Konfiskata rozszerzona, donoszenie na samego siebie do fiskusa, ekologia (nie)podległości i inne „dobre zmiany” zasad życia w komunie… czyli „sekretne życie drzew” i „Młody las” (Kaczmarskiego)


Claude Monet – Relaxing in the Garden

*

„…Nawet drzewa twardnieją, by przeżyć,
Co tu mówić o ludziach, frajerzy!…”

„…Jeżeli drzewo będzie miało większy obwód, jego planowaną wycinkę trzeba będzie zgłosić w gminie. W zgłoszeniu trzeba będzie podać imię i nazwisko wnioskodawcy, oznaczyć nieruchomość, oraz dołączyć rysunek bądź mapkę gdzie na działce znajduje się planowane do wycięcia drzewo.

Po dokonaniu zgłoszenia, gmina będzie miała 21 dni, by przeprowadzić oględziny drzewa, które miałby zostać wycięte. Następnie samorząd będzie miał 14 dni na wydanie ewentualnego zakazu. Urzędnik sprawdzi np. czy drzewo bądź drzewa nie są chronione. Urząd będzie mógł nie zgodzić się na wycinkę m.in. na nieruchomości wpisanej do rejestru zabytków, na terenie przeznaczonym w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego na zieleń lub chronionym innymi zapisami miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, bądź jeśli drzewo będzie nosiło znamiona drzewa pomnikowego. W tym ostatnim przypadku kryteria, na podstawie których samorząd będzie mógł wydać taki zakaz, zostaną określone w rozporządzeniu ministra środowiska. Będzie on miał na nie jeszcze pół roku.” (niezalezna.pl – Już tak łatwo drzewa nie wytniesz)

„…oczekiwanie społeczne było takie by było więcej drzew (było ładnie i zielono itp.), a wiec państwo – władza – ma wypełnić to oczekiwanie. Jak to zrobiono?
Znacjonalizowano prywatne, zamiast przede wszystkim zachowywać i tworzyć owo wspólne, poprzez np. sadzenie drzew na gruntach, będących w zasobie skarbu państwa, utrzymywanie i zakładanie parków, zielonych skwerów, przydroży, alei, tworzenie i realizację miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, itp. W jakieś części te zadania realizowano, ale „zielony” zasób prywatny, znacjonalizowany, i tak był i jest nieproporcjonalnie większy od wspólnotowego, no i … tańszy. Być może uzasadnionym rozwiązaniem byłoby nabywanie lub dzierżawa tego co prywatne, a wartościowe np. starych drzew, drzew „siedliskowych”, ich zgrupowań itp., ale to oczywiście byłyby koszty, a więc co uczyniono?
Przerzucono oczekiwanie społeczne, wraz kosztami ochrony, na obywateli, zachowując jednocześnie pełną możliwość handlowania gruntami, należącymi do skarbu państwa, nierzadko o wysokich walorach przyrodniczych (także w miastach). Znacjonalizowano prywatne, tłumacząc to dobrem wspólnym, a ostatnio nawet dobrem Wspólnoty (powtórka z internacjonalizmu i komunizmu). Państwo przerzuciło ciężar ochrony przyrody, które jest oczekiwaniem społecznym, na obywatela. A propos „wielkich” kosztów, które państwo miałoby łożyć na zakładanie terenów zieleni lub dzierżawę wartościowych drzew. Zadajmy sobie pytanie: jak zakładali parki i aleje nasi rodzice, dziadkowie i pradziadkowie? Czy oni byli bardziej bogaci niż my i było ich stać na taki wydatek? Czy oni i ówczesne elity (np. rajcy miejscy i ludzie magistratu) mieli większą świadomość ekologiczną? Byli bardziej wrażliwi niż my? Jeśli tak, to musimy uznać, że obecne programy edukacji przyrodniczej, pochłaniające rocznie dziesiątki milionów złotych, są nie tylko marnotrawstwem, ale są niepotrzebne, bo nasi antenaci nie byli im poddani, a tereny zielone i tak zakładali.
6. Ten powyższy system nacjonalizujący suwerenność i własność obywatela, był i jest szczególnie mocno eksploatowany przez pozarządowe organizacje ekologistyczne. Państwo było i jest dla nich tylko narzędziem opresji na obywatelu, który nie poddaje się ich ideologii. Głoszą oni, że społeczeństwo jest nieświadome ekologicznie (głównym konsumentem projektów edukacji ekologicznej jest właśnie trzeci sektor) i dlatego musi być skrępowane gorsetem prawa. Zauważmy: to nie jest przypadek, że najbardziej przeciwni nowemu prawu są właśnie ekologiści. Do tej pory kontrolowali obywatela, a nawet terroryzowali go za pomocą państwa i prawa, będąc w tle – rzadko lub w ogóle nie ujawniając się. Co więcej, wielu z nich to właśnie owi eksperci, którzy za opłatą podejmowali się ocen, ekspertyz o obecności bądź braku obecności gatunków chronionych, którzy przygotowywali raporty oddziaływania na środowisko itp. opracowania – płatne. Kuriozalne było to, w tym układzie państwo-obywatel, że to właśnie oni, dzięki owej ekspertyzie, byli wybawieniem od opresyjnego państwa, a samo państwo uosobieniem zła. Co więcej, państwo, które nie wypełniało swojego obowiązku wobec oczekiwania społecznego (ma być ładnie i zielono), a w zamian nacjonalizowało drzewa, było dla ekologistów idealne, bo to oni wypełniali niszę opiekuna np. poprzez nagłaśnianie akcji „ratowania drzew” (cóż z tego, że prywatnych). Ci sami ludzie, którzy chcieli i chcą surowego prawa ochrony przyrody są jednocześnie płatnymi ekspertami, ale czy o tym wie obywatel? To co wie, to wiedza ekologii kanapowej i ekologizmu apokaliptycznego: brak drzew to brak tlenu. Sam fakt oddychania drzew, skutkujący wydaleniem dwutlenku węgla, mógłby spowodować, w podobnie uporczywej kampanii edukacyjnej i medialnej, wycinkę wszystkich drzew w miastach, bo wytwarzają CO2. Osamotniony obywatel z blokowiska nie zastanawia się, gdzie jest jego najbliższa reprezentacja (np. zarząd spółdzielni). Ostatnia rzecz jaka mu przyjdzie do głowy to indywidualna aktywność w tym zakresie: co ja zrobiłem żeby drzewa były na mojej ulicy i osiedlu? Pierwszą jest chęć decydowania i panowania nad cudzym (komuna zamiast wspólnoty), a drugą – przyłączenie się do ekologistów, bo to oni, pozornie, go reprezentują. Obywatel nie ma oparcia w państwie (władzach gminy, dzielnicy itd.) i tę potrzebę wypełniają organizacje ekologistów.
Podsumowując, można stwierdzić, że denacjonalizacja suwerenności i własności obywateli w odniesieniu do prawa usuwania drzew i krzewów na gruntach prywatnych miała wymiar nie tylko stanowienia konstytucyjnego prawa, ale była szansą na uzdrowienie państwa i jego instytucji, które wreszcie musiałoby sprostać oczekiwaniom bezpieczeństwa swych obywateli. To jest mechanizm państwowotwórczy, bo takie państwo, stwarzające bezpieczną przestrzeń, jest potrzebne każdemu obywatelowi. Obawiam się, że ostatnia poprawka do nowych przepisów, reaktywna, oparta na emocjach i bez faktycznej oceny analizy jej skutków, ogranicza sferę odpowiedzialności i wolności obywatela, rozbudowuje biurokrację, a przede wszystkim petryfikuje antypaństwowy układ pan – sługa. (Greenwatcher, szkolanawigatorow.pl – Denacjonalizacja drzew i krzewów)

podobne: Czy feministka i wiewiórka to „istota czująca”? O roli kobiety według lumpenproletariatu i o podejrzanym zapachu z ekologicznej i patriotycznej d…ziupli oraz: NIK o patologii w „sadowniczych uprawach ekologicznych”: Sadzili sady – zbierali dopłaty. Michalkiewicz i Umiłowani Przywódcy w „trosce” o (nie)swoją ziemię i to: Prezydent podpisał nowelizację ustawy. Lasy Państwowe nie zostały sprzedane a także: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność polecam również: „Najpierw państwo” czyli… gdy monopol na przemoc nie służy sprawiedliwości i własności. Ekonomia grzechu przeciw wolności „elit” naiwnych i mściwych (I)

Caspar David Friedrich – The Lone Tree

„PiS przeforsował kolejną niefortunną ustawę. Tym razem w ramach nowelizacji kodeksu karnego wprowadził do systemu prawnego potworka z postaci tzw. ustawy o konfiskacie rozszerzonej mienia

…scyzoryk sam się w kieszeni otwiera ilekroć stroną zainteresowaną w konfiskacie mienia obywatela  jest wszechwładne państwo które go w tym celu oskarża, sądzi i jednocześnie wymierza mu karę. Tym bardziej państwo socjalistyczne, z niedowładem organizacyjnym i ze skorumpowanym do cna sądownictwem które miałoby w takich sprawach „orzekać”.   Na korzyść kogo „orzeknie” na przykład sędzia M. z Trójmiasta? Zwłaszcza po telefonie z góry?  Poza tym – nemo iudex in causa sua – odkryli już starożytni Rzymianie,  co oznacza że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie.

Nie zdziwimy się więc gdy prawny potworek spłodzony przez min. Ziobro przejdzie do historii pod nazwą „Kluska bis”. To co ustawa robi jest bowiem sankcjonowaniem tego samego bezprawia którego ofiarą stał się znany przedsiebiorca IT Roman Kluska. Ustawa zasadniczo sprowadza się do uzurpacji przez państwo prawa konfiskaty wszystkiego wszystkim.   W szczególności, jako dobro szczególnie wartościowe, skonfiskowane mogą  zostać kompanie, trudne do utworzenia a nadzwyczaj łatwe w konfiskacie. Wystarczy w tym celu zamknąć pod fałszywym pretekstem szefa firmy, tak jak państwo zamknęło Kluskę,  albo zająć  rachunek bankowy spółki.   Konfiskatę dopełni automatycznie tzw. ząb czasu.

Aby ząb czasu mógł zadziałać błyskawicznie nowe przepisy przewidują możliwość natychmiastowego zabezpieczenia mienia na poczet przyszłej konfiskaty. Jako „ząb czasu” będzie wtedy robił wyznaczony przez sąd, oczywiście „niezależny”, „zarządca” który cyt. zapewnia ciągłość pracy zabezpieczonego przedsiębiorstwa oraz przekazuje sądowi lub prokuratorowi posiadane informacje mające znaczenie dla toczącego się postępowania.    Not too bad… jak na dobrą zmianę…   […]

[…]  Potencjalnym celem terroru państwowego stać się może nie tylko przedsiębiorca ale każdy posiadacz czegokolwiek wartościowego, od dzieła sztuki przez antyki po sztabki złota. To przecież nie państwo będzie miało obowiązek udowodnić  podejrzanemu że nabył swoją sztabkę  w ostatnich pięciu latach i zapytać  go grzecznie  skąd wziął na nią środki. To podejrzany przynieść będzie musiał w zębach papierowe dowody z pieczątkami. Jeśli ich nie przyniesie to sztabka, choćby w rodzinie z dziada pradziada, z definicji okaże się  z „nieujawnionego źródła”. Tudzież środki na jej zakup, c.b.d.o.”  (cynik9 – Konfiskata rozszerzona czyli “Kluska bis”)

podobne: Spadek po platformie. PO zawiodła przedsiębiorców. Czy obietnice wyborcze zbankrutują Polskę? oraz: Od koniczka do śmietniczka czyli… „męczeństwo” klaczy ważniejsze od interesu obywateli. „Dobra zmiana” u koryta i to: Rafał Ziemkiewicz: „Państwowe, czyli nie nasze”, ale „patrioci” mówią NIE dla wolnego rynku w Polsce. To mamy ten wolny rynek czy nie? a także: Czy rząd Donalda Tuska wraz z całą administracją podatkową postawili sobie za cel, by wszyscy przedsiębiorcy albo zbankrutowali, albo wyprowadzili się za granicę? polecam również: Rząd poprawia sobie finanse i zwiększa fiskalizm bez mówienia o wzroście podatków i jeszcze: “By żyło się lepiej”: skarbówka nie daruje nikomu

„Życie w Polsce wyraźnie przyspiesza, bijąc przy okazji światowe rekordy. Już nie tylko miesięcznice zastępują obchodzone dawniej rocznice, których udawało się zmieścić w roku tylko jedną. Z miesięcznicami tych problemów nie ma. Rząd, jeśli wierzyć Rzepie (24.05.17), zafundować zamierza Polakom także dnice. Mamy nadzieję że się ta nazwa przyjmie bo trudno inaczej nazwać projekt nowelizacji ordynacji podatkowej przewidujący że przedsiębiorcy przesyłać mają fiskusowi dobowe wyciągi z firmowych kont. Owszem, to nie pomylka – co 24 godz! Byłby to absolutny rekord świata w inwiligilacji.

Ministerstwo finansów nadpremiera Morawieckiego chce drogą codziennej kontroli „wyłapywać podejrzane transakcje”, i do czorta z jeszcze jedną warstwą biurokracji nakładanej firmom przez „dobrą zmianę”. Zamiast produkować artykuły rynkowe firmy będą musiały przestawić część mocy przerobowych na produkcję wymaganych przez Morawieckiego danych. Dobra zmiana chce najwyraźniej obniżyć dalej i tak już niewielkie bezrobocie w kraju bo przecież  produkcja codziennej  porcji makulatury wymagać może dodatkowych księgowych i biegłych rachmistrzów. Co prawda banki mają  spontanicznie podjać się roli kapusiów kablując do fiskusa dane rachunku nawet bez udziału firmy ale dotyczy to tylko rachunków krajowych. Banków zagranicznych do automatycznego kablowania na polskich przedsiębiorców na razie skłonić się jeszcze nie udało. W tym przypadku donoszeniem na siebie zająć się będą musiały same firmy. Po drugiej stronie skokowy wzrost wolumenu przychodzących do US danych wymagał będzie także wzmocnienia mocy kontrolnych a więc dalszego naboru nowych kadr oraz kadr kontrolerów kontrolujących te kadry.

Wprawdzie po usunięciu dawno już temu jakiejkolwiek prywatności finansowej nic i tak już nie przeszkadza fiskusowi we wglądzie do konta krajowego dowolnej firmy ale wiąże się z tym jednak pewna fatyga. Trzeba mianowicie wszcząć kontrolę czy też wysmarować pismo do banku. Podobno najnowszy wynalazek nadpremiera Morawieckiego – jednolity plik kontrolny, z jego kolejną warstwą biurokracji – już nie wystarcza. Z drugiej strony wiadomo że złowrogie karuzele VAT-u kręcą się coraz szybciej a transakcje wykonywane są w nich nawet co dzień. Tak więc dzięki dobrej zmianie, Polska wskoczy jednym susem do awangardy państw z firmami poddanymi bezbolesnemu zabiegowi totalnej, codziennej inwigilacji państwa. Kuracja Morawieckiego, oczyszczająca biznes z karuzeli VAT-u, pożyczyć może slogan z przedwojennego środka farmakologicznego: „ czyści nie przerywając snu”…” (cynik9 – Wojna z karuzelami czyli kapowanie firm trybem ciągłym)

podobne: Solidarni z mafią, czyli zaległym VATem w przedsiebiorcę polecam również: „New Deal” po polsku czyli „jednolity podatek” dla przedsiębiorców. „Dobra zmiana” czy wielki kryzys? i to: „Dziennik Gazeta Prawna”: NBP eliminuje obrót gotówką. „Puls Biznesu”: Podatkowe pole minowe oraz: „Słońce Peru przypala wszystkich prócz kasty urzędników”… Nie daj sobie wmówić że „ONI” są potrzebni a także: POPIS w natarciu! czyli…”Krynica mądrości” Tusk i „karny podatek” Kaczyński polecam również: Tacyt: „Przy największym państwa nierządzie najliczniejsze były prawa”. Rekordy biurokracji, zmiany w prawie karnym i schizofrenia Platformy. Państwo jak rabuś czyli… komu to wszystko służy? i jeszcze: O tym jak państwo „opiekuńcze” zamiast pomagać jednostkom zubaża całe społeczeństwo

„…Niekontrolowany przez nikogo urzędnik skarbówki będzie miał wg projektu nowelizacji Morawieckiego całkowitą i pełną wiedzę o wszelkich przepływach  finansowych firmy,  niezależnie od tego czy firma będzie czysta jak łza czy nie…

…A wiedza to siła.  Dane te mogą okazać się zbyt cenne aby  nie skorciły jednego czy drugiego urzędnika do ich wykorzystania,  świadomie czy nawet nieświadomie.  Taka jest po prostu natura ludzka a Morawiecki przecież całego fiskusa nie upilnuje.  Jego urzędnik będzie więc miał  nieuzasadnioną siłę bo będzie miał  dostęp do wiedzy,  niezależnie od tego czy ktoś oszukuje na VAT-cie czy nie.   Kto zagwarantuje że zachowa ją tylko dla siebie?  Kto zapewni że jej nie wykorzysta przeciwko firmie albo dla osiągnięcia osobistych korzyści materialnych?   Jaką rekojmię będzie miała firma że jej dane nie wyciekną do konkurencji czy nie zostaną  użyte do szantażu? W  kraju tak korupcyjnym jak Polska nikt o zdrowych zmysłach nie może żywić nawet wątłej nadziei że tak się stanie,   a jeszcze mniej że poniesione szkody firma kiedykolwiek wyprocesuje od państwa.

Ludzie którzy wykończyli Kluskę zamiast wisieć do dzisiaj chodzą wolno.   Stanowią żywe memento tego że mimo zmian są sektory w których  nie zmieniło się nic i  że nadal brniemy drogą  Kluski…

…Nieprzemyślany potworek Morawieckiego, w zaproponowanej wersji, sprowadzi się do permanentnej „fishing expedition” –  spójrzmy na dane dowolnej firmy  a z pewnością już do czegoś się dogrzebiemy.  Jak nie do VAT-u to przyczepimy się do tuzina innych rzeczy które wyjdą na jaw.

Szkodliwy, totalitarny gniot dobrej zmiany!” (cynik9 – Gniot nadpremiera jeszcze o fiskusie i automatycznych wyciągach dziennych z kont firmowych)

podobne: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą. oraz: W służbie zdrowiu czyli prosto do nieba. O walce rządu z „toksyczną konkurencją” w szpitalach i aptekach kosztem pacjentów i konsumentów a także: Zamiast „jednolitego podatku” centralna baza (PO)rachunków oraz „obywatelska emerytura” czyli… szukanie pokrycia dla rekordowego deficytu kosztem obywateli. Ostrowice jako przykład (nie)”zrównoważonego rozwoju” w skali mikro polecam również: Leonid Savin: Lobbing, jako najwyższa forma korupcji czyli… Rewolucję raz poproszę! i jeszcze: podobne: Pod przykrywką wygłupu Sikorskiego fala rabunku przetoczyła się przez sejm: uwolnienie kominówek, rząd kładzie łapę na depozytach, centralna baza „haków” skarbówki, zamiast śmieciowych umów o pracę będzie śmieciowa emerytura. Do diabła z taką opozycją! Dratewka potrzebny od zaraz

Jean Rousselot – Protection

„…W książce „Sekretne życie drzew” chodzi o to, że drzewa tworzą coś w rodzaju komuny, ale przychodzą źli ludzie i je wycinają. I to jest powód do wzruszeń i płaczu. Ja nawet nie próbuję wyjaśniać nikomu, że jak ktoś używa słów takich jak komuna, kolektyw, nowe społeczeństwo albo innych, o zbliżonym znaczeniu, to znaczy, że jest wysłannikiem Ala Capone, który bada możliwość ściągnięcia haraczu z frajerów przy minimalnym wysiłku. To jest nie do wytłumaczenia, albowiem ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że wiodą inne, sekretne życie, które jest o wiele ważniejsze od tego jawnego, podporządkowanego emocjom serwowanym przez domy wydawnicze. Te zaś służą tylko temu, by odwrócić naszą uwagę i zasłonić czymś degradację, jakiej poddawani jesteśmy przez całe życie. I niech się nikomu nie zdaje, że tu chodzi o jakieś użeranie się z prezesem spółdzielni mieszkaniowej, organizacji z istoty samej przestępczej i heretyckiej, skupionej na tym, by za rzecz najbardziej oczywistą, czyli dach nad głową, pobierać od ludzi horrendalne sumy wespół z finansującym ją bankiem. Tym zaś biednym ludkom wmawiać, że tworzą jakąś wspólnotę, jakąś komunę, jak te drzewa w książce o sekretnym życiu i stwarzać im złudzenie wolności i samodzielności. Chodzi o sprawy o wiele poważniejsze. Oto nie ma innej opcji dla ludzi i drzew żyjących w komunie jak niezawiniona śmierć. Jedyne zaś co mogą oni po sobie zostawić, to pułapka na kolejnych im podobnych, tak sprytnie skonstruowana, by stworzyć złudzenie, że co prawda wtedy nie wyszło, ale tym razem uda się na pewno. Nigdy się nie uda, bo członkowie komun i kolektywów są przeznaczeni do krótkotrwałej obsługi urządzeń konstruowanych przez inżynierię społeczną. Rotacja kadr jest błyskawiczna, a nadzorca nie znosi sprzeciwu i domaga się, by zostawać w robocie po godzinach. Wszystko zaś przedstawiane jest jako szczyt szczęścia i sukcesu. Kończy się zaś zawsze tak samo. Z krzaków wyłaniają się drwale z pilarkami, ludzie których istnienia komuna nawet nie podejrzewała i zaczynają swoją robotę. Nie ma mowy o potomstwie i dziedziczeniu, bo w warunkach, w których rządzi kolektyw są to przesądy. Nie ma mowy o życiu po życiu, bo to są jeszcze gorsze przesądy. Jest tylko całkiem złudna i oszukana nadzieja na trwanie i to niesamowite zaskoczenie kiedy okazuje się, że to jednak już, że dalszego ciągu nie będzie.

System ten, choć groźny i ponury, ma swoje wady i niedociągnięcia. Jest nieszczelny, o czym zaświadczyć mogę ja osobiście, ale także bardzo kosztowny. To znaczy utrzymanie ludzi w trwającym długo złudzeniu generuje koszty bardzo poważne, stąd misją każdej herezji, także tej, jest skrócenie życia, a także zanegowanie rozrodczości i dziedziczenia. Skąd się w takim razie bierze nowych frajerów do obsługi systemu? Przyciąga się ich zza morza, stwarzając na obszarach gdzie mieszkają prawdziwe piekło. Przy czym pamiętać musimy, że nie ma takich kosztów, których jeszcze nie dałoby się obniżyć. No, ale świat współczesny, to świat luksusu, o czym ty gadasz chłopie? Już ja wiem o czym.

Złudzenie luksusu na kredyt nie może przy tym trwać wiecznie, bo bańki spekulacyjne pękają. Zastępuje się wtedy luksus siermięgą i sekretnym życiem drzew, a magazyny czyści się z towaru. Potem przychodzi czas nauki i tytanicznej pracy dwóch pokoleń przybłędów. Kiedy trochę okrzepną, proponuje im się kredyty i buduje kolejne złudzenie. I tak w kółko...” (coryllus, źródło: szkolanawigatorow.pl – Sekretne życie ludzi)

„…Nawet drzewa próchnieją przedwcześnie
A przecież istnieją – bezgrzesznie.”

podobne: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości” i to: „Szkoła” Jacka Kaczmarskiego czyli zapowiedź najnowszej książki Gabriela Maciejewskiego („Socjalizm i śmierć”)… Bo wszystko już było (na kole historii) a także: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom?

PS…

„…Jeżdżąc przedwczoraj i wczoraj, opłotkami jak zwykle, zobaczyłem cztery miejsce, w których powalone drzewa położyły się wprost na linię energetyczną lub telefoniczną. Przy ul. Łagodnej, cały rząd wierzb rosnących nad stawami został wprost wywalony wraz z korzeniami i nad ulicą sterczały w górę wielkie karpy, pnie zaś pozrywały linię telefoniczną. Nikt tego nie naprawiał i pewnie jeszcze nie naprawił. W poprzek ul. Piaskowej położyły się dwa wielkie świerki, to one chyba złamały słup energetyczny, który stał przy ulicy. Na pewno zablokowały jezdnię na długie godziny. Najgorzej jednak było przy przedszkolu przy ul. Górnej. To znaczy jeśli oglądać wszystko od naszej strony, bo nie wiem jak było w mieście. Nie wjeżdżałem tam. Ktoś dopuścił, że przy parkingu na niewielkim placyku urosły wysokie osiki samosiejki. Nie wiem czy plac jest miejski czy prywatny, ale tych drzew tam nie powinno być. Większość z nich była zainfekowana jakimś owadem czy grzybem i schła od góry. Przed wczoraj huragan powalił wszystkie te drzewa wprost na samochody stojące pod przedszkolem. Widok nie był za wesoły, a ja pomyślałem o tych wszystkich osobach, które płaczą, że zły minister Szyszko wycina dobre i kochane drzewa, która tak upiększają krajobraz. Te drzewa nie upiększały niczego, pozostawione same sobie w przestrzeni miejskiej, wyrosłe na żwirowatej – wcześniej był tam skład tłucznia i materiałów budowlanych – przepuszczalnej glebie, z płytkim systemem korzeniowym, stanowiły tylko zagrożenie. Do tego były rozsadnikiem chorób. Na sam koniec zaś stały się przyczyną poważnych szkód. Ktoś powie, że to są wypadki losowe. Oczywiście, ale są też granice zidiocenia, które tak zwani miłośnicy przyrody, szczególnie tej rosnącej na cudzych nieruchomościach, przekroczyli już dawno. Wszyscy wiedzą ile potrzeba korowodów, by wyciąć na swojej własnej działce jedno czy dwa drzewa. Próbowano to zmienić, ale PiS ugiął się pod naciskiem organizacji terrorystycznych zwanych z nierozpoznanych przyczyn organizacjami ekologicznymi…” (coryllus, szkolanawigatorow.pl – Pik idiotizma)

„Gdy wycinają młody las
I cieknie sok z przeciętych pni
Nie gaśnie żadna z ważnych gwiazd
Nic nie wstrzymuje biegu dni
I słychać tylko siekier jęk
Bo nie jest skargą drzew ich trzask
W tej ciszy duma jest i lęk
Gdy wycinają las

Vladimir Kush – Redwood Cutting

A kiedy zwożą młody las
Gałęzi rośnie gęsty stos
Za którymś ze strąconych gniazd
W rozpaczy ptak gdzieś krzyczy w głos
Ale nie tonie nikt we łzach
Gdy pnie padają raz po raz
W tej ciszy godność jest i strach
Gdy zwożą młody las

A kiedy palą młody las
To słychać jęk i pisk, i huk
I dym przesłania słońca blask
A żar ogromny zwala z nóg
I piją z drwalem drwal za trzech
Zyskowny chwaląc sobie czas
I słychać rzeczy wiecznych śmiech
Gdy palą młody las

Po karczowisku błądzi wiatr
Popiół rozwiany, ogień zgasł
Odeszli drwale do swych chat
I rośnie młody las”

Jacek Kaczmarski – Młody las

poprzednio: Magnetyzm socjalizmu od przedszkola do Opola czyli śladami hrabiego Ronikiera – towarzysza „Istotek” po „wesołym miasteczku” (Kaczmarskiego) podobne: Jacek Kaczmarski i poetycka pamięć o stanie wojennym. „Stan wojenny trwa dla każdego przez całe życie, od narodzin do śmierci” czyli… „Obława II” i korpoustRÓJ

Reklamy

„Najpierw państwo” czyli… gdy monopol na przemoc nie służy sprawiedliwości i własności. Ekonomia grzechu przeciw wolności „elit” naiwnych i mściwych (I)


Zaczyna się niewinnie… Od wyszydzenia i odrzucenia „starego porządku” przez niedojrzałe intelektualnie ale „ambitne” siły postępu. Błędy przeszłości wynikające z niedostosowania się do nowoczesności – taka jest oficjalna wersja „potrzeby zmian”. Romantyczna walka „młodych gniewnych” ze skostniałym ciemnogrodem jest tym co tłumaczy każde „nowoczesne” łajdactwo… No ale nie byłoby tego wszystkiego gdyby nie naiwna wiara w dobre chęci rewolucjonistów, kult młodości jako samoistnej wartości, i w przekonanie że „każdemu się należy” (z cudzego)… (Odys)

„Wreszcie dowiedzieliśmy się, na czyich ideach opiera swoje pomysły wicepremier, minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki. Na Kongresie Innowatorów Europy Środkowo-Wschodniej „Central Eastern Europe Innovators Summit” Morawiecki spotkał się z prof. Marianą Mazzucato, która jest autorką książki „Przedsiębiorcze państwo”, w której stara się udowodnić, że wszelkie wynalazki i innowacje technologiczne nie wynikają z istnienia wolnego rynku, ale z działalności państwa i jego urzędników.

Podczas dyskusji panelowej o gospodarce, będącej częścią Kongresu Innowatorów Europy Środkowo-Wschodniej „Central Eastern Europe Innovators Summit” wraz z profesor Marianą Mazzucato z University College w Londynie wicepremier przekonywał, że dla innowacji państwo jest niezwykle ważne.

 Zobacz także: 88 procent przedsiębiorców pesymistycznie patrzy na Polską gospodarkę. Zobacz, dlaczego biznesmeni nie uwierzyli w slajdy Morawieckiego [KOMENTARZ]

Morawiecki chce innowacyjności, dzięki urzędnikom

Morawiecki podkreślił, że państwo z jednej strony chce wspierać innowacyjność, ale drugiej należy myśleć o różnych systemach opodatkowania tych wynalazków.

No bo jeśli myślimy, że te wynalazki, które widzimy dzisiaj (…), są wynalazkami jednej osoby czy też zespołu, to nie jest prawda…” (Radek Piwowarczykwolnosc24.pl)

podobne: Polska gospodarka: innowacyjność z importu, wysokie bezrobocie, chiński biznes zainteresowany polską żywnością. oraz: Lubowski: musimy się nauczyć zarabiać na wynalazkach. Cezary Kaźmierczak: Szwindel „Innowacyjność” i to: Samorządowe „inwestycje” to wzrost zadłużenia i podwyżki opłat. Rentowność długu i rosnąca obsługa kosztów. Państwo broni się przed zwrotem zagrabionego mienia i zmianami w ordynacji podatkowej, obniżka podatków nie tak szybko (fiskus łupi rodzinę). Innowacje obce sektorowi MSP. „Polska Miedź” rabowana podatkiem od wydobycia.

Ivan Vladimirov – Развлечения подростков в императорском саду Петрограда (samowola podrostków w parku)

„…Do poznawania rzeczywistości, o czym mimo licznych w kraju uniwersytetów nie każdy wie, potrzebne są narzędzia. Nie chodzi mi oczywiście o takie narzędzia jak piła motorowa czy kielnia. Chodzi mi o metodę. Narzędzia bywają dobre i złe. Można je wykorzystywać właściwie lub na opak, można nawet – chcąc wprowadzić ludzi w błąd – sprzedawać im narzędzia, które do niczego się nie nadają, ale wyglądają bardzo dobrze i ludzie wierzyć będą, że one posłużą im właściwie.

Jeśli na przykład chcemy dowiedzieć się czegoś o socjalizmie i komunizmie, jego celach i metodach poszukujemy pism socjalistów i komunistów, czytamy je i zdobywamy potrzebną wiedzę. Dowiadujemy się z tych pism, że socjaliści chcieli dobrze, a komuniści jeszcze lepiej albowiem bolał ich niesprawiedliwy podział dóbr i chcieli je podzielić od nowa. Tak to z grubsza wyglądało. Jest to oczywiście kłamstwo, które zostało wielokrotnie skompromitowane, ale wraca ponieważ od ostatniej kompromitacji minęło dużo czasu i ludzie wszystko zapomnieli, a do tego dorosły nowe roczniki, którym można sprzedawać dawne komunistyczne utopie w nowym europejskim opakowaniu i oni to kupiąSą młodzi, ideowo lub konsumpcyjnie nastawieni do życia i leniwi jak jasna cholera, a podprogowy przekaz komunistów – być może ich najważniejszy przekaz – jest taki: nie będziesz się musiał chłopie narobić, a wszystko ci samo łatwo przyjdzie. O trudzie i walce komuniści mówią tylko na początku, potem jest już tylko konsumpcja owoców zwycięstwa, czyli vodka and ogórcy…” (coryllusVodka and ogórcy albo czytajcie literaturę postępową!)

a oto wielokrotnie już przez socjalistów i komunistów odgrzewana oferta (nie do odrzucenia) dla obywateli/niewolników. Tym razem udrapowana w „narodowe” barwy, więc pozytywny do niej stosunek jest jednocześnie deklaracją patriotyzmu… a kto nie z nami ten wiadomo… albo zdrajca, albo jeszcze gorzej bo „ruski agent”… (Odys)

4.02.2017, Toruń (PAP) – Najpierw państwo, później własność i rynek – mówił w sobotę w Toruniu prezes PiS Jarosław Kaczyński. Zaznaczył, że zadaniem rządu PiS jest stworzenie szerokiej sfery swobód. Według niego w Polsce problemem jest niska skłonność przedsiębiorców do inwestowania i innowacji.

Prezes PiS wziął udział w konferencji „Odpowiedzialność przedsiębiorców za Polskę” w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej. W konferencji uczestniczył też m.in. wicepremier, minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki i przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów minister Henryk Kowalczyk. Obecni byli też prezesi PKN Orlen – Wojciech Jasiński i PKO Banku Polskiego – Zbigniew Jagiełło oraz wiceprezesi BOŚ Banku – Anna Milewska i PZU – Andrzej Jaworski.

Jarosław Kaczyński mówił o wolności gospodarczej i czynnikach ją ograniczających. Odniósł się też do tematu głównego konferencji, czyli odpowiedzialności przedsiębiorców. Jak zaznaczył, ma ona dwa poziomy. „Po pierwsze to zdanie sobie sprawy z tego, że istnieje państwo, że istnieją inni, że to wszystko trzeba brać pod w uwagę. Jeżeli ktoś nie jest w stanie prowadzić działalności gospodarczej w takich warunkach, to znaczy, że się po prostu do tego nie nadaje” – powiedział.

Jak dodał, czasem podczas spotkań z przedsiębiorcami słyszał postulaty, które sprowadzały się do tego, by odrzucić te ograniczenia, w tym dotyczące relacji z pracownikami. „Jeżeli ktoś we współczesnej Europie, współczesnej Polsce nie jest w stanie działać efektywnie, jeżeli te ograniczenia nie będą odrzucone, to po prostu powinien zająć się czymś innym – mówił prezes PiS.

Po drugie, mówił Kaczyński, odpowiedzialność przedsiębiorców wiąże się też ze „zobowiązaniami wobec wspólnoty”. „Do państwa należy to, żeby ten rozwój był możliwie sprawiedliwy, by nie prowadził do zbyt wielkich różnic społecznych, by korzyści z niego odczuwały wszystkie większe grupy społeczne, wszyscy, którzy pracują. Natomiast do przedsiębiorców – i to jest ich ogromna odpowiedzialność – należy to wszystko, co jest potrzebne, by ten rozwój następował. A tu mamy dwa problemy” – powiedział Kaczyński.

Pierwszy z nich „to problem skłonności do inwestowania i związanego z tym ryzyka”. „To jest kwestia, która w Polsce stoi, bo skłonność do inwestowania jest niewielka” – powiedział. Druga kwestia to skłonność przedsiębiorców do wprowadzania innowacji, „z którą też jest w tej chwili nie najlepiej”.

Kaczyński powiedział, że po odejściu od systemu komunistycznego Polska „weszła w fazę wolności anarchicznej”, a potem przeszła do „fazy bardzo daleko idącego ograniczenia wolności”.

„Zadanie, które stoi dzisiaj przed nami, stoi także przed tym rządem, przed premierem, ministrem rozwoju Mateuszem Morawieckim, to jest doprowadzenie tego stanu do sytuacji, którą można by określić jako racjonalną. To znaczy mamy ideę szybkiego rozwoju, także ideę sprawiedliwości – tę ideę realizujemy – mamy pewien kontekst kulturowy w Polsce, mamy także kontekst zewnętrzny związany przede wszystkim z Unią Europejską i musimy w tym szukać możliwie szerokiej sfery swobód, wolności” – powiedział Kaczyński.

Według niego to jest szansa na powtórzenie „wielkiej aktywności założycielskiej trwającej od połowy lat 80-tych, a bardzo intensywnie od końca lat 80-tych i w pierwszych latach 90-tych” i na to, że „ten proces, który wtedy przyniósł Polsce około sześciu milionów miejsc pracy i przyniósł ruszenie z miejsca po latach spadków PKB, mógłby być powtórzony”.

„To jest szansa, przed którą stoimy nie mając jednocześnie złudzeń, że możemy w Polsce stworzyć system libertariański, że polskiej kulturze można narzucić taki zupełnie skrajny indywidualizm” – dodał prezes PiS.

Według prezesa PiS „jeśli spojrzeć na ostatnie 27 lat, to można powiedzieć, że najpierw mieliśmy do czynienia z taką swobodą, w wielkiej mierze anarchiczną”. „Taką, która po części była w ogóle nieregulowana i nieobjęta działalnością państwa. Znaczna część tej wybuchającej w końcu lat 80. i 90. działalności gospodarczej początkowo nie była objęta, albo w minimalnym stopniu objęta, ograniczeniami związanymi z podatkami” – powiedział Kaczyński.

Jego zdaniem ten stan „w niemałej mierze” trwa po dziś dzień. „W szczególności, jeśli chodzi o działalność podmiotów zagranicznych. Mamy tutaj do czynienia z takimi elementami kolonialnymi, jeżeli chodzi o nasz kraj. Mamy do czynienia z sytuacją, w której te przedsiębiorstwa nie przestrzegają pewnych reguł prawnych, ale także moralnych. Krótko mówiąc, funkcjonują w sposób, który w ich własnych krajach byłby absolutnie niemożliwy do przyjęcia” – podkreślił prezes PiS.

Kaczyński zaznaczył, że relacja między państwem, rynkiem i własnością definiuje wolność gospodarczą. Według niego „na pierwszym miejscu trzeba wymienić państwo, bo bez państwa nie mógłby istnieć rynek, ale przede wszystkim nie mogłaby istnieć własność”.

„Dam państwu bardzo prosty przykład i to – może zaskoczę – ze świata zwierząt. Nie tak dawno opisywano, były zdjęcia takiego wydarzenia. Otóż dwa wilki upolowały sarnę. Przybył niedźwiedź przepędził wilki, pożarł sarnę. Czyli prawo własności wobec tej sarny zostało siłą zakwestionowane. Załóżmy, że to jest Mandżuria, tam żyją takie wielkie tygrysy, mógłby przybyć tygrys i próbować zakwestionować prawo niedźwiedzia. Nie wiadomo, kto by wygrał, w każdym razie mógłby próbować. Takie relacje istniałyby wtedy, gdyby nie było państwa, gdyby państwo nie mogło gwarantować własności” – mówił prezes PiS.

„Najpierw państwo, później własność, bez której nie może być wolności jednostki, no i rynek. Czy rynek może istnieć bez państwa? Nie może istnieć bez państwa, państwo musi zagwarantować bezpieczeństwo ogólne, osobiste tych, którzy funkcjonują na rynku, bezpieczeństwo obrotu. Musi powołać także różnego rodzaju instytucje, które funkcjonują na rynku, w związku z rynkiem, no i przede wszystkim pieniądz” – mówił prezes PiS.

Kaczyński podkreślił, że musi też istnieć pewien poziom bezpieczeństwa socjalnego, który jest zapewniany przez państwo, a także pewien poziom bezpieczeństwa osobistego oraz zdolność do działań antykryzysowych ze względu na zmiany koniunktury.

„Państwo musi dysponować zasobami, czyli musi ściągać podatki, składki, daniny publiczne. Czyli wolność doznaje tutaj pewnego ograniczenia, bo część owoców działalności gospodarczej musi być przejęta przez państwo i to jest konieczność obiektywna, dyskutowalna tylko w tym zakresie, w jakim stawiamy pytanie o to, jak wielkie te podatki mają być i jaką metodą mają być ściągane” – mówił prezes PiS.

Kaczyński ocenił, że nie jest to jedyne ograniczenie wolności gospodarczej. „Takie ograniczenia muszą istnieć także ze względu na to wszystko, co można odnieść do innych jednostek (…) ich prawo do życia, prowadzenia działalności gospodarczej. Inni stanowią też pewne ograniczenia, które muszą znaleźć wyraz w przepisach prawa, muszą być egzekwowane przez państwo” – powiedział.

Kaczyński zaznaczył, że jednostki żyją we wspólnotach, a te „tworzą sytuacje, które można określić, jako wymogi a te wymogi – jeżeli tylko są egzekwowane przez państwo – to są ograniczeniami wolności”.

W jego ocenie poszczególne gospodarki narodowe „podlegają pewnej idei ogólnej, idei regulatywnej”. „Te idee to szybki rozwój, sprawiedliwość społeczna. To nie jest tylko idea czysto komunistyczna, to jest także idea, która jeśli ją traktować, jako dążenie do zmniejszenia różnic społecznych, funkcjonowała i funkcjonuje w różnych innych niekomunistycznych ustrojach” – tłumaczył prezes PiS. Jako przykład podał Skandynawię.

„Jest idea równowagi społecznej. Można odwołać się tutaj przede wszystkim do amerykańskiego +New Deal’u+. To nie była koncepcja jakoś mocno związana z ideą sprawiedliwości, natomiast mocno związana z koncepcją odzyskania po kryzysie społecznej i ekonomicznej równowagi” – powiedział. Jak dodał, są też różnego rodzaju idee związane z religią, w szczególności w państwach muzułmańskich, które też wpływają na działalność gospodarczą.

„Są w końcu idee związane z koncepcją państwa, które przede wszystkim szuka siły militarnej, i to może być zarówno w wersji ofensywnej, jak w wypadku państw komunistycznych, a w szczególności Związku Sowieckiego czy dzisiaj w dalszym ciągu Korei Północnej, ale może to też być idea defensywna, jak w wypadku Izraela” – powiedział.

Jak mówił prezes PiS, te idee związane są także z określeniem zakresu gospodarczych swobód. Podkreślił, że swoboda gospodarcza zawsze podlega daleko idącym ograniczeniom. „Te ograniczenia są różne w różnych momentach. Dzisiaj na przykład ograniczeniem, które nas wszystkich bardzo dotyka, nie będę tutaj dyskutował, na ile jest słuszne, na ile jest niesłuszne, jest ograniczenie związane z ekologią” – mówił Kaczyński.

Prezes PiS mówił też o zjawisku „inżynierii prawnej szczególnie wokół prawa handlowego”. „Tutaj jest to bardzo ważne pytanie, w jakiej mierze trzeba to ograniczyć, w jakiej można to ograniczyć, w jakiej mierze cały ten system finansowy, który został skonstruowany po wojnie a później poddany różnego rodzaju daleko idącym przemianom, nie powinien być jeszcze raz zakwestionowany; na ile trzeba zadać pytanie o to, czy nie należałoby go zmienić” – mówił prezes Prawa i Sprawiedliwości.

Przed rozpoczęciem konferencji odbyła się manifestacja kilkudziesięcioosobowej grupy KOD, z transparentami ruchu i biało-czerwonymi flagami. Grupa rozeszła się, gdy zaczęła się debata. (Kaczyński: najpierw państwo, potem własność i rynek. PAP – Biznes 4 Lut 2017)

„…własność, rozumiana jako władza nad rzeczą, a także rynek, jako wymiana dóbr, zaistniały wcześniej, niż państwo. Jakiś człowiek oswoił dzikiego konia i przez to zyskał nad nim władzę. To był jego koń i to wcale nie dlatego, że jakieś „państwo” o tym zadecydowało, tylko dlatego, że to on schwytał i ujeździł tego konia, nabywając władzę nad nim dzięki włożonej w to pracy. Podobnie rolnik, który wyhodował zboże, posiadł nad nim władzę w postaci możliwości zrobienia zeń użytku według własnej woli nie dlatego, że jakieś „państwo” mu tę władzę nadało, tylko dlatego, że to on je wyhodował, to znaczy – włożył w jego wyhodowanie swoją pracę. To jest legitymacja własności, a nie – jak to z rozbrajającą szczerością powiedziała w rozmowie z Robertem Mazurkiem ówczesna faworyta prezesa Kaczyńskiego, pani Elżbieta Jakubiak – „zaświadczenie” wydane przez urząd. Dlatego właśnie właściciel ma władzę nad rzeczą, to znaczy – możliwość zrobienia z niej użytku, jaki sam uważa za stosowny. Skoro tak, to może swoją rzecz również wymienić na cudzą, jeśli właściciel innej rzeczy też wyrazi objawi taką intencję. Spotkanie takich dwóch właścicieli i osiągnięte przez nich porozumienie w sprawie wymiany należących do nich rzeczy tworzy rynek. Jak widzimy, wbrew temu, co mówił pan prezes Kaczyński, „państwo” wcale nie było, ani nie jest potrzebne ani do powstania własności, ani do zaistnienia wymiany rzeczy, czyli rynku. Przykład z sarną, wilkami, niedźwiedziem i tygrysem wcale nie dowodzi ani konieczności istnienia państwa, ani – tym bardziej – jego pierwotnego charakteru względem własności i rynku. Jeśli ma czegokolwiek dowodzić, to najwyżej tylko tego, że pan prezes Kaczyński nie rozumie, o czym mówi.

Ale chociaż nie rozumie, to w tej ignorancji jest metoda. Nadawanie „państwu” charakteru pierwotnego zarówno względem własności, jak i rynku, jest prezesowi Kaczyńskiemu potrzebne do uzasadnienia konieczności pierwszeństwa „państwa” nad gospodarką, to znaczy – wytwarzaniem i wymianą dóbr...

…Państwo monopolizuje przemoc, podobnie jak właściciel monopolizuje władzę nad rzeczą i z tym „towarem” wchodzi na rynek, ale nie po to, by cokolwiek wymieniać, tylko po to, by zawłaszczać. Ponieważ rozsądek, a także hipokryzja nakazuje udrapowanie przemocy w jakiś kamuflujący kostium, „państwo” chętnie drapuje się w kostium sprawiedliwości…

…Jedyną gwarancją autentyczności weryfikacji wzajemnych oczekiwań jest dobrowolny charakter umowy, a to oznacza, że przy tym sposobie rozumienia sprawiedliwości, może być ona praktykowana jedynie w warunkach wolności

…Tymczasem pan prezes Kaczyński, eksponując „państwo” jako źródło własności i organizatora rynku, forsuje zupełnie inny model państwa i inny model ustawodawstwa. O ile wcześniej można było tylko podejrzewać, że jego ideałem jest przedwojenna sanacja, to po toruńskim wykładzie mamy w tym względzie całkowitą pewność. Model państwa według prezesa Kaczyńskiego doskonale wpisuje się w artykuł 4 ust. 1 konstytucji kwietniowej z 1935 roku, gdzie czytamy, że „w ramach państwa i w oparciu o nie kształtuje się życie społeczeństwa”. To znaczy, że to „państwo” a więc – urzędniczy aparat państwa wyznacza owe „ramy” i metodami władczymi „kształtuje” w ich obrębie nie tylko stosunki gospodarcze, ale całe „życie społeczeństwa”. Według ust. 2, to „państwo” zapewnia mu (tj. społeczeństwu” – SM) „swobodny rozwój”, a gdy dobro powszechne wymaga, nadaje mu kierunek lub normuje jego warunki. Nie ulega wątpliwości, że ocena, czy „dobro powszechne” czegoś wymaga, czy nie, należy do wyłącznych kompetencji „państwa”, które wtedy „nadaje kierunek” całemu społeczeństwu. Czy w sytuacji, gdy „państwo” działając w sposób sobie właściwy, to znaczy – rozkazując i wymuszając spełnienie swoich rozkazów siłą – „nadaje kierunek”, można jeszcze mówić o „swobodnym rozwoju”?

W tym kontekście przedstawiony przez ministrów rządu pani premier Beaty Szydło program „repolonizacji”, będący w istocie programem renacjonalizacji gospodarki, nie pozostawia wątpliwości, że długofalowym celem Prawa i Sprawiedliwości jest przywrócenie w Polsce ustroju socjalistycznego tyle, że bez Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Bardzo możliwe, że prezes Kaczyński wyczuł tęsknotę znacznej części polskiego społeczeństwa za państwem socjalistycznym w którym, „czy się stoi, czy się leży”, każdy jakoś tam spadnie na cztery łapy. Warto zwrócić uwagę, że ci, którzy nie bali się wolności, w większości z Polski wyjechali, a tym, którzy zostali, socjalizm specjalnie nie przeszkadza, przeciwnie – nawet napawa nadzieją na życie beztroskie. Bardzo możliwe, że ten Manifest Socjalistyczny, w powiązaniu z inicjatywami skierowanymi na opanowanie samorządów terytorialnych i programami rozdawnictwa, przyniesie PiS-owi wyborcze zwycięstwo – ale przywrócenie socjalizmu w naszym nieszczęśliwym kraju nie doprowadzi do odblokowania narodowego potencjału gospodarczego, skutecznie zablokowanego zarówno przez ustanowiony w 1989 roku model kapitalizmu kompradorskiego, przez postępującą biurokratyzację państwa i przez niemiecki projekt Mitteleuropa z roku 1915. Powiem więcej – widoczna coraz bardziej tendencja do renacjonalizacji i przywrócenia wiodącej roli „państwa” w gospodarce stanie się kolejnym czynnikiem blokującym narodowy potencjał, skutecznie zniechęcając ludzi przedsiębiorczych do inwestowania – bo po cóż i w co właściwie inwestować w sytuacji, kiedy właśnie nadchodzą bolszewicy?” (Stanisław Michalkiewicz – Manifest Socjalistyczny)

Przed wojną centralny Bank Polski był niezależny i prywatny! – Stanisław Michalkiewicz

podobne: Stanisław Michalkiewicz: Pogrobowcy Hilarego Minca czyli… Wilczek kontra „prawdziwa prawica” oraz: Co „prawdziwa prawica” Kaczyńskiego szykuje dla przedsiębiorców i reszty Polaków i to: Kacza „sprawiedliwośc” – zabrac bogatym, czyli… ukarać biednych a także: Budżet państwa na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną… ale czy PIS będzie nas kosztował mniej? Oczywiście że nie – zamach na umowy cywilnoprawne polecam również: W służbie zdrowiu czyli prosto do nieba. O walce rządu z „toksyczną konkurencją” w szpitalach i aptekach kosztem pacjentów i konsumentów

Dobrze to sobie zapamiętajmy, żeby wiedzieć komu i za co podziękować kiedy już manifest komunistyczny zacznie zbierać swoje żniwo:

 „Najpierw państwo, później własność”
to państwo powinno być szafarzem, a nawet kreatorem wolności”
Jeżeli ktoś nie jest w stanie prowadzić działalności gospodarczej w takich warunkach, to znaczy, że się po prostu do tego nie nadaje”
Jeżeli ktoś we współczesnej Europie, współczesnej Polsce nie jest w stanie działać efektywnie(…) to po prostu powinien zająć się czymś innym”

…zanim jednak posłucha „dobrej rady” by zająć się „czymś innym”, niech najpierw sprawdzi czy ma stosowne zezwolenie, oraz zastanowi się czy jest gotowy podporządkować się regułom gry ustalonym przez starszych i mądrzejszych… Takim np. o jakich piszą tu: Ministerstwo Sprawiedliwości: 3 lata za ubój świni bez zgłoszeniagdzie możemy wyczytać: „Ministerstwo Zbigniewa Ziobry proponuje także, aby sądy karały bezwzględnie finansowo takich rolników na cele związane z ochroną zwierząt. Propozycja kar ma wahać się od 1000 do nawet 100 tys. zł!…” Genialne nieprawdaż? I wcale nie chodzi mi o wysokość kary. Niech tam niektóre (niejadalne) zwierzęta też coś mają z tytułu „nielegalnego” mordowania współbraci… Taka tam przenośnia…Bo to nie jest tak że można zająć się czymś innym i mieć ich wszystkich z głowy. Nawet jak się nie chce grać w jednej drużynie ze zwycięzcami, to i tak trzeba się stosować do ich reguł bo inaczej… wiadomo… (Odys)

podobne: Pod przykrywką wygłupu Sikorskiego fala rabunku przetoczyła się przez sejm: uwolnienie kominówek, rząd kładzie łapę na depozytach, centralna baza „haków” skarbówki, zamiast śmieciowych umów o pracę będzie śmieciowa emerytura. Do diabła z taką opozycją! Dratewka potrzebny od zaraz

„…Nie chodzi bowiem nawet o to, że Prawo i Sprawiedliwość, dzięki poparciu amerykańskiemu oraz uruchomieniu programów rozdawniczych może wygrać następne wybory przynajmniej w stopniu umożliwiającym samodzielne ustanowienie rządu, tylko przede wszystkim o to, że uruchamiając wspomniane programy rozdawnicze, PiS wprowadził nasz naród i nasze państwo na jednokierunkową ulicę, którą można zmierzać już tylko ku swemu przeznaczeniu. Rzecz w tym, że w rozumieniu prawa, program rozdawniczy w rodzaju „rodzina 500 plus”, wyposaża swoich beneficjentów w tak zwane „prawa nabyte”. Wprawdzie ustawa dezubekizacyjna pokazuje, że kiedy trzeba, a ściślej – kiedy można takie posunięcie zaprezentować jako realizację sprawiedliwości dziejowej, to prawodawcy specjalnie się nie krępują prawami nabytymi, ale w przypadku wspomnianego programu rozdawniczego sytuacja jest inna. Po pierwsze – krąg osób uprawnionych jest na tyle szeroki, że mało kto ośmieliłby się zamachnąć na ten przywilej, a po drugie – gdyby nawet taki desperat się znalazł, to niezawisłe sądy natychmiast podważyłyby legalność takiego zamachu i musiałby wycofać się z podwiniętym ogonem. Oznacza to, że nawet taki desperado musiałby realizować program, który nie tylko uważa za sprzeczny z ideą wolności, ale w dodatku – za zabójczy dla państwa, zwłaszcza na dłuższą metę.

Program ten jest sprzeczny z ideą wolności, bo w sposób trwały uzależnia obywateli od państwa, w dodatku zmuszając ich do popierania programu zwiększania dochodów budżetowych – ponieważ realizacja tego programu wymaga utrzymania wysokiego, a nawet – rosnącego budżetu, gdyż w kolejce czekają następne programy w rodzaju „mieszkanie plus”, a przecież i to nie jest ostatnie słowo. Według zasady Murphy’ego, jeśli może stać się coś złego, to na pewno się stanie, a cóż dopiero w sytuacji, kiedy właśnie od tego, czy się stanie, zależy zwycięstwo wyborcze? Program ten jest sprzeczny i ideą wolności również z tego powodu, że realizowany jest za pieniądze pożyczone. Jak wiadomo, koszty programu „rodzina 500 plus” wynoszą ok. 24 mld złotych rocznie, a zaplanowany w ustawie budżetowej na rok 2017 deficyt wynosi prawie 60 mld złotych. Jasne jest więc, że zarówno pierwszy, jak i wszystkie następne programy rozdawnicze będą realizowane za pieniądze pożyczone, to znaczy – kosztem wydatnego powiększenia długu publicznego. Dług publiczny naszego nieszczęśliwego kraju powiększa się o prawie 500 mln zł na dobę, a to znaczy, że go nie spłacamy, tylko „obsługujemy”. Według oficjalnych informacji, koszty obsługi długu publicznego wyniosą w roku bieżącym ponad 30 miliardów złotych. Mamy wszelako do czynienia z fenomenem, że dług wprawdzie rośnie, ale koszty jego obsługi spadają, nawet do „rekordowo niskiego poziomu”. Ale nie takie fenomeny zdarzały się u nas w przeszłości, kiedy Edward Gierek zafundował społeczeństwu iluzję dobrobytu na kredyt – oczywiście dopóki wszystko się nie skawaliło. Zatem – jak tam z tymi kosztami obsługi jest naprawdę – to zostanie nam objawione w stosownym czasie. Tak czy owak, koszty te rozkładają się na obywateli i jeśli nawet przyjąć za dobrą monetę oficjalną informację, to oznacza to, iż na jednego obywatela rzeczywiście mieszkającego w Polsce przypada ok 800 zł rocznie. Zatem 5-osobowa rodzina tylko na obsługę długu publicznego musi zapłacić 4000 zł, rocznie – a przecież są jeszcze inne koszty. Oznacza to, że rządy kupują poparcie polityczne za cenę wpychania obywateli w coraz głębszą niewolniczą zależność od lichwiarskiej międzynarodówki. Niewolniczą – bo istota niewolnictwa polega na tym, że niewolnik musi pracować na swojego pana. Pracować, czyli oddawać mu coraz większą część bogactwa, które swoją pracą wytwarza. Właśnie w taką zależność obywatele są wpychani przez własne, „wrażliwe społecznie” rządy…” (Stanisław Michalkiewicz – Ucieczka od wolności)

podobne: Co to jest „majątek państwa” i na co idzie siła polskich rodzin? O podatkach, składkach i reformach kosztem zdrowia i emerytury (nie tylko ubeckiej) w ramach inżynierii społecznej oraz: Obrońcy etatyzmu i sentymentaliści rodem z PRL kamienują „złodziejski kapitalizm” czyli… dlaczego niewolnicy nie zasługują na wczasy? a także: PIS lepszy od POprzedników… w zadłużaniu Polaków. O jakim „zwrocie z inwestycji” mówią piewcy programu „500+”? Niesprawiedliwość redystrybucji i społeczna funkcja własności prywatnej.

W ten sposób dochodzi do werbunku na masową skalę… Jest budżet, to jest i siła – idea trwalsza od spiżu więc któż przeciw nam? (Odys)

Ilya Repin – Demonstration on October 17, 1905

„…Myślą, myślą i wymyślają niesprawiedliwość społeczną. Stąd już tylko krok do uzbrojonych band próbujących ową niesprawiedliwość zlikwidować, band zwanych trybunałami rewolucyjnymi lub jakoś podobnie. Bandy owe wprowadzają najpierw ubezpieczenia społeczne, a potem śrubują podatki. Kiedy okazuje się, że i to za mało, żeby utrzymać wszystkich, którzy postanowili w myśl zilustrowanej na początku drugim zdaniem doktryny, żyć z kradzieży i rabunku, bandy usiłują przywrócić system feudalny. Żeby było co jeść po prostu. To się udaje, ale trzeba do tego zlikwidować to, co doprowadziło do powstania najpierw teorii o niesprawiedliwość społecznej, a potem samych band, żyjących w komforcie i lenistwie, czyli technologię. Po likwidacji niepotrzebnych nowemu społeczeństwu feudalnemu i szkodliwych nowinek takich jak ciepła woda w kranie, kibelek dla każdej rodziny i wolna prasa, okazuje się jednak, że system oparty na rabunku dalej nie działa. Czołowi teoretycy niesprawiedliwości społecznej siadają więc kołem i zaczynają myśleć co jest nie tak. No i wymyślają, że skoro feudalizm nie działa jak trzeba to należy powrócić do tego co było przed nim, czyli – jak powiedział jeden mądry – do niewolnictwa…

…Niewolnicy mają jednak zwyczaj buntować się co jakiś czas, a socjaliści chcieliby ciągle więcej i więcej, systemy więc zaczynają erodować. Dochodzi w końcu do przełamania kordonów i wszystko się miesza. Raby uwiązane dotąd do ziemi, kawalerki i tokarki ruszają obejrzeć socjalizm, a wychuchani w biurach i korporacjach durnie jadą obejrzeć wyjałowiony step, czyli tak zwane pozostałości po imperium. Wszyscy są zadowoleni, ale do czasu. Przychodzi bowiem moment, kiedy znów trzeba się zastanawiać nad tym co robić z tą masą ludzi, która pałęta się z kąta w kąt i samą siłą rozpędu tylko zaczyna obrastać w jakieś dobra, jakaś gotówka im się z kieszeni wysypuje i coś tam usiłują kupować sobie w sklepach. Zaczyna się więc wymyślanie nowych programów gospodarczych dla państw będących w kryzysie.

I tu dochodzimy do sedna. Wymyślanie owo nie jest niczym innym jak próbą kolejnego rabunku ludzi, którym nie dało się wcześniej – ze względu na poprzednią rabunkową doktrynę – nic zarobić. Programy gospodarcze – przy udziale wspomnianej już propagandy – zaczynają pełnić funkcję taką, jaką w systemie feudalnym pełniły prawdy objawione czyli są gwarancją istnienia tegoż systemu. Każdy chcący się dorwać do władzy idiota zaczyna swoją perorę od programu gospodarczego, który podaje w punktach. W punktach napisanych mu przez jakiegoś oszusta przecież, bo nie przez niego samego. Punkty te są boleśnie przewidywalne, wręcz tożsame z innymi punktami, innych programów, często zatytułowanych dla niepoznaki biegunowo różnymi od tego obecnego przymiotnikami. To bowiem co się tam wpisze w tym programie jest dalece bez znaczenia. Ważne jest jedno; pracujemy i zarabiamy, albo nie pracujemy i kradniemy. Tyle…(coryllus – Program gospodarczy jako figura retoryczna)

„…chrześcijanin powinien przestrzegać Dekalogu, a tam jest 10 przykazanie, zakazujące nawet pożądania cudzej rzeczy. Niektórzy uważają, że właśnie to przykazanie jest dowodem na wszechwiedzę Pana Boga, który jeszcze w głębokiej Starożytności przewidział pojawienie się socjalistów i specjalnie przeciwko nim sformułował to przykazanie. Zauważmy bowiem, że ekscytowanie w ludziach pożądania cudzego mienia należy do istoty ideologii socjalistycznej, co w najkrótszy sposób przedstawił Włodzimierz Eljaszewicz Ulianow, znany jako „Lenin”, wołając: „grab nagrabliennoje!” – bo według socjalistów, własność jest kradzieżą. Tymczasem Pan Bóg, zakazując pielęgnowania w sobie takiej pożądliwości, wiedział, co robi. Człowiek, który nie potrafi opanować pożądania cudzego mienia, prędzej, czy później złamie przykazanie siódme, zabraniające kradzieży, a być może – również piąte, zakazujące mordowania – jeśli właściciel zechce swojej własności bronić. Rewolucja bolszewicka, rzucając hasło gwałtownej zmiany stosunków własnościowych, doprowadziła do ludobójstwa na skalę niespotykaną, ani przedtem, ani potem. Aleksander Sołżenicyn wspomina, że komunistyczny eksperyment doprowadził do zagłady co najmniej 100 milionów ludzi, a wobec tego ogromu liczba ofiar holokaustu, to znaczy – liczba Żydów zamordowanych podczas II wojny światowej, wydaje się stosunkowo niewielka. W jaki zatem sposób chrześcijanin może jednocześnie być socjalistą – tajemnica to wielka, którą można wyjaśnić tylko w ten sposób, że nie ma w takim postępowaniu żadnej logiki.” (Stanisław Michalkiewicz – Czarny sztandar anarchii czerwieni się ze wstydu)

podobne: Reisman: Dlaczego nazizm był socjalizmem oraz dlaczego socjalizm jest totalitaryzmem oraz: Przerośnięte państwo gwarancją problemów jego obywateli. O demokracji, państwie „opiekuńczym” i długu „publicznym” czyli przejadaniu przyszłości na własne życzenie i to: Moralne i ekonomiczne konsekwencje głupoty czyli… „Dobrobyt” płacy minimalnej, średniej krajowej, bezwarunkowego dochodu gwarantowanego i programów socjalnych. Skąd się bierze bogactwo? PIS gwarantuje bankom niezatapialność (za oszczędności Polaków)

Z uwagi na dwie siły działające w świecie – tj. dobro i zło (które jest BRAKIEM dobrego działania), lub (jeśli ktoś jest „niewierzący” i nie przemawia do jego wyobraźni tego rodzaju „wartościowanie”) w oparciu o prosty mechanizm pracy/budowania albo kradzieży/niszczenia, nasze działanie można sprowadzić do dokonywania prostego w zasadzie wyboru. Albo sami, w oparciu o własne siły budujemy strukturę opartą o dobro i pracę, albo „ktoś” inny zbuduje dla nas (i za nas) strukturę opartą na tej drugiej „alternatywie”… Oczywiście naszym kosztem bo nikt obcy mający na względzie swój interes nie będzie sobie odbierał od pyska żeby nam dogadzać. Nie było bowiem w historii takiego państwa które z własnej woli oddałoby się w wyzysk innemu, wmawiając przy tym bezczelnie własnemu narodowi że to dobry interes… Nie było do czasu powstania tzw. Unii Europejskiej, która jest doktryną wrogą pracy i budowaniu czegokolwiek poza uzależnieniem od kredytu.

Można tu oczywiście dywagować nad tym czy aby w dobie powszechnie obserwowanego skoku cywilizacyjnego i dobrobytu (w porównaniu ze stanem posiadania/konsumpcji przed przystąpieniem Polski do UE) jest na co narzekać, ale zamiast wyliczać szczegółowo kolejny raz te same wielokrotnie już przypominane zarzuty (można przeczytać tu: Majtki w dół czyli… 6 mitów na temat dotacji z Unii. Cukiernik: Prawda i fałsz o dotacjach z UE), posłużę się pytaniem i cytatem. Pytanie brzmi – co czeka rodzinę której ojciec alkoholik wziął na swoje „potrzeby” pożyczkę (i to u gangsterów) pod zastaw rodzinnego domu? Cytat zaś brzmi tak:

„Gdyby wszystkie konsekwencje jakiegoś działania dotykały jego sprawcy, uczylibyśmy się znacznie szybciej. Zdarza się, że nasze działanie nam przynosi dobre, widoczne skutki, a komuś innemu złe, niewidoczne – a to sprawia, że jeszcze trudniej nam je dostrzec. Musimy wówczas czekać, aż zareagują ci, którzy ponoszą owe złe konsekwencje naszego czynu. Czasem czekać trzeba bardzo długo, przez co panowanie błędu trwa dłużej. Człowiek dokonuje czynu, który przynosi mu dobre konsekwencje równe 10 i złe konsekwencje równe 15, które rozdzielane są na trzydziestu innych ludzi, w taki sposób, że na każdego z nich przypada tylko ½. W sumie mamy stratę, więc koniecznie musi pojawić się reakcja. Jednak na reakcję będziemy czekać tym dłużej, im na większą ilość społeczeństwa rozłoży się zło, podczas gdy dobro, będzie skoncentrowane w jednym punkcie.” (Frédéric Bastiat)

Efektem istnienia „demokratycznego państwa prawa” i fruktów z tego tytułu płynących w gardła poszczególnych grup interesów przyssanych do koryta, jest również społeczne potępienie dla unikania opodatkowania. W myśl zasady którą wielu praworządnych obywateli z dumą wyznaje że „to, co jest legalne, musi być dobre” (inaczej: „Biało-czerwoni biorą paragony!”). Dzięki tego rodzaju wartościowaniu (propagandzie) skarb państwa istnieje w świadomości Polaków jako obiektywne dobro, a rabunek mienia dokonywany przez państwo na tychże obywatelach na konto owego „skarbu” cieszy się powszechną estymą.

W świetle już podjętych a także zaplanowanych konkretnych administracyjnych decyzji na kierunku zwanym „uszczelnianie” (Zamiast „jednolitego podatku” centralna baza (PO)rachunków oraz „obywatelska emerytura” czyli… szukanie pokrycia dla rekordowego deficytu kosztem obywateli. Ostrowice jako przykład (nie)”zrównoważonego rozwoju” w skali mikro), każdego kto traktuje cytowaną deklarację i sugestie w niej zawarte jako troskę o obywatela (który „bez państwa sobie nie poradzi”) należy traktować jako sprzymierzeńca systemu kradzieży zuchwałej.

Polecam z tej okazji wykład: ANATOMIA KRADZIEŻY – POJĘCIA PODSTAWOWE CZ. 7a Odcinek jest rozwinięciem części siódmej pojęć podstawowych wiedzy społecznej i mówi o systemie zalegalizowanej i społecznie akceptowanej formy kradzieży, jaką jest kreacja pustego pieniądza umożliwiającego anonimowe okradanie anonimowych producentów przez anonimowe elity pasożytnicze. (Krzysztof Karoń). Pamiętajmy jednak o tym że system stworzony przez banki (podobnie jak dilerzy narkotyków) nie zmuszają ludzi do uzależniania się od łatwej gotówki. Wielu ludzi nie musi się zapożyczać, tak jak nie musi wybierać do władzy tych którzy „stymulują” gospodarkę w ten sposób, zapożyczając całe narody i to na kilka pokoleń… Wystarczy że robią to agenci i pożyteczni idioci, naprawdę nie musimy im w tym pomagać własnoręcznie… (Odys)

„…W prawdziwym świecie było bowiem i jest nadal tak: grupa posiadających legitymacje obcych wywiadów gangsterów zdobywa władzę nad dużym terytorium, na przykład nad Polską. Ponieważ nie są oni elementem obcym, ale lokalnym trudno im cokolwiek zarzucić. Rządy jednak jakie wprowadzają, nie są emanacją stosunków lokalnych, które ukształtowały się na przestrzeni stuleci. One te stosunki i ich konsekwencje całkowicie ignorują, wprowadzając swoje porządki, co polega głównie na zabieraniu jednym i dawaniu drugim, tym, którzy dotąd nic nie mieli lub mieli za mało by aspirować do czegokolwiek. Przez swój udział w pracach socjalistycznych gangów zasłużyli się jednak i uważają, że należy im się udział, w budowie nowego, lepszego społeczeństwa.
Ludzie ci, nawet nie mogą dostrzec jak są oszukiwani i o co toczy się gra. Wielka polityka bowiem polega na konstruowaniu pułapek na wielkie grupy ludzi, na przykład na całe narody…

…Nie tak dawno usłyszałem, że w roku 1938 czy 39 bolszewicy przygotowywali plan utworzenia marionetkowego państwa polskiego, po odcięciu kresów rzecz jasna. Państwo to miało powstać w oparciu o istniejące struktury urzędnicze i wojskowe czyli w oparciu o agenturę i pożytecznych idiotów. Premierem zaś rządu w tym państwie miał być Stefan Starzyński, znany socjalista i członek kilku wpływowych mafii. Ministrem wojny miał być oczywiście wspomniany już Juliusz Rómmel. Jeśli dotrze do nas cała groza tych informacji, nie będziemy już mogli mówić o kodzie kulturowym i nie będziemy traktować wspomnień oszukanych idealistów jako recepty na naprawę państwa.
Dlaczego elity urzędniczo wojskowe tak się zachowywały? Bo nic poza etatem nie posiadały. To jest odpowiedź najprostsza. Chęć zaś utrzymania etatu jest siłą przemożną, dla której człowiek zrobi wszystko. Myślę, że są tacy, którzy sprzedaliby własne dzieci, byle tylko móc każdego ranka jeździć tramwajem do pracy w ministerstwie.
Pisząc „elity urzędniczo wojskowe nic nie posiadały” mam na myśli nie tylko dobra ruchome i nieruchome, ale także plan, czyli to co czasem nazywamy tu doktryną. Elity istotne, a nie te które opisuje Vermeer, nie miały żadnego planu. Ich plan polegał na tym, by stać po stronie silniejszego, bo ten gwarantuje posadę. Okazało się jednak, że tragizm polskich losów jest głębszy niż mogli to sobie wyobrazić panowie Starzyński i Rómmel. Polega on na tym, że póki w Polsce produkować będzie się cokolwiek, od kalafiorów poczynając, na turbinach lotniczych kończąc, kraj nasz zawsze będzie spychany w pułapkę. Przynętą zaś w tej pułapce będzie kod kulturowy powiązany ściśle z kodem kulturowym (to jest dla wszystkich intelektualistów oczywiste) demokracji zachodnich. No więc Polska aspiruje i musi dorastać, a kiedy już dorośnie to ją okradają i piorą po łbie, bo nie o to chodziło. I na to przychodzi pan o nicku Vermeer i pisze: czy aby nie jesteśmy zbyt idealistyczni? Czy nie powinniśmy czasem trzymać się realizmu? Czyli co? Mamy iść na włam? Mamy się sprzedać i udawać, że nic się nie dzieje? Mamy się zastanawiać czy z Niemcami czy z Rosją? Czy może mamy wszyscy emigrować?…

…Ja tu już pisałem o organizacjach, które są podstawą wszystkiego i o doktrynie też pisałem. No więc z doktryny i organizacji należy wypreparować znak i charyzmaty, bez tego nigdzie nie pojedziemy. Doktryna musi być powiązana z Kościołem i Panem Bogiem. Nie z socjalizmem, nie z uszczęśliwianiem dużych grup ludzi okradanych następnie za pomocą podatków, które gwarantują byt mafiom urzędniczym i wojskowym. Charyzmaty zaś wypływają wprost z tego czym zajmować się będą czynne w Polsce organizacje, a winny się one zajmować pomnażaniem budżetów. Ściąganiem pieniędzy zza granicy i przeciwstawianiem się w sposób czynny, ale zgodny z prawem mafiom działającym w strukturach państwa, bo one wykonują złą robotę. Są na usługach obcych, którzy nie mają dobrego planu dla nas, a przeciwnie mają plan upiorny…” (coryllus – O elitach naiwnych i mściwych)

podobne: Kultury dobre i złe, oraz reglamentacje, prowokacje i profanacje czyli… materialna i niematerialna sztuka rewolucji. Polska tożsamość kontra „Klątwa” etatyzmu oraz: Wyjątkowe przypadki idealistów Swierdłowa, Baumana i Heńka G. czyli o realnym socjalizmie i „polityce jagiellońskiej”, fałszywej historii, doktrynach i świeckich fetyszach. Jacek Kaczmarski: „Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości” i to: O heretyckiej (rewolucyjnej, imperialnej) i Bożej tradycji w armii oraz ich wpływie na polską prawicę. „Rozbite oddziały” Kaczmarskiego. a także: To nie sanacja, to katastrofa! Coryllus o ekipie Piłsudskiego (na podstawie wspomnień Ks. Mariana Tokarzewskiego i Edwarda Woyniłłowicza). Nie możemy pozostawać przy kulcie bałwanów, którzy zaprowadzali w Polsce „wice komunizm”. Do czego nam edukacja historyczna? i jeszcze: Pułapka fałszywych narracji, układów, histerii, i prowokacji czyli… jak się (nie)zaKODować we własną propagandę. Hipolit Korwin-Milewski o różnicy między mężem stanu a populistą polecam również: Czerwonym szatanom bez żadnej klasy o polskiej prywatnej własności i ziemi czyli… jak Karp międzynarodowym rynkiem zbożowym zatrząsł, oraz wspomnienia księdza Blizińskiego

Zadziwiająca jest ta „potrzeba” przekonania się kolejny raz na własnej skórze co znaczy obranie wspomnianej wyżej metody „gospodarowania” (rządzenia), i jeszcze dorabianie jej twarzy rzekomej sprawiedliwości. Zadziwiająca jest też pretensja jaka później towarzyszy romantycznemu uniesieniu, kiedy po raz kolejny rwąc koszulę na piersi i z pianą na ustach udajemy się na barykady, żeby (jak się nam wmawia) szlachetnie zginąć w walce z reżimem, „dając przykład” kolejnym pokoleniom („za wolność naszą i waszą”) jak NIE należy postępować żeby nie znaleźć się w sytuacji najpierw niewolnika, a potem kata tych których samemu się wybierało… Choć nikt nas nie zmuszał, a wszyscy wiedzą że kradzież to grzech… Kończy się na prawnie usankcjonowanej przemocy, choć nie tak żeśmy się z władzą umawiali.

Dzięki tej patologicznej zależności Pan Kaczyński mógł pozwolić sobie na bezkarne udzielenie urzędnikom „dobrej zmiany” instrukcji, czym powinni się kierować w wypadku wystąpienia konfliktu interesów na linii państwo – obywatel. Najpierw K… My!…(Odys)

polecam również: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach.

Ivan Vladimirov – Погром винного магазина (rabunek sklepu z alkoholem)

 

W służbie zdrowiu czyli prosto do nieba. O walce rządu z „toksyczną konkurencją” w szpitalach i aptekach kosztem pacjentów i konsumentów


Jakub Kulesza (Kukiz ’15) za odrzuceniem ustawy Prawo farmaceutyczne!

„…Wedle jakiej metodologii ustalono, że 2 apteki w promieniu 1 km to za dużo i że takie zagęszczenie szkodzi klientom? Dalej, skoro apteki i tak zatrudniają farmaceutów – jakie sens ma przymus aby farmaceuta był właścicielem lub współwłaścicielem apteki?

Pytania te oczywiście nie znajdują racjonalnej odpowiedzi, gdyż prawo w Polsce stanowią nie ludzie racjonalni i poważni, tylko ogłupiali politycy podatni na podszepty grup interesu.

W tym przypadku łatwo odgadnąć, kto jest beneficjentem tej ustawy: farmaceuci, ze szczególnym naciskiem na tych, którzy są właścicielami już istniejących aptek lub dysponują znacznym kapitałem i gotowi są zainwestować w uruchomienie takiego biznesu, lecz najpierw chcą pozbyć się istniejącej lub potencjalnej konkurencji.

Obawiam się, że w ślad za aptekarzami mogą pójść inne grupy interesu, przedstawiciele innych branż, którzy w awersji PiSu do wolnego rynku dostrzegą szansę dla siebie na polityczne zmonopolizowanie rynku i zacementowanie swoich zysków kosztem reszty społeczeństa.” (antistate – Apteki dla aptekarzy, sejm dla debili)

podobne: Leonid Savin: Lobbing, jako najwyższa forma korupcji czyli… Rewolucję raz poproszę! oraz: W Hiszpanii nie ma rządu a gospodarka rośnie. Opłacalność „ekonomi trynitarnej” kontra interwencjonizm państwowy i to: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii a także: Cukiernik o tym, że moglibyśmy być dwa razy bogatsi od Niemców i dlaczego nie jesteśmy polecam również: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Demobilizacja czyli zatrudnienie publiczne (zysk czy strata?) i jeszcze: Piotr Świder: Oda do wolności. Z dedykacją dla poszukiwaczy skarbów wolnego rynku

„W dniach ostatnich Sejm nieznaczną większością głosów przyjął ustawę o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Ustawa wprowadzą tak zwana „sieć szpitali”. Dzięki tej nowelizacji – jak zapewnia pan dr Zbigniew Kuźmiuk – „zostanie wreszcie przerwany proces wysysania z NFZ ogromnych środków finansowych przez szpitalny sektor prywatny w sytuacji, kiedy odpowiedzialność za zdrowie większości Polaków spoczywa jednak na placówkach sektora publicznego”…

…No to teraz kombinatorzy z prywatnych szpitali nawet nie powąchają tych pieniędzy, bo trafią one w jedynie słuszne ręce szpitali państwowych, których sieć pan minister Konstanty Radziwiłł ogłosi już wkrótce, to znaczy – do czerwca. Teraz, jeśli nawet między szpitalami państwowymi rozgorzeje walka o te pieniądze, to będzie to walka sportowa, na uczciwych zasadach, o których jeszcze w czasach stalinowskich pisał w samych superlatywach Jan Brzechwa w nieśmiertelnym poemacie dla dzieci pod tytułem „Opowiedział dzięcioł sowie” w którym mowa o spółdzielni, jaką leśne zwierzęta, za radą niedźwiedzia Błażeja, założyły gwoli przeciwstawienia się nieuczciwej konkurencji ze strony Wilka Barnaby („w lesie, który widać na bezkresie, mieszkał bury Wilk Barnaba, zamożniejszy od nababa”) – że mianowicie „nikt nikogo nie oszwabia, nikt na nikim nie zarabia” – a czuwał nad tym – no, drogie dzieci – któż by inny, jak nie Lis Mikita, który został kierownikiem sklepu?!

Zgodnie tedy z zasadami sprawiedliwości społecznej zostanie utworzona sieć szpitali – powiatowych, ponadpowiatowych i wojewódzkich, a także – specjalistycznych, które dostaną 91 procent forsy przeznaczonej na szpitale, a pozostała reszta będzie rozdzielana na zasadzie przetargu – żeby nie było, że nie ma u nas wolnego rynku usług medycznych. Jakże nie ma – kiedy przecież jest! Szpitale włączone do sieci będą miały gwarantowaną umowę z Narodowym Funduszem Zdrowia, żeby tam nie wiem co. Mimo tego rygoryzmu finansowego, reforma ma też charakter kompromisowy. W odróżnieniu od poprzednich reform, kiedy to likwidowane, abo „reorganizowane” były biurokratyczne struktury, teraz Narodowy Fundusz Zdrowia nie zostanie postawiony w stan likwidacji, a tylko straci uprawnienia decyzyjne. Oczywiście do czasu, to znaczy – do następnego etapu reformy, bo pan minister Konstanty Radziwiłł już dawno zapowiadał likwidację Narodowego Funduszu Zdrowia i powołanie na jego miejsce Państwowego Funduszu Celowego, który będzie dysponował pieniędzmi „przede wszystkim z podatków”, ale nie o to przecież chodzi, tylko o to, by tymi pieniędzmi dysponowali w strukturach Państwowego Funduszu Celowego odpowiedni ludzie. Jak powiadają zblazowani Amerykanie, chodzi o to, by dysponowały nimi tzw. „nasze sukinsyny”, a sukinsyny jakieś takie nie nasze, żeby zostały od tych pieniędzy odsunięte jak najdalej. Taki właśnie cel miały również wszystkie poprzednie reformy ochrony zdrowia – zarówno wiekopomna reforma charyzmatycznego premiera Buzka, która wprowadziła kasy chorych, jak i reforma premiera Leszka Millera, która kasy chorych likwidowała i wprowadzała Narodowy Fundusz Zdrowia, no i reforma nadchodząca – która Narodowy Fundusz Zdrowia zastąpi Państwowym Funduszem Celowym, w którym „nasze sukinsyny” już tam jakoś te pieniądze pochodzące „przede wszystkim z podatków” podzielą tak, żeby było dobrze, to znaczy – żeby wszyscy byli zadowoleni. Ale ponieważ jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził, to wszyscy zadowoleni być nie mogą, W takiej sytuacji dobrze będzie, jeśli zadowoleni będą przynajmniej niektórzy. A którzy „niektórzy”? Ano, najlepiej, żeby zadowoleni byli ci, co to dniami i nocami troszczą się, jakby tu obywatelom, a zwłaszcza – obywatelom chorym – przychylić nieba. Cóż bowiem wynagradzać w tych zepsutych czasach, jeśli nie troskliwość i oddanie?

Nie rozumieją tego tak zwani „wolnościowcy”, którzy uważają, że najlepiej byłoby, gdyby nikogo nie leczyło „państwo”, tylko doktorzy, a pacjenci, żeby płacili im za leczenie tymi pieniędzmi, które „państwo” im teraz odbiera pod pretekstem, że przychyla im nieba. Powołują się przy tym na niejakiego Miltona Friedmana, który powiadał, jakoby były tylko cztery sposoby wydawania pieniędzy: pierwszy – gdy obywatele wydają swoje pieniądze na siebie. Friedman twierdził, że wtedy wydają oszczędnie i celowo. Drugi sposób – kiedy obywatele wydają swoje pieniądze na kogoś innego. Wtedy nadal wydają oszczędnie, ale już nie tak celowo, jak w przypadku pierwszym, bo potrzeb tego innego już nie znają tak dobrze, jak własnych. Sposób trzeci – gdy obywatele wydają cudze pieniądze na siebie samych. Wtedy nie wydaja oszczędnie – bo któż by wtedy oszczędzał – ale przynajmniej celowo. No i sposób czwarty – gdy obywatele wydają cudze pieniądze na kogoś innego – ot na przykład – „nasze sukinsyny” z Państwowego Funduszu Zdrowia na pacjentów. Wtedy ani nie wydają tych pieniędzy oszczędnie, ani też celowo. Toteż tak zwani „wolnościowcy” powiadają, że trzeba w związku z tym zlikwidować czwarty sposób wydawania pieniędzy, a te, wydawane dotychczas w tym sposobie, przesunąć do sposobu pierwszego, kiedy każdy wydaje swoje na siebie. Takie przesunięcie byłoby możliwe gdyby „państwo” tych pieniędzy obywatelom zwyczajnie nie odbierało. Tak bałamucą naród ci tak zwani „wolnościowcy”, co nieubłaganym palcem wytknął im sam pan prezes Kaczyński, całkiem niedawno przypominając zbawienną prawdę, że tylko państwo może obywatelom przychylić nieba, bo sami sobie tego załatwić nie potrafią. „Państwo”, to znaczy – nasi dobrodzieje i opiekunowie w osobach urzędników państwowych, co to o sobie nie myslą, a tylko – jakby tu nam przychylić nieba…” (Stanisław Michalkiewicz – Rząd dał odpór „toksycznej konkurencji”)

podobne: Chora „służba zdrowia”. Radomskie szpitale toną w długach ale główny problem władzuchny to prof. Chazan. Komentarz Michalkiewicza i Ziemkiewicza. Prawdziwe oblicze „in vitro” oraz: Chora „służba zdrowia” leży, tymczasem prywatne lecznice są masowo kontrolowane  i to: Chora Służba Zdrowia. NIK negatywnie o kontraktowaniu usług przez NFZ. a także: Co to jest „majątek państwa” i na co idzie siła polskich rodzin? O podatkach, składkach i reformach kosztem zdrowia i emerytury (nie tylko ubeckiej) w ramach inżynierii społecznej. Dygresja o żelazie czyli Polska drugą Japonią  polecam również: Obrońcy etatyzmu i sentymentaliści rodem z PRL kamienują „złodziejski kapitalizm” czyli… dlaczego niewolnicy nie zasługują na wczasy?

„…Ludwig von Mises (+1973) nazywał wolny rynek demokracją konsumentów, gdyż codziennie ma tu miejsce głosowanie za pomocą ich pieniędzy na preferowane towary i usługi. Kupując lub wstrzymując się od zakupu, konsumenci decydują o sukcesie lub porażce producentów. Wybierają w ten sposób tych przedsiębiorców, którzy najlepiej zaspokoili ich potrzeby, a odbierają środki produkcji tym, którzy nie wiedzą, jak im najlepiej służyć. Człowiek na wolnym rynku jest wolny i może dokonywać wyborów nie kierując się tylko czynnikiem ekonomicznym. Może kierować się na przykład względami moralnymi. Homo oeconomicus to fikcyjny człowiek wymyślony na potrzeby mainstreamowej ekonomii i nie istnieje w rzeczywistości.

Ale nie istnieje również coś takiego jak pełna „suwerenność konsumenta”. Murray Rothbard (+1995), uczeń Misesa, twierdził, że w całkowicie wolnym społeczeństwie każda jednostka jest suwerenem wobec swojej własnej osoby oraz mienia i korzysta z suwerenności osobistej. Konsumenci nie mają władzy, aby zmusić producentów do wykonywania konkretnych prac i zawodów. Człowiek jest w pełni wolny, aby przeciwstawić się upodobaniom konsumentów, na przykład nie sprzedając dóbr lub usług tym, wobec których ma zastrzeżenia natury moralnej, ale musi być gotowy, aby zrezygnować z zysku, jaki mógłby uzyskać z takiego przedsięwzięcia.

Warto poczytać ekonomistów ze szkoły austriackiej. Młody poseł z ugrupowania Kukiz’15, Jakub Kulesza, przy okazji debaty nad ustawą o aptekach zachęcał posłów do czytania Misesa. Przypomniał im z mównicy sejmowej, że na wolnym runku konsumenci mogą poradzić sobie z naturalnym monopolem, otwierając w pobliżu konkurencyjną aptekę, ale nie poradzą sobie ze sztucznym monopolem stworzonym przez państwo. Teraz będą mogli zbudować aptekę, ale w odległości jednego kilometra i jeżeli będą sami farmaceutami.

Ten sam tok rozumowania można zastosować do zakazu handlu w niedzielę. Jeżeli konsumenci rzeczywiście nie chcieliby niczego kupować w niedzielę, to po prostu nie chodziliby na zakupy i sklepy byłyby pozamykane. Kościół nie musi popierać ustawy o częściowym zakazie handlu w niedzielę. Wystarczy, że w niedzielę będzie od czasu do czasu przypominał swoim wiernym z ambony, że dzień święty należy świętować. Gdyby ludzie kierowali się nie tylko czynnikiem ekonomicznym, ale również przesłankami moralnymi, to świat wyglądałby inaczej. Katolicy chodziliby w niedzielę po Mszy św. na kawę, a w supermarketach pracowaliby co najwyżej niepraktykujący… (Ks. Jacek GniadekDemokracja konsumentów)

podobne: Ks. Jacek Gniadek: Kościół niczego nie narzuca. Wiara zasadza się na dobrowolności czyli… wolność religijna i ekonomiczna  oraz: Myśleć na sposób Boży czyli… Ks. Jacek Gniadek o paradoksach w religii i ekonomii  i to: Paweł Rybacki: Moralna i praktyczna wyższość gospodarki wolnorynkowej nad centralnie planowaną lub interwencjonistyczną

Jerzy Wasiukiewicz

Zamiast „jednolitego podatku” centralna baza (PO)rachunków oraz „obywatelska emerytura” czyli… szukanie pokrycia dla rekordowego deficytu kosztem obywateli. Ostrowice jako przykład (nie)”zrównoważonego rozwoju” w skali mikro.


rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Wygląda na to, że ominą nas dobrodziejstwa jednolitego podatku. Głównym powodem rezygnacji z tego projektu jest jego wpływ na drobnych przedsiębiorców, którzy płaciliby niemal dwukrotnie wyższą stawkę niż obecnie. Projekt poległ w dużej mierze ze względu na to, że był tym czym miał nie być. Założenia mówiły o uproszczeniu podatku dla osób fizycznych by wszystkie daniny złączyć w jedną. Po drodze powstał dziwny kompromis mający spełniać założenia sprawiedliwości społecznej, który gwałtownie skomplikował cały projekt. Efektem był chaos i kolejne niedotrzymane terminy. Grabarzem projektu okazał się kalendarz. Mamy 21 grudnia, a projektu nie dało się już skończyć by obowiązywał od 2017 roku. Na szczęście w budżecie nie zapisano dodatkowych wpływów, które miały pochodzić z tej unifikacji.

Rekordowy deficyt w 2017 roku

Na rok 2017 zapowiadany jest w Polsce niemal 60 miliardowy deficyt budżetowy. To najwyższa wartość jaka kiedykolwiek trafiła do ustawy budżetowej. Wartość ta ma jeden podstawowy negatywny skutek. Będziemy się musieli najprawdopodobniej silnie zadłużyć za granicą. Pomysł przeniesienia zadłużenia wewnątrz kraju poprzez nakłonienie obywateli do reinwestowania środków z programu 500+ w obligacje okazał się niemal zupełnym fiaskiem. Analitycy zwracają uwagę, że silne uzależnienie od kredytowania z zewnątrz może powodować jego mniejszą stabilność. W efekcie jeżeli inwestorzy będą tracić zaufanie koszty kredytu mogą istotnie wzrosnąć co dalej pogłębi deficyt i osłabi złotego(internetowykantor.pl – Bez ważnej zmiany w podatkach. Rekordowy deficyt)

podobne:  „New Deal” po polsku czyli „jednolity podatek” dla przedsiębiorców. „Dobra zmiana” czy wielki kryzys? Nie – dla socjalizmu z ludzką twarzą. oraz: Trader21: Obligacje rządowe gwarantem straty. Inflacja i dewaluacja jako narzędzie walki z długiem. W czyich rękach spoczywa polski dług, i czy krach finansów publicznych zakończy się eutanazją?

„…Jeżeli więc mimo rządów pobożnego PiS-u piekło zagrozi Polakom to przynajmniej nie w 2017.  PiS-owi nie uda się tym docisnąć  podatkowo samo zatrudnionych tak aby wyzwolić ich spod  nieznośnej perspektywy płacenia mniej niż etatowcy.

Skorygowanie tej kapitalistycznej anomalii  wprowadzonej  jeszcze przez komunistów Millera w 2004 – umożliwienie samo zatrudnionym płacenia stawki liniowej 19% PIT-u – było punktem honoru PiS-u. Od lat była to furtka do obejścia podatkowego piekła normalnego PIT-u i ZUS-u razem,  jednego z najwyższych takich obciążeń w Europie.  PiS zdeterminowany był furtkę tę zamknąć i owinąć ją do tego drutem kolczastym.

Łączenie wszystkiego w jeden wysoki podatek „jednolity” miało pomóc Janosikowi Morawieckiemu w jego planach „odpowiedzialnego rozwoju” i „mobilizacji” kapitału polskiego.  Od dawna twierdziliśmy że  o ile dobra zmiana  jakimś cudem zmobilizuje tym polski kapitał to tylko do ucieczki zagranicę.  Wolnego kapitału polskiego od tego z pewnością nie przybędzie lecz przeciwnie, będzie go mniej.

Tym bardziej że dobra zmiana wyrzuca do kratki ściekowej nawet ten kapitał którego nie ma i który musi pożyczać  na swoje rozdawnictwo 500+.  Nic dziwnego że na rok 2017 zapowiadany jest w Polsce prawie 60 miliardowy deficyt budżetowy.  W międzyczasie Janosik Morawiecki wymyśla nowe metody finansowego terroru.  Jego najnowszym pomysłem jest projekt ustawy o centralnej bazie rachunków  Jak widać socjaliści PiS-u tak nawykli do „centralizmu demokratycznego” za komunizmu że w głowie im się nie mieści aby cokolwiek mogło nie być „centralne”.  Potrzebna jak psu piąta noga ustawa przewiduje nowy centralny urząd,  najpewniej z paroma setkami centralnych biurw,  śledzący centralnie  wszelkie możliwe miejsca w których ludzie pochować jeszcze mogli jakąś wartość.  Centralnym zadaniem urzędu będzie centralne informowanie o tym innych urzędów centralnych(cynik9 – Dobra zmiana bierze się za bitcoiny)

podobne: Rabunek na zlecenie czyli… oZUSowanie umów cywilno-prawnych oraz: Premier: pełne oskładkowanie wszystkich umów byłoby ze stratą dla ludzi

…Pani minister Rafalska w kwestii rozdawnictwa 500+ niedawno stwierdziła co następuje:

“Każda dyskusja na temat wprowadzenia programu zaczynała się od zarzutu, że rodziny na pewno zmarnotrawią pieniądze, wydadzą na alkohol. Dziś wiemy, że to problem marginalny. Średnio zmiana pieniędzy na inne świadczenia, bony, usługi dotyczy miesięcznie 600 rodzin. Przy skali programu to margines – wyjaśniała Rafalska. – To dowód, że rodziny same najlepiej wiedzą na co wydawać te pieniądze – mówiła minister.”

Mając więc dowód na to że rodziny same najlepiej wiedzą jak wydawać swoje pieniądze, Pani minister chwali program rządowy który sprowadza się do zabierania owych pieniędzy tymże rodzinom pod przymusem w ramach tzw. „pomocy rodzinie”… Prawda że logiczne? Oczywiście że nie, bo tu chodzi o inną „logikę”:

„…Tylko w ten sposób może potem błaznować w roli św. Mikołaja i rozdawać je intelektualnej elicie narodu. Tylka ta elita, dziwnym zbiegiem okoliczności, sama wie najlepiej  na co je wydać i pomocy Rafalskiej przy tym jakoś nie potrzebuje.  Wystarczy że troszczy się ona o kasę. Trochę wprawdzie gorzej u tej elity z wiedzą jak tę kasę samemu zarobić ale od czego w końcu elity mają  PiS i jego czerwoną ministrę?” (cynik9 – Na co wydać swoje pieniądze)

podobne: PIS lepszy od POprzedników… w zadłużaniu Polaków. O jakim „zwrocie z inwestycji” mówią piewcy programu „500+”? Niesprawiedliwość redystrybucji i społeczna funkcja własności prywatnej.

Mamy zatem czarno na białym przyznanie się polityków do uprawiania bezczelnego procederu przekupywania podatników za ich pieniądze. I chociaż nie będzie tego procederu (póki co) ułatwiał „jednolity podatek”, to kierunek uzależnienia obywatela od  „redystrybucji” zostanie utrzymany w inny sposób – w ramach tzw. „uszczelniania” obecnie obowiązującego systemu podatkowego… (Odys)

„…Od 1 stycznia 2017 r. mali oraz średni przedsiębiorcy będą podlegali obowiązkowi składania comiesięcznego pliku JPK_VAT (ewidencja zakupu i sprzedaży VAT). Pierwsze sprawozdania ww. przedsiębiorcy będą musieli złożyć do 25 lutego 2017 r. Obecnie JPK przesyłają już duże firmy.

Zaliczenie do określonej grupy przedsiębiorców zależy od liczby zatrudnianych osób oraz od wielkości obrotów firmy.

Rozszerzenie katalogu podmiotów, które mają obowiązek raportowania, ma za zadanie pozyskanie bieżącej informacji o transakcjach podlegających opodatkowaniu VAT. Umożliwi to szybką i skuteczną identyfikację wyłudzeń oraz unikania opodatkowania…” (inforfk.plNowy obowiązek dla małych i średnich przedsiębiorców)

…natomiast pod pretekstem „procesu elektronizacji i usprawnienia obrotu gospodarczego, a także upowszechnienia płatności bezgotówkowych” i „prac nad systemem fiskalizacji online”, zaplanowano że…

„…kasy fiskalne od stycznia 2018 roku będą podłączone online i będą automatycznie przesyłać dane o sprzedaży do centralnego repozytorium prowadzonego przez MF. Jednocześnie, kasy poza wydawaniem papierowych paragonów klientom będą wysyłać elektroniczne paragony zainteresowanym użytkownikom, którzy wyrażą na to zgodę i zarejestrują się. Pośredniczyć w tym będzie przygotowywana przez KIGEiT platforma dystrybucji paragonów elektronicznych z kas fiskalnych bezpośrednio do konsumentów. System ten ma gwarantować pełną anonimowość przesyłanych danych. Najprostszą formą będzie przekazanie paragonu elektronicznego na pocztę e-mail lub sms, czy też do aplikacji mobilnych” – wyjaśniono…

Ministerstwo uzasadnia wprowadzenie obowiązkowych e-paragonów ograniczeniem szarej strefy. Według resortu „wyniki analizy ekonometrycznej wskazują, że przyrost liczby aktywnych kas fiskalnych w relacji do liczby aktywnych przedsiębiorstw w Polsce o 0,1 prowadzi średnio do spadku udziału szarej strefy w PKB o 0,33 pkt. proc.” MR powołuje się też na doświadczenia innych państw, takich jak Węgry, Bułgaria, Chorwacja, Słowenia czy Gruzja – gdzie wprowadzenie systemu rejestrowania sprzedaży za pomocą kas fiskalnych poprawiło wpływy z VAT. Resort rozwoju liczy także na „zwiększenie akceptacji płatności bezgotówkowych oraz zapewnienie konsumentom dostępu do paragonów elektronicznych w jednym miejscu”. (PAP) mick/ je/ (stooq.pl – MR: podpisano porozumienie ws. utworzenia platformy e-paragonów)

„…od przyszłego roku wszystkie firmy mają przesyłać co miesiąc do policji skarbowej wszystkie faktury, stany magazynowe nawet wyciąg z konta.
Totalna kontrola wszystkich, zapewne już na poziomie ogólnopolskiej bazy danych za pomocą algorytmów, które mają wyłapać podejrzane rzeczy.
Do wytypowanych nieszczęśników zapuka policja skarbowa, które może wlezć wszędzie nawet do miejsc niepowiązanych z prowadzoną działalnością, zażądać dowolnych dokumentów również niepowiązanych z prowadzoną działalnością, wejść oczywiście bez uprzedzenia jak dotychczas.
Jeśli “gestapo” uzna że jakaś faktura jest lipna wg ich kryteriów można iść na 25 lat do więzienia, do dyspozycji mają też konfiskate rozszerzoną, czyli trzeba udowodnić im pochodzenie majątku, który posiadamy nawet i 20 lat, pod groźbą jego odebrania.

Na dodatek, jeśli komuś nie do śmiechu, ministerstwo finansów, które tak dzielnie walczy z hazardem, że od lipca będzie nakazywało blokować tysiące domen rozmaitych kasyn online, samo staje się takowym organizując loterie paragonową, ciekawe czy zablokują sami siebie.” (Szelo)

Mamy więc do czynienia z konkretnym krokiem w kierunku upieczenia jeszcze jednego półgęska umożliwiającego nadzór nad obywatelem i jego własnością tj. ze stopniowym eliminowaniem gotówki, w walce z którą najciekawszy przypadek wydarzył się w Indiach… (Odys)

„…Banknoty o nominałach 500 i 1000 rupii, stanowiące 86% gotówki będącej w obiegu, z dnia na dzień przestały być w Indiach legalnym środkiem płatniczym. Premier Narendra Modi ogłosił swoją decyzję 8 listopada, kiedy cały świat emocjonował się wyborami w USA. Szef rządu Indii stwierdził, że przyczyną zmian jest „walka z unikaniem opodatkowania oraz szarą strefą”

…Na stronie Ministerstwa Rozwoju można znaleźć dokument dotyczący „zwiększania obrotu bezgotówkowego”. Zgodnie z jego założeniami, udział gotówki w transakcjach na obszarze Polski, ma spaść w ciągu 5 lat z 21,5% do 15%. W tym celu rozważane jest m.in. obniżenie limitu transakcji gotówkowych.

Jeden ze sposobów na przekonanie Polaków do obrotu bezgotówkowego, zakłada wprowadzenie specjalnych ulg podatkowych. W przypadku transakcji elektronicznych, stawki podatku VAT miałyby zostać obniżone o 1 punkt procentowy, do 22% i 7%…

…Wszystko odbywa się pod pięknie brzmiącymi przykrywkami, ale prawdziwym motywem jest możliwość grabienia ludzi na skalę większą niż kiedykolwiek w historii.

Ogromna liczba krajów boryka się dziś z problemem zadłużenia. Wycofanie gotówki byłoby dla polityków wymarzonym rozwiązaniem. Społeczeństwo bezgotówkowe umożliwia wprowadzenie negatywnych stóp procentowych. Obywatele byliby zmuszeni do płacenia za trzymanie pieniędzy w bankach, a zadłużenie zostałoby zredukowane. Z kolei rządy mogłyby zapożyczać się po zerowym koszcie. Co stałoby zatem na przeszkodzie, aby politycy mogli dalej zadłużać obywateli i sponsorować za to coraz bardziej absurdalne wydatki? Można jedynie domyślać się, jakie obietnice wyborcze pojawiłyby się w programach poszczególnych partii.

Czego możemy spodziewać się obecnie? Z pewnością walka z gotówką zmobilizuje przezorną część społeczeństwa do ucieczki w metale szlachetne. Potwierdzają to wydarzenia w Indiach.

Warto zaznaczyć, że sposób wprowadzenia zmian w Indiach nie wyglądał rozsądnie z punktu widzenia elit, gdyż wywołał wściekłość ludzi. Można zatem zakładać, że był to eksperyment – co stanie się, jeśli w jednym momencie zdelegalizujemy większość banknotów. Nie zmienia to faktu, że większość zmian mających na celu walkę z gotówką, to mniej odczuwalne działania (wycofanie pojedynczego nominału, obniżenie limitu transakcji gotówkowych). Ich wychwycenie wymaga od społeczeństwa większej czujności. To tzw. powolne gotowanie żaby – jeśli walka z gotówką będzie prowadzona etapowo, to ludzie nie zauważą zmian.

Jeśli w przyszłości dojdzie do wycofania gotówki, będzie to prawdopodobnie połączone z wprowadzeniem bezwarunkowego dochodu gwarantowanego. Zostanie on ustawiony na takim poziomie, aby zapewnić najbiedniejszym minimum potrzebne do przeżycia, a jednocześnie pozbawić masy motywacji do wyjścia na ulicę.” (Zespół Independent Trader – Walka z gotówką przybiera na sile)

podobne: „Dziennik Gazeta Prawna”: NBP eliminuje obrót gotówką. „Puls Biznesu”: Podatkowe pole minowe oraz: Cynik9: Szaleństwo dobermanów czyli… Wielki Brat chodzi po suficie

Cytowany wyżej cynik9 założył że wraz z rezygnacją rządu z „jednolitego podatku”, nie dojdzie do „oskładkowania” ostatniej już grupy pracowników zwolnionej w Polsce z ZUSowskiego haraczu. Niestety rząd wcale z tego pomysłu nie zrezygnował, i już niedługo wszyscy pracownicy będą „sprawiedliwie” (bo po równo) okradani… (Odys)

Umowy o dzieło to ostatnia z form zatrudnienia, przy których nie trzeba płacić składek ZUS. Ale już niedługo. Rząd, który dokonał przeglądu systemu ubezpieczeń społecznych, wprost zaleca w nim rozważenie „rozszerzenia katalogu tytułów podlegania ubezpieczeniom emerytalnemu i rentowym” o osoby wykonujące pracę na podstawie tego rodzaju umowy.

Przegląd jest już oficjalnym dokumentem przyjętym przez Radę Ministrów i niebawem zajmie się nim Sejm. Można się więc wkrótce spodziewać szczegółowych propozycji w tej sprawie. Ozusowanie umów o dzieło byłoby próbą załatania dziury w systemie. Do 2015 r. z tej formy korzystało rocznie około 200 tys. pracujących – takich, dla których była to jedyna podstawa zatrudnienia. Można zakładać, że w 2016 r. popularność dzieła jeszcze wzrosła po tym, jak składkami na ubezpieczenie społeczne obłożono wszystkie umowy-zlecenia (wcześniej to one były podstawowym typem tzw. umowy śmieciowej; w 2015 r. na ich podstawie pracowało ponad milion osób)…” (Czytaj więcej tu: praca.interia.pl – PiS łata dziury w systemie. Oskładkuje umowy o dzieło)

To oczywiście w żaden sposób nie naprawi niewydolnego systemu „ubezpieczeń społecznych”. Dlatego też rząd szykuje kolejną jego reformę. Cytuję:

„…Zapewne zdajecie sobie sprawę, że nie chodzi o to żeby emerytury były wyższe. Istnieje na przykład koncepcja, że aby dostać emeryturę trzeba będzie przepracować 15 lat. Jak ktoś przepracuje mniej, mimo, że ZUS będzie podprowadzał swoją cześć, to dostanie emeryturę w wysokość 0 złotych (słownie: zero złotych). Pieniędzy oczywiście nie odzyska tez w inny sposób. Mówiąc wprost – Państwo ukradnie mu w majestacie prawa całkiem sporo pieniędzy. A… jest też szansa, że to ile wpłacamy do najukochańszej instytucji Polaków też nie ma znaczenia, bo wszyscy dostaniemy tyle samo. Czyli tyle żeby w miarę szybko umrzeć i nie obciążać systemu…” (DWS24.pl13 lutego 2017 roku)

Więc jak ktoś myślał że pomysł obcinania emerytur dotknie tylko UBeków, to ma teraz dowód na zwodniczość tego rodzaju autosugestii. Ja lojalnie ostrzegałem że precedens z UBeckimi emeryturami to tylko rozgrzewka przed nabraniem prędkości w mieleniu przez wielkie koło „sprawiedliwości społecznej” własności ludzi którzy niczym sobie na tego rodzaju „Prawo i Sprawiedliwość” nie zasłużyli.

Wychodzi więc na to że PIS jako naturalnie socjalistyczny projekt/partia nie tylko kontynuuje reformy zapoczątkowane przez takich samych ideologicznie poprzedników (Tusk znowu obiecuje (grozi) że da (zabierze). Michalkiewicz: „Źle było, źle będzie…”), ale wykazuje się na dodatek dużo bardziej bezwzględną kreatywnością  wymyślając coraz to nowe i perfidne w swej naturze sposoby rabunku… „Domiar podatkowy”, „solidarność podatkowa”, czy kolejna „reforma emerytalna” nie są bowiem żadną nowością, ale zdecydowanie się na ich wdrożenie jak również stworzenie narzędzi w postaci „centralnej bazy rachunków”, „e-paragonu” i „oskładkowanie” ostatniej już formy zatrudnienia, z całą pewnością ułatwi PISowi sięgnięcie głębiej do kieszeni Polaków. „Damy radę!” nabiera całkiem realnych kształtów…(Odys)

podobne: Pod przykrywką wygłupu Sikorskiego fala rabunku przetoczyła się przez sejm: uwolnienie kominówek, rząd kładzie łapę na depozytach, centralna baza „haków” skarbówki, zamiast śmieciowych umów o pracę będzie śmieciowa emerytura. Do diabła z taką opozycją! Dratewka potrzebny od zaraz oraz: Do dziurawego wora FUS (dzięki oskładkowaniu „śmieciówek”) trafi 650 milionów złotych. i to: Budżet państwa na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną… ale czy PIS będzie nas kosztował mniej? Oczywiście że nie – zamach na umowy cywilnoprawne i to: Papierowe rozliczanie komuny jako ekwiwalent sprawiedliwości czyli… zamiast osądzenia zbrodni prawo do rabunku UBeków na podreperowanie ZUSu.

„…„sprawiedliwość społeczna”, to elegancka nazwa rozmaitych łajdactw, przeważnie – rabunku maskowanego pozorami legalności. Gdybym z pistoletem w ręku zgłosił się do bogatszego ode mnie i pod groźbą użycia broni zażądał od niego natychmiastowego podzielenia się ze mną majątkiem, to każdy sąd uznałby to za rabunek. Jeśli jednak wynajmę sobie posła i ministra, opłacając ich walutą głosów wyborczych, to ten sam czyn zostanie uznany za realizację „sprawiedliwości społecznej”. A przecież istota czynu pozostaje taka sama. Niestety nie rozumie tego nawet papież Franciszek, który niedawno pochwalił komunistów, że myślą według zasad nauki Chrystusowej. Jest to oczywista nieprawda, bo Chrystus mówił: „daj!”, podczas gdy komuniści mówią: „bierz!” Ale żeby dać, to najpierw trzeba mieć, a zatem warunkiem sine qua non praktykowania chrześcijańskiego przykazania miłości bliźniego, jest własność prywatna. Tymczasem podstawowym punktem programu komunistycznego jest właśnie likwidacja własności prywatnej, zatem między chrześcijaństwem a komunizmem istnieje sprzeczność nie do pokonania…” (Stanisław Michalkiewicz – Hołota panoszy się w Sejmie)

podobne: Przerośnięte państwo gwarancją problemów jego obywateli. O demokracji, państwie „opiekuńczym” i długu „publicznym” czyli przejadaniu przyszłości na własne życzenie. oraz: O tym jak państwo „opiekuńcze” zamiast pomagać jednostkom zubaża całe społeczeństwo i to: Seks, pieniądze i władza czyli… Niemcy w buduarze Goeringa. Lewy stosunek do Kościoła, wolności i własności źródłem syfilisu moralnego socjalistów. Rewolucja bolszewicka trwa.

Jeśli ktoś nie potrafi sobie wyobrazić do czego tego rodzaju polityka potrafi doprowadzić, albo uważa że to jakaś wirtualna rzeczywistość i że nie ma żadnego związku między deficytem/długiem a polityką fiskalną oraz własnością, to polecam jeszcze jedną lekturę… (Odys)

„…decyzją rządu B. Szydło w Ostrowicach wprowadzono pod koniec 2016 zarząd komisaryczny. Ma to być przygotowaniem do rozparcelowania gminy między bardziej poczytalnych sąsiadów…

…Samorząd gminy, jak małpa z brzytwą, pożyczał zresztą chaotycznie nie tylko na infrastrukturę.  Raz były to szkoły, innym razem prąd do latarni. Wreszcie w ramach kolejnej reorganizacji postanowił sięgnąć po najnowsze zdobycze finansowej inżynierii, co gminę  ostatecznie pogrążyło. Pozbył się mianowicie swojego majątku związanego z wodociągami po to aby go z powrotem zaleasować. Potem, w sytuacji podbramkowej, gmina w panice ratowała sytuację bieżącą odkupując ten majątek za znacznie większą kwotę. Ktoś sprytny się obłowił, gmina zaś pozostała z workiem.

Uwagę przyciągają 3 miliony złotych które gmina wydaje rocznie na obsługę długów. Na długu 35M oznacza to zwrot bliski 10%, który w obecnych warunkach niskich stóp procentowych jest prawdziwym klejnotem. Wkłada go do swojej kieszeni prawdopodobnie przedsiębiorczy finansista gminy, parabank z którym samorząd robił interesy. Przewija się w papierach skupująca długi spółka z Łodzi  której burmistrz genialnym posunięciem sprzedał część długów gminy. Pewnie myślał że nie musi ich dłużej spłacać…

Jest w tej historii coś niepokojącego, i nie jest tym bynajmniej bankructwo. Bywają sytuacje nieprzewidziane, są popełniane błędy i owszem, od czasu do czasu ktoś bankrutuje. Świat się na tym nie kończy. Tym niepokojącym czynnikiem jest natomiast chocholizm niewielkiej społeczności niezdolnej do samodzielnego rządzenia się,  połączony z  porażającą bezmyślnością jej wybranych decydentów. Gdyby mieszkańcom gminy socjalizm nie przerwał witalnego nerwu łączącego portfel z mózgiem i sami musieliby płacić za swoje wodociągi czy kanalizację to wnet by odkryli że cudów nie ma i że ich na to nie stać. Znaleźli by rozwiązania alternatywne, lepsze  i przede wszystkim mieszczące się w budżecie. Ale nie, mimo sygnałów zbliżającej się katastrofy i ratowania się ryzykownymi pożyczkami zarząd gminy parł z programem daleko przekraczającym jej finansowe możliwości. Zamiast wdepnąć na hamulec uciekał się do coraz bardziej ryzykownych gimnastyk finansowych, robiąc biznes z parabankami. Nikomu jakoś te partnerskie związki lisa z drobiem nie wydały się podejrzane. Nikomu nie zaświeciła się czerwona lampka ostrzegawcza. I wiadomo dlaczego – bo to nie ich pieniądze,  tylko pożyczone(cynik9 – Polski Detroit)

podobne: gigantomania chorobą samorządów. oraz: Samorządowe „inwestycje” to wzrost zadłużenia i podwyżki opłat. Rentowność długu i rosnąca obsługa kosztów. Państwo broni się przed zwrotem zagrabionego mienia i zmianami w ordynacji podatkowej, obniżka podatków nie tak szybko (fiskus łupi rodzinę). Innowacje obce sektorowi MSP. „Polska Miedź” rabowana podatkiem od wydobycia. oraz: Państwo w połączeniu z biznesem: marnotrawstwo, kumoterstwo, rabunek i korupcja na koszt podatników a Polacy podobno nie lubią nepotyzmu i to: Hulaj dusza piekła nie ma! Umorzenie dochodzenia nie musi być uzasadnione. Samorządy domagają się ograniczenia dostępu do informacji publicznej. Za błędy urzędnika płaci ubezpieczyciel. a także: „Zastaw się a postaw się”: Mazowsze bez dostępu do kont, Słupsk przerywa budowę aquaparku. polecam również: Konsekwencje zadłużania – Rząd sięga po kolejne rezerwy

Adam Wycichowski niewolnik - emerytury gwiezdne

Adam Wycichowski niewolnik – emerytury gwiezdne

Co to jest „majątek państwa” i na co idzie siła polskich rodzin? O podatkach, składkach i reformach kosztem zdrowia i emerytury (nie tylko ubeckiej) w ramach inżynierii społecznej zwanej „opieką państwa”.


W październiku ub.r. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepis ustawy o PIT wskazujący wysokość kwoty wolnej od podatku, „w zakresie, w jakim nie przewiduje mechanizmu korygowania kwoty zmniejszającej podatek, gwarantującego co najmniej minimum egzystencji, jest niezgodny z art. 2 i art. 84 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej”. TK w sentencji wskazał ponadto, że przepis w zakresie wskazanym w orzeczeniu traci moc obowiązującą z dniem 30 listopada 2016 r…

…ostatnia waloryzacja kwoty wolnej miała miejsce w 2006 r. Tymczasem w prawie podatkowym i innych ustawach przyjmuje się, że jeżeli wskaźnik inflacji rośnie, to wdrażany jest mechanizm waloryzacji.

„Praktycznie rzecz biorąc w ciągu tych 10 lat ceny wzrosły o prawie 18 proc. Mamy więc do czynienia z istniejącą od wielu lat tzw. zimną progresją w PIT. Ponieważ zarówno kwota wolna od opodatkowania, jak i koszty uzyskania przychodów dla pracowników uzyskujących dochody z pracy najemnej w tym czasie nie uległy zmianie, stąd jakakolwiek podwyżka wynagrodzenia, albo podjęcie dodatkowego zatrudnienia może powodować wzrost opodatkowania” – wyjaśniła.

Podkreśliła, że podatnicy liczyli, iż ustawodawca przychyli się zarówno do wyroku TK, jak i obietnic przedwyborczych PiS i zwiększy kwotę wolną…” (całość tu: Eksperci: kwotę wolną od podatku trzeba zwiększyć)

podobne: Moralne i ekonomiczne konsekwencje głupoty czyli… „Dobrobyt” płacy minimalnej, średniej krajowej, bezwarunkowego dochodu gwarantowanego i programów socjalnych. Skąd się bierze bogactwo? PIS gwarantuje bankom niezatapialność (za oszczędności Polaków).

…jeśli podatnicy naprawdę liczyli na spełnienie owej obietnicy to się przeliczyli. Dla mnie osobiście było wiadome od początku z uwagi na kosztowny program socjalny tej partii który został potwierdzony rekordowo wysokim deficytem finansów publicznych (gwarantowany kredytem zaciągniętym u międzynarodowej lichwy), że nie da się jednocześnie mieć ciastka i zjeść ciastka. Rozczarowani powinni wiedzieć że z pustego i Salomon nie naleje. Skończyło się na tym, że posłowie PIS latają jak ze sraczką żeby wybrnąć z tego przed czym postawił ich wyrok TK… (Odys)

„…posłowie Prawa i Sprawiedliwości wnieśli do laski marszałkowskiej projekt zmian w ustawach o podatku dochodowym od osób prywatnych, a także w ustawie o podatku dochodowym od osób prawnych. Projekt ten przewiduje, że kwota wolna od podatku, pozostanie na niezmienionym poziomie czyli 3 091 zł.
W uzasadnieniu projektu czytamy: „W celu zapewnienia podatnikom konstytucyjnej zasady pewności prawa, a w szczególności zagwarantowania prawa do uwzględnienia kwoty wolnej od podatku zachodzi pilna potrzeba podjęcia inicjatywy ustawodawczej określającej zasady jego obliczania w roku 2016”.
Jak twierdzą posłowie, propozycja zachowania obecnej wysokości kwoty wolnej od podatku, jest związana z tym, że w przyszłym roku nie ma szans by podnieść jej wysokość. Według posłów kwota wolna od podatku zostanie podniesiona w przyszłym roku, gdy zostanie wprowadzona reforma podatkowa.
Przypomnijmy, że w czasie ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej i kampanii do Parlamentu, przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości obiecywali, że kwota wolna od podatku zostanie zwiększona do 8 000 zł.” (Onet)

…wicie rozumicie chodzi o to żebyście nie żyli w niepewności (śmierć i podatki 😉 ) i wiedzieli że jednak coś tam kiedyś dostaniecie… może już w przyszłym roku jak się uda. A uda się jeśli do końca tego roku budżetowego państwo zgarnie z podatków akurat tyle, żeby w przyszłym mieć odpowiednie rezerwy. Chyba że się nie uda, ale do tego czasu wyczyści się TK żeby na drugi raz nie stresował polityków „dobrej zmiany” która od roku pełni funkcję jedynie słusznej wyroczni. Dlatego też wie najlepiej komu w pierwszej kolejności należy się przywilej korzystania z owoców ludzkiej pracy. O czym świadczą słowa Pana Morawieckiego, który stwierdził, że dla osób „lepiej zarabiających” w ogóle nie powinno być kwoty wolnej od podatku. To jest dopiero „odwaga” powiedzieć ludziom że nie dostaną swoich pieniędzy bo za dużo zarabiają (czy ktoś im każe?). To z pewnością zmotywuje cały naród do tego żeby ciężej i dłużej pracować na „diety” i ciężki kawałek chleba jakim jest posłowanie, senatorowanie, i ministrowanie naszym „nieszczęśliwym krajem”. Nie dziwmy się więc że tym nieszczęśnikom przysługuje dziesięciokrotnie wyższa kwota wolna od podatku, bo jak powiedział Pan Morawiecki: „Posłowie wykonują bardzo ciężką pracę i od 20 lat nie mieli regulacji wolnej od podatku. Doceńmy ciężką pracę polityków”… (Odys)

Miało być 8 tys. zwolnienia dla wszystkich. Jest 6,6 tys. zł zwolnienia dla najbiedniejszych (słusznie) i figa z makiem dla całej reszty plus grabież najbogatszych. Przy czym „bogaty” to taki co zarabia jakieś 1300 Euro na rękę. Ciekawe co emigranci sądzą o takim poziomie „bogactwa” w Polsce.

Jakby tego było mało, poseł zarabiający 9,9 tys. zł + 2,5 tys. diety + 12 tys. na prowadzenie biura – ma kwotę wolną ustaloną na poziomie 27 tys. złotych

PiS nie wyciągnął żadnych wniosków z arogancji swoich poprzedników. I jak tak dalej pójdzie to nawet słabość opozycji im nie pomoże. Bo oprócz tej opozycji forsowanej przez media, są jeszcze ugrupowania wolnorynkowe, nie sięgające bez przerwy do kieszeni obywateli i rozumiejący, że ludziom przede wszystkim trzeba jak najwięcej pieniędzy zostawić. Bo to są, do cholery, ich pieniądze!” (zelaznalogika – Kwota wolna przelała czarę – Żółta kartka dla PiS)

Ostatecznie skończyło się kompromisowo i dotychczasową kwotę wolną od podatku podwojono… ale w taki sposób żeby nie stracić wianuszka i jeszcze dogodzić komu trzeba 🙂 (Odys)

„…kwota wolna od podatku zostanie podniesiona. Dla wszystkich. Oczywiście jeśli zarabiają mniej niż 11 tys. złotych rocznie. Dla ludzi zarabiających pomiędzy 11 tys., a 85 tys. – czyli dla ok. 95% narodu – pozostałaby bez zmian, a dla tych którzy zarabiają więcej byłaby mniejsza, aż do całkowitego zniknięcia. Myślę, że Zandberg po tej zmianie powinien Morawieckiemu wręczyć honorową legitymację swojej partyjki. A ja w imieniu uciskanej większości napiszę: Mati, idź być banksterem-socjalistą gdzie indziej!

Żeby było jeszcze śmieszniej 30 tys. mieszkańców Warszawy zapłaci podatek od tego, że Hanka umorzyła im mandat za brak biletu lub cześć opłat za czynsz. Ministerstwo Finansów uznało, że „Dłużnik zaoszczędził na wydatku, który musiałby zostać przez niego poniesiony, gdyby nie został mu umorzony dług”, więc otrzymają z ratusza PIT-8C. Kaczafi, ogarnij trochę Matiego, bo skończycie jak AWS…” (DWS24.pl 28 listopada 2016 roku)

podobne: Rząd poprawia sobie finanse i zwiększa fiskalizm bez mówienia o wzroście podatków

…tymczasem czekają nas innego rodzaju podwyżki…

„…I to kilkanaście procent od razu. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców przy współpracy z mniej znanymi posłami PiS przygotował podatkową rewolucję. Zamiast PIT, ZUS, składki zdrowotnej i innych miałby być jeden podatek w wysokości 25% pensji. Money.pl wylicza, że pracownik zarabiający netto 3 tys. złotych zarobiłby 3750 zł., a koszt dla pracodawcy nie zmieniłby się. Miałby tez zniknąć CIT, a VAT miałby jedna stawkę w wysokości 16,25%. Pysznie. Tylko, zastanawiam się czy gdybyśmy wszyscy dostali podwyżki nie poszłyby za tym podwyżki towarów i usług.

Aczkolwiek znając Morawieckiego może tę reformę zastosować wyłącznie dla bezrobotnych.

Od 1 stycznia w życie wchodzi nowe prawo wodne. Przy okazji powołano spółkę Wody Polskie, która będzie pilnowała żeby nikt nie ukradł jezior i rzek. Oczywiście nie będą tego robić za darmo. Aby więc sfinansować istnienie tej niezbędnej dla losów wszechświata instytucji wymyślono „podatek podwodny”. W skrócie chodzi o to, że właściciel będzie musiał zapłacić za każdy metr „działki”, który znajduje się pod wodą… Jaśniej? Proszę! Podatek będą płacić np. właściciele mazurskich portów. Co oczywiście spowoduje podniesienie opłat portowych. I w końcu na Mazury przestaną przyjeżdżać biedne-biedaki, których nie stać na wyjazdy na all exclusive i bez sensu pływają zakłócając spokój rybom.

Telewizja Republika z dumą doniosła, że „kwota wolna od podatku będzie podwyższona”. Nie pamiętam gdzie czytałem, że wszystkie media kłamią, a my wybieramy jedynie w które kłamstwo wierzymy.

Oczywiście prezydent podpisał przyjętą ustawę. Wygląda więc na to, że śmiechy z Komorowskiego, który zawetował kilka ustaw były przedwczesne.

Przy okazji Ministerstwo Finansów bierze się za blogerów. Koszty prowadzenia bloga nie są już kosztami prowadzenia działalności gospodarczej. Szałamacha wydał opinię, że są, ale Szałamachy już nie, a wraz z nim przepadła interpretacja. Prawie się cieszę, że zrobiłem sobie z tego tutaj źródła dochodu.

I zastanawiam się co jeszcze da się opodatkować.

Bo, że można zabronić zarabiać pokazuje pomysł Ministerstwa Pracy, Rodziny i Polityki Społecznej, które ma znakomity pomysł. Otóż emeryci mają mieć ograniczone możliwości zarabiania. Do 70% średniej krajowej, potem obcinamy lub zawieszamy emeryturę. Cóż… Obywatelko Rafalski, emerytura tych ludzi to nie jest jałmużna, tylko ułamek tego co przez lata pracy ludzie sobie na nią zapracowali. I należy się tak samo jak stryczek UBkom, flaszka Kwachowi czy honorowe członkowstwo w Partii Razem Morawieckiemu. A to co będą w stanie zarobić ponad to na co odkładali przez kilkadziesiąt lat pracy gówno was interesuje. Bo i tak większość „składek” gdzieś wyparuje…” (DWS24.pl 29 listopada 2016 roku)

podobne: „New Deal” po polsku czyli „jednolity podatek” dla przedsiębiorców. „Dobra zmiana” czy wielki kryzys? Nie – dla socjalizmu z ludzką twarzą. oraz: Zamiast emerytury czeka nas los Boxera z „Folwarku zwierzęcego”

Jakiś czas temu Pan Wicepremier Morawiecki stwierdził w TVP Info: „Panuje taki mit, że mamy bardzo wysokie podatki. To nieprawda. Nie mamy bardzo wysokich podatków. Podatki i daniny są niskie. Nie powielajmy takich nieprawdziwych schematów, że podatki są wysokie. Wtedy utrwalamy w ludziach takie przekonanie, że państwo jest złe i tylko ściąga haracz”. Wystarczy zatem nie mówić o tym że coś się pali a nic nie spłonie. Prawda że logiczne? Wszak nie mówi się w domu wisielca o sznurze. 

To pewnie w ramach tych niskich podatków kolejnym pomysłem rządu po bankowym, od supermarketów, utrzymaniu wysokiego VATu, podwyżce na ZUS i zdrowotne, będzie nowa akcyza za sprowadzane z zagranicy samochody (będą 32 stawki zamiast obecnych 2). Zaś dla wszystkich dumnych posiadaczy tego dobra luksusowego przygotowano wyższe ubezpieczenie OC (niektóre nawet o 100%). Dziwnie teraz brzmią te wszystkie przechwałki polityków, wtórujących im dziennikarzy oraz „niezależnych” publicystów, którzy usprawiedliwiali program „500+” m.in. tym, że wielu biednych będzie w końcu stać na pierwszy w życiu samochód. Nie wspominając o tym jak się ma kupowanie używanych samochodów do nowych dzieci które miały się z tego programu urodzić. Jeśli rzeczywiście taki był obieg tego pieniądza, to ci którzy „zainwestowali” w mobilność nieźle się przejechali, bo nie dość że zwrócą wszystko swoim „dobrodziejom”, to zostaną z kosztami utrzymania „złomu” na kolejne lata. No ale może rząd i na to wymyśli jakiś program wsparcia, np. dopłata do fiata.

Teraz przynajmniej wiadomo dlaczego volkswagen dał się namówić na postawienie w Polsce swojej fabryki (za co jeszcze dostał pomoc publiczną od „naszego” państwa). Chyba że chodzi o to jak wynika z przecieków że na wspomniany program pińcetplus już w grudniu może zabraknąć pół miliarda złotych. W takim wypadku zgadzam się z oberpremierem Morawieckim że mamy w Polsce za niskie podatki, i że głupio to wygląda na tle Europy (gdzie podobno podatki są wyższe). Powinniśmy zatem dogonić choćby w tym wymiarze tę tzw. Europę. Może wtedy młodzi Polacy przestaną takim strumieniem wyciekać za granicę by dorabiać obce gospodarki (i fiskusa) skoro u nas będą mieli zachód, czyli jak twierdzą niektórzy „odpowiedzialną politykę fiskalną” oraz bogaty socjal – bo podobno za tym właśnie a nie za żadną pracą młodzi Polacy wyjeżdżają za granicę. Chociaż ja myślę że jest dokładnie na odwrót, i dlatego też rośnie liczba polskich przedsiębiorców którzy uciekają z rejestracją firm by płacić niższe podatki za granicą (na złość Kaczyńskiemu i rządowi)… Kto wierzy w propagandę że uciekają po to żeby płacić wyższe zasługuje co najwyżej na uśmiech politowania. (Odys)

„…W większości społeczeństw Zachodu zawdzięcza ona swój status i zamożność własnej pracy. Właśnie dlatego zalicza się do niej indywidualnych przedsiębiorców czy osoby pracujące umysłowo. Ze słów Morawieckiego wynika jednak, że nowa klasa średnia będzie czerpać swój status i zamożność z… woli państwa. Inaczej nie można zrozumieć jego deklaracji, że mają tworzyć ją rodziny korzystające z programów 500+ lub Mieszkanie+ (głównie zatem wielodzietne, bo to one przede wszystkim kwalifikują się do programu mieszkaniowego i to one najbardziej korzystają z 500 zł na dziecko).
By realizować tak kosztowne transfery socjalne, trzeba mieć pieniądze. Przedstawiciele rządu zapewniają, że kształt reformy podatkowej dopiero się uciera, ale przecieki wskazują, że budowę nowej klasy średniej sfinansować mieliby ci, którzy do niej należą dziś. PiS zamierza więc sięgnąć głębiej do kieszeni dobrze zarabiających przedsiębiorców, menedżerów i ludzi wolnych zawodów, którzy prowadzą działalność gospodarczą. Mówiący o konieczności budowy polskiego kapitału rząd sygnalizuje zatem plan reformy podatkowej, na której najwięcej stracą właśnie ci, którzy dotychczas budowali polski kapitalizm – mali i średni przedsiębiorcy. Trudno w tej sprawie nie dopatrzeć się celów politycznych. Możliwe, że liderzy PiS uznali, że dotychczasowa klasa średnia nie nadaje się na polityczne zaplecze partii rządzącej. Pracując na swoim, jest niezależna. Nie to, co nowa klasa średnia, której dobrobyt uzależniony będzie od pieniędzy państwa…” (Michał Szułdrzyński, http://www.rp.pl Reforma systemu podatkowego: Klasa średnia z łaski PiS) 

podobne: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach.

„…PiS pozostaje przy rządzie już ponad rok. W tym czasie zainicjowało program rozdawnictwa, który – być może – pozwoli mu na wykorzystanie procedur demokratycznych dla utrzymania uchwyconych pozycji. Utrzymująca się w znacznej części opinii publicznej nostalgia za Gierkiem i darmochami sprawia, że te rachuby wcale nie muszą być iluzoryczne. Sprzyjać temu będzie również ujawnianie udziału polityków Platformy Obywatelskiej w rozmaitych aferach. Wydaje się jednak, że nasi sojusznicy, z Naszym Najważniejszym Sojusznikiem na czele, nie są zainteresowani w zlikwidowaniu kohabitacji szlachetności z łajdactwem i dlatego rząd w dalszym ciągu będzie musiał rywalizować o względy Naszego Najważniejszego Sojusznika ze starymi kiejkutami. W rezultacie, przy utrzymaniu procedur demokratycznych, odblokowanie narodowego potencjału gospodarczego, zablokowanego przez trzy czynniki: kapitalizm kompradorski, postępującą biurokratyzację państwa i niemiecki projekt „Mitteleuropa” z 1915 roku, wydaje się absolutnie niemożliwe. Dlatego rząd, nawet gdyby nie realizował ideału prezesa Kaczyńskiego w postaci przedwojennej sanacji, będzie skazany na utrzymywanie się przy uchwyconych przyczółkach za cenę coraz głębszego zadłużania państwa – co wydaje mi się nawet wykalkulowane przez prezesa Kaczyńskiego, który – jak przypuszczam – też pragnie, by naród tęsknił za nim co najmniej tak samo, jak za Gierkiem. Oczywiście możliwe jest też i to, że wszystko i to już niedługo, rozstrzygnie się w całkiem innych kategoriach, bo przecież zagrożona jest demokracja, a tej – jak wiadomo – trzeba bronić do upadłego tym bardziej, że skoro nawet my, biedni felietoniści, przejrzeliśmy – jak się wydaje – życiową intrygę prezesa, to i stare kiejkuty też. Z pewnością zyskają błogosławieństwo Naszych Sojuszników, a być może również Naszego Najważniejszego Sojusznika dla ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej, przy której swoją pieczeń zamierzają przecież upiec Żydzi…(Stanisław Michalkiewicz – Nie wiem, nie pamiętam, czyli dobra zmiana)

podobne: „W przedszkolu naszym nie jest źle” czyli… o jedynie słusznej misji publicznej PISu w „narodowych” mediach i w gospodarce (by znowu było jak za Gierka)

Do Izraela też udał się ostatnio polski rząd na tzw. „konsultacje”, czego owocem jest porozumienie w sprawie respektowania praw emerytalnych naszych „starszych braci w wierze”, którzy wyemigrowali swojego czasu z naszego „nieszczęśliwego kraju”. Ciekaw jednak jestem czy najnowsze dziecko populizmu „sprawiedliwości społecznej” czyli tzw. ustawa zwana „dezubekizacyjną” zawiera nazwiska również tych spośród emigrantów, którzy swojego czasu przysłużyli się reżimowi komunistycznemu w okradaniu i mordowaniu Polaków, i czy ich emerytura również zostanie stosownie do zajmowanych w byłym aparacie bezpieki stanowisk obniżona… (Odys)

„…oficjalnie nic nie wiemy o treści i przebiegu rozmowy pana prezydenta Andrzeja Dudy z przedstawicielami żydowskich organizacji przemysłu holokaustu w konsulacie RP w Nowym Jorku. Jeśli chodzi o tę rozmowę, to wiadomości o niej pochodzą z wypowiedzi szefa żydowskiej Ligi Antydefamacyjnej Abrahama Foxmana dla jednej z nowojorskich gazet, że pan prezydent obiecał wzmóc walkę z antysemityzmem w Polsce i nawet zapowiedział jakąś „legislację”, a poza tym – że rozmawiano też o roszczeniach majątkowych, jakie żydowskie organizacje wiadomego przemysłu wysuwają pod adresem Polski. Toteż bez zaskoczenia przyjęliśmy meldunek złożony przez panią premier Beatę Szydło izraelskiemu premieru Beniaminu Netanjahu o wzmożeniu walki z antysemityzmem. Warto zwrócić uwagę, że o tym, co jest, a co nie jest antysemityzmem, nie decyduje rząd polski, tylko izraelski, w porozumieniu z żydowskimi organizacjami wiadomego przemysłu, co oznacza, że pani premier zobowiązała się prześladować obywateli polskich wskazanych albo przez rząd izraelski, albo przez organizacje wiadomego przemysłu, albo wreszcie – przez pozostających na ich usługach przedstawicieli piątej kolumny w kraju, zgrupowanych w tak zwanych „organizacjach pozarządowych”. To też wygląda mi na symptom końca świata, dla niepoznaki zakamuflowanego określeniem „dobra zmiana”.” (Stanisław Michalkiewicz – Zwiastuny końca świata)

podobne: Michalkiewicz wyprorokował: Emerytury dla ocalałych z Holocaustu czyli… Przełom i wyłom w polskiej kasie „Zespołu HEART”. oraz:  Stanisław Michalkiewicz o POPISowej „służbie Polsce” za 54 „partyjne” miliony (i zegarek) a wszystko na poczet 60 mld dolarów jakie „sprawiedliwi wśród narodów świata” według Schetyny są winni Żydom. oraz: Grzegorz Braun o obradach Knesetu w Polsce, oraz o „patriotycznej prawicy” i „niezależnych dziennikarzach”

Odnośnie samego pomysłu dobrania się do tzw. „emerytur ubeckich” (ciekawe nazewnictwo ale przyznaje że adekwatne do tzw. „sprawiedliwości społecznej”), to tak to już jest że łatwiej jednemu złodziejowi okraść drugiego jak wytoczyć właściwym osobom uczciwy proces i skazać za konkretne czyny nakładając w konsekwencji sprawiedliwe kary na pachołków Kremla. Jaki problem skoro „wiadomo” że nimi byli i na poczet tego dokonywali przestępstw, na co jak mniemam znalazły się przez ten rok „dobrej zmiany” w przepastnych archiwach IPNu (i w innych szafach Kiszczaka) stosowne dowody. Wszak inaczej nikt by się na taką akcję nie odważył, bo co by powiedziała międzynarodowa demokratyczna opinia publiczna. Karą zaś powinno być wysokie odszkodowanie, które potrącano by od owych „ubeckich” emerytur. Na tyle wysokie żeby pozostało im w portfelach tzw. minimum egzystencjalne. Kwoty w ten sposób uzyskane powinny zaś trafiać bezpośrednio do poszkodowanych przez tych funkcjonariuszy osób.

Tymczasem zrobiono inaczej i teraz niech nas ręka Boga broni przed tymi umysłami, bo kiedy zabraknie na „zwykłe” emerytury dla nie ubeków to z całą pewnością ci „patrioci” wymyślą inny równie ważny „społecznie” powód i ukują w swoich miedzianych czołach równie przejrzystą kategorię prawną. Chyba że z nami postąpią „uczciwie” i kiedy już nie da się pożyczyć ani wydrukować i nie będzie więcej ubeków do wycyckania, po prostu obciążą każdego obywatela legalnym podatkiem („narodowym” rzecz jasna). Dobrze jeśli się to skończy masowym wytrzeźwieniem, żeby każdy zobaczył że socjalizm nie jest jednak za darmo i że jego „ludzka twarz” w niczym tak naprawdę ludzkiej nie przypomina. Obawiam się jednak że wyhodowani na „publicznym” groszu wyznawcy „dobrej zmiany” pójdą za innymi głosami (tak jak kiedyś za nieboszczką partią chodzili jej wyznawcy), i po raz kolejny uwierzą tym którzy potrafią gadać o tym jak to było dobrze za komuny. W ten sposób nastąpi rehabilitacja tych którym dziś z ludzką twarzą „dobra zmiana” dobiera się do d. od tej właśnie strony.

Jest jeszcze jedna pułapka w takim sposobie „załatwienia sprawy” jaki proponuje PIS… (Odys)

„…o sprawie przynależności do PZPR bardzo mądrze wypowiedział się pan Leszek Żebrowski, który zwrócił w czasie jednego ze swoich wykładów na to, że czym innym było „zapisanie się do partii” przez zwykłego inżyniera, który otrzymał propozycję awansu np. na kierownika zakładu lub wydziału i zależało mu na tym z przyczyn zawodowych a do partii należał jako „bierny”: chodził na zebrania i podpisywał listę obecności i nic poza tym. Ale kim innym byli etatowi pracownicy PZPR oraz wszyscy, którzy pracowali w systemie propagandy i kształcenia: funkcjonariusze partii i np. naukowcy w naukach humanistycznych. Ci byli odpowiedzialni za organizowanie systemu eksploatacji Polski i ucisku obywateli – w imieniu obcego państwa.
To jest ciekawa sprawa o tyle, że wielu prawdziwych „czerwonych książąt” PRL NIE MUSIAŁO należeć do PZPR, bo się załapywało na wszystkie przywileje z uwagi na pozycję swoich rodziców. Jak np. Adam Michnik czy śp. reżyser Żuławski, syn ambasadora PRL w Paryżu po roku 1945. I teraz wychodzi na to, że jakiś szeregowy członek partii – to „straszna świnia” a te wszystkie stalinięta – z komunizmem „nie miały nic wspólnego”.
To jest mentalna pułapka. Zwłaszcza w roku 1948 ludzie z PPS mieli problem, bo ich zwyczajnie „połączyli” z PPR i tysiące porządnych ludzi bez swojej zgody – zostało „członkami PZPR” i teraz ciąży na nich tak jakby hańba.” (PINK PANTHER)

…Może więc dojść do sytuacji że „sprawiedliwość” (będąca w tym wypadku prawdziwie ślepą i prymitywną chęcią odwetu) dopadnie Bogu ducha winnego człowieka który tylko należał do PZPR w sposób jaki opisuje to Pink Panter, a ominie prawdziwie zbrodniczy komunistyczny aktyw – tak jak to się dzieje do tej pory w aspekcie odpowiedzialności karnej za „pracę” na rzecz komunistów.

Mamy więc do czynienia z czysto polityczną zagrywką, której rachunek przedstawia się następująco. Inwestujemy w rozhuśtywanie emocji nadając całej sprawie wymiar ekonomicznej niesprawiedliwości, i odsuwając na dalszy plan prawdziwe przewinienia za które UBecy powinni zostać już dawno rozliczeni i skazani. Przy okazji antagonizujemy kułaków/badylarzy, tj. ludzi którzy chcą spokojnie pracować dla „wyzyskiwaczy” i dla siebie (czyli tzw. klasę średnią) z PanDami/roszczeniowcami. Śmietankę spija rząd – dosypując trochę kasy do zbankrutowanego ZUSu, oraz korporacje które na coraz bardziej uwiązanym publicznymi daninami potencjale ekonomicznym Polaków dzieli i rządzi bezkonkurencyjnie. Divide et impera w „dobrym” bolszewickim wydaniu.

Problem polega również na tym, że choć ludzie widzą po części że coś jest nie tak (w końcu ceny i opłaty nie rosną bez przyczyny) to nie potrafią prawidłowo wskazać źródła problemu. Winnych szukają przede wszystkim za kulisami „wielkiej polityki”, i nie chcą widzieć/uwierzyć w to co mają przecież przed oczami i co leży w zasięgu ich wzroku (dość spojrzeć na paragon ze sklepu, lub kwitek z wypłaty gdzie jak wół sterczy „co kto z czego ma, i co tracone jest”).

Władza uruchamia więc swoją propagandę i robi wszystko żeby utrzymać swoich wiernych poddanych w mniemaniu, że jakby co to winna naszej gospodarczej sytuacji jest Rosja, Unia Europejska, Niemcy… albo lokalna „opozycja” (która już o niczym nie decyduje). Nie neguję tego że wspomniane państwa i twory polityczne mają ambicję wpływać i wykorzystywać to co się w Polsce dzieje na własną korzyść, ale nie należy zapominać o tym że korporacje korporacjami, sąsiedzi sąsiadami, opozycja opozycją, ale łapę za takim czy innym prawem podnosi w POLSKIM Sejmie, Senacie i rządzie ten kto akurat sprawuje władzę, a egzekwuje je armia urzędników pełniąca swoją „służbę” z nadania owej władzy. Są to przecież znani z imienia i nazwiska wyborcom konkretni ludzie (często ich znajomi lub rodzina). To przecież nie korporacje tworzą prawo w Polsce i nie one posadziły tych wszystkich ludzi na te stanowiska nadając stosowne upoważnienia i pieczątki. To nie korporacje pobierają podatki i składki, które łącznie stanowią około 80% dochodu przeciętnego Polaka. To nie one przychodzą w imieniu urzędów skarbowych i kontroli państwowych by nałożyć domiar i zlikwidować taką czy inną działalność. Nawet jeśli obcy mają ambicje wpływać na polskie władze, to jednak nikt inny jak polska administracja ostatecznie podejmuje bądź nie stosowne decyzje, i to ona podpisuje się pod lewym prawem i jego egzekucją… (Odys)

„Z dużym zaciekawieniem śledziłem rozmowę pomiędzy absolwentką politologii, zadeklarowaną socjaldemokratką oraz sympatykiem Kongresu Nowej Prawicy. Oczywiście, na FaceBook`u. A o co poszło? O państwo opiekuńcze.

Absolwentka ta zasugerowała, że w Polsce nadszedł czas na to, żeby do władzy doszła partia, która będzie prowadziła politykę opiekuńczą, na wzór państw skandynawskich. Niestety, bidulka nie mogła uwierzyć w to, że w Polsce już mamy do czynienia z taką działalnością państwa, wiec postanowiła stwierdzić, że jej dyskutant nie ma racji, bo to ona skończyła politologię, co potwierdziła jej koleżanka, (która dołączyła się do rozmowy tylko w tym celu), a nie on, ergo, ona musi mówić prawdę, po czy zakończyła rozmowę.

Bidulka nie mogła być w większym błędzie. W Polsce faktycznie, jak sugerował sympatyk KNP, mamy do czynienia z państwem opiekuńczym. Ponieważ istota państwa opiekuńczego nie polega wcale na tym, że państwo pomaga biedniejszym, mniej radzącym sobie obywatelom. O nie! Polega ona raczej na tym, że państwo STARA się pomagać tym ludziom. Jak? A zabiera pieniądze bogatszym, żeby dać tym biedniejszym, przy okazji zabierając część na utrzymanie urzędników, którzy mają „rozdawać” ten łup. A więc podstawą państwa opiekuńczego jest rzesza urzędników, którzy próbują zajmować się wszystkimi aspektami życia; od pomocy biednym, przez edukację, aż do służby zdrowia. Od wszystkiego ma być urzędnik, żeby przypadkiem Kowalski nie mógł czegoś sam załatwić np. państwo polskie tak opiekuję się Polakami, że Ci, aby sprzedawać alkohol lub wyrąbać drzewo w ogródku potrzebują do tego urzędnika z jego świstkiem. Nawet rodzice nie są tak opiekuńczy!

Czekajcie! Coś tu nie gra.

Skoro w Polsce jest państwo opiekuńcze, to dlaczego nie jest tak fajnie, jak w Szwecji i nie mamy pieniędzy np. żeby utrzymywać tysiące muzułmanów, którzy w wolnym czasie gwałciliby Polki?

Czy ja coś nie ściemniam?

Różnica między Polską, a Szwecją polega na tym, że ta druga wprowadziła standardy opiekuńcze, gdy jej obywatele się trochę dorobili. Dzięki temu mogli utrzymywać urzędników i jeszcze zostało, żeby rozdać tym mniej zamożnym.

W Polsce standardy opiekuńcze tj. armia urzędników, zostały wprowadzone ( i dalej są wprowadzane (sic!)), gdy nie było z czego okradać Polaków. W wyniku tego pieniądze szły głównie na utrzymanie urzędników, którzy uważali, że zasługują na więcej i dodatkowo kradli jak i kradną dalej. W efekcie nie ma co rozdawać biednym.

No ale cóż, chcieliście państwa opiekuńczego, to się opiekujcie urzędasami i nie płaczcie, bo to dopiero początek – jeszcze państwo nie opiekuje się wszystkimi, o czym Kowalski może pomyśleć!” (Adrian Stencel • parezja.pl – Chciałeś państwa opiekuńczego, … to się teraz opiekuj urzędasami!)

…tak się robi politykę. Jak to powiedział towarzysz Winnicki?

  • „…Obserwowane trudności na rynku pasz i energii, postuluje się rozwiązywać w najbliższej przyszłości przez działania nieinwestycyjne i niskonakładowe. Tak więc pierwszą decyzją będzie wstrzymanie produkcji mięsa na okres trzech lat, co spowoduje oszczędności na paszach, zwłaszcza tych importowanych. Z drugiej zaś strony spowoduje wyraźny, bo o siedem koma trzy procenta wzrost płac realnych. Dziękuję bardzo…
  • …Panie, jak to jest możliwe, że pan tu mówi jedno, a tam drugie? [pyta towarzysza jeden z lokatorów, na co Winnicki odpowiada]
  • To jest bardzo proste. Ja to panu zaraz wytłumaczę proszę pana. Ja to państwu zaraz wytłumaczę. Więc po pierwsze, państwo są ludźmi inteligentnymi i dlatego ja z państwem mogę mówić wprost. Mogę pewne rzeczy nazywać po imieniu. Tak proszę państwa, po imieniu. Czy pan sobie na przykład zdaje sprawę, kto ogląda telewizję? Proszę pana myśmy robili badania. Wie pan co się okazało? Okazało się, że sześćdziesiąt procent ludzi nie rozumie dziennika. W związku z tym do tych ludzi trzeba mówić inaczej, trzeba mówić w ten sposób, żeby oni to zrozumieli. Trzeba pewne rzeczy nie ukrywam tego, nawet zawoalować. A poza tym ludzie nie myślą. Ludzie nie myślą. Im się wydaje, że tylko oni oglądają telewizję. Proszę pana, przecież my jesteśmy doskonale obserwowani. Nie tylko przez przyjaciół, przez wrogów też. Na przykład tacy Amerykanie jak się dowiedzą, że my mamy trudności z produkcją mięsa to wie pan co się dzieje? Proszę pana, na całym świecie ceny mięsa idą tak w górę. I my za to mięso potem też musimy płacić takie ceny. A jeżeli my te trudności przedstawimy jako przemyślane działanie, to wtedy to w nikim nie wzbudza podejrzenia.
  • Ryszard Dąb-Rozwadowski: No, może poza naszymi obywatelami.
  • Jan Winnicki: Panie profesorze, nasi obywatele i tak w to nie uwierzą.”

…i niektórzy rzeczywiście nie wierzą. Nawet jak się im rzuca na stół analogie do tych samych inżynierii społeczno gospodarczych które się za komuny działy, i których konsekwencje co roku „świętują” 13 grudnia (o innych krwawych dniach nie wspominając), to jakby głową o ścianę tłukł. Zero refleksji. Nie trafia do wyobraźni nawet tak prosta zasada jak „nie kradnij”. Nie widzą nic złego w zabieraniu jednym ludziom ich dochodu i dawaniu go tym którzy go nie wypracowali. Poprzednią ekipę która robiła do dziś nazywają złodziejami, ale w tym że dziś ich pupile na których sami głosowali robią to samo nie widzą nic złego. Bo „nasi” to „patrioci” – koniec kropka…  (Odys)

„…osoby czyniące magiczne rozróżnienie pomiędzy rabunkiem a „podatkami” albo pomiędzy rabunkiem a „wywłaszczeniem państwowym” (…) uznają, że o ile pojedyncza osoba (obywatel) nie ma prawa ukraść czy odebrać siłą własności innej osoby, o tyle państwo takie prawo posiada, o ile nazwie je właśnie „podatkiem”, „nacjonalizacją” etc. Odrzucam jednak taki rodzaj rozumowania, który pomija substancjalną i logiczna tożsamość rabunku publicznego i rabunku indywidualnego, oraz opiera się na twierdzeniu, że grupa lub kolektyw może nabyć pewne prawa, których nie może samodzielnie posiadać żadna jednostka należąca do tej grupy. Pozostaje mi poczekać na logiczne uzasadnienie dla takich rozróżnień.

Na gruncie rozważań praktycznych zaprezentowane przeze mnie powyżej rozumowanie rodzi pewne ważkie i problematyczne konsekwencje dla rozważań nad odszkodowaniami dla ofiar państwa, które utraciły na jego rzecz swoje majątki, oraz podatników, którzy przez lata lub dekady byli pozbawiani części swych dochodów. Jeśli bowiem należy im się nie tylko zwrot utraconej własności lub jej pieniężnej równowartości, ale także wszystkich dochodów, jakie tak zrabowana przez państwo własność przyniosła, to wielkość roszczeń poszkodowanych – i tak niemałą – rośnie do gargantuicznych rozmiarów. Prawdopodobnie z przyczyn praktycznej niemożliwości spłaty takich długów, ofiary państwa i tak nigdy nie odzyskałyby 100% należnych im na tej podstawie odszkodowań.
Jednakże celem tych krótkich rozważań nie była próba opracowania programu demontażu państwa i sposobu rozdysponowania jego majątku oraz zadośćuczynienia jego ofiarom, lecz jedynie wykazanie, że coś takiego, jak „dochody własne” państwa, są w istocie fikcją i także pochodzą z podatków, czy innego rodzaju rabunku…”

całość tu: Rozważania o podatkach i pewnej kosiarce do trawy

podobne: Najwyższy Czas!: „Słońce Peru przypala wszystkich prócz kasty urzędników”… Nie daj sobie wmówić że „ONI” są potrzebni. oraz: „Dziel i rządź!” – nagrody urzędników. i to: cynik9: Przybliżanie socjalizmu. Teoria skubanych i skubiących w demokracji a także: Przerośnięte państwo gwarancją problemów jego obywateli. O demokracji, państwie „opiekuńczym” i długu „publicznym” czyli przejadaniu przyszłości na własne życzenie

W ten sposób przy „poparciu społeczeństwa” które sobie tę administrację wybiera (Demokracja… czyli Dyktatura Durni), powstają kolejne etatystyczne rozwiązania i inżynierie społeczne rodzimych „dobrodziejów”, które wymagają coraz wyższych podatków, składek i opłat. A kiedy po jakimś czasie wyborcy nabierają podejrzeń że się ich oszukuje i wyzyskuje, to władza wymyśla i serwuje z wielkim medialnym szumem reformy i plany, które wyciszają raz na jakiś czas pomruki „niezadowolenia społecznego” nabrzmiałe w wyniku poprzednich równie gównianych etatystycznych rozwiązań, głównie w kwestiach tzw. „ubezpieczeń społecznych” (zdrowia i emerytur) które są „zwykłymi” podatkami… (Odys)

„…właśnie pani premier Beata Szydło ogłosiła zamiar przeprowadzenia kolejnej reformy ochrony zdrowia. Kolejnej – bo akurat ten sektor jest nieustannie reformowany. Kiedyś, za barbarzyńskich czasów, jak ktoś był chory, to szedł do doktora, a ten – kasował honorarium i albo pacjenta wyleczył, albo nie, co jeszcze w starożytności pozwoliło na sformułowanie opinii, że lekarze są najszczęśliwszą grupą zawodową na świecie, bo ich sukcesy opromienia słońce, a ich porażki skrywa ziemia. Przez co najmniej 30 stuleci jakoś to funkcjonowało, aż wreszcie nadszedł czas reformowania. Zaczęło się od tego, że pacjentów zaczęło leczyć „państwo”, rabując pod tym pretekstem obywatelom pieniądze. Tak było za pierwszej komuny, ale okresie naszej sławnej transformacji ustrojowej nadszedł czas reformowania. Pierwsza reforma została przeprowadzona w roku 1997, za rządów charyzmatycznego premiera Buzka. Polegała ona na tym, że państwo postanowiło leczyć pacjentów za pośrednictwem 16 terytorialnych Kas Chorych i 17-tej – mundurowej. One dysponowały pieniędzmi uprzednio zrabowanymi podatnikom pod pretekstem, że państwo będzie ich leczyć, no i oczywiście same też się z tych pieniędzy utrzymywały. Rząd charyzmatycznego premiera Buzka zadbał o to, by wynagrodzeni posadami w Kasach Chorych członkowie zaplecza politycznego AW”S” i Unii Wolności, nie mogli być z tych posad usunięci nawet po zmianie rządu. Tej reformie przyświecało hasło, by „pieniądze szły za pacjentem” – no i szły, tylko niestety w takiej odległości, że nie tylko wzrokowy, ale wszelki kontakt między tymi pieniędzmi i pacjentami został zerwany. Ale bo też reforma nie była przeprowadzona w interesie pacjentów, tylko po to, by zaplecze partii politycznych mogło doić Rzeczpospolitą. Identyczna intencja przyświecała kolejnemu rządowi utworzonemu w roku 2001 przez Leszka Millera. Nie mogąc powyrzucać z posad w Kasach Chorych członków zaplecza politycznego wrogich partii, nie miał innego wyjścia, jak dokonać kolejnej reformy. Zlikwidował tedy Kasy Chorych, a na ich miejsce powołał Narodowy Fundusz Zdrowia z 16 oddziałami terenowymi, w których posady dostali odpowiedni ludzie. I tak było aż do dzisiaj, ale dzisiaj służyć pacjentom na dobrych, państwowych posadach najwyraźniej zapragnęli nowi ludzie, toteż tylko patrzeć, jak sektorem ochrony zdrowia wstrząśnie kolejna reforma. Narodowy Fundusz Zdrowia zostanie zlikwidowany, a pieniądze – te same, co to miały „iść za pacjentem” – zostaną „poprzez budżet” przekazane „do określonych placówek zdrowotnych” w województwach, gdzie odpowiednie posady zajmą odpowiedni ludzie, to znaczy tacy, którym dobro pacjenta leży na sercu. Wszystko to ma się dokonać już w przyszłym roku…” (Stanisław Michalkiewicz – W perspektywie kosmicznej)

podobne: Efekt „państwa opiekuńczego” – rządowe dofinansowanie do grzechu. NFZ należy leczyć wolnym rynkiem a bezpłodność naprotechnologią. „Kult Świętego Spokoju” i „Kara śmierci za niezaradność” (o aborcji). oraz: Chora „służba zdrowia”. Radomskie szpitale toną w długach ale główny problem władzuchny to prof. Chazan. Komentarz Michalkiewicza i Ziemkiewicza. Prawdziwe oblicze „in vitro”

„…Cóż to jest takiego – te „ubezpieczenia społeczne”? Jest to rodzaj hazardu. Obywatele zakładają się z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych, że będą żyli długo, podczas gdy Zakład Ubezpieczeń Społecznych zakłada się z nimi, że będą żyli krótko. Jeśli obywatele żyją długo, no to wygrali – a ściślej – wydaje im się, że wygrali. Jeśli żyją krótko – to wygrał Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Warto zwrócić uwagę, że ZUS jest agendą państwową, więc tak naprawdę, to państwo jest zainteresowane tym, żeby obywatele żyli jak najkrócej. A nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że państwo, posługujące się zbrojnymi bandami, nazywanymi „tajnymi służbami”, których członkowie, w poczuciu całkowitej bezkarności, jako że wcześniej zapewnili sobie posłuszeństwo swoich konfidentów, pieczołowicie poumieszczanych w organach władzy i administracji, w organach ścigania i niezawisłych sądach, którzy w dodatku doskonale wiedzą, że swoją pozycję zawodową, społeczną i materialną zawdzięczają przetrwaniu bezpieczniackiego fundamentu, na którym cała ta konstrukcja się opiera, gotowi są na wszystko – że to państwo ma bardzo wiele instrumentów, by ten efekt osiągnąć, oczywiście bez informowania o tym samych zainteresowanych – bo i po co? „Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy!” – śpiewał Wojciech Młynarski. Skandaliczne w tym wszystkim nie jest to, że przedmiotem hazardu jest życie, ale to, że ludzie do takiego hazardu są zmuszani. A są zmuszani, bo w przeciwnym razie żaden przytomny człowiek takiej umowy by nie zawarł. Bo taka umowa zawierałaby po stronie obywatela zobowiązanie, że będzie przez co najmniej 35 lat przekazywał ubezpieczalni około 50 procent swojego dochodu, w zamian za co ubezpieczalnia obieca mu, że „ kiedyś coś ci damy”. „Kiedyś” – bo Sejm może zawsze zmienić wiek uprawniający do nabycia uprawnień emerytalnych i właśnie to zrobił oraz „coś” – bo podobnie może zmienić sposób naliczania świadczenia. Któż może wiedzieć, co będzie za 35, czy 40 lat? Krzysztof Dzierżawski opowiadał kiedyś historię swego dziadka, który – jak poddany austriacki – zaczął wpłacać składki emerytalne w Galicji, w zamian za co C-K Monarchia obiecywała mu kiedyś tam emeryturę. Ale w 1918 roku C-K Monarchia się rozpadła i dziadek zaczął płacić składki emerytalne Rzeczypospolitej Polskiej, która… – i tak dalej. Niestety w 1939 roku Adolf Hitler „napadł” na Polskę, podczas gdy Józef Stalin tylko do niej „wkroczył”, w następstwie czego dziadek stał się mieszkańcem Generalnego Gubernatorstwa, które pobierało od niego składkę emerytalną, w zamian za co… – i tak dalej – o ile oczywiście by dożył wymaganego wieku. Ale Hitler wojnę przegrał, w następstwie czego dziadek, nie ruszając się z miejsca, został obywatelem kolejnego państwa w postaci Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej – i dopiero ona, pobrawszy uprzednio wiele składek, wreszcie wypłaciła mu emeryturę – oczywiście całkiem inną niż ta, obiecywana przez C-K Monarchię. Obecnie Polska Rzeczpospolita Ludowa została zastąpiona przez III Rzeczpospolitą, która też sprawia wrażenie organizacji przestępczej o charakterze zbrojnym, więc w zmuszaniu przez nią swoich obywateli do hazardowania się w sprawie swego własnego życia nie ma niczego osobliwego.

I wydaje się, że właśnie ta okoliczność legła u podstaw przywiązania do „kompromisu” – jakie dało o sobie znać 6 października. Rzecz w tym, że ten „kompromis” jest jednym z elementów podstawy kalkulacji finansowej, na jakiej cały system ubezpieczeń społecznych się opiera. Dramatyzmu całej sytuacji dodaje okoliczność, że poprzedni rząd ukradł 130 miliardów złotych z Otwartych Funduszy Emerytalnych, żeby sztucznie rozciągając w czasie bankructwo systemu ubezpieczeniowego, ukryć ten fakt przed obywatelami, no a teraz szykuje się „przejęcie” reszty, jaka jeszcze została, więc nic dziwnego, że w tej sytuacji każda zmiana pociągająca za sobą ubezpieczeniowe konsekwencje, może okazać się katastrofalna w następstwach. Zwrócił na to uwagę jeszcze w latach 90-tych francuski profesor chorób płucnych Lucjan Israel, wyjaśniając, że wydatki ubezpieczalni na opiekę nad człowiekiem w ostatnich 6 miesiącach jego życia, są wyższe, niż wydatki na tego samego człowieka przez cały wcześniejszy okres jego życia. Nic zatem dziwnego, że w ciągu tych ostatnich 6 miesięcy ubezpieczalnię tak boli, że już nie może tego wytrzymać – wskutek czego we wszystkich krajach, w których system ubezpieczeniowy zbliża się do bankructwa, nasila się aprobowana przez rządy propaganda eutanazji…” (Stanisław Michalkiewicz – Zakład Ubezpieczeń Społecznych)

ZUS jest agendą państwową i jest zainteresowany, byśmy żyli krótko! – Stanisław Michalkiewicz, fragment spotkania „Jakich reform Polska potrzebuje?” w Chrzanowie, 01.10.2016 r.

podobne: Znowu Ukradli Składki. Plan Morawieckiego podstawą III rozbioru OFE, czyli o tym jak PIS dokończy „reformę emerytalną” zaPOczątkowaną przez Rostowskiego (dla ratowania piramidy finansowej i POdreperowania budżetu)

„…polska rodzina jest albo słaba, albo nie ma jej w ogóle. Polską rodzinę i jej majątek, a także możliwość kooperacji z innymi rodzinami zniszczyli socjaliści, wprowadzając na miejsce zdrowej społecznej tkanki porozumienia rodzin o charakterze wybiórczym. To znaczy oni swoje porozumienia i kontakty zostawili, a całą, trwającą od setek lat strukturę unieważnili.

…wiele rodzin zaadaptowało dla swoich potrzeb hierarchie państwowe i nieźle się tam urządziło. To prawda, ale podstawą owej potęgi nie był już majątek, wiara i mariaże, ale udział w grupowych rozstrzeliwaniach, denuncjacjach i śledztwach połączonych z torturami. To spoiwo scementowało wiele rodzin mieszkających w Polsce tak mocno, że do dziś, po śmierci ich ojców założycieli, więzi te są nie do rozerwania. Dowodem na to jest choćby film o Brystygierowej, który ma za zadanie stworzyć jej legendę i zbudować jakąś tam podstawę do bezpiecznej egzystencji, potomków nie tylko jej, ale także wszystkich innych z jej pokolenia i resortu.

Ta czarna siła ma swoje emanacje na niższych piętrach hierarchii i my dobrze wiemy o co chodzi. Po wojnie, to nie państwo było silne rodzinami, która rozpoznawały się i potrafiły zorganizować, ale odwrotnie, rodzina stawała się silna, bo jej członkowie robili kariery w strukturach państwa. Dlaczego sąsiedzi są ważni? Bo wujek Bolek jest milicjantem w Warszawie. No, a inni sąsiedzi też są ważni, bo ciocia Jadzia jest skarbnikiem w gminie, a jej syn poszedł na księdza. Ktoś zaś ma księdza w rodzie, tego bida nie ubodzie, jak się mawiało w naszych okolicach. Kariery w hierarchii Kościoła były równie ważne, choć inaczej niż kariery państwowe. Ktoś powie, że nie było innego wyjścia. To prawda, ale nie jest to żadne usprawiedliwienie. Państwo bowiem powojenne było jedynie protektoratem, a także powstało dzięki temu, że udało się mu zniszczyć naturalną strukturę społeczną kraju. I jeszcze raz powtórzmy – winą za to obarczyć należy socjalistów. Dlaczego ich? Ponieważ oglądając świat przez pożyczone, różowe okulary, realizowali nie swój program dewastując wszystko wokoło i przyczyniając się w ten sposób do uzależnienia dużych grup ludzi od sił obcych. Robotnik nie wyzwoli się z przymusu pracy dzięki socjalistom, on może co najwyżej stać się targetem sprzedażowym dla konsorcjów, które muszą zapewnić sobie płynność na rynku akcji dystrybuując różne produkty wśród mas. Pieniądze, które się robotnikowi powierza w ramach polepszania jego losu, nie są jego własnością, ale są mu jedynie powierzane na bardzo konkretny cel. W czasach dzikiego kapitalizmu rodziny robotnicze wynagradzane były w naszych okolicach srebrem. Dziś dostają papier, którego starcza w sam raz na zakupy w Biedronce. Na wszystkie inne dobra, przyziemne w istocie, które nazywane są przez socjalistów luksusowymi, musi pożyczać w banku stając się tym samym własnością tego banku. Tak to wygląda. Socjaliści uwielbiali posługiwać się takimi metaforami – robotnik jest niewolnikiem kapitalisty, chłop zaś pana feudalnego. No tak, ale nawet jeśli w to uwierzymy, okaże się, że wtedy przynajmniej ludzie ci znali swojego pana i wiedzieli na co go stać. Dziś nie mają pojęcia kto nim jest. I nie dowiedzą się tego nigdy…” (coryllus – Siła polskich rodzin)

podobne: Polityka prorodzinna okiem libertarianina, czyli „Bez retuszu” 5.07.2015. NIK „w Polsce polityka prorodzinna praktycznie nie istnieje” a także: Wspólny mianownik CETA, GMO, i Zbioru Zastrzeżonego IPN czyli o kosztach wojny między korporacjami jakie ponoszą społeczeństwa państw niepoważnych. O zgodzie między socjalistami. Jaką Polskę zostawimy przyszłym pokoleniom? oraz: Utrata suwerenności czyli… Polska krajem neokolonialnym. Samoobrona rodzinna (Panel dyskusyjny XII Kongresu Konserwatywnego). Poszukiwany autorytet do walki z totalitaryzmem socjaldemokracji i to: W kolejną rocznicę „odzyskania niepodległości” kilka słów o jej dysponentach na zlecenie rewolucji czyli psuciu młodzieży na koszt jej rodziców.

„…W 1992 roku Janusz Korwin-Mikke zaproponował z mównicy sejmowej, aby wprowadzić do konstytucji zakaz uchwalania budżetu z deficytem. Niestety, pomysł polityka został przez pozostałych posłów wyśmiany, a dzisiaj przychodzi nam zmagać się z konsekwencjami ich decyzji. Dzięki deficytowi (czyli wydawaniu większej ilości pieniędzy, niż udało się zebrać w podatkach), rząd może finansować dodatkowe programy socjalne, zatrudniać kolejnych urzędników czy zwiększyć skalę inwestycji strukturalnych. Wszystko ma jednak swoją cenę. Oprócz oczywistych następstw, czyli zwracania pożyczkodawcom kwoty większej niż wartość pożyczki – w postaci odsetek od obligacji, uzależnienie państwa od zewnętrznego finansowania ma szereg konsekwencji politycznych...” (o czym więcej tu: Trader21: Obligacje rządowe gwarantem straty. Inflacja i dewaluacja jako narzędzie walki z długiem. W czyich rękach spoczywa polski dług, i czy krach finansów publicznych zakończy się eutanazją?)

„…„Będziesz pożyczał innym narodom, a sam od nikogo nie będziesz pożyczał. Będziesz panował nad innymi narodami, a one nad tobą nie zapanują”. Szkoda, że nie pamięta o tym Balcerowicz prezesa Jarosława Kaczyńskiego w osobie pana wicepremiera Mateusza Morawieckiego („nasz Balcerowicz jest lepszy!”), który cały swój zbawienny plan renacjonalizacji gospodarki zgodny z programem przedwojennej sanacji, zamierza oprzeć na pieniądzach pożyczonych, podobnie jak w swoim czasie uczynił to Edward Gierek, za którym do dzisiaj wzdychają nieutulone w żalu szerokie masy. Jak powiedziała czarownica wbijana na pal – miłe złego początki – ale co z tego, kiedy koniec zawsze żałosny, o czym Edward Gierek mógł osobiście przekonać się już po kilku latach to znaczy – w roku 1976, kiedy przyszło do spłacania długów i zbuntowanemu ludowi trzeba było aplikować „ścieżki zdrowia”. Mniejsza zresztą z tymi wspominkami, bo chodzi przecież o populismus, od którego wszystko się zaczęło…” (Stanisław Michalkiewicz – Dodatnie plusy populismusa)

„…po raz kolejny okazuje się, że jak to w swoim czasie ujmowali klasycy poprzedniego reżimu: „są takie granice, których przekraczać nie wolno” i generalnie „nie ma odwrotu od socjalizmu”. W tym duchu wypowiadają się niestety autorzy wiodących projektów, mających składać się na całokształt „dobrej zmiany”, pan minister od rolnictwa zatroskany perspektywą „powrotu obszarników”, pani minister edukacji zaniepokojona „wyciekaniem dzieci z systemu” (poprzez szkolnictwo domowe), czy pan wicepremier-minister-od-już-prawie-wszystkiego, Morawiecki-junior, który opowiada o elektrycznych samochodach niczym Baryka-senior o szklanych domach.

Wiara, rodzina i własność Polaków pod rządami PiS pozostają więc bezpieczne, ale przecież tylko w „rozsądnych” granicach. Granice rozsądku przekraczałoby bowiem traktowanie tych wartości jako pryncypialnych i nienaruszalnych, bo wszak pryncypialne znaczenia mają nadal zasady „centralizmu demokratycznego”, „demokratyzmu socjalistycznego” (w nowym opakowaniu retorycznym) i jeszcze na dokładkę „zrównoważonego”, pardon, „odpowiedzialnego rozwoju”. To są niestety frazesy wywodzące się bynajmniej nie z XX-wiecznych tradycji sowieckiego i post-sowieckiego zniewolenia, ale znacznie głębiej zakorzenione w tym, co na Żoliborzu do dziś traktuje się z szacunkiem i z powaga wymawia, a mianowicie w „postępowych tradycjach inteligencji polskiej”. A do tradycji tych należało wszak periodyczne składanie sprawy polskiej na ołtarzu światowej rewolucji, co się do dziś przykrywa lelewelowskim frazesem: „Za wolność waszą i naszą”, nieodłącznie sprzężone z liczeniem na interwencję „aliantów zachodnich”.

Realny sens i skutek takich rachub najlepiej chyba podsumował Bolesław Prus, który wprowadzając na karty „Lalki” starego subiekta Rzeckiego kazał mu niezłomnie wierzyć, że „przecież Napoleon nas nie opuści”. Ironia Prusa nie została najwyraźniej doceniona przez kolejne pokolenia, skoro dziś cała formacja geostrategów o horyzontach starego Rzeckiego wytycza po raz kolejny kierunki naszej polityki zagranicznej. Zadedykujmy im konkluzję tego wątku w „Lalce”: „I cóż się stało?… Świat nie poprawił się, Napoleonidzi wyginęli, a właścicielem sklepu został Szlangbaum”…” (Grzegorz Braun: Patriotyczne samozaoranie)

Wszak czy to Niemiec czy to Żyd
czy “Unia” czy też “finansjera”
nie znać tej prawdy dziś to wstyd
więc tylko głupi się zapiera
– Państwo swój procent zawsze ma
od konsumenta… tfu!… frajera!

…Zapamiętajmy więc dobrze tę gorzką prawdę Pana Morawieckiego że „Posłowie wykonują bardzo ciężką pracę i od 20 lat nie mieli regulacji wolnej od podatku. Doceńmy ciężką pracę polityków”… a że ta praca związana jest z rabunkiem rodaków na niewyobrażalną skalę, w imię lokalnych polityczno-partyjnych interesów wysługujących się na dodatek obcym kolonizatorom (i lichwiarskiej międzynarodówce), to już całkiem inna historia… (Odys)

Adam Wycichowski niewolnik - obieg zamknięty

Adam Wycichowski niewolnik – obieg zamknięty

„W przedszkolu naszym nie jest źle” czyli… o jedynie słusznej misji publicznej PISu w „narodowych” mediach i w gospodarce (by znowu było jak za Gierka)


rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

„…Dla każdego jasne jest, że telewizja polska, obojętnie czy będzie w niej panował system producencki czy jakiś inny służy temu jedynie, by środowiska znajdujące się przy władzy mogły przewalać budżety. PiS ponieważ jest partią patriotyczną, jako pierwsze ugrupowanie zdecydował się umasowić telewizyjną jumę i chce zmusić ludzi, nawet tych, co jak ja, telewizora nie mają, by płacili abonament. Nikt, nawet Toyah nie przekona mnie, że jest to słuszne. Nie jest, bo ci ludzie, którzy mają telewizję robić, obojętnie – na zewnątrz czy na Woronicza, nie myślą o telewizji i programach. Oni myślą wyłącznie o lokowaniu kasy wydrenowanej z tej instytucji, co odbywać się może na różne sposoby. Z faktu, że Targalski zarzuca Karnowskim chęć okradzenia budżetu telewizji możemy się tylko pośmiać, podobnie jak z zarzutów, że Kurski zatrudnił w TVP niejakiego Sufina z TVN i kilku jeszcze kolegów, co się nie podobają Targalskiemu. On sam jest synem autora biografii Ludwika Waryńskiego i to w mojej ocenie wyczerpuje jego możliwości dyskusyjne. No, a zarzut, że Kurski nie dał szansy młodym jest już całkiem kuriozalny. Jeśli bowiem tak Targalskiemu zależy na obecności tych młodych, co ich Rachoń wyselekcjonował na antenie, niech ich weźmie Sakiewicz i da im szansę w TV Republika. Nie? Dlaczego nie….odświeży się krew, będzie nowa jakość, a z nią przyjdzie sukces…

Słowa zaś „zgniły światek telewizyjny” brzmią w ustach Tragalskiego naprawdę ciekawie. Zgniły światek…

Nie mam zamiaru bronić Karnowskich, którzy ponoć próbowali zantagonizować prezesa Kaczyńskiego ze środowiskiem Gazety Polskiej. Uważam po prostu, że kłótnie tych ludzi demaskują ich ostatecznie. Niczego się po nich nie spodziewałem i niczego się nadal nie spodziewam. Nie chcę tylko, by mi chyłkiem wyciągali pieniądze z kieszeni, ponieważ ja nie zamierzam korzystać z ich usług. Nie mam na to ochoty i już. To są handlarze najgorszego gatunku, sprzedawcy aparatów słuchowych w kolorze fioletowym i rozlutowanych garnków po 10 tysięcy za komplet. Kiedy czytałem, przygotowywany dla najnowszego nawigatora tekst o żydowskich handlarzach niewolników w XVII wieku cały czas miałem przed oczami Sakiewicza i jego kolegów z redakcji. Nie wiem zupełnie dlaczego, chyba przez to, że opisy przysposabiania niewolników do sprzedaży bardzo żywo przypominały to, co Targalski mówi o jakości programów telewizyjnych. Otóż taki handlarz sobie tylko znanym sposobem mógł ze starego, głuchego kozaka zrobić muskularnego młodzieńca, w zasadzie bez zarostu. Targalski z pewnością zna podobne metody. Puści nam raz jeszcze „Stawkę większą niż życie” ze zmienioną listą dialogową. Kloss będzie opowiadał o legionach i Piłsudskim, a Burnner o tym samym tylko z drugiej strony, może wspomni też jak próbował zdawać do wiedeńskiej Kriegschule, ale się nie dostał i po aneksji poszedł do gestapo, bo dobrze płacili. Nie wierzycie, że oni są do tego zdolni? Poczekajcie. Kurski już przerabia zramolałych dziadów w podskakujących wesoło młodzieńców, widać to dokładnie w studio Yayo. A Wolski wręcz stręczy sam siebie i usiłuje pokazać jaki z niego kozak…” (coryllus całość tu: Prawica zjednoczona)

Kurski i Raczyńska są z nadania a teraz będzie konkurs. Kurski też w nim wystartuje. Dzisiaj sobie trochę pogadałam. Dowiedziałam się, że Kurski miał tylko zadanie oczyścić telewizje z komuchów. Zadanie podobno wypełnił znakomicie. Na moje pytanie czemu ten program jest gorzej niż słaby usłyszałam, że on ma trafić do tej większej ilosci odbiorców tzn. głupców. Jak by im się pokazało coś lepszego niż np. „z tyłuwizji” to by nie zrozumieli. A więc trzeba schlebiać tym gustom. Delikatnie próbowałam podpowiedzieć, że może warto byłoby te gusta podciągnąć trochę wyżej. Usłyszałam, że się na tym kompletnie nie znam – to tak nie działa. Ja nie mam przyjemności tego oglądać a te nienażarte świnie dalej sciągają z mojej lichej emerytury niepłacony od 18 lat abonament. Na podstawie umowy z 1972 r. Tak to działa!

„…Teraz my wszyscy będziemy poddani takiej obróbce. Bo państwo wychowawcy muszą nam opowiedzieć, a sobie udowodnić, że mają wrodzone predyspozycje do wychowawstwa. W tym celu należy zrobić pierwszy krok, którym jest odpowiednie spozycjonowanie wychowanków. Zrobienie z nich durniów po prostu. Reszta idzie już łatwo i bez kłopotu. Kiedy wszem i wobec ogłosi się, że podopieczni to kretyni, metody jakie zostaną wobec nich zastosowane będą przypominały pruską szkołę, we wczesnym okresie fryderycjańskim, jeszcze przed wojną siedmioletnią. Punkt pierwszy regulaminu brzmi – nigdy nie należy kwestionować kompetencji wychowawcy. I my to widzimy gołym okiem. Nie można tego czynić, a ten kto podejmuje takie wyzwanie nie rozumie po prostu nowych czasów. Ktoś rzeknie, że to prawie tak jak za komuny? A dlaczego prawie? To jest dokładnie tak jak za komuny, tyle, że komuna miała dla ciemnego ludu jakieś propozycje. Jak ktoś był bardzo zdolny i podpisywał różne kwity mógł zostać nawet kaowcem w domu kultury. Dziś o żadnych karierach mowy być nie może. Bo układ – wychowawcy i wychowankowie – będzie zabetonowany i ma mieć cechy trwałe. Oczywiście są to mrzonki. Nie można nadać temu układowi takich cech, wie to każdy kto był na koloniach. Po tygodniu okazuje się, która wychowawczyni chodzi do pokoju ratownika po nocy, która płacze w kącie, bo jej koleżanka od serca nie ma dla niej czasu, kto podkrada różne rzeczy ze stołówki, a kto z wychowawców uwielbia towarzystwo małych dziewczynek i bawi się z nimi w różne gry. I tu będzie podobnie, a właściwie już jest. To co wczoraj wyciągnięto z czeluści internetu na temat pani Raczyńskiej zwala po prostu z nóg, szczególnie ten opis ślubu, który nie był ślubem, ale czymś w rodzaju pogańsko-judaistycznej uroczystości przypominającej nieco dionizja, zakończonej tłuczeniem kieliszka w szmatce. Jestem więc spokojny o to, że Raczyńska nie zostanie żadnym prezesem, a jej wytypowanie to po prostu jakaś zagrywka, która ma ustawić od nowa hierarchię w grupie wychowawców…” (coryllus, całość tu: W przedszkolu naszym nie jest źle)

Niedaleko pada jabłko od jabłoni chciałoby się powiedzieć. I nie ma tu żadnej różnicy czy to jabłko jest całkiem czerwone czy tylko trochę. Liczy się fakt że z tego samego drzewa spadły. Chciałem w związku z powyższym przypomnieć wyborcom „dobrej zmiany” że kiedy niejaki Lis powiedział publicznie o (tele)widzach następujące słowa:

„…Jestem wystarczająco inteligentny żeby pracować w telewizji, ale nie żeby ją oglądać […]. Nie możemy mówić poważnie, bo poważnie to znaczy nudno. A nudno, to te barany wezmą pilota i przełączą […]. Widz w Polsce wybaczy wiele, bardzo wiele. Ale jednego nigdy, przenigdy nie wybaczy- tego, że go potraktujemy poważnie […]. Ludzie nie są tacy głupi jak nam się wydaje, są dużo głupsi…”. (więcej tu: Tomasz Lis o widzach telewji)

…wielu „prawomyślnych” było oburzonych, i używało potem tego „wyznania” jako dowodu na bezprzykładną butę, bezczelność i chamstwo tak redaktora jak i środowiska któremu się wysługiwał. Mało kto zastanawiał się nad prawdziwością/zasadnością tego wyznania, lub choćby nad tym co w takim razie reprezentują sobą ludzie którzy bez skrupułów zlecają i nadzorują tego rodzaju „rozrywkę” w ramach jakby nie patrzeć państwa. Nikt też nie podnosił postulatu by w związku z powyższym odebrać władzy możliwość uprawiania tego rodzaju praktyki za publiczne pieniądze.

To że Pan redaktor Lis nie udawał kogoś kim nie jest i nazwał rzecz po imieniu stawia niestety jego następców w dużo gorszym świetle, ponieważ robiąc dokładnie to samo co Pan Lis udają oni przed Polakami że robią coś innego (lepszego od poprzedników). Nie wiem jak się z tym czują wyborcy/wyznawcy „dobrej zmiany” (i czy zamierzają wyciągnąć z tego wnioski), ale uważam że być lżonym przez „swoich” jest dużo bardziej upokarzające jak być lżonym przez wrogów. Mogę się jednak mylić z braku właściwej perspektywy, którą za moje pieniądze próbują mi przedstawiać godni następcy Kraśków w postaci Rachoniów i innych „niepokornych” postaci „narodowych mediów”. Nie należąc bowiem do oglądaczy propagandy „dobrej zmiany”, mogę mieć wypaczony pogląd na jej „wizję dla Polski”, która właśnie z tego powodu (nie tylko od tyłu) zalatuje mi po prostu zgniłym YaYo… I całe szczęście bo dzięki temu nie muszę się wstydzić za swoje polityczne wybory… (Odys)

podobne: „Teraz K…. My!” czyli… O wchodzeniu w koleiny wyżłobione przez poprzednie rządy. Czy Polak już zawsze będzie partyzantem we własnym państwie? Nie bójmy się myśleć o tym Jakich reform Polska potrzebuje. Wyborczy pluralizm w „nowych” mediach. oraz: O „Lisie łańcuchowym” i innych „hienach”…

„…najcięższa w naszym nieszczęśliwym kraju jest dola przedsiębiorców. Nie tylko są bezlitośnie wyzyskiwani przez Umiłowanych Przywódców, którzy właśnie z pasożytowania na przedsiębiorcach czerpią główne dochody z okupacji biednej ojczyzny, ale w dodatku nieustannie stawiani w stan podejrzenia przez rozmaite moralne autorytety, a nawet oskarżani o wszystkie możliwe przywary…

…W sytuacji, gdy nawet pan wicepremier Morawiecki przyznaje, iż ponad 70 procent obowiązujących u nas praw pochodzi z dyktatu Brukseli, ludzie mający poczucie odpowiedzialności za swoje rodziny, za swoje przedsiębiorstwa i za gospodarkę narodową, nie mają innego wyjścia jak zejść do konspiracji czyli tak zwanej „szarej strefy” Jeśli wierzyć danym statystycznym, to około 30 procent Produktu Krajowego Brutto, a więc tego, co w Polsce zostało wytworzone i sprzedane, powstaje w „szarej strefie”, czyli w konspiracji przed Umiłowanymi Przywódcami, którzy, – gdyby im tylko pozwolić – roznieśliby na ryjach całą Polskę w mgnieniu oka. Dzięki odwadze i poświęceniu przedsiębiorców, gospodarka polska, wbrew wszystkim idiotyzmom forsowanym pod pozorami legalności, właśnie dzięki tej konspiracji jako-tako funkcjonuje, dostarczając naszemu narodowi ekonomicznych podstaw egzystencji. Obecny rząd odgraża się, że zlikwiduje szarą strefę między innymi przez „uszczelnianie systemu podatkowego”. Miejmy nadzieję, że to mu się nie uda, bo trzeba pamiętać, iż „szara strefa” nie polega wcale na okradaniu bliźniego swego, tylko na omijaniu idiotycznych przepisów, nazywanych nie wiedzieć czemu „prawem”. Gdyby bowiem mu się udało, to trzeba by pożegnać się z ostatnią nadzieją. Tylko ostatni cymbał bowiem może uwierzyć, że najlepszymi organizatorami gospodarki narodowej będą urzędnicy, to znaczy ludzie, których jedyną, a w każdym razie – najważniejszą umiejętnością, jest wyszukiwanie sobie synekur, a więc lukratywnych stanowisk nie związanych z żadną odpowiedzialnością. W swojej wojnie z przedsiębiorcami Umiłowani Przywódcy, wspierani przez stada autorytetów moralnych, nie cofają się przed żadną podłością, wśród których na czołowe miejsce wybijają się oskarżenia przedsiębiorców o „egoizm”. Te oskarżenia często kolportują ludzie, którzy nigdy w życiu nie zarobili nawet złotówki uczciwą pracą. Praca uczciwa, czyli potrzebna to taka, za którą inny człowiek gotów jest dobrowolnie zapłacić. Tymczasem – jak zauważył amerykański ekonomista Maurycy Rothbard – tylko funkcjonariusze publiczni swoje dochody wymuszają siłą, podczas gdy wszyscy inni, jeśli chcą uzyskać dochód, muszą wyświadczyć innym ludziom jakieś dobro; sprzedać im coś, czego tamci potrzebują, ugotować im obiad, wyleczyć z choroby, przewieźć z miejsca na miejsce, popilnować dzieci itd…” (Stanisław Michalkiewicz)

podobne: Konspiracja w odpowiedzi na przemoc – Stanisław Michalkiewicz oraz: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność. polecam również: Stanisław Michalkiewicz: Państwo jako nowotwór złośliwy i to: Solidarni z mafią, czyli zaległym VATem w przedsiebiorcę

Jakiś czas temu lotem medialnej błyskawicy obiegła Polskę informacja o tym, jak to nasi dzielni „umiłowani przywódcy” rencami swoich najdzielniejszych z dzielnych tj. służb w postaci funkcjonariuszy katowickiego CBŚP + Generalny Inspektor Informacji Finansowej + UKS z Katowic i Bydgoszczy (a wszystko to pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Gliwicach) rozbili szajkę „podatkowych oszustów” którzy za pomocą tzw. „złotej karuzeli” mieli czelność nie tylko nie podzielić się swoim zyskiem z tzw. „państwem”, ale jeszcze je okradli wyłudzając VAT i narażając tym samym Skarb Państwa na „stratę” około 140 milionów złotych. Sprawa jest rozwojowa bo podobno gang handlował nieistniejącym towarem przez 60 „fikcyjnych” firm, w których dodatkowo prano zarobione w ten sposób brudne pieniądze (nie wiadomo dlaczego brudne skoro państwo się do nich przyznaje jak do straty 🙂 ).

Pomijając sam fakt że brak wpłaty jakiegokolwiek podatku do „kasy państwowej” nie jest żadną stratą (tego rodzaju logiką rządziła się kiedyś tylko mafia) a co najwyżej brakiem przychodu (bo nie można stracić czegoś czego się nie posiada), to chciałbym (po raz kolejny) przypomnieć że wszelkiego rodzaju wyłudzenia i „biznesy” o którym mowa, których zwalczaniem zajmują się prokuratura, policja i służby specjalne są możliwe wyłącznie dlatego, że państwo tworząc bzdurne przepisy (których potem prawidłowe wykonanie ktoś inny musi nadzorować a jeszcze inny egzekwować kiedy zostaną naruszone albo wykorzystane do „nielegalnego” zysku) samo niejako daje podwaliny i prowokuje „przedsiębiorczych” obywateli do „łamania prawa”. O ile można to tak nazwać, bo póki co to wygląda i działa jak lewo. A przecież wystarczyłoby zlikwidować wszystkie podatkowe odpisy i nikt nie mógłby nawet pomyśleć o wyłudzaniu czegokolwiek. Skoro państwo tak bardzo chce ulżyć podatnikom to czemu w miejsce odpisów/zwrotów nie wprowadzi po prostu niższych podatków. Czemu zamiast rozwiązania problemu kreuje dogodne warunki do popełniania przestępstw. Komu to tak naprawdę służy? Odpowiedź jest prosta – aparatowi państwa, które dzięki tej kryminalizacji ma pretekst do poszerzania swoich „kompetencji” w ramach kontroli, nadzoru i ścigania każdej działalności w której zobaczy zysk dla „skarbu państwa”… (Odys)

„…epoka Gierka, jeśli odcedzić z niej marksistowsko-leninowskie pomyje, w największym chyba stopniu nawiązywała do przedwojennej sanacji, której celem było podporządkowanie państwu nie tylko gospodarki, ale całego życia publicznego. Wyrażał to art. 4 konstytucji kwietniowej z roku 1935, który stanowił, że „W ramach państwa i w oparciu o nie kształtuje się życie społeczeństwa”. Skoro „życie społeczeństwa” zostało w całości podporządkowane „państwu”, to nieuchronną konsekwencją takiej sytuacji było przejęcie przez „państwo” obowiązku opieki nad „społeczeństwem” – od kołyski po grób. Wprawdzie finansowanie kosztów tej opieki zostało dyskretnie złożone na barki podopiecznych, ale cała sztuka polega na tym, by jak najdłużej utrzymać ich w nieświadomości tego stanu rzeczy – również poprzez wbijanie mu do głowy idei solidaryzmu społecznego, którą najkrócej można ująć słowami poety: „Na tym się świata ład opiera, że jeden sieje, drugi zbiera.” I dopóki nie zorientują się, co i jak, dopóty „można z nimi wszystko zrobić i w każdą formę ulepić” – pod jednym wszelako warunkiem – że ktoś dostarczy kiełbasy. Doskonale rozumiał to Towarzysz Szmaciak, kiedy mówił: „więc albo dajta im to mięso, albo też im połamta kości!” Potrzeba bezpieczeństwa jest bowiem u ludzi znacznie silniejsza, niż potrzeba wolności. Wolność bowiem związana jest z ryzykiem, podczas gdy bezpieczeństwo wymaga tylko posłuszeństwa, albo przynajmniej stwarzania jego pozorów. Naprzeciw potrzebie bezpieczeństwa wychodzą tedy nie tylko politycy, ale również środowiska pretendujące do sprawowania przywództwa moralnego, pryncypialnie potępiając „liberalizm” – niestety jak zwykle „bez swojej wiedzy i zgody”, bo nie o liberalizm tu chodzi, tylko o permisywizm, a więc ideologię, która promuje swawolę bez odpowiedzialności, bo ta przerzucana jest na „społeczeństwo”, a więc – na nikogo.

Z tego właśnie powodu, gospodarczy program rządu Prawa i Sprawiedliwości nakierowany jest na renacjonalizację gospodarki, a w każdym razie – jej kluczowych segmentów. Nie ma nawet najmniejszych oznak działań zmierzających do odblokowania narodowego potencjału gospodarczego, zablokowanego nie tylko przez model kapitalizmu kompradorskiego, skutkujący wyrzuceniem większości obywateli na margines głównego nurtu gospodarki, nie tylko przez postępującą biurokratyzacje państwa, ale i przez forsowany od 2004 roku za pośrednictwem Unii Europejskiej niemiecki projekt „Mitteleuropa”, wyznaczający polskiej gospodarce rolę peryferyjnej i uzupełniającej gospodarkę niemiecką. W tej sytuacji jedynym sposobem pozyskania sympatii większości stęsknionej za Gierkiem, jest polityka rozdawnictwa. Zapoczątkował ją sztandarowy program PiS w postaci „Rodziny 500 plus”, który – jak to wypsnęło się wicepremierowi Morawieckiemu – finansowany jest z zadłużenia państwa na 20 mld złotych – a przecież nie jest to ostatnie słowo, bo w kolejce czeka program „Mieszkanie plus”, przyjęty właśnie przez rząd prezydencki projekt przywrócenia wieku emerytalnego sprzed jego podwyższenia przez rząd Donalda Tuska kosztem 7 – 8 miliardów rocznie – i tak dalej i tak dalej – bo apetyt wzrasta w miarę jedzenia…

…Jeśli tedy rządy PiS mają przetrwać aż do roku 2027, który sam prezes Kaczyński uznał za cezurę, to trzeba koncentrować się na objęciu programem rozdawnictwa możliwie wszystkich środowisk społecznych, unikając jednak nie tylko faworyzowania, ale nawet uwzględniania zaplecza politycznego. Państwo, to znaczy obywatele korumpowani własnymi pieniędzmi, będą potem płakać krwawymi łzami w babilońskiej niewoli u lichwiarzy, ale z tym większym sentymentem będą wspominali błogosławione rządy prezesa Kaczyńskiego, tak samo, jak teraz rozczulają się na wspomnienie epoki Edwarda Gierka. Skoro tak można przejść do Historii, skoro tak można utrwalić we wdzięcznej pamięci narodu nie tylko brata-bliźniaka, ale również własną osobę, to czegóż chcieć więcej?” (Stanisław Michalkiewicz – Exegi monumentum aere perennius)

podobne: Moralne i ekonomiczne konsekwencje głupoty czyli… „Dobrobyt” płacy minimalnej, średniej krajowej, bezwarunkowego dochodu gwarantowanego i programów socjalnych. Skąd się bierze bogactwo? PIS gwarantuje bankom niezatapialność (za oszczędności Polaków). oraz: Stan Tymiński: Nowy program PIS – populismus über alles i to: Od koniczka do śmietniczka czyli… „męczeństwo” klaczy ważniejsze od interesu obywateli. „Dobra zmiana” u koryta. a także: Nihil novi Winiarskiego o Komorowskim (na procesie Sumlińskiego) przemilczane przez „media”. Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta.

„…Okazuje się, że nie miał racji Józef Stalin mówiąc, że komunizm pasuje do Polaków, jak siodło dla krowy. Może tak było kiedyś, ale z czasem komunizm tak się do Polaków dopasował, że stał się jednym z elementów tożsamości narodowej. Na czym polega komunizm? Na likwidacji własności prywatnej, a w wersji złagodzonej, „socjaldemokratycznej” – na jej pozostawieniu, ale pozbawieniu wszelkiej treści, a przede wszystkim – władzy właściciela nad przedmiotem własności. Tę władzę przechwytują urzędnicy pod pretekstem dbałości o „dobro wspólne”. Oni właśnie, a więc ludzie, którzy posiedli umiejętność wyszukiwania sobie synekur, to znaczy – lukratywnych posad bez żadnej odpowiedzialności za cokolwiek, wmówili wszystkim pozostałym, że ponieważ posiedli tajemnicę „dobra wspólnego”, to właśnie im powinno zostać podporządkowane całe życie publiczne. Ten sposób myślenia, z całkowitą szczerością (idioci są szczerzy) zaprezentowała pani Elżbieta Jakubiak, w swoim czasie prawa ręka prezesa Kaczyńskiego, w rozmowie z red. Mazurkiem. Powiedziała zupełnie serio, że jej praca, polegająca na wystawianiu zaświadczeń, jest nie tylko niezbędna, ale stanowi warunek sine qua non wszelkiej działalności publicznej z gospodarczą na czele. Ten sposób myślenia podziela bardzo wielu, może nawet zdecydowana większość Polaków, a w każdym razie takie sprawia wrażenie, jakby podzielała. W rezultacie własność nie tylko w naszym nieszczęśliwym kraju, ale w całej Unii Europejskiej, gdzie rewolucja komunistyczna jest w pełnym natarciu, została nie tyle formalnie zlikwidowana, co pozbawiona treści, zwłaszcza – władzy właściciela nad rzeczą. W rezultacie mamy do czynienia z atrapą własności, podobną do orła wypchanego. Taki orzekł niby ma wszystko to samo, co orzeł żywy; skrzydła, dziób, szpony i tak dalej – ale nie lata. Likwidacja własności i podporządkowanie wszystkiego fantomowi „dobra wspólnego”, to jest komunizm. I u nas właśnie przeżywa on drugą młodość, zarówno pod rządami obozu zdrady i zaprzaństwa, jak i pod rządami płomiennych szermierzy patriotyzmu, którzy lansują komunizm w jego wersji pobożnej.

Tymczasem doświadczenie uczy, że rządy nie tylko nie rozwiązują żadnego problemy, tylko czynią je nierozwiązywalnymi…” (Stanisław Michalkiewicz – Gołąb ostatni do pana prezydenta)

podobne: Walka naszych służb z przestępczością gospodarczą i zorganizowaną to jedna wielka ściema.  oraz: Rzeczpospolita niskich płac, zawyżonych średnich i odwróconego VATu. Projekt dot. podniesienia kwoty wolnej od podatku odrzucony, ale 95 mln zł na nagrody w urzędach jest  a także: Fryderyk Bastiat: „Co widać i czego nie widać”. Czy podatki dają pracę? (czy może odbierają)  i jeszcze: Apetyt żyjących z podatków oraz misja na Pluton kontra „informatyzacja” ZUS czyli… skala marnotrawstwa „publicznych” pieniędzy.

Nam Zależy: „Plan Morawieckiego to morderstwo wolnego rynku!” – wywiad z Tomaszem Sommerem

IV RP kontra III RP czyli lekcja z demokracji. Sprawa Sumlińskiego, niekompetencja w MON i uchwała sejmu ważniejsza od Konstytucji. Czy Duda złożył Rzeplińskiemu propozycję nie do odrzucenia? Na czym polega postkomunizm i czy socjalista może być dobrym patriotą?


„…Usiłuje się wbić i utrwalić taką teorię, że demokracja w Polsce równa się Trybunał Konstytucyjny i być może niedługo będzie się używać zamiennie tych pojęć czyli Trybunał będzie nazywać się demokracją…” (Mieczysław Ryba)

a przecież chodzi o to że…

„Powinniśmy mieć zasady gotowe do zastosowania w każdej okoliczności” (Epiktet z Hierapolis)

tymczasem…

„Ślepy i nierozważny jest ten, co zdaje się na łaskę przypadku” (Seneka)

Z natłoku bełkotu informacyjnego jaki wylał się przez ostatnie tygodnie na głowy zainteresowanych polityką Polaków (podkreślam, bo nie wszystkich to interesuje), warto wyłowić cztery (dosłownie) najistotniejsze (moim zdaniem) sprawy, które rzutują w dość konkretny sposób na jakość (standardy) rządów które już odeszły, oraz na rządy które będą nam towarzyszyć przez najbliższe lata. I nie jest to niestety wyłącznie towarzyszenie na zasadzie jakiejś fikcji rodem z programu rozrywkowego w TV. Nie chodzi tu bowiem o standardy jako pewnego rodzaju kulturę polityczną (to akurat najmniejszy problem, łatwy do załatwienia jednym kliknięciem pilota od telewizora), ale o uchwalane właśnie prawo (jak i to które ciągle obowiązuje), które należy jak najbardziej do świata realnego ze wszystkimi tego konsekwencjami i kosztami dla nas obywateli, na teraz i na przyszłość.

Przepychanki na temat kto, co i na kiedy „planuje”, kto komu przeszkadza, co psuje, i czy zrobi to rano czy w nocy, to wyłącznie element propagandowej walki obu stron mający mobilizować poszczególne elektoraty do większej aktywności w „kibicowaniu” swoim przedstawicielom ustawowym”. Informacyjnych konkretów wynikających z tych wszystkich „działań” dla poważnie podchodzącego do spraw państwowych (i obywatelskich) Polaka nie uświadczysz. Tego typu „wiedza” i niusy, choć niejednokrotnie zabawnie formułowane przez lekkopiórych komentatorów brzmią bowiem z obu stron histerii tak samo propagandowo. Dla szarego ludzia nic z tego nie wynika inie jest do niczego potrzebne. Służy to wyłącznie dworakom i fanatykom obu obozów, by mogli upuścić napięcia ze swoich nadętych/nakręconych głów, tudzież do wyprowadzania „niezadowolonych” na ulice w celu napuszczenia ich na siebie, a być może sprowokowania jakiejś ulicznej bitki.

Jakkolwiek nie przykładać wagi do większości komentarzy płynących z obu stron barykady poprzez tzw. „media głównego nurtu” (mocno zaangażowane każde w swoją rację – zgodnie z zapotrzebowaniem obozu któremu służą) należy sobie powiedzieć wprost, że mamy do czynienia z wojną o interesy partyjne, a nie jak nam to każda ze stron próbuje przedstawić z walką o prawa obywateli. Obecna opozycja walczy o utrzymanie wpływów i bardzo ją boli odrywanie przysłowiowego „ryja od koryta”, zaś obecny obóz rządzący mocno wyposzczony po 8 latach bycia w opozycji, jako zwycięzca w „demokratycznych wyborach” dąży w sposób dla siebie naturalny do odzyskania (kosztem poprzedników) jak największej władzy, stołków, praw i przywilejów. Tymczasem retoryka tak jednych jak i drugich nie dotyczy istoty rzeczy, o której pisze Pan Michalkiewicz… (Odys)

„…dopiero konflikt, jaki w naszym nieszczęśliwym kraju rozgorzał na tle zagrożeń demokracji, pozwolił zobaczyć, ilu na świecie jest durniów, a przynajmniej – ilu jest hipokrytów. Rzecz w tym, że w demokracji – jak wiadomo – decyduje Większość, bo demokracja kieruje się zasadą: im większa Liczba, tym słuszniejsza Racja. Jest to nic innego, jak tyrania Większości. Tymczasem banda idiotów, z jakich składa się zdecydowana większość tak zwanych elit politycznych, nie mówiąc już o konfidentach poprzebieranych za dziennikarzy niezależnych mediów głównego nurtu, udaje że tej prostej, niczym budowa cepa prawdy nie pojmuje, albo – co gorsza – nie pojmuje jej naprawdę i bredzi coś o konieczności poszanowania przez Większość praw Mniejszości. Tymczasem taka konieczność nie tylko nie ma nic wspólnego z demokracją, ale wprost zasadę demokratyczną podważa, bo albo przyjmujemy za demokratami, że im większa Liczba, tym słuszniejsza Racja, albo uznajemy jakieś prawa Mniejszości, które trzeba respektować bez względu na Liczbę. Otóż ochrona praw Mniejszości nie wynika z zasady demokratycznej, tylko z zasady nomokratycznej (nomos to po grecku: prawo), z której wynika, że słuszność Racji nie zależy od Liczby – jak chcieliby demokraci – tylko od zgodności z nie poddającymi się żadnym głosowaniom zasadami…

…No dobrze – ale co jest praworządne, to znaczy – jaką treść powinny mieć akty prawne, by mogły być uznane za praworządne?

Na właściwy trop naprowadza nas sformułowanie języka potocznego, w jakim wspomniana ustawa byłaby skomentowana. Powiedziano by o niej, że owszem, może i jest demokratyczna, ale nie jest w porządku. To sformułowanie języka potocznego sugeruje istnienie jakiegoś porządku, który w dodatku ma charakter nadrzędny nad porządkiem demokratycznym. (…)  pierwszym warunkiem, jakiemu powinno odpowiadać stanowione prawo, to wykonalność. Prawo obiektywnie niewykonalne, nie będzie mogło wejść w życie…

prawo, żeby było wykonalne, nie może abstrahować od tego, jacy ludzie są, nie może abstrahować od naturalnych właściwości ludzi. Naturalnych – a więc takich, których nie ustanowiła żadna władza publiczna i żadna władza publiczna, nawet demokratyczna, nie jest w stanie ich uchylić. Jakie to są właściwości? Ano, ludzie mają naturalną zdolność do świadomego wybierania. Jest to bardzo ważna właściwość, nie tylko odróżniająca gatunek ludzki od innych gatunków przyrodniczych, ale będąca też warunkiem sine qua non wszelkiej odpowiedzialności. Inną ważną właściwością naturalną człowieka jest wrażliwość na piękno – z czego wynika cała kultura. Kolejną ważną właściwością natury ludzkiej jest zdolność do wytwarzania bogactwa i dysponowania nim – z czego zrodziły się cywilizacje. Ale najważniejszą właściwością, z której wynikają wszystkie pozostałe, jest życie.

Mamy zatem katalog ważnych cech ludzkiej natury, które prawo stanowione powinno respektować, żeby w ogóle było wykonalne. Ale nie tylko respektować. Ponieważ są to właściwości bardzo ważne, prawo stanowione nie powinno również w nie godzić – jeśli ma dobrze służyć ludziom, a tak chyba powinno być. Skoro tak, to musimy przełożyć te właściwości natury ludzkiej na język prawa. Jeśli chodzi o życie, nie ma z tym problemu; prawo radzi sobie językowo z życiem bez trudu. Zdolność do świadomego wybierania w języku prawa nazywa się wolnością, zaś zdolność do wytwarzania bogactwa i dysponowania nim nazywa się własnością. Ciekawe, że zdolność do odczuwania piękna nie daje się przełożyć na język prawa, chociaż takie próby były podejmowane, na przykład w postaci „socrealizmu”. Mamy zatem katalog praw naturalnych – bo żadnego z nich nie ustanowiła władza publiczna – w postaci życia, wolności i własności. Tworzą one porządek, z którym powinno być zgodne prawo pozytywne, by mogłoby być uznane za praworządne pod względem treści. Od razu widać, że jest to porządek niedemokratyczny, bo prawa naturalne z istoty nie poddają się żadnemu głosowaniu. Co więcej – przekonujemy się, że demokracja może być bezpieczna o tyle, o ile zakotwiczona jest w porządku niedemokratycznym, jakim jest porządek praw naturalnych. Widać zatem, że kwik, jaki podnosi się nie tylko w naszym nieszczęśliwym kraju i w wielu ościennych krajach w obronie demokracji w Polsce, to lament ignorantów…(Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: Obrońcom demokracji pro memoria

podobne: Konwulsje zdychającej III RP w obronie „demokratycznego państwa prawa”  i to: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii. oraz: Demokracja… czyli Dyktatura Durni. Australijczycy tracą do niej zaufanie.

A teraz przejdę do wspomnianych istotnych wg mnie kwestii, o których były jakieś wzmianki w mediach, ale nie pod tym kątem pod jakim powinny być komentowane i relacjonowane obywatelom, więc sam je skomentuję…

1. Wojciech Sumliński i wyrok na III RP.

„Wydarzenia, które do historii przejdą jako sprawa Sumlińskiego, rozpoczęły się wiosną 2008 r. Znany dziennikarz śledczy, wówczas zajmujący się przede wszystkim badaniem okoliczności mordu na ks. Jerzym Popiełuszce i niejasności związanych z późniejszym śledztwem, został poddany całej serii represji, które doprowadziły go do próby samobójczej…

Sprawa ciągnie się tygodniami, miesiącami, wreszcie – latami. Z dala od centrum Warszawy (sądy na ul. Kocjana znajdują się na dalekiej Woli, zaledwie trzy przystanki od granic miasta), a przede wszystkim z dala od zainteresowania mediów. Obserwując rozprawy od grudnia 2013 r., znam sytuacje, gdy ważne, choćby z racji problemów z pamięcią nadających się do podręczników medycyny, zeznania ministra Grasia bądź byłego szefa ABW Krzysztofa Bondaryka odbywały się bez udziału choćby jednego dziennikarza. Przez wiele miesięcy jedynym źródłem informacji o przebiegu procesu był starannie prowadzony blog Andera, później dołączyły do niego relacje na kilku portalach, a także nadawane na żywo przez autora niniejszego tekstu korespondencje na Twitterze. Do lata 2015 r., kiedy odbyło się przesłuchanie Bronisława Komorowskiego, media zainteresowały się sprawą chyba tylko raz – gdy w sądzie pojawił się Antoni Macierewicz.

Bronisław Komorowski, postać w sprawie Sumlińskiego kluczowa, czeka wciąż na wyjaśnienie swojej roli w tym zdarzeniu. Przesłuchanie, które zgromadziło większość ważnych mediów, lecz nie zostało przez nie praktycznie odnotowane, niewiele wyjaśniło.

Z zeznań świadków wiemy jedynie, że Komorowski był zainteresowany propozycją dostępu do tajnego aneksu, jaką miał mu złożyć Tobiasz. Tego, że był on centrum prowokacji wobec dawnej komisji weryfikacyjnej WSI, której ostatnim akordem jest proces Sumlińskiego, domyślać się możemy z zeznań innych osób, a przede wszystkim z wypowiedzi i książek samego Wojciecha Sumlińskiego.

Istotne dla pokazania dwuznacznej roli byłego prezydenta okazały się niedawne zeznania Krzysztofa Winiarskiego, który zeznał, że Komorowski podczas rozmowy dotyczącej spłaty zobowiązań państwa wobec powiązanego ze służbami biznesmena w zamian za przekazanie haków na polityków PiS u, pytał również o Wojciecha Sumlińskiego. W tym samym czasie zastępca szefa ABW Jacek Mąka miał proponować udział w prowokacji wymierzonej przeciwko dziennikarzowi, innemu ważnemu świadkowi – Tomaszowi Budzyńskiemu, emerytowanemu oficerowi tej agencji. Wkrótce potem doszło do zatrzymania, które stanowi oficjalny początek opisywanej sprawy…

…Wydany w środę wyrok zaskoczył. Zaskoczył z punktu widzenia praktyki sądowej Trzeciej Rzeczypospolitej. Sędzia Stanisław Zdun skazał Aleksandra L. na cztery lata więzienia bez zawieszenia, równocześnie uniewinniając Wojciecha Sumlińskiego. Wyrok był więc całkowitym przeciwieństwem oczekiwań prokuratury, uzasadnienie zaś całkowitym zaprzeczeniem jej narracji. Zdun powtórzył wszystkie pozapolityczne elementy z mów obrońców, wykazał całkowitą niewiarygodność zeznań L., a przede wszystkim nieżyjącego Leszka Tobiasza. Tobiasz jest tu głównym czarnym charakterem, autorem prowokacji, niemającym jednak żadnych dowodów. L. jest współwykonawcą, a w najlepszym razie ofiarą prowokacji Tobiasza, co jednak nie zwalnia go od odpowiedzialności za próby płatnej protekcji, jakie zostały udowodnione w postępowaniu. Na udział Sumlińskiego w tych samych próbach nie znaleziono natomiast żadnych dowodów. Czyn L. był haniebny – jak mówił sędzia Zdun – i zagrażał bezpieczeństwu kraju. Oprócz więzienia sąd zdecydował również o grzywnie, gdyż, jak zwrócił uwagę sędzia Zdun, L. nadal pobiera wysokie świadczenia. Z obawy o możliwość ucieczki skazanego za granicę zastosowano wreszcie środek zapobiegawczy w postaci odebrania paszportu…

…Jest to historyczny dzień dla polskiego wymiaru sprawiedliwości. I nie tylko dla niego, przekonaliśmy się bowiem, że człowiek, mający do dyspozycji głównie własne zasady moralne, wiarę i determinację, a przy tym wsparcie kilku podobnych sobie zapaleńców (i oczywiście najbliższych), nie jest bez szans w starciu z niepokonaną machiną zakorzenionej w PRL u niesprawiedliwości.

Równocześnie jednak jest to dzień wstydu dla większości środowiska dziennikarskiego, które przez lata próbowało sprawę zamilczeć. Obok patologii służb sprawa ta zaprezentowała dobitnie patologię mediów. Rozwój niezależnych kanałów informacji również w tym wypadku pokazał, że fałszowanie rzeczywistości nie może trwać wiecznie – niech to będzie kolejny optymistyczny wniosek ze środowego wyroku.” (Krzysztof Karnkowski • Gazeta Polska Codziennie)

całość tu: Wyrok na III RP

podobne: Komorowski ch… sałatki szkoda! czyli… rzeczy ważne i ważniejsze dla „mediów” z 18 grudnia. 6 pytań, które są zbyt proste by pozostać bez odpowiedzi ze strony prezydenta. oraz: Co kryje tajny aneks Macierewicza? Raport z likwidacji WSI oraz ANEKS do raportu a Bronisław Komorowski. Sprawa Mazura umorzona?

jest to dzień wstydu dla większości środowiska dziennikarskiego… pisze bezczelnie Pan Karnowski, który reprezentuje dokładnie to samo środowisko, tylko z innej (rzekomo „prawej i sprawiedliwej”) mańki. Wystarczy sobie bowiem przypomnieć niedawne równie haniebne przemilczanie przez tzw. „media niezależne” (do których Pan Karnowski się samozwańczo zalicza) rozprawy na której zeznawał ważny świadek w procesie Sumlińskiego – niejaki Winiarski, którego zeznania uznano publicznie w owych mediach jako NIEWIARYGODNE:

„…Milczenie środowiska PiS i związanych z nim „wolnych mediów” jest praktyką tym wielce zadziwiającą, że tuż po 30 października ukazały się dwie, niezwykle istotne wypowiedzi na temat wiarygodności świadka Winiarskiego. Ten bowiem argument – brak wiarygodności, był najczęściej podnoszony przez luminarzy „wolnych mediów” i miał rzekomo decydować o braku zainteresowania…

To raczej ci, którzy już 30 października okrzyknęli zeznania Winiarskiego „niewiarygodnymi”, nie zadbali o jakiekolwiek argument na obronę swoich twierdzeń. Ich zarzuty pod adresem świadka bardziej wyglądały na próbę usprawiedliwienia własnego asekuranctwa niż dowodziły rzetelności dziennikarskiej…” (całość tu: Parasol ochronny nad Komorowskim?),

…czy to nie jest wystarczający powód do tego żeby fala obrzydzenia zalała każdego przyzwoitego człowieka, jeśli ludzie wywodzący się ze środowiska tzw. „niezależnych mediów” wycierają sobie gębę procesem człowieka, do którego ułaskawienia przyczynił się świadek uznany przez tych samych ludzi za „niewiarygodnego”? Przyganiał kocioł garnkowi Panie Karnowski. Zgadzam się ze stwierdzeniem że sprawa ta zaprezentowała dobitnie patologię mediów… i że rozwój niezależnych kanałów informacji również w tym wypadku pokazał, że fałszowanie rzeczywistości nie może trwać wiecznietyle że jak to się ma do „was”, którzy odegraliście w tej patologii również swoją niechlubną rolę… (Odys)

2. „Skandal w MON” i „nocne wtargnięcie do Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO”.

„…Decyzją ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza do dyspozycji szefa MON zostali przeniesieni płk Krzysztof Dusza i gen. Piotr Pytel. Całe przedpołudnie trwała medialna histeria na temat wejścia do pomieszczeń Centrum Kontrwywiadu NATO…

…Część kierownictwa miała mieć podpisane wieloletnie kontrakty opiewające na około 20 tys. zł miesięcznie. Okazało się również, że część kadry mają stanowić byli żołnierze Wojskowych Służb Informacyjnych.

…Mieliśmy utracić wiarygodność, a „sprawa odbije się szerokim echem” i „będą tego bolesne konsekwencje”. Minister Tomasz Siemoniak publicznie przepraszał Słowaków, którzy z nami współtworzyli CEK. Do wyrazów potępienia przyłączyli się politycy innych partii opozycyjnych.

I taka jatka medialna trwała do południa, kiedy to z kwatery głównej NATO nadszedł komunikat, że wszelkie decyzje w sprawie CEK należą do Polski, ponieważ Centrum nie jest w strukturach Sojuszu.

Warto zwrócić uwagę, że w nagonce na Służbę Kontrwywiadu Wojskowego umknęła najważniejsza kwestia – co było powodem nocnego wejścia do pomieszczeń CEK. Otóż odwołani szefowie CEK nie chcieli przyjąć swoich dymisji do wiadomości, nie zamierzali opuścić zajmowanych biur i nie chcieli przekazać dokumentów. Stąd nocna interwencja.” (niezalezna.pl)

źródło: Kompromitacja szczujni

„…Dufny w siłę swoich partyjnych opiekunów – nie podporządkował się aktualnym wojskowym przełożonym, a fizycznie odsunięty od urzędu – udał się na skargę do swoich rzeczywistych mocodawców.

To niespotykany ewenement – wysokiej rangi oficer wyznaczony na szefa Centrum Ekspertskiego Wywiadu NATO – nie zna podstawowych reguł obowiązujących w każdej armii świata od czasów babilońskich. Jeżeli płk Dusza poczuł się pokrzywdzony – miał do dyspozycji służbową drogę odwoławczą. Może zresztą z niej nie korzystać po odejsciu do cywila i dochodzić swoich praw w sądach poiwszechnych. Oczywiście w każdym razie obowiazuje go wojskowa tajemnica, zdradzenie której skutkuje poniesieniem kary do najwyższej włącznie. W chwili obecnej mamy stan buntu, który powinien powodować degradację oficera i szybkie wydalenie ze służby. Niezależnie od tego powinien ponieść karę za narażenie na szwank dobrego imienia polskich wojskowych służb specjalnych.

Jednakze większą jeszcze szkodę dla wizerunku tych służb i Wojska Polskiego wyrządzili byli ministrowie ON z ramienia PO, a szczególnie niejaki Siemoniak. Abstrahuję od tego, że razem z Tuskiem ponosi on bezpośrednią odpowiedzialność za doprowadzenie do znacznego osłabienia gotowości bojowej naszej armii (…) Odkładał w nieskończoność realizację projektu WISŁA, NAREW, czy śmigłowcowego. Teraz jednak Siemoniak dopuscił się – nie wacham się powiedzieć – zdrady interesów Polski. Nie sprawdził stanu faktycznego, tylko w mediach wygłasza bzdury, że Macierewicz zaatakował placówkę NATO zainstalowaną w Polsce. Tak może powiedzieć tylko nieuświadomiony dureń, a nie były minister ON…” (Janusz40 • blogpress.pl)

całość tu: Skandaliczne i kretyńskie wypowiedzi byłego szefa MON

podobne: Taśmociąg Platformy „wprost” POd cenzurą i czas rozliczeń za „katastrofę smoleńską” czyli… „WSI wraca tylnymi drzwiami” dzięki (anty)Tuskowej reformie służb specjalnych. oraz: Wiceszef MON Waldemar Skrzypczak podał się do dymisji. Jaki będzie finał „wojny na haki”. a także: Przemysław Karda: Rozbrojenie, czyli… Quo vadis Polska armio? i to: Polski przemysł zbrojeniowy traktowany po macoszemu (Świdnik odpada z przetargu). Amerykanie i Francuzi uzbroją polską armię (MON wybrał „Patrioty” i „Caracale” – opinie podzielone). MON weryfikuje akty prawne („Si vis pacem, para bellum”). i jeszcze: ABW kontrwywiaduje na terenie SKW. Złapanie szpiegów to prężenie muskułów. Trzeba działać w cieniu, a nie w świetle kamer. „Nasz Dziennik” Medal dla szpiega.

Po pieniądzach jakie miały się w tym paśniku przewalać, i po tym jak centrum dowodzenia NATO odcięło się od całego „projektu” nazwanego szumnie „Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO”(?), jestem bardziej skłonny do wniosku że ten kwik (kolejny w ostatnich tygodniach) jest prędzej spowodowany bólem odrywania ryja od koryta poprzedniej władzy, niż ma cokolwiek wspólnego z troską o państwo przed jego „osłabianiem”, czy z „wstydem” przed naszymi sojusznikami, skoro najważniejszy organ (czyli wspomniane centrum dowodzenia NATO) jasno dał do zrozumienia że ma tę sprawę gdzieś, i że całe to CEK nie ma z NATO nic wspólnego (poza nazwą). Pozostaje zatem pytanie czy nowy MON nie powinien przypadkiem całe to towarzystwo (a nie tylko dwóch funkcjonariuszy) dyscyplinarnie i ze skutkiem natychmiastowym rozwiązać, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć na konkretne cele wojska… (Odys)

„…Tylko w Republice Okrągłego Stołu było możliwe kooptowanie, korumpowanie, uwłaszczanie i dopuszczanie do zyskownych interesów, głównie kosztem majątku narodowego, części postsolidarnościowych elit. Tylko w takiej republice było możliwe wykreowanie ogromnej części elity biznesu i pieniądza w oparciu o fundusze i z pomocą tajnych służb – na początku tych peerelowskich, a potem tych z rodowodem III RP. Tylko w takiej republice autorytetami zostawały osoby dające legitymację, gwarancje i ideologiczne uzasadnienia pookrągłostołowemu porządkowi. Tylko w Republice Okrągłego Stołu możliwa była negatywna selekcja w nauce, kulturze czy głównych mediach.

Zakończenie istnienia Republiki Okrągłego Stołu byłoby nie tylko aktem historycznej sprawiedliwości, ale także pozbyciem się ogromnego brzemienia (tych wszystkich uprzywilejowanych kast i grup interesów) hamującego rozwój Polski i dobrobyt przeciętnych ludzi… 

Opór beneficjantów i pasożytów Republiki Okrągłego Stołu jest oczywisty i był łatwy do przewidzenia. W innym systemie większość z nich byłaby po prostu nikim. Oni walczą o życie, o byt, o status majątkowy i prestiż społeczny, o uprzywilejowaną pozycję swoich dzieci, o wpływy i możliwości życiowe. Oceniam grupę beneficjantów i pasożytów Republiki Okrągłego Stołu na około milion osób. Ale ona ma ogromne wpływy i możliwości, zarówno z powodu posiadania pieniędzy i innych zasobów, jak i znajomości, wpływu na media czy możliwości urabiania opinii publicznej i hodowania sobie uzależnionej klienteli. Oni wiedzą, że bój to jest ich ostatni. I odwrotnie, obóz zmiany skupiony wokół PiS też wie, że jeśli nie teraz, to Republika Okrągłego Stołu będzie trwać w Polsce przez kolejne dziesiątki lat. To jest naprawdę poważna sprawa. Znacznie poważniejsza niż wynikałoby z medialnego przekazu, który istotę i znaczenie tej gry próbuje ukryć albo rozwodnić.” (Stanisław Janecki • wpolityce.pl)

całość tu: To nie jest zwykła polityczna walka. Gra się toczy o likwidację Republiki Okrągłego Stołu

…więc ja z uporem maniaka będę zadawał to pytanie, które każdy myślący obywatel, a przede wszystkim płatnik na te wszystkie urzędnicze paśniki powinien sobie zadać. Panie Janecki (i reszto „rozliczaczy”) – czy wraz z usuwaniem osób o których bez przerwy słyszymy z ust polityków obecnie rządzącego obozu (mieniącego się być prawem i sprawiedliwością), obóz ten nie powinien zgodnie z Pańską intencją jednocześnie likwidować tych wszystkich szkodliwych i nikomu nie potrzebnych stanowisk/urzędów i „służb”, których to poprzednia władza niegospodarnie namnożyła? Czy też jako podatnicy (o których dobro i portfele tak bardzo Pan Janecki się troszczy) mamy się zadowolić tym, że kilku się wyrzuci a na ich miejsce zatrudni „właściwie myślących” z „jedynie słusznego” obecnie, politycznego klucza (wmawiając ludziom że „nowi” nie będą „partyjni”)? Co komu przyniesie zmiana na stanowisku jednej kosztownej świnki na drugą? Obywatelowi nic z tego powodu w portfelu nie przybędzie, zwłaszcza jeśli nowe władze wcale nie zamierzają zaciskać pasa państwowej hydrze, a wręcz przeciwnie. Retoryka  nowej władzy to typowo etatystyczny bełkot socjalistów z naciskiem na „uszczelnienie systemu fiskalnego” (do którego wiadomo kto wpłaca a kto korzysta), po to by móc się umościć na nowych włościach i dalej popuszczać pasa, co może okazać się w niedalekiej przyszłości bardzo kosztowne dla podatników… (Odys)

podobne: Budżet państwa na kończący się 2015 rok okazał się być prawdziwą ruiną… ale czy PIS będzie nas kosztował mniej? Oczywiście że nie – zamach na umowy cywilnoprawne. oraz: Spadek po platformie. PO zawiodła przedsiębiorców. Czy obietnice wyborcze zbankrutują Polskę?

…Czy to właśnie z tego powodu PIS potrzebuje zniszczyć ideę (uprawnienia) Trybunału Konstytucyjnego – ostatniego bezpiecznika między zapisanymi w Konstytucji prawami własności i wolności obywateli, a zakusami pazernej władzy, po to by móc swobodnie się na nie zamachnąć jak już nowej władzy zabraknie do pierwszego?

Dlatego na koniec trzecia ważna informacja i najważniejsza moim zdaniem kwestia, bo naruszająca w sposób bezpośredni nasze obywatelskie prawa do bezpieczeństwa przed nieodpowiedzialnymi politykami. Bo to że dwa obozy polityczne się ścierają (nie robiąc sobie przy tym zbyt wielkiej krzywdy 🙂 ), nie jest aż tak istotne dopóki są zajęte sobą a obywatele nic na tym nie tracą (poza rzecz jasna finansowaniem tego zoo bo już nawet nie cyrku). Gorzej kiedy „przy okazji” tej walki naruszane są fundamentalne zasady chroniące nas – obywateli przed tą całą wścieklizną polityczną… (Odys)

3. Prokurator Generalny: TK nie ma prawa orzekać ws. uchwał Sejmu.

W uzasadnieniu, do którego dotarł portal Polityce.pl stwierdza, że TK przekroczyłby swoje kompetencje orzekając ws. uchwały Sejmu.

Zakwestionowane [przez grupę posłów wnioskującą do TK– red.) uchwały nie są aktami normatywnymi, lecz aktami stosowania prawa. Kompetencje kontrolne Trybunału Konstytucyjnego obejmują wyłącznie ocenę aktów normatywnych i nie rozciągają się na akty stosowania prawa, choćby wydawano je powołując się wprost na kwestionowane przepisy

— podkreśla Prokurator Generalny.

Przywołuje jednocześnie wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 5 czerwca 2001 roku:

Trybunał kilkakrotnie już podkreślał, iż jego właściwość rozciąga się na akty normatywne, nie obejmuje natomiast aktów indywidualno-konkretnych. Trybunał posługuje się przy tym materialną definicją aktu normatywnego, co oznacza, iż chodzi o akty zawierające normy generalne i abstrakcyjne, które charakteryzują się cechą powtarzalności. Nie mają tych cech akty adresowane do indywidualnego podmiotu, dotyczące konkretnej sprawy czy sytuacji, których stosowanie ma charakter jednorazowy.

W nawiązaniu do powyższego wyroku, Prokurator Generalny stwierdza, że TK nie ma prawa wyrokować w sprawie sędziów. Nie może więc stwierdzić, czy Sejm legalnie unieważnił wybór „platformerskiej piątki”, ani czy legalnie wybrał ich następców…”

źródło: wpolityce.pl

Ja tylko chciałbym zwrócić uwagę na wielce frapujący problem dotyczący (a jakże! bo to w końcu na czasie) „nieopatrznego” obrzydzania Polakom przez obecną władzę instytucji TK. Które jest prowadzone z rozmysłem na zdyskredytowanie, aby nikt po trybunale nie płakał kiedy zostanie zlikwidowany/zmarginalizowany/sparaliżowany. Ja doskonale rozumiem potrzebę czyszczenia wymiaru sprawiedliwości, służb bezpieczeństwa, i resortów administracji z wrażego (post)komunistycznego elementu bo jest on niewiarygodny i tu moja PEŁNA zgoda. Nie rozumiem tylko (a raczej rozumiem 🙂 ale o tym dopowiem tylko jak ktoś zapyta) dlaczego PIS wylewa dziecko z kąpielą którym jest właśnie instytucja TK (nie mylić z poszczególnymi sędziami) – tj. organ który został stworzony po to by stać na straży zgodności z Konstytucją (w której zapisane są również NASZE – OBYWATELI prawa i wolności) wszelkich aktów prawnych, na które mogliby wpaść kiedykolwiek (a nie tylko za obecnej władzy) jacykolwiek politycy.

Otóż zohydzenie tej instytucji w taki sposób w jaki to robi PIS, lekceważąc sobie jej postanowienia, bez merytorycznego uzasadnienia, a bazując wyłącznie na „niejasnych” procedurach prawnych, a przede wszystkim żerując na populizmie hasła „koniecznych zmian” (koniecznych dla kogo? w jakim wymiarze? i co w zamian?) jest bardzo niebezpieczne właśnie dla nas zwykłych obywateli. Oto właśnie nie Pan Prokurator „Genialny” zawyrokował że uchwały Sejmowe nie podlegają rozpatrywaniu przez TK pod względem ich zgodności z Konstytucją (pomimo tego że są aktami niższego rzędu od Konstytucji właśnie). Ktoś tu chyba nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji takiego rozstrzygnięcia. Jeśli bowiem Konstytucja ma pozostać najwyższym z możliwych aktem prawa powszechnie obowiązującego, to odebranie TK prawa orzekania o zgodności z Konstytucją aktów niższego rzędu (a takim aktem prawa jest również uchwała Sejmu) umożliwia Sejmowi (tj. politykom) uchwalanie w przyszłości (całkowicie bezkarnie!) prawa niezgodnego z Konstytucją! I nikt już nie będzie w stanie powstrzymać posłów przed tego rodzaju zakusami. To oznacza że nasze wolności zapisane w Konstytucji mogą być BEZPRAWNIE i BEZKARNIE naruszane przez polityków jeśli tylko takie bezprawie będzie głosowane w formie uchwały Sejmu.

Jak dla mnie nie ma się z czego cieszyć. Broń nas teraz Panie Boże przed zachłannością i totalitarnymi zakusami polityków (w tej czy w przyszłej kadencji). Tymczasem władza sobie „pozwala” i nadaje kolejne uprawnienia przepalając bezpiecznik jakim między sejmem a obywatelami jest TK. To że ten Trybunał zachowywał się w wielu kwestiach nie jak obrońca naszych praw a raczej jak sługus polityków w niczym nie zmienia faktu że sama instytucja jest potrzebna. Wystarczy TYLKO zmienić sposób wybierania sędziów do tego organu w taki sposób by TK przestał być ciałem politycznym. Tymczasem nie widzę korzyści dla nas szarych obywateli z tego, że Kaczyński i sp-ka sparaliżują ten organ całkowicie. Jeśli ktoś takowe widzi to chętnie się dowiem jakie. Powinno się naprawić funkcjonowanie TK (bo to prawda że on źle funkcjonuje) ale nie można go paraliżować, robiąc jednocześnie furtkę dla samowoli polityków w postaci potencjalnych złych uchwał (mało jeszcze złego prawa krąży w obiegu? No to teraz hulaj dusza!). Czy ktokolwiek z wychwalających obecną władzę jest w stanie zagwarantować Polakom teraz (i na przyszłość) że żaden sejm nie naruszy naszych praw? Sędziowie przychodzą i odchodzą ale złe prawo i furtka dla chciwych polityków pozostanie.

Bo choć „prawo jest prawo”, to co zrobimy biedne żuczki jeśli ktoś kiedyś „zgodnie z prawem” uchwałą sejmową przepchnie pomysł że obywatel winien jest państwu cały swój dorobek? Na jakim prawie się wtedy oprzemy, i kto stawi opór pazerności polityków? Gdzie jest prezydent?! Czemu w tak ważnej sprawie nie wykazuje własnej inicjatywy, ale zachowuje się jak rezydent-marionetka (Kaczyńskiego), szkodząc zarówno swojemu wizerunkowi jak i powadze urzędu. Prezydent jako „obrońca obywateli” powinien stawiać tamę zbytnim zakusom władzy ustawodawczej, tymczasem po „ułaskawieniu” Kamińskiego ten człowiek wyświadcza (a raczej popełnia) kolejne „przysługi” obecnej władzy w imię partykularnych partyjnych interesów. Pomijając milczeniem takie kwiatuszki do kożucha jak palenie świec chanukowych przez tego „katolika”, czy firmowanie Owsiaka przekazaniem mu prezydenckich nart… (Odys)

„…największy koszt polityczny pierwszego okresu rządów PiS poniósł właśnie Andrzej Duda – przede wszystkim dlatego, że został zmuszony do wsparcia pacyfikacji Trybunału Konstytucyjnego, podczas gdy mógł w tej sprawie wystąpić jako choćby pozorny rozjemca, z jednej strony nie rezygnując z neutralizacji niechętnych nowej władzy tendencji w TK, ale z drugiej – promując dobre ustrojowo rozwiązania, takie jak choćby proponowany przez klub Kukiz ’15 wybór sędziów TK większością dwóch trzecich głosów. Zamiast tego bez oporów (na zewnątrz, bo wewnątrz pałacu takie były) podpisał błyskawicznie przygotowaną przez PiS i firmowaną przez posła Piotrowicza nowelizację, a następnie – co było gigantycznym błędem i prawdopodobnie przyklei się do wizerunku prezydentury na zawsze – zaprzysiągł nowych sędziów w środku nocy. Jeżeli Duda ma dziś problem z opinią prezydenta partyjnego (podkreślam: prezydent partyjny to co innego niż prezydent z wyrazistymi poglądami politycznymi, co jest całkowicie normalne), to właśnie z tego powodu. Tak więc szkody wizerunkowe, jakie poniósł Duda, były związane z poważnym sporem ustrojowym, w którym prezydent miał szansę odegrać rolę bynajmniej nie marionetkową…” (Łukasz Warzecha • wpolityce.pl) całość tu: Narty dla Owsiaka, czyli błąd prezydenta

podobne: TKO czyli dwa lewe proste „prawicy” w trzecią i czwartą władzę. Targowica KODrywanych od koryta POdnosi wrzask. Walka POPISu o (nie)zależność Trybunału Konstytucyjnego. oraz: Rola prezydenta RP

tymczasem na dniach…

4. TK powtórzył (potwierdził) stanowisko Prokuratora Generalnego ograniczając sobie samemu możliwość badania pod względem zgodności z Konstytucją Uchwał Sejmowych:

„…W piątek TK informował, że odwołał zapowiedzianą na 12 stycznia rozprawę w sprawie tych 10 uchwał Sejmu. W poniedziałek TK ujawnił zaś, że w czwartek, 7 stycznia, 10 sędziów TK umorzyło merytorycznie sprawę tych 10 uchwał. Skargę złożyła grupa posłów PO, do której przyłączył się RPO Adam Bodnar.
Oceniając uchwały o braku mocy prawnej wyboru 5 sędziów przez poprzedni Sejm, TK ustalił, że nie mogą być one uznane za akty normatywne. Trybunał uznał zatem, że postępowanie w tym zakresie podlegało umorzeniu ze względu na niedopuszczalność wydania orzeczenia.
Z kolei uchwały o ponownym wyborze 5 sędziów TK zaliczył do „kategorii uchwał nieprawotwórczych, przez które Sejm miałby realizować funkcję kreacyjną w odniesieniu do organów władzy publicznej”, wobec czego nie mogą one zostać uznane za akty normatywne. TK stwierdził, że również w tym zakresie postępowanie podlegało umorzeniu ze względu na niedopuszczalność wydania orzeczenia…”  (całość tu: Trybunał Konstytucyjny umorzył sprawę dot. powołania 5 sędziów)

…zanim to jednak nastąpiło, miała miejsce osobliwa rozmowa między Panem Dudą (prezydentem) a przewodniczącym TK prof. Rzeplińskim, który tak jak wcześniej odgrażał się że będzie stał na straży zgodności z Konstytucją prawa stanowionego przez PIS tak teraz zmienił gwałtownie zdanie. I tak jak on nie chce powiedzieć dlaczego mu się odwidziło tak Pan Duda nie chce zdradzić opinii publicznej czego dotyczyła wspomniana rozmowa:

„…Jeszcze nie minęło 48 godzin od godzinnej, poufnej rozmowy prezesa Trybunału Konstytucyjnego, pana prof. Andrzeja Rzeplińskiego z panem prezydentem Andrzejem Dudą, a już Trybunał Konstytucyjny odroczył termin rozpatrywania skarg na uchwały sejmu dotyczące wyboru sędziów Trybunału. Posiedzenie, które miało rozpocząć się 12 stycznia, zostało odroczone, póki co, bez wyznaczenia następnego terminu. Ani pan prezydent, ani pan prezes Trybunału, którego przesłuchaniu I stopnia poddał mianowany na proroka mniejszego (i stąd ten tylko I stopień, bo do przesłuchań II i III stopnia trzeba mieć specjalne zezwolenie od RAZWIEDUPR-a), nie puścił farby, co właściwie spowodowało, że prześwietny, niezawisły – bo jakże by inaczej – Trybunał Konstytucyjny – jednak odroczył rozpatrywanie zasadności tych wszystkich skarg – bo przecież od strony konstytucyjnej żadna zmiana nie nastąpiła. Konstytucja jest cały czas taka sama, jak była i przedtem, podobnie jak teorie sławnych jurysprudensów – na przykład pana profesora Zolla, czy pani profesor Ewy Łętowskiej.

Inna rzecz, że ci jurysprudensi, owszem kombinują, ale w granicach wyznaczonych przez starszych i mądrzejszych. Pamiętam, jak w roku 1990, kiedy jeszcze pod rządami konstytucji z czasów PRL, została uchwalona ordynacja wyborcza, wprowadzająca przywileje dla reprezentantów mniejszości niemieckiej w Polsce. Był to rezultat traktatu „o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” z Niemcami, zawartego z Polską między innymi wskutek straszenia pana ministra Krzysztofa Skubiszewskiego ujawnieniem faktu jego współpracy z SB pod pseudonimem „Kosk”. Ujawnił to jeszcze wiosną 1992 roku ówczesny doradca premiera Jana Olszewskiego Krzysztof Wyszkowski, ale wszyscy udali, że tego nie dosłyszeli. Z tego właśnie powodu posłowie UPR, a konkretnie – Janusz Korwin-Mikke, wniósł o podjęcie uchwały, nakazującej ówczesnemu ministrowi Spraw Wewnętrznych Antoniemu Macierewiczowi, przekazanie Sejmowi informacji, którzy z posłów i senatorów, ministrów i wojewodów, byli w przeszłości konfidentami UB i SB. Jak wiadomo, obydwie strony siuchty „okrągłego stołu”, to znaczy – RAZWIEDUPR i jego konfidenci z tak zwanej „lewicy laickiej”, doprowadziły do obalenia rządu premiera Olszewskiego (wniosek w tej sprawie złożył poseł Jan Maria Rokita, dzisiaj za plecami małżonki Nelly udający osobę prywatną), w następstwie czego konfidenci poczuli się bezpiecznie i bez ceregieli ciułali sobie kariery pilotowane przez oficerów prowadzących z Wojskowych Służb Informacyjnych.

Warto dodać, że materiały dotyczące agentów WSI nie zostały 4 czerwca 1992 roku ujawnione przez ministra Macierewicza, podobnie jak informacje dotyczące agentów SB przejętych przez UOP, na którego czele już wkrótce został postawiony generał Gromosław Czempiński, zasłużony dla komuny ubek, który miał na tyle przytomności umysłu, że w odpowiednim momencie przewerbował się do Amerykanów. Warto przypomnieć w związku z tym scenę z posiedzenia Klubu Parlamentarnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Jego przewodniczący, Jan Krzysztof Bielecki, 4 czerwca 1992 roku zwołał posiedzenie klubu, a kiedy już wszyscy się zebrali, wszedł z zalakowanymi kopertami i odezwał się w te słowa: nie zaglądałem, nie czytałem – ale który był – niech wstanie. Wstało kilku posłów, między innymi poseł Jacek Merkel – jak się okazało – niepotrzebnie, bo jego fiszki w kopercie dostarczonej przez ministra Macierewicza nie było, bo był już przejęty przez RAZWIEDUPR pozostający w służbie „demokratycznego państwa prawnego”…

Ciekawe tedy, co zobaczył pan prof., Andrzej Rzepliński podczas godzinnej rozmowy za zamkniętymi drzwiami u pana prezydenta, któremu pan minister Antomi Macierewicz mógł przecież to i owo powiedzieć na temat zawartości Zasobu Zastrzeżonego Instytutu Pamięci Narodowej, w którym Wojskowe Służby Informacyjne zdeponowały dane swoich konfidentów w przekonaniu, że nigdy, a w każdym razie nieprędko ujrzą one światło dzienne. Ale co jeden człowiek zakrył, to drugi odkryje i pewnie dlatego i z pana prezesa Rzeplińskiego zaczyna uchodzić powietrze i Trybunał spuszcza z tonu…” (Stanisław Michalkiewicz)

całość tu: Ujrzał ducha?

…długo na reakcję samego Rzeplińskiego nie trzeba było czekać. Szybko okazało się że niewzruszalne zasady „demokratycznego państwa prawa” są jednak do obejścia, i że mogą one być przedmiotem „kompromisu”, choć wcześniej zapowiadano walkę o ich niewzruszalność do upadłego 🙂

„…Rzepliński podkreślił, że ws. TK czeka na ruch ze strony prezydenta Andrzeja Dudy. Zaprzysiężenie przez prezydenta jednego z trzech sędziów wybranych przez PO i objęcie przez niego urzędu, oznaczałoby, że prezydent zdecydował, że ci trzej wybrani 8 października przez PO zostaną sukcesywnie sędziami. To otworzyłoby mi drogę do działania – twierdzi prezes Trybunału…” (Rzeczpospolita, wpolityce.pl)

całość tu: Prof. Rzepliński: „To nie był skok na Trybunał, ale głupota. Posłom PO wydawało się, że będą bez wysiłku rządzić po wyborach”

…Powstaje pytanie – jakież to wynikły „równiejsze” okoliczności że nawet prawo okazało się wobec nich mniej równe? Trochę światła na tę tajemniczą i nagłą zmianę stanowiska o 180 stopni Pana Rzeplińskiego (i części Trybunału) może rzucić kwestia związana z zapytaniem jakie swojego czasu złożył z mównicy sejmowej Pan Zygmunt Wrzodak…

„…Zdaniem byłego już posła w ministerstwie sprawiedliwość są zeznania płk. Pietruszki, który miał w obecności prof. Rzeplińskiego zeznawać nt. zleceniodawców mordu bł. ks. Jerzego Popiełuszki oraz miał mówić kto chciał zabić biskupa Gulbinowicza!…

…Spisano na tę okoliczność odpowiedni dokument w obecności pana Rzeplińskiego i nieżyjącego już pana Nowickiego. Pan płk Pietruszka pokazuje cały mechanizm zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki. Pan płk Pietruszka mówi, kto z MSW zlecił zamordowanie i zamordował Piotra Bartoszcze. To przesłuchanie było w obecności pana Rzeplińskiego. Co zrobił z tą informacją pan prof. Rzepliński?

Następnie pan Rzepliński, słuchając wypowiedzi pana płk. Pietruszki, który mówił wprost, że generał Kiszczak kazał mu poddać się uwięzieniu, ponieważ on musi chronić pana gen. Jaruzelskiego i pana Kiszczaka. Pan Pietruszka zgodził się na więzienie, bo sąd był w tym momencie ustawiony i prokuratura ustawiona. I rzeczywiście taki wyrok, jaki ustawili przed rozprawą, dostał pan Pietruszka. Pan generał Kiszczak obiecał panu płk. Pietruszce stopień generała po wyjściu z więzienia.

Myślę, że tę informację posiada pan prof. Rzepliński. Pan prof. Rzepliński pod tymi zeznaniami pana esbeka Pietruszki podpisał się i te dokumenty są w Ministerstwie Sprawiedliwości…” (całość tu: Czy prezes TK, prof. Rzepliński ukrywa morderców ks. Popiełuszki?)

podobne: Geneza „polskiej” bezpieki i „Archiwum Mitrochina”. Paranoja zbioru zastrzeżonego IPN i fikcja lustracji. Pamięć wybiórcza czyli „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Czemu PIS broni demokracji?

…Pytanie jest proste. Czy Pan Duda i włodarze PISu dysponują taką wiedzą, a jeśli tak to czemu jej nie ujawniają skoro pragną sprawiedliwości a nie politycznych gierek? Tymczasem zamiast rozliczać poprzedni układ nowe władze same wchodzą w podejrzane „dile” i „kompromisy”, trzymając ciemne sprawki poprzedników pod kloszem w archiwach MSW, MON i IPN dla swoich politycznych interesów. Bawią się jak mafiozi szantażując i grając teczkami z ludźmi, którzy powinni ponieść za swoje czyny odpowiedzialność a nie zajmować intratne i odpowiedzialne stanowiska państwowe. Czym w związku z tym różni się PIS od PO którą wielu włodarzy z obecnej partii rządzącej nazywa „układem”, „mafią” tudzież „zdradą narodową”. W związku z powyższym należy sobie postawić kolejne pytanie…(Odys)

5. Kto tu w końcu jest postkomunistą i czy patriota może być socjalistą?

„…Bardzo wielu komentatorów biadoli nad upadkiem autorytetu Trybunału. Wydaje się jednak, że zamieszanie wokół TK może mieć pozytywne konsekwencje.

Pierwszą jest zauważalny dla dość szerokiego grona Polaków upadek mitu niezawisłości sądu konstytucyjnego. Okazało się bowiem, iż jest on wyłącznie „zawisły”, i to na wpływach korzeniami sięgających PRL. W tym gronie, które część żurnalistów propagandystów prezentuje jako „mędrców”, są ludzie czujący się jak ryba w wodzie w czasach braku wolności i sprawiedliwości, czyli w państwie komunistycznym. Ba, jest nawet doradczyni zbrodniarza komunistycznego Czesława Kiszczaka. To doprawdy niezwykła sytuacja – zgodność prawa z konstytucją ma w demokratycznym państwie oceniać prawnik doradzający politykowi odpowiedzialnemu za mordowanie ludzi. Ktoś, kto nie miał oporów przed usługiwaniem zleceniodawcy zabójstw i prześladowań, ma dzisiaj wyznaczać standardy praworządności! Jaka jest wiarygodność takiego przedstawiciela Temidy? Dokładnie taka, jaką miały sądy w PRL.

Po drugie: zaangażowanie polityczne sędziów Trybunału pokazało jak na dłoni jedną z największych patologii polskiego sądownictwa, czyli służalczość wobec grup interesu. W komunistycznej rzeczywistości sądy oddawały się komunistyczno-bezpieczniackim klikom, w rzeczywistości postkomunistycznej niektóre pozostawały wierne dotychczasowym panom, inne szukały nowych patronów. Nie przez przypadek to właśnie składy sędziowskie były najważniejszym i najskuteczniejszym wsparciem zbrodniarzy komunistycznych w unikaniu sprawiedliwości. Sam Kiszczak mógł się wykpić kserokopią zwykłego zwolnienia lekarskiego i latami drwić z tych, którzy próbowali doprowadzić go do poniesienia kary za zbrodnie.

Doprawdy, niewiele (a być może nic) dzieli słynnego sędziego na telefon z Gdańska od szefostwa dzisiejszego Trybunału, które przymykało oczy na łamanie prawa przez posłów ubiegłej kadencji wyłącznie dlatego, że beneficjentami tego procederu byli ich polityczni patroni. Nawet jeśli w najbliższych tygodniach prezes Rzepliński i jego ekipa rakiem wycofywają się z konfrontacji z parlamentem, sprawy nie można uznać za zakończoną. Większość rządząca musi przygotować kompleksową reformę czy wręcz sanację wymiaru sprawiedliwości, która obejmie również Trybunał.

Postkomunizm w polskich sądach wreszcie musi się skończyć. (Katarzyna Gójska-Hejke • Gazeta Polska)

źródło: Trzeba skończyć z postkomunizmem w sądach

podobne: Bogdan Goczyński: Polskie sądy – studium urzędniczej psychopatii. Dziwne zachowanie wymiaru sprawiedliwości w sprawie Grzegorza Brauna. Państwo superpolicyjne. Czy Komorowski zostanie dyktatorem? Reforma sądów.

…no i ja się gorąco zgadzam z Panią Katarzyną. Potrzeba gruntownych i rzetelnych zmian w wymiarze sprawiedliwości, przede wszystkim jego odpolitycznienia i urządzenia sądów na kształt służby cywilnej ODPOLITYCZNIONEJ (odpowiedzialnej przed lokalną społecznością, której służą), do tego kadencyjnej w swoim urzędowaniu i pozbawionej przywilejów nietykalności. Problem polega jednak na tym, że PIS wcale nie dąży do tego rodzaju regulacji, i nie chce walczyć z postkomunizmem a wręcz przeciwnie. Własnymi „rencyma” utrwala „znienawidzony” system dążąc do centralizacji władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej w jednym upolitycznionym i upartyjnionym ręku. Gwarantują to zmiany w prawie dotyczące poluzowania służbom specjalnym możliwości inwigilacyjnych, koncentracji prokuratury w ręku polityka (Ministra Sprawiedliwości), i paraliż TK który jak się okazuje nie może badać pod względem zgodności z konstytucją uchwał sejmowych (sic!), gwarantując potencjalną swobodę posłów w uchwalaniu prawa pod siebie. Dodając do tego na wskroś socjalistyczny program gospodarczy, wzrost ucisku fiskalnego, oraz dalsze zadłużanie państwa można to co robi PIS nazwać spokojnie postkomuną właśnie. Co to jest bowiem postkomunizm? Jest to właśnie zamordyzm, etatyzm, socjalizm a przede wszystkim tzw. demokracja, która dopóki istnieje ze swoją fasadą wyborów, to biednym ludziom się wydaje że są wolni, a zamordyzm etatyzm i socjalizm to dla nich coś pożytecznego a wręcz koniecznego jeśli tylko „nasi” stoją na czele, bo tylko nasi są w stanie w tym samym systemie zaprowadzić porządek, praworządność o sprawiedliwości nie wspominając. Patologia z którą rzekomo zamierzano się rozliczać jest więc utrwalana, i nie ma w związku z tym (przy okazji) co liczyć na pociągnięcie do odpowiedzialności poprzedniej ekipy (za dokładnie to samo), o czym pisałem tu: Paranoja zbioru zastrzeżonego IPN i fikcja lustracji. Pamięć wybiórcza czyli „drastycznie ograniczona” jawności archiwów. Czemu PIS broni demokracji?

PIS demagogicznie gra na emocjach, wymachując podatnemu na czerwoną płachtę komuny ludowi, po to żeby go zmobilizować i zyskać poparcie dla tandetnie zamaskowanych pod płaszczykiem „reform społecznych” czysto partyjnych planów, których średnio rozgarnięty elektorat zwolenników/niewolników tej partii nie dostrzega (lub nie chce dostrzec). Póki co wystarczą mu bowiem pseudo patriotyczne hasła, i tępa satysfakcja z kwiku odrywanych od koryta, znienawidzonych politycznych przeciwników nazywanych ogólnie „III RP”. Kiedy już ci wszyscy biedni ludzie zorientują że zostali po raz kolejny oszukani i ograbieni (z zapisanych w konstytucji własności i wolności) będzie niestety za późno. Zaślepieni hasłem „zmiana” nie widzą że jedyna „zmiana” jaka się w związku z ordynarną walką o stołki dokonuje to wymiana „elit” które z tego systemu będą korzystać. Czy dzięki temu będzie już odtąd tylko „prawie i sprawiedliwie”? Śmiem wątpić (a dlaczego to już pisałem tu: Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta. i tu: Studium węgierskiego przypadku nad Wisłą czyli… ile z Orbana w PISie. Czego powinien chcieć od władzy zwykły Polak?).

Tym to sposobem wpis zatoczył koło, bo o tym na czym powinna polegać zmiana i sprawiedliwy system rządzenia państwem pięknie opisał Pan Michalkiewicz we fragmencie który pozwoliłem sobie przytoczyć na początku tego przydługiego wpisu. Na koniec jeszcze fragment z „coryllusa”… (Odys)

„…Państwo nie może być organizowane wokół kwestii budżetowych. Czyli wokół problemów – ile komu, jak już wszystko się ukradnie. Do tego bowiem sprowadzają się w dzisiejszym świecie kwestie polityki wewnętrznej socjalistów, zwanych dziś dla niepoznaki demokratami. Najpierw socjaliści krzyczą – nie ma odwrotu, a potem zaczynają dzielić pieniądze tych, których oszukali. Największe zaś wydatki idą na propagandę i po tym między innymi także się socjalistów rozpoznaje. Po wydatkach na promocję.
(…) Nie mogą powiedzieć, że demokracja jest oszustwem, muszą kokietować wyborców i kłamać, że pozałatwiają wszystkie ich sprawy. Jeśli rozumieją ryzyko, będą bardzo ostrożni, jeśli nie ich działanie prędzej czy później doprowadzi ich do śmierci. W tym pierwszym przypadku – jeśli będą ostrożni – rozczarują tych wszystkich, którzy oczekują zmian, w drugim po prostu znikną. Jakby nie było, następna u steru będzie już prawdziwa lewica, z Zandbergiem na czele, a tego możemy zwyczajnie nie przeżyć. (…)
Problem socjalistów-patriotów polega na tym, że nie rozumieją oni iż są pewnym etapem. Tak jak małorolny chłop, którego obdzielili ziemią dziedzica nie rozumie, że jego gospodarstwo to tylko etap przejściowy pomiędzy latyfundium a polem golfowym, lub między latyfundium a nieużytkiem celowo nieużytkowanym. Z tymi małorolnymi jest kłopot, albowiem oni są najwierniejszymi sojusznikami socjalistów. Oni są zawsze przeciwko establishmentowi, bo ten w końcu musi zrozumieć, że dla państwa prawdziwego nie ma innej drogi jak obniżanie kosztów produkcji żywności, co wiąże się z komasacją gruntów. Z małorolnymi jest kłopot, bo człowiek musi jeść, w dodatku w każdych warunkach, nawet kiedy panuje realny socjalizm, czyli prawdziwa herezja. Małorolny wtedy ocaleje, pod warunkiem, że nie mieszka w Rosji, ocaleje, bo ktoś musi produkować żywność na rynek wewnętrzny. Żywność, która dystrybuowana jest nielegalnie rzecz jasna, ale za wiedzą i pozwoleniem władz. I to on będzie przekaźnikiem socjalistycznych złudzeń dalej w przyszłość. Identycznie jest z socjalistą patriotą, który będzie opowiadał o bohaterstwie tych co ginęli w kazamatach, a wcześniej rzucali bomby, będzie organizował rocznice, miesięcznice i co tam jeszcze, machał flagą i wznosił okrzyki, a jak dostanie jakieś ekstra pieniądze to postawi pomnik żołnierzy wyklętych przez banki. I co najgorsze i najważniejsze, będzie przygotowywał kolejne pokolenia do ponoszenia krwawych ofiar bez nadziei na sukces i nazywał to edukacją patriotyczną…” (coryllus)

całość tu: Czy socjalista może być dobrym patriotą?

podobne: Grzegorz Braun: „Sierpniowa lekcja” czyli… Polak przed szkodą i po szkodzie socjalistą. i to: Dlaczego w Polsce jest jak jest? Julian Drozd o socjalistycznym populizmie pod płaszczykiem prawicy.

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

 

Wewnętrzna sprzeczność czyli… państwo i wolność.


„Cóż robią państwowcy? Zaprzeczają nieustannie sami sobie. Najpierw bowiem stwierdzają, że nikt z nas – ludzi rozumnych – nie jest wcale na tyle rozumny, aby sam móc decydowac o sobie i swoim życiu, Zaprzęgają nas zatem w kieraty obracające wielką maszynerią państwa i jego instytucji redystrybuujących, kontrolujących i ścigających. Twierdza przy tym uparcie, że sami, bez tej całej maszynerii na plecach, bez biurokratycznej kuli uwiązanej łańcuchem regulacji u nogi, nie poradzilibyśmy sobie w życiu…”

całość tu: Wewnętrzna sprzeczność

Zgadzam że tego rodzaju sprzeczność w relacji władza – obywatel, a raczej bezczelność na którą autor zwraca uwagę,  występuje (tu można się pokusić o stwierdzenie: prędzej czy później) w mniejszym lub w większym stopniu w każdym państwie. Ale posługiwanie się przez ludzi sprawujących władzę (kiedy jest IM to potrzebne i „zasadne”) „argumentem” jakoby obywatele byli nieodpowiedzialni, przez co trzeba się nimi „zaopiekować” (oczywiście na ich koszt 🙂 ), jest oczywistą (praktykowaną dość nagminnie) – demagogią. Tak samo kiedy jest to władzy na rękę posługuje się ona argumentem wręcz odwrotnym, zwłaszcza jeśli demolód „z własnej woli” wybiera „jedynie słuszne” rozwiązania podsuwane mu przez władzę (gruntujące jej trwanie i poszerzanie). Wtedy to (według władzy) lód jest mądry i odpowiedzialny, choć w rzeczywistości WCALE nie wybrał dobrze dla siebie, tylko właśnie dla władzy. Tu mała dygresja, bo mam uzasadnione wątpliwości czy można tych ludzi nazywać państwowcami, skoro ewidentnie zatracili wiedzę na temat genezy i istoty istnienia takiego tworu jak państwo. Uważam że bardziej trafne określenie dla tego rodzaju postawy to etatyzm, który polega na tworzeniu mitów mających uzasadniać ciągłe rozbudowywanie w ramach państwa ZBĘDNEGO aparatu biurokratycznego. Który rzekomo ma być potrzebny obywatelom, a tak naprawdę potrzebny jest tylko tej części, która w owym aparacie funkcjonuje („pracuje”) czerpiąc z tego tytułu nieuzasadniony zysk, oraz korzystając z pewnego rodzaju przywilejów kosztem innych. W związku z powyższym czy to rzeczywiście państwo (albo państwowcy) są tu problemem?

Żyjemy w realnym świecie gdzie państwa/narody/plemiona i inne mniej lub bardziej sformalizowane (oficjalnie lub nie) skupiska ludzi po prostu istnieją. Pytanie dlaczego istnieją, i czemu w każdej takiej społeczności są „przywódcy stada” czy inna „rada starszych”. Czemu człowiek sam wykazuje skłonność/wolę do organizowania się w mniejsze lub większe grupy pod jakimś zinstytucjonalizowanym przywództwem cedując na nie pewne kompetencje czyli władzę? Odpowiedź jest bardzo prosta – dla gwarancji rozwoju, wspólnoty interesu i stabilizacji materialnej, ale przede wszystkim dla bezpieczeństwa (ochrony), którego każdy instynktownie prędzej czy później szuka (zwłaszcza kiedy się czegoś dorobił albo posiada coś wartościowego), a szuka bo ma oczy i widzi do czego są zdolni inni ludzie którzy nie potrafią (nie chcą) panować nad swoimi popędami i coraz bardziej chciwie spoglądają na to co posiadają inni, aż w końcu przestają tylko patrzeć.

Na tym głównie polega cały dramat „konieczności” istnienia mniej lub bardziej zinstytucjonalizowanej „państwowości”. Tego się nie da zawrócić czy odwrócić, bo to by wymagało zniszczenia w człowieku zazdrości, egoizmu, pożądliwości i innych złych cech którymi często się kierujemy (nawet najlepsi z nas!) będąc po prostu ludźmi (choć to podobno nieludzkie jeśli przyjmiemy że człowiek to istota rozumna a więc znająca pojęcie etyki i moralności). Zwalczmy więc najpierw zło które w nas potencjalnie drzemie a potem zlikwidujmy państwo – wracając tym samym do Edenu. Możliwe? Ja uważam że nie, więc dajmy spokój utopiom o powszechnej szczęśliwości i równości w jakichś enklawach (chyba że na innej planecie 🙂 z dala od starego świata i jego grzesznych implementacji – tylko na jak długo?), a skupmy się na dążeniu do w miarę normalnego porządku, który powinien być jak najbliższy powszechnemu (obiektywnemu) poczuciu sprawiedliwości.

Nawet jeśli znalazłaby się taka grupa ludzi, która żyłaby sobie w idealnej harmonii, nieuzbrojona w siłowe mechanizmy porządkowe czy obronne (bo po co skoro ani sobie ani innym nie zagraża), bogacąc się bez czynienia komukolwiek krzywdy, to choćby była wzorem do naśladowania dla reszty świata, to jednak ten świat zewnętrzny istnieje i może wcale nie być pokojowo nastawiony! Taka grupa nie będzie miała nigdy gwarancji że „inni” się do niej nie przypier… papier, by zagarnąć to na co w pocie czoła uczciwie pracowała. Ten oczywisty (dla ludzkiej natury) stan że nie wszyscy są „na równi” obdarzeni sprytem, kreatywnością, pracowitością i co NAJWAŻNIEJSZE – cnotami (by panować nad żądzami), wymusza w sposób naturalny stworzenie sobie przez taką grupę, mniej lub bardziej rozbudowanych mechanizmów bezpieczeństwa i obrony przed potencjalną przemocą. I teraz miej człowieku pretensje o to że jakaś grupa skupia się w mniej lub bardziej zinstytucjonalizowany twór zwany państwem. Swoją drogą to też jest niejako pewnego rodzaju łamigłówka, kiedy można w ogóle mówić że oto w tym czy w tamtym przypadku mamy do czynienia z „państwem”? Owszem istnieją definicje które to ściśle określają, ale jak należałoby nazwać taką grupę oderwaną od państwa i żyjącą „samopas”? Jak nazwać twór w ramach którego taka zorganizowana bądź co bądź grupa sobie istnieje?

Dlaczego zakładać ad hoc, że coś takiego jak państwo to zło wcielone? Ono owszem bywa w pewnych zakresach swojej działalności (nie kogo innego jak samych mieszkańców) złe, ale nie jest złe jako potrzeba organizowania się w „zgrany kolektyw”. Uważam zatem, że sam pomysł, (wynikający prędzej czy później z naturalnej potrzeby) organizowania się w państwo nie jest zły. Zło pojawia się wtedy kiedy dochodzi w takim państwie do etatyzacji działalności ludzkiej poza konieczną potrzebę obrony i bezpieczeństwa, a „administracja” powołana w tej dobrej wierze stania na straży bezpieczeństwa i porządku (czyli powszechnego DOBRA), zaczyna czerpać z tego tytułu niewymierne korzyści, z tendencją do nieuprawnionego zabezpieczania i poszerzania interesu samej instytucji (ponad dobro pierwotne) – i to jest moim zdaniem zadanie dla wolnościowców/libertarian(?) żeby pokazywać co i gdzie jest normą w państwie a co już jest patologią i dlaczego. Do największego wroga państwa zaliczyć należy zatem nie samą władzę, ale jej nadużycie oraz bezprawie, tudzież prawo niesprawiedliwe… (Odys)

„…Wróćmy tedy do spostrzeżenia kanclerza Jana Zamoyskiego, który powiada, że państwo, wszystko jedno – demokratyczne, czy nie – jest po to, „byśmy wolności naszych zażywali”. Z tego spostrzeżenia wynika, że państwo, jako monopol na przemoc, nie jest, a w każdym razie – nie musi być wrogiem wolności. Przeciwnie – Wolności musi towarzyszyć Moc, która by jej strzegła i ją gwarantowała. To właśnie dlatego anarchiści nie mają racji; państwo, jako monopol na przemoc jest potrzebne, a dodatkowym moralnym uzasadnieniem tego monopolu jest okoliczność, iż przemoc może być – i bywa – używana w służbie sprawiedliwości. Zatem celem państwa jest służenie wolności i sprawiedliwości. Czy jednak jest to możliwe, czy wolność jest do pogodzenia ze sprawiedliwością?

Wolność jest naturalnym stanem człowieka, polegającym na możliwości świadomego wybierania. Ta zdolność ma charakter naturalny, to znaczy, że nie wynika z nadania jakiejkolwiek władzy. W takiej sytuacji żadna władza nie powinna ograniczać wolności, chyba, że jakiś jej przejaw zagraża bezpieczeństwu powszechnemu, albo wolności innych ludzi. Na przykład – propagowanie sodomii. Jak wiadomo, syfilitycy nie są dopuszczani do prac związanych z przygotowywaniem żywności i nikt nie uważa tego za dyskryminację. Dlaczego? Bo dopuszczenie syfilityków do takich prac niosłoby za sobą ryzyko syfilitycznej pandemii, która mogłaby zagrozić gatunkowi ludzkiemu… 

…Zwrócił na to uwagę również Mikołaj Machiavelli definiując ucisk; ucisk ma miejsce wtedy, gdy ograniczenie wolności nie służy powszechnemu bezpieczeństwu.

Z kolei sprawiedliwość można rozumieć dwojako: po pierwsze – jako idealny stan stosunków społecznych – jak chcieliby marksiści, którzy zilustrowali ten ideał formułą „od każdego według jego możliwości, każdemu – według potrzeb”. Od razu widać, ze aby praktykować tak pojmowaną sprawiedliwość, musi być ktoś, czyje decyzje odnoszące się zarówno do możliwości i potrzeb, musiałyby być przyjmowane „powszechnie i bez zastrzeżeń”. Oznacza to, że jeśli nawet można by praktykować w ten sposób sprawiedliwość, to za cenę zamordowania wolności. Słowem – albo myć ręce, albo myć nogi. Na szczęście istnieje inny sposób rozumienia sprawiedliwości. Według rzymskiego prawnika Ulpiana Domicjusza, „iustitia est firma et perpetua voluntas suum cuique tribuendi” (sprawiedliwość jest to niezłomna i stała wola oddawania każdemu co mu się należy). Nie jakiś wymuszony, idealny stan stosunków społecznych, tylko sposób życia, dla którego Ulpian dostarczał dodatkowych wskazówek: honeste vivere, alterum non laedere, suum cuique tribuere (uczciwie żyć, drugiego nie krzywdzić, każdemu należne oddawać). Tutaj też musimy odpowiedzieć na pytanie, kto ustala, co się komu należy? Na to pytanie może odpowiedzieć każdy człowiek, ale z ludźmi wiadomo; trzeba ufać i kontrolować. Toteż wszystko zależy od tego, czy istnieje jakiś sposób weryfikowania takich deklaracji, możliwy do zastosowania w skali masowej. Owszem, istnieje; takim sposobem weryfikowania deklaracji odnoszących się do oczekiwań są umowy. W nich właśnie ludzie komunikują sobie wzajemne oczekiwania i jeśli sami uznają je za uzasadnione, dochodzi do transakcji. Weryfikacja jest autentyczna, kiedy umowa jest dobrowolna, to znaczy – gdy nie towarzyszy jej żadna zewnętrzna przemoc. Zatem przy takim pojmowaniu sprawiedliwości nie zachodzi żadna sprzeczność między wolnością i sprawiedliwością. Przeciwnie – wolność jest warunkiem sine qua non praktykowania sprawiedliwości.

Skoro gwarantowanie wolności jest podstawowym celem państwa, to musi to znajdować odzwierciedlenie w konstytucji, która pełni role sui generis statutu państwa. W szczególności dotyczy to wolności gospodarczej, której niepodobna wyobrazić sobie bez poszanowania własności, która gwarantuje obywatelom autonomię również względem władzy publicznej…” (Stanisław Michalkiewicz – Po co nam państwo?)

i cytat z mojego ulubionego ekonomisty:

„(…) aby dwie wymieniane usługi miały tę samą wartość, aby wymiana była sprawiedliwa, musi być spełniony jeden warunek: wymiana musi dokonywać się w sposób wolny. (…) równowartość wynika z wolności. (…) rola państwa polega raczej na tym, by zapobiegać, a zwłaszcza przeciwstawiać się podstępom i oszustwom, to znaczy zagwarantować wolność, a nie tę wolność gwałcić. (Frederic Bastiat)

podobne: Wolnośc a samowola czyli – Goń libertyna! oraz: „Państwo to ja” czyli… Prywatne potrzeby nie wymagają interwencjonizmu demokracji. Konsekwencje demosu na podstawie planów odebrania kreacji pieniądza bankom komercyjnym w Szwajcarii. i to: Utrata suwerenności czyli… Polska krajem neokolonialnym. Samoobrona rodzinna (Panel dyskusyjny XII Kongresu Konserwatywnego). Poszukiwany autorytet do walki z totalitaryzmem socjaldemokracji. a także: Trzecia rewolucja technologiczna i ryzyko rosnącego bezrobocia w związku z rozwojem robotyki. Receptą na potencjalny kryzys uwłaszczenie (a nie „pomoc państwa”). Michalkiewicza debata o nierównościach. polecam również: Tacyt: „Przy największym państwa nierządzie najliczniejsze były prawa”. Rekordy biurokracji, zmiany w prawie karnym i schizofrenia Platformy. Państwo jak rabuś czyli… komu to wszystko służy? i jeszcze: Do czego potrzebne mi państwo i czemu do wydawania moich pieniędzy? na koniec: Równość czy hierarchia? Które jest bliższe ideału?

Jan Paweł II (naród, wolność, ucisk)

Prawo i sprawiedliwość? „Ułaskawienie” Kamińskiego. Parasol ochronny nad Komorowskim? Zamiast aneksu do raportu WSI, „raport” z niegospodarności. Koniec „złotych spadochronów”. Komentarz Michalkiewicza.


„…Obecny polski wymiar sprawiedliwości jest kontynuacją tworu, który powstał w 1943 r. w Związku Sowieckim. Po aresztowaniu przedwojennych sędziów, tzw. „grupy operacyjne” wkraczające z Rosjanami zakładały nowe sądy, których celem było wychowanie tzw. „sędziów nowego typu”, służących komunistom. To ich odziedziczyła III RP i przyjęła, że nadają się, by pełnić rolę wymiaru sprawiedliwości niepodległego państwa.

Decyzję prezydenta Andrzeja Dudy, by bez czekania na drugą instancję unieważnić jawnie niesprawiedliwy wyrok wobec Mariusza Kamińskiego, można odczytać jako demonstrację. Tego, że fikcja, zgodnie z którą narzędzie stworzone przez komunistyczny totalitaryzm do walki z Polakami, może ich sprawiedliwie sądzić, kończy się.

Środowisko sędziowskie nigdy po 1989 r. nie zostało poddane weryfikacji. Olbrzymie zło, wyrządzone obywatelom przez wielopokoleniową sędziowską sitwę, musi zostać rozliczone, a ci, którzy sprzeniewierzyli się zasadom niezawisłości, usunięci i ukarani. Tego chce większość Polaków – według sondaży ponad połowa z nich nie ufa wymiarowi sprawiedliwości.

Historia tego, jak powstawał i rozwijał się ów stworzony przez Związek Sowiecki twór, jest w III RP jednym z tematów tabu. Artykuł Piotra Lisiewicza z miesięcznika „Nowe Państwo” przerwał zmowę milczenia w tej sprawie. Poniżej zamieszczamy go w całości. (red.)

Skazał na śmierć „Nila” i szkolił elitę sędziów III RP

„Bierni i wrodzy”, „reakcyjne elementy w prawnictwie”, „usiłujący kompromitować młody aparat bezpieczeństwa” – tak mówiła o przedwojennych sędziach propaganda PRL, co skutkowało ich aresztowaniami i wyrzucaniem z pracy. Ich miejsce zajął wyszkolony w trybie przyspieszonym „młody narybek prawniczy”, potrafiący pokonać „skostnienie i formalizm” i „dojrzeć – gdzie czyha wróg”. Nowy wymiar sprawiedliwości wchodził do Polski, nierzadko dosłownie, na sowieckich bagnetach. Ale „walka o nowy typ sędziego” wymagała dziesięcioleci pracy ideologicznej nad świadomością narybku.

Ten narybek, wprawdzie inaczej niż w pierwszych latach PRL, mający już maturę, a nawet skończone studia, odziedziczyła III RP. I przyjęła, że „sędziowie nowego typu” nadają się do tego, by wypełniać rolę wymiaru sprawiedliwości niepodległego państwa.

Satyryk Bohdan Smoleń mawiał, że niezawisłość sędziowska polega u nas głównie na tym, że żaden sędzia jeszcze nie zawisł. Samo środowisko prawnicze w swej większości nigdy nie widziało potrzeby oczyszczenia się z ludzi wsadzających do więzień tych, którzy walczyli o wolną Polskę.

Do rangi symbolu urasta fakt, że uczniem prof. Igora Andrejewa, w latach stalinowskich głównego ideologa „walki o nowy typ sędziego”, jest prof. Lech Gardocki, pierwszy prezes Sądu Najwyższego z lat 1998–2010, odznaczony przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. Andrejew teorię łączył z praktyką – był jednym z trzech sędziów, którzy utrzymali w mocy wyrok śmierci na gen. Emila Fieldorfa „Nila”, a następnie negatywnie zaopiniował prośbę o jego ułaskawienie.

Nie był to fakt w PRL szerzej znany. Nie stanowiło natomiast dla nikogo zorientowanego tajemnicy, że Andrejew w latach stalinowskich piastował stanowisko dyrektora Centralnej Szkoły Prawniczej im. Teodora Duracza, zwanej „Duraczówką”, którą to nazwę ludowa mądrość połączyła z rosyjskim słowem „durak”, czyli głupek. To tam w ciągu dwuletnich przyspieszonych kursów pod kierunkiem Andrejewa szkolono w ideologicznym zapale kadry kierownicze zbrodniczego stalinowskiego wymiaru sprawiedliwości. Matury nie wymagano.

Mimo to po likwidacji skompromitowanej „Duraczówki” przez cały PRL Andrejew wychowywał pokolenia sędziów na Uniwersytecie Warszawskim i w Polskiej Akademii Nauk. Zaś jego uczeń Gardocki nie widział przeszkód, by w 1988 r. jako redaktor naukowy opracować „Tom specjalny wydany dla uczczenia pracy naukowej Igora Andrejewa”.

Sądy i prokuratura – największa klęska III RP

W wyniku utrzymania tej ciągłości, którą symbolizują nazwiska Andrejewa i Gardockiego, mamy aparat sprawiedliwości niezdolny do bronienia honoru Polski po smoleńskiej tragedii. Od 26 lat niepotrafiący rozliczyć komunistycznych zbrodni. A na co dzień – nienadający się do skutecznej walki z przestępczością białych kołnierzyków. Za to nierzadko wsadzający do więzień i szpitali psychiatrycznych osoby niemające pieniędzy na adwokata, które popadły w konflikty z urzędniczymi sitwami.

Ubocznym skutkiem braku weryfikacji w wymiarze sprawiedliwości jest niechęć do rozmowy o jego historii. Owszem, o zbrodniach stalinowskich wiemy sporo. Natomiast nic lub prawie nic nie pisze się o tym, jak powstał aparat prokuratorski i sądowniczy zdolny do tych zbrodni. I jak przetrwał różne historyczne zakręty…” (Piotr Lisiewicz)

całość tu: Koniec bezkarności postsowieckiego wymiaru sprawiedliwości!

O tak! Z pewnością pewna część polskiego wymiaru sprawiedliwości nadaje się do wymiany, a być może powinna nawet trafić za kratki. Ale jeśli nowa władza chce tę niewątpliwą konieczność przeprowadzić z pozycji moralnej wyższości, z zachowaniem obiektywnego poczucia sprawiedliwości (i prawa), a nie dlatego że „większość się domaga”, to nie może równolegle dokonywać zamachu na istotę sądownictwa – jego niezależność. Co do „większości”, to czy wcześniej jej nie było? (tyle że wspierała innych) Co to w ogóle za argument? No i jaka to większość skoro wyborcy PISu to zaledwie część z tej połowy która w ogóle poszła na wybory. Nie może „nowa” władza która w szyldzie ma „prawo i sprawiedliwość” posługiwać się niejasnymi regułami i tworzyć niebezpieczne na przyszłość precedensy prawa dla politycznych celów. Gdyż mogą one zostać później wykorzystane w niecny sposób jako „praktyka prawna”, ze szkodą dla obiektywnego poczucia sprawiedliwości. Tę stajnię Augiasza należy wyczyścić a nie spalić do cna łącznie z fundamentami (ideą niezależności), robiąc miejsce dla jakiegoś potwora. Nieuczciwych sędziów trzeba „wycinać”, ale nie można jednocześnie razem z nimi wyciąć istoty wymiaru sprawiedliwości.

Dotyczy to również ułaskawiania przestępców (i to z naruszeniem prawa) po to żeby ich umieszczać na wysokich stanowiskach, jakim jest np. minister koordynator służb specjalnych. Nie ma to nic wspólnego z „poczuciem sprawiedliwości”. Bardzo źle świadczy o nowej władzy fakt że całą akcję przeprowadzono po to, by oddać resort służb specjalnych człowiekowi któremu udowodniono totalniackie zapędy. Mowa tu o ułaskawianiu (prawnym i moralnym) Pana Kamińskiego, który nadużywał władzy do bezprawnych działań polegających na fabrykowaniu sytuacji przestępczych, po to żeby wabić w nie ludzi i na sfingowanej przez siebie od początku podstawie ich zamykać. Taki człowiek powinien siedzieć a nie nadzorować służby specjalne w Polsce…

„…Kamiński – mimo braku uzasadnienia popełnienia przestępstwa w aferze gruntowej – zdecydował się przeprowadzić operację specjalną, a podległych mu funkcjonariuszy podżegał do przestępstwa. Polegało ono na kierowaniu niezgodnymi z prawem działaniami operacyjnymi – wręczenia łapówki Piotrowi Rybie i Andrzejowi K. oraz „funkcjonariuszom publicznym”. Prokuratura uznaje to za „niedozwoloną prowokację”.
Według zarzutu, Kamiński działał ze „z góry powziętym zamiarem” i odpowiada karnie za działania całej nadzorowanej przez siebie instytucji – powinien był bowiem nie dopuszczać do nadużywania uprawnień przez podległych sobie funkcjonariuszy, co stanowi niedopełnienie obowiązków szefa CBA. „Za jego wiedzą i zgodą podlegli mu funkcjonariusze podrobili szereg dokumentów osób fizycznych i jednostek samorządowych” – głosi uzasadnienie zarzutu.
– W tej sprawie stwierdziliśmy kilka przypadków stosowania kontroli operacyjnej bez zgody prokuratora i sądu – podkreśliła rzeczniczka prokuratury Mariola Zarzyka-Rzucidło. Według prowadzących śledztwo Kamiński miał świadomość, że w oparciu o podrobione dokumenty zostanie wydana w ministerstwie rolnictwa decyzja administracyjna naruszająca prawa osób trzecich – właścicieli gruntu w Muntowie…” więcej na Szef CBA usłyszał zarzut. Nie przyznaje się podobne tu: „Z miłości do prawa łamać prawo”, czyli jeszcze raz o Sawickiej

Cała ta chucpa oraz przekonanie wyborców i dworaków PIS o słuszności posunięć Dudy, w niczym nie zmienia faktu że Pan Kamiński został słusznie przez sąd pierwszej instancji skazany. Cała ta „afera gruntowa” przypominała bowiem „zabawę” w którą czasem bawią się strażacy – sami podpalają by później mieć co gasić. Afera została bowiem od początku do końca zorganizowana i zrealizowana przez CBA, w dodatku z nadużyciem władzy (podobnie było w przypadku Beaty Sawickiej, innym zaś przykładem może być ABW i Brunon K.). Ostatecznie prowokatorom udało się wciągnąć tylko jedną osobę z zewnątrz (Pana Rybę). Drugi podejrzany (Pan Kryszyński) okazał się „byłym” funkcjonariuszem (skończył elitarną szkołę wywiadu w Kiejkutach i był oficerem UOP). A że ze służb nigdy się nie wychodzi, to tylko Ryba dostał odsiadkę, zaś Kryszyńskiego ukarano grzywną. To z kolei rodzi domysły że Kryszyński mógł pełnić w tej aferze rolę „tajniaka”, a jego zadaniem było prawdopodobnie sztuczne napędzanie całej afery, łącznie z prowokowaniem, kreowaniem i nakłanianiem do zachowań korupcyjnych „wspólnika” – Ryby. Jeśli CBA powołano do tego by wytwarzać sytuacje korupcyjne, to w tym kraju ŻADEN obywatel nie może czuć się bezpieczny. Jest to typowo ubecka metoda działania którą można podsumować słynnym cytatem „dajcie mi człowieka a paragraf się znajdzie”. Tego rodzaju „specjalne uprawnienia” stanowią też pokusę do pozbawionego ryzyka „zarobku” dla skorumpowanych funkcjonariuszy. Bo nawet jak wpadną to zawsze będą mogli się wytłumaczyć, że przecież to była taka specjalna akcja-prowokacja – całkowicie legalna!

Ludzi którzy uważają ten sposób postępowania za potrzebny i praworządny nie uważam za godnych prawa łaski, ani za właściwych kandydatów na funkcjonariuszy czy ministrów mających pełnić nadzór nad służbami. Są to zbiry najgorszego sortu, bo potrafią bez skrupułów wykorzystać powierzoną im władzę do szukania haków nawet na niewinnych ludzi (gdyby nie nakłanianie CBA to nie popełniliby sami z siebie przestępstw). To jest jakieś kuriozum, a wszczęcie procedury ułaskawienia kogoś, kto nie został jeszcze prawomocnie skazany jest przy tej okazji „piękną” konkluzją paradoksu z jakim mamy do czynienia. Być może drugorzędnym problemem (dla zwykłych obywateli), ale jednak pokazującym jak paskudnie zaczyna się bawić „nowa” władza, i jak potrafi wyzbyć się skrupułów żeby osiągnąć polityczny cel… I tę hucpę postanowił żyrować człowiek który skończył prawo i klęka na mszy w Kościele…tfuuuu. Prezydent „obrońca” – prywaty i partyjnych interesów.

Trochę innych standardów oczekiwałem od Pana Dudy (Rola prezydenta RP). Nawet Komorowski ze swoją WSIową oprawą (który ma sporo innych rzeczy na sumieniu) nie połasił się na to żeby przerywać sądom przed zakończeniem postępowania, by ułaskawić kumpla przeznaczonego na ministerialny stołek. Najgorsza w tym wszystkim jest premedytacja na określone polityczne zapotrzebowanie. Duda najprawdopodobniej wiedział że Kamiński zostanie skazany więc zdecydował się na „mniejsze zło” (w swoim mniemaniu), zanim do Kamińskiego przylgnie wyrok przestępcy skazanego prawomocnym wyrokiem. Wyręczył więc sąd drugiej instancji i postawił się w roli sędziego który lekkim ruchem ręki na podstawie własnego widzimisię ocenia kto jest słusznie sądzony a kto nie. To że złamał w ten sposób prawo miało w tym wypadku trzeciorzędne znaczenie. Bo „społeczne poparcie” wyborców PIS, jak i całego intelektualnego zaplecza tej partii, hurtem okrzyknęły że był to jedynie słuszny (i o zgrozo! sprawiedliwy) ruch. Zaś dla tej części która polityką się w ogóle nie interesuje był to kolejny nieinteresujący rozdział wojny na górze. Mało kto się zastanawia nad niebezpieczeństwem wynikającym z tego precedensu a w zasadzie bezprawia. Priorytetem ponad wszystko było to, żeby kandydat na ministra koordynatora służb specjalnych mógł tym ministrem zostać bez łatki „prawomocnie skazanego”. Nie mógłby bowiem w sposób nieskrępowany wykonywać swoich funkcji, bez dostępu do informacji tajnych i ściśle tajnych (nie daje się tego rodzaju uprawnień kryminalistom). Dlatego też dołożono wszelkich starań (łącznie z zamachem na praworządność) żeby Pan Kamiński nie został prawomocnie skazany.

Należy zwrócić uwagę również na to, że Pan Duda jednocześnie zdjął z lobby sędziowskiego (ukłon w stronę palestry z racji wyuczonego zawodu?) presję ewentualnej konieczności uchylenia pierwszego wyroku (który był jak najbardziej słuszny i nie do podważenia). Sąd po prostu nie mógłby uniewinnić Kamińskiego bez naplucia sobie w gębę gdyż nie miał do tego podstaw. Całe odium (nie)odpowiedzialności spadło więc na urząd prezydenta, który przerwał niewygodny impas. Sędzia do którego trafiło pismo o ułaskawieniu z rozbrajającą szczerością przyznał że nie wie co z tym fantem zrobić, ale jednocześnie zasugerował że dalszy proces jest bezcelowy. Tylko na jakiej podstawie?

Pozostaje pytanie – kim jest Pan Kamiński, że Pan Duda rzuca na szalę swoją reputację jako uczciwego człowieka, powagę urzędu prezydenta i porządek prawny, by w wielkim pośpiechu i bez uzasadnienia (poza subiektywnym odczuciem – SIC!) oddać przysługę człowiekowi który nie jest tego wart, bo naginał prawo dla politycznych celów (czy swoich czy kogoś innego to nie ma znaczenia), w związku z czym nie powinien pełnić ŻADNEJ funkcji publicznej, a co dopiero takiej władzy jaką posiada minister koordynator służb specjalnych. Dlaczego MUSIAŁ być to właśnie Kamiński? Myślę że PIS potrzebuje „sprawdzonej” osoby na tym stanowisku, która nie cofnie się przed niczym kiedy partia będzie tego potrzebować. Jeśli takie mają być standardy „prawa i sprawiedliwości” to ja dziękuję. Osobiście jako zwykły szary i nic nie znaczący obywatel mogę mieć to gdzieś, ale jako człowiek który przykłada wagę do porządku, sprawiedliwości i uczciwości w życiu publicznym, nie mogę udawać że nie widzę tego co się dzieje. Nie będę udawał z fałszywej sympatii dla „dobrych chęci” i „konieczności dania szansy” nowej władzy, że wolno im więcej kosztem elementarnych zasad stworzonych dla NASZEGO (obywateli) bezpieczeństwa właśnie przed potencjalną zbyt rozbuchaną chciwością władzy.

Analizując zaś sam proces „ułaskawienia” Pana Mariusza Kamińskiego przez Pana Andrzeja Dudę należałoby zacząć od wyjaśnienia co to takiego ułaskawienie. Dokładnie nazywa się to „prawo łaski” i wynika z art 139. Konstytucji RP, jednak sama konstytucja nie definiuje tego pojęcia w żaden sposób! Przepis ten stanowi tylko tyle że: „Prezydent Rzeczypospolitej stosuje prawo łaski. Prawa łaski nie stosuje się do osób skazanych przez Trybunał Stanu.” Z samej treści tego artykułu nie wynika absolutnie nic poza czysto semantycznym znaczeniem słów „stosuje prawo łaski” (zdanie pierwsze) i kogo ta łaska nie dotyczy (zdanie drugie). Co się przekłada „możesz iść, ale nie wolno Ci pójść w lewo”. Jednak mając na uwadze to, że na tej drodze nie jesteś sam, bo istnieją jeszcze inne organa władzy jak ustawodawcza a zwłaszcza sądownicza obwarowane tak samo ważnymi kompetencjami (w ramach tej samej konstytucji), to nie możesz sobie chodzić jak chcesz, bez uważania na innych! I o tym właśnie jakby część klakierów PISu zapomina.

Tymczasem z uwagi na nieprecyzyjność pierwszego zdania (na czym to prawo łaski miałoby konkretnie polegać) cała reszta dopowiedzeń, w jaki sposób i kiedy prezydent może, a w jaki sposób i kiedy nie może skorzystać z tego prawa, po prostu MUSI uwzględniać inne przepisy. Zwłaszcza zawarte w konstytucji (czyli tej samej rangi i powagi), mówiące o rozdziale władzy sądowniczej od ustawodawczej i wykonawczej, oraz zawarte w aktach prawnych niższego rzędu (kodeksy, ustawy) w ramach – lex specialis (gdyż istnieją również takie). Przepisy te powinny zatem owo prawo łaski o ile nie definiować to przynajmniej precyzować, jednocześnie nie ograniczając jego sensu.

„Łaska” oznacza w praktyce prawniczej „darowanie kary”. A zatem sensem „prawa łaski” jest uwolnienie od KARY (dolegliwości) a nie winy (za popełniony czyn), która jednak musi być wcześniej udowodniona (w ramach procesu), żeby można było w ogóle mówić o ukaraniu (i jego podstawach). Ułaskawienie dotyczy więc skazanego, i to PRAWOMOCNIE – bo tylko takich osób dotyczy UKARANIE. Nie ma skazania (prawomocnego) – nie ma kary – nie ma ułaskawienia. Taki jest logiczny ciąg zależności. Osoba „nieprawomocnie skazana” nie podlega bowiem żadnej sankcji, którą można by jej w ramach „prawa łaski” darować. Więc każdy kto twierdzi że można ułaskawić kogoś (a nie uniewinnić! – uniewinnienie to nie jest to samo co łaska 🙂 ) kto nie został uprzednio skazany (a w związku z tym nie podlega karze) po prostu bredzi. O tym zresztą traktuje pośrednio drugie zdanie art. 139 konstytucji. Przyjmując na chwilę logikę Pana Dudy za dopuszczalną, (że prawo łaski nie wymaga skazania i że może być ono stosowane na każdym etapie postępowania sądowego SIC!) można byłoby łatwo obejść ograniczenie zawarte w zdaniu drugim, które swoją drogą nieprzypadkowo zestawia „łaskę” ze „skazanym” (tyle że w ramach ograniczenia). Wystarczyłoby bowiem, żeby prezydent nie czekał aż Trybunał Stanu kogoś skaże, tylko uruchomił procedurę ułaskawienia w trakcie lub natychmiast po wszczęciu takiego postępowania przed Trybunałem Stanu i już można sobie tym ograniczeniem podetrzeć d…udę 😉 I to samo na zasadzie analogii można byłoby stosować w sądach powszechnych. Jest to po prostu absurd i jawne bezprawie!

Nie można prawem łaski skracać postępowania karnego czy sądowego. To naruszałoby albo wręcz likwidowało prawo oskarżonego (pozwanego) zarówno do udowodnienia przed sądem swojej niewinności, jak i do skazania oraz ukarania przez sąd sprawcy czynu zabronionego któremu udowodniono winę. Byłoby to naruszenie elementarnych zasad prawa i poczucia sprawiedliwości w społeczeństwie. Zamykałoby bowiem możliwość ustalenia, kto jest winien (i dlaczego), poprzez jedną decyzję prezydenta. Taka ingerencja w wymiar sprawiedliwości byłaby niebezpieczna zwłaszcza w sprawach funkcjonariuszy państwowych związanych z władzą „panującego”. Skoro rzekomo Konstytucja (ani inne przepisy) nie mają prawa ograniczać prezydenta w stosowaniu prawa łaski, to równie dobrze można zlikwidować całą władzę sądowniczą bo jest niepotrzebna, a prawo łaski to żadne „prawo” a po prostu licencja na nieomylność prezydenta w sprawach sądowych. Nadawanie jednemu człowiekowi takiej władzy to faktyczne połączenie w jednym ręku władzy wykonawczej z sądowniczą (niemal absolutyzm). Skoro ułaskawienie jest dopuszczalne na KAŻDYM etapie sprawy, to co stoi na przeszkodzie żeby prezydent zażyczył sobie takiego „ułaskawienia” natychmiast po wniesieniu oskarżenia, przerywając cały proces na samym początku, tak żeby nikt nie dowiedział się żadnych faktów dotyczących oskarżenia takiego czy innego „kolegi prezesa” 😉 Bo zgodnie z „nowym prawem” prezydent nie musi czekać na to, aż cokolwiek będzie komuś udowodnione. Nie musi się też liczyć z argumentami skoro jeszcze żaden nie wybrzmiał! Sąd może się zatem nie wysilać w zbieraniu i rozpatrywaniu dowodów, przesłuchiwaniu świadków czy w innych czynnościach mających na celu dążenie do ustalenie prawdy obiektywnej, bo ona się nie liczy. Liczy się tylko „poczucie sprawiedliwości” Pana prezydenta – koniec kropka!

Dlatego najważniejszy w całej tej sprawie w zestawieniu z art. 139 konstytucji, jest art. 7, który mówi, że organy władzy działają nie tylko na podstawie, ale i w granicach prawa, a przede wszystkim art. 173. gdzie stoi jak wół napisane, że sądy i trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz. Skracanie postępowania sądowego przez prezydenta (czyli inną władzę – wykonawczą) jest zatem działaniem poza granicami prawa, oraz naruszeniem odrębności sądu jak i niezależności toczącego się postępowania, gdyż dopiero wyrok (i to prawomocny) takie postępowanie kończy. Prezydent powinien ZACZEKAĆ na zakończenie postępowania, by dopiero od jego skutków (KARY ale nie od winy) móc swojego kolegę legalnie „zwolnić”. Jednak to by oznaczało że Pan Kamiński pozostanie winny popełnionego przestępstwa, a tylko nie wyląduje za to w więzieniu.

„…Zważywszy na to, że okazany przez prezydenta Dudę akt łaski godzi w elementarne poczucie sprawiedliwości i podważa fundamenty państwa prawa, wypada jedynie trzymać kciuki aby Sąd Okręgowy nie uległ presji większości doktryny prawa konstytucyjnego. Powinien uznać, że akt łaski zastosowany przez Prezydenta wykraczał poza jego prerogatywy, przez co był bezskuteczny. Skutkować to winno odmową umorzenia postępowania karnego i merytorycznym rozpoznaniem apelacji (o ile tylko, wobec ponownego wyboru Mariusza Kamińskiego na posła nie ma potrzeby ponownego uchylenia mu immunitetu, co już jest jednak zupełnie inną kwestią). A nuż w wyniku rozpoznania apelacji sąd w drugiej doszedłby do wniosku, że przestępstwo nie zostało popełnione i uniewinnił oskarżonego. Byłoby to z wielkim pożytkiem dla samego Kamińskiego (który mandat do sprawowania funkcji publicznych wywodziłby wówczas z oceny niezawisłego sądu, a nie z posiadania wpływowych kolegów), ale przede wszystkim dla budowy w Polsce państwa prawa.” (Tomasz Ludwik Krawczyk – Ułaskawienie nieskazanego Mariusza Kamińskiego a konstytucja)

…wypada więc powtórzyć za Panem Kokoszkiewiczem…

…Istnieje jednak pewne niebezpieczeństwo zagrażające każdej grupie rządzącej zwłaszcza, kiedy posiadła ono pełnię władzy. Mam na myśli triumfalizm, arogancję i przemożną pokusę spożywania zakazanych owoców, które takiej władzy często podtyka się jak na tacy. Bardzo ważne, aby media, które przez lata wspierały PiS nie poczuły się organami partyjnymi i nie przyjęły wraz z rządzącymi zasady TKM, czyli „Teraz K…a MY”.

I tu widzę bardzo ważne zadanie dla „Warszawskiej Gazety”, na której okładce nad winietą widnieją pisane drobną kursywą słowa: Nie obchodzą nas partie lub te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski-polskiej. Te dwa zdania zaczerpnięte zostały z ulotki kpt. Władysława Łukasiuka, „Młota” z 6 Brygady Wileńskiej AK.

Pamiętajmy, aby radość z tego, kto dzisiaj Polską rządzi nie przesłoniła nam nigdy czegoś o wiele ważniejszego, czyli tego jak rządzi i jakie cele stara się realizować. Powyższy cytat zapamiętajmy i traktujmy, jako wzornik i kopiał, który zawsze przykładać będziemy do każdej decyzji i poczynań nowej władzy. Jeżeli cokolwiek nie będzie pasowało do tego wzornika będziemy informować, a kiedy trzeba alarmować nie zważając, że komuś może się to nie spodobać. Trzeba pamiętać, że zawsze najłatwiej oszukać tych najbardziej i ślepo zakochanych. Dziennikarzom nie wypada tak na zabój kochać się we władzy bo utracą jakąkolwiek wiarygodność dołączając do Michnika, Lisa, Żakowskiego czy „Stokrotki” Olejnik.” (Mirosław Kokoszkiewicz)

źródło: Ciemność, widzę ciemność, ciemność widzę

… i liczyć na deklarowaną niezależność od nowej władzy by dać świadectwo owej wiarygodności o której jest mowa w cytacie. Tymczasem do tego co się wydarzyło jak ulał pasuje fragment z „Pana Tadeusza”:

„…Mistrz coraz takty nagli i tony natęża,
A wtem puścił fałszywy akord jak syk węża,
Jak zgrzyt żelaza po szkle – przejął wszystkich dreszczem
I wesołość pomięszał przeczuciem złowieszczem.
Zasmuceni, strwożeni, słuchacze zwątpili,
Czy instrument niestrojny? czy się muzyk myli?…” 

Pora przejść do innej sprawy…

„Ledwo na cztery dni przed zwycięstwem PiS w wyborach parlamentarnych Tomasz Siemoniak, wicepremier i minister obrony narodowej, powołał na stanowisko rektora AON byłego żołnierza komunistycznej bezpieki wojskowej gen. Bogusława Packa” – czytamy w serwisie Niezależna.pl.

Siemoniakowi nie przyszło do głowy, by skonsultować tę decyzję z Andrzejem Dudą, zwierzchnikiem sił zbrojnych. Ale gen. Pacek długo się stanowiskiem nie cieszył. Wczoraj odwołał go nowy minister obrony narodowej Antoni Macierewicz. Decyzja była jedną z pierwszych, które podjął.

To symboliczne. Tym samym w szeregi pozostałych w strukturach wojskowych pracowników, współpracowników i konfidentów komunistycznej bezpieki poszedł jasny sygnał:

„grubej kreski” nie będzie.

To samo dotyczy zapewne poukrywanych tu i ówdzie żołnierzy WSI, tak zaciekle zwalczających likwidatora „długiego ramienia Moskwy”.

Bez dokończenia procesu lustracji, bez wyeliminowania z życia publicznego ludzi zakorzenionych w PRL i ZSRS, nie ma możliwości przeprowadzenia sanacji życia publicznego.

Wiedzą o tym wszyscy, a najbardziej przeciwnicy nowego ministra obrony. Dlatego tak zaciekle go atakują.” (Wojciech Mucha)

źródło: Przegonić bezpiekę

Wiedzą o tym wszyscy… zauważa Pan Mucha pisząc o potrzebie lustracji (bardzo słuszna koncepcja) i odżegnując nowe władze od „grubej kreski” (do której nie powinno nigdy dojść). Na dowód realizacji tych potrzeb przywołuje odwołanie z funkcji rektora AON byłego żołnierza komunistycznej bezpieki wojskowej gen. Bogusława Packa. Jednak mało kto wie, że ten gest nie ma po pierwsze nic wspólnego z lustracją, ani z likwidacją grubej kreski, a jest po prostu elementem polityki kadrowej w ramach zmiany u władzy. Jak ktoś nie wierzy niech się zapozna z podstawą prawną zwolnienia gen. Packa.

Jest to zapewne jeden z wielu gestów które jeszcze przed nami a które szumnie będzie się nazywać „sprawiedliwością dziejową” i oczyszczaniem aparatu państwa z wrażego elementu. W ilu wypadkach będzie to rzeczywiście podyktowane troską o kompetencje i uzasadnionym brakiem zaufania do delikwenta (z racji starych grzechów) to można będzie ocenić na podstawie ilości udowodnionych przed sądem przestępstw, niekompetencji i „zdrad” (nie spodziewam się zbyt dużo tego typu spraw). Z pewnością przypadek gen. Packa zmobilizuje prawdziwe szuje do samodzielnego ruchu w pożądanym przez nowe władze kierunku, i odejdą z zajmowanych stanowisk na własną prośbę, oszczędzając tym samym czasu i zachodu nowym pryncypałom – i tyle z tego będzie dobrego. O największych „ludziach honoru” uciekających przed „rozliczeniem” z pewnością się dowiemy z komunikatów prasowych, bo media „niezależne” będą się na ten temat rozpisywać, trąbiąc o tym jak to PIS samym swoim „majestatem” robi „porządek”. Natomiast o tym ilu z tych nieodrodnych synów ludowej rzeczypospolitej zachowa swoje posadki uzyskując status „naszych sukinsynów” (jeśli przysięgną lojalność nowej władzy) nie dowiemy się zbyt szybko. Jeśli jednak  przypadkiem się dowiemy, to będzie nam to z pewnością dobrze wytłumaczone. W przeciwnym wypadku ci ludzie będą się bronić przed ujawnieniem, strasząc kogo trzeba wiedzą na temat co niektórych aparatczyków z PISu 🙂 Bo taka jest cena za bycie partią „kompromisu” i zadawnionych układów rodem z Magdalenki, oraz kadrami z PZPRu.

Ta „dekomunizacja” z pewnością zadowoli na jakiś czas część elektoratu PIS. Nic tak bowiem nie rajcuje najzagorzalszych fanatyków jak pozbawienie tłustych kotów i aparatczyków poprzedniej władzy funkcji i apanaży. Tylko co potem kiedy już chęć zemsty zostanie nasycona? Ilu Polakom ta odwilż da pracę, ułatwi prowadzenie działalności gospodarczej, ulży w fiskalnym ucisku, wyrwie z biedy albo pozwoli na powrót z emigracji? Ile stanowisk przez tę „falę rozliczeń” się zwolni, i komu przypadną? Dokładnie nie wiadomo, ale wiadomo że szary obywatel (do tego nie związany z nową władzą) będzie mógł się na tego typu „miejsce pracy” tylko popatrzeć. Stąd właśnie radość z tego rodzaju „czystki” nazwałem jałową, bo żaden obywatel nie odniesie z tego tytułu żadnej wymiernej korzyści poprawiającej jego byt. Zwolnione przez jedne tłuste koty synekury przejmą inne tłuste koty, a naród dalej będzie musiał to wszystko utrzymywać. Co prawda PIS chce wprowadzić zmiany w kontraktach managerskich i zmniejszyć wysokość odpraw w spółkach Skarbu Państwa, które dzięki poprzedniej władzy przybrały wymiar po prostu rabunkowy, ale to jest również tylko gest. Bo cały ten majątek może być efektywnie zarządzany również w prywatnych rękach, a w wielu wypadkach (jak np. kopalnie) powinien być natychmiast sprywatyzowany (najlepiej oddany górnikom w zamian za część przyszłych zysków z przeznaczeniem na fundusz emerytalny) żeby nie obciążać więcej podatników kosztami jego (nie)funkcjonowania.

„…Prawo i Sprawiedliwość w projekcie ustawy chce ograniczyć długość okresu odprawy do 3 miesięcy, a tzw. zakaz konkurencji do 12 miesięcy jeżeli te okresy zawarte w już podpisanych umowach na zarządzanie i różnego rodzaju kontraktach managerskich są dłuższe, to wypłaty z nich wynikające będą opodatkowane 65% stawką podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT). Temu rozwiązaniu ma towarzyszyć także obniżka samych wynagrodzeń dla zarządzających w spółkach Skarbu Państwa, przy czym to rozwiązanie będzie dotyczyło tych nowo zatrudnionych. Zapowiadający wprowadzenie tych rozwiązań w Sejmie prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński powiedział, że w Polsce nie jest najlepiej z równością wobec prawa i obniżenie wynagrodzeń zarządzających w spółkach Skarbu Państwa i wysokiego opodatkowania odpraw będzie pierwszym przejawem wprowadzania tej równości.

W spółkach Skarbu Państwa po wygranych wyborach przez Prawo i Sprawiedliwość co oczywiste szykują się zmiany w szczególności powinni być wymienieni ci managerowie, którzy zostali nagrani na „taśmach prawdy”. Z tych rozmów bowiem bardzo często wynika, że podstawowym ich zajęciem wcale nie jest dobre zarządzanie powierzonym im majątkiem ale raczej tworzenie układów z politykami Platformy, aby jak najdłużej można się by było utrzymać na tym intratnym stanowisku. W takiej sytuacji likwidacja tzw. złotych spadochronów jest jak najbardziej na czasie i powinna być uchwalona w możliwie jak najszybciej…”

całość tu: Koniec „złotych spadochronów” podobne: PrzElewarr czyli… jak obejść ustawę kominową i jak z państwowej spółki zrobić prywatny folwark (raport NIK). oraz: Najwyższy Czas!: „Słońce Peru przypala wszystkich prócz kasty urzędników”… Nie daj sobie wmówić że „ONI” są potrzebni.

Cała ta „wymiana” (za wyjątkiem usunięcia szubrawców i złodziei) jest narodowi potrzebna jak kolejny serial w TV. Co innego gdyby za tymi personalnymi czystkami szła jednocześnie likwidacja etatów, a pieniądze które rząd do tej pory wydawał na ich utrzymanie pozostały w całości w kieszeniach Polaków. To co proponuje PIS to żadna sprawiedliwość a zwykłe usprawiedliwienie dla istnienia urzędniczych paśników. Oczywiście zmiany jakościowe są potrzebne – zwłaszcza w organach kluczowych dla obronności i bezpieczeństwa, jak i w sądach czy prokuraturze. Jednak w pozostałych resortach i tzw. „administracji” należałoby po prostu zlikwidować etaty których poprzednia władza namnożyła, a sam proces zarządzania państwem (zwłaszcza gospodarką) powinien zostać zderegulowany. Tymczasem wcale się na to nie zanosi, bo zbyt łakomy to kąsek dla „nowych” co też chcą się nachapać.

Robią nas w konia: Expose Premier Szydło i rządu PiS – koniec złudzeń #136

Niestety naród ten plan (swoim wyborem) przyklepał, gdyż władzy udało się mu wmówić że systemu nie trzeba reformować a wystarczy tylko zamienić świnie przy korycie na „bardziej uczciwe”.  A wtórują temu przekonaniu całe sztaby „specjalistów” i „autorytetów” zwanych „niezależnymi” i „niepokornymi”, które aż przebierają nogami żeby się wśliznąć na miejsca znienawidzonych poprzedników, po to by podczepić się pod różnego rodzaju kurki z publicznym szmalem.

Ta postawa pełnej ambicji pseudoelity tłoczącej się u podnóżka nowej władzy ma przełożenie na wyborców, których większość skłonna jest niewątpliwe polepszenie jakościowe rządów pod władzą PiS traktować jako cel sam w sobie.

Problem polega na tym, że to polepszenie nie jest wystarczające do załatwienia problemów. Sytuacja wygląda tak, jakby lekarz truciciel został odsunięty i zastąpiony przy łóżku chorego na nowotwór pacjenta przez niepodtruwającego już medyka, który zaczyna leczyć zapalenie spojówek, a na uwagi, że trzeba zająć sie rakiem, oskarża (ku akceptacji publiki i rodziny chorego) o radykalizm i ryzykanctwo. Finał jest do przewidzenia.

Dlatego wydaje mi się, że ,,radykalizm” będzie jednak niezbędny. Choroby nie wyleczono.” (Wojciech Miara)

podobne: Spadek po platformie. PO zawiodła przedsiębiorców. Czy obietnice wyborcze zbankrutują Polskę? W oczekiwaniu na „przełom”. Brytyjczycy nie chcą mieć nić wspólnego z długiem i uchwalają jeden z postulatów KORWiNa. oraz: Minuta POPISu. Czy system znowu się obroni dzięki propagandzie spod znaku Virtual Insanity? Wybory są „grą o legitymizację” władzy.

Jak się przedstawia stan świadomości części tego elektoratu (i nie tylko tego) również w kontekście znajomości historii, wydarzeń politycznych i wyciągania na podstawie tej wiedzy stosownych (a przede wszystkim prawdziwych) wniosków, które mogłyby prowadzić do odzyskiwania tożsamości narodowej (nie mylić z polityczną 🙂 ) i świadomości obywatelskiej niech opowie lektura: CBOS: 33 proc. Polaków uważa, że po 1989 r. trzeba było rozliczyć PRL. Wśród zwolenników „porozumienia” wyborcy PISu.

Pan Mucha mówi o tym że trzeba „dokończyć lustrację”. Prawda! Tyle że dziwnym trafem oczekuje – a w zasadzie jest przekonany o tym – że dokona tego środowisko, w którym tak jak w poprzedniej ekipie, nie brakuje ludzi z komunistycznym rodowodem i z socjalistyczno etatystycznym pomysłem na państwo. Pan Mucha zachowuje się jakby nie wiedział, że za uwalenie lustracji w przeszłości (kiedy była najlepsza na to pora) odpowiada m.in Pan Macierewicz, który wspomnianej uchwały lustracyjnej nie wykonał, choć został do jej wykonania przez Sejm zobowiązany….

„…nie przeprowadzil lustracji. Ujawnil tylko tych agentow, ktorzy juz nie pracowali. Czyli tych, ktorzy zakonczyli wspolprace z SB. Nie ujawnil natomiast tych osob, ktore pracowaly nadal dla UOP. Czyli ze rzucil nam ochlap w osobach Wieslawa Chrzanowskiego i Lecha Walesy, ktorzy z punktu widzenia tworcow Magdalenki byli tylko pionkami. Natomast nie ujawnil nikogo, kto dalej kontynuowal dzialalnosc w UOP, a ci agenci byli bardziej grozni od juz nieczynnych, poniewaz to oni podejmowali kluczowe decyzje. Przypominam chociazby sprawe Skubiszewskiego…” (całość tu: Co takiego czczą „farbowane lisy” 4 czerwca i dlaczego „Nocną zmianę”)

…Pisze też o poukrywanych tu i ówdzie jakichś bezimiennych żołnierzach WSI (dobre ma oko jeśli chodzi o płotki), podczas gdy grube ryby wydają się póki co pływać w mętnej wodzie niewiedzy całkowicie bezkarnie, choć przysłowiowych haków na których można by je powiesić nie brakuje… o czym przypomina Pan Sumliński:

„…Dziś, gdy w Pałacu Prezydenckim zasiada „nasz” prezydent, a pełnię władzy przejęła partia pana Kaczyńskiego, należałoby oczekiwać, że Polacy poznają prawdę o byłym lokatorze Belwederu. Trudno bowiem wyobrazić sobie tematykę bardziej „nośną” medialnie, jak informacje zawarte w zeznaniach świadka Winiarskiego. Usłyszeliśmy przecież o wielorakich kontaktach Komorowskiego ze służbami rosyjskimi i wschodnioniemieckimi, o poszukiwaniu „haków” na polityków PiS, o „ochronie” byłego prezydenta, mającej ścisłe powiązania z gangsterami, o przestępczych próbach zastraszania i zdobycia tajnego aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI, o związkach Komorowskiego z ProCivili i kilku innych sprawach, zdolnych wywołać polityczne trzęsienie ziemi i reakcje każdego wymiaru sprawiedliwości.

Milczenie środowiska PiS i związanych z nim „wolnych mediów” jest praktyką tym wielce zadziwiającą, że tuż po 30 października ukazały się dwie, niezwykle istotne wypowiedzi na temat wiarygodności świadka Winiarskiego. Ten bowiem argument – brak wiarygodności, był najczęściej podnoszony przez luminarzy „wolnych mediów” i miał rzekomo decydować o braku zainteresowania…

To raczej ci, którzy już 30 października okrzyknęli zeznania Winiarskiego „niewiarygodnymi”, nie zadbali o jakiekolwiek argument na obronę swoich twierdzeń. Ich zarzuty pod adresem świadka bardziej wyglądały na próbę usprawiedliwienia własnego asekuranctwa niż dowodziły rzetelności dziennikarskiej.

Nazwanie takiej sytuacji zadziwiającą, byłoby zaledwie bladym eufemizmem. Uważam, że mamy do czynienia z ogromnym skandalem i niezwykle groźnym zjawiskiem. Jeśli dziś je przemilczymy, wkrótce możemy zapłacić za to wysoką cenę.

Bronisław Komorowski jest bowiem najciemniejszą postacią świata polityki III RP. Jest osobą, za którą rozpościera się cień wielu ponurych tajemnic i niewyjaśnionych spraw. Prezydentura tego człowieka była czasem hańby, destrukcji i nienawiści. To okres, w którym utraciliśmy poczucie bezpieczeństwa i zdolność do suwerennych działań, w którym znacząco osłabiono potencjał obronny państwa i skierowano polityczne priorytety na proces „zbliżenia” z putinowską Rosją. Nie chodzi tylko o obszar propagandy i nachalnej demagogii wylewającej się z ust polityków PO-PSL i hierarchów Kościoła. „Zbliżenie” z państwem Putina miało wymiar koncepcji bezpieczeństwa narodowego, w której Rosja miałaby stanowić „istotny gwarant bezpieczeństwa europejskiego, w tym naszego bezpieczeństwa”. [o czym więcej tu: Na Kremlu ogłoszono: FSB i SKW będą współpracowac(?) – Odys]

Z takiej perspektywy trzeba oceniać prezydenturę Komorowskiego oraz więzi łączące go z Rosjanami. Nigdy nie wyjaśniono okoliczności, w jakich człowiek ten kontaktował się z ludźmi Putina, tuż po 10 kwietnia 2010 roku. Chodzi m.in. o majową wizytę w Katyniu (wspólnie z Jaruzelskim), o spotkanie 21 czerwca 2010 roku z rosyjskimi wojskowymi w Erewaniu, o wspólny pobyt w Sopocie Komorowskiego i Patruszewa w lipcu 2011 roku, o spotkanie w Jekaterynburgu w grudniu 2011 z wysłannikiem Putina Aleksandrem Charłowem, o lądowanie w Irkucku na Syberii, w drodze do Chin, o „międzylądowanie” w Azerbejdżanie, 6 marca 2012 roku (dwa dni po wyborach prezydenckich w Rosji) i rozmowy z prezydentem tego państwa Ilhamem Alijewem – żarliwym zwolennikiem Putina. To zaledwie część tematów wymagających wyjaśnienia. Jest oczywiste, że nie tylko wcześniejszy życiorys Komorowskiego, ale czas jego prezydentury obfitują w rozliczne „białe plamy” i zagadkowe sytuacje.

Ponieważ ten człowiek jest nadal aktywny w życiu publicznym, posiada realny obszar wpływów oraz potencjał polityczny, który niebawem (jak sądzę) zostanie wykorzystany – należałoby uczynić wszystko, by Polacy poznali prawdziwe oblicze owego „katolika – konserwatysty”. Uważam to za rzecz priorytetową dla naszego bezpieczeństwa…

…Nie wyobrażam też sobie, by (jak ma to miejsce obecnie) środowisko „naszego” prezydenta mogło nadal ukrywać informacje na temat aneksu z Weryfikacji WSI i udzielało w tej sprawie tyleż nonsensownych, jak skandalicznych odpowiedzi. Mamy prawo wiedzieć – czy aneks znajduje się w tajnym sejfie prezydenta Dudy oraz – czy i kiedy zostanie ujawniona jego treść?…

…Jeśli nowa władza nie podejmie żadnych czynności weryfikujących informacje przekazane przez tego świadka i nadal będzie unikała prześwietlenia i rozliczenia prezydentury Komorowskiego, otrzymamy mocną przesłankę na istnienie parasola ochronnego nad byłym prezydentem.

Odpowiedź na pytanie – dlaczego taki parasol miałby istnieć, pozwoliłaby wówczas zrozumieć logikę „nowego rozdania”. (Aleksander Ścios)

całość tu: PARASOL NAD KOMOROWSKIM ? oraz: Nihil novi Winiarskiego o Komorowskim (na procesie Sumlińskiego) przemilczane przez „media”. Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta.

…jednocześnie człowiek odpowiadający za sporządzenie owego tajemniczego aneksu do raportu (za którego ukrywanie do politycznych rozgrywek być może zginął Lech Kaczyński) w jednej z wypowiedzi zapowiada (i nie zapowiada – taki myk) kolejne aneksy, choć pierwszego jeszcze nie opublikowano, za to poszukiwanie konfidentów ma się odbywać dalej (bo poufnych informacji nigdy dość)…

„…Macierewicz wskazuje, że gdy szefowie nowych służb natkną się na informacje, które zgodnie z ustawą weryfikacyjną wymagają napisania następnego aneksu, czyli kolejnego uzupełnienia do „Raportu z weryfikacji WSI”, to muszą to zrobić – czyli jest to ich ustawowy obowiązek.

„Mówię o tym dlatego, żeby była jasność: z punktu widzenia ustawowego istnieją wszystkie narzędzia, aby kontynuować proces weryfikacyjny” – podkreśla wiceprezes PiS.

Pytany czy będzie kolejny aneks Macierewicz wyjaśnia: „Nie zapowiadam żadnych kolejnych aneksów. Od razu chciałbym to powiedzieć tym komentatorom, którzy mogą podnieść histeryczne krzyki, że Macierewicz zapowiada następne aneksy. Przypominam jedynie, co mówi ustawa, i że przewidziano w niej taką sytuację, że wykryte przestępcze działania byłych żołnierzy WSI wymagają opublikowania następnego aneksu i wyciągnięcia z niego konsekwencji”…” (Antoni Macierewicz: Istnieje możliwość dokończenia weryfikacji)

…Bardzo to pasuje do dotychczasowej taktyki przemilczania o jakiej wspomina Pan Sumliński. I nie dziwota! Kto by się chwalił publicznie wiedzą na taki temat. Tylko ten który nie może już z niej zrobić użytku. Upublicznienie tego rodzaju danych to pozbycie się przysłowiowego „asa w rękawie” w postaci haków na poszczególne osoby (tak z władzy jak i jej oficerów prowadzących). Poza tym, to całe (prze)milczenie jakie gwałtownie zapanowało w obozie „płomiennych patriotów” wobec „naturalnego” wroga jakim jest Pan Komorowski, bardzo pasuje do resetu resetu pierwszego resetu (to nie jest powtórzenie, ponieważ kierunek wiatru dziejów zmienił się już dwukrotnie) kiedy to swojego czasu Barack Obama proponował Rosji sojusz w ramach tworzenia wspólnego międzynarodowego bloku „bezpieczeństwa”, czyli wspomnianego przez Sumlińskiego „nowego rozdania”.

Ktoś zapyta a co ma wspólnego taki czy inny dogawor USA i Rosji z tym co się akurat dzieje w „polskim piekiełku” polityki? Ano ma wiele wspólnego, jeśli tylko zdajemy sobie sprawę z tego, że Polska nie jest podmiotem a przedmiotem w polityce międzynarodowej, i w zależności od tego jak akurat kształtują się relacje między mocarstwami, tak kształtuje się kierunek sympatii i antypatii „polskich” władz (a to na pro amerykańską, a to na pro rosyjską, a to na pro niemiecką). Więc jeśli nawet jakiś czas temu Putin i Rosja były beee (bo Gruzja, bo Ukraina, bo coś tam) to od jakiegoś czasu można zaobserwować jak nasi sojusznicy z USA kokietują Rosję (z wzajemnością) pod pretekstem walki z terroryzmem (a głównie ze strachu przed rosnącą potęgą Chin), i znowu ocieplają wzajemne stosunki. Z tego też powodu może wynikać zobowiązanie „nowych” polskich władz, do pewnych drobnych „gestów” wpisujących się w aktualną tendencję sojusznika z USA, czyli nie robienia krzywdy ludziom z obozu prorosyjskiego, z którym poprzez WSI (które podobno zostały zlikwidowane przez Macierewicza) identyfikowany jest Pan Komorowski.

Inne wytłumaczenie to oczywiste zaszłości wynikające z początków tzw. „transformacji ustrojowej”, gdzie protoplasta obecnego PISu (Porozumienie Centrum) było reprezentowane na rozmowach z komunistyczną bezpieką (również wojskową) w Magdalence przez ś.p. Lecha Kaczyńskiego. Z uporem maniaka wypominam po raz kolejny tę słynną popijawę, bo to właśnie tam ustalono że „wy nie ruszacie naszych a my nie ruszamy waszych”. Stąd też m. in. wynikają pewne szczególne zobowiązania Pan Macierewicza, bo chociaż był „zawzięcie” ścigany przez „starą” władzę” za swoją „szkodliwą” dla państwa działalność, to jednak skończyło się tylko na ściganiu i nieprzyjaznej prasie (o czym więcej tu: Leszek Szymowski: Komisją śledczą w Macierewicza. Jak to było z WSI?)

Na koniec jeden z mocniejszych pozytywów ostatnich dni (taka kropla miodu w beczce dziegciu), choć będący póki co również w fazie gestu, bo czy cokolwiek wyniknie z tej sprawy w postaci ukarania odpowiedzialnych za to osób, to już od prokuratury będzie zależało. Mowa o raporcie Kancelarii Prezydenta Andrzeja Dudy na temat nadużyć i defraudacji popełnianych przez poprzednich właścicieli „zamku”, a być może i samego byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego…

„…W raporcie zwrócono uwagę m. in. na niebywałe zmiany w strukturze zatrudnienia wprowadzane w ostatnich miesiącach urzędowania Bronisława Komorowskiego. Od 24 maja do 6 sierpnia 8 pracownikom zamieniano umowy terminowe na umowy na czas nieokreślony, zatrudniono 6 nowych pracowników, 14 osobom przyznano awans, w tym 4 zaraz przed rozwiązaniem stosunku pracy.

3 osoby rozwiązały umowy o pracę z Kancelarią, by przejść do pracy w sztabie wyborczym Bronisława Komorowskiego. Odprawy i ekwiwalenty za niewykorzystany urlop oraz dni nadpracowane wyniosły w sumie 57 tys. złotych. Wszystkie te osoby wkrótce zostały ponownie zatrudnione, jedna z nich otrzymała awans, dwie pozostałe – podwyżki. Nowe zasady funkcjonowania Kancelarii wprowadzono 31 lipca, czyli tydzień przed zakończeniem urzędowania prezydenta Komorowskiego.

„Trudno znaleźć obiektywne uzasadnienie dla tego typu zmian pod koniec kadencji Prezydenta, poza chęcią wypłaty wysokich odpraw bliskim współpracownikom ustępującego z urzędu Prezydenta” – stwierdza raport.

Łączna kwota wypłaconych odpraw wyniosła 587 tys. złotych, w tym najwyższa odprawa dla jednego pracownika – 81 tys. złotych. W czerwcu – a więc już po przegranych wyborach prezydenckich – Bronisław Komorowski utworzył aż 5 nowych stanowisk kierowniczych.

Jeszcze większa była suma nagród, jakie w ciągu omawianych niecałych czterech miesięcy otrzymali pracownicy Kancelarii. Nagrodzono finansowo 328 osób na łączną kwotę prawie 1,5 miliona złotych.

Na podobną kwotę składają się upominki wręczane przez byłego prezydenta w okresie od 1 stycznia do 6 sierpnia. Wydano 1 476 780 złotych, z czego większość (prawie milion) w ciągu ostatnich miesięcy urzędowania…

…To tylko niektóre elementy audytu z działania kancelarii Bronisława Komorowskiego. Pełna treść raportu jest do pobrania na stronie Prezydenta RP. 

– To, co się rzuca w oczy to brak szacunku dla pieniędzy publicznych. Brak planowania, chaos w zarządzaniu i wydawanie lekką ręką ogromnej ilości publicznych pieniędzy. Jest szereg przykładów tych rażących nieprawidłowości. Dla mnie najbardziej rażące przykłady to likwidacja 1246 składników majątkowych należących do Kancelarii na kwotę ponad miliona złotych – tylko w tym roku. Na przestrzeni ostatnich 7 lat w Kancelarii zlikwidowano 150 składników na kwotę 61 tysięcy. Jak należy nazwać coś takiego?!..”

źródło: Pełny raport podsumowujący szokujące działania kancelarii Bronisława Komorowskiego podobne: „Depresja gangstera” (Bronisława K.) i sraczka legislacyjna „platformy” czyli… narobić POd publiczkę i uciec zanim przyjdą lePSI.

…Wszystko o czym tu tak długo ględziłem spisując przez kilka dni i układając w (jak sądzę) logiczną całość, przejrzyście, lekko i w sposób najprostszy z możliwych opisał w swoim stylu Pan Michalkiewicz, więc na koniec jego tekst jako synteza…

„Zaledwie tydzień mija od zaprzysiężenia rządu pani premierzycy Beaty Szydło, a już widać, że na podmiance przy rządzie przebudowa sceny politycznej w naszym nieszczęśliwym, a właściwie odtąd już szczęśliwym kraju się nie skończy. Z tym nieszczęśliwym krajem jest tak, że wielu Czytelników ma do mnie pretensję o to sformułowanie. Dotychczas na takie uwagi odpowiadałem pytaniem, czy uważają, że nasz kraj jest szczęśliwy. Ponieważ żaden tak nie uważał, dalej spokojnie używałem określenia „nieszczęśliwy kraj”, będącego zresztą cytatem z powieści Bolesława Prusa „Lalka”, w której tak właśnie o Polsce, a właściwie – o Prywiślińskim Kraju – mówi Książę. Teraz jednak sytuacja się zmieniła, teraz Czytelnik nadesłał mi opinię, że kraj nasz może się wreszcie uważać za szczęśliwy, bo rządy objął pan prezes Jarosław Kaczyński ze współpracownikami w osobach pana prezydenta Andrzeja Dudy i pani premierzycy Beaty Szydło, żeby nie wspomnieć o pozostałych członkach rządu. Skoro tak, to co innego, chociaż z drugiej strony przezorność nakazuje nie chwalić dnia rano, tylko dopiero wieczorem, co przywódca SLD Leszek Miller wyraził w postaci wskazówki, po czym poznaje się prawdziwego mężczyznę – nie po tym, jak zaczyna, tylko po tym, jak kończy.

Otóż pan prezes Kaczyński ze swymi współpracownikami najwyraźniej dopiero zaczyna przebudowywać również kulisy politycznej sceny. Skoro bowiem przechodzimy pod kuratelę amerykańską, tym razem już chyba na dobre – chociaż któż może wiedzieć, jakie bajki będzie opowiadał wybrany w przyszłym roku nowy amerykański prezydent i z jakiego klucza będzie i nam wypadało ćwierkać, jeśli na przykład – na co się coraz bardziej zanosi – sojusznikiem naszych sojuszników zostanie zimny ruski czekista Putin – no to jest rzeczą oczywistą, że nasi sojusznicy („niech żyją nasi sojusznicy, Amerykanie i Anglicy!”) muszą na tubylczej politycznej scenie zainstalować swoich sukinsynów, a wyeliminować sukinsynów jakichś takich nie swoich i to nie tylko od frontu, ale i od kulis. Toteż zaraz po przegłosowaniu wotum zaufania dla nowego rządu, co nastąpiło po expose pani premierzycy Beaty Szydło, w którym zapowiedziała ona dla naszego nieszczęś… – to znaczy – pardon – oczywiście szczęśliwego kraju „rozwój, rozwój i jeszcze raz rozwój”, dzięki bilionowi złotych, które przeznaczy się na inwestycje, rozpoczęła się energiczna kuracja przeczyszczająca.

Bilion, czyli tysiąc miliardów złotych, stanowi równowartość mniej więcej trzech rocznych budżetów państwa, więc trudno dziś odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób polska gospodarka, w której – mówiąc nawiasem – narodowy potencjał ekonomiczny jest wykorzystany w niewielkim zaledwie stopniu, miałaby wygenerować takie nadwyżki i to w ciągu najbliższych dwóch, a najwyżej trzech lat. Ten potencjał jest zablokowany z jednej strony przez ustanowiony w roku 1989 przez generała Kiszczaka i grono osób zaufanych ekonomiczny model pastwa w postaci kapitalizmu kompradorskiego, a z drugiej – przez rosnącą biurokratyzację kraju, z której korzystają Umiłowani Przywódcy i polityczne zaplecze wszystkich dotychczasowych kierunków politycznych. Najprawdopodobniej tedy opowieści o potrójnym rozwoju można będzie spokojnie włożyć między bajki, bo osobiście sądzę, że nowy rząd może – po pierwsze – poodkręcać zainstalowane u nas w poprzednich latach wynalazki politycznej poprawności w rodzaju genderactwa i temu podobnych bredni, a po drugie – że zacznie prowadzić politykę historyczną, w której będzie dawał odpór politykom historycznym niemieckiej i żydowskiej – oczywiście w granicach dopuszczonych przez naszych sojuszników, którzy i w tej sprawie mają przecież wiele do powiedzenia.

Więc zaraz po przegłosowaniu wotum zaufania dla nowego rządu, rozpoczął on kurację przeczyszczającą, dymisjonując szefów tajnych służb: Kontrwywiadu Wojskowego i Wywiadu wojskowego. Najwyraźniej oni też powiększą grono „żołnierzy wyklętych”, którym bohaterskie legendy będzie pewnie dorabiała niezawodna „Gazeta Wyborcza”, gdzie redakcyjny Judenrat takie umiejętności powysysał z mlekiem stalinowskich przodków, co to podobne legendy dorabiali „generałowi Walterowi” („ziemia spadła na ciało, zapachniała jak senny las, ale serce zostało na przedmieściach hiszpańskich miast, ale serce szło z wojskiem przez obszary Republik Rad, do wolności przez Polskę, a do Polski przez cały świat”) i innym.

Nocne posiedzenie komisji do spraw służb, podczas której kuracja została przeprowadzona, pan Biernacki z PO uznał za „zamach stanu”, ale to się tylko tak mówi, bo w posiedzeniu uczestniczył nowy minister-koordynator Mariusz Kamiński, który przez prezydenta Dudę właśnie został ułaskawiony, chociaż niezawisły sąd apelacyjny jeszcze nie zdążył wydać w jego sprawie prawomocnego wyroku. Ta decyzja pana prezydenta spowodowała powstanie w tubylczej jurysprudencji dwóch szkół: jedna szkoła utrzymuje, że pan prezydent może ułaskawić każdego delikwenta w każdym czasie. „W każdym” – a więc nawet ZANIM zdąży popełnić jakieś przestępstwo, podczas gdy druga twierdzi, że owszem – ale prawo łaski prezydent może zastosować dopiero wtedy, gdy zapadnie prawomocny wyrok skazujący. Ta druga szkoła powołuje się na to, że w kodeksie postępowania karnego procedura ułaskawienia jest omawiana w dziale zatytułowanym „Postępowanie po uprawomocnieniu się orzeczenia” oraz na art. 7 konstytucji stanowiący, że „organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa” z czego wynika, że nie można domniemywać kompetencji organu władzy publicznej, np. pana prezydenta.

Ale jurysprudencja – swoją drogą, a wymagania wynikające z konieczności przebudowy sceny politycznej i jej bezpieczniackich kulis pod kątem potrzeb obecnej amerykańskiej polityki w Europie – swoją drogą i od razu widać, że sojusznicy chyba dłużej nie chcieli czekać. Tym bardziej, ze kuracja przeczyszczająca obejmuje również jurysprudencję – na razie w postaci Trybunału Konstytucyjnego, gdzie poprzedni Sejm rzutem na taśmę wybrał na zapas pięciu sędziów. Jednak prezydent Duda ich nie zaprzysiągł, a PiS w czwartek przepycha przez Sejm nowelizację ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, dzięki której zamiast tamtych, wybierze nowych sędziów. Ciekawe, którzy sędziowie dali się wtedy wybrać i jacy dadzą wybrać się teraz – bo zarówno tamten rzut na taśmę w wykonaniu koalicji PO i PSL, jak i ten w wykonaniu PiS rzuca jaskrawe światło na sławną „niezawisłość” sędziów i trybunałów. Nikt chyba nie będzie miał już odtąd wątpliwości, że również i ją możemy spokojnie włożyć sobie między bajki, a bajki – wiadomo – zawsze są, a w każdym razie – zawsze mogą być piękniejsze od rzeczywistości, dzięki czemu im więcej bajek, tym szczęśliwszy będzie stawał się nasz, dotychczas nieszczęśliwy kraj.”

źródło: Na fasadzie i za kulisami

„…Ponieważ pan minister Kamiński nie został skazany prawomocnie, to w myśl zasady domniemania niewinności powinien być uważany za niewinnego również przez pana prezydenta.

Pan prezydent bowiem, podobnie jak inne organy władzy publicznej, zgodnie z art. 7 konstytucji, działa, a w każdym razie – powinien działać „na podstawie i w granicach prawa”. W przełożeniu na język ludzki oznacza to, że nie można domniemywać uprawnień organu władzy publicznej, której każdy krok powinien następować z wyraźnego upoważnienia. Tymczasem kodeks postępowania karnego umieszcza procedurę traktującą o ułaskawieniu w dziale zatytułowanym: „Postępowanie po uprawomocnieniu się orzeczenia”, co interpretatorzy hołdujący potępianej za pierwszej komuny metodzie formalno-dogmatycznej uznaliby za argument, iż ułaskawić można tylko osobę prawomocnie skazaną. Podobno jednak nie można było czekać z ułaskawieniem pana ministra Mariusza Kamińskiego ani chwili dłużej i z tego powodu pan prezydent nie miał innego wyjścia, jak ułaskawić pana ministra Kamińskiego, niechby nawet z niewinności.

Może to stworzyć kłopotliwy precedens dla jurysprudencji, bo jaki właściwie jest status obywatela ułaskawionego z niewinności? Czy na skutek ułaskawienia z niewinności obywatel traci niewinność, czy przeciwnie – nie tylko jej nie traci, ale nawet uodpornia się na utratę niewinności w przyszłości, analogicznie jak w przypadku zaszczepienia ospy prawdziwej? W pierwszym przypadku pan prezydent swoją stachanowską decyzją wyświadczyłby panu ministrowi Kamińskiemu niedźwiedzią przysługę, natomiast w przypadku drugim pan minister Kamiński mógłby dokazywać jeszcze śmielej, niż w przypadku afery gruntowej, korzystając z nabytej odporności na winę, zgodnie z nazistowską jeszcze zasadą, że „czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty”.

Na tym przykładzie widać, ile nowych zadań spadnie na naszą tubylczą jurysprudencję, w związku z kuracją przeczyszczającą, przeprowadzaną w naszym bantustanie dla potrzeb naszego sojusznika. Czy będzie ona w ogóle w stanie tym oczekiwaniom sprostać? To nie jest takie pewne tym bardziej, że w najtwardszym jądrze jurysprudencji, czyli Trybunale Konstytucyjnym zapanował zamęt nie do opisania. Najsampierw koalicja Platformy Obywatelskiej i PSL, rzutem na taśmę dokonała wyboru pięciu sędziów do Trybunału Konstytucyjnego. Ci sędziowie byli, ma się rozumieć, niezawiśli, podobnie jak wszyscy inni, ale co to komu szkodzi, jak niezawisłość będzie wzbogacona wdzięcznością za nominację? Takie rzeczy się zdarzały; któregoś razu TK wydał orzeczenie opatrzone aż dziewięcioma zdaniami odrębnymi, Autorzy jednych zdań odrębnych uznawali wyrok za zbyt surowy, zaś autorzy drugich – za zbyt łagodny. Okazało się, że ocena wyroku zależała od daty nominacji konkretnych sędziów, co rzuca snop światła na przyszłe badania nad niezawisłością. Mając na uwadze te zależności między nominacją i niezawisłością, PiS postanowił wybrać innych, nie powiem, że „swoich” sędziów, bo ci też będą niezawiśli, jak zresztą wszyscy. Jurysprudencja, politykieria i żuliarystyka podzieliła się na dwa obozy; jedni uważają, że skoro sędziowie zostali raz wybrani, to Roma locuta i causa finita, a drudzy – że vim vi repellere licet, co się wykłada, że siłę godzi się odeprzeć siłą, a w przełożeniu na praktykę polityczną – jak wy nam tak, to my wam tak

…co z konfidentami? Wiadomo przecież, że agentura jest podstawowym narzędziem, przy pomocy którego RAZWIEDUPR utrzymuje okupację naszego nieszczęśliwego kraju. Ta agentura, którą można spokojnie liczyć w dziesiątkach tysięcy, uplasowana została w miejscach, gdzie podejmuje się decyzje, gdzie kontroluje się kluczowe segmenty gospodarki, gdzie decyduje się o energicznych śledztwach – komu zrywamy paznokcie, a komu na razie nie – gdzie wydaje się wyroki, no i gdzie wytwarza się masowe nastroje, a więc mediach i środowiskach opiniotwórczych. Ci konfidenci gotowi w zamian za synekurę, gotowi są służyć każdemu, więc z punktu widzenia naszego sojusznika kuracja przeczyszczająca nie jest tu potrzebna, no ale oprócz sojusznika, który na tubylcze synekury nie poluje, są jeszcze inni polujący, więc nie jest wykluczone, że kuracja przeczyszczająca obejmie również konfidentów. Czy jednak wtedy można będzie jeszcze rządzić naszym nieszczęśliwym krajem?” 

źródło: Co z konfidentami?

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

 

Spadek po platformie. PO zawiodła przedsiębiorców. Czy obietnice wyborcze zbankrutują Polskę? W oczekiwaniu na „przełom”. Brytyjczycy nie chcą mieć nić wspólnego z długiem i uchwalają jeden z postulatów KORWiNa.


Po ośmiu latach rządów PO i PSL zwycięzcy najbliższych wyborów otrzymają w spadku największą w historii dziurę budżetową i rozdęty aparat urzędniczy, korzystający z luksusów za pieniądze podatników. Jeśli będą chcieli zreformować państwo, w pierwszej kolejności trzeba będzie naprawić system finansów publicznych.

Po nas choćby potop!

60 miliardów złotych – tyle rocznie kosztuje utrzymanie wszystkich polskich urzędników (prawie 900 tysięcy osób łącznie z pracownikami szczebla samorządowego). Na tę potężną kwotę składają się nie tylko pensje biurokratów (12 zwykłych plus obowiązkowa „trzynastka”), lecz również dziesiątki milionów złotych wydawane na ich przywileje: samochody służbowe (liderem jest Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa z ponad 500 samochodami służbowymi, których utrzymanie kosztuje rocznie ponad 20 milionów złotych), wyjazdy zagraniczne pod pozorem szkoleń lub konferencji międzynarodowych (tutaj rekordzistą jest Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej – jego pracownicy wyjeżdżali m.in. do Korei Południowej).

Praca armii urzędników przynosi skutki odwrotne od zamierzonych: problemy, z którymi mają walczyć biurokraci, nasilają się; patologii społecznych jest coraz więcej, a same urzędy coraz częściej znajdują się w zainteresowaniu prokuratury ścigającej afery. Zdrowy rozsądek i nieubłagane prawa ekonomii nakazują zwolnić natychmiast około 95-98% urzędników państwowych, jednak żadna z politycznych ekip nie odważyła się na to. Wszystko dlatego, że biurokraci i ich rodziny to betonowy elektorat rządzącej partii. Są zainteresowani jedynie utrzymaniem swoich „ciepłych posadek” i płynących z tego korzyści, a to może im zagwarantować jedynie partia rządząca. Dlatego więc w każdych wyborach armia urzędników karnie stawia się przy urnach i głosuje na swoich pracodawców. Ten klientelizm polityczny kosztuje podatnika 60 miliardów złotych rocznie plus kilkakrotność tej sumy z tytułu efektów działania aparatu urzędniczego – tj. angażowania czasu i energii podatnika na sprawy zupełnie niepotrzebne.

W błoto

Tyle samo, bo 60 miliardów złotych rocznie, kosztują odsetki od polskiego długu zagranicznego, którego historia sięga czasów Edwarda Gierka. Kwota rośnie z każdym rokiem, bo rządy Tuska i Kopacz zadłużyły państwo do granic nieznanych w historii…”

…do pouczającej lektury całości, gdzie autor zwraca uwagę również na marnotrawstwo tzw. „środków publicznych”, na ucieczkę za granicę polskiego kapitału przed nadmiernym fiskalizmem „własnego” państwa, oraz na chaos w systemie prawa i bezpieczeństwie Polski zapraszam tu: Leszek Szymowski – Spadek po Platformie

podobne: Samorządowe „inwestycje” to wzrost zadłużenia i podwyżki opłat. Rentowność długu i rosnąca obsługa kosztów. Państwo broni się przed zwrotem zagrabionego mienia i zmianami w ordynacji podatkowej, obniżka podatków nie tak szybko (fiskus łupi rodzinę). Innowacje obce sektorowi MSP. „Polska Miedź” rabowana podatkiem od wydobycia.  i to: Wiemy że żyjemy w Stajni Augiasza ale PIS jej nie posprząta.

Tomasz Cukiernik – PO zawiodła przedsiębiorców.

PO naruszyła fundamentalne bezpieczeństwo prowadzenia działalności gospodarczej. Wprowadziła do praktyki podatkowej pojęcie nagłej zmiany interpretacji bez zmiany prawa, co wiąże się z naliczaniem odsetek pięć lat wstecz. Tego nie było ani za AWS, ani za SLD, ani za PiS. Ten wynalazek wiceministra finansów Jacka Kapicy był głównym powodem, dla którego przedsiębiorcy odwrócili się od PO – powiedział w wywiadzie z „Rzeczpospolitą” Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Z kolei dr Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha powiedział w Polskim Radiu, że szkodliwe regulacje przynoszą „straty polskim przedsiębiorcom, idące w dziesiątki miliardów złotych rocznie”.

Dzisiaj polski przedsiębiorca, prawie dwa miesiące ze swojego życia poświęcać na obowiązki administracyjne, które nie służą ani administracji, ani jemu. Zamiast ten czas wykorzystywać do budowania firmy, zwiększać skalę swojej aktywności, to ją marnuje na czynności kompletnie nikomu niesłużące. Dlatego ciągle mamy tak duży dystans do innych gospodarek krajów Unii Europejskiej, ze względu na czas, który nieefektywnie wykorzystujemy – uważa Sadowski.

Prezes Kaźmierczak przypomina ponadto, że PO nie uprościła systemu podatkowego i nie ograniczyła biurokracji, a „w dodatku PO zapowiedziała, że obniży podatki, po czym je podwyższyła”. Wylicza też ofiary rządów PO.

– Tymi ofiarami są firmy zajmujące się skażaniem alkoholu na skalę przemysłową, które zaczęły padać, gdy wiceminister Kapica zmienił dopuszczalne metody skażania. W pułapkę wpędzono importerów samochodów z homologacją oraz przedsiębiorców zajmujących się montażem szaf. Przypuszczono atak na firmy szkoleniowe i badawcze – mówi Kaźmierczak w „Rz”. – Niszczenia firm nie przypominam sobie za rządów PiS. Za to obniżono wtedy koszty pracy i VAT na materiały budowlane, co było jedną z przyczyn boomu budowlanego – dodaje.” 

podobne: Solidarni z mafią, czyli zaległym VATem w przedsiebiorcę oraz: „Dziennik GP” – Firmy uderzone VAT-em. Ożywienie w gospodarce dusi przedsiębiorczość? a także: Czy rząd Donalda Tuska wraz z całą administracją podatkową postawili sobie za cel, by wszyscy przedsiębiorcy albo zbankrutowali, albo wyprowadzili się za granicę? i to: Przedsiębiorcy walczą o skażony alkohol. Wiceminister popełnił przestępstwo? polecam również: Prawy.pl: Dlaczego sektor MSP w preferencjach wyborczych nie wskazał KNP Janusza Korwin-Mikkego? i jeszcze: Rząd poprawia sobie finanse i zwiększa fiskalizm bez mówienia o wzroście podatków

Trader21 – Czy obietnice wyborcze są realne czy raczej zbankrutują Polskę?

„Dwa dni temu w Polsce miały miejsce wybory parlamentarne. Wyniki zna większość z Was. Dla mnie sama idea demokracji parlamentarnej jest poważnie wypaczona. Wybieramy przedstawicieli, którzy mają w teorii nas reprezentować. Problem jest taki, że władza korumpuje, politycy obiecują cuda, byleby tylko zostać wybranym, a społeczeństwo w zasadzie nigdy nie rozlicza polityków z obietnic. Problemów z efektywnością systemu, w którym żyjemy, jest wiele. Ja odniosłem się zaledwie do kilku z nich, poświęcając więcej uwagi obietnicom wyborczym składanym przez największe partie.

Obiecuj, obiecuj, obiecuj…

Najważniejszym problemem demokracji parlamentarnej jest to, że do władzy najczęściej dochodzi ten, kto najskuteczniej sprzeda nam obietnice bez pokrycia. Im więcej nam się obiecuje, tym więcej środków niezbędnych jest na realizację obietnic. Skąd pochodzą te środki? Oczywiście: z naszych podatków, ale tego większość populacji, zaślepiona obietnicami prezentów wyborczych, już nie widzi.

Magiczne 90 dni

Jeżeli partie polityczne, które wygrywają wybory, rzeczywiście zamierzają przeprowadzić faktyczne zmiany – muszą to zrobić w ciągu pierwszych 90 dni od objęcia władzy. Jeżeli tego nie zrobią, zapomnijcie o ich realizacji. Skąd bierze się 90 dni? Otóż, część zmian (reform) wymaga niepopularnych decyzji. Im szybciej się je przeprowadzi, tym większa szansa, że przykre – aczkolwiek konieczne – konsekwencje zmian zostaną zapomniane (czy wybaczone) do kolejnych wyborów.

Największym problemem polityków jest to, że już w momencie objęcia władzy zaczynają myśleć o kolejnych wyborach. Taka sytuacja paraliżuje ich przed wprowadzeniem koniecznych (aczkolwiek niepopularnych) zmian – nawet jeżeli są one absolutnie konieczne.

Główny problem – nadmierny rząd

Ogromnym problemem, z którego nie zdajemy sobie sprawy, jest nadmierny udział rządu w życiu publicznym. Gdy tylko pojawia się problem, politycy od razu proponują rozwiązania, nie zdając sobie sprawy, że to właśnie rozdmuchany rząd, czy zbędne regulacje – są głównym źródłem problemów.

W krajach o najwyższym poziomie wolności gospodarczej udział rządu w gospodarce (wydatki rządowe / PKB) jest minimalny i kształtuje się na poziomie między 5-15%. Dla porównania: w Polsce jest to 41%.

W krajach, które najszybciej się rozwijają – sektor rządowy jest minimalny i koncentruje się wyłącznie na zapewnieniu sprawnego sądownictwa, policji, straży pożarnej oraz odpowiada za infrastrukturę drogową czy energetyczną. Im wyższy jest udział rządu w relacji do stanu gospodarki, tym częściej rząd przejmuje funkcje sektora prywatnego, obniżając efektywność kraju i marnując kapitał.

Zwiększenie wydatków rządowych zawsze finansowane jest z naszych pieniędzy

Kiedykolwiek słyszymy, że: „rząd sfinansuje”…, „rząd przyzna”… itp. musimy zdawać sobie sprawę z jednej rzeczy. Im więcej rząd zamierza wydać, tym więcej musi nam zabrać. Rząd nie ma pieniędzy sam z siebie. Ma tylko środki, które nam zabiera z podatków lub z dodruku waluty, co z kolei uderza w nas ukrytym podatkiem inflacyjnym.

W Polsce dzień wolności podatkowej przypada na połowę czerwca. Oznacza to, że państwo zabiera nam ok. 44% naszych dochodów. Jeżeli przyjąć, że przeciętne gospodarstwo domowe dysponuje kwotą 4000 zł netto / m-c – okazuje się, że kolejne 3150 zł oddajemy państwu w postaci podatków, za które otrzymujemy wątpliwej jakości usługi. Czy są one rzeczywiście tyle warte? Oczywiście, że nie! Po prostu, państwo marnotrawi większość naszych pieniędzy.

Ocena obietnic wyborczych

Zważywszy na fakt, iż jestem apolityczny, odniosę się do najważniejszych propozycji wyborczych – zarówno partii, która wygrała niedzielne wybory, jak i do partii konkurencyjnych…

[zachęcam do pouczającej lektury szczegółów na stronie Tradera – Odys]

…Jak pokazały ostatnie wybory – wygrywa ten, kto więcej obieca. Nie liczą się konkrety. Jak to kiedyś słusznie określił jeden polityk: „Ciemny lud to kupi”. Problem z obietnicami jest taki, że część z nich powinno się zrealizować, a na to potrzeba środków.

Podatki są na tyle wysokie, że ich podnoszenie przyniesie skutek odwrotny do założonego. Na ich obniżkę – politykom nie znającym praw ekonomii – brakuje odwagi. Pozostaje zatem zwiększenie zadłużenia, które nie uderza w polityków personalnie, lecz jest ogromnie destruktywne dla gospodarki.

Politycy, którzy wygrali wybory, zapowiedzieli inwestycje warte 1,4 bln zł. Nie wiem, co mieli na myśli, gdyż kwota ta odpowiada 60% PKB. Jeżeli rządowe programy inwestycyjne mają opiewać chociaż na 10% wymienionej kwoty, to w połączeniu z innymi, obiecanymi wydatkami – deficyt dosłownie eksploduje.

NBP nie może wprost dodrukować złotówek, aby finansować deficyt. Rząd może jednak wyemitować obligacje, które skupi Bank Gospodarstwa Krajowego za pieniądze pochodzące z NBP. Formalnie, nie łamiemy Konstytucji, ale efekt jest ten sam: większa podaż pieniądza.

Problem jest jednak taki, że spora część polskiego zadłużenia jest w rękach zagranicznych instytucji finansowych. Jeżeli plany zwiększenia zadłużenia wzbudzą w nich obawy, to z dużym prawdopodobieństwem pozbędą się polskich obligacji, co podniesie koszt obsługi długu oraz doprowadzi do osłabienia się polskiej waluty. Aby temu przeciwdziałać, Rada Polityki Pieniężnej może podnieść stopy procentowe, co w sytuacji ogromnego zadłużenia Polaków, doprowadzi do załamania gospodarczego. Efekt takich działań opisywałem w wywiadzie dotyczącym Ukrainy.

Źródło: www.finanse.mf.gov.pl

Przed nami pierwsze 90 dni rządu, w trakcie których okaże się, czy obietnice wyborcze były tylko narzędziem do kupienia głosów, aby przeprowadzić prawdziwe reformy, czy jednak politycy (podobnie jak ich poprzednicy) zamierzają pchać kraj w kierunku nieuchronnego bankructwa. Na koniec jeszcze raz podkreślam, iż powyższe poropozycje pochodzą od różnych ugrupowań politycznych od których się dystansuję. (Trader21)

podobne: Andrzej Talarek: „Obiecywacze, czyli szopki przedświąteczne” i maraton populizmu. oraz: Szewczak o expose Kopacz: „obiecanki cacanki, a głupiemu radość”. Kosztowne obietnice wymagają POdjęcia działań blokujących odpływ kapitału do rajów podatkowych. i to: Papier wszystko przyjmie czyli… Po nierealnych założeniach krótkowzroczny budżet. a także: Janecki: Donald Tusk odwraca bieg rzeki i z deficytu robi nadwyżkę. Tymczasem wskaźniki gospodarcze w dół a zadłużenie bije kolejne rekordy. polecam również: „Depresja gangstera” (Bronisława K.) i sraczka legislacyjna „platformy” czyli… narobić POd publiczkę i uciec zanim przyjdą lePSI.

Oczekując na „przełom” Felieton    tygodnik „Polska Niepodległa”    7 listopada 2015

„…kiedy w roku 1997 wybory wygrała AWS i utworzyła koalicję z Unią Wolności, to okazało się, że nie ma jak wynagrodzić swego zaplecza politycznego. W tej sytuacji charyzmatyczny premier Buzek nie miał innego wyjścia, jak wprowadzić cztery wiekopomne reformy, których następstwem było skokowe zwiększenie liczby synekur w sektorze publicznym, no i oczywiście – wzrost kosztów funkcjonowania państwa o prawie 100 miliardów złotych. Wśród tych wiekopomnych reform była reforma ochrony zdrowia, polegająca na stworzeniu 16 terytorialnych Kas Chorych i siedemnastej – „mundurowej”.

Synekury objęli swoi ludzie – oczywiście z prawnymi gwarancjami nieusuwalności, zwłaszcza na wypadek zmiany rządu. Toteż kiedy w roku 2001 rząd Leszka Millera chciał wepchnąć tam swoich ludzi, to nie było innego wyjścia, jak zreformować reformę; w miejsce Kas Chorych utworzony został Narodowy Fundusz Zdrowia z 16 oddziałami terytorialnymi – i tak dalej. Była to instytucja całkiem nowa, toteż synekury obsadzili już właściwi ludzie. W tej sytuacji bez zdziwienia podczas kampanii wyborczej wysłuchałem deklaracji, że nowy rząd po raz kolejny zreformuje ochronę zdrowia; w miejsce NFZ przywróci Kasy Chorych – i tak dalej. No naturalnie, jakże by inaczej! Ale taka intencja to ogromny znak zapytania dla tych, którzy spodziewają się „przełomu” w postaci odblokowania narodowego potencjału ekonomicznego. Wielu takich nie ma, między innymi dlatego, że większość obywateli wierzy, iż rząd bierze pieniądze z piwnic Narodowego Banku Polskiego, gdzie kocą się one, niczym w beskidzkich opowieściach o Ondraszkowych talarach i cała sztuka polega na tym, żeby rząd podzielił się tymi talarami z biednymi ludźmi.

Więc wielu zwolenników odblokowania narodowego potencjału ekonomicznego nie ma, ale trochę ich jednak jest. Jeśli oni też spodziewają się „przełomu”, to mogą się go nie doczekać, bo przełom w tej dziedzinie mógłby polegać na przywróceniu ustawy o działalności gospodarczej w brzmieniu z 1 stycznia 1989 roku, uchyleniu wszystkich regulacji sprzecznych z ta ustawą i rozmontowaniu znacznej części aparatu biurokratycznego, stworzonego w następstwie ustaw, które teraz byłyby uchylone. Obawiam się, że w tej akurat dziedzinie żadnego „przełomu” nie będzie, nawet gdyby nie było Unii Europejskiej z dyrektywami Komisji Europejskiej, które stanowią podstawę większości współczesnego polskiego ustawodawstwa. A przecież ona jest i żadna osobistość ze zwycięskiej formacji akurat tutaj nie przewiduje żadnej rewolucji.

W związku z tym naszły mnie wspomnienia z kampanii poprzedzającej referendum w sprawie Anschlussu Polski do Unii Europejskiej w czerwcu roku 2003. Płomienni zwolennicy Anschlussu, wśród których było wielu działaczy PiS z panem prezesem Jarosławem Kaczyńskim na czele, argumentowali, że jeśli nie dojdzie do Anschlussu, to wylądujemy „we Władywostoku”, a w najlepszym razie – w „Białorusi”. Zwracałem wówczas uwagę, że taka np. Szwajcaria nie jest w UE, bo nie chce, a cóż złego byłoby, gdyby Polska upodobniła się do Szwajcarii? No tak – słyszałem w odpowiedzi – ale Szwajcaria jest bogatym krajem, podczas gdy Polska – nie. – Owszem – odpowiadałem – Szwajcaria jest bogatym krajem, ale przecież nie dlatego, że zapisała się do Unii, tylko, że się dobrze rządzi. No to my też spróbujmy dobrze się rządzić, a nie łudźmy się nadziejami, że Unia sypnie złotem i znowu będzie jak za Gierka. Stało się jednak inaczej, a co się stało, to się nie odstanie. W tej sytuacji oczywiście też można liczyć na „przełom”, ale taki – wedle stawu grobla.” (Stanisław Michalkiewicz)

podobne: Czy grecka tragedia przyniesie opamiętanie reszcie eurosocjalizmu? Polska idzie śladami bankruta czyli Michalkiewicza o „frumentacjach” słów kilka. oraz: Najwyższy Czas!: „Słońce Peru przypala wszystkich prócz kasty urzędników”… Nie daj sobie wmówić że „ONI” są potrzebni.

…tymczasem okazuje się że można inaczej! a populizm o jaki jest oskarżane środowisko wolnościowe może być realnym programem naprawczym państwa. Oto bowiem Brytyjczycy postanowili prawnie usankcjonować jeden z pomysłów „szalonego Korwina”- Parlament UK przegłosował ustawowy zakaz deficytu budżetowego. Ktoś w końcu zrozumiał to o czym JKM i środowiska wolnościowe mówią w Polsce od lat – czym jest dług i że to właśnie zadłużanie się jest szaleństwem… nic nie szkodzi że dopiero w 23 lata po Korwinie, bo lepiej późno niż wcale 🙂

„Konserwatyści obiecywali, że po wyborach będą chcieli wprowadzić odpowiedzialność budżetową zabraniającą zadłużania państwa. Przegłosowana ustawa mówi, że od 2019 roku budżet będzie musiał wychodzić na 0, a w późniejszym czasie tworzyć nadwyżki.

Zakaz tworzenia deficytu budżetowego oznacza, że państwo odcina się od życia „ponad stan”. Całe funkcjonowanie państwa ma być pokrywane z przychodów, na trudniejsze czasy ma być tworzona rezerwa budżetowa. O chęć trwania w deficycie konserwatyści oskarżali głównie laburzystów – tymczasem nawet bardziej umiarkowani laburzyści nie sprzeciwili się wprowadzonym ograniczeniom. Pomimo dyscypliny partyjnej 21 posłów laburzystów wstrzymało się od głosu.

Zapisy ustawy mówią, że budżet ma zostać zrównoważony najpóźniej w 2019 roku, później wszystkie kolejne lata mają zamykać się nadwyżką lub przynajmniej zrównaniem wydatków i przychodów budżetowych.

Ustawa przewiduje możliwość rozluźnienia regulacji jeżeli Wielka Brytania znajdzie się w niezwykłej sytuacji. George Osborne mówił podczas wystąpienia dotyczącego dyscypliny budżetowej: „Prawda jest taka, że wieczny deficyt budżetowy to nie społeczne współczucie tylko ekonomiczne okrucieństwo i Wielka Brytania nie chce mieć z tym nic wspólnego”.

…u nas niestety nie wygląda to najlepiej, a zważywszy na wspomniane wyżej plany dalszego rozdawnictwa może być już tylko gorzej… Parodia (a wręcz bezczelność) takiego np. „500 zł. na dziecko” polega m.in. na tym że w tym samym czasie oprócz tzw. „becikowego”…

„…dziecko to przy narodzeniu otrzymuje obywatelstwo polskie – razem z zadłużeniem ok. 70.000 złotych. I dług ten rośnie. Rośnie dlatego, że rządzi nami Lewica. Rządzą (tfu!) Demokraci. Wszyscy ci z PiS, PO, SLD, PSWL, SP i RP – to Lewica. Oni powołują się na Wolę (tfu!) Ludu, na (tfu!): „społeczeństwo”. A „społeczeństwo” chce się zadłużać i bawić się, zadłużać i żreć, zadłużać i pić…

Prawica mówi o Narodzie. Naród to nasi Przodkowie, którzy przekazali nam Zasady. Np. „Pamiętaj rozchodzie żyć z przychodem w zgodzie”. To nasze dzieci. Nasze wnuki. Nasze prawnuki… To jest Naród!

Niestety: przodkowie, dzieci, wnuki i prawnuki nie mają prawa głosu. Więc „społeczeństwo” robi, co chce. Zadłuża bez cienia litości.
Kongres Nowej Prawicy broni praw naszych dzieci i wnuków. Już w 1992 roku w Sejmie domagałem się zakazu zadłużania Polski. Niestety – przegrałem, bo Prawica i Centro-Prawica miały w Sejmie raptem kilkunastu posłów.
Dziś ludzie zaczynają rozumieć absurd tego zbrodniczego systemu. Niech Dzień Dziecka Zadłużonego będzie okazją do uświadomienia sobie, że państwem powinny rządzić Zasady, a nie (tfu!) Wola Ludu.
Brońmy praw naszych dzieci – przed „społeczeństwem”!”  (Janusz Korwin-Mikke)

podobne: Mamy wolnościowców w Sejmie ale bez KORWiNa (strach przed wolnością?). Pyrrusowe zwycięstwo PiS i perspektywa terroryzmu ekonomicznego by ratować „teoretyczne państwo” w spadku po PO.  oraz: Minuta POPISu. Czy system znowu się obroni dzięki propagandzie spod znaku Virtual Insanity? Wybory są „grą o legitymizację” władzy.

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Sławomir Suchodolski o etatyzmie i socjalizmie w gospodarce II RP. Echa „socjalizmu z ludzką twarzą” w Polsce PISu.


socjalizm, sanacja, Piłsudski

„Etatyzm był kamieniem węgielnym wmurowanym pod budowę gmachu odrodzonej Polski – II Rzeczypospolitej.

(…) 

Przykładów na potwierdzenie tej tezy jest aż nadto. Oto pierwszy z brzegu: carska Rosja nie pozwalała swoim poddanym wyjeżdżać za granicę bez paszportu i pobierała za jego wyrobienie wysokie opłaty; państwo niemieckie i austro-węgierskie nie stosowały takiego przymusu, a jeśli ktoś musiał wyrobić paszport, to wiedział, że opłaty będą minimalne. Na jakim państwie w polityce paszportowej wzorowała się II RP? Tak, zgadli Państwo bez pudła – Polska wzorowała się na Rosji.

Przejdźmy do innych przykładów. Spośród trzech państw zaborczych najwyższą taryfę celną miała Rosja – i właśnie takie rozwiązanie wybrała II RP. W Niemczech i w Austro-Węgrzech istniały przymusowe izby handlowo-przemysłowe – II RP rozciągnęła ten przymus na całe państwo. Warto przypomnieć, iż do zorganizowania tych izb, które zaczęły powstawać tak na dobrą sprawę po zamachu majowym, walnie przyczynił się jeden z czołowych sanatorów, Eugeniusz Kwiatkowski. Przedsiębiorcom te kosztowne instytucje były kompletnie niepotrzebne, albowiem pomimo ich wprowadzenia biznesmeni nadal opłacali działalność związków powołanych dla obrony ich interesów. Pomysłodawcom przymusowych izb handlowo-przemysłowych na sercu wcale nie leżało dobro przedsiębiorców – izby te stały się narzędziem, za pomocą którego państwo kontrolowało polski biznes, wywierało na niego różne naciski i tym samym utrudniało jego działalność.

Podobnie rzecz się miała z izbami rolniczymi. Przed I wojną światową były przymusowe tylko na ziemiach zaboru niemieckiego (pruskiego). Po wojnie nasze władze objęły tym przymusem terytorium całego państwa. Jedynie w monarchii austro-węgierskiej stosowano przymusowe ubezpieczenie urzędników – II RP oczywiście musiała skopiować to rozwiązanie (tzw. ubezpieczenie pracowników umysłowych). Również w Austro-Węgrzech funkcjonowały monopole tytoniowy i solny, nieznane w Rosji i w Niemczech. Polska przejęła te monopole i rozciągnęła na ziemie byłego zaboru niemieckiego i rosyjskiego. Za to Rosja mogła się „pochwalić” monopolem spirytusowym, który Polska wprowadziła i rozszerzyła na dawny zabór austriacki i niemiecki… itd., itp.

(…)

To m.in. wzorowanie się państw europejskich na systemie emerytalnym tzw. solidarności pokoleń, wprowadzonym w Niemczech przez żelaznego kanclerza Ottona von Bismarcka, jest jedną z przyczyn tego, że obecnie gospodarka starego kontynentu trzeszczy w szwach. Natomiast Rosji można zarzucić stosowanie w dziewiętnastym stuleciu prymitywnej, jakiejś zapóźnionej formy merkantylizmu. Kosztem rozwoju rolnictwa, po połowicznej i niepełnej reformie uwłaszczeniowej z 1861 roku, zaczęto w sztuczny sposób, przy pomocy protekcjonizmu celnego, pobudzać przemysł. Austria zaś, tak jak i carska Rosja, w ogóle nie przeszła przez etap liberalizmu gospodarczego – prosto z epoki absolutyzmu oświeconego przeskoczyła do gospodarki mocno biurokratycznej, z rozdętym budżetem i rozrośniętą machiną państwowo-biurokratyczną. I z takiej szkoły myślenia państw zaborczych rekrutowali się nasi działacze społeczni, politycy, urzędnicy.

(…)

I włościan, i ziemian, i urzędników, i inteligentów coś łączyło – tym czymś była pogarda dla zysku. Taka postawa nie wzięła się z sufitu; swymi korzeniami sięgała ona dziejów Polski w XVI i XVII wieku. To wtedy szlachta uwierzyła w dogmat spichlerza, tzn. uległa złudzeniu, że Europa Zachodnia nie może się obyć bez polskiego zboża; skoro tak – myślała szlachta – trzeba trzymać się gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej. Przywileje ekonomiczne król nadawał tylko szlachcie, względnie szlachta nadawała je sama sobie drogą ustaw sejmowych. Mieszczaństwo, czyli warstwa społeczna, której Europa Zachodnia zawdzięczała postęp i kapitalizm, u nas podlegało restrykcjom, np. mieszczanin polski od 1496 roku nie mógł kupić ziemi, a polski kupiec nie mógł od 1565 roku wyjeżdżać z polskim towarem za granicę. Szlachcic polski już wolał, żeby bogacił się Żyd (stąd w otoczeniu polskiej szlachty tylu Żydów arendarzy i faktorów), lecz nie polski kupiec. Do tego wszystko dorobiono ideologię pogardy wobec zysku, w myśl której zarobkowanie poprzez handel i rzemiosło stało się niegodne człowieka szlachetnego.

W konsekwencji w okres niepodległości w 1918 roku polskie społeczeństwo wchodziło ze słabą klasą średnią, hołdującą ideom szlachetczyzny…

(…)

Poza tym nie zapomnijmy, że sanatorów uformowało wojsko – byli wysokiej rangi oficerami, generałami; ci ludzie posiadali mentalność trepów, a to sprzyjało kultowi omnipotencji państwa, również w gospodarce. Większość z prominentnych polityków sanacyjnych należała do wolnomularstwa – organizacji grupującej ludzi chcących uszczęśliwiać społeczeństwo. A że ze skrzyżowania socjalisty z trepem i masonem na dokładkę nie może powstać nic dobrego, nie dziwota, iż powstał polityk sanacyjny, uszczęśliwiający innych na siłę. Jeśli jeszcze do tego dodamy chęć dorwania się sanatorów do żłobu, żądzę nachapania się (byłoby to niemożliwe w warunkach gospodarki wolnorynkowej), to przepis na nieszczęście mamy gotowy.”

całość tu: Skąd wzięło się zło w gospodarce II RP. Przyczyny etatyzmu

„JAK SANACJA BUDOWAŁA SOCJALIZM”. KSIĄŻKA SŁAWOMIRA SUCHODOLSKIEGO JAKO PIERWSZA NA RYNKU OBNAŻA PRAWDZIWĄ NATURĘ II RP. JEST DOSTĘPNA:
W WERSJI PAPIEROWEJ – TUTAJ (KLIKNIJ)
W WERSJI ELEKTRONICZNEJ (PDF) – TUTAJ (KLIKNIJ)

podobne: Sławomir Suchodolski: Dwa miliony nielegalnych zapalniczek czyli… monopole w II RP. oraz: cynik9: Nosił wilk razy kilka czyli… związkowa „przedsiębiorczość” w PKP, oraz „refleksja historyczna” z etyką kolejarską na tle przedwojennej PKP. i to: Jakub Wozinski: Jak Grabski zrujnował II RP a także: „Czego my nie wiemy, choć powinniśmy wiedzieć”… I choć podświadomie wiemy to wniosków nie wyciągamy, bo nie wiemy czego chcemy. O niewolnikach systemu. polecam również: Paweł Rybacki: Moralna i praktyczna wyższość gospodarki wolnorynkowej nad centralnie planowaną lub interwencjonistyczną.

„…dlaczego polscy urzędnicy zachowują się w Polsce tak, jakby byli w kraju okupowanym? A ma to tradycję sięgającą roku 1918. Otóż dlatego, że oni są w kraju okupowanym. To był nawyk i sposób myślenia wyniesiony ze szkół rosyjskich głównie, bo w Poznańskiem ludzie zdaje się myśleli inaczej i stąd tacy mieszkańcy Kresów jak Edward Woyniłłowicz przenosili się z resztkami swoich majątków albo do Wielkopolski albo na Pomorze. Żeby było czym oddychać po prostu. Polski urzędnik, który przeszedł przez szkołę urzędowania rosyjskiego zachowywał się – co łatwo sprawdzić w stosownych wspomnieniach – jak okupant. Tyle tylko, że nie reprezentował władzy świętej uosobionej przez cara, ale władzę tajną uosobioną przez kolegów naczelnika państwa.

Przykład do takich zachowań dawali rzecz jasna sami liderzy najważniejszych politycznych ugrupowań w Polsce. Żeby nie flekować tak bez przerwy pana Romana, przypomnę co powiedział Witos, kiedy bolszewicy szli na Warszawę – że Kresów nie będzie się bronić. Ciekawe co też Witos rozumiał pod tym pojęciem? Józef Piłsudski zaś wprost mówił, że naród nie dorósł do tego co on temu narodowi proponuje, mówił też wyraźnie o nienawiści do księży. Na tym tle ja osobiście dostrzegam tylko dwie postaci, które ratują honor i przyzwoitość tej odzyskanej dla nie wiadomo kogo Polski. Mam na myśli generałów Hallera i Dowobor-Muśnickiego.

Plan Piłsudskiego na Polskę polegał na tym, żeby głodomorów nakarmić tym co się zrabowało posiadającym, a zubożonym po wojnie ziemianom…

jak zachowywali się urzędnicy w Wilnie po pierwszym i drugim najeździe bolszewickim? Jak bolszewicy. Kradzieże, konfiskaty mieszkań i dzikie parcelacje były codziennością. Bolszewicy zająwszy miasto opodatkowali wszystkich mieszkańców na spore kwoty, zebrali dużą sumę na różne swoje potrzeby, ale wydali – jak to legaliści – kwity tym wszystkim obrabowanym. Zaskoczeni nagle przez „naszych” uciekli z miasta a forsa została. Ludzie przyszli z kwitami, żeby odzyskać swoje pieniądze, ale im powiedziano, że to dla Polski. No właśnie, dla Polski czyli dla kogo? W tamtym momencie dziejowym akurat dla aktualnego zarządcy Wilna i okolic, który później został szefem spółki zajmującej się parcelacją zrujnowanych majątków. Te zaś były niszczone nie tylko przez czerwonego, ale także przez „naszych”, którzy z polecenia towarzysza Ziuka zachowywali się jak w kraju okupowanym, albowiem to oni narażając życie i przelewając krew wywalczyli Polskę. Reszta zaś musiała się im podporządkować. Wiele się pisało o magnetyzmie Piłsudskiego, ale z tego co przeczytałem wynika, że żadnego magnetyzmu tam nie było. To był pan, który z wielkim sprytem potrafił narażać życie i zdrowie innych, chroniąc przy tym bardzo przebiegle własne.

Echa tych ponurych postępków, w których czynny udział brali późniejsi bohaterowie wojenni, ho, ho, tak, tak, pozostały z nami do dziś. To tylko echa, ale wrażenie jest dość wyraźne. Przez długi czas nie można było krytykować nikogo i niczego (no może tylko Kaczyńskiego) bo ludzie tacy jak Wałęsa i Frasyniuk odzyskali dla nas Polskę. Teraz z kolei nie można krytykować PiS bo oni odzyskali dla nas Polskę. I tak w koło Macieju. Jak sobie czytałem te wszystkie książki, dziwiąc się wybrykom urzędników i oficerów rabujących nie swoją przecież własność w imię proletariackiej rewolucji narodowej i koncepcji takiego Witosa, który powiedział, że dwór chłopa denerwuje, miałem przed oczami twarze Sakiewicza i Targalskiego. Nie inaczej. To jest ten sam sznyt. Jeden jest partyzantem wolnego słowa, a drugi strategikiem politycznym, którego koncepcji zwyczajny człowiek nie rozumie, musi mieć odpowiednie przygotowanie. Koniec ich zaś będzie taki sam dokładnie jak koniec bohaterów odzyskanego w roku 1918 śmietnika – zostaną załatwieni przez innych socjalistów, u których szukają pomocy, zrozumienia i akceptacji. Nie kumając, że socjalizm z ludzką twarzą nie istnieje, że to są mrzonki, a oni są po prostu wynajętymi ludźmi, którzy mają realizować pewien plan. Jeśli tego nie czynią odsuwa się ich i wyrzuca na śmietnik. I tyle…” (coryllus)

całość tu: Czy Polacy są Europejczykami?

polecam również: Studium węgierskiego przypadku nad Wisłą czyli… ile z Orbana w PISie. Czego powinien chcieć od władzy zwykły Polak?  i to: Grzegorz Braun: „Sierpniowa lekcja” czyli… Polak przed szkodą i po szkodzie socjalistą.  a także: Reisman: Dlaczego nazizm był socjalizmem oraz dlaczego socjalizm jest totalitaryzmem  i jeszcze: Stanisław Michalkiewicz: „Pułapki tolerancji i dialogu”, czyli komunizm „z ludzką twarzą”.

Mirosław Dzielski

Mirosław Dzielski

 

 

Apetyt żyjących z podatków oraz misja na Pluton kontra „informatyzacja” ZUS czyli… skala marnotrawstwa „publicznych” pieniędzy.


„Prezydenci największych polskich miast oraz prezesi państwowych spółek zarabiają miliony złotych mimo funkcjonowania tzw. ustawy kominowej. Jak zahamować apetyt żyjących z podatków?…

…W ostatnim czasie spore zainteresowanie wzbudziła tzw. lista prezydentów, zawierająca nazwiska najbogatszych prezydentów polskich miast. Powstała na bazie danych opublikowanych przez urzędy miejskie. Podstawowe zarobki z tytułu bycia prezydentem są oczywiście porównywalne (mniej niż 13 tys. złotych miesięcznie), niemniej lista dodatków i sposobów dorabiania jest imponująca.

Największe roczne zarobki ma bezapelacyjnie prezydent Krakowa – ok. 160 tys. złotych za pracę w urzędzie miasta plus ponad 280 tys. złotych za pracę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Drugie miejsce przypadło prezydent stolicy – Hannie Gronkiewicz-Waltz. Do 166 tys. zł zarobionych w urzędzie miasta trzeba dodać 103 tys. za wykłady na Uniwersytecie Warszawskim. Powyższe kwoty są (zgodnie z oświadczeniem prezydent Warszawy) kwotami brutto.

Wysokie kwoty płynące na konta prezydent Warszawy i prezydenta Krakowa sprawiły, że włodarze pozostałych miast w rankingach przygotowanych przez „Super Express”, „Fakt” czy „Gazetę Wyborczą” zostali daleko w tyle. Jedynie prezydent Poznania, Jacek Jaśkowiak, zbliżył się do powyższej dwójki – do swoich 105 tys. za pracę w urzędzie miasta dodać może 68 tys. złotych, które zarabia, zasiadając w zarządzie Szklarskiej Poręby Sport (to spółka zajmująca się m.in. zarządzaniem stadionem lekkoatletycznym wraz z przyległym ośrodkiem sportowym – czytamy na ich stronie internetowej).

Krezusi z państwowych spółek

Idące w setki tysięcy roczne wynagrodzenia płynące z państwowych uczelni do kieszeni prezydentów dwóch największych miast nie mogą się jednak mierzyć z kwotami, jakie spływają do kieszeni szefostwa państwowych spółek. Oprócz „podstawy”, wynikającej z ograniczeń ustawy kominowej, za pośrednictwem kontraktów menadżerskich prezesi potrafią zarabiać nawet kilka milionów złotych…”

całość tu: Rośnie apetyt żyjących z podatków

„Wysłanie kosmicznej sondy na Plutona kosztowało 700 mln $ ( ok. 2,6 mld zł). Informatyzacja ZUSu natomiast pochłonęła już ponad 3 mld zł.” (Petros Tovmasyan)

„…Ocenę tego czy wizyta na Plutonie okazała się tak „promocyjna”, czy też może jednak jesteśmy mistrzami w marnotrawieniu publicznych pieniędzy pozostawiamy Waszej rozwadze. Postanowiliśmy jednak przyjrzeć się kilku innym, głośnym w ostatnich latach wydatkom z budżetu państwa, żeby w odpowiedniej skali porównać je z wycenianą na około 2,6 miliarda złotych wycieczką w odległe zakątki Układu Słonecznego.

(…)

O ile jeszcze problematyka zbrojeń wydaje się zrozumiała, tak o wiele mniej atrakcyjnie w gronie wydatków budżetowych rysuje się obsługa długu publicznego, na którą rocznie przeznaczamy około 37 miliardów złotych – kolejnych 15 wypraw kosmicznych. T. Cukiernik w ciekawym artykule wylicza, że około 50 miliardów złotych zbędnych wydatków pożera biurokracja, m.in. poprzez przyznawanie urzędnikom pensji wyższych niż w sektorze prywatnym, wspieranych przy tym dodatkowymi przywilejami. Wskazuje przy tym, że w budżecie roi się od wycenianych na miliardy pomysłów typu „zwiększanie aktywności społecznej w funkcjonowaniu państwa w zakresie dialogu obywatelskiego”, o których nie do końca wiadomo, co one mogą w ogóle oznaczać.

Koszt budowy Stadionu Narodowego „zamknął się” w okolicy 2,2 miliarda złotych, czyli mniej więcej „jednego Plutona”, choć początkowe szacunki były znacznie niższe. Czy tak duży wydatek na arenę sportową miał sens? Tutaj odpowiedź zależeć będzie zapewne w dużej mierze od aktualnej formy Reprezentacji…

Pogłoski o nieudolnej informatyzacji ZUS są niestety prawdziwe, ale skoro sama tylko nowa strona ZUS o możliwościach na poziomie Bezprawnika kosztowała mniej więcej 18 milionów złotych, nie sposób się dziwić, że projekt przez lata pochłonął przez lata równowartość jednej misji na Plutona (a nieoficjalnie mówi się nawet o równowartości dwóch misji, choć dziennikarze śledczy wliczają tutaj m.in. nieudokumentowaną korupcję). „Jeden Pluton” to mniej więcej także roczne zarobki wszystkich pracowników ZUS…

(…)

I żeby była jasność – zdaję sobie sprawę, że do tego sprowadza się idea Państwa, by w interesie społecznym obracać dużymi kwotami wspólnie uzbieranych pieniędzy. Nie mam wątpliwości co do tego, że należy nam się piękny obiekt sportowy, który zresztą dobrze nam służy. Jednocześnie jednak nie sposób nie zauważyć, że część z tych publicznych pieniędzy jest wydawana źle, a nawet bardzo źle – na dodatek na przestrzeni lat. Prym w tej materii niestety niezmiennie wiedzie system ubezpieczeń społecznych…”

całość tu: bezprawnik.pl

podobne: Polska podbija kosmos. Kosmiczne złoża metali pod Myszkowem. oraz: NIK negatywnie o nadzorze nad budową Stadionu Narodowego. Przetarg na zadaszenie Stadionu Śląskiego – do unieważnienia. i to: Prokom/Asseco synonimem afery? ZUS znowu musi wyjaśnić sprawę przetargu na system informatyczny. a także: Forsal: 10 najgorszych polskich inwestycji ostatnich 10 lat

fragment wspomnianego artykułu Tomasza Cukiernika:

„…Nawet jeśli przyjąć socjalistyczne założenia, że poza wojskiem, policją i wymiarem sprawiedliwości w rękach państwa powinna być służba zdrowia, edukacja, wydatki socjalne i system emerytalny, to pozostaje jeszcze ogromne pole manewru w likwidacji wydatków państwa.

Biurokracja – oszczędności: ok. 54 mld zł

Najbardziej oczywistą kwestią jest likwidacja niepotrzebnej biurokracji. Na płace dla urzędników, którzy zarabiają ok. 1100 zł więcej niż średnia płaca w sektorze przedsiębiorstw, idzie rocznie około 65 mld zł. Wystarczy część z nich zwolnić, a reszcie obniżyć płace do poziomu płac w przedsiębiorstwach i w ten sposób bez problemu można by zaoszczędzić co najmniej 30 mld zł! Mało tego, tylko w latach 2008-12 wydatki na biurokrację (zwiększenie zatrudnienia urzędników i zwiększenie ich pensji) poszybowały w górę o 10,6 mld zł. Do tego dochodzą tzw. „trzynaste” pensje dla urzędników (proceder, którego nie ma w sektorze prywatnym), na które tylko w 2012 roku wydano 5 mld zł. Ponadto na inwestycje budowlane i zakupy inwestycyjne urzędów w 2014 roku państwo ma wydać ponad 8 mld zł.

O zbędności znacznej części urzędniczej kasty świadczy choćby cel, na który w budżecie na rok 2014 przeznaczono „drobne” 20 mln zł. Ta okrągła sumka ma zostać wydana na „zwiększanie aktywności społecznej w funkcjonowaniu państwa w zakresie dialogu obywatelskiego”. Według tego urzędniczego bełkotu, „podstawowe znaczenie w realizacji zadania ma tworzenie warunków dla rozwoju wolontariatu oraz podmiotów prowadzących działalność pożytku publicznego, a także współpracy tych podmiotów z organami administracji publicznej oraz prowadzenie dialogu obywatelskiego. Równie istotne jest wspieranie społeczeństwa obywatelskiego i gospodarki społecznej poprzez rozwój instytucji gospodarki społecznej, jak również wsparcie programów partycypacyjnych w kreowaniu i wdrażaniu polityk publicznych”. I już wiemy, że chodzi wyłącznie o uzasadnienie urzędniczym bełkotem niepotrzebnych nikomu (poza urzędasami) wydatków – żeby nadal mogli tkwić w biurokratycznym bagnie, czyli pracować bez zbędnego wysiłku i kreatywności do samej emeryturki.

Należałoby także zlikwidować wszelkie partykularne przywileje różnych grup, które pasą się na podatniku i powodują zobowiązania finansowe ze strony finansów publicznych, na przykład przywileje emerytalne czy dotacje dla partii politycznych (w 2012 roku kosztowały ponad 125 mln zł). Sama znienawidzona przez kierowców Inspekcja Transportu Drogowego będzie kosztowała w 2014 roku prawie 133 mln zł. Ponad 10 mln zł kosztuje Polski Instytut Spraw Międzynarodowych, 9,4 mln zł – Ośrodek Studiów Wschodnich im. Marka Karpia, a ponad 4,2 mln zł – Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia. Należy także zaniechać szkodliwych polityk, które uskutecznia nadmierna biurokracja, jak inicjatywy zapewniające wzrost udziału odnawialnych źródeł energii w bilansie paliwowo-energetycznym, w tym biopaliw (ponad 132 mln zł) czy przeciwdziałanie zmianom klimatu. Ostatnio nowy prawicowy rząd Australii wycofuje się z polityki walki z „globalnym ociepleniem”.

Wsparcie dla biznesu – oszczędności: ok. 33 mld zł

Państwo nie powinno wtrącać się do gospodarki nie tylko poprzez nieuchwalanie regulacji, a ustalanie racjonalnie niskich i nieskomplikowanych podatków, ale z drugiej strony powinien istnieć całkowity zakaz jakichkolwiek dotacji, programów wsparcia i pomocy dla biznesu czy to prywatnego czy państwowego, także dla nowo powstających firm czy też bankrutujących. Tymczasem tego typu wydatki stanowią znaczą część budżetu na rok 2014. Likwidacja wielu regulacji rynku pociągnie za sobą konieczność zlikwidowania całego szeregu niepotrzebnych instytucji państwowych: Urząd Nadzoru Finansowego (ponad 218 mln zł), Urząd Komunikacji Elektronicznej (ponad 102 mln zł), Urząd Regulacji Energetyki (ponad 36 mln zł), Urząd Transportu Kolejowego (prawie 27 mln zł). Podmioty na rynku mają działać w ramach prawa, a wszelkie spory powinny rozwiązywać sądy i do tego nie jest potrzebny dodatkowy urząd

(…)

Praca – oszczędności: ponad 22 mld zł

Państwo nie powinno wtrącać się także do kwestii zatrudnienia i nawet jeśli ureguluje pewne sprawy, to na pewno nie powinno na ten cel wydawać pieniędzy podatników, bo skutek jest przeciwny do zamierzonego. Zamiast się zmniejszać, w wyniku interwencji państwa bezrobocie rośnie…

(…)

Dlaczego dziura budżetowa jest coraz głębsza, a zadłużenie publiczne coraz większe? Czy państwu brakuje pieniędzy? Otóż nie! – państwo ma ich za dużo, tylko marnotrawi i wydaje nie na to, na co potrzeba. Dlatego konieczna jest racjonalizacja wydatków publicznych i głębokie cięcia w tych dziedzinach, w których państwo nie powinno w ogóle ingerować. Tylko powyższe propozycje pozwolą w łatwy sposób zaoszczędzić co najmniej 144 mld zł wypracowanych i zabranych podatnikom pod przymusem (prawie połowa wydatków budżetu!). To tylko początek. Celem są wydatki publiczne na poziomie około 20 procent PKB, tak jak w Hongkongu, a nie prawie 50 procent PKB, jak w krajach UE.” (Tomasz Cukiernik)

…polecam lekturę całości tego artykułu tu: Można zredukować wydatki o 144 mld zł. Jest to całkiem rzetelne studium skali marnotrawstwa „pieniędzy publicznych”, wcześniej rzecz jasna będących pieniędzmi prywatnymi, ale zabranymi ciężko pracującym w sektorze prywatnym obywatelom, by zapewnić dobrą pracę urzędnikom, politykom, ich rodzinom, znajomkom, kochankom i całego tego dworu który można nazwać Towarzystwem Wzajemnej Adoracji. Tyle że to towarzystwo siłą sobie tych przywilejów nie wywalczyło, ale za zgodą i w ramach mandatu którego co kilka lat udzielają mu tzw. wyborcy. Pomijając bowiem fakt że oni sami sobie uchwalili takie prawo, to jednak widziały gały co brały i mogły już dawno (na przełomie 25 lat nawet kilka razy!) całe to towarzystwo wymienić, skoro widać było do czego idzie już po pierwszym razie.

Tymczasem przywilej rabowania podatników w imieniu tzw. „prawa” jest tylko (smutną) konsekwencją tego, że ludzie oddają komuś nieograniczoną władzę nad swoim majątkiem. Pomijając absurdalność samego pomysłu, jako człowiek myślący MUSZĘ zakładać, że ktoś komu oddaję taką władzę ma możliwość zrobić z tym majątkiem co chce (zwłaszcza że nie jest to nigdzie uściślone poza „prawem” jakie TWA samo sobie uchwala). Jeśli tego nie zakładam to jestem po prostu durniem. Jeżeli chcemy utrzymać taki system jak obecnie to trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie w jaki sposób zamierzamy oduczyć ludzi kraść i kombinować ZANIM dostaną władzę nad innymi.

Tymczasem wolą „większości” do władzy i na stanowiska dostają się ludzie którzy uchwalają prawo pod siebie (i swoich kumpli). Tworzą i przegłosowują przepisy, które umożliwiają jednym podpisem takiego czy innego ministra/naczelnika/dyrektora urzędu likwidować całe firmy, albo doprowadzać do takie stanu żeby ktoś (kolega) mógł  sobie taką firmę przejąć za grosze, albo pozbyć się w ten sposób konkurencji – a wszystko zgodnie z prawem. Bo trzeba sobie zdawać sprawę że socjalizm to nie jest tylko rozdawnictwo. To władza monopolu państwowego a przede wszystkim RABUNEK i pasożytnictwo na tych którzy SAMI coś tworzą bez „pomocy państwa”. I im większy jest ten aparat, tym patologia większa i nie da się już niestety nad tym zapanować bo jest tego za dużo (urzędów, spółek i agencji rządowych/samorządowych jest tyle że o niektórych ludzie nawet pojęcia nie mają). Żeby nad tym zapanować, to trzeba by było nad każdym ważniejszym „szlachcicem” postawić UCZCIWEGO obywatela, żeby patrzył mu na ręce. A czyż nie jest tak że mamy do tej funkcji powołanych szereg służb i organów kontrolnych, a poróbstwo i złodziejstwo jak było tak dalej ma się dobrze? To nie jest proszę Państwa kryzys państwa ale KONSEKWENCJA istnienia koryta z którego ta cała czereda czerpie sobie ile chce bez ograniczeń. Prawda według której „okazja czyni złodzieja” ma tu jak najbardziej właściwe zastosowanie.

Żeby nie było! Sama władza nie jest zła bo ktoś musi rządzić, ale nie na takich zasadach jakie funkcjonują obecnie bo to jest nie do obrony (zbyt kosztowne i niesprawiedliwe). Nie wystarczy bowiem wymienić ludzi w systemie, bo to nie jest tylko problem ludzi a patologicznej administracji i prawa. Ci co tym systemem zarządzają i w nim funkcjonują robią to co robią bo MOGĄ i taka jest ich praca. Wiara w to że wystarczy te setki tysięcy ludzi (które niejednokrotnie pracują po urzędach całymi rodzinami!) zamienić na „uczciwych” (jak to zweryfikować?) co to odejmą sobie od pyska z własnej woli, jest jeszcze większą utopią jak sama wiara w istnienie państwa opiekuńczego. Dość popatrzeć jak poszczególne działy sektora publicznego żyjące z publicznego grosza jeden za drugim wychodzą dziś na ulicę i wysuwają coraz śmielsze żądania finansowe – jak ich wszystkich nawrócić? NIE DA SIĘ!

Trzeba systemowych zmian poczynając od likwidacji koryta i ograniczenia ZNACZNEGO władzy państwowej nad gospodarką. Nie można jednocześnie mieć ciastka i zjeść ciastka. Albo chcemy wolności by się swobodnie rozwijać i bogacić, albo idziemy w drugą stronę (tyle że już po drugiej stronie byliśmy – komuna zbankrutowała). Wolność to tyle ile każdy z nas z osobna (a nie „rząd” czy inna „władza”) ma „w kieszeni” jako SWOJĄ PRYWATNĄ WŁASNOŚĆ. Etatyzm, centralizm, socjalizm w wydaniu „państwowym” doprowadził właśnie do tego co mamy obecnie – WYWŁASZCZENIA z własności i PRAW OSOBISTYCH. Im więcej cedujemy na państwo tym mniej mamy do gadania jako obywatele i po prostu ludzie. Ergo wiara w to że okazja przestanie czynić złodzieja jest niczym nieuzasadniona poza życzeniowym podejściem do problemu. Uczciwi ludzie są w mniejszości i to zdecydowanej. Nie można mieć pretensji do złodzieja że kradnie skoro sami mu to umożliwiamy. Na co komu milionowa armia urzędników? Nie chodzi o sam koszt ale o zwykłą SAMODZIELNOŚĆ oraz jedynie uczciwy przepływ kapitału – od pracodawcy do pracobiorcy, bez żadnych państwowych pośredników którzy tylko kosztują (i to coraz więcej)… (Odys)

podobne: Państwowe synonimem marnotrawstwa, korupcji i niesprawiedliwości. PKP leży ale 500 tys. odprawy się należy. CBA o zmowie cenowej w MSZ. NIK: nieprawidłowości w stadninach koni oraz przy wywłaszczaniu pod autostrady. Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność. oraz: Polskie górnictwo węglowe to skansen i elektrownie go nie uratują. Podatek od srebra i miedzi dobija przemysł wydobywczy. Biurokracja największym wrogiem polskiej gospodarki. NIK o marnotrawstwie w Polskim Holdingu Obronnym. i to: Państwo w połączeniu z biznesem: marnotrawstwo, kumoterstwo, rabunek i korupcja na koszt podatników a Polacy podobno nie lubią nepotyzmu. a także: Marnowanie publicznych pieniędzy czyli NIK i „kontrakty socjalne”. polecam również: Rafał Ziemkiewicz: „Państwowe, czyli nie nasze”, ale „patrioci” mówią NIE dla wolnego rynku w Polsce. To mamy ten wolny rynek czy nie? i to: Czy grecka tragedia przyniesie opamiętanie reszcie eurosocjalizmu? Polska idzie śladami bankruta czyli Michalkiewicza o „frumentacjach” słów kilka.

rys. Gatis Sluka

rys. Gatis Sluka

Ruch JOW rozpoczyna kampanię na rzecz referendum. JOW-y nie zapewniają sprawiedliwej reprezentacji w parlamencie. Kieżun: gigantomania chorobą samorządów.


1. Ruch JOW rozpoczyna kampanię na rzecz referendum. Debata – JOW-y nie zapewniają sprawiedliwej reprezentacji w parlamencie

PAP – Kraj, 8 Cze 2015, 20:23, Wrocław (PAP) – Uświadomienie jak ważne będzie opowiedzenie się w referendum za jednomandatowymi okręgami wyborczymi – to główny cel zwolenników i współpracowników Pawła Kukiza. Przez najbliższe tygodnie będą zachęcać do udziału we wrześniowym referendum. 27 czerwca odbędzie się konwencja programowa ruchu.

W referendum, które odbędzie się 6 września, Polacy odpowiedzą na trzy pytania, dotyczące wprowadzenia JOW-ów w wyborach do Sejmu, likwidacji finansowania partii politycznych z budżetu państwa oraz ustanowienia zasady rozstrzygania przez urzędy skarbowe wątpliwości na rzecz podatnika.

Patryk Hałaczkiewicz, szef sztabu wyborczego Pawła Kukiza w walce o prezydenturę, powiedział PAP, że w najbliższych tygodniach głównym celem jego zwolenników i współpracowników będzie uświadomienie wyborcom, jak istotne będzie referendum na rzecz JOW. „Będziemy w różny sposób przekonywać do głosowania, ale również i do zaangażowania się w propagowanie tej idei. Ruszyła nasza kolejna strona internetowa, lecz stawiamy również na bezpośrednie spotkania z mieszkańcami. Będą też ulotki i pojawimy się również w mediach” – podkreślił Hałaczkiewicz.

Jak zaznaczył, kampania referendalna to okres „gdy wszystkie ręce zostaną rzucone na pokład”. „Na układanie list do wyborów parlamentarnych mamy jeszcze sporo czasu, dlatego teraz koncentrujemy się na ruchu na rzecz JOW” – dodał Hałaczkiewicz. Jego zdaniem, ruch na rzecz JOW może spowodować wystarczającą frekwencję, by wrześniowe referendum było ważne i wiążące.

Pytany przez PAP, czy zwolennicy referendum i JOW nie obawiają się, że może się ono okazać niekonstytucyjne, Hałaczkiewicz wykluczył taki scenariusz. „Nie wyobrażamy sobie, by np. prezydent elekt Andrzej Duda, który w kampanii prezydenckiej często mówił, że chce słuchać głosu Polaków i wskazywał m.in. na instytucję referendum, teraz miałby negować jego potrzebę, czy twierdzić, że jest ono niezgodne z konstytucją” – mówił Hałaczkiewicz.

Hałaczkiewicz, który w poniedziałek wieczorem w Warszawie wziął udział w debacie „Dokąd zmierza Trzecia Siła” zapowiedział, że 27 czerwca w Lubinie odbędzie się konwencja programowa ruchu związanego z Pawłem Kukizem. Jak dodał, na konwencji zostaną przedstawione najważniejsze tezy programowe ruchu. Prezydent Lubina Robert Raczyński zapewnił, że program nie będzie miał 100 stron i że będzie go można przeczytać w 15 minut.

Wśród tez programowych są – według liderów ruchu – m.in.: wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych, walka z biurokracją, w tym likwidacja 1,5 tysiąca „zbędnych” urzędów i agend, likwidacja finansowania partii z budżetu, walka z „niechlujnym prawem”, reorganizacja systemu sądownictwa, zniesienie wszystkich przywilejów emerytalnych oraz wprowadzenie emerytur obywatelskich.

Liderzy ruchu przekonywali, że Polska potrzebuje radykalnej zmiany, ponieważ politycy nie identyfikują się z wyborcami, ani ze swoim regionem. „System wyborczy w Polsce jest fikcyjny, tworzy klany polityczne” – stwierdził Hałaczkiewicz. „Chcemy przełamać niemoc w Polsce” – dodał Raczyński. Ich zdaniem, ponad połowę Polaków nie interesuje kwestia aborcji, czy dostępności in vitro. „Polska ma znacznie ważniejsze problemy” – ocenił Hałaczkiewicz. Zadeklarował też, że ruch Kukiza nie będzie zamykał się na lewicę.

Radny sejmiku dolnośląskiego i bliski współpracownik Kukiza Tymoteusz Myrda ocenił w rozmowie z PAP, że najbliższe tygodnie mogą się okazać kluczowe dla ustroju RP. „My na pewno nie będziemy stali z boku w tym okresie, a dyskusje o konstytucyjności referendum na rzecz JOW, czy np. bojkot tego plebiscytu zostawiamy tym partiom i ugrupowaniom politycznym, którym nie zależy na zmianie w Polsce” – podkreślił Myrda.

Prezydent Bronisław Komorowski zapowiedział zwrócenie się z wnioskiem ws. referendum w poniedziałek 11 maja, dzień po pierwszej turze wyborów prezydenckich, w której minimalnie przegrał z kandydatem PiS Andrzejem Dudą.

Komorowski uzasadniał złożenie wniosku tym, że ponad 20-proc. poparcie dla Pawła Kukiza – który za jeden ze sztandarowych postulatów ma wprowadzenie JOW-ów – to ważny sygnał mówiący „o oczekiwaniu liczącej się części opinii publicznej na zmiany dotyczące relacji między obywatelem a państwem i wzmocnienia mechanizmów, które pozwalają obywatelom wpływać bezpośrednio na bieg spraw w Polsce”.

21 maja Senat wyraził zgodę na zarządzenie przez prezydenta Komorowskiego referendum ogólnokrajowego.

Zgodnie z art. 125 konstytucji, wynik referendum ogólnokrajowego jest wiążący jeżeli wzięło w nim udział więcej niż połowa uprawnionych do głosowania.

Na mocy obowiązywania obecnej ustawy zasadniczej w Polsce przeprowadzono do tej pory tylko jedno referendum, dotyczące przystąpienia do Unii Europejskiej. Zagłosowało w nim 58,85 proc. uprawnionych, z czego 77,45 proc. powiedziało „tak” akcesji Polski do UE. (PAP)

ros/ mrr/mok/

…Tymczasem praktyka dotycząca JOWów jasno pokazuje co za tą „zmianą” idzie…

PAP – Kraj, 26 Maj 2015, 18:59, Warszawa (PAP) – Jednomandatowe okręgi wyborcze deformują wynik wyborczy, nie zapewniają sprawiedliwej reprezentacji w parlamencie – uważają uczestnicy wtorkowej debaty na Uniwersytecie Warszawskim pt. „JOW-y: szansa czy zagrożenie?”.

Prowadząca debatę dr Anna Materska-Sosnowska zastrzegła, że dotyczy ona systemu większościowego proponowanego przez Pawła Kukiza, który osiągnął trzeci wynik w I turze wyborów prezydenckich. Chodzi więc o najprostszy system wyborczy, w którym w każdym jednomandatowym okręgu wyborczym (na które podzielony jest kraj) jest jeden zwycięzca, który uzyskuje największa liczbą głosów – on zdobywa mandat, a głosy oddane na pozostałych kandydatów (którzy zdobyli mniej głosów) nie mają znaczenia przy podziale mandatów.

Dr Małgorzata Kaczorowska (UW) podkreślała, że w wynik głosowania w JOW-ach wpisana jest „genetyczna deformacja wyborcza”. Przywołała wybory, które 7 maja odbyły się w Wielkiej Brytanii. Partia Konserwatywna zdobyła w nich 36,8 proc. głosów i jednocześnie 50,8 proc. mandatów w parlamencie – jest to 331 mandatów w 650 osobowym parlamencie. Z kolei laburzyści otrzymali 30,4 proc. głosów – 35,7 proc. mandatów, czyli 232.

Kaczorowska zaznaczyła, że gdyby głosy przeliczono w skali kraju w systemie proporcjonalnym – Partia Konserwatywna zdobyłaby jedynie 239 mandatów, a Partia Pracy 198 mandatów. Partia UKIP, która zdobyła 12,6 proc. głosów i tylko jeden mandat, uzyskałaby 82 mandaty gdyby głosy przeliczono proporcjonalnie.

Ekspertka uważa, że to jak zadziała system większościowy w danym kraju zależy od wielu czynników: liczby partii politycznych, ich siły, charakterystyki ideowej, wielkości okręgów. Jednak – zaznaczyła – deformacja wyniku w Wielkiej Brytanii nie jest przypadkiem odosobnionym. Według niej, skutki wprowadzenia JOW-ów to m.in. brak szans dla nowych prądów i ruchów politycznych, brak sprawiedliwej reprezentacji, ale to także możliwość przypisania odpowiedzialności wybranemu w okręgu politykowi oraz stabilne rządy.

Dr Jarosław Flis z Uniwersytetu Jagiellońskiego uważa, że wynik wyborów przeprowadzonych w JOW-ach byłby sztuczny m.in. ze względu na stabilną geografię polityczną w Polsce oraz możliwość manipulowania granicami okręgów wyborczych.

Przekonywał, że wprowadzenie JOW-ów nie musi oznaczać zmiany zachowań wyborców. „Z całym szacunkiem dla tęsknot za lepszą polityką, którą miałyby przynieść JOW-y, za piękną ideą, za opowieścią jak +Władca Pierścieni+, może kryć się rzeczywistość tak okrutna jak w +Grze o Tron+” – powiedział.

Według Flisa w Polsce bardzo silny jest podział terytorialny wynikający z historii, który przekłada się na preferencje wyborcze. Oznacza to, że po wprowadzaniu JOW-ów np kandydaci PiS nie mieliby szans na Pomorzu Zachodnim, kandydaci PO na Lubelszczyźnie, a prowadzenie kampanii wyborczej miałoby sens jedynie w okręgach niestabilnych. Jak powiedział, przykłady z innych krajów pokazują, że w takich stabilnych okręgach niezależnie od wystawionego kandydata, wynik jest przesądzony jeszcze przed wyborami.

Zwrócił też uwagę, na zróżnicowanie Polski pod względem frekwencji. PO – jak mówił Flis – wygrywa niedużą różnicą głosów na dużych obszarach o niskiej frekwencji, z kolei PiS większą przewagą głosów na obszarach o większej frekwencji. W rezultacie – jak wynika z wyliczenia Flisa – gdyby za jeden okręg wyborczy uznać powiat, na JOW-ach skorzystałaby PO.

Flis ocenił, że nawet przy założeniu uczciwości przy wyznaczaniu jednomandatowych okręgów wyborczych, w dalszym ciągu podział rodziłby kontrowersje. Podał przykład powiatu słupeckiego, powiatu konińskiego i miasta Konin. Flis uważa, że ze względu na liczebność mieszkańców powiatów i miasta, podziału na okręgi wyborcze można by dokonać przynajmniej na cztery sposoby, a w zależności do przyjętego podziału: PO, PiS i PSL otrzymałyby po jednym mandacie lub: 2 – PiS i 1-PO, lub: 2- PO i 1 – PiS lub: 1-PSL i 2- PiS.

Flis uważa przy tym, że aby wprowadzić JOW-y w wyborach do Sejmu, musiałoby się w nim „znaleźć sporo samobójców”, którzy głosowaliby za pozbawieniem siebie pracy (utrata mandatu w przyszłych wyborach w związku ze startem w z góry przegranym okręgu).

Podał także przykład Lubina, w którym w ubiegłorocznych wyborach samorządowych wprowadzono jednomandatowe okręgi wyborcze w wyborach do rady miasta. Komitet urzędującego burmistrza zdobył 55 proc. głosów i jednocześnie 22 mandaty w liczącej 23 członków rady. Opozycja zdobyła poparcie 22 proc. wyborców, ale nie zdobyła mandatu. Ostatni mandat przypadł samodzielnemu kandydatowi.

M.in. o to, czy są wprowadzeniem jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu, Polacy odpowiedzą 6 września w ogólnokrajowym referendum. (PAP)

kno/mok/

…na temat JOWów pisałem już sporo więc zamiast się powtarzać polecam lekturę: „Elektorat buntu”, „bezpartyjny” Kukiz i „Ściana ze szkła” czyli… jak naprawić zegarek? Jeśli antysystemowcy nie wykorzystają obecnej sytuacji będą winni wobec historii. oraz: O „debacie” słów kilka, Kukizie i jego JOWach. Grzegorz Braun: „Polacy muszą przejąć kontrolę nad własnym państwem”. Wybory okiem socjologa.

Mimo tego co napisałem polecam w pierwszej kolejności wyciągnięcie samodzielnych wniosków z tego co już wiemy na temat JOWów (o których to faktach informują cytowane komunikaty prasowe) i zastanowienie się komu są one tak naprawdę potrzebne, skoro nie wymienią już zasiedziałych od kilkunastu lat lokalnych klik, rządzących na zmianę ze wszystkich opcji politycznych, które w celu dojenia podatników dogadują się ze sobą bez problemu i zadłużają nas również lokalnie na nie małe kwoty (o czym więcej w dalszej części postu).

JOWy tylko zabetonują dla nich ciepłe posadki, na które będą się wspólnie i w porozumieniu wybierać dożywotnio (tak jak to ma miejsce do tej pory). Stworzą również okazję innym cwaniakom przeflancowanym w „bezpartyjność” (których stać na prowadzanie kosztownej kampanii) dopchać się do lokalnych układów i koryta. Na tym kierunku polecam lekturę o kadrach które stoją za Panem Kukizem w jego „walce z systemem” 😉 czyli artykuł „Matka Kurka”:  Zacznijcie się śmiać z „antysystemowego” Kukiza, bo za chwilę będziecie płakać! że zacytuję fragment (na zachętę):

„…Po konflikcie z Piotrem Dudą, Kukiz rzuca wszystkie majdany i wiece związkowe, by związać się z dolnośląskimi baronami samorządowymi, wiecznymi działaczami „bezpartyjnymi”, którzy od 15 lat zaliczają kolejne komitety. Od tego miejsca zaczyna się kariera jeszcze nie istniejącego Ruchu Kukiza i samego marionetkowego przywódcy starej kliki. Rzutem na taśmie pod koniec sierpnia 2014 roku, na dwa miesiące przed wyborami samorządowymi, powstaje KW Bezpartyjni Samorządowcy. Bezpartyjność i „ruchowość społeczna” to są znaki firmowe tego towarzystwa, które od zawsze posiadało legitymacje kilku partii, a spora część od lat 90-tych żyje z kasy podatnika. Bezpartyjni Samorządowcy wywodzą się z byłego Komitetu Rafała Dutkiewicza, który opuścili po tym jak Dutkiewicz postanowił pójść na wybory razem z PO…”

i jako trafne podsumowanie tego chytrego planu jeszcze jeden fragment z tego samego blogera:

„…Przy tym projekcie wszystkie prywatyzacje, i NFI i OFE wydają się skokami na skarbonkę dziecka, bo mówimy o zmianach konstytucyjnych przygotowujących grunt pod aksamitną rewolucję, która zdmuchnie ze sceny politycznej każdą opozycję nie zgadzającą się na układ z jedną, czy drugą sitwą. I tak pod naiwnymi hasełkami trafiającymi do serduszek, ale już nie do rozumku nawianych obywateli, najwięksi polityczni cwaniacy usiłują oddać władzę w ręce ludu. Starsi pamiętają, że taki ustrój nazywa się wprawdzie demokracją, ale z dodatkiem ludowa…”

JOW – krótko i na temat:

„…W Polsce, po wprowadzeniu JOW, kandydat zdobywający największą liczbę głosów w okręgu, zdobywa 1/460 władzy ustawodawczej. Do rządu, tym bardziej jednoosobowego, w Polsce nie kandyduje nikt. W JOW zwycięzca bierze jedną czterystasześćdziesiątą część możliwości wybrania premiera i jego ministrów, których sam nie może wskazać, bo robi to ten premier.

Pomysł, że w sytuacji Polski może to cokolwiek zmienić, zaliczam do innowacji w stylu dodawania szafranu do szamba, z nadzieją, że domowników czeka biesiada, jak u mamy.

JOW jest receptą na sukces. Sukces chwilowy Pawła Kukiza, żaden inny. Z pewnością zaś, przypomina liberum veto, czy też celowe rozczłonkowanie polityczne Polski przed zaborami.

Dużo by jeszcze mówić, ale po co? Zaprzeczcie jednej czterystasześćdziesiątej możliwości wybrania prezesa rady i jego ministrów, to będziemy rozmawiali dalej…”

PMKudlicki • naszeblogi.pl 

…o tym jak się sprawuje demokracja w terenie wszystkim nam najbliższym („samorządnym”) opowie prof. Kieżun… (Odys)

2. Kieżun: gigantomania chorobą samorządów.

PAP – Kraj, 26 Maj 2015, 7:00, Warszawa (PAP) – Od lat obserwujemy w samorządach gigantomanię: niekontrolowane mnożenie etatów i rozrastanie jednostek organizacyjnych – mówi PAP ekonomista prof. Witold Kieżun. „To jest całkowicie nieuzasadnione rozwojem gospodarczym” – podkreśla ekspert. I postuluje likwidację powiatów.

Przy okazji 25. rocznicy pierwszych wyborów do rad gmin prof. Kieżun ocenia, że samorządu nie udało się uchronić przed tym, na co cierpi cała polska administracja – przed gigantomanią, czyli – według niego – nadmiernym rozrastaniem się jednostek organizacyjnych.

Jednym z przejawów owej gigantomanii – zdaniem eksperta – był powrót do idei powiatów. Dla przywrócenia tych jednostek samorządu w 1999 roku nie było innego uzasadnienia innego niż polityczny – mówi Kieżun. „To miała być – i jest – struktura służąca zapewnieniu stanowisk ludziom władzy i budowaniu podstaw elektoratu w terenie. Wówczas mówiono mi o tym otwarcie: budujemy powiaty, to będzie nasz teren wyborczy, tam będziemy mieć swoich ludzi” – zaznaczył.

Jak mówił, odbudowanie powiatów było działaniem „wbrew zdrowemu rozsądkowi i ogólnoświatowym trendom”. „Likwidację średnich szczebli samorządu obserwowałem w latach 80. jako ekspert ONZ w Burundi. A potem przyjechałem do Polski i z przerażeniem zobaczyłem, że odbudowujemy powiaty” – powiedział. W jego ocenie gminy i województwa wystarczyłyby dla decentralizacji państwa.

„Stworzono też – równolegle do państwowych urzędów wojewódzkich – samorządowe jednostki tego szczebla” – zaznaczył profesor. Jak tłumaczył, w wyniku tej reformy funkcjonują państwowe urzędy wojewódzkie kierowane przez mianowanego przez premiera wojewodę i samorządowe wojewódzkie urzędy marszałkowskie. „To jest fenomen w skali światowej” – podkreślił.

„Jak się spojrzy z kolei na strukturę wewnętrzną obu urzędów, to na każdym szczeblu są wydziały, które zajmują się tym samym i nikt nie wie, jakie są odrębne kompetencje” – mówił.

Według niego zatrudnienie w administracji samorządu terytorialnego między 1990 r. a 2007 r. wzrosło o ponad 250 proc. „I ta liczba po każdych wyborach się zwiększa” – przekonuje. „W tych jednostkach zatrudnionych jest bardzo wielu pracowników i oni, by zachować pracę, szukają sobie zajęcia. To powoduje np. masę zmian przepisów szczegółowych, one co roku się zmieniają” – mówił.

Prof. Kieżun uważa, że walkę z gigantomanią należy zacząć od likwidacji powiatów. Co jednak ze zwolnionymi pracownikami? „To bardzo proste” – odpowiada Kieżun. „Wystarczyłoby czerpać z pozytywnych doświadczeń innych państw. W Kanadzie w ramach reformy administracji zwolniono 45 tysięcy pracowników. Nie pozostawiono ich jednak samym sobie. Dano im dwukrotnie tańsze kredyty na rozwinięcie własnej działalności albo możliwość współuczestniczenia w już istniejącej działalności. To kapitalnie zdało egzamin” – mówił. Dodaje jednak: „U nas to jest o tyle niemożliwe, że nawet gdybyśmy chcieli dać kredyty, to nie mamy banków, które mogłyby je dać. Są raptem trzy banki polskie, a żaden bank zagraniczny nie da dwa razy tańszego kredytu”.

Ekspert proponuje, by kompetencje powiatów przekazać gminom. „To wszystko w myśl generalnej zasady, że najważniejszym ośrodkiem władzy jest ten, który jest najbliższy obywatelowi. Po przejęciu kompetencji powiatów gminy powinny zostać odpowiednio rozbudowane. Dlaczego po prawo jazdy mamy jechać do powiatu? Czy nie możemy załatwić tego we własnej gminie?” – mówił Kieżun.

Prof. Kieżun podkreśla, że samorządy obciąża także dominacja partii w życiu publicznym. Profesor uważa, że w wyborach samorządowych nie powinny być wystawiane listy partyjne. „Na listach powinny być osoby mające realne kompetencje do zarządzania gminą czy województwem” – zaznaczył. Ekspert jest za wyłanianiem osób zarządzających gminą i województwem w wyborach bezpośrednich, w jednomandatowych okręgach wyborczych; dotyczy to także wojewodów.

„Administracja jest pełna ludzi bez kwalifikacji” – mówił profesor. „Wprowadzenie racjonalnego systemu doboru kadr wymaga przede wszystkim zmiany myślenia i podwyższenia poziomu etyki. Na wszystkich poziomach, nie tylko tym samorządowym. Nie do akceptacji jest powierzanie funkcji ministrów czy wiceministrów osobom bez żadnej wiedzy, którzy nigdy w administracji nie pracowali. Najważniejsze jest, by byli lojalni wobec swojego przełożonego, reszty się nauczą. I potem wchodzi minister do gabinetu i nie wie, co ma robić. Prosi sekretarkę, by mu powiedziała” – mówił.

„Jesteśmy też niesłychanie zapóźnieni. W 2015 r. administracja w Polsce jest minimalnie zinformatyzowana, co sprawia, że wszystko trzeba załatwiać osobiście w urzędzie” – dodaje.

Profesor podkreśla, że reforma samorządu wymaga dokonania szczegółowej analizy przez specjalistów od teorii zarządzania.

Kieżun jest zdania, że błędem było powierzenie reformy samorządowej wyłącznie prawnikom, bez zaangażowania teoretyków zarządzania. Według niego skutkiem tego jest m.in. nadmierne obciążanie samorządów zadaniami. „Jedną z podstawowych zasad teorii zarządzania publicznego jest dostosowanie zadań do możliwości. To oznacza, że na wszystkie obciążenia muszą być odpowiednie środki pieniężne. Tymczasem stale do samorządów przychodzą zarządzenia, że trzeba coś zrobić, ale nie daje się na to pieniędzy” – mówił.

Rozmawiała Magdalena Cedro (PAP)

mce/ as/

PS… „Zachodniopomorskie Ostrowice mogą być pierwszą gminą w Polsce, która zostanie zlikwidowana z powodu bardzo wysokiego zadłużenia. Jej tereny mogą zostać włączone do Drawska Pomorskiego. Takie rozwiązanie proponuje rządowi wojewoda Marek Tałasiewicz (…) By mieć pieniądze na spłaty rat kredytów w 2013 r., wójt Ostrowic sprzedał prywatnej firmie na zasadzie leasingu jeden wodociąg, urządzenia kanalizacyjne i oczyszczalnię ścieków. Regionalna Izba Obrachunkowa oceniła to jako działanie niegospodarne. Gmina sprzedała urządzenia, a później za ich dzierżawę musiała dużo płacić (już je odkupiła). W połowie ubiegłego roku RIO, która badała finanse gminy za lata 2011-2013, stwierdziła: „gmina nie posiada finansowej racji bytu”, „nie ma pieniędzy na podstawową egzystencję”, „nie jest w stanie samodzielnie realizować zadań własnych”. Izba krytycznie oceniła fakt, że na bieżące potrzeby Ostrowice zaciągały drogie pożyczki w parabankach…” 

…i w podobnej sytuacji jest wiele gmin w Polsce (których włodarze jeszcze się chwalą że „inwestują” – co z tego że na kredyt który przekracza możliwości finansowe podmiotu), tyle że to póki co tajemnica RIO i innych instytucji „nadzorujących” budżety samorządów, które przez lata przymykają oko na lokalnych „gospodarzy” zamiast od pierwszych sygnałów niegospodarności ostro reagować wprowadzając chociażby zarząd komisaryczny… Nie(samo)rządem Polska stoi!  (Odys)

podobne: Samorządowe „inwestycje” to wzrost zadłużenia i podwyżki opłat. Rentowność długu i rosnąca obsługa kosztów. Państwo broni się przed zwrotem zagrabionego mienia i zmianami w ordynacji podatkowej, obniżka podatków nie tak szybko (fiskus łupi rodzinę). Innowacje obce sektorowi MSP. „Polska Miedź” rabowana podatkiem od wydobycia. oraz: Hulaj dusza piekła nie ma! Umorzenie dochodzenia nie musi być uzasadnione. Samorządy domagają się ograniczenia dostępu do informacji publicznej. Za błędy urzędnika płaci ubezpieczyciel. i to: „Zastaw się a postaw się”: Mazowsze bez dostępu do kont, Słupsk przerywa budowę aquaparku.

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze

Eurokołchoz: UE nie ma oferty dla wschodnich sąsiadów. Za unijne fundusze płacimy dwa razy. Kwoty mleczne uwolnione (rolnicy boją się o spadek cen).


1. UE nie ma oferty dla wschodnich sąsiadów.

21.03.2015 (IAR) – Mało ambitne plany Unii Europejskiej wobec wschodnich sąsiadów. Wspólnota ma niewiele im do zaoferowania. Tak wynika z projektu deklaracji przygotowanego na majowy szczyt Partnerstwa Wschodniego w Rydze, do którego dotarło Polskie Radio.

Ukraina, Gruzja i Mołdawia, które z sześciu krajów Partnerstwa utrzymują najbliższe relacje z Unią Europejską, liczyły na jasny sygnał o woli do bliższej współpracy. Wiele na to wskazuje, że w Rydze usłyszą niewiele. I choć nikt nigdy nie obiecał tym krajom członkostwa w Unii Europejskiej, to jednak można było usłyszeć, że umowy stowarzyszeniowe, które podpisały, nie są ostatecznym celem w ich relacjach ze Wspólnotą.

Teraz w projekcie deklaracji te słowa nie padają, nie ma też żadnej wzmianki o europejskiej perspektywie tych krajów. Mowa jest tylko o ich europejskim wyborze.

Ponadto, Ukraina i Gruzja liczyły na to, że na szczycie padnie obietnica zniesienia wiz, co zbliżyłoby jeszcze bardziej te kraje do Wspólnoty, a ich obywatelom pokazało korzyści płynące ze współpracy. Ale w projekcie deklaracji zapisano bardzo ogólnie, że postępy są uzależnione od przeprowadzanych reform.

To byłoby potwierdzenie tego, co można od jakiegoś czasu usłyszeć w Brukseli – że na majowym szczycie Partnerstwa Wschodniego Unia nie ogłosi planu zniesienia wiz dla Ukrainy, w przypadku Gruzji szanse wynoszą 50 procent. Do deklaracji mogą być oczywiście jeszcze wprowadzane poprawki, ale jest mało prawdopodobne, by jej kształt uległ znaczącej zmianie.

Informacyjna Agecnja Radiowa/IAR/Beata Płomecka, PR Bruksela/dj

podobne: Ukraina: Wojna destabilizuje sytuację gospodarczą. Nowe sankcje USA i UE wobec Rosji. Rosyjska wojna na słowa i reakcja za eurointegrację Mołdawii. oraz: Świat. Korea Północna: przełom w programie rakietowym? USA: 500 milionów dla syryjskiej opozycji. Ukraina, Mołdawia, Gruzja podpisują umowy z UE a także: Ukraina: Rewolucja a umowa stowarzyszeniowa (płatne podziałem społeczeństwa, krwią i… złotem). i to: Jałta Ukrainy: umowa stowarzyszeniowa z UE na rosyjskich warunkach (odroczona), decentralizacja kraju i autonomia regionów (przyklepane)

2. Dziennik Gazeta Prawna – Za unijne fundusze płacimy dwa razy.

23.03.2015 (IAR) – Za przygotowanie wniosków o dotację z Unii Europejskiej podatnicy płacą dwa razy – alarmuje „Dziennik Gazeta Prawna”. Gminy wynagradzają swoich urzędników za przygotowanie wniosków, a następnie prywatne firmy. Praca urzędników sprowadza się do wpisania we wnioskach o fundusze, danych, które przygotowały profesjonalne podmioty. Firmom samorządy płacą nawet 10 procent wartości pozyskanego wsparcia z Unii Europejskiej. To ogromne kwoty, zważywszy, że od wejścia Polski do wspólnoty, samorządy zrealizowały projekty współfinansowane przez Brukselę za 178 miliardów złotych. „Dziennik Gazeta Prawna” podaje przykład Bydgoszczy. Miasto, by pozyskać 76 milionów złotych, zapłaciło firmie zewnętrznej 443 tysiące za przygotowanie wniosku.

Eksperci podkreślają, że w sytuacji gdy gminy nie potrafią samodzielnie postarać się o unijne fundusze, powinny zwolnić urzędników, zajmujących się dotacjami i zadanie to w całości zlecić zewnętrznym doradcom.

Więcej w „Dzienniku Gazecie Prawnej”.IAR/DGP/łp/kry

polecam również: „Jakże do syta tym się najeść Co końcem było od początku?” i jeszcze: Biurokraci z UE: Kto jest kim i co może. oraz: 620 mln EUR na pensje dla EUrzędników i to: TNS Polska: Polacy o UE – mało wiedzy, mimo to (a może właśnie dlatego) sporo zaufania a także: Raport NIK. Efekt dopłat to wyłudzenia i bezprawne korzystanie z gruntów skarbu państwa.

3. Rolnicy boją się o ceny mleka.

01.04.2015 (IAR) – Pierwszy kwietnia przyniósł rolnikom zajmującym się produkcją mleka poważne zmiany. Od dziś przestał funkcjonować w Europie system kwot mlecznych. Oznacza to, że gospodarze nie muszą się już przejmować limitami i mogą produkować tyle mleka, ile chcą, ale może się okazać, że będą problemy z jego sprzedażą.

Wilhelm Juniewicz, hodowca bydła z Gołąbek koło Pasłęka mówi, że rolnicy z Warmii i Mazur boją się dalszych spadków cen na rynku. Jak dodaje, cena mleka znacznie obniżyła się już pół roku temu, w wyniku rosyjskiego embarga, więc teraz sytuacja jeszcze się pogorszy.

„Niektóre mleczarnie płacą już rolnikom poniżej kosztów produkcji. Są duże obawy, jak to się dalej potoczy” – podkreśla.

Część rolników musi jeszcze zapłacić kary za nadprodukcję za ubiegłe miesiące. Komisja Europejska zgodziła się rozłożyć opłaty za ostatni rok kwotowy na raty, które rolnicy będą musieli zapłacić przez najbliższe trzy lata.

IAR za PR Olsztyn/hk/dj

…kłopoty całej branży o zwykła konsekwencja sztucznego przez lata regulowania rynku, który sam się teraz oczyści z nadmiaru producentów i nadmiernych kosztów produkcji… Sztucznie utrzymywane ceny nie pozwalały na normalną konkurencję przez co branża rozdęła się ponad miarę bez konieczności szukania sobie rynku zbytu bo państwo (za pieniądze podatnika) dopłacało sobie do czyjegoś biznesu… Oto przyszła pora zapłacić frycowe za „publiczną pomoc”(to samo przerabia branża mięsna – Zgubne skutki skupu wieprzowiny)… Odys

podobne: UE w poszukiwaniu budżetu na 2015 rabuje polską wieś. Na celowniku grupy producenckie, branża mleczarska i małe gospodarstwa. i jeszcze: Eurokołchoz kosztuje: Kwoty na mleko przekroczone (zapłacimy ok. 195 mln zł). Czynsze mogą wzrosnąć. 620 mln EUR na pensje dla EUrzędników a także: Sadowski: Dotacje tworzą dług, a nie dobrobyt oraz: Majtki w dół czyli… 6 mitów na temat dotacji z Unii a także: Mit “unijnej pomocy” oficjalnie obalony. Nie idźmy tą drogą! i to: Z deszczu pod rynnę czyli… jak Polska dorabia Europę oraz: PAN: przepisy i system dopłat nie sprzyjają rolnictwu ekologicznemu.

rys. Jerzy Wasiukiewicz

rys. Jerzy Wasiukiewicz

Równi i równiejsi: KE łagodnie wobec (nie)dyscypliny budżetowej Belgii, Włoch i Francji, ale na Polskę nakłada karę. Socjalizm po polsku: Polskie firmy w szponach legislacyjnej burzy. Komu i dlaczego przeszkadzają stare auta?


1. KE łagodnie wobec Belgii, Włoch i FrancjiPolska przegrała z KE w Sądzie UE.

25.02.2015 (IAR) – Nie będzie postępowania wobec Włoch i Belgii za nieprzestrzeganie dyscypliny budżetowej. Francja ma dostać dodatkowe dwa lata na redukcję deficytu. O łagodnym potraktowaniu tych trzech państw zdecydowała w środę Komisja Europejska.

Problem Belgii i Włoch dotyczy zbyt dużego długu publicznego, którego wysokość już dawno przekroczyła 60 procent PKB. Mimo to – według Komisji – nie jest to jeszcze powód do ukarania władz w Brukseli i w Rzymie. “Biorąc pod uwagę czynniki takie jak m.in. słaby wzrost gospodarczy czy wprowadzanie reform strukturalnych uznaliśmy, że otwieranie procedury nadmiernego deficytu na tym etapie nie jest uzasadnione ani dla Belgii, ani dla Włoch“ – powiedział wiceszef Komisji ds. euro Valdis Dombrovskis. Przypadek Francji – jak dodał – był dużo bardziej skomplikowany. Paryż na początku zobowiązał się do redukcji deficytu do poziomu 3 procent PKB do roku 2015. Później uznał, że temu wyzwaniu nie sprosta. Z uwagi jednak na to, że francuski rząd podjął ważne reformy, Komisja postanowiła dać mu dodatkowy czas. „Zdecydowaliśmy, że nowym terminem, w którym Francja będzie musiała mieć deficyt poniżej 3 procent, powinien być rok 2017” – dodał Dombrovskis. Decyzję o przesunięciu daty muszą jeszcze zatwierdzić państwa członkowskie. Trzy miesiące po tym Komisja ponownie oceni sytuację we Francji.

IAR/Magdalena Skajewska/Bruksela/em/

podobne: Grexit i Brexit. Przyszłość Wielkiej Brytanii w UE, Grecji w strefie euro. EBC i luzowanie ilościowe. Fatalne prognozy dla Francji która tonie w długach. Islandia: negocjacje czy pożegnanie z Unią. oraz: MFW: deficyty i długi krajów rozwiniętych. Portugalskie rodziny coraz bardziej zadłużone a w Grecji strajk generalny.

25.02.2015 (IAR) – Polska przegrała z Komisją Europejską w unijnym sądzie w Luksemburgu. Kara za źle wydane fundusze rolne została podtrzymana – sędziowie oddalili skargę Warszawy na Brukselę. Szanse na odzyskanie 34,5 miliona euro z unijnego budżetu są coraz mniejsze, ale Polsce przysługuje jeszcze odwołanie do unijnego Trybunału Sprawiedliwości.

Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/B.Płomecka/Bruksela/mg

podobne: Co się odwlecze to nie uciecze czyli… Polska musi zwrócić 30 milionów euro do unijnego budżetu (reaktywacja) oraz: KE pozywa i upomina Polskę ws. niewdrożonych przepisów i chce zwrotu ponad 5,5 mln euro z funduszy na rolnictwo. Idziemy drogą Portugalii. Włochy: przybywa ubogich.

2. Polskie firmy w szponach legislacyjnej burzyPO przechodzi samą siebie.

25.02.2015 (IAR) – Trzy godziny i 26 minut powinien poświęcić każdego dnia polski przedsiębiorca aby przeczytać, jakie zmiany zachodzą w przepisach w naszym kraju. Tak wynika z barometru stabilności otoczenia prawnego w polskiej gospodarce przygotowanego przez firmę audytorsko-doradczą Grant Thornton.

Jak zaznaczył Tomasz Wróblewski – partner zarządzający firmy, tylko w ubiegłym roku weszło w życie 1995 nowych aktów prawnych. Było to ponad 25 tysięcy stron maszynopisu nowego prawa. Porównując to z czytaniem książek, jest to blisko 200 egzemplarzy Trylogii Henryka Sienkiewicza i prawie tysiąc egzemplarzy „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza.

Ogromna ilość i zmienność otoczenia prawnego nie tylko utrudnia prowadzenie działalności gospodarczej ale też naraża przedsiębiorców na odpowiedzialność karną i administracyjną za nieświadome łamanie prawa. Wielkim problemem jest zwłaszcza prawo podatkowe, które przy swoim skomplikowaniu jest niezwykle restrykcyjne.

Tymczasem drobnych przedsiębiorców nie stać na zatrudnianie armii prawników, którzy byliby w stanie rozszyfrować zawiłości tych bardzo często niespójnych i nielogicznych przepisów – podkreśla Tomasz Wróblewski Dodaje, że problemem jest również zbyt mała elastyczność kodeksu pracy.

Według ekspertów Grant Thornton lekarstwem na problemy przedsiębiorców jest podniesienie jakości stanowionego prawa i deregulacja, bo im mniej przepisów, tym mniej bolesna jest ich zmienność.

W ramach projektu „Barometr stabilności otoczenia prawnego w Polsce” powstała strona internetowa, na której raz na kwartał uaktualniane będą wyniki badań zmienności prawa w Polsce. Adres strony to http://www.barometrprawa.pl

Informacyjna Agencja Radiowa(IAR) Elżbieta Łukowska/sk

podobne: Najwyższy Czas!: „Słońce Peru przypala wszystkich prócz kasty urzędników”… Nie daj sobie wmówić że „ONI” są potrzebni. oraz: (Nie)odPOwiedzialnośc POlityków która nic ich nie kosztuje. i to: Mazowsze ponad stan, komornicy, odprawy w PKP i kosztowne pendolino, drogie drogi i afera więzienna, JSW strajkuje inwestorzy tracą, kryzys demograficzny i emigracja zarobkowa, przedsiębiorczość stabilna ale mniej firm na rynku, ranking wolności gospodarczej, meblarstwo kwitnie czyli…Państwo sobie gospodarka sobie i pomimo państwa.

25.02.2015 (IAR) – Pomysł z kategorii idiotycznych – tak SLD ocenia propozycję PO, by do centrów miast nie wjeżdżały stare samochody. Ostateczną decyzję miałyby podejmować gminy. Takie zapisy funkcjonują między innymi w Berlinie czy Dublinie i mają na celu zmniejszenie smogu w miastach.

Rzecznik SLD Dariusz Joński uważa, że w tym wypadku politycy PO przeszli samych siebie, bo trudno nam porównywać się chociażby do mieszkańców Berlina i ich zarobków.

Joński dodaje, że popiera próbę zmniejszenia smogu w miastach, ale jego zdaniem głównym problemem są nie samochody a kominy i sposób ogrzewania mieszkań. Rzecznik SLD powiedział, że w większości mieszkań nie ma centralnego ogrzewania. Zdaniem Jońskiego tu rząd mógłby poszukać rozwiązań chociażby na wzór wiedeński, gdzie wybudowano spalarnie i wszystkie domy podłączono pod centralne ogrzewanie i zakazano palenia w piecach.

Średnia wieku auta w Polsce to 15 lat.

IAR/Rucińska/sk

…terefere walka z czystym powietrzem 🙂 Po prostu „ktoś” chce zarobić na sprzedaży nowych aut i tyle! Od razu przypomniał mi się głośny nie tak dawno i bezczelny lobbing Volkswagena i Opla…

„Jak zmusić Polaków do kupowania nowych aut i tym samym podreperować portfele właścicieli salonów samochodowych? Pomysłami jak z rękawa sypie Stowarzyszenie Dealerów Volkswagena i Audi. Organizacja zamierza lobbować m.in. za „wprowadzeniem zakazu ponownej rejestracji auta powyżej 12 lat w przypadku zmiany właściciela, jeżeli było [ono] uprzednio zarejestrowane za granicą”. Wejście w życie takiego przepisu oznaczałoby, że prawie na pewno nie bylibyśmy wstanie sprzedać na terenie Polski samochodu sprowadzonego np. z Niemiec, gdy minąłby dwunasty rok od jego wyjazdu z fabryki. Ewentualny kupiec musiałby auto zarejestrować poza Polską albo przeznaczyć na prywatny szrot… To drugie byłoby jednak utrudnione.

Dealerom marzy się bowiem „zmiana systemu złomowania aut”. Organizacja przypomniała na konferencji prasowej, że właściciele, którzy „sami rozbierają stare auta na części lub sprzedają je np. za tysiąc zł komuś, kto się tym trudni”, robią to nielegalnie („samodzielne rozbieranie na części jest zabronione i teoretycznie karane”).

Warto przypomnieć – za radcą prawnym Markiem Hamerlikiem – że zgodnie z polskim prawem „elementy wyposażenia samochodów wycofanych z eksploatacji mogą być wymontowywane tylko przez licencjonowane stacje demontażu”. Za nieprzestrzeganie tego przepisu „Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska może nałożyć karę od 10 do nawet 100 tys. zł”. W praktyce – jak przypomniał portal wp.pl – z ponad 1 mln samochodów wycofanych z eksploatacji w Polsce w 2009 roku (nie posiadamy bardziej aktualnych danych) do legalnych stacji recyklingowych trafiła zaledwie 1/4 pojazdów. Pozostałe (ok. 750 tys. aut) rozpłynęły się w szarej strefie (ich części można było znaleźć głownie na aukcjach internetowych)

Dlatego dealerzy Volkswagena i Audi proponują, aby za zezłomowanie kompletnego samochodu wystawiać „państwowe świadectwa złomowania o wartości 1000 złotych”. W ciągu roku można by je wymienić na „dodatkową zniżkę (…) przy zakupie nowego pojazdu”. Powyższe propozycje zostały oczywiście polukrowane troską oto, aby Polska przestała uchodzić za „złomowisko Europy”. Dealerzy w oficjalnym komunikacie dają do zrozumienia, że po prostu nie chcą, aby „utylizacja starych pojazdów z Europy nadal polegała na sprzedawaniu ich do Polski, ze szkodą dla nas wszystkich”. Odmiennego zdania są Polacy, którzy rocznie kupują ok. 700 tys. używanych samochodów (z salonów wyjeżdża co roku średnio 270 tys. aut). Ich średni wiek wynosi trochę ponad 10 lat. Aż 38% pochodzi z Niemiec….”

całość tu: nczas.com

Jeśli prawdą jest że główną przyczyną smogu w miastach jest sposób ogrzewania domów a nie „stare” auta, to niewątpliwie mamy do czynienia z zakamuflowanym lobbingiem w rodzaju o którym traktuje powyższy artykuł, a wyrzucony wcześniej drzwiami poroniony POmysł wraca dziś oknem (POdpicowany dla niePOznaki trochę inaczej 😉 ).

Pomijając jednak moje domysły należy sobie powiedzieć, że nawet jeśli miasta pójdą na taki dil to nie zmieni to faktu, że ludzi po prostu NIE STAĆ na nowe auto z salonu (chyba że pójdzie za tym coś więcej, co już w Niemczech zrobiono a mianowicie dopłaty państwowe do kupna nowego samochodu 😉 ). Póki co kupno używanego to dla większości ludzi w Polsce jedyna szansa na posiadanie JAKIEGOKOLWIEK auta… Trzeba być kretynem sądząc że po zabraniu niezamożnemu człowiekowi możliwość kupna leciwego samochodu, zmusi się go do tego by kupił nowy… Po prostu nie kupi i tyle będzie zarobku dla VW i Audi… Zobaczą figę a nie zwiększoną sprzedaż! Nie mówiąc o tym ilu ludzi zniechęcą do swoich produktów traktując ich jak bydło rzeźne.

Pomijam tu milczeniem bezczelność z jaką zagraniczne korporacje panoszą się w Polsce by próbować zmieniać prawo pod swoje interesy… Natomiast władza która ugina się pod takim dyktatem nie dość że przynosi wstyd, to jest anty obywatelska (no ale o tym chyba nie trzeba przypominać że partia nosząca w swojej nazwie to słowo jest tak samo obywatelska jak swojego czasu milicja – z całym szacunkiem dla milicji 😛 ).

…Odys

polecam również: Cezary Kaźmierczak: „Urzędnicy Tuska gorsi od mafii!”. kataryna: „Minister na baterie” czyli recykling lobbing.

rys. Andrzej Krauze

rys. Andrzej Krauze