wymagał będzie także wzmocnienia mocy kontrolnych a więc dalszego naboru nowych kadr oraz kadr kontrolerów kontrolujących te kadry.

Wprawdzie po usunięciu dawno już temu jakiejkolwiek prywatności finansowej nic i tak już nie przeszkadza fiskusowi we wglądzie do konta krajowego dowolnej firmy ale wiąże się z tym jednak pewna fatyga. Trzeba mianowicie wszcząć kontrolę czy też wysmarować pismo do banku. Podobno najnowszy wynalazek nadpremiera Morawieckiego – jednolity plik kontrolny, z jego kolejną warstwą biurokracji – już nie wystarcza. Z drugiej strony wiadomo że złowrogie karuzele VAT-u kręcą się coraz szybciej a transakcje wykonywane są w nich nawet co dzień. Tak więc dzięki dobrej zmianie, Polska wskoczy jednym susem do awangardy państw z firmami poddanymi bezbolesnemu zabiegowi totalnej, codziennej inwigilacji państwa. Kuracja Morawieckiego, oczyszczająca biznes z karuzeli VAT-u, pożyczyć może slogan z przedwojennego środka farmakologicznego: „ czyści nie przerywając snu”…” (cynik9 – Wojna z karuzelami czyli kapowanie firm trybem ciągłym)

podobne: Solidarni z mafią, czyli zaległym VATem w przedsiebiorcę polecam również: „New Deal” po polsku czyli „jednolity podatek” dla przedsiębiorców. „Dobra zmiana” czy wielki kryzys? i to: „Dziennik Gazeta Prawna”: NBP eliminuje obrót gotówką. „Puls Biznesu”: Podatkowe pole minowe oraz: „Słońce Peru przypala wszystkich prócz kasty urzędników”… Nie daj sobie wmówić że „ONI” są potrzebni a także: POPIS w natarciu! czyli…”Krynica mądrości” Tusk i „karny podatek” Kaczyński polecam również: Tacyt: „Przy największym państwa nierządzie najliczniejsze były prawa”. Rekordy biurokracji, zmiany w prawie karnym i schizofrenia Platformy. Państwo jak rabuś czyli… komu to wszystko służy? i jeszcze: O tym jak państwo „opiekuńcze” zamiast pomagać jednostkom zubaża całe społeczeństwo

„…Niekontrolowany przez nikogo urzędnik skarbówki będzie miał wg projektu nowelizacji Morawieckiego całkowitą i pełną wiedzę o wszelkich przepływach  finansowych firmy,  niezależnie od tego czy firma będzie czysta jak łza czy nie…

…A wiedza to siła.  Dane te mogą okazać się zbyt cenne aby  nie skorciły jednego czy drugiego urzędnika do ich wykorzystania,  świadomie czy nawet nieświadomie.  Taka jest po prostu natura ludzka a Morawiecki przecież całego fiskusa nie upilnuje.  Jego urzędnik będzie więc miał  nieuzasadnioną siłę bo będzie miał  dostęp do wiedzy,  niezależnie od tego czy ktoś oszukuje na VAT-cie czy nie.   Kto zagwarantuje że zachowa ją tylko dla siebie?  Kto zapewni że jej nie wykorzysta przeciwko firmie albo dla osiągnięcia osobistych korzyści materialnych?   Jaką rekojmię będzie miała firma że jej dane nie wyciekną do konkurencji czy nie zostaną  użyte do szantażu? W  kraju tak korupcyjnym jak Polska nikt o zdrowych zmysłach nie może żywić nawet wątłej nadziei że tak się stanie,   a jeszcze mniej że poniesione szkody firma kiedykolwiek wyprocesuje od państwa.

Ludzie którzy wykończyli Kluskę zamiast wisieć do dzisiaj chodzą wolno.   Stanowią żywe memento tego że mimo zmian są sektory w których  nie zmieniło się nic i  że nadal brniemy drogą  Kluski…

…Nieprzemyślany potworek Morawieckiego, w zaproponowanej wersji, sprowadzi się do permanentnej „fishing expedition” –  spójrzmy na dane dowolnej firmy  a z pewnością już do czegoś się dogrzebiemy.  Jak nie do VAT-u to przyczepimy się do tuzina innych rzeczy które wyjdą na jaw.

Szkodliwy, totalitarny gniot dobrej zmiany!” (cynik9 – Gniot nadpremiera jeszcze o fiskusie i automatycznych wyciągach dziennych z kont firmowych)

podobne: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą. oraz: W służbie zdrowiu czyli prosto do nieba. O walce rządu z „toksyczną konkurencją” w szpitalach i aptekach kosztem pacjentów i konsumentów a także: Zamiast „jednolitego podatku” centralna baza (PO)rachunków oraz „obywatelska emerytura” czyli… szukanie pokrycia dla rekordowego deficytu kosztem obywateli. Ostrowice jako przykład (nie)”zrównoważonego rozwoju” w skali mikro polecam również: Leonid Savin: Lobbing, jako najwyższa forma korupcji czyli… Rewolucję raz poproszę! i jeszcze: podobne: Pod przykrywką wygłupu Sikorskiego fala rabunku przetoczyła się przez sejm: uwolnienie kominówek, rząd kładzie łapę na depozytach, centralna baza „haków” skarbówki, zamiast śmieciowych umów o pracę będzie śmieciowa emerytura. Do diabła z taką opozycją! Dratewka potrzebny od zaraz

Jean Rousselot – Protection

„…W książce „Sekretne życie drzew” chodzi o to, że drzewa tworzą coś w rodzaju komuny, ale przychodzą źli ludzie i je wycinają. I to jest powód do wzruszeń i płaczu. Ja nawet nie próbuję wyjaśniać nikomu, że jak ktoś używa słów takich jak komuna, kolektyw, nowe społeczeństwo albo innych, o zbliżonym znaczeniu, to znaczy, że jest wysłannikiem Ala Capone, który bada możliwość ściągnięcia haraczu z frajerów przy minimalnym wysiłku. To jest nie do wytłumaczenia, albowiem ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że wiodą inne, sekretne życie, które jest o wiele ważniejsze od tego jawnego, podporządkowanego emocjom serwowanym przez domy wydawnicze. Te zaś służą tylko temu, by odwrócić naszą uwagę i zasłonić czymś degradację, jakiej poddawani jesteśmy przez całe życie. I niech się nikomu nie zdaje, że tu chodzi o jakieś użeranie się z prezesem spółdzielni mieszkaniowej, organizacji z istoty samej przestępczej i heretyckiej, skupionej na tym, by za rzecz najbardziej oczywistą, czyli dach nad głową, pobierać od ludzi horrendalne sumy wespół z finansującym ją bankiem. Tym zaś biednym ludkom wmawiać, że tworzą jakąś wspólnotę, jakąś komunę, jak te drzewa w książce o sekretnym życiu i stwarzać im złudzenie wolności i samodzielności. Chodzi o sprawy o wiele poważniejsze. Oto nie ma innej opcji dla ludzi i drzew żyjących w komunie jak niezawiniona śmierć. Jedyne zaś co mogą oni po sobie zostawić, to pułapka na kolejnych im podobnych, tak sprytnie skonstruowana, by stworzyć złudzenie, że co prawda wtedy nie wyszło, ale tym razem uda się na pewno. Nigdy się nie uda, bo członkowie komun i kolektywów są przeznaczeni do krótkotrwałej obsługi urządzeń konstruowanych przez inżynierię społeczną. Rotacja kadr jest błyskawiczna, a nadzorca nie znosi sprzeciwu i domaga się, by zostawać w robocie po godzinach. Wszystko zaś przedstawiane jest jako szczyt szczęścia i sukcesu. Kończy się zaś zawsze tak samo. Z krzaków wyłaniają się drwale z pilarkami, ludzie których istnienia komuna nawet nie podejrzewała i zaczynają swoją robotę. Nie ma mowy o potomstwie i dziedziczeniu, bo w warunkach, w których rządzi kolektyw są to przesądy. Nie ma mowy o życiu po życiu, bo to są jeszcze gorsze przesądy. Jest tylko całkiem złudna i oszukana nadzieja na trwanie i to niesamowite zaskoczenie kiedy okazuje się, że to jednak już, że dalszego ciągu nie będzie.

System ten, choć groźny i ponury, ma swoje wady i niedociągnięcia. Jest nieszczelny, o czym zaświadczyć mogę ja osobiście, ale także bardzo kosztowny. To znaczy utrzymanie ludzi w trwającym długo złudzeniu generuje koszty bardzo poważne, stąd misją każdej herezji, także tej, jest skrócenie życia, a także zanegowanie rozrodczości i dziedziczenia. Skąd się w takim razie bierze nowych frajerów do obsługi systemu? Przyciąga się ich zza morza, stwarzając na obszarach gdzie mieszkają prawdziwe piekło. Przy czym pamiętać musimy, że nie ma takich kosztów, których jeszcze nie dałoby się obniżyć. No, ale świat współczesny, to świat luksusu, o czym ty gadasz chłopie? Już ja wiem o czym.

Złudzenie luksusu na kredyt nie może przy tym trwać wiecznie, bo bańki spekulacyjne pękają. Zastępuje się wtedy luksus siermięgą i sekretnym życiem drzew, a magazyny czyści się z towaru. Potem przychodzi czas nauki i tytanicznej pracy dwóch pokoleń przybłędów. Kiedy trochę okrzepną, proponuje im się kredyty i buduje kolejne złudzenie. I tak w kółko...” (coryllus, źródło: szkolanawigatorow.pl – Sekretne życie ludzi)

„…Nawet drzewa próchnieją przedwcześnie
A przecież istnieją – bezgrzesznie.”

podobne: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości” i to: „Szkoła” Jacka Kaczmarskiego czyli zapowiedź najnowszej książki Gabriela Maciejewskiego („Socjalizm i śmierć”)… Bo wszystko już było (na kole historii) a także: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom?

PS…

„…Jeżdżąc przedwczoraj i wczoraj, opłotkami jak zwykle, zobaczyłem cztery miejsce, w których powalone drzewa położyły się wprost na linię energetyczną lub telefoniczną. Przy ul. Łagodnej, cały rząd wierzb rosnących nad stawami został wprost wywalony wraz z korzeniami i nad ulicą sterczały w górę wielkie karpy, pnie zaś pozrywały linię telefoniczną. Nikt tego nie naprawiał i pewnie jeszcze nie naprawił. W poprzek ul. Piaskowej położyły się dwa wielkie świerki, to one chyba złamały słup energetyczny, który stał przy ulicy. Na pewno zablokowały jezdnię na długie godziny. Najgorzej jednak było przy przedszkolu przy ul. Górnej. To znaczy jeśli oglądać wszystko od naszej strony, bo nie wiem jak było w mieście. Nie wjeżdżałem tam. Ktoś dopuścił, że przy parkingu na niewielkim placyku urosły wysokie osiki samosiejki. Nie wiem czy plac jest miejski czy prywatny, ale tych drzew tam nie powinno być. Większość z nich była zainfekowana jakimś owadem czy grzybem i schła od góry. Przed wczoraj huragan powalił wszystkie te drzewa wprost na samochody stojące pod przedszkolem. Widok nie był za wesoły, a ja pomyślałem o tych wszystkich osobach, które płaczą, że zły minister Szyszko wycina dobre i kochane drzewa, która tak upiększają krajobraz. Te drzewa nie upiększały niczego, pozostawione same sobie w przestrzeni miejskiej, wyrosłe na żwirowatej – wcześniej był tam skład tłucznia i materiałów budowlanych – przepuszczalnej glebie, z płytkim systemem korzeniowym, stanowiły tylko zagrożenie. Do tego były rozsadnikiem chorób. Na sam koniec zaś stały się przyczyną poważnych szkód. Ktoś powie, że to są wypadki losowe. Oczywiście, ale są też granice zidiocenia, które tak zwani miłośnicy przyrody, szczególnie tej rosnącej na cudzych nieruchomościach, przekroczyli już dawno. Wszyscy wiedzą ile potrzeba korowodów, by wyciąć na swojej własnej działce jedno czy dwa drzewa. Próbowano to zmienić, ale PiS ugiął się pod naciskiem organizacji terrorystycznych zwanych z nierozpoznanych przyczyn organizacjami ekologicznymi…” (coryllus, szkolanawigatorow.pl – Pik idiotizma)

„Gdy wycinają młody las
I cieknie sok z przeciętych pni
Nie gaśnie żadna z ważnych gwiazd
Nic nie wstrzymuje biegu dni
I słychać tylko siekier jęk
Bo nie jest skargą drzew ich trzask
W tej ciszy duma jest i lęk
Gdy wycinają las

Vladimir Kush – Redwood Cutting

A kiedy zwożą młody las
Gałęzi rośnie gęsty stos
Za którymś ze strąconych gniazd
W rozpaczy ptak gdzieś krzyczy w głos
Ale nie tonie nikt we łzach
Gdy pnie padają raz po raz
W tej ciszy godność jest i strach
Gdy zwożą młody las

A kiedy palą młody las
To słychać jęk i pisk, i huk
I dym przesłania słońca blask
A żar ogromny zwala z nóg
I piją z drwalem drwal za trzech
Zyskowny chwaląc sobie czas
I słychać rzeczy wiecznych śmiech
Gdy palą młody las

Po karczowisku błądzi wiatr
Popiół rozwiany, ogień zgasł
Odeszli drwale do swych chat
I rośnie młody las”

Jacek Kaczmarski – Młody las

poprzednio: Magnetyzm socjalizmu od przedszkola do Opola czyli śladami hrabiego Ronikiera – towarzysza „Istotek” po „wesołym miasteczku” (Kaczmarskiego) podobne: Jacek Kaczmarski i poetycka pamięć o stanie wojennym. „Stan wojenny trwa dla każdego przez całe życie, od narodzin do śmierci” czyli… „Obława II” i korpoustRÓJ

Reklamy

Lewicowa wrażliwość czyli… Afera reprywatyzacyjna spuścizną układów w Magdalence i belką w oku PIS.


Przez ostatnie tygodnie mogliśmy się dowiedzieć z wielu mediów jak to zgraja cwaniaków wskazana przez mapę „dzikiej reprywatyzacji” (pod przewodnictwem Pani Prezydent Warszawy – Hanny Gronkiewicz Walc) dokonała strasznego zaboru „państwowego mienia”. Nie mam zamiaru bronić szubrawców zamieszanych w ten proceder, którzy sobie tylko znanymi kanałami w ramach (jak zwykle) dziurawego prawa dokonywali zawłaszczeń nieruchomości na ogromne sumy pieniędzy wykorzystując cudze prawo własności. Kto chce ten sam odnajdzie w internecie stosowny materiał na ten temat i wyciągnie stosowne wnioski. Tu odeślę do innego znacznie groźniejszego wątku który można nazwać „zagraniczną reprywatyzacją” (Przekręty na reprywatyzacji – rozmowa z dr Ryszardem Ślązakiem) dotyczącego roszczeń obywateli obcych państw.

Ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę na dużo poważniejszy problem od wspomnianej na początku kliki z Warszawy. Chodzi mi o pozorną nieudolność samego państwa, które pozwala na tego rodzaju szalbierstwa pod płaszczykiem prawa, bo nie potrafiło/nie chciało przez tyle lat rozliczyć się ze swoimi obywatelami ograbionymi za komuny przez Bieruta i jego sitwę (co do dziś mylnie i bez wstydu nazywa się „nacjonalizacją”), i które jedyne co potrafiło wymyślić w tej sprawie to zatrzymać cały proces reprywatyzacji ze szkodą również dla prawowitych właścicieli… (Odys)

„Afera reprywatyzacyjna w Warszawie i kwestie zwrotu działek, które od kilkunastu lat dotyczą Poznania, są nie tylko bulwersujące czy kontrowersyjne. Są przede wszystkim doskonałym obrazem jak od lat (nie?) działa nasze państwo.

Najpierw był dekret Bieruta dla Warszawy. Następnie ustawy uchwalane przez komunistyczne władze, na mocy których odbierano ziemie m.in. w Poznaniu. Jednak w stolicy Wielkopolski niejednokrotnie wywłaszczano w sposób bezmyślny idąc przede wszystkim na ilość. Nikt nie pomyślał wtedy, że mieszkańcy w przyszłości mogą upomnieć się o swoje i nie powinno zabierać się ziemi bez opamiętania. Skutki takiej działalności odczuwane są do dzisiaj, czego najlepszym przykładem jest ok. 320 postępowań zwrotowych w Poznaniu. A część na pewno zakończy się po myśli byłych właścicieli. Koniec PRL nie oznaczał jednak początku normalności. Wręcz przeciwnie, jak się później okazało, był to początek nieprawidłowości i afer, które po raz kolejny ukazały jak nie powinno działać państwo. Przykładem jest afera testamentowa, po której skazana sędzia nadal orzekała. Niezrozumiałe jest dla mnie, że przez kilkadziesiąt lat państwo polskie nie poradziło sobie z reprywatyzacją tak, by uniknąć przy tym kontrowersji, niejasności i afer. Teraz mamy czekać na kolejne? „

Czytaj więcej: http://www.gloswielkopolski.pl/opinie/a/jak-nie-dziala-panstwo,10554272/

Jakiś czas temu niejaki (ni)Jaki (zwany sekretarzem stanu w ministerstwie „haha sprawiedliwości”) zapowiedział powrót do słupków jakie ktoś mu wydrukował, i które z nieudawaną powagą (i zadowoleniem) prezentował w telewizorze, gdzie było jak byk namalowane na niebiesko że za rządów PISu oddawało się ludziom najmniej. I TO jest właśnie cel tej bandy socjalistów – zatrzymać reprywatyzację, żeby NIKT (łącznie z prawowitymi właścicielami) nie mógł dostać tego co komunista Bierut postanowił zatrzymać dla siebie i swoich aparatczyków (o czym więcej tu: Ustawa reprywatyzacyjna gorsza od dekretu Bieruta). Bo tak jak za tamtych czasów (i jedynie słusznej ideologii) tak i dziś państwo jest najwyższą wartością dla tych ludzi, więc nie liczy się prawo zwykłych obywateli do odzyskania tego co im komuna zagrabiła. „Dojna zmiana” napisze w związku z tym stosowną ustawę i wszystko pozostanie „legalnie” we władaniu państwa ale nie narodu.

Ciekawe ile z tego zostanie zabezpieczone na poczet żydowskich roszczeń majątkowych, bo tylko to moim zdaniem tłumaczy ujawnienie i rozkręcenie tej afery przez Gazetę Wyborczą i kibuca Śpiewaka bez żadnej estymy dla Pani Prezydent Warszawy HGW. I myślę że nawet Pan Schetyna widzi w tym poświęceniu partyjnej koleżanki głębszy sens jeśli myśli o monopolu na rząd dusz w partii, a i na temat zobowiązań wobec Żydów ma dość jednoznacznie precyzyjne POglądy (o czym więcej tu: Stanisław Michalkiewicz o POPISowej „służbie Polsce” za 54 „partyjne” miliony (i zegarek) a wszystko na poczet 60 mld dolarów jakie „sprawiedliwi wśród narodów świata” według Schetyny są winni Żydom). Cała akcja zaczyna zaś wyglądać na ponadpartyjne porozumienie w kontekście spotkania do jakiego doszło w Nowym Jorku z udziałem Pana Dudy i działaczami żydowskiej Ligi Antydefamacyjnej. (Odys)

„…proszę Pana Prezydenta, by poinformował opinię publiczną w kraju, co konkretnie Żydom obiecał. Rzecz w tym, że ewentualna „legislacja” może doprowadzić do drastycznego ograniczenia wolności słowa w Polsce, w następstwie czego środowiska lub organizacje żydowskie zyskają możliwość dyktowania Polakom, co wolno im mówić, a czego nie, podobnie jak zyskają wpływ na swobodę badań naukowych. Jeszcze gorsze następstwa mogą wynikać z obietnicy dokonania „restytucji” mienia żydowskiego w Polsce, czego organizacje żydowskie od lat się domagają, kierując pod adresem Polski bezpodstawne roszczenia. Bezpodstawne – bo naciski na polskie władze idą w tym kierunku, by dopiero stworzyły namiastkę podstawy prawnej, swego rodzaju pozór legalności, na podstawie którego organizacje żydowskie uwłaszczyłyby się na majątku w Polsce. Warto zwrócić uwagę, że roszczenia te szacowane są na 65 mld dolarów – co potwierdził były ambasador Izraela w Warszawie, dr Szewach Weiss – a więc stanowią równowartość rocznego budżetu państwa. Polska nie jest w stanie wygenerować takiej gotówki bez spowodowania natychmiastowej katastrofy ekonomicznej i społecznej w kraju. Zatem, jeśli miałaby nastąpić owa „restytucja”, musiałaby ona zostać dokonana w naturze, to znaczy – w nieruchomościach. To zaś oznacza, że środowisko obdarowane takim majątkiem, dysponowałoby nim na terenie Polski, uzyskując natychmiast dominującą pozycję ekonomiczną, która przełożyłaby się na dominującą pozycję społeczną i polityczną. Inaczej mówiąc, naród polski zostałby we własnym kraju zepchnięty na pozycję narodu drugiej, a nawet trzeciej kategorii. Dlatego poinformowanie polskiej opinii publicznej w przedmiocie poczynionych przez Pana Prezydenta obietnic wydaje się bezwzględnie konieczne.” (Stanisław Michalkiewicz – Panie Prezydencie, co Pan obiecał Żydom?)

podobne: Michalkiewicz wyprorokował: Emerytury dla ocalałych z Holocaustu czyli… Przełom i wyłom w polskiej kasie „Zespołu HEART”. oraz: Holokaust jako przedsiębiorstwo zakłamywania historii, pedagogiki wstydu i wyłudzania pieniędzy od Polaków.

Takim oto sposobem kliku złodziei którzy uwłaszczyli się „nielegalnie” (choć działali w oparciu o jakieś prawo, którego sami przecież nie uchwalali) stało się pretekstem żeby z kamienicami zrobić to samo co z ziemią i z oszczędnościami Polaków w ramach nowelizacji przepisów o „ustroju rolnym”, oraz o „bankowym funduszu gwarancyjnym”. Nie dla psa kiełbasa! Kiełbasę będzie jadł Pan Śpiewak i inni „oburzeni” kibuce którzy nakręcają spiralę nienawiści do „niecnego procederu” zwrotu zagrabionego Polakom mienia.

Jak tu nie chwalić „dobrej zmiany” że dba o państwo? Tylko Bierut ze swoim dekretem dbał lepiej. A że razem z kąpielą wylane zostanie dziecko to już mało kto zauważy. Ile w końcu jeszcze zostało takich których ograbiono za komuny i jaki to odsetek narodu? Nikt też im współczuć nie będzie. Kto by tam współczuł „posiadaczom” i „prywaciarzom” co to na „złodziejskiej reprywatyzacji” chcieli się „dorobić”. Stosownej zaś dramaturgii (i słuszności) całej sprawie nadał eksploatowany przez lewicę (i Pana Ziobrę) przypadek Pani Jolanty Brzeskiej… (Odys)

„…Nic nie wiemy o tym, czy Jolanta Brzeska była socjalistką, komunistką czy trockistką, ale koledzy Sierakowskiego upominają się o nią i zamiast iść na jej grób zapalić tam świeczkę, albo dać na mszę za jej duszę, śpiewają piosenkę, w której wszyscy są winni śmierci Jolanty Brzeskiej tylko nie oni. Oni bowiem są zawsze tam gdzie świeci jutrzenka swobody, płonie święty gniew ludu i szykują się rzeczy wielkie. Okoliczności śmierci Jolanty Brzeskiej są z grubsza znane, ale jeszcze je przypomnijmy. Pani ta postawiła się właścicielowi kamienicy, który chciał podnieść czynsze lokatorom, a następnie ich wysiedlić. Nie pamiętam na jakich zasadach człowiek ów wszedł w posiadanie tej kamienicy, ale znając okoliczności przejmowania budynków w stolicy przez różne organizacje i pojedynczych ludzi, sądzę, że miał ów sposób wiele wspólnego z socjalistyczną gospodarką planową. Jak wiemy wiele osób z różnych stron świata zgłasza się po swoją rzeczywistą i rzekomą własność nieruchomą w polskich miastach, ale w piosence młodych trockistów nie o nich ani słowa. Jest za to mowa o Kościele i narodzie. Widzimy tu, mniemam, że wyraźnie pułapkę zastawioną na nasze biedne umysły i serca, które uwielbiają poddawać się fali świętego oburzenia, w tych szczególnie przypadkach, kiedy ofiara jest niewinna i szlachetna. Sport ten ma swoje odmiany, a do najbardziej lubianych należy ekscytacja grupowa. Tej zaś nie ma bez piosenek, filmów, programów i publicystyki. Czyli bez całej machiny propagandowej, którą programuje się jak maszyny w drukarni – na wielkie nakłady zestandaryzowanych produktów. Dlatego właśnie jak ktoś wpadnie w taką pułapkę już najprawdopodobniej z niej nie wyjdzie. Będzie siedział i lamentował nad tym, jak źle jest a świecie, że muszą umierać ludzie. Monopol na tę narrację ma lewica, która zawsze jest pierwsza jeśli idzie o wyrażanie współczucia w mowie wiązanej, ma do tego dobre tradycje warsztatowe i na podorędziu ludzi, którzy za propagandę zabierają się fachowo i nazywają ją potem sztuką…” (coryllus, całość tu: Kat, ofiara, Che Guevara)

Źródłem tej patologii jest znana ale do tej pory niezrozumiana przez większość obywateli historia, w której udział brały wymienione wyżej zainteresowane do dziś strony… (Odys)

„…Jacek Kuroń za pośrednictwem pułkownika Jana Lesiaka, przekazał ówczesnemu hegemonowi na tubylczej scenie politycznej, czyli RAZWIEDUPR-owi ofertę, że w zamian za wymiksowanie „ekstremy” z podziemnych struktur, „lewica laicka” a więc dawni stalinowcy, co to na skutek rasistowskich motywacji obrócili się przeciwko partii, a nawet przekształcili się w jeden z nurtów „opozycji demokratycznej”, udzieli RAZWIEDUPR-owi gwarancji zachowania pozycji społecznej komunistycznej nomenklaturze i gwarancji zachowania tego, co sobie akurat kradnie. I selekcja kadrowa też udała się w stu procentach; o ile pierwsza „Solidarność” była budowana od dołu do góry, to druga, ta reaktywowana – od góry do dołu. Wszystko było pod kontrolą, łącznie z „Bolkiem”, co to w nagłej potrzebie wygrywał w totolotka. To właśnie było najtwardszym jądrem porozumienia „okrągłego stołu”, którego najistotniejsze szczegóły zostały uzgodnione w Magdalence, z udziałem Lecha Kaczyńskiego, lansowanego dzisiaj na smoleńskiego świątka III Rzeczypospolitej.

No i teraz, w 26 lat po tym wszystkim, pan prezes Jarosław Kaczyński, objawił swoim wyznawcom, że wszystko się skawaliło dlatego, że „etos Solidarności uległ doktrynie postkomunizmu i neoliberalizmu”. Skoro taka – jak powiadają gitowcy – poważna zastawka nas spotkała, to wypada nam rozebrać ją z uwagę, co najmniej z taką samą, z jaką Wojski rozbierał przypowieść królowej Dydony. Otóż jeśli traktować poważnie fantasmagorie podawane do wierzenia przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego w hagiografii jego autorstwa, to ani przy okrągłym stole, ani tym bardziej w Magdalence, nic nie mogło zostać uzgodnione albo bez udziału „brata”, albo bez udziału obecnego pana prezesa, w stosunku do którego „brat” zawsze poczuwał się raczej do umiejętności wykonawczych, czemu dał wyraz w spontanicznym meldunku w roku 2005. Zatem pan prezes Kaczyński nie mógł nie mieć wpływu na program gospodarczy „Solidarności” z roku 1989, którego dwa filary („bo Berman oraz Minc Hilary, ludowej władzy dwa filary…”) sprowadzały się do „indeksacji płac i dochodów” to znaczy – pilnowania, by wszyscy dostawali „według żołądków” oraz do ugruntowania pozycji samorządów w zakładach pracy – oczywiście państwowych, no bo jakże by inaczej? Przypuszczenie, że pan prezes Jarosław Kaczyński, a już zwłaszcza jego brat Lech, nie miał żadnego wpływu na treść tego programu, byłoby niegrzeczne. No dobrze – ale co to właściwie znaczy? Ano to, że pan prezes Jarosław Kaczyński nie miał nic przeciwko temu, by uwłaszczona, czy uwłaszczająca się nomenklatura, nie tylko stała się główny organizatorem życia gospodarczego, ale żeby system prawny został podporządkowany interesom tej szajki. Przypuszczenie, że mogło być inaczej, to znaczy, że ani Lech Kaczyński, ani tym bardziej pan prezes Jarosław Kaczyński nie miał wtedy nic do gadania, bo podzielał propagandową tezę, ze wobec „panu Balcerowicza nie ma alternatywy”, stałoby w jaskrawej sprzeczności z opublikowaną właśnie hagiografią, więc jakże jej zaprzeczać? Ale w tej sytuacji musimy przyjąć, że promotorami – cóż z tego, że nieświadomymi rzeczy? – ideologii „doktryny postkomunizmu”, byli bracia Lech i Jarosław Kaczyńscy. Co gorsza – pan prezes Jarosław Kaczyński nadal jest promotorem „ideologii postkomunizmu”, nawet jeśli czyni to – w co chętnie wierzę – „bez swojej wiedzy i zgody”. Autoryzowany przezeń program rozdawnictwa publicznych pieniędzy za cenę zadłużania przyszłych pokoleń Polaków, jest obliczony – jeśli podjąć próbę jakiejś racjonalizacji tego idiotyzmu – na zaskarbienie sobie nostalgicznych wspomnień na wzór nostalgii za Edwardem Gierkiem, a więc na budowanie sobie pomnika trwalszego od spiżu. Przyszłe pokolenia Polaków będą z tego powodu jęczały w babilońskiej niewoli lichwiarskiej międzynarodówki – ale pan prezes schroni się już przed wszelką krytyką w grobie. To oczywiście jest przypuszczenie uprzejme, bo uznanie, że forsowany przez pretorianów pana prezesa Kaczyńskiego: panią Szydło i pana Morawieckiego program rozdawnictwa, nie jest obliczony na żaden efekt, byłoby już bardzo niegrzeczne…” (Stanisław Michalkiewicz – Brednie pana prezesa)

„…Kierunek, w którym zmierza narracja dotycząca własności, lansowana przez naszych jest oczywisty, reprywatyzacja tak, ale na zasadach które proponujemy i z zastosowaniem pojęć, które proponujemy. Mechanizm ten zmierza też, jak w poprzednich socjalistycznych otwarciach polityki krajowej, do wskazania winnego wszystkich nieszczęść. Nie personalnie i nie w sensie odpowiedzialności za winę, ale tak bardziej propagandowo, żeby kolektyw wiedział kogo ma się obawiać, komu klaskać, a na kogo buczeć. Nie będzie dobrze…

…Przez chwilę oglądałem film „Miasto 44”, ale nie dałem rady. Jeśli na jednym kanale Pawlicki ustawia dyskusję o tym, kto jest właścicielem nieruchomości zniszczonych podczas Powstania, a na innym widzimy to Powstanie i te zabijane dzieci, oraz burzone nieruchomości, to ja w zasadzie nie rozumiem o czym jest ta dyskusja. Przedstawiciele socjalistycznego rządu przedwojennej Polski, zainteresowani kontynuowaniem tej socjalistycznej tradycji po wojnie, sprowokowani do akcji przez fałszywych sojuszników, przyczynili się walnie do zdewastowania miasta. PRL był – czego uporczywie nie chcemy przyjąć do wiadomości – kontynuatorem tradycji II RP, a wielu polityków i urzędników tamego ustroju odnalazło się w strukturach władzy po wojnie. To co nastąpiło w czasie działań wojennych, było – z punktu widzenia władz politycznych Polski – walką frakcyjną. Jedna frakcja musiała ustąpić innej i została przez tę inną frakcję zniszczona. Ocaleli ci, którzy mogli się przydać. Kontynuacją PRL była III RP, a kontynuacją III RP jest to co mamy teraz. Zadajmy pytanie – czy państwo ma jakieś zobowiązania wobec obywateli i w jakim wymiarze zamierza je wykonywać? Jeśli już nie chce, a nie chce, zwracać nieruchomości, zagrabionych, zniszczonych przez głupotę przedstawicieli administracji i armii międzywojennej, to niech przynajmniej nie dopuszcza do tego, by ukrywać właściwych beneficjentów tej jumy i niech nie dopuszcza do tego, by dyskusja o własności zamienianiała się w dyskusję o wywłaszczeniu. Wywłaszczeniom bowiem, kiedy się je raz zacznie nie ma końca…” (coryllus, całość tu: Pawlicki prowadził program o własności)

We wspomnianym przez coryllusa programie nie mogło oczywiście zabraknąć wspomnianego wcześniej Pana Śpiewaka, kreowanego w mediach na „obrońcę ludu”… (Odys)

„…Jan Śpiewak bronił przed wyrzuceniem mieszkańców fińskich domków na Jazdowie tak skutecznie, że otrzymał jeden z domków na żydowski kibuc. Przykro mi ale nie widzę najmniejszego sensu urządzania kibucu w centrum stolicy. Bardziej nadawałby się do tego szczytnego celu jakiś zrujnowany i opuszczony PGR. Śpiewak założył również stowarzyszenie „Miasto jest nasze”, które z powodzeniem startowało w wyborach samorządowych. Zastanawiałam się co to znaczy „miasto jest nasze”? Nasze są ulice, czy kamienice? Poza tym co to znaczy MY? Oby nie okazało się, jak często bywało, że MY to zakamuflowani ONI. Śpiewak odważnie ujawnia afery reprywatyzacyjne w Warszawskim ratuszu. A przecież o tych aferach pisaliśmy od 2008 roku, ale nie było woli politycznej aby się tym zająć. Pierwsze wybiórcze reprywatyzacje miały miejsce już za prezydentury Marcina Święcickiego. Niektórzy z łatwością odzyskiwali swoje lub nie swoje kamienice, inni nie byli w stanie uzyskać nawet informacji o ich stanie prawnym. O skandalicznym przejęciu przez rodzinę Waltz kamienicy ukradzionej Openheimom pisałam w 2012 roku. Pisał również o tym tygodnik „W Sieci”. Teraz odkrycie i nagłośnienie tego faktu przypisuje się Janowi Śpiewakowi i jego, jak kiedyś Leppera, pokazuje przy każdej okazji w telewizji. Widać wyraźnie, że Śpiewak szykowany jest do zagospodarowania kryzysu w Warszawie a być może nawet na stanowisko prezydenta miasta. Nie jest wykluczone, że mieszkańcy Warszawy przekonani, że broni on ich interesów przed złodziejską mafią chętnie na niego zagłosują.

Podobnie ulegli kiedyś promowaniu Wałęsy. Odnoszę wrażenie, że gdyby umieścić główkę kapusty na kiju od miotły i wystarczająco często pokazywać w telewizji miałaby szanse zostać prezydentem miasta a nawet kraju. Śpiewak prezentuje się dobrze i mówi dokładnie to co chcielibyśmy usłyszeć. Troszczy się o wyrzucanych z rabowanych kamienic lokatorów i o instytucje pożytku publicznego. Sam fakt, że jest tak nachalnie promowany powinien nas jednak zastanowić…” (Izabela Brodacka)

całość tu: dakowski.pl – Przekładaniec

podobne: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach. oraz: Stanisław Michalkiewicz: Pogrobowcy Hilarego Minca czyli… Wilczek kontra „prawdziwa prawica”. i to: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność.

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Holokaust jako przedsiębiorstwo zakłamywania historii, pedagogiki wstydu i wyłudzania pieniędzy od Polaków.


Podjęta przez Żydów próba w 1939 roku zbudowania na polskich ziemiach autonomii żydowskiej jest zbrodnią przeciwko narodowi polskiemu. Polacy walczyli, bili się, krwawili. (…) Cały świat wie, że Żydzi cierpieli, Żydzi ginęli, o nas nikt nie wie. (…) Jedyne co jest przerażające dla mnie, to stosunek państwa polskiego do tematu, że my pojedynczy obywatele nie mamy siły przebicia. (…) po 1989 roku żaden rząd nie prowadził polityki historycznej i odkłamywania tej historii, tych bzdurnych oskarżeń wobec Polaków. My, Polacy musimy się bić w piersi, że tego nie pilnujemy.(…) Trochę tak jest, że to jest nasz styl, nasza mentalność, ale musimy się, proszę Państwa, obudzić.

(…) Mamy nowy rząd, mamy nowe władze i naprawdę trzeba zacząć dbać o dobre imię Polski i pokazać te dwa elementy zakłamania.” Zakłamanie, jak przypomniała dr Ewa Kurek, dotyczy też ceny, jaką ponosili Polacy za przechowanie Żydów w czasie wojny. Encyklopedie żydowskie nie zawierają informacji o karze śmierci dla przechowującego i dla jego rodziny.
Kolejnym tematem do odkłamania podniesionym przez Hannę Dobrowolską była wina żydowska wobec własnego narodu: „(…) Kolejnym mitem, który moim zdaniem obalasz skutecznie w książce, jest takie powszechnie wygłaszane przekonanie, że wyłącznymi katami narodu żydowskiego byli nie-Żydzi.”
W odpowiedzi dr Ewa Kurek przypomniała, że Judenrat dostał w 1940 roku prawo ściągania podatków od ludności mieszkającej w autonomii żydowskiej. Emanuel Ringelblum, kronikarz getta warszawskiego relacjonował, że podatki w getcie były tak wysokie, że ludzie nie byli w stanie ich płacić. Opodatkowany został chleb i „dlatego ludzie umierali na ulicach, a policja żydowska i Judenrat (…) myślała o otwieraniu kasyn. To nie ja wymyśliłam otwieranie kasyn, to jest w „Dziennikach” Czerniakowa (…) O roli Żydów w mordowaniu Żydów krzyczą żydowskie źródła, (…) najbardziej takim wstrząsającym [przykładem] jest przetłumaczona na polski „Pieśń o zamordowanym narodzie żydowskim” Icchaka Kacenelsona (…) Jeden z wierszy brzmi (…) tak:

„Jam jest ten, który to widział, który przyglądał się z bliska,
Jak dzieci, żony i mężów, i starców mych siwogłowych
Niby kamienie i szczapy na wozy oprawca ciskał
I bił bez cienia litości, lżył nieludzkimi słowy.
Patrzyłem na to zza okna, widziałem morderców bandy –
O, Boże, widziałem bijących i bitych, co na śmierć idą…
I ręce załamywałem ze wstydu… wstydu i hańby –
Rękoma Żydów zadano śmierć Żydom – bezbronnym Żydom!”

Dr Ewa Kurek podkreśliła, że zadaje w swoich książkach pytanie o to, ile Niemcy musieliby użyć wojska i policji by wyłapać 3,5 mln Żydów. „Tych ludzi wyłapali Żydzi. Chapeau bas dla Polańskiego, który w swoim filmie „Pianista” oddał rzeczywiście atmosferę getta, ale mało kto zwraca na to uwagę, jak Szpilmana prowadzą do wagonu już na śmierć z rodziną, z szeregu wyciąga go policjant żydowski, on jest ubrany w mundur [policji żydowskiej]… 

Czerniakow i gmina żydowska podsunęła Niemcom całą listę wychrzczonych Żydów. (…) Czasem bywało tak, że rodzina była od trzeciego pokolenia chrześcijanami i z donosu gminy żydowskiej i Czerniakowa przychodziło do domu Gestapo, dawało dziesięć minut na spakowanie i zabierało do getta. (…) Nie było w Polsce kościoła, proboszcza, który jakiemukolwiek Niemcowi udostępnił księgi parafialne (…) Proboszcz prędzej spalił te księgi niż pokazał Niemcom. (…) Często ci ludzie nie wiedzieli, że ich dziadkowie byli Żydami, bo od drugiego, trzeciego pokolenia już funkcjonowali jako katolicy i stracili życie, bo to był dla nich wyrok śmierci. Dotykamy tematów, o których mówią nam żydowskie źródła.” Jak wspomniała dr Ewa Kurek badania swoje celowo opiera na źródłach żydowskich, by nie być posądzoną o stronniczość.

…Dr Ewa Kurek przypomniała również dwa prawa żydowskie: pierwsze obowiązujące od II wieku po Chrystusie mówi, że w czasie niebezpieczeństwa wspólnota żydowska może poświęcić część swoich członków by ratować resztę i drugie, mówiące, że Żyd dla uratowania własnego życia może wydać na śmierć wszystkich, nawet rodzinę, bo jedynym obowiązkiem jest ratowanie własnego życia „(…) jak naród, który ma ratować przede wszystkim swoje własne życie może oskarżać nas, że za mało umieraliśmy za Żydów? (…) Mamy się wstydzić za naszych dziadów, że wybrali życie i dzięki temu my żyjemy?” Kolejna, przed oddaniem głosu publiczności, kwestia poruszona przez Hannę Dobrowolską dotyczyła autorstwa historii Żydów podczas II wojny światowej. Dr Ewa Kurek podkreśliła, że Żydzi pracujący w Judenratach, policji, a nawet w Gestapo to byli zasymilowani Żydzi mówiący po polsku, natomiast 85% Żydów przed wojną było Chasydami.
„Nazywam ich z wielką miłością „biedne Joski chude”. To ludzie, którzy nie znali polskiego, to żydowska biedota doprowadzona do biedy przez kahały, które ściągały podatki, to ludzie wysiedlani z małych miasteczek w 1939 i 1940 roku. (…) Oni cierpieli głód w getcie, dlatego, że musieli zapłacić od każdej kromki podatek. Ocaleli tylko oprawcy, ocaleli ludzie, którzy byli wysoko postawieni w Judenratach (…). Ben Gurion w 1946 roku, cytuję to w jednej z książek, do polskich Żydów powiedział otwartym tekstem:

„gdybyście nie byli ostatnimi łotrami, nie stalibyście tutaj przede mną” (…) Prawie wszyscy Żydzi, przyzwoici ludzie zginęli. Głos po wojnie mieli Żydzi, którzy sprawowali władze w autonomiach, ci oprawcy i robili oczywiście wszystko, żeby tę prawdę o swojej roli ukryć. Druga grupa Żydów, którzy mieli głos, to byli komuniści, którzy przyszli do Polski i przedostali się na zachód ze Związku Radzieckiego. (…) My, Polacy o tych biednych Żydach musimy pamiętać. Nawet jak pójdziemy do Muzeum Żydów Polskich, to nie ma słowa o tym, że 85% polskich Żydów to byli Chasydzi, w chałatach z pejsami. Nie ma ich zdjęć, nie ma śladu po nich. To głębsza sprawa – Żydzi zasymilowani wstydzili się naszych Chasydów, dla nich to była sekta, to był Taliban. (…) W getcie wśród tych Żydów zasymilowanych chodziło powiedzenie, że motłoch musi zginąć, motłoch czyli ci Chasydzi (…)”

Dr Ewa Kurek wspomniała również o ostatniej części swojej książki zatytułowanej „Jedwabne – anatomia kłamstwa”. Chciałaby by sprawa ta została rozwiązana do końca. Jej zdaniem, niedobrze się stało, że przyjęliśmy wszyscy, w tym prezydent „to historyczne kłamstwo z Jedwabnym. Dopuściliśmy do wstrzymania ekshumacji czyli daliśmy się wmanewrować w rozpowszechnianie o nas kłamstwa.(…) Myślę, że w najbliższym czasie doprowadzimy do wznowienia ekshumacji i do wyjaśnienia sprawy Jedwabnego.” (Dr Ewa Kurek)

całość tu: Przedsiębiorstwo zakłamania, z którym mamy do czynienia od 70 lat – wieczór autorski Pani dr Ewy Kurek 

podobne: Polska znowu oskarżana o kolaborację z nazistami przy holokauście Żydów. oraz: Fikcja kontra fakty czyli: „Obywatel” Stuhr i jego paranoidalna wizja „polskiego” antysemityzmu, „Króle Srule i koszerna husaria”, Ziemkiewicz o „antysemityzmie” Dmowskiego.  polecam również: Robert Cisek: Pokłosie czyli… inkryminacja Polaków o antysemityzm vs. historyczne fakty. i to: Żydzi (nie)są perfekcjonistami w robieniu rachunku sumienia innym. Janusz Korwin Mikke vs Szewach Weiss czyli… Jak rozmawiać z żydem bez postawy służebnej. Niemcy wypłacą renty i emerytury z tytułu pracy w getcie. a także: (GN)Ida antypolonizmu czyli reżyserska wizja Heleny Wolińskiej-Brus (pierwotnie Felicja Fajga Mindla Danielak, ps. Lena) i jeszcze: O „wyższości” holokaustu.IL nad holokaustem.PL

Ewa Kurek w klubie Ronina „„Polacy i Żydzi: problemy z historią” – 10.11.2015

Fragment książki Albina SIWAKA „BEZ STRACHU”:

„W telewizji kablowej jest program rosyjski, który często oglądam. U nich na temat Żydów mówi się więcej i śmielej. 17 sierpnia 2002 r. telewizja rosyjska nadała na prośbę ludności pewien program. Był on zapowiadany wiele wcześniej, bo zainteresowanie nim było bardzo duże. Wzięli w nim udział znani politycy oraz publiczność w studio. Temat audycji był aktualny, a dotyczył tego, czy ci, którzy mają mieszkania, domy, mienie, które przed wojną były własnością Żydów teraz muszą je zwracać? Prowadzący program zwrócił się do obecnego w studio ministra spraw zagranicznych Igora Iwanowa z pytaniem jak to jest w świetle prawa rosyjskiego i światowego? Minister Iwanow odpowiedział:

Ze wszystkich krajów, do których Żydzi wysuwają żądania zwrotu majątków po rodzicach lub dziadkach, tylko Polska uznaje te żądania i zwraca ale nie ma to nic wspólnego ani z prawem międzynarodowym, ani polskim. Nie ma też nic wspólnego z przyjętymi zasadami i prawem na świecie.. Prawo wszystkich państw stanowi jasno, że rodzice mają prawo przekazać swój majątek swym najbliższym. I nie chodzi tu o Żydów czy inne narodowości. Chodzi o wszystkich ludzi.
Prawo w Rosji – mówił minister – tak, jak prawo na świecie stanowi, że jeśli żyli u nas przed wojną Żydzi, to w czasie wojny wyemigrowali, bądź zginęli w obozach i nie zostawili spadkobierców. Dopiero po upływie wielu lat ich potomkowie wnoszą skargi i żądania zwrotu i chcą odzyskać majątek. Taki majątek nie jest zwracany ani w Rosji, ani na świecie. Z wyjątkiem Polski. Majątek ten zgodnie z prawem dawno stał się własnością skarbu państwa. Tylko w Polsce – mówił minister Iwanow – od czasu zakończenia II wojny światowej Żydzi będący cały czas przy władzy pilnowali, by te prawa uzyskać i, co gorsza, egzekwować je od państwa, czyli podatnika. U nas, w Rosji, jest takie samo prawo jak w Ameryce i na świecie. Żadnych majątków nie zwracaliśmy i nie będziemy zwracać. Oczywiście, że były liczne próby nacisku na rząd rosyjski, a nawet próby szantażu politycznego, ale myśmy się nie ugięli i zgodnie z prawem, majątek przeszedł na skarb państwa” – zakończył minister.

A u nas? Zwraca się oficjalnie i nieoficjalnie. Podstawia się ludzi żydowskiego pochodzenia, którzy nie byli rodziną akurat tych Żydów, którzy posiadali majątek i zginęli w czasie wojny. A przy tym jakież poparcie uzyskuje taki problem wśród naszych polityków i dziennikarzy! W stosunku do Polski Żydzi żądają zwrotu majątku, nawet jeśli dawno zmarli jego właściciele i w ogóle nie mieli potomstwa ani krewnych. Uzasadniają te żądania tym, że ten majątek nawet w przypadku całkowitego braku spadkobierców, musi być przekazany państwu żydowskiemu. Takie kuriozum mogli wymyślić tylko oni. Nikt nigdzie na świecie nie wpadł na taki pomysł.

Zewnętrzna interwencja Unii Europejskiej (czyli Niemiec) w Polsce możliwość takiego rabunku zdecydowanie przybliża…

„…w związku z tym lobby żydowskie w Polsce pozwala wykorzystywać się Niemcom na tej samej zasadzie, jak żydowska policja w gettach podczas okupacji. Wykonywała ona brudną robotę, podczas gdy Niemcy tylko się przyglądali i najwyżej zachęcali żydowskich policjantów do większej gorliwości. Historia, jak widzimy, powtarza się na naszych oczach, ale finał oczywiście zależy do tego, czy Unia Europejska tylko szczeka, ale nie gryzie, czy tez jednak gryzie.

Uruchomienie procedury sprawdzania przez KE stanu praworządności w Polsce musi bowiem zakończyć się jakimiś konkluzjami. Jeśli KE dojdzie do wniosku, że z praworządnością w Polsce wszystko jest w jak najlepszym porządku, będzie to sygnał, że Unia Europejska rzeczywiście tylko szczeka, a nie gryzie. Jeśli jednak przedstawi diagnozę odwrotną, że praworządność w Polsce jest zagrożona, to przedstawi też zalecenia, które będzie trzeba wykonać, by zagrożenia usunąć. Co to mogą być za zalecenia? Ano bez względu, czy będą dotyczyły Trybunału Konstytucyjnego, czy też przyjęcia do TVP pana red. Lisa i wypłacenie mu wielomilionowego odszkodowania za doznane zgryzoty, czy opodatkowania banków, wszystkie one będą zmierzały do utrwalenia okupacji Polski, albo jej resztówki przez RAZWIEDUPR, no i wypłacenia haraczu Żydom. Jeśli polski rząd tę diagnozę i narzucone warunki kapitulacji przyjmie, no to nawet będzie miał pozwolenie na markowanie rządzenia, bo w końcu rezultaty demokratycznych wyborów wypada respektować. Jeśli jednak i diagnozę i warunki odrzuci, to nastąpi eskalacja politycznej wojny w Polsce i przekazanie sprawy przez KE do Rady Europejskiej, by ta nałożyła na Polskę sankcje i inne środki dyscyplinujące.

Z tym może być atoli problem, bo węgierski premier Wiktor Orban już z góry oświadczył, że nie ma mowy o tym by Węgry poparły jakiekolwiek sankcje przeciwko Polsce – a decyzja Rady Europejskiej w takiej sprawie musi być jednomyślna. W takiej sytuacji Unia Europejska będzie musiała ugryźć, bo inaczej utraci wszelki prestiż. W tym celu Niemcy będą musiały zmobilizować RAZWIEDUPR i lobby żydowskie do eskalacji politycznej wojny, to znaczy – przeniesienia jej na ulice i wywołania gwałtownych rozruchów. Rząd będzie musiał jakoś na nie zareagować i to właśnie będzie mogło stać się pretekstem do uruchomienia zapisanej w traktacie lizbońskim tzw. klauzuli solidarności, która przewiduje możliwość interwencji Unii w państwie członkowskim, jeśli wystąpiło tam zagrożenie dla demokracji. Zgodnie z zapisami traktatu lizbońskiego taka interwencja może nastąpić wskutek zagrożenia demokracji przez terroryzm i na prośbę władz państwa zainteresowanego. Cóż jednak zrobić w przypadku, gdy zagrożenie dla demokracji płynie z terrorystycznych działań samych władz? Wiadomo, że z żadną prośbą o interwencję w obronie demokracji one nie wystąpią, a w tej sytuacji musi zastąpić je Komitet Obrony Demokracji, który w tym właśnie celu został już zawczasu przez RAZWIEDUPR stworzony i nadymany jest nieustannie przez żydowskie lobby, przede wszystkim – przez żydowską gazetę dla Polaków pod kierownictwem pana red. Adama Michnika, który w ten oto sposób daje się instrumentalnie wykorzystywać Niemcom, niczym jakiś żydowski policjant w getcie.”  (Stanisław Michalkiewicz) 

całość tu: Czy Unia szczeka, czy również gryzie? jako uzupełnienie: Jak Żydzi chcą oskubać Polskę? Red. St. Michalkiewicz

podobne: Stanisław Michalkiewicz o POPISowej „służbie Polsce” za 54 „partyjne” miliony (i zegarek) a wszystko na poczet 60 mld dolarów jakie „sprawiedliwi wśród narodów świata” według Schetyny są winni Żydom. oraz: Michalkiewicz wyprorokował: Emerytury dla ocalałych z Holocaustu czyli… Przełom i wyłom w polskiej kasie „Zespołu HEART”.  i to: Judejczykowie, durnie, zdrajcy, legaci, watahy, notariusze – Stanisław Michalkiewicz o atrapie państwa.

z komiksu Kajko i Kokosz - Rozprawa z Dajmiechem

z komiksu Kajko i Kokosz – Rozprawa z Dajmiechem

 

„Przyjeżdżają tu rowerami, pływają i wracają do domu naszymi samochodami” czyli… „Przyszedł pan hrabia z pieczątkami” i kwestia odszkodowań wojennych


„…Sierpień 2014, podberliński dom spokojnej starości. Opa Franz, pogodny staruszek dobiegający setki, wierci się w fotelu przed telewizorem. Drżą mu ręce, gdy odstawia na nocny stolik kubek z herbatą. Uśmiecha się do dziewczyny, która pochylona szczelnie okręca jego artretyczne stopy kraciastym wełnianym pledem. Opa Franz jest sklerotykiem – utracił pamięć kilka lat temu. Czegóż potem nie wyczyniał! Trzeba go było oddać pod opiekę specjalistów, wynająć osobistą pielęgniarkę, tę dziewczynę z Warszawy. Polki są pracowite, w lot chwytają, czego od nich się wymaga. I najważniejsze: żądają za swoją pracę mniej niż Niemki. A Opa Franz? Nie wie już nawet, czy nazywa się Müller, Schmidt czy Schneider. Nie rozpoznaje swoich dzieci i wnuków. Cała przeszłość stała się dlań białą kartą.

Czasem śni mu się jeszcze dziwaczny sen, ten sam co zawsze, teraz jednak całkowicie niezrozumiały. Ma dwadzieścia lat, w czarnej skrzynce ze skrzydłami unosi się nad płonącym miastem, wypatruje dachów ze znakiem krzyża, czerwonego krzyża. Kiedy znajdzie się tuż nad budynkiem oznaczonym w taki sposób, pociąga za dźwignię, a z czarnej skrzynki wypadają kawałki metalu i fruną w dół. Teraz leci nad ulicą, bardzo nisko. Dobrze widzi postacie ludzkie. Nie wie, dlaczego chowają się w bramach kamienic. Chciałby do nich pomachać, zawołać: „Hej, tu jestem! Przed kim uciekacie?”. Za swoimi plecami słyszy rytmiczny klekot, ludzie na ulicy padają. Właśnie wtedy Franz jęczy przez sen, a pielęgniarka zrywa się ze swojej kozetki i gładzi go po rozpalonym czole, po starych, kościstych dłoniach.

Co tydzień dzwonią do niej z Polski. „Jak ci tam jest, wnusiu? – odzywa się w słuchawce drżący kobiecy głos. – Nie wolałabyś do nas wrócić?”. I zawsze coś o drugiej wojnie, o powstaniu. „Babciu, przeszłość to przeszłość, liczy się tu i teraz – odpowiada wnuczka. – Przecież trzeba jakoś żyć”.

Teraz, kiedy pomogła Franzowi umościć się w fotelu, kiedy zawinęła mu nogi w koc, włącza telewizor. Staruszek lubi transmisje sportowe. Nie wiadomo, ile pojmuje z tego wszystkiego, ale zawsze się uśmiecha i mruczy pod nosem. Dziś początek mistrzostw świata w pływaniu. Spiker przedstawia drużyny. Kobieta chwyta kubek z nocnego stolika i wychodzi do kuchni. Na ekranie ekipa polskich pływaków. W tle wesoły głos spikera: „Przyjeżdżają tu rowerami, pływają i wracają do domu naszymi samochodami”. Gromki śmiech publiczności. Brawa.

„Naszymi samochodami” – powtarza bezmyślnie Opa Franz. Ot, arytmetyka historii…”

całość tu: Ćwiczenia z arytmetyki

podobne: Gotz Aly: „Każdy obywatel Niemiec do dzisiaj korzysta z ograbienia Europy”. Państwo opiekuńcze za łupy wojenne. oraz: Tomasz Gabiś: Europejska unia walutowa jako system socjalistycznej redystrybucji kosztem Niemców…(?) a także: Grecja chce od Niemiec reparacji wojennych i to: „1920 – zapomniany appeasement”. Murzyńskość zachłyśniętych zachodem i rachunek z sowieckich krzywd. O polską politykę i świadomość historyczną. i jeszcze: Polscy historycy zbulwersowani niemiecko-rosyjskim podręcznikiem

„…Skoro mamy taką sytuację, że polski rząd, zamiast troszczyć się o narodowe interesy, daje się rozprowadzać sprytniejszym od siebie, my akurat możemy najwyżej pójść do kościoła i pomodlić się za Ojczyznę i za tych, co dla tej Ojczyzny z niemieckich i rosyjskich rąk ponieśli śmierć. A ja, być może, jeszcze mogę napisać dzisiejszy tekst, licząc na to, że jak najwięcej ludzi go przeczyta i dzięki temu, przynajmniej w tym miejscu, wspomniany spokój nie będzie aż tak krystaliczny. 17 września będziemy pamiętać dzień, gdy Polska została podpalona przez Sowietów. Ale to jeszcze wciąż przed nami. Dziś myślmy o Niemcach. 

Na tę właśnie okazję mam przygotowanych kilka obrazków. Najpierw wyobraźmy sobie jak mówi zły Niemiec, wybitny prawnik, gubernator Hans Frank:

„Gdy kiedyś wygramy wojnę, nie mam nic przeciw temu, aby zrobić siekaninę z Polaków i Ukraińców i z tego wszystkiego, co się tu wałęsa – zrobić z nimi to, co się tylko będzie podobało”.

Teraz kolej na dobrego Niemca, hrabiego (!) Clausa von Stauffenberga, który mówi o mieszkańcach Generalnej Guberni tak:

„To niewyobrażalna hołota. Bardzo dużo Żydów i bardzo dużo mieszańców. Ci ludzie będą posłuszni jedynie pod knutem. Tysiące jeńców wojennych wykorzysta się dla naszego rolnictwa. W Niemczech na pewno będą użyteczni, pracowici, posłuszni i skromni”.

I na koniec spójrzmy na Niemca ani złego ani dobrego. Na zwykłego, porządnego Niemca. Nie wiemy, jak się nazywa, jak wygląda, nawet nie słyszymy jego głosu. Wchodzimy na teren Muzeum w Oświęcimiu i, wśród najróżniejszych pamiątek, widzimy dokument stwierdzający, że pewien człowiek został skazany na trzy dni karceru za to, że zrobił kupę za barakami, zamiast w toalecie. Dokument jest sporządzony bardzo starannie, jest dobrze zachowany, a na dokumencie widzimy pięć pieczątek i sześć podpisów. Pięć niemieckich pieczątek i sześć niemieckich podpisów, poświadczających, że więzień faktycznie zrobił tę kupę i że kara została nałożona zgodnie z przepisami.

I oto, za trzy dni będziemy obchodzić rocznicę tego dnia, gdy do Polski przyjechali niemieccy prawnicy, niemieccy arystokraci, niemieccy urzędnicy, ze swoimi porządnie wykonanymi pieczątkami i swoimi pięknymi piórami, umoczonymi w porządnym niemieckim atramencie. I rozpoczęli budowę Nowej Europy.

17 września dopiero za trzy tygodnie. Na razie pamiętajmy o tych.” (Toyah, źródło: szkolanawigatorow.pl – Przyszedł pan hrabia z pięczątkami)

„…Frank Walter Steinmeier ocenił, że Polska nie ma żadnych podstaw prawnych do tego, aby domagać się od Niemiec reparacji za II wojnę światową. Według szefa niemieckiej dyplomacji, ta sprawa jest już „prawnie i politycznie zamknięta”.

Tak stanowcza reakcja nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę gigantyczne pieniądze, których Polska mogłaby się domagać. Według różnych szacunków mowa jest o kwotach od niemal biliona do nawet kilku bilionów dolarów. Zakładając pierwszy scenariusz to ponad sześciokrotnie więcej, niż wynosi nasz produkt krajowy brutto, to także ponad połowa rocznego niemieckiego PKB.

Powołane po wojnie Biuro Odszkodowań Wojennych przy Radzie Ministrów na potrzeby żądań reparacyjnych przygotowało bilans strat materialnych Polski. Kolej straciła 84 proc. majątku, energetyka – 65 proc., poczta i telekomunikacja – 62 proc., szkolnictwo – 60 proc., górnictwo – 42 proc. Spośród 30 tys. fabryk ocalało 10 tys., jednak i w tych zachowanych połowa budynków była zniszczona. Zniszczono też 30 proc. lasów. Z okupowanej Polski Niemcy wywieźli lub wykorzystali na miejscu na potrzeby wojennej gospodarki ponad 200 mln ton węgla kamiennego, milion ton soli potasowej, 500 tys. ton rudy żelaza, 100 tys. ton fosforytów. Pod koniec lat 40. PKB Polski wyniósł 8 mld zł (w cenach przedwojennych), podczas gdy w 1939 r. sięgał 18 mld zł.

Największe zniszczenia majątkowe dotyczyły ośrodków miejskich. Wśród tych najpoważniejsze miały miejsce w Warszawie, gdzie zniszczono m.in. 80 proc. zabudowy miejskiej i aż 90 proc. obiektów przemysłowych, jakie do wybuchu wojny zlokalizowane były w polskiej stolicy. W ujęciu szczegółowym, stan zniszczeń Warszawy przedstawiał się jeszcze bardziej porażająco. I tak m.in. zniszczeniu uległo 100 proc. mostów, 90 proc. budynków przemysłowych, 90 proc. obiektów zabytkowych, 90 proc. obiektów służby zdrowia, 70 proc obiektów oświatowych, 50 proc. elektrowni, 46 proc. gazowni. W ogromnym stopniu zniszczone zostały również wszystkie miejskie sieci w Warszawie. Zniszczeniu uległo 85 proc. sieci tramwajowej, 70 proc. sieci telefonicznej, 65 proc. sieci elektrycznej, 30 proc sieci wodociągowej, 28,5 proc. sieci kanalizacyjnej. Z równie potężnymi zniszczeniami w czasie II wojny światowej mamy do czynienia w przypadku innych polskich miast.

Tak naprawdę dopiero w ostatnich kilkunastu latach władze polskich miast podjęły wysiłki, aby dokonać pełniejszego bilansu swoich strat w czasie II wojny światowej. Taką inicjatywę podjął m.in. śp. Lech Kaczyński, gdy był prezydentem Warszawy (2002-2005). Według raportu z 2004 orku straty w samej stolicy oszacowano na 54 mld dolarów amerykańskich (według raportu z 2004 r.).” (fakt.pl)

podobne: Przyzwoitość, moralna wina i moralni sprawcy czyli… kto i dlaczego w czasie wojny „bał się bardziej Polaków niż Niemców”. Reinefarth, Dirlewanger, Kamiński. „Workhouse” jako brytyjski wkład w niewol… znaczy się w „państwo opiekuńcze” i to: „Na sumieniu Polski ciąży wiele grzechów przeciwko sobie, ale ani jeden przeciwko innym narodom.” Aleksijewicz: człowiek postsowiecki jest agresywny i bezwzględny.

„…Są w ojczyźnie rachunki krzywd,obca dłoń ich też nie przekreśli…”

Utopione w Wiśle POdsłuchy dojrzały do wypłynięcia (dzięki Schetynie?). PIS domaga się komisji śledczej, PO kontratakuje SKOKiem. Czy sądy czeka ręczne sterowanie? Ustawa reprywatyzacyjna gorsza od dekretu Bieruta.


CEZARY GMYZ: Tykająca bomba podsłuchowa 

Lektura akt robi ogromne wrażanie. Z wyjaśnień kelnerów wynika, że zarejestrowali oni rozmowy czołowych przedstawicieli Platformy Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego i Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Kelnerzy udzielili informacji obciążających nie tylko Marka Falentę, ale przede wszystkim czołowe postaci polskiego życia publicznego.

Na taśmach według wyjaśnień kelnerów znajdować się miały dowody m.in. na udział Leszka Millera i Aleksandra Kwaśniewskiego  w aferze Rywina oraz w sprawie więzień CIA. Pisze o tym na swoich stronach internetowych tygodnik „Wprost”.

Najobszerniejsze informacje złożył Konrad L., sommelier z Amber Room. Wyjaśnienia jakich udzielił dotyczą najważniejszych osób w Polsce.

Fragment notatki CBŚ z rozmowy z Konradem L.

„Ważne spotkania jakie nagrałem dotyczyły:

Spotkania Jana Kulczyka z:

Pawłem Grasiem (kilka spotkań) – dotyczące przejęcia przez Jana Kulczyka firmy CIECH S.A. na warunkach stawianych przez Kulczyka

Ministrem Skarbu Państwa Pawłem Tamborskim (dwa lub trzy spotkania) dotyczące wywierania nacisku przez Jana Kulczyka za pośrednictwem Tamborskiego na Radę Nadzorczą CIECH S.A.

Janem Krzysztofem Bieleckim – dotyczącym możliwości dotarcia przez Jana Kulczyka do grona zaufanych ludzi premiera Donalda Tuska

Radosławem Sikorskim – dotycząca obecnej sytuacji politycznej i gospodarczej na Ukrainie w perspektywie robienia interesów przez Jana Kulczyka na Ukrainie wspólnie z RP (Kulczyk miał być osobą inicjującą działania). Radosław Sikorski podczas tej rozmowy wyraża swoją przychylność propozycjom Kulczyka oraz dodatkowo wiąże z tymi planami własne plany tj. zamierza zostać Unijnym Komisarzem ds. Energetyki – aby mógł czuwać nad tymi inwestycjami i mieć z tego korzyści.

Spotkanie Ministra Spraw Zagranicznych Radosława Sikorskiego z Jackiem Rostowskim (rozmowa opublikowana przez Wprost)

Spotkanie Jacka Rostowskiego ze Sławomirem Sikorą – prezesem Citibanku Handlowego dotyczących planów politycznych Sikory i rozwiązań, o których rozmawiał z Rostowskim dot. ekonomii i gospodarki.

Spotkanie Marka Dochnala ze swoimi doradcami – rozmowa dot. luk w prawie dzięki którym można zrealizować intratne inwestycje w branży transportu i energetyki z korzyścią dla Marka Dochnala.

Spotkanie Sławomira Nowaka z prezesem PKP Jackiem (naprawdę Jakubem – przyp. red.) Karnowskim odnośnie prywatyzacji PKP i zamieszania związanego ze składami Pendolino. Rozmówcy uzgadniali możliwości wytłumaczenia nieprawidłowości przy zakupie składów Pendolino oraz echa prywatyzacji PKP CARGO.

Spotkania Janusza (naprawdę Józefa przyp. red.) Wojciechowskiego prezesa JW. Construction z członkiem Rady Nadzorczej i jednym z doradców Wojciechowskiego, rozmowa na temat kopalni węglowych na terenie RP (w posiadaniu Wojciechowskiego oraz innych należących do Skarbu Państwa). Dotyczy możliwości kupna-sprzedaży państwowych kopalni oraz ich rentowności;

Spotkania prezesa KGHM Huberta (naprawdę Herberta – przyp. red.) Wirtha z jedną z osób zarządzających grupą KGHM w obecności asystenta Huberta Wirtha – Łukasza Kowalika. Rozmowa dotyczy planów inwestycyjnych KGHM oraz ewentualnych rozgrywek personalnych i inwestycyjnych z negatywnymi skutkami dla Skarbu Państwa;

Spotkania ministra sportu Marka (w rzeczywistości Andrzeja – przyp. red) Biernata – rozmowa dotycząca sytuacji w polskim sporcie, okraszona dużą ilością anegdot – treść rozmowy mogłaby ośmieszyć rozmówców przy upublicznieniu;

Spotkanie Krzysztofa Kwiatkowskiego prezesa NIK z Janem Kulczykiem – podczas rozmowy Jan Kulczyk sonduje możliwość uzyskania preferencyjnych rozwiązań prawnych dla spółek, których jest właścicielem przy czym słychać wyraźny nacisk ze strony Kulczyka, aby interpretacja przepisów przez NIK była korzystna dla Kulczyka. Kwiatkowski poleca konkretne osoby, które mogą udzielić pomocy w tej sprawie. Sprawa dotyczy prawdopodobnie przejęcia firmy CIECH przez Jana Kulczyka. Kwiatkowski powołuje się na jakąś sprawę na terenie Ukrainy, w której wykorzystując swoje możliwości rozwiązał ją w podobny sposób na korzyć zainteresowanego” – czytamy w notatce CBŚ.”

źródło: dorzeczy.pl

No i proszę… A przecież wszystko miało pozostać w Wiśle (Epilog „afery podsłuchowej”)… Jednak prawdą jest że trupy nienależycie obciążone po jakimś czasie wypływają na powierzchnię 😉

podobne: „Przykra sprawa”, ale nie ma odpowiedzialnych za „teoretyczne państwo”. Drugie dno „NBP gate” czyli, jak nie wiadomo o co chodzi….

Afera taśmowa zatacza coraz szerszy krąg„PB”: House of Cards po polsku – Schetyna jak Underwood? PO o aferze podsłuchowej.

16.03.2015 (IAR) – Kolejne doniesienia prasowe w sprawie afery taśmowej i decyzja praskiej prokuratury, która nie chce zajmować się kolejnymi wyciekami, a decyzję w sprawie śledztwa, pozostawia Prokuraturze Apelacyjnej.

Nowe fakty ujrzały światło dzienne w „Gazecie Wyborczej” i „Wprost”. Chodzi o zeznania kelnerów, którzy nagrali Leszka Millera i Aleksandra Kwaśniewskiego rozmawiających o więzieniach CIA w Polsce. Obaj politycy mieli na tych taśmach ustalać wspólną wersję zdarzeń i zdecydować że będą zasłaniali się niepamięcią w tej sprawie.

Rzecznik praskiej prokuratury Renata Mazur poinformowała, że śledczy skierowali wniosek do Prokuratury Apelacyjnej o podjęcie decyzji w sprawie ewentualnego śledztwa. „Chcemy zachować bezstronność. Te akta są w naszej prokuraturze. Znaczny krąg osób może mieć do niech dostęp a nie ulega wątpliwości, że przynajmniej część materiałów, która została opublikowana na pewno pochodzi z akt sprawy” – powiedziała IAR prokurator Mazur.

Zeznania złożone przez kelnerów w CBŚ ujawniają kulisy nagrywania ważnych osobistości w restauracji „Sowa & Przyjaciele”. Łukasz N. i Konrad L. przyznali, że nagrywali na zlecenie biznesmena Marka Falenty, a nagrania przekazywali mu na kodowanych pendrivach.

Początkowo te materiały miały być wykorzystywane jedynie w celach biznesowych. Jednak, jak twierdzi podejrzany, później chodziło o polityczny szantaż i próbę obalenia rządu Donalda Tuska.

Po wybuchu afery podsłuchowej Falenta miał uspokajać kelnerów, że „dostaną nagrodę od PiS, bo ma tam dobre kontakty a partia ta przejmie władzę po spodziewanej zmianie władzy” – to ustaliła „Gazeta Wyborcza”.

Informacyjna Agencja Radiowa (IAR) Ksenia Maćczak/dyd

podobne: Falenta oskarża służby specjalne, raport NIKu wskazuje na brak nadzoru. ABW w Kompanii Węglowej. Zmiana prawa pod Nowaka? oraz: Raport o CIA – tajne więzienia i tortury. To nie Polska dała CIAła za kiejkutowe miliony i o POufnym (nie)bezpieczeństwie słów kilka. i to: „Wprost” donosi: „Polski syf i folklor”oraz „murzyńskość” relacji Polska – USA czyli… miś który sobie zgnije na świeżym powietrzu.

16.03.2015 (IAR) – House of Cards po polsku. „Puls Biznesu” sugeruje w okładkowym tekście, że obecny szef MSZ Grzegorz Schetyna mógł stać za ponownym wypłynięciem afery podsłuchowej.

Dziennik łączy kilka ostatnich wydarzeń z pogranicza nielegalnych podsłuchów, akcji służb specjalnych, kontrolowanych przecieków do mediów z próbą pozycji w PO przez Grzegorza Schetynę. „Puls Biznesu” wspomina tu o niedawnym raporcie NIK w sprawie nieprawidłowości przy budowie gazoportu, ujawnieniu zeznań kelnerów w aferze taśmowej, wejścia CBA do PZU w kontekście wyboru nowych władz w spółce. Podobnie jest w przypadku wyborów zarządu w kontrolowanej przez Skarb Państwa KGHM. Dziś zbiera się rada nadzorcza miedziowej spółki. Inspiratorem tego ciągu zdarzeń miał być – według „Pulsu Biznesu” – Grzegorz Schetyna, chcący uderzyć w ministra skarbu Włodzimierza Karpińskiego.

„Według naszej wiedzy, minister mógł posunąć się o krok dalej. Wiemy o naciskach dotyczących zmian w zarządzie KGHM. (…) Słyszymy o jego doskonałych relacjach z szefami CBA i Służby Wywiadu Wojskowego. Bez trudu znajdujemy też informacje, że najbliżsi współpracownicy ministra spraw zagranicznych są dobrymi znajomymi Marka Falenty” – pisze gazeta, sugerując polityczne inspirowanie wypłynięcia kolejnych wątków afery podsłuchowej, a także próbę odbudowywania wpływów poprzez zmiany w zarządzie KGHM.

Dziennik zastrzega jednocześnie, że tekst to próba połączenia w logiczną całość kilku wątków. „Kiedy można je poprzeć informacjami z wielu źródeł i kiedy bez nadmiernego przerostu wyobraźni łączą się w logiczną całość czas na komentarz” – przekonuje zastępca redaktora naczelnego Marcin Goralewski.

Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/”Puls Biznesu”/kd /buch

…Tuska nie ma już na pokładzie tzw. Platformy więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby oczyścić tę formację z niepożądanego i skompromitowanego elementu, dozując społeczeństwu „szok” (który i tak musi nastąpić, bo taśm z tego co widać jeszcze trochę ocalało) adekwatnie do pamięci zbiorowej naszej „młodej demokracji”, która zdążyła już niemal zapomnieć o pierwszej edycji prawdziwego programu wyborczego PO, który cały czas się realizuje a brzmi „ch…d… i kamieni kupa”. Strach przed kolejnym „niekontrolowanym wyciekiem” był tak wielki, że tym razem posłużono się „sprawdzonym” medium (bez konsekwencji siłowego forsowania pomieszczeń redakcyjnych) by choć w pewnym stopniu uprzedzić wydarzenia i nadać im kontrolowany bieg teraz, by elektorat zdążył po raz kolejny zapomnieć o tzw. „aferze podsłuchowej”. Zresztą patrząc na konsekwencje jakie spotkały główne postaci pierwszej edycji „tańca z taśmami”, można było dojść do wniosku że nie ma czego się bać, i że można sprawę dalej załatwiać w trybie „nie mamy Pańskiego płaszcza i co nam Pan zrobi?”.

Więc jeśli rzeczywiście za tym „come back’iem” stoi Pan Schetyna (który zawsze miał w PO opinię szarej eminencji i człowieka od „mokrej roboty”) to wybrał on dobry czas na dorżnięcie resztek dworu Tuska, by projekt pod nazwą Platforma Obywatelska ostatecznie ocalał i miał szansę powalczyć o kolejną kadencję w następnych wyborach parlamentarnych jako partia oczyszczona z „elementu”. A wszystko to bez wyrządzenia krzywdy największemu kapitałowi tej formacji – Panu Donaldowi Tuskowi (o czym już kiedyś wspominałem tu: Taśmociąg Platformy „wprost” POd cenzurą i czas rozliczeń za „katastrofę smoleńską” czyli… „WSI wraca tylnymi drzwiami” dzięki (anty)Tuskowej reformie służb specjalnych.) i by „władzy raz zdobytej nie oddać już nigdy”… Odys

podobne: Sienkiewicz naprostował koalicjanta za pomocą podległych sobie służb. Koniec afery podsłuchowej?  oraz: PWPW pod nadzorem MSW (Sienkiewicz dopiął swego). Życie po życiu Prokom Investments

16.03.2015 (IAR) – Próba odwrócenia uwagi od kwestii SKOK-ów. To odpowiedź Platformy Obywatelskiej na postulat Prawa i Sprawiedliwości dotyczący sejmowej debaty o aferze podsłuchowej. Mówił o tym prezes PiS-u Jarosław Kaczyński. W jego opinii, istnieją poważne przesłanki, by sądzić, że rządzący oraz część opozycji nie powinni w ogóle uczestniczyć w życiu publicznym.

Poseł PO Mariusz Witczak mówił na konferencji prasowej, że sprawą podsłuchów zajmuje się prokuratura. „Nikt niczego w tej kwestii nie chce zamiatać pod dywan” – zapewnia. Dodaje, że politycy różnych opcji mają w sprawie status pokrzywdzonego, a nie stawia się im zarzutów. W ocenie Witczaka, mówienie o komisji śledczej w sprawie afery podsłuchowej to odwracania uwagi od prawdziwego problemu, jakim jest sprawa SKOK-ów.

Poseł Marcin Święcicki przypomniał, że Spółdzielcze Kasy, które miały służyć ludziom obrosły prywatnymi spółkami oraz fundacją, która się na majątku SKOK-ów wzbogaciła. Dodał, że jej prezes – Grzegorz Bierecki – mieszał funkcje nadzorcze z właścicielskimi. „To oczywisty konflikt interesów” – przekonywał Święcicki. Jego zdaniem, prezes Bierecki zapewniał sobie ochronę PiS-u pośrednio finansując kampanię i różnego rodzaju imprezy oraz przychylne partii Kaczyńskiego media. Trzeba ten układ odsłonić, nie damy się zastraszyć jakimiś innymi komisjami śledczymi – powiedział.

Sprawą SKOK-ów w najbliższą środę zajmie się sejmowa komisja finansów.

Informacyjna Agencja Radiowa (IAR)/Naukowicz/dyd

podobne: Polska gospodarka: Embargo nie zatrzymuje polskich owoców i warzyw (Rosja wylicza nam straty). Polski system podatkowy nieprzyjazny, państwo przegrywa z oszustami, tragiczna polityka surowcowa. Banki chcą by rząd dopłacał do ich zysków (KNF: to odsuwanie problemów w czasie), pieniądze ze SKOKów poza Kasą (będzie komisja śledcza?). i to: Śledztwo ws. Belki i Sienkiewicza umorzone.

Prezydent kieruje ustawę o sądach do Trybunału Konstytucyjnego.

16.03.2015 (IAR) – Prezydent skierował do Trybunału Konstytucyjnego nowelizację ustawy o sądach powszechnych. Bronisław Komorowski zrobił to w trybie kontroli prewencyjnej – czyli przed podpisaniem ustawy.

Wcześniej Krajowa Rada Sądownictwa apelowała do prezydenta właśnie o skierowanie ustawy do Trybynały w obawie o konstytucyjność nowych przepisów.

Sędziowie twierdzą, że ustawa jest niezgodna z konstytucją i daje zbyt duże uprawnienia ministrowi sprawiedliwości – między innymi praktycznie nieograniczony dostęp do akt.

Zwolennicy nowej regulacji przekonują, że dzięki przyjętym przez parlament przepisom minister będzie miał większą kontrolę nad sędziami, przede wszystkim tymi odpowiedzialnymi za przewlekłość spraw.

Odesłania ustawy o sądach do Trybunału Konstytucyjnego domagała się też Helsińska Fundacja Praw Człowieka.

IAR/mitro/dabr

podobne: Bogdan Goczyński: Polskie sądy – studium urzędniczej psychopatii. Dziwne zachowanie wymiaru sprawiedliwości w sprawie Grzegorza Brauna. Państwo superpolicyjne. Czy Komorowski zostanie dyktatorem? Reforma sądów.

…nie żebym był wierzącym w apolityczność sądów (nie chcę generalizować, ale czasem to po prostu widać i czuć), niemniej jednak mają one obecnie podstawę prawną do tego by być niezawisłymi i apolitycznymi instytucjami (w jakim wymiarze z tego prawa korzystają to już inna bajka). Oddanie ich działalności pod kontrolę polityka jakim jest Minister Sprawiedliwości, to byłby bardzo niedobry „prezent” od władzy dla obywateli (choć pewnie ci drudzy i tak by tego nie zauważyli o wyciąganiu wniosków nawet nie wspominając)… (Odys)

„Dekretowiec”: ustawa reprywatyzacyjna gorsza od dekretu Bieruta

16.03.2015 (IAR) – Byli właściciele warszawskich nieruchomości odebranych im w 1945 roku dekretem Bieruta – przeciwni tak zwanej małej ustawie reprywatyzacyjnej, która przygotował Senat. Na specjalnie zwołanej konferencji przekonywali, że projektowane przepisy są bardziej represyjne niż sam dekret.

Ewa Wierzbowska ze stowarzyszenia Dekretowiec powiedziała IAR, że projekt jest aktem komunistycznego prawa, represyjnego wobec obywateli warszawskich. W jej ocenie, projekt zabiera wszystkie nieruchomości, które jeszcze są do oddania, nie zapewniając żadnych odszkodowań. „Pod hasłem ustawy reprywatyzacyjnej robi się ustawę antyreprywatyzacyjną” – powiedziała Ewa Wierzbowska.

Przygotowany w Senacie projekt przyznaje Skarbowi Państwa lub miastu stołecznemu Warszawa prawo pierwokupu nieruchomości objętych roszczeniami, na których znajdują się instytucje użyteczności publicznej. Zdaniem mecenasa Ireneusza Ratko, projekt ma szerszy zasięg i przewiduje możliwość zabrania nieruchomości w bardzo wielu przesłankach wskazujących zarówno na cel publiczny, jak i na cel niepubliczny.”Projekt operuje uznaniem administracyjnym, co oznacza, że urzędnik będzie mógł swobodnie decydować o tym, czy daną nieruchomość zwróci czy jej nie zwróci. Nie przewiduje się w nim żadnych rekompensat ani gruntów zamiennych dla byłych właścicieli – mówi mecenas Ratko.

Nowe przepisy dotyczące reprywatyzacji zawarte są w nowelizacji ustawy o gospodarce nieruchomościami oraz w zmianie Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. Przygotowali je warszawscy politycy Platformy Obywatelskiej. Pierwsze czytanie projektu odbędzie się podczas najbliższego posiedzenia Sejmu, które rozpoczyna się w środę.

Informacyjna Agencja Radiowa (IAR)/Danuta Zaczek/dabr

podobne: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność. oraz: Cukiernik o tym, że moglibyśmy być dwa razy bogatsi od Niemców i dlaczego nie jesteśmy. i to: Jak zainstalowano w Polsce „kapitalizm kompradorski” i kto (lub co) za tym stoi.

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Narodowy Bank Szwajcarii uwolnił Franka. NBP robi dobrą minę do złej gry. Ratunkiem dla frankowiczów może być sąd, albo upadłość. Komentarz Tradera21 (o potencjalnym dodruku przez ECB)


1. Frank szwajcarski do górySzwajcaria: Narodowy Bank o swej decyzji zniesienia minimalnego kursu euro.

15.01.2015 (IAR) – Ciężkie chwile dla posiadaczy kredytów we frankach szwajcarskich. Gwałtowna zwyżka kursu waluty Helwetów dotknie 700 tysięcy osób, które zdecydowały się na pożyczkę w tej walucie. Po tym jak Bank centralny Szwajcarii zniósł minimalny kurs wymiany franka do euro, jego wartość poszybowała.

Przed godziną 15.00 w stosunku do złotego wzrost wyniósł ponad 17 procent. To 4,17 zł za franka. Nieco mniej, bo o ponad 16 procent ta waluta wzmocniła się do euro. Kosztuje 97 centów. Najmniej do dolara – o prawie 16 procent. 1 frank to w tej chwili 1 dolar i 14 centów.

Aprecjacja franka doprowadziła do spadków akcji szwajcarskich firm. Indeks giełdy w Zurychu tracił rano ponad 12 procent, po południu już mniej – 9 procent.

Wzrost kursu franka wobec euro jest nieprzyjemną niespodzianką dla przedsiębiorstw szwajcarskich eksportujących swoje wyroby. Mogą stać się one niekonkurencyjne.

Poza spadkami na giełdzie szwajcarskiej drogi frank może niekorzystnie wpłynąć też na sektor turystyczny. Ceny w ośrodkach sportów zimowych dla klienteli ze strefy euro mogą drastycznie wzrosnąć. Może to doprowadzić do odpływu turystów już teraz w szczycie sezonu narciarskiego.

Minimalny kurs wymiany franka Szwajcaria wprowadziła we wrześniu 2011 roku. Bank Centralny uzasadniał to tym, że wysoka wartość waluty jest zagrożeniem dla gospodarki. Kurs wymiany ustalono wówczas na 1,20 franka.

Narodowy Bank Szwajcarii obciął też stopy procentowe do poziomu minus 0,75 procent. Oznacza to, że banki chcące zdeponować swoje środki w banku centralnym będą mu za to płacić.

Gwałtowny wzrost kursu franka znów wywołuje dyskusję wśród polityków, chcących metodami administracyjnymi wesprzeć kredytobiorców. Wicepremier Janusz Piechociński zapowiedział, że w tej sprawie spotka się z prezesem NBP i członkami Rady Polityki Pieniężnej. Zapytany o termin, odpowiedział, że chciałby, aby do spotkania doszło jak najszybciej. Ma też o tym rozmawiać później z ministrem finansów.

Tymczasem NBP nie ma zbyt dużego manewru, by wzmocnić polską walutę. Polskę wciąż dotyka deflacja, która daje argumenty za zmniejszaniem stóp procentowych, a nie ich zwiększaniem.

Życie z drogim frankiem może potrwać. Analityk biura maklerskiego TMS, Bartosz Sawicki podkreśla, że przez dłuższy czas jego cena będzie wynosić powyżej 4 złotych. Według eksperta cena szwajcarskiej waluty nie powinna powrócić do notowanych dziś rekordowych poziomów, około 5 złotych. W długim terminie, obniżenie stóp procentowych do minus 0,75 procent spowoduje, że kurs wobec głównych walut będzie się osłabiał. Zdaniem analityka jest to jednak marne pocieszenie dla tych, którzy zaciągali kredyt we frankach płacąc za nie połowę mniej niż obecnie.

Z kolei główny ekonomista banku PKO BP Piotr Bujak powiedział w Polskim Radiu 24, że kredyty we frankach mocno zdrożeją. Osobom zadłużonym radzi jednak, żeby nie wpadali w panikę, bo pierwsze reakcje rynków często są przesadzone i możliwe, że za kilka dni sytuacja nieco się uspokoi.

Ekspert dodał, że jeśli umocnienie franka okaże się długotrwałe, będzie to poważny problem dla całej gospodarki, zwłaszcza dla banków, które udzielały kredytów w tej walucie.

Piotr Bujak nie sądzi jednak, że obecna sytuacja poważnie zachwieje sytuacją finansową polskich banków. Ekspert jest za to przekonany, że umocnienie franka skutecznie zniechęci Radę Polityki Pieniężnej do obniżania stóp procentowych, w obawie przed dalszym osłabieniem złotego.

Główny analityk Centrum Finansów Aviva Paweł Majtkowski radzi, by dać sobie trochę czasu na uspokojenie sytuacji. Tym bardziej, że dla szwajcarskiej gospodarki tak nagłe umocnienie waluty nie jest dobre. Spada bowiem konkurencyjność gospodarki Szwajcarii, a wzrasta cena eksportowanych przez nią towarów. Zdaniem Majtkowskiego, jeśli jednak obecny kurs utrzyma się przez dłuższy czas, warto by zastanowić się nad tym jak pomóc tym, którzy wzięli kredyty we frankach.

Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/łp/mitro/

15.01.2015 (IAR) – Euro kosztuje poniżej jednego franka, na wartości traci szwajcarska giełda – Szwajcaria odczuwa pierwsze konsekwencje decyzji Narodowego Banku o zniesieniu minimalnego kursu euro.

Utrzymanie stałego kursu euro w stosunku do franka nie jest więcej potrzebne – argumentował podczas konferencji prasowej Thomas Jordan, szef Narodowego Banku Szwajcarii. Sytuacja ekonomiczna jest tak dobra, że euro nie musi być więcej chronione – twierdzi SNB (Narodowy Bank Szwajcarii). Dotychczas kurs euro był sztucznie utrzymywany przez Narodowy Bank Szwajcarii na stałym poziomie – 1,20. „Nie ma sensu, z powodów ekonomicznych, prowadzić dalej bezsensownej polityki” – tłumaczył prezes Narodowego Banku. „Nie mamy wpływu na rynki międzynarodowe, dlatego wycofanie się było lepsze” – zapewnił.

Od rana, kiedy decyzja ta została ogłoszona, zanotowano znaczny spadek wartości euro, które kosztuje teraz poniżej jednego franka. Szwajcarska giełda straciła już 12 %.

Na tej decyzji zyskają przede wszystkim obywatele Szwajcarii kupujący za granicą – będzie nawet o 20% taniej. Szczególnie zyskają centra hadlowe blisko szwajcarskiej granicy, np. w Niemczach, i firmy eksportowe. Zdaniem ekspertów, straci na tym sam Narodowy Bank Szwajcarii, który od wielu miesięcy gromadził obcą walutę, przede wszystkim właśnie w euro.

Prezes Narodowego Banku Szwajcarii zapewnia, że SNB cały czas obserwuje rynki walutowe i jeśli będzie to konieczne, ponownie może wprowadzić limit ceny euro. Ma on jednak nadzieję, że rynek się ustabilizuje i nie będzie to więcej konieczne.

Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/Krystyna Nurczyk/em/

2. T. Sadlik: Ratunkiem dla frankowiczów może być sąd.

15.01.2015 (IAR) – Ratunkiem dla frankowiczów może być sąd – twierdzi w rozmowie z IAR Tomasz Sadlik – założyciel stowarzyszenia „Pro Futuris” działającego na rzecz osób poszkodowanych przez banki. Jego zdaniem decyzja szwajcarskiego banku jest katastrofalna dla osób, które spłacają kredyt we frankach. „Raty ponownie wzrosną, ale trzeba walczyć o swoje” zaznacza Tomasz Sadlik.

„Jedynym ratunkiem jest sąd. Trzeba pamiętać, że większość naszych umów została zawarta z naruszeniem praw konsumenta. Pamiętajmy, że Komisja Nadzoru Finansowego w 2007 roku ostrzegała przed znaczącym ryzykiem kursowym, a nas informowano, że to jest fikcja i że frank szwajcarski jest stabilny i nie ma mowy o żadnym ryzyku” – mówi Tomasz Sadlik. Przypomina, że zmiana kursu franka, a przez to wzrost rat dotknie 700 tysięcy Polaków, którzy zaciągnęli kredyty we frankach. „Trzeba pamiętać o tym, że jest nowa ustawa o upadłości konsumenckiej i część ludzi ucieknie w upadłość, a ci którzy uznają nasze racje, powinni jak najszybciej udać się do sądu” – radzi. Przeciwko bankom przygotowanych jest już dziesięć pozwów zbiorowych, trzy zostały złożone, a w jednym przypadku sąd przyznał już rację kredytobiorcom.

Zdaniem założyciela stowarzyszenia „Pro Futuris”, polski rząd powinien rozpocząć negocjacje ze Związkiem Banków Polskich dotyczące zmian umów kredytowych i w ten sposób pomóc frankowiczom. Krakowianin Tomasz Sadlik pierwszy w Polsce pozwał bank za kredyt we frankach i doprowadził do rozpoczęcia procesu. Pozwał Raiffeisen Bank za udzielenie mu kredytu hipotecznego w obcej walucie. Jego zdaniem było to oszustwo, bo pracownica banku nie poinformowała go rzetelnie o zasadach zaciągnięcia kredytu. Tłumacz z Krakowa po kilku latach spłacania, musi oddać bankowi dwa razy większą kwotę niż pożyczył.

Szwajcarski Bank Centralny zrezygnował ze sztywnego kursu franka do euro. Dziś rano frank kosztował średnio 3 złote 54 i grosze. Po informacjach ze Szwajcarii kurs wymiany radykalnie wzrósł, w szczytowym momencie osiągając 5 złotych 14 groszy. Po godzinie 13 za jednego franka trzeba zapłacić nieco ponad 4 złote i 30 groszy.

Informacyjna Agencja Radiowa (IAR)/ Paweł Pawlica/ab

źródło: stooq.pl

3. Podpisana przez prezydenta nowelizacja ustawy o prawie upadłościowym i naprawczym, wchodzi w życie w grudniu. Da ona szansę by zadłużeni kredytami mieszkaniowymi mogli stanąć na nogi…

„…Szokuje fakt, że z ryzyka, jakie niosą za sobą kredyty hipoteczne w obcej walucie, instytucje nadzorujące zdawały sobie sprawę już od 2006 r., a może i wcześniej. Maciej Krzysztoszek z biura prasowego KNF w odpowiedzi na pytanie, czy instytucja nie za późno wprowadziła obostrzenia wobec banków, cytuje fragment Rekomendacji S, z którego wynika, że już w 2006 r. KNF rekomendowała bankom oferowanie produktów kredytowych w złotych.

Z kolejnego jej fragmentu wynika, że „bank może złożyć klientowi ofertę kredytu, pożyczki lub innego produktu w walucie obcej lub indeksowanego do waluty obcej dopiero po uzyskaniu od klienta banku pisemnego oświadczenia, potwierdzającego, że dokonał on wyboru oferty w walucie obcej lub indeksowanej do waluty obcej, mając pełną świadomość ryzyka związanego z kredytami, pożyczkami i innymi produktami zaciąganymi w walucie obcej lub indeksowanymi do waluty obcej”.

Stanowisko KNF chętnie komentuje Tomasz Sadlik, który we wrześniu tego roku zorganizował pikietę pod siedzibą instytucji w Warszawie, chcąc zwrócić uwagę na bezskuteczność działań Komisji wobec banków. Sadlik uważa, że stanowcze zapisy Rekomendacji S zaczęły obowiązywać zbyt późno, bo dopiero w 2014 r.

– Komisja wydawała zalecenia, których banki nie spełniały. Dostrzegała „zagrożenia i nieprawidłowości” i nic z tym nie robiła – mówi Sadlik.

Komisja w raporcie z 2007 r. zawarła ostrzeżenie, że wzrost kursu franka do złotego może przekroczyć 50 proc. i że istnieje znaczne ryzyko wzrostu stóp procentowych. Raport ten trafił do banków w 2008 r., ale klientów o możliwym ryzyku nikt nie poinformował. KNF odpowiada, że dokument był udostępniony publicznie, a wszyscy zainteresowani mogli go pobrać ze strony internetowej instytucji. – Jak mogłem trafić na coś, o czym nie wiedziałem, że istnieje? – pyta Sadlik.

Z windykatorem będzie im lepiej

– W mojej ocenie problem kredytów hipotecznych we frankach jest zarówno przez Związek Banków Polskich, jak i Komisję Nadzoru Finansowego oficjalnie bagatelizowany. Fakt, iż kredytobiorcy spłacają aktualnie zobowiązania kredytowe nie oznacza, iż będzie tak nadal. Za chwilę znaczna część z nich może już nie mieć takich możliwości. Takie sytuacje są nam sygnalizowane. Wielokrotnie zwracałam uwagę, że kredyty walutowe to bomba z opóźnionym zapłonem. Pomijam już fakt, jak zachowanie ww. instytucji, jak i samych banków wpływa na poziom zaufania wobec systemu bankowego i instytucji finansowych w Polsce. – alarmuje mecenas Śmigielska i dodaje, że najbardziej zaangażowany w akcję kredytową we frankach Getin Noble Bank całkiem niedawno sprzedał pakiet wierzytelności wart 710 mln zł, w większości z tytułu złych kredytów walutowych, funduszowi inwestycyjnemu Kruka za 260 mln zł. Rzecznik banku Wojciech Sury, zapytany, czy nie można było najpierw spróbować renegocjować umowy z klientami, stawia sprawę jasno: „Decyzja o sprzedaży portfela wierzytelności jest ostatnim etapem działań banku w zakresie odzyskania powierzonych Klientowi środków. Następuje ona po nieskutecznych negocjacjach i restrukturyzacji zadłużenia, najczęściej na etapie windykacji komorniczej lub po jej bezskutecznym zakończeniu. Wbrew prezentowanej opinii, sytuacja ta może być korzystna dla Klientów. Firmy windykacyjne ze względu na inne regulacje prawne niż te, które obowiązują banki, są zazwyczaj bardziej elastyczne w zakresie negocjacji z wierzycielami”.

Specyficzne podejście do klientów w Getin Noble Bank obrazuje także historia pani Aleksandry (imię zmienione – przyp. autorki) z Warszawy. W 2011 r. kobieta skorzystała z oferty przeniesienia do nich kredytu mieszkaniowego. Bank zaoferował jej niższą ratę i dodatkowe środki na spłatę innych, mniejszych pożyczek. Produkt „Rata o pół w dół” miał zapewnić pani Aleksandrze spokój finansowy. Jak mówi, dopiero gdy otrzymała list z harmonogramem spłaty rat, okazało się, że po okresie promocji, rata wzrośnie dwukrotnie, z 1900 do ponad 4 tys. zł. Do tego, by dostać kredyt, musiała skorzystać z zakupu produktu krytykowanego między innymi przez KNF i Federację Konsumentów – tzw. polisolokaty.

„Mój kredyt jest gorszy od kredytów walutowych i powoduje ciągły proces utraty majątku. Rata zabiera mi 150 proc. dochodów, co jest niezgodne z Rekomendacją S wydaną przez KNF” – tłumaczy kobieta.

Dotychczas próbowała szukać pomocy u posłów, w instytucjach nadzorujących banki, u rzecznika praw konsumentów i Rzecznika Praw Obywatelskich. Bez skutku. Złożyła także do sądu zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez bank. Kolejne instancje oddalają jej powództwo.

Szukając ratunku

W opinii prof. Dariusza Gątarka, analityka UniCredit Bank w Monachium, problem kredytów walutowych powinien zostać rozwiązany w sposób systemowy. Nie należy go zostawiać do indywidualnych rozstrzygnięć między bankami a klientami, bo stworzy to szkodliwą sytuację asymetrii, w której banki będą wykorzystywać swoją oczywistą przewagę. „Należałoby powierzyć ekspertom obliczenie akceptowalnego poziomu strat, dajmy na to 20 proc. powyżej kosztu kredytu, jaki ponieśli kredytobiorcy złotówkowi. Parytet tych strat winien zostać rozdzielony miedzy bankami a skarbem państwa, dajmy na to 50 na 50 proc., a na koniec rozwiązanie powinny autoryzować ZBP, KNF, banki i Ministerstwo Finansów” – kreśli możliwy scenariusz prof. Gątarek.

Inne rozwiązanie widzi Tomasz Sadlik, który uważa, że to banki powinny same wyjść z propozycją renegocjacji umów z klientami, którzy wpadli w pułapkę ryzyka walutowego. Na przykładzie Sadlika widać, że jeśli banki nie staną się bardziej elastyczne w podejściu do „frankowiczów”, ci będą zakładać kolejne stowarzyszenia i składać do sądów grupowe pozwy – tylko w tym roku wpłynęło ich już ponad pięć, w Warszawie, Krakowie i Łodzi.

Zaogniającą się sytuację może zmienić podpisana przez prezydenta nowelizacja ustawy o prawie upadłościowym i naprawczym, która ma wejść w życie w grudniu. Martwe prawo dotyczące upadłości konsumenckiej, z którego na 2375 złożonych w ostatnich pięciu latach wniosków, skorzystało jedynie 87 osób, ma zostać ożywione. Dzięki niemu zadłużeni kredytami mieszkaniowymi dostaną szansę, by zacząć od nowa. „Konsument będzie mógł ogłosić upadłość, jeżeli nie popadł w stan niewypłacalności ze swojej winy lub w wyniku rażącego niedbalstwa. A i tu ustawodawca pozostawił „furtkę” sędziemu, który będzie mógł z uwagi na względy słuszności postanowić o ogłoszeniu upadłości wobec takiej osoby. Skrócony także został do 36 miesięcy termin, przez który upadły jest zobowiązany dokonywać spłat zobowiązań włączonych na listę wierzytelności. Do tej pory było to 5 lat. Sąd może także umorzyć zobowiązania bez ustalania planu spłat. W przypadku sprzedaży mieszkania, w którym dłużnik zamieszkuje, zwiększono także do 12-24 miesięcy okres, na jaki wydziela się upadłemu ze sprzedaży tego mieszkania kwotę na czynsz. To także pomoże konsumentowi szybciej „stanąć na nogi”” – tłumaczy Izabela Dąbrowska-Antoniak z Federacji Konsumentów.

„Frankowicze” żartują, że kiedy tylko nowe prawo wejdzie w życie, banki na pewno zrobią wszystko, by zatrzymać ich u siebie. Szkoda tylko, że żadna z instytucji sprawujących nadzór, nie była w stanie ich do tego zachęcić wcześniej, zanim kartą przetargową stało się słowo „ostateczność”.

Sandra Borowiecka

całość tu: interia.pl

podobne: Cisza przed burzą. Toksyczne aktywa w systemach bankowych Polski i Hiszpanii. Przestajemy płacić kredyty mieszkaniowe. „Troika” wróciła do Hiszpanii. oraz: „W krainie deszczowców”: Irlandzkie wychodzenie z recesji. Akcja kredytowa w toku. Cynik9: „bail-in”

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

…Już się pojawiają bezczelne głosy roszczeniowców – którzy zamiast brać kredyt (skoro już po niego sięgnęli) w walucie w której zarabiają (to jedna ze złotych zasad jaką powinien kierować się kredytobiorca skoro już chce się uwiązać kredytem czasem na 1/3 swojego życia!) połasili się na coś o czym zielonego pojęcia nie mieli – o sfinansowanie im RYZYKA na które się SAMI zgodzili, i o którym zostali poinformowani podpisując umowę kredytową…

Wielu się tłumaczy że nie wiedziało na co się godzi, albo że zostali celowo wprowadzeni w błąd. Tylko jak człowiek myślący, podpisujący taką umowę (daleko poważniejszą od kredytu konsumpcyjnego) może nie sprawdzić wcześniej SAMODZIELNIE tego na co się godzi, albo chociaż poradzić się kogoś innego jak bankiera, który nie ma interesu mówić o wszystkim a nawet jak powie to może manipulować informacją. Żeby tak chociaż jeden z drugim prześledził wykres kursu walutowego, jak potrafi się on zmieniać na przestrzeni kilkunastu lub kilkudziesięciu lat (nie tylko na korzyść kredytobiorcy!), to może podjąłby inną decyzję, ale nieeee… A teraz ratujta i zrzucajta się na moje mieszkanko, bo chciałem przechytrzyć papierowy pieniądz… Mam nadzieję że ten złodziejki rząd nie ugnie się przed presją ludzi podobnie do niego nieodpowiedzialnych.

Słówko do tych którzy uważają że to co zrobił Orban z kredytami na Węgrzech to „pomoc państwa”… Przypominam że rząd (ŻADEN!) nie ma własnych pieniędzy… Koszta tych co byli na tyle nierozsądni by brać kredyty w walucie innej niż sami zarabiają, pokryje cała reszta obywateli a wśród nich nawet ci którzy żadnych kredytów nie mają i nawet im przez głowę nie przeszło żeby jakiś mieć 🙂 Głupota ludzka nie zna granic a „pomoc państwa” zalicza się do niej na pierwszym miejscu. Stąd najtrafniejszy komentarz i cała prawda o „państwowej pomocy” w takich przypadkach brzmi tak: „Jeżeli zamieniono franki na forinty po kursie rynkowym przy znacznie wyższym przeliczniku niż początkowy tzn, że wartość kwoty głównej kredytu i raty kapitałowej jest wyższa . Jeżeli tak, to znaczy, że przy obecnym oprocentowaniu forinta rata odsetkowa też będzie wyższa. Zatem rata kapitałowo odsetkowa też musi być wyższa, a nie niższa. Coś jest nie tak. Z kolei podana kwota 9 mld euro sugeruj , że Orban pokrył straty ż…wskich banków i wykupił zagrożone kredyty. Oni dostali kasę z całym zyskiem od razu, a teraz niech on się martwi co z tym będzie. Wygląda to na dofinansowanie tych oszustów, aby tylko dali ludziom spokój. Oczywiście za pieniądze publiczne”Analfabetyzm ekonomiczny zbiera w społeczeństwie straszne żniwo – tak czy siak zarabiają banki, a prawo które pozwala na tego rodzaju „dile” rządów z bankami też o czymś świadczy.

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Pamiętajcie ludzie że sami jesteście sobie winni, nie wymagajcie więc teraz żeby inni płacili za waszą pazerność. To jest raz że niemoralne, a dwa przyczynia się do zubożenia wszystkich którzy nie mają obowiązku ponosić odpowiedzialności za czyjąś nieodpowiedzialność. Uczcie się liczyć sami! Nie ufajcie bankom a najlepiej nie bierzcie kredytów skoro was na nie nie stać. Jak sami nie zaczniecie traktować siebie i swoich pieniędzy poważnie, to żaden KNF czy „państwo” was nie obroni, bo ten system nie po to powstał by pilnować waszego interesu – inaczej by go pilnował a tak nie jest! Czasami aż słów brakuje na określenie człowieka, który uważa że jego prywatnych spraw finansowych powinien pilnować rząd…

Mając na uwadze, że spora część „cwaniaków” co to zaczęli przegrywać swój zakład z rynkiem to posłowie, poślinki i masa urzędasów, to można się spodziewać że (nie)rząd będzie chciał pomóc „ratować” zagrożone podwyższonymi kosztami kredytu towarzystwo… (Odys)

Pisze Trader21:

„…Aby zrozumieć dokładnie co się stało wrócę na chwile do roku 2011, kiedy to postanowiono sztywno powiązać franka z euro. Praktycznie przez cały rok 2010 mieliśmy do czynienia z problemami w strefie euro. Grecja praktycznie zbankrutowała. Pojawiały się głosy, iż kraj ten może w pośpiechu porzucić wspólną walutę, ogłosić bankructwo i powrócić do zdewaluowanej drachmy.

W USA nie było lepiej. Problemy z 2008 zostały odsunięte w czasie w efekcie bezprecedensowego dodruku dolarów, przekazanych w prezencie zbankrutowanym bankom. Japonia borykała się z recesją, a w Chinach zaczynała pękać bańka na rynku nieruchomości.

Globalny kapitał szukał bezpiecznej przystani. Funkcję taką przez lata sprawował frank szwajcarski. Kapitał zaczął napływać do Szwajcarii praktycznie z całego świata, w szczególności ze strefy euro. Ogromny popyt na franka sprawił, iż zaczął on gwałtownie drożeć względem innych walut. Nagle w obawie o „losy eksporterów” szwajcarski bank centralny zdecydował, iż zacznie „dodrukowywać” franków i skupować za nie euro. Sztucznie wygenerowana nadpodaż franków oraz zwiększony popyt na pozostałe waluty miał ustabilizować kurs franka i utrzymać go na poziomie 1,2 w stosunku do euro.

Po krótkim okresie niepewności kurs udało się ostatecznie ustabilizować. W całym procesie sztucznego osłabiania franka tak naprawdę nie chodziło o eksporterów, ale o utrzymanie kursów wszystkich najważniejszych walut na podobnych poziomach. Dzięki temu tworzona była iluzja stabilizacji na rynkach walutowych. Ostatecznie ceny franka, dolara Singapuru, czy złota bijące w stratosferę obnażyłyby problemy euro, dolara, czy innych papierowych waluty niszczonych dodrukiem w imię ratowania systemu.

Obecna sytuacja

Przez 3 lata jednak sytuacja gospodarcza na świecie nie specjalnie się zmieniła. Problemy strefy euro pogłębiły się. Bezrobocie oraz dług w relacji do PKB znacznie wzrosły. Praktycznie każdy kraj EU zmaga się z ogromnym deficytem. Grecja ponownie zaczęła domagać się redukcji długów. Poważnie rozważa opuszczenie strefy euro. W samym procesie nie chodzi absolutnie o małą Grecję, odpowiadającą za 3% PKB, ale o ustanowienie precedensu oraz o straty wynikające z niespłacalnych długów.

Gdyby Grecja wyszła ze strefy euro zapoczątkowałoby to reakcję łańcuchową. W ciągu tygodni Hiszpania, Włochy, Portugalia, Słowenia i być może Francja także porzuciłyby wspólną walutę. Co więcej, długi denominowane w euro nagle przestałyby być spłacane, na czym bardzo ucierpiałyby banki francuskie i niemieckie. Europejski Bank Centralny w takiej sytuacji najprawdopodobniej przystąpiłby do desperackiego ratowania systemu jedynym narzędziem jakie mu pozostało, czyli dodrukiem na bezprecedensową skalę. Taki ruch tylko dobiłby wspólną walutę.

Abstrahując od tego czy Grecja i inne kraje porzucą wspólną walutę, musimy zdać sobie sprawę z jednej rzeczy. Długi wielu krajów denominowane w euro są niespłacalne. Lata zerowych stóp procentowych doprowadziły do takiego rozpasania wszystkie rządy, że zadłużenie jest zbyt duże, żeby je uczciwie spłacić.

Aby zatem przeciwdziałać rozpadowi strefy euro, Europejski Bank Centralny nie będzie miał wyjścia i ostatecznie zacznie dodruk euro, pomimo ogromnych sprzeciwów ze strony Niemiec. Opór jest wyjątkowo silny, gdyż wielu Niemców doskonale zdaje sobie sprawę z dramatycznych konsekwencji dodruku.

Stajemy zatem w sytuacji, w której albo euro rozpadnie się pod ciężarem nadmiernego długu, albo dług się zdewaluuje w efekcie ogromnej inflacji wywołanej dodrukiem.

Szwajcarzy doskonale zdają sobie sprawę, że dni strefy euro są policzone i próbują odciąć się od strat wywołanych bezmyślnym skupem euro prowadzonym przez ostatnie 3 lata….

…To, co dziś stało się z ceną franka nie było absolutnie wypadkową jednej decyzji, ale reakcją na niszczenie głównych walut przez ostatnie kilka lat. Frank po prostu odreagował gwałtownym wzrostem trzy lata sztucznie utrzymywanej niskiej ceny…”

całość lektury do której zachęcam tu: independenttrader.pl

podobne: Grexit i Brexit. Przyszłość Wielkiej Brytanii w UE, Grecji w strefie euro. EBC i luzowanie ilościowe. Fatalne prognozy dla Francji która tonie w długach. Islandia: negocjacje czy pożegnanie z Unią. oraz: Rewolucyjne nastroje w Eurokołchozie: Strajk paraliżuje Belgię, Hiszpanie nie mają z czego oszczędzać, fala głodu w Wlk. Brytanii, Grecja ciągle na finansowej kroplówce, w Szwecji będą nowe wybory (rośnie poparcie nacjonalistów) i to: Niemiecka gospodarka zaczęła się kurczyć. W Hiszpanii Ebola zaraziła giełdę. Podatek na tablety we Francji. Włochy: za chlebem. Szczyt UE ws. walki z bezrobociem. cynik9: W Polsce rewolucji raczej nie będzie. MFW obniża prognozę gospodarczą

…Nie jest zatem prawdą jaką przekrzykują się „eksperci” z telewizora, że „winę” za wzrost wartości Franka ponosi „przesadzona reakcja rynków”… Rynki doskonale wiedzą w jakim stanie znajduje się „strefa EURo”, ale nie tylko! bo tu chodzi również o pozostałe gospodarki krajów tworzących UE. Uwolniony kurs Franka szwajcarskiego – waluty kraju, który jeszcze nie tak dawno straszył referendum w sprawie zwiększenia rezerw złota o które być może za niedługi czas oprze swoją walutę – zweryfikował o brutalną RZECZYWISTOŚĆ walutę każdego jednego kraju, który utrzymuje się z rolowania długu – nieudolnej sztuczki próbującej przykryć prawdziwy stan poszczególnych gospodarek. Należy też pamiętać o tym że kraje BRICS również od jakiegoś czasu skupują z rynku złoto, by zabezpieczyć w razie czego własne waluty przed tym co nadchodzi. To tylko durna UE uważa że może papierem zatkać dziurę, jaką na własne życzenie wykopała pod sobą swoim niepohamowanym złodziejskim marnowaniem tego, co wcześniej zagrabiła swoim obywatelom zadłużając ich po uszy… (Odys)

PS. Życie na kredyt, czyli zjadanie przyszłości, to metoda, którą się obecnie stosuje, żeby sprzeczności [dużo korzyści i żadnych podatków] ze sobą pogodzić. Próbuje się osiągnąć niewielkie korzyści bieżące, ryzykując wielkie straty w przyszłości. Taki sposób postępowania przybliża widmo bankructwa, które kładzie kres kredytom. (F. Bastiat)

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Stanisław Michalkiewicz o POPISowej „służbie Polsce” za 54 „partyjne” miliony (i zegarek) a wszystko na poczet 60 mld dolarów jakie „sprawiedliwi wśród narodów świata” według Schetyny są winni Żydom.


Komentarz    tygodnik „Goniec” (Toronto)    12 października 2014:

„Świat odetchnął z ulgą, a jeśli nawet nie świat, bo świata to może specjalnie nie interesować, to nasz nieszczęśliwy kraj już na pewno. Chodzi mi o deklarację prezesa Jarosława Kaczyńskiego, że gotów jest „służyć Polsce” nie tylko w roku 2015, ale również w latach następnych – aż do roku 2027 – a potem się zobaczy, bo wszystko w ręku Boga. Deklaracja ta była odpowiedzą na fałszywą pogłoskę, że w przypadku przegranych wyborów prezes Kaczyński zrezygnuje z przewodzenia Prawu i Sprawiedliwości. Na szczęście okazało się, że to nieprawda – po pierwsze dlatego, że PiS na pewno nie przetrzymałoby tego eksperymentu i nie wiadomo, kto by wtedy służył Polsce w charakterze dzierżawcy monopolu na patriotyzm, a po drugie – że nie ma u nas lepszego zajęcia, jak służenie Polsce. Umiłowani Przywódcy, którzy służą Polsce jak nie w obozie płomiennych szermierzy patriotyzmu, to w obozie zdrady i zaprzaństwa, a jak nie w obozie zdrady i zaprzaństwa, to – dajmy na to – w charakterze obdarzonego stuprocentową zdolnością koalicyjną języczka u wagi – załatwili sobie za tę służbę solidne wynagrodzenie.

Nie mówię o dietach poselskich i ministerialnych apanażach, bo to rzecz zwyczajna, ale o subwencjach dla partii politycznych. W ubiegłym roku przeznaczono na ten cel ponad 54 miliony złotych, z czego Platforma Obywatelska dostała ponad 17 mln, PiS – 16,5 mln, dziwnie osobliwa trzódka biłgorajskiego filozofa – ponad 7 milionów, a PSL i SLD – po ponad 6 milionów złotych. W takiej sytuacji można służyć Polsce nie tylko „mądrze i wesoło”, ale możliwie jak najdłużej – żeby przypadkiem nie znaleźć się wśród tych, którzy Polsce nie służą i z tego powodu Umiłowani Przywódcy obciążyli ich rozmaitymi haraczami na rzecz tych, którzy Polsce służą od rana do wieczora, a i w nocy też. I słuszna ich racja – bo kogóż wynagradzać w tych zepsutych i zmaterializowanych czasach, jeśli nie tych, którzy służą Polsce, a kogóż karać na kieszeni, jeśli nie tych, którzy Polsce służyć nie chcą? Więc nasz nieszczęśliwy kraj odetchnął z ulgą, nie tylko dlatego, że nie zostaniemy osieroceni, ale również dlatego, że uścisk ręki, jakim obdarzył był prezes Kaczyński Donalda Tuska nie oznaczał bynajmniej pojednania między obozem płomiennych szermierzy patriotyzmu z obozem zdrady i zaprzaństwa, tylko – właściwie nie bardzo wiadomo co. Tak w każdym razie wyjaśnił to pan poseł Hoffman.

Tymczasem, kiedy Donald Tusk wyjechał ma Maltę, gdzie intensywnie uczy się mówić językami, do Sejmu wtargnął poseł Sławomir Nowak, były minister transportu w rządzie premiera Tuska, znany również z upodobania do pożyczonych zegarków. Kiedyś premier Tusk publicznie oświadczył, że dopóki on jest szefem PO, to o żadnej współpracy z posłem Nowakiem mowy być nie może – ale kto wierzy premieru Tusku, ten sam sobie szkodzi. Jak starsi i mądrzejsi postanowią inaczej, to żaden premier nie będzie miał nic do gadania – toteż pani premierzyca Ewa Kopacz na pytania dziennikarzy co do dalszych losów posła Nowaka, który na poprzednim etapie obiecywał rezygnację z mandatu, udzieliła dyplomatycznej odpowiedzi, że na pewno podejmie on „właściwą decyzję”. A – powiedzmy sobie szczerze i otwarcie – jakaż decyzja może być lepsza od kontynuowania służby Polsce na poselskim fotelu? Gdzie poseł Nowak będzie miał lepiej, jeśli nie w Sejmie, tym bardziej, że nawet najpobożniejszy senator Platformy Obywatelskiej, Jan Filip Libicki życzy mu „powodzenia w sądzie”? Jestem pewien, że te życzenia się spełnią, bo skoro już wkroczyliśmy w nowy etap, to obowiązują na nim inne mądrości, o których skądciś dowiedział się nie tylko poseł Nowak, pojawiając się ponownie w Sejmie, ale i niezawisłe sądy, które – niczym ów policmajster z „Pana Tadeusza” – powinność swej służby na pewno zrozumieją. Zresztą nie tylko sądy – bo i niezależna Prokuratura Wojskowa na wszelki wypadek ponownie przedłużyła śledztwo smoleńskie? Wprawdzie ryzyko powrotu PiS do rządów nie jest duże, ale niezależna Prokuratura Wojskowa widocznie uważa, że na wszelki wypadek trzeba zabezpieczyć się na wszystkie strony.

Szczególnie od strony najważniejszej. Oto na Facebooku pan Tomasz Nowak, powołując się na poranną audycję radia Tok FM z 5 października br., cytuje wypowiedź ministra spraw zagranicznych Grzegorza Schetyny, który wyraża gotowość ostatecznego rozwiązania kwestii majątku żydowskiego. „Polska jest finansowo przygotowana na zwrot nawet 60 mld dolarów w 2015 roku. Umiejętna polityka finansowa sprawi, że wyjdziemy z twarzą wśród narodów świata, a Polacy tego nie odczują”. Jeśli minister Schetyna rzeczywiście tak powiedział, to lepiej można zrozumieć przyczyny jego powrotu na stanowisko ministra spraw zagranicznych w rządzie pani premierzycy, które chyba traktuje jako trampolinę do wyższych grządek. Czy Polacy tego nie odczują? No pewnie, że nie; już tam „Gazeta Wyborcza” wszystkim wytłumaczy, że tak trzeba, dzięki czemu pan Rafał Betlejewski, co to zainicjował kampanię wypisywania na murach „Tęsknię za tobą, Żydzie”, będzie miał to, czego chciał. Przed tym co prawda przestrzegał dawno temu grecki filozof Platon: „Nieszczęsny! Będziesz miał to, czegoś chciał!” – ale – jak zauważył Franciszek ks. De La Rochefoucauld – tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, że przekonał się o bezskuteczności pierwszego.”

źródło: michalkiewicz.pl

…i dalej w związku z wizytą w Polsce prezydenta Izraela…. Kto, co i komu obiecał? (Felieton Radio Maryja  •  30 października 2014)

„…W tym kontekście lepiej rozumiemy, dlaczego prezydent Izraela uznał kwestię – jak się wyraził – „zwrotu mienia żydowskiego” za mniej ważną w stosunkach polsko-izraelskich, chociaż oczywiście poinformował, że sprawa ta będzie przedmiotem rozmów z polskimi Umiłowanymi Przywódcami. Przy okazji izraelski prezydent powiedział, że wie, jakie jest polskie stanowisko w tej sprawie, a także – że zna „obietnice i umowy, jakie zostały udzielone i zawarte”. To bardzo ważna deklaracja, bo polska opinia publiczna z jakichś zagadkowych przyczyn nie została poinformowana ani o polskim stanowisku w tej sprawie, ani o „obietnicach i umowach” które – jak się okazuje – „zostały udzielone i zawarte”. Myślę, że wszyscy Polacy chętnie by się dowiedzieli, kto i jakie obietnice w imieniu Polski złożył, no i jakie umowy i z kim pozawierał – bo finansowe konsekwencje tych obietnic i tych umów obciążą polskich podatników podobnie, jak wydatki związane z budową i funkcjonowaniem Muzeum Historii Żydów Polskich.

Warto w związku z tym przypomnieć, że żydowskie roszczenia wobec Polski szacowane są na 60, a może nawet 65 miliardów dolarów i nie od rzeczy będzie zwrócić uwagę, że środowisko, które na terenie Polski dysponowałoby takim majątkiem, z pewnością miałoby dominującą pozycję ekonomiczną, a co za tym idzie – również dominującą pozycję społeczną i polityczną. W tym kontekście deklaracja izraelskiego prezydenta, że „Polacy i Żydzi muszą na nowo zbudować wspólne życie obu narodów” brzmi nie tylko zagadkowo, ale – co tu ukrywać – również niepokojąco. Po pierwsze dlatego, że „muszą” – co wyklucza wszelki sprzeciw z którejkolwiek strony, a po drugie – że „wspólne”, co zakłada podjęcie wymuszonego współżycia. W tej sytuacji od razu pojawia się pytanie, gdzie to wymuszone współżycie będzie się realizowało. Ponieważ nie słychać, by Polacy nosili się z zamiarem masowej emigracji do Izraela, to nie można wykluczyć, że eksperymenty z budowaniem „wspólnego życia obu narodów” będą prowadzone na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Kto te eksperymenty będzie finansował i kogo obciążą koszty ewentualnych niepowodzeń – tego, ma się rozumieć, dzisiaj jeszcze nie wiemy, chociaż dotychczasowe doświadczenia z budową i funkcjonowaniem Muzeum Historii Żydów Polskich pokazują, że jak zwykle – polskich podatników…”

całość tu: michalkiewicz.pl

podobne: Michalkiewicz wyprorokował: Emerytury dla ocalałych z Holocaustu czyli… Przełom i wyłom w polskiej kasie „Zespołu HEART”.  oraz: Judejczykowie, durnie, zdrajcy, legaci, watahy, notariusze – Stanisław Michalkiewicz o atrapie państwa. oraz: Człowieki honoru i standardy PO czyli…”Praca za głos” i „tylko jeden zegarek” Nowaka i to: Zmiana prawa pod Nowaka? a także: „Rząd spajania i zamiatania” podczas „dryfowania w płynności” czyli… Zmiany zmiany zmiany po wyKopkach na „platformie”, by wszystko zostało po staremu tyle że z nowymi gębami do wykarmienia. polecam również: POpulizm czy nie, ale finansowanie partii za nasze pieniądze może się skończyc!

rys. Rafał Zawistowski

rys. Rafał Zawistowski

250 mln. „POmocy” na „zamknięcie” kopalni. Koszt zaniechania prywatyzacji. Deficyt w kasie miedziaka z Lublina, który błaga o niskie podatki. Bankructwa firm i żerowiska bezpieki.


1. Piechociński o likwidacja kopalni z budżetuKoszty zaniechania prywatyzacji TOMASZ CUKIERNIK

01.10.2014 (IAR) – To dopuszczalna pomoc publiczna. Tak o środkach z budżetu państwa, które maja być przeznaczone na likwidację kopalni Kazimierz -Juliusz i innych zobowiązań spółki, mówi wicepremier- minister gospodarki Janusz Piechociński z PSL.

Dziś komisja nadzwyczajna do spraw energetyki i surowców energetycznych przyjęła poprawkę do ustawy o systemie monitorowania i kontrolowania jakości paliw, która umożliwi finansowanie zamknięcia tej kopalni z dotacji budżetowej. Chodzi w sumie o 280 milionów złotych. Członkowie komisji mieli wątpliwości, czy zmiana ta nie jest pomocą publiczną, na którą zgodę musi wyrazić Komisja Europejska.

Janusz Piechociński w rozmowie z IAR przypomniał, że Komisja Europejska w przeszłości dawała już zgodę na pomoc publiczną w podobnych sytuacjach. „Naszym zdaniem to dopuszczalna pomoc publiczna, dlatego że obok samego elementu eksploatacji jest kwestia szkód, rozliczeń z samorządami, ponownego zagospodarowania przestrzeni. To i tak zostaje na garnuszku państwa” – powiedział wicepremier Piechociński. Dodał, że koszty likwidacji kopalni i tak obciążyłyby państwo polskie, bo jest ona częścią państwowego Katowickiego Holdingu Węglowego.

Informacyjna Agencja Radiowa (IAR)/Danuta Zaczek/dabr

podobne: PG Silesia vs. Kompania Węglowa czyli efektywność i wydajność vs. szaleństwo. NIK skontroluje funkcjonowanie górnictwa. oraz: Misie na miarę naszych czasów. Pomoc publiczna dla PLL LOT. Pendolino nie mieści się na torach

„W 2013 roku Kompania Węglowa zanotowała stratę na poziomie ponad 675 mln zł, mimo zysku brutto ze sprzedaży na poziomie niemal 1,2 mld zł. Dodać należy, że w latach 2003-2011 Kompania Węglowa otrzymała w ramach pomocy publicznej dotacje w wysokości łącznie ponad 6,3 mld zł. Kluczem do odpowiedzi na pytanie o przyczyny wyniku finansowego spółki za rok 2013, okazuje się być rubryka „Koszty ogólnego zarządu” – pisze w raporcie Warsaw Enterprise Insiture.

Głównym problemem jest rozrost tkanki zarządczo-związkowej, generujący rokrocznie potężne koszty, przewyższające zyski ze sprzedaży produktu. Świadczą o tym wyniki finansowe kopalń sprywatyzowanych. Dla przykładu, w 2013 roku Bogdanka S.A. osiągnęła zysk netto w wysokości ponad 224 mln zł. Dodatkowym zagadnieniem, związanym z kosztem prowadzenia działalności przez Kompanię Węglową jest nadzwyczajna mnogość związków zawodowych działających wewnątrz spółki. Ilość organizacji związkowych w Kompanii Węglowej S.A. wynosi 161, natomiast poziom uzwiązkowienia to 101,86%.

Głównym wnioskiem wysnutym z raportu jest stwierdzenie, że liczne błędy oraz niedoskonałości przekształceń własnościowych przedsiębiorstw państwowych niosą za sobą dwa najistotniejsze rezultaty, które w kombinacji składają się na, często patologiczną, sytuację spółek Skarbu Państwa. Pierwszym z tych rezultatów jest ugruntowanie i zabetonowanie w polskim życiu gospodarczym instytucji skomercjalizowanych przedsiębiorstw państwowych, która to sytuacja, w założeniu, stanowić miała stan pośredni pomiędzy przedsiębiorstwem będącym własnością państwową a przedsiębiorstwem sprywatyzowanym. Zgodnie jednak z obawami proces prywatyzacji wielu przedsiębiorstw państwowych zatrzymał się na etapie ich komercjalizacji i w większości przypadków nie zapowiada się na to, aby w najbliższym czasie zaszła w tym zakresie jakakolwiek zmiana. Drugim rezultatem jest ustanowienie, już na samym początku procesu prywatyzacji, niebywale niskich standardów w zarządzaniu mieniem państwowym, których skutkiem jest traktowanie przedsiębiorstw państwowych (a następnie spółek Skarbu Państwa) jako obfitego źródła majątku, który można z powodzeniem drenować do kieszeni prywatnych.

Według Warsaw Enterprise Institute za uzasadnione można uznać stwierdzenie, wedle którego niedokończony i w dużej mierze wadliwie przeprowadzony proces prywatyzacyjny doprowadził do utrwalenia w polskiej rzeczywistości gospodarczej nierentownych państwowych spółek wspomaganych publicznymi pieniędzmi, pochodzącymi oczywiście z podatków. Oznacza to, że wszyscy Polacy ponoszą koszty związane z nieodpowiedzialnymi, a w wielu przypadkach wręcz patologicznymi praktykami, które, jak się zdaje, stanowią regułę w wielu spółkach Skarbu Państwa. Przykład Kompanii Węglowej doskonale ilustruje mechanizm działania tych molochów – ogromne koszty zarządu i pracownicze czynią ich działalność skrajnie nieopłacalną, nawet pomimo ogromnych dotacji z budżetu.

Nie sposób jest z całą stanowczością oceniać architektów przekształceń własnościowych w Polsce, łatwo bowiem, szafując mocnymi słowami, popaść w ahistoryzm ocen. Nie można jednak nie zauważyć, że istniały alternatywne ścieżki przeprowadzenia tego procesu, a nawet w ramach metod wykorzystanych faktycznie można było uniknąć wielu błędów. Dzisiaj wszyscy podatnicy muszą ponosić koszty zaniechań w tej dziedzinie – podsumowuje WEI.

Źródło: Warsaw Enterprise Institute

polecam również: Tani węgiel solą w oku lobby górniczego. POwszechna zgoda na komunizację (certyfikaty jakości, koncesje) branży i dopłacanie do interesu za pieniądze podatników. oraz: Opieka socjalna niszczy branżę węglową. Część kopalń trzeba będzie zamknąć. Tomasz Cukiernik: „Czarny kłopot”.

Drogi Przyjacielu

Już minęło cztery lata jak opisywałem Tobie moją historię „Uradowanego Górnika” na blogu DwaGrosze, dziękując za tak wspaniałe fanty które mi wówczas zafundowałeś, takie  jak chociażby ten 5 letni urlop górniczy ze wszystkimi przywilejami…No cóż, przy moim hulaszczym trybie życia zabrakło by mi znów pieniędzy lecz oto Twoja obecna partia całkiem niedawno temu znowu wpadała na wspaniały pomysł chyba głównie po to aby mnie nadal wesprzeć. Dziękuję Ci Jurku B z PO, że tak o mnie dbacie! Zafundowali mi jako byłemu pracownikowi cały pakiet akcji JSW.  Emisja po 136 zł za sztukę a ponieważ mój urlop górniczy który mi onegdaj przyznałeś zaliczał się do stażu pracy górniczej to ja też dostałem pełny limit,  nie tak jak ci ze spółek córek JSW. Jak już się orientujesz, u mnie się nic długo nie trzyma więc sprzedałem ten pakiet dość szybko „konikom” z pod kopalni gdyż oni naprawdę wierzyli, że w Polsce można się obłowić nie będąc prezesem. Dziś akcja kosztuje tylko 30 zł za sztukę. Ja ha, ha na tej sprzedaży wydębiłem dużo więcej czyli troszkę kasy (jakieś drobne 36000 zł ).

Rozumiesz teraz dlaczego w tym roku rząd polski dopisał do krajowego PKB dochody z szarej strefy! Rozumiesz także dlaczego pozostałym wydłużono wiek emerytalny. Ktoś przecież musi na mnie zasuwać. Koledzy górnicy z kompani węglowej już strajkują. Nie podoba się im ruski tani węgiel choć chińskie badziewia kupują w sklepach sami. Przy okazji chcą otrzymać mieszkania zakładowe na własność. Już im je obiecano!

Dziwne to jest jak łatwo u nas można dostać kasę. Wystarczy trzy, cztery dni posiedzieć pod ziemią i tym co spłacali za Balcerowicza super wysokie kredyty mieszkaniowe na mieszkania spółdzielcze (oprocentowane 91r -styczeń 50% ; luty 40%) można wytrzeć (czytaj „napluć”) w twarz za ich naiwność. A powinni też zjechać na dół i trzy lub cztery doby tam pospać. Nie musieli by przez to przecież takich kredytów spłacać,  bo po co. Rząd RP jest hojny szczególnie jeżeli chce się przypodobać aby jeszcze troszkę porządzić przed wyborami. Wiem, wiem, Ty też się znowu załapałeś na nową kadencję do UE. I znów takaaaaaa kasa.

Tak naprawdę Jurku B. mamy coś wspólnego. Obaj mamy pieruńskie szczęście żyjąc na konto frajerów którzy nam na to pozwalają. Podobnie jak ci co w tym kraju inkasują zarąbiste odprawy po zejściu ze stolca na piedestałach my tez nie będziemy musieli się już nigdy przemęczać!Dziękuje Ci Jurku ponownie!

Uradowany Górnik

który nigdy nie głosował na Ciebie bo nie jest frajerem.

źródło: dwagrosze.com

rys. Żukow

rys. Żukow

…Ktoś powie „no dobrze, ale przecież prawo na to pozwala więc nie jest to nielegalne a górnicy mają słuszne prawo bronić swoich miejsc pracy”. Tyle że to nie jest żadne wytłumaczenie ani argument dla usankcjonowania jawnego marnotrawstwa i okradania ludzi którzy na to łożą i nawet jak coś „jest w prawie” to bywa skurwysyństwem (pardon my frencz, ale inaczej nazwać tej patologii nie można)… Oprócz tego jak powinno funkcjonować państwo równie ważne (o ile nie najważniejsze!) jest właśnie postawa obywatelska, która w wykonaniu „górników” (głównie ze ZZ) jest patologią o wiele gorszą, bo to właśnie ten rodzaj „obywateli” urządził nam to „państwo prawa” poprzez wybór do organów ustawodawczych Polski ludzi takich samych jak oni – roszczeniowców, janosików pierwszych do dzielenia cudzego dla siebie. Taka jest bowiem właściwa chronologia patologii.

…tymczasem inni płacą na tę „ludzką twarz” rządu przez nos kosztem własnej rentowności. Oczywiście do momentu aż dołączą do tych co zostali już przez „opiekuńczą” władzuchnę do cna wyczyszczeni, więc znikają z rynku nie mogąc liczyć na to, że ich protest w obronie miejsc pracy zostanie uznany przez „umiłowanych przywódców” za „ważny interes społeczny” w ramach walki o „sprawiedliwość społeczną”… Chociaż jestem przekonany że takiemu KGHMowi raczej włos z głowy nie spadnie, bo zbyt wielu polityków ze wszystkich zainteresowanych stron obsadziło w tej spółce swoje rodziny i znajomych…. (Odys)

2. KGHM apeluje do rządu o niższe podatki od wydobycia Euler Hermes: Liczba upadłości wzrosła r/r do 71 we wrześniu.

02.10.2014 (IAR) – KGHM apeluje do polskiego rządu o niższe podatki od wydobycia. Wczoraj w Chile koncern uroczyście uruchomił kopalnie miedzi zbudowaną razem z japońskim inwestorem za 4 miliardy dolarów. Koszty wydobycia surowca w Ameryce Południowej są niższe nawet o 40 procent niż w Polsce.

Prezes Herberth Wirth w wywiadzie udzielonym Informacyjnej Agencji Radiowej apelował do ministra finansów o zmianę zasady naliczania niedawno wprowadzonego dodatkowego podatku od kopalin. „Jest to podatek, który blokuje nowe inwestycje w kraju i ekstremalnie negatywnie wpływa na finanse koncernu. Dzisiaj w Polsce jeden z naszych ważnych oddziałów jest trwale nierentowny i to daje pod rozwagę.” – przekonywał Herberth Wirth.

Tą deficytową kopalnią jest zakład górniczy w Lubinie. KGHM 2 lata temu dodatkowego podatku od kopalin zapłacił ponad 1,5 miliarda złotych. W tym roku danina może wynieść już 2 miliardy.

IAR/ Tomasz Majka, Chile/pbp

podobne: Produkcja miedzi w Europie spada – rośnie w Chinach. „Polska Miedź” potrzebuje 2,5 miliarda złotych kredytu.  oraz: (Nie)odPOwiedzialnośc POlityków która nic ich nie kosztuje.

rys. Żukow

rys. Żukow

Warszawa, 02.10.2014 (ISBnews) – Liczba upadłości firm zarejestrowanych we wrześniu br. wyniosła 71 wobec 66 we wrześniu ub. roku, wynika z danych Euler Hermes Collections na podstawie oficjalnych danych z Monitora Sądowego i Gospodarczego.

„Większa jest nie tylko liczba upadłości, ale także ich efekt ekonomiczny. Opublikowane we wrześniu orzeczenia o upadłości dotyczyły firm mających zsumowany ostatni znany obrót na poziomie ok. 1,2 mld zł, a zatrudniały one razem, według ostatnich dostępnych danych, ok. 2,5 tys. osób (obydwie te wartości są znacznie wyższe niż w poprzednim miesiącu)” – czytamy w komunikacie.

Na przestrzeni dziewięciu miesięcy tego roku sądy opublikowały orzeczenia o upadłości 630 przedsiębiorstw działających w Polsce, podczas gdy w tym samym okresie ubiegłego roku było to 713 opublikowanych upadłości. Wrzesień był drugim w tym roku miesiącem (obok maja), gdy liczba upadłości była wyższa niż w analogicznym okresie roku ubiegłego, podkreśla Euler Hermes.

Liczba upadłości opublikowanych we wrześniu jest wyższa niż przed rokiem z powodu liczniejszych upadłości firm produkcyjnych oraz handlowych, tłumaczy firma.

„Wśród największych upadłości dominują dystrybutorzy hurtowi (m.in. dwie firmy spośród trzech największych pod względem obrotów bankrutów). (…) Upadłości firm produkcyjnych dzielą się po połowie na producentów artykułów konsumpcyjnych (żywność i meble) oraz inwestycyjnych (artykuły budowlane, wyroby maszynowe oraz części motoryzacyjne)” – czytam dalej.

Euler Hermes zwrócił też uwagę na problemy sektora spożywczego – w ostatnim miesiącu upadło łącznie 11 firm (4 producentów i 7 hurtowników).

(ISBnews)

źródło: stooq.pl

To dopiero nie lada wyczyn polityków! Zwiększyć bezrobocie w kraju, w którym powstaje prawie najwięcej miejsc pracy!!! 

+ Cyferki mogą się zmieniać ale to nie znaczy jeszcze, że lepiej zarabiamy. Cyferki mogą rosnąć – a siła nabywcza zarobków spadać. Co oczywiście oznacza, że biedniejemy – mimo, że pensje rosną. I jest to najbardziej popularna sztuczka księgowa polityków, żeby dalej bezkarnie doić społeczeństwo, mamiąc iluzją rosnącej średniej krajowej...” (Podziemna TV: Robią nas w konia: Bilans 7 lat rządów PO i PSL)

podobne: Polska gospodarka: bankructwa firm, eksport, inwestycje zagraniczne. oraz: Czy rząd Donalda Tuska wraz z całą administracją podatkową postawili sobie za cel, by wszyscy przedsiębiorcy albo zbankrutowali, albo wyprowadzili się za granicę? i to: Dla złodziei figa z makiem – MISie mówią dośc!

3. Jak do tego doszło? Całkiem „legalnie” i choć w konspiracji przed to jednak przy wydatnym udziale „demokratycznego” społeczeństwa.

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

„…Konstytucja III Rzeczypospolitej była tworzona przez tak zwaną „bandę czworga”, w skład której wchodziły ugrupowania zdecydowanie lewicowe, jak Unia Pracy, dowodzona przez „prawdziwego socjalistę” Ryszarda Bugaja, farbowane na czerwono lisy z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, skupiającego dawnych PRL-owskich nomenklaturowców, Polskie Stronnictwo Ludowe, którego działacze serca mają, jak się należy, po lewej stronie, no i Unia Wolności – wówczas dowodzona przez Leszka Balcerowicza, wprawdzie uchodzącego za „liberała”, ale otoczonego przez socjaldemokratów w rodzaju Jacka Kuronia i Bronisława Geremka. Taki skład redakcji sprawił, że konstytucja z 1997 roku przypomina wielbłąda, który jak wiadomo, jest koniem zaprojektowanym przez komisję. Znakomicie ilustruje to art. 2 konstytucji głoszący, iż „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.” Zawarcie aż tylu sprzeczności w jednym zdaniu to duża sztuka, ale czegóż to się nie robi dla Polski? Według tego artykułu Rzeczpospolita Polska jest państwem demokratycznym, to znaczy takim, w którym kwestie sporne rozstrzyga się przez przyznanie racji arytmetycznej większości oraz takim, w którym rekrutacja aparatu władzy następuje w wyniku powszechnego głosowania. Państwo w którym kwestie sporne rozstrzygane są przez każdorazowe przyznawanie racji arytmetycznej większości, nie może być „państwem prawnym” – bo w państwie prawnym respektowane są zasady prawa wywodzące się z prawa naturalnego – bez względu na to, co na ten temat mniema arytmetyczna większość. A tu jeszcze dochodzi nieszczęsna „sprawiedliwość społeczna”, której „zasady” Rzeczpospolita Polska ma „urzeczywistniać”. Opatrzenie rzeczownika „sprawiedliwość” przymiotnikiem „społeczna” oznacza, że mamy do czynienia z jakimś szczególnym rodzajem sprawiedliwości, różniącym się istotnie od sprawiedliwości zwyczajnej. Sprawiedliwość zwyczajną zdefiniował przed blisko dwoma tysiącami lat rzymski prawnik Ulpian Domicjusz. Twierdził on, że „iustitia est firma et perpetua voluntas suum cuique tribuendi” – co się wykłada, że sprawiedliwość jest to niezłomna i stała wola oddawania każdemu, co mu się należy, co dodatkowo potwierdził w trzech, jako że „omne trinum perfectum”, czyli wszystko co potrójne, jest doskonałe – „zasadach prawa”: honeste vivere, alterum non laedere, suum cuique tribuere (uczciwie żyć, drugiego nie krzywdzić, każdemu należne oddawać). Gdyby zatem sprawiedliwość społeczna była sposobem postępowania zalecanym przez Ulpiana Domicjusza, byłaby po prostu zwyczajną sprawiedliwością i nie byłoby konieczności opatrywania jej zagadkowym przymiotnikiem „społeczna”. Tak jednak nie jest, więc sprawiedliwość społeczna musi różnić się czymś istotnym od sprawiedliwości zwyczajnej – na przykład, żeby nikomu niczego nie oddawać, a jeśli już koniecznie trzeba – to oddawać nie to, co „należne”, ale, dajmy na to, tylko to, co nam zbywa. Krótko mówiąc, przymiotnik „społeczna” sprawia, iż mamy do czynienia z jakimś rodzajem niesprawiedliwości, a skoro tak, to utrzymywanie, jakoby III Rzeczpospolita była „państwem prawnym” jest absolutnie nieuprawnione….” (Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność)

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

…owocem tego „prawa” są właśnie różnego rodzaju żerowiska zwane „spółkami skarbu państwa”, „agencjami”, i innymi organami „pożytku publicznego” (spółki celowe, komunalne) tworzone przez organa władzy dla rzekomego dbania o „interes publiczny” (bądź „społeczny”). W tych tworach siedzi cała masa dobrodziejów, marnotrawiąc to co na funkcjonowanie tego żerowiska zabierane jest obywatelom w ramach podatków, tudzież ze wspólnego (nie mylić z wolnym) rynku na zasadzie monopolu państwa w danej branży (jak np. energetyka, paliwa i cała reszta przedsiębiorstw państwowych, których pokaźną listę można znaleźć na stronie Ministerstwa Skarbu Państwa). Istnienie tego rodzaju UPRZYWILEJOWANYCH „podmiotów gospodarczych” zaburza najważniejszą dla konsumentów zasadę konkurencji, obniża efektywność zarządzania takimi firmami co z kolei przyczynia się do ich niskiej albo wręcz zerowej rentowności, przez co państwo musi do nich dopłacać by w ogóle istniały (kopalnie, LOT, kolej państwowa) obciążając ich istnieniem podatników i tę część rynku która działa poprawnie (jak wspomniany KGHM, który jest zmuszony płacić dodatkowe podatki). Jednocześnie zdrowa część sektora (zwłaszcza prywatnego) nie może liczyć na nikogo innego jak na siebie i w naturalny sposób plajtuje kiedy przestaje przynosić dochód wykrwawiając się na rzecz podmiotów państwowych, które nie obowiązuje rentowność a w razie kłopotów finansowych mogą liczyć na wsparcie państwa (za pieniądze podatników)… (Odys)

…kolejna kwestia to wspomniane Związki Zawodowe…

„…Ustawa z 23 maja 1991 roku o związkach zawodowych na szczęście nie jest powszechnie czytana, bo gdyby była, to mogłoby to ściągnąć na nasz nieszczęśliwy kraj straszliwe paroksyzmy. Oto do utworzenia związku wystarczy 10 osób przy czym można należeć do więcej ni z jednego związku zawodowego, podobnie w przedsiębiorstwie może działać więcej niż jeden związek. Ponieważ osoby funkcyjne maja prawo do płatnych zwolnień od pracy na działalność związkową, można wyobrazić sobie sytuację, że w firmie zatrudniającej 1000 pracowników działa, dajmy na to, 100 związków zawodowych, a każdy jest funkcyjnym – jak nie w jednym, to w drugim związku. W ten sposób można rozłożyć każdą firmę, zwłaszcza konkurencyjną wobec kontrolowanych przez bezpiekę, która przy pomocy swoich konfidentów może założyć tam tyle związków, ile tylko dusza zapragnie. Żeby temu zapobiec, wystarczy tę ustawę uchylić i wprowadzić zasadę, że związki zawodowe maja status stowarzyszeń zwykłych. Ten pomysł był wysuwany jeszcze w początkach lat 90-tych, podobnie jak pomysł, by konstytucyjną normą zakazać uchwalania budżetu z deficytem – ale podobnie, jak niezależna prokuratura w tak zwanej „wolnej Polsce” nie ośmieliła się podważyć decyzji Biura Politycznego KC PZPR w sprawie afery „Żelazo”, tak samo poważni politycy nie ośmielili się podważyć rozwiązań zaaplikowanych naszemu nieszczęśliwemu krajowi przez bezpiekę…” (Kaźmierczak: Terror związków zawodowych. Wszyscy się boją! – Najwyższy Czas! oraz: Grzegorz Braun: „Sierpniowa lekcja” czyli… Polak przed szkodą i po szkodzie socjalistą.)

 …jak to się stało że banda gnuśnych obskurantów bezkarnie i w „majestacie prawa” okupuje i rabuje ponad 30 milionowy naród? Otóż… 

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

„…Przyczyną tego stanu rzeczy jest – jak sądzę, fakt, iż III Rzeczpospolita to inna, elegancka nazwa okupacji Polski przez bezpieczniackie watahy, które rabunkowo eksploatują nie tylko zasoby kraju, ale coraz śmielej i coraz bezczelniej rabują również obywateli. Oczywiście nie bezpośrednio, tylko z zachowaniem pozorów legalności, czyli w tak zwanym „majestacie prawa”.

Stworzeniu takich pozorów służą Umiłowani Przywódcy, z których bezpieczniacy tworzą demokratyczną fasadę, tych wszystkich prezydentów, premierów, ministrów, senatorów, posłów i tak dalej. Ci, w zamian za umożliwienie dojenia Rzeczypospolitej, czyli w zamian za dopuszczenie do rabunku obywateli, wysługują się bezpieczniackim watahom mniej więcej w podobny sposób, pięknie się różniąc jedynie emploi, to znaczy – pozorami moralnego uzasadnienia swojej obecności w szajce zwanej III Rzeczpospolitą. Jedni tłumaczą swoją obecność w bandzie pragnieniem „modernizacji” naszego nieszczęśliwego kraju, a inni – płomienną obroną interesu narodowego. Ale znacznie bliższe prawdy są inwektywy, jakimi wzajemnie się obrzucają. Na przykład Platforma Obywatelska nazywana jest „obozem zdrady i zaprzaństwa”, podczas gdy ona z kolei określa antagonistyczne „Prawo i Sprawiedliwość” mianem „oszołomów”…

…zarówno premier, jak i ministrowie, są tylko posiadaczami zewnętrznych znamion władzy w postaci gabinetów, sekretarek i limuzyn, ale to tylko taka atrapa, rodzaj dekoracji, za zasłoną której nasz nieszczęśliwy kraj okupują bezpieczniackie watahy, wysługujące się państwom poważnym. Te – jak potwierdził to w całej rozciągłości raport NIK – nie są kontrolowane przez żaden konstytucyjny organ, więc robią co chcą…”

punkt ciężkości władzy w naszym nieszczęśliwym kraju znajduje się poza konstytucyjnymi organami państwa, którego funkcjonariusze skaczą z gałęzi na gałąź przed bezpieczniackimi watahami, które wysunęły ich do konstytucyjnych godności w charakterze „zderzaków”, o których wspominał jeszcze gadatliwy Kukuniek…

… wydatki na bezpiekę ujawnione w ustawie budżetowej, to zaledwie wierzchołek góry lodowej, bo część niewidoczna ukryta jest właśnie w rożnych deficytach wspomnianych spółek. Ponieważ liczba bezpieczniackich watah w ciągu ostatnich 20 lat się zwielokrotniła, podobnie jak agentura i apetyty, to w rezultacie takiego dojenia państwa, polski węgiel, podobnie jak inne produkty, musi być drogi…” (Stanisław Michalkiewicz – Polska bezpieka pasożytuje na spółkach skarbu państwa

…W ten sposób współczesne państwo opiekuńcze, a zwłaszcza – tworząca aparat państwowy pasożytnicza klasa próżniacza, staje się coraz większym problemem dla narodowej gospodarki, rodzajem złośliwego nowotworu, który wysysa z gospodarki wszystkie siły żywotne, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Pół biedy, gdy tylko wysysa, chociaż i to musi doprowadzić do dramatycznych konsekwencji. Gorzej, gdy pasożytnicza klasa próżniacza, która w gruncie rzeczy nie potrafi nic innego, jak tylko wyszukiwać sobie synekury, a więc dobrze płatne posady bez jakiejkolwiek odpowiedzialności, uzurpuje sobie prawo zarządzania narodową gospodarką. Prowadzi to do sytuacji głęboko patologicznej, gdy kto inny podejmuje decyzje, a kto inny ponosi ich ekonomiczne konsekwencje. Skutki nie dają na siebie długo czekać; konieczność korumpowania obywateli ochłapami bogactwa uprzednio im zrabowanego, by w ten sposób zyskiwać popularność i wygrywać kolejne wybory powoduje, że nie tylko zwiększają się rozmiary rabunku obywatelskich dochodów, ale również – dług publiczny, obciążający następne pokolenia…

Dlatego też prawdziwa reforma współczesnych państw powinna zmierzać w kierunku przywrócenia obywatelom władzy nad bogactwem, jakie swoja praca wytwarzają i z jakiej zostali podstępnie wyzuci przez Umiłowanych Przywódców. Trudno oczekiwać, że właśnie oni to zrobią, skoro z tego rabunku przecież żyją, więc obawiam się, że obywatele będą musieli wydrzeć im tę władzę własnymi rękami.” (Stanisław Michalkiewicz: Państwo jako nowotwór złośliwy)

podobne: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność. i to: Państwo w połączeniu z biznesem: marnotrawstwo, kumoterstwo, rabunek i korupcja na koszt podatników a Polacy podobno nie lubią nepotyzmu. a także: Paweł Rybacki: Moralna i praktyczna wyższość gospodarki wolnorynkowej nad centralnie planowaną lub interwencjonistyczną.

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność.


1. Odprawa dla Wasiak to patologia. państwa nie stać na wynagrodzenia i odprawy

24.09.2014 (IAR) – Konflikt interesów, brak etyki i marnowanie publicznych pieniędzy. Ekonomiści nie zostawiają suchej nitki na odprawie dla nowej minister infrastruktury i rozwoju. Maria Wasiak po odejściu ze stanowiska członka zarządu w PKP S.A. otrzyma pół miliona złotych.

Gwarantuje jejk to kontrakt menedżerski, który podpisała obejmując to stanowisko. Co więcej, jako nowa minister, sama podpisze decyzję w tej sprawie. Zdaniem Andrzeja Sadowskiego z Centrum Imienia Adam Smitha, w tym przypadku powinna interweniować premier Ewa Kopacz.

Sadowski uważa, że nowa pani minister znalazła się w sytuacji ewidentnego konfliktu interesów. Zwraca też uwagę, że w innych krajach reguły dotyczące tego typu sytuacji są ponad zapisy w umowach, czy kontraktach. Ekspert podkreśla też, że w cywilizowanym ustroju powinna być zasada, że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie. Dlatego też Maria Wasiak nie powinna decydować o swojej odprawie, która na dodatek pochodzi z publicznych pieniędzy.

Wasiak zarabiała w PKP S.A. ponad 42 tysiące złotych brutto miesięcznie. Jako minister będzie otrzymywać znacznie niższe wynagrodzenie. Jednak zdaniem Andrzeja Sadowskiego, nie jest to żadne usprawiedliwienie, by brać taką odprawę. Przypomina on, że nie ma przymusu pracy w sektorze publicznym. Sadowski zaznacza, że już wcześniej pojawiały się głosy polityków, że tego typu odprawy pozwalają skompensować stratę wynikającą z przejścia ze spółek do urzędów. Ekspert zaznaczył, że tego typu myślenie i postępowanie jest korupcjogenne.

Informację o odprawie potwierdzili przedstawiciele PKP. Nikt z ministerstwa infrastruktury i rozwoju nie chce komentować sprawy.

Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/A. Pszoniak/nyg

24.09.2014 (IAR) – Firma zadłużona, ale odprawa się należy. Piotr Kuczyński z Domu Inwestycyjnego Xelion krytykuje nową minister infrastruktury i rozwoju. Maria Wasiak dostanie odprawę z PKP S.A. w wysokości ponad pół miliona złotych. Nowa minister była tam do niedawna zatrudniona na stanowisku członka zarządu. Otrzymywała miesięczną pensję w wysokości ponad 40 tysięcy złotych. Piotr Kuczyński uważa, że to zbyt duże pieniądze, jak na państwową spółkę. ekspert przypomina, że od wielu lat PKP S.A. nie może się uporać z gigantycznym długiem. Firma także zwalnia pracowników, tłumacząc się koniecznością oszczędności. Kuczyński podkreśla, że firmy, w których tnie się koszty, nie powinny utrzymywać tak wysokich pensji dla swoich zarządów.

Odprawę gwarantują zapisy w kontrakcie menedżerskim, który Maria Wasiak podpisała w 2012 roku. Zdaniem eksperta, cała sprawa jest wątpliwa od strony etycznej. Kuczyńskiego zastanawia, czy należy brać odprawę, jesli odchodzi się ze stanowiska z własnej woli. Co więcej, odchodzi się do pracy z rządzie. Uważa on, że jest to niezgodne z etyką, która powinna obowiązywać w tej sprawie.

Kuczyński dodaje, że problem można by rozwiązać zatrudniając na stanowiskach rządowych ludzi, którzy mają dobrze poukładane od strony etycznej w głowie.

Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/A. Pszoniak/nyg

podobne: BOR (BOR) – odprawa (odprawa) ale „takie jest prawo” oraz: Okazja czyni złodzieja, ale „Pacta sunt servanda” czyli… NCS ma zapłacić Kaplerowi ponad pół miliona zł

2. CBA podejrzewa zmowę cenową w MSZ.

23.09.2014 (IAR) – CBA podejrzewa zmowę cenową w MSZ. Chodzi o zamówienie na usługi podczas prezydencji Polski w Radzie Unii Europejskiej w 2011 roku. Centralne Biuro Antykorupcyjne przekazało materiały w tej sprawie do prokuratury, UOKiK i Urzędu Zamówień Publicznych.

CBA przeprowadzało kontrolę w ministerstwie spraw zagranicznych od sierpnia zeszłego do maja tego roku. Rzecznik CBA Jacek Dobrzyński powiedział IAR, że materiały z kontroli zostały włączone do akt prokuratorskiego śledztwa dotyczącego zamówień na zakup sprzętu i usług teleinformatycznych realizowanych przez Centrum Projektów Informatycznych MSWiA. Sprawdzano wybrane procedury, dotyczące udzielania zamówień publicznych w latach 2010 – 2013. CBA przesłało już do prokuratury apelacyjnej w Warszawie materiały z kontroli. Prokuratura nie komentuje sprawy.

W zeszłym roku CBA dokonało kilkunastu zatrzymań w całym kraju. Wśród podejrzanych o korupcję przy przetargach realizowanych przez Centrum Projektów Informatycznych MSWiA było kilkunastu przedstawicieli firm informatycznych, wiceprezes GUS i naczelnik wydziału zamówień publicznych z MSZ.

Informacyjna Agencja Radiowa/ IAR/ Mariusz Pieśniewski /dw/ gaj

podobne: Korupcja w MSZ, GUS, MSWiA, KGP. 20 zarzutów o zmowę przetargową.

3. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni.

23.09.2014 (IAR) – Państwowe stadniny nie mają przejrzystych procedur sprzedaży koni, w efekcie czego wartość rynkowa zwierząt jest często zaniżana na rzecz kupujących, a sprzedażą zajmują się nieupoważnione osoby – stwierdził NIK.

W pogoni za zyskami jedna ze stadnin sprzedała nielegalnemu pośrednikowi zdrowe konie na rzeź. Według NIK większość stadnin nie dbała o stan techniczny budynków, w tym także stajni. Ponadto niektóre nie zapewniały odpowiednich warunków weterynaryjnych, które są wymagane przy hodowli koni.

Z raportu NIK wynika, że Agencja Nieruchomości Rolnych nie prowadziła analizy ekonomicznej opłacalności hodowli koni, wskutek czego nie wiedziała, jakie są rzeczywiste koszty takiej działalności. Okazało się, że ANR, która odpowiada za ochronę i zapewnienie ciągłości gatunku najcenniejszych ras koni w Polsce, nie wiedziała nawet czy działalność związana z hodowlą koni przynosi zyski, czy straty. Dopiero kontrolerzy NIK ustalili, że zaledwie w ciągu dwóch lat (lata 2011-2012) hodowla koni przyniosła stadninom straty w wysokości aż 18 milionów złotych. Straty te poniosły wszystkie skontrolowane stadniny.

NIK/IAR/dw/gaj

podobne: Państwo w połączeniu z biznesem: marnotrawstwo, kumoterstwo, rabunek i korupcja na koszt podatników a Polacy podobno nie lubią nepotyzmu.

4. NIK: GDDKiA opóźnia wyceny i zaniża wartość ziemi kupowanej na mocy specustawy

Warszawa, 24.09.2014 (ISBnews) – Osoby wywłaszczone na podstawie drogowej specustawy miesiącami czekają na odszkodowania za swoje nieruchomości, choć przepisy przewidują krótkie terminy ustalenia wysokości odszkodowania, poinformowała Najwyższa Izba Kontroli (NIK). Według Izby, przyznawane odszkodowania są często zaniżane lub zawyżane ze względu na błędy w wycenie nieruchomości, które popełniają zarówno rzeczoznawcy majątkowi, jak i urzędnicy weryfikujący dokumenty.

„W związku z boomem drogowym konieczne było przyśpieszenie przejmowania nieruchomości pod budowę dróg krajowych – pozwalała na to tzw. specustawa drogowa wprowadzona w kwietniu 2003 r. W grudniu 2006 r. weszły w życie przepisy, pozwalające na sprawne wywłaszczenie nieruchomości na rzecz Skarbu Państwa w przypadku, gdy jest ona położona w pasie budowanej drogi krajowej. (…) Osobom wywłaszczonym przysługuje odszkodowanie, którego wysokość ustalają wojewodowie w odrębnym postępowaniu administracyjnym, a podstawą do ustalenia wysokości odszkodowania jest sporządzana przez rzeczoznawcę majątkowego wycena (operat szacunkowy) nieruchomości” – czytamy w komunikacie NIK.

Oprócz obecnej procedury prawnej w okresie objętym kontrolą, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA) pozyskiwała nieruchomości pod drogi także w oparciu o wcześniej obowiązujące przepisy (do 15 grudnia 2006r.). Podstawowym rozwiązaniem było wówczas zawieranie umów z właścicielami nieruchomości. Dopiero, gdy umowy nie udawało się zawrzeć zarządca dróg występował do wojewody z wnioskiem o wywłaszczenie, przypomniano.

„W latach 2008-2013 (I półrocze) GDDKiA wydała blisko 7 mld (6,8 mld) zł na zakup nieruchomości w ramach Programu Budowy Dróg Krajowych. Stanowiło to 6,5% wszystkich wydatków przeznaczonych na budowę dróg krajowych w tym okresie. W czterech, z pięciu skontrolowanych, oddziałach GDDKiA (w Kielcach, Lublinie, Poznaniu i Warszawie) na podstawie umów zawieranych z właścicielami pozyskano ponad 8,5 tys. nieruchomości, a przez wywłaszczenie przejęto na te cele 2245 nieruchomości” – wyliczono.

NIK wypunktowała najważniejsze stwierdzone nieprawidłowości w prowadzonych na przestrzeni ostatnich lata działaniach. Pierwszym jest nieprawidłowe ustalanie wysokości odszkodowań (zawyżanie lub zaniżanie), ze względu na błędy w wycenie nieruchomości. Operaty szacunkowe nieruchomości sporządzane przez rzeczoznawców majątkowych na potrzeby postępowań odszkodowawczych nie zawsze są bezbłędne. Dodatkowo pracownicy urzędów wojewódzkich nierzetelnie weryfikowali dostarczane dokumenty. W efekcie popełniane błędy nakładały się na siebie i w istotnym stopniu wpływały na wysokość przyznawanych odszkodowań.

„W czterech urzędach wojewódzkich (wielkopolskim, lubelskim, mazowieckim i świętokrzyskim) wniesiono niemal 500 odwołań od decyzji ustalających wysokość odszkodowań (4% wszystkich decyzji). NIK zwraca uwagę, że rozpatrujący sprawy minister transportu uznał za zasadne aż 40% odwołań (194 sprawy). Jak ustalili kontrolerzy w 80% przypadków głównym powodem uchylania zaskarżonych decyzji były właśnie błędy w wycenach nieruchomości” – czytamy dalej.

Kolejną nieprawidłowością w procesie wykupu ziemi były opóźnienia w wypłatach odszkodowań, które wynikały ze zwłoki w wydawaniu decyzji ustalającej wysokość odszkodowania. NIK wskazuje, że w latach 2008-2013 w pięciu skontrolowanych urzędach wojewódzkich przeprowadzono łącznie ok. 17 tys. postępowań o ustalenie wysokości odszkodowania za przejęte nieruchomości. Tylko 3% decyzji wydano w ustawowym terminie.

„Zgodnie z przepisami wojewoda ma 30 dni na przyznanie odszkodowania (licząc od ostatecznej decyzji o zezwoleniu na realizację inwestycji drogowej lub 60 dni od nadania jej rygoru natychmiastowej wykonalności). Wszyscy skontrolowani wojewodowie przekraczali ten termin. Aż 70% szczegółowo zbadanych decyzji wydano w terminie od 3 do 12 miesięcy, 24% – w terminie przekraczającym rok. Zdarzały się przypadki, że decyzje wydawano po dwóch latach” – podkreśliła Izba.

Wielomiesięczne opóźnienia wynikały w głównej mierze ze zwłoki w rozpoczynaniu postępowań odszkodowawczych i związanego z tym późnego zlecania wycen nieruchomości. W ocenie NIK wojewodowie powinni wszczynać postępowania odszkodowawcze z dniem wydania decyzji o realizacji inwestycji drogowej. Pozwoliłoby to na odpowiednio wczesne wyłonienie rzeczoznawców i zlecenie wycen.

Następną nieprawidłowość zdefiniowano jako przewlekłość i dowolność w rozstrzyganiu spraw dot. wykupu tzw. „resztówek” wynikająca m.in. z braku jednolitych i obligatoryjnych procedur dla wszystkich oddziałów GDDKiA.

„W czterech skontrolowanych oddziałach GDDKiA – w Kielcach, Lublinie, Poznaniu i Rzeszowie (w Warszawie nie prowadzono takiego rejestru) – w okresie objętym kontrolą zgłoszono 1949 roszczeń o wykup ‚resztówek’. Urzędnicy uznali za zasadne 38% roszczeń na łączną sumę prawie 60 mln zł i niemal tyle samo roszczeń odrzucili. W pozostałych przypadkach do czasu zakończenia kontroli w GDDKiA nie zapadły wiążące rozstrzygnięcia. W przypadku 12 (z 730) odmownie załatwionych wniosków o wykup resztówek, właściciele nieruchomości wystąpili na drogę sądową, z roszczeniami na kwotę 46 mln zł” – poinformowała Izba.

Bez względu na to, czy roszczenie uznano czy też nie, sprawy o wykup resztówek ciągnęły się latami. Jeśli roszczenie uznawano – rozstrzygnięcia mogły zajmować od jednego tygodnia do trzech lat, w drugim przypadku: od trzech tygodni do dwóch lat. Rekordzista na załatwienie sprawy w oddziale GDDKiA w Rzeszowie czekał 6 lat (roszczenie uznano).

„W GDDKiA zasady wykupu ziemi pod inwestycje drogowe nie były zgodne z procedurami antykorupcyjnymi. Dyrektor Generalny Dyrekcji w dokumencie pt. ‚Polityka antykorupcyjna GDDKiA’ z marca 2012 r. określił m.in. zasady zapobiegania konfliktom interesów oraz przeciwdziałania możliwości wystąpienia zjawisk korupcyjnych. Ustalono wówczas, że w obszarach szczególnie narażonych na korupcję należy stosować zasadę ‚dwóch par oczu’ – każde działanie urzędnika miało być weryfikowane przez jego przełożonego lub innego upoważnionego pracownika. Wbrew tym zapisom zdarzało się, że zakupem nieruchomości pod drogi krajowe zajmowały się pojedyncze osoby, gdyż formalnie zezwalał na to regulamin organizacyjny GDDKiA” – brzmi kolejny zarzut NIK.

Izba przypomina, że przewlekłe i nierzetelne ustalanie wysokości odszkodowań prowadzi do naruszania prawa osób wywłaszczonych do niezwłocznego otrzymania słusznego odszkodowania za ich własność przejętą na cele publiczne, gwarantowanego przez Konstytucję. Tymczasem, zdaniem NIK, w wielu wypadkach wystarczyłyby często drobne zmiany organizacyjne, aby znacząco skrócić czas realizacji procedur.

„Dlatego Izba zaleca przeprowadzenie przez wojewodów niezbędnych zmian organizacyjnych, tak by postępowania mające ustalić wysokość odszkodowania za nieruchomości przejęte pod drogi toczyły się bez zbędnej zwłoki; podwyższenie kwalifikacji pracowników zajmujących się weryfikacją operatów szacunkowych, które stanowią podstawę ustalenia wysokości odszkodowania za nieruchomości; wprowadzenie spójnych z ‚Polityką antykorupcyjną’ zasad reprezentowania Dyrektora Generalnego DKiA przy nabywaniu nieruchomości (reprezentacja dwuosobowa)” – podsumowano w raporcie.

(ISBnews)

podobne: Przypomnienie: POlska (wiecznie) w budowie czyli… oraz: NIK wytyka błędy przy budowie ekranów akustycznych. a także: NIK oceniła rozstrzyganie przetargów przez GDDKiA i to: „Grzanie na emeryturze”… „Państwową autostradą dla bogaczy” czyli… jak wydoić króliczka.

Stanisław Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność. Referat  •  Konferencja PAFERE  •  22 września 2014 (fragment)

„…Konstytucja III Rzeczypospolitej była tworzona przez tak zwaną „bandę czworga”, (…) Taki skład redakcji sprawił, że konstytucja z 1997 roku przypomina wielbłąda, który jak wiadomo, jest koniem zaprojektowanym przez komisję. Znakomicie ilustruje to art. 2 konstytucji głoszący, iż „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.” Zawarcie aż tylu sprzeczności w jednym zdaniu to duża sztuka, ale czegóż to się nie robi dla Polski? Według tego artykułu Rzeczpospolita Polska jest państwem demokratycznym, to znaczy takim, w którym kwestie sporne rozstrzyga się przez przyznanie racji arytmetycznej większości oraz takim, w którym rekrutacja aparatu władzy następuje w wyniku powszechnego głosowania. Państwo w którym kwestie sporne rozstrzygane są przez każdorazowe przyznawanie racji arytmetycznej większości, nie może być „państwem prawnym” – bo w państwie prawnym respektowane są zasady prawa wywodzące się z prawa naturalnego – bez względu na to, co na ten temat mniema arytmetyczna większość. A tu jeszcze dochodzi nieszczęsna „sprawiedliwość społeczna”, której „zasady” Rzeczpospolita Polska ma „urzeczywistniać”. Opatrzenie rzeczownika „sprawiedliwość” przymiotnikiem „społeczna” oznacza, że mamy do czynienia z jakimś szczególnym rodzajem sprawiedliwości, różniącym się istotnie od sprawiedliwości zwyczajnej. Sprawiedliwość zwyczajną zdefiniował przed blisko dwoma tysiącami lat rzymski prawnik Ulpian Domicjusz. Twierdził on, że „iustitia est firma et perpetua voluntas suum cuique tribuendi” – co się wykłada, że sprawiedliwość jest to niezłomna i stała wola oddawania każdemu, co mu się należy, co dodatkowo potwierdził w trzech, jako że „omne trinum perfectum”, czyli wszystko co potrójne, jest doskonałe – „zasadach prawa”: honeste vivere, alterum non laedere, suum cuique tribuere (uczciwie żyć, drugiego nie krzywdzić, każdemu należne oddawać). Gdyby zatem sprawiedliwość społeczna była sposobem postępowania zalecanym przez Ulpiana Domicjusza, byłaby po prostu zwyczajną sprawiedliwością i nie byłoby konieczności opatrywania jej zagadkowym przymiotnikiem „społeczna”. Tak jednak nie jest, więc sprawiedliwość społeczna musi różnić się czymś istotnym od sprawiedliwości zwyczajnej – na przykład, żeby nikomu niczego nie oddawać, a jeśli już koniecznie trzeba – to oddawać nie to, co „należne”, ale, dajmy na to, tylko to, co nam zbywa. Krótko mówiąc, przymiotnik „społeczna” sprawia, iż mamy do czynienia z jakimś rodzajem niesprawiedliwości, a skoro tak, to utrzymywanie, jakoby III Rzeczpospolita była „państwem prawnym” jest absolutnie nieuprawnione.

Artykuł 2 konstytucji jest rodzajem grzechu pierworodnego, którego skutki rozciągają się na kolejne jej postanowienia – również, a może nawet przede wszystkim, dotyczące kwestii własnościowych. Art. 20 konstytucji stwierdza, że podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej stanowi „społeczna gospodarka rynkowa”, która jest oparta na „wolności działalności gospodarczej”, na „własności prywatnej”, ale również – na „solidarności”, a także – na „dialogu i współpracy partnerów społecznych”. Jak bowiem może wyglądać „wolność działalności gospodarczej”, która teoretycznie powinna przysługiwać podmiotowi działającemu, na przykład – prywatnemu właścicielowi, skoro jest on zmuszony do prowadzenia „dialogu” z tajemniczymi „partnerami społecznymi”, którzy mogą domagać się od niego „solidarności”? Jeśli „partnerzy społeczni” są na podstawie art. 20 konstytucji uprawnieni do wiecowania nad decyzjami podmiotu rzekomo korzystającego z „wolności gospodarczej”, albo nad decyzjami właściciela odnoszącymi się do przedmiotu własności, to zarówno wolność, jak i własność są iluzoryczne, zaś solenne gwarancje stanowić mogą tylko rodzaj dekoracji, za osłoną której kontynuowany jest stary, poczciwy komunizm. Zwróćmy bowiem uwagę na treść prawa własności. Klasyczna definicja własności głosi, że jest to „plena in re potestas”, czyli pełne władztwo nad rzeczą, które przysługuje właścicielowi z wyłączeniem innych osób – czyli również tajemniczych „partnerów społecznych”. Jeśli to władztwo nie jest pełne – a w sytuacji, gdy właściciel zmuszony jest do „dialogu”, to znaczy – do uzgadniania swoich decyzji odnoszących się do przedmiotu własności – z „partnerami społecznymi”, to o żadnym „pełnym” władztwie nie może być mowy, trudno w ogóle mówić o istnieniu własności prywatnej. Najwyraźniej pod nazwą „własności prywatnej” konstytucja ukrywa jakieś innego rodzaju uprawnienie. Warto zwrócić uwagę, iż art. 20 nie stawia żadnych granic ani „solidarności” – cokolwiek by to miało znaczyć – ani „dialogowi”, ani wreszcie – „współpracy” z „partnerami społecznymi”. Skoro tak, to nie można wykluczyć sytuacji, w których „partnerzy społeczni” właściciela wciągniętego w „dialog” zwyczajnie przegadają, to znaczy – zmuszą do postępowania wbrew własnej woli. Pośrednio wskazuje na taka możliwość art. 21 konstytucji. W ustępie 1 stwierdza on, że Rzeczpospolita Polska „chroni” własność i prawo dziedziczenia. Zwróćmy uwagę, że konstytucja nie używa określenia „gwarantuje”, a tylko, że „chroni”. Gwarancja jest sformułowaniem znacznie silniejszym od „ochrony”, bo gwarancja implikuje skuteczność, natomiast nie ma żadnej pewności, czy deklarowana w konstytucji „ochrona” własności i prawa dziedziczenia okaże się skuteczna tym bardziej, że granice tej ochrony nie są wcale sprecyzowane. Przeciwnie – ustęp 2 art. 21 konstytucji dopuszcza wywłaszczenie, to znaczy – pozbawienie właściciela własności przez władzę publiczną – stawiając jedynie nieostry warunek by wywłaszczenie zostało dokonane „na cele publiczne” i za „słusznym” odszkodowaniem”. Nawet nie wiadomo, kto może, albo będzie mógł dokonać wywłaszczenia i czy np. wywłaszczenie dokonane na rzecz spółki budującej płatną autostradę jest wywłaszczeniem na cele publiczne, czy już nie. Wreszcie warto podnieść, że wyposażenie władzy wykonawczej w prawo decydowania o wywłaszczeniu stanowi jaskrawe naruszenia zasady nemo iudex in causa sua, to znaczy – że nikt nie powinien być sędzią we własnej sprawie. Dlatego w moim autorskim projekcie konstytucji zapisałem w art. 5 ust. 4, że pozbawienie albo ograniczenie własności może nastąpić wyłącznie na podstawie lub w wykonaniu orzeczenia sądu, w związku z popełnieniem przez właściciela czynu zabronionego pod groźbą kary przez ustawę lub niewykonaniem zobowiązania umownego, albo wynikającego z ustawy. Przy takiej regulacji „wywłaszczenie” w rozumieniu art. 21 konstytucji RP byłoby w ogóle niedopuszczalne. Władza publiczna musiałaby z właścicielem negocjować i ewentualnie przejąć jego własność na podstawie umowy, która gwarantowałaby, iż odszkodowanie będzie „słuszne”. Utrzymanie przez konstytucję „wywłaszczenia” dokonywanego w trybie administracyjnym oznacza przyzwolenie na rabunek własności, z lekka tylko maskowany pozorami legalności.(…)

Wreszcie ust. 3 artykułu 64 konstytucji, który stanowi, że własność może być ograniczona tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza ona istoty prawa własności. Warto zwrócić uwagę, że konstytucja nie ogranicza swobody wydawania ustaw ograniczających własność. Sejm może ograniczać własność pod dowolnym pretekstem, na przykład – sprawiedliwości społecznej, czy poszukiwania dochodów budżetowych. W rezultacie ograniczenie własności polegające na powiększeniu rozmiarów konfiskaty dochodu poprzez zwiększenie progresji podatkowej, mimo istnienia tego przepisu uchodzi za całkowicie legalne, chociaż jak najbardziej „narusza istotę prawa własności”…”

całość tu: michalkiewicz.pl   

podobne: Kobus: Czy własność może szkodzić? – Najwyższy Czas! oraz: Rafał Ziemkiewicz: „Państwowe, czyli nie nasze”, ale „patrioci” mówią NIE dla wolnego rynku w Polsce. To mamy ten wolny rynek czy nie? polecam również: Konsekwencje zadłużania – Rząd sięga po kolejne rezerwy. i to: Stanisław Michalkiewicz: Państwo jako nowotwór złośliwy

rys. - Jerzy Wasiukiewicz

rys. – Jerzy Wasiukiewicz

Judejczykowie, durnie, zdrajcy, legaci, watahy, notariusze – Stanisław Michalkiewicz o atrapie państwa.


Ach, jak ta historia się powtarza! Ale jakże ma się nie powtarzać, skoro składa się ona przecież z powtarzających się sekwencji? Na przykład teraz znowu powtórzyła się sekwencja z roku 2006, kiedy to nasz nieszczęśliwy kraj, zgodnie z rozkazem rzuconym przez Kondolizę, z wielką energią zajmował się wprowadzaniem demokracji na Ukrainie i Białorusi, a tymczasem od tyłu zaczęli nas zachodzić Judejczykowie. Konkretnie jeden, za to w postaci obdarzonej wielkim ciężarem gatunkowym osobie Davida Harrisa, dyrektora wykonawczego Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego. Od ówczesnego premiera Kazimierza Marcinkiewicza uzyskał on obietnicę spełnienia żydowskich roszczeń majątkowych wobec Polski, szacowanych na 60-65 mld dolarów. Kiedy ujawniłem to na antenie Radia Maryja, poprzebierani za dziennikarzy funkcjonariusze zatrudnieni w niezależnych mediach głównego nurtu, na rozkaz swoich szczwaczy rzucili się na mnie z zamiarem natychmiastowego rozszarpania, zaś Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita oraz mniej znane Stowarzyszenie im. Jana Karskiego z Kielc pod kierownictwem pana Bogdana Białka, złożyło donosy do prokuratury. Skończyło się na jazgocie, to znaczy – niezupełnie, bo rząd chyba się zreflektował i nie tylko żydowskich roszczeń nie spełnił, ale nawet wypierał się tej obietnicy.

Minęło 8 lat i co się dzieje? Historia się powtarza. Nasz nieszczęśliwy kraj, tym razem na rozkaz prezydenta Obamy, który podczas pobytu w Warszawie niemożliwie nam zakadził, że jesteśmy „najlepszym sojusznikiem Ameryki” i w ogóle, nadal z niezwykłą energią zajmuje się krzewieniem demokracji na Ukrainie, a tymczasem od tyłu zachodzą nas, a właściwie nie tyle zachodzą, co właśnie zaszli Judejczykowie. Oto z wypowiedzi pana Sebastiana Rejaka, pełniącego w warszawskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych operetkową funkcję ambasadora do kontaktów z diasporą żydowską, dla izraelskiej gazety „Times of Israel” dowiedzieliśmy się, że na skutek uchwalenia przez Sejm rządowego projektu ustawy – nowelizacji ustawy o kombatantach, Żydzi uważający się za ocalałych z holokaustu będą od Polski otrzymywali emerytury w wysokości co najmniej 100 euro miesięcznie. Pretendentów jest ponoć w samym Izraelu 50 tysięcy, a ilu w diasporze – to się dopiero okaże, kiedy wiadomość o tej radosnej możliwości rozejdzie się po świecie.

Ta nowelizacja przypominała las zasadzony specjalnie w celu ukrycie listka; były tam przepisy o Korpusie Weterana, o legitymacjach, o Dniu Weterana i tego rodzaju makagigach, ale chodziło o to, by w gąszczu tych rewelacji łatwiej ukryć zapis umożliwiający Żydom uzyskanie od Polski odszkodowań za holokaust. I pieniądze nie są tu najważniejsze, bo najważniejszy jest fakt, że odszkodowania za holokaust zaczyna wypłacać Polska. W takiej sytuacji tylko patrzeć, jak świat dojdzie do wniosku, że skoro Polska wypłaca Żydom z tego tytułu odszkodowania, to znaczy, że poczuwa się do odpowiedzialności za zbrodnie II wojny światowej. Nie wiem, czy taki efekt został przez rząd pana premiera Tuska przewidziany, ale tak czy owak, mamy dwie możliwości: albo ten rząd składa się z durniów – jeśli nie przewidział, albo z łajdaków i zdrajców – jeśli przewidział. Tertium non datur. Nawiasem mówiąc, za nowelizacją tej ustawy głosowały wszystkie kluby i koła parlamentarne, więc odpowiedzialność z tego tytułu spada również i na nie: albo durnie, albo zdrajcy i łajdacy. Tertium non datur.

Nie jest to tylko teoretyczna możliwość, bo właśnie wszystkie kluby i koła parlamentarne zaczęły spierać się o różnicę łajdactwa na tle głosowania nad immunitetem pana posła Mariusza Kamińskiego, byłego szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Jest on oskarżany przez prokuraturę o przekroczenie uprawnień – o ile wiem, w dwóch sprawach. Po pierwsze – w sprawie tzw. afery gruntowej, a po drugie – w sprawie willi Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich w Kazimierzu nad Wisłą. Jeśli chodzi o sprawę pierwszą, przekroczenie uprawnień przez agentów CBA miałoby polegać na tym, że zgodnie z ustawą o CBA, mają oni prawo posługiwać się sfałszowanymi dokumentami – ale tylko takimi, które uniemożliwiają ich identyfikację jako agentów CBA, a więc – sfałszowanymi dowodami osobistymi, fałszywymi prawami jazdy, fałszywymi dowodami rejestracyjnymi samochodów – ale nie wolno im fałszować np. aktów własności, ani decyzji administracyjnych. A właśnie o to agenci CBA preparujący „aferę gruntową” byli oskarżani.

Sprawa willi Kwaśniewskich jest bardziej skomplikowana i wynika z dopuszczenia przez polskie prawo tzw. prowokacji policyjnej. Polega ona na tym, że policja organizuje prowokację w postaci np. kontrolowanego zakupu narkotyków, czy wręczenia urzędnikowi łapówki – i w ten sposób delikwenta uziemia. Problem polega na tym, że prowokacja policyjna jest elementem działań operacyjnych, które można podjąć w ramach wszczętego postępowania karnego. Kodeks zaś stanowi, że postępowanie karne wszczyna się w razie uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa. Oznacza to, że postępowanie karne można wszcząć dopiero wtedy, gdy przestępstwo zostało dokonane, a w każdym razie – gdy pojawiły się stosowne podejrzenia, że zostało – ale nie wcześniej. Oznacza to zatem, że jeśli nikt jeszcze nie popełnił przestępstwa, to nie wolno stosować prowokacji policyjnej, by w jej następstwie do przestępstwa dopiero doprowadzić. (podobny „błąd” popełniono w sprawie Beaty Sawickiej)

Tymczasem w sprawie Kwaśniewskich agent CBA zastosował wobec osoby podstawionej przez Kwaśniewskich w charakterze właścicielki owej willi policyjną prowokację w postaci zakupu kontrolowanego. W związku z tym Kwaśniewscy twierdzą, że padli ofiarą politycznego ataku, chociaż okoliczność, że posługiwali się osobą podstawioną w charakterze właścicielki nie ulega wątpliwości. I Mariusz Kamiński podczas tajnego posiedzenia Sejmu (nawiasem mówiąc, kompletne informacje z tego tajnego posiedzenia pojawiły się w internecie już w godzinę po jego zakończeniu, co potwierdza opinię, że państwa dzielą się na poważne i pozostałe) przedstawił machlojki państwa Kwaśniewskich. Podobno zrobiło to na niektórych posłach takie porażające wrażenie, że zapomniawszy o swojej klubowej przynależności, albo głosowali przeciwko pozbawieniu posła Mariusza Kamińskiego poselskiego immunitetu, albo wstrzymywali się od głosu, co skutkowało tak, jakby też głosowali przeciw.

Polityczni przyjaciele posła Kamińskiego, podobnie zresztą, jak i on sam twierdzą w związku z tym, że w Sejmie pojawił się kryształowy powiew uczciwości. Wszystko to oczywiście być może, ja jednak uważam, że ten nieoczekiwany rezultat głosowania nad immunitetem posła Kamińskiego, już prędzej potwierdza podejrzenia, iż część posłów jest od samego początku tajnymi współpracownikami CBA i ten związek uważają za ważniejszy od przynależności klubowej. Teraz akurat ujawnić się mogła część tajnych współpracowników CBA, ale przecież oprócz CBA mamy w Polsce jeszcze sześć oficjalnie działających tajnych służb, uprawnionych do prowadzenia działalności operacyjnej, a więc również – do werbowania agentury. Mam na myśli Centralne Biuro Śledcze, Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencję Wywiadu, Służbę Wywiadu Wojskowego, Służbę Kontrwywiadu Wojskowego i Policję Skarbową. Ponieważ każda z tych bezpieczniackich watah stara się umacniać swoją pozycję, to jest wysoce prawdopodobne, że swoich konfidentów starają się lokować w miejscach, gdzie podejmowane są ważne decyzje, albo tworzone masowe nastroje, albo wreszcie – w wymiarze sprawiedliwości, gdzie niezawisłe sądy wydają sprawiedliwe wyroki. Zatem jest wysoce prawdopodobne, że znaczna, a może nawet przeważająca część posłów i senatorów, to po prostu konfidenci tej czy innej tajnej służby, delegowani akurat tam, no i oczywiście – pilnowani przez swoich oficerów prowadzących.

Dlatego właśnie pojawienie się w środowisku parlamentarnym osoby, która niczyim agentem nie jest, budzi takie powszechne zgorszenie, zarówno w koalicji rządowej, jak i w opozycji, a przede wszystkim – w niezależnych mediach głównego nurtu, gdzie konfident na konfidencie siedzi i konfidentem pogania. Najlepszym tego przykładem jest zgorszenie, jakie w żydowskiej gazecie dla Polaków, kierowanej przez pana redaktora Michnika, wzbudził widok Janusza Korwina-Mikke, który przyszedł do rosyjskiej ambasady na przyjęcie. Według informacji w tejże gazecie, w przyjęciu tym uczestniczyło 1500 gości, ale cyngle pana redaktora Michnika, który w swoim czasie też popijał i zakąszał i to nie tylko w ambasadzie, ale nawet u samego prezydenta Włodzimierza Putina w Klubie Wałdajskim, zauważyli w tym tłumie tylko Korwina-Mikke. Najwyraźniej ścisłe kierownictwo musiało uznać, że jego monopol na kontakty z Putinem został zagrożony.

Komentarz    tygodnik „Goniec” (Toronto)    15 czerwca 2014

źródło: michalkiewicz.pl podobne: Emerytury dla ocalałych z Holocaustu czyli… Przełom i wyłom w polskiej kasie „Zespołu HEART”.

Jeśli komuś jeszcze potrzeba dowodów na to, że pan premier Donald Tusk jest figurantem – marionetką w rękach okupujących nasz nieszczęśliwy kraj bezpieczniackich watah, to kolejnych dowodów dostarczyła afera podsłuchowa, a zwłaszcza – konferencja prasowa pana premiera. Fakt, że doszło do niej dopiero w poniedziałek, a więc w dwa dni po ujawnieniu przez tygodnik „Wprost” części stenogramów z podsłuchów dowodzi, że przez pierwsze dwa dni pan premier Donald Tusk po prostu jeszcze nie wiedział, co myśli, aż dopiero ktoś starszy i mądrzejszy poinformował go, co i jak, no i wtedy mógł to wszystko swoimi słowami powtórzyć na konferencji prasowej. Po drugie – wykluczenie dymisji pana ministra Sienkiewicza w sytuacji, gdy ze stenogramów wynika, iż podżegał on prezesa Belkę do złamania art. 220 ust 2 konstytucji, zakazującego finansowania deficytu budżetowego „kredytem NBP”, to znaczy – drukowaniem pieniędzy – pokazuje, że minister Sienkiewicz premieru Tusku nie podlega, podobnie jak nie podlegał mu minister Grad, który w określonym terminie miał znaleźć strategicznego inwestora dla stoczni, bo w przeciwnym razie miał zostać przez premiera zdymisjonowany. Ale kiedy wyznaczony termin upłynął, a strategiczny inwestor się nie pokazał, premier Tusk ministra Grada nie zdymisjonował, bo widocznie ktoś starszy i mądrzejszy wyjaśnił mu, że on mu nie podlega. Zdymisjonować może go tylko ten, kto go do rządu premiera Tuska wprowadził – podobnie jak obecnie pana ministra Bartłomieja Sienkiewicza. W rządzie premiera Tuska ministrowie są legatami wyznaczonymi przez poszczególne bezpieczniackie watahy i pilnującymi ich interesów, zaś premier jest tylko rodzajem notariusza kompromisu między watahami.

Afera podsłuchowa w całej rozciągłości potwierdza moją ulubioną teorię spiskową, według której punkt ciężkości władzy leży poza konstytucyjnymi organami państwa, które pełnią rolę dekoracyjną i fasadową, podobnie jak Umiłowani Przywódcy z panem prezydentem Bronisławem Komorowskim na czele. Pamiętamy przecież, jak przywódca jednej z najpotężniejszych bezpieczniackich watah, pan generał Marek Dukaczewski publicznie zapowiadał, że w razie wygrania wyborów prezydenckich przez marszałka Bronisława Komorowskiego otworzy z radości butelkę szampana. Niezależnie od tego, że deklaracja ta stanowiła wskazówkę dla konfidentów, na kogo mają głosować, z wyborem marszałka Komorowskiego wojskowa razwiedka musiała wiązać nadzieje na zwiększenie swego udziału w okupacji naszego nieszczęśliwego kraju.

Prawdziwą władzę mają bowiem bezpieczniackie watahy, dzieląc Polskę na swoje rewiry łowieckie, zaś Umiłowani Przywódcy korzystają jedynie z zewnętrznych znamion władzy. Dla całości obrazu trzeba dodać, iż znaczna część, a może nawet wszyscy uczestnicy bezpieczniackich watah pozostają w służbie różnych państw poważnych, do których przewerbowali się jeszcze w ramach przygotowań do transformacji ustrojowej, a zobowiązania te są kontynuowane przez kolejne pokolenia ubeckich dynastii. Dlatego uwaga pana ministra Sienkiewicza, iż państwo polskie istnieje jedynie formalnie, w całej rozciągłości tę teorię spiskowa potwierdza.

Komentarz    serwis „Prawy.pl” (prawy.pl)    18 czerwca 2014

źródło: michalkiewicz.pl podobne: „Przykra sprawa”, ale nie ma odpowiedzialnych za „teoretyczne państwo”. Drugie dno „NBP gate” oraz: Konspiracja w odpowiedzi na przemoc

Komuna

Komuna

Michalkiewicz wyprorokował: Emerytury dla ocalałych z Holocaustu czyli… Przełom i wyłom w polskiej kasie „Zespołu HEART”.


ZUS, dodatek, Żydzi

„Przyznam, że ta jednomyślność w sejmie jest nawet dla mnie szokująca…

Jak dużymi literami trzeba mówić do ludzi (sympatyków partii sejmowych), żeby zauważyli to co oczywiste, to co mają przed nosem – a nie widzą – że politycy przed kamerami ODGRYWAJĄ SPEKTAKL na pokaz, udają, kłócą się ze sobą NA NIBY, podczas gdy w sejmie GŁOSUJĄ DOKŁADNIE TAK SAMO !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Rzeczywistość to nie medialne reality show ODGRYWANE przed nami przez grupę kolesi z ław sejmowych – tylko RZECZYWISTE owoce ich działalności – a więc np. to jak GŁOSUJĄ w sejmie, jakie ustawy tworzą!!!

Przy czym podkreślam BARDZO WAŻNĄ rzecz – do przejścia ustawy w sejmie wystarczy zawsze jakaś większość – więc normalnie nawet przy głosowaniach „opozycja” może dalej udawać opozycję i głosować „przeciw” – bo i tak wiedzą, że to nic nie zmieni, że ustawa która ma przejść i tak przejdzie…

…natomiast sytuacja, że cały sejm staje na baczność i głosuje TAK SAMO – to naprawdę coś BARDZO POWAŻNEGO, wyjątkowego(!) i niepokojącego – bo przecież wystarczyłaby większość, żeby ustawa przeszła…

rys. Buch

rys. Buch

…to wygląda jak hołd poddaństwa i posłuszeństwa wobec tych, którzy mają realną władzę i wpływy w naszym kraju – tak duże, że „opozycja” nawet za cenę utraty twarzy i wiarygodności musi udowodnić i pokazać komu tak naprawdę służy, czyje interesy reprezentuje i czyje interesy są dla niej najważniejsze…” (PodziemnaTV)

 

…ale wracając do „spiritus movens” zamieszania – głos ma Pan Stanisław Michalkiewicz:

„…I tak trwalibyśmy w nieświadomości, gdyby nie Judejczykowie. Ci nie tylko swoim zwyczajem zachodzą nas od tyłu, ale w dodatku nawet o tym piszą w swoich gazetach. Oto w „The Times of Israel” z 5 marca czytamy, iż 5-osobowa delegacja reprezentująca utworzony pod egidą izraelskiego rządu i Agencji Żydowskiej zespół HEART (Holocaust Era Asset Restitution Taskforce) spotkała się w Warszawie z przedstawicielami rządu w osobach bufonowatego ministra Sikorskiego, pobożnego ministra Gowina i przebiegłego ministra Rostowskiego, Umiłowanych Przywódców drobniejszego płazu ze strony rządowej oraz opozycyjnej. Co tam uradzono – tego oczywiście nie wiemy – ale przewodniczący żydowskiej delegacji pan Robert Brown nie posiadał się z radości, że oto w sprawie „restytucji” nastąpił „przełom”. Wprawdzie minister Sikorski ten „przełom” zdementował, ale – po pierwsze – kto wierzy ministrowi Sikorskiemu, ten sam sobie szkodzi, bo dla kariery gotów on dorżnąć nie tylko „watahę”, ale nawet naszą biedną Ojczyznę – a po drugie – Judejczykowie coś tam jednak też muszą wiedzieć, skoro nawet dane z naszego spisu powszechnego z 2011 roku przechowywane są w Izraelu.

Najwyraźniej nasi dygnitarze musieli coś obiecać, podobnie jak obecny państwowy myśliciel pan Kazimierz Marcinkiewicz, którego prezes Kaczyński wytrzepał był z banana na premiera rządu naszego nieszczęśliwego kraju, naobiecywał w marcu 2006 roku Dawidowi Harrisowi. Warto tedy przypomnieć, że chodzi o przejęcie od Polski majątku szacowanego na 60-65 miliardów dolarów, a problem polega na tym, iż zarówno organizacje przemysłu holokaustu, rząd Izraela, jak i zespół HEART nie ma żadnego tytułu prawnego by podnosić jakiekolwiek roszczenia. Naciski na Umiłowanych Przywódców, których bezpieczniacy powysuwali jak nie do rządu, to do opozycji idą zatem w tym kierunku, by taką podstawę prawną dopiero s t w o r z y l i, słowem – by zaplanowanemu przez grandziarzy rabunkowi Polski nadali pozory legalności.

Trzeba przyznać, że strona żydowska działa cierpliwie i metodycznie, wykorzystując każda okazję. Kiedy Polska starała się o wejście do NATO, musiała z tego tytułu zapłacić Żydom łapówkę w postaci ustawy o stosunku państwa do gmin wyznaniowych żydowskich, przewidującej transfer mienia w nieruchomościach, szacunkowej wartości ok. 10 mld dolarów zarówno na rzecz 9 istniejących gmin żydowskich w Polsce, jak i nowojorskiej organizacji wiadomego przemysłu. W czerwcu 2009 odbyła się w Pradze „międzyrządowa” konferencja „Mienie Ery Holokaustu”, gdzie wykorzystując obecność różnych pożytecznych idiotów (nasz nieszczęśliwy kraj reprezentowany był przez skorodowany „skarb narodowy” w osobie Władysława Bartoszewskiego) stronie żydowskiej udało się stworzyć „podstawę moralną” . No a teraz – „przełom”, którego „nie ma”, podobnie jak WSI, czy izraelskiej broni jądrowej.

Charakterystyczne, że Umiłowani Przywódcy, zarówno z szajki rządowej, jak i opozycyjnej, nie puszczają pary z gęby. Najwyraźniej ustalili coś, o czym boją się nam powiedzieć – bo kupa gówna w niezależnych mediach, wiadomo – ma to surowo zakazane od swoich oficerów prowadzących. Dzięki temu lepiej rozumiemy przyczyny, dla których Umiłowani Przywódcy, zarówno z rządu, jak i z opozycji, z takim zaangażowaniem odgrywali przed nami komedie czy to z pobożnym ministrem Gowinem, czy też z „premierem” Glińskim…” całość tu: „Przełom” panowie, ale stójcie cicho (Felieton    tygodnik „Najwyższy Czas!”    15 marca 2013)

„…[Bronisław Komorowski] napisał w lipcu 2011 roku to haniebne zdanie, odczytane następnie z miedzianym czołem przez starego faryzeusza, Tadeusza Mazowieckiego, od czasów stalinowskich znanego z „postawy służebnej” – że naród polski musi przyzwyczaić się do myśli, że był również sprawcą – to znaczy sprawcą zbrodni II wojny światowej…” 

„…na początku 2011 roku rząd Izraela do spółki z Agencja Żydowską utworzył zespół HEART pod dyrekcją Roberta Browna w celu odzyskania „mienia żydowskiego” w Europie Środkowej. Jak potwierdził były ambasador Izraela w Warszawie, dr Szewach Weiss, roszczenia żydowskie wobec Polski szacowane są na 60-65 mld dolarów. Izrael i – niestety również idąca na żydowskim pasku administracja prezydenta Obamy – z naszego punktu widzenia najgorsza od czasów prezydenta Roosevelta, który w Jałcie sprzedał nas Stalinowi – naciska na Polskę, by tubylcze władze stworzyły pozory legalności dla rabunku naszego kraju przez Żydów, wydając specjalną ustawę, na podstawie której żydowskie organizacje przemysłu holokaustu mogłyby rabować polskich podatników.

W tym celu lansują kategorię „własności żydowskiej” jak gdyby własność była jedną z kategorii trybalistycznych. Kategoria ta ufundowana jest na przekonaniu, że do mienia pozostałego po jakimś Żydzie mają bliżej nieokreślone prawa wszyscy inni Żydzi. Jest to oczywiście sprzeczne ze stanowiącymi jeden z trzech filarów cywilizacji łacińskiej zasadami prawa rzymskiego, a także z polskim porządkiem prawnym, według którego sukcesorem majątku bezspadkowego jest państwo, którego obywatelem był spadkodawca.

Ponieważ Żydzi zamordowani przez Niemców podczas II wojny światowej byli obywatelami polskimi, a nie obywatelami Izraela, którego to państwa w ogóle jeszcze wtedy nie było, to w świetle polskiego porządku prawnego jest oczywiste, że żydowskie żądania są nie tylko całkowicie bezprawne, ale i bezczelne.

I tak już Polska zrobiła głupstwo, ulegając amerykańskim oraz żydowskim szantażystom i uchwalając ustawę o stosunku państwa do gmin wyznaniowych żydowskich, jako łapówkę za przyjęcie naszego kraju do NATO, więc miejmy nadzieję, że ani prezydent Komorowski, ani minister Sikorski, nawet narażając się na „ciche dni” ze swoimi żonami, tego głupstwa i łajdactwa nie powtórzą i pozorów legalności dla rabunku polskich podatników nie będą ani popierali ani promulgowali. W przeciwnym razie powinni zostać uznani za zdrajców ojczyzny, a w sprzyjających okolicznościach postawieni przed sądem i surowo ukarani. Przypominam, że w XVIII wieku Polska upadła na skutek tolerowania obcych agentów – jurgieltników…” całość tu: Żydzi nie rezygnują z rabunku Polski (Komentarz    serwis „Prawy.pl” (prawy.pl)    5 listopada 2013)

Ot – „słowo stało się ciałem”. Nasi „umiłowani przywódcy” stworzyli podstawę prawną i nadali rabunkowi Polski już nie pozory a bieg prawny. Póki co sprawa wygląda tak:

„…Polska ułatwiła ocalałym z holocaustu i innym ofiarom nazistowskich i sowieckich prześladowań składanie wniosków o miesięczne świadczenia, co pozwala dziesiątkom tysięcy osób mieszkających w Izraelu a posiadających polskie korzenie na otrzymanie pierwszych świadczen już od lata przyszłego roku – dowiaduje się Times of Israel…”

„…Jak się szacuje, ok. 50 tys. Izraelczyków może skorzystać z nowych przepisów, które już w przyszłym roku wejdą w życie, liczba takich osób w innych krajach jest trudna do ustalenia.

– To co zmieniło się w tych przepisach to, że władze polskie, zwłaszcza zaś te odpowiedzialne za zabezpieczenia socjalne będą mogły transferować świadczenia weterańskie do wnioskodawców mieszkających gdziekolwiek na świecie na koszt Polski. – wyjaśnia Sebastian Rejak, specjalny delegat polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych do kontaktów z diasporą żydowską…”

„…Nowe przepisy zostały już zatwierdzone przez polski parlament i prezydenta Bronisława Komorowskiego; zaczną od października obowiązywać w przypadku obywateli Unii Europejskiej, a od kwietnia 2015 roku, w przypadku osób mieszkających w pozostałych krajach świata.

-Waga tej decyzji polega na tym, że po raz pierwszy rząd polski wyciąga rękę do tej konkretnej grupy osób – skomentował Bobby Brown – odchodzący dyrektor Project Heart (Holocaust Era Asset Restitution Taskforce) – wspólnej inicjatywy izraelskiego rządu oraz Agencji Żydowskiej, która niedawno zawiesiła działalność z uwagi na brak funduszy. – W moim odczuciu Holocaust w wielu aspektach jest wspólnym doświadczeniem. Polacy nie ponoszą odpowiedzialności za to, co się stało, ale spoczywa na nich odpowiedzialność opieki się tymi, którzy ucierpieli w ich kraju…

A w moim mniemaniu Niemcy ani Rosjanie nie ponoszą odpowiedzialności za to co się stało ale to na nich spoczywa odpowiedzialność opieki nad tymi, którzy ucierpieli w ich krajach albo w krajach które podbili i okupowali. Zwłaszcza że jak czytamy dalej, sprawców nieszczęścia wskazano prawidłowo :

„…Każdy obywatel polski, który ucierpiał w rezultacie okupacji nazistowskiej – będąc w obozie śmierci, pracy, lub przejściowym, bądź też ukrywał się – to samo dotyczy kolejnej okupacji – sowieckiej – do roku 1956 może ubiegać się o miesięczne świadczenie. To samo dotyczy małżonków…”

…więc DLACZEGO to Polacy jako naród mają ponosić koszta zbrodni okupacji reżimów III Rzeszy i ZSRR?

„…Ta grupa kwalifikujących się świadczeniobiorców obejmuje osoby uwięzione, skierowane do kolonii karnych i gett, jak również deportowane wgłąb Związku Sowieckiego. Dodatkowa kategoria obejmuje dzieci zabrane rodzicom w celu eksterminacji lub germanizacji” – czytamy na stronie internetowej Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych…”

grupa dość konkretna, tylko co do tych ofiar ma Polska!? a już kompletne odjechanie czytamy tu:

” – Na przykład, żołnierz Armii Czerwonej, który – podczas marszu na zachód w czasie II wojny światowej – zatrzymał się w Polsce i poślubił polską obywatelkę lub obywatela, a następnie po wojnie wyjechał z kraju do Związku Sowieckiego może ubiegać się o to świadczenie – I jeśli poza Polską w Związku Sowieckim urodziło się dziecko – powiedział Rejak – i to dziecko nigdy nie otrzymało polskiego obywatelstwa, ale cierpiało jako dziecko polskiej rodziny w Związku Sowieckim to to dziecko – dzisiaj osoba dorosła może ubiegać się o status weterana wojennego lub osoby prześladowanej. Jego rodzice od dawna mogą już nie żyć, on sam nigdy nie był polskim obywatelem, ale wciąż może taki ktoś złożyć wniosek”

całość tego kuriozalnego artykułu tu: Polska wypłaci emerytury ocalałym z Holocaustu mieszkającym zagranicą

…Żołnierz Armii Czerwonej który „zatrzymał się w Polsce” a nawet dziecko tego żołnierza – jako weteran wojenny na garnuszku polskich podatników!  Ktoś upadł na głowę i ma zamiar to „kalectwo” wykorzystać do wydymania Polaków za zbrodnie ZSRR i III Rzeszy dokonane na terytorium Polski – takie moje zdanie. Pan Michalkiewicz znowu trafił ze swoim „czarnowidztwem” w 10.

Poseł Przemysław Wipler napisał: „Sprawa zbulwersowała wielu z Was, mnie zresztą też. Dlatego złożyłem interpelacje do ministrów Sikorskiego i Kosiniaka i prezesa ZUS z prośba o zdementowanie tych informacji bądź wskazanie dlaczego i ile zapłacimy ofiarom III Rzeszy. Jeśli dowiadujemy się o tym z „The Times of Israel”, to co się stało z naszymi mediami?! Działam!” 

…Odys

podobne: Grzegorz Braun o obradach Knesetu w Polsce, oraz o „patriotycznej prawicy” i „niezależnych dziennikarzach”. oraz: Przygotowania się przeciągają

rys. Artur Żukow

rys. Artur Żukow

Grzegorz Braun o obradach Knesetu w Polsce, oraz o „patriotycznej prawicy” i „niezależnych dziennikarzach”.


Fragment wywiadu z Grzegorzem Braunem (rozmawia Agnieszka Piwar):

 27 stycznia br., odbędą się w Polsce (!) obrady Knesetu. Po raz pierwszy w historii izraelski parlament zorganizuje swoje obrady poza terytorium państwa Izraela. Co to dla Polski oznacza, że izraelscy parlamentarzyści postanowili – za przyzwoleniem polskich władz – obradować właśnie tutaj?

To jest, jak mniemam, kolejna faza oswajania tubylczej ludności z kolejną „transformacją”, której efektem mają być istotne zmiany w formule zarządzania tym post-sowieckim, neokolonialnym tworem quasi-państwowym, jakim jest obecna atrapa państwa polskiego. Po „happeningu” artystki Bartany „RUCH RENESANSU ŻYDOWSKIEGO W POLSCE”, po urągającym prawdzie historycznej scenariuszu ekspozycji Muzeum Żydów Polskich, że o operacji „Jedwabne” nie wspomnę – to kolejny balon próbny, który przetestować ma z jednej strony odporność patriotów, a z drugiej spolegliwość kolaborantów. Ci ostatni prześcigają się w zgadywaniu życzeń faktycznych suwerenów – czego świeżą manifestacją jest ustawa 1066. Bez niej nie dałoby się wszak legalnie przeprowadzić tej operacji propagandowej, o którą Pani pyta – wszak do zapewnienia profesjonalnej ochrony tego kwiatu elity państwa położonego w Palestynie, który w najbliższych dniach wyląduje nad Wisłą, musiał tu już zawczasu zjechać kontyngent tamtejszego wojska i bezpieki w sile co najmniej dywizji.

W niektórych środowiskach, określających się jako patriotyczne spotkamy się z opinią, że „nie mamy czego się obawiać”; lub też „posiedzenie Knesetu (…) to dla Polski dobre wydarzenie, (…) dlatego, że odbywa się pod hasłami polskiego filosemityzmu (…)”, co – zdaniem niektórych – przyczyni się do pozbycia łatki antysemityzmu. Czy Pana zdaniem pozytywne odniesienie się do obrad Knesetu na terenie Rzeczypospolitej może iść w jednym szeregu z patriotyzmem?

Może iść w jednym szeregu i pod rękę albo z głupotą (to wersja optymistyczna), albo z agenturą (to wersja realistyczna) – co na jedno wychodzi, co do praktycznych konsekwencji. Nie jest wielkim odkryciem, że Polską zarządzą konsorcjum służb reprezentujących racje stanu różnych państw, z których żadne nie jest polskie. Główni udziałowcy, to rzecz jasna Rosjanie i Niemcy; pakiecik kontrolny zachowują Amerykanie; tradycyjnie trzymają ręce na pulsie Anglicy i Francuzi; mocne karty mają Ukraińcy; penetrują Chińczycy – to wiadomo, ale chyba tylko służby państwa położonego w Palestynie czują się u nas do tego stopnia swobodnie, by na długo przed ustawą 1066 bez krępacji na co dzień obnosić się u nas z bronią i podejmować działania połączone np. z czasowym zamknięciem stołecznego lotniska (sic).

Szkoda czasu na dywagacje o jawnych zaprzańcach i sprzedawczykach, którym ten stan rzeczy bardzo odpowiada – bo po prostu innego sobie nie wyobrażają. Działalność partii ruskiej (np. Komorowski, Palikot, Pawlak i inni tzw. postkomuniści), czy partii pruskiej (np. Tusk, Graś et consortes) przynajmniej nie nastręcza większych problemów intelektualnych. Problem w tym, że po stronie p.o. patriotycznej, prawicowej, nominalnie konserwatywnej, a także wśród „niezależnych” i „niepokornych” dziennikarzy również dominuje filozofia klientelizmu – tyle że zorientowana na inne stolice (i może inne, choć wcale nie koniecznie, loże). Obowiązuje np. dogmat, że Polskę można wygrać wyłącznie pozostając niezłomnym sojusznikiem Imperium Amerykańskiego – tego zaś nieodzownym warunkiem jest lojalność wobec Izraela.

Problem w tym, że tamtejsza elita hołduje silnym antypolskim resentymentom, co stawia pod znakiem zapytania możliwość zachowania jakiejkolwiek partnerskiej równowagi i równoprawności we wzajemnych stosunkach. Są to resentymenty albo zadawnione, ugruntowane na rasistowskiej plemiennej, bałwochwalczej ideologii, której prominentnym wyrazicielem był np. zmarły niedawno guru ortodoksji talmudycznej, rabin Ovadija Josef – przypomnę dla porządku jego złotą myśl: „Goje, jak zwierzęta, od tego są, żeby służyć Żydom”. Albo też płyną owe resentymenty z wychowania opartego na świeckiej quasi-religii Holokaustu, której integralnym, konstytutywnym elementem jest urzędowe propagowanie wśród izraelskiej młodzieży kłamstw na nasz temat – czego popis dał przed dziesięciu laty generał Amir Eshel: „800 lat słuchaliśmy Polaków i więcej już nie musimy”. Jak z takimi ludźmi, którzy najwyraźniej w najlepszym przypadku szczerze nami pogardzają, robić jakąś wspólną politykę – to jest zagadka, której rozwiązania nie przyniosą gołosłowne zapewnienia panów Sikorskiego, Bartoszewskiego, ani nb pana Waszczykowskiego.

Poza wszystkim, jak zauważył jeden z moich przyjaciół: „Do sojusznika nie wysyła się komornika”. A tymczasem pan Bobby Brown szef zespołu HEART (tj. specjalnej agendy państwa Izrael ds. rewindykacji majątkowych – tj. zuchwałych wymuszeń, patrząc z perspektywy polskiej racji stanu) ocenił swą wizytę w Polsce (blisko rok temu całkowicie przemilczaną przez media głównego ścieku) jako „przełomową”. Na czym owa „przełomowość” polegała – tego dowiemy się pewnie dopiero po fakcie. Tj. po tym, jak najpierw wezmą nas pod włos – np. ogłaszając w Krakowie, że nieładnie mówić „polskie obozy koncentracyjne”. Nb w Krakowie to akurat żadna nowina – wiemy jak było – a na rezonans tej nowiny w szerokim świecie zanadto bym nie liczył.

Głośnym echem odbiła się cenzorska reakcja redaktora naczelnego portalu Fronda.pl, który jak tylko dostrzegł na swojej stronie przedruk felietonu red. Stanisława Michalkiewicza – nawiązujący do obrad Knesetu w Polsce – natychmiast go usunął. Co więcej, swoją decyzję opatrzył komentarzem zapowiadającym, że w przyszłości na łamach Frondy.pl nie opublikują więcej tekstów red. Michalkiewicza. Pan również zareagował i w odpowiedzi na cenzurę red. Terlikowskiego zażądał usunięcia z portalu Fronda.pl przedruku wywiadu jaki udzielił Pan KSD. Co Pana zdaniem skłoniło red. Terlikowskiego do takiej cenzury? Czy tak desperackie zachowanie mogło być spowodowane jakimiś naciskami ‚z góry’?

Nie podejmuję się psychoanalizy wymienionego przypadku – który wygląda na kliniczny, mocno zaawansowany, kto wie, czy nie wręcz beznadziejny. Warto jednak zauważyć, że „Fronda” figuruje na liście interesów dotowanych przez aktualną władzę ludową – i to chyba dość, by zrozumieć, że nie mamy do czynienia z wolnymi ludźmi.

Inna rzecz, że trudno pewnie najżarliwszym nawet katolikom utrzymać pion, skoro i niektórzy pasterze, ba nawet arcypasterze potrafili się tymczasem dokumentnie pogubić. Ze zgrozą czytam np., że jeden [JE bp Ryś w tzw. dniu judaizmu 2014] naucza o „judaistycznych korzeniach chrześcijaństwa”, a inny [JE abp Gądecki podczas wizyty w Izraelu 2013] oświadcza, że wszelkie problemy w przeszłości „zawinione były przez młodszą wspólnotę”, przy czym z kontekstu najwyraźniej wynika, że ma na myśli Kościół (sic). Skoro zdarzają się nawet tak dalece niedoinformowani pasterze to nie ma się co dziwić, że ludzie świeccy hołdują teologicznym absurdom kiełkującym na gruncie ignorancji historycznej. Nb przy okazji polecam dobre antidotum – pożyteczną lekturę, np.: prof. Jana Iluka, Żydowska politeja i Kościół w imperium rzymskim u schyłku antyku – Tom II, Żydowska antyewangelia (Gdańsk 2010) i prof. Israela Yuvala, „Dwa narody w twoim łonie. Wzajemne postrzeganie żydów i chrześcijan w późnym antyku i średniowieczu” (Berkley 2006) – to są naukowe prace potwierdzające fakt kształtowania się judaizmu talmudycznego, jako negacji Dobrej Nowiny. Całkowicie błędnym jest więc mniemanie, że religia żydowska w jej współczesnych przejawach jest tożsama z religią w której wychowywali Pana Jezusa Jego Najświętsi Rodzice. Niestety ten właśnie fałsz rozpowszechniony jest dziś bardzo szeroko – także, jak widać na załączonych przykładach, wśród katolików. Wymieniony wyżej dziennikarz jest najwyraźniej jedną z licznych ofiar tego opłakanego stanu rzeczy.

Co do nagonki na Michalkiewicza, to przypuszczam, że mamy po prostu do czynienia z „czyszczeniem przedpola” propagandowego przed wspomnianą hucpą w Oświęcimiu i Krakowie, a także przed tym wszystkim, co ma później nastąpić…

całość tu: prawy.pl

…mamy zatem pierwsze logiczne wytłumaczenie szybkiego trybu uchwalenia ustawy nr 1066 „o udziale zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych operacjach lub wspólnych działaniach ratowniczych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.” Pan Braun po raz kolejny obnaża obłudę „prawych i sprawiedliwych” oraz ich zaplecza dziennikarskiego jako płatnych pachołków cudzych interesów albo pożytecznych idiotów (wcześniej tu: Grzegorz Braun zwraca uwagę na “patriotyzm” i “konserwatyzm” środowisk mieniących się prawicowymi.).

Co do fałszywych religijnych konstatacji (jakich dopuszczają się te same środowiska) warto by było żeby ci „katolicy” zechcieli się zapoznać się z wykładem ks. prof. Waldemara Chrostowskiego (z Rady Episkopatu Polski ds. Dialogu Religijnego) który nie tylko z racji zajmowanego stanowiska w Kościele Katolickim, ale z racji ogromnej wiedzy na ten temat jasno od dawna mówi – „Starsi bracia w wierze” to przekłamanie słów bł. Jana Pawła II.

podobne tu: Wiara to nie ozdoba a judeochrześcijaństwo nie istnieje

polecam również: “Virtus est perfecta ratio” Cyceron… a “Gdy rozum śpi budzą się demony” Goya

Syjonizm i Rosja

Syjonizm i Rosja